Page 1

nr 3 (29) / 2015

2 - 15 lutego

ISSN 2391-8535

Człowiek w social media 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

Człowiek w Wydarzenia i Social Media Opinie 10 Bardzo tani prezes Trybunału?

22 Wirtualne ślady Mateusz Ponikwia

Rafał Growiec

14 Zostań aniołem Jasia!

SPIS TREŚCI

Sylwia Banaszczuk

2

Myśli Niekontrolowane 16 O rozmnażaniu się Maciej Puczkowski

26 Nasza wojna sieciowa Rafał Growiec

30 Pokolenie emocjonalnych ekhibicjonistów Anna Zawalska

KOŚCIÓŁ Z Życia Kościoła

38 Księża-feministki, czyli Środa w sutannie Rafał Growiec


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Historia jednej piosenki

Nowości

Rozmowy

44 And she’s buying a stairway to heaven

50 Smutne życie geniusza

58 Autorytet poszerza nasze horyzonty

Mateusz Nowak

Anna Zawalska

Piotr Zemełka

Film 52 Czy można uchwycić przemijanie? Anna Zawalska

Reportaż 62 Per musicam ad Deum Bartłomiej Plewnia

3


Człowiek w social media P WSTĘPNIAK

ortale społecznościowe zajmują w naszym życiu bardzo istotne miejsce, nawet w momencie kiedy nie jesteśmy do końca tego świadomi. Uzależniamy się od nich bardzo szybko.

4

Anna Zawalska

S

esja dla niektórych się dopiero rozpoczęła, dla innych trwa już w najlepsze. Aktualny numer jest przykładem na to, że egzaminy pokonały redakcję „Może coś Więcej” stąd niezbyt liczna ilość artykułów. Sama tego wstępniaka piszę, przeglądając jednocześnie notatki do egzaminu z Historii Kina Polskiego po ’81 roku. Każdy sobie radzi jak może. Co ciekawe, nauka, pisanie wstępniaka i ostatnie poprawki w składzie nowego numeru nie przeszkadzają mi, by od czasu do czasu zerkać na facebooka. Uzależnienie? Być może. Ciekawość? W rzeczy samej. Robienie wszystkiego, by tylko się nie uczyć? Na pewno. Portale społecznościowe, znane również jako social media, zastąpiły nam wiele elementów naszego życia. Na pewno wpłynęły

Portale społecznościowe, znane również jako social media, zastąpiły nam wiele elementów naszego życia. Na pewno wpłynęły na nasze relacje międzyludzkie. Można się tutaj kłócić czy poprawiły ich jakość czy raczej przyczyniły się do ich zaniku. Na pewno w jakimś stopniu je zmieniły. na nasze relacje międzyludzkie. Można się tutaj kłócić czy poprawiły ich jakość czy raczej przyczyniły się do ich zaniku. Na pewno w jakimś stopniu je zmieniły. Rozwój technologiczny nie pozostawia nam niestety większego wyboru

i trzeba się dostosować do nieustannie zmieniających się realiów, również w tym świecie wirtualnym. Serwisy społecznościowe gwarantują wiele możliwości swoim użytkownikom. Ułatwiają w dużym stopniu niektóre kwestie życia. Stają się bardzo szybkim nośnikiem informacji wymienianymi pomiędzy ludźmi. Do tego dają każdemu możliwość autokreacji, ukazania siebie w takim świetle w jakim chcemy być widziani. Dzięki portalom tego typu mamy bardzo szybki dostęp informacji związanych właściwie ze wszystkim. Z jednej strony możemy kontaktować się z bliskimi ludźmi, być na bieżąco z ich życiem, a z drugiej wiedzieć cały czas co się dzieje w świecie, znać wszystkie „łamiące wiadomości”, czytać opinie na każdy temat, wypisywane przez znanych


źródło: www.pixabay.com

i lubianych i do tego być obserwatorem właściwie całego świata bez wychodzenia z domu. Oczywiście social media to również bardzo duża liczba zagrożeń, na które jesteśmy wystawiani każdego dnia jako użytkownicy jednego czy drugiego portalu. Przede wszystkim w dość dużym stopniu naruszają one naszą prywatność – chociaż może sami się na to wystawiamy. Nasze dane osobowe, nawet bez naszej wiedzy i zgody, stają się łakomym kąskiem dla wielu. Do tego, choć bezgraniczny dostęp do informacji wydaje się być wizją naprawdę idealną, to jednak ma pewne skazy i nierzadko nie mamy świadomości tego, jakie wiadomości do nas docierają. Coraz więcej się słyszy i czyta o internetowym stalkingu, uprawianym głównie przez

portale społecznościowe. Mamy więc z jednej strony dostęp do bogactwa różnorakich dobroci, które bardzo szybko może stać się zwyczajnym śmietnikiem. W jaki sposób to rozgraniczyć i znaleźć pomiędzy tym grubą kreskę? Uniwersalne rozwiązanie znaleźć ciężko, ale chyba warto przy korzystaniu z serwisów społecznościowych podbudować swoją świadomość dotyczącą tego co, kto, jak i dlaczego. W tym numerze w temacie portali społecznościowych podjęliśmy refleksję nad trzema elementami. Po pierwsze: zastanawiamy się jak od strony prawnej wygląda korzystanie z tego typu serwisów i czy właściwie jakiekolwiek przepisy chronią naszą prywatność na arenie wirtualnej? Po drugie: jak to jest z internetowym hej-

terstwem i dlaczego tacy dla siebie w sieci jesteśmy? Po trzecie: dlaczego tak chętnie wszystkim się dzielimy ze wszystkimi i wystawiamy swoje emocje na publiczny widok? Trzy dość istotne kwestie. Mamy nadzieję, że jakoś zmienią Wasze postrzeganie social media i pomogą z większą świadomość z nich korzystać!

Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska PS: Powodzenia w sesyjnych zmaganaich!

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY:

6

Aleksandra Brzezicka

Mateusz Nowak

Dominik Cwikła

Mateusz Ponikwia

Aleksandra Frontczak

Maciej Puczkowski

Anna Gadowska

Krzysztof Reszka

Kajetan Garbela

Małgorzata Różycka

Rafał Growiec

Wojciech Urban

Beata Krzywda

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Jan Barański Anna Bonio Agnieszka Bar Emilia Ciuła Robert Jankowiak Anna Kasprzyk Karolina Kowalcze Kamil Majcherek

Tomasz Markiewka Magdalena Mróz Michał Musiał Konstancja Nałęcz-Nieniewska Sara Nałęcz-Nieniewska Marek Nawrot Bartłomiej Plewnia

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Bardzo tani prezes Trybunału?

10

PP

rzyznanie odznaczenia „Pro Ecclesia et ontifice” prof. Andrzejowi Rzeplińskiemu odbiła się szerokim echem w mediach. Czy naprawdę jest to cios w niezależność światopoglądową państwa?

Rafał Growiec

P

rof. Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego, otrzymał odznaczenie ustanowione przez Leona XIII w roku 1888., przyznawane za zasługi dla Kościoła. Jak jednak czytamy w laudacji, nacisk był położony na sprzeciw wobec kary śmierci motywowany moralnie, etycznie i racjonalnie. Odznaczenie przyznawane jest przez biskupa Rzymu na wniosek biskupa diecezjalnego. Media lewicowo-liberalne uznały przyjęcie takiego odznaczenia za akt godzący w niezależność tak ważnego dla polskiego prawa organu. Starając się podkreślić tę tezę, Wyborcza posunęła się do manipulacji w tytule. W artykule „Prof. Rzepliński o papieskim odznaczeniu: Jestem zaskoczony, czuję się dłużnikiem Kościoła” sprawia wrażenie, że to wyróżnienie jest powodem zaciągnięcia długu,

Gdyby chcieć, aby przedstawiciele najwyższych urzędów byli całkowicie, absolutnie i bezgranicznie niezależni od jakichkolwiek prądów myślowych, należałoby chyba zastąpić ich maszynami. Wtedy jednak w grę wchodziłaby ideologia wyznawana przez programistę.

podczas gdy profesor wskazuje na udział katechetów w jego wychowaniu. Do akcji włączyła się też niezastąpiona Magdalena Środa, a także Wiktor Osiatyński. Jemu prof. Rzepliński zarzuca w ostrych słowach nieznajomość Konstytucji, „takiej cienkiej książeczki”. Jak się

jednak okazuje, zastrzeżenia można mieć też do prezydenta, który wyraził zgodę na przyjęcie odznaczenia (wcześniej Osiatyński atakował głównie za to, że tej zgody miało rzekomo nie być, a więc doszłoby do złamania prawa). Gdy ten argument został wybity z ręki, pozostaje skarżyć się na złamanie zasady niezależności Trybunału. JAK BARDZO NIEZALEŻNY? Po raz kolejny zderzają się dwie wizje świeckości państwa. Pierwsza to zasada jasnego rozdziału Kościoła i instytucji publicznych, druga to motywowana ideologicznie wizja wrogości tych przestrzeni. Dla Kościoła jasnym jest, że ksiądz nie może być burmistrzem, czy kandydować w wyborach do Sejmu. Dla niektórych jednak nawet szeregowy katolik nie


źródło: PAP / EPA

powinien tego robić, gdyż kierując się swoją wiarą narusza standardy świeckości. Co innego kierujący się swoją ideologią socjalista czy ateista walczący. Gdyby chcieć, aby przedstawiciele najwyższych urzędów byli całkowicie, absolutnie i bezgranicznie niezależni od jakichkolwiek prądów myślowych, należałoby chyba zastąpić ich maszynami. Wtedy jednak w grę wchodziłaby ideologia wyznawana przez programistę. Albo szukamy ludzi z doświadczeniem i żywym umysłem (a myśli generują określone poglądy), albo takich, którzy nie myślą, za to właśnie bezmyślnie realizują założenia istniejącego prawa. Rzecz jasna, strona liberalna nie jest aż tak szalona, by przyjmować ludzi bezmyślnych na tak ważne urzędy. Chodzi o to, by nie dopuszczać do nich takich,

co myślą nie tak jak trzeba. Problem z prof. Rzeplińskim jest taki, że trudno go przypisać do jednego nurtu. Dopóki krytykował zarzuty o sfałszowanie wyborów samorządowych w 2014 r., był dobry. Rekomendowany przez PO (której wartości są mu podobno bliskie) na Rzecznika Praw Obywatelskich został odrzucony przez Senat, gdzie dominowało SLD wciąż pamiętało mu współudział w tworzeniu ustawy o IPN. Jeśli więc można uważać prof. Rzeplińskiego za nieobiektywnego, to raczej z nachyleniem w stronę PO, któremu wszak światopoglądowo dość daleko do ortodoksji katolickiej (vide: in vitro, związki partnerskie). Może więc media pokroju Wyborczej jedynie pilnują, by ludzie PO za bardzo nie przytulali się do Kościoła. Tak było z wiceministrem. Królikowskim,

który był ogólnie świetnym prawnikiem, ale wydawał niepochlebne opinie na temat ustaw, które miały przekonać do partii Tuska elektorat lewicowy. Osobną stroną medalu jest robienie z igły wideł. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że część publicystów antyklerykalnych żyje w wyimaginowanym świecie, gdzie głową państwa Polskiego jest prymas, trzymający za gęby i portfele uciemiężony lud, który stara się wyzwolić z tej opresji, ale nie może gdyż wszystkie ważne urzędy zajmują ludzie Kościoła. Nie wiem, czemu służy budowanie atmosfery strachu przed katolikiem na wysokim stołku, jeśli nie walce z katolicyzmem gdziekolwiek. Może jest to rodzaj lewicowej teorii spiskowe, gdzie zamiast masonerii i Żydów występuje papież i armia księży.

11


ODZNACZEŃ CZAR I MOC A i wielu polskich wybitnych i wpływowych ludzi polityki przyjmowało za zgodą prezydenta czy bez odznaczenia najwyższych władz rządowych innych krajów. Przypomnijmy tylko Donalda Tuska, któremu przyznano Krzyż Wielki Słońca Peru, estoński Order Krzyża Ziemi Marii czy Order Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. To ostatni zaszczyt tym bardziej kuje w oczy, że Donald Tusk jest oskarżany o proniemiecką politykę nie tylko zagraniczną, ale też uległość wobec naszych zachodnich sąsiadów ws. np. wydobycia gazu z łupków. Jeśliby chcieć zastosować te same sposoby wnio-

skowania, jakich używa lewica wobec prof. Rzeplińskiego, można się zastanowić, jak tani są nasi politycy. Jeśli za jeden zaszczyt można kupić prezesa TK, to bardzo śmieszna cena. Można zadać pytanie, czy prof. Rzepliński nie został kupiony przez Platformę, która na pewno po cichu wspierała swojego kandydata na RPO w czasie starań o dostanie się do Trybunału. Jeśli order „Pro Ecclesiae” dowodzi czołobitności przed Kościołem i samo jego przyznanie powoduje, że odznaczony jest „dłużnikiem” i traci wiarygodność – to co powiedzieć o naszym byłym premierze? Wtedy ciekawie by brzmiały wypowiedzi pre-

zesa TK o wyborach, które wygrał koalicjant PO. Z kolei odznaczenie niemieckie plus wysokie stanowisko w Unii Europejskiej brzmi już dużo atrakcyjniej. Gazeto Wyborcza i naTemat.pl, nie idźcie taką drogą. Dobrze radzę. Jednak wtedy trudno by było znaleźć w Polsce polityka nie będącego przekupionym. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak stworzyć własne odznaczenie i odznaczać na lewo i prawo, kupując w ten sposób ludzi. A może to tylko niektórzy redaktorzy mierzą innych swoją miarką? 

źródło: www.pixabay.com

12


13


WYDARZENIA I OPINIE

Zostań Aniołem Jasia!

14

W .I

którąś niedzielę stycznia, jak co tydzień wybrałam się na przedpołudniową mszę świętą dąc ulicą zauważyłam tłum biegnących w moją stronę osób. Mieli na sobie koszulki z jakimiś napisami, rozmawiali miedzy sobą i śmiali się głośno.

Sylwia Banaszczuk

„W

ariaci” – pomyślałam. „Pada deszcz, wieje przenikliwy wiatr a oni mają chęć biegać w taką pogodę.” Obróciłam się jeszcze na moment, żeby popodziwiać ten fenomen i dostrzegłam napis na koszulkach tych ‘wariatów’ - ,,Po zdrowe oczko dla Jasia”. ,,Rzeczywiście wariaci, takich potrzeba więcej” – powiedziałam sobie w myślach. I dlatego też piszę ten tekst. W Polsce istnieje ponad 300 organizacji charytatywnych działających na rzecz dzieci, dorosłych, osób chorych, biednych i bezdomnych. Zajmują się one nie tylko walką z chorobami, leczeniem, ale także dokarmianiem i edukacją. Skupiając się na organizacjach pomagających dzieciom można stwierdzić, że najpopularniejszymi z nich są m.in.: Fundacja ,,Polsat dzieciom”, która od lat

W Polsce istnieje ponad 300 organizacji charytatywnych działających na rzecz dzieci, dorosłych, osób chorych, biednych i bezdomnych.

pomaga chorym dzieciom i ich rodzicom, ,,Zdążyć z pomocą” pod patronatem profesora Zbigniewa Religi, otaczająca opieką ponad 3 000 dzieci chorych i niepełnosprawnych, ,,Wielka orkiestra świątecznej pomocy” fundująca szpitalom nowoczesne sprzęty do ratowania życia noworodków, ,, Dzieci niczyje”, walcząca przeciwko krzywdzeniu dzieci a także organizacje katolickie jak np. ,,Caritas”, organizujący m.in. coroczne wakacje dla dzieci z najuboższych rodzin. Poza oczywistym wrzucaniem pieniędzy do puszek, pomóc można przez wpłaca-

nie pieniędzy bezpośrednio na konto, przekazanie 1% procenta podatku na rzecz określonej osoby, bądź akcji, a także zakupienie gadżetu charytatywnego np. świeczki Caritasu. Możliwości jest wiele. Z badań dla OBOP-u wynika, że w 2014 roku 75% Polaków wspomogło organizacje dobroczynne. Najczęściej spotykanym aktem dobroczynności było przekazanie pieniędzy do puszki w trakcie zbiórki – 41 %. 34 % z nas oddało swój 1 % podatku, a 20% kupiło gadżet charytatywny. Wszystkie wyżej wymienione dane dotyczą jednorazowych aktów pomocy. Choć z badań wynika, że coraz bardziej lubimy spontaniczne wrzucanie pieniędzy do puszek mam do każdego z Was jedno pytanie: a może tak dać z siebie w tym roku coś więcej? Jaś Karkowski, na rzecz którego 18 stycznia 2014 roku odbył się charytatyw-


ny bieg w Świdniku, ma niespełna 2 latka i walczy z nowotworem oka – siatkówczakiem. O chorobie chłopca rodzice dowiedzieli się kiedy Jaś miał 17 miesięcy. Podczas kolacji, przy sztucznym świetle pod pewnym kątem, zauważyli dziwny odblask w prawym oczku. Państwo Karwowscy natychmiast rozpoczęli poszukiwania odpowiedzi na pytanie co to może oznaczać w Internecie. Kilka dni później lekarz potwierdził diagnozę, którą Ci podejrzewali – siatkówczak. Lekarze twierdzili, że aby Jaś mógł wyzdrowieć należy poddać go trzem seriom chemioterapii, po których konieczne będzie usunięcie oczka. Rodzice choć zgodzili się na chemię rozpoczęli walkę nie tylko o życie ich dziecka ale i o oczko, którym Jaś mógłby dalej oglądać świat. Kiedy udało się znaleźć leczenie, dające szansę na uratowanie oczka, okazało się, że jest ono dostępne jedynie w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Co gorsze, nie jest refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. ,,Koszt leczenia w Anglii jest bardzo wysoki. Sama konsultacja kosztuje ponad 15 000 zł, nie licząc kosztów biletów lotniczych, transportu, noclegów i wyżywienia. Koszt jednej dawki Melphalanu (substancji, którą podaje się bezpośrednio do oka przez tętnicę udową) wynosi ponad 18 000 funtów. Zazwyczaj potrzebne są 3 takie dawki. Podliczając koszty leczenie wynosi około 300 000zł.” – piszą na stronie internetowej Jasia rodzice. Pomimo tego nie poddali się. Zobaczywszy światełko w tunelu chwycili się tej szansy. Niestety Klinika w Anglii odmówiła przyjęcia Jasia ze względu na brak miejsc przez najbliższy

źródło: www.pixabay.com

rok. Jaś nie mógł tyle czekać. Okazało się, że dr Abramson z Nowego Jorku chciałby podjąć się leczenia chłopca i choć w USA kosztuje to dużo więcej niż na wyspach, rodzice nie zastanawiali się ani chwili. Dostali nadzieję, a to dużo więcej niż suma, której potrzebują by uratować synka. W Świdniku i Lublinie nieustannie trwają zbiórki pod kościołami na rzecz chłopca. W akcję zaangażowały się zespoły oferując koncerty z których dochód przeznaczony zostanie na oczko Jasia, są to m.in.: Kapela Drewutnia, Deluxe, Coś Tak O, Veegas, Tomo, grupa folklorystyczna Rokiczanka Małach & Rufuz, Krucjata, Elizjum i wielu innych. Do akcji włączyły się także polskie gwiazdy, które zachęcają do pomagania m.in.: Marcin Gortat i Dorota Wellman a to dopiero początek długiej listy gwiazd, które wyrażają wsparcie dla Jaśka. Wszyscy Ci ludzie, mają złote serca, które poruszone przez Jasia, zechciały nieść mu pomoc. 18 stycznia w Świdniku zorganizowany został także bieg charytatywny ,,PO zdrowe oczko Jasia”, w którym udział wzięło ponad 100 osób.

Jedna z uczestniczek biegu, gimnazjalistka Agata stwierdza krótko: „Nie jestem fanką biegania, ale kiedy dowiedziałam się o celu tego biegu nie zastanawiałam się ani chwili. Jaś nie miał okazji zobaczyć na tym świecie jeszcze tylu rzeczy, pomóżmy mu i jego rodzicom dać mu tę szansę. Bądźmy jego Aniołami nie tylko na facebooka”. Aniołami rodzice na facebook’owej stronie Jasia nazywają osoby, które włączają się w jakikolwiek sposób w pomoc ich synkowi. Tam też dzielą się z nami wszystkim tym, co dzieje się obecnie z Jasiem, na jakim etapie jest leczenie dziecka oraz ile jeszcze pieniędzy potrzebują, by Jaś mógł dalej poznawać świat swoimi przepięknymi niebieskimi oczami. W poniedziałek na facebook’owej stronie Jasia pojawił się komunikat, że za dwa dni chłopiec otrzyma pierwszą dawkę leku. Nie wiadomo jednak czy będzie to wystarczająca ilość. Liczy się każda minuta, każdy grosz, najmniejsza złotówka jest na wagę złota. Poruszmy więc dziś swoimi sercami i zostańmy Aniołami Jasia. Pomóżmy! 

15


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

O rozmnażaniu się

16

M

oże warto zastanowić się, dlaczego Abram przyjął z radością wiadomość, że jego potomstwo będzie liczne jak gwiazdy na niebie? Wszak powinien rozedrzeć szaty z okrzykiem: ”Kto Panie? Kto ich wszystkich wyżywi?”

Maciej Puczkowski

C

zy współczesnego człowieka taka wiadomość przejęłaby jakoś bardziej? Owszem, cieszymy się z własnych dzieci i wnuków, ale czy jest dla nas szczególnie ważne to, jak daleko sięgał będzie nasz ród? Jak będzie liczny? Skąd bierze się radość Abrama, że zostanie Abrahamem, ojcem wielu narodów? W kapitalistycznych kategoriach można mówić, że dzieci są swojego rodzaju inwestycją, takim prywatnym funduszem emerytalnym. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby Abram potrzebował zabezpieczenia na starość. Lepszym niż dzieci zabezpieczeniem starości jest przecież dorobienie się majątku w młodości. Przeciwnie - wręcz Abram ubolewał nad tym, że nie doczekał się dziedzica, który by przejął jego majątek. Widać tu, że kapitalistyczne

Problemy Sary i Abrama obserwuje się współcześnie. Świadectwem ich istnienia są rozważania na temat tego, kiedy kobieta powinna zachodzić lub nie zachodzić w ciążę i jak liczna może być rodzina. Małżeństwa, które nie mogą mieć dzieci, rozważają rozwiązania takie, jak sztuczne zapłodnienie lub adopcja.

ujęcie rodzicielstwa jest co najmniej chybione i choć dzieci czczące ojca swego i matkę swoją nie zostawią ich bez opieki, to tego, co wynika z Miłości, nie można redukować do bilansu zysków i strat, gdyż spłasz-

cza nam to obraz całości i zawęża pole widzenia. Gdyby spojrzeć na człowieka od strony nauk przyrodniczych, można by całe rodzicielstwo sprowadzić do mechanizmów zapewniających przetrwanie gatunku. Nawet uczucia, które wliczamy w skład miłości rodzicielskiej można zredukować do zwykłego instynktu, który każe opiekować się jeszcze nie rozwiniętym potomstwem, żeby zwiększyć jego szanse na przetrwanie. W szczególności gatunki, które produkują potomstwo masowo, takiego instynktu zwykle nie posiadają. Jednak nawet w takim czysto funkcjonalnym ujęciu rodzicielstwa jest pewna tajemnica. Dlatego, że nie ma specjalnego powodu, dla którego cokolwiek miałoby się rozmnażać. Żaden gatunek, żadna nawet bakteria nie ma interesu w tym, żeby zapewnić


źródło: www.pl.wikipedia.org

swojemu rodzajowi dalszą egzystencję. A jednak natura robi to nagminnie i wszędzie. Wszystko, co żyje, rozmnaża się. Dlaczego? Jaki cel ma przetrwanie gatunku? Po co żywe stworzenie walczy o to, żeby przekazać życie? Przez przypadek tak się stało, że możemy mieć dzieci? Przypadkiem jest, że wszystko, co żywe, może mieć dzieci w jakiś sposób? Ujęcie przyrodnicze pokazuje nam, że radość Abrama ze spodziewanego potomstwa wykracza poza uwarunkowania kulturowe, a zakorzenione jest gdzieś w naturze człowieka i całego ożywionego świata. Stanowi tajemnicę. Tajemnica ta, choć zauważalna w ujęciu przyrodzniczym, wykracza daleko poza nie. Do przetrwania gatunku w jakimkolwiek celu wystarczyłyby przecież same mechanizmy w nas zako-

rzenione - popęd seksualny i troska rodzicielska. Gatunkowi nie trzeba niczego więcej, żeby przetrwać. To dalej nie wyjaśnia radości Abrama, że da początek licznym narodom. Wyjaśnienie tej tajemnicy wykracza tym razem poza ujęcie przyrodnicze. Czy Abram wiedział dlaczego nowinę, którą usłyszał od Boga uznał za dobrą? Czy zrobił to odruchowo? W całej tej historii warto zwrócić uwagę na bardzo istotny szczegół. Abram miał syna. Nazywał się Ismael i pochodził od niewolnicy podsuniętej mu przez żonę i mimo że nie został pokrzywdzony ani przez ojca, ani przez Boga, to nie on stał się spadkobiercą po Abrahamie, gdyż nie został uznany za syna w pełni. Tylko potomstwo zrodzone z żony Abrahama Sary posiadało pełnię synostwa. Dlaczego? W czym

Sara była lepsza od swojej niewolnicy, wszak krew Abrahama, czy jak kto woli geny, zostały przekazane dalej? Abraham się rozmnożył, natura powinna zostać usatysfakcjonowana. W Abrahamie nie powinien pojawić się żal wynikający z braku potomstwa. Gdyby całą sytuację przenieść w znane nam realia feudalistyczne, moglibyśmy przypuszczać, że Ismael był synem z nieprawego łoża i dlatego nie mógł dziedziczyć. Jednak w przypadku Abrahama tak nie było. Abraham był sam panem swojego majątku i mógł ustanawiać reguły. Odziedziczyć po nim mógł każdy, kogo wskazał, a łoże, na którym począł się Ismael, wcale nie było nieprawe, gdyż to Sara prosiła Abrama, żeby spłodził dziecko z niewolnicą i według Babilońskiego prawa miało to być dziecko Sary.

17


Skoro narodziny Ismaela były satysfakcjonujące z punktu widzenia natury oraz kultury, dlaczego nie posiadał on pełni synostwa i dlaczego Abram wciąż czekał na potomstwo, posiadając syna? Dlaczego pełnię synostwa miało mieć potomstwo, które zrodziła bezpośrednio Sara? Odpowiedź jest z jednej strony wyjątkowo prosta, z drugiej odsłania kolejną tajemnicę. Sara, od innych kobiet na świecie, wyróżniała się tym, że Abraham ją kochał. Ismael był zrodzony z chęci posiadania dziecka. Inaczej mówiąc, został zrodzony na siłę. Choć współcześnie nie jeden mężczyzna nie protestowałby przeciwko takiemu rozwiązaniu, to można przypuszczać, że Abram wcale nie chciał

płodzić syna z niewolnicą. Sara go prosiła. Celem w całym przedsięwzięciu było urodzenie dziecka. Kolokwialnie mówiąc - produkcja. Tu górę wzięły uwarunkowania zarówno kulturowe, jak i naturalne, które mówiły: “musisz się rozmnożyć”, “musisz mieć spadkobiercę”. Ismael był “wyprodukowany” w celach kulturowo-biologicznych. Prawdziwe potomstwo Abrahama było tym danym od Boga, które zrodziło się z Miłości, kiedy Abraham zbliżył się do Sary. Problemy Sary i Abrama obserwuje się współcześnie. Świadectwem ich istnienia są rozważania na temat tego, kiedy kobieta powinna zachodzić lub nie zachodzić w ciążę i jak liczna może być rodzi-

na. Małżeństwa, które nie mogą mieć dzieci, rozważają rozwiązania takie, jak sztuczne zapłodnienie lub adopcja. Pierwsze wskazuje na kulturowo-biologiczne parcie na rozmnażanie, drugie, choć chwalebne, nie prowadzi do prawdziwego potomstwa. Płodzić dzieci w małżeństwie można posiadając dwa różne podejścia. Pierwsze, kiedy współżyjemy po to, żeby spłodzić dziecko, drugie, kiedy współżyjemy, bo się kochamy i przyjmujemy dziecko będące owocem tej Miłości. Prawdziwe potomstwo w ujęciu biblijnym to to, którym zostaliśmy obdarowani przez Boga w wyniku wzajemnej miłości. Jak liczne powinno być takie potomstwo? Najlepiej jak gwiazdy na niebie.  źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

18


19


20

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

21


TEMAT NUMERU - Człowiek w Social Media 22

Wirtualne ślady ŻI , Mateusz Ponikwia

W

trakcie procedury zakładania konta na portalu internetowym zwykle jesteśmy proszeni o podanie swoich danych osobowych. Mają one posłużyć do identyfikacji nas jako podmiotów funkcjonujących w wirtualnej przestrzeni. Z kolei akceptując regulamin obowiązujący na danej stronie internetowej, godzimy się na proces przetwarzania zamieszczanych informacji. Dodając zdjęcia, posty, komentarze pozostawiamy swoiste ślady naszej obecności, a przy okazji dzielimy się licznymi wiadomościami na nasz temat. Im więcej informacji ujawniamy o sobie, tym bardziej stajemy się narażeni na nie zawsze korzystne oddziaływanie ze strony innych podmiotów. Odkrywając prawdę o nas samych, w oczywisty sposób, ułatwiamy zadanie podmiotom chcącym wywrzeć na nas wpływ bądź

yjemy w czasach okrzykniętych mianem epoki nternetu. Wszechotaczający nas wirtualny świat pomimo wielu niezaprzeczalnych korzyści, niesie ze sobą liczne zagrożenia. Cieszące się wielką popularnością portale społecznościowe także mogą stać się miejscem nadużyć i stanowić potencjalne niebezpieczeństwo dla ich użytkowników.

Portale społecznościowe chcą jawić się jako dbające o bezpieczeństwo swoich użytkowników. Przejawem tego są różne inicjatywy składające się na tzw. politykę prywatności.

nas po prostu wykorzystać. DANE OSOBOWE I ICH PRZETWARZANIE Definicja danych osobowych zawarta jest w ustawie o ochronie danych osobowych. Zgodnie z ustępem 1. artykułu 6. za dane osobowe uważa się wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej. Osobą możliwą do zidentyfikowania jest taka, której tożsamość można określić bezpośrednio lub pośrednio,

w szczególności przez powołanie się na numer identyfikacyjny albo jeden lub kilka specyficznych czynników określających jej cechy fizyczne, fizjologiczne, umysłowe, ekonomiczne, kulturowe lub społeczne, o ile nie wymaga to nadmiernych kosztów, czasu ani działań. Akt prawny zawiera także definicję przetwarzania danych osobowych. Pojęcie to jest szeroko rozumiane. Zgodnie z punktem 2. artykułu 7. obejmuje ono jakiekolwiek operacje wykonywane na danych osobowych, takie jak w szczególności ich zbieranie, utrwalanie, przechowywanie, opracowywanie, zmienianie, udostępnianie i usuwanie. Ustawodawca ponadto w sposób jasny zasygnalizował, że chodzi o takie operacje dokonywane zwłaszcza przy użyciu systemów informatycznych. Jak zatem widzimy,


źródło: www.pixabay.com

aprobując przetwarzanie naszych danych osobowych, w pewnym zakresie odsłaniamy sferę naszej prywatności i zezwalamy innym podmiotom na określone działania, których przedmiotem są nasze dane osobowe. Fakt gromadzenia i przetwarzania danych osobowych nie budzi żadnych wątpliwości. Kontrowersje pojawiają się nie tylko wówczas, gdy w grę wchodzi udostępnianie naszych danych osobom zewnętrznym. Wydaje się bowiem, że Facebook nie udostępnia informacji o nas w sposób bezpośredni innym korporacjom. Serwis może jednak podjąć (i z pewnością podejmuje) inne działania. Mianowicie, profiluje on użytkowników na potrzeby reklamy, PROFILOWANIE Facebook jako główny administrator naszych danych, dokonując ich analizy, wyciąga pewne ogólne wnioski na temat osób je udostępniających. Dzięki temu może zaoferować reklamodawcom możliwość dostoso-

wania oferty pod konkretną osobę. Facebook bowiem wie, jakie są jej zainteresowania i co lubi. Pozyskane dane mogą posłużyć do dokonania specyficznej klasyfikacji użytkowników. Zabieg ten można określić mianem etykietowania (labelling). Oznacza to, że każdy użytkownik zostaje w pewien sposób zaszufladkowany i przypisany do poszczególnej kategorii. Tworzone tą metodą swoiste grupy docelowe stanowią już smakowity kąsek i w znaczny sposób ułatwiają trafienie z ofertą do klienta. Nikogo korzystającego na co dzień z sieci nie powinny zatem dziwić reklamy tematycznie dopasowane do zindywidualizowanych potrzeb, pragnień i upodobań. Bez wątpliwości najłatwiej sprofilować funkcjonujące w sieci osoby młode, zwłaszcza dzieci i nastolatków. Niektórzy z nich wykazują bowiem zauważalną tendencję do nadmiernego eksponowania własnej osobowości. Te czynniki mogą w konsekwencji prowadzić do

łatwiejszego zmanipulowania młodej osoby. Jeżeli dla przykładu jakaś nastoletnia dziewczyna zamieszcza na swoim profilu wiele przedstawiających ją zdjęć, algorytm systemu zaklasyfikuje nastolatkę jako potencjalnie zainteresowaną modą, ubraniami czy makijażem. Podobnie w odniesieniu do chłopców. Jeżeli często lajkują lub udostępniają strony z grami komputerowymi, będą sprofilowani jako potencjalnie nimi zainteresowani. ANONIMOWOŚĆ W SIECI? Należy mieć na uwadze, że również działania innych osób mogą ujawniać nasze dane osobowe. Zamieszczenie postu z informacją na temat określonej osoby, na przykład podając jej zawód, informacje o stanie zdrowia czy uczuciach, może zostać zakwalifikowane jako ujawnienie danych osobowych. Jak przekonuje dr Wojciech Wiewiórkowski, były Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, może

23


to prowadzić do naruszenia dóbr osobistych, także w przypadku, gdy obie osoby dysponują tzw. profilem prywatnym. Do podobnego naruszenia może dojść w wyniku otagowania na zdjęciu innej osoby niż rzeczywiście nań będącej. Dr Wojciechowski podkreśla, że dochodzi wówczas do naruszenia dóbr obu tych osób. Podejmując jakąkolwiek aktywność w Internecie pozostawiamy wiele informacji o sobie różnorodnym podmiotom, nierzadko nie mając świadomości o tym. Korzystając z Facebooka, dołączając do tworzonych wydarzeń, lajkując fanpage, korzystając z gier czy aplikacji, udostępniamy swoje dane także ich twórcom. Oznacza to, że oni automatycznie stają się administratorami naszych danych i na ich barkach także spoczywa za nie odpowiedzialność. Problem jednak w tym, że zwykle nie ma dostatecznych środków, aby móc ją wyegzekwować. Sami zaś administratorzy są raczej skorzy do wykorzystywania

24

powierzonych im informacji, niż do ich restrykcyjnej ochrony. Warto zauważyć również, ze zgodnie z regulaminem Facebooka, w przypadku treści objętych prawem własności intelektualnej, użytkownik przyznaje serwisowi niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem do własności intelektualnej w ramach serwisu lub w związku z korzystaniem z nim (Licencja IP). Licencja ta wygasa wraz z usunięciem przez użytkownika zawartości objętej prawami do własności intelektualnej lub swojego konta, o ile nie została ona udostępniona innym osobom, które jej nie usunęły. Dlatego tak ważne jest świadome działanie w sferze wirtualnej. Nigdy nie możemy mieć pewności, jakie dane trafią w ręce konkretnej osoby. W sieci, podobnie jak w życiu, wielu czyha

jedynie, aby wykorzystać chwilę nieuwagi i nieroztropności. Jej konsekwencje mogą okazać się dość bolesne. Znane są sytuacje przejmowania tożsamości i podszywania się pod zupełnie inną osobę. Niekontrolowane upublicznianie danych osobowych może ułatwiać zadanie hakerom i innym przestępcom. Ostatnio głośne staje się wyłudzanie danych wrażliwych tzw. fishing. Czasami może dojść do sytuacji uporczywego nękania danej osoby, co także nie pozostaje obojętne dla prawa karnego. POLITYKA BEZPIECZEŃSTWA Jak zauważa Katarzyna Szymielewicz, prezes Fundacji Panoptykon, wielu ludzi nie do końca zdaje sobie sprawę z ilości informacji przez nich ujawnianych. Świadczy o tym w dobitny sposób przykład Austriaka – Maxa Schremsa, który dzięki kampanii „Europa kontra Facebook” chciał zmusić administratorów portalu społecznościowego, by przestrzegali


europejskiego prawa ochrony danych osobowych. Gdy mężczyzna zażądał od Facebooka, by ujawnił informacje na jego temat, otrzymał tysiąc stron z danymi – nawet tymi, które usunął. Portale społecznościowe chcą jawić się jako dbające o bezpieczeństwo swoich użytkowników. Przejawem tego są różne inicjatywy składające się na tzw. politykę prywatności. Facebook roztacza bogatą paletę opcji ochrony danych osobowych. Problem polega jednak na tym, że dla wielu internautów proponowane rozwiązania bywają niezbyt zrozumiałe i mocno skomplikowane. Użytkownicy najzwyczajniej w świecie gubią się w tym. Taka sytuacja skłania niektórych do powzięcia myśli, że jest to przemyślana praktyka i pewien sposób gry, której celem jest utrudnienie ochrony ich danych. NETYKIETA Należy podkreślić, że sami użytkownicy mogą w znaczny sposób podnieść

poziom własnego bezpieczeństwa w sieci. Można dostrzec wiele danych, których ujawnianie nie jest niezbędne. Często możemy zaobserwować przedstawianie pełnej gamy informacji o sobie – nie tylko o wieku, ale i aktualnej pracy, ukończonych studiach, odbytych podróżach, życiu rodzinnym i prywatnym. Wielu informacji o nas dostarczają zamieszczane fotografie oraz aktywność naszych znajomych. Należy mieć na uwadze, że krąg odbiorców do których trafia wiadomość może kształtować się w różny sposób. Okazało się bowiem, że pracodawcy często weryfikują profile nie tylko potencjalnych, ale także już obecnych pracowników. Trzeba przyznać, że Internet jest swego rodzaju kopalnią wiedzy. Warto zatem podejmować przemyślaną aktywność internetową, Należy pamiętać, że nawet mimo usunięcia założonego profilu, nasza obecność pozostaje odnotowana. Nie giniemy w próżni. Co więcej pomimo woli

zachowania prywatności na portalu, nasza anonimowość jest ograniczona i nie istnieje dla osób utrzymujących serwis oraz dla organów wymiaru sprawiedliwości w sytuacji naruszenia prawa. Warta wyeksponowania zdaje się rada, aby zwracać uwagę na podmioty, z którymi nawiązujemy jakiekolwiek relacje wirtualne. Dostrzegając niebagatelne zagrożenia, jakie mogą kryć się za korzystaniem nie tylko z portali społecznościowych, ale i z całej wirtualnej sieci nie należy jednak popadać w przesadną panikę. Jak w rzeczywistości, tak i w Internecie należy zachować pewien złoty środek. Często jednak trudno jest nam go w sposób precyzyjny określić. Z pewnością nie powinniśmy cechować się nadmiernym ekshibicjonizmem oraz zachować zdrowy rozsądek podczas internetowej aktywności. 

źródło: www.pixabay.com

25


TEMAT NUMERU - Człowiek w Social Media 26

Nasza wojna sieciowa P A

ortale społecznościowe stanowią pewne odwzorowanie społeczeństwa rzeczywistego. to, zwłaszcza w Polsce, potrafi się nieźle pokłócić. Dlaczego hejterzy będą hejtować? A może wcale nie muszą tego robić?

Rafał Growiec

S

połeczeństwo sieciowe różni się od swojego realnego odpowiednika choćby formą kontaktu między jego członkami. Relacje interpersonalne inaczej wyglądają, gdy mamy przed sobą konkretnego człowieka, a inaczej, gdy widzimy jedynie obrazki i tekst – awatary i posty. Mniejsza jest świadomość, że po drugiej stronie kabla siedzi prawdziwa osoba, która ma uczucia i może różnie zareagować na żart. Odbija się to na wielu płaszczyznach – choćby „odwadze” w wypowiadaniu różnych opinii. Znamy to z offline’owego życia w formie plotki. Nie obgadujemy kogoś, kto może to usłyszeć, szczególnie wtedy, gdy ten ktoś to nasz dobry znajomy. Na facebooku łatwiej spotkać kogoś, dla kogo będziemy nieznajomymi nawet wtedy, gdy zajrzy na naszą ścianę – możemy wszak zaznaczyć,

Dlaczego „typowy” hejter? Gdyż nie wszystko, co ma pozory hejtu hejtem jest w pełni. I hejt hejtowi nierówny. Czasem wulgarny komentarz to tylko efekt niewyparzonego języka. Mechanizm znany wszystkim gadułom przelewa się na klawiaturę.

co ma być ukryte przed wzrokiem przypadkowych odwiedzających. W tej sytuacji dużo łatwiej powiedzieć komuś, że jest gruby, brzydki, łysy, garbaty i ma krzywe zęby. Do tego dochodzą zachowania stadne: gdy pod danym zdjęciem jest dwadzieścia negatywnych komentarzy z jednej stro-

ny rodzi się chęć przebicia wszystkich przedmówców, z drugiej nadzieja, że nasza wypowiedź umknie w tłumie. Ten paradoks wynika z motywacji hejtera: chce on wbić szpilę i zebrać tysiąc uniesionych w górę kciuków, ale nie chce ponosić negatywnych konsekwencji swoich wpisów. Typowy hejter może nazwać admina „Sumitów z Kalisza” „górą tłuszczu” – ale nie zrobiłby tego na ulicy w obawie przed prezentacją siły i szybkości przedstawicieli tego szlachetnego sportu. Dziewczynę poruszająca się na wózku łatwiej wyzwać od warzyw na Twitterze – tam jej ojciec nie da nam w zęby. Hejt internetowy jest groźniejszy niż słowny, gdyż dociera do większej liczby odbiorców i wisi przez długie tygodnie, chyba że admini postanowią inaczej. To już nie „ktoś powiedział, że ktoś


źródło: www.pixabay.com

powiedział”, ale stale wyświetlające się pod filmikiem ze ślubu siostry uwagi dotyczące figury panny młodej. HEJTER HEJTEROWI NIERÓWNY Dlaczego „typowy” hejter? Gdyż nie wszystko, co ma pozory hejtu hejtem jest w pełni. I hejt hejtowi nierówny. Czasem wulgarny komentarz to tylko efekt niewyparzonego języka. Mechanizm znany wszystkim gadułom przelewa się na klawiaturę. Zbyt szybko wciśnięty klawisz enter, chwilowe zdenerwowanie i już mamy coś, co może wyglądać na akt nienawiści. Innym obliczem agresji w komentarzach są trole (piszemy przez jedno l, gdyż nie zasługują na drugie). Trol, jaki jest każdy widzi. Najlepiej go nie karmić, ale czasem aż trudno się powstrzymać od uwagi. Użytkownik poświęcający się trollingowi zdaje się czerpać jakąś sadomasochistyczną przyjemność z psucia innym dnia i bycia bluzganym. Trol staje się męczący także z innego powodu – zazwyczaj produkuje swoje

wypowiedzi w sposób przewidywalny i powtarza stale te same, zbite już kilka razy z kilku perspektyw argumenty. Jest jak pasożyt, stale szukający żywiciela, z którego mógłby wysysać czas i siły. I zawsze takiego znajdzie .Gdy zejdzie się z trolem innej orientacji ‒ politycznej, muzycznej, estetycznej, dietetycznej – mamy układ idealny, istne perpetuum mobile dla tej pary, męczący dla innych internautów. Są także ludzie, którzy w internetowych sporach sięgają po mocne słownictwo, są bardzo aktywni i denerwujący, jednak nie czynią tego z czystej chęci bycia dokuczliwymi. Kierują nimi nieraz szlachetne pobudki, chęć niesienia jakiejś dobrej nowiny. Taki „misjonarz” działa metodą obucha w łeb. Liczy na to, że jeśli nazwie czyjeś poglądy debilnymi, zawstydzony oponent przyzna mu rację i je zmieni. A przynajmniej jakaś osoba trzecia przyzna mu rację. Najsmutniej jest, gdy stylistyczny obuch w głowę przyćmiewa całkiem dobre argumenty zawarte w treści.

Czasem walka przyjmuje formę memów. Wtedy w grę wchodzą nie tylko zdolności oratorskie, ale też uzdolnienia graficzne. Wymagania są większe, ale i siła rażenia obrazków w dobie kultury obrazkowej musi być porażająca. Najczęściej króluje tu jednak stary, dobry paint. SIEĆ WYBORCZA To wszystko tyczy się zwykłych, szarych Kowalskich. A co, gdy w sieć wplątuje się polityka? Mamy wiele przykładów internetowych troli istniejących na Facebooku czy Twitterze tylko po to, by grzać w jedną partię, a wychwalać pod niebiosa drugą. Czasem działają samodzielnie jako „misjonarze”. Czasem jednak robią to z polecenia partyjnych przełożonych lub za ich aprobatą. Nie ukrywajmy: niektóre postaci na polskiej scenie politycznej są obecne tylko dlatego, że mówią językiem najbardziej wulgarnych, obrzydliwych komentarzy pod artykułami na niemoderowanych stronach. To przemyślana strategia – hejter ze studia telewizyj-

27


nego zachęca, by hejtować w sieci. Jego słowa umieszczają na swoich fanpejdżach serwisy informacyjne, a pod nimi gromadzą się opinie użytkowników. A hejt ma to do siebie, że najczęściej jest wymierzony w jedną stronę. Jedynie partie pozasejmowe mogą sobie pozwolić na tolerowanie ataków na całą scenę polityczną – wszak zależy im na tym, by „zniszczyć ten zły układ” (czyt. „zająć ich stołki”). W niewybrednych komentarzach atakowani są politycy, ale też wyborcy danej partii. Dziwnie zaczyna się robić, gdy po hejt sięgają oficjalne profile partii – jak niedawno zrobiła Platforma Obywatelska, strasząc PiSem w jednej z grafik. Odpowiedź zwolenników partii Kaczyńskiego była błyskawiczna: odpowiedziano podobnym memem, tym razem pokazując pełnych jadu i nienawiści posłów Platformy. MUSI BYĆ HEJT? Tak, jak wojna w polu, tak też wojna w sieci może być jednak prowadzona według pewnych klasycznych reguł. Dyskusja prowadzona na facebooku daje nawet większe możliwości niż ta w realu, gdyż rozmówcy mają olbrzymią szansę w postaci

możliwości wrzucania linków do istotnych artykułów czy grafik. Nie trzeba odpowiadać natychmiast, można poświęcić trochę czasu na sformułowanie wypowiedzi, znalezienie odpowiednich stron na podparcie swoich teorii. Nawet tam, gdzie długość posta jest ograniczona można się postarać o to, by 140-znakowy ćwierk był mocny, dosadny, ale bez chamstwa. Wtedy media społecznościowe służą temu, po co zostały stworzone: by zbliżać do siebie ludzi odległych nie tylko geograficznie. Dochodzi do wymiany opinii a nie tylko złorzeczeń i wulgaryzmów. Niestety, uczestnictwo w takiej dyskusji zazwyczaj przypomina typową średniowieczną bitwę. Czyli: jest jedna czy dwie pary adwersarzy dbających o kulturę, posiadających argumenty a wokół nich kilkunastu żołdaków, marzących jedynie o tym, by lała się krew (albo łzy) i była możliwość wdeptać przeciwnika w ziemię poprzez ślepe walenie rzucanymi na lewo i prawo wulgaryzmami i sloganami. QUO VADIS, ADMINE? Nieciekawie się robi, gdy administracja danego portalu toleruje lub wręcz popiera

hejterstwo. Dlaczego tak się dzieje? Z jednej strony administracja nie chce odstraszyć użytkowników cenzurą, z drugiej ma nieraz ciekawsze rzeczy do roboty niż banowanie jakiegoś biednego Hindusa za to, że wyzwał ludzi jedzących krowy od morderców. Jednocześnie zarządcy portalu muszą dbać, by nie doszło do odpływu ludzi poszkodowanych hejterską działalnością. Ani tym bardziej nie mogą podpaść prawu. Stąd na przykład amerykański Facebook bardzo dba o zakaz pokazywania pornografii i usilnie tropi homofobów. Ma jednak problemy z zauważeniem, że karykatura Jezusa na krzyżu może kogoś obrażać. Czasem można mieć też wrażenie, że admini fb mają problem z logiką i potrafią uznać, że strona zachęcająca nastolatki do umieszczania zdjęć topless nie pokazuje wcale nagości. Od walki w sieci nie unikniemy. Będzie się ona toczyć albo w komentarzach, albo w obrazkach. Zawsze będą się ścierać jakieś poglądy – choćby o przysłowiową pietruszkę. Jednak czy naprawdę konieczny jest do tego upadek obyczajów? 

źródło: www.pixabay.com

28


29


TEMAT NUMERU - Człowiek w Social Media 30

Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów K Anna Zawalska

W

chodzisz na fejsa, a tam zwierzenia znajomej nastolatki o tym, jakie to życie jest ciężkie? Na instagramie widzisz milionowe, niczym nieróżniące się od poprzednich, zdjęcie niedawno narodzonego dziecka dawnej koleżanki? Na twitterze jesteś zmuszony czytać wynurzenia znajomego o tym, jak wielkiego kaca przeżywa i jaka wczoraj była mega impra? Na jutubie kolejna nastolatka dzieli się swoimi spostrzeżeniami, których tamponów lepiej używać i dlaczego cień do powiek marki Wymyślsesam jest o niebo lepszy niż marki Jakjejtambyło? Witamy w świecie social media, gdzie dojrzewa pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów! LANS, BANS I CUDA NA KIJU Znasz to z życia – gdzie

iedyś charakter terapeutyczny miało pisanie pamiętnika. Nastolatki swoje stany emocjonalne przelewały na papier w notesie zamykanym na kluczyk tak, by nikt do niego nie zajrzał. Emocje stanowiły sferę intymną, do której nikt nie miał wstępu. Dzisiaj taki pamiętnik mogą przeczytać wszyscy. Na Facebooku.

Dzieląc się wszystkim ze wszystkimi, tak naprawdę nie dzielisz się niczym z nikim. Jasne, ilość lajków i komentarzy oznacza, że ktoś czyta twoje wypociny, docenia twoje zdjęcia, ale bardzo szybko o tym zapomni. Wlatuje jedną dziurą, wylatuje drugą – szkoda marnować miejsca w głowie.

nie spojrzysz ludzie dzielą się wszystkim ze wszystkimi. Portale społecznościowe ułatwiły to tak bardzo, że bardziej już się chyba nie da. Żeby dowiedzieć się, jak przebiega związek znajomego wcale nie musisz umawiać się z nim na kawę. Wszystko znajdziesz

na jego fejsbukowym łolu. Począwszy od najnowszych zdjęć z ukochaną, przez zmieniane raz po raz statusy “w związku” na “to skomplikowane” i znowu “w związku”. Całość doprawiamy apdejtami wszelakich kłótni, ale też ich zażegnywania. Inne apdejty też masz okazję przeczytać, np. że twój znajomy ma najwspanialszą dziewczynę eweeeer. Modne stały się również ostatnio miesięcznice danego związku, bo przecież rocznica to zdecydowanie za mało. Dlatego na bieżąco wiesz kto, kiedy, z kim i w jakich okolicznościach się zszedł i jak zaawansowany i posunięty w czasie jest ten związek – co do miesiąca! Czekasz na odliczanie tygodni. Albo lepiej: dni. Jednak nie tylko podboje miłosne są tematem do emocjonalnych wynurzeń. Dobrze wiesz, że podsta-


źródło: www.pixabay.com

wowa zasada publikowania postów na fesjbuku/ tłiterze/instagramie (niepotrzebne skreślić) brzmi: nieważne co, ważne żeby pokazywało, jak bardzo kul jesteś. Wszystkie osiągnięcia się liczą, wszak nie tak dawno temu modne było wypicie butelki piwa za jednym zamachem. Potem ludzie oblewali się lodowatą wodą, nie do końca wiedząc po co. Więcej grzechów nie pamiętam. Kolejna złota zasada internetowego istnienia – niech wszyscy wiedzą, jak popularną osobą jesteś! Zdjęcia z imprez, gdzie półnagie (najlepiej nieletnie!) dziewczyny i półtrzeźwe (najlepiej nieletnie!) chłopaki “dają czadu” to norma, wszak głupio byłoby, żeby ktoś miał miał cię za ponuraka. Liczy się lans, bans i cuda na kiju! Im więcej dziwnych i krejzolskich rzeczy wymyślisz, tym bardziej jesteś w towarzystwie szanowany. Nie wiesz, gdzie i z kim znajomy spędził wakacje? Po co marnować czas na

piwo z nim, w końcu niewiedza trwa doczeka się zaspokojenia, bo miliony zdjęć z letnich podróży po świecie będą wrzucane przez cały rok. To samo ze zdjęciami, na ten przykład, ślubnymi. Albo ze zdjęciami dzieci. Albo ze zdjęciami obiadu – przecież tak bardzo interesuje cię, jak daleko posunięte są kulinarne umiejętności twoich znajomych, ewentualnie w jakich jadłodajniach bywają i za jakie pieniądze. Instagram w końcu daje ci możliwość wrzucania zdjęć wszystkiego – nieważne, jak bardzo jest to użyteczne. “JESTEM ZAŁAMANA… ALE NIE CHCĘ O TYM GADAĆ” Załamania nerwowe na fejsie to też norma – wiesz to doskonale. Ileż to znajomych, z reguły w wieku oscylującym między liczbami z końcówką ‘-naście’, przeżywa pseudodepresje, wyznaje, że miłość nie istnieje, albo że “życie jest do dupy”? Skrollując od niechcenia stronę główną, za-

uważasz posty z milionem smutnych emotek. Zdarza się nawet, że chciałbyś tej biednej zagubionej duszy pomóc, wesprzeć słowem, więc popełniasz zasadniczy błąd i pytasz z troską “co się stało?”. W odpowiedzi otrzymujesz pełne oburzenia “nie widzisz, że mi smutno? nie chcę o tym gadać!!!”. Po raz kolejny próba naprawiania świata spełzła na niczym. Skrollujesz dalej. Co ciekawe, przypuśćmy, że znasz jedną czy drugą Dżesikę bliżej niż tylko z fejsa. Jednego dnia widzisz jej pełne smutku i żalu do świata posty, a drugiego na żywo uśmiech od ucha do ucha. Strapiony pytasz: “czy wszystko w porządku?”. W odpowiedzi słyszysz: “tak, dlaczego pytasz?” – “A bo na fejsie wczoraj…” – “A to tak tylko dla beki! Huehuehue”. Uff, oddychasz z ulgą. Depresja zażegnana. “LOFFCIAM CIĘ, MOJA CIPUNIU ;*” Wynurzenia nastola-

31


tek, tak w wieku trzynaście plus, to już w ogóle materiał na dobrą książkę. Przy okazji dobry materiał dla psychiatrów. Dla językoznawców może to być już za wiele. Używane przez nieletnie neologizmy zadziwiłyby pewnie niejednego badacza języka. Mając na przykład w znajomych jakąś młodszą kuzynkę, powiedzmy czternastoletnią dowiadujesz się, że “lubi kwiatki, ale woli orgazmy” albo że zna “1000 trików seksualnych, o których nie miałeś pojęcia”. Można o niej również powiedzieć, że jest romantyczką, bo regularnie przegląda “najcudowniejsze zdjęcia zakochanych” oraz że docenia sztukę robienia zdjęć, wspierając milion profilów mających w swej nazwie “(wstaw dowolne imię) photography”. Masz jednak świadomość, że owa czternastolatka potrafi o siebie zadbać, kiedy widzisz

32

wśród jej lajknięć znaną firmę produkującą prezerwatywy, a także slogan “Nie ma sexu bez durexu”, a nawet jeśli “Bez gumki, ale z głową”. Całości dopełnia jednak usprawiedliwienie, z którego dowiadujesz się, że ona tak naprawdę “Nie ma brudnych myśli tylko seksowną wyobraźnie”, ale “Okrągłe cycuszki,piękna dupeczka to jest to co ją zachęca” (pisownia oryginalna). Wiele możesz również dowiedzieć się na temat rówieśników i rówieśniczek owej kuzynki, którzy to w dość dziwny sposób wychwalają jej urodę pod zdjęciami, deklarując, że chętnie by ją “brali”, “wyruchali” czy robili inne wyuzdane rzeczy, o których ci się nie śniło. Istotne również są tutaj formy, w jakich ten gatunek użytkowników social media się do siebie zwraca. Zamiast napisać coś sztampowe-

go jak np. “zdjęcie z moją najlepszą przyjaciółką” wybierają bardziej wyszukane formy takie jak: “Selfie z moją cipcią ;**** Huehue”; zamiast zwyczajnego “dobrze, że jesteś” wrzuconego na czyjś łol, o wiele bardziej sprawdza się “Ty cipusiu kochana ;*” ewentualnie “Hehe cipki mojeę”. Język ten zdają się rozumieć tylko osobniki tego samego gatunku, dlatego lepiej samemu się dalej nie zapędzać, bowiem im dalej w las, tym mniej rozumiesz i tym bardziej boli cię głowa. “JESTEM JUTUBEREM, LICZ SIĘ Z MOIM ZDANIEM!” Inny rodzaj emocjonalnego ekshibicjonizmu w portalach społecznościowych objawia się za pośrednictwem filmików. Vlogi prowadzone zgodnie z zasadą: “nie znam się, to się wypowiem” wylewają się


źródło: www.pixabay.com

zewsząd i właściwie każdy może zostać jutuberem. Oczywiście istotne jest tutaj, żeby NIE BYĆ ekspertem w żadnej dziedzinie, bo po co to komu? Wystarczy, że władasz biegle błyskotliwymi żartami, śmiesznymi tylko w kręgach gimbazy, albo wyglądasz jak Bieber czy inny Kwiatkowski. Szansa na świetlaną przyszłość w odmętach jutuba już na ciebie czeka! Wystarczy mieć tylko telefon, który nagrywa filmiki, ewentualnie kamerka internetowa w zupełności wystarczy. Nikt nie patrzy przecież na jakość i pikselozę, liczy się tutaj przede wszystkim twoje zdanie! Tematykę masz tutaj dowolną. Możesz przecież mieć swoją opinię na każdy temat i oczywiście wszyscy muszą ją usłyszeć. Jednak czasem życie nie dostarcza wielu ciekawych refleksji, dlatego najlepiej zostać kimś w rodzaju szafiarki,

ewentualnie internetowej makijażystki. Istotne jest przecież, żeby ludziom wytłumaczyć, które podpaski są najskuteczniejsze, albo która szminka jest najlepsza do całowania. Przegląd balsamów do ciała to też kwestia niecierpiąca zwłoki, w końcu ważne jest mieć gładką i jedwabistą skórę. Po prostu MUSISZ się tym ze wszystkimi podzielić! GDZIE JEST GRANICA INTYMNOŚCI? Trochę teraz na poważnie, wszak moje zgorzknienie i brak dystansu do życia internetowego nie musi zdominować całego tekstu. Konfrontując rzeczywistość z powyższym, może nasunąć się parę refleksji. Obserwując swoich znajomych, czasem nawet znajomych znajomych, można zadać pytanie: gdzie właściwie znajduje się granica intymności? Kiedyś bardzo osobiste przeżycia, związa-

ne z naszą sferą uczuciową, przeznaczone były tylko i wyłącznie dla tych najbliższych, przyjaciół, rodziny. Kto uduchowienie i nastawienie posiadał bardziej introwertyczne przelewał stany emocjonalne na papier, który potem skrzętnie ukrywał w zakamarkach szuflady. Granica tego, o czym i komu mówić, zdawała się wyraźna. Współczesne środki masowego przekazu, takie jak media społecznościowe i portale zrzeszające wspólnoty ludzi, doprowadziły do tego, że granica właściwie nie istnieje, a jeśli już, to jest bardzo płynna i łatwo można ją przesuwać, naginać, wychodzić poza narzucony schemat dobrego smaku. Trzeba mówić o wszystkim! Czekam na zdjęcia porannego stolca. Stop. Miało być już przecież na poważnie i bez zgrzyźliwości. Podobne pytanie o granicę intym-

33


ności w portalach społecznościowych zadaje sobie psycholog Sandra Waszniewska, zastanawiając się: “Człowiek jest istotą społeczną, co oznacza, że potrzebuje więzi społecznych do swego rozwoju, by doskonalić i kształtować siebie. W dzisiejszych czasach nie możemy pominąć Internetu i jego ogromnych możliwości. Życie społeczne przenosi się na strony internetowe w coraz większym stopniu. Jest to naturalny sposób poszukiwania i wykorzystywania warunków stwarzanych przez współczesne czasy do wspomnianego kształtowania siebie. W szczególności dotyczy to szeroko pojętego życia społecznego”. Zatem możemy wnioskować, że uzewnętrznianie się za pośrednictwem portali społecznościowych wynika nie tyle ze zmieniających się potrzeb ludzkich,

34

co bardziej z przymusu wykorzystywania najnowszych zdobyczy technologicznych i dostosowania się do nich. Oczywiście potrzeby społeczne człowieka również mają istotny wpływ na to, w jaki sposób korzysta on z dobroci social media. Waszniewska wyjaśnia to następująco: “Mamy do czynienia z niebywałą ekspansją różnego rodzaju serwisów społecznościowych. Ludzie coraz chętniej zakładają swoje profile na więcej niż na jednym portalu społecznościowym. Powodem takiego zachowania może być zainteresowanie prywatnym życiem innych osób, chęć poznawania nowych kultur, możliwość zawiązywania nowych kontaktów w prosty, szybki i przyjemny sposób, a to wszystko bez wychodzenia z domu”. JA REALNE VS JA IDEALNE

Wszystko wynika z potrzeby kreacji samego siebie. Widzisz siebie w lustrze każdego dnia i widok ten niekoniecznie ci się podoba. W jaki sposób najlepiej to zmienić? Za pośrednictwem portali społecznościowych. W nich masz zupełną dowolność, możesz wykreować siebie, jak tylko sobie zamarzysz. I nie chodzi tutaj tylko o wyretuszowane zdjęcia. Twój wirtualny avatar może znać języki świata – nikt nie musi wiedzieć w jakim stopniu zaawansowania. Do tego dodaj masę zainteresowań z różnych dziedzin, aby uważano cię za człowieka renesansu, który na każdy temat może się wypowiedzieć. Korzystanie z Facebooka i innych portali społecznościowych ma znaczny wpływ na to, jak wygląda nasza samoocena. Joseph Walther na podstawie


badań stworzył specjalny model hiperpesonalny. Zgodnie z jego założeniami serwisy społecznościowe dają nam wiele możliwości, jeśli chodzi o naszą autoprezentację oraz sposób jej tworzenia. Swoje wirtualne “ja” możemy kreować w sposób, jaki nam się żywnie podoba i podawać osobom znajdującym się w naszych kręgach wyselekcjonowane informacje na nasz temat. W ten sposób o wiele bardziej panujemy nad tym, jakie opinie na nasz temat się pojawiają. Mając kontrolę nad informacjami, możemy przedstawić siebie w sposób, jaki chcielibyśmy być postrzegani. Dzięki temu w internecie każdy jest tym, kim chciałby być, albo raczej tym, kim wydaje mu się, że lepiej by było, gdyby był. Być może z tego wynika nierzadko przesadzone uzewnętrznianie się ludzi

w portalach społecznościowych. Zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego, wielu popada w swego rodzaju przesadę. SAMOTNOŚĆ W SIECI Dzieląc się wszystkim ze wszystkimi, tak naprawdę nie dzielisz się niczym z nikim. Jasne, ilość lajków i komentarzy oznacza, że ktoś czyta twoje wypociny, docenia twoje zdjęcia, ale bardzo szybko o tym zapomni. Wlatuje jedną dziurą, wylatuje drugą – szkoda marnować miejsca w głowie na to, co napisze jedna osoba, skoro w znajomych masz jeszcze pięćset innych. Spędzanie czasu z realnymi znajomymi zamieniamy na spędzanie czasu z naszymi friendami z fejsa. Portale społecznościowe bardzo nam ułatwiły kontakty międzyludzkie, bo żeby z kimś pogadać,

wcale nie musimy wychodzić z domu. Co więcej, czasem nawet rozmowa nie jest wymagana – w końcu wszystkiego możemy się dowiedzieć z tego, co nasz znajomy napisał w swojej wirtualnej przestrzeni. Mamy kontakty międzyludzkie w wersji instant. Tylko dlaczego czujemy się coraz bardziej samotni? PS: Wszelkie prawdopodobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Tekst nie ma na celu, żeby kogokolwiek obrazić. Sytuacje opisane należy odbierać z pewną dozą sarkazmu i mieć świadomość, że na potrzeby tekstu zostały w jakimś stopniu wyolbrzymione. A jeśli już się w którejś z wymienionych sytuacji odnajdujesz… to chyba na jakiś czas lepiej będzie zrobić sobie odpoczynek od fejsbuka. 

źródło: www.pixabay.com

35


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 36

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

37


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Księżafeministki, czyli Środa w sutannie

38

G

eorgia Walker zaciągnęła na siebie ekskomunikę poprzez symulację sakramentu święceń. Podaje się za prezbitera Kościoła rzymskokatolickiego, choć stoi w opozycji do papieża. Skąd się to wzięło?

Rafał Growiec

R

uch narodził się tak naprawdę w roku 2002, gdy na Dunaju dwóch biskupów niebędących w jedności z Kościołem katolickim, ale twierdzących, że mają sukcesję apostolską „wyświęciło” na prezbiterów siedem katoliczek. W 2005 r. rzekomo jakiś biskup katolicki udzielił sakry biskupiej Christine Mayr-Lumetzberger i Giseli Forster. Który biskup? Tego panie nie podadzą, bo nie chcą mu robić kłopotów. A ja mam wiadomości, że jeden z posłów na Sejm RP jest kosmitą, ale nie powiem który, by nie ścigali go faceci w czerni. Z Niemiec ruch przedostał się do USA, ale podobno ma stu trzydziestu członków na całym świecie. Powołuje się na opinie setek teologów z całego świata, poparcie wiernych i to, że sama Papieska Komisja Biblijna stwierdziła, że Pismo nie mówi nic o zakazie wyświę-

Tymczasem Kościół katolicki zawsze głosił naukę jasną, trudną do dowolnej interpretacji. Nie ma czegoś takiego jak małżeństwo dwóch mężczyzn, nie ma czegoś takiego jak swobodny wybór płci.

cania kobiet. Wypowiedzi papieskie dotyczące tej materii ich nie interesują, gdyż tworzone są przez mężczyzn. Ruch świadomie konfrontuje się z Kościołem hierarchicznym, domagając się w nim daleko idących zmian, nie tylko jeśli chodzi o sakrament święceń. Coś tu śmierdzi. Nie chodzi o samą chęć reformowania Kościoła. Katolicyzm zna wielu wspaniałych reformatorów, którzy odświeżali Winnicę Pańską.

Zawsze jednak w parze szła pokora i wierność nauczaniu Chrystusa. Styl, w jakim chce odświeżyć Kościół Ruch Kobiet Księży, mocno cuchnie siarką. ZATRUTA SŁODYCZ Język, jakim posługują się przedstawicielki Ruchu, przypomina wszystko, tylko nie troskę o Kościół. Tak długo, jak mówią one o swojej działalności na rzecz ubogich i wizji wspólnoty inkluzywnej, przyjmującej wszystkich bez względu na rasę, płeć, wyznanie czy orientację seksualną, z ich ust sączy się czysty miód. Co się jednak dzieje z tą słodyczą, gdy schodzimy na temat prawa kanonicznego? Znika miód, pojawia się jad. „Odmowa ordynacji kobiet przez Watykan jest bezsprzecznie oparta na antyfeministycznych, teologicznie nieuzasadnionych argumentach” (Ida Raming). „Kobiety


źródło: www.jerychomlodych.pl

kapłani żyją w profetycznym posłuszeństwie Duchowi, tak jak są nieposłuszne niesprawiedliwemu, stworzonemu przez mężczyzn, prawu kanonicznemu” (National Catholic Reporter). „To, co robi Kościół instytucjonalny nie ma dla mnie znaczenia” (Georgia Walker). Bridget Mary Meehan sugeruje, że ekskomunika wobec Walker jest tak naprawdę efektem sporu z biskupem, któremu nie podobała się aprobata kobiety dla ślubu lesbijskiego jednej z wiernych. Skąd my znamy tę narrację? Czyż nie z felietonów Magdaleny Środy i jej feministycznych koleżanek, grzmiących o patriarchalnym skostnieniu Kościoła? Trudno mówić o miłości do instytucji, której przewodników uznaje się za swoich wrogów. Jednocześnie rzekomo wyświęcone kobiety bardzo chętnie wiążą się z luteranami i mediami liberalnymi, prezentując się jako przyszłość Kościoła, który albo uzna ich racje albo wymrze toczony patriarchalnymi uprzedzeniami. Język pań z Ruchu jest jak najbardziej populistyczny. Kościół wierny nauczaniu Chrystusa jest ekskluzywny, rzekomo opresywny wobec mniejszości seksualnych. One zaś chcą budować Ko-

ściół inkluzywny, który takich ludzi przyjmuje bez żadnych wymagań. Pytanie: czym jest więc dla tych pań sakrament? Usługą oferowaną przez kapłana, należną jak psu buda bez względu na to, czy żyje się w grzechu czy nie? WINNY EKUMENIZM? Wiem, że zabrzmi to jak herezja, ale być może winien jest tu dialog ze światem i innymi wyznaniami chrześcijańskimi. Georgia Walker była prezbiterianką, którą Kościół katolicki zaciekawił wizją sprawiedliwości społecznej. Jednak zaakceptowała jedynie ogólnikowe twierdzenie o równości i odrzuciła resztę nauczania. Dokonała swobodnego wyboru tego, co jej pasuje, a co nie, i oburzyła się, że biskup może mieć nie dość, że płeć męską, to jeszcze inne poglądy niż ona. Co gorsza – takie poglądy ma także papież i wszyscy jego współpracownicy. Georgia Walker, przenosząc się do Kościoła katolickiego, zachowała się jak klient w supermarkecie. Lubi równość, to ją bierze, nie lubi nauczania o seksualności człowieka, to ją odrzuca. Jeśli coś jej nie pasuje, to Kościół MUSI się zmienić tak, by przypominał prezbiteriań-

ską wspólnotę. Nasz wierny, nasz pan. Przypomnijmy, że termin herezja wywodzi się właśnie od greckiego hairesis, czyli „swobodnie wybierać”. Jeśli świat naucza, że ślub gejowski jest dobry, to Kościół musi to zaakceptować i przyjąć. Jeśli świat naucza, że nie ma żadnej różnicy między mężczyznami a kobietami, to Kościół ma to przyjąć. Jeśli inne wyznania mają jakieś praktyki inne niż katolickie, to katolicy mają porzucić swoje zwyczaje i przyjąć te światowe/protestanckie w imię ekumenizmu/wyjścia do świata. Pluralizm światopoglądowy wspólnot protestanckich w Stanach wynika po części z mnogości tamtejszych wyznań. Jeśli pastor głosi rzecz niepopularną, to wierni pojadą do innej wsi, gdzie usłyszą to, co chcą usłyszeć. Próba znalezienia wspólnych cech prowadzi do rozwodnienia nauki Chrystusa i stwierdzenia, że w sumie to chodzi o to, by być dobrym. Ale jak? Tego nie można nikomu narzucać. Ruch Kobiet Księży i jego „teologia” to właśnie popłuczyny po takiej mentalności. Jakakolwiek definicja grzechu może urazić grzesznika. Jest to też efekt duszpasterskiego bezstresowego wy-

39


chowania: przekonania, że nazwanie kogoś poza mną samym grzesznikiem stawia go poza obrębem wspólnoty i prowadzi do wykluczenia (ekskluzywizmu). Jednak katolicyzm, jeśli każe w czymś dostrzegać grzech, to właśnie po to, by go pokonać. Chodzi o to, by grzesznik nie był sam. Błędne utożsamienie grzechu (który jest wrogiem) z bliźnim (którego należy miłować), zwykle prowadzące do nienawiści do grzesznika, w USA przyjęło formę miłości do grzechu. Tymczasem Kościół ka-

tolicki zawsze głosił naukę jasną, trudną do dowolnej interpretacji. Nie ma czegoś takiego jak małżeństwo dwóch mężczyzn, nie ma czegoś takiego jak swobodny wybór płci. Kapłan w czasie Eucharystii działa in persona Christi, Katolicyzm w swej doktrynie zawsze stoi na stanowisku, że Chrystus założył jeden Kościół. Rozłamy, takie jak hucznie fetowana Reformacja, są raną dla jedności chrześcijan, a nie dowodem na otwartość. Kolejne rodzące się pytanie: dlaczego luteranie

udzielili swojej świątyni na nieważne z punktu widzenia katolicyzmu święcenia? Czy tak ma wyglądać ekumenizm, że nasi bracia odłączeni będą kopać pod nami dołki? FRANCISZEK I ZAMKNIĘTE DRZWI Pamiętacie, jak po wyborze Franciszka na papieża wszystkie media lewicowo-liberalno-antyklerykalne zapowiadały nową jakość w Kościele? Jak rozwodziły się w marzeniach na temat tego, co zmieni człowiek bez źródło: www.openmagazyn.pl

czerwonych butów? Jak się okazało, modernizm katolicki nie znalazł w nim dostatecznego oparcia. Najpierw przyszła ekskomunika dla przywódców Wird sind Kirche (spokrewnionym ideologicznie z Ruchem Kobiet Kapłanów), potem Evangelii Gaudium, gdzie Franciszek potwierdził wyłączność sakramentu święceń dla mężczyzn. Zresztą, trudno by biskup Rzymu występował przeciwko nauczaniu Jana Pawła II, który w Ordinatio Sacerdotalis jasno i dobitnie ex cathedra stwierdził, że Kościół katolicki nie ma władzy udzielania święceń

40

kobietom. Chodzi tu o wierność Chrystusowi: temu, że powołał On na Apostołów samych mężczyzn, nie udzielił też kobietom żadnej władzy, choć towarzyszyły one Mu w czasie nauczania. Chyba, że kobiety kapłani uważają Ewangelie za niewiarygodne a ważne jest tylko to, co im podszepnie „Duch”. Nie można negować, że rola kobiety w Kościele jest niedoceniana. Możliwe, że to samo można powiedzieć o świeckich obu płci. Jednak czy rozwiązaniem są rewolucyjne pomysły, by po Franciszku papieżem została kobieta (jak sugeruje jedna ze sztuk teatralnych), lub

by wyświęcać kobiety na księży? Biorąc pod uwagę to, co się dzieje we wspólnotach, które przyjęły taką ideę, przyszłością Europy nie jest papieżyca Joanna II, a Kalifat Francji i Wielki Mufti Paris-abad. Jak już wspominałem, ekskomunikowaną Georgię Walker przytuliły już do siebie liberalne media, walczące o nowy, lepszy Kościół. Przede wszystkim jednak walczą ze starym, tradycyjnym Kościołem. Pytanie: czy wspólnota, jaką chcą budować kobiety kapłani to ta, jaką chce widzieć Chrystus, czy ta z zachcianek feministek? 


41


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 42

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

43


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI 44

And she’s buying a stairway to heaven L Mateusz Nowak

T

ytuł tego tekstu celowo wszystko zdradza. Pora na kolejny utwór -legendę, czyli "Stairway to heaven" zespołu Led Zeppelin, choć pewnie większości z was nie trzeba tego przedstawiać. To jedna z tych piosenek rockowych, które słyszał chyba każdy, obok "Smoke on the water" Deep Purple, "Nothing else matters" Metallici" czy "Highway to hell" AC/DC, jak i kilku jeszcze innych. Dla mnie osobiście to jeden z tych niewielu utworów, w trakcie których przeszywają mnie dreszcze. Osiem minut podręcznika, jak stworzyć niepowtarzalną balladę rockową. Można by się tu rozwodzić nad każdym elementem godzinami. Zaczynając od lekkiego, znanego wszystkim wstępu, dwóch spokojnych pierwszych zwrotek, powolnego przyspieszania, aż po punkt

ata 70-te to rozkwit muzyki rockowej na świecie, wtedy właśnie rodziły się legendy takich zespołów jak choćby Deep Purple, Led Zeppelin czy AC/DC, które do dziś mają miliony oddanych fanów na całym świecie. I choć członkowie tych ekip to już, mówiąc szczerze, dziadkowie, to trzeba im oddać jedno, potrafią nadal na scenie, niejednokrotnie wykrzesać z siebie więcej niż ich młodsi koledzy po fachu.

Jimmy Page przyznał kiedyś, że był świadomy tego, że udało mu się stworzyć naprawdę dobry kawałek, nie spodziewał się jednak, że zostanie on aż tak dobrze przyjęty i stanie się pewnego rodzaju hymnem grupy. Zwłaszcza, że „Stairway to heaven” nie miało początkowo predyspozycji do zyskania popularności.

kulminacyjny, zapoczątkowany fantastyczną solówką. I mógłbym tak dalej się zachwycać i zachwycać, potrwałoby to pewnie jeszcze trochę. Lepszych będzie chyba jednak jakieś ciekawostki dotyczące zarówno

utworu, jak i zespołu. BACKWARDS Najpierw biorę na tapetę najsłynniejszą legendę, związaną z ukrytym przekazem, który został rzekomo zawarty w "Stairway to heaven" puszczanym od tyłu. Zwolennicy teorii spiskowych upatrzyli sobie zwłaszcza jeden fragment, który puszczany normalnie, zaczyna się od słów "If there's a bustle in your hedgerow(...)", a kończy na słowach "(..) to change the road your on". Ogólnie nic specjalnego. Kiedy jednak odtworzymy go od końca, usłyszymy demoniczne wyznanie uwielbienia szatana. Rzekomo. W serwisie Youtube aż roi się od filmików próbujących potwierdzić lub obalić tę tezę. Prawda jest jednak taka, że zarówno zwolennicy, jak i sceptycy, nie potrafią w żaden sposób tych drugich


źródło: www.pixabay.com

przekonać do swoich racji. A my, jeśli ciekawość nas zżera, możemy spróbować wyrobić sobie własną opinię. Moje zdanie jest oczywiste. Pomimo sprawnie dobranych słów, cała teoria jest bardzo mocno naciągana. Bo niby coś tam słychać, niby są jakieś wątpliwości, ale trzeba do tego naprawdę mocno wytężać ucho. Sam wokalista - Robert Plant, przekonywał, że nie ma mowy o żadnym ukrytym przekazie, że jest to czysta głupota. Prawda jest jednak taka, że jeżeli człowiek coś chce usłyszeć, to to usłyszy. I stąd pewnie nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę i czy członkowie Led Zeppelin rzeczywiście byli kryptosatanistami. PLAGIAT? Tam, gdzie jest sukces, tam zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce Ci go ode-

brać lub uszczknąć z niego coś dla siebie. Jimmy Page - gitarzysta Led Zeppelin był nieraz oskarżany o plagiat. Sam przyznawał, że czerpał inspiracje z różnych gatunków muzycznych, zawsze jednak dodawał do nich jak najwięcej od siebie. Za samo inspirowanie się ciężko kogoś karać, co innego gdy melodie są do siebie za bardzo zbliżone. W przypadku "Stairway to heaven" problem dotyczy wstępu, który miał podobno zostać skopiowany z piosenki "Taurus" zespołu Spirit, utworu powstałego trzy lata wcześniej. Spadkobiercy Randy'ego California założyciela tej drugiej ekipy - obudzili się jednak dopiero po ponad 40 latach od opublikowania "Schodów do nieba". Dokładnie w czerwcu zeszłego roku złożyli zawiadomienie do prokuratury. Wszystko po to, by oczywiście wywalczyć jak

najwyższe odszkodowanie i dodatkowo zaliczyć zespół Spirit do panteonu gwiazd rockowych, jako (uwaga!) współtwórców legendarnego utworu. O tym, czy rzeczywiście wstęp "Stairway to heaven" jest plagiatem ciężko wyrokować. Porównując jednak oba utwory nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prawnicy zespołu Spirit idą zdecydowanie za daleko. Podobieństwa faktycznie da się słyszeć, różnic może nie jest dużo, jednak z całym szacunkiem, ale "Stairway to heaven" nie składa się tylko i wyłącznie z tego jednego fragmentu. Twierdzenie więc, że cały utwór jest plagiatem, wydaje się być mocno naciągane. Jaki będzie finał tej historii? Na rozstrzygnięcie będziemy musieli poczekać, a tymczasem zachęcam do porównania obu utworów we własnym zakresie, Youtube

45


źródło: www.pixabay.com

podsuwa na to nawet gotowe filmiki. HYMN Jimmy Page przyznał kiedyś, że był świadomy tego, że udało mu się stworzyć naprawdę dobry kawałek, nie spodziewał się jednak, że zostanie on aż tak dobrze przyjęty i stanie się pewnego rodzaju hymnem grupy. Zwłaszcza, że "Stairway to heaven" nie miało początkowo predyspozycji do zyskania popularności. W przeciwieństwie do grupy Queen i ich "Bohemian Rhapsody", Led Zeppelin nie zdecydowało się wypuścić ich wielkiego utworu jako singla. Był po prostu zbyt skomplikowany i zbyt długi na tamte

46

czasy. Wątpiono, że dobrze się przyjmie. Historia jednak pokazała, że nie mieli racji, choć brak singla i tak nie przeszkodził utworowi w osiągnięciu wielkiego sukcesu. Jak widać, w tym przypadku obroniła się sama muzyka, a względy marketingowe okazały się mieć mniejsze znaczenie. Koniec końców "Stairway to heaven" przyniosło Led Zeppelin nie tylko ogólnoświatową sławę i rozpoznawalność, ale także wielkie pieniądze. Niesamowite jest to, że tworząc jeden taki utwór, można zarobić setki milionów dolarów. I nie ma znaczenia, że w swojej dyskografii mają jeszcze wiele innych, świetnych piosenek. Dla

przeciętnego człowieka Led Zeppelin to "Stairway to heaven". I tyle, reszta się nie liczy. A często dochodzi do tego jeszcze stwierdzenie: "W sumie to nie wiem, co ludzie w tym utworze widzą, ale skoro wszystkim się podoba, to mi też". I weź tu męcz się całą karierę, rozwijaj pasję, a potem uświadom sobie, że najlepszą rzecz w życiu udało Ci się wykonać w pierwszych latach swojej działalności, przynajmniej w świadomości masowej. Cóż, zawsze lepsze to niż nic, a dzięki temu jednemu utworowi trzeba przyznać, że Jimmy Page i Robert Plant wybudowali sobie pomnik. 


47


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 48

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

49


Smutne życie geniusza Ż T NOWOŚCI

ycie niezrozumiałych przez resztę świata geniuszy to wdzięczny temat na film. Morten yldum wykorzystał ten motyw i stworzył bardzo zgrabny biopic o Alanie Turingu. Szkoda tylko, że ta produkcja zawdzięcza sukces przede wszystkim Benedictowi Cumberbatchowi.

50

Anna Zawalska

N

ie będę się rozpisywać o historii, bo o temacie wiem niewiele (co z bólem przyznaję), zaś przeczytanie zagadnienia z Wikipedii nie czyni ze mnie żadnego eksperta. Potyczki dotyczące tego, kto, kiedy i jak rozszyfrował Enigmę, zostawmy historykom. Skupmy się na filmie, nominowanym między innymi do Oskara w najważniejszej kategorii. A film “Gra tajemnic” (2014) to historia życia Alana Turinga. Zabierając się do oglądania, odbiorca ma wrażenie, że zobaczy szczegółową opowieść o tym, w jaki sposób udało się rozszyfrować Enigmę i dzięki temu wygrać wojnę. Okazuje się jednak, że jest to element poboczny, będący tłem do właściwej fabuły. Tę zaś stanowi przede wszystkim życie wybitnego matematyka. Poznajemy go w 1951 roku, kiedy zgłasza na policję włamanie do mieszkania.

Początkowo główny bohater jest irytującą osobistością. Stopniowo jednak irytacja ustępuje współczuciu.

Następnie przenosimy się w jego lata młodzieńcze, przebiegamy przez lata kariery naukowej i pracy dla rządu, aż kończymy na zdarzeniach rozgrywających się po wojnie. Tym samym reżyser w zgrabny sposób opiera narrację całości na trzech planach czasowych, by w ten sposób stopniowo wprowadzać odbiorcę w historię. Mamy więc prawie dwugodzinną przeprawę przez smutne życie geniusza. Początkowo główny bohater jest irytującą osobistością. Oglądając go na ekranie właściwie podzielamy odczucia współpracowników względem niego. Stopnio-

wo jednak irytacja ustępuje współczuciu - egocentryczny narcyz zdaje się mieć uczucia, doznaje samotności i braku zrozumienia. Skłonności homoseksualne ukrywane w strachu przed karą i utratą pracy, tłumią bohatera, wprowadzając go w stan chronicznego cierpienia psychicznego, a w efekcie doprowadzając do załamania nerwowego i samobójczej śmierci. Role niezrozumiałych geniuszy wychodzą Benedictowi Cumberbatchowi z nadzwyczajną lekkością, dlatego zdawać by się mogło, że zagranie Turinga nie wprowadzi nic nowego. Ta rola to połączenie Scheldona Coopera z “Teorii Wielkiego Podrywu” i Sherlocka Holmesa, którego Cumberbatch miał już okazję zagrać. Sama postać prowadzona jest przez aktora właśnie w taki sposób. Widzimy oto człowieka, który ma świadomość swojego geniu-


źródło: materiały dystrybutora

szu, jest błyskotliwy i inteligentny, jednak kompletnie nie ma podejścia do ludzi, jest narcyzem, nie odczytuje ironii, ani nie potrafii opowiadać dowcipów. Z czasem poznajemy innego Turinga - osobę wrażliwą, samotną i cierpiącą. Cumberbarchowi udało się idealnie ukazać ten dysonans i jego gra aktorska to majsersztyk, gdzie mimika, gestykulacja, sposób mówienia i zachowania tworzą kompletną układankę. Czy ta układanka zapewni “Sherlockowi” Oskara za najlepszego aktora pierwszoplanowego? Zobaczymy, ale szasne są naprawdę spore. Świetnie spisali się również Mark Strong w roli zagadkowego i diabolicznego Stewarta Menziesa - szefa MI6 - oraz Matthew Goode w roli Hugh Alexandra - współpracownika Turinga. Bardzo rozczarowuje natomiast Keira Knightley, która wypada mało autentycznie i przez cały film widz ma wrażenie, że ta przepiękna dziewczyna tak naprawdę nie jest w stanie rozwiązać prostego działania matematycznego. Niestety, ale w filmie przed-

stawiając jej postać - Joan Clarke - jako uciemiężoną przez patriarchat kobietę, twórcy stworzyli z niej błyskotliwy i ładny dodatek do męskich „mózgowców” zajmujących się poważnymi sprawami. Obalanie stereotypów trochę tu nie wyszło, co więcej, jeszcze je utwierdziło. Tym sposobem mało prawdopodobne, by gra Knightley przyniosła jej statuetkę w kategorii najlepszej aktorki drugoplanowej. O muzyce Alexandre Desplata trudno powiedzieć coś więcej poza tym, że oddaje nastrój całej opowieści. Brzmienia dobrane są skrupulatnie, współgrają z całością, jednak nie jest to coś, co zaskakuje albo wprawia widza w zachwyt. Dziwi to choćby dlatego, że „Gra tajemnic” została nominowana do Oskara między innymi za najlepszą muzykę oryginalną. Oprócz tego produkcja ma szanse również na statuetkę w kategoriach: najlepszy montaż, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepszy reżyser i najlepsza scenografia. Jeśli chodzi o

montaż to doceniona może tutaj zostać narracja prowadzona na trzech poziomach czasowych, bo sam montaż w formie nie zachwyca. Reżyser Morten Tyldum również nie popisał się zaskakującymi rozwiązaniami, ale stworzył bardzo poprawny pod każdym względem film, co może, ale niekoniecznie powinno zostać docenione. W sumie “Gra tajemnic” otrzymała osiem nominacji. Trudno spekulować, w której z nich ma największe szanse, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa może to być kategoria “najlepszy aktor pierwszoplanowy” i “najlepszy scenariusz adaptowany”. Problem w tym, że o statuetce nie musi przesądzić, czy film jest najlepszy spośród innych nominowanych. Jeśli weźmiemy pod uwagę poprawność polityczną - a Akademia zdaje się nią kierować bardzo mocno przy wyborach - to film ma szansę na statuetkę głównie przez to, że opowiada o trudnym życiu prześladowanego homoseksualisty. A to, jak wiemy, może się sprzedawać bardzo dobrze. 

51


Czy można uchwycić przemijanie? O NOWOŚCI

filmie “Boyhood” było głośno długo przed premierą i zdawało się, że sława wyprzedza tę produkcję. Cała otoczka reklamowa sugerowała arcydzieło, jakiego nikt jeszcze nie nakręcił. Tymczasem po seansie można poczuć bardzo intensywne rozczarowanie.

52

Anna Zawalska

F

ilm był kręcony między 2002 a 2013 rokiem i zdobył przydomek "filmowego eksperymentu". Dzięki temu, że praca nad produkcją trwała dwanaście lat, możemy na ekranie obserwować etapy z życia dorastających dzieci, starzejących się rodziców i zmieniających się elementów społecznych. Obserwujemy, jak mały chłopiec zmienia się w młodego mężczyznę i jak na twarzy matki pojawiają się z czasem zmarszczki. Wszystko pozostawione w okryciu wydzierganym z autentyczności. Widzimy następujące po sobie etapy życia, gdzie starość to nie przypudrowany nos i odpowiedni makijaż, gdzie wchodzenie dziecka w dorosłość to nie zmiana na starszego aktora. Jednak gdyby nie ten zabieg, "Boyhood" mógłby się nie wybronić. Fabuła jest prosta i

Obserwując, jak płynie czas i życie rodziny Masona, dochodzimy do smutnego wniosku, że tak to już w życiu bywa i zadajemy sobie pytanie, kiedy nasze lata młodości przepłynęły między palcami. To, co Linklater zamknął w dwuipółgodzinnej produkcji, to nic innego jak życie każdego z nas tylko w nieco okrojonej formie.

przy tym pozbawiona akcji. Poznajemy rodzinę i razem z nią przeżywamy wzloty, upadki, trudne, jak i te radosne chwile - całość skomponowana jest w taki sposób, że chyba

każdy w którymś elemencie tej historii się odnajdzie. Wchodząc w życie rodziny Masona i Samanthy, przez ich pryzmat poznając całą sytuację, wchodzimy również w pewien intymny świat emocji i zranień, które oddziałują na bohaterów i które przez nich oddziałują na nas. Niestety oddziałują o wiele za słabo i trudno się w całość odpowiednio wczuć, co prowadzi do tego, że dwuipółgodzinny film zwyczajnie nudzi. Wszystko za sprawą bardzo sztucznej gry aktorskiej. Autentyzmu brakuje tutaj każdemu, a co gorsza trudno obdarzyć sympatią któregokolwiek bohatera. Ellar Coltrane w roli Masona wypada nad wyraz słabo, nic sobą nie ukazuje. Jest dorastającym chłopakiem, przeżywającym trudne sytuacje rodzinne, a w każdym momencie filmu jest tak samo mdły i nijaki.


źródło: materiały dystrybutora

Drewniana kłoda zdaje się mieć w sobie więcej życia niż ten chłopak. Z kolei odtwórczyni roli jego siostry, córka reżysera, Lerelei Linklater, o ile jako dziecko wypada zjawiskowo, to z wiekiem gdzieś tą naturalność traci. Wychodzi więc na to, że filmowe rodzeństwo jest siebie warte, bo do całej produkcji wnosi jedynie marazm i wszechobecną bylejakość. Dzięki “Boyhood” (2014) na Oskara mają szansę Ethan Hawke i Patricia Arquette - odtwórcy ról rodziców Masona i Samanthy - w kategoriach najlepszej aktorki i aktora drugoplanowego. Dziwi to tym bardziej, że aktorstwo to zdecydowanie najsłabszy element filmu, również w wykonaniu tej pary. O ile jeszcze Hawke może się wybronić, to Arquette wypada przeciętnie. Odnosi się wrażenie, że jej postać

do wszystkiego podchodzi beznamiętnie, a jedyne uczucia okazywuje tylko w sytuacjach kryzysowych. Film ma szansę również na statuetkę w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Linklater jednak nie jest w pisaniu scenariuszy zbyt dobry, co “Boyhood” udowadnia. Cała historia jest o niczym i brak w niej kreatywnych rozwiązań albo niespodziewanych wydarzeń. Jeśli praca nad tą produkcją trwała dwanaście lat, to scenariusz mógł być nastawiony na jakiś konkret. Tymczasem poznajemy historię rodziny, składającą się z pojedynczych zlepków z poszczególnych etapów w życiu. Razem z nią przeżywamy przeprowadzki, pierwsze dni w nowej szkole, rozwód, ojczyma alkoholika, kolejne małżeństwo, kolejną przeprowadzkę, ukończenie szkoły… i tak dalej.

Można na to spojrzeć dwojako. Z jednej strony mamy do czynienia z filmem obyczajowym, ale od tego gatunku oczekuje się czegoś więcej. Przydałby się tu jakiś wytrych, na którym cała historia mogłaby się skupić. W „Boyhood” zdecydowanie tego brakuje. Z drugiej strony mamy filmowy eksperyment, przekrój życia rodziny, który możemy odnieść do swojej własnej egzystencji. Jeśli w taki sposób na “Boyhood” spojrzymy, to faktycznie coś oryginalnego w tym jest. Na historie życia rodzinnego można patrzeć z zaciekawieniem, jednak jeśli naszpikowane są one sztampowymi dialogami o ludzkiej egzystencji, to niestety po kilku takich rozmowach film staje się nieznośny. Takich scen, gdzie banał goni banał, jest tu na pęczki. A to pogaduchy

53


w ciemni, kiedy nauczyciel tłumaczy Masonowi, dlaczego ten musi się kształcić, a to głęboka rozmowa z ojcem o zawodach miłosnych, nie wspominając już o quasi-filozoficznych refleksjach wymienianych między Masonem, a jego licealną dziewczyną Sheeną. Film rozczarowuje na wielu płaszczyznach, jednak jego główny cel został osiągnięty. Reżyser w swoim dziele uchwycił przemijanie. Obserwując, jak płynie czas i życie rodziny Masona, dochodzimy do smutnego wniosku, że

tak to już w życiu bywa i zadajemy sobie pytanie, kiedy nasze lata młodości przepłynęły między palcami. To, co Linklater zamknął w dwuipółgodzinnej produkcji, to nic innego jak życie każdego z nas tylko w nieco okrojonej formie. Znamienna wydaje się tu wypowiedź matki Masona, gdy ten wyprowadza się z domu i wyjeżdża na studia: “To najgorszy dzień mojego życia. Właśnie sobie uświadomiłam, że moje życie przeminie w mgnieniu oka. Kamienie milowe: małżeństwo, dzieci, rozwód, lęk,

że masz dysleksję, nauka jazdy na rowerze, kolejny rozwód, dyplom, wymarzona praca, wyjazd Samanthy do collegu i teraz twój. Wiesz, co jest następne? Mój pieprzony pogrzeb!” Koniec końców, “Boyhood” ma w sobie jakieś przesłanie. Jeśli doliczymy do tego eksperymentalny zabieg pokazania dorastających dzieci, to mamy dwa bardzo mocne punkty całości. Nie sądzę jednak, by były na tyle mocne, żeby poświęcić dla nich dwie i pół godziny życia. 

źródło: www.pixabay.com

54


55


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 56

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 57


Autorytet poszerza nasze horyzonty ROZMOWY

K

58

Piotr Zemełka

J

akie możemy w swoim życiu posiadać autorytety?

Dr Marek Lasota: Pojęcie autorytetu jest niezwykle trudne do zdefiniowania, a definicja może się różnić w zależności od rodzaju autorytetu. Możemy mówić o tzw. autorytecie mimowolnym, który posiada chyba każdy. Czyli każda osoba, w którymś momencie życia spotkała człowieka, z którego ust usłyszała informację na tyle istotną, że stała się ona pewnym wyznacznikiem jej drogi. Innym autorytetem jest tzw. autorytet ogólnie uznany, do którego nieraz odwołujemy się w celu poparcia naszych tez. I w przypadku tego rodzaju autorytetu wcale nie musimy mówić o osobie. Może to być też nauka, jakieś twierdzenie naukowe czy dowód naukowy. Najciekawszym rozwinięciem tego pojęcia jest

ażdy z nas potrzebuje w życiu autorytetu, przewodnika, którzy odkryje przed nami tajemnice i poszerzy naszą wiedzę o świecie. O tym, w jaki sposób znaleźć takiego człowieka i jakimi cechami powinien się charakteryzować rozmawiam z dr. Markiem Lasotą, dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i wykładowcą akademickim.

Myśmy Boga odrzucili, bo wydaje nam się, że żyjemy w świecie bezpiecznym, dostatnim i szczęśliwym. Czyli w raju. Więc skoro żyjemy w raju, to po co nam Bóg?

spojrzenie na nie jako efekt świadomego poszukiwania jakie podejmuje człowiek. Zwłaszcza część młodych, która dopiero kształtuje swój wizerunek świata. Skąd bierze się w człowieku chęć poszukiwania takiej osoby? Dr. M. L.: Kiedy człowiek zaczyna obracać się w istniejącej rzeczywistość i próbuje jakoś określić w niej swoje miejsce, to naturalnym jest, że początkowo jest bezradny wobec pewnych problemów i

zjawisk. Nie jest w stanie ich objaśnić czy wytłumaczyć, albo dać choćby samemu sobie przekonującej odpowiedzi na dręczące go pytania. Wówczas poszukuje osoby, która mu tej odpowiedzi udzieli. I to jest właśnie chyba ta najwłaściwsza droga do znalezienia odpowiedzi na pytanie kim jest autorytet. Człowiekiem z autorytetem będzie dla każdego z nas indywidulanie ktoś, kogo my sami szukamy. Ktoś, na kogo my, zetknąwszy już w tym naszym życiu z wieloma postawami, postaciami, trafiamy. To ktoś, kto najbardziej odpowiada naszemu sposobowi postrzegania świata. I co więcej, nie tylko odpowiada, ale jeszcze poszerza nasze horyzonty, odsłania kolejne tajemnice i daje nam odpowiedzi na pojawiające się pytania dotyczące rzeczywistości. Jeśli tak będziemy rozumieli autorytet, jako owoc naszych poszukiwań,


źródło: www.pixabay.com

to jest autorytet wybrany świadomie, autorytet, któremu warto zawierzyć, autorytet który staje się faktycznym naszym przewodnikiem przez życie. W takim razie jakimi cechami będzie wyróżniać się ten autorytet-przewodnik? Dr. M. L.: Fundamentalną rzeczą według mnie jest zaufanie, które pozwala nam wierzyć, że taka osoba nas nie okłamuje w danej kwestii. Druga rzeczą jest świadomości, że wszystko, co ten człowiek mówi wypływa z jego głębokiej wiedzy. Jest to więc człowiek, który posiada wiedzę ogólną o świecie czy w jakiejś dziedzinie szczegółowej i my jesteśmy o tym przekonani, że jego wiedza jest na tyle głęboka, jest owocem wieloletnich dociekań czy studiów, że możemy mu zaufać. A trzecią rzeczą jest mądrość. Chodzi dokładnie o postawę wobec osób oczekujących odpowiedzi. Autorytet to jest człowiek, który nie będzie wobec nas natrętnie dydaktyczny i moralizatorski, bo zwyczajnie takich ludzi nie chcemy, nie jesteśmy na nich otwarci. My w istocie odrzucamy auto-

rytet, który nam nakazuje, który nas potępia. Autorytet cechujący się mądrością to osoba, która nie powie: zrobiłeś źle, powinieneś zrobić tak. Nie, autorytet powie nam: zrobiłeś tak, ok. Ale mogłeś zrobić też inaczej. Może to być związane z tym, że wiele osób ma problem z przyjmowaniem krytyki. Dr. M. L.: Nikt z nas nie przyjmuje krytyki. My jesteśmy generalnie bardzo zadufani w sobie i zazwyczaj przeświadczeni o słuszności swoich racji, o tym, że nasz sposób rozumienia świata jest jedyny, a cały świat błądzi. To jest bardzo typowe dla człowieka. Natomiast prawdziwy autorytet zawiera w sobie coś co jest niesłychanie istotne, mianowicie umiejętność dialogu, czyli umiejętność pokazania nam, że ja szanuje Twoja postawę, Twój wybór, Twoja decyzję, ale wiem, że istnieją też inne możliwości odpowiedzi na te pytania. Autorytet nie ogranicza naszej wolności. Prawdziwy autorytet jedynie pokazuje nam to, co on wie, a co umknęło naszej uwadze. I co może poszerzyć naszą wiedzę o świecie.

Dlatego prawdziwy autorytet nie może posługiwać się językiem nakazowym, oceniającym, pouczającym, ponieważ to budzi w nas naturalny opor. Prawdziwy autorytet ma nas skłonić do kolejnych poszukiwań, do przewartościowania swojego myślenia. A współcześnie potrzebujemy autorytetów? Dr. M. L.: Wyłącznie, zwłaszcza w sytuacji, gdy autorytetem często stają się media. Proszę zauważyć, że wystarczy, że w TV pojawi się jakaś gadająca głowa, nie ważne kto i na jakiej stacji, istotne jest to, że pojawiła się na antenie danego medium, które swoim autorytetem w pewien sposób potwierdza słowa wypowiadane przez daną osobę. W dodatku skoro taki człowiek wypowiada się publicznie, to znaczy, że mówi prawdę. I w takiej sytuacji osoba z telewizji staje się autorytetem, dla jednych na chwilę, a dla innych na dłużej. Problem polega na tym, że naturą mediów jest sygnalizowanie problemu, a nie jego zgłębianie. Biorąc pod uwagę jak bardzo złożony jest dzisiejszy świat nie trudno stwierdzić, że same informacje

59


nie pomogą nam zrozumieć pewnych problemów. Co więcej, bardzo łatwo było być autorytetem religijnym 500 lat temu kiedy człowiek nie miał świadomości na czym polegają religie islamu, hinduizmu, buddyzmu, albo w ogóle nie miał pojęcia o ich istnieniu. W takiej sytuacji dla przeciętnego mieszkańca wszystko, co usłyszał z ambony było święte i ostateczne. Dla dzisiejszego człowieka, który interpretacje jakiejś prawdy może słyszeć od rozmaitych źródeł wcale nie jest to takie oczywiste. Dla tego dzisiejszy autorytet ma o tyle znaczenie, że musi być autorytetem którego obdarzymy bezwarunkowym zaufaniem, kiedy jego postawa jest nieskazitelna. Nikt nie jest bez grzechu. Ale nieskazitelność polega też na tym, że ktoś umie się przyznać, że w danym momencie popełnił błąd. To buduje zaufanie. Trzeba pamiętać, że autorytet też ma prawo do błędu. I autorytet zbuduje sobie zaufanie jeśli będzie się umiał przyznać do takiej sytuacji i zwyczajnie przeprosić. Mało mamy współ-

60

cześnie ludzi, w mediach chociażby, którzy przyznają się do błędów i przepraszają. Może właśnie z tego wynika współczesny kryzys autorytetu? Dr. M. L.: Przede wszystkim, kryzys następuje dlatego, że brakuje ludzi z charyzmą. Współcześnie mamy jedynie dogmatycznych uczonych, którzy pogrążają się swojej dziedzinie wiedzy, którą drążą, albo ludzi zwykłych, których mechanizmy demokratyczne wyniosły do władzy czyniąc ich przez to siłą rzeczy autorytetami, a którzy tak naprawdę nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Innym problemem powodującym kryzys autorytetów jest pycha, która cechuje większość ludzi. My jesteśmy tak głęboko zadufani w sobie, w swojej wiedzy, mądrości prawdziwej czy wyimaginowanej, że my tak naprawdę nie potrzebujemy autorytetów. Ten problem dotyczy także osób, które mógłby być tymi autorytetami, a które w swojej pysze nie są wstanie przyznać się to błędów, bojąc się o swoja reputację. Przez to nie są w stanie zbudować

sobie zaufania ludzi, o czy mówiłem przed chwilą. Czy wcześniej tego grzechu pychy nie było? Dr. M. L.: Był, ale też poczucie słabości człowieka było kiedyś znacznie większe niż dziś. Dziś człowiekowi wydaje się ze jest wszechmocny. Czyli przyznanie się do błędu teraz postrzegane jako słabość, wcześniej nią nie było w oczach ludzi? Dr. M. L.: Tak. Z tego wynika, że przez zmianę postrzegania pewnych zachowań, jak przyznawanie się do błędu niemożliwym staje się wykreowanie jakiegokolwiek autorytetu. Dr. M. L.: Jeśli nie zaczniemy doceniać czegoś takiego, jak prawdziwa pokora, prawdziwa świadomość że i tak nie wiemy wszystkiego, to nie zbudujemy żadnych autorytetów. Inaczej – autorytety może i będą, ale my nie będziemy ich dostrzegać, bo nie będą nam do niczego potrzebni.


Co jeszcze powoduje kryzys autorytetów?

re przychodzą, a które przez hagiografów są chowane.

Dr. M. L.: Nasza skłonność do ubóstwiania. Człowiek którego chcemy obdarzyć pełnym zaufaniem uznać za swój autorytet chcemy automatycznie staje się przez nas odczłowieczony, za wszelką cenę chcemy pokazać, że jest wolny od wszelkiej skazy. A taki obraz jest niestety sztuczny. Problem polega na tym, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że człowiek ma prawo do błędu, upadku, grzechu. Każdy ma przecież swoje ograniczenia. A prawda jest taka, że nie ma ludzi idealnych, kryształowych, doskonałych. Jeśli ktoś nam próbuje kogoś takiego przedstawiać, to trzeba się bronić przed czymś takim. To nie jest prawdziwe. Człowiek ma prawo do błędu. Dlatego ja się właśnie buntuję często przeciw budowaniu takiego wizerunku Jana Pawła II. Człowieka który właściwie nie jest człowiekiem. Jest jakimś cyborgiem albo bogiem. A czy tak było? Nie, przecież on też miał chwile zwątpienia, słabości. To są normalne ludzkie rzeczy, któ-

Jest Pan w stanie wymienić jakieś osoby współcześnie żyjące które mógłby aspirować do bycia autorytetem? Dr. M. L.: Dzisiejszy świat charakteryzuje niesłychana różnorodność. My nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego na rozmaitych wycinkach nauki, polityki, itd. Więc mamy takie odosobnione autorytety w różnych dziedzinach życia Istnieje jakiś autorytet ogólny, będący ponad te dziedziny? Dr. M. L.: Takiego ogólnego raczej nie ma, a przynajmniej dzisiejszy człowiek go odrzucił. Choć osobiście powiem szczerze, że na starość coraz bardziej odkrywam jak wartościowym autorytetem dla człowieka - abstrahując nawet od sfery duchowej czy religijnej - jest Jezus. Jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało. Wystarczy przyjrzeć się temu, co zostało napisane w Ewangeliach i spróbować czytać nie z postawą adoracyjną, a ze zwykłym

zrozumieniem. Może nie od razu, ale po w analizie treści, słowa Jezusa oraz jego nauki stają się jasne i klarowne. Wręcz tak oczywiste, że aż dziwne że dla każdego człowieka nie staje się to jedyną sensowną prawdą o życiu. Jak się okazuje, prawdy które głosił Jezus sprowadzają się do tego, co później inni powtarzali w nieco zmienionej formie, i na których często się teraz powołujemy. Wystarczy spojrzeć na wielokrotnie powtarzaną liberalną definicję wolności mówiącą, że granicą mojej wolności jest wolność drugiego człowieka. No a cóż innego mówił Jezus? Dokładnie to samo tyle, że innymi słowami: kochaj bliźniego jak siebie samego. A my dziś będziemy odwoływać się do liberalnej definicji wolności zapominając, że 2000 lat temu był facet, który już to powiedział, a co oczywiście dziś potwierdza Kościół. Tyle, że myśmy Boga odrzucili, bo wydaje nam się, że żyjemy w świecie bezpiecznym, dostatnim i szczęśliwym. Czyli w raju. Więc skoro żyjemy w raju, to po co nam Bóg? 

źródło: www.pixabay.com

61


Per musicam ad Deum REPORTAŻ

C

62

Bartłomiej Plewnia

P

ianino było pierwszym instrumentem, na którym grał. Teraz ma 24 lata, ale nadal podąża za swoją pasją. Z wiekiem przyszło doświadczenie i umiejętności. Prawie dwadzieścia lat temu – jako pięciolatek – Karol Jaje po raz pierwszy zagrał przed publiką. – „Bardzo spodobało mi się występowanie. Siedziałem i klaskałem sam dla siebie, dopóki nie przyszła po mnie pani nauczycielka i zabrała mnie ze sceny. Od następnego razu już wiedziałem, jak się zachować”. Rodzice szybko odkryli w Karolu talent. ‒ „Wspierali mnie. Najpierw posłali mnie do podstawówki muzycznej, potem gimnazjum i szkoły średniej. Wszystko z kierunkiem na muzykę”. To właśnie treść kryjąca się w nutach od zawsze jest dla niego natchnieniem. Dwukrotnie próbował uczyć się gry na skrzypcach, był członkiem

hłopiec w granatowym garniturze z butonierką wyszedł na scenę i ukłonił się przed publicznością. Miał pięć lat, ciemne włosy i ogromny talent. Na środku oświetlonego podestu stał fortepian – przerażał majestatem. Nóżki zwisały chłopcu bezwładnie, gdy lekko drżące dłonie z najwyższą ostrożnością ułożył na klawiaturze instrumentu. Zagrał “Cztery małe żabki”. Gdy ucichły ostatnie dźwięki i zabrzmiały pierwsze brawa, Karol nadal siedział zakłopotany. Nie wiedząc, co robić, również zaczął klaskać.

Muzyka niesie z sobą przesłanie. Nawet ta instrumentalna. Wyobraźmy sobie horror, któremu ktoś podmienił podkład muzyczny na taki z kreskówki. Powstanie groteska – zupełnie zmieni się odbiór całego filmu.

kilku chórów – najczęściej jako tenor. Głos nieco mu się teraz obniżył i bliżej mu do barytonu. – „Ze skrzypcami nie wyszło – bolały mnie plecy, palce, szyja. Dość prozaiczne powody, ale zniechęciły mnie wystarczająco”. MISJA? PASJA? Karol kochał muzykę. Nie mniej zresztą ona zdawała się kochać jego. Od pewnego momentu jednak sztuka dla

samej sztuki przestała wystarczać – Karol potrzebował celu. Muzyka nim nie była. Była środkiem. Ale jaki miał być cel? Karol: „Kościół nie zawsze był dla mnie ważnym elementem życia. Potem stopniowo ulegało to zmianie. Gdy byłem mały, ksiądz chodził po kolędzie i za każdym razem – co roku – powtarzał: «A może Karol zagra jakąś kolędę na pianinie?». Siadałem i grałem. Gdy miałem około 10 lat, ksiądz zaproponował, bym może przyszedł do kościoła i pomógł organiście. Zacząłem od grania na nieszporach, potem pierwsza msza – i tak to już później szło. Wtedy podjąłem decyzję o studium organistowskim”. Studium było pierwszą w pełni świadomą decyzją Karola w świecie muzyki. Drugą było rozpoczęcie nauki w Akademii Muzycznej. Nieco wcześniej – chór szkolny,


źródło: www.pixabay.com

później parafialny. Zorganizował parę koncertów, na wielu grywał. To nie wystarczało – cały czas towarszył mu pomysł, który nie dawał spokoju. Idea, która pchała go ciągle dalej. Stworzyć scholę gregoriańską. ŚPIEWAJĄC BOGU Łukasz: „To już trzy lata. Robię to, co lubię. Dzięki temu kontakty w grupie są jak najlepsze. Jest nas czwórka – ja, Karol, Piotrek i Wojtek. Kiedyś były jeszcze dwie inne osoby. Każdy z nas jest inny, ale każdemu przyświeca w tym, co robimy, jeden cel. Wychwalać Boga”. Łukasz Żurek śpiewa w Wełnowieckiej Scholi Gregoriańskiej od samego początku. U niego było trochę inaczej niż u Karola. Łukasz najpierw miał cel, a dopiero później znalazł środek, którym chciał do niego dążyć. Narzędziem okazała się muzyka. Choć z Karolem znają się od małego, dopiero trzy lata temu – tworząc scholę – ich drogi naprawdę się zeszły. Scholę gregoriańską w parafii na katowickim Wełnowcu Karol nazywa swoim dzieckiem. Śpiewał już w

różnych chórach, jeden nawet prowadził, ale to właśnie schola gregoriańska była jego prawdziwym marzeniem – między innymi dlatego, że brakuje w Kościele tej formy wyrazu. Karol: „W Polsce marginalizuje się kulturę wysoką. W kościołach ludzie mogą mieć styczność choćby z muzyką symfoniczną, z dawnymi i współczesnymi kompozytorami – często genialnymi. Kościół to w wielu przypadkach jedyne okienko na tę kulturę, szczególnie na wsiach. Utarło się przekonanie, że muzyk kościelny jest gorszy od innego. Korzeni tego należy szukać jeszcze w PRL-u. W Niemczech muzyk kościelny to ktoś poważany”. ŚPIEWAJĄC LUDZIOM 29 czerwca. Koncert. Ich pierwszy. Ogłaszali się plakatami i pocztą pantoflową – teraz czas na weryfikację ich umiejętności. Występ został zatytułowany „Per Musicam ad Deum”, znaczy: przez muzykę do Boga. Wełnowiec to mała parafia, nie powinno przyjść dużo ludzi. Przed ołtarzem ułożyli sześć krzeseł, przy czym jedno nieco

odstające od reszty – dla dyrygenta, Karola. 17:51. Szybki papieros naprędce przed występem. 17:55. Kilka łyków wody, żeby nie zaschło w gardle. No i żeby ręce czymś zająć. 17:56. „Na pewno macie wyłączone telefony?”. 17:57. Wspólna modlitwa. 17:59. Jeszcze poprawić muszki. Rzecz z pozoru błaha, ale jak dodaje odwagi! 18:00. Wchodzą. Teczki z nutami trzymają pod prawą pachą, obrazkiem do wiernych. Ukłon. Przyszło kilkadziesiąt osób. Chwila ciszy. Oddech i „Ave Verum...” Chorał jest trzonem liturgii. Niektórzy twierdzą, że to przeżytek. Karol już od dawna wie, że trzeba to zmienić. – „Chorał gregoriański to przedłużenie mowy. Sprawia, że jest ona doskonalsza. W ogóle najdoskonalszym instrumentem Kościoła jest właśnie człowiek”. Dodaje, że w Kościele brakuje już nie tylko chorału, ale i łaciny. Ale czy łacina powinna wrócić na stałe? Łukasz: „Kiedyś rozmawiałem o kwestii łaciny w Kościele Katolickim z jednym z ministrantów. Sam jestem jednym z nich, więc

63


często poruszamy takie tematy. Spytał mnie o to, czy uważam, że łacina powinna wrócić do Kościoła. Odpowiedziałem, że tak. On na to, że przecież ludzie tego nie rozumieją. I to był klucz. Po chwili namysłu powiedziałem: zaraz, skoro czegoś nie rozumiem, to zaczynam się zastanawiać. Bądźmy szczerzy: po polsku wszystko jest oklepane. Te same formułki co tydzień. Przy łacinie człowiek zaczyna myśleć, co on właściwie mówi lub śpiewa. Wzbudza to w nim ciekawość. A czy to nie refleksja jest przecież najważniejsza w modlitwie?”. MÓWIĆ JĘZYKIEM BOGA Pomimo studiowania na Akademii Muzycznej, dla Karola muzyka nie jest docelowym źródłem pieniędzy. Rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Śląskim, by mieć pewniejszą przyszłość. ‒ „Bycie muzykiem nie jest łatwe, szczególnie w kapitalizmie. Ja jestem muzykiem kościelnym – po co parafia ma zatrudniać wykształ-

conego organistę za 3000 złotych miesięcznie, skoro może dać pracę Panu Mietkowi, który zagra na mszy za 800 złotych na miesiąc? W ten sposób bardzo trudno jest konkurować”. Dla Karola, muzyka to przede wszystkim pasja. Nie tylko on widzi w niej pasję zamiast okazji do zarobku. – „Znam pewnego nauczyciela języka francuskiego – rodowity Francuz, nazywa się Jean-Claude. Z wykształcenia jest dyrygentem, ukończył Akademię Muzyczną w Strasburgu. Mimo wyższego wykształcenia nie pracuje w tym zawodzie. Przykra sprawa, bo uważam, że jego miejsce jest za pulpitem dyrygenckim. Ten przykład jedynie obnaża nasze realia”. Podczas mszy śpiew Wełnowieckiej Scholi Gregoriańskiej uduchawia znajdujących się w świątyni wiernych. Karol, powołując się na słowa Benedykta XVI, którego uważa za najwybitniejszego współczesnego teologa, mówi, że poprzez kontemplację piękna muzyki

kontemplujemy piękno Boga. – „Muzyka to język uniwersalny. Beethoven powiedział kiedyś, że muzyka to język Boga. Dziś istnieje jednak pewien problem. Księża traktują muzykę tak, jak w liceum traktuje się zajęcia wuefu – po macoszemu. Nikt nie kładzie na to nacisku w seminariach. A chorał? Po soborze watykańskim II zaczęto od niego stopniowo odchodzić – wbrew temu, co sobór postanowił”. Muzyka niesie z sobą przesłanie. Nawet ta instrumentalna. Wyobraźmy sobie horror, któremu ktoś podmienił podkład muzyczny na taki z kreskówki. Powstanie groteska – zupełnie zmieni się odbiór całego filmu. To dlatego treść, czyli wydarzenia, muszą współgrać z tym, co im akompaniuje. Tak samo jest z liturgią. – „Czy w muzyce treść ważniejsza jest od formy? To podstawowy błąd – treści i formy nie da się rozgraniczyć. Słowa muszą współgrać z nutami. I tu dotykamy kolejnego problemu – grup liberalnych źródło: www.pixabay.com

64


źródło: www.pixabay.com

w Kościele”. Łukasz: „Dziś w Kościele są, powiedzmy, dwa «obozy». Liberalni i tradycjonaliści. Ci pierwsi tworzą scholki z gitarami, perkusją, w kościołach chcą tylko i wyłącznie języków narodowych. Tradycjonaliści – w tym ja nie negują języka narodowego w liturgii, scholek z gitarami i tym podobnych. My po prostu chcemy, by przy tym wszystkim kultywowało się również tradycyjne formy. Nasza schola gregoriańska powstała przede wszystkim po to, by pokazać, że chorał gregoriański to coś naprawdę pięknego. Kościół musi czasem iść z duchem czasu, ale nie można zapomnieć o jego tradycji. DĄŻYĆ ZA GŁOSEM Święty Augustyn powiedział kiedyś, że kto dobrze śpiewa, ten modli się dwa razy. – „Nasza schola jest pośrednikiem. Każdy muzyk kościelny nim jest. Muzyka to język Boga – uduchawiając liturgię śpiewem, modlimy się podwójnie; za nas oraz za wiernych, którzy się przysłuchują. Stoimy pomię-

dzy wiernymi a Bogiem – oczywiśćie, w żaden sposób nie chcemy się tym wywyższyć, nie o to chodzi. Pamiętajmy, że to nie my lub sama muzyka jest dla nas celem, a Bóg. Śpiew to nasze narzędzie, nasz język roboczy”. Upiększanie mszy nie jest jednak łatwym zajęciem. To godziny żmudnych ćwiczeń, utrwalania wyuczonych już pieśni, pracy nad emisją głosu, powolnego rozczytywania nut. A właściwie nie nut, tylko neum – kwadratów zapisywanych na czterolinii, nieco podobnych do dzisiejszych nut. Inaczej się je czyta, brakuje w nich ustalonego rytmu. W końcu to „przedłużenie mowy”. Łukasz: „Z każdej próby wychodzę wykończony. Ćwiczymy raz w tygodniu, przez około dwie-trzy godziny. Przy okazji uroczystości zdarza się, że ćwiczymy i kilka razy w tygodniu. Niekiedy śpiewamy kilka mszy podczas jednego dnia. To naprawdę trudna sprawa”. Pomimo ogromnego zaangażowania i ciężkiej pracy, czasem zdarza się, że scholistom podcina się skrzydła.

Czasem nawet przez środowisko najbliżej związane z Kościołem – przez księży, organistów, wiernych. – „Zdarza się, że przyjdzie do mnie po mszy wierny i powie: «Panie organisto, a u nas to się śpiewa inaczej». Taka sytuacja często zdarza się też w kontaktach z duchownymi. Nie lubię, gdy ktoś, kto nie ma o sprawie pojęcia, chce mi narzucać, jak mam grać na organach. Oczekuję tylko tego, żeby nie traktować mnie jak popychadło. Jestem otwarty na sugestie i uwagi wiernych czy duchownych, ale wszystko można przekazac z kulturą, a nie na zasadzie polecenia”. Dla niektórych to jednak zbyt wiele. Z jednej parafii Karol był zmuszony odejść przez sprzeczki z duchownymi. Niemal każdy przejaw jego zaangażowania był wówczas mieszany z błotem. Profesjonalne strojenie ogromnych organów piszczałkowych – i to za darmo? Źle. Prowadzenie prób chóru przy organach? Źle. Odśpiewanie „Bogarodzicy” podczas uroczystej mszy? Źle. „Nie oczekuję wychwalania mnie w jakikolwiek

65


sposób – to moja praca. Jak ktoś podziękuje za to, że się staram, jest mi bardzo miło, ale oczekuję jedynie krzty szacunku. Nóż się w kieszeni otwiera, gdy się słyszy «Organista, szybciej graj!»”. POWIEW ŚWIEŻOŚCI Praca i modlitwa to nie wszystko. Zdarzają się pomyłki i przejęzyczenia, a wraz z nimi przychodzi śmiech. ‒ „Kiedyś, zamiast «spuśćcie nam na ziemskie niwy» zaśpiewałem «spuśćcie się na ziemskie niwy». Musiałem wyłączyć mikrofon, żeby nie parsknąć śmiechem na cały kościół. Podobnie: zamiast «królowej anielskiej» – «królowej angielskiej». Oprócz słów, pomylić da się także muzykę. Pieśń «Idźmy, tulmy się jak dziatki» podobny jest do «Marsylianki». Pewnego razu zdarzyło mi się pomylić początek kościelnej pieśni z hymnem francuskim. Całe szczęście jakoś udało mi się z tego wyjść”. Istnieją też takie pieśni staropolskie, w których dwuznaczności są nieuniknione. „Spuśćcie się” znaczyło niegdyś to samo, co dziś „spuście nam”. – „Takich pieśni unikam. Powodów jest kilka, ale przede wszystkim mogące powstać skojarzenia,

szczególnie u ludzi młodych. Nie powiem – u mnie staropolskie teksty też niekiedy wywołają uśmiech na twarzy”. Od kiedy znajomy Karolowi powiedział, że słowa „Na ramiona swoje weź, o Panie, tych, co sami wrócić już nie mogą” to pieśń pijanych, słowa te kojarzą mu się jednoznacznie. Często po zaśpiewaniu tego fragmentu musi wyłączyć mikrofon, żeby móc się po cichu wyśmiać. Takie ataki śmiechu to ludzka rzecz, tym bardziej, gdy męczyć zaczyna rutyna. Karol: „Rzeczywiście, to trudne – pracując w kościele na co dzień można wpaść w monotonię i nie przeżywać każdej mszy tak, jak się powinno. Trzeba to umieć wyważyć. Siedząc przy organach na siedmiu mszach jednego dnia... cóż, znużenie czasem dopada. To nie jest jednak tak, że we wszystkich siedmiu mszach uczestniczę tak samo. Podczas pierwszej jestem jednocześnie organistą i wiernym, który przyszedł na mszę, a później jestem w pracy. Czasem poczytam książkę, siądę na fotelu, pogram w coś na komórce. Najważniejsze, by nie przeszkadzać innym. A to, że niektórych to oburza, to ich problem. Dlaczego patrzą na

mnie, zamiast na ołtarz?”. Schola gregoriańska jest jego pierwszym poważnym projektem. Trzy lata to już niemały staż, a zespół ani myśli zwalniać. Zamysłem Karola było świeże tchnienie – pokazanie, że można inaczej. ‒ „Gdy przychodzę do parafii, gdzie nic się nie dzieje, rodzi się we mnie determinacja. Chcę stworzyć coś z niczego – bardzo często wbrew wszystkiemu i wszystkim. Dawny proboszcz na Wełnowcu, gdzie śpiewamy, powiedział na początku, że schola pewnie nie wypali, ale że mam jego błogosławieństwo. Ostatnio przyznał, że cieszy się, że się mylił”. Dużo pracy pozostało jeszcze przed tym zaledwie czteroosobowym zespołem. Mają już za sobą 20-30 występów, jak policzył Łukasz. Mimo kłód rzucanych im pod nogi przez los nieustannie idą na przód. Na chwałę Boga, dla poznania jego języka – muzyki. Bez niej trudno przecież w pełni żyć. „Pamiętajmy słowa świętego Augustyna – «kto dobrze śpiewa, dwa razy się modli»” – mówi Łukasz. 

źródło: www.pixabay.com

66


67


68

Może coś Więcej nr 3 / 2015 (29)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Człowieku w social media

Może coś Więcej nr 3 / 2015 (29)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Człowieku w social media

Advertisement