Issuu on Google+

Magia krwi Anthony Huso Rozdział 1 Caliph Howl szedł na przełaj przez dobrze utrzymane trawniki wyższej szkoły. Pod pachą niósł cienki pakunek zawinięty w papier. Dziś był jego dzień pomsty. Ażurowe cienie tańczyły pod sklepieniem gęstych koron drzew. Wiekowe kamienne budowle Desdae wygrzewały się w słońcu jak jakieś mityczne stwory – zresztą pełno było na nich fantastycznych gargulców wychylających się spomiędzy połaci dachów krytych łupkiem niby łuską. Trzydzieści domów należało do miasta, a reszta – osiemnaście – do uczelni. Te dwa światy obserwowały się z pewną nieufnością, rozdzielone jeziorem, choć nosiły wspólną nazwę Desdae; był to niewielki przyczółek wyższej edukacji u stóp potężnego grzbietu gór Healean. Za grubymi murami kampusu profesorowie owładnięci żądzą teorii wertowali grube tomiszcza, odsiewali ziarna prawdy od plew ignorancji i wydobywali z ezoterycznych otchłani przeróżne sekrety. To było pole cichej bitwy, gdzie wyznawcy konkurencyjnych szkół wytaczali wciąż nowe armaty, strzelając coraz to oryginalniejszymi konceptami. Desdae leżało może na uboczu, z dala od zmechanizowanego hałasu miast, takich jak Iska, może było ciche i cokolwiek ponure – ale to nieprawda, że nic się w nim nie działo. Miało swoich małomiasteczkowych nicponi i swoje małomiasteczkowe plotki. Zdaniem Calipha miało też swój prowincjonalny snobizm ze skłonnością do zadzierania nosa wobec obcych. Caliph pchnął ciężkie drzwi biblioteki. Poczuł zapach grobowej kaplicy – kurzu, pasty do podług i starych książek. Rozejrzał się za bibliotekarzem i ruszył śmiało w głąb sali, między rzędami stołów. Organizacja biblioteki przypominała większość wytworów północnej biurokracji. Zakładała wręcz przykrości i upokorzenia, jakich musieli doznawać petenci za sprawą osobistych preferencji ludzi „na stanowiskach” czy, ogólniej, „wyżej postawionych”. System biblioteczny wymagał od studentów znajomości kamiennych popiersi dawnych profesorów, zgodnie z mottem uczelni: „Prawda, Jasność, Czystość i (nade wszystko) Ciężka Praca”. Popiersia te były wyznacznikiem poszczególnych sklepionych ostrołukowo wejść do labiryntu szaf z książkami. Świeżo upieczeni studenci musieli się szybko nauczyć kojarzenia kamiennych posągów z odpowiednimi sekcjami biblioteki, gdzie gromadzono


dzieła z danej dziedziny wiedzy. Ci, którzy tej umiejętności jeszcze nie posiedli, błądzili godzinami w gąszczu książek. Caliph znał nazwiska i daty urodzenia niemal wszystkich wykutych w kamieniu uczonych, jakby łączyły go z nimi więzy pokrewieństwa. A popiersi tych było niemało – dwieście sześćdziesiąt trzy. Żółtodziób, który zabłądził w bibliotece, miał dwa wyjścia – albo bez końca przeglądać na chybił trafił zgromadzone tomy, albo zapłacić jakiemuś starszemu studentowi za wskazanie właściwej drogi do źródła wiedzy. Starsi studenci żądali zazwyczaj jednego beka za dwie książki. Caliph szybko zaczął zarabiać w ten sposób. Za cztery lata miał skończyć naukę. Był w połowie drogi do zdobycia zwoju wytłaczanego welinu, na którym wypisane będę trzy dziedziny jego studiów: ekonomia, dyplomacja i holomorfia. Skręcił w korytarz opatrzony popiersiem Timmona Barbasa, uczonego urodzonego w Wieku Wiatru, w Roku Rosomaka. Timmon Barbas był jednym z najbłyskotliwszych strategów wojskowych, znającym się doskonale na machinach oblężniczych. Idąc, Caliph przesuwał palcem po skórzanych grzbietach mijanych tomów. Podniecenie sprawiało, że czuł lekki niepokój, a na jego wciąż chłopięcych ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. Dziś po lunchu do biblioteki miał przyjść Roric Feldman. Będzie szukał książki Timmona Barbasa „Upadek Bendainu”. Książka liczyła jedynie czterdzieści siedem stron, a Caliph znał ją na pamięć, słowo w słowo. Mało tego: znał każde szycie oprawy, każde zadrapanie na okładce, każdą pożółkłą i pozaginaną kartkę. Bo sam ją napisał. Nielichy kawałek solidnej fałszerskiej roboty! Każda kartka była indywidualnie postarzona i zapisana odręcznym pismem starego taktyka. Szczególnie dumny był Caliph z oprawy i okładki, którą wytłoczył i zabezpieczył na rogach metalowymi skuwkami ze śladami rdzy. Wyglądała na stuprocentowy autentyk. „Upadku Bendainu” nie wydano dotąd drukiem. Nowa drukarnia z Pandragoru dysponowała wprawdzie wszelkimi środkami, by tego dokonać, ale pierwszeństwo przyznano podręcznikom – takim na przykład jak „Kompendium fizyki” Olisgula czy „Krew, przewodnik holomorfy”, które były na co dzień niezbędne dla każdego studenta tych dziedzin. W innych okolicznościach fałszerstwo Calipha nie mogłoby się udać, ale akurat teraz sytuacja okazała się niezwykle sprzyjająca.


Mało brakowało, by Morgan Gullows, który uczył Nieznanego Języka, nakrył go podczas postarzania papieru nad gazowym palnikiem. Na szczęście Gullows był odludkiem i rzadko interesował się tym, co robią inni. Wymamrotał coś tylko i poszedł sobie, a zaraz potem Caliph spostrzegł, że jego papier zajmuje się ogniem. Od tej pory zrobił się ostrożniejszy, ukrywał materiały i niedokończoną pracę za potężnym kaloryferem w Gmachu Nasrillowskim. Swój plan uknuł w gabinecie Silasa Culdena, gdzie sprawdzał za profesora prace zaliczeniowe swoich kolegów. Silasowi bowiem żal było każdej chwili poświęconej na obowiązki nauczycielskie. Tak więc dwa razy w tygodniu zrzucał Caliphowi na kolana stos zapisanych kartek – i wracał do swoich badań, bo tylko one zapewniały mu dalsze zatrudnienie, więc nic innego się dla niego nie liczyło. Oczywiście płacił Caliphowi i rewanżował mu się za tę nielegalną pracę biletami do Teatru Minstrela. Przesiadując samotnie w gabinecie Silasa, Caliph przejrzał starannie szafy biurowe i odkrył, że już niedługo odbędzie się egzamin końcowy Rorica; od jego wyniku będzie zależało, czy Roric chlubnie zakończy ośmioletnie studia, czy też wróci w niesławie do ojcowskiego domu w Księstwie Stoneholdu. Caliph mógł się teraz zemścić za to, co mu się przydarzyło trzy i pół roku wcześniej, pewnej chłodnej i chmurnej nocy.

Wciąż pamiętał ton głosu Rorica i przewrotny uśmiech towarzyszący temu nagłemu pogwałceniu dobrych manier i obyczajów: – Jesteś prawiczkiem? – Oczy Rorica błysnęły wśród cieni sypialni. Caliph, uczący się właśnie martwego języka z książki opartej na kolanach, zrobił pogardliwą minę, ale nie przekonał chyba Rorica. – Wieczorem będziemy tu mieli słodkie pączki z dziurką, Caph… Z miasteczka… No nie, Brody? Brody był chłopakiem grubawym, ale dobrze umięśnionym, a włosy na twarzy rosły mu szybciej niż na pplariańskim jaku. Bez słowa kiwnął głową. W palcach obracał złotą monetę. Caliph uśmiechnął się lekceważąco. – Uwierzę, jeśli zobaczę… – Dupek z ciebie, Caph. Pewnie powtarzasz to motto, nawet kiedy śpisz. No, ale jesteś jeszcze szczeniak… Tylko lista w dziekanacie cię interesuje: „O cholera, moja średnia spadła


o jedną dziesiątą!” Dupek z ciebie. Dupek Eatona… – Odpieprz się! – A może ty wolisz trzódkę starego Luneya niż nasze rasowe klaczki? Caliph uśmiechnął się krzywo. – No więc gdzie się zjawią? – A po co ci to wiedzieć? I tak nie będziesz wiedział, co z nimi zrobić. Caliph spojrzał za okno. Jakieś niewyraźne kształty, rozmyte deszczem, przemykały między budynkami. – Pewnie na Ilnfarne-lascue? – rzucił. – Tylko jak się tam dostaną? – „Jak… gdzie…” A dołożysz się? To nas kosztuje trochę więcej niż trzy tygodnie korepetycji… No nie, Brody? Ale wiesz, jeśli jest więcej chętnych, to wychodzi taniej… Brody z wysuniętą dolną wargą bawił się dalej monetą. – A ile ich jest? – Trzy, ale to dość. – Mógłbym się dorzucić – odparł Caliph powoli – ale tylko żeby pogadać… – Czuł się zakłopotany tą perspektywą. – Jasne, jak chcesz, możesz tylko pogadać i popatrzyć sobie! Roric i Brody uśmiechnęli się kpiąco. Tej nocy Caliph i Roric ruszyli razem wpław przez zimne i ciemne wody uczelnianego jeziora na małą wyspę, gdzie wznosiły się ruiny wieży jakiejś kaplicy, którą studenci nazywali Ilnfarne-lascue, co po hintersku znaczyło „miejsce aktu”. Plotki o jakichś tajemniczych schadzkach, które się tam odbywały, i o relegowanych potem studentach, otaczały wysepkę podejrzaną aurą. Caliph znał te opowieści, ale dopiero teraz uwierzył, że może się w nich kryć ziarno prawdy. Wdrapawszy się na brzeg po skałach pokrytych napisami, stanęli na skraju zagajnika. – Vanon i te inne muszą już tu być – powiedział Roric. – Ja tu poczekam na Brody’ego, a ty pędź do kaplicy, tylko uważaj, czy ktoś za tobą nie idzie. Caliph zadrżał z podniecenia. Zimno, ciężki mulisty zapach jeziora, nagły krzyk nocnego ptaka – wszystko to odbierał bardzo mocno. Od tej pory kojarzył te doznania z młodzieńczym pożądaniem i rozkoszą. Wypatrzył wreszcie kontur kaplicy. I grupę studentów z młodszych lat. Było ich siedmiu. Jeszcze mokrzy trzęśli się przy ognisku, rozmawiając rozgorączkowanym szeptem. Caliph zatrzymał się. A gdzie Roric i Brody? Czekał w ciemnościach. Wszystko to wydawało mu się podejrzane. I gdzie były kobiety?


Odwrócił się i spojrzał w stronę kampusu na drugim brzegu jeziora. Po trawniku tańczyło zielone światło chemiostatycznej latarni. Paru ludzi płynęło łodzią w stronę wyspy, ale nie było wśród nich żadnych kobiet. Musieli wiosłować z miasteczka. Caliph wrócił szybko do wody. Ledwie opanował strach i drżenie. Najciszej jak umiał popłynął w stronę kampusu. Znalazłszy się w zasięgu latarni, zanurzył się pod powierzchnię i płynął dalej, aż poczuł ogień w płucach. Dobiwszy do brzegu, stwierdził, że jego ubranie zniknęło. Klucze do sypialni też. Ale dał się wrobić! Pognał w górę wzgórza, do posępnego Gmachu Nasrillowskiego. Wypatrywał jakiegoś otwartego okna. Był już w pół drogi, wspinając się po rurze doprowadzającej gaz do studenckich pokojów, gdy słabe światło latarni odkryło nagle jego nagość i usłyszał głos wzywający do zejścia. Ranek zastał Calipha – wraz z siedmioma innymi chłopakami – pod pręgierzem. Wszyscy mieli na zadkach jasnoczerwone blizny. Groziło im wydalenie z uczelni, ale skoro do przestępstwa właściwie nie doszło, kanclerz uznał, iż chłosta i publiczne upokorzenie będą dostateczną karą. Roric

Feldman,

mistrz

obłudy

i podstępu,

zebrał

kolegów

przed

Gmachem

Woodmarshowskim, by razem z nimi napawać się widokiem i pokładać ze śmiechu. Kanclerz wiedział oczywiście, że to była prowokacja. Nic, co dzieje się w Desdae, nie uchodzi uwadze Darseya Eatona. Słyszał nieraz narzekania studentów na takie metody. Ale uważał, że surowa inicjacja na uczelni dobrze służy młodym ludziom. Uczą się naczelnej zasady panującej w Desdae – że wszyscy, którzy dopuszczą się jakiegoś przewinienia, zostaną ujęci i przykładnie ukarani.

Te bolesne wspomnienia doczekały się pewnego ukojenia dzięki wiedzy, że egzamin Rorica będzie miał formę wyłącznie pisemną, w postaci pracy zaliczeniowej. Caliph postanowił więc zmienić całą taktykę, a także wiele nazwisk i dat zawartych w „Upadku Bendainu”. I tak też zrobił, a jego fałszywa wersja brzmiała bardzo prawdopodobnie i uczenie. Był z niej zadowolony. Po cichu rozpakował paczkę wniesioną do biblioteki i rzucił okiem na swoje dzieło. Tyle pracy w nie włożył, że myśl o pozostawieniu książki tutaj sprawiła mu ból. Wymiana poszła gładko: jedna książka z półki, druga na półkę. Niby nic – a było już po Feldmanie. Gdy fałszywy „Upadek Bendainu” wróci do biblioteki – wszystkie książki trzeba było


zwrócić w przeddzień egzaminu – Caliph dokona powtórnej wymiany i nie pozostanie żaden ślad, żaden dowód na poparcie protestów Rorica. Nagle Caliph zmartwiał i odwrócił głowę. Ktoś mu się przyglądał. Dziewczyna wchodziła akurat po spiralnych schodach prowadzących na wyższe kondygnacje biblioteki. Caliph ledwie dostrzegł jej ruchy, gdy pokonywała kolejne stopnie, niosąc na ramieniu skórzaną torbę. Owal jej twarzy zaginał się wdzięcznie i dumnie pomiędzy płatkami uszu, zdobnymi w gemmy. Loki miała krótko przycięte, by nie przeszkadzały w noszeniu hełmu do ćwiczeń szermierczych. W snopie światła padającego z okna jej oczy zamigotały błękitem. Patrzyła wprost na niego. Po jej ustach błądził jakiś słaby dwuznaczny uśmieszek, a twarz miała doskonale oświetloną. Nagle ruszyła w górę, a jej głowa zniknęła za stropem. Widział jeszcze jej stopy, obute w miękką skórę. To spojrzenie barwy krokusa zapadło Caliphowi w pamięć. Przez chwilę miał wrażenie, jakby patrzył prosto w słońce. Potem zaklął. Przecież ją znał! Była na szóstym roku, ale przychodziła na niektóre z jego zająć, pewnie na hospitację czy coś w tym rodzaju. – Byun, byun, byun – wyszeptał, co w staromowie znaczyło „gówno”. Ostrożnie zapakował oryginał „Upadku Bendainu” w papier, którym wcześniej owinął falsyfikat, i wsadził go do torby. Miał nadzieję, że dziewczyna nie zorientowała się, co robił. Ale Desdae to nieduży kampus. Jeśli Roric będzie się głośno uskarżać na swój los, niewykluczone, że błękitnooka skojarzy jego lamenty z tym, co widziała w bibliotece. Wspiął się szybko po kręconych żelaznych schodach, zerkając zarówno w dół, jak i w górę. Caliph czuł się pewnie ze swymi ciemnymi włosami i śniadą cerą. Jego tors stwardniał od szermierki,

a w wyrazie

twarzy

miał

cień

pesymizmu,

właściwego

ludziom

wykształconym. Może i był cichy, ale z pewnością nie trwożliwy. Drobny niuans, który często grał na jego korzyść. Dostrzegł ją po prawej, z ręką na poręczy balkonu. Szła w stronę półek z książkami holomorficznymi. Poszedł za nią do korytarza oznaczonego popiersiem Tanary Mae. Gdy odchrząknął, odwróciła się, obrzucając go spojrzeniem. – Cześć – odezwał się zwyczajnym głosem. – Tak? – Szukasz kogoś? – Widzę, że jesteś… bezpośredni… – Wolnym krokiem spacerowała wzdłuż półek, smukła niczym linoskoczek, a opuszki jej palców przebiegały po nazwiskach, których nawet nie odczytywała. – Tak… tylko że on nie chodzi do szkoły w Desdae… Wśród bibliotecznego kurzu pachniała ciepło i łagodnie jak bita śmietana, słodko jak kawa


po tebejsku. W tym ascetycznym wnętrzu zapach dziewczyny wprawił go w zakłopotanie. – To może wybierzemy się do Grume’a… albo na jakąś sztukę? – Lubię sztuki. Jej oczy go zawojowały. Takie jasne. Wmawiał sobie, że wcale nie jest nią zainteresowany. – Grają w mieście jakąś nową sztukę – ciągnęła – coś o miejskich łobuziakach z Bableum. Pewnie coś okropnego… Przygryzł dolną wargę. – Słyszałem coś o niej… A jak się nazywa autor? – Nie wiem. Mówią na niego Porywacz Serc. Ruszyła dalej korytarzem. – To tragedia? – zainteresował się Caliph, chcąc wciągnąć dziewczynę w rozmowę. Przepływała między półkami jak zjawa. – To zależy od punktu widzenia… tak myślę… – A ty jak to widzisz? – Ja? Szukam pewnego chłopaka. – Zmieniła nagle temat. – Ale on nie chodzi tutaj do szkoły… – szepnął Caliph. – Nie. Nie chodzi. – No i dobrze. – Miał nadzieję, że w jego głosie dosłyszy właściwą mieszaninę pewności siebie i siły perswazji. – Ostateczne egzaminy, co? – Zdawała się wciąż zachowywać dystans, jakby w ich spotkaniu było coś dwuznacznego. – Nie jesteś nadto zapracowany albo zdenerwowany? A może jedno i drugie? – Nie zakuwam specjalnie – zełgał bezczelnie. Zmarszczyła brwi. – A masz pieniądze na sztukę? – Nie płacę za takie rzeczy. A poza tym trochę sobie dorabiam, no wiesz, za orientację w tym wszystkim. – Wskazał szerokim gestem książki. – O tej porze roku wpada mi do kieszeni niezły grosz, a bilety mam za darmo. – A zatem na sztuce tego „Porywacza Serc”? – Nie zapytała, jak zdobędzie bilety. – Będę tu jutro przed wieczornymi dzwonami. Caliph posłał jej blady uśmiech. To nie była szczególnie gorąca randka. – Będę tutaj… A jak się nazywasz? – Ma to dla ciebie większe znaczenie?


– Nie jestem jak inni mężczyźni… – Raczej

chłopcy – rzuciła. – Na twoim miejscu unikałabym

pretensjonalności

i powiedziałabym: „jak inni chłopcy”. – Masz rację… – Zmrużył oczy i nagle go oświeciło: – Ty jesteś Sena, prawda? Jeden kącik jej ust uniósł się trochę. – To do jutra wieczór… Chciał już odejść, ale zatrzymała go. – Zatem do jutra… Caliphie Howlu… Caliph uśmiechnął się sztucznie i odszedł. Sena stała w ciemnym załomie muru u początku korytarza i patrzyła, jak chłopak znika wśród białych balkonów biblioteki. Caliph Howl?, pomyślała z łagodnym dystansem. Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego tutaj, po czterech latach, postanowił poświęcić mi trochę czasu? Tynan Brakest był zupełnie inny. Słodki. To dzięki niemu mogła się utrzymać na uczelni. Dzięki pieniądzom jego ojca ich związek toczył się gładko. Za te pieniądze Tynan kupował godziny, tygodnie i miesiące, aż zgromadzony zapas zażyłości przemienił się w rodzaj bladej, anemicznej miłości. A Caliph Howl? Poczuła motyle w żołądku. To może być dokładnie to, na co czekam, powiedziała sobie w duchu.


Magia krwi, Anthony Huso