Page 1

nr 5 (31) / 2015

2 - 15 marca

ISSN 2391-8535

Siła rodziny 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Siła Rodziny

A po-co-to, na-co-to?

SPIS TREŚCI

10 Ministerstwo (prawie) jak Janosik Rafał Growiec

Rafał Growiec

12 Jakie są fakty?

28 Potęga rodziny

Mateusz Ponikwia

Mateusz Ponikwia

16 Porachunki polityczne w Rosji

32 AAA. Szukam żony

18 Nie ma planów w sprawie obowiązkowej służby Anna Bonio

Myśli Niekontrolowane

Maciej Puczkowski

46 Ekumenizm Rafał Growiec

Mężyczna w Kościele 50 Wielki Post dla drwali Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Piotr Zemełka

20 Bestia, która siedzi we mnie

2

24 Rodzina - gatunek zagrożony

36 Naturalne planowanie rodziny Aleksandra Frontczak

40 Wychowanie nie tylko w rodzinie Dominik Cwikła

Serią po Liturgii

52 Gdy przychodzisz na Mszę z brudnymi nogami Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Felieton Kulturalny

Film

Historia

58 Zmiana potrzebna od zaraz

68 Dobra muzyka sama się obroni?

80 Piotr - marzenie o potędze, cz. 2

Aleksandra Frontczak

Andrea Marx

Kajetan Garbela

Kultura

Serial

60 Skandaliczny walc

72 Zadzwoń do Saula, a powie ci kim jesteś

Anna Kasprzyk

Magdalena Mróz

Rozmowa Kulturalna

Gra

62 Oprzeć się na Bogu Emilia Ciuła

74 W siodle i z mieczem... Rafał Growiec

3


Siła rodziny RC WSTĘPNIAK

odzina stanowi podstawową grupę społeczną. hyba dla każdego jest pierwszą wspólnotą, która kształtuje i wychowuje. Kim byśmy byli bez rodziny? W czym tkwi jej siła?

4

Anna Zawalska

Wychowałam się w rodzinie dużej, którą można określić mianem wielodzietnej, a także wielopokoleniowej. Mam pięciu młodszych braci, wychowywałam się w jednym domu z dziadkami. I to właśnie tej rodzinie zawdzięczam to, jakim człowiekiem jestem na daną chwilę. To w domu rodzinnym poznałam Boga i kształtowałam swoją wiarę. To właśnie w tej rodzinie odkrywałam prawdziwe wartości i udoskonalałam swoją moralność. Z domu wyniosłam poszanowanie dla drugiego człowieka. To właśnie ta rodzina wymodelowała mój twardy charakter. Myślę, że wszystko to, co we mnie najlepsze zyskałam dzięki swojej rodzinie, w której się wychowywałam i do której należę. Brzmi to nieco patetycznie i wzniośle. Oczywiście nie zawsze tak jest.

Wiem, że na rodzinę mogę zawsze liczyć. Wiem, że są na świecie osoby, które kochają mnie miłością bezwarunkową i które się o mnie troszczą. I w końcu wiem, że choćbym przebywała w najwspanialszych miejscach na ziemi, to tylko w domu czuję się w pełni szczęśliwa.

Rzeczywistość w rodzinie wielodzietnej bywa brutalna i daje ci w pysk bardzo często, nieważne jak pięknie brzmią świadectwa osób, które miały przyjemność do takiej właśnie rodziny należeć. Patrząc z mojej perspektywy, chcąc

być szczerą wobec siebie i wobec czytających, muszę stwierdzić, że życie w dużej rodzinie to istne wariatkowo. Mało jest czasu dla siebie, mało jest czasu w ciszy, ciągle coś się dzieje, cały czas jest głośno i wszędzie pełno ludzi. I czasem masz po prostu tego dość. I tylko czasem masz ochotę od tego uciec. Przy czym wiesz, że nie jesteś jedyny. Patrzysz na matkę, która momentami ma dość życia i zapowiada rychły wyjazd na koniec świata. Patrzysz na ojca, który chciałby być wszędzie tylko nie w domu. Patrzysz w końcu na rodzeństwo, które tylko czasem niemal zabija cię wzrokiem... ALE chociaż nie ma kolorowo, to jednak właśnie w takim stanie rzeczy tkwi prawdziwa SIŁA. Wiem, że na rodzinę mogę zawsze liczyć. Wiem, że są na świecie osoby, które ko-


źródło: www.pixabay.com

chają mnie miłością bezwarunkową i które się o mnie troszczą. I w końcu wiem, że choćbym przebywała w najwspanialszych miejscach na ziemi, to tylko w domu czuję się w pełni szczęśliwa. Tylko w domu zbieram siły, do radzenia sobie z życiem codziennym. I cały czas mam nadzieję, że wraz z moim przyszłym mężem taką właśnie rodzinę będę mogła stworzyć. W naszej codziennej egzystencji nasi rodzice czy rodzeństwo odgrywają nierzadko istotną rolę. Ci najbliżsi, oraz życie wśród nich stanowi dla nas pierwszy wzorzec dla naszego dalszego bytowania. W rodzinie kształtuje się nasz charakter, rozwijają talenty i uczymy się jak funkcjonować w społeczeństwie. To zapewnia rodzinie wyjątkowe miejsce w życiu społecznym i trudno temu

zaprzeczyć. Staje się ona pierwszą i najważniejszą komórką, będącą fundamentem tworzenia się większych wspólnot. W tym numerze poruszamy kilka aspektów związanych z życiem rodzinnym. Współcześnie, na rodzinę czyha sporo zagrożeń, więc zastanawiamy się nad tym, skąd one wynikają i jak bardzo mogą wpłynąć na tę podstawową jednostkę społeczną. Oprócz tego, proponujemy kilka refleksji tym wszystkim, którzy dopiero stoją przed wyborem osoby, z którą chciałyby rodzinę założyć. Jak szukać męża? Jak szukać żony? I czy w ogóle „szukać”? Do tego poddajemy pod zastanowienie pytanie w czym właściwie tkwi potęga rodziny jako podstawowej grupy społecznej, biorącej czynny udział w wychowywaniu

młodych pokoleń. Dla tych, którym bliżej niż dalej do założenia rodziny polecamy naturalne metody jej planowania i staramy się przekonać o ich fenomenie. I w końcu, zastanawiamy się nad tym, skąd się bierze wychowanie i czy rodzina jako jedyna stwarza warunki do kształtowania samych siebie. Mam nadzieję, że w temacie rodziny każdy znajdzie w tym numerze coś dla siebie.

Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Aleksandra Frontczak

Anna Gadowska

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

6

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Emilia Ciuła Anna Kasprzyk Karolina Kowalcze

Tomasz Markiewka Magdalena Mróz Michał Musiał Marek Nawrot

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Ministerstwo (prawie) jak Janosik

10

J

ak się okazuje, rząd postanowił ratować budżet w sposób obywatelski i tradycyjny – czyli zastraszając kontrolerów ze skarbówek zwolnieniami, jeśli ci nie ściągną z obywateli pieniędzy.

Rafał Growiec

S

erwis niewygodne. info zamieścił na swoich skan dokumentu mającego być notatką ze spotkania dyrektorów izb skarbowych z przedstawicielami Ministerstwa Finansów, do którego miało dojść w grudniu 2014 r.. Miały wtedy zostać przedstawione nowe wytyczne co do sposobu przeprowadzania kontroli przez urzędy skarbowe. Celem ma być maksymalne zwiększenie przychodów do budżetu państwa. Przede wszystkim, Ministerstwo zażądało ograniczenia kontroli prewencyjnych. Teraz kontrolerzy mają działać tam, gdzie zachodzi podejrzenie – czy może trafniej byłoby powiedzieć: „szansa” – na to, że skontrolowany podmiot zapłaci dodatkową karę lub wyrównanie. A najlepiej jedno i drugie. Kontrole mają pomijać podmioty płacące podatki w formie ryczałtu, karty podatkowej

Ministerstwo postawiło kontrolerów pod ścianą. Urzędy, których kontrole wykażą najmniejszą ilość nieprawidłowości mogą liczyć się ze zwolnieniami – zostaną w nich tylko dwaj kontrolerzy.

czy podatku dochodowego, należy też ograniczyć nadzór nad płaceniem zaliczek na podatek dochodowy przez pracodawców. W efekcie kontrole uderzą tam, gdzie są największe szanse najlepiej zarobić. Tym bardziej, że Ministerstwo postawiło kontrolerów pod ścianą. Urzędy, których kontrole wykażą najmniejszą ilość nieprawidłowości mogą liczyć się ze zwolnie-

niami – zostaną w nich tylko dwaj kontrolerzy. Różne źródła podają, że karą ma zakończyć się co najmniej 80% kontroli, co jest odsetkiem dość wysokim. Przy czym statystyki liczą się nie w skali pojedynczego urzędu czy powiatu a w skali województwa. Z DOŚWIADCZENIA Kontrole mają pominąć najprostsze, najlepiej znane rodzaje podatków – dochodowe, ryczałt i tym podobne. Oznacza to że na celowniku znajdą się na przykład podatek gruntowy, akcyza czy VAT. Kontrolerzy mogą więc uderzyć w sklepy, hurtownie, firmy zajmujące się produkcją czy osoby posiadające ziemię. Teoretycznie nie powinno się pisać „uderzyć”, gdyż teoretycznie chodzi jedynie o to, by te sektory lepiej przestrzegały prawa podatkowego. Doświadczenie uczy


źródło: www.pixabay.com

jednak, że ci, którzy unikają płacenia podatku robią to z dwóch przyczyn: albo są kuci na cztery nogi i wiedzą, jak ukryć swoje dochody, albo mają problem ze zrozumieniem prawa i stosują na przykład niewłaściwą stawkę VAT. Problem może być np. przy e-bookach. Jako książki byłyby obłożone podatkiem 5%, jednak jako usługa elektroniczna podpadają pod stawkę 23%. Kontrola u oszustów kutych na cztery nogi przeciąga się, wymaga czasem kilkunastu wyjazdów po dokumenty, gdy jedynie całuje się klamkę biura, dziesiątek nieskutecznych wezwań, zagłębiania się w dokumentację. Kontrola u podatnika zaledwie niefrasobliwego może skończyć się po jednym zajrzeniu w księgi rachunkowe. Kontroler, któremu Ministerstwo grozi zwolnieniem łatwiej wyłapie dziesięciu niefrasobliwych niż jednego „kutego”. Zwłaszcza, gdy wie, że wśród zaplanowanych na dany okres kontroli ma już połowę „negatywnych”, czyli bez mandatu. Tylko od uczciwości urzędnika zależy wtedy, czy zaryzykuje posadę, czy też będzie szukał łatwego łupu, lub (co

jest przerażające, ale niewykluczone) doprowadzi do ukarania uczciwego podatnika. MINISTER ZAWINIŁ Paradoksalnie i tradycyjnie, podatnicy mają płacić za niekompetencję urzędników. Z kieszeni firm i zwykłych płatników ma być łatana dziura wytworzona przez rosnącą na wszystkich szczeblach biurokrację, korupcję i populistyczną politykę partii rządzącej. Kolejne spoty i kampanie informacyjne o kosztach znacznie przekraczających granice zdrowego rozsądku, dziwne konstrukcje architektoniczne (jak np. most na A1 nad Kolejówką, która ma ok. metra szerokości, a wymagała przeprawy długiej na pół kilometra), podwyżki dla urzędników i wiele innych czynników kumulują się, mnożąc koszta. Braki w budżecie sprawiają, że rząd szuka najszybszej metody zaradzenia problemowi. Patrzy jednak krótkoterminowo, bezradnie i jakby bezmyślnie. Choć zachęca się do unikania szarej strefy (loteria paragonowa), to jednak nie robi się nic, by ułatwić życie i przyspieszyć rozwój

gospodarki. Rząd woli dodatkowe dopłaty dla rolników, jednak równie dobrze byłoby ułatwić im sprzedaż przetworzonych przez siebie płodów rolnych bez zakładania działalności gospodarczej czy szukać rynków zbytu dla produktów obłożonych embargiem czy wywalczyć w Unii zniesienie limitu na produkcję mleka. Zamiast pomagać Polakom stawać się coraz bogatszymi, politycy bawią się w Janosika – pokazowo łupią wszystkich dookoła, po czym dają biednemu fiskusowi. Równie tradycyjnie, bezpieczni w swoich gabinetach i układach politycznych ministerialni panowie i władcy zrzucają najczarniejsza robotę na pracowników „terenowych”, czyli właśnie kontrolerów. To oni są zagrożeni utratą pracy gdy statystyki nie wykażą odpowiednich dochodów do fiskusa, a nie minister finansów czy jakiś podległy mu pełnomocnik. To na nich się będzie skupiać frustracja nękanych kolejnymi kontrolami podatników i to oni będą musieli stawać przed dylematami moralnymi – czy pognębić lokalną hurtownię, czy samemu udać się do pośredniaka.

11


WYDARZENIA I OPINIE

Jakie są fakty?

12

O Mateusz Ponikwia

M

edialną aferę rozpętała seria artykułów tygodnika Wprost. Z ich treści wyłonił się obraz opisujący dramatyczne wydarzenia. Oto jeden z prominentnych dziennikarzy ukazany został nie tylko jako tyran w pracy. Najbardziej sensacyjne okazało się bowiem oskarżenie o dopuszczenie się molestowania i mobbingu, czyli de facto zarzucenie naruszenia prawa karnego oraz kodeksu pracy. Smaczku całej sprawie dodaje przedstawiona niedawno informacja o incydencie do którego miało dojść w jednym z warszawskich apartamentów. Właściciel, który chciał odzyskać wynajmowane przez siebie mieszkanie, niespodziewanie zastał w nim szefa redakcji Faktów TVN. Oliwy do ognia dodaje fakt, że w rzeczonym mieszkaniu, które okazało

d jakiegoś już czasu głównym tematem przewijającym się nie tylko w dziennikarskim półświatku jest sprawa domniemanego mobbingu i molestowania seksualnego. Naganne czyny miały mieć miejsce w jednej z największych komercyjnych stacji telewizyjnych. O dopuszczanie się takich działań został oskarżony Kamil Durczok, szef Faktów TVN. Sprawa nie jest jednak do końca jasna i budzi wiele wątpliwości.

Jedną z naczelnych zasad obowiązujących w polskiej procedurze karnej jest zasada domniemania niewinności. Zgodnie z jej treścią, osobę, której nie udowodniono winy i nie stwierdzono jej prawomocnym orzeczeniem sądu, należy traktować jako osobę niewinną.

się być w znacznym stopniu zdewastowane, został znaleziony biały proszek, gadżety erotyczne oraz materiały pornograficzne. Dywagacje na temat domniemanych zachowań dewiacyjnych Durczoka

przybrały zatem na sile. Chcąc zachować pewien dystans do sprawy oraz mając na uwadze jej wyjaśnienie, dziennikarz postanowił wziąć urlop, zaś stacja powołała specjalną komisję. Jej zadaniem jest przeanalizowanie zaistniałej sytuacji i ocena pod kątem naruszenia prawa i standardów etyki dziennikarskiej. Sam zainteresowany, na skutek pojawiających się doniesień, trafił na oddział kardiologiczny szpitala. Kamil Durczok stanowczo odpiera stawiane przez gazetę zarzuty. W rozmowie z Dominiką Wielowieyską z radia TOK FM oświadczył, że nigdy nie molestował żadnej kobiety. Z pokorą jednak przyznał, że jest typem choleryka. Przedstawiając swój styl zarządzania redakcją zaznaczył, że z pewnością zdarzyło mu się podnieść głos oraz być stanowczym


źródło: www.tvn24.pl

i wymagającym szefem. Durczok uznał działania Wprostu za prowadzenie hybrydowego dziennikarstwa, które w zasadzie tworzy grunt do potężnej spekulacji i swego rodzaju castingu na osobę dopuszczającą się molestowania i mobbingu w pracy. Durczok zauważył, że pomimo iż pracuje w mediach już 25 lat sytuacja w jakiej się nieoczekiwanie znalazł, jest dla niego zaskakująca i rujnuje go także jako człowieka. Prawie łkając dodał, że bardzo chciałby poprowadzić ponownie Fakty TVN. Dziennikarz podkreślił ponadto, że ma świadomość popełnionych błędów. Ich konsekwencją było rozstanie z żoną. Marianna Dufek -Durczok wykazuje jednak duże wsparcie dla męża. W wystosowanym oświadczeniu obwinia dziennikarzy o zaszczucie Kamila Durczoka. Ostro komentując poczynanie prasy jak

i internautów ocenia ich zachowanie i porównuje do „psów gończych tropiących ofiarę”. Obwinia media o to, że przez nieodpowiedzialne zachowanie naraziły zdrowie i życie Durczoka na poważne niebezpieczeństwo. Całą sprawę kwituje stwierdzeniem, że pracowanie w nierzetelny i nastawiony jedynie na poszukiwanie sensacji sposób, urąga standardom dziennikarskim. W innych mediach pojawiają się niepotwierdzone informacje jakoby cała sprawa była z góry zaplanowana. Takiego scenariusza nie da się wykluczyć. Nie od dziś wiadomo, że wzbudzenie ostracyzmu społecznego jest doskonałą formą rozliczania długów oraz dokonywania wzajemnych porachunków. W gruncie rzeczy nie ma potwierdzonych i wiarygodnych informacji mówiących o dopuszczaniu się nielegalnych zachowań przez

dziennikarza TVN. Mętne zdaje się być zarówno całe tło i otoczka towarzysząca sprawie, jak również same zarzuty molestowania i mobbingu oparte o zanonimizowaną relację prasową. Bardzo łatwo jest zszargać reputację poprzez snucie nieprawdziwych historii. Zaznaczmy, że oprócz kontroli wewnętrznej, żadne formalne postępowanie karne nie zostało wszczęte. Ponadto jedną z naczelnych zasad obowiązujących w polskiej procedurze karnej jest zasada domniemania niewinności. Zgodnie z jej treścią, osobę, której nie udowodniono winy i nie stwierdzono jej prawomocnym orzeczeniem sądu, należy traktować jako osobę niewinną. W odczuciu społecznym zdaje się być dostrzegalna jednak niestety przeciwstawna reguła. Już sam cień podejrzeń rzucony na daną osobę dla niektórych przesądza sprawę. Dokleić komuś przy-

13


źródło: www.fakt.pl

słowiową łątkę jest bardzo łatwo. O wiele trudniej jest walczyć natomiast o odzyskanie dobrego imienia. Warto zwrócić także uwagę na nieprecyzyjność i spekulacyjny charakter artykułów. Nie wiemy wcale czym był ów znaleziony w warszawskim mieszkaniu biały proszek. Durczok ponadto nie zaprzecza jakoby miał się tam znajdować w feralnym dniu. Jak słusznie zauważa to co robi w wolnym czasie jest jego prywatną sprawą, o ile nie narusza to porządku prawnego. Nasuwa się refleksja, że ostatnia relacja miała na celu utwierdzenie opinii publicznej w przekonaniu, że dziennikarz popełnił przestępstwo molestowania seksualnego. Trudno wszak nie wiązać znalezionych akcesoriów erotycznych oraz

14

pornografii z rozwiązłymi zachowaniami seksualnymi. Oburzające i przerażające zarazem zdaje się być działanie niektórych publikatorów, zwłaszcza tabloidów, które wykazują jedynie chęć dokopania leżącemu. W prezentowanych materiałach nie odnajdziemy sprawdzonych informacji czy prób dociekania prawdy. Pełno jest z kolei obszernych tekstów deprecjonujących Durczoka, stwierdzających że jego postać nie jest już nic warta. Nakręcanie spirali odbywa się także poprzez poszukiwanie nowego kandydata na szefa redakcji Faktów TVN. Trudno stwierdzić czy jednak owe poszukiwania są motywowane życzliwością wobec konkurencji, czy wręcz odwrotnie. Podobnie ciężko ocenić czy działania

Wprostu nie są ukierunkowane jedynie na rywalizację z konkurencją. Trafnie podnosi się, że od pewnych osób społeczeństwo winno wymagać postępowania zgodnego z jeszcze bardziej restrykcyjnymi kryteriami moralnymi i etycznymi. Nie chodzi tylko o polityków, ale i o osoby publiczne, w tym nade wszystko dziennikarzy. Redaktor, który nierzadko przestrzega widzów o należnym sposobie zachowania, sam winien postępować według tych reguł. Persony takie stanowią swoisty wzór do naśladowania niczym mityczni herosi czy animowani superbohaterowie. Jakże często jednak oczekiwanie takie okazuje się zwodnicze. Jak będzie tym razem – czas pokaże. 


15


WYDARZENIA I OPINIE

Porachunki polityczne w Rosji

16

W B Piotr Zemełka

Ś

mierć kolejnej osoby przeciwstawiającej się polityce Kremla nie jest niczym nowym. Może być jedynie potwierdzeniem tego, że Rosja państwem demokratycznym nie jest i prawa obywatelskie nie są przestrzegane. Większość osób twierdzi, że śmierć Niemcowa to mord polityczny. Są też osoby, które twierdzą inaczej. Jak choćby dr Andrzej Gil, który mówi, że: „Dla Putina ta zbrodnia będzie miała zły efekt PR-owy, bo jeśli rosyjski prezydent zdecydowałby się mówić o Niemcowie źle - zostanie to źle odebrane na świecie. A jeśli dobrze - źle to odbiorą ludzie posądzający Putina o udział w tej zbrodni. Dlatego prezydent Rosji jest w patowej sytuacji”. Może jest to prawda. Może faktycznie komuś zależy na tym aby zdestabilizować sytuację w Rosji, aby ude-

nocy z 27 na 28 lutego został zamordowany jeden z głównych opozycjonistów rosyjskich orys Niemcow. Zginął tuż przed Kremlem oraz tuż przed manifestacją antyrządową, która miała się odbyć w niedziele. Nie ma się co więc dziwić, że większość zarzutów o popełnienie tego przestępstwa kierowanych jest w stronę Putina.

Wygląda na to, że Putin celowo odbiera sobie atut umożliwiający mu walkę z opozycją. Być może chce przez to pokazać jak wielką władzę ma w państwie i jak mało, mówiąc kolokwialnie, może mu zrobić pokrzykiwanie ze strony opozycji.

rzyć w Putina, który cieszy się 90 - procentowym poparciem wśród rosyjskiego społeczeństwa. Jak to mówią, każdy ma prawo do własnego zdania. Korzystając z tego opowiem się za wersją pierwszą, czyli mordem politycznym. To co dla mnie jest

interesujące, to sposób w jaki rozprawia się Putin z opozycją. By nie opierać się tylko na przykładzie okoliczności śmierci Borysa Niemcowa, przytoczę jeszcze przykłady morderstw niezależnej dziennikarki Anny Politkowskiej, posła do Dumy Siergieja Juszenkowa czy też byłego oficera FSB Aleksandra Litwinienkę. Każda z tych osób została albo zastrzelona albo otruta. W każdym takim przypadku w Rosji od razu mówi się o morderstwie. O tym, że „ktoś” dokonał zbrodni. Rosyjskie władze nie mówią o samobójstwach. W Rosji służby nie aranżują np. wypadków samochodowych. Pytanie brzmi dlaczego? Przecież gdyby tak robiono, to opozycja musiałaby forsować dodatkowo, że w danej sytuacji miało miejsce zabójstwo zamiast samobójstwa. W takiej sytuacji dotarcie


źródło: PAP / EPA / Serge Ilnitsky

z informacją do mas, które są faszerowane prorządowymi informacji byłoby by o wiele trudniejsze. Wystarczy spojrzeć na sytuację w Polsce. W naszym kraju przynajmniej kilkanaście osób związanych z katastrofą smoleńską popełniło samobójstwo. Tak twierdzą władze. I teraz osoby, które starają się przeciwdziałać rozlewowi takich informacji, muszą po pierwsze udowodnić, że były to zabójstwa. Po drugie próbować wskazać sprawców. Ta pierwsza część jest o tyle ważna, że oparta jest na szczegółach, które trzeba przeanalizować, a czego większości z nas robić się nie chcę. Łatwiej jest przecież włączyć TV gdzie gadająca głowa wyjaśni nam krótko i zwięźle: „Było to samobójstwo co potwierdziła prowadząca śledztwo policja” - najlepiej

żeby pojawiła się od razu interpretacja skierowana w opozycję. Jak często lubią to robić prorządowe media? Faktem jest jednak to, że taką informację cechuje niewielka ilość szczegółów. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że większości osób to całkowicie wystarcza. Dotarcie zatem do tych ludzi z informacją sprzeczną w stosunku do forsowanej przez rząd, a do tego przekonanie ich do niej jest znacznie trudniejsze niż by się mogło wydawać. Wracając zatem do Rosji. Wygląda na to, że Putin celowo odbiera sobie atut umożliwiający mu walkę z opozycją. Być może chce przez to pokazać jak wielką władzę ma w państwie i jak mało, mówiąc kolokwialnie, może mu zrobić pokrzykiwanie ze strony opozycji. Świadczyć mógłby o tym chociażby fakt, że ostat-

nie morderstwo polityczne zostało dokonane tuż przed Kremlem. Miejscem, które przecież jest najbardziej monitorowane, gdzie jest najwięcej służb pilnujących bezpieczeństwa. I to, co teraz usłyszało społeczeństwo, to zdanie, że nie ma żadnych śladów sprawców. Niby byli jacyś świadkowie, którzy widzieli białego forda, ale nic poza tym nie wiadomo. Zapewne za jakiś czas pojawią się podstawieni „zbrodniarze”, którzy odpowiedzą, za tę zbrodnie. Niemniej jednak warto obserwować sytuację w Rosji. Warto śledzić jakie skutki będzie niosła śmierć opozycjonisty Niemcowa. Czy społeczeństwo Rosyjskie w końcu się obudzi i wyjdzie na ulice czy Putin po raz kolejny wyjdzie obronną ręką z kolejnej zbrodni, której dokonał? 

17


WYDARZENIA I OPINIE

Nie ma planów w sprawie obowiązkowej służby

18

MS

inister Obrony Narodowej Tomasz iemoniak powiedział, że Polska nie planuje powszechnego poboru do wojska. Został on zniesiony w 2009 roku. Decyzję o wznowieniu obowiązkowego poboru podjęła Litwa, obawiając się agresji ze strony Rosji.

Anna Bonio

W

„Kropce nad i” szef MON-u był pytany także o to, czy Polska wyśle broń na Ukrainę. Powiedział, że nie jest to dobry moment i mogłoby to tylko doprowadzić do eskalacji konfliktu. Wydaje się, że powszechny pobór do wojska powinien dalej istnieć. Jak wskazał sondaż przeprowadzony przez CBOS, chce tego 34 proc. Polaków. I mało, i dużo. Oczywiście, są plusy i minusy tej sprawy. Minusem na pewno były niektóre zachowania panujące w wojsku. Wiemy o chrztach bojowych, o tym, że młodzi wojskowi byli wykorzystywani, prześladowani przez bardziej zaprawionych w służbę. To były ciężkie doświadczenia dla wielu młodych chłopaków. Niektórym być może podrujnowały psychikę. Ale z drugiej strony, kto wyszedł z tego, wyszedł o wiele silniejszy.

Ta dwuletnia wojskowa służba była mocną zaprawą psychiczną, ale także fizyczną. Przez ten czas człowiek nauczył się żyć w każdych warunkach.

Zaprawiony. Łatwiej mu było sobie poradzić z wieloma trudnymi życiowymi sytuacjami. Ta dwuletnia wojskowa służba była mocną zaprawą psychiczną, ale także fizyczną. Przez ten czas człowiek nauczył się żyć w każdych warunkach. Z drugiej strony jednak, samobójstwa w wojsku się zdarzały. W 1978 r. współczynnik samobójstw (liczba ofiar na sto tysięcy osób w ciągu roku) wynosił 25. W najlepszym roku 1998 - 5,9. Jest to ciężki temat do rozstrzygnięcia. Coś

mi jednak mówi, że wielu młodym przydałaby się taka próba. Minister Siemoniak nie pochwala również wysłania broni na Ukrainę. To też jest sytuacja trudna do jednostronnego zdeklarowania. Gdyby Polska wspomogła Ukraińców bronią, faktycznie konflikt by się nasilił. Rosja odpowiedziałaby na pewno większą agresją na Ukrainę, a być może także atakiem na Polskę. Z drugiej strony biernie patrzeć na wykrwawianie się Ukrainy… Jednakże wiele wskazuje na to, że potrzeba większej siły, niż nasza polska armia. Polskie wojsko nie jest gotowe walczyć z potężną armią rosyjską. Jak wynika z podawanych informacji, Polska ma 120 tys. żołnierzy, Rosja zaś 3 mln… Potrzeba połączonych wojsk, które mogłyby przeciwstawić się Rosji. Ale wtedy zaczęła by się już regularna wojna.


19


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Bestia, która siedzi we mnie

20

W Maciej Puczkowski

O

to okazało się, że człowiek w całej swojej wielkości, stojący na fundamencie wielowiekowej cywilizacji i myśli filozoficznej, ten, który od Zmartwychwstania Pańskiego miał należeć do Ludu Królewskiego jako nowy człowiek, którego celem jest Piękno osiągane drogą szlachetności, staje się bestią. Bestią tym podlejszą, że pozbawioną nawet zwierzęcych odruchów, nie mówiąc o ludzkich. Bestią, która zabija z rozkazu, bez realnego powodu, dla zwieńczenia wyłącznie imperialnych ambicji opętanych jednostek. Bestią w ręku szatana. Nic dziwnego, że Niemcy wypierają obozy zagłady ze swojego dziedzictwa narodowego. Z taką plamą na honorze, ale i na całym człowieczeństwie, nie da się żyć. Jednak to nieszczęście dotyka nas wszystkich. Wiemy już jacy możemy być,

iemy, jak mało człowieka może być w człowieku. Skutecznie zapomnieliśmy o okrucieństwach II Wojny Światowej i niemieckich obozach koncentracyjnych. Są one powodem do niepokoju nie tylko z powodu zła, które się dokonało, ale przede wszystkim dlatego, że tego zła dokonał człowiek.

Znamienne jest to, że człowiek staje się bestią zazwyczaj wtedy, kiedy wyzwala się z tzw. konwenansów społecznych lub wchodzi w rzeczywistość gry.

więc czy możemy nazywać siebie lepszymi od zwierząt? Czy możemy wciąż mówić o wielkości człowieka? Chciałoby się zrzucić winę na wojnę, na czasy, które może lepiej wymazać z kart historii. Jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nawet współczesne badania pokazują jak okrutnym może być człowiek, który w życiu codziennym jest wzorem cnót do naśladowania. Nad tym warto się zastanowić. Dalsza część rozważań tworzy wyłącznie model, który pozwala ująć rzeczy-

wistość w pewną strukturę reguł i pojęć. Nie należy jej traktować ani jako prawdy objawionej, ani w ogóle czegoś, co jest takie, a nie inne, w sensie dosłownym. Zdanie: “Siedzi we mnie bestia” oznacza, że jest w człowieku coś, co można w ten sposób zwizualizować. Zatem siedzi we mnie bestia. Została we mnie wszczepiona wraz z grzechem pierworodnym i razem ze mną wzrasta. Są więc we mnie jakby dwie postacie. Jestem ja, jako ja, jako wyodrębniona, świadoma wola, i bestia wraz ze swoją własną wolą. Ta wola, która aktualnie panuje nad osobą, staje się silniejsza. Jeśli panuje nade mną bestia, dochodzi do sytuacji, w której nie potrafię się już jej oprzeć, bo jest za silna. To tak jakby przebywać w niedźwiedziem w jednym pomieszczeniu. Św. Paweł pisał: “Nie czynię tego, co chcę, ale


to czego nie chcę”. Jest to oznaka panowania bestii nad człowiekiem. Zatem, czy człowiek nie grzeszy, skoro nie chce tego, co czyni? Nie można przecież zgrzeszyć bez udziału własnej woli. Tu należy poczynić pewną obserwację. Zdarza się, że człowiek robi rzeczy, których nie chce, ale robi je z własnej woli. Jako przykład weźmy prosty przypadek rodem z horroru. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy uwięzieni i jedyny wybór, jaki się przed nami rysuje to: umrzeć lub odciąć sobie rękę. Jeśli odetnę sobie rękę, dokonam czynu, którego nie chcę, ale przy użyciu własnej woli. Jeśli postanowię umrzeć, będzie tak samo. Tak jawi się właśnie niewola zła. Pozostawia pozorną wolność w kwestii podejmowania wyborów, których jednak nie chcemy podejmować − klasyczny problem mniejszego zła. Na marginesie, nie ma mniejszego zła, jest tylko niewola zła, która pozbawia nas możliwości wyboru dobra. Widać więc wyraźnie, że moja wola może zostać nagięta do czynów, których moje “ja” nie chce. Tak działa bestia. Nie czyni niczego swoją wolą. Wykorzystuje jednak swoją wolę do nagięcia mojej. W ten sposób czynię grzech swoją wolą i dlatego jestem winny. Z bestią zasadniczo nie da się wygrać samemu. Nie sprawuje ona jednak nad nami władzy absolutnej. Wciąż stara się podporządkowywać sobie kolejne płaszczyzny naszego człowieczeństwa poprzez osłabianie naszego “ja” i ograniczanie wolności woli. Istnieją na szczęście czynniki, które wzmacniają nasze “ja” i pozwalają opierać się bestii. Są to między innymi więzi

źródło: www.pixabay.com

społeczne. Każda relacja z drugą osobą, każda podjęta odpowiedzialność, wzmacnia nasze “ja” i pozwala stawić większy opór bestii. Przykładowo ojciec chcący być autorytetem dla swojego syna ma większe szanse na osiągnięcie szlachetności. Osoba publiczna lub nauczyciel w sposób szczególny będą starali się nie popełnić błędu. Wchodząc w relację z drugim człowiekiem, który wymaga odpowiedzialności, stajemy się coraz bardziej odpowiedzialni. To wszystko pomaga nam utrzymywać w ryzach nasze własne “ja” i trzymać bestię z dala od niego. Znamienne jest to, że człowiek staje się bestią zazwyczaj wtedy, kiedy wyzwala się z tzw. konwenansów społecznych lub wchodzi w rzeczywistość gry. Gra pozwala wyzbyć się odpowiedzialności, co osłabia nasze “ja”. To pozorne wyzwolenie się ze schematów, więzów rodzinnych, znajomości z sąsiadami, to odseparowanie się ze społeczeństwa sprawia, że dziczejemy. Wracając do bestii drzemiącej w człowieku. Powie-

dzieliśmy sobie, że została ona wszczepiona w nas wraz z grzechem pierworodnym. Właściwie całym sensem jej istnienia jest odseparowanie ludzi od Boga. Nagięcie woli człowieka do swojej własnej, tak, żeby ta wola nie była wolą Bożą, ale wolą bestii. Za każdym razem, kiedy korzystamy z Sakramentu Pojednania, tenże Bóg wiąże bestię na łańcuchu w taki sposób, że nie może ona zrobić nam krzywdy, dopóki jej nie uwolnimy. Tylko że bestia mówi… i kusi. Zna nas dobrze i wie, jak nas namówić. Przede wszystkim może nam zaoferować swoją siłę i pomoc, sprawić, że w jakiś sposób będzie nam lepiej. Trzeba jednak zadać sobie pytanie. Skoro spuścimy bestię z łańcucha, a ona nagnie naszą wolę do swojej, to czyimi ludźmi wtedy będziemy – Bożymi, czy bestii? A kiedy Jezus na końcu czasów przyjdzie, to kogo weźmie ze sobą? Ludzi Bożych, czy ludzi bestii? I ostatnie pytanie: “Jak wielu z nas chce być ludźmi Bożymi, ale jest ludźmi bestii?”. Bo przecież nie czynię tego, czego chcę.

21


22

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

23


TEMAT NUMERU - Siła Rodziny 24

Rodzina – gatunek zagrożony? R

odzina istnieje od zawsze. Przynajmniej tak nam się może zdawać. Czy istnieje choć cień możliwości, by ta instytucja zniknęła?

Rafał Growiec

Z

acznijmy od tego, na co nam rodzina. Punktem wyjścia powinna być definicja tego, czym ona jest. Jak sama nazwa wskazuje, rodzina to miejsce, gdzie człowiek się rodzi. W sposób naturalny jesteśmy przypisani do pewnej społeczności, gdzie jest matka i ojciec. W rodzinie wzrastamy i nabieramy pewnych cech, które mogą okazać się decydujące w całym naszym życiu. W pewnym sensie rodzina to nie tyle jakiś byt, co suma relacji między rodzicami, dziećmi, dziadkami, wujkami, ciociami, dalszymi krewnymi. I właśnie dlatego rodzina jest tak ważna. To, czym nasiąkniemy za młodu, odgrywa niebanalną rolę w tym, kim będziemy na starość. Człowiek wychowujący się w rodzinie silnej wiarą ma mniejsze szanse zwątpić i wiarę porzucić.

Gdy ktoś mówi, że chce wolności od jakiejś indoktrynacji, zwykle oznacza to, że chce zlikwidować konkurencję dla swojej doktryny.

Jeśli jednak będzie to wiara dwulicowa, faryzejska, taki obraz może zrazić bardziej niż tysiąc lekcji ateizmu w szkole. Rodzina stanowi podstawową komórkę społeczną. Pozwala zrozumieć pojęcie solidarności, wypracować pierwsze relacje międzyludzkie i nauczyć się rozróżniania siebie samego od wspólnoty. Tu tworzy się pojęcie „ja”, ustawione w ten lub inny sposób do „innych”. Niezdrowa relacja lub skrzywiony sposób myślenia wyrobione w dzieciństwie

wpływają na to, jak człowiek będzie odnosił się do współobywateli, rodaków, sąsiadów i obcych. Te dwie funkcje, wychowawcza i społeczna, zachodzą na siebie i stąd znajdują się pod baczną obserwacją państwa. Nie ma rządu, któremu marzy się społeczeństwo wychowywane w duchu gloryfikacji przestępstw czy pełne socjopatów, lękających się przekroczyć próg własnego domu. Jednocześnie wielu władcom, mniej lub bardziej demokratycznym, marzy się, by ludzie byli wychowywani odpowiednio. Najczęściej usprawiedliwiane jest to troską o prawidłowy wzrost dziecka – ktoś musi mieć kompetencje, by zareagować, gdy jest ono bite i głodzone. Często jednak jest to przykrywka dla prób przejęcia przez instytucje państwowe ról rodziny, by mieć kontrolę nad procesem


źródło: www.pixabay.com

wychowawczym i kreacją nowego obywatela. Niemożliwe jest zniszczenie rodziny jako takiej, gdyż opiera się ona na naturze: ludzie łączą się w pary i mają dzieci. Wymagałoby to naprawdę gigantycznych pieniędzy i zabiegów na skalę dziś niewyobrażalną. Można jednak zniszczyć konkretną rodzinę, a poprzez niszczenie pojedynczych komórek, doprowadzić do załamania tej instytucji w danym czasie lub na danym obszarze. Czasem wynika to z celowych działań rządów, czasem – z kultury. GDY POWIETRZE SZKODZI Rodziny mogą ulec rozkładowi z wielu przyczyn, nawet bez specjalnej interwencji organizacji niosących postęp. Niekiedy powoduje to postęp cywilizacyjny, jak w przypadku coraz to większej ilości wszelkiej maści gadżetów, sieci społecznościowych czy możliwości komunikacji. W dobie smartfonów zanikają

zdolności interpersonalne. Coraz trudniej rozmawiać z człowiekiem twarzą w twarz, łatwiej porozumieć się pełnym skrótów SMS -em niż w czasie kilkunastominutowej pogawędki. Czas dla rodziny staje się czymś niewyraźnym. Kiedyś, gdy było się w domu, w czasie kolacji czy rano, łatwiej było porozmawiać z kimś z rodziny, gdyż tylko oni byli pod ręką. Teraz dostępni są wszyscy. Innym zagrożeniem jest atomizacja. Rodzina 2+1 nie tylko godzi w logikę, ale też w osobowość dziecka. Nie mając kontaktu z rodzeństwem, ale nawet z osobami starszymi w postaci babci i dziadka, człowiek żyje w nieco odosobnionym świecie, gdzie pewnymi rzeczami nie trzeba się dzielić, gdzie wszystko musi być już i teraz. Z kolei rozwój medycyny, czy to w formie sztucznego zapłodnienia czy antykoncepcji stawia pytanie o to, skąd człowiek pochodzi. Syn samotnej matki i „anonimowego dawcy” zawsze

będzie pytał o swoją tożsamość. Tak samo kultura antykoncepcyjna – nawet nie promowana przez państwowe instytucje – stanowi zachętę do podejmowania współżycia poza trwałym związkiem, w efekcie czego ojciec może być anonimowy także przy tradycyjnym poczęciu. Na rodzinę wpływa też gospodarka. Kultura biznesowa może być przyjazna rodzinie lub z góry wymagać całkowitego poświęcenia się pracy. Obecnie nikogo nie dziwi, że na rozmowie kwalifikacyjnej pada pytanie o planowane dzieci. Pracodawca nie może ryzykować, że „zasoby ludzkie” nagle udadzą się na macierzyński. Czas kryzysu może wymusić emigrację za pracą, co wiąże się z długotrwała nieobecnością jednego z jej członków, co zawsze stanowi pewien brak. Kontakt przez skype'a to nie to samo, co spojrzenie w oczy (a nie w monitor) czy kontakt fizyczny. Nieraz emigracja jednego członka rodziny kończy się ściągnię-

25


ciem dzieci i małżonka za granicę. To z kolei powoduje wyrwanie tej grupy z sieci relacji z dalszą rodziną. Innym objawem kryzysu ekonomicznego może być bezrobocie lub jego groźba. Jeśli pracodawca może postraszyć pracownika wizją wylądowania na zasiłku, łatwiej wymusi rezygnację z urlopu, wolnej niedzieli czy popołudnia. Z kolei bezrobocie bardzo często tworzy żyzny grunt pod depresję i nałogi. Jednym z etapów bezrobocia jest marazm, który może skończyć na kanapie przed telewizorem. Stąd już tylko krok do wszelkiej maści używek. Rodzic nieobecny mentalnie lub niekontrolujący się „pod wpływem” zawsze będzie odbierany przez dziecko jak zagrożenie. Syndrom DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików może poważnie rzutować nie tylko na to, jak człowiek odnosi się do rodziny, ale też do wszyst-

26

kich ludzi. Poza tym, rodzinę może rozbijać kultura. Mit życia zawsze na fali, bez zobowiązań – jak w teledyskach – może powodować, że sama wizja zostania ojcem/ matką jest równoznaczna ze śmiercią towarzyską. Oderwanie życia seksualnego od zrodzenia potomstwa generuje patologie. Z drugiej strony cukierkowa wizja z komedii romantycznych: że po okresie burzy przyjdzie okres raju na ziemi, że facet, który bije i pije stanie się aniołkiem pod jej wpływem, a wszystko w rytm najnowszych przebojów. Ale nie tylko nowa, XX -wieczna kultura musi być źródłem rozkładu rodziny. Mało kto wie, że jednym ze zmartwień hiszpańskich inkwizytorów był zakorzeniony w społeczeństwie mit, że mąż może zdradzać żonę, ale na odwrót już nie. Nie mówimy tu więc o latach 60. ubiegłego wieku, a cza-

sach sprzed pół milenium! CEL: ZNISZCZYĆ RODZINĘ Zupełnie inną kwestią są starania pewnych instytucji, mniej lub bardziej rządowych, mających na celu osłabienie rodziny. Przyczyny już podałem: najczęściej jest to chęć zajęcia miejsca rodziny w procesie wychowania. Nic nowego pod słońcem. Janczarów wyrywano z ich rodzin właśnie po to, by ich islamizować i zturczyć. Gdy rząd III Rzeszy uderzył w szkolnictwo katolickie, na protesty hierarchii odpowiedział: „Nie ma dzieci katolickich, są dzieci niemieckie” (czytaj: „narodowo-socjalistyczne”). Dotyka to szczególnie władców silnie zideologizowanych, którzy obawiają się, że rodzice wychowają swoje pociechy w duchu innym niż ten wskazany. Zwłaszcza tam, gdzie nie doszło jeszcze do wychowania pierwszego pokole-


źródło: www.pixabay.com

nia rodziców poprawnych światopoglądowo, będzie się kładło nacisk, by to szkoła była głównym miejscem poznawania świata i uczenia się jak tworzyć relacje międzyludzkie. Gdy ktoś mówi, że chce wolności od jakiejś indoktrynacji, zwykle oznacza to, że chce zlikwidować konkurencję dla swojej doktryny. O ile w przypadku religii nie jest to dziwne (w końcu wyznają one, że głoszą prawdę jedyną na świecie) o tyle w przypadku ludzi twierdzących, że są obiektywni trąci hipokryzją. Najczęściej obiektywizm ma zapewnić przymiotnik „naukowy”, co widzimy najdobitniej w sprawie marksizmu, ale objawiało się już od Oświecenia, gdy autorytet uczonych i filozofów uzasadniał powstawanie rządów autorytarnych i walkę propagandową ze starym porządkiem. Obecnie wiele ideologii traktuje rodzinę właśnie

jako przejaw „ancient regime”. Po części wynika to z rewolucji seksualnej, która (we własnym mniemaniu) skutecznie oddzieliła seks od prokreacji i tym samym uwolniła ludzkość z niewoli wierności. To, co zapewniało wychowanie potomstwa, brak zagrożenia chorobami wenerycznymi czy stabilność społeczeństwa przestało się liczyć w chwili, gdy można było współżyć bez ryzyka „wpadki”. Rozwój medycyny wykorzystany został przez ludzi, dla których małżeństwo jest tworem jedynie kulturowym, tak samo jak płeć. Małżeństwo stanowi podstawę rodziny, stanowi związek kobiety i mężczyzny. Co jednak, gdy o tym, kto jest kobietą decyduje nie kod genetyczny określający płeć (ang. „sex”) a wybrana przez jednostkę „rola społeczna” (ang. „gender”)? Redefinicja tożsamości człowieka, czyli próba przeko-

nania nas, że mamy władze nawet nad tym, czy jesteśmy kobietami czy mężczyznami może zdawać się śmieszna – dopóki chłopców w przedszkolu nie zmusza się, by udawali dziewczynki. Edukacja jest tak nastawiona, by dzieci traktowały małżeństwo dwóch mężczyzn jak prawdziwe. Jednocześnie od najmłodszych lat zabiega się o seksualizację, zaburzająca naturalny rozwój i wchodząca z butami w jeden z obowiązków rodziców, czyli przekazanie pewnych norm moralnych i wiedzy o seksualności. Rodzina jest zagrożona. To fakt, jednak przyczyna nie są starania rządów czy ideologów. Oni tylko żerują na istniejących już patologiach i problemach. To od rodzin zależy, czy państwo bez trudu zajmie miejsce mamy i taty czy może będzie musiało się pogodzić z istnieniem czegoś poza własnym systemem. 

27


TEMAT NUMERU - Siła Rodziny 28

Potęga rodziny N Mateusz Ponikwia

R

odzina jest uważana za podstawową komórkę społeczną. Stanowi ona wspólnotę osób, która kształtuje postawy ludzkie. Jest to pierwotne środowisko dające możliwość wszechstronnego rozwoju, zaspokajania potrzeb oraz wprowadzenia człowieka w świat wartości i norm społecznych. Perspektywa przejmowania poglądów, postaw i wzorów postępowania sprawia, że rodzina w pewien sposób uczestniczy we współkształtowaniu tożsamości jej członka. To, czego uczymy się w rodzinie, pozostaje na całe życie. Funkcja wychowawcza nie sprowadza się jedynie do modelowania postaw dzieci, ale nierzadko samych rodziców. Decydując się na małżeństwo i założenie rodziny przyjmują oni nowe role, stają w obliczu różnorakich wyzwań. To,

iektórzy uważają, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach. Odnosząc się do tej tezy należy jednak uznać ją za nieprawdziwą i często krzywdzącą. Można przedstawić mnóstwo sytuacji, w których uzyskujemy wsparcie najbliższych. O doniosłym znaczeniu rodziny mówi wielu psychologów. Jej rolę docenia także Kościół.

Rozbite rodziny nie należą niestety do rzadkości. Podobnie jak rodziny, w których zamiast miłości, ciepła i szacunku do drugiego człowieka, panuje alkohol, awantury i pogoń za pieniędzmi, karierą czy sławą.

co jawiło się dawniej jako obce, musi zostać oswojone. Zawierając sakramentalny związek niejako przejmujemy odpowiedzialność za jego trwałość i dalsze losy. Dotychczasowe życie ulega diametralnym zmianom. Małżeństwo uczy kompromisu. Podejmując problemy dnia codziennego, należy liczyć się bowiem z opinią drugiej osoby. Z kolei powzięcie decy-

zji o posiadaniu potomstwa powoduje, że rodzice biorą odpowiedzialność za nową osobę, która automatycznie staje się kolejnym członkiem tworzonej przez nich rodziny. Wchodzą oni w rolę swoistego gwaranta. Nie chodzi tylko o zaspokojenie potrzeb materialnych. Nie wystarczy bowiem dać dziecku dach nad głową, zapewnić wikt i opierunek. Nade wszystko chodzi o zagwarantowanie bezpieczeństwa, które umożliwi stabilny wzrost i rozwój organizmu na wszelkich płaszczyznach – poczynając od fizjologicznej, poprzez psychologiczną, skończywszy na społecznej. Zdaniem psychoanalityków prawidłowe wychowanie w wieku dziecięcym sprzyja kształtowaniu pożądanych postaw społecznych oraz stymuluje właściwy rozwój osobowości. Największe znaczenie


źródło: www.pixabay.com

przypisuje się okresowi do ukończenia piątego roku życia. To wówczas dziecko najintensywniej poznaje otaczający je świat. To w tym czasie, dzięki obserwacji zachowań najbliższych osób, zwłaszcza rodziców i rodzeństwa, w jego świadomości kształtują się wszelkie reguły rządzące światem. To także wtedy poznaje zachowania dozwolone, jak i zabronione. Poznanie dziecka nie ogranicza się tylko do materialnej indentyfikacji rzeczywistości. Dochodzi bowiem do odbierania i uczenia się emocji oraz przyswajania dostrzeganych zachowań. Z uwagi na fakt, że najwięcej czasu (co do zasady) malutkie

dziecko spędza w obecności rodziców, to na ich barkach spoczywa ciężar dbałości o jego wychowanie. Wszak zachowania rodziców są zapamiętywane i powielane przez ich pociechy. Społeczny proces uczenia rozpoczyna się już na wczesnym etapie rozwoju. Dlatego tak ważnym jest, aby przebiegał on w sposób prawidłowy i niczym niezakłócony. Nie dziwi więc zaangażowanie lekarzy i psychologów, którzy co rusz podkreślają doniosłe znaczenie rodziny w kształtowaniu przyszłych pokoleń. Środowisko rodzinne stanowi źródło miłości i akceptacji, daje poczucie bezpieczeństwa przez spójność we-

wnętrzną i obecność osób, na które można liczyć. Rodzina wpływa na osobowość, modeluje losy jej członków. Jeżeli zatem pogarsza się jej kondycja, może to oddziaływać destrukcyjnie na funkcjonowanie zarówno tejże jednostki, jak też całego społeczeństwa. Dzisiejszy świat wydaje się nie dostrzegać rodziny jako elementu wpływającego na prawidłowe formowanie i wychowanie naszych potomków. Bardzo mocno wybrzmiewa bowiem slogan hołubiący indywidualizm. Jakże często słyszymy o dbaniu wyłącznie o swoje dobro. Nie ustają próby wmówienia, że w pojedynkę „można zawo-

29


jować świat”. Na piedestał wynosi się niezależność i możliwość podejmowania samodzielnych decyzji. Niewielu zaskakuje entuzjastyczne podejście do coraz liczniejszych i częstszych rozwodów. Rodzina bowiem ukazywana jest czasami jako nadmierny balast, niepotrzebne problemy, „piąte koło u wozu”. Rozbite rodziny nie należą niestety do rzadkości. Podobnie jak rodziny, w których zamiast miłości, ciepła i szacunku do drugiego człowieka, panuje alkohol, awantury i pogoń za pieniędzmi, karierą czy sławą. Przypomnijmy sobie jakże często ogólnopolskie serwisy informacyjne podają wiadomości o nieodpowiedzialnym zachowaniu rodziców, pozostawianiu potomstwa samemu sobie czy stosowaniu przemocy wobec dzieci. Choć informacje te są przedstawiane czasem w sposób nader

przesadny i nastawione są na wzbudzenie sensacji w społeczeństwie, to jednak pozostają faktami. Myślę, że skłania to do podjęcia refleksji i w efekcie do konkluzji, że rodzina jest bardzo ważnym fundamentem dla naszego przyszłego życia. Doceniając rolę rodziny w kształtowaniu naszego życia, musimy dostrzec, że to, w jakim miejscu się znajdujemy, po części zależy od tego, w jaki sposób zostaliśmy wychowani, czego nauczeni. Nie chcę mówić o jakiejkolwiek formie determinizmu, ale o współzależności wielu czynników. Nie żyjemy w próżni. Wszystko, co nas otacza, wywiera na nas wpływ, w jakiś sposób oddziałuje. Z całą pewnością najsilniejsze wpływy odczuwamy w dzieciństwie. Jest to bowiem czas kształtowania naszej osobowości i charakteru. Rodzice, jako osoby posta-

wione na drodze naszego życia już na samym jego początku, chcąc nie chcąc, czasem nawet nieświadomie, oddziałują na nas. Nazbyt ryzykowne jest stwierdzenie, że z rodziną dobrze wychodzimy jedynie na zdjęciach. Rodzina, nie tylko ta najbliższa, ma bowiem fundamentalne znaczenie dla człowieka. Jeżeli tylko wzajemne relacje i więzi oparte są na zaufaniu, miłości i szacunku, to w innych członkach możemy odnaleźć wsparcie, pocieszenie i zrozumienie. Człowiek do życia potrzebuje innych osób. Nie ma jednostek autarkicznych, samowystarczalnych. Każdy, aby przeżyć, musi bratać się z innymi. To właśnie rodzina umożliwia przetrwanie nawet najcięższych chwil i najtrudniejszych momentów w życiu. 

źródło: www.pixabay.com

30


31


TEMAT NUMERU - Siła Rodziny

AAA. Szukam żony ZS , Małgorzata Różycka

O

d razu mówię, że nie jestem matrymonialnym ekspertem. Póki co, nie znalazłam też jeszcze osoby, którą widziałabym w roli współmałżonka. Nie zamierzam także wstępować w najbliższym czasie w związek małżeński. Jednak zbliżająca się wielkimi krokami trzecia dekada życia (jakkolwiek patetycznie to brzmi, jest to prawdą), wymusza konfrontację z własnymi oczekiwaniami i podjęcie działań mających na celu osiągnięcie spełnienia oraz satysfakcję, w tym przypadku nie tyko własną. Dlatego niczym bohater kultowej piosenki „Whisky” zespołu „Dżem”pomyślałam o przyszłym mężu, a dokładniej mówiąc, o jego poszukiwaniach. PIERWSZE SCHODY Jednak już samo sformułowanie „szukać męża/ żony” wzbudziło we mnie

32

ałożenie rodziny to marzenie wielu młodych ludzi. ęk w tym, że do jego spełnienia potrzeba drugiej osoby podzielającej to samo pragnienie. Teoretycznie kandydatów jest pod dostatkiem, ale tego właściwego człowieka spotkać wcale nie tak łatwo. Jak się do tego zabrać, by się udało? Subiektywny (anty) poradnik dla poszukujących żony/męża.

Sprawę przyszłego współmałżonka trzeba wziąć w swoje ręce ze świadomością, że to na nas będzie spoczywać ciężar codziennego budowania i pogłębiania relacji, a nawet walki o nią.

spore wątpliwości, wszak jeden z najbardziej cenionych przeze mnie poetów – ks. Jan Twardowski pisał w swoim wierszu: „miłości się nie szuka/jest albo jej nie ma”, a w innym miejscu „kto miłości szuka ten nikogo nie kocha”. Proste, wyraźne i niezwykle mocno brzmiące słowa. Trudno się z nimi nie zgodzić. Szukanie zakłada, że znajdując, osiągam cel. A spotkanie dwóch osób to przecież dopiero początek małżeństwa i rodziny.

Można powiedzieć, że się czepiam, ale warto też mieć na uwadze fakt, że słowa kreują naszą rzeczywistość i warto staranniej dobierać pojęcia do treści, które mają opisywać. Całe to językowe zamieszanie uświadomiło mi, iż sprawa naprawdę jest trudna, a przy tym najwyższej wagi. Mimo to postanowiłam się nie poddawać i swoją dotychczasową wiedzę (niekoniecznie pochodzącą z autopsji) zebrałam w formie małego antyporadnika, ponieważ w kwestii miłości zdecydowanie łatwiej stwierdzić, czego nie robić. PRZEZNACZENIE Słowo co najmniej przereklamowane. A wręcz niebezpieczne, bo sugeruje, że na świecie istnieje tylko jedna osoba, z która możemy być szczęśliwi. I do tego nie zawsze jest jasne, kto albo co o tym decyduje. Bóg? Fatum? Zrządzenie


źródło: www.pixabay.com

losu? Powiewa to wszystko jakimś okrutnym determinizmem, którego nie sposób pogodzić z chrześcijańską wizją ludzkiej miłości, będącej świadomym wyborem związania się z drugą osobą i postawą wzajemnego oddawania się sobie niezależnie od stanu konta, zdrowia itp. Do wielu osób przemawia romantyczny (moim zdaniem jednak bardziej kiczowaty) obraz dwóch połówek pomarańczy, które idealnie do siebie pasują i muszą się spotkać, by móc stworzyć harmonijną całość. Nie tędy droga. Wiadomo, że łatwiej podjąć wyzwanie miłości z kimś, kto pociąga nas swoją osobowością oraz powierzchownością, z kim łączy nas szczególna więź, przywiązanie, może nawet i przyjaźń. Z całą pewnością nie jest jednak tak, że w całej czasoprzestrzeni istnieje tylko jedna osoba, z którą możemy zawrzeć udany związek małżeński. A jak jej nie odnajdziemy, to przegraliśmy. Sprawę przyszłego współmałżonka trzeba wziąć w swoje ręce ze świadomością, że to na nas będzie spoczywać ciężar codzienne-

go budowania i pogłębiania relacji, a nawet walki o nią. I lepiej zabrać się do dzieła bez łudzącego obrazu połówek owocu, które po połączeniu nie potrzebują już żadnego udoskonalenia. BABCIE, CIOCIE I SPÓŁKA Są absolutnymi mistrzyniami świata we wpychaniu w związek małżeński. Choć mało kto bierze sobie do serca na poważnie ich wypowiedzi w stylu: „Masz już narzeczonego?”, „Tak bym chciała doczekać twojego ślubu!” itp., to mają one tendencję do wpajania nam przekonania, że małżeństwo to jedyna słuszna droga i trzeba je zawrzeć do pewnego wieku, bo potem to albo nie ma się szans na znalezienie partnera, albo oficjalnie przyznaje się, że załapało się z tzw. drugiego sortu dla tych mniej atrakcyjnych. Nawet jeśli te sądy traktujemy z przymrużeniem oka, to potrafią one wywołać naprawdę spore zamieszanie, które często zbija z tropu samodzielnego myślenia i decydowania o sobie. Dlatego warto zadać sobie pytanie, czy małżeństwo to

naprawdę droga dla mnie i skąd pochodzi ta myśl? Czy jest to odkrywany przeze mnie autentyczny głos powołania czy może raczej kwestia spełniania oczekiwań rodziny i bezrefleksyjnego wchodzenia w społeczne schematy? Rozeznanie w tej materii to rzecz fundamentalna dla możliwości podjęcia świadomej decyzji, leżącej u podstaw małżeństwa i zakładania rodziny. PACIOREK ZA MĘŻA Dużą popularnością cieszą się modlitwy o dobrą żonę/dobrego męża. Ich adresatami są przeważnie święci Józef i Antoni, znani z pomocy w poszukiwaniu małżonków. Osobiście też uskuteczniam codziennie modlitwę w tej intencji i uważam, że to pomysł naprawdę godny wszelkiej pochwały. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo, przed którym chciałabym przestrzec. Mam tu na myśli zabobonne podejście do sprawy − taki godny poganina handelek. Ja Ci paciorek, ty mi żonę/męża. W takim razie może od razu lepiej dwa paciorki, żeby

33


źródło: www.pixabay.com

na pewno był(a) dobra/-y. Albo od innej strony: jak się nie pomodlę, to na sto procent nikogo nie znajdę. W najlepszym wypadku związek szybko się rozleci. Szlachetna idea powierzenia Panu Bogu naszych najważniejszych decyzji znajduje tu mocno wypaczone ujście, które niewiele ma wspólnego z zaufaniem Opatrzności. Jesteśmy ludźmi i nasze motywacje nie zawsze są całkiem czyste, ale wystarczy co jakiś czas zastanowić się nad tym, po co i o co się tak naprawdę modlimy, by móc na bieżąco kontrolować jakość naszej modlitwy i dawać jej tym samym szansę na większą skuteczność. UMIEĆ CZEKAĆ Cierpliwość to nie jest nasze ulubione słowo, ale w kontekście modlitwy i poszukiwania przyszłego małżonka pasuje jak ulał. Bierne czekanie, aż niebiosa podsuną nam konkretną osobę, jest bezmyślną naiwnością. Bóg bardzo chętnie nam pomoże pod warunkiem, że zechcemy podjąć jakąś aktywność. Jak w dowcipie o człowieku, który miał pre-

34

tensję, że Bóg nie sprawił, żeby wygrał w totolotka, przy czym przez całe życie nie posłał ani jednego kuponu. Rzecz jasna, Opatrzność nie działa na zasadzie maszynki do spełniania naszych życzeń i w kwestii związków cierpliwość potrzebna jest jak nigdzie indziej. Wbrew pozorom to nie jest tzw. miłość od pierwszego wejrzenia, składająca się głównie z żywiołowych emocji, lecz żmudnie budowane krok po kroku relacje oraz czas zainwestowany w poznawanie siebie w wielu sytuacjach pozwolą nam odnaleźć osobę, z którą zdecydujemy się spędzić resztę życia. To zakochanie rodzi się w ciągu sekund, a miłość dojrzewa latami. Dlatego trzeba dać sobie czas na poznanie różnych osób, na błędy i wyciąganie z nich wniosków. I wcale nie jest powiedziane, że musimy się z tym uwinąć do którychkolwiek urodzin. Co nagle, to po diable. W tym przypadku święta prawda. NAGRODA POCIESZENIA Masz wrażenie, że coś przegapiłaś/-eś i ci najład-

niejsi, najprzystojniejsi, najfajniejsi są już dawno zajęci? To znaczy, że patrzysz nie tam, gdzie trzeba. Zamiast rozglądać się za tymi, którzy potencjalnie są dla Ciebie, marnujesz czas na oglądanie cudzego szczęścia. Wiedz o tym, że nie jesteś jedyną myślącą w ten sposób osobą i może wypadałoby w końcu coś zrobić i się spotkać, zamiast stać i patrzeć z boku. Miejsc i okazji jest pod dostatkiem. Pierwszy krok może zrobić każdy (dziewczyna też!), a jedno spotkanie nie obliguje od razu do kontunuowania znajomości. Nie warto też sugerować się historiami innych par. Miłość jest tak niesamowicie piękna, że nie potrzebuje tworzyć dwa razy identycznych historii. Każda jest inna i warto dać się ponieść, nie zakładając wcześniej, że mnie trafi się co najwyżej jakaś nagroda pocieszenia. Przygotowywanie w głowie gotowego scenariusza też nie należy do najszczęśliwszych pomysłów. Życie naprawdę sprawia cudowne niespodzianki. Daj się po prostu zaskoczyć!


35


TEMAT NUMERU - Siła Rodziny 36

Naturalne planowanie rodziny N

ajwyższy czas wiedzieć, z czym to się je. Ale nie podam ryby. Dam wędkę i pokaże rodzaje przynęty. Największą przyjemnością jest samemu oceniać i wybierać.

Aleksandra Frontczak

N

aturalne planowanie rodziny można by dziś określić jako kontrowersyjne, nieskuteczne, przestarzałe, niemodne. Użyć można by również wielu innych, bardziej zapewne dosadnych określeń na NPR, gdyby spojrzeć na sprawę tylko powierzchownie i bynajmniej bez większego zainteresowania. Niemniej jednak takie artykuły jak ten, powstają pośród rzeszy krytycznych tekstów, aby nie tyle oczyścić NPR z wszelkich zarzutów, ile przybliżyć niedoinformowanym pewne fakty. Nie będę tutaj zachęcać, publikować świadectw małżeństw z powodzeniem stosujących NPR (i nie mających przy tym siedmiorga dzieci, jakby się mogło wydawać sceptycznym). Niech dostępne metody przemówią same za siebie. Na początku jednak należy sprostować pewne krążące i cieszące się spo-

Naturalne planowanie rodziny nie jest też, jak wielu sądzi, kalendarzykiem małżeńskim pod inną nazwą. Metoda kalendarzyka znana była, owszem, już w starożytności.

rą (o dziwo!) popularnością synonimiczne określenie NPR-u, jako katolickiej/ chrześcijańskiej antykoncepcji. Jest to określenie nieprawdziwe. Wyjaśnienia nie trzeba szukać daleko. Jak sama nazwa wskazuje NATURALNE – owe metody nie ingerują w naturalny tryb płodności kobiety na żadnym z jego etapów, jak również nie blokują naturalnej płodności kobiety (nie hamują jej ani też nie „usy-

piają”); PLANOWANIE – metody dostępne dziś na rynku medycznym, a promujące NPR, skupiają się właśnie na planowaniu przy jednoczesnej akceptacji płodności małżonki i cieszenia się wspólnie tym darem w pożyciu dwojga ludzi. Płodność jest darem od Boga, ale Bóg dał nam również mądrość i możliwość przygotowania się do macierzyństwa/ojcostwa zarówno psychicznie, jak i duchowo, mentalnie i przede wszystkim finansowo; RODZINY – naturalnym następstwem rzeczy w małżeństwie jest rozbudowanie go, wydając na świat potomstwo. Wszystko, co związane jest z NPR polega na byciu świadomym daru płodności, rozpoznawania go u siebie i mądrym zaplanowaniu rozmiarów swojej rodziny, będąc jednocześnie otwartym na możliwość poczęcia. Naturalne planowanie rodziny nie jest też, jak wielu


źródło: www.pixabay.com

sądzi, kalendarzykiem małżeńskim pod inną nazwą. Metoda kalendarzyka znana była, owszem, już w starożytności. Jednakże warto podkreślić, że przeznaczona była jedynie dla kobiet z idealnym, „książkowym” powiedzielibyśmy dzisiaj, cyklem miesiączkowym (28 dni). Wspomnieć też należy o największej rewolucji w regulowaniu poczęć, którą wywołało wprowadzenie w USA tabletek antykoncepcyjnych w 1960 roku (w Polsce w 1966). Skuteczność ochrony przed ciążą jaka gwarantowana jest przez pigułki (dwuskładnikowe –99,7%, jednoskładnikowe 99,49%skuteczności) spowodowało prawie całkowite odstawienie do lamusa metod naturalnych, znanych właśnie jako kalendarzyk lub będących dopiero w fazie testów. Nie świadczy to jednak o tym, że nie rozwijały się one, nie ewoluowały, aczkol-

wiek procesy te miały miejsce w cieniu antykoncepcji, która bezdyskusyjnie zawojowała świat seksu, debiutując niemalże równocześnie z seksualną rewolucją lat 60. I 70. XX wieku. Tamte wydarzenia bezsprzecznie przyczyniły się do stereotypizacji poglądów na temat NPR-u, przypisując mu wspomnianą już wcześniej nieskuteczność, przestarzałość i katolickość. Nie można jednak nie zauważyć, że skuteczność metod naturalnych w tempie błyskawicznym rośnie, dodatkowo mając na swoim koncie modny w tych czasach walor w postaci słowa NATURALNE. W Polsce powstaje coraz więcej klinik, w których nie przypisuje się tabletek antykoncepcyjnych, promując jednocześnie NPR. Jeszcze ciekawszym zjawiskiem jest fakt, że coraz więcej kobiet nie deklarujących się jako wierzące powraca do naturalnych metod

planowania rodziny. Jakie więc metody proponuje nam współczesna medycyna? METODA BILLINGSONÓW Autorami tej metody jest małżeństwo lekarzy – John i Evelyn Billingsonowie. Badania nad tą metodą zaczęli prowadzić w latach 40. XX wieku. Metoda ta polega tylko na badaniu objawów, a właściwie jednego objawu jakim jest śluz szyjki macicy. Stosowanie tej metody po roku to 78-80% skuteczności, a przy stosowaniu się do wszystkich jej zaleceń i dużej dokładności w badaniu to aż 97% skuteczności. Śluz, wbrew pozorom, jest bardzo istotnym elementem decydującym o poczęciu. Pomaga bowiem transportować plemniki a także umożliwia ich przeżycie. Na różnych etapach między miesiączkowych konsystencja śluzu, jego mokrość, lepkość, przejrzystość, rozciągliwość,

37


źródło: www.pixabay.com

a nawet zapach są inne i to właśnie ich obserwacja pomaga nam rozpoznać kiedy kobieta jest najbardziej płodna, a kiedy nie jest płodna w ogóle. METODA CREIGHTONA Według lekarzy metoda ta jest wyspecjalizowaną, ulepszoną wersją metody Billingsonów. Jednakże rządzi się ona własnymi „odczytami”. W niej bowiem, poza badaniem śluzu, istotne jest także badanie wydzieliny pochwowej, intensywności krwawień podczas miesiączki, występowanie brudzeń i plamień około miesiączkowych i śródcyklicznych. Metoda ta nie wymaga badania szyjki macicy ani pomiaru temperatury ciała. Skuteczność tej metody stale rośnie, obecnie osiągając 97,9% skuteczności przy dokładnym przestrzeganiu wszystkich wskazań. Warto także wspomnieć, ze model Creightona wykorzystywany jest także w naturalnej, coraz popularniejszej metodzie leczenia niepłodności jaką jest NaProTechnologia (znana też jako alternatywa dla In Vitro).

38

METODA TERMICZNA Jest to metoda jednowskaźnikowa polegająca na badaniu podstawowej temperatury ciała (PTC). Temperaturę powinno się badać każdego dnia o tej samej godzinie poprzez jamę usta, odbyt lub pochwę przez co najmniej 5 minut (przez usta 8 minut). Wraz z pomiarem powinno się uwzględniać także objawy choroby, stres, obciążenie fizyczne i psychiczne, wypity alkohol, ale także zmianę termometru czy godziny badania. Obserwacja wszystkich tych rzeczy pozwala na wyliczenie dni płodnych i niepłodnych. Model ten obecnie stosowany jest najczęściej u kobiet z krótkim cyklem. Jego skuteczność przy ścisłym stosowaniu się do wszystkich zaleceń to 98,8% - 99,2%. METODA OBJAWOWO – TERMICZNA W przypadku tej metody wyróżnia się jej kilka rodzajów, wszystkie jednak polegają na badaniu podobnych objawów (śluz, PTC, stan szyjki macicy). Różnią się tylko ich odczytywaniem lub

metodą zapisu: 1. Metoda Roetzera 2. Metoda Kippley’ów 3. Metoda angielska 4. Metoda Kramarek (opracowanie polskie) Wszystkie możliwe metody NPR powinny być indywidualnie dobrane dla kobiety przez lekarza specjalistę. Jak już wcześniej wspomniałam, w Polsce powstaje coraz więcej klinik nastawionych na NPR. Znaleźć je można w dużych miastach Polski (nie tylko). Korzystać można także z dostępnych kursów, które najczęściej reklamowane są na stronach internetowych o tejże tematyce. Nauka tych metod, nie ma co ukrywać, wymaga odpowiedzialności obojga małżonków (choć tylko kobieta dokonuje badań, warto, żeby także jej mąż wiedział o co chodzi), staranności i sumienności. Nauka trwać może od 3 do 6 miesięcy i wymaga wprawy, jeśli osiągnąć chcemy najwyższe procentowe wyniki skuteczności. Zainteresowani? Zachęcam do samodzielnego szukania. Polecam www.npr.pl.


39


TEMAT NUMERU - Siła Rodziny 40

Wychowanie nie tylko w rodzinie J

eśli ktoś chciałby zaprzeczać temu, że rodzina odgrywa wyjątkowo ważną rolę w naszym wychowaniu, zostałby przeze mnie wyśmiany. Jednak nie tylko podstawowa komórka społeczna wpływa na to, kim i jacy będziemy. I jak wiele rzeczy, fakt ten można wykorzystać dla dobra, jak również do zła.

Dominik Cwikła

Znane powiedzienie, że rodziny się nie wybiera niesie ze sobą ogromny i brutalny ładunek prawdy. Poznałem wiele rodzin, gdzie jedne od drugich dzieliła przepaść. Sam nie pochodzę z rodziny idealnej i nie mam z tym obecnie problemów. Rodzice od dawna nie mieszkają razem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie miało to na mnie wpływu, bo miało. I to ogromny. Pan jednak chciał, że na mojej drudze stanęło kilka osób, których obecność sprawiła, że słyszałem wewnętrzny głos, który mówił: Dominik, ogarnij się! No i się udało. Nie było to jednak łatwe. Rodzina koduje człowiekowi pewien obraz świata, który ma wpływ na nasze postrzeganie, rozumienie oraz wybory. Przykład: wielokrotnie już słyszałem od kobiet – za-

Próbowałem wiele razy zmienić swoje życie. Wiele razy wyszło "jak zwykle", zaś w tle leciała piosenka Budki Suflera. Kilkukrotnie też sądziłem, że oto upragniona zmiana nadeszła, po czym okazywało się to być bolesnym rozczarowaniem. W końcu jednak, od kilku lat już, uważam, że jest dobrze.

równo tych w moim wieku jak i o dziesięć lat starszych – że nie zgadzają się z tym, że w małżeństwie powinien rządzić mężczyzna, a kobieta winna być mu posłuszna. Jeśli rozmówczyni trochę się otworzyła, okazywało sie, co było tego powodem: alko-

hol i przemoc. "Rządzić", czyli podejmować decyzje dla dobra rodziny. Natomiast ze względu na przemoc, czy nieraz – najprościej mówiąc – patologie, które występowały w domu, kobieta rozumiała co innego. Ja mówię "rządzić", a ona rozumie "móc bezkarnie bić żonę/ dziecko". W takich bowiem warunkach została wychowana. Widać więc, rodzina wykuła pewien obraz świata, a nawet definicję w umyśle tej kobiety. Czy tego chciała? Z pewnością nie. Tutaj kłania się wspomniane już przysłowie – rodziny się nie wybiera. ALE ŚRODOWISKO JUŻ TAK Koledzy i koleżanki, z którymi przebywamy w szkole/na studiach/w pracy, mają także ogromy wpływ na nas. Mniejszy niż rodzina, bo ta "progra-


źródło: www.pixabay.com

muje nas" od urodzenia. Środowisko zaś, mniej lub bardziej, świadomie wybieramy i możemy je zmienić. Niektórzy robią to wybitnie często. Pojawia się więc kwestia wyboru. Studiując na mojej pierwszej uczelni, po pierwszym semestrze zmieniłem środowisko, by wytrzeźwieć. I to dosłownie. Był to okres, gdy alkohol przepływał przez mój organizm w ogromnych, zdecydowanie za dużych ilościach. Stając w prawdzie przed sobą, powiedziałem sobie: tak nie może być. Jednak to nie ja porzuciłem środowisko, ale ono mnie. Okazało się nagle, że brak chęci do picia poluzował wszystkie niemalże więzy, które łączyły mnie i pozostałą grupę ludzi. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że alkohol może tak sprawnie zastąpić wszystko inne, jak np. wspólne zainteresowania czy wartości.

Można też wybrać źle. Ponieważ jednak wszyscy zapewne byliśmy w szkole maltretowani filmami o sektach czy narkotykach, więc możliwości złego wyboru oraz konieczności unikania grup związanych z tego typu rozrywkami Wam oszczędzę. TO CO MNIE W KOŃCU KSZTAŁTUJE? Wielu z Was to przerazi, ale odpowiedź jest prosta: nasze wybory. W dzisiejszym świecie styczność ze sobą mają różne grupy społeczne, dostęp do informacji jest także łatwy. Każdy mniej więcej wie, co jest dobre, a co złe. Problemem w kształtowaniu siebie jest podjęcie wyboru, a za nim od razu działań, które zmierzać będą do naszego rozwoju. Gdybym pozostał przy tym, co znałem ze swojej szkoły oraz ze swojego środowiska, w życiu nie wziąłbym

się za pisanie czegokolwiek. No, może graffiti na murach, choć i to za dużo powiedziane, bo nie chciałoby mi się kupować spreju. Pominę historię swojego życia, bo za dużo by tego było, a i nie każdego by ona interesowała. Ważny jest jednak jej sens: wybór i determinacja. Choćbyśmy pochodzili z najgorszego rynsztoku i z odmętów społecznych, mamy szansę wziąć się za siebie i "wyjść na ludzi". Wielu jednak nie ma odwagi do tego. Albo po prostu nie chce. Mimo wszystko łatwym jest życie pełne narzekania, jaki to świat jest brutalny, niesprawiedliwy, etc. Nie jest rzeczą łatwą wyjść z bagna swojego życia, by mierzyć wyżej. Wtedy podejmujemy ryzyko i możemy przegrać. I, czego boi się dzisiejszy świat, stajemy się coraz bardziej odpowiedzialni za siebie i za innych.

41


źródło: www.pixabay.com

Jeśli czytasz to i Jesteś przed ważnym wyborem, to moja rada brzmi: spróbuj. Jeśli próbujesz zmienić swoje życie na lepsze po raz pierwszy, to wiedz, że zapewne Ci nie wyjdzie. Ale nie martw się. Człowiek sukcesu to nie ktoś, kto zamienia w zwycięstwo wszystko, czego się dotknie. Takie myślenie, to błąd. Prawdziwie wielkim człowiekiem jest ten, który próbuje wystarczająco długo, aż w końcu mu się uda. TRZEBA CHCIEĆ Próbowałem wiele razy zmienić swoje życie. Wiele razy wyszło "jak zwykle", zaś w tle leciała piosenka Budki Suflera. Kilkukrotnie też sądziłem, że oto upragniona zmiana nadeszła, po czym okazywało się to być bolesnym rozczarowaniem. W końcu jednak, od kilku

42

lat już, uważam, że jest dobrze. Niestety, znam też osoby, które po prostu nie chciały zmieniać swojego tragicznego położenia. I o ile nie mówię tego często, o tyle bardzo boli mnie sytuacja bardzo bliskiej mi niegdyś osoby. Otóż mój przyjaciel z czasów jeszcze gimnazjalnych (a więc ponad 10 lat znajomości) wychowywał się w totalnej patologii. Ja wyjechałem na studia, potem zacząłem pracować, a obecnie ponownie studiuję. Natomiast on, mimo otrzymania ogromnej pomocy, m.in. załatwienia pracy przez kolegów, nie zmienił nic. Do pracy załatwionej nawet się nie zgłosił, szkołę rzucił i do dzisiaj egzystuje jak egzystował. Nie jest tak, że nie miał szans, bo

miał ich więcej ode mnie. Natomiast zabrakło woli poprawy i zmierzenia się z rzeczywistością. Bo tak jest wygodniej. Bolesny dla mnie kontrast między nim a mną pokazuje, że – mimo pewnego uwarunkowania naszego charakteru oraz wstępnych możliwości na przyszłość – rodzina nie determinuje nas na całe życie. I jest to dobra wiadomość – w jakkolwiek wielkim bagnie byśmy się wychowywali, mamy szansę z niego wyjść. Działa to też w drugą stronę – w jakkolwiek świetnych, pełnych miłości oraz pełnych materialnych rzeczy warunkach wyśmy się wychowywali, zawsze możemy zapędzić się w bagno. A Ty po której stronie chcesz być? 


43


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 44

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

45


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA - A po-co-to, na-co-to? 46

Ekumenizm D–

la jednych – pełnienie woli Bożej. Dla innych największa herezja XX wieku. Czym jest ekumenizm i czy naprawdę jest on tak istotny?

Rafał Growiec

P

ierwsi chrześcijanie widząc mapę wyznaniową Europy chwyciliby się za głowy i pokręcili nimi na tyle, na ile pozwalałaby szczęka opadła aż do podłogi. Święty Paweł zgromiłby nas, że nie ma Kościoła Luterańskiego, Kalwińskiego, Katolickiego, tak jak nie było chrześcijan Kefasa, Apollosa czy Pawła (por. 1 Kor 1). A już nie do pomyślenia byłyby dla nich wojny między chrześcijanami o sprawy teologiczne. Chrystus nie powiedział: „Ty jesteś Piotr, czyli Skała i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bok jeszcze parę takich mniejszych Kościołków i troszkę mniejszych Kościółeczków i masę takich, co jeszcze nawet nie wiadomo, czy są to Kościoły”. Rozumienie Kościoła, jako jednego Mistycznego Ciała, mającego jedną Głowę w osobie Chrystusa wymusza dążenie do jedności. Tymczasem kolejne odła-

Problemem jest też to, jak rozumiemy „zjednoczenie chrześcijan”. Czy to tylko zaprzestanie wojny między nimi? Uznanie, że wszystko jedno w jakiej jest wspólnocie nasz znajomy/brat/ sąsiad, nawet gdy zasadniczo przeczy ona temu, w co sami wierzymy i uznajemy za istotne dla zbawienia? my chrześcijaństwa podlegają tajemniczej arytmetyce, która nawet sumując wszystkie elementy zbioru nie jest zdolna osiągnąć całości. Proces nie jest nowy – w Kościele zawsze były grupy odchodzące od ortodoksji, balansujące na granicy hete-

rodoksji (nauka inna, ale dopuszczalna) a wreszcie popadające w herezję. Co tu dużo mówić: większość „Kościołów odłączonych” z perspektywy dogmatyki to wspólnoty heretyckie, odrzucające jakiś dogmat lub istotną prawdę wiary. Najczęściej to teologia, oparta na jakichś konkretnych naukach założyciela ruchu decydowała o rozłamie w Kościele. Rzadziej polityka i historia – Henryk VIII doczekał się tytułu „Obrońcy wiary” za walkę z Reformacja nim sam zapragnął niezależności od Rzymu. Pojawia się nowa nauka, która zyskuje zwolenników, z jednej wspólnoty robią się dwie. I po jakimś czasie pojawia się kolejna nowa nauka, nowa wspólnota się dzieli – zwłaszcza, gdy teologia jest niedopracowana i podatna na interpretacje, a wiara wiernych w autorytet przywódców silna i przyjmuje się wszystko, co powiedzą


źródło: www.misje.gdansk.franciszkanie.pl

za dogmat. Tak pokłócili się między sobą Reformatorzy, choć opierali się na tej samej nauce o sola Scriptura, sola Fide, sola Gratia. Efekt trwa po dziś dzień, gdyż wcale nie ubywa denominacji protestanckich, co więcej, wygenerowały one co najmniej dwa ruchy, gdzie można zadać pytanie o to, czy mamy do czynienia z chrześcijanami. Nic dziwnego, że to właśnie wśród protestantów narodził się nurt ekumeniczny. Kościół katolicki nigdy nie miał problemów z określeniem się wobec innych denominacji. Jest jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół, a reszta to „wspólnoty”, w dodatku pełne błędów, prowadzące do potępienia jeśli się w nich świadomie trwa. Ekumenizm zaś ma doprowadzić do zjednoczenia chrześcijan. W duchu tradycyjnego katolicyzmu prawidłowy ekumenizm to powrót

na łono Kościoła katolickiego (jak zrobił to np. Chesterton). W innym ujęciu jest to dążenie do zatarcia różnic między chrześcijanami. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, gdy najpierw dojdzie do ich pojednania. Nie można zaczynać rozmowy od wyliczenia listy krzywd i długów sprzed pół tysiąca lat. Nie można jednak o nich zapominać, gdyż bardzo często to w historii tkwi odpowiedź na pytanie: dlaczego się różnimy między sobą, choć nazywamy się chrześcijanami. WSPÓLNY MIANOWNIK A kim jest chrześcijanin? To bardzo istotne pytanie, gdyż wyznacza najszerszy krąg akceptowalnej heterodoksji. Czy Świadek Jehowy jest chrześcijaninem, skoro uznaje Jezusa za stworzenie tożsame z archaniołem Michałem? Czy mówimy w przypadku rozmowy z nimi o ekumenizmie czy już o dialo-

gu międzyreligijnym? Teoretycznie wszyscy chrześcijanie mają sakrament Eucharystii. Czy jednak można przystąpić do niej we wspólnocie, która nie uznaje realnej obecności Chrystusa w chlebie i winie? Co ze sprawami teologii moralnej? Czy małżeństwo katolików może pobłogosławić księżyna-lesbijka? Jak traktować aborcję? Szukając nici porozumienia natrafiamy na coraz więcej przeszkód. Można do nich podejść na dwa sposoby. Pierwszy, to szukanie rozwiązania problemu poprzez uzgodnienie niezgodności. W praktyce przy większości zagadnień teologicznych oznacza to tyle, że jedna strona zaakceptuje pogląd drugiej i porzuci swój. Czyli trwają nieskończone debaty, kto ma bardziej rację. Paradoksalnie jest to wyjście najlepsze, o ile rozmawiają specjaliści a nie awanturnicy chcący jedynie dokopać dyskutantom.

47


Drugie rozwiązanie to udawanie, że problemu nie ma i uznawać nawzajem sprzeczne ze sobą poglądy. O ile sprzyja to dobrej atmosferze, o tyle może doprowadzić do tego, że po kolejnym ekumenicznym zebraniu wszyscy wrócą radośni i uśmiechnięci, ale nie zbliżywszy się wiele do prawdy. Zwłaszcza w dobie kryzysu wiary, gdy całe chrześcijaństwo jest rozumiane przez „bądź dobrym człowiekiem” łatwo o płytki

dialog, będący wzajemną wymianą komplementów. Trzecie rozwiązanie, które nie jest rozwiązaniem, to zarzucenie ekumenizmu. Czyli gruba kreska, zakaz kontaktowania się z heretykami, ewentualnie tylko wtedy, gdy zechcą uznać swe błędy i pokajać się na grochu i w popiele. Przedsoborowy sposób rozmowy z innowiercami jest dziś bardzo atrakcyjny, zwłaszcza wtedy, gdy wierni sami już nie wiedzą, czy ich

ksiądz to jeszcze ksiądz, czy już pastor. Choć znane są też przypadki pastorów, którzy tak kopiują z katolicyzmu, że częściej chodzą pod koloratką niż niektórzy księża. Problemem jest też to, jak rozumiemy „zjednoczenie chrześcijan”. Czy to tylko zaprzestanie wojny między nimi? Uznanie, że wszystko jedno w jakiej jest wspólnocie nasz znajomy/brat/ sąsiad, nawet gdy zasadniczo przeczy ona temu, w co

źródło: www.siostryzorlika.pl

sami wierzymy i uznajemy za istotne dla zbawienia? Jak daleko można pójść w duchu ekumenizmu, by nie odejść (tak z grzeczności) od własnych przekonań i prawdy obiektywnej? Czy może należy wyznaczyć tylko jakąś odosobnioną płaszczyznę pojednania i współpracy? Dla denominacji protestanckich i Kościoła katolickiego może to być tylko proces realizacji wspólnych celów, jakiegoś wspólnego działania charytatywnego. Ale czy coś więcej?

48

SUMUJĄC RÓŻNICE Każdy rozłam jest raną dla Mistycznego Ciała Chrystusa – Kościoła. Z tymi ranami jest jak ze zwykłymi – nie można ich ignorować, ani nie można ich sklejać SuperGlue czy inną kropelką. Prawdziwy ekumenizm wymaga fachowej wiedzy i znajomości teologii nie tylko „swojej”, ale i „bratniej”. Do tego dochodzi znajomość historii, aby wiedzieć, w jakich warunkach kształtował się dany nurt, ale także by

w czasie przepraszania się za wszystko co się tylko da (w czym przoduje niestety Kościół katolicki) nie zacząć kajać się za to, co powinno być powodem do dumy. Na obecną chwilę trudno o stwierdzenie, czy ekumenizm ma przyszłość. Zapewne będzie kultywowany i hołubiony jeszcze przez długie lata. Czy jednak przyniesie owoce w postaci prawdziwego zjednoczenia chrześcijan?


49


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Wielki Post dla drwali

50

"J Krzysztof Reszka

Czas naszego życia na ziemi to walka. "Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?" – pyta retorycznie Hiob (Hi 7,1). Fakt, że jest to często walka duchowa, nie oznacza, że niegroźna czy nierealna. Wręcz przeciwnie... Okres, który teraz przeżywamy w Kościele, to po prostu Wielka Mobilizacja. Życie można też porównać do kawałka ziemi powierzonego każdemu z nas. Bóg daje Ci pole – uprawiaj je i obsiewaj, żeby zebrać najlepsze owoce! Zasiewaj dobre myśli, słowa, dzieła i obyczaje. W taki właśnie sposób ukazuje sprawę Biblia: "Tak bowiem jest: kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie" (2 Kor 9,6), "A co człowiek sieje, to i żąć będzie" (por. Ga 6,8), "Miła mowa pomnaża przyjaciół, a język uprzejmy pomna-

eśli siekiera się stępi, a nie naostrzy się jej, trzeba zwiększyć wysiłek. Pożyteczna jest wtedy mądrość, by osiągnąć powodzenie" – pisał Kohelet, mędrzec Izraela (Koh 10,10). To dobra inspiracja, żeby po męsku przeżyć okres 40-dniowej pokuty. Ale tak konkretnie... Trzeba potraktować ten czas poważnie. Stoczyć walkę. I odwalić kawał dobrej roboty, dzięki której świat ruszy choć trochę do przodu. Do dzieła!

Chrystus zachęca, aby w czynieniu dobra być zaarówno sprytnym, jak i kreatywnym: "Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!"

ża miłe pozdrowienia" (Syr 6,5). "Kto z mądrym przestaje – nabywa mądrości, towarzysz głupców poniesie szkodę" (Prz 13,20), "Kto sieje zło, zbiera nieszczęście, kij jego gniewu przepadnie" (Prz 22,8), "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą

wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie" (Łk 6,37-38). Życie jest także jak biznes. W przypowieści o obrotnym rządcy (Łk 16,1-8) Jezus przedstawia człowieka, który, by ocalić skórę, robi ludziom koleżeńskie przysługi, licząc, że się odwzajemnią. Znalazł się w rozpaczliwej sytuacji, gdy doniesiono jego szefowi, że trwoni jego majątek. Przewidywał, że wkrótce "wyleci" z roboty na bruk. Przywołał więc dłużników swego pana i każdemu zmniejszył dług. Niewykluczone, że obniżył innym długi, po prostu rezygnując z własnej prowizji. Zapobiegliwie rezygnował z pieniędzy, aby sprytnie zdobyć sobie przychylność i zatrudnienie na przyszłość. A przy okazji poprawił wizerunek swojemu dotychczasowemu pracodawcy. Skoro krętacz może wysilać swój mózg,


źródło: www.pixabay.com

żeby zdobyć pieniądze, to tym bardziej chrześcijanin powinien kombinować, żeby jak najwięcej miłości wcielić w życie. Chrystus zachęca, aby w czynieniu dobra być zaarówno sprytnym, jak i kreatywnym: "Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!" (Mt 10,16b). Chodzi o to, aby swój czas, pieniądze, okoliczności, uzdolnienia, znajomości – a nawet cierpienie ‒ zainwestować tak, aby wyciągnąć z tego jak najwięcej chwały Bożej. Jezus chwali w przypowieściach tych, którzy powierzone im pieniądze inwestują lub odkładają do banku, żeby odebrać je potem z zyskiem. Gani natomiast tych, którzy je zakopują lub zawijają w chustę. Przesłanie jest proste. Masz rozum i jedno życie. Bóg Cię kocha i jest Twoim Ojcem. Korzystaj z jego darów. Nie trać czasu. Dobrze by było, gdyby po skończeniu Wielkiego Postu udało się stwierdzić, że

"jednak coś tam zrobiłem". Nie będę tu szczególnie zachęcał do postanowień w stylu: "W Wielkim Poście nie będę jadł słodyczy i będę się starał być dobry". Postanowienie oczywiście zacne, ale chciałbym zaproponować, aby każdy wyznaczył sobie wielkie zadania do wykonania. Konkretne. Żeby można było łatwo zweryfikować, czy zostały już wykonane czy też jeszcze nie. Takie podejście, które można by nazwać "duchowością drwali" to oczywiście nie mój pomysł, przeczytałem o niej na blogu Pochwalony.eu w tekście "Zostań lumber-katolikiem". Oto moje propozycje, ale zachęcam do modlitwy oraz samodzielnego poszukiwania i wymyślania czegoś specjalnie dla siebie: • Do końca Wielkiego Postu przeczytam wszystkie cztery Ewangelie. Albo cały Nowy Testament. • Wejdę na Facebooka, wezmę udział w wydarzeniu: "W 2015 pomogę dzieciakom z Madagaskaru!"

i kupię za 10 zł książkę która sfinansuje szkolne podręczniki dla malgaskich uczniów. • Podziękuję komuś, kto pomógł mi w życiu, wspiera mnie, jest dla mnie ważny, ale o tym mu nie mówię. • Oddam pożyczone rzeczy lub książki, które zalegają wciąż u mnie, a już nie powinny. • Kupię bez okazji kwiaty dla dziewczyny / narzeczonej / żony i powiem jej, że ją kocham lub też w jakiś inny sposób to okażę, np. podejmując za nią jakiś męczący obowiązek (i to z uśmiechem – na większą chwałę Bożą). • Codziennie będę czytał jeden rozdział Księgi Przysłów, dzięki czemu w ciągu 31 dni poznam sporą dawkę mądrości przydatnej w życiu duchowym i społecznym, • Spotkam się z osobą która przeżywa trudne chwile, potrzebuje czyjegoś wsparcia i obecności. 

51


SERIĄ PO LITURGII

Gdy przychodzisz na Mszę z brudnymi nogami

52

W

ielki Post poprzez publiczną pokutę ma nas przygotować do świąt paschalnych. Jednak tajemnica śmierci i zmartwychwstania Chrystusa uobecnia się podczas każdej Eucharystii. Dlatego też element pokutny zawiera się w każdej celebracji Najświętsze Ofiary.

Krzysztof Reszka

Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus umył nogi apostołom, mówiąc przy tym, iż „wykąpany tylko nogi potrzebuje sobie umyć”. Niezależnie od tego, kiedy byliśmy ostatnio u spowiedzi, czy jaki jest „stan” naszego sumienia, na początku każdej celebracji eucharystycznej wyznajemy naszą słabość. Nie chodzi o to, by w tym momencie zrobić dokładny rachunek sumienia. Trzeba tu raczej uświadomić sobie to, że nawet idąc za Jezusem brudzimy się, a nie, że obecnie jesteśmy jakoś strasznie brudni. Mszał podaje cztery różne formy dokonania aktu pokuty: 1. Confiteor – wspólnie odmawiana modlitwa „Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu…”, w trakcie której bijemy się trzykrotnie w pierś, na słowa „moja wina, moja wina, moja bar-

Chrześcijanie tytuł Kyrios stosują tylko do Chrystusa, jedynego Pana i Zbawiciela, Króla Wszechświata. Dlatego też tę aklamację przyjęto do liturgii. Pierwotnie nie miała ona charakteru pokutnego, gdyż wezwanie takie było sposobem na uczczenie adresata wezwania. dzo wielka wina”. Akt pokuty w tej formie powstał na Wschodzie, na przełomie VI i VII wieku. Stamtąd przejęły ją klasztory francuskie, później zaś przyjęta została w liturgii rzymskiej. W rozbudowywaniu wyznania win od XI wieku zaczęto dodawać do niego Maryję

i świętych, a w zakonach szczególnie patronów i założycieli. Confiteor recytowano w głębokim pochyleniu, często klęcząc. W Mszy trydenckiej kapłan odmawia confiteor, następnie odmawia go ministrant w imieniu ludu. 2. Forma dialogowana Oparta na wersetach biblijnych (Jl 2,17 i Ps 85,8) „K: Zmiłuj się nad nami, Panie W: Bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie K: Okaż nam, Panie, miłosierdzie swoje. W: I daj nam swoje zbawienie.” Jest używana również podczas odmawiania komplety, ostatniej części Liturgii Godzin. 3. Tropy – czyli podłożone pod melodię modlitewne wezwanie, zakończone wezwaniem „zmiłuj się nad nami”, które powtarzają wierni. Ponieważ nie miało


źródło: www.kanonicy.pl

ono początkowo charakteru błagalnego (o czym później) lecz uwielbiający – dlatego też w tej formie aktu pokuty uwielbienie wysuwa się na pierwszy plan. Poza tym, w przeciwieństwie do innych, forma ta skierowana jest do Chrystusa, a nie do Boga Ojca. Liczba wielu wezwań litanijnych obecnie została ograniczona do trzech. Mszał podaje dziesięć wersji wezwań, ponadto dopuszcza tworzenie własnych, dostosowanych do czytań i formularza mszalnego. 4. Aspersja – najrzadziej spotykana, a jednocześnie najbardziej uroczysta forma aktu pokuty, którą stosować można jedynie w niedzielę, polega w na pokropieniu wodą. Użyć można wody wcześniej poświęconej, lecz Mszał podaje również specjalne błogosławieństwo wody, która ma być użyta do aspersji. Można do wody dodać specjalnie pobłogosławioną sól (tzw. sól egzorcyzmo-

waną). Symbolika tego obrzędu bardzo wyraźnie odnosi się do oczyszczających i chroniących przed zepsuciem (konserwujących) właściwości używanych substancji. Aspersja przypomina również o łasce chrztu świętego. Do aktu pokuty zalicza się również śpiew Kyrie eleison. Nie występuje on, jeśli akt pokuty miał formę tropów lub aspersji. Wyrażenie to znane było już ludom pogańskim, w świecie helleńskim kyriosem (gr. Panem) tytułowano zarówno bogów, jak i niektórych ludzi (monarchów państw powstałych po rozpadzie imperium Aleksandra Macedońskiego, np. Ptolemeuszy). W Rzymie tytułowano tak zarówno cesarzy, jak i zwycięskich wodzów, odbywających tzw. „triumf”. Chrześcijanie tytuł Kyrios stosują tylko do Chrystusa, jedynego Pana i Zbawiciela, Króla Wszechświata. Dlatego też tę aklamację przyjęto do liturgii.

Pierwotnie nie miała ona charakteru pokutnego, gdyż wezwanie takie było sposobem na uczczenie adresata wezwania. Początkowo liczba wezwań nie była określona, pierwotnie śpiewano je po czytaniach. Około VI wieku umieszczono ją zaraz po akcie pokuty. Greckie słowo eleison ma szersze znaczenie, niż polskie tłumaczenie „zmiłuj się nad nami”. Wyraża bowiem również dziękczynienie i uwielbienie. W ten sposób w liturgii następuje bardzo płynne przejście od aktu pokutnego przez pokutno-dziękczynny śpiew Kyrie eleison do pełnego uwielbienia chwały Bożej hymnu Gloria in excelsis Deo (Chwała na wysokości Bogu). Współcześnie można śpiewać Kyrie eleison w oryginale, bądź tłumaczeniu na język narodowy. Ciekawostką jest, że mówiąc niekiedy o łacińskich częściach stałych Mszy

53


Świętej, na pierwszą myśl przychodzi właśnie Kyrie eleison, które to akurat jest wyrażeniem pochodzącym z greki, czego nieświadoma jest również spora część kapłanów, którzy w seminarium uczyli się zarówno łaciny, jak i greki. Z zasady śpiew ten powinni wykonywać wszyscy wierni, bądź w całości, bądź na zmianę z kantorem lub scholą. Każde wezwanie powtarza się dwukrotnie, choć z racji muzycznych lub językowych można je powtarzać więcej razy. Niekiedy jednak akt pokuty jest zastąpiony innym obrzędem. Dzieje się tak w Środę Popielcową, kiedy to ma miejsce posypanie

głów popiołem po homilii. Również jeśli Mszę poprzedza procesja lub litania do Wszystkich Świętych (Msza Wigilii Paschalnej, czy Msze podczas których udziela się święceń diakonatu, kapłańskich lub biskupich, a także w pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu, jeśli ma miejsce liturgia stacyjna), zawiera ona w sobie akt pokuty. Aktem pokuty jest również śpiew Agnus Dei i następująca po nim modlitwa („Panie, nie jestem godzien”.) Powtórny akt pokuty w czasie jednej celebracji ma za zadanie podkreślić znaczenie tego momentu w liturgii. Oto teraz przed naszymi ocza-

mi ukazuje się prawdziwy i realnie obecny Jezus Chrystus, który wydał siebie samego jako ofiarę za nasze grzechy. Przy nim wszyscy okazujemy się grzesznikami niegodnymi jego obecności. On przychodzi jednak nie ze względu na nasze zasługi i dobre czyny, lecz z powodu naszych słabości i grzechów. Dlatego przed przyjęciem Komunii Świętej ponownie uświadamiamy sobie naszą grzeszność. 

źródło: www.mlodzi.sosnowiec.pl

54


55


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 56

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


FELIETON KULTURALNY

Zmiana potrzebna od zaraz

58

S

ezon „ulicznej mody” uważam oficjalnie za otwarty. Moda zawsze znajdzie dla siebie ujście i nawet deszcz, śnieg czy mróz nie zniechęcą trendsetterek do poświęceń w imię świetnego wyglądu. Jednakże nic nie działa tak pobudzająco dla branży modowej, jak wiosna.

Aleksandra Frontczak

B

ombardują nas zewsząd reklamy największych sklepów – „Nowa wiosna – nowa Ty!”. Twarze najznamienitszych światowych modelek czy aktorek uśmiechają się do nas z bilbordów reklamujących znane marki. Krzyczą do nas wiadomości w telefonie i Internecie. „Nowa wiosenna kolekcja ubrań, aż 30% zniżki!” lub „Ekscentryczne zestawienia kolorów, abstrakcyjne wzory i motywy zaczerpnięte z dalekich zakątków świata, a także błysk to hity tego sezonu. Odkryj siebie, odkryj swój styl na wiosnę!”. I gdy tak z niemałym zaciekawieniem studiuję streści owych reklam, zawsze z jeszcze większą ciekawością odwracam głowę, by rozejrzeć się po tym oceanie egzotycznych inspiracji, po tym morzu neonów, bezkresie blichtru i elegancji. I co? I nic. Tu przemknie jakaś odważna pani z neonowym akcentem

Tu przemknie jakaś odważna pani z neonowym akcentem w postaci torebki, tam jakaś młoda dama przemierza miasto w sukience z etnicznym akcentem, o! jeszcze jakiś pan w lakierowanych butach wsiada do autobusu.

w postaci torebki, tam jakaś młoda dama przemierza miasto w sukience z etnicznym akcentem, o! jeszcze jakiś pan w lakierowanych butach wsiada do autobusu. Doprawdy, takiej eksplozji stylu świat dawno nie widział. A tak poważnie, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla odbiorcy? Osobiście czuję się zupełnie zagubiona w

wielości propozycji mających wydobyć mój rzekomo ukryty seksapil i wyeksponować niedostrzeżone dotąd piękno. Tylko czy my, kobiety, nie czujemy się piękne w tym co już mamy? Czy konkretna kolekcja ubrań na pewno uczyni nas ikonami stylu, szczęśliwymi i zadowolonymi z siebie? Kwestia osobowości, ot co! Podczas obserwacji cosezonowego biegu ku doskonałości w stylu i wyglądzie, udało mi się wyodrębnić kilka typów „modowych” kobiet: 1. Kobieta modowo zorientowana – to ta, która każdego fashion must have wypatruje już z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, swobodnie porusza się w gąszczu nowych trendów i propozycji, ogląda i dopasowuje do siebie wszystko co „naj”: najmodniejsze, najciekawsze, najefektowniejsze. I co ważne: cena nie gra roli. Przecież im droższe, tym rza-


dziej spotykane. 2. Kobieta modowo zdezorientowana – to ta, która, obserwując sklepowe witryny, zauważa pewne tendencje w najnowszej modzie, nawet posiada kilka stylowych ciuszków. Nie do końca wie jednak, po co je ma. Bo ładne? Bo modne? Bo mąż powiedział, że dobrze leży? Powód zakupu: bliżej nieokreślony. 3. Kobieta outsider – co prawda zna bieżące trendy, aczkolwiek wiedza ta potrzebna jest jej tylko po to, by wszystko w swej szafie uporządkować na złość obecnej modzie. Gdy na topie są długie spódnice – ona nosi jak najkrótsze, gdy sklepy zalewają pastelowe marynarki – ona wyciąga stary żakiet z szafy mamy. Cel: iść pod prąd. 4. Kobieta modowo obojętna – nie zna obecnie panujących trendów, a kuszące promocje na bilbordach bynajmniej do niej nie docierają. Właściwie sama nie wie, w czym jej dobrze, ale też nie czuje się źle w tym, co już ma. Kwestia obojętności czy niewiedzy? Trudno stwierdzić. Najważniejsze: nie być nagą i przy tym unikać okazji do bycia zauważoną. Którym typem „modowej” kobiety jestem? Żadnym. Granice są płynne, a to determinowane jest nieustającą walką między poszczególnymi typami takich kobiet. Można spróbować każdego z nich i nie odczuć frustracji czy rozczarowania z powodu braku przynależności do którejkolwiek kategorii. Co więcej, odkryłam ostateczny powód mojego wciąż trwającego zadowolenia z własnego stosunku do mody, a mianowicie równowagę. Nasze zainteresowanie modą

źródło: www.pixabay.com

bardziej przypomina sinusoidę aniżeli linię prostą. Zima nie zachęca większości z nas do odnawiania czegokolwiek. Zamykamy się raczej w cieple puchowego sweterka i toniemy w miękkości domowych kapci. Nawet czas karnawału nie sprzyja wzmożeniu się modowej aktywności. Ale gdy zaczyna się wiosna, człowiek wyrwany zostaje z letargu, zaczyna żywiej interesować się trendami, chętniej ulega promocjom i sklepowym hasłom reklamowym. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie ciemny, ciężki fiolet kościelnych szat, głos księdza z ambony: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” czy perspektywa wstrzemięźliwości od ulubionych potraw. Coś zgrzyta i uciska. W karnawale uwiera nas pogoda i ogólny brak chęci na odsłonięte nogi czy wyższe obcasy. Gdy jednak przychodzi czas wiosenny, uwiera nas Wielki Post. Budzi się w nas bunt: karnawał powinien być na wiosnę, a Post – jesienią. Przecież to jesień sprzyja biczowaniu i zakładaniu włosienicy. A jednak

dostrzegam zależność między chęcią wydobycia się z zimowej stagnacji a perspektywą postu, pokuty i pojednania. Więcej nawet, sądzę, że okres Wielkiego Postu bardzo współgra z zachętami do wymiany szafy. Owszem, „nie samym chlebem żyje człowiek…”, ale i ciało dane nam zostało i ktoś musi się o nie troszczyć. Umartwiając się na drodze krzyżowej i gorzkich żalach, mamy okazję do gruntownych porządków w naszej wewnętrznej szafie. Odkurzyć możemy stare szatki i spojrzeć okiem wnikliwym na dotąd pielęgnowany image. Może czas na coś nowego? Gdy już uporządkujemy i wymienimy naszą wewnętrzną szafę, możemy w końcu zabrać się za odświeżanie tej domowej. Przecież w końcu po Wielkim Piątku jest i Niedziela Zmartwychwstania. Jak najbardziej, wedle gustu i uznania własnego, można się wystroić. Dla Pana, dla męża, dla znajomych i dzieci, dla wszystkich, a co! Najważniejsze, by czuć się dobrze w środku i na zewnątrz. Komplementy gwarantowane.

59


Skandaliczny walc

KULTURA

I

60

Anna Kasprzyk

P

rawdą jest to, że zasłynęli szczególnie dzięki niezwykłym kompozycjom tego tańca (szczególnie walca „Nad pięknym modrym Dunajem” - Johanna Straussa). Jednak pierwszym twórcą już dość wybitnej kompozycji jest Józef Lanner. Jego walc wiedeński „Romantycy” został zaadaptowany przez Polaków i szczególnie w Warszawie rozbrzmiewały na jego melodię słowa: „W saskim ogrodzie koło fontanny, jakiś się facet przysiadł do panny”. Tak oto walc z Wiednia przerodził się w popularną niegdyś piosenkę. Nazwa walc oznacza: kręcić, toczyć, obracać. Para tańczaca walca wiruje kręcąc się w kółko, co wówczas wywoływało zgorszenie. Na przełomie XVIII i XIX wieku pewien teolog wygłosił takie słowa: „Walc tworzy koło, w którego środku tkwi diabeł!”. Z kolei pewna rada miejska w Niemczech wydała następujący edykt: „Kto podczas tańca

m coś jest powszechnie znane, tym bardziej myślimy, że nic nas nie zaskoczy. Ile jest w tym zdaniu prawdy? Zawarte w tym miejscu informacje o walcu – tym doskonale znanym nam tańcu, są nie lada zaskoczeniem… Jak na przykład to, że XIX wiek i rodzina Strauss’ów uznawana za twórców pięknych walców, nie zaznaczają początków istnienia walca...

będzie się obracał w kółko, ma być pojmany i ukarany grzywną…”. Rozważny Johann Wolfgang von Goethe, niegdyś stwierdził, że kobieta, która się szanuje powinna tańczyć walca z narzeczonym lub mężem. Nawet w powieści Cierpienia młodego Wertera, Goethe użył wątek związany z tym tańcem. Młody Werter napisał do przyjaciela (po przetańczeniu walca z jedną z bohaterek) następujące słowa: „Przysiągłem sobie, że dziewczyna, którą bym kochał, co do której miałbym zamiary, nie śmiałaby nigdy tańczyć z nikim innym, choćbym miał za to zginąć”. Ten taniec nie podobał się także arystokracji. Istniały trzy powody. Walc wywodzi się z tańca ludowego alpejskich górali (zwanego Leanderem), ma w sobie prostotę i wdzięk (co zachwycało każdą grupę społeczną) oraz jest łatwy do nauczenia. Arystokracja uczyła się dworskich

tańców, tj. menuety i gawoty, wytrwale przygotowując się niczym zawodowi tancerze. Zatem, umiejętność tańca dostojnych tańców wyróżniała ją od pozostałej części społeczeństwa. Gdy na salonach pojawił się walc, zanikła przepaść między szlachetnie urodzonymi a pozostałymi ludźmi. To zjawisko wzbudzało niesmak wśród arystokratycznej społeczności. Kto by pomyślał, że ten piękny taniec, tańczony z zamiłowaniem także w dzisiejszych czasach, był tak nielubiany. Nastręczał wiele problemowości: tańczyć czy nie tańczyć? Przecież nie ma czegoś zdrożnego w walcu… - obecnie. Nigdy nie wiesz czy wiesz wszystko o świecie i podejściu ludzi, w danym czasie, do pewnych kwestii. Historia walca to doskonały przykład na to, czego nie jesteśmy świadomi. Czasy, mody i podejścia się zmieniają. To, co dziś jest normalne, kiedyś mogło być dziwne…


61


R O Z M O WA K U L T U R A L N A

Oprzeć się na Bogu

62

„WP

ięc odrzuć lęk i wiernym bądź, swe troski anu złóż i ufaj, bo zmartwychwstał i wciąż żyje Pan, twój Bóg”, czyli rozmowa z Olą Maciejewską, świeżo upieczoną mamą i jedną z głównych wokalistek hymnu Światowych Dni Młodzieży 2016 pt. „Błogosławieni Miłosierni”, o Bożym planie i „wierze, która czyni cuda”.

Emilia Ciuła

W

iem, że droga do konkursu i stworzenia hymnu na ŚDM była długa i pracochłonna. Ale zacznijmy od początku. Jak zaczęła się Twoja historia z muzyką? Ola Maciejewska: Muzyka w moim życiu jest raczej zamiłowaniem nie zawodem. Jestem amatorką, nie kształciłam się w szkole muzycznej, ale od wczesnego dzieciństwa coś mnie do niej ciągnęło. Przez wiele lat nie zajmowałam się nią na poważnie. Pierwszym ważnym projektem muzycznym, który zaczęłam realizować była praca z zespołem „Nebo”, który założyliśmy niedługo po studiach ze znajomymi z Dominikańskiego Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka”. Projekt dotyczył muzyki wielbieniowej – chrześcijańskiej. Główną

Kolejne wydarzenia, kiedy we wrześniu Kuba dostał informację o naszej wygranej, pokazały, jak wierny jest nasz Bóg. Wypełnił dokładnie to, co obiecał. Ta historia naprawdę jest niesamowita

działalnością zespołu była i jest do dziś posługa grą i śpiewem na spotkaniach modlitewnych Wspólnoty Uwielbienia i Ewangelizacji „Janki”. Zagraliśmy też kilka koncertów i nagraliśmy płytę. Od 7 lat działam w nurcie muzyki wielbieniowej, gram na gitarze, śpiewam, a co najważniejsze oddaję Bogu należną mu chwałę poprzez taką właśnie posługę w kościele.

Jak zrodził się pomysł udziału w konkursie hymnu na ŚDM? O. M.: Zacznę od mojej znajomości z kompozytorem i twórcą hymnu. Z Kubą Blycharzem znam się od kilku lat i od pierwszego naszego spotkania wiedzieliśmy, że chcemy razem współpracować na polu muzycznym. Kuba, jak i ja, związany jest z dominikańskim środowiskiem, ale należy też do krakowskiej wspólnoty „Głos na pustyni”. Gdy jeszcze się nie znaliśmy, przesłuchał płytę „Nebo”. Jak mi opowiedział, bardzo zaciekawił go mój głos i chciał mnie poznać. Już podczas pierwszego spotkania zapytał, czy nie zaśpiewałabym jego piosenek. I tak się zaczęło – Kuba pisał piosenki, a ja je śpiewałam. Wiele z nich czeka na wydanie – właśnie pracujemy nad ich nagra-


źródło: www.krakow2016.com/

niami, więc mam nadzieję, że już niedługo będziemy się mogli nimi podzielić. Na początku pracy nad hymnem Kuba zacytował nam Słowo. Dostał je od Pana, kiedy, modląc się i poszukując inspiracji w Piśmie Świętym, natrafił na fragment z Księgi Powtórzonego Prawa: „Zapiszcie teraz sobie ten oto hymn” (Pwt 31,19). Odczytał go bardzo jasno jako wezwanie do napisania piosenki. Wiedział już, że w Polsce odbędą się Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku i zastanawiał się, jak będzie wyglądała pieśń przewodnia i kto ją skomponuje. Gdy ogłoszono konkurs, to Słowo samo do niego wróciło. Podzielił się nim z nami i uwierzyliśmy, że to obietnica dana nam przez Boga. W jaki sposób wyłonili się wykonawcy hymnu?

O. M.: Kuba miał wizję całego projektu. Chciał zaangażować wokalistów, band, duży chór i kwartet smyczkowy. My wszyscy pragnęliśmy stworzyć najbardziej profesjonalne wykonanie, na jakie mogliśmy sobie wtedy pozwolić. Zaczęliśmy od skompletowania zespołu muzyków. Na pianinie zagrała Marysia Pękała, na perkusji – Kuba Chmura. Drugą wokalistką była Kasia Bogusz, na gitarze basowej zagrał Bartek Krawczyk, a na gitarze elektrycznej – Karol Sobczyk, lider wspólnoty „Głos na pustyni”. W oficjalnej wersji hymnu pojawił się jeszcze trzeci męski wokal – Przemka Kleczkowskiego, który swoją barwą głosu bardzo dobrze współbrzmiał z nami i dodał całości „smaku”. Chór stworzyli przyjaciele i znajomi Kuby, od lat komponującego pieśni śpiewane w czterogłosie. Kwartet smyczkowy,

który zagrał w wersji konkursowej, został rozbudowany i w wersji oficjalnej zagrała już cała orkiestra prowadzona przez Huberta Kowalskiego. Jak wyglądały nagrania? O. M.:Jeśli chodzi o nagranie konkursowe, to (co zabawne) nigdy nie zagraliśmy piosenki wszyscy razem. Kwartet smyczkowy nigdy się nie spotkał z zespołem na próbie, bo było to logistycznie niemożliwe. Nagrywaliśmy instrumenty i wokale w różnych miejscach, a wszystko w całość złożył Mateusz Kucharski. To dzięki niemu ta wersja konkursowa w ogóle powstała. Nie stać nas było na wynajęcie prawdziwego studia. Ale też nie było takiej konieczności, ponieważ miała słuchać tego tylko komisja. To był konkurs na kompozycję, a nie na wykonanie. Chcieliśmy jed-

63


nak, aby efekt naszej pracy zabrzmiał jak najlepiej. I chyba nam się to udało, bo nie tylko kompozycja, ale również śpiew zwrócił uwagę komisji. Po ogłoszeniu wyników komitet organizacyjny poprosił, żebyśmy to właśnie my nagrali oficjalną wersję hymnu. Nie ukrywam, że było to dla nas (jako wykonawców) ogromne wyróżnienie. Oficjalna wersja hymnu powstała w Alvernia Studios. Warunki nagrania były bardzo dogodne. Przede wszystkim wszyscy zmieściliśmy się w jednym miejscu! Dla mnie osobiście był to duży stres. Byłam wtedy w siódmym miesiącu ciąży i martwiłam się, że nie uda mi się zaśpiewać tak, jak tego pragnęłam. Na szczęście Pan Bóg błogosławił każdej minucie tego przedsięwzięcia. Okazało się, że ciąża nie jest żadną przeszkodą i efekty są bardzo zadowalające. Myślę, że samymi tylko ludzkimi siłami nie dałoby się tego zrobić. Jak wspominasz oczekiwanie na wyniki konkursu? O. M.: Przez pierwsze trzy miesiące po wysłaniu zgłoszenia udziału w konkursie jeszcze czekaliśmy i śledziliśmy komunikaty. Jednak jego rozwiązanie przedłużało się. Po kilku miesiącach trochę zwątpiliśmy, myśleliśmy, że być może inna piosenka wygra. Ja sama zwątpiłam (przyznaję) w Bożą Opatrzność nad tym projektem i zanegowałam Słowo, które otrzymaliśmy jako jego gwarancję. Przyszedł czas próby, sprawdzenia, na ile ufam Bogu, a na ile to są moje ludzkie pragnienia i pycha. Pamiętam, że kie-

64

dy, bodajże w sierpniu, ktoś zapytał: „jak z waszym hymnem?”, odpowiedziałam, że nic z tego nie będzie. Teraz jest mi głupio, bo przecież mieliśmy Słowo, obietnicę. Kolejne wydarzenia, kiedy we wrześniu Kuba dostał informację o naszej wygranej, pokazały, jak wierny jest nasz Bóg. Wypełnił dokładnie to, co obiecał. Ta historia naprawdę jest niesamowita i nawet teraz, opowiadając ją po raz kolejny, trochę nie dowierzam, że przydarzyła się nam naprawdę (śmiech).

hymn ŚDM 2016. Wiedział, że mój głos jest do tego potrzebny. I kiedy patrzę na moją drogę artystyczną, jej początki, kiedy uważałam, że tak naprawdę nie potrafię śpiewać, widzę, jak Pan Bóg złapał mnie za rękę i wyciągnął ze złego myślenia o sobie. Teraz wiem, że talent do śpiewania miałam od początku, a Pan Bóg niesamowicie się nim posłużył i teraz mój głos brzmi w różnych zakątkach świata, kiedy ludzie odtwarzają sobie nasz hymn. Tylko Pan Bóg potrafi pisać takie historie.

Czy Twoje życie po ogłoszeniu konkursu zmieniło się? Co wyciągnęłaś z tej historii?

Gdy widzę filmiki, na których ludzie z całego świata uczą się śpiewać piosenkę przewodnią ŚDM, odczuwam wielką radość. Nie odbieram tego w aspekcie sławy, bo ta pieśń ma na celu łączyć ludzi, dotykać ich serc. Ona ma przybliżać ludzi do Pana Boga. Jestem wdzięczna Bogu, że zaprosił mnie do udziału w swoim dziele. Nie mnie oceniać owoce danego działania, posługi. Wydaje mi się, że takie podejście jest zdrowe – by nie dążyć do zaspokojenia własnych potrzeb. Sama się tego długo uczyłam.

O. M.: Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego, to była niesamowita wiadomość od Pana Boga. Nauczył mnie, żeby oprzeć się na Nim, być cierpliwym i ufać. Nasze życie wtedy ma sens, kiedy nieustannie trwamy w Panu. Niestety w moim przypadku nie zawsze tak jest. W całej tej historii widzę moje odchodzenie i wracanie do Pana. Na szczęście On mnie tak prowadzi, że nigdy nie pozwala odejść na tyle daleko, żebym nie potrafiła wrócić, a gdy już wrócę, to zawsze jestem o poziom wyżej w mojej relacji z Nim. To jest niezwykle rozwojowa droga. Po takiej wygranej można przyjąć różne postawy – być pysznym albo fałszywie skromnym. Zastanawiałam się, jakie myślenie o sobie przyjąć, ale dziś wiem to wszystko było prowadzone. Gdy się rodziłam, Bóg wiedział, że to ja zaśpiewam

Jako współtwórcy hymnu, mieliśmy właśnie takie podejście. Zrobiliśmy swoje i oddaliśmy to Panu Bogu. Myślę, że to jest siła tej piosenki, że dzięki temu ona ma taką moc. 

Utwór, o którym mowa znajduję się pod adresem: https://www.youtube.com/ watch?v=eZRsoPmeZXk


65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

67


Dobra muzyka sama się obroni? NOWOŚCI

O „W

68

Andrea Marx

A

utorem scenariusza i reżyserem jest Szwed, Malik Bendjelloul – człowiek nikomu nie kojarzący się z niczym i znany właściwie tylko z tego jednego filmu. Nikt nawet nie wie, że w maju zeszłego roku popełnił samobójstwo. Ale to na marginesie. Bendjelloul, niczym reżyserowie hollywoodzkich thrillerów psychologicznych, stopniuje napięcie. Film zbudowany jest z pewnych etapów. Jakich? O tym za chwilę. Ważne jest jednak to, że za każdym razem, kiedy kolejny etap kończy się powodzeniem, widzowi wydaje się, że za chwilę będzie koniec filmu, bo wszystko się już wyjaśniło. Podczas seansu taka myśl przyszła mi do głowy chyba z pięć razy. Ale film trwał dalej. Okazywało się, że jeszcze można coś odkryć, jeszcze nie skończyła się historia muzyka, który

statnio można w kinie zobaczyć kilka filmów ukazujących prawdziwe oblicze show-biznesu: hiplash”, „Birdman” czy „Polskie gówno”. Oprócz tych premier polecam wam dokumentalny film z 2012 roku, poruszający podobną tematykę – zaskakującego „Sugar Mana”. Warto nadmienić, iż rok po premierze zdobył on Oscara w kategorii filmów dokumentalnych.

Skromny muzyk z Detroit staje się tam gwiazdą, osiąga szczyt popularności. Co z tego, skoro w ogóle o tym nie wie? Informacje o sukcesie jego płyty nie docierają do niego. Przynajmniej nie w czasach świetności. Dowie się o tym wiele lat później.

jest głównym bohaterem dokumentu. Każdy kolejny krok powodował większe zaskoczenie. Więc o co chodzi? „Sugar Man” to opowieść o niezwykłej karierze pewnego artysty. Opowieść, której nie wymyśliłby żaden scenarzysta – mogło

ją stworzyć tylko życie. Wyobraźcie sobie, że w ludnym Detroit mieszka skromny muzyk. Idzie z gitarą do klubu, siada w kąciku odwracając się plecami do pozostałych gości lokalu i przy wątłym świetle świecy coś sobie gra. Brzdąka jakąś piosenkę. Nikt nie zwraca na niego uwagi. Wnętrze zasnute jest dymem papierosów, jednak dwóm mężczyznom, z których jeden jest producentem muzycznym, udaje się przedrzeć przez ten dym i tłum. Słyszą piosenkę. Wokół jest gwar, więc muszą natężyć uszy. Nie widzą również twarzy tego człowieka. Ale podoba im się. Właśnie wyłowili perłę. W takich warunkach! Wyobrażacie sobie? Zabierają go ze sobą i nagrywają świetną płytę. I co? Kupują ją w porywach trzy osoby. Nikt nie zwraca na nią uwagi. Jednak przypadkiem trafia


źródło: materiały promocyjne

ona na Czarny Ląd, gdzie kopiuje się ją w tysiącach egzemplarzy, słucha jej cała Republika Południowej Afryki. Skromny muzyk z Detroit staje się tam gwiazdą, osiąga szczyt popularności. Co z tego, skoro w ogóle o tym nie wie? Informacje o sukcesie jego płyty nie docierają do niego. Przynajmniej nie w czasach świetności. Dowie się o tym wiele lat później. Gdyby ta historia została przestawiona za pomocą filmu fabularnego, nie wywarłaby odpowiedniego wrażenia. Widzowie uznaliby, że to – wprawdzie pomysłowa i dobra, ale jednak – fikcja. Szybko zapomnieliby o filmie, nie drążąc tematu. Drążenie

tematu jednak w tym przypadku to słowo klucz. Stephen ‘Sugar’ Segerman, sprzedawca płyt w jednym ze sklepików w RPA, oraz Craig Bartholomew Strydom, amerykański dziennikarz muzyczny, niezależnie od siebie rozpoczynają poszukiwania tego muzyka. Segerman robi to, aby dowiedzieć się czegokolwiek o człowieku, który swoimi politycznymi piosenkami w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zdobył ogromną sławę w RPA. Płyta „Cold fact” była symbolem sprzeciwu wobec apartheidu, a o jej autorze było wiadomo bardzo niewiele (a właściwie nic). Okazało się, że w Ameryce, skąd pochodził

artysta, również nic o nim nie wiedziano. Krążyła jedynie legenda, że popełnił samobójstwo, podpalając się na scenie przed publicznością. Okoliczności tej śmierci chciał zbadać Strydom. Również miał niewiele informacji, ale wtedy wpadł na trop Segermana. Rozpoczęli wspólne poszukiwania, które wydały plony, jakich w ogóle się nie spodziewali. Celowo nie używam nazwiska tego muzyka. Żeby pozostać w aurze tajemniczości. Oczywiście bardzo łatwo możecie wyszperać w Internecie wszystkie potrzebne informacje. Ale możecie też najpierw obejrzeć film, co wywoła o wiele lepszy efekt. Wspomniany dokument

69


źródło: materiały promocyjne

porusza sporo wątków. Mówi się, że jest to film o pasji – zgadzam się z tym, chociaż bardziej widać ją w działaniach dwóch fanów, przeczesujących każdy zakątek świata w poszukiwaniu idola, niż w działaniach samego muzyka. Podziwiam ich wytrwałość w tym szperactwie − w sprawie, która wydawała się absurdalna i z góry przegrana. To, że osiągają swój cel, pokazuje, jak ważne jest wkładanie serca we wszystko, na czym nam zależy. Że to opłacalne. Druga sprawa – oblicze show-biznesu. Skoro facet się nie sprzedawał, to po co się nim dalej interesować? Po co w niego inwestować?

70

Z tych kilkudziesięciu tysięcy sprzedanych w RPA płyt artysta nie zobaczył nigdy ani grosza. Pieniądze przechodziły przez tyle rąk, że w pewnym momencie musiały się zgubić. Craig Bartholomew Strydom w swoim śledztwie nie dotarł ani do pieniędzy, ani do informacji, gdzie mogłyby się one znajdować. Trzecia sprawa – w Ameryce ta muzyka była bezwartościowa, ale w RPA zrewolucjonizowała myślenie. Była uznawana za kontrowersyjną, politycznie niepoprawną, więc cenzurowano ją, zabraniano jej słuchać. Skądś to znamy? I sprawa ostatnia – kto policzy, ile razy w tej hi-

storii odegrało rolę zwykłe… szczęście? Fart. Bo przypadkiem nie było ani to, że zdolny muzyk został znaleziony w gwarnej dziurze, ani to, że jego płyta trafiła do RPA na podatny grunt, ani że dwaj ludzie rozpoczęli poszukiwania tajemniczego artysty, ani również to, że go odnaleźli, ani nic, co się potem wydarzyło. Czy to siła tej muzyki? Czy ona naprawdę jest taka dobra? Że zewsząd się wydostanie? Przecież tylu jest znakomitych, niedocenionych artystów, więc – pytam po raz kolejny i na poważnie, bo nie umiem udzielić odpowiedzi na to pytanie – czy to sama muzyka się obroniła? 


71


Zadzwoń do Saula, a powie ci kim jesteś WG

SERIAL

Magdalena Mróz

72

T

ego samego roku okazuje się, że historia o sfrustrowanym nauczycielu chemii, którego ciągłe niezadowolenie prowadzi do nielegalnych praktyk, jest strzałem w dziesiątkę. Nagroda Emmy, dla artystów telewizyjnych tożsama z Oscarem, trafia między innymi do ekipy Breaking Bad: odtwórca głównej roli, Bryan Cranston (serialowy Walter White), za najlepszego aktora dramatycznego: 5 statuetek, Aaron Paul (serialowy były uczeń White'a, Jesse Pinkman), najlepszy aktor drugoplanowy w serialu dramatycznym: 3 statuetki. W 2011 roku ekipa Breaking Bad zaczęła konkurować o Złoty Glob, kiedy w końcu w 2014 roku go zdobyła. Opowieść z początku o rozterkach psychicznych zwykłego nauczyciela chemii w amerykańskiej szkole

spółtwórca serialu ,,Z archiwum X” - Vince illigan oraz scenarzysta z nieznaczną ilością osiągnięć światowych na koncie – Peter Gould postanawiają połączyć siły i stworzyć coś nowego. Jest 2008 rok kiedy pojawia się pierwszy odcinek Breaking Bad. Jednego z najbardziej popularnych oraz pozytywnie przyjętych dramatycznych seriali amerykańskich, jak okaże się niedługo później.

Better call Saul – slogan reklamowy mający przyciągnąć klientów w opałach do Goodmana, w myśli Gilliana i Goulda ma przyciągnąć starych wyjadaczy Breaking Bad oraz zainteresować nowych fanów, którym od nauczyciela bardziej podoba się prawnik w roli głównej.

średniej, przeradzających się w potrzebę wykorzystania swoich umiejętności i wiedzy chemicznej (wyjątkowo nieprzeciętnej) do produkcji metaamfetaminy. Skutki są tragiczne dla wszystkich z otoczenia Waltera, a w końcu dla niego

samego. Droga przestępcza okazuje się mieć nie tylko dobre strony, ale narastająca frustracja i duma nie pozwalają po prostu się wycofać. Wszystko co dobre, szybko się kończy, dla niektórych za szybko. Po 5 sezonach nastąpił koniec ery Waltera Whita. Spin-off, czyli inaczej kontynuacja. Tak twórcy hitu Breaking Bad chcieli zrekompensować widzom zakończenie serialu. Lekko nierozgarnięty, pochłonięty chęcią ,,wpłynięcia na szerokie wody” prawniczej sławy. Gotowy na wszystko, nawet na łamanie prawa (chociaż z definicji powinien być jego poplecznikiem) – Saul Goodman. Fani BB znają go jako prawnika Waltera White'a, który niekoniecznie kręci nosem słysząc o kryminalnych dokonaniach nauczyciela. Better call Saul – slogan


źródło: materiały dystrybutora

reklamowy mający przyciągnąć klientów w opałach do Goodmana, w myśli Gilliana i Goulda ma przyciągnąć starych wyjadaczy Breaking Bad oraz zainteresować nowych fanów, którym od nauczyciela bardziej podoba się prawnik w roli głównej. Trudno się dziwić Gillianowi i Gouldowi, że postanowili ,,przeciągnąć” Breaking Bad na Better call Saul. Wspólnymi siłami

stworzyli bardzo ciekawy wachlarz postaci, które intrygowały, miały tajemnice. Mimo wszystko to Saul Goodman został wybrany na bohatera numer jeden, pewnie ze względu na swój niepodważalnie rzucający się w oczy charakter – żywiołowość, gadulstwo, chęć bycia w centrum uwagi. Również – to może być dla niektórych paradoksem, biorąc pod uwagę jego nie

zawsze wiążące się z prawem praktyki – empatia i współczucie. Pomimo chęci bycia uczciwym, ciągłe niepowodzenia w roli prawniczej prowadzą powoli do frustracji. Jaki owoc przyniesie stan, który na razie rozwija się powoli w Goodmanie, tego można się tylko domyślać. Emisja rozpoczęła się 8 lutego. Na razie wiadomo, że planowane są dwa sezony serialu.

73


W siodle i z mieczem... M

ount&Blade jest grą starą. Wydana w 2009 roku może wciąż jeszcze ciekawić. Co jednak może ciekawić w symulatorze rycerza?

GRY

Rafał Growiec

74

M

ount&Blade jest pomysłem tureckim. Stworzony przez studio Taleworlds stanowi przykład gry, która jest skazana na sukces pomimo usilnych starań twórców, by tak nie było. Może to przesada, jednak pierwsza wersja, rozprowadzana także pod tytułem „Way of sword” była daleka od doskonałości. Niedorobiona, pełna bugów, sztywnych animacji i niemal nieudźwiękowiona... A jednak miał to COŚ. Co? Fabułę? Nie, M&B nie posiada tradycyjnej fabuły. Gracz tworzy swoją postać, wybiera jej przeszłość, pochodzenie i twarz, rozdaje punkty umiejętności i ląduje w Calradii. To kraina fikcyjna, dawniej imperium, obecnie podzielona na pięć zwaśnionych królestw. Gracz ląduje w jednym z miast w dziurawych portkach i zardzewiałym mieczem i ma przeżyć.

Gracz może wspierać je jako najemnik a potem jako wasal lub założyć własne państwo. Gra jednak nie potrzebuje za bardzo jego pomocy. Choćby zwolnić wszystkich żołnierzy i przepijać całą forsę w tawernie, gra będzie się toczyć dalej.

A nie jest łatwo. Gracz ma możliwość stworzenia oddziału, mając do dyspozycji lokalnych najemników lub werbowanych w wioskach przedstawicieli calradyjskich nacji. Wikingopodobni Nordowie, rycerscy Swadianie, łucznicy konni Khergitów, Rhodoccy górale i Vaegirowie z tundry tylko czekają na kogoś, kto im zapłaci. Tylko dzięki nim gracz może

ochronić się przed bandytami i zacząć powoli stawać się w Calradii kimś. A to nie jest proste. Punkty doświadczenia, poza wykonywaniem zadań, biorą się przede wszystkim z walki. Ta wymaga inwestycji w siebie, nie tylko jeśli chodzi o biceps, ale i charyzmę czy zdolności handlowe. Postać gracza przynajmniej na początku może walczyć co najwyżej z garstką rabusiów, nawet najmniejsza grupka silniejszych przeciwników, o drużynach lordów nie wspominając, to dla niego pewna niewola. Zwłaszcza, gdy skuszony innymi grami zechce się pobawić w Robin Hooda i postawi na łucznictwo. Nie, sam gracz nie da tu rady. A to oznacza wejście w układy z którymś z królestw. Gracz może wspierać je jako najemnik a potem jako wasal lub założyć własne państwo. Gra jed-


źródło: materiały promocyjne

nak nie potrzebuje za bardzo jego pomocy. Choćby zwolnić wszystkich żołnierzy i przepijać całą forsę w tawernie, gra będzie się toczyć dalej. Granice będą się zmieniać, lordowie będą brani do niewoli, wioski będą plądrowane a lordowie zdradzać królów lub będą przez nich wypędzani. Mount&Blade od początku było przede wszystkim sandboxem. Brak fabuły sprawia, że każda gra jest niepowtarzalna, a pozornie drobny wypad zbrojny może zakończyć się klęską całej kampanii, gdy marszałek zostanie wzięty do niewoli przed zebraniem się głównych wojsk, a dowódca ważnej twierdzy przystanie do wrogów i zacznie łupić przejeżdżające karawany. CIĘŻKIM MŁOTEM (38O) GO! Sama gra toczy się w dwóch trybach. Pierwszy to mapa świata, gdzie przemieszczamy się między miastami, zamkami i wsiami. Po niej poruszają się drużyny lordów, karawany,

wieśniacy udający się na targ do miasta, bandyci i polujący na nich łowcy głów. W miastach kupujemy broń, konie, żywność i zbroje, w tawernach spotykamy postaci, które mogą się przyłączyć do naszej drużyny, kupić od nas jeńców, czy nauczyć nas wiersza przydatnego przy miłosnych podbojach. Co jakiś czas zdarzy się turniej, który jest okazją do zarobienia grosza i zyskania sławy. Gdy dochodzi do bitwy przechodzimy do trybu walki. Tytuł jest wielce trafny. Walka z siodła to jedna z największych przyjemności w całym Mount&Blade. Tu mamy do dyspozycji cały arsenał średniowiecznych broni, których skuteczność jest zależna od ich statystyk (np. długości), ale też tego, jak dobrze nasza postać potrafi się nimi posługiwać. Broń w zależności od jej rodzaju może albo kłuć, albo siec albo zadawać obrażenia obuchowe, które ogłuszają i pozwalają powalonego wojaka wziąć po zakończonej bitwie do niewoli. Pośred-

nicy okupów mogą stać się ważnym źródłem dochodu dla gracza uzbrojonego w wielki młot. Wojsko, jakim przychodzi nam dowodzić też podlega rozwojowi. Z prostego chłopa można w ciągu kilku tygodni zrobić ciężkozbrojnego rycerza lub strzelca wyborowego. Lista komend, które ułatwiają walkę jest krótka, ale zwykle wystarczy, by oskrzydlić wroga, wycofać wykrwawiony oddział czy oszczędzać amunicję. Zróżnicowanie między frakcjami sprawia, że bitwy nie są monotonne. Innej taktyki wymaga starcie z pojedynczym zagonem lekkozbrojnych Khergitów, innej gdy jest ich masa, a jeszcze innej gdy do walki po przeciwnej stronie dołączy się oparta na piechocie armia Nordów. Do tego dochodzi intuicyjny system sterowania, pozwalający dobierać rodzaj uderzenia do aktualnej pozycji wroga. Osobnym rodzajem walki jest oblężenie, wymagające nie tylko silnej armii, ale i dobrego inżyniera.

75


OGNIEM I TOPORKIEM Pierwsza wersja M&B miała to COŚ, ale jego twórcy wiedzieli, że to za mało. Powstał najpierw dodatek „Ogniem i Mieczem” przenoszący grę w realia sarmackiej Rzeczypospolitej (paradoksalnie, tak „polską” grę tworzył zespół rosyjsko-ukraińsko-turecki). I to było za mało. Gra była po prostu zbyt prymitywna, zbyt toporna. Panowie z Taleworlds tworzyli więc samodzielny dodatek, Warband, będący tak naprawdę jednym wielkim patchem. Dodano samouczek, poprawiono grafikę, dodano zamieszkujących pustynię Sarranidów, ulepszono mapę... Szału nie było, jednak gra stała się lepsza bez tracenia tego, co w podstawce było najlepsze: sporej dawki wolności i poczucia uczestniczenia w historii żywego świata. Ach, zapomniałbym – multiplayer, czyli możliwość pojedynkowania się z graczami z całego świata.

Wciąż jednak było to wszystko sztywne. Uczta na zamku wyglądała tak: na sali w milczeniu, bez muzyki stoi kilkanaście osób. I sobie stoją. Tak samo w tawernie, nawet gdy wśród gości jest „wędrowny minstrel”. W lochu też wszyscy więźniowie stoją na baczność. Po mieście ludzie chodzą. Mijają stragany, innych przechodniów i idą dalej. Nie ma żadnych linii dialogowych, żadnych cutscenek. No, jedna – przy ślubie gracza. Efekt żywego świata zanika, gdy wchodzimy do miasta, tawerny czy zamku imitacja życia jest zbyt nieudolna. Taka rozrywka może się znudzić. Od czego są jednak moderzy? Warband, tak jak i podstawka, doczekały się całej masy modyfikacji: od zwykłego usprawnienia zarządzania ekwipunkiem towarzyszy po niemal całkowite przerobienie gry i osadzenie jej w klimatach Śródziemia (The Last Days of Third Age). Gracz po-

bierając jedynie bezpłatne mody może walczyć raz na miecze świetlne (Star Wars: Conquest), raz na katany i naginaty (Gekokujo), raz na muszkiety. Taleworlds korzysta z tych doświadczeń i nawet doszło do tego, że jeden z modów po lekkich korektach wyszedł jako oficjalny dodatek. Zapewne też część rozwiązań znanych z modów zostanie wykorzystana w Mount&Blade II: Bannerlord, gdyż na screenshotach na blogu twórców już widać siedzące postaci. Zainwestowano też więcej czasu w odwzorowanie muzyki czy strojów z epoki. Piszę o Warbandzie, grze już pięcioletniej, właśnie czekając na drugą część. I zastanawiam się, jaki potencjał kryje się w niszowych w sumie studiach, znanych może nawet nie w swojej ojczyźnie. Być może potencjał pokazany w jedynce zajaśnieje w nowym świetle. A może zostanie zupełnie zmarnowany. Zobaczymy. źródło: materiały promocyjne

76


77


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 78

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 79


Piotr – marzenie o potędze, cz. 2 HISTORIA

P

80

Kajetan Garbela

Z

atrudniał cudzoziemców z Zachodu jako dowódców i inżynierów, sprowadzał broń, armaty i wszelkie potrzebne wojsku sprzęty z Holandii, Niemiec czy Anglii. Właściwie przez kilka lat prowadził jedne wielkie manewry wojskowe. Wreszcie postanowiono zaatakować Turcję i zdobyć Azow, ważny port nad morzem Azowskim, który miał zostać oknem Rosji na Morze Czarne, a dalej także Śródziemne, ułatwiając kontakty z resztą Europy. Oblężenie w 1695 roku nie udało się, jednak już rok później zdobyto silnie ufortyfikowane miasto i państwo Piotra wreszcie posiadało nadmorski port z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory car musiał zadowolić się zimnymi brzegami dalekiej północy i portem w Archangielsku – tam zresztą na jego polecenie zbudowano

iotr uznał, że nie będzie silnej Rosji bez dostępu do morza i rozprawienia się ze śmiertelnymi wrogami, jakim była Turcja i Szwecja. Najpierw rozpoczął reformę wojska, ogłaszając dożywotnią służbę wojskową, ogłaszając powszechny pobór i reformując stały podział rekrutów na pułki.

Piotr był na pewno osobą nietuzinkową. Z jednej strony ambitny, żądny wiedzy i bardzo aktywny, bardzo rozwinął swoje państwo, z drugiej gwałtowny, wręcz chamski, nieludzki. Mimo wszelkich skrajności należy przyznać, że to właśnie on stworzył Rosję, która istnieje i rozwija się do tej pory właśnie według jego wytycznych.

pierwszy rosyjski okręt pełnomorski– nie nadawał się on jednak na łącznik Rosji z wielką cywilizacją. Teraz wszystko w jego państwie

miało ulegać zmianom, których nikt nie zdołał zatrzymać. Ambitnemu władcy mało było wiedzy i doświadczenia cudzoziemców, przebywających w Rosji. Postanowił sam udać się do zachodniej Europy aby na własne oczy zobaczyć, jak funkcjonują tamtejsze państwa i społeczeństwa. W 1697 roku wyruszyło z Moskwy wielkie, dwustuosobowe Wielkie Poselstwo pod oficjalnym przywództwem trzech ambasadorów, z których głównym przedstawicielem Rosji był Franz Lefort, dawny towarzysz i zaufany Piotra. Sam car również wziął udział w poselstwie, ale zwiedzał zachód incognito, jako Piotr Michajłow, szeregowy członek poselstwa. Ku jego złości szpiedzy donieśli władcom Europy, że car osobiście wyprawia się na zachód, dzięki czemu jego pobyt był praktycznie


źródło: www.pixabay.com

wszędzie tajemnicą poliszynela. Trudno zresztą było go nie zauważyć – o głowę wyższy od pozostałych członków misji, zainteresowany wszystkim, co nowe, wszystko chciał zobaczyć, dotknąć, o wszystko dopytywał. Razem z poselstwem zwiedził Rzeczpospolitą, kraje niemieckie, Niderlandy, Anglię, spotkał się m. in. z elektorem brandenburskim Fryderykiem, królem Polski Augustem II, cesarzem niemieckim Leopoldem I, królem Anglii i stadhouderem (władcą) Niderlandów Wilhelmem III. Żadnego z nich nie namówił na świętą wojnę przeciwko Turcji, której plany snuł od lat, udało mu się jednak pozyskać wielu kupców, inżynierów, naukowców czy wojskowych, którzy zgodzili się na osiedlenie w Turcji. Zakupiono wiele ksiąg, dzieł sztuki, narzędzi i broni, które miały unowocześnić Rosję. Posłowie zwiedzali uniwersytety, obserwatoria, zbrojownie, mennice, biblioteki, osobiście obserwowali, jak funkcjonuje władza w krajach zachodnich, np. przysłuchi-

wali się obradom Angielskiej Izby Gmin. Sam Piotr w trakcie poselstwa zdobył wykształcenie jako artylerzysta, a nawet pracował jakoś szeregowy cieśla w stoczni amsterdamskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Mieszkał razem innymi robotnikami, z nimi spędzał czas, i choć oczywiście nie ujawnił swojego prawdziwego nazwiska, każąc nazywać się „cieślą Piotrem”, wszyscy doskonale wiedzieli, że jest władcą wielkiej i odległej Rosji. Wszystkich szokowała jego skłonność do pijatyk, bezpośredniość i wybuchy gniewu, które okazywał zawsze, ilekroć ktoś odnosił się do niego oficjalnie jako do władcy. Wielu podkreślało jednak jego bystrość i ambicje, mówiono, że gdyby był mniej barbarzyński w obejściu, uchodziłby za jednego z najbardziej podziwianych ludzi swoich czasów. Podobnie było w 1715 roku, gdy car wyprawił się w kolejną wielką podróż do Francji, tym razem w poszukiwaniu sojuszników, gdzie spotkał się z zaledwie siedmiolet-

nim królem Ludwikiem XV – zszokował wszystkich, gdy chwycił króla-dziecko, wyściskał go i ucałował. Ledwo doszło do pokoju z Turcją, ledwo powróciło Wielkie Poselstwo, a już car wplątał swoje państwo w wojnę ze Szwecją, która od prawie wieku dominowała w basenie Morza Bałtyckiego. Jej młody i bardzo ambitny władca, Karol XII stanowił zagrożenie dla Danii, Rzeczypospolitej i Rosji, dlatego jej władcy postanowili sprzymierzyć się przeciw Szwecji. Karol jednak był pewien swojej armii, prawdopodobnie najlepszej w ówczesnej Europie, i własnego geniuszu dowódczego, i przyjął wyzwanie. Wojna rozpoczęła się w 1700 roku trwała aż dwadzieścia jeden lat. Wojska Piotra były od Szwedów dużo liczniejsze, jednak źle wyszkolone i posiadające słabe morale co chwila ponosiły klęskę. Już w listopadzie 1700 roku dziesięć tysięcy Szwedów pokonało prawie czterokrotnie silniejszych Rosjan. Piotr wpadł w szał, nakazał powołać więcej rekrutów, lepiej ich

81


ćwiczyć, i sprowadzać jeszcze więcej broni i wykształconych wojskowych. Zamawiano dziesiątki nowych statków dla floty wojennej, szczególnie w Holandii. Piotr doskonale wiedział, że imperium szwedzkie nie może pokojowo istnieć obok jego wymarzonego imperium rosyjskiego i w najbliższym czasie któreś z nich musi ponieść druzgocącą klęskę. Jego państwo posiadało ogromne rezerwy ludnościowe oraz ogromne zasoby i nieprzebyte terytoria, zdecydował się więc prowadzić długotrwałą i męczącą wojnę, pewny tego, że prędzej czy później wykończy swojego wroga. Wreszcie, w 1709 roku wojska cara pokonały wycofującą się w stronę Turcji armię Karola. Miało to miejsce pod Połtawą na terenie dzisiejszej Ukrainy. Wtedy rozpoczął się upadek potężnej Szwecji i prawdziwy rozkwit potęgi Rosji. Dzięki postępującemu

zwycięstwu nad Szwedami Piotr mógł spełnić jedno ze swoich największych marzeń, którym było zbudowanie własnego miasta. Już w 1703 roku na terenach Ingrii, wydartej Karolowi XII, Rosjanie rozpoczęli budowę Twierdzy Pietropawłowskiej. Umiejscowiono ją na Wyspie Zajęczej, niewielkim skrawku lądu, leżącym u ujścia rzeki Newy do Zatoki Fińskiej. Teren był podmokły, bagnisty i lesisty, ale car zdecydował, że właśnie tutaj powstanie jego nowa stolica. Sam zamieszkał we wzniesionej przez siebie drewnianej chacie i nadzorował początku Petersburga. Miało to być miasto na wskroś europejskie, wzorowane przede wszystkim na metropoliach niemieckich i niderlandzkich, symboliczne „okno na świat zachodni” Rosji. Sprowadzono zachodnich inżynierów, aby osuszyli mokradła i wytyczyli kanały, takie same, jakimi Piotr

pływał po miastach Holandii, oraz zachodnich budowniczych, aby postawili wspaniałe, reprezentacyjne budowle, przede wszystkim na wzór niemieckich dzieł architektury baroku. W nowym mieście znalazło się oczywiście miejsce na pałace władcy, pełniły one jednak funkcję czysto reprezentacyjne, gdyż jak wspominano, Piotrowi nie zależało na życiu w luksusie i przez większość czasu mieszkał w niewielkiej izbie. Wielkie i piękne budowle miały być jednak odzwierciedleniem potęgi nowej Rosji. Poza pałacami postawiono w krótkim czasie wiele cerkwi, budynków rządowych, takich jak siedziby senatu, kolegiów, admiralicji, Akademii Nauk. Niestety, powstanie nowej metropolii zostało okupione życiem setek, jeśli nie tysięcy robotników, przede wszystkim rosyjskich chłopów, na żądanie władcy zagonionych do ciężkich źródło: www.pixabay.com

82


źródło: www.pixabay.com

robót fizycznych. Nowe miasto było również kilkukrotnie poważnie zalewane przez rzeki Newy, mimo to Piotr upierał się, że musi tam przenieść swoją stolicę. Dopiął swego celu – Petersburg jest jednym z najpiękniejszych miast Rosji, a stolicę do Moskwy na powrót przenieśli dopiero bolszewicy po Rewolucji Październikowej. Mimo to, do dziś można w tym mieście wyczuć, że jest prawdziwym pomnikiem potęgi Rosji i manifestacją jej imperialistycznych, światowych ambicji. Tam również w 1721 roku ogłosił się cesarzem Wszechorsji. Tytuł carski był równy królewskiemu, Piotr zaś po wielkich sukcesach na arenie Europejskiej stwierdził, że to za mało. Początkowo chciał koronować się na cesarza wschodniorzymskiego (oficjalnie następcą cesarzy zachodniorzymskich byli cesarze niemieccy z roku Habsburgów), jednak niepowodzenia w walkach z Turcją, której musiał oddać

Azow i wypłacić wielki haracz spowodowały, że Piotr wolał nie drażnić sułtanów, którzy po zajęciu Konstantynopola nazywali się oficjalnie cesarzami wschodniorzymskimi. Zmiana oficjalnej nazwy państwa na Cesarstwo Rosyjskie oznaczała także, że Piotr i jego następcy będą dążyli do zjednoczenia wszystkich ziem ruskich, których duża część znajdowała się jeszcze pod władzą królów polskich i wielkich książąt litewskich w jednej osobie. Właściwie od czasu Piotra I rozpoczął się upadek Rzeczpospolitej – to on zawarł sojusz z Augustem Mocnym, początkowo wymierzony przeciw Szwecji, szybko jednak okazało się, że August niczego w tej wojnie nie ugra, a Polska z Litwa są tak słabe, że można bez problemu podporządkować je Rosji. Piotr zaczął nawet nieoficjalnie występować przeciw Augustowi, namawiając szlachtę do buntu. W 1716 roku wybuchła skierowana

przeciwko królowi i jego wojennym ambicjom konfederacja tarnogrodzka, która oczywiście wezwała na pomoc Piotra. Rok później miał miejsce słynny sejm niemy, gdzie szlachta, sterroryzowana przez wojska cara, musiała zgodzić się na wszelkie podyktowane przez niego warunki, de facto narzucające szlachcie obcą kuratelę. Od tej pory stacjonowanie wojsk rosyjskich w Polsce i na Litwie oraz wpływ ambasadora Rosji na politykę Rzeczpospolitej były na porządku dziennym praktycznie do pamiętnego roku 1795, kiedy państwo to zniknęło z mapy Europy. Polska stała się państwem zależnym od Rosji, która po Szwecji pozbyła się kolejnego regionalnego imperium i miała otwartą drogę na zachód Europy - w samym XVIII wieku cesarze rosyjscy chętnie korzystali ze swoistego szlaku przez Rzeczpospolitą, kilkukrotnie wysyłając swoje wojska do walk na ziemiach niemiec-

83


kich. Wiele zmieniało się także w życiu prywatnym Piotra. Po odesłaniu pierwszej żony do klasztoru przez jakiś czas zadowalał się przelotnymi romansami, a ostatecznie miłością jego życia, i jak się okazało – następczynią na tronie Rosji została… służąca łotewskiego pastora. Przed przejściem na prawosławie nazywała się Marta Helena Skowrońska, jednak w czasie wojny Rosji ze Szwecją trafiła do niewoli, ostatecznie lądując na dworze Mienszykowa i przechodząc na prawosławie, jednocześnie zmieniła imię na Katarzyna Aleksiejewna. Piotr zachwycił się tą kobietą bardzo niskiego stanu i nie zastanawiając się długo, pojął ją za żonę. Z

84

ich małżeństwa urodziło się jedenaścioro dzieci, z czego tylko dwie córki dożyły wieku dojrzałego. Piotr miał oczywiście syna z pierwszego małżeństwa, Aleksego, jednak potomek nie przypominał w ogóle ojca – nie odziedziczył jego zainteresowań, ambicji, energii, a co gorsza – utrzymywał żywe kontakty ze swoją matką, którą car spisał na straty i o której w ogóle nie chciał słyszeć. W końcu postawił Aleksemu ultimatum – albo opowie się za nim i będzie go naśladował, albo trafi do zakonu. Carewicz wybrał zakon, czego Piotr po cichu się obawiał, więc postanowił raz jeszcze podać mu rękę na zgodę. Wezwał go do siebie, gdy przebywał w Kopenhadze w 1716 roku, jednak syn udał

się wraz ze swoją kochanką (jego żona już nie żyła) na dwór cesarza Karola VI Habusburga. Cesarz przyjął gościa z należnymi honorami, zastanawiając się, czemu właściwie wyjechał z Rosji. Czyżby tak bardzo bał się o swoje życie? Odpowiedź na te pytania nadeszła już w 1718 roku, gdy agenci Piotra uprowadzili carewicza do Rosji pod pretekstem przygotowania przez niego zamachu stanu! Aleksy oczywiście do niczego się nie przyznał, mimo zamordowania na torturach jego przyjaciół i wspólników, ostatecznie sam zmarł w czerwcu tego roku, więziony w Twierdzy Pietropawłowskiej. Do dziś nie rozstrzygnięto jednoznacznie, czy Aleksy chciał zastąpić na tronie swojego


źródło: www.pixabay.com

ojca, wcześniej zabijając go lub wysyłając do klasztoru, czy jego uwięzienie było spowodowane nienawiścią lub też manią prześladowczą ojca. Jakkolwiek by było, zmarł pierworodny syn Piotra, tak różny od niego charakterem, ale na pewno inteligentny i zdolny młodzieniec. Jak się później okazało, władca nie doczekał się kolejnego męskiego potomka. Zmarł nagle 28 stycznia (8 lutego) 1725 na skutek poważnego przeziębienia. Nabawił się go, skacząc do lodowatej wody, aby ratować załogę łodzi, osiadłej na mieliźnie niedaleko Petersburga. Przed śmiercią cesarz prosi o kartkę, chce wskazać następcę tronu, sam zresztą stworzył ustawę, na mocy której cesarz Rosji może

według własnej woli wyznaczyć swojego następcę. Z trudem pisze na kartce słowa „Oddajcie wszystko” po czym umiera. Jak w hollywoodzkim filmie. Nikt nie poznał jego ostatniej woli, więc najbliżsi współpracownicy postanowili, że cesarzową zostanie Katarzyna. Tak też się stało, zaś jedną z jej pierwszych decyzji był uroczysty pogrzeb męża w soborze na terenie Twierdzy Pietropawłowskiej, którą sam własnoręcznie stawiał. Piotr był na pewno osobą nietuzinkową. Z jednej strony ambitny, żądny wiedzy i bardzo aktywny, bardzo rozwinął swoje państwo, z drugiej gwałtowny, wręcz chamski, nieludzki. Mimo wszelkich skrajności należy przyznać, że to

właśnie on stworzył Rosję, która istnieje i rozwija się do tej pory właśnie według jego wytycznych. To on rozpoczął rosyjski imperializm i stworzył mocarstwo, mogące rywalizować z Zachodem, dumne, nieprzewidywalne i pewne swej potęgi. Nawet twórcy Związku Sowieckiego nie zaprzepaścili jego spuścizny i postanowili iść wytyczoną przez niego drogą. Dla Polski jego panowanie oznaczało niestety koniec silnego państwa i trwające praktycznie do dziś problemy w relacjach z potężnym, wschodnim sąsiadem. Dość powiedzieć, że cesarz Piotr I był ulubioną postacią historyczną Stalina. A dziś jest jedną z ulubionych Władimira Putina. 

85


86

Moze cos wiecej nr 5 / 2015 (31)  

Może coś Więcej o SILE RODZINY

Moze cos wiecej nr 5 / 2015 (31)  

Może coś Więcej o SILE RODZINY

Advertisement