Page 1

nr 2 (28) / 2015

19 stycznia - 2 lutego

ISSN 2391-8535

Metafizyka człowieka 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Nowe Początki

A po-co-to, na-co-to?

Małgorzata Różycka

Aleksandra Frontczak

Rafał Growiec

14 Owsiakowe ars diaboli

38 Śmierć po życiu, życie po śmierci

Mężczyzna w Kościele

10 Pocztówka z Paryża

SPIS TREŚCI

Rafał Growiec

18 Dwudziestoczterogodzinny “Ostry Dużur” Mateusz Ponikwia

22 Jezuici solidarni z bluźnierccami Rafał Growiec

26 Gdzie są klucze do drzwi? Mateusz Nowak

Myśli Niekontrolowane 28 Credo ateisty Maciej Puczkowski

2

34 (Nie)wolna wola

Rafał Growiec

42 Antropologiczna struktura człowieka

52 Celibat i zakony

56 Więc mówisz, że chrześcijaństwo jest dla frajerów? Krzysztof Reszka

Dominik Cwikła

44 Przygnębiona dusza czyli o emocjach Anna Kasprzyk

48 Wielki mały człowiek Kajetan Garbela

Serią po Liturgii

60 Gdy metafizyka z brutalną codziennością się zderza Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Klasyka

Refleksje

64 Od języka do filozofii

74 Kim jest Kayser Soze?

96 Życie w ciszy

Aleksandra Frontczak

Mateusz Nowak

68 Kod Titanica

Film

Krzysztof Reszka

Emilia Ciuła

98 Kradnę, zabijam, wierzę!

76 Wiele szumu o nic

Krzysztof Reszka

Anna Zawalska

80 Wyjść poza granice ludzkiego umysłu Mateusz Nowak

Książka 82 Zmaganie z bogami czy duszą ludzką?

86 Słowo musi być wyważone

Rafał Growiec

Aleksandra Frontczak

90 Spektakl zwany polityką Wojciech Urban

Spektakl 92 Odgrzewanie kotleta czyli “Niech żyje wojna!” Aleksandra Brzezicka

3


Metafizyka człowieka N WSTĘPNIAK

ajtrudniej zawsze jest opisać to, co jest niedoopisania. Jeszcze trudniej pisać o czymś, o czym wiedzę mamy znikomą. Tak jest właśnie z duszą ludzką.

4

Anna Zawalska

Kiedyś ktoś próbował zważyć duszę ludzką. Nazywał się dr Duncan McDougall i dokonywał pomiarów wagi ludzi umierających, aby w ten sposób sprawdzić ile waży i czy w ogóle istnieje w człowieku dusza. Pierwszy, historyczny pomiar wykazał, że dusza waży 21 gramów. Późniejsze badania dawały wyniki mniej zadowalające. W ten sposób „magiczne” 21 gramów duszy pozostało w sferze mitów i legend. Niecałą dekadę po dr. Dunkanie za badanie duszy zabrał się Walter Kilner. Tym razem śmiałek ogłosił, że posiada specjalne filtry, które będą w stanie duszę człowieka pokazać. Przebieg eksperymentu zawierał obserwowanie przez dane filtry umierającego człowieka, aby w ten sposób dostrzec uciekającą z ciała aurę. Kilner uważał eksperyment za suk-

Dusza stanowi istotę człowieka i jest elementem stanowiącym o samoświadomości osoby. Jest elementem ożywającym ciało i odnosi się do rzeczywistości istniejącej poza naszymi wymiarami. Trudno to sobie wyobrazić, trudno w ogóle to zbadać.

ces, bowiem w wynikach przekonywał, że widział niesamowite rzeczy takie jak rozchodzenie się aury w czasie śmierci pacjenta. Świat naukowy jednak z dużą dozą powątpiewania odniósł się do tych dokonań. Dusza ludzka stała się

również przedmiotem rozważań literackich. Stephen King w swojej powieści „Bezsenność” wyobraża ją sobie jako aury otaczające człowieka. Główny bohater tej historii, Ralph Roberts, cierpi na bezsenność i im mniej śpi, tym więcej widzi. Co ciekawe, aury mają swoje kolory – człowiek z natury dobry ma aurę jasną, a człowiek zły aurę ciemną. Oczywiście rozważania Kinga w powieści mają charakter raczej ezoteryczny. Odnoszą się jednak do jakiejś ponadwymiarowej rzeczywistości. Filmów podejmujących tematykę swego rodzaju metafizyki można by pewnie wyliczyć całkiem sporo. Twórcy kina sci-fi w różny sposób przedstawiają to, co w człowieku niemierzalne. Szczególnie skupiają się zaś na ludzkim umyśle – to właśnie w nim doszukują się jakiejś „większej” cząst-


źródło: www.pixabay.com / autor zdjęcia: Blueeve

ki, przesuwając granice tego, co możliwe dla człowieka i wymyślając scenariusze, które są mniej lub bardziej prawdopodobne. Potencjał mózgu człowieka nie został jednak jeszcze dogłębnie sprawdzony i zmierzony, dlatego tutaj twórcy mają jeszcze spore pole do popisu. Dusza stanowi istotę człowieka i jest elementem stanowiącym o samoświadomości osoby. Jest elementem ożywającym ciało i odnosi się do rzeczywistości istniejącej poza naszymi wymiarami. Trudno to sobie wyobrazić, trudno w ogóle to zbadać. To tak jakby dwuwymiarowe płaszczaki chciały poznać dogłębnie wysokość, której nie są w stanie wyczuć, a która istnieje. Człowiek żyje natomiast w trójwymiarowym świecie ograniczanym przez czas. Ile wymiarów istnie-

je we wszechświecie? Nie wiadomo. Oczywiście te kilka akapitów to tylko luźne dywagacje. Chcąc szukać naukowego wyjaśnienia pewnych elementów związanych z naszym istnieniem trzeba by było przejrzeć opasłe tomiszcza z zakresu fizyki, biologii i wielu innych. W najnowszym numerze nie chcemy niczego wyjaśniać, a jedynie poddać kilka tematów pod refleksję. Dlatego bierzemy na tapetę „metafizykę człowieka” i zagadnienia związane z tym, co w nas niemierzalne. Zastanawiamy się nad tym, jak właściwie będzie wyglądać życie po śmierci i jak to się ma do tego, co już o człowieku wiemy. Konfrontujemy to również z wiarą, bo wierzymy, że po śmierci czeka nas wieczność. Oprócz tego

podejmujemy rozważania nad wolną wolą człowieka – istnieje, czy nie i co właściwie na nią ma wpływ? Jak wygląda proces decyzyjny człowieka i czy mamy świadomość dokonywanych wyborów? Do tego dokładamy przegląd emocji, jakimi człowiek reaguje – smutek, radość, gniew, itp. Natomiast żeby lepiej poznać działanie naszej natury wyjaśniamy naszą antropologiczną strukturę i zastanawiamy się nad wszystkimi sferami z jakich się składa osoba. Temat numeru kończą krótkie, ale treściwe dywagacje o tym, z czego wynika nasza wielkość i w czym jesteśmy najmniejsi. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY:

6

Mariusz Baczyński

Tomasz Markiewka

Aleksandra Brzezicka

Michał Musiał

Dominik Cwikła

Mateusz Nowak

Aleksandra Frontczak

Mateusz Ponikwia

Anna Gadowska

Maciej Puczkowski

Kajetan Garbela

Krzysztof Reszka

Rafał Growiec

Małgorzata Różycka

Karolina Kowalcze

Wojciech Urban

Beata Krzywda

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Jan Barański Anna Bonio Agnieszka Bar Emilia Ciuła Robert Jankowiak

Anna Kasprzyk Kamil Majcherek Konstancja Nałęcz-Nieniewska Sara Nałęcz-Nieniewska Marek Nawrot

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Pocztówka z Paryża

10

NZ Małgorzata Różycka

P

aryż, styczeń 2015 Drogi Czytelniku! Kiedy dwa miesiące temu rezerwowałam bilety do Paryża, nie spodziewałam się, że wkrótce znajdę się w centrum wydarzeń, o których będzie mówił cały świat. Na pewno doskonale wiesz, co się wydarzyło, więc nie będę się powtarzać. Planowałam spokojny weekend w gronie dobrych znajomych, takie poprawiny Sylwestra. A tu nagle, na dwa dni przed odlotem, dowiedziałam się, że moja podróż zmieni się o co najmniej 180 stopni. Zaczęło się jeszcze zanim gdziekolwiek wyruszyłam. Trzeba było odebrać telefony od wystraszonej rodziny, która dobitnie dopytywała, czy wyjazd jest nadal aktualny. W takich chwilach z pewnością docenia się troskę bliskich, jednak takie pytania nie sprawiają, że łatwiej pokonać rodzące się w nas

a achodzie mnóstwo zmian. Tak można podsumować najważniejsze wydarzenia minionych dwóch tygodni. Zamachy terrorystyczne wywołały burzę na wszystkich szczeblach francuskiego społeczeństwa. Tę na najwyższych szczeblach każdy z nas może śledzić w rozmaitych medialnych relacjach. Redakcji „Może coś więcej” udało się jednak coś więcej – w końcu tytuł zobowiązuje. Zapraszam do lektury najświeższej korespondencji znad Sekwany.

Kolejne wątpliwości posiała we mnie niedzielna demonstracja. Cały Paryż był pełen ludzi idących w jednym kierunku. Pojedynczo, małymi grupkami i całymi dużymi grupami. Znakomita większość miała ze sobą transparenty oraz trójkolorowe flagi.

coraz to nowe wątpliwości. Jeszcze w drodze na lotnisko miałam wątpliwą przyjemność dowiedzieć się o kolejnych atakach i ich ofiarach. Do tego pojawiły się informacje o zakłóceniach ruchu lotniczego nad Paryżem i paraliżu komunikacyjnym w samym mieście. Rewelacja. Moja

skrzętnie zbierana radość prysła niczym mydlana bańka… Ale ponoć do odważnych świat należy. Choć mam pewne wątpliwości, czy miejsca odwagi nie zastąpiła w tym przypadku brawura. W każdym razie samolot odleciał z nami na pokładzie. Po przylocie jednak dotarło do mnie, że z nadzwyczajnymi środkami bezpieczeństwa nie ma żartów. Patrole policji przechadzające się gęsto po terminalu nie działały zbyt zachęcająco. Autobus do centrum jechał dużo dłużej niż normalnie, ponieważ paryżanie w obawie przed kolejnymi zamachami porzucili miejską komunikację na rzecz własnych samochodów. Ponadto znajomi Francuzi, życząc nam udanego pobytu, wypisywali w SMS-ach pokaźne listy miejsc, których powinni ich zdaniem unikać turyści. Nic


źródło: PAP / EPA

tylko wracać tam, skąd nas tu przywiało. Zapowiadał się weekend-marzenie… Tym bardziej, że pod Łukiem Triumfalnym, gdzie opuściliśmy podziemny kombinat metra, przechadzali się uzbrojeni w broń maszynową żołnierze. Skoro jednak nie przeszkadzało to dziesiątkom turystów w robieniu setek zdjęć, dałam tej wyprawie drugą szansę. W końcu to jest coś: oglądać na własne oczy to, co miliony ludzi śledzą za pomocą mediów, które - chcąc, nie chcącdeterminują nasz sposób patrzenia. Nawet gdyby nie wiedzieć, co stało się kilkadziesiąt godzin wcześniej, każdy zorientowałby się, że dzieją się rzeczy absolutnie wyjątkowe. Dosłownie wszędzie: na najważniejszych zabytkach, przystankach, samochodach, sklepowych witrynach,

chodnikach, w oknach domów można było zobaczyć napis „Je suis Charlie” („Ja jestem Charlie”). W ten sposób cały Paryż wyrażał swoją solidarność z czasopismem „Charlie Hebdo”. Zdumiewające, jak szybko zdołano wydrukować tyle plakatów, billboardów i je jeszcze porozwieszać. Kto zorganizował całą tę akcję? Kto wydał na to swoje pieniądze? Pytania są proste, ale odpowiedź rozmywa się gdzieś w gąszczu politycznych deklaracji oraz ogólnoświatowego poruszenia, które są teraz na pierwszym planie. Kolejne wątpliwości posiała we mnie niedzielna demonstracja. Cały Paryż był pełen ludzi idących w jednym kierunku. Pojedynczo, małymi grupkami i całymi dużymi grupami. Znakomita większość miała ze sobą transparenty oraz trójkolorowe flagi. Stacje

metra na trasie pochodu zostały zamknięte. Turyści wybrali bezpieczne muzea, gdzie można było przeczekać całą tę burzę. W kościołach czytano specjalny list metropolity Paryża. Niedzielny marsz wyjątkowo głęboko poruszył i zjednoczył Francuzów, ponieważ równie solidarnie Francja maszerowała ostatni raz po śmierci generała de Gaulle’a w 1970 roku. Zastanawiam się tylko, jak to się stało, że europejscy przywódcy, których kalendarze muszą być przecież szczelnie wypełnione wiele miesięcy naprzód, pojawili się na tej demonstracji. Czy to też była spontaniczna akcja? I jak odczytać ten symboliczny, zdaje się, obraz: na czele pochodu polityczna elita, za nią granatowe morze policjantów i dopiero potem reszta świata? Nie chcę tymi słowa-

11


mi odmówić prawdziwości wszystkim tym gestom, ale trudno mi uwierzyć w ich całkowitą spontaniczność. Bez obaw, nie w głowie mi spiskowe teorie dziejów, mimo to coś tu nie gra. Zamach terrorystyczny to bez wątpienia godna potępienia zbrodnia, jednak redaktorzy „Charlie Hebdo” świadomie igrali z ogniem, a ich satyra regularnie przekraczała granice dobrego smaku, a nawet dziennikarskiej etyki. Nie jest to żadne usprawiedliwienie dla sprawców tych wydarzeń,

ale robienie z czasopisma o takim profilu symbolu ofiary terroryzmu budzi mój głęboki sprzeciw. Dlaczego zbrodnie Państwa Islamskiego nie wyprowadzają na ulicę takich tłumów? Dlaczego Hollande, Merkel, Tusk i spółka nie protestują w obronie masakrowanych w tylu miejscach na świecie chrześcijan? Naprawdę chciałabym to wiedzieć i wierzyć, że to, co stało się nad Sekwaną, zmieni coś na lepsze. I nie mam na myśli tylko dokładniejszych kontroli na lotnisku (to była

pierwsza nowość, jakiej doświadczyłam). Na koniec przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia z naprawdę pięknego Paryża, który niezmiennie zachwyca bez względu na porę roku i pogodę. Do następnego numeru! 

źródło: PAP / EPA

12


13


WYDARZENIA I OPINIE

Owsiakowe ars diaboli?

14

M

ożna mieć do Jerzego Owsiaka wiele zastrzeżeń. Można wytykać mu niejasności w prowadzeniu najbardziej rozreklamowanej akcji charytatywnej w Polsce; można pytać o to, czy w jego wykonaniu forma nie przerasta treści. Ale czy jest czcicielem diabła?

Rafał Growiec

Z

aczęło się od ręcznie pomalowanego diabełka, jakiego Jerzy Owsiak sprezentował WOŚP-owi. Autorem jest Albin Krajewski, który spędziwszy wiele lat w Domu Pomocy Społecznej, wyrzeźbił wiele figurek i przesłał je do Fundacji, która w 2012 r. wystawiła je na aukcje. Owsiak twierdzi, że sam nadał wszystkim barwy, a tylko tę jedną zachował. Stała ona na biurku szefa Orkiestry, towarzysząc mu w pracy. Jak wszystkie pomalowane przez niego figurki ma specyficzną kolorystykę, ale podobno jest też „rock'n'rollowy” i potrafi podnieść na duchu. Jak rzep diabelskiego ogona uczepiła się Marzena Nykiel, redaktor naczelna wpolityce.pl i publicystka wSieci. Wyliczyła panu Owsiakowi wszystkie podejrzane kontakty i nawet wykazała demoniczność ha-

Jeśli ideologia Owsiaka ma jakieś rogi, to są to co najwyżej różki człowieka, który wybrał wygodną drogę buntu bez buntu. Jakiż to bunt, gdy tak naprawdę niemal od początku był otoczony samymi wiernymi i przyjaźnie nastawionymi ludźmi?

sła „Róbta, co chceta” (ma ono pochodzić od Aleistera Crowleya, XX-wiecznego okultysty i być jednym z Praw Thelemy). Także zespoły występujące na scenie Przystanku Woodstock i niechętne podejście do Przystanku Jezus mają dowodzić iście szatańskich

źródeł motywacji Jerzego Owsiaka. Czy hasło „róbta co chceta” to mutacja słów Crowleya? To chyba tylko sam Owsiak wie. Mogło równie dobrze być efektem zachwytu nad hippisowskimi ideałami, a może jedynie sprytne hasło marketingowe, mające trafić do zbuntowanej młodzieży.. CZY DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH? Na ile podejrzenia pani Nykiel są słuszne? Sama figurka diabła nie dowodzi satanizmu. Diabeł w kulturze polskiej przybierał różne interpretacje. Raz był rzeczywiście tym Złym, który chce za wszelką cenę zgubić duszę, ale był też próbą wyśmiania przywar danej grupy społecznej – jak Boruta, diabeł szlachecki czy Rokita – jego chłopski odpowiednik. Pytanie brzmi: jak rozumie tego diabełka Jerzy Owsiak i jak


źródło: www.wpolityce.pl

będą go rozumieć następni posiadacze. W zamieszczonym na stronach polityka.pl filmiku nie ma ani słowa o tym, by diabełek Krajewskiego stanowił dla Owsiaka jakiś amulet czy źródło inspiracji. Szperając w zakamarkach sieci można znaleźć informacje, że figurki pana Albina przedstawiały także aniołki czy grajków, więc możliwe, że diabełka trzeba traktować jako element większego zbioru. Dlaczego jednak pan Jerzy przygarnął na swoje biurko i pod swój dach akurat taką rogatą duszę? Jak sam twierdzi – może on podnieść na duchu. Ot, taka sobie figurka powiązana z dobrymi wspomnieniami. W interpretacji Owsiaka to diabeł w stylu rock'n'rollowym. Czyli wręcz esencja

muzyki, która właśnie ma być niepokorna, buńczuczna, łamiąca zasady – buntownicza. Ale czy trzeba to odnosić od razu do buntu Aniołów? Niepokorność wiele ma imion, nie zawsze jest równa piekłu. Niepokorni byli Wandejczycy, Cristeros, niepokorni są wszyscy ci, którzy próbują znaleźć miejsce dla Boga w zlaicyzowanym świecie. Możemy więc doprecyzować pytanie: jakim rock'n'rollem jest rock'n'roll Owsiaka, którego symbolem jest ten diabełek? A JEDNAK ROGI(?/!) Czemu przeciwstawia się Owsiak? Tu dość łatwo sprecyzować, gdyż jego poglądy są jasne. Sprzeciwia się tradycji i konserwatyzmowi, czego najmocniejszy choćby przykład

to fakt, że człowiek, który gra na rzecz dzieci i osób starszych popiera eutanazję („eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach”, wypowiedź z 2012 roku). Na Woodstock zaprasza zespoły o ostrym wydźwięku lewicowym, jednocześnie grzmiąc przeciw prawicy. Zdarzyło mu się nawet zaprosić zespół KAT, którego lider, Roman Kostrzewski nagrał na taśmy magnetofonowe „Biblię szatana”. Kocha Kościół... inaczej. Popiera ludzi Kościoła – na przykład ks. Lemańskiego, który na Woodstocku grzmiał przeciwko starym biskupom. Bunt Owsiaka w perspektywie „religijnej” przypomina więc bunt szatański – bezmyślny, godzący w dobro i Boga, Który nie może być autorytetem. Po pierwsze,

15


źródło: www.wpolityce.pl

należy do Old World Order – Starego Porządku Świata. Po drugie: nie mówi „róbta, co chceta”, ale wytycza trasę, którą należy iść, by nazywać się dobrym człowiekiem. Jeśli Owsiak zaprasza KATa czy wspomniany przez panią red. Nykiel Hurt na Woodstock to nie z nienawiści do Boga, ale z miłości do samego siebie. Wkradł się w łaski zbuntowanej młodzieży, stał się poniekąd symbolem tego buntu (lub, jak sądzą niektórzy: neutralizatorem) i teraz będzie bunt konsekwentnie wspierał. Musi jednak robić to ostrożnie, by nie wyjść na zbytniego anarchistę. Zwalczając autorytety musi baczyć, by nie zaatakować swoich protektorów. Kieruje więc sprzeciw młodzieży

16

na bezpieczną dla siebie grupę społeczną, określony światopogląd. Z racji politycznych koligacji i prywatnych zapatrywań, uderza akurat w prawicę, a co za tym idzie też w Kościół. Jeśli ideologia Owsiaka ma jakieś rogi, to są to co najwyżej różki człowieka, który wybrał wygodną drogę buntu bez buntu. Jakiż to bunt, gdy tak naprawdę niemal od początku był otoczony samymi wiernymi i przyjaźnie nastawionymi ludźmi? Po prostu opowiedział się już na samym początku po jednej ze stron sporu i teraz uderza śmiało w stronę przeciwną. Im więcej prawica będzie sprzeciwiać się Owsiakowym imprezom, Hare Krisznie, malowanym diabełkom i satanistom, tym bardziej

Owsiak będzie się przytulał do obozu przeciwnego. Głosy taki jak artykuł red. Nykiel to zapewne przesada. Jednak sam Jerzy Owsiak nie ma zamiaru grać dobrego chrześcijanina: pogodzonego z Bogiem i brzydzącego się diabłem. Być może obie strony powinny się dobrze zastanowić nad językiem i argumentami jakim się posługują. Na razie wygląda to tak, że chcąc uderzyć w guru WOŚPu robi się z niego męczennika. 


17


WYDARZENIA I OPINIE

Dwudziestoczterogodzinny Ostry Dyżur

18

7. Mateusz Ponikwia

Z

miana w zakresie dostępności środków mających na celu zapobiegnięcie niechcianej ciąży była postulowana już od jakiegoś czasu, zwłaszcza przez środowiska feministyczne. Teraz staje się ona rzeczywistością. Wiceminister zdrowia – Sławomir Neumann przedstawiając stanowisko resortu w tej sprawie podkreśla, że decyzja unijna nakłada swego rodzaju zobowiązanie na wszystkie państwa członkowskie. Zgodnie z jej postanowieniami należy zagwarantować dostępność tzw. środków awaryjnych, o ile ustawodawstwo krajowe nie stanowi w tej materii w odmienny sposób. Z uwagi na fakt, że żaden polski akt normatywny, zdaniem Ministerstwa Zdrowia, nie daje podstaw do wyłączenia z zakresu zastosowania regulacji unijnej, zostanie ona

stycznia Komisja Europejska zdecydowała, że tabletki ellaOne zaliczane do grupy środków tzw antykoncepcji awaryjnej mogą być dostępne bez recepty na terenie Unii Europejskiej. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że w odniesieniu do terytorium Rzeczypospolitej, regulacja ta także będzie miała zastosowanie. Oznacza to, że w niedługim czasie kobiety zyskają możliwość zakupu pigułki w aptece, bez konieczności posiadania recepty lekarskiej.

Jak wynika ze słów byłego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego nawet środki antykoncepcji ratunkowej dostępne na receptę są naruszeniem ustawy. Odnosi się to zwłaszcza do tych specyfików, które prowadzą do obumarcia zarodka. A przypomnijmy, że takie działanie może wywierać preparat ellaOne.

wdrożona w życie. Zanim to jednak nastąpi, resort musi przekazać informacje Naczelnej Izbie Aptekarskiej i Urzędowi Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i

Produktów Biobójczych. Środki tzw. antykoncepcji ratunkowej w zamierzeniu ich producentów mają służyć zapobieżeniu zajścia przez kobietę w niechcianą ciążę. Zwolennicy argumentują, że każda kobieta powinna mieć wybór i dostęp do tychże środków. Dobitnie wskazują, że człowiek winien mieć zagwarantowaną możliwość samostanowienia o swoim życiu oraz wolność osobistą. Ich zdaniem antykoncepcji ”dzień po” nie należy mylić i utożsamiać ze środkami wczesnoporonnymi. Ponadto, pozytywna opinia Europejskiej Agencji ds. Leków (EMA), która została wydana jeszcze w listopadzie ubiegłego roku podkreśla, że z wprowadzeniem nieograniczonego dostępu do produktu ellaOne nie wiąże się żadne ryzyko. Stosowanie tych pigułek jest bowiem, zgodnie z


źródło: www.wiadomosci.wp.pl

badaniami Agencji, bezpieczne i przede wszystkim skuteczne. SPOSÓB DZIAŁANIA Tzw. pigułka postkoitalna jest środkiem antykoncepcyjnym zawierającym dużą dawkę hormonów, głównie estrogenu i progestagenu. Tabletkę przyjmuje się w odpowiednim czasie po odbyciu stosunku płciowego podczas którego partnerzy nie zabezpieczyli się przed niechcianą ciążą lub zastosowane przez nich zabezpieczenie zawiodło. Dopuszczony niedawno do swobodnego obrotu preparat ellaOne działa z wykorzystaniem kilku mechanizmów. Sposób funkcjonowania jest zależny od fazy cyklu miesiączkowego, czyli momentu w którym substancja została przyjęta. Przyjęcie tabletki przed owulacją, skutkuje opóźnieniem uwolnienia oocy-

tu z jajnika do jajowodu. Uniemożliwia to zapłodnienie, ponieważ plemniki przez ten czas tracą żywotność i zdolność do przeniknięcia do komórki jajowej. Natomiast skuteczność środka po wystąpieniu owulacji można przypisać wpływowi na grubość endometrium. Zmiany do jakich dochodzi w ściankach macicy zmniejszają szanse na zagnieżdżenie się embrionu, czyli już zapłodnionej komórki jajowej. Utrudnianie implantacji zygoty może zostać zatem zakwalifikowane już jako działanie wczesnoporonne. LEGALNOŚĆ ŚRODKÓW Jak podkreśla profesor Andrzej Zoll, członek Komisji Kodyfikacyjnej prawa karnego przy Ministerstwie Sprawiedliwości, możliwość legalnego dostępu do pigułek "dzień po" jest niezgodna z prawem. Działania takie można zakwalifikować

jako obejście obowiązujących przepisów. Profesor powołuje się bowiem na regulacje zawarte w ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, która została uchwalona 7 stycznia 1993 roku. Ten akt normatywny statuuje ochronę dziecka poczętego. Wyjątkowa dopuszczalność przerwania ciąży obwarowana jest spełnieniem jednej z trzech restrykcyjnych przesłanek. Jak wynika ze słów byłego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego nawet środki antykoncepcji ratunkowej dostępne na receptę są naruszeniem ustawy. Odnosi się to zwłaszcza do tych specyfików, które prowadzą do obumarcia zarodka. A przypomnijmy, że takie działanie może wywierać preparat ellaOne, który dzięki decyzji Komisji będzie dostępny bez re-

19


źródło: www.pixabay.com

cepty lekarskiej. Rodzi to poważne problemy i budzi nowe wątpliwości. Specyfik ten z uwagi na zawarte w nim duże ilości hormonów, może prowadzić do niekorzystnych zaburzeń w organizmie kobiety. NEGATYWNE SKUTKI Jak zauważa doktor Maciej Barczentewicz, ginekolog i prezes zarządu Fundacji Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej w Lublinie, może to zaburzyć naturalną homeostazę organizmu. Jego zdaniem niekontrolowany dostęp do takich specyfików może ponadto zagrażać zdrowiu kobiet. Producent zaleca bowiem stosowanie środka jedynie w sposób doraźny, nie częściej jednak niż raz w miesiącu. Szczególne niebezpieczeństwo stwarza to dla kobiet najmłodszych, które mogą podejmować różne nieroztropne decyzje, mające negatywne konsekwencje zdrowotne. Można mieć poważne obawy czy powszechna dostępność tych substancji nie będzie nadużywana. Użytkowniczki będą bowiem miały

20

nieskrępowany dostęp do tegoż specyfiku w każdym momencie, a nie jedynie raz na miesiąc. Nadmierne zaś stosowanie pigułek może poważnie zaburzyć gospodarkę hormonalną w organizmie. Warto także podkreślić, że decyzja o dopuszczeniu do powszechnego obrotu pigułek ”dzień po”, prowadzi do pewnych wątpliwości natury moralnej. Zwłaszcza problem ten dotyka aptekarzy. Pojawia się bowiem pytanie czy będą mogli oni powoływać się na klauzulę sumienia. Kwestia ta wydaje się wielce sporna, choć dotychczas niezbyt dostrzegana w debacie publicznej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę działanie substancji, która w pewnych wypadkach prowadzi do uśmiercenia zarodka, zdaje się, że aptekarze mogą powołać się na klauzulę sumienia i nie wydać specyfiku. DOBROWOLNY WYBÓR Należy zwrócić uwagę w ślad za profesorem Zollem, że prawo karne ma pewien symboliczny wydźwięk. Obecne ustawodawstwo

przesądza o ochronie dziecka od samego początku. Prawnik ze smutkiem jednak przyznaje, że polskie regulacje pozostają bezradne wobec problematyki dostępności środków antykoncepcji awaryjnej. Uważa, że podobnie jak nie doszło do wyeliminowania z rynku narkotyków, tak i specyfiki wczesnoporonne nań pozostaną. Jego zdaniem: „Każdy musi mieć swoje sumienie”. Mając zatem na uwadze, że jednym ze sposobów działania pigułki ellaOne jest uniemożliwienie zagnieżdżenia się zapłodnionej komórki jajowej, należy z wyraźną dezaprobatą odnieść się do decyzji zarówno Komisji jak i polskiego resortu zdrowia. Negatywne konsekwencje w zakresie równowagi hormonalnej również budzą uzasadnione obawy. Nie należy jednak przeceniać roli dostępności omawianego specyfiku. To czy po niego sięgniemy, czy nie – zależy bowiem wyłącznie od naszej niezależnej i świadomej decyzji. 


21


WYDARZENIA I OPINIE

Jezuici solidarni z bluźniercami

22

W

ramach reakcji i solidaryzowania się z zamordowanymi w redakcji Charlie Hebdo dziennikarzami francuscy jezuici „ozdobili” strony swojego czasopisma Etudes karykaturami Jezusa i papieży.

Rafał Growiec

W

ykorzystali cztery okładki: Jezusa domagającego się od kardynałów, by zdjęli go z krzyża, by mógł zagłosować w konklawe, papieża Benedykta XVI w miłosnych objęciach gwardzisty szwajcarskiego, Franciszka w skąpym stroju tancerki ze szkoły samby oraz jako papieża „nowoczesnego”. Jezuici uważają to za kat solidarności z walczącymi o wolność słowa, ale także jako znak, że potrafią śmiać się z samych siebie. Problem w tym, że Charlie Hebdo nie ośmieszył jezuitów, czy chrześcijan, a Chrystusa. Karykaturalna twarz jest jednak niczym w porównaniu z rysunkiem przedstawiającym Trójcę w czasie aktu seksualnego. Czy i z tego redakcja Etudes ma zamiar się śmiać tak, jak z okładki sugerującej Benedyktowi homoseksualne zapędy? To

Dlaczego francuscy jezuici zdecydowali się solidaryzować z zamordowanymi przez współuczestnictwo w ich grzechu? Dlaczego w imię oddania czci (czy aby należnej?) kilku rysownikom, wystawia się na pośmiewisko Zbawiciela? Być może to próba bycia częścią świata, bycia jednością z innymi tytułami prasowymi na całym świecie .

tak, jakby dziecko pozwoliło nazywać się sukinsynem, bo ma do siebie dystans, nie zważając, że jego kochaną mamę nazwano tym samym „suką”.

Choć trudno pochwalać zbrodnię, to jeszcze trudniej powiedzieć, że zaatakowano niewinne osoby. Redakcja Charlie Hebdo nie szydziła z niczego innego jak tylko z religii, pamiętając dobrze, jak fatalnie skończyło się uderzenie w autorytet de Gaulle'a. Wulgarne żarty z papieży, Eucharystii, Mahometa, rabinów czy Koranu mogły im w świetle prawa spokojnie ujść na sucho. Jedyne, czego mogli się bać, to właśnie ekstremistów islamskich (katolicy francuscy są najczęściej bezobjawowi). Tak więc, atakujący uczucia religijne w kraju, gdzie nie są one chronione żadnym paragrafem Charlie Hebdo nie jest symbolem wolności słowa, a raczej pogardy, populizmu i tchórzostwa. Papież Franciszek w wypowiedzi z 15 stycznia jasno oddzielił prawo do wyrażania swoich


źródło: www.patheos.com

poglądów od oczerniania i prowokowania. Zaznaczył, że gdyby ktoś z jego współpracowników mówił źle o jego matce, musiałby się liczyć z tym, że „dostanie pięścią”. Nie jest w tym osamotniony. Wielu ludzi już teraz odpowiada na akcję „Je suis Charlie” tabliczkami z napisem „Je ne suis pas Charlie”. Podczas, gdy dwa tysiące niewinnych ludzi jednej nocy ginie z rąk nigeryjskich islamistów z Boko Haram a świat milczy, cztery miliony ludzi, głowy państw i Unii Europejskiej zbierają się na marszu w geście upamiętnienia ludzi, którzy zebrali gorzkie żniwo własnych prowokacji. Europa – stara, bezpłodna i ogłupiała – zbudziła się na chwilę, gdy ktoś wbił szpilę w jej własne ciało. Zignorowała zamach na wolność religijną, gdy porwane chrześcijanki zmuszano

do przejścia na islam, nie może pogodzić się z tym, że ludzie nadużywający wolności słowa zostali zabici przez niemal takich samych zamachowców w sercu Francji. Czy jednak to tacy sami zamachowcy jak ci z Nigerii? Przede wszystkim to obywatele Francji, urodzeni w Gennevillers, na przedmieściach Paryża. Powinni wyrosnąć w kulturze tolerancji i otwartości – a jednak to, co teraz jest nazywane symbolem wolności obywatelskich, redakcja Charlie Hedbo stała się dla nich symbolem nienawiści. O ile dżihadyści z Nigerii atakują, bo bardzo często nie znają innej kultury, tak bracia Kouachi poznali kulturę zachodnią i ją odrzucili. JEZUS I CI, Z JEGO TOWARZYSTWA Dlaczego francuscy je-

zuici zdecydowali się solidaryzować z zamordowanymi przez współuczestnictwo w ich grzechu? Dlaczego w imię oddania czci (czy aby należnej?) kilku rysownikom, wystawia się na pośmiewisko Zbawiciela? Być może to próba bycia częścią świata, bycia jednością z innymi tytułami prasowymi na całym świecie bez zastanowienia się nad celem tej bliskości. Gdy inne gazety publikowały stworzone przez zamordowanych karykatury Mahometa, oni zdecydowali się „pośmiać” z Chrystusa, papieża i konklawe. Nie chcąc urazić uczuć religijnych muzułmanów, jezuici z Etudes postanowili zamieścić obrazki godzące w godność wciąż żywego Benedykta XVI. Nie byłby to nowy trend w zachodnim katolicyzmie i innych wspólnotach chrześcijańskich. Prowadzony nieudol-

23


nie dialog międzyreligijny i próba zagłaskania świata prowadzą w końcu do stopienia się Kościoła z tym światem, zachłyśnięcie się wszystkimi jego trendami, ale i grzechami. Zlaicyzowana Francja, dawniej „Najstarsza Córa Kościoła”, przeżywa dziś kryzys tożsamości. Laïcité okazało się niewystarcza-

jące, by zaspokoić wyższe potrzeby Francuzów. Próba budowy tożsamości na wartościach humanistycznych, „prawach człowieka”, zwierząt i multikulti zawiodły. W kraju, gdzie szopka narusza wolność od religii coraz więcej jest wyznawców najbardziej fundamentalistycznej wiary spośród religii Abrahamowych – is-

lamu. Nie są to tylko dzieci imigrantów, ale też ludzie, którzy znaleźli w Koranie odpowiedzi na pytania, których nie doszukali się w podręcznikach świeckiej etyki. Jak sobie poradził Kościół? Nie wręczył młodym Francuzom do ręki Biblii, a jeśli już to w mdłym, tolerancyjnym opakowaniu.

źródło: www.patheos.com

Osoby szukające transcendencji omijały rozrywkowe Msze z gitarami, za to chętnie wsłuchiwały się w nawoływania muezina – taki sam jak 200 lat temu. Jezuici zamiast pomóc młodym się odnaleźć w relacji z Chrystusem w Kościele pokazują siebie i cały katolicyzm jako element kulturowej pustki. Podczas, gdy 80% islamistów jadących do Syrii pochodzi z rodzin

24

ateistycznych, Towarzystwo Jezusowe nazywa „wolnością słowa” nihilizm i wulgarność. Nie trzeba wchodzić na strony lefebrystów, by domyślić się, że jest to młyn na wodę wszystkich pogromców „posoborowia”. Ktoś złośliwy może zadać pytanie czy 200 lat po przywróceniu wcześniej skasowanego zakonu współcześni jezuici nie pracują na ponowną kasatę.

Choć zyskali poklask lokalnych katolików, a także świeckich czasopism mogą się spotkać z dezaprobatą hierarchii. Już i tak wielu wiernych zarzuca im masochizm, domagając się opublikowania także innych okładek Charlie Hebdo. 


25


WYDARZENIA I OPINIE

Gdzie są klucze do drzwi?

26

D N Magdalena Mróz

P

rojekt ustawy Mieszkanie dla młodych powstał w 2013 roku i został powitany gromkimi brawami. Wtedy nikt nie wiedział do końca jakich obostrzeń się spodziewać, jakie rządzić będą nim reguły. W czasie klarowania się zasad przystąpienia do programu, okazało się, że nie jest tak łatwo prosić rząd o pieniądze. Rządowe dopłaty do mieszkań skierowane są głównie do rodzin i samotnie wychowujących dzieci. Sama idea jest warta pochwały, ale jak wiemy, w pewnym momencie wkracza przysłowiowe ,,życie” i wszystko ulega komplikacjom. Przede wszystkim nie możemy przekroczyć 35 roku życia, bo jest to państwowa magiczna granica, po której stajemy się już starzy i rządowy program nas nie obowiązuje. Aspiracje mieszkaniowe też nie mogą być wygóro-

awno takiego roku nie było, zwłaszcza w polskim sporcie. Działo się i to bardzo dużo. ajpierw Igrzyska w Soczi, później mundial piłkarski w Brazylii, mundial siatkarski w Polsce, a w międzyczasie jeszcze mnóstwo innych wydarzeń. Zapraszam na moje krótkie podsumowanie minionego roku w sporcie.

Życie weryfikuje nawet najwznioślejsze pomysły – zainteresowanie dopłatami jest bardzo małe, ręce zacierają tylko deweloperzy. Łączna kwota przeznaczona na dofinansowanie sięgnęła 207 mln zł wane – nowe cztery kąty trzeba zakupić na rynku pierwotnym, czyli prosto od dewelopera. Ponad to nowe lokum może dochodzić do 75 metrów kwadratowych całej powierzchni, nie więcej. Jeśli spełnimy powyższe wymagania jesteśmy prawie na półmetku: możemy uzyskać kolejno 10% dopłaty jeśli nie posiadamy potomstwa, ekstra 5% kiedy mamy dzieci. Dopłata urasta do 15%, jest się z

czego cieszyć. Następnym krokiem będzie uzyskanie zdolności kredytowej, co dla zaczynających swoją karierę młodych osób już jest nie lada wyzwaniem, po czym zaciągamy kredyt hipoteczny. Banki informują, że przy liczeniu zdolności kredytowej możemy połączyć swój dochód z dochodem współmałżonka lub członka rodziny, ale szczerze – jeśli państwo chce dać młodym możliwość usamodzielnienia się i poprawy warunków bytowych, to jaki sens ma zaciąganie kredytu z mamą? I tutaj uwaga – bonus przygotowany przez kreatywnych urzędników. Jeśli urodzi nam się kolejne dziecko do 5 lat od podpisania umowy kredytowej, państwo oferuje kolejne 5% dofinansowania. Po przysłowiowym dopisaniu szczęścia państwo pokryje 20% wartości mieszkania. Klarowne i jasne zasady, wydawały się


manną z nieba dla dumnych przedstawicieli rządzących naszym pięknym krajem. Życie weryfikuje nawet najwznioślejsze pomysły – zainteresowanie dopłatami jest bardzo małe, ręce zacierają tylko deweloperzy. Łączna kwota przeznaczona na dofinansowanie sięgnęła 207 mln zł w 2014 roku, co daje niewiele ponad jedną trzecią wykorzystanych pieniędzy z puli przeznaczonej na ten cel. Najwyraźniej pogardzono rządową propozycją, bo zapotrzebowanie na kredyty hipoteczne nie maleje, umów podpisano aż 2,5 raza więcej niż w razie możliwości dofinansowania. Jeżeli pomógł komuś program dofinansowań, to niewielkiej ilości osób z dużych aglomeracji miejskich – Gdańsk, Poznań, Warszawa i przylegające miejscowości. Aż 36% procent ze wszystkich biorących udział w programie, zamieszkuje w wyżej wymienionych miastach. Szczególnie małym zainteresowaniem cieszył się program w Opolu, Lublinie, Gorzowie Wielkopolskim i przylegających miejscowościach. W sumie na wszystkie miejscowości z tamtych obszarów wniosków o dofinansowanie wpłynęło 6. Szczególnie poszkodowane można uznać województwo śląskie – mieszka tam 12% wszystkich Polaków, a chętnych do skorzystania z rządowej oferty było tylko 4%. Średni metraż kupowanego lokum to około 54 metry kwadratowe. Nie wspominając już o domach, tylko 320 dopłat zostanie przekazanych dla osób zainteresowanych kupnem posesji. Nie da się ukryć, że największym problemem dla młodych jest zasada

źródło: www.pixabay.com

kupna mieszkania nowego, wcześniej nieużytkowanego. Cena za takie lokum jest odpowiednio wyższa, kredyt trzeba zaciągnąć na większą kwotę i mimo dopłat, nie każdego stać na regularne spłacanie rat oraz utrzymanie rodziny. Okazuje się, że największa ilość klientów to single i pary bezdzietne. Państwo chciało pomóc, ale ilość zasad i obostrzeń przekroczyła oczekiwania zainteresowanych. Zamiast cieszących się mieszkaniem młodych mamy smutny obraz Polskiej rzeczywistości – jeśli mieszkanie to tylko z kredytem hipotecznym na 30 lat. Dodatkowa zasada „pierwszego lokum” uniemożliwia rodzinom wielodzietnym (czyli tak naprawdę pierwszej w kolejności grupie docelowej) na skorzystanie z dofinansowania i poprawy sytuacji mieszkaniowej. Wysnuć można smutny wniosek, że najbardziej skorzystały

osoby z dużych ośrodków miejskich, bez dzieci, pracujących na samych siebie. Mimo tego jest nadzieja dla wszystkich, którzy jeszcze nie zrazili się do projektu lub chcą spróbować powalczyć ponownie. W 2015 roku szykują się zmiany w ramach pierwszego mieszkania, co oznacza, że z dopłat będą mogły skorzystać rodziny, które wyrażą chęć przeprowadzki do większego mieszkania. W gruncie rzeczy przecież wszyscy dążą do dobra wspólnego – w tym państwo, wyciągając pomocną rękę do osób ,,na starcie”. Ku świetlanej przyszłości, rosnącemu przyrostowi naturalnemu, lepszych warunków mieszkaniowych. „Miłość wszystkiemu wierzy i we wszystko pokłada nadzieję” – nawet w program Mieszkanie dla młodych? Oby się ta miłość nie przeliczyła. 

27


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Credo ateisty

28

C Maciej Puczkowski

T

rzeba przyznać, że choć takie nadawanie boskości byle kamieniowi wynikało zapewne z braku dostatecznej wiedzy o świecie, to jednak jest to jeden z przykładów na to, że wiara w siły wyższe jest o wiele starsza niż ateizm. Przekonanie, że istnieje Bóg jest przez człowieka czymś zastanym, od pierwszej chwili oczywistym i potrzebował on nie lada wysiłku, żeby to zakwestionować. Można więc przypuszczać, że nie jest łatwo być ateuszem. Pod warunkiem, że ateizm nie jest zwykłą formą ignorancji. W rzeczy samej ateizm, który opiera się na braku zainteresowania światem, najmniejszej chęci zrozumienia najbardziej podstawowych problemów, które go dotyczą, nie odróżnia się od ślepej wiary starożytnego Greka polewającego ka-

zy Bóg istnieje? Jest to jedno z fundamentalnych pytań, które, jak można przypuszczać, nie zawsze zadawano. Przynajmniej nie w przestrzeni publicznej. W mitologii wg. Jana Parandowskiego czytamy: “Chłop grecki, przechodząc koło kamienia na rozstajnej drodze, padał na kolana i polewał głaz oliwą”.

Odstawiając jednak na bok wszelkie wariacje kinderateizmu, trzeba uczciwie powiedzieć, że znaczna część ateuszy posiada niebagatelną wiedzę o świecie, dysponując przy okazji imponującymi umysłami. Z punktu widzenia katolika zainteresowanego światem, właśnie taki ateizm musi być czymś ciężkim do podtrzymania.

mień oliwą. Wynika wszak z tego samego - braku wiedzy o świecie i głębszego zastanowienia się nad pytaniami, które wciąż czekają na odpowiedź. W niektórych przypadkach bywa nawet gorszy, gdyż

połączony jest z przekonaniem o dysponowaniu taką wiedzą. Innymi słowy, chodzi tu o człowieka, który myśli, że wie więcej od średniowiecznego mnicha tylko dlatego, że żyje w XXI wieku, choć nie raczył się zapoznać z podstawową literaturą, która rzuciłaby mu lepsze światło na rzeczywistość. Nie wystarczy wszak żyć w epoce wiedzy, trzeba tę wiedzę jeszcze przyswoić. Odstawiając jednak na bok wszelkie wariacje kinderateizmu, trzeba uczciwie powiedzieć, że znaczna część ateuszy posiada niebagatelną wiedzę o świecie, dysponując przy okazji imponującymi umysłami. Z punktu widzenia katolika zainteresowanego światem, właśnie taki ateizm musi być czymś ciężkim do podtrzymania. Nie do podważenia jest wprawdzie argument: “Po prostu


źródło: www.pixabay.com

nie wierzę”, jednak ten akt niewiary wcale nie jest łatwiejszy do obronienia niż wiara. Broniony jest często przez tłumaczenie, że brak Boga wydaje się czymś rozsądniejszym, biorąc pod uwagę, jak postępująca wiedza podważała kolejne wierzenia, lub po prostu jest czymś bardziej naturalnym, czymś na co rozum łatwiej się godzi. Tylko, czy wiara w siłę wyższą wzięła się wyłącznie z nieznajomości świata? Czy nie jest czymś w człowieka wszczepionym, jak umiejętność posługiwania się językiem lub w ogóle świadomość istnienia? Wypada jednak choć powierzchownie wyjaśnić, dlaczego ateizm jest ciężki do obronienia, a z pewnością nie łatwiejszy niż wiara w Boga. Przede wszystkim nawet ateista musi się zgodzić na istnienie jakiejś transtendencji, czyli cze-

goś, co przekracza jakąkolwiek możliwość pojmowania. Najprościej można to przedstawić w ten sposób - nawet jeśli znajdziemy klucz, dzięki któremu będziemy potrafili dokładnie opisać świat, czyli wyjaśnić każdą rzecz i każde zjawisko w nim zachodzące, to wciąż nie będziemy potrafili powiedzieć, skąd ten klucz w ogóle się wziął i czy on sam w sobie nie jest złożony z jakichś innych reguł. Dla przykładu możemy próbować wytłumaczyć wszystko za pomocą elementarnych praw fizyki, ale wciąż nie będziemy potrafili powiedzieć, skąd się wzięły te prawa i właściwie dlaczego one są. Przecież sam fakt, że świat rządzi się jakimiś regułami, dzięki którym w ogóle możemy zbudować jakikolwiek model teoretyczny, jest już czymś niezwykłym i nieoczywistym.

Wiemy, że prawa fizyki istnieją, ale równie dobrze mogłyby nie istnieć. To znaczy, że zawsze musimy przyjąć istnienie czegoś tak po prostu. Matematyka takie pierwotne reguły teorii nazywa aksjomatami, teologia - dogmatami. W rzeczy samej są tym samym, jakąś pierwotną wiarą w zachodzenie prawa, którego za pomocą danej teorii nie uda nam się wyjaśnić. Wyobraźmy sobie teraz, że jesteśmy tymi pierwszymi świadomymi istotami na świecie. Bo przecież według teorii ewolucji ktoś musiał być tym pierwszym człowiekiem, który odnalazł siebie w swoim własnym rozumie i powiedział do siebie: “ja jestem”. Jeśli wyewoluowaliśmy z czegoś, co było na poziomie ameby, to jasne jest, że wtedy jeszcze nie posiadaliśmy takiej umiejętności

29


jak możliwość stwierdzenia własnego istnienia. Zatem jeśli jesteśmy tą pierwszą świadomą istotą, to o co najpierw zapytamy? To pytanie jest postawione nieco przewrotnie, bo oczywiście nie musimy o nic pytać. Sam fakt, że jesteśmy świadomi i rozumni, nie obliguje nas jeszcze do stawiania pytać. Możemy świat przyjmować takim, jaki jest. Uwierzyć w istnienie drzewa, słońca, pioruna, nie starając się dociec, z czego się składają. Czy muszą w ogóle się z czegoś składać? Nie musimy stawiać pytań, nie musimy więc wyjaśniać niczego Bogiem. Skoro nie interesuje nas skąd się tu wzięliśmy, a wystarczy nam świadomość, że jesteśmy, to czy musimy stosować zaślepkę do naszej niewiedzy w postaci Boga? Zatem to, że człowiek szuka czegoś, co nazywa prawdą i stara się zrozu-

mieć świat, nie wynika z niczego. Jest czymś, co po prostu w nas siedzi. Tylko dlaczego to w nas siedzi? Znowu - jeśli Bóg ma wyjaśniać to, czego nie umiemy wytłumaczyć, to właściwie równie dobrze taki pierwotny człowiek, zamiast tworzyć koncepcję Boga, mógłby po prostu zbadać świat. Tak też robił. Niezależnie od tego, czy wierzył w Boga. Zatem wyjaśnianie wiary brakiem chęci lub możliwości zrozumienia świata, jest co najmniej pójściem na łatwiznę. Poza tym, jeśli ateusz może mówić, że “po prostu nie wierzy” i prosi nas o wyjaśnienia, dlaczego sami wierzymy, to my możemy przyjąć, że wiara nie jest czymś, co się wzięło z jakiegoś powodu, tylko czymś, co w człowieku pierwotnym po prostu było. Płynie z tego bardzo konkretna konkluzja. Ate-

usz sądząc, że brak Boga jest rozsądniejszy czy bardziej naturalny, będzie prosił nas o dowód jego istnienia. Problem w tym, że wierzący tak samo jak ateista też musi zgodzić się na pewną nierozstrzygalność. Z drugiej strony umysł ścisły będzie domagał się dowodów wszędzie tam, gdzie to możliwe. Pokutuje jednak błędne przekonanie, że teza brzmi: “Bóg istnieje”, a od tego kto stawia tezę, domaga się dowodu. Tymczasem w świetle powyższego rozważania teza powinna brzmieć: “Boga nie ma” i tego powinni dowodzić ci, którzy tak sądzą. Ponieważ obie tezy są prawdopodobnie nie do udowodnienia, to ciężko musi być ateuszom bronić swojej niewiary. Gdyż to ona, niewiara, domaga się dowodu, podczas gdy wiara w człowieku jest pierwotna. 

źródło: www.pixabay.com

30


31


32

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

33


TEMAT NUMERU - Metafizyka Człowieka 34

(Nie)wolna wola B Aleksandra Frontczak

P

rzeważnie… Wszyscy przecież wolni jesteśmy. Spragnienie własnych decyzji, możliwość robienia wszystkiego według własnych upodobań, decydowania za siebie. Skończyły się czasy manipulacji i ubezwłasnowolnienia. Nikt już nie grozi palcem z podium władzy, ani nie namawia pięścią i karabinem do posłuszeństwa. To w końcu przeżytek uwstecznionych przodków. My jesteśmy na szczycie cywilizacji. Tutaj jednostka kreuje siebie od samego początku, a przynajmniej od chwili uświadomienia sobie takich możliwości. Ale kiedy zaczynam zastanawiać się nad problemem wolnej woli, nasuwa mi się pewna refleksja: Skoro mam wolną wolę, coś najwartościowszego wśród wszystkich przymiotów człowieczeństwa, dlaczego wciąż czuję, jak w głąb mnie przenika cichy,

o przecież jako autonomiczny byt o odmiennym zgoła od innych guście, poglądach czy upodobaniach, całkowicie suwerennie mogę podejmować decyzje; bo przecież to co moje, nie ma swego źródła poza mną, lecz jest wewnątrz mnie determinowane; bo przecież ostatecznie to ja mówię „tak” lub ja mówię „nie” i najzwyczajniej w świecie nikt mnie do tego nie zmusza.

Takim masowym spoiwem, jednolitą podstawą dla myśli i ideologii zdają się być obecnie media. Przypudrowane prezenterki, świat ojczyzny, ale również newsy ze świata. Wyłuskane detale, często zakryta prawda. Taki bliski świat. Trochę humoru, z odrobiną aktualności i jeszcze tylko szczypta rozrywki. bezzapachowy, niewidzialny manipulator. Czy wszystkie podejmowane przeze mnie decyzje są całkowicie moje, niepodległe czynnikom zewnętrznym i kierowane li wyłącznie własnym upodobaniem? Początko-

wa argumentacja traci na racjonalności. (Z własnej woli?) eksperymentuję. Wstając każdego dnia rano, stawiam sobie cel: chcę być dziś zadowolona ze wszystkich moich postępowań. Gdy kładę się wieczorem do łóżka, pytam siebie: czy wszystko wykonane zostało zgodnie z moimi porannym postanowieniem? Gorączkowo roztrząsam każdy najdrobniejszy szczegół minionego dnia. Analizuję, badam, zastanawiam się. Reminiscencja pochłania mnie bez reszty. Finalny wniosek zdaje się być jednak odległy od pierwotnie założonego… Ktoś wdarł się w indywidualność? Kiedy to nastąpiło? Przecież bez mojej wiedzy to nie byłoby możliwe… Nauka prężnie rozwija siatkę swoich zależności i możliwości w świecie. Badania, eksperymenty, próby, wyniki, dowody. Coraz


źródło: www.pixabay.com

mniej tajemnic, ale również coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Pytamy i odpowiadamy. Badamy i udowadniamy. Obalamy mity, ustalamy fakty. A wszystko to dzieje się za sprawą największego ludzkiego przymiotu – mózgu. Mózg to organ odpowiedzialny za procesy myślowe, wykonywanie czynności, aktywność zmysłów. Życie w ogóle. Fizjologicznie, dla człowieka, jest to około 1,5 kg galaretowatej tkanki produkującej prąd elektryczny, ukrytej pod trzema płaszczami ochronnych błon. Narząd ten składa się głównie z wody, białka, tłuszczu i soli mineralnych. Nic nadzwyczajnego – prosta mieszanka minerałów i pierwiastków. Jednakże jest coś, co sprawia, że jako rasa wyróżnieni jesteśmy ponad inne istoty żyjące. I nie chodzi tu bynajmniej o wielkość owego organu czy liczbę jego zwoi. Posiadamy umysł, który zdaje się być odpowiedzialny za wszystkie wyższe przymio-

ty: uczucia, samodzielne, nieinstynktowne decyzje, inteligencję. Nienamacalna instancja. Abstrakcyjny dyktator. Jego swoistym wychowankiem jest natomiast nasza wola. Lecz ona to, jak pisał Sławomir Mrożek, „(…) sama w sobie nie ma kierunku, to intencja nadaje woli kierunek”. Zamiary, zamysły, motywacje, cele, wyobrażenia. Cała ta siatka zależności jak gdyby pozoruje suwerenność jednostki, jednocześnie ustalając ostateczną decyzję zanim zostanie ona podjęta. Profesor Antonio Damasio mówi: „Rzeczywiście jesteśmy mieszanką świadomych i nieświadomych procesów. Pewna część naszej świadomości próbuje nas przez to nieświadome zamieszanie przeprowadzić. Warto o tym mówić głośno bo jest bardzo wielu ludzi, którzy uwierzyli, że nad nieświadomością i popędami nie da się zapanować przy pomocy świadomej woli. A to nieprawda – mamy pewną kontrolę nad sobą, ale oczy-

wiście niepełną.” Przypominam sobie wczesne lata szkolne. Błoga beztroska i nieświadomość mechanizmów rządzących człowiekiem i światem przy powolnym jednak odkrywaniu tegoż świata umysłu i nauki. Matematyka nigdy nie należała do przedmiotów przeze mnie faworyzowanych. Moja niechęć do tego przedmiotu nasilała się wraz z coraz niższymi wynikami testów. Kiepskie osiągnięcia w tej dziedzinie wiedzy przyczyniły się do decyzji: nie staram się i nie przygotowuję, bo ostatecznie i tak dostanę dwóję. Działało. Zawsze wiedziałam, jaki stopień otrzymam. Toteż nigdy nie przesiadywałam nad książkami. Taka dziecięca logika – jak nie można nic poprawić w tym miejscu, popraw w innym. Z taką filozofią dotrwałam aż do końca liceum. Przybyło lat, wiedzy, rozsądku, umiejętności z innych dziedzin nauki. Klasa maturalna. Matematyka stała się przedmiotem obowiązkowym na

35


egzaminie dojrzałości. Wyrugowana z mojej dotychczas bezpiecznej pozycji człowieka matematycznie ułomnego, postanawiam raz jeszcze, ale bez entuzjazmu, przełamać dotychczasowe uprzedzenia. Zachęcona pierwszymi wynikami, odniosłam sukces. Zastanawiam się tylko, czy była to siła perswazji, cudowne olśnienie, a może raczej siła determinizmu… Odtąd bacznie przyglądam się własnej, potencjalnej może, wolnej woli. Zawsze jednak, gdy wydaje mi się, że już ugruntowałam swoje stanowisko względem tego zagadnienia, mój umysł sączy we mnie kolejne, coraz to nowsze wątpliwości. Myślimy, czytelniku, o tym co zrobimy i w chwili wykonywania danej czynności mamy całkowitą świadomość celu, jaki chcemy osiągnąć i tego co nas do niego doprowadzi. Aczkolwiek Marie von Ebner -Eschenbach pisze: „Kto wierzy w wolność woli, ten nigdy nie kochał i nigdy nie

36

nienawidził”. Zgodziłbyś się? Miłość-czyż nie jest to stan, w którym nasze uczucia i emocje względem drugiej osoby całkowicie biorą górę nad nami? Czyż nie jest to stan, gdy racjonalne argumentowanie, postanowienia i wszelka autonomiczność naszych decyzji jest manipulowana przez uczucia? A podczas sporów –zdarzyło ci się kiedyś, że raniąc słowami bliską osobę i próbując udowodnić własne racje, wewnętrznie krzyczałeś: Nie chcę tego, rozwiążmy ten problem inaczej! Ale wewnętrzna blokada nie pozwalała ci na powiedzenie tego, co naprawdę sądzisz? W takich chwilach jesteśmy niczym lalki. Lalki Prusowskie. Problemem staje się już nie tylko kwestia własnej wolności woli, ale także wolność woli drugiej osoby. Wolna wola może być niczym pocieszyciel, źródło nadziei w świecie nieustannych manipulacji lub nieodkryty, zlekceważony sprzymierzeniec na drodze do indywidualności. Wolność

ma wiele twarzy, jeszcze więcej definicji. Próbując samodzielnie objaśnić znaczenie tego słowo, dochodzę do wniosku, iż jest to uzależnione wyłącznie od moich własnych kryteriów, którymi kieruję się w życiu. Możliwe jest więc mówienie o wolnej woli i suwerenności jednostki w ogóle? Skoro każdy postrzega kategorię wolności osobistej czy wolności woli osobowo, a wielu jest ludzi i różne usposobienia, to czy stworzyć można swoisty kanon dla ogółu? Mam takie wrażenie, że każdy byt należy postrzegać indywidualnie, niemniej jednak w uniwersum społecznym wyróżnić można pewne zbiorowości kierujące się podobnymi miarami. Mimo różnorodnych osobowości, czynników zewnętrznych, sytuacji życiowych, wcześniejszych doświadczeń znajdzie się zawsze element scalający. Inaczej nie byłoby możliwe życie w społeczności. Takim masowym spoiwem, jednolitą podstawą


źródło: www.pixabay.com

dla myśli i ideologii zdają się być obecnie media. Przypudrowane prezenterki, świat ojczyzny, ale również newsy ze świata. Wyłuskane detale, często zakryta prawda. Taki bliski świat. Trochę humoru, z odrobiną aktualności i jeszcze tylko szczypta rozrywki. Wszystko to daje nam poczucie stabilności i władzy. W wierszu Wolny najmita Marii Konopnickiej czytamy: „Wolny! – wszak może iść albo spoczywać,/ Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy,/ Może oszaleć i płakać, i śpiewać –/ Bóg mu przebaczy...” – takie wrażenie dają nam media. Lecz bezpieczna przystań wolności, tworzona środkami masowego przekazu szybko zostaje zaatakowana przez fale wersów wiersza internauty, kryjącego się pod nazwą ścieżkazawiła: „Tobie media substytutem myślenia?/ potencjał był, mózg zgnił/ nie ma wolności”… A jeśli sięgnąć do transcendencji i w niej upatrywać naszej wolności?. W

Księdze Genesis czytamy, że Bóg stworzył nas na własny obraz, dając nam ziemię i wszystko co na niej we władanie (Rdz 1;26). Zatem posiadamy nieograniczoną niczym wolę, bowiem samego Boga nic nie ogranicza. Zdolni jesteśmy do kochania, ale i do gniewu; do radości, ale i do smutku; do wolności, ale także do poddaństwa. Sami wybrać możemy własną drogę życia. Jest to więc wolność w czystej postaci. Lecz w chrześcijaństwie ideałem jest postać Jezusa – najdoskonalszego z ludzi, Boga równocześnie. W Ewangelii Jana tak to mówi Chrystus: „Staram się pełnić nie moją wolę, lecz wolę Tego, który mnie posłał” (J 5;30). Zatem jeżeli wolni jesteśmy i jednocześnie naśladować mamy Jezusa, który przyszedł na świat, by nie własne upodobania, lecz Wolę Bożą pełnić, to czy wciąż można mówić tu o wolności woli. Potencjalnie decyzja o naśladowani należy

do nas. Jest wiec to objaw suwerenności. Aczkolwiek pełnienie nie swojej woli stanowi już pewnego rodzaju poddaństwo, wyzbycie się autonomii myśli. Wiemy bowiem, jakie konsekwencja dla pierwszych ludzi miało nieposłuszeństwo. „Paradoks logiki Boskiej – pisze Twardowski – polega na tym, że Wszechmogący, który wszystkiego nie może, przychodzi prosić o miłość, o dobry wybór”. Niewola lub konieczność; wybór lub determinacja; niepodległość lub perspektywa konsekwencji. Bo przecież jako autonomiczny byt o odmiennym zgoła od innych guście, poglądach czy upodobaniach, całkowicie suwerennie mogę podejmować decyzję; bo przecież to co moje, nie ma swego źródła poza mną, lecz jest wewnątrz mnie determinowane; bo przecież ostatecznie to ja mówię „tak” lub ja mówię „nie” i najzwyczajniej w świecie nikt mnie do tego nie zmusza. Przeważnie… Czyż nie? 

37


TEMAT NUMERU - Metafizyka Człowieka 38

Śmierć po życiu, życie po śmieci C

o ma metafizyka do śmierci? A to, że jedno rodzi się z drugiego. Rozważanie na temat ludzkiego losu prowadzi nieuchronnie do zastanowienia się nad natura człowieka, świata i pytania: A może jest coś więcej?

Rafał Growiec

J

eśli patrzymy z perspektywy czysto naturalnej, to jesteśmy tacy cudowni i wyjątkowi dlatego, że mamy rozum. Zdolność obserwowania otaczającego nas świata, zmieniania go według naszych potrzeb i wymyślania sposobów na ułatwienie sobie życia sprawiła, że nie tylko łatwiej zdobywaliśmy pożywienie, ale mieliśmy też czas wolny, w którym wyhodowaną na ulepszaniu dzidy inteligencję można było zastosować do refleksji nad światem. Siadał taki człowiek, nie mając co robić i zaczynał myśleć. A dlaczego słońce świeci? A dlaczego ziemia jest na dole? Dlaczego woda paruje i co się z nią wtedy dzieje? Skąd pochodzi człowiek? Dlaczego umiera? Co się z nim dzieje po śmierci? Na te pytania starano sobie odpowiedzieć w pierwszej

Metafizyka, jako dyscyplina filozoficzna, jest mocno zależna od poglądów uprawiającego ją metafizyka. Inaczej będzie patrzył na duszę ścisły materialista a inaczej wierzący w kolejne emanacje boskości neoplatonik i odpowiednio będą oni podchodzili do zagadnienia życia i śmierci. kolejności przez mitologię. Jednak gdy pojawiły się postaci bóstw, zrodziły się też i inne pytania: dlaczego oni są wieczni/nieśmiertelni? Czym różnią się Zeus, Thor, Uran, Huitzilopochtli od śmiertelników? Okazało się, że odpowiedź na te pytania wymaga zastanowienia się się

nad samymi podstawami mechanizmów rządzących światem. Tak zrodziła się refleksja nad bytem jako takim – metafizyka. To ona od czasów greckich szukała odpowiedzi na pytanie: czy jest tylko to, co widzimy, czy też jest coś ponad naturą? Metafizyka, jako dyscyplina filozoficzna, jest mocno zależna od poglądów uprawiającego ją metafizyka. Inaczej będzie patrzył na duszę ścisły materialista a inaczej wierzący w kolejne emanacje boskości neoplatonik i odpowiednio będą oni podchodzili do zagadnienia życia i śmierci. Nie mam zamiaru tu robić wielkiej wypiski nazwisk i poglądów, a raczej przyjrzeć się temu, jak spojrzenie na świat wpływa na postrzeganie losu człowieka. STRZEŻ SIĘ SOMY! Najważniejsze w usta-


źródło: www.pixabay.com

leniu podejścia do życia jest pytanie o początki – zwłaszcza, gdy pochodzenie danej rzeczywistości rzutuje na jej ocenę moralną. Manichejskie podejście mówi, że ciało jest złe, gdyż materię stworzył zły bóg, Demiurg, utożsamiany niekiedy z Bogiem Starego Testamentu. Ileż atramentu wylano, by wybić to chrześcijanom z głowy, to tylko sam Pan Bóg wie. A i tak nie wiadomo, ile zostało z manicheizmu w poglądach Augustyna z Hippony. Jeśli materię stworzył zły bóg, a ciało stanowi dla duszy więzienie, wtedy śmierć staje się wyzwoleniem z cielesnej powłoki. Staje się wręcz czymś pożądanym, a wszystkie przyjemności związane z życiem nabierają cech diabelskiego mamienia, nieprzystającego ludziom, którzy poznali „prawdę”. Prokreacja jest wręcz zbrodnią, gdyż powoduje, że kolejna dusza zostaje zniewolona w ciele. Mate-

ria jest tak zła, że nawet deszcz (zdaniem niektórych gnostyków) był spermą Archontów. Nie jest to podejście wynikające tylko z platonizmu. Spójrzmy teraz na Daleki Wschód, do Indii. Hindusi po dziś dzień wierzą, że wyzwolą się z wiecznego ciągu kolejnych wcieleń, gdy osiągną jedność z bóstwem. Teraz troszkę dalej na północ w przestrzeni i w przeszłość. Mamy VI wiek przed Chrystusem, książę Siddharta dochodzi do wniosku, że życie to cierpienie. Człowiek skazany jest na choroby, głód, a w końcu: śmierć. Jeśli chce od niego uwolnić, musi osiągnąć nirwanę, czyli stan absolutnej obojętności, braku doznań zmysłowych. Obie te religie (o ile buddyzm można nazwać religią) podkreślają wyższość ducha nad materią i wymagają, by panować nad swoim ciałem. Poniżają jednak ciało, kolejną już przecież siedzi-

bę duszy, i tak skazanej na transmigrację. WSZYSTKOIZM A co jeżeli materia ma w sobie coś boskiego, ale stanowi jakieś dalekie i niewyraźne odbicie prawdy o Absolucie? Co jeśli wszystko jest tak naprawdę Bogiem? Co jeśli natura świata jest bardzo prosta: istnieje sama materia, albo nie istnieje ona w ogóle albo wszystko (i materia i duch) jest jednym. Panteizm to na pewno ciekawy pomysł dla małych i dużych dzieci zafascynowanych piosenkami z „Pocahontas”, ale jest też straszliwie niebezpieczny. Naturalne procesy są straszliwe: zwierzęta zabijają się nawzajem, trwa ciągła walka o przetrwanie. Próba ich idealizacji prowadzi albo do zakłamania prawdy o naturze (Indianie też wypalali lasy), albo do akceptacji w moralności ludzkiej cech dzikich zwierząt. I tak: małżeństwo

39


jest bez sensu, gdyż nie występuje w naturze. Tak samo człowiek, gdy umiera, wraca do świata – ale czy zachowuje swoją tożsamość? Czy może rozpływa się w nim? Materializm w ścisłym tego słowa znaczeniu może uznawać istnienie pierwiastka duchowego – ale traktuje go wtedy jak zupełnie inny rodzaj materii. Pytanie o naturę materii powoduje, że przed materialistą stoją dwie drogi. Pierwsza z nich to uznanie zniszczalności materii i tego, że każdy jej rodzaj ulega rozkładowi. Wtedy i duch po śmierci musi ulec zagładzie. Świetnie łączy to przeświadczenie o braku istnieniu „czegoś więcej” ze świadomością, że to „coś więcej” jednak ma swoje przejawy. Droga druga to uznanie, że materia subtelniejsza, duchowa jest trwalsza i może istnieć jakieś życie pozagrobowe. To akurat rzadkie przypadki, pojawiające się najczęściej wtedy, gdy materialista stoi nad grobem.

40

Totalnie szaloną wersją monizmu jest monizm duchowy. Uwaga – materia nie istnieje. Wszystko jest jedynie odczuciami doznawanymi przez dusze. Albo jak chce Leibnitz, nawet ciała są rodzajami dusz. Znowu może pięknie brzmieć. Ale czym jest w takim razie człowiek? Śmierć? Mamy to samo, co w materializmie, tylko odwrócone. KATOARYSTOTELICY Metafizyka wkradła się też do religii. Zacznijmy może od tego, jak Biblia patrzy na człowieka. Człowiek został stworzony jako cielesny, posiada ducha i duszę. Bóg stworzył materię i widział, że jest ona dobra. Dopiero grzech sprawił, że dochodzi do zaburzenia funkcjonowania całego świata – wkrada się grzech, który oddziela od nas Boga, ale i materię. Człowiek, który ma panować nad naturą potrzebuje skórzanych okryć, by sobie poradzić. Konsekwencją grzechu

jest śmierć. Czym ona jest? A kim jest człowiek? Jeśli myślimy o tym, że jest duszą wcieloną, to zadajmy sobie inne pytanie. Czym jest dusza? W nasze rozumienie tej rzeczywistości wkradł się po cichu arystotelizm. Zbyt mocno rozumiemy dusze jako formy dla materii. Nie traktujemy ciała jako element naszego „ja” a bardziej jako coś, co „się ma”. Dusza przeakcentowana zakrywa ciało, a co za tym idzie, zaciemnia Boży zamysł. Tymczasem to ciało w chrześcijańskiej metafizyce powinno zostać nieco dowartościowane. Śmierć nie jest ucieczką duszy z tego złego, psującego się ciała. Jest uderzeniem w Boży zamysł: jedność duszy i ciała się rozpada. Ciało niszczeje – zgoda. A jednak oczekujemy na jego zmartwychwstanie, na nową jakość. Bóg chrześcijański nie jest poza światem: wszedł w niego, brudząc swoje stopy prochem konkretnego miejsca i czasu, przyjmując na siebie grzechy świata i


wynosząc je niczym kozioł ofiarny za miasto, na Golgotę. Poświęcone Ciało i Krew stały się metodą na wyzwolenie nie z ciała, ale z grzechu – także duchowego. Wciąż jednak chrześcijaństwo od najdawniejszych lat traktowało ciało gorzej. Wynikało to jednak z doświadczenia pastoralnego. To pożądliwości dotyczące ciała: głód, pragnienie, radość, chęć zdobycia ubrania, zrodzenia potomstwa wykrzywione przez grzech stały się obżarstwem, pijaństwem, pychą, cudzołóstwem. Duszpasterze akcentowali konieczność panowania nad sobą, nad ciałem, by nie stać się jego niewolnikiem i tak po cichu, tylnymi drzwiami Arystoteles i jego uczeń, Platon podrzucili nam swoją wizję świata. Dał się też we znaki materializm. Chcemy wierzyć, że dusza gdzieś jest. Gdzieś konkretnie, tak żeby wiedzieć, dokąd „poszła”. Próby dosłownego umiejscowienia Piekła czy Czyść-

ca na ziemi, w jakichś jego totalnych głębinach a Nieba w niebiosach dziś zdają się zabawne. Wyglądało to na zakorzenienie w kulturze antycznej, a tak naprawdę było prymitywnym spojrzeniem na świat w duchu takiego modelu konstrukcji świata, jaki panował na Bliskim Wschodzie (ziemia na słupach, wody górne, dolne, Szeol pod ziemią). CZAS – PRZYJACIEL, CZY WRÓG? Jeśli chodzi o teologię, czas to największy szkodnik, jaki kiedykolwiek pojawił się na kartach rozważań. Bóg, będący poza czasem, lecz potrafiący w nim działać, wymyka się naszemu patrzeniu na historię, także historię zbawienia. Musieliśmy wyobrazić sobie stan powszedni (silnie filozoficzny, czytaj: hellenistyczny), gdy dusza po śmierci oczekuje zmartwychwstania ciała. Nie umiemy pojąć, jak by to było możliwe, że dana rzeczywistość jest obecna już w wieczności, a jednak

na ziemi, w czasie jeszcze nie nadeszła. Najbardziej bolesnym przykładem przerzucania rzeczywistości czasu na eschatologię jest myśl, że dusze w Czyśćcu pokutują przez ileś wieków. Stąd wręcz szalenie skomplikowane wyliczenia ile lat odpustu można załatwić przez jedną Mszę w intencji zmarłego – a co za tym idzie: ile Mszy trzeba wykupić, by dostał się do nieba. Takie rozumienie doprowadziło pojęcie Purgatorium do absurdu, który odrzuciła Reformacja. Metafizyka to filozofia, a ta chodzi różnymi ścieżkami. Jeśli zbytnio się nią przejmiemy możemy nie tylko próbować narzucić Bogu przekonania Arystotelesa, ale też zaryzykować o wiele więcej. Chcąc wymusić na Bogu nasze rozumienie natury świata możemy sobie utrudnić życie, zmagając się z „tym złym” ciałem i jednocześnie licząc lata, jakie spędzimy w Czyśćcu. 

źródło: www.pixabay.com

41


TEMAT NUMERU - Metafizyka Człowieka 42

Antropologiczna struktura człowieka C

złowiek składa się z kilku sfer. Odpowiadają one za wszystko: procesy biologiczne, emocjonalne, miłość, podejmowanie decyzji, inteligencję oraz wiele innych. Problemem współczesnego świata jest to, że wszystko zostało pomieszane.

Dominik Cwikła

OD DAWNA JUŻ WIADOMO, ŻE... Podstawowymi sferami są: wegetatywna, emocjonalno-uczuciowa, wola i rozum. Żeby lepiej zrozumieć, co jest czym, posłużę się przykładami. Pierwsza sfera jest prosta. Odpowiada za uczucie głodu, podświadome procesy biologiczne w organizmie, wydalanie etc. Sferę tę posiadają nawet rośliny. Z drugą nie jest już tak prosto. W różnym stopniu rozwoju sferę emocjonalno -uczuciową posiadają także zwierzęta. Nikt nie podda w wątpliwość, że psy i koty odczuwają lęk z powodu wystrzałów fajerwerków. By tego uniknąć, rozsądny właściciel futrzaka zamknie swego czworonoga w jakimś bezpiecznym, najlepiej wyizolowanym dźwiękowo pomieszczeniu. Konie boją się ognia, psy działają w stadzie i etc.

Jeżeli więc miłość jest wyborem, to niemożliwym jest, by zwierzęta mogły kochać. Nawet jeśli jakiś gatunek ma namiastki woli, to nie jest ona wystarczająca, by zwierzę było w stanie miłować.

Najwyższymi sferami, które rozwinięte zostały jedynie u człowieka, są: wola i rozum. Wola oznacza zdolność do podejmowania decyzji. Wszelkich deterministów muszę zmartwić – człowiek ma duży wpływ na to, co się z nim stanie poprzez wybory, których dokona w swoim życiu. Rozum zaś oznacza – w uproszczeniu – zdolność intelektualną człowieka. Dzięki tej sferze poznajemy i rozumiemy świat. Zaś w

wyniku połączenia tych sfer możemy kochać. ...ALE NIE CHCĄ TEGO PRZYJĄĆ Zgodnie z antropologiczną strukturą człowieka zdolnymi do miłości są tylko ludzie. I to jest coś, czego wiele osób (szczególnie kobiet) nie będzie w stanie przyjąć. No bo jak to możliwe, żeby mój kotek lub piesek mnie nie kochał? Zawsze merda ogonkiem, gdy przyjdę i chce, by go przytulać! Owszem. Wynika to z instynktu stadnego. Ponadto pies posiada sferę wegetatywną oraz emocjonalno-uczuciową. Pies wie, że to dzięki Tobie ma co jeść, podrapiesz go i sprawisz mu przyjemność. Może też odczuwać przywiązanie. Natomiast pies nie podejmie decyzji. Przygarnij psa z ulicy lub schroniska. Zobaczysz, że od razu niemalże Ci za-


ufa i gotów będzie do spędzenia z Tobą całego życia, nawet w niewoli. Człowiek natomiast będzie wdzięczny, ale nie oznacza to od razu zakochania się w wybawcy. A już na pewno za ocalenie życia nikt normalny nie pozwoli się zniewolić. Pies i kot muszą dokonywać czynności seksualnych, gdy przyjdzie odpowiednia pora i poczują samicę, która ma właściwy czas. Pozostaje wtedy trzymać zwierzaka na łańcuchu lub w domu. Człowiek natomiast ma wolną wolę, która choć naginana, jest w stanie zwyciężyć. I MAMY ZAMIESZANIE Pogmatwanie stanu rzeczywistego z “widzimisię” współczesnego i podatnego na manipulacje, poprzez zagrywki emocjonalne, społeczeństwa doprowadza do wielkiego chaosu. Poprzez nadanie zwierzętom łatki zdolnych do miłości, umniejsza się wielkość człowieka. Zwierzę staje się prawie człowiekiem. Pewien strącony ostatnio z tronu król powiedział: Mówiąc „traktujmy zwierzęta jak ludzi”, zbliżamy się niebezpiecznie do powiedzenia „traktujmy ludzi jak zwierzęta”. Zresztą takie zbliżenie w historii wielokrotnie już miało miejsce na skalę społeczną, nieraz też ponadnarodową. To jednak nie wszystko. Jeśli miłość umieścimy w sferze emocjonalno-uczuciowej, to przyznajemy, że może się skończyć. W końcu emocje i uczucia mogą przeminąć (i bardzo często tak jest). Jeżeli założymy, że miłość może przeminąć, to Kościół staje się opresyjną i potworną machiną, która zmusza ludzi do życia ze sobą, chociaż miłości już

źródło: www.pixabay.com

nie ma. A wiemy, że tak nie jest. Zezwalamy też w ten sposób na wszelkie wynaturzenia i zboczenia. Bo „tak czuję”. I nie mówię tutaj o stosunkowo popularnych współcześnie zboczeniach, ale o takich jak pedofilia, zoofilia, nekrofilia czy kazirodztwo. Kto ośmieli się zabronić komuś „prawdziwej” miłości? Umieszczenie miłości w sferze niższej sprawia też, że kwestia ulegania impulsom oraz niewierność powinny być społecznie akceptowane. Przecież ktoś „czuje” miłość do kogoś, chociaż ma już żonę/męża. Skoro miłość to uczucie, to nikt nie powinien takiej osobie zabraniać kochać. Coraz bardziej absurdalne, prawda? Miłość to wola. Oczywiście przedtem pojawiają się emocje i uczucia, ale one kiedyś mogą zgasnąć. A na pewno osłabną. Pozostaje wtedy tylko wolna wola. I właśnie wówczas się zdecyduje: jestem dalej z tą osobą, chociaż funkcjonuję normalnie także wtedy, gdy jej nie ma? Chcę po-

święcać się dla niej, nawet jeśli pojutrze złamie sobie kręgosłup i będzie sparaliżowana od szyi w dół do końca życia? Jeśli odpowiadasz „tak”, to jest to miłość. Twoja wolna i zobowiązująca decyzja. Jeżeli więc miłość jest wyborem, to niemożliwym jest, by zwierzęta mogły kochać. Nawet jeśli jakiś gatunek ma namiastki woli, to nie jest ona wystarczająca, by zwierzę było w stanie miłować. Tylko człowiek posiada w pełni rozwinięte wszystkie wymienione sfery na tyle mocno, by był zdolny do miłości. Oczywiście może je sobie na własne życzenie zaburzyć, jednak jako rodzaj stworzony jesteśmy wyraźnie wyniesieni ponad wszelkie inne stworzenia, które są zwierzętami. Dlatego nie łudźmy się, że nasz futrzany pupil nas kocha. Kotek potrafi, co prawda być uroczym zwierzakiem, ale nie stanowi dla niego problemu, by w przypadku głodu zacząć zjadać zwłoki niedawnego właściciela, jeśli o jego śmierci nikt nie wie. 

43


TEMAT NUMERU - Metafizyka Człowieka 44

Przygnębiona dusza, czyli o emocjach EK Anna Kasprzyk

Wprowadzając temat, czuję się zobowiązana do rozróżnienia często łączonych razem pojęć. Trzeba zaznaczyć, że uczucia i emocje nie są tym samym! Może to połączenie wynika z tego, że istnieją uczucia i emocje, które są ze sobą powiązane, np. stres, cierpienie, radość, zdziwienie, onieśmielenie, samotność, bezsilność. Jednak trzeba wiedzieć, że EMOCJA to stan duszy, umysłu i ciała, który jest reakcją na zdarzenia życiowe lub reakcją względem innych. Jest doświadczana zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Podstawowe emocje to: radość, złość, wstręt, smutek, zaskoczenie, strach. Natomiast UCZUCIA są doświadczane tylko wewnętrznie. Stanowią silną formę przeżycia. Są reakcją na zaspokojenie lub niezaspokojenie potrzeb. Przykłady uczuć: miłość, życz-

mocje - ile ich się mieści w człowieku… ażdego dnia borykamy się z różnymi stanami emocjonalnymi – mogą one być pozytywne bądź negatywne. O ile łatwiej by się żyło, gdyby tak pstryknąć palcami i wówczas nad nimi zapanować? Potrafią szybko przeniknąć duszę, umysł i ciało, ale tak żwawo nie chcą nas opuścić. Czasem chcemy się ich pozbyć, a czasem nie, bo dobrze nam z nimi…

Czujemy się dobrze, jeśli trzyma się nas dobry nastrój. Natomiast czujemy zachwianie podczas „huśtawki nastrojów”, ale po jakimś czasie ten stan minie… W końcu zaznamy radości sprzyjającej pozytywnym nastrojom, lub smutku - doprowadzającego do przykrego samopoczucia.

liwość, szczęście, spokój, tęsknota, cierpienie. ACH TE NASTROJE I HUŚTAWKI… To, co nas spotyka w życiu, wpływa na nasz nastrój. Są to oczywiście wszelkie doświadczenia emocjonalne i uczuciowe. NASTRÓJ dobry bądź zły

wynika ze stanu umysłu, z intensywności i rodzaju przeżyć, jakie w danym czasie nas ogarniają. Nastrój jest uznawany za stan emocjonalny o długim czasie trwania. Oto przykłady nastrojów: komfort, entuzjazm, frajda, ciepło, promienność, pogoda ducha, satysfakcja, wesołość, łagodność, melancholia, znudzenie, rozczarowanie, rozżalenie, depresja. Nie jest powiedziane, że dany nastrój towarzyszy nam stale (niezmiennie) przez jakiś czas. Bywa i tak, że przez pewien okres mamy zmienne nastroje tzw. huśtawki nastrojów. Właśnie! – Liczba mnoga: „nastrojów”, bo przez jakiś czas te nastroje się przeplatają (nawet przechodzą ze skrajności w skrajność). Taki stan może być wynikiem zatracenia orientacji tego, czego chcemy lub pojawienia się


źródło: www.pixabay.com

wątpliwości, co myśleć o danym zdarzeniu bądź osobie itp. Czujemy się dobrze, jeśli trzyma się nas dobry nastrój. Natomiast czujemy zachwianie podczas „huśtawki nastrojów”, ale po jakimś czasie ten stan minie… W końcu zaznamy radości - sprzyjającej pozytywnym nastrojom, lub smutku - doprowadzającego do przykrego samopoczucia. Skoro pojęcie „nastroju” wskazuje na trwający w dłuższym czasie stan emocjonalny, to w wyniku negatywnych przeżyć może doprowadzić nawet do częstej przypadłości obecnych czasów – depresji (choroby). NIESZCZĘSNA DEPRESJA Nastrój depresyjny czy chandra dość szybko będzie mijać. Inaczej będzie z depresją rozumianą jako choroba. W tej chorobie do stanu depresyjnego dochodzą jeszcze dolegliwości tj. zaburzenia snu, brak siły

i inicjatywy do działania, stałe przygnębienie, rozpacz, negatywne nastawienie do życia, chęć zrobienia sobie czegoś złego itp. Jeśli występuje kilka powyższych dolegliwości naraz, przez około dwa tygodnie, oznacza to, że mamy do czynienia z szerzej rozumianą depresją (choroba). Depresja jest tematem bliskim współczesności z uwagi na to, że jest wynikiem rozwoju cywilizacyjnego. Nadmienię, że uznawana jest za chorobę społeczną – według WHO stanowi jedną z pięciu najczęściej występujących chorób. Zagadnienie to jest istotne, jednak w dalszej części skupię się na emocjach, a dokładniej na inteligencji emocjonalnej. INTELIGENTNIE ŻYĆ Otóż INTELIGENCJA EMOCJONALNA jest zdolnością rozpoznawania emocji - własnych i innych ludzi. Dzieli się na kompetencje emocjonalne tj.:

- samoświadomość stanów emocjonalnych, - samoregulacja/ samokontrola emocji, - samoocena swoich możliwości i ograniczeń. Drugi typ kompetencji to kompetencje społeczne: - empatia, - asertywność, - perswazja, - przywództwo, - współpraca. Co nam daje umiejętność inteligentnego podejścia do emocji? Zdecydowanie wpływa pozytywnie na relacje z ludźmi, na dobre nastawienie do życia, na jakość kontaktów interpersonalnych – lepsze funkcjonowanie w społeczeństwie. Badania wskazują na to, że aż w 80% na osiągnięcie sukcesu ma wpływ to, jak sobie radzimy z emocjami! – Czy warto nabyć taką umiejętność? Od najmłodszych lat doznajemy różnych uczuć i emocji. Przyczynia się do tego proces socjalizacji. Dzięki socjalizacji wyrabia-

45


źródło: www.pixabay.com

my w sobie pewne zachowania. Jako dzieci wyrażamy typowe dla dziecka emocje. Potem przychodzi czas, kiedy te emocje są inne, bardziej złożone, jest ich więcej. Im stajemy się starsi, tym więcej powinniśmy nabywać dojrzałości emocjonalnej. Dzięki tej dojrzałości jednostka świadoma tego, co ją otacza, rozsądnie podejmuje decyzje, podchodzi też z rozważnie do relacji interpersonalnych. W okresie dzieciństwa więcej jest działań opartych na emocjonalnym podejściu, bez rozeznania sytuacji, w jakiej mały człowiek się znajduje. Zdarza się także, że takiej inteligencji emocjonalnej nie nabędzie osoba dorosła – w jakimś stopniu stanowi to pewną ułomność społeczną. Wraz z dorastaniem należy wypracowywać w sobie odpowiednie reakcje na sytuacje, które nas spotykają. Należy wystrzegać się gwałtownych i wybuchowych rozwiązań i działań – trzeba nauczyć się opa-

46

nowania i przemyślanego reagowania. POTRZEBA EMOCJI Dobrze łączyć emocje z rozsądkiem. Z jakiego powodu? Rozważne podjęcie danego działania wiąże się z czasem na przemyślenie. Nieraz możemy myśleć za dużo, przez to odwlekać działanie. W końcu można stracić jakąś szansę, bo np. ktoś nam skradnie pomysł i go wykorzysta przed nami. Natomiast emocje natychmiastowo mobilizują nas do wysiłku, działania, pracy i realizacji celów. Czy to źle? Mimo wszystko dobrze jest być człowiekiem emocjonalnym (w sensie wrażliwości). Ważne jest tutaj dojrzałe podejście do emocji. Mędrzec Kohelet mówił, że na wszystko przychodzi właściwa pora: Jest czas radości i czas cierpienia, czas śmiechu i czas płaczu. Czas wesela i czas żałoby (Koh 2,13-15). Trzeba świadomie podchodzić do tego, że każda emocja jest naturalna dla każdego z nas. Gdybyśmy nie za-

znawali smutku, radość nie byłaby dla nas tak cenna… Nie można się wstydzić tego, że jesteśmy emocjonalni – nieważne kim jesteśmy i czym się zajmujemy. Trzeba pamiętać o tym, żeby kierować naszymi emocjami z rozwagą, nie można dać się im całkowicie ponieść. Nasza dusza, a także umysł i ciało, nieustannie borykają się z rożnymi stanami emocjonalnymi. Nie da się natychmiastowo nauczyć prawidłowego stosunku do własnych emocji. Nabycie inteligencji emocjonalnej to proces, który nie jest łatwy. Wymaga zrozumienia siebie samego, dogłębnej analizy duszy. Tak wiele mieści się w nas uczuć i emocji, których czasem nie potrafimy nazwać. Wprawiają nas w różne nastroje – te chciane, jak i te niechciane. Pewnie łatwiej byłoby żyć, gdybyśmy mogli nimi sterować. Jedne uruchamiać, inne wyłączać… - ale wówczas bylibyśmy tylko robotami. 


47


TEMAT NUMERU - Metafizyka Człowieka 48

Wielki mały człowiek C Kajetan Garbela

N

ie mówiąc już o tym, że każdy z nas jest grzeszny i ma swoje za uszami i nikt z nas nie jest bez winy. Wielki człowiek, homo sapiens, szczytowe osiągnięcie ewolucji i zdobywca świata, mający chrapkę na całe galaktyki podlega takim samym prawom, jak wszystkie inne organizmy. My również odczuwamy zmęczenie, strach, smutek, my również do prawidłowego funkcjonowania potrzebujemy snu, odpoczynku, pożywienia. Zapewne nie przeżylibyśmy nawet jednej doby bez podstawowych czynności filozoficznych, bez czegoś do zjedzenia, bez wody, snu i możliwości wyjścia do toalety. Jeśli jesteśmy od czegoś uzależnieni, to już w ogóle nad sobą nie panujemy. Nie mówiąc już o tym, że każdy z nas się poci, że organizm każdego musi jakoś wydalić to wszyst-

zy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jak skrajnym bytem jest człowiek? Z jednej strony jesteśmy jedynymi inteligentnymi, świadomymi istotami na tej ziemi, z drugiej w sumie niedaleko nam do zwierząt. Rozszczepiliśmy atom, polecieliśmy na Księżyc i wysyłamy nasze maszyny na inne planety, potrafimy budować kilkusetmetrowe wieżowce, przeszczepiać organy i pisać wspaniałą muzykę, ale biologicznie – i często psychicznie – jesteśmy strasznie ograniczeni.

W pewnym sensie jesteśmy nawet w gorszej sytuacji, niż na przykład zwierzęta, właśnie dlatego, że posiadamy świadomość i wolną wolę. Zwierzę przecież nie odczuwa czegoś takiego, jak dobrowolna miłość czy nienawiść

ko, co jest mu zbędne, i że każdy z nas na pewno umrze i jego ciało będzie się w dosyć nieprzyjemny sposób rozkładało (pomijam kwestię kremacji). No i oczywiście choroby czy inne sytuacje – np. ciąża, wypadki – które dosłownie i w przenośni mogą dać w kość organizmowi, nawet przykuwając nas do łóżka,

odbierając siły, zdrowie, dobre samopoczucie. Wtedy właściwie jesteśmy na łasce innych, my, wielcy i genialni ludzie, władcy Ziemi, którzy w innych okolicznościach zasługują na Nobla czy Oscara. Biologia strasznie nas ogranicza, a czasem może upodlić. Wyobrażacie sobie człowieka, który nie musi spać i jeść, nie męczy się, nie odczuwa bólu, jest odporny na choroby? Jasne, zaraz ktoś wspomni o Nietzschem, jego Nadczłowieku i różnych recepcjach tej teorii... To swoja drogą, ale powiedzmy sobie szczerze – kto z nas przynajmniej raz w życiu nie chciał porzucić tych wszystkich ograniczeń, którymi skuty jest nasz organizm? W pewnym sensie jesteśmy nawet w gorszej sytuacji, niż na przykład zwierzęta, właśnie dlatego, że posiadamy świadomość i


źródło: www.pixabay.com

wolną wolę. Zwierzę przecież nie odczuwa czegoś takiego, jak dobrowolna miłość czy nienawiść, nie posiada świadomości, nie zastanawia się nad tym, co robi, co to może wywołać. Kieruje się przede wszystkim instynktem, więc de facto nie można w pełni winić go za to, co robi. Nie ma tez oczywiście sumienia więc takie coś, jak wyrzuty owego sumienia również są mu obce. A nam? Ile to już razy chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle… Ile razy daliśmy się ponieść emocjom, skutkiem czego zraniliśmy lub przynajmniej poirytowaliśmy innego człowieka, a potem sumienie wypominało nam to i nie dawało spać po nocach? Jak bardzo zdarza się nam cierpieć gdy okazuje się, że życie nie wygląda tak pięknie, jak się wydawało, że coś się posypało, że ktoś nie stanął na wysokości zadania, rozczarował nas, nadużył zaufania czy po prostu oszukał. Albo, co gorsza, właśnie my okazaliśmy się kimś takim

dla osoby, na której nam szczególnie zależy. Jak bardzo takie rzeczy rzutują na nasze postrzeganie świata, innych, samego siebie, jak bardzo decydujące potrafią być w trakcie całego naszego życia, chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Czy to wszystko nie jest przygnębiające lub przynajmniej zastanawiające? Takie są fakty, my ludzie jesteśmy jednocześnie wielcy i bardzo mali. Czy jest jakiekolwiek rozwiązane, coś, co mogłoby nam pomóc w walce z własnymi ułomnościami czy ograniczeniami? Zacznijmy może od tego, że niektórych kwestii nie przeskoczymy, bo po prostu biologicznie i psychicznie jesteśmy tak a nie inaczej skonstruowani. Nie wszystko jest przyjemne, ale o ile nie działa degenerująco na nas i otoczenie, to trzeba się do tego przyzwyczaić. „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”, więc nie udawajmy przed sobą i innymi, że jesteśmy tacy idealni, że w sumie możemy wszystko

i nikt i nic nas nie zatrzyma, bo czasem zrobimy to my sami - nasz organizm czy to, co mamy w głowie. Zresztą, Bóg dopuścił, żeby to wszystko było naszym udziałem, więc Jemu powinniśmy ufać. Temu, który sam przyszedł na świat w ludzkim ciele, przez co uświęcił ten nasz ludzki byt ze wszystkimi jego mniej lub bardziej interesującymi elementami. A jeśli kogoś nadal te ułomności irytują i chciałby być naprawdę swobodny, to zapewniam – po śmierci jest taka możliwość, nazywa się Niebo. Tam będziemy naprawdę wolni od tego wszystkiego, co teraz denerwuje, boli, smuci, żenuje. Ani nikt nie będzie nas ranił, ani my nikogo, znikną złe wspomnienia czy emocje. Życie wieczne z Bogiem będzie spełnieniem tych naszych marzeń o prawdziwej wielkości i byciu idealnym. Musimy więc jeszcze trochę pocierpieć na tym świecie, aby zasłużyć sobie na tak wspaniałą nagrodę. 

49


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 50

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA - A po-co-to, na-co-to? 52

Zakony i celibat „B T

iskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony” – czytamy w Liście do ymoteusza. Skąd więc w Kościele pojawił się pomysł, by duchowni wyrzekali się małżeństwa? Dlaczego powstają zgromadzenia ludzi, którzy żyją w celibacie, z dala od świata?

Rafał Growiec

C

elibat, jak wiadomo jest zły. Dla freudystów hamuje libido, dla protestantów jest sprzeczny z Pismem, a dla wszelkiej maści antyklerykałów sprawia, że księża nie rozumieją świata. Zdaje się czymś nie do pojęcia, wręcz nieziemskim. Ale czy te zarzuty mają sens? Już sam argument „biblijny” jest nietrafiony. Wielokrotnie celibat, jako forma umartwienia się, był stosowany w czasie nadania Prawa. Izraelici mieli powstrzymywać się od współżycia z żonami pod Synajem (Wj 19,15). Tak samo Uriasz nie chciał spełniać małżeńskiego obowiązku, gdy toczyła się wojna. Nie mamy żadnych doniesień o żonach Eliasza ani Elizeusza, a i gdy zechcemy znaleźć informacje o połowicy Jeremiasza, google odeśle nas do jakiegoś gangstera. Widzimy więc, że gdy Bóg chciał, by człowiek sku-

Klasztory też szybko się bogaciły. Już w starożytności pachomiańskie wspólnoty mnisze były potęgą, jeśli chodzi o wyrabianie np. lin. Wynikało to poniekąd z ich natury. Mnich albo się modlił, albo pracował.

pił się na powierzonym mu zadaniu, zalecał rezygnację z życia rodzinnego. W Nowym Testamencie mamy wielkiego ascetę Jana Chrzciciela, który pozostawał bezżenny. Także Jezus skupiał się przede wszystkim na swojej misji i nie zakładał rodziny. Mówił też o ludziach, którzy pozostają bezżenni „dla Królestwa Niebieskiego” (Mt 19,12). Ten wiersz jest kluczowy w myśleniu o celibacie w chrześcijaństwie.

Święty Paweł zalecał Koryntianom niewchodzenie w nowe związki (1 Kor 7). Zalecał to jednak dla dania ujścia pożądliwości cielesnej. Innymi słowy: lepiej współżyć z żoną/mężem niż nie wytrzymać i cudzołożyć. Jednak już w 1. Liście do Tymoteusza pisze o tym, że kobieta będzie zbawiona przez rodzenie dzieci (1 Tm 2, 15). MNICH ZNACZY „SAMOTNY” Przez trzy wieki chrześcijanie odnajdywali męczeństwo, stanowiące najwyższy sposób naśladowania Chrystusa, na arenach, przed rzymskimi trybunałami i żydowskimi synagogami (św. Szczepan pozdrawia dialog międzyreligijny). Po tym, jak skończyły się prześladowania, pojawił się problem: gdzie szukać męczeństwa? Odpowiedzi były dwie: męczeństwo „zielone” na mi-


źródło: www.jerychomlodych.pl

sjach, albo „białe” – poprzez życie ascetyczne. A to dość szybko przybrało formę monastyczną. Greckie „monachos” (skojarzenia z monk, Mönch, mnich i Monachium są jak najbardziej wskazane) oznacza „samotny”, „jeden”. Z początku mnisi żyli w pustelniach, umarli dla świata już za życia. Żyli jak „aniołowie w niebie”, ciągle modląc się i poszcząc. Z czasem pojawiła się potrzeba założenia wspólnoty. Raz, że bezpieczniej (pustynia zawsze była schronieniem i dla świętych, i dla zbrodniarzy), a dwa, że starsi mnisi mogli służyć radą młodszym. To właśnie w takim środowisku narodziła się tendencja rozpoznawania ośmiu duchów kuszących, co potem przybrało formę siedmiu grzechów głównych. Wraz z Janem Kasjanem ideał ascetyczny w formie mniszej przemycony został z egipskiej pustyni w zachodnie rejony Imperium. Zarażają się nim i Augustyn, i Benedykt, który tworzy klasztor na Monte Cassino, żyjący modlitwą i pracą. Mnisi iroszkoccy stworzyli siec klasztorów na Wyspach Brytyjskich, sprawiając, że tamtejszy Kościół zawsze był oparty na opactwach i mniejszych skupiskach zakonnych. Wymóg Pawła, by biskup

był stateczny i doświadczony, co oznaczało w starożytności odchowane dzieci i udane pożycie małżeńskie, w obliczu mnichów służących poradą nie tylko duchową (próbowaliście kiedyś utrzymać klasztorny browar?), nabrał nowego znaczenia. ODNOWA IDZIE Z CELI Nie raz i nie dwa władze kościelne w krytycznych chwilach zerkały w zacisze klasztornych murów. Mnisi wyciągani na stolice biskupie, za ich zgodą czy bez niej, wartko brali się do roboty. Zakochany w mniszej ascezie i idealnym życiu Jan Chryzostom robił porządki po Nektariuszu, swoim poprzedniku na konstantynopolitańskim biskupstwie. Kluniacki mnich Hildebrandt jako papież Grzegorz VII walczył z symonią i zeświecczeniem kleru właśnie przez wymóg celibatu. Co jakiś czas wielkie zakony przeżywały leczniczy szok, gdy pojawiali się w nich reformatorzy – jak św. Teresa z Avila, która wraz ze św. Janem od Krzyża zdjęła karmelitom płci obojga buty i odeszła od zastanego w klasztorze wielkopańskiego życia. A w średniowieczu ksiądz mógł żyć jak książę. Nieraz biskupstwo traktowano jako jeden z wielu urzędów, który

pomaga zachować majątek, a potem przekazać go synowi, też księdzu. Kościół w pewnym momencie powiedział tej tendencji „stop”. Od czasów reformy kluniackiej stopniowo zwiększano obostrzenia wobec prezbiterów, aż w XV wieku Reformacja uznała, że jeśli augustianin Luter chce być jej wodzem, to powinien dać dobry przykład i się ożenić. Najlepiej z zakonnicą. Dopiero na Soborze Trydenckim postawiono sprawy jasno: Kościół wymusił celibat na kapłanach oraz postawił go wyżej niż małżeństwo. Wynikało to po części z polemiki z reformatorami, ale też z chęci podniesienia autorytetu i dyscypliny kleru. W efekcie, z wyrzeczenia się pewnego dobra w imię lepszego kontaktu z Bogiem i wiernymi, celibat nabrał cech zaszczytu – co zaburza jego właściwe rozumienie. Klasztory też szybko się bogaciły. Już w starożytności pachomiańskie wspólnoty mnisze były potęgą, jeśli chodzi o wyrabianie np. lin. Wynikało to poniekąd z ich natury. Mnich albo się modlił, albo pracował. Nie miał też zbyt wielu okazji, by przepuścić pieniądze w karczmie. Zbytek po pewnym czasie doprowadzał do zaburzenia duchowej dyscypliny i roz-

53


luźnienia moralności. Było to jednak zawsze postrzegane jako pewien problem. DLACZEGO KSIĄDZ NIE JEST ŻONATY? W Kościele przyjęło się, że każdy prezbiter składa śluby czystości i rezygnuje dobrowolnie z założenia rodziny. Ma to swoje “plusy dodatnie” i “plusy ujemne”. Właściwie, to ksiądz poślubia Kościół, a więc to Lud Boży powinien być przedmiotem jego miłości. Celibat to nie tama dla uczuć, które gromadzą się, nie znajdując uj-

ścia, ale ich ukierunkowanie na inną płaszczyznę. Duszpasterz ma być dla innych, nie może być niedostępny z powodu choroby dziecka czy randki. Ktoś może powiedzieć: „A co może wiedzieć ksiądz o życiu w rodzinie, skoro praktycznie go nie zna”? Ludzie wychodzący z takimi argumentami najwyraźniej myślą, że albo w seminarium kasowana jest pamięć alumnów, albo księża wykluwają się z jajek tam podrzucanych. Klerycy biorą się z rodzin, mają ojców, którzy

są mężami i matki, które są żonami. Mają rodzeństwo, kuzynów i znajomych z liceum. Nikt nie broni prezbiterom i klerykom spotykania się z ludźmi i w ten sposób poznawania życia rodzinnego w danych czasach. To właściwie bardziej od ich postawy wobec innych, niż od stanu cywilnego zależy, czy będą w stanie odpowiedzieć na potrzeby i pytania zaobrączkowanych i dzieciatych wiernych. Czy generuje to problemy z seksualnością? Czy może celibat sprawia, że źródło: www.openmagazyn.pl

do seminarium idą ludzie niezdolni do normalnego życia? Cóż, dewiantów bez sutann jest chyba więcej niż w sutannach, i to nawet procentowo. A i przełożeni, i opiekunowie kleryków powinni wyłapywać takie przypadki, gdy „żadna mnie nie chce, zostanę księdzem”. Seminarium to sześć lat przygotowania na życie w celibacie – ci ludzie wiedzą, na co się piszą. Także przykład ze strony protestanckiej nie zawsze świadczy o wyższości małżeństwa. Pastorzy wciąż się rozwodzą, a przez to, że są „zwykłymi ludźmi”, ich urząd staje się zwyczajnym urzędem. Niedawno jedna ze wspólnot w zachodniej Euro-

54

pie poprosiła pastora, który ogłosił, że jest ateistą, by został na stanowisku. Głosił przecież piękne kazania i był miły, a więc spełniał rolę dobrego urzędnika kościelnego. Ksiądz jest też celibatariuszem z powodu ideału, który przyświecał mnichom antycznym: imitatio Christi, naśladowanie Jezusa, który „nie miał gdzie głowy złożyć” (Łk 9, 58). Prawda jest taka, że kapłan jest w pewien sposób bezdomny. Jedna decyzja biskupa - i inna parafia. Powinien być całkowicie oddany służbie. A i to nie prawda, że ksiądz żony mieć nie może. Znane są przypadki anglikańskich pastorów, którzy przechodzą na katolicyzm

i pozostają w małżeństwie. Także Kościoły Wschodnie (będące w jedności z Kościołem Katolickim) nie zmuszają do celibatu prezbiterów, a jedynie biskupów. Pojawiają się też możliwości zostania prezbiterami dla tych katolików, którzy odchowali już dzieci. Celibat nie jest dogmatem, ale tradycją, która Kościół przechowuje jako najskuteczniejszą realizację biblijnego wezwania do naśladowania Chrystusa. Kapłanowi ma pomóc w pokochaniu wspólnoty, którą ma się opiekować, a zakonnikowi w całkowitym oddaniu się Bogu. Rzutuje nieco na rozumienie małżeństwa, ale o tym może kiedy indziej.


55


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Więc mówisz, że chrześcijaństwo jest dla frajerów?

56

C Krzysztof Reszka

W

yjątkowo zaciekłą krytykę chrześcijaństwa przedstawił Fryderyk Nietzsche, autor słów "Bóg jest martwy" czy też "idziesz do kobiet - nie zapomnij bicza!". Jedną z głównych idei Nietzschego jest NADCZŁOWIEK. Pisał on, że człowiek jest czymś, „co pokonane być powinno”. Wskazywał na konieczność przezwyciężenia człowieka. Niekiedy zdaje się rozumieć tę ideę w duchu darwinizmu jako dalszy etap ewolucji: „Wszystkie istoty stworzyły coś ponad siebie; chcecież być odpływem tej wielkiej fali i raczej do zwierzęcia powrócić, niźli człowieka pokonać? Czemże jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i sromem bolesnym. I temże powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym. Przebyliście drogę od robaka do człowieka, i wiele jest w was jeszcze z robaka. Byli-

zy chrześcijaństwo jest dla słabych, którzy nie radzą sobie w życiu? A może wręcz przeciwnie, dla herosów którzy przenoszą górny... Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Jezus Chrystus przyszedł do wszystkich ludzi, aby ich zbawić, uleczyć i stworzyć na nowo. Niektórzy filozofowie czy politycy twierdzą, że wiara w Chrystusa zabiera nam wolność i radość życia. Rzeczywistość jednak wygląda zupełnie odwrotnie.

Nie czarujmy się – wszystkie te sposoby prowadzą nieuchronnie do jeszcze większego bólu, cierpienia, zniszczenia, rozpaczy i pustki. Jedyna realna droga do przekraczania samego siebie i do przebóstwienia to… Jezus Chrystus.

ście niegdyś małpami i dziś jest jeszcze człowiek bardziej małpą niźli jakakolwiek małpa. (…) Człowiek jest liną rozpiętą między zwierzęciem i nadczłowiekiem – liną ponad przepaścią. Niebezpieczne to przejście, niebezpieczne podróże, niebezpieczne wstecz poglądanie, niebezpieczne trwożne zachwianie i zatrzymywanie się. Oto co wielkim jest w człowieku,

iż jest on mostem, a nie celem…” (Tako rzecze Zaratustra, ss. 9-11). Jednakże Nietzsche widzi w nadczłowieku nie tyle nowy gatunek biologiczny, co raczej nowy sposób życia. Określa tak jednostkę niezależną i twórczą, zdobywcę, indywidualistę, który przezwycięża samego siebie i sam dla siebie jest bogiem. Jak w praktyce zrealizować pragnienie o przekraczaniu siebie i byciu bogiem? Czy mamy tego dokonać panując nad innymi i narzucając swoją wolę? Tworząc kolejny system totalitarny, jak Adolf Hitler który wykorzystywał filozofię Nietzschego dla swoich celów? Próbując być bogiem łamiąc przykazania Dekalogu i zasady współżycia społecznego? Szukając potwierdzenia swojej wartości? Mordowaniem ludzi w imię postępu? Nie czarujmy się – wszystkie te sposoby prowadzą nieuchronnie do


źródło: www.pixabay.com

jeszcze większego bólu, cierpienia, zniszczenia, rozpaczy i pustki. Jedyna realna droga do przekraczania samego siebie i do przebóstwienia to… Jezus Chrystus. Tak wiem, to co piszę jest niepoprawne politycznie. Ale jest SKUTECZNE i tylko dlatego pozwoliłem sobie na to, by zająć czas czytelnikom. Jezus powiedział: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,31-32). Niektórzy powtarzają głupkowate i naiwne slogany, że chrześcijaństwo jest dla słabych, dla jednostek które niczego nie potrafią osiągnąć więc szukają pocieszenia w urojeniach. Zbadajmy jednak szczególnie niezwykłe postacie takie jak: • dwaj najlepsi polscy piłkarze – Robert Lewandowski i Kuba Błaszczykowski; • trzej najsłynniejsi polscy skoczkowie narciarscy – Adam Małysz, Kamil Stoch i Piotr Żyła; • dwaj odkrywcy w dziedzinie chemii, a zarazem pionierzy badań nad elektrycznością i magnetyzmem: Alessandro Volta i Andre Marie Ampere

(od ich nazwisk pochodzą nazwy jednostek napięcia elektrycznego i natężenia prądu); • dwaj geniusze literaccy, ojcowie gatunku fantasy – C.S. Lewis i J.R.R. Tolkien; • dwaj najwięksi twardziele wśród aktorów – Chuck Norris i Sylvester Stallone; • dwaj faceci najbardziej zasłużeni dla medycyny – Ludwik Pasteur, ojciec bakteriologii, szczepionek i pasteryzacji oraz Alexander Fleming, odkrywca pierwszego antybiotyku – penicyliny; • dwaj naukowcy wybitnie zasłużeni dla genetyki: Gregor Mendel – ojciec tejże dyscypliny naukowej oraz Francis S. Collins kierownik Projektu Poznania Ludzkiego Genomu; • dwaj pomysłodawcy którzy przełamali bariery komunikacyjne między ludźmi – Juan Bonet twórca języka migowego dla głuchych i Ludwik Braille twórca pisma wypukłego dla niewidomych. • dwaj niesamowici rycerze XX wieku, którzy z własnej woli stawili czoła przerażającemu niebezpieczeństwu i wyszli z niego cało: Rotmistrz Witold Pilecki został

więźniem w Auschwitz jako ochotnik, aby wspierać innych, organizować konspirację i ujawnić prawdę o zbrodni, natomiast Pedro Arrupe po wybuchu bomby atomowej niósł pomoc medyczną ciężko poparzonym na obrzeżach Hiroszimy pogrążonej w nuklearnej pożodze; • Dwaj znakomici działacze społeczni - ks. Jacek Stryczek, założyciel inicjatyw takich jak Szlachetna Paczka i Akademia Przyszłości oraz Szymon Hołownia który założył Fundację Kasisi zapalając Polaków do pomocy afrykańskim dzieciom; • Dwaj wyjątkowo niebezpieczni przestępcy którzy oddali życie Chrystusowi rozpoczynając heroiczną pracę na rzecz wychowania młodzieży i resocjalizacji przestępców: Nicky Cruz były szef okrutnego gangu Mau-Mau z Nowego Jorku i Piotr Stępniak, który ponad 20 lat spędził w więzieniach, a później nawrócił się, ożenił, adoptował dziecko i działa wiele dobrego dla innych; • Dwaj niepełnosprawni działacze społeczni, którzy mimo fizycznych ograni-

57


czeń, żyją pełnią życia, ukończyli po dwa kierunki studiów, ożenili się i zapalają wszystkich pozytywną energią: Nick Vujicic i Bawer Aondo-Akaa. WSZYSCY wyżej wymienieni twórcy, naukowcy, sportowcy, działacze i bohaterzy to zadeklarowani chrześcijanie – wielu bardzo aktywnie zaangażowało się w życie Kościoła, a niektórzy z nich zostali nawet duchownymi lub zakonnikami świeckimi. Życie tych 25 wojowników, dobitnie ukazuje prawdziwość przysłowia „Celuj w niebo, a zdobędziesz także ziemię”. Podobnie nauczają Psalmy i Ewangelia: „Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca” (Ps 37,4); „Szukajcie naprzód Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane” (Mt 8,33). Lub też jak słusznie powiadają inni: „Jeśli Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na właściwym miejscu”. Muszę tu jednak stanowczo podkreślić, że celem chrześcijanina nie jest ziemski sukces, ale powiększanie Królestwa Bożego. Naszym celem i naturalnym środowiskiem dla rozkwitu ludzkiej istoty jest osobowa wspólnota miłości z Bogiem i ludźmi. "Po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie (Ef 1,12). Relacja z Jezusem i naśladowanie Go, pozwala nam przekraczać siebie, rozkwitać i przynosić owoce. On przezwyciężył śmierć i zmartwychwstał jako pierwszy spośród umarłych. Jak poucza nas znana pieśń: Chrystus zmartwychwstan JEST, nam na przykład dan jest, iż mamy z martwych

58

źródło: www.bosko.pl

powstać, z Panem Bogiem królować. Alleluja! Josef Ratzinger pisał: "Celem chrześcijanina nie jest prywatna szczęśliwość tylko CAŁOŚĆ. Wierzy on w Chrystusa i dlatego wierzy w przyszłość świata, nie tylko we własną przyszłość. Wie, że ta przyszłość jest czymś większym niż to, czego sam potrafi dokonać. Wie, że istnieje sens, którego zniszczyć nie zdoła. Ale czy dlatego ma założyć ręce? Przeciwnie - ponieważ wie, iż sens istnieje, przeto może i musi radośnie i bez wahania spełniać dzieło historii, nawet jeśli na swym małym wycinku będzie miał uczucie, że to syzyfowa praca i że kamień losu ludzkiego, zawsze ten sam, niezmiennie, pokolenie po pokoleniu toczony w górę, na nowo stacza się ku wstydowi wszystkich poprzednich usiłowań. Kto wierzy, wie, że idziemy "naprzód", a nie krążymy dookoła. Kto wierzy, wie, że historia nie jest jak tkanina Penelopy, wiecznie tkana i ciągle na nowo pruta. Może opadną chrześcijanina zmory strachu, że wszystko jest daremne, jak to przedstawiał świat przedchrześcijański we wstrząsających obrazach trwogi przed bezowocnością ludzkiego dzia-

łania. Lecz poprzez tę zmorę przedostaje się zbawczy i przeobrażający głos Rzeczywistości: "bądźcie odważni, Ja świat zwyciężyłem" (J 16,33). Nowy świat, którego przedstawieniem w obrazie ostatecznego Jeruzalem kończy się Biblia, nie jest utopią, tylko pewnością, ku której przez wiarę zdążamy. Istnieje zbawienie świata - to jest niezachwiana nadzieja, która podtrzymuje chrześcijanina i która sprawia, że i dzisiaj jeszcze warto być chrześcijaninem" (J. Ratzinger, "Wprowadzenie w chrześcijaństwo", Znak, Kraków 1994, ss.355-356). „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5,17). On daje nam moc, abyśmy się „stali dziećmi Bożymi” (J 1,12), prowadzi do tego, byśmy się „stali uczestnikami Boskiej natury” (2P 1,4). Syn Boży stał się Człowiekiem, ażeby człowiek stał się bogiem. Jak pisze św. Jan: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). 


59


SERIĄ PO LITURGII

Metafizyki zderzenie z codziennością

60

M „ Krzysztof Reszka

S

posób, w jaki sprawuje się kult Boga w Kościele – a więc liturgię – ilustruje to, w co wierzymy. Wyraża to starochrześcijańska formuła: „lex orandi, lex credendi”. Dla przykładu: kapłan podczas Mszy do kielicha wlewa wino i wodę. Symbolizuje to między innymi dwie natury Chrystusa – boską i ludzką. W V wieku powstała herezja monofizytyzmu, wedle której Chrystus miał tylko naturę boską. Dlatego też podczas liturgii w Kościołach, które przyjęły monofizytyzm, nie dodawano wody do wina. W celu ukazania rzeczywistości duchowej, Kościół posługuje się pewnymi znakami. Mimo, że w pewnym stopniu są one naturalne (np. woda-obmycie-oczyszczenie), zasadniczo zawsze potrzebują wyjaśnienia. Temu służą modlitwy związane z danym obrzędem, towarzyszące mu czytania

sza Święta formując nasze wnętrze (duszę) posługuje się olbrzymią ilością znaków zewnętrznych”, fizycznych, oddziaływujących na zmysły. Jednak obecnie w Kościele coraz mniej dba się o wyrazistość tych znaków. Liturgia sprawowana byle jak skutkuje pustkami Kościołów. Potocznie nazywa się to posoborową odnową liturgii.

Sobór miał znaleźć remedium na trapiące Kościół bolączki. Zaproponowane rozwiązania zostały jednak opacznie zrozumiane i błędnie zastosowane, co zaszkodziło, zamiast pomóc.

czy homilie. Upraszczając, można by powiedzieć, że liturgia katolicka (Msze Święte, udzielanie sakramentów, Liturgia Godzin czy adoracja Najświętszego Sakramentu) składa się właśnie z sekwencji znaków i ich wyjaśnień. Od początku istnienia Kościoła olbrzymią wagę przykładano do tego, aby zachować prawowierność. Przestrogi przed fałszywymi nauczycielami czy błędnymi interpretacjami Pisma Świętego stale są obecne w

listach Apostołów do pierwszych wspólnot. Również w ciągu całej późniejszej historii, Kościół strzegł czystości wiary. Jeśli więc to, w co wierzymy, jest aż tak ważne, to naturalnie równie ważny jest sposób, w jaki sprawujemy liturgię. Dotyczy to w pierwszym rzędzie kapłanów i służbę liturgiczną, lecz również każdy wierny powinien świadomie uczestniczyć w liturgii i rozumieć poszczególne obrzędy. Tu otwiera się oczywiście pole, żeby zacząć krytykę wszelkich nadużyć liturgicznych, których w końcu nie brakuje w Kościele. Najpierw jednak należy zapytać, dlaczego te nadużycia w ogóle mają miejsce. Czyżby księża byli niedouczeni? Z jednej strony, sześć (w przypadku księży diecezjalnych) lat nauki w seminarium to chyba wystarczająco, by przejść solidną formację liturgiczną. Zdajemy sobie jednak spra-


źródło: www.niedziela.pl

wę, że wiedza nieużywana powoli, acz sukcesywnie idzie w las. Zderzenie z rzeczywistością parafialną, lokalnymi tradycjami, przyzwyczajeniami, proboszcza/kościelnego/ parafian, tzw. racje duszpasterskie często są okazją do uproszczeń. Dlatego na przykład liturgia Wigilii Paschalnej jest sprawowana nierzadko o godzinie 18.00 (podczas gdy zachód słońca następuje godzinę później), bo „ludzie nie przyszliby w nocy”. Ciężko wówczas zrozumieć symbolikę paschału. W ogóle te „racje duszpasterskie” to słowo wytrych w praktyce liturgicznej. W niedzielę używa się II (najkrótszej) Modlitwy Eucharystycznej, bo jak msza będzie 5 minut za długa, to ludziom będzie przeszkadzać. Na mszy zaśpiewa scholka dziecięca, repertuar oczywiście z gatunku sacro-polo, bo podobno ludziom się to bardziej podoba. A zamiast przewidzianego w mszale wstępu do „Ojcze Nasz”, zaimprowizujemy emocjonujące przemówienie o naszym Bożym dziecięctwie, które ostatecznie będzie dłuższe niż Kanon Rzymski. Pewnym schorzeniem wielu parafii jest z jednej strony upraszczanie liturgii, rezygnacja z wielu obrzędów, gdyż ludzie przestają je rozumieć, więc w efekcie

nudzą się na Mszy. Jednocześnie wprowadza się wiele „nieliturgicznych”, niekiedy wręcz świeckich elementów, które mają podnieść „atrakcyjność”. Liturgii przedpoborowej zarzucano, że jest niezrozumiała dla wiernych, stąd też zdecydowano się na pewne uproszczenia i wprowadzenie języków narodowych. Problem w tym, że zarówno świeccy, jak i duchowni o zmianach dowiadywali się z mediów, gdyż sobór był pierwszym, na który wpuszczono dziennikarzy. Ci, jako ludzie, którzy z definicji, nie mają o niczym pojęcia, w relacjach skupiali się na tym, co najbardziej rzucało się w oczy: odwróceniu kapłana, zmianie języka itp., nie przytaczając przy tym argumentacji teologicznej. Zaowocowało to poczuciem rewolucji. Im więc bardziej radykalne wydawały się zmiany, tym były uważane za „bardziej soborowe”. Pewnym błogosławieństwem dla Polski było to, że znajdowaliśmy się wówczas w bloku sowieckim. Niewielu dziennikarzy mogło, a jeszcze mniej chciało udać się do Watykanu. Dlatego też Kościół mógł spokojnie, bez presji zrewolucjonizowanego laikatu, wprowadzać reformy stopniowo. Na polu liturgii olbrzymie zasługi położył tutaj ksiądz Franciszek Blachnicki,

odpowiedzialny za Krajowe Duszpasterstwo Liturgiczne, założyciel Ruchu Światło-Życie, który miał na celu również formację liturgiczną członków. Jednak po upadku „żelaznej kurtyny” pewne nowinki siłą rzeczy zaczęły docierać nad Wisłę. Ciekawym zjawiskiem jest rozwój parafii tradycyjnych, które sprawują liturgię po „przesoborowemu” w krajach, gdzie reforma soborowa w wersji rewolucyjnej poczyniła spustoszenie. Należy nadmienić, że również w Polsce z roku na rok Msze Trydenckie cieszą się coraz większą popularnością, zarówno świeckich, jak i kapłanów. Czy więc oznacza to, że nadchodzi regres? Że Kościół musi się cofnąć do etapu sprzed Vaticanum II? Taki wniosek to duże uproszczenie. Sobór miał znaleźć remedium na trapiące Kościół bolączki. Zaproponowane rozwiązania zostały jednak opacznie zrozumiane i błędnie zastosowane, co zaszkodziło, zamiast pomóc. Liturgia posoborowa jest nie mniej piękna, pobożna i dostojna, co trydencka, o ile tylko się o to zadbaa. A co może w tej kwestii zrobić zwykły świecki, który do ołtarza podchodzi tylko podczas Komunii Świętej? Może dużo. Ale o tym w następnym numerze. 

61


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 62

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

63


Od języka do filozofii KULTURA

M

64

etafizyczny kosmos. razem!

Wystrzelmy się w niego

Aleksandra Frontczak

Z

e słowem „metafizyczny” jest trochę jak ze słowem (wstaw sobie Czytelniku dowolne trudne słowo). Generalnie wiesz, o co chodzi. Ba! Nawet potrafisz wskazać przykłady użycia tegoż słowa. Ale kiedy trzeba zdefiniować wybrane słowo, nasze twarze znaczy wyraz skonfundowania, a umysł, grając miną na zwłokę, sili się na wymuskanie ze swoich zakamarków jakiejś sensownej zbiorowości słów, która ewentualnie uczyniłaby prostszym pojęcie nastręczające trudność. Cóż, najprościej w takim przypadku sięgnąć do słownika. Ale tak z ręką na sercu, któż z nas, mając lingwistyczne dylematy, wygrzebuje z półki opasły tom i wertuje go z zapałem w poszukiwaniu odpowiedzi? Nie oszukujmy się, to nie jest ulubiony sposób

Ale chwileczkę… przecież metafizyczny, transcendentny czy jak kto woli, dotyczy przecież także Boga, religii, wiary. Czy więc poznawać Najwyższego nie mogę przez ciało? Nie mogę Go doświadczy inaczej, jak tylko duchowo? Czy w ogóle mogę doświadczyć Boga?

zaspakajania głodu wiedzy nawet wśród wielbicieli książek wszelkiej maści. Rzecz wygląda tak, że gdy brakuje opcji „sprawdzę w Internecie”, palący płomień chęci wiedzy naturalną drogą umiera, zostawiając po sobie jedynie smętną smugę dymu. Problem jednak w tym, że bez pod-

trzymywania w sobie chęci pogłębiania swojej wiedzy na płaszczyźnie pojęć i znaczeń, nasze mózgi zaczynają samoistnie wytwarzać dowolne, własne, przeważnie mylne definicje jakiegoś słowa, zubażając przy tym samego siebie. Co za tym idzie? Tkwimy w błędzie, jednocześnie utwierdzając samych siebie w personalnym geniuszu i naturalnych predyspozycji językowych, stwarzając iluzję. Nasz mózg robi się flakiem, a my nieposiadany się z dumy nad sobą samym. Nic bardziej mylnego. Pisząc ten artykuł, postanowiłam sprawdzić, jakie definicje metafizyczności pojawiają się w Internecie. Voila: Zadane.pl – metafizyka – zbiór tez niesprawdzalnych empirycznie (pozytywizm). Definicja.net – metafizycznie – nieprzeniknie-


źródło: www.pixabay.com

nie (o.O), nienaturalnie, abstrakcyjnie, nierealnie, ontologicznie (…) Definicja pierwsza, jakby nie patrzeć, ma sens, choć zdaję sobie sprawę, że dla przeciętnego zjadacza chleba, w którym pojawia się malutka chociaż chęć objaśnienia sobie jakiś dotąd nieznanych słów, jest kompletnie niezrozumiała. Zawiesić można się już przy części „zbiór tez”, bowiem jest mocno abstrakcyjna i bliżej nieokreślona. Całkowicie jednak fiasko ponosi czytelnik takowej definicji przy słowie „empiryczny” (nie wspominając o tajemniczym nawiasie, który sygnalizuje epokę literacką, ale któż to wiedział?). Tak zatem pozostaje nam słowo „niesprawdzalne”, a i ono nie pozostawia odbiorcy żadnej nadziei. Druga definicja natomiast jest synonimiczna i zupełnie dobra, ale dla kogoś, kto ma

jakiekolwiek rys semantyczny słowa „metafizyczny” w głowie i raczej szuka synonimicznego określenia, a niżeli objaśnienia. Alergicznie można przy tym zareagować na słowo „ontologiczny” (wymaga najczęściej kolejnego sprawdzenia). Aczkolwiek inny człon definicji numer dwa przykuł moją uwagę bardziej niż nauka o bycie. Słowo „nierealnie” tu: nierealny. Czy chrześcijaninowi słowo „metafizyczny” kojarzy się z szeroko rozumianą nierealnością? Owszem, w potocznym, współczesnym rozumieniu słowa „metafizyczny” używa się na określenie czegoś niezrozumiałego, co więcej, niemożliwego do zrozumienia. W filozofii natomiast metafizyczny to ten, który dotyczy sfery duchowej, wykraczającej poza doświadczenie. Inaczej jeszcze: przyrostek meta- w

połączeniu z „fizyczny” oznacza coś więcej, niż ciało, coś ponad ciałem, poza nim. Zatem, logicznie wnioskując, wszystko co metafizyczne, dotyczy sfery ducha. Ale chwileczkę… przecież metafizyczny, transcendentny czy jak kto woli, dotyczy przecież także Boga, religii, wiary. Czy więc poznawać Najwyższego nie mogę przez ciało? Nie mogę Go doświadczy inaczej, jak tylko duchowo? Czy w ogóle mogę doświadczyć Boga? I tutaj nie mogę nie zgodzić się z twierdzeniem Witkacego, jakoby człowiek po Kartezjuszu cierpiał na permanentne rozdwojenie. Dusza i ciało, ciało i dusza. Osobne drogi, odwieczni przeciwnicy (resztę paplaniny oszczędzę Ci Czytelniku). Tak oto dylematy z płaszczyzny językowej przechodzą na płaszczyznę

65


źródło: www.pixabay.com

wiary. Człowiek chciał tylko poszerzyć swoją wiedzę, a wylądował z Kartezjuszem i Witkacym ontologicznym dołku. Właściwie to, Czytelniku, wylądowaliśmy w nim razem. Ja z niej wyjdę tak: z doświadczenia własnego wiem, że Bóg przychodzi do mnie w różny sposób, w zależności od tego jak mocno jestem uparta. Zabiera choroby fizyczne, leczy zranienia serca, pomaga w trudnych życiowych sytuacjach, dodaje odwagi, napełnia pokojem, obdarza łaską, organizuje mój czas. Często czuję Jego fizyczną wręcz obecność przy mnie. Czy takie działanie nie dotyka bezpośrednio sfery ciała? Dotyka! Co więcej, przecież „Słowo stało się ciałem” i potem ów Słowo poniosło śmierć krzyżową, by mnie odkupić. Odkupić nie tylko

66

moją duszę, ale także moje ciało. Bóg czyni wszystko nowe – nowe staje się także moje ciało. Patrząc na nie z perspektywy Bożej, widzę Świątynię Ducha, piękne miejsce, godne szacunku. O ile lepiej modli nam się w czystej świątyni, gdzie nic nie odciąga naszej uwagi od Niego? Dlatego często wpierw, zanim pojawi się metafizyczność w naszym życiu, jest samo „fizyczny” – od tej namacalnej części naszego istnienia zaczyna się wiara w Boga. Jestem, mam ciało, oddycham itd. – jest to dar Stwórcy. Dopiero potem można dodać przyrostek meta-. Kiedy zostanie on dołączony do reszty, by stworzyć nowe słowo, i czy zostanie w ogóle dołączony, to zależy od nas, indywidualnie. Całe życie możemy istnieć bez przyrostka, być tylko fizycznymi. Mieć uśpio-

nego ducha, nigdy nie pozwolić mu na ockniecie się. Całe też życie możemy definiować metafizyczność jako coć nieosiągalnego, nierealnego. Ale i decyzja i definicja w tym przypadku należą do nas. Spory na temat dualizmu człowieka w duchu kartezjańskim zostawiam zapaleńcom dumań filozoficznych. A każdemu, kto również nie czuję się na siłach, by mierzyć się z Kartezjuszem i zupełnie do szczęścia wystarczy mu mój artykuł, ten niech zastanowi się teraz jak wyjść z ontologicznego dołka, w którym jeszcze przed chwila byliśmy razem. Ja wyszłam. Podjęłam decyzję: przy „fizyczny” jest meta- i nie jest to bynajmniej coś nieosiągalnego, nierealizującego się czasem w ciele. Ty, Czytelniku, jak to zrobisz? 


67


Kod Titanica KULTURA

W

68

Krzysztof Reszka

R

ose, młoda arystokratka podróżuje do Ameryki wraz matką i narzeczonym. Wie, że gdy dopłynie do celu podróży, będzie musiała poślubić tego bogatego bufona. Nie kocha go. Ale planuje zgadza się to zrobić dla świętego spokoju. Jest pod presją matki. Żyje w złotej klatce: „Patrzyłam na swoje życie jakby było już za mną... Na nieustającą paradę zabaw, kotylionów, regat i rozgrywek polo. Ta sama wąska grupka ludzi. Ten sam bezmyślny gwar. Wydawało mi się, ze stoję nad przepaścią i że nikt nie śpieszy mi z pomocą. Nikogo to nie obchodziło. Nikt nawet nie zauważył”. Zdesperowana dziewczyna opuściła towarzystwo. Zaczęła uciekać. A była noc. Mijała znajome twarze. Kogoś potrąciła. Biegła jakby na oślep i szlochała. Przemierzyła

ykładowca zapytał studentów o jakiś przykładowy film który napewno wszyscy oglądali. Cała sala krzyknęła zgodnie: Titanic! Rzeczywiście jest to jeden z najbardziej popularnych filmów. Zdobył 11 Oscarów. Wpływy ze sprzedaży biletów na całym świecie przekroczyły 1,8 mld dolarów co plasuje go na drugim miejscu najbardziej dochodowych filmów wszech czasów. Wiele osób go oglądało, ale nie wszyscy odkryli tajemniczy przekaz jaki jest ukryty w tej opowieści...

Dlaczego od wieków poruszają nas podobne historie, czy to mityczne czy historyczne? W mitologii greckiej Orfeusz zszedł do krainy śmierci, gdyż usiłował uratować swoją ukochaną Eurydykę. Biblijny prorok Ozeasz ożenił się z prostytutką i wykupił ją za niemałą sumę srebra.

cały statek aż dobiegła do burty. Łzy spływały jej po policzkach. Wiatr smagał jej piękne, rude kręcone włosy, a nad nią świeciły gwiazdy. Chciała rzucić się w otchłań morza aby w ten sposób popełnić samobójstwo. Najwyraźniej była już zdecydowana na śmierć, bo przeszła przez barierkę

i spojrzała na wzburzone wody... W tej chwili młody, ubogi artysta zawołał ją. Poprosił aby podała mu rękę. Próbowała go odpędzić, ale on wyrzucił niedopałek do morza i zapowiedział, że jeśli skoczy, będzie ją ratował. Na potwierdzenie tych słów zaczął się rozbierać i przygotowywać do lodowatej kąpieli. Rose zmierza do śmierci w lodowatym oceanie. Rysownik powiedział jej jednak: „Wcale nie chcesz skoczyć”. Wtedy poślizgnęła się i omal nie spadła w przepaść. W końcu wyciągnął ją na pokład. Rzeczywiście, tak naprawdę nie chciała umierać. Chciała wreszcie zacząć żyć. Miłość do Jacka - bo takie imię nosił rysownik - nadała jej życiu nowego smaku... Znów była wolna i szczęśliwa. Mimo że wcześniej


źródło: materiały prasowe

postanowiła umrzeć, ocalała. Natomiast Jack umarł z wychłodzenia organizmu i opadł na dno oceanu. Odniosłem wrażenie że trafił tam jakby... ZAMIAST niej. Gdyby nie jego interwencja, prawdopodobnie skończyło by się odwrotnie - ona umarła by śmiercią samobójczą, a on nawet w obliczu tragedii z pewnością wykorzystał by swój spryt by przeżyć. Ubogi rysownik nie tylko uratował fizyczne życie Rose. On także uwolnił jej umysł. Dzięki niemu zrozumiała, że wcale nie musi ulegać presji otoczenia. Może żyć w zgodzie ze swoim sercem. Kiedy ocalała, przedstawiła się używając nazwiska Jacka - Dawson, tak jakby potwierdzając domniemane zaślubiny które formalnie jeszcze nie nastąpiły. Po latach Rose, już jako staruszka wyznała: „A teraz wiecie że istniał

kiedyś Jack Dawson, który mnie ocalił w każdym możliwym znaczeniu tego słowa”. Trzeba zauważyć jeszcze pewien szczegół. Kiedy statek ulega zagładzie, na ekranie widzimy katolickiego księdza który odmawia z ludźmi różaniec a potem cytuje słowa Apokalipsy św. Jana. Dodaje ludziom nadziei mówiąc o nowej ziemi i nowym niebie gdzie Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już /odtąd/ nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4). No dobrze, ale jaka informacja zakodowana jest w tym niezwykłym filmie? Pokazano nam kobietę która pewnej nocy chciała utopić się w wielkiej wodzie. U starożytnych Izraelitów, wielka woda pośród ciemności była jednoznaczną alegorią krainy śmierci,

także tej duchowej - grzechu i oddzielenia od Boga. Widzimy także mężczyznę który uratował kobietę. Ona ocalała, ale on sam jednak zginął. Trafił jakby zamiast niej w otchłanie wód. Jednak ta śmierć przyniosła jej wyzwolenie. Zaczęła żyć naprawdę! Dlaczego od wieków poruszają nas podobne historie, czy to mityczne czy historyczne? W mitologii greckiej Orfeusz zszedł do krainy śmierci, gdyż usiłował uratować swoją ukochaną Eurydykę. Biblijny prorok Ozeasz ożenił się z prostytutką i wykupił ją za niemałą sumę srebra. Filmowy Desperado rusza by pomścić swoją ukochaną. Baśniowy książę rusza by odszukać Kopciuszka. Polski bohater Witold Pilecki został więźniem Auschwitz jako ochotnik. Nikt mu nie kazał. Dowódcy stanowczo mu odradzali. A on narażał

69


siebie by pomagać innym ludziom, podnosić ich na duchu, organizować konspirację i ujawnić zbrodnię wobec całego cywilizowanego świata. Wszystkie te opowieści kryją w sobie ważną tajemnicę... A opowieści z Narnii? Tam Lew o imieniu Aslan daje się zabić. Oddaje swoje życie za przyjaciół. A Maksymilian Kolbe? Poprosił Niemców aby uwolnili ojca rodziny a w zamian za to pozwolił by zabili jego samego. Ludzkie serce reaguje na wszystkie te histo-

rie - czy to prawdziwe czy fikcyjne. Dlaczego? Bo widzicie państwo, wszystkie te opowieści mówią coś prawdziwego. Są odbiciem pewnej autentycznej Historii. Jest to historia o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym który mnie ukochał i samego siebie wydał za mnie na śmierć, a trzeciego dnia zmartwychwstał. Jest to opowieść o Sensie Życia, który przyszedł na ten świat jako ubogi Cieśla i dał się zabić za Ukochaną mimo że ta zdradzała go i stałą się prostytutką. Tą Ukochaną jest ludz-

kość, Kościół czy po prostu moja własna dusza, która zaprzedała się w niewolę grzechu i zmierzała do śmierci. Dzięki niemu nie musimy tonąć w oceanie beznadziei. Czeka nas wolność i miłość. Wychodzi na to że to co najbardziej podoba nam się w filmach, książkach i dziejach świata to... Ewangelia. Mimo że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. 

źródło: kadr z filmu

70


71


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 72

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

73


Kim jest Keyser Söze? KLASYKA

N

74

Mateusz Nowak

F

ilm otwiera scena, w której poznajemy Deana Keatona (rola Gabriela Byrne'a), leżącego na statku, z bezwładnymi nogami. Po chwili tajemniczy facet, którego wyraźnie Keaton zna, najprawdopodobniej go zabija i podpala statek. I koniec. Dalej film przeskakuje między wydarzeniami aktualnymi, a wydarzeniami sprzed kilku tygodni, w wizji roztaczanej przez przesłuchiwanego Rogera "Verbala" Kinta (oscarowa rola Kevina Spacey). Kint, kaleki przestępca, opowiada o tym, jak poznał się z Keatonem i trzema innymi "podejrzanymi" oraz co w wyniku tego spotkania nastąpiło. Wszystko po to, by wyjaśnić, co zaszło na tym podpalonym statku. Przyznaję, że takie kryminały lubię. Szybka akcja, dużo zagadek, wiele pytań, które rodzi się w trakcie seansu i chwile, że ciężko

ajlepsza sztuczką szatana było przekonanie ludzi, że nie istnieje. Znany cytat, który można uznać za główną myśl filmu “Podejrzani” z 1995 roku, w reżyserii Bryana Singera. Aby się o tym przekonać, warto uważnie obejrzeć całą produkcję, od początku do końca. Jest to naprawdę dobre kino, oferujące ponad sto minut doskonałej rozrywki i pokazujące, jak wiele może zależeć od świetnego scenariusza.

Filmy z dobrym scenariuszem poznaje się przede wszystkim po tym, że jeszcze długo po napisach końcowych pozostają w pamięci, powodują dyskusję i nie da się przejść obok nich obojętnie. Jednym tchem mógłbym wymienić takich wiele i dla „The Usual Suspects” znalazłoby się tam również miejsce.

jest się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. Całość sprowadza się do głównego pytania, kim jest Keyser Söze? Mit? Legenda? Czy pełnokrwisty człowiek, guru świata przestępczego? Trochę właśnie jak z diabłem i postrzeganiem go przez

ludzi, jedni w niego wierzą, inni nie, a jednak prawie wszyscy się go, nawet podświadomie, boją. Intryga jest tu zakrojona na szeroką skalę, a dzięki zabiegowi z pierwszej sceny filmu, widz chce jak najszybciej dostać wyjaśnienie, o co w tym wszystkim chodzi. Jak łatwo się domyślić, nie przychodzi ono jednak zbyt szybko. Fantastyczny scenariusz, nagrodzony zresztą Oscarem, to siła napędowa tego filmu. Świetnie poprowadzony, trzymający w napięciu, z bardzo dobrze wymyśloną historią. Reżyseria też jest tu na wysokim poziomie, choć Singer nie został za nią doceniony przez Akademię nawet nominacją. Wszystko jednak wydaje się być na swoim miejscu. Przejścia między retrospekcjami a wydarzeniami aktualnymi mogą co prawda niekiedy trochę mylić widza, jednak da się


źródło: materiały promocyjne

w tym dość szybko połapać. Tylko trzeba mieć otwarty umysł i pamiętać kto, z kim, co i gdzie. Na nic by jednak zdał się dobry scenariusz, gdyby nie aktorzy, którzy potrafili uwiarygodnić swoje postaci. Oczywiście prym tu wiedzie Spacey. Jego Kint to niby przestępca, ale w miarę jak akcja postępuje, to wzbudza coraz większe współczucie. Nawet nie przez to, że jest kaleką, ale przez jego reakcje i zachowanie w trakcie przesłuchania. Naprawdę brawurowo odegrana rola. Nie można jednak powiedzieć, że reszta ekipy stanowi jedynie tło dla jego poczynań. Każdy z aktorów czy to Byrne, czy Baldwin, Pollak, czy del Toro dokłada

swoją cegiełkę do świetnego odbioru tego obrazu przez widza. Twórcom "Podejrzanych" udało się to, co nierzadko jest bardzo ciężkie do osiągnięcia. Potrafili przykuć uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty, umiejętnie stopniując napięcie i regularnie dokładając nowe zagadki i rozwiązując inne. Niby filmów kryminalnych czy sensacyjnych powstaje mnóstwo, a jednak wiele z nich szybko odchodzi w niepamięć. Z produkcją Singera jest inaczej, wystarczy choćby spojrzeć na jej bardzo wysoką ocenę na portalu filmweb.pl, czyli wydaną przez zwykłych ludzi. Filmy z dobrym scenariuszem poznaje się przede

wszystkim po tym, że jeszcze długo po napisach końcowych pozostają w pamięci, powodują dyskusję i nie da się przejść obok nich obojętnie. Jednym tchem mógłbym wymienić takich wiele i dla "The Usual Suspects" znalazłoby się tam również miejsce. Na marginesie, z tłumaczeniami tytułów filmów na nasz język mam często problem, po prostu wielokrotnie stają się one pomyłkami. W polskim tytule brakuje mi jednak tego słówka "usual", pozornie wydaje się, że wnosi niewiele, wręcz określenie "zwykli podejrzani" trochę bagatelizuje ich rolę. Czy jednak byli oni tacy zwykli? Najlepiej przekonać się o tym samemu. 

75


Wiele szumu o nic PP

FILM

Anna Zawalska

76

J

ednak najgłośniej wyrażają swoje oburzenie ci, którzy nie mieli jeszcze okazji zobaczyć filmu i - co gorsza - wcale nie zamierzają tego zrobić. Jeśli coś zostało opatrzone odpowiednim stwierdzeniem i sugeruje taki, a nie inny obraz pewnego zjawiska, to już zasłużyło na oplucie i kategoryczne potępienie. W przypadku “Idy” słowo klucz to: stosunki polsko -żydowskie. Historia może rozliczyć zarówno tych Polaków, którzy Żydów dręczyli, jak i tych, którzy narażali własne życie w ich obronie. Temat relacji polsko-żydowskich jest o tyle trudny, o ile zamkniemy się w jednym jego pojmowaniu. Nie na darmo każdy medal ma dwie strony - tak samo tutaj trudno posługiwać się argumentami tylko jednego kierunku. W kinematografii tworzonej przez Polaków

ostawę względem “Idy” (2013) Pawła awlikowskiego można określić jako schizofreniczną. Z jednej strony słychać głosy oburzonych, bo znowu ktoś stworzył film o trudnych stosunkach polsko-żydowskich, z drugiej zaś nie milkną głosy zachwytu nad artystycznymi elementami produkcji.

Brak w tym filmie zaskakujących zwrotów akcji, niespodziewanych wydarzeń i czegoś co wprawi widza w osłupienie. Mamy tu historię dwóch kobiet, intymne i bezsłowne wyznania ogromnego bólu. Całość jest bardzo statyczna, przez co fabuła filmu nie porywa, czego jednakże nie można powiedzieć o formie.

podejmuje się ten temat dość powierzchownie, skupiając się tylko na jednym elemencie: albo ludność polska Żydów ratowała, albo ludność polska Żydów zabijała. Produkcja “Ida” wprowadza do tego tematu

coś więcej. Krótko na temat fabuły. Lata 60. w komunistycznej Polsce. Nowicjuszka Anna przebywa w zakonie i czeka na złożenie ślubów wieczystych. Kilka dni przed tym wydarzeniem jej przełożona wysyła ją do ciotki, by przyszła siostra zakonna mogła pełniej przygotować się do ślubów. Spotkanie z Wandą Gruz przynosi odpowiedzi, których młoda dziewczyna zdawała się wcale nie szukać czy nawet się ich spodziewać. U ciotki dowiaduje się, że tak naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką, a jej rodzice zginęli w czasie wojny. Po nieco oschłym spotkaniu Wandy i Idy, każda idzie w swoją stronę. Ta pierwsza - poruszona zapewne widokiem krewnej - wraca po siostrzenicę, by następnie razem z nią udać się w podróż nie tylko do rodzinnej miejscowości,


źródło: materiały dystrybutora

ale również do przeszłości i znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące losów rodziny Lebensteinów. Dla obu kobiet podróż ta okaże się wyjątkowa, ale jednocześnie tragiczna. Rozdrapie ona zaschnięte już dawno rany i obudzi nową wrażliwość na otaczający świat. Film Pawła Pawlikowskiego można zaliczyć do gatunku filmu drogi, w czasie której w bohaterach dokonuje się jakaś przemiana. Zarówno Ida, jak i Wanda doświadczyły wspomnianej przemiany wewnętrznej, podejmując po wszystkich wydarzeniach takie, a nie inne decyzje. Również w antagonistach tej opowieści zachodzi zmiana. Wszystko to prowadzi do wniosku, że prędzej czy później trzeba się rozliczyć z własną przeszłością, nieważne jak bardzo bolesną. Tłem filmu są oczywi-

ście stosunki polsko-żydowskie, jednak mimo wszystko na pierwszy plan wysuwa się historia życia jednostki, jej wewnętrzne przeobrażenia i sposoby radzenia sobie z tragicznymi wydarzeniami. Przez cały film razem z Idą i Wandą przeżywamy wszystko to, co one. Są to bohaterki, które bardzo różnią się od siebie, jedna nie rozumie stylu życia drugiej i na odwrót, jednak w obliczu rodzinnego dramatu łączą się w bólu i podziały między nimi gdzieś się ulatniają. Niestety nie można powiedzieć, że film jest ideologicznie “czysty”. Gdzieś między wierszami próbuje zostać przemycona teza o złych Polakach szkalujących naród Żydowski. Nie jest to jednak nachalne, jak również nie dominuje nad resztą historii. Stanowi jedynie cząstkę całości, nie forsuje na siłę - jak to

było w przypadku “Pokłosia” (2012) Pasikowskiego - tezy o odwiecznym antysemityzmie Polaków. To historia opowiedziana subtelnie, ukazująca tragedię pojedynczego człowieka, będąca analizą radzenia sobie z trudną przeszłością. Opinie o tym, że film jest antypolski, że przekłamuje historię i jest paszkwilem skierowanym przeciw narodowi polskiemu, są daleko idące. Mam wrażenie, że w tej kwestii tak naprawdę jest wiele szumu o nic. Brak w tym filmie zaskakujących zwrotów akcji, niespodziewanych wydarzeń i czegoś co wprawi widza w osłupienie. Mamy tu historię dwóch kobiet, intymne i bezsłowne wyznania ogromnego bólu. Całość jest bardzo statyczna, przez co fabuła filmu nie porywa, czego jednakże nie można powiedzieć o formie. Kształt historii,

77


źródło: materiały dystrybutora

za pomocą którego została ona przedstawiona, robi wrażenie i nadrabia braki scenariusza. Minimalistyczny, a przy tym w pełnym tego słowa znaczeniu artystyczny, styl produkcji nadaje jej charakterystyczny nastrój i wprowadza widza w świat głównych bohaterek. Zdjęcia do filmu Ryszarda Lenczewskiego i Łukasza Żala są kameralne i poruszają swoją prostotą, a przy tym zachwycają. Brak tutaj udziwnień, ulepszeń i wymyślnych kompozycji, całość jest prosta i subtelna. Jedynie w kadrach można dostrzec jakieś novum - przekrzywiony obraz i zwracanie uwagi na szczegóły (jak chociażby malowidło świętej rodziny wiszące na ścianie w pokoju Skibów w scenie, kiedy Wanda próbuje wyciągnąć z nich informacje), które nadają całości bardzo artystyczny

78

wydźwięk. To, co również zasługuje na podziw, to gra aktorska. Agata Kulesza w roli Wandy Gruz oraz Agata Trzebuchowska w roli tytułowej Idy to dwie najjaśniejsze gwiazdy całej produkcji. Historia opowiedziana mimiką obydwu postaci wyraża o wiele więcej niż wypowiadane przez nie słowa, za co należą się ukłony w stronę obu pań. Dla Trzebuchowskiej rola Idy stanowi debiut aktorski, co daje sporą nadzieję na dalsze udane kreacje tej zaledwie dwudziestodwuletniej kobiety. Gra Kuleszy to prawdziwe mistrzostwo - “krwawa Wanda” w jej wykonaniu wypadła bardzo autentycznie, a emocje jakie w niej kipiały, momentami dobijały prawdziwością. “Ida” zbiera mnóstwo nagród i nominacji do najważniejszych filmowych

statuetek. Przegrała co prawda potyczkę z “Leviatanem” (2013) o Złotego Globa, jednak dalej są szanse na zdobycie Oskara, skoro film Pawlikowskiego znalazł się na skróconej liście do nominacji. Takie uznanie ani trochę nie dziwi, bo mamy tu do czynienia z kinematografią na światowym poziomie. I tylko trochę boli, że twórca “Idy” od lat tworzy na emigracji.  EDIT: Po powstaniu tej recenzji poznaliśmy nominowanych do tegorocznych Oskarów. “Ida” znalazła się wśród nich w kategorii zdjęcia (kapitalnych Ryszarda Lenczewskiego i Łukasza Żala) oraz w kategorii film nieanglojęzyczny. Nie pozostaje teraz nic innego, jak z nadzieją czegoś do 22 lutego, kiedy poznamy zwycięzców!


79


Wyjść poza granice ludzkiego umysłu L

FILM

Mateusz Nowak

80

Głównym bohaterem filmu jest Eddie Morra - przykład faceta, któremu dosłownie nic w życiu nie wychodzi. Niespełniony pisarz, z kontraktem na powieść, ale bez pomysłów w głowie. Do tego rozwodnik, a w momencie, kiedy go poznajemy, rzuca go jego aktualna dziewczyna. Siła złego na jednego. Gość wydaje się być skończony. I wtedy pojawia się, spotkany przypadkiem na ulicy, były szwagier - dealer narkotykowy. Eddie otrzymuje od niego w prezencie najnowszy specyfik - NZT, po którego zażyciu człowiek zamienia się w geniusza, wykorzystującego 100% możliwości swojego mózgu. Po zażyciu jednej pastylki szare życie Morry zmienia się nie do poznania. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. We wszystkim oczywiście musi być jednak haczyk. Znalezienie martwego szwagra i kradzież z jego domu zapasu NZT to dopiero

egend wokół możliwości ludzkiego mózgu narosło bardzo wiele. Jedną z tych, która najbardziej utarła się w ludzkiej świadomości, jest ta, mówiąca, że wykorzystujemy jedynie 20% możliwości swojego mózgu. To daje wielkie pole do popisu dla wszelkich teorii, co by było, gdyby udało się wykorzystać 100%? Świetny, chwytliwy temat, nic dziwnego, że chętnie wykorzystywany przez filmowców. Doskonałym przykładem na to jest “Jestem Bogiem” z 2011 roku, w reżyserii Neil’a Burgera.

Film stawia kilka bardzo ważnych pytań. Po pierwsze, czy są gdzieś granice możliwości ludzkiego umysłu. Po drugie, co by było, gdyby ktoś faktycznie wynalazł taki specyfik.

początek. Przypuszczam, że NZT to, po obejrzeniu tego filmu, marzenie wielu ludzi. W końcu to, co wyprawia Morra pod wpływem tego narkotyku, działa na wyobraźnię. Pamięta wszystko, wie wszystko, kojarzy wszystko, uczy się błyskawicznie, nic nie jest dla niego niemożliwe, a cały świat stoi przed nim otworem. W ciągu dwóch tygodni staje się milionerem, a jego zdolności analiz finansowych sprawiają, że najwięksi biznesmeni Ameryki chcą go

mieć w swoim sztabie. I to wszystko w bardzo krótkim czasie. Od zera do człowieka sukcesu. I to wszystko tak po prostu? Żadnych skutków ubocznych? Aż tak pięknie być oczywiście nie mogło. Szybko okazuje się, że NZT nie ma nieograniczonego czasu działania, a przyjmowanie zbyt wielu dawek powoduje zaniki pamięci. Z drugiej strony odstawienie powoduje jeszcze gorsze konsekwencje. W jednej chwili można stać się wrakiem człowieka, a nawet umrzeć. A to już nie wygląda tak kolorowo. Uzależnienie, od którego nie można uciec, a do tego dostęp do skradzionych pastylek kiedyś musi się skończyć. Trzeba przyznać, że Burgerowi udało się stworzyć film intrygujący, który przyjemnie się ogląda. Akcja jest szybka, a fabuła została dobrze poprowadzona. Dodatkowo reżyser zastosował ciekawy zabieg. Gdy


źródło: materiały promocyjne

oglądamy film w chwili, gdy Eddie nie jest pod wpływem NZT, to na ekranie dominują barwy szarości, a wszystko wydaje się takie zwykłe, nijakie. Tymczasem, gdy Morra zażywa narkotyk, to zmienia się nie tylko on, ale wszystkie barwy, które zyskują na ostrości. Może jest to nawet aż przejaskrawione, jednak bardzo ciekawie oddaje efekt, jaki wywołuje NZT. Bradley Cooper w roli Morry jest przekonujący. To chyba pierwsza z jego ról, w której rzeczywiście pokazał swoje możliwości aktorskie i pierwsza, w której pokazał, że nie musi być obsadzany jedynie w głupawych komediach. A od kiedy w 2012 roku zagrał w "Poradniku pozytywnego myślenia", to jakoś nie ma zamiaru opuścić pewnego poziomu i w każdym roku jest nominowany do Oscara. Zobaczymy, czy za niedługo nie stanie się drugim DiCaprio, który mimo wielu nominacji, statuetki wciąż nie dostał. Spośród pozostałych aktorów warto wymienić jedynie legendę - Roberta De Niro, który gra tu właśnie wpływowego biznesmena, chcącego wziąć Morrę pod swoje skrzydła. Mistrzo-

wi zarzuca się często, że w ostatnich latach nie najlepiej trafiał z rolami. Myślę jednak, że akurat ta mu się udała. Muzyka jest w filmie dobrze wkomponowana, nie przeszkadza, nie drażni, a wręcz ułatwia odbiór. Z technicznych części tej produkcji jednak najbardziej zaimponował mi ten zabieg reżyserski z kolorami, o którym wspomniałem już wcześniej. "Jestem Bogiem" to jeden z niewielu filmów, w których polskie tłumaczenie angielskiego tytułu nie razi mnie tak bardzo. "Limitless", czyli "bez limitów" byłoby pewnie w tym przypadku zbyt dosłowne. Tymczasem jest to jednocześnie film o tym, że po zażyciu NZT faktycznie nie ma żadnych limitów, jak i o tym, że człowiek staje się do tego stopnia pewny siebie, że sam siebie stawia w roli Boga. W końcu jeśli nie ma żadnych limitów, to wszystko jest możliwe. Dopóki NZT jest w zasięgu ręki. Film stawia kilka bardzo ważnych pytań. Po pierwsze, czy są gdzieś granice możliwości ludzkiego umysłu. Po drugie, co by było, gdyby ktoś faktycznie wynalazł taki specyfik. Rozmiar opłakanych konsekwencji mógłby

być przecież niewyobrażalny. Taka substancja w rękach przestępcy czy psychopaty? Aż ciarki przechodzą. Szkoda, że tego ostrzeżenia reżyser bardziej nie zasygnalizował, bo samo pokazanie jednego typa spod ciemnej gwiazdy, który po zażyciu NZT staje się erudytą, to jednak trochę za mało. Trzecim pytaniem, jakie się nasuwa, to wyobrażenie, że z człowieka takiego jak my, można by przy pomocy narkotyku, zrobić doskonały materiał nawet na przywódcę narodowego. Ocenę moralną takiego pomysłu pozostawiam każdemu do własnych przemyśleń. Ostatnim i najważniejszym pytaniem, to już trochę standardowe podejście do szkodliwości narkotyków, choć tym razem, paradoksalnie, to odstawienie specyfiku, powoduje straszliwe skutki. "Jestem Bogiem" to na pewno dobry film, który jakoś jednak przeszedł bez echa. A szkoda, bo porusza ciekawą tematykę, stawia ważne pytania i stanowi dobry materiał do przemyśleń, mimo że to przecież produkcja, którą możemy zaliczyć do gatunku sci-fi. Warty obejrzenia choćby ze względu na samą historię. 

81


Zmaganie z bogami czy z duszą ludzką? O

KSIĄŻKA

tym, że w prozie C.S. Lewisa osobiste przekonania autora zawsze wychodzą na wierzch wiadomo od dawna. Stąd czytelnik „Dopóki mamy twarze” może zadawać sobie pytanie: czy autor „Opowieści z Narnii” czasem nie zwątpił?

82

Rafał Growiec

T

ym, co wyróżnia „Dopóki mamy twarze” od typowego fantasy spod znaku Aslana to umieszczenie go w bliżej nieokreślonej, ale rozpoznawalnej rzeczywistości. Królestwo Glome znajduje się gdzieś na Ziemi, znając i Grecję i jej filozofię. Krajem tym rządzi król Trom, pozbawiony jednak męskiego potomka. Ma jednak dwie córki. Jedną piękną – Rediwal, drugą straszliwie brzydką – Orual. To właśnie brzydsza siostra spisuje swoje wspomnienia związane najmocniej chyba z Ungit, jak w Glome nazywa się Afrodytę. Głównym wątkiem retrospekcji jest stosunek Orual do najmłodszej córki króla, Istry, zwanej najczęściej Psyche. Czy dobór tego imienia (gr. „dusza”) był podyktowany wzorowaniem się na Apulejuszu, czy niesie głębszy sens?

Ciężko też nazwać narratorkę „niewiastą”. Zna ona świat i to od najgorszej strony. Uczy się go podczas rozmów z Lisem, ale też podczas narad w Sali Kolumnowej, gdzie pomaga ojcu w rządzeniu Glome. Poznaje ludzką naturę, zdolną do oddania, ale też zdrady.

Nie wiem. Trom, jako że oczekuje przede wszystkim męskiego spadkobiercy, pozwala Orual oraz staremu greckiemu niewolnikowi, Lisowi wychowywać Psyche jak własne dziecko. Dziewczynka wyrasta na piękność, a wśród ludu zaczyna panować przeświadczenie o jej boskości. W końcu

w świątyni Ungit, która jest czczona pod postacią wielkiego bloku czarnego kamienia, zapada wyrok. Psyche ma być złożona w ofierze synowi bogini, Cieniowi Bestii, Bogowi Góry. Zarówno Lis jak i Orual starają się ocalić wychowankę od śmierci. Tym bardziej, że za sprawą greckiej filozofii dość sceptycznie podchodzą do krwawego kultu bogini-kamienia, w świątyni pełnej wymalowanych ladacznic. Orual wchodzi na wojenną ścieżkę z bogami, ale i dawnym układem sił, reprezentowanym przez jej ojca oraz starego kapłana. INKLING-TEOLOG Jak już wspomniałem, Orual walczy z tym, co stare i błędne a przyjęte i uświęcone tradycją. Ma w tym nauczyciela w postaci Lisa, oraz później wspólnika w postaci nowego głów-


źródło: materiały dystrybutora

nego kapłana, jednak i on musi poczekać aż umrze stary. To, co stare i złe jest w pojęciu Orual powiązane z bogami, którzy zabrali jej Psyche. Próba ocalenia jej od Bestii kończy się spotkaniem z Bogiem Góry. Filozoficzny sceptycyzm przejęty od Lisa zmienia się w jawną wrogość. Oskarżenie wysuwane przeciwko bogom znajduje swoje apogeum we śnie, jakiego doświadcza stara Orual. Oskarżenie rzucone wielkiemu zgromadzeniu bogów staje się jednocześnie ich odpowiedzią. Ten sam sen jest krytyką filozofii i dążenia do piękna – piękne słowa i posągi nie zawsze mówią prawdę o naturze bogów, a człowiek może powtarzać mądre slogany jak inni ludzie mantry czy modlitwę. Nawet pragnienie sprawiedliwości prowadzi do stwierdzenia, że jeśli bogowie byliby

sprawiedliwi, wtedy los człowieka byłby tragiczny. A jednak to słowo „bogowie” zdaje się być czymś podrzędnym wobec tajemniczego Boga wracającego do domu i mającego osądzić Orual. Nawet nie wiadomo, czy chodzi o kogoś konkretnego, gdyż słowo „bóg” pojawia się na początku zdania. A jednak w ostatniej wypowiedzi Orual wyraźnie, wielką literą pada w stosunku do niego tytuł „Pan”. Czy chodzi o Boga Jedynego – przywracającego piękno Królowej i z którym spotkanie rozwiewa wszelkie wątpliwości? To już sam tylko Lewis wie. Jeśli jednak tak jest, Orual przeszłaby drogę od zabobonnego lęku, przez sceptycyzm wywołany przeświadczeniem o tym, że bogowie to tylko wymysł poetów, co przechodzi w gniew skierowany na tych „krwiopijców i kanibali”,

a wreszcie znów mówi o „prawdziwych bogach” i wreszcie spotyka Tego, który podnosi istnienie człowieka do szczytów, jest jednocześnie źródłem radości, ale i bojaźni. INKLING-PSYCHOLOG Lewis oparł fabułę „Dopóki mamy twarze” o starożytny mit o Psyche, przekazany przez Apulejusza w jego „Metamorfozach” (II w. n.e.). Wprowadził jednak zmiany, które pogłębiają psychologię, gmatwając jednocześnie fabułę. Porzuca (ale tylko z pozoru!) prosty motyw zazdrości sióstr o szczęście Psyche. Zazdrość staje się bardziej wysublimowana, można wręcz powiedzieć, że przywołany zostaje mechanizm wyparcia i uwznioślenia. Lewis przedstawia z jednej strony Troma, który myśli tylko o zachowaniu tronu, z drugiej Orual,

83


która jako władczyni Glome czuje się jakoś oddzielna od zasiadającej na tronie i wydającej rozkazy Królowej. Najbardziej w powieści uderza dojrzałość tego, jak będący w końcu mężczyzną Lewis wchodzi w myślenie kobiety. I to kobiety skomplikowanej. Choć należy ona do rodzaju tych, które dziś zapewne feministki nazwałyby „wyzwolonymi” – sprawująca władzę, aktywna, patrząca krytycznie na świat a czasem chwytająca za miecz, to jednak wciąż odczuwa kobiece potrzeby i marzenia. Dla Psyche Orual jest siostrą, ale i matką (biologiczna umiera przy porodzie) a Lis ojcem. Ciężko też nazwać narratorkę „niewiastą”. Zna ona świat i to od najgorszej strony. Uczy się go podczas rozmów z Lisem, ale też podczas narad w Sali Kolumnowej, gdzie pomaga ojcu w rządzeniu Glome. Poznaje ludzką naturę,

zdolną do oddania, ale też zdrady. Choć do końca życia pozostaje dziewicą, wchodzi w głęboką relację z Bardią, który nie przestaje kochać jak szalony swojej żony. Postać tego nie-kochanka zdaje się być głęboką krytyką męskiej natury, nieczułej na subtelności uczuć znane kobietom. CO AUTOR MIAŁ NA MYŚLI? Po lekturze wciąż nie potrafię zrozumieć tytułu książki. „Twarz” odgrywa w powieści istotną rolę. Orual zakrywa twarz welonem, co rodzi z czasem wiele legend na temat tego, co się kryje za przesłoną. Ungit z kolei, wielki kamień o setkach załamań, zdaniem Arnoma, młodego kapłana ma tysiące twarzy – co ma sens teologiczny. Twarze mogą wprowadzać w błąd – jak na przykład twarz Rediwal, która jest piękna tylko fizycznie, z kolei Psyche jest piękna i dobra. Kapłan

Ungit nosi w uroczystych chwilach ptasią maskę, zakrywającą jego tożsamość. Bestia nie chce pokazać Psyche swojej twarzy. Twarz jest więc w pewnym stopniu sposobem poznania Innego. Na jej podstawie wydawany jest osąd, a twarz ukrywana stanowi tajemnicę, powoduje, że patrzący tworzą dziesiątki interpretacji. Jaka jest Królowa-Orual, której oblicza nie widział nikt od wielu lat? Piękna jak słońce czy szpetna jak noc? A może w ogóle nie ma twarzy? Ungit – krwawa bogini, czy Afrodyta? Czy tytuł niesie ze sobą nadzieję, jak w zdaniu: „Dopóki nie przyszedł, czekamy”? Czy może strach przed nadchodząca zmianą – jak w „dopóki mamy co jeść”?. Nie wiem i nie mam zamiaru zgadywać. Zostawiam to czytelnikowi. 

źródło: www.openculture.com

84


85


Słowo musi być wyważone KSIĄŻKA

W

86

Aleksandra Frontczak

Autorka “Mokradełka”, finalistka literackiej nagrody NIKE 2013, nie po raz pierwszy mierzy się z problemami tożsamości płciowej i seksualnej, patologią rodzinną, czy innymi odstępstwami od społecznych norm. Jako dziennikarka, posiadając lekkie pióro i zdolność oswajania ludzkich sumień, z łatwością wydobywa na światło dzienne kwestie głęboko ukryte we wnętrzach człowieczych dusz. Swoje umiejętności ujawnia już w dwóch poprzednich publikacjach, “Beznadziejna ucieczka przed Basią” (2007) oraz w reportażu “Żyletka” (2011) , które także podejmują tematy trudne dla współczesnego społeczeństwa. Jest to o tyle istotne, jako że “Mokradełko” zdaje się być zupełnie inne od poprzednich publikacji, mimo wciąż synonimicznej tematyki. Ta cieniutka książeczka

obec zwolna przełamującego się społecznego hermetyzmu, Katarzyna Surmiak-Domańska wytoczyła, jako czynnik przyspieszający ów proces, potężną broń w postaci reportażu. Elastyczność oraz tolerancja formy i treści tego gatunku sprzyja podejmowaniu tematów trudnych, dziś jeszcze kontrowersyjnych, często przemilczanych, wciąż niepoprawnych politycznie bądź moralnie.

Losy bohaterki poznajemy bowiem nie tylko przez pryzmat własnych opowieści, ale także za sprawą opinii jej krewnych i znajomych. Całość podzielona została na dwie części, z których każda rozpoczyna się opisem rodzinnej fotografii.

trafia do rąk czytelników za sprawą wydawnictwa Czarne. Z turkusowej okładki przemówiła do mnie kobieca postać. Skromna, niepozorna, przypominająca swoją fizjonomią dziecko. Celowość czy przypadkowość? Znając twórczość Surmiak-Domańskiej, odnieść można wrażenie, jakoby autorka publikacji namawiała potencjalnego

odbiorcę do podjęcia zasadniczego kroku przed samą lekturą. Zachęca do rozejrzenia się wokół własnej osoby; zachęca do spojrzenia na niepozorne twarze ludzi, ich równie niepozorne ubiory, na wskroś niepozorne ciała; zachęca do spojrzenia w oczy – zwierciadło duszy, i dostrzeżenia w nich głęboko skrywanych prawd o człowieczych losach. Tutaj, na okładce “Mokradełka”, prawda daje się poznać zanim jeszcze otworzy się książkę. Oto łóżko, całe pokryte bielą, zdradzające niewinność. A pod nim rozciąga się nienagannie zielona trawa – symbol wyjścia prawdy z ukrycia, pokazania się w świetle dziennym, bez zbędnych „ale” i dopowiedzeń. Tytuł reportażu jest równie interesujący. On sam jest pewną mistyfikacją. Mokradełko to deminutywny wariant słowa mokradło. Połączenie zdrobniałej na-


źródło: materiały dystrybutora

zwy z realnymi jej przymiotami daje odbiorcy poczucie pozorności, fikcyjnej idylli, która tylko początkowo jawi się jako raj, Ziemia Obiecana. W rzeczywistości jest grząsko i niestabilnie. Surmiak-Domańska wprowadza czytelnika w świat trudny, różnorodnie odbierany poprzez grę słowną. Z takim oto przygotowaniem wchodzimy w świat głównej bohaterki reportażu, ukrywającej się pod nieprawdziwym imieniem i nazwiskiem – Halszka Opfer. “Mokradełko” nie jest typową opowieścią o skrzywdzonym dziecku, które jako dorosła osoba postanawia przerwać milczenie. Nie znajdziemy tu na początku zimnego, beznamiętnego wyznania: byłam gwałcona przez ojca. Kwestie molestowania seksualnego ubiera autorka w ciekawą formę. Losy bohaterki poznajemy bowiem nie tylko przez pryzmat własnych opowieści, ale także za sprawą opinii jej krewnych i znajomych. Całość podzielona została na dwie części, z których

każda rozpoczyna się opisem rodzinnej fotografii. Na pierwszej z nich, oczyma wyobraźni, zobaczyć można przystojnego mężczyznę, przyćmiewającego swoja radością małą dziewczynkę, która chowa się za jego nogami z grymasem na twarzy. „Przypomina Chrystusa, któremu wciśnięto na skroń kłującą koronę, a w rękę wetknięto berło z gałązki”. Po opisie następują mocne słowa teściowej Opfer: „Słowo musi być przede wszystkim dobrze wyważone. Nie może być za mocne. Bo wtedy to, co chcemy nim opisać, mogłoby się skryć w jego cieniu”. Tak oto czytelnik dowiaduje się, iż Halszka postanowiła przerwać milczenie, pisząc nie-pamiętnik “Kato-Tata”. Pierwsza część reportażu w całości składa się z opinii i informacji pochodzących z ust teściowej, sąsiadki, koleżanki, męża, bratowej, w końcu samej Halszki. Historia molestowanej dziewczynki została rozczłonkowana na mniejsze lub większe porcje informacji przypominające puzzle.

To do czytelnika należy poskładanie całości układanki. Taki zabieg wymaga maksymalnego skupienia przy jednoczesnej aktywacji zmysły analitycznego. Wszystko oscyluje bowiem wokół słowa – słowa Halszki i słowa rozmówców Surmiak-Domańskiej. Oni to, ich opinie, tworzą Mokradełko. Wyrokują, opowiadają, wspominają. Z mnogości zdań wyłania się mglisty rys całości: Halszka od czwartego roku życia molestowana była przez ojca, z cichym przyzwoleniem matki. Z czasem zaczęła wykorzystywać swoją dolę dla własnych celów. Gdy wyzwoliła się spod władzy tyrana, założyła rodzinę, urodziła córeczkę Tamarę i wszystko wydawało się być w porządku, dopóty, dopóki nie dowiedziała się, że ojciec kładł ręce także na jej dziecku. Gdy oprawca pod koniec życia ciężko choruje, rodzina zapomina o bolesnych przeżyciach i na chwilę chociaż stają się szczęśliwą familią. “Kato-Tata” wydany zostaje po śmierci ojca Halszki. Książka ta zdaje się być

87


źródło: www.warszawabezfikcji.pl

prowodyrem wszelkich późniejszych kłopotów, jedynie pretekstem do odsłonięcia znacznie bardziej skomplikowanych kwestii w życiu bohaterki i jej bliskich. Drugą cześć reportażu rozpoczyna opis kolejnej rodzinnej fotografii. Na niej to widnieje postać dziewczynki, przyjmującej Pierwszą Komunię Świętą oraz postaci jej rodziców, w tych samych płaszczach. Ten fragment książki odsłania kolejny problem rodziny Opfer. Tym razem przechodzimy z pułapu zbiorowość-ofiara do pułapu matka-ofiara. Decyzja o napisaniu książki znacznie wpłynęły na relację głównej bohaterki z jej matką. Matka Halszki sama jest postacią, zdawać by się mogło, z predyspozycjami schizofrenicznymi. Milcząco przyzwalała na krzywdę córki, utrzymując później, że o niczym nie wiedziała. Krzywdzona i lekceważona przez męża, oddaje mu całe swoje życie, traktuje go prawie z uwielbieniem, a po śmierci oprawcy stawia mu pomnik rodem z królew-

88

skich cmentarzy. Relacja na płaszczyźnie Halszka-mama jest zdecydowanie relacja dziwną, pełną napięć, budzącą niepokój, zdziwienie. Odnieść można wrażenie, że wszystko jest nie tak. Ich stosunki są pozorną grą. Z jednej strony matka dba o córkę, oddaje jej swoje jedzenie, chodź nie należy zdecydowanie do ludzi bogatych, a jednocześnie wciąż tłumi w sobie żal do córki, niechęć. Próba wyjścia Halszki z roli ofiary jest desperackim wołaniem o miłość, o szacunek. Jej osobowość wyraźnie nosi na sobie piętno traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. W tej części reportażu odkrywamy głębię dwóch różnych charakterów: matki i córki. Zarówno ciekawa kompozycja “Mokradełka” jak i sposób kreowania głównej postaci poprzez różne opinie, stwarza wrażenie wielogłosowości, otwierając równocześnie przed czytelnikiem możliwość wcielenia się w rolę uczestnika wydarzeń. Swoisty, bezpardonowy język potęguje wrażenie

uczestnictwa w wydarzeniach, określając jednocześnie rolę odbiorcy. On sam bowiem musi wyciągnąć z plątaniny informacji te, które uważa za najistotniejsze i utworzyć z nich własną opinię. Surmiak-Domańskiej nie zależy na dojściu do prawdy, na stworzeniu jednej, syntetycznej opinii na temat Halszki Opfer. Zdaje się, jakoby kompozycja książki i mnogość wypowiadających się w niej głosów, sprzyjać miały narastaniu pytań. Reportaż ten ma być otwartą kwestią, drażniącą drobinką, która pozostaje w oku czytelnika dopóty, dopóki sam nie zawyrokuje. Historia molestowanej w dzieciństwie kobiety jest też jakoby pretekstem dla dziennikarki, aby jednocześnie podjąć temat problemu społecznych stereotypów, obawy przed prawdą, przed rzeczywistością. Przyjrzeć możemy się z bliska mechanizmowi ludzkiego rozumowania na przykładzie różnych, tak bardzo odmiennych od siebie postaci. 


89


Spektakl zwany polityką KSIĄŻKA

P

90

Wojciech Urban

P

od hasłem „Historia najnowsza” szkolne podręczniki i encyklopedie historyczne zawierają najczęściej wydarzenia z lat 19451989. Minione ćwierćwiecze dla historyków wciąż jest krainą dziewiczą. Pod tym względem twórczość Roberta Krasowskiego jest unikalna. Po wydaniu „Po południu”, barwnej opowieści o początkach odrodzonej Rzeczpospolitej, w której odziera historię z entuzjastyczno-solidarnościowego mitu, przyszedł czas na kontynuację. Drugi tom historii politycznej III RP, dotyczy lat 1996-2005, kiedy monopol na władzę przejęła postkomuna. Krasowski jest z wykształcenia historykiem filozofii. Był doktorantem prof. Marcina Króla, ale porzucił ścieżkę naukową na rzecz dziennikarstwa. W latach 90. zrobił karierę jako reporter polityczny. Pracował między innymi w „Życiu Warszawy”,

aradoksalnie, ciężko opisać historię tego, co widziało się na własne oczy. Dlatego też niewiele mamy książek o historii III RP. Główni bohaterowie wciąż żyją i nadal im zależy na opinii społeczeństwa. Jednak żeby zrozumieć współczesną scenę polskiej polityki, musimy sięgnąć do jej historii. „Czas gniewu” stara się pokazać, jak doszło do brutalizacji polskiej polityki.

Oderwawszy politykę od ludzi, którym miała służyć, zrobiono z niej wciągający, ale i brutalny spektakl, odgrywany tylko dla niej samej.

założył dziennik „Fakt”, oraz „Dziennik Polska-Europa -Świat”. Dzięki naocznej obserwacji wydarzeń oraz kontaktów z głównymi aktorami ówczesnej sceny politycznej, stopniowo zbierał materiał, który wykorzystał do napisania kolejnych dwóch tomów historii III RP. Tom drugi, „Czas gniewu”, poświęcony jest głównie Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. Opisuje, jak w kilka lat po obaleniu komunizmu w Polsce udało się wrócić do władzy formacji, wywodzącej się w prostej linii ze starego reżimu. Zdaniem Krasowskiego to właśnie sromot-

na porażka skonsolidowała postkomunistów, związała ich ze sobą na śmierć i życie. W przeciwieństwie do nich obóz solidarnościowy rozpadł się przy podziale łupów. W powstałym w ten sposób chaosie SLD odbudowywało swój wizerunek. Dwaj główni bohaterowie tego okresu, to oczywiście Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. Nie ulega wątpliwości, że oni nadali ton całej epoce, oni byli głównymi, choć czasem bardzo nieporadnymi, rozgrywającymi. Sukces SLD był wynikiem ich współpracy, klęska całej formacji spowodowana została ich rywalizacją. Przy okazji napomknąć warto, że kłótnie między premierem i prezydentem o reprezentację kraju na szczytach unijnych miały miejsce nawet wówczas, gdy obaj wywodzili się z tej samej partii. Dużo miejsca poświęcono również politykom prawicy,


źródło: materiały dystrybutora

którzy jeszcze nie nauczyli się zasad gry politycznej w demokratycznym ustroju, a już porzucili solidarnościowe ideały. Krzaklewski jako karierowicz pełzający po politycznych trupach do najwyższych urzędów, Buzek, czyli premier którym powszechnie i otwarcie pomiatały partie udzielające mu mandatu. Do tego dwóch antypolityków – ekonomiści, którzy na przekór politycznym regułom wierzyli w swoją naukę, którzy w tej wierze okazywali się bardziej naiwni, niż wyborcy ufający w szczerość obietnic wyborczych i partyjnych szyldów. Wyłaniająca się z książki Krasowskiego wizja polskiej polityki jest bardzo chaotyczna. Zdaje się, że więcej działał tu przypadek, czy raczej niedopatrzenie poszczególnych polityków, niż ich misternie planowane intrygi. Konkluzją autora jest, że bardzo często politycy ci, po miesiącach intryg okazywali się zaskoczeni jak dzieci rozwojem wypadków. W tym kontekście teza lansowana przez braci Kaczyńskich i środowisko wokół nich skupione, o rządzącym Polską układzie wydaje się być naiwną i idealistyczną

próbą wytłumaczeniem rzeczywistości. Bo jeżeli z takim marnym przeciwnikiem nie potrafią wygrać, to jakiej klasy politykami są oni sami? Olbrzymim plusem książki jest płynność narracji. Mimo co i rusz pojawiających się analiz, opowieść ani na chwilę nie zwalnia tępa. Cała książka jest dynamiczna niczym western. Do tego napisana bardzo barwnym i trafnym językiem, zarówno jeśli chodzi o opis zjawisk, jak i charakterystykę poszczególnych postaci. Mnie osobiście najbardziej urzekło zobrazowanie ambicji Balcerowicza, który gdyby był pingwinem, uczył by się latać. Brak tu jest prób podlizywania się jednej czy drugiej stronie politycznego sporu. Ba, autor zdaje się nawet sugerować, że nie kłócących się stron było znacznie więcej. Potrafi bez emocjonalnego moralizatorstwa wyliczyć zarówno wady, jak i zalety każdego z opisywanych polityków. Skupienie się jednak na politykach zamkniętych w ścianach sejmu, pałacu prezydenckiego czy kancelarii premiera zamknęło Krasowskiego na to, co działo się w kraju. Na kolejnych stronach przewijają się czasem ja-

kieś sondaże, jakieś kwestie społeczne, lecz zarówno dla autora, jak i dla jego bohaterów są to wyraźnie kwestie marginalne. Oderwawszy politykę od ludzi, którym miała służyć, zrobiono z niej wciągający, ale i brutalny spektakl, odgrywany tylko dla niej samej. Trochę paradoksalne jest, że największa wada książki to równocześnie największa wada opisywanego tematu. Mimo wszystko polecam sięgnąć po „Czas gniewu”. Choćby po to, żeby zrozumieć reguły, według których po dziś dzień toczy się spektakl zwany polityką. Bo to właśnie wtedy, w czasie rządów SLD te reguły się wykrystalizowały. Wtedy wypracowano najbardziej widowiskowe skuteczne metody trzymania stołków. I może dzięki tej wiedzy, dzięki znajomości reguł spektaklu, uda się komuś ten spektakl przerwać. Bo mimo, że już przestał bawić kogokolwiek, wciąż odgrywany jest za nasze pieniądze.  ************ Robert Krasowski, Czas Gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2014

91


Odgrzewany kotlet, czyli „Niech żyje wojna!!!”

SPEKTAKL

O

92

Aleksandra Brzezicka

P

rzypadek sztuki „Niech żyje wojna!!!” w reżyserii Remigiusza Brzyka to taki niedzielny schabowy właśnie, ale jedzony w poniedziałek. Polska literatura, a tzw. młoda literatura w szczególności, odgrzewa i trawi temat wojny po stokroć. Znużony polski odbiorca kultury – świadomie nie używam tu sformułowania Polak, które mogłoby wskazywać na polityczne uwikłanie w historię – raz po raz spotyka się w książce, teatrze czy piosence z wojną i historią, którą musi przeżuć, o! – przepraszam - przeżyć. Porzucając już metaforę kotleta wieprzowego (skądinąd tak niebezpieczną, że Wydawnictwo Oxfordzkie, by nie drażnić i nie kłuć uczuć religijnych muzułmanów, postanowiło w swoich publikacjach nie używać wdzięcznych słów „świnka” i „kiełbaska”) chciałabym się wyjęzyczyć na temat ambiwalentnych uczuć, które towarzyszyły mi pod-

tym, jak trudną sztuką jest odgrzanie kotleta na tyle dobrze, by nadawał się jeszcze do jedzenia, wie każdy z nas. Jeszcze trudniej jest zrobić z tego kotleta coś, co będzie smakowało jak oryginalna potrawa z drogiej restauracji. Tym trudniej, jeśli ma się do czynienia ze… zwykłym POLSKIM schabowym.

Z jednej strony znużenie i zniechęcenie, kiedy na deskach teatru pojawiają się aktorzy z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu i patriotycznymi monologami na ustach. Trzeba jednak zachować szczególną czujność, ponieważ wykorzystanie państwowych symboli coraz częściej służy do opluwania.

czas spektaklu w krakowskiej PWST. Już sam tytuł popychał mnie na różne ścieżki interpretacyjne. Czy to okrzyk wiwatujący na cześć dramatycznych wydarzeń w latach 1939-1945? A może tylko

pijackie zawołanie tych, dla których wojna co prawda jest znaczącym (tylko co znaczącym?) elementem przeszłości i naszej narodowej historii, ale jedynie na poziomie czysto deklaratywnym i stanowiącym kilka razy do roku (przy okazji rocznic i wspomnień o bohaterach) impuls do świętowania przy grillu i wódeczce (a na tej sztuce lało się, oj lało…)? A może jeszcze inaczej – „Niech żyje wojna!!!” jako pobożne życzenie trwania pamięci o niej w naszej zbiorowej świadomości? Ta niejednoznaczna interpretacja zyskuje nowy wymiar, a przede wszystkim potwierdzenie swojej absurdalności, kiedy sięgnąć do źródeł i przypomnieć sobie groteskową do granic możliwości piosenkę „Niech żyje wojna!!!”, którą po ’45 śpiewał Stanisław Grzesiuk. Z jednej strony znużenie i zniechęcenie, kiedy na deskach teatru pojawiają się


źródło: https://www.facebook.com/events/1569787356568101/?fref=ts

aktorzy z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu i patriotycznymi monologami na ustach. Trzeba jednak zachować szczególną czujność, ponieważ wykorzystanie państwowych symboli coraz częściej – zamiast do utrwalenia pewnych wzorców kulturowych i historycznych pomników – służy do opluwania, czy w wersji „light” – modnie nazwanego odczarowywania przeszłości. Jak się wydaje, ku temu drugiemu właśnie zmierza spektakl Brzyka. Pokazuje on nie tyle alternatywna historię „Czterech pancernych i psa”, co jej zdemitologizowaną wersję. Na scenie jest dużo gwałtownych uczuć; poszczególne postacie maja wyraziste poglądy, przeżywają swoje przygody i dramaty, ale w bardzo odmienny od stereotypowego sposób. Konstrukcja bohaterów, a przede wszystkim gra z umownymi reakcjami na wojnę i postawy zajmowane wobec niej stanowi oś konstrukcyjną tej sztuki, którą chyba można włożyć do worka twórczości artystycznej opatrzonej

komentarzem – jak chce jeden z krytyków - „sztuka przeciw”. Przeciw jednemu i powielanemu zestawowi uczuć, przeciw dążeniom do ujednolicenia spojrzenia na wydarzenia wojenne, wreszcie – jak się wydaje – to głos, który woła o prywatność i subiektywność doświadczenia i pamięci o wojnie. I stąd chyba mój dysonans poznawczy. Jakkolwiek głosy te mogą być uzasadnione (truizmem będzie powiedzieć, że na wojnie ginęli ludzie „dobrzy” i „źli”; jednych pamiętamy czy na to zasługują czy nie, o innych zapomnieliśmy), tak moje myśli oscylują wobec zagadnienia na ile można godzić się na odczarowywane wersje pewnie nieco obsypanej magicznym proszkiem historii, a mówiąc prościej; jaką siłę i rzeczywistą wartość ma demitologizacja historii (wspomniana wersja „light”)? Czy to tylko wizja tego bądź innego artysty? Czy to zamach i gwałt na polskiej tradycji patriotycznej, czy może mniej lub bardziej rzetelne szukanie prawdy? Ta sztuka jest naprawdę słodko-

gorzka, co najlepsze potwierdzenie znajduje w scenie, kiedy Szarik (ostatni bastion bohaterskiego obrazu wojny i przeszłości) układa w jednym szeregu: towarzyszy pancernych, powstańców warszawskich, matkę-Polkę i Marusię i wzywa do uczczenia minutą ciszy poległych i budowania pomnika pamięci trzech sanitariuszek. Ustawieni w niewygodnym szeregu kręcą się i wiercą, jak dzieci na przedszkolnej akademii. Tego coś uwiera, tamten nie ma czasu, jeszcze inny chce świętować i pamiętać, ale na swój sposób, prywatnie, nie zbiorowo. Nie chce wchodzić w politykę, dlatego trudno mi jednoznacznie znaleźć odpowiedź na pytanie, gdzie zaciera się granica między mimesis w sztuce (u Brzyka byłoby to oddanie współczesnych nastrojów Polaków wobec palącego dziś zagadnienia tożsamości narodowej) a gdzie zaczyna się agitacja na rzecz wyciągania brudów a tym samym podkopywania romantycznej wizji naszego patriotyzmu? Nie wiem. Pytanie zostawiam otwarte.

93


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 94

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 95


Życie w ciszy REFLEKSJE

G

96

Emilia Ciuła

J

edno na tysiąc dzieci rodzi się głuche. Przyczyny są różne. Mogą być związane z genetyką lub szkodliwymi czynnikami w czasie ciąży, czy okresu okołoporodowego. Jednak ubytek słuchu, a nawet całkowita głuchota, może pojawić się w czasie życia i być wywołana lekami lub przewlekłymi chorobami i stanami zapalnymi uszu. Są to pojedyncze przykłady, przyczyn jest jednak o wiele więcej. O tyle, o ile radością dla niesłyszących rodziców będą narodziny dziecka głuchego, to dla rodziny słyszącej z pewnością będzie to wyzwanie. Współczesna medycyna wynalazła szereg rozwiązań, które powalają na wczesne wykrycie i rehabilitację oraz w pewnym sensie „ leczenie” wad słuchu. Są to między innymi: badania przesiewowe, aparatownie i implantowanie. Szczególnie to ostatnie rozwiązanie wiąże się z ingerencją chirurgiczną. Ryzyko jest

łuchota dla osób, które nie miały z nią styczności w rodzinie czy kręgu znajomych, jest czymś tajemniczym. Zapewne też niewielu zastanawia się nad tym, czy może dotknąć ich samych. Ciężko jest zainteresować się czymś, o czym nie ma się pojęcia i z czym nie ma się styczności na co dzień. Sama jestem przykładem takiej osoby. Czasem w życiu musi wydarzyć się coś, co skieruje uwagę na dane zjawisko.

Tak samo jak każdy, osoby niedosłyszące i niesłyszące też chcą zdobyć wykształcenie, zakładać rodziny, pracować. To społeczeństwo słyszące buduje bariery, które czasami są nie do przeskoczenia.

spore, ponieważ jeśli operacja się nie powiedzie, dziecko posiadające resztki słuchowe - prawdopodobnie je straci. Odpowiednio wczesna opieka, którą zostaje otoczone dziecko i rodzina ukierunkowana jest na przygotowanie dziecka do późniejszego obowiązku szkolnego, i jak najlepszego jego rozwoju. W szkołach specjalnych, oprócz zajęć lekcyjnych, dzieci objęte są między innymi również pomocą logopedyczną.

Miałam przyjemność uczestniczenia w takich zajęciach i tak jak jedna z wielu, zanim wzięłam w nich udział, myślałam, że odczytywanie mowy z ust jest łatwe, a opanowanie jej przez Głuchych powinno być ich obowiązkiem. Przecież każdy musi się przystosować. Opanowanie tej umiejętności wymaga lat ćwiczeń, a i tak nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty. Ze sposobu ułożenia ust, można rozpoznać zaledwie 40% głosek. Osoba z upośledzonym słuchem, musi sklasyfikować głoski w błyskawicznym czasie. Jak więc to się dzieje, że pomimo tych trudności, niektórzy ludzie głusi są w stanie zrozumieć co mówi do nich nadawca, bazując tylko na zmyśle wzroku? Otóż głusi zapamiętują schematy ułożeń ust tworzących zwroty i wyrazy. Nie dodają do siebie kolejnych głosek, ale próbują zapamiętać mechanizm następujących kolej-


źródło: www.pixabay.com

no po sobie układów warg. Dodatkowo utrzymywanie wzmożonej koncentracji jest bardzo męczące. Efektywne odczytywanie z ruchu warg wynosi zaledwie kilka minut. W szkolnictwie specjalnym organizowanych jest wiele konkursów dla młodzieży, którzy rywalizują między sobą, odczytując zwroty mówione przez komisję. Podczas zajęć logopedycznych, w której mogłam obserwować umiejętność już dobrze mówiącej dziewczyny, byłam zaskoczona ilością odgadniętych wyrazów. Kolejny mit dotyka sfery zawodowej. Głusi często postrzegani są głównie jako pracownicy fizyczni. Osoby niedosłyszące i niesłyszące posiadają takie samo prawo do obrania dowolnej ścieżki kariery, jak i osoby słyszące zgodnie z ich wykształceniem i wykwalifikowaniem. Nie istnieją normy prawne - jak powinno wyglądać stanowisko pracy osoby niesłyszącej - zależy to od dobrej woli pracodawcy. Poszczególni potencjalni pracownicy, którzy opanowali jako dominującą formę kontaktu mowę oralną, są traktowani łagodniej - jako

„jeden z nas”. Lecz mimo przygotowania i wykształcenia ludzi słyszących, by okazywać sympatię osobom z dysfunkcją , nie są oni w stanie żyć z tymi ludźmi na co dzień. Osoby późno ogłuchłe, które czynią wszelkie wysiłki, by przezwyciężyć bariery swej niepełnosprawności, poprzez naukę odczytywania mowy z ust czy mówienia oralnego, są łatwiej akceptowane przez społeczeństwo słyszące. Gdyby spojrzeć prawdzie w oczy wszystko zależy od tego, czy chce się zatrudnić osobę niesłyszącą i dać jej możliwość zarobku i rozwoju. Na szczęście coraz częstszym widokiem jest obecność osób z upośledzonym słuchem na studiach wyższych, nie tylko humanistycznych, ale i ścisłych. Sama mam koleżankę, która uczestniczyła ze mną w zajęciach. Razem z nią często pojawiał się tłumacz, jednak ona doskonale radziła sobie i bez niego. Ta sytuacja jest przykładem, że często to, co słyszące społeczeństwo uważa za nieosiągalne dla osób głuchych, staje się możliwe poprzez ciężką pracę i upór. Myślę, że niewielu wśród sły-

szącej części społeczeństwa zdawało sobie sprawę, ile pracy muszą włożyć już małe dzieci, aby przygotować się do życia w ramach, jakie tworzy społeczeństwo słyszące. Tak samo jak każdy, osoby niedosłyszące i niesłyszące też chcą zdobyć wykształcenie, zakładać rodziny, pracować. To społeczeństwo słyszące buduje bariery, które czasami są nie do przeskoczenia. A wystarczy odrobina dobrej woli i chęci. Świat jest taki, jakim chce się go zobaczyć. Gdy człowiek rozejrzy się wokół i będzie chciał dostrzec drugiego - tak właśnie się stanie.  _____________ Bibliografia: 1. Lipkowski Otton: „Pedagogika specjalna Zarys” ,PWN, Warszawa 1981 2. http://www.szkolnictwo.pl/ index.php?id=PU5855 3. http://www.reedukacja.pl/ default.aspx?action=view&item=530 4. http://glusi.org.pl/index. php?option=com_content&view=article&id=18&Itemid=32 5. Lane H.: ” Wyobrażenia na temat osób głuchych. Model głuchoty jako niepełnosprawności a model kulturowy” w : „ Maska dobroczynności. Deprecjacja społeczności głuchych” ,WSIP, Warszawa 1996 6. Elementy pracy licencjackiej

97


Kradnę, zabijam, wierzę! REFLEKSJE

F Krzysztof Reszka

Zawsze byłem zdziwiony, zaskoczony i zmieszany gdy słyszałem lub czytałem rozważania na temat: "czy ateista może być dobrym człowiekiem". Zawsze było dla mnie oczywiste, że: TAK! Więc gdy spostrzegłem kiedyś, że z okazji Dni Świeckości odbędzie się debata na taki właśnie temat, odwróciłem wzrok ze znudzeniem. Wiadomo, że są różni ateiści - tacy z PZPR, ale również tacy z Solidarności. Są ateiści którzy żyją egoistycznie, ale przecież jest też wielu ateistów, którzy angażują się w pomoc charytatywną i wolontariat. ATEISTA TEŻ CZŁOWIEK Słowo Boże przyszło na świat, który przez nie zaistniał i oświeca każdego człowieka który na ten świat przychodzi. Dzięki łasce Bożej każdy człowiek może szukać dobra i Prawdy, nawet jeśli jeszcze nie poznał w pełni jej imienia. Każdy człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Z tej racji każdy obdarzony jest wielką godnością, która wykracza poza wszystko co możemy pojąć.

98

undacja Wolność od Religii, zbiera pieniądze na bilbordy z napisem: “nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”. Kampania społeczna ma informować, że ateiści nie są złymi ludźmi. Wydaje się, że w dialogu ludzi wierzących i niewierzących doszło do wielkiego nieporozumienia. Bycie chrześcijaninem, nie polega na poczuciu wyższości, ani nawet na przestrzeganiu zasad moralnych, ale na relacji z Jezusem. Jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Zbawiciela.

Nigdy nie uważałem się za kogoś lepszego dlatego że jestem wierzący. Raczej czułem że spotkał mnie niesamowity przywilej, że mogę być z Jezusem i odkrywać całe to piękno, jakie On mi ukazuje.

Bardzo mnie cieszy, że wielu ateistów i agnostyków popiera prawo do życia od momentu poczęcia. (Gdybyż tylko media zechciały częściej o tym mówić!) Uważają oni - zgodnie z prawdą - że nie potrzeba im katolickich dogmatów ani wiary w Byt Absolutny, by wiedzieć, że ludzkie życie zaczyna się od poczęcia oraz że ludzi nie wolno mordować. Taką ateistką była np. najsłynniejsza dziennikarka świata Oriana Fallaci. Gdy umierała na raka i próbowano ją przekonać, że być może mogłyby

ją wyleczyć komórki macierzyste pobrane z ludzkich embrionów, odpowiedziała: "Bardzo kocham żyć i chciałabym żyć, jak długo tylko się da. Jestem zakochana w życiu. Ale leczyć moje nowotwory wstrzykiwaniem sobie komórek pochodzących z nigdy nie-narodzonego dziecka wydaje mi się aktem kanibalizmu. To tak jak Medea, która zabija własne dzieci". Zastanawiałem się, po co ateiści zbierają pieniądze i rozkręcają kampanię społeczną, tylko po to, żeby powiadomić nas, że nie zabijają i nie kradną. Chciało by się dopisać na takim bilbordzie: "Ale oni to wiedzą kocie". Może to naszemu głoszeniu Ewangelii czegoś brakuje? Czy komunikujemy światu że tylko my ortodoksyjni wierzący, jesteśmy "ci dobrzy" i fajni, a cała reszta to kanalie i łotry? Niezupełnie. Przecież już Biblia chwali sprawiedliwych pogan, a w II wieku św. Justyn Męczennik nauczał że Chrystus, Boże Słowo, Boży Rozum - działał w świecie jeszcze przed Wcieleniem. Dlatego np. Sokrates, który kochał Prawdę, a Jezusa nie poznał (bo żył jakieś 500


źródło: www.pixabay.com

lat wcześniej), może zostać nazwany chrześcijaninem przed Chrystusem. Więc w czym rzecz? Może redukujemy Dobrą Nowinę o zbawieniu i nowym życiu jedynie do zakazów i nakazów? Ateiści chcą po prostu powiedzieć: Hej, nie uczestniczymy w waszych rytuałach, ale to nie znaczy że łamiemy normy obyczajowe! Faktem jest, że dawniej wyrażenie "jestem katolikiem" traktowano jako wytrych. Miało to oznaczać: jestem porządnym człowiekiem, robię wszystko tak jak trzeba, jestem jak wszyscy, nic mi nie brakuje, więc odchrzańcie się ode mnie! Dlatego politycy zwykli deklarować się jako katolicy, co nie znaczy że kierowali się Ewangelią w życiu osobistym czy w pracy. TRACĄC ZŁUDZENIA Muszę się do czegoś przyznać: Kradnę, zabijam, wierzę! Oczywiście nigdy nie zabiłem człowieka ani nie popełniłem przestępstwa. Ale być może zrobiłbym to, gdybym wychował się w innym środowisku. Kto wie? Nie ufam sobie. Już dawno porzuciłem poczucie mojej słuszności i sprawiedliwości. Gdybym nadal bezgranicznie ufał sobie, byłbym najbardziej chyba żałosnym frajerem na świecie. Łatwo powiedzieć "nie zabijam, nie kradnę", ale trudniej poznać prawdę o sobie i spojrzeć na swoje myśli, intencje i nastawienie

wobec innych. Kiedy czytam hymn o miłości św. Pawła i pod słowo miłość podstawiam swoje imię, dostrzegam, jak wiele mi jeszcze brakuje. "Zabijam" - marnuję nieraz swój czas, okazje do rozwoju i czynienia dobra. "Kradnę" kiedy chcę brać korzyści dla siebie ale samemu nie angażować się, nie dawać innym tego co im się należy. Taki jaki jestem, nie mógłbym zjednoczyć się ze świętym, pięknym i sprawiedliwym Bogiem. Bo On jest dobry, kochający i uczciwy a ja... Być chrześcijaninem to znaczy stracić złudzenia. Pożegnać utopie. Roztrzaskać wszystkie fałszywe mity: mit o swojej wyższości moralnej, nieomylności czy samowystarczalności. Porzucić mrzonki i wyobrażenia o tym że pieniądze, władza, seks, sława i znajomości dadzą mi szczęście i zaspokoją pragnienia mojego serca. Nie jestem miłością. Nie zawsze działam w Prawdzie. Jestem grzesznikiem i potrzebuję Zbawiciela. Kiedyś "powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Odpowiedzieli Mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: Wolni będziecie? Odpowiedział im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A

niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni" (J 8,31-36). Bóg mnie kocha i jeszcze przed stworzeniem świata zapragnął dla mnie wiecznego życia. Każdą i każdego z nas wybrał na swoją córkę czy syna. Popełniając grzech odwróciliśmy się od Boga i odseparowaliśmy od Niego. Ale Bóg tak umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne. "On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą" (2 Kor 5,21). Jezus Chrystus stał się Człowiekiem i przyjął na Siebie absurd naszej nienawiści, cierpienia i śmierci. Został zabity za nasze grzechy a trzeciego dnia zmartwychwstał. Bóg Ojciec "w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie" (1 P 1,3-4). Jesteśmy powołani abyśmy się stali "uczestnikami Boskiej natury" (2 P 1,4). Kiedyś kolega pytał mnie o wspólnotę do której należałem. Był wyraźnie zainteresowany, więc opowiedziałem mu u spotkaniach

99


i zaproponowałem, żeby kiedyś przyszedł. On jednak odpowiedział: "E nie, ja to nie jestem taki święty". Poczułem, że nie zrozumieliśmy się. Prawdopodobnie używał wyrazu "święty" w potocznym znaczeniu: "nienaganny moralnie". Dla mnie to tak jakby ktoś powiedział: "nie pójdę na naukę pływania, dlatego że ja nie umiem pływać i musiałbym się dopiero uczyć". Podobnie nieporozumieniem jest mówienie że wiara chrześcijańska zabiera wolność. To tak jakby mówić, że Albert Einstein zahamował rozwój fizyki, Abraham Lincoln zniewolił Czarnych, a Krzysztof Kolumb zakrył Amerykę gdy usiłował zgubić drogę z Indii. Nigdy nie uważałem się za kogoś lepszego dlatego że jestem wierzący. Raczej czułem że spotkał mnie niesamowity przywilej, że mogę być z Jezusem i odkrywać całe to piękno, jakie On mi ukazuje. Ale to nie moja zasługa! Sami Apostołowie pisali przecież: "Niegdyś bowiem i my byliśmy nierozumni, oporni, błądzący, służyliśmy różnym żądzom i rozkoszom, żyjąc w złości i zawiści, godni obrzydzenia, pełni nienawiści jedni ku drugim. Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie speł-

niliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego" (Tyt 3,3-7). DOBRE CHĘCI Co ciekawe gdy popatrzymy na największych ludobójców XX wieku - Lenina, Stalina, Hitlera, Pol Pota - każdy z nich mógłby powiedzieć "chciałem dobrze". Oni przecież chcieli przyśpieszyć postęp i proces ewolucji - chcieli wykreować nowego człowieka przez wymordowanie Żydów lub burżujów. Chcieli zbudować raj na ziemi i oczywiście mieli przemyślaną koncepcję by to zrobić! Chodziło przecież o szczęście ludzkości... Jednocześnie gdybyśmy wzięli największych dobroczyńców ludzkości, ludzi którzy poświęcili się służbie innym lub nawet oddali życie za bliźniego - Matka Teresa, Maksymilian Kolbe, Witold Pilecki, Jan Paweł II - to każda ta osoba wyznawała, że jest tylko słabym grzesznikiem. Powiedzieliby że cała siła, wiedza i miłość jaką mają, nie jest ich zasługą, ale darem od Chrystusa którego

nieudolnie próbują naśladować... DIAGNOZA RZECZYWISTOŚCI C.S. Lewis, literacki geniusz który nawrócił się na chrześcijaństwo pod wpływem własnych poszukiwań i rozmów z Tolkienem, zwraca uwagę, że człowiek ma obowiązek szukać Prawdy. Niepokoi się, że pod pytaniem o to "czy ateista może być dobrym człowiekiem?", może kryć się tendencja by na wszelki wypadek nie robić sobie "kłopotu" z Bogiem tylko poprzestać na "byciu dobrym człowiekiem", tak jakby świadomie chowając głowę w piasek żeby "nie wywoływać wilka z lasu". W dalszej części eseju "Człowiek czy królik?" Lewis pisze: "Gdyby przypadkiem chrześcijaństwo było prawdziwe, to jest raczej niemożliwe, żeby ci, którzy znają tę prawdę, i ci, którzy jej nie znają, byli jednakowo dobrze przygotowani do prowadzenia dobrego życia. Znajomość faktów z konieczności inaczej kształtuje czyny. Załóżmy, że ktoś znajduje człowieka przymierającego głodem i pragnie właściwie postąpić. Jeżeli nie posiadałby żadnych wiadomości z medycyny, prawdopodobnie dałby mu duży, solidny posiłek, a rezultatem byłaby źródło: www.pixabay.com

100


źródło: www.pixabay.com

śmierć. Oto, co powoduje działanie po omacku. Na tej samej zasadzie, chrześcijanin i niechrześcijanin mogą mieć obaj dobre intencje w stosunku do swoich bliźnich. Jeden wierzy, że ludzie będą żyli wiecznie, że zostali stworzeni przez Boga i skonstruowani w taki sposób, że prawdziwe i trwałe szczęście mogą znaleźć jedynie przez zjednoczenie z Bogiem; że zeszli z właściwego toru i jedyną drogą powrotu jest posłuszna wiara w Chrystusa. Drugi wierzy, że ludzie są przypadkowym rezultatem ślepego działania materii, że zaistnieli jako proste zwierzęta i mniej lub bardziej rozwinęli się, że będą żyć około siedemdziesięciu lat, że ich szczęście jest całkowicie osiągalne poprzez dobre instytucje społeczne i organizacje polityczne, a że wszystko inne (np. wiwisekcję, regulację urodzin, system sądownictwa, edukację) należy oceniać jako „dobre” lub „złe” po prostu w zależności od tego, na ile sprzyjają lub przeszkadzają temu rozwojowi „szczęścia”. Ci dwaj ludzie mogliby się zgodzić co do bardzo wielu działań na rzecz swoich współobywateli. Obaj pochwaliliby właściwie działające szpitale i kanalizację oraz zdrowe wyżywienie. Wcześniej czy później jednak różnica ich przekonań spowodowałaby różnice w propozycjach

praktycznych. Obaj na przykład mogliby być wielkimi zwolennikami edukacji; lecz rodzaje edukacji, jakich by sobie życzyli, byłyby oczywiście bardzo różne. Znowu tam, gdzie pytanie materialisty co do proponowanej akcji brzmiałoby po prostu: „Czy powiększy ona szczęście większości?”, chrześcijanin być może musiałby powiedzieć: „Nawet jeżeli rzeczywiście powiększy ona szczęście większości, to nie możemy jej przeprowadzić: jest niesprawiedliwa.” I tak przez cały czas wszystkie ich dążenia różnić się będą w jeden zasadniczy sposób. Dla materialisty sprawy takie jak narody, klasy, cywilizacje muszą być ważniejsze nić jednostki, ponieważ jednostka żyje jakieś tam siedemdziesiąt lat z okładem, a grupa może trwać wieki. Dla chrześcijanina natomiast jednostki są ważniejsze, ponieważ żyją wiecznie; a rasy, cywilizacje i tym podobne są w tym zestawieniu tworami przelotnymi. (...) Tak więc chrześcijaństwo przyniesie ci dobro – dużo więcej dobra niż go kiedykolwiek chciałeś czy spodziewałeś się. A pierwsze dobro, jakie ci przyniesie, to to, że wbije ci do głowy (nie będzie to dla ciebie przyjemne!), iż to, co dotychczas nazywałeś „dobrem” – wszystko to o „przyzwoitym życiu” i „byciu miłym” – nie jest w żadnym razie tą wspaniałą i największej wagi sprawą,

za jaką ją miałeś. Nauczy cię ono, że w rzeczywistości nie możesz być „dobry” (a w każdym razie nie przez dwadzieścia cztery godziny) opierając się na swoich własnych wysiłkach moralnych. A potem nauczy cię, że nawet gdybyś był taki „dobry”, to ciągle nie osiągnąłbyś celu, dla którego zostałeś stworzony. (...) Moralność jest niezbędna; ale Boże Życie, które samo się nam ofiarowuje i które wzywa nas, abyśmy byli bogami, przeznacza dla nas coś, co wchłonie moralność. Trzeba nas przetworzyć na nowo." JAZDA BEZ TRZYMANKI Rzeczywiście, św. Jan Apostoł pisze: "Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest" (1 J 3,2). Piękne jest to, że ta niesamowita podróż zaczyna się już tu na ziemi. Wspaniale jest już teraz widzieć jak ludzie zniewoleni, pełni nienawiści, upodleni, alkoholicy, narkomani, złodzieje, prostytutki, gwiazdy porno - rozpoczynają nowe życie pełne radości i miłości, podejmują uczciwą pracę i zakładają szczęśliwe rodziny. Dziwnym trafem wszystkie takie osoby o których słyszałem i które poznałem, mówią o jakimś Jezusie. Zmówili się czy co? 

101


102

Moze cos wiecej nr 2 / 2015 (28)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Metafizyce Człowieka

Moze cos wiecej nr 2 / 2015 (28)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Metafizyce Człowieka

Advertisement