Page 1

24

PRZEPOWIEDNIE MARTUSI NA CZELADZKIM RYNKU

P

oczątkowo nikt nie wiedział skąd się znalazła w Będzinie. Była tajemnicza, o dziwnym, niezrozumiałym postępowaniu, które początkowo dziwiło i intrygowało mieszkańców miasta, a wreszcie ogólnie ustalono, że jest pewno „nawiedzoną” – co wówczas znaczyło, że ma zmysły pomieszane. Przyszła do Będzina w letnie popołudnie roku pańskiego 1586 i wiedziona jakimś dziwnym instynktem zaszła do mieszkającej w rynku wdowy


25

– pani Wartakowej, która posiadała jedną wolną izbę w swoim obszernym domostwie. Wartakowa z niechęcią spojrzała na biednie ubraną, stojącą nieśmiało w progu mizerną kobietę, proszącą ją o przyjęcie na mieszkanie i już miała na ustach słowa odmowy, ale spojrzawszy na twarz przybyłej, jakby zaczarowana dziwnym blaskiem jej dużych, pełnych wyrazu oczu, zgodziła się przyjąć na kwaterę z tym, że komornica w zamian za mieszkanie będzie pomagała przy robieniu porządków w mieszkaniu i obejściu domowym. Nieznajoma weszła do izby, złożyła trzymany na plecach tobół na podłogę, a potem – obróciwszy się do – ściany coś poszperała na piersiach, po czem zwracając się do Wartakowej podała jej złotego dukata mówiąc: „Weźcie ten pieniądz pani gospodyni za odstąpienie mi komory na mieszkanie”.


26

Wartakowa na chwilę oniemiała ze zdziwienia, skąd tak ubogo wyglądająca niewiasta ma złote pieniądze, potem wzięła dukata i rzekła: „Nie powinniście mi płacić za kąt, skoro macie pomagać w gospodarstwie, ale jeśli taka wasza wola, to pieniądze przyjmuję, z tym, że będziecie mieć u mnie także wyżywienie”. Tak zaczął się pobyt nieznajomej w Będzinie, o której nic nie wiedziano poza tym, że ma na imię Marta – o czym sama Wartakowej powiedziała – a ponieważ Wartakowa wkrótce przybyłą polubiła, więc zdrobniale nazywała ją Martusią i to imię szybko się w mieście przyjęło. Martusia, w porozumieniu z gospodynią, ustaliła dosyć dziwny tryb swojego bytowania. Wstawała o świtaniu, szybko robiła porządki w domu, potem biegła do kościoła na pierwszą mszę świętą, a ludziom podpadło to, że zawsze w ostatnie dni tygodnia, to jest w czwartek, piątek i sobotę, przez całą mszę krzyżem leżała w bocznej nawie kościelnej. Jeszcze dziwniejszym był fakt, że w niektóre dni miesiąca, a szczególnie w dni targowe, ubrana w najgorsze szaty, zamieniała się w żebraczkę prosząc ludzi o jałmużnę. Wyżebranych pieniędzy nie zabierała dla siebie, tylko odnosiła je do miejscowego plebana, który w ramach Bractwa Różańcowego im. św. Anny, wspomagał będzińską biedotę. To postępowanie przybyłej z początku wszystkich intrygowało, ale z czasem ludzie przywykli do jej dziwactw i życzliwie tolerowali ją w swoim środowisku. Czasem jednak zdarzały się wypadki, które podniecały ludzką ciekawość odnośnie osoby Martusi i jej pochodzenia. Na przykład wówczas, gdy pewnego razu w czasie jarmarku w Będzinie, zjawiło się na rynku czterech obcych przybyszów. Byli to wędrowni śpiewacy, którzy odwiedzali zamki i bogate dwory ze swoimi koncertami. Śpiewacy o coś pytali zgromadzo-


27

nych na rynku ludzi, ale nie mogli się z nimi porozumieć mówiąc jakimś obcym językiem. Nawet miejscowi Żydzi, którzy z łaski króla Batorego w Będzinie mieszkali, nie potrafili się z przybyłymi dogadać. Nagle zjawiła się Martusia i ku zdziwieniu obecnych ludzi, którzy przybyszów kołem otaczali, zaczęła ze śpiewakami rozmawiać jakimś nieznanym językiem. Jak się domyślali niektórzy z obecnych, tłumaczyła im drogę w stronę Olkusza, gdyż burgrabia będziński pan Myszkowski żadnych obcych ludzi do zamku nie wpuszczał, więc śpiewacy nie mogli ze swoim koncertem w zamku się zatrzymać. Wreszcie zagadka pochodzenia Martusi została nieco wyjaśniona, ale tylko w świadomości pani Wartakowej, która poprzysięgła swojemu kumowi, panu Kolasińskiemu z Olkusza, że pod utratą zbawienia nikomu o usłyszanej od kuma wieści nie powtórzy. Pan Kolasiński, bogaty olkuszanin, wracał od swojego zięcia, Wojciecha Koźlika z Gliwic, gdzie Wojciech prowadził handel zbożem. Kolasiński był powinowatym i kumem Wartakowej, więc po drodze z Gliwic do Olkusza wstąpił w Będzinie z odwiedzinami do swojej kumy, z którą przed laty chciał się ożenić, ale zły los pokrzyżował jego plany. W czasie obiadu Kolasiński dostrzegł Martusię i zdziwiony zapytał półgłosem Wartakową, skąd się Martusia w jej domu znalazła. Otrzymawszy krótką odpowiedź, poprosił kumę do osobnej izby na półpiętrze, zamknął starannie drzwi i ściszonym głosem zapytał zaskoczoną jego dziwnym zachowaniem kobietę: „Czy pani kuma wie, kim jest ta obsługująca niewiasta?”. „Nie wiem - odparła Wartakowa – ale jest to bardzo uczciwa i pracowita osoba, tylko nic nie mówi o swoim pochodzeniu, ale musi być jakaś wyszkolona, bo z Żydami po niemiecku gwarzy i z wędrującymi muzykami w ich języku rozmawiała; ja ją o pochodzenie nie pytam” – dodała zaskoczona zapytaniem Kolasińskiego.


28

„No to ja wam mogę dużo o niej powiedzieć – zaczął Kolasiński – ale pod warunkiem, że mi na zbawienie duszy poprzysięgniecie, że nikomu nie powtórzycie tego, co wam opowiem”. Kiedy zaintrygowana kobieta poprzysięgła dochowanie tajemnicy, usłyszała taką opowieść: „Niektórzy ludzie w Olkuszu znają jej przeszłość – rozpoczął opowiadanie Kolasiński, przysunąwszy swoje krzesło do krzesła Wartakowej – tylko o tym nikt nie rozpowiada, ale ja wam tę tajemnicę zdradzę, skoro ją do siebie przygarnęliście i złożyliście przysięgę, że tajemnicy nikomu nie powtórzycie. Otóż Marta pochodzi z bardzo dobrego rodu. Wcześnie straciła rodziców i wychowywała się na dworze swojego wuja. W młodości poznała Samuela Zborowskiego, który do Marty, zresztą z wzajemnością, zapałał wielkim afektem. Jednak jej wuj, dybający na duży majątek jaki Marta odziedziczyła, wszedł w porozumienie z panem Tęczyńskim, drugim pretendentem do ręki pięknej sieroty i przyrzekł mu Martę w zamian za podzielenie się z Tęczyńskim majątkiem, jaki do Marty należał. Gdy się o tym Zborowski dowiedział, wpadł w wielką złość, zamierzał nawet dokonać zajazdu na zamek, w którym jego ukochana z wujem mieszkała, ale że zamek był bardzo obronny i trudny do zdobycia, zrezygnował z zajazdu, lecz zaprzysiągł zemstę Tęczyńskiemu. Rezultatem tego był napad na Tęczyńskiego w murach wawelskich na oczach króla i śmierć pana Wapowskiego ugodzonego przez Zborowskiego czekanem w chwili, gdy Wapowski chciał rozdzielić walczących. Kiedy skazany za tę zbrodnię na banicję Zborowski bezczelnie wrócił do kraju, został pojmany i ścięty na Wawelu. Ponoć zaraz po egzekucji Marta znalazła się na miejscu jej wykonania, a ujrzawszy jeszcze nie zasypaną piaskiem kałużę krwi, padła zemdlona i od tego czasu nie może patrzeć na krew”.


29

„Zaiste – zawołała Wartakowa – to prawda, bo kiedy raz w drewutni służebna moja Kaśka przy rąbaniu drzewa, skaleczyła się w nogę i przybiegła do kuchni, aby zatamować krew, znajdująca się tam Martusia zamiast jej pomóc przy opatrywaniu rany, krzyknęła, zakryła dłonią oczy, blada i roztrzęsiona wybiegła z kuchni. Ale mówcie panie kumie, co się potem z Martusią działo i dlaczego znalazła się w naszym mieście?”. „Po ścięciu Zborowskiego – ciągnął dalej Kolasiński - Marta znalazła się w jakimś klasztorze, ale nie wiadomo dlaczego po pewnym czasie klasztor opuściła i przybyła do Bolesławia, gdzie wówczas przebywała wdowa po Wapowskim – pani Wapowska. Marta służyła jej jako prosta służebna wykonująca najgorsze prace, a kiedy pani Wapowska zmarła, opuściła Bolesław i znalazła przytułek na farze w Olkuszu. Tam pełniła różne posługi, sprzątając codziennie świątynię i plac wokół kościoła, a poza tym pracowała jako służąca oraz gotowała księżom pożywienie. To trwało do czasu, kiedy Olkusz uzyskał prawo miecza i złapanych na rabunku łotrzyków przestano wieszać na szubienicy, bo wieszane rzezimieszki nic sobie z takiej śmierci nie robili, tym bardziej, iż krążyła między ludem gadka, że wieszanie jest przyjemne. Wtedy rada miejska po uzyskaniu prawa miecza, zamówiła miecz w Strzemieszycach. Miecz katowski wykonał tam sławny płatnerz i miecznik Kacper z Wrocławia, który się ze strzemieszyczanką ożenił i w tej miejscowości osiedlił. Tak się zdarzyło, że po przywiezieniu miecza do Olkusza skazani zostali na ścięcie dwaj łotrzykowie, którzy nocą włamali się do naszej mennicy i skradli dosyć dużo srebra przygotowanego na bicie monet. Wyrok na rabusiach wykonano na rynku, w przytomności wielu mieszkańców miasta jacy zbiegli na rynek, żądni widoku egzekucji. W tym czasie przez rynek przechodziła Marta, która widząc krew na rusztowaniu, jęknęła boleśnie i pobiegła do swojego mieszkania, a nazajutrz już jej w Olkuszu nie było. Podobno powiedziała do jednej zaprzyjaźnionej z nią niewiasty,


30

że nie może przebywać w mieście, w którym się ludziom głowy ucina. Mieszkańcy naszego miasta – kończył opowiadać Kolasiński – żałowali, że Marta opuściła Olkusz, bo była przez ludzi lubiana, gdyż niejednemu pomogła w chorobie, znając się doskonale na leczniczych ziołach. Poza tym ostrzegała ludzi przed różnymi nieszczęściami, jako że i przyszłość umiała przepowiadać, bo nawet śmierć naszego króla, świętej pamięci Stefana Batorego, dokładnie przepowiedziała, co kapelan olkuski, który od niej tę przepowiednię usłyszał, w tajemnicy powtórzył jednemu z rady miejskiej, a potem przepowiednia rozeszła się po mieście”. Słysząc to Wartakowa klasnęła w dłonie i zawołała: „Macie rację kumie, że Martusia trafnie przyszłość przepowiada, bo mnie kiedyś ostrzegła, żeby nie jechać na jarmark do Siewierza z moim sąsiadem Kasprzykiem i dobrze, że nie pojechałam, gdyż w drodze powrotnej Kasprzykowe konie poniosły, wóz się wywrócił i Kasprzyka ze złamanymi żebrami przywieziono do domu; kto wie co by się ze mną stało, jakbym na tym wozie siedziała” – dodała zamyślona. Przepowiednie Martusi rzeczywiście się spełniały, bo w czasie walki o tron Polski między Zygmuntem Wazą a arcyksięciem austriackim Maksymilianem, kiedy Maksymilian jechał do Krakowa, żeby się na króla polskiego koronować, zaszło z Martusią dziwne wydarzenie. Poza codziennym uczęszczaniem do będzińskiego kościoła, jeszcze raz w miesiącu odbywała Martusia pielgrzymkę do sąsiednich kościołów. Wychodziła z domu wcześnie rano i wracała czasem nad wieczorem zmęczona i głodna, bo swoją pielgrzymkę łączyła z codziennym ścisłym postem. Pewnego razu, w czasie takiej peregrynacji, zaszła do Czeladzi, a kiedy po odbytym nabożeństwie wyszła z kościoła, zobaczyła w rynku zbiegowisko sporej ilości ludzi. Ludzie z zaciekawieniem przyglądali się w cudzoziemskie stroje przybranej jeździe, która rynek zapełniała.


31

Przed zamkniętym ratuszem widać było piękną karetę, przy której stał bogato przyodziany szczupły mężczyzna, otoczony – również strojnie, ale mniej bogato – ubranymi oficerami. Szczupły pan coś głośno mówił do otaczających go oficerów, gestykulując przy tym nerwowo prawą ręką, w której trzymał łosiową rękawicę. W pewnym momencie jeden z grupy oficerów, jakby na jego rozkaz, zbliżył się do stojących w pobliżu ludzi i zapytał głośno po niemiecku, czy ktoś z obecnych zna niemiecką mowę. Nikt na te słowa nie zareagował, ludzie spoglądali bezradnie na siebie nie rozumiejąc, co ten oficer do nich powiedział. Dopiero Martusia wysunęła się z grupy milczących osób i powiedziała w dobrej niemczyźnie, że ona zna język niemiecki i może służyć za tłumacza. Zaintrygowani odezwaniem się Martusi, a szczególnie jej ubogim strojem oficerowie spojrzeli na nią z zainteresowaniem, a ten bogato ubrany pan zapytał, dlaczego ratusz jest zamknięty i nikt go nie wita, chociaż przyjechał tutaj jako król Polski, a to miasteczko jest pierwsze na ziemiach polskich, w którym się znalazł w swojej drodze do Krakowa. Zaintrygowana, ale zupełnie nie speszona tym powiedzeniem Martusia, która zrozumiała, że ma przed sobą powołanego przez część szlachty na tron polski arcyksięcia Maksymiliana, odparła śmiało: „Ratusz jest zamknięty, bo w dniu dzisiejszym rada miejska nie urzęduje, a o tym, że już mamy króla nikt w Czeladzi nie wiedział”. Usłyszawszy to, Maksymilian lekko zmarszczył brwi i odwrócił się, obserwując wjeżdżającą na rynek polską chorągiew pancerną, należącą do Andrzeja Zborowskiego, który był stronnikiem Maksymiliana, usilnie popierającym kandydaturę arcyksięcia na polski tron. Natomiast jeden ze świty towarzyszących Maksymilianowi oficerów podszedł do Martusi i zapytał, czy w następnym mieście po drodze będzie


32

można zatrzymać się na dłuższy wypoczynek, bo to miasto, gdzie się obecnie znajdują do dłuższego zatrzymania się nie zachęca i na pewno niezbyt dobrze w pamięci arcyksięcia zostanie zapisane. Słysząc to Martusia zaśmiała się i rzekła: „Zapewniam wielmożnego pana, że to miasteczko, które się Czeladź nazywa, w życiu arcyksięcia jeszcze ważną odegra rolę i z pamięci swojej arcyksiążę nigdy go nie wykreśli. Następne miasto, które spotkacie po drodze, to Będzin i w tym Będzinie arcyksiążę przez dłuższy czas będzie przebywać”. Zdumiony tym powiedzeniem oficer, popatrzył uważnie na Martusię, ale nic nie odpowiedział, tylko dołączył do świty oficerów, którzy dosiadali


33

koni, bo arcyksiążę już wszedł do swojej pięknej kolasy i wkrótce cały orszak ruszył za pędzącą na przedzie polską chorągwią w kierunku gościńca prowadzącego do Będzina. Historyczne przepowiednie Martusi na czeladzkim rynku dokładnie się sprawdziły, bo za parę tygodni Maksymilian po przegranej z Zamoyskim bitwie pod Byczyną, wzięty do niewoli, jakiś czas trzymany był w będzińskim zamku. Druga przepowiednia odnośnie Czeladzi również się sprawdziła, gdyż na moście czeladzkim nad Brynicą, Maksymilian podpisał akt zrzeczenia się pretensji do polskiego tronu.


34

Oprócz tych przepowiedni Martusia jeszcze inne wydarzenia historyczne przepowiedziała i te jej prorocze przepowiednie mieszkańcy Będzina swoim dzieciom przekazywali. Między innymi przepowiedziała najazd szwedzki na Polskę, tryumf oręża polskiego w bitwie pod Wiedniem oraz tragiczny upadek Polski, jaki według jej słów (które się sprawdziły) miał nastąpić za lat dwieście, z tym, że po stuletniej niewoli Polska znów zmartwychwstanie i to również się sprawdziło. Wreszcie po dwuletnim pobycie u Wartakowej Martusia oświadczyła, że musi ją pożegnać i iść w świat. Na próżno przywiązana do niej Wartakowa ze łzami w oczach prosiła ją o pozostanie – Martusia była nieugięta. Zapłakana ucałowała dotychczasową opiekunkę, dziękując jej za gościnę, wzięła swój tłumok na plecy i wczesnym rankiem opuściła Będzin. Rozmaicie ludzie komentowali jej nagłe zniknięcie z miasta, ale nikt, nawet Wartakowa nie wiedziała, co było tego przyczyną i nikt poza Wartakową, która wierna przysiędze milczała jak zaklęta, nie znał jej przeszłości. Jednak po latach zaczęto coś przebąkiwać o pochodzeniu Martusi i o jej tragicznych losach, a po jakimś czasie w Olkuszu, Będzinie i Czeladzi ludzie już głośno opowiadali jej historię, kończąc opowiadanie tym, że po opuszczeniu Będzina, wróciła do klasztoru Norbertanek w Krakowie, z którego ją przed laty – jeszcze przed przyjęciem ślubów zakonnych – wyprawiono w świat celem odbycia pewnej pokuty. Jeśli chodzi o postać Martusi i przebieg jej życia, to właściwie nie wiadomo, ile w tym jest prawdy, a ile ludzkiej fantazji, niemniej jednak tę historię, jeszcze na początku bieżącego stulecia starzy mieszkańcy Zagłębia w wyżej podanej wersji chętnie opowiadali.

Profile for Muzeum Saturn w Czeladzi

Przepowiednie Martusi na czeladzkim rynku  

Druga legenda znajdująca się w publikacji "Miasto Czeladź w opowieściach legendarnych i historycznych". Autorem książki jest nieżyjący już S...

Przepowiednie Martusi na czeladzkim rynku  

Druga legenda znajdująca się w publikacji "Miasto Czeladź w opowieściach legendarnych i historycznych". Autorem książki jest nieżyjący już S...

Advertisement