Page 1

nr 1 (27) / 2015

5 - 18 stycznia

ISSN 2391-8535

Nowe Początki 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Nowe Początki

Z życia Kościoła

10 Ciemne interesy Owsiaka w “Jasnej sprawie” Rafał Growiec

14 Język nie-polityczny

SPIS TREŚCI

Mateusz Ponikwia

18 Kto czyta, nie błądzi Wojciech Urban

22 Rodzinom łatwiej Mateusz Ponikwia

26 Cóż to był za rok w sporcie! Mateusz Nowak

Taka Sytuacja

32 Rodzina jak z obrazka czyli o wizycie duszpasterskiej Aleksandra Brzezicka

Myśli Niekontrolowane 34 Kilka słów o słowie Maciej Puczkowski

2

36 Sobór - nowe otwarcie czy zwijanie biznesu?

62 Sylwester w Pradze? Tylko w ramach Taizé!

Rafał Growiec

Beata Krzywda

40 Nowe życie: perły wyrwane z szamba

A po-co-to, na-co-to?

Krzysztof Reszka

46 Na dobry i zły Nowy Rok Anna Gadowska

64 Prawo kanoniczne Rafał Growiec

Mężczyzna w Kościele

48 Mityczne początki

68 Gdzie te chłopy?

Wojciech Urban

Krzysztof Reszka

Rozmowa Numeru

Serią po Liturgii

54 Czy jesteś gotowy na małżeństwo? Anna Zawalska Piotr Zemełka

70 Dym jałowca łzy wyciska Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Nowości

Refleksje

76 Subiektywnym okiem przez Barańczaka poetykę

82 Ostatni akt Śródziemia

98 O świętowaniu starym i nowym

Mateusz Nowak

Krzysztof Reszka

Beata Krzywda

Historia jednej piosenki 78 Mieszkam w Polsce Mateusz Nowak

Film 86 Baranek na rzeź Małgorzata Różycka

Książka vs Film

88 Dwie “Zielone mile” Rafał Growiec

Gra 90 Witaj w Summoner’s Rift Mateusz Nowak

3


Nowe początki N WSTĘPNIAK

owy Rok. Nowe postanowienia, nowe motywatory do działania, nowe nadzieje na lepsze jutro. Nowe chęci i nowe uniesienia. Nowe pomysły na życie. Nowe początki.

4

Anna Zawalska

Każdy nowy rok rozpoczynamy wyjątkowo radośnie. Czujemy, że coś mamy za sobą. Coś, co możemy oddzielić grubą krechą, zapomnieć, zakopać w odmętach pamięci. Zaczynamy po raz kolejny od nowa, a perspektywa nowych dni działa na nas bardzo pobudzająco. Wpatrzeni w sylwestrowe fajerwerki mówimy sobie w myślach: tak, to będzie dobry rok! Uwielbiam kupować zeszyty. Niezapisane jeszcze niczym notatniki powodują u mnie swego rodzaju dreszcz podniecenia. Nie jestem w stanie przejść obojętnie obok sklepu papierniczego, by nie wejść i nie kupić chociaż małego notesiku. Trzymając w ręce pachnący świeżym papierem brulion, już w głowie mam ułożony plan na co go przeznaczę, czym zapiszę, jak wykorzystam.

Po pierwsze: kończymy biadolić. Nie ma nic gorszego niż ciągłe lamentowanie i narzekanie na wszystko. Po drugie: zaczynamy działać.

Wychodzę ubogacona o jeden zeszyt, piśmiennicze plany i jakąś dziwną radość w sercu. Niestety w rezultacie zeszyt ląduje w szafie z pokaźną kupką innych czystych zeszytów i czeka cierpliwie na swoją kolej. Górka się piętrzy, a notatniki pozostają nietknięte. Problem z zapisaniem ich wynika z tego, że niesamowicie trudno mi się przełamać. Boję się, że taki brulion wykorzystam na coś niewartego wykorzystania. Że zapiszę go tylko w małej części. Że zepsuję tą niena-

ganną fakturę, zagnę rogi, albo zaleję poranną kawą. Wydaje mi się, że tak właśnie traktujemy każdy rozpoczynający się rok. Perspektywa nowych dni, które trzeba zapełnić jest podniecająca. Dlatego snujemy plany, wymyślamy coraz bardziej zmyślne postanowienia i pełni nadziei wkraczamy w te kolejne dwanaście miesięcy. Jednocześnie jesteśmy pełni strachu. Wszak biorąc pod uwagę wcześniejsze lata, stary rok i wszystko to, co minęło mamy świadomość dużej ilości błędów, jakie popełniliśmy. Doświadczenia bywają głównym czynnikiem powodującym panikę przez zabrudzeniem czasu, który mamy przed sobą. Oczywiście miniony rok nie musiał być bogaty w negatywne przeżycia. Nawet te pozytywne wspomnienia minionych chwil


źródło: www.pixabay.com / autor zdjęcia: Blueeve

powodują, że ogarnia nas pewna nostalgia i odrobina obawy. Zaczynamy się zastanawiać co zrobić, aby i ten rok uczynić wyjątkowym. Jak sobie poukładać życie, aby przeżyć jak najwięcej miłych chwil? Jakie postanowienia przedsięwziąć, aby za dwanaście miesięcy móc cieszyć się z przeżytych momentów w podobny sposób? Nowe początki to naprawdę trudna sprawa. Planowanie przyszłego czasu to jedno. Drugim jest zrobić krok do przodu, postawić pierwszą literę, napisać pierwsze zdanie. Każdy dzień chcemy uczynić wyjątkowym i wartym wspomnień. Zasypiamy z tymi postanowieniami, po czym rano przychodzi brutalne otrzeźwienie: nie dzisiaj, może jutro. I tak mija kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Może nie każdy ma z

tym problem. Może komuś bardzo łatwo przychodzi czynienie każdego dnia mega szczególnym. Ale na pewno są tacy – ze mną na czele – którzy mają kłopot żeby się zebrać i zwyczajnie czerpać garściami z tego, co życie nam pod nos podstawia. Dlatego teraz podam dwa kroki, które każdy powinien od teraz postawić. Po pierwsze: kończymy biadolić. Nie ma nic gorszego niż ciągłe lamentowanie i narzekanie na wszystko. Po drugie: zaczynamy działać. Na początek jakieś małe zajęcia, z czasem coraz większe. Oczywiście te dwa kroki to żadna eureka, ani odkrywanie Ameryki. To slogany stricte motywacyjne jakich wszędzie pełno. Jednak nikt konkretnego sposobu na to, w jaki sposób ruszyć do przodu nie poda. Ja robię zwykle listę. Spisuję to całe swoje joj-

czenie, jedno po drugim. Trochę tego wychodzi. Następnie punktuję je od jednego do dziesięciu, gdzie jeden oznacza jakościowo największą pierdołę. Podchodząc do tego zdroworozsądkowo, koniec końców wychodzi, że cała lista składa się z samych pierdółek. I jak tu w takim wypadku nie wziąć się w garść i nie zacząć działać? Jak już skończymy biadolić i weźmiemy się do działania to proponuję kolejny krok: przeczytać najnowszy numer „Może coś Więcej” w odświeżonej formie. Tutaj początki gryziemy z różnych stron i dodajemy swoje trzy grosze. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY:

6

Mariusz Baczyński

Tomasz Markiewka

Aleksandra Brzezicka

Michał Musiał

Dominik Cwikła

Mateusz Nowak

Aleksandra Frontczak

Mateusz Ponikwia

Anna Gadowska

Maciej Puczkowski

Kajetan Garbela

Krzysztof Reszka

Rafał Growiec

Małgorzata Różycka

Karolina Kowalcze

Wojciech Urban

Beata Krzywda

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Jan Barański Anna Bonio Agnieszka Bar Emilia Ciuła Robert Jankowiak

Anna Kasprzyk Kamil Majcherek Konstancja Nałęcz-Nieniewska Sara Nałęcz-Nieniewska Marek Nawrot

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Ciemne interesy Owsiaka w ‘Jasnej sprawie’

10

J

ak wiadomo, żyjemy w kraju demokratycznym, gdzie każdy może założyć firmę, zamknąć ją i otworzyć nową działalność. Cóż więc dziwnego w tym, że robi to Jerzy Owsiak?

Rafał Growiec

U

trapieniem wielu urzędów skarbowych są biznesmeni, którzy po doprowadzeniu do bankructwa lub umoczeniu w ciemnych interesach jednej firmy, zamykają działalność i zaraz potem zakładają inną spółkę – z tymi samymi członkami zarządu, tym samym adresem i tym samym zakresem działania, ale z inną nazwą. W ten sposób ścigany organ przestaje istnieć a osoby jedynie pośrednio z nim związane mogą zacząć nową działalność. Podobnie zrobił też Jerzy Owsiak, który nie mógł już dłużej ukrywać niejasnych koneksji finansowych między WOŚP a firmami obsługującymi szkolenia i dostawy gadżetów (należącymi do Owsiaka i jego żony) „Złotym Melonem” czy „Mrówką Całą”. Przypomnijmy, że w Sądzie Rejonowym w Złotoryi toczył się

Ile procent uczestników szkolenia sprawdza, kto jest prezesem przeprowadzającej je firmy? Kto sprawdza, jaki podmiot gospodarczy wyprodukował koszulkę, którą nosi? Jak często pytamy, kto wpisał daną spółkę do KRS? proces przeciwko blogerowi Piotrowi Wielguckiemu, który pod pseudonimem „Matka Kurka” sprawę przedstawił. Sąd przychylił się do argumentów pozwanego, wskazując na to, że Owsiak nie dostarczył wymaganych ksiąg rachunkowych, a jego zeznania były nieskładne i sprzeczne ze sobą. Sąd zażądał doku-

mentów 3. kwietnia, by sprawdzić, czy bloger nie miał racji opisując relacje WOŚP-„Złoty Melon” -„Mrówka Cała”. To właśnie działalność tej ostatniej firmy 16. kwietnia 2014 r. Lidia Niedźwiedzka-Owsiak zawiesiła, a tydzień później Jerzy Owsiak założył (nomen omen) „Jasną Sprawę”, która rozpoczęła działalność 1. maja. „Jasna Sprawa” zajmuje się tym samym, co „Mrówka Cała” – a więc może gładko przejąć jej zadania jako podwykonawcy „Złotego Melona”. Obie firmy mają siedzibę na Kiedacza 56a w Warszawie, O CO AFERA? Nie ulega wątpliwości, że proces, nienaturalne zawieszenie „Mrówki Całej” i powstanie nowej firmy są ze sobą połączone. Jak już wspomniałem, jest to typowe działanie mające


źródło: PAP

na celu uniknięcie odpowiedzialności karnej i finansowej. Nowa spółka nie jest obciążona złą sławą, jakiej narobił Owsiakowemu trójkątowi Matka Kurka. Przez jakiś czas nie będzie jasne, kto za tym stoi, a nowi wolontariusze nawet nie będą wiedzieć, co to ta „Mrówka Cała”, bo jak przyjedzie ekipa kręcić filmik motywujący do wrzucania do puszki, to pod szyldem „Jasnej Sprawy”. Ile procent uczestników szkolenia sprawdza, kto jest prezesem przeprowadzającej je firmy? Kto sprawdza, jaki podmiot gospodarczy wyprodukował koszulkę, którą nosi? Jak często pytamy, kto wpisał daną spółkę do KRS? 5%? 1% z nas? Zachwycona Owsiakiem młodzież nie pyta, co ma Jurek z tej całej imprezy. Ważne, co robi dla innych, że tyle tego jest, że dzieci chore pomaga leczyć... Przez myśl nie przejdzie, że serduszka, którymi okleja się inkuba-

tory mogą być drukowane nie przez zewnętrzną firmę, ale krewnych i znajomych Królika. Co więcej, posuwając się do takiego nieeleganckiego i bezprawnego zagrania, Owsiak pokazuje, że nie zależy mu na wyjaśnieniu sprawy. Spisał „Mrówkę Całą” na straty i dalej brnie w zaparte, zmieniając w starym układzie jedynie etykietkę. Jak wskazuje Matka Kurka, być może taka pewność siebie jest gwarantowana przez poczucie bezkarności wzorowane na Amber Gold. Nie da się wprowadzić rzetelnej kontroli do spółek Owsiaka, bo jeszcze, nie daj Słońce Paru, trzeba by było postawić zarzuty. A to, kilka miesięcy przed wyborami, szkodziłoby wizerunkowi. A nawet gdyby kontrole nic nie wykazały, to zostaje zwykła ludzka uczciwość. To co, zrobił Owsiak to praktyka, za którą zwykły Kowalski byłby dwadzieścia razy wzywany do skarbów-

ki, żeby wyjaśnić ten istny cud, że firma Nowe A kupiła za bezcen całe mienie firmy Stare B i nawet nie musiała go przenosić, bo prezes wynajął od swojego bratanka przestrzeń biurową. Trzeba być bardzo przekonanym o własnej nietykalności, by ryzykować zagrania, które śmiertelnikom mogą sprowadzić na głowę jedynie większe kłopoty. Biorąc pod uwagę kontekst powstania nowej spółki, aż podziw bierze dla człowieka, który by zatuszować ciemne interesy zakłada firmę „Jasna Sprawa”. FINAŁ NADCHODZI Upublicznienie tych faktów przez Wielguckiego zapewne nie jest bez związku ze zbliżającym się 23. Finałem WOŚP (11.01.2015). Już teraz popularność Owsiaka została mocno nadszarpnięta, co może się odbić na wielkości zbiórki. Poprzednio zebrano ponad 52 miliony złotych, więc, po

11


ujęciu ogólnej zasobności Polaków, możemy wywnioskować, jak bardzo Matka Kurka uderzył w autorytet Orkiestry. Afery związane z instytucjami charytatywnymi, jak przyznaje nawet Gazeta Wyborcza, wynikają z ujawnianych afer. Według sondażu dla stowarzyszenia Klon/Jawor o około 4% spadła ilość osób deklarujących, że wpłaciło na takie cele pieniądze. Te same badania pokazały, że mniej osób wspiera samą WOŚP. GW rzecz jasna nie napi-

sała o tym, że Owsiakowi cokolwiek udowodniono, a jedynie, że do spadku dobroczynności przyczyniły się „ataki na rozliczenia” – nic o wyroku sądu w Złotoryi. Jurek Owsiak ma więc za sobą media i raczej nieprędko usłyszy z ich ust krytykę. Prędzej oberwie się blogerom, którzy korzystając z wolności słowa podważają zaufanie i przez których nie będzie pieniędzy na leczenie chorych dzieci. Paradoksalnie, media są w stanie zaak-

ceptować przekręty i skandalicznie wysokie koszta administracyjne i niepisany sprzeciw przeciwko nagłaśnianiu nieprawidłowości, traktując je jako przykry element rzeczywistości. Pytanie: ile sprawa Owsiaka mówi nam o jego uczciwości i koneksjach, a ile o naszych przyzwyczajeniach i mentalności? 

źródło: www.pixabay.com

12


13


WYDARZENIA I OPINIE

Język nie-polityczny

14

C Mateusz Ponikwia

Obecny język używany przez polskich polityków ma niewiele wspólnego z dawnym rozumieniem przymiotnika „polityczny”. Słowo to może być utożsamione z dzisiejszymi terminami: „grzeczny”, „wytworny”. Zatem dawny język polityczny oznaczał język uprzejmy. Bardzo trudno jednak dopatrzeć się w wypowiedziach polityków rzeczonej życzliwości. W dzisiejszych czasach jest ona jawnie zastępowana kąśliwością i oddziaływaniem na emocje odbiorców. Znakomity przejaw braku poszanowania kultury języka stanowią niedawne wypowiedzi m. in. Leny Kolarskiej-Bobińskiej – Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego czy Krystyny Pawłowicz – posłanki Prawa i Sprawiedliwości. Pani minister postanowiła złośliwie zażartować z otyłości jednego z dzienni-

oraz częściej możemy przekonać się o tym, że politycy zapominają o istnieniu i przestrzeganiu etykiety językowej. Podobnie standardy poprawności politycznej odchodzą do lamusa. Wydaje się jednak, że wyborcy oczekują zachowań adekwatnych do godności pełnionych funkcji oraz powierzonego zaufania.

Wydaje się, że nie sposób znaleźć argumentów w jakimkolwiek stopniu usprawiedliwiających niekulturalne zachowania. Oczywiście, że każdemu może przytrafić się popełnienie lapsusu językowego czy innej omyłki, ale zaznaczyć trzeba, że pewnych granic nie można przekroczyć.

karzy – Piotra Semki, który niepochlebnie wypowiada się na temat rządu Ewy Kopacz. Umieściła na Twitterze wpis zachęcający do akcji pt. „Polska odchudza red. Semkę”. Wprawdzie profesor przeprosiła za niestosowne zachowanie,

ale dopiero pod naciskiem internautów. Komentarze bowiem dobitnie oceniały zachowanie konstytucyjnego ministra polskiego rządu jako rażąco naganne. Nieudolne próby tłumaczenia, że to troska o zdrowie dziennikarza motywowała do działania, nie przekonały jednak opinii publicznej. Z kolei parlamentarzystka PiS wykrzyczała w twarz Agacie Adamek – jednej z reporterek TVN24, że jest „idiotką”. Powodem wzburzenia Pawłowicz był reportaż, który został przeprowadzony, jej zdaniem, w sposób nierzetelny. Uznała ona dziennikarkę za niekompetentną oraz niewykształconą. Okazało się jednak, że pani poseł przypisała dziennikarce słowa, których ta nie wypowiedziała w swoim materiale, a których użył Sławomir Neumann – jeden z polityków Platformy Oby-


źródło: www.freeimages.com

watelskiej. Po dostrzeżeniu swojej omyłki, postanowiła zadzwonić i wysłać maila z przeprosinami. Oba te przypadki nie są niestety niechlubnymi wyjątkami. Zdają się one świadczyć o szerzącym się braku poszanowania dla drugiego człowieka oraz zatraceniu systemu wartości. Politycy jako osoby publiczne powinny dbać o respektowanie zasad etycznych i moralnych oraz stanowić wzorzec kultury osobistej. Tymczasem normą stało się wzajemne obrażanie, wytykanie błędów, wyszukiwanie haków, „dożynanie watahy”. Ostatnie lata pokazują, że wiele osób postępuje w myśl maksymy: „cel uświęca środki”. Niektórzy, nie bacząc na sprawianie bólu innym, dążą do pozyskania i utrzymania władzy. Przyświeca im zapewnienie dobrobytu własnego, nie zaś troska o dobro Ojczyzny.

Skandaliczne zachowanie reprezentantów narodu co rusz bulwersuje środowisko polityczne, dziennikarskie oraz wielu obywateli. Zastanawiające jest, że elita, która winna być wzorem i przykładem do naśladowania, nierzadko sama postępuje w sposób co najmniej nieprzemyślany i dyskredytujący. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że przekazy medialne niemal co tydzień informują o urągających pełnionej funkcji zachowaniach – oficjalnych i nieoficjalnych, werbalnych i niewerbalnych. Nie zapomnimy z całą pewnością incydentu lotniczego z udziałem Jana Marii Rokity, którego to Niemcy bili w samolocie. W polski krajobraz polityczny na stałe wpisały się sceny odbierania głosu, przekrzykiwania się na sali obrad czy też wykrzykiwania propagandowych haseł z mównicy sejmo-

wej. Dziwić może fakt, że posłowie odpowiedzialni za sprawowanie władzy ustawodawczej znajdują czas na prowadzenie jakże licznych utarczek słownych. Zdaje się, że niektórych bardziej absorbuje brylowanie w mediach niż praca w komisjach czy podejmowanie działań legislacyjnych. Dzięki temu stają się oni pożywką dla mediów, które rozkładają na czynniki pierwsze przebieg całego zajścia. Częste afery z udziałem posłów przyczyniają się do wzrostu popularności i zwiększenia oglądalności programów informacyjnych. Wydaje się, że nie sposób znaleźć argumentów w jakimkolwiek stopniu usprawiedliwiających niekulturalne zachowania. Oczywiście, że każdemu może przytrafić się popełnienie lapsusu językowego czy innej omyłki, ale zaznaczyć trzeba, że

15


pewnych granic nie można przekroczyć. Czerwoną linię wyznacza z całą pewnością poszanowanie godności innych. Żyjemy w demokratycznym państwie, którego Konstytucja stanowi o urzeczywistnieniu zasad sprawiedliwości społecznej. Wszystkich należy traktować w równy sposób, szanując odrębność i niezależność. Nikt nie ma prawa obrażać czy wyśmiewać innych, nawet (a może

zwłaszcza) politycy. W dyskursie politycznym często spotykamy się z rozbieżnością prezentowanych opinii i poglądów. Gdy zaczyna brakować siły argumentów, pojawiają się argumenty siły językowej. Zjawisko to nazwane agresją językową bardzo często przejawia się w postaci dyskredytowania oponentów politycznych, podważania znaczenia i deprecjacji autorytetów. Nieobce jest

także używanie inwektyw, czyli słów nacechowanych emocjonalnie jedynie w celu wyrażenia negatywnych emocji i nastawienia do określonej ideologii czy osoby. W cywilizowanym świecie odchodzi się jednakże od używania argumentów ad personam. Należy zauważyć, że dzięki politykom do kanonu słynnych zwrotów dochodzą nowe cytaty. Profesor Jerzy Bralczyk poproszony źródło: www.wpolityce.pl

niegdyś o skomentowanie języka polityków zauważył, że cieszy się, że nie mówią oni do nas językiem nudnym. Nikomu nie trzeba przypominać słynnego hasła Lecha Wałęsy – byłego prezydenta: „Nie chcem, ale muszem”. Wielu polityków „cofa się wstecz”, „wraca z powrotem” albo „kontynuuje dalej”, co stanowi niepotrzebne powtarzanie treści, określane w językoznawstwie mianem pleonazmu. Dziwi, gdy nie-

16

którzy próbują przekonywać, że „tu pisze”. Kartka, mimo rozwoju cywilizacyjnego, pisać sama (jeszcze?) nie umie. Pomimo że z każdej strony sceny politycznej słychać głosy nawołujące do zaprzestania posługiwania się niestosownymi komentarzami, zachowanie pani Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie jest odosobnione. Wyświechtany slogan apelujący o zaniechanie używania języka

nienawiści zdaje się jednak na niewielu robić już wrażenie. Prezydent, parlamentarzyści czy ministrowie winni wykazywać się nienaganną polszczyzną, wysokim poziomem kultury osobistej, a także powściągliwością w formułowaniu własnych osądów. Wszak przykład idzie z góry. 


17


WYDARZENIA I OPINIE

Kto czyta, nie błądzi?

18

R Z M Wojciech Urban

Naukowcy wyrwali więc wszystkie odnóża owada, ponownie umieścili w słoiku i rozkazali: – Mucha, idu! – Gdy zaś mucha, zamiast iść, tylko szarpała się nerwowo, naukowcy zanotowali wynik badań: – Po utracie nóg mucha ogłuchła. Podobną logiką zastosowano w jednym z artykułów, który ukazał się w Gazecie Wyborczej. Redaktor Michał Wiśniewski, wbrew wszelkim akcjom popularyzującym czytelnictwo, wbrew własnej redakcji, która wiecznie utyskuje na niski poziom intelektualny Polaków, stwierdza, że czytanie jest niebezpieczne. I nie chodzi tu o problemy ze wzrokiem, spowodowane zbyt długim wpatrywaniem się w małe literki, czy bóle kręgosłupa wynikłe od wynoszenia z bibliotek tonami rozmaitych książek. Nie, chodzi o to, że człowiek czytający

osyjscy naukowcy badali kiedyś muchy. amknęli więc muchę w słoiczku u mówią: – ucha, idu! – Mucha po pewnej chwili zaczęła nerwowo chodzić. Następnie naukowcy wyrwali jej dwie nogi i znów mówią: – Mucha, idu! – z większym trudem, ale mucha po wpuszczeniu do słoika wciąż chodziła.

Na Muzeum Historii Żydów Polskich z budżetu państwa poszło 140 mln. Prawie dziesięć razy więcej. Cóż, w końcu katolików w Polsce nigdy nie było więcej, jak 10% a judaizm stał się religią, którą wyznawali kolejni władcy państwa polskiego wraz z większością swoich poddanych i która stworzyła polską tożsamość narodową. Oh, wait… głosuje potem na Janusza Korwin-Mikkego. A jak pan Janusz dojdzie do władzy, to zacznie pożerać dzieci, a z czaszek redaktorów z Czerskiej będzie popijał koniak.

Zostawmy na bok ironiczne złośliwości. W tekście paranoicznych stwierdzeń jest kilka, jednak najbardziej rażące jest to przytoczone na wstępie. „Terry Pratchett jest mądry i zabawny, co nie znaczy, że nie wychowuje zwolenników Kongresu Nowej Prawicy.” Tekst, predestynujący do krytycznoliterackiego jest mizernie zakamuflowanym pastiszem na pewnego polityka i skupione wokół niego środowisko. Taki zabieg mógłby byś usprawiedliwiony w państwie autorytarnym czy totalitarnym, wobec prominentnego działacza partii rządzącej. Intelektualista niezgadzający się z działaniami dzierżących ster władzy, jawną krytyką wystawia się na realne niebezpieczeństwo. W kraju, który od 25 lat cieszy się wolnością, taki artykuł ukazał się jednak pod adresem czołowego


źródło: www.telegraph.co.uk

przedstawiciela partii opozycyjnej. Jednej z mniejszych, gdyż będącej na czwartym/piątym miejscu według sondaży. „Tylko śmiać się pozostało w kraju, w którym Sejm lekką ręką przesuwa 16 milionów złotych z kultury na budowę Świątyni Opatrzności Bożej, reżyser Zanussi bierze zaś 2 mln zł dotacji na film o tym, że prześladowani katolicy chowają się po katakumbach.” Autora boli również dofinansowanie kultury. Wypomina, że publiczne pieniądze przeznaczane są na muzeum, a więc element dziedzictwa kulturowego umieszczone w świątyni (nie zaś na obiekt służący do kultu grupie religijnej, jak sugeruje, wprowadzając w błąd czytelników, red. Wiśniewski). Na Muzeum Historii Żydów Polskich z budżetu państwa poszło 140 mln. Prawie dziesięć razy więcej. I to Gazety

Wyborczej nie szokuje. Cóż, w końcu katolików w Polsce nigdy nie było więcej, jak 10% a judaizm stał się religią, którą wyznawali kolejni władcy państwa polskiego wraz z większością swoich poddanych i która stworzyła polską tożsamość narodową. Oh, wait… Główny zarzut „merytorycznej” części tekstu skierowany jest jednak przeciwko literaturze fantastycznej. Zarzuca dowolność kreacji, która bywa potężnym i niebezpiecznym narzędziem. Rodzimej literaturze fantastycznej zarzuca uwikłanie w politykę i „skręt na prawo”. Że wszelka literatura dominującego nurtu była w politykę uwikłana jeszcze bardziej, tyle, że w „na lewo”, jakoś autorowi przez myśl nie przechodzi. Dzieci polskich intelektualistów, które miały na tyle godności, by nie stać się „wykształciuchami” z głowami nabytymi mark-

sistowskich banałów, idąc na studia wybierały kierunki ścisłe, gdzie nomenklatury marksistowskiej było dużo mniej. Łącząc wykształcenie ścisłe z humanistycznym umysłem powstawały świetne powieści z gatunku fantastyki naukowej, które przełożyły się na wysoki poziom literatury tego gatunku w Polsce. Bo nieprawdą jest, że w fantastyki nie da się zweryfikować „spoglądając za okno”. Powieści naciągane, pozbawione sensu, nie spotkają się z dobrym uznaniem, z jakim spotkali się Lem, Zajdel czy Grzędowicz. Łowcą komunistów nie jestem, ale tekst tak razi po oczach myśleniem w paradygmacie marksistowskim, że ciężko nie mrużyć powiek przy czytaniu. „W komiksach i cyklach filmowych „X-Men” śledzimy zmagania grupy obdarzonych supermocami mutantów, którzy z racji tych

19


źródło: www.pixabay.com

mocy zmagać się muszą głównie z nietolerancją społeczeństwa. Rzecz pochodzi z lat 60., a mutanty są metaforą prześladowanych mniejszości - walczących o prawa obywatelskie Afroamerykanów czy gejów”. Bo oczywiście równość, emancypacja warstw uciśnionych jest tu najważniejsza, a nie zafascynowanie rozwojem technologicznym i niebezpieczeństwami z tej fascynacji wynikającymi. Pomijając już fakt, że komiks i film to zupełnie inne środki wyrazu. O ile w literaturze taka metafora nie sprawi czytelnikowi problemów z jej odszyfrowaniem, odbiorca komiksu poszukuje oryginalnych rysunków i akcji, fabuła jest tylko pretekstem. Również na filmową serię „X-men” idzie się do kina dla akcji i efektów specjalnych. Bardzo ciekawe jest, że jeśli chodzi o współczesną fantastykę mająca według autora pozytywne przesłanie, padają tylko tytuły

20

filmów. Co prawda Terry Pratchett w roku 1994 był jeszcze bezpieczny do czytania, ale potem przeszedł na „ciemną stronę mocy”, bo zamiast szydzić z konserwatywnego Tolkiena, zajął się poważniejszymi tematami w sposób przeczący lewicowym paradygmatom. Jednak redaktor Wiśniewski ma rację, pisząc o niebezpiecznych książkach. Tyle że niebezpieczeństwa są dużo groźniejsze, niż wzrost poparcia wśród młodzieży dla kontrowersyjnego polityka i dużo bardziej realne, niż domniemania jakiegoś dziennikarza znad Wisły. Wybitny szkocki eseista, Thomas Carlyle rzekł kiedyś: „Żył sobie niegdyś człowiek nazwiskiem Rousseau, który napisał książkę o niczym innym jak tyko o samych ideach. Tylko, że drugie wydanie tej książki oprawiono w skóry tych, którzy lekceważąco naśmiewali się z pierwszego.” Tak bowiem jakoś złożyło,

że najwięksi zbrodniarze ostatnich lat mocno inspirowali się dziełami rewolucyjnych i postępowych pisarzy. Pomijając już udział Rousseau w Wielkiej (i krwawej) Rewolucji Francuskiej, wszak Lenin, Stalin, Mao Tse Tung, byli uczniami Marksa. Hitler, narodowy, ale wciąż socjalista. Tak, są książki niebezpieczne. Sposób na niebezpieczne książki jest tylko jeden. Czytać. Jeśli przeczytam tylko „Manifest Komunistyczny”, zostanę komunistą. Ale jeśli do tego przeczytam dla przykładu Misesa i Arystotelesa, zacznę myśleć szerzej i bardziej krytycznie. Im więcej czytam, tym mniejsze niebezpieczeństwo zainfekowania przez jedną niebezpieczną książkę. Wniosek prosty: więcej czytajmy. Ostatnio widziałem na facebooku wydarzenie: „Przeczytam 52 książki w 2015 roku”. Więc, do czytania! 


21


WYDARZENIA I OPINIE

Rodzinom łatwiej

22

JN Mateusz Ponikwia

O zmianach, które weszły w życie 1 stycznia 2015 roku było głośno już od dawna. Nowelizacja ustawy miała bowiem miejsce jeszcze w zeszłym roku i była firmowana przez Donalda Tuska – ówczesnego Prezesa Rady Ministrów. Już wówczas były premier, przedstawiając rozwiązania zachęcające do prokreacji i posiadania większej liczby dzieci, zapowiedział wprowadzenie całkowitej ulgi na dziecko. W praktyce oznacza to, że jeżeli odliczenie od podatku, przysługujące danej rodzinie, będzie przekraczać wartość należnego zobowiązania podatkowego, nadwyżka będzie zwracana przez fiskusa. Do tej pory bowiem maksymalna wartość ulgi, jaką podatnik mógł odliczyć, nie przekraczała kwoty podatku. Z punktu widzenia rodzin najuboższych, których roczny dochód jest

ak mawiają niektórzy, na świecie oprócz śmierci pewne są tylko podatki. Rozpoczynający się owy 2015 Rok przynosi spore zmiany w zakresie rozliczania się z fiskusem. A to za sprawą wchodzącej w życie nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, na której najbardziej skorzystają najbiedniejsi i rodziny wielodzietne.

Dostrzeżenie trudniejszej sytuacji rodzin wielodzietnych oraz osób mniej zarabiających należy oceniać pozytywnie, chociaż można dywagować czy wcześniejsze wprowadzenie korzystniejszych przepisów nie było możliwe. Zastanawiający zdaje się być fakt, że zmiany zostają wprowadzone w roku podwójnych wyborów. niewielki, a co za tym idzie odprowadzany podatek dochodowy także, jest to rozwiązanie korzystne. Według wyliczeń przeprowadzonych przez projektodawców modelowa rodzina

z trójką dzieci, w której jedyny żywiciel zarabia około 1700 złotych może liczyć na zwrot sięgający 4200 złotych. Taka rodzina zgodnie z dawnymi unormowaniami mogła jedynie skorzystać z odliczenia od podatku w wysokości około 400 złotych. Innym ułatwieniem, o dość doniosłym znaczeniu dla rodzin wielodzietnych, jest zwiększenie wymiaru ulgi na trzecie i kolejne dziecko. W stosunku do stanu zeszłorocznego możemy odnotować jej wzrost o 20%. Zgodnie z rządowymi kalkulacjami oznacza to, że ulga na trzecie dziecko wzrasta z 1668 złotych do ponad 2000 złotych, zaś na czwarte i kolejne dziecko z 2224 złotych do 2700 złotych. Jak podają wyliczenia rządu rodzina z jednym dzieckiem będzie mogła maksymalnie odliczyć w


źródło: www.pixabay.com

zeznaniu podatkowym kwotę ponad 1112 złotych, z dwójką dzieci – dwukrotność tej sumy, czyli niewiele ponad 2224 złote. Najwięcej uzyskają osoby, które posiadają liczniejsze potomstwo. Posiadanie trójki dzieci pozwoli na uzyskanie łącznie sumy 4224 złotych ulgi. Czwórka potomstwa umożliwi odliczenie w sumie nieco ponad 6924 złotych. Rodzina z pięciorgiem dzieci zyska aż 9624 złote dzięki dokonanemu odliczeniu. W zasadzie takie rozwiązania należy uznać za korzystne. Jednakże z całą pewnością nie można nazwać ich kompleksowymi. Z odliczenia od podatku mogą skorzystać jedynie osoby podlegające opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Warto zauważyć, że z takiego odliczenia nie mogą zatem skorzystać rolnicy podlegający opodatkowaniu

podatkiem rolnym czy mali przedsiębiorcy opodatkowani na zasadzie ryczałtowej, a także osoby bezrobotne pobierające i utrzymujące się jedynie z zasiłków. Kolejne rządy podejmując problematykę niżu demograficznego starały się przeciwdziałać spadkowi liczby urodzeń. W ostatnim czasie możemy dostrzec wzmożoną aktywność w ramach prowadzenia tzw. polityki prorodzinnej. Niedawno bowiem doszło także do podpisania przez Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego Karty Dużej Rodziny, która niewątpliwie ułatwi życie osobom posiadającym liczne potomstwo. Zgodnie z tym dokumentem takie rodziny mogą liczyć na specjalne ulgi i przywileje. Dzięki Karcie można zaoszczędzić na zakupach, przejazdach i podczas wypoczynku. Również rzeczona nowelizacja ustawy podat-

kowej wpisuje się w nurt działań nakierowanych na podniesienie komfortu życia rodzin wielodzietnych. Z całą pewnością bowiem spowoduje ona rzeczywiste zwiększenie zwrotu podatku. Podniesienie kwoty ulgi podatkowej na trzecie i kolejne dziecko wyraźnie zaznacza, że zamierzeniem ustawodawcy jest wspieranie głównie rodzin z większą liczbą potomstwa. Dostrzeżenie trudniejszej sytuacji rodzin wielodzietnych oraz osób mniej zarabiających należy oceniać pozytywnie, chociaż można dywagować czy wcześniejsze wprowadzenie korzystniejszych przepisów nie było możliwe. Zastanawiający zdaje się być fakt, że zmiany zostają wprowadzone w roku podwójnych wyborów. Jak bowiem wiemy, już niebawem udamy się do urn i wybierzemy głowę państwa na kolejną pięcioletnią kadencję, a

23


także przedstawicieli władzy ustawodawczej zasiadających w parlamencie. Oczywiste zatem zdaje się być skojarzenie podejmowanych działań rządzących z prowadzeniem przez nich kampanii wyborczej. Nie jest nazbyt odkrywcze spostrzeżenie, że takie przedsięwzięcia stawiają w lepszym świetle gabi-

net premier Ewy Kopacz oraz całą koalicję rządzącą. Wszakże poczynione zmiany będą przedstawiane jako niebagatelny sukces władzy. Fakt, iż dzieje się to dopiero po ładnych paru latach rządów wydaje się umykać uwadze komentatorów politycznych. Uzasadnione i nie przesadzone jest więc doszukiwanie się

swoistego drugiego dna w przedsiębranych krokach politycznych i prawnych. Dostrzec trzeba także, że nowela ustawy może wpłynąć kojąco na nastroje społeczne. Poza tym w pewnej mierze jest ona pretekstem do odsunięcia uwagi od trudnej sytuacji w innych dziedzinach, choćby w służbie zdrowia.

źródło: www.pixabay.com

Wkładając łyżkę przysłowiowego dziegciu w beczkę pełną miodu należy zauważyć, że w dalszym ciągu istnieje potrzeba kompleksowego podjęcia inicjatyw społeczno-ekonomicznych, mających pomóc najbiedniejszym, emerytom i rencistom, rodzinom wielodzietnym, osobom młodym, bezrobotnym. Niestety wciąż truizmem pozostaje stwierdzenie, że nie brakuje problemów finansowych wśród Polaków. Ponadto nie należy

24

tracić z punktu widzenia innych regulacji podatkowych, zwłaszcza ustawy o podatku od towarów i usług. Stawka podatkowa popularnego VAT-u pozostanie przez kolejny rok na podwyższonym poziomie, pomimo iż owa podwyżka w założeniu miała mieć jedynie tymczasowy wymiar. Miejmy jednak nadzieję, że poczyniona reforma nie będzie miała incydentalnego charakteru, a rząd dostrzeże konieczność udzielenia wsparcia naj-

bardziej potrzebującym. Za dobry znak uznać można słowa prezydenta Komorowskiego, który komentując ustawę podkreślił, że z rozwiązań skorzysta ponad milion rodzin. Bądźmy zatem dobrej myśli i oczekujmy na dalsze prorodzinne poczynania władzy. 


25


WYDARZENIA I OPINIE

Cóż to był za rok w sporcie! D N Mateusz Nowak

SOCZI Długo się rozwodził nie będę, bo tuż po Igrzyskach pisałem cały artykuł o występach Polaków. Zresztą to, co się działo w Rosji, chyba każdy z nas dobrze pamięta. Dwa złote medale Stocha, złoto Kowalczyk ze złamaną stopą, złoto Bródki, wygrane o 0,003 sekundy. Piękne chwile, których nie zapomnimy przez długie lata. W takich momentach człowiek naprawdę cieszy się, że jest Polakiem, plecy przeszywa dreszcz, a w oczach pojawiają się łzy wzruszenia. MUNDIAL W BRAZYLII Chyba najważniejsze wydarzenie sportowe minionego roku, które śledziły miliony widzów na całym świecie. Zwyciężyli Niemcy, w finale pokonując Argentynę. My jednak zapamiętamy ten turniej głównie z powodu fantastycznej fazy

26

awno takiego roku nie było, zwłaszcza w polskim sporcie. Działo się i to bardzo dużo. ajpierw Igrzyska w Soczi, później mundial piłkarski w Brazylii, mundial siatkarski w Polsce, a w międzyczasie jeszcze mnóstwo innych wydarzeń. Zapraszam na moje krótkie podsumowanie minionego roku w sporcie.

Poza siatkarzami i specjalistami od sportów zimowych mogliśmy się poszczycić również wieloma innymi sukcesami. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście nasi dwaj czołowi kolarze: Rafał Majka i Michał Kwiatkowski.

grupowej, demolce w półfinale (7:1 Niemcy z Brazylią) i gryzonia Suareza. Echem odbiła się też nie do końca zasłużona złota piłka dla Messiego. Legenda głosi, że mogliśmy obserwować na tym turnieju Polaków. Być może gdzieś na trybunach moglibyśmy znaleźć naszych rodaków, niestety to by było na tyle.

MUNDIAL SIATKARSKI W POLSCE Wielkie, naprawdę wielkie i wspaniałe wydarzenie, zwieńczone jeszcze większym sukcesem. Polacy zdobyli tytuł w fantastycznym stylu, a Mariusz Wlazły był bez wątpienia najlepszym zawodnikiem turnieju. Co zapamiętamy? Dwukrotne lanie dane Brazylijczykom, zwycięstwa nad Rosją i Niemcami, Spiridonowa - rosyjskiego chuliganosiatkarza oraz brazylijskie lamenty na FIVB. To wszystko jednak blednie wobec tego, czego dokonali nasi siatkarze. Na wspomnienie tych chwil uśmiech sam pojawia się na twarzy. ODRODZENIE PIŁKARZY Nie wierzył w to chyba nikt, a jednak to był najlepszy rok w wykonaniu naszych kopaczy od wielu, wielu lat. Po pierwsze, nasi piłkarze osiągają duże


źródło: www.przegladsportowy.pl

sukcesy w zagranicznych klubach. Lewandowski, Krychowiak, Glik czy Milik stanowią o sile swoich zespołów. Odejście „Lewego” z Borussii pokazało, ile nasz napastnik znaczył w drużynie Kloppa. Obecnie jest trochę krytykowany za swoją postawę w Bayernie, ale to przecież normalne u nas w kraju: nawet gdy jest dobrze, to i tak trzeba dobijać. Po drugie, ten zlepek niezłych indywidualności w końcu zaczął tworzyć drużynę. Selekcjoner Adam Nawałka chyba wie, co robi. Nasi wygrali w październiku z Niemcami, aktualnymi mistrzami świata. I co z tego, że w okrojonym składzie i mało błyskotliwym stylu? Liczy się zwycięstwo. A postawa naszych w pozostałych meczach reprezentacyjnych

pozwala dawać nadzieję na sukcesy w przyszłym roku i przede wszystkim awans na mistrzostwa Euro 2016. DZIESIĄTY TRYUMF KRÓLEWSKICH To był zdecydowanie rok fanów Realu Madryt, ich ulubiona drużyna po raz dziesiąty zdobyła najcenniejsze trofeum klubowe na świecie. W finale pokonała inną madrycką drużynę Atletico. Cristiano Ronaldo rozegrał ponadto prawdopodobnie najlepszy sezon w karierze, a patrząc na aktualny skład Realu i pozyskanych m.in. Toniego Kroosa i Jamesa Rodrigueza, można śmiało twierdzić, że Królewscy w tym roku mogą jako pierwsza drużyna w historii obronić zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Choć mam skrytą nadzieję, że

jednak znajdzie się godny kandydat, który pokrzyżuje im plany. SUKCESY POLAKÓW Oj, było tego dużo. Poza siatkarzami i specjalistami od sportów zimowych mogliśmy się poszczycić również wieloma innymi sukcesami. Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście nasi dwaj czołowi kolarze: Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Pierwszy z nich wygrał dwa etapy Tour de France, zwyciężył w klasyfikacji górskiej tego wyścigu, a na dodatek przyjechał jeszcze tydzień później na Tour de Pologne i nie miał sobie równych. Za to drugi z nich zwyciężył w Mistrzostwach Świata. Wygrać jednoetapowy wyścig, i to w takim stylu jak Kwiatkowski, potrafią jedynie wielcy

27


źródło: PAP

mistrzowie, a ten gość zrobił to, mając tylko 24 lata. Do czego więc nasze obie wschodzące gwiazdy będą zdolne za rok, dwa, pięć? Wolę nawet nie myśleć, żeby tylko nie zapeszyć. Błyszczeli też inni reprezentanci Polski. Radosław Kawęcki przywiózł z pływackich mistrzostw świata w Dosze dwa medale: srebrny i złoty. Anita Włodarczyk zwyciężyła w konkursie rzutu młotem na mistrzostwach Europy, a do tego dorzuciła jeszcze rekord świata w tej dyscyplinie. Przed kilkoma dniami została jeszcze wybrana

28

najlepszą lekkoatletką roku magazynu „Track & Field News”, jako druga Polka w historii. Paweł Fajdek, w tej samej dyscyplinie, pobił „tylko” rekord Polski, należący przecież do Szymona Ziółkowskiego, a na ME wywalczył srebrny medal. Spektakularnym sukcesem było jeszcze zwycięstwo Łukasza Kubota w deblowym Australian Open. Gdy wszyscy oczekiwali takiego osiągnięcia ze strony Agnieszki Radwańskiej, wyskoczył nagle Kubot i przypomniał o sobie. Było również wielu innych, jak choćby Konrad

Czerniak, Adrian Zieliński czy Maja Włoszczowska i wszyscy oni są nominowani w plebiscycie na najlepszego polskiego sportowca 2014 roku. Wybór w tym roku jest niezwykle trudny, choć, mówiąc szczerze, zdziwiłbym się bardzo, gdyby ktokolwiek był w stanie wygrać tę walkę z Kamilem Stochem. To był piękny sportowo rok, emocji nie brakowało, a co najważniejsze, mogliśmy się cieszyć z wielu sukcesów naszych reprezentantów. Oby 2015 był równie dobry, a może i lepszy. 


29


Rodzina jak z obrazka,

czyli wizyta duszpasterska

TAKA SYTUACJA

KM

30

Aleksandra Brzezicka

P

rzyjęcie księdza z wizytą duszpasterską to prawdziwa operacja! Jak się pokazać, by nie pokazać tego, czego pokazać nie wypada? Jak nie pokazać tego, co jest i jak pokazać to, czego nie ma, a może chciałoby się, żeby było? Etap 1. Przygotowania. Usuń z wystroju swojej przestrzeni domowej elementy, które czyhają tylko na to, by postawić twoją niezachwiana dotąd reputację w stan wątpliwości. Papierosy i wszelkiej maści alkohol ukryj najgłębiej jak się da – możesz go schować w barku, ale większą pewność da ci zakamuflowanie go między słoikami z przetworami w spiżarni, której drzwi – dla większej gwarancji – zasuń starą szafą. Najlepiej trzydrzwiową. Kiedy już wszystkie przedmioty stwarzające realne zagrożenie dla two-

iedy nie milkną jeszcze radosne pienia wujków ietków i cioć Grażyn, odwiedzających kolejnych kuzynów, szwagrów i sąsiadów z kolędą na ustach (a i butelką za pazuchą), konkurencyjną trasą rusza ksiądz proboszcz. Ten ostatni – nie bez wdzięczności dla tych pierwszych – za przetarcie szlaków i wydeptanie zaśnieżonych ścieżek – jak co roku kroczy, by odwiedzić i dojrzeć swoich owieczek.

Na potrzeby tej rozmowy nagle ze zwykłego magazyniera stajesz się specjalistą ds. przemieszczeń palet towarowych w przestrzeni magazynu sklepowego klasyczną metodą fizyczną, a twoja żona – ze sprzątaczki – obejmuje stanowisko konserwatora powierzchni domowych sposobem tradycyjnym.

jego (dobrego) imienia i imienia twojej rodziny zostaną zabezpieczone, zajmij się porządkowaniem mieszkania. Dopilnuj jednak, by w czasie, w którym będziesz doszlifowywała ostatnie

szczegóły wystroju, twoje dzieci z zapałem i skrupulatnością – porównywalną jedynie z pierwszym dniem w szkole – zajęły się uzupełnianiem braków w swoich zeszytach do szkolnej katechezy, ale znajdź również chwilę, by poddać rewizji ich (nie)znajomość Dekalogu bądź Tajemnic Różańca (jesteś rodzicem – autorytetem; masz na głowie tyle pilnych spraw, że wolno ci bez żadnych usprawiedliwień użyć do tego celu katechizmu bądź Internetu!). A, o mały włos zapomniałabyś o najważniejszym! Pomimo faktu, że robiłaś to już milion razy – przy okazji imienin, niedzielnych wizyt u twoich rodziców lub u jego rodziców itp. – chuchaj na zimne i kolejny raz upomnij swojego męża, że kawały (nawet te najśmieszniejsze i sprawiające, że jego koledzy z pracy dosłownie kulają się


źródło: www. antoni.w-w.pl

po ziemi ze śmiechu) nie są najlepszym towarem do sprzedania proboszczowi. Etap 2. Godzina Zero. Jesteś już przygotowana. Twoje dzieci pachną świeżością wyprasowanych koszul, twój ukochany próbuje wejść w rolę dobrego męża, opiekuńczego ojca i troskliwego pana domu. Nagle rozlega się krzyk: „Idąąąąąą!!!”. Wtedy następuje pełna mobilizacja! Kilkanaście sekund dzielące od sądnego „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” upływa w bezcelowym przemieszczaniu się z kąta w kąt. Wreszcie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” pada i rozpoczyna się doroczna wizyta. Pierwsza jej część, skupiona na złożeniu dziękczynienia Bogu za miniony rok i prośbach o nowe łaski dla domu i domowników, mija standardowo i nie wyzwala większego stresu (o ile oczywiście podczas

wspólnej modlitwy nie zauważysz dziurawej skarpety na prawej stopie męża i nie będziesz musiała czynić olimpijskich akrobacji, by ów defekt zakryć). Teraz dopiero rozpoczyna się najgorsze. Część towarzyska - „Jak się wam, drodzy parafianie, wiedzie?”, „Jak się sprawują wasze dzieci?”, „Czym się zajmujecie, moi mili?”. Wtedy ważysz każde słowo. Na potrzeby tej rozmowy nagle ze zwykłego magazyniera stajesz się specjalistą ds. przemieszczeń palet towarowych w przestrzeni magazynu sklepowego klasyczną metodą fizyczną, a twoja żona – ze sprzątaczki – obejmuje stanowisko konserwatora powierzchni domowych sposobem tradycyjnym. I w ogóle... Od alkoholu stronisz, życie sąsiadów z klatki za grosz cię nie interesuje, a cztery Ewangelie znasz niemal na pamięć. Ale nawet te

wszystkie piękne deklaracje nie wystarczą, kiedy zapadnie ta niezręczna cisza... „No i tak...”. „No to dobrze...”. Nerwowe rozglądanie się po ścianach możesz jednak szybko zakończyć dzięki sprawdzonym trikom – „No, w końcu spadł śnieg!”, „Ale dziś zimno!” i im podobne załatwią sprawę i skrócą czas oczekiwania do zbawiennego „Z Bogiem”. Ten wyczekiwany moment sprawia, że schodzi z ciebie powietrze niczym z nadmuchanego do granic swoich fizycznych możliwości balona, który upadł na klocki Lego (uwaga – lokowanie produktu!). Najgorsze za tobą, teraz możesz być już sobą. Aż do przyszłego roku. No chyba, że wcześniej uwierzysz i zrozumiesz, że ksiądz też człowiek. Że też dziurawią mu się skarpetki i też śmieszą go żarty z cyklu „Przychodzi baba do lekarza…” . 

31


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Kilka słów o słowie

32

N Maciej Puczkowski

C

zy słowo jest wyłącznie etykietą, dzięki której odwołujemy się do konkretnego bytu lub zbioru bytów? Kiedy mówimy “miłość”, ciężko jest jeszcze powiedzieć o czym mówimy. Choć każdy na swój sposób wyczuwa byt związany z tym słowem, dalej może go niewłaściwie rozumieć. Znamienne jest jednak to, że niemal każdy jest w stanie cokolwiek na temat tego bytu powiedzieć na podstawie jednego słowa tylko, bez dodatkowych przymiotników lub opisów. Są jednak nazwy, które przysparzają dużo mniej problemów i mogą posłużyć dokładniejszej obserwacji. Czy nazwa “maszynka do golenia” wymaga dalszych wyjaśnień? Uznajmy dla uproszczenia, że nazwa ta jest jednym słowem. Co więcej, kiedy mówię o maszynce do golenia każdy wie o czym mówię, ale

ie rozwodząc się nad tym jak i gdzie istnieją byty w zależności od ich natury, możemy podzielić je na te, które zostały poznane i te, o ile istnieją, których jeszcze nie poznaliśmy i być może nie poznamy. Te, które zostały poznane, do których w świadomy sposób możemy się odwołać charakteryzują się tym, że związane z nimi są słowa, które je określają.

Tu powinniśmy dojść do wniosku, że słowo jest nie tylko etykietą, ale jest bytem, który oddaje istotę innego bytu. Pozwala nam poznawać to co nieuchwytne za pomocą rozumowego rozważania. Kiedy patrzę na krzesło, wiem, że to krzesło i że stoi w miejscu, gdzie ja go widzę.

jednocześnie nie wie jaki konkretnie przedmiot mam na myśli. Słowo “maszynka do golenia“ odnosi się do innego bytu, niż ten, którym się golę, mimo, że jest to właśnie maszynka. Tu powinniśmy dojść do wniosku, że słowo jest

nie tylko etykietą, ale jest bytem, który oddaje istotę innego bytu. Pozwala nam poznawać to co nieuchwytne za pomocą rozumowego rozważania. Kiedy patrzę na krzesło, wiem, że to krzesło i że stoi w miejscu, gdzie ja go widzę. (Pomijając kwestie związane ze złudzeniami.) Nie muszę więc dochodzić rozumowo czym jest przedmiot, który widzę. Wiem, że to krzesło. Kiedy mówię Bóg dotykam rozumem w jakiś sposób istoty bytu, o którym mówię nie wyjaśniając go. Powiedzieliśmy, że słowo jest bytem, który oddaje istotę innego bytu. Tu ujawnia się ciekawa właściwość słowa. Bo słowo też jest bytem i istnieje słowo, które dotyka istoty słowa, a brzmi choćby tak: “słowo”. Ważniejszą dla nas jednak właściwością słowa jest to, że istnieje ono gdzieś na granicy świa-


źródło: www.pixabay.com

tów. Dajmy na to kula jest pojęciem istniejącym w świecie abstrakcji lecz posługujemy się nim w świecie rzeczywistym. Bez słów moglibyśmy posługiwać się kulami, ale żeby wiedzieć, że to robimy słowa są nam niezbędne. Więcej, słowo, żeby mogło zostać przekazane musi przybrać jakąś materialną formę, czy to w postaci układu neuronów, czy cząsteczek powietrza tworzących falę dźwiękową o odpowiedniej konstrukcji. Stąd słowa w postaci informacji są czymś namacalnym nie tylko w świecie rzeczywistym, ale wręcz w materii. Tu potrzebna jest jeszcze uwaga, że skoro znaczenia słów w różnych językach się nie pokrywają w pełni, a inne słowa mają wiele znaczeń, to może jest to dla nas wskazówka, że może słowa odwołują się do jednego pełnego abso-

lutu ujmując go na różne sposoby. Kolejną obserwacją potrzebną do puenty jest to, że słowa przybierają w materii różną formę. Z jednej strony możemy mieć na myśli inny język, z drugiej wpływ jaki mają na materię. Trzeba powiedzieć, że słowa zmieniają rzeczywistość nie tylko w jakiś pośredni sposób motywując bardziej obserwowalne działania ludzi, zwierząt, czy innych bytów potrafiących je interpretować. Słowa zmieniają bezpośrednio materię. Czym jest myśl jeśli nie wymuszeniem odpowiedniej struktury w mózgu? Czym jest wypowiedzenie słowa jeśli nie ułożeniem cząsteczek w regularny interpretowalny sposób? W końcu dochodzimy do puenty. Jeśli wypowiedzenie słowa jest niczym innym jak zmianą materii w

interpretowalną strukturę, to nie musi być ono związane wyłącznie ze słuchem. Gdyby fala dźwiękowa była dostatecznie silna poczulibyśmy ją. Gdyby cząsteczki zamiast w falę ułożyłyby się w obraz, zobaczylibyśmy go. Gdyby zaś ułożyłyby się w przedmiot, mielibyśmy do czynienia z tworzeniem. A gdyby stały się człowiekiem? Byłoby to wcielenie. Oto puenta, Bóg wypowiada słowa, mówi do nas cały czas, ale słowa Jego nie muszą układać się w falę dźwiękową. Mogą być tworzeniem, układem materii, który znamy przez przedmioty naszej codzienności. Pytanie: “Gdyby Bóg miał wypowiedzieć swoje imię?” Gdyby miał wypowiedzieć siebie? Mógłby to uczynić za pomocą fali dźwiękowej i powiedzieć “JESTEM, KTÓRY JESTEM” lub wcielić samego siebie.

33


34

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

35


TEMAT NUMERU - Nowe Początki 36

Sobór – nowe otwarcie czy zwijanie biznesu? T

rudno znaleźć w nowożytnej historii Kościoła moment bardziej przełomowy niż sobór, który odbył się w Watykanie w latach 1962-1965. Dlaczego Vaticanum Secundum stał się dla wielu nowym początkiem w dziejach eklezjalnych?

Rafał Growiec

S

koro mówimy o Soborze Watykańskim II, wypadałoby zacząć od Soboru Watykańskiego I. Został on zwołany w roku 1869 przez papieża Piusa IX, po czym w efekcie zawieruchy wojennej przerwany rok później. Formalnie został on zawieszony, jednak nigdy nie wznowiono obrad. Biskupi nieco „na szybko” zdążyli jedynie uchwalić dogmat o nieomylności papieża i potępić najbardziej szkodliwe XIX -wieczne prądy myślowe. Tymczasem świat przez te blisko sto lat zdążył się dość gruntownie zmienić. Doświadczony przez dwie wojny światowe, podzielony między blok socjalistyczny i demokratyczny, coraz bardziej świadomy istnienia innych kultur i mogący wymieniać się z nimi doświadczeniami, potrzebował także Kościoła, który będzie aktywnym i skutecznym

Do Soboru oficjalna wykładnia była taka: są katolicy, którzy pójdą do Nieba i wszyscy inni, którzy będą się smażyć w piekle. Karą za wybranie innego wyznania jest śmierć wieczna i potępienie. A tu Sobór oznajmia wszem i wobec, że „osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej” głosicielem Ewangelii. Stąd wielkie nadzieje pokładane w ojcach soborowych. Liczono na to, że znajdą oni sposób, by katolicyzm wyszedł do świata, spróbował go zrozumieć, bez potępienia w czambuł wszystkiego, co choćby pachnie nowinkarstwem.

Chciano, by Kościół rozwijał się dobrze nie tylko w wiejskich parafiach Europy Południowej, gdzie padre jest równie ważny co burmistrz, ale też w wielkich metropoliach Azji, gdzie wspólnota katolicka jest ledwo dostrzegalna. OBRÓT W LITURGII? Jedną z najważniejszych zmian, jakie wprowadził Sobór, były te w dziedzinie liturgii. Od razu trzeba jednak zaznaczyć, że należy odróżnić to, co postanowili ojcowie soborowi, głosując za Konstytucją o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” (dalej: KL) a to, co potem pojawiło się w Mszale Pawła VI z 1970 r. Zalecenia Soboru nie były przepisami i nie miały przełożenia na sposób sprawowania sakramentów, dopóki w latach późniejszych nie wprowadzono nowych ksiąg liturgicznych.


źródło: www.pl.wikipedia.org

Przede wszystkim uderza wprowadzenie do liturgii języków narodowych, jednak bez wyraźnej wyłączności (KL 36, 54). Także czytania mszalne miały się odbywać w językach narodowych. Ma to na celu zaktywizowanie wiernych, którzy mają wreszcie rozumieć, co mówi kapłan i „świadomie, pobożnie i czynnie” brać udział w liturgii (KL 47). Msza jest wszak nie dziełem kapłana, a całego Ludu. Sobór zaapelował też o lepsze wykształcenie i wychowanie liturgiczne, a także włączenie homilii do liturgii słowa (KL 52). Do tej pory mogła ona zostać wygłoszona nawet po Mszy. Zmiany, jakie znamy dzisiaj, czasem odchodzą daleko od tego, co głosił Sobór. Nie postulowano nigdy odwrócenia kapłana twarzą do ludu, ani położenia nacisku na wątek uczty, ani też nie traktowano łaciny jako zakazanej. Są to zmiany wprowadzone później, „w duchu Sobo-

ru”, wynikające nieraz z huraoptymizmu gotowego wylać dziecko z kąpielą w imię dostosowania się do poziomu wiernych. Zubożenie kościołów materialne (wyrzucenie/sprzedanie starych ołtarzy) i duchowe (próby ufajnienia liturgii kosztem głębi) najczęściej są właśnie wbrew Soborowi.

wstawały przekłady Pisma także na języki narodowe, a nawet – gdy jest to możliwe – przy współpracy z innymi wyznaniami chrześcijańskimi (KDO 22). Wciąż jednak podkreśla rolę Septuaginty i Wulgaty. Wszystko to miało na celu przywrócenie Pismu Świętemu centralnej roli w duchowości chrześcijańskiej.

ODNOWA BIBLIJNA Sobór pochylił się też nad Pismem Świętym, broniąc jego natchnionego charakteru i wskazując kierunki jego interpretacji w Konstytucji Dogmatycznej o Objawieniu Bożym „Dei Verbum” (dalej KDO). Teoretycznie sensacji nie było. Kościół wyraził jasno, że Pismo Święte i Tradycja (czytaj: katolicka) nie są od siebie oddzielne i należy interpretować Biblię w Duchu, w jakim została napisana (KDO 12). Innymi słowy: nie oznacza to otwarcia się na heretyckie myśli. Sobór zalecił, aby po-

JUŻ NIE SOCIETAS PERFECTA Przed Soborem powszechne było przekonanie, że Kościół jest Arystotelesowską „societas perfecta” – społecznością idealnie zorganizowaną. Odbijało się to na sposobie patrzenia na jego ustrój i hierarchię jako najlepszy z możliwych układów. Wszelkie zmiany nie wchodziły w rachubę, a już na pewno nie te postulowane przez osoby krytykujące Kościół. Sobór odszedł od tej mentalności, stawiając w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele („Lumen Gentium”, dalej KK) na biblijne

37


określenie „Lud Boży” (KK 4). Czerpie też z Pisma cały szereg pojęć, które wyrażają wyjątkową opiekę Boga nad swoją „owczarnią” i „budowlą”. Takie przeniesienie pojęć jest tym ważniejsze, że Sobór miał być ekumeniczny, miał służyć zjednoczeniu Kościoła. Musiał więc podejść do świata z nowej perspektywy, umożliwiającej przyznanie się do błędów (jak w Dekrecie o Ekumenizmie, dalej: DE) i pojednanie. Zaowocowało to zdjęciem wzajemnych ekskomunik przez Pawła VI i przywódcę Kościoła Konstantynopolitańskiego, Atenagorasa, już w czasie trwania Soboru. Jednocześnie rozszerzyło się pojęcie „przynależności do Kościoła”. Zerwano z myśleniem czysto prawnym („tylko ochrzczeni w Kościele katolickim”), ale Sobór wyszedł z wizją kręgów przyporządkowania (KK 14-17) w zależności od tego, jak bliscy dani ludzie są prawdy zawartej w

38

nauczaniu katolickim. Jakąś więź ze wspólnotą założoną przez Chrystusa mają także ci, którzy są chrześcijanami innych wyznań, wyznawcy religii Abrahamowych (żydzi i muzułmanie!), ale też wszyscy ludzie szczerze poszukujący Boga. WYJŚCIE DO ŚWIATA Prawda jest taka, że mentalnie Kościół lat 60. tkwił w XIX wieku – w czasie „Sylabusa” i ostrej walki z wszelkiej maści mniej lub bardziej prawdziwymi herezjami. Był to Kościół przede wszystkim europejski, oparty na rzymskim centrum i starający się wszystko upchnąć w klasyczny styl myślenia. Sobór starał się wyjść z mentalności oblężonej twierdzy, stosującej zasadę: „Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”. Stąd w Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele „Gaudium et Spes” (dalej: KDK) mówi o tym, że należy wejść w dialog ze światem (KDK 3), by razem znaleźć

lek na bolączki współczesnego człowieka. Wymaga to jednak podejścia z szacunkiem do drugiego człowieka, nawet jeśli nie ma imprimatur i głośno wątpi w to, czy Jezus jest Mesjaszem. Oznaczało to też otwarcie się na nowe poglądy, które jednak powinny być rozpatrywane w duchu Ewangelii. Bardzo często jednak „duch soboru” był rozumiany jako całkowite zerwanie z dawnymi czasami i wymazanie ze słownika pojęć „ortodoksja” i „herezja”. Niektórzy teologowie, ale i prości wierni zaczęli szukać podobieństw do chrześcijaństwa na siłę, rozwadniając treść Ewangelii do „bądź dobry i wierz w cokolwiek”. WYJŚCIE DO INNYCH RELIGII Istotnymi i mocno kontrowersyjnymi dla niektórych dokumentami są Deklaracja o stosunku do religii niechrześcijańskich, „Nostra Aetate” (DRN)


źródło: www.pl.wikipedia.org

oraz Deklaracja o wolności religijnej „Dignitatis Humanae” (DWR). Padły niemalże sakramentalne słowa „Extra Ecclesia salus nulla”, czyli „poza Kościołem nie ma zbawienia”, ale już w innym, bardziej subtelnym znaczeniu. W KK 16 czytamy: „nie odmawia też Opatrzność Boża koniecznej do zbawienia pomocy takim, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga”. Czyli sobie tylko znanymi sposobami Bóg może zbawić tych, którzy nie mieli szansy zapoznać się z Dobrą Nowiną. Był to dla niektórych punkt nie do przejścia. Do Soboru oficjalna wykładnia była taka: są katolicy, którzy pójdą do Nieba i wszyscy inni, którzy będą się smażyć w piekle. Karą za wybranie innego wyznania jest śmierć wieczna i potępienie. A tu Sobór oznajmia wszem i wobec, że „osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej” (DWR 2). Nie można czło-

wieka nijak zmuszać, by przyjął tę czy inną wiarę, ale też nie można wiary zwalczać. Wizja, że zbawić się może ktoś, kto nie zna nauki Chrystusa, mogła się wydawać herezją totalną. Przede wszystkim jednak trzeba zauważyć, że jeśli ktoś ma się zbawić to dzięki Kościołowi, powszechnemu sakramentowi zbawienia (KK 1). TO NIE MIAŁO BYĆ TAK Postanowienia Soboru nie zostały jednak odczytane tak, jak należy. Wyjście do świata i poprawa relacji z protestantami doprowadziły nieraz do hiperpoprawności czy zubożenia teologii i wiary, „by nie urażać braci odłączonych”. Dialog stał się pustym słowem albo wiecznym przepraszaniem za mniej lub bardziej uzasadnione winy Kościoła. Źle rozumiana reforma liturgii doprowadziła do absurdów w postaci Mszy będących bardziej show i formą rozrywki niż

sprawowaniem służby Bożej przez wspólnotę. Być może to właśnie niepoprawne odczytanie litery Soboru i stworzenie doprowadziło do tego, czemu Sobór miał zapobiec, czyli załamaniu się jedności Kościoła. Pojawili się z jednej strony lefebryści i sedewakantyści, z drugiej ludzie, którzy uznali, że Sobór był zbyt konserwatywny i domagają się jeszcze dalej idących przemian. I jedna, i druga strona spotkały się z ekskomuniką. Tak więc, choć w tekstach soborowych nie znajdziemy formuły „anathema sit”, to jednak jego nauka doprowadziła do anatem. Vaticanum Secundum, choć nie ogłosił żadnego nowego dogmatu, wprowadził Kościół na nowe tory. Nieraz było to przecieranie nowych szlaków, czasem błądzenie po omacku. Nie można jednak odmówić ojcom soborowym jednego: Kościół katolicki w nowe czasy wszedł odnowiony. 

39


TEMAT NUMERU - Nowe Początki 40

Nowe życie: perły wyrwane z szamba! I Krzysztof Reszka

BRITTNI RUIZ / JENNA PRESLEY Brittni Ruiz (ur. 1 kwietnia 1987 w Chula Vita, Kalifornia, USA), znana jako Jenna Presley, uznawana była za najgorętszą gwiazdę porno. Wystąpiła w 275 filmach. Jej życie nie było łatwe. Gdy dorastała, cierpiała na anoreksję. W wieku 14 lat została zgwałcona, a sprawców nie ujęto. Rok później, 15-letnia Brittni po raz pierwszy rozebrała się za pieniądze, podejmując w barze pracę jako tancerka toples. Gdy była pełnoletnia, trafiła do branży filmów porno. Przyjęła tę pracę, ponieważ czuła się doceniana przez producentów filmów. Mówili jej, że jest piękna, że będzie gwiazdą... Po kilku latach wyniszczającej pracy zerwała z dotychczasowym życiem. Będąc na samym „szczycie” w świecie kina porno, odeszła, w wieku

ch życie nie było usłane różami. Zranione, oszukane, wykorzystane i upodlone straciły wszelką nadzieję. Wydawało się, że bezduszna machina zła zgasiła ich światło na zawsze. Były spadającymi gwiazdami. Ból i samotność spychały je do grobu. Ktoś jednak miał siłę, by wyrwać je z brudnych łap ciemności. Te podeptane, wyschnięte kwiaty rozkwitły na nowo.

Ania zaczęła zachęcać młodzież do dojrzałego, odpowiedzialnego przeżywania pięknej i czystej miłości. Mówi, że doświadcza radości poprzez zwykłe, codzienne życie i odkryła w sercu taki pokój, którego świat dać nie może.

26-lat. „Stałam się robotem. Pracowałam jak gumowa lalka Barbie, pozbawiona wszelkich emocji. Nie byłam już dłużej Brittni, przeistoczyłam się w Jennę Presley. Zyskałam alter ego. Zgadzałam się na wszystko, bo wydawało mi się, że tylko tak zrobię wymarzoną karierę. Przecież kiedyś tak bardzo chciałam

być modelką” – wspomina. Wymarzona kariera i pieniądze nie dały Brittni szczęścia i spokoju. Zaczęła brać narkotyki, by zagłuszyć ból, zabić wyrzuty sumienia. Jak opowiada, pewnego dnia poszła do kościoła w San Diego, aby poprosić Boga o pomoc. Tam poznała pewnego mężczyznę. Zaczęła się z nim spotykać i rozmawiać lecz znajomość zakończyła się tragicznie. Mężczyzna wkrótce został śmiertelnie pobity przez członków gangu motocyklowego. To wydarzenie doprowadziło ją do depresji. „Straciłam wiarę w cokolwiek. Próbowałam się zabić”. Nieoczekiwanie jednak otrzymała pomoc. Skontaktowali się z nią przedstawiciele „XXX Church” – służby, która ewangelizuje osoby pracujące w przemyśle seksualnym. Brittni


BRITTNI RUIZ / JENNA PRESLEY, źródło: www.charismanews.com

zaprzyjaźniła się z członkinią tej wspólnoty – Rachel Collins. To właśnie ona powiedziała aktorce, jak bardzo Jezus ją kocha. Ta miłość przemieniła jej życie na dobre! Ostatnią scenę porno w której brała udział, nagrano w listopadzie 2012 roku. Brittni Ruiz zerwała wszelkie kontakty z branżą erotyczną. „Dziękuję ci, Jezu, że znalazłam swój dom. To było siedem długich lat pornografii, prostytucji, striptizu, narkotyków, alkoholu, zakończonych paroma nieudanymi próbami samobójstwa” – mówi dziewczyna. Dziś pomaga innym aktorkom porno w przejściu na właściwą stronę. Znalazła pracę w firmie zajmującej się handlem limuzynami. Wyznaje: „Nigdy wcześniej w moim życiu nie znalazłam miłości. A to dlatego, że po prostu szukałam jej w złych miejscach. W końcu odkryłam miłość Boga i nie zamierzam wracać na dawną ścieżkę”.

BRIGITTE BEDARD Brigitte Bedard (ur. 1968 r. w Quebec, Kanada) jest dziennikarką, która opowiedziała swoją historię 15 maja 2010 r. na konferencji organizacji pro-life, Quebec Life Coalition. Wychowywała się w niereligijnym domu, w czasie gdy społeczeństwo Quebecu przechodziło tzw. „cichą rewolucję” - odchodziło od tradycyjnych wartości. „Urodziłam się w 1968 roku – jeśli mamy mówić o pechu” – zażartowała. „Odkąd pamiętam, byłam ateistką” – mówi Brigitte. Poszła na znany z lewicowego przechyłu Uniwersytet Québec w Montrealu, gdzie ukończyła studia z dziedziny literatury. – „Nabiłam sobie głowę radykalną literaturą feministyczną. Cała ją wchłonęłam” – wyznała. Rozpoczęła serię związków z mężczyznami, ale wszystkie źle się skończyły. „Popędzana przez to, co czytałam, zaczęłam myśleć, że skoro wszystkie moje

heteroseksualne związki były niepowodzeniem, to może jestem lesbijką”. I rzeczywiście, rzuciła się w wir lesbijskiego życia. Wtedy wydawało jej się, że przeżywa świetny czas: „Bycie z dużą grupą dziewczyn, przedzieranie się przez miasto, jaranie – jakby miało nie być jutra. Byłam także bardzo aktywna seksualnie”. Pomimo zabawy i podniecającego stylu życie, czuła się złamana, jak wspomina: „Byłam umysłowym wrakiem, po prostu czułam, że życie wyrwało mi się spod kontroli, że utrzymują dobry stan na zewnątrz, lecz wewnętrznie byłam nieszczęśliwa”. Doszło to do niej, gdy w zupełnie niewyjaśniony sposób wybuchnęła płaczem pewnej nocy około 3 nad ranem i zaczęła krzyczeć w swym pustym pokoju w nowoczesnej dzielnicy Montrealu, błagając Boga, aby ją zabrał. „Oto ja, wojująca feministyczna, lesbijska ateistka leżąca na podłodze

41


ANNA GOLĘDZINOWSKA, źródło: www.idziemy.pl

apartamentu i wrzeszcząca z błaganiem do Boga. Nie było to zgodne z moimi poglądami, lecz rozpaczliwie potrzebowałam pomocy”. Zaczęła szukać pomocy, błąkając się między niezliczonymi programami 12 kroków, w nadziei znalezienia jakiegoś rozwiązania swojego niepokoju i „pokręconego życia”. Dodatkową trudnością było to, że dopiero co rzuciła palenie. „Nagle musiałam zmierzyć się z życiem na ostro, bez żadnej ochrony ani zabezpieczenia” – opowiada. Będąc już na skraju wytrzymałości usłyszała od kogoś znajomego, żeby może odwiedziła mnichów w sławnym opactwie św. Benedykta w Quebecu.

42

Pomysł, choć wydawał się dziwaczny, zaintrygował ją na tyle, że skorzystała z niego, choć nie bez zastrzeżeń. „Poszłam do klasztoru uzbrojona w całą pogardę i nienawiść do patriarchalnego Kościoła, jaka nagromadziła się we mnie od czasu studiów feministycznych. Dla radykalnych feministek Kościół to właściwie wróg numer 1”. Weszła do klasztoru, gdzie przydzielono jej pomieszczenie i zakonnika, z którym mogła rozmawiać dwa razy dziennie. „Przez trzy dni z rzędu, dwie godziny dziennie zadręczałam, wrzeszczałam, praktycznie tocząc pianę z ust w twarz tego mnicha, wygrzebując każdą możliwą

obelgę, stereotyp, brud, wszystko, cokolwiek przychodziło mi do głowy czy co mogłam wymyślić na temat chrześcijaństwa. Byłam tak wściekła, tak zraniona i zła, wyplułam to wszystko z siebie na tego mnicha, który przez cały czas nie powiedział ani słowa, lecz patrzył na mnie, potrząsając głową”. Pod koniec tych trzech dni stało się coś, co zmieniło całe jej życie na zawsze. „To był trzeci dzień, szósta godzina wydzierania się. Już mieliśmy się zwinąć, w zasadzie to już wykrzyczałam wszystko. Nastąpiła przerwa i wtedy mnich spojrzał na mnie i powiedział: «Nie masz najmniejszego pojęcia, nie masz pojęcia, jak bardzo Bóg kocha ciebie; stworzył cię z niczego, zna cię i nie masz pojęcia jak bardzo cię kocha, Swoją córkę. Nie czuj się zawstydzona, pozwól temu spłynąć. Oddaj to, oddaj to, oddaj swoje życie Jemu,… On kocha cię tak bardzo»”. Te proste słowa w tym kluczowym momencie „całkowicie ją powaliły”. Od tamtej chwili jej życie całkiem się zmieniło. „Jestem Jego córką, bez dwóch zdań, i nie potrafię tego wytłumaczyć” – powiedziała. Przyznaje, że trudno jej wyjaśnić co konkretnie spowodowało jej nawrócenie: „Mówię tylko, że Bóg mnie powalił, wstrząsnął mną. Nie nawróciłam się sama, On przyciągnął mnie do siebie”. Obecnie pracuje jako niezależna dziennikarka, szczęśliwie wyszła za mąż i opiekuje się szóstką dzieci w domu. Co nie znaczy, że obecnie życie ją rozpieszcza. „Gdy potrzebuję ciszy,


pomaga mi tylko jedno: wstaję o 4 rano, robię to dość często, żeby się uspokoić” – zwierza się. Mówiąc o różnicach między obecnym życiem a okresem lesbijskim, żartuje: „Życie z mężczyzną może cię wyprowadzić z równowagi, ale życie z kobietą przez cały czas było piekłem na ziemi”. ANNA NOBILI Anna Nobili (ur. 1971 r., prawdopodobnie we Włoszech) przez 20 lat była tancerką „egzotyczną” i striptizerką w nocnych klubach. Kiedy odwiedziła grób św. Franciszka z Asyżu, nawróciła się i zmieniła swoje życie. Wstąpiła do zakonu Sióstr Pracownic Domu Świętego w Nazarecie. Swoje doświadczenie w Asyżu przyrównała do nawrócenia św. Pawła w drodze do Damaszku. Jak wyznała, u grobu św. Franciszka doświadczyła Bożej obecności. „Szefowi oznajmiłam, że znalazłam nowy, najczystszy skarb – Boga” – wspomina zerwanie z dotychczasową pracą. „Tamte noce były ciemne, wypełnione złem, seksem i narkotykami” – powiedziała zakonnica o swoim poprzednim życiu w wywiadzie udzielonym gazecie „La Repubblica”. „Moje życie się zmieniło, odrodziłam się na nowo. Nigdy nie zrezygnowałam z tańca, lecz teraz tańczę dla Boga” – wyznaje.

jomy matki molestował seksualnie dziesięcioletnią Anię. Opowiedziała o tym mamie, ale ta nie uwierzyła jej. Później znalazła się w towarzystwie trudnej młodzieży, gdzie zażywało się narkotyki, popełniało kradzieże... Zaczęła naśladować ten styl życia. Brała LSD i amfetaminę. Kiedyś zażyła extasy i wykąpała się w gorącej wodzie. Dostała krwotoku. Chciała czuć się zauważona. W końcu podjęła próbę samobójczą i znalazła się w szpitalu. W wieku 16 lat postanowiła sama ułożyć sobie życie i wyjechać do Mediolanu, by zostać modelką. Oszukano ją. Padła ofiarą „handlu żywym towarem”. Trafiła do obskurnego lokalu pod

Turynem, gdzie nakłaniano ją do prostytucji. W wieku 17 lat została zgwałcona przez jednego z klientów. Po czterech tygodniach niewolnictwa uciekła. Karierę modelki rozpoczęła w Mediolanie, gdzie pracowała w agencji modelek. Wspominając ten okres, mówi: „Ja tak strasznie ćpałam, że przyrzekam: ściany chciałam skrobać i sobie wciągać”. Uczestniczyła w pokazach mody m.in.: Italian Fashion, Pianegonda, Masca, Byblos, Cerutti, Moda Mare Positano, Chanel, Irge, Bozart, Brelil Profesional, Sportland, Garelli. Później zaczęła pracować we włoskiej telewizji. „Poznałam bardzo sławnych ludzi... Ja z facetami żeby iść do ANNA NOBILI, źródło: www.taringa.net

ANIA GOLĘDZINOWSKA Gdy Anna Golędzinowska (ur. 22 października 1983 r. w Warszawie) miała 10 lat, umarł jej ojciec. Matka czuła się zagubiona i wpadła w depresję. Zna-

43


łóżka, to... musiałam się upijać (...). Mój były agent wysłał mnie do Rzymu jako prezent dla Silvia Berlusconi’ego”. W 2008 r. włoskie gazety rozpisywały się o romansie modelki z księciem Wenecji i Piemontu, Emmanuelem Filibertem. Później jej narzeczonym został Paolo Enrico Beretta, krewny premiera Berluconiego. Prowadziła życie celebrytki. Miała dużo pieniędzy, wpływowych przyjaciół, bawiła się na imprezach, brała kokainę i nienawidziła chrześcijaństwa. „Gdybym dostała strzelbę, wystrzelałabym wszystkich księży i wszystkie zakonnice. Kiedy widziałam kościół, przechodziłam na drugą stronę ulicy”. Pewnego dnia pewien wydawca zaprosił ją na pielgrzymkę do Medjugorje. Zgodziła się zrobić to dla niego. Tam odkryła miłość Pana Boga i zdecydowała się przebaczyć ludziom, którzy ją skrzywdzili. Zostawiła swoje dotychczasowe życie i przeprowadziła się na pewien czas do zakonu. Gdy wróciła do Mediolanu, otrzymała propozycję pozowania dla magazynu „Playboy” za 30 tys. euro. Wcześniej to było jej największe marzenie! Ale oparła się pokusie i odmówiła. Ponownie wróciła do Medjugorie, gdyż czuła, że tam może być sobą, żyć bez maski i mieć prawdziwych przyjaciół. W lutym 2011 r. we Włoszech ukazała się jej książka „Con Occhi Di Bambina” (Piemme – Gruppo Mondadori); polskie tłumaczenie (pt. „Ocalona z piekła”) ukazało się w 2012 r. nakładem wydawnictwa Edycja Świętego Pawła. Nie zerwała z

44

Po definitywnym zerwaniu z branżą kobieta kupiła solarium, które było na skraju bankructwa i uczyniła z niego dochodowy biznes. Do solarium zaczęły przychodzić prostytutki, które wcześniej zatrudniała. I właśnie wtedy zaczęła pomagać swoim byłym koleżankom po fachu. Dziś Fiolleau wierzy, że to Bóg wyznaczył ją do tego zadania, ponieważ była częścią seksualnego biznesu. narzeczonym, ale pragnęła budować z nim życie na dobrych wartościach. Jego ochroniarz się nawrócił, ale Paolo nie chciał. Ania zaczęła zachęcać młodzież do dojrzałego, odpowiedzialnego przeżywania pięknej i czystej miłości. Mówi, że doświadcza radości poprzez zwykłe, codzienne życie i odkryła w sercu taki pokój, którego świat dać nie może. Nadal jednak musi prowadzić walki duchowe i wewnętrzne zmagania. Wiele osób próbowało prośbą, pieniędzmi czy podstępem zatrzymać lub zmniejszyć pozytywne zmiany jakie zaczęły zachodzić w jej życiu. W końcu poznała chłopaka, który podziela jej przekonania. Michele Doto i Ania Golędzinowska zakochali się w sobie i wzięli ślub 25 marca A.D. 2014. TANIA FIOLLEAU Tania Fiolleau (ur.

1971 w Vancouver, British Columbia, Kanada) była maltretowana przez męża i wzięła z nim rozwód w 1996 r. Toczyła walkę o opiekę nad dwoma synami. Potrzebowała gotówki. Właśnie wtedy trafiła do brudnego świata prostytucji. W swojej książce przyznaje, że pierwszej nocy zarobiła 1.700 dolarów. Jednak straciła dużo więcej. „Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam mocno szorować swoje ciało. Nieważne, jak długo to robiłam, nie mogłam się pozbyć brudu, który był na moim sercu i duszy” – pisze w książce „Soled out”. „Nic nie wymaże pewnych obrazów z mojej głowy. One pozostaną już tam na zawsze” – dodaje. Wygrała sądową batalię o dzieci. A jednak pozostała w „branży” i stała się ekskluzywną prostytutką. W krótkim czasie kupiła dom, samochody, biżuterię, drogie ubrania, buty etc. Udało jej się jednak uchronić przed uzależnieniem od narkotyków, które powoduje, że większość prostytutek nie porzuca swojej profesji. Tania nie tylko była prostytutką, ale również zatrudniała w „domu uciech”, który prowadziła, ponad 500 kobiet. Momentem przełomowym w jej życiu stała się groźba odebrania jej prawa do opieki nad dziećmi. „Jeśli straciłabym prawo do opieki nad moimi synami, to by oznaczało, że bez sensu walczyłam 4 lata w sądzie, by były przy mnie, zaś swoje ciało i duszę oddałam diabłu za darmo” – pisze w książce. Padłam na kolana” – dodaje. „Bóg przemówił do mnie i powiedział, że nigdy mnie nie porzucił. To ja go porzuci-


źródło: www.pixabay.com

łam. Położyłam się krzyżem i po prostu poprosiłam Go o pomoc” – opisuje Fiolleau. Dwanaście godzin po tym akcie sędzia wyraził zgodę, by nadal opiekowała się synami. Przekonała sędziego, że jak najszybciej porzuci prostytucję. „To nie było jednak takie łatwe. Uzależniłam się od pieniędzy. Stałam się produktem własnego środowiska” – napisała. Cztery lata po odejściu z branży znowu jednak wróciła do niej - na „moment”. „Byłam słaba. Nie wiedziałam, co mam począć” – relacjonuje. „Dałam się złamać szatanowi. Starzy klienci nagle się do mnie odezwali, a ja nie umiałam im odmówić” – dodaje. Rok temu mężczyzna zaoferował jej million dolarów za to, aby znów zaczęła pracować w agencji towarzyskiej. Fiolleau pisze jednak, że tym razem udało jej się odrzucić pokusę. Po definitywnym zerwaniu z branżą kobieta kupiła solarium, które było na skraju bankructwa i uczyniła z niego dochodowy biznes. Do solarium zaczęły przychodzić prostytutki, które wcześniej zatrudniała. I właśnie wtedy zaczęła pomagać swoim byłym

koleżankom po fachu. Dziś Fiolleau wierzy, że to Bóg wyznaczył ją do tego zadania, ponieważ była częścią seksualnego biznesu. Gdy zaczęło jej brakować pieniędzy, postanowiła, że napisze książkę. Jej dom został zlicytowany, a sama pisała ją w kawiarniach. Jej autobiografia pt. „Soled out” stała się bestsellerem. Fiolleau przekonuje, że państwo powinno szczególnie mocno uderzyć w „alfonsów” i sutenerów, zaś prostytutkom pomagać poprzez edukowanie ich i kształtowanie religijne. Zwraca również uwagę na to, że pierwszym krokiem do wejścia w świat prostytucji jest oglądanie filmów pornograficznych. Zdecydowanie rozwiewa mrzonki: „Przemysł seksualny jest chorobą świata. Jest pełen niespełnionych snów, pustych obietnic, a jego ofiarami są kobiety oraz dzieci”. Teraz poświęciła swoje życie walce z wykorzystywaniem kobiet. Założyła stronę internetową SavetheWomen.ca, gdzie informuje o zagrożeniach związanych z wchodzeniem w seksbiznes i pomaga prostytutkom porzucić obecnie

życie. Fiolleau jest również przeciwniczką legalizacji prostytucji w Kanadzie. „Muszę mówić prawdę o prostytucji. Jeżeli ją zalegalizujemy, doprowadzimy do prawdziwej tragedii”. Fiolleau jest dziś zdeklarowaną chrześcijanką i publicznie manifestuje swoją wiarę. „Bóg mówi do mnie. Ja tylko Go słucham” – pisze. „Jeżeli mogę uchronić choć jedną dziewczynę przed bólem, jakiego sama doświadczyłam, to uznam to za sukces” – dodaje. 

_______________ Źródła: • Wikipedia, Youtube • Agnieszka Ponikiewska, Zerwała z pornobiznesem i nawróciła się • ChnNews.pl, Gwiazda porno zrezygnowała z kariery po tym, jak przyjęła Jezusa jako swego zbawiciela • Values Voter News, Brigitte Bedard: Ex-lesbian, feminist and atheist now a stay at home mom of sixs tells her story. • Fronda.pl, Była striptizerka została baletnicą Boga • Fronda.pl, Była prostytutka opowiada o swoich doświadczeniach

45


TEMAT NUMERU - Nowe Początki 46

Na dobry i na zły Nowy Rok NR Anna Gadowska

Pozytywnie nastraja fakt podjęcia pierwszych prób zatrzymania, a właściwie cofania czasu; w sprzedaży detalicznej dostępne są już „antyzegary”, których wskazówki poruszają się do tyłu. Znane pod nazwą „zegarów cofających czas” sprawiają dość niepokojące, choć intrygujące wrażenie, gdyby się im przyjrzeć... Być może kiedyś nowy Einstein wykorzysta ich mechaniczną moc do zatrzymania naszego odwiecznego wroga; do tego czasu jednak pozostaje im pełnienie funkcji ozdobnej, ewentualnie terapeutycznej. „Ileż bym dał, żeby cofnąć czas…” – słyszę nieustannie. Nie cofnę, ale mogę już dziś docenić to, co mam, co leży na odległość wyciągniętej ręki, po co wystarczy sięgnąć, a czego wkrótce może zabraknąć. Mogę każdego ko-

owy czas, nowy start, nowy początek. esetujemy to, co było, symbolicznie wkraczając w kolejną część cyklu naszego życia. Może lepiej byłoby tak radośnie nie podkreślać wszem i wobec tego, że ludzkość wciąż się starzeje; rok za rokiem uporczywie postarzana o kolejny rok...

Zwykło się u nas mawiać ostrzegawczo, że dobre bywają złego początki. Idąc tym tropem, można pokusić się o stwierdzenie odwrotne, że z kolei te złe zwiastują coś dobrego. Jednak prawa matematyki już dawno pokazały, że nie ma tutaj zasady wynikania

lejnego dnia uświadamiać sobie, że właśnie to „dziś” za jakiś czas może być tym „kiedyś”, do którego zapragnę wrócić. Ale wtedy, na moje nieszczęście, antyzegary mi nie pomogą. Uważam więc na ten jeden, drugi i trzeci kamień, przez które to „wyrżnęłam” w felerne dni; tyle mogę na

dobry początek – przestać się wreszcie potykać. Rok 2014 minął w cieniu wielu tragedii, prywatnych i ogólnoludzkich. Pokazał, że jako ludzkość, choć wciąż się starzejąca i bogatsza o nowe doświadczenia, nie zawsze potrafimy sprostać swojemu chyba najważniejszemu zadaniu – bycia człowiekiem. Władza, pieniądze, polityka z powodzeniem zastąpiły powtarzane jak credo przez wieki „te trzy”: wiarę, nadzieję i miłość. Za naszą wschodnią granicą scena polityczna wielkich monarchów mieszała się ze sceną prywatną zwykłych ludzi walczących bohatersko o minima swojego życia, niczego nieświadomych i Bogu ducha winnych podróżujących, którzy niefortunnie znaleźli się na pokładzie zestrzelonego samolotu. Wybory samorządowe, które mamy już za sobą, niebawem po-


źródło: www.pixabay.com

każą, komu powierzyliśmy swoją przyszłość, naszą przyszłość jako społeczeństwo; jakie mamy priorytety, czy rozkładamy zamiary na siły czy siły na zamiary. Może pojedynczo świata nie zmienimy; w obliczu tego, na co jako jednostki nie mamy wpływu, pozostaje po prostu patrzeć na samych siebie i robić swoje, „póki nam się jeszcze chce”… Postarajmy się być ludzkimi na co dzień, w naszych małych decyzjach, ważąc priorytety, uważając na kamienie. Może zadziała „efekt motyla” i gdzieś tam w świecie ktoś dzięki temu dostanie niespodziewanie trochę lepsze jutro. Gdy byłam małą dziewczynką, w „zimowe święta” zastanawiała mnie jedna rzecz: dlaczego właściwie Boże Narodzenie obchodzimy w grudniu? Dziś, pomijając wszelkie histo-

ryczno-antropologiczne, etymologiczne rozprawy, mam wrażenie, że jakiś tajemniczy dobrodziej to wszystko przemyślanie ukartował; świąteczną, ciepłą atmosferą zamykamy cały rok, wkraczając w kolejny rozdział, nową, dwunastomiesięczną opowieść; przejedzeni, z papierami po prezentach, leniem za kołnierzem i dość przyjemnymi rodzinnymi wspomnieniami. W przypadku nawet najcięższego roku, ta garść pozytywnych emocji łagodzi minione bóle, zamykając i zwieńczając to, co było, stając się zarazem początkiem nowego, w nadziei lepszego jutra. Zwykło się u nas mawiać ostrzegawczo, że dobre bywają złego początki. Idąc tym tropem, można pokusić się o stwierdzenie odwrotne, że z kolei te złe zwiastują coś dobrego.

Jednak prawa matematyki już dawno pokazały, że nie ma tutaj zasady wynikania, a jedyne, czego z pewnością możemy się spodziewać, to w tym wypadku zawsze dwie możliwości: będzie lepiej lub gorzej. Od nas w największej mierze zależy, z jakim spotkamy się skutkiem. Byle tylko w lekko ospałym jeszcze, poświątecznym nastroju nie zacząć kolejnego roku od „wyrżnięcia orła” na kamieniu. Będzie dobrze, będzie źle; będziemy szczęśliwi, będziemy smutni. Jak to w życiu już się przyjęło, z passą bywa różnie, pozytyw zawsze dopełnia negatyw. Na dobre i na złe w Nowym Roku zacznijmy od małych rzeczy, drobnych postanowień; patrzmy pod nogi, przede wszystkim te swoje, a reszta może jakoś się ułoży. Oby. 

47


TEMAT NUMERU - Nowe Początki 48

Mityczne początki MS Wojciech Ruban

Pierwsze próby określenia początku świata miały miejsce już okresie prehistorycznym, w społeczeństwach paleolitycznych. Świat redukowano oczywiście do ziemi pojmowanej lokalnie. W ówczesnych wierzeniach przewijają się dwa wyobrażenia: kosmiczne drzewo (oś świata, axis mundi), związane z powstaniem świata i jego stopniowym rozwojem oraz tzw. pępek ziemi, centralny punkt np. góra czy jezioro, z którego świat się wyłonił. Takie wierzenia przetrwały w kulturach ludów pierwotnych – choć to tylko przypuszczenia antropologów. Bez źródeł pisanych nie mamy żadnego niezbitego dowodu na to, czy np. legendy opowiadane u Pigmejów podczas inicjacji nie zmieniły się na przestrzeni kilku tysięcy lat. Zrekonstruowanie wierzeń ludzi sprzed 5 tysięcy lat

yśl o „początku” intryguje i prowokuje. zczególnie początek roku mobilizuje do robienia bilansów (których nadmiar napotykamy w mediach, i tradycyjnych i społecznościowych) i postanowień. To popłuczyny pytania egzystencjalnego o własną tożsamość, o to skąd wzięliśmy się my sami i otaczający nas świat.

W przypadku utrwalonych na kamieniu czy glinianej tabliczce opowieści, mamy pewność co do jej wieku i pochodzenia. Jedne z pierwszych mitów kosmogonicznych pochodzą z nad Nilu. W przeciągu liczącej kilkadziesiąt stuleci historii starożytnego Egiptu, religia ulegała jednak zmianom.

na podstawie opowieści plemion uznawanych przez nas za pierwotne jest trochę zgadywanką. Inaczej rzecz się ma z kulturami, w których funkcjonowało pismo. W przypadku utrwalonych na kamieniu czy glinianej tabliczce opowieści, mamy

pewność co do jej wieku i pochodzenia. Jedne z pierwszych mitów kosmogonicznych pochodzą z nad Nilu. W przeciągu liczącej kilkadziesiąt stuleci historii starożytnego Egiptu, religia ulegała jednak zmianom. Wraz ze wzrostem potęgi konkretnych miast, ich lokalne bóstwa awansowały w hierarchii panteonu, nierzadko stając na jego czele. Odpowiednio modyfikowano również mity, włącznie z opowieścią o stworzeniu świata, by podkreślić znaczenie danego bóstwa. Najstarsza i najbardziej znaczące jest wersja mitu pochodząca z Heliopolis. Bogiem-stwórcą jest w niej bóg słońca Re, złączony z dwoma innymi bóstwami solarnymi – Atumem i Cheprim. Kult Atuma jest najstarszy, o czym świadczy przedstawianie go pod postacią człowieka. Młodszy od niego Chepri przed-


źródło: www.boardgamegeek.com

stawiany był pod postacią skarabeusza. Najmłodszym z tej trójki był Re. Według tekstów z piramid, Re-Atum -Chepri stworzył się sam, wyłaniając się z Nun, czyli z chaosu lub praoceanu. Najpierw stworzył on prawzgórze o nawie Benben Stojąc na nim rozpoczął proces tworzenia innych bóstw, czyli mityczne personifikacje elementów świata, jak woda, niebo, ziemia, itd. Kolejne pokolenia bogów odpowiadały za coraz bardziej szczegółowe sfery. Tekst w oryginalnym brzmieniu przedstawia się zaś tak: “Pozdrowienie Tobie, o Atumie. Pozdrowienie Tobie, o Chepri. który powstałeś sam z siebie. Jesteś na wysokościach w swym imieniu — Ten, Który jest Wielki. Powstałeś w swym imieniu Chepri — Ten. Który Powstaje. Atum jest tym, który stworzył sam siebie uprawiając samogwałt w Junu. O Atumie — Chepri, ukazałeś się na Prawzgórzu [Ben-ben]. Wyplułeś Szu i wyrzygałeś Tefnut. Objąłeś ich swymi ramionami Boskiego Ka [dusza, niematerialny sobowtór], ponieważ twoje

Boskie Ka może być w nich. Jestem tym, który stał się jako Chepri. Wszystko to, co zostało stworzone, stało się po tym jak ja powstałem, a to co powstało w wielkiej mnogości wyszło z ust moich. Nie było jeszcze nieba, nie było jeszcze świata, nie została stworzona jeszcze ziemia ani gady na tym miejscu. Wyłoniłem je z Nim — Niebytu. Nie miałem miejsca, na którym mógłbym stanąć i myślałem w sercu moim i rozważałem przed obliczem moim i stworzyłem wyobrażenia wszystkiego będąc sam jeden; nie wyplułem jeszcze Szu, nie wyrzygałem jeszcze Tefnut, nie było nikogo kto by mi pomógł. Ja jestem ten, który współżył z własną dłonią, który poruszał ręką swoją aż wpadło nasienie moje do mych ust. Wyplułem Szu i wyrzygałem Tefnut. I rzekł ojciec mój Nun: „Niech rosną” Szu i Tefnut poczęli syna Geba – boga ziemi, oraz córkę Nut – boginię nieba. Geb i Nut zostali małżeństwem, i poczęli czwórkę dzieci: Ozyrysa, Seta, Izydę i Neftydę. Tak powstała tzw. Wielka Dzie-

wiątka Bogów. Świat więc powstał w wyniku narodzin bóstw mających nim rządzić. Człowiek zaś powstał w sposób następujący: “Kiedy powstałem jako jedyny bóg, oprócz mnie istniały trzy bóstwa [tzn. Nun, Szu i Tefnut]. Ja powstałem na tej ziemi lecz Szu i Tefnut spoczywali w Nun — Niebycie, w którym istnieli. Przynieśli mi z powrotem moje Oko, które pilnowało ich. Po tym jak zjednoczyłem swe członki, płakałem z ich powodu i w ten sposób powstała ludzkość, z łez, które wylało moje Oko. Gniewało się ono na mnie gdy powróciło i zobaczyło, że na jego miejscu umieściłem inne. Przeznaczyłem mu miejsce nad mymi brwiami i gdy panowało nad całym światem jego smutek uleciał zupełnie ponieważ oddałem mu to, co zostało mu zabrane.” Co innego jednak wyczytamy u greckiego historyka i podróżnika Herodota. Przybył on do Egiptu w V wieku przed naszą erą, a to z tego powodu, że jego informatorami byli kapłani z Memfis. W przeciwieństwie do Heliopolis, czy innych

49


ośrodków kultu, Memfis było miastem młodym, nie mającym religijnych tradycji. Jednak szybko rosło znaczenie polityczne i gospodarcze tego miasta, aż w końcu Memfis stało się stolicą kraju. W celu stworzenia nowej doktryny i systemy bóstw posłużono się po części istniejącymi wcześniej mitami, podkreślając gdzie się da znaczenie Memfis u jego głównego bóstwa – Ptaha. Nową kosmogonię przedstawiano podczas inscenizowanych misteriów. Z jednego z

takich przedstawień pochodzi fragment hymnu, opisującego stworzenie świata przez Ptaha. „Bogowie, którzy powstali z Ptaha. Ptah na Wielkim Tronie, który stworzył bogów. PtahNun, Ojciec, który stworzył Atuma, Ptah-Nunet, Matka, która zrodziła Atuma, Ptah Wielki, który jest sercem i językiem Dziewiątki Bogów. Powstał jako serce i powstał jako język — postacie Atuma. Ponieważ Ptah jest Wielki i Potężny, jest tym,

który dal cząstkę swej mocy wszystkim bogom i ich boskim duchom poprzez serce i język. Horus i Thot powstali jako Ptah. I stało się, że serce i język zawładnęły każdym członkiem, głosząc, że jest on [tzn. Ptah] w każdym ciele i w ustach wszystkich bogów i ludzi, trzody, gadów i wszystkich stworzeń żyjących; w ten sposób myśli on i rządzi tym wszystkim czym chce. Jego Dziewiątka Bogów jest przed nim jako zęby i wargi, które są tym źródło: www.ancientluxor.com

co nasienie i ręka Atuma. Zaprawdę Dziewiątka Bogów Atuma powstała z jego nasienia i ręki, lecz Dziewiątka Bogów [Ptaha] jest zębami i wargami jego ust, które mówią nazwy wszystkich rzeczy i z których powstały Szu i Tefnut, i które stworzyły Dziewiątkę Bogów. Oczy widząc, uszy słysząc, nos węsząc przekazują wszystko do serca, ponieważ w nim powstają myśli, a język wypowiada myśli serca. W ten sposób właśnie zostali spłodzeni bogowie i powstała Dziewiątka Bogów dlatego, że każde boskie

50

słowo powstało z tego co pomyślało serce i powiedział język. W ten sposób zostały stworzone boskie duchy [Ka i Hemset], które dostarczyły pożywienia i dóbr wszelakich dzięki znaczeniu słów. I tak pochwalono człowieka sprawiedliwego, który czyni to co jest lubiane i ukarano człowieka, który robi to co jest znienawidzone. I tak dano życie spokojnemu i śmierć siejącemu niepokój. W ten sposób powstała każda praca i wszystkie zawody, praca rąk, poruszanie się nóg, ruchy wszyst-

kich członków [człowieka], zgodnie z rozkazem, który pomyślało Serce, a wypowiedział Język… Jest powiedziane o Ptahu: „Ten, który uczynił wszystko i stworzył bogów”. On jest Tatenen, który zrodził bogów i z którego powstała każda rzecz, pożywienie, produkty, ofiary dla bogów i wszystkie dobre rzeczy. Ptah był zadowolony gdy stworzył wszystkie rzeczy i każde boskie słowo. Zrodził bogów, stworzył miasta, założył nomy, umieścił bogów w ich kaplicach, ustanowił im ofiary, założył im sanktuaria,


zrobił ich ciała [tzn. posągi] zgodnie z ich życzeniem, tak że bogowie mogli wstąpić w swe ciała [posągi] zrobione z każdego gatunku drewna, kamienia, gliny” W porównaniu z mitem heliopolitańskim, memficki jest znacznie bardziej zintelektualizowany. Świat i bóstwa są stwarzane metodą „duchową”: myślą i słowem, nie zaś podczas aktu fizycznego. Inną koncepcje powstania świata sporządzono w leżącym w środkowym Egipcie mieście Hermopolis. W starożytności zwano „Miastem Ośmiu”. Chodziło o ósemkę pierwotnych bóstw, które stworzyły świat i pilnują panującego w niej porządku. Położone z daleka od stolicy było przez długi czas marginalizowane. Uzyskiwało większe znaczenie, gdy dochodziło do decentralizacji państwa. Cały czas było jednak ważnym i oryginalnym ośrodkiem religijnym. Pewnym ewenementem jest fakt, że główne bóstwo Hermopolis, Toth, nie był w żaden sposób związany z ową praósemką. Według mitu hermopolitańskiego, świat stworzony został na Wyspie Płomieni, która wyłoniła się z chaosu. W przeciwieństwie jednak do koncepcji heliopolitańskiej, tu chaos był określony przez negatywne cechy, których personifikacją były cztery bóstwa męskie. Dla podkreślenia ich mocy twórczej, dodano im żeńskie odpowiedniki: Nun i Naunet, Heh i Hauhet, Kuk i Kauket oraz Amon i Amaunet. Zanurzona w Nun praósemka stworzyła Pierwotne Jajo z którego wykluł się ptak światłości.

źródło: www.dreamstime.com

Dalsza część mitu pokrywa się z wersją z Heliopolis. Powtarzający się w powyższych mitach motyw powstania pierwszego stwórcy z Chaosu może nasuwać skojarzenia z kosmogonią grecką. O ile pamięta się ją z lekcji języka polskiego. Rzeczywiście, grecki opis stworzenia świata jest podobny trochę do egipskiego (głównie wersji z Heleopolis), szczególnie, jeśli uwzględnimy różnice w klimacie i geografii obu krain. W kilku miejscach jednak pojawiają się spore różnice. Według Greków z Chaosu zrodziła się para bogów, Uranos (Niebo) i Gaja (Ziemia). Ich pierwsze dzieci nie były bogami. Tytani, cyklopowie (różni od tych, których przedstawicielem był Polifem, oślepiony przez Ody-

seusza), i hekatonchejrowie (sturęcy). Uranos brzydził się swoimi dziećmi i strącił je do czeluści Tartaru, gdzie panuje noc potrójna. Gaja znienawidziła swego małżonka za to, co uczynił ich dzieciom. Dlatego wraz z najmłodszym z Tytanów, Kronosem, uknuła spisek. Uzbrojony w kamienny sierp zaatakował swego ojca , odciął mu genitalia i stracił z tronu. Okryty hańbą Uranos ukrył się w błękicie nieba na wieki. Z jego rany wyciekło kilka kropel krwi z której początek wzięły Erynie, upiorne bogini zemsty. Rządy nad światem przejął Kronos. Większość swych braci pozostawił zamkniętych w Tartarze. Ciążyła na nim klątwa rzucona przez ojca, iż spotka go taki sam los, to

51


znaczy jemu również potomek odbierze władzę. Dlatego też każde dziecko, które powiła jego małżonka, Reja, połykał. W ten sposób we wnętrznościach tytana znalazło się pięcioro młodych bogów: Posejdon, Hades, Hera, Demeter i Hestia. Gdy Reja porodziła szóste dziecko, zawinęła w pieluszki kamień i podała Kronosowi do połknięcia. Sama zaś z dzieckiem zeszła na ziemię. Gdzie z pomocą swej matki, Gai, ukryła małego Zeusa. Gdy Zeus dorósł, stanął do walki ze swoim ojcem. Poprzez matkę podał Kronosowi środek wymiotny, dzięki temu połknięte rodzeństwo wsparło go w walce z tytanem. Przez dziesięć lat toczyli burzliwą wojnę w Tesalii. Zeus w końcu zdecydował się uwolnić z Tartaru cyklopów i sturakich, aby mu pomogli. Cyklopi zaczęli wykuwać Zeusowi pioruny, którymi odtąd miotał w swych wrogów. Od tej bitwy gwiazdy zaczęły spadać z firmamentu, ziemia pękała w płomieniach, paliły się lasy

52

a morza wrzały. W końcu udało się Kronosa i wszystkich wspierających go tytanów zamknąć na powrót w Tartarze. Nowe pokolenie bogów, do których należą między innymi Atena, Apollo i Ares, niedługo cieszyli się pokojem. Przeciw władzy Zeusa powstali giganci, kolejne dzieci Gai. By dostać się do siedziby bogów na Olimpie, z mniejszych gór zrobili stopnie. Broń, która pokonała tytanów była bezużyteczna w walce z gigantami. Do ich pokonania potrzebni byli ludzie, dlatego Atena sprowadziła na Olimp Herkulesa, który wystrzelał ich z łuku. W zemście za wymordowanie jej potomstwa, Gaja powiła olbrzymiego i przerażającego potwora Tyfona. Na jego widok bogowie zlękli się, uciekli do Egiptu i ukryli pod postaciami zwierząt. Zeus samotnie musiał z nim walczyć. Pokonał go sierpem kamiennym, tym samym narzędziem, którym Kronos okaleczył Uranosa. Rannego Tyfona Zeus przyrzucił Sycylią. Czasem, gdy

potwór próbuje się uwolnić, z Etny buchają płomienie. Gdy Zeus toczył walkę z tytanami, ludzie już istnieli. Ulepił ich gliny jeden z tytanów, Prometeusz. Byli podobni bogom, ale dużo od nich słabsi, bezradni wobec potęgi przyrody. Dlatego Prometeusz wykradł bogom ogień i podarował ludziom. Nauczył ich również rzemiosła i rolnictwa. Nie podobało się to jednak Zeusowi. Ludzi stworzeni z ziemi (Gai), a więc spokrewnieni z gigantami, mogli okazać się niebezpieczni. Dlatego kazał Hefajstosowi, boskiemu rzemieślnikowi, stworzyć kobietę. Atena nauczyła ją kobiecych robót, Afrodyta obdarzyła wdziękiem a Hermes wymową. Bogato ją odziano, nazwano Pandora (dar od wszystkich bogów) i podarowano jako wiano beczkę, której zawartości nikt nie znał. Pandorę postawiono przed chatą Prometeusza, który domyślił się podstępu i odprawił ją. Przyjął ją jednak Epimeteusz (myślący wstecz) i od razu się


źródło: www.commons.wikimedia.org

z nią ożenił. Prometeusz przestrzegł go jednak, żeby uczyniwszy jedno głupstwo (ślub), nie uczynił kolejnego i nie otwierał tajemniczej beczki. Zanim jednak Epimeteusz zdążył przemyśleć radę, ciekawska Pandora uchyliła wieko, spod którego wyleciały na świat nie znane wcześniej smutki, troski, nędze i choroby. Chcąc odpłacić bogom ten podstęp, Prometeusz zabił wołu i podzielił na dwie części. W jednej znalazło się mięso owinięte skórą, w drugiej kości przykryte tłuszczem. Zwrócił się następnie do Zeusa z prośba, by wybrał część należną bogom. Zeus myśląc, iż pod tłuszczem będzie lepsze mięso, wybrał tę część z kośćmi, które odtąd składano w ofierze bogom. Zagniewany Zeus skazał Prometeusza na wieczne męki. Ludzi zaś postanowił wytracić poprzez potop. Całą ziemię zalała woda. Ocalało tylko dwoje staruszków: Deukalion i Pyrra. Po dziewięciu dniach i dziewięciu nocach spędzonych na małej łódce,

stanęli w końcu na szczycie góry Parnas. Za radą wyroczni, zakrywając twarze, rzucali za siebie kamienie, które stawały się ludźmi. W ten sposób powstało plemię dużo wytrzymalsze i odważniejsze, niż ludzie ulepieni przez Prometeusza. SŁOWIAŃSZCZYZNA Inną jeszcze opowieść opowiadali Słowianie. Na początku nie istniało nic, oprócz pierwotnego morza i boga imieniem Świętowit, który pod postacią łabędzia krążył po powierzchni wody. Gdy uprzykrzyła mu się samotność oddzielił swoje ciało od rzucanego przez nie cienia. Tak powstali Swaróg i Weles. Swaróg zamieszkał na łodzi, a Weles w głębinach morza. Znudziło im się monotonia morza. Postanowili stworzyć ląd. W tym celu Swaróg wyprawił Welesa na dno morskie po garść piasku i polecił przy tym wymówić magiczną formułę: „z mocą Swaroga i moją”. Dwukrotnie Weles nurkował, wypowiadając tylko: „ z mocą moją”. Dopiero

trzecim razem, gdy wymówił całe zaklęcie, udało mu się wynieść garść piasku ponad powierzchnię wody. Kilka ziaren ukrył w ustach, by stworzyć własną ziemię. Piasek przyniesiony przez Welesa, Swaróg rozrzucił wokół siebie. Tam, gdzie spadł, zamienił się w suchy ląd i zaczął rosnąć. Podobnie stało się z piaskiem w ustach Welesa. Nie mogąc go utrzymać, Weles zaczął go wypluwać po ziarnie. Z tych ziaren powstały góry. Ziemia stworzona przez Swaroga była mała, zaś Weles chciał nią władać sam. Dlatego gdy Swaróg usnął, wziął go Weles na ręce i poniósł na brzeg, by go utopić w morzu. Jednak wraz z krokami Welesa, rosła również ziemia pod jego stopami. Bogowie pokłócili się o panowanie nad niebem. Było ono jednak we władzy Światowida. Sprzykrzyły mu się kłótnie Swaroga i Welesa, toteż by nie wchodzili sobie w drogę, pierwszemu dał panowanie nad ziemią, a drugiemu nad Nawią, krainą umarłych. 

53


R O Z M O WA N U M E R U

Czy jesteś gotowy na małżeństwo? M Anna Zawalska

Piotr Zemełka

A. Zawalska: Wiele osób mówi, że małżeństwo to koniec pewnego etapu w życiu, koniec wolności, którą mogli się wcześniej cieszyć. Czy mimo to mówiąc o sakramencie małżeństwa możemy mówić o nowym początku? ks. M. Maliński: Przede wszystkim o nowym początku. Jeśli ktoś myśli, że przez małżeństwo traci wolność, nie powinien się żenić. Ci, którzy uważają małżeństwo za początek nowego, lepszego życia trafiają w dziesiątkę. Ślub powinien zmieniać całe nasze dotychczasowe życie, podnosić jego jakość. A. Z.: Co jeśli sakrament małżeństwa nie wiąże się z taką zmianą?

54

ałżeństwo - w dzisiejszych czasach różnie postrzegane wiąże się mimo wszystko z dużą odpowiedzialnością. Ludzie, którzy ostatecznie postanowili docenić piękno tego sakramentu często borykają się z pytaniem czy są już odpowiednio przygotowani. Jako narzeczeni postanowiliśmy zgłębić ten temat z duszpasterzem akademickim archidiecezji wrocławskiej, ks. Mirosławem Malińskim.

Życie małżonków od momentu podjęcia decyzji o małżeństwie staje się opowieścią o innej, wielkiej Miłości. Jeśli byśmy zakładali, że ta opowieść może być w każdej chwili przerwana, to z założenia nie może ona opowiadać o tamtej Miłości, bo tamta Miłość jest niebywale wierna.

ks. M. M.: Od jakiegoś czasu w Stanach Zjednoczonych intensywnie rozwija się terapia związana z depresją poślubną. Chodzi o ludzi którzy żyją razem

kilka lat i nie bardzo im się układa. Postanawiają wziąć ślub w przekonaniu, że to uzdrowi ich problemy. Okazuje się jednak, że sytuacja nie ulega poprawie, a oni popadają w depresję. Ślub traktują jak obrzęd magiczny tak naprawdę nie zmieniający ich życia oprócz pewnych formalności, jak zamiana nazwiska przez małżonkę. Nie ma on jednak poważnego wpływu na budowanie więzi między dwojgiem ludzi. Magia nie działa, a oni popadają w depresję. Ślub powinien zmieniać wszystko, całe życie, to ma być nowe rozdanie. Po ślubie zaczyna się wspólne życie. Do tej pory było „ja”, a teraz jest „my”. Jeśli chodzi o problem wspólnego zamieszkania przed ślubem nie są to z pewnością jakieś wa-


źródło: www.pixabay.com

riackie wymysły Kościoła, tylko głębokie przeżycia, dynamika życia, która ma potężne konsekwencje psychologiczne. P. Zemełka: Jak młody człowiek może rozpoznać czy jest gotowy do małżeństwa, do takiej zmiany? ks. M. M.: Są dwa aspekty tej sprawy. Po pierwsze musimy odpowiedzieć na pytanie czy dana osoba w ogóle może zakładać rodzinę. Jest taki moment w Ewangelii kiedy uczniowie, powołując się na Mojżesza, pytają Chrystusa czy można dać żonie list rozwodowy. Jezus odpowiada, że Mojżesz na to zezwalał ze względu na zatwardziałość serc ludzi, ale On ze względu głęboki charakter jedności małżeńskiej na to nie zezwala. Wtedy uczniowie lekko żartując mówią, że zatem nie warto się żenić. Jezus podejmuje ten temat dosyć poważnie twierdząc, że w trzech wypadkach nie można się żenić. Wspomina o bezżennych, którzy takimi się urodzili i których ludzie takimi uczynili. Są jeszcze

niezdolni do małżeństwa ze względu na Królestwo Niebieskie i do tych na przykład ja się zaliczam. A.Z.: Zatem są ludzie, którzy nie powinni się żenić ze względu na wrodzone bądź nabyte niezdolności. I nie mam tutaj na myśli tylko jakiś wielkich zaburzeń np. seksualnych czy osobowościowych, o tym mówi wyraźnie prawo kanoniczne, które m.in. określa, że jeśli ktoś ma niewystarczające możliwości używania rozumu i nie jest wstanie rozpoznać obowiązków małżeńskich to nie może się żenić. Jeśli ktoś nie może podjąć tych obowiązków ze względu na sytuację psychiczną to też nie może się żenić. To jest bardzo logiczne - nie można nakładać na człowieka obowiązków jeśli wiemy, że on nie jest w stanie ich przyjąć. I to są sprawy oczywiste. Ale warto też zaznaczyć, że małżeństwo wymaga pewnej gotowości do altruizmu i poświęcenia Uważam więc, że skończony egoista nie może się żenić.

P. Z.: Wspomniał ksiądz o dwóch aspektach. Jaki jest ten drugi? ks. M. M.: W drugim aspekcie trzeba by spojrzeć nie na pojedynczego człowieka, na kobietę czy mężczyznę. Należy spojrzeć na nich jako na parę, która jest ze sobą już jakiś czas i zapytać, czy ich związek jest na tyle dojrzały by mogli wziąć ślub. P. Z.: W tym wypadku zapewne dużą rolę będzie odgrywało obecne spojrzenie społeczeństwa na związek małżeński. ks. M. M.: I jest to poważny problem, który wiąże się z pewnego rodzaju presją społeczną. Obecnie żyjemy w sytuacji kiedy większość z par to pary przechodzone. Ludzie decydują się na małżeństwo po sześciu, ośmiu latach, a czasami i więcej, bycia w związku. Najpierw wykształcenie, samochód, mieszkanie, a na samym końcu ślub. P. Z.: A co w tym złego, że ludzie chcą żyć na ja-

55


źródło: www.pixabay.com

kimś względnie dobrym poziomie, szczególnie jeśli w planie są dzieci. Trzeba im stworzyć jakieś warunki. ks. M. M.: W tworzeniu warunków do życia nic złego nie widzę, chodzi mi o kolejność. Powyższe podejście do problemu według mnie jest bardzo destrukcyjne, gdyż nie daje możliwości młodym małżonkom startu od zera i wspólnego dorabiania się, co bardzo konsoliduje małżeństwo. Znam pary, które brały ślub nie mając niczego, zaczynali w małym wynajętym mieszkaniu jedząc swoje pierwsze kolacje na kartonie od telewizora (na szczęście wtedy jeszcze plazmy nie były w użyciu). Potem wszystkiego wspólnie się dorobili. Umeblowali mieszkanie, kupili samo-

56

chód, a co najważniejsze, zrobili to właśnie wspólnie, gdyż, jak już wspomniałem, ten wspólny wysiłek buduje związek. Jeśli małżonkowie mają na początku wszystko, co niezbędne On ma samochód, pralkę i mieszkanie i Ona ma samochód, pralkę i mieszkanie, dorobili się wszystkiego by wziąć w końcu ślub to na początku wspólnego życia pada pytanie: czyje mieszkanie sprzedajemy? A.Z.: I po co nam dwie pralki? Niby od nadmiaru głowa nie boli, ale jednak pojawia się pewien problem natury psychologicznej - mamy to czego nie zdobyliśmy wspólnym wysiłkiem. Co więcej dla małżeństwa muszę wyzbyć się tego, co okupione wielkim trudem.

Dlatego twierdzenie, że daleko idące zabezpieczenie spraw materialnych przed ślubem rozwiązuje wszelkie problemy uważam za mit, a często wydaje się to nawet szkodliwe. Są rodziny, które żyją w ciężkiej sytuacji materialnej i bardzo dobrze sobie radzą i są też takie, które żyją w bardzo dobrej sytuacji materialnej i kompletnie sobie nie radzą. P. Z.: Jak my młodzi ludzie możemy przygotować się do małżeństwa? ks. M. M.: W zasadzie jestem zwolennikiem bardzo staroświeckiego poglądu, gdyż ten bardzo dobrze się sprawdza. Według mnie każdy chłopiec powinien od najmłodszych lat przygotowywać się na bycie ojcem, a każda dziewczynka powinna od najmłodszych lat


przygotowywać się do bycia matką. Niezwykle poważną rolę w tym procesie odgrywają rodzice, gdyż cały ich wysiłek, całe wychowanie powinno zmierzać właśnie w tym kierunku. Stara zasada kupowania dziewczynkom lalek do przewijania, a chłopcom narzędzi i samochodzików, wcale nie jest pozbawiona sensu. Ten staroświecki model jest bardzo aktualny ponieważ jest wpisany w odkrywanie kim jesteśmy, jest wpisany w nasze założenia antropologiczne. Trzeba pamiętać, że mężczyzna różni się od kobiety nie tylko budową organów, ale też psychicznie, mentalnie, osobowościowo. Bóg nas stwarza mężczyzną lub kobietą. P. Z.: A co jeśli chodzi o nauki przedmałżeńskie? Ich odbycie wiele osób traktu-

je jak warunek do wzięcia ślubu, a nie jako coś co mogłoby wpłynąć pozytywnie na ich małżeńską przyszłość. ks. M. M.: Bardzo często Ci którzy tak traktują nauki przedmałżeńskie potrzebują ich najbardziej. Zwłaszcza, że to co jest na nich przekazywane bardzo często pomijane jest w wychowaniu przez rodziców, natomiast w szkole w ogóle nie znajduje swojego miejsca. Nie brakuje też młodych ludzi, którzy doskonale wiedzą że potrzebują pomocy i nie boją się o nią prosić. Dostaję coraz więcej konkretnych pytań o tematy spotkań w ramach nauk przedmałżeńskich i możliwości ich rozszerzenia. Nasz kurs jest w miarę wymagający bo zawiera osiem obszernych spotkań

i kończy się wyjazdem na weekendowe warsztaty dialogu. I mogę powiedzieć śmiało, że w ciągu ostatnich piętnastu lat nie znalazłem nikogo kto był na tym weekendzie i wracał niezadowolony. Owszem, niektórzy się tam rozstawali i choć nie zawsze od razu, ale dopiero po jakimś czasie byli z tego faktu zadowoleni. A. Z.: Czy jest to jakaś gwarancja na dobre małżeństwo? ks. M. M.: Nie. Nic nie daje gwarancji. Ja nie mogę nikomu, ani sobie zagwarantować, że za miesiąc nie zejdę z kapłańskiej drogi, którą teraz idę, ponieważ to wszystko, co do tej pory się dzieje w moim życiu dzieje się dzięki łasce Bożej, a ta wlana jest

źródło: www.pixabay.com

57


w bardzo kruche naczynie. Bóg daje mi wolność i w tej swojej wolności mogę zrobić wszystko. Może mi też zwyczajnie odbić. I tak samo może odbić każdemu człowiekowi. Ale jeśli na początek brakuje pokory, to potem jest bardzo trudno. Jeśli uznamy, że wiemy wszystko, że nie potrzebujemy niczyjej pomocy i jesteśmy absolutnie pewni, że sami damy radę, to istnieje poważne niebezpieczeństwo - pierwszy mały kryzys małżeński może zdmuchnąć wszystko. I to się dzieje na naszych oczach. Niewiarygodna ilość małżeństw rozpada się na skutek niesprzyjającego klimatu społecznego i na skutek tego, że nie mamy pokory. A. Z.: Nawiązując do wypowiedzi apostołów, że nie mając możliwości złożenia papierów rozwodowych nie ma sensu się żenić. Jak uatrakcyjnić małżeństwo dla ludzi, którzy stają przed

58

wyborem, żenić się i brać tą odpowiedzialność czy nie i żyć z myślą, że bez konsekwencji możemy się rozejść. ks. M. M.: To jest jedno z pytań fundamentalnych. Co dla mnie jest istotne w życiu? Przyjemność czy sens? Jeśli przyjemność, to możemy sobie podarować wszystkie inne pytania. Jeśli interesuje nas w życiu sens, to natychmiast pojawia się pytanie: jaki sens ma małżeństwo? Otóż ono ma sens tylko wtedy, kiedy jest nierozerwalne. Ponieważ sakrament jak wszyscy wiemy jest to znak niewidzialnej rzeczywistości. Ma to być czytelny, jasny znak. Sakrament tą rzeczywistość z jednej strony nam przysłania, a z drugiej odsłania. A. Z.: Czego zatem znakiem jest sakrament małżeństwa? ks. M. M.: No właśnie: znakiem tajemniczej, niewysłowionej miłości jaka dzieje się między Chry-

stusem i Kościołem. Życie małżonków od momentu podjęcia decyzji o małżeństwie staje się opowieścią o innej, wielkiej Miłości. Jeśli byśmy zakładali, że ta opowieść może być w każdej chwili przerwana, to z założenia nie może ona opowiadać o tamtej Miłości, bo tamta Miłość jest niebywale wierna. W związku z tym byłby to fałszywy znak i nie byłby to sakrament. Zatem nie możemy zakładać, że małżeństwo sakramentalne będzie trwało tak długo, dopóki będzie dobrze, a jeśli coś pójdzie nie tak, to rozejdziemy się w zgodzie. Oczywiście z tego nie wynika, że wszystkim się uda, tu nie ma żadnych automatyzmów. Będą potknięcia, bo jesteśmy grzeszni. Ale z założenia przyjmując możliwość rozwodu wywracamy do góry nogami całą naukę o sakramencie małżeństwa. Ta opowieść o miłości dwojga ludzi wiąże się też z tym, że małżeństwo może być płodne, właśnie ze względu


źródło: www.pixabay.com

na miłość Bożą, przez którą powstało wszystko, co dziś istnieje. Jeśli więc oderwiemy współżycie seksualne od płodności, to wchodzimy na drogę przyjemności. Odrywamy się od sensu, a w zasadzie od jednego z sensów, bo oczywiście obok płodności współżycie również buduje głęboką, potrzebną w małżeństwie więź. A. Z.: Jak ta świętość sakramentu małżeństwa tyczy się sprawy poruszanej m.in. na niedawnym synodzie, a mianowicie możliwości dopuszczenia do sakramentu komunii tzw. rozwodników? ks. M. M.: To jest duży problem, do którego podchodzić można z różnej strony. Na razie widać, że w Kościele nie mamy tej kwestii do końca przemodlonej, przemyślanej. Bo jest to też pytanie czy komunia święta jest nagrodą za dobre sprawowanie, czyli za to że żyję bez-

grzesznie, czy jest pokarmem na drogę, także drogę grzesznika? Sądzę, że na to pytanie Kościół nie potrafi na dzień dzisiejszy udzielić precyzyjnej odpowiedzi. Takie podejście do komunii jest dosyć nowe, albo raczej wraca na nowo. Do tej pory uważaliśmy komunię za wielką świętość wymagającą od przyjmującego dobrej duchowej kondycji. W przeciwnym wypadku dopuszczamy się profanacji. Ale pojawia się też nurt teologii, który mówi, że nie da się sprofanować tej świętości. Jest Ona tak wielka i mocna, że nie ma takiej możliwości. Jezusa Chrystusa zabiliśmy na krzyżu więc, nie można go bardziej sprofanować. Za to moc Najświętszego Sakramentu jest tak wielka, że może przynosić uzdrowienie i niewysłowioną ulgę w cierpieniu. A. Z.: Ale czy to nie jest takie dopasowywanie religii do ludzi zamiast nakłanianie ich do prze-

strzegania jej zasad? Chyba, że zakładamy, że zasady ciągle się zmieniają. ks. M. M.: To zależy jak patrzymy na Boga. Możemy mówić o Bogu kamiennych tablic albo o Bogu, z którym nasza więź jest dynamiczna i pełna życia. Czym innym jest jednak malowanie obrazu Boga na własne potrzeby, a czym innym prawdziwy rozwój teologii, która szuka prawdy i odpowiada na nowo rodzące się pytania związane z rozwojem naszej ludzkiej cywilizacji. Jeśli z pokorą pytamy Boga, o to co mamy robić w obecnych czasach i od niego płynie odpowiedź, to nie widzę w tym nic niebezpiecznego. Wydaje mi się, że synod zawiesił odpowiedzi na niektóre pytania, bo może Kościół ich jeszcze nie przemodlił. Nadszedł czas aby je postawić, ale to jeszcze nie czas by odpowiedzieć. To bardzo pokorna postawa. 

59


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 60

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

61


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Sylwester w Pradze? Tylko w ramach Taizé!

62

37. 60 , 17

spotkanie europejskie, 30 tys. młodych ludzi kościołów w centrum Pragi, niemal ton chleba. To tylko drobny wyjątek ze statystyk tegorocznego spotkania w ramach Pielgrzymki Zaufania przez Ziemię skupiającego młodych chrześcijan.

Beata Krzywda

DLACZEGO CZECHY? 37. europejskie spotkanie młodzieży dobiegło końca. Każdego roku młodzi ludzie spotykają się w innym mieście europejskim, by wspólnie gromadzić się na modlitwach, zgodnych z duchem wspólnoty Taizé. Tym razem miastem goszczącym była Praga. Obecność młodych chrześcijan w tym miejscu była niezwykle potrzebna, ponieważ stosunek Czechów do kościoła katolickiego jest bardzo chłodny, a w kraju tym liczba ateistów wciąż wzrasta, przy zaledwie 5% obecności praktykujących katolików. Wszystko to jest wynikiem skomplikowanej historii: wojen katolików z husytami, reformacji i walk międzywyznaniowych, przymusowa rekatolizacja w czasach panowania dynastii Habsburgów oraz późniejszych czasów komunizmu, które bardzo sprzy-

Hale na Letňanach oraz Katedra św. Vita ożywały ponownie o godzinie 19.00 podczas codziennej wspólnej modlitwy. Ważną jej częścią jest śpiew, czytanie, rozważania brata Aloisa, a na koniec modlitwa wokół krzyża.

jały ateizacji. Mówi się, że Czechy są najbardziej ateistycznym krajem starego kontynentu. Obecność młodych chrześcijan otworzyła serca mieszkańców stolicy, którzy włączyli się w przygotowania, goszcząc młodzież w swoich mieszkaniach. Nie wszyscy przyjezdni byli jednak zakwaterowani u rodzin, dla pozostałych

przygotowano miejsca noclegowe w salach przy kościołach różnych wyznań, a także w szkołach. PRACA WOLONTARIUSZA Przygotowanie takiego spotkania to ogromne wyzwanie, bez wolontariuszy nie udałoby się go zorganizować. Akcja zaczyna się na długo przed oficjalnym ogłoszeniem kolejnego miasta goszczącego. Ręce do pracy potrzebne są też już podczas samego spotkania. Wiele osób przyjeżdża specjalnie dwa dni wcześniej do pomocy. Jedni otrzymują zadanie powitania przyjeżdżających autokarów, inni pracują przy parafiach, pomagając przygotować miejsca noclegowe, inni zostają animatorami spotkań w małych grupach, jeszcze inni przyjeżdżają, by stać się trzonem jednego z kilku


chórów, które dbają o oprawę muzyczną wieczornych modlitw. Osoby, które na spotkanie przyjeżdżają jako zwykli uczestnicy, również zachęcani są do udziału w grupach pracy. Potrzebne są osoby do dystrybucji jedzenia, pilnowania porządku, czy kierowania ruchem pieszych. Każde ręce do pracy są mile widziane. TAIZÉ WOKÓŁ HRADCZAN Spotkanie w Pradze było wyjątkowe pod wieloma względami. Przede wszystkim nowością okazała się organizacja południowych modlitw, które odbywały się o godzinie 13.00 aż w 17 kościołach w centrum miasta! Popołudnia można było wykorzystać na udział w różnego rodzaju warsztatach. Spotkania zostały podzielone na bloki tematyczne: duchowość, kościół, solidarność/społeczeństwo, sztuka i wiara. Prowadzone zazwyczaj w języku angielskim i czeskim odbywały się w ciekawych miejscach. W programie znalazło się zarówno coś dla tych, którzy chcą się wyciszyć i skorzystać z sakramentu pokuty, jak i dla tych, którzy mieli ochotę posłuchać wykładów na temat chrześcijaństwa, o jego historii, a także o tym, jak być chrześcijaninem we współczesnym świecie biznesu. Atrakcją dla uczestników spotkania Taizé była także możliwość zwiedzenia Pałacu Veletržní, jednak tutaj należało mieć specjalne wejściówki, których ilość ograniczono. Ci, którzy nie zdecydowali się na udział w warsztatach mogli poświęcić czas na wędrówki po

źródło: fot. Beata Krzywda

Pradze. Hale na Letňanach oraz Katedra św. Vita ożywały ponownie o godzinie 19.00 podczas codziennej wspólnej modlitwy. Ważną jej częścią jest śpiew, czytanie, rozważania brata Aloisa, a na koniec modlitwa wokół krzyża. Tradycją europejskiego spotkania jest również modlitwa o pokój 31 grudnia o godzinie 23.00, a następnie „Święto Narodów”, czyli prosta zabawa sylwestrowa w parafiach goszczących. Podczas niej każda grupa narodowa ma za zadanie wymyślić zabawę, najlepiej związaną ze swoim krajem. Najczęściej jest to jakiś taniec, w którym biorą udział wszyscy uczestnicy. W pierwszy dzień nowego roku rodziny goszczące proszone są o spędzenie czasu ze swoimi gośćmi

i przygotowanie dla nich tradycyjnego obiadu. W tym roku hitem okazały się knedliczki, które pojawiły się na wielu stołach. Natomiast o godzinie 15.00 tradycyjnie zorganizowane jest spotkanie polaków na jednej z hal. W tym roku jednym z tematów był stan przygotowań do ŚDM w Krakowie w 2016 roku. A ZA ROK...? Największe emocje zawsze wzbudza pytanie: „gdzie spotkamy się w przyszłym roku?”. Przecieki oczywiście krążą wśród uczestników, ale oficjalne ogłoszenie jest zawsze podczas wspólnej modlitwy wieczornej 31. grudnia. Tym razem młodzi europejczycy otrzymali zaproszenie do słonecznej Hiszpanii, a miastem goszczącym będzie Walencja! 

63


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA - A po-co-to, na-co-to? 64

Prawo kanoniczne DC

laczego Kościół posiada własny zbiór praw? zy nie aspiruje on czasem do bycia państwem w państwie, niezależnym od ustawodawstwa krajowego? Czy Kodeks Prawa Kanonicznego to tylko próba ubrania Ewangelii w normy i reguły czy może coś więcej?

Rafał Growiec

J

ak powszechnie wiadomo, Kościół powinien żyć wskazaniami Ewangelii, jednak gdy pojawiają się praktyczne problemy, sam kanon Pisma nie wystarcza. Jezus w swoim nauczaniu nie podał gruntownej wykładni zachowań kolejnych pokoleń, a co dopiero instrukcji, jak postępować w sytuacji, gdy mamy miliard katolików i któryś z nich zechce bronić swoich racji przed najwyższą możliwą instancją. Już w Dziejach Apostolskich czytamy, że pojawiły się problemy dotyczące wcielania Ewangelii w życie (konkretnie: czy trzeba się obrzezywać?), a rozwiązano je za pomocą soboru. Przez następne wieki to właśnie lokalni biskupi, a gdy tylko było to możliwe, ich zgromadzenia, czyli synody i sobory, wydawały rozporządzenia dotyczące organizacji Kościoła, pokut

Prawo kanoniczne traktowane jest nieraz jak tajny kodeks, zapewniający kontrolę hierarchii nad tłumem wiernych i poszczególnymi księżmi. Kanony mają kryć pedofilów, łamać prawo państwowe i konstytucję, a nawet prawa Boże.

i sposobu rozwiązywania wewnątrzkościelnych sporów. Po pewnym czasie także cesarze zaczęli tworzyć ustawodawstwo jeśli nie dotyczące bezpośrednio wiary, to ustosunkowujące się do niej. Lokalny urzędnik musiał wiedzieć, co robić, gdy arianie i katolicy sprzeczali się, do kogo należy dany budynek. Przez długi czas ustawy takie

– kościelne i cywilne dotyczące Kościoła – nie były nigdzie zbierane i funkcjonowały jako luźne dokumenty. Nie było to niczym dziwnym w czasach, gdy sami cesarze wydawali mnóstwo drobnych zarządzeń, zwanych konstytucjami, a próby zebrania ich w jeden twór okazywały się trudne lub niemożliwe. Z czasem zaczęto zbierać te luźne świstki w kodeksy, zszywając je z jednej strony. Tak powstał m.in. Kodeks Teodozjański, będący tak naprawdę wykazem ustaw od Konstantyna Wielkiego do Teodozjusza II. Wciąż jednak były to zbiory luźne, wymagające interpretacji i wyjaśnienia, gdyż prawo z jednego roku było sprzeczne np. z prawem z poprzednich lat. Wraz z nastaniem wieków średnich pojawiły się próby ponownego zebra-


źródło: www.kosciol.wiara.pl

nia w jedno miejsce prawodawstwa soborowego i papieskiego, co uczynił w XI wieku mnich Gracjan. Przez kolejne wieki powstawały kolejne zbiory ustaw, uzupełniane i systematyzowane, choć na Soborze Trydenckim starano się prawo kanoniczne ujednolicić, nadając mu odpowiedni układ. CODEX IURIS CANONICI Przełomem był pontyfikat Piusa X, który w roku 1904 roku w motu proprio „Arduum sane munus” nakazał powołać organy mające odnowić dyscyplinę kościelną. Prace Komisji Kodyfikacyjnej nadzorował kard. Piotr Gasparri, a uwzględniały one wnioski i propozycje przesłane przez episkopaty z całego świata (nikt jednak wtedy nie rozpisywał się o „ankiecie Piusa X”). Kodeks przedstawiono dopiero w roku 1916 Benedyktowi XV, który zatwierdził i promulgował jego tekst. Zastąpił on niemal

wszystkie dotychczasowe przepisy, był jednak krytykowany za zbyt zwięzły, a więc podatny na interpretacje tekst. Nie uwzględniał też osobnego charakteru Kościołów Wschodnich, które na osobny Kodeks (choć jego powstanie zarządził Sobór Watykański II) musiały czekać aż do czasów Jana Pawła II. To właśnie za tego papieża doszło do promulgowania nowej wersji Kodeksu Prawa Kanonicznego, nad którą pracowano od czasów Jana XXIII. Konsultowano się z wieloma specjalistami, a dokumenty publikowano w czasopiśmie „Communicationes”. Prace przeciągały się, a zakończyły 25 stycznia 1983 roku wraz z ogłoszeniem ostatecznego, wielokrotnie rewidowanego tekstu. Kościoły Wschodnie czekały jeszcze dziewięć lat na to, by ich Kodeks wszedł w życie. Nowy KPK dzieli się na osiem ksiąg, dotyczących kolejno norm ogólnych (za-

sady stosowania poszczególnych kanonów), Ludu Bożego, nauczycielskiego zadania Kościoła, zadania uświęcającego, dóbr doczesnych, sankcji w Kościele, prawa małżeńskiego i procesów. Nie opiera się na kazuistyce, jednak wciąż czerpie z życia i opisuje głównie przypadki, które zdarzają się na tyle często, by sprawiać powszechny problem. Stąd w KPK czytamy, że nie może zawrzeć małżeństwa porywacz z porwaną, chyba, że kobieta po uwolnieniu wyrazi taką wolę. Nie ma jednak postanowienia, co robić, gdy ślub chcą wziąć porwany i porywaczka. DWA ŹRÓDŁA I JEDEN CEL Prawo kanoniczne różni się zasadniczo od prawa świeckiego tym, że musi brać pod uwagę wyższe źródła moralności niż umowa społeczna czy nawet prawo naturalne. Już samo to, że jest zbiorem praw, jakimi rządzi się Kościół

65


sprawia, że musi brać pod uwagę cel istnienia tej wspólnoty. Jak podaje kan. 1752, najwyższym prawem Kościoła jest zbawienie dusz. Stąd prawo kanoniczne ma dwa źródła: prawo Boże i prawo pozytywne, czyli kolejne uchwały ogłaszane na przestrzeni dziejów. Wynika z tego odmienna niż w prawie państwowym pozycja prawodawcy ludzkiego: istnieją przepisy, których nie można zmienić nawet przy dwustuprocentowym poparciu ludności. Nawet

papież nie może udzielić dyspensy w przypadku kazirodztwa czy popierać morderstwa. Nie może tego ujmować żadne prawo świeckie, zwłaszcza w dobie szalejącego laicyzmu. Jednak dla prawa kanonicznego to podstawa podstaw. Każdy kanon ma za zadanie ułatwić spotkanie z Bogiem i ocalić człowieka od grzechu. Nawet kary nie służą temu, by grzesznika dobić i wdeptać w ziemię, a mają wymiar resocjalizacyjny i zabezpieczający. Z jednej

strony służą wynagrodzeniu szkód, z drugiej, stanowią ochronę przed popadaniem w jeszcze cięższy grzech. Tak jest w wypadku ekskomuniki, która powoduje między innymi, że przed pojednaniem się z Bogiem osoba, na której taka kara zaciążyła, nie może przyjmować Komunii, a zatem nie może popełniać ciężkiego grzechu niegodnego przyjmowania sakramentu. Niekiedy kara ma też charakter izolacyjny, służy wyraźnemu wskazaniu błędu popełnianego źródło: www.prawokanoniczne.org

w danym momencie. Kanon 1398 wskazuje aborcję jako surowiej karaną (ekskomuniką) niż zwykłe morderstwo („stosownie do ciężkości przestępstwa”) właśnie po to, by pokazać zło tkwiące w tym czynie, traktowanym obecnie nieraz jak obojętny moralnie czy nawet dobry. Dobro dusz jest brane także pod uwagę w innych kanonach. Masa pozornie zbędnej biurokracji ma uchronić wiernych i duszpasterzy przed sytu-

66

acjami niepewnymi. Weźmy na przykład sytuację, gdy do parafii zgłasza się osoba ubrana w sutannę i chce asystować przy ślubie pary spoza parafii. W świetle prawa kanonicznego jest to możliwe tylko wtedy, gdy młodzi przed swoim proboszczem odbyli nauki, spisali protokół przedmałżeński i przekazali odpowiednią dokumentację proboszczowi miejsca, gdzie chcą zawrzeć związek małżeński, a osoba, która ma asystować, musi przed-

stawić dowody na to, że jest prezbiterem i otrzymać pozwolenie od księdzagospodarza. Dzięki temu mamy pewność, że para dowcipnisiów nie poprosiła aktora z planu serialu o symulację sakramentu. KODEKS PRAWA LĄDOWEGO Nie oznacza to, że wszystkie problemy są rozwiązane. Prawo kanoniczne dotyczy jedynie terenu podległego danemu hierarsze, a jako teren rozu-


mie jedynie ląd. Tak, prawo kanoniczne nie obowiązuje na morzu, rzekach czy jeziorach. Oznacza to, że obejmuje ono jedynie około 1/3 powierzchni ziemi. O ile na okręcie nie ma kapelana ludzi morza, trudno o zawarcie małżeństwa. Podobny problem rodzi się w przypadku samolotu, który musiałby kołować nad kościołem parafialnym, by stale być nad terenem podległym jednemu proboszczowi. Prawo kanoniczne nie jest jednak niezależne od prawa państwowego. Wynika to między innymi z tego, że katolicy podlegają i prawu kościelnemu, i prawu świeckiemu. Zachodzi potrzeba rozwiązywania trudności i sprzeczności między tymi dwoma systemami. Na przykład: przynależność do Kościoła katolickiego. W myśl kanonu 11 katolikami są wszyscy ochrzczeni w nim oraz ci, którzy zostali potem przyjęci (np. byli protestanci). Nie ma więc (od czasów Benedykta XVI) wzmianki o tych, którzy wystąpili z Kościoła formalnym aktem. Tymczasem prawo polskie przewiduje możliwość apostazji. W tej sytuacji, podobnie jak i np. w sprawie wieku dopuszczenia do małżeństwa (wg. KPK 1083 to 14 lat dla kobiety i 16 dla mężczyzny), decydują lokalne ustalenia biskupów. Podobnie jest przy rozumieniu małżeństwa. Dla prawa rodzinnego jest to tylko instytucja społeczna, umowa, która można zerwać pod pewnymi warunkami. Dla prawa kanonicznego małżeństwo cieszy się trzema przymiotami: jednością, nierozerwalnością i wiernością. Oznacza to, że poza przypadkami małżeństw

objętych przywilejami Pawłowym i Piotrowym, nie ma możliwości orzeczenia rozwodu. Można co najwyżej stwierdzić, że ze względu na pewne poważne okoliczności, które istniały już w momencie składania przysięgi małżeństwo nie było ważne, czyli go nigdy nie było. Podobnie jest z tajemnicą spowiedzi – sąd nie może z niej zwolnić tak, jak zwalnia z tajemnicy lekarskiej. NIEPOROZUMIENIA I PROTESTY Prawo kanoniczne traktowane jest nieraz jak tajny kodeks, zapewniający kontrolę hierarchii nad tłumem wiernych i poszczególnymi księżmi. Kanony mają kryć pedofilów, łamać prawo państwowe i konstytucję, a nawet prawa Boże. Bardzo często takie twierdzenie wynika z roszczeniowej i życzeniowej postawy. Niejeden apostata chciałby usunąć z ksiąg kościelnych wszelkie wzmianki o nim, zupełnie jakby chciał zmienić przeszłość. Tymczasem Kościół ma pełne prawo posługiwać się swoim wewnętrznym zbio-

rem przepisów. Tym bardziej, że prawo państwowe nie reguluje (i nie powinno regulować) wielu spraw związanych z wiarą. KPK, zwłaszcza w dobie rozwoju technicznego i globalizacji, wymaga stałej aktualizacji, wykraczającej nieraz poza zwykłą interpretację. Ta stała aktualizacja wymagana jest, by prawo kanoniczne spełniało swój nadrzędny cel: doprowadzenie do zbawienia dusz. Oznacza to także zaangażowanie lokalnych biskupów, znających teren, na którym pracują. Przypomina się sprawa z Florydy bodajże, gdy ordynariusz miejsca uznał mięso krokodyla za danie rybne, a więc postne, podczas gdy jest to dość drogi rarytas. W ten sposób zatarł znaczenie postu, wprowadzając zamęt. Także lokalni duszpasterze powinni znać swoich wiernych i stosownie do ich potrzeb stosować zapisy KPK – wszak prawo kanoniczne jest sługą Ewangelii. Jeśli nie będzie wierne w rzeczach małych, trudno mu zaufać w sprawach wielkich. źródło: truerizm.ru

67


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Gdzie te chłopy?

68

S

łyszałem kiedyś rozmowę dwóch gimnazjalistek, które rozmawiały o seksie, związkach i facetach. Nie chciałem podsłuchiwać ale mimo woli, do mojego umysłu przedarło się zdanie: “facet zrobi dziecko i się zmyje - taka jego rola”.

Krzysztof Reszka

Trudno mi nawet zliczyć ileż to razy słyszałem że „prawdziwych mężczyzn już nie ma”, że teraz to „dla nich liczy się tylko wygląd”, że to „sami egoiści” którzy „myślą tylko o seksie”. Zdaniem wielu współczesnych pań, mężczyźni za nic nie chcą brać odpowiedzialności za kobietę i dziecko. Rozumiem, że można ponarzekać i nie widzę nic w tym nagannego żeby czasami sobie popsioczyć. Ale najbardziej niepokojące jest to, że niektóre osoby sprawiają wrażenie, jakby naprawdę taką właśnie wizję świata zupełnie szczerze uznawały za rzeczywistość. I co? Nie zgadzam się! Znam zupełnie inną stronę męskości. W mojej rodzinie jest aż dwóch mężczyzn którzy adoptowali dzieci. Jeden przyjął pod swój dach dwie dorastające krewne swo-

W mojej rodzinie jest aż dwóch mężczyzn którzy adoptowali dzieci. Jeden przyjął pod swój dach dwie dorastające krewne swojej żony. Drugi ożenił się z młodą wdową, adoptując chłopca i dziewczynkę. Mój wykładowca wraz z małżonką przyjmował na wakacje dwie dziewczynki z niezamożnej ukraińskiej rodziny.

jej żony. Drugi ożenił się z młodą wdową, adoptując chłopca i dziewczynkę. Mój wykładowca wraz z małżonką przyjmował na wakacje dwie dziewczynki z niezamożnej ukraińskiej rodziny.

Mój znajomy pastor ma jedno dziecko biologiczne i dwoje adoptowanych. Na Dniach Tischnerowskich słuchałem kiedyś debaty z udziałem filozofa, który ma dwoje dzieci własnych a trzecie adoptował. Wiem o tym z nieoficjalnych źródeł. W Krakowie gościł niegdyś Josh McDowell, mówca chrześcijański i jeden z moich ulubionych autorów. Ma on troje dzieci własnych i jedno adoptowane. W Krakowie bywał także Piotr Stępniak, były gangster który ponad 20 lat spędził w więzieniu. Ale dzięki łasce Jezusa Chrystusa, został uwolniony od nienawiści. Jak sam przyznaje - Bóg zabrał mu serce kamienne i dał mu serce nowe. Zaczął czytać Biblię, pomagać innym więźniom, wspierać ubogich i prowadzić zajęcia z młodzieżą. Na spotkaniu modlitewnym poznał kobietę z którą się


źródło: www.facebook.pl/banitazwyboru

ożenił. Pewnego dnia spotkał 13 letniego chłopca który uciekł od swojej patologicznej rodziny. Chłopcem tym, był Daniel Rosa, który już wtedy zaczął pić, kraść i ćpać. Piotr Stępniak w porozumieniu z matką chłopca przyjął go do swojego domu i adoptował, ofiarując miłość i rodzinne ciepło. W okolicach Bożego Narodzenia w 2013 r. znana feministka, Katarzyna Bratkowska publicznie ogłosiła że jest w ciąży i dokona aborcji w Wigilię. Cała Polska zaszumiała od dyskusji. Ostatecznie o. Grzegorz Kramer, jezuita z Krakowa, w sposób ciepły, pełen szacunku, delikatny – ale jak najbardziej poważny, zadeklarował gotowość, by odejść z zakonu i adoptować to dziecko. Zapytany

o tę sprawę, odpowiedział: „Motywacja mojego działania była prosta. Wiara w Boga dobrego i żywego. Od lat głoszę, że Ewangelia to żywe Słowo Boga, które musi w naszym życiu objawiać się w konkrecie. (…) Nie mam scenariusza w szufladzie. Ale ufam Bogu. (…) Ja zdeklarowałem poważnie, biorąc poważnie Jej oświadczenie. W takich kwestiach inaczej niż poważnie nie można”. Wszystkich - wymienionych powyżej - ośmiu mężczyzn można było spotkać w Krakowie. Kraków jest tylko jednym z tysięcy miast świata, a ja jestem tylko jednym z kilkuset tysięcy mieszkańców tego miasta. Nie widzę więc powodu, aby cały rodzaj męski szufladkować na podstawie zachowania nie-

których. Oczywiście dziewczyny powiedzą „No ale jednak większość chłopaków...”. To jest właśnie to magiczne słówko: „większość”. A ja zapytam: chcesz wyjść za mąż za większość mężczyzn, czy może jednak za jednego? „Jeżeli chcesz mieć przyjaciela, posiądź go po próbie, a niezbyt szybko mu zaufaj! Żyjących z tobą w pokoju może być wielu, ale gdy idzie o doradców, niech będzie jeden z tysiąca!” (Syr 6,6-7). Aby poznać człowieka nie słuchaj jego popisowych numerów. Zobacz jak zachowuje się w trudnych i kryzysowych sytuacjach. „Przyjaciela nie poznaje się w pomyślności, wróg zaś nie zdoła się ukryć w czasie niepowodzenia” (Syr 12,8).

69


SERIĄ PO LITURGII

Dym jałowca łzy wyciska

70

C

hyba każdy, kto był ministrantem się zgodzi, że najlepsza, najważniejsza, najbardziej prestiżowa funkcja podczas liturgii, o pełnieniu której każdy chłopiec w białej komży marzy, to bycie turyferariuszem. Czyli tym gościem, który dymi, a właściwie okadza.

Krzysztof Reszka

Kadzidło było jednym z darów, które trzej mędrcy ze wschodu ofiarowali małemu Jezusowi. Symbolizowało jego godność arcykapłana. Na pamiątkę tego wydarzenia w Uroczystość Objawienia Pańskiego (6 stycznia, czyli jutro), w kościołach święci się ten składnik. Substancja ta ma bardzo bogatą tradycję, zarówno w Biblii, jak i w religiach pogańskich. Ma również piękną symbolikę. Prawdziwe kadzidło to żywica drzewa arabskiego, zwanego inaczej kadzidłowcem (Boswellia sacra, B. serrata, B. carteri i szereg innych gatunków z rodz. Osoczynowatych, Burseraceae). Są to niskie krzewy rosnące na terenie Afryki i Arabii. Kadzidło zbiera się zeskrobując zastygłą masę żywiczną, która wyciekła z pękniętych gałęzi, lub podkłada pod krzewy maty, na które krople żywicy ska-

Współcześnie kadzidło stosowane jest czysto symbolicznie. Jest to akt bezinteresownej miłości Boga. Pozorne marnotrawstwo Romano Gaurdinii nazywa „piękną rozrzutnością drogocennych klejnotów. Ofiarną, hojną i wszystkiego wyrzekającą się miłością.”

pują. Zbioru można dokonywać przez cały rok, ale najlepszy zapach uzyskuje się z żywicy zebranej w porze suchej. Małe, żółto-brązowe grudki przypominają bursztyn. Kadzidła używano w bardzo różny sposób. Co oczywiste, było używane w kulcie, praktycznie wszę-

dzie, gdzie dotarło: w Egipcie, Mezopotamii, Izraelu, Grecji, Rzymie, również na Dalekim Wchodzie. Z kadzidła wytwarzano również bardzo cenny olejek zapachowy. Starte na proszek służyło w kuchni jako przyprawa. Stosowane je również przy produkcji perfum i maści leczniczych. Czasem spotykam się z podejrzeniami o wpływ kadzidła na zdrowie ludzi obecnych w kościele. Faktem jest, że czasami niektórym robi się duszno. Czy jednak dym ten nie jest np. rakotwórczy? W starożytności dominował pogląd o leczniczych właściwościach dymu kadzidła. Hipokrates, nazywany ojcem medycyny, miał za jego pomocą powstrzymać zarazę nękającą Ateny. Współczesne badania przestrzegają raczej przed kadzidełkami wschodnimi, w formie pałeczek. Wytwarzane między


źródło: www.niedziela.pl

innymi z kory i olejków eterycznych zawierają substancje kancerogenne, np. benzen i węglowodory poliamoryczne. Tu opieram się na badaniach przeprowadzonych przez doktora Jeppe'a Friborga ze Statens Serum Institute w Kopenhadze. Jak dotąd nikt nie udowodnił negatywnego wpływu na zdrowia kadzidła żywicznego. Izraelici używali kadzidła przy składaniu ofiar codziennie, rano i wieczorem. Służyło do oczyszczania ofiary. Równocześnie, samo mogło być ofiarą. Było elementem przebłagania, ale też i uwielbienia Boga. Symbolizowało również obecność Bożą, nawiązując do słupa obłoku, który szedł przed Izraelem w trakcie wyjścia z Egiptu i czterdziestoletniej wędrówki przez pustynię. Był w końcu symbolem modlitw wznoszących się do Boga. Liturgia chrześcijańska nie od razu zaadapto-

wała kadziło. Stosowane przy kultach pogańskich, wydawało się być bałwochwalstwem. W okresie prześladowań, symboliczne spalenie grudki kadzidła przed posągiem bóstwa lub cesarza było równoznaczne z wyparciem się wiary w Chrystusa. Jednak po zakończeniu prześladowań i przyjęciu chrześcijaństwa przez cesarzy, stopniowo stosowanie kadziła stawało się coraz powszechniejsze. Szczególnie na wschodzie gdzie, głową Kościoła była cesarz – a że kadzidło było istotnym elementem ceremoniału cesarskiego z czasów pogańskich, kumulowało to częstotliwość okadzeń. Współcześnie w Kościele Katolickim kadzidła używa się głównie podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu i w czasie uroczystych celebracji Mszy Świętej: na procesji wejścia, na początku mszy do okadzania ołtarza, przed

odczytaniem Ewangelii, przed ofiarowaniem darów i podczas Przeistoczenia; podczas dedykacji kościoła i konsekracji oleju krzyżma świętego, w obrzędach pogrzebowych, uroczystych procesji, a także Jutrzni i Nieszporów. Jeszcze w średniowieczu kadzidło miało bardzo praktyczną funkcję w kościele, mianowicie oczyszczało powietrze, stąd w niektórych starych kościołach są zawieszone specjalne kadzielnice, największe w Santiago de Compostella. Współcześnie kadzidło stosowane jest czysto symbolicznie. Jest to akt bezinteresownej miłości Boga. Pozorne marnotrawstwo Romano Gaurdinii nazywa „piękną rozrzutnością drogocennych klejnotów. Ofiarną, hojną i wszystkiego wyrzekającą się miłością.” Ciekawą właściwością stosowanego w Kościele kadzidła jest to, że samo

71


w sobie nie wydziela zbyt intensywnej woni. Dopiero rzucone na ogień roznosi przyjemny i kojący aromat. Widziano w tym rzeczywistość modlitwy, która dopiero wówczas może zaistnieć, gdy wola ludzka spotka się z gorejącą Bożą miłością. Na koniec parę słów o kadzidłach używanych w Polsce. Z racji tego, że kadzidło do niedawna było dość drogie ( w antycznym Rzymie było droższe od złota), dozwolono w liturgii używać pewnych mieszanek. Do kadzidła dodawano więc żywicę drzew iglastych, bursztyn, płatki kwiatów, zioła i liście.

Obwarowane to było jedynie zastrzeżeniem, żeby z mieszanki wydzielała się przyjemna woń, a prawdziwego kadzidła było stosunkowo najwięcej. Obecnie, gdy kraje arabskie i afrykańskie chętnie eksportują kadzidło, jego cena spadła, przyzwyczajenia jednak pozostały. Dlatego w wielu zakrystiach zamiast kadzidła wciąż znaleźć można jedynie ziołowe mieszanki. Są najtańsze, paczka 15 g, wystarczająca na około dziesięć kadzeń, kosztuje 2 zł. Kadzidło naturalne, składające się tylko z naturalnej żywicy kadzidłowców są ponad dwa razy droższe. Kadzidła z kategorii „ży-

wiczne wysokogatunkowe” to mieszanki żywic z kilku różnych krzewów. Jako dodatki stosuje się żywice Styrax, Damara, Copal, Benzoine. Najwyższą półkę stanowią kadziła greckie. Są to małe, białe kamyczki o regularnych kształtach, przypominają poduszeczki. Sporządzane są według receptury mnichów z góry Atos, poprzez zmieszanie żywicy z olejkami kwiatowymi. Paczka 50 g kadzidła greckiego kosztuje około 14 złotych. 

źródło: www.czwarty-wymiar.pl

72


73


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 74

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

75


Subiektywnym okiem przez Barańczaka poetykę

KULTURA

WB Beata Krzywda

POETYCKI SPRZECIW SYSTEMOWI W latach 1964-1968 należał do poznańskiej grupy poetyckiej „Próby”. To tzw. lingwiści poznańscy – ich twórczość należała do poezji lingwistycznej, zwracającej uwagę na wieloznaczność słów i zestawianie ich tak, by tworzyły nowe sensy. Jednak do jakiego nurtu poetyckiego należał Barańczak? Z punktu widzenia historii literatury, na pewno był przedstawicielem Nowej Fali. Jednym z tych, którzy zapoczątkowali w literaturze poetykę sprzeciwu wobec komunistycznej propagandy. Wypełnić czytelnym pismem Urodzony? (tak, nie; niepotrzebne skreślić); dlaczego „tak”? (uzasadnić; gdzie kiedy, po co, dla kogo żyje? Z kim się styka

76

krótkiej nocie biograficznej Stanisława arańczaka w podręcznikach literatury dla licealistów pojawi się druga data: 26.12.2014 – data śmierci. Jednak ten poeta, według mnie, zasługuje na znacznie więcej, przede wszystkim za niezwykłe wyczucie lingwistyczne. Jego poezja przesiąknięta jest wieloznacznością słów i nadawaniem nowych znaczeń utartym wypowiedzeniom.

Jednak Barańczaka nie można umieścić w jednej szufladce jako nowofalowca. Jego niezwykły talent do zabawy słowami i językiem, śledzimy od samego początku do samego końca twórczości poetycko-tłumaczeniowej.

powierzchnią mózgu, z kim jest zbieżny częstotliwością pulsu? (...) Tym sposobem, chcąc nie chcąc, wszedł na niebezpieczną drogę polityki. Pracował na rzecz Komitetu Obrony Robotników, był członkiem redakcji podziemnego czasopisma „Nurt”. Ciągle obserwowany przez SB nie mógł

publikować, a przez swoją działalność stracił pracę na uniwersytecie. LINGWETA – LINGWISTA I POETA Jednak Barańczaka nie można umieścić w jednej szufladce jako nowofalowca. Jego niezwykły talent do zabawy słowami i językiem, śledzimy od samego początku do samego końca twórczości poetycko-tłumaczeniowej. W 1995 r. ukazała się książka „Pegaz zdębiał” z podtytułem „Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków”. Uśmiałam się setnie, czytając kolejne rozdziały i śledząc pomysły na zabawę słowami i gatunkami. I tak: zaczynając od palindromaderów – rozszerzonych wersji palindromów [„Oto i kwili Beduin, a tępo w bas, ani baryton ci utrafi: «Ah, cudu! Rola waloru ducha (i


źródło: www.tygodnik.onet.pl

fartu, i cnoty!) rabina Sabina w opętaniu debili w Kioto!»”], przechodzimy przez odmiany limeryków (cyrulimeryk – porusza kwestie fryzjerskie, cyruliczne; guliweryk – akcja tworzona na zasadzie kontrastu – coś, co powinno być małe, jest ogromne, albo odwrotnie; limeryb – akcja powinna być związana z rybactwem i rybołówstwem), by skończyć na turystychach – rymowanych pozdrowieniach z zagranicy: Pozdrowienia z Hong -Kongu Gdzie etyka powściągu Znikła. Dobrobytu niezły, Ale wartości sczezły. PRZECZYTAJ: PRZETŁUMACZ Barańczak to tłumacz najwyższej klasy. W latach 90. zaczął na poważnie swoją przygodę z przekładami – na swoim koncie miał już w tym czasie przetłumaczone wiersze m.in. Cummingsa na polski, czy Herberta na angielski. Tłumacz takiej klasy

musiał również sięgnąć po klasyka – Szekspira. Pierwszym przełożonym przez niego dramatem był „Hamlet”, później „Romeo i Julia”. Barańczak okazał się jednak znacznie lepszy w tłumaczeniu komedii niż tragedii angielskiego mistrza. Niesamowity kunszt oraz uchwycenie sedna udało mu się w „Śnie nocy letniej”.

„Książki najgorsze” – przegląd grafomanii czasów komunizmu. Są to eseje pisane przez Barańczaka w czasach cenzury, publikowane w 1979 r. na łamach czasopisma „Student”, oczywiście pod pseudonimami.

KRYTYK Wreszcie trzeba wspomnieć o Barańczaku jako o krytyku literatury zarówno polskiej, jak i obcojęzycznej. Szczególną uwagę chciałam zwrócić na jego Etykę i poetykę, zbiór tekstów krytycznoliterackich, wydanych w 1979 r. (wraz z późniejszym wznowieniem z 2008 r.). Mierzy się on z takimi poetami jak Brodski czy Mandelsztam. Pokazuje również znaczenie wydarzeń roku 1968 r., czyli poezję Zagajewskiego czy Krynickiego, a także okiem krytyka sięga po twórczość Szymborskiej i Miłosza. Warto też wziąć do ręki

„Zwał sarkań? – Basta! Nic!” (Z Skrawań ciał Stana B.) Kasi Ł. Szwańs-Taraban Szatański raban, cwał! Nastał czas-wabik: rań, A baw nas! Szał ci krtań Zaciska? Nabrań wstał Wał: bacz nań! Kast i ras Banał... A kicz srań sitw? A kac zła, ssań ran, bitw? Bałwański taran – Czas... Sława – tańsza?! Nic! Brak Brawa... stan cisz a łkań... Warcz nań! Bas-Siła: „Tak?! A Skarbnica Zła? Wstań! Łacińska baza – w trans! Istna bańka – czar sław... Wabi tła krańca szans Tan szańca łask i braw...”

OSTATNIE SŁOWO NALEŻY DO MISTRZA... – ONANAGRAM POETYCKI

77


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Mieszkam w Polsce

78

K Mateusz Nowak

Rozpoznawalnych utworów ta grupa nagrała wiele i ciężko jednoznacznie stwierdzić, który był jej największym sukcesem. Ja na tapetę biorę „Polskę”, jedną z wielu kultowych piosenek Kultu. Postaram się nie nadużywać już dalej wyrazu „kultowy”. Sam fakt, że zbyt często wypowiadane jest w mediach, często w zupełnie nieadekwatnych sytuacjach, powoduje, że zwyczajnie chce się nim rzygać. Ironia to główne narzędzie w rękach Kazika. Praktycznie nie ma utworów w jego dorobku, które by nie były nią przesiąknięte. Jego poglądy są oczywiście kontrowersyjne, ale tym właśnie kupuje sobie ludzi. Nie boi się mówić wyraźnie tego, co myśli. Przekazuje to w swoich utworach i na tym wygrywa. Tak samo zresztą robi Maleńczuk. Ci

azik zawsze chodził swoimi ścieżkami. Wie o tym każdy, kto choć trochę orientuje się w polskiej muzyce. Kult to głównie jego dzieło. Nie ma znaczenia, że współpracowało z nim mnóstwo muzyków w całej historii zespołu. Kult nieodłącznie kojarzy się z Kazikiem. I to właśnie on jest dla tysięcy fanów postacią kultową.

Można Kazika cenić bądź nie, można się z nim zgadzać lub nie, trzeba mu jednak oddać, że przede wszystkim nigdy nie bał się mówić w swoich tekstach prosto z mostu. Jeździł równo po wszystkich, choć oczywiście najczęściej obrywało się politykom.

dwaj panowie przecież nie mają wielkich głosów, nie są też jakimiś wirtuozami muzycznymi, a jednak mają ogromne rzesze fanów. Jak się łatwo domyślić, dla Kazika tekst piosenki ma pierwszorzędne znaczenie. Nie inaczej jest z „Polską”. Jest to utwór mocno krytyczny, jak łatwo się

domyślić, wytykający różne przywary naszego kraju i ludzi w nim mieszkających. Powstał w roku 1987, jeszcze przed zmianą ustrojową i obraz w nim przedstawiony nie do końca jest już aktualny, przynajmniej jeśli nie chodzi o fragmenty dotyczące mentalności. W końcu zarówno Bałtyk jest już mniej zanieczyszczony, jak i dworzec w Kutnie został odrestaurowany. Myślę, że dziś już nikomu, przejeżdżającemu przez Kutno, nie pękają oczy. Inaczej trochę sprawa ma się właśnie z mentalnością Polaków, którą tak mocno skrytykował Kazik. Jako naród lubimy sobie wypić, nie da się ukryć. Również niejednokrotnie powroty z imprez nie są takie, o jakich byśmy marzyli. Oczywiście zarzygane chodniki to pewne przerysowanie, jednak i takie sytuacje niestety mają


źródło: www.youtube.pl

miejsce. Przed tym się raczej nie uchronimy, choć z danych statystycznych wynika, że z roku na rok maleje u nas spożycie wódki, kosztem przede wszystkim piwa. Jest to pewna tendencja, która pozwala sądzić, że może jednak nie jest aż tak źle, jak to we wszystkich stereotypach jest wciąż powielane. Dalej Kazik uderza w temat, który na nieszczęście nadal jest aktualny. „ Koncerty popołudniowe, pełne bezmózgów w służbie porządkowej, patrzą wokoło, bo swędzą ich recę, kochają bić coraz więcej i więcej”. Temat wraca przy okazji każdego Marszu Niepodległości, przy okazji meczów ligowych, kiedy to nie zawsze działania policji są tak krystalicznie czyste, jak podają to media głównego nurtu. Później musiało się też

trochę oberwać Kościołowi. Kazik wytknął ludzką hipokryzję w słowach „ Zaczepia mnie pijanych meneli wielu , jutro spotkają się w kościele”. I ten obraz pokazuje, że nie ze wszystkim trzeba się zgadzać. Nie można w końcu bezkrytycznie podchodzić do tekstów każdego artysty, który umie porządnie sklecić parę zdań. Trzeba umieć wyrabiać sobie swoją własną opinię. Można Kazika cenić bądź nie, można się z nim zgadzać lub nie, trzeba mu jednak oddać, że przede wszystkim nigdy nie bał się mówić w swoich tekstach prosto z mostu. Jeździł równo po wszystkich, choć oczywiście najczęściej obrywało się politykom. Tacy artyści pozostają zapamiętani, bo ludzie lubią, kiedy ktoś na głos mówi to, co sami w duchu myślą.

Nie każę nikomu Kazika kochać, sam również nie jestem jego wielkim fanem, nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam. Trzeba jednak przyznać, że często ma rację, a że do tego jest zdrowo szurnięty, to tylko dla jego wizerunku artystycznego jest na plus. Tym też potrafił sobie zjednać rzesze fanów, co najlepiej potwierdza liczba ludzi na jego koncertach i liczba sprzedanych płyt. Wracając na koniec jeszcze do samego utworu „Polska”, przykre jest, że nadal w wielu fragmentach pozostaje on jednak aktualny, mimo tylu lat, które już minęły. 

79


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 80

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

81


Ostatni akt Śródziemia

NOWOŚCI

N

82

Mateusz Nowak

D

obrze jest więc po raz kolejny zasiąść wygodnie w kinowym fotelu i zawitać do tej pięknej i dobrze nam znanej krainy, by choć na chwilę zapomnieć o wszelkich troskach i oddać się całkowicie przygodzie, ten jeden, ostatni raz. Peter Jackson miał marzenie. Marzenie o przeniesieniu świata Tolkiena na ekran, o wizualizacji tego, co przez lata siedziało jedynie w wyobraźni milionów fanów na całym świecie. I ten sen się spełnił. „Władca Pierścieni” był ogromnym sukcesem. Dość powiedzieć, że ostatnia część trylogii zgarnęła aż jedenaście Oscarów! To robi wrażenie. Po tak wielkim osiągnięciu, zarobieniu miliardów dolarów, zyskaniu wielu kolejnych oddanych miłośników, kwestią czasu była ekranizacja „Hobbita”. Miał on powstać jako pierwszy,

a ten dzień czekali wszyscy fani tolkienowskiej prozy. I w końcu nadszedł – ostatni akord zagrany przez Petera Jacksona, nasza ostatnia wizyta w Śródziemiu. “Hobbit: Bitwa Pięciu Armii” na ekranach naszych kin. I choć dalsza część tekstu nie będzie tak przyjemna, to sentyment jednak pozostaje, w końcu to wciąż jest świat Tolkiena, którego nie można nie kochać.

Romantyzm trzeba chyba jednak wpleść wszędzie, choćby nawet w książce go nie było. W tym tkwi problem. To przecież jest ekranizacja powieści, a tymczasem mam wrażenie, że otrzymaliśmy nowego „Hobbita”, którego autorem trudno nazwać Tolkiena.

w końcu wydarzenia w nim opisane dzieją się przed wydarzeniami z „Władcy Pierścieni”. Było z nim jednak wiele problemów natury prawnej. I przez to musieliśmy czekać prawie dziesięć lat od „Powrotu Króla”, by w końcu obejrzeć historię Bilba.

O czym traktuje „Bitwa Pięciu Armii”? Oczywiście o tytułowej bitwie, która zajmuje ponad połowę filmu. Produkcja zaczyna się jednak w miejscu, w którym Jackson zostawił nas z ogromnym niedosytem rok temu. Smaug wyleciał ze swojego legowiska i zmierzał w kierunku Miasta na Jeziorze. Przez pierwszych dziesięć minut mamy więc obraz spustoszenia, jakie wywołuje atak smoka, a później jego efektowną śmierć. Chyba nikogo tym spoilerem nie zaskoczyłem, w końcu nawet ci, którzy nie czytali książki, szybko się zorientują, że ta scena po prostu musiała się tak skończyć, innego wyjścia nie było. Później mamy szybki rozwój wydarzeń i dynamiczne przejście do działań wojennych, a dalej już ostra jazda bez trzymanki. To jest największa zaleta tego filmu, niesamo-


źródło: materiały promocyjne

wita dynamika i ani chwili wytchnienia dla widza, cały czas mają miejsce istotne wydarzenia. Pod tym względem to naprawdę godne zwieńczenie trylogii. Szkoda, że praktycznie tylko pod tym. Tym, co najmocniej mnie uderzyło, była zwykła przesada. O ile monumentalizm „Władcy Pierścieni” w ogóle nie raził, o tyle w „Bitwie Pięciu Armii” mamy go za dużo i to często nie do końca adekwatnie do sytuacji. Przesadzone jest wszystko – od pojedynczych scen czy gestów bohaterów, przez wątek tchórza Alfrida, po wyczyniającego niewyobrażalne rzeczy Legolasa. Po „Pustkowiu Smauga” nie sądziłem, że Orlando Bloom, z komputerowo zmodyfikowaną twarzą, jest w stanie nas czymś jeszcze zaskoczyć. Myliłem się. Scena, w której ujeżdża trolla,

po czym steruje nim tak, że przewraca wieżę, która dzięki temu tworzy idealny most nad przepaścią, przebiła naiwnością wszystko, co w tym roku w kinie widziałem. Jeżeli dodamy do tego jeszcze scenę, w której w zwolnionym tempie skacze po spadających w przepaść skałach oraz lot z nietoperzem jak na paralotni, to mamy obraz wręcz karykaturalny. I w tym filmie jest takich fragmentów więcej, które bardziej przyprawiają o śmiech z zażenowania niż jakiekolwiek inne odczucie. Nie wiem, co Jackson chciał przez to osiągnąć, mnie najzwyczajniej przestało to już bawić. We „Władcy Pierścieni” wyczyny Legolasa jeszcze tak nie raziły po oczach. Jedna scena w „Dwóch Wieżach”, gdy w bitwie pod Helmowym Jarem zjeżdżał na tarczy jak na deskorolce oraz jedna w „Powrocie

Króla”, gdy w pojedynkę zabił olifanta, przyprawiały o śmiech, ale były one właśnie idealne, bo dawały rozluźnienie w całej poważnej przecież sytuacji. Czy w „Hobbicie” nie można było zrobić tak samo? Pomijając fakt, że Legolas, którego nie było w książce, w filmie stał się jednym z głównych bohaterów. Trudno też stwierdzić, że film broni jego fabuła. Dodanych motywów, których nie było w książce, mamy co nie miara. To spowodowane jest oczywiście decyzją rozciągnięcia „Hobbita” na aż trzy filmy. Czymś trzeba było zapełnić te prawie trzy godziny seansu. Ponownie więc ortodoksyjni fani Tolkiena będą mocno rozczarowani. Gdyby jednak spojrzeć na tę produkcję, pomijając pierwowzór literacki, to otrzymamy naprawdę ciekawą historię. Cały wątek

83


Gandalfa i jego wyprawy do Dol Guldur jest doskonale zwieńczony w ostatniej części. Swoją drogą to chyba jedna z lepszych scen w całej trylogii, co w dużej mierze jest zasługą Cate Blanchett (Galadriela). Jest też kilka innych takich naprawdę przyjemnych dodatków fabularnych, z których jedynie miłość Kilego i Tauriel trochę mi nie pasuje do całości. Romantyzm trzeba chyba jednak wpleść wszędzie, choćby nawet w książce go nie było. W tym tkwi problem. To przecież jest ekranizacja powieści, a tymczasem mam wrażenie, że otrzymaliśmy nowego „Hobbita”, którego autorem trudno nazwać Tolkiena. Obraz wypada dobrze w tym, w czym po prostu

84

musiał wypaść dobrze. Montaż, zdjęcia, efekty specjalne. Ale bądźmy szczerzy – tworzyli to najlepsi specjaliści na świecie, którzy doskonale znają się na swojej robocie. Choć i oni trochę przesadzili i w niektórych fragmentach widać zbyt wiele ingerencji komputera, obraz jest przez to bardziej plastyczny i momentami wygląda nawet jak gra komputerowa. Każdemu jednak może się zdarzyć. Do Howarda Shore’a nawet nie śmiałbym się przyczepić. Geniusz po raz kolejny dołożył swoje trzy grosze i muzyka, jak zawsze w Śródziemiu, robi wrażenie, mimo że pewne motywy już znamy. Tego chyba jednak oczekiwaliśmy. Po prostu pewne frag-

menty, jak pobyt w Shire, kojarzą się nieodłącznie z konkretną melodią, więc nie ma sensu tego zmieniać. Aktorzy to, co mają do zagrania, robią bardzo dobrze. Ian McKellen jako Gandalf jest zawsze taki sam i za to go kochamy. To nie on jednak tym razem najbardziej błyszczy na ekranie. Najlepiej zagrana jest tu relacja między Thorinem a Bilbem. Richard Armitage i Martin Freeman naprawdę potrafią uwiarygodnić tę przyjacielską relację między krasnoludzkim władcą a niezwykłym hobbitem, która w trzeciej części „Hobbita” przeżywa swoje wzloty i upadki. Reszta obsady wypada po prostu dobrze. Nikt tu ja-


źródło: www.pl.wikipedia.org

koś przesadnie nie powala, nikt też nie jest za bardzo irytujący, czyli wszystko tak jak zawsze u Jacksona. Gdy rok temu oceniałem „Pustkowie Smauga”, byłem zachwycony. Teraz już zauważam więcej wad, jednak mimo tego uważam je za najlepszą część całej trylogii. Głównie chyba ze względu na wspaniałe zakończenie, od momentu gdy na scenę wkroczył Smaug. W „Bitwie Pięciu Armii” zabrakło mi czegoś, czym mógłbym się zachwycić. Mamy rozwleczone zakończenie, w końcu trzeba było pozamykać różne wątki, pewne sceny są zbyt ckliwe, a cała bitwa ma strasznie naiwny przebieg. Umówmy się, krasnoludów było kilkukrotnie mniej niż

orków. Jakie więc mieliby realnie szanse? Tymczasem orkowie, jak kompletni kretyni, padają po jednym ciosie miecza, topora lub głowy Daina i wydają się kompletnie nie wiedzieć, co zrobić z kawałkiem żelastwa trzymanym w ręku. Za to z drugiej strony ich przywódcy: Azog i Bolg wydają się niemal niezniszczalni. Mało wyśrodkowania, co niestety trochę bije po oczach. Wychodząc z kina miałem ochotę „zjechać” „Bitwę Pięciu Armii” od początku do końca. Nie tego oczekiwałem i z przykrością stwierdzam, że cała trylogia nie umywa się w żadnym stopniu do „Władcy Pierścieni”. Nie potrafię jednak aż tak bezceremo-

nialnie skrytykować najnowszego dzieła Jacksona. Nie tylko ze względu na sentyment, ale też dlatego, że nie jest aż tak słabym filmem. Pomimo całej tej przesady, pomimo naiwnego scenariusza w wielu momentach, pomimo szeregu innych wad, to nadal jest piękny obrazek, do którego pewnie i tak wrócę. W końcu to Śródziemie, w którego ukazywaniu Jackson jest prawdziwym mistrzem, a na wszystkie grzechy, o których wspomniałem, najlepiej spojrzeć z przymrużeniem oka. Wtedy oglądanie wszystkich części „Hobbita” będzie czystą przyjemnością.

85


Baranek na rzeź J

FILM

Małgorzata Różycka

86

N

a początku fabuła wydaje się bardzo przewidywalna. Pewnego dnia do konfesjonału księdza Jamesa Lavelle przychodzi jeden z parafian i wyznaje, że w dzieciństwie był przez 5 lat regularnie wykorzystywany seksualnie przez duchownego. Ponieważ sprawca jego traumy zdążył się rozstać z tym światem, ów człowiek postanawia w akcie zemsty zabić proboszcza Lavelle, by w ten sposób odebrać Kościołowi oddanego kapłana i zadać tym samym dotkliwą stratę instytucji, którą obwinia za swój dramat. Wyznaje bez ogródek: „W niedzielę będziesz martwy”. Ksiądz bierze to początkowo za przejaw specyficznego irlandzkiego poczucia humoru, jednak szybko orientuje się, że to najszczersza prawda. Choć dobrze wie, kto klęczy po drugiej stronie kratki, ta-

akie mroczne tajemnice może skrywać sielska irlandzka prowincja? Czy zemsta może przywrócić spokój? Czy przebaczenie załatwia sprawę? Jak zmierzyć się ze swoim człowieczeństwem w obliczu nieludzkich wymagań , przed którymi stawia nas życie? Takie pytania zadał widzom John Michael McDonagh w swoim filmie „Calvary”, który z czystym sumieniem zaliczam do 10 najlepszych produkcji minionego roku.

Cała historia wydaje się bardzo dołująca i mało zachęcająca do obejrzenia. Jednak reżyserowi udało się ukazać ją w sposób iście mistrzowski. Bez moralizowania, bez tępego oskarżania Kościoła. Z jednej strony lekko i z dużym poczuciem humoru, a z drugiej tak, że z kina wychodzi się w ciszy i trudno powiedzieć po projekcji coś mądrego.

jemnica spowiedzi obliguje go do zachowania milczenia. James żyje silną wiarą, mimo to zostaje wraz ze swoim człowieczeństwem wystawiona na wielką

próbę, której stawką jest życie. Poprzez pryzmat proboszcza małej nadmorskiej parafii reżyser ukazał całe spektrum osobowości mieszkańców irlandzkiej wioski. Można odnieść wrażenie, że są oni alegoriami siedmiu głównych grzechów oraz ludzkiej słabości w najróżniejszych odcieniach. Jednak nikt nie jest z góry oceniony. Widz sam decyduje o swoim stosunku do danej postaci. Żadna interpretacja nie zostaje narzucona. Akcja toczy się swoim tempem, a widz towarzyszy głównemu bohaterowi w przeżywaniu ostatnich być może dni, które obfitują w bolesne wydarzenia. Ktoś podpala kościół, zabija ukochanego psa księdza Jamesa, a rozmowy z dorosłą córką (ksiądz Lavelle wstąpił do seminarium po śmierci żony) po jej niedawnej


źródło: www.pl.wikipedia.org

próbie samobójczej do łatwych nie należą. Mimo to pozostaje on w pełni człowiekiem i próbuje jak najlepiej przeżyć swój ostatni tydzień, przechodząc przez wszystkie etapy żałoby po sobie samym. Cała historia wydaje się bardzo dołująca i mało zachęcająca do obejrzenia. Jednak reżyserowi udało się ukazać ją w sposób iście mistrzowski. Bez moralizowania, bez tępego oskarżania Kościoła. Z jednej strony lekko i z dużym poczuciem humoru, a z drugiej tak, że z kina wychodzi się w ciszy i trudno powiedzieć po projekcji

coś mądrego. To jest absolutnie film do myślenia. Został oficjalnie doceniony na festiwalu w Berlinie, gdzie zdobył Nagrodę Jury Ekumenicznego oraz zdobył na rozdaniu Irish Film & Television Awards laur za najlepszy film, najlepszy scenariusz i dla najlepszego aktora. Doborowa obsada nadaje autentyczności postaciom, a Brendan Gleeson hipnotyzuje i powala na kolana w roli księdza Lavelle, nie tylko dzięki irlandzkiej urodzie. Piękne plenery irlandzkiego wybrzeża dopieszczają widza i łagodzą nieco moc intelek-

tualnych doznań. Elementy pozornie z różnych bajek tworzą tu harmonijną całość, choć o spokoju widz może zapomnieć. Zakończenie, niby spodziewane, jednak zaskakuje, a ostatnia scena nie pozwala zbyt szybko zasnąć. Warto też zauważyć, że to naprawdę udana próba zmierzenia się z tematem seksualnych nadużyć duchownych w Irlandii. A do tego oryginalna opowieść o najmroczniejszych zakątkach ludzkiej duszy. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich myślących chrześcijan! 

87


Dwie “Zielone mile”

KSIĄŻKA

vs

FILM

O

88

Rafał Growiec

N

ależy zacząć od tego, że „Zielona Mila” od początku była pisana jako powieść w odcinkach i Stephen King nie ukrywał tu wzorowania się na Dickensie. Film z kolei stanowi całość, nie dodaje żadnego szczególnego wątku, a jednak, nawet po uproszczeniu wielu szczegółów fabuły oryginału, trwa ponad trzy godziny (188 minut). Historia Johna Coffey’a, olbrzymiego Murzyna skazanego na śmierć za gwałt i zabójstwo dwóch białych dziewczynek, opowiadana jest przez naczelnego klawisza bloku E więzienia Cold Mountain, Paula Edgecomba. W książce odbywa się to poprzez ciągnące się przez dłuższy czas zapisywanie wspomnień z roku 1932, a wydarzenia z „centrum rekreacji” (czyt: „domu starców”) stanowiły dla czytelników wprowadzenie do kolejnego odcinka.

soby, które czytają książki, po obejrzeniu jej ekranizacji wiele tracą. Czasem ludzi ekranizujących należałoby stracić za to, co zrobili z książką. A niektóre ekranizacje tracą wiele z książki, wciąż pozostając dobrym filmem. „Zielona Mila” należy (na szczęście dla reżysera) do tej ostatniej kategorii.

Podczas gdy uzdrowienie Paula z infekcji dróg moczowych w książce było raczej okraszone doznaniem wyostrzenia zmysłów, w filmie musiała rozbłysnąć żarówka. Zabrakło też taśmy na dedukcyjne odnalezienie winnego śmierci dziewczynek – ekranizacja potraktowała ten wątek trochę prostacko.

W efekcie podczas lektury kilkakrotnie skakaliśmy w czasie między końcem i latami 30. XX wieku. Wydarzenia z domu opieki, gdzie spędza starość Edgecomb miały własny wątek – sadystycznego pielęgnia-

rza Brada Dolana, po którym w filmie został jedynie miły ciemnoskóry chłopak w początkowej scenie na stołówce. W ekranizacji wydarzenia z roku 1999 są jedynie klamrą otwierającą i zamykającą fabułę, wyjaśniającą dlaczego Paula poruszył fragment filmu sprzed sześćdziesięciu lat. Jako, że w ekranizacji mamy do czynienia nie z zapiskami, a ustnym wspomnieniem, wiele kwestii poruszanych w wersji oryginalnej jako narracja z perspektywy Edgecomba trzeba było przedstawić zupełnie inaczej. Podczas gdy uzdrowienie Paula z infekcji dróg moczowych w książce było raczej okraszone doznaniem wyostrzenia zmysłów, w filmie musiała rozbłysnąć żarówka. Zabrakło też taśmy na dedukcyjne odnalezienie winnego śmierci dziewczynek – ekranizacja potraktowała


źródło: materiały promocyjne

ten wątek trochę prostacko, wręcz łopatologicznie, ale na pewno efektownie. Pytanie: czy filmy powinny rezygnować z sensu na rzecz fajerwerków? DROBNE KOREKTY Aby móc rozpocząć film od sceny z „Panów w cylindrach” przesunięto wydarzenia z lat trzydziestych o trzy lata do przodu (do 1935 r.). Na potrzeby filmu namieszano też z kolejnością wydarzeń oraz pominięto niektóre szczegóły. Pierwszą z różnic jest kolejność pojawiania się więźniów na bloku E, czyli Zielonej Mili. Eduarda Delacroix w książce poznajemy już na początku i od razu wchodzi on w konflikt z Percy’m Wetmorem. Choć wydarzenia książkowe są bardziej barwne i chyba bardziej zgodne z psychologią (Percy czuje się upokorzony przez Dela i reaguje nienawiścią), w filmie wszystko zaczyna się od przypadkowego w sumie uderzenia pałką po palcach.

Twórcy scenariusza zresztą nie dają widzowi samemu dojść do wniosku, że Percy Wetmore to człowiek zły, okrutny i głupi. Od razu niemal zdradza to jedna z postaci. Scena, w której Wetmore próbuje pierwszy raz zabić mysz, która weszła na blok została wręcz satyrycznie wydłużona i brakuje jej dynamiki z książki. Tak, tu proza była bardziej dynamiczna od obrazu. Także Pan Dzwoneczek (w filmie, przynajmniej według lektora, Pan Jingles), taż genialna mysz, pojawia się w książce zanim na bloku E zjawia się Delacroix, a z początku jest nazywana przez strażników „Matros Willy”. Przy okazji wypada wspomnieć o prawdopodobnym ataku praw autorskich, które pozmieniały nieco fabułę w ekranizacji. Charakterystyczne jest dla Kinga, że nie przejmuje się on prawami autorskimi w swoich książkach – sypie chętnie nazwami firm i marek, zwłaszcza, gdy można

je nazwać „kultowymi”. Dodaje to realizmu, umiejscawia fabułę w czasie i przestrzeni oraz pozwala (zwłaszcza czytelnikowi amerykańskiemu) lepiej się z nią zżyć. Najwyraźniej jednak nie uchodzi to w Hollywood (a jeśli już, to nie za darmo). Z filmu znikają słowa „Matros Willy” (przezwisko Myszki Miki z lat 30.), butelki Coca-Coli i Popeye w wulgarnym komiksie, który czyta Percy przed pobytem w izolatce. TYLKO DLA CZYTELNIKA Jak już wspomniałem, adaptacja filmowa skręciła mocno w stronę efektowności kosztem fabuły. A ta w książce to nie tylko historia Johna Coffey’a, ale też sama refleksja nad karą śmierci. King nigdy nie wspinał się w swoich dziełach na szczyt filozoficznej głębi, ale zawsze poruszał jakąś czułą strunę. Tu mamy odrobinę zastanowienia nad sensem wymierzania najwyższej możliwej kary, ale też twardy obraz

89


rzeczywistości lat 30. minionego wieku na amerykańskim Południu. Podobnie jak w książce, filmowi skazańcy i strażnicy są raczej sympatyczni, z czego wybija się duet Percy Wetmore-William Wharton. Poza Johnem Coffey’em szczególny akcent położony jest na postać Dela, którego wina (morderstwo i wywołanie pożaru, w którym zginęło kilka osób) zostaje w ekranizacji przemilczana, przez co może się zdawać jedynie miłym gościem, który oswoił myszkę, a potem człowiek zły i głupi spalił go żywcem na krześle elektrycznym. Film praktycznie nie zastanawia się nad psychologią skazańca i tym, dlaczego tak „łatwo” skazano Coffey’a. W książce obojętność Dzikiego Billa jest wytłumaczona krótko i treściwie: „Usmażyć go mogą tylko raz”. Z kolei ci, którzy schwytali, osądzili i skazali Johna ukazani są tylko poprzez epizodyczną postać Hammersmitha (w książce reportera, w filmie

adwokata), który nie używa na określenie Coffey’a innego słowa niż „Murzyn” („Negro”). Motyw rasizmu i tego, że „przecież nie usmażą za to białego” jest zaledwie liźnięty. A jeśli już to karykaturalnie wręcz. Film rozpoczyna scena licznej pogoni za porywaczem dziewczynek, w której brakuje tylko pochodni (widły są). Także wiele drobnostek (jak choćby trudności Brutala z ortografią i jego skłonność do pisania raportu pięściami) zostało pominiętych, przez co postaci drugoplanowe zostały spłycone na rzecz Paula. Na próbach bycia bardziej dosłownym i wyręczaniu narratora stracił też klimat więzienia za czasów Wielkiego Kryzysu. Groźba Wetmore’a – „Będziecie bezrobotni” – nie brzmi tak samo jak: „Będziecie stać w kolejce po darmową zupę.” Podobnie mdłe ostrzeżenie „My też mamy znajomości” traci wiele z książkowego „To są ludzie, którzy mają tutaj przyja-

ciół. […] Z radością utną nos albo penisa takiemu jak ty gnojkowi”. Typowa dla Kinga dosadność została w filmie rozmyta także przy scenie egzekucji Delacroix, gdzie wszystko, co najgorsze zakrywa kaptur, który w książce szybko spłonął i odsłonił m.in. wypływające oczy. Także plany ratowania Johna od śmierci, gwałtowne kłótnie i latające talerze z tym związane są właściwie zignorowane przez scenarzystów. Przeniesienie wyznania Johna na temat jego postrzegania świata na scenę śmierci Whartona, zaburza niemal cały układ końca filmu i sprawia, że widzowi zostaje tylko czekać na to, aż Coffey usiądzie na Starej Iskrówie/ Iskierce. Czytelnik zaś praktycznie do końca może wierzyć, że jednak się uda go ocalić. PRÓBNY HAPPY END W niektórych wypadkach, chcąc zachować ciągłość fabuły i układ dom starców – lata 30. – dom źródło: materiały promocyjne

90


źródło: materiały promocyjne

starców, reżyser sprawiał wrażenie, jakby na siłę chciał wtrącić do opowieści happy end, ale potem się wycofał. Przypomnijmy: takie coś jak szczęśliwe zakończenie w prozie Kinga nie występuje. Pan Dzwoneczek umiera, tak samo Elaine. Smutny wywód starego Edgecomba na końcu filmu, ewidentnie nieobecny w książce, mógł być jednak próbą złagodzenia końcówki powieści. A ten na ostatnich stronach bardzo ostro atakuje Boga za bierność w sprawie Coffey’a. Religijność w wersji książkowej „Zielonej Mili” jest ukazana z perspektywy Południa USA, czyli głównie z pozycji masy protestanckich wyznań. Jeden z najmocniejszych obrazów powieści to sen Paula o ukrzyżowaniu. Religijny jest praktycznie każdy. Nawet przy egzekucji padają słowa „Niech Bóg zlituje się nad twoją duszą” (przez tłumacza filmu sprowadzone do wręcz heretyckiego: „Boże, zlituj się nad jego duszą”). Mimo to aż trudno uwierzyć, że zrezy-

gnowano ze (wspomnianej już) sceny ukrzyżowania. Rodziny ofiar oglądające śmierć skazańców krzyczą o karach piekielnych. Delacroix jest najprawdopodobniej katolikiem (w książce modli się przed egzekucją „Zdrowaś Mario”, w filmie ma krucyfiks na ścianie celi, modlitwa jest przeniesiona na Starą Iskrówę). W pierwszej chwili Paul traktuje słowa Coffey’a „Pomogłem” jako wyraz prostoty i nieobycia religijnego, gdyż to „Bóg pomógł”. Słowa o spotkaniu ze Stwórcą w Dniu Sądu i pytaniu, dlaczego zabiło się największy z Bożych cudów, padają nie z ust Edgecomba, ale Brutala. Pani Moores daje Coffey’owi medalik ze św. Krzysztofem. Pierwsze ostre słowa w stosunku do Boga padają przy śmierci żony Paula. Oskarżenia, że Bóg nie przejął się losem Coffey’a są jedynie echem słów, które padają pod mostem. Może też są efektem próby przerzucenia na Boga odpowiedzialności za własny czyn i to, że odpowiedzialni za proces nie chcieli

ryzykować posady. RÉSUMÉ Na marginesie jedynie warto zaznaczyć sprawę tłumaczenia. Interpretacja Andrzeja Szulca zdaje się lepiej oddawać klimat, Choćby przetłumaczenie „Mr. Jingles” na „Pan Dzwoneczek” a „Old Sparky” na „Stara Iskrówa”. Raz nawet tłumaczenie filmowe tak zaburzało sens zdania, że wychodziło na to, że szpital psychiatryczny Briar Rigde to mężczyzna. Ryzykowne postanowienie obejrzenia filmu, gdy dopiero co przeczytało się książkę okazało się opłacalne. Osoby, które jedynie widziały ekranizację powinny skorzystać z okazji i zapoznać się z oryginałem. Czytelnicy zaś mogą spokojnie się zapoznać z dziełem Franka Darabonta. Nie jest on wiernym odtworzeniem powieści, ale nie odchodzi od niej tak, by nie dało się rozpoznać oryginału. Wciąż pozostaje dobrym filmem, choć w porównaniu z książką – „tylko” dobrym filmem.

91


Witaj w Summoner’s Rift

KSIĄŻKA

vs

FILM

R

92

Mateusz Nowak

Samo określenie „e-sport” jeszcze kilka lat temu przyprawiało mnie o zawrót głowy. Co to w ogóle za pomysł? Jak można określać mianem sportu coś, co nie wymaga żadnego wysiłku fizycznego i ogranicza się do siedzenia na tyłku przed komputerem? Ano widocznie można. Określenie się już przyjęło, więc przychodzi nam się pogodzić z tym, że nastały już czasy, kiedy to wpatrywanie się w ekran komputera i klikanie myszką możemy zaliczyć do kategorii sportowej. Brakuje tylko, żeby z tego zrobić dyscyplinę olimpijską. Dość jednak o e-sporcie, pisanie o samym League of Legends jest dużo przyjemniejsze. Zacznijmy w ogóle od tego, co to za gra. Zapewne niewielu z was słyszało skrót MOBA - Multiplayer Online Battle Arena, co oznacza mniej

odzice chwytają się za głowy, bo ich dzieci nic nie robią, tylko grają. Dziewczyny nie mogą wytrzymać, bo ich faceci ciągle patrzą w ekran komputera i klikają myszką, jakby im kompletnie odbiło. Ludzie się dziwią, a gracze tego zdziwienia nie pojmują. O co więc w ogóle chodzi i z czego bierze się fenomen League of Legends, wiodącej na świecie gry w dziedzinie e-sportu?

Najpopularniejszą i najbardziej dochodową platformą do streamowania jest twitch.tv. Na niej znajdziecie wszystkich najlepszych, gromadzących rzesze widzów dzień w dzień. A co najlepsze każdy z nas może mieć konto na twitchu i również streamować. więcej sieciową grę walki na arenie. Sieciową, czyli przez Internet, a do tego w trybie multiplayer, czyli z innymi ludźmi. Różne są tryby gry, różne też areny, na których można walczyć. Jeśli chcemy grać w trybie 3 na 3, wybierzemy Twisted Treeline, jeśli 5 na 5, to do wyboru mamy Summoner’s Rift, Howling Abyss czy

The Crystal Scar. No dobra, wiele jest tu niezrozumiałych określeń, ale mówiąc szczerze, to można się do tego szybko przyzwyczaić. Najbardziej popularną mapą jest Summoner’s Rift. Na niej również rozgrywane są głównie wszelkiego typu turnieje, od tych organizowanych na osiedlach po same mistrzostwa świata. Dziesięciu graczy, podzielonych na dwie drużyny, rywalizuje ze sobą w celu zniszczenia bazy przeciwnika. Która drużyna pierwsza zniszczy Nexus przeciwnego zespołu, ta wygrywa partię. Myślę, że to już brzmi mniej skomplikowanie. Dalej nie będę się już zajmował samymi zasadami rozgrywki. Zainteresowanym polecam odwiedzić oficjalną stronę LoL’a, tam znajdziecie wszelkie interesujące was informacje, pozwalające wam na dołą-


źródło: materiały promocyjne

czenie do zabawy. W skrócie: mamy pewne mapy, gramy z innymi ludźmi, każdy inną postacią, na innej pozycji i naszym celem jest zabijanie przeciwników oraz zniszczenie ich bazy. I co w tym nadzwyczajnego? Niby nic, a jednak społeczność graczy liczy kilkadziesiąt milionów osób na całym świece, a w corocznych mistrzostwach świata zwycięska drużyna zgarnia aż milion dolarów. Tylko, jak łatwo się domyślić, wcale nie jest tak łatwo wziąć udział w mistrzostwach, nie mówiąc o zdobyciu głównej nagrody. Pomarzyć jednak można. Liczby robią wrażenie, zwłaszcza na młodych, którzy chcieliby kiedyś

utrzymywać się z grania na komputerze. Prawda jest jednak taka, że udaje się to jedynie pewnemu znikomemu odsetkowi graczy. Poza mistrzostwami i wszelkiego innego rodzaju turniejami najlepiej zarabiają streamerzy. I znowu dla wielu pewnie niezrozumiałe słowo. Warto wiedzieć, kim jest streamer, bo stało się to już pewnego rodzaju zawodem, przynajmniej na zachodzie. A o co chodzi? Znowu w skrócie: wyobraźcie sobie, że gracie sobie w cokolwiek na swoim komputerze, w swoim domu. I obraz tego, jak gracie, idzie na cały świat. Do tego jeszcze gdzieś w kącie ekranu wasza twarz z kamerki internetowej i w tle oczywiście wasze ko-

mentarze dotyczące gry. I oto cała robota streamera. A na czym taki człowiek zarabia? Oczywiście na reklamach, ale i dotacjach. Znów wyobraźcie sobie, że najlepsi w tym fachu potrafią zgromadzić przed ekranem dziesiątki tysięcy widzów. Ludzi, którzy chcą patrzeć jak ktoś inny gra. I teraz pomyślcie, że z 10-20% tych ludzi przeznaczy 5 dolarów dotacji na streamera. Facet czy kobieta (bo jest również sporo przedstawicielek płci pięknej w tej pracy) jest w stanie w ciągu jednego wieczora wyciągnąć waszą roczną pensję. To dopiero robi wrażenie. Dla ludzi starszych pewnie cała ta sprawa jest nie do wyobrażenia, jed-

93


źródło: materiały promocyjne

nak dla pokolenia młodych jest to już coś normalnego. Po prostu praca jak każda inna. Tylko z drugiej strony trzeba naprawdę cholernie kochać granie na komputerze, żeby robić to codziennie po kilkanaście godzin, ponadto cały czas mówiąc do siebie. Jednak jeśli komuś się to aż tak opłaca? I co najciekawsze wcale nie trzeba być najlepszym, żeby najwięcej zarabiać. Największą kasę zbijają na tym ci streamerzy, którzy mają najlepszą gadkę. Po prostu widzowie wolą nawet słuchać, co dany koleś ma do powiedzenia, niż patrzeć na to, jak gra. Podpowiem, że z ładnymi streamerkami jest trochę inaczej. Najpopularniejszą i najbardziej dochodową platformą do streamowania jest twitch.tv. Na niej

94

znajdziecie wszystkich najlepszych, gromadzących rzesze widzów dzień w dzień. A co najlepsze każdy z nas może mieć konto na twitchu i również streamować. Jednak zdobycie dużej oglądalności, zwłaszcza w League of Legends, które jest zdecydowanie najpopularniejsze, graniczy praktycznie z cudem. Ale próbować warto, zwłaszcza jeśli ktoś wie, że dobrze gra, umie dowcipnie i ciekawie opowiadać, zna perfekcyjnie język angielski i potrafi się dobrze rozreklamować. Szansa na sukces, choć nikła, zawsze istnieje. O.K., wyjaśniłem, jakie cele mogą przyświecać dużej części graczy, skoro maniakalnie grają w LoL. Co jednak z tymi wszystkimi bardziej racjonalnymi, twardo stąpającymi po ziemi? Odpowiedź jest banal-

na. To po prostu doskonała zabawa, w której można poczuć, że gra się z żywą istotą, a nie ze sztuczną inteligencją. Można wspólnie z kolegami, przyjaciółmi tworzyć drużyny i próbować piąć się w rankingach. Wspólna zabawa jest tu właśnie tym, co najlepsze. Nie o samą rozgrywkę więc nawet chodzi, ale o chęć bycia w społeczności, o wspólne zainteresowania, spędzanie razem czasu. Kiedyś dzieci wychodziły na pole, by się integrować i grać w piłkę. Dzisiaj nie muszą. Ku zmartwieniu rodziców mają przecież League of Legends - ogromny pożeracz czasu, ale za to jaki przyjemny. 


95


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 96

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 97


O świętowaniu starym i nowym G REFLEKSJE

dy byłem dzieckiem, adwent był czasem szczególnym. Zawsze mieliśmy jakieś postanowienia, obmyślało się dobre uczynki do spełnienia i zwracało się uwagę, by tych słodyczy tak za bardzo jednak nie jeść.

Krzysztof Reszka

Pamiętam Wigilie ze swojego dzieciństwa - rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie, brat, dwaj kuzyni i trzy kuzynki. W sumie 15 osób. Trzy rodziny zbierały się razem, dzieląc się obowiązkami. Jedni udostępniali swoje mieszkanie i zajmowali się organizacją, druga rodzina przyrządzała karpie, a trzecia przynosiła niektóre potrawy. Najczęściej nie obowiązywały tu sztywne reguły ustalonych dyżurów, a raczej każdy robił to, w czym się specjalizował. Zbieraliśmy się zwykle o 17:00 lub 18:00. Trochę to trwało, aż wszyscy się zbiorą, rozbiorą, przywitają i usadowią przy stole. Potem czytanie Ewangelii i modlitwa - Ojcze nasz, Anioł Pański, modlitwy za zmarłych. Wreszcie opłatek... ŚWIĘTY TRENING UMIEJĘTNOŚCI SPOŁECZNYCH

98

Zamieniliśmy karpia na łososia, choinkę na palmę, posiłek obfity na posiłek lekki. Ale spowiedź, Komunia Święta, lektura Słowa Bożego, łamanie opłatkiem i kolędy - towarzyszą nam niezmiennie. I o to chodzi: Syn Boży stał się Człowiekiem.

Wielu ludzi mówi, że stresuje ich składanie życzeń przy opłatku. Jedni nie wiedzą, czego życzyć, innych krępuje cała atmosfera i stanięcie twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Mnie też to stresowało. Ale mimo to nie byłem nigdy przeciwnikiem tego obrzędu. Traktowałem go jako wyzwanie. Zauważyłem, że po przełamaniu

się opłatkiem ze wszystkimi, początkowa trema zmieniała się w poczucie radosnego rozluźnienia i bliskości. Składanie życzeń zajmowało wiele czasu, zanim zdążyłem dopchać się do każdego. Życzenia trwały dłużej bo zamiast - albo oprócz - standardowego "zdrowia, szczęścia, pomyślności", życzenia przyjmowały formę małych rozmów podczas których starsi dzielili się z nami swoimi przemyśleniami i złotymi myślami. UCZTA DLA DUCHA I BRZUCHA Pamiętam, że na Wigilię każdy dostawał ogromny kawał karpia. Jadłem go zawsze bardzo powoli ze względu na groźne ości. Były też barszcze z uszkami lub zupy grzybowe, sałatki, krokiety, kulebiaki, kluski z makiem i inne cuda. Później natomiast bogactwo


źródło: www.pixabay.com

ciast wszelakich i owoce. Liczba potraw rzeczywiście niebezpiecznie zbliżała się do symbolicznej dwunastki. Oprócz sycącej uczty kulinarnej, było też wiele atrakcji artystycznych, towarzyskich oraz duchowych. Najmłodsze dzieci prezentowały publicznie wyuczone piosenki i wierszyki, wujkowie zadawali trudne zagadki i organizowali konkursy z nagrodami. Bawiliśmy się również w "jaka to melodia": kuzynka grała na skrzypcach fragmenty linii melodycznej jakiejś kolędy, a wszyscy starali się jak najszybciej odgadnąć jej tytuł. Później losowaliśmy karteczki z sentencjami. Początkowo były to cytaty różnych autorów, a w późniejszych latach - fragmenty z Pisma Świętego. Każdy czytał na głos co wylosował, po czym niekiedy cała rodzina "rozkminiała", wyjaśniała lub wesoło komentowała to

Słowo. Gdy wszyscy byli już najedzeni, gasły światła i przy blasku kilku zaledwie świec oraz choinkowych światełek, kolędowaliśmy chyba przez całą godzinę. Często śpiew wzbogacony był także dźwiękiem gitary i skrzypiec. Na końcu było rozdawanie prezentów. Każda rodzina przygotowywała podarunki dla dwóch innych rodzin. Osoba która rozdawała prezenty przebierała się za św. Mikołaja. Również przy tej okazji czasami wymyślaliśmy zagadki i wesołe wierszyki o każdym obdarowanym. Takie wieczerze wigilijne trwały zazwyczaj ponad trzy godziny. A kiedy wracaliśmy do domu czuliśmy się zupełnie oczarowani atmosferą Świąt. Często udawaliśmy się na pasterkę. Trzeba było zająć miejsce siedzące już o 23:20, bo później nie było szans. Po uroczystej Mszy Świętej

kolędowanie trwało aż do 2:00 w nocy. Gdy podrosłem, zacząłem jeszcze po pasterce spotykać się ze swoją wspólnotą i stojąc przed kościołem jedliśmy przyrządzoną przez naszego księdza kutię, a potem odprowadzaliśmy się wzajemnie, długo jeszcze rozmawiając i snując się po zaśnieżonych ulicach. RADOŚĆ O PORANKU Dziś podejście się zmieniło. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania i nie ma przeciwwskazań, by organizować huczne zabawy czy pić piwo. Są natomiast rekolekcje adwentowe, których dawniej nie było (przynajmniej w mojej parafii). Wielką popularnością cieszą się także roraty. W Krakowie często chodziłem z przyjaciółmi na roraty u dominikanów, które zaczynają się o godz. 6:30. To jest coś pięknego! Wstawanie przed świtem, szyb-

99


kie zbieranie się na tramwaj, zorientowanie się że właściwie to większość pasażerów również jedzie na roraty do dominikanów... Potem ciemny kościół, niezwykłe, mistyczne śpiewy po łacinie, stopniowe rozprzestrzenianie się światła pochodzącego od ognia, wędrującego z jednej świecy do drugiej... Czułem się zawsze jak chrześcijanin pierwszych wieków gdzieś w katakumbach Grecji lub Rzymu. Umysł dopiero co przebudzony chłonął odczytywane Słowo Boże i ciekawe kazanie. Po Mszy studenci byli zapraszani na wspólne śniadanie, a po nim odmawialiśmy jeszcze jutrznię w podziemiach klasztoru dominikanów. Świetny początek dnia! MINIATURYZACJA Teraz Wigilię obchodzimy w wersji eko/light. Nie ubieraliśmy w tym roku

choinki. Zamiast niej mamy palmę którą wzięliśmy na przechowanie od sąsiadki, która wyjechała na dłużej. Jedną złotą bąbkę i choinkowy łańcuch - zawiesiliśmy na lampie. Światełka - na ścianie. Gdy brat z żoną i dziećmi przyjedzie do mnie i rodziców, jest nas razem 7 osób. Modlimy się, czytamy Ewangelię, łamiemy się opłatkiem... A potem jemy zupę z suszonymi grzybami. Zamiast pochłaniać ogromne kawały ościstych karpi, w tym roku delektowaliśmy się małymi filetami z przepysznych łososi. Ani nam się śni tradycyjne 12 potraw! Zupa, drugie danie, ciasto i kompot z suszonych śliwek - wystarczy! Śpiewamy kolędy, losujemy inspirujące fragmenty z Pisma Świętego, bawimy się z dziećmi, a później wymieniamy prezenty. Ale wieczerza kończy się szyb-

ko, bo tego samego wieczora dzieci jadą jeszcze do drugiej babci. Po wieczerzy sprzątaliśmy i było dużo wolnego czasu by... sięgnąć po książkę! Nie szliśmy na Mszę Świętą o północy. Ale oglądaliśmy w telewizji świetne kazanie papieża Franciszka, które wygłosił podczas pasterki w Watykanie. BEZ KARPIA? BEZ CHOINKI? BEZ ŚWIĘCONKI?! Co sądzić o takiej przemianie obyczajów, jaka zaszła w ciągu mojego jakże krótkiego życia? Czy jest to szansa, czy zagrożenie? Chciałbym tu wspomnieć pewne wydarzenie, które wywarło ogromny wpływ na moje myślenie o tradycji. Kiedyś wracałem z mamą z kościoła w Wielką Sobotę. Nieśliśmy w koszyku święconkę. Naraz stanęło naprzeciw nas dwóch źródło: www.pixabay.com

100


źródło: www.pixabay.com

panów, którzy wyglądali na wytrawnych smakoszy trunków. Jednak ku naszemu miłemu zaskoczeniu nie prosili o pieniądze na alkohol, ale o jakieś jedzenie. Mama natychmiast zaczęła z nimi rozmawiać i podarowała im bułkę. Ale widząc, że jest ich dwóch i tym się nie najedzą, dała im jeszcze kiełbasę. Wtedy jeszcze do kompletu dołożyła im jajko i może jeszcze babkę. Najwyraźniej spostrzegła, że taki posiłek będzie zbyt ubogi w witaminę C, bo dołożyła im jeszcze pomarańczę. W końcu popatrzyłem na nasz koszyk i stwierdziłem, że poza solniczką i dekoracją z bukszpanu niewiele w nim zostało. O ile na początku gest mamy mi się podobał, później byłem trochę zły. "Czy po to idziemy na święcenia, żeby prawie nic nie przynieść?". I wtedy popatrzyłem na twarz tego człowieka. Trzymał wszystkie te dary, a po jego policzkach spływały łzy.

Byłem tym zupełnie zaskoczony. Doznałem olśnienia: "TY DEBILU! - rzekłem do siebie - A na cholerę Ci ta święconka? Nie masz w domu żarcia? Przecież przystąpisz do Komunii Świętej, przyjmiesz Jezusa, więc chyba nic świętszego już bardziej nie istnieje... ". Przecież o to w tym wszystkim chodzi, że Pan Bóg nas kocha wszystkich, także chorych, ubogich, odrzuconych, narkomanów, prostytutki, ludzi z tzw. marginesu społecznego. Na tym właśnie polega istota Świąt, aby się dzielić z innymi i być razem. ŚWIT NOWEGO ŻYCIA Jestem pozytywnie zaskoczony przykładem ludzi, którzy w Wigilię idą z chlebem, ciastami, czekoladami do bezdomnych, aby łamać się z nimi opłatkiem, życzyć im dobra, spędzić z nimi trochę czasu i wysłuchać ich historii. Z radością powitałem na Facebooku obrazki z napisem w stylu:

"Katoliku! To nie święconka zmartwychwstała dla Ciebie, abyś miał życie wieczne". Dlatego pozwoliłem sobie w czasie ostatniej Wielkanocy w ogóle nie pójść ze święconką. Ale na Liturgii Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty - byłem. Podobnie ze Świętami Bożego narodzenia: zamieniliśmy karpia na łososia, choinkę na palmę, posiłek obfity na posiłek lekki. Ale spowiedź, Komunia Święta, lektura Słowa Bożego, łamanie opłatkiem i kolędy towarzyszą nam niezmiennie. I o to chodzi: Syn Boży stał się Człowiekiem. Jego słowa, czyny, sposób życia i charakter objawiają nam Ojca. Umarł za nasze grzechy i został pogrzebany, a trzeciego dnia zmartwychwstał. No i teraz właśnie w tym rzecz - wszyscy jesteśmy braćmi i mamy z martwych powstać - z Panem Bogiem królować - Alleluja!

101


102

Moze cos wiecej nr 1 / 2015 (27)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Nowych Początkach

Moze cos wiecej nr 1 / 2015 (27)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Nowych Początkach

Advertisement