Issuu on Google+

ISSN 2384-2587 nr 1 czerwiec 2013

MŁODA POLSKA

. Y e i n e l o k o P , a i n e z r a m , y n a l P y w y t k e p s per


Nr 1

WITAJCIE

Spis Treści:

Młoda Polska to pojęcie określające odmianę modernizmu

str.3 Samorząding

str.4 My z kosmosu

Natalia Żyto

Ewelina Witkowska

str.6 Karierowicze YouTuba Alma Lisowiec

str.7 Czas na studia. Czas na męża. Ilona Bachanek

str.8 Mode, piękne i dzieciate Joanna Koprowska

str.10 Gdyby nie Polska... Viktoria Srebrnicka

str.12 Tyran, Leń i Bajkopisarz Magda Kukawska

str.13 Celebryci na deskach Olga Wółkiewicz

czyk). Pasjonaci grają w rockowych kapelach (wywiad Eweliny

str.14 W piątek znów wyjdziemy na miasto Olga Kalbarczyk

str.16 Oszukałaś mnie, Polsko! Filip Jarek

czasami skrajną (reportaż Pawła Pawłowskiego), inni rozpo-

str.17 Modość po prawej stronie Paweł Pawłowski

str.18 Do czterech razy sztuka? Tomasz Dębek

str.18 Kon(tro)wersja Kasia Bednarczykówna

w literaturze, muzyce i sztuce polskiej. Twórczość artystów tego ruchu urosła na gruncie nastrojów zagrożenia, bezsilności i postawy dekadenckiej. Ówcześni twórcy uważali, że zachodnia cywilizacja nie ma już człowiekowi nic więcej do zaoferowania, a świat zmierza ku nieuchronnej katastrofie. Czy dzisiejsze pokolenie dwudziestolatków również tak negatywnie myśli o świecie? Jaka jest dzisiejsza „młoda Polska”? Czy jeszcze chce zmieniać świat? Jakie ma pasje, czym żyje? Część z ich angażuje się w swoje hobby (tekst Magdy Kukawskiej), inni tylko „czekają na sobotę” (reportaż Olgi KalbarWitkowskiej), niektórym udaje się zrobić karierę w sporcie (wywiad Tomka Dębka), a dla jeszcze innych pasja staje się pracą (tekst Almy Leisowitz). Część angażuje się w politykę, czynają karierę w samorządach studenckich (artykuł Natalii Żyto). Stać ich na podjęcie wielkich wyzwań - potrafią zmienić wyznanie dla miłości (wywiad Kasi Bednarczykówny), decydują się na wczesne małżeństwa (reportaż Ilony Bachanek) lub macierzyństwo (reportaż Joanny Koprowskiej). Ale w wolnych chwilach znajdują czas na spotkanie z kulturą (teksty Wiktorii Srebnickiej i Olgi Wółkiewicz). Zdarza się, że zastanawiają się poważnie nad swoją przyszłością (tekst Filipa Jarka). Mówiąc krótko: Młoda Polska ma wiele twarzy. Dlatego zapraszam do spotkania z nią w naszej jednodniówce! Redaktor Naczelna Olga Wółkiewicz

Młoda Polska - gazeta studentów górnych lotów redaktor naczelna: Olga Wółkiewicz zastepca redaktor naczelnej: Natalia Żyto redaktor prowadząca: Barbara Sułek-Kowalska grafika, okładka, DTP: Adam Nowiński

2

redakcja: Magda Kukawska, Alma Leisowitz, Tomek Dębek, Natalia Żyto, Filip Jarek, Kasia Bednarczykówna, Ilona Bachanek, Wiktoria Srebrnicka, Olga Kalbarczyk, Paweł Pawłowski, Ewelina Witkowska, Joanna Koprowska

adres redakcji: ul.Nowy Świat 69 00-927 Warszawa kontakt: www.mlodapolska@onet.pl www.facebook.com/mlodapolska


Nr 1

Samorząding Zgodnie z definicją samorząd studencki to wszyscy studenci danej uczelni. A wybrani samorządowcy to ich przedstawiciele. Hasła są proste: wsparcie, dbałość o wspólną sprawę, przyjaźń.

Studenci na absolutorium / fot. Krzysztof Żyto Kampania wyborcza Na każdym wydziale odbywają się wybory. Nie ma problemu, jeżeli na 10 miejsc startuje 10 osób, ale bywa różnie. Startuje 15. Na portalach społecznościowych w internecie i plakatach na wydziale prezentowane są sylwetki kandydatów. Krzysiek, student politologii na II roku, konferansjer, jego hobby to aktorstwo, zaliczony wolontariat w schronisku dla zwierząt. Dodane dobre zdjęcie. Krzysiek ma zadziorny uśmiech i koszule w kratę zapiętą pod samą szyję. Jeżeli konkurencja depcze po piętach dobrym pomysłem są koalicje. Postaw na naszą 10! Krzyżyk przy 10 pierwszych nazwiskach! - mówią hasła reklamowe na plakatach porozwieszanych na wydziale dziennikarstwa. Piszą blogi, krytykują konkurencję, 2 lata temu unieważnili wybory, bo coś poszło nie po ich myśli. Oczywiście oni wiedzą jak grać, bo to stara ekipa, która rozpocznie trzecią kadencję w samorządzie. To grupa trzymająca władzę. Kontrkandydatura Piotrek, w zarządzie samorządu studentów dwie kadencje, przewodniczący komisji ds. socjalnych. Bystry, zaangażowany, wysoki brunet uchodzący za przystojniaka. Współpracuje się z nim świetnie, zawsze gotowy pomóc. Kasia, przewodnicząca całego zarządu samorządu studentów od 4 lat. Pewna siebie, energiczna, drobna brunetka o dużych czarnych oczach. Kasia postanowiła kandydować na stanowisko kolejny raz

i myślała, że kolejny raz nikt nie ośmieli się poddać pod wątpliwość tego, że to właśnie ona jest najlepsza. Ludzie zmęczeni jedną postacią, która trzyma władzę zaczęli plotkować i snuć intrygi. Prowodyrem był Piotrek, przekonywał kolegów, że jeśli na niego zagłosują porozdaje im stanowiska. W grudniu zgłosił swoją kandydaturę. Napięcie rosło. Kasia znowu wygrała... a Piotrek został odwołany. A w zakres jej kompetencji wchodzi powoływanie i odwoływanie przewodniczących komisji. Ważniaki Samorząd studencki organizuje festiwale muzyczne czy wyjazdy studenckie. Każdy pręży się, aby być w kadrze jakiejś imprezy. Wtedy ma się wiele korzyści. Vip-room z darmową kaszanką i piwem, dostęp do artystów, koszuli z napisem KADRA. Karolina: ruda, piegowata, pierwszy raz została wyróżniona i pojechała na wyjazd letni jako kadra. Myślała, że będzie miło, a okazało się, że to jedna wielka klika zorientowana na władzę. Na czwartek wyznaczono jej „dzień trzeźwości” to dzień w którym osoba ta pełni dyżur i nie pije alkoholu. Cały czas jest pod telefonem. W razie potrzeby może zawieźć kogoś ze zwichniętą nogą do szpitala lub wziąć na siebie mandat od policji. Karolina bawiła się w pierwszym rzędzie na koncercie, kiedy otrzymała telefon. Od razu zerwała się, po 5 minutach kiedy przebiła się przez tłum oddzwoniła i usłyszała: -Dziewczyno natychmiast pod bramę, natychmiast biegnij! Potem jeszcze, że powinna siedzieć na dupie, a nie oglądać koncerty, że powin-

na się słuchać młodszej koleżanki z dłuższym stażem. A tego wieczoru nic się nie stało, chłopak przewrócił się i starł kolano. Trzeba było przynieść plaster. Ale one koleżankami już nie były. Sprawa na czasie Każdy student słyszał niedawno o drugim kierunku, który jest płatny. Budziło to wiele dyskusji i protestów. Dlaczego zabierać coś nie dając w zamian nic? - mówili studenci na korytarzach uczelni. Samorząd studencki pisał propagandowe teksty w prasie studenckiej i wydawał oświadczenia, że poprawi to jakość kształcenia. Pomimo sprzeciwu opowiedział się za, nie słuchając głosów swojego elektoratu. Działając w interesie swoim i władz uczelni. Przecież trzeba zapewnić sobie posadki w dorosłym życiu – na uczelni, a może nawet w ministerstwie. Samorząd to dużo imprez, przyjaźni, wspólnych pomysłów i inicjatyw. Młodzi, piękni i kreatywni zdobywają doświadczenie i pomagają innym studentom. Nie zawsze. Czasami, z idei apolityczna i przyjazna organizacja nabiera czarnych barw. 400 lat temu Jan Zamoyski stwierdził „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. I wciąż pozostaje aktualne pytanie: czy tak powinna wyglądać nasza Polska?

Natalia Żyto 3


Nr 1

My, z kosmosu Upór, pracowitość i talent managerski to cechy niezbędne, żeby zaistnieć w branży muzyki heavy metalowej. O trudach i blaskach „ciężkiego grania” opowiada Krzysztof Micun, student filologii angielskiej na UW, a zarazem wokalista i gitarzysta zespołu „Vrillon”.

(Ewelina Witkowska) Czego potrzeba aby osiągnąć sukces w muzyce heavy metalowej? (Krzysztof Micun) We wszystkich biografiach klasyków heavy metalowych opowiadane są chyba legendy. Imprezowali, pili, rozwalali pokoje hotelowe, nie mieli za co, ale robili to. Bawili się świetnie i zostali wielkimi gwiazdami. To niemożliwe. A może w Polsce jest inaczej? Tu i teraz, żeby coś osiągnąć trzeba być przede wszystkim bardzo solidnym i traktować muzykę bardzo poważnie. Najlepiej być jednocześnie muzykiem i managerem, wszystko planować i wkładać w granie bardzo dużo wysiłku. Sukces nie przyjdzie z samych imprez i na dziko wyłapywanych koncertów. Więc czego potrzeba? Uporu, pracowitości i żyłki do zarządzania swoim zespołem. Jak określiłbyś muzykę, którą gracie? Umieściłbym ją na pograniczu rocka i heavy metalu, ale w szeroko zakrojonym spektrum. Każdy z nas ma własne inspiracje - nasza muzyka jest wypadkową pomysłów czterech osób. Tworzy ją każdy z nas. Bywa, że ktoś pisze swoją partię instrumentu, przesyła ją do reszty osób, one dopisują swoje wersje, a na koniec ja tworzę do tego tekst. Utwory są najróżniejsze, ale nie poruszają przyjemnych tematów. Jedna z piosenek opowiada o wizji przyszłości po III wojnie światowej, kolejna – Cathedral of Souls - o ludziach, których społeczeństwo izoluje ze względu na niepełnosprawność. Piosenka Ptaki drapieżne jest natomiast hołdem złożonym zmarłym muzykom grającym muzykę rockową i heavy metal. Ponure tematy z założenia bardziej pasują do heavy metalu? Ozzy Osbourne i „Tony” Iommi z „Black Sabbath”, prekursorzy heavy metalu, zaczęli się kiedyś zastanawiać się nad tym jak powinna brzmieć muzyka, która wywołuje lęk. Niektórzy ludzie lubią się bać w kontrolowany sposób, tak jak np. w kinie. Muzycy postanowili, że będą tworzyć muzykę, która poruszałaby w człowieku lęk podczas koncertów. Pewne skale dźwiękowe od razu kojarzą nam się z czymś niepokojącym. W średniowieczu jedna z takich skal była zabroniona, bo kojarzyła się ze złem. Trudno byłoby grać taką melodię i śpiewać o rwącym majowym strumyku. Czy Wasza muzyka jest skierowana do konkretnie określonej grupy? Została ona przez twórców gatunku na tyle spopularyzowana, że dziś słuchają jej ludzie w różnym wieku – od nastolatków po osoby starsze. Ostatnio, po wizycie członków zespołu „Metallica” w sanatorium, blisko dziewięćdziesięcioletnia

4

Zespół Vrillon / fot. Ewelina Witkowska kobieta deklarowała, ze jest fanką „Metallici” i to z jej wczesnych brzmień, czyli kolokwialnie mówiąc, „ciężkiego łojenia”. Dla mnie to dowód, że ta muzyka trafia do wszystkich grup wiekowych i społecznych. Jacy ludzie przeważają na waszych koncertach? Nie trafiliśmy jeszcze do szerokiego grona odbiorców. Ci, którzy przychodzą na nasze koncerty to głównie fascynaci ciężkiej muzyki, wśród których najczęściej widzi się przyodzianych w skóry facetów z długimi włosami i dziewczyny w naćwiekowanych kurtkach. Czym dla Ciebie jest heavy metal? Kiedyś łączyłem muzykę z ubiorem, wyglądem, ale zrezygnowałem z tego z bardzo prostego powodu – miałem zniszczone włosy i nie podobało mi się jak w nich wyglądam. Ściąłem je i dałem sobie z tym spokój. Teraz ubieram się jak przeciętny student i tak samo strzygę włosy.

Wspominałeś o klasykach gatunku, np. Osbournie, – czy inspirujecie się muzyką któregoś z nich? Największy wpływ mają na nas dwa zespoły. Pierwszy to „Iron Maiden” - wiele ich piosenek stworzył basista tego zespołu(Steve Harris – przyp. red.). Nasz basista, Krzysiek, wydaje się nim inspirować, chociaż posiada także bardzo samodzielne spojrzenie na muzykę. Drugi zespół to „Metallica”. Niektórzy twierdzą, że tylko ich pierwsza płyta była warta uwagi, a pozostałe to komercja. Według mnie do czwartej i kilka piosenek z piątej jest naprawdę inspirujących. Nie mamy utworów w stylu pierwotnego black metalu, nie zahaczamy w żadnym wypadku o death metal. Gdzie przede wszystkim można was usłyszeć? Głównie w warszawskich klubach poświęconych tematycznie takiej muzyce.


Nr 1 Wspominasz o Iron Maiden i Metallice. Oni odnieśli ogromny sukces komercyjny. Też marzycie o takim sukcesie? Marzy każdy. Wiem jednak z doświadczeń znajomych, że jeśli chce się coś osiągnąć w tej branży, to trzeba czasami poświęcić wiele bardzo ważnych rzeczy, mnóstwo czasu i pracy. Może jestem na to jeszcze za mało dojrzały? Może trochę za leniwy? Na razie stoję w rozkroku – z jednej strony studia, z drugiej zespół i koncerty. Ile czasu poświęcasz na próby i pisanie tekstów? Właściwie mówimy o dwóch różnych rzeczach. W przypadku prób jesteśmy ograniczeni przez to,

mnie znudzić. Heavy metalowcy są odbierani przez społeczeństwo jako narkomani, alkoholicy, osoby agresywne. Co o tym sądzisz? Nazwa jednego z najbardziej znanych polskich zespołów heavy metalowych – „Acid Drinkers”, oznacza „kwasożłopy” i wzięła się stąd, ze członkowie zespołu w młodości uwielbiali tani alkohol. Skądś te stereotypy wynikają, nie znaczy to jednak, że my musimy za to pokutować. W każdej subkulturze są i wspaniali ludzie i tacy, których wolelibyśmy nigdy nie poznać. Zakładanie, że ktoś w dresie i ogolony na trzy milimetry

Co najbardziej cenisz sobie w grze w zespole? Najlepiej czuje się na koncercie, gdy widzę, że ludzie się bawią. Może to uczucie porównywalne z euforią, którą człowiek czuje podczas pocałunku? Z drugiej strony nie wiem czy dawałoby mi to tyle samo frajdy, gdybym tworzył tę muzykę z innymi ludźmi. Jak długo razem gracie? Pod obecną nazwą chyba półtora roku. Czy przez ten czas natknęliście się na jakieś problemy, pojawiły się napięcia? Właśnie z ich powodu zmieniliśmy ostatnio gitarzystę. Niektórzy ludzie długo przebywając w tym samym towarzystwie zaczynają się nie znosić. Pewnie da się grać w takich warunkach, ale to miałoby sens, gdybyśmy byli komercyjną machiną grającą dla pieniędzy. Jeśli tak nie jest, to po co psuć sobie przyjemność przez kłótnie? Mieliście też różne koncepcje tego jak ma wyglądać wasza muzyka? Każdy chce wprowadzać jakieś zmiany i nigdy, kiedy napiszę piosenkę nie jest tak, że reszta ją od razu akceptuje. Grzebią w niej, grzebią, aż w końcu ustalamy w jaki sposób możemy ją zagrać. To nie były więc spięcia na tle wizji artystycznej, ale raczej kwestia temperamentu i prywatnych spraw. Czy dużo zespołów heavy metalowych działa obecnie na warszawskim rynku muzycznym? To duża liczba, z czego „wybijających się”, jest pewnie jakieś pięć procent. Reszta to ci, którzy tak jak my, próbują złapać Pana Boga za pięty. Trudno się wyróżnić. Gitarzysta jednego z zespołów grał w masce w kształcie głowy konia – nie wiem czy to dobrze, ale przynajmniej grupa stała się rozpoznawalna. Czy na tle tych zespołów wyróżniacie się czymś oryginalnym? Kiedyś zamieściłem nasze utwory na forum internetowym, żeby otrzymać o nich obiektywną opinię. Ludzie stwierdzili, że jest w nich coś wyjątkowego i gdyby usłyszeli kolejną naszą piosenkę, pewnie poznaliby, że to my. Może to sposób komponowania? Ja staram się jak najwięcej włożyć w teksty, żeby nie były głupie. Mam nadzieję, że to może wyróżniać. Ważnym wyjątkiem jest też dziewczyna przy perkusji. Ten instrument, zwłaszcza w ciężko grających zespołach, kojarzony jest z potężnym facetem, który nadaje rytm dwustu uderzeń na minutę. U nas jest drobna Lena, ale dorównuje wielu perkusistom z tej branży.

że nie mamy własnej sali. Nasz zespół jest uzależniony finansowo i czasowo. Mamy zazwyczaj jedną próbę w weekend, czasami zdarzają się dwie w tygodniu. To naprawdę mało. Zespoły, które mają własne sale prób, stawiają na szybki i intensywny rozwój i grają nocami. Bardzo im zazdroszczę, ale na razie nie widzę alternatywy. Podkreślasz, że gra w zespole wymaga wielu poświeceń. Czy nie masz czasem ochoty zrezygnować, rzucić swoją kapelę? Nie miałem nigdy takich planów. Ale gdybyś zapytała o to człowieka, który traktuje to śmiertelnie poważnie, a muzyka jest dla niego już nie tylko pasją, ale również pracą, to mogłabyś usłyszeć, że chciałby to wszystko rzucić. Kiedy gra się w zespole, jest się zależnym od pozostałych członków. Bywa, że dochodzi do spięć, sporów o pieniądze. Poza tym trzeba w to włożyć również mnóstwo wysiłku, a on w końcu męczy człowieka. Ja nie wkładam w muzykę aż tyle wysiłku, żeby mogła

to zbir, może być bardzo łudzące. Ocenianie stereotypami jest zbyt wąskim myśleniem. Skąd się wzięła wasza nazwa. Dlaczego akurat Vrillon? Nasz basista opowiedział nam, że w latach siedemdziesiątych w Wielkiej Brytanii, ktoś zakłócił fale telewizyjne i nadał na kilku najbardziej popularnych częstotliwościach wiadomość o treści: Nazywam się Vrillon z asztarskiego dowództwa galaktycznego... Z dalszego tekstu wynikało, że jakaś pozaziemska forma życia zwraca się z kosmosu do ludzkości, z prośbą np. o zaprzestanie prac nad bronią masowego rażenia. Poza tym wygłasza pokojowe i proekologiczne postulaty. Oczywiście był to zakrojony na szeroką skalę dowcip, ale pomysł uznałem za ciekawy. Przyjęliśmy nazwę Vrillon, pochodzimy od kosmity.

Co planujecie w najbliższym czasie? Na początku musieliśmy sami pukać i wpraszać się na imprezy, z czasem zaczęliśmy dostawać propozycje współpracy. Przez rozstanie z poprzednim gitarzystą musimy jednak tworzyć sporo od nowa. Mamy już napisane piosenki. Mam nadzieję, że na początku czerwca uda nam się zagrać pierwszy koncert w nowym składzie. W przyszłości chcemy też nagrać własną płytę. Tylko, jak już wspominałem, do tego potrzebna jest własna kanciapa, granie po nocach i rezygnowanie z wielu przyjemności. Ciągłe próby? Tak - stawanie się coraz lepszym, granie ciekawszej, bardziej wymagającej muzyki i doskonalenie się.

Ewelina Witkowska 5


Nr 1

Karierowicze YouTuba Videoblogi nie są pojęciem obcym dla młodych ludzi. Wielu z nich korzysta z filmików, by dowiedzieć się jak żyć, jak się uczesać, jak jeść, by zobaczyć, jak inni sobie radzą. Czy videoblogi zastąpią wiedzę zdobywaną przez własne doświadczenie? Co minutę na portal YouTube wrzucane jest 72 godziny przeróżnych materiałów filmowych. Od teledysków, do amatorskich nagrań aż po videoblogi. Te ostatnie stały się nową jakością w internetowym świecie. Przenosząc definicję bloga na videoblog można się spodziewać adekwatności, jednak nie jest to już takie proste. Videoblogersi nie prowadzą już tylko dzienników nagrywanych jako filmy, ale tworzą całe grupy programów na określony temat. Vlogerzy to już profesja, na miarę prezenterów telewizyjnych. Posiadają własne kanały, zapraszają gości do programów, ustalają ramówkę swoich nagrań. Tym samym wielu blogerów staje się gwiazdami Internetu, być może nie koniecznie mainstreamu, ale konkretnych grup odbiorców. Gdy twórca filmowy przekroczy magiczny próg wielości odtworzeń filmów, zauważają go reklamodawcy i tak zaczyna się kariera oraz pieniądze! Będę grał w grę Królem polskich videoblogerów jest Rock. Jego kanał ma ponad 90 mln odsłon! Wrocławianin ma 36 lat, syna i uwielbia gry komputerowe. Liczba odtworzeń może zadziwiać, szczególnie, że na większości Rock pokazuje, jak gra w grę. Ze swojej pasji uczynił źródło pasywnego dochodu. Stał się specjalistą w swojej dziedzinie. Nie tylko komentuje i recenzuje gry, ale również dzieli się swoimi poglądami na inne aspekty kultury. Jego kanał podzielony jest na swoiste segmenty, z których łatwo i szybko można uzyskać konkretne informacje od opisu najnowszych premier gier do recenzji książek. Na filmikach pojawia się również syn Rocka, który razem z nim przechodzi kolejne etapy wirtualnej strzelaniny. Psychologowie mogą bić na alarm, jednak brutalne obrazy, Rock komentuje synowi w charakterystyczny dla siebie sposób, bez przekleństw i zastrzegając, że przeciwnicy tylko mdleją. Rock ma już określoną pozycję w Internecie. Dostaje od wydawców gry, zanim zwyczajni ludzie zobaczą je na półkach sklepowych. Nie jest w swojej kategorii bloga odosobniony. Podobne formaty uprawiają Shogun1978 czy Rojo. Jednak w ich filmach jest już więcej „soczystych wypowiedzi”. Nie przeszkadza to w tworzeniu wspólnych programów na temat gier, w których blogerzy łączą swoją siłę. Jak zrobić hamburgera „Kocham gotować” czy „kotlet”, to nazwy vblogów o tematyce kulinarnej. Internauci nie muszą już korzystać z tradycyjnych przepisów czy telewizyjnych show Pascala. Blogerzy wrzucają na YouTube filmy, w których od a do z dzielą się swoim know-how w dziedzinie gotowania. Wpisując w wyszukiwarkę zapytanie „ja zrobić kotlety mielone” otrzymamy 1570 wyników. Bez talentu kulinarnego jesteśmy w stanie posiłkując się filmem, stworzyć własne danie. Kotlet TV mają swój własny kanał. Są parą 28- latków, którzy rzucili pracę w korporacji i zajęli się videoblogowaniem. Ich filmy od zabawy

6

Kanał Lekkostronniczy.tv bije rekordy popularności w sieci/ fot. YouTube urosły do miary profesjonalnego show, które obejrzało 15 mln ludzi. Należy zaznaczyć, że jest to rynek polski, gdyż rodzimi blogerzy posługują się w swoich filmach polszczyzną i tym samym ograniczają się tylko do odbiorców z naszego kraju. Ciężko porównać popularność vlogera amerykańskiego posiadającego kilkaset milionów fanów do kilkumilionowych odtworzeń polskich filmów. Wirtualny kabaret - Będziemy mówić o pierdołach – tak reklamuje siebie w pierwszym odcinku Karol Paciorek i Włodek Markowicz, tworzący duet „Lekko Stronniczych”. Panowie zgrabnie komentują rzeczywistość od poniedziałku do piątku, w około 15 minutowych odcinkach, które pojawiają się na ich kanale o godzinie 18:00. W ich wypadku nie są to przypadkowe wrzuty, ale codzienny program, który niebawem będzie miał już 600 odcinków i 26 mln wyświetleń. Sami „stronniczy” mówią o sobie, że są rozrywkowym felietonem publicystycznym. Chyba ich pierdoły jednak podobają się ludziom. Niektórym vblogi umożliwiają karierę. Popularność z YouTuba zaczyna przekładać się na rozpoznawalność. Przykładem jest Maciej Frączyk, znany jako Niekryty Krytyk. Dzięki swoim wrzutom, pan Frączyk wydał książkę „Zeznania Niekrytego Krytyka” jak również otrzymał propozycję współpracy z Radiem Zet. Sam o swoim pro-gramie mówi, że jest to cyrk i frajda, nie misja. Na pytanie, skąd czerpał pomysły do książki, bez zażenowania odpowiada, że – najpierw wygooglowałem zapytanie: jak napisać książkę -

Z telewizji do Internetu Szymon Majewski znany był do tej pory ze swojego show emitowanego na jednej ze stacji komercyjnych. Nagle jego program został usunięty z anteny, a publicysta przeniósł się do Internetu pod hasłem – czułem, że w TVN wszystko się kończy. A teraz robie wszystko na własną rękę- . Decyzja Majewskiego nie przyniosła mu co prawda milionów fanów na YouTubie, jednak stała się swoistym manifestem wolności prezentera, który jak podkreślił w rozmowie z lajk.tv - mogę sobie wejść i zrobić swój czysty koncept. Bez analizowania. Bez pytania się dyrektora, wicedyrektora, szefa marketingu, czy mogę to robić, a potem konsultowania to z wielkim zespołem-. Na swoim kanale „Majewski Super Sam” początkowo odtwarzał formułę swojego telewizyjnego show, jednak to się nie sprawdziło. Okazało się, że Internet rządzi się zupełnie innymi prawami, niż szklany ekran. Odmiennym przykładem stał się Łukasz Jakóbiak, którego chęć realizacji własnego programu nie spotkała się z odpowiedzią od żadnej stacji telewizyjnej. Prezenter tym samym podjął się realizacji własnego show w swoim mieszkaniu, posiadając w swoim zespole jedynie oświetleniowca i operatora kamery znajdującej się… w telefonie komórkowym! Swój kanał nazwał „20m2Łukasza”. Jest to obecnie najbardziej znana kawalerka w Internecie, do której zapraszani są różni goście: od polityków, przez profesorów, aż po celebrytów. Swój pomysł podsumowuje słowami: - dla mnie nie ma rzeczy niemożliwychI trzeba się z tym zgodzić.


Nr 1

Czas na studia. Czas na męża Jeżeli wydaje wam się, że o czystości przedmałżeńskiej mało kto już pamięta, para młoda wcale nie już taka młoda, a sakramentalne „tak” brzmi, jak wyrok śmierci. To macie racje – wydaje wam się. Ten tekst miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam w planach zrobienie ankiety wśród studentów UW, która potwierdzi moją tezę. Jednak wnioski mojego badania totalnie mnie zaskoczyły i zmieniły układ sił w moim artykule. Zapytałam 100 studentów Uniwersytetu Warszawskiego, co myślą na temat małżeństwa, a ich odpowiedzi naprawdę mnie zaskoczyły. Większość z nich uśmiechała się słysząc temat ankiety. Studenci przyznali, że związki małżeńskie wśród młodych ludzi nie są nudnym i staroświeckim tematem. Aż 70% ankietowanych chce sformalizować swój związek, podobna tendencja jest wśród kobiet i mężczyzn. Połowa z nich planuje ślub kościelny, a druga połowa myśli o ślubie cywilnym. Dla jednych i drugich najważniejszym powodem do zawarcia małżeństwa jest prawdziwe uczucie. Drugim najczęściej wymienianym motywem są tradycja oraz wiara – 66% ankietowanych studentów to osoby wierzące, wśród tej grupy jest więcej mężczyzn niż kobiet. Co ciekawe to właśnie kobiety bardziej odczuwają presję rodzi-

Znajdź swoją niszę Vbloging nie zmierza do nikąd. YouTube już teraz odkrywa jego potęgę. Marketingowy biją się o najpopularniejszych blogerów wciskając tu i ówdzie różnorodne reklamy. Filmiki nie są już przypadkowymi publikacjami w Internecie, a prawdziwymi, emitowanymi w określonych godzinach, programami. Zarząd YouTuba próbuje rozwikłać, jak na zjawisku videoblogingu może jeszcze zarobić. Pojawiły się pomysły utworzenia odpowiedników telewizyjnych pasm programowych. Najpopularniejsze wrzuty, będą udostępniane za opłatą, która będzie swoistym abonamentem za dostęp do telewizyjnego, ale wciąż Internetowego, YouTuba. Na pewno jest to szansa nie tylko dla kolosa jakim jest właściciel portalu – Google Inc., ale dla samych tworzących filmy, gdyż część pieniędzy docierałaby bezpośrednio do nich. Blogerem może zostać każdy, liczy się odpowiednia aranżacja, szczerość, a przede wszystkim innowacyjność i pomysł. Tylko, czego jeszcze nie ma w Internecie?

Alma Lisowiec

ny niż mężczyźni. Młodzi ludzie przestają myśleć, że małżeństwo, młodość i studia to połączenie ekstremalne. Wśród dzisiejszych 20-latków pojawia się inny pomysł na życie – zamiast pędu za pieniądzem wybierają rodzinę. Agnieszka - studentka resocjalizacji, pracuje w firmie rodziców. Od roku jest szczęśliwą żoną a od 2 dni również i mamą. Z założeniem rodziny nie czekała nawet do końca studiów. – Wybrałam rodzinę, bo w przeciwieństwie do pracy czy wykształcenia, daje poczucie bezpieczeństwa, jest czymś pewnym w życiu. – wyznaje.

Zbyt nowocześni Moja ankieta potwierdza, że osoby w wieku 20-26 lat szanują instytucję małżeństwa. Znaczna większość chce sformalizować swój związek. Ale z drugiej strony, aż 70% studentów dopuszcza możliwość rozwodu. To mężczyźni wydają się bardziej konserwatywni – 20% absolutnie nie przyjmuje do wiadomości myśli o ewentualnym rozwodzie, ale jedna trzecia małżeństw w Polsce kończy się rozwodem. Z informacji Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że znaczną część rozwodzących się stanowią ci, którzy w momencie zawierania związku małżeńskiego nie mieli ukończonych 24 lat. Według studentów najczęstszymi powodami, które doprowadzają do zakończenia małżeństwa są: zdrada, poznanie nowego partnera, patologie, pracoholizm jednego z partnerów i niezgodność charakterów. Ten ostatni powód może trochę mylić, zwłaszcza, że większość par mieszka ze sobą już przed ślubem, świetnie się znają i mieli okazję sprawdzić, czy się dogadują. - Nie myślę o możliwości rozwodu, na razie nie dopuszczam do siebie takiej opcji. Mam świadomość, że na pewno będziemy mieć wzloty i upadki, że będą gorsze dni, ale wiem, że nigdy nie podjęłabym takiej decyzji zbyt pochopnie.

Myślę, że w większości przypadków rozwód jest tylko łatwiejszym rozwiązaniem, bo dużo trudniej przyznać się do błędu, albo pójść na kompromis. Wiem, że rozwiązywanie konfliktów wymaga czasu i zaangażowania, a młodzi małżonkowie chyba zapomnieli, że problemy wliczone są w każdy związek. – wyznaje Agnieszka. Im później, tym lepiej Może trudno w to uwierzyć, ale ten argument ma jeszcze znaczenie. Mimo, że większość par sprawdza swoje „dopasowanie w łóżku” zanim zacznie snuć poważne plany na przyszłość, są związki w których wstrzemięźliwość przedmałżeńska wciąż ma ogromne znaczenie. Kamila - studentka dziennikarstwa nie planuje jeszcze małżeństwa. Nie poznała odpowiedniego kandydata na przyszłego męża, ale jednego jest pewna: - Wytrwam do końca i dotrzymam danego sobie słowa. Wierzę, że spotkam chłopaka, który doceni to, że czekałam właśnie na niego. A na razie żyję tak, jak każda inna dziewczyna. Niektórzy może myślą, że to co robie nie jest normalne, a to po prostu jest mało popularne. Czekanie z seksem do ślubu nie jest

Sakramentalne „tak” wcale nie brzmi, jak wyrok śmierci – potwierdzają ankietowani studenci UW / fot. I.Bachanek na czasie. Jednak nie mam zamiaru się tym przyjmować, mało tego, jestem z siebie dumna. – przyznaje z uśmiechem Kamila. Ankieta pokazuje, małżeństwo w Polsce wciąż cieszy się dużym uznaniem społecznym i zainteresowaniem młodych ludzi. Związek małżeński dla wielu jest ważnym wydarzeniem cementującym prawdziwą miłość. Jednocześnie widać wyraźną liberalizację i rozluźnienie obyczajów w kwestiach moralnych i społecznych. Jednak z drugiej strony, tradycje są raczej modyfikowane niż całkowicie odrzucane. Więc kiedy widzimy zaobrączkowanych studentów, naprawdę wzrok nas nie myli.

Ilona Bachanek

7


Nr 1

Młode, piękne i dzieciate – Moje marzenia o dziecku nie wzięły się z próżni. Jestem jedynaczką i zawsze pragnęłam mieć większą rodzinę. Dlatego świadomie urodziłam dziecko jako dwudziestolatka – tak swoją decyzję o młodym macierzyństwie uzasadnia Ola.

zabawa. Wszędzie ją zabieram ze sobą. Jest strasznie do mnie przywiązana i nie chce nigdy zostać sama. Wtedy płacze. Więc nauczyłam się, że tam gdzie ja musi być i ona. Matka, żona i studentka Dopiero niedawno Ola uświadomiła sobie, jak bardzo wpływ na jej decyzję o macierzyństwie miało to, że jest jedynaczką. Brunetka o dużych zielonych oczach dla niewtajemniczonych jest zwykła studentką. Tymczasem Ola jest matką, żoną lekarza i zapracowaną dwudziestoczterolatką, która kończy studia. Jest stereotypową jedynaczką, czyli tzw. ukochaną córusią tatusia. Ale ten wybryk z ciążą przed skończonymi studiami nie odbił się bez echa w jej rodzinie. Przyznaje, że trochę jej się oberwało, choć ostatecznie wszyscy zaakceptowali sytuację i pomogli. Dla niej pomoc jest niezbędna, bo chce skończyć studia i z podwójnym magistrem podbijać rynek pracy. Podwójnym, bo po urodzeniu córki zaczęła drugi fakultet.

– Bywa ciężko, kiedy muszę zorganizować opiekę dla Zosi, a wszyscy mają jakieś plany. Męża często nie ma w domu z racji wykonywanego zawodu i to ja jestem odpowiedzialna za bezpieczeństwo naszej córki. Zdarza się, że nie idę na zajęcia, ale sporadycznie. Nie chce mieć zaległości. Wystarczy, że mam zarwane noce non stop a nie tylko w czasie sesji – mówi o łączeniu studiowania i macierzyństwa drobniutka dziewczyna.

Ola z Zosią, kilka dni po powrocie ze szpitala / fot. archiwum rodzinne Oli

Dziecko z wyboru Asia zawsze marzyła o byciu mamą. Wiadomo, że nie z byle kim i nie na łapu capu. Szczęśliwie się złożyło, że poznała właściwego faceta, tego jedynego, który chciał tego, co ona. Ich historia jest krótka – ona pracowała w sklepie, on był klientem. Najpierw przypadkowym, a potem stałym. W końcu pierwsza randka i wielka miłość. Myśli o macierzyństwie stały się wyraźniejsze, gdy Asia zaczęła spędzać czas w towarzystwie Piotra i jego córki. Widziała wielką miłość ojca do dziecka, sto procent zaangażowania i wielkie przywiązanie. Już wtedy wiedziała, że będzie dobrym ojcem dla ich ewentualnych dzieci.

8

wypadek, gdyby coś działo się z małą. W Polsce zawsze się dogada, a tam byłaby sama. Mają prosty podział obowiązków – do niego należą finanse, a do niej opieka na Julcią. Asia czasami żałuje, że jej faceta omijają ważne momenty z życia ich córeczki. Chociaż Piotr stara się jak najczęściej bywać w domu – minimum raz w miesiącu – to zazwyczaj umykają mu te chwile.

– To ja pierwsza usłyszałam, gdy Julcia wymówiła pierwsze sylaby, to ja pierwsza widziałam jak sama usiadła i chociaż czasami padam na twarz, to cieszę się, że jestem kobietą i młodą mamą – mówi z dumą dziewczyna.

Wyjechali za granicę, bo Piotr dostał dobrą pracę, a Asia wiedziała, że za krótko ze są sobą, by przetrwać taką rozłąkę. Postanowiła, że jedzie z nim. Gdy okazało się, że nadają na tych samych falach i że oboje chcą zostać rodzicami, zaczęli wcielać te marzenia w życie.

Podczas nieprzespanych nocy Asia nie próżnuje. Oprócz czuwania nad małą, opracowuje swój biznesplan. Chce skorzystać z dotacji i otworzyć własny sklep. Jak mała podrośnie, zamierza też pójść na studia na zarządzanie i marketing. Tymczasem większość jej dni i nocy wypełnia opieka nad córką.

Po czterech miesiącach dwie kreski na teście i oszołamiająca radość. Decyzja o powrocie na stałe do Polski. Narodziny Julki. Smutne zderzenie z szarą polską rzeczywistością i decyzja o powrocie na obczyznę. Wyjechał tylko Piotr. Asia woli być na miejscu, tak na wszelki

– Jula budzi się codziennie około 4 rano na jedzenie. Staram się spać w naszej sypialni, ale gdy się przebudzi, idę do niej i kładę się razem z nią. Tam też mam łóżko. Kimamy tak do 7-8 rano, a gdy otwiera oczka, pierwsze co widzi, to swoją mamę. Potem przebieranie, karmienie,

Ola śmieje się, że ma teraz dużo energii i siły na bycie mamą, a później mogłoby być różnie. Oprócz domowych obowiązków bez problemu radzi sobie ze studiami. Zalicza podwójną sesję i to w pierwszych terminach. Jest zadowolona ze swojego życia, które odbiega od „studenckich standardów”:

– Właściwie nigdy nie miałam studenckiego życia, bo nie kręciły mnie imprezy. Bywałam rzadko, tak więc to dla mnie żadne wyrzeczenie, że muszę siedzieć w domu z Zosią, gdy ludzie z roku szaleją na parkiecie. Owszem od czasu do czasu wychodzimy z mężem na jakąś imprezę, by nie wypaść z towarzystwa. Mam jednak wrażenie, że wieczory z moją rodziną są o wiele ciekawsze, zabawniejsze i bardziej wartościowe niż chodzenie po klubach. Zresztą sama tak chciałam. Hokejowa miłość

– To była wpadka. Co tu dużo kryć. Trzeba być debilem, żeby samemu świadomie chcieć rodzić dzieci w tak młodym wieku. Ja jestem uzależniona od rodziców. Ale mam plany na przyszłość, oczywiście, że mam- mówi dwudziestotrzyletnia Agnieszka, świeżo upieczona mama. Agnieszkę i Martina połączyła akademikowa miłość. Zaczęło się od zwrócenia uwagi chłopakowi grającemu w hokeja na korytarzu, a skończyło na przymusowym założeniu rodziny. To była podwójna wpadka, bo najpierw pękła prezerwatywa, a potem nie zadziałała tabletka po. Chociaż tego nie planowali, postanowili płacić za bezmyślność i zostać rodzicami.


Nr 1

Kubuś u dziadków w ogrodzie / fot. archiwum rodzinne

Rok od ich poznania na świat przyszedł syn Maciek. Dwa tygodnie przed tym radosnym wydarzeniem udało im się wyprowadzić z akademika i zamieszkać w przytulnej kawalerce na Ochocie. W „muchomorku” nawet nie mogli ze sobą mieszkać, bo nie byli małżeństwem.

– Pewnie, że dziecko będzie mi przeszkadzać, ale liczę też na profity. Chce iść na aplikację. Do połowy września chcę się obronić. Mam nadzieję, że tylko wejdę z dzieckiem na rękach na obronę i od razu wyjdę z magistrem – żartuje i pokazuje stertę materiałów zebranych do magisterki. Dziewczyna nie ukrywa , że liczy na swojego partnera. Obydwoje są na studiach, do tego ona na płatnych. Raczej są na etapie szukania pierwszych praktyk, staży, a teraz muszą znaleźć pierwsze i to dobrze płatne prace, żeby utrzymać się w Warszawie. Martin już pracuje na trzy czwarte etatu jako informatyk, więc sporo zarabia. Agnieszka ma nadzieję, że to na razie wystarczy. Ona plany kariery wstrzymuje, bo przez jakiś czas będzie musiała się zająć synem. Potem obrona i aplikacja.

– Chyba będę się czuła młodą matką. To nie jest tak, że już jesteśmy gotowi na dorosłe życie. Bo ta młoda to jest podkreślenie, że będę potrzebowała pomocy. Jakbym była tylko matką, to bym była już dorosłą osobą, taką która sama potrafi się utrzymać, która nie korzysta z pomocy rodziców, może jest narzeczoną, może już jest żoną. To taka kobieta decyduje się na dziecko. A młoda matka to nastolatka, studentka, która jest niesamodzielna finansowo. No i ja taką osobą jestem – podsumowują swoją sytuację Agnieszka.

Droga do Boga Kasia do decyzji o założeniu rodziny dojrzewało długo, o ile można to powiedzieć o dwudziestotrzylatce, która wychodzi za mąż, a po roku rodzi syna. Za mąż wyszła z wielkiej miłości i braterstwa dusz, jak to określa. Pawła poznała w przykościelnej oazie Ruch Światło- Życie. Od zawsze była zaangażowana w różne wspólnoty religijne. – Dzięki temu Bóg jest dla mnie czymś więcej niż wyobrażeniem z obrazka. To żywa osoba, do której wraz z Pawłem odnalazłam drogę przez małżeństwo – mówi o darze, który dały im wspólne modlitwy i śpiewy w oazie. Ich miłość była czysta i bardzo religijna. To, co trudno większości studentów sobie wyobrazić, to kolejność jaką wybrali w tworzeniu swojej rodziny. Najpierw ślub, potem pierwszy raz i plan na dziecko. Dla nich było to jasne od początku, dzięki temu, że nadawali na tych samych falach i bardzo poważnie traktowali relację z Bogiem.

– Z bożą łaską wszystko się udało. Często sobie mówię, że Bóg miał taki pomysł na nasze życie, a jego pomysły zawsze są najlepsze. Bombowe, jak to mówiła nasza koleżanka – śmieje się dziewczyna, wspominając początki ich małżeństwa. Dzisiaj mają już trzyletni staż na swoim koncie. Kasia skończyła studia i wkrótce planuje pierwszą poważną pracę. Chwilowo dorabia, udzielając korepetycji z angielskiego. Nie postawiła od razu na rozwój zawodowy, bo sądziła, że odbędzie się kosztem chwil spędzonych z synem. Była na specjalizacji nauczycielskiej i wie, że dziecko w tym czasie bardzo potrzebuje matki.

Ale Kubuś ma już dwa lata i wkrótce pójdzie do przedszkola, a ona będzie sobie musiała czegoś poszukać. Paweł zarabia dużo, bo jest informatykiem po politechnice. Spokojnie wystarcza na mieszkanie, jedzenie, pieluchy, ubranka, lekarstwa. Może bajka to za dużo powiedziane, ale czują się szczęściarzami. Wiedzą, że to wszystko osiągnęli dzięki bożej łasce, dlatego nigdy nie opuścili swojej wspólnoty.

– W domowym Kościele odkryliśmy, że dalsze trwanie w oazie to nieoceniona realna pomoc w problemach życia małżeńskiego i rodzinnego, której nie znajdziemy w gazetach i internecie! Pomoc w budowaniu udanego małżeństwa, szczęśliwej rodziny i wychowaniu dzieci, których nie będziemy się wstydzić przed Bogiem i ludźmi. I za taki ruch Bogu dziękujemy! – mówi Kasia i oświadcza, że chce mieć jeszcze kilkoro dzieci. Młode macierzyństwo to nie koniec świata! Cztery dziewczyny z różnych światów zostały szczęśliwymi matkami. Są z tego dumne. Czasami zaciskają zęby. Mają wory pod oczami. Skarżą się na brak czasu. Mają mnóstwo planów na życie. – Z małą jakoś łatwiej mi pokonywać trudności – wyznaje Ola i dodaje – W końcu nie ma rzeczy niemożliwych dla mamy na pełnych obrotach.

Joanna Koprowska

9


Nr 1

Gdyby nie Polska Bałam się, że na zawsze zostanę tutaj cudzoziemką. Kimś gorszym, kimś drugorzędnym. Że nigdy nie zacznę myśleć po polsku, nie pozbędę się akcentu, nie zapamiętam tych wszystkich nazwisk obcych dla mnie ludzi, którzy tutaj wiele znaczą. Bałam się, że koledzy zawsze będę mówili pomiędzy sobą „tamta Rosjanka”, a moje imię nowym znajomym przywodzi na myśl kobietę lekkich obyczajów.

- Te twoje głupie żarty, taka sama jak ojciec. Nigdy nie rozumiałam jego poczucia humoru – uśmiechnęła się matka machając ręką. - Nie żartuję, poważnie mówię. Zadzwonił facet, przedstawił się, że z KGB mówi, no i że na rozmowę zaprasza. - Jaki facet? Jaka rozmowa? Możesz ty normalnie powiedzieć, o co chodzi? - Mówię przecież: odbieram, on do mnie: imię nazwisko, pracownik KGB, mówi, że mam przyjechać do Grodna na rozmowę. Na początku też nie uwierzyłam, myślałam, że kolega jaja sobie robi, a tu … - Nigdzie nie pojedziesz – przerwała matka. – Witalij, chodź tu szybko! – krzyknęła do męża. – Ninę do KGB wzywają, dzwonili przed chwilą. - Gdzie? - KGB – rozumiesz, chcą żeby do nich jechała – roz-

- Studiuje pani w Łodzi? - Nie, w Warszawie(...)

/ fot. flickr.com

*** - Dzień dobry, z tej strony pracownik KGB, Michałowicz Dmitrij Dmitrijewicz. Czy mogę porozmawiać z panią Niną? - Dzień dobry, to ja. - Pani Nino, czy moglibyśmy się spotkać w Grodnie, prosił bym panią o przyjazd do mnie na spotkanie. Czy jest taka możliwość? - Nie – uśmiecha się dziewczyna. - Słucham? - Nie, nie przyjadę. Nie chce mi się. - W takim razie przyjadę do pani. Na kiedy moglibyśmy się umówić? - Przyjechać? Nie trzeba do mnie przyjeżdżać. W ogóle nie mam ochoty na żadne spotkania – coraz bardziej dziwi się studentka takiej natarczywości. - Proszę pani, bądźmy poważni. - Przepraszam, a z kim ja rozmawiam? - Już przedstawiałem się. Michałowicz Dmitrij Dmitrijewicz, pracownik KGB. Radzę pani zjawić się u mnie 31 grudnia o 14 na ulicy Berezowskiej. - Przepraszam, myślałam, że to mój kolega sobie żarty robi – Nina przyciska mocno słuchawkę do ucha, żeby nie przegapić żadnego słowa. - Czekam na panią, do widzenia. - Dowi… - nie zdążyła do końca wymówić dziewczyna, kiedy w słuchawce usłyszała głuchy sygnał.

10

Czego mogą ode mnie chcieć? – pierwsze pytanie, które przyszło do głowy Ninie po rozmowie. Przecież nie brała udziału w niczym, co mogło by zainteresować służbę bezpieczeństwa. Czuła lęk i jednocześnie ciekawość. Wiedziała, że czasy tortur i zamykania w więzieniach bez przyczyny już dawno minęły – przynajmniej wierzyła w to. Gdyby 30 lat temu była już na świecie, to chyba popłakałaby się ze strachu, ale teraz, kiedy zewsząd słyszy o demokracji i swobodzie słowa, czy ma powód do obaw? Zastanawiała się, czy na pewno to nie są jakieś żarty. W ciągu pierwszych minut rozmowy miała pewność, że dzwoni do niej kolega, którego niedawno poznała na mszy białoruskiej w jednym z warszawskich kościołów. Ostatnio jeszcze żartował, że dostaje o niej informacje z KGB, kiedy zapytała skąd ma jej numer. Wszystko by się zgadzało: dzwonił natarczywy adorator. Jednak Nina rozumiała, że nie potrafiłby aż tak perfekcyjnie zagrać roli funkcjonariusza: ten miał chłodny głos i ta intonacja… - Nina, obiad – razem z zapachem barszczu przepłynął głos matki z kuchni. Przy garnkach stała szczupła kobieta, już szykowała talerze do obiadu: większy dla ojca, dla siebie i córki trochę mniejsze. - Siadaj, co stoisz. Jakaś zamyślona jesteś. - Dzwonił do mnie funkcjonariusz KGB – wypaliła Nina sama nie wierząc w swoje słowa.

drażnionym głosem powtarza matka. - Co mówili, Nina. Konkretnie i dokładnie. - Tylko tyle, że 31 grudnia o 14 mam być w Grodnie na rozmowie, adres też podał. - Nie pojedzie, prawda? – kładzie rękę na ramieniu męża przestraszona matka. – Nie puścimy jej. - Ludo, uspokój się. To nie są czasy wojny, a my nigdy nie mieszaliśmy się do polityki. Pewnie to pomyłka albo jakaś kompletna bzdura. - Nie zawiozę jej tam, słyszysz? - Ma, to na pewno pomyłka, przecież dobrze wiem, że nie mogą mieć nic do zarzucenia. Nic nie zrobiłam. - Wyjdź, proszę, z ojcem chcę porozmawiać. Za godzinę w drzwiach pojawiła się kobieta, mężczyzna został w kuchni. - Ma, co ustaliliście? Co teraz? - Jedziesz, Natasza. Tylko z ojcem. - Przekonał? Ma na Ciebie sposoby! – Szeroko uśmiechnęła się. - To nie są żarty. To nie zabawa! Jak będziesz miała dzieci, zrozumiesz mnie. *** Przyjechałam do Polski mając 17 lat. Zdałam w konsulacie na Białorusi egzaminy wstępne i, jako osoba mająca pochodzenie polskie, dostałam stypendium od Rządu RP. Początkowo musiałam


Nr 1 ukończyć rok zerowy w Łodzi, czyli kurs przygotowawczy dla cudzoziemców. Tam po raz pierwszy doświadczyłam dorosłego życia: przeziębienia daleko od domu, ciągłe przedłużanie wizy, zbieranie papierów, załatwianie wszystkich formalności związanych z pobytem w Polsce. Najpierw byłam przerażona – dla mnie Łódź była ogromnym, hałaśliwym miastem, pełnym anonimowych, zabieganych ludzi. Moje poprzednie życie wyglądało zupełnie inaczej. W rodzimej wsi jest szkoła, kościół, cerkiew, cmentarz, sklep i kawiarnia. Wszystko jest położone wzdłuż jedynej asfaltowej prostej drogi, która skupia w sobie całą infrastrukturę. Właśnie tam znajduje się mój niewielki dom z kilkoma pokojami i dużym pełnym kwiatów i młodych jabłonek ogrodem. Tam żyłam i nie przyjmowałam się demokracją, wolnością słowa, wyścigiem szczurów i tą całą Europą. Codziennie chodziłam do szkoły, jak wszyscy. Później odrabianie lekcji i Kościół. Nikt nie potrafił mnie stąd wyciągnąć. Bardzo polubiłam siostrę, która zajmowała się młodzieżą. Dzięki niej stałam się tym kim jestem. Co roku wyjeżdżaliśmy do Polski na wczasy organizowane przez Kościół. Często przygotowywaliśmy przedstawienia, odbywały się spotkania młodzieżowe. Sporo pomagałam rodzicom: matce w kuchni i przy sprzątaniu, z ojcem pracowaliśmy w ogrodzie. Z przyjaciółmi chodziliśmy nad rzekę,

różne. Może zapomniałam białoruskiego albo nabyłam dziwnego akcentu? Kocham ich tak samo jak wcześniej, ale na pewno wiem, że chcę żyć inaczej; mam inne cele i pojmowanie świata. Polska to moja szansa. Kiedy Bóg daje mi szansę, nie mam prawa jej zmarnować. *** - Nina, szybko. Zbieramy się – do sypialni wdarł się doniosły głos ojca. Wstałam, założyłam czarne spodnie i brązowy sweter; uczesałam włosy w kok. Nadal byłam spokojna, nie miałam czego się bać; byłam przecież niemal wzorcowym obywatelem. Ta cała sytuacja wzbudzała we mnie tylko ciekawość. Wsiadłam do samochodu, podłożyłam pod plecy poduszkę, zdjęłam buty i otworzyłam książkę. Jechaliśmy 3 godziny. Samochód zatrzymał się. Zobaczyłam budynek, któ-

ry niewątpliwie był dziełem architektury socrealistycznej: szary, z płaskim dachem i mnóstwem małych okienek, na tle zachmurzonego nieba wyglądał jeszcze bardziej ponuro.

graliśmy w piłkę, jeździliśmy na sankach, lepiliśmy bałwany. Kto teraz może pochwalić się takim spędzaniem wolnego czasu? W Łodzi było inaczej: po pierwsze te wszystkie papiery, a po drugie ludzie. Ludzie, którzy są obcy, obojętni, zawsze śpieszący się. Nie znałam nikogo, tęskniłam za domem, czułam smutek i przerażenie. Nie widziałam co mam robić, gdzie mam iść, jak rozpocząć rozmowę, jak się zachować, bałam się mówić po polsku. Spojrzę w tył i widzę te szybkie pięć lat. Kiedyś czas wlókł się tak powoli, a teraz nie nadążam za nim. Kiedy chcę zatrzymać się i przeżyć tę chwilę, w której jestem, to jadę do domu, na moją spokojną, piękną wieś. Tam nie żyję przyszłością, jak w Warszawie, a rozkoszuję się tym, co tu i teraz. Mój ogród, dom, rodzice, przyroda. Niestety, pozostało tylko tyle. Czasami myślę, co by było ze mną, gdyby nie Polska. Patrzę na swoich dawnych przyjaciół i zastanawiam się, czy oni przypadkiem nie są odzwierciedleniem mnie samej, która nie dostała się do Warszawy na studia, została na wsi i pracuje w oborze. Patrzę na nich i wiem, jaka bym była. Chcę zwiedzać świat, oni nie chcą; chcę czytać i poznawać, oni nie chcą; chcę rozmawiać z inteligentnymi ludźmi i uczyć się od nich. Marzę o samorealizacji, rozwoju osobistym, samowystarczalności. Oni nie rozumieją znaczenia tych słów. Za każdym razem, kiedy wracam do domu, czuje że przepaść między nami jest coraz większa. Z goryczą stwierdzam, że nie rozumieją mnie także rodzice. Nie potrafią zaakceptować moich ambicji, pojąć problemów i wesprzeć. Czasami wydaje mi się, że języki, w których mówimy, stają się

pierwszy rok. - Uniwersytet? - Warszawski. - Jakie masz przedmioty? - Różne. Socjologię, filozofię, historię, seminaria warsztatowe. Dużo tego jest. - Kto prowadzi? Podaj jakieś nazwiska. - Prof. Bralczyk, prof. Jabłonowski, dr Szurmiński. - Jaki jest stosunek do ciebie? Zauważyłaś niechęć, pogardę, cokolwiek? - Absolutnie. Wszyscy są bardzo mili. Żadnych problemów z tym nie miałam. - A na granicy może, w dziekanacie, w sklepach? - Nie, z niczym takim się nie spotkałam. Dlaczego

- Pokój numer 13, niezły początek – myślałam, uśmiechając się. Weszłam na pierwsze piętro. Po lewej stronie duże, ciężkie drzwi o dziwnym szarobrązowym kolorze, ze złotą liczbą 13. Stałam przed nimi i nie wiedziałam, czy mam wejść, a może mam zapukać? Zrobiłam kilka kroków do przodu i wysunęłam rękę w kierunku klamki. Moje palce zawisły w powietrzu, nadal patrzyłam zmrożona na te dziwne drzwi. Nagle usłyszałam głośnie kroki po tamtej stronie, pstryknięcie zamka i … skrzyp. - Proszę wejść pani Nino, na co czekamy? Zrobiłam krok do przodu, usłyszałam jak za mną zamknęły się drzwi. Wysoki mężczyzna był elegancko ubrany: trzyczęściowy granatowy garnitur, niebieska koszula i czarny krawat. Wyglądał na jakieś 27 lat, miał ciemne włosy i przyjemną aparycję. Nie był oszałamiająco przystojny, tylko zadbany. Usiadłam na drewnianym krześle z oparciem naprzeciwko biurka, miałam trochę czasu, żeby rozejrzeć się. Do połowy drewniane ciemne ściany kontrastowały ze świeżo pomalowanym sufitem. Na parapecie stał gliniany wazon z rozrośniętą paprocią, która zasłaniała większość okna; w pokoju paliła się lampka. Na biurku leżała sterta białych teczek, na pierwszej z nich zobaczyłam napis „teczka”. Zawsze mnie to dziwiło. Po co na teczce drukować napis, mówiący o tym, że to jest właśnie teczka? Po prawej stronie ode mnie wisiał olejny obraz bez ramy: kilka namalowanych na szybko brzóz i jednorodzinny domek ze słomianym dachem. Słyszałam tylko swój oddech i dokuczające tykanie dużego zegarka, wiszącego tuż nad moją głową.

pan o to pyta? Były jakieś sytuacje? - Tak. Według moich danych Białorusini wyjeżdżający do Polski nie są traktowani uprzejmie. - To nie od narodu zależy, lecz od osoby. Na pewno na Białorusi znajdzie się ktoś negatywnie nastawiony do Polaków. - Z kim pani mieszka? Są jeszcze jacyś Białorusini? - Są, mieszkam ze Swietłaną z Berezowki. - Czy to jest córka opozycjonisty? - Tak, to ona. - Co o ojcu mówi? - Co może mówić córka człowieka, który siedzi w więzieniu. - Czyli? - Gdyby mój ojciec siedział w więzieniu, nigdy bym nie uwierzyła w jego winę. Mam chyba do tego prawo. - Owszem. Anatolija znasz? Kojarzysz pewnie, młody działacz polityczny, uciekł do Warszawy na studia. - Widziałam go kilka razy, ale nic nie mam do powiedzenia. Nie jest to mój kolega, kojarzę go tylko z widzenia. - Udziela się tak samo mocno w Warszawie? - Powiedziałam już. Nawet jakbym chciała, nic nie mam do powiedzenia. Nie wiem o nim nic. - Chce pani zostać w tej Polsce? *** Bałam się, że na zawsze zostanę tutaj cudzoziemką. Kimś gorszym, kimś drugorzędnym. Że nigdy nie zacznę myśleć po polsku, nie pozbędę się akcentu, nie zapamiętam tych wszystkich nazwisk obcych dla mnie ludzi, którzy tutaj wiele znaczą. Bałam się, że koledzy zawsze będę mówili pomiędzy sobą „tamta Rosjanka”, a moje imię nowym znajomym przywodzi na myśl kobietę lekkich obyczajów.

Viktoria Srebrnicka

- Znów pani nie odzywa się? To zacznę. Studiuje pani w Łodzi? - Nie, w Warszawie, w Łodzi byłam tylko przez

11


Nr 1

Tyran, Leń i Bajkopisarz Podporządkowali swoje życie pasji. W dzień pracują, są ojcami, synami i kolegami, ale po godzinach zakładają ciężkie zbroje i przenoszą się do ciemnych wieków historii, by poczuć się jak prawdziwi rycerze. dniowiecza. Mężczyzna podróżował po Polsce wraz z rodziną. Kupił dom w Chełmie, a znajdujący się na działce mniejszy budynek oddał do dyspozycji bractwu. Sponsor kupił im także broń. Mogli zacząć zarabiać na występach podczas imprez organizowanych przez miasto, czy lokalne firmy. Każdy z nich ma swoją specjalność. Zając najlepiej włada mieczem. Nie lubi strzelać z łuku. Mówi, że brakuje mu do tego cierpliwości. Walka na miecze jest dużo ciekawsza. Liczy się refleks, siła i szybkość. Trzeba dać z siebie wszystko. Kniaź umie walczyć wszystkim, ale legendarna jest jego umiejętność strzelania batem. Potrafi wytrącić paczkę papierosów z dłoni, gdy ktoś próbuje zapalić w siedzibie. Zawsze trafia, gdzie chce. Jeszcze nigdy nikogo nie uderzył. Tak trzymam dyscyplinę. Nad taka bandą trudno zapanować. Zwłaszcza, gdy poleje się za dużo piwa i miodu.

Bractwo traktują nie tylko jak sposób na spędzenie wolnego czasu. Wielu z nich znalazło tu przyjaciół na całe życie / fot. M.Kukawska Wódz Sławek założył Bractwo Grodów Czerwieńskich 11 lat temu. Śmieje się, gdy słyszy swoje imię.. Nikt tak do mnie nie mówi. Dla wszystkich jestem Kniaziem. Kniaź to postawny facet. Koledzy boją się go. Zawsze pilnuje dyscypliny na treningach. Nie pozwala za bardzo szaleć w czasie bitew. Bezpieczeństwo! Powtarza ciągle krzycząc na członków swojej armii. Dominik kiedyś popisywał się przed dziewczynami i wbił sobie miecz w nogę. Wspomina, groźnie spoglądając na młodszego kolegę. W czasie rozmowy ze mną trzyma na rękach syna. Kubuś ma niewiele ponad rok. Bractwo założył pod koniec liceum. Od zawsze interesował się historią. Zwłaszcza czasami pierwszych Piastów. Odwiedzał miejsca, gdzie odbywały się rekonstrukcje. Rozmawiał z ich uczestnikami, przyglądał się. Początki były trudne. Wódz Kniaź miał tylko dwóch wojów – kolegów ze szkoły. Siedzibą bractwa była piwnica jednego z nich. W niej przygotowywali stroje i pierwszą prowizoryczną broń. Najtrudniejsze jest zawsze zrobienie kolczug. Brak funduszy zmuszał ich do szukania własnych metod i materiałów. Wymyślili, że zrobią je z nakrętek na śruby. Zadziałało. Tą metodę bractwo stosuje do dziś. Kniaź pokazuje mi swoje dłonie. Widać na nich małe blizny po nacięciach i zgrubienia. Bractwo szybko zaczęło się rozrastać. Na początku przyjmowano każdego chętnego. Po kilku miesiącach zostali sami pasjonaci. Szkolni koledzy Kniazia wrócili do swoich dawnych spraw. Obecnie wódz dowodzi 20 wojami. Część z nich wyprowadziła się do innych miast i tam przyłączyła do innych drużyn. Odgrywają sceny z różnych epok, ale gdy tylko jest okazja powracają do swoich korzeni i przyjeżdżają do Chełma. Nieoficjalny zastępca Siedem lat temu do bractwa trafił Zając. Cztery lata

12

później z niego wyleciał, ale dalej przychodzi na treningi i podróżuje z drużyną. Traktują go jak swojego. Wyrzuciłem go za lenistwo. Podczas jednego z wyjazdów nie wyczyścił broni po walce. Tłumaczy Kniaź. Jestem zdziwiona, że kara była tak surowa. Wódz wyjaśnia Zostawiają sprzęt, gdzie popadnie, a to wcale nie są tanie rzeczy. Na miecze stać nas tylko dzięki sponsorom. Muszę pilnować, by nic nie zginęło i się nie uszkodziło. Kniaź nie umie wytłumaczyć, dlaczego pozwala Zającowi dalej przychodzić na treningi. Jego żona, Ewelina zdradza, że jest między nimi jakaś więź, której nikt nie rozumie. Mogą się kłócić, dać sobie po pysku, ale później bez słowa wracają do dawnych relacji. Zając ma na imię Michał. W liceum uczył się tylko historii. Później zaczął ją studiować w Chełmie. Czas rozdzielił między uczelnię, treningi i pracę jako Duch Bieluch w Podziemiach Kredowych. Biegał przebrany w maskę i prześcieradło w tunelach pod ulicami miasta i przestrzegał dzieci, by nie oddalały się od grupy w trakcie zwiedzania. Jego dawna nauczycielka straszy swoich uczniów, że jak będą się źle uczyć, to skończą tak jak on. Zając tego nie rozumie. Przecież robił, to co lubił. Najbardziej szalona rzecz jaką pamięta? To był zaraz po wyrzuceniu z drużyny. Wszyscy pojechali na Wolin brać udział w rekonstrukcjach. Wtedy Kniaź i Zając byli na siebie obrażenie. Wódz nie wpuścił go do autokaru. Michał pożyczył trochę pieniędzy od znajomych i pojechał stopem. Miny Kniazia nigdy nie zapomnę. Nie wiem, czy się cieszył, czy chciał mnie udusić. Najgorsza rzecz? Gdy dostał toporem w głowę. Skończyło się bez urazu, ale bardzo bolało. Hełm był to wyrzucenia.Broń używana w walkach nie może być naostrzona. Uczestnicy powinni uważać, ale w bitewnym ferworze ktoś czasem się zapomni i uderzy zbyt mocno. Mniej więcej w czasie, gdy Zając dołączył do drużyny, poprawiła się także sytuacja materialna grupy. Znalazł się sponsor. Drużyną zainteresował się turecki przedsiębiorca. Jego 12-letni syn był pasjonatem śre-

Potomek Drakuli

Dominika nikt w Bractwie Grodów Czerwieńskich nie traktuje poważnie. Ciągle robi sobie krzywdę. To wbije sobie tępy miecz w nogę, to potknie się o sprzęt i potłucze, to znowu pomyli dni wyjazdów i sam musi docierać na miejsce. Mówią o nim Bajkopisarz. Nie dlatego, że przy ognisku opowiada baśnie, czy spisuje kronikę bractwa. Ciągle gada bzdury o tym, że jest potomkiem Drakuli i ma wampirze geny. Nikt z nas tego nie słucha, ale jak nie przestanie to będziemy musieli go wyrzucić. Ludzie śmieją się, że mamy w swoich szeregach wariata. Kniaź patrzy na Dominika z politowaniem. Wyglądem też się wyróżnia. Nie wygląda na swoje 20 lat. Jest niski i bardzo drobny. Sprawia wrażenie, jakby miał upaść pod ciężarem uzbrojenia. Dominik nie dostaje taryfy ulgowej. Tłumaczy mi Zając, gdy pytam, czy Bajkopisarz nie może ubierać się w coś lżejszego. Nie widziałaś, jaki słaby był, gdy do nas trafił. Teraz radzi sobie całkiem nieźle, ale musi więcej ćwiczyć. Zawsze pierwszy „umiera” na wojnie. Starsi członkowie bractwa pamiętają dzień, w którym Dominik pierwszy raz do nich przyszedł. Miał 15 lat. Przyniósł ze sobą pisemną zgodę od rodziców na udział w treningach. Wtedy nikt nawet nie wymagał takich papierków, choć Kniaź wie, że powinien. Miał ze sobą paczkę ukraińskich papierosów. Chyba chciał się przed nami popisać. Gdy tylko zapalił, zrobił się zielony na twarzy. Przyczepił się do Zająca. Ciągle za nim chodził. Michał awansował na przewodnika. Załatwił Dominikowi stanowisko Ducha Bielucha. Traktuje go jak młodszego brata, choć jest to szorstka przyjaźń. Ktoś musi wyprowadzić chłopaka na ludzi. W domu ignorują jego dziwactwa. Teraz twierdzi że pochodzi ze szlacheckiego rodu i został porwany przez swoich rodziców. Sam Dominik wygląda jakby wierzył w to wszystko co mówi, choć łatwo wyłapać błędy w jego opowieściach. Gdy opowiada o rodzinnych dobrach, które stracił, mieszają mu się nazwy miejscowości i imiona przodków. Twierdzi, że jest sprawniejszy niż inni, dzięki swojemu przodkowi. Pytam o zranioną nogę. Oj tam, to nic takiego. Prawie odciąłem sobie palec, ale bez niczyjej pomocy wróciłem do domu i opatrzyłem ranę. Wersja Kniazia – Płakał i piszczał


Nr 1

Celebryci na deskach Prywatne teatry próbują sprostać oczekiwaniom swoich widzów i inwestują w znanych, serialowych aktorów. Czy takie działanie się opłaca? Czy widz wybiera dziś już tylko pomiędzy trudną sztuką współczesną dla „wybrańców” lub lekką, i często tandetną sztuką „dla każdego”? A może w teatrze nie spotka nas już nic więcej niż podczas oglądania telewizji? Przekonywana od miesięcy przez bilbordy znajdujące się na wielu warszawskich ulicach, kilka tygodni temu wybrałam się do teatru. Postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy wydanie ponad stu złotych na bilet będzie dobrą inwestycją. Zdecydowałam się na prywatny teatr 6.Piętro Niestety, okazało się to inwestycją fatalną. Klasyczna sztuka, „Chory z urojenia” Moliera, teoretycznie wystawiona w zgodzie z oryginałem, ze względu na sposób Interpretacji wydała mi się niesmaczna i zwyczajnie głupia. Gimnazjaliści zajmujący dwa rzędy przede mną, będący najprawdopodobniej na wycieczce w stolicy, zrywali za to boki ze śmiechu, gdy Ferdynand Kiepski (tak zwracali się do grającego główną rolę Andrzeja Grabowskiego) opowiadał historię o swojej lewatywie. Po pierwszym akcie miałam ochotę uciekać czym prędzej z tego przybytku „kultury wysokiej”. Na miejscu trzymał mnie tylko żal po wydanej gotówce...

jak dziecko. Rzeczywiście, krwi było sporo, ale dlatego że trafił w ukrwione miejsce. Rana nie była głęboka. Życie drużyny W siedzibie Bractwa Grodów Czerwieńskich jest ciepło, choć za oknem widać śnieg. Dwa pokoje i strych są wypełnione bronią, zbrojami i przedmiotami wzorowanymi na tych ze średniowiecza. Miejsce, w którym siedzimy jest inne. Wygląda jak biuro. Bractwo ma swoje wydatki, a Kniaź musi je wszystkie spisywać i przekazywać tureckiemu przedsiębiorcy. Nie widzieliśmy go od 3 lat. Jego syn już się znudził rekonstrukcjami, ale dalej opłacają nasze rachunki. Swoją żonę, Ewelinę poznał dzięki bractwu. Była jedną z pierwszych dziewczyn w drużynie. Szyła, gotowała, śpiewała i tańczyła, ale jak któryś z chłopaków zostawił brudne naczynia, czy przeklinał, potrafiła zaprowadzić porządek. Niektórzy śmieją się, że Kniaź trzyma dyscyplinę w bractwie, a Ewelina w domu. Wódz ma wprawę w utrzymywaniu porządku. Jest policjantem. Zając pod wpływem bractwa wybrał studia i pracę. Choć oficjalnie w bractwie nie jest, wszyscy wiedzą, że gdy Kniaź będzie chciał zrezygnować z tytułu wodza, to on przejmie pałeczkę. Musi jeszcze nauczyć się strzelać z bata, bo nic innego nie jest w stanie wystraszyć tej bandy. Dla Dominika bractwo to nie zabawa. Gdyby tak było, już dawno dałby sobie spokój. Większość grupy śmieje się z niego. Kniaź i Zając też, ale mniej. Przekomarzają się z nim, ale go nie dręczą. Potrafią uciszyć resztę. Dominik nie wie, co by było gdyby nie Zając. Słabo radził sobie w szkole. Nie zdał matury, a w Chełmie o pracę ciężko. Wyjeżdżać nie chce. Jako Duch Bieluch dużo nie zarabia, ale może kiedyś awansuje na przewodnika. Póki co, skupia się na najbliższym sezonie. Może wreszcie udowodni, że jest prawdziwym rycerzem.

Magdalena Kukawska

Znana z serialu twarz potrafi wypełnić puste rzędy / fot. flickr.com Choć doceniam warsztat aktorski Andrzeja Grabowskiego i nie uważam go za celebrytę, to większość widowni, sądząc po komentarzach, przyszła na „Ferdka”, a nie na „doskonałego, krakowskiego aktora” – innymi słowy, na spektakl przyciągnęła ich „znana gęba”. Moda na występy celebrytów w teatrze rozpoczęła się od zaangażowania Kuby Wojewódzkiego w przedstawieniu „Zagraj to jeszcze raz, Sam” w tymże teatrze. Dyrektor Michał Żebrowski, świeżo upieczony absolwent zarządzania, postawił na znaną twarz i wzmiankę w każdym kolorowym magazynie. Na premierze roiło się od fotoreporterów i serialowych gwiazdek. Choć miejsce było reklamowane przez slogan „Wyższy poziom teatru” krytycy nie byli do końca przekonani, co do trafności tej tezy. Większość z nich doceniała starania Wojewódzkiego, ale nikt nie miał wątpliwości co do jego braków warsztatowych. Inni dyrektorzy teatr��w zauważyli jak łatwo jest zainteresować opinie publiczną, a zatrudnianie celebrytów stało się obowiązującym trendem. Dyrektor „Teatru Kamienica” Emilian Kamiński zaczął się wręcz specjalizować w tej formie marketingu. Na początek zaangażował prezentera, Krzysztofa Ibisza do roli w przedstawieniu „I tak Cię kocham!”. Sztukę tę zdarzyło mi się nawet oglądać, niestety, jej nie pokochałam. Niedługo potem do mediów dotarła wiadomość o występach Katarzyny Cichopek w sztuce „Testament cnotliwego rozpustnika”. Choć lekcji aktorstwa udzielał jej sam Kamiński, co było relacjonowane na żywo przez programy śniadaniowe, recenzje po jej występie nie były zbyt pochlebne. Moda nie ominęła nawet Teatru Wielkiego. W operze „Traviata” Mariusza Trelińskiego wystąpili celebryci znani z rozrywkowych programów tanecznych, brylu-

jący od kilku sezonów na warszawskich salonach. Choć przedstawienie okazało się wielkim sukcesem i zebrało doskonałe recenzje, to czy nie jest to odrobinę zbyt prymitywny marketing jak na instytucje Opery Narodowej ? Teatr bez widza nie ma racji bytu. Od XIX wieku znane było pojęcie teatru bulwarowego, czyli przeznaczonego dla mieszczan, wystawiającego sztuki mogące liczyć na sukces kasowy. Jak widać, chęć zdobycia serc szerokiej publiczności, nie jest wcale wymysłem współczesnego show biznesu. A może powinniśmy zastanowić się nad tym czy Polacy potrzebują jeszcze doznań artystycznych na wysokim poziomie? Sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej pokazał, że aż 85% ankietowanych nie było w poprzednim roku w teatrze ani razu. Pójście na popularny spektakl to dla wielu z nich pierwsze spotkanie z teatrem. Być może zachęci ich to do dalszych wizyt na bardziej ambitnych sztukach, nauczy korzystania z kultury wysokiej? Jednak z drugiej strony, czy teatr i opera nie powinny być ostojami artyzmu, aktorskiego rzemiosła, refleksji - przeciwieństwem kolorowej, telewizyjnej papki? Czy występy celebrytów w takich miejscach, nie są po prostu serialem na żywo? Moim zdaniem, każdy powinien znać swoje miejsce w show biznesowej hierarchii: Wojewódzki do show, Prawdziwi Aktorzy na deski. A panu Grabowskiemu mogę tylko radzić większej rozwagi przy doborze ról – w końcu jeden Ferdynand Kiepski w CV wystarczy.

Olga Wółkiewicz 13


Nr 1

W piątek znów wyjdziemy na miasto

Centrum Warszawy, piątek, parę minut po pierwszej. W kolejce przed klubem przy Foksal stoi kilkadziesiąt dziewczyn i chłopaków. One mocno umalowane, w obcisłych sukienkach i butach na obcasach. Oni w białych koszulach i marynarkach, niektórzy pod krawatem. Jedna z dziewczyn wciąż poprawia kołnierzyk u koszuli swojego chłopaka. – Stój prosto, groźna mina, wchodzisz na pewniaka – instruuje go. – Ale o tym, czy wejdzie zdecyduje selekcjoner. Jeśli powie, że w środku jest impreza zamknięta, albo, żeby chłopak przyszedł kiedy indziej, to lepiej, żeby nie wracał, bo selekcjoner i tak go nie wpuści.

By wejść do klubu trzeba mieć drogie ciuchy, modną fryzurę i dużo pewności siebie – nie masz jednej z tych rzeczy, nie wejdziesz – dowiaduję się od Baśki, stałej bywalczyni klubu. Ludzie różnie przyjmują odmowę. Niektórzy niemal błagają selekcjonera, by ich wpuścił, inni reagują agresywnie, czasem musi interweniować ochrona. My wchodzimy bez problemu. Baśka każdy piątkowy wieczór spędza w klubie, więc selekcjoner od razu ją rozpoznaje. Wchodzimy. Jeszcze tylko 20 zł za wejście, pieczątka na rękę i ruszamy do baru. Zamawiam dwie wódki i colę. Obok mnie grupka mocno podpitych dziewczyn wygina się do zdjęć, które robią sobie iPhone’ami. Co chwila zaczepiają chłopaków, którzy podchodzą do baru, namawiają, by postawili im drinki, wciskają swoje numery telefonów. Wypijam wódkę, a Baśka już macha do barmana, by nalewał następną. Baśka imprezuje odkąd skończyła liceum. Od tego czasu minęło 6 lat, a ona zdążyła stracić pracę i zawalić dwa kierunki studiów. Baśka przyznaje, że teraz imponują jej przede wszystkim pieniądze. Lubi przebywać w towarzystwie bogatych ludzi. Dlatego przychodzi na Foksal. Wokół mnie robi się coraz bardziej tłoczno. Ludzie przepychają się do baru, barmani nie nadążają z nalewaniem kolejek. Dziewczyny piją równo z chłopakami. Niektóre z nich ledwo trzymają się na nogach, ale piją dalej. – Widzisz tego chłopaka? – Baśka wskazuje na wysokiego bruneta, na jego kolanach siedzi atrakcyjna blondynka. – Znam jego dziewczynę. A ta tutaj to prostytutka. Ją zna pół Warszawy. Koledzy Baśki mają dziewczyny, ale i tak korzystają z usług prostytutek. – Jak to oni mówią, dziwki, wóda, koks i jest zabawa. – I tak się bawią. A jak wyleczą kaca planują już kolejną imprezę. Tak, jak i Baśka. Następny tydzień. Następny piątek. Znów stoję w kolejce. Tym razem idę do klubu przy Nowym Świecie, ulubionego miejsca Patrycji. Obok mnie stoją zupełnie inni ludzie, niż ci sprzed tygodnia. Ubrani bardziej oryginalnie, widać, że chcą się wyróżnić – mają powycierane jeansy, szerokie spodnie, kapelusze i wzorzyste bluzki. Na głowach fantazyjne fryzury, nawet dziewczyny mają wygolone głowy. Dużo osób ma okulary, koniecznie w grubych oprawkach.

14

Alkohol w piatkowe wieczory leje się strumieniami. Koszty nie grają roli / fot. commons.wikimedia.org Przy wejściu nie ma selekcjonerów, tylko ochroniarze. Gdy do nich podchodzę, przede mną stoi już tylko dwóch młodych chłopaków. – Jak znowu się naćpacie – mówi do nich ochroniarz – to was wykopię. Chłopaki kiwają głowami, płacą po dyszce i wchodzą. Ja i Patrycja zaraz za nimi. Patrycja od razu ciągnie mnie za rękę do baru. Zamawiamy wódkę, którą dostajemy w plastikowych kieliszkach. Krzywię się, pijąc alkohol z plastiku, a barmanka tłumaczy, że nie mają wyjścia, względy bezpieczeństwa. Patrycja namawia mnie, żebyśmy poszły tańczyć. Na parkiecie jest tłum, wszyscy, mokrzy od potu wiją się w rytm elektronicznej muzyki. Co chwilę ktoś

na mnie wpada, odsuwam się, ale to nie pomaga. Staję i przyglądam się tańczącym. Wielu z nich ma dziwne spojrzenie, puste. Tańcząc obijają się o siebie i wykrzywiają twarze w przerażające grymasy. – Pewnie wzięli piguły – tłumaczy Patrycja. – Chodź, odpoczniemy. Idąc do baru przechodzę obok chłopaka, który nieprzytomny leży pod ścianą. Patrycja przekonuje, żeby się nie przejmować, że tutaj to normalne. Patrycja nie ma chłopaka, ma też niewielu znajomych. Dlatego w każdy piątek przychodzi do klubu, tu zawsze spotyka tych samych ludzi, oni zastępują


Nr 1 jej przyjaciół. Może napić się z nimi, pogadać. – Są mi bliscy, poza tym nie oceniają mnie – tłumaczy. – Nie znoszę swojej pracy, moja matka pije, nie mogę znaleźć faceta. Ale jak tu przychodzę, nie myślę o tym. Wiesz, tu przychodzą naprawdę niesamowici ludzie. Muzycy, malarze, postacie z telewizji. Wszyscy musimy odreagować, zapomnieć o tym stresie, problemach. Zasada jest tylko jedna: co dzieje się w klubie, zostaje w klubie. Nie opowiadamy na zewnętrz, że ten znów przyćpał, a tamta zrzygała się na podłogę. Chyba rozumiesz, jak teraz ludzie żyją. Każdy musi się zresetować. Gdy pytam Patrycję o jej plany na przyszłość nie ukrywa zniecierpliwienia. – Daj spokój. Już dawno przestałam myśleć, że cokolwiek się zmieni. Chciałam być lekarzem, a zostałam urzędniczką. – odpowiada. – Ty też lepiej nic nie planuj, bo, jak ci nie wychodzi to naprawdę boli. Baw się, pij, żyj chwilą. I nigdy nie żałuj tego, co zrobiłaś. Tak jest łatwiej. Z klubu wychodzimy o piątej nad ranem. Patrycja jest nieprzytomna. Odwożę ją do domu taksówką. Gdy ją budzę, by odprowadzić ją do mieszkania zaczyna płakać. Przeprasza, mówi, że nie chciała. Że się czegoś boi. Trudno ją uspokoić. Jeszcze trudniej doprowadzić do domu, zatacza się i wyślizguje mi z rąk. W końcu pomaga mi taksówkarz. Mówi, że nie robi to na nim wrażenia. Że on co tydzień odwozi kompletnie pijane dziewczyny do domu. Czasem tylko zastanawia się, gdzie kończą te, których nie miał, kto odprowadzić do taksówki. Na szczęście tę imprezę Patrycja kończy we własnym łóżku.

Ostatnią piątkową imprezę spędzam z Dominikiem i jego znajomymi. W klubie ‘B’ niedaleko Świętokrzyskiej. Chłopaki przychodzą tu co tydzień, by spotkać jakieś dziewczyny. – Nie, nie. Nie po to, by się zabawić. Żeby się zakochać. – zarzekają się. W kolejce, przyglądają się dziewczynom. Zwracają uwagę przede wszystkim na te w krótkich spódniczkach i w niebotycznie wysokich szpilkach. Uśmiechają się, zagadują, żartują. Puszczają do siebie oczka. – Dziś przyszły same dziesiątki – cieszą się. Wchodzimy. Chłopaki idą do baru. Ja do łazienki. Stojąc przed lustrem, przysłuchuję się rozmowom dziewczyn. Oceniają chłopaków, którzy przyszli dziś do klubu. Narzekają, że mało przystojni i wieśniacko ubrani. Ale, że jeszcze wcześnie to poczekają. Gdy wracam do baru chłopaki zamawiają alkohol dla dziewczyn, które przyłączyły się do nich. Wyciągają je na parkiet, przytulają, potem wracają do baru i kupują następne kolejki. Dziewczyny wyglądają na zachwycone, spędzają z nimi cały wieczór. Ale, gdy chłopaki proszą je o numery i zapraszają do siebie wykręcają się i mówią, że muszą już iść. Ze już późno. Znikają tak szybko, jak się pojawiły. – Zawsze to samo – żali się kolega Dominika, Bartek. – Człowiek im serce na talerzu podaje, a one nic. Wykorzystać i zostawić. – Chłopaki zaczynają narzekać, że oni to cały tydzień na imprezę odkładają. Żeby dziewczynie wódeczkę postawić, a później zabrać na coś do jedzenia. A one napiją się za friko, a potem uciekają. I że oni już nie wiedzą, co robić i że już chyba nikogo nie znajdą, bo z tymi dziewczy-

nami coś jest nie tak. Dominik i jego koledzy pracują w call center. Tam się poznali, ale niestety, nie ma tam fajnych dziewczyn. Dwóch z nich studiuje na prywatnej uczelni, ale tam też żadna nie wpadła im w oko. Dlatego szukają dziewczyn w klubach. Pytam, dlaczego akurat tu. Podpowiadam, że może to nienajlepsze miejsce na szukanie drugiej połówki. – Zwariowałaś? – kolega Dominika wydaje się urażony. – Przecież tu przychodzą najlepsze dziewczyny z całej Warszawy. – Tylko nie potrafią docenić prawdziwych mężczyzn. – chłopaki wybuchają śmiechem. Pod koniec imprezy Dominik i jego koledzy są kilkaset złotych do tyłu. Nie zdobyli żadnego numeru telefonu. Są za to kompletnie pijani. Bartka trzeba prowadzić, bo się wywraca. Wychodząc uśmiechają się do ochroniarzy i wykrzykują, że, co złego to nie oni, ale już po chwili kotłują się z innymi chłopakami na chodniku. Któryś z tamtych krzyknął do Dominika, że jest pedałem. Nie mogli tego tak zostawić. Ochrona odciąga ich od siebie i radzi, żeby łapać taksówki i spieprzać. Bo na ulicy jest monitoring i zaraz będzie tu policja. Wskakuje do jednej z nich z Dominikiem i dwoma pozostałymi. – To co? Jedziemy na kebab? – Proponuje jeden z nich. – Pewnie. – odpowiada reszta. – Fajnie było, co? – No. – chłopaki przytakują. – Za tydzień też przyjdziemy.

Goście warszawskich klubów na parkiecie chcą zapomieć o codziennych problemach i stresach / fot. commons.wikimedia.org

Olga Kalbarczyk

15


Nr 1

Oszukałaś mnie, Polsko!

fot. źródło własne autora

Nie nazywam się Sandra Borowiecka, ale też jestem nieźle wkurwiony na ten kraj. Przez lata mej młodości byłem nieustannie manipulowany i oszukiwany przez rząd oraz media, co sprawiło, że znalazłem się w bardzo niekorzystnej sytuacji. Oto za rok bowiem skończę studia, po których prawdopodobnie będę bezrobotny. Posiedzę chwilę na tyłku, po czym zacznę robić w jakimś call-center, choć nie wykluczam, że może uda mi się znaleźć coś w hotelarstwie. Nie jestem idealny, ale wiem, że jestem zajebisty. I gdyby Polska była jak Szwecja, czy Holandia, to już dawno ktoś by mnie docenił. Mam nadzieję, że moja historia będzie dla Was przestrogą. dząc przyszłego mnie w kolejce do pośredniaka. Trzy lata to moja bolączka trwała i przez ten czas nikt z władz szkoły, władz kraju, nie powiadomił mnie, że lepiej jest przedmioty ścisłe na maturze zdawać. Trzy lata rześmy się z kolesi ze ścisłych profili śmiali, że ci na wf-ach w książkach siedzą, zamiast piłkę kopać, a to się dopiero po latach okazało, że to oni kastą oświeconą byli, że to oni musieli być w tym nielicznym gronie, których zmuszono dla ich dobra, by na te przedmioty stawiali. Przecież, gdyby mnie odpowiednio zaatakowali, odpowiednio mocno poinstruowali o perspektywach zawodowych, to być może, ja już bym mosty w San Jose budował. Ale oni – milczeć podle woleli. Ja jednak walczyłem dzielnie, by przedmioty maturalne dobrze wybrać. Ale i tu porażkę z mediami poniosłem.. Media też mnie oszukiwały Lata podwójnych kotletów Wpierw przeciwko mnie była szkoła podstawowa. Mój problem polegał na tym, że już w przedszkolu byłem najlepszy, przez co dostawałem dwa kotlety, zamiast jednego. Niestety wybitność ma też swe słabości i po jakimś czasie zacząłem być grubiutki. Przypomnę, że to były lata 90-te, nie było jeszcze Grycanek, nikt z nas nie wiedział, że bycie grubym jest fajne. Więc jak widać, wyprzedziłem swoją epokę. Tak czy siak, nieświadom tego, że jako grubiutki, jestem fajniejszy od innych, bardzo chciałem kształt swego brzuszka zmienić. Niestety szkoła podstawowa mną bezczelnie pomiatała. Robiła to grając na najniższych instynktach, poprzez wprowadzenie sklepiku szkolnego. Ja wiem, że nikt mnie do tego nie zmuszał, bym nabywał słodkości i inne niekorzystne memu zdrowiu produkty, ale szkoła powinna była za mnie decydować co jest dla mnie lepsze, a co gorsze ! A szkoła miała mnie gdzieś i żadnych ograniczeń mi nie robiła. Patrzyły bydlaki, jak się w swej grubiutkości opasałem, zamiast na mą wolną wolę wpłynąć, już od najmłodszych lat tresurę wprowadzać. Kolejne manipulacje mej zbłąkanej duszy W gimnazjum było jeszcze gorzej. Miałem sporo godzin języka polskiego, na którym wpajano mi jak dobrze być humanistą. Dopiero po latach zrozumiałem, że ci wszyscy poloniści, oni swym dzieciom konkurencję kasowali. Sami córom swoim i synom najpewniej podręczniki do biznesów i budowania okrętów serwowali, a nas, uczniów, w świat literatury i poezji wprowadzali z taką determinacją, żebyśmy my im dzieciom konkurencji o indeks inżynierski nie robili. Ta manipulacja mną trwała trzy lata bez liku i zakończyła się pełnym powodzeniem, bo do liceum poszedłem na profil humanistyczny. Ja wiem, że nikt mnie do tego nie zmuszał, ale powinni zawczasu ostrzec, czym to grozi. W liceum też mnie mieli gdzieś.. A tymczasem oni mi nigdy nie wspomnieli, że to bezprzyszłościowe jest. Nic z tych rzeczy. Godzinami mi język polski wpajali, a pewnie po kątach się śmiali wi-

16

Oto mi bydlęta informację o zarobkach dziennikarzy podali. Jak ja wyczytałem ile ten Wojewódzki, ile ten Lis, ile ta Olejnik wyciągają, to ja już żadnych wątpliwości nie miałem, co chcę studiować. Pomyślałem wtedy sobie pokornie: może nawet i mniejszą karierę zrobię, jak np. Marta z Na wspólnej, co 15 tysięcy w serialu z dziennikarstwa wyciągała albo i Kinga z M jak Miłość, co też bez szkoły, a własny program dostała. I one obie w tych serialach nie miały żadnego wykształcenia, a tak dobrze im się wiodło. To pomyślałem, że ja z wykształceniem jeszcze więcej kasy mogę wyciągnąć. I patrzcie, gdzie mnie ta pokora zaprowadziła ! Nie umiałem wygrać z wszechogarniającym terrorem.. Więc tak zmuszony przez rząd i media poddałem się terrorowi i wybrałem studia dziennikarskie. Ja wiem, że mogłem robić jeszcze jeden fakultet, wiem, że mogłem iść np. na prawo, ale nikt mi nie powiedział, że to takie ważne jest ! Zero informacji. Wyobrażacie to sobie ? Dziś się mnie czepiają, że tylko jeden kierunek studiów skończyłem, a wtedy nawet mi nie powiedzieli, że ze dwa powinienem ! Nauki to za wiele nie miałem, ale dużo wolnego czasu. I jakiś jeden profesor mówi raz do nas ‚’Macie tyle wolnego czasu, że powinniście spędzać go na samokształceniu. W mediach studenckich, lokalnych, gdzie tylko możecie’’. Mądrala, co ? Ja tu z miasta małego, do dużego przyjechałem i on myślał, że ja po jakieś doświadczenie zawodowe tam jestem ? Rzecz jasna nic takiego nie robiłem i tu też mam żal do mego kraju. Oni nas powinni do takich rzeczy zmuszać, a obowiązek praktyk to za mało. Teraz kolejne studia zacząłem i znowu wyrolowany się czuję. Rząd zataił przede mną informację, że najlepiej by było, gdybym wybrał inny fakultet. Ja naiwnie znów wybrałem dziennikarstwo. Lata byłem kuszony wyimaginowaną wizją miasta Warszawy, jako raju dla dziennikarzy, a to też kpina była. Kumpel jeden CV porozsyłał do kilku redakcji, a oni mu poodpisywali, żeby im jakieś próbki tekstów wysłał. I niby ja miałbym iść tą drogą i też coś napisać ? Kiedy ja nie umiem. Nie nauczyli mnie tego na studiach. I znów wina to wszystko edu-

kacji. Przecież gdybym ja wiedział, że dziennikarz musi umieć pisać, to bym znacznie intratniejszy kierunek wybrał. A tak – dupa. Ja wiem, że nikt mnie do tego kierunku nie zmuszał, ale czemu do diaska, co roku się publicznie podaje, że to jeden z najpopularniejszych kierunków jest! To jest celowe wpływanie na zbłąkane owieczki. Takie jak niegdyś ja. Biedronka i Lidl też wtrąciły swoje trzy grosze.. Dziś perspektyw zawodowych nie mam żadnych. Nie mam doświadczenia, ale jak miałem je mieć, jak nikt mi nie mówił, że powinienem. Wszędzie mi je oferowali za darmo. A ja przecież zbyt fajny jestem na prace bez profitów. Nie mam też żadnych interesujących tekstów, czy reportaży w swoim dorobku, ale tu też ciężko mi dostrzec swoją winę. Na studiach przecież nie nauczyli, więc i to obciąża konto polskiej edukacji. Naprawdę chciałem robić drugi kierunek. Myślałem o czymś fajnym, np. o politologii, czy pedagogice. Bardzo dużo ludzi to studiuje, więc wydawały mi się to właściwe wybory. Ale i tu się na mnie tym razem supermarkety uwzięły. Jak nie w Lidlu Harnaś za 1,66zł , to w Biedronce Żubr za 1,89zł był. I jak ja wtedy miałem łączyć edukację alkoholową, z tą drugą ? Inna sprawa, że jak oni mogli tak wielu na te moja studia poprzyjmować ? Ja im nie wystarczałem ? Teraz praca w moim zawodzie jest tylko dla nielicznych, tych z reguły najlepszych. A jak ja mam pokazać, że jestem najlepszy, jak zarówno TVN jak i POLSAT nie chcą mnie od razu zatrudnić jako prezentera ? Toć nie będę zaczynał od zera. Jeszcze w dodatku te śmieszne umowy śmieciowe. Ja wiem, że nikt mnie nie zmusza, żebym podjął taką, czy inną pracę – ale jak już się mi coś proponuję, to powinno być to na lepszych warunkach. W końcu po coś te studia człowiek kończył, nie? Jeszcze te śmieszne stawki. Ja jestem człowiekiem wykształconym i praca należy mi się jak psu buda. Nie żebym był komunistą, ale skoro Polska przez te lata mi się w twarz śmiała, to mogłaby mi to dziś wynagrodzić. Należy mi się to po prostu. A może to wina Norwegii ? Mam nadzieję, że wyciągniecie wnioski z mojej historii i mimo ogromnego talentu nie skończycie jak ja. Mam też nadzieję, że Polska zacznie się bardziej troszczyć o swoich obywateli, że będzie ich zmuszać do pewnych wyborów, dla ich dobra oczywiście. Mnie chamy nie zmuszały i patrzcie jak skończyłem. Fakt, mogłem wylądować gdzieś jak ci nieliczni, w mediach jakiś. Ale to wszystko wiecie, kwestia układów i znajomości. Nigdzie nie zatrudnia się najlepszych, jedynie tych swoich. A jak już nawet zatrudniają nie tych swoich, to takich co mają jakieś doświadczenie i umiejętności. I nie wystarcza im, że robiłem już kiedyś w gazecie. Szkolnej. Jeszcze w podstawówce. Tacy to wymagający teraz są. Więc widzicie sami - jeśli już ktoś odpowiada za moje bezrobocie, to mój kraj. Polska obrała za mnie humanistyczną drogę, Polska za mnie studia wybrała, Polska się nawet i za mnie opieprzała dniami i miesiącami, a już nawet i latami. I nigdy tej Polsce nie przyszło


Nr 1

Młodość po prawej stronie Narodowcy a nawet naziści, kibole i przestępcy, czasem nawet ciemnogród. To tylko najpopularniejsze słowa, których używają media i środowiska lewicowe dla określenia kim są prawicowcy. Prawica to także konserwa, katole i wiele innych ciekawych słów, przeważnie o negatywnych konotacjach. Lecz kim naprawdę są młodzi prawicowcy? Czy to tylko patologia w dresach potrafiąca niszczyć stadiony i krzyczeć hasła, których nie rozumieją, dzierżąc w jednej ręce biało-czerwone barwy na drzewcu, a w drugiej tanie piwo? Rodzina, wykształcenie, Ojczyzna Tomek, dwudziestoczteroletni student Gospodarki Przestrzennej na UW. Ułożony chłopak z katolickiej rodziny. Ojciec alkoholik, który po odwyku jest już normalnym człowiekiem. Matka alkoholu nie tyka. Zamiast tego jeździ tak często, jak może, na przeróżne rekolekcje. W kościele bywa co niedziela, a nawet częściej. Tomek kiedy wyjeżdża na studia, całuje matkę czule w policzek, a ojcu ściska rękę jak mężczyzna, ale również pocałunku w policzek nie brakuje. Oprócz studiów stara się dostać do wojska. – Od zawsze chciałem być mundurowym i służyć Ojczyźnie – opowiada mi kiedy jedziemy razem samochodem. – Nie jest łatwo, bo byłem już w WKU, czekam na informację. Może spróbuję coś po znajomości, ale tak się nie powinno robić. Tomek w wolnych od nauki chwilach dba o kondycję i tężyznę fizyczną. – Jak mam iść do woja, to muszę się do tego przygotować. Żołnierz musi być żołnierzem a nie jakąś ciotą. No i ja dziś bez piwka, bo ćwiczyłem – odpowiada kiedy proponuję wspólne spotkanie przy Królewskim. Czasem piwko wypije, najczęściej właśnie Królewskie, bo jest kibicem, kibicem Legii Warszawa. Godzi się z tym, że nazywają go kibolem i jest z tego dumny. – Trzeba to przeżyć, żeby to zrozumieć, więc nie będę nikogo przekonywał, że kibic, przepraszam kibol, może być normalnym człowiekiem. - Nie lubię tych ciapatych – mówi pod nosem, patrząc spod byka na muzułmańskich studentów jadących metrem. Nie lubi nie dlatego, że wszyscy tak krzyczą na trybunach. Nie lubi ich, bo wie czym jest islamizacja Europy. – Czytałem o tym trochę i uczyłem się na moich poprzednich studiach. – Tomek skończył Bezpieczeństwo Narodowe na AON-ie. Teraz pisze pracę magisterską o rozwoju infrastruktury w Polsce przed i po Euro 2012. Nie uważa się za nazistę. Nie należy do ciemnogrodu. Chodzi na mecze regularnie, jeździ na wyjazdy, ale nigdy nie zniszczył nic na żadnym stadionie, w pociągu czy autobusie. Po zdobyciu dyplomu uczelni będzie służył Ojczyźnie w wojsku. Zbiera pieniądze na kurs prawa jazdy kategorii C+E. Ma być łatwiej przy rekrutacji do wojska. Jestem dumny, ze wierzę w zamach - Jeśli chcesz działać jako młody prawicowiec to nie polecam wstępowania do jakiejkolwiek młodzieżówki. – ostrzega

do głowy mi powiedzieć, żebym się wziął do ciężkiej roboty i podnosił swe kwalifikacje w rozchwytywanych branżach. NIGDY. I naprawdę nie wiem, czemu Polska robi to swoim obywatelom. Może jest to wszystko wina Norwegii, która płaci rządowi, by ten kolejnym masom bezrobotnych zatrudnienia odmawiał, by potem harowali oni na norweskich polach truskawek ? A może to i Anglików robota, bo im chętnych do pracy na zmywaku brak ? Już sam nie wiem, komu mnie Polska sprzedała. A teraz jeszcze ma do mnie pretensje, że na bezrobociu mogę wylądować. Jasne, mógłbym spróbować otworzyć coś własnego, wziąć kasę z Unii albo stworzyć własny kanał na YouTube. Ale tam przecież też rządzą układy...

Filip Jarek

29-letni Wojtek Mucha. Sam wybrał drogę dziennikarza i pracuje w Gazecie Polskiej. – Ci bardziej wierzący, mogą działać w studenckich kołach katolickich. Ja sam wierzący nie jestem – wyznaje prawicowy dziennikarz. To obala mit prawicowca i katola, który znamy chociażby z obrazków, które widzimy co roku 10 kwietnia pod Pałacem Prezydenckim. Katolicyzm ma wbrew pozorom niewiele wspólnego z polityczną prawicą. A właśnie z prawicą kojarzymy religijność, cotygodniowe pojawianie się na mszy świętej i czasem nawet pogardę dla tych, którzy nie wierzą. To jednak bardziej żelazny elektorat w postaci starszych ludzi, słuchających Radia Maryja, wykształcił ten stereotyp. Tam mamy konserwatywnych katolików, a może bardziej ludzi kreujących się na katolików, którzy zapomnieli o podstawowych zasadach chrześcijańskiej wiary. Ich najważniejszym dogmatem jest wiara w zamach w Smoleńsku. Wojtek Mucha również w zamach wierzy. – Jestem z tego dumny. Dopuszczam możliwość, że katastrofa nie była przypadkiem – mówi mi przez telefon. Wydaje się być bardzo pewny swojego zdania. Kiedy pytam Muchę o ruch kibicowski, tak bardzo kojarzony z prawicą, znudzonym głosem odpowiada, że ma dość negatywnego spojrzenia tzw. mainstreamowych mediów na kibiców. Chwali ich za umiejętność organizacji i samopomocy. Według niego kibice są dobrym przykładem silnego społeczeństwa obywatelskiego, które ma swoje racje, nie boi się wyrażać swojego zdania i umie walczyć o swoje prawa. – Do cholery, ruch kibicowski jest tak opluwany, że mam wrażenie, że są to międzywojenni Żydzi – mówi mi wyraźnie poruszony. – Wszystko co złe to ruch kibicowski? Przecież to jest jakiś absurd! Wybieram się więc na warszawski Gocław, na którym mieszkałem przez 3 lata i poznałem sporo młodych kibiców. Wszyscy mówią, że są patriotami. Prawdę mówiąc, znają historię Polski lepiej, niż niejeden licealista. Przy każdej nawet najbardziej, wydawałoby się, błahej rocznicy, gromadzą się przy pomnikach lub miejscach kojarzonych z daną rocznicą. Gocław poprzecinany jest ulicami, którym patronują polscy żołnierze, którzy przysłużyli się Polsce. O każdym z nich młodzi kibice pamiętają. Najbardziej podniosłe uroczystości towarzyszą jednak rocznicy Powstania Warszawskiego. Oprócz składania kwiatów i „podpomnikowych” uroczystości, kibice co roku 1 sierpnia o godzinie 17 blokują największe skrzyżowanie na Gocławiu, odpalają race i rozwijają transparenty przypominające o rocznicy, tym samym zmuszając kierowców do zatrzymania się i oddania czci tym, którzy wtedy zginęli. Nie jesteśmy naziolami - Kiedy lewica mówi o nas „naziści”, to relatywizuje znaczenie tego słowa i chyba ma gdzieś tysiące ludzi wymordowanych w czasie wojny. Mylimy tu pewne pojęcia – Mucha jest szczególnie wyczulony na poruszanie tematu nazistów. I rzeczywiście prawica bywa niejednokrotnie kojarzona z tym ruchem, zwłaszcza wśród lewicowych środowisk, które są naturalnym, obyczajowym przeciwnikiem prawicy. Sami prawicowcy próbują odcinać się od kojarzenia ich z „naziolami”. Młodzi prawicowcy są szczególnie wyczuleni na historię i pamiętają, że nazizm był zbrodniczym systemem. Mucha o niewielkich grupkach młodzieży, posługujących się swastyką czy gestem

uniesionej ręki, mówi krótko - idioci. Po chwili w ostrych słowach dodaje, że to „margines cweli, którzy powinni zostać wykluczeni”. Poważna i tajemnicza prawica Postanowiłem również sprawdzić jak ma się inteligencja po prawej stronie. Udało mi się dotrzeć do młodego studenta działającego w prawicowym stowarzyszeniu. Jakim? Tego nie udało mi się dowiedzieć. Ernest (nie poznałem nawet jego nazwiska) odmówił mi rozmowy. Wymieniliśmy kilka smsów. Zapytałem o możliwość rozmowy telefonicznej, na co mój niedoszły rozmówca odpowiedział mi, że na telefon się nie nagra i zażądał spotkania. Niestety nie udało nam się dojść do porozumienia co do godziny, ze względu na nasze obowiązki. Wtedy Ernest zaproponował mi spotkanie nawet o 3 w nocy, tłumacząc, że późno kładzie się spać. Następnie zaproponował kontakt mailowy, po czym stwierdził, że nieco ponad 24 godziny to za mało na udzielenie odpowiedzi na kilka pytań. Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem, że jestem śmieszny i niepoważny, a on dla niepoważnych ludzi czasu poświęcał nie będzie. Rozpocząłem więc poszukiwania z innej strony. Skontaktowałem się z młodym prawicowcem z Obozu Narodowo-Radykalnego, który chciał rozmawiać, ale bez podawania imienia i nazwiska. Na potrzeby tekstu nazwę go Maciek. A więc Maciek ma 24 lata. Skończył zawodówkę i próbuje swoich sił w warsztacie samochodowym u ojca. Ostrzyżony na krótko, ale ubrany tak jak każdy inny człowiek. Raczej niczym nie wyróżnia się z tłumu. Kiedy pytam dlaczego działa w ONR, odpowiada, że w takich wartościach wychowali go rodzice. Mama Maćka jest emerytowaną nauczycielką. Pracuje na pół etatu w jednym z warszawskich gimnazjów. – Mama zawsze opowiadała mi o stanie wojennym i o dziadkach, którzy przeżyli II wojnę. Rodzice i dziadkowie są dla mnie autorytetem. To mądrzy ludzie – opowiada nie patrząc na mnie. - A co Twoja mama myśli o tym, że należysz od ONR-u – pytam wchodząc mu w słowo. – Nie jest zadowolona, bo ciągle w telewizji mówią o tym jacy to my źli jesteśmy, że faszyści, że naziole, że konserwa a teraz potrzeba nowoczesnego państwa – Maciek nie ukrywa żalu. - A jacy jesteście? – dopytuję. – Normalne chłopaki. Jedni pracują, inni studiują, jak każdy. - Naprawdę działacie charytatywnie? – próbuję wyciągnąć coś więcej. – Ja to tego nie organizuje, to ci wyżej to robią – mówi Maciek. – Jasne, że jak jest jakaś akcja oddawania krwi, to pójdę; jak zbierają jakąś kasę to też rzucę drobne. Trzeba pomagać, bo może ja kiedyś będę potrzebował pomocy i wtedy trzeba będzie liczyć na dobrych ludzi, którzy też pomogą. Później pytam Maćka o poważniejsze rzeczy: o politykę, o stosunek do innych nacji i tym podobne rzeczy. W odpowiedzi słyszę – Dobra dajmy spokój, bo napiszesz o mnie jak te wszystkie lewaki.

Paweł Pawłowski 17


Nr 1

Do czterech razy sztuka? Miał być drugim Robertem Lewandowskim, tymczasem więcej czasu niż na boisku spędza w klinikach i na rehabilitacji. Czy po trzecim zerwaniu więzadeł krzyżowych Michał Efir z Legii Warszawa pokaże, co potrafi? – Michał grał w Młodej Legii razem z Rafałem Wolskim. Swego czasu prezentował się nawet lepiej od kolegi. Szkoda tylko, że zdrowie mu nie dopisuje, bo ma bardzo duże umiejętności. To może być drugi Robert Lewandowski – twierdził kilka lat temu trener grup młodzieżowych Legii Dariusz Banasik. Dziś Wolski ma za sobą doświadczenie w reprezentacji Polski na Euro 2012 oraz transfer do Fiorentiny, klubu włoskiej Serie A. Lewandowski został wicekrólem strzelców Bundesligi, chciałyby go mieć w swoich szeregach najmocniejsze kluby Europy. Tylko 21-letni Efir leczy kontuzję kolana. Już trzeci raz. Utalentowany pechowiec Od najmłodszych lat zdarzały mu się wypadki. Trzykrotnie łamał nogę – raz nawet tuż przed planowanym debiutem w reprezentacji Polski do lat 15. Innym razem kontuzji doznał, gdy… wpadł w dołek na ulicy. Za to kiedy był zdrowy, wyróżniał się na tle rówieśników w Wieniawie Lublin, której jest wychowankiem. Gdy jego zespół grał sparing z juniorami Legii spisał się tak dobrze, że trener warszawian wysłał jednego ze swoich piłkarzy (był nim Michał Żyro) by zapytać młodziutkiego napastnika, jak się nazywa. Nie była to kurtuazja. W wieku 16 lat Efir został piłkarzem Legii. – To był mój pierwszy taki wyjazd. Poza miasto, bez rodziców. Zamieszkałem w internacie, w pokoju z Piotrkiem Karniszewskim i Rafałem Wolskim. Po drodze trochę się zmieniało, ale z Rafałem przemieszkałem prawie trzy lata – opowiada o swoich początkach w stolicy. – Wszystko było fajnie zorganizowane, dojazdy do szkoły czy na treningi nie były kłopotliwe. Dużo dawało też to, że nie siedziałem sam. W internacie była grupa, sześciu-siedmiu osób z mojego rocznika, plus starsi i młodsi. Spędzaliśmy razem czas i można powiedzieć, że wzajemnie się pilnowaliśmy. Nikt nikomu niczego nie nakazywał czy zakazywał, ale każdy miał swój rozum i wiedział co można, a czego nie – dodaje „Kefir”, jak wołają na niego koledzy. Młodzi piłkarze pracowali nie tylko nad doskonaleniem swoich boiskowych umiejętności. – Nacisk na szkołę był bardzo mocny. Nie wystarczyło tam chodzić. Jeśli oceny były zadowalające, mogliśmy trenować. Kiedy ktoś miał w szkole problemy, był odstawiany od treningów. Zdarzały się takie przypadki. Ale każdy chciał rozwijać się piłkarsko, więc musieliśmy robić wszystko, żeby nie zaniedbywać nauki – wspomina Efir. Przez 1,5 roku wszystko szło gładko. Michał wywalczył miejsce w pierwszym składzie drużyny grającej w Młodej Ekstraklasie. W rundzie jesiennej sezonu 2010/11 strzelił siedem goli w 15 meczach. Jednak 1 marca 2011 r. doznał jednego z najcięższych urazów, jakie mogą spotkać piłkarza – zerwał więzadła krzyżowe w kolanie. Taka kontuzja wiąże się z kilkumiesięczną przerwą w grze oraz długą i żmudną rehabilitacją. – Pamiętam dokładnie ten moment. Było to na tydzień przed ligowym spotkaniem z Cracovią, na treningu na sztucznym boisku przy Łazienkow-

18

Michał Efir, trzeci od lewej w dolnym rzędzie, od ponad dwóch lat dobija się do składu Legii. Przeszkadzają mu w tym jednak kontuzje / fot. www.Legia.com

skiej. Pomyślałem: trudno, stało się. Kontuzje są wpisane w mój zawód, tak to sobie wtedy tłumaczyłem – wspominał później w jednym z wywiadów. Coraz bliżej wielkiej piłki „Kefir” wrócił na boisko po roku. I to w wielkim stylu. W ośmiu spotkaniach Młodej Ekstraklasy trafił do siatki rywali pięć razy. Wybrano go najlepszym zawodnikiem rozgrywek, choć z powodu kontuzji opuścił aż 22. kolejki. Trener Maciej Skorża był pod wrażeniem umiejętności Efira. Dał mu szansę zadebiutować w pierwszej drużynie. Nie w meczu o pietruszkę, ale w prestiżowym spotkaniu z Lechem Poznań (Legia przegrała 0:1). Młody napastnik zagrał przez ostatnie 17. minut. W ostatniej kolejce

z Koroną Kielce wszedł na kolejnych jedenaście. Niby niewiele, ale kiedy konkurentem do miejsca w składzie jest rozpieszczany przez trenera i działaczy Danijel Ljuboja, należy docenić każdą szansę na grę. Dzień po meczu z Koroną Michał zagrał w meczu Młodej Ekstraklasy. To była zła decyzja. Pół godziny przed końcem spotkania kolano znów nie wytrzymało. – Michał był bardzo eksploatowany w młodości. Kiedy sprowadziliśmy go na Łazienkowską miał sporo urazów. Wielka szkoda, że znowu przytrafiła mu


Nr 1

się kontuzja, bo ten chłopak ma ogromne możliwości – żałował Mirosław Trzeciak, były dyrektor sportowy Legii Warszawa. Kolejne operacje, pobyty w szpitalach, rehabilitacja. Do końca roku Efir był wyłączony z gry. Jego powrót miał być prawdziwym wejściem smoka. Nowy-stary trener Jan Urban zabrał Efira na obóz przygotowawczy pierwszej drużyny na Cyprze. W meczu ze szwajcarskim FC Aarau zdobył

wiedzieć, że Włochy w porównaniu z nami to niebo a ziemia. Nie chciałbym mówić, że mamy złe leczenie. Ale miałem wrażenie, że tam jest inne podejście. No i super organizacja. To typowo prywatna klinika. Mają tam ogromną bazę, są profesjonalistami i wiedzą czym się zajmują. Robią to naprawdę na wysokim poziomie – twierdzi Efir. – Moje dni w zasadzie wyglądały tak samo. Wstawałem z łóżka, miałem rehabilitację, obiad, drugą

Ma też ustalony zestaw ćwiczeń, które wykonuje w domu. Najbardziej męcząca podczas długiej rehabilitacji jest według niego nuda. – Wszystko leży w głowie. Dzień w dzień przez parę godzin muszę wykonywać te same ćwiczenia. Trzeba się do tego zmusić. Samo ich robienie nie jest jakimś wielkim wysiłkiem, uciążliwa jest nuda. Ale wychodzę z założenia, że muszę to wszystko zrobić. OK, mógłbym sobie lekko odpuścić. Mógłbym robić mniej powtórzeń, trochę się poobijać. Na dłuższą metę lenistwo wyszłoby mi jednak bokiem. Mam pracę do wykonania i się do niej przykładam – przekonuje. Nie ma planu B Mimo tylu kłód rzucanych mu pod nogi przez życie, zachowuje optymizm. – Czy czuję się pechowcem? Nie. Wychodzę z założenia, że tak po prostu musi być. Stało się, trudno. Nie ma co się oglądać wstecz, chcę się rozwijać, patrzeć w przyszłość. Jest jeszcze tyle rzeczy, które mogę osiągnąć – uśmiecha się. – Trochę szkoda, że łapałem kontuzje, kiedy byłem blisko pierwszego składu. Miałem okazję pokazać się trenerom. I przede wszystkim grać. Lubię ten sport, to moja pasja. Najbardziej denerwujące jest właśnie to, że nie mogę wejść na boisko i pomóc kolegom. Ale miałem trochę czasu, wydaje mi się że zdążyłem sobie to wszystko poukładać w głowie. Cierpliwie dążę do tego, żeby wrócić. Tyle lat grania jeszcze przede mną. Nie widzę problemu w tym, że wyleczę się za kilka miesięcy. Kto wie, może wtedy już na dobre ruszę z kopyta? – zastanawia się „Kefir”. Przyznaje, że rozmawiał z lekarzami na temat powodów powtarzających się kontuzji. Nikt jednak nie potrafił tego wyjaśnić. Powody mogły być różne: błąd przy operacji, nieprawidłowa rehabilitacja, nieprzygotowanie organizmu do gry, a może czysty przypadek… Nie wiadomo, co się stało. O tym, że coś może pójść źle woli nawet nie myśleć. – Jestem w trakcie studiów na AWF, ale nie zastanawiam się nad żadnym planem B. Zajmuję się tym, co mam teraz. Rehabilitacją i jak najszybszym powrotem na boisko. Jeśli, odpukać, będzie taka konieczność, na pewno coś wymyślę. Na razie nie chcę sobie jednak zaprzątać głowy czarnowidztwem – podkreśla Efir.

fot. www.Legia.com

dwie bramki, a kibice i dziennikarze już widzieli go u boku gwiazdora Ljuboi w meczach ligowych. Po powrocie do Polski dołożył dwa gole w sparingu z Dolcanem Ząbki. Kolejne zgrupowanie, w Hiszpanii, też zaczął z wysokiego „C”. Wszedł w końcówce spotkania z Rapidem Bukareszt i od razu zdobył bramkę. Z rumuńską Concordia Chiajna wyszedł w pierwszym składzie. Meczu jednak nie dokończył, znów zerwał więzadła. Rehabilitacja, czyli wielka nuda

rehabilitację i robił się wieczór. Wracałem różnie, czasem o 16, innym razem o 18. Czas po ćwiczeniach spędzałem w łóżku, bo nie mogłem nadwyrężać nóg. Miewałem bóle, problemy z plecami. Najgorsze było właśnie to leżenie w jednej pozycji. Czytałem książki, surfowałem po internecie, oglądałem telewizję. Jakoś zleciało – opowiada. Po powrocie z Włoch młody piłkarz wraca do zdrowia w Warszawie. Rano przyjeżdża do klubu na rehabilitację. Po południu ma basen albo inne zajęcia.

Lekarze we Włoszech powiedzieli, że „Kefir” będzie mógł wrócić na boisko pod koniec sierpnia. Wszystko jest jednak uzależnione od postępów w rehabilitacji. Sądząc po uporze młodego napastnika, nie ma innego wyjścia, wkrótce zobaczymy go na ligowych stadionach. – Zdrowie jest najważniejsze. Bez niego nie można spełnić swoich marzeń. Czegokolwiek człowiek by nie chciał zrobić, bez zdrowia mu się to nie uda – kończy Efir. Więc, jak to mówią jego koledzy z drużyny, Miroslav Radović i Danijel Ljuboja, na zdrowie!

Tomasz Dębek

Dwie operacje i rehabilitację przechodził w rzymskiej klinice Villa Stuart, w której kurował się m.in. słynny Francesco Totti, legenda AS Romy. – Z poprzednich kontuzji leczyłem się w Polsce i mogę po-

19


Nr 1

Kon(tro)wersja „Do niektórych nie dociera, że jestem normalną kobietą, która o siebie dba i nie będzie chodzić nieumyta w worku pokutnym. Zresztą od innych stereotypów też nie potrafią uciec. Osoba nie znająca mnie ani mojego męża bez wahania stwierdziła, że jeszcze o tym nie wiem, ale na pewno będzie mnie bił.” jest związek z mężczyzną. A gdy już minie oczarowanie przystojnym Arabem z dużymi, brązowymi oczami, nieraz mija też wiara. A jak było u ciebie? - W 2007 roku jako 19-latka wyjechałam na wakacje do Egiptu. Byłam nastawiona raczej chłodno do tamtej kultury, tym bardziej zdziwiła mnie własna reakcja. Na miejscu patrzyłam zafascynowana na ludzi – z wyjątkiem lepiących się panów – którzy zarabiają sto dolarów miesięcznie, a zarażają optymizmem i radością, których w Polsce ze świecą szukać. I myślałam na początku, że to może od słońca, ale potem zauważyłam ich wielkie zaufanie do jakiejś siły wyższej. I zarażona ich optymizmem przeszłaś na islam? - Minęły dwa lata zanim zdecydowałam się zmienić wiarę. Wtedy dużo podróżowałam i czytałam o tamtej kulturze, chciałam ją jak najlepiej poznać. Najwięcej zadziało się gdy wyjechałam do pracy, do Tunezji. Spotkałam Tunezyjczyka, który był świetnym facetem, ale uzależnionym od alkoholu. A alkoholik Arab to dużo gorszy widok niż polski żul. Po tym spotkaniu jakoś naturalnie przestałam pić i przekonałam się, jak dobrze jest wstać po imprezie i wszystko pamiętać. Później zaczęłam się inaczej ubierać.

Poza reżimami religijnymi decyzja o zakrywaniu twarzy i włosów należy do muzułmanki fot. K. Bednarczykówna

Do kawiarni przy Placu Konstytucji Marta* przychodzi w fantazyjnie zawiązanej niebiesko-koralowej chuście, zakrywającej włosy. Daleko nie miała – mieszka dosłownie za rogiem, jest rdzenną warszawianką. Jej mąż za to pochodzi z Turcji, pobrali się 3 lata temu. Kilka miesięcy przed jego poznaniem Marta przeszła konwersję na islam. Od niemal 4 lat z grupą przyjaciółek prowadzi stronę internetową, łączącą pogłębianie wiedzy o islamie z lifestylem młodych muzułmanek. K.B.: „Są jak nawiedzone, czytając ich wypowiedzi miałam wrażenie, że to jakaś sekta, poszalały w młodości, a później żyją jak mniszki, przeraża mnie ich tok rozumowania” – przeważnie takie komentarze zbierają konwertytki na muzułmańskich blogach. Skąd ten wizerunek? Marta: Nawet muzułmanie nazywają to „syndromem konwertyty”. Kiedy czujesz, że razem z nową religią zaczynasz nowe życie, chcesz być w nim perfekcyjny i stajesz się świętszy od papieża. Zdarza się tak u osób dla których islam ma być receptą na problemy emocjonalne, nałogi, dotychczasowe porażki. Każdy może przejść konwersję? - Islam nie stawia żadnych warunków, więc każdy z ulicy może zostać muzułmaninem - wystarczy, że trzykrotnie powtórzy wyznanie wiary. Nie musi nawet wchodzić do meczetu. Przez tę łatwość nasza religia przyciąga najróżniejsze typy ludzi: są byłe tipsiary i fanki solarium, ale jest też mnóstwo dziewczyn wykształconych, mówiących wieloma językami, pracujących na wysokich stanowiskach. Mężczyźni też mogą przejść konwersję. Mimo tego islam znacznie bardziej przyciąga kobiety. - Chciałabym powiedzieć, że kobiety mają bardziej otwarty umysł, ale wydaje mi się, że jednak najczęstszym powodem

20

Też ktoś cię zainspirował? - Nie, do dziś nie potrafię tego wytłumaczyć. Na początku pobytu ubierałam się w roboczą koszulkę i krótkie spodenki czy spódnicę. Z dnia na dzień zaczęłam nosić coraz dłuższe spodnie, później wkładałam dodatkową bluzkę pod t-shirt. Znajomi byli w szoku, zaczęły się dobre rady, że może zdjęłabym ten golf, skoro jest 30 stopni. A ja widziałam, że im więcej mam na sobie, tym lepiej wyglądają moje relacje z mężczyznami - z miejscowymi i turystami. Nagle przestali mnie traktować jak dziewczynę na wakacjach, którą można poderwać. Nabrali do mnie szacunku. Ale zmiana wiary nie jest konieczna do zmiany garderoby. - Pytanie czy wcześniej w ogóle w coś wierzyłam. Wyrosłam w religii katolickiej, ale nigdy nie mogłam jej zrozumieć. Rodzice czwarty rok myślą, że islam mi przejdzie. Mama nie odróżnia Arabii Saudyjskiej od Dubaju – jedne i te same Araby. Czego nie mogłaś zrozumieć? - Przede wszystkim nigdy nie mogłam pojąć jak istota ludzka może być uważana za boga. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tworzy się jego wyobrażenia. Od wiary katolickiej oddalił mnie też sakrament spowiedzi. Bo czemu ja mam mówić o swoich prywatnych sprawach obcemu człowiekowi? Pamiętam moją ostatnią spowiedź, gdy ksiądz powiedział, że rozgrzeszenia nie dostanę. Wyszłam i nie wróciłam. Jak on może o tym decydować? W islamie jest tylko twoja skrucha wobec boga, do którego wprost zwracasz się z prośbą o wybaczenie. Dla mnie to ma szczególną wartość, bo mogę zbudować bardzo osobistą więź z bogiem, nikt w niej nie pośredniczy. Nie ma też hierarchii, nie tworzy się wizerunków. A podejście do kobiety w islamie akceptujesz? - W islamie tak, wśród muzułmanów - nie. Irytuje mnie budowanie barier w meczecie, tworzenie osobnych pomieszczeń dla kobiet. Kiedyś kobiety mogły się swobodnie wypowiadać w świątyni, a teraz w wielu krajach się tego zabrania, a to wszystko jest sprzeczne z naukami Proroka. Za jego czasów kobiety były aktywne walcząc na wojnie, pracując, działając społecznie. Denerwuje mnie też podejście do skromności, jakby to dotyczyło wyłącznie kobiet. W samym Koranie odnosi się ona najpierw do mężczyzn i oni też powinni dbać o skromny wygląd. Niestety u niektórych funkcjonuje wizja, że kobietę zapakujemy w worek albo najlepiej w ogóle jej nie wypuścimy z domu, a sami w obcisłych dżinsach będziemy gapić się na panienki. Ale to nie jest wina religii tylko wybiórczej interpretacji jej wyznawców.

Ta wybiórcza interpretacja stworzyła mocny, negatywny stereotyp pozycji kobiety w islamie. - Brak hierarchii w islamie jest jednocześnie zaletą i wadą naszej religii. Nie mamy papieża, który powie jak interpretować Koran, więc każdy może to robić na własną modłę. A islam sam w sobie jest bardzo kobiecą religią. Daje kobiecie wielką świadomość swojej seksualności, niczego w niej nie tłamsi. Z boku inaczej to wygląda. - Seks w islamie ma prowadzić do przyjemności, antykoncepcja po ślubie jest dozwolona. Mężczyzna powinien przede wszystkim zaspokoić kobietę. Są nawet słowa Proroka, że najpierw czuła gra wstępna i, że facet nie powinien odchodzić od kobiety niezaspokojonej. Mamy kontrakty małżeńskie, w których kobieta może sobie zastrzec dosłownie wszystko – łącznie z tym, że nie chce prasować. Co do ubioru, ktoś może powiedzieć - i ja to rozumiem - że w Polsce kawałek włosa nie jest seksowny i te chusty są absurdalne. Tylko to się wiąże z całym moim strojem, który wysyła bardzo jasny komunikat do drugiej osoby. Mam dużo kumpli, którzy nigdy w życiu nie pomyślą, że mogą być kimś więcej. Nie czujesz żadnych ograniczeń? Dla mnie uciemiężona jest kobieta, która wychodzi latem w mini, a faceci gapią się na jej tyłek i rzucają seksistowskie komentarze. Ja swoją kobiecość zostawiam w domu, dla mojego męża. A po domu chodzisz… - W majtkach. Albo i bez. Generalnie kobiety w zachodniej kulturze po domu wkładają dres, a stroją się, gdy wychodzą na zewnątrz. W islamie masz być piękna dla swoich bliskich, nie dla obcych. A latem? Jak dajesz radę tak pozakrywana? - Byłam w miejscach gdzie jest plus 50 w słońcu. Wtedy zarzucasz na siebie abaję (luźne okrycie zasłaniające ciało) i pod spód absolutnie nic, ewentualnie bieliznę. Ludzie myślą, że my umieramy w siódmych potach, a tak naprawdę jest lepiej niż na golasa, bo nie dostaniemy poparzenia. Często zderzasz się ze stereotypami? - Czasem pytania padają przedziwne: śpisz w tym na głowie? Myjesz włosy? A po co myjesz włosy? A jak się myjesz? A po co golisz nogi? Poza zwykłą higieną, golenie nóg w naszej religii jest akurat bardzo dobrze widziane. Do niektórych nie dociera, że jestem normalną kobietą, która o siebie dba i nie będzie chodzić nieumyta w worku pokutnym. Zresztą od innych stereotypów też nie potrafią uciec. Osoba nie znająca mnie ani mojego męża bez wahania stwierdziła, że jeszcze o tym nie wiem, ale on na pewno będzie mnie bił… Przejmujesz się? - Staram się obracać w żart. Ale nie podawaj mojego nazwiska. Oglądałam ostatnio Redwatch, stronę polskich nacjonalistów, którzy sobie tworzą takie czarne listy. Boję się, że kiedyś mogę tam trafić. „Młoda i głupia”, „będzie żałować”, mijają nas nieskrępowane komentarze, gdy wychodzimy z kawiarni. *Imię głównej bohaterki zostało zmienione.

Kasia Bednarczykówna


Młoda Polska nr 1