Page 1

12[34]2012

grudzień

R E L L E K R E T S >>CLO

A R U T L U K P O P >> R E T S N O M W O N S D A E D >>


Dobry powód, by wyjść z domu!

Z

imno się jakoś zrobiło. Wam też? O ile szok termiczny nie dotyka mnie w chwili gdy zima ustępuje wiośnie, to kiedy przekładam ostatnią kartę kalendarza, wzdrygam się na myśl o tym, że najbliższe miesiące spędzę z balastem czapek, szalików, grubych skarpet i rękawiczek. W tak nieprzyjaznych okolicznościach przyrody trzeba mieć dobry powód, by wyjść z domu. Na szczęście w Toruniu o niego nietrudno, o czym przekonacie się, przeglądając dział Wydarzenia. Z pobudek jak najbardziej osobistych i emocjonalnych serdecznie zapraszam Was na premierową edycję Bella Women In Art Frestival, w którą zaangażowała się cała redakcja „Musli Magazine”.

C

iśnienie podniesie Wam też temperatura naszych rozmów. Tym razem przepytaliśmy Anję Orthodox z Closterkeller, Macieja Olbrycha z Popkultury oraz Kamila Kozłowskiego i Sylwestra Wronieckiego z Dead Snow Monster. Dużo emocji dostarczy Wam także grudniowy Portret. Ania Ladorucka prezentuje nieodżałowaną kobietę wulkan — Janis Joplin! Na przekór szarej zimie kilka stron poświęciliśmy modzie! Iwona Stachowska w dziale Zjawisko przedstawia Ściegi, ja tradycyjnie złowiłam ciekawostkę do działu ko_MODA. Tym razem Gość Specjalny Bella Women In Art Festival — Maria Sadowska i jej kolekcja etnicznych bluz! W galerii dwie fantastyczne dziewczyny — Julia Jarmulska i Anna Tea. Jak zwykle w „Musli Magazine” ciekawe felietony, a także relacja naszego redakcyjnego teatromana Arka Sterna z 19. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek SPOTKANIA. A na deser — Marta Magryś i jej świąteczne menu. Smacznego! MAGDA WICHROWSKA

>>2

musli magazine


[:]

>>spis treści

>>2

wstępniak. dobry powód, by wyjść z domu!

>>4

wydarzenia. ARKADIUSZ STERN, ANIAL, MARTA MAGRYŚ, (SY)

>>14

relacja. SPOTKANIA, czyli drenaż wyobraźni. 19. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA ARKADIUSZ STERN

>>16

okiem krótkowidza. wróciłam, czyli co to jest miłość... KATARZYNA TARAS

>>17

gorzkie żale. nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem. ANNA ROKITA

>>18

filozofia w doniczce. meandry pamięci. IWONA STACHOWSKA

>>19

a muzom. myśl niepodległa. MAREK ROZPŁOCH

>>20

porozmawiaj z nią... w troszkę inny sposób Z ANJĄ ORTHODOX (CLOSTERKELLER) ROZMAWIA MAREK ROZPŁOCH

>>30

zjawisko. ścieg się ściele. IWONA STACHOWSKA

>>38

portret. Janis Joplin: jak ćma. ANNA LADORUCKA

>>42

porozmawiaj z nim... wiek popkultury Z MACIEJEM OLBRYCHEM (POPKULTURA) ROZMAWIA WIECZORKOCHA

>>48

porozmawiaj z nimi... teraz czas na nas Z KAMILEM KOZŁOWSKIM I SYLWESTREM WRONIECKIM (DEAD SNOW MONSTER) ROZMAWIA SZYMON GUMIENIK

>>58

fotografia. JULIA JARMULSKA

>>82

nowości [książka, film, muzyka]. (MR), (AS), (AL), ARBUZIA, (SY)

>>85

recenzje [muzyka, film, książka, komiks]. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY, ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI, MAREK ROZPŁOCH, IWONA STACHOWSKA, ANNA LADORUCKA, SZYMON GUMIENIK

>>90

ko_moda. Sadowska Fashion. MAGDA WICHROWSKA

>>92

fotografia. ANNA TEA

>>110

warsztat qlinarny. prywatnie o myszce miki i świętym mikołaju. MARTA MAGRYŚ

>>112

redakcja

>>113

słonik/stopka

OKŁADKA: FOT. ANNA TEA / STRONA 2: IL. ŻANETA ANTOSIK

>>3


>>wydarzenia

grudzień

DARIUSZ BERESKI

GRZECH PIOTROWSKI

MAX CEGIELSKI / FOT. RADEK POLAK

DWÓR ARTUSA

>> >>4

czenie grudniowych atrakcji w Artusie: 17 grudnia recital Janusza Szroma. Inspiracją do powstania programu stały się przeboje polskiej muzyki rozrywkowej z trzech dekad, począwszy od lat 60., w niezwykłych jazzowych aranżacjach. Janusz Szrom wraz ze swoimi muzykami zaprezentuje takie tytuły, jak Wspomnienie, Płonąca stodoła Niemena, Byłaś serca biciem Andrzeja Zauchy, Historia jednej znajomości Czerwonych Gitar i wiele innych.

KAMIL WASICKI

Karina Obara, o oprawę artystyczną zadbają aktorzy toruńskich scen — Krzysztof Zaremba i Jacek Pietruski. Podczas benefisu aktor zostanie odznaczony medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, nadanym przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poezja śpiewana zawsze cieszy się zainteresowaniem artusowej publiczności: 11 grudnia wystąpi Kamil Wasicki — bard, kompozytor i laureat wielu prestiżowych nagród. W Dworze Artusa wysłuchamy utworów z płyty Chwyć mnie za rękę. Artysta zaprezentuje autorskie kompozycje, których charakterystyczną cechą jest umiejętne ujęcie w poetyckim słowie zjawisk na pozór prostych i oczywistych. Przed koncertem rozstrzygnięty zostanie Plebiscyt Kulturalne Krawaty organizowany przez portal www.kulturalnytorun.pl. Boże Narodzenie coraz bliżej — zatem nadszedł czas na wysłuchanie kolęd i pastorałek, i to bardzo oryginalnych, gdyż wykona je Kameralny Chór Kaliningradzki, który 12 grudnia wystąpi z programem prezentującym poza bożonarodzeniowymi także tradycyjne pieśni rosyjskie. Na zakoń-

ARKADIUSZ STERN Max Cegielski / spotkanie 1 grudnia / Kafeteria Struna światła

Alienacje / promocja tomiku poetyckiego Dariusza Bereskiego 2 grudnia / Kafeteria Struna światła Dariusz Zaleśny zaprasza / SAXMANIA 2012 4 grudnia / Kafeteria Struna światła

Kamil Wasicki / koncert poezji śpiewanej 11 grudnia / Sala Wielka WYPRAWA NA SPITSBERGEN

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć z wrażeń po Forte Artus Festival, a kolejny ostatni miesiąc roku w Dworze Artusa obfitować również będzie w szereg ciekawych wydarzeń. Na początek (1 grudnia) spotkanie z Maxem Cegielskim, które miało się odbyć podczas Toruńskiego Festiwalu Książki, ale zostało odwołane z powodu choroby reportera. Cegielski należy do grona najciekawszych polskich reporterów młodego pokolenia, pracował jako prezenter telewizji Canal+, współprowadził audycję Masala w Radiostacji. Po podróży do Indii napisał pierwszą powieść pt. Masala (2002), a w późniejszym okresie: Apokalipso (2004), Pijani bogiem (2007), Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu (2009). W Toruniu opowie o swojej ostatniej książce Mozaika. Śladami Rechowiczów. Spotkanie poprowadzi Radosław Rzeszotek. Nazajutrz, 2 grudnia, swój debiutancki tomik poetycki zaprezentuje Dariusz Bereski — aktor Teatru im. Wilama Horzycy i Mistrz Mowy Polskiej Vox Populi 2012. Spotkanie połączone z jubileuszem 25-lecia pracy scenicznej poprowadzi

DARIUSZ ZALEŚNY - SAXMANIA

GRUDZIEŃ W DWORZE ARTUSA

Kameralny Chór Kaliningradzki / koncert kolęd i pastorałek 15 grudnia / Sala Wielka Śpiewnik / recital Janusza Szroma 17 grudnia / Sala Wielka Dwór Artusa

musli magazine


>>wydarzenia PREMIERA

1.12

1.12

TEATR HORZYCY

KLARA KUNY W HORZYCY Iza Kuna, na co dzień aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, doskonale znana z wielu ról filmowych (Dług, 33 sceny z życia, Lejdis, Galerianki, Lincz), jak i seriali (Klan, Na Wspólnej, Barwy szczęścia), także scenarzystka i blogerka, w 2010 roku napisała swoją debiutancką książkę pt. Klara. Tragikomiczny portret współczesnej singielki Klary wciąż szukającej szczęścia. Klara nie ma męża ani dzieci. Za to ma prawie czterdzieści lat, narzekającą mamusię i żonatego kochanka... Wciąż się odgraża, że umrze, kłóci się z matką, odchodzi i wraca do swego Aleksa, i upija się czym popadnie z przyjaciółką Wronką. Losy Klary poznajemy w absurdalnych scenkach, w zabawnym z pozoru pastiszu życiowych seriali i powieści, a tak naprawdę w bolesnej prawdzie o braku porozumienia między ludźmi i naszych obyczajach. Pieprzny język, podobno prawdziwe emocje… O książce mówiono różnie, teraz po mieście chodzą słuchy, że adaptacja sceniczna Klary (Małgorzata Sikorska-Miszczuk) na dużą scenę Teatru im. Wilama Horzycy jest o niebo lepsza. Natomiast na 100 procent wiadomo, że reżyser sprawdzony i powinno się udać.

OD NOWA

Piotr Kruszczyński — znany toruńskiej widowni z Człowieka z Bogiem w szafie (2010), dyrektor Teatru Nowego w Poznaniu — na 1 grudnia przygotowuje prapremierę Klary. Będzie surrealistyczny klimat i absurdalny humor. Będzie kot, który mówi, będą przedmioty w zaskakującym kształcie i kontekście. Będzie i gorzko, i słodko, i strasznie, i śmiesznie. Muzyka Bartosz Chajdecki (Czas honoru), scenografia i video Mirek Kaczmarek (Ofelie w Horzycy, nominowany niedawno do Paszportu „Polityki”) — słowem zapowiada się teatralne wydarzenie! Udział biorą: w roli głównej Anna Kociarz (gościnnie z Teatru Wybrzeże), Małgorzata Abramowicz, Aleksandra Bednarz, Anna Magalska-Milczarczyk, Ewa Pietras, Anna Romanowicz-Kozanecka, Teresa Stępień-Nowicka, Jolanta Teska, Agnieszka Wawrzkiewicz, Łukasz Ignasiński, Paweł Kowalski, Marek Milczarczyk, Tomasz Mycan i Paweł Tchórzelski.

AMATORZY NA DESKACH 1 grudnia dojdzie do konfrontacji twórców amatorów, którzy zaprezentują swoje osiągnięcia artystyczne. Wszystko to w ramach Kataru Teatralnego. Spośród 24 zgłoszeń spektakli dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Animacji Kultury w Toruniu po zasięgnięciu opinii zespołu doradczego zaprosił do przeglądu konkursowego: Teatr Agrafka z Chełmińskiego Domu Kultury w Chełmnie (spektakl Czarno na białym wg tekstu Marty Guśniowskiej, w reżyserii Igi Jambor-Skupniewicz), Teatr Pimpa z Torunia (Złota paproć wg opowiadania Jana Drdy w reżyserii Marii Cynk-Mikołajewskiej), Teatr Przedsiębiorstwo Indywidualnej Groteski z Młodzieżowego Domu Kultury w Toruniu (Nie ja w reżyserii Hany Sierdzińskiej), Teatr Scena Młodych Studio P z Młodzieżowego Domu Kultury w Toruniu (spektakl Drzazgi wg dramatu Szymona Bogacza w reżyserii Lucyny Sowińskiej), Teatr Agnieszki Bień ze Stowarzyszenia Przyjaciół Młodzieżowego Domu Kultury nr 5, Fordońska Piwnica Artmuza 5 w Bydgoszczy (4 x kobieta wg tekstów Dobravki Ugrešic, Argona Sherry`ego, Érica-Emmanuela Schmitta i Arystofanesa w reżyserii Agnieszki Bień), Mateusz Iwiński z Ku-

jawskiego Centrum Kultury w Inowrocławiu (spektakl Wór wg utworu Obena Güneya w reżyserii Elżbiety Piniewskiej), Teatr DoSkutku z Młodzieżowego Domu Kultury w Toruniu (Eryka wg tekstu zespołu w reżyserii Tadeusza Misiaszka), Młodzieżowy Teatr Kant z Młodzieżowego Domu Kultury nr 5 w Bydgoszczy (Złodziej czasu wg tekstu Hanny Engel w reżyserii Anny Filipiak). Informacje na www.woak.torun.pl. ANIAL Konfrontacje Amatorskiej Twórczości Artystycznej Regionu 1 grudnia, godz. 11.00 Od Nowa

>>

ARKADIUSZ STERN

Klara / Iza Kuna reż. Piotr Kruszczyński premiera 1 grudnia 2012 Teatr im. W. Horzycy

>>5


>>wydarzenia

2.12

4.12

OD NOWA

OD NOWA

FOT. KRYSTIAN DRÓŻDŻ

CAFE DRAŻE

FOT. TOMASZ WAWRZYNIAK

od 1.12

STWORY I POTWORY Joanna Sitko jest absolwentką Wydziału Sztuk Pięknych w Toruniu, dyplom obroniła w Zakładzie Plastyki Intermedialnej. Od 2010 roku jest doktorantką Studiów z Zakresu Sztuk Plastycznych oraz studentką VI roku Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki — specjalizacja Papier i Skóra. W pierwszych dniach grudnia na Drażowym piętrze zobaczymy jej wystawę, której eksponaty powstawały w zupełnie przypadkowy sposób na marginesach kartek, rachunkach, zeszytach. Plamy, rozmycia i plątaniny barw stwarzają potworne światy, które mimo wszystko wzbudzają niemałą sympatię. Przekonajcie się sami!

CIEPŁO/ZIMNO

ZIMNO, ZIMNIEJ… BIEGUN!

Zdawać by się mogło, że pod grubą warstwą śniegu, gdy słupek rtęci spada znacznie poniżej zera, nic narodzić się nie może. Tymczasem właśnie w takich warunkach na świat przychodziła najnowsza płyta grupy happysad. Ciepło/ zimno, bo taki jest jej tytuł, powstawała w małym domku ukrytym wśród warmińskich lasów, w najzimniejszych dniach ubiegłego roku. Członkowie zespołu nie kryją, że nigdy wcześniej żadne miejsce nie miało tak ogromnego wpływu na ich twórczość. Czy słychać to na płycie, można było się przekonać 5 września, w dniu premiery wydawnictwa. Jaka temperatura panuje na koncertach — polecamy sprawdzić na własnej skórze. Happysad dokonał paru zmian w brzmieniu, jednak muzycy zapewniają, że fani na pewno się nie zawiodą, a znakiem rozpoznawczym formacji są nadal łatwo wpadające w ucho melodyjne piosenki. W toruńskiej Od Nowie przed happysad zagra grupa Lorein.

>> MARTA MAGRYŚ

Joanna Sitko 1–12 grudnia Cafe Draże

W ramach kolejnej odsłony „Wieczoru podróżnika” będziemy mieli okazję spotkać się z Tomaszem Wawrzyniakiem, wicekierownikiem i meteorologiem XXXIV Ekspedycji Polarnej PAN w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie. To polska, najdalej wysunięta na północ, placówka naukowa prowadząca działalność całoroczną. Wawrzyniak, który spędził na biegunie prawie dwa lata, opowie, jak żyje się w tak ekstremalnych okolicznościach przyrody. Uczestnicy zobaczą zdjęcia będące dokumentacją pobytu naukowca na Spitsbergenie, a także wysłuchają relacji z mrożących krew w żyłach spotkań z niedźwiedziami polarnymi. Tomasz Wawrzyniak poza prowadzeniem badań zajmował się, niejako przy okazji,

obserwacją kultury osadnictwa Svalbardu. Jak mało kto ma wyobrażenie o trudach życia pod biegunem. Wiedzą na ten temat podzieli się oczywiście z uczestnikami „Wieczoru podróżnika”. Wszystkich, którzy chcieliby odwiedzić polski dom pod biegunem, zapraszamy do Od Nowy. Szczegóły na: www. facebook.com/WieczorPodroznikaOdNowa. ANIAL Tomasz Wawrzyniak / Wieczór podróżnika 4 grudnia, godz. 20.30 Od Nowa

ANIAL

happysad 2 grudnia, godz. 19.00 Od Nowa

>>6

musli magazine


>>wydarzenia

KINO POD KOCYKIEM Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła! Tym bardziej zachęcamy do seansów pod ciepłym niebieskim kocykiem. Co do zobaczenia w grudniu? Na pierwszy ogień — Na zawsze Laurence Xaviera Dolana. Dwoje bohaterów wyrusza w dziesięcioletnią podróż, stawiając czoła uprzedzeniom społeczeństwa i najbliższych. Czy nie zatracą własnej tożsamości? Czy nie oddalą się od siebie? Odpowiedź 3 grudnia w Kinie Studenckim Niebieski Kocyk. Dzień później Pokaz Specjalny: The One Minutes. Publiczność zobaczy obrazy nagrodzone podczas Festiwalu Filmów i Form Jednominutowych. Festiwal odbywa się w ponad stu krajach. Polską edycję organizuje Nadbałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku. Formuła filmu jednominutowego idealnie sprawdza się współcześnie, w czasach kiedy na nic nie ma czasu. Jedna minuta, jeden film, wiele bodźców, a wszystko tu i teraz. 17 grudnia Kino Studenckie Niebieski Kocyk zaprasza na Miłość. Złota Palma w Cannes zobowiązuje. Film Hanekego uważany jest za jedno z największych arcydzieł współczesnego kina. Georges i Anne to starsze małżeństwo muzyków. Silny atak, który przechodzi Anne, niesie nie tylko konsekwencje w postaci pogorszenia stanu zdrowia kobiety, ale także wystawienia na ciężką próbę więzów uczuciowych łączących bohaterów. Spragniony świat to film, który pojawi się na ekranie Niebieskiego Kocyka 18 grudnia. W ogromnej większości nie zdajemy sobie sprawy, że co ósmy mieszkaniec naszej planety cierpi z powodu braku dostępu do wody pitnej. Może to dziwić szczególnie w XXI wieku. Podczas gdy my zużywamy ogromne ilości wody, w wielu zakątkach Azji i Afryki jest ona przywilejem dla wybranych. Kino Studenckie Niebieski Kocyk i Polska Akcja Humanitarna zapraszają na pokaz o godz. 18. Wstęp wolny. Dwie godziny później na ekranie Bestie z południowych krain i odpowiedź na pytanie, czy grupa ocalonych z apokaliptycznej powodzi poradzi sobie w starciu z przebudzonymi z tysiącletniego snu bestiami i jaki będzie w tym udział dziewczynki o niezwykłych zdolnościach. Zapraszamy pod kocyk!

>> ANIAL

>>7


ACID DRINKERS / FOT. MAREKKOPROWSKI

CNS / FOT. MATEUSZ BUCZEL

>>wydarzenia

AAA

grudzień LIZARD KING

(AZJA, ANDRUS I ACID DRINKERS) W LIZARD KING Ostatni miesiąc tego roku w Lizard King otworzy koncert zespołu Sztywny Pal Azji, który promuje swoją najnowszą płytę Fiss Pink. To ósma studyjna produkcja w historii grupy, swym klimatem nawiązująca do pierwszych jego płyt. Fani wybierający się na koncert na pewno nie będą zawiedzeni — poza piosenkami z nowej płyty nie zabraknie oczywiście wielkich przebojów zespołu, na stałe wpisanych w kanon polskiego rocka. Artur Andrus to artysta multimedialnie renesansowy. Na co dzień redaktor trójkowej Powtórki z rozrywki, co tydzień gospodarz spotkań w warszawskiej Piwnicy pod Harendą, znany i lubiany konferansjer rożnych spotkań kabaretowych, poeta, autor tekstów piosenek, artysta kabaretowy, komentator Szkła kontaktowego, a także laureat konkursu Mistrz Mowy Polskiej. Myśliwiecka to nazwa ulicy w Warszawie, przy której znajduje się radiowa Trójka i tytuł płyty, na której Artur Andrus śpiewa swoje piosenki. Głównie kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych. Są wśród nich zarówno takie, które są świetnie znane (Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej

Helenie, Cieszyńska), jak i takie, które znane dopiero będą (pieśń Dam ci ptaszka wykonywana przez Chór Męski im. Franka Szwajcarskiego czy punkowo-skinowa Glanki i pacyfki).W koncercie promującym album Myśliwiecka znajdą się nie tylko utwory z płyty, ale również anegdoty, komentarze i wiersze napisane ze swoistą finezją i szczyptą pobłażliwej ironii — oczywiście jak najpiękniejszą polszczyzną! Przed miesiącem miała miejsce premiera nowej płyty Acid Drinkers La Part Du Diable. W Lizard King zespół zagra 9 grudnia i tak zapowiada swój koncert: „stęskniliśmy się za albumem zagranym z dodatkową porcją mięsa. Po zabawowym Fishidicku Zwei wracamy do matecznika. Potańcówka właśnie dobiega końca!”. La Part Du Diable to 11 bezkompromisowych, szybkich i ciężkich utworów, okraszonych sowicie wysokoprocentowym i żrącym kwasem, które przez 50 minut nie dadzą chwili wytchnienia. Jest to 16 album zespołu i pierwszy autorski materiał po znakomicie przyjętym Verses Of Steel, do dziś kojarzonym głównie z osobą śp. Olassa — zmarłego członka grupy. Fani od dawna ostrzą apetyt na riffy zaproponowane przez nowego

>> >>8

gitarzystę Acidów — Jankiela, który dołączył do zespołu 3 lata temu. 14 grudnia w Lizard King usłyszymy kilkanaście piosenek pochodzących z różnych okresów funkcjonowania grupy TILT, a także Brygady Kryzys oraz z solowego repertuaru Tomka Lipińskiego. Znakomity, sprawdzony przez lata repertuar, na który składają się wciąż aktualne przeboje oraz dynamiczna forma koncertowa zespołu i charyzma jego lidera — Tomka Lipińskiego — przyciągają na koncerty rzesze fanów, zarówno tych, którzy pamiętają TILT z dawnych lat, jak i tych młodszych — odkrywających go po raz pierwszy. Na koncertach usłyszeć można m.in. największe przeboje TILT-u, utwory z solowej dyskografii Tomka, z filmów Władysława Pasikowskiego oraz utwory z dyskografii Brygady Kryzys. Contemporary Noise Sexte to formacja założona przez braci Kapsa, wcześniej współtworzących Something Like Elvis. Kujawsko-pomorski produkt regionalny będący naszą marką eksportową prosto z Szubina w Lizardzie zagra 16 grudnia. Ich muzykę można określić jako energetyczny jazz z elementami muzyki filmowej — jednak różnorodność dźwięków nie pozwala jednoznacz-

nie zaszufladkowaćwypracowanego przez muzyków stylu. ARKADIUSZ STERN Sztywny Pal Azji / 2 grudnia Artur Andrus / 4 grudnia Acid Drinkers / 9 grudnia Tomek Lipiński &Tilt / 14 grudnia Contemporary Noise Sextet / 16 grudnia Klub Muzyczny Lizard King

musli magazine


6.12

6.12

8.12

OD NOWA

NRD

OD NOWA

FOT. MACIEJ ZIELIŃSKI

ARTUR ANDRUS / FOT. HONORATA KARAPUDA

>>wydarzenia

SOLO I W DUECIE Chciałoby się powiedzieć trzy w jednym — już 6 grudnia w klubie NRD będziemy mieli okazję posłuchać trzech różnych koncertów w wykonaniu freejazzowego duetu z Norwegii. Jako pierwszy wystąpi Andreas Backer, który mając do dyspozycji jedynie swój głos, zaprezentuje publiczności oryginalną wokalną improwizację z wykorzystaniem całej gamy wokalnych technik i szerokiego wachlarza skal. Drugi na scenie pojawi się Inge W. Breistein — saksofonista. Jego występ będzie składał się z improwizacji wplecionych w partie wcześniej już skomponowane. Wisienką na zaimprowizowanym muzycznym torcie będzie wspólny koncert obu muzyków. Zapowiada się jedyny w swoim rodzaju i pełen niespodzianek wieczór. (SY) Andreas Backer & Inge W. Breistein 6 grudnia, godz. 21.00 NRD

BRODKA, PAULA I KAROL − SIŁY POŁĄCZONE

MIKROKLIMAT

Szykuje się nie lada gratka dla melomanów! Monika Brodka, wspólnie z zespołem Paula i Karol, wyrusza w trasę po największych polskich miastach. To już dwa lata od wydania rewolucyjnej w twórczości Brodki Grandy. Nie chcąc zaniedbywać swoich fanów, artystka zdecydowała się wypuścić na rynek EPkę. Jesienna trasa koncertowa ma związek z promocją najnowszego wydawnictwa zatytułowanego LAX. Paula i Karol również ruszają w kraj z nowym krążkiem — Whole Again. Muzyczne szaleństwo obejmie osiem miast: Rzeszów, Wrocław, Poznań, Łódź, Katowice, Kraków, Warszawę i oczywiście Toruń. Ci, którzy zastanawiają się, dlaczego artyści koncertują razem, powinni wiedzieć, że Monika Brodka, Paula i Karol darzą się sympatią. Dlatego właśnie postanowili połączyć siły. Efekt muzycznej przyjaźni poznamy 6 grudnia w Od Nowie. Mikołajki z Brodką? Brzmi obiecująco!

Szykuje się kolejna muzyczna uczta w ramach cyklu „Od Nowa na obcasach”. Tym razem na scenie toruńskiego klubu zaprezentuje się zespół Micromusic. Zainicjowany przez klub Od Nowa cykl koncertów ma promować charyzmatyczne, utalentowane polskie wokalistki. Tym razem padło na Natalię Grosiak. Twórczość Micromusic to kompilacja kunsztu, melodii i energii. W utworach grupy słychać rock, jazz, trip-hop, a nawet dźwięki przywołujące na myśl muzykę ludową. To, co potencjalnie mogłoby do siebie nie pasować, w twórczości Micromusic idealnie się uzupełnia i współbrzmi. Za tę spójność można „winić” m.in. liderkę zespołu Natalię Grosiak. To nie tylko zdolna wokalistka, ale także autorka tekstów i muzyki. To budujący wyjątek na tle innych rodzimych „piosenkarek”, którym bliższe niż tworzenie jest odtwarzanie. Zespół Micromusic słynie również z zapadających w pamięć koncertów, podczas których powstaje niezwykła więź pomiędzy muzykami a publicznością.

ANIAL

>> ANIAL

Brodka / Paula i Karol 6 grudnia, godz. 19.00 Od Nowa

Mikromusic 8 grudnia, godz. 20.00 Od Nowa

>>9


>>wydarzenia

8-11.12

OD NOWA

KOBIETY W ROLI GŁÓWNEJ 8 grudnia w Od Nowie rusza poświęcony sztuce kobiet Bella Woman In Art Festival. Przed nami cztery dni twórczych doznań. Do Torunia przyjadą kobiety wszechstronne, skandalizujące, diabelsko zdolne — po prostu wyjątkowe. Festiwal będzie okazją do zapoznania się z ich twórczością, lecz przede wszystkim do spotkania z nimi i rozmowy. Bella Woman In Art Festival to także warsztaty dla pań, zajęcia dla dzieci, wernisaże, koncert i — co szczególnie interesujące — pokaz mody. Jednak zacznijmy od początku. W sobotę 8 grudnia w godz. 15.00—18.00 odbywać się będzie akcja „Zabierz dziecko na festiwal!”, w ramach której zaplanowano warsztaty ilustratorskie dla dzieci Dziewczyńskie bajki na dobranoc oraz kolejną atrakcję dla najmłodszych — warsztaty Projekciarnia VOX. Podczas gdy dzieci oddawać się będą beztroskiej zabawie, rodzice zobaczą krótkie metraże Julii Kolberger (Przez dotyk, Trening, Jutro mnie tu nie będzie, Mi mama nie przeszkadza). O godz. 16.00 rozpocznie się także spotkanie z Sylwią Chutnik — kulturoznawczynią, działaczką społeczną, pisarką, autorką m.in. Kieszonkowego

atlasu kobiet i Dzidzi. W tym roku na rynku ukazała się jej powieść Cwaniary o kobietach na własną rękę wymierzających sprawiedliwość. O godz. 17.00 zaplanowano spotkanie z Olgą Wróbel — autorką komiksu Po ciemnej stronie księżyca, natomiast o 19.00 Galę Otwarcia festiwalu i wernisaż wystawy fotografii Ewy Doroszenko To przychodzi z ogrodu. Pierwszy festiwalowy dzień zakończy się spektakularnie — koncertem zespołu Micromusic w ramach cyklu „Od Nowa na obcasach”. Drugi dzień rozpoczną warsztaty plastyczne dla dzieci Kolekcja stworów oraz warsztaty dla dorosłych Fabryka Filcu. O godz. 16.00 rozpocznie się wykład dr Iwony Stachowskiej Wizualne gry z ciałem. Kobieta w roli głównej. Następnie z wykładem Autorki kina polskiego wystąpi dr Katarzyna Taras. O 17.00 organizatorzy zapraszają na projekcję filmu Plaże Agnes, natomiast o 19.00 na spotkanie z dziennikarką i pisarką Anną Dziewit-Meller. Dzień zakończy koncert Marii Sadowskiej — gościa specjalnego festiwalu. W poniedziałek 10 grudnia Maria Sadowska powróci, tym razem objawi się w roli projektantki mody — o godz. 19.00 roz-

>> >>10

pocznie się pokaz mody Sadowska Fashion (na wybiegu pokażą się torunianki związane z kulturą), a tuż po nim panel Moda jako sztuka użytkowa z udziałem autorki kolekcji Marii Sadowskiej, stylistki Anny Deperas-Lipinskiej, fotografki Julii Jarmulskiej oraz blogerki Katarzyny Pawłowskiej. Po panelu Maria Sadowska wystąpi w trzeciej odsłonie. Na ekranie kina Niebieski Kocyk zobaczymy film Demakijaż — składający się z 3 krótkich metraży (reż. Dorota Lamparska, Anna Maliszewska i Maria Sadowska). Po projekcji okazja do spotkania z Marią Sadowską. Ostatni dzień festiwalu zostanie zainaugurowany projekcją filmu Przeznaczone do burdelu. O 18.30 rozpocznie się dyskusja Sztuka, literatura a feminizm. Na koniec Bella Woman In Art Festival odbędzie się projekcja filmu Futro: portret wyobrażony Diane Arbus. Organizatorami są Fundacja Kultura na Pokaz, Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa” oraz Kino Niebieski Kocyk, a sponsorem tytularnym jest Bella. Szczegóły na womeninartfestival.blogspot.com. ANIAL Bella Woman In Art Festival 8–11 grudnia Od Nowa musli magazine


8.12

8.12 CSW

12.12

13.12

PUNKS NOT DEAD

POZNAŃSKIE STANY SAMOTNOŚCI

CAFE DRAŻE

CAFE DRAŻE

NRD

OLGA WRÓBEL

MARIA SADOWSKA / FOT. MICHAŁPAŃSZCZYK

JULIA KOLBERGER

EWA DOROSZENKO

ANNA DZIEWITT-MELLER

SYLWIA CHUTNIK / FOT. WOJETK RUDZKI

>>wydarzenia

MOC ATRAKCJI CSW dla tych starszych i młodszych dzieci przygotowało wiele mikołajkowych atrakcji! Po pierwsze — warsztaty gier planszowych, majsterkowania i decoupage’u, ale także robienia pierników w kartonowej kuchni, recyklingowych ozdób choinkowych i świątecznych kartek. Po drugie — dla tych, którzy jeszcze nie mają pomysłu na świąteczne upominki i chcą wspomóc Mikołaja (Gwiazdora, Dziadka Mroza) — szaleństwo na małym jarmarku m.in. z biżuterią i zabawkami. A o godzinie 13.30 dla wyciszenia artystycznego Kino Centrum wyświetli rodzinny film Renifer Niko ratuje święta. Jeszcze jedną atrakcją będzie możliwość wykonania zdjęcia w świątecznym atelier, które w postaci fototapety będą wisieć w CSW aż do Wigilii. MARTA MAGRYŚ Mikołajki 2012 8 grudnia, godz. 12.00–14.00 CSW „Znaki Casu”

UCZTA NIE TYLKO KINOMANA Jeśli wiecie mało albo zupełnie nic o palestyńskiej kuchni, to Cafe Draże i Stowarzyszenie Nomada zafundują Wam nie lada gratkę! Na początek będziecie mogli nadgryźć filmową rolkę Palestyna od kuchni!, który ukazuje Palestyńczyków zaangażowanych w spożywcze kooperatywy, spółdzielcze markety, oddolne inicjatywy i ekofarmy, które stają się swoistym pokojowym ruchem oporu przeciwko izraelskiej okupacji i neoliberalnej gospodarce. Obraz stanie się konkretnym przyczynkiem nie tylko do dyskusji na temat oddolnych inicjatyw społecznych, palestyńskich problemów kulturalno-politycznych, ale także punktem wyjścia dla podobnych bolączek świata zachodu. Uczty dopełni… uczta! Oczywiście w duchu palestyńskim. Smacznego!

Jeśli lubicie dziwne koncerty, ILINX jest dla Was! Punkowy, queerowy duet sam przedstawia się jako zespół grający muzykę prostą, polityczną, opartą na przyjaźni i w całości robioną przez nich samych. Na koncerty przyjeżdżają autostopem, a gitary pożyczają od przyjaciół. Marzą o squattowaniu na zamku! Kopenhasko-lwowscy muzycy właśnie wydali swoje demo. Wybieracie się? MARTA MAGRYŚ

13 grudnia toruński klub NRD zaatakują uzbrojeni w gitary, bębny i klawisze samotnicy z Poznania. Solitude State jako trio działa od 2011 roku, a narodziło się z wcześniejszego solowego projektu Patryka Grymuzy, który zdążył jeszcze do tego czasu nagrać płytę No Fear (w pełni zarejestrowaną w domu). Obecnie zespół tworzą: Patryk Grymuza (wokal, gitary, instrumenty klawiszowe), Bartłomiej Dziamski (gitara basowa, gitara elektryczna) oraz Damian Pytlik (perkusja, wokal, instrumenty klawiszowe). W muzyce Solitude State można doszukać się kilku gatunkowych inspiracji, m.in. gitarową alternatywą, nową falą, jazzem czy post rockiem. Jeżeli choć jedna z nich trafia w Wasz gust, warto pojawić się w NRD, aby skonfrontować ją z całą resztą. W przygotowaniu płyta!

>>

MARTA MAGRYŚ

ILINX 12 grudnia, godz. 20.30 Cafe Draże

(SY)

Palestyna od kuchni 8 grudnia, godz. 17.00 Cafe Draże

Solitude State 13 grudnia NRD

>>11


>>wydarzenia

grudzień

GUSTOWSKA / KALEJDOSKOP

KOMASA / WEJDŹ,PROSZĘ

WOZOWNIA

POSTSTRATEGICZNE OBIEKTY DO WCHODZENIA Jeszcze do 9 grudnia w Galerii Sztuki Wozownia będzie można obejrzeć wielką wystawę Izabeli Gustowskiej Przypadek Antoniny L…, a już 14 grudnia Galeria zaprasza na otwarcie trzech nowych wystaw! Anna Kutera, absolwentka Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby PWSSP we Wrocławiu, „w swoim najnowszym projekcie pt. POST Gazetowa Miłość sięgnie do mass mediów, a przede wszystkim do kolorowych magazynów, czyniąc z nich materiał dla sztuki. (…) Skojarzenia ze strategią pop-artu są w tym przypadku uzasadnione, jednak w POST Gazetowej Miłości wyraźniej pobrzmiewają echa sztuki konceptualnej i kontekstualnej, co wynika z artystycznych korzeni artystki”. [Karolina Jabłońska — fragment tekstu z katalogu wystawy]. Anna Kutera zajmuje się sztuką multimedialną (film, wideo, fotografia, malarstwo, instalacja i sztuka performance). W latach 1975—1985 prowadziła we Wrocławiu Galerię Sztuki Najnowszej. Wspólnie z Janem Świdzińskim organizowała w latach 1975—1980 międzynarodowy ruch sztuki kontekstualnej, skupiony na badaniu kontekstu realizacji artystycz-

nych, która rozszerzała pojęcia i schematy dominującego wówczas konceptualizmu. Kolejną grudniową wystawę Obiekty do wchodzenia zaprezentuje Karolina Komasa, poznańska artystka, zajmująca się rzeźbą, obiektem i instalacją. Jej projekt będzie zaaranżowany w dwóch odsłonach: pierwsza, którą zobaczymy w grudniu, jest zatytułowana Głowy i stanowi zapowiedź drugiej, większej realizacji. Według artystki głowa jest najważniejszym instrumentem naszego wyposażenia życiowego, a to, co w niej zawarte „stanowi istotną wartość całego dorobku człowieka. Zamknięta w kruchej skorupie twarzy, często nieudanej, codziennie tracącej swój zewnętrzny blask i piękno młodości — otwiera przestrzenie, których zawartość jest niepojęta”. Komasa wydobywa je z ludzkiej egzystencji i nadaje im materialną formę. Tytułem Obiekty do wchodzenia określa ich funkcję — mając świadomość tego, że w trakcie spotkania z nimi w przestrzeni Wozowni odbiorca może na nie wejść lub obojętnie je minąć. W ramach projektu Laboratorium Sztuki. Wielkie mi rze-

>> >>12

czy! — autorskiej galerii prowadzonej wewnątrz Wozowni, której kuratorką jest Maria Niemyjska, swój cykl obiektów Peryferie zaprezentuje lubelski artysta Kamil Stańczak. Wystawa składać się będzie z szeregu niewielkich, precyzyjnie wykonanych miniaturowych makiet przedstawiających zniszczone, porzucone budynki i fragmenty zdegradowanego krajobrazu. W przemyślany sposób oderwane od swojego pierwotnego kontekstu i unurzane w zastygłej farbie tworzą tajemnicze rzeczywistości, zawieszone pomiędzy różnymi trybami kreacji realności. Kamil Stańczak uzyskał dyplom na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie (2004). Pracuje na macierzystej uczelni jako asystent w Zakładzie Malarstwa i Rysunku. Maluje, tworzy obiekty i instalacje. ARKADIUSZ STERN POST Gazetowa Miłość / Anna Kutera 14 grudnia 2012–6 stycznia 2013 Obiekty do wchodzenia / Karolina Komasa 14 grudnia 2012–27 stycznia 2013 Laboratorium Sztuki. Wielkie mi rzeczy! / Obiekty strategiczne / Kamil Stańczak 14 grudnia 2012–27 stycznia 2013 Galeria Sztuki Wozownia

musli magazine


A KUTERA FORUM HUMANUM POST BODY 02 / 2010

>>wydarzenia PREMIERA

15.12

15.12

A KUTERA FORUM HUMANUM DETAL

BAJ POMORSKI PRAPREMIERA

CAFE DRAŻE

PRĘCIK PRZEŚLUGI

PAMIĘCI GRZEGORZA CIECHOWSKIEGO

STAŃCZYK 30

30.12

15.12

TEATR HORZYCY

OD NOWA

Kayah, Maria Peszek, Katarzyna Groniec, Ewelina Flinta, Robert Gawliński, Adam Nowak, Glaca, Grzegorz Turnau, Zbigniew Hołdys, Krzysztof Kiljański, Tymon Tymański, Krzysztof Jaryczewski, Jacek Bończyk, Hey, Myslowitz, Closterkeller, Bracia, Voo Voo, Coma, Agressiva 69, Dezerter, Proletaryat, Kobranocka, Mech, Brygada Kryzys — to niektórzy z artystów, których mogliśmy zobaczyć podczas odbywającego się od kilku lat w grudniu Koncertu Specjalnego Poświęconego Pamięci Grzegorza Ciechowskiego. Kogo zobaczymy na scenie w tym roku? Tradycyjnie nie wiadomo. Organizatorzy zapewniają jednak, że niespodzianek nie zabraknie, a program będzie wyjątkowy. Na pewno do Torunia przyjedzie Mela Koteluk, która odbierze Nagrodę Artystyczną Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego. Szczegóły na www.odnowa. umk.pl oraz www.republika. art.pl. ANIAL

UPADEK PIERWSZYCH LUDZI Iwona Kempa żegna się z Toruniem premierą sztuki Upadek pierwszych ludzi, której autorem jest Antoni Ferency, muzyk, dj, poeta, a prywatnie syn Adama. Tak reżyser pisze o swoim spektaklu: „Biblia i metro. Adam i Ewa, tu: Człowiek i Kobieta, harują w niesprawnych wagonach. Podziemny tunel metra jako biblijny raj. Będą też jabłka i pierwszy pocałunek. Odkrycie nagości i wstyd. Nieposłuszeństwo wobec Zwierzchnika (konstruktora, architekta, Boga…?) i tytułowy upadek. Nowa wersja biblijnej historii. Zabawna, zaskakująca, typowo polska, bo to metro warszawskie z ruskimi wagonami i niesprawnymi bramkami. Znowu wszystko zaczyna się od początku. Tym razem bez nieba i światła, bez roślin i zwierząt, bez węża. Mit raju utraconego pomieszany z realnością współczesnego, podziemnego świata w budowie. Czy to tylko sceniczny dowcip mieszkającego w pobliżu metra Antoniego Ferencego czy może katastroficzna, groteskowa wizja nowego początku ludzkości? A może jedno i drugie?” Scenografia — Mirek Kaczmarek, muzyka — Bartosz Chajdecki. Obsada tajemnicza, miejsce: Scena na Zapleczu.

Tradycja zobowiązuje! Komitet Obrony Zwierząt i Edukacji Ekologicznej oraz Café Draże idą jednak jeszcze dalej niż polska tradycja i pokazują, że wigilia nie tylko może być postna, ale też wege! W programie wielka Weganustacja — szwedzki stół z daniami ze składników roślinnych, pełnowartościowych i zdrowych, a także konkursy i miła atmosfera! Usłysz naprawdę, jak zwierzęta mówią ludzkim głosem! MARTA MAGRYŚ

>>

ARKADIUSZ STERN Koncert Specjalny Poświęcony Pamięci Grzegorza Ciechowskiego 15 grudnia, godz. 20.00 Od Nowa

TRADITION!

W Teatrze Baj Pomorski trwają próby do spektaklu Pręcik Maliny Prześlugi. Młoda dramatopisarka dla dzieci słynie z tego, że podejmuje się trudnych tematów, o których niełatwo rozmawia się z dziećmi. Pewnego dnia w pokoju małej dziewczynki przedmioty (para kapci, budzik, poduszka i miś) toczą zrzędliwie rozmowę o rutynie dnia codziennego. Wszystkie czynności, które wykonują, wydają im się nużące i niezwykle męczące. W nietęgich nastrojach oczekują początku dnia dziewczynki. Zaczynają się nawet cieszyć, że może mają dziś wakacje. Z czasem narasta w nich jednak niepokój. Czy wyjechała? Zapomniała o nich? A może dorosła? Jedynie wierny miś, zapodziany gdzieś pod łóżkiem, widział, co zaszło w nocy… A czym jest zatem tytułowy Pręcik? Łysy Joe — mądry, pluszowy miś — tłumaczy, że to takie urządzenie w środku człowieka, które świeci i błyska kolorami, gdy jesteśmy zdrowi i szczęśliwi, gaśnie zaś wtedy, gdy chorujemy i jesteśmy smutni. Szeptane przez misia zaklęcia powodują, że Pręcik, który już prawie zgasł, zaczyna nieśmiało świecić. Pręcik będzie opowieścią o sile miłości i przywiązania, z których zaczynamy sobie zdawać sprawę dopiero wtedy, gdy kogoś tracimy. Historia to nietypowa, bo opowiedziana z perspektywy przedmiotów. I też teatr przedmiotu będzie tu jedną z wiodących konwencji teatralnych. Zbigniew Lisowski, reżyser przedstawienia, pozostawił otwarte zakończenie opowieści, widzowi oddając jego interpretację. Druga część spektaklu opowiedziana będzie językiem realizmu magicznego i szaleństwa wyobraźni tak bliskiego dzieciom.

Upadek pierwszych ludzi / Antoni Ferency reż. Iwona Kempa premiera 15 grudnia 2012 Teatr im. W. Horzycy

Wigilia w Cafe Draże 15 grudnia, godz. 18.00 Cafe Draże

ARKADIUSZ STERN Pręcik / Malina Prześluga reżyseria i scenografia: Zbigniew Lisowski muzyka (grana na żywo): Rafał Skonieczny prapremiera: 30 grudnia 2012 Teatr „Baj Pomorski” w Toruniu >>13


SPOTKANIA, czyli drenaż wyobraźni

„Wyobraźnia to jest umiejętność widzenia suchej buły jako buły z masłem” — napisał Jerzy Pilch w Bezpowrotnie utraconej leworęczności. Niech nikt jednak nie myśli, że przygotowanie festiwalu teatrów lalek skierowanego wyraźnie do widzów z bujną wyobraźnią jest sprawą tak prostą jak bułka z masłem. Tu zawsze ktoś zobaczy nie to, co widzą inni, tu ocena dzieła obejrzanego spotka się z bardzo skrajnymi odczuciami, bo przecież często „liście z drzew spadają masłem na dół”. Tak też się stało podczas 19. edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek SPOTKANIA w Baju Pomorskim. Przez tydzień magiczna szafa codziennie wysuwała kolejne z czternastu konkursowych szuflad, pełnych niespodzianek, które tak mocno zaskakiwały dzieci i dorosłych środkami wyrazu, scenografią i zastosowaniem multimediów, że reagowali nieprzewidywalnie. Dorosłym podobało się to, co teoretycznie powinno dzieciom, a najmłodsi nie zawsze nadążali za tym, co w założeniu miało pasować do ich wieku. Tak oto utrzymany w mrocznej konwencji baśni braci Grimm mistrzowski monodram berlińskiej aktorki Mo Bunte Ptak Znajda z Kranewit Theater zachwycił umieszczeniem fragmentów pacynek na całym ciele odtwórczyni, które choć przeraziły >>14

musli magazine

(1) ANIMA BLU, FOT. CLAUDIA FABRIS / (2) BALLADYNY I ROMANSE, FOT. FILIP LUPA / (3) MERLIN PUPPET THEATRE, DOMY KLAUNÓW / (4) SPRAWA DANTONA, FOT. BARTEK WARZECHA / (5) MIKROKOSMOS,WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY

{

>>relacja


>>relacja

rodziców, to u dzieci wywoływały szczery śmiech (nagroda dla najlepszej aktorki Festiwalu oraz laur Jury ZASP za kreację artystyczną w dziedzinie animacji lalkowej). Z kolei zdobywcy Grand Prix SPOTKAŃ — Tam Teatromusica z Padwy, którzy pokazali dwa przedstawienia dla dzieci od lat 8: Picablo i Niebieska Dusza/Anima Blu, wyczarowujące światy Picassa i Chagalla, chyba za wysoko postawili poprzeczkę wyobraźni polskim dzieciom. Wprawdzie „stworzyli piękny deskrypt poświęcony dwóm wielkim artystom XX wieku i znaleźli ekwiwalent sceniczny dla ich sztuki malarskiej, oraz celnie użyli środków multimedialnych” (fragment uzasadnienia werdyktu Jury Profesjonalnego), ale niespecjalnie dotarli do wyobraźni uczniów szkół podstawowych, którym zwyczajnie zabrakło plastycznej wiedzy. Po przedstawieniu słyszałem wiele pytań młodych widzów o… treść, okazało się bowiem, że bez podstawowych wiadomości o kubizmie, eksperymentach z perspektywą, o historii powstania choćby Guerniki Picassa czy znajomości sztetlu Chagalla spektakle te były dla dzieci tylko genialnie ożywionymi obrazami. Pomysł wspaniały: my dorośli oglądaliśmy je z zapartym tchem, bawiąc się wyobraźnią z dwojgiem aktorów rysujących akcję i animujących na naszych oczach wyświetlane obrazy za pomocą przyrządów do tworzenia ruchomych grafik komputerowych. Zamalowywanych, odkręcanych i wybarwianych — aż do imponującego wizualnie finału, w którym za pomocą świecących czujników motion capture aktorzy namalowali na ekranie swój taniec. Tylko żal było dzieci… Oba widowiska wyraźnie pokazały przepaść w edukacji artystycznej pomiędzy uczniami włoskimi i polskimi. Ale nie ma się czemu dziwić: gdy nad rzeką Bacchiglione na pierwszych stronach gazet pojawiają się artykuły o renowacji obrazów, to nad Wisłą uczniowie mają tylko godzinę plastyki w tygodniu. Najmłodszym wyraźnie bardziej spodobała się klasyka O rybaku i złotej rybce warszawskiego Teatru Guliwer (główna nagroda Jury Dziecięcego). Spektakl, na który bardzo czekałem — Domy klaunów greckiego Merlin Puppet Theatre, otrzymał tylko wyróżnienie Jury Profesjonalnego „za nadanie sugestywnej formy niepokojom współczesności”. Rzeczywiście sugestywnej, i to bardzo; nie tyle poruszającej wyobraźnię publiczności, ile docierającej do jej prywatnych doświadczeń — jak choćby w wypadku tego widza, który w środku spektaklu dostał ataku histerycznego śmiechu (czy innego, który chciał wyjść już po pierwszej scenie). Rozumiem skrajne poruszenie dosłownością turpistycznego przekazu w makabrycznych sekwencjach (bez logicznego ciągu przyczynowego), z być może nieprzyswajalną dla niektórych ironią, niczym gilotyna tnącą w naszych głowach powtarzalną codzienność. Jednak szkoda, że Jury nie doceniło w tym spektaklu genialnej scenografii z ożywianiem jej obiektów, dopracowanej do absolutnego szczegółu i zmienianej w minutę przez parę aktorów po kolejnych scenach. Nagrodę za oprawę plastyczną przedstawienia Jaś i Małgosia (Teatr im. H. Ch. Andersena z Lublina) i zastosowanie w teatrze nowoczesnej techniki 3D otrzymał Pavel Hubička. Przy tym nie chodzi tu o świat 3D cyfrowy, ale realny, który ze wszystkich stron otoczył małych widzów i ich zachwyconych rodziców. Zamknięci w świecie

bardzo nietypowej Baby Jagi (tu ubranej w skóry i czerwone boa Cioci Jadzi — chyba uciekła prosto z „Moulin Rouge”…), byliśmy wręcz częścią przedstawienia ze wspaniałymi partiami wokalno-tanecznymi, „efektami” specjalnymi oraz… obrotową sceną, którą także zauważyła kapituła The Kalesons („nagroda dla Family Drozd — ekipy technicznej za perfekcyjne kręcenie sceną obrotową w ekstremalnych warunkach”). Dawno nie widziałem, by spektakl tak mocno wciągnął małych widzów w akcję. To zasługa Zbigniewa Lisowskiego, dyrektora Festiwalu i reżysera widowiska, które do końca trzymało wszystkich w szalonym napięciu. Podczas SPOTKAŃ swoje miejsce na teatralnym tronie potwierdziła także młoda reżyser Magdalena Miklasz. Dzięki wyjątkowemu talentowi, wizjonerskości, wrażliwości i wspaniałemu prowadzeniu aktorów od kilku sezonów zbiera ona hołdy krytyków; Kafkowską Przemianą wygrała w 2011 roku w Toruniu Pierwszy Kontakt, a podczas tegorocznych SPOTKAŃ zachwyciła scenicznym artyzmem w spektaklu Teatru Malabar Hotel Sprawa Dantona. Samowywiad według dramatu i… listów Przybyszewskiej, stosując absolutnie zaskakujący (po świetnej adaptacji Jana Klaty) ambalaż. W konflikcie autorki (świetna i współczesna Anna Stela) nad powstającym dziełem, który wywrócił do góry nogami cały kontekst polityczny francuskiej rewolucji, pośrednio chowając go za kulisy, za ścinane głowy lalek, karykaturalne maski i precyzyjne zamieszanie. Także w potknięciach językowych (bo dzieło przecież dopiero powstaje!) i przede wszystkim w rewelacyjnych kreacjach aktorskich. Jedną z nich — Marcina Bikowskiego (Danton i Robespierre razem) — Jury uhonorowało główną nagrodą. Brak miejsca nie pozwala na szczegółowe omówienie wielu innych świetnych spektakli pokazanych na SPOTKANIACH. Jak choćby Damy Pikowej Grodzieńskiego Regionalnego Teatru Lalek, który na koniec wprowadził nieco wschodniego zamieszania z językiem rosyjskim, ale też pokazał kunszt wielkiej aktorki Larisy Mikulich, cudowną animację lalek i — jak się okazało — najlepszą reżyserię: Olega Żiugżdy. W pamięci pozostaną wizualnie bajeczne Mikrokosmos Wrocławskiego Teatru Pantomimy i Baron Münchhausen Teatru Baj Pomorski; zawiodły manieryczny Wnyk Opolskiego Teatru Lalki i Aktora oraz zagmatwana Nicość lub milczenie Becketta z Portugalii. Głośna Turandot Pawła Passiniego nie poruszyła tak jak na ubiegłorocznych Prapremierach (chyba z racji wystawienia spektaklu na scenie pudełkowej), za to rewelacyjnie rozbawił widzów Festiwalu Zespół Inicjatyw Oddolnych! Warto było doprowadzić do tego drenażu fantazji — za sprawą różnych sposobów czytania klasyki oraz spektakli autorskich, które także wspaniale wykorzystywały nieograniczone możliwości technologii multimedialnych. Każde przedstawienie uruchamiało w widzach różne pokłady wyobraźni. Teraz pozostaje tylko zastanawiać się, jak dobrze może być za rok — na jubileuszowych 20. SPOTKANIACH. ARKADIUSZ STERN 19. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA Teatr Baj Pomorski 13–19 października 2012 >>15


>>okiem krótkowidza

Wróciłam, czyli co to jest miłość... >>

Katarzyna Taras

Niezależnie od siebie dwaj reżyserzy zatytułowali swoje filmy Miłość. Obrazy oprócz tytułu łączy inspiracja — podobno zostały z życia wzięte. Hanekego ponoć, jak mi to objawił dobrze poinformowany student (a studenci zawsze wiedzą lepiej) zakochany w kinie przewrotnego Austriaka, zaniepokoiło nastawienie współczesnego społeczeństwa do ludzi starszych. Film Fabickiego wyrasta z olsztyńskiej opowieści o tym, że ktoś kogoś molestował. Zapowiadało się kino interwencyjne, a dostaliśmy dwie piękne i arcywzruszające opowieści o tym, co w tytule. O miłości, którą obydwaj reżyserzy definiują tak samo: jako brak zgody na cierpienie kogoś, kogo się kocha (albo kochało), w każdym razie kogoś, kto może nie jest już tym kimś najbardziej pożądanym, ale na pewno ważnym. Bo miłość to również dobre wspominanie. I Hanekego, i Fabickiego interesuje sytuacja, kiedy po motylach w brzuchu nie ma śladu, kiedy bycie razem to już rytuał, a nie wybór. Obie Miłości to filmy pozbawiające złudzeń, to filmy dla dorosłych. Fabicki burzy mit małżeństwa jako przystani, detalicznie pokazuje, co by było, gdyby Romeo i Julia nie umarli, a musieli ze sobą żyć. Ponoć jest coś takiego jak syndrom Romea i Julii, przekleństwo spełnionego życzenia, by żyć we dwoje. Dopiero wtedy zaczynają się schody, przy których przekradanie się do ukochanego, czekanie cały dzień przy telefonie, kompulsywne odświeżanie poczty, bo przecież TEN mejl musi przyjść, to szum skowronka i śpiew strumyka. Dopiero wtedy uczymy się, czym jest miłość i czym różni się związek od romansu. Romans to przyjemność bez zobowiązań, możemy się zdobywać, uwodzić, ale żyć bez siebie potrafimy, wzajemnie się inspirujemy albo wmawiamy siebie, że się inspirujemy, w każdym razie oddychamy osobno. Fabicki i autor jednych z ciekawszych zdjęć w polskim kinie ostatniego sezonu Piotr Szczepański (biele, niebieskości ujawniające, że tutaj wszystko się już wypaliło, bo trudno żeby nie, tylko nastolatki wierzą, że stan z miesiąca miodowego wiecznie trwa) pokazują fazę po weselnych dzwonach, po osiągnięciu stabilizacji. Chapeau bas zwłaszcza za pokazanie różnicy między tym, jak kocha kobieta, a jak mężczyzna. Za przypomnienie, że to, co romansowi dodaje pikanterii, niszczy związek… Że Szekspir był (uwaga!, banał i oczywistość) genialny, gdy pisał „green eyed monster”.

„ >>16

Maria (Julia Kijowska) i Tomek (Marcin Dorociński) mają dom, pracę, za chwilę urodzi im się córka. Z zewnątrz wszystko wygląda idealnie. Właśnie — z zewnątrz. I Haneke, i Fabicki wyraźnie wskazują, że aby ocenić czyjś związek, trzeba w nim być. Koniec. Kropka. Nie ma sensu gadanie o tym, co widać, co które i komu powiedziało. Intymność kogoś innego niż ja jest nie do zmierzenia. Związek zaczyna się wtedy, gdy zamiast tylko o swojej mówimy o naszej intymności. Romans to intymność wysztyftowana, kontrolowana, to ujawnienie tylko tego i tylko tyle, ile się chce, dajemy tyle, ile się nam opłaci. Te wszystkie rady i wskazówki — „Nie odsłaniaj się do końca”… Związek to właśnie odsłonięcie się, to — owszem ryzykowne — pozwolenie sobie na bycie autentycznym i jednocześnie zachwycenie się czyjąś autentycznością. Kruchą, niedoskonałą, kłopotliwą, niepiękną. (Dobrze jest usłyszeć „Najbardziej kocham cię wtedy, kiedy coś cię boli albo coś ci nie wyszło, bo jesteś wtedy taka krucha, taka ludzka”). Piękną tylko dla nas. Albo się w to wejdzie, albo nie. Jeśli się w to wejdzie, to nie ma mowy o poświęceniu. Miłość wyklucza poświęcenie. Zmieniamy pieluchy dzieciom, a w pewnym momencie rodzicom, bo kochamy. Sprzątamy wymiociny. Dajemy się oblewać marchwianką. To nie jest heroizm, to miłość. Możemy być poirytowani, śmiertelnie zmordowani i zniechęceni, ale trwamy, bo kochamy. Jesteśmy przy tym kimś — jak u Hanekego, albo przy kimś najbliższym temu, kto nam jest najbliższy — jak u Fabickiego, w ostatniej chwili, a nawet — szczególnie w ostatniej chwili. Bo miłość to dawanie czegoś tak nieobecnego w świecie, w którym żyjemy, jak błogość. A jak zmierzyć błogość? Błogo jest wtedy, gdy spada nam na głowę meteoryt, a my cały wszechświat mamy w nosie. Fabicki i Haneke pozbawiają nas poprawiającego samopoczucie przekonania, jak doskonałym tworem jest człowiek, ale jednocześnie dają nadzieję, że ten niedoskonały twór ma zawsze, wszędzie i we wszystkich okolicznościach szansę na doskonałość. Bo może kochać. Bo kochał. I to tak, że kogoś przedłożył ponad siebie. I to jest miłość, a nie tam jakieś motyle w żołądku. Motyle są niezdrowe (zwłaszcza jeśli jest się wegetarianinem) i dobre dla pensjonarek.

musli magazine


>>gorzkie żale

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem >>

Anna Rokita

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że w dużej mierze nie rozumiem świata, który mnie otacza. I nie chodzi o to, że góruję nad wszystkim, jestem ponad, alternatywna i hipsterska. Po prostu czasem nie wiem zwyczajnie o co biega. Możliwe, że jest to kwestia kulejącej, a raczej pełzającej, wyobraźni i myślenia abstrakcyjnego na poziomie ameby. Przy czym w tej umysłowej i emocjonalnej indolencji nie ograniczam się do jednej dziedziny życia. Nie rozumiem, dlaczego ludzie narzekają na rządzących, a głosują wciąż na tych samych cwaniaczków. Niektórzy z polityków w swej podłości mają choćby tyle przyzwoitości, że nie udają, iż są kimś innym — inni zmieniają barwy partyjne, licząc na to, że zawsze gdzieś uda im się wcisnąć. Jakkolwiek by nie zrobili, zawsze uda im się nabrać zdecydowaną większość na zmianę poglądów, zasad, garnituru, partii. A może głosując, konstatujemy, że lepiej jest, gdy w politykę bawią się ci, którzy się już wcześniej nachapali, bo przecież nie ma sensu dać nachapać się ich potencjalnym następcom. Zło, z którym jesteśmy oswojeni, przestaje spędzać nam sen z powiek. Tak sobie patrzę: PO, PiS, SLD, PSL — ciągle te same gęby, którym znów udało się zakpić z wyborców. Jaką mamy alternatywę? Palikota i jego towarzystwo z łapanki? Nie, dziękuję. Chyba nigdy nie przestanie mnie zastanawiać, dlaczego tak się dzieje. A może po prostu, tak po polsku, musimy mieć na co narzekać? Istnieje też inne wytłumaczenie — porządni ludzie nie zajmują się polityką. Jeśli tak, to do wyboru mamy albo tych nieporządnych, albo tych, którzy nic nie potrafią. A niekiedy nawet dwa w jednym. Znów wybór między kiłą a rzeżączką. Kolejną dziedziną, której nie rozumiem, jest sztuka. W różnych wydaniach. Nie wiem na przykład o co chodzi we współczesnej „modnej” muzyce. Wykastrowany wyjec w szalu i przyciasnych spodniach w niegodnym kolorze pohukuje do trzasku, brzęku, pisku produkowanego przez jemu podobnych — taki zespół ma największą szansę zaistnieć na rynku muzycznym i zyskać uznanie młodego odbiorcy. Co tam melodia, tekst, umiejętność śpiewu i gry na instrumentach — słuchacz się nie

połapie. Ba!, uzna nawet, że tak ma być. A za chwilę myślę, że może jest w tej niezrozumiałej, odbieranej przeze mnie w kategoriach bezładu, twórczości jakaś głębia, treść ukryta, szczypta czegoś, co pozwala z pola BYLE CZEGO przeprowadzić abordaż na terytorium CZEGOŚ. Malarstwa też nie rozumiem. Raczej będę naśmiewać się z kółek, kwadratów i innych mazów, za pomocą których artysta się rzekomo wyraża, zamiast snobować się na wernisażach i udawać, że wiem, co ów artysta miał na myśli. Nie mam kwalifikacji, by dorabiać ideologię do czarnej kreski na białym — dajmy na to — tle. Chyba prosta ma konstrukcja sprawia, że w malarstwie zachwyca mnie tylko to, co dopowiedziane i wizualnie zachwycające. Wolę nie zagospodarowywać pola do interpretacji. Jest jednak coś znacznie gorszego w szufladzie z napisem „sztuka”, co z angielskiego nazwiemy performance. „Wykonanie, przedstawienie” — podpowiada słownik, podczas gdy na usta ciśnie się słowo „pokaz”. Ludziom się wydaje, że każdy szanujący się obywatel świata powinien parać się sztuką. I tu dochodzimy do momentu, gdy sytuacja artystyczna niczym się nie różni od pokazu garnków Zeptera. Jakże często nadrzędną zasadą artystów jest: „Im mniej ludzi będzie wiedziało o co nam chodzi, tym jesteśmy fajniejsi”. Tymczasem prezenterzy garnków lub mat masujących są o wiele bardziej łaskawi dla odbiorców. Nie wiesz — to cię oświecą! Bardziej też należy się im uznanie za to, że robią to dla pieniędzy, a nie dla sławy czy zaszczytów, by pławić się w kisielu wspaniałości, o którą siebie podejrzewają. Niech każdy sobie robi co chce i lubi co lubi, ale może lepiej nie zaśmiecać sobie głowy niektórymi sprawami, nie upalać się, nie snuć się po mieście w poczuciu bycia artystą lub alternatywnym kimś tam? Czyż nie fajnie jest być ograniczonym? Czyż życie nie jest prostsze, gdy nie spuszczamy się nad gównami? Czy jest lepsze? Nie wiem, ja nie narzekam.

>>17


>>filozofia w doniczce

Meandry pamięci >>

Iwona Stachowska

Zgłębiając ukryte przed powierzchownym oglądem zaplecze antykwariatów, ów zapomniany asortyment drugiej kategorii umieszczony w tylnym rzędzie, schowany w cieniu bardziej poczytnych tytułów, natknęłam się na dobrze mi znaną czarną okładkę z charakterystycznym rysem drzew i sympatycznym głównym bohaterem w czerwonym trzewiku. Na kolejnych stronach odnalazłam inne znajome twarze — sowią parę i uczoną wronę w lekarskim kitlu. Cała sytuacja podziałała na mnie jak magdalenka Prousta. Przywołała wspomnienia, wraz z którymi powróciły konkretne smaki, zapachy i obrazy. W jednej chwili znalazłam się w swoim dziecinnym pokoju i poczułam niesamowitą ekscytację, która zawsze towarzyszyła mi przy lekturze przygód wróbelka Elemelka. Wówczas napięcie było ogromne, choć fabuła daleko odbiegała od wątków sensacyjnych. Co więcej, o zaskoczeniu właściwie nie mogło być mowy, bo każde słowo było dokładnie zapamiętane. Ale dziecięca logika kieruje się własnymi regułami. Natomiast dzisiaj nie potrafiłabym przywołać ani jednej historii Elemelka. Zupełnie jakbym wyparła z pamięci treść. Coś jednak zostało — obrazy, które pomimo upływu lat nie straciły na intensywności. Kartkując książkę, zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia, komu zawdzięczam ten wizualny bagaż. Bo czy zastanawialiście się kiedyś, kto jest autorem ilustracji do książek, w których zaczytywaliście się w dzieciństwie? Kim są kreatorzy naszej wyobraźni? Czyje obrazy pamiętamy? Tak to już jest z wizualną stroną literatury, że autorzy rysunków zazwyczaj pozostają anonimowi, schowani za postacią pisarza. Ich imiona i nazwiska uświadamiamy sobie najczęściej dopiero wówczas, gdy odwiedzamy wystawy, przeglądamy katalogi. A szkoda, bo zazwyczaj są to wybitni artyści. Zdzisław Witwicki (O wróbelku Elemelku), Józef Wilkoń (Wyprawa Tapatików), Franciszka Themerson (Tańcowała igła z nitką), Janusz Stanny (Lis Przechera). Tak przedstawia się lista moich prywatnych wizualnych inspiratorów. „Żyjemy z obrazami i rozumiemy świat w obrazach” — przekonuje Hans Belting i trudno odmówić mu racji. Bitwę pod Grunwaldem oglądamy oczami Jana Matejki bądź Aleksandra Forda i szczerze wątpię, byśmy kiedykolwiek wyzwolili się spod wpływu tej symboliki, która zyskała już status pamięci zbioro-

„ >>18

wej, a tym samym została zaprzęgnięta w ramy kolektywnej pamięci kulturowej (wprawdzie ograniczonej do rodzimego poletka, ale już nie tylko osobistej). Uzupełniając słowa Beltinga, należałoby dodać, że w ślad za życiem i rozumieniem idzie jeszcze panowanie, pozostajemy bowiem we władzy obrazów i ten felieton jest tego najlepszym dowodem, bo moja myśl biegnie w nim lekko chaotycznym torem wizualnego zapisu pamięci. Teraz na przykład kieruje moją uwagę w stronę Międzyna rodowego Instytutu Konserwacji, Archiwizacji i Dystrybucji Pamięci Osób Trzecich (IICADOM), powołanego do istnienia przez belgijskiego artystę Jaspera Rigole. Realizowany przez niego projekt jest prosty, a mimo to odkrywczy i niezwykle inspirujący. Rigole zbiera pozostawione na strychach, porzucone na śmietnikach, odnalezione na pchlich targach amatorskie taśmy filmowe, prywatne fotografie, konkretne przedmioty, a następnie montuje z nich materiał, który stanowi swoistą mapę ludzkich wspomnień. Mieliśmy okazję naocznie skonfrontować się z efektem jego działań kilka lat temu w toruńskim CSW przy okazji wystawy „Przeszłość jest obcym krajem”, na której prezentował pracę Przywrócony raj (Paradise recollected). Pamiętacie? Jeśli nie, to zachęcam do wyszukania, skompilowanego na bazie archiwalnych taśm znajdujących się w zbiorach IICADOM, teledysku grupy The Violent Husbands. ‘t is Kerstmis (It is Christmas Time) to przedsmak tego, czym zajmuje się Rigole, a przy tym znakomita przedświąteczna przystawka, która z pewnością przywoła niejedno gwiazdkowe wspomnienie.

musli magazine


Myśl niepodległa >>

>>a muzom

Marek Rozpłoch

Zaniepokoiło mnie ostatnio pojawienie się paru zjawisk. Zjawisk, które w pewnym sensie mógłbym uznać za pozytywne, bowiem nie tylko tworzą w inteligentny sposób nową jakość, ale i zmuszają do spojrzenia na zastaną rzeczywistość z odmiennej perspektywy (co zawsze powinno być wartościowe). Jednak kierunki, jakie wyznaczają te zjawiska, rodzą moje wielkie obawy… A równoległe ich występowanie — zapewne bez wzajemnej głębszej świadomości (choć nie dam głowy) — niepokoi. Zacznę wyjątkowo bezczelnie — od wplecionej w felieton recenzji książki, której nie czytałem i której ani tytułu, ani nazwiska autora nie podam. Powiem tylko, że autor jest moim rówieśnikiem, co sprawia, że nie czuję się tak, jakbym próbował obalić jakiś wielki autorytet wyprzedzający mnie o parę pokoleń; i nie obalić, tylko życzliwe doradzić — by ów pan zadał sobie pytanie, czy w taki właśnie sposób chce dalej iść przez swe intelektualne życie. Jeśli tak, to trudno — jego wybór… Obalać za to chce on — pewien pogląd uznany przez naszą tradycję, zrodzoną ze sprzeciwu, walki i ofiary lat zmagań z reżimem hitlerowskim. Uznajemy powszechnie, że wybór, którego dokonało państwo polskie, ogłoszony w wiekopomnym wystąpieniu sejmowym przez ministra Becka, był wyborem najsłuszniejszym. Autor książki — znanej mi nie z plotek, ale paru artykułów w szacownych pismach — chce ten wybór podważyć i zastanowić się, czy dla dobra Polski, dobra mieszkających w niej Żydów, a nawet i całej Europy Środkowo-Wschodniej, nie byłby lepszy sojusz z Hitlerem. Przeciwko ZSRR, który miałby dzięki takiemu sojuszowi zostać pokonany. Nawet jeśli tyle dobra spłynęłoby na naszą ojczyznę, to czy nie byłby ów wybór z samej natury potencjalnego sojusznika niewybaczalną kompromitacją moralną naszego kraju? Sojusz z reżimem skrajnie rasistowskim, antysemickim, dzielącym ludzi na nadludzi i podludzi… Sojusz z dyktatorem, który traktował czysto instrumentalnie niemal każdą drugą stronę dialogu… Jak na ugodach z Hitlerem wyszli uczestnicy konferencji monachijskiej? I inni? Czy można uznać, że jakikolwiek kraj nie był, niezależnie od okazywanego mu powierzchownego szacun-

ku, skazany na bycie w potencjalnej zwycięskiej dla III Rzeszy przyszłości wasalem oczyszczonej z wszelkich ideologicznych, kulturowych i biologicznych brudów rasy germańskiej... Czysty horror. A co by było, gdyby Polska, sojuszniczka Hitlera, przegrała razem z nim wojnę? Czy kiedykolwiek by się z tego otrząsnęła. Odpowiadam: nie otrząsnęłaby się. Dlatego nie chcę tej książki promować ani bezpośrednio jej przywoływać, a raczej wyrazić zaniepokojenie pytaniami, jakie wywołała. Ale doceniam wkład pracy, troskę o ojczyznę i odwagę intelektualną. Tylko czy na pewno w tę stronę powinny one dalej autora prowadzić? Czekam na książkę tego pana, której nie będę obawiał się wziąć do rąk. Obawiam się za to ujawnić w pełni kolejne zjawisko, które fascynuje, ale i zatrważa. Zatrważa mnie bowiem popularność świeżo zrodzonego neologizmu „judeosceptycyzm”. Podziwiam twórcę: przemyślnie rozplątał on węzeł gordyjski, którego stłamszeni dotychczas „judeosceptycy” nie byli w stanie rozsupłać — będąc przez lata skazani na jakże antypolskie zarzuty o antysemityzm. Podziwiam oryginalność, pomysłowość i to, że pojawienie się wyrazu zmusza do zastanowienia. Ale obawy, które się rodzą, i obrzydzenie przerastają podziw. Zaniepokoiło mnie też pojawienie się ostatnio na paru ustach, które bardzo i szczerze szanuję, dość sporej liczby pochwał postaci Romana Dmowskiego, próbujących zepchnąć na margines (na szczęście bez ich negowania) zastrzeżenia wobec jego poglądów i działań. Antysemityzm i nacjonalizm zamiecie się pod dywan.

>>19


z Anją Orthodox o Gotach, kagańcach i płytach z ogniem rozmawia Marek Rozpłoch Zdjęcia: Wojciech Wojtczak


>>porozmawiaj z nią...

>>Czy ideowy przekaz odgrywa w muzyce Closterkeller

szczególną rolę? Chodzi o czystą radość tworzenia i grania, czy jednak o wyrażenie czegoś więcej? Anja Orthodox: Generalnie naszym głównym celem jest po prostu tworzenie sztuki. I to sztuki przez jak największe S — sztuki, która będzie bogata w emocje, poezję, treść. Po prostu sztuki o większej wadze. To jest dla nas najważniejsze. I tu realizujemy się jako artyści, ponieważ tego pragniemy — nie wnikam oczywiście, jakie motywy przyświecają innym wykonawcom, którzy tworzą na polskim rynku, bo czasem myślę, że sztuka niekoniecznie jest u nich na pierwszym miejscu. Gdy nasz zespół otrzymuje jakiś budżet od wydawcy na kolejną płytę, to gros środków pakujemy w jak najlepsze nagranie, żeby efekt ze studia był doskonały. Nie bawimy się w jakieś półśrodki czy domowe nagrywanie. Zależy nam przede wszystkim na dobrym realizatorze, dobrym studio i dobrym sprzęcie… I to pochłania osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt procent naszego budżetu. Reszta najczęściej wystarcza na jeden tani teledysk i koniec. Ale efekt jest jaki jest. Wystarczy posłuchać choćby płyt Aurum czy Bordeaux, które są na poziomie naprawdę wysokim — i to w sensie nielokalnym, niepolskim. To są płyty brzmiące pięknie i profesjonalnie. To jest dla nas najważniejsze, ponieważ głównie to po nas zostanie — nasza muzyka z płyt.

>>Powie mi Pani coś o związkach, utożsamianiu się zespołu

z rockiem gotyckim… AO: Oczywiście jesteśmy z tą sceną wiązani, co mi się nawet bardzo podoba, gdyż jak najbardziej uważam się za Gotkę — jestem z tego dumna i tak dalej… Natomiast na tym się kończą Goci w naszym zespole — wystarczy spojrzeć choćby na panów szanownych [obecni są w pomieszczeniu dwaj inni członkowie zespołu — przyp. red.]. W tej muzyce jest dużo ducha i tego typu klimatów, a najsilniejszymi i najmocniejszymi akcentami Closterkeller są właśnie te gotyckie potężne utwory. Taką muzykę kocham najbardziej. Choć gramy bardzo różnie — mamy i normalne ballady, i piosenki popowe, i takie rockowe kawałki z kopytem na sto procent, ale i numery mocno wpasowujące się w szufladkę „metal”. Na przykład tych dwóch panów tutaj lubi sobie połomotać trochę, aczkolwiek Mariusz jest poza tym również zapalonym pinkfloydziarzem, takim psychodelem brytyjskim z lat siedemdziesiątych… Mariusz Kumala: Wtedy właśnie grałem, tylko coś mi nie wyszło i się odrodziłem później… AO: Tak… Wystarczy posłuchać naszego występu. Gdy ja zmieniam >>22

musli magazine


>>porozmawiaj z nią...

sukienkę w czasie koncertu, Mariusz improwizuje wtedy solówki na bazie takiego naszego starego utworu Blue — wygrywa takie rzeczy, że po prostu guma w majtach się luzuje. Jak tak się przebieram i słucham, to myślę: „O rrrany, jak pięknie”! Czasem się tak rozpędzi i rozwinie, że nie mogę wejść nawet na scenę. Drugi kolega z kolei korzenie ma zdecydowanie metalowe. Jak był młodszy, to grał w jakichś szatanach nie z tej planety! MK: Ręka-dzwon! AO: O taak! Ręka-dzwon! Jest jeszcze Gero, nasz perkusista — taki muzyk we wszystkie strony, ale… MK: Wariat kompletny, najlepszy muzyk w naszym zespole. Jego trzeźwość i świadomość tego, co robi… Może nie pod kątem artystycznym, ale takim stricte muzycznym. AO: Można oczywiście patrzeć, kto jest muzykiem „bardziej”, ale jest to dość niewymierna sprawa… Ja z rumieńcem powiem, że jako muzyk jestem chyba najkiepściejsza w tym zestawie — zarówno w sensie teorii, jak i praktyki. Natomiast jako jedyna umiem tu porządnie śpiewać, także są skazani na mnie biedaki… A nasz bębniarz? Rzeczywiście — jak na bębniarza jest bardzo umuzykalniony. Słyszy tonacje i zwraca uwagę na muzykę podczas grania — a to rzadko się zdarza. Pozostał jeszcze Rollo — nasz klawiszowiec, który jest trochę gotycki, choć najbardziej kocha zespół Queen. Krzysztof Najman: Lightowy jest. AO: Lightowy? Rollo ma muzyczne wykształcenie, dlatego dokłada nam dużo klasyki. Czasem mówię: „Michał, daj tu klasycznie! Ale wiesz, z takimi tam… jakieś tam w tych akordach, jakieś coś…”, a on, korzystając z tej swojej wiedzy, bierze jakieś tam średniowieczne czy chorałowe harmonie, dzięki którym w utworach buduje się nagle takie wielkie „łaaa”!!! Wydaje mi się, że przez to tworzymy całkiem niezły team, wypełniając sobą całe spektrum.

>>Mam pytanie o teksty. Czy tworzy je Pani w taki sposób, żeby stanowiły jakąś zgraną całość z muzyką czy… AO: Bardzo różnie jest, bardzo różnie…

>>Są teksty stricte literackie?

AO: Myślę, że żaden twórca nie chciałby nakładać sobie jakiegokolwiek kagańca — pisania czy tworzenia pod pewien z góry ustalony schemat. Wszystko powinno się odbywać spontanicznie, a artyści powinni iść na żywioł. Albo mam określoną wizję utworu od początku, albo mi się on sam napisze. Nie kontroluję tego, a nawet nie chcę tego kontrolować. Na przykład do utworu Ktokolwiek widział >>23


>>porozmawiaj z nią...

— z płyty Nero — zasiadłam z zamiarem napisania duetu miłosnego, gdzie część miałam śpiewać ja, a część nasz realizator, który jest świetnym wokalistą. Powiedziałam sobie: „Napiszę, zmuszę go, zaśpiewa i koniec!”. I zaczęłam pisać ten duet miłosny, który skończył się kompletnie czymś innym — bardzo ciężkim gatunkowo tekstem o tych, którzy zostali, gdy ktoś wyszedł z domu i nie wrócił. Powstał wówczas jeden z moich najpotężniejszych tekstów i zniknął jednocześnie problem namawiania do śpiewu naszego realizatora. Niekiedy nie jestem w stanie przewidzieć, co mi się napisze — czasem sobie myślę, że może to ktoś z zaświatów, jakaś istota, prowadzi moją rękę oraz głowę. No i fajnie! Czasem opisuję zdarzenia, które obserwowałam lub o nich usłyszałam, ale w większości utworów opisuję siebie, swoje przeżycia oraz emocje. Tylko bywa czasami, że w te swoje emocje ubieram jakieś wymyślone postaci.

>>A jakim doświadczeniem są koncerty? Czy są po prostu

pracą, rozrywką, czymś, co trzeba robić, co daje przyjemność, czy może też stanowią jakieś źródło inspiracji, może coś zmieniają w odbiorze muzyki? AO: Koncerty są przedłużeniem naszego tworzenia, ponieważ tworzenie to jedno, ale nagranie tego w studio to już zupełnie inna bajka. Tak samo jak konfrontacja nagranego materiału ze sceną. To są różne pola realizacji siebie, które dla nas są bardzo ekscytujące. Teraz gramy wiele koncertów — w zeszłym roku zagraliśmy ich osiemdziesiąt pięć, w tym ta liczba będzie troszkę mniejsza, ale poniżej siedemdziesięciu na pewno nie spadnie. Marzy mi się, żeby w przyszłym roku troszkę spasować z koncertowaniem i zająć się tworzeniem. Chciałabym, żebyśmy nagrali nową płytę, ponieważ właśnie powstał w nas w miarę zbieżny emocjonalnie flow — a u nas to bardzo rzadkie, że się w czymś od początku zgadzamy — więc trzeba to jak najszybciej wykorzystać! Może z tego powstać piękna płyta z ogniem! O tym myślimy, choć licho wie… co wyjdzie, Mariusz? [tutaj pada pytanie do przechodzącego obok gitarzysty zespołu — przyp. red.]. Nie wiadomo… Bo tak jak z moimi tekstami, tak samo jest z naszą muzyką — bywa, że tworzymy jakiś utwór w jednym klimacie, a kończy się zupełnie czymś innym. Tak było na przykład z Sercem z płyty Bordeaux. Od początku ten utwór nazwałam Serce, bo Janusz grał — jeszcze wtedy bębnił, bo to była jedna z naszych pierwszych kompozycji na Bordeaux — w rytmie takiego pulsującego „tu-duuw”, „tu-duuw”. Wszystko zapowiadało się na taki psychodeliczno-transowy i dosyć zwiewny utwór, ale jak później Rollo dołożył te swoje wstrząsające orkiestrowe klawisze, to ja się tak >>24

musli magazine


>>porozmawiaj z nią...

rozbujałam, że wyszedł dół nie z tej planety! Taki, w których czuję się najlepiej. Tak samo może być z tą nową płytą… Zresztą z samą Bordeaux było podobnie — idea była taka, że nagrywamy na setkę czaderską płytę, a wyszło jej zupełne przeciwieństwo. MK: Dziwna płyta wyszła. AO: Wyszła płyta introwertyczna, taka trochę filmowa… Niemniej piękna i szlachetna, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. Jesteśmy z niej bardzo dumni, bo jest także wyrafinowana artystycznie! Na pewno nie każdy ją podźwignie, bo wymaga wyrobionego odbiorcy. Ja nawet czasami — ku zdziwieniu przybyłych na koncerty ludzi — walczę, gdy przychodzi ktoś do mnie i mówi: „Och, pierwszy raz jestem na waszym koncercie, kupiłem sobie płytę!” — i Bordeaux mi pokazuje. Wtedy rozmowa przyjmuje mniej więcej taki ton: — Leć szybko, zamień to na Aurum! — Ale to jest wasza ostatnia… — Wiem, ale jak nie słyszałeś żadnej innej naszej płyty, zamień szybko na Aurum! — Ale dlaczego? — Bo nie dźwigniesz tej płyty na dzień dobry. Bordeaux z założenia miała być nagrana w studio na setkę, czadowo i tak dalej, ale nagle zmienił nam się perkusista i, koniec końców, nagraliśmy typowo, czyli po śladach. Następną płytę na pewno jednak nagramy na setkę, czyli jakby koncertowo, ale w studio. Teraz skład mamy już tak silny i na tyle zgrany, że efekt będzie super. Ale nie chwalmy dnia przed nastaniem nocy, bo jeszcze nie zaczęliśmy nawet komponować. (uśmiech) Niemniej jednak po raz pierwszy na samym początku mam już tytuł! Zawsze przychodził do mnie sam, ale zazwyczaj na końcu całego procesu. Tym razem przyszedł jako pierwsza jaskółka płyty w ogóle. Tytułu oczywiście nie zdradzę, powiem tylko, że będzie z gamy zielonej — tak jak sobie wymarzyłam.

>>Właśnie, czy bardziej inspirujący i twórczy jest w Pani

pracy dynamizm, czy jednak potrzebne jest nieraz wyciszenie, które sprzyja też… AO: …Wszystko jest inspirujące! Jak ktoś jest artystą, to zainspiruje się wszystkim, bo bycie artystą polega właśnie na tym, że postrzega się świat w trochę inny sposób — artysta specyficznie odbiera oddziaływanie wszystkich rzeczy, nawet tych zupełnie trywialnych. Co może — choć nie zawsze musi — zaowocować jakimś efektem… Powiem na przykładzie — biorę sobie tę torbę, ona szeleści, a ja wymyślam, że to jej „szszszszsz” może stać się bazą jakiegoś utworu, że to szeleszczą na przykład rzęsy oczu mrugających, patrzących pod >>25


w sztuce nie ma reguł, bo reguły, to kończy się sztuk a zaczyna kaganiec na py


o jak się zaczynają ka zupełnie, ysku


>>porozmawiaj z nią...

wiatr, czy też deptane nogami stare zdjęcia lub gazety. I tego typu odjazdy. Tak że w sztuce nie ma reguł, bo jak się zaczynają reguły, to kończy się sztuka zupełnie, a zaczyna kaganiec na pysku. Aczkolwiek ja — i teraz zaprzeczę sama sobie — już na takim dość zaawansowanym etapie tworzenia nowych utworów zakładam pewien kaganiec zespołowi, na takiej zasadzie, że ten pomysł na przykład okej, ten nie, ten za ciężki, ten za lekki, a jeszcze inny za coś tam… Bo jednak wyraz i konkretny wizerunek zespołu jest istotny. Tutaj występuję w roli „kierownika artystycznego”.

>>W przyszłym roku zespół będzie obchodził 25-lecie

i chciałbym zapytać, co się zmieniło, a co pozostało stałego z tego, co było na samym początku? AO: Proszę zadać to pytanie za rok, jak będzie 25-lecie. Na razie mamy jeszcze 24-lecie…

>>A na to 24-lecie?

AO: …i nic do powiedzenia na ten temat. Jak się wypełni ćwierćwiecze, wtedy zaczniemy podsumowania.

>>Dobrze… A czy u samych źródeł było jakieś wielkie ma-

rzenie o zespole, o twórczości? AO: Nie, grało się na wariata, w stylu: „Ło, jak fajnie! Mamy zespół!”. Nawet nikomu do głowy nie przyszło, że to tak się rozkręci…

>>Myśli Pani, że teraz jest trudniej podobnym zespołom

wchodzić do świata muzycznego? AO: Z jednej strony łatwiej, bo w porównaniu z naszymi początkami choćby sam sprzęt jest milion razy lepszy, dostęp do niego jest o wiele łatwiejszy, ceny są normalne, a możliwości realizacji tego wszystkiego bez porównania łatwiejsze. Rozpowszechniania zresztą też, bo jest internet. Z drugiej strony jest dupa zbita, no bo cały ten nasz szołbiznes jest debilnie plastikowy i nie wiadomo, o co w nim chodzi… To znaczy wiadomo, że nie o sztukę, ale taką normalną promocję. To beznadzieja jest i tragedia… Ale nie tracę wiary w to, że jednak zawsze będą ludzie, którzy chcą dostać coś fajniejszego niż ta popelina z mainstreamowych mediów. I prędzej czy później tacy słuchacze — poprzez swoich znajomych, internet czy jeszcze coś innego — docierają do takich „normalnych” zespołów. Jednak! Czego wszystkim życzę! Dziękuję. (uśmiech)

>>28

musli magazine


*

się Ścieg Tekst: Iwona Stachowska Zdjęcia: Maciej Szarejko


ę ściele

Projekty plakatów: Magda Pilka / http://www.magdapilka.com/


>>zjawisko

W pierwszą grudniową niedzielę już po raz dziesiąty dwie kreatywne dziewczyny – Anna Pięta i Magda Korcz – rozstawią stoły, ustawią wieszaki, powieszą lustra, uszykują stoiska, zaproszą najciekawszych niszowych projektantów z kraju i zagranicy i rozpoczną kolejną edycję ŚCIEGÓW.

Pop up, pop down Ania i Magda od trzech lat z niesłabnącą energią organizują targi ubrań i dodatków ŚCIEGI. Dzisiaj ŚCIEGI to marka sama w sobie, pod której szyldem kryją się oryginalność, dobrze zaprojektowana i skrojona odzież oraz akcesoria, a co za tym idzie przemyślana selekcja wystawców. Wszystkie elementy tworzą wysmakowaną pod względem estetycznym i pragmatycznym mieszankę, która spełni oczekiwania nawet wyjątkowo wymagających odbiorców. Ale, jak to zazwyczaj bywa, początki nie były łatwe, a na efekt końcowy trzeba było solidnie zapracować. Zaczęło się od przeprowadzki do stolicy. Gdy dziewczyny zamieszkały w Warszawie, zrobiły prywatny research imprez modowych. Szybko dostrzegły niszę i wpadły na pomysł jej wypełnienia. W ten sposób zainicjowały cykliczne eventy, odbywające się w formie jednodniowych pop up sale’ów, czyli ŚCIEGI właśnie. Poszperały, poszukały ciekawych wystawców niszowej mody, zadbały o patronów i sponsorów, zatroszczyły się o odpowiednią warstwę wizualną i… wystartowały. >>32

Przekorni zapytają: cóż w tym innowacyjnego? Mało mamy dni oraz tygodni pod znakiem ‘fashion’ czy ‘sale’ i innych podobnych okazji do obcowania z modą? A jednak ŚCIEGI okazały się strzałem w dziesiątkę. Tym, co je wyróżnia spośród pokrewnych tematycznie imprez, jest — oprócz wyjątkowych produktów — cały entourage: dobra promocja, nieprzypadkowy wybór miejsca (bywa, że wiosenno-letnie edycje ŚCIEGÓW odbywają się na otwartej przestrzeni), spójna komunikacja i urzekająca estetycznie oprawa (plakaty, strona internetowa). Trzeba przyznać, że dziewczynom nie brakuje odwagi, determinacji, drygu i pasji, co z kolei przekłada się na wysoki poziom organizacji i tłumy odwiedzających. Ich rosnąca popularność wcale mnie nie dziwi. Rzadko kiedy zdarza się, by w jednym miejscu zgromadzić tylu wyjątkowych projektantów (niektórych zapewne kojarzycie z działu ko_moda), by móc bezpośrednio skonfrontować się z ich produktami, dotknąć ich, przymierzyć, kupić lub złożyć indywidualne zamówienie, dostosowane do naszych potrzeb i oczekiwań. Dla wielu osób jest to układ idealny. Nie trzeba spędzać godzin w internecie, odrabiając lekcje z umiejętności detektywistycznych, i tracić czasu na domysły, czy aby w tym kroju i deseniu będzie nam do twarzy. A takie drobiazgi nabierają szczególnego znaczenia, gdy jesteśmy przedstawicielami szkoły „jak nie przymierzę, to nie kupię”. Wreszcie nie trzeba przemierzać Polski wzdłuż i wszerz, by wyczuć fakturę tkanin, dostrzec staranność szwów, poczuć zapach materiałów, wszak tutaj mamy cały asortyment dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie bez znaczenia pozostaje również możliwość bezpośredniego kontaktu z projektantem, a warto pamiętać, że często są to osoby spoza Warszawy. Innymi słowy, same plusy. musli magazine


>>zjawisko

>>33


>>zjawisko

Slow, slow, slow Jakiś czas temu, przy okazji zeszłorocznego świąteczno-karnawałowego rozpędu, pisałam w felietonie o spontanicznym konstruowaniu garderoby, efektem którego bywa zazwyczaj oddelegowanie do szafy kolejnych prawie identycznych ubrań. Ta sytuacja to klasyczny przykład próżności i chciwości, czyli grzechów głównych naszych czasów, wad tak chętnie wykorzystywanych przez reklamodawców, którzy zamiast jednego ciastka, które z pewnością zaspokoiłoby nasz apetyt, oferują nam dwa, kusząc sloganem: „będziesz miał więcej za mniej”. ŚCIEGÓW ta maksyma nie dotyczy. ŚCIEGI nie są bowiem targowiskiem próżności, co najwyżej różnorodności. I chociaż kiedy je odwiedzamy, to może się nam zakręcić w głowie od ilości kolorów, fasonów i deseni, jednak mamy pewność, że nikt nie ma tu na celu bezmyślnego rozpędzania marketingowej machiny dobrobytu. U podstaw ŚCIEGÓW leży bowiem założenie o świadomej konsumpcji. Promując młode i niezależne marki, organizatorki jednocześnie stawiają na wdrażanie zasady przemyślanych, ekologicznych i etycznych zakupów, utrzymanych w duchu slow fashion. Zamiast podejmować pochopne decyzje, kupujmy z rozwagą, stawiając raczej na mniejszą ilość w zamian za lepszą jakość. Tak można by streścić ideę przewodnią ŚCIEGÓW, którą coraz częściej starają się puszczać w obieg również wielkie światowe koncerny. Troska o środowisko naturalne i dbałość o etyczne standardy to z jednej strony wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom coraz bardziej świadomych odbiorców, którzy chcieliby wiedzieć, skąd pochodzą ich ubrania, jak wygląda fabryka, w której się je produkuje, kto w niej pracuje. Z drugiej strony jest to również doskonały chwyt marketingowy, budujący zaufanie do marki, dający konsumentom złudzenie słusznego wyboru i zadowolenie z posiadania ekologicznej, organicznej koszulki z sieciówki. Pomysłodawczynie ŚCIEGÓW obalają te mity, stawiając na ekologię w nowym, lokalnym czy też glokalnym rozumieniu, i ten tor myślenia oraz działania bardzo mi odpowiada. Argumentacja odwołująca się do lokalnego podwórka przemawia do mnie silniej niż ta propagująca hasła globalnej odpowiedzialności. Dla mnie znaczenie ma fakt, że spodnie, które kupuję, zostały uszyte w szwalni w pobliskim miasteczku, że swoją decyzją wspieram konkretnych wykonawców i projektantów. To jest wartość sama w sobie, nawet jeśli cena jest nieco wyższa niż ta, do której przyzwyczaiły nas komercyjne wyprzedaże. Wartości dodane zaś to jakość, unikatowość, dobre wzornictwo i styl, które nie mają daty ważności. Wagę wspomnianych wartości dodanych często podkreślają matki założycielki ŚCIEGÓW. Dla nich moda to coś więcej niż ubrania, to styl bycia, coś bliskiego każdemu z nas, część naszej tożsamości i indywidualności, wizerunku codziennego i odświętnego. A takiemu dalekodystansowemu podejściu do mody, podobnie jak myśleniu w ogóle, nie sprzyja pośpiech, ono wymaga czasu wolno płynącego. Jubileuszowa edycja to zapowiedź kolejnych spotkań. Organizatorki nie spoczywają bowiem na laurach i snują kolejne plany, których nie chcą jeszcze zdradzać. Ale powoli, slow, slow. Na razie dajmy się im opakować od stóp do głów w niszowe ciuchy. >>34

musli magazine


>>zjawisko

>>35


2 grudnia

w sali balowej Hotelu Europejskiego w Warszawie swoje kolekcje zaprezentuje 80 marek z kraju i zagranicy. To idealna okazja, by kupić świąteczne prezenty — oryginalne ubrania i dodatki w limitowanych edycjach i przystępnych cenach. Jubileuszowa edycja będzie obfitowała w kilkanaście nowych marek. Będzie również można ponownie spotkać się ze znanymi szerszej publiczności projektantami. Z okazji dziesiątych urodzin przewidziano także dodatkowe atrakcje.

>>36

musli magazine


PROJEKTANCI 10 EDYCJI: unikke design/ paulina matuszelanśka/ dud.zin.ska/ ale/ patkas/ dominika naziębły/ biskup handbags/ punkt g/ nowińska handbags/ wearso.organic/ hyakinth/ cock’nbullstory/ rilkephilosophy/ papillon/ dream nation/ confashion/ friends with benefis/ wiola wołczyńska/ delikatessen/ ptaszek/ missspark/ sylwia rochala/ loft 37/ sylwia całus/ karina królak/ pan tu nie stał/ she/s a riot/ borko/ recycled by lenka/ agata bieleń/ uswords/ hi- end/ aleksandra markowska/ belle/ cookie/ kiss the frog/ kowalski/ litfashion/ madox/ nago/ no ne design/ komono/ pola zag braid plait- bracelets/ reykjavik district/ roboty ręczne/ rododendron/ rozwadowska bags/ anna ławska/ b sides/ alicja antoszczyk/ bola/ ueg/ łucja wojtala/ olga mieloszyk/ mamapiki/ rosemarymint jewelry/ alotro/ risk made in warsaw/ annapieta design/ ewa morka/ mozcau by justin/ jakub pieczarkowski/ viola lee design/ sophie kula/ joanna jachowicz/ agnieszka orlińska/ edyta jermacz/ łukasz czajkowski/ boho/ trash/ animal kingdom/ lous/ zuzanna krynicka/ karolina konieczna/ betterfly/ busy monday/ elf joy/ meduse/ niqa smart bags/ ewelina klimczak WIĘCEJ INFORMACJI:

www.sciegi.com >>37


>>portret

i n Ja

>>44

musli magazine


: n i l a m p ć k o a J J is

>>portret

ka c u r o d a na L n A : t s k erba Te H a i s o :G lI ustracje

Z

e zdjęcia spogląda na mnie z miną dziecka zadowolonego ze swej psoty. Psota polegała na tym, że podczas sesji fotograficznej zrzuciła z siebie całe odzienie, chociaż fotograf wcale nie planował rozbieranki. Taka właśnie była — impulsywna, nieobliczalna, szalona. Fascynująca wokalistka, dysponująca niepowtarzalnym, zdartym głosem i umiejętnością sięgania głębiej niż ktokolwiek inny w gwałtowną naturę bluesa. Niedojrzała, zagubiona, depresyjna dziewczyna.

J

anis Joplin urodziła się 19 stycznia 1943 roku w Port Arthur w Teksasie, w całkiem zwyczajnej, „porządnej” rodzinie. Z początku to pogodne, zdolne dziecko nie zapowiadało niewiarygodnej osobowości ani wielkiego talentu. Wprawdzie chodziła na zajęcia chóru kościelnego oraz zespołu wokalnego, ale nie wyróżniała się szczególnie na tym polu. Przeczuwano u niej raczej talent plastyczny i w tym kierunku ją kształcono. Dzieci bywają okrutne — atakują to, czego nie rozumieją. Podobno zaczęło się od bryczesów, które Janis założyła kiedyś do szkoły. W tamtych czasach dziewczynki nie chodziły w spodniach, więc naraziło ją to na śmieszność i drwiny. Paranoicznie wręcz nieśmiała, bardzo dotkliwie to przeżyła. Jako nastolatka miała nadwagę i problemy z cerą, co w prowincjonalnym Port Arthur było wystarczającym powodem do odrzucenia. Zaczęła więc zadawać się z dzieciakami z marginesu, gdyż tylko u nich zyskiwała akceptację. Zachowywała się prostacko, prowokująco; już jako nastolatka czasem kradła alkohol, by potem gdzieś nad rzeką pić z kolegami prosto z butelki. Grandzili, włamywali się do samochodów. Zyskała też opinię „łatwej” — lata później wyznała, że już w wieku czternastu lat zdała sobie sprawę z tego, że życie to miłość i seks.

Skutek był taki, że inni uczniowie pluli na nią w szkole. Rzucali jej drobne monety, co było tożsame z uznaniem jej za dziwkę. Drwili z niej, obrażali przy każdej okazji. Ich oburzenie wynikało zapewne z tego, że robiła to, na co sami mieli ochotę, ale brakowało im odwagi… Za krytyczne wypowiedzi na temat segregacji rasowej zyskała przydomek „przyjaciółki czarnuchów” i została kompletnie odizolowana towarzysko. Nie mając nic do stracenia, zachowywała się jeszcze bardziej skandalicznie. Wciąż przytrafiały jej się zatargi z policją, chuligańskie wybryki, ucieczki z domu. Piła coraz więcej alkoholu — dużo później przyznała się, że już w wieku 17 lat leczyła się z alkoholizmu. I wtedy przez przypadek trafiła na płyty Bessie Smith. Kompletnie oszalała na ich punkcie. Godzinami wsłuchiwała się w głos Bessie i naśladowała jej śpiew. Uświadomiła sobie, że nie chce malować, tylko śpiewać. Poszukując innych źródeł inspiracji, dotarła do Odetty Holmes, której zawdzięcza swój styl, łączący bluesa, rock i folk. 31 grudnia 1962 roku po raz pierwszy zaśpiewała publicznie w klubie w pobliżu Beaumont. Każdy występ był dla niej ogromnym stresem, który starała się topić w alkoholu, co od tamtej pory weszło jej w nawyk. W 1962 roku dostała się na wydział sztuki w Austin. Swoim oryginalnym stylem bycia wzbudziła tam niemałą sensację. Napisano o niej nawet w gazecie studenckiej „The Summer Texan”: „Kiedy jej się podoba — chodzi boso, na zajęcia zakłada levisy, bo są wygodniejsze i wszędzie nosi ze sobą swoją cytrę, żeby była pod ręką, gdy poczuje nagłą potrzebę zaśpiewania piosenki”. Można było mieć nadzieję, że odnajdzie się na uniwersytecie, zdobywając tam szereg oddanych przyjaciół, śpiewając w pubach, imprezując i stając się osobliwością kampusu. Wtedy jednak ktoś dla żartu zgłosił ją do konkursu na „Najbrzydszego fa>>39


>>portret

ceta na uczelni”. Zdobyła tak wiele głosów, że „Daily Texan” zrobił z tego anegdotę. Zuchwale udawała, że ją to bawi, jednak w rzeczywistości była zdruzgotana. Straciła serce do Austin i rzuciła studia, by wyruszyć autostopem do San Francisco.

W

San Francisco śpiewała po knajpach, żyjąc za grosze wrzucane jej do kapelusza. Zdarzało się jej też kraść po sklepach, raz nawet została aresztowana. Wraz z paczką kumpli żywiła się podkradanymi w tanim barze resztkami. Dzień zaczynała od trawki, potem przechodziła na kokainę lub amfetaminę, a kończyła heroiną. Sama też trochę dilowała, by zarobić na działkę. Często bez grosza, miała świadomość, że zawsze może zaśpiewać parę piosenek, żeby zapłacić swój rachunek w barze. Ten styl życia systematycznie ją wykańczał, aż osiągnęła dno. Narkotyczna obsesja owładnęła nią całkowicie, nawet śpiew przestał ją interesować. Spała na ulicy, żywiąc się odpadkami wygrzebanymi ze śmietnika. Wychudzona, ważyła wtedy zaledwie 40 kilo. W końcu jej zdesperowani przyjaciele znaleźli jedyne rozwiązanie tej sytuacji — złożyli się na bilet i wsadzili ją, półprzytomną, do autobusu do domu, prawdopodobnie ratując jej w ten sposób życie. Pod troskliwą opieką rodziców Janis odzyskała siły. Zaczesała włosy w kok w stylu Jacqueline Kennedy i rozpoczęła studia, starając się z całych sił być „zwykłą dziewczyną”. Uczyła się i śpiewała w pubach, wciąż balansując na krawędzi wytrzymałości. Próbowała szukać wsparcia u terapeutów, ale nie potrafili jej pomóc. Wytrwała 10 miesięcy, a potem rzuciła wszystko, by ponownie wyruszyć do San Francisco, zdeterminowana, by zostać wielką gwiazdą. Wierzyła w swój głos, w swój talent. Miała mocne postanowienie, by trzymać się z dala od narkotyków. Znaleziono dla niej odpowiedni zespół — Big Brother and the Holding Company. Początkowo żadna ze stron nie była zadowolona ze współpracy. Psychodeliczne gitary Big Brother miały w owym czasie wielu fanów, ona zaś przyszła znikąd i chciała wszystko zmienić. Miała tak silną osobowość artystyczną, że ten natchniony i oryginalny zespół, chcąc nie chcąc, został zdegradowany do roli jej akompaniatorów. Jednak mimo początkowych zgrzytów zgrali się wyśmienicie i zżyli ze sobą, a wówczas znalazł się wydawca skłonny nagrać ich płytę.

P

rzełomowym wydarzeniem dla Janis i jej ekipy był udział w festiwalu Monterey Pop w 1967 roku. Był to ten sam pamiętny festiwal, podczas którego Jimmy Hendrix podpalił

>>40

i roztrzaskał swoją gitarę. Występ Janis z Big Brother odbył się w raczej kiepskich godzinach popołudniowych, jednak zrobił tak wielką furorę, że poproszono ich o ponowny występ w paśmie wieczornym, przeznaczonym dla gwiazd. Niespodziewanie spektakularne show Janis Joplin stało się największą atrakcją festiwalu. Posypały się propozycje od producentów, co zaowocowało współpracą z Columbia Records i znakomitą płytą Cheap Thrills. Z dnia na dzień Janis stała się wielką gwiazdą. Tarzała się w sławie, pełna pychy, z satysfakcją kłuła nią wszystkich w oczy. Wciąż walczyła o bycie w centrum uwagi, a gdy jej coś nie pasowało, urządzała dzikie awantury (podczas jednej z nich Jim Morrison oberwał od niej butelką po głowie). W utrzymaniu samokontroli z pewnością nie pomagało jej ciągłe alkoholowo-narkotyczne zamroczenie, jeśli zaś chodzi o seks, to w tej dziedzinie nie istniały dla niej żadne ograniczenia. Sypiała dosłownie z wszystkimi — z muzykami z zespołu, z ekipą techniczną, z wielbicielami i z całkiem przypadkowymi osobami musli magazine


>>portret

płci obojga. Jednocześnie z całego serca tęskniła za wielką miłością, czemu dawała wyraz w wyśpiewywanych przez siebie poruszających pieśniach. Sukces skłonił Janis do porzucenia grupy Big Brother, gdyż uznała, że z nimi już nic więcej nie osiągnie. Z punktu widzenia obu stron była to zdrada. Wszak to oni pomogli tej niegdyś nikomu nieznanej dziewczynie dotrzeć na szczyt. Nowy zespół Kozmic Blues Band został skrupulatnie dobrany z dobrze rokujących muzyków, natomiast ich kluczową wadą był kompletny brak spontaniczności i stylu, dlatego ich wspólne koncerty zbierały negatywne recenzje, fani zaś nie kryli swego rozczarowania rozstaniem z ich ulubionym, starym Big Brotherem. Mimo wszystko Janis i Kozmic Blues Band nagrali razem płytę I Got Dem Ol’ Kozmic Blues Again Mama!, na której nie brakowało dobrych utworów, jak choćby Try czy też przepiękna, sentymentalna ballada Little Girl Blue, po czym niezwykle wrażliwa na krytykę Janis rozwiązała grupę, nie dając im szansy na lepsze zgranie.

Na początku ostatniego roku życia Janis podjęła kolejną próbę uwolnienia się od speedu. Oddała znajomym cały zapas narkotyków i wyruszyła z przyjaciółką na wakacje. Karnawał w Rio, podróże po Ameryce Środkowej, zauroczenie „normalnym” mężczyzną sprawiły, że zaczęła odzyskiwać siły i radość życia. To był jednak tylko chwilowy przebłysk, bo po powrocie bagno wciągnęło ją z powrotem. Z nową grupą muzyków The Full Tilt Boogie Band wyruszyła w nietypową trasę festiwalową, zwaną Festival Express Train. Była to podróżująca pociągiem od miasta do miasta minikomuna świetnie bawiących się muzyków, a panującą tam atmosferę najlepiej oddaje często cytowane zdanie z wywiadu Janis Joplin dla „Newsweeka”: „W pociągu jechało trzysta sześćdziesiąt pięć osób, a ja pieprzyłam się tylko sześćdziesiąt pięć razy”. W sierpniu 1970 roku odbyło się traumatyczne wręcz wydarzenie — spotkanie z okazji dziesiątej rocznicy ukończenia Thomas Jefferson High. Janis marzył się triumfalny powrót w rodzinne strony i wyrównanie rachunków z rówieśnikami, którzy tak jej kiedyś dopiekli. Została jednak przyjęta bardzo chłodno. Społeczność Port Arthur nie mogła jej wybaczyć kąśliwych wypowiedzi na swój temat. Po raz kolejny ich brak akceptacji spowodował rozchwianie emocjonalne Janis, z którego już do końca się nie podniosła. Pozornie wszystko zaczęło się układać — Janis zamarzyła się stabilizacja u boku jej ostatniej miłości Setha Morgana. Planowała małżeństwo i zakończenie kariery w show-businessie, pracując nad kolejną, świetnie zapowiadającą się płytą — Pearl. Wówczas nastąpił „złoty strzał”, który zakończył jej krótkie, intensywne życie. Urwane w pół piosenki, w pół rozmowy, w pół paczki papierosów. Kochała życie, uwielbiała czerpać z niego garściami. Nie chciała odchodzić, ale nie potrafiła żyć inaczej niż w obłąkanym pędzie ku samozagładzie, jak ćma, spalająca się w płomieniach. „Była samowolna jako dziecko i dzika jako dorosła, otwarta na doświadczenia — próbowała wszystkich przyjemności, jakie oferowało jej życie, a jej niewybredne słownictwo i straszna rozwiązłość były tylko pozą, pod którą ukrywała podatną na zranienia, pragnącą miłości duszę”. To słowa jej ojca.

Z

astanawiam się, kim byłaby teraz, w przededniu swych siedemdziesiątych urodzin. Czy nagrywałaby kolejną płytę jak Bob Dylan lub Paul McCartney, czy odpoczywała na emeryturze jak Tina Turner, hodowałaby koty czy może zaangażowałaby się w działalność dobroczynną? Trudno sobie wyobrazić którąkolwiek z tych opcji. Szkoda tylko tych nienagranych piosenek, wszak pozostawiła ich po sobie tak niewiele… >>41


Wiek Popku u k p o P k ie


ultu r y y r u t ul

>>porozmawiaj z nim...

z Maciejem Olbrychem, liderem zespołu Popkultura, nie tylko o popkulturze rozmawia wieczorkocha

>>Prowokująca nazwa dla zespołu — POPKULTURA…

Prowokuje, by zapytać, czym popkultura dla Was jest? Gdy zakładałem zespół w 2008 roku, wiedziałem, że tak ma się nazywać — zgodnie z naszym określonym przesłaniem i zabarwieniem piosenek. W popkulturze zawsze będzie miejsce na to, żeby śpiewać zarówno o miłości — w taki troszkę sposób bardziej erotyczny i bardziej odważny, jak i o otaczającej nas rzeczywistości kabli, światłowodów czy wielkich domów handlowych. I właśnie taki wiek popkultury mamy. Jak weźmiesz naszą płytę do rąk, pierwszy w oczy rzuci się róż, który wcale nie współgra z muzyką. To nie jest ani muzyka dyskotekowa, ani dziewczęca, ani też cukrowa. Ten różowy kolor to tylko symbol tego, o czym chcemy śpiewać. Popkultura już tak głęboko weszła w nasze życie, że przestaliśmy ją zauważać. I ja, jako muzyk, w pewien sposób chcę o tym opowiedzieć. Większość ludzi nie przyznaje się do tego, że na przykład lubi hollywoodzkie filmy, ale gdy idziesz do kina, to sala jest pełna, a w dodatku wszyscy płaczą w odpowiednim momencie. Czyli ta popkultura, która kiedyś za Andy’ego Warhola była formą sztuki, przekazu i wyrażania siebie, teraz jest wszędzie — w reklamach, na billboardach, ulicy. Jest elementem i środkiem konsumpcji. >>43


>>porozmawiaj z nim...

>>Czy przez to upowszechnienie i dostępność popkultura

od czasów Warhola zdziadziała? Myślę, że przeszła pewne przeobrażenie i czemu innemu już służy. To widać chociażby w reklamach. Niektóre z nich są wspaniałe, niektóre też można nawet porównać do dzieł sztuki. Są już elementem stałym popkultury. I ta ich ilość w pewnym momencie przerodziła się w jakość. Myślę, że nie zdziadziała, ale na pewno rozszerzyła obszar swojego oddziaływania, przez co prezentuje i rzeczy słabe, i rzeczy wielkie. Te drugie należy podziwiać i się nimi inspirować.

>>Żyjemy w społeczeństwie wizualnym, wychowanym na

mediach, ikonografii, internecie. Mam wrażenie czasem, że nasze społeczeństwo jest wybitnie popkulturowe — używamy tych samych kodów językowych opartych na sloganach z reklam, wychowujemy się na tych samym dobranockach i serialach. Czy dla takich ludzi śpiewacie? Trafiłaś w samo sedno jednej z koncepcji naszego przekazu. Chodzi o to, że zauważamy pewne rzeczy — choćby ogromną łatwość, która zaszła w komunikacji międzyludzkiej w sensie środków technicznych. Można dzwonić, wysyłać esemesy, pisać maile, jest gadu, jest facebook — czyli masa różnych środków komunikacji, których tak naprawdę nie potrafimy w pełni wykorzystać. Kiedyś, gdy mężczyzna pisał list do kobiety — taki prawdziwy, na papierze — to każde jego słowo musiało być mocno przemyślane, aby miało nie tylko odpowiedni wyraz w chwili pisania, ale i było aktualne w momencie, gdy kobieta będzie je czytała. Potem ona mu odpisywała i cały ten proces miał znaczenie, a każde słowo było bardzo istotne. Teraz mamy esemesy, a rozmowa w nich często wygląda tak: — Co tam? — Okej. — No dobra. To pa! Zatem komunikujemy się ze sobą bardzo dużo, ale ta komunikacja jest bezznaczeniowa, bezwartościowa. Nie mówimy sobie rzeczy ważnych, tylko dużo rozmawiamy ze sobą o niczym.

>>Technologia przyspieszyła, kultura to młyn, który mieli

dużo i wszystko — może w związku z tym słowa się zdewaluowały? Wydaje mi się, że przestaliśmy przywiązywać do nich wagę. I my, jako zespół Popkultura, chcemy do słów tę wagę przywiązywać. Wierzymy, że słowa, które znalazły się na naszej płycie, >>44

są odpowiednio dobrane i nieprzypadkowe. Wiemy dokładnie, co chcemy opowiedzieć.

>>Ale w sztuce wszystko już kiedyś było i dzisiejsza kultura

polega na recyklingu, reinterpretacji, umiejętnej żonglerce konwencją i odpowiednich połączeniach. Jest takie powiedzenie, że autor wcale tego nie wymyślił, tylko gdzieś to wcześniej widział. I pod tym względem zawsze będą w sztuce jakieś większe lub mniejsze inspiracje. My także łączymy różne rzeczy, które nas w przeszłości zachwyciły, jednak nie uważam, żeby nic nowego nie można było od siebie dodać. Czego by nie mówić, tak na dobrą sprawę życie każdego człowieka jest bardzo do siebie podobne, a jednak każdy jest inny i każde pokolenie dodaje od siebie coś nowego. W sztuce jest tak samo — bazujmy na dorobku, który mamy, który jest wspaniały i ogromny, ale staramy się zawsze coś dorzucić od siebie. Wierzę, że Popkultura, zespół bazujący na konwencji lat 80. XX wieku, opisuje historie, które po pierwsze — działy się we mnie osobiście, a po drugie — działy się tu i teraz, w XXI wieku. I to jest już nasza wartość dodana do tego rodzaju konwencji.

>>Lata 80., zimna fala, Republika — zdarzają się takie

porównania? Tak, ale akurat na takie porównania nie narzekamy, bo są one absolutnie na miejscu. Ja się przyznaję, że jedną z wielkich moich inspiracji muzycznych jest postać Grzegorza Ciechowskiego, ale też jestem bardzo związany towarzysko z Małgosią Potocką, która była wieloletnią partnerką Grzegorza, czy z jego córką Weroniką. I gdzieś tam ta Republika otacza mnie z jednej strony jako fana, a z drugiej jako normalną osobę, która z tymi ludźmi przebywa, rozmawia i ma przez to z Republiką magiczny związek i magiczną historię. Małgorzata Potocka i Weronika Ciechowska podarowały nam stół Grzegorza Ciechowskiego, na którym nagrał on z Republiką płytę Siódma pieczęć, a który przeleżał 15 lat na strychu. To był prezent dla nas jako zespołu, więc wzięliśmy lutownice w dłonie i naprawiliśmy go. Okazało się, że nadaje się w pełni do użytku i mogliśmy na nim zrealizować całą płytę Popkultury. Ja się nie boję tych porównań, bo wiem, że zainspirowaliśmy się pewną formą nowofalową. Ta forma była obecna nie tylko w muzyce Republiki, ale i muzyce wielu innych polskich i zagranicznych zespołów lat. 80. — The Cure, Blondie, Gary Numan. Zimna, pełna prostoty i przekazu. Same teksty są jednak absolutnie moje i absolutnie współczesne. musli magazine


>>portret

>>45


>>Ile miałeś lat, gdy Ciechowski nagrywał Siódmą pieczęć

i jakiego superbohatera wtedy miałeś? (uśmiech) Siódma pieczęć powstała w 1993 roku, więc miałem wtedy 6 lat. Ta płyta nie przemawiała do wyobraźni małego chłopca. Wtedy zdecydowanie wolałem McGyvera i Drużynę A. Dopiero po latach wróciłem do tego albumu, a dziś ma on dla mnie szczególne znaczenie.

>>Popkulturowe migawki, które Cię twórczo napędzają?

Mam totalną fascynację takimi postaciami absolutnymi — gwiazdami popkultury. Z jednej strony Jim Morrison, gwiazdor rocka, poeta, którego wszyscy szanują i wielbią, a z drugiej — austriacki, lekko obciachowy Falco. Też absolutna gwiazda swojego czasu. >>46

Inspiruję się takimi osobami, które potrafiły pociągnąć za sobą całą ideologię swojej twórczości.

>>A są jakieś ikony popkultury?

Nie wiążę koniecznie ikon popkultury z konkretną twarzą czy postacią. Oczywiście, można by powiedzieć, że Michael Jackson czy Madonna, ale dla mnie ikony to bardziej symbole czy marki, takie jak Gillette czy Coca Cola. W zespole i pracy artystycznej chcę zauważać elementy rzeczywistości — na przykład graffiti na ścianach z powtarzającym się motywem, który nagle wkracza do kanonu sztuki, a zaraz potem pojawia się w reklamie. To niekoniecznie musi być postać, to może być charakterystyczny dźwięk. Dla mnie taką ikoną popkultury jest choćby melodyjka Nokii. musli magazine


Dzisiaj już zapomniana, ale przez późne lata 90. i pierwsze lata nowego stulecia cała planeta bezbłędnie ją rozpoznawała i nuciła.

>>Swój debiut zapowiadaliście już półtora roku temu.

Skąd takie opóźnienie? Przykra sprawa — gdy już mieliśmy cały materiał i gdy praktycznie wszystko było gotowe, gdy w ręku mieliśmy nawet zaproszenie na Open’era — w domu, w którym mieliśmy studio i w którym mieszkałem, wybuchł pożar. Cała płyta i wszystkie materiały spłonęły. To był taki proces — najpierw wyciszenie, potem pozbieranie się i ciężka praca nad rekonstrukcją. Przede wszystkim musieliśmy się pozbierać finansowo, ponieważ straciliśmy całe studio, wszystkie instrumenty i nagrane materiały. A kiedy to zrobiliśmy i gdy Małgosia Potocka

w przypływie chęci pomocy podarowała nam pozostałości po studiu nagraniowym Grzegorza Ciechowskiego — pchnęło nas to do przodu. Stwierdziliśmy, że nagramy tę płytę jeszcze raz. Dla nas była to sytuacja porównywalna z bólem rodziców po stracie dziecka, tak sobie to wyobrażam. Kiedy bowiem ludzie decydują się na kolejne dziecko, nie chcą klonować tego utraconego. Tak było z nami. Wiedzieliśmy, że musimy tę płytę nagrać raz jeszcze, ale zupełnie inaczej. Nie chcieliśmy jej kopiować. Dlatego to tak długo trwało. Na szczęście wyszło nam to na dobre. Nie chciałbym tego doświadczenia przeżyć raz jeszcze, ale uważam, że płyta w obecnej formie jest lepsza. Ten czas nie jest zatem czasem straconym. Pracujemy już także nad nowymi utworami i kolejnym materiałem. Chcemy szybko iść do przodu i nadrobić te półtora roku ciszy. >>47


>>porozmawiaj z nimi...

Teraz cza

>>48

musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

as na NAS FOT. MARL WASILEWSKA

z Kamilem Kozłowskim i Sylwestrem Wronieckim (Dead Snow Monster) o historii zespołu, krótkim emocjonalnym przekazie, mieszaniu stylistyk, planowaniu i osobistych potworach rozmawia Szymon Gumienik

>>49


>>porozmawiaj z nimi...

>>Znając Waszą muzyczną historię i słuchając Waszych

utworów, można pomyśleć, że lubicie szybko i na temat. Tak samo żyjecie? Kamil Kozłowski: Szybko na pewno, ponieważ nie mamy czasu na nic. Szybko i na temat. Sylwester Wroniecki: Tak, można powiedzieć, że żyjemy na pełnej piździe.

>>Powiedzcie coś o początkach Dead Snow Monster. To był

dokładnie przemyślany projekt, czy raczej jeden z wielu sposobów na życie? SW: To był raczej impuls. Michał (perkusista Dead Snow Monster i brat Kamila — przyp. red.) zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie zechciałbym grać na basie w ich zespole. Co prawda nie miałem basu, ale chłopaki szybko zorganizowali mi starego defila bez ostatniej struny, a dwa tygodnie później zagraliśmy już pierwszy koncert. KK: Wcześniej było jeszcze tak, że ja plumkałem na gitarze, a Misiek grał w piłkę. Pewnego dnia przestał i powiedział, że w zasadzie nie ma co robić i może grać na bębnach. Założyliśmy więc zespół, zwerbowaliśmy Sylwka i od razu wszystko zażarło. Ogólnie zaczęliśmy grać pod koncert, który mieliśmy — tak jak powiedział Sylwek — dwa tygodnie po pierwszej próbie. Przygotowaliśmy w tym czasie pięć utworów, które zagraliśmy na żywo i które zostały bardzo dobrze przyjęte przez publiczność. Później >>50

były kolejne dobrze przyjęte występy i decyzja, aby nagrać jakiś materiał, następnie jeszcze Open’er i inne koncerty oraz festiwale. To wszystko do dziś pcha nas cały czas do przodu, do miejsca, w którym jesteśmy tutaj i teraz. Jednak takim impulsem, ogniem zapalnym zespołu był nasz pierwszy występ.

>>I tak cały czas się kręci… Właśnie, Sylwek, słyszałem, że

nie tylko nie miałeś basu, ale i w ogóle wcześniej nigdy na nim nie grałeś. To takie łatwe? SW: Z basem nie ma raczej większych problemów, tym bardziej że jedynie kilka dźwięków musiałem opanować. Kiedyś ogarniałem tylko jedną strunę, teraz zdarza mi się trochę więcej (śmiech). Wcześniej też miałem doświadczenie muzyczne, więc to nie była duża tragedia przesiąść się na bas. Zresztą jest to historia większości basistów. KK: Tak, w chwili gdy nie ma basisty w zespole, trzeba pewne rzeczy przekomponować i coś po prostu z tym zrobić.

>>Jesteście na wskroś amerykańscy. Przyznajcie się, to

jakieś geny? KK: Tak się naturalnie złożyło, że pewne określone dźwięki docierały do nas od czasów dzieciństwa i w ten sposób wyrobiliśmy sobie gust. Już od małego przeplatały się między nami te wszystkie brzmienia, był Elvis Presley w rodzinie na początku, a później już z pełniejszą świadomością muzyczną, z takim osłuchaniem musli magazine


>>porozmawiaj z nimi...

FOT. KARINA BĘDKOWSKA

zaczęliśmy sami wybierać muzykę, i to też była przede wszystkim scena amerykańska. Słuchamy muzyki ze Stanów i głównie ona nas interesuje i inspiruje.

>>A słuchacie w ogóle czegoś polskiego?

KK: Trochę tego jest, ale niekoniecznie gitarowe rzeczy. SW: W naszej muzycznej karierze poznaliśmy wiele zespołów, które zrobiły na nas spore wrażenie. KK: Jednak jak zaczynaliśmy grać, nie mieliśmy żadnego pojęcia o polskiej scenie muzycznej. SW: Oczywiście oprócz takich dużych spraw jak na przykład CKOD. Jak zaczęliśmy grać, coraz więcej twórców poznawaliśmy. Takimi grupami, które nas zachwyciły, były chociażby Searching For Calm czy Indigo Tree. Ale są to z reguły zespoły, które śpiewają po angielsku i są bardziej zachodnie niż nasze rodzime grupy, typu Lady Pank. KK: Tak, takiej muzyki w ogóle nie wciągamy.

>>Preferujecie krótki przekaz wsparty ścianą gitarowego,

garażowego hałasu. Nie myśleliście nigdy, aby niektóre utwory rozwinąć kompozycyjnie? Potencjał jest, macie świetne solówki, które trwają jak dla mnie zdecydowanie za krótko (uśmiech). KK: Ogólnie jest tak, że nagrywamy dany utwór, a następnie wycinamy z niego wszystko to, co jest zbędne. Zostawiamy samą

esencję. Być może kiedyś będziemy rozwijać swoje kompozycje, jednak założenie jest takie, że nasze utwory powinny być takimi petardami, kopnięciami, takimi szybkimi, trafnymi ciosami. Taką mamy właśnie stylistykę i, póki co, się jej trzymamy. To też nie jest nasza autorska receptura, wiele zespołów preferuje taki szybki przekaz, który w większości przypadków się sprawdza.

>>Kontynuując temat muzycznej formy, chciałbym jeszcze

zapytać o przyczynę wyboru przez Was takiej a nie innej stylistyki. Czy tęsknicie za czasami, w których grunge i muzyka garażowa triumfowały? SW: Ciężko w sumie nam tęsknić, skoro doświadczyliśmy ich w takim niebezpośrednim kontakcie.

>>Ale znacie temat, ten okres w muzyce trwał stosunkowo

długo. Zresztą Wasi słuchacze, jak na przykład ja, na pewno tęsknią (uśmiech). KK: Tak, ale nie ma w nas bliżej określonej tęsknoty. Nie zastanawiamy się nad tym, w co uderzyć. Robimy po prostu swoje. A nasi słuchacze? Tak, na pewno pamiętają te czasy. Zresztą zauważyliśmy, że tak mniej więcej raz na dekadę ta muzyka garażowa wraca i być może za rok czy dwa lata znowu będzie modna. Teraz panuje na przykład ogólny zachwyt nad muzyką elektroniczną typu kamp, ale za chwilę zastąpi ją jakaś inna estetyka. Być może będzie to właśnie muzyka garażowa, ludzie będą chcieli dostać >>51


>>porozmawiaj z nimi...

takiego muzycznego kopniaka w dupę. Zresztą teraz wszystko się totalnie wymieszało, dużo ludzi słucha choćby i kampu właśnie, i takiego garażowego, ostrego grania. To jest teraz naturalne, odbiór wielu stylistyk na raz — można to zaobserwować, patrząc chociażby na europejskie festiwale, na których lineup jest przeróżny, zaczynając od elektro-akustycznych rzeczy, a kończąc na takim choćby Mayhem (black metalowa grupa z Norwegii — przyp. red.). Przeróżnych rzeczy ludzie słuchają.

>>Á propos wymieszania stylistyk. Od jakiegoś czasu prak-

tycznie każda rockowa grupa wprowadza do swojego brzmienia elementy muzyki elektronicznej. W większości przypadków to połączenie bardzo dobrze się sprawdza. Macie w planach coś podobnego? SW: Ciężko nam w ogóle cokolwiek planować w naszej muzyce. Staramy się, aby było to jak najbardziej autentyczne. KK: Myślę, że gdybyśmy zaczęli planować, wszystko by się popsuło.

>>Nawet małe klawisze nie wchodzą w grę?

KK: Może jakieś klawisze kiedyś będą, ale na pewno nie będziemy wprowadzać żadnych wstawek elektronicznych, żadnych pierdolników czy ozdobników… SW: Chociaż mamy trochę kompozycji z wykorzystaniem klawiszy, ale nie nazwałby tego elektroniką w pełnym tego słowa znaczeniu. KK: Staramy się robić to, co nam wychodzi najlepiej, a jedyną selekcję robimy na takiej zasadzie, czy to, co zagraliśmy, nam się podoba, czy też nie. Nie ma u nas żadnego umawiania się i ustalania, czy na przykład w danym momencie nie powinniśmy wprowadzić może jakiegoś innego instrumentu. SW: Ale to nie jest też tak, że podoba nam się tylko jedna rzecz i będziemy ją wkoło powtarzać — dostrzegamy w zespole nieustanny rozwój naszych zapatrywań muzycznych. KK: Jedno jest pewne — Dead Snow Monster zawsze będzie Dead Snow Monster. >>52

>>Czyli dopuszczacie wszelkiego rodzaju eksperymenty jako naturalny proces każdego zespołu? KK: Tak, oczywiście.

>>Eksperymenty budowane na profesjonalizacji nagrań,

ciągłym próbowaniu i dopieszczaniu utworów, czy jednak czysty, niczym nienaruszony przekaz emocji? KK: Z tym też jest różnie. Teraz na przykład nagraliśmy totalnie brudną płytę, gdzie słychać trzaski, sprzężenia i nie ma żadnych ucinanych numerów, tylko wybrzmienia wspomnianych sprzężeń. Jednak nie twierdzimy, że takie „ładniejsze” granie nigdy nam się nie zdarzy. Sięgając do historii muzyki, można wspomnieć tu choćby Nirvanę, typowo garażowy zespół, musli magazine


>>porozmawiaj z nimi... FOT. DOMINIKA FILIPOWICZ

który nagrał przecież bardzo popowy album Nevermind, ale ze względu na to, że jest na nim zachowana energia zespołu, bardzo dobrze się go słucha.

>>Wychodząc z takiego założenia — profesjonalizacji

nagrań, produkowania materiału od—do i pod linijkę — chciałbym Was zapytać, czy w takiej sytuacji możemy w ogóle mówić o emocjonalności przekazu? KK: Zależy od tego, jak to jest nagrane. My nagraliśmy nasz materiał na „setkę”, często też rejestrując utwory na jednym tylko podejściu — w takim wypadku energia na pewno jest zachowana. Później, jeśli chodzi już o samą kosmetykę, można się w nią bawić bardzo długo. Są właśnie płyty, które są brzmienio-

wo dopieszczane i dobrze się ich słucha. Tak że myślę, że można to bez problemu połączyć. Dla jednych urok będzie miał dobrze wyprodukowany materiał, dla innych — brudne, surowe, niczym nieprzetworzone brzmienie.

>>Jeśli jesteśmy jeszcze w temacie produkcji, to prawda,

że udało Wam się nagrać płytę z szesnastoma utworami w pięć dni. Jakieś specjalne okoliczności przyrody? KK: Materiał nagrywaliśmy z Szymonem Swobodą, z którym współpracowaliśmy już wcześniej, poza tym kumplujemy się, nieraz też wspólnie piliśmy, więc czuliśmy się w pełni swobodnie i wiedzieliśmy jak Szymon pracuje. Wszystko odbyło się zatem ze spokojem… >>53


>>porozmawiaj z nim...

SW: I wszyscy byli do tego przygotowani, każdy wiedział, co chce zrobić. W trójkę usiedliśmy po prostu do instrumentów, Szymon nacisnął czerwony guzik i poszło. KK: W pierwszy dzień ustaliliśmy brzmienia, dlatego też wystarczyło potem podpiąć do pieców gitary i nagrać to. I tak też zrobiliśmy. Czasem było też tak, że mieliśmy sesję za sobą, a ja zaczynałem grać na gitarze, Michał na perkusji i okazywało się, że jakaś magiczna atmosfera się wytworzyła i nagrywaliśmy kolejny utwór. Tak na przykład powstał Apple Blossom. Poza tym nie gramy zbyt skomplikowanie, tak że nie było to według nas zbyt nadzwyczajne osiągnięcie. Nad samymi utworami napracowaliśmy się już wcześniej podczas wielu prób, nagraliśmy mnóstwo wersji tych piosenek, mnóstwo też materiału odpadło, z którego można było zrobić jedną czy nawet dwie płyty. Zagraliśmy wyselekcjonowany, przećwiczony już materiał, dlatego naszym zadaniem było jedynie zrobienie tego dobrze. >>54

>>A macie już materiał na nową płytę?

KK: Moglibyśmy w tej chwili nawet wejść do studia i nagrać nowe brzmienia, przygotowane nawet od początku do końca, ale nie byłby to na pewno longplay. Niektóre z tych utworów pojawią się na epce w najbliższym czasie. Pewne rzeczy mamy już zaplanowane tak, żeby iść w kierunku zachowania ciągłości Dead Snow Monster.

>>Przejdźmy do tematu łatek i przypinek. Czy mają one

w ogóle sens w czasach tysięcy nowych propozycji i milionów autorskich utworów? Wam na przykład przypinają łatkę The White Stripes. KK: W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiałem, robimy swoje i nie oglądamy się na takie rzeczy. A jeśli chodzi o The White Stripes, to wielu zarzucało im nawiązywanie na przykład do Led Zeppelin czy Jimiego Hendrixa. I to prawda, jest u nich mnóstwo musli magazine


>>porozmawiaj z nim...

FOT. KLAUDIA KROWICKA

zerżniętych riffów i przerysowanych z kalki motywów Zeppelinów. Zresztą w każdej muzyce można się dopatrzeć nawiązań. Sam mam nawet takie zboczenie, że słucham jakiegoś nowego zespołu i doszukuję się w jego brzmieniu określonych odniesień. I to jest w porządku, jak dla mnie.

>>To

jest raczej nie do uniknięcia, tym bardziej że to się dzieje już od bardzo dawna. Nawet w Dead Snow Monster słyszę pewne rozwiązania rockowej muzyki z lat 70. ubiegłego wieku. Idę w dobrą stronę? KK: To na pewno. I potwierdza to również fakt, że od pewnego czasu w muzyce wszystko się miesza. Odkąd zaczęło powstawać tysiące zespołów, które w dodatku mogą zamieścić swoją twórczość bez żadnych problemów w Internecie, wytworzyła się taka muzyczna papka, w której wszystko praktycznie można usłyszeć.

>>Interesuje mnie jeszcze charakterystyczny głos Kamila.

Od razu tak naturalnie zabrzmiał, czy jakiś czas szukał swojego najodpowiedniejszego wyrazu? KK: To też się wzięło z osłuchania. Teraz te nowe nagrania na pewno będą trochę inaczej brzmieć, przy nagrywaniu pierwszego longplaya byliśmy mocno wbici w klimaty podobne do The White Stripes. Praktycznie od samego początku tak śpiewałem. SW: Tak, już od pierwszej próby było to darcie (śmiech). KK: To było bardzo wysokie krzyczenie, które — myślę — że bardzo naturalnie zabrzmiało. Zresztą z brzmieniem nigdy nie mieliśmy specjalnego kłopotu, nie przesiadywaliśmy na salce, nie kręciliśmy gałkami, a ja nigdy nie robiłem prób, nie kombinowałem ze skalą głosu. Stawialiśmy wyłącznie na wygenerowanie autentycznej energii.

>>Od formy blisko do treści. O czym śpiewacie?

>>55


FOT. ALEKSANDRA DĄBROWSKA

>>porozmawiaj z nimi...

KK: W zasadzie o wszystkim, mamy i surrealistyczne teksty, i takie o miłości, rozstaniach, często przedstawione w mocny sposób. Różnie, raczej nie da się określić, że Dead Snow Monster śpiewa tylko o miłości. Na pewno nie wchodzimy w tematy polityczne, bardziej chodzi nam o zabawę, o cieszenie się życiem. SW: To jest impuls, chwila. Trudno określić je jako jednostajną treść, raczej jest to przekazywanie uczuć, które w danej chwili w nas siedzą. Są mocno zaszyfrowane, co z kolei daje duże pole do interpretacji dla kogoś z zewnątrz. I to jest świetne, bo śpiewać na przykład o tym, że Kaczyński nie żyje jest trochę śmieszne.

>>Trochę bardzo. A dzielicie się rolami przy kompono-

waniu, pisaniu tekstów czy wspólnie improwizujecie i ścieracie ze sobą wszystkie pomysły? SW: A Ty znowu o tym planowaniu. Odpowiem Ci na przykładzie numeru Get Your Guns, jednego z lepszych naszych numerów, >>56

którego nagranie odbyło się na zasadzie improwizacji. Podczas jednej z prób Misiek zaczął grać na perkusji jakąś sekwencję, nagle pojawił się bas, potem gitara, następnie Kamil zaczął skrzeczeć, a gdy skończyliśmy, uznaliśmy, że trzeba zapalić papierosa, bo mamy dobry numer (uśmiech). KK: Bardzo często budujemy utwory właśnie na improwizacji, w której trochę później rzeźbimy. Z reguły nie myślimy o tym, idziemy po prostu na żywioł.

>>I właśnie w tym tkwi siła Dead Snow Monster. W żywio-

łowości i szybkim garażowym graniu, które wywołuje — przynajmniej u mnie — bardzo miłe reminiscencje. Chociażby wspomnianej przez Kamila Nirvany — zespołu, który w latach 90. poprzedniego wieku rozpoczął jedną z ostatnich tak gwałtownych muzycznych rewolucji. Marzy Wam się taka rewolucja? musli magazine


>>porozmawiaj z nimi... którym zacząłem się po prostu starzeć, przez co nic już na mnie tak dużego wrażenia nie zrobiło… SW: Mnie się wydaje, że w ogóle minął już czas takich tytanów, którzy przewracają rynek muzyczny do góry nogami. KK: Dzieje się tak głównie przez czasy, w których żyjemy. Dziś Internet jest ogólnie dostępny i każdy może dużo mocniej dopasować muzykę do siebie. Nikt ci nie mówi, co jest dobre, a co złe. Ludzie mają większy wybór. Myślę jednak, że pojawią się jeszcze takie fenomeny.

>>Bardzo na to liczę. Przejdźmy jeszcze do Waszej płyty.

Podoba mi się okładka I Wanted To See A Monster, w której tytuł idealnie zagrał z obrazem. Co było pierwsze? KK: Tytuł naszej płyty jest równocześnie tytułem obrazu Mariusza Gutowskiego, na wernisażu którego graliśmy.

>>Gdzie?

KK: We Wrocławiu. Tam zagraliśmy i tam zobaczyliśmy ten obraz — od razu wiedzieliśmy, że będzie to okładka naszej płyty. Nie zastanawialiśmy się, nie planowaliśmy tego (uśmiech), dogadaliśmy się tylko z Mariuszem, że będziemy mogli wykorzystać jego pracę. Okazało się, że jej tytuł idealnie pasuje i do naszego zespołu, i do naszego debiutanckiego materiału. Wszystko po prostu zagrało, wszystko się zazębiło i sprawiło, że dalej nas to pcha do przodu, do tego, co robimy. SW: Tak samo było z okładką naszej pierwszej epki — Kamil dostał propozycję obrazu Billa Sussmana. KK: Tak, w ogóle nie wiadomo skąd przyszło mi to na pocztę. Też nie zastanawialiśmy się nad projektem, po prostu sam przyszedł w odpowiedniej chwili. Zresztą my przyciągamy do siebie takie rzeczy, tak samo jest z koncertami czy festiwalami. Osoby, które poznajemy, które nas pchają w dobrą stronę, to są ludzie zazwyczaj poznani na koncercie. Zaczynamy z nimi rozmawiać, wypijamy wspólnie piwo, a potem lądujemy razem w dziwnym miejscu. Po przebudzeniu dowiadujemy się, że już ze sobą współpracujemy. Spontanicznie wszystko to nam wychodzi.

>>No właśnie, tym różnią się na przykład muzycy od dzien-

nikarzy, że nic nie muszą planować. Ja wywiad niestety musiałem zaplanować… KK: Ale nie wiadomo, jak się skończy i w jakim miejscu wylądujemy (śmiech).

>>Nie planujmy zatem tego (uśmiech). Na koniec powiedzKK: Kto wie, może nam się uda (uśmiech). A jeśli chodzi o Nirvanę, to nie sądzę, żeby była to ostatnia rewolucja muzyki gitarowej na taką skalę — dużo namieszał też później Jack White, który też nas inspiruje. Również myślałem, że po Nirvanie nic już nie będzie, ale teraz tak wszystko szybko się ze sobą przeplata, że trudno nie znaleźć czegoś świeżego. Była Nirvana, potem zjawili się The Strokes i The White Stripes, które równie ostro namieszały, więc podejrzewam, że… SW: Teraz czas na nas (śmiech). KK: Właśnie. Teraz może być dobry czas na takie granie.

>>Czyli myślicie, że idziecie w dobrą stronę?

KK: Tak, a przynajmniej tak się pocieszamy (śmiech).

>>A wracając do muzycznych rewolucji i grunge’u w ogóle, nie tylko Nirvany. Myślę, że to był ten czas dla mnie, po

cie mi jeszcze, jeżeli mielibyście przedstawić swojego potwora, jakby wyglądał? I najważniejsze, czy byłby martwy? KK: (śmiech) Na pewno byłby żywy. SW: Widzę, że ktoś tu się dobrze przygotował (śmiech). KK: To wiąże się z naszą nazwą, która była taką zbitką słów, która zażarła i spodobała nam się w kontekście takiego żartu…

>>Rzeczywiście ładnie dźwięczy w uszach, ale potworów

Wam nie odpuszczę. Wasze osobiste lęki to… SW: Ja się boję baletnic, tak że u mnie byłaby to martwa baletnica z przekrzywioną głową robiąca piruety w mojej kuchni. KK: U mnie byłby to klown, ale to trochę objechane, więc wolę powiedzieć, że ja mam takiego potwora, który cały czas siedzi w mojej głowie. I czasem się go boję, a czasem po prostu nim jestem — raz jest to dobry potwór, innym razem zły… Jednym słowem, mój potwór żyje we mnie. >>57


JULIA JA


ARMULSKA


Julia Jarmulska jest absolwentką Wydziału Sztuk Pięknych na UMK w Toruniu (kierunki: Media Rysunkowe oraz Intermedia i Multimedia). Specjalizuje się w fotografii mody i fotografii reklamowej. Choć uwielbia pracę zespołową, to niezbyt często współpracuje z większą ekipą, gdyż niemal przed każdą sesją fotograficzną osobiście wciela się w rolę wizażysty, stylisty i fryzjera. Swoje wszechstronne zdolności doskonale wykorzystuje i łączy podczas pracy nad daną sesją zdjęciową, dlatego jej prace są tak pieczołowicie dopracowane na każdej płaszczyźnie. Uwielbia twórczość Stanisława Wyspiańskiego, Alexandra McQuenna i Karla Lagerfelda za ich wszechstronny geniusz oraz niesamowitą i ponadczasową kreatywność. Ceni i podziwia ikony fotografii, takie jak: Guy Bourdin, Helmut Newton, Richard Avedon, Eugenio Recuenco czy David LaChapelle. Od kilku lat współpracuje z agencją modelingową OMmodel, magazynami, licznymi firmami, projektantami, klientelą prywatną oraz publicznymi osobistościami. Ostatnio z aktorką Romą Gąsiorowską-Żurawską w ramach jej pokazu, który stanowił punkt kulminacyjny 3. Festiwalu Filmowego PRZEJRZEĆ: Moda i Film, gdzie wcieliła się w role fotografa reportażowego i wizażystki przygotowującej modelki na wybieg.


Zaprezentowana sesja zdjęciowa jest współczesną interpretacją życia towarzyskiego kobiet stylizowaną na lata 30. i 40. ubiegłego wieku. Inspiracją dla przyjętej konwencji była fascynacja autorki tym okresem, a także osobą Coco Chanel – wybitnej projektantki i prekursorki mody, która symbolizuje kobietę wyzwoloną. Postacie kobiece na zdjęciach emanują seksualnością i stają się nieprzewidywalnymi kokietkami.


Stylizacją modelek, fryzurami oraz wizażem zajęła się Julia Jarmulska, która dopełniła całości, fotografując przedstawione ujęcia. Kreacje, w które zostały ubrane modelki, są autorstwa projektantki Patrycji Pardyki. Dzięki swojej oryginalności doskonale wpasowują się w określony klimat i potęgują emocje zawarte w każdym ujęciu.


Julia Jarmulska będzie gościem tegorocznej edycji Bella Women In Art Festival. Po pokazie Sadowska Fashion odbędzie się dyskusja „Moda jako sztuka użytkowa”. W spotkaniu oprócz Julii wezmą także udział stylistka Anna Deperas-Lipińska, bogerka Katarzyna Pawłowska oraz Gość Specjalny Bella Women In Art Festival Maria Sadowska. Szczegóły na: womeninartfestival.blogspot.com


>>nowości książkowe

książka NOWOŚCI

Korespondencja Julia Hartwig, Artur Międzyrzecki, Czesław Miłosz Wydawnictwo Literackie 19 grudnia 2012 85,99 zł

Jerzozwierz. Portrety i autoportrety Jerzego Lewczyńskiego Olga Ptak Muzeum w Gliwicach 1 grudnia 2012 www.czytelniasztuki.pl

Korespondencja to zebrane listy Czesława Miłosza oraz małżeństwa Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego. Nawet osobie mniej zorientowanej w sprawach literackich nie trzeba dodatkowego polecenia. Można jedynie dodać, że korespondencja obejmuje głównie lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte — czyli czasy, gdy Miłosza od wspomnianej pary oddzielały ocean i żelazna kurtyna. W listach więc skondensowane jest wszystko, co może być niezbędne do podtrzymania żywego kontaktu i wymiany intelektualnej między kwitnącą socjalistyczną ojczyzną a zgniłym Zachodem.

„Pani o mnie myśli: «ten stary idiota», ja o pani: «ta młoda dzierlatka»… Możemy sobie tak myśleć, ale powinniśmy znaleźć w tych dwóch przeciwstawnych określeniach coś wspólnego” — ta myśl przez kilka miesięcy towarzyszyła spotkaniom Olgi Ptak z Jerzym Lewczyńskim, którego najczęściej określa się jako „najwybitniejszego żyjącego polskiego fotografa” lub „wybitnego awangardystę”. Książka zawiera zapisy rozmóm, liczne anegdoty, wspomnienia oraz fragmenty listów, jakie malarz Zdzisław Beksiński przez prawie pół wieku pisał do swojego przyjaciela. Każdy z tych elementów jest wprawką do portretu nestora polskiej fotografii i próbą dotarcia do prawdy o tym niezwykłym człowieku.

(MR)

(AS)

Dobre dziecko Roma Ligocka Wydawnictwo Literackie 28 listopada 2012 34,49 zł

>> Kolejny kadr z życia „dziewczynki w czerwonym płaszczyku” — intymna opowieść o bliskiej relacji nastoletniej dziewczyny z matką, o samotności, cierpieniu i bólu dojrzewania. Córka odkrywa romans matki z żonatym mężczyzną, co doprowadza ją do załamania nerwowego i anoreksji. Zmagając się z własnym cierpieniem, musi znaleźć w sobie dość siły, by wspierać matkę, która pod presją otoczenia usiłuje popełnić samobójstwo. Roma Ligocka jest uznaną w świecie malarką i pisarką. Jej powieści tłumaczono na wiele języków, ostatnio nawet na chiński. (AL)

>>82

Kroki w nieznane (tom 8) Opracowanie zbiorowe Wydawnictwo Solaris 4 grudnia 2012 49,99 zł

Z ciekawości zajrzę zapewne do ukazującego się w Dzień Górnika ósmego tomu Kroków w nieznane — almanachu, który wydawany jest od lat siedemdziesiątych (z trzydziestoletnią przerwą po drodze). Kroki to nie tylko intrygujący tytuł, ale też możliwość przyjrzenia się plejadzie współczesnych twórców fantastyki! Nigdy literatura fantastyczna nie była chlebem mym powszednim i nie sięgam po ten zbiór odruchowo, ale liczę na to, że coś interesującego w nim dla siebie znajdę. A miłośnik fantastyki będzie mógł poczytać premierowe publikacje prozy ulubionych autorów i podziwiać wschodzące gwiazdy gatunku. (MR)

musli magazine


>>nowości filmowe

film książka NOWOŚCI

360 reż. Fernando Meirelles obsada: Maria Flor, Anthony Hopkins, Jude Law, Rachel Weisz 26 grudnia 2012 110 min

Frankenweenie reż. Tim Burton obsada: Winona Ryder, Martin Landau, Catherine O’Hara, Martin Short 7 grudnia 2012 87 min

Miłość XXI wieku? Cóż to takiego? Brzmi naiwnie, ale na to pytanie, jak deklaruje dystrybutor, stara się odpowiedzieć swoim filmem 360 Fernando Meirelles. Reżyser Wiernego ogrodnika tym razem wikła się w trudne relacje międzyludzkie, próbując jednocześnie nakreślić panoramę współczesnych związków. Czy jest to możliwe? Tego nie wiem. Brzmi jednak obiecująco. Decyzja, by pozostać wiernym ukochanej, wywołuje lawinę nieoczekiwanych zdarzeń w Wiedniu, Paryżu, Londynie, Bratysławie, Rio i Denver. Wzruszenia, uniesienia, radości i dramaty... Jednym słowem — film utkany z emocji (podobnie jak każdy dobry związek). Pytanie tylko, czy utrzyma temperaturę uczuć w widzach?

Wraca wielki Tim Burton, ale czy w wielkim stylu? To już zupełnie inna historia. Ostatnio nie wiodło mu się najlepiej. Jedno jest pewne — mrok reżysera nie opuszcza, a dla posiadaczy czworonożnych członków rodziny humor autora Gnijącej panny młodej będzie szczególnie dotkliwy. Otóż tym razem bohaterem swojego filmu uczynił psa, a właściwie prawie psa, bo Sparky jedno życie już miał i stracił w fatalnym wypadku. Jego pan, małoletni Victor, nie może pogodzić się ze stratą ukochanego przyjaciela. Pewnego dnia, podczas lekcji fizyki, wpada na szatański plan przywrócenia go do świata żywych. Udaje się! Malec ma tylko jeden poważny problem — jak nie wywołać ogólnej histerii wśród żywych...

ARBUZIA

Hobbit: Niezwykła podróż reż. Peter Jackson obsada: Martin Freeman, Ian McKellen, Cate Blanchett, Andy Serkis 28 grudnia 2012 164 min

>> Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby niepozorny Bilbo Baggins (namówiony przez J.R.R. Tolkiena) nie zdecydował się zostawić swojego baśniowego domku i wyruszyć w długą podróż. Nie poznalibyśmy jednej z najpiękniejszych historii w dziejach światowej literatury. I aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby dokonania filmowe Petera Jacksona miały się zakończyć na historii mało sympatycznego małposzczura z Martwicy mózgu. Hobbit Bilbo Baggins — z tego, co pamiętam — niechętnie wyruszał w podróż swojego życia. Jestem jednak pewna, że my chętnie odwiedzimy w grudniu kino. ARBUZIA

ARBUZIA

Kurczak ze śliwkami reż. Vincent Paronnaud, Marjane Satrapi obsada: Mathieu Amalric, Isabella Rossellini, Maria de Medeiros, Golshifteh Farahani 26 grudnia 2012 93 min

Niezwykła historia skrzypka Nassera-Ali to kapitalna propozycja na poświąteczne i przedsylwestrowe wzruszenia. Przeniesie nas do Teheranu lat 50. Podczas kłótni z żoną wirtuoz traci swój ukochany instrument. Nie potrafi go zastąpić żadnym innym. Bez muzyki życie bohatera traci sens. Postanawia zatem poczekać na śmierć. Przez siedem dni, leżąc w łóżku, śni o przeszłości i przyszłości, spotyka też Anioła Śmierci. Najważniejszy okazuje się sen, który doprowadza go do ukochanej. Miłosna historia sprzed lat okazuje się nierozerwalnie związana z obecną potrzebą muzyki Nassera-Ali. Kurczak ze śliwkami obowiązkowy — między wigilijnym karpiem a sylwestrowymi koreczkami. ARBUZIA

>>83


>>nowości płytowe

muzyka NOWOŚCI

Featherbrain Hanne Hukkelberg Universal Music Polska 27 listopada 2012 46,99 zł

King Animal Soundgarden Universal Music Polska 4 grudnia 2012 56,99 zł

Hanne Hukkelberg przez krytyków nazywana jest norweską Björk. Żeby było weselej, od siebie dorzucę jeszcze Lyke Li, którą słychać w niektórych kompozycjach Norweżki i do której trochę jej bliżej. Porzućmy jednak wszelkie porównania i pomiary geograficznych odległości, bowiem Hanne — jak każdy szanujący się artysta — idzie we własnym i przez siebie wyznaczonym kierunku. Na Featherbrain dużo jest jazzu i elektroniki, które łączą się w bardzo proste kompozycje. To główna zaleta albumu, na którym udało się artystce stworzyć bardzo intymną, bezpośrednią, wręcz hipnotyczną atmosferę. Hanne została już bardzo ciepło przyjęta w Polsce na koncercie w ramach tegorocznej edycji T-Mobile Nowe Horyzonty. Pora na przyjęcie jej w domu.

Muszę przyznać, że z dużą niecierpliwością czekałem na nową płytę Soundgarden, gdy w 2010 roku zespół ogłosił swoją reaktywację. Pojawiły się co prawda w tym czasie albumy retrospektywny i koncertowy, a nawet utwór do ścieżki dźwiękowej The Avengers, jednak dopiero teraz otrzymujemy szósty oficjalny album studyjny — po 15 latach jedni z głównych przedstawicieli grunge’u z Seattle powracają z całkiem świeżym materiałem King Animal. Czy można uznać ten album za godny króla? Nie do końca, choć dla wielu taki odgrzewany posiłek z lat dawnej świetności będzie bardzo strawny. Mimo wszystko dołączam się do ogólnego wiwatu, bo każdy powrót starego dobrego króla wymaga aplauzu!

(SY)

Nowa Aleksandria Siekiera MTJ Agencja Artystyczna 30 listopada 2012 49,99 zł

>> Powiem szczerze — nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego prezentu pod choinkę. Najpełniejsze, zremasterowane wydanie Nowej Aleksandrii puławskiej Siekiery — jednej z ważniejszych płyt w historii polskiego rocka, niezmiennie od 30 lat brzmiącej emocjami i siłą punkowej niezależności! Choć większość zainteresowanych ma już tę płytę w swojej kolekcji, jestem pewien, że zaopatrzy się również w jej nową edycję. Powodów jest kilka: dodatkowe nagrania dostępne wcześniej jedynie na singlach Jest bezpiecznie oraz Misiowie puszyści, selekcja starannie wybranych nagrań koncertowych, utwór Serce (niedostępny do tej pory) czy wielostronicowy booklet z kolekcją archiwalnych zdjęć i ze wspomnieniami Adamskiego. Nowa Aleksandria co prawda już dawno zmieniła się w Puławy, ale płyta Siekiery mimo odświeżenia pozostanie zawsze taka sama. (SY)

>>84

(SY)

Polymorphic Code The Algorithm Warner Music Poland 3 grudnia 2012 49,99 zł

The Algorithm to bardzo osobliwa muzyczna propozycja — pod tym pseudonimem kryje się Francuz Rémi Gallego, który zachwyca uszy algorytmiczną wręcz syntezą takich gatunków, jak: electro, ambient, industrial, mathcore, progresywny metal, noise, techno, muzyka ilustracyjna czy reggae. Polymorphic Code to pełnowymiarowy debiut Rémiego, na który składa się osiem kompozycji, zaskakujących swoim rozmachem i niepokojących typowo futurystycznym nastrojem. To propozycja dla wszystkich słuchaczy otwartych na wszelkiego rodzaju koktajle wybuchowe. The Algorithm potrafi bowiem mieszać jak mało kto. Spróbujcie choćby takiego zestawu: Fear Factory, Ministry, Throbbing Gristle, Prodigy, Aphex Twin, Jean Michel Jarre, Fatboy Slim, Tangerine Dream, Kraftwerk… (SY) musli magazine


>> muzyka RECENZJA

Kręcenie nosem

Długo czekałem na tę płytę. O pomyśle słyszałem już nawet kilka lat temu, ale zawirowania personalne zespołu — wtedy jeszcze Crystal Lake — nie pozwoliły na jego realizację. Potem, gdy krążek był już nagrany, czekałem na jego wydanie. I w końcu jest, choć przyznam szczerze, że trochę się na nim zawiodłem. Prawdopodobnie czekając na tę muzykę i słuchając o niej opowieści, stworzyłem sobie wyobrażenie płyty idealnej. Konceptu na miarę 01011001 Ayreona (Arjena Lucassena), który jest muzykiem genialnym, a rzeczy wychodzące spod jego rąk są niemal doskonałe. Niestety, nie można tego powiedzieć o krążku Element Of The Greed, który ma swoje wady i niedociągnięcia… Ale od początku. LYNX MUSIC jak na małe wydawnictwo znowu spisało się na medal. Płyta wydana jest niesamowicie — poczynając od okładki, a na ilustracjach wewnątrz kończąc. Wszystko trzyma najwyższy poziom. Podobno też sam nośnik (w przypadku odtworzenia go na komputerze) zawiera pewne dodatki, w tym tłumaczenie tekstów na język polski — jest to o tyle przydatne, że Element Of The Grid jest albumem koncepcyjnym, który opowiada pewną spójną historię. O tłumaczeniu wiele nie powiem, ponieważ mój komputer nie ma wbudowanego napędu płytowego, jednakże z samą historią mam pewien problem. Pierwszym moim skojarzeniem był film Equilibrium, ale są tu też jacyś bliźniacy, jest i miłość, są i tajemne stowarzyszenia... Strasznie to wszystko pokręcone i jakoś do mnie nie przemawia. Melodeklamacjom brakuje przestrzeni i dodatkowych głosów — Krzysztof Owsiak wcielił się bowiem w pięć postaci, co odbija się na jakości dialogów. Mię-

dzy utworami mamy również do czynienia z przerywnikami muzycznymi — w książeczce dołączonej do wydawnictwa opisane są dialogi, których w nagraniu nie ma, więc musimy je sobie sami doczytać (a skoro ich nie ma, dlaczego istnieją?). Mam wrażenie, że Logic Mess nie zdołał udźwignąć wykreowanego przez siebie konceptu, choć może się czepiam, może po prostu słyszałem już za dużo albumów koncepcyjnych, może czytałem za dużo książek science fiction, może… zwyczajnie nie kupuję tego. Jednak gdy zaczynam myśleć o Element Of The Grid jak o zwykłej płycie, moje podejście zmienia się diametralnie. Dostajemy bowiem album pełen mrocznego, melodyjnego prog metalu, z wielością świetnie nagranych motywów. Piotr Majka (perkusista) jest niesamowity, Krzysztof Owsiak z kolei potrafi i krzyknąć potępieńczo, i zaśpiewać falsetem. Gitary, wraz z basem, młócą riffy, które ścianą dźwięku wbijają w fotel. Może czasami Marcin Gawełek podczas solówek traci świeżość (miałem wrażenie powtarzalności niektórych dźwięków), ale przy takiej liczbie motywów jest to wręcz nieuniknione. Jednakże mistrzostwem świata tego albumu są klawisze! To, co robi Piotr Wypych — jak buduje klimat, jak najmniejszym smaczkiem zmienia oblicze całej piosenki — jest niesamowite (taka choćby końcówka Recall Of A Memory, która bije genialną prostotą — minimum dźwięku, maksimum muzyki). Na albumie brakuje mi trochę gitary basowej, czasami też riffy aż proszą się, żeby zostawić je trochę dłużej, aby wybrzmiały, zanim przeskoczą w następny. Pewne rzeczy można byłoby zatem dopieścić, nadać im więcej brzmienia… I gdy tak narzekam, uderza mnie jedna myśl: „To nie jest Ayreon. To nie jest Dream Theater”. Może moja ocena jest spaczona przez zbyt duże oczekiwania? Przecież, wbrew temu co pisałem, Element Of The Grid jest naprawdę udaną płytą, kawałkiem świetnej muzyki, technicznie z najwyższej półki. To jest polski zespół. Z Torunia. Płyta jest nagrana w Polsce, zapewne też za pieniądze samych muzyków, którzy w dodatku ciężko pracują w innych zawodach. I czy jest to gaszenie pożarów, czy uczenie gry w tenisa, wszyscy oni znaleźli jeszcze po tym wszystkim czas, żeby się spotkać i wykombinować takie dźwięki! Nie można zatem porównywać Logic Mess do zespołów takich jak Ayreon, ponieważ Arjen swojej muzyce poświęca całe dnie, siedząc w swoim domowym studiu, dłubiąc, dopracowując i dopieszczając materiał. Logic Mess to grupa pasjonatów, która stworzyła płytę będącą — jak na polskie

>>recenzje warunki — kosmosem. Mam nadzieję, że za kilka płyt wydawca zaproponuje ponowne nagranie tego krążka, tylko już z dużo większym budżetem, dającym bezpieczeństwo i większe skupienie muzykom. Gabriela zagra Borys Szyc, Johnatana Tomasz Karolak, a Great Tellera (rzecz jasna) Knapik. Wtedy będzie to płyta idealna, bo ta muzyka ma taki potencjał… Czyli znowu muszę czekać, ale — póki co — starczy mi to, co mam. Już nie marudzę, bo to kawał dobrej muzyki. Z Torunia. GRZEGORZ WINCENTY-CICHY Element Of The Grid Logic Mess LYNX MUSIC 2012

Samotność najlepszym przyjacielem

„Przyglądając się światu wokół, wydaje nam się, że nie ma powodu, by wierzyć w miłość lub cokolwiek innego. I nagle, w dniu gdy najmniej się tego spodziewamy, na horyzoncie pojawia się światełko. Niepewne i chybotliwe — to błaga, byś podszedł, to prosi, byś stał daleko. Blednący ogień (Pale Fire). Obietnica miłości i nadziei — absorbująca i iluzoryczna jednocześnie. A jednak na krótką chwilę wprowadza światło w ciemność, przyszłość w ruiny i daje siłę do dalszej walki” (tłum. autora). Tymi słowy Sarah Assbring vel El Perro Del Mar wprowadza nas w świat swojego czwartego albumu — Pale Fire. Kręgu zakochań i rozstań, miłości znającej smak rozczarowania i uroku miękkiego house’u z połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Sarah samodzielnie nagrała i wyprodukowała cały album, rezygnując przy tym ze współpracy z Rasmusem Häggiem, z którym wspólnie dokręcała poprzedni, niedający się zapomnieć i podobnie słodko-gorzki, krążek >>85


>> Love is Not Pop. Jak przyznała w rozmowie z „Interview”, choć nie było to łatwe doświadczenie, umożliwiło oddanie tego, co w sposób niewypowiadalny miała w głowie podczas nagrywania pierwszej wersji materiału. Assbring, podobnie jak większość znanych autorowi pisarek, należy do tych artystek, które do czego by się nie zabrały, zawsze będą pisać o miłości. Doświadczenie, dojrzałość i wrażliwość muzyczna połączone z tym naturalnym skrzywieniem wyprodukowały prawdziwe cudo, pulsujące prądem jak nigdy wcześniej, brzmiące całym luzem muzyki naszej młodości, jednocześnie po skandynawsku eleganckim i na wymiar. Album zapowiadał singiel Walk on By (którego duchowym patronem mógłby być Christian Morgenstern) o przyjemnym hawajskim rytmie i zapadających w pamięć słowach: „Solitude’s my best friend, the one who sees me cry, it tells me I will never need another man, to keep my head up and walk on by”. Piosenkę zaczyna nagranie głosu słynnej drag queen Dorien Corey, która pojawia się na płycie także w kończącym całość utworze Dark Night. Trop to dość mglisty — gdy próbowałem nim podążyć, dowiedziałem się tylko więcej o AIDS, płonącym Paryżu i zmumifikowanych zwłokach. Nieważne. Kolejnym singlem jest Hold Off the Dawn inspirowany postacią Geronimo, który podobno umiał powstrzymywać świt przed nadejściem. Też dobrze. Na pewno za to mógłby być to utwór na listę płac niejednej produkcji telewizyjnej (może nie Żaru Tropików, lecz innej tanecznej historii po zachodzie słońca — historii o miłości, którą chcielibyśmy zatrzymać w tym kształcie, w tej chwili, na zawsze). Pale Fire pełne jest niezwykłych momentów — jest reggae’owy Love in Vain, brzmiący jakby zabrał się za niego Mad Professor, ciepło pulsujący I Was a Boy, przy którym można rozłożyć się na ławce, nie zważając na listopad, czy pomocny w długiej podróży Dark Night. Sarah Assbring wybrała twórczość pod pseudonimem w imię wolności do eksperymentowania, zmieniania stroju i aranżacji w zależności od potrzeby chwili. W tej jest jej bardzo do twarzy. Stworzyła swój najciekawszy, najbardziej dojrzały w warstwie muzycznej i lirycznej album, który jest „jednocześnie absorbujący i iluzoryczny, wprowadzający światło w ciemności, przyszłość w ruiny i dający siłę do dalszej walki”. Wszystko się zgadza. ANDRZEJ MIKOŁAJEWSKI Pale Fire El Perro Del Mar Domino 2012 >>86

film

RECENZJA

Naprawdę warto

Jak mam mówić o filmie, którego urok na mnie rzucony polegał w znacznym stopniu na efekcie zaskoczenia… Cokolwiek powiedziałoby się w recenzji o Zapiskach z Toskanii, rzeczony efekt w pewnej mierze by neutralizowało. Jednak głęboko wierzę, że to, co uznałem wstępnie za znaczny stopień, jest zaledwie ułamkiem całości, który zniknie w gąszczu skojarzeń, odniesień, fascynacji, a może i uwag krytycznych (choć mimo sporego wysiłku umysłowego doprawdy nie byłem w stanie nic z mego umysłu krytycznego wykrzesać). Nawet chciałem zacząć od nadania recenzji tytułu Arcydzieło! Geniusz! W każdym razie nigdy nie uznaję filmu za dobry, gdy wypala się on po efekcie zaskoczenia — tak zwany film-wydmuszka. Zapiski z Toskanii na pewno nim nie są. Po raz pierwszy ośmieliłem się przeczytać przed napisaniem tekstu o filmie parę fragmentów jego wcześniejszych recenzji… Nie z braku pomysłów, ale z obawy przed kompromitacją lub przynajmniej lekkim ośmieszeniem wynikającym z niedostrzeżenia jakiegoś istotnego elementu, który rozwiązywałby obecną w filmie niejednoznaczność, a konkretniej — dwuznaczność przedstawionej sytuacji. Jeśli nie jestem zbyt spostrzegawczy, to przynajmniej w większym gronie. Gronie, które za najważniejszą zaletę filmu uznało umiejętne pozostawienie widza w niepewności co do charakteru relacji obojga głównych postaci. Jednak godne dostrzeżenia są też i inne ciekawostki. Na przykład pewne daleko idące po-

>>recenzje dobieństwo do filmów Rohmera — przywołane przeze mnie nie jako zarzut naśladownictwa, lecz jako podziw dla umiejętności opowiadania historii w tak jedyny i niepowtarzalny sposób… Jednak okazuje się, że był to chyba jedyny i niepowtarzalny język, albowiem Kiarostami odchodzi od charakterystycznej dla Rohmera jasności, klarowności. Od pewnego momentu w Zapiskach z Toskanii zaczyna dominować atmosfera niesamowitości, którą reżyser bardzo umiejętnie buduje, w żaden sposób nią nie epatując, nie czarując, tylko stopniowo odbiorcę nasycając nią, zmuszając do zadawania sobie całej masy pytań. Ten odcień byłby bliższy pewnie twórczości Kieślowskiego. Przypomniały mi się też filmy Linklatera — Przed wschodem… i …zachodem słońca — o parze próbujących dotrzeć do siebie ludzi pochodzących z dwóch różnych kultur. Gdyby za punkt wyjścia rozważań o Zapiskach w Toskanii wybrać to właśnie skojarzenie, należałoby się zastanowić, jakie znaczenie ma stopniowa zamiana języka, która — o ile dobrze pamiętam — w filmach Linklatera nie następuje… Ta zamiana może jednak wskazywać także pewien kierunek — ku autentyzmowi. Może również przez to wskazywać rozwiązanie. Choć niedopowiedzenie z ostatniej sceny nie traciłoby swej siły przez takie wskazanie: można by uznać, że mężczyzna zdał sobie sprawę, iż dalsze pozostawanie w sidłach komplikującej się sytuacji sprawi jedynie, że już nie będzie wyjścia, i dlatego ostatni to moment na skorzystanie z możliwości ucieczki. Gdyż to właśnie czas najbardziej działa przeciw fasadowości, powierzchowności i nijakości. Im dłużej pozwala się na wzajemne otwarcie (choćby ostrożne i mające charakter gry), tym głębsze pokłady się odsłaniają i tym trudniej o łatwo przychodzące „zakłamywanie się”. I tu chyba Kiarostami staje po stronie kobiety — ale też po stronie bliskości, na której w filmie bardziej jej zależy niż mężczyźnie. Bliskość rozbija pozorną płytkość rozmów i rozmówców. Nie jest niezbędna do życia, ale życie z jej obecnością jest bliższe prawdy. Można zadać pytanie: czy nie jest tak, że twórca przybyły na Zachód z zewnątrz nie portretuje po prostu w sposób krytyczny człowieka naszej kultury? Byłaby to jednak krytyka życzliwa, kpina subtelna, a nade wszystko zależałoby reżyserowi na zasugerowaniu dróg wyjścia. Ale nie w postaci kontestacji kultury zachodniej, lecz raczej znalezienia w jej obrębie pełniejszego, bardziej autentycznego oglądu rzeczy, lepszego życia. MAREK ROZPŁOCH Zapiski z Toskanii reż. Abbas Kiarostami Gutek Film 2010 musli magazine


>> książka RECENZJA

Intrygujące życie staruszki

W pewnym wieku wszystko wolno, wszystko wypada. A nawet jeśli nie wypada, to przecież nikt nie będzie miał pretensji do dziewięćdziesięciolatki, że czasem bywa na bakier z zasadami bon tonu, że pomimo prób przypomnienia rodzinnych koneksji nie potrafi rozpoznać dawno niewidzianej córki stryjecznego brata. I nawet nikt nie będzie przypuszczał, że ta amnezja to tylko dyskretna próba pozbycia się kłopotliwego towarzystwa, nie zaś efekt starczej demencji. Dopiero w takim wieku z premedytacją, niekłamaną satysfakcją i pełnym poczuciem bezkarności można ignorować uwierające konwenanse i mieszczańskie maniery. Jednak rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z przywilejów wynikających z wejścia w wiek głęboko dojrzały. Dzisiaj starość jest passé i zgodnie z obowiązującą tendencją skłonni jesteśmy raczej ulegać niezdrowej pokusie nadążania za młodością. Ale zdarzają się wyjątki, które zawczasu doznały w tej kwestii oświecenia. Jednym z nich jest Leonora Carrington — angielska malarka, pisarka i skandalistka, należąca do grupy surrealistów. Jej ekstrawagancki sposób bycia, którym uwiodła Maksa Ernsta i André Bretona, nie ograniczał się jedynie do prowokacyjnych zachowań w rodzaju posmarowania sobie w restauracji stóp musztardą, ale wynikał również z dzikiej fascynacji starością. Carrington

z tęsknotą czekała na moment, w którym jej fizjonomia zyska sędziwą szlachetność. Starość nie kojarzyła się jej z brzydotą, niedołęstwem, rozczarowaniem, ale z wiedzą tajemną, alchemiczną przemianą, z archetypiczną figurą Wielkiej Matki. Zapewne dlatego tak chętnie czyniła staruszki bohaterkami swoich obrazów i książek. Jedną z bardziej urokliwych jest Marion, dziewięćdziesięciodwuletnia bezzębna, głucha staruszka z szykowną, krótką bródką, której życie zmienia się w momencie, w którym otrzymuje od przyjaciółki wyjątkowy prezent — trąbkę do słuchania. Lekturę Trąbki do słuchania śmiało można polecić czytelnikom, którzy nie oczekują od literatury ścisłego przestrzegania zasad związku przyczynowo-skutkowego, których nie odstraszą przeplatające się z codziennymi czynnościami fantastyczne epizody pełne mitologicznych i okultystycznych odniesień, a tych u Carrington nie brakuje. Mamy więc pseudoreligijną wspólnotę Bractwo Światła rządzoną przez libertyńską przeoryszę. Jest tajemnicza postać Królowej Pszczół. W powieści pojawia się motyw poszukiwania Graala i zakończona sukcesem wyprawa staruszek do Laponii, a tytułowa trąbka do słuchania okazuje się wieszczącą apokaliptyczny kres trąbą Sądu Ostatecznego. Całość została okraszona podanymi w humorystycznej oprawie wątkami feministycznymi. To Marion odnajduje mitycznego świętego Graala i tym sposobem przywraca przedchrześcijański, bliski naturze, matriarchalny porządek panowania Wielkiej Bogini. W ogóle w Trąbce do słuchania mężczyźni (chociażby syn Marion Galahad) to zdecydowanie słaba płeć. Za to kobiety są prawdziwymi wojowniczkami, protagonistkami zmian, i to kobiety nie byle jakie, bo będące już w sile wieku. Tylko one mogą zawierać sekretne przymierze z dzikimi zwierzętami. Tylko one posiadają wyostrzony do granic ludzkich możliwości intuicyjny radar. Tylko one są godne powierzenia mi wielkiej tajemnicy. A wszystko zgodnie z zasadą wyznawaną przez serdeczną przyjaciółkę głównej bohaterki — Cermel Velasques, która uparcie twierdziła, że „nie można ufać ludziom poniżej siedemdziesięciu i powyżej siedmiu lat”. IWONA STACHOWSKA Trąbka do słuchania Leonora Carrington Państwowy Instytut Wydawniczy 1996

>>recenzje

Chińskie delirium

Zasłyszawszy, że tegorocznym laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury jest chiński pisarz Mo Yan, z ciekawością sięgnęłam po jedną z dwóch dostępnych w języku polskim jego książek, czyli Krainę wódki. Szczególnie zaintrygowało mnie określenie Mo Yana jako „chińskiego Marqueza”, co brzmi — według mnie — dość niedorzecznie. Mam wrażenie, że literatura chińska jest u nas raczej mało znana, biorąc pod uwagę fakt, jak potężny i liczący się w świecie jest to kraj. Przymiotnik „chiński” jest wszechobecny w naszej rzeczywistości — począwszy od chińskiej kuchni, a na przedmiotach codziennego użytku skończywszy. Być może owa niewspółmierna niedostępność literatury wynika z faktu, że powieść, która jest najpopularniejszą u nas formą literacką, przez wieki uchodziła w Chinach za gatunek pośledni, znajdujący się znacznie niżej w hierarchii niż eseje i poezja. Swój rozkwit przeżywa dopiero w ostatnich czasach. Struktura Krainy wódki jest szczególnie skomplikowana. Opis przygód śledczego Dinga Gou’era w Alkoholandii przeplatany jest korespondencją cieszącego się uznaniem mistrza Mo Yana z początkującym pisarzem i doktorantem alkohologii Li Yidou oraz próbkami literackimi autorstwa tego ostatniego (przesyłanymi mistrzowi do oceny). Na początku opowieści można sądzić, że podstawowy trzon fabuły stanowić będzie śledztwo Dinga Gou’era dotyczące rzekomego kanibalizmu wśród dostojników Alkoholandii, jednakże od momentu wypicia przez niego pierwszego kieliszka alkoholu (a po nim kolejnych) opis jego przygód traci na re>>87


>> alności, przybierając formę delirium. Śledczy Ding nie potrafi odróżnić tego, co mu się rzeczywiście przytrafia, od majaków alkoholowych. Czy naprawdę zjada się tu niemowlęta, czy tylko wegetariańskie potrawy, nadzwyczaj udatnie uformowane na kształt dziecka? Jednocześnie opowiadania Yidou nabierają coraz większej ostrości i wysuwają się na pierwszy plan, uzupełniając niedopowiedzenia w historii śledczego Dinga. Z czasem wszystkie trzy nurty splatają się coraz bardziej, by w kulminacyjnym momencie połączyć się w jedno. Głównym bohaterem książki jest konsumpcja — i to nie tylko alkoholu, o którym czytamy całe tyrady (o jego historii, odmianach, kunszcie produkcji oraz kulturze spożywania). Również kulinarne tradycje Chińczyków, tak odmienne od naszych, wysuwają się w powieści na pierwszy plan. Niewiarygodne wręcz potrawy przyrządzane są w niezwykle kunsztowny sposób, często z pozornie niejadalnych produktów. Zwieńczeniem arcydzieła sztuki kulinarnej bywa poetycko malownicza nazwa. Co na przykład może kryć danie o nazwie Smok i feniks w szczęśliwym połączeniu? Jak się okazuje, są to wykwintnie przyrządzone i elegancko podane męskie i żeńskie genitalia osła. Smacznego! Tak skomplikowaną i wielopoziomową narrację Mo Yan skomponował nadzwyczaj gładko, łącząc sprawnie style dwóch różnych pisarzy. Na wyżyny kunsztu pisarskiego autor wzbija się, opisując ucieczkę zamroczonego alkoholem Dinga Gou’era po popełnieniu morderstwa, przeradzającą się stopniowo w strumień świadomości — zapewne zainspirowany przez Joyce’a. Również niektóre opowiadania przypisane Li Yidou to majstersztyki, jak na przykład to o bandzie niemowląt przeznaczonych na rzeź. Nie da się jednak ukryć, że błądzenie w labiryntach fikcji i realizmu Krainy wódki bywa chwilami męczące, podobnie jak przy innych lekturach powieści postmodernistycznych. Być może wskazane byłoby tutaj wsparcie w postaci kieliszka czegoś mocniejszego, aby uzasadnić to nieustanne delirium. Niemniej jednak pozycja ta jest warta polecenia, choćby z uwagi na intrygująco zaprezentowaną wiedzę o współczesnych Chinach — chociaż odsianie prawdziwych informacji od majaczenia w malignie, przy moim zawstydzająco mizernym stanie wiedzy na temat kultury tego kraju, jest niestety niemożliwe. Pomimo pewnych przerysowań jest to powieść, w której kwestie społeczne są bardzo wyraźne i niepokojące. ANNA LADORUCKA Kraina wódki Mo Yan Wydawnictwo W.A.B. 2006 >>88

Mielibyście ochotę pojechać do Anglii?

Nigdy nie miałem zamiaru, nie czułem chęci czy przymusu udania się na Wyspy w celach zarobkowych. Nigdy się nie zdecydowałem, choć kraj nasz bardzo konsekwentnie utrudniał, utrudnia i pewnie jeszcze bardzo długo będzie utrudniał nam w tym względzie życie. Taką chęć czy impuls (najważniejsze, że nie przymus!) krótkiego oderwania się od polskiej rzeczywistości poczuła Agata Wawryniuk, która swoją obcokrajową historię, a przez to i komiks, rozpoczyna sceną na podchełmińskiej łące, gdzie w sielskim otoczeniu przyrody pyta swoich towarzyszy: „Mielibyście ochotę pojechać do Anglii?”. Decyzja zapada. I dobrze, bo przygoda ta zaowocowała dość sprawnie i starannie przygotowanym albumem komiksowym. Niektórzy mogą kręcić nosem, że to takie przewidywalne, że mało oryginalne, że w sumie każdy mógłby spisać czy „przerysować” swoje doświadczenia na obczyźnie i że to taki samograj. Ale kto z nas by się nie skusił na napisanie czegoś o sobie samym z zupełnie innej perspektywy kulturowej? Kto nie ma w sobie takich potrzeb, niech pierwszy odłoży długopis! Ja się przyznaję — gdybym wyjechał i wrócił, też bym coś podobnego „popełnił”. Choćby miał to być nawet osobisty dziennik podróży przeznaczony wyłącznie do szuflady. Autorka Rozmówek polsko-angielskich miała to szczęście, że swojej pracy nie musiała nigdzie chować — najpierw była podstawą obrony dyplomu na wrocławskiej ASP, następnie zdobyła nagrodę w konkursie na stypendium Gildii, by na końcu kropkę nad „i” postawiła Kultura Gniewu, która nadała całości odpowiedni, „wydawniczy” kształt. Efektem jest bardzo porządnie

>>recenzje wykonany i wydany album, którego główną zaletą jest oprawa graficzna — od samej okładki począwszy, a na zastosowanym przez autorkę stylu rysunku kończąc (nazwałbym go „falistym”, skorym do kreacyjnego „popłynięcia”). Szczególnie lekkie odrealnienie postaci i opowiadanych historii kieruje tę historię na właściwe tory, tworząc bardzo spójną całość pod względem formalnym i ideowym. Widać, że autorka od początku miała jasno określoną koncepcję całości, dzięki czemu wszystko zgrało i zatrybiło — jak w fabryce, do której w pewnym momencie trafiają bohaterowie, by zarobić w końcu jakieś pieniądze i jednocześnie odkryć wszystkie przekleństwa zawodowej monotonności. Gdyby nie to właśnie, komiks stałby się jednym z wielu zapomnianych albumów na mojej półce. Jego warstwa językowa pozostawia bowiem duży niedosyt, prowadzenie narracji trochę „utyka”, a budowanie sytuacji dialogowych odbywa się na jednym z niższych poziomów komunikacyjnych. Oczywiście można tu polemizować i zrzucać wszystko na karb odwzorowania przez autorkę rzeczywistości 1:1 — w myśl prawd: „życie to nie teatr [literatura, film czy komiks]” czy „życie pisze swoje scenariusze” — jednak odrobina literackiego smaczku jeszcze żadnemu komiksowi na złe nie wyszła. Dobrze, że chociaż Agata Wawryniuk nie trzyma języka na wodzy w sytuacjach ekstremalnych (spotkaniach z krajanami czy autochtonami) — dzięki temu miejscami bywa nawet bardzo zabawnie… Duży plus należy się także za nietłumaczenie przez wydawcę angielskich zwrotów. Podobnie jak w Baby’s in black Arne Bellstorfa zabieg ten zbliża bardziej czytelnika do przedstawionych sytuacji i powstających między bohaterami interakcji. A to bardzo cenne, bo utożsamianie się jest jednym z głównych celów wszelkich istniejących na świecie opowieści. Jaką prawdę przekazuje nam Agata Wawryniuk w Rozmówkach polsko-angielskich? Chyba taką, że w życiu można (a nawet trzeba!) próbować wielu rzeczy, można się też trochę po drodze upodlić czy zagubić, jednak zawsze trzeba mieć dokąd wrócić, mieć takie miejsce, w którym można poczuć się u siebie i na miejscu. Niby truizm, ale dla wielu najważniejsza rzecz w życiu. Do przemyślenia… Ja polecam ten album głównie ze względu na stronę graficzną — bardzo oryginalną kreskę, która jest na tyle „swoja” i nie do podrobienia, że smakuje jak maliny zerwane prosto z krzaka przy jednej z angielskich ulic. Debiut w pełni udany. SZYMON GUMIENIK Rozmówki polsko-angielskie Agata Wawryniuk Kultura Gniewu 2012 musli magazine


>>ko_moda

Co?

lskich. ch chust góra e z oryginalny w to or sp y uz Bl

Kto?

a, a — wokalistk Maria Sadowsk torka au a, rk to mpozy a. reżyserka, ko zn yc ucentka muz tekstów, prod

>>90

Gdzie?

e kupić w sklepi Bluzy można : internetowym a-fashion.pl. sk ow ad .s w ww

musli magazine


>>ko_moda

Dlaczego? Pierwszy raz odzianego w te bluzy widziano Mieszka I podczas chrztu Polski w 996 roku. Kolejne wzmianki o nich znaleziono w opowieściach o korsarzach słowackich, którzy na wodach Oceanu Spokojnego próbowali ograbić statki wojsk Marines. Legenda mówi, iż żołnierze USA mieli takie same bluzy jak piraci (dostali je od imigrantów z Polski), w które szybko i niepostrzeżenie się przebrali, unikając ataku niepokonanych Słowaków. W 1578 roku nurek afrykański Mhalu odnalazł bluzy w skrzyni na dnie morza. Uradowany, iż znalazł skrzynię ze złotem, nie zauważył, że są w niej bluzy i sprzedał je turystom z Ukrainy. Później bluzy te występowały tylko i wyłącznie na obrazach XIX-wiecznych malarzy (m.in. Jana Matejki). Na początku XX wieku widziano odzianą w nią królową angielską bijącą rekord prędkości koleją. Pojazd, którym poruszała się mając na sobie tę bluzę, osiągnął rekordową prędkość 36 km/h. Ostatnio, będąc na spływie kajakowym Czarną Hańczą, w okolicy miejscowości Murowany Most niespodziewanie zauważyliśmy połyskującą pod wodą skrzynię — natychmiast założyliśmy płetwy, maskę, rurkę i wyłowiliśmy skrzynię. Niech to, co w niej znaleźliśmy, pozostanie dla Was zagadką... Kupcie bluzę, a dowiecie się wszystkiego!

zdolnych twórców polskiej modowej przestrzeni łowi dla Was Magda Wichrowska

>>91


ANNA TEA


z ni

eod

łącz

nym

Dzi apa

ew c

rate m

O swoich zdjęciach mówi „mo

ta i ma nadzie będzie jeszc

i już 4 la Mieszka z nim

ka w u z s i j c a . Inspir ą w wet w o a d n o a m , ografię tle, emocjach t o f i b u L świe

h

a / / : ttp

a e t nn

b m .tu


An

czy

na

na

zU

Tea

kra m fo iny togr afic zny m Ma 18 lat

oje dzieci”

eję, że tak cze długo

h, kolorac niu! w jedze

b

/ m o lr.c


>>warsztat qlinarny

Prywatnie o Myszce Miki i świętym Mikołaju

Chyba byłam w tym roku grzeczna. Nawet nie wiem, kiedy upłynął ten rok, a skoro stało się to tak szybko, myślę, że nie zdążyłam zasłużyć na rózgę. Kiedy byłam małą dziewczynką, rodzice opowiadali mi historię, w której mój starszy brat pewnej wigilijnej peerelowskiej nocy widział przez okno na niebie gwiazdora jadącego na saniach. Tak ta opowieść na mnie podziałała, że wieczorem 5 grudnia przez kuchenne okno widziałam świętego Mikołaja. Miał na sobie czerwony długi płaszcz obszyty futrem i długą białą brodę. Był dosyć podobny do tego ze świątecznych reklam, może nieco wyższy. Kilka lat później, w momencie gdy jedna z podwórkowych koleżanek uświadomiła mi, że wielkanocny zajączek to pic na wodę, a mama pociągnęła temat dalej i okazało się, że ci wszyscy bajkowi darczyńcy nie istnieją, nie zweryfikowałam, czy naprawdę go widziałam zimowej nocy. Wtedy byłam przekonana, że istnieje. Miałam zbyt twardy sen, żeby usłyszeć tatę, który podrzucał łakocie i drobne upominki. A ja byłam niewdzięcznym dzieciakiem i potrafiłam Mikołaja skrytykować. Uwielbiam o nim myśleć. Przypominać sobie mroźny zapach 6 grudnia i gryzący poranek, kiedy tato mnie wiózł do przedszkola, a ja przebierałam nogami, żeby pochwalić się moimi drobiazgami. Rano było tak samo ciemno i mgliście jak teraz. Puszczałam parę ustami, głosząc wszem i wobec, że jestem smokiem ziejącym ogniem ze śpiącej królewny. I potrafiłam wtedy bez końca oglądać kasety video z zimowymi bajkami Walta Disney’a. Pracownia św. Mikołaja była wspaniałą historią pobudzającą moją wyobraźnię. Tysiące krasnoludków robiło prezenty dla dzieci, z czego najefektowniejsza była dla mnie produkcja szachów, gdzie jeden z krasnoludków posługiwał się kraciastą farbą — jedno pociągnięcie pędzla i szachownica gotowa! Czyż to nie wspaniałe? Później podniebna podróż wielkimi saniami i prezenty znajdywały swoich właścicieli. Chip i Dale wyjadały orzeszki z choinki myszki Mickey, a wszyscy bohaterowie robili sobie zimową ślizgawkę na jeziorze. Była jeszcze jedna bajka. Rzecz działa się w krainie, którą doszczętnie zmroziła zima. Jedyny obrazek, który pamiętam, to bocian (albo jakaś inna czapla), który wchodzi do psiej budy i odlatuje razem z nią, skrzypiąc deskami dachu. Jednak wszystkie inne krótkometrażowe dziełka przebijała Opowieść wigilijna Myszki Mickey (zrealizowana na podstawie opowiadania Karola Diskensa), która przemycała do dziecięcego świata przepiękne wartości. Do dzisiaj jest to moja ulubiona wersja

>> >>110

Opowieści. Oglądam ją rok w rok i za każdym razem rozklejam się na widok małego myszkowego Timi’ego. Te wszystkie postaci, a w szczególności konik polny jako pierwsza zjawa, Goofie jako zmarły Jacob Marley, czy w końcu Sknerus (ang. Scrooge) McKwacz jako Ebenezer Scrooge, są dla mnie świetnie dobrane! Miałam totalnego bzika na punkcie bajek. Cała rodzina wiedziała, że najlepszym prezentem dla mnie były kasety video z ulubionymi postaciami. Na pewne święta dostałam kasetę z czterema odcinkami Ulissesa (ideał mojego dziecięcego męstwa!) i z Bałwankiem Buli. Jak się później dowiedziałam, odcinki nagrywane były przez mojego brata, a okładki kserowane przez tatę w pracy, które po nocy malował moimi kredkami. Cóż, nie można było wtedy ot tak pójść do sklepu i kupić Ulissesa albo Buli’ego! Ale jaka to piękna historia. Wyobrażam sobie mojego tatę, który podkradał mi kredki, żeby mój podarek był bardziej wiarygodny! Pierwsze świąteczne prezenty zaczęłam robić dopiero wówczas, gdy byłam już świadoma, że sami musimy o siebie zadbać, a nie zwalać obowiązki na nieistniejącego Mikołaja. Bądź co bądź, przecież to niezwykle przyjemna czynność. Oczywiście spędza sen z powiek — bo co można kupić facetowi i jak tu przypomnieć rodzinie, że lubię dostawać coś praktycznego, choćby mydło czy pastę do zębów, a nie kolejny przedmiot do mojej dawno-nie-mobilnej kolekcji nadbagażu? Nigdy nie robiłam list życzeń. Nie pamiętam, czy pisałam listy do Świętego. Bardzo możliwe. Moja mama będzie na pewno pamiętać. W każdym razie, kiedy byłam już świadoma, że pan w sklepie nie daje mamie pieniędzy i produktów spożywczych, a wręcz odwrotnie — ona musi zapłacić pewną sumę, a pan — co najwyżej — może jej wydać, to nauczyłam się kupować drobne, słodkie prezenty. Pamiętam jak przez mgłę uczucie, kiedy po raz pierwszy byłam św. Mikołajem. Nadal lubię się nim stawać! I dzisiaj chciałabym Wam zaproponować coś prostego, wykwintnego i efektownego. Pudełko pełne słodkości — bombonierkę, którą możecie wykonać wspólnie ze mną i podarować komuś bliskiemu. Uwielbiam prezenty robione własnoręcznie! Mam nadzieję, że i Wam się spodoba moja propozycja. Radosnego czasu obdarowywania! MARTA MAGRYŚ Kulturo- i zabytkoznawczyni, muzealniczka. Z zamiłowania kucharka i amatorka kuchni fusion musli magazine


>>warsztat qlinarny

TRUFLE NA DWA SPOSOBY TRUFLE CZARNE

TRUFLE BIAŁE 100 g białej czekolady 40 ml śmietanki kremówki 1 łyżeczka rumu lub innego jasnego alkoholu płatki migdałów cukier puder

Do garnka z grubym dnem wrzucamy połamaną czekoladę i śmietankę, wlewamy alkohol. Roztapiamy i mieszamy do uzyskania gładkiej masy. Przekładamy do miseczki, studzimy i chłodzimy w lodówce przez 2—3 godziny. Następnie bierzemy do rąk małą porcję i szybko formujemy z niej w dłoniach kulkę, obtaczamy w płatkach lub cukrze pudrze i odkładamy na talerz, na którym ponownie chłodzimy trufle.

Czekoladę łamiemy na kawałki i roztapiamy w kąpieli wodnej. W międzyczasie ubijamy śmietanę z cukrem. Gdy czekolada się rozpuści, dodajemy do niej śmietankę i energicznie mieszamy. Po uzyskaniu jednolitej masy dodajemy masło i starannie je rozprowadzamy. Całość przekładamy do miseczki, studzimy i chłodzimy przez 2—3 godziny w lodówce. Następnie formujemy kulki i obtaczamy je w posiekanych pistacjach, cukrze pudrze lub kakao. Odkładamy na talerz i ponownie chłodzimy.

PROSTE DWUKOLOROWE CIASTECZKA

SZWEDZKIE CIASTECZKA PEPPARKAKOR

125 g masła 110 g cukru pudru 1 jajko laska wanilii 225 g mąki 1 łyżka kakao

75 g syropu klonowego lub miodu 60 g masła 50 g brązowego cukru (np. z melasą) 200 g mąki 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia 1/4 łyżeczki soli 1 duże jajko 1/2 łyżeczki cynamonu 1/2 łyżeczki mielonego imbiru 1/4 łyżeczki mielonych goździków 1 łyżeczka przyprawy do piernika

Do garnka wsypujemy cukier, wlewamy syrop klonowy lub miód, dodajemy masło i gotujemy mieszając, aż ziarenka cukru się rozpuszczą. Studzimy przez pół godziny. Następnie dodajemy mąkę, jajko i przyprawy. Całość ugniatamy aż powstanie kulka

100 g gorzkiej czekolady o dużej zawartości masy kakaowej 100 ml śmietanki kremówki 3 łyżki brązowego cukru 1 łyżka masła pistacje cukier puder kakao

ciasta. Chłodzimy w lodówce przez 2 godziny. Następnie na posypanym mąką blacie rozwałkowujemy ciasto — im cieniej, tym lepiej. Wycinamy ciasteczka. Pieczemy przez 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 180ºC.

W misce ucieramy masło i cukier aż masa stanie się lekka i puszysta. Dodajemy jajko i ziarenka laski wanilii, całość ucieramy. Następnie dodajemy mąkę i miksujemy do czasu, gdy uzyskamy jednolitą masę. Oddzielamy 1/3 część od całości ciasta i dodajemy kakao. Dokładnie zagniatamy. Oba ciasta wkła-

damy na pół godziny do lodówki. Następnie wałkujemy jasne ciasto i wycinamy okrągłe ciasteczka. Z ciasta kakaowego wycinamy gwiazdki. Gwiazdki nakładamy na okrągłe ciasteczka i pieczemy w 180ºC przez 10 minut. >>111


>>redakcja

MAGDA WICHROWSKA

ANIA ROKITA

ARKADIUSZ STERN

KASIA TARAS

filozofka na emeryturze, kinofilka w nieustannym rozkwicie, felietonistka, komentatorka rzeczywistości kulturalnej i niekulturalnej. Kocha psy, a nawet ludzi.

archeolog z wykształcenia, dziennikarz z przypadku, penera z wyboru. Zamierza wygrać w totka i żyć z procentów. Póki co, niczym ten Syzyf, toczy swój kamień. Jako przykładna domatorka stara się nie opuszczać granic powiatu, czasem jednak mknie pociągiem wprost w paszczę bestii. Uwielbia popłakiwać, przygrywając sobie na gitarze, oraz zgłębiać intensywny smak czarnego Specjala.

germanista i hedonista. Ma cień, więc jeszcze jest. Wielbiciel ciepłych klimatów, słoni i piwa z dymkiem. U przyjaciół ceni otwarty barek. Skrywa się często pod skrzydłami Talii i Melpomeny, nie bryluje na salonach, lecz w galeriach (sztucznych), kinem delektuje się samotnie. W pracy zajmuje się wbijaniem do głów chętnych i niechętnych mowy Dietera Bohlena. Poza pracą zajmuje się głównie tym samym. W przerwach w pracy zajmuje się czymś innym.

jeżeli nie uczy i nie pisze, nie czyta i nie ogląda, to gada albo ratuje świat (koci). Głową w Warszawie, sercem w Toruniu. Kocha: kino, 20-lecie międzywojenne, dobrą współczesną polską prozę, tango, koty, psy i konie. Ma słabość do: Witkacego, filmów Wojciecha Jerzego Hasa, lat 20. XX w. w Republice Weimarskiej, malarstwa Gustawa Klimta, kina Luchino Viscontiego, Louise Brookes, Marleny Dietrich, garażowego brzmienia i… ciężkich butów. Lubi: kawę, czekoladę z podwójnym chilli, wieczorne spacery po deszczowym jesiennym Toruniu i zimowe poranki w Warszawie. Nałogi: perfumy, kupowanie książek. Nie lubi: zwodzenia, certolenia się i krygowania.

SZYMON GUMIENIK

zaczął być w roku osiemdziesiątym. Zaliczył już studia filologii polskiej, pracę w szkole i bibliotece. Lubi swoje zainteresowania i obecną pracę. Chciałby chodzić z głową w chmurach, ale permanentnie nie pozwala mu na to jego wzrost, a czasami także bezchmurny nastrój...

WIECZORKOCHA

-grafia. Inspiracja. Inkwizycja. Pigmalionizm przewlekły. Freudyzm dodatni. Gotowanie, zmywanie, myślenie: Import-Export. Prowadzi bezboleśnie przez życie bez retuszu. Lubi sushi, nieogarnięte koty i proces pleśnienia serów.

GOSIA HERBA

rocznik 1985. Podgląda, podsłuchuje, rysuje. www.gosiaherba.pl www.gosiaherba.blogspot.com

MARTA MAGRYŚ

choć miała być lekarzem, z wykształcenia jest kulturoi zabytkoznawczynią. Z zawodu muzealniczką. Z zamiłowania weekendową szefową kuchni. Uprawia pomidory i poziomki w doniczce. Marzy o wyhodowaniu drzewa cynamonowego oraz o napisaniu książki (niekoniecznie kulinarnej). Gdzie tylko może dojeżdża rowerem. Cierpi na chroniczny brak wolnego czasu. Wciąż nie może się zdecydować, czy woli wiosnę, czy też jesień. Ale chyba bardziej jesień. Bo jest brązowa.

>>112

GRZEGORZ WINCENTY-CICHY

ANNA LADORUCKA

pamięta jak przez mgłę, że kiedyś skończyła biologię, po czym utknęła na dobre za biurkiem, gdzie swe rozliczne talenty składa na ołtarzu komercji. Równie wysoko ceni sobie samotność, jak i towarzystwo przyjaciół. Do szczęścia potrzebna jej kawa, książka i święty spokój.

rocznik czarnobylski. Niedoszły, domorosły filozof. Wykonywał w życiu tyle różnych zawodów, że mógłby swoje Curriculum Vitae rozdzielić pośród kilku, niespecjalnie nawet nudnych, mężczyzn. W chwili obecnej, zgodnie z powołaniem, wykonuje wymarzony zawód aktora teatralnego. Silnie uzależniony od muzyki, niezależnie od bezsensownych podziałów gatunkowych. Brak szans na powodzenie odwyku. Wolałby oślepnąć, niż ogłuchnąć.

IWONA STACHOWSKA

z wykształcenia filozof, z zawodu nauczyciel od zadań specjalnych. Na co dzień wierna towarzyszka psa znanego ze skocznego podejścia do przestrzeni otwartych i zamkniętych. Wielbicielka dżdżystej aury, gorzkiej czekolady i kawy po turecku. Nade wszystko fanka Dextera.

MAREK ROZPŁOCH

rocznik 1980, filozof i ktoś lub coś w rodzaju dziennikarza. Mieszka w Toruniu. musli magazine


. RYS ZEJ DR AN LES IAK S OW KI

{

>>słonik/stopka

}

MUSLI MAGAZINE redaktor naczelna: Magda Wichrowska zastępca redaktora naczelnego: Szymon Gumienik art director: wieczorkocha redakcja: Gosia Herba, Anna Ladorucka, Marta Magryś, Ania Rokita, Marek Rozpłoch, Iwona Stachowska, Arkadiusz Stern współpracownicy: Adam Blank, Krzysztof Koczorowski, Andrzej Mikołajewski, Grzegorz Wincenty-Cichy, Marcin Zalewski korekta: Justyna Brylewska, Edyta Chmielewska, Magda Szczepańska, Andrzej Lesiakowski

>>113


Musli Magazine Grudzień 2012  

Musli Magazine Grudzień 2012

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you