Page 1

co u nas:

Wstęp__________________________________________________________________________________________________ man!fest:

3

Déjà lu_________________________________________________________________________________________________

4

Dotknij teatru / Łódzkie obchody Międzynarodowego Dnia Teatru____________________

5

Duże lalki dla dużych / »Janulka« i »Ja, Edith Piaf«_________________________________________

6

»Mord« w Nowym___________________________________________________________________________________

9

te!art/atr:

9 nadziei dla Nowego_______________________________________________________________________________ 11 Poetycki recykling Różewicza / »Stara kobieta wysiaduje«_______________________________ 12 ko/re/spondencja:

Na szczytach panują frustraci / »Amazonia«_________________________________________________ 14

litera/tura:

Albo-albo; Sooren Kirkegaard__________________________________________________________________ 16 Wstęp do Liberatury_______________________________________________________________________________ 18

Jakie znaczenie mają rzeczy nie z tego świata? – Murakami i »1Q84«_______________ 21 film:

Black and white, czyli »Black Swan«___________________________________________________________ 23 in/out:

Można się bawić… ale w ciszy, proszę! / Silent Disco______________________________________ 25 Damy albo nie-damy______________________________________________________________________________ 26 Strzemiński__________________________________________________________________________________________ 28

Minifotorelacja z Silent Disco / fot. Krzysztof Ostanówko_________________________________ 30


anna_ciszowska; patrycja_terciak /red.

naczelna//z-ca red./ania_worach

anna_ciszowska /red. Odpow.//oprac. GRAF.//katarzyna_turkowska nie_mamy_czekamy/zdjęcia//dziennikarze/łukasz_dziuda przemysław_jaszczak szymon_kazimierczak //SZKICUJE/ natalia_klimowicz zuzanna_kołodziejczyk martyna_kosiorek patrycja_terciak ania_worach

PROSCENIUM wydawane jest przez Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi / www.nowy.pl. Kontakt: Redakcja: red.proscenium@gmail.com Redaktor odpowiedzialna: cet@nowy.pl Redaktor naczelna: cet@nowy.pl; patrycja.terciak@gmail.com


wstęp Kobieto –  Puchu Marny, Ty też masz swoje święto! Kobieta –  osobnik płci żeńskiej z  rodzaju Homo sapiens. Skomplikowane stworzenie, które nie posiada określonej granicy gdzie kończy się w niej anioł a diabeł zaczyna. Nigdy nie wie czego chce, mimo to nie spocznie póki celu swego nie osiągnie. Współczesna Kobieta powinna mieć wytrwałość mężczyzny, przebiegłość lisa, zwinność jaszczurki, mądrość sowy, pracować jak koń, a  przy tym zachować naturalne piękno i  blask. Ubierać się dziewiczo i  wyzywająco zarazem. Trudne dążenia do ideału. Księżniczka i żaba. Biała i czarna. Brzydkie kaczątko i piękny łabędź. Winna i  niewinna. Skromna i prowokująca. Kobieta.

Stara Kobieta i młoda Kobieta. Kobieta wysiaduje i Kobieta wychowuje. Kobieta przezroczysta – na każdą okazję. Kobieta bardziej i  mniej wartościowa. Dojrzała i niedoświadczona. Moralna i rozwiązła. Ale wciąż Kobieta. Co do tego, że sztuką sama w sobie jest, nie ma żadnych wątpliwości. Wystarczy spojrzeć na powab jej ciała, delikatne kontury spływające od czubka głowy aż po końce stóp. Nie musi stać przed Tobą z opadającym z  ramion okryciem, by dać natchnienie i  wzbudzić pożądanie, o  mężczyzno –  artysto! Od Ciebie zależy czy jak stwórca ulepisz wielkie dzieło, czy jak rzemieślnik wykreujesz przeciętny kicz. Skomponuj utwór taki, by sam Michał Anioł na-

tchnął go swą barwą, a świat wciąż patrzył i zazdrościł. Bowiem w  sztuce obecna jest nie tylko fizycznie jako rzeźba czy portret, ale także służy jako inspiracja otulając skrajnymi uczuciami. Tak jak Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński: od miłości do nienawiści. Ale zawsze razem, zawsze obecna Ona. Kobieta. Więc dotykaj Jej jak dotykać możesz teatru. Bo masz okazję. Bo spełniamy ambicje na temat święta działalności artystycznej. Manifestuj i Ty, Kobieto! Sztuka jest Twoją! W szczególności sztuka teatru. Pewność i ekscytacja. W ekstremalnych warunkach. I znajdź sposób, by zrozumieć Niewiastę, o przeklęty mężczyzno! Jedyna rada: Nie słuchaj Kobiety, patrz na nią. ania _ worach

3


Należy przekonująco udowodnić, że KOBIETA jako podmiot mówiący NIE ISTNIEJE Sytuację braku zezwolenia na mówienie należy stematyzować. Żeby tego dokonać, przestańmy ukrywać się za feministycznymi refleksjami. Nie dla nas: ginokrytyka, arachnologia i écriture feminine. Jesteśmy kobietami, w których zachodzą skomplikowane procesy biologiczne. Jeszcze szukamy samych siebie. W poszukiwaniach tych nie stronimy od zabiegu przepisywania. Pisząc – powołujemy do istnienia.

man!fest

Déjà lu


te!art/atr

DOTKNIJ TEATRU

Będą to Obchody Międzynarodowego Dnia Teatru 2011 – dni, w czasie których Teatr będzie Dotykał mieszkańców Łodzi zza każdego rogu, każdej przecznicy, każdej ulicy. Dotknie każdego listonosza, bankiera, sklepikarza i kasjerkę. Wkroczy do szkół, marketów, przychodni i kawiarni...

Impreza trwać będzie przez 20 dni. Dokładnie między 12 a 31 marca (jednakże apogeum wydarzeń przypada na dzień 27 marca). Odpowiedzialność za organizację wydarzeń wzięła na swoje barki GRUPA INICJATYWNA projektu w  składzie: Anna Ciszowska (Teatr Nowy im. K. Dejmka w Łodzi), Marcin Brzozowski (Teatr Szwalnia), Konrad Dworakowski (Teatr Lalki i Aktora Pinokio), Tomasz Rodowicz (Stowarzyszenie Teatralne CHOREA) Marian Glinkowski (Łódzkie Towarzystwo Teatralne), Barbara Kurowska (Muzeum Kinematografii) Jolanta Sławińska, Bożena Krasnodębska (Teatr Muzyczny), Krystyna Weintritt (Centrum Kultury Młodych). Do współpracy zaangażowano ponad 21 instytucji; odbędzie się 86 imprez w  tym: spektakle, koncerty, czytania teatralizowane, warsztaty, akcje uliczne, wystawy oraz projekcje filmów. Nieznana liczba osób zjednoczy się pod wezwaniem Teatru.

Nieznana liczba osób wyjdzie z Teatrem w przestrzeń miasta. Tegoroczny program edycji Międzynarodowego Dnia Teatru, funkcjonującego pod hasłem „Dotknij teatru”, zdaje się być jednym z  najbardziej interesujących i  obszernych. Jeśli chodzi o  obchody wspomnianego święta, to wiadomo już, że Łódź jest miastem przodującym w jego organizacji. Skala, na jaką rozrasta się ten, jakże radosny, Dzień, jest „Międzynarodowa” nie tylko w swej nazwie. Dotknięci bowiem zostaniemy przez: Teatr Biuro Podróży, Akademii Ruchu, Teatr Dada von Bzdülov, Teatr No Patatos, Teatr Szwalnia, Teatr Muzyczny, Teatr Pinokio, Teatr Arlekin, Teatr Chorea, Teatr ART 51, Teatr Kilku Osób, Teatr Nowy, Teatr Logos, Teatr Pracownia Fizyczna, Teatr Rebelia, Teatr Ognia i Papieru, Teatr im. S. Jaracza, Teatr Mały, Teatr Teatr i oczywiście Teatr Teatr z  Teatru, a  gościem specjalnym będzie Teatr im. Teatru z teatru

w Teatralnej Górze. O Dionizosie!!! Podotykać łodzian chce także: Muzeum Kinematografii, Muzeum Włókiennictwa z  teatrem Mody, Centrum Kultury Młodych, AOIA, Śródmiejskie Forum Kultury, Poleski Ośrodek Sztuki i Bałucki Ośrodek Kultury „Na Żubardzkiej”. Dotknąć się dadzą: Piotr Cieplak i Leszek Mądzik. Oczywiście, jak co roku, inauguracja odbędzie się przy Pasażu Schillera. Jej przebieg jest jednak wciąż zagadką nie tylko dla Was, lecz nawet dla samych organizatorów. Szukajcie a  znajdziecie, bowiem w  tym roku, wypuszczony na łódzkie ulice zostanie także TEATROWÓZ, w  którym obywać się będą koncerty i  spektakle dla dzieci. A więc do działa(nia)! Poznajmy się lepiej! A najlepiej poprzez DOTYK! zuzanna _ zołodziejczyk

5


6

Duże lalki dla

DUŻYCH

Termin „teatr lalek” przede wszystkim kojarzy się z teatrem tylko dla dzieci. To bardzo krzywdzące i mylne stwierdzenie! Trzeba też wiedzieć, że współczesny teatr lalek nie zawsze posługuje się lalkami. Janulka wg St. I. Witkiewicza Janulki, córki Fizdejki Scen., reż,: Dorota Bielska Muz.: Piotr Kolasa Scen.: Beata Tomczyk Obsada: Karolina Zajdel, Katarzyna Kawalec, Emilia Szepietowska Wojciech Kondzielnik Ja, Edith Piaf – Mieczysław Gajos, Alina Skiepko-Gielniewska Reż.: Alina Skiepko-Gielniewska Lalki i kostiumy: Maria Balcerek Występują: w roli Edith Piaf – Joanna Stasiewicz; oraz: Anna Zadęcka, Jerzy Stasiewicz, Robert Wojciechowski; i na akordeonie: Eneasz Kubit

W każdym większym polskim mieście znajduje się państwowy teatr lalek. Zazwyczaj jeden. Wyjątek stanowi Łódź oraz Warszawa. W Łodzi mamy dwa teatry tego typu – Teatr Lalek Arlekin oraz Teatr Lalki i Aktora Pinokio. Repertuar „łódzkich lalek” jest kierowany przede wszystkim do młodego widza, jednak dorosły też może dla siebie coś znaleźć. W Pinokio obejrzeć może spektakl w  reż. Konrada Dworakowskiego Bruno Schulz –  historia występnej wyobraźni, a w Arlekinie Janulkę, córkę Fizdejki w reż. Doroty Bielskiej.

Janulka, córka Fizdejki Dorota Bielska, młoda reżyserka, postanowiła przełożyć dramat Witkacego na język teatru lalek. Zapewne postawiła sobie pytanie: jak

zmieścić osiem postaci na malutkiej scenie? W teatrze formy i  plastyki nie jest to takie trudne jak się wydaje. Spektakl został rozpisany na czterech aktorów (Karolina Zajdel, Katarzyna Kawalec, Emilia Szepietowska i  Wojciech Kondzielnik). Każdy z  nich odgrywał dwie role –  aktorzy z  tyłu głowy mieli przyczepione maski. Granie tyłem do publiczności wymaga dużej koordynacji ruchowej, zwłaszcza kiedy trzeba skakać i biegać po kubikach. Przestrzenne kwadraty wykorzystane były również jako tło do projekcji. Scenografią zajęła się Beata Tomczyk, która stworzyła prosty i  funkcjonalny świat sceniczny. Towarzysząca muzyka świetnie ilustruje i nadaje rytm całości – zarówno ta odtwarzana, jak i ta grana na żywo. Przedstawienie Bielskiej to ciekawa propozycja dla wszystkich powyżej szesnastu lat. Spektakl


te!art/atr

miło się ogląda, jednak ciężko wywnioskować, co reżyserka chciała przez niego powiedzieć. Niekiedy natłok słów, krzyków i dziwnych dźwięków może zmęczyć, nie zawsze też wiadomo do czego ma to prowadzić. Warto na pewno zobaczyć ten spektakl choćby ze względu na plastykę – obrazy sceniczne robią wrażenie. Na premierze publiczność wybuchała co chwila śmiechem – to dobry spektakl dla wielbicieli groteski i absurdu. Teatr lalek jest idealnym miejscem do mówienia o metamorfozach i  przemianach, czego nie brakuje w tekście Witkacego.

Młodość francuskiej piosenkarki przedstawiona została w  planie żywym (aktorskim) – kilkunastoletnią Edith grała Joanna Stasiewicz (świetnie stworzona kreacja aktorska), zaś do opowiedzenia o  starej i  zmęczonej posłużyła lalka wielkości człowieka. Za scenografię odpowiedzialna jest Maria Balcerek, która za pomocą kilku rekwizytów kreowała prze-

strzeń –  cztery walizki były między innymi łóżkiem, podestem, przedziałem pociągowym czy samochodem. Na scenie zobaczyć też możemy Annę Zadęcką, Jerzego Stasiewicza oraz Roberta Wojciechowskiego, którzy co chwila wcielają się w inną postać: raz są fanami, przyjaciółmi, innym razem krytykami czy kochankami. Ciekawym pomysłem wydaje się też

Ja, Edith Piaf Zdarza się niekiedy i  tak, że w  repertuarze teatru dramatycznego można znaleźć przedstawienie utrzymane w  estetyce teatru lalek. Tak było np. w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka, gdzie Adam Walny wyreżyserował Przygody barona Münchhausena – przedstawienie dla dzieci, w którym użyte były różnego rodzaju środki plastyczne. Teatr Mały [instytucja prywatna] w  Manufakturze gra spektakl Ja, Edith Piaf w  reżyserii Aliny Skiepko-Gielniewskiej, w którym zostają wykorzystane lalki. Czterech aktorów opowiada historię o  życiu Edith Piaf. Przestrzeń przedzielona jest kablem od mikrofonu – jedna część sceny to młodość artystki, druga to jej starość.

Fot. z archiwum Teatru Arlekin

7


8 odegrana przez nich, za pomocą teatru dłoni, scena rozmowy Piaf z rodzicami. W większości ich wystąpieniach czuć konwencję kabaretową –  jednak ta, nie zawsze bawi, nie zawsze śmieszy. Dużym plusem jest muzyka, która wykonywana jest na żywo przez akordeonistę Eneasza Kubita. Czasem stanowi ona ilustrację do wydarzeń, a  kiedy indziej podkład do piosenek śpiewanych przez Stasiewicz. Utwory Piaf zostały przetłumaczone i  zaśpiewane po polsku – ten pomysł początkowo wprowadził mały zgrzyt, później jednak widz przyzwyczaja się, tym bardziej, że Stasiewicz stanęła na wysokości zadania. Jeżeli re-

alizatorom zależało, aby stworzyć przedstawienie lekkie i  przyjemne, to zdecydowanie udało im się to osiągnąć. Lalka może być postacią sceniczną, znakiem plastycznym, ikoną, a  także partnerem aktora. Lalka teatralna ma ogromne możliwości, często można nią unaocznić to, co w teatrze dramatycznym można tylko powiedzieć. Jednak lalkowych spektakli dla dorosłych jest niewiele. Dlaczego? Brak świadomości, że teatr lalek nie jest miejscem jedynie dla dzieci. Winowajcą niepoważnego traktowania tej dziedziny sztuki jest słowo „lalka”, które w  języku polskim oznacza przede wszystkim zabawkę (np. w języku angiel-

skim lalka-zabawka to doll, a  lalka teatralna –  puppet) Lalką teatralną może być wszystko –  dowolny przedmiot, odpowiednio „spreparowana” część ludzkiego ciała, kawałek materiału czy tak jak w arlekinowskim spektaklu – maska. W Łodzi działa także kilka prywatnych, objazdowych teatrów lalkowych np. Teatr Mer, Teatr Malutki czy Teatr Antrakt. Ciekawym pomysłem jest też Baśniowa Kawiarenka –  miejsce, w  którym można zjeść trochę słodkości i  obejrzeć lalkowy spektakl. Nie każde miasto może pochwalić się takimi miejscami, może dlatego warto byłoby z tego skorzystać?


te!art/atr

»Mord« w Nowym

Ja morduję Ty mordujesz On/Ona morduje My mordujemy Wy mordujecie Oni mordują Mord Hanoch Levin Przekład: Michał Sobelman Reżyseria i oprac. muzyczne: Norbert Rakowski Scenografia: Wojciech Stefaniak Kostiumy: Julia Kornacka Występują: Jolanta Jackowska, Kamila Salwerowicz, Katarzyna Żuk, Michał Bieliński, Dymitr Hołówko, Gracjan Kielar, Tomasz Kubiatowicz, Marek Lipski, Sławomir Sulej

przemysław _ jaszczak

Plotka głosi, że w  Łodzi –  w  teatrze – pojawił się Hanoch Levin. Dla niedoinformowanych sprostowanie: Levin to taki ktoś kto kiedyś tam napisał kilka dramatów. Później, gdy już wypłynęły one z  izraelskiej ziemi na salony światowe, okazało się, że warto się z  słowem pisanym tego Pana zapoznać. W każdym razie wydarzenie o  tyle szczególne, że wyżej wspomniany mimo zakończenia wędrówki po planecie Ziemia żywy jest ciągle, tak jak żywe i inspirujące jest to, co napisał. Otóż Mord/Morderstwo jest to dramat wyjątkowy ze względu na problematykę, której dotyka, a  także przez to gdzie i w jakim okresie został napisany. Państwo Izrael do spokojnych nie należy, świadom jest tego każdy przeciętny zjadacz chleba. Niepokoje wewnętrzne, konflikty z  sąsiadami determinują często życie jego obywateli. I właśnie na tej przestrzeni, która hektolitrami krwi

i  limfy jest nasiąknięta powstał tekst traktujący o  morderstwie. Historia przedstawiona w  utworze skupia się wokół trzech morderstw –  pierwsze dokonane zostaje przez żołnierzy na niewinnym chłopcu. Drugie jest de facto konsekwencją pierwszego: zrozpaczony ojciec mści się na niewinnym mężczyźnie w  trakcie jego ślubu, biorąc go za zabójcę swego syna. Ostatnie morderstwo dokonane zostaje na robotniku-podglądaczu, wobec którego wysnute zostają fałszywe oskarżenia. Levin konstruując akcję swego dramatu w  taki sposób, unaocznia nielogiczności towarzyszące morderstwom, wskazuje na spiralę nienawiści, w którą wciągnięci zostają bliscy ofiar. Sytuacja staje się jeszcze bardziej absurdalna w związku z naprzemiennym ogłaszaniem pokoju i wojny. Nikt już tutaj nie wie czy nadal ma zabijać (a jeśli tak to kogo?), czy może już wrócić do domu i spokojnie zasnąć. Czasami słyszy się, że coś ma

9


10 charakter typowo polski, że coś charakterystyczne jest dla naszego narodu. Tak jak muzyka Chopina jest nierozerwalnie związana z  naszą ojczyzną tak i dramaty Levina najsilniej oddziaływają właśnie w Izraelu. Stąd pojawiła się pewna wątpliwość we mnie, czy interpretacja Norberta Rakowskiego posiadać będzie ową siłę przekazu i  czy uda się uwypuklić prawdy uniwersalne jakie Morderstwo niewątpliwie z sobą niesie. Wypowiedź Rakowskiego skupia się na ukazaniu absurdalności dokonywanych zbrodni. Zdecydował się on na uniwersalizacje konstatacji jaką przynosi tekst dramatu. Zrezygnował z dookreślania narodowości ofiar, aby nie gmatwać i tak skomplikowanej akcji. Przyodział aktorów w kostiumy nie przekazujące szczegółowej informacji o czasie akcji. Te wydarzenia mogły być udziałem poko-

lenia dwudziestolecia międzywojennego, jak i  współczesnych nam ludzi. Scenografia minimalistyczna – ograniczona do dwu rzędów krzeseł i ściany zmieniającej swe położenie, właściwie kontrolującej przestrzeń spektaklu. Wszystko to wskazuje na przyjęcie konwencji bezczasu. Pierwsza scena spektaklu, ilustrująca odnalezienie przez ojca

zwłok swojego dziecka, może prowadzić do wniosku, że w sferze aktorskiej, werbalnej zdecydowano się na obiektywność, przekazywanie suchej informacji bez budowania portretu psychologicznego postaci. Jednak następne sceny burzą taką koncepcję. W dalszej części spektaklu zarysowane zostają dramaty bohaterów w  sposób egzaltowany – aktorzy uwypuklają emocjonalne rozterki protagonistów. Taka niekonsekwencja w prowadzeniu gry aktorskiej zaciemnia wizję spektaklu, jest niezrozumiała dla odbiorcy. Na wyróżnienie wśród aktorów zasługuje Sławomir Sulej – jego kreacja robotnika-podglądacza jest bardzo zabawna, przy czym wiarygodna, wręcz natychmiastowo zjednująca mu widownię. Ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie do spektaklu dzieci jako aktorów. Zestawienie niewinności, czystości jaką symbolizują z  okrucieństwem przedstawionej rzeczywistości tworzy psychodeliczny obraz. Niestety obraz ten jest niepełny.

U Levina obsesja wojny jest wszechobecna, śmierć jest na zewnątrz bohaterów, a także w nich samych, odciska na nich piętno, którego nie zmyje czas. W realizacji Rakowskiego nie

czuć tej obsesji śmierci, aktorzy grają tak jakby wojna rozpętała się gdzieś za ogrodzeniem, a  oni są tylko jej obserwatorami. Spektakl dobiega końca, bohaterowie są już u kresu swej wędrówki. Co ciekawe mimo tych wszystkich zdarzeń, w  których uczestniczyli, nie dochodzą do żadnych nowych wniosków. Przemoc ich zniszczyła, ograniczyła percepcję, raz zaznawszy przemocy nie mogą egzystować bez niej. Nie ma dla nich znaczenia czy panuje pokój, czy wojna. Postawy moralne przez nich przyjmowane mają w  sobie pierwiastek nihilistyczny. Pora na konkluzję. Na pewno warty zauważenia i  pochwalenia jest fakt, ze w  Teatrze Nowym podjęto próbę realizacji dzieła bardzo trudnego do wystawienia. Jednocześnie bardzo ciekawego dla widza i  niosącego ze sobą ważną prawdę o  społeczeństwie. Odczucia po obejrzeniu tej inscenizacji miałem mieszane –  z  jednej strony niespójność gry aktorskiej irytowała brakiem uzasadnienia, nie odnalazłem atmosfery ciągłej presji, strachu cechującej tekst dramatu; z  drugiej ujmująca kreacja Sławomira Suleja, dobre rozwiązania scenograficzne. Wydaje mi się, że mimo wszystko jest to spektakl wart zobaczenia. Owszem nie wyszedłem z niego oszołomiony, lecz jest to pierwszy sygnał, że teatr po długim okresie posuch powoli odnajduje swoją własną drogę.


te!art/atr

9

NADZIEI DLA NOWEGO łukasz _ dziuda

Zegar cierpliwości tyka dla Teatru Nowego coraz szybciej. Publiczność wciąż oczekuje wspaniałego spektaklu –  objawienia, które wyjdzie spod pieczy sprawowanej przez obecnego dyrektora. Dotychczasowe propozycje teatralne znajdują swoich zwolenników i przeciwników. Mord przygotowany przez Norberta Rakowskiego nie zbiera pozytywnych opinii, a mniej ambitny i  stokrotnie gorzej zrealizowany Mistrz i Małgorzata, nadal przyciąga publiczność. Nowe władze artystyczne, zdaje się, znalazły sposób na rozsupłanie węzła przytrzymującego myślenie o  Teatrze Nowym, jako o  teatrze dla publiczności mieszczańskiej par excellance. Postawienie na różnorodność estetyczną jest ową receptą. Program taki, mamy nadzieję, uda się zrealizować dzięki zaangażowaniu do współpracy dziewięciu naprawdę ciekawych reżyserów, praktyków teatralnych. Reżyserów kompetentnych,

reprezentujących różne pokolenia. Tych niosących brzemię wielkich zmian na gruncie artystycznym (jak Norbert Rakowski –  pokolenie ’68), jak i tych poszukujących własnego języka teatralnego (jak Tomasz Bazan czy Łukasz Witt-Michałowski). Osobiście najbardziej stawiam na głos młodych, którzy prawdopodobnie uciekać się będą do prowadzenia swoich spektakli za pomocą bardziej odważnych środków. W opiniach o  Katarzynie Raduszyńskiej, Agnieszce Korytkowskiej-Mazur i Szymonie Kaczmarku (znany łodzianom z  reżyserowanego przed dwoma laty spektaklu dyplomowego studentów wydziału aktorskiego „Filmówki” – Cztery – na podstawie Niepokojów wychowanka Törlessa Roberta Musila), często powtarza się, iż w ich działaniach widoczne są podjęte próby poszukiwania własnego języka, co (za Jackiem Wakarem) wróży dobrze na przyszłość. Część z zaproszonych reżyserów ma w  swoim dorobku artystycznym współ-

11


12 pracę z  uznanymi dramaturgami (np. z Daną Łukasińską), reżyserami (m.in. z Krystianem Lupą) i choreografami. Najnowszą premierą, przygotowaną przez Pawła Piterę, są Przyjazne dusze Valentina. Reżyser specjalizuje się w  repertuarze farsowym. Jak wiemy, farsowe teksty nie znoszą ingerencji w ich materię, toteż estetyka Pitery może być określona mianem „bezpiecznej”. W opozycji do „bezpieczeństwa” stanie zapewne duet z  Lublina – Bazan oraz Witt-Michałowski. Pierwszy, łącząc estetykę tańca butoh – tańca ciemności, ściśle związanego z liminalnymi rytuałami przejścia z  własnymi plastycznymi rozwiązaniami, ma szansę zaprezentować łódzkiej publiczności swoje performatywne działania unaocznione za pomocą choreografii konceptualnej. Drugi natomiast, założyciel lubelskiej sceny Prapremier InVitro, ciekawie łączy ze sobą środki teatru zawodowego i off’owego. Wśród zaproszonych reżyserów (poza wymienionymi wyżej) znalazł się także Jarosław Tumidajski i  Piotr Ratajczak, absolwenci wydziału reżyserii krakowskiej PWST. Pozostaje niecierpliwie czekać na premierę zaspokajającą indywidualne gusta, wierząc przy tym, że propozycja któregoś z  dziewięciu wymienionych reżyserów, okaże się być strzałem w  dziesiątkę –  tę subiektywnie rozpatrywaną.

POETYCKI RECYkLING RÓŻEWICZA

– pospektaklowe migawki

Stara kobieta wysiaduje Tadeusz Różewicz Reż.: Marek Fiedor Scenografia i reżyseria światła: Justyna Łagowska Kostiumy: Monika Jaworowska Muzyka: Tomasz Hynek Występują: Stara Kobieta – Barbara Marszałek; Pierwsza Dziewczyna – Dorota Kiełkowicz, Druga Dziewczyna – Izabela Noszczyk, Trzecia Dziewczyna – Grażyna Walasek, Kelner – Dobromir Dymecki, Cyryl – Przemysław Kozłowski, Ślepiec – Michał Staszczak, Pan – Mariusz Jakus, Lekarz – Mariusz Słupiński, Zamiatacz I – Radosław Osypiuk, Zamiatacz II – Hubert Jarczak patrycja _ terciak Wielość tekstów teoretycznych traktujących o dramaturgii Tadeusza Różewicza, wielokrotnie podkreślają niegotowość i palimpsestowość jego dramatów. Zabiegu rekontekstualizacji, za autorem, podjął się reżyser Marek Fiedor, realizując skich ideologii. Ciemiężeni zostaną w Teatrze Jaracza spektakl »Stara ciemiężcami. Wśród nich, zagubiokobieta wysiaduje«. na niejako, zasiądzie Stara kobieta. W przestrzeń przydworcowej ka- Dla niej czas się zatrzyma, także ten wiarni, wpisuje Fiedor różewiczow- biologiczny, bo mimo siedemdzieskie postaci reprezentujące różne sięciu krzyżyków na karku, będzie porządki. Postaci, które z  biegiem chciała urodzić dziecko. I wysiedzi czasu zmienią swoje statusy. Z bo- sobie syna, niczym kwoka jaja. W haterów staną się ofiarami nazistow- świecie zdegradowanych wartości


te!art/atr

przyjmie rolę Matki Natury, uzurpującej sobie prawo do dawania życia. Fiedor dokłada do tekstu Różewicza konteksty znane ze współczesnej nam rzeczywistości. Spektakl przyjmuje więc rytm telewizyjnego show, w  którym epizody następują w  zawrotnym tempie, a  ich bohaterowie nie opuszczają już ramy kadru. Scena zamienia się „w zupełny śmie(r)tnik”. Ze świata po doświadczeniach Auschwitz, pozostają spreparowane szczątki ludzkie; a ich współczesnymi odpowiednikami (wprowadzonymi do spektaklu rekwizytami) zostają manekiny. Do wykreowanego „tu i  teraz”, dołącza reżyser, sceny niczym z  salonu SPA, informacje z prasy (jakże to różewiczowskie) dotyczące zabiegów upiększających, oraz ciekawie prowadzone postaci Zamiataczy. Beatbox’ują oni fragmenty zamieszczonych w  tekście dramatycznym didaskaliów. Frazy powtarzają się niczym refren wraz z każdą zmianą scen. Zamiatacze wyglądają trochę jak pracownicy MPO – przejmują także ich funkcje – sortują śmieci (to jest, manekiny, spadające lawinami z  zaprojektowanych „zsypów” będących jednocześnie widokiem z okien kawiarni). Kostiumy pozostałych, chociażby fragmentarycznie, korespondują z przypisanymi im statusami – biskup ma tiarę, kelner – fartuch, partyzant co się „bawi w wojnę” – uniform moro, etc. Kobiety, w  zależności od sceny, są PRL-owskimi „kobitami” z długiej kolejki sklepowej, klientka-

mi SPA z  plastikowym biustem poprawionym (albo przyprawionym) za duże sumy pieniędzy. Stara kobieta przywdziewa wszystko, co ma przy sobie. Nie przypomina już eleganckiej starszej pani z początku spektaklu. Jest wyniszczoną, pełną smutku, niespełnioną i zawiedzioną przebiegiem wydarzeń osobą. Emocjonalną warstwę postaci Starej kobiety, świetnie oddaje kreująca tę rolę, Barbara Marszałek. Na wyróżnienie zasługuje jedna z  ostatnich scen, kiedy słowa wybrzmiewają jak melorecytowane. Matka Natura – Stara kobieta, wyraża pragnienie posiadania dziecka (wyimaginowała go sobie przecież – w jej przestrzeni syn istnieje, nam-widzom jednak nie jest dane go ujrzeć) niezwykle melancholijnym tonem. Rytm show zostaje tym samym przerwany na rzecz po-

etyckiej kontemplacji. Projekcja niechybnie zbliżającego się końca świata towarzyszy zarówno materii tekstu Stara kobieta wysiaduje, jak i materii inscenizacji Fiedora. Śmietnisko – zagarniający rzeczywistość absolut, oddaje stan społeczeństwa, stanowi tło do przemian zachodzących w  Polsce na przestrzeni lat. W wielu rozwiązaniach scenicznych, reżyser wyraźnie nawiązuje do wpisanych w dramaturgię Różewicza zabiegów. Spektakl ma fragmentaryczną, aczkolwiek spójną formę. Poprzez dodane konteksty, wydaje się, iż mógłby być stale aktualizowany kolejnymi mechanizmami wpisującymi się w naszą kulturę. Stara kobieta wysiaduje, to propozycja zrealizowana poprawnie i efektownie. patrycja _ terciak

»Stara kobieta wysiaduje«, na zdjeciu Barbara Marszałek, fot. Greg Noo-wak

13


14

Na szczytach panują frustraci Teatr na Woli im. Tadeusza Łomnickiego Michał Walczak Amazonia Reż.: Agnieszka Glińska Muzyka: Anna Malarowska Scenografia: Agnieszka Zawadowska Obsada: Patrycja Soliman/Zuzanna Grabowska, Agata Wątróbska, Paweł Domagała, Łukasz Lewandowski, Krzysztof Stelmaszyk, Maciej Zakościelny Są młodzi. Są piękni. Nie może być inaczej, skoro właśnie skończyli studia aktorskie w Akademii Teatralnej. Teraz już tylko wypatrywać propozycji etatu w  jakimś Ważnym Teatrze. Sławy. Blasku. Albo i  lepiej –  trudnego, niewdzięcznego, ale bezdennie głębokiego Życia w Sztuce. Znacie to? Macie znajomych na wydziale aktorskim? Jesteście studentami takiego wydziału? A może dopiero przygotowujecie się na egzaminy? Zanim popełnicie ten błąd, idźcie do Teatru na Woli zobaczyć najnowszą premierę według tekstu Michała Walczaka – dramaturga i mło-

dego i  pięknego i  po Akademii Teatralnej. Jemu co prawda powiodło się w branży, ale – jeśli wierzyć przesłaniu Amazonii – ukończenie szkoły teatralnej to preludium do katastrofy. Zasadniczy konflikt tekstu Walczaka polega na tym, że Mundek i Aneta – jak się rzekło: piękni i młodzi aktorzy –  oczywiście żadnych etatów nie dostają i  żaden blask ich nie czeka. Zaczyna się za to dla nich bolesna konfrontacja z  prawdziwym życiem. Zaczynają się problemy w ich związku, a z nimi – frustracja. Jeszcze chwilę temu profesorowie opowiadali coś o „świąty-

niach sztuki”, a  teraz... kubeł zimnej wody na głowę. Ona biega po castingach, bo chce być finansowo niezależna. On biega po mieście przebrany za kufel piwa, bo szmacić po serialach się nie będzie. Na takie problemy jest tylko jedna rada, powie Walczak. Artyście trzeba odnaleźć oparcie, wektor –  Mistrza. No więc bohaterowie Amazonii odnajdują Mistrzów. Aneta dostaje główną rolę w idiotycznym serialu o warszawskim highlifie, a jej przewodnikiem staje się sfrustrowany Reżyser –  twórca telewizyjnych tasiemców. Mundek odnajduje Jurka


ko/re/spondencja

–  nawiedzonego szamana, ucieleśnienie klisz o  reżyserze poszukującym, niepokornym, przekraczającym. Jadą na odludzie, aby przygotować – jak to się w świecie Wielkiej Sztuki mawia – przedstawienie liminalne, ryzykowne, oraz – ma się rozumieć –  fascynujące. Oczywiście obaj Mistrzowie są siebie warci – jeden frustrat, drugi kabotyn. Pod koniec spektaklu okazuje się zresztą, że to starzy kolesie ze studiów reżyserskich. Swoim podopiecznym nie mają wiele do zaoferowania – bo frustracja pomnożona frustracją nie może dać dobrych owoców. Bohaterowie Walczaka stoją więc w miejscu, czy raczej: w tym miejscu, w którym stoją – grzęzną. Aż do ostatniej sceny, w której jesteśmy świadkami artystowskiej bufonady „dorosłych” już Mundka i Agaty. Walczak napisał dramat – przynajmniej w  zamierzeniu –  opowiadający o  wchodzeniu w  dorosłość. Tytułowa Amazonia mia-

war/saw

ła być symbolem utraconego raju, pięknego marzenia o  nieosiągalnym. Mam jednak wrażenie, że jest w tym tekście (i siłą rzeczy w spektaklu, bo Agnieszka Glińska po prostu zrealizowała zamysł dramaturga) jakiś kiks, który skutecznie nie pozwala wybrzmieć jego przesłaniu – być może gdzieś tam snutego. Moja teoria na ten temat jest następująca:

Tenże sam Michał Walczak pisze od jakiegoś czasu świetne felietony dla miesięcznika Teatr. Ich tematy są „środowiskowe” – bohaterami są reżyserzy, aktorzy, dyrektorzy teatrów, krytycy. Miejsca akcji to oczywiście teatry, kawiarnie, puby, warszawska Akademia Teatralna.

itd. Na deskach teatru te „chwytasy” tracą cały wdzięk i znaczenie. Porozumiewawcze puszczanie oka (średnio raz na dwa zdania) w stronę społeczności Akademii Teatralnej, czy – a niech nawet – polskich szkół teatralnych, jest apetyczne na łamach miesięcznika Teatr, ale na deskach teatru – raczej miałkie. Jest jeszcze coś. Jak rozumieć fakt, że wszyscy –  od całej obsady zaczynając, na dramaturgu i reżyserce kończąc, są absolwentami Akademii Teatralnej? Że dokonali słodko-gorzkiego rozliczenia z  młodością? Odkryli na światło dzienne, że młodość jest beztroska, a  dorosłość trudna? Albo że w teatrze można być albo kabotynem, albo naiwniakiem i nic ponadto? Czy że środowisko teatralne jest sfrustrowane? Może to wszystko i prawda, ale po co zaraz o tym robić spektakl... szymon _ kazimierczak

Walczak pisze prosto, dowcipnie i  błyskotliwie. Prawem felietonisty, pozwala sobie na osobiste zaczepki, nabija się z  koteryjnej małości i  frustracji. Słabość Amazonii polega chyba na tym, że Walczak używa w  niej tego samego felietonowego języka, w  identyczny sposób prowadzi narrację, w ten sam sposób problematyzuje,

15


16

Albo-albo; Sooren Kierkegaard Człowiek się rodzi jako biała kartka. Początkowo bardziej przypomina pustą butelkę niż piwo o złocistej barwie, czekające gdzieś w sklepie na klienta – potencjalnego szczęściarza. Tą pustkę można wypełnić jakąś cieczą. Do flaszki możemy wlać mleko, wodę, koncentrat pomidorowy –  wybór należy do nas. Oczywiście jest determinowany przez to kim jesteśmy. Gimnazjalista przeleje do niej wódkę na szkolną wycieczkę, a kilkuletnie dziecko wrzuci do niej wszystko co okaże się wystarczająco małe i w zasięgu jego rączek. Możliwości tyle ile indywidualności na świecie. Wybór zależny jest jednak nie tylko od naszych cech osobowości lecz także od tego w  jakim stadium życia jesteśmy. Drogi czytelniku, w jakim stadium się znajdujesz? Odpowiedzi na tak ogólne pytania nie przychodzą z  łatwością. Z pomocą przybiega nam 30 – letni Kierkegaard, który jakiś czas temu (a było to tak dawno, że już nikt nie pamięta kiedy dokładnie) napisał dwutomowe dzieło zatytułowane

Albo-Albo. Zawiera w nim i rozwija swoją koncepcję stadiów życia. Wyróżnia trzy: estetyczne, etyczne i  religijne. W swojej wypowiedzi literackiej prezentuje dokładnie pierwsze dwa, jedynie sygnalizując istnienie trzeciego. Rozpocznijmy więc podroż przez to, co przyjemne, rozkoszne i intensywne.

Jest mi dobrze i śpiewająco! Każdy z  nas dąży w  większym lub mniejszym stopniu do odczuwania przyjemności. Nie ma w tym nic złego; masochizm to dewiacja –  trudno oczekiwać od ludzi, żeby w  życiu poszukiwali źródła udręczenia, a  wolne chwile wypełniali melancholijnym rozpatrywaniem swojej egzystencji w  kategorii upadku – ciągłej porażki. Bardzo dobrze o  nas świadczy, że jeszcze potrafimy się bawić i oddawać rozkoszom. Niestety przyjemność i jej odczuwanie jest jak narkotyk. Uzależnia. Ktoś kto raz poczuł uniesienie będzie dążył do ponownego jego odczucia. W pewnym momencie będzie stanowi-

ło determinantę braną pod uwagę przy naszych wyborach. Kierkegaard nazywa taką postawę estetyczną. Cechuje ona ludzi znajdujących się w  pierwszym ze stadiów. Ten moment w  życiu człowieka zostaje przez filozofa uznany za fazę dziecięcą/młodzieńczą, czyli znamienną dla jednostek dopiero się kształtujących, które są na początku długiej drogi kształtowania swojego światopoglądu. Jednak autor nie ulega złudzeniu – nie tylko ludzie młodzi stają się wyznawcami takiej drogi życiowej. Wystarczy, że rozejrzymy się dookoła; znajdziemy bez problemu orędowników estetycznego pojmowania rzeczywistości. Filozofia ma uczyć porządkowania myśli, logicznego wypowiadania się i argumentowania swoich poglądów. Dlatego na drodze dedukcji szybko staje się jasne czemu stadium wyżej opisane jest pierwszym z trzech. Poszukiwania przyjemności początkowo bardzo ekscytujące stają się z czasem męczące, ostatecznie człowiek dociera do miejsca, w którym nie widzi sensu szukania nowych doznań. Pojawia się rozczarowanie i pustka ewoluujące w cierpienie. Jednostka dotychczasowo skupiona jedynie na szaleńczym biegu za tym, co estetyczne odnajduje w sobie potrzebę samorozponania – odnalezienia siebie w natłoku doznań. Rozpacz odczuwana przez estetę, mimo iż z założenia jest uczuciem mało przyjemnym, równoznacznym z  bólem, brakiem kom-


litera tura

fortu psychicznego, w  tym wypadku ma swoje pozytywne strony. Jest mianowicie impulsem do zmian. Nie pojawia się ona w związku z konkretnym wydarzeniem jest raczej poczuciem bezsilności, frustracji powstałej w wyniku świadomości, że jeśli coś nie ulegnie zmianie, to w rozpaczy będzie człowiek egzystował bez końca. Właśnie ten moment zostaje uznany przez myśliciela za pierwszy krok w kierunku przeniesienia się na inny poziom życia, czyli przejścia do stadium etycznego.

Moje ja, moja natura! Stadium drugie opisane w kolejnym tomie jest de facto krytyką postawy afirmującej odczuwanie przyjemności. Kryzys dotykający człowieka, w  trakcie egzystencji w  pierwszym etapie pozwala zastanowić się nad tym kim, dlaczego i jak jestem. Jestestwo jednostki dotychczas zagłuszane przez pogoń za intensywnością doznań jest już gotowe do wgłębienia się w  swoją naturę. Transsubstancjacja się dokonała. Od teraz człowiek wybiera własną naturę. Nie jest uzależniony od doznań, kształtuje siebie i  swoje życie przy pomocy bodźców z  zewnątrz ( tj. z  rzeczywistości). Nie jesteśmy już niewolnikami naszych pragnień, stajemy się odpowiedzialni za nasze bycie. Odrzucamy namiętności, które zwodzą nas przekornie, mamy świadomość,

że są one tylko iluzoryczną watą, za którą nic się nie kryje. Odzyskujemy niezależność. Jesteśmy takimi jakimi być chcemy, świadomie kształtujemy siebie bez względu na ułomność rzeczy nas otaczających. Dzięki rozpaczy, w trakcie której ponownie zauważamy siebie jako podmiot, a nie jako dodatek do wydarzeń mających miejsce odnajdujemy spokój, wewnętrzną harmonię.

Gdy już wybierzemy siebie samego, pozbywając się niepotrzebnego makijażu, odsłaniając twarz poprzez odrzucenie maski, czy też pozy determinującej nasze postępowanie znajdujemy bezpieczne miejsce. Tą przestrzenią stabilizacji i zgodności okazuje się nasza jaźń. W efekcie odsuwamy się od rzeczywistości. Można mówić o tym jako o alienacji, jednak, co ważne, takiej, która nie niesie ze sobą pejoratywnych skojarzeń. Owszem dystansujemy się wobec świata lecz nie odrzucamy go. Pozostajemy z  tym, z  którym lepiej się czujemy, czyli z sobą samym.

Nagle wszystko co irytowało, prowadziło do porażek, znika. Przecież większość złych wyborów podejmowanych przez nas ma miejsce z  powodu presji na nas ciążącej, obowiązków wobec innych, powinności czy oczekiwań.

Dlaczego warto… Sięgnąć po Albo-Albo? Jeśli koncepcja trzech dróg życiowych stworzona przez jednego z  miłośników mądrości do was nie przemawia, to mam jeszcze coś w zanadrzu. Dzieło Kierkegaarda składające się z 11 rozdziałów ujmuje pięknym językiem. Autor niezwykle erudycyjnie opowiada o  swoim odkryciu, przy okazji bawiąc się formą. W pierwszym tomie opowieść snuta jest przez autora A –  estetę. Drugi tom jest polemiką z pierwszym, zapisaną przez autora B –  przedstawiciela postawy etycznej. To wszystko, a także fakt, że ów traktat filozoficzny ukazał się początkowo jako dzieło Victora Eremita (jeden z  pseudonimów Kierkegaarda) wskazuję na geniusz duńskiego myśliciela, a lektura Albo-Albo staje się intelektualnym wyzwaniem i  wielka przyjemnością. HEJ! Czytelniku, zakreśl bliższą Ci odpowiedź: • Szukam estetyki • Szukam etyki łukasz _ dziuda

17


18

Liber

alna

Wstęp do Liberatury

Złap najbliższą Ci książkę i weź ją podrzyj, odgryź nazwisko autora, napluj na zaczernioną przestrzeń. Zrób to wszystko, bo jesteś sfrustrowany ułomnością języka, którym się posługujesz. Między tym co pomyślane a tym co zapisane stawiamy znak nierówności. Na pomoc wszystkim borykającym się z nieodpowiedniością języka przychodzi Liberatura. Termin, pojawił się w 1999 roku, ojcem jego jest zaś Zenon Fajfer, odnosi się do pisarstwa totalnego czyli takiego gdzie warstwa werbalna jest organicznie związana z fizycznością książki, nie jest już ona tylko przestrzenią dla dzieła literackiego ale się nią staję. Każda zmiana dotycząca czcionki/jej koloru/rozmieszczenia przestrzennego słowa/wielkości/ każdy znak graficzny/zabielona/ zaczerniona/wypełniona kolorem przestrzeń staje się informacją, symbolem, którego rozszyfrowanie należy do zadań czytelnika. Nagle typografię można uznać za pełnoprawny środek literackiego wyrazu. O ile łatwiej eksplikować swe myśli posiadając takie narzędzia, o ile bardziej satysfakcjonujące jest pisanie bez względu na utartą konwencję ! O ile trudniej… to wydawać, edytować, sprzedawać, przekonać wydawców czy introligatorów do szanowania pracy pisarza i nakłonić do nie ingerowania w jego wizję. Oprócz wyżej wspomnianych komplikacji istnienie liberatury, a przede wszystkim zaakceptowanie faktu jej istnienia, zmusza teoretyków do redefinicji pojęcia dzieła literackiego. W przypadku zetknięcia się z takim pisarstwem trzeba pamiętać przecież, że pojęcie to ulega rozszerzeniu. Otóż tworzywo to także kartka, kawałek drewna, nie tylko język – forma – nie tylko tekst lecz powierzchnia – książka – już nie tylko wolumen a w nim zszyte kartki, lecz każda (dowolna) forma – ostatecznie dzieło literackie – zawierające już pojęcie książki jako integralnego składnika. Przestrzeń literacka najczęściej rozumiana jest jako przestrzeń świata przedstawionego a więc miejsce akcji, jej czas i tak dalej. Natomiast Zenon Fajfer słusznie zauważa, że przestrzeń dzieła literackiego w pierwszym, głównym znaczeniu to książka! Kartki papieru /czy też inne tworzywo służące za nośnik tekstu/ są przestrzenią literacką i to dzięki tej realnej przestrzeni możemy mówić o wszystkich innych. Tak więc Liberatura zdaje się być ciągłą ekspansją litery, słowem pisanym, w  którym waga słowa jest znacznie cięższa, bardziej precyzyjna a zależności między zdaniem, literą czy akapitem są wyraźniej i klarowniej zarysowane.


litera tura

Mimo tego, Mimo tego, że pojęcie Liberatury opracowane zostało dopiero w rok przed drugim tysiącleciem, łatwo odnaleźć jej przykłady w literaturze wcześniejszej. Za przykład niech posłuży chociażby Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. Książka ta wydawana jest z reguły z taką samą ilością stron ( 628) z zachowaniem 36 linijek wersowych na stronie. Czemu ? Właściwie niewiadomo z jakiego powodu wydawcy zachowują taką zgodność jeśli chodzi o wydawanie tej powieści. Należy założyć, że ilość stron i kompozycja tekstu nie jest przypadkowa. Typowym natomiast przykładem liberatury jest poemat Raymonda Queneau Cent mille milliards de poemes. Wydanie składa się z 10 sonetów przy czym, każda linijka wersowa została wydrukowana na osobnym pasku. W efekcie odbiorca może dowolnie łączyć linijki tworząc własne poematy. Ilość możliwych kombinacji oszałamia, to tytułowe sto tysięcy miliardów wierszy. Kolejnym przykładem liberackich poszukiwań są The Unfortunates Johnsona, gdzie anarchiczny tryb pracy naszego umysłu, a także intensywne stany emocjonalne bohatera zostały zaakcentowane poprzez 27 składek znajdujących się na pudełku. Autor oznaczył tylko pierwszą i ostatnią. Zadaniem czytelnika jest ułożenie historii, a właściwie wymyślenie własnej chronologii – przecież nigdzie nie opublikowano jej w formie zwartego tomu. Chwalebny jest fakt, że dzięki korporacji Ha!art możemy konfrontować się z Liberaturą w naszej rodzimej Polsce. Podjęte przez nich wysiłki, aby zebrać w jednej serii najznamienitsze jej przykłady, pozostaje jednak ciągle niedoceniony. Szkoda, przecież możliwości zapoznania się ze słowem pisanym w tak bądź co bądź rewolucyjnej formie często nie mamy, warto więc skorzystać, gdy ktoś podsuwa nam pod nos dzieła wyjątkowe. łukasz _ dziuda

atura

liter

19


20


litera tura

Jakie znaczenie mają rzeczy nie z tego świata? – Murakami i »1Q84« »1Q84« Haruki Murakamiego została wydana w 2009 roku, w Polsce ukazała się z końcem roku 2010. Czytelnicy oczekiwali na nią niecierpliwie, ponieważ ostatnia powieść »Po zmierzchu« pojawiła się w roku 2004. Podczas długiej przerwy Murakami pracował nad trylogią, któraw całości powinna dotrzeć do Polski pod koniec bieżącego roku. Co można uznać za fenomen nowej powieści Murakamiego? Podwójną narrację prowadzoną naprzemiennie przez dwoje głównych bohaterów, podział na dwa światy –  rzeczywisty i równoległy (bohaterowie i  czytelnik powoli zaczynają zatracać różnicę między nimi) oraz widoczne nawiązanie do George’a Orwella i  jego Roku 1984. Mimo klarownego odniesienia, pisarz nadaje swojej książce zupełnie inny ton niż angielski wizjoner. Bohaterowie wspominają o  Roku 1984, o  jego fenomenie a  także o  Wielkim Bracie. Tego jednak dowiadujemy się co najmniej w połowie książki, Murakami nie czyni z  nawiązań wątku dominu-

jącego. Stają się one tłem akcji toczącej się w powieści. Bohaterami 1Q84 są kobieta i mężczyzna – Aomame i Tengo. Kobieta na co dzień zajmuje się instruktażem sztuk walki w  luksusowym klubie fitness, po godzinach staje się płatną morderczynią. Mężczyzna pracuje jako wykładowca matematyki na kursach przygotowawczych, a  w wolnym czasie pisze powieści. Z pozoru nic ich nie łączy, żyją w dwóch różnych światach. Dalsza lektura uświadamia jednak, że bohaterowie z  każdym rozdziałem zbliżają się do siebie, w dodatku nie są sobie obcy. Aomame jest kobietą oschłą, wręcz szorstką w obyciu. W samotności prowadzi zdrowy tryb życia.

Na zlecenie starszej pani, w perfekcyjny sposób, zabija mężczyzn znęcających się nad kobietami. Dokonuje zbrodni doskonałych, nigdy nie zostawia śladów. Mimo swej zimnej aparycji i  zdystansowania, pragnie jednej rzeczy: odnaleźć mężczyznę, w którym kocha się od dzieciństwa. Tengo, mężczyzna silnie zbudowany, pracuje na zlecenie dla redaktora Komatsu, redagując drobne teksty. W wolnym czasie pisze powieści, które potem wysyła na konkurs debiutów do tej samej gazety. W piątki spotyka się ze swoją kochanką, a popołudniami wykłada matematykę. Pewnego dnia, w trakcie wstępnej selekcji konkursowych tekstów, napotyka na powieść Powietrza poczwarka autorstwa Fuka-

21


22 eri. Wraz z  Komatsu odnajduje autorkę. Okazuje się nią być siedemnastoletnią dziewczyną o dosyć niecodziennym zachowaniu. Mężczyźni postanawiają poprawić utwór i spowodować, żeby otrzymał główną nagrodę. Przytoczone wydarzenia stanowią wstęp do wielkich zmian w życiu Tengo. Powieść Fukaeri jest kluczem do odkrycia tajemniczej sekty Sakigake oraz mających tam miejsce niebezpiecznych praktyk. Powietrzna poczwarka kryje w sobie odpowiedź na pytanie: kim są Little People oraz dlaczego Fukaeri uciekła z Sakigake.

Symultanicznie, Aomame zaczyna odczuwać niepokój, związany z  licznymi zmianami, jakie zaszły w  ostatnim czasie. Japońska policja zaczęła używać innej broni, w  górach odbyła się wielka strzelanina a na niebie pojawiły się… dwa księżyce. Zdziwienie wynika z  faktu, że nie zarejestrowała tych zmian. Aomame stwierdza, iż znajduje się w równoległej rzeczywistości. Dla rozróżnienia obu światów, swojemu nadaje nazwę „1Q84”. W dodatku do domu samotnej kobiety prowadzonego przez starszą panią, przychodzi dziewczynka imieniem Tsubasa. Okazuje się, że uciekła z  sekty, której lider gwałci dziewczęta. Po tym incydencie Aomame zosta-

je poproszona o zabicie przywódcy Sakigake. Z końcem powieści ma się ochotę przytaknąć sformułowaniu: „To dopiero początek”. Autor zostawia czytelnika z pytaniami o to co będzie dalej, czy dwoje głównych bohaterów w końcu się spotka, co z  dwoma księżycami, z  Little People i… co z nami. Ostatnie z pytań wydaje się być zupełnie nie związane z  fabułą powieści, ale Murakami posiada specyficzną cechę, tłumaczącą pojawianie się wątpliwości/ciekawości dotyczących różnych porządków.

Z pierwszym zdaniem otwiera dla nas drzwi do świata jego postaci, a my, nieświadomi potencjalnego „niebezpieczeństwa”, wkraczamy weń i zaczynamy tam egzystować. Co łączy tę powieść z  innymi utworami autora? Dla kogoś, kto jest zaznajomiony z twórczością Murakamiego, wspólnym aspektem będzie dwutorowy sposób prowadzenia narracji. Zabieg ten został zastosowany między innymi w Koniec Świata i  Hard-Boiled Wonderland oraz Kafka nad morzem. Po drugie –  niemalże nieprawdopodobny splot zdarzeń, postaci, miejsc. Większość utworów Murakamiego

oparta jest na tej swoistej niezwykłości, ale nie na fantastyce. W pewnym sensie to więcej niż fantastyka –  ukazanie znanego wszystkim świata w  innych barwach, zwrócenie uwagi czytelnika na zachodzące w nim zmiany. Świat Murakamiego ma podwójne, a  nawet potrójne dno. Pierwsze znane każdemu – czytelnikowi i bohaterowi; drugie odmienne, zmieniające otaczającą rzeczywistość, widocznie dla bohatera i czytelnika, ale nie dla wszystkich postaci utworu; oraz trzecie –  symboliczne, które nie jest dane ani bohaterowi, ani czytelnikowi.

Ukryte, przekazane podprogowo, niosące ze sobą niejasne znaczenia. Murakami zostawia nas na skraju stromego urwiska, bez możliwości przejścia na drugą stronę. Musimy czekać na jego dalszy ruch, aż przerzuci do nas linę, po której będziemy mogli przejść i poznać dalszą część historii. Lina została przerzucona a druga część powieści wkracza na bardziej mroczne i  niebezpieczne tory. Możliwe, że 1Q84 będzie najbardziej przerażającą i krwawą powieścią w dorobku Murakamiego. katarzyna _ skręt [na podst. 1Q84 H. Murakamiego, przekł. Anna Zielińska-Elliot, 2010]


film

Black and white, czyli »Black Swan« Reżyseria: Darren Arnofsky Scenariusz: Mark Heyman John J. McLaughlin Adres Heinz Zdjęcia: Matthew Libatique Muzyka: Clint Mansell Obsada: Natalie Portman, Mila Kunis, Vincent Cassel, Barbara Hershey, Winona Ryder Jawa i sen. Realność i wyobrażenie. Perfekcja i niedoskonałość. Lekkość i ból. Przegrana i spełnienie. Destrukcja i kreacja. Komizm i tragizm. Tandeta i nowatorstwo. Nuda i szaleństwo. Czystość i erotyka. Subtelność i agresja. Przykładność i narkotyki. Ambiwalencja. Destabilizacja. Rozszczepienie umysłu. Rozdwojenie jaźni. Daj szansę. Za wszelką cenę. Wytrzymam. Dokonam tego. Bo dążę do perfekcji. Chcę być doskonała. Ale sama jestem dla siebie przeszkodą. Bo moje marzenia prowadzą mnie na dno. Darren Arnofsky i  Natalie Portman. Z tego połączenia musiał wyjść wirtuozerski popis. Niby temat nie wniósł nic nowego do historii kinematografii. Poszukiwanie siebie, odkrywanie czarnych stron swojej duszy, zatracenie się, obłęd, niewytrzymanie presji –  to dosyć powszechne motywy. Jednak w  „Czarnym Łabędziu” pojawił się jakiś mały haczyk, który sprawia, że po wyjściu z sali kinowej nie da się o dziele szybko zapomnieć, że w  głowie wciąż sły-

szy się muzykę Clinta Mansella, a pod powiekami pojawiają się obrazy za przemian czarne i  białe. Zdradź sekret swej sztuki o boski Darrenie! Odkryj tajemnicę swej postaci, o cudna Natalie! W pewnym nowojorskim teatrze odbywają się próby do nowego spektaklu baletowego Jezioro Łabędzie. Wśród wielu tancerzy jest młoda, łagodna, cnotliwa Nina (Natalie Portman), która całe swoje życie podporządkowała baletowi. Nie ma przyjaciół, chło-

paka, przyjemności, rozrywek. Zahipnotyzowana zamknęła się w swoim różowym pokoju z mnóstwem maskotek, by żyć z despotyczną matką – byłą baletnicą, która swoje niespełnione ambicje przenosi na córkę i żyje jej karierą. To pod jej ogromnymi skrzydłami wychowuje się i  doskonali młoda baletnica. Tak naprawdę jest jeszcze małą, niedojrzałą dziewczynką w ciele dorosłej, pięknej kobiety. I mimo że w artystycznym świecie próbuje uwolnić się od mat-

23


ki, wpada tam w  kolejną pułapkę –  paniczny strach przed niespełnieniem ambicji, histeryczne wręcz dążenie do kariery. Życie Niny to piruet idealnie wyreżyserowany, wyćwiczony do perfekcji przed domowym lustrem i  przeniesiony na scenę teatru. Zakrwawione palce jeszcze bardziej podsycają jej żądze, by tańczyć i  wytańczyć w  sobie wymarzoną primabalerinę, doskonałą w każdym calu. Ale balet to nie tylko porcelanowe lalki i figury rodem z pozytywki. To mordercza praca pełna potu, krwi i  łez. Wyrzeczenia, zakazy i  nakazy. Sednem jest ukazanie lekkości mimo ogromnego bólu. I okazuje się, że technika to nie wszystko… Tak naprawdę bohaterka musi zmagać się ze swoim życiem prywatnym, nie zawodowym, by wygrać walkę o  główną rolę w  spektaklu. Niewinna, wiotka, subtelna, spokojna i  ułożona – idealna do roli Białego Łabędzia.

Jednak według pomysłu reżysera Thomasa (Vincent Cassel) Królowa Łabędzi ma połączyć w sobie zarówno białą jak i  czarną naturę. W mrocznej i niegrzecznej kreacji Nina byłaby zupełnie nieprzekonująca. I tu zaczyna się perwersyjna gra. Wyzwolić drapieżność, erotykę i  agresję z  niewinnego usposobienia Niny. W momencie gdy pojawia się zmysłowa i  uwodzicielska Lily (Mila Kunis), posiadająca wszystkie cechy brakujące Ninie do roli Czarnego Łabędzia, następuje powolna przemiana w  głównej bohaterce. Przyjmuje wyzwanie i akceptuje zasady gry. „Jedyną osobą stojącą Ci na przeszkodzie jesteś Ty sama” – słyszy z  ust swego artystycznego guru. Za słaba? Za mało doświadczona? Bezbarwna? Zbyt przeciętna? Niemożliwe. Bunt wydaje się być jedynym rozwiązaniem. Zatem niewiele myśląc dziewczyna podąża w głąb siebie, kierując się erotycznymi drogowskazami reżysera i… swej rywalki. Atmosfera zagęszcza się z każdą chwilą i  jak smoła zalewa niewinną Ninę. Dziewczyna topi się w  niej jednak nie zamierza się poddać. I wcale nie musi stwarzać w  sobie od nowa ciemnej strony swojego JA, bowiem posiada ją i musi tylko wydobyć. A jaki jest na to sposób? Zupełne zatracenie się w  szaleństwie i  obłędzie, co prowadzi do balansowania na cienkiej granicy między jawą a  snem.

Prowadzi na skraj przepaści. Nina to dziewczyna piękna lecz zupełnie aseksualna. Przeciwieństwo Lily, która to erotyzm wypisany ma na twarzy. To ona zabiera Białego Łabędzia do klubu, gdzie nastąpi pełne złamanie niewinnej osobowości. Dziewczyny były dodatkowo skontrastowane poprzez kolorystykę kostiumów. Nina nosiła się jasno, natomiast Lily posiadała głównie ciemne elementy garderoby. Tym bardziej widoczny był moment przemiany, kiedy Nina pierwszy raz włożyła na siebie czarną bieliznę swego alter ego. Od tej pory nie było już odwrotu. Metamorfoza postępowała wraz z obłędem. Zaczęły się halucynacje. Krew, podobizny, atakująca opętana matka. Apogeum nieświadomości nastąpiło w  perwersyjnej scenie seksualnego kontaktu dwóch bohaterek, który okazał się jedynie erotyczną fantazją. Finalna scena idealnie ukazuje jak


film

in/out

spektakl mocno zaszczepił korzenie w  życiu baletnicy. Bohaterka Natalie Portman w  żaden sposób nie przypomina tu niewinnego, niepewnie stąpającego po świecie brzydkiego kaczątka. Stała się aż zbyt pewną siebie i agresywną dojrzałą kobietą zdolną zabić z zazdrości. Ale zabijając Czarnego Łabędzia zabiła siebie samą, bo… „chciała być doskonała”. Film przesycony jest erotyką i krwawymi obrazami. Jednakże fizyczny ból, okaleczenia, wyczerpanie i psychiczne katusze nie odrażały i  nie zrażały do dalszego oglądania. Ale owy thriller ma niestety i  wadę, bardzo dużą wadę. Wystąpiły tanie, kiczowate chwyty, które (chyba) miały wzmocnić poniosły nastrój grozy. Metamorfoza Niny z  Białego w  Czarnego Łabędzia, kiedy to na jej skórze, niczym od wewnątrz nasiąkniętej czarnym atramentem, wyrastają małe piórka, zrośnięte palce czy przesadna wiotkość nóg bohaterki w  zalewie halucynacji. Niestety, sceny te zamiast wzbudzać podziw czy strach, wywołują jedynie śmiech i  rozproszenie uwagi widza. I mimo świetnej pracy reżysera Darrena Arnofsky’ego i  genialnych zdjęć Matthew Libatique, w pamięć zapada głównie Natalie Portman. Nie fabuła, nie przesłanie, a jedynie fascynująca kreacja pięknej aktorki. ania _ worach

MOŻNA SIĘ BAWIĆ... ALE W CISZY, PROSZĘ! Tak właśnie wygląda impreza opatrzona nazwą »Silent Disco«, której do tej pory nie można było doświadczyć wśród łódzkich, muzycznych przestworzy. Ale przecież nic nie jest wieczne i wszystko się zmienia! Wcześniej o tego typu wydarzeniu słyszałam tylko, że co jakiś czas odbywa się w  Nowym Teatrze w  Warszawie. Ale zbawienny FACEBÓG zadbał, bym nie przegapiła »Silent Disco« w rodzinnym mieście. Brzmieniowe wiatry ze stolycy dotarły i do nas.

GDZIE? Nasiadownia w  Starej Szwalni –  można umieścić ją w  katalogu dziwnych i osobliwych, a także niezwykle klimatycznych miejsc. Trzypiętrowy kompleks, zachowujący postindustrialny klimat, stał się miejscem idealnym do zorganizowania imprezy. Przestronność i ekonomiczny wystrój to kolejny plus na rzecz Nasiadowni.

JAK SIĘ BAWIĆ W SILENT DISCO? Zasady są bardzo proste: • musisz przyjść – to po pierwsze, • zrzucić z siebie ochronną barierę wstydu – to po drugie (bo z początku parkiet oczywiście świeci pustkami...),

25


26 • po trzecie (w końcu najważniejsze) – założyć słuchawki na uszy i odpłyyyyynąć! Do wyboru masz trzy kanały, każdy zaprasza na inną imprezę. Ty decydujesz na jakiej właśnie jesteś i  do czego tańczysz. Najzabawniejszym jest moment, w którym zdejemujesz słuchawki, siadasz i  przyglądasz się bandzie świrusów, którzy tańczą w ciszy, są całkowicie zaabsorbowani czymś co płynie z  tajemniczych czarnych nauszników, każdy wykonuje ruchy w innym rytmie – widok jest naprawdę NIEZAPOMNIANY. Ale ja rozkoszowałam się tym tylko przez chwilę. Zdecydowanie lepiej przywdziać maszynę na uszy i dołączyć do zabawy w psychiatryku. Rozpoczęcie imprezy zaingurował zespół kolevtiv Snowman, a imprezą odbywającą się piętro wyżej zaopiekowali się już DJ Bold, DJ Mike i  gościnnie... duma Łodzi na lądzie i  w przestworzach –  Balbina Bruszewska. zuzanna _ kołodziejczyk

Damy albo nie-Damy Autobus linii 80 łódzkiego MPK. Widok nie z  tej ziemi. Do tegoż właśnie publicznego transporteru wsiadły trzy kobiety. Raczej można mówić, wiek podeszły. Raczej można twierdzić, że ubogie. Raczej można twierdzić, że wracały z rynku. Raczej nie mam wątpliwości, że były to trzy najpiękniejsze kobiety, jakie widziały moje oczy. Majestat promieniał z  ich ciał. Usta śmiały się i odsłaniały resztki pozostałych zębów. Kobiety, które pogodziły się z biegiem czasu i zestarzały się pięknie. Stałam, tępo wlepiałam w  nie wzrok i  nagle jak obuchem w łeb uderzyła mnie świadomość, że takie persony są już na wyginięciu. Rzadkim okazem są naturalne, takie jak zostały stworzone, nie poprawione kobiety. Nie spotyka się już na każdym kroku kobiet inteligentnych, z  pasją, które reprezentują siłę i niezależność. Nie mogę, nie nadaję się, nie potrafię. Żyć w świecie gdzie kobieta

przestaje być kobietą, usta są z kolagenu, rzęsy z  plastiku a  paznokcie z  akrylu. Przemieszczam się przez łódzkie ulice i przybija mnie ilość sztucznych dziewczynek z natapirowanymi włosami i  pomarańczową twarzą. Możliwe, że to temat poruszany wszędzie, media trąbią śmiejąc się z Joli Rutowicz i Dodzi. Powstają filmy, filmiki; internet kipi słodkimi „zdjęciami z ręki”. Barbie na barbie. Plastikowa szarańcza zalewająca całą moją przestrzeń. Chodzę tymi ulicami, mijam te kobiety i  czuję się coraz gorzej. Jeżdżę tymi tramwajami, autobusami gdzie przemiliusi piskliwy chichocik rozwala moje uszy. Gdzie to się zaczęło, w  którym momencie kultura wytworzyła potwory. Komu medycyna dała prawo do niszczenia naturalnej piękności? Jeśli nie wiecie o co mi chodzi, to zamiast spieszyć na nowy odcinek My Sweet Sixteen, czy na świeżutki filmiczek z  jutubka to zapra-


in/out

szam do kin. I nie na kolejną zapewne iście wspaniałą i  oryginalną polską komedię, tylko na bajki. Disney od zawsze, bez ceregieli daje nam rozrywkę cudowną i czystą samą w sobie. Dwie ostatnie animacje tej wytwórni rozochocą wszystkie serca. Księżniczka i  żaba i  Zaplątani, nie mówcie, że jesteście za starszy. Bo te bajki są dla wszystkich. Disney częstuje nas księżniczkami w  nowej odsłonie. Uwspółcześnione, przystępne. Fantastycznie narysowane kobietki. Księżniczka i  żaba to fenomenalnie oddany klimat Nowego Orleanu lat 20. Jazz, gitara, śpiew i  magia. Rozwibrowany świat Ameryki. Tylko halo, halo! Coś tu nie gra. Księżniczka jest czarna, tfu! Afroamerykanka, całuje żabę i  zmienia się w  żabę. Sam książę też jakiś mało książęcy –  lekkoduch, muzyk, artysta. Całkowicie przyjemna autoironia. Ta animacja nie opływa w jakąś postmodernistyczną papkę, puszczając do widzów oczko pełne aluzji. Jest krystaliczną magią samą w sobie i  piękną historią o  poszukiwaniu szczęścia. Ale, skupmy się na kobietach, bo to o  nie chodzi. Główną bohaterką jest ambitna i  niezwykle atrakcyjna Tiana. Nie jest prawdziwą księżniczką, tylko kobietą wychowaną w domu pełnym miłości, zrozumienia i ciepła. Jej postać odznacza się niezwykłą dojrzałością emocjonalną. Ta kreacja pokazu-

je jak wielką ewolucję przeszły disnejowskie księżniczki. Kopciuszek tylko czekała na szczęście, a  Tiana do szczęścia dążyła. Reprezentuje postawę kobiety wyzwolonej, mądrej, znającej swoje miejsce w  świecie. Tego mi właśnie brakuje w naszej rzeczywistości. Że w głowie nie imprezka, wódeczka, nażelowani panowie, ale coś więcej. Rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się Tiany. Piękna Roszpunka z  Zaplątanych jest dowodem na to, że trzymanie jej pod szklanym kloszem w  wieży bez schodów nie upośledziło jej zmysłów, a  wręcz przeciwnie podbudowało temperament i pomysłowość.

Wydawać by się mogło, że nie da się stworzyć nic odkrywczego z legendy o długowłosej Roszpunce, bo bądź co bądź to bajka inicjacyjna. Na szczęście Disney Animation Studio udowadnia nam, że tradycje nie zaginęły, mają tylko nową twarz. Roszpunka, przytłoczona balastem ciążącej na niej mitologii, od rysowników dostaje nową osobowość. Temperamentną, zawadiac-

ką, zabawną, inteligentną. Znowu nie mamy do czynienia tylko z  księżniczką bez skazy, na którą czyha niebezpieczeństwo. Kreuje nam się za to przed oczami obraz goniącej za marzeniami dziewczyny, wkraczającej w  dorosłość. Jest stereotypową blondwłosą pięknością, jednak obdarzoną wyczuloną intuicją, ciepłem. Na tą księżniczkę zostało rzucone z  przymrużeniem oka. Zwiewność i lekkość wzbogacona jest o napady histerii, płaczu i chwil słabości. Czy naprawdę nie można czerpać wzorców właśnie z takich postaci? Trzeba przełamać barierę wstydu, że bajki są tylko dla

dzieci. Przyjąć to, co proponuje Disney. Siła sprawcza wyobraźni jest naprawdę wielka. Może nie wszystko jeszcze stracone, może duże dzieci wychowane na Dragon Ball uwierzą, że jak się chce, to się da. Świat wyobraźni jest cudowny, warto się w  nim zatracić. Czasem zwyczajnie nie myśleć o  nowej farbie Wellaton i  najnowszej maskarze Rimmel. Mam miejsce, to apeluję: Panowie, nie jesteśmy tylko naczyniem na wasze członki. Panie, plastik nie jest cool. martyna _ kosiorek

27


28

strzemiński S T R Z E M I Ń S K O E E W D Ó N (N) Z O L O A I U W W E Ó B A R L Ą K I I O S R A R I N ZA O G P T O L Y A A K C N I L AI Z _ I J A L A ! M AA _ A Spełniający swe posłannictwo M PostępoWiecHC T A I J Y Nieprzejednany S Aodkryw Czy G T Z Z A pięty na wszystkie guziki O Opa Nowany Bojownik a Rtystycznej awangardy ZRównoważony A D Człow Iek nauki i postępu Typowy przedst Awiciel Europejczyka Ą

I D E

Z

Zapięty zawsze na wszystkie guziki, opanowany i zrównoważony – był typowym przedstawicielem Europejczyka, człowiekiem nauki i postępu, spełniającego swe posłannictwo na tych arkuszach mapy, śpiących snem Złotej Hordy. [...] Jako postępowiec, nie upierał się przy konieczności niepodległego bytu dla Polaków. Jako ekwiwalent za tę rezygnację z dążeń ojców, zgodziłby się na prześwietloną rozumem i wzajemnym szacunkiem republikę wolnych i równych Europejczyków. Z niedokończonej powieści W. Strzemińskiego Zeszyt II, lata 40. XX wieku Omawiając zagadnienia sztuki, Strzemiński wyróżniał dwa systemy: kontrastów i  obliczeniowy zjawiska przestrzennego, inaczej dramatyzm i  architektonizm. Oba doskonale widać w  najnowszej wystawie poświęconej artyście w ms2, której otwarcie nastąpiło na koniec listopada 2010r. Zatytułowana jako POWIDOKI ŻYCIA. WŁADYSŁAW STRZEMIŃSKI I PRAWA DLA SZTUKI. Podstawą dla owego projektu stała się niewielka grafika Katji Strunz z 2002r. W przestrzeni zakreślonej przez dwa odcinki grubej linii, zestawione ze sobą pod kątem prostym, pojawia się napis ZEITTRAUM. W ostateczności, słowo to zostaje wykorzystane do zaprojektowania planu, stanowiącego podstawę dla wzniesień ścian tworzących przestrzeń ekspozycji dla dzieła Władysława Strzemińskiego.


Trzy słowa stanowiące bazę dla tejże wystawy to: POWIDOK, ARCHITEKTONIZACJA, PRAWO. Zaczerpnięte są z myśli zarówno praktycznej jak i teoretycznej Strzemińskiego. Pierwsze – Powidok – jako zjawisko fizjologiczne, w którym siatkówka oka zachowuje wrażenie wzrokowe, mimo że pozostało działanie bodźca, który je wywołał. Przedłużone utrzymywanie postrzeżeń powoduje ich przenikanie i nawarstaiwanie się. Dzięki temu, łączą się one ze sobą. Wystawa staje się więc powidokiem życia i działań Strzemińskiego, dzięki dziełom stanowiących powidoki doświadczeń wzrokowych i teoretycznych artysty. Drugim słowem jest Architektonizacja. Ma ona ścisłe powiązania z poprzednim terminem, bowiem dokonuje się na bazie machanizmów powidokowych. Architektonizacja jest jednak o tyle istotna, że gwarantuje możliwość urzeczywistnienia artystycznych inwencji w życiu. Instalacja Katji – ZEITTRAUM – jest właśnie architektonizacją własnej idei artystki, ale także twórczości Strzemińskiego. Ostatnie – Prawo – odnosi się do prawideł budowy dzieła, które artysta uparcie próbuje odkrywać gdyż tylko prawidłowe jego wytworznie może uczynić model, z którego należy formować dalsze życie. Okazuje się, że wszytskie trzy pojęcia dzielą wystawę Strzeminskiego na cztery części, jakim są: • Prawa sztuki • Architektonizacja życia • Powidoki życia • Prawa dla sztuki Choć to bardzo szeroka prezentacja, to obejmuje ona jedynie te dzieła, dzięki którym Strzemiński dokonywał odkryć, służących rozwojowi sztuki a co za tym idzie, jego teorii unizmu, która oficjalnie wpisała się w kanon pojęć. Generalną normę unizmu, odnoszącą się do wszelkich form wypowiedzi artystycznej, stanowił wymóg „jedności dzieła sztuki z miejscem, w jakim powstaje”. W malarstwie obowiązywało dążenie do zaakcentowania pełnej autonomii obrazu jako płaskiego czworoboku wydzielonego ramami z otoczenia i całkowicie zamkniętego w sobie. U podstaw unizmu leżała zasada pełnej jednorodności obrazu zbudowanego na prawach jemu tylko właściwych, działającego jako jedność optyczna pozbawiona wszelkich kontrastów. zuzanna _ kołodziejczyk

29


30

silent


disco

31


notatki


PROSCENIUM nr_3 /marzec/2011  

Bierz mnie!

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you