Issuu on Google+

2 Historia nie zapisała, że Winston Churchill zorganizował atak na Marsa. Nie było o tym także nawet słowa w libretcie „Marsa i ludzkości”. Pojawiły się bowiem pewne kontrowersje. Pan Gladstone zaprosił młodego mężczyznę do środka. Pan Churchill wszedł z uśmiechem. Pan Gladstone wskazał puste krzesło i pan Churchill na nim usiadł. Pan Gladstone oznajmił: – To pańskie przedstawienie. Pan Churchill podniósł się i ukłonił uprzejmie. – Jestem wdzięczny, że zostałem wybrany do tego zadania. Zadania, które mnie osobiście nie przysporzy chwały, lecz które ma nieocenione znaczenie dla przyszłości brytyjskiego imperium. Pan Faircloud zakaszlał leciutko. – Sir, nie zostaliśmy sobie przedstawieni, lecz… – Jest pan królewskim astronomem – wszedł mu w słowo pan Churchill. – A tu widzę bardzo znanego pana Babbage’a i też znanego pana Teslę. A ci dwaj pogrzebowi dżentelmeni to… Pan Gladstone przyłożył palec do ust. – Nikt nie powinien ujawniać nazwisk Dżentelmenów w Czerni. – Właśnie – zgodził się, uśmiechając, pan Churchill. – Ale jak… – zaczął Silas Faircloud. – Mam swoje kontakty – wyjaśnił zwięźle pan Churchill. – Sieć wywiadowczą. Koniecznością jest wiedzieć, kto jest kim. I komu można w czym zaufać. – Wszystkim tu obecnym można zaufać. – Premier skłonił głową w stronę pana Churchilla. – Dlaczego, jeśli mogę spytać, uważa pan, że udział w tym szlachetnym przedsięwzięciu nie przysporzy mu chwały? Młody mężczyzna z twarzą dziecka wyciągnął z kieszeni plik papierów. – Ponieważ w żadnym razie nie wolno nam ujawnić metody, dzięki której osiągniemy sukces. Powody staną się oczywiste, gdy tylko je wam wyjaśnię, panowie. – Więc proszę, słuchamy, sir – powiedział pan Gladstone. – Sir? – Istnieje wiele sposobów na wynagrodzenie tych, którzy służą koronie. I pan Churchill uśmiechnął się jeszcze raz. – Pana sługa, sir – powiedział. I zaczął czytać z kartek zapisanych pismem maszynowym. – „Z ośmiu nieczynnych marsjańskich pojazdów międzyplanetarnych, które ocalały, trzy można przystosować do działania, wypełnić zbiorniki paliwem, będącym ekwiwalentem marsjańskiego paliwa rakietowego, załadować sprężone powietrze i żywność wystarczającą do…”. – To jest mój raport – przerwał mu pan Babbage. – Jak… – Jak, nie jest ważne. – Uśmiech pana Churchilla stał się co prawda szerszy, ale na pewno nie cieplejszy. – Trzy statki mogą polecieć na Marsa. Każdy statek może przewieźć pięciuset żołnierzy królowej z całym wyposażeniem i karabinami powtarzalnymi Królewskiego Enfielda. Półtora tysiąca żołnierzy przeciwko potędze całej planety. – Brytyjskich żołnierzy – dodał z dumą pan Gladstone. – Najlepszych na świecie. – Na tym świecie – poprawił pan Churchill. – Są jednak nieprzygotowani na nieznane warunki, jakie mogą znaleźć na innym. – Mają wysokie umiejętności adaptacyjne – sprzeciwił się premier. – Kilka tysięcy ludzi służy w Afganistanie. Wkrótce ten buntowniczy naród zostanie przywołany do porządku i nie będzie już sprawiać kłopotów naszemu światu. Pan Churchill powstrzymał się od komentarza.


– Mars – oświadczył – jest dla nas wyzwaniem. Moje rozwiązanie jest proste i okaże się efektywne. Jednakże, jak już powiedziałem, nie przysporzy mi chwały. – Więc wysłuchajmy tego planu. – Gladstone skorzystał z okazji, żeby zapalić cygaro, które cały czas poruszało się w jego ustach, gdy mówił. – Nie wyślemy żadnych oddziałów – stwierdził kategorycznie pan Churchill. I zamilkł, pozwalając, aby jego słowa nabrały mocy. – Żadnych oddziałów? – Zdumiał się pan Babbage. – W takim razie jak… – Półtora tysiąca cywilów – obwieścił pan Churchill. – Żadnego wyposażenia ani karabinów Królewskiego Enfielda. Tylko w ubraniu, w jakim stali. Lub być może leżeli. – Proszę, niech pan to wyjaśni. – Pan Babbage nie ustępował. – Ministerstwo Obrony ostatnio eksperymentowało z nowym rodzajem broni. Skomplikowanej współczesnej broni, która odłoży kule do muzeum. Pan Babbage jęknął. – Mówi pan o gazie trującym. Słyszałem pogłoski o tym okropieństwie. – To ma coś wspólnego z muskatem, prawda? – spytał Silas Faircloud. – Z musztardą – poprawił pan Churchill. – Gaz musztardowy. Straszliwie skuteczny. Ale Ministerstwo myśli o czymś więcej. W rzeczywistości, biorąc pod uwagę kampanię Marsjan i ich niewątpliwy brak odporności na ziemskie mikroby, możecie określić moją propozycję jako „broń biologiczną”. Rozległ się świst wciąganych oddechów. Pan Faircloud zakaszlał cicho i rzekł: – To nie bardzo, jak by to powiedzieć, brytyjskie. – Tak jak i metoda dystrybucji. – Pan Churchill przesunął wzrokiem po obecnych. – Półtora tysiąca dusz na pokładzie trzech marsjańskich statków to będą nieuleczalnie chorzy. Przypadki śmiertelne. Gruźlicy. Ci, którzy cierpią na koklusz, szkarlatynę, dyfteryt, cholerę, tyfus, wszy na genitaliach… – Ludzie nie umierają z powodu wszy na genitaliach – sprzeciwił się pan Babbage. – Owszem, jeśli zarażają mnie – odparł pan Churchill. Na chwilę zapadła cisza, po czym odezwał się pan Gladstone: – Trochę godności, panowie, proszę. Pozwoliłem, żeby wzmianka o „muskacie” przeszła niezauważona, ale jeżeli zamierzamy obniżyć nasze poczucie humoru do poziomu wodewilów, będę zmuszony przerwać to spotkanie. – Bardzo przepraszam – odparł ze skruchą pan Churchill. – Syfilitycy, a także ci, którzy są w zaawansowanym stadium jakichkolwiek seksualnie lub w inny sposób przenoszonych chorób śmiertelnych. Trzy statki kosmiczne wypełnione plagą wysłane w podróż bez powrotu. – Ufam, że nie zostanę zaproszony na tę beznadziejną wycieczkę – powiedział Silas Faircloud. – W żadnym razie, sir. – Na twarzy Winstona Churchilla wciąż rozlewał się uśmiech. – Co więcej, za jednym zamachem zwolnimy półtora tysiąca łóżek na oddziałach chorób przewlekłych. Same zalety, żadnych wad. – Jak długo nikt się o tym nie dowie. – Pan Faircloud lekko zadrżał. – To straszny pomysł. W pewien sposób nawet szlachetny. Patrząc na to bez emocji, pytam się, gdzie w tym jakaś szkoda? Lecz jako zwolennik działań humanitarnych wiem, że udzielenie zgody na coś takiego będzie… – Nie musi się pan tym kłopotać. – Pan Churchill ukłonił się królewskiemu astronomowi. – Całą odpowiedzialność wezmę na siebie. Co znaczy, że zajmę się wszelkimi przygotowaniami. Dostarczymy tych nieszczęśników na Marsa. Miejmy nadzieję, że Marsjanie nie otworzą ognia do swoich statków. A kiedy już wylądują i otworzą włazy, natura zacznie działać. Sugeruję, żebyśmy za miesiąc czy dwa, kiedy już więcej marsjańskich statków zostanie poddanych „wstecznej inżynierii”, wysłali tam kontyngent muszkieterów.


Miejmy nadzieję, że nie napotkają żadnego oporu ani żadnego żyjącego Marsjanina. Panowie, oto moja propozycja. Pan Churchill usiadł na krześle. Nie usłyszał jednakże oklasków. – Zapali pan cygaro? – spytał pan Gladstone. – Z przyjemnością – odparł młodzieńczy pan Churchill. – Zawsze się zastanawiałem, jak one smakują. I tak to było. Odniesiono wielki sukces. Niewiele pojawiło się pytań o półtora tysiąca śmiertelnie chorych pacjentów, którzy zniknęli z łoży boleści. A na pytania zadane na forum Parlamentu o ludzkie ciała znalezione na Marsie, kiedy Elektryczni Muszkieterzy Królowej zeszli po długich trapach na powierzchnię teraz już martwej planety, sprawnie odpowiedział młody byczek o nazwisku Churchill, który powoli budował swoją reputację. – Jestem świadom, że istnieje coś, co nazywam teorią spiskową, dotyczącą ludzkich ciał znalezionych – i pochowanych zgodnie z tradycją chrześcijańską – na Marsie. Zgodnie z tą teorią przez całe lata przed marsjańską inwazją na Ziemię istoty z Marsa przylatywały na naszą planetę i porywały ludzi, aby przeprowadzać na nich eksperymenty, które są zbyt straszliwe, aby się w nie zagłębiać. Teoria, jaką ostatnio usłyszałem, która może, ale nie musi mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, mówi, że władze Francji przez lata współpracowały z tymi ohydnymi obcymi, zaspokajając ich potrzeby w zamian za zaawansowaną technologię. Słyszałem, że informacja ta dotarła do uszu jej wysokości królowej Wiktorii, która rozkazała, aby odrażające transakcje zostały natychmiast zakończone. I że właśnie zakończenie współpracy skłoniło Marsjan do ataku na Anglię. Co nieuchronnie doprowadziło do odwetu, który zakończył się eksterminacją nikczemnych Marsjan i rozszerzeniem się imperium brytyjskiego na Marsa. Boże, chroń królową. I tak to było. Albo prawie. Okazało się bowiem, że w tym, co mówił pan Churchill, tkwiło ziarno prawdy. Istoty z innych planet rzeczywiście przez dekady odwiedzały Ziemię. Jednakże nie pochodziły z Marsa. Przylatywały z Wenus i z Jowisza. Czyli z dwóch pozostałych, z czterech ogółem, zamieszkanych planet w naszym systemie słonecznym. Te istoty przybywały w tajemnicy, ale w pokojowych zamiarach. Lecz kiedy Ziemianie zmietli odrażających Marsjan, ludzie z Wenus i Jowisza przedstawili się jej wysokości królowej. Ziemia dołączyła do kongresu planet i tak rozpoczęła się nowa era międzyplanetarnych podróży i przemów. To był rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty piąty, a dziesięć lat później, w roku Pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym, „Imperatorowa Marsa”, kończąc swój dziewiczy rejs wycieczkowy, opadła na lądowisko w Londyńskim Królewskim Porcie Kosmicznym w Sydenham, na południe od Kryształowego Pałacu. Trapy zostały opuszczone i królowa Wiktoria, królowa Anglii, imperatorowa Indii i Marsa, rzuciła swój królewski cień na czerwony dywan, który biegł od statku kosmicznego, przez budynek Pierwszego Terminalu (perfekcyjnie odzwierciedlający architekturę Parlamentu), i dalej, w górę wzgórza aż na szczyt, do pałacu z kryształu, gdzie tego wieczoru odbędzie się koncert dla uczczenia dziesiątej rocznicy brytyjskiego triumfu nad Marsem.


Jej wysokość będzie cudownie się bawić podczas oglądania popisowych numerów z fikaniem koziołków komików Gilberta i Sullivana, i słuchając ich muzycznych ewokacji siły i męstwa Brytyjczyków. Jednakże prawdy królowa nigdy nie pozna.


Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje, Robert Rankin - fragment 1