Issuu on Google+


Sylvain Reynard Piek続o Gabriela 042499

1


Prolog Florencja, rok 1283 Poeta sta³ na moœcie, patrz¹c na zbli¿aj¹c¹ siê m³od¹ kobietê. Gdy dostrzeg³ jej ogromne ciemne oczy i wytwornie ufryzowane w³osy barwy g³êbokiego br¹zu, jego œwiat niemal zatrzyma³ siê w biegu. W pierwszej chwili jej nie rozpozna³. By³a piêkna – urod¹ zapieraj¹c¹ dech w piersi; porusza³a siê pewnie i z wdziêkiem. Niemniej w jej twarzy, w jej postaci by³o coœ, co przypomnia³o mu dziewczynê, w której dawno temu kocha³ siê bez pamiêci. Ka¿de z nich posz³o w³asn¹ drog¹, ale zawsze bola³ nad ich rozstaniem: by³a jego anio³em, jego muz¹, jego ukochan¹ Beatrycze. ¯ycie bez niej by³o samotne i nie mia³o ¿adnego sensu. Ogarnê³a go b³ogoœæ. Kiedy siê zbli¿y³a wraz ze swoimi towarzyszkami, spuœci³ g³owê i pochyli³ siê w rycerskim uk³onie. Nie wierzy³, ¿e zwróc¹ na niego uwagê. Ta kobieta by³a równie doskona³a co nietykalna – ciemnooki anio³, odziany w niepokalan¹ biel, podczas gdy on by³ ju¿ stary, zmêczony ¿yciem i spragniony spokoju. Ju¿ go niemal minê³a, gdy k¹tem oka dostrzeg³ pantofelek, który jakby siê zawaha³ i zatrzyma³ tu¿ przed nim. Wstrzymuj¹c oddech, czeka³, co bêdzie dalej; serce wali³o mu w piersi jak oszala³e. Nagle siê odezwa³a, a jej miêkki, ³agodny g³os obudzi³ w nim ca³e morze wspomnieñ. Podniós³ na ni¹ zaskoczony wzrok. Czeka³ na tê chwilê ju¿ tak d³ugo, tyle lat marzy³ o niej, ale nigdy, w najœmielszych marzeniach,

5


nie s¹dzi³, ¿e j¹ spotka – tak przypadkiem! I nigdy nie oœmieli³ siê mieæ nadziei, ¿e jej powitanie bêdzie pe³ne s³odyczy! Przejêty i wzruszony mamrota³ jakieœ uprzejmoœci; pozwoli³ sobie nawet na uœmiech, na który jego muza odpowiedzia³a równie piêknym, o nie!, dziesiêciokrotnie piêkniejszym uœmiechem. Poczu³, ¿e mi³oœæ, któr¹ zawsze j¹ darzy³, spotêgowa³a siê; radoœæ wezbra³a mu w sercu, które zap³onê³o piekielnym ogniem. Niestety! Ledwie zaczêli rozmowê, oœwiadczy³a, ¿e musi ju¿ iœæ. Sk³oni³ siê g³êboko, gdy przechodzi³a obok, po czym siê wyprostowa³ i patrzy³ w œlad za jej nikn¹c¹ w oddali postaci¹. Radoœæ ze spotkania ust¹pi³a miejsca smutkowi: zastanawia³ siê, czy kiedykolwiek j¹ jeszcze zobaczy…

6


Rozdzia³ 1 – …Panno Mitchell? G³os profesora Gabriela Emersona rozszed³ siê echem po ca³ej sali wyk³adowej; s³owa niew¹tpliwie by³y skierowane do siedz¹cej w ostatnim rzêdzie m³odej kobiety o poci¹gaj¹cym wygl¹dzie. Pogr¹¿ona w myœlach – czy te¿ mo¿e w lekturze – z pochylon¹ g³ow¹ zapisywa³a coœ szybko w notatniku. Dziesiêæ par oczu utkwi³o spojrzenie w jej bladej twarzy, d³ugich rzêsach i szczup³ych bia³ych palcach œciskaj¹cych pióro. Nastêpnie te same dziesiêæ par oczu zwróci³o siê na twarz stoj¹cego w milczeniu, lekko zniecierpliwionego profesora. To antypatyczne zachowanie nie pasowa³o do mi³ej aparycji: klasycznych rysów, du¿ych oczu i pe³nych warg. Ten przystojny facet mia³ zgorzknia³y wyraz twarzy, co, niestety, kompletnie psu³o ogólne wra¿enie. – Uhm!… Lekkie kaszlniêcie z prawej strony zwróci³o uwagê dziewczyny. Zaskoczona popatrzy³a na siedz¹cego obok barczystego mê¿czyznê. Uœmiechn¹³ siê i spojrza³ na katedrê i profesora. Powoli tak¿e jej wzrok pod¹¿y³ w tê sam¹ stronê i… napotka³ przenikliwe spojrzenie pary b³êkitnych oczu. G³oœno prze³knê³a œlinê. – Oczekujê odpowiedzi na moje pytanie, panno Mitchell. Oczywiœcie, o ile bêdzie pani ³askawa do³¹czyæ do nas… – jego g³os by³ lodowaty, podobnie jak oczy.

7


Pozostali s³uchacze – studenci ostatniego roku – wiercili siê na krzes³ach, spozieraj¹c na siebie ukradkiem. Ich zachowanie wyra¿a³o bez w¹tpienia: „Co te¿ tego bubka ugryz³o?”. Nikt siê jednak nie odezwa³ (ogólnie wiadomo, ¿e studenci roku dyplomowego unikaj¹ konfrontacji z profesorem na jakikolwiek temat, a ju¿ na pewno nie z powodu jego grubiañskiego zachowania). M³oda kobieta lekko rozchyli³a wargi, po czym je przymknê³a, wpatrzona w te nieruchome niebieskie oczy. Jej w³asne by³y szeroko otwarte: przypomina³a wystraszonego królika. – Czy angielski jest pani ojczystym jêzykiem? – kpi¹co spyta³ profesor. Siedz¹ca po jego prawej stronie kruczow³osa dziewczyna próbowa³a st³umiæ œmiech, staraj¹c siê zast¹piæ go nieprzekonuj¹cym kaszlem. Wszystkie oczy znów skierowa³y siê na wystraszonego króliczka, który poczerwienia³ gwa³townie; dziewczyna pochyli³a g³owê, próbuj¹c unikn¹æ spojrzenia profesora. – Skoro panna Mitchell, jak siê wydaje, odbywa w tej chwili seminarium w obcym jêzyku, mo¿e ktoœ inny bêdzie ³askaw odpowiedzieæ na moje pytanie? Tego tylko by³o trzeba piêknoœci siedz¹cej po prawej stronie Emersona. Z rozjaœnion¹ twarz¹, wpatrzona w profesora, szczegó³owo odpowiedzia³a na pytanie; po prostu zrobi³a z siebie widowisko, wymachuj¹c rêkami, gdy cytowa³a Dantego w jego ojczystym jêzyku. Kiedy skoñczy³a, z przek¹sem uœmiechnê³a siê do tylnych rzêdów sali, po czym wlepi³a wzrok w profesora i… s³odko westchnê³a. Brakowa³o tylko, ¿eby siê rzuci³a na pod³ogê i, ocieraj¹c o jego stopy, demonstrowa³a, jak bardzo chcia³aby byæ jego pieszczoszk¹… na zawsze! (co nie znaczy, ¿e on przyj¹³by taki gest z radoœci¹). Profesor niemal niedostrzegalnie zmarszczy³ brwi i odwróci³ siê, by napisaæ coœ na tablicy. Wystraszony królik ledwo powstrzyma³ ³zy i powróci³ do pisania; na szczêœcie uda³o mu siê nie rozp³akaæ. Po kilku minutach, gdy profesor glêdzi³ coœ tam o walce pomiêdzy Gibelinami a Gwelfami, na s³ownik jêzyka w³oskiego nale¿¹cy

8


do przestraszonego króliczka spad³a nagle z³o¿ona we czworo kartka papieru. W pierwszej chwili dziewczyna jej nie zauwa¿y³a, dopiero delikatne kaszlniêcie zwróci³o jej uwagê na siedz¹cego obok przystojnego m³odzieñca. Tym razem uœmiechnê³a siê szeroko, niemal serdecznie, i zerknê³a na papier. Zamruga³a gwa³townie powiekami. Wpatrzona w plecy profesora, który w tej chwili zakreœla³ ko³ami niekoñcz¹c¹ siê liczbê w³oskich wyrazów, zsunê³a kartkê na kolana i ostro¿nie rozwinê³a. Emerson to dupek. Nikt nic nie zauwa¿y³, bo nikt na ni¹ nie patrzy³ – z wyj¹tkiem s¹siada. Gdy przeczyta³a, znów obla³a siê rumieñcem, ale tym razem innym: dwie ró¿owe chmurki osiad³y na jej policzkach. Uœmiechnê³a siê lekko. Nie na tyle, by pokaza³y siê do³eczki w policzkach lub zmru¿y³y oczy… niemniej by³ to uœmiech. Podnios³a wzrok na s¹siada i spojrza³a na niego nieœmia³o. Szeroki, serdeczny uœmiech rozjaœni³ mu twarz. – Co pani¹ tak rozœmieszy³o, panno Mitchell? Ciemne oczy rozwar³y siê szeroko z przera¿enia. Uœmiech w jednej chwili znikn¹³ z oblicza jej nowego przyjaciela. Popatrzy³a na profesora. Wiedzia³a, ¿e lepiej nie patrzeæ w te jego zimne, niebieskie oczy. Opuœci³a g³owê, co chwila przygryzaj¹c zêbami pe³n¹ doln¹ wargê. – To moja wina, profesorze. Pyta³em po prostu, na której stronie jesteœmy. – Nowy przyjaciel za wszelk¹ cenê stara³ siê jej pomóc. – Nie mo¿na powiedzieæ, ¿eby to by³o pytanie godne studenta-doktoranta, Paul. Skoro jednak nie wiesz, zaczêliœmy w³aœnie pierwsze canto. Mam wra¿enie, ¿e potrafisz je znaleŸæ bez pomocy panny Mitchell… Aha… panno Mitchell?! Koñski ogon zadr¿a³ delikatnie, kiedy wystraszony króliczek podniós³ g³owê. – Po wyk³adzie czekam na pani¹ w moim gabinecie.

9


Rozdzia³ 2 Kiedy seminarium dobieg³o koñca, Julia Mitchell pospiesznie wetknê³a do s³ownika jêzyka w³oskiego – pod has³o asino * – z³o¿on¹ kartkê papieru, któr¹ dot¹d trzyma³a na kolanach. – Przykro mi z powodu tej ca³ej awantury. Jestem Paul Norris. Barczysty s¹siad przyjaŸnie wyci¹ga³ do niej swoj¹ wielk¹ ³apê. Potrz¹snê³a ni¹ delikatnie, a on patrzy³ z tkliwoœci¹ na jej d³oñ, która wydawa³a siê maleñka w porównaniu z jego rêk¹. Gdyby j¹ choæby lekko œcisn¹³, móg³by j¹ zmia¿d¿yæ… – Czeœæ, Paul. Jestem Julia. Julia Mitchell. – Cieszê siê, ¿e ciê pozna³em, Julio. Przykro mi, ¿e profesor tak siê zachowa³. Jak g³upi je³op. Nie mam pojêcia, co go ugryz³o. Paul nie bez sarkazmu obdarzy³ Emersona swoim ulubionym epitetem. Julia zaczerwieni³a siê lekko i wróci³a do sk³adania ksi¹¿ek. – Jesteœ nowa? – dopytywa³ siê Paul, pochylaj¹c g³owê, jakby chcia³ z³owiæ jej spojrzenie. – Dopiero co przyjecha³am. Z Uniwersytetu Œwiêtego Józefa. Kiwn¹³ g³ow¹, jakby to mu coœ mówi³o. – A tutaj bêdziesz robiæ dyplom? – Tak. – Rêk¹ wskaza³a pust¹ ju¿ salê seminarium. – Mo¿e ciê to zaskoczy, ale mam siê specjalizowaæ w poezji Dantego. Paul gwizdn¹³ przez zêby. *

w³. – osio³ [przyp. t³um.].

10


– Wiêc przenios³aœ siê tu dla Emersona? Przytaknê³a, a on zauwa¿y³, ¿e ¿y³y na jej szyi zaczê³y delikatnie pulsowaæ. Poniewa¿ jednak nie potrafi³ sobie tego wyt³umaczyæ, zbagatelizowa³ to. Ale nie zapomnia³. – Trudno siê z nim pracuje, wiêc nie ma wielu studentów. Ja piszê pracê w³aœnie u niego, poza mn¹ tak¿e Christa Peterson, któr¹ ju¿ pozna³aœ. – Christa…? – Rzuci³a mu pytaj¹ce spojrzenie. – No, ta kokietka z pierwszego rzêdu. Ona te¿ pisze u niego pracê, ale w³aœciwie to planuje zostaæ pani¹ Emerson. Ledwie zaczê³a chodziæ na wyk³ady, a ju¿ kombinuje, wprasza siê do niego na herbatkê, co chwila wpada do jego gabinetu, zasypuje go SMS-ami… To niewiarygodne! Julia znów skinê³a g³ow¹, lecz siê nie odezwa³a. – Christa nie wie chyba o polityce niebratania siê, która œciœle obowi¹zuje na uniwersytecie w Toronto. – Paul komicznie przewróci³ oczami i zosta³ nagrodzony cudownym uœmiechem. Tak piêknym, ¿e postanowi³, i¿ musi sprawiæ, by Julia Mitchell uœmiecha³a siê czêœciej. No, ale to trzeba bêdzie od³o¿yæ na póŸniej. – Chyba powinnaœ do niego pójœæ. Chcia³ siê z tob¹ zobaczyæ po wyk³adzie… bêdzie czeka³. Julia szybko zapakowa³a swoje rzeczy do podniszczonego plecaczka firmy L.L. Bean, którego u¿ywa³a od pocz¹tku studiów. – Hm… w³aœciwie to nie wiem, gdzie jest jego gabinet… – Po wyjœciu z sali idŸ na prawo, potem w lewo. Jego gabinet jest w rogu, na samym koñcu korytarza. Wszystkiego dobrego, trzymaj siê! Do nastêpnego wyk³adu… a mo¿e szybciej? Uœmiechnê³a siê z wdziêcznoœci¹. Kiedy skrêci³a za róg, zobaczy³a, ¿e drzwi do gabinetu profesora s¹ uchylone. Zatrzyma³a siê na chwilê, niepewna, czy powinna zapukaæ, czy wsun¹æ g³owê do œrodka. Po chwili zastanowienia zdecydowa³a siê na to pierwsze. Wyprostowa³a ramiona, wziê³a g³êboki oddech, wstrzyma³a go i kostkami palców dotknê³a drzwi. Us³ysza³a jego g³os.

11


– Przepraszam, ¿e nie oddzwoni³em. Prowadzi³em seminarium! – fuka³ g³oœno a¿ za dobrze jej znanym gniewnym g³osem. Nast¹pi³a chwila ciszy, po czym znowu siê odezwa³: – Dlatego, ¿e to pierwsze seminarium w tym roku, ty dupku, i dlatego, ¿e kiedy z ni¹ ostatnio rozmawia³em, powiedzia³a, ¿e wszystko jest w porz¹dku! Julia natychmiast siê wycofa³a. Wygl¹da³o na to, ¿e Emerson rozmawia z kimœ przez telefon. Nie chcia³a, ¿eby wrzeszcza³ i na ni¹, wiêc postanowi³a siê ulotniæ; potem jakoœ sobie poradzi z konsekwencjami. Gdy jednak us³ysza³a wyrywaj¹cy siê z gard³a profesora rani¹cy serce szloch, nie by³a w stanie uciec. – Pewnie, ¿e chcia³em tam byæ! Kocha³em j¹ przecie¿… Naturalnie, ¿e chcia³em tam byæ! – Us³ysza³a kolejne ³kanie. – Nie mam pojêcia, kiedy zdo³am do was dotrzeæ. Powiedz im, ¿e nied³ugo bêdê! Jadê prosto na lotnisko i wsiadam do samolotu, tyle ¿e nie wiem, na który lot siê dostanê tak w ostatniej chwili… Przerwa³ na chwilê. – Wiem. Powiedz im, ¿e przepraszam. ¯e bardzo mi przykro… Szloch zast¹pi³o miêkkie, dr¿¹ce ³kanie; Julia us³ysza³a, jak Emerson odwiesza s³uchawkê. Nie zastanawiaj¹c siê, ostro¿nie wsunê³a g³owê do pokoju. Trzydziestoparoletni mê¿czyzna obejmowa³ g³owê rêkoma o d³ugich palcach; oparty na ³okciach o biurko, ¿a³oœnie p³aka³. Dziewczyna widzia³a, jak dygoc¹ jego szerokie ramiona. S³ysza³a, jak z piersi wyrywaj¹ siê ból i rozpacz. Naprawdê bardzo mu wspó³czu³a. Mia³a ochotê podejœæ, pocieszyæ go, obj¹æ ramionami za szyjê… Pragnê³a g³askaæ jego w³osy, chcia³a mu powiedzieæ, jak bardzo jest jej przykro. Przez chwilê próbowa³a sobie wyobraziæ, jak to jest œcieraæ ³zy z tych wyrazistych szafirowych oczu i ujrzeæ dobroæ w jego spojrzeniu. Myœla³a o szybkim poca³unku w policzek… ot tak, po prostu, ¿eby zapewniæ go o swojej sympatii. Widok tego mê¿czyzny p³acz¹cego, jakby mu serce pêka³o z bólu, momentalnie j¹ jednak otrzeŸwi³. Odrzuci³a wszystkie poprzednie

12


myœli. Czym prêdzej ukry³a siê za drzwiami, na oœlep wyjê³a z plecaka kartkê papieru i napisa³a na niej: Przepraszam Julia Mitchell Potem, nie wiedz¹c w³aœciwie, co robi, wsunê³a papier za framugê, mocno go wcisnê³a, po czym cichutko zamknê³a za sob¹ drzwi.

Nieœmia³oœæ nie le¿a³a w naturze Julii. Jej najwiêksz¹ zalet¹ by³a umiejêtnoœæ wczuwania siê w prze¿ycia innych osób – cechy tej nie odziedziczy³a zreszt¹ po ¿adnym z rodziców. Jej ojciec, z gruntu porz¹dny cz³owiek, zawsze stara³ siê byæ surowy i nieustêpliwy. Matka – kiedy jeszcze ¿y³a – nie potrafi³a okazaæ wspó³czucia nikomu, nawet swojemu jedynemu dziecku. Osobê Toma Mitchella mo¿na by opisaæ w niewielu s³owach; by³ jednak znany i ogólnie lubiany. Pracowa³ jako woŸny na Susquehanna University, a tak¿e jako szef stra¿y po¿arnej w Selinsgrove Boroughs w Pensylwanii. Poniewa¿ to drugie zajêcie mia³o charakter wy³¹cznie ochotniczy, on i jego koledzy stra¿acy bez przerwy telefonowali do siebie. Tom by³ bardzo dumny ze swojej roli szefa i oddawa³ sie jej z wielkim poœwiêceniem, co znaczy, ¿e w domu bywa³ rzadko. Tego wieczoru, po jej pierwszym wyk³adzie u Emersona, zadzwoni³ do Julii z posterunku stra¿y, zadowolony, ¿e w koñcu dodzwoni³ siê do niej na komórkê: – Jak ci tam jest, córeczko? – g³os ojca, pozornie beznamiêtny, niemniej pe³en ¿yczliwoœci, rozgrza³ serce Julii jak ciep³y ok³ad. Westchnê³a. – W porz¹dku. Pierwszy dzieñ by³… no, pe³en wra¿eñ, ale w porz¹dku. – Jak ciê traktuj¹ Kanadyjczycy? Dobrze? – O, tak! Wszyscy s¹ dla mnie bardzo mili. To Amerykanie zachowuj¹ siê jak œwinie. No, w ka¿dym razie jeden Amerykanin – pomyœla³a.

13


Tom odchrz¹kn¹³ raz czy dwa razy i Julia wstrzyma³a oddech. Lata doœwiadczeñ mówi³y jej, ¿e ojciec chce powiedzieæ coœ wa¿nego. Ciekawa by³a, co to takiego. – Wiesz co, kochanie… Grace Clark umar³a dzisiaj. Julia usiad³a na swoim podwójnym ³ó¿ku i wlepi³a wzrok w dywan. – S³ysza³aœ, co powiedzia³em? – Tak. Tak, s³ysza³am… – Mia³a nawrót raka. Ju¿ myœleli, ¿e wszystko bêdzie dobrze. Ale choroba wróci³a, a zanim to odkryli, mia³a ju¿ przerzuty do koœci i na w¹trobê. Richard jest zupe³nie roztrzêsiony, dzieciaki tak¿e. Julia przygryz³a wargê, staraj¹c siê opanowaæ ³kanie. – Wiedzia³em, ¿e ta wiadomoœæ bardzo ciê zmartwi. By³a dla ciebie jak matka… no i Rachel tak siê z tob¹ przyjaŸni, jeszcze od liceum! Odzywa³a siê do ciebie? – Hm… nie. Nie odzywa³a siê. Dlaczego do mnie nie zadzwoni³a? – Wiesz, nie jestem pewien, kiedy zrozumieli, ¿e Grace znowu choruje. By³em u nich dziœ z samego rana, chcia³em siê zobaczyæ ze wszystkimi; okaza³o siê, ¿e Gabriel jeszcze nie dojecha³. A to powa¿ny problem. Nie mam zreszt¹ pojêcia, gdzie on siê zatrzymuje, kiedy przyje¿d¿a. Ile¿ z³ej krwi jest w tej rodzinie! – Tom cicho zakl¹³. – Posy³asz kwiaty, tato? – Chyba tak… nie znam siê w³aœciwie na tych sprawach, ale spytam Deb, mo¿e ona mi pomo¿e. Deb Lundy by³a przyjació³k¹ Toma. Na jej wspomnienie Julia przewróci³a oczyma, lecz swoje – raczej negatywne – zdanie o pomocnej Deb zatrzyma³a dla siebie. – To poproœ j¹ tak¿e o wys³anie kwiatów ode mnie. Grace uwielbia³a gardenie. Tylko niech Deb do³¹czy kartkê z moim imieniem. – Zrobi siê. Potrzeba ci czegoœ? – Nie, mam wszystko. – Pieniêdzy? – Nie, tato. Je¿eli bêdê oszczêdna, stypendium wystarczy mi na ¿ycie.

14


Tom milcza³ chwilê; Julia wiedzia³a, co powie, zanim znów siê odezwa³. – Przykro mi z powodu Harvardu. Mo¿e ci siê uda w przysz³ym roku… Wyprostowa³a plecy i zmusi³a siê do uœmiechu, mimo ¿e ojciec nie móg³ go przecie¿ widzieæ. – Mo¿e… Zadzwoniê do ciebie. – Pa, kochanie. Nastêpnego ranka Julia sz³a na uniwersytet trochê wolniej; muzyka z iPoda pomaga³a jej zebraæ myœli. Uk³ada³a sobie w g³owie treœæ e-maila do Rachel z kondolencjami i przeprosinami: co chwila na nowo przerabia³a jego treœæ. W Toronto wia³ ciep³y wrzeœniowy wiaterek, co Julii bardzo odpowiada³o. Cieszy³a siê, ¿e w pobli¿u jest jezioro, podoba³o jej siê, ¿e jest tu tyle s³oñca; lubi³a tutejsz¹ atmosferê ogólnej ¿yczliwoœci. Fajne te¿ by³y czyste, niezaœmiecone ulice. Cieszy³a siê, ¿e mo¿e byæ w Toronto, a nie w Selinsgrove czy w Filadelfii – ¿e dziêki temu jest oddalona od niego o setki mil. Mia³a nadziejê, ¿e tak ju¿ bêdzie zawsze. Wci¹¿ myœl¹c o e-mailu do Rachel, wesz³a do biura Wydzia³u Italianistyki, aby sprawdziæ swoj¹ przegródkê na listy. Nagle ktoœ poklepa³ j¹ po ramieniu i zaraz siê odsun¹³. Zdjê³a s³uchawki z uszu. – Paul… czeœæ! Uœmiechn¹³ siê do niej z wysoka. Julia by³a doœæ niska, zw³aszcza w tenisówkach, tak ¿e czubkiem g³owy ledwie siêga³a mu do piersi. – Jak tam twoja rozmowa z Emersonem? Uœmiech znikn¹³ Paulowi z twarzy; patrzy³ na ni¹ uwa¿nie. Przygryz³a wargê; nie potrafi³a pohamowaæ tego nerwowego przyzwyczajenia. Przede wszystkim dlatego, ¿e nie zdawa³a sobie z niego sprawy. – Hm… wcale u niego nie by³am. Przymkn¹³ oczy i odrzuci³ g³owê w ty³. Mrukn¹³ cicho:

15


– To… niedobrze. Julia próbowa³a wyjaœniæ sytuacjê. – Drzwi jego gabinetu by³y zamkniête. Chyba telefonowa³… ale nie wiem na pewno. Zostawi³am mu kilka s³ów na kartce. Paul zauwa¿y³ jej zdenerwowanie i to, jak œci¹gnê³a delikatnie zarysowane ³uki brwi. By³o mu za ni¹ przykro i w duchu przeklina³ profesora za to, ¿e tak j¹ zirytowa³. Julia wygl¹da³a na osobê, któr¹ mo¿na ³atwo zraniæ, a Emerson nie zdawa³ sobie sprawy, jak bardzo swoim zachowaniem potrafi dotkn¹æ studentów. Paul postanowi³ zatem, ¿e bêdzie jej pomagaæ. – Skoro telefonowa³, pewnie nie chcia³, ¿eby mu przeszkadzano. Miejmy nadziejê, ¿e to dlatego! Inaczej powiedzia³bym, ¿e po prostu sama zadecydowa³aœ o swoim ¿yciu. – Wyprostowa³ siê i jakby od niechcenia z³o¿y³ rêce na piersi. – Mam nadziejê, ¿e w razie jakichœ k³opotów powiesz mi o tym, a ja pomyœlê, co zrobiæ. Na mnie mo¿e sobie krzyczeæ. Ale nie chcia³bym, ¿eby krzycza³ na ciebie. Bo wygl¹da mi na to, ¿e taki wstrz¹s móg³by ciê zabiæ, Wystraszony Króliczku – doda³ w duchu. Mia³ wra¿enie, ¿e Julia chce coœ powiedzieæ, ale milcza³a. Ze s³abym uœmiechem skinê³a g³ow¹, jakby godz¹c siê na jego propozycjê. Nastêpnie podesz³a do skrzynek i wyjê³a listy ze swojej przegródki. W wiêkszoœci by³y to foldery i reklamy. Kilka og³oszeñ z wydzia³u, w tym zawiadomienie o otwartym wyk³adzie profesora Gabriela Emersona na temat „Po¿¹danie seksualne w Piekle Dantego: grzech œmiertelny wobec w³asnego Ja”. Julia musia³a przeczytaæ ten tytu³ kilka razy, zanim treœæ do niej dotar³a. Kiedy to siê sta³o, zanuci³a coœ cicho pod nosem. Nuci³a jeszcze, gdy zauwa¿y³a drugie og³oszenie mówi¹ce, ¿e wyk³ad profesora Emersona zosta³ odwo³any i ¿e odbêdzie siê w póŸniejszym terminie. A tak¿e czytaj¹c trzecie, oznajmiaj¹ce, ¿e wszystkie seminaria, spotkania i kolokwia profesora Emersona anulowano a¿ do odwo³ania.

16


I gdy w swojej przegródce znalaz³a kartkê papieru. Roz³o¿y³a j¹ i przeczyta³a: Przepraszam Julia Mitchell Nadal nuc¹c pod nosem, zastanawia³a siê, co oznacza znalezienie w³asnej kartki nastêpnego dnia po tym, jak wsunê³a j¹ w drzwi profesora Emersona. Zamar³a jednak – a jej serce na chwilê przesta³o biæ – kiedy odwróci³a kartkê i przeczyta³a: Emerson to dupek.

17


Rozdzia³ 3 By³ taki okres, kiedy Julia, w reakcji na tak ¿enuj¹c¹ sytuacjê, rzuci³aby siê na pod³ogê i zwinê³a w k³êbek na podobieñstwo ludzkiego embrionu – i pewnie pozosta³aby w tej pozycji na zawsze. Ale teraz, w powa¿nym wieku dwudziestu trzech lat, czu³a, ¿e jest ju¿ kimœ zrobionym z mocniejszego materia³u. Zatem, zamiast zastygn¹æ nieruchomo przed przegródk¹ na listy i rozmyœlaæ, jak jej krótka kariera akademicka odp³ywa w niebyt, jak p³onie na stosie i jak pozostaje z niej jedynie kupka popio³u – za³atwi³a swoje sprawy na uniwersytecie i spokojnie wróci³a do domu. Odsuwaj¹c na dalszy plan myœli o karierze naukowej, Julia zrobi³a cztery rzeczy: Po pierwsze – wyci¹gnê³a kilka banknotów z pieniêdzy „na wypadek awarii”, które swego czasu ulokowa³a w plastikowym pojemniku pod ³ó¿kiem. Po drugie – posz³a do najbli¿szego sklepu z alkoholem i kupi³a wielk¹ butlê najtañszej tequili. Po trzecie – wróci³a do domu i napisa³a do Rachel e-maila z kondolencjami. Rozmyœlnie jej nie poinformowa³a, gdzie teraz mieszka i co robi; wola³a go wys³aæ z prywatnego adresu gmail ni¿ z uniwersyteckiej skrzynki. Po czwarte – posz³a na zakupy. Ta czwarta czynnoœæ stanowi³a w³aœciwie pe³en ³ez i bólu ho³d – zarówno dla Rachel, jak i dla zmar³ej Grace: obydwie uwielbia³y kosztowne rzeczy, a Julia by³a na to za biedna. Nie by³o jej staæ na takie zakupy, kiedy jako uczenni-

18



Piekło Gabriela