Issuu on Google+

>>WALISZEWSKA >>FRANKO >>DZIEWIT

8/2010 PAŹDZIERNIK


{ } słowo wstępne

>>wstępniak

Jesień do przegadania!

J

esień to idealna pora spotkań i długich rozmów przy filiżance parującej kawy i kubku grzanego wina. Dlatego też w tym miesiącu zdecydowaliśmy, że „Musli Magazine” będzie przegadane. Naturalnie w sensie ze wszech miar pozytywnym. Postanowiliśmy podpytać, pogadać, pogawędzić i uskutecznić dialog. Trafiliśmy na fantastycznych rozmówców! Karolinę Bednarek i Pawła Łysaka zapytaliśmy o to, co piszczy w kulturalnej trawie Torunia i Bydgoszczy. Z tego, z jakim entuzjazmem opowiadali nam o przeglądzie Przejrzeć Polańskiego i Festiwalu Prapremier, już wiemy, że to obowiązkowe przystanki kulturalne dla wszystkich kinomaniaków i teatrofili. Na manowce rozmów o muzyce wyprowadzili nas Ania Dziewit z zespołu Andy i Sławek Uniatowski.

T

eraz to my zapraszamy Was do przegadania pewnej żywo interesującej redakcję kwestii. Ogłaszamy jesienny konkurs na najlepszy przegadany film! Recenzje filmów, w których dialog gra pierwsze skrzypce, przesyłacie na adres: musli.magazine@gmail.com. Szczegóły niebawem na facebooku! MAGDA WICHROWSKA

>>2

musli magazine


[:]

>>spis treści

>>2

wstępniak. jesień do przegadania!

>>3

spis treści

>>4 >>14 >>16 >>20 >>21 >>22 >>23 >>24

wydarzenia. ARKADIUSZ STERN, HANNA GREWLING, AB, ANIA ROKITA, EWA SOBCZAK, SY

porozmawiaj z nią... przejrzeć Polańskiego Z KAROLINĄ BEDNAREK ROZMAWIA MAGDA WICHROWSKA

porozmawiaj z nim... stolica prapremier Z PAWŁEM ŁYSAKIEM ROZMAWIA PAWEŁ SCHREIBER

na kanapie. człowiek cel vs. człowiek pogawędka MAGDA WICHROWSKA

okiem krótkowidza. intymność... KASIA TARAS elementarz emigrantki. g jak gospodarka i guinness NATALIA OLSZOWA

a muzom. wstyd!!! MAREK ROZPŁOCH porozmawiaj z nim... pokazałem siebie ZE SŁAWKIEM UNIATOWSKIM ROZMAWIA MACIEK TACHER

>>27

portret. Federico Fellini — barok i melodramat MARCIN GÓRECKI

>>30

poe_zjada. KAROLINA ĆWIEK

>>32

zjawisko. z osobówki do ekspresu — o kondycji polskiego kina fabularnego ostatnich lat... (in plus). KAROLINA BEDNAREK

>>36

zjawisko. niby płeć piękna, a zbiera się na wymioty ANIA ROKITA

>>38

porozmawiaj z nią... skazana na girls power Z ANIĄ DZIEWIT (ANDY) ROZMAWIA MAGDA WICHROWSKA

>>44 >>58

galeria. ALEKSANDRA WALISZEWSKA nowości [książka, film, muzyka] SY, KRYSTIAN PESTA, EWA SOBCZAK, ARBUZIA, AB

>>61

recenzje [film, muzyka, książka] ALEKSANDRA KARDELA, MAGDA WICHROWSKA, ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI, EWA SCHREIBER, KASIA TARAS

>>69

dobre strony. ANIA ROKITA

>>70

sonda

>>72

fotografia. WIKTOR FRANKO

>>84

redakcja

>>86

horroskop. MACIEK TACHER

>>87

słonik/stopka

OKŁADKA: FOT. WIKTOR FRANKO (I, IV)

>>3


W Centrum Sztuki Współczesnej rezyduje pasożyt. Grupa artystyczna GN, czyli Gruba Najgorsza sięgnęła po strategię działania pasożyta i wprowadza ją w świat sztuki i kultury — tym sposobem CSW zostało na miesiąc żywicielem Grupy GN, która od 17 września do 17 października będzie mieszkać w przestrzeni Pokoju z Kuchnią i żywić się pokarmem dostarczanym przez swojego żywiciela. Sam artysta-pasożyt żyje po prostu swoim życiem, ale jednocześnie reaguje na organizm, w którym się znajduje. Dlaczego Gruba Najgorsza jako pasożyt wybrała sobie za żywiciela toruńskie CSW? Jak podaje Zarys parazytologii ogólnej: „nietypowa dla grupy pasożytów lokalizacja jest raczej wyrazem zdolności przystosowawczych jej przedstawicieli do opanowywania nietypowych może środowisk”. GN zajmuje się prawie wszystkimi współczesnymi mediami, którymi posługuje się aktualnie sztuka: od malarstwa i rysunku, aż po działania typu performance, video, site speci-

>>4

fic oraz akcje związane z tzw. net-art. Niektórych pomysłów nie realizuje, a spisuje je jedynie w formie „koncepcji”. Jak pisze C. Combes w Ekologii i ewolucji pasożytnictwa: „Można wywnioskować, że pasożytnictwo pojawiło się w świecie żywej przyrody, ponieważ nie mogło się nie pojawić, a więc jest częścią definicji życia (...). Wszystkie źródła, czy to jest materia, energia, przestrzeń, władza, czy nawet frakcja programu komputerowego, prowadzą do pasożytnictwa”. Czemu więc pasożytnictwo nie może zaistnieć także w sztuce? Wydaje się, iż jest to naturalna kolej rzeczy, bo choć artyści namiętnie uprawiają sztukę, to nie zawsze mogą się z niej utrzymać... Zajrzyjcie na www.pasozyt.blogspot.com, a przede wszystkim do Pokoju z Kuchnią — zobaczcie, jak żyje GN, zapytajcie, czy pasożyt może mieć pasożyta? Może podrzućcie mu nieco karmy? ARKADIUSZ STERN Pasożyt 17 września–17 października 2010 Pokój z Kuchnią, Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu”

KRÓTKI KURS PIOSENKI AKTORSKIEJ/FOT. PAWEŁ BRAKONIECKI

>> PASOŻYT W CSW

>>wydarzenia

FESTIWALOWY PAŹDZIERNIK W SZAFIE Na początku miesiąca (1— —7.10.) Teatr „Baj Pomorski” zaprosi najmłodszych widzów na dwie ostatnie premiery: Dudi bez piórka Roberta Jarosza (reżyseria: Robert Jarosz, scenografia: Pavel Hubička, muzyka: Piotr Klimek) oraz Słowik wg Hansa Ch. Andersena (adaptacja: Jacek Pietruski, reżyseria: Ada Konieczny, opieka artystyczna: Zbigniew Lisowski, scenografia: Dariusz Panas, muzyka: Krystian Segda). W dniu 8 października o godz. 12.00 i 19.00 będzie można zobaczyć długo wyczekiwany spektakl przeznaczony dla widza dorosłego: Krótki kurs piosenki aktorskiej Wojciecha Szelachowskiego (reżyseria: Wojciech Szelachowski, scenografia: Andrzej Dworakowski, muzyka: Krzysztof Dzierma, akompaniament: Krzysztof Zaremba — pianino, Mariusz Hejnicki — klarnet, Michał Hajduczenia — kontrabas). Natomiast 10 października przywitamy się z Olbrzymem Philippe’a Dorina (scenariusz i reżyseria: Piotr Tomaszuk, scenografia: Eva Farkašová, muzyka: Piotr Nazaruk). Z kolei 12—15 oraz 24 października będzie można zobaczyć Wschód i zachód Słonia Joanny Klary Teske (adaptacja:

Dominika Miękus, inscenizacja: Anna K. Chudek, Dominika Miękus, Mariusz Wójtowicz, reżyseria: Ireneusz Maciejewski, scenografia: Dariusz Panas, muzyka: Bartłomiej Orłowski, teksty piosenek: Joanna Joy Herman). W dniach 6—22 października odbędzie się Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA. Festiwalowi tradycyjnie towarzyszyć będzie scena muzyczna w kawiarni teatralnej „Azyl” lub w garażu podziemnym. Szczegóły niebawem na stronie teatru. A na zakończenie miesiąca zobaczymy nastrojowy spektakl Podróże Guliwera J. Swifta (scenariusz i reżyseria: Ondrej Spišák, scenografia: František Liptak, asystent scenografa: Aneta Tulisz-Skórzyńska, muzyka: Krzysztof Dzierma). Zapraszamy na Piernikarską 9! Szczegóły na stronie: www. bajpomorski.art.pl. HANNA GREWLING

musli magazine


>>wydarzenia

FESTIWAL PRAPREMIER BYDGOSZCZ 2010 ORAZ ANEKS W ciągu 10 dni bydgoskiego festiwalu teatralnego obejrzymy aż 13 prapremierowych przedstawień polskich teatrów z ubiegłego sezonu. Na początek sztuka — surowy, laboratoryjny test na poziom obłudy w polityce w reżyserii Anny Augustynowicz — Getsemani, będąca koprodukcją teatrów w Kaliszu i Szczecinie. Aktorzy tego ostatniego pokażą także spektakl Marcina Libery Utwór o Matce i Ojczyźnie, z otwartymi pytaniami o winę i ofiarę człowieka. Łódzki Teatr Powszechny przedstawi deathmetalową komedię Kochanowo i Okolice, a Teatr Dramatyczny z Wałbrzycha w spektaklu Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej poszuka odpowiedzi na pytanie, co właściwie znaczy dobry gust. Turandota na podstawie opery i fragmentów listów Giacomo Pucinniego, wyreżyserowanego przez Pawła Passiniego, wystawią artyści z neTTheatr Centrum Kultury w Lublinie i białostockiej Grupy Coincidentia. Wydarzeniem z pogranicza fantazji sadomasochistycznych będzie zapewne Orgia Pasoliniego w reżyserii Wiktora Rubina z gdańskiego Teatru Wybrzeże. Teatr Polski z Bielska-Białej pokaże spektakl Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami, w którym zastanawia się, jak prywatne wspomnienia z PRL-u mają się do prawdy historycznej. Jacek Głąb

z zespołem Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim zaprezentuje sztukę Zapach żużla — jeden z nielicznych polskich dramatów skoncentrowanych wyłącznie na sporcie. Z kolei aktorzy łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza przedstawią przejmujący i świetnie zagrany dramat w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego pt. Nad, za który jego autor Mariusz Bieliński w 2009 roku otrzymał Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną — najważniejsze w kraju wyróżnienie dla dramatopisarzy. W finale Festiwalu Teatr Lalka z Warszawy zaprezentuje wielce łobuzerski i dwuznaczny spektakl Janosik. Naprawdę

prawdziwa historia Michała Walczaka. Aneks, poświęcony idei Europejskiej Stolicy Kultury Bydgoszcz 2016, otworzy polska prapremiera sztuki Gesine Danckwart Kill the kac, będącej koprodukcją Teatru Polskiego w Bydgoszczy z Nationaltheater Mannheim. Szeroka gama dramatów, świetne aktorstwo i reżyseria jak co roku wypełnią sale Teatru Polskiego po brzegi! Polecamy gorąco! Więcej informacji na www.teatrpolski.pl. ARKADIUSZ STERN Festiwal Prapremier Bydgoszcz 2010 1–10 października Aneks 10–17 października Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy

JESIENNA DEKOMPRESSJA Klubowy piknik w rytm hipnotyzujących dźwięków ambient na sali wypełnionej liśćmi? Dlaczego nie? W Yakizie wszystko jest możliwe. Gośćmi tego wieczoru będą wszyscy klubowicze, a zagrają dla nich DJ Paulo (gramofony) oraz VJ Onecoffeenosugar (8-bitowe wizuale), DJ Zalk oraz ReverbRick (sounddesigner). Zalk jest dobrze znany bydgoskim klubowiczom. Swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał na scenie detroit/minimal. Jako członek grupy Doxium_7 był współorganizatorem undergroundowych imprez minimalowych w klubie Gong. W latach 2003—2004 Zalk wraz z ekipą Drumtown byli rezydentami klubu Sonobar. ReverbRick swoją muzyczną przygodę rozpoczął 15 lat temu w programach Screamtracker/Fasttracker (używanych przez demoscenę). Ma za sobą liczne kolaboracje z muzykami, kompozytorami i innymi artystami. Jego brzmienie jest unikalne, gdyż sam pisze programy na własne potrzeby. To właśnie oni, wraz z zaproszonymi muzykami, tworzą projekt KuraNaBosaka. Wszystkie elektroniczne dźwięki powstają w trakcie występu, bez gotowych sekwencji i playbacków. Na ten wyjątkowy piknik warto zabrać kosz z łakociami, koc i dobry humor. Wstęp wolny.

>> (AB)

2 października, godz. 21.00 BSCK Yakiza >>5


SŁOWIAŃSKA DUSZA

Jazz, folk i elektronika w oryginalnym wschodnim wydaniu, pełne humoru koncerty, interesujący wokal, transowy kontrabas — tego nie można przegapić. Dagadana czaruje słuchaczy dźwiękami, które zaskakują świeżością i trochę szaloną interpretacją. Jeśli lubicie ten polsko-ukraiński mariaż lub chcecie go dopiero poznać, nie może Was zabraknąć 3 października w Dworze Artusa oraz 4 października w bydgoskim Mózgu. Dagadana powstała w 2007 roku, po wspólnym spotkaniu Dagi Gregorowicz (Poznań), Dany Vynnytskiej (Lwów) i Miko Pospieszalskiego (Częstochowa), którzy poznali się przy okazji eksperymentowania z jazzem na krakowskich warsztatach „International Summer Jazz Academy”. Swoją postawą udowodniają, że odległość i granice między państwami to żadna przeszkoda dla muzyki. Ich nowy krążek Maleńka powstał w pełni profesjonalnych i najlepszych z możliwych w Polsce warunkach. W jej nagraniu gościnnie uczestniczyło grono przyjaciół zespołu, m.in. Tomasz Duda, Gaba Kulka czy Karim Martusewicz. Krążek doczekał się już wielu pozytywnych opinii, choć zespół najciekawiej brzmi na żywo, przede >>6

wszystkim dzięki wspaniałemu kontaktowi z publicznością. Apel muzyków: „Publiczność proszona jest o przyniesienie na koncert zabawek — przeszkadzajek. Przy ich udziale stworzymy razem z zespołem wieloosobową, radosną orkiestrę”. Nic dodać, nic ująć. (AB) Dagadana 3 października, godz. 18.00 Dwór Artusa – Toruń bilety 15 zł 4 października, godz. 21.00 Mózg – Bydgoszcz bilety 15 zł (przedsprzedaż), 20 zł (w dniu koncertu)

POGONIĄ KURAKA SĄSIADA? No meat no eat vol. 1 to impreza organizowana 8 października br. w Klubie Muzycznym Bunkier. Zaplanowano występy czterech zespołów. Na deskach Klubu zaprezentuje się między innymi grupa Embrional, czyli death metal z Gliwic rodem. Zespół powstał w 2003 roku. Muzycy zaserwują spragnionej wrażeń publiczności szybkie, brutalne, chore i demoniczne dźwięki. Propozycja w sam raz na październikowy piątkowy wieczór. Gonić resztami sił nie zamie-

TEATRALNE SPOTKANIA DLA MAŁYCH I DUŻYCH

rzają zapewne członkowie zespołu Unborn Suffer, którzy również pojawią się na imprezie No meat no eat vol. 1. Bydgoszczanie zafundują wszystkim zgromadzonym kawał dobrego death metalu. Likantropia z Włocławka to kolejna grupa, która 8 października opanuje scenę klubu Muzycznego Bunkier. Jak muzycy sami mówią o sobie, kręci ich death metal, ale nie tylko. Ich styl jest wypadkową inspiracji, jakie czerpali z twórczości Cannibal Corpse, Morbid Angel, Cryptopsy, Hate Eternal, Dying Fetus, Nile i Behemoth. Ku uciesze torunian do miasta znów zawita wesoła ekipa działająca pod szyldem Zachlapany Szczypior. Zespół wykonujący agro grindcore powstał „z babraniny starego siana z domieszką woni odchodów kaczki wraz z kawałkiem kurnika”. Należy wierzyć, że podczas październikowego koncertu w Toruniu nie zabraknie takich przebojów Zachlapanego Szczypiora, jak: Kracze mie coś w brokułach, Martwi mie ten warchlak czy Pogoniłem kuraka sąsiada. To trzeba zobaczyć! ANIA ROKITA No meat no eat vol. 1 8 października, godz. 19.00 Klub Muzyczny Bunkier

ZACHLAPANY SZCZYPIOR/FOT. NADESANE

FOT. ŁUKASZ OWCZARZAK

>>

>>wydarzenia

Już po raz siedemnasty Teatr Baj Pomorski zaprasza widzów od roku (!) wzwyż na Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA. Podczas teatralnego tygodnia obejrzymy — startujących w konkursie — 17 spektakli z Czech, Hiszpanii, Ukrainy, Włoch i Polski, prezentowanych przedpołudniami dla najmłodszych a wieczorami dla widzów starszych. Najmniejsi milusińscy zostaną zaczarowani spektaklem Od ucha do ucha Olsztyńskiego Teatru Lalek, wywodzącym się z nurtu teatru inicjacyjnego, skierowanego do dzieci od pierwszego roku życia. Starszym pociechom i ich rodzicom polecamy czeskie spektakle The Orange Girl i Złotowłosą, ukraiński Ludwig + Tutta, głośnego Janosika warszawskiego Teatru Lalka oraz Jaskółeczkę i ostatnią premierę — Słowika — w wykonaniu gospodarzy Festiwalu. Białostocki Teatr Lalek zaprezentuje Pod-Grzybka, zaś dorosłym widzom pokaże spektakl Lis w reżyserii Piotra Tomaszuka. Dyrektor genialnego Teatru Wierszalin zawita do Torunia ze swym zespołem także z najnowszą premierą — Statek Błaznów. Ten znakomity spektakl to niejedyne danie teatralnej uczty dla młodzieży i dorosłych podczas SPOTKAŃ! Gośćmi Festiwalu będą również dobrze znany już widzom hiszpański Teatro Corsario z Poes Curse, włoski Teatro Del Carretto z Hamletem i Teatr Lalek Banialuka z Król umiera Ionesco. Festiwal zamknie niesamowity świat wyobraźni według Brunona Schulza łódzkiego Teatru Lalki i Aktora Pinokio. Szykuje się wspaniały musli magazine


tydzień teatralnych emocji, połączony z VII Przeglądem Twórczości Osób Niepełnosprawnych oraz obchodami 65-lecia Teatru Baj Pomorski. Ten czas warto spędzić w Baju! ARKADIUSZ STERN

BARTOSZ TOPA / FOT. NADESŁANE

>>wydarzenia

XVII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA 16–22 października, Teatr Baj Pomorski w Toruniu www.bajpomorski.art.pl

KONCERTY FORTE PIANO 2010 Początek jesieni w Dworze Artusa wypełnią koncerty i spotkania z ciekawymi ludźmi kultury i sztuki — już po raz trzeci w ramach Międzynarodowego Festiwalu Gwiazd FORTE piano. Festiwal zainaugurował w ostatnim tygodniu września występ krakowskiego zespołu Kroke, kojarzonego głównie z muzyką klezmerską, wzbogaconą o elementy jazzu, a ostatnimi czasy też wyraźnie inspirowaną muzyką Orientu. Zespół promuje swoją nową płytę Out of Sight. W październikowej cz��ści festiwalu wystąpią dwa zespoły czerpiące obszernie z folkowej tradycji. Pierwszej niedzieli można będzie usłyszeć znane już toruńskim słuchaczom polsko-ukraińskie trio DagaDana, któremu z dużym powodzeniem udaje się łączyć folk, jazz i elektronikę. Członkowie grupy, wywodzący się nie tylko z różnych przestrzeni geograficznych (Poznań, Lwów, Częstochowa), ale też różnych stylów muzycznych, poznali się podczas eksperymentowania z jazzem na krakowskich warsztatach „International Summer Jazz Academy”. Ze skrzyżowania dróg i eksperymentów powstała Maleńka — od lutowej

nowy Marka Tomaszewskiego, znanego szerokiej publiczności z czasów duetu pianistycznego Marek & Wacek. Artysta powrócił ostatnio na scenę jako solista. W programie jego toruńskiego koncertu znajdą się utwory Chopina i Strawińskiego. Wszystkie koncerty rozpoczną się o godzinie 18. EWA SOBCZAK

premiery albumu po każdym koncercie grupie przybywa fanów. Zapewne i tym razem uda im się chwycić niejednego słuchacza za serce, porwać w tan, a nawet — jak sugeruje jeden z tytułów — w tango. Publiczność proszona jest o przyniesienie na koncert zabawek przeszkadzajek! Jeszcze bardziej osadzona w tradycji ludowej jest muzyka, którą tworzą Wołosi i Lasoniowie — improwizujący kwintet smyczkowy. W tym przypadku chodzi o mariaż folku z muzyką klasyczną. Zespół tworzą dwaj muzycy klasyczni i trzej ludowi. W tym roku zdobyli oni Grand Prix podczas XIII Festiwalu Folkowego Polskiego Radia „Nowa Tradycja”, nagrodę specjalną im. Czesława Niemena, nagrodę publiczności „Burza Braw”, a Krzysztof Lasoń nagrodę dla najlepszego instrumentalisty „Złote Gęśle”). W Toruniu Wołosi i Lasoniowie będą gościć 17 października. W drugą niedzielę października posłuchać będzie można Tria Smyczkowego młodych muzyków, którzy wykonają Wariacje Goldbergowskie J.S. Bacha. Ostatnia niedziela miesiąca należeć będzie do Tria Andrzeja Jagodzińskiego, którego najnowszy projekt płytowy Sonata fortepianowa b-moll (Chopina) jest kontynuacją poszukiwań na pograniczu klasyki i jazzu. Natomiast 24 października odbędzie się recital fortepia-

FORTE piano 2010 26 wrześni-14 listopada Dwór Artusa

SEZON NA POLSKĘ W HORZYCY W Teatrze im. Wilama Horzycy jubileusz! Rusza arcypolski sezon z sześcioma premierami na 90-lecie toruńskiego Teatru. Dyrekcja Teatru oparła najnowszy repertuar na rodzimej klasyce, zarówno w premierowych spektaklach, jak i w czytaniu sztuk najmłodszych polskich dramaturgów w ramach cyklu „Dramat XXI wieku — sezon polski”. Już 25 października Teatr zaprasza na pierwszą taką prezentację pt. Morze otwarte Jakuba Roszkowskiego w reżyserii Małgorzaty Głuchowskiej. Sezon arcypolski otworzy Mózg wariata — kontaminacja dwóch dramatów Witkacego Matka i Kurka wodna w adaptacji i reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, znanego toruńskim teatromanom ze wspaniałej inscenizacji Marii Stuart z Marią Kierzkowską w roli głównej. Premiera spektaklu zapowiadana jest na 27 listopada. W styczniu Katarzyna Raduszyńska wyreżyseruje fragmenty tekstów Aleksandra Fredry pod wspólnym tytułem Nowy Don Kichot, a miesiąc później znany już dobrze widzom z kilku projektów Jacek Bończyk pokaże spektakl oparty na utworach Marka Grechuty według własnego scenariusza.

Na Dzień Teatru w przyszłym roku planowana jest premiera jednego z dramatów młodopolskich w reżyserii Iwony Kempy. W kwietniu na deskach Sceny na Zapleczu zobaczymy także Ich czworo Gabrieli Zapolskiej w reżyserii Kariny Piwowarskiej, sezon zaś zamknie bardzo kameralna i osobista próba odczytania wybranych wątków Dziadów w adaptacji Jacka Jabrzyka. Tak się prezentuje sezon jubileuszowy, tymczasem w październiku widzowie po raz ostatni będą mieli możliwość obejrzenia współczesnego i przejmującego studium polskiej rodziny w dramacie Tomasza Mana 111 — ten bardzo dobry spektakl po trzech latach schodzi z afisza. Na wieczory złotej POLSKIEJ jesieni polecamy także piosenki Wasowskiego i Przybory w spektaklu S.O.S. ginącej miłości oraz Człowieka z Bogiem w szafie Michała Walczaka w reżyserii Piotra Kruszczyńskiego. Więcej informacji na www.teatr.torun.pl.

>> Do wrześniowego numeru „Musli

Magazine” wkradł się błąd dotyczący

najnowszego spektaklu w reżyserii Pani Iwony Kempy. Sztuka Hanocha Levina w toruńskiej inscenizacji nosi oczywiście

tytuł Zimowe ceremonie. Burleska w

ośmiu odsłonach. Za pomyłkę najmocniej przepraszam(y).

ARKADIUSZ STERN

Arcypolski sezon 2010/2011 Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

>>7


>> METAL Z DUSZĄ

Październik w klubie NRD będzie niezwykle różnorodny. Nie zabraknie też imprez dla fanów mocniejszego brzmienia. 6 października specjalnie dla nich zagra grupa !úl, czyli pięciu sympatycznych muzyków prosto z Czech. Chłopcy serwują ostry punkowy koktajl muzyczny, przyprawiony odrobiną black, death i thrash metalu. Muzycy cenią sobie kameralny klimat małych klubów. — Tutaj nie ma zespołu czy publiczności. Robimy wszystko co w naszej mocy, by zatrzeć granicę pomiędzy Wami oraz nami. Z tego powodu lubimy grać w mniejszych klubach, oczywiście nie zapominając również o festiwalach, które na długi czas zapadną nam w pamięci. Graliśmy na jednej scenie m.in. z: Narziss, Deadlock, Heaven Shall Burn czy Fall of Serenity — piszą muzycy. Muzyka zespołu zawiera przesłanie, według którego starają się żyć sami muzycy. — Nasze przesłanie jest proste, obserwować to, przez co jesteśmy otaczani: codzienność, społeczną rutynę, osobiste przemyślenia i wnoszenie światła w nasz sposób życia — dlatego też nie jemy zwierząt, ponieważ w okrucieństwie wobec zwierząt nie widzimy ani powszechnego, ani akceptowalnego zjawiska. Nie jesteśmy jednak fundamentalistami. Nie chcemy nikogo zmuszać do zmiany przyzwyczajeń, ale chcemy pobudzić ludzi do myślenia oraz zastanowienia się nad swoim zachowaniem. (AB)

!úl 6 października, godz. 20.00 NRD

>>8

>>wydarzenia

FILMOWA I KONCERTOWA OD NOWA Do Torunia powracają studenci, zaczyna się czas OdNowy, wypełniony głównie koncertową mieszanką różnych muzycznych światów. Podążając ścieżką OdNowy, październik możemy zacząć na przykład tak: na początek terapia wstrząsowa przy riffach ciężkiego rocka Sandaless (koncert charytatywny), dalej zabawa z jednym z najpopularniejszym polskich zespołów reggae DUBSKA, potem pląsy z folkową grupą Bałkany Śpiewają, która już wkrótce wyda swój debiutancki album. A to dopiero 4 października — dalej jest niemniej różnorodnie: folk metal, różne odmiany muzyki rockowej i metalu, punk rock, trip-hop i oczywiście jazz, bo SKPT Od Nowa to, niestety, jedyne w Toruniu, ale na szczęście niezawodne miejsce, w którym można posłuchać wszystkich odmian jazzu, i to nie tylko w wykonaniu zespołów polskich. Jak to więc jest od lat, środy pozostają w klimacie jazzowym. W tym miesiącu na początek zagra formacja MAZZOLL/HANO/RUPP, której lider został uznany przez Jazz Forum za jednego z najciekawszych współczesnych polskich klarnecistów. Jego nazwisko ściśle związane jest z tzw. sceną yassową i bydgoskim klubem Mózg. W swojej grze wykorzystuje zarówno elementy klasyki, jak i muzyki współczesnej. Jako drugi zagości zespół Kattorna, zrodzony w 2005 roku z fascynacji twórczością Krzysztofa Komedy. W jego skład wchodzą: Grzegorz Rogala — puzon, Łukasz Pawlik — fortepian, Andrzej Zielak — kontrabas, Krzysztof Szmańda — perkusja, Dawid Główczewski — saksofon altowy. musli magazine


>>wydarzenia

Dwie ostatnie środy października zarezerwowane są dla formacji szwajcarskich. Pierwsza to trio Vein w składzie: Michael Arbenz — fortepian, Thomas Lahns — bas, Florian Arbenz — perkusja. Ich muzyka mocno osadzona jest w jazzie tradycyjnym, artyści nie stronią też od nowatorskich pomysłów i eksperymentów. Druga to znany już toruńskim słuchaczom NO SQUARE, w składzie: Stefan Aeby — fortepian, Andre Hahne — gitara basowa, Yannick Oppliger — perkusja i Guillaume Perret z jego charakterystycznie brzmiącym saksofonem.

Niewątpliwym wydarzeniem miesiąca jest koncert zespołu KULT, którego tzw. Trasa Październikowa wpisała się na stałe w kalendarz jesiennych wydarzeń muzycznych w Polsce. W tym roku tradycyjna „pomarańczowa” trasa Kultu obejmuje kilkanaście miast, w tym trzy za granicą. W programie Od Nowy stałe miejsce zajmują również cotygodniowe wtorkowe pokazy filmowe w Niebieskim Kocyku. Cenny punkt na mapie każdego kinomana, szczegól-

nie w obliczu faktu zamknięcia Naszego Kina. Zobaczyć można będzie w kolejności: Co nas kręci, co nas podnieca Woddy’ego Allena, najsławniejsze dzieło niemieckiego ekspresjonizmu Gabinet Doktora Caligari Roberta Wiene z muzyką wykonywaną na żywo przez zespół Tortilla, Boso, ale na rowerze Felixa van Groeningena (pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś jeszcze nie widział), ostatnie dzieło Jana Jakuba Kolskiego Wenecja, po którym wyświetlony zostanie jeszcze jego film z 1998 roku Historia kina

punktu widzenia trzech muzyków: The Edge’a, Jimm’ego Page’a i Jacka White’a. Przeglądowi ma towarzyszyć spotkanie z gościem specjalnym. EWA SOBCZAK

POZYTYWNA ENERGIA Na jesienne, zimne i ponure wieczory najlepsza jest porządna dawka energetycznego reggae, prosto z... Wielkiej Brytanii. Deadly Hunta, artysta z Wysp, któremu poweru mogliby pozazdrościć czołowi jamajscy nawijacze, wystąpi w bydgoskiej Yakizie i toruńskim NRD. Łącząc różne gatunki muzyczne, jak dancehall, hip hop i drum’n’bass, Hunta wykształcił swój własny świeży styl, a jego koncerty to ogromna dawka pozytywnej energii. Mimo relatywnie niedługiego stażu na scenie ma już na koncie kilka hitów, m.in. Ganja Man z drum’n’bassowym producentem Aphroditem czy Talk out Loud, który gościł w wielu brytyjskich stacjach radiowych, takich jak MTV Base czy Channel U. Drugim gościem będzie Chieftain Joseph, młody wokalista związany z brytyjską wytwórnią Reality Shock Records. Znany jest z bardzo subtelnego głosu, porównywanego do samego Horace’a Andy’ego. Imprezkę rozkręcą gospodarze, czyli Feel Like Jumping Sound System i kolektyw Track Numba1, BST selecta z Lublina. Zapowiada się niezły balet w doborowym towarzystwie! Wstęp 10 zł.

CHIEFTAIN JOSEPH/FOT. NADESŁANE

>>

w Popielawach. Dodatkową niespodzianką Niebieskiego Kocyka jest pokaz specjalny pod hasłem „Bunt i Muzyka”. W niedzielę 24 października obejrzeć będzie można dwa dokumenty: Beats of Freedom Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty — pokazujący rozwój muzyki rockowej w Polsce, począwszy od koncertu zespołu The Rolling Stones w Warszawie w 1967, aż do upadku komunizmu w roku 1989, oraz Będzie głośno Davisa Guggenheima — poświęcony gitarze elektrycznej z

(AB)

DEADLY HUNTA/FOT. NADESŁANE

Deadly Hunta, Chieftain Joseph 8 października, godz. 20.00 NRD – Toruń 9 października, godz. 20.00 Yakiza – Bydgoszcz >>9


>> >>10

>>wydarzenia

CZAS NA PROZĘ! Mamy już za sobą wrześniowe spotkania z literaturą faktu, teraz przyszła kolej na Porę Prozy, czyli drugą część trzeciej edycji Festiwalu Literackiego 4 Pory Książki, organizowanego przez Książnicę Kopernikańską w Toruniu. 4 Pory Książki to największy i najpopularniejszy (oczywiście poza Festiwalem Książki) polski festiwal literacki wspierający i promujący kulturę czytania, pisania i mówienia. Po raz pierwszy w Toruniu objawił się dopiero w 2008 roku, ale zrobił to z wielką pompą, gdyż wśród zaproszonych gości pojawiły się takie sławy jak Artur Andrus, Marek Niedźwiecki, Krzysztof Varga, Magdalena Tulli, Jacek Dehnel, Wojciech Kuczok i — co prawda — mniej znany Zygmunt Miłoszewski, ale nie mniej zdolny (debiutował w 2005 roku świetnym Domofonem). Rok później, na drugą edycję festiwalu Książnica z kolei zaprosiła Hannę Bakułę, Alicję Kapuścińską, Michała Rusinka, Rafała Bryndala, Jolantę Fajkowską, Katarzynę Grocholę, Sylwię Chutnik, Hannę Kowalewską, Joannę Fabicką, Grażynę Plebanek i Joannę Szczepkowską... Jak będzie tym razem? Na pewno ciekawie, bo organizatorzy stawiają przede wszystkim na zróżnicowanie i interdyscyplinarność spotkań oraz rozmaitość stylów, gatunków i estetyk literackich. W tym roku w części poświęconej prozie cztery wieczory października upłyną pod znakiem literatury miejsca, o której opowiadać będą Irena Matuszkiewicz, Karina Obara, Tomasz Szlendak, Stefan Chwin, Krzysztof Varga, Grażyna Plebanek, Daniel Odija oraz Barbara Kosmowska. Jak mówi Marek Jurowski z Książnicy Kopernikańskiej: „W centrum zainteresowania naszych gości często pozostają małe ojczyzny, w trakcie spotkań będziemy więc z nimi dyskutować m.in. o dawno utraconych miejscach, zarówno tych realnych, jak i zmyślonych”. „Musli Magazine”, hołdując patriotyzmowi lokalnemu, poleca szczególnie spotkanie 11 października z toruńskimi twórcami. I to nie tylko dlatego, że wypada, ale że warto znać ich prozę. Irena Matuszkiewicz studiowała na UMK, gdzie ukończyła filologię polską, przez jakiś czas była związana z prasą kobiecą, jednak wybrała pisanie kryminałów. Zwolennicy tego gatunku na pewno znają jej powieści, takie jak Nie zabijać pająków czy Czarna wdowa atakuje. Karina Obara mieszka w Toruniu i przewodzi miejscowym oddziałem „Gazety Pomorskiej”. Wydała już trzy powieści: Grzecherezadę, Dwa światy Zofii (historia poszukiwania miłości i tożsamości z Toruniem w tle) i ostatnio Gracze (w mrocznej serii Wydawnictwa W.A.B.). Tomasz Szlendak z kolei jest profesorem nadzwyczajnym i kierownikiem Zakładu Badań Kultury w Instytucie Socjologii Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, autorem wielu znaczących publikacji z zakresu socjoantropologii relacji płciowych oraz socjologii i antropologii konsumpcji (m.in. Architektonika romansu. O społecznej naturze miłości erotycznej), poza tym stałym doradcą i felietonistą miesięcznika „Elle”, w którym pełni funkcję eksperta w dziedzinie relacji damsko-męskich. I najważniejsze w kontekście festiwalu i spotkania z literaturą miejsca — Tomasz Szlendak jest autorem rasowego kryminału historycznego pt. Leven, którego fabułę umieścił w realiach średniowiecznego Torunia, wraz z całym dziejowym sztafażem postaci, miejsc, faktów, musli magazine


>>wydarzenia

STEFAN CHWIN / FOT. MARCIN R. CHWIN

>> KRZYSZTOF VARGA / FOT. MARTA DYLEWSKA

legend i anegdot (kto nie wie, jak powstały nasze sławne katarzynki, powinien przeczytać). Kolejne trzy dni festiwalu to spotkania z autorami spoza Torunia — Stefanem Chwinem (Gdańsk), Krzysztofem Vargą (Warszawa), Grażyną Plebanek (Bruksela), Danielem Odiją i Barbarą Kosmowską (Słupsk). Gorąco polecamy je wszystkie i już teraz zapraszamy na listopadowy Poplit, czyli Festiwal Literatury Popularnej — trzecią i ostatnią część Festiwalu 4 Pory Książki! Projekt został zrealizowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Więcej informacji na www.4pory.ksiaznica.torun.pl.

KARINA OBARA / FOT. ROBERT BERENT

DANIEL ODIJA / FOT. NADESŁANE

3. edycja Festiwalu Literackiego 4 Pory Książki. Pora Prozy 11 października – Irena Matuszkiewicz, Karina Obara, Tomasz Szlendak (godz. 18.30) 13 października – Stefan Chwin (godz. 18.30) 14 października – Krzysztof Varga, Grażyna Plebanek (godz. 18.30) 15 października – Daniel Odija, Barbara Kosmowska (godz. 18.30)

Wszystkie spotkania odbędą się w Filii nr 1 Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu -przy ul. Jęczmiennej 23 (wstęp wolny).

(SY)

>>11


>> KRÓL JASZCZUR ZAPRASZA!

Lizard King rozpoczyna nowy sezon koncertowy, a robi to w sposób niezwykle ambitny — w październiku na jego scenie wystąpią m.in. takie zespoły jak: Letters From Silence, Vavamuffin, Żywiołak czy legendarni już Acid Drinkers… Zacznijmy jednak od początku. W sobotę 2 października wystąpią Letters From Silence, czyli dwie osobowości muzyczne, z dwoma osobliwymi głosami i dwiema gitarami (akustyczną i elektryczną). Wawrzyniec Dąbrowski i Maciek Bąk, bo o nich mowa, tworzą muzykę powszechnie znaną jako alternatywny rock. Zespół założyli w 2009 roku w Warszawie i od tego czasu zagrali trochę koncertów (m.in. Heineken Open’er Festiwal), wydali EP-kę i otrzymali kilka nagród (w tym od Piotra Metza, który na antenie Trójki nadał im „Trójkowy Znak Jakości”). Muzykę Letters From Silence cechuje minimalizm i dźwiękowy ascetyzm, bo pozbawiony sekcji rytmicznej i basu. Jednak znać w ich kompozycjach szczególny rozmach i nieograniczoną przestrzeń muzycznych stylistyk. Tego trzeba posłuchać osobiście i na żywo — w pierwszą sobotę października o godzinie 20.00 do Lizard King wszyscy będą wpuszczeni i dopuszczeni bez zbędnych walut. Następnego dnia będziemy mogli posłuchać Folkoperacji, kapeli z Beskidu Śląskiego, o której muzycznych preferencjach raczej pisać nie trzeba — nazwa mówi sama za siebie. Wstęp za 10 i 15 zł. Kolejny koncert w czwartek 7 października, a na nim klimaty roots reggae i dancehall w wydaniu Vavamuffin, którzy są po świeżo wydanej płycie Mo’ better rootz. Bilety za jedyne 28 i 38 złotych polskich. W dniu 10 października na scenę wyjdzie Karolina Cicha, eksaktorka Teatru z Gardzienic. Jak sama mówi, to co gra, można określić mianem eklektycznego rocka. Dla „Musli Magazine” to dobra propozycja na niedzielny jesienny wieczór. W kolejny czwartek, czyli 14 października, Lizard King proponuje posłuchać popowego i popularnego Sidney’a Polaka, może niektórzy zechcą pozytywnie ustosunkować się do tej propozycji za jedyne 25 i 28 zł. W niedzielę 17 października o godzinie 20.00 mocne uderzenie rocka progresywnego w wykonaniu starych wyjadaczy z brytyjskiej grupy The Enid. Mocna będzie też cena występu — 40 i 60 zł, jednak mamy nadzieję, że The Enid na żywo są warci każdej ceny. Pod koniec miesiąca, 28 października o godzinie 19.00 Lizard King odpali trash metalową petardę złożoną z członków Acid Drinkers, legendarnej już kapeli ze stolicy Wielkopolski. Chłopaki grają już od 1986 roku i mają za sobą wiele płyt, singli, koncertów (podobno 1000) i nagród. Kwasożłopy promować będą wydany 1 września album Fishdick Zwei — The Dick Is Rising Again, który jest kontynuacją krążka z 1994 roku, zawierającego przeróbki utworów innych wykonawców. Płyta promowana jest singlem Love Shack z udziałem Ani Brachaczek (wywiad z wokalistką Biff można przeczytać w poprzednim numerze „Musli Magazine”). Na koncert zapraszamy wszystkich, którzy chcą przypomnieć sobie stare dobre czasy — bezcenne! A w ostatni dzień i ostatnią niedzielę października jazzowe uderzenie dziewczyn z poznańskiej grupy Nail Quartet, o której jest coraz głośniej w kraju. W 2008 roku zespół został finalistą Krokus Jazz Festival, a w 2009 zdobył Grand Prix na Przeglądzie Regionalnym FAMA we Wrocławiu. Chciałoby się na koniec sentymentalnie zaśpiewać Ostatnią niedzielę Mieczysława Fogga, ale w Lizard King takich niedziel będzie dużo, dużo więcej. Zatem do zobaczenia na koncertach. (SY) >>12

ACID DRINKERS FOT. WWW.KOBARU.PL

NAIL QUARTET FOT. TOMASZ KARDASZ

LETTERS FROM SILENCE FOT. JOANNA GWAREK


>>wydarzenia

PAŹDZIERNIKOWY ROZKŁAD JAZDY

2.10 (sobota), godz. 20.00 — Letters From Silence [wstęp wolny, rock alternatywny, Warszawa] 3.10 (niedziela), godz. 20.00 — Folkoperacja [bilety: 10 i 15 zł, folk, Beskid Śląski] 7.10 (czwartek), godz. 19.00 — Vavamuffin [bilety: 28 i 38 zł, reggae and roots, Warszawa] 9.10 (sobota), godz. 20.00 — Lans Vegas [wstęp wolny, funk and jam, Poznań] 10.10 (niedziela), godz. 19.00 — Karolina Cicha [bilety: 15 zł, one woman band, Białystok] 14.10 (czwartek), godz. 19.00 — Sidney Polak + Bethel [bilety: 25 i 28 zł, pop, Warszawa] 15.10 (piątek), godz. 20.00 — Snake Charmer [wstęp wolny, rock klasyczny, Wrocław] 16.10 (sobota), godz. 20.00 — Nocne Rockowania [wstęp wolny, cover band, Wrocław] 17.10 (niedziela), godz. 20.00 — The Enid [bilety: 40 i 60 zł, rock progresywny, Wielka Brytania]

<< 21.10 (czwartek), godz. 20.00 — Sitelight [bilety: 10 zł, rock progresywny, Kwidzyn]

28.10 (czwartek), godz. 19.00 — Acid Drinkers [bilety: 33 i 44 zł, trash metal, Poznań]

30.10 (sobota), godz. 20.00 — Na Ostatnią Chwilę [wstęp wolny, rock, Trójmiasto] 31.10 (niedziela), godz. 20.00 — Nail Quartet [wstęp wolny, jazz-fusion, Poznań]

torun@lizardking.pl www.myspace.com/lizardkingtorun rezerwacje miejsc siedzących: 56 621 02 34 >>13


„ >>porozmawiaj z nią...

Przejrzeć Polańskiego

z Karoliną Bednarek, organizatorką retrospektywy „Przejrzeć Polańskiego”, rozmawia Magda Wichrowska

>>Co obok projekcji proponujesz kinomanom, którzy wy-

FOT. NADESŁANE

>>Był Woody Allen... teraz jest Roman Polański. Jak zrodził

się w Twojej głowie pomysł na retrospektywę „Przejrzeć Polańskiego”? Polański to obok Allena jeden z moich ulubionych twórców, choć Woody pozostaje miłością numer jeden. Pomysł zrodził się, kiedy w mediach wrzało na temat słynnego skandalu obyczajowego, w który wplątany jest Polański. W mojej głowie pojawił się dylemat — czy oceniać człowieka, czy wielbić reżysera? Zdecydowałam, że w dobie wszechogarniającej miernoty kinowej wybiorę tę drugą opcję. Stąd pomysł na retrospektywę filmów Polańskiego. Z wielkim smakiem obejrzałam dokument Zenovich — ona też chyba miała podobny problem z oceną, dlatego w swoim filmie nie dała jednoznacznej odpowiedzi. Festiwal ma być hołdem dla twórcy — reżysera, który nadal robi świetne filmy. Można też potraktować ten przegląd jako przyczynek do wszczęcia dyskusji. A poza tym, jak to powiedziała profesor Grażyna Stachówna: „O Romku nigdy dość”.

>>Zmieniliście lokalizację. Tym razem nie Od Nowa, tylko

Kino Centrum. Jakieś inne zmiany? Zdecydowanie. Poprzedni festiwal oceniam jako udany, ale tym razem chciałam, by kolejna edycja była nieco inna. Zresztą, „Przejrzeć Woody’ego” traktuję jako przymiarkę do naprawdę wielkich rzeczy. Wiele mnie ten przegląd nauczył i pokazał, co jest dla widzów atrakcyjne. Teraz również pokażę filmy, ale nie zrezygnuję przy tym z paranaukowych referatów toruńskich, bydgoskich i krakowskich filmoznawców, ponieważ zależy mi, by prócz zwyczajowych elementów, pojawił się również pierwiastek merytoryczny. Zupełnym novum będzie szereg atrakcji okołofilmowych. Zależy mi, by jak najwięcej młodych ludzi zaciekawiło się twórczością Polańskiego. Współrealizator, Marcel Woźniak, wymyślił na przykład grę miejską inspirowaną obrazami twórcy Tess, mamy w zanadrzu również koncert muzyki filmowej Piotra Wypycha, a także imprezę w iście filmowym stylu. To tylko część atrakcji, o reszcie przekonacie się sami.

>>14

biorą się na retrospektywę? Tak jak wspomniałam, będzie kilka „zabaw interdyscyplinarnych”. Chcemy, by na Bulwarze Sztuki została odmalowana podobizna Polańskiego, przy której będzie można zrobić sobie zdjęcie. Młody i bardzo obiecujący malarz i perfomer z Warszawy, Kuba Słomkowski, zainicjuje wydarzenie nawiązujące do krótkometrażowca Dwaj ludzie z szafą — myślę, że będzie naprawdę ciekawie.

>>Toruń to bardzo filmowe miasto, a przy okazji miasto

miłośników kina, które ma silne tradycje festiwalowe. Do kogo adresowana jest retrospektywa? Do entuzjastów Polańskiego, czy może do widzów, którzy mają zaległości z jego filmografią? Nie zastanawiałam się szczególnie nad grupą docelową. Myślę, że to festiwal dla jednych i drugich. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zależy mi, by pokazać coś nowego w tym, co stare. Stąd specjalnie przygotowane na tę okazję referaty — mają na celu uczulić odbiorców na dany problem czy motyw.

>>Jak dobierałaś tytuły, które zostaną pokazane? Był jakiś

klucz? Chyba jak każdy organizator tego typu przedsięwzięcia kierowałam się swoimi osobistymi upodobaniami, co nie znaczy, że nie ograniczyły mnie przeszkody dystrybucyjne.

>>Jaki jest Twój ulubiony film Polańskiego? Jak mawiał mój profesor: „pytanie dotrumienne”. Trudno jednoznacznie orzec… Chyba w każdym odnajduję coś dla siebie. Kiedyś miałam taki okres, że nie odrywałam się od Gorzkich godów, bardzo lubię Tess. Bliskie mi są introspekcje psychologiczne, pokazane między innymi we Wstręcie czy Lokatorze — tu też szczególne zamiłowanie do Rolanda Topora, jego goryczy, sarkazmu i groteski. Ostatni, Autor widmo, też mnie zachwycił. Może brak mi krytycyzmu? >>Kto będzie następny? Masz już pomysły na kolejną retro-

spektywę? Już o niej myślę. Tak jest chyba zawsze, kiedy robisz jedną rzecz, już planujesz następną. Ciekawe, jak w Toruniu przyjąłby się Antonioni?

musli magazine



>>porozmawiaj z nim...

Stolica prap rem

z Pawłem Łysakiem, dyrektorem w Bydgoszczy i szefem IX Festiw rozmawia Paweł Schreiber

>>Zbliża się kolejny, dziewiąty Festiwal Prapremier, impre-

zy, która dobrze już się zadomowiła w polskim krajobrazie kulturalnym. Zaprosił Pan reżyserów i takie osoby, które są już niemal instytucjami — jak np. Anna Augustynowicz, i takie, które się instytucjami stają, jak Maja Kleczewska, oraz twórców na razie mniej znanych. Czy ma Pan w tym gronie jakichś faworytów, jakieś spektakle, które szczególnie by Pan polecał? Polecam wszystkie spektakle, bo wszystkie zasługują na uwagę. Myślę, że w tym roku nie ma na Festiwalu jakichś spektakularnych wydarzeń, bo raczej ich nie było, jeśli chodzi o tegoroczne prapremiery w Polsce. Ale myślę też, że mamy w tej chwili taki moment, kiedy nowe teksty i nowa dramaturgia na co dzień się zadomowiły w teatrach — i bardzo dobrze. Oczywiście, polecam i duszą jestem przy spektaklach, które nasz Teatr wyprodukował, czyli Babel Mai Kleczewskiej i Joannie D’Arc Remigiusza Brzyka. To przedstawienia, które jako nasze dzieci są mi bardzo bliskie, ale wszystkie produkcje, które zaprosiliśmy, są z jakiegoś powodu ważne czy ciekawe. Getsemani w reżyserii Anny Augustynowicz to bardzo ciekawy i dojrzały spektakl wybitnej reżyserki, który zebrał wiele nagród na festiwalu w Kaliszu, zrobiony w teatrze, który szczyci się swoim aktorstwem. Utwór o matce i ojczyźnie, również z teatru szczecińskiego. W obsadzie jest wybitna aktorka, pani Irena Jun, a sam spektakl został oparty na bardzo ciekawym tekście — nieoczywistym i nowatorskim w polskiej dramaturgii. Twarzą >>16

do ściany to spektakl teatru z Olsztyna, goszczącego po raz pierwszy na naszym Festiwalu. Kochanowo i okolice to szampańska komedia, zupełnie inna od tego, co zwykle pokazywaliśmy na Festiwalu. Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej (nazwisko Wajdy wypadło jakoś z tytułu, chociaż z początku było w planach) to spektakl, który narobił już dużo huku — jest często komentowany i ważny. Uderza w establishment kultury: i popkultury, i kultury wysokiej. Bardzo się cieszę, że się pojawi Turandot Pawła Passiniego… Passini chodzi swoimi drogami, i to właśnie przykład tej własnej drogi. W swoim własnym kącie tworzy własny teatr ze swoimi ludźmi, w swoich własnych strukturach — to imponujące i bardzo ciekawe. Orgia Wiktora Rubina — cieszę się z obecności tego przedstawienia. Wiktor Rubin bardzo się przyczynił do budowania naszego Teatru, a potem nasze drogi się rozeszły — ale myślę, że te problemy są już za nami i przyczyniają się raczej w dobry sposób do budowania przyszłości. Spektakl jest interesujący, nieduży, ale pokazujący nowe oblicze Wiktora — bardzo dużo sobie po nim obiecuję. Zapach żużla Jacka Głąba, wielokrotnie bywającego w Bydgoszczy, tym razem nie ze swoim teatrem, to przedstawienie o żużlu — ten temat na pewno łączy Gorzów i Bydgoszcz. Nad Waldemara Zawodzińskiego to oparty na bardzo ciekawym tekście Mariusza Bielińskiego spektakl dyrektora teatru, a to nie jest częste, że dyrektorzy pochylają się nad tekstami nowej dramaturgii. Bardzo lubię też aktorów Teatru Jaracza w Łodzi, bo pracowałem z nimi; mam nadzieję, musli magazine


m Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki walu Prapremier,

że spotkają się tutaj z dobrym przyjęciem. Janosik — naprawdę prawdziwa historia w reżyserii Łukasza Kosa z jego brawurową rolą to pierwszy spektakl dla dzieci na Prapremierach, ale taki, na którym, jak to bywa, tak samo dobrze bawią się nasze pociechy, jak i dorośli, a dorośli może nawet czasem lepiej. Ja bawiłem się na nim świetnie i myślę, że to naprawdę udane dzieło Łukasza Kosa, który pracuje też z nami. Poza tym teatr z Bielska-Białej i dwóch dżentelmenów, którzy z naszym Teatrem już nieraz współpracowali, Artur Pałyga i Piotr Ratajczak, i ich Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami — ciekawy spektakl o sentymencie do PRL-u. A na zakończenie Festiwalu i rozpoczęcie Aneksu — nasza koprodukcja z Nationaltheater Mannheim pt. Kill the Kac Gesine Danckwart, z dwójką naszych i dwójką aktorów niemieckich. To

FOT. BARTŁOMIEJ SOWA

mier

>>porozmawiaj z nim...


„ przedstawienie przeniesie nas w drugą część Festiwalu, czyli do Aneksu, który w tym roku będzie nosił nazwę Europejska Stolica Kultury — Próba Generalna.

>>Kiedy czytałem program Festiwalu, pomyślałem, że większość spektakli to spektakle „tu i teraz” — albo poruszające bieżące tematy społeczne lub polityczne (od konfliktu palestyńskiego w Getsemani do zawodów żużlowych w Zapachu żużla), albo pokazujące nową dramaturgię polską, o której się nasłuchaliśmy, że nikt jej nie czyta i nie ogląda, a tu się okazuje, że jest jej w teatrach bardzo dużo. Rozumiem, że to świadoma taktyka? Tak. Temat dramaturgii polskiej jest mi bliski od 10 czy 12 lat. Rzeczywiście, 12 lat temu bardzo płakaliśmy wszyscy, że nic nie ma. Mnie się wydaje, że sytuacja się zupełnie zmieniła — dziś jest bardzo dużo. Takie działania, jak konkursy ministerialne, festiwal Raport i nagrody dramaturgiczne przyczyniają się do tego, że coraz bardziej świadomi, zdolni i ciekawi ludzie piszą dramaty. Dlatego warto je wystawiać — i warto pracować dla tych polskich tekstów. Z drugiej strony właśnie te tematy >>18

polityczne, doraźne… Jest tak, że teatr oparty na nowych tekstach jest teatrem reagującym na to, co się dzieje na świecie, albo doraźnie, albo metaforyzując. Na przykład Babel Elfriede Jelinek jest sztuką opartą m.in. na przekazie internetowym, ale również metaforyzuje problem wojny przez historię Apollina i Marsjasza, wieży Babel — i znajduje szerszy kontekst dla opowieści o naszej współczesnej rzeczywistości. Współczesność przetwarza się tam w mit, tak samo jak w Joannie D’Arc.

>>W programie pojawia się też zjawisko, które jest dość

rzadko obecne na festiwalach teatralnych — teatr radiowy. Budujemy swojego rodzaju pomosty wokół Festiwalu Prapremier: na przykład od dawna jesteśmy sprzymierzeni z festiwalem reportażu telewizyjnego Camera Obscura. Ten dzień radiowy na Festiwalu również ma być takim pomostem, budującym szerszą formułę. Bardzo wiele słuchowisk powstaje na podstawie współczesnych tekstów. Myślę, że promowanie nowej dramaturgii jest obowiązkiem teatru radiowego. Stąd takie nieśmiałe próby — już drugi raz, i mam nadzieję, że w musli magazine


FOT. BARTŁOMIEJ SOWA

>>porozmawiaj z nim...

następnych latach będą coraz śmielsze — wprowadzenia tych tekstów i tych słuchowisk do programu naszego Festiwalu. Ten temat jest mi bliski, bo sam jestem reżyserem radiowym. Dlatego staram się to rozwijać.

>>Temat tegorocznego Aneksu to odwołanie do Bydgoszczy

jako kandydata do statusu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Bydgoszcz jako stolica kultury — to przecież nie jest sposób, w jaki się zwykle o Bydgoszczy myśli. Widać to nawet na plakatach z hasłem „Kultura w budowie”... Europejskie Stolice Kultury nie są stolicami kultury w oczywisty sposób. Gdyby tak było, to tym tytułem wymieniałby się Paryż z Londynem i Rzymem, no i ewentualnie z Krakowem… Ale tak nie jest. ESK to program, którego celem jest promocja i zmiana. Myślę, że ogromną siłą Bydgoszczy jest to, że jest miastem takim jak kilka czy kilkanaście tysięcy miast w Europie. Te miasta tak naprawdę stanowią przyszłość, są ważną siłą. Powtarzam to często, również w naszej aplikacji, że przyszłość nie należy do sytych i zadowolonych z siebie, tylko do głodnych i żądnych sukcesu, a w tym sensie również do bydgoszczan.

Mamy jeszcze trochę czasu do 2016 roku, Bydgoszcz ma szansę pokazać innym miastom i światu, w jaki sposób kultura może wlać energię w najważniejsze punkty rozwoju miasta i je przemienić, przemieniając ludzi. To jest ogromny potencjał Bydgoszczy, bydgoszczan i naszego myślenia — ta chęć zmiany zwyczajnego miasta w stolicę kultury. To jest to, co chcemy pokazać, i do czego chcemy namówić jurorów — żeby wybrali nas jako przykład dla innych, przykład energii, optymizmu i determinacji. Na Zachodzie kulturę bardzo często traktuje się jako miły sposób na zapełnienie wolnego czasu — trzeba fajnie zjeść, w coś fajnego się ubrać, coś fajnego poczytać — a my w Polsce wciąż jesteśmy na innym etapie i inaczej to traktujemy. Dla nas to sprawa rzeczywiście bardzo istotna, sprawa walki o to, aby się stać innym krajem. Wybraliśmy nietypową strategię. Wszystkie miasta w Polsce opisują, jakie są wspaniałe i z jakiego powodu należy je wybrać. Mam niejasne przeczucie, że w porównaniu z miastami zachodnimi nie jest aż tak dobrze — głównie z powodu zapóźnienia ekonomicznego. Nie jesteśmy wspaniali, ale może być lepiej, i do tego dążymy.

>>19


>>na kanapie

Człowiek Cel vs. Człowiek Pogawędka >>

Magda Wichrowska

Call Girl też człowiek, ale kiedy po raz trzeci jednego dnia odbieram telefon z Call Center mojej telefonii komórkowej, budzi się we mnie bestia! — Dzień dobry, dzwonię z sieci (tu pada nazwa sieci!). Czy rozmawiam z… — Tak, jestem właścicielem tego telefonu — odpowiadam, uprzedzając dalszy protokół inicjacyjny, bo dziewczyna, chociaż jak na razie wydaje się być przemiła, dzwoni wyjątkowo nie w porę i jak najszybciej chcę się dowiedzieć, o co chodzi. — Czy rozmawiam z właścicielem tego telefonu? — pyta niewzruszona Call Girl, której popsułam szyki, nie wpisując się w standardy rozmowy. — Tak, to ja — odpowiadam coraz bardziej poirytowana, bo to już trzeci telefon tego dnia! — Czy rozmawiam z panią Magdaleną Wichrowską? — dopytuje Call Girl. — Zastanawia mnie, jaki jest pani znak zodiaku? — pytam przymilnie, bo nie wiem już, czy zagaduje mnie dobrze zaprogramowany komputer, czy jednak człowiek. W końcu nic bardziej ludzkiego niż astrologia! — Czy rozmawiam z panią Magdaleną Wichrowską? — nie daje za wygraną Call Girl. — Tak, to ja! — kapituluję. — Mam dla Pani świetną ofertę… Rozmowa trwa zazwyczaj minutę, bo grzecznie odpowiadam, że jestem wzrokowcem i nie podpisuję umów przez telefon. Nie daję się też wmanewrować w pytania z listy dla opornych użytkowników, takie jak: dlaczego nie?, czy ktoś kiedyś panią oszukał?, czego się pani boi? Chociaż to ostatnie jest jak najbardziej zasadne, bo to, czego diabelnie się boję, to nieludzkich relacji. Nie obwiniam o nie pracowników Call Ceneter, którzy pewnie w nieludzkich i śmierdzących kanciapach wraz z innymi straceńcami zmuszani są do katorżniczej pracy wystukiwania kolejnych cyferek i referowania kolejnych regułek. Nieludzko jest też w innych miejscach, w których powinno być bardzo ludzko. Lekarze widzą w nas przypadki, w szkole jesteśmy numerem w dzienniku, a w restauracji numerem stolika. Naturalnie nie zawsze tak jest. Zdarzają się lekarze, którzy późnym wieczorem dzwonią z pytaniem, jak się czujemy po

„ >>20

zabiegu, nauczyciele, którzy widzą w nas potencjał, o którym — o zgrozo! — sami nie mamy bladego pojęcia, i kelnerki, które szczerze pytają, jak nam smakowało? Jednak to nadal kropla w morzu. Czy współczesny człowiek stracił zainteresowanie drugim człowiekiem? Co stało się ze świętością spotkania z Innym? Czy wyciągnął po nas swoje macki nastawiony na sukces i doraźność system, czy może to nasz egocentryzm? Bez wątpienia żyjemy w trudnej rzeczywistości, której rytm wyznaczają nieustanne zmiany. Nowoczesny umysł nakierowany jest na cel. Jest nim podpisanie umowy, diagnoza raka i realizacja zamówienia. Nie ma czasu na pogawędki. Nasza rzeczywistość cały czas traci stabilność. To przestrzeń efemerycznej informacji i przelotnych relacji, w której nie ma czasu na rzetelny message i spotkanie z Innym. Ludzka bliskość zaczęła pełnić funkcję szarej strefy, która jest niebezpieczna, bo nie poddaje się prawom rynku. Instytucja Człowieka Pogawędki zarezerwowana jest dla kloszardów, którzy czasu nie liczą. Uporządkowani etatowcy zasłużyli sobie z kolei na miano Człowieka Celu. Nawet współcześni artyści zamiast za inspiracją ukrytą w twarzy Innego dużo częściej gonią za funduszami czy mecenasami i idąc na kompromisy, tworzą pod dyktando. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my i nasze spotkanie, które w teorii zaowocować mogłoby upojną nocą, a przy przychylnych międzyludzkich wiatrach przyjaźnią na wieki? Rozpływamy się w czasie pokawałkowanym na zadania, o których za tydzień nie będziemy już pamiętać, pod jarzmem nowego terminarza i kilometrowego harmonogramu. Pozostaje jednak we mnie jakaś złudna nadzieja, że jednak nie wszystko stracone. Może przyjdzie taki moment, że będę miała czas dla Call Girl, a ona usłyszy we mnie człowieka. Może da się wyprowadzić na manowce niezobowiązującego small talk. Cały czas czekam na telefon z Call Center, który będzie zaczynał się od słów: pani Magdo, opowie mi pani swój sen?

musli magazine


Intymność... >>

>>okiem krótkowidza

Kasia Taras

Za najbardziej intymne czynności uważam… chodzenie po górach i chodzenie do kina. Intymne, czyli do robienia samemu. Rzadko trafiam na kogoś, kogo obecność znoszę podczas seansu, ale ostatnie lato było idealne, bo z M. nie gadamy, tylko patrzymy i wiemy, o co chodzi. Lubię oglądać filmy w towarzystwie znajomych festiwalowych, i to poznanych kilka dni wcześniej, uwielbiam te syknięcia, nawet to trzaskanie foteli, kiedy ktoś nie zdzierży. Pamiętam polską premierę Breaking the Waves podczas Camerimage w 1998 roku: najpierw napisy końcowe, ciemność, a potem grzmot oklasków, który mam w uszach do dziś, choć Larsa von Triera zdążyłam kilka razy znienawidzić. Nie jestem taterniczką, nie wspinam się, tylko chodzę. Miernikiem moich możliwości jest to, czy dam radę sama wejść na Świnicę. Z towarzystwem w górach jest podobnie jak z chodzeniem do kina: a to za szybko, a to za wolno, a to pić, a to niedźwiedź, a to deszcz. A może tak właśnie jest z rzeczami, które lubimy robić, i dlatego nie chcemy się nimi dzielić? Albo z rzeczami, które dają nam wolność? O wolności w kinie już pisałam. O tym, że i pisanie daje wolność też. Pisać też lubię sama. Inspiracją dla rozważań o tym, co najintymniejsze jest (oczywiście) film. 11 września w zakopiańskim kinie „Giewont” obejrzałam Deklarację Nieśmiertelności. Poszłam, bo rekomendację stanowiły zarówno osoby twórców (reżysera, scenarzysty i autora części zdjęć Marcina Koszałki oraz drugiego operatora, autora zdjęć wspinaczkowych i lotniczych Tomasza Augustynka), jak i bohaterowie (Piotr Korczak „Szalony” i Andrzej Marcisz) — mężczyźni, którzy ze wspinaczki uczynili sztukę. Niemal religię. I chyba znalazłam odpowiedź, dlaczego chodzę po górach. Deklaracja Nieśmiertelności zaczyna się jak film akcji — od ujęcia części sprzętu wspinaczkowego wpadającego do wody — potem jest jeszcze lepiej. Najlepiej wtedy, kiedy możemy obejrzeć Mnicha filmowanego z helikoptera. (A może ja po prostu akurat wobec tego szczytu jestem bezbronna? Bo wiem, że nigdy nie będzie mój). Augustynkowi udała się rzecz niesamowita — nie tylko w trudnych warunkach zrealizował obraz poprawny technicznie, ale dał mu także duszę, spowodował,

że ujęcie zapiera dech, że czuje się potęgę gór, a jednocześnie ma się wrażenie, że są one na wyciągnięcie ręki… To bardzo dużo. Wtedy przestaje przeszkadzać duchota sali kinowej, zapach popcornu i objaśnienia, jakie chłopak daje dziewczynie — kto i na co się wspina (w sam raz na pierwszą randkę). Tegoroczny wrzesień będzie mi się kojarzył z lataniem wokół Mnicha. Niestety, nie moim. I jeszcze te zdjęcia bohaterów na ścianach. Nie wiem, czy Tomasz Augustynek ma przygotowanie wspinaczkowe, czy nie… Widzę tylko Jego wrażliwość, umiejętności i charyzmę. Ale powtórzę za jednym z bohaterów Ucieczki z kina „Wolność”, choć w zupełnie innym kontekście: „Jak on tam wlazł?”. Chapeau bas! I czekam na kolejne takie zdjęcia! Żeby mi dech zaparło. Lubię zdjęcia lotnicze. Czy to tęsknota za skrzydłami? Dowód spokrewnienia z Ikarem? Może. Lubię te wszystkie szarże powietrznej kawalerii pod muzykę Wagnera, Black Hawk Down, Black Hawk Down... teraz będę wracać do Deklaracji Nieśmiertelności. Marcin Koszałka jak zwykle zrobił film bogatszy i pełniejszy, niż zapowiada sam tytuł. Tym razem na bazie zachwycenia nas, publiczności, wspinaczką i osobami, które uczyniły z niej sztukę. Opowiedział także, niejako przy okazji, o tym, czym jest sztuka, o granicach, jakie napotyka artysta, kiedy trafia na oporne tworzywo, i o tym magicznym momencie, w którym rzemiosło i działanie techniczne: robienie tras wspinaczkowych, przygotowywanie ścian czy ustawianie świateł, przeistacza się w czysty artyzm. Deklaracja Nieśmiertelności to również opowieść o upływie czasu, o naszym sprzeciwie wobec tak niedoskonałego ciała. Gdzieś w tle pojawiają się rozważania o śmierci, której próbujemy uciec. Niektórzy sprawdzając, na jaką wysokość dadzą radę wejść. Już wiem, dlaczego chodzę po górach. Mówi o tym Piotr Korczak. Dla tej siły, atawizmu, chwili transgresji, zwierzęcia, które się budzi, kiedy czuje się pod stopami i dłońmi dotyk skały. To dopiero intymne doświadczenie.

>>21


>>elementarz emigrantki

G jak gospodarka i Guinness >>

Natalia Olszowa

Styl życia zależy nie tylko od warstwy, w jakiej się żyje w społeczeństwie, ale i od gospodarki danego kraju. Tak, wyjechaliśmy za granicę, bo była bardzo korzystna sytuacja, a także otwarty rynek pracy dla Polaków. Jednak tak jak wyjechaliśmy, tak teraz przyjedziemy, bo aktualnie sytuacja ta jest niekorzystna. Był przypływ, będzie i odpływ. Nie chodzi tu nawet o fakt bycia optymistą czy pesymistą, ale o brak przyszłościowych inwestycji w tym kraju. Mówi się, że w Irlandii nie ma pracy, ja jednak w to nie wierzę. Praca zawsze jest, tylko trzeba jej dobrze poszukać. To, że jest kryzys i pracodawcy nie wydają pieniędzy na reklamę nie oznacza, że nie potrzebują rąk czy głów do pracy. A poza tym, jeżeli kraj ma wysoki socjal, to po co pracować? Z takiego założenia wychodzi duży odsetek ludzi żyjących w tym kraju. Są tacy, którzy nie zhańbili swoich rąk pracą od 10 lat i mimo to żyją, a do tego mają za co. Pamiętam, że kiedy tu przyjechałam i starałam się podejmować rozmowy o papierach wartościowych okazywało się, że mało kto wiedział, o czym mówię. Tu, w Irlandii, nie mówiło się o inwestycjach, bo głęboko zakorzeniła się tu konsumpcja. Kredyty na domy i auta, karty kredytowe na ciuchy i sprzęt oraz wakacje na gorące wyspy cztery razy w roku to była norma. Raj za „free”. Nikt nie myślał wtedy o przyszłości i spłacie kredytów, a kto pomyślał, to chylę czoła, bo ja nie miałam do tego głowy — byłam za bardzo wkręcona w wir konsumpcjonizmu. Gospodarka to produkcja, handel i usługi. I nie będzie niczym nowym odkrycie faktu, że Polacy przyjechali tu głównie na hale produkcyjne amerykańskich firm, które zwinęły się razem z kryzysem tego kraju, czyli wówczas, gdy okres ulg podatkowych minął. Co zostało? Handel, który maleje wprost proporcjonalnie do utraty przez ludzi środków na konsumpcję, ale taką, jaką by chcieli, a nie na jaką ich stać. Nikt już nie kupuje kolejnych domów i aut. Banki nie dają kredytów, a ludzie nie kupują nieruchomości. Proste — i tak gospodarka spada. Są jeszcze sezonowe obniżki cen, kiedy to cztery razy w roku można się obkupić dobrami materialnymi za przystępną cenę. Pozostały jeszcze usługi, ale co komu z fryzjera, kosmetyczki czy taksówkarza, skoro firma mało płaci i na usługi takie też nikogo nie stać. W ten sposób zamyka się błędne koło.

„ >>22

Irlandczycy często obwiniają Polaków o zaistniałą sytuację, ale w swych oskarżeniach zapominają o tym, że emigracja napędza zazwyczaj gospodarkę danego kraju — np. poprzez płacenie podatków, wynajem mieszkań, czy choćby większą sprzedaż artykułów żywnościowych i innych. Kiedyś wszyscy byli na socjalu, teraz obwinia się Polaków za niż gospodarczy. Prawda jest taka, że nie ma winnych, bo wszystko zależy od ekonomii. Przyjechaliśmy tu dla niej i przez nią wyjedziemy. Pytanie tylko brzmi: dokąd?, skoro tak jest na całym świecie? A geografia? Styl życia warunkuje położenie geograficzne na mapie. Ludzie, którzy mają więcej słońca, inaczej spędzają czas wolny i mają inny rytym życia i dnia. Co zostanie? To, co było przed zmienną koniunkturą: zielona trawa i owce, pochmurne niebo, a wraz z nim deszcz i Guinness, który był w Irlandii zawsze i pewnie zawsze będzie, tak jak i irlandzkie poczucie humoru. Nie chodzi tu tylko o jego subtelny i rozpoznawalny na całym świecie smak, ale o atmosferę, kiedy się go pije i podaje. Do irlandzkich pubów schodzą się całe rodziny, które przy dźwiękach muzyki — granej na żywo — mogą raczyć się ciemnym browarem, skocznym tańcem i przyjemną rozmową. Irlandczycy uwielbiają się bawić, a ja — jako posępna Polka — uwielbiam ich za to. Dzięki ich towarzystwu oraz pensji przeliczanej na euro godzę się na okropną jajecznicę z mikrofali w barze na rogu oraz na rozłąkę z rodziną i przyjaciółmi.

musli magazine


Wstyd!!! >>

>>a muzom

Marek Rozpłoch

Ptaki odlatują do ciepłych krajów, a my do zimnych. Z archipelagów wymyślonych przez próżność albo kiczowate — rzadziej niebanalne — marzenie o nowym życiu gdzieś tam (skoro nie współgra ono z planami, należy stworzyć namiastkę). W moim przypadku były to w znakomitej większości archipelagi wirtualne, plecione z intuicji, dobrych skojarzeń albo skojarzeń przewrotnych. Głównie obszary, do których od wieków pielgrzymowali odważniejsi Europejczycy albo Europejczycy z Północy, spragnieni słońca i przygód. Były też miejsca niewirtualne, ale nie chcę zanudzać zniecierpliwionych Czytelników pocztówkami z podróży. Zastanawiam się, czy jednak nie da się usprawiedliwić tej próżności i tego kiczu, na przykład przez wydobycie na światło dzienne motywu pielgrzymowania. Może chcemy przez moment spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy, spojrzeć z perspektywy pielgrzyma, nie po to, by się samooszukiwać, że odkryliśmy Amerykę, albo — w ramach podróży tak krótkich i znikomych, wręcz w morzu codzienności, tej tu i teraz, na miejscu, w kieracie — że dotarliśmy do jakiejś wiedzy o świecie. Wracając na stanowisko, czuć się już nie trybikiem w błędnym kole, ale pielgrzymem, który na co dzień odkrywa na nowo sens swojej drogi i jej celu — celu w liczbie pojedynczej albo mnogiej. Każdy nowy dzień, każda nowa książka, nowy film, spektakl oglądany lub odgrywany codziennie, a nade wszystko każdy spotkany człowiek stają się drogą i celem pielgrzymki. Powrót do codzienności nie pozwala zapomnieć o tym, co przegapione, co zagubione, czego należałoby się wstydzić albo wręcz czego nie da rady się nie wstydzić. Uderza nas to w samym momencie powrotu, zderzenia z rutyną życia — potem koncentracja na codziennej uprzęży nie będzie pozwalała na stanięcie oko w oko z trudną prawdą o sobie, i z kolejnej lekcji życia wychodzimy goli i weseli... Nie chodzi mi jednak o to, by się zadręczać, samobiczować — choćby za tę próżność i pomidorowy gust podróżnika amatora, ale o to, by wykorzystać moment przejścia na spojrzenie nie tylko za siebie, ale i przed siebie — z jedynej w swym rodzaju, nadarzającej się teraz właśnie niepowtarzalnej perspektywy.

Skoro zdaję sobie sprawę z pielgrzymiego charakteru każdorazowego podjęcia jakiegoś — nieistotnego nawet — wyzwania, każdorazowego odkrycia w sobie ducha Marco Polo, daję sobie tym samym szansę na częstszą konfrontację minionego z zastanym i przyszłym, na dostrzeżenie, czego brak, a czego nadwyżka — zawsze z nowej i niepowtarzalnej perspektywy podróży i powrotu. Zdaję sobie wreszcie sprawę z tego, że każdy powrót jest tylko powrotem złudnym. Tam, dokąd wracamy, czeka na nas przytulny kąt, w którym dostrzegamy wprawdzie parę tych samych mebli, które zostawiliśmy tylko na chwilę, tych samych filarów, na których organizuje się nasza codzienność. Jednak i one niedostrzegalnie zmieniają się, opuszczone przez nas przemijają, a niektóre znikają. Tylko kilka godzin, a odnajduję zapach mojej Afryki, zapach nędzy i porzucenia, zapach dziewiczy, którego urok jest mi znany. Gdy wracam na statek — list. Po raz pierwszy zasypiam nieco uspokojony. (A. Camus, Dzienniki z podróży, Kraków 2004)

>>23


>>porozmawiaj z nim...

Pokazałem

ze Sławkiem Uniatowskim rozma

>>Gratuluję zwycięstwa na Festiwalu Piosenki i Ballady

Filmowej. Z repertuaru wnioskuję, że sam wybierałeś, co zaśpiewasz. Tak. Spotkaliśmy się z chłopakami dzień wcześniej, żeby pograć. Chłopcy z Warszawy: Sebastian Stanny na saksofonie, Jurek Małek na trąbce, na perkusji Michal Bryndal z Torunia, który wtedy też przyjechał z Warszawy. Jedynym torunianinem na miejscu był Krzysiek Mróz, który grał na kontrabasie. Spotkaliśmy się w sławnej próbowni Kobranockowej na Przedzamczu. Przegraliśmy materiał, popisaliśmy, powstał jakiś aranż...

>>Odświeżyliście aranżacyjnie piosenkę Wymyśliłem ciebie z filmu Sposób na Alcybiadesa. Nic skomplikowanego, to wyszło z nas, tak naturalnie, po prostu. Jak się dobiorą fajni muzycy, wtedy fajnie to wychodzi.

>>Spośród rodzimych wokalistów Andrzeja Zauchę darzysz szczególnym sentymentem. Gdyby żył, to na pewno byłby na szczycie. Chociaż gdy wydawał płyty, nie był na topie. Dopiero po śmierci ludzie zaczęli go doceniać. Ludzie często za późno dojrzewają do wartościowych rzeczy, niestety… Szkoda że Andrzeja już nie ma.

>>Na Facebooka wrzucasz linki do utworów Doobie Brothers, The Wings z McCartneyem, z nostalgią wracasz do muzyki lat 70. Lubię stare rzeczy, bo w moim odczuciu są najprawdziwsze. W obecnych czasach istnieje nacisk przede wszystkim na muzykę taneczną, a walory artystyczne są pomijane i spychane na boczny tor. Nie jest


>>porozmawiaj z nim...

m siebie

awia Maciek Tacher FOT. MICHAĹ BUDDABAR


FOT. HELENA GANDECKA

>>porozmawiaj z nim...

to dobre, ale tego wyraźnie ludzie, którzy słuchają komercyjnych stacji radiowych, oczekują. Przykre jest też, że stacje radiowe na to zezwalają. Wycinają solówki, wycinają bridże, piosenka do radia nie może mieć więcej niż 3,25, więc... Nie ma na to rady. W tym momencie nie da się tego przeskoczyć. Można oczywiście pisać piosenki tylko i wyłącznie pod niezależne stacje radiowe, które bardzo chętnie puszczają muzykę alternatywną. Teoretycznie to kwestia wyboru…

>>Uniatowski Project to, mam wrażenie, raczej projekt

świadomie niszowy… To nie jest projekt, który mógłby się sprzedać w stacjach komercyjnych. To jest mój projekt, który w pewnym sensie ma mnie wybronić z tego wszystkiego, co robiłem dotychczas.

>>Ale przed czym właściwie tak się bronisz? To jest też za dużo powiedziane, że się bronię, ale swego czasu dokonałem zbyt wielu pochopnych decyzji. Obrałem drogę, która w dziewięćdziesięciu procentach była mi narzucona. Niczego specjalnie się nie wstydzę, natomiast teraz chcę pokazać coś swojego, autentycznego, żeby ludzie mnie poznali od tej prawdziwej strony, a nie tej narzuconej przez jakiekolwiek wytwórnie czy stacje radiowe. To, co pojawi się na płycie wydanej przez Sony Music, to moje utwory, ale one będą bardziej dostosowane do obecnych warunków rynkowych. Nic tam nie będzie robione na siłę, bo absolutnie tego nie chcę, ale to zupełnie inne niż Uniatowski Project. Uniatowski Project jest spełnieniem moich marzeń z dzieciństwa. Zawsze chciałem śpiewać taką muzykę, pisać takie melodyjne piosenki, z trąbką, z kwartetem smyczkowym... >>To opowiedz o wydawnictwie, które szykujesz. Ludzie

czekają pięć lat na Twój solowy album, jest szansa, że się w końcu doczekają? Na razie nie mogę do końca powiedzieć, z kim robię tę płytę. Są to bardzo znani muzycy, basista i pewien klawiszowiec, znany kompozytor. We trzech będziemy producentami. Piosenki będą moje, natomiast aranże wspólne. Mamy około trzydziestu utworów. Wykorzystamy też może dwie kompozycje z repertuaru Uniatowski Project, ale oczywiście będą zupełnie inaczej brzmiały, dla jednych ciekawiej, dla innych bardziej komercyjnie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jestem dobrej myśli.

mość, że moje kompozycje były za trudne, za bardzo jazzowe. Być może chciałem pokazać za dużo, więc pisałem dość trudne rzeczy. Z perspektywy czasu patrząc na to, co robiłem pięć lat temu, było to po prostu nie do przyjęcia, tym bardziej na rynek polski. Dość chaotyczne i na pierwszą płytę na pewno się nie nadawało, więc firma znalazła mi kompozytorów, autorów tekstów. Ci napisali mi piosenki, do których nie byłem dobrze nastawiony, bo to nie były moje piosenki. Nie czułem ich, to nie była moja muzyka, nie moja wrażliwość, dlatego też siłą rzeczy ciężko mi było je dobrze zaśpiewać. Nie było to autentyczne. Płyta powstała, nawet miała być oddana do tłoczni, była już okładka, jednak wspólnie z wytwórnią stwierdziliśmy, że nie ma sensu mnie „psuć”. Doszliśmy do wniosku, że jednak najlepiej będzie, jeśli sam będę pisał dla siebie piosenki.

>>Jednym z jurorów na wspomnianym toruńskim festiwalu

była Pani Ela Zapendowska, która oceniała Cię również w programie „Idol”. Sporo zawdzięczasz tym ocenom. Mieliście okazję pogadać po latach? Porozmawialiśmy chwilę następnego dnia po festiwalu. Bardzo mądra kobieta, bardzo lubię Elę. „Idol” był przełomem w moim życiu. Gdybym nie wziął udziału w programie, to prawdopodobnie nadal siedziałbym w „Kurantach” i grał na rozstrojonym pianinie. Na początku wybrałem komercyjną drogę, ale minęło pięć lat i teraz robię już coś swojego. Można to sprawdzić na Youtubie, Facebooku. Pokazałem siebie, pokazałem, co potrafię. Widzę reakcje ludzi. Zdarza się, że płaczą ze wzruszenia na moich koncertach, i to mi wystarczy.

>>Dzięki za rozmowę.

...ale nie pytałeś o moje kręcone włosy (śmiech).

>>Dlaczego do tej pory nie wydałeś płyty? Od „Idola” minę-

ło już pięć lat. Na początku nie mogłem przedstawić mojej wytwórni własnych kompozycji. Miałem taką możliwość, ale miałem też świado>>26

Wykonań festiwalowych piosenek można posłuchać na: http://uniatowskiproject.prv.pl/news31.html musli magazine


>

>>portret

Federico Fellini — barok i melodramat Tekst: Marcin Górecki

N

ie będzie daty urodzin, daty śmierci czy innych zbędnych liczb. Nie będzie wiwisekcji osobowości, ani też niczego o trudnym dzieciństwie czy kochankach. W tym przypadku byłoby to nawet nie lada wyzwanie. Dokonać krótkiej biografii Felliniego jest wprost niemożliwe, gdyż sam umyślnie sprzedawał różne jego wersje, bawił się faktami, tworzył swoje życie niczym film. Dlatego zamiast portretu samego Felliniego przedstawię portret jego twórczości, bo wydaje się, że właśnie przez ten pryzmat można wiele się o nim dowiedzieć.

W

filmach Felliniego powtarza się parę charakterystycznych elementów: morze, plaża, ciemne ulice, miasto nocą, klowni. Można powiedzieć, że oglądając jego działa, chodzimy jakby po spirali, wciąż pojawiają się te same motywy i te same wątki, wciąż także stąpamy po podobnym gruncie — i to pomimo zmiany scenerii i czasu rzeczywistego w filmie. Sceny, które odpowiadają naszemu modelowi, naszemu racjonalizmowi, z reguły zostają przełamane przez najmniej spodziewany wątek — w pewnym momencie pojawia się nosorożec, a w innym koń wychodzi na wieczorny spacer. Bohaterowie jego filmów to najczęściej osoby z marginesu, zapomniane, a nawet pomiatane przez jakże rozumny świat. Pojawiają się prostytutki, biedacy, transseksualiści. Ich pojmowanie jest tak proste, że wydaje się nam nierealne, abstrakcyjne i nieprzystające do dzisiejszego świata. Scenografia to widowisko na najwyższym poziomie. Jest tu blichtr i nadmiar wszystkiego, jednym słowem: kicz. I to jest właśnie cały Fellini! W delikatny, czasem bardzo wyraźny sposób wyśmiewa się z nas samych, z naszej rzeczywistości, którą zazwyczaj traktujemy bardzo poważnie i racjonalnie. Tworzy karykaturę nas samych, ale o tym za chwilę.

M

ówi się, że kulturę Włoch tworzą dwa elementy, a mianowicie barok i melodramat. Barok — jak wiadomo — to przepych, bujność, nadmiar ozdób, sceniczność i widowiskowość. Natomiast melodramat to głębokie emocje, sprzeczność rzeczy, przeplatanie rzeczy doniosłej z tą pospolitą, powszednią. Przez ten pryzmat należy spojrzeć na dzieła Felliniego, bo to właśnie on, tworząc swój styl, sprzeciwił się powstającej wtenczas w filmie idei neorealizmu, czyli przedstawiania problemów społecznych i rzeczywistego życia ludzi. Jego droga prowadzi do ukazania zupełnie innych rzeczy z zupełnie innej perspektywy. On nie chce przedstawiać świata, który znamy, on chce pokazać nam świat, o którym zapomnieliśmy, świat naszej nieświadomości, świat pełen sakralności i tajemnic: „Nieświadomość, ta ukryta cząstka nas samych, która karmi się niepewnością, tym, co nieprzewidywalne i zmienne, przyprawia ludzi o niepokój, budzi lęk. Mimo że jest to niezwykle ważna cząstka naszego istnienia, tłumi się ją, okaleczając siebie w ten sposób”. Za ten stan rzeczy winą obarcza naszą cywilizację i logicznie ułożone życie, które tłumi naszą naturę. Krytykuje „odczarowaną” rzeczywistość, pozbawiającą się wszelkich tajemnic poprzez system, który nas zmusza do zrozumienia, poznania i zobaczenia, jak to wszystko działa. Uderza w kościół i model konserwatywnej, patriarchalnej >>27


>> rodziny, widząc w nich modelatora ludzkiej kondycji, nadającego ramy, które jedynie człowieka niweczą: „Głupota bierze swój początek na plebanii i w kościele, umacnia w szkole, utwierdza w służbie wojskowej i konsoliduje ostatecznie w małżeństwie”. Jego twórczość wpisuje się w nurt rewolucji lat 60. ubiegłego wieku. Słychać w niej Herberta Marcuse, Karla Junga oraz buddyjską sztukę życia totalnego. Stąd jego poparcie dla hippisów i całej rewolucji roku 1968. W jego filmach przedstawia się kryzys i upadek człowieka współczesnego. Z jednej strony mamy postać prowincjonalnego Włocha, który zamknięty w światku swoich religijnych zahamowań marzy o innym życiu — tym z telewizji, pełnym gwiazd i blichtru. Z drugiej zaś strony przebija obraz miejskich celebrytów, zdegradowanych, tworzących wokół siebie otoczkę niesamowitości, również pragnących wyzwolenia. W tym miejscu nasuwa się od razu przykład filmu La dolce vita (Słodkie życie). Przez wielu niezrozumiany, kojarzony z miłą melodyjką i pejzażami nocnego Rzymu — na pierwszy rzut oka wydaje się słodko, ale w rzeczywistości jest gorzko. Główny bohater, Marcello, to przykład prowincjusza, którego największym marzeniem było wyrwać się ze swojej wsi, a następnie zobaczyć i poczuć „wielki świat”. Przybywa zatem do Rzymu i próbuje się zaaklimatyzować. Jest świadkiem różnych scen, szczególnie imprez przeintelektualizowanego towarzystwa, które „tapla” się w swojej wyimaginowanej wyjątkowości. Widzi upadek człowieka i jego pseudowartości, które same kruszą swoje marne fundamenty. Marcello nie jest jednym z nich, jest obserwatorem. Ostatnia scena filmu wykorzystuje jeden z charakterystycznych motywów Felliniego — plażę i morze. Zagubiony bohater szuka swojej drogi, z jednej strony próbuje usłyszeć wołanie podobnej >>28

>>portret

do niego dziewczyny z prowincji, z drugiej zaś ciągnie go świat dekadencji. Na rozterki bohatera nie otrzymujemy jednoznacznej odpowiedzi, bo Fellini nigdy też jej nie udziela: „Nie uznaję happyendu, ponieważ uwalnia widza od wszelkiej odpowiedzialności. Kończę film znakiem zapytania tak, by sam widz znaleźć musiał właściwe zakończenie. We wszystkich moich filmach pozostałem wierny temu zawieszeniu zakończenia i nigdy zresztą nie napisałem na ekranie słowa koniec”. Twórca Słodkiego życia nie daje nam zatem jasnej recepty na lepsze życie czy też prostego rozwiązania wszelkich problemów, co ostatnio wielu reżyserom niestety zdarza się nagminnie. Sprzedają nam oni proste lekarstwo — najlepiej kupić dom w Toskanii, wyjechać do buszu lub spotkać miłość swojego życia. Taki scenariusz jest Felliniemu obcy, u niego mamy raczej do czynienia z zawieszeniem, dialektyką, sprzecznością, czymś przecież tak charakterystycznym dla naszego współczesnego życia: „Dlaczego oczekuje się od filmu jasnych, jednoznacznych, ostatecznych odpowiedzi na temat życia, świata i wielkich problemów? Przecież film, o ile jest tworem artystycznym, nie ma żadnej intencji wskazywania dróg po jakich świat winien się toczyć. Za każdym razem, gdy podejmował się takiej roli, kończyło się to zawsze klęską”.

N

a szczęście w dziełach Felliniego brak tego prostego rozwiązania, bo dzięki temu dostajemy od niego w zamian coś bardziej cennego, coś, co nas może uwolnić. Zdaje się, że według niego powinniśmy wrócić do postrzegania świata jako tajemnicy, spojrzenia na otoczenie jak na coś wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju. Świat naszej nieświadomości powinien zostać uwolniony — rzeczywistość ma być jej projekmusli magazine


>>portret

cją. Powrót do języka snów, do indywidualności, do znalezienia siebie, uwolnienia z karbów tej imitacji, modelu, który wydaje się nam jedynym właściwym: „No dobrze, co właściwie można zrobić? Skoncentrować się na sobie, nie po to, by wykluczyć związki z innymi ludźmi, lecz dlatego, że tylko w sobie znaleźć możemy sens dla naszego życia, zrobić coś, co umiemy robić i próbować bronić tego przed wszystkimi zwątpieniami, wszystkimi paraliżującymi dylematami”. Często przeplata się u niego motyw cyrku, czyli rzeczywistości naszych marzeń, kolorów czy karykatur sztywnych postaci codziennego życia. Pojawia się też morska głębia — jako coś mistycznego, nieznanego. Takie przesłanie wydają się mieć również samotne pejzaże czy zagubione gdzieś w przestrzeni drzewa — normalnie przez nas niezauważane. Są również morskie potwory, Cyganie przepowiadający przyszłość czy mistyczne oczekiwanie znaku od siły wyższej: „Kłamstwo jest zawsze bardziej interesujące niż prawda. Zmyślenie może powiedzieć o wiele więcej o rzeczywistości niż ona sama w swym codziennym, powierzchownym kształcie”. Pełne tajemnicy są również niespodziewane wydarzenia, jak choćby maszerująca po pustym polu orkiestra. Do tego jeszcze postaci kobiet, które — często przedstawiane jako wielkie matrony lub kusicielki o ponętnych kształtach, uosabiających męskie marzenia (Anita Ekberg) — z jednej strony symbolizują powrót do matki natury, z drugiej zaś gloryfikują nieświadomość (ponoć lepiej eksplorowaną przez tę płeć). Godny polecenia jest prawie każdy z jego filmów, począwszy od Wałkoni, przechodząc przez Amarcord, Słodkie życie, 8 i pół, La strada, Noce Cybirii, Rzym, a kończąc na A statek płynie. Do większości z nich muzykę skomponował mistrz Nino Rota, któ-

ry swymi melodiami dodawał obrazom tajemnicy i delikatności. Marcello Mastroianni był natomiast jego ulubionym aktorem, z którym łączyła go dozgonna przyjaźń. Jak sam Marcello mówił: „Przyjaźń łącząca mnie z Federico powinna się ocierać o homoseksualizm… bo wtedy byłaby normalna”. Co do aktorki, to na pierwszy plan wysuwa się Giulietta Masina (jedna z najlepszych ról Gelsominy w La strada), notabene żona Felliniego. A do tego wszystkiego ukochany Rzym, który „jest trwaniem, jest wieczny, dlatego można w nim spokojnie oczekiwać końca świata”.

N

a zakończenie chciałbym wspomnieć o filmie, który ostatnio pojawił się w kinach. Myślę o Io sono l’amore (Jestem miłością) Luci Guadagnino. Jak dla mnie to powrót wielkiego włoskiego kina: cudowny obraz, subtelność, smak… Dziedzictwo Felliniego i Viscontiego… Polecam!

Wszystkie cytaty, jak również odniesienie w tytule do baroku i melodramatu, pochodzą z książki Marii Kornatowskiej Fellini (Gdańsk 2003).

>>29


>>poe_zjada

czerwony atrament

droga nad jezio

krzyż który wyrasta z korony drzewa i gołębie układają dachówki rzeka jest tu rodzaju nijakiego i to martwe miejsce na wodzie gdzie przychodzą kąpać się bezdomne ślimaki i pająki w kapokach ratunkowych

w dziurce od klucza siedzi os z głową czerwoną jakby szed przebierańców jakby wracał z widać go wyraźnie jak kardyn w otoczeniu urszulanek inne mają szare habity

patrzę na drzewo związane sznurkiem trzyma się jak w gorsecie żeby się nie rozpaść na dwoje żeby to drugie nie miało żalu

>>30

przechodzę przez próg w św czeka już na mnie kołek w pło jak rozdziawiony pysk psa już nigdy nie nauczę się kalig mówi i ziewa połykając cały d

musli magazine


>>poe_zjada

oro

sztuka ludowa

set dł na bal z izby nała osty

obrazek mojego domu ma ciepły koloryt złota, jęczmienia i miedzi na grzbiecie dużego niedźwiedzia śpi mały niedźwiedź a nad nimi płoną w gwiazdach oczy jakiegoś innego zwierzęcia słońce ma okrągłą twarz z płaskim nosem

wiecie ocie

strach przed pustką powoduje że stawiamy wszędzie czarne kreski i wszystko na świecie sprawia wrażenie że jest tygrysem każdy z własnym kodem kreskowym

grafii dzień

KAROLINA ĆWIEK – JEST PIĘKNA I MA FAJNEGO NARZECZONEGO.

>>31


*

>>zjawIsko

Z osobówki do ekspresu — o kondycji polskiego kina fabularnego ostatnich lat… (in plus) Tekst: Karolina Bednarek

W relacji z 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Łukasz Maciejewski pisał dość sarkastycznie, że jeśli chodzi o polską kinematografię, to można co prawda zaobserwować pewne przyspieszenie, tudzież zmianę osobówki na „pośpiech”, ale o ekspresie nie mamy nawet co śnić. Czy jednak — analizując najnowsze osiągnięcia polskich twórców filmowych — należy być aż tak surowym? A może to tylko przyzwyczajenie krytyków do zastałego stanu rzeczy i permanentnej filipiki? Wspomniana surowość była wszak konieczna ostatnimi laty, ale czy naprawdę nic się w polskiej kinematografii nie zmieniło? Czy mój tekst powinien być kolejnym wyrazem dezaprobaty? Przyznaję, kiedyś sama potępiałam polskie kino, dziś — nie tyle z racji współczucia — zajmę zgoła odmienną pozycję. Dlaczego? Bowiem rodzima kinematografia idzie ku nowemu, zmienia barwy — z zaciekawieniem obserwuję ten swoisty renesans, zmianę toru (jeśli już pozostajemy przy nomenklaturze kolejowej)… I to właśnie trzeba podkreślić! Dość razów. Dość policzków. Czas na pochwałę. Ja widzę światełko w tunelu… „W GALERIACH HANDLOWYCH NIE MA MIEJSCA DLA KINA”

— pisał Tadeusz Sobolewski, i nietrudno się z nim nie zgodzić. Tamte czasy już minęły i nic nam ich nie przywróci. Jedynie my sami możemy odnawiać je w pamięci z sentymentem (odtwarzać z płyt i kaset). Ale — co ważniejsze — nie wolno nam przegapić istotnych zmian w kinematografii, jakie dokonują się tu i teraz. Nie wolno pominąć czegoś, co przypuszczalnie za kolejnych sto lat będzie równie atrakcyjne dla potomnych, jak dla nas dawna klasyka szkoły polskiej. Myślę, że czas zaprzestać oglądania się wstecz, rozdrabniania, porównywania. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdziemy poza ramy ideału, a młodzi twórcy nie wyzbędą się kompleksów. Należy także pamiętać, w jakich czasach przyszło nam żyć, dlaczego by nie spróbować przyciągnąć do kina ludzi z pasażów handlowych albo — w ostateczności — umieścić w nich akcję filmu… W końcu „prawdziwych przyjaciół poznaje się w galerii”. „LOOK BACK IN ANGER”

Tadeusz Sobolewski przekonywał, że nigdy już nie będzie nowej szkoły polskiej, ponieważ nie da się powtórzyć sytuacji, w której tamte powojenne filmy powstawały. O polskim kinie ostatnich lat zwykło się mawiać, że — i tu posłużę się eufemizmami — jest niezbyt ciekawe, mało odkrywcze i nieatrakcyjne dla wyrafinowanego odbiorcy. Czy słusznie? Jeśli prześledzimy premiery z ostatnich trzech lat i wypiszemy tytuły, takie jak: >>32

Dlaczego nie! (reż. Ryszard Zatorski), Ryś (reż. Stanisław Tym), Nie kłam kochanie (reż. Piotr Wereśniak), To nie tak jak myślisz, kotku (reż. Sławomir Kryński), Testosteron (reż. Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz) czy Lejdis (reż. Tomasz Konecki), to uświadomimy sobie, że te produkcje były w dużej mierze druzgocącą klęską. Nawet cenieni twórcy, tacy jak Andrzej Wajda czy Krzysztof Zanussi, którym zwykła przyświecać zasada arystokratyzmu, zdawali się ostatnio o niej zapomnieć. „Klasycy” zawiedli swoich widzów — Katyń okazał się tematem zmarnowanym i niewykorzystanym, a Serce na dłoni miałką lekcją moralizatorstwa. Spośród wielu tytułów wymieniłam tylko te, pod którymi kryje się rozczarowanie. I choć można by znaleźć pojedyncze obrazy, które nazwałabym dziełami udanymi, to było ich jednak niewiele. Co można zaobserwować w ostatnim czasie? Otóż niekwestionowany wysyp komedii romantycznych, które są jak przeterminowany cukierek w fantastycznym, kolorowym opakowaniu. Przyciągają rzeszę widzów — nie wiedzieć czemu, skoro nierzadko odbijają się czkawką. Może to chęć nasycenia się ułudą, luksusem, czymś lepszym, czymś, co jest jak okładka „Gali” lub „Vivy”. Ja — jako widz — nie czuję się lepsza po obejrzeniu na przykład takiego Nie kłam kochanie… Nazwałabym te produkcje „filmami-reklamami”, gdyż zamiast ciekawej historii ukazują głównie logotypy sponsorów, którzy byli łaskawi finansować dany obraz. Twórcy takich realizacji prześcigają się w czerpaniu z bogatego (a jakże!) zbioru przysłów polskich. Na ekranach widzimy ciągle te same twarze, fabuły są proste i schematyczne, nie zaskakują niczym — no, może tylko tym, że perypetie bohaterów żyjących w Polsce są po prawdzie mało polskie (przecież większości z nas nie stać na luksusowy apartament w Warszawie, niewielu też studentów po ukończeniu nauki dostaje wysokopłatną pracę… Przykłady tych absurdów można by mnożyć). Reasumując — to, co oferują nam reżyserzy komedii romantycznych, nijak ma się do rzeczywistości. Ale to chyba naczelny problem polskich twórców, którzy mają kłopot z ukazaniem prawdy, wszystko jest przesłodzone, przejaskrawione, przerysowane. NOWY TOR

Filmy, jakie mieliśmy przyjemność oglądać w minionym roku, to coś więcej niż pierwsza klasa, o jakiej wspominał Maciejewski, to powiew świeżości, inności, nowy etap, nowy tor, wyznaczany głównie przez młodych twórców, którzy najwyraźniej wsłuchiwali się uważnie w głosy krytyki ostatnich lat. Rok 2009 (w moim mniemaniu) obfitował w obrazy nietuzinkowe, ciekawe, a nawet zaryzykuję twierdzenie, że wybitne. Wystarczy wspomnieć musli magazine


>> >>zjawisko

LUSTRO DLA WIDZA

choćby starszych mistrzów i ich dzieła: Afonię i pszczoły Jana Jakuba Kolskiego, Enen Feliksa Falka czy Janosika. Prawdziwą historię Agnieszki Holland i Kasi Adamik. Wpadki typu: Idealny facet dla mojej dziewczyny (reż. Tomasz Konecki), Kochaj i tańcz (reż. Bruce Parramore) czy Miłość na wybiegu (reż. Krzysztof Lang) proponuję pominąć milczeniem. Lepiej skupić się na tym, co wyjątkowe i dobre, i tym tropem podążać. LWY — WIATR WIEJE OD PÓŁNOCY…

Na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jury wyłoniło kilka naprawdę znakomitych obrazów. Główną nagrodę otrzymał Rewers Borysa Lankosza, a Srebrne Lwy przyznano Wojnie polsko-ruskiej Xawerego Żuławskiego. Ponadto wyróżniono Dom zły Wojciecha Smarzowskiego i Galerianki Katarzyny Rosłaniec. Do swojego szkicu wybrałam te właśnie cztery ekranizacje, nie tylko ze względu na zdobyte przez nie nagrody, lecz także dlatego, iż wydały mi się one szczególnie ważne. Myślę, że odcisną trwały ślad w rodzimej kinematografii. Autorzy tych filmów to przeważnie ludzie młodzi, niektórzy z nich — debiutanci. Swoimi obrazami wprowadzają nową jakość i powiew świeżości do polskiego kina. Podejmują problematykę społeczną, patrzą wstecz, ku dawnemu, ale zupełnie innym okiem… Bez sentymentu i cierpiętnictwa, jakże właściwych polskiej mentalności. Nie boją się eksperymentować z obrazem, z kamerą, korzystają z pomocy współczesnych pisarzy (jak kiedyś ich wielcy poprzednicy). Tworzą miejsce dla nowego kina, nowego idiolektu, nowej estetyki (rodem z tworów amerykańskich czy azjatyckich). Dla mnie to zdecydowanie ekspres.

Zarówno Wojna polsko-ruska Xawerego Żuławskiego, jak i Galerianki Katarzyny Rosłaniec to niezwykle ciekawe i istotne pod wieloma względami studia współczesnego polskiego społeczeństwa. Prowokują do dyskusji nad kondycją moralną, stanem ducha i wizerunkiem młodego Polaka — ukazują wewnętrzną zgniliznę człowieka oraz zaznajamiają z subkulturowym folklorem XXI wieku. Ważne, by percypować oba te obrazy poprzez pryzmat socjologii i psychologii (czyli tak, jak proponuje to obecnie krytyka). Przytoczę ciekawy przykład. Podczas projekcji obu tych obrazów dało się zaobserwować frapujące zjawisko. Zacznijmy od Galerianek. Choć film traktuje o ludziach młodych, a tacy wypełniali kinową salę, paradoksalnie okazał się on dla lwiej części z nich zbyt trudny w odbiorze. Na odważne, acz kluczowe sceny reagowali (może właściwie jak na swój wiek) śmiechem, choć — o ile nie myli mnie intuicja — to, co chciała ukazać Rosłaniec, wcale nie miało służyć rozbawieniu. Prędzej zadumie czy refleksji, próbie podjęcia drażliwego tematu. Nastoletni widzowie potraktowali zaś tę fabułę jako świetną rozrywkę. Z kolei podczas wyświetlania Wojny… widownię w dużej mierze stanowili rośli mężczyźni w dresach. Co ciekawe, obie te grupy zdawały się spoglądać na dany obraz jak na komedię, zupełnie nie widząc w nim tragizmu ani — co zatrważające — swojego własnego odbicia. LEKCJA WYCHOWAWCZA

O Wojnie polsko-ruskiej Żuławski mówił, że to gra z wyobraźnią. Obraz ten wyznaczył nowe perspektywy sztuki filmowej. Ta „opera menelska”, gdzie każdy toczy walkę z każdym, to niezwykle precyzyjna adaptacja budzącej kontrowersje prozy Doroty Masłowskiej. To ekranizacja zrobiona w sposób iście mistrzowski, ale także i „masłowski” — oddająca doszczętnie klimat powieści, a nawet — śmiem twierdzić — artystycznie ją przewyższająca. Film jest dynamiczny, innowacyjny, szokujący i pełen aluzji (choćby do Pulp Fiction czy Matrixa). To czysta eksplozja absurdu, nadrealizmu i nadekspresji, zahaczająca także o to, co konwencjonalne. Żuławski dokonał niemożliwego — nie dość, że odtworzył w filmie coś, co wydawało się zupełnie nieprzekładalne na język ruchomego obrazu, to jeszcze stworzył dzieło doskonalsze od oryginału. Nie wypełnił więc swego założenia, w myśl którego jego twór miał pozostać czystym mimesis tekstu młodej autorki (który uznał za tak wybitny, że grzechem byłoby w nim jeszcze >>33


>> „majsterkować”). Starał się szukać jedynie idealnych rozwiązań technicznych. Zaskakująco dobrze poradził sobie z kłopotliwym przełożeniem na ekran świata rządzonego przez język (czego próbował już Siergiej Eisenstein), ze słowotokami postaci, strumieniami świadomości; ogarnął chaos, jaki wykreowała w powieści pisarka, a wizje narkotyczne przez nią opisane celowo ułagodził. A co otrzymał widz? Estetykę nowej jakości i popis doskonałego kunsztu reżyserskiego (znać, że Żuławski wie, jak się filmy robi). Na szczególną uwagę zasługuje gra aktorów, na przykład kreacja Borysa Szyca, który wcielił się w postać Silnego. Już sam fakt przyswojenia tekstu, składającego się wyłącznie z niepoprawnych konstrukcji językowych, cytatów z przemówień Wałęsy i Gomułki czy podwórkowych kolokwializmów, jest godny podziwu. Aktor w swojej interpretacji postaci otarł się o kicz, ale zachował dystans do bohatera. Jego emploi nie tyle straszyło, co śmieszyło, a nawet budziło sympatię. Silny Szyca to taki antybohater, któremu współczujemy, w gruncie rzeczy uczuciowy typ, reprezentant nowej subkultury, karykaturalny i przerysowany, jak cały świat prozy Masłowskiej. Fenomenalnym pomysłem, a zarazem urozmaiceniem było wprowadzenie do filmu samej autorki. Reżyser uzasadniał swoje posunięcie chęcią „wytłumaczenia dziwności na ekranie”. Dzięki temu zabiegowi mamy do czynienia z większą realnością, auten-

>>zjawisko tyzmem oraz swoistym autotematyzmem. Żuławski podkreślił swoim działaniem, że to Masłowska panuje nad postaciami, nad fabułą, że posiada ona władzę wręcz demiurgiczną i że może operować fikcją tak, jak tylko zapragnie. To ciekawa lekcja dla wyobraźni. Galerianki Katarzyny Rosłaniec, nagrodzone za najciekawszy debiut reżyserski między innymi we Wrocławiu, Koszalinie i Gdyni, to z kolei swoista „literatura tendencyjna”, ukazująca świat tak naiwny, cukierkowy i „niecukierkowy” zarazem, jak główne bohaterki. Sądzę, że to film jak najbardziej godny uwagi — bardzo współczesna, przerażająca antybajka o miłości, przyjaźni i życiu. Rosłaniec opowiedziała o gimnazjalistkach, które nie wierząc w prawdziwą miłość, wyczekują w galeriach handlowych na miłość z prawdziwym portfelem. Oceniają mężczyzn po modelu telefonu komórkowego, marce auta czy zegarka. W ten szorstki sposób pokazała widzom prawdę, choć nie można pozbyć się przy tym wrażenia, że obraz został też lekko przejaskrawiony. Reżyserka mówi językiem dosadnym, ale taka właśnie jest współczesność — dosadna. Film dotyka ważnej kwestii, której, jak dotąd — nie wiedzieć czemu — w polskim kinie nikt nie podjął — mianowicie zjawiska prostytucji wśród nieletnich, co więcej, prostytucji na własne życzenie. I tu rodzi się pytanie, kto tak naprawdę jest ofiarą i kto płaci w tej nietypowej transakcji większą cenę? Jak „rezolutnie” tłumaczy jedna z bohaterek: „Trzeba żyć na poziomie” — i tymi słowami daje wyraz pragnień polskich nastolatek zapatrzonych w amerykański styl życia. Te z filmu są niezbyt zamożne, wywodzą się z rodzin patologicznych, i jedyne czego pragną, to żyć w luksusie. Niewiele wiedzą i nikt im nie mówi, że można chcieć czegoś więcej niż para nowych dżinsów. Ich podejście do świata jest z jednej strony przerażająco dojrzałe, z drugiej zaś infantylne — i tu rodzi się paradoks. Znów wychodzi wstydliwy problem braku porozumienia pokoleniowego, nieumiejętności bycia w rodzinie. Zatem, czy istnieje miłość? Czy świat współczesny to miejsce odarte z uczuciowości? Milena — prowodyrka grupy „galerianek” — odpowiada: „Przystojny dość był, inteligentny, na różne tematy rozmawialiśmy, nie powiem, że nie, ale co z tego, jak ja dla niego uczucia nie mam. To z nim zrywam, nie? Zresztą, miłość w naszych czasach nie istnieje. Więc mu powiedziałam baj, fajnie było, fajne chwile przeżyliśmy, miłe zazwyczaj i dobre, no ale zrywam z nim, nie?”. I co na to odpowiedzieć? ROZRACHUNKI Z PRL-EM

Kolejne dwa wybrane przeze mnie obrazy: Rewers w reżyserii Borysa Lankosza i Dom zły Wojciecha Smarzowskiego wzbudziły wiele emocji wśród odbiorów. Mamy tu do czynienia z rozrachunkami z peerelowską przeszłością, ze spojrzeniem wstecz, ale spojrzeniem dość niezwykłym, bo nietrzymającym się kurczowo prawdy historycznej, a raczej skupiającym się na losach jednostki. Lankosz i Smarzowski wniknęli w swoich filmach w starą rzeczywistość, wraz ze starymi rekwizytami, ale zrobili to jakby na nowo. Wyzbyli się chęci do rozliczania czy krytykowania postępków głównych bohaterów, którzy po prawdzie nie byli bohaterami o romantycznej proweniencji. Odrzucili patos i martyrologię, „oddemonizowali stalinizm”, zdając sobie przy tym sprawę, że historii nie da się opowiedzieć tylko na biało i czarno, że jest jeszcze wiele odcieni szarości. Może dali tym sygnał, że czas >>34

musli magazine


punkcji pełni transcendentna muzyka. Kamera jest roztrzęsiona i dynamiczna niczym u von Triera, a jej finałowy odjazd demistyfikuje rzeczywistość. Nawet niedoświetlenia — mogące drażnić — są z pewnością celowym zabiegiem urealniającym filmową fabułę. KONKLUZJA

Mówi się, że ostatni rok był dla polskiego kina odzyskanym zaufaniem, zatem, czy należy mówić coś więcej? Dotąd niemiłosiernie chłostano wytwory rodzimej kinematografii, jednak ostatnimi czasy zdecydowanie nastąpił przełom. Coś wreszcie zaczyna się dziać, fermentować, coś się zmienia… na lepsze. Zdecydowanie! I to właśnie za sprawą młodych twórców, którzy chcą robić filmy, jakich jeszcze u nas nie było. Nasze kino się umacnia, a reżyserzy szukają nowych form, dzięki którym z łatwością pozyskują widza. I krytykom pozostaje ufać, że tak będzie w istocie…

>

najwyższy zaprzestać tych pompatycznych nawrotów do przeszłości. Lankosz nie tylko nie rozlicza, ale i nie piętnuje. Rewers to groteskowa, nawiązująca do estetyki kina noir, ale też do kameralnych komedii scenicznych produkcja w najlepszym guście, gdzie to bohaterka „wygrywa” z historią, a nie odwrotnie. Rewers jest niezwykle inteligentnym, dobrze zagranym (doborowa obsada składająca się z przedstawicielek trzech pokoleń aktorskich: Anny Polony, Krystyny Jandy i Agaty Buzek) i świetnie zrealizowanym kinem, którego najmocniejszym punktem jest wyborny czarny humor i lekkość prowadzenia narracji. To mistrzowska żonglerka konwencjami, zabawa z kinem gatunków — mariaż farsy i dreszczowca, przywodzący na myśl kultowe dzieła braci Coen, z domieszką urzekającej gry świateł i z ciekawie uchwyconymi detalami oraz potęgującym enigmatyczność jazzem. Wielowątkowy, perfekcyjny formalnie Dom zły Wojciecha Smarzowskiego, również pełen groteski i makabry, przywodzi na myśl średniowieczny moralitet. Film, przypominający produkcje Wernera Herzoga, bezkompromisowo spogląda na człowieka. Ukazuje to, co polskie w mrocznej, dołującej kolorystyce. W stodole pędzą bimber, na podwórku ujada pies, wszędzie brud i smród. Noc. Deszcz. Niedoświetlenie. Surowość. Zima. Trup ściele się tu gęsto. Uświadamia to odbiorcy jakże smutną prawdę, że w świecie pełno jest zła i nieuczciwości, że wszelkie wartości już dawno się zdewaluowały. Ten surowy i mizerabilistyczny obraz Smarzowskiego oparty jest na kontrastach: dzień—noc, biały śnieg—brudne błoto, śmierć—życie, wina—niewinność… Reżyser do perfekcji opanował operowanie światłem i barwą (jego sztukę można zestawić z dziełami de la Toura, Caravaggia, Grünewalda czy Boscha). Ponadto uatrakcyjnił swój film stylem kamery verite, dzięki temu Dom zły przypomina strukturą dokument. Zdjęcia z akt zbrodni i czarno-biała wizja lokalna dodatkowo to potęgują. Rolę inter-

>>35


*

>>zjawisko

Niby płeć piękna, a zbiera się na wymioty Tekst: Ania Rokita Grafika: Gosia Herba

J

anusz Korwin Mikke, aspirujący do fotela prezydenta Polski, zauważył, że reklamy skierowane do kobiet są idiotyczne. Tą wypowiedzią publicysta rozpętał burzę, głównie wśród środowisk kobiecych. Zarzucono mu, że skoro jego zdaniem reklamy odwołujące się do kobiet nie są wysokich lotów, to i same kobiety — w myśl słów JKM — reprezentują intelektualne bagno. Czy jednak słusznie wrzucono wszystko do jednego wora? Rzeczywiście, reklamy adresowane do kobiet są głupie, aż zęby bolą, a kobiety w nich występujące wywołują nie uznanie, a raczej śmiech i zażenowanie, a w skrajnych przypadkach nawet obrzydzenie. Jak jednak telewizyjna fikcja odnosi się do realiów? Otóż nijak, przynajmniej mam taką nadzieję. Telewizja ma nam do zaoferowania potężny arsenał kobiecych typów. Spośród nich na szczególną uwagę zasługują obrotne gospodynie domowe, których największą ambicją jest wywabienie uciążliwej plamy. Kiedy już taka pani traci nadzieję na pomyślne rozwiązanie, z pomocą przychodzi jej niezawodny Vanish, Ariel, a nawet Zygmunt Chajzer i jego Vizir. Gospodyni wrzuca tę jedną białą koszulkę do pralki (jakie to nieekonomiczne) i nagle następuje gwałtowny zwrot akcji. Nasza bohaterka wyciąga z pralki aż kłujący po oczach śnieżny T-shirt. Początkowo niedowierza, ale już po chwili szczytuje! A seksuolodzy zapewniają, że kobietę należy odpowiednio nastroić, by doprowadzić ją do prawdziwej ekstazy. Zygmunt Chajzer i jego proszek zawstydzają zatem seksuologów. Ubrania czyste, chodźmy więc do kuchni. Spotykamy tutaj prawdziwe czarodziejki, co to za pomocą zaklęć potrafią stworzyć istne cuda kulinarne, mając do dyspozycji jedynie arsenał zup w proszku. Dobre pomysły, dobry smak, zupy jak u mamy — mój stary by mnie zatłukł, gdybym na obiad zaproponowała mu taki cienki barszczyk… A w reklamie mąż jest przeszczęśliwy, zajada się wodzianką, a nasza mistrzyni patelni triumfuje. W końcu tylko na to było ją stać, by do wrzącej wody wsypać ogórkową w proszku. I kto tu jest na górze? Sama nie wiem… Nie każda kobieta musi przecież gotować jak szef kuchni, więc po cholerę ją za to piętnować takim upokarzającym spotem?

D

alej reklamy kosmetyków. Przypomina mi się tutaj pewien niewybredny dowcip — dlaczego kobiety się malują i używają perfum? Bo są brzydkie i śmierdzą. Twórcy reklam chyba stąd zaczerpnęli garść inspiracji, bo ich dzieła zdają się potwierdzać tę śmiałą tezę. Kogo spotykamy w telewizyjnych reklamach kosmetyków? Między innymi efemeryczne wróżki, które poskramiają żywioły, szorując się kostką Dove, lub smukłe, pięknookie postaci wzlatujące ku niebu w oparach dezodorantu Rexona. To jeszcze nic. Prawdziwą ekstazę potrafi wywołać żel

>>36

musli magazine


*

>>zjawisko

pod prysznic — pod jego wpływem nasza bohaterka z własnej łazienki przenosi się nagle na bajkową plażę lub, co gorsza, ląduje w miejskiej fontannie. Prawie jak Anita Ekberg w rzymskiej di Trevi. No właśnie, prawie. Każdego potwora jest w stanie odmienić odpowiednio dobrany podkład. Może to jej urok, może to Maybelline, tego nie wie nikt. Na pewno jednak jesteś tego warta, ale żeby tak się tym podniecać? Reklamy nie pozostawiają złudzeń. Obiecuję, że od dzisiaj każdego dnia przed lustrem nie będę nawet ukrywać egzaltacji nieskazitelną cerą. Happy endem kończy się także przemyślane zastosowanie balsamu nawilżającego Garnier do bardzo suchej skóry. Pochylmy się jednak chwilę nad samą skórą, która w reklamie wygląda niczym roczne odleżyny, egzema, a nawet trąd. — Jak ta kobieta mogła się tak zapuścić? — zapyta obiektywny obserwator. Panowie, śpijcie spokojnie. Sucha skóra jest po prostu sucha, a twórcy tej reklamy mają wyraźnie skłonności do przesady. A może za dużo kina gore za młodu?

P

rzejdźmy może do trunków, ale jakich trunków? Przecież weekendowe pijaczki w reklamach wypiją co najwyżej jednego Reddsa, Karmi, w porywach zaś Gingersa. Piwo to napój zarezerwowany dla panów, przynajmniej takie refleksje nasuwają się po seansie reklamy. Przecież taka kobieta wypije pół Reddsa i oszaleje. Płonę ze wstydu, robiąc zakupy w monopolowym, bo Karmi nie kupuję ani jednego. Chyba jednak nie mam się czym chwalić, ale przykłady te budzą moje zażenowanie i patrzę z politowaniem na podatne na podniety damy. Kobiety w reklamach potrafią jednak wywołać u mnie znacznie gorsze reakcje. Przerażenie, litość, nawet obrzydzenie powodują, że niekiedy boję się włączyć telewizor. Patrząc z boku, można odnieść wrażenie, że kobieta to stworzenie odrażające, które toczy nierówną walkę z zaparciami i wzdęciami, na dodatek obnażając przed światem swoje popękane pięty i postępującą grzybicę stóp. Dołożyć do tego krwawienie miesięczne, opryszczkę, skórkę pomarańczową i nietrzymanie moczu, a maluje nam się piękny obrazek. I wpuść taką do domu, albo ożeń się z nią. Każdy zdrowy na umyśle uciekałby gdzie pieprz rośnie, toteż mężczyźni po kilku takich reklamach mogą czuć się zdezorientowani. Spieszę uspokoić wszystkich panów. Kobieta to człowiek, podobnie jak wy, ale tylko w reklamach jakoś bardziej obrzydliwy. O ile mężczyźni walczą jedynie z bólem krzyża i wstydliwą impotencją, panie — zgodnie z tym, co sugeruje telewizja — zmagają się bez ustanku z problemami trawiennymi. Życie na szczęście weryfikuje, i nagle okazuje się, że przypadłości żołądkowe nie są domeną jedynie kobiecą, choć telewizor mówi, że zaparcia i wzdęcia wyznaczają rytm ich życia.

K

obieta w reklamie to odrażająca idiotka — sądzę, że niewiele pań utożsamia się z takim modelem. Cóż my, kobiety, możemy poradzić na to, że twórcy reklam robią nam koło pióra i zniechęcają do nas brzydszą część społeczeństwa? Nie ma chyba sensu organizować krucjaty przeciw bezdennej głupocie. Niejakim pocieszeniem może być fakt, że od 14 czerwca reklamy nie mogą być głośniejsze niż poprzedzający je program. Na straży tego zapisu stoi Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. To już pierwszy krok we właściwą stronę. Wprawdzie wzdęcie nie będzie nam już walić po uszach, a nienaturalnie sucha skóra po oczach, to jednak, aby całkowicie zminimalizować szkodliwe działanie spotów reklamowych, radzę całkowicie wyłączyć dźwięk i zapodać telegazetę. Najlepiej jednak będzie iść w ch... Co też właśnie czynię. >>37


” FOT. UNIVERSAL

>>porozmawiaj z nią...

Skazana na girls power z Anią Dziewit, wokalistką zespołu Andy, rozmawia Magda Wichrowska >>38

musli magazine


>>Zacznijmy od Opola. Jak było? Szczerze?

>>Tylko szczerze! Okropnie (śmiech). To był nasz pierwszy raz na telewizyjnym festiwalu, podobno miałyśmy pecha, ponieważ w tym roku festiwal odbywał się w warunkach prowizorycznych. Amfiteatr jest w przebudowie i w związku z tym wszystko było prowizoryczne. Jakkolwiek, cieszę się, że to za nami. Fajnie jest móc pokazać siebie i swoją muzykę tylu ludziom, ale cena jaką się płaci za wykon w TVP jest wysoka — siwe włosy i kilka lat życia mniej. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy z zupełnie innej bajki, zwłaszcza gdy organizatorzy na dziesięć dni przed festiwalem usunęli z listy wykonawców zespół Biff, nie podając żadnych rozsądnych przyczyn. I wtedy zostałyśmy tam już zupełnie same, niczym Pi i Sigma z Matplanety na Ziemi. No bo gdzie my, a gdzie — z całym szacunkiem — Ira, Ania Wyszkoni i zespół Video, prawda? >>Prawda. Mnie też zdumiała ta historia z Biff. Organiza-

torzy zachowali się, mówiąc delikatnie, mało elegancko. Wróćmy jednak do korzeni. Jak wpadłyście na siebie? To są opowieści, które pamiętają starożytni Rzymianie. Miałam 20 lat, dostałam gitarę elektryczną od chłopaka i postanowiłam ją spożytkować, zakładając damski skład. Rozpoczynała się era Internetu, więc dałam ogłoszenie na popularnym wówczas portalu Nuta.pl, że szukam dziewczyn słuchających brytyjskiego rocka, które mają ochotę pograć ze mną. Zgłosiła się Kasia Krawczyk, która — uwaga — miała wówczas szesnaście lat i nie od razu się do tego przyznała, oraz Bożena Pająk, wówczas studentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Anię Gąsior, która była potem naszą basistką, znalazłyśmy przez znajomych z Mysłowic — bo przecież ktoś musiał grać na basie, no i tak to się zaczęło. I szczerze mówiąc, myśmy naprawdę nie potrafiły grać, wszystkiego uczyłyśmy się razem.

>>Z tego co wiem, mieszkacie w różnych miastach. Musicie

się pewnie nieźle nagimnastykować, żeby umówić się na próbę? Niestety. Choć teraz i tak jest nieźle, bo trzy piąte grupy mieszka w Warszawie. Bożena dojeżdża z Bielska-Białej, a Kasia pomieszkuje między Warszawą i Krakowem. Staramy się też jeździć do Bielska, gdzie mamy możliwość grania prób, ale szczerze mówiąc, owa logistyka zawsze była dla nas wielką przeszkodą. PKP powinno ufundować złotą salonkę naszego imienia, bo gdyby zliczyć kasę, jaka poszła przez tych dziewięć lat na bilety — bo najpierw dojeżdżała Ania Gąsior z Mysłowic do Krakowa, potem ja z Warszawy do Krakowa, a potem wszystkie z Krakowa i Bielska do Warszawy — to chyba miałybyśmy już apartamentowiec na osiedlu, na którym mieszka Doda.

>>A skąd nazwa zespołu?

Nazwę wymyśliła Kasia. Nie jest ona specjalnie google friendly, ale gdy powstała, żadna z nas nie myślała, że zrobimy taką wielką karierę, a poza tym — wierzcie lub nie — nie było facebooka, youtube’a ani nawet myspace’a, więc to wszystko nie wydawało się tak istotne. A Andy, bo lubiłyśmy zespół Ride i Andy’ego Bella. No i już tak zostało.

>>porozmawiaj z nią...

>>Istniejecie już dość długo, bo od 2001 roku. Debiutancka

płyta pojawiła się niedawno. Dlaczego? Pewnie z wielu powodów. Najpierw uczyłyśmy się grać, potem jeździłyśmy ciągle w trasy koncertowe z różnymi zespołami, potem następowały zmiany składu, że o problemach ze spotykaniem się na próbach nie wspomnę. A potem długo szukałyśmy wydawcy, mając już gotowy materiał. Przez jakiś czas po prostu nie miałyśmy kasy, żeby nagrać dobrej jakości demo, którym ktoś mógłby się zainteresować. Proza życia.

>>Jak to jest, cztery dziewczyny w zespole... Bywa gorąco? Tak, gdy wszystkie nocują u mnie i jedna blokuje zbyt długo łazienkę. Teraz zresztą jest nas już pięć, bo dołączyła do nas Joasia Felczak, która gra na perkusji. Szczerze mówiąc, jak na tyle lat, i to raczej chudych niż grubych, to ilość poważnych konfliktów w tym zespole jest naprawdę imponująco mała. Oczywiście bywa gorąco, bo to normalne, gdy tyle osób, niezależnie od płci, musi ze sobą kooperować, ale trwamy i na razie nie zamierzamy przestać. Myślę, że płeć nie ma tu większego znaczenia, jakby na to nie patrzeć, spędziłyśmy ze sobą — w moim wypadku — jedną trzecią życia, więc doprawdy można się do siebie przyzwyczaić. To są takie, powiedziałabym, już pararodzinne relacje. Z nikim nie przeżyłam tyle, co z dziewczynami z Andy. >>Ciekawi mnie jak powstają Wasze piosenki. Co pojawia

się pierwsze — słowo, czy może dźwięk? A to różnie bywa, ale przy pierwszej płycie zawsze najpierw była muzyka, potem tekst. Teraz, gdy robimy materiał na drugą, bywa inaczej. Na przykład ostatnio napisałam najpierw tekst, potem sobie coś tam zagrałam, zaśpiewałam i wysłałam dziewczętom e-mailem, żeby jakoś ładnie opracowały swoje partie. Na próbie sprawdzimy, czy wszystko gra. Musimy niestety pracować także na odległość, bo wszystkiego na naszych weekendowych próbach nie jesteśmy w stanie zrobić.

>>A jakiej płyty ostatnio słuchasz? Płyt słucham właściwie tylko wtedy, kiedy prowadzę auto, ale ciągle prowadzę auto. Ostatnio słuchałam Delphic. Bardzo fajny materiał. A wczoraj mąż dał mi nową Brodkę do posłuchania, i choć pewnie byłoby super, gdyby sama była autorką słów i muzyki, to i tak jestem zaskoczona tym, jak potrafiła zaryzykować i zmienić się jako wokalistka. Fajna płyta, gratuluję całemu teamowi produkcyjnemu, bo zrobili niezłą rzecz. A w domu, kiedy pracuję, słucham muzyki poważnej, jestem wielką fanką talentu i głosu Cecilii Bartoli. Dziadek zmuszał mnie i brata do słuchania opery, kiedy byliśmy mali — i jakoś tak mi zostało to upodobanie. >>Wolisz kobiecy wokal, czy nie ma to dla Ciebie znacze-

nia? Uwielbiam niezwykłe kobiece wokale. Czasem na przykład żałuję, że nie jestem Murzynką, bo głosy czarnych kobiet są po prostu lepsze, głębsze, bardziej aksamitne. Ja w ogóle lubię ludzi, którzy śpiewają dziwnie, jestem fanką Anthony’ego. Moje zamiłowanie do opery pewnie jest nie bez znaczenia. Kiedyś byłam na koncercie amerykańskiego chóru gospel — popłakałam się tam z jakiejś ekscytacji, że jest tylu ludzi z talentem do>>39


>> Ĺ&#x161;wiat peĹ&#x201A;en jest genialnej muzyki i wybitnie utalentowanych ludzi


FOT. UNIVERSAL


>>porozmawiaj z nią..

okoła mnie. Myślę, że ludzki głos to najwspanialszy instrument. Latem tego roku byłam w Gruzji, zbierałam sobie materiały do tekstu o gruzińskiej muzyce, co jest o tyle uzasadnione, że w tym kraju wszyscy śpiewają po prostu niesamowicie. Trafiłam do zapadłej wiochy w Gurii — to jeden z regionów na zachodzie kraju. Dookoła mnie siedziało sześciu facetów — rolnik, nauczyciel, pan ze sklepu... I jak zaczęli śpiewać swoje pieśni, w przedziwnych, nieznanych w Europie Środkowej harmoniach, z podziałem na sześć głosów, z rytmem tak zwariowanym, że nie mogłam nadążyć, poczułam się, jakbym była na koncercie Warszawskiej Jesieni. Siedziałam z otwartą gębą i gęsią skórką na całym ciele. Takie historie mnie totalnie kręcą. Świat pełen jest genialnej muzyki i wybitnie utalentowanych ludzi.

>>À propos utalentowanych ludzi. Wzięłyście udział w pro-

jekcie Wilhelma Sasnala „The River”. Możesz powiedzieć mi o nim coś więcej? To były jeszcze krakowskie czasy zespołu Andy. Wilhelma poznałyśmy chyba przez chłopaków z Rastra. Jakoś przypadliśmy sobie do gustu i zaprosił nas do współpracy. Było to oczywiście bardzo spontaniczne i wesołe. Ale najweselej było wówczas, gdy Kasia, wtedy nasza perkusistka, która miała tam solową rolę, ujrzała się w Zachęcie na retrospektywie Wilhelma. No bo zobaczyć siebie w różowej czapie, grającą na perkusji na środku pola i w samym środku zimy — a to wszystko w szacownym gmachu Zachęty — to przecież jest bardzo śmieszne.

>>Jesteś osobą ciekawą świata i ludzi. Takie mam wrażenie. Czy z tej życzliwości i otwartości na drugiego człowieka powstały książki: Głośniej! Rozmowy z pisarkami i Teoria trutnia i inne, których jesteś współautorką? One powstały głównie z naszej ciekawości. Praca nad Głośniej wyniknęła z tego, że chciałyśmy osobiście poznać te wszystkie pisarki i zadać im pytania, które się w nas kłębiły od czasu, kiedy przeczytałyśmy ich książki. Potem zgodnie doszłyśmy z Agnieszką do wniosku, że mamy już trochę dość feministycznej tematyki, podnoszenia fizjologii kobiecej do godności et cetera… i zdecydowałyśmy się przerzucić na odcinek męski. I tak powstał pomysł na Teorię trutnia. Dużo mamy wspaniałych wspomnień z pracy nad tymi książkami. Pisanie i czytanie to obok muzyki moja wielka namiętność, a i źródło dochodów, więc Bogu dziękuję, że mogę pracować, robiąc tylko to, co mnie naprawdę interesuje.

>>Zazdroszczę Wam tego dziewczyńskiego grania, ja z mo-

imi Dziewczynami mogę sobie jedynie podziennikarzyć. To jednak nie to samo, bo każdy dłubie sam przy swoim artykule. Wy robicie coś razem. Czujecie wspólnotę, czujecie girls power? Jest taki moment, kiedy powstają piosenki, kiedy gramy sobie jakiś nowy kawałek i wszystkie czujemy ciary. Wtedy wiemy, że jest fajnie, że to może być dobra piosenka. A poza tym, oczywiście, że czujemy, żyjąc ze sobą nieustannie, jesteśmy wręcz skazane na girls power.

>>Macie w planie koncert w Toruniu? Czekam i zapraszam

na kawę! Mamy nadzieję, że po roku nieobecności, jesienią, zjawimy się w Toruniu. Na kawę damy się zaprosić.

>>W takim razie jesteśmy umówione. >>42

musli magazine


>>porozmawiaj z nią...

Andy 11 piosenek Universal 2009

Zespół Andy, który tworzą cztery dziewczyn: Ania Dziewit, Joasia Hedemann, Kasia Krawczyk i Bożena Pająk (ostatnio też do teamu dołączyła Joasia Felczak), istnieje już od 2001 roku. Po ośmiu latach koncertowania w Polsce i poza jej granicami (m.in. wspólne koncerty z Cool Kids Of Death, T. Love czy Myslovitz, jak i występy na festiwalach, takich jak: Heineken Open’er Festival, OFF Festival oraz Open’Air Altervision Tbilisi) dziewczyny postanowiły wydać swoją debiutancką płytę pt. 11 piosenek. Na ten długo wyczekiwany przez fanów krążek składają się utwory inspirowane przede wszystkim wyspiarskim graniem, do tego są zgrabnie, melodyjnie i dobrze zagrane. Kto lubi podobne pop-rockowe i brit-popowe klimaty, wsparte niepokornymi gitarami, pulsującym basem i rytmiczną perkusją, na pewno znajdzie tu dużo dla siebie. Polecamy szczególnie na jesienne chłodne wieczory.

FOT. UNIVERSAL

Utwory: 1. Fajki i alkohol 2. Szczęśliwego Nowego Roku 3. Nic z tego nie będzie 4. Mocno trzymam cię za rękę 5. 13 piętro 6. Złote rybki 7. Mnie już nigdy 8. Broniewski 9. Operacja miłość 10. Funeral Blues 11. 737

>>43


Aleksandra Waliszewska www.ďŹ&#x201A;ickr.com/photos/walisz

â&#x20AC;&#x2122;

>>44

>>galeria

musli magazine


>>galeria

>>45


>

>>nowości książkowe

Instytut Jakub Żulczyk Znak 2010 32,90 zł

Inne głosy, inne ściany Truman Capote Albatros 2010 31,90 zł

Jakub Żulczyk, prozaik i stały felietonista „Exklusiva” i „Dziennika”, zmienia stajnię, przechodząc z Lampy i Iskry Bożej do Wydawnictwa Znak i debiutując jakby na nowo, jak niegdyś Sławomir Shuty czy Michał Witkowski. Lektura trzeciej powieści autora zapowiada się ciekawie i zupełnie z innej strony niż poprzednie jego powieści (Zrób mi jakąś krzywdę oraz Radio Armagedon), które raczej na warsztat brały naszą codzienną popkulturę i jej tradycyjne wykwity w stylu trudnej miłości czy punkrockowego buntu w świecie establishmentu, a nie tajemnicze i okrutne objawy życia nam nieznanego. Czy są to zmiany na lepsze? Każdy będzie sądził po swojemu. Ale do rzeczy. Instytut to mieszkanie w jednej ze starych krakowskich kamienic, a konkretnie mieszkanie Agnieszki, w którym wraz z nią zostaje zamknięta grupa przyjaciół. Wyjścia nie ma żadnego. Co więcej, zamknięte są też wszystkie wejścia. Winda nie działa, a w dodatku jeszcze ktoś ukradł baterie z komórek i odciął Internet. Jedyną wskazówką, którą otrzymują „ofiary” kamienicy, jest kartka podrzucona pod drzwi z napisem „To nasze mieszkanie” — taki jest początek, a dalej, jak to bywa zazwyczaj w thrillerach i horrorach, jest jeszcze lepiej, gęściej i straszniej. (Coś w stylu mordowania kotów, nagłego zniknięcia sąsiadki i wielu innych tajemniczych rzeczy, które objawiają się nam w pozornie tylko normalnym miejscu, a w rzeczywistości będącym bardzo nieprzychylnym i obcym). I znowu najpierw przychodzi strach, niewiedza, potem pojawiają się pytania, niedomówienia, oskarżenia, ludzie zaczynają wariować, atmosfera wrze, aż w końcu sięga zenitu… Instytut klimatem przypomina prozę Stephena Kinga i film Cube, gdzie zamknięcie jest głównym motywem strachu. Poza tym wykorzystuje toposy nawiedzonego domu, czyli motywu często eksploatowanego w literaturze i filmie grozy (np. niezapomniane Lśnienie Kinga i Kubricka). Przez lata wątek ten doczekał się także licznych mutacji — czy to w formie nawiedzonego pokoju hotelowego w 1408 Kinga, czy też przerażającego bloku na warszawskim Bródnie w Domofonie Miłoszowskiego. Łukasz Orbitowski poszedł nawet dalej i w swoim Świętym Wrocławiu obszarem nawiedzonym i magicznym uczynił całe osiedle. Można zatem powiedzieć, że wszystko już było, jednak myślę, że warto przeczytać książkę Żulczyka i dołożyć kolejną cegiełkę do tego strasznego domu, który od lat budują nam powieściopisarze. Bez naszego strachu nie byłoby przecież dobrej zabawy i solidnych fundamentów tego gatunku! (SY)

Lubię ten typ literatury, która opowiada o dojrzewaniu kogoś i do czegoś, a szczególnie, jeśli dojrzewanie to odbywa się w innym, niezrozumiałym i obcym dla bohatera świecie. Wtedy wiem na pewno, że będzie ciekawie i bogato poznawczo, i że to, co się narodzi na końcu historii, zostanie w mojej głowie na dłużej. Taka właśnie jest powieść Trumana Capote Inne głosy, inne ściany, która niedawno pojawiła się w naszych księgarniach. Kto dojrzewa i do czego w tej historii? Bohaterem jest Joel Knox, wrażliwy trzynastoletni chłopak, osierocony przez matkę i wychowujący się u ciotki w Nowym Orleanie. Pewnego dnia dowiaduje się, że musi jechać do domu swojego ojca, gdzieś na prowincję, gdzieś, gdzie ma rozpocząć nowe, „lepsze” życie. Tu właśnie następuje punkt zwrotny i początek w historii dojrzewania Joela — trafia on bowiem do miejsca, którego tak do końca nie potrafi zrozumieć i zaadaptować w sobie. W dodatku niszczejąca posiadłość ojca wydaje mu się miejscem nader tajemniczym i niepokojącym, pełnym dziwnych odgłosów, przedmiotów i obcych ludzi. Zagubienie jest tym większe, że Joel nawet w kontaktach z ojcem nie może poczuć i odnaleźć, tak potrzebnego w tym wieku, dziecięcego bezpieczeństwa, gdyż jedyny znany mu człowiek okazuje się paralitykiem niezdolnym do jakiejkolwiek sensownej komunikacji. Samotność zmusza zatem chłopca do oswojenia się z obcym miejscem, a następnie do poszukiwania miłości wśród ludzi z bliskiego mu otoczenia — starszego kuzyna Randolfa, czarnoskórej służącej czy dziewczynki z sąsiedztwa. I pewne jest, że niejednokrotnie w tych poszukiwaniach Joel pozna smak rozczarowania i goryczy. Jak podaje wydawca na okładce książki: „Młodociany bohater powieści staje z całą swą wrażliwością wobec jednej z najtrudniejszych i zarazem najbardziej intrygujących tajemnic życia, jaką jest miłość. Pierwsze wyzwanie miłosne jawi mu się w postaci szczególnie dramatycznej i odmiennej od zwyczajowo uznawanych form miłosnego uniesienia i oddania. Od tego, jak na to wyzwanie zareaguje, jakiej zdoła dokonać samoanalizy i samooceny, zależeć będzie całe jego życie uczuciowe, cały jego wewnętrzny świat”. Inne głosy, inne ściany to bardzo wnikliwa powieść, gdzie psychologia bohatera i samego autora łączy się z subtelnością słowa, co razem daje niezapomnianą historię dojrzewania i poznania. Warto poznać i zatrzymać. (SY)

>>58

musli magazine


>>nowości filmowe

Mr. Nobody reż. Jaco Van Dormael obsada: Jared Leto, Sarah Polley, Diane Kruger 22 października 2010 138 min.

Pianomania reż. Robert Cibis i Lilian Franck obsada: Pierre-Laurent Aimard, Alfred Brendzel, Aleksey Igudesman 15 października 2010 93 min.

Już został okrzyknięty jednym z lepszych filmów tego roku. Już urósł do rangi filmu zrealizowanego z dużym rozmachem. Już uzyskał miano „europejskiej odpowiedzi” na Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Te mocne słowa polska publiczność będzie mogła podzielić bądź zanegować dopiero 22 października. Tego dnia do kin wchodzi nowy film Jaco Van Dormaela — Mr. Nobody. Od pierwszych minut filmu widz poznaje Mr. Nobody w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nemo Nobody (Jared Leto) budzi się bowiem jako 120-latek w świecie Anno Domini 2092. Jako jedyny sprawuje urząd śmiertelnika, podczas gdy wszyscy otaczający go ludzie, w efekcie zatrważającego postępu nauki, skorzystali już z bycia nieśmiertelnymi. Nemo doznaje szoku, gdyż nikt w tym utopijnym świecie nie interesuje się jednostkami, które nie potrafią wybić się z tłumu. Doskwiera mu samotność, próbuje też zadać sobie wiele ważnych pytań. Jednak nie dostrzega tego, że nie dostaje na nie pełnej, a zarazem rzeczowej odpowiedzi. Są to wątpliwości z przeszłości. Czy kochał dostatecznie? Jak wiele błędów popełnił? Jak poznał swoją miłość? Jak się z nią rozstał? Każdy kolejny krok bohatera w nowym świecie prowadzi do uruchomienia nowych zdarzeń. Powoli wspina się po linie, która dla widza jest symbolem, a dla niego łańcuchem przyczynowo-skutkowym. Mr. Nobody to film psychologiczny, który cały czas zmusza widza do myślenia. Reżyser każe nam rozkładać zjawiska na czynniki pierwsze. Nie pozwala widzowi spokojnie usiąść w kinowym fotelu z istotnego powodu: by ten po wyjściu z kina mógł odczuć wewnętrzne katharsis. Do ostatniej minuty wywołuje u odbiorcy potrzebę ciągłej analizy postępowań oraz interpretacji wydarzeń towarzyszących bohaterowi filmu. Czy doskonała wersja świata przyszłości, świata, który zaspokaja w pełni potrzeby cywilizowanego mieszkańca satysfakcjonuje głównego bohatera? Czy dodaje mu poczucia bezpieczeństwa? Zdecydowanie taki świat daleko odbiega od wymagań, jakie Nemo postawił szarej codzienności jeszcze na początku stulecia. Kim jest NOBODY w utopii końca XXI wieku?

Podobno zadowolenie się 90% doskonałości pozwala zaoszczędzić 50% energii. Nie o tym jednak opowiada austriacki dokument Roberta Cibisa i Liliana Francka Pianomania, który w połowie miesiąca do polskich kin wprowadza Vivarto, a o tych 10%, z których ze względów praktycznych należałoby zrezygnować. Jego pełni pasji bohaterowie nie oszczędzają czasu, lecz jak należną ofiarę składają na ołtarzu sztuki, nie wątpiąc, że to konieczny środek do uzyskania doskonałego dźwięku. To ludzie oddani muzyce, rzadko oddalający się od fortepianu — medium, dzięki któremu mogą przemówić i poruszyć innych. Centralną postacią jest Stefan Knüpfer, naczelny stroiciel firmy Steinway w Wiedniu, od lat współpracujący z pianistami światowej sławy. „Ten dźwięk nie oddycha!”, „Ten instrument potrzebuje więcej magii!” — takie zdania to codzienność w jego pracy. Kiedy Alfred Brendel, Lang Lang, Pierre-Laurent Aimard siadają do fortepianu, wszystko musi brzmieć perfekcyjnie, do najdrobniejszego niuansu tonu. A ponieważ każdy instrument jest niepowtarzalny, każdy utwór wymaga innej barwy dźwięku, artyści dokonują różnych interpretacji, zadania przed nim stawiane wymagają specjalnych umiejętności, z których poza absolutnym słuchem równie istotne są cierpliwość, skrupulatność i umiejętność przemieniania słów w dźwięki. Bo jak inaczej odnaleźć upragnioną barwę dźwięku dla innej osoby? Austriakom udało się nakręcić jeden z tych dokumentów, po którego obejrzeniu zaczynamy inaczej postrzegać pewne wycinki rzeczywistości. Po Pianomanii nie da się już słuchać dźwięków fortepianu jak dotychczas. Film pozwala z bliska przyjrzeć się, a przede wszystkim „przysłuchać” procesowi poszukiwania dźwięków przez tych znajdujących się najbliżej muzycznego absolutu, a czyni to w sposób zrozumiały i widoczny. Filmowane tu skrupulatność i permanentne dążenie do ideału udzieliły się samym twórcom dokumentu i pozostawiły trwały ślad również w jego kompozycji. Obu filmowcom, ekipie, a przede wszystkim dźwiękowcom i fantastycznemu montażyście Michele’owi Barbin, który pracował nad tym filmem 33 tygodnie, analizując około 270 godzin materiału, udało się uczynić słyszalnymi niuanse dźwięków również dla widza spoza muzycznej branży. I jeśli po seansie zrozumiecie, dlaczego Aimard podczas nagrywania Sztuki Fugi Bacha wybiera ten a nie inny dźwięk, będzie to tego potwierdzeniem.

KRYSTIAN PESTA

EWA SOBCZAK >>59


>

>>nowości płytowe

Do It Again Marilyn Monroe QM Music 2010 36,99 zł

Czarny świat The Cuts S.P. Records 2010 34,99 zł

Mówi Wam coś nazwisko Norma Jeane Mortenson? Entuzjastom talentu i wdzięku najseksowniejszej kobiety wszechczasów z pewnością! Mowa o najbardziej znanej blondynce, jaka stąpa��a po naszej planecie — MM, boskiej Marilyn Monroe. Znawcy tematu mówią, że ponętną Marilyn albo się kocha, albo nienawidzi. Nie ma półśrodków i letnich uczuć. Podobne emocje towarzyszą słuchaniu płyty Do It Again, która niedawno trafiła na półki polskich sklepów muzycznych. Cóż nowego możemy usłyszeć na krążku tragicznie zmarłej niemal pięćdziesiąt lat temu ikony? Po pierwsze, nieśmiertelny i niezmiennie elektryzujący głos fenomenalnej MM. Po drugie, nowe brzmienia piosenek. Po trzecie, absolutny crême de la crême nieśmiertelnych przebojów artystki. Dlatego też zdecydowanie warto do it again — zanurzyć się w tym ponętnym głosie. Na płycie znalazło się dziesięć niezapomnianych i ukochanych przez fanów tytułów: Teach Me Tiger, When I Fall In Love, You’d Be Surprised, I’m Gonna File My Claim, Specialisation, Anyone Can See I Love You, I’m Through With Love, A Fine Romance, She Acts Like a Woman Should, I Wanna Be Loved By You. To wydawnictwo jest absolutnym kobiecym must have tej jesieni. Zaczyna się depresyjny sezon, złazi letnia opalenizna, rośnie nam oponka w powakacyjnym bezruchu, letni kochankowie przestają odpowiadać na nasze esy, skrzynka mailowa świeci pustkami… Przed wyjściem na klubowe łowy, koniecznie odpalcie boską Marilyn, pomalujcie na czerwono usta i pazury, strzelcie sobie blond loki i powiedzcie — thank God I’m a Woman!

Czarny świat to drugi studyjny album zespołu The Cuts, który będzie miał premierę na początku października. Zespół tworzy muzykę, którą można określić mianem electro-rocka. Sympatyczne trio, w składzie: Pan TT, Przemek Zdunek i Tom Horn, gra ze sobą już od czterech lat. The Cuts idealnie wpisuje się w światowe trendy muzyczne, gdyż to właśnie elektro-rock święci teraz triumfy na światowych listach przebojów. Przypomnienie po ponad trzydziestu latach tego właśnie gatunku zawdzięczamy brytyjskiej formacji Hurts. Nasi chłopcy z Piły, podobnie jak muzycy z Wysp, powracają do brzmienia wczesnego Depeche Mode. Nawiązują również do tej stylistyki w swoim wizerunku i teledyskach. Być może nie jest to muzyczny Mount Everest, jednak przyjemnie się tego słucha. Jest to bowiem muzyka łatwa, lekka i przyjemna, a przy tym nie trąci tandetą, typową dla innych gatunków, również wykorzystujących elektronikę. Na szczególną uwagę zasługują teksty, notabene bardzo depresyjne. Na nowej płycie wszystkie są po polsku, a szkoda, bo bardzo podobały mi się piosenki The Cuts w języku Szekspira z poprzedniej płyty. Szczególnie utwór Bath, w którym głos Przemka wspaniale łączył się z brzmieniem gitary basowej. Takich właśnie gitarowych aranżacji nie brakuje na nowej płycie, choć jest ona również przepełniona elektroniką (pewnie lepiej się sprzedaje). Co o nowym krążku sądzą sami muzycy? — „Nowa płyta to efekt wielu nieprzespanych nocy i zaskakujących poranków, niezliczonej ilości kłótni, bitew, wyzwisk i ran... ciętych. Zdarzały się i sekundy radości, które, uważnie słuchając nowych pieśni, znajdziecie gdzieś między zwrotkami” — napisali na swojej stronie internetowej. Już wkrótce będziemy mieli okazję posłuchać ich na żywo — 2 października wystąpią w bydgoskim Mózgu. Dzień wcześniej na sklepowych półkach pojawi się Czarny świat. Żywa, energetyczna płyta zespołu jest idealna na leniwe jesienne poranki, a w szczególności do słuchania w samochodzie.

ARBUZIA

(AB)

>>60

musli magazine


*

>>recenzje

„Beats of freedom — Zew wolności” czyli Lekcja Historii Polskiego Rocka

T

o jest ten typ dokumentów, od których jeży się włos na rękach, przechodzą ciarki po plecach, na zmianę z cynicznym uśmiechem pojawia się wyraz zdziwienia. Ja w dodatku jeszcze czuję zazdrość, że nie miałam okazji poznać tego wszystkiego na własnej skórze, choć osoby, które tego doświadczyły, pewnie na takie stwierdzenie poklepałyby mnie z pobłażaniem po ramieniu. Dla tych, co się wychowali na polskim już niczym nieskrępowanym rocku — prawdziwa gratka. Zapał i energia, odwaga, zaangażowanie w rzeczy najistotniejsze dla jednostki i społeczeństwa. Mowa o rewelacyjnym dokumencie muzycznym Beats of freedom — Zew wolności, który ukazuje, jak ogromne znaczenie miał polski rock w dobie komunizmu i jak komunizm w swoim rozkwicie i schyłku wpływał na tę muzykę. Dokument jest niezmiernie urozmaicony: twórcy wykorzystali materiały archiwalne z Instytutu Pamięci Narodowej, Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, zapisy z podziemnych koncertów, zdjęcia oraz wywiady z artystami, muzykami, dziennikarzami, ludźmi, którzy w latach 80. i wcześniejszych mieli cokolwiek do czynienia z muzyką rockową. Świetności tej nie powinniśmy się dziwić, gdyż wszystko za sprawą dwóch panów, którzy na rzeczy się znają. Leszek Gnoiński i Wojciech Słota to osoby, które w tym dokumencie wykorzystały swoje dotychczasowe doświadczenie i — co najważniejsze — dodały do tego swoją młodość i pasję. To widać. Ciekawym i trafnym zabiegiem było zaangażowanie do całego projektu angielskiego narratora. Chris Salewicz, bo o nim mowa, to wybitny brytyjski dziennikarz, Polak z pochodzenia, który od ponad 40 lat zajmuje się relacją i interpretacją szerokiego świata muzycznego. W Beats of freedom przeprowadza wywiady z artystami i świadkami tamtych czasów. Postać anglojęzycznego narratora mogłaby sugerować światowe aspiracje twórców filmu. Tak nie jest, i uważam, że był to ze strony reżyserów strzał w dziesiątkę, gdyż pomógł ominąć typowy dla nas patos. Dzięki temu film staje się uniwersalny, a do tego odpowiednio i zdrowo zdystansowany, czego nie można zarzucić bohaterom dokumentu, którzy byli mocno zaangażowani w obecną sytuację. Na ekranie zobaczyć możemy muzyków, którzy stworzyli ścisłą czołówkę polskiego rocka: Tomka Lipińskiego, który na swoich koncertach przebijał fanom uszy agrafkami, Kazika Staszewskiego z niepokonanego Kultu, Muńka Staszczyka z grupy T.Love, Korę Jackowską w swoich symbolicznych na tamte czasy czarnych okularach, Lecha Janerkę, który strugał sam gitarę i własnym sumptem konstruował perkusję, Zbigniewa Hołdysa, który sentymentalnie żali się, że „w walce o pożywienie nie ma gwiazd”, Krzyśka Skibę, który rozpalił na ulicach piękną i cudownie groteskową już wtedy Pomarańczową Rewolucję. Widzimy także Marka Niedźwieckiego, który w swoją nieśmiertelną Listę Przebojów Polskiego Trzeciego Radia, gdy władza zakazała emisji utworów Maanamu, wplatał sam dźwięk werbli z ich znanego utworu, aby nie poddać się jednak do końca cenzurze. Notabene ta sama cenzura przyczyniła się do poetyckiego i metaforycznego języka tekstów, zwłaszcza w repertu-

arze Republiki, także obecnej w filmie. Dla tych wszystkich i innych bohaterów dokumentu, młodych ludzi tamtego pokolenia, którzy na koszulach mają pociągnięte farbą napisy typu: „Miłość zwycięży”, „Mam dość” czy „Jestem przyszłością narodu”, tworzenie muzyki i tekstów, słuchanie rocka, uczestnictwo w festiwalu w Jarocinie nie było jedynie objawem młodzieńczego buntu przeciwko systemowi, lecz stało się czymś więcej. Jak mówi Hołdys, „temperament tej muzyki mówił o wolności”, a rock był formą ucieczki, sposobem na wyrwanie się ze społeczeństwa i tak jak katolicyzm dawał niezależność narodową, rock zapewniał niezależność osobistą, tak dalece przez władze nadszarpniętą. Piosenki mówiły o bólu jednostki, zwłaszcza młodej, która, jak słyszymy w wypowiedzeniach anonimowych osób, była sfrustrowana, bez przyszłości i nadziei, muzyka najdoskonalej odzwierciedlała jej tragizm, smutek i bunt. Festiwal w Jarocinie był dla młodych swoistą enklawą, momentem religijnego wyznania wolności, w którym to mieli poczucie bycia z jednej strony jednostką indywidualną, z drugiej — elementem znaczącej społeczności. Nie brakuje obrazów, wypowiedzi relacjonujących tamten stan rzeczy, które dziś, na szczęście, mogą wzbudzać w widzu bezwstydny śmiech. I tak np. sprawa operacyjnego sprawdzenia władz z roku ’83 pod kryptonimem „Rock”, która skrupulatnie i do granic absurdu definiuje ugrupowanie, załogę i brygadę punkową, jak się przemieszczają, jak wyglądają i jak funkcjonują. Na jednej karcie „materiału poglądowego” widnieje zdjęcie punka, który bez wątpienia „nie miał już sił” dalej się „przemieszczać”; pod spodem opis sporządzony przez funkcjonariusza: „Przedstawiciel punków, model »zniszczeni«…”. Innym kwiatkiem jest wspomnienie Hołdysa, któremu niełatwo i w szarej rzeczywistości niemiło było być gwiazdą, raz jeden usłyszał, stojąc w sklepie: „Wypier… na koniec kolejki, gwiazdorze jeb…”. A już pomysł Skiby, aby na ulicy bawić się w gonioną przez milicję inflację, wieńczy czysty absurd tamtych czasów.

W

szystkie te obrazy, wspomnienia, zdjęcia to spójna całość, tworząca dzięki muzyce i reżyserii specyficzny klimat, nie bójmy się tego słowa: atmosferę podniosłości. Widz nabiera świadomości rangi i powagi zjawiska. Nie ma szans, aby nawet historyczny laik zagubił się w chronologii wydarzeń. Nie sposób jest pominąć sedno i cel filmu. Reżyserzy chcieli oddać hołd muzykom tamtych czasów — udało im się z pewnością. Poza tym naiwnie chciałoby się, aby dzieciaki w szkołach prócz zrywu „Solidarności” potrafiły również powiedzieć, że ruchem oporu przeciwko władzy totalitarnej w Polsce był również Polski Rock. ALEKSANDRA KARDELA

Beats of freedom - Zew wolności reż. Leszek Gnoiński, Wojciech Słota 2010 >>61


*

>>recenzje

Przerwana lekcja muzyki

M

am spory problem z filmem Toma DiCillo The Doors. Historia nieopowiedziana. Z jednej strony wszelkie zgrabne, wręcz łopatologiczne i do bólu oczywiste dokumenty doprowadzają mnie do szału, z drugiej zaś mam ogromny sentyment do zespołu The Doors, którego historii bez wątpienia filmowcy powinni poświęcić więcej uwagi.

kanałów filmowych to dokument z reguły niedbający o właściwy dobór środków artystycznego wyrazu i o symbolikę, która — jeśli już jest — nierzadko skręca na manowce oczywistości, banału i powtórzenia. Gdzie na tej mapie dokumentalnych pereł i gniotów sytuuje się obraz o legendzie amerykańskiego rocka?

D

okument When You’re Strange (w Polsce znany pod mało trafionym tytułem The Doors. Historia nieopowiedziana) to bez wątpienia zgrabna pigułka, która dostarcza laikom niezbędnej wiedzy na temat fenomenu The Doors, a fanom przypomina i systematyzuje szufladki pamięci. Dużym atutem dokumentu jest to, że reżyser postanowił w końcu wydobyć z cienia pozostałych członków zespołu, którzy w materiałach archiwalnych zazwyczaj występowali w tle frontmana. DiCillo nie bagatelizuje niezwykłej osobowości Morrisona, ale na światło dzienne wydobywa fakt, że to nie on, ale pozostali: Ray Manzarek, Robby Krieger i Jonhn Densmore byli załogą, która trzymała właściwy kurs zatapianego nieustannie przez Morrisona statku.

T

O

o, co imponujące w tej historii, to dbałość o chronologię, która pomaga przedstawić dzieje grupy jak najwierniej. Natomiast tym, co przeszkadza w odbiorze, jest paradoksalnie zbytnia dosłowność i ład, który niczym nie oddaje klimatu epoki. Autorowi dokumentu bez wątpienia nie można odmówić dobrze odrobionego zadania domowego z historii The Doors, obrazowi brak jednak polotu i lekkości. Niemal równolegle z historią zespołu reżyser snuje dzieje epoki, młodzieńczego buntu, który kończy się wraz ze śmiercią Jima Morrisona. To jednak, w moim przekonaniu, rzetelna rzemieślnicza robota — i nic poza tym. Chociaż zaczyna się bardzo obiecująco — gdy na ekranie pojawia się fragment filmu Paula Ferrary HWY: An American Pastoral, w którym Morrison wciela się w postać autostopowicza mordercy i w samochodowym radiu słyszy porannego newsa o śmierci wokalisty The Doors, to trudno usiedzieć w sali kinowej bez ciarek biegających po plecach. Zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że artysta często mówił o sobie, że jest trzecim w kolejce — zaraz po Jimim Hendrixie i Janis Joplin. Takich emocjonalnych petard jest jednak w filmie zbyt mało. Jedną z nich jest bardzo udane zestawienie fragmentu HWY: An American Pastoral, w którym na autostradzie umiera potrącony kojot, z materiałem archiwalnym, na którym widzimy Jima Morrisona po rozprawie w Miami, podczas której sąd uznał go winnym posługiwania się wulgarnym słownictwem i publicznego obnażania się. To skojarzenie pięknie spina niejednoznaczną osobowość Morrisona, silnego Króla Jaszczura i zagubionego wrażliwego chłopca, wmanewrowanego w pędzący pociąg showbiznesu.

>>62

N

gromna, przeważająca większość form dokumentalnych, z którymi ma dzisiaj styczność przeciętny widz, to produkcje, które z reguły nie mają nic wspólnego ze wspaniałą tradycją dokumentu światowego. Zazwyczaj opierają się na prostym i dosłownym przekazie, który nie pozwala odbiorcy na rozwinięcie skrzydeł własnej wyobraźni i ciekawości. Dokument, który zna widz niejeżdżący na festiwale filmowe, chodzący spać przed godziną 23.00 i nieoglądający specjalistycznych

arratorem filmu jest Johnny Depp. Nie był to zły wybór, jednak w wielu momentach obecność głosu-przewodnika była — jak sądzę — niepotrzebna, zwłaszcza jeśli dyspomusli magazine


>>recenzje

>> FOT. BEST FILM

nowało się tak znakomitym materiałem archiwalnym, w którym komentarze momentami, zupełnie niepotrzebnie, ocierają się o ton prawdy objawionej. Jest kilka fragmentów, w których pijany Jim, dodatkowo pod wpływem środków odurzających nie radzi sobie na scenie i podczas nagrań. Kamera, wykorzystując serię zbliżeń, pokazuje nam przerażone i smutne twarze członków zespołu. Czy może być lepsza pointa? Czy potrzebny jest komentarz, mówiący o tym, że zespół nie radził sobie z coraz bardziej oddalającym się od nich Jimem? Takich zupełnie niepotrzebnych dopowiedzeń jest niestety więcej. Plusem natomiast jest bez wątpienia dobry montaż, którego rytm i temperaturę wyznacza muzyka zespołu, jak i to, że autor oddał głos bohaterom i dzięki temu nie skręcił na manowce dokumentu spod znaku „gadających głów”.

T

he Doors. Historia nieopowiedziana to film, który trzeba zobaczyć, by odrobić lekcję z historii amerykańskiego rocka. Bowiem bez wątpienia największym atutem dokumentu jest właśnie muzyka. To niemal 90 minut znakomitego grania! MAGDA WICHROWSKA The Doors. Historia nieopowiedziana Reż. Tom DiCillo 2010

>>63


*

>>recenzje

Ogień i garść popiołu

A

lbum na pięć. Kompozycyjnie nienowy, wręcz dobrze znany, ale trzymający klasę — otwarcie zgłoszony akces do okładek gazet. Wracając na niegdysiejsze ulice, porzuca — szczęśliwie — wzburzenie i pretensje poprzedniej płyty, co nie znaczy, że gubi je zupełnie. Oni dalej patrzą na nas z góry, choć może już nie tak zdecydowanie. W wywiadach przed wydaniem płyty Win Butler mówił, że chcą wysłać pocztówkę z rodzinnego miasta, takiego, jakim było, gdy słuchali Neila Younga i Depeche Mode. To słychać w tej muzyce, słychać też dużo więcej — niemal każdy znajdzie tu swoje reminiscencje, wspomnienia melodii z radia czy jakichś chwil młodszych. The Suburbs zaczyna się wczorajszym fortepianem, mogącym towarzyszyć napisom końcowym (zresztą utwór ten — rozszczepiony — także kończy całość), dalej Butler i jego niekończące się rozczarowanie współczesnym światem, przeciągły wyrzut na kulturę wykarmionego stadła. Ten pesymizm jest najbardziej drażniący, a niepodważalny talent Wina i Régine Chassagne do układania świetnych melodii sprawia, że nagle łapiesz się na podśpiewywaniu pod nosem jakichś pochmurnych fraz, dodatkowo uśmiechając się radośnie.

G

dyby sprowadzić sens kolejnych utworów do jednego wątku (a nie jest to trudne), wytrwale prowadziłby on przez zawód samym sobą i miejscem, gdzie przyszło nam żyć, prosto w znudzenie i pustotę całego dzisiejszego pokolenia hipsterów, stroniących od jakichkolwiek zdecydowanych wyborów. I choć słychać czasem, że skoro jesteśmy w tym wszyscy, i nie może być znowu tak źle, to humor pozostaje jednak do końca beżowy. A Butler nie jest szczególnym lirykiem — pozostawiony samemu sobie, bez muzycznych aranżacji prysnąłby w mgnieniu oka przez nikogo niezauważony. To w muzyce bije serce tych przedmieść. Podczas gdy utwory przechodzą jeden w drugi, ona nie cichnie, nim nie wybrzmi do końca — klawisze uzupełniane są kolejnym instrumentarium, rytm przyspiesza i zwalnia, nigdy nie tracąc na wyrazistości. Ready to start, wybrany na kolejny singiel, jest egzemplaryczny, słodkie lata osiemdziesiąte w pasażu akordów w tle, równy puls gry perkusji i gitar oraz wokal z lekka tylko zaangażowany w trącący nastoletniością tekst.

ką — o najbardziej z ziemskich kondycji. W Empty Room jest ten sam rozpęd co na poprzedniej płycie, wręcz umieszczonym w tej samej przestrzeni, dość już charakterystycznej dla zespołu. Rozległość i pogłos brzmienia nie pozwala go pomylić, ani tym bardziej zredukować do tego, co zapośredniczone.

P

rodukcja wytarła ślady najmniejszego kurzu, klarownie znać każdy mały smaczek na dnie, haft na materiale tła. Tyle tylko, że każdy z nich obserwowaliśmy już z przeszłości na dziesiątkach innych płyt. Synteza? Ukłon szerszej publiczności? Na pewno też, lecz gdy odniesiemy The Suburbs do poprzednich płyt, to zobaczymy, że w swojej opowieści Arcade Fire idą dalej, i jeśli akceptujemy taki stan rzeczy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by napisać, że jest to ich płyta najlepsza. Może trochę mało zaskakująca — choć przedostatni The Sprawl II (Mountains beyond Mountains) jest tu wykwitem innego, jakimś obłędem, muzyką szwedzkich prywatek, ale paradoksalnie świetnie się w ten album wpisującą. Cudo, wierzyć się nie chce w pierwszej chwili, że nie śpiewa tego Karin Andersson. The Suburbs jest płytą momentami tak wpadającą w ucho — We Used to Wait zamieszkało pod prysznicem — że znosi to cały sprzeciw wobec braku poważniejszych wyłomów w zastanej na poprzednich albumach estetyce. O ile więc nie idą dalej, o tyle sensownie poczynają sobie niedaleko miejsca, gdzie ich ostatnio zostawiliśmy. Nie spodziewałem się tego z początku, ale będę czekał na ich kolejny album. Ten polubiłem wystarczająco. Tak brzmi dzisiejszy rock, żaden indie, po prostu ogień i garść popiołu dla wszystkich. ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI

PS Jeśli ktoś ma w miarę dzisiejszy komputer — http://www. thewildernessdowntown.com/, pięć minut do domu.

en album jest continuum względem Neon Bible — wyzbytym, co prawda, jej patosu, ale nie pragnienia wzniosłości. Znać ją w słowach, ale też słychać ją często w muzyce. Mam wrażenie, że Arcade Fire nie chcą schodzić na ziemię, nawet gdy śpiewają — Chassagne jest tu pełnoprawną wokalist-

T

The Suburbs Arcade Fire Universal Music Polska 2010

>>64

musli magazine


*

>>recenzje

Romantyczny obój

N

a polskim rynku fonograficznym płyty z muzyką obojową należą do rzadkości. Tymczasem ten instrument, zazwyczaj kojarzony z orkiestrą, ma piękne brzmienie, które można podziwiać w bogatym repertuarze solowym: począwszy od utworów barokowych, aż po współczesne. Tych, którzy chcieliby się o tym przekonać, z pewnością zainteresuje nowy album Romance Kamy Grott. Młoda instrumentalistka, absolwentka Akademii Muzycznej w Warszawie, już w 2006 roku wydała swoją pierwszą płytę z muzyką barokową. Na nowy album solistka wybrała zupełnie inny repertuar. Zamiast energicznej, wirtuozowskiej muzyki Vivaldiego czy Haendla wykonuje śpiewne utwory Gabriela Fauré, Camille’a Saint-Saënsa oraz Francisa Poulenca. Muzyka francuska z końca XIX i początku XX wieku ma niepowtarzalny urok. Zwykle tworzona była z myślą o odbiorcy, który powinien odczuwać przyjemność podczas słuchania. Ważny jest w niej wdzięk, przejrzysta konstrukcja, pogodny charakter. To wszystko sprawia, że repertuar prezentowany na płycie okazuje się wyrafinowany i dopracowany w każdym szczególe, a równocześnie przystępny.

S

pecjalnie na potrzeby nagrania, realizowanego w większości w nowojorskim Rose Studio w Lincoln Center, solistka kupiła obój francuskiej firmy Buffet Crampon, działającej w Paryżu od połowy XIX wieku. Część utworów na płycie to transkrypcje pieśni, utworów skrzypcowych czy wiolonczelowych. W wywiadzie zamieszczonym w książeczce dołączonej do płyty Kama przypomina, że obój jest najbardziej „wokalnym” instrumentem dętym, potrafi z powodzeniem naśladować brzmienie ludzkiego głosu i dzięki temu ma wielkie możliwości wyrazowe. I rzeczywiście, melodie brzmią na tym instrumencie bardzo śpiewnie. W albumie znalazły się znane utwory, takie jak Berceuse czy Sicilienne Gabriela Fauré, ale też dłuższe sonaty Camille’a Saint-Saënsa oraz Francisa Poulenca. Repertuar na płycie został ułożony w taki sposób, że wymagania stawiane wykonawcy i słuchaczowi stopniowo wzrastają. Na początku brzmią proste melodie, potem bardziej rozbudowane utwory, i wreszcie dłuższe, trzyczęściowe sonaty. Najbardziej wyróżnia się ostatnia kompozycja — Sonata na obój i fortepian Poulenca, dedykowana pamięci Sergiusza Prokofiewa. Kolejne części noszą znaczące tytuły: I. Elegie, II. Scherzo, III. Deploration. W utworze czuje się głębokie, a równocześnie bardzo zmienne emocje — nostalgię, niepokój, wyciszenie.

G

ra Kamy jest bardzo stonowana emocjonalnie, oboistka dba przede wszystkim o płynne wykonanie melodii, choć jej interpretacji brakuje czasem kontrastów i rozmachu. Pianista Krzysztof Stanienda bardzo dobrze dostosowuje się do swoich zadań. Najczęściej tworzy delikatne tło dla partii oboju, ale w tych fragmentach, gdzie oba instrumenty wchodzą w dialog, potrafi wysunąć się na pierwszy plan. Dobór repertuaru oraz brak nadmiaru informacji o utworach w książeczce płytowej sugerują, że płyta adresowana jest do szerokiego grona odbiorców. Miejmy nadzieję, że spełni swe zadanie i trafi nie tylko do zawodowych muzyków. EWA SCHREIBER

Romance. French Music for Oboe and Piano Kama Grott Universal Music Polska 2010 >>65


*

>>recenzje

A jednak możliwe...

J

eden mówił: „Nie czytaj, lubisz zwierzęta, nie lubisz przemocy, to ci się nie spodoba”. Drugi: „Przeczytaj”. Uległam drugiemu. Przeczytałam. Nie jestem fanką ani powieści kryminalnych, ani powieści sensacyjnych, nie przepadam też za political fiction. Owszem, Agatha Christie nauczyła mnie, że winien jest ten, kto ma motyw. Joanna Chmielewska ułatwiła przejścia przez rozejścia i powroty oraz ataki hipochondrii. Marek Krajewski uwiódł swoim Eberhardem Mockiem, po czym przy Głowie Minotaura puknęłam się w głowę, bo zaniepokoiło mnie, że podoba mi się takie nagromadzenie perwersji (dla samej perwersji), seksizmu (dla samego seksizmu) i przemocy (dla samej przemocy).

T

rylogię Millenium Stiga Larssona pochłonęłam w pięć dni. Dawno niczego nie czytałam z taką przyjemnością (dla czystej przyjemności tym razem). Podróż przez te ponad 2000 stron spowodowała, że nawet informację o ewakuacji z pociągu relacji Warszawa—Zakopane przyjęłam z niebywałym spokojem. Byłam na początku drugiego tomu i niewiele mnie obchodziły szalejące Skawa i Dunajec oraz podtopione tory. Na tym chyba polega siła „książek zbójeckich”, że zapomina się o wszystkim (i wszystkich) dokoła i płynie, płynie przez doskonałą literaturę. Bo Millenium to doskonała literatura. Zaangażowana, gorąca i, niestety, na bardzo aktualny w naszym społeczeństwie temat — co jakiś czas słyszymy albo czytamy o tym, że mężczyzna pobił kobietę, że gdzieś skatowano dziecko, że ofiara gwałtu sama się o to prosiła, bo miała mini, szpilki i wracała nocą, choć wiadomo, że przed napaścią nie ocaliłaby jej nawet burka.

S

tigowi Larssonowi w Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet, Dziewczynie, która igrała z ogniem oraz w moim ulubionym, choć to właśnie thriller polityczny, Zamku z piasku, który runął udała się rzecz niesamowita, niemożliwa. Millenium to powieść społecznie zaangażowana. Ba, można napisać, że z tezą nawet, a jak to się czyta! Owszem, znane są z literatury powszechnej przypadki, kiedy autorzy najciekawsze i najgłębsze treści ukrywali w kostiumie powieści sensacyjnej, romansu niemalże brukowego, ale udawało się to przede wszystkim Wielkim Literatury XIX Wieku, współcześnie… różnie bywa. Larsson napisał powieść z jakże aktualnym w XXI wieku przesłaniem, że każda forma przemocy jest niedopuszczalna; że nie ma granicy między przemocą zabawową a autentyczną; że często zaczyna się od aroganckiej odzywki, a kończy na siniakach; że agresja, rasizm, seksizm, mają jedno — odrażające — źródło. I że wyzwolenie obyczajowe naprawdę nie jest źródłem wszelkiego zła. Millenium to powieść napisana wbrew relatywnym teoriom współczesnej psychologii, mówiącym, że złe wychowanie, brak miłości mogą stanowić usprawiedliwienie dla wszelkiej dewiacji i patologii. Jeżeli ktoś jest zły, to jest. Po prostu. Najwyraźniej >>66

nie wykorzystał szansy, żeby przestać być złym. Lisbeth Salander, jedna z ciekawszych postaci kobiecych, jakie pojawiły się nie tylko w literaturze, ale w ogóle w najnowszej kulturze, taką szansę dostrzegła. Larsson obala też teorię dziedziczenia „złej krwi”. Liz miała ojca potwora, brata prawie ludojada, a sama jest dobra, czasami nawet umie (jeśli tylko chce) być czuła. Zło bierze się stąd, że ktoś chce być zły. Paradoksalnie główny bohater powieści, Mikael Bloomkvist, to najmniej ciekawa postać. Dobry chłop, inteligentny, przenikliwy, błyskotliwy, doskonale pisze, jest przystojny, wysoki, kobiety lgną do niego jak ja do kandyzowanego imbiru (dalibóg, nie wiem dlaczego? Może po prostu nie jest w moim typie? Bloomkvist, nie imbir), ale to raczej taki człowiek bez właściwości. Może też dlatego nie ma problemów z kobietami. Może jest dla nich zwierciadłem, każdej daje to, czego oczekuje, jest przecież mężczyzną niesamowicie bystrym i spostrzegawczym. Lisbeth to Furia, Erynia, mścicielka (żeby ktoś taki wreszcie pojawił się w polskiej literaturze), która odpłaca — jak najsłuszniej — nie tylko za swoje krzywdy, ale wymierza sprawiedliwość wszystkim tym, którzy krzywdzą słabych i bezbronnych. Liz musi to robić, bo prawo nie działa. Ściślej, sposób egzekwowania prawa. Stig Larsson swoim Millenium obala mit, którym tak lubimy się karmić, że kraje skandynawskie to krainy spokoju i tolerancji miodem i mlekiem płynące. Z trylogii dowiadujemy się, że nawet w granicach prawa można kogoś skrzywdzić, jeśli regulacje zostaną „wygięte” przez jakiegoś bystrego, a najczęściej po prostu silniejszego parszywca. musli magazine


>>recenzje

M

illenium powinno stać się lekturą obowiązkową, szczególnie w placówkach dla społecznie nieprzystosowanych, mających problemy z agresją, bo Larsson pokazuje, jak śmieszne, infantylne, głupie są agresja i przemoc, i że jeśli nawet przynoszą jakiś skutek, to krótkotrwały. W trylogii doskonale i konsekwentnie zaakcentowano różnicę między przemocą a obroną, agresją a wymierzeniem sprawiedliwości. Wreszcie pojawili się bohaterowie, którzy nie boją się być dobrzy, nie uważają, że obrona słabszych, ujmowanie się za bezbronnymi to obciach. Przed przeczytaniem Millenium za jedynego współcześnie tworzącego mężczyznę potrafiącego opisać kobiece emocje, wrażliwość i umysł uważałam Pedro Almodóvara. Do autora Kobiet na skraju załamania nerwowego dołączył teraz Stig Larsson. (Hiszpan i Skandynaw, ciekawe dlaczego tylko oni dwaj?) Fragmenty o tym, jak Liz zmienia swoje ciało: usuwa tatuaże, powiększa piersi, to jedne z ciekawszych partii powieści. To przepiękna, choć króciusieńka opowieść o budzeniu się kobiecości w tak zmaltretowanej dziewczynce. Liz staje się kobietą, bo wreszcie ma dla kogo. W terapii jest takie pojęcie, jak „rozmrożenie”. Poczciwy Kalle Blomkvist „rozmroził” biedną, mądrą i tak bardzo samotną Sally. W tej powieści kobiety się wspierają (tak samo jest w filmach Pedro Almodóvara, gdzie staje się po stronie przyjaciółki, a nie faceta, nawet jeżeli z tym draniem się romansowało), i to niedawne rywalki. Erikę przed kompromitacją ratuje właśnie Lisbeth, choć wcale nie musi, i tylko przypadkiem dowiaduje się o stalkerze ohydnie prześladującym dziennikarkę.

Millenium pełne jest pysznych portretów pełnych kobiet, mężczyźni owszem są, i to całkiem fajni, niebojący się żyć z silnymi kobietami, pełnymi pasji, ale to one nadają ton opowieści.

Z

naczne fragmenty trylogii dzieją się… przed komputerami. Bohaterowie siedzą i hakerują/hakują, szperają w cudzych pecetach, nie ruszając się z miejsca, a jak to się czyta! Jak gdyby poznawało się relację z podróży przez Amazonię, i to w kajaku! Obszerne partie tekstu dotyczą tak nudnej czynności, jak… pisanie. Tu znowu mogłabym powtórzyć pełne zachwytu wykrzyknienie. A wszystko to napisane (choć może to kwestia tłumaczenia) bezpretensjonalnym, neutralnym językiem, bez emfazy i nadmiaru przymiotników. I bez łopatologii: ideologicznej i dydaktycznej. Z książkami jest podobnie jak z filmami, każdy ogląda swój film i czyta swoją książkę. Moje Millenium to opowieść o sile kobiet. I nadzieja dla wszystkich skrzywdzonych Dziewczynek. KASIA TARAS

Trylogia Millenium Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (tom 1), Dziewczyna, która igrała z ogniem (tom 2), Zamek z piasku, który runął (tom 3) Stig Larsson Czarna Owca dawniej Jacek Santorski & Co. 2010 >>67


*

>>recenzje

Szmateksowa podróż czyli gawędy z prowincji „gorszej Europy”

S

tosunkowo krócej niż Stasiuk kazał czekać swoim czytelnikom na wydanie ostatniej książki (pisał ją zgoła 10 lat), zabierałam się za tę lekturę. Przyznaję się szczerze, miałam z nią problem. Cenię prozę Andrzeja Stasiuka, chętnie powracam do jego książek, pożeram zachłannie jego „opowiadania z drogi” (to ulubione i do znudzenia powtarzane określenie wielu recenzujących, dobrze jednak oddaje charakter prozy Stasiuka, zwłaszcza gdy mowa o doskonałym Jadą do Babadag i równie wyśmienitym Fado), z nieprzyzwoitą ciekawością, ale i odrazą poznaję więzienne i chyba można powiedzieć obsceniczne wspomnienia (mowa rzecz jasna o Murach Hebronu). Ba, co lepsze?! Podróżując po ulubionych destynacjach tego autora, zawsze łapię się na przemyśleniach: „Ciekawe, jakby opisał to Stasiuk...?”, „Co Stasiuk pisał o tym kraju?”. Tym razem podróż, w którą dałam się zaciągnąć po kartach Taksim, zdawała mi się bezkresna.

T

eraz, gdy książkę tę już zdążyłam przetrawić i w głowie przegadać, wydaje mi się, że dokładnie to samo wrażenie towarzyszy bohaterom Taksim. Z trudem jednak wbiłam się w gawędziarski rytm opowieści, rozerwaną na parę rozdziałów narrację, w zdania, choć potoczyste, to jednak niemiłosiernie długie, niemalże hrabalowskie, ogólnie nie widząc zbytnio celu i sedna tych opowiastek. Nic w tym dziwnego, komu z nas łatwo się słucha długich, ciągnących się relacji dnia powszedniego? Jako konsumenci dokładnie tego samego dnia powszedniego jesteśmy dramatycznie przyzwyczajeni do skondensowanych informacji, szybkich, trafnych i konkretnych. Na wysłuchanie gawęd trzeba się przygotować, oswoić, uspokoić i… zasłużyć, jest to bowiem sztuka niedzisiejsza. Tę zanikającą zdolność posiadł Stasiuk z całą pewnością i z całą pewnością zasłużył, by tej gawędy przy podrobionej whisky czy palince wysłuchać.

O

czym rzecz? Poznajemy Pawła — narratora, który bez olśnienia i odkrycia jest tożsamy z autorem Taksim — oraz Władka, jego kompana drogi i człowieka, pożal się Boże, biznesu. A biznes ten jest nad wymiar, jak za każdym razem prorokuje Władek, ogromnie opłacalny. Otóż obaj panowie, mieszkający w małym miasteczku, handlują używaną odzieżą, jeżdżąc rozklekotanym ducato to na Węgry, to na Słowację, trafiają również do Rumunii, od której nieskutecznie wzbrania się Paweł. Każda podróż to snute przez Władka wspomnienia, zdarzenia z przeszłości, czy to doświadczone na własnej skórze, czy zasłyszane, czy zmyślone — dla Pawła, a tym bardziej dla nas, jest to nieistotne. W samej postaci Władka, choć dzięki snutym na bezdrożach opowiadaniom znamy jego przeszłość nadzwyczaj dokładnie, jest coś enigmatycznego, a może nawet fantasmagorycznego. Poznajemy jego historie ze wszystkimi szczegółami, niewiele jednak wiemy o jego teraźniejszości. Wszyscy Władka znają, dopytują się, rozmawiają i przy pary ładnych flaszkach wspominają. Pojawia się z samego rana w domu Pawła i bez pardonu zaparza sobie kawę, czekając, aż ten się obudzi; wypalą tuzin papierosów i pojadą znów zarobić — na kolejny miesiąc, na bak >>68

do pełna, na tydzień spokojnego picia, na ukraińskie papierosy. Wyjeżdżają, by nie tylko dzięki temu mieć na wydatki, ale chyba przede wszystkim, by nie stać w miejscu, by nie czekać na nic, jak taksówkarze na Rynku, którzy narzekają i powtarzają jak refren: „Nie opłaca się”. Co prawda Władek nie ma optymistycznego podejścia do celowości tego szemranego biznesu, bo jego rozprawa o rzeczach jest jednoznaczna. W celu wyczucia klimatu i osoby bohatera przytoczę ją, nie pomijając wulgaryzmów: „Wszyscy będą mieli wszystko. Chujowe, jednorazowe, fabrycznie przecwelone, ale bez ograniczeń. Żadnych zasad poza dostępnością, bo wszystko się będzie rozpierdalało coraz szybciej, w trymiga, zaraz po założeniu, na pierwszym deszczu, natychmiast, jak się tylko dotkniesz. I musi im ostatecznie odpierdolić, bo będą mieli wszystko, a jednocześnie nie będą mieli nic”. To dlatego też Władek handluje towarem używanym, a nie chińską tandetą, w której upatruje wszelaki upadek. To dlatego Władek i Paweł wsiadają do furgonetki i na wiejskich targach, podczas festynów, przy wędrownych, słowackich lunaparkach rozkładają swój „teatr pod bezchmurnym niebem”, „swój gabinet fetyszystów”, odstawiając istne handlowe show: „Ludzie! Obywatele! Bracie Słowianie oraz inni bracia również! Nigdy już nie będzie taniej ani lepiej! Dziś nadszedł ten dzień! Nul costa, ma donna, po prostu nul jak za taką wszechświatową elegancję oraz międzynarodową jakość, w której wszędzie możecie się bez wstydu pokazać. To nie jest smutek Dalekiego Wschodu, to nie wali gumą i nie roztapia się na słońcu. (…) Przybyliśmy do was, żeby was konfekcyjnie oświecić i żebyście przestali wyglądać jak bezrobotni, jak jakieś lumpy”. Fragment dość groteskowy, filmowy, ale w tym całym lumpeksowym kuglarstwie są melancholia, smutek i nostalgia za tym, co minęło i nie ma szans, by powrócić: „A pamiętasz, że kiedyś nie było nic używanego? To znaczy prawie nic używanego nie można było kupić. — Tak — odpowiedziałem. — Pamiętam. — No widzisz. Wszystko działało do samego końca albo potem przerabiało się to na coś innego. Ze starego palta robiło się szmaty do froterowania. W starych karoseriach mieszkały kury. Ze starych opon robiło się kwietniki (…). Ale to, co jest teraz, też się skończy — powiedział. — Mamy okres przejściowy. (…) Jak to chińskie gówno, które trzeba teraz wszędzie kupować, bo nie masz wyboru”.

C

odzienna wędrówka i walka — wędrówka naznaczona ryzykiem (prócz handlowania second handem bohaterowie pośredniczą w przemycie ludzi czy też są świadkami zabicia człowieka przez świnię) i walka, by się dosłownie nie zastać, by odbić piękną Evę w tytułowym Taksimie, by mieć za co wypić i spokojnie usiąść w fotelu, grzejąc się ogniem w piecu i podrabianą whisky, i znów wspominać. ALEKSANDRA KARDELA Taksim Andrzej Stasiuk Czarne 2009 musli magazine


http://

>>dobre strony

>>torun360.pl Wirtualny spacer w jakości HD Dożyliśmy czasów, gdy bez wychodzenia z domu możemy spacerować po Toruniu. W jaki sposób? A w taki, że w wyszukiwarkę internetową wpisujemy torun360.pl i naszym oczom ukazują się zamki, skwery, ulice, boiska i wiele, wiele innych obiektów charakterystycznych dla naszego miasta. Jak reklamują swoje dziecko twórcy, portal ma przybliżyć Toruń jego mieszkańcom i turystom. Jest to część większego przedsięwzięcia Panoramy Polski, w ramach którego powstają podobne strony ukazujące najciekawsze miejsca w kraju. Pomysłodawcy witryny pragną pokazać gród Kopernika w sposób bezprecedensowy, za pomocą wirtualnych spacerów najwyższej jakości. Jest to przedsięwzięcie pionierskie, zwłaszcza w naszym regionie — to powiązanie autorskiego systemu oraz nowatorskiej technologii, bazującej na zdjęciach panoramicznych. Zdjęcia zamieszczone na portalu obejmują przestrzeń 360 stopni dookoła oraz 180 stopni w osi pionowej. W ten sposób powstaje bardzo interesująca i wierna wizualizacja określonej przestrzeni lub obiektu. Dzięki możliwości edytowania tak stworzonej fotografii, za pomocą przeglądarki internetowej możemy dokładnie przyjrzeć się miejscu, którym jesteśmy zainteresowani. Dodatkowymi zaletami zdjęć panoramicznych jest możliwość powiązania ich tak, by tworzyły wirtualny spacer. Co możemy zobaczyć na torun360.pl? Przede wszystkim obiekty Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, między innymi imponujące zdjęcia Motoareny. Ciekawie prezentują się także urokliwe zakątki Torunia — mój faworyt to spacer po ulicy Podmurnej.

>>www.adamszary.com Kreska + kreska = groteska Toruń nie tylko Kopernikiem i piernikami stoi. Mieszka tutaj i tworzy ilustrator, twórca komiksowy — Adam Szary. Jak sam twierdzi, interesuje się szeroko pojmowaną fantastyką i komiksem. Swoje ilustracje tworzy głównie w czerni i bieli, co nie oznacza, że kolor jest mu obcy. Czerń, biel i szarości to środki, którymi najchętniej operuje. Co możemy zobaczyć na stronie internetowej artysty? Jest blog, zakładka z ilustracjami, komiksami oraz szkicami. Adam Szary zdecydował się także na wykreowanie własnej marki odzieżowej. Efekty tego zabiegu również możemy podziwiać na stronie. Jakie są prace Adama? Historie, które przedstawia mogą budzić grozę, niekiedy nawet szokować, jednak nigdy nie są pozbawione humoru i wymownych detali, poprzez które twórca puszcza oko do oglądających. Jeśli ktoś chce przekonać się o czym mówię, powinien zajrzeć na www.adamszary.com. ANIA ROKITA >>69


^

>>sonda

>>kim jesteś>>co robisz>>o któr >>co masz w szafie>>co masz w kompa>>czym jeźdz GOSIA Z TORUNIA

>>kobietą >>uczę >>za wcześnie >>nigdy nie wiem >>buty >>musztardę >>to zależy od pory roku >>tramwajem >>gdybym była Miss Świata

— o pokoju na świecie

MAJKI Z JAMAJKI Majki >> dużo rzeczy >> to zależy, czy to weekend, czy dzień powszedni >> to zależy, czy to weekend, czy dzień powszedni >> z reguły ubrania >> światło >> w pracy – wykonaną własnoręcznie nocną, sferyczną panoramę Torunia z lewego brzegu Wisły, w domu – czarne tło >> samochodem i skuterem >> o drewnianym domku na wsi i kawałku pola >>

EWELINA Z WARSZAWY

>>mieszkańcem >>projektuję, koordynuję,

piję kawę, czytam, wyjeżdżam,

wracam

>>o 7.30 >>o 24.00 >>bałagan >>warzywa i mleko >>parvatasna w svastikasanie w wydaniu kobiecym >>wiosną rowerem, a później to już tramwajem nr >>żeby tym rowerem to jednak cały rok jeździć

>>70

9 lub 24

musli magazine


^ >>sonda

rej wstajesz>>o której zasypiasz w lodówce>>co masz na pulpicie zisz>>o czym marzysz PRZEMEK Z CHEŁMŻY człowiekiem – nie plackiem >> egzystuję i szukam… >> o 5.00 >> o 24.00 >> czego nie mam w szafie? >> przeważnie jedzenie >> artystyczny nieład >> wszystkim, co jeździ >> o szczęściu >>

KASIA Z SAINT GERMAIN DE SALLES

>>niewykształconą Polką, pracującą >>zbieram owoce, które rodzi matka

na obczyźnie

natura we Francji, opalam się przy pracy przy 50 stopniowym upale i upijam się tanim winem francuskim

>>o

5 rano, bo tutaj ludzie są jak kury i dostosowali się do cyklu życia kur

>>tutaj

już się nie dostosowuję do cyklu życia kur, tutaj godziny wyznacza wino – 24.00

>>nie

mam szafy... ale mam plecak, a w nim wszystko co niezbędne, by przeżyć w upale

>>wszystkie

rodzaje sera pleśniowego, obowiązkowo salami, oliwki, jogurt i czekoladę oraz alkohol

>>nie mam kompa, ale na telefonie mam grzyba >>fordem jako pasażer, bo ma dobre nagłośnienie >>nie marzę, bo marzenia, które zrealizowałam dawały

mi zbyt wiele bólu, a teraz nie potrzebuję marzyć, bo mam wszystko, co chciałam. Chociaż nie! Chciałabym umieć śpiewać

MICHAŁ W PODRÓŻY absolwentem z nowym zapałem >> poznaję świat >> około 8.00, gdy jestem już wyspany, ale nie przespany >> po północy >> nie mam szafy, tylko walizki >> nie używam, codziennie kupuję świeże jedzenie >> górę Fuji >> autobusem, tramwajem, metrem, samolotem... czym taniej i szybciej >> żeby wszystko się udało >>

>>71


>>fotograďŹ a

Wiktor Franko www.wiktorfranko.com

>>73

>>


>>

>>74

musli magazine


>

>>fotograďŹ a


>>


<<


{

>>redakcja MAGDA WICHROWSKA

SZYMON GUMIENIK

filozofka na emeryturze, kinofilka w nieustannym rozkwicie, felietonistka, komentatorka rzeczywistości kulturalnej i niekulturalnej. Kocha psy, a nawet ludzi.

zaczął być w roku osiemdziesiątym. Zaliczył już studia filologii polskiej, pracę w szkole i bibliotece. Lubi swoje zainteresowania i obecną pracę. Chciałby chodzić z głową w chmurach, ale permanentnie nie pozwala mu na to jego wzrost, a czasami także bezchmurny nastrój...

WIECZORKOCHA

-grafia. Inspiracja. Inkwizycja. Pigmalionizm przewlekły. Freudyzm dodatni. Gotowanie, zmywanie, myślenie: Import-Export. Prowadzi bezboleśnie przez życie bez retuszu. Lubi sushi, nieogarnięte koty i proces pleśnienia serów.

jest swej i... u i rea sobą hory jest? wać lustr rozg

KASIA TARAS

jeżeli nie uczy i nie pisze, nie czyta i nie ogląda, to gada albo ratuje świat (koci). Głową w Warszawie, sercem w Toruniu. Kocha: kino, 20-lecie międzywojenne, dobrą współczesną polską prozę, tango, koty, psy i konie. Ma słabość do: Witkacego, filmów Wojciecha Jerzego Hasa, lat 20. XX w. w Republice Weimarskiej, malarstwa Gustawa Klimta, kina Luchino Viscontiego, Louise Brookes, Marleny Dietrich, garażowego brzmienia i… ciężkich butów. Lubi: kawę, czekoladę z podwójnym chilli, wieczorne spacery po deszczowym jesiennym Toruniu i zimowe poranki w Warszawie. Nałogi: perfumy, kupowanie książek. Nie lubi: zwodzenia, certolenia się i krygowania.

MARCIN GÓRECKI

AGNIESZKA BIELIŃSKA

(MARTINKU)

rocznik 1986. Robi wszystko, a nawet nic. Tak poza tym jest za pokojem na świecie.

dziennikarka z wyboru, socjolożka i anglistka z wykształcenia. Niepoprawna optymistka, wierna fanka Almodóvara i eklerków.

JUSTYNA TOTA

na świat zachciało się jej przyjść nieco przed wyznaczonym terminem, co położnik miał skwitować stwierdzeniem: „Taka ciekawa może być tylko baba!”. I to pewnie z tej ciekawości postanowiła, że dziennikarstwo będzie jej życiowym hobby (trudno z tego wyżyć, ale daje tyyyleeee satysfakcji). Za młodu miała krótki romans z nauczycielstwem, wcielając się w panią od polskiego podczas praktyk studenckich. A w życiu bardzo osobistym — niespełniona poetka, artystka ze sceny teatru spalonego.

>>84

musli magazine


} >>redakcja

MACIEK TACHER

GOSIA HERBA

rocznik 1979, kiedyś skończył filozofię a teraz śpiewa. Żyje z dnia na dzień, nie zapamiętując.

rocznik 1985

podgląda, podsłuchuje, rysuje www.gosiaherba.pl

www.gosiaherba.blogspot.com

NATALIA OLSZOWA

„free spirytem”, który w intencji poprawy warunków j egzystencji wyjechał z falą emigracji w roku 2004 utknął pomiędzy wymiarami: młodzieńczych marzeń aliów, niedojrzałości i dojrzałości, sobą z przeszłości i ą „tu i teraz”, kultur i ich różnic, języków, możliwości, yzontów, a czasem i beznadziei, wiary i niewiary. Kim ? Kimś, kto nie potrafi jeszcze latać, a nawet rozprostoć skrzydeł. Kimś z pogranicza, Alicją po dwóch stronach ra, która pobiegła za białym króliczkiem i właśnie grywa partię szachów z królową.

ANIA ROKITA

MAREK ROZPŁOCH

rocznik 1980, filozof, felietonista i opiekun działu poe_zjada w „Musli Magazine”. Mieszka w Toruniu.

EWA SOBCZAK

archeolog z wykształcenia, dziennikarz z przypadku, penera z wyboru. Zamierza wygrać w totka i żyć z procentów. Póki co, niczym ten Syzyf, toczy swój kamień. Jako przykładna domatorka stara się nie opuszczać granic powiatu, czasem jednak mknie pociągiem wprost w paszczę bestii. Uwielbia popłakiwać, przygrywając sobie na gitarze, oraz zgłębiać intensywny smak czarnego Specjala.

z zawodu edukatorka, z wykształcenia kulturoznawca (UAM) i germanistka (NKJO w Toruniu), z pasji poszukiwaczka nowych horyzontów. Zdeklarowana ateistka, przekonana, że kino bywa świątynią, a film miewa moc oświecenia. Wolności poszukuje rowerem, jazzem pogłębia nieświadomość. Za najlepsze miejsce na eksperymenty (preferuje zbiorowe) uważa kuchnię. Lubi popatrzeć na świat okiem subiektywnego obiektywu. Gdy chce odpocząć, zamyka oczy i daje się poprowadzić w tango.

ARKADIUSZ STERN

ANDRZEJ LESIAKOWSKI

germanista i hedonista. Ma cień, więc jeszcze jest. Wielbiciel ciepłych klimatów, słoni i piwa z dymkiem. U przyjaciół ceni otwarty barek. Skrywa się często pod skrzydłami Talii i Melpomeny, nie bryluje na salonach, lecz w galeriach (sztucznych), kinem delektuje się samotnie. W pracy zajmuje się wbijaniem do głów chętnych i niechętnych mowy Dietera Bohlena. Poza pracą zajmuje się głównie tym samym. W przerwach w pracy zajmuje się czymś innym.

JUSTYNA BRYLEWSKA

rocznik 1980. Jej życiowym hasłem miało być: „Grunt to się nie przejmować i mieć wygodne buty!” (Natknęła się na nie w jednej z książek Zbigniewa Nienackiego, w których zaczytywała się w dzieciństwie), tyle tylko, że za skarby świata nie potrafi go wcielić w czyn. Mimo pęcherzy na nogach pociesza się myślą, że jeszcze potrafi się z siebie śmiać (choć innym z nią pewnie często nie do śmiechu). Nie cierpi bałaganu (nie mylić z „artystycznym nieładem!”) i czeka na chwilę spokoju...

ładowanie opisu, ...pisu, ...su.

ALEKSANDRA KARDELA

absolwentka gdańskiej filologii klasycznej. Miłuje łacinę, zabytki w stanie destrukcji, przenośny domek na plecach, klezmerski hałas i górską ciszę.

>>85


>>horroskop

WRÓŻYŁ MACIEK TACHER

KOZIOROŻEC 22.12—20.01 Ze względu na roboty drogowe na orbicie ziemskiej znak Koziorożca został tymczasowo przeniesiony do konstelacji Raka. Za utrudnienia przepraszamy.

RAK 22.06—22.07 Z powodu renowacji nawierzchni drogi mlecznej znak ten będzie nieaktualny do odwołania. Przepraszamy. Szczegóły w konstelacji Skorpiona.

WODNIK 21.01—19.02 Taki układ planet zdarza się raz na milion lat. Po dwudziestym na ulicy podbiegnie do ciebie nieznajomy i wręczy ci kupon lotto z 6 trafieniami, po czym umrze, krztusząc się nisko przelatującym gołębiem. Dzień później twoja licealna miłość zaczepi cię na fejsie. Po kilkakrotnej wymianie „poke back” czeka cię z nią prawdziwe „poke” na tylnym siedzeniu taksówki. Niewiarygodne? Ciesz się, że nie jesteś spod Ryb, parszywy niedowiarku!!!

LEW 23.07—23.08 Pod względem zawodowym spodziewaj się sukcesów. Wystarczy, że uwydatnisz swoje mocne strony. Nie zważając na jesienną aurę, noś duże dekolty i krótkie spódniczki. Mile widziane również sporadyczne fellatio w gabinecie szefa.

RYBY 20.02—20.03 Jutro zabraknie ci ikry, by odmówić natrętnemu akwizytorowi sieci telefonicznej. Natomiast w drugi weekend miesiąca niespodziewanie spełnisz trzy życzenia swojej teściowej, gdy ta tradycyjnie przy niedzielnym obiedzie zaserwuje ci talerz robali na zanętę. BARAN 21.03—20.04 Znajdujący się w gwiazdozbiorze Barana punkt przecięcia ekliptyki i równika niebieskiego na skutek zmiany kierunku osi obrotu Ziemi przesunął się do twojego dużego pokoju i w tej chwili masz go dokładnie pod telewizorem. Stąd zakłócenia na Dwójce. Jeśli szybko czegoś nie wymyślisz, będziesz musiał jesienią zadowolić się tylko dwoma serialami: Dr. Hałas i Ś jak śnieżenie. BYK 21.04—20.05 Nadchodzący tydzień okaże się wyzwaniem dla ego, jeśli urodziłeś się w pierwszej dekadzie znaku; dla superego — jeśli urodziłeś się w drugiej dekadzie znaku; dla id — jeśli jeszcze się nie urodziłeś, a dopiero zostaniesz poczęty po dwudziestym. Od połowy października możesz mieć do czynienia z tą stroną siebie samej, która nie zadowoli się czysto freudowskim odbiorem rzeczywistości. BLIŹNIĘTA 21.05—21.06 Bliźnięta wciąż myślą o lecie i wakacjach. Są troszkę opóźnione, a do tego zupełnie niepodobne. Najchętniej spędzałyby dnie na plaży. Tymczasem siedzą na murku i piją piwo. Jedyne co im pozostało, to Plaża Asmussena. >>86

PANNA 24.08—22.09 Saturn w koniunkcji ze Słońcem obdarzył cię wielką ambicją, zdyscyplinowaniem i tak dalej. Coś tam się wydarzy pod koniec miesiąca, ale w nocy, więc niechybnie to prześpisz. W czwartek zerwiesz kłopotliwą znajomość ze swoim mężem. Nie wiadomo, w który czwartek, bo zamazane, ale to chyba mąż, bo pod Słońce stoi i też jakoś tak niewyraźnie widać... WAGA 23.09—23.10 Wciąż marzysz o wielkich sukcesach, miłosnych uniesieniach, górach pieniędzy i sławie. Wszystko to spełni się 26 października po śniadaniu. Jak co dzień wstaniesz i zrobisz sobie kanapkę z serem. Przy trzecim kęsie kanapka rozbłyśnie, a ser zamigoce — wtem cały twój świat zmieni się nie do poznania. Niewiarygodne? Większość rzeczy, w które wierzysz, ma zerowe prawdopodobieństwo, więc co za różnica? Ciesz się, że nie jesteś spod Ryb! SKORPION 24.10—22.11 Uprzejmie informujemy, że z dniem 1.10.2010 roku konstelacja Skorpiona została oddana do gruntownej przebudowy. Specjalna komisja do spraw zodiakalnych pozytywnie rozpatrzyła wniosek o przesunięcie znaku o jeden dzień, na 25 października, tak aby nie kolidował on z imieninami Hortensji i Salomona, gdyż ci Państwo po prostu sobie tego nie życzą. Znak zostanie oddany do ponownego użytku w grudniu po południu. STRZELEC 23.11—21.12 Z uwagi na dużą dozę agresji i nieuzasadnionej przemocy w nazewnictwie znaku Strzelec i wynikających z tego protestów licznych środowisk promujących pacyfizm, turpizm, homoseksualizm i reumatyzm komisja do spraw zodiakalnych postanowiła zmienić jego nazwę. Niniejszym wszyscy urodzeni między 23 listopada a 21 grudnia są spod Dupy. musli magazine


WSKI J LES IAKO NDRZ E RYS. A

{

>>słonik/stopka

}

MUSLI MAGAZINE redaktor naczelna: Magda Wichrowska zastępca redaktora naczelnego: Szymon Gumienik art director: wieczorkocha redakcja: Agnieszka Bielińska, Marcin Górecki, Gosia Herba, Aleksandra Kardela, Natalia Olszowa, Ania Rokita, Marek Rozpłoch, Ewa Sobczak, Arkadiusz Stern, Maciek Tacher, Kasia Taras, Justyna Tota współpracownicy: Hanka Grewling, Wiesław Kowalski, Andrzej Mikołajewski, Ewa Schreiber, Paweł Schreiber, Jakub Tota korekta: Justyna Brylewska, Szymon Gumienik, Andrzej Lesiakowski

>>87



Musli Magazine Październik 2010