Page 1

MUSTACHEPAPER # 4

MAJ 2015

P A Ł A C K U LT U R Y — J A C E K F O T A — M A R T A S Ę D Z I C K A — D O K U M E N T M U Z Y C Z N Y T A C O H E M I N G W A Y — B L A C K B O O K I — T R E N DY: G E N E Z A — Z W Y K Ł E R Z E C Z Y P H OTO B O O K I — W ST A RY M K I N I E — B A Z A RY I T A R G OW I S K A — SZ M A T Y P O L S K I E


SPIS RZECZY

4

K U LT O W Y P A Ł A C : R O Z M O W A Z F O T O G R A F E M J A C K I E M F O TĄ zdzisław

10

38

ERA TRENDSETTERA weronika

maliszewska

furgał

D Y R E K T O R K R E AT Y W N Y : K R Z YS Z TO F K A M I E N O B R O DZ K I

40

T R E N DY I NOWOŚCI

R EDA K TO R N AC ZELN Y: Z DZ I S Ł AW F U R G A Ł

BAZARY WARSZAWSKIE błażej

O K Ł A D K A , L AY O U T : M A R TA L I S S O W S K A K R Z YS Z TO F K A M I E N O B R O DZ K I

bierzgalski

SKŁAD: M A R TA L I S S O W S K A K O R E K TA : B Ł A ŻE J B I ER ZGA L S K I

12

MARTA SĘDZICKA: SESJA ZDJĘCIOWA łukasz

46

CZAS NA ROCKUMENT zdzisław

furgał

dziewic

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: ŁU K A S Z DZI E W I C R E D A K C J A @ M U S TA C H E PA P E R . P L M U S TA C H E PA P E R . P L

20

ZWYKŁE RZECZY przemek

ostaszewski

małgorzata

24

żółkiewska

NOWE ŻYCIE W STARYM KINIE karolina

48

matysiak

PRACOWNIA PODSTAW PROJEKTOWANIA 2 robert

50

pludra

KRAJOBRAZ PO BITWIE: ROZMOWA Z ALEKSANDRĄ STĘPIEŃ błażej

bierzgalski

krzysztof

30

kamienobrodzki

FOTORELACJA Z YARD SALE SILESIA

54

PHOTOBOOKI MADE IN POLAND

32

20 TYSIĘCY W KOSMOSIE

56

CZARNE ZESZYTY

34

NIE DA SIĘ UCIEC OD WARSZAWY: ROZMOWA Z TACO HEMINGWAYEM I RUMAKIEM

58

MUSTACHE SPORT

michał

dąbrowski

#mustacheyardsale

jonasz

tołopiło

zdzisław

mateusz

ściechowski

furgał

s p i s

r z e c z y

2

© 2 0 1 5 M U S TA C H E W A R S A W S P. Z O . O . U L . N O W Y Ś W I AT 2 8 / 1 9 0 0 -3 7 3 WA R S Z AWA

DRUKARNIA AMALKER UL. OKR ZEI 21 LOK . 4 0 3 -7 1 5 WA R S Z AWA NR 4, MAJ 2015 NAKŁAD: 10 000


ku ltowy

4

p a Ĺ‚ a c


K U L T O W Y P tekst i rozmowa Zdzisław Furgał

A

Ł

A

C

zdjęcia Jacek Fota (jacekfota.com)

Najwyższy, powszechnie rozpoznawany, przez jednych kochany, a przez innych nienawidzony. Jeden z niekwestionowanych symboli Warszawy, Pałac Kultury i Nauki kończy w tym roku 60 lat

W Pałacu wszystko jest wielkie: kubatura, zegar na szczycie, ilość pomieszczeń i zużycie prądu, które można porównać podobno do tego, które wykazuje 30-tysięczne miasto. Idea stojąca za powstaniem PKiN też była wielka. Dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego i trudny do przeoczenia symbol tej specyficznej przyjaźni został oficjalnie otwarty 22 lipca 1955 roku. Budowa projektu Lwa Rudniewa trwała tylko trzy lata, co ponad pół wieku później jawi się jako wynik rewelacyjny. Ale trzeba pamiętać, że gdyby dzisiaj nie było kryzysów finansowych, protestów okolicznych mieszkańców i kłopotów z pozwoleniami, to swoje szklane żagle też wznosilibyśmy w takim tempie. W maju 1952 roku, kiedy ruszała budowa Pałacu, przyświecała jej tylko jedna idea. Jeden był też inwestor i jeden pomysłodawca. I choć Józef Wissarionowicz Stalin nie doczekał końca budowy, to Pałac został nazwany jego imieniem. Sama bryła gmachu nie była do końca oryginalnym pomysłem: w Moskwie istniał już cały kompleks podobnych wysokościowców, funkcjonujący obecnie jako „Siedem sióstr Stalina”, które choć zanurzone w socrealu, odwołują się mocno do stylu amerykańskich drapaczy chmur szkoły chicagowskiej. Główny architekt, Lew Rudniew, chciał jednak, żeby wnętrze osadzone było mocno w polskim stylu, dlatego grupa radzieckich projektantów w poszukiwaniu narodowych motywów objechała wiele

polskich miast o historycznej zabudowie, takich jak Kazimierz, Chełmno, Płock, Sandomierz, Toruń, Kraków, czy renesansowy Zamość. Nieoczywista była też na początku lokalizacja Pałacu przy ulicy Marszałkowskiej – gdyby historia potoczyła się inaczej, dzisiejszy „Pekin” mógłby z powodzeniem stać się symbolem grochowskiego ronda Wiatraczna, wznosić się nad Portem Praskim albo wyrastać nieoczekiwanie między Puławską i Rakowiecką na Mokotowie. Gotowy Pałac Kultury i Nauki natychmiast stał się dumą socjalistycznej Polski Ludowej. Zwiedzały go wycieczki szkolne i zakładowe, zagraniczni dygnitarze i przywódcy. Odwiedzają go zresztą do tej pory. Pałac szybko stał się też polskim Golden Gate, jeśli chodzi o ilość samobójstw. Ze swoimi 237 metrami pozostawiał daleko w tyle inne budynki. Na szczęście sytuacja nie trwała długo – po kilkunastu incydentach na znajdującym się na wysokości 114 metrów tarasie widokowym rozciągnięto siatkę zabezpieczającą. Obecnie w Pałacu Kultury są organizowane wystawy, różnorodne targi i koncerty; mieszczą się tam: uniwersytet, teatry, kina, muzea, kawiarnie, restauracje, księgarnie, filia urzędu pocztowego, jest sala konferencyjno-widowiskowa na trzy tysiące osób, zwana Kongresową, a także centrum sportowe Pałac Młodzieży wraz z basenem i salami gimnastycznymi. W Pałacu pracuje ponad

m u st a c h e p a p e r

5

300 osób – ma on własnych elektryków, hydraulików, cieśli, tokarzy, a nawet specjalnego pracownika zajmującego się dokarmianiem mieszkających w nim kotów. Mimo szóstego krzyżyka na karku i ciągłej służby miastu sens istnienia Pałacu Kultury jest nieustannie poddawany w wątpliwość. Trwałe wpisanie się w krajobraz miasta, a także kultowość i funkcjonalność obiektu przegrywają z „Pałacem jako symbolem radzieckiej dominacji”. Nikt nie wie, czy Pałac powinien stać dalej, czy zostać wyburzony, tak jak nie ma pomysłów na zagospodarowanie jego otoczenia. A to już większy problem – nawet sympatycy warszawskiego drapacza chmur zgodnie przyznają, że betonowa pustynia w centrum stolicy razi niemiłosiernie. Z okazji 60. urodzin PKiN powstało wiele projektów, które mają na celu przybliżenie historii budynku, wskazanie jego funkcji w dzisiejszej Warszawie, a także wyeksponowanie tego, co kryje się wewnątrz – miejsc często niedostępnych dla zwykłych mieszkańców, którzy przez lata przekazywali sobie legendy o tajemnych przejściach, schronach atomowych i korytarzach biegnących kilometrami. Jednym z artystów, którzy zmierzyli się z tematem Pałacu jest Jacek Fota, pochodzący z Trójmiasta i obecnie pracujący w Warszawie fotograf, z którym rozmowę prezentujemy obok.


G DY B Y M T A M S I E DZ I A Ł C A ŁY C Z A S , TO BYM

ZWARIOWAŁ Rozmowa z fotografem Jackiem Fotą, autorem projektu PKiN, ukazującego te wnętrza Pałacu Kultury i Nauki, do których zwykły śmiertelnik zazwyczaj nie ma wstępu i o których krążą legendy

ku ltowy

p a ł a c

r oz m ow a

6

:


Ile zrobiłeś zd jęć w Pałacu pod czas pracy nad projektem PKiN? Zrobiłem ponad 400 zdjęć. 70 z nich znajdzie się w książce, którą niedługo wydaję.

Zd jęcia d o książki wybierałeś razem z Markiem Powerem z Agencji Magnum Photos – pomógł ci? Zdecydowanie. Pierwotnego wyboru dokonaliśmy w cztery godziny. W większości się zgadzaliśmy, ale potem jeszcze było trochę zmian i poprawek. Dorobiłem też kilka zdjęć, żeby pasowały do par, którymi je układaliśmy. Raczej byliśmy zgodni, ale nie mogliśmy na przykład dogadać się co do zdjęcia z „kociarą”, czyli panią, która zajmuje się kotami. Jako jedyna siedziała, co nie pasowało do koncepcji. Po ostatnich poprawkach zrobionych przeze mnie została i teraz stanowi zdjęcie zamykające album.

W książce pojawią się też teksty – kto je pisze? Dwie osoby – dziennikarka Milena Rachid Chehab oraz Magdalena Wróblewska, która jest historykiem sztuki. Pojawi się trochę informacji, zarys historyczny – to na pewno będzie przydatne dla obcokrajowców. Milena przeprowadziła ponadto osiem wywiadów, ze mną i osobami pracującymi w Pałacu.

To są osoby z twoich zd jęć? Tak, choć nie wszystkie znalazły się na fotografiach. Jest na przykład pani Hania, która pracuje w Pałacu 55 lat i jest kronikarką, pan Jerzy, który jest kierownikiem głównej dyspozytorni, Krzysztof – sprzątacz, pan Janek, który pracuje tam 35 lat i jest tokarzem, czy pani Ela, kierowniczka Kongresowej, która założyła koci raj. Pojawia się też pani Maria Wojtysiak, która była konserwatorem Pałacu. To właśnie ona wprowadziła Pałac na listę zabytków.

m u st a c h e p a p e r

7

Co chciałeś sfotografować w Pałacu Kultury najbardziej? Przede wszystkim chciałem zobaczyć piwnice i znajdujące się tam warsztaty. A potem piąć się ku górze.

Są miejsca, których nie sfotografowałeś? Nie, ale są takie, których nie pokażę.

Dlaczego? Nie są po prostu wizualnie ciekawe.

Myślałem, że chodzi o jakieś tajemnice. Tunele, przejścia... Tajemnic też nie chcę ujawniać. Jest ich co prawda kilka, ale stwierdziłem, że nie będę obalać żadnych legend.


Od czasu projektu zacząłeś pojawiać się w Pałacu częściej? Tak, chodzę tam czasem, korzystam z warsztatów, naprawiam ubrania, komputery, wymieniam kable. Przez moment chciałem też wynająć tam pracownię, ale stwierdziłem, że to byłoby za dużo. Gdybym tam siedział cały czas, to bym zwariował.

Myślałeś o tym, żeby przejechać się d o Moskwy i obejrzeć tamtejsze bliźniacze pałace? Może kiedyś, ale nie chcę z tego robić kolejnego projektu. Zresztą one nie są bliźniacze, ale dużo większe i każdy jest zupełnie inny. No i są nie tylko w Moskwie – masz też Sankt Petersburg, Tallin, Kijów, Bukareszt, Pragę. W samej Moskwie jest ich siedem. Pełnią różne funkcje: są hotelami, ministerstwami lub uniwersytetami.

Warszawski Pałac też spełnia konkretne funkcje. Co z głosami, że trzeba zburzyć ten relikt i zastąpić go czymś innym? Zastanawiam się, co za gówno by tam postawili. Centrum handlowe? Zresztą Pałacu nie jest tak łatwo zburzyć. Koszty byłyby ogromne.

PKiN to projekt o Pałacu, ale jego charakterystycznej bryły tam praktycznie nie widać. Jedno ledwie wyraźne zdjęcie. Nie chciałem go tam. To projekt o czymś innym: o wnętrzu i ludziach. Zrobiłem tylko jedno zdjęcie z oddali, przez murek – to i tak pewien kompromis, na który poszedłem

ku ltowy

p a ł a c

r oz m ow a

8

:


m u st a c h e p a p e r

9


T R E N DY I NOWOŚCI

W każdym sezonie oprócz użytecznych i wizjonerskich rozwiązań pojawiają się także te wynalazki, które do niczego nam się nie przydadzą. Oto najbardziej niepotrzebne, dziwaczne i absurdalne produkty na sezon wiosna-lato 2015:

Wreszcie można iść spać Konstruktor śpiwora, w którym można chodzić, firma Walkabout obecność swojego mieszańca tłumaczy rozpoczynającym się sezonem festiwalowym. Zdecydowanie tęsknimy za innymi projektami do spania, takimi jak poduszki w kształcie głowy strusia i śpiwory wyglądające jak połykający nas rekin.

Wdzianka jak pianka Idealnie dopasowane garnitury stworzone przez japoński oddział Quiksilvera na pierwszy rzut oka nie budzą podejrzeń. Ale kiedy przypomnimy sobie, że wetsuit to po angielsku po prostu „pianka”, a Quiksilver zwykł parać się raczej surfingiem niż modą biznesową, to wszystko staje się jasne. Powiedzmy. Do wyboru mamy trzy neoprenowe wdzianka: klasyczna czerń na każdą falę, morski niebieski w wersji „business & surfing” oraz party smoking do pływania pod gwiazdami. Dla każdego, kto w kieszeni ma wolne dwa i pół tysiąca dolarów oraz wie, jakie do tego ustrojstwa dobrać buty.

Siódmy zmysł W filmie I Origins bohater grany przez Michaela Pitta wyczuwa na kelnerce w restauracji zapach swojej tragicznie zmarłej eks. Były to rzadkie perfumy i był to tylko film, ale grupa badaczy naprawdę pracuje nad możliwością odtworzenia ludzkiego zapachu przy pomocy ubrań, przedmiotów czy innych pozostałości. Zapach zmarłego obiecują stworzyć w cztery dni, co ma zresztą słono kosztować. Niby hi-tech i nauka, niby setki molekuł, ale o takich zabawach czytaliśmy już w Pachnidle.

Zdjęcia z ręki Nieoczekiwana kariera selfie stick, dzięki któremu na naszych autoportretach zagościło odpowiednio więcej krajobrazu lub znajomych, zaskoczyła nas totalnie. Zakazany na festiwalach i wyśmiewany przez wszystkich tych, którzy go jeszcze nie mają, szybko doczekał się następcy. Selfie arm, które wyraźnie nawiązuje do zeszłorocznej mody na zdjęcia i filmy z perspektywy „chodź, poprowadzę cię” wygląda upiornie, ale damy sobie rękę uciąć, że będzie hitem.

Google wyznacza modowe trendy Tegorocznych wiosennych trendów nie przewidzieli jako pierwsi modowi prognostycy czy wielcy projektanci. W tym roku najszybszy był po prostu Google. Co więcej, może okazać się, że przewidywania internetowego magnata, który podszedł do sprawy czysto analitycznie, okażą się więcej niż trafne. Właściciel znanej wyszukiwarki i połowy Ziemi prześledził najczęściej wyszukiwane modowe zapytania i wyszło, że w najbliższym czasie najchętniej zakładać będziemy spodnie dresowe z nadrukowanymi odzwierzęcymi emoji oraz paradować po ulicy w tiulowych spódnicach i obuwiu rodem z baletu. Tako rzecze Google, a ten się przecież prawie nie myli, więc od kilku dni słuchamy Czajkowskiego i Prokofieva i wierzymy, że jakoś to będzie.

Pióro winem pisane Stworzone przez Jessicę Chan pióro WINK, którym można pisać za pomocą wina, piwa, herbaty czy czegokolwiek innego (odradzamy wódkę), jawi się jako czysty absurd. Projektantka, która utopiła już w tej idei oszczędności życia zbiera obecnie fundusze na Kickstarterze, powołując się na ekologiczny aspekt sprawy. Według nas powinna raczej poszukać klientów wśród fanów podpisywanych krwią cyrografów oraz raperów, którzy ponad wszystko cenią sobie drogie koniaki.

t r e n dy i

n owo ś c i

10


m u st a c h e p a p e r

11


W zeszłym roku wystąpiła w „Top Model”, a w tym pojawiła się w „Project Runway”. Ciekawi jesteśmy, gdzie ścieżka kariery poprowadzi ją w przyszłym. Jest pewna siebie, niepokorna i idzie jak burza, choć kiedy spotkaliśmy się z nią na zdjęcia, na niebie nie było ani jednej chmurki. Oto zmysłowa M A R T A S Ę DZ I C K A w obiektywie Łukasza Dziewica

zdjęcia  Łukasz Dziewic retusz  Sonia Janów hair&make-up  Michał Sadowski modelka  Marta Sędzicka | D’VISION


m u st a c h e p a p e r

13


s e s j a

14


m u st a c h e p a p e r

15


s e s j a

16


m u st a c h e p a p e r

17


Pionierzy smaku rozmawiał Karol Rychter

„Gotowanie jest nie tylko wyznacznikiem przejścia od natury do kultury. Dzięki niemu i dzięki rozmaitym technikom gotowania stajemy się ludźmi, ze wszystkimi naszymi przymiotami”. Słowa Claude’a Lévi-Straussa, wybitnego francuskiego humanisty i antropologa oddają chyba najlepiej ideę, która przyświecała twórcom magazynu „S M A K ”. O historii powstania pierwszego polskiego kwartalnika poświęconego kulturze jedzenia rozmawiamy z M O N I K Ą P O WA L I S Z , redaktor naczelną i współtwórczynią pisma

Zaledwie miesiąc temu wydaliście okrągły, 10. numer waszego magazynu. Z moich obliczeń wynika, że jako kwartalnik jesteście już na rynku całe trzy lata. To kawał czasu dla niezależnego tytułu w Polsce. Tak, nie zdawałam sobie sprawy, że jesteśmy już tacy starzy! (śmiech) Pierwszy numer „SMAKU” ukazał się pod koniec 2012 roku. Przez te dziesięć numerów sporo się nauczyliśmy nie tylko o kulinariach, ale i o mechanizmach funkcjonowania rynku niezależnej prasy w Polsce.

Jak wyglądały te początki? To „tylko” trzy lata… Tak się tylko wydaje! Musimy pamiętać, że jeszcze kilka lat temu na polskim rynku wydawnictwa niezależne można było policzyć na palcach jednej ręki. Większość z nich dziś się już nie ukazuje. Na styku kulinariów i kultury istniała wielka luka, a raczej dziura – o kulturze jedzenia, wszystkim tym, co istnieje wokół stołu, czyli designie, modzie, filmie, antropologii, sztuce w kontekście kulinariów praktycznie nikt nie pisał. Obserwowaliśmy z bliska tę ewolucję, a potem

upadek licznych tytułów prasowych, w kilku z nich sami zdobywaliśmy szlify. Pomiędzy rokiem 2000 a 2010 dało się zaobserwować pewną prawidłowość: wydawcy otwierali nowe tytuły z wielką energią, a po kilku latach tracili nimi zainteresowanie. Przestawali inwestować w redakcje, cięli budżety, zwalniali redaktorów, sądząc, że w dwie osoby na krzyż da radę poprowadzić miesięcznik na wysokim poziomie. Jednocześnie podnosili wymagania. Pamiętam, jak kilka lat temu wydawca znanego miesięcznika lifestylowego wpadł na kolegium i żądał wywiadu okładkowego z Bradem Pittem, bo tak doradził mu jego fryzjer. Kompletny absurd.

Jak wpad liście na pomysł takiego właśnie magazynu? Jeszcze zanim pierwszy numer ukazał się drukiem, sporo gotowaliśmy, ale też jeździliśmy po świecie. Przełomowa stała się wyprawa do Włoch w gronie znajomych grafików: w czasie powrotu ze słonecznej Italii zaczęliśmy marzyć, że to wszystko jakoś warto opisać, utrwalić – warto zatrzymać ten czas, który spędzaliśmy z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi przy wspólnym stole. Ale gdzie o tym można

p i o n i e r z y s m a ku

18

było przeczytać? Jak to zorganizować i co podać? Oboje, wraz z wydawcą, Kamilem Antosiewiczem, byliśmy zawiedzeni, że dla ludzi takich jak my takiego magazynu, który opowiadałby o kulturze kulinarnej szeroko – nie ograniczając się tylko do ciekawych przepisów – po prostu nie ma. Właśnie tę lukę staraliśmy się wypełnić, choć początki były trudne.

Trudno być pionierem na takim rynku? Trudno i łatwo jednocześnie. Trudno, bo musieliśmy wymyślić formułę pisma od początku, choć byliśmy świadomi, że od lat ukazują się wysokonakładowe tytuły w rodzaju „Gourmet” czy „Saveur”. Kevin Demaria, nasz wieloletni współpracownik, zdobywał szlify w tym pierwszym i miał wieloletnie nowojorskie doświadczenie. Łatwo, bo oboje mieliśmy odpowiednie zaplecze kulturowe – ja z wykształcenia jestem filologiem i reżyserem teatralnym, zajmuję się komiksem i pisaniem scenariuszy seriali. Kamil miał za sobą prawie dekadę pisania do kultowych już dziś pism takich jak „Brum”, „Plastik” czy „Fluid”. Oboje wcześniej współtworzyliśmy „Exklusiva” (Kamil był naczelnym tego pisma przez rok) i pisywaliśmy do wielu innych tytułów. Mieliśmy tak zwany warsztat dziennikarski i oboje intensywnie gotowaliśmy, co zajmowało coraz więcej miejsca w naszym rodzinnym życiu. Cieszymy się, że dzięki „SMAKOWI”, który był pierwszym na polskim rynku wydawniczym magazynem poświęconym kulturze jedzenia, nastąpił wydawniczy boom i swoista moda na tego rodzaju wydawnictwa, które dziś korzystają z naszych doświadczeń i pomysłów. W ogóle papier wraca w wielkim stylu!


Czy przez te lata formuła pisma się zmieniła? W toku pracy zmieniały się layout, makieta, logo, polityka okładkowa. Nad takim tytułem trzeba nieustannie pracować – śledzić trendy w designie, grafice, ilustracji – trzymać rękę na pulsie. Z okazji małego jubileuszu i prawie okrągłej rocznicy przygotowaliśmy czytelnikom wizualną ucztę – dzięki współpracy z Agatą Bartkowiak, naszą nową dyrektor artystyczną, a także dzięki Krzyśkowi Krzysztofiakowi, który jest odpowiedzialny za zdjęcia i postprodukcję, przeszliśmy kolejną ewolucję. Dziś nasz magazyn wciąż da się „jeść” również oczami – co w jedzeniu jest przecież bardzo ważne! Jednocześnie nie zmieniła się sama zawartość i formuła magazynu – wciąż interesuje nas traktowanie kulinariów jako części kultury. Dlatego w każdym numerze tak dużo miejsca poświęcamy antropologii, rozmowom z pisarzami, sylwetkom znanych szefów kuchni, ale też artystom, którzy tę kulturę tworzą: krytykom, projektantom, kolekcjonerom. Słowem, wszystkim tym, którzy zdają sobie sprawę, że kuchnia nie może funkcjonować w oderwaniu od innych dziedzin życia. Na kulturę kulinarną wpływają przecież także polityka, ekonomia, globalizacja.

A przepisy? Przepisy pojawiają się w „SMAKU”, ale nie są najważniejsze. Dziś każdy może znaleźć w internecie setki wariantów ulubionej sałatki, szarlotki, chałki czy zupy pho we wszystkich możliwych odmianach, ich zamieszczanie w magazynie nie jest dla nas najważniejsze, bo nie ma co się ścigać z blogerami. Dba-

my o to, żeby przepisy pojawiały się jako pretekst, przyczynek lub podsumowanie danego tekstu, i aby były w 100% autorskie. Wtedy zapraszamy do współpracy szefów kuchni, od których sami możemy się czegoś nauczyć, na przykład jak zdehydrować topinambur, zrobić puder z buraków czy idealnie przygotować pierś z gęsi. Dbamy też o kreatywne połączenia, na przykład łączymy design z jedzeniem czy sztuką. Ważny jest dla nas także aspekt edukacyjny – mnogość gatunków, poznawanie nowych ziół czy składników, testowanie produktów. Kulinaria to bardzo kreatywna dziedzina i praktycznie każdy jej aspekt jest ciekawy – od projektu mobilnej kuchni po etykietę dobrego wina.

Często ludziom wydaje się, że to łatwizna – pewnie wyobrażają sobie, że przesiadujecie głównie w restauracjach i  ciągle się objadacie… To ciężka praca! Wyobraź sobie, że musisz skosztować sześciu dań podczas degustacji albo spróbować kilku win w godzinę. (śmiech) Tak, większość ludzi ma takie przekonanie, że właśnie tak wyglądają nasze dni. Tymczasem to przede wszystkim praca nad planowaniem kolejnego numeru, przeprowadzanie wywiadów, praca z autorami, fotografami, wymyślanie sesji fotograficznych, współpraca z autorami zza granicy. Do tego dochodzą targi, patronaty, udział w wydarzeniach kulturalnych, warsztatach, wyjazdach studyjnych… Prowadzimy Dyskusyjny Klub Kulinarny, podczas którego zapraszamy ludzi związanych z polską sceną kulinarną i pozwalamy im

m u st a c h e p a p e r

19

podzielić się doświadczeniem z naszymi czytelnikami. Nawiązaliśmy współpracę z cyfrowym archiwum Biblioteki Narodowej Polona, czego efekty będzie można zobaczyć już na jesieni. Ale przede wszystkim staramy się w „SMAKU” prezentować najciekawsze trendy i fotografie z Polski i ze świata.

À propos trendów – co czeka nas w najbliższych latach? Wydawać by się mogło, że telewizyjne programy wylansowały modę na gotowanie, ale badania przeprowadzone na przykład w Stanach pokazują, że im więcej spędzamy czasu przed telewizorem, oglądając szefów kuchni, tym mniej sami gotujemy! W Polsce, gdzie wciąż mamy sporo do nadrobienia, telewizja z pewnością przypomniała niektórym o kuchni, ale na dłuższą metę wysyp programów kulinarnych może przynieść efekt odwrotny. Najważniejsze, by świadome i zdrowe odżywianie nie pozostało chwilową modą, ale aby stało się nieodłączną częścią życia, chlebem powszednim. Kilka lat temu próbowaliśmy pokusić się o podobne podsumowanie trendów i z dzisiejszej perspektywy widzimy, że wiele z nich nadal jest obecnych, tyle że powoli docierają do innych zakątków Polski. Wciąż odkrywamy zapomniane polskie warzywa, oswajamy się z cydrem, nie jemy śmieciowego fast foodu, na kawę coraz częściej udajemy się do kawiarni z alternatywnymi metodami parzenia kawy. To jednak nie są krótkotrwałe trendy i mody zmieniające się co sezon, ale pewne tendencje, które są zwiastunem głębszych zmian na lepsze.


ZWYKŁE RZECZY

tekst Przemek Ostaszewski

Małgorzata Żółkiewska

www.multiversal.pl www.mono-living.com

Kolekcja przedmiotów użytkowych Hidden Forms – Franco Clivio

Żyjemy w czasach, w których każdy dzień przynosi rewolucję. Technologia pędzi do przodu i wszystko jest coraz sprawniejsze. Nasze telefony są coraz mądrzejsze, samochody coraz bardziej ekologiczne, dyski twarde coraz bardziej pojemne, matryce aparatów fotograficznych posiadają coraz większą liczbę megapikseli. A krzesła i stoły... no właśnie. Czy krzesła i stoły naprawdę muszą się jeszcze zmieniać? Kolejne wersje podstawowego elementu wyposażenia jadalni, jakim jest stół, są tylko wariacjami na temat dobrze znanej i sprawdzonej formy. Wszelkie próby naruszania tego status quo owocują najczęściej produktem o ograni-

czonej funkcjonalności – nazwijmy go „półstołem”, „ćwierćstołem”, a w skrajnych wypadkach „niestołem”. Nie istnieją „nadstoły”, choć wielu producentów i projektantów chce nas (i siebie) przekonać, że jest inaczej. Wytnij w blacie otwory i wstaw do nich przydatne pojemniki, a otrzymasz półstół z pojemnikami. Wbuduj w stół lampę – otrzymasz ćwierćstół z lampą. Odejmij od stołu blat, a otrzymasz prawdziwy niestół, jawną poezję użytkową – nazwij to dziełem sztuki, jeśli naprawdę chcesz to kupić. To tylko kilka przykładów, które pokazują, że zarówno w projektowaniu, jak i w życiu należy kierować się umiarem i zdrowym rozsądkiem.

z wy k ł e

r z e c z y

20

Spójrzmy na siebie. Pomimo imponującego tempa rozwoju technicznego, człowiek w XXI wieku wciąż ma dwie ręce, dziesięć palców i jedną głowę, stoi, chodzi, leży, siada, śpi i chwyta w ten sam (lub prawie ten sam) sposób, co dwieście tysięcy lat temu. Dlatego najlepszy stół do większości współczesnych jadalni nadal składa się z prostego solidnego blatu i czterech nóg. Idziemy o zakład, że gdybyśmy za 500 lat zajrzeli do losowej, dobrze urządzonej jadalni, znaleźlibyśmy w jej centrum zwykły dębowy stół. Oczywiście pod warunkiem, że nadal istniałaby cywilizacja ludzka.


Nylonowa siatka na zakupy. Prywatna kolekcja autorów (lata 60.) Menu – Zmiotka i szczotka. Projekt: Jan Kochański (2013) Roomsafari – wieszak Triangle hanger. Projekt: Christine Nogtev, Chul Cheong

Dziurkacz do papieru. Projekt: Kisang Yoon, Kyubok Lee (2015)

Historia dziurkacza do papieru

Trwałość na wagę złota

„Jeśli nie potrafisz tego obsługiwać, to jest to źle zaprojektowane.”

W świecie przedmiotów nie obowiązuje zasada, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Trwałość jest cechą na wagę złota – dosłownie! Wiedzą o tym dobrze właściciele międzynarodowych firm produkujących meble i sprzęt AGD. Kontrolowane postarzanie produktów to już powszechna praktyka wśród producentów, którym zależy, abyśmy co cztery lata odwiedzali ich sklepy w poszukiwaniu nowej lodówki, drukarki czy komody. Jeśli rzecz pozostanie z nami przez długie lata, to znak że zdarzył się nam wyjątkowo szczęśliwy przypadek, albo kupiliśmy w lokalnym sklepie naprawdę solidną rzecz, spod ręki wykwalifikowanego rzemieślnika. Potrzeba częstych zmian, którą wykreowały lata kapitalizmu, zbiera żniwa w postaci produktów-śmieci. Gadżety i zwykłe pierdoły, tandetne meble z płyty wiórowej oblepione cienkim plasterkiem drewna, nowy smartfon co dwa lata… Wielu polskim odbiorcom design wciąż kojarzy się z ekstrawagancją i gadżetami. Projekty użytkowe jednak wcale nie walczą o naszą uwagę. Łatwo ich nie dostrzec i obojętnie przejść obok, ponieważ wypełniają środowisko, w którym na co dzień się poruszamy. Transparentność to jedna z kluczowych cech dobrego designu. Dla sztuki użytkowej nie ma tematów zbyt banalnych: telefon, samochód, ławka w parku i spinacz do papieru są równie istotne i mogą być pięknie i mądrze zaprojektowane, stanowiąc prawdziwe dzieła sztuki użytkowej. Cztery lata temu wybraliśmy się do sklepu ze szczotkami i zadaliśmy sprzedawcy (który jednocześnie sam wytwarza sprzedawany przez siebie towar) pytanie o trwałość konkretnej szczotki. Odpowiedział: „Po czterech latach, kiedy szczotka się trochę zużyje, proszę kupić sobie psa i czesać nią psa”.

Dziurkacz do papieru. Ten pospolity przedmiot od ponad stu lat pomaga księgowym na całym świecie wybijać dziury w papierze. Każdy wie, jak wygląda dziurkacz (jego konstrukcja prawie się nie różni od pierwowzoru wynalezionego w 1886 roku przez Friedricha Soenneckena). Ale czy każdy potrafi wybić dziury we właściwym miejscu kartki, z dokładnością co do milimetra? No właśnie. Do tego trzeba trochę wprawy oraz wrodzonych zdolności manualnych w połączeniu z darem przewidywania. Ponieważ rozmawiamy jednak o przyrządzie powszechnym, łatwiej jest nam zaakceptować naszą własną niesprawność niż dostrzec nieefektywność samego przedmiotu. Chętniej kwestionujemy możliwości nas samych, zamiast poddawać w wątpliwość możliwości narzędzi, które sobie stworzyliśmy! Sami będąc projektantami, wiemy, jak wygląda proces powstawania produktów i dlatego mamy na ten temat odmienne zdanie: Jeśli nie potrafisz tego obsługiwać, to jest to po prostu źle zaprojektowane. Jeszcze w tym roku dwójka designerów, Kisang Yoon i Kyubok Lee, opracowała projekt dziurkacza z przezroczystą obudową. Dzięki odpowiedniej konstrukcji zawsze wybijesz otwór w pożądanym miejscu. „No guessing, only clear punching” [Żadnego zgadywania. Tylko czyste, precyzyjnie wybite otwory], reklamują twórcy. Za każdym razem, kiedy doświadczamy takiej małej rewolucji, doznajemy olśnienia: Jak to możliwe, że przez tyle lat nikt na to nie wpadł? Tyle krzywo wybitych dziur i to w XXI wieku!

m u st a c h e p a p e r

21


Ringo Toys – Animals. Projekt: Robert Czajka (2014) Braun – Ekspres do kawy. Projekt: Florian Seiffert (1972)

Złożone, czyli lepsze? Życie człowieka w świecie maszyn i urządzeń, które wykonują za nas zadania, jest tylko pozornie prostsze i tylko pozornie przynosi nam oszczędność czasu. Dawniej w każdym gospodarstwie było tyle fizycznych prac do wykonania, że przeciętna gospodyni nie potrzebowała karnetu na siłownię. Zmywarka do naczyń, robot kuchenny, czy elektryczna maszynka do mielenia mięsa – to wszystko wynalazki, które z założenia miały oszczędzać nasz czas i energię, abyśmy mogli przeznaczyć je na coś innego (w domyśle na czynności bardziej wartościowe, jak przebywanie z rodziną). Okazuje się jednak, że gospodarowanie czasem to zagadnienie równie złożone, co ekologia czy oszczędzanie pieniędzy. Niedawno natknęliśmy się na bloga, na którym autor, z początku sceptyczny, w końcu kupuje zmywarkę, robi szereg testów i konkluduje: „Dzięki zmywarce do naczyń oszczędzicie średnio 14 minut dziennie, które możecie przeznaczyć na pielęgnację zębów, składanie ubrań lub zbackupowanie iphone’a”. Czy to nie wspaniała perspektywa? A na co ty przeznaczasz twoje dodatkowe 14 minut? Na stronie międzynarodowego standardu energetycznego Energy Star znajdziemy inny argument: „Zmywarka nie tylko oszczędzi twój czas, ale i dużo wody”. Nigdy nie widzieliśmy (a bardzo chcielibyśmy zobaczyć) szczerej statystyki uwzględniającej, ile wody wykorzystuje się do wyprodukowania i przetransportowania zmywarki, a potem do wytworzenia prądu do codziennej jej obsługi, i wreszcie do jej utylizacji, kiedy już się całkiem zepsuje? Nie chcemy przy tym wykazywać wyższości zmywania ręcznego nad zmywaniem w zmywarce (choć podejrzewamy, że suma inwestycji energetycznych w przypadku oszczędnego gospodarza zmywającego naczynia w zlewozmywaku i przeciętnego gospodarza używającego do tego maszyny jest bardzo podobna). Naszym celem jest krzewienie zdroworozsądkowego podejścia i wykazanie, że cykl życia przedmiotów przebiega krętą i trudną do prześledzenia ścieżką. To, że produkt jest opisywany przez producenta jako ekologiczny, wcale nie musi oznaczać, że przyczyni się on do naprawy naszej planety.

z wy k ł e

r z e c z y

22

Piękno tkwi w prostocie „Zanim kupisz nową rzecz, upewnij się, czy już jej nie posiadasz.”

A może to, co już posiadasz, jest znacznie lepsze niż to, co właśnie zobaczyłeś w sklepie? Dzięki mieszkaniu, które wynajmujemy, przygarnęliśmy komplet pięknych tapicerowanych krzeseł z 1963 roku, projektu Rajmunda Teofila Hałasa, które właściciel wystawił na korytarz, żeby je po prostu wyrzucić. W mieszkaniu znaleźliśmy również kilka oryginalnych plecionych siatek z podobnego okresu, w tym jedną w złotym kolorze z czarnymi koralikami. Prawdziwa funkcjonalna biżuteria, która z łatwością mieści się w kieszeni, a po rozciągnięciu zaskakuje pojemnością. Siatka towarzyszy nam w codziennych zakupach, a kiedy z nich wracamy, zbieramy zazdrosne spojrzenia przechodniów – warzywa i owoce niesione w tej siatce prezentują się po prostu przepięknie! Stare ci się znudziło? A może się zepsuło? Daj temu szansę, sprawdź w internecie, co to jest, może jest warte więcej niż przypuszczałeś. Spróbuj to naprawić. Wciąż korci cię, żeby kupić coś nowego? Kup poradnik finansowy. Ktoś kiedyś powiedział: „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, żeby zaimponować ludziom, na których nam nie zależy, za pieniądze, których nie mamy”. Oczywiście każda rzecz w końcu się zużywa i nadchodzi czas nowego zakupu. Sęk w tym, abyśmy robili to z głową i nabrali pewnego rodzaju dojrzałości estetyczno-funkcjonalnej, która pozwoli nam pełniej i dłużej cieszyć się pięknem prostych i autentycznych przedmiotów


Kosz na śmieci Swing bin. Projekt: Shigeichiro Takeuchi. Projekt obecnie finansowany na serwisie kickstarter.com (2015) Kieliszki – zestaw do cateringu. Projekt: Katarzyna Borkowska (2011)

m u st a c h e p a p e r

23


NOWE ŻYCIE W STARYM KINIE tekst Karolina Matysiak

Wzmożone od kilku lat zainteresowanie architekturą powojennego modernizmu nie słabnie. Można powiedzieć, że stało się swego rodzaju modą. Mimo to co i raz jesteśmy świadkami rozbiórki kolejnych obiektów. Budowane w PRL-owskiej rzeczywistości stały się w wielu przypadkach nieopłacalne po transformacji ustrojowej. Wolnostojące pawilony usługowe czy handlowe ustępują miejsca znacznie większym kompleksom. Dzieje się tak zarówno w przypadku obiektów typowych, jak i realizacji cieszących się uznaniem. Brak odpowiednich narzędzi do ochrony tych stosunkowo młodych obiektów powoduje, że są one bezbronne wobec presji rynku. Protesty mieszkańców i miłośników architektury poparte opiniami ekspertów tylko w nielicznych przypadkach przynoszą oczekiwane rezultaty. Z drugiej strony popularność modernizmu powoduje, że z nostalgią walczymy o każdy, nawet przeciętny budynek, przekonując, że nowe znaczy gorsze. Zachowywanie za wszelką cenę wszystkich obiektów, nieodpowiadających nowym potrzebom społeczeństwa, także nie stanowi rozwiązania. Problem nieprzystawalności architektury do zmieniających się czasów i zagadnienie możliwości adaptacji architektury do nowych funkcji przy zachowaniu jej wartości prześledzić można na przykładzie pierwszych zrealizowanych po wojnie projektów warszawskich kin.

W starym kinie

W przedwojennej Warszawie istniało blisko 70 kin. Były to obiekty nowoczesne, z bogato zaprojektowanymi wnętrzami, jak Palladium ze ścianami wyłożonymi alabastrem, ale także prowizoryczne, mieszczące się w ciasnych salach, z krzesłami zastępującymi profesjonalną widownię i ekranem w postaci rozpiętego prześcieradła. Kino stanowiło w okresie dwudziestolecia nowoczesną kulturalną rozrywkę stolicy, przeciętny warszawiak bywał w nim 12 razy w roku. Rosnąca popularność sztuki filmowej zaowocowała dużą ilością sal kinowych, głównie w śródmieściu. Na ulicy Marszałkowskiej mieściło się ich aż dziewięć, z kolei na krótkim odcinku ulicy Chmielnej, między Marszałkowską a Nowym Światem, ulokowały się trzy tego typu instytucje.

Kino pilnie potrzebne

Wojna pozbawiła Warszawę większości kin. W 1947 roku funkcjonowało jedynie sześć obiektów, tymczasem potrzeba korzystania z nich dorównywała tej sprzed wojny. Mimo jeszcze niezbyt bogatego repertuaru o każdej porze dnia przed kasami ustawiały się kilkudziesięciometrowe kolejki. Kino zapewniało mieszkańcom codzienną rozrywkę pozwalającą oderwać się od ponurej powojennej rzeczywistości. Poza funkcją czysto zabawową w nowych warunkach politycznych

n ow e w

ż y c i e

st a ry m

24

k i n i e

odgrywało ważną rolę. W ślad za Józefem Stalinem przedstawiciele władzy podkreślali doniosłość filmu w wychowywaniu szerokich mas w duchu socjalistycznym. Do propagandowego wykorzystania kina przyczyniły się między innymi kroniki filmowe emitowane przed seansami. Splot tych okoliczności spowodował, że mimo konieczności dostarczenia w pierwszych latach po wojnie przede wszystkim lokali mieszkalnych, już w planie trzyletnim przewidziano środki na budowę kin. Potrzeba była tak pilna, że zanim przystąpiono do realizacji zaplanowanych obiektów, postanowiono przyspieszyć jej zaspokojenie za pomocą konstrukcji tymczasowych. Poparta przez Biuro Odbudowy Stolicy inicjatywa Centralnego Zarządu Kin zaowocowała projektami koncepcyjnymi dwóch typów. Pierwszy zakładał wypełnienie szkieletu stalowego cegłą pozyskaną z rozbiórki zniszczonych budynków, drugi dotyczył obiektu mobilnego, mogącego zmieniać lokalizację, wykonanego na bazie demontowalnego szkieletu stalowego wypełnianego izolacją i eternitem. Planowane obiekty miały służyć przez okres około dwóch lat mieszkańcom Pragi, Targówka, Grochowa, Saskiej Kępy, Woli, Ochoty, Bielan i Mokotowa, zarabiając jednocześnie na realizację kin trwałych. Postawione za cel zadanie przywrócenia Warszawie przedwojennej ilości kin wymagało szybkiego działania. Dlatego ostatecznie


zrezygnowano z budynków tymczasowych, aby przejść od razu do budowy obiektów stałych.

Modernizmu ciąg dalszy

Zapoczątkowaną przed wojną myśl modernistyczną rozwijano w trakcie okupacji w konspiracyjnych pracowniach i instytucjach. Odbudowa zniszczonej stolicy była świetną okazją do materializacji wypracowanych w tym okresie idei. Pierwsza nowo powstała po wojnie architektura stanowi kontynuację modernizmu. Wpłynęło to na formy i sytuowanie kin w odradzającym się mieście. W przedwojennej Warszawie mieściły się one w parterach kamienic, oficynach bądź podziemiach innych budynków. Budowane po wojnie, podobnie jak inne obiekty użyteczności publicznej, były budynkami wolnostojącymi. Ponieważ był to typ nowy, zanim przystąpiono do projektowania konkretnych obiektów, przeprowadzono w Przedsiębiorstwie Państwowym Film Polski wnikliwe studia wykorzystujące doświadczenia innych krajów. W efekcie opracowano wzorcowe typy samodzielnych obiektów: duże kino z widownią na parterze i balkonie oraz małe kino o prostej formie, złożonej z prostokątnej widowni i podłużnego hallu. Rezultaty prac studialnych przełożyły się bezpośrednio na formy pierwszej serii obiektów przeznaczonych do realizacji w latach 1948–1949. Były to cztery kina

dzielnicowe ulokowane na Mokotowie, Ochocie, Grochowie i Woli, wykorzystujące układ przestrzenny wzorcowego kina małego oraz dwa kina śródmiejskie oparte o układy kin dużych z widownią na balkonie. Zrealizowane obiekty to Stolica, Ochota, 1 Maj i W-Z, a także dwa kina ponadlokalne, Moskwa i Praha, które powstały na miejscach typowanych dla obiektów tymczasowych. Wszystkie charakteryzuje modernistyczne kształtowanie formy architektonicznej, w której widoczny jest funkcjonalny podział wnętrza. Bryła kina dzielnicowego skomponowana została z trzech części. Najwyższa mieściła prostokątną widownię nakrytą dachem szedowym, przylegało do niej parterowe foyer dostępne z hallu w formie rotundy lub elipsy. Każdy z elementów był osobną bryłą o odmiennej wysokości. Wyjątek stanowiło kino 1 Maj o prostym przylegającym do foyer hallu. Wszystkie zostały zaprojektowane przez tego samego architekta, Mieczysława Piprka. Przykładami wykorzystania wzorców opracowanych dla kin dużych są kina śródmiejskie. Jednym z nich było to zbudowane przy ulicy Jagiellońskiej – Praha. Lokalizacja przy jednej z ruchliwszych dróg Pragi była związana z planami utworzenia w tej części miasta nowoczesnego centrum, które mogłoby przejąć część funkcji pełnionych przez lewobrzeżne śródmieście. Kino miało stanowić centralny punkt porządkujący chaotyczną zabudowę

m u st a c h e p a p e r

25

i ogniskujący wokół siebie życie publiczne. Dlatego też organizatorzy konkursu architektonicznego na budynek w szczegółowym programie umieścili także kawiarnię, lokale sklepowe i usługowe oraz pokoje hotelowe. Pierwszej nagrody nie przyznano, a powierzono opracowanie projektu, w nieco zmienionej od konkursowej wersji, Janowi Bogusławskiemu i Józefowi Łowińskiemu. Budynek miał formę modernistycznego pawilonu z dużą ilością przeszkleń. Pełne ściany pojawiły się tylko tam, gdzie ze względu na funkcję było to konieczne. Przezierne elementy elewacji wypełniały tworzące rytm elewacji ramy konstrukcyjne, kontrastując z pełną bryłą sali projekcyjnej. Zgodnie z założeniem budynek pełnił szereg funkcji towarzyszących, był między innymi siedzibą Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy. Drugim obszernym założeniem było kino Moskwa, zbudowane według projektu Stefana Putowskiego i Kazimierza Marczewskiego. Połączono w tym przypadku obiekt użyteczności publicznej z bogatym w zieleń placem miejskim. Prosta, modernistyczna bryła budynku o ściętych ścianach była bezpośrednim wynikiem poszukiwania jak najlepszej akustyki. Obiekt był jak na owe czasy bardzo nowoczesny, posiadał dwupoziomową widownię i piętrowe foyer, zapewniające bezpośredni dostęp do miejsc na balkonie. Jedyną ozdobę elewacji stanowiła jej faktura, uzyskana przez odpowiednie wysunięcie cegieł.


n ow e w

ż y c i e

st a ry m

26

k i n i e


Spotkanie z socrealizmem

Pierwsza seria zbudowanych po wojnie kin to budynki zaprojektowane zgodnie z zasadami modernizmu. Żadnego z nich jednak nie udało się ukończyć przed 21 czerwca 1949 roku, kiedy to za oficjalnie obowiązujący w architekturze polskiej uznano socrealizm, a potępiono jednocześnie architekturę nowoczesną. Przejawy nowych, rządzących od tego momentu zasad pojawiły się na elewacjach i we wnętrzach zaprojektowanych wcześniej budynków. Socrealistyczna stylistyka idealnie pasowała do propagandowej roli, jaką miały odgrywać kina w socjalistycznej Polsce. Otwarte w dniu Narodowego Święta Odrodzenia Polski kino Moskwa – pierwotnie planowane jako kino Wieczór – otrzymało swoją nazwę na znak polsko-radzieckiej przyjaźni. Natomiast udostępnione publiczności w dzień Święta Narodowego Czechosłowacji kino Praha symbolizowało braterstwo z narodem czechosłowackim. We wnętrzu została umieszczona drewniana płaskorzeźba herbu stolicy tego kraju. Foyer wykończono ciemną boazerią i, sprzecznymi z unikającym ornamentu modernizmem, sztukateriami. W elewację od strony ulicy wtórnie wkomponowano rzeźby robotników i chłopów stanowiących personifikacje odbudowy. Z kolei funkcjonalistyczna bryła kina Moskwa szybko spotkała się w nowych okolicznościach z ostrą krytyką. Projektantom, podobnie jak autorom innych wzniesio-

nych po wojnie obiektów modernistycznych, zarzucano kosmopolityzm i antysocjalizm. Mimo to socrealistyczna ingerencja na zewnątrz obiektu ograniczyła się do ustawienia dwóch kamiennych lwów flankujących wejście do budynku. Modernistyczne bryły kin dzielnicowych otrzymały wykończenie w postaci profilowanych gzymsów koronujących, pilastrów i boniowania. Wnętrza wykonano przy użyciu różnego rodzaju okładzin kamiennych z trawertynu i marmuru, a stropy pokryto ornamentalną dekoracją, na przykład roślinną, jak w przypadku kina Ochota. Opisane budynki to nie tylko przykłady pierwszego powojennego modernizmu, ale także świadectwo wprowadzonej nagle zmiany stylistycznej.

Po transformacji

Zmieniająca się sytuacja ekonomiczna, kulturowa i polityczna uwarunkowała nowy model konsumpcji i wpłynęła na praktyki odbiorcze. Nie było to bez znaczenia dla instytucji kina, której rola nie mogła pozostać taka sama jak kiedyś. Nastąpiła stopniowa marginalizacja mniejszych producentów na rzecz wytwórni amerykańskich. Liczba kin od zakończenia II wojny światowej spadła w Europie o 60%, a hollywoodzki monopol zmniejszył udział producentów europejskich w rodzimym rynku do 20%. Rozwój technologii spowodował, że rolę codziennej rozrywki przejęły telewizja i nowe media. Społeczna

m u st a c h e p a p e r

27

praktyka chodzenia do kina została zredefiniowana. Film stał się produktem korporacyjnym, towarem. Wszystko to doprowadziło do zjawiska multipleksyzacji, które połączyło kino z szeregiem całkowicie pozafilmowych atrakcji. Wyjście do kina dla przeważającej części zachodniego społeczeństwa wiąże się z wizytą w centrum handlowym. Opisywane procesy rozwinęły się w Polsce wraz z nadejściem przemian ustrojowych. Kolejne samodzielne kina zaczynały przegrywać z kapitalistyczną rzeczywistością i kończyły swoją działalność. Dla architektury często oznaczało to wyburzenie budynku i zastąpienie go nowym biurowcem lub bardziej dochodowym multipleksem. Proces wypierania małych kin trwa do dziś, czego przykładem jest niedawna walka o zachowanie warszawskiego kina Femina. Sytuacja ta dotknęła także obiekty należące do pierwszej serii kin powojennych. Spośród sześciu przytoczonych w tekście tylko jeden z budynków pełni nadal pierwotną funkcję, a trzy przestały istnieć. W wielu artykułach i notatkach internetowych nadal określa się te modernistyczne budynki jako socrealistyczne. Negatywny stosunek do minionego ustroju, łatka socrealizmu i propagandowe nazwy budynków utrudniały ochronę tych obiektów w latach 90. Jako pierwsze, na samym początku lat 90., działalność zakończyło kino W-Z, potem kolejno: 1 Maj, Moskwa, Stolica, Ochota i Praha. Jako pierwsze rozebrano,


mimo protestów pracowników i mieszkańców, kino Moskwa. Modernistyczną, usytuowaną wśród zieleni niewielką bryłę zastąpił przeskalowany kompleks mieszczący multipleks, pasaż handlowo-usługowy oraz biura. O dawnym kinie przypominają dziś jedynie umieszczone przed gmachem kamienne lwy. Kino Praha, mimo spadającego od początku lat 90. zainteresowania, funkcjonowało najdłużej – aż do 2004 roku. Ostatecznie przegrało z wielosalowym, nowoczesnym obiektem mogącym przynieść większe zyski. Mimo rozpoczęcia starań o wpisanie budynku do rejestru zabytków, właściciel szybko wyburzył go i wybudował na jego miejscu sześciokondygnacyjny obiekt z nowoczesnymi salami kinowymi. Chociaż nowe kino znaczenie lepiej wpisuje się w otoczenie niż kolos przy ulicy Puławskiej – nawiązuje do obiektu wcześniejszego i nie jest typowym multipleksem – to jego realizacja świadczy o fiasku architektury w starciu z presją zysku. Paradoksalnie obiekty mające przynosić znacznie większe dochody nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Działające w kompleksie na Mokotowie kino przestało działać po 10 latach, a praskiemu groziło niedawno zamknięcie z powodu niskiego zainteresowania.

Handel, teatr, dyskoteka

Działka, na której było kino W-Z, obecnie stoi pusta, jednak zanim je rozebrano mieściło kolejno: dwa kluby

muzyczne i sklep dyskontowy. Próby ocalenia obiektu wpisem do rejestru zabytków nie powiodły się. Władzom dzielnicy nie udało się także wykupić go na cele kulturalne. Ostatecznie teren sprzedano spółce deweloperskiej pod zabudowę mieszkaniową. Budynek kina 1 Maj stoi do dziś, jednak nie przypomina już kina. Od lat mieści się w nim supermarket (wcześniej studio filmowe i klub muzyczny), na potrzeby którego elewacja została pomalowana w jaskrawe pasy. Podobną drogę przeszło kino Ochota, po jego zamknięciu przestrzeń budynku została podzielona na stoiska i pełnił on funkcję obiektu usługowo-handlowego. Jednak w tym przypadku udało się wpisać budynek do rejestru, chroniąc go tym samym przed planowaną rozbiórką pod kompleks biurowo-kulturalny. Od 2010 roku z sukcesem działa w nim teatr. Eleganckie kamienne wnętrza zostały odnowione, przekształcono jedynie widownię, dostosowując ją do potrzeb spektakli teatralnych. Na osobną uwagę zasługuje kino Stolica. Jako jedyne nadal pełni pierwotną funkcję. Nie oznacza to jednak, że oparło się ono zjawisku multipleksyzacji. Przetrwanie zapewniło mu przeniesienie tu Iluzjonu Filmoteki Narodowej. Placówka prezentuje niewyświetlaną w innych obiektach klasykę filmową, alternatywną względem repertuaru dużych kin, skierowaną do innego rodzaju odbiorcy. Niedawno przeprowadzony remont budynku łączy w sobie przywrócenie pierwotnej świetności

n ow e w

ż y c i e

st a ry m

28

k i n i e

z modernizacją dostosowującą obiekt do współczesnych oczekiwań. Pierwsza seria powojennych kin warszawskich stanowi jedynie początek historii o losach tego typu obiektów. W następnych latach zbudowano kolejne, które podobnie jak te opisane w tekście, dziś już nie funkcjonują. Jeśli nie zostały rozebrane, aby zwolnić miejsce dla nowych, bardziej dochodowych inwestycji, to z reguły zatraciły swój charakter i wystrój przez nadanie im przypadkowych funkcji. Losy najwcześniejszych obiektów ukazują szereg różnorodnych scenariuszy dotyczących nieopłacalnych już małych kin. Od rozbiórki pod niedorównujące jakością architektury kompleksy, przez niszczenie za pomocą nieodpowiednio dobranej funkcji, po pozytywne przykłady adaptacji, jak w przypadku kin Ochota i Stolica. Architektura ma przede wszystkim służyć ludziom. Jest trwalsza niż zmieniające się style życia i potrzeby. Sentymentalne, kurczowe trzymanie się pierwotnej funkcji nie ma sensu. Dlatego, w obliczu zmieniającego się podejścia ogółu do kina, zachowanie wszystkich działających w okresie PRL placówek nie jest możliwe ani wskazane. Warto jednak zapewnić przetrwanie części z nich, a zamiast pochopnego niszczenia obiektów poczynić wysiłek znalezienia dla nich nowej funkcji, którą będą mogły pełnić bez zatracania tego, co najistotniejsze dla ich charakteru


m u st a c h e p a p e r

29


#MUSTACHE LINKA_79

KOTOKIDS

KOTOKIDS

MILUWO

MOMENTURODY

CINCILA_PL

M AY T R I O S H K A

M AY T R I O S H K A

MODANASTRYCHU

ALBOWIEM

DOTOFFICIAL

LEPETITMIMI_

ZOOKARMNIK

RA2NSKI_

QDIZAJN

KAMPERKI

ANIA_CHRABASZCZ

DEKUMDEKUM

GURKA_KROLOWA

B R A I N W A S H C LT H

B R A I N W A S H C LT H

KOLONKAGA

LOVESTONEJEWELLERY

M A S TA L L I N

BENEVENTOPANTS

BENEVENTOPANTS

LUKEDOFFICIAL

LULLALOVEMRB

LULLALOVEMRB

LULLALOVEMRB

MILENA_BEKALARSKA

MILENA_BEKALARSKA

MILENA_BEKALARSKA

MNISHKHA

VZCOKATO

TURBOKOLOR

TRYPOCOPRIS

UVMW

UVMW

HAPPY_SILESIA

HAPPY_SILESIA

HAPPY_SILESIA

#m

u st a c h e y a r d s a l e

30


YARDSALE DREWNIAKI

CYRULIKSLASKI

M AYA . M I

M AYA . M I

MANIA.K

CIOKAMILA

MODNEFRELE

MROV_

JOHNLEMONPOLSKA

JOHNLEMONPOLSKA

JOHNLEMONPOLSKA

JOHNLEMONPOLSKA

SHALDIKOVA_SA

SHALDIKOVA_SA

SHALDIKOVA_SA

H E L LOTA DA M

H E L LOTA DA M

ENDORFINABIELSKO

FAMILOVEDOTCOM

FAMILOVEDOTCOM

KARLOOT_

PERFECT_EXCUSE

MILENA_KROPKASHOES

BOWTIESWALA

BOWTIESWALA

BOWTIESWALA

BOWTIESWALA

BOWTIESWALA

M AYA . M I

AGACICHY

CARGOBYOWEE

NOCNEDOBRA

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

M U S TAC H E WA R S AW

KOTOKIDS

m u st a c h e p a p e r

31

M U S TAC H E WA R S AW


20 TYSIĘCY W KO S M O S I E tekst Jonasz Tołopiło

ilustracje Paweł Ryżko pawelryzko.com

Powód znajdzie się zawsze: księgowa poszła na urlop, czekają na pieniądze od reklamodawcy, przelew został zlecony i jest jeszcze w drodze. Bywa też, że od miesiąca nie odbierają telefonu i nie odpisują na maile. Dni mijają, a cierpliwość się wyczerpuje Dętka

P. produkował sesje zdjęciowe w niszowym magazynie. Problemy z pieniędzmi pojawiały się notorycznie. Często wynagrodzenie przelewano z opóźnieniem, zdarzało się, że dostawał pensję w ratach. Tym razem pracodawca spóźniał się z częścią pieniędzy za ostatni miesiąc. – Wisieli mi 1500 zł. To nie jest jakaś astronomiczna kwota, ale dla mnie to było bardzo dużo, szczególnie, że konto było puste. Jechałem rowerem na spotkanie z człowiekiem, który miał dla nas pracować. Po raz kolejny miałem namawiać kogoś, żeby robił dla nas sesję za bardzo małe pieniądze, które może dostanie, a może nie. Miałem dość. Każdy ma swoją własną czarę goryczy, która w końcu musi się przepełnić. Jechałem przez miasto i w pewnym momencie złapałem gumę. Nie miałem kasy na bilet autobusowy, na nową dętkę, nic. Byłem już tak wkurwiony, że zsiadłem z roweru i pod wpływem impulsu napisałem maila do zarządu. Waliłem prosto z mostu: że to skandal, że się spóźniają, że powinni mi przelać chociaż część moich pieniędzy, że chyba chcą utopić tę redakcję, bo już nikt nie ma siły w niej pracować. Wyrzygałem wszystko ciurkiem. Odpowiedź była szybka i lakoniczna: „W związku z twoim zachowaniem informuję, że to ostatni miesiąc twojej pracy”. Po zwolnieniu „dyscyplinarnym” (przy pracy na umowę o dzieło), P. upominał się o pieniądze jeszcze kilkakrotnie. Dostał przelew po czterech miesiącach.

– Zawsze trzeba się upominać? – Z mojego doświadczenia wynika, że tak. Dlatego wolę zrobić coś za darmo, bo nie mam złudzenia, że coś zarobiłem. – W jaki sposób się upominasz? – Zauważyłem, że zwykle pierwsze trzy maile przechodzą bez reakcji. Jak dostają czwartego, to zaczynają odpowiadać, że wkrótce wszystko będzie załatwione – sprawa jest w księgowości, wyszła już dyspozycja przelewu, tego typu rzeczy. Miesiące lecą, oni ściemniają, a ty czekasz na swoje 350 złotych wynagrodzenia. Frustrujące. Ale z drugiej strony takie ściemnianie wymaga od ludzi dużej kreatywności. To ogromna sztuka. Ciągle musisz wymyślać kolejne kłamstwa, lawirować. Trzeba myśleć o tym w optymistyczny sposób! Będziesz pałał nienawiścią do człowieka, bo ci nie zapłacił? Zniżasz się wtedy do jego poziomu. Najgorsze, co możesz mu zrobić, to się do niego szeroko uśmiechać, kiedy go spotkasz.

Patrzymy sobie w oczy

Paradoksalnie najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy po upływie terminu płatności wysyłasz dłużnikowi przedsądowe wezwanie do zapłaty i ten w odpowiedzi przesyła na twoje konto niewielką ratę. – W sądzie masz wtedy związane ręce, bo to kwalifikuje się jako okazanie chęci spłaty – mówi M., który od kilku

20 w

t ys i ę c y ko s m o s i e

32

lat pisze teksty, robi zdjęcia i klipy w polskiej branży kreatywnej. – Miałem taką jedną rozprawę. Sędzia wskazuje na dłużnika i mówi, że ten pan przecież chce mi zapłacić, bo wysłał już część kwoty, a więcej nie może. I co zrobisz? Najlepsze jest to, że firma działa do dziś, a swojej kasy ciągle nie dostałem. – Nie ma na to żadnej rady? – No... zdarzało mi się wejść do firmy i wyjąć gotówkę. – To znaczy? – Po raz pierwszy zrobiłem tak, kiedy któregoś dnia wstałem i zalogowałem się na swoje konto. 48 złotych. Potrzebowałem pieniędzy, byłem przyparty do muru, a zleceniodawca od tygodnia nie odbierał telefonu ani nie odpisywał na maile. Coś we mnie pękło. Ubrałem się, poszedłem do jego biura i powiedziałem, że nie wyjdę, dopóki nie dostanę swojej kasy. Serce mi waliło, ale podejrzewam, że jemu biło jeszcze mocniej. – Zadziałało? – W tym przypadku tak. Ale kiedyś wszedłem w ten sam sposób do innego dłużnika. Powiedział, że nie ma pieniędzy i że mi nie zapłaci. Cztery godziny siedzieliśmy w gabinecie, w ciszy, patrząc sobie w oczy. W końcu wyszedłem, sprawa trafiła do sądu i jest tam do dziś. Dłużnik podczas rozprawy próbował udowodnić, że M. groził mu, kiedy wtargnął do jego biura.


– To absurd, bo całą rozmowę nagrałem. Ale wychodzi na to, że poza agentem przydałby się rosły, łysy typ, który egzekwuje płatności w twoim imieniu. Branża jest mała, wszyscy się znają, spędzają czas w tych samych miejscach we wspólnej grupie znajomych. – Nagle okazuje się, że każdy zleceniodawca jest twoim kumplem. To zdradliwe. Wszyscy mają Facebooka, więc każdy widzi, że byłeś na wakacjach za granicą. Skoro więc masz kasę na wyjazdy, to po co ci płacić? Ktoś wypił kiedyś z tobą szota wódki, jak trafiliście na siebie przypadkiem na imprezie, i od razu jest kolegą. No to jak, kolegę pozwiesz? Przecież zaraz ci zapłaci! M. mówi, że w „kosmosie” ma około 20 tysięcy zaległych wpłat. Od pewnego czasu żyje z pieniędzy, które dostał z ministerstwa. To dofinansowanie na projekt, który realizuje. – Odechciewa się na całej linii. Frustracja przelewa się na inne projekty i twoje życie poza pracą. Siadam do tekstu i nie chce mi się go pisać, bo jestem zniechęcony. Ostatnio zacząłem brać mniej ambitne zlecenia bo wiem, że na pewno dostanę za nie pieniądze. – Dlaczego cała branża działa w taki sposób? – W Polsce nie ma kultury pracy. Poza tym ludzie nie zawsze walczą o kasę. Bywa, że jak zaczniesz pyskować, to nie dostaniesz zlecenia przy następnym projekcie. To działa nawet w szerszy sposób: jeśli dopominasz się

ciągle o pieniądze, to w środowisku niektórzy nie będą chcieli cię zatrudniać, bo będziesz uważany za kłopotliwego współpracownika.

Burza w szklance wody

Redakcja, z którą współpracował K. notorycznie spóźniała się z wynagrodzeniem. Na swój ostatni przelew czekał kilka miesięcy. – Po prostu szanuję swoją pracę. Kiedy ja się spóźnię z oddaniem tekstu dwa dni, to od razu są zarzuty, że jestem nieprofesjonalny. A ktoś zapomina mi zapłacić i to jest w porządku. To jakiś absurd. Napisał na Facebooku posta, w którym wskazał, która redakcja zwleka z zapłatą. Dostał dużo wiadomości prywatnych, w których ludzie pytali o szczegóły, przyznawali, że są w podobnej sytuacji albo oferowali pomoc. Bardzo mało ludzi komentowało post publicznie. – Okazało się, że dużo ludzi ma podobne problemy, ale w tym środowisku wszystko jest „na gębę”. Trzeba bardzo uważać na słowa, bo możesz ich pożałować – po prostu nie dostaniesz kolejnych zleceń, jeśli będziesz się awanturował o pieniądze. Niektórzy mówili, że robi burzę w szklance wody. Były też rady, żeby skasował post, bo odbije mu się czkawką. – Wtedy to nie miało dla mnie znaczenia. Trudno,

m u st a c h e p a p e r

33

mogę być nawet spalony w branży, ale będę walczył o kasę, bo mi się zwyczajnie należy. Wiem, że nie powinno się załatwiać spraw na forum publicznym, ale co zrobić, kiedy masz związane ręce? Kilka dni wcześniej dostałem zapewnienie, że przelew został wysłany. Zwyczajne kłamstwo. Po publikacji postu zakończył współpracę z dłużnikiem, a zaległe pieniądze po wielu miesiącach dotarły na jego konto. Dłużnik nie skomentował sprawy ani publicznie, ani prywatnie. – Najśmieszniejsze jest to, że prywatnie znamy się nieźle i zdarza nam się chodzić razem na imprezy. Nawet go lubię, ale wiem, że nie chcę już z nim pracować. – Masz teraz dłużników? – Nie. Po awanturze na Facebooku zrobiłem niedługo potem kolejną, bo inny pracodawca odmówił wypłacenia wynagrodzenia za ostatni miesiąc. Twierdził, że nie wywiązałem się z umowy. W końcu dostałem pieniądze, ale byłem zmęczony tym, że bez przerwy muszę się użerać. Poszedłem pracować do korporacji. Płacą na czas. Zdarza mi się coraz częściej zatrudniać młode osoby i z radością obserwuję, że oczekują od pracodawcy transparentności – jaka umowa, za jakie pieniądze, kiedy przelew. Młodsze pokolenie ma inną etykę pracy i nie zgodzi się na niejasne warunki. I bardzo dobrze, bo to wymusza zmianę na lepsze


NIE DA SIĘ UCIEC OD WARSZAWY rozmawiał Zdzisław Furgał zdjęcia Filip Skrońc

Nagrywają nowy materiał, coraz więcej koncertują i non stop biegają na pocztę, rozsyłając Trójkąt Warszawski po całym kraju. Kilka godzin przed koncertem w Klubokawiarni Towarzyskiej Filip Szcześniak aka Taco Hemingway oraz Maciek „Rumak” Ruszecki opowiadają o trikach, fizykach, polskim malarstwie współczesnym i obowiązującej w polskim rapie strukturze rymu n i e o d

d a

s i ę

u c i e c

w a r s z a w y

34


Jestem strasznie staromodny, jeśli chodzi o model gromadzenia publiczności. To zawsze najpierw muszą być twoi znajomi

Trudno było nagle zacząć występować na żywo? Taco Hemingway: Jakieś trzy godziny przed pierwszym koncertem w Kulturalnej zdałem sobie sprawę, że część tego materiału nagrywałem partiami – szczególnie piosenki, w których nie starczyło mi oddechu. Rumak to potem tak zmontował, żeby brzmiało naturalnie. Przed koncertem miałem tylko jedną próbę, nie miałem żadnego hypemana, wiedziałem, że nikt za mnie tego wersu nie dokończy. Teraz mamy taką sytuację, że ludzie trochę znają teksty. No i zawsze jest Łukasz Partyka, który dokańcza te wersy, bo on po prostu dużo krzyczy. To jest taki hypeman z publiczności. Trochę to wygląda tak, jakbyśmy go tam podstawili. Niedawno zapomniałem tekstu na Chłodnej i on ten tekst dokończył. Rumak: Ale to nie tylko on. Teraz już też pierwsze rzędy krzyczą. TH: Jeśli chodzi o rap, to miałem kilka problemów czysto technicznych, związanych głównie z oddechem. Najgorsza piosenka pod tym względem to „Marsz, marsz”. Tam od pierwszej do ostatniej sylaby w każdej z trzech zwrotek nie mam żadnego momentu przerwy. W trzeciej jest moment przerwy, bo tam butelka się rozbija. To jest dla mnie oaza...

To taki celowy trick? TH: Tak, teraz non stop się te butle będą rozbijać. (śmiech) Poza tym w rapie nie ma żadnej choreografii, więc też się zastanawiamy, jak to rozegrać. Pierwsze nieśmiałe tańce już były.

Jak było na koncercie w Opolu? Przeszed ł jakoś ten warszawski materiał? R: Opole wyszło bardzo fajnie. To miejsce było czymś między Chłodną i Towarzyską. Jechaliśmy tam zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Przyjechało z nami nawet trochę znajomych. Ale był komplet, ludzie znali słowa, prosili nas o bisy. TH: Ktoś nas nawet poprosił o piosenkę po angielsku, którą zrobiliśmy pod koniec 2013 roku. Krzyknął, żebyśmy zagrali „Chewbaccę” – mieliśmy to niby

w planach, ale wciąż bardzo miło. W ogóle tydzień po nas grał w tym samym miejscu PRO8L3M i wejściówek sprzedała się podobna ilość, co na Trójkąt. Potem się dowiedziałem, że w Opolu jest jakiś dziwny problem...

Nomen omen. TH: (śmiech) Ja w swojej głowie „PRO8L3M” mówię zawsze z ósemką, więc nie widzę tego połączenia. No więc jest problem frekwencyjny, jeśli chodzi o rap, i jeśli bym to wiedział, to w ogóle bym się bał przyjechać. Puszczę im bit i będę opowiadał o warszawskich lokalach? R: Jeśli ktoś nie zna konwencji i wchodzimy z pierwszą piosenką, że to miasto pachnie jak szlugi i kalafiory... TH: ...to dostaję w ryj na start.

Byłem kied yś na waszym koncercie w Kamieniołomach. Graliście na After Party Mustache jeszcze jako FV. Byłem pod wielkim wrażeniem, że można tak rapować po angielsku. R: Tak, to był nasz pierwszy koncert w ogóle, to było chyba w 2012 roku. TH: Rapowałem na bitach Dooma. Teraz myślę sobie, że to wszystko było niepotrzebne. Wtedy głównie słuchałem amerykańskiego rapu, polski był zaledwie domieszką.

m u st a c h e p a p e r

35

Myślałeś wtedy, że rapowanie po polsku to obciach? TH: W sumie to nie wiem. Może się wstydziłem pisać po polsku, bo zawsze wydaje się, że po polsku brzmi sto razy gorzej. Jak zacząłem nagrywać swoje pierwsze rzeczy w studio, to każdy mówił, że lepsze brzmienie mają rzeczy po angielsku. W końcu z tego języka wywodzi się gatunek, to brzmi autentycznie. I trochę mi się wtedy przykro robiło, bo bardzo nieśmiało podchodziłem już do polskiego rapu.

A kiedy wrzucałeś angielskie rapy do internetu, to liczyłeś na to, że ktoś ze Stanów się odezwie? Że zrobisz karierę? TH: Nie. Ja jestem strasznie staromodny, jeśli chodzi na przykład o model gromadzenia publiczności. To zawsze najpierw muszą być twoi znajomi, którzy się będą jarać twoją muzyką i pokażą to swoim znajomym i tak dalej. Zbudować coś takiego u nas, rapując po angielsku, jest niezmiernie trudno, bo to nie odnosi się do niczyjego życia.

No tak, promocja poprzedniej płyty, Young Hems nie różniła się znacznie od Trójkąta Warszawskiego – też była strona, opcja d armowego pobrania, grafika Piotra Dudka, nawet materiał wyszedł w podobnym okresie. Ale była po angielsku.


Nie wiem, czy w ogóle mieliśmy jedną rozmowę na temat fizycznej płyty. Nie sprawdziliśmy nawet, ile kosztuje tłocznia

TH: No dokładnie. To może funkcjonować przez chwilę jako ciekawostka. Polak, który spoko brzmi po angielsku. Ale wykręcisz tym 60 lajków na prywatnym profilu i potem temat umiera. Zresztą zdałem sobie też sprawę, że od kilku lat dissuję wszystkich swoich znajomych, którzy grają w kapelach rockowych i śpiewają po angielsku. I zawsze im mówię: spójrzcie na sukces Arctic Monkeys. Bo to się tak mówi, że to siła Myspace, pierwszy myspace’owy zespół. Ale oni już wcześniej mieli zajebisty following, bo nagrali płytę o Sheffield. Dzieciaki tego słuchały, bo to mówiło o ich życiu. I potem spojrzałem na siebie i stwierdziłem, że robię dokładnie to samo, co wszyscy. Zresztą ten angielski rap traktowałem zawsze jako hobby. Z tą płytą wiązałem już większe nadzieje.

Czuliście, że to może wypalić? TH: Trochę tak. Im więcej tych bitów dostawałem od Rumaka i im więcej miałem szkiców tekstów, które zaczynałem potem łączyć, tym bardziej czułem, że to może być materiał, który się sprzeda. Ale i tak to, co dzieje się teraz, strasznie nas zaskoczyło. R: To wszystko działało etapowo. Najpierw fanami byli głównie nasi znajomi. Później to dotarło do ich znajomych. Zaczęło też trafiać na fora i do mediów. Pojawiły się zaproszenia i propozycje. Wyszła też płyta.

Od początku wiedzieliście, że ją wydacie?

TH: Nie wiem, czy w ogóle mieliśmy jedną rozmowę na ten temat. Nie sprawdziliśmy nawet, ile kosztuje tłocznia. R: Ja zawsze zastanawiałem się, po co komu w dzisiejszych czasach taka fizyczna płyta, skoro i tak może ją ściągnąć za darmo. Cyfrowy model dystrybucji jest znacznie wygodniejszy. TH: Wiesz, to jest ciekawe, bo gdyby którykolwiek z nas był rozeznany w polskiej rapowej scenie, to od razu wiedzielibyśmy, że ten fizyk się musi pojawić.

No właśnie. Ja też byłem zd ziwiony, że w środowisku hip-hopowym jest to tak strasznie ważne. W ogóle to pierwszy raz przy okazji waszej płyty usłyszałem to słowo – „fizyk”. TH: Ja tak samo. R: Ja też. Ja w ogóle cały czas nie do końca łapię się w tym rapowym języku potocznym, też techniczno-muzycznym. Byliśmy niedawno w studio i realizator mówi: „Fajny bit. Może chcesz trąbkę?”. No i się zastanawiałem, o co chodzi? Co to może oznaczać w slangu? W końcu spytałem, a on mówi: „no taki instrument, mogę ci dograć”. Po prostu. (śmiech) TH: Potem okazało się, że wszyscy używają słowa „fizyk”. I jest na te fizyczne wydania straszne zapotrzebowanie. Rzuciliśmy 300 sztuk Trójkąta i to się sprzedało w dobę chyba, co jest niesamowite, jeśli chodzi o ilość fanów, których mamy.

n i e o d

d a

s i ę

u c i e c

w a r s z a w y

36

Lud zie kupowali na zapas. Ktoś napisał: „Zamówiłem 10 na resell, mam nad zieję, że za d wa–trzy lata cena na Allegro sięgnie 200–300 złotych”. Ktoś inny na Allegro sprzedawał to jako unikat za 90 złotych. TH: Jestem wielkim fanem przedsiębiorczości w każdej formie. Ale ta płyta jest do kupienia w internecie za 20 złotych. I można jej posłuchać też za darmo. R: Ja myślę, że ktoś wyprzedził erę. Może tak będzie, ale to jeszcze nie ten moment.

Chcecie, żeby ta płyta stała też w sklepach muzycznych? TH: Mi na tym nie zależy totalnie. R: W przyszłości można o tym pomyśleć. Obecnie mamy strasznie dużo roboty z lataniem co chwilę na pocztę.

Gdzie wisi obraz Piotra Dudka, który widzimy na płycie? R: U Filipa. TH: Zdarza mi się, że ludzie przychodzą i patrzą na ten obraz, potem na mnie i widać, że myślą sobie: „ok, to w taki sposób tutaj się żyje” (śmiech). Tak, to prawda, wisi u mnie w salonie duży obraz samego siebie, prawie metr na metr. No ale nie wiem, gdzie miałby wisieć. Koniec końców to jest piękny obraz. (śmiech)


Tak, to prawda, wisi u mnie w salonie duży obraz samego siebie, prawie metr na metr. No ale nie wiem, gdzie miałby wisieć

Powied zcie mi, co w końcu z teled yskiem, bo mam wrażenie, że to od początku była d ruga najbard ziej poruszana kwestia, zaraz po wyd aniu fizycznej płyty. TH: Rumak ma dobre pomysły. R: Tak, mam parę fajnych pomysłów, których może nie będę póki co zdradzał. Pytanie tylko, czy chcemy robić teledyski do Trójkąta, czy już do nowych rzeczy. Natomiast na pewno będziemy chcieli zrobić teledysk do piosenki, która będzie się nazywać „Sześć zer”.

A co z obiecanym klipem do hitu tej płyty, czyli „Wszystko jedno”? R: To jest świetna piosenka na teledysk, tylko jest dosyć długa. TH: A wiesz, jaki ma jeszcze problem? Jest najbardziej fabularna i mało obrazowa, jeśli chodzi o stany emocjonalne, za to bardziej opisowa. Można wpaść w tę pułapkę, którą często popełniają twórcy teledysków. R: Wierzę, że my byśmy w nią nie wpadli. Ale wiem, do czego zmierzasz – pokazywanie po kolei, co się w danej chwili dzieje... TH: Ona zakłada szpilki i wtedy zakłada szpilki, ona puszcza Jacka White’a i wtedy jest Jack White. „Szlugi i kalafiory” i „Mięso” są już bardziej emocjonalnym stanem. I wtedy można się bardziej pobawić.

Mówicie już o nowym materiale. Dalej będzie tam Warszawa? Skity z kronik? Fabuła? R: Nie da się uciec od Warszawy, ale to już nie będzie concept album. TH: Ja strasznie się jaram taką formą i na pewno chcę jeszcze kiedyś coś takiego napisać, ale nie chcę za bardzo przyzwyczajać do tego słuchaczy. Poza tym dostać łatkę „rapu fabularnego” to nie jest nic dobrego. A ten sam zestaw obserwacji i emocji można przekazać niefabularnie.

Bolą cię uwagi dotyczące twojego warsztatu?

Ludzie trzymają się ciągle tej samej struktury i zaczynają postrzegać to jako flow. Dla nich to dogmat, a dla mnie lenistwo

TH: To jest ciekawe. Ja się trochę przejmuję krytyką, ale z drugiej strony kawałki takie jak „Marsz, marsz” są niemożliwe do perfekcyjnego dykcyjnie wyrapowania. Musiałbym wolniej pisać, trochę inaczej, a tego nie chcę. R: Ja myślę, że to styl, którego nie ma co zmieniać. Nadaje charakteru. Na Trójkącie rapujesz spokojnym, może nieco zblazowanym głosem, a w polskim rapie raperzy często krzyczą. Ludzie są bardzo do tego przyzwyczajeni. Efekt nowości może sprawiać wrażenie, że coś jest nie tak.

Pojawiły się też zarzuty dotyczące flow. TH: W Polsce obowiązuje jedno flow. Jakbyśmy mieli teraz parę minut, kartkę papieru i długopis,

m u st a c h e p a p e r

37

to mógłbym usiąść i rozpisać dokładną strukturę rymu, który obowiązuje w polskim rapie. Są raperzy, którzy nigdy od tego flow nie odchodzą. Nigdy przenigdy. I na przykład używają ciągle tej samej struktury podwójnych rymów AABBCC i tak dalej, podczas gdy ja bardzo się jaram, żeby wyrapować całą zwrotkę na jednym rymie. Ludzie trzymają się struktury i zaczynają postrzegać to jako flow. Dla nich to dogmat, a dla mnie lenistwo. Flow jest rzeczą niemożliwą do zdefiniowania.

Jak będzie dzisiaj w Towarzyskiej? TH: To będzie kameralny koncert. Zainteresowanie jest większe niż możliwości lokalu i to jest chyba w sumie najlepszy problem, jaki możesz mieć


ERA TRENDSETTERA tekst Weronika Maliszewska

BON JOU R A N D K ISS

Poważne raporty i selfie na Instagramie, wielkie agencje i gwiazdy social media. To one dyktują trendy i decydują, co będziemy nosić

Retro sylwetki à la Twiggy, hipisowskie kwiaty rodem z Woodstock, błysk i glamour jakby żywcem wyjęty z Fabryki Warhola. To tylko nieliczne z głównych trendów na wiosnę-lato 2015. W popularnych sieciówkach, na portalach i w magazynach o modzie mogliśmy je podpatrzeć już parę miesięcy temu, gdy do sklepów trafiły pierwsze wiosenne looki. Ale ich początki sięgają znacznie wcześniej. O tym, co będzie hot w danym sezonie, najbardziej wtajemniczeni w branży mody wiedzą na minimum dwa lata wstecz. Kupowane przez nas ubrania to w dużej mierze efekt pracy trendforecasterów i analityków trendów. Często pracują oni dla światowych agencji, z których największa to londyńska WGSN. Zatrudnieni w niej eksperci przewidują trendy z nawet dziesięcioletnim wyprzedzeniem. Ich praca to nieustanna obserwacja i analiza tego, co dzieje się wokół nas: w modzie, designie, kulturze, sztuce, nauce, technologii, ekonomii, kwestiach związanych z jedzeniem, zachowaniami konsumenckimi czy relacjami międzyludzkimi. Trendforecasterzy często nazywają siebie archeologami przyszłości albo łowcami i zbieraczami – jeżdżą po wszelkich zakątkach świata, poznają ludzi, robią mnóstwo zdjęć, które potem kolekcjonują w archiwach. Na tej podstawie tworzą trendbooki, czyli księgi trendów, w których każdemu z nich towarzyszą inspiracje, wzięte ze świata

sztuki, natury, techniki czy kulinariów. Powstają też specjalne raporty dotyczące materiałów, printów, wzorów czy kolorów. W tej ostatniej kwestii prym wiedzie firma Pantone. To jej prognostycy na podstawie długich analiz stwierdzili, że kolorem roku 2015 jest marsala (odcień czerwonego wina o tej samej nazwie). Zwykle trendforecasterzy trafiają w dziesiątkę, choć czasem zdarza się, że do rangi trendu urasta antytrend, coś nieoczekiwanego i nieprzewidzianego (tak zwany czarny łabędź).

Zawód marzeń

Jak zostać trendforecasterem? Często są to osoby po studiach związanych z modą czy wzornictwem, które w małym placu mają historię sztuki i projektowania. Patrząc w przyszłość, nie można zapomnieć o przeszłości. Potrzebna jest też wiedza z zakresu ekonomii i biznesu. Trendforecaster musi być kreatywny i pragmatyczny jednocześnie. Ma nie tylko inspirować, ale też pomagać firmom podejmować właściwe decyzje biznesowe, w co warto zainwestować i kiedy podjąć ryzyko. Nowy zawód stał się jednym z najbardziej pożądanych. Nic dziwnego, że coraz więcej szkół, również w Polsce (między innymi warszawska Viamoda) oferuje kursy i studia dla przyszłych prognostyków i analityków trendów. Ale u trendforecastera bardziej niż dyplomy kolejnych uczelni liczą

e r a t r e n d s e t t e r a

38

się intuicja i dobre oko – coś, czego nie da się nauczyć ani logicznie wytłumaczyć, ale co sprawia, że dana osoba po prostu czuje, że to będzie hit. Pytanie, na jak długo. Trendforecasterzy dzielą trendy na krótko- i długofalowe. Te pierwsze, które możemy obserwować w internecie, prasie czy na wybiegach, żyją średnio 1–2 lata. Niektóre, lansowane przez gwiazdy, na przykład siwe włosy Lady Gagi – jeszcze krócej, zaledwie parę miesięcy. Co innego kompleksowe tendencje, które wymagają pogłębionego researchu, związane z technologią, nowymi materiałami, czy po prostu określonym stylem lub filozofią życia, taką jak slow fashion. To odpowiedź na kryzys i zwrot przeciwko nadmiernej konsumpcji. Kupujemy mniej, za to w sposób bardziej przemyślany, i tylko to, co naprawdę potrzebne. Chcemy być ubrani, a nie przebrani. Zwłaszcza że, jak ogłosiła jedna z najważniejszych trendforecasterów na świecie Lidewij Edelkoort, trendy umarły. Holenderka zajmuje się przewidywaniem trendów od prawie 40 lat. W 2003 roku „Time” uznał ją za jedną z 25 najbardziej wpływowych postaci świata mody. Podczas swojego corocznego przemówienia na poświęconej trendom konferencji Design Indaba w Kapsztadzie w marcu tego roku obwieściła koniec mody (przynajmniej w takiej postaci, w jakiej ją znamy) i nazwała ją żałosną parodią tego, czym kiedyś była. „To koniec


LI VI A CLUE

YEA H BUNN Y

systemu, zwanego modą. Musimy wymyślić coś nowego. Marketing przesłonił innowację. Dziś nie liczy się wizja, tylko sprzedaż, słupki, tabelki”. Według niej moda straciła kontakt ze światem, z tym, czego ludzie naprawdę chcą i potrzebują. Kiedyś była wyrazem, a nawet motorem zmian społecznych, kulturowych, ekonomicznych. Dziś jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. Edelkoort wieszczy powrót couture, czyli praco- i czasochłonnego krawiectwa, w którym przywiązuje się ogromną wagę do detali. I nie chodzi tylko o znanych projektantów za kilkaset tysięcy dolarów. Zdaniem Edelkoort ten trend będzie miał wpływ na wszystkie sfery przemysłu odzieżowego, między innymi przez zakup materiałów od drobnych dostawców i zwrot w stronę tradycyjnego rzemiosła krawieckiego. W swoim antymodowym manifeście skrytykowała też blogerów, których nazwała „generacją lajków”, pozbawioną wiedzy i doświadczenia, niezdolną do konstruktywnej krytyki i ograniczającą się do powierzchownych komentarzy na temat mody. Blogerom można wiele zarzucić, ale to właśnie oni coraz częściej przejmują rolę trendforecasterów, tworzą buzz i dyktują to, co nosi ulica. Bez nich trudno byłoby w ogóle mówić o street style’u. To oni wylansowali choćby sportowe buty noszone od rana do wieczora, nawet na czerwonym dywanie. Szybko podchwyciły to wielkie

domy mody. Sneakersy trafiły nawet na wybiegi couture (pokaz Chanel Haute Couture na wiosnę-lato 2014). Niekojarzący się do tej pory ze sportswearem projektanci zaczęli współpracować ze znanymi markami sportowymi (na przykład Raf Simons z Adidasem). Airmaxy i new balance’y stały się hitem we wszystkich zakątkach świata, demokratycznym i dostępnym cenowo. Każdy mógł poczuć się modnie, zakładając sportowe buty.

Instamoda

Duża w tym zasługa social media, zwłaszcza Instagrama. To nie tylko kolebka trendów, ale też prawdziwa wylęgarnia gwiazd w świecie mody. Tysiące followersów wiernie śledzi (i komentuje) to, co założą ich idole. A ci coraz częściej przekuwają swoją popularność w sieci w prężny biznes. Tak jak Chiara Ferragni, autorka bloga Blonde Salade, nowojorska it-girl Sandy Liang czy konsultantka mody Yasmin Sewell, które stworzyły własne marki. Dzięki temu dziewczyny na całym świecie mogą upodobnić się do swoich ikon stylu, kupując w internecie ubrania i dodatki sygnowane ich nazwiskiem. Instagram może być też przepustką do kariery na wybiegu. Miejsce anonimowych modelek zajęły „instagirls”: Kendall Jenner, Gigi Hadid, Hailey Baldwin, które budują swoją popularność właśnie dzięki mediom społecznościowym.

m u st a c h e p a p e r

39

Z korzyścią dla wszystkich. Znane marki też wolą zatrudnić modelkę, która ma więcej followersów, bo gwarantuje im to dotarcie do większej liczby potencjalnych klientów. A my, zwykli śmiertelnicy, możemy choć trochę otrzeć się o świat wielkiej mody, podpatrując zdjęcia z after party, backstage’u pokazów czy kampanii. Siłę social media docenili też projektanci, którzy coraz częściej organizują castingi na modelki właśnie na Instagramie. Pionierem był Marc Jacobs. Wielkim fanem Instagrama jest Alexander Wang, który właśnie tym kanałem poinformował o swojej współpracy z H&M. Na swoich profilach projektanci umieszczają też inspiracje do kolejnych kolekcji, dając swoim followersom przedsmak tego, co zobaczą na wybiegu w kolejnym sezonie. Dzięki social media każdy może zostać trendsetterem i mieć swoje pięć minut w sieci, zanim pojawi się ktoś nowy, bardziej hot, świeży, przykuwający uwagę. Ale trendy, tak jak ikony stylu, przychodzą i odchodzą. W latach 30. angielski historyk mody James Laver stworzył prostą oś czasu dla ewolucji trendów w modzie. Jego zdaniem trend, który obowiązuje w danym momencie, jest modny, rok wcześniej – odważny, 20 lat później – absurdalny i śmieszny, a 100 lat później – romantyczny i nostalgiczny, jako ukłon w stronę przeszłości. Wszystko jest więc tylko kwestią czasu


BAZARY WARSZAWSKIE

tekst Błażej Bierzgalski

Wiosną facebookowe zaproszenia na rozmaite eventy mnożą się niczym żółte kwiatki zasypujące warszawskie trawniki. Prócz tych związanych z otwarciem sezonu nad Wisłą czy bardziej kameralnymi akcjami grillowymi, zwracają uwagę przeróżne targi śniadaniowe i sąsiedzkie wyprzedaże. Na te ostatnie nastał już chyba prawdziwy boom. O wyprzedażach garażowych i lokalnych kiermaszach zrobiło się całkiem głośno już w zeszłym roku, kiedy to imprez tego typu odbyło się w różnych częściach Warszawy, swobodnie szacując, co najmniej kilkadziesiąt. Ich powodzenie ma różne przyczyny: jedni, zainspirowani blogami minimalistów, systematycznie ograniczają zasoby materii gromadzonej w mieszkaniach, drudzy natomiast zaczynają sobie uświadamiać, że kupowane na takich kramikach przedmioty mogą przynieść tę samą, a często dużo większą frajdę, niż nowe, zdjęte z półek i wieszaków w centrach handlowych. W obu przypadkach chodzi też zapewne o coś więcej niż tylko napędzanie masowej konsumpcji. Internetowe serwisy aukcyjne i ogłoszeniowe świetnie spełniają swoje funkcje, ale zwykle nie są w stanie dostarczyć elementów dodatkowych, które w przypadku offline’owych kiermaszy stanowią nierzadko cel sam w sobie. To pogawędki między kupującymi a sprzedającymi, przechadzki wśród stoisk i kramów czy degustacja

zakupionych produktów spożywczych, bo i te pojawiają się na kiermaszach. Zestawienie on- i offline’u, a także centrów handlowych i lokalnych ośrodków sprzedaży można pociągnąć dalej, odnosząc się nie tylko do produktów takich jak unikalny ciuch, wymarzony element wystroju wnętrza czy przepyszne ciasto kupione na targu śniadaniowym. Miejski piknik w większym gronie to naprawdę miły sposób na spędzenie leniwego sobotniego przedpołudnia, choć umówmy się – nie samą tartą z owczym serem czy pierożkami nadziewanymi tofu człowiek żyje. Albo inaczej: czasem jeszcze zdarza nam się przygotowywać posiłki w domu, a produkty potrzebne do ich przygotowania też trzeba gdzieś kupić, i nie zawsze chodzi tu o bardziej wysublimowane składniki dostępne na targach śniadaniowych. W pieczywo, owoce i warzywa, nabiał czy mięso możemy zaopatrzyć się w supermarkecie, osiedlowym dyskoncie czy poprzez platformę internetową zakupów 24h. Co, na szczęście, wcale nie przeszkadza w pójściu po zakupy na stary dobry bazar. W Warszawie znajduje się ponad 300 stałych punktów targowych, od niewielkich kompleksów straganowych usytuowanych przy większych skrzyżowaniach, aż po rozległe targowiska z historią, a czasem również wartościową architekturą. Warto przyjrzeć się niektórym

b a z a r y w a r s z a w s k i e

40

z nich, zwłaszcza tym, które od dziesięcioleci na dobre i na złe towarzyszą dziejom stolicy. Po wyburzeniu Hali Targowej Koszyki, zwanej też pięknie Bazarem Ludowym, jedynym o takiej skali i podobnym charakterze obiektem w Śródmieściu pozostały hale zlokalizowane przy placu Mirowskim 1. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku bliźniacze Hale Mirowskie aż do 1944 roku stanowiły największy obiekt handlowy stolicy. W czasie wojny były jednym z miejsc, w których nie zaprzestano jawnego i regularnego handlu. Nic dziwnego, że Szczepan Twardoch, autor Morfiny, właśnie tam wysłał swojego bohatera, który w okupowanej Warszawie usiłował zaopatrzyć się w słoninę i czekoladę. Spalone w czasie powstania budynki, z których ostały się tylko mury, odbudowano pojedynczo w latach 50. i 60. Choć dziś obie hale ostatecznie użytkowane są mniej lub bardziej zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem, to ta wschodnia, usytuowana bliżej Placu Za Żelazną Bramą przez blisko cztery dekady pełniła funkcję obiektu sportowego W 1953 roku, zaraz po jej ponownym otwarciu odbyły się tam nawet X Mistrzostwa Europy w Boksie. W okresie PRL, a później w sprzyjających bardziej szybkim geszeftom niż pięknej architekturze latach 90. Hale Mirowskie doświadczyły


m u st a c h e p a p e r

41


b a z a r y w a r s z a w s k i e

42


wielu przeróbek i modyfikacji, teraz ich urodę ciężko już przyrównywać do tej, którą mogą cieszyć się słynne katalońskie mercats. Choć przy okazji planów rewitalizacji Osi Saskiej sporo mówi się też o przywróceniu Halom Mirowskim dawnego blasku, to na ich kompletną renowację i reorganizację na pewno będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Nie oznacza to jednak wcale, że teraz, wybierając się na tak zwane zakupy jedzeniowe w okolice placu Mirowskiego, nie możemy cieszyć się pełnymi siatkami świeżych warzyw i owoców. Hale żyją intensywnie swoim może trochę bałaganiarskim, ale na pewno kolorowym życiem. Nie ma w centrum Warszawy lepszego miejsca, żeby zaopatrzyć się zarówno w dojrzałe awokado czy mango, jak i poczciwe polskie jabłka i gruszki. Dzięki ogromnej ilości stoisk ceny pozostają często naprawdę konkurencyjne i paradoksalnie sporą ilość artykułów możemy tam kupić taniej niż na innych, bardziej oddalonych od centrum targowiskach. Warto głębiej zapuścić się w pasaże handlowe usytuowane wzdłuż całej długości hal, gdyż można tam natrafić na naprawdę ciekawe, a czasem nawet egzotyczne stoiska z ziołami, orientalnymi przyprawami czy produktami kuchni śródziemnomorskiej. Na uwagę zasługują też niektóre punkty gastronomiczne – na tyłach hali bliższej ulicy Jana Pawła

działa na przykład sklep i zarazem smażalnia świeżych morskich ryb, natomiast w Hali Gwardii znajduje się całkiem przyzwoity bar azjatycki, którego najmocniejszą stroną jest świetnie zaopatrzona część sklepowa z produktami kuchni dalekowschodniej. Długą historię, choć już bez tak okazałej architektury w tle, ma również Bazar Banacha usytuowany na Starej Ochocie, który pamięta jeszcze czasy, gdy Polska odzyskiwała niepodległość po I wojnie światowej. W tym miejscu autor niniejszego tekstu nie może odmówić sobie bardziej sentymentalnego wtrętu, ponieważ z ochockim targowiskiem związany jest osobistą historią dorastania, sięgającą czasów formowania się z kolei następnej, III RP. W jego rodzinie od zawsze właśnie przy Banacha robiło się generalne zakupy. Przez całe lata 90. miejsce to jawiło się jako konglomerat zarazem nużący i fascynujący. Z jednej strony ustanowiony przez zastępy dostawczych żuków, z których wyłaniali się panowie w gumofilcach, którzy rozstawiali wielkie drewniane beczki z kiszonymi ogórkami, a wokół nich wszędzie walały się ścinki białej kapusty i mosiężne odważniki rodem z Lubelskiej Fabryki Wag. Z drugiej strony targowisko formowała pobudzająca wyobraźnię strefa artykułów drugiej, trzeciej i nie wiadomo, której jeszcze potrzeby. Najciekawszy był zawsze rejon bliższy raczej ulicy Banacha niż Grójeckiej,

m u st a c h e p a p e r

43

gdzie w na wpół zadaszonych alejkach roiło się od stoisk z dobrami takimi jak archiwalna prasa tematyczna (od „Kaczora Donalda” po twardą pornografię), pistolety na kapiszony lub plastikowe kulki, wskaźniki laserowe, którymi dzieciaki próbowały uszkadzać sobie wzrok, pirackie kartridże na Pegasusa (1001 gier w jednej), koszulki najlepszych drużyn z NBA, oraz wszelakie mydło i powidło. Z klimatu tamtych czasów pozostało wiele, choć nie słychać już okrzyków handlarzy używaną odzieżą: „Po dwa złote wybieramy! Po dwa złote…”, a i zapotrzebowanie na wiele z wymienionych i niewymienionych powyżej produktów też przeszło już do historii. Dłuższą sentymentalną podróż przez ochocki „Zieleniak” można odbyć poprzez lekturę książki Kieszonkowy atlas kobiet Sylwii Chutnik. W swojej powieści autorka nakreśla szeroką, międzypokoleniową perspektywę w oparciu o traumatyczne historie mieszkańców związanych z rejonem ulic Grójeckiej i Banacha. A targowisko u ich zbiegu, chyba jak żaden inny warszawski bazar, było miejscem tak wielu dramatycznych wydarzeń z czasów wojny. Obecnie kończy się na Banacha pewna epoka. Trwają prace wykończeniowe nowej hali targowej. Zaprojektowana przez pracownię JEMS Architekci konstrukcja robi wrażenie swoją ascetyczną, utrzymaną w betonowych


szarościach estetyką, dla której jedynym elementem przełamującym pozostaje zielony neon umieszczony na fasadzie budynku. Ochoccy kupcy bardziej niż o nowatorską stylistykę martwią się raczej o ceny najmu i miejsce w nowej lokalizacji. Otwarcie na pewno jeszcze w tym roku. Kolejnym targowiskiem, co do którego miasto zaplanowało działania rewitalizacyjne na szeroką skalę, jest legendarny Bazar Różyckiego. Założony pod koniec XIX wieku przez filantropa i farmaceutę Juliana Różyckiego, w powszechnej świadomości kojarzy się przede wszystkim ze sprzedażą gorących pyz spożywanych na miejscu, które podobno można tam kupić do dzisiaj. Wiele stron swojej powieści Zły poświęcił „Różycowi” Leopold Tyrmand. W mrocznych latach 50. bazar przy Targowej 54 przeżywał swój renesans, mimo niesprzyjających warunków ekonomiczno-politycznych. Paradoksalnie, dopiero od czasu przemian ustrojowych w 1989 roku zaczął tracić na znaczeniu. Targowisko złapało jeszcze drugi oddech po likwidacji pobliskiego Jarmarku Europa, symbolu drobnego handlu z czasów kapitalistycznej bonanzy lat 90. Jakiś czas temu o tereny zajmowane przez Bazar Różyckiego zaczęli upominać się spadko-

biercy dawnych właścicieli, a miasto zmuszone jest do zwrotu dużej ich części. W zamian oferuje mieszkańcom koncepcję rewitalizacji, w ramach której w najbliższych latach planuje się solidną przebudowę i nadanie obiektowi wielu nowych funkcji. Szemrane targowisko ma się zmienić w nowoczesne, atrakcyjne wizualnie lokalne centrum Pragi, gdzie obok funkcji handlowej pojawią się też rekreacyjna i edukacyjna, zapewnione poprzez obecność lokali gastronomicznych, terenów zielonych i placu zabaw czy pobliskiego muzeum poświęconego historii tej jednej z najważniejszych warszawskich dzielnic. Targowa Warszawa z prawdziwego zdarzenia to oczywiście nie tylko te trzy przedstawione nieco bliżej bazary o największych tradycjach. Nie można chociaż nie wspomnieć o pchlim targu na Kole czy mającym podobny charakter bazarze na stadionie Olimpia – oba da się obskoczyć w czasie niedzielnego wypadu na Wolę. Natomiast z antyków i bibelotów na elektronikę oraz produkty owocowo-warzywne jakiś czas temu przerzucił się bielański Wolumen. Za to po prawej stronie Wisły we wszystkie z wymienionych artykułów można zaopatrzyć się na, pamiętającym czasy wkroczenia czerwonoar-

b a z a r y w a r s z a w s k i e

44

mistów do stolicy, kompleksie handlowym przy placu Szembeka. Na koniec warto wrócić jeszcze do lewobrzeżnej części miasta, by odwiedzić BioBazar zlokalizowany na terenie Dawnej Fabryki Norblin, a na końcu, już jako wisienkę na torcie, sprawdzić ekskluzywny bazar przy ulicy Polnej. Bazary warszawskie to dla pokolenia urodzonych w latach 90., czy nawet 80., często terytorium nieznane i niekoniecznie zachęcające. Ich naturalnym środowiskiem konsumpcyjnym pozostają wielkie centra handlowe czy mnożące się na potęgę dyskonty. Absurdalnym objawem tego stanu rzeczy stają się sytuacje, w których klient woli kupić droższe i gorsze jakościowo rzodkiewki czy jabłka w sklepie samoobsługowym, niż zrobić to na straganie znajdującym się w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Korzystania z bazarów trzeba się uczyć, wymagają one włożenia pewnego wysiłku w zadomowienie się w ich czasem hałaśliwej i pozornie chaotycznej, a jednak rządzącej się swoimi prawami przestrzeni. Zaproszenia do jej eksploracji raczej nie otrzymamy za pośrednictwem Facebooka, bo pan handlujący warzywami pod Halą Banacha jeszcze nie ma swojego fanpejdża, na którym ogłaszałby promocję na bakłażany


CZAS NA ROCKUMENT

tekst Zdzisław Furgał

Beware of Mr. Baker

Dokument muzyczny zawsze rządził się swoimi prawami. Zawieszony gdzieś pomiędzy zwykłym klipem a rozbudowaną formą i leżący w pół drogi między fanowskim rarytasem a rzetelnym zapisem historii, nigdy nie mógł dorównać poważnym dziełom światowej kinematografii. I nie ma się też czemu dziwić – nie jest to temat dla każdego. Tylko prawdziwy fan muzyki ma ochotę zanurzyć się w zazwyczaj przegadanym i zarazem mocno koncertowym pełnym metrażu, z którego tak naprawdę oprócz przeżytych jeszcze raz emocji niewiele wynika. Wyznania, instrumenty, smaczki i nieskończona ilość detali – dla jednych źródło doznań, dla innych idealny materiał do robienia sobie jaj. Na tej fali powstał zresztą cały oddzielny gatunek mockumentów z takimi flagowymi fikcyjnymi dokumentami jak The Spinal Tap, Hardcore Logo czy Brothers of the Head. W ostatnich latach spojrzenie na film dokumentalny sam w sobie zmieniło się, nomen omen, dokumentnie. Idąca za tym ewolucja jego młodszego muzycznego brata wydaje się oczywista. To już nie tylko zapis i relacja – to często domniemywanie, poszukiwanie, fabularyzowanie, a nierzadko prowadzenie śledztwa. Twórcy pochylają się nad postaciami destrukcyjnymi, które stworzyły całą scenę, ale same nie odniosły spektakularnego sukcesu (Dig!). Ukazują zespoły kojarzone z siłą i mocą, których członkowie szukają pomocy na kozetce u psychologa (Metallica: Some Kind of Monster). Albo takie, które mimo wielkiego sukcesu i kredytu zaufania u fanów muszą ruszyć na

wojnę z wielkimi wytwórniami płytowymi (I Am Trying to Break Your Heart: A Film About Wilco). Relacjonują przygotowania do koncertów o randze społeczno-historycznej (Pulp: A Film about Life, Death & Supermarkets albo Block Party), zwykłe trudy trasy (On Tour: Please Leave Quietly) lub niesamowite i nierealne przedsięwzięcia (Big Easy Express). Opowiadają o zespołach, które po latach kłótni schodzą się na nowo (Genesis: Sum of the Parts i Miłość) lub legendarnych albumach, które zmieniły oblicze muzyki (Nas: Time is Illmatic). Współczesne dokumenty to filmy o powstawaniu gatunków, o artystach zapomnianych, którzy wyprzedzili epokę (A Band Called Death) lub bardzo hermetyczne filmy fanowskie (If You’re Feeling Sinister czy No Distance Left To Run). Te ostatnie są zresztą najciekawsze dla wielbicieli konkretnych formacji. Rzeczy pokroju Meeting Poeple is Easy, opowiadającego o trasie koncertowej Radiohead po wydaniu OK Computer, wspinają się na szczyty muzycznego fanatyzmu i najlepiej w takich przypadkach nie zapraszać na seans osób postronnych. Dokument muzyczny przeżywa renesans i widać to wyraźnie. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że nigdy nie miał się tak dobrze jak dziś. Minęły czasy wyczekiwania na co ciekawsze tytuły, pokazywane z rzadka w okołokulturalnych telewizjach, dla których puszczanie takich materiałów było dość łatwym odhaczeniem wypełniania tak zwanej misji. Niewiele osób kupuje już też takie wydawnictwa w formie fizycznej, choć czasami

c z a s

n a

r o c k u m e n t

46

są one dodawane do wydań de luxe niektórych albumów. I nie chodzi nawet o to, że dziś od dokumentów muzycznych roi się w sieci, gdzie można oglądać je w nieskończoność i to zarówno na YouTube, jak i na stronach dużych muzycznych portali czy prywatnych telewizji, które same je kręcą i produkują. Od jakiegoś czasu muzyczne dokumenty obejrzeć można także w kinie. Jest ich coraz więcej i cieszą się tak dużą popularnością, że jednorazowe z założenia seanse trzeba powtarzać tygodniami. Niedawnym tego przykładem jest Kurt Cobain: Montage of Heck, dokument o liderze Nirvany. Co jest takiego niezwykłego w filmie Bretta Morgena, że przyciągnął i przyciąga do kin ludzi na całym świecie? Dokumentów o Nirvanie było przecież kilka i wydawałoby się, że temat trochę się już wyczerpał. Od śmierci Kurta Cobaina minęło ponad 20 lat i nikt nie wierzy już chyba w spiskowe teorie, udział w jego śmierci osób trzecich czy manipulacje Courtney. W demitologizacji jednego z najważniejszych samobójstw w historii rock’n’rolla pomogła też fabuła Gusa Van Santa Last Days, która nie wprost i bardzo subtelnie pokazała losy zagubionego samotnego wrażliwca, pożartego przez życie. Montage of Heck idzie w sukurs Van Santowi i trzeciej części jego „trylogii śmierci”. Film wcale nie jest arcydziełem, wprost przeciwnie – to momentami nudne i żałosne przedstawienie, pełne oklepanych tricków montażowych i wykalkulowanych pułapek emocjonalnych. Punkty odejmuje mu też żenujące wystąpienie reżysera, który, już po napisach,


Sugar Man

Montage of Heck

z manierą gwiazdora opowiada o swoim arcydziele. Ale cała produkcja to wciąż głos prawdziwy – wzbogacone domowymi nagraniami video, zamykające pewną epokę rozliczenie z nieodległą przecież przeszłością. To film dla milionów osób z pokolenia 30+ i zarazem dla tej jednej, 22-letniej dziś córki Cobaina. Frances Bean, która na ekranie jest zakładniczką narkotycznych seansów niedojrzałej pary muzyków, w filmie Morgena występuje także w roli producenta wykonawczego i rozlicza się ze swoją przeszłością. Mimo sporego zamieszania, jakie wywołał Montage of Heck, w ostatnich latach ukazało się kilka dużo lepszych dokumentów o grzebaniu w przeszłości. Niewiele jest pewnie osób, które nie widziało jeszcze wielokrotnie nagradzanego Sugar Mana, dokumentu-śledztwa, w którym nic tak naprawdę nie wiadomo. Mamy tu umierające miasto, martwych, którzy powstają z grobów i muzykę, której wcześniej nikt nie słyszał, a teraz jednoczy ona wszystkich. Opowieść o Sixto Rodriguezie, zaginionym geniuszu, który przypadkiem stał się legendą w RPA, jest prawie tak dziwna jak historia twórcy tego filmu, Malika Bendjelloula, który dokładnie rok temu postanowił odebrać sobie życie. Kolejnym na pewno wartym obejrzenia dokumentem jest Beware of Mr. Baker. Znów śledztwo, znów RPA, trochę więcej gorzkich słów, ale też zdecydowanie więcej nabożnej czci. Ginger Baker już w pierwszej scenie filmu z wściekłością uderza laską w twarz młodego reżysera,

który podstępem wyciąga od niego informacje. Ten były członek zespołu Cream i doceniany artysta solowy to legenda, prekursor i odkrywca. Idol kolejnych pokoleń perkusistów, którzy wypowiadają się o nim z wielkim szacunkiem. Ale to także szaleniec, narkoman i awanturnik. Nieobliczalny geniusz, do którego, zgodnie z tytułem, lepiej za bardzo się nie zbliżać. Swoją drogą warto zwrócić uwagę na animacje, którymi wzbogacony jest film – twórcy Montage of Heck chyba próbowali je trochę podrobić, ale zdecydowanie im się to nie udało. Kontynuując wątek perkusistów i zarazem wracając na moment do Nirvany, warto wspomnieć, że Dave Grohl, podejrzanie mało obecny w Montage of Heck bębniarz zespołu z Aberdeen sam popełnił dwa lata temu ciekawy dokument. Sound City to historia studia nagraniowego w Los Angeles, jednego z miejsc, które w dobie wszechobecnej elektroniki przechodzą już do historii. Samo Sound City też już zresztą nie istnieje – trawione problemami finansowymi umarło jesienią zeszłego roku razem z jego właścicielem Tomem Skeeterem. Wcześniej jednak nagrywali tu: Nirvana, Fleetwood Mack, Neil Young i Tom Petty, a legendarny producent Rick Rubin zrealizował przełomowe albumy Red Hot Chili Peppers i ostatnie płyty Johnnego Casha. Studio umarło, ale jego serce, robiona na zamówienie konsoleta Neve 8078, wciąż żyje w prywatnym studio Grohla. Istnieje więc jeszcze nadzieja. Ciekawym i otwierającym oczy i uszy na muzykę jest film 20 Feet From Stardom. Znów mamy wielkie gwiazdy,

m u st a c h e p a p e r

47

ale tym razem zajmują one tutaj zdecydowanie drugorzędną pozycję. Głównymi bohaterami filmu są osoby śpiewające w chórkach. Bruce Springsteen, Sting, Mick Jagger, Sheryl Crow, Steve Wonder, Chris Botti i wielu innych artystów z niekłamanym szacunkiem wypowiada się o wokalistach, którzy z różnych przyczyn nie przebili się do pierwszej ligi i nie zrobili kariery, albo też wcale nie chcieli jej robić. Z wieloma z nich gwiazdy współpracują od dekad, jeżdżąc razem w trasy. Na pewno część zasłużyła na sławę dużo bardziej niż niejeden muzyczny idol, ale showbiznes rządzi się swoimi prawami. To słodko-gorzka historia muzyki, która każe nam zwrócić uwagę na rzeczy, nad którymi się nigdy nie zastanawiamy i wsłuchać się w głosy, których nigdy nie słyszymy do końca. Ciężko stworzyć naprawdę idealny dokument muzyczny. Czasami zawini brak wizji albo niedobór materiałów, innym razem egocentryzm twórców lub niemożliwa do potwierdzenia teza. Takie filmy bywają zbyt naiwne i cukierkowe, nie wnoszą nic nowego lub są po prostu nudnymi i nadętymi hołdami dla artystów, które drażnią zmysły niczym nieskończenie długie prog-rockowe onanistyczne solówki, bywają nieadekwatne jak artykuł na Wikipedii utworzony przez fana i ciągną się jak to zdanie. Ale jeśli trafi się na dokument, po którym chce się do czegoś wrócić, odkryć coś na nowo lub zmienić opinię na temat jakiegoś artysty, to oznacza, że jego twórca dobrze się spisał. A tak dzieje się ostatnio coraz częściej


PP2

tekst Robert Pludra

Studenci PP2 w pracowni

Jeśli na Placu Zabaw, w Na Lato lub innym klubie na Powiślu spotkacie młodych ludzi obwieszonych torbami z Ikei, z których wystają fragmenty krzeseł, lub inne nieoczekiwane elementy konstrukcyjne, to najprawdopodobniej będą to studenci pobliskiego Wydziału Wzornictwa warszawskiej ASP znajdującego się przy ulicy Myśliwieckiej. W tym miejscu od ponad pięćdziesięciu lat, kiedy to Jerzy Sołtan, były współpracownik Le Corbusiera, otworzył Katedrę Projektowania Form Przemysłowych, kształcą się osoby chcące zajmować się kształtowaniem swojego otoczenia. Powstają tu między innymi meble, ceramika, artykuły gospodarstwa domowego, sprzęt medyczny i rehabilitacyjny, środki transportu. Od kilku lat funkcjonuje tu również Katedra Mody. Możliwe, że niektórzy z was już odwiedzili to miejsce. Co roku odbywa się tu wystawa końcoworoczna – wydarzenie, na którym pojawia się średnio kilka tysięcy młodych warszawiaków. Tegoroczna edycja już 12 czerwca, ale prace studentów będzie można oglądać jeszcze przez tydzień. Zanim to jednak nastąpi, warto przybliżyć, jakimi projektami Wydział zajmuje się na co dzień. Jedną z pracowni, która funkcjonuje na wydziale jest Pracownia Podstaw Projektowania PP2, obowiązkowa dla studentów drugiego roku. Po dwuletnim kursie podstaw mogą oni wybierać, w którym kierunku chcą iść. Do zadań tej jednostki należy wprowadzenie do projektowania w materiale docelowym, w skali człowieka, oraz nauka współpracy w grupie. Projektowanie, o ile to możliwe i uzasadnione, bazuje na pracy ręcznej, modelowaniu, testach i eksperymentach, a nie na obróbce komputerowej, wyabstrahowanej od fizycznych doświadczeń. Zanim

powstała pracownia, wielu studentom brakowało takich umiejętności, a w czasach zachłyśnięcia się projektowaniem tylko i wyłącznie komputerowym wprowadzenie tego rodzaju zadań wydawało się bardzo istotne. Kolejnym problemem był, nadal wyraźny, brak umiejętności pracy w grupie. Bywa, że studenci nie działali tak od czasów przedszkola. Jak się później okazuje, praca projektanta ze względu na swój multidyscyplinarny charakter często opiera się właśnie na tej umiejętności. Każdy semestr studenci zaczynają od zadania, które opiera się na współpracy całej grupy i ma na celu zbudowanie spójnej wizualnie, wieloelementowej i działającej maszyny. Określany jest wtedy temat i dość ścisły zakres materiałów dopuszczonych do jego realizacji. Na przykład kilka lat temu tematem była maszyna ze sklejki. Każdy ze studentów dostał jeden metr kwadratowy sklejki i jedno koło. Pojawiły się też płyty MDF i kartonowe tuby. W założeniu chodziło o stworzenie pojazdu mechanicznego, który napędzają równocześnie dwie osoby. Dobrą zabawą było również tworzenie różnych wersji maszyn Goldberga. Poszczególne grupy studentów, dokładając kolejne moduły, skomplikowane mechanizmy, zapadnie, zjeżdżalnie, przekładki, ciężarki czy kusze, budowały urządzenie, dzięki któremu mogła odbyć się prosta akcja, jak na przykład przetoczenie się kulki z punktu A do punktu B. Jedna z powstałych maszyn ciągnęła się przez dwa piętra i po klatce schodowej Wydziału. Do budowy ostatniej posłużyły kije od szczotek oraz elementy aluminiowe, przygotowane podczas warsztatów z odlewnictwa w domu plenerowym ASP w Dłużewie. Z kolei dzięki uprzejmości nieodległego od Wydziału Centrum Sztuki Współczesnej w przestrzeni

p p

2

48

Laboratorium, działanie wszystkich pojazdów i maszyn zarejestrowane zostało na filmie. Cała akcja przypominała momentami nagrania eksperymentów czynionych przez pionierów lotnictwa z początku XX wieku. Co roku w pracowni PP2 poruszana jest również kwestia zyskującego dziś na znaczeniu projektowania społecznego. Studenci współpracowali już z domami pomocy społecznej i projektowali dla niewidomych dzieci, osób głuchoniewidomych i niesłyszących oraz samotnych seniorów. Ten temat jest realizowany w ramach warsztatów w domu plenerowym ASP. Działa to zazwyczaj tak, że po wcześniejszych obserwacjach i wykładach studenci zaszywają się na kilka dni w pracowni i wraz z kilkoma przedstawicielami grupy docelowej pracują nad dedykowanymi im usprawnieniami. Powstają wtedy zarówno koncepcje pragmatycznych udogodnień, jak i pomysły na działania społeczne, sprzyjające zmianom wizerunkowym i integracji. Po warsztatach przychodzi czas na prezentacje dla osób, które pomagały w realizacji zadania. Jak można się domyślać, jest to dla studentów nie lada zadanie (na przykład jeśli mają zaprezentować swój projekt osobie głuchoniewidomej). Ważnym tematem w pracowni jest również poznawanie technologii. Żeby doświadczyć w praktyce, o co w tym wszystkim chodzi, najlepiej jest wykonać projekt w kilku technologiach i pojeździć po zakładach (często archaicznych i bardzo ciekawych), rozsianych między Targówkiem Fabrycznym a Wolą. Takie wycieczki nie tylko zmuszają do aktywnego dowiadywania się, „jak rzeczy są robione” , ale same w sobie mogą stanowić coś na styku archeologii, varsavianistyki i podróży w czasie.


Julia Owczarczak, Maria Guariglia, Karolina Kamoda, Sylwia Piwońska (2011/2012)

Alicja Pałys, Anna Szostak (2012/2013)

Można poznać niezwykłych ludzi – pracowników zakładu – i odkryć miejsca jakby żywcem wyjęte z powieści Julesa Verne’a, a na co dzień mijane bez większej uwagi. W ramach tego tematu przygotowywane jest zadanie, które polega na zrealizowaniu w parach prostego obiektu w wylosowanych technologiach. Studenci projektowali już taborety, wolnostojące wieszaki na ubrania i domowe drabinki. Jest to o tyle ciekawe, że losowanie determinuje nieoczekiwane zestawienia materiałowe. W ten sposób powstały: taboret z drewna litego i ceramiki, wieszak z rur aluminiowych i łączników drukowanych metodą 3D, czy drabinka z drewna litego i węzłów z własnoręcznie odlewanego przez studentów aluminium, roztapianego w wykonanym przez nich piecu. Obiekty powinny zostać skończone, a wszystkie detale przemyślane. Prototypy muszą być pełnowartościowe i funkcjonalne. Ważne jest nakierowanie studentów na myślenie polegające na uzyskaniu jak najprostszych rozwiązań i wyglądu współgrającego z użytkowością, bez zbędnego ozdabiania i estetyzowania. Na koniec roku każdy ze studentów realizuje temat indywidualny. Tym razem jest on bezpośrednio powiązany z prezentacją Pecha Kucha, którą każdy ze studentów przygotowuje na dowolny temat, mniej lub bardziej okołoprojektowy. Studenci robią prezentacje dotyczące swoich zainteresowań, ciekawych zjawisk społecznych, nowinek technicznych, medycznych i innych. Jest to zawsze bodziec do rozpoczęcia grupowej dyskusji. Prezentacja zakłada również dogłębny research i stanowi punkt wyjścia do projektu, w którym każdy z osobna ma szansę zastanowić się nad kierunkiem, jaki go interesuje i wyrazić swój charakter, zarówno poprzez rodzaj

projektu jak i sposób pracy nad nim. Charakter to coś, co wyróżnia projektanta i zawsze można odnaleźć go w jego pracach. Jedni projektują małe usprawnienia pomocne w ich codziennych problemach (takich jak leworęczność), drudzy eksperymentują z nowymi materiałami i technologiami (na przykład poprzez użycie grzyba reishi w meblarstwie), jeszcze inni rozwijają tematy społeczne (takie jak indywidualizacja wózków inwalidzkich albo wenflony przyjazne dzieciom). Ważnym aspektem działań pracowni PP2 jest również dokumentacja. W tym celu powstał ujednolicony system plakatów i „harmonijek” zawierających zapis procesu projektowego, bo ten często jest równie wartościowy, a czasem może i nawet ważniejszy niż sam efekt. Dokumentacja ma klarownie komunikować ideę projektu, ale nie konkurować z nim swoją formą. Pracownia Podstaw Projektowania 2 z założenia uzupełnia się programowo z innymi jednostkami (między innymi pracowniami projektowania konstrukcyjnego i projektowania komunikacji wizualnej), tworząc ogólne podstawy do tego, by w kolejnym roku przygotować studentów do wejścia na swoją własną drogę. Różnorodność podejmowanych przez nich tematów, praca w grupie oraz realizacja zadań z użyciem różnorodnych technologii pozwalają zwiększyć kompetencje studentów w kontekście poszczególnych dziedzin i specjalności. Takie działania mają też na celu wymianę wiedzy i umiejętności między samymi kursantami, bez udziału prowadzących. W kolejnych latach studenci mają do wyboru pracownie specjalizujące się w meblarstwie, projektowaniu opakowań, mogą skupić się też na pracy w drewnie czy ceramice

m u st a c h e p a p e r

49

Joanna Żaboklicka, Monika Szwed, Olga Szymańska, Maria Rzeczycka (2011/2012)

Robert Pludra Zajmuje się projektowaniem produktu, designem społecznym, wystawiennictwem i prowadzeniem warsztatów o tematyce projektowej. Absolwent Wydziału Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od roku 2011 pracownik naukowy na wydziale macierzystym. Wraz z prof. Wojciechem Małolepszym prowadzi Pracownię Podstaw Projektowania 2 (PP2). W roku 2013 obronił doktorat pod tytułem „Wybrane zagadnienia z dziedziny projektowania społecznego”. Członek Stowarzyszenia Projektantów Form Przemysłowych. Działa indywidualnie oraz w różnie konfigurowanych zespołach. Obecnie pracuje między innymi nad koncepcją badawczo-rozwojową, projektując urządzenie do fizjoterapii, a także nad projektem kolekcji obiektów dedykowanych seniorom oraz przedsięwzięciami z dziedziny transportu samochodowego, szynowego i rowerowego.

www.facebook.com/pp2asp


KRAJOBRAZ PO BITWIE

1

rozmawiali Błażej Bierzgalski

Krzysztof Kamienobrodzki

Ostatnie miesiące działalności wielu ruchów obywatelskich upłynęły pod znakiem walki z wielkoformatowymi reklamami, nazywanymi pieszczotliwie „szmatami”, które zdominowały miejski krajobraz. Można przy tym odnieść wrażenie, że giganci branży outdoorowej postawili na swoim – tak jakby większość warszawiaków przyjęła już za oczywistość choćby to, że jedną z głównych funkcji śródmiejskich budynków, takich jak Universal czy Hotel MDM, jest po prostu bycie ogromnym stelażem, a 50-metrowej długości podobizna Justina Biebera ostatecznie też może jakoś wpisywać się w krajobraz wielkiej metropolii. Co prawda na razie nie możemy narzekać na brak wielkoformatowych wizualnych atrakcji w postaci ekscytujących informacji o nowych smartfonowych promocjach czy wycieczkach do ciepłych krajów, które pokrywają tysiące metrów kwadratowych stołecznych elewacji, ale ta sytuacja ma szansę się niedługo zmienić. Pod koniec kwietnia Sejm przyjął wszystkie poprawki Senatu do ustawy zwanej potocznie krajobrazową (oficjalna nazwa to „projekt ustawy o wzmacnianiu narzędzi ochrony krajobrazu”), a co za tym idzie, akt prawny został wzmocniony choćby o zapisy zakładające możliwość wprowadzania wysokich kar za nielegalne reklamy.

Wśród organizacji, które walczyły o nadanie ustawie właściwego kształtu, znalazło się warszawskie Stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim. Na rozmowę z jego działaczką umówiliśmy się w samym centrum. Gdy przechodziliśmy przez placyk przed stacją metra, popularnie zwany Patelnią, jak zwykle musieliśmy wykonać slalom między sprzedawcami piesków-robotów, człowiekiem grającym na połamanych meblach i ulotkarzami. Tym razem natknęliśmy się jednak na jeszcze coś: młody człowiek, pogrążony w lekturze, siedział na wędkarskim krzesełku, wspierając jednocześnie sporych rozmiarów i wątpliwej urody plandekę reklamową, rozpostartą na dwóch prętach. Kilka metrów dalej kolejna osoba podtrzymywała identyczny baner, z tą różnicą, że ta niestety nie nabijała już krajowych statystyk czytelnictwa. W obu przypadkach wszystko działo się zapewne zgodnie z prawem – do bycia nielegalną reklamą, rozstawioną w jednym z najruchliwszych punktów miasta, banerom brakowało jedynie stałego punktu podparcia. W kreatywność rodaków nie wątpi już chyba nikt. Ale między innymi o tym, co zrobić, żeby nadać tej pomysłowości właściwy kierunek, rozmawialiśmy z Aleksandrą Stępień.

k r a j o b r a z p o

b i t w i e

50

ALEKSANDRA STĘPIEŃ Stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim Historyczka sztuki, zajmuje się powojenną architekturą Warszawy i badaniami nad przestrzenią miasta. Pisze, oprowadza, prowadzi wykłady. W latach 2012–2015 pełniła funkcję prezesa Stowarzyszenia, obecnie jest w nim odpowiedzialna za szereg inicjatyw edukacyjnych.


2

6

7

Autorzy ilustracji: 1. F 2. „Polski outdoor” 3. Marek Majerczak 4. Bartosz Zimny

5. Paweł Markowski 6. Aszaszi Asz 7. R. Kołakowski 8. „Polski outdoor” 8

3

4

5

Na początku chcieliśmy ci pogratulować! Ustawa przeszła. Jakie będą tego praktyczne konsekwencje? Uzyskamy wreszcie jaśniejsze, lepsze prawo. Gminy będą miały możliwość tworzenia całościowych regulacji na swoim terenie. Do tej pory w trosce o dobro przestrzeni publicznej posługiwano się jedynie planami miejscowymi, które miały bardzo fragmentaryczny charakter.

Rozumiem, że zawsze to gmina odpowiada za politykę reklamową na swoim terenie? Tak, różnica jest taka, że teraz ta polityka będzie mogła być prowadzona w sposób bardziej spójny i systematyczny. Istotny pozostaje aspekt egzekwowania konkretnych przepisów. Po upływie rocznego vacatio legis, w czasie którego reklamodawcy będą musieli dostosować się do nowych regulacji, będą naliczane ewentualne kary w wysokości czterdziestokrotności opłaty dziennej za użytkowanie przestrzeni publicznej.

Powiedz coś jeszcze o roli gmin. Każda z nich będzie wprowadzać indywidualne, niezależne od innych, regulacje? Cała ustawa to ukłon wobec samodzielności gmin. Nie będą miały nakazu tworzenia nowych przepisów. Wszystko będzie zależeć od woli politycznej i prężności urzędników, także od poziomu ich świadomości estetycznej.

Czy wola wprowad zenia nowych regulacji będ zie w ogóle leżeć w interesie urzęd ników? W przypadku dużych miast – na pewno. Kraków, Wrocław, Gdańsk, Poznań – wszędzie tam podejmuje się już działania w zakresie polityki reklamowej. A mniejsze ośrodki coraz częściej zaczynają dostrzegać w sobie potencjał, na przykład związany z turystyką lub lokalną tożsamością, a co za tym idzie, zaczynają przykładać większą wagę do estetyki jako elementu, który pomaga budować określony wizerunek. Ale zdarza się i tak, że w przypadku mniejszych gmin taka świadomość estetyczna jest niska i należy ją rozbudzać.

m u st a c h e p a p e r

51

Oprócz tego, że prowadzicie działania na poziomie legislacyjnym, to jako stowarzyszenie zajmujecie się też szeroko rozumianą edukacją. Możesz opowiedzieć coś o waszych akcjach? Jednym z naszych flagowych działań jest konkurs Miastoszpeciciel. Jego zadaniem jest otwieranie oczu lokalnych społeczności na to, jak wygląda ich wspólna przestrzeń. W plebiscycie na najbardziej szpecące, niepasujące do architektonicznego kontekstu obiekty w całej Polsce testowaliśmy granice społecznej tolerancji na pewnego typu zjawiska.

W 2014 roku tytuł Miastoszpeciciela otrzymała warszawska Rotund a, a właściwie banery szczelnie ją okrywające. Bank oczywiście znalazł potem dla siebie szereg wymówek. Argumenty były czasem śmieszne, a czasem straszne. Znalazł się wśród nich taki, że przy osłoniętym obiekcie wydajniej działa klimatyzacja i przyjemniej w takim budynku przebywać. Konkurs Miastoszpeciciel pokazuje, że przestrzeń publiczną


9

12

9. R. Kołakowski 10. Maria Fenrych 11. A. Stępień 12. „Polski outdoor” 13. A. Stępień 14. Piotr Manowiecki Na kolejnej stronie: 10 11

15. R. Kołakowski 16. A. Stępień 17. F

14

13

zaśmiecają nie tylko ludzie, którzy idą po taniości, wieszając na płocie baner z drukarni „projekt gratis” obok wielu innych podobnych. Robią to też wielkie firmy, które idą ze swoim komunikatem po najmniejszej linii oporu, bez żadnego szacunku dla wartościowej architektury. Znane marki mogą potem usprawiedliwiać się, że nie wiedziały, że wielka siatka jest nielegalna i zrzucać winę na agencję reklamową lub innych pośredników. Tak jakby zasłanianie ludziom okien mieściło się w najwyższych standardach niezależnie od tego, czy są na to zgody, czy nie. Ot, i cała „społeczna odpowiedzialność biznesu”.

Mam wrażenie, że tak jak ogólnie w społeczeństwie, tak u reklamodawców brakuje trochę pewnego poczucia obciachu, świadomości, że pewnych rzeczy po prostu nie powinno się robić. Tak jest, podejrzewam, że w innym kontekście społecznym wielkie firmy nie decydowałyby się na przykład na umieszczanie ogromnych dmuchanych konstrukcji w centrach miast, jak to się dzieje u nas – tylko dlatego, że po prostu teoretycznie jest taka możliwość.

Na przykład wielkich d muchanych paczek reklamujących chrupki na d achu d worca Warszawa Śródmieście? No właśnie, to jest dramat. Swoją drogą ustawodawca nie jest w stanie do końca przewidzieć, jak dane regulacje będą funkcjonować w praktyce. Pewnie zawsze znajdzie się jakiś wąski korytarzyk dla

przeprowadzenia akcji promocyjnych o podobnym charakterze. Wiele też zależy od woli stosowania danego prawa. U nas niestety, jak na razie, sprawdza się częściej sztywna, nakazowo-zakazowa polityka.

Możemy powiedzieć, że całe zjawisko ma dwa aspekty. Wielkoformatowe banery i korporacyjne billboardy to jedna kwestia, ale na przykład to, jak wygląd ają witryny lokalnych sklepów i punktów usługowych, to już zupełnie inna sprawa. Czy jeśli ktoś wydzierżawi lokal i otworzy tam, powiedzmy, sklep monopolowy czy lombard, to gdzie się zaczyna, a gdzie kończy jego prawo do tego, żeby obklejać całą witrynę bad ziewną folią, montować na bud ynku szpetną informację świetlną czy inwazyjny szyld? Gdzie ustanowiłabyś taką granicę? Dla mnie skuteczne prawo ma przede wszystkim regulować obszar działania branży outdoorowej i dużych firm. W przypadku lokalnych przedsiębiorców nie można po prostu zbombardować ich nakazami i zakazami, bo luka, żeby je obejść i tak się znajdzie. Tutaj widziałabym raczej pole do popisu dla „miękkich” narzędzi, czyli działań edukacyjnych, które zresztą są już prowadzone w różnych miastach Polski. Za modelowy przykład tego typu działań może posłużyć przypadek ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Przy okazji realizacji planu rewitalizacyjnego, urzędnicy wyszli tam zza biurek i spotykali się z najemcami, aby wspólnie dyskutować, co można zrobić, aby nadać ulicy handlowy charakter z czasów jej dawnej świetności. Miasto przeprowadziło między innymi konkurs na najładniejszą

k r a j o b r a z p o

b i t w i e

52

witrynę, rozpowszechniano katalogi informacyjne i poradniki dobrych szyldowych praktyk, zapewniono najemcom możliwość konsultacji z profesjonalnymi grafikami, a właściciele sklepów i lokali dość chętnie korzystali z tych wszystkich możliwości. Takie działania mogą spowodować, że zmiany będą trwalsze.

Z tego co mówisz, reakcja była. Wnioskuję, że w świadomości społecznej estetyka reklamy jed nak od grywa jakąś rolę? I tak, i nie. Kiedy widzę aptekę, która jest reklamowana za pomocą kilku szyldów, strzałek, banerów i telebimu, gdzie brakuje już tylko, aby kostka Bauma układała się w napis „apteka”, to zastanawiam się, już poza aspektem estetycznym, czy właściciel naprawdę wierzy, że dobrze spożytkował pieniądze i czy rzeczywiście przekłada się to na większą liczbę klientów.

Nachodzi mnie jeszcze taka refleksja: jakoś nigd y nie wid ziałem reklam na żad nej d eweloperskiej wizualizacji. (śmiech) No tak, to nam świetnie pokazuje, że ta idealna przestrzeń, którą ktoś próbuje nam sprzedać, tak naprawdę nie istnieje.

Tu się chyba zgadzamy, że takie wizualizacje przedstawiają przestrzeń zupełnie wyidealizowaną. A jaka byłaby Twoja idealna wizja miasta? Czy w ogóle widzisz tam miejsce dla jakichś reklam?


15

16

17

Miasto jest jak najbardziej przestrzenią wymiany informacji i reklama także powinna mieć w nim swoje miejsce. Miasta takie jak Grenoble czy São Paulo, które okrzyknięto w mediach miastami bez reklam, w rzeczywistości także je posiadają. Są miastami z bardzo konkretną polityką reklamową, która bierze pod uwagę szerszą perspektywę. Jeśli trwa remont zabytkowej kamienicy, to rzeczywiście, na czas prac, wielkoformatowa reklama wspierająca finansowo renowację ma szansę się tam pojawić. I nie mam tu oczywiście na myśli fikcyjnych remontów trwających latami.

Wróćmy do rzeczywistości, co cię najbardziej irytuje w twojej najbliższej okolicy? Osiedle, w którym mieszkam jest enklawą bez billboardów i reklamowych tablic. Dlatego to, co mnie naprawdę zirytowało, zadziało się podczas kampanii wyborczej. Przed wyborami samorządowymi, niezależnie od partii czy kandydata, wszyscy rzucili się ze swoimi plakatami na okoliczne latarnie i płoty. Łamano wszystkie możliwe zasady, aby wyeksponować tę czy inną twarz. Tak jakby politycy przyznawali się, że ta twarz to całe ich CV, cały program wyborczy. Zabolało mnie to dlatego, że przykład powinien iść z góry – od polityków, lokalnych władz, instytucji kultury czy edukacji.

Bardzo spodobała mi się jedna z waszych akcji, „Nie wstyd ź się zerwać!”. Gd y wid zisz reklamę przyklejoną na wiacie przystankowej, czy w innym tego typu miejscu, to podchodzisz i ją zrywasz, czy uważasz, że trzeba takie sprawy załatwiać inaczej?

Myślę, że to zależy od tego, jakim kto się czuje „miejskim partyzantem”. Z jednej strony mamy mocne argumenty, bo ktoś wiesza te reklamy w miejscach, które nie są do tego przeznaczone, z drugiej – ludzie często do nas piszą, że gdy zrywali nielegalne ogłoszenia, to ktoś, delikatnie mówiąc, zwrócił im uwagę. Gdy spojrzeć na sprawę uważniej, to okazuje się, że w miastach często brakuje takich punktów wymiany informacji, i te nieszczęsne przystanki stają się miejscem, dzięki któremu łatwiej znaleźć komuś psiego fryzjera czy korepetycje. Często ludzie też nie wiedzą, że pewne rzeczy są nielegalne. Wydaje im się, że skoro wszędzie są takie ogłoszenia, to znaczy, że te przykładowe przystanki można w ten sposób traktować.

Sprzeciw zaczyna budzić dopiero jakaś bardzo radykalna ingerencja, jak ostatnio w przypadku graffiti reklamujących skateshop na Muranowie. To może być dowód na to, że wrażliwość rośnie. Ludzie zaczynają wyraźniej okazywać swoje niezadowolenie, gdy ktoś w ten sposób ingeruje w ich przestrzeń.

Mam wrażenie, że kto jak to, ale my Polacy potrafimy czasem zareagować w sposób bardzo zdecydowany, zwłaszcza, gdy sprawy zajdą za d aleko. Może gd yby ustawa nie przeszła, to w końcu by obrzucono jajkami te wszystkie szmaty, albo poszłyby w ruch jakieś puszki z farbą?

m u st a c h e p a p e r

53

Słyszałam o tendencji do wykorzystywania dronów do niszczenia reklam wielkoformatowych. Do nas to jeszcze nie dotarło, ale może niektóre partyzanckie grupy już kombinują, jak zaopatrzyć się w drona ze sprejem.

Na koniec opowied z coś jeszcze o stowarzyszeniu – na czym się teraz skupicie? Na pewno chcielibyśmy w jakiś sposób podsumować naszą dotychczasową działalność, marzy nam się uruchomienie platformy, gdzie urzędnicy i stowarzyszenia dzieliliby się doświadczeniem z różnych regionów. Kolejne zadanie, które przed nam stoi, to wydanie solidnego kompendium, z którego przeciętny Kowalski mógłby się dowiedzieć, czym jest ustawa krajobrazowa, gdzie zgłosić nielegalną reklamę, albo jak odpowiednio dopasować szyld do swojej działalności.

Czyli jednak edukacja, a nie kupowanie drona? (śmiech) Mamy też w stowarzyszeniu osoby, które widzą się bardziej w kontekście działań interwencyjnych, happeningów. Na pewno warto jest czasem rozkręcić głośniejszą akcję, która przykuje uwagę mediów głównego nurtu. Jednak skupiamy się przede wszystkim na tworzeniu pewnego rodzaju organizacji eksperckiej, która może być partnerem w działaniach dla urzędników, przedsiębiorców (także tych drobnych) oraz innych stowarzyszeń zajmujących się podobnymi problemami. Jesteśmy otwarci na wszelkie zmiany świadomościowe, a edukacja trwa


PHOTOBOOKI MADE IN POLAND tekst Michał Dąbrowski

Moda na książki z fotografiami pojawiła się niedługo po tym, jak robienie zdjęć na kliszy przestało być koniecznością, a stało się wyborem, może nawet wyznacznikiem przynależności do grupy wtajemniczonych. Na Facebooku nie było jeszcze twojej mamy, a wielu zajawkowiczów spędzało czas na układaniu zdjęć na blogspocie. Był rok 2010. Dla fotografii był to rok, w którym Kuba Dąbrowski wydał Western, zamknięto warszawską galerię fotografii Yours, a blog Self Publish Be Happy jeszcze inspirował. Dla mnie był to czas, w którym nowe posty na blogach znajomych były równie ważne jak to, co oglądałem w galeriach. Publikowanie zdjęć w internecie było fajne, ale z czasem spowszedniało. Nowe blogi często powielały znane schematy, jak siniaki, czy flesze. Jednym z pierwszych, który codzienne zdjęcia ułożył w InDesignie, był Kuba Dąbrowski. Swój Western zapowiadał tak: „Ta książka jest trochę jak wrzut na bloga, tylko bardziej przemyślany i na papierze”. Ktoś, kto obserwował środowisko fotograficzne przed rokiem 2010 mógłby powiedzieć: przecież Sputnik Photos wydał wcześniej At the Border i U! Tak, to prawda – uznałem jednak, że ten tekst ma dotyczyć w większym stopniu pasjonatów fotografii i propozycji związanych ze sztuką, a mniej z dziennikarstwem (i znowu te podziały). Na przełomie roku 2010 i 2011 powstała strona papiery.org, prowadzona przez Piotra Bekasa, który gromadził wydawnictwa niskonakładowe. Po kilku mie-

siącach można było się przekonać, że na nostalgicznych snapshotach Dąbrowskiego polska fotografia się nie kończy, a środowisko wrocławskie jest równie prężne, co warszawskie. W tym czasie szumnie nazywane książki przypominały bardziej zeszyty, zdecydowanie bliżej im było do punkowych zinów, niż albumów z księgarni. W czerwcu 2011 roku warszawska galeria Czułość zorganizowała wystawę „Sam się publikuj”, na której zebrano kilkadziesiąt mniej lub bardziej profesjonalnych publikacji. Pojawiły się druki z wrocławskiego OPT, od osób związanych z Akademią Fotografii, te wypuszczone pod szyldem Czułości i kilka od wolnych strzelców. To był jeden z ostatnich momentów, kiedy małe wydawnictwa łączono jeszcze z ideą self-publishingu. Książkowa nisza na spotkaniach w galeriach sztuki została szybko nazwana potrzebą materialności, a druk publikacji stał się celem wielu wniosków grantowych. W roku 2015 nie istnieją już papiery.org, książkami z fotografią (i nie tylko) zainteresowała się Grażyna Kulczyk, a ideę self-publishingu udaje się sprzedać podczas warsztatów. Jak każda zajawka, tak i ta musiała dla części stać się wspomnieniem, a dla pozostałych zamienić się w zawód. W czasach Instagrama i infinity scrolla na Tumblerze największym wyzwaniem wydaje się być zbudowanie logicznej całości, a nie wyłącznie zabawy formą. Sprawdźcie, komu to się udało.

p h oto b o o k i m a d e

i n

p o l a n d

54

Swell, Mateusz Sarełło


Middle Surface, Kamil Zacharski

Justina&co.uk, Magda Buczek

Frowst – Joanna Piotrowska. Franz Kafka, rodzina, psychologia. Zdjęcia pokazują zależności w rodzinie, które bywają i potrzebne, i krzywdzące. Reżyserowane pozy modeli odtwarzają zarówno momenty intymne, jak i spontaniczną czułość. Autorka będąca pod wpływem filozofii niemieckiego psychoterapeuty, Berta Hellingera, nawiązuje do jego metody ustawień rodzinnych. Książka wygrała w konkursie First Book Award, w którym nagrodą było wydanie książki w prestiżowym wydawnictwie MACK Books (Wielka Brytania). Od czerwca w księgarniach. Swell – Mateusz Sarełło. Autor wiedział, co chce powiedzieć, nie bał się tego, ani nie dystansował się cynicznie. A powiedział o miłości i jej braku. Świetną, oszczędną formę doceniono w wielu konkursach na świecie. Dwie edycje książki wydała Akademia Fotografii. Justina&co.uk – Magda Buczek. Brokat, kalki, cudze zdjęcia. Nieskrępowana publikacja przypomina Tumblr, odbiorca zatrzymuje się przyciągnięty atrakcyjnymi obrazami niewiadomego pochodzenia. W książce pojawia się zarówno narracja pierwszoosobowa, jak i stylistyka dokumentalna, zdystansowana. Zbiór kilkunastu epizodów przedstawia historie tytułowej bohaterki i jej znajomych. Wyróżnienie w kategorii self-publishing w konkursie Fotograficzna Publikacja Roku, finalista konkursu First Book Award. W pierwszej edycji powstało jedynie osiem egzemplarzy. Disassembly – Bownik. Proces, myśl, kolaż. Książka na festiwalu Fotobook w Kassel (Niemcy) została uznana za jedną z najlepszych pozycji minionego roku i trafiła na wystawę w PhotoBook Museum w Kolonii. Bownik jest autorem cyklu Demontaż, w którym fotografował kwiaty. Temat bardzo klasyczny, ale autor najpierw podzielił rośliny na części, a następnie złożył je na nowo. Publikacja pokazuje przygotowania do tych zdjęć. Na 120 stronach oprócz fotografii można znaleźć kolaże i rysunki.

Sequin Covered Swans, Łukasz Wierzbowski

My bone will knit in 30 days, Anna Orłowska

Zachwycają rozmach, bogactwo struktur i wykonanie. Wydawca: Mundin (Polska).

kupić. Pierwszą książkę Dąbrowski wydał sam, kolejne wsparł między innymi ArtBazaar.

Żywoty nieświętych (Lives of the Unholy) – Krzysztof Pijarski. Archiwa, pamięć, mit. Autor jest absolwentem zarówno studiów teoretycznych (historia sztuki), jak i artystycznych (ASP w Poznaniu, Szkoła Filmowa w Łodzi). Stworzył projekt, o którym z powodzeniem można pisać, jak i z przyjemnością go oglądać. W niewielkiej, czerwonej publikacji udało mu się połączyć wiedzę z wyobraźnią. Śledzimy historię warszawskich pomników burzonych w okresie transformacji. Widać tu zainteresowanie niemiecką fotografią i miejską archeologią. Całość podana w świetnej, oszczędnej formie. Wydawca: Fotohof i Fundacja Archeologii Fotografii.

Middle Surface – Kamil Zacharski. Abstrakcja, ciało, natura. „Zacharski stoi nad brzegiem rzeki i patrzy na wodę. Może po to, by zobaczyć tam siebie, a może po to, żeby wszystko zapomnieć” – pisze w dołączonym tekście Karolina Sulej. Przeglądając ten niewielki zeszyt, można odpocząć. Publikacja towarzyszyła wystawie w galerii Czułość, powstało 240 sztuk z okładką w różnych kolorach.

Sequin Covered Swans – Łukasz Wierzbowski. Ani do końca moda, ani styl życia. Polska gwiazda portali Flickr i Tumblr. Na fali popularności z tego pierwszego zorganizowano mu wystawę w galerii Nizio w Warszawie. Pod kątem fotograficznym jego prace budzą skojarzenia z Viviane Sassen i Ryanem McGinleyem. Nawet jeśli dziwne pozy jego modelek już się nieco opatrzyły, to na pewno miał swój czas. Książka wydana w roku 2013 nakładem wydawnictwa Éditions du LIC. Wydawnictwo jest też odpowiedzialne za książki innych młodych gwiazd fotografii, na przykład Tamary Lichtenstein i Osmy Harvilahtiego. Western, Sweet little lies i inne – Kuba Dąbrowski. Ja, moja dziewczyna, mój świat. Pisząc o zdjęciach Dąbrowskiego, nie sposób uciec od jego prywatności. Ekspresyjne kadry i wizja dobrego życia przyciągają wiele osób. Autor przyznaje się do inspiracji fotografią japońską. Oprócz dziewczyny Dąbrowskiego i zdjęć boisk do koszykówki, często można tu znaleźć miejskie krajobrazy i geometrie. Niewielkie, pozbawione grzbietów książki wyprzedały się błyskawicznie, wydany w większym formacie katalog do wystawy w Zachęcie jeszcze można

m u st a c h e p a p e r

55

Voice on – Piotr Zbierski. W pracach studenta łódzkiej Szkoły Filmowej widać wpływy Michaela Ackermanna, zakochanego w czarno-białych, poruszonych zdjęciach. Zbierski rozwija ten język wypowiedzi na swój sposób i wychodzi mu to świetnie. Na zdjęciach widać mniej lub bardziej przypadkowe spotkania i tłumione emocje. Wyróżnienie i publikacja w konkursie ShowOff krakowskiego Miesiąca Fotografii były jego pierwszymi poważnymi osiągnięciami. Później wygrał międzynarodowy konkurs Leica Newcomer Award, jeden z najbardziej prestiżowych konkursów fotograficznych. My bone will knit in 30 days – Anna Orłowska. „Jest emocjonalna, lekko romantyczna i sentymentalna” – stwierdziła autorka na temat książki w wywiadzie dla Magenta Mag. Pogranicza dokumentu i kreacji z poetyckim komentarzem. Książka wydrukowana dzięki stypendium województwa łódzkiego. Babie lato – Marcin Grabowiecki. Polska odpowiedź na żelazny fotograficzny temat, czyli album rodzinny. Złożona z archiwalnych zdjęć, śladów wspomnień. Nostalgiczna, a jednocześnie lekka opowieść o końcu lata. Czytelnia Sztuki. Niskonakładowe publikacje można znaleźć w wyspecjalizowanych księgarniach, które oferują również sprzedaż wysyłkową, na przykład Super Salon (www.supersalon. org), czy Bookoff (www.bookoff.pl), jak też bezpośrednio u wydawców


CZARNE ZESZYTY tekst i zdjęcia Mateusz Ściechowski

Kultura Hip-hop, wywodząca się z nowojorskich ulic lat 70., opiera się na kilku podstawowych filarach. Filary zwane elementami zawierają w sobie twórczość złożoną z nieprzebranych zasobów rymów, rysunków czy gramofonowych patentów. Element to z angielskiego „żywioł”. Taki jak ogień, woda, ziemia czy powietrze. Żywioł powstaje wewnątrz każdego z nas, by ujść jako nietłumione i spontaniczne zjawisko – eksplozja. Praktyk i teoretyk kultury aerosolu, Lodek z ukraińskiego Czerwonogradu definiuje graffiti, wbrew panującej ostatnio modzie na nazywanie wszystkiego sztuką, właśnie jako żywioł. Od zawsze toczą się spory, ile jest elementów. Cztery to podstawa: rap, DJing (lub szerzej – turntablism), breakdance oraz graffiti writing (z ang. to write – „pisać”, bo graffiti to przede wszystkim litery, a nie malowanie obrazków). Niektórzy jako piąty wymieniają też beatbox, czasem skateboarding, ale może piątym elementem niech pozostanie niezmiennie Mila Jovovich. Liczne sondy uliczne przeprowadzane nad Wisłą, Sekwaną lub Potomakiem próbowały udowodnić, że do elementów hip-hopu należy zaliczyć też ciuchy, samochody, diamentowe nakładki na zęby albo buteleczki z kodeiną. Główny edukator hip-hopu, KRS-One, niczym Kapitan Planeta, uświadamia nam od dawna, dlaczego elementy są ważne, dlaczego budujemy w oparciu o nie coś więcej niż tylko dobrą zabawę. Sam KRS, zwany The

Teacher, odnajduje tych żywiołów aż dziewięć. Obok wymienionych wcześniej, wskazuje jeszcze na uliczną wiedzę, pasję, język i realizm przedstawianego świata. Każdy z elementów to samodzielny zestaw narzędzi i pojęć, inny pakiet skillsów (umiejętności, talentów), niezależna zajawka. Breakdance czy graffiti nie są równoważnymi sposobami ekspresji czy manifestowania indywidualnej wizji rzeczywistości, chociaż ich geneza i wartości są dla nich wspólne. Esencją każdego z elementów są skillsy. Można je mieć od urodzenia (wszyscy śmiejemy się, oglądając filmiki o tańczących breaka dwulatkach i trzymamy kciuki za rapujących przedszkolaków w programach typu „Mam talent!”), ale można je też zdobyć. Da się to zrobić drogą tradycyjną, czyli wychodząc na podwórko i trzymając się z odpowiednim towarzystwem (lub nieodpowiednim, jak twierdzą rodzice). Można też zdobywać je w szkółkach tańca ulicznego czy na warsztatach DJskich pod patronatem dużych marek spożywczych. Toprocków czy freezów (figury w breakdance) nauczymy się pod okiem starszego kolegi z ławki, i nie potrzeba do tego wiele więcej niż fizycznych predyspozycji. Za to do ćwiczenia swoich skillsów grafficiarskich nie wystarczą już tylko dobre ziomki, pomysły i miejsce na ścianie. Aby zostać writerem i czynnie uczestniczyć w kulturze graffiti, należy przygotować się sprzętowo. Wszyscy wiemy, jak wyglądają spreje, a niektórzy orien-

c z a r n e z e s z y t y

56

tują się również, że mogą być wyposażone w różne capy (końcówki dające różną szerokość kreski). Część laików uświadamia sobie istnienie markerów czy mazaków. Jednak mało kto pomyśli, że jednym z najważniejszych elementów (sic!) wyposażenia grafficiarza jest zeszyt! Tak jak Tede z Sistars mieli swój „Zeszyt rymów”, tak każdy szanujący się writer ma swój blackbook. Blackbook ma czarną, przeważnie twardą oprawę, format A4 lub A5 i używa się go w poziomie (kompozycja liter jest przeważnie horyzontalna). Okładki powinny być na tyle trwałe, żeby wytrzymywać latami krążenie z rąk do rąk, a papier ma mieć odpowiednią gramaturę, tak aby nie przebijały przez niego markery. W rzeczywistości zeszyty mogą znacznie odbiegać od tej wizji, w zależności od konkretnych zastosowań. Jednakże im czarniejszy blackbook, tym bardziej jesteśmy przekonani o tym, że mamy do czynienia z writerem, który jest true. True lub trueschool to kolejne niejednoznaczne pojęcia z angielskiego. Wskazują na to, czy jako DJ, raper lub malarz reprezentujesz godnie, szczerze i autentycznie swoją ekipę, osiedle, miasto. Trueschool to trudny i wymagający kierunek rozwoju. Jednak spośród kilku różnych postaw, które można przyjąć w kulturze ulicznej, takich jak gangsta, funky czy roots, to właśnie postawa true jest najbardziej ceniona. Być true, znaczy mieć szacunek. Wychodząc od systematyki blackbooków, możemy zbliżyć się do całego zjawiska, jakim jest graffiti writing.


Przeglądając blackbooki, możemy dowiedzieć się o różnorodnościach w graffiti, o rozmaitych pobudkach, którymi kierują się twórcy przy malowaniu ścian i pociągów. Przyglądając się wpisom i rysunkom w grafficiarskich zeszytach, poznajemy samych writerów, możemy ocenić ich skillsy, wyznaczyć pozycję, jaką zajmują na scenie, czy określić to, w jaki sposób chcą być postrzegani i jakimi wartościami kierują się w graffiti. Konkretne blackbooki możemy przyporządkować do kilku podstawowych grup, reprezentujących określone grafficiarskie postawy. Pierwszą grupą, najliczniejszą, jest rzesza toyów. Toy to grafficiarz bez skillsów, bez szacunku, często początkujący. Toye mają swoje blackbooki, w których zmagają się ze swoimi pierwszymi bulwiastymi (sprawdź, czym jest bubble style) czy krzaczastymi (wild style) literami. Toye chodzą na grafficiarskie spoty (miejcówki), aby spotkać i obserwować fame’owców (od ang. fame – sława). Czasem ośmielają się ich zaczepić i poprosić o wpis do blackbooka. Taki wpis, w formie taga (podpis writera), czy rzadziej bardziej rozbudowanego rysunku, to powód do dumy. Można go oglądać, próbować przerysować albo pokazywać ziomkom i razem z nimi marzyć o własnym fejmie. Duże zorganizowane imprezy zwane graffiti jam (nawiązanie do jazzowych jam sessions, gdy grupa muzyków gra wspólnie) pełne są fanów zbierających podpisy od lokalnych Seenów czy Cope’ów (Seen, Cope – ksywki znanych grafficiarzy z USA).

Drugą grupę tworzą uznani writerzy. Większość z nich w trakcie swojej przygody z graffiti, która przeciętnie trwa około 8–12 lat, miało przynajmniej jeden porządny blackbook. Mowa tu zarówno o jakości samego zeszytu, jak również wartości poszczególnych wpisów. Takie blackbooki służą nie tylko archiwizacji dopracowanych rysunków na własne potrzeby, ale przede wszystkim krążą między ludźmi, tak jak kiedyś płyty winylowe. Z biegiem lat zapełniają się pracami kolegów, zapoznanych „turystów” (grafficiarzy w podróży) czy znanych writerów. Takie blackbooki ogląda się z przyjemnością. Każdy z rysunków to odrębna historia, inny człowiek, odmienny styl. Niektóre z prac mają wysoką wartość artystyczną, są wykończone na najwyższym poziomie, „wysiedziane”. Inne mogą być po prostu szybkim szkicem autorstwa kogoś bardzo znanego i szanowanego na scenie. Każda strona zeszytu to inna wartość, inna ekspresja i inny przekaz. Blackbooki które krążą między osiedlami, miastami, a nawet kontynentami to esencja graffiti. Takie zeszyty i albumy pełne odbitek ze zdjęciami (tak! internet jest dla toyów) są czymś, co wielu zobaczyło po raz pierwszy w filmie Style Wars. Przechodzą z rąk do rąk – są oceniane lub analizowane – „czytane” centymetr po centymetrze. Blackbooki pełnią rolę edukacyjną i towarzyską, a po latach stają się świadectwem swoich czasów, dokumentem opowiadającym o ważnym, chociaż nie zawsze legalnym miejskim ruchu.

m u st a c h e p a p e r

57

Trzecia grupa jest pewnie najmniej liczna, ale równie ciekawa i intrygująca. To blackbookowi wymiatacze, strażnicy czystości, rycerze stylu. To goście, którzy nad każdym projektem spędzają dziesiątki godzin. Tu nie ma nic przypadkowego, nie ma miejsca na spontaniczne wpisy kolegów, ani czasu na przetrzymywanie wypożyczonego zeszytu przez ziomków. Nie ma możliwości, żeby dotknęły go brudne łapy toya. Taki blackbook to artefakt, dzieło sztuki, one and only masterpiece! Do strzeżonych czarnych albumów wgląd mają tylko nieliczni, a i ci muszą założyć do ich przeglądania białe rękawiczki. Takie zeszyty można zobaczyć już tylko w książkach, albo na wystawach. Jest też grupa writerów, których nazywa się bomberami. Oni nie mają blackbooków, chociaż na mieście są najlepiej widoczni. O nich nie mówi się w mainstreamie... Blackbook to jednocześnie paszport i karta kredytowa writera. To ważny element graficiarskiej tożsamości. Coś, co z jednej strony dokumentuje i ilustruje historię pracy twórczej, a z drugiej może być po prostu zeszytem, w którym szlifujemy swoje skillsy, szukamy nowych rozwiązań, ćwiczymy kreskę i dobór kolorów. Parafrazując Stendhala można powiedzieć, że blackbook jest jak zwierciadło, które przechadza się po streecie


MUSTACHE SPORT

Nie grają (jeszcze) w Lidze Mistrzów i wciąż nie odebrali swoich Złotych Piłek. Brali udział w kilku transferach, ale skauci rzadko przychodzą na ich mecze. Są trochę jak Polska, bo zawsze wierzą w zwycięstwo i trochę jak San Marino, bo oprócz grania mają też inne prace. Walczą zaciekle i nawet jeśli sędzia pozostaje obojętny na faule na ich zawodnikach, to nie wdają się w pyskówki, żeby nie eskalować konfliktów. Doskonale wiedzą, jak istotna jest umiejętność odnajdywania się w zespole i komunikacja z innymi. Znają też wartość zaufania, które nazywają uniwersalną podstawą dobrych wyników. W końcu są przyjaciółmi. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby każdy z nas kibicował drużynie, z którą się identyfikuje i za którą gotowy jest pójść w ogień.

My na szczęście już ją odnaleźliśmy – to grająca w bemowskiej lidze K.P. Kozia. „Wiwat Kozły!”, zdają się krzyczeć z trybun na każdym spotkaniu zaaferowani kibice, którzy mimo swojego statusu kozich ultrasów czują się integralną częścią zespołu. „Damy radę!”, mówią, ale zamiast złożyć dwie poziome wiktorie, z lewą na górze, swoje palce układają w charakterystyczne „K”. Fanatycy Koziej, wśród których trwa nieustanna rywalizacja o to, na ilu kto był spotkaniach i w jakich najgorszych warunkach pogodowych się to odbyło, twierdzą nawet, że będąc na trybunach, są z Kozłami także na murawie. Z tego poziomu rzekomo wspomagają ich w bojach, mentalnie asystując w dryblingach i ofensywnych akcjach, czy zabezpieczając obronę, kiedy wznawia się defensywny status quo koziej

m u st a c h e s p o r t

58

drużyny. Kibice to prawdziwa koza nostra. Siła, której nie można nie docenić. K.P. Kozia nie ma łatwego życia. Każdy mecz to wyzwanie, nie tylko z powodu wczesnych jak na weekend godzin, w których odbywają się rozgrywki. Na miejscu prawie zawsze czekają ich wymagający rywale, a walka o punkty jest diabelnie zawzięta. Zawodnicy wymagają od siebie pełnego zaangażowania, poświęcenia i oczywiście agresji. „Waleczność to podstawa”, mówią. I kiedy wpadają chmarą w pole karne przeciwnika, spowite w czarnej kurzawie, raz po raz ogrzewane przez świetlisto-złote przebłyski, kiedy staje się jasne, że już nic nie pozostało do stracenia, to każdy wie, jak to się musi skończyć. Szybkość, technika, zmiana pozycji i absolutne porozumienie. To futbol totalny. Die toten kozen


MustachePaper #4  

Czwarty numer magazynu MustachePaper! W środku między innymi: Marta Sędzicka w obiektywie Łukasza Dziewica, foty Foty z Pałacu Kultury, wywi...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you