Page 1

9[19]/2011 WRZESIEŃ

>>SADOWSKA >>PAULA I KAROL >>THE PLOY


{ } słowo wstępne

>>wstępniak

Żal mi lata, czekam na jesień

Z

awsze żal mi odchodzącego lata. Argument, że jesień to ulubiona pora roku Woody’ego Allena zupełnie do mnie nie trafia. Kto był w Nowym Jorku o tej porze roku, ten wiem, że liście spadają tam z drzew przy temperaturze 25 stopni Celsjusza. Polskiej jesieni ja nie kupuję. Czego mi żal? Tej frywolnej atmosfery wakacji, festiwalowych podniet, wojaży i nowych znajomości. To czas ekscytacji i narodzin nowych pomysłów. Tak było w moim przypadku. Co się z nich narodziło? O tym niebawem będę Was informować na łamach „Musli Magazine”, tymczasem zajrzyjcie na ostatnią stronę i już ostrzcie sobie zęby na modowo-filmowe rarytasy. Szczegóły będziemy Wam dozować małymi kęsami. Wygląda więc na to, że redakcji nie dotknie jesienna depresja, bo nie grozi nam też nuda. A w związku z tym i Wam. Już wrzesień jest tego dobrą zapowiedzią, o czym przekonacie się, przeglądając kolumny z wydarzeniami.

W

tym miesiącu gorąco polecam Wam wywiady: z najbardziej promienną dziewczyną show-biznesu — Marią Sadowską oraz szalenie otwartymi i pozytywnymi muzycznymi obywatelami świata — Paulą i Karolem. To jak, zgadzacie się na jesień? MAGDA WICHROWSKA

>>2

musli magazine


[:]

>>spis treści

>>2

wstępniak. żal mi lata, czekam na jesień

>>3

spis treści

>>4 >>18 >>20 >>22

wydarzenia. ARKADIUSZ STERN, ARBUZIA, AGNIESZKA BIELIŃSKA, (AB), ANIAL, (JT), GRZEGORZ WINCENTY-CICHY, (SY), WIECZORKOCHA

relacja. audioriver. sky and sand, czyli o Płocku niezależnym MARTA MAGRYŚ, GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

fotorelacja. audioriver. FOT. I OPRAC. MARTA MAGRYŚ fotorelacja. art pop festival FOT. MAGDA WICHROWSKA, SZYMON GUMIENIK

>>24

na kanapie. holidej po polsku. MAGDA WICHROWSKA

>>25

gorzkie żale. biedni trzydziestoletni. ANIA ROKITA

>>26

filozofia w doniczce. w męskiej sprawie. IWONA STACHOWSKA

>>27

a muzom. po powrocie z wywczasu w bratnim kraju MAREK ROZPŁOCH

>>28 >>29

życie i cała reszta. w mieszkaniu NO. KAROLINA NATALIA BEDNAREK elementarz emigrantki. o jak Oxford i cała reszta NATALIA OLSZOWA

>>30

porozmawiaj z nią... pokolenie małych rewolucji Z MARIĄ SADOWSKĄ ROZMAWIA MAGDA WICHROWSKA

>>38

zjawisko. spacerologia z obiektywem w tle. ZBYSZEK FILIPIAK

>>56

porozmawiaj z nimi... nie zakładamy, że ma być wesoło czy smutno. Z PAULĄ I KAROLEM ROZMAWIA MAGDA WICHROWSKA

>>60

portret. the Ploy. internet jest potęgą. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

>>64

galeria. MIKOŁAJ SOBCZAK

>>82

nowości [książka, film, muzyka] (SY), (ES), (MR), ARBUZIA, (AB)

>>85

recenzje [film, muzyka, książka, teatr, gra] MAGDA WICHROWSKA, KRZYSZTOF KOCZOROWSKI, JUSTYNA TOTA, SZYMON GUMIENIK, KASIA WOŹNIAK, EWA STANEK, PAWEŁ SCHREIBER

>>91

patronat. BENEFICJENCI SPLENDORU

>>92

fotografia. MARCIN JĘDRYSIAK

>>108

redakcja

>>110

dobre strony. MAGDA WICHROWSKA

>>111

słonik/stopka

OKŁADKA: FOT. APARATKI.PL / DOROTA WRÓBLEWSKA I MONIKA OSTROWSKA / SONY MUSIC

>>3


>>wydarzenia DO

18.09

WIMBP

WOZOWNIA

FOT. MATERIALY PRASOWE

W BYDGOSZCZY

W KRĘGU POP-ARTU Galeria Sztuki Wozownia swój powakacyjny sezon otwiera wystawą wybitnego artysty Lucjana Mianowskiego (1933—2009) — grafika i malarza, którego twórczość na trwałe wpisała się w dzieje polskiej sztuki współczesnej. To on pierwszy wprowadził cytat fotograficzny do grafiki, jemu także w głównej mierze przypisuje się przeszczepienie na grunt polski takich kierunków sztuki zachodniej jak pop-art i op-art. Prace Mianowskiego (tworzy cyklami tematycznymi) wyróżniają się intelektualną świeżością, wrażliwością spojrzenia i autorskiego komentarza, a przy tym wizualną atrakcyjnością dzieła, mistrzostwem w łączeniu różnych sposobów widzenia i wyrazu. Lucjan Mianowski był absolwentem krakowskiej ASP, stypendystą paryskiej Ecole Nationale Supérieure des Beaux-Arts i profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Wielokrotnie wyróżniany był najwyższymi odznaczeniami państwowymi. Zdobywał także główne nagrody podczas wystaw indywidualnych i zbiorowych w całej Europie. Jego prace trafiły do muzeów sztuki nowoczesnej — od Sao

Paulo po Tokio. 10 września w ramach „Nocy w muzeum” Wozownia zaprezentuje 75 grafik artysty za darmo. Cóż więcej dodać — tę wystawę trzeba zobaczyć! ARKADIUSZ STERN Lucjan Mianowski 1933–2009 26 sierpnia–18 września Wozownia

>> >>4

WSZYSTKO, CO CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ O KINIE... Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Bydgoszczy oraz Never Seen in Bydgoszcz w ramach projektu Kinoteka zapraszają we wrześniu na projekcje filmowe mistrzów X Muzy. Po udanych pokazach sierpniowych przyszła pora na kolejne wielkie nazwiska ekranu. 2 września widzów hipnotyzować będzie wizjoner Andriej Tarkowski i jego głośne Solaris. 9 września do Rozmowy zachęci nas Francis Ford Coppola, a 16 do snu ukołysze Isabella Rossellini piosenką Blue Velvet. Neurotyczny świat Larsa von Triera i klaustrofobiczne miasteczko Dogville odwiedzimy natomiast 23 września. Warto zajrzeć też w dniach 28—30 września. Jest coś, co chcielibyście wiedzieć o kinie, ale baliście się o to zapytać? Z-Boczoną Historię Kina opowie Wam Slavoj Žižek, słoweński filozof i znawca X Muzy. Wrześniowe pokazy zakończy spotkanie z Michałem Chacińskim, dyrektorem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Kubą Mikurdą, doktorantem Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz członkiem redakcji „International Journal for Žižek Studies”. Polecam! ARBUZIA Kinoteka 2–30 września, godz. 21.00 Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna Bydgoszcz musli magazine


>>wydarzenia

WRZESIEŃ

LADY KATEE / FOT. MATERIAŁY PRASOWE

W MÓZGU

OSTATNIE PODRYGI LATA Lato powoli dobiega końca, a wraz z nim Letnie Pranie Mózgu. Ostatnia impreza z tego cyklu odbędzie się w piątek (2 września). Zgromadzoną w klubie publikę do tańca zagrzewać będzie kolektyw Foxhole 443. Jest to zgrana ekipa DJ-ów, producentów, grafików i promotorów, którzy postanowili zaszczepić zupełnie nowe podejście do utartego schematu imprez elektronicznych. Łącząc dźwięki z pogranicza dubstep, drum’n’bass, drumstep, glitch-hop, futur bass ze scratchem, tworzą niezwykle żywiołową i barwną mieszankę. Natomiast na Smokehouse Stage, czyli po prostu w palarni, zaprezentuje się bydgoski kompleks wizualno-DJ-ski The Title Complex. Dzień później — w ramach Muszlafest — klub Mózg proponuje specjalne after party, na którym wystąpi Brixton Company Sound System — idealna propozycja dla amatorów reggae, winylowych płyt i mocnych basów. 9 września odbędzie się koncert w ramach równie znanego cyklu „3moonboys presents”. Muzycy z tej bydgoskiej grupy zapraszają na scenę Mózgu kapele, które ich zdaniem wybijają się ponad artystyczną przeciętność. Tym razem wyłowili formację Friday Faces, której skład znany jest z wcześniejszego projektu Mehico. Artyści nagrali swój materiał w rodzimym bydgoskim studio u Jarka Hejmana, który będziemy mogli ocenić podczas tego koncertu. Niestety, do Bydgoszczy tego dnia nie dojedzie drugi z zaproszonych zespołów — Turnip Farm, dlatego muzycy z 3moonboys postanowili sami wejść na deski mózgowej sceny i zmierzyć się z nią po raz kolejny. 17 września na imprezie Deeper Than Deep Night swoje siły połączą Lady Katee, Reza oraz Eclipse, którzy zaprezentują gościom potęgę gatunku drum’n’bass oraz wszelkie ekspery-

menty z nim związane. Lady Katee to wokalistka i autorka tekstów, która od ponad 9 lat związana jest ze sceną klubową. Wspomaga swoim wokalem zarówno imprezy drum’n’bass, break beat, electro, downtempo, jak i indywidualnych producentów. Działa na wielu frontach muzycznych, ostatnio jednak pochłania ją projekt Little White Lies, współtworzony z gitarzystą Zbyszkiem Krencem. Reza i Eclipse to z kolei producenci z Gdańska. Reza jest reprezentantem jednej z największych wytwórni muzyki drum’n’ bass na świecie — Cylon Recordings, a Eclipse członkiem kolektywu Deeper Than Deep, znanym z dużej kreatywności w miksowaniu i selekcji. Zapowiada się zatem szalona noc! 24 września prawdziwa gratka dla fanów oryginalnego stylu Spiętego. Hubert Dobaczewski — wokalista i gitarzysta jednego z najlepszych zespołów alternatywnych Lao Che, zaśpiewa kawałki ze swojej solowej płyty Antyszanty. Jest to niezwykła opowieść utrzymana w szantowo-knajpianym klimacie, gdzie miejski folk łączy się z elektroniką, a wieloznaczne, na-

sączone morzem, erotyką i alkoholem teksty są równocześnie żartobliwe i tragiczne. Na koncertach Spięty występuje zawsze sam, obsługując wszystkie instrumenty (gitarę, banjo, instrumenty perkusyjne, efekty oraz automat perkusyjny). Usłyszeć go na żywo to prawdziwa przyjemność, tak więc nie zastanawiajcie się ani chwili! W Mózgu odbędą się również koncerty w ramach Bydgoskiego Kongresu Kultury. 28 września wystąpi Bydgoska Orkiestra Muzyki Współczesnej, a dzień później koncert muzyki improwizowanej dadzą: saksofonista Attila Dora, grający na flecie i instrumentach klawiszowych Tomasz Pawlicki oraz Sławek i Qba Janiccy (kontrabas i perkusja). Natomiast ostatniego dnia września coś dla miłośników nowych form multimedialnych, fotografii, grafiki, instalacji i sztuki performance, czyli spotkanie z cyklu Prezentacja Eksperyment Działanie. Do zobaczenia w Mózgu. AGNIESZKA BIELIŃSKA

>> Foxhole 443 2 września, godz. 22.00

MUSZLAFEST AFTER PARTY / Brixton Company Sound System 3 września, godz. 22.00

3moonboys / Friday Faces 9 września, godz. 21.00

DEEPER THAN DEEP NIGHT / Lady Katee + Reza & Eclipse 17 września, godz. 22.00

Spięty 24 września, godz. 21.00

Koncerty w ramach Bydgoskiego Kongresu Kultury: Bydgoska Orkiestra Muzyki Współczesnej Attila Dóra / Tomasz Pawlicki / Sławek Janicki / Qba Janicki Rafał Gorzycki / Patryk Węcławek / Wojciech Jachna 28–30 września, godz. 22.00 >>5


>>wydarzenia

3.09

3.09

6-27.09

PARK IM. WITOSA W BYDGOSZCZY

DWÓR ARTUSA

FOT. MATERIALY PRASOWE

BUNKIER

>> JAMAJKA W TORUNIU

Reggae, głównie za sprawą komercyjnego sukcesu Kamila Bednarka, można ostatnio usłyszeć w największych rozgłośniach radiowych. W naszym kraju nie brakuje miłośników jamajskich rytmów, czego dowodzą tłumy na festiwalach reggae (jak chociażby na największym z nich w Ostródzie). Nie każdy jednak wie, że reggae dotarło do Polski już w 1965 roku za sprawą zespołu wokalnego Ali Babki i instrumentalnej grupy Tajfuny, a tytuł piosenki brzmiał W rytmach Jamajca Ska. Natomiast jednym z pierwszych bandów w naszym kraju, w którego repertuarze rozbrzmiewała muzyka reggae na początku lat 70. był zespół Homo Homini. Właśnie polskim, nie zawsze znanym kawałkom reggae poświęcona będzie impreza POLISZZZ REGGAE, która 3 września odbędzie się w klubie Bunkier. W podróż po krainie polskich jamajskich rytmów — zarówno tych sprzed kilku dekad, jak i tych dzisiejszych — zabiorą nas Feel Like Jumping Sound System i ich goście. A zapewniam Was, że jest czego posłuchać. (AB) POLISZZZ REGGAE 3 września, godz. 21.00 / Bunkier

>>6

MUZYCZNIE W MUSZLI

Muszla Fest to jedna z nielicznych okazji, podczas których usłyszeć możemy najciekawsze kapele z naszego regionu. Już 3 września na deskach Muszli Koncertowej w Parku Witosa zaprezentują się formacje, które z pewnością warto bliżej poznać. Pierwsza z nich to Arytmia. Jedyna formacja tegorocznej edycji, w której występuje pierwiastek żeński. Wbrew obiegowym opiniom w stylistyce rockowej (czy wręcz metalowej) kobiecy głos potrafi doskonale się odnaleźć. Druga grupa to metal-rockowy kwartet Nihil Quest, który zdążył już wyrobić sobie markę, głównie dzięki charyzmatycznemu wokaliście. Disparates to gość reprezentujący Toruń. Zespół jest ciekawym przykładem spojrzenia na muzykę. Akordeon, waltornia i trąbka uzupełniają klasyczne instrumentarium rockowe, powodując, że ich twórczość to wyszukane połączenie niebanalnych dźwięków — podanych w prawdziwie artystyczny sposób. Koncert kontynuować będzie zespół The Cuffs. Połączone siły muzyków pochodzących z Kujaw, Warmii oraz Mazowsza są kompilacją dość wybuchową. Zjawiskowość

tej formacji polega na absolutnym braku kompromisów, co zdecydowanie przemawia na jej korzyść. Przedostatnim zespołem prezentującym swoje możliwości na deskach Muszli Koncertowej będzie bydgoski None. Rzadko który band już na początku działalności wzbudza tak silne emocje. Przede wszystkim wysoki techniczny poziom, z którego wystartowali, szlify zdobywane na koncertach u boku takich tuzów jak Acid Drinkers i doskonale wyprodukowane płyty powodują, że do dnia dzisiejszego None obok Chainsaw i Mortis Dei jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych bydgoskich grup metalowych w Polsce. Tegoroczny Muszla Fest zakończy występ formacji Miasto — dobrze zapowiadającej się grupy, która jak na razie jest doceniana w wąskim gronie punkowego undergroundu. Miejmy nadzieję, że już niedługo. (AB) Muszla Fest 3 września, godz. 16.00 Park Witosa / Bydgoszcz

W POSZUKIWANIU KSZTAŁTÓW Centrum Kultury Dwór Artusa zaprasza na wernisaż wystawy Magdy Węgrzyn „Poza Płaszczyznę Obrazu”. Artystka ukończyła Wydział Sztuk Pięknych UMK ze specjalizacją malarstwo i witraż, jest także stypendystką Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego, Prezesa Rady Ministrów i Ministra Kultury i Sztuki. Jej prace zachwyciły już entuzjastów sztuki w Palermo i Bolonii, teraz mamy znakomitą okazję obejrzeć je w Toruniu (chociaż nie po raz pierwszy!). Co kryje się w tytule wystawy, którą niebawem zobaczymy w Dworze Artusa? „Obrazy są próbą znalezienia kształtów, jakie nie występują w przyrodzie — mówi Magda Węgrzyn — Odbiorcom zapewne gdzieś kojarzą się formy podobne, w przyrodzie zaobserwowane, nie są one jednak niczym, co istnieje realnie. Istnieją jedynie na płaszczyźnie obrazu. A jednocześnie te wymyślone formy chcą stać się częścią świata rzeczywistego, dlatego wyrywają się poza obraz”. Czy potrzeba Wam większej zachęty? Mnie nie. Wystawa zapowiada się znakomicie. Gorąco polecam! ARBUZIA Poza Płaszczyznę Obrazu / wystawa prac Magdy Węgrzyn 6–27 września / Dwór Artusa

musli magazine


>>wydarzenia GALERIA AUTORSKA

7.09

RYSZARD WIETECKI / ZNALEZISKO IV (2010)

LIZARD KING

14.09

LIZARD KING

LIZARD KING FESTIVAL 2011 Wrzesień to ostatni miesiąc zmagań półfinału Lizard King Festival. W dniach 7 i 14 września w toruńskiej filii klubu odbędą się już 4. i 5. tura przesłuchań. Zwycięzcy zagrają finałowy koncert w Krakowie w ostatni dzień miesiąca. Zanim to jednak nastąpi, w Toruniu w dwie kolejne środy będziemy mogli posłuchać występów kandydatów. Na początek (7 września) muzyczne uniesienia zostaną nam zaserwowane przez dwa mocne zespoły — Yesternight i NoXX. O grupie Yesternight bynajmniej nie słyszę po raz pierwszy. Moja szacowna kuzynka uczestniczyła w próbie tego zespołu w charakterze przypadkowego słuchacza. Mało powiedzieć, że urwało jej co nieco. A że nie jest to osoba, którą łatwo oczarować byle czym, doszłam do wniosku, że może warto bliżej przyjrzeć się, a raczej przysłuchać temu, co mają do zaprezentowania panowie z Yesternight. Powiem tyle — warto. Jak można przeczytać na stronie zespołu: „Yesternight to: sposób na refleksję i chwilę oddechu, osobliwy pejzaż i próba ukazania go w kolorach nocy, przede wszystkim melodia i przestrzeń”. Może i ten pejzaż to lekka przesada,

jednak muzyka Yesternight zaiste jest wyjątkowa. Wiem, że już tak grano, ale czy w Bydgoszczy? W 2009 roku grupa w pełnym składzie rozpoczęła pracę nad własnymi kompozycjami, co zaowocowało nagraniem materiału demo. Przed wejściem do studia zrodził się również pomysł na nazwę — Yesternight. Kolejnym zespołem, który zagra w tym dniu, jest formacja NoXX. To, że jej członkowie mogliby być moimi prawnukami, nie odbiera im prawa do tworzenia niezłej muzyki. Zespół powstał w 2007 roku w Ostródzie, a obecny skład wyklarował się wiosną 2010. Co gra NoXX? Muzykę oscylującą wokół szeroko pojętego rocka, z wieloma wpływami — od Foo Fighters, przez Muse i Alter Bridge, aż do Lamb of God czy Asking Alexandria. Ci młodzi ludzie (gdybym ja miała 17 lat…) zdążyli już zaprezentować się z najlepszej strony. Na koncie mają nagrody na takich imprezach jak Festiwal Form Muzycznych we Wrocławiu, Rykoźisko w Kadzidle, Rock May w Skierniewicach czy Rock na Zamku w Szydłowcu. Wystarczy powiedzieć: „Daj im szansę!”. Drugie wejście wrześniowych przesłuchań to kolejna środa miesiąca (14 września). Organizatorzy zamierzają utrzymać wysoki poziom imprezy, co bez

wątpienia musi się udać, jeżeli zaprasza się taki zespół jak Soima. Początki grupy sięgają 2005 roku, kiedy to trójka toruńskich muzyków, tworząca zespół Noseblind, spotkała wokalistę Przemka Zubowicza. W roku 2008 do składu dołączył Michał, który — jak mówią sami członkowie Soimy — okazał się brakującym ogniwem projektu. O tej formacji słyszałam wcześniej, jednak na żywo przyszło mi ich usłyszeć dopiero podczas przeglądu KATAR 2009, gdzie zespół wywalczył Grand Prix. Szczerze mówiąc — zasłużenie. Tego samego dnia na scenę Lizard King wkroczy również grupa SoRay. Zespół powstał w 2010 roku. Ich muzyka to ciekawa mieszanka rocka, jazzu i hip-hopu. Warto wspomnieć, że formacja dwa tygodnie po narodzinach zdobyła I miejsce na Rejonowym Przeglądzie Muzycznym „Struna”, a także nagrodę specjalną Witolda Świątka dla Dawida Krzyżewskiego, wokalisty grupy.

JAK SŁOWO, TO TYLKO PRAWDZIWE Jeśli szukacie poety, który nie znosi gadulstwa (bo ma świadomość tego, że przelane na papier słowo powinno być najpierw dobrze przemyślane, a każdy kolejny tomik wierszy jest jak suma przeżyć, myśli i refleksji), to koniecznie wybierzcie się 8 września do Galerii Autorskiej na spotkanie z Robertem Mielhorskim — historykiem literatury, poetą, krytykiem literackim, prozaikiem, profesorem nadzwyczajnym UKW, członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i PEN Clubu. Poeta promować będzie swój najnowszy tom poezji pt. Poszczególność. Jest to szósta książka poetycka Roberta Mielhorskiego, który — jak sam mówi — jest w połowie drogi, bo odpowiedzialny za słowo artysta nie potrzebuje w swym życiu publikować więcej niż 10—15 tomików poezji. Dwa tygodnie później za sprawą wystawy pt. „Znaleziska z przyszłości — dokumentacja” będzie można spróbować rozszyfrować świat Ryszarda Wieteckiego. Jak zauważa Jacek Soliński, współtwórca Galerii Autorskiej, twórczość malarska Ryszarda Wieteckiego jest niczym kosmologiczna opowieść zapisywana w języku znaków, gdzie przyszłość i przeszłość przestają być klarowne, bo przyglądamy się śladom rzeczywistości trudnej do odgadnięcia.

>> ANIAL

Lizard King Festival 2011 7 i 14 września / Lizard King

>>7


>>wydarzenia

8.09

8.09

LIZARD KING

ROBERT MIELHORSKI / FOT. GRZEGORZ KARGOL

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

NRD

Obrazy są jak obszar tajemnicy do odgadnięcia, a może bardziej do zrozumienia, bo odnajdujemy system znaków wykreowanych przez artystę, który albo będziemy potrafili odczytać, albo jego treści pozostaną dla nas w sferze tabu… Tego samego wieczoru aktor Teatru Polskiego Mieczysław Franaszek zaprezentuje nam wiersze goszczącego w galerii Wojciecha Banacha. Bydgoski poeta, który w plebiscycie „Gazety Wyborczej” został wybrany Artystą Roku 2002 w kategorii literatura, z ironią i dystansem spogląda na otaczającą go rzeczywistość. Jarosław Jakubowski, poeta, prozaik, dramaturg i dziennikarz, o twórczości Wojciecha Banacha napisał: „Zwykło się klasyfikować twórczość bydgoszczanina jako pogłos Nowej Fali, poezję społecznego zaangażowania. Jeśli tak, to musimy zastrzec, że jest to zaangażowanie nie tyle po stronie tej czy innej wspólnoty (od tych poeta raczej stroni), co po stronie człowieka rzuconego na arenę przemian społeczno-ekonomicznych, po której grasują głodne lwy kapitalizmu”.(JT)

SCENA ZAPŁONIE To wydarzenie w klubie Lizard King zostało okrzyknięte mianem koncertu miesiąca. Nie bez powodu, ponieważ już we wrześniu toruńska publiczność będzie miała okazję uczestniczyć w prawdziwej muzycznej uczcie. Panie, Panowie — zapraszamy na koncert The Car Is On Fire. Jeżeli ktoś wcześniej nie słyszał o tej grupie, zdecydowanie powinien nadrobić zaległości, szczególnie że będzie ku temu doskonała okazja już 8 września. The Car Is On Fire to jedna z najbardziej utytułowanych formacji w Polsce, dodatkowo szczególnie ceniona za granicą. W ciągu dziewięciu lat działalności The Car Is On Fire z wielkim uznaniem spotkała się zarówno muzyka zespołu (wystarczy wspomnieć o tym, że produkcja grupy zdobyła zaszczytny tytuł albumu roku według radiowej Trójki czy tygodnika „Przekrój”, na koncie formacji jest również Fryderyk), jak i same klipy, które wyróżniono podczas festiwalu Yach Film. Okazało się, że muzyka zespołu The Car Is On Fire przypadła do gustu również zagranicznym słuchaczom. Band grał nie tylko na krajowych gigantach typu Heineken Open’er Festival, Coke Live Music

>> Poszczególność / spotkanie poetyckie z Robertem Mielhorskim 8 września, godz. 18.00

Znaleziska z przyszłości – dokumentacja / wystawa prac Ryszarda Wieteckiego Czynności niezbędne / spotkanie poetyckie z Wojciechem Banachem 22 września, godz. 18.00 Galeria Autorska >>8

Festival, ale wystąpił także na niemieckiej La Pampa czy najważniejszym wydarzeniu muzycznym Europy — brytyjskim Glastonbury Festival. W tym roku koncertował już w Manchesterze i Barcelonie, był też gwiazdą Off Festival. The Car Is On Fire znalazł receptę na zdobycie uznania fanów w całej Europie dzięki sprytnemu połączeniu rocka z mocną domieszką elektroniki i tanecznych beatów. Na tym jednak zespół nie zamierza poprzestać. Swoją trzecią płytę — Ombarrops — grupa nagrała w Chicago pod okiem legendy sceny postrockowej, lidera grupy Tortoise Johna McEntire’a, oraz producenta takich projektów jak Stereolab czy Broken Social Scene. Ten album, jak i dwa poprzednie, został wydany także w Japonii, gdzie The Car Is On Fire odbył jedną ze swoich tras koncertowych. Albumy grupy — w coraz powszechniejszej formie cyfrowej — są też sprzedawane w Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA. Nie wypada więc nie skorzystać z okazji, kiedy pojawia się możliwość posłuchania formacji na żywo. Lizard King zaprasza!

JAM SESSION Z KOMPUTEREM I MIKROFONEM Jam Session w klubie NRD w Toruniu jest imprezą cykliczną. Hasło „Instrument masz przychodzisz i grasz to masz” przyświecało już niejednemu muzykowaniu przy ulicy Browarnej. Tym razem gościem specjalnym będzie ktoś, kto słynie z umiejętności śpiewania i grania na kilku instrumentach (i to nawet od tyłu), o czym Polska mogła się przekonać, oglądając program Szymona Majewskiego. CeZik, bo rzecz jasna o nim mowa, nazywa się Cezary Nowak, urodził się w Gliwicach i pomimo iż aktualnie udziela się jako gitarzysta i wokalista zespołu Hadrony, wciąż czerpie pełnymi garściami z tego, co mu natura dała. Z pomocą komputera i podłączonego doń mikrofonu tworzy a cappella zarówno własne kompozycje (takie jak Forfiter Blues), jak i covery, głównie polskich artystów. To, co robi CeZik, szybko ląduje w internecie, a tam w podobnym tempie staje się hitem. Jam Session z jego udziałem jest niewątpliwą gratką dla wszystkich lubiących działalność tego muzyka. Wspólne improwizowanie w NRD odbędzie się 8 września o godzinie 21.00. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

ANIAL The Car Is On Fire 8 września / Lizard King

CeZik 8 września, godz. 21.00 NRD musli magazine


>>wydarzenia

9.09

ESTRADA

MROCZNIE W ESTRADZIE Fani cięższych brzmień z niecierpliwością czekają na wrześniowy koncert zespołu Bulldozer. Włoski zespół, założony w 1980 roku przez basistę Dario Carria i gitarzystę Andy’ego Panigada, to prawdziwa legenda speed/black metalu. Muzycy w ramach trasy „Blasphemers’ Campaign 2011” do wspólnego grania zaprosili zespoły Azarath, Witchmaster oraz Deus Mortem. Azarath to polska grupa ze znacznie mniejszym stażem, która wykonuje muzykę z pogranicza black i death metalu. Powstała w 1998 roku w Tczewie, początkowo działając pod nazwą Anima Vilis. Formacji przewodzi perkusista Zbigniew „Inferno” Promiński, który pozostaje jedynym członkiem oryginalnego składu. Ze strony Azarath możemy spodziewać się specjalnej scenografii oraz setu składającego się głównie z utworów z najnowszej płyty oraz z Diabolic Impious Evil i Demon Seed. Witchmaster również nie stroni od mocnych dźwięków. Muzycy specjalizują się w thrash i black metalu. Jak twierdzą sami artyści, grupa powstała w Noc Walpurgii w 1996 roku w Zielonej Górze. Najmłodsza w tym gronie kapela Deus Mortem będzie promowała swoją debiutancką EP-kę. Z pewnością (AB) będzie ostro! Blasphemers’ Campaign 2011 9 września, godz. 19.00 / Estrada

PREMIERA

10.09

10.09

TEATR IM.W. HORZYCY

DZIADY. TRANSFORMACJE Mickiewiczowskie Dziady — wspaniałe romantyczne dzieło obarczone historią jego wielkich wystawień Teatr im. Wilama Horzycy wprowadza na małą scenę, na której spróbuje spojrzeć na klasyczny tekst nieco inaczej: „bez odtwarzania zapisanej w nim fabuły, bez ustawowego bogobojnego podejścia do dzieła wieszcza” — tak o przygotowaniach do pokazu przedpremierowego mówi autor adaptacji i dramaturg Jakub Roszkowski. „Spróbujmy tekstem Dziadów opisać naszą współczesną rzeczywistość. Zobaczmy bardzo ostry i gorzki portret Polaków, którzy pomimo pokoju, ciągle toczą wojny; którzy mimo odzyskania wolności, cały czas hodują więzienia we własnych głowach”. Dziady pisane na pięciu aktorów, kameralne — to wręcz osobista próba reżyserska Jacka Jabrzyka, dla którego przenoszenie klasyki na deski teatru nie jest niczym nowym. W podziemiach Łaźni Nowej mierzył się z Szekspirem i jego Snem nocy letniej. Asystował w spektaklach Pawła Miśkiewicza i Wojtka Smarzowskiego w Starym Teatrze w Krakowie, a w jego debiu-

NRD

cie Drugi upadek albo Godot akt III Sylviane Dupuis na scenie Wyspiańskiego w PWST w Krakowie w głównych rolach pojawili się Jerzy Stuhr i Jerzy Trela. Czym zaskoczy nas Jabrzyk? Czym zadziwi lub zniechęci? Po ostatniej adaptacji Dziadów. Performance Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy czy goszczącej na Festiwalu Debiutantów Zemście Teatru Dramatycznego z Wałbrzycha można spodziewać się wielu skrajnych reakcji widzów i krytyków na podszarpywanie rodzimej klasyki. W spektaklu zobaczymy Jarosława Felczykowskiego, Radosława Garncarka, Łukasza Ignasińskiego, Tomasza Mycana i Pawła Tchórzelskiego.

IMPREZA TRZYGWIADKOWA Rasmentalism właśnie wydał (ponownie własnym sumptem) trzecią studyjną płytę, której nadał tytuł Hotel trzygwiazdkowy. Rok 2011 jest też tym, w którym wytwórnia Junoumi Records wydała wosk Rasmentalism EP. Jest więc to dobra okazja, by ruszyć w trasę. Dwa poprzednie CD: Dobra muzyka, ładne życie (2008) i Duże rzeczy cieszyły się sporym uznaniem słuchaczy. Doceniono wówczas ich pozytywny vibe i niebanalną świeżość. Zespół obiecał, że pomimo iż trasa koncertowa ma promować Hotel trzygwiazdkowy, podczas występów usłyszeć będzie można także starsze utwory. Formację Rasmentalism tworzy trzech panów: Ras, Ment oraz DJ DBT. Każdy z nich jest — jak sami twierdzą — miłośnikiem dobrej muzyki i ładnego (łatwego) życia. Po koncercie przewidziano after party, na którym swoje sety zaprezentują Ment XXL & DJ DBT oraz toruński DJ Greek.

>> ARKADIUSZ STERN

Dziady. Transformacje / Adam Mickiewicz reż. Jacek Jabrzyk premiera 10 września Teatr im. W. Horzycy

GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

Rasmentalism 10 września, godz. 20.00 NRD

>>9


>>wydarzenia

13.09

od 16.09

LIZARD KING

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

BWA

XANADU Z DEBIUTANCKĄ PŁYTĄ 13 września w klubie Lizard King wystąpi zespół Xanadu. Pretekstem do zorganizowania koncertu jest premiera ich debiutanckiego albumu The Last Sunrise, wydanego przez amerykańską wytwórnię ProgRock Records. Występ poprzedzi support Alheny. Oficjalnie Xanadu powołany został do życia w maju 2008 roku przez kilku lokalnych muzyków. Należy jednak nadmienić, że powstał na bazie znanej w latach 90. grupy o tej samej nazwie. Skąd to nawiązanie? Oba te składy łączy postać perkusisty — Huberta Murawskiego. Dzisiejsze Xanadu to grupa muzyków czujących potrzebę grania ambitnej, przestrzennej muzyki z nutką melancholii, ale i rockowym pazurem. Jak mówią sami członkowie zespołu, w swojej twórczości prezentują osobiste fascynacje muzyczne, scalają je i nadają swojej muzyce uniwersalny przekaz. Do momentu nagrania materiału promocyjnego w obecnym składzie (Violent Dream — lato 2010) zespół pracował nad swoim brzmieniem i kompozycjami, krystalizując jednocześnie swój skład.

10 czerwca 2011 roku zespół podpisał kontrakt z amerykańską wytwórnią ProgRock Records. Album The Last Sunrise będzie dostępny w sklepach muzycznych na całym świecie oraz za pośrednictwem internetu. W trakcie koncertu w klubie Lizard King będzie można nabyć płytę w promocyjnej cenie 30 zł (później 35 zł). ANIAL Xanadu / Alhena 13 września Lizard King

>> >>10

JESIENIĄ BĘDZIE NIEPOKORNIE Wrzesień w Galerii Miejskiej bwa będzie obfitował w wiele wydarzeń artystycznych, w których warto wziąć udział. Na początek coś dla miłośników ambitnego kina, czyli pokaz filmów z udziałem reżysera. Czy jest możliwe, by zrezygnować z zajęcia, które jest życiową pasją, tylko dlatego, że nasze ciało z wiekiem odmawia posłuszeństwa? Do odpowiedzi na to pytanie Marcin Koszałka w swym filmowym dokumencie pt. Deklaracja nieśmiertelności będzie próbował sprowokować Piotra „Szalonego” Korczaka, jednego z najlepszych alpinistów. Ten przejmujący obraz w zeszłym roku został nagrodzony przez publiczność na Krakowskim Festiwalu Filmowym, a w tym roku doceniono go w Chicago (MFF — Srebrny Hugo w kategorii najlepszy film dokumentalny) i Trento (MFF — nagroda główna Srebrna Gencjana za najlepszy wkład artystyczno-techniczny). Zaledwie dwa dni później będzie okazja, by spotkać się w galerii z Andrzejem Fidykiem, który w Seulu poznał reżysera teatralnego — uciekiniera z jednego z północnokoreańskich obozów koncentracyjnych. Andrzejowi Fidykowi udało się namówić Koreańczyka, by wraz

z siedmioma byłymi więźniami zrealizować spektakl o życiu w obozie — tak powstał dokument Yodok Stories, ukazujący okrutne oblicze totalitarnej Korei Północnej. Ta dokumentalna opowieść została nagrodzona w 2008 roku w Warszawie na Festiwalu Filmowym „Planete Doc Review” (nagroda jury młodzieżowego), a także podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Jerozolimie w 2009 roku (nagroda główna w kategorii In the Spirit of Freedom) oraz w Los Angeles podczas Polish Film Festiwal 2010 (Hollywood Eagle Documentary Award). Między jednym a drugim pokazem filmowym w ramach Bydgoskiej Niepokornej Jesieni będzie też okazja do zwiedzenia ciekawie zapowiadających się wystaw — „Wally Pfister. Fotografia” oraz „Disconnected Images / Rozłączone obrazy”, poprzez które studenci i absolwenci fotografii w PWSFTviT (łącznie zaprezentuje swoje prace 21 autorów) w krytyczny sposób ukazują m.in., czym jest dziś obraz fotograficznym, jakim podlega przewartościowaniom i jak w związku z tym bawią się konwencjami młodzi twórcy. Natomiast pod koniec września Galeria zaprasza na wernisaż Ireneusza Kopacza pt. „Struktury i collage”, który musli magazine


>>wydarzenia od 16.09

ZAMROŻONE W RUCHU Obok prac Mianowskiego w Wozowni zobaczymy także wystawę fotografii Ani Lucid — „Feminine”, pokazywaną w ramach projektu „Debiuty”, w którym prezentowani są młodzi polscy artyści wkraczający dopiero na rynek sztuki. Pochodząca z Gdańska Ania Lucid jest absolwentką Wydziału Sztuk Pięknych i Szkoły Filmowej w Łodzi oraz zwyciężczynią konkursu Viva Foto Awards w kategorii Portret. W swych pracach artystka zakłada odmitologizowanie intymnych portretów kobiecych, a jej fotografie nie są portretami konkretnych kobiet. Raczej jest to próba zaprezentowania kobiecości codziennej, powszedniej i intymnej, stojącej w opozycji do archetypu współczesnej bogini propagowanej przez media, reklamę i fotografie mody. Fotografując kobiety w codziennych sytuacjach i wybierając kadry niemożliwe do zarejestrowania przez ludzkie oko, artystka skupia się głównie na powtarzalnych

>> (JT)

Deklaracja nieśmiertelności / reż. Marcin Koszałka 16 września, godz. 18.00

kontekstach — wykonywanych codziennie, zamrożonych w ruchu. Tę wystawę polecamy nie tylko miłośnikom pięknych kobiet, ale lubiącym także eksperymentowanie w fotografii i poddawanie jej szerokiej obróbce dla dezintegracji obrazu. Prezentacji pięknych zdjęć Ani Lucid towarzyszyć będzie także wystawa Michała Moravcika, będąca trzecią w cyklu „Laboratorium sztuki”. Słowacki artysta skoncentrowany jest w tym roku na operacjach związanych ze skalą w sztuce, w szczególności takich, które oparte są na miniaturyzacji. Moravcik w pracy, którą zaprezentuje w Wozowni podejmie problem relacji własnego ciała z zastaną przestrzenią wystawienniczą. Rozmiar ciała stanie się wartością modelową narzucającą sposób przekształcania przestrzeni. ARKADIUSZ STERN Projekt Debiuty / Feminine / Ania Lucid Laboratorium Sztuki 2011. Wielkie mi rzeczy! / Michał Moravcik 16 września–9 października / Wozownia FOT. ANIA LUCID

jest niejako nagrodą dla artysty za zajęcie I miejsca w drugiej edycji POLYGONUM. Jak zauważa w katalogu wystawy prof. Lech Wolski, Ireneusz Kopacz posługuje się w swych pracach językiem kolażu — wplata w swoją twórczość wydarzenia współczesnej kultury postmodernistycznej poprzez: cytat, rozróżnienie, przypomnienie ważnych faktów i znanych geograficznie/turystycznie miejsc, dzięki czemu obraz istnieje na granicy materialności i duchowości. Artysta odwołuje się też do naukowych osiągnięć ludzkości, a także globalistycznych tendencji. Współczesna tematyka obrazów nie jest jednak agresywnym komentarzem, do jakiego przyzwyczaiły nas już telewizja czy prasa, tu bowiem odbiór wymaga wrażliwości, bo tylko ona pozwala odkryć w świecie prawdziwe wartości.

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

DISCONNECTED IMAGES: BARTŁOMIEJ TAALAGA / JAKUB KARWOWSKI / JOLA SKÓRA

WOZOWNIA

YODOK STORIES / reż. Andrzej Fidyk 18 września, godz. 19.30

Wally Pfister. Fotografia oraz Disconnected Images / Rozłączone obrazy wernisaż 17 września, godz. 16.00 (wystawy czynne do 16 października)

Struktury i collage / Ireneusz Kopacz wernisaż 23 września, godz. 18.00 (wystawa czynna do 6 listopada) BWA >>11


>>wydarzenia COLLEGIUM COPERNICANUM BYDGOSZCZ

NRD

17.09 BAJ POMORSKI

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

WOZOWNIA

PREMIERA

17.09

17.09

od 16.09

STAN ZAGROŻENIA JAKUBOWSKIEJ Od 16 września Galeria Sztuki Wozownia udostępni zwiedzającym trzy nowe wystawy. Na szczególną uwagę zasługuje prezentacja prac Teresy Jakubowskiej — jednej z najwybitniejszych graficzek polskich. Artystka w 1953 roku ukończyła Wydział Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, w latach 1958—1969 związana była z Grupą Toruńską, jest także członkinią Międzynarodowego Stowarzyszenia Drzeworytników XYLON. Wystawiała w kraju i za granicą, m.in. w 1963 roku wraz z Józefem Gielniakiem reprezentowała Polskę na paryskim Biennale Sztuki Młodych. Teresa Jakubowska uprawia grafikę artystyczną i rysunek satyryczny — tematem jej linorytów i drzeworytów najczęściej jest człowiek, sprawy ponadczasowe, zakodowane w znaku graficznym, który pozostawia odbiorcy możliwość subiektywnego odczytu. Wystawa w Wozowni obejmuje grafikę, wydruki i matryce, a tematyka tych prac w mniejszym lub większym stopniu wiąże się z zagadnieniem wielorako rozumianego zagrożenia.

BĘDZIE GŁOŚNO 17 września w klubie NRD królować będą rytmy ragga jungle, dubstep oraz drum’n’bass. Szalony skład TRACK NUMBA1 zaprasza na drugą edycję imprezy GŁOŚNIK, podczas której oprócz gospodarzy zagrają także DJ-e, wielbiciele elektronicznych brzmień i organizatorzy wielu ciekawych wydarzeń w naszym regionie — The Compress Jah (Fuckhate & Cook/e) oraz goście z Bydgoszczy — weteran Halle i młody producent In Deed. Halle porusza się gdzieś między drum’n’bass, trance, chillout i tym, co można nazwać zimnym cyfrowym dźwiękiem. Do jego największych osiągnięć należą: występ na Święcie Flagi Polskiej, set u boku Smukalskiego Gryzzli (elektro perkusja) oraz doskonałe show na czeskim festiwalu Techno Addict. Natomiast In Deed to DJ i bardzo obiecujący producent zajmujący się mieszaniem wszelkich gatunków z d’n’b. GŁÓŚNIK II będzie nie tylko ucztą dla ucha, ale również dla oka. Dodatkowe show wraz z wizualizacjami zaprezentuje tej nocy grupa EbebuoBabue. W swojej twórczości wykorzystują doświadczenie zdobyte m.in. w branży postprodukcji filmowej oraz grafiki komputerowej. (AB)

>> ARKADIUSZ STERN

Stan zagrożenia / Teresa Jakubowska 16 września–9 października Wozownia

GRAJĄ KOMEDĘ 17 września w Bydgoszczy odbędzie się niezwykły koncert „Komeda — muzyczne inspiracje”. Fenomenalne kompozycje Krzysztofa Komedy usłyszymy w interpretacji Andrzej Jagodziński Trio, w składzie: Andrzej Jagodziński (fortepian), Adam Cegielski (kontrabas), Czesław Bartkowski (perkusja) i Agnieszka Wilczyńska (śpiew). Wspierać ich będzie bydgoska formacja Barock Quartet. Co usłyszymy? Standardy jazzowe i ukochane przez kinofili tematy filmowe, między innymi Moją balladę, piosenkę Ja nie chcę spać i przepiękną kołysankę Rosemery’s Baby. O stronę wizualną zatroszczy się bydgoski grafik Adam Kruk. Polecam! ARBUZIA Komeda – muzyczne inspiracje 17 września, godz. 18.00 Sala koncertowa Collegium Copernicanum Bydgoszcz

Teatr „Baj Pomorski” mocnym akcent września na scenę wkroczy Szekspirow wa Lisowskiego. Odczytanie tragedii p widzom spojrzeć i wejść głębiej w krę domości i nieświadomości. Przewodni będzie Trickman, dodatkowo organizu czas przypominający widzom o jej ist O scenografię przedstawienia zadbał skorzystał z wcześniejszych dokonań go. Muzykę zaś napisał Piotr Nazaruk, zycje piosenkami Ty człowiek jesteś z stan Kazika Staszewskiego. Tym moty spektakl, kiedy aktorzy pytają widzów że Boga nie ma?”. Najpierw zajrzyjmy poszukamy później.

GŁOŚNIK II 17 września, godz. 21.00 NRD

>>12

musli magazine


>>wydarzenia

Światy Makbeta

23.09

22.09 DWÓR ARTUSA

SOLEC WARSZAWA

JAK DOBRZE SPRZEDAĆ KOBIETĘ?

tem rozpoczyna nowy sezon — już 17 wski Makbet w interpretacji Zbigniepoprzez Jungowskie teorie pozwoli ęgi ludzkiej świadomości, podświaikiem w tej swoistej wędrówce ujący teatralną rzeczywistość i cały tnieniu. Pavel Hubička, który w swojej pracy Hieronima Boscha i Salvadora Dale, ubarwiający swoje mocne kompozespołu Lao Che oraz Nie żyję ponad ywem notabene rozpoczyna się cały w: „Co poczniecie, jeśli okaże się, y do toruńskiej szafy, odpowiedzi (SY) Makbet / William Szekspir reż. Zbigniew Lisowski premiera 17 września, godz. 18.00 Teatr „Baj Pomorski”

WSPIERAMY NASZYCH!

To już kolejna odsłona czwartkowych spotkań z filozofią. Tym razem filozofki Aleksandra Derra i Ewa Bińczyk spróbują odpowiedzieć na pytanie: „Jak dobrze sprzedać kobietę?”. Co się za nim kryje? Problem kobiecości w filozofii i polityce. Wykład przywoła ważne słowa — kobiecość, męskość, seksualność, cielesność — nie tylko dla świata naukowego i politycznego, ale także, a może nawet przede wszystkim, dla osobistej rzeczywistości ludzkiej. W tym wymiarze przestają one być jedynie głośnymi hasłami i przyczynkiem do ożywionej dyskusji, a stają się pytaniami fundamentalnymi. Jak deklarują twórczynie wykładu i jak możemy przeczytać na stronie CK Dwór Artusa: „Wykład koncentruje się przede wszystkim na problemie uwikłania kobiecości w zjawiska utowarowienia i komercjalizacji. Posługując się licznymi przykładami, także lokalnie usytuowanymi, chcemy pokazać, jak filozoficzne koncepcje feministyczne mogą przysłużyć się wypracowaniu sprawiedliwszej i bardziej wrażliwej polityki społecznej”. Obecność — bez wątpienia — obowiązkowa! ARBUZIA

O projekcie Zwykłe Życie pisaliśmy w grudniu zeszłego roku. Jego twórczyniami są nasze koleżanki (stąd!) — Agata Napiórska i Marta Mach. Przypomnijmy, że inicjatywa powstała z wrażliwości na rzeczywistość, a ich blog ma niezwykłą wartość z perspektywy dokumentalnej. Założenie jest proste — bohaterami są zwykli ludzie, i właśnie w tym tkwi niezwykłość projektu, który przywodzi na myśl znakomitą szkołę polskiego dokumentu filmowego, ze Szkołą Karabasza na czele. Blog ma stałe grono entuzjastów, które nieustannie rozrasta się i puchnie. Jednym z ulubionych działów Zwykłego Życia jest Gumowe Ucho. To zasłyszane w przestrzeni miejskiej rozmowy przeniesione na papier przez kilkunastu młodych i utalentowanych rysowników. Kto znalazł się w tym znakomitym gronie? Naturalnie nie zabrakło ekipy z naszego województwa, czyli Mileny Milak i Tomka Milewskiego! Wspierają ich: Resko, Ada Buchholc, Karolina Kotowska, Natalia Stachura, Aga Jagustyn, Emilia Bartkowska, Isabela Polarny, Ola Niepsuj, Aga Szczepaniak, Maks Anda-

ła, Tomek Minkiewicz, Łukasz Hajduk, Tomek Libiszowski, Talkseek i Pencil Wolf. 23 września w kawiarni Solec na warszawskim Powiślu pod patronatem medialnym „Musli Magazine” odbędzie się wernisaż wystawy prac cyklu Gumowe Ucho oraz... potańcówka! O wrażenia muzyczne zadba kolektyw The LoveLab. Śmigajcie do Warszawy!

>>

Jak dobrze sprzedać kobietę? Czwartki z filozofią 22 września, godz. 18.30 Dwór Artusa / Kafeteria Struna Światła

ARBUZIA

Gumowe Ucho 23 września, godz. 20.00 Solec / Warszawa

>>13


>>wydarzenia

23.09

od

29.09

28.09

AKADEMICKA PRZESTRZEŃ KULTURALNA

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

FOT. MATERIAŁY ORGANIZATORA

BYDGOSKI KONGRES KULTURY

CSW

ZŁOTE WŁOSY MAŁGORZATY Krystyna Piotrowska w roku 1972 ukończyła Wydział Architektury Wnętrz krakowskiej ASP, w latach 1972—1975 studiowała na Wydziale Grafiki PWSSP w Poznaniu, natomiast w latach 1985—1990 w Grafik Skolan Forum Malmö. Swoje prace prezentowała w Polsce, Szwecji, a także w Paryżu i Hamburgu. Wystawa Krystyny Piotrowskiej w toruńskim CSW będzie jej pierwszą tak dużą ekspozycją, ukazującą dialog pomiędzy pracami aktualnymi a tymi z okresu wcześniejszego. Piotrowska, uprzednio pracująca przede wszystkim w technikach graficznych, od kilku lat zajmuje się instalacją i filmem video. Artystka wraz z Krystianą Robb-Narbutt w 2005 roku zapoczątkowała działalność projektu „Ulica Próżna”, w ramach którego co roku w opustoszałych i zrujnowanych wnętrzach w samym centrum miasta odbywają się wystawy nawiązujące do żydowskiej przeszłości tego miejsca. Krystyna Piotrowska nie tylko pokazuje tam swoje prace, lecz także pełni funkcję kuratora. Działania te ściśle związane są z biografią artystki oraz jej pytaniami o indywidualną tożsamość,

krystalizującą się gdzieś na pełnym napięć pograniczu żydowskości i polskości. Realizacje Piotrowskiej stawiają pytania o własne oblicze, zarysowujące się na tle historii z koszmarem Holocaustu oraz z uwzględnieniem aktualnych realiów. Głównym środkiem wyrazu w najnowszej instalacji Krystyny Piotrowskiej — jak wskazuje już sam tytuł — są włosy. Zaplecione w długi warkocz układają się na podłodze galerii w koncentryczną strukturę przypominającą mandalę. Niepokojącej instalacji towarzyszą filmy video, ukazujące modelki, którym zaplatany jest warkocz, a także projekcja prezentująca te same kobiety ów warkocz rozplatające. Tytuł najnowszej pracy Piotrowskiej — jak również całej wystawy w toruńskim CSW — odnosi się natomiast do wiersza Paula Celana Fuga śmierci, w którym jasnowłosa Małgorzata jest ucieleśnieniem życia, zaś ciemnowłosa Sulamitka — śmierci i Holocaustu; włosy tej pierwszej mienią się złotem, tej drugiej są spopielałe.

>> >>14

ARKADIUSZ STERN

Złote włosy Małgorzaty / Krystyna Piotrowska 23 września–20 listopada CSW „Znaki Czasu”

KULTURALNA BURZA Jesień sprzyja rozmowom oraz owocnym burzom mózgów. Nie jest przypadkiem, że z końcem miesiąca odbędzie się Bydgoski Kongres Kultury. Rozpocznie się 28 września i potrwa trzy dni. Jeśli uczestnicy połkną kreatywnego bakcyla, to kongres może stać się momentem zwrotnym dla środowisk twórczych i przyczynkiem do stworzenia bydgoskiego Kulturalnego Masterplanu. Do rozmowy zaproszeni zostali przedstawiciele środowisk kulturalnych i akademickich, ale do żywej dyskusji potrzebny jest też głos wszystkich mieszkańców, którym bliska jest kultura i rozwój miasta. Koncepcja zakłada odejście od elitarnego pojmowania kultury i skierowanie jej w stronę każdego. Co dokładnie czeka nas podczas tych kilku intensywnych kongresowych dni? Dzień rozpoczynać będą obrady plenarne w Teatrze Polskim, czyli panele i prezentacje przygotowane przez ludzi kultury i nauki, po nich rozmowy przy stolikach tematycznych. Żywo dyskutowane też będą relacje toruńsko-bydgoskie, między innymi kwestia powołania Regionalnego Funduszu Filmowego, planowany jest również stolik toruńsko-bydgoski NGO. Włącz się do dyskusji! ARBUZIA Bydgoski Kongres Kultury 28–30 września / Bydgoszcz

DUBSTEP W TOKU Panel Classic and Dubstep in Progress to niewątpliwa gratka dla miłośników muzyki elektronicznej, a zwłaszcza raczkującego na polskim rynku muzycznym dubstepu. Będzie można dyskutować zarówno o tym, czy warto robić oryginalne projekty, jak i o szansach, jakie daje innowacyjne podejście do muzyki i sztuki oraz zagrożeniach z nich wynikających. Oczywiście o muzyce nie można tylko rozmawiać, dlatego paneliści zaprezentują przykłady swoich nowatorskich projektów, świeże podejście do muzyki i do łączenia jej z innymi dziedzinami sztuki w niekonwencjonalny sposób. Tegoroczną inspiracją do stworzenia muzyki ma być zderzenie dwóch światów: kanonu antycznego piękna muzyki z futurystyczną dekonstrukcją estetyki muzycznej. W tym roku, poza nietypowym brzmieniem muzycznym, organizatorzy podnieśli stopień atrakcyjności koncertu o wizualizacje. Dlatego oprócz dyskusji można oczekiwać wielu działań, bo wśród gości wystąpią m.in. artyści i praktycy, podchodzący do muzycznych formuł w sposób eksperymentalny i otwarty, a nawet jawnie je pogwałcający. musli magazine


>>wydarzenia

30.09

od 30.09

DWÓR ARTUSA

FOT. NADESŁANE

WOZOWNIA

Panel jest częścią większego projektu instrumentalno-wizualnego — Classic and Dubstep in Progress, który odbędzie się 12 grudnia 2011 roku na dużej scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Nie tylko dla fanów gatunku. Więcej informacji w wywiadzie z Gosią Dziemitko-Gwiazdowską, koordynatorką panelu Classic and Dubstep in Progress (strony 16 i 17 bieżącego numeru „Musli Magazine”). WIECZORKOCHA Panel Classic and Dubstep in Progress 29 września, godz. 18.30 Akademicka Przestrzeń Kulturalna Bydgoszcz

SLAMEM GO! KOGO? MIŁOSZA!

NIKLAUS TROXLER. PLAKATY

W ramach inicjatywy Dwór Poetów i Pisarzy CK Dwór Artusa zaprasza na imprezę Me-Wash, czyli Artus Slam №2. W Kafeterii Struna Światła słowne rewolucje i ewolucje zgrabnie balansować będą wokół osoby Czesława Miłosza. Tym wydarzeniem organizatorzy w niezwykle twórczy sposób nawiązują do Roku Czesława Miłosza, który właśnie obchodzimy. Jeśli slam, to i nagrody! Główna — w wysokości 700 zł (symbolizująca 700-lecie Dworu Artusa!) — trafi do najbardziej docenionego przez zebraną publiczność autora, natomiast 100 zł (symbolizujące rocznicę urodzin poety!) wpadnie w ręce śmiałka, który spontanicznie ułoży najlepszy tekst poetycki do fragmentu wiersza Miłosza wylosowanego podczas imprezy. Perły z lamusa nudnych wieczorków poetyckich Dwór Artusa odkopał i wypolerował przez slamowy anturaż. I chwała mu za to! ARBUZIA

W przyszłym roku minie dziesięć lat od kiedy toruńska Galeria Sztuki Wozownia we współpracy z Galerią Plakatu i Designu Muzeum Narodowego w Poznaniu organizuje wystawy pod wspólną nazwą „Persona”. Prezentują one wybitne osobowości światowej sztuki plakatu, których działalność wywarła duży wpływ na kształt dzisiejszego designu. Ostatniego dnia września Wozownia zaprasza na otwarcie wystawy Niklausa Troxlera — szwajcarskiego dizajnera i muzyka, twórcy o światowej renomie. Twórczość Troxlera wyrasta z nurtu plakatu bazującego na kompozycjach typograficznych. Styl takiego projektowania graficznego (oparty na doświadczeniach z lat 30. XX wieku) został wypracowany w latach 50. XX wieku w Szwajcarii i tam najbardziej dynamicznie się rozwijał. W latach 70. stał się dominującym na świecie stylem graficznym, a jego wpływ trwa do dzisiaj. Troxler w swoim Studiu Projektowania Graficznego w Willisau obok plakatów projektuje okładki płyt, książek i czasopism. Wykłada również w Państwowej Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Stuttgarcie. Przy tym od 45 lat organizuje także Jazz Festiwal w Willisau. Słowem — artysta wszechstronny. Warto poznać dzieła takiej PERSONY!

W tym samym terminie w Wozowni zobaczymy wystawę „Obiekty” Marcina Berdyszaka, profesora i rektora Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Ten ceniony artysta i animator życia artystycznego zajmuje się głównie sztuką instalacji i obiektu. „W swojej sztuce porusza kwestię sztucznie prowokowanych emocji. Zajmują go kulturowe stereotypy, problem unifikacji i konsumpcji właściwych kulturze globalizacji, mechaniczne wartościowanie rzeczywistości, które można by określić jako kulturową tresurę, a wreszcie standaryzacja nie tylko zachowań, ale nawet odczuć” — tak sztukę Berdyszaka ocenia Eulalia Domanowska, my kontemplować będziemy ją jesienią.

>>

Me-Wash, czyli Artus Slam 2 30 września, godz. 20.00 Dwór Artusa / Kafeteria Struna Światła

ARKADIUSZ STERN

PERSONA 2011 / Plakaty / Niklaus Troxler Obiekty / Marcin Berdyszak 30 września–30 października / Wozownia

>>15


>>wydarzenia

Trudna forma elektroniki

z Gosią Dziemitko-Gwiazdowską o innowacyjności w muzyce i panelu Classic and Dubstep in Progress w Bydgoszczy rozmawia wieczorkocha

>>Muzykę się tworzy i o niej rozmawia. Dlatego

tworzycie panel dyskusyjny Classic and Dubstep in Progress w Bydgoszczy? Zdecydowaliśmy się zrobić panel dyskusyjny, żeby bardziej otworzyć się na środowisko lokalne. Sam panel to część większego projektu — połączenie muzyki klasycznej i dubstepu, czyli tradycji z nowoczesnością.

>>To drugie tego typu spotkanie miłośników dubstepu,

ale formułę panelu dyskusyjnego wypróbujecie po raz pierwszy. W zeszłym roku go nie było, to prawda. Budżet na to nie pozwalał. Udział wzięli wtedy bydgoscy muzycy z Akademii Muzycznej oraz przedstawiciel warszawskiego środowiska dubstepowego Kwazar, czyli Marcin Cisło. Był tylko koncert na małej scenie Teatru Polskiego, który widziało przeszło 500 osób. W tym roku zapowiadamy rozszerzenie idei całości: dostaliśmy dofinansowanie z Urzędu Miasta, a większe finanse pozwalają nam na większy rozmach — stać nas na muzyków profesjonalistów, czyli dodatkową część do całej akcji. W skład Classic and Dubstep in Progress wchodzą m.in. warm up-y, które razem z happeningami bedą się pojawiać w różnych miejscach Bydgoszczy, oraz panel dyskusyjny. Panel odbędzie się pod koniec września, w trakcie Kongresu Kultury, co jest dla nas dodatkową promocją oraz możliwością pokazania, że istnieje sfera artystyczna, której dotąd na terenie Bydgoszczy nie było. Chcemy pokazać innowacyjną stronę muzyki, projekt, który miesza gatunki z pozoru niemieszalne, czyli elektronikę z muzyką klasyczną.

>>Kogo będzie można spotkać podczas panelu?

Zaprosiliśmy gości lokalnych — Instytut B61 z Torunia. Bedą goście z Wrocławia, zespół Karbido — znany z projektu „Stolik”, na którym grają we czwórkę, wydobywając z niego rozmaite dźwięki w fajny performerski sposób. Bedzie zespół All Sounds Allowed, który gra m.in. na elementach PCV, używa wiertarek i wierteł oraz innych tego typu „instrumentów”. Wśród panelistów znajdą się profesor Patryk Gałuszka — autor książki Biznes muzyczny, który opowie o najnowszych trendach na rynku muzycznym w Polsce, oraz Henryk Wińczyk, pokazujący swoje performance oraz łączenia stylów. Całość chcemy utrzymać w nietypowym dla paneli otoczeniu — naszym celem jest zbliżenie panelistów i gości, poznać ich ze sobą, przy zastosowaniu niestandardowych metod — goście będą mieli zadania do wykonania. >>14 >>16

>>Trochę jak warsztaty?

Troszeczkę... Raczej traktowałabym to w ramach interakcji, chcemy gości zbliżyć do siebie, nie szkolić. Oprócz multimedialnych prezentacji własnych projektów będzie oczywiście dyskusja: tradycja czy nowoczesność? Czy wszystko się pokończyło, i w związku z tym warto wrócić do tradycji, czy szukamy rzeczy nowych? Na koncert główny zawita artysta z Wielkiej Brytanii Riskotheque, bardzo znany w tamtejszym świecie dubstepowym. Specjalnie na tę okazję stworzy muzykę do wydarzenia.

>>Jakich odbiorców się spodziewacie?

W zeszłym roku sama byłam jednym z odbiorców. Zainteresowanie publiczności było tak duże, że nie wszyscy się mieścili i trzeba było ludziom odmawiać. Przychodzili z reguły słuchacze muzyki elektronicznej lub ciekawi czegoś nowego i nowoczesnego. Zaraz po tym jak zakończył się pierwszy Classic and Dubstep, pojawiły sie już zapisy chętnych na następny rok, nie chcieli tego przegapić. Nie było wyjścia, trzeba było zorganizować drugą edycję (śmiech).

>>Sama działasz w muzyce triphopowej. Dlaczego zaję-

łaś się organizacją tego przedsięwzięcia? Dziwne, bo dubstep jest dla mnie formą dość odległą. Ale zostałam poproszona o pomoc przez Maćka Pulita, który jest również koordynatorem całości projektu. Spotykaliśmy się na kongresach kultury, wymienialiśmy tam doświadczenia i spostrzeżenia, a w pewnym momencie doszłam do wniosku, że przecież mogłabym w tym pomóc. Z tego względu, że Maciek jest zaangażowany w pracę w Teatrze Narodowym w Warszawie, angażuję się tu, na miejscu, nawet nieco bardziej, niż miałam w planach na początku. To Maciek siedzi bardziej w tym gatunku, jest promotorem artystycznych i muzycznych projektów innowacyjnych. Myśli o fundacji otwartej na łączenie muzyki, teatru, permormace’u.

>>Jak wygląda scena dubstepowa w Polsce?

Ta forma staje się powoli caraz bardziej popularna w świecie, ale u nas ciągle jest dla muzyków nowością. W Poznaniu jest typowy dubstep, w Bydgoszczy króluje hardcore i metal, ale ludzie są tu poszukujący. Był klub Tabu, który zrzeszał, a nawet zamykał się tylko na scenę dubstepową. Niestety upadł, a ludzie ciągle szukają teraz czegoś nowego, miejsca żeby tworzyć dubstep od nowa. Niektórzy nawet twierdzą, że dubstep w Polsce nie jest znany w ogóle. musli magazine


FOT. WIECZORKOCHA

>>wydarzenia

>> Studiowałaś w Anglii, tam jest

inaczej? W Brytanii dubstep jest bardzo rozwinięty, tworzony na żywo w klubach, ogrywany płytowo. W Polsce traktowany jest po macoszemu, bo u nas beat to tylko perkusja i bas.

>>A według Ciebie dubstep to...

Mocniejsza forma elektroniki, trudna forma elektroniki. Ale projekt jest otwarty, opracowany tak, że nie razi tych, którzy nie słuchają tego typu muzyki, a fascynuje tych, którzy w tym siedzą.

Maciej Pulit >>koordynator

i współorganizator projektu Classic and Dubstep in Progress, prezes Koła Inicjatyw Innowacyjnych w Kulturze

„Panel jest częścią projektu Classic and Dubstep in Progress, który z kolei jest kontynuacją ubiegłorocznego projektu Child of Classic and Dubstep. Tworząc koncepcję CoCaD w zeszłym roku, doszliśmy do wniosku, że warto by — poza koncertem — dodać do projektu coś, co wyzwoliłoby interakcję z mieszkańcami Bydgoszczy. Pomyśleliśmy, że skoro tworzymy to przedsięwzięcie w miejscu, gdzie prezentowani byli — i nadal są — niszowi artyści, to warto zachęcić ludzi do rozmowy o muzyce w nie do końca standardowym jej rozumieniu. Wzięliśmy pod uwagę charakter naszego projektu i doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby właśnie w związku z nim stworzyć możliwość dyskusji na temat nowych, próbujących łamać ogólnie panującą konwencję projektów muzyczno-interdyscyplinarnych. W zeszłym roku wszystko działo się strasznie szybko, od pomysłu do realizacji mieliśmy pół roku. Do tego dotacja z UM została dość konkretnie obcięta, więc musieliśmy pozostać tylko przy koncercie. W tym roku szczęśliwie udało się wygospodarować jakiś mały budżecik na panel dyskusyjny, więc nareszcie go realizujemy, tym bardziej szczęśliwi, że w trakcie ważnego momentu dla Bydgoszczy — Kongresu Kultury Bydgoskiej. W planie jest mała zmiana formy oraz dodanie kilku elementów, które — mamy nadzieję — uatrakcyjnią całe wydarzenie, a także uspójnią je z ideą naszego Koła Inicjatyw Innowacyjnych w Kulturze Other Way, które jest formalnym inicjatorem i współorganizatorem obok Fundacji Gaudeamus. Warto przybyć do APK 29 września na 18.30, chociażby dlatego, że stworzymy tam możliwość wymiany myśli o muzyce, a także poznania ludzi o podobnych zainteresowaniach. Dodatkowo dobrze mieć na uwadze, że tego typu inicjatywy są dość rzadkim zjawiskiem w Bydgoszczy, co miejmy nadzieję, że z czasem się zmieni :) Wydarzenie jest w pełni otwarte i darmowe. Serdecznie zapraszamy i — mamy nadzieję — do zobaczenia!”

>>17


{ Sky and Sand, czyli o Płocku niezależnym >>18

O tym, że pojawimy się na Audioriver 2011, decyzja zapadła na długo zanim poznaliśmy wszystkich wykonawców mających się zaprezentować. Miała to być szósta edycja Festiwalu Świata Niezależnego. Ta enigmatyczna nazwa w praktyce oznacza kilkanaście tysięcy ludzi bawiących się dwie noce przy trzech scenach na płockiej plaży. Choć jest to impreza z muzyką elektroniczną, to różnorodność, jaką rozbrzmiewa, sprawia, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie. Byliśmy pewni, że nie może nas tam zabraknąć. Aż pewnego dnia na stronie internetowej festiwalu wreszcie ujawniona została pełna rozpiska tego, co będzie się działo. Nie mogliśmy się już doczekać ostatniego weekendu lipca... Na rynku zabawa zaczynała się o 18.30. Na ustawionej tam scenie za swoimi kompute-

>>zjawIsko

rami pokazywali się różni artyści, mający rozgrzać publikę przed tym, co będzie się działo na plaży. Ustawiono też kilka namiotów, w których można było nauczyć się kleić sample, sprawdzić, dlaczego dany sprzęt grający jest lepszy od innego, kupić koszulki, płyty winylowe albo torbę na ramię ozdobioną taką właśnie płytą. Patrząc na płocką Starówkę, z pełną powagą można powiedzieć, że miasto zostało opanowane na te dwa dni przez Audioriver. Wszędzie — w sklepowych kolejkach, w ogródkach restauracji, przy kioskach, na przystankach autobusowych, dosłownie wszędzie było Audioriver. W pewnym momencie mieliśmy wrażenie, że miasto zostało zamknięte specjalnie dla festiwalu. Jednocześnie przewijali się też trochę spłoszeni płocczanie. Z dnia na dzień miasto stało się ciaśniejsze. musli magazine


>>relacja Około godziny 20 nasze kroki skierowaliśmy na plażę. Zajrzeliśmy do wszystkim namiotów, gdzie powoli zaczynała się impreza. W Hybrid Tent naszą uwagę przykuł Good Paul, który do drum’n’basowych bitów miksował rzeczy, których nikt by się nie spodziewał usłyszeć w takim połączeniu, a jednak efekt był niesamowity. Na scenę główną o 20.30 wszedł Kuba Sojka. Ciężkie zadanie rozgrzania publiczności udało mu się znakomicie, może dzięki temu, że jego muzyka jest niesamowicie harmoniczna, a może dlatego, że publika była niezwykle spragniona muzyki. Na Audioriver Jakub był po raz pierwszy. Jak sam mówił, przedkłada przyjemność słuchania muzyki w domu nad festiwalami, których raczej unika. Pierwszy dzień zakończyliśmy występem Trontemøller Live in Concert. Duńczyk przyjechał z całym zespołem, w jego przypadku „Live” oznaczało dokładnie to co powinno. Na scenie pojawił się więc pełny skład, z perkusją, gitarami, chórkami i samym Andersem Trentemøllerem w centrum, ze swoimi sprzętami, którymi de facto dyrygował zespołem. Widowisko muzyczne, bo inaczej tego nazwać nie można, trwało półtorej godziny. Rację mieli czytelnicy francuskiego magazynu „OnlyForDJ’s”, którzy uznali Trontemøller Live in Concert za najlepszy live act roku 2010. Następnego dnia znów najpierw pojawiliśmy się na Rynku. Ucieszył nas fakt, że znowu ktoś wpadł na „głupi” pomysł, by do fontanny dolać jakiegoś detergentu, tworząc tym sposobem brodzik pełen piany, w którym chlapało się wiele osób. Miasto chyba wiedziało, że tym się to skończy — w zeszłym roku było podobnie. Ale bardzo dobrze, że nikt z władz nie miał zamiaru fontanny na Audioriver wyłączać. W jednym z namiotów namierzyliśmy ciekawe przedsięwzięcie muzyczne w klimacie Silent Disco. W zastaw za dokument tożsamości dostaliśmy po parze słuchawek bezprzewodowych. Słuchawki takie miały dwa kanały, a w każdym grał inny DJ. Czekaliśmy na sobotnie występy ze zniecierpliwieniem. An On Bast na scenie głównej zagrała jako druga. Był to moment, kiedy zaczynało się robić ciemno, napływało coraz więcej ludzi. Anna Suda zagrała set, którym przedstawiła się wszystkim, którzy jej jeszcze nie znali. Zaczęła od ambientu, przeszła przez dość twarde techno, a skończyła wplecionymi w bit kompozycjami Wieniawskiego. Nie każdy być może zrozumiał przebieg tego występu, ale z całą

pewnością przekazała następnemu wykonawcy — We Love, rozgrzaną do czerwoności publikę. Zaraz potem brnęliśmy przez nadwiślański piasek do Hybrid Tent, żeby zobaczyć Modestep. Zespół istniejący nieco ponad rok gra dubstep z wykorzystaniem żywych instrumentów, takich jak gitary, klawisze, perkusja, nie brakuje tu jednak i komputerów. Brytyjczycy byli niesamowicie zaskoczeni polską publicznością — choć wiele dobrego o niej słyszeli, ich pierwszy występ w naszym kraju i tak przerósł ich oczekiwania. „Pod sceną wywiązało się regularne pogo!” — opowiadał, pozostający wciąż pod niesamowitym wrażeniem, gitarzysta formacji Nick Tsang. Czuło się, że Modestep jest zespołem świeżym, nieznudzonym jeszcze trasami koncertowymi. Ich występ tętnił młodzieńczą siłą, rzadko spotykaną energią, pozostawiał niedosyt. Gwiazdą wieczoru, jak i całego festiwalu, był Paul Kalkbrenner. Niemiecki artysta, pomimo deszczu, który wtedy akurat zaczął padać, zebrał chyba największą publikę. Widok tłumu, tego na plaży, ale też tego na płockiej skarpie, zapierał dech w piersiach. Kalkbrenner był również zaskoczony. Widać nie spodziewał się aż tak ciepłego przyjęcia. Muzyk świetnie czuł się na scenie, palił papierosy, popijał piwko, wznosząc toasty do publiczności, ale przede wszystkim sam wyśmienicie się bawił. Spełnieni tym występem udaliśmy się ponownie do Hybrid Tent, gdzie prezentował się Gilles Peterson, legenda brytyjskiego radia BBC, powiązany z takimi artystami jak Erykah Badu czy Jamiroquai. Brytyjczyk przedstawił nam muzykę taneczną, której trzonem, prócz bitu rzecz jasna, był smooth jazz. Idealna propozycja dla nas na zakończenie wieczoru. Do Torunia wracaliśmy z mętlikiem w głowie. Jak opisać to, czego świadkami byliśmy przez dwa dni w Płocku? Dwa dni zabawy, niesamowitej atmosfery, spotykania bardzo sympatycznych, życzliwych ludzi, ale przede wszystkim dwa dni genialnej muzyki. Wszystko to składa się na fakt, że choć nie wiemy jeszcze, kto zagra w przyszłym roku w Płocku, to z całą pewnością my tam będziemy, żeby go posłuchać. Pod samą sceną.

}

MARTA MAGRYŚ I GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

Audioriver 6. edycja Festiwalu Świata Niezależnego 29–31 lipca Płock

>>19


ART POP FESTIVAL 2011 Art Pop Festival w tym roku nie grzeszył pogodnym niebem, ale muzycy dali radę podkręcić atmosferę do maksimum. O artystyczne menu zatroszczyli się: żywiołowa i nie mniej kolorowa Monika Brodka, legenda nowojorskiej bohemy Grace Jones, która choreografię i drugi plan swojego występu opracowała do perfekcji, nastrojowy i jak najbardziej filmowy Hooverphonic, eteryczna Ania Dąbrowska, urodzinowa i absolutnie fenomenalna na żywo Coco i bożyszcze artpopowej młodzieżówki Razorlight. Nad Myślęcinkiem unosił się dobry duch Amy Winehouse! fot. Magda Wichrowska i Szymon Gumienik


>>na kanapie

Holidej po polsku >>

Magda Wichrowska

Urlopy mają jedną zasadniczą wadę — za szybko mijają. Mówi się, że minimalna długość ucieczki od rzeczywistości, jaką powinniśmy sobie zaaplikować, to trzy tygodnie. Przez pierwszy tydzień nasz organizm doznaje szoku. Budzimy się o 8.00 w popłochu, że zapomnieliśmy nastawić budzik na poranne wibracje. Nie możemy znaleźć sobie miejsca, podłączamy się do sieci i namierzamy współpracowników. Tym razem nie face to face, ale face to monitor dociekamy, jak się sprawy mają. Czujemy nieuzasadniony, ale palący niepokój, że COŚ wymyka się spod naszej kontroli, że koleżanki zawiązały spisek przeciw nam — leniuchom urlopowym, że firma się wali i przeżywamy mały kryzys, który zajadamy zwietrzałymi ciastkami. A przecież podczas urlopu mieliśmy w końcu zrobić porządne zakupy, zadbać o zdrowie i relaks… Drugi tydzień jest zdecydowanie najlepszy. Zaaklimatyzowani w nowej rzeczywistości przybieramy maskę urlopowicza. Po co nam trzeci tydzień? Ten jest najtrudniejszy. Przypomina zmasowany atak niedzielnych wieczorów, podczas których rozpaczliwie staramy się przestawić na powrót do codzienności. Zostańmy jednak na chwilę przy tygodniu nr 2. W tym roku pogoda, delikatnie mówiąc, nie doprowadziła nas do wielokrotnego orgazmu. Jak większość rozczarowanych urlopowiczów, śledzących z wypiekami na twarzy prognozę pogody niczym gracz losowanie totalizatora sportowego, zdałam się na los rozbitków spod znaku last minute. Było ekscytująco, bo niemal do ostatniej chwili nie wiedziałam na jakiej plaży wyląduję. Było ciepło i nie było trąby powietrznej, która w tym czasie hulała nad Bydgoszczą. Niestety z polskich klimatów uciec się nie dało, bo hotel oprócz wyczesanych wczasowych luksusów zapewnił mi obecność silnej polskiej ekipy pod wezwaniem all inclusive i dawnego kolegi z pracy z gromadką uroczych pociech. W tak egzotycznych okolicznościach przyrody felietonistce odpoczywać się nie godzi. Zbiera materiały do następnego artykułu, tym samym wpisując się idealnie w grupę statystycznych wakacyjnych freaków, o których za moment. Mój ulubiony model wakacyjny to „matka z córką, ojciec został z psem”. Dziewoja ma naście lat, wyimaginowany problem z trądzikiem i muchę w nosie. Matrona cierpi na wybuchy szalejącej menopauzy i wydaje jej się, że przyjechała na urlop z pociechą, a nie z nabuzowanym wieszakiem hormonalnym oglądającym

„ >>24

się za hiszpańskimi hipsterami. Problemem w tym związku jest wszystko: za luźna jajecznica, nieszczerzenie się do zdjęcia, wybór bikini, smarowanie oliwką lub jej brak. Czy może być coś gorszego? Bez wątpienia tak! Polskie nastolatki samopas. Najlepszy skład to grupa trzyosobowa i rotacje dwójkowe. Basia z Kasią o/bez Asi, Kasia z Asią o/bez Basi i Basia z Asią o/bez Kasi. Ale to mit, że dziewczyny nie potrafią się zjednoczyć! Do pojednania dochodzi przy wspólnym posiłku, gdy na przykład zabraknie dietetycznej coli, i nad basenem, gdy spotkają inną trójkę, której walory trzeba pilnie omówić. Jednym słowem — polskie dziewczyny samopas na wakacjach to duży problem, niezależnie od wieku i relacji rodzinnych. Rodzina, ach rodzina — grupa dominująca w strefie docieplonej. Rozbrajające (co? ratunku!) maluchy, rozerotyzowane mamy, zapobiegliwi ojcowie i dokwaterowane teściowe. Serce roście, kiedy patrzy się na współczesnych krewnych i powinowatych. Na jednej z dzikich plaż namierzyłam niejaką Panią Wypiętą, która w blasku południowego słońca dumnie wypinała swoje opalone pośladki, sięgając po zakopany w piasku Trans Gretkowskiej. Wypięta w transie zakotwiczyła się była trzy metry od rodzinnej sielanki i metr od włoskich adonisów. Pan Wypięty w obawie o poparzenia skórne podbiegł był, by zakryć małżonkę gazetą. Dziatwa w tym czasie, pod czujnym okiem babci z dostawki, której w zamian za opiekę nad maluchami dzieci zasponsorowały wyjazd, demontowała plażowy kosz. A skoro jesteśmy już przy babci, to całkiem blisko do gastronomii. Kiedyś, kiedy nie zbierałam materiałów do felietonu na wywczasie, nie rozumiałam, dlaczego tylko Polacy mają problemy gastryczne na wakacjach. Teraz już wiem! Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu za darmochę to chyba największy grzech polskich urlopowiczów. Chociaż nie! Od czasów kiedy Głowacki napisał Antygonę w Nowym Jorku, w której jeden z bohaterów wspomina swoją narzeczoną i jej sarnie nogi — niekoniecznie zgrabne, ale koniecznie osierścione, zmieniło się wiele, ale tradycjonalistek nadal nie brakuje. Mamy za to coraz więcej fashionistek i kobiet luksusowych, które na plażę zabierają sukienkę koktajlową, kopertówkę, a na umęczoną — słońcem i wczorajszym barem all inclusive — twarz stosują zabieg im więcej, tym lepiej! Cóż, Polka i Polak potrafią! musli magazine


Biedni trzydziestoletni >>

>>gorzkie żale

Ania Rokita

Jeszcze tydzień, jeszcze dzień… jest! I znów jeszcze miesiąc... Niekończące się odliczanie, nim na koncie pojawi się kwota, która dla wielu jest tylko jałmużną. Okupiona długą listą wyrzeczeń, utyskiwań, nocy nieprzesypianiem, pretensjami do samego siebie i boksowaniem się z różnej maści idiotami. Czy tworzymy pokolenie biedaków? Dlaczego wegetujemy, zamiast żyć? Ścieramy się w bezsensownej walce o nic, a życie upływa gdzieś obok. Czy właśnie tak wyobrażaliśmy sobie dorosłość? Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Osiem lat podstawówki, cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów…

Kiedy wczorajszy młodzieniec staje się jutrzejszym trzydziestolatkiem, zaczyna gardzić: studentami, którzy bezrefleksyjnie wydają pieniądze rodziców, pijakami, którzy nie trzeźwieją, politykami, którzy nie robią, a mają, jak i tymi, którzy mają więcej, a robią mniej. To nie po chrześcijańsku, a jednak gardło ściska bezdźwięczny krzyk, dłonie zaciskają się w pięści, a łzy napływają do oczu. Czym się stajemy w obliczu czegoś na kształt ubóstwa i bylejakości? Dlaczego przeciętny człowiek, tyrając od świtu do zmierzchu, każdą złotówkę ogląda, nim roztrwoni ją na zbytki pokroju kurtki na zimę, papieru toaletowego, tudzież szarego mydła? Czy każda wizyta w sklepie, restauracji, knajpie musi być upokorzeniem? Z przerażeniem obserwuję znajomych wypalających się podczas pracy, której nikt nie doceni. Ani godnym wynagrodzeniem, ani ciepłym słowem. Po co więc to wszystko, by żyć ot byle jak? By nie zemrzeć w rynsztoku? Miesiąc za miesiącem odbijają się od dna i tak lata całe w ciągłym strachu, czy komornik nie wejdzie na konto, czy jest powód, dla którego rano jest się po co podnieść z łóżka. Moi rówieśnicy, przynajmniej przeważająca grupa, nie myślą o tym, do jakiego egzotycznego kraju pojadą w tym roku na wakacje, czy wymienią samochód na lepszy, w jakim stylu urządzą nowe mieszkanie, tylko jak tu przeżyć do pierwszego i nie grać podłego bluesa na rozstrojonej gitarze, doprowadzając do szału ludzi przetaczających się przez ulicę Szeroką. Jest jednak ratunek dla nas wszystkich! Odpowiedni kupon Lotto. Ileż to razy wydajemy pieniądze, których mieć nie będziemy, czynimy inwestycje, które zawsze będą poza

naszym zasięgiem, nawet oszczędzamy, bo wreszcie mamy co! A później przychodzi otrzeźwienie, zimny prysznic i konfrontacja z przytłaczającą rzeczywistością, która nie ma nam nic do zaoferowania ponad przeciętność! Zaczynamy przypominać zwierzęta, żyjąc z dnia na dzień, wyzbywając się marzeń i ambicji, porzucając górnolotne plany, zubożając słownictwo. Nasze pragnienia są proste niczym włos Mongoła, brakuje nam sił i środków, by mierzyć wyżej, sięgać głębiej, widzieć dalej. Praca, spanie — i tak do emerytury, której najpewniej nawet nie dożyjemy ze strachu przed jej wysokością. Pieniądze w naszym kraju są domeną cwaniaków, złodziei i cwaniako-złodzei. Czy uczciwie pracujący człowiek musi dać się okradać co miesiąc w imię wspólnego dobra? Składka zdrowotna — jeb! Ubezpieczenie — jeb! Czynsz do spółdzielni — jeb! Rachunki za zużycie — jeb! Zostaje w sam raz tyle, by dać na mszę za swoją potępioną duszę. A może tak po ludzku w dupach nam się poprzewracało, bo ile mieć nie będziemy, to zawsze będzie mało? Bo takie na przykład dzieci w Afryce mają gorzej… Do pasji doprowadzają mnie podpici jegomoście, którzy trudnią się natarczywym żebraniem na dworcach. Za każdym razem mam ochotę takiemu powiedzieć, że też od rana chciałabym chodzić nawalona, niestety — muszę jednak sobie na to zapracować. A jak jestem w pracy, to nie mogę obalać browarów. I koło się zamyka. Czy im zazdroszczę? Chyba jednak nie. A może to też taka ich praca, nie gorsza niż każda inna? Może wszyscy spotkamy się na dworcu, lub — daj Bóg — w Caritasie przy wigilijnym stole?

>>25


>>filozofia w doniczce

W męskiej sprawie >>

Iwona Stachowska

„This is a man’s world” — śpiewał James Brown, i faktycznie, jeżeli chodzi o relacje łączące ojców i synów, to przyznaję, iż jest to dla mnie zupełnie obce terytorium. Z autopsji wiem jedynie, co znaczy być córeczką tatusia, a to — jak się okazuje — bagaż całkiem odmiennych doświadczeń. Dlatego z braku osobistych skojarzeń sięgnęłam do źródeł i przeprowadziłam kilka ciekawych rozmów z zaprzyjaźnionymi Panami — synami swoich ojców, a w niektórych przypadkach zarazem ojcami swoich synów. Bilans końcowy tych badań terenowych odsłonił interesujące prawidłowości, ale pewna wypowiedź szczególnie zapadła mi w pamięć. Jeden z rozmówców stwierdził bowiem, że w relacje ojciec—syn nieodłącznie wpisana jest rywalizacja. Niby nic nowego. Któż z nas nie słyszał o kompleksie Edypa i przywódczych zapędach płci męskiej. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej generalizacji, jednostronności i aż nazbyt narzucającej się oczywistości jest coś podejrzanego. W głowie natychmiast zaroiło się od pytań. Czy rzeczywiście ojciec zawsze rywalizuje z synem, a syn z ojcem? Czy w tym dość specyficznym męskim układzie chodzi wyłącznie o władzę, kontrolę, dominację? Wreszcie, czy w aktualnych realiach, kiedy nie każdy mężczyzna musi sprawdzić się w szyku bojowym (wszak przynajmniej w wojsku mamy już siły rezerwowe), rywalizacja da się jeszcze utrzymać? Czy model walecznego samca alfa jest jeszcze w cenie? Szukanie kontrargumentów do tezy o ojcowsko-synowskiej rywalizacji nie jest jednak łatwe. Z pewnością na nic się tu zda Freud. W końcu to on spopularyzował pogląd, że wrogość syna wobec ojca ma podłoże seksualne związane z przywiązaniem do matki, a z czasem z konkurencją o względy innych kobiet, oraz że odgrywa priorytetową rolę w budowaniu własnej tożsamości. Cóż, nawet przygody Mikołajka nie będą pomocne. I tam znajdziemy łagodny pierwiastek rywalizacji. Przypomnę chociażby historię o grze w piłkę nożną, w której kibicujący ojcowie nieoczekiwanie przegonili z boiska swoich synów, rzucając im na odchodne — „pokażemy wam, jak się kopie piłkę”. Jak widać, granica między autorytetem a władzą absolutną jest bardzo cienka. Ale ojciec to przecież nie tyle wróg, konkurent, rywal. Nie zapominajmy, że stosunek ojca do syna jest relacją asyme-

„ >>26

tryczną, w której rzadko kiedy dochodzi do równomiernego układu sił. Właśnie z tej asymetrii skorzystał tata Mikołajka, pokazując wszem i wobec, że w piłce nożnej jest lepszy od niego. Tyle że tutaj nie może być mowy o zdrowej konkurencji. Gdy ojciec jest w kwiecie wieku, syn nie dorównuje mu przecież tężyzną fizyczną, wiedzą i doświadczeniem. Wówczas dominującą postawą może być chęć bycia takim jak ojciec. Z kolei gdy syn rośnie w siłę, to ojciec staje się coraz słabszym, łatwiejszym do pokonania ogniwem. Tylko że wtedy jest już za późno na rywalizację, a napawanie się zwycięstwem jest zwyczajnie niesmaczne, i tak naprawdę mało który syn skorzystałby z tego, niechlubnego już wtedy, przywileju bycia lepszym od ojca. A może szkoda strzępić język i lepiej dać sobie spokój z tą kontrargumentacją. Może zgodnie z receptą Poppera powinnam uznać niepoddającą się falsyfikacji tezę o naznaczonych rywalizacją stosunkach między ojcami a synami za wypowiedź nienaukową i wrzucić do jednego worka z marksizmem, psychoanalizą, astrologią i przekonaniami religijnymi. Wszak freudowski kompleks Edypa do dzisiaj nie został ani jednoznacznie obalony, ani potwierdzony w praktyce. Tak czy inaczej, z racji własnych uwarunkowań biologicznych, mogę jedynie domniemywać, jak to jest z tymi ojcami i synami. Ale nie narzekam, rola chłodnego damskiego obserwatora, studiującego czy, kiedy i w jakich okolicznościach ujawnią się bądź zostaną stłumione objawy męsko-męskiej hegemonii nawet mi odpowiada. Zapewne do momentu, w którym samej nie przyjdzie mi stanąć między synem a ojcem. Ale mamą jak na razie nie jestem, więc pozostaje mi tylko snucie opowieści i wyciąganie mniej bądź bardziej trafnych wniosków z doświadczeń moich znajomych. Na koniec wszystkich kolegów (a nazbierało się ich trochę) obgryzających paznokcie z obawy przed tym, czy sprostają roli ojca, pozostawiam sam na sam z przewrotnie nieuczesaną myślą Stanisława Jerzego Leca — „Dziecko rodzi rodziców”. Często przez cesarskie cięcie — dodam tylko.

musli magazine


Po powrocie z wywczasu w bratnim kraju >>

>>a muzom

Marek Rozpłoch

Z sąsiadami z piętra dobrosąsiedzkie stosunki łączą mnie od samego początku mego zamieszkiwania w bloku, który mi los przydzielił. Niestety całą resztę współmieszkańców znam tylko z widzenia, nie mogąc nawet — może poza jednym wyjątkiem — przyporządkować ich do konkretnych mieszkań. Pozostałe doznania związane z mieszkaniem pod jednym wielkim dachem to anonimowe kaszle, krzyki jakiegoś pana i władcy na zastraszoną rodzinę i grane w nieskończoność szlagiery sprzed lat — jeden nawet po czterdzieści razy. Parę lat temu myślałem o wspólnym z sąsiadami urządzeniu np. na klatce schodowej czegoś przyjemnego, przyjaznego człowiekowi i cieszącego człowieka oko. Niestety skrzydła mi z lekka podcięła atmosfera pewnej obojętności wzajemnej i chęć zaszywania się we własnych ścianach — „my home is my castle”. Ale nie jestem bez winy. Moja wina, moja wina. Chciałbym jednak coś zmienić w swym podejściu do sprawy. Sąsiedztwo wszak nie jest chyba jedynie dopustem sił wyższych, ale też okazją poznania ludzi — często bardzo różnych od siebie i od podmiotu poznającego. Znajomych i przyjaciół dobieramy sobie najczęściej z grona pokrewnych dusz, z podobnych rejonów społeczeństwa, sąsiad zaś może być rodzajem furtki do zupełnie innego pojmowania otaczającej rzeczywistości. Tej samej najbliższej rzeczywistości, której doświadczamy na co dzień. Czy samo uczestnictwo we wspólnocie, chodzenie na zebrania, zainteresowanie problemami najbliższego otoczenia wystarczy? Może należy próbować tworzyć dodatkową miniwspólnotę, która prócz podtrzymywania woli kolektywnego rozwiązywania bieżących bolączek, sprzyjałaby pielęgnowaniu stosunków dobrosąsiedzkich? A może punktem wyjścia budowy każdej tego typu grupy uczynić właśnie bliższe relacje z konkretnymi osobami z sąsiedztwa? Pojawia się jednak problem nie do przezwyciężenia, gdy natrafia się na sąsiada introwertyka, mizantropa, stworzonego do życia na odludziu, w pustelni, traktującego każdy dzień przeżyty wśród osaczających go zewsząd sąsiadów-potworów jako dzień z życia duszy w czyśćcu cierpiącej... Cóż począć...

I taki wybór trzeba uszanować — poznając tym samym w sąsiedzie szczególny przejaw odrębności, odmienności. * Jako kraj funkcjonujemy także w ramach pewnych wspólnot sąsiedzkich — których istnienie niewiele jednak wnosi do codziennej debaty publicznej i niewiele czyni zmian w mentalności obywateli. Któż z nas odczuwa głęboko przynależność do grona państw basenu Morza Bałtyckiego albo kto czuje się na co dzień Wyszehradczykiem? Myślę, że i tu pojawia się potrzeba autentycznej otwartości; każdorazowa chęć głębszego, pełniejszego poznania jednego z sąsiadujących z nami krajów — o ileż jeszcze łatwiejsza w ramach Schengen — przyczynia się do stopniowego usuwania barier, niechęci, stereotypów, uprzedzeń, niewiedzy. Stereotypy mają wprawdzie swój urok, są częścią obyczajowości, i do pewnego stopnia mogą nawet zbliżać do siebie zainteresowane strony — o ile jednak bliższe są satyrze czy fraszce niż paszkwilowi, a traktuje się je z jak najintensywniejszym wysiłkiem przymrużenia oka. Co daje nam próba poznania kraju-sąsiada? Przede wszystkim ukazuje bliższą perspektywę odczuwania otaczającego nas świata, która może stanowić uzupełnienie narzucającej się automatycznie perspektywy polskiego pępka świata splecionej w zaklętym kręgu z perspektywą ogólnozachodnio-amerykańską. Poza tym dzięki sąsiadom my sami możemy przejrzeć się w lustrze, w którym wyraźniej, niż nieustannie porównując się z Paris, London, NYC czy LA, dostrzeżemy zarówno swoje wady, jak i zalety. Możemy wreszcie najzwyczajniej w świecie polubić sąsiada, zaprzyjaźnić się z nim.

>>27


>>życie i cała reszta

W mieszkaniu NO >>

Karolina Natalia Bednarek

Redaktor naczelna „Musli Magazine” zaproponowała mi pisanie felietonu. Intensywnie zastanawiałam się, co najbardziej mnie zajmuje i czym mogłabym się podzielić z szanownymi Czytelnikami. Znalazłoby się kilka tematów — film, literatura, sprawy damsko-męskie, coś, o czym można by bez końca, na babski rozum… ale że ostatnio nagminnie się przeprowadzam, postanowiłam, że sprawa wynajmujących i mieszkań będzie przedmiotem mojego komentarza. Jest taka prześwietna komedia Steve’a Gordona z 1981 roku z Dudleyem Moorem i Lizą Minnelli w rolach głównych. Tytułowy Artur to spadkobierca całkiem pokaźnego majątku. Ten w czepku urodzony mężczyzna nie zaznał nigdy trudów pracy. Życie upływa mu na hulankach i swawolach, wydawaniu pieniędzy na whisky i robieniu psikusów kamerdynerowi. Pewnego dnia Artur poznaje kobietę swojego życia — kelnerkę Lindę (Liza Minnelli). Jego rodzinie ta znajomość jest nie na rękę, ponieważ zaplanowali już dla siebie (tak, właśnie) połączenie majątków — pod postacią ślubu z posągową i chłodną Susan Johnson. Nie zagłębiając się zbytnio w fabułę, chodzi o to, że Artur w imię prawdziwiej, niematerialnej miłości sprzeciwia się ojcu. W konsekwencji jego środki zostają zamrożone. Od tej pory musi radzić sobie sam. Poszukiwanie pracy, mieszkania, wejście w prawdziwe życie — to dla niego coś zupełnie nowego. W kategorii „nieruchomości” ogłoszeń nie brakuje. A każde z nich coraz to ciekawsze. Wszystko, co znajduje się w budynku, uznane zostaje za luksus. Pralka — luksus, lodówka — luksus, dywan — luksus, telewizor — luksus do kwadratu! Co ciekawe, podobne notki można przeczytać w prasie i na stronach internetowych. Spotkałam się z wieloma takimi, przeglądając oferty wynajmu. To, co wydawałoby się żartem, okazuje się więc zaskakującą — ale jednak — prawdą. Nasi filmowi bohaterowie wpadają na wyszczególnione w jednym z ogłoszeń — „NO”. Zaciekawieni udają się pod wskazany adres. Przyjmuje ich specyficzny staruszek. Oprowadza parę po niezbyt imponującym lokum, a zagadnięty o NO, z dumą podchodzi do włącznika światła i po przesunięciu pstryczka oświadcza: „natychmiastowe oświetlenie — NO”. Ta zabawna sytuacja przypomina mi wszelkie absurdy, jakich ostatnio sama doświadczyłam. Mieszkania pamiętające głęboki

„ >>28

PRL, plastikowe kwiaty, drzwi wypadające z zawiasów, karaluchy. Kaucja? A, jakże! Zastanawiam się, czy ludzie zupełnie powariowali, że aż tak cenią swoje włości. Nie dość, że większość z oferowanych mieszkań to rudery, to jeszcze każda z psujących się tam rzeczy traktowana jest jak najcenniejsze dobro. To, w jaki sposób ludzie kombinują, co wyceniają, ile mają pretensji i jakie kwoty wymyślają zakrawa o szaleństwo. I wiem, że każdy kij ma dwa końce, bo zdarzają się lokatorzy, którzy nie dbają o miejsce, demolują je, ale ja akurat do takich nie należę (mam nadzieję). Wachlarz postaci i sytuacji, z którymi przyszło mi się zmagać jest imponujący. Pani licząca łyżki (nie srebra rodowe), pan, który WYDAWAŁ odkurzacz raz na miesiąc i zabraniał prania, by „prądu za dużo nie ciągnąć”. Kuchnia z prysznicem, kuchnia w pokoju… Kradzieże rzeczy podczas nieobecności lokatora (wliczam w straty zgrabne botki i lokówkę), a także zdjęcia pokoju, w którym jeszcze mieszkałam, robione po kryjomu i wystawione w ofercie internetowej dla potencjalnych najemców — za jeszcze większą kwotę. Myślę, że gdybym zapytała każdego z Was, takich historii byłoby o wiele więcej. Szczęśliwi odstępnego nie liczą. Szczęśliwi z nikim się nie „użerają”, nie muszą ze wszystkiego się tłumaczyć, rozliczać z gwoździ, chodzić na paluszkach i świecić oczami. Szczęśliwi ci, którzy mają już własne, nawet jeśli jest ono ciasne. I tego sobie i mnie podobnym życzę. Na dobry początek.

musli magazine


>>elementarz emigrantki

O jak Oxford i cała reszta >>

Natalia Olszowa

Wrzesień miesiącem edukacji, a jeżeli już o tym mowa, to można zadać sobie podstawowe pytanie, czy edukacja edukacji równa. Kiedy opuściłam granice kraju, zobaczyłam, że istnieją różne uniwersytety i szkoły, których poziom nie zawsze jest równy. Tu, w Irlandii, edukację mierzy się w tzw. FETAC-ach (Further Education and Training Awards Council), które przeliczają kwalifikacje obcokrajowca na tutejsze. Często okazuje się, że — według tego przelicznika — uniwersytety poza Europą są na niższym poziomie niż te europejskie. I tak np. Afrykańczyk, który uważa się za wyżej wykwalifikowanego elektryka, okazuje się elektrykiem na poziomie technika. Polska, o dziwo, stoi dosyć mocno w tej konkurencji. Jeżeli ktoś jest zatem z kraju nad Wisłą, może bardzo łatwo zaimponować swojemu przyszłemu pracodawcy — wystarczy przynieść papiery do biura, które bezpłatnie przeliczy polskie wykształcenie na tutejszy system, i violá. Od dziecka wmawiano mi, jak ważne jest wykształcenie. Teraz ja wmawiam to samo młodszym pokoleniom — lepsza szkoła to zawsze lepsza praca, a w konsekwencji lepsze życie. Kiedy przyjechałam do Irlandii, byłam dumna ze swojego dyplomu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Szkoda tylko, że zaraz trafiłam do kuchni, w której mogłam jedynie wylewać łzy podczas mycia garów i myśleć, czy to na pewno ta sama osoba czytała Heideggera w oryginale jakieś 6 miesięcy temu. Z upływającym czasem zaczęłam spotykać różnych ludzi, którzy pokończyli różne uczelnie, o różnych specjalizacjach i różnych nazwach, takich jak: Katowicki, Katolicki, Adama Mickiewicza, Jagielloński i… Co z tego, jeżeli mojemu pracodawcy nic one nie mówiły, jemu znane były jedynie uniwersytety dublińskie, brytyjskie i amerykańskie. Szkoda, że są tak drogie, iż nie stać na nie przeciętnego zjadacza tosta. Amerykanie nieraz zapożyczają się na lata, by ukończyć jeden z szanowanych uniwersytetów. Top na liście to Harvard za jedyne 125 tys. dolarów rocznie — studiuje na nim 20 tys. studentów, a co z resztą? Reszta biega po ulicy Wielkiej Brytanii i szuka upustu ogólnej frustracji. Zwłaszcza jeśli pochodzi się z rodziny wielodzietnej, „zrobionej” pod system socjalny typu: urodzisz dziecko — dostaniesz dodatek. Najmłodszy uczestnik ostatnich rozruchów miał 12 lat, był też dwunastym dzieckiem kobiety, która doniosła policji na własnego syna, chcąc się go pozbyć.

I nie dziwię się. Fakt faktem — były wakacje, ale gdyby dobrze wyedukować tę młodzież, nie latałaby po ulicy, szukając rozróby. Mój ojciec zawsze mawiał, że miejsce młodzieży jest przede wszystkim w szkole i w sporcie. Tylko jeżeli szkoły zaczną być płatne, to nie wszystkich będzie na nie stać. I tu kłaniam się w kierunku Ojczyzny, bo może i pracuję poniżej kwalifikacji poza jej granicami, ale przynajmniej mam dyplom, a kiedy ktoś się mnie pyta, dlaczego studiowałam tak długo, odpowiadam: „Bo miałam za to płacone”. Dlatego według mnie złe wychowanie to nie tylko film Pedro Almodóvara, ale także edukacja płatna i nie dla wszystkich. Jeszcze do niedawna myślałam o prestiżowych uczelniach jak o czymś wyjątkowym, miałam kompleks nieukończonej Jagiellonki, tymczasem z wiekiem zaczynam przychylać się do tzw. „edukacji dla wszystkich”. Szkoły nie powinny być płatne, bo w przeciwnym razie co stanie się z młodzieżą, która pełna elan vital i fantazji będzie szukała zajęcia na ulicach, podczas gdy rodzice będą urabiać się po pachy, w pocie czoła, by pokryć rachunki. Jest jeszcze druga strona medalu — mrzonka o tym, jak dyplom ułatwia życie. Często ci, którzy nie mają wykształcenia wyższego, wymagają od tych, którzy je mają, nie wiadomo jak wielkich rzeczy, tymczasem „wyżej wykwalifikowani” wiedzą, jak jest w rzeczywistości. Ostatnio rozmawiałam z kolegą, który nie skończył wyższej uczelni, i tak jak ja wcześniej myśli, że certyfikat odmieni jego życie. Jest gotowy zapłacić za naukę każdą ciężko zapracowaną kwotę. Wyprowadziłam go z błędu, mówiąc, że to, gdzie zajdziesz i co osiągniesz w życiu, zależy od tego, jakim jesteś człowiekiem, czy potrafisz wykorzystać teorię i swój potencjał w praktyce, czy znajdziesz się we właściwym miejscu, we właściwym czasie i z właściwą osobą. Ludzie często zdobywają dyplom za dyplomem, a nie potrafią sobie poradzić z najprostszym problemem i życiem osobistym. Nauka, edukacja czy teoria powinny mieć pokrycie w praktyce — tego się nauczyłam, będąc tutaj. Wcześniej uwielbiałam zbierać papierek za papierkiem, tylko — co mi tak naprawdę z tego, skoro miarą sukcesu jest życie codzienne, a moje do najszczęśliwszych nie należy.

>>29


Pokolenie ma z Marią Sadowską — wokalistką i reżyserką — o feministycznym westernie, ucieczce od gatunkowych szufladek i marzeniach sennych z bluzami w roli głównej rozmawia Magda Wichrowska


ałych rewolucji

FOT. APARATKI.PL / DOROTA WRÓBLEWSKA I MONIKA OSTROWSKA / SONY MUSIC


>>porozmawiaj z nią...

>>Była Pawlikowska-Jasnorzewska, Komeda, ostatnio

Kaczmarski. Liftingujesz mistrzów i przyprawiasz ich po swojemu? Nadajesz nowe znaczenia. To chyba wciąga. Nie kusi Cię, żeby jeszcze kogoś odkurzyć i odmalować? Kusi mnie! Mam wiele pomysłów na odgrzebywanie starych rzeczy, tym bardziej że żyjemy w takich czasach, że kultura się powiela. To czas recyclingu muzycznego.

>>Wszystko już było? Tak, wszystko już było, ale teraz jest inaczej. Szkoda, żeby ta muzyka uległa zapomnieniu. Jest tyle pięknych polskich kompozycji, zupełnie zapomnianych, które wymagają odkurzenia, odświeżenia i przypomnienia, ale nie ma sensu tego robić w ten sam sposób. Jestem wielkim wrogiem coverów na zasadzie 1:1 i naśladowania oryginalnych wykonań. Myślę, że jakikolwiek sens robienia starych rzeczy, to robienie ich po swojemu. Czerpanie z tradycji i przeszłości, która jest w pewnym sensie w naszym krwiobiegu, i przetwarzanie tego na nowy język. Uważam, że nie ma sensu robić tego w sposób tradycyjny i powielać wersje utworów, które były nagrane kiedyś. Natomiast jest to bardzo ciekawy poligon doświadczalny do zderzenia tego z własną osobowością i z własnymi pomysłami. Ja to bardzo lubię. To są bardzo inspirujące spotkania. Muzyka ma wolność w sobie. Można pójść w tak wiele stron, że jest to dla mnie zawsze niesamowita przygoda. W tych projektach jednak przede wszystkim jest bardzo dużo ze mnie. W Tribute to Komeda jest zdecydowanie więcej mnie niż Komedy. Jego zostało niewiele, zaledwie kilka nut. To są utwory przearanżowane. To samo dotyczy Kaczmarskiego. A jeśli chodzi o poezję, to wiadomo, że muzycznie ma się już całkowitą swobodę. >>Dużym atutem Twojej muzyki jest to, że nie domykasz

się w jednym gatunku, nie określasz. W jednym z wywiadów z Tobą natknęłam się na określenie „broken pop”. Łamiesz to co oczywiste? Nie lubisz ram i łatek? Nie lubię. Uważam, że muzyka dzieli się na dobrą lub złą. W każdym gatunku, nawet tym najgorszym — disco polo — można znaleźć i dobre i złe kawałki. Nie lubię wkładania do szuflad, a myślę, że ludzie to robią, bo im to upraszcza sprawę, ale to nie jest wcale takie proste. Muzyka mieni się kolorami. Ja nie chcę się ograniczać do bycia tylko artystką jazzową albo tylko klubową. Umarłabym chyba z nudów. Ale uważam też, >>32

musli magazine


„” >>porozmawiaj z nią...

że nie można popaść w taki wszystkoizm. Pomieszanie gatunków musi być jednak z pewną dozą jakiegoś charakterystycznego rytmu. Musi być jakieś spoiwo. U mnie to zamyka się w granicach popu, jazzu i muzyki elektronicznej. W tym obszarze się poruszam. Nie nagram nigdy płyty heavymetalowej, nie zrobię żadnego totalnego zwrotu w bok. Ale już w ramach tych trzech gatunków można zrobić bardzo wiele, bo w tym się mieści i reggae, które bardzo kocham, i funkowa muzyka, którą uwielbiam, i afro beaty, i broken beaty. Ja to nazywam właśnie broken popem, bo gdzieś tam wywodzę się jednak z tradycji popowej piosenki. Uważam, że sztuką jest napisać dobrą piosenkę, tak żeby miała ona dobry tekst i melodię. Nie jestem typem awangardystki, która odcina się od tej tradycji. U mnie podstawą są właśnie piosenki. Mam popowe serce, choć ten wachlarz muzyczny wybiega daleko poza pop. Dzisiaj on niestety kojarzy nam się z pop rockiem, którego nie cierpię i którego jestem wielkim wrogiem. To jest właśnie przykład muzyki zupełnie nieodkrywczej. Jest zamknięta gatunkowo już od dobrych kilkunastu lat. To jest cały czas to samo brzmienie. Z takim popem się zupełnie nie identyfikuję.

>>A z jakim pokoleniem się identyfikujesz? Na płycie Spis

treści jest piosenka Rewolucja. Śpiewasz „Gdzie jest moja rewolucja...”. No właśnie, gdzie? Ja identyfikuję się z pokoleniem trzydziestolatków, a nazywano nas bardzo różnie. Byliśmy Pokoleniem X i Pokoleniem NIC, a teraz jesteśmy pokoleniem, które pcha to wszystko naprzód. Jesteśmy pokoleniem, które pamięta jeszcze stan wojenny. Mamy świadomość, jak to było kiedyś, a jednocześnie już całe życie uczyliśmy się, jak się je tę nową rzeczywistość. Jesteśmy pokoleniem oportunistów. O tym jest właśnie ta piosenka. Nie przeżyliśmy wielkiego buntu. Z drugiej strony myślę, że można realizować swoje małe rewolucje. Jest mnóstwo spraw, o które trzeba walczyć. Ja walczę cały czas o dobrą kulturę. O to, żeby nie zalewała nas tandetna, słaba muzyka, która wylewa się z komercyjnych stacji. O to, żeby nie blokowano dobrych artystów, co się niestety dzieje non stop. Bardzo ciężko jest się przebić ciekawym kapelom. Niszowi artyści mają z tym wielki problem. Z drugiej strony jest jednak coraz więcej ciekawych festiwali i to nasze pokolenie trzydziestolatków otwiera się na taką kulturę.

>>33

FOT. APARATKI.PL / DOROTA WRÓBLEWSKA I MONIKA OSTROWSKA / SONY MUSIC


>>porozmawiaj z nią...

FOT. APARATKI.PL / DOROTA WRÓBLEWSKA I MONIKA OSTROWSKA / SONY MUSIC


” >>porozmawiaj z nią...

Zmieniając zupełnie temat. Musimy też walczyć o środowisko naturalne, żeby za trzydzieści lat nie mieć klęski ekologicznej. Myślę, że małe rewolucje, które robimy na co dzień, są równie ważne, co te wielkie.

>>A bohaterowie bardzo osobistego filmu

Mariusza Fronta Portret podwójny, w którym zagrałaś, to też Twoje pokolenie? Tak, to jest moje środowisko, ale to są ludzie trochę starsi ode mnie. W Filmówce trzymałam się z twórcami, którzy dzisiaj odnoszą wielkie sukcesy — z Małgosią Szumowską i z Xawerym Żuławskim. Jestem ich młodszą koleżanką. Bardzo ich podziwiam i wiele im zawdzięczam. Te znajomości dały mi duży bagaż doświadczeń na przyszłość.

>>W swoim filmie Non Stop Kolor pokazujesz warszawskie środowisko młodych ludzi związanych z kulturą klubową. Minęło kilka lat i chyba wiele się zmieniło? Dzisiaj musiałabyś opowiedzieć inną historię? Ten film jest właściwie taki wspomnieniowy. Już jak go robiłam, opowiadałam historię z kilku lat wstecz. Tego świata już nie ma. Chciałam uchwycić tę chwilę, zachować ten moment, żeby został ze mną. Teraz to, co się dzieje w klubach, to już zupełnie inna historia. Czas, o którym opowiadam w filmie to była dla nas swego rodzaju rewolucja kulturalna. Byliśmy w kontrze do gitarowego grania. Wcześniej muzyką elektroniczną gardzono. Mówiło się, że to muzyka bez duszy, a my uwierzyliśmy, że ona ma duszę. Kochaliśmy tańczyć. Dzisiaj cieszę się, że miałam możliwość przeżycia czegoś takiego, bo widzę, że od kilkunastu lat w muzyce nie wydarzyło się nic nowego, a na pewno nic tak przełomowego. Nie doczekaliśmy się już żadnej nowej rewolucji. Dla mnie muzyka klubowa była tym, czym dla pokolenia naszych rodziców był rock’n’roll. Teraz muzyka klubowa wyszła z undergroundu i jest bardzo skomercjalizowana. Wiele klubów przypomina dzisiaj zwykłe dyskoteki, które tylko trochę różnią się repertuarem. Nie ma już ani tej poetyki, ani tej romantycznej przygody, którą wszyscy przeczuwaliśmy. Nie wiem, czy byłabym w stanie robić film o tym, co dzisiaj się dzieje na scenie klubowej. Raczej marzy mi się jeszcze jeden taki film o początkach tej sceny w Polsce, aby jeszcze raz utrwalić to zachłyśnięcie się czymś nowym.

>>Non Stop Kolor to też 1/3 Demakijażu, w którym znalazły

się jeszcze obrazy Ani Maliszewskiej i Doroty Lamparskiej. Lubisz kino robione przez kobiety, czy nie ma to dla Ciebie znaczenia? Jest mi to zupełnie obojętne. Oceniam film jako dobry lub zły. Naturalnie jest w tych obrazach pewna szczególna wrażliwość. Lubię na przykład filmy Sofii Coppoli, ale z drugiej strony jest też Kathryn Bigelow i jej film The Hurt Locker. Oglądając go, nie możesz powiedzieć, że jest to film zrobiony przez kobietę. To jest po prostu świetnie zrobiony obraz. Każdy ma swoją wrażliwość. Widzę to zwłaszcza teraz, kiedy spieram się z producentem o niektóre sceny. Ja mam damski punkt widzenia, a on męski. Czasami go właśnie tak przekonuję — „to jest damski punkt widzenia i musisz to zrozumieć” (śmiech). Cieszę się też, że coraz więcej kobiet robi filmy. Nie uważam reżyserii za zawód męski. Nasz świat nie kończy się już na kuchni i dziecku. Robimy filmy i jesteśmy równie dobrymi reżyserami jak mężczyźni. W szkole filmowej jest coraz więcej kobiet. Jeszcze za moich czasów studenckich na roku było ich kilka, teraz to jest ponad połowa. To cieszy (śmiech).

>>Demakijaż powstał w ramach programu „30 minut”, któ-

ry koordynowany jest przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Czy takie programy to według Ciebie szansa dla debiutantów? To jest wspaniała rzecz. Starsze ode mnie pokolenie to trochę pokolenie stracone. Oni mieli dużo większy problem z zadebiutowaniem. Przecież Xawery (Xawery Żuławski — przyp. red.) czekał chyba osiem lat na debiut. Kilka osób, które świetnie zapowiadało się, przepadło. Nam było łatwiej. Program „30 minut” to znakomite przygotowanie przed fabułą. Nie wyobrażam sobie wchodzić na plan i na dzień dobry robić fabułę, bez takiej trzydziestominutowej wprawki. Te filmy są oczywiście mniej lub bardziej udane, ale sama idea czy to, że mamy szansę je robić, to wspaniała rzecz. Cieszę się, że to trwa i jestem całym sercem za tą inicjatywą. Świetnie też, że powstają dokumenty. Mam wrażenie, że te filmy z roku na rok są coraz lepsze. Jedyny minus to to, że niewiele osób ma szansę je obejrzeć. Nie trafiają niestety do szerokiego obiegu. Widz dzisiaj musi kupić DVD albo trafić na film na TVP Kultura. Świetny jest pomysł samego programu, ale nie ma jeszcze pomysłu, jak te filmy pokazywać i promować. Trzeba to jakoś dobrze wymyślić, żeby te filmy miały inne życie niż tylko to festiwalowe. Może pokazywać je w kinach przed właściwym seansem jako dodatek?

>>35


>>porozmawiaj z nią...

>>To jest jakiś pomysł. Kiedyś się sprawdzał. Wiem, że pra-

cujesz teraz intensywnie nad filmem Dzień kobiet. Kiedy go zobaczymy? Myślę, że zobaczymy go… na Dzień Kobiet (śmiech).

>>Powiesz mi o nim coś więcej? To film, który opowiada historię kobiet, które walczyły o prawa wyzyskiwanych kobiet w sieciach handlowych. To klasyczna historia. Trochę taka walka Dawida z Goliatem, dobra ze złem… To polska wersja Erin Brockovich (śmiech). Główną rolę gra Kasia Kwiatkowska, która jest moim wielkim odkryciem, bo dotychczas znaliśmy ją tylko z parodii i ról komediowych, a okazała się świetną aktorką dramatyczną. Myślę, że to jest piękna historia i doda siły wszystkim niepewnym siebie kobietom. Ja nazywam ten film feministycznym westernem. >>Jesteś muzykiem i filmowcem. Jak sądzisz, czym dzisiaj

Polska stoi? Muzyką czy filmem? To jest trudne pytanie. Chyba obie sprawy mają się dobrze. Mamy festiwale i one ratują scenę alternatywną. Na światło dzienne wychodzą płyty, których nigdy nie usłyszysz w radiu i telewizji, ale Ci artyści i bez tego odnoszą sukcesy. Jest też coraz więcej programów, w których ludzie pokazują swój talent. Jestem wielką ich zwolenniczką. Nie widziałam za wiele tych odcinków, ale to, co udało mi się obejrzeć, natchnęło mnie pozytywną myślą, że w Polsce jest dużo utalentowanych ludzi, na przykład Me Myself and I. Tylko pozostaje pytanie, co z nimi będzie? Kto im pomoże? Uważam też, że przez te programy coś się ruszyło. Jest inna estyma dla muzyków, odmienna od tej, która panowała przez ostatnie lata. Zaczynamy doceniać talent, a wszystko dzięki magicznej mocy telewizji (śmiech), która spełnia w tym przypadku edukacyjną rolę. Z filmami jest podobnie. Mam na myśli festiwale. To one edukują publiczność. Trudno jest mi powiedzieć, co będzie dalej. Teraz miałam szczęście. Dostałam pieniądze, trafiłam na świetnych producentów (Jacek Bromski, Dariusz Gajewski, >>36

musli magazine


” >>porozmawiaj z nią...

FOT. APARATKI.PL / DOROTA WRÓBLEWSKA I MONIKA OSTROWSKA / SONY MUSIC

Ewa Jastrzębska — przyp. red.), którzy się mną zaopiekowali i naprawdę mi pomogli. Teraz panują jeszcze takie warunki jak w inkubatorze, mówię o Studiu Munka, za chwilę zobaczę, co dalej, czy uda mi się zrobić następny film i ile to będzie trwało.

>>Rozmawiałyśmy o muzyce, filmie, została jeszcze…

moda. Jak zrodził się pomysł na Sadowska-Fashion? Nawiasem mówiąc, bardzo udany. Dziękuję! Ja tego nie traktuję śmiertelnie poważnie, raczej jako pewien rodzaj zabawy z dużym przymrużeniem oka. Dla mnie moda to tylko przedmioty. Nie zostaną ze mną na wieki. Muzyka i film mają dla mnie o wiele większą wartość. To są dla mnie rzeczy duchowe. Zawsze śmiałam się z projektantów i z tego wariactwa na punkcie ciuchów. Umówmy się, to są tylko szmaty, podpisane tym czy innym nazwiskiem. Dziwi mnie i zaskakuje, że ludzie się tym tak strasznie emocjonują. A moje bluzy któregoś dnia po prostu mi się przyśniły i postanowiłam zrobić dla siebie dwa takie egzemplarze. Ludzie zaczęli mnie pytać, skąd je mam i tak to się zaczęło. Wystartowaliśmy skromnie, bo mamy tylko bluzy, ale już ledwo wyrabiamy się z zamówieniami. Zaczynaliśmy od jednego rozmiaru, ale szybko okazało się, że chcą je mieć dziewczyny różnej postury. Teraz mamy rozmiarówkę od 36 do 42. Mam już pomysły na dalsze projekty, ale jak na razie jest to tak absorbujące, że nie mam czasu tego dalej rozwinąć. Zamysł był taki, żeby były to wygodne sportowe ciuchy z elementami polskiej sztuki ludowej, która jest wspaniała, choćby przez piękne zestawienia kolorów. Sama lubię kolory. Jestem przeciwna szarzyźnie i wszystkim mówię, żeby nie bali się eksplozji barw. Artyści ludowi zawsze mieli fantastyczne wyczucie łączenia kolorów. Zestawiali ze sobą na pozór niepasujące barwy. Myślę, że polski folklor to ogromna kopalnia wspaniałych wzorów, które cały czas są do wykorzystania. Pomysłów mam dużo, ale zobaczymy, czy starczy mi czasu na ich realizację, bo muzyka i film zawsze będą u mnie na pierwszym miejscu.

>>37


*

>>zjawIsko

Spacerologia z obiektywem w tle Na Toruńskich Spacerach Fotograficznych nikt nikogo nie rozlicza z tego, czy fotografuje nikonem, canonem czy… nokią. A niedzielny pstrykacz zrobi nieraz ciekawsze zdjęcia niż profesjonalista czy artysta dyplomowany

W

jedną z sobót maja 2010 roku pod pomnikiem Artylerzystów na toruńskim placu Zwycięstwa zgromadziło się kilka osób. Zamiast okolicznościowych wieńców w dłoniach dzierżyli aparaty fotograficzne różnych kolorów, wielkości i marek. Pogoda dopisała. Popołudniowe słońce subtelnie prześwitywało przez chmury, tworząc to, co fotografowie zwykli nazywać „naturalnym softboxem”. Po odczekaniu zwyczajowego kwadransa, w przeciągu którego do ekipy dołączyły jeszcze dwie osoby, zapadła szybka decyzja. Gdzie idziemy? Jakubskie Przedmieście! I w ten sposób rozpoczęła się nasza historia. Idea spacerów fotograficznych znana jest już w świecie od kilku lat. W październiku odbędzie się czwarty Photo Walk, podczas którego w wielu krajach amatorzy utrwalania świata na tradycyjnych błonach światłoczułych i matrycach cyfrowych wyruszą na łowy. W Polsce coraz częściej otwierają się też dla fotografów odizolowane na co dzień miejsca w rodzaju zajezdni tramwajowych, starych fabryk, bocznic kolejowych. Zasadą takich spotkań jest otwarcie się na różne kategorie ludzi — angażują się profesjonaliści, domorośli lub dyplomowani artyści, a przede wszystkim tzw. niedzielni pstrykacze, często przychodzący z całymi rodzinami. I nigdy nie ma pewności, czy Hania pracująca w biurze nie zrobi swoją kieszonkową głupawką ciekawszego zdjęcia niż pewny siebie Grzesiek, fotograf ślubny z najdroższym obiektywem, czy też Czesiek po ASP, lansujący się przedpotopową maszyną na szerokie klisze. Bardzo często to właśnie Hania wróci do domu z najlepszymi kadrami. Utrwaliła się zasada — spotykamy się w pierwszą sobotę każdego miesiąca. Wybieramy wcześniej obszar miasta, który bierzemy na ruszt. Początkowo na TSF przychodziła szajka starych znajomych, na co dzień pasjonujących się fotografią. Szybko jednak zaczęły dołączać nowe osoby, w czym największa zasługa wszechobecnego Facebooka, gdzie od początku funkcjonowała nasza grupa społecznościowa. Z kilku spacerujących na pierwszym spotkaniu na kolejnych robić zaczęło się kilkunastu, i jeszcze więcej. Niektórzy przychodzili tylko raz, inni na stałe odnajdywali się w zespole. Do internetu trafiały zdjęcia, które były szybko oceniane i komentowane. Podstawą grupy stały się kumpelskie układy, pozytywne nastawienie, luz. Nikt nikogo nie rozliczał z tego, czy fotografuje nikonem, canonem czy… nokią. Nikt nikogo nie pouczał, a ci,


>>zjawisko

Tradycją są fotki grupowe. W styczniu na Bulwarze Filadelfijskim

którzy byli mniej doświadczeni, zdobywali szlify szybciej, niż by się można było spodziewać. Prawdopodobnie dlatego minął ponad rok, a Toruńskie Spacery Fotograficzne mają się w najlepsze.

D

ość szybko staliśmy się rozpoznawalni w mieście. Trudno zresztą przeoczyć pielgrzymkę dwudziestu fotografów obojga płci w miejscu, do którego nigdy nie dotarł nawet najbardziej uparty japoński turysta. Pierwsza wystawa miała miejsce w sierpniu 2010 roku w Piwnicy Pod Aniołem (była to swoją drogą ostatnia tego typu impreza w tym nieistniejącym już, kultowym niegdyś, klubie). Drugi pokaz odbył się w październiku w Klubie Rubin — podczas Święta Rubinkowa. Wiosną 2011 roku pocztówki ze zdjęciami TSF rozdawano podczas Święta Bydgoskiego Przedmieścia, a nasze prace pokazujące reklamy na ulicach miasta, które wywieszono w Kontrapunkcie, towarzyszyły debacie publicznej „Toruński Outdoor”. Pojawiły się także relacje prasowe na papierze i w sieci. Powstała witryna www.torunskiespacery.wordpress.com. Wreszcie sąd rejonowy zarejestrował w maju 2011 roku osobę prawną pod nazwą Stowarzyszenie Toruńskie Spacery Fotograficzne. Na pytanie: „Co fotografujecie?”, odpowiadamy: „Wszystko”. Jedni uwieczniają krajobrazy, inni próbują sił w klasycznym street-foto, czyli reportażu ulicznym, jeszcze inni szukają najbardziej ukrytych fragmentów rzeczywistości, traktując je jako formy abstrakcyjne czy geometryczne. Co charakterystyczne, unikamy wyświechtanych, stereotypowych wizerunków Torunia. Żad-

nego pomnika Kopernika, Ratuszowej czy Krzywej Wieży! Za to proponujemy zachwycone czymś twarzyczki dzieci w oknie na Rybakach, pochyloną staruszkę wśród stada gołębi na bocznej uliczce Podgórza, obskurny lunapark rozłożony nieopodal basenu Elany, zniszczone kikuty Tormięsu, marzycielską twarz mieszkańca Bydgoskiego Przedmieścia. Powstaje dokument naszego miasta naszych czasów.

S

pacery foto były znane już wcześniej, nie było jednak grupy, która spotykałaby się cyklicznie, niesiona podobną ideą. Nasz pomysł został jednak dostrzeżony i zaczął być powielany. Szczególną sympatię mamy do Elbląskich Spacerów Fotograficznych, zespołu kierowanego przez naszego przyjaciela Miłosza Kulawiaka. Jak czujemy się po półtora roku i siedemnastu plenerach? Odwiedziliśmy wiele dzielnic i zakątków, jednak wciąż mamy sporo do sfotografowania. Otoczenie się zmienia, a fotografia ma to do siebie, że kadry nie imają się powtórkom. Niedługo zresztą zaczniemy eksplorować nieco dalsze okolice miasta i regionu. Ciągle rodzą się nowe ambicje i plany, a radość fotografowania i spacerowania pozostaje ta sama. Cóż więcej dodać? Zapraszamy! ZBYSZEK FILIPIAK


Alicja Piotrowska

Najsłynniejsza toruńska fotoreporterka, wiele lat związana z „Nowościami”. Migawka opada i ze skrawka rzeczywistości powstaje magia


Bartłomiej Łyczak

Hotel pracowniczy „Lipsk” na Rubinkowie wygląda dziś inaczej. Na zdjęciu jednak nadal w swej kontrowersyjnej i PRL-owskiej krasie


Letni festyn w Parku Bydgoskim i międzypokoleniowe utarczki bezkrwawe

Anna Kwiatkowska


*

>>zjawisko

Krzysztof Żółtowski

Nieważne, czy cyfrowa, czy analogowa. Liczy się fotografia dobra. Ale czyż ten legendarny Pentacon Six nie jest piękny?

>>25


Jacek Wojciechowski

Esencja reportaĹźu to dobry kontakt z ekosystemem


Michał Joński

Tajemnice starych kamienic


Sławomir Jędrzejewski

Portret tubylca. Bydgoskie Przedmieście


Magda Waliszewska

Plener na Podgórzu należał do tych „o świcie”. Pewnych obrazów nie zobaczy się o innej porze


Przemysław Stochmal

Chełmińskie Przedmieście niczym sceneria ze znanego filmu Hitchcocka


Marcin Mentel

Dzięki tej fotografii ulica Szeroka stała się jeszcze szersza


Marcin Frątczak

Zdjęcie z wystawy „Toruński Outdoor”, poświęconej reklamie w przestrzeni publicznej. „Wymowne” - jak ktoś zauważył


Tomasz Śliwiński

Widzieliście lepszą pocztówkę z ulicy Bydgoskiej?


Michał Kołosowski

Nieodparty urok zajęć pozalekcyjnych


Zbyszek

Czasem jedno zdjęcie mówi więcej niż książka


Mionsko

>>O kolejnych plenerach i imprezach TSF dowiedzieć się można na stronach:

http://torunskiespacery.wordpress.com/ http://www.facebook.com/spacery http://www.facebook.com/group.php?gid=123299654353146


�

>>porozmawiaj z nimi...

FOT. WIESZOCOCHODZI

>>56

musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

Nie zakładamy, że ma być wesoło czy smutno z Paulą i Karolem o tym, że Polska nie jest smutnym krajem i o ładnym ogarnianiu emocji rozmawia Magda Wichrowska

>>57


” >>Jak wpadliście na siebie i jak to się stało, że muzyczna

rodzina się Wam powiększyła. To z miłości do muzyki? To wspaniałe móc grać swoje piosenki z innymi muzykami. Tak wyszło, że poznaliśmy naprawdę piekielnie zdolnych ludzi, którzy chcieli z nami grać, więc zupełnie bez sensu byłoby nie skorzystać z ich talentu. Tak było w przypadku Igora, Zosi, Staszka, Krzysia czy ostatnio Christofa i Szymona.

>>A co robiliście zanim na siebie trafiliście?

Karol: Ja trenowałem piłkę nożną w podstawówce z dziećmi i studiowałem Stosowane Nauki Społeczne na UW. Paula: A ja pisałam swój doktorat — to akurat się do dziś nie zmieniło — i mieszkałam w Kanadzie.

>>Stylistyka amerykańskiego folku zawsze była Wam bliska? Karol: Tak. Ja lubię bardziej stare rzeczy, jak na przykład Pete Seger czy Bob Dylan. Paula: A ja nowsze, takie jak Fleet Foxes czy Noah and the Whale. >>Jesteście kolejnym zespołem, który przewietrzył trochę

polski przemysł muzyczny. Ja miałam już dosyć tej patetycznej duchoty. Wasza muzyka jest prosta i radosna. Macie na nią jakiś patent? Mamy! To pisanie dobrych tekstów i melodii. Komponowanie utworów to dla nas najważniejszy moment w całej przygodzie muzycznej. Potem tylko dzielimy się tym, co powstało z innymi muzykami i staramy się uchwycić to, co według nas w danej piosence jest najważniejsze.

>>Tak z półrocznego dystansu — jesteście zadowoleni

z Overshare? Pracujecie już nad nowym materiałem? Zadowoleni jesteśmy bardzo! Jednocześnie mamy świadomość tego, co chcemy inaczej zrobić przy okazji drugiej płyty. Materiał w większości już jest, niektóre rzeczy gramy nawet na koncertach. Myślami rzeczywiście jesteśmy już przy następnym albumie.

>>Lado ABC to chyba miękkie lądowanie dla tak nietuzin-

kowych muzyków jak Wy? Zdaje się, że dają artystom dużą wolność i są otwarci na bardzo różne perspektywy muzyczne. Dokładnie tak. Lado rządzi.

>>Po raz pierwszy słyszałam Was rok temu w Bydgoszczy na

Smooth Festival. Moje pierwsze skojarzenie było takie, że nie jesteście z Polski. Powiem Wam dlaczego — bo dobrze się bawiliście. Uśmiech nie schodził Wam z twarzy. U polskich artystów to niezbyt częsty widok. Rzeczywiście, granie wspólnie muzyki sprawia nam ogromną przyjemność. To wielkie szczęście móc grać swoje piosenki, a jeszcze większe, że tak wiele osób chce ich słuchać. Ta radość wynika z tego, że bardzo się przyjaźnimy i po prostu dobrze ze sobą czujemy.

>>Czy ta otwartość i radość grania ma też coś wspólnego

z tym, że żyliście poza granicami naszego kraju, w którym nie potrafi się śpiewać bez patosu i napinki?

>>58

>>porozmawiaj z nimi...

Ten kraj nie jest smutny! Ludzie w niektórych środowiskach w Stanach czy Kanadzie potrafią być nawet bardziej zblazowani! Może czasem mamy w Polsce problem z byciem radosnym, bo ludziom kojarzy się to z byciem sztucznym, ale nie jest to zasada, która odnosi się do wszystkich.

>>Powiedziałabym, że to się zmienia, ale powoli. Podobnie

jest z otwartością na świat. To przychodzi z każdym kolejnym pokoleniem — Polacy są coraz bardziej swobodni, czują się obywatelami świata, mają głód rozmowy i poznawania innych ludzi. A czy Wy czujecie się związani z jakimś pokoleniem? Karol: Ja się czuje związany z pierwszym pokoleniem, które wychowywało się w PRL, a dojrzewało w wolnej Polsce. Dobrze pamiętam kartki, kolejki, demonstracje i kontrdemonstracje pierwszomajowe. Czuję, że jestem tak pomiędzy tym, co było a tym, co jest teraz. Paula: Ja bardziej z pokoleniem — nie wiem nawet, czy można nazwać nas „pokoleniem” — bardzo mobilnych ludzi, którzy wytworzyli umiejętność bycia otwartym na innych. Podróżowanie jest dla mnie czymś codziennym i przez to dostosowuję się łatwo do różnych ludzi i interakcji.

>>A co Was nakręca, inspiruje i podjudza do wydania na

świat kolejnych piosenek? Spotkania z innymi, rozmowy, emocje? Nie ma chyba takiej jednej rzeczy. Próbujemy w muzyce i tekście po prostu uchwycić rzeczy, wydarzenia, wspomnienie czy jakieś stany emocjonalne nam najbliższe. Rozmawiamy o tym i staramy się jakoś ładnie to ogarnąć.

>>Pytam o inspiracje, bo w Waszych piosenkach kontra-

punktem dla radosnej muzyki są niewesołe słowa. Trochę w nich samotności, trochę sentymentalnej nuty, śmierć... Jak to z Wami jest? To musi być przede wszystkim prawdziwe. Nie zakładamy, że ma być wesoło czy smutno. Powstaje coś i staramy się zrobić to jak najlepiej, niezależnie od tego, czy w danym tekście czy melodii jest optymizm czy zwątpienie.

>>A jakiej muzyki słuchaliście dzisiaj rano? Karol: Ja słuchałem Decemberists. Paula: A ja ostatniej płyty Arcade Fire.

>>To teraz pozamuzycznie. Wiem, że kochacie, a zatem

zadam inne pytanie — za co i pomimo czego kochacie Warszawę? Karol: Ja za to, że ma niesamowity dar przetrwania i za moich nieżyjących już dziadków i babcie. Paula: A ja za to, że mnie tak zaakceptowała i pomogła mi wytworzyć moje idealne miejsce do mieszkania i bycia...

>>Ja też uwielbiam Stolicę. Jak tylko mam chwilę, wpadam

i odwiedzam swoich warszawskich Przyjaciół. Polecacie mi jakieś szczególne miejsce? Plac Zabaw na Agrykoli, Szczotki i Pędzle na Tamce i Café Kulturalna w Pałacu Kultury.

musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

FOT. WIESZOCOCHODZI

>>59


the >>portret

>>50

musli magazine FOT. MATERIAĹ Y PRASOWE


Ploy/

>>portret

internet jest potęgą

Tekst: Grzegorz Wincenty-Cichy

C

zasy takie nam nastały, że w branży muzycznej internet jest prawdziwą potęgą. I nie mam na myśli miejsc rozlicznych stworzonych tylko i wyłącznie do kradzieży płyt w formie plików mp3 ani też — broń Boże — Oli, Kasi i innych śpiewaczek „znalezionych” przez Tymbark w internecie, ale o fakt, że tworząc muzykę, można z drobną pomocą jednego czy drugiego serwisu społecznościowego podzielić się swoją płodnością z innymi i nim się człowiek obejrzy, zacząć być rozpoznawany na ulicach.

D

ciw stały gospodarstwa rolne. W środku mała scena, wytarty blat baru, za nim na półkach wystawione może trzy gatunki piwa. „Jakiś kosmos” — pomyślałem sobie. Ciekawsze było to, że po chwili do lokalu zaczęli schodzić goście. Klientela przeważnie ubrana na czarno, koszulki głosiły postpunkowe hasła albo krzyczały nazwami kapel black metalowych, część widzów miała długie włosy, a nawet długie brody. Dla takich słuchaczy the Ploy wyszło na scenę. Niespecjalnie przejmując się tym, czy się komuś spodoba ich muzyka, czy nie. Spodobała się. Po chwili całe metalowe towarzystwo upchane jak sardynki w pomieszczeniu o powierzchni może czterdziestu metrów kwadratowych tupało nogami do rytmu. Nie wierzyłem w to, co widzę, ale nie chciało ich wypuścić ze sceny. Jako bisy został zagrany praktycznie cały materiał raz jeszcze. Jakiś czas potem — z pomocą internetu właśnie — legalnie pobrałem ze strony internetowej zespołu ich longplay. Demo grupy było niesamowite, natomiast cała płyta... Choć na nagraniu gościły utwory znane mi już wcześniej, a właściwie stanowiły dokładnie jego połowę, to ułożone były w innej kolejności i poprzeplatane nowymi rzeczami. Efekt — piorunujący. Jakimś cudem ze świetnych utworów z demo została wyciągnięta jeszcze inna, nowa jakość. Album nazwany zwyczajnie the Ploy otwiera prześwietny trip, zaczynający się elektronicznie, spokojnie, po chwili wchodzi niesamowity wokal, perkusja, gitara, klawisze. Wyważone dźwięki spójnie łączą płytę w jedną całość — teksty, które o czymś mówią, a nie są tylko angielskim bełkotem. Krążek zamyka jedyny polskojęzyczny utwór brak, oddalony, niepokojący. Płyta zostawia jednak niedosyt. Nagrana została w domowych warunkach, wyprodukowana własnymi kosztami, nakładem własnych pomysłów. Jakim więc cudem nie są to kolejne piosenki zamknięte w jakąś tam kompilację, z której podobają mi się może dwie? Dlaczego nie jest to płyta, której po dwóch przesłuchaniach nie odkładam na półkę i zapominam? Wracam do niej często, uwielbiam ją.

<<

wa lata temu przyjaciel od niechcenia rzucił mi kopertę z płytą w środku i powiedział: „Mój brachol z kolegami nagrali sobie gdzieś tam w garażu demo swojej kapeli. Nawet fajne, posłuchaj, powiedz, co myślisz”. Trochę czasu minęło, zanim włożyłem toto do odtwarzacza, głównie z powodu słów-kluczy: „demo”, „garaż”. Jednak po uruchomieniu nośnika wałkowałem płytę kilka tygodni bez przerwy. Kompilacja składająca się z czterech utworów rozbrzmiewała gitarami, pianinem, trąbką i jakąś taką elektroniczną świeżością. Do tego wokal. Rzecz jasna teksty śpiewane były w języku angielskim, ale nie było tam tak często spotykanego na nagraniach demo polskiego akcentu, który tak irytuje. Nie ukrywajmy, wiele osób po angielsku śpiewać nie umie — tu tego nie było. Do tego to wszystko razem brzmiało genialnie. Było niesamowicie nagrane, z klimatem, bez garażowego rzężenia… Obejrzałem kopertę od płyty raz jeszcze. Nic. Ani spisu utworów, ani napisiku. Wyciągnąłem płytę. Marker do płyt charakterystycznymi bazgrołami przyjaciela głosił „THE PLOY — DEMO”. Jakoś w zeszłym roku miałem okazję zobaczyć ich koncert. Jeden z pierwszych. Odbył się w knajpie w miasteczku o nazwie Wschowa. Zajechaliśmy pod budynek, który równie dobrze mógł być starym sklepem GS-u, gdzieś na obrzeżach, poza osiedlami. Za budyneczkiem rozciągała się po horyzont pszenica, naprze-

>>61


>> I

nternet jest potęgą. To dzięki niemu mam na bieżąco informacje o tym, co się z the Ploy dzieje, dzięki niemu pobrałem ich długogrającą płytę. Dzięki niemu dowiedziałem się, że zespół zagrał na tegorocznym festiwalu w Jarocinie. Uznałem, że nie wypada o nim dłużej milczeć.

T

he Ploy to trzech młodych poznaniaków. Pisząc „młodych”, mam na myśli naprawdę młodych! Stefan Czerwiński, zajmujący się przede wszystkim gitarami, w tym roku szczęśliwie napisał maturę! Iwo Borkowicz i Andrzej Zujewicz są studentami. Średnia wieku zespołu oscyluje w granicach dwudziestu jeden lat. Dla żadnego z nich nie jest to jednak pierwszy projekt, grali wiele rzeczy, z wieloma ludźmi. W zespole każdy zajmuje się wszystkim po trochu, każdy gra na kilku instrumentach, niejednokrotnie jednocześnie. Na koncertach wypada to fenomenalnie. Stefan z gitarą na szyi dłubie przy samplerze, Andrzej, zza perkusji patrząc w ekran komputera, chwyta za trąbkę, a Iwo śpiewa zastawiony klawiszami różnej maści. Bardzo dobrze czują się na scenie, >>62

>>portret

choć każdy z nich jest inny, mają różne zainteresowania, nawet te muzyczne, spotykają się, żeby grać to, co podoba się im wszystkim. Są skupieni na tym, co robią. Internet jest potęgą. The Ploy co rusz startuje w internetowych konkursach — typu facebookowa, zakończona już, Inea Gra. Choć zawsze są wysoko oceniani, wygrana prześlizguje się gdzieś obok nich. Choć sami sobie niczego nie chcą obiecywać po tych konkursach, to po przejściu kilku etapów i odpadnięciu w finale zawsze pozostaje rozczarowanie. Być może nie tego oczekują szychy z show-biznesu, które ogłaszają takie konkursy, dając jako nagrodę główną możliwość nagrania płyty. The Ploy nie jest zespołem rockowym, nie jest też zespołem popowym ani elektronicznym. Oni są gdzieś pośrodku tego wszystkiego. Wyciągnięcie średniej ze wszystkich formacji, które tworzą dobrą muzykę. Synteza? Ale jakimś trafem faktycznie nie nadaje się to do komercyjnego radia. Jest to zbyt ambitna muzyka. Do posłuchania przy kawie, ale już nie jako tło do książki. The Ploy potrzebuje i wymaga uwagi, ale odwdzięcza się pięknie. musli magazine


>>portret

FOT. MATERIAŁY PRASOWE

W

tej chwili chłopaki stoją w miejscu — w punkcie, który jest najtrudniejszy dla muzyków. Stworzyli pewną jakość. Zrobili to, bo chcieli grać taką muzykę. Co będzie dalej? Mają milion pomysłów na minutę. Choć materiał na nową płytę właściwie jest już przygotowany, nie ma sensu nagrywać jej znowu w garażu, niezależnie od tego, jak zdolnym reżyserem dźwięku jest Andrzej Zujewicz. The Ploy potrzebuje dobrego studia. Plan jest taki, aby w takim studiu nagrać jedną piosenkę, ale zrobić to na poziomie światowym. Singiel miałaby dotrzeć do rozgłośni radiowych. Pomysł dobry, tylko który utwór wybrać? Które rozgłośnie? Stefan, Andrzej i Iwo chyba sami nie spodziewali się takiego odbioru swojej muzyki. Tego, że właściwie w przeciągu roku nazwa the Ploy zacznie coś znaczyć. Nie twierdzę, że jest to kariera galopująca w zawrotnym tempie. Jest to nagroda za ciężką pracę zespołu. We wrześniu tego roku w poznańskiej Starej Rzeźni odbędzie się koncert Moniki Brodki w ramach BRODKA ON RED BULL TOURBUS. Przed nią zagra the Ploy. Kręci się.

I

nternet jest potęgą. Facebook jest potęgą. Choć będące w modzie uciekanie od mody (sic!) sprawia, że z tego portalu społecznościowego użytkownicy rezygnują, to co rusz słyszę zdania, że konto na „fejsie” jest potrzebne do śledzenia lubianych artystów. The Ploy rzecz jasna posiada swoją własną stronę w tym serwisie. Coraz więcej kliknięć „lubię to”, znajomi się mnożą. W tej chwili jest ich już ponad pięciuset.

G

dzie tkwi sekret poznaniaków, nie wiem. Może to talent, może szósty zmysł, może świeżość, tak inna niż radiowa sieczka. Ale chyba tak naprawdę jest to zwykła szczerość w tworzeniu muzyki. Ta coraz rzadsza szczerość w robieniu tego, co się kocha, bez oglądania się na innych. Mam tylko nadzieję, że the Ploy nie zatraci tego, co już posiada. Czekają ich trudne i dość ważne decyzje, ale wierzę w to, że podejmą te odpowiednie i zrobi się o nich głośniej i głośniej. Bo są tego warci.

>>63


:

jsobczak la o ik m / s o t o h p / r.com http://www.flick

Mikołaj

David Bowie


urodził k a z c b łaj So da >> Miko aniu 21 listopa zn się w Po Naukę rysunku u. 1989 rok a rozpoczął tw i malars e pod okiem wi w Krako rof. Stanisława an :p ejm grafików Anny Sobol-W a, rza Wejman grafa Kazimie no niósł oraz sce Następnie prze a. Wiśniak szawy, gdzie ni ar się do W ncjat w pracow lice a obronił of. Mieczysław pr m plakatu iego (z wynikie sk ym Wasilew . Jest dwukrotn ” m) fEx celujący konkursu „Gra m owa laureate i ilustracja mod gie ru ori w kateg ienie w 2010 i d żn — wyró 2011 roku. w woje s e ł c a s j w e i o t m prezen u c w alerii r g e j z e i k s Wc arszaw w w e c a pr ”. „Schody

Sobczak


:

Powódź zalała część gaiku przy jeziorze. Żaby upatrzyły sobie to miejsce, aby bezpiecznie składać skrzek, a traszki ze swoimi zewnętrznymi skrzelami były pewne, że tam właśnie kijanki przejdą metamorfozę. Jednak... Przychodziłem tam żądny śmierci, rysując niezrozumiałe znaki na piasku, po to, aby uczynić ziemię świętą: w końcu zaraz miało dojść do uroczystego pochówku. Spośród tłumu kipiącej przyrody wybierałem okazy odmienne, przypisując im wyjątkowe role: pięcionożne żabie królowe, papieże traszek z dwoma ogonkami. Ich chwała trwała krótko. Szybko biegali po pałacach z kamyków, zawsze popełniając tragiczny błąd: próbowali uciekać. Za taki przejaw niesubordynacji groziła jedna kara: egzekucja. Starannie zawinięci w chusteczkę higieniczną — jako całun — wchodzili na podium, aby rozwścieczony tłum (ja) zobaczył, jak zdradziecki władca umiera za swoje przewinienia. O scenę z monarchą uderza kamień. Dokładnie trzy razy, zamieniając pulsujący kokon w białą płytkę pokrytą lepkim śluzem. Nagle zapada cisza. Wszyscy rozumieją, że zabito niewinną osobę! „On nie chciał uciekać, tylko szedł błogosławić ludowi”. Żeby zadośćuczynić pięcionożnej żabie, dwuogoniastej traszce, urządzono wielki pogrzeb, który trwa do dziś — już nie w ziemi, a na papierze, gdzie wciąż starannie wybieram anomalie, błędy, dziecinne zamiłowanie do brutalności, aby dokończyć wielkie dzieło: „Jestem częścią przyrody”, więc oddam jej to, co zabrałem. Nawet jeśli zamiast płaza z trzecim okiem, stworzę ubraną w Diora kobietę-gada.

Is she in isn’t she

T


Dior, e?

The Chanel’s monster

The Chanel’s Vaginya


:


Marlene

Dietrich


:

The Couture of Gaultier - Vagin


The Vouge-man

na

The Christmas Time


: The Japanese


The Last bloody scream of Galliano


: The Red, bage and designer blue


The Wife of Hiob


:


The Self-portrait on blue, orange, red


The Theatre of Pain

:


:

The Suicide in the bathroom


>>nowości książkowe

książka NOWOŚCI

Wada Ukryta Thomas Pynchon Albatros 7 września 2011 35,00 zł

Alice Munro Widok z Castle Rock Wydawnictwo Literackie wrzesień 2011 cena jeszcze nieznana

Wada ukryta trochę różni się od wcześniejszych wydawnictw mistrza amerykańskiego postmodernizmu — przede wszystkim kompozycją i objętością — jednak nadal to wielce erudycyjna, wielowymiarowa i nieoczywista literatura, do której trzeba dopasować odpowiedni klucz. Warstwa fabularna nawiązuje przede wszystkim do prozy Raymonda Chandlera — jest Los Angeles, jest noir i jest specyficzny detektyw, ale zamiast alkoholu są narkotyki i amerykańska historia z końca lat 60. ubiegłego wieku. Główny bohater podejmuje śledztwo, które inicjuje odkrycie nieco szerszego kontekstu — tego, co stanowi „wadę ukrytą” cywilizacji i co skazuje ją na upadek. Zapowiada się dobra zabawa.

Jakiś czas temu dzięki Uciekinierce i Zbyt wiele szczęścia mogliśmy zachwycać się prozą jednej z najwybitniejszych kanadyjskich pisarek. Alice Munro, zdobywczyni Bookera za całokształt twórczości w 2009 roku, tym razem zaprezentuje się nam w autobiograficznym cyklu krótkich tekstów. Dzieje rodziny pisarki, poszerzone o wyjątkowo ciekawe, burzliwe tło historyczne, stają się podstawą, a raczej pretekstem do prowadzenia typowej dla niej uważnej i kunsztownej narracji, niezwykle zachłannej — poprzez przywoływane obrazy, sceny i emocje. Odmienne tematycznie i kompozycyjnie teksty w ostatecznej ocenie wciąż wybrzmiewają tylko jednym urzeczonym słowem: mistrzyni.

(SY)

Ludzka miłość Andreï Makine Akcent 12 września 2011 39,90 zł

>> Kolejna na naszym rynku książka Makina będąca refleksją nad człowieczeństwem i godnością. Jednym z najistotniejszych punktów wyjścia tej historii są uwspółcześnione, negatywnie nacechowane stosunki pomiędzy krajami afrykańskimi a europejskimi, przedstawione przez pryzmat działalności międzynarodowych organizacji pozarządowych. Poprzez szczery naturalizm i krystalicznie bezpośrednie unaocznienie wszelkich bestialstw, które są stałym punktem każdej rewolucji, autor wielokrotnie nagradzanego Francuskiego testamentu próbuje do nas dotrzeć i otworzyć nam oczy. Mimo że jest to lektura wstrząsająca, niesie ze sobą bardzo jasne i ważne przesłanie: życie zgodne z prawdziwie humanistycznymi ideami jest możliwe. (ES)

>>82

(ES)

Bogumił Kobiela. Sztuka aktorska Magdalena Przyborowska słowo/obraz terytoria 23 września 2011 55 zł

Magdalena Przyborowska postanowiła przypomnieć nam jedną z kultowych postaci polskiego kina lat minionych — Bogumiła Kobielę. Jan Piszczyk z Zezowatego szczęścia Munka i inne niezapomniane albo trochę już zapomniane role dość jednoznacznie każą nam łączyć nazwisko Kobieli z komizmem. Autorka książki stara się ukazać drugą, podskórną warstwę osobowości artysty. Komizm podszyty tragizmem, komizm współistniejący z powagą, wielkością i kunsztem aktorskim z najwyższej półki. Niepowtarzalna postać zabrana kinu i scenie przez przedwczesną śmierć w roku 1969. Lekturę książki warto wspomóc odpowiednim repetytorium filmowym. (MR) musli magazine


>>nowości filmowe

film książka NOWOŚCI

Czarna Wenus reż. Abdellatif Kechiche obsada: Yahima Torres, Andre Jacobs, Oliver Gourmet, Michel Gionti 2 września 2011 166 min

Skóra, w której żyję reż. Pedro Almodóvar obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet 16 września 2011 120 min

A miało być tak pięknie! Abdellatif Kechiche opowiada nam historię młodziutkiej Afrykanki Saartjie Bartman, która wraz z Anglikiem Cezarem opuszcza swój kontynent, by rozpocząć nowe życie w Europie. Jest początek XIX w., Saartjie trafia do Londynu, w którym wzbudza ogromne zainteresowanie. Autochtoni fascynują się jej fizycznością — dziewczyna różni się od typowej mieszkanki Wysp. Jej występy pod pseudonimem Hottentot Venus szybko przeradzają się w perwersyjną grę. Jednak nie tylko seksualność dziewczyny zwraca na nią uwagę. Kiedy trafia do Francji, interesują się nią także naukowcy. Upokorzona i zniewolona Saartjie odważa się na bunt, który doprowadza ją na ulicę, gdzie swoim ciałem musi płacić za to, aby przeżyć każdy kolejny dzień.

Entuzjastów kina Pedro Almodóvara z pewnością ucieszy fakt, że już we wrześniu do kin trafi jego najnowsza produkcja — Skóra, w której żyję. To jednak nie koniec dobrych wiadomości! Reżyser bowiem po wielu latach powrócił do swojego ulubionego aktora Antonio Banderasa. Co wyszło z tego niezwykłego duetu? Dowiemy się niebawem. Przypomnijmy tylko, że poprzeczkę postawili sobie bardzo wysoko znakomitym Matadorem, wciągającym Prawem pożądania i zabawnym Labiryntem namiętności. Tym razem reżyser po raz pierwszy zdecydował się na ekranizację powieści. Wybór padł na Tarantulę Thierry’ego Jonqueta. Odpowiedź na pytanie: „Kim jest kobieta ukrywana przez szalonego chirurga?” — już 16 września w kinie!

ARBUZIA

Ewa reż. Adam Sikora, Ingmar Villqist obsada: Barbara Lubos-Święs, Andrzej Mastalerz, Anna Guzik, Aleksandra Popławska 23 września 2011 108 min

>> Trudne i bolesne historie ubrać w piękne poetyckie obrazy to w polskim kinie sztuka. Znakomicie oddać śląski klimat od dawna nie udało się chyba nikomu. Dorównać mistrzowi Kutzowi to ogromne wyzwanie. Czy udało się to Adamowi Sikorze i Ingmarowi Villqistowi? Okaże się wkrótce. Film został już jednak doceniony na wielu festiwalach, m.in. nagrodami za debiut i dla aktorki Barbary Lubos-Święs na The 7th Annual New York Polish Film Festival w Nowym Jorku oraz nagrodą za debiut dla Adama Sikory i Ingmara Villqista na 10. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Era Nowe Horyzonty w ramach Konkursu Nowe Filmy Polskie. Mamy w Polsce deficyt dobrego kina psychologicznego, może Ewa to zmieni? ARBUZIA

ARBUZIA

W imieniu diabła reż. Barbara Sass-Zdort obsada: Katarzyna Zawadzka, Roma Gąsiorowska, Mariusz Bonaszewski 16 września 2011 112 min

„Nie robiłam tego filmu przeciw Kościołowi” — zapewniała dziennikarzy Barbara Sass, artystka mająca w swym dorobku między innymi głośne filmy z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych z mistrzowskimi kreacjami aktorskimi Doroty Stalińskiej. Parę lat temu cała Polska spoglądała z zadziwieniem w stronę Kazimierza Dolnego, który z małego raju na ojczystej ziemi zaczynał przekształcać się w przedsionek piekła; zabarykadowane siostry betanki stały się niewolnicami charyzmatycznej matki przełożonej i wspierającego ją franciszkanina. Kto pamięta, temu nie trzeba tłumaczyć reszty. W filmie owa reszta jest fabułą reżyserki, próbującą zmierzyć się z problemem manipulacji w zamkniętych grupach religijnych. (MR) >>83


>>nowości płytowe

muzyka NOWOŚCI

Sweet Noise My Riot Pomaton 13 września 2011 39,99 zł

Green Naugahyde Primus Mystic Production 12 września 2011 56,99 zł

Glaca, legendarny lider Sweet Noise, powraca na scenę z nowym ciekawym projektem. My Riot to wynik kolaboracji, która narodziła się online pomiędzy nim a producentem breakbeatowym z Sopotu, ukrywającym się pod pseudonimem Hacker. Z tego osobliwego połączenia powstała zupełnie nowa jakość — charakterystyczny wokal Glacy, gitary rodem z AC/DC i żywy klubowy beat. Ich krążek Sweet Noise oszlifował sam John Davis, odpowiedzialny m.in. za mastery The Prodigy, U2 czy Sade. Na płycie gościnnie wystąpili: Zbyszek Krzywański z Republiki, Peja, Orion z Behemotha czy Maja Konarska z Moonlight. Całość, jak na Glacę przystało, jest mroczna i ciemna, ale zarazem niezwykle intrygująca.

Kto by pomyślał? 11 lat przerwy studyjnej i w końcu Primus (gość tegorocznego Open’era) wypuszcza całkiem świeży longplay. Pytanie tylko, czy tak długi czas oczekiwania podsycił apetyty fanów na wielką ucztę, czy raczej wyposzczeni przyjmą cokolwiek? Green Naugahyde na pewno nie rozczarowuje — nie jest to być może śniadanie mistrzów, ale na miano całkiem smacznego i dobrze przyprawionego posiłku zasługuje. Na płycie jak za starych dobrych czasów pierwsze skrzypce grają niezastąpiony bas i humor lidera. Les Claypool, wracając do korzeni, pokazał wszystkim, że brzmienia, które zachwyciły wielu na przełomie lat 80. i 90., dalej mogą być na czasie. I jest to wielce inspirujące. W końcu taki Primus jest tylko jeden na świecie!

(AB)

I’m with You Red Hot Chili Peppers Warner Music 29 sierpnia 2011 59,99 zł

>> Kolejna długo oczekiwana nowość wydawnicza „starych” wyjadaczy — Red Hot Chili Peppers wypuścili właśnie na rynek swój najnowszy krążek I’m with You. Tym razem aż 5 lat minęło od poprzedniego dwupłytowego Stadium Arcadium, którym Kalifornijczycy postawili sobie poprzeczkę dość wysoko. Czy ją przeskoczyli? Co prawda nie ma już w grupie świetnej gitary Johna Frusciantego (zastąpił go Josh Klinghoffer), jednak Papryczki dalej kipią energią i zaangażowaniem. Niezastąpiony bas Flea, perkusja Chada Smitha oraz jedyny w swoim rodzaju głos Anthony’ego Kiedisa nadal są w stanie dokonać muzycznych cudów. Dobre świadectwo całości daje już singiel The Adventures of Rain Dance Maggie, który miał swoją premierę 18 lipca. (SY)

>>84

(SY)

Rabastabarbar Rabastabarbar Pink Crow 26 września 2011 39,99 zł

Rabastabarbar to jedna z najbardziej obiecujących formacji na polskiej scenie alternatywnej. Muzycy z Wrocławia grają razem od 2004 roku, a ich pierwszą miłością było reggae. Z czasem jednak zaczęli eksperymentować z brzmieniem, idąc w kierunku funky czy rocka, a nawet poezji śpiewanej. Ich debiutancka płyta zawiera utwory, które powstawały od początku istnienia grupy, tak więc wiele z nich jest dobrze znanych, jak chociażby singiel Fioletowe słońce. W 2008 roku za pośrednictwem portalu megatotal.pl wydali singla Spacer niesamotny — był to drugi przypadek w Polsce wydania płyty finansowanej wyłącznie przez fanów zespołu. Mam nadzieję, że ich krąg będzie systematycznie się powiększał. (AB) musli magazine


>> film

RECENZJA

Polipy, małże i Marlon Brando

Historie i histerie rodzinne to wymarzony temat na film. Spokrewniony i spowinowacony bohater zbiorowy to często znakomita pożywka dla udanego komediodramatu. Tak stało się i tym razem. City Island w reżyserii Raymonda De Felitty to wyjątkowo udane perypetie pewnej zwykłej, choć niezwykłej amerykańskiej rodziny. Mamy Nowy Jork i dużo powodów do śmiechu. Wydawać by się mogło, że reżyser niczym nas nie zaskoczy. Nic bardziej mylnego. Nie zobaczymy bowiem ani Piątej Alei, ani zbioru niewyszukanych gagów i komizmu sytuacyjnego, którym naszpikowane są do granic możliwości filmy tego gatunku za Oceanem. Mamy za to mniej popularną City Island i bardzo dużo znakomitych dialogów, po których na sali wybuchają salwy śmiechu. Zanim przejdziemy do akcji, zacznijmy od miejsca. City Island to rybacka osada, w której miejscowych dzieli się na małże i polipy. Małże to napływowi, a polipy to ludzie od lat i pokoleń związani z tym miejscem. Polipem (bez wątpienia) jest Vince Rizzo — głowa rodziny, strażnik w miejscowym więzieniu, a z pasji... aktor. Choć ta ostatnia aktywność, podobnie jak szkoła aktorska, do której sumiennie uczęszcza, to pilnie strzeżona tajemnica. Zamiast powiedzieć prawdę, że kocha Marlona Brando i marzy o miejscu w Alei Gwiazd, woli kłamać swojej żonie Joyce, że wychodzi

>>recenzje

wieczorami na partyjkę pokera. Joyce oszukuje Vince’a, że wierzy w jego karciane eskapady, tymczasem podejrzewa go o płomienny romans. Oboje oszukują siebie, że rzucili palenie, tymczasem kopcą cichaczem na potęgę. Wystarczy? Nie, nie! Są też dzieci! Córka wyrzucona ze szkoły w tajemnicy pracuje jako striptizerka, a syn hołduje swoim fetyszom, podglądając sąsiadkę. Sekrety i kłamstwa (słuszne skojarzenie z klimatem, który niegdyś serwował nam Mike Leigh!) nieźle im wychodzą, ale do czasu, gdy w domu pojawia się tajemniczy Tony i rozsadza tę misternie utkaną pajęczynę pozorów od środka. Tony jest obcy, czyli jest małżem. Tony jest inny, ostatnie miesiące spędził w więzieniu. Od samego początku wiemy, że Tony nieźle namiesza w głowach tej dysfunkcyjnej i toksycznej rodziny. I nie pomylimy się! Stół, podobnie jak w American Beauty Sama Mendesa, jest dla bohaterów City Island rodzajem konfesjonału, tyle że nie spodziewajcie się po rodzinnej kolacji wybuchu prawdy, raczej erupcji prawdziwych uczuć. Tu każdy na każdego krzyczy. Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów zwłaszcza w wykonaniu Joyce została doprowadzona do perfekcji. Podobnie jak skrywanie tęsknoty za namiętnością, która, jak nietrudno się domyślić, wybucha w najmniej pożądanych okolicznościach. Rodzina to rzecz święta. Akurat! Raymond De Felitta nie jest pierwszym reżyserem, który obala mit o miłości, dobroci i poszanowaniu, życiu na dobre i złe, ciepłych matkach, uroczych pociechach i odważnych głowach rodziny, ale jednym z niewielu, który robi to w arcyzabawny sposób. Narracji nie brak energii, a reżyserowi swady w prześwietlaniu ułomności bohaterów. Dysfunkcyjna rodzina i kryzys małżeński to zawsze dobry przyczynek do udanej komedii. Reżyserowi City Island udało się pociągnąć historię i podtrzymać temperaturę od początku do końca. Nie brak ostrego komentarza, ale też uczucia sympatii i życzliwości dla bohaterów, którzy — chociaż odrobinę przerysowani — są jednak ludźmi z krwi i kości. Film ogląda się znakomicie. Cieszą też polskie akcenty — muzyka skomponowana przez Jana A.P. Kaczmarka i producent Grzegorz Hajdarowicz. Polecam! MAGDA WICHROWSKA City Island reż. Raymond De Felitta Vision Film Distribution 2009

Festiwal seksu Kilka tygodni temu chciałem pójść do kina na Rok przestępny — meksykański film, nagrodzony m.in. Złotą Kamerą na Festiwalu Filmowym w Cannes w ubiegłym roku. Tego samego dnia obejrzałem go w jednej ze stacji telewizyjnych. Dobrze, że nie zainwestowałem pieniędzy w bilet — wyrzuciłbym je w błoto. Długo o filmie nie zapomnę. Niestety, nie ze względu na jego walory artystyczne, a nadmiar nagości i wulgarności, które niczemu nie służą. Ale zaczynając od początku…

Film opowiada historię Laury Lopez (w tej roli Monica del Carmen) — dziennikarki mieszkającej w stolicy Meksyku, która poza pisaniem okazjonalnych artykułów do czasopism oddaje się cielesnym uciechom z przypadkowo spotkanymi w barach mężczyznami. Nie pamięta ich imion, nie stara się ich lepiej poznać. Są dla niej jedynie kolejnymi penisami z doklejoną resztą ciała, dawcami chwilowej rozkoszy. Wiele jednonocnych przygód, porannych, samotnych już wschodów słońca. Inaczej rozwija się jej relacja z niepozornym na pierwszy rzut oka Arturo, który wyraźnie zafascynowany dziewczyną zechce poznać ją bliżej, lepiej, mocniej. Fascynacja szybko zmienia się w sadomasochistyczną, nieustanną seksualną orgię. Dzięki twórcom wątpliwej jakości dzieła mamy szansę lepiej poznać ludzką fizjologię, różne obszary bólu. Brakuje tylko rzygania na ekranie, na kamerę. Nie ukrywam, że >>85


>> jestem fanem mrocznych, psychologicznych filmów, jednak są dobre wtedy, gdy konkretne sceny wprowadzane są po coś. Tymczasem Rok przestępny jest tylko i wyłącznie zlepkiem bezpruderyjnej nagości oraz nieustannych poniżeń. Poznajemy historię młodej, niezbyt urodziwej kobiety, której życie opiera się na kłamstwach. Rodzina dziewczyny przekonana jest o tym, że daje ona sobie radę w życiu, zna wpływowych ludzi, tymczasem jej lokum przypomina spelunę, a życie prywatne woła o pomstę do nieba. Bohaterka podgląda sąsiadów, ich intymne relacje, nierzadko masturbując się przy tym ochoczo. Film dalece schizofreniczny, co w tym przypadku nie jest bynajmniej zaletą. Nie wnosi wiele poza pokazaniem waginy, penisa i kilku aktów w wykonaniu obu części ciała. Oglądanie miotającej się kobiety, która odżywia się wyłącznie fasolą z puszki, mając swoje ciało i szacunek do niego za nic, przyprawia o fizyczny ból. Znam bardzo różnych ludzi i wiem, jak można zdegradować swoje istnienie tak w sensie fizycznym, jak i psychicznym, natomiast to, co Michael Rowe (reżyser) pokazał, to istna profanacja codzienności. Są na pewno osoby, które tak żyją, które wegetują jeszcze dobitniej. Każdy bowiem inaczej przeżywa samotność. Główna bohaterka zdaje się nie przeżywać jej w żaden sposób, po prostu trwa zawieszona w nicości. Obrazu zdecydowanie nie polecam — ani to interesująca fabuła, ani średniej jakości film pornograficzny. Ot, realizacja chorych pomysłów scenarzysty i reżysera, którzy w klaustrofobicznej przestrzeni urządzają festiwal seksu, niestety, bez fajerwerków. Straciłem półtorej godziny. Film instant — jednorazowo do obejrzenia, niekoniecznie do refleksji. KRZYSZTOF KOCZOROWSKI Rok przestępny reż. Michael Rowe AP Manana 2010

>>86

muzyka RECENZJA

Nowy album, marka ta sama

Po raz pierwszy muzyką grupy Myslovitz zachwyciłam się jako licealistka. Pamiętam jak dziś kwitnące za oknem kasztany, a ja zamiast przygotowywać się do matury, urządzałam sobie domowe karaoke, nucąc razem z Arturem Rojkiem między innymi: Chłopców, Dla ciebie, Miłość w czasach popkultury, Kraków, no i oczywiście Długość dźwięku samotności. Od tamtej wiosny (a raczej jesieni, bo trzeci w karierze zespołu album Miłość w czasach popkultury premierę tak naprawdę miał w październiku 1999 roku) minął kawał czasu. Oczywiście po drodze były inne albumy — Korova Milky Bar, Skalary, mieczyki, neonki czy Happiness Is Easy — żadnym jednak nie zachłysnęłam się tak jak tym pierwszym… Aż tu znów przyszedł maj (dokładnie 31 maja 2011 roku) i wpadł mi w ręce najnowszy krążek mysłowickiej grupy, który odpaliłam z sentymentem, ale też z ciekawością, zastanawiając się, czy usłyszę coś świeżego, tym bardziej że premiera była odwlekana. Na playliście Nieważne jak wysoko jesteśmy… dziewięć kompozycji. Zaczynam od singla promującego pt. Ukryte, który jest literacką kontynuacją Krakowa, gdzie gitarowe solówki, perkusja i wokal współtworzą klimat, dzięki czemu nie mam wątpliwości, że to radiowy Myslovitz, którego niektórzy przełączają na inną stację, a ja mam do niego po prostu słabość… Szczególnie dobrze, i to nie tylko pod względem instrumentalnym, brzmi Przypadek Hermana Rotha, który jest zdecydowanie jednym z najpiękniejszych poetycko tekstów ze-

>>recenzje społu. Wśród dziewięciu tytułów nie brakuje też mocniejszych brzmień — album otwiera Skaza, czyli tak zwana piosenka z nerwem, gdzie zróżnicowany ładunek emocji szarpie nie tylko za struny głosowe Rojka. Do ckliwych z pewnością nie należy także utwór Efekt motyla, gdzie w ciekawy sposób osiągnięto kompromis między dynamicznym tłem muzycznym a przenikającym jak echo lirycznym wokalem. Najostrzejszym kawałkiem są jednak Ofiary zapaści teatru telewizji — tu już od pierwszych sekund czadu dają nie tylko gitary i perkusja, ale i Artur — wręcz wykrzykujący to, co ma nam do przekazania. Album zamyka natomiast Blog Filatelistów Polskich z mówionym zakończeniem, który dla całości wydawnictwa jest jak kropka nad i. Warto więc czy nie warto polecić album, na który czekaliśmy niemało, bo pięć lat… Parafrazując tytuł płyty, powiem, że nieważne jak wysoko grupa Myslovitz zajdzie, zawsze pozostanie sobą. Chłopacy z Mysłowic nie muszą się silić, by na płycie mieć łatwo wpadające w ucho piosenki wykreowane na pierwsze miejsca list skocznych przebojów. Nikogo nie powinno więc dziwić refleksyjne Nieważne jak wysoko jesteśmy…, które nie nadaje się do jednorazowego odsłuchania. I choć nowy album został aranżacyjnie orzeźwiony przez producenta Marcina Borsę, pojawiają się głosy, że krążek niczym tak naprawdę nie zaskakuje, a chłopakom wciąż brakuje wigoru, to ja jednak cieszę się, że są konsekwentni w tym, co robią. Wolę bowiem Myslovitz, który wypracował swoją markę niż Myslovitz, który miałby zaskoczyć swych fanów jak Agnieszka Chylińska… Zresztą wszystkim czującym niedosyt zdradzę, że Nieważne jak wysoko jesteśmy… to dopiero przedsmak całości, bowiem zespół, przygotowując nowy materiał, skomponował łącznie 18 utworów — wszystkie mają ujrzeć światło dzienne. Już wkrótce zapewne możemy się spodziewać płyty z pozostałymi dziewięcioma piosenkami. JUSTYNA TOTA Nieważne jak wysoko jesteśmy… Myslovitz EMI Music Poland 2011

musli magazine


>>

Nadciąga wyż

Z północy nadciąga wyż — kolejny mocny produkt eksportowy muzycznej strony Islandii. Ta odosobniona wyspa na Oceanie Atlantyckim ma to już w swojej naturze, że co jakiś czas wydaje i wypuszcza na świat bardzo zdolnych artystów. Do najświętszej trójcy Islandczyków (Björk, Sigur Rós, Múm) dołączyła ostatnio ośmioosobowa grupa HjaltalÍn, która doceniana była oczywiście już wcześniej wśród swoich, ale dopiero w ostatnim roku udało jej się wypłynąć na szersze (światowe) wody popularności. A wszystko za sprawą jej drugiego krążka Terminal, który w roku 2010 zgarnął główne trofeum Icelandic Music Awards. Dwa lata wcześniej członkowie HjaltalÍn płytą Sleepdrunk Seasons wywalczyli sobie jedynie zwycięstwa w kategoriach Największa nadzieja i Najlepszy twórca piosenek. Równie dobrze mogli już wtedy sięgnąć po najwyższą nagrodę, bo to, co stworzyli, jest nad wyraz dobre jak na debiut, ale może zabrakło im wówczas tej intensywności i emocji wyrazu, które aż kipią z Terminal. To, co wyróżnia hjaltalinowców od ich rodaków, to niesamowita energia i muzyczna radość — nieobecna zazwyczaj w chłodnych, melancholijnych utworach pozostałych uzdolnionych mieszkańców wyspy. Dawno nie trafiłem na tak prosty w użyciu muzyczny narkotyk — wystarczy tylko kupić, zażyć i zostawić mu całą resztę. Oczywiście na płycie są też i melancholijne czy bardziej mroczne, zimne i przygnębiające momenty, miejscami wręcz niepokojące, jednak całość to całkiem pozytywna dawka energii, odbierająca co prawda słuchaczom wielkoformatowe i skrajne emocje, ale pozostawiająca im na koniec miłe uczucie zasłuchania i oderwania. Siłą płyty jest jej symfoniczność i bardzo wyraźne nawiązanie do tradycji musicalowej, wykorzystującej najlepsze ce-

chy sceny broadwayowskiej i klasycznych filmowych produkcji z dawnych lat — tą atmosferą krążek aż ocieka. Brzmienia wiolonczeli, smyków, akordeonu, kontrabasu czy klarnetu tworzą dodatkowo piękne tło dla charakterystycznych głosów Thorlacius (bliskooperowego) i Egilssona (zadziwiającego). Tak jest od początku — filmowe, orkiestrowe Suitcase Man czy niesamowicie lekkie Sweet Impressions zdecydowanie wprowadzają w cały klimat płyty — rozmach instrumentarium i wokalu będzie nam towarzyszył już przez całą epicką opowieść oktetu. Podobnie jest w kolejnym Feels Like Sugar, w którym muzyczny rozmach zyskuje zupełnie nowe znaczenie, a przestrzeń wykonania unosi, nie respektując żadnych ziemskich praw grawitacji. Im dalej w las, tym więcej jednak drzew — kolejny Song from Incidental Music przywołuje zupełnie inne uczucia, ściągając nas bezpardonowo w dół, w niepokój, w podświadomość groźną i ciemną. Następnie w Montabone wpadamy w lekką, niekontrolowaną melancholię, wywołaną oszczędnym instrumentarium i wokalami. Nadal jednak jest pięknie i ze stosownym dla HjaltalÍn rozmachem. Stay by You czaruje, Hooked on Chili zaskakuje pociętymi i pomieszanymi dźwiękami, Sonnet for Matt pozytywnie spowalnia, 7 Years — HjaltalÍn powraca do estetyki musicalu, disco i ogólnego rozpasania dźwiękiem, Water Poured in Wine energetyzuje gitarą i elektroniką, a Vanity Music idealnie i zwiewnie zamyka całą „symfonię”. Niektórych może drażnić wszechstronność muzyków i rozmach wykonań, w pewnym stopniu też pewna niespójność, którą sam zauważam, jednak dla mnie Terminal pozostaje płytą sezonu — od początku do końca wartą uwagi (mimo rewelacyjnego, bezkonkurencyjnego początku, który dystansuje pozostałe utwory). Pomieszanie i wielogłos są przecież zaletą, nie wadą, bo mówić wieloma estetykami płynnie i z gracją jest o wiele trudniej, niż grać nieustannie tę samą zdartą płytę. A to w ostatecznym rozrachunku nie tylko pierwszy stopień do doskonałości, ale przede wszystkim do większej satysfakcji — zarówno tej własnej, twórczej, jak i ogólnoodbiorczej, ludzkiej. SZYMON GUMIENIK Terminal HjaltalÍn EMI Music Poland 2011

>>recenzje

książka RECENZJA

Immanuel, I Kant...

Czy społeczeństwo bez chorób, infekcji, wrodzonych wad genetycznych to społeczeństwo idealne? Dokąd prowadzi pęd ku zachowaniu zdrowia psychicznego i fizycznego? Czy suplementy diety, bomby witaminowe, odżywki i ogólnokrajowe kampanie zdrowotne to znak troski o zdrowie obywateli, czy niezbity dowód na to, że wpadamy w tryby reżimu?

Corpus delicti. Proces to klasyczna antyutopia. Opowieść o społeczeństwie przyszłości, w którym priorytetem jest zachowanie zdrowia fizycznego. Każdy mieszkaniec jest zobowiązany wykonywać okresowe badania — ma w tym celu wszczepiony czip, który informuje o niewywiązaniu się z obywatelskich obowiązków, za co grozi proces lub kara zamrożenia. Mia Holl to przenikliwa i odważna biolog, której brat zostaje niesłusznie oskarżony o gwałt i morderstwo. Podobno badania DNA nie kłamią, ale Mia jest w stanie udowodnić, że jest inaczej. Samotnie staje w szranki z totalitarną Metodą i chłodnym logicznym rozumowaniem. Świadoma konsekwencji epidemiologicznych, odważa się wyciągnąć esencję z egzystencji bez pomocy laboratorium analitycznego. >>87


>> „Prawdziwemu człowiekowi nie wystarcza istnienie, jeżeli oznacza ono bycie tu i teraz. Człowiek musi swojego istnienia doświadczyć. W bólu. W odrzuceniu. W porażce”. Antyutopia Juli Zeh bierze pod lupę pojęcie zdrowia, co wydawałoby się podwójnym absurdem gatunkowym. Schemat idealny dla futurystycznej antyutopii. Bo czy może istnieć nieszczęśliwe społeczeństwo, któremu nie zagrażają Legionelle, bakterie E.coli i grzyby? Zaprogramowane na nieskażoną defektami prokreację i konsekwentne pomnażanie zdrowych genów? Zeh pokazuje, że taki świat byłby dla nas koszmarem. Człowiek ma prawo dążyć do dobrego społecznego i fizycznego samopoczucia, ale ma prawo także go sobie odmówić. Demokratyczne państwo ma z kolei obowiązek taki wybór uszanować. Brak doświadczenia własnej śmiertelności neguje pojęcie człowieczeństwa. Zaniżony potencjał infekcyjny nie oznacza wcale szczęścia i spełnienia. Człowiek to coś więcej niż ciało, choć to dzięki niemu jesteśmy do siebie podobni. To ono jest dla nas narzędziem poznania i doświadczenia, a co za tym idzie — również myśli. Ta z kolei może przekraczać wszelkie granice i, co oczywiste, może stać się bardziej niebezpieczna niż niejedna bakteria. Człowiek ma być celem samym w sobie, a nie środkiem do celu — Kantowskie złote myśli, rzekomo dla nas współcześnie oczywiste, w wyzbytej mikroorganizmów przestrzeni powieści Zeh brzmią bardzo donośnie. Imponująca wiedza prawnicza i doskonałe przygotowanie naukowe to niekwestionowane atuty tej książki. To również ciekawa rozprawa o granicach ludzkiej wolności, paradoksach demokracji oraz szpilka wbita w Kartezjańskie rozprawy o rozumie. Sterylne, konsekwentne studium cierpienia, osamotnienia i rozpaczliwych prób ochrony ludzkiej godności. Powieść nie przeraża tak jak dzieła Orwella albo Goldinga, ale niesie ze sobą istotne przesłanie dla naszych czasów. Śmierci nie da się uciec. Bez niej nie ma życia. KASIA WOŹNIAK Corpus delicti. Proces Juli Zeh W.A.B. 2011

>>88

Zawód: opowiadacz

Chyba każdy kojarzy fotografię przedstawiającą czołg stojący przed warszawskim kinem „Moskwa”, w którym grają właśnie Czas apokalipsy. To już ikona i sztandarowy obraz stanu wojennego, a także doskonałe potwierdzenie tezy, że często jedno zdjęcie mówi więcej niż tysiące słów. Chris Niedenthal warsztat fotografa doprowadził już do perfekcji, teraz postanowił pokazać się z całkiem innej, „słownej” strony. Dlaczego? Odpowiedzią może być puenta książki, w której autor przytacza anegdotę z kolejnego już spotkania z Lechem Wałęsą. Było to podczas olimpiady zimowej w Salt Lake City w 2002 roku. Prezydent miał wówczas powiedzieć mniej więcej coś takiego: „Słuchaj, Chris, ty się jakoś w ogóle nie rozwijasz. Ja byłem elektrykiem, potem związkowcem, noblistą i na koniec zostałem prezydentem Polski. A ty cały czas nic tylko fotografujesz i fotografujesz”. Jak widać — nie tylko. Jak ocenić zatem pracę, którą wykonał Chris Niedenthal, pisząc i składając swoje życie w jedną pięciusetstronicową książkę? Czy ocenić warsztat pisarza, odcinając się zupełnie od jego wcześniejszych dokonań na polu mówienia obrazem? Czy raczej interpretować słowo poprzez obraz, a obraz poprzez słowo, znajdując przy tym analogie, uzupełnienia i syntezę całości, która zamknie się najpewniej w spójnym, wielowymiarowym wyobrażeniu pasji człowieka? Obierając pierwszą metodę, szybko bym skończył, zatem... Historia spisana przez Chrisa Niedenthala rozgrywa się na dwóch poziomach. Pierwszym z nich, bardziej umownym, bo wynikającym z życia w określonych latach,

>>recenzje jest swoiste odnotowanie i skomentowanie historii najnowszej. Komentarze te są jak niektóre z jego fotografii — to szybkie i celne strzały, które zamykają większą całość w subiektywnym i ciasnym kadrze. Mówią wtedy — paradoksalnie — dużo więcej niż szczegółowe opisy. Drugim — bezpośrednim i najważniejszym — poziomem opowieści jest wspominanie siebie i najbliższych, pamiętnik życia, historia spotkań, doświadczeń i przypadków. Jak o tym nie pisać? Zwłaszcza, gdy ma się tyle do opowiedzenia… Chris Niedenthal przyjechał do Polski w 1973 roku; miał za sobą życie i edukację w Londynie oraz wycieczki (jako pilot) do kraju nad Wisłą. Zakochał się w Warszawie i postanowił tu zostać. Jako chłopak z brytyjskim paszportem i odpowiednim zawodem, bardzo szybko został zagranicznym fotoreporterem. Praca ta miała swoje plusy i minusy — z jednej strony „nieograniczony” dostęp do benzyny czy innych dóbr niedostępnych dla większości, z drugiej zaś zakaz wchodzenia na niektóre imprezy, typu strajk w Stoczni Gdańskiej. Z takimi problemami jednak nasz bohater potrafił sobie całkiem dobrze radzić, jadąc np. na wakacje z rodziną do Juraty lub robiąc z Holoubkami wypad do Zakopanego. Dla „Newsweeka”, a następnie „Time’a” oraz „Spiegla” fotografował najważniejsze wydarzenia bloku wschodniego, takie jak np. pierwsza wizyta Papieża w Polsce, stan wojenny, początki „Solidarności”, upadek komuny czy zburzenie muru berlińskiego. Zawsze z wielkim zaangażowaniem i sercem nie tylko dla swojej pracy, ale i wydarzeń, które uwieczniał na zdjęciach. Niesamowite są historie, w których autor opisuje sposób swojej pracy i wysyłanie gotowych już materiałów na drugą półkulę w rzeczywistości, która nie znała jeszcze aparatów cyfrowych czy internetu. Takich smaczków jest dużo więcej i nie sposób ich wszystkich przytoczyć, jednak można podsumować całość jako bardzo ciekawy i żywy obraz przedstawiający człowieka, który nie sili się na kreowanie i promowanie swojej osoby, ale w sposób bezpretensjonalny oraz z humorem i autoironią mówi po prostu o swojej pracy, życiu, rodzinie, najbliższych i tym wszystkim, co naprawdę kocha, i co go określa do dziś, dając przy tym, mimochodem, bardzo ciekawe świadectwo naszej niełatwej historii. I może niektórych będzie drażnić zbyt kolokwialny język, specyficzne poczucie humoru czy infantylny przekaz niektórych opisywanych sytuacji, jednak w ostateczności to całkiem dobra musli magazine


literatura, podana z umiarem i odpowiednim dystansem zarówno do samej materii opowieści, jak i postaci opowiadającego. Masz całkowitą rację, Chris. SZYMON GUMIENIK

>>

Zawód: fotograf Chris Niedenthal Wydawnictwo Marginesy 2011

Rosja ścigana po raz wtóry

Po Wagon Rosja Natalii Kluczariowej sięgnęłam jak po jedną z wielu książek eksplorujących okrutną i bezwzględną „rosyjskość”. Jednak pierwsza strona i uśmiech, jaki wywołała na mojej twarzy (który utrzymał się na niej niemal do samego końca lektury), bardzo szybko przekonały mnie, że mam do czynienia z kimś/czymś wyjątkowym i przejmującym.

Gromka bezpretensjonalność, naznaczona rubasznością szczerość — każdorazowo urzeka. Historie opowiadane lekko i ze spokojem, niby mimochodem, jakby niechcąco zawierają w sobie porażającą bezpośredniość. Jako czytelniczka uzależniona od wzruszeń tej miary z dużym zniecierpliwieniem wypatruję zatem kolejnych książek Kluczariowej. Trafność obserwacji, sugerująca w pierwszej chwili niebywały dla tak młodej osoby cynizm, czy wręcz bezczelność, wynika tak naprawdę z prostoty oraz oczywistości pewnych odczytań. Jest w tej dziewczynie

więcej pogody i zachwytu nad życiem niż w kilku równie głodnych świata młodych rosyjskich pisarzach razem wziętych. Znakomici Zachar Prilepin czy Paweł Sanajew w podobnym zestawieniu wydają się jedynie cynicznymi okrutnikami. Przyznaję, że do takiej Rosji — przedstawianej dotychczas w literaturze, a obserwowanej przeze mnie przez wiele ostatnich lat — byłam już przyzwyczajona. Jeśli mrok — to najczarniejszy. Jeśli cierpienie — to druzgoczące, sprawiające, że człowiek już tylko „wyżywa”, a nie żyje naprawdę. Kluczariowa natomiast sprawia, że myślimy: „mimo że życie w jej książce jest jakie jest, a czasy takie, jacy ludzie, to bywa, że więcej w nim wolności i odwagi niż gdzie indziej”. Młoda, zaledwie trzydziestoletnia Natalia Kluczariowa wnosi zatem do literatury rosyjskiej świeżość i lekkość, których — jak dotąd — nie spodziewaliśmy się raczej pod tą szerokością geograficzną. Już chociażby dlatego warto przyjrzeć się nieco bliżej tej prozie. Podczas lektury nie mogłam uwolnić się też od natrętnie rozbrzmiewających w głowie słów Bułata Okudżawy: „Wola to rób, co chcesz. A wolność to rób, co chcesz, ale tak, by nie przeszkadzać innym”. Wagon Rosja staje się kalejdoskopem służącym wyrażeniu tej prawdy. Niby wszystko jest proste — na zewnątrz widoczne są kontury, schematy, ale tak naprawdę z każdym słowem wypowiadanym przez kolejnych bohaterów dociera do nas istota ich nieskończonego zagmatwania, i to nie tyle zagmatwania w nich samych, ile w wiedzy o Rosji. Staje się ona krajem, który nie daje spokoju, nie pozwala spać ani myśleć. Musi zostać zbadana, czy nawet bardziej — zrozumiana. Dziesiątki wyznań służą tylko temu, by lepiej ją pojąć. Tak więc, kiedy Nikita (główny bohater powieści) czyta ludzkie losy, tak naprawdę próbuje wyczytać losy samej Rosji. Celność i wartość każdej historii, każdego dialogu — z jakże interesującymi interlokutorami, mogącymi swoją oryginalnością zaskoczyć wielu z nas — mają go do tego zbliżać z każdym słowem. Ale czy są w stanie to umożliwić? Wszak: „Rozumem Rosji nam nie pojąć, arszynem wielkim jej nie zmierzyć, bo Rosja prawo ma szczególne: Bo w Rosję można tylko wierzyć…” (Fiodor Tutczew). EWA STANEK Wagon Rosja Natalia Kluczariowa Wydawnictwo Czarne 2010

>>recenzje

teatr

RECENZJA

Do boju!

Żużel to polski sport. Polski jak szarża kawaleryjska. Polski jak wzniosłe męczeństwo. Polski jak jeżdżenie po pijaku. W Szwoleżerach Artura Pałygi, wyreżyserowanych przez Jana Klatę w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, aktorzy grają w kaskach i kombinezonach. Motory nie tylko pojawiają się na scenie, ale jeden z nich zostaje nawet odpalony, wypełniając teatr ogłuszającym rykiem silnika i gęstym dymem z rury wydechowej. Bydgoska (a może również toruńska — przejazdem) publiczność może przez chwilę pooddychać naszym narodowym sportem. W klubie pod wodzą poruszającego się na wózku Prezesa jeździ trzech motocyklistów. Miszczu — to największy atut klubu. Na swoją ksywkę dzielnie zapracował. Nowy — to świeży nabytek, który wciąż jeszcze uczy się jazdy, ale ma już swój rozum i umie się dobrze znaleźć w żużlowym światku. Wreszcie Złamany — to weteran żużlowych torów, który po niebezpiecznym wypadku traci pewność siebie i nie umie już szarżować jak kiedyś. Wraz z odwagą odeszły sukcesy, a na ich miejsce pojawiło się zgorzknienie. Są też kobiety — każdy żużlowiec ma swoją żonę albo partnerkę. Ich głównym celem jest wspieranie mężczyzny w jego sukcesach, a główną ambicją — droga suknia albo prestiżowy samochód kupione za jego zarobki. Poza nimi pojawia się jeszcze Sindirella — dziewczyna czyszcząca motory, na którą wszyscy chłopcy patrzą z góry, bo wpycha się na męskie terytorium. Ona kocha mo>>89


>> tory, żużel i żużlowców na tyle, że ich docinki przyjmuje z uśmiechem. W końcu, jak Kopciuszek, po którym ma przezwisko, spełni swoje najskrytsze marzenia. A wszystko to w cieniu śmierci — żużlowcy nie żyją długo. Czasem giną na torze, a czasem na sznurze we własnej łazience, kiedy już przebrzmią echa stadionowych sukcesów. Szwoleżerowie — jak na przedstawienie Klaty przystało — to rzecz bardzo widowiskowa i bardzo dobrze zagrana. Motory, dymy, światła i obecny na scenie zespół grający na żywo ostrą muzykę. Jest też sporo świetnych scen, jak ta, w której na klubowej imprezie kolejni żużlowcy wyrykują z siebie kolejne zwrotki piosenki Zegarmistrz światła purpurowy. Kiedy krzyczą w przestrzeń „A kiedy przyjdzie także po mnie” — wiadomo, o czym mówią. Gdyby ktoś miał wątpliwości, wystarczy spojrzeć na scenografię, której kluczowym elementem jest szybujący w powietrzu motor, od którego oddziela się postać w kombinezonie. Mimo wszystko jednak przedstawienie Klaty pozostawia pewien niedosyt. Może to wina tekstu Pałygi — potrafi i poruszyć, i rozśmieszyć, ale ostatecznie pozostaje stereotypową historią o stereotypowych postaciach. Może to kwestia niedopasowania reżysera i dramaturga — nie czuje się tu polotu, z jakim Klata zwykle robi swoje przedstawienia. Jest tu dużo pięknej brawury, do której Klata przyzwyczaił widownię, ale przekłada się ona na sporo pojedynczych małych pomysłów i brak większego pomysłu na całość. Ostatnie słowa dramatu mówią, że żużlowcy to dzisiejsze wcielenie kawalerzystów, którzy ginęli w wąwozie Somosierry. Oczywiście jedni i drudzy siadają na swoje rumaki i pędzą przed siebie. Lubimy też patrzeć, jak jedni i drudzy kaleczą się i giną. Ale linii, która łączyłaby głębiej ideę polskiego szarżowania z szablą i polskiego żużla, w przedstawieniu nie widać. A szkoda — bo jej pokazanie chyba dobrze zrobiłoby i sprawie szabli, i sprawie żużla. Pozostaje charakterny teatr, świetne aktorstwo (w kaskach!), motory, ostra muzyka i zgryźliwy, ale pewnie celny obraz polskiego żużla. PAWEŁ SCHREIBER Szwoleżerowie / Artur Pałyga reż. Jan Klata premiera 29 lipca 2011 Teatr Polski w Bydgoszczy

>>90

gra

RECENZJA

Alicja nieoswojona

Za bardzo już oswoiliśmy Alicję — pomyślałem, kiedy wychodziłem z kina po Alicji w Krainie Czarów Tima Burtona, gdzie wszystko było zrozumiałe i swojskie. Dola kobiety. Legendarny miecz. Efekty 3D. Ogólny brak wyobraźni. Jakby Burton zapomniał, że za białym królikiem biegnie się nie po to, żeby potwierdzać dawno znane prawdy moralne, tylko żeby odkrywać rzeczy dziwaczne, niezrozumiałe i sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, o moralności przez grzeczność nie wspominając. Na szczęście na Burtonie i rzeszy innych twórców, którzy Alicję próbują unormalnić i sprowadzić do parteru, świat się nie kończy. Zawsze jest jeszcze American McGee, trochę zwariowany i wizjonerski twórca gier wideo, który zawsze ma wielkie problemy z upchnięciem swoich pomysłów w ramach gotowej gry — ale taki już jego urok. 11 lat temu stworzył American McGee’s Alice — mroczną wizję historii Alicji, na której widok pewnie sam Lewis Carroll szczękałby zębami ze strachu. U McGee Alice Liddell wraca do Krainy Czarów po pożarze, w którym zginęła jej rodzina, a zmieniona Kraina to ponury sen wariata próbującego zrozumieć własną chorobę psychiczną. Teraz, po serii niezbyt udanych produkcji McGee, przyszedł czas na Alice: Madness Returns, godną kontynuację poprzedniej części i jedną z najciekawszych rzeczy, jakie przydarzyły się postaci Alicji w czasie jej długiego życia.

>>recenzje Zacznijmy od spraw najmniej ciekawych: McGee cały czas nie wie, jak zrobić grę, która mogłaby porwać rozgrywką. Pierwsza Alicja, poza tym że porażała wizją projektantów i scenariuszem, potrafiła też całkiem mocno zniesmaczyć topornym sterowaniem, kiepsko rozwiązaną walką (a trup ścielił się w niej gęsto) i źle wprowadzonymi elementami platformówki (Alicja rzadko potrafiła dobrze odmierzyć skok albo zatrzymać się w odpowiednim momencie na skraju przepaści). W Alice: Madness Returns jest pod tym względem dużo, dużo lepiej — nasza bohaterka uzyskała zdolność szybowania i wykonywania podwójnych skoków, więc na unoszące się w powietrzu platformy wskakuje się o wiele łatwiej. Walka stała się dużo bardziej taktyczna i efektowna. Ale i tak wciąż jest mnóstwo problemów. Mapy poziomów są robione na tyle przewidywalnie, że po pewnym czasie z powodzeniem zgadywałem, gdzie można znaleźć kolejny ukryty skarb albo skąd wyskoczy przeciwnik. Przy starciach z potworami nie warto się spodziewać, że jakąkolwiek rolę będzie grała sceneria (za której elementami można by się schować) czy system fizyki (pozwalający zrzucić wroga w przepaść). Po prostu oldskul, miejscami w nie najlepszym tego słowa znaczeniu. Dlaczego w Alicję trzeba zagrać? Z tych samych powodów co poprzednio. Ze względu na wizję dziwacznego świata w niej przedstawionego. Gra używa silnika Unreal 3, więc wszystko jest niepokojąco namacalne. I dziewiętnastowieczny Londyn, po którym Alicja błąka się na jawie, i upiorna Kraina Czarów, gdzie trafia, kiedy traci przytomność. Powiedzieć, że scenerie nowej Alicji są wizjonerskie, to trochę za mało. W morzu pływają szkielety ryb zbudowane ze starych wraków, za oknem starej fabryki na horyzoncie majaczą wysokie na kilometr imbryki, z których leje się lawa. Pod względem scenografii i projektów postaci nowa gra McGee plasuje się w ścisłej czołówce gier wideo. Od początku ich istnienia. Że rozgrywka odrobinę kuleje — co z tego? To nie gra. To dziwaczny sen, piękny, przerażający, zdumiewający. Nie wolno go przegapić. Alicja McGee nie dała się oswoić i z dumą to pokazuje. PAWEŁ SCHREIBER Alice: Madness Returns American McGee Producent: Spicy Horse/Electronic Arts 2011

musli magazine


^

Uwaga patronat! MUSLI MAGAZINE z wielką radością przedstawia i patronuje ciekawym wydarzeniom artystycznym! Tym razem zauważył znakomitych Beneficjentów Splendoru!

T

o solowy projekt muzyka i dziennikarza Marcina Staniszewskiego, który dwa lata temu zadebiutował doskonale przyjętą płytą Trendywaty Chłopiec — słodko-kwaśną avant-popową opowieścią o wielkomiejskim życiu ludzi, którzy właśnie przestali być młodzieżą. Beneficjenci Splendoru zasłynęli wówczas utworem Ręce pełne robota, abstrakcyjną satyrą na korporacyjną rzeczywistość zilustrowaną teledyskiem Romana Przylipiaka. Do dziś obejrzało go w sieci pół miliona widzów. Płyta znalazła się w większości podsumowań najlepszych albumów 2009 roku i została objęta patronatem radiowej Trójki, a krytycy muzyczni byli zgodni — dawno już nie było w Polsce debiutanta potrafiącego opowiadać tak barwne i aktualne historie. Tęczy wybielacz to zupełnie nowy rozdział opowieści zapoczątkowanej przed dwoma laty. Brzmienie zespołu znacznie się zmieniło i dojrzało. Obok barwnych elektronicznych dźwięków i mnóstwa sampli, nie brak tu gitar, brudnych przesterów i nietypowych instrumentów, takich jak syntezator modularny Serge, melodyka czy… balon. Wszystkie utwory zaśpiewane zostały w języku polskim, a autorskie teksty nie odbiegają frywolnością i celnością od tych, jakie można było usłyszeć na debiucie. Beneficjenci Splendoru są jak filmy Woody’ego Allena — zabawne, ale głębokie, czego dowodem jest Tęczy wybielacz. Udanego odsłuchu!


:

Marcin JÄ&#x2122;drys www.marcinjedr


lets get things straight

siak rysiak.com


wild wild horses


:

Marcin Jędrysiak

fotograf z Krakowa. Absolwent SKF w Krakowie, AF w Warszawie (Fotografia Mody), student ITF w Opavie. Żyje z fotografii i z fotografią. Jego prace są swoistą narracją do historii przez niego reżyserowanych. Lubi w zdjęciach niepokój i w różnych dawkach stara się go implikować w swoich pracach. Jest nałogowym oglądaczem zdjęć i filmów, pochłania je codziennie garściami. Uwielbia budować zdjęcie od ustawienia światła, przez dobranie scenerii, aż do wydobycia z modelki/modela tego, czego chce. Z sesji na sesję dąży do celu odnalezienia swojego Złotego Graala – sesji życia.


twin

:


:


waiting


:


waiting


waiting


wash

:


reborn


{

>>redakcja MAGDA WICHROWSKA

SZYMON GUMIENIK

filozofka na emeryturze, kinofilka w nieustannym rozkwicie, felietonistka, komentatorka rzeczywistości kulturalnej i niekulturalnej. Kocha psy, a nawet ludzi.

zaczął być w roku osiemdziesiątym. Zaliczył już studia filologii polskiej, pracę w szkole i bibliotece. Lubi swoje zainteresowania i obecną pracę. Chciałby chodzić z głową w chmurach, ale permanentnie nie pozwala mu na to jego wzrost, a czasami także bezchmurny nastrój...

WIECZORKOCHA

-grafia. Inspiracja. Inkwizycja. Pigmalionizm przewlekły. Freudyzm dodatni. Gotowanie, zmywanie, myślenie: Import-Export. Prowadzi bezboleśnie przez życie bez retuszu. Lubi sushi, nieogarnięte koty i proces pleśnienia serów.

ANIA ROKITA

archeolog z wykształcenia, dziennikarz z przypadku, penera z wyboru. Zamierza wygrać w totka i żyć z procentów. Póki co, niczym ten Syzyf, toczy swój kamień. Jako przykładna domatorka stara się nie opuszczać granic powiatu, czasem jednak mknie pociągiem wprost w paszczę bestii. Uwielbia popłakiwać, przygrywając sobie na gitarze, oraz zgłębiać intensywny smak czarnego Specjala.

MACIEK TACHER

rocznik 1979, kiedyś skończył filozofię a teraz śpiewa. Żyje z dnia na dzień, nie zapamiętując.

EWA STANEK

pomiędzy jednym nieprzytomnym zaczytaniem a kolejnym przygląda się ludziom i światu z głodną uwagą. Pomiędzy jednym uważnym zmarszczeniem czoła a kolejnym zaśmiewa się do i z niego, a jeszcze bardziej z siebie samej. Czasem myśli, że nie jest nikim więcej i nikim mniej.

>>108

IWONA STACHOWSKA

z wykształcenia filozof, z zawodu nauczyciel od zadań specjalnych. Na co dzień wierna towarzyszka psa znanego ze skocznego podejścia do przestrzeni otwartych i zamkniętych. Wielbicielka dżdżystej aury, gorzkiej czekolady i kawy po turecku. Nade wszystko fanka Dextera.

AGNIESZKA BIELIŃSKA

dziennikarka z wyboru, socjolożka i anglistka z wykształcenia. Niepoprawna optymistka, wierna fanka Almodóvara i eklerków.

MARCIN ZALEWSKI

rocznik 1989. Nowomieszczanin z pochodzenia, student dziennikarstwa, lubi kulturę i naturę.

NATALIA OLSZOWA

jest „free spirytem”, który w intencji poprawy waru swej egzystencji wyjechał z falą emigracji w roku 20 i... utknął pomiędzy wymiarami: młodzieńczych mar i realiów, niedojrzałości i dojrzałości, sobą z przeszł i sobą „tu i teraz”, kultur i ich różnic, języków, moż ści, horyzontów, a czasem i beznadziei, wiary i niew Kim jest? Kimś, kto nie potrafi jeszcze latać, a nawe rozprostować skrzydeł. Kimś z pogranicza, Alicją po stronach lustra, która pobiegła za białym króliczkiem właśnie rozgrywa partię szachów z królową.

musli magazine


unków 004 rzeń łości żliwowiary. et dwóch mi

} >>redakcja

JUSTYNA TOTA

GOSIA HERBA

na świat zachciało się jej przyjść nieco przed wyznaczonym terminem, co położnik miał skwitować stwierdzeniem: „Taka ciekawa może być tylko baba!”. I to pewnie z tej ciekawości postanowiła, że dziennikarstwo będzie jej życiowym hobby (trudno z tego wyżyć, ale daje tyyyleeee satysfakcji). Za młodu miała krótki romans z nauczycielstwem, wcielając się w panią od polskiego podczas praktyk studenckich. A w życiu bardzo osobistym — niespełniona poetka, artystka ze sceny teatru spalonego.

MAREK ROZPŁOCH

rocznik 1980, filozof i ktoś lub coś w rodzaju dziennikarza. Mieszka w Toruniu.

ARKADIUSZ STERN

germanista i hedonista. Ma cień, więc jeszcze jest. Wielbiciel ciepłych klimatów, słoni i piwa z dymkiem. U przyjaciół ceni otwarty barek. Skrywa się często pod skrzydłami Talii i Melpomeny, nie bryluje na salonach, lecz w galeriach (sztucznych), kinem delektuje się samotnie. W pracy zajmuje się wbijaniem do głów chętnych i niechętnych mowy Dietera Bohlena. Poza pracą zajmuje się głównie tym samym. W przerwach w pracy zajmuje się czymś innym.

EWA SOBCZAK

rocznik 1985

podgląda, podsłuchuje, rysuje www.gosiaherba.pl

www.gosiaherba.blogspot.com

KASIA WOŹNIAK

wychowana na Bałutach, sercem torunianka. Polonistka, zakochana w życiu bez wzajemności, przez przypadek PR-owiec. W godzinach urzędowych redaktor, po godzinach — tropicielka absurdów i miłośniczka lat 20. Dźwiękoczuła i światłolubna, kompulsywna czytelniczka. Ze względów humanitarnych już nie śpiewa. Od dwóch lat w Warszawie jej życie bezlitośnie reżyseruje Gombrowicz i na Szaniawskiego się nie zanosi.

ALEKSANDRA KARDELA

absolwentka gdańskiej filologii klasycznej. Miłuje łacinę, zabytki w stanie destrukcji, przenośny domek na plecach, klezmerski hałas i górską ciszę.

KRZYSZTOF KOCZOROWSKI

z zawodu edukatorka, z wykształcenia kulturoznawca (UAM) i germanistka (NKJO w Toruniu), z pasji poszukiwaczka nowych horyzontów. Zdeklarowana ateistka, przekonana, że kino bywa świątynią, a film miewa moc oświecenia. Wolności poszukuje rowerem, jazzem pogłębia nieświadomość. Za najlepsze miejsce na eksperymenty (preferuje zbiorowe) uważa kuchnię. Lubi popatrzeć na świat okiem subiektywnego obiektywu. Gdy chce odpocząć, zamyka oczy i daje się poprowadzić w tango.

ANDRZEJ LESIAKOWSKI

ładowanie opisu, ...pisu, ...su.

urodzony w 1988 roku, mocno zaangażowany w życie. Przez ostatnich sześć lat intensywnie wojował słowem i pomysłem, pracując jako copywriter i specjalista ds. PR. Od 2010 roku z powodzeniem prowadzi własne studio brandingowe. W celu lepszego poznania swojego największego obiektu zainteresowań — człowieka, ukończył socjologię. Humanistyczne zacięcie rozwija na studiach kulturoznawczych.

JUSTYNA BRYLEWSKA

rocznik 1980. Jej życiowym hasłem miało być: „Grunt to się nie przejmować i mieć wygodne buty!” (Natknęła się na nie w jednej z książek Zbigniewa Nienackiego, w których zaczytywała się w dzieciństwie), tyle tylko, że za skarby świata nie potrafi go wcielić w czyn. Mimo pęcherzy na nogach pociesza się myślą, że jeszcze potrafi się z siebie śmiać (choć innym z nią pewnie często nie do śmiechu). Nie cierpi bałaganu (nie mylić z „artystycznym nieładem!”) i czeka na chwilę spokoju...

>>109


http://

>>dobre strony

>>www.momastore.org Proszę Państwa, wynosimy eksponaty Kto z Was nie chciał mieć w domu chociaż kawałka, tyciego elementu muzeum? Są tacy? Ja fantazjuję o kosmicznych instalacjach w sypialni, obrazoburczych grafikach w łazience i niefunkcjonalnych wykwitach intelektu we własnej kuchni. Zazwyczaj na marzeniach sprawy się kończą, chociaż nie zawsze. Z nowojorskiego Museum of Modern Art można wynieść sporo i całkowicie legalnie. Żałuję, że w koncept przygaleryjnych sklepów pokroju MoMA Store nie inwestują polskie galerie, muzea i centra sztuki współczesnej na taką skalę jak nowojorczycy. W Polsce świadomość i edukacja w zakresie sztuki współczesnej kuleje. Podobno boimy się wchodzić do muzeów na równi z operą. Z góry zakładamy, że to nie miejsce dla nas. Sądzę, że taki sklep rozwiązałby problem niezdecydowanych i zalęknionych. W końcu sklep to sklep. Wchodzę. Co mi szkodzi? To bezpieczna przestrzeń, która zachęca do nowych poszukiwań, wykraczających poza olej na płótnie. A same zakupy to bajka! Najlepiej pojechać do Nowego Jorku i samemu pobuszować między regałami. Dla tych, którzy nie wybierają się za Ocean, pozostaje e-sklep. Macać, mierzyć, potrząsać i wąchać nie będziemy, ale na brak asortymentu narzekać nie wypada! Powiem więcej... grzech!

>>www.makecookingeasier.pl W kuchni z Zosią „Zosia miała być architektem, została psychologiem. Miała pracować na oddziale psychiatrycznym, a pracuje w międzynarodowej korporacji. Za to od dziecka kocha gotować i to się akurat nigdy nie zmieni”! Make Cooking Easier robi prawdziwą karierę w mojej kuchni. Książki kucharskie, które pamiętam z dzieciństwa były szare, miały mało zdjęć i raczej nie zachęcały do przesiadywania w kuchni. Dzisiaj świat wydawnictw kulinarnych zmienił się nie do poznania, chociaż w niewielu publikacjach można znaleźć tak szczegółowe fotorelacje z cookingu! Blog Zosi to prawdziwa perełka. Widzimy bowiem nie tylko efekt końcowy, ale także cały proces powstawania dzieła. To szalenie ważne, szczególnie dla początkujących entuzjastów garnka i patelni. Opisy są wyjątkowo szczegółowe i, co najważniejsze, mamy pewność, że uczta się uda, bo na zdjęciu widzimy zadowoloną z siebie Zosię. Fotografie są tak apetyczne, że nieraz byłam o włos od zaślinienia monitora. Natomiast przenoszenie blogowej teorii w praktykę... sprawdźcie sami. Zosine przepisy są bez pudła! Odwiedzając Make Cooking Easier, warto zajrzeć też na siostrzaną stronę Make Life Easier. Kasia zaserwuje Wam już nie kulinarne, a modowe menu. Warto! MAGDA WICHROWSKA

>>110

musli magazine


WSKI SIAKO EJ LE NDRZ RYS. A

{

>>słonik/stopka

}

MUSLI MAGAZINE redaktor naczelna: Magda Wichrowska zastępca redaktora naczelnego: Szymon Gumienik art director: wieczorkocha redakcja: Karolina Natalia Bednarek, Agnieszka Bielińska, Gosia Herba, Aleksandra Kardela, Krzysztof Koczorowski, Marta Magryś, Natalia Olszowa, Ania Rokita, Marek Rozpłoch, Ewa Sobczak, Iwona Stachowska, Ewa Stanek, Arkadiusz Stern, Maciek Tacher, Justyna Tota, Grzegorz Wincenty-Cichy, Kasia Woźniak, Marcin Zalewski współpracownicy: Hanka Grewling, Alicja Kloska, Andrzej Mikołajewski, Ewa Schreiber, Paweł Schreiber, Jakub Tota korekta: Justyna Brylewska, Szymon Gumienik, Andrzej Lesiakowski

>>111


Profile for Szymon Gumienik

Musli Magazine Wrzesień 2011  

Musli Magazine Wrzesień 2011

Musli Magazine Wrzesień 2011  

Musli Magazine Wrzesień 2011

Advertisement