Page 1


2


N.K. Jemisin Mroczne s続o単ce

3


Tytu³ orygina³u: The Shadowed Sun Projekt ok³adki: Krzysztof Krawiec Redakcja: Julia Celer Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz Korekta: Maria Œleszyñska, El¿bieta Stegliñska

Copyright  2012 by N.K. Jemisin By arrangement with the author. All rights reserved. For the cover illustration  Krzysztof Krawiec  for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014  for the Polish translation by Maciejka Mazan

ISBN 978-83-7758-686-0

Wydawnictwo Akurat Warszawa 2014

4


Na pustyni widzia³em stworzenie – nagie, podobne do bestii, które, przyczajone, trzyma³o serce w d³oniach i jad³o je. Spyta³em: „Przyjacielu, smakuje ci?” „Jest gorzkie. Gorzkie – odpowiedzia³o. – Ale smakuje mi. Bo jest gorzkie i jest moim sercem”. Stephen Crane Czarni jeŸdŸcy i inne wiersze

5


6


1. PRÓBA DAWCY

Istnieje dwieœcie piêædziesi¹t szeœæ miejsc w ciele cz³owieka, w których mo¿e siê on ukryæ. ¯o³nierz umieraj¹cy pod d³oñmi Hanani uciek³ gdzieœ g³êboko. Przeszuka³a jego serce, rozum i trzewia, choæ dusza odwiedza te organy rzadziej ni¿ siê to wydaje laikom. Sprawdzi³a jego usta i oczy, te drugie ze szczególn¹ uwag¹. Wreszcie za p³atem w¹troby odnalaz³a szlak duszy i posz³a za nim w sen o ton¹cych w cieniu ruinach. W mg³ach zmierzchu majaczy³y sterty gruzów – krusz¹cych siê ruin, tak gigantycznych, ¿e ka¿da ceg³a by³a wiêksza od cz³owieka, o tak nieznanej konstrukcji, ¿e Hanani nie potrafi³a odgadn¹æ ich przeznaczenia. Pa³ac? Œwi¹tynia? W ka¿dym razie s³u¿y³ jako dekoracje. Pod jej stopami iskrzy³ siê jakiœ py³, coœ bardziej b³yszcz¹cego od miki; przy ka¿dym kroku z ziemi unosi³ siê milion migocz¹cych gwiazdek. Hanani zadba³a o to, by wraca³y na swoje miejsce. Aby znaleŸæ ¿o³nierza, musia³a najpierw zaj¹æ siê otoczeniem. Uporz¹dkowanie ruin by³o proste. Zrobi³a to, przykucaj¹c i dotykaj¹c d³oni¹ ziemi. Nitki sennego ichoru, jaskrawo¿ó³te i rozjarzone, sp³ynê³y z jej palców, na chwilê wy¿³obi³y w tej ziemi rowki, po czym wsi¹k³y w ni¹. U³amek chwili póŸniej py³

7


uniós³ siê i zabliŸni³ pêkniêcia w kamieniach – pierwszy zwiastun zmian. Potem wielkie ceg³y zaczê³y siê prostowaæ i unosiæ w powietrze przy dr¿eniu pêkaj¹cej ziemi; z ³omotem ustawia³y siê na sobie, tworz¹c kolumny i œciany. Wszêdzie wokó³ Hanani – gdyby chcia³a spojrzeæ – na tle szarego nieba pojawia³y siê zarysy monstrualnego miasta. Ale kiedy powsta³o, dziewczyna wsta³a i ruszy³a, nie ogl¹daj¹c siê na nie. Mia³a wa¿niejsze sprawy. [– To trwa d³u¿ej, ni¿ powinno. – Rana siê goi. – I co z tego, skoro umrze. – Nie umrze. Ju¿ go ma. Patrz.] Zbli¿ywszy siê do kamiennego ³uku bramy, przystanê³a, by mu siê przyjrzeæ. £uk mia³ wysokoœæ cz³owieka – jedyny w tym sennym krajobrazie element o normalnych proporcjach. Za bram¹ czeka³ mrok, taki sam jak wszêdzie. Nie gêstszy. Hanani podesz³a ostro¿nie i odwa¿y³a siê w niego zanurzyæ. Mrok j¹ odepchn¹³. Wyobrazi³a sobie oœwietlenie. Mrok sta³ siê gêstszy. Po chwili zastanowienia przywo³a³a ból, strach i furiê i owinê³a siê nimi. Opór mroku stopnia³; dusza ¿o³nierza rozpozna³a swoj¹ siostrê. Hanani przesz³a przez bramê i znalaz³a siê w ogrodzie atrium, takim, jaki och³adza serce ka¿dego domu – ale ten by³ martwy. Rozejrza³a siê, przechodz¹c pod pêkniêtymi palmami i zwiêdniêtymi pn¹czami ³zy luny. Spojrza³a z trosk¹ na gnij¹ce grz¹dki. Potem zauwa¿y³a coœ jeszcze – w samym œrodku ogrodu, skulony w gnieŸdzie w³asnego smutku, le¿a³ ¿o³nierz.

8


Hanani zatrzyma³a siê i skierowa³a czêœæ uwagi na œwiat jawy. [– Dayu? Zaraz bêdê potrzebowa³a wiêcej sennej ¿ó³ci. – Tak, Hanani… eee, praktykantko.] Za³atwiwszy to, Hanani wróci³a do snu o ukrytym ogrodzie. ¯o³nierz le¿a³ w nim, skulony w k³êbek, otaczaj¹c rêkami kolana, jakby szuka³ pociechy. Z rany w jego zgiêtym ciele do jamy w œrodku gniazda wylewa³y siê wnêtrznoœci. Hanani nie widzia³a dna jamy, tylko te wnêtrznoœci, ³¹cz¹ce go z ni¹ niczym obrzydliwa pêpowina. „Œmieræ” – powiedzia³o powietrze. – Nie tutaj, petencie – odpar³a. – To krainy cienia. Mo¿na umrzeæ w lepszym miejscu. Nie poruszy³ siê, wci¹¿ z³akniony œmierci. Jeszcze raz stawi³a mu opór. „Pamiêæ” – podsunê³a, by go zachêciæ. Ból rozb³ysn¹³ zimnymi, fioletowo-bia³ymi smu¿kami, oplót³ gniazdo. Pojawi³a siê nowa postaæ. Mê¿czyzna – starszy, brodaty jak ci, w których ¿y³ach p³ynie krew Nordów, równie¿ w wojskowym stroju, ale wy¿szy rang¹ ni¿ ¿o³nierz Hanani. Krewny? Mentor? Kochanek? Z pewnoœci¹ ¿o³nierz darzy³ go mi³oœci¹. – Odszed³ – szepn¹³ ¿o³nierz. – Odszed³ beze mnie. – Oby na wieki ¿y³ w Jej spokoju – odpowiedzia³a. Roz³o¿y³a rêce i przesunê³a palcami po krêgu mg³y. Tam, gdzie go dotknê³a, cienkie ciemnoczerwone ¿y³ki zapulsowa³y i wtopi³y siê w biel. [– Zu¿y³a jeszcze wiêcej sennej krwi? W tym tempie wykorzysta ca³¹. – Wiêc damy jej wiêcej. Ten pustynny bandyta niemal przeci¹³ go na pó³. Cz³owieku, czegoœ ty siê spodziewa³?]

9


¯o³nierz Hanani jêkn¹³ i ciaœniej zwin¹³ siê w k³êbek, gdy czerwone ¿y³ki wyci¹gnê³y siê ku niemu ze œcian i wniknê³y w jego skórê. Mg³a nagle zamigota³a, wizja brodatego ¿o³nierza sta³a siê bezcielesna jak cieñ. Na jej miejscu pojawi³y siê nowe sceny, nak³adaj¹ce siê i przenikaj¹ce przez siebie. Samotne siedzenie na murze. Æwiczenia z fechtunku. Koszarowa prycza. Rzeczna barka. Hanani wabi³a te wspomnienia, delikatnie sterowa³a nimi w nowym kierunku. Ukochani. ¯ycie. Sceny zmienia³y siê, a¿ w koñcu ukaza³ siê brodaty ¿o³nierz i ci inni – niew¹tpliwie towarzysze lub krewni z klanu petenta. Œmiali siê, rozmawiali i zajmowali siê codziennymi pracami. Obrazy przep³ywa³y, a tymczasem Hanani ostro¿nie, omijaj¹c ¿o³nierza, siêgnê³a do jamy, która go po¿era³a. Pierwszy kontakt porazi³ jej ramiê bólem gwa³townym jak cios – i zimnym, tak strasznie zimnym! Zach³ysnê³a siê i powstrzyma³a krzyk, gdy jej palce skostnia³y, zamarz³y i zaczê³y pêkaæ… Nie. Uformowa³a w myœlach sylaby swojego imienia duszy i znów wróci³a krystalicznoœæ myœli, œwiadomoœæ, ¿e to tylko sen, a ona nad nim panuje. „Ten ból nie jest moim”. Gdy cofnê³a rêkê, jej palce by³y ca³e. Ale mê¿czyzna cierpia³; ból go po¿era³. Hanani znowu skupi³a siê na wizjach; zauwa¿y³a jedn¹, przedstawiaj¹c¹ gospodê. Petenta tam nie by³o, ale jego zmar³y ukochany i inni towarzysze œmiali siê i œpiewali sproœn¹ piosenkê. „Tu jest niebezpieczeñstwo” – uœwiadomi³a sobie nagle. Petent zosta³ ranny podczas potyczki, w której jego ukochany straci³ ¿ycie. Nie mia³a pojêcia, czy reszta ich towarzyszy tak¿e zginê³a. Jeœli tak, to to, co zamierza³a zrobiæ, tylko zaostrzy jego apetyt na œmieræ. Nie mia³a wyjœcia. Musia³a spróbowaæ.

10


[– …jakbyœ chcia³, ¿eby jej siê nie uda³o. – Ale¿ sk¹d. Rada chce byæ pewna jej kompetencji. – A gdyby Rada wiedzia³a cokolwiek o uzdrawianiu, przede wszystkim… – Co to za ha³as? – Nie wiem. Dochodzi z alkowy danin. Dayu? Ch³opcze, wszystko dobrze?] W narkomancji roztargnienie mo¿e byæ niebezpieczne – nawet œmiertelnie groŸne. Hanani skupi³a siê na zadaniu i znowu przywróci³a scenê z gospody. Towarzysze przestali œpiewaæ i odwrócili siê do petenta, witaj¹c go, wspominaj¹c dawne czasy i unosz¹c przelewaj¹ce siê kufle. W sennym œwietle piwo lœni³o ciep³¹ g³êbok¹ czerwieni¹. Ukryta za nimi Hanani dyskretnie wymaza³a brodatego ¿o³nierza. – Spójrz – zwróci³a siê do petenta. – Twoi przyjaciele czekaj¹. Nie chcesz do nich do³¹czyæ? Mê¿czyzna jêkn¹³, usiad³ w gnieŸdzie i wyci¹gn¹³ rêkê do towarzyszy. Przez senny krajobraz powia³ silny wicher, zmiataj¹c miasto i cienie. Hanani wytê¿y³a si³y, wspieraj¹c nimi wolê mê¿czyzny. Ogród odlecia³, wiruj¹c, jego cienie nagle znik³y, zast¹pione przez jasne latarnie i œciany gospody. Ale gniazdo zosta³o, bo mê¿czyzna by³ do niego przykuty bólem. Dlatego Hanani dotknê³a brzegu gniazda i nakaza³a, aby siê ono skurczy³o, gwa³townie zmieni³o siê w ma³¹ czarn¹ kulkê, mieszcz¹c¹ siê w jej d³oni. ¯o³nierz spojrza³ ¿a³oœnie na Hanani i przytuli³ kulkê do piersi, ale nie zaprotestowa³, gdy Hanani kaza³a wnêtrznoœciom opaœæ swobodnie, zrywaj¹c wiêŸ. Przycisnê³a zwisaj¹ce jelito do brzucha ¿o³nierza, a ono znik³o, tak jak sama rana. W koñcu przywo³a³a ubranie, które pozostawa³o mgliste, dopóki ¿o³nierz nie nada³ mu kszta³tu

11


ko³nierza z szarego agatu i spódnicy gujaareñskiego miejskiego stra¿nika. ¯o³nierz skin¹³ jej g³ow¹ i odwróci³ siê, by do³¹czyæ do swoich towarzyszy. Otoczyli go, uœcisnêli, a on nagle zacz¹³ p³akaæ. Ale niebezpieczeñstwo ju¿ mu nie grozi³o – i to dziêki niej. To ona go uzdrowi³a, jego cia³o i duszê. „Jestem dawc¹!” Ale nie, za wczeœnie to powiedzia³a. To jej bracia œcie¿ki zdecyduj¹, czy przesz³a próbê i zas³uguje na miano prawdziwego dawcy, a rada to potwierdzi – niezale¿nie od tego, jak dobrze spisa³a siê Hanani. I zachowa³a siê nieodpowiedzialnie, przestaj¹c panowaæ nad uczuciami we œnie. Nie przekreœli wszystkiego przez taki dziecinny b³¹d! Westchnê³a g³êboko, by siê skupiæ, opuœci³a sen ¿o³nierza i posz³a wzd³u¿ bladoczerwonej macki, która zaprowadzi³a duszê Hanani do jej w³asnego cia³a… …ale nagle coœ szarpnê³o ku sobie jej œwiadomoœæ. Zatrzyma³a siê, marszcz¹c brwi. Senny œwiat Ina-Karekh le¿a³ za ni¹, o ile w takim œwiecie mo¿na mówiæ o kierunkach. Hona-Karekh, królestwo jawy, czeka³o przed ni¹. Otworzy³a oczy swojej sennej postaci i ujrza³a szar¹ wersjê prawdziwego œwiata. Napiêcie i zamieszanie, jakie jeszcze przed chwil¹ panowa³o w Sali B³ogos³awieñstw, nagle usta³y. Hanani sta³a na podwy¿szeniu u stóp ogromnego, wyciosanego z kamienia nocy pos¹gu Hananji, ale cia³o jej petenta znik³o. Mni-inh i nauczyciel Yehamwy, którzy nadzorowali jej próbê, tak¿e gdzieœ siê podziali. W sali, cichej i pustej, zosta³a tylko ona. Hanani, zawieszona miêdzy jaw¹ a snem, zmarszczy³a brwi. Nie zamierza³a siê tu zatrzymaæ. Skupi³a siê, znowu odnalaz³a

12


umblikeh swojej duszy, by wróciæ do œwiata jawy, ale jakiœ odg³os znowu j¹ zatrzyma³. Tam. Ko³o alków, w których praktykanci dawców i akolici pobierali sny z umys³ów œpi¹cych wiernych. Powolny, niski odg³os, jakiego jeszcze nigdy nie s³ysza³a. Hurgot kamienia? Czy oddech jakiejœ ogromnej, ciê¿kiej bestii? [– Hanani.] W tym œwiecie granicznym nic nie by³o realne. Przestrzeñ miêdzy snami by³a pustk¹, w której dusza dryfuje, nie maj¹c siê czego zaczepiæ – ¿adnych wizji, uczuæ, koncepcji. £atwo tam popaœæ w ob³êd. Hanani, uzbrojona w imiê duszy i odpowiednio przygotowana, by³a bezpieczniejsza, bo dawno ju¿ nauczy³a siê otaczaæ ochronn¹ konstrukcj¹ – w tym przypadku cieniem Sali B³ogos³awieñstw. Ale unika³a tej przestrzeni, na ile mog³a, bo tylko zbieracze potrafili siê po niej poruszaæ z ³atwoœci¹. Fakt, ¿e siê tu pojawi³a, by³ co najmniej niepokoj¹cy. Zerknê³a do alków, zastanawiaj¹c siê, czy pominê³a jakiœ krok w uzdrawianiu ¿o³nierza, czy pope³ni³a b³¹d podczas powrotu z Ina-Karekh? Tu chodzi³o o ludzkie ¿ycie, mia³a obowi¹zek byæ precyzyjna. [– Hanani. Uzdrowienie siê dokona³o. Wróæ.] Coœ poruszy³o siê w ciszy ko³o wejœcia do alkowy za oplecion¹ kwiatami kolumn¹, niepozwalaj¹c¹ Hanani wyraŸnie zobaczyæ, co to. Hanani czu³a zamiar i moc, powolne gromadzenie z³ych intencji, które najpierw j¹ zdenerwowa³o, a potem gwa³townie przerazi³o… [– Hanani.] Cieñ sali zafalowa³, pojaœnia³ i zaroi³ siê od ludzi, powiewów wiatru i szeptów. Hanani zach³ysnê³a siê, zatrzepota³a

13


powiekami; jej dusza osiad³a z powrotem w ciele. Œwiat jawy. Obok niej sta³ jej mentor z zaniepokojon¹ min¹. – Bracie Mni-inh… Tam coœ by³o… – Pokrêci³a g³ow¹, zdezorientowana. – Nie skoñczy³am. – Zrobi³aœ ju¿ doœæ, praktykantko – odezwa³ siê zimny g³os. Yehamwy, têgi, ³ysiej¹cy nauczyciel, patrzy³ na ni¹ pochmurnie. Przed dziewczyn¹ na drewnianej ³awie dla petentów le¿a³ jej ¿o³nierz, pogr¹¿ony w mocnym œnie uzdrowionego. Hanani odruchowo odsunê³a banda¿e, by spojrzeæ na jego brzuch. Cia³o by³o zagojone, bez blizn, choæ nadal bi³ od niego zapach krwi, któr¹ broczy³, gdy go tu przyniesiono. – Mój petent czuje siê dobrze – powiedzia³a, patrz¹c pytaj¹co na nauczyciela. – Nie on. – Mni-inh przykucn¹³ ko³o ³awy i po³o¿y³ dwa palce na powiekach ¿o³nierza, by sprawdziæ pracê Hanani. Na chwilê przymkn¹³ oczy; ga³ki poruszy³y siê gwa³townie pod powiekami. Odetchn¹³ i wróci³. – W rzeczy samej, bardzo dobrze. Wezwê kogoœ z jego kasty, by zaniós³ go do domu. Hanani, mniej niespokojna, rozejrza³a siê po Sali B³ogos³awieñstw i zmarszczy³a brwi. Gdy zaczê³a pracowaæ nad ¿o³nierzem, pomieszczenie by³o pe³ne ludzi, brzmi¹ce g³osami tych, którzy przyszli z³o¿yæ comiesiêczn¹ daninê lub ubiegaæ siê o pomoc Hetawy albo po prostu modliæ siê, siedz¹c na pryczach wœród kwiatów ³zy luny. Promienie s³oñca nadal pada³y ukoœnie przed d³ugie okna o szlifowanych szybkach, ale teraz w sali znajdowali siê tylko ci, którzy zebrali siê wokó³ podwy¿szenia i Hanani, oraz grupka dawców i wartowników obok jednej z alków.

14


Tej samej, ko³o której widzia³a coœ w krainie granicznej. To dziwne. A godziny przyjêæ w sali skoñczy³y siê o wiele za wczeœnie. – Hanani nie ma z tym nic wspólnego – oznajmi³ Mni-inh. Hanani obejrza³a siê na niego, zaskoczona jego ostrym tonem. Mentor piorunowa³ wzrokiem nauczyciela Yehamwy’ego. – Ch³opiec niós³ dla niej daniny – odpar³ ten. – Jasne, ¿e to jej wina. – Dlaczego? By³a tak g³êboko pogr¹¿ona we œnie, ¿e nawet tego nie zauwa¿y³a. – Ch³opiec mia³ tylko trzynaœcie lat. Kaza³a mu przynieœæ humory, jakby by³ praktykantem. – I? Wiesz równie dobrze jak ja, ¿e pozwalamy akolitom na noszenie humorów, jeœli zdradzaj¹ zdolnoœci. Cz³onek rady pokrêci³ g³ow¹. – A czasem nie s¹ gotowi. Ten incydent to konsekwencja nadmiernego zu¿ycia humorów przez twoj¹ praktykantkê… Mni-inh skamienia³. – Nie przypominam sobie, ¿ebyœ przechodzi³ próbê dawcy. – A fakt, ¿e ch³opiec chcia³ siê jej przypodobaæ? Nie trzeba byæ dawc¹, ¿eby to zrozumieæ. Chodzi³ za ni¹ jak oswojony pies, gotów zrobiæ wszystko, by jej s³u¿yæ. Powa¿y³ siê nawet na narkomantyczn¹ procedurê, przewy¿szaj¹c¹ jego umiejêtnoœci. Choæ Hanani podczas uzdrawiania klêcza³a na poduszce, zesztywnia³y jej kolana. Wsta³a z trudem. – Powiedz… Obaj mê¿czyŸni zamilkli i spojrzeli na ni¹. W oczach Mni-inha pojawi³a siê nag³a litoœæ. To j¹ przerazi³o, bo mogli mówiæ tylko o jednym ch³opcu. – Powiedz mi, proszê, co siê sta³o z Dayu.

15


Mni-inh westchn¹³ i przeczesa³ w³osy palcami. – W alkowach dosz³o do incydentu… nie wiem… nie ma… Yehamwy machn¹³ niecierpliwie rêk¹ i przerwa³ dawcy. – Niech siê dowie, co narobi³a. Jeœli naprawdê uwa¿asz, ¿e jest godna zostaæ dawc¹, nie os³aniaj jej. Spojrza³ na ni¹ z gorycz¹ i satysfakcj¹ zarazem. – Nosiciel daniny nie ¿yje. Podobnie jak akolita Dayuhotem, który ci asystowa³. Hanani drgnê³a i spojrza³a na Mni-inha, który przytakn¹³ z powag¹. – Ale… – Szuka³a odpowiednich s³ów. W uszach zaczê³o jej dzwoniæ, jakby te s³owa by³y za g³oœne, choæ w sali Hananji, u stóp jej pos¹gu, nikt by siê nie odwa¿y³ krzyczeæ. Bezcenny spokój Hananji. – Ale… jak to? Przecie¿ to prosta procedura. Dayu ju¿ j¹ wykonywa³, i to wiele razy. Wiedzia³, co robi, choæ by³ dzieckiem… – Dzikim, radosnym, psotnym dzieckiem, równie irytuj¹cym, co czaruj¹cym. Jak to: nie ¿yje? Nie potrafi³a sobie tego wyobraziæ. Równie dobrze mo¿na by powiedzieæ, ¿e s³oñce ju¿ nie zaœwieci. – Nie wiemy, jak to siê sta³o – powiedzia³ Mni-inh. Rzuci³ karc¹ce spojrzenie nauczycielowi, który ju¿ otworzy³ usta. – Nie wiemy. S³yszeliœmy, jak krzykn¹³, a kiedy weszliœmy do alkowy, zastaliœmy jego i nosiciela daniny martwych. Coœ musia³o siê wydarzyæ podczas donacji. – Ale Dayu… – Gdy wypowiedzia³a to imiê, zacisnê³o siê jej gard³o. Nie ¿yje. Oczy siê zamgli³y; zas³oni³a usta rêk¹, jakby chcia³a wypchn¹æ tê myœl z g³owy. Nie ¿yje. – Cia³a zostan¹ zbadane – doda³ ponuro Mni-inh. – Istniej¹ magiczne rytua³y, które mo¿na wykonaæ nawet po zerwaniu umblikeh. Mo¿e to nam coœ wyjaœni. Do tego czasu…

16


– Do tego czasu – wpad³ mu w s³owo Yehamwy – na mocy nadanej mi przez Radê Œcie¿ek oznajmiam, ¿e do zakoñczenia dochodzenia praktykantka Hanani otrzymuje zakaz dalszego stosowania sztuki uzdrowicielskiej i narkomancji. – Odwróci³ siê do odzianego w czerñ wartownika, który strzeg³ drzwi prowadz¹cych do wewnêtrznej czêœci Hetawy; mê¿czyzna spojrza³ na nich. – Wartowniku Mekhi, przeka¿ to swoim braciom. Mekhi, którego twarz zgodnie z regu³ami nie wyra¿a³a niczego, skin¹³ tylko g³ow¹. Dayu nie ¿yje. Hanani nie mog³a oderwaæ spojrzenia od Yehamwy’ego. Nie mog³a myœleæ. Dayu nie ¿yje, a œwiat przybra³ nowy, nieznany kszta³t. Powinna siê pochyliæ nad d³oñmi, by okazaæ pokorê i zgodê na wyrok; nie zrobi³a tego i wiedzia³a, ¿e to zaniedbanie niekorzystnie odbije siê na Mni-inhu. Ale nie mog³a przestaæ siê w niego wpatrywaæ, jakby skamienia³a. – Tylko dawca mo¿e karaæ swoich braci – powiedzia³ jej mentor. Mówi³ bardzo cicho, ale Hanani wyczuwa³a w jego g³osie powstrzymywan¹ furiê. – Zatem czyñ swoj¹ powinnoœæ – warkn¹³ Yehamwy. Obrzuci³ Hanani ostatnim zimnym spojrzeniem i odszed³. Hanani podnios³a wzrok na swojego mentora, który spogl¹da³ p³on¹cym wzrokiem za cz³onkiem rady, jakby rozwa¿a³ jak¹œ nad wyraz niespokojn¹ myœl. Potem spojrza³ na ni¹ ju¿ bez gniewu. W oczach mia³ wspó³czucie, ale i rezygnacjê. – Niestety – powiedzia³. – Spisa³aœ siê bez zarzutu. Nie wyobra¿am sobie, ¿eby nasi bracia mieli z tego powodu nie uznaæ twojej próby, ale… – Spochmurnia³. Zna³ siê na polityce Hetawy lepiej od Hanani.

17


„Nie tak¹ przysz³oœæ sobie wyobra¿a³am – przemknê³o jej przez g³owê w zamêcie rozpaczy i niedowierzania. – To siê nie mo¿e dziaæ naprawdê”. Zmusi³a siê, by siê pochyliæ nad wyci¹gniêt¹ d³oni¹; ta d³oñ bardzo siê trzês³a. – Tak, bracie. Mni-inh znowu dotkn¹³ jej rêki. – Ch³opiec by³ bliski twojemu sercu. Pozwól, ¿e wezwê zbieracza. Pokusa, by przyj¹æ pociechê, by³a wielka, ale potem zag³uszy³a j¹ gorycz. Hanani straci³a najbli¿szego przyjaciela w Hetawie, a nadzieje na przysz³oœæ zdawa³y siê gasn¹æ jak on. Nie chcia³a pocieszenia. „Chcê, ¿eby wszystko znowu by³o jak dawniej”. – Nie – powiedzia³a. – Dziêkujê, bracie, ale… Wola³abym zostaæ sama. Czy… czy mogê zobaczyæ Dayu? – spyta³a z trudem. Mni-inh zastanowi³ siê przez chwilê. Hanani zrozumia³a: coœ siê sta³o z cia³em Dayuhotema. – To tylko skorupa – powiedzia³ mentor najbardziej przekonuj¹cym g³osem. – Dayuhotema w niej nie ma. Nie drêcz siê. Skoro Mni-inh nie chcia³ pokazaæ jej cia³a, oznacza³o to, ¿e Dayu nie umar³ spokojnie. Gdy œmierci towarzyszy ból, strach czy gniew, dusza zostaje wci¹gniêta w krainy cienia, w mroczne zakamarki Ina-Karekh, gdzie do koñca swojego istnienia cierpi wœród niekoñcz¹cych siê koszmarów. Tego losu bali siê wszyscy czciciele bogini Hananji. Hanani na uginaj¹cych siê nogach dobrnê³a do najbli¿szej ³awki i osunê³a siê na ni¹ bezw³adnie. Chcia³a siê skuliæ w Wodnym Ogrodzie i przep³akaæ tam noc i dzieñ. Mni-inh zajrza³ jej w oczy.

18


– Hanani – zacz¹³, ale potem jakby straci³ g³os. Dawcy byli szkoleni w niesieniu pocieszenia w chwili tragedii, ale nie byli zbieraczami. Mieli do dyspozycji tylko s³owa, puste s³owa. Hanani nigdy boleœniej nie odczu³a niedostatków tego wyszkolenia. „A jeœli nauczyciel Yehamwy mia³ racjê? – odezwa³ siê cichy g³osik w jej g³owie. – Jeœli to przeze mnie Dayu poniós³ œmieræ i teraz cierpi mêki?” Nad jej g³ow¹ wznosi³ siê pos¹g Hananji, ponaddziesiêciometrowy, wyciosany z lœni¹cego, poznaczonego bia³ymi plamkami kamienia nocy. „Czy modlitwa im pomo¿e?” – zastanowi³a siê pó³przytomnie. Dayu i zmar³y nosiciel daniny bêd¹ potrzebowali modlitw – tam, gdzie siê znaleŸli. Ale nie przychodzi³y jej do g³owy ¿adne s³owa i po chwili wsta³a. – Bêdê w swojej celi – powiedzia³a do Mni-inha. I choæ kap³an podniós³ rêkê i otworzy³ usta, jakby chcia³ j¹ zatrzymaæ, ostatecznie tego nie zrobi³. Hanani odesz³a samotnie.

19


Mroczne słońce  

Gujaareh, miasto snów, jęczy pod rządami Protektoratu Kisuańskiego. Miasto, w którym kiedyś jedynym prawem był pokój, poznało co to przemoc....