Issuu on Google+


Daniel ChavarrĂ­a Adios Muchachos 042463


Hildzie – za przemyœlny uœmiech, z jakim przyjê³a tê powieœæ Danieli Chavarríi Vaz – tak po prostu

5


6


1996 OD ROWERU DO EKRANU Od roweru do ekranu

7


8


Rozkmdzia³ pierwszy

Kiedy Alicia postanowi³a zostaæ rowerow¹ dziwk¹, jej matka zgodzi³a siê sprzedaæ pierœcionek, który by³ w rodzinie od piêciu pokoleñ. Otrzyma³a za niego 350 dolarów, po czym za 280 dolarów naby³y angielski rower górski o szerokich oponach i z mnóstwem przerzutek, którym Alicia wyruszy³a na ³owy na zamo¿nych cudzoziemców. Musia³y jednak min¹æ dwa miesi¹ce, nim udoskonali³a swoj¹ technikê. Pozby³a siê angielskiego bicykla, wymieniaj¹c go na 120 dolarów i stary, ciê¿ki chiñski rower, na którym opracowa³a numer „na zgubiony peda³”. Wtedy w³aœnie zaczê³a cieszyæ siê prawdziwym powodzeniem. Intryga zosta³a obmyœlona i wprowadzona w ¿ycie na podwórku starego budynku przy Calle Amargura. Odpowiada³ za ni¹ Pepone, który specjalizowa³ siê w „cyklomechanice substytutywnej”, o czym 9


informowa³ zawieszony u wejœcia do jego przybytku kawa³ek aluminium z napisem wykonanym mini¹ o³owiow¹. Za dwie butelki rumowego samogonu Pepone zabezpieczy³ nakrêtkê blokuj¹c¹ peda³ za pomoc¹ zawleczki, któr¹ Alicia z ³atwoœci¹ mog³a usun¹æ. Wystarczy³o tylko, by siê nieco nachyli³a, nie przestaj¹c przy tym peda³owaæ, i lekkim szarpniêciem w wybranym przez siebie momencie sprawia³a, ¿e peda³ widowiskowo odpada³. Nastêpnie musia³a nacisn¹æ hamulce, w konsekwencji czego wylatywa³a w powietrze i twarz¹ w dó³ – ty³kiem zaœ ku górze – l¹dowa³a na asfalcie. Dziêki parze porz¹dnych rêkawic oraz licznym próbom opanowa³a ten numer do perfekcji i koniec koñców potrafi³a wyjœæ z wypadku bez szwanku. Kraksa zdarza³a siê zawsze mniej wiêcej dwadzieœcia metrów przed mask¹ jakiegoœ drogiego auta, którego cudzoziemski kierowca da³ siê ju¿ zahipnotyzowaæ rytmicznym podrygom miêœnia poœladkowego wielkiego (i to jak!), wierc¹cego siê na siode³ku z rozmys³em zamontowanym zdecydowanie zbyt wysoko na ramie. Zasada by³a prosta. Samochód, który powinien j¹ wyprzedziæ, zwalnia³ i pozostawa³ z ty³u, a to niechybnie oznacza³o, ¿e rybka chwyci³a haczyk.

10


Rozdzia³ drugi

W przestronnej sali konferencyjnej w gmachu Ministerstwa Turystyki dziesiêæ osób gawêdzi³o przy stole tak wielkim, ¿e z ³atwoœci¹ mog³oby siedzieæ przy nim znacznie wiêcej dyskutantów. Personel roz³o¿y³ serwetki, porozstawia³ popielniczki i butelki wody mineralnej, a dwie eleganckie asystentki rozdawa³y pliki dokumentów, podczas gdy kelner kr¹¿y³ po pomieszczeniu i nalewa³ kawê. Nad wyraz dobrze ubrany i przystojny mê¿czyzna („Mr. Victor King”, jak g³osi³a ustawiona przed nim akrylowa wizytówka) wsta³ z miejsca, podszed³ do stojaka z wielkoformatow¹ map¹ Kuby i – siêgn¹wszy po teleskopowy wskaŸnik – zwróci³ uwagê zebranych na kilka punktów na pó³nocnym brzegu wyspy. Nastêpnie wyci¹gn¹³ drug¹ rêkê i wskaza³ na krzy¿yki widniej¹ce w dolnej czêœci mapy. Wyspê niczym aureola opasywa³y ró¿ne odcienie jasnej 11


zieleni, ¿ó³toœci i bieli, oznaczaj¹ce zmieniaj¹c¹ siê g³êbokoœæ szelfu. King przemówi³ do zebranych idealn¹ hiszpañszczyzn¹, nieco tylko naznaczon¹ akcentem meksykañskim. – Jak ju¿ t³umaczy³em, wszystkie niebieskie punkty naoko³o wyspy to miejsca zatoniêcia galeonów na przestrzeni pó³tora stulecia, miêdzy rokiem tysi¹c piêæset dziewiêædziesi¹tym szóstym a tysi¹c siedemset szeœædziesi¹tym. Mnóstwo informacji o nich znaleŸæ mo¿na w Hiszpanii w G³ównym Archiwum Indii. Jesteœmy przekonani, ¿e Kuba jest na niezwykle uprzywilejowanej pozycji, sprzyjaj¹cej rozwojowi aktywnej turystyki morskiej, powi¹zanej z poszukiwaniami skarbów zagubionych na dnie oceanu. Za przepierzeniem z matowego szk³a dwie sekretarki odbywa³y w³asn¹ naradê. – Ten goœæ to niez³e ciacho! – Zupe³nie jak Mel Gibson. – No jasne! Wiedzia³am, ¿e mi kogoœ przypomina. Zakoñczywszy prezentacjê, Victor usiad³ z powrotem na swoim miejscu i zwróci³ siê do jednego z mê¿czyzn po drugiej stronie sto³u: – Jak wiêc pan widzi, panie ministrze, mo¿liwoœci s¹ nieskoñczone. Spojrzenie ministra przeœlizgnê³o siê po Victorze i zatrzyma³o na cz³owieku obok niego, jasnow³osym, czterdziestoparoletnim Europejczyku, jakieœ metr siedemdziesi¹t piêæ, rumianym, o przyjemnej aparycji. „Mr. Hendryck Groote” ³ysia³, a w³osy, które pozosta³y mu jeszcze wokó³ skroni i z ty³u g³owy, by³y na 12


tyle d³ugie, ¿e da³o siê z nich upleœæ samurajski warkocz. Guayabera, któr¹ mia³ na sobie, by³a co najmniej o numer za du¿a. – Tak – odezwa³ siê minister – czyta³em raport i szczerze mówi¹c, sprawa wygl¹da bardzo atrakcyjnie. Ale rozmawia³em z paroma naszymi specjalistami, którzy uwa¿aj¹, ¿e je¿eli chcemy wyruszyæ na poszukiwania zatopionych statków, nie powoduj¹c przy tym zagro¿enia dla przysz³ych podmorskich badañ archeologicznych na naszych wodach terytorialnych, musimy nabyæ bardzo kosztowny sprzêt, za jakieœ dwadzieœcia milionów dolarów. Czy byliby panowie w stanie podj¹æ siê takiej inwestycji? Minister wbi³ wzrok w pozosta³ych przekonany, ¿e uda³o mu siê wywrzeæ na nich wra¿enie. Mê¿czyzna z ogromnym nosem skoñczy³ podpalaæ dla Grootego cygaro marki Cohiba i zwróci³ siê do ministra, przechodz¹c na angielski: – Panie ministrze, dwadzieœcia milionów dolarów to chyba zbyt ma³o jak na projekt, o którym myœlimy… – Jasna cholera, ale nochal! Kto to, u diab³a, jest? – Nazywa siê Jan van Dongen. Mówi¹, ¿e to pitbul Grootego. – …jako ¿e prowadzilibyœmy dzia³ania w kilku ró¿nych miejscach naraz. – I je¿eli wejdziemy w ten projekt – przerwa³ mu Groote – nasza inwestycja w sprzêt wyniesie ponad sto dwadzieœcia milionów dolarów… Hendryck Groote mówi³ po angielsku z silnym akcentem – jak oceni³y sekretarki, niemieckim b¹dŸ holenderskim – i pomimo delikatnych rysów twarzy 13


spojrzenie mia³ przenikliwe, sposób zachowania zaœ ewidentnie zdradza³ w nim cz³owieka przywyk³ego do wydawania poleceñ. Cygaro pali³ pospiesznie, nie zaci¹gaj¹c siê i z wyrazem niezadowolenia na twarzy. Ani na moment nie oderwa³ wzroku od ministra. – …co wraz z dwustu trzydziestoma milionami dolarów na rozwój trzech hoteli oznacza³oby z naszej strony inwestycjê rzêdu trzystu piêædziesiêciu milionów dolarów.

14


Rozdzia³ trzeci

Chc¹c w pe³ni wykorzystaæ swoje piersi, pokaŸne poœladki i mocne uda, hawañskie dziwki ubieraj¹ siê zazwyczaj w sposób, który mo¿na z wdziêkiem okreœliæ „minimalistycznym”. Tak jawne epatowanie swymi atrybutami miewa niekiedy pewien naiwny urok. Czasami z kolei dzia³a przygnêbiaj¹co. Kiedy indziej nachodzi ciê ochota, by siê rozeœmiaæ. Czasami wreszcie – choæ rzadko – nachodzi ciê ochota, by skosztowaæ. Alicia równie¿ eksponowa³a swoje wdziêki. Czy prowokuj¹co? Oczywiœcie! Wszelka promocja w handlu sprowadza siê do bezczelnoœci, szczególnie zaœ w przypadku, gdy towarem jest akurat to, co zwyk³o siê okreœlaæ „strefami intymnymi”. Lecz Alicia prowokowa³a jedynie wówczas, gdy jecha³a na rowerze. Pieszo by³a wspania³a, piêkna, 15


ale w ¿adnym wypadku wyzywaj¹ca. Zawdziêcza³a to wielce oryginalnej technice, któr¹ wypracowa³a z pomoc¹ matki. Gdy wyrusza³a na ³owy na cudzoziemców, wk³ada³a dosyæ luŸne bia³e szorty, siêgaj¹ce niemal do po³owy uda. Taki strój zwyk³y nosiæ kobiety graj¹ce w tenisa – zupe³nie przyzwoity, lecz w przypadku Alicii umo¿liwia³ prezentowanie zgrabnych kostek i do³ków pod kolanami bez wzbudzania podejrzeñ co do jej profesji. Ludzie, rzecz jasna, ogl¹dali siê za ni¹ – i to jak! Dla wiêkszoœci mê¿czyzn powstrzymanie siê przed spojrzeniem graniczy³o w istocie z niemo¿liwoœci¹. Kiedy przechodzi³a, owe dwie bliŸniacze alabastrowe pó³kule, wieñcz¹ce jej doskona³e uda, nieuchronnie o¿ywia³y stoj¹cych na rogu facetów, którzy rzucali za ni¹ typowe obleœne teksty w rodzaju: „Kotku, czego to bym z tob¹ nie robi³…!”. Niektórzy uznawali j¹ za turystkê. Gdy Jej Najjaœniejsza Ponêtnoœæ pojawia³a siê na ulicach Hawany, sk³ania³o to niektórych mê¿czyzn do dziwnych s³ów lub zachowañ, lecz wiêkszoœæ pogr¹¿a³a siê w sennej melancholii, gdy¿ zdawali sobie sprawê, ¿e skazani s¹, by przejœæ przez ¿ycie, nigdy nie kosztuj¹c podobnej kobiety. Owszem, wszystkich ich podnieca³a, w ¿adnym razie jednak nie wygl¹da³a obscenicznie. W istocie rzeczy przypomina³a sportsmenkê… eleganck¹ sportsmenkê. Alicia nie wychodzi³a na ulicê, by zarobiæ szybki szmal, taki do wydania w mgnieniu oka, lecz by zdobyæ majêtnego cudzoziemca, który uczyni j¹ swoj¹ ¿on¹ b¹dŸ sta³¹ ko16


chank¹ – goœcia gwarantuj¹cego powa¿ne pieni¹dze w twardej walucie, które mog³aby odwiedzaæ w banku, najlepiej w Szwajcarii. Alicii chodzi³o o zapewnienie sobie przysz³oœci, a wulgarnoœæ niczemu w tym projekcie nie s³u¿y³a. Zarazem jednak jej krótkie spodenki zaprojektowane by³y tak, by za ka¿dym razem, gdy peda³owa³a po ulicach Hawany, jak najbardziej wykorzystaæ wspania³oœci swoich poœladków. We wszystkich parach szortów mia³a szeœæ strategicznie rozmieszczonych guzików, trzy po ka¿dej stronie. Alicia sama je naszy³a, z wielk¹ trosk¹ sporz¹dzaj¹c te¿ dziurki, a kiedy jecha³a na rowerze, rozpina³a wszystkie szeœæ. Oczywistym pretekstem po temu by³o zapewnienie wiêkszej swobody ruchu przy peda³owaniu. Nastêpnie wywija³a wszywany pasek, œci¹ga³a go i podwija³a doln¹ krawêdŸ spodenek, aby ods³oniæ kolejne centymetry zaokr¹glonych ud. Gdy wsiada³a na rower, wprawia³a oswobodzony zadek w ruch – siup, siup, poœladek w górê, poœladek w dó³, bum, bam – naciskaj¹c na po³yskuj¹ce siode³ko, które ustawi³a tak wysoko, ¿e ju¿ samym peda³owaniem wprawia³a je w powoduj¹ce halucynacje ko³ysanie. Dla pewnoœci, ¿e nikt nie weŸmie jej za dziwkê, przerzuca³a przez plecy worek jutowy, z którego wystawa³a d³uga przyk³adnica oraz dwa zwiniête arkusze papieru do szkicowania. Czy¿by in¿ynierka? A mo¿e architektka? Alicia nie by³a studentk¹ – to jest by³a ni¹ przed dwoma laty. Swego czasu zapisa³a siê do Szko³y 17


Literatury i Sztuki, za wiod¹cy przedmiot obieraj¹c literaturê francusk¹. Teraz posiada³a pañstwowe zezwolenie na prowadzenie niezale¿nej praktyki translatorskiej. Zdaniem s¹siadów od czasu do czasu pracowa³a jako t³umaczka. „Chêtnie zerknê³abym na te jej przek³ady” – rzuca³a niekiedy jakaœ stara babina. Zawsze trafia³ siê ktoœ, kto spod nawet najlepszych perfum zdawa³ siê wyczuwaæ coœ podejrzanego, lecz Alicia nigdy nie dopuœci³a siê czegokolwiek, czym mog³aby œci¹gn¹æ na siebie uwagê pañstwowych stra¿ników rewolucji. Prócz bezb³êdnej francuszczyzny w³ada³a te¿ angielskim, którego nauczy³a siê w dzieciñstwie, a ostatnio, dziêki parze W³ochów, którzy odbyli z ni¹ intensywny, dziewiêtnastodniowy kurs (dwanaœcie dni z Enzem i siedem z Guidem), uda³o jej siê nawet lizn¹æ jêzyka Dantego. Mia³a talent do jêzyków – doskona³e ucho do wychwytywania wymowy – i dziêki wytê¿onej nauce umia³a go wykorzystaæ. Zawsze prosi³a, powtarza³a i nalega³a, by j¹ poprawiaæ, je¿eli wymawia coœ niew³aœciwie. Guido nie posiada³ siê ze zdumienia, ¿e w tak krótkim czasie pod³apa³a tyle s³ownictwa i zdo³a³a wbiæ je sobie do g³owy. – Ecco! Ribadito sul cervello. Rubasznie rechocz¹c, co podrzuca³o jego obwis³y podwójny podbródek, g³aska³ j¹ po pupie niczym po szklanej kuli. By³ przekonany, ¿e uczy³a siê w³aœnie z jego powodu. Czy mu to schlebia³o? A jak¿e! Nim wsiad³ do samolotu, który mia³ go zabraæ z powrotem do W³och, Guido kaza³ jej przysi¹c, ¿e 18



Adios muchachos