Page 1

Conor Kostick „Saga” II część trylogii Kroniki Awatarów przekład: Dariusz Kopociński Moje pierwsze wspomnienie jest bardzo wyraźne: człowiek w garniturze i starym płaszczu przeciwdeszczowym pochyla się nade mną, na surowym obliczu wyraz troski. Po niedawnym deszczu na kamiennym gzymsie, wysoko nad nami, zbierają się czarne krople wody. Puchną i niechętnie, jedna po drugiej, spadają na tle ciemnego nieba. „Nic ci nie jest, dziewczynko?” „Nie, nic”. – Trochę się wstydziłam, że leżę na mokrym chodniku, ale najgorsze było to, że nie miałam zielonego pojęcia, kim jestem. „No dobrze. – Waha się, jego szare oczy odsuwają się ode mnie. – W takim razie ja idę”. „Nie ma sprawy. – Macham ręką. – Dzięki za troskę”. I tyle. Wydaje mi się, że miałam wtedy dziewięć lat. Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Bałam się, że zdarzył się wypadek i straciłam pamięć. Próbowałam wygrzebać z pustej głowy jakąś wskazówkę – odgadnąć swoje nazwisko, przypomnieć sobie krewnych, cokolwiek. Czarnoskóra dziewczyna, której postać odbijała się w przyciemnionej szybie najbliższego autolotu, była mną – rozpoznałam tę twarz. A jednak przez chwilę miałam straszne wrażenie, że to ktoś zupełnie mi obcy. W tym momencie dowiedziałam się o sobie przynajmniej jednej rzeczy: byłam złodziejką. Praktycznie bez udziału mojej woli ręce wśliznęły się pod płaszcz troskliwego mężczyzny, zwędziły portfel i sprawdziły zawartość. Posiadał żółtą kartę – pierwsza klasa, choć nie wyglądał na takiego, któremu by przysługiwała. „Proszę pana! – zawołałam za nim. – Coś panu wypadło!” Złodziejka obdarzona sumieniem… *** Minęło chyba sześć lat, a ja nie zbliżyłam się ani o krok do rozwiązania zagadki. Na darmo się zastanawiałam, czemu nie mogę przypomnieć sobie nic z dzieciństwa ani nawet tego, kim są moi rodzice. Właśnie prułam na nosie deskolotki, co może nie wygląda na jakiś fenomenalny numer kaskaderski, ale kto się zna na deskolotkach, będzie pod wrażeniem. Deskolotkę, wiecie, siła ciągu pcha z tyłu, więc ciężar ciała prawie zawsze musi być przesunięty na tylną stopę. Bardzo ciężko kontrolować kierunek jazdy, kiedy stopy są koło siebie, palce wystają za deskę, wyciągacie ręce na boki i wiatr targa wam włosy. A ciężko dlatego, że najdrobniejsza zmiana położenia ciała powoduje gwałtowny skręt. Na szczęście jeśli macie wprawę, możecie kierować za pomocą ruchów rąk. A ja miałam wprawę. Powiem prawdę: byłam najlepsza. Deskolotki działają podobnie jak dwa magnesy o tej samej biegunowości – chodzi o odpychanie się. Kiedy deskolotka jest włączona, odpycha ją materia. Gdyby zostawić ją samej sobie, będzie się unosić pół metra nad ziemią i lekko kołysać. Wystarczy dołożyć silnik i stanie się najlepszym środkiem lokomocji w Mieście. Lubiliśmy latać dość wysoko, lecz w powietrzu można utrzymać się przez określony czas, a potem się opada. Wtedy trzeba namierzyć jakiś konkretny przedmiot, który odepchnie deskę i pozwoli jej wzbić się wyżej. Latanie na desce to najfajniejsza zabawa na świecie. Wszędzie pełno poręczy, murków, ścian i samochodów, poruszających się lub zaparkowanych, więc można ostro pląsać w ciemnych zaułkach Miasta,

1


wyciskać ile wlezie z każdego odrzutu, lawirować jak nietoperz wte i wewte nad głowami gapiących się przechodniów. Odepchnęłam się od stojącego auta, co pomogło mi cofnąć się od krawędzi deski, i pogazowałam w stronę fabryki. Planowałam już następny numer: stoosiemdziesiątkę z parapetu okna. Musiałam postawić prawą stopę na końcówce deski. Gdzieś w dole, na parkingu, moi przyjaciele patrzyli i podziwiali. Nagle zaskrzypiało otwierające się okno i ze środka wychylił głowę osłonięty hełmem strażnik. – Spadaj, mała! – Zjawa, uważaj! – krzyknął ktoś z dołu. Nie było czasu, żeby odpuścić sobie ten manewr. Ze złośliwym uśmiechem próbowałam wykorzystać pęd deski odskakującej od parapetu, żeby drasnąć po drodze buźkę strażnika. Widział, na co się zanosi, więc wyciągnął rękę najdalej jak można i palnął mnie drewnianą pałką. Deska wykrzywiła mi się pod nogami i odleciała ode mnie. Spadałam… mając jakieś pięć metrów do asfaltu. W każdej instrukcji obsługi deskolotki piszą na samym początku, że macie nosić kask. Potem piszą to jeszcze raz. Na wypadek gdybyście mieli problemy z kapowaniem, piszą po raz trzeci. Dopiero wtedy tłumaczą, jak fruwać na desce. Ja z tych wskazówek raczej nie korzystam, choć została mi w pamięci jedna ciekawostka. Upadek na beton z dziesięciu metrów oznacza pewną śmierć – to chyba jasne. Ale czy macie pojęcie, że jak ktoś spadnie z deski głową w dół z wysokości pięciu metrów, też ma przechlapane? Ano dlatego, że przeciętny człowiek na spotkanie z ziemią leci sekundę, więc nie bardzo ma czas wykręcić głowę. Śmieszna sprawa, ale jeśli fikniecie ciut wyżej, może wam się poszczęścić – co najwyżej skończycie ze złamaną nogą. Z drugiej strony, sekunda to już całkiem sporo, jeśli człowiek wie, co robi. Podbuzowana adrenaliną, rozpaczliwie wierzgnęłam lewą nogą, dzięki czemu stopa zaczepiła o środkowe zapięcie deski. Starczyło mi impetu, żeby obrócić ją nad głową, co z dołu musiało wyglądać, jakbym robiła w powietrzu akrobatyczną gwiazdę. Deska znów znalazła się pode mną – kilka cali nad ziemią! Rwący ból szarpnął lewą nogą, jakby wpięto mi w łydkę dwa gigantyczne zaciski krokodylkowe i włączono zasilanie. Z wrzaskiem rozpaczy i zdenerwowania wystrzeliłam na desce w górę. Prawdopodobnie skręciłam kostkę, ale byłam tak wkurzona, że nie zwracając uwagi na ból, skierowałam się na budynek fabryki i stalową krawędzią deski przejechałam po cegłach. Owiał mnie rdzawy pył i swąd ozonu, kiedy napęd równoważył siłę, z jaką deskolotka próbowała odepchnąć się od muru. Ratując silnik przed przegrzaniem, przestałam się wyżywać na elewacji budynku; oderwałam się od niej i zaczęłam skakać po dachach autolotów. Zerknęłam przez ramię, żeby się upewnić, czy kształt wyszedł cacy jak zawsze. Idealne serducho, wysokie na dwa metry. Moja wizytówka. A nie mówiłam, że jestem dobra? Otworzyła się brama fabryki i na ulicę wyskoczyli kolejni trzej strażnicy, którzy darli się i wymachiwali pałami. Moi przyjaciele z torbami na ramionach prędko się pochylili i ciasno zapięli kaski. Zwiewaliśmy w stronę bursztynowego zachodu słońca: wykreślaliśmy w powietrzu wężowe linie i robiliśmy nagłe zwroty – całkiem jak stado szpaków. Na 4. Ulicy, głównej arterii miasta, musieliśmy grzać gęsiego. Niektórzy robili triki nad kablem energetycznym, rozpiętym wzdłuż pasa rozdzielającego jezdnie. Ale gdy gang rozproszył się na alei Fouriera, przeznaczonej wyłącznie dla pieszych, dostrzegłam z prawej strony modnie rozerwane dżinsy i krzykliwą czerwoną koszulkę. Jay zbliżył się do mnie i odtąd śmigaliśmy razem po słupkach – deski przeskakiwały od jednego do drugiego, jakbyśmy wspinali się na sztormowe fale. 2


– W porządku? Ten szmaciarz miał złe zamiary. Mógł ci zrobić kuku. – No. – Nie pisnęłam słowem o bolącej kostce. Gdy przypominała o sobie, łzy napływały mi do oczu, ale nie chciałam wyjść na mamlasa przed Jayem. Był najstarszym chłopakiem w gangu, przywódcą. Przyjaźniliśmy się, lecz między nami była też rywalizacja. Na pewno nie podobało mu się, że lepiej fruwam na desce, ale bał się ze mną ścigać bez kasku, choć przecież był punkiem. – Fajnie. – Spojrzał na mnie z boku. – Tym razem myślałem, że przyglebisz. – No, blisko było. Ale jakoś ją złapałam. Spoczko. Wjazd na plac Turnera zawsze sprawiał nam frajdę. Beztrosko szusowaliśmy po wychuchanych krzewach, a piesi mieli sporo miejsca, żeby uskoczyć na bok. Potem ciekawe wspinaczki: wygodna markiza nad wejściem hotelu Castleford, kilka parapetów okiennych, ślizg na przewodzie wysokiego napięcia i ollie, żeby wybić się wyżej i dosięgnąć kamiennych dekoracji przedpotopowego budynku rządowego. Wreszcie gnaliśmy nad reflektorami podświetlającymi olbrzymi billboard, który akurat zachęcał do kupienia popularnej pasty do zębów. Kiedy przecinaliśmy snop światła, na tablicę padały rozbiegane cienie, przypominające dziury na gigantycznych śnieżnobiałych zębach. Trzeba było jeszcze się rozejrzeć, czy na niebie nie wisi helikopter zwiadowczy, śmignąć w bok… i zniknąć. Za billboardem reklamowym znajdowało się opuszczone biuro, w którym urządziliśmy sobie bazę. *** Bazę mieliśmy odjechaną. Dawniej znajdowało się tu miejsce pracy dla pomarańczowych. Rozbiegał się milion błyszczących nitek energii. Wyobraźcie sobie otwartą przestrzeń biurową, oświetloną zimnym, białym blaskiem jarzeniówek, pełną hałaśliwej wrzawy pracowników, którzy uwijają się jak pszczoły w marynarkach: zrywają się z foteli obrotowych i bez przerwy nawijają do swoich mikrofonów. Czas to pieniądz. Założę się, że nawet nie flirtowali przy butli z wodą. W tym ogromnym pomieszczeniu było teraz ciemno, czasem tylko ciszę mąciły skrzydła gołębi. Okna szczelnie zasłonięto okiennicami, których nie potrafiło sforsować dzienne światło. Z wyjątkiem jednej, połamanej, przez którą wcześniej wlatywały tylko gołębie, a potem dołączyliśmy się my: gang. To miejsce odkrył Jay. Kiedy przyprowadził nas tu pierwszy raz, prędko się zorientowaliśmy, że to idealny teren dla skaterów. Carter i Milan, najlepsi kumple, zawsze ubrani po żołniersku, mieli trochę pary w rękach: raz-dwa porozstawiali szafki i stoły, aż powstał mały skatepark z mnóstwem ramp do wyskoków w powietrze i ścianek do zwrotów. Okazało się, niestety, że sufit jest za nisko i z najlepszych trików nici. W każdym razie szybko namierzyliśmy łazienki i część kuchenną. W rurach płynęła woda – super sprawa. Dawało nam to niesamowite możliwości. Później dla bezpieczeństwa zabarykadowaliśmy czworo drzwi, którymi przechodziło się do reszty budynku. Po prostu chcieliśmy mieć ten teren dla siebie. Rządziliśmy na nim już od trzech miesięcy. Mijały tygodnie, a my czuliśmy się tu coraz bardziej jak w domu, o co dbał nasz osobisty artysta Nathan. Był spokojnym chłopakiem, wręcz dobrodusznym – pewnie ludzie martwili się, że zadaje się z taką bandą punków jak my. Ale myśmy go tu pilnowali jak źrenicy oka, bo miał genialny talent do tatuaży, tagów i murali, bez których żaden gang nie zbuduje swojej tożsamości. Na olbrzymiej powierzchni ścian w naszej bazie Nathan mógł w pełni zademonstrować swoje zdolności. W fioletowym blasku przenośnych lamp ksenonowych wyrosła wokół nas dzika 3


dżungla. Liście czarne i indygowe tworzyły niesamowicie skomplikowany, pokręcony deseń, od którego można było dostać oczopląsu, gdy podążało się wzrokiem za gałązką wyginającą się do sufitu i z powrotem do przykrytej dywanami podłogi. W gąszczu tej niesamowitej puszczy czaiły się najróżniejsze bajkowe postacie i nieziemskie stwory. Oczywiście i nas w niej nie zabrakło. Ja byłam właściwie tylko parą niewyraźnych oczu umieszczonych na pniu drzewa, na którym widniał mój znak rozpoznawczy: <. Na lianach huśtał się Jay, nasz boss, władca dżungli: szczęka dumnie wysunięta, król wszystkiego, co w zasięgu wzroku. Trochę niżej byli Carter i Milan w komicznych pozach, jakby z dołu asekurowali Jaya. Obaj w wojennym rynsztunku. Athena, nasz mózg elektronowy, siedziała w domku na drzewie i coś spokojnie czytała. Samego siebie Nathan przedstawił jako chłopaka przechadzającego się z senną miną w lesie olbrzymich palm. Strasznie nam się to podobało – nawet Jayowi, który wiedział, że potraktowano go ironicznie, ale podziwiał świat wykreowany na ścianach. Gdy wracaliśmy do bazy, wydawało nam się, że zostawiamy za sobą Miasto, by zamieszkać w czarodziejskim lesie, gdzie można bez przeszkód oddawać się marzeniom. Murale nie potrafiły zobrazować tylko jednej rzeczy: napięcia między Jayem a resztą ekipy, wynikającego z różnic w pozycji społecznej. Wszyscy byliśmy czerwoni, posiadaliśmy najmniej wartościowe karty. Ja tak naprawdę nie miałam nawet czerwieni, ponieważ w ogóle żadnej nie dostałam. Ale twierdziłam, że jestem czerwona, bo niżej zejść po prostu nie można. Tymczasem Jay był żółty. Jego rodzice kierowali największą firmą poligraficzną w Mieście. Z ich drukarni wychodziła połowa plakatów i papierowych gazet, które mogliście zobaczyć na ulicy. Jak ten wielki uśmiech przy wejściu do naszej kryjówki. Żółta karta powinna być korzyścią, a nie problemem. Upoważniała do zakupów w ładniutkich centrach handlowych oraz wstępu do lepszych restauracji i obiektów użyteczności publicznej, takich jak biblioteki i muzea, gdzie reszta z nas nie miała czego szukać. Ale dla przywódcy anarchistyczno-punkowego gangu skaterów żółta karta była raczej powodem do wstydu. Dlatego właśnie Jay próbował nadrabiać numerami bardziej wariackimi, dzikimi i ryzykownymi niż nasze. Grał na gitarze w zespole NoPhuture, łykał hassanki jak czekoladowe ciasteczka i miał na rękach pajęczyny permanentnych tatuaży. Zwodził więc wszystkich, łącznie z samym sobą. Akurat buszował w dawnej szafie na dokumenty, którą przejął na własność. Otworzył foliową torebkę z hassankami i wyciągnął kilka. – Chcecie? – zapytał. Wszyscy pokręciliśmy głowami z wyjątkiem Cartera, który podniósł rękę. Poszybowała do niego ciemna pastylka. Połknął ją w całości i z zamkniętymi oczami położył się na wznak, czekając na kopa. – Aj… – Skrzywiłam się z bólu, siadając na wielkim, czarnym kierowniczym fotelu. Nareszcie mogłam odciążyć lewą nogę. – Coś sobie zrobiłaś przy tym zjeździe? – Nathan podszedł do mnie, zgarnął za ucho swoją jasną grzywkę i przyjrzał mi się ze współczuciem. – No. To chyba skręcenie. – Rzucę okiem. – Przesunął torbę na plecy, a potem kucnął i chwycił moją stopę. But stawiał opór, ale Nathan starannie poluzował sznurówki, więc mógł go lekko przekrzywić i ściągnąć. Potem odwinął skarpetkę, żeby odsłonić ciało. Oprócz bólu było jeszcze jedno uczucie, całkiem fajne. – No tak, zaczyna puchnąć. Dobrze byłoby przyłożyć trochę lodu. Kiwnęłam głową i odprowadziłam go czułym spojrzeniem. Przed wyjściem do kuchni przysunął do mnie biurko i ostrożnie ułożył na nim moją obolałą stopę.

4


– Ta zniewaga krwi wymaga. – Milan popatrzył na mnie z marsową miną. W ten sposób okazywał mi troskę, więc uśmiechnęłam się z wdzięcznością. – No – wtrącił natychmiast Carter. Rumieńce na jego twarzy świadczyły o zastrzyku energii po połknięciu hassanki. – Trzeba coś z tym zrobić. – Więc piszesz się na to? – Jay miał twarz upiora w mdłym fioletowym blasku ksenonowych bąbli, które zostały pobudzone do świecenia, kiedy wpadliśmy do środka i przejechaliśmy po nich deskami. – No. – Carter drapał się zawzięcie po swojej krótko ostrzyżonej głowie. – Zróbmy coś z jajem. – Może uderzymy na hipermarket? Zielony? – zaproponował Jay, przesuwając wzrok z twarzy na twarz. Wiedział, że nas zaintrygował. – Zielony? A który konkretnie? – Zadaniem Atheny było rozpracowanie systemu zabezpieczeń. Zauważyłam, że ten pomysł podziałał na jej wyobraźnię. Do tej pory robiliśmy naloty tylko na żółte centra handlowe. – Róg 14. i Coleridge. Centrum Górskie Widoki. – Dobra. – Athena prędko rozwinęła notebooka. W poświacie ekranu srebrne kółka, którymi przebiła nos, wargę i brew, przemieniły się w turkusowe klejnoty. Włączyła projektor, który ukradłam dla niej w zeszłym miesiącu, i po chwili oglądaliśmy obraz 3D. Wykręcała go na wszystkie strony, żebyśmy się dobrze zapoznali z wnętrzem galerii handlowej. A było na co popatrzeć, bo otworzyły w niej swoje sklepy najbardziej ekskluzywne sieciówki. Jeśli odzież, to XFK, 0n02 i mr. green. Biżuteria: +++ i Quintain. Perfumy: L’yele. Warczałam jak wkurzony pies na widok firm, które buliły ciężką kasę, żeby wykluczyć mnie ze swojego świata. Zorientowałam się nagle, że nie jestem już zmęczona i nie dokucza mi zwichnięta kostka. – Odjechana. – Carter rozglądał się ze śmiechem. – Naprawdę odjechana galeria. – Zarąbista – zgodziła się Athena. – Bierzemy się za nią. – Jak ją obadałeś? – zwrócił się Milan do Jaya. – Przecież jest zielona. – Tylko z zewnątrz, do środka się nie pchałem. Ale spokojna głowa, Athena zdobędzie schematy. Jedyne pytanie: którędy wchodzimy. Coś wam pokażę. – Jay włączył czerwone pióro laserowe i skierował promień światła na projekcję. Podążając za jego ruchami, Athena przybliżyła obraz, kiedy wędrujący czerwony punkt zatrzymał się w miejscu, gdzie droga znikała w tunelu pod budynkiem. – Tutaj. Podziemny wjazd dla dostawców, windy na samą górę. Zabezpieczenia normalka: czujniki ruchu, echo i te sprawy. Zjawa, przeprowadzisz nas? – No. – Wypowiedziałam to jedno słowo z absolutną pewnością siebie; wiedziałam, że mogę się dostać do każdego budynku od czerwonych aż po fioletowe, z kartą lub bez. Bo pewnie weszłabym nawet do fioletowego… gdybym tylko spotkała budynek z dostępem dla fioletowych. Wrócił Nathan. Jedynie on nie interesował się błyszczącym, obracającym się szmaragdowozielonym obiektem, który oglądaliśmy ze wszystkich stron. – Nie ruszaj się teraz. – Próbował obwiązać spuchniętą kostkę szmatką z lodem. Machnęłam ręką, żeby mi nie przeszkadzał. – Nie ma czasu, Nath. Ruszamy na hipermarket.

5


Saga, Conor Kostick (Kroniki awatarów)  

W wirtualnym świecie Sagi szaleje na deskolotce piętnastoletnia skaterka Zjawa - członkini anarchistycznego gangu punków. Choć nie ma komple...

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you