Page 1

nr 26 (52) / 2015

21 grudnia - 3 stycznia

ISSN 2391-8535

O świątecznym kiczu 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KULT

Wydarzenia i Opinie

O świątecznym kiczu

Trad

8 Polska oburzonych

Mateusz Ponikwia

24 Jak zepsuć świąteczną atmosferę?

SPIS TREŚCI

Emilia Ciuła

Felieton 12 Czym różni się Żyd od Polaka? cz. 1 Rafał Growiec

28 Hity pod choinkę Rafał Growiec

5 Północ już się zja

32 Grzechy główne świątecznej telewizji

36 Świąteczny telekicz

18 O krok od przepaści

Mateusz Nowak

Maciej Puczkowski

38 Telewizor i komputer vs Boże Narodzenie Kajetan Garbela

40 Kicz Bożego Narodzenia Wojciech Urban

2

Krzyszt

Anna K

Anna Zemełka

Myśli Niekontrolowane

4 Święta n od ku

5 O Tanne

Małgorzat


TURA

dycje

48 na Śląsku kuchni

tof Małek

52 ż była, gdy awiła...

Kasprzyk

54 enbaum!

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Nowości

Refleksje

58 Moc jest znowu z nami

68 Prezenty i prezenciki

Mateusz Nowak

Emilia Ciuła

60 Na grudniowy wieczór Emilia Ciuła

62 Jak zostać królem 2

Wojciech Urban

ta Różycka

Film 64 Kolorowa wydmuszka Anna Zemełka

3


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY:

4

Emilia Ciuła

Mateusz Ponikwia

Kajetan Garbela

Maciej Puczkowski

Rafał Growiec

Marcin Kożuszek

Beata Krzywda

Michał Musiał

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Marzena Bieniecka Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Łój Edyta Masełko

Krzysztof Małek Mateusz Mazur Michał Wilk Piotr Zemełka Maciej Zębik

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 5


OKIEM REDAKCJI 6

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

7


WYDARZENIA I OPINIE

Polska oburzonych

8

N B Mateusz Ponikwia

O

statnie zachowania polityków, prawników, dziennikarzy, ale i rzeszy Polaków związane z opowiedzeniem się po jednej bądź drugiej stronie sporu o kształt i funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego, nie napawają optymizmem. Konflikt obserwowany od kilku tygodni wciąż zaognia się. Z przykrością trzeba zauważyć, że żadna z sił politycznych nie stara się doprowadzić do rozwiązania zaistniałej sytuacji. Taka swoista stagnacja staje się okazją do zbicia politycznego kapitału. Szkoda tylko, że dobro Narodu schodzi na dalszy plan. Opozycja – zwłaszcza głosami swoich przywódców – przekonuje, że działania Prawa i Sprawiedliwości należy traktować jako początek zamachu stanu. Ich zdaniem rządzący dążą do osiągnięcia władzy ab-

ie da się ukryć, że wielkimi krokami zbliżają się jedne z piękniejszych dni w roku. Święta ożego Narodzenia są czasem przebaczenia, przepełnionym miłością i chęcią zwrócenia się do drugiego człowieka. Niestety, do przedświątecznej, sympatycznej aury nijak się ma atmosfera obserwowana na polskiej scenie politycznej.

Niestety, słyszane z każdej strony areny politycznej nawoływania do porzucenia stosowania mowy nienawiści i podejmowania merytorycznej dyskusji w oparciu o rzeczowe argumenty, są co rusz lekceważone. Zasada wolności w demokratycznym państwie prawa musi doznawać pewnych ograniczeń.

solutnej i kontroli nad TK, która pozwoli na uniemożliwienie jego funkcjonowania lub kontrolowanie poczynań składów sędziowskich. PiS z kolei tłumaczy przedsiębrane środki koniecznością uporządkowania wszystkich

spraw, które da szansę na późniejszą realizację obietnic wyborczych. Spór wokół Trybunału można byłoby podzielić na co najmniej kilka odsłon i rozpatrywać z różnych punktów odniesienia. Oczywistym faktem jest, że każdy trzeźwo myślący i mający aspiracje polityczne człowiek stara się wykorzystać sytuację do swoich potrzeb. Dlatego, wśród tytułujących się mianem obrońców polskiej demokracji można odnaleźć czołowych polityków partii opozycyjnych, którzy np. przeszli ulicami Warszawy w marszu zorganizowanym przez Komitet Obrony Demokracji. Parlamentarzyści podkreślali, że do ich zjednoczenia doprowadziło postępowanie Prezesa PiS. W demonstracji brał również udział m.in. mecenas Roman Giertych, były szef resortu oświaty. To


źródło: PAP

właśnie jego zachowanie i wystąpienie podczas przemarszu wzbudziło niemałe zainteresowanie i kontrowersje. Szerokim echem odbiły się słowa: „Precz z Kaczorem! Dyktatorem!”, które zdaniem Daniela Milewskiego, posła PiS powinno się traktować jako mową nienawiści. Uznał on także, że nielicujące z powagą zawodu adwokata i naruszające zasady etyki jest skakanie po sejmowym murku i podnoszenie okrzyków: „Kto nie skacze, ten za PiS-em!”. Dlatego poseł złożył doniesienie do Okręgowej Rady Adwokackiej z wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Stosowne pismo zostało przekazane także do Naczelnej Rady Adwokackiej.

Z całą pewnością zachowanie osób piastujących zawody obdarzone wyższym stopniem społecznego zaufania należy oceniać surowiej, stawiając wyższe standardy dla dozwolonych zachowań. Niezaprzeczalnie zachowanie mecenasa Giertycha trzeba uznać za odbiegające od pożądanego i sprzeczne z zasadami kultury i dobrego wychowania. Skandowane okrzyki można uznać za poniżające konkretną osobę. Wszakże bez trudu można się domyślić, kto kryje się pod obraźliwym pseudonimem: „Kaczor”. Takie zachowanie jest realizacją klasycznej definicji mowy nienawiści, która polega na używaniu języka w celu znieważenia, pomówienia lub rozbudzenia nienawiści do określo-

nej osoby. Na takie postępowanie nie może być więc społecznego przyzwolenia, niezależnie od prezentowanych poglądów polittycznych. Odnosząc się do zarzutów, Roman Giertych zaprzeczał, ażeby celem jego wypowiedzi było poniżenie kogokolwiek. Niestety, słyszane z każdej strony areny politycznej nawoływania do porzucenia stosowania mowy nienawiści i podejmowania merytorycznej dyskusji w oparciu o rzeczowe argumenty, są co rusz lekceważone. Zasada wolności w demokratycznym państwie prawa musi doznawać pewnych ograniczeń. Bezspornym i niewątpliwym jest zagwarantowanie jednostce wolności wypowiedzi i swobody przekonań. Niemniej

9


jednak owa wolność nie może wkraczać w granicę wyznaczoną przez wolność innego podmiotu. Oznacza to, że mamy swobodę działania tak długo, jak nie naruszamy uprawnień innych. Z przykrością trzeba zauważyć, że debata merytoryczna ustępuje miejsca personalnym dysputom, wzajemnym pokrzykiwaniom i nieustannemu obwinianiu się o wszystko. Przykładem takich zachowań są też słowa Jarosława Kaczyńskiego, który w niedzielnym marszu wyraził stanowisko jakoby Polaków można było kategoryzować. Niezwykle szybko

10

słowa byłego premiera o „gorszym sorcie Polaków” obiegły cały kraj. Zwłaszcza w Internecie pojawiły się głosy osób oburzonych takim wystąpieniem. Także posłowie poczuli wiatr w żagle i na ubiegłym posiedzeniu sejmu mogliśmy obserwować kolejny festiwal oskarżeń. Parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej postanowili wezwać Prezesa Kaczyńskiego do przeproszenia Polaków. Okazało się jednak, że – skądinąd ciekawa inicjatywa – poległa w fazie organizacyjnej. Sieć natychmiast zareagowała na niedociągnięcia logistyczne. Internauci bez-

litośnie naigrawali się z nieumiejętności ułożenia kartek trzymanych przez parlamentarzystów (które miały tworzyć napis: „Kaczyński przeproś Polaków!”) i wyśmiewali nieporadność opozycji. Najbardziej w obecnej sytuacji smuci jednak fakt, że próbuje się zmarginalizować rolę sędziów. Z jednej strony wysuwane są twierdzenia o braku bezstronności, z drugiej – o chęci upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości i Trybunału Konstytucyjnego. Takie opinie – nierzadko wyssane z palca i niemające żadnego uzasadnienia – są krzywdzące dla sędziów.


źródło: PAP

Świadczą one o braku szacunku wobec osób orzekających, które legitymują się nieprzeciętną wiedzą i bogatym doświadczeniem zarówno teoretycznym, jak i praktycznym. Podobnie należy odczytywać zapędy dotyczące przeniesienia siedziby TK z Warszawy. Nie bardzo wiadomo czemu miałoby służyć wyrzucenie Trybunału ze stolicy. Politycy rządzący przekonują, że wówczas TK znalazłby się niejako w oddali od decyzji politycznych. Taka argumentacja nie przekonywa. Mogłaby ona zostać uznana za trafną, ale kilkadziesiąt lat temu. W obecnych czasach, kiedy

dostęp do telefonii komórkowej i sieci globalnej jest powszechny, nie ma żadnych problemów żeby być na bieżąco z sytuacją polityczną albo wydawać polecenia za pośrednictwem środków komunikowania się na odległość. Podgrzewanie atmosfery i zaognianie konfliktu to jedyne na co możemy liczyć na chwilę obecną ze strony polskich polityków, niezależnie od reprezentowanej opcji. Mimo licznych nawoływań ekspertów, wystąpień znamienitych znawców jurydycznych, apeli ze strony uniwersyteckich wydziałów prawa konflikt wciąż trwa. Wzajemne

przepychanki, dbałość o wyniki sondażowe i próba napiętnowania konkurentów są przedkładane nad dobro wspólne. Miejmy nadzieję, że nadchodzący świąteczny czas pozwoli zapomnieć (nie tylko na chwilę) o niepotrzebnym napięciu politycznym, a Nowy Rok przyniesie konstruktywne decyzje. Oby politycy potrafili nie tylko mówić o współpracy czy podążać razem w jednym marszu, ale nadto by ramię w ramię dbali o dobro Ojczyzny, ponad podziałami.

11


Czym się różni Polak od Żyda? Cz. 1 FELIETON

P

12

Rafał Growiec

P

rzyznam, że porównanie Polaka z Żydem przyszło mi do głowy w czasie czytania książki „Stare Przymierze. Exodus” Tadeusza Zychniewicza. Tam to na stronie 319. autor podjął się próby naszkicowania charakterystyki Izraelitów. I tak oto mamy lud „który z równą łatwością zapalał się i gasł”. Gotowy do wielkiej ascezy, by zaraz potem popełnić najgorsze zbrodnie; pyskaty, ale nie tępy; wybitny, ale też skory do głupoty, a te przychodziły mu nietrudno, gdyż umiar nie był jego mocną stroną. Ten opis jako żywo przypomina mi to, co widzę codziennie na ulicy, co trafia do mnie za pośrednictwem mediów i to, co wiem z historii Polski. Mamy słomiany zapał – wolimy raz czy dwa zorganizować powstanie niż latami pracować na niepodległość i czekać na stosowny moment. Chętnie

ytanie w tytule może zdawać się naiwne, a odpowiedź na nie – dziecinnie łatwa. A jednak, jest wiele cech, które łączą Polaków i Żydów, a podobieństwa są tym bardziej uderzające, że równie wiele jest różnic.

W przypadku Żydów mamy do czynienia ze swoistym paradoksem – chcąc uciec czy to przed antysemityzmem czy też przed tożsamością niemal z góry ustaloną przez tradycję, wielu potomków Izraela ukrywało swoje pochodzenie, a rosnąca niechęć do wiary skutkowała sympatią do ateistycznego reżimu.

jednoczymy się w wielkich momentach, jednak bardzo szybko wracamy do normalności i pospolitych grzeszków. Skąd się więc bierze to podobieństwo Polaka i Żyda?

PALCAMI PO MAPIE Zacznijmy od tego, gdzie przyszło nam żyć. Ziemia Święta, a właściwie Kanaan, potem Królestwo Izraela, potem Królestwo Judzkie, rzymska Judea, od upadku powstania żydowskiego w roku 70. dopiero Palestyna, od bardzo niedawna dopiero Izrael – ten wypis nazw odzwierciedla brutalną historię kraju „środka”. Żydzi zamieszkali po wyjściu z Egiptu w kraju należącym do tak zwanego Żyznego Półksiężyca, mniej więcej w jego środku. Z jednej strony mieli wielkie imperia mezopotamskie: Babilon, Persję, Asyrię; z drugiej – potężny Egipt. Od północy weszły potem wojska greckie, niosąc władzę kolejnych dynastii wywodzących się od wodzów Aleksandra Wielkiego. Gdy wybuchała wojna między tymi potęgami, armie musiały iść przynajmniej w


okolicach ziem Żydów. Była to ziemia bogata, żyźniejsza niż wiele okolicznych, dająca bogate zbiory, a jednak nie na tyle bogata, by łatwo było osiągnąć taki przepych jak na sąsiednich dworach. A teraz spójrzmy na okolice Wisły. I my mamy kraj bogaty, ale nie dość, by opływać w luksusy jak Arabia Saudyjska. I też jesteśmy „pośrodku”. Zanim staliśmy się przedmurzem chrześcijaństwa, byliśmy terenem pierwszym do chrystianizacji. Chrzest Polski uniemożliwił Świętemu Cesarstwu Niemieckiemu rozszerzanie swych wpływów na wschód, od zachodu zaś wszystko było już schrystianizowane i trzeba było lepszej wymówki, by zająć ziemie Francuzom. Czyli Niemcy zawsze parli na wschód, bijąc „pogan” lub chrześcijan „fałszywie nawróconych”. Z drugiej strony szybko urosła w siłę

Rosja, która może i żyła z dalekowschodnich bogactw naturalnych, ale zawsze chętniej łypała na zachód, na żyzne i ciepłe ziemie. I stąd gdy Napoleon szedł na Moskwę, to przez nasze ziemie, a gdy uciekał i jego śladem szedł żołnierz carski – przez Polskę. Mimo okresowej potęgi, zwykle nie mogliśmy się równać z żadnym z naszych wielkich sąsiadów. Taka sytuacja powoduje, że i my i Żydzi na mniej lub więcej wieków traciliśmy ojczyznę i wolność narodową. TO MY, TO WŁAŚNIE MY Takie uwarunkowanie geopolityczne wymusza niejako stworzenie jakiegoś gwaranta zachowania tożsamości narodowej. W sytuacji, gdy dany kraj zamieszkują bardzo często ludzie, których historia jest powiązana z tą czy inną kampanią wojenną, trzeba zna-

leźć coś, co nas wszystkich łączy. Jest to bardzo ważne, by nawet gdy zniknie państwowa organizacja, gdy naród rozstanie podzielony obcymi granicami, by udało się przetrwać, by Judea była Judeą, a Polska była Polską. Musi być coś, co odróżnia „nas” od „nich”. Zwłaszcza, gdy tak jak Żydzi, jest się właściwie konfederacją dwunastu plemion („pokolenia” to dziw językowy ks. Wujka). Dla Izraela były dwa takie czynniki. Pierwszy, to pochodzenie od wspólnego przodka, od Jakuba-Izraela, co jednak nie chroniło przez różnicowaniem się i wojną domową (por. Sdz 12 i niesławny szybbolet). Nie pomagała także wielkość królestwa, jakie pozostawił po sobie Salomon – Roboam, „najgłupszy z ludu” (por. Syr 47, 23) swą pychą doprowadził do buntu dziesięciu plemion. Także i w źródło: www.pixabay.com

13


Polsce musiało być coś, co połączy wszystkich Polaków, jakiś wspólny mianownik dla Kaszubów, Ślązaków, Mazowszan, Pomorzan… Tak dla Izraela jak dla Polaków tym spoiwem łączącym dziesiątki nierównych połówek była wiara. To drugi czynnik, który ocalił Naród Wybrany od roztopienia się w tłumie ludów uprowadzonych do Babilonu, wciągniętych w krąg greckich bogów i herosów, czy w wielokulturowym tłumie po upadku Imperium i w wiekach późniejszych. Wiara żydowska jest z zasady wiarą elitarną i nastawioną na dualizm. Przykładem niech będzie tu rabiniczna nauka o skłonnościach w człowieku. Według rabinów, człowiek ma dwie skłonności – ku dobremu (jecer ha-tow) i ku złemu (jecer ha-ra'). Ale jecer ha-tow pojawia się w woli dopiero przy bar micwie, gdy człowiek obiecuje spełniać wszystkie 614 przykazania zawarte w Torze. Jakie skłonności zostają gojom, którzy bar micwy czy bat micwy nie mieli, pozostawiam domyślności czytelnika. Szanujący się Żyd nie tylko nie brał żony-poganki, ale wręcz unikał kontaktów codziennych z poganami. Getto to nie efekt przemocy chrześcijan, ale natu-

14

ralny efekt żydowskiego separatyzmu. W Polsce katolicyzm był tym, co odróżniało nas z jednej strony od protestanckich Prus, z drugiej – od prawosławnego caratu. Katolicka Austria była jakby dla nas łagodniejsza i nie wyrosła w polskiej świadomości na taką straszną jak nasi wschodni i zachodni sąsiedzi. Także lata komuny spowodowały, że Kościół zdawał się dla nas bastionem wolności od ateistycznego reżimu znad Wołgi. Cykl roku na wsi, ale i w miastach wyznaczały święta katolickie – od Bożego Narodzenia zaczynają, na św. Marcinie kończąc. Chcąc stworzyć homo sovieticusa vistulanusa komuniści musieli małpować chrześcijańskie obrzędy (nadanie imienia zamiast chrztu, włączenie do grona młodzików zamiast I Komunii św.). NARÓD WYBRANY Tak silne oparcie tożsamości narodowej na wierze, przemieszanie się wątków sacrum z tym, co jest ewidentnym profanum, musiało się odbić na samoocenie i Żydów i Polaków. Biblia stworzyła pojęcie Narodu Wybranego, jedynego, który ma dostęp do prawdziwego Boga, mającego dziejową misję. Wszyscy dookoła czczą bożki, Żydzi


źródło: www.pixabay.com

jedynie składają odpowiednią ofiarę. Ziemia Żydów jest święta. To nie jest jakaś tam ziemia (erec). to jest ta jedna, niepowtarzalna, ziemia (ha-arec). Bóg stworzył świat ze względu na Abrahama, Mojżesza, innych świętych patriarchów, a ci wstawiają się przed nim za Izraelem, by Pan wybaczył kolejne grzechy. Wobec tego, co obce tradycyjny Żyd chce się bronić, chce zachować status quo – co nie znaczy, że nie zaczerpnie sobie tego, czy owego z pogańskiej filozofii (np. faryzejski dualizm to raczej twór perski). Podobnie Polak – chętnie podkreśli swoją niezależność, ale ukradkiem podkradnie ten czy inny pomysł z Zachodu, czy będzie wznosił tęskne spojrzenia za autorytetem aktualnego cara (nawet jeśli ten chwilowo nazywa się prezydentem). Naród polski ma podobnie wybujałe ego, co żydowski – oto on, z kraju Jana Pawła II i Jana III Sobieskiego, obrońca chrześcijaństwa, tradycyjnej liturgii i ortodoksyjnej teologii moralnej... Zdradzony przez Judaszy z Francji, umęczony pod Józefem Dżugaszwilim, odzyskał niepodległość i teraz idzie prostą niemal drogą ku wielkiej chwale. A jednak gdy zagraża

mu najazd imigrantów, cóż robi ten wielki, chrześcijański naród? Już zaciera ręce na myśl o wielkiej akcji ewangelizacyjnej w duchu (a może i „w Duchu”) Pięćdziesiątnicy? Nie! Chce się zamknąć jak żółw w skorupie, czy jak Żyd w getcie: nie wpuszczać obcych, żyć po swojemu, choćby za granicą miałaby się rozszaleć zawierucha. W końcu Arab z dziada-pradziada nie może być dobrym chrześcijaninem, a już na pewno nie lepszym niż Polak-katolik. Poza granicami naszej Ziemi Świętej, u barbarzyńców – choćby potop. A i to powoływanie się na wiarę coś liche, skoro wielu Polaków to wielkosobotnicy, widzący Kościół tylko wtedy, gdy trzeba pobłogosławić pokarmy, lepiej znający wyniki tabeli Ligi Mistrzów niż Ewangelie. W judaizmie ich odpowiednikami są „Żydzi Jom Kippur”, o których pisał Filon Aleksandryjski w czasach Jezusa. WYMIOTOWAĆ SIĘ CHCE Jak to bywa, przegięcie w jedną stronę skutkuje odchyłem w drugą. i tak oto zarówno wśród Żydów, jak i wśród Polaków znajdujemy ludzi pojedynczych i całe środowiska, które mają dość tej tradycji wiążącej ściśle narodowość, patriotyzm

15


z jedną wiarą. W efekcie trudno niekiedy dość do tego, co było pierwsze: antypatriotyzm czy antyteizm. W przypadku Żydów mamy do czynienia ze swoistym paradoksem – chcąc uciec czy to przed antysemityzmem czy też przed tożsamością niemal z góry ustaloną przez tradycję, wielu potomków Izraela ukrywało swoje pochodzenie, a rosnąca niechęć do wiary skutkowała sympatią do ateistycznego reżimu. I tak oto wielu ludzi pochodzenia żydowskiego przykładało rękę do ateistycznej pięciolatki Stalina, gdy obrywało się także Żydom, ale już tym wierzącym. Wiara żydowska stawała się w oczach członków narodu żydowskiego czymś mrocznym, otumaniającym, zmuszającym do trwania w zabobonie i ciemnocie. Podobnie jeśli chodzi o pochodzenie z Polski, używanie polskiej mowy – dla wielu jest ona „obciachowa”, „passe” – w efekcie korpopolak posługuje się skrzyżowaniem business English i nowomowy ulicznej, dalekiej od słownictwa literackiego. I nie tylko

16

nie jest sprzedawcą, ale „younger sales managerem”, ale także nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, a jakieś anonimowe „święta”. Przestaje być ważna wartość Polski jako samoistnego tworu państwowego, a Polacy stają się w oczach wcale-nie-Polaka jakąś masą owładniętą zbiorowym szaleństwem, które trzeba temperować, ciągle przypominając, że Zachód robi to wszystko inaczej. ŚWIĘCI, ŚWIĘCI, ŚWIĘCI... Ataki ze strony obcych, ale też wewnętrzna krytyka powoduje, że zarówno Polacy jak i Żydzi z wielką radością przyjęli na siebie rolę wiecznie pokrzywdzonych, nieskalanych za to żadnym własnym grzechem. Widać to szczególnie po drugiej wojnie światowej. Polacy zostali zdradzeni przez sojuszników, a mimo przelewaniu hektolitrów krwi za wolność naszą i Zachodu, wylądowaliśmy w sowieckim rejonie wpływów, z wymordowaną w Katyniu i Auschwitz elitą, z narzuconymi przez najeźdźcę i pobłogosławionymi przez sojuszników


aparatczykami u steru. Ale czy to całą prawda? Prawdą jest, że Polacy pomagali Żydom na wcale nie masową skalę, martwiąc się głównie o siebie. Zdarzały się też wcale nie motywowane antysemityzmem przypadki kolaboracji z Niemcami. A pamięta ktoś jak to było z tym Zaolziem w 1938 r.? Żydów historia doświadczyła Holokaustem, być może najpotworniejszą zbrodnią w historii. Choć niewątpliwie jest to owoc wielowiekowej niechęci do Żydów, należy pamiętać, że sami Żydzi niewiele robili, by tej niechęci unikać. Nie chodzi tu tylko o unikanie kontaktów z obcymi, ale też o konflikt z chrześcijaństwem. Już w II w. Celsus gromadząc argumenty przeciw chrześcijanom powoływał się na jakiegoś Żyda, w VI w. żydowski władca Jusuf Nuwas wymordował chrześcijan w Nadżranie, przez wieki kolejne wersje „Toledot Jeszu” służyły nie tylko Żydom do ośmieszania Chrystusa. W gettach za czasów okupacji działały Juderadty, które zajmowały się m.in. pomocą w organizowaniu wywózek

do obozów zagłady. Tymczasem Żydzi zdają się uznawać za naród święty sam w sobie, o którym nic złego nie można powiedzieć. Z jednej strony jest to typowa przypadłość narodów, ale niekiedy nabiera to cech bardzo nieeleganckiego korzystania z tragedii Holokaustu. Podobieństw jest wiele. Czy można zauważyć podobne analogie u innych narodów? Zapewne, choć nie u każdego. Czy są jakieś znaczące różnice? Na pewno – choćby to, że Polska mimo wszystko zawsze była częścią dominującej w Europie christianitas, podczas gdy Żydzi blisko dwa tysiące lat nie mieli swego państwa i zawsze byli jakby na uboczu. Myślę jednak, że analogii jest więcej niż różnic i dzięki temu możemy przyjrzeć się narodowi żydowskiemu niejako jak w zwierciadle i znacznie lepiej go zrozumieć. 

źródło: www.pixabay.com

17


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

O krok od przepaści

18

S Maciej Puczkowski

O

d głośnego i jakże bolesnego ataku terrorystycznego we Francji, który miał miejsce niedawno, coraz rzadziej używa się słowa uchodźca i coraz niechętniej rozpoznaje w nim chrześcijanina. Trudno się nie zgodzić z opinią, że doświadczamy swoistej inwazji na Europę. Bierzemy udział w wojnie prowadzonej w zupełnie innym stylu niż jesteśmy przyzwyczajeni. Państwo Islamskie - mityczna bestia ziejąca ogniem - nie tworzy frontu, ale przenika w nasze społeczeństwo wmieszawszy się w tłum tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy i schronienia. W strachu staramy się już nie zauważać tych ostatnich. Albo gorzej, dzielimy się na dwa obozy - tych, którzy boją się przepuścić przez granicę kogokolwiek, i tych, którzy chcieliby każdemu oddać ostatni kawałek chleba.

toimy dziś u progu nowej tragedii, która zamierza dotknąć świat i ochoczo pukamy do drzwi. Ponad życie stawiamy ideologię, w imię kultury mamy zamiar się pozabijać. Upatrujemy naszą rychłą klęskę w wojnie z Islamem i panicznie już zagrzewamy się nie tylko do niechęci, ale niemalże wzywamy pod broń. Jednak to nie upadek zachodnioeuropejskiej cywilizacji jest tragedią, z którą tak entuzjastycznie chcemy się przywitać.

Dlatego nie ma większej tragedii na świecie jak wojna. Nie dlatego wcale, że można stracić na niej życie, ale dlatego, że można stracić życie wieczne. Wojna jest tragedią, dlatego, że zmusza nas do zabijania.

Cały ten cyrk, związany z muzułmanami, imigrantami, uchodźcami i Państwem Islamskim, który niebezpiecznie zmierza do otwartej wojny pokazuje o nas pewną bolesną prawdę nie cenimy życia, chyba że jest ono nasze - co z resztą również można poddać pod wątpliwość. “Co się stało, w Nim

było życiem, a życie było światłością ludzi” (J 1, 4). Czym jest światłość? Prosta odpowiedź brzmi: “jest czymś dzięki czemu widzimy”. Możemy mieć na myśli światło fizyczne, dzięki któremu widzą nasze oczy. Myżemy też myśleć o świetle, które sprawia, że nasz rozum widzi rzeczy takimi jakie są. Światło może być również rozumiane jako poznanie Prawdy. Można jednak zrozumieć światłość jeszcze głębiej. Skoro jest to coś, dzięki czemu widzimy, to może w ogóle dzięki temu możemy dostrzec własne istnienie. Ta tajemnicza moc, która sprawia, że wiem o sobie, doświadczam świat pierwszoosbowo mimo, że zbudowany zostałem z trzecioosobowych materialnych bytów, jest moim światłem. Pracujemy już nad komputerami, które potrafią przetwarzać informacje tak


źródło: www.pixabay.com

samo jak ludzki mózg, ale czy kiedykolwiek taki komputer doświadczy własnego istnienia? To co jest światłością ludzi jest czymś, co jest w Bogu. To, dzięki czemu możemy doświadczać, co nazywamy świadomością jest ściśle związane z życiem, które rodzi się w Bogu. To Bóg jest przyczyną nie tylko naszego istnienia, ale jest źródłem mocy, która umożliwia nam doświadczanie tego istnienia. Dlatego też cokolwiek czynimy bliźniemu swemu, Jemu czynimy. Jeśli czynimy to przeciw życiu, to oddalamy się od Niego. Oddalając się od Niego umieramy, bo w Nim jest życie. Nasze doświadczanie bytu kieruje się w stronę komputerowego przetwarzania informacji i reakcji na bodźce. Stajemy się niewolnikami świata i cielesności. Nasze ja zaczyna zależeć coraz

bardziej od neuronów niż duszy. Kiedy one umierają, my sami umiaramy z nimi, bo nie będąc w Bogu, nie możemy żyć bez nich. Człowiek nigdy nie żyje całkiem bez Boga, bo inaczej nie różniłby się od superkomputera, ale jego dusza może znajdować się na skraju śmierci podczas gdy ciało ma się dobrze. Niemniej jednak kiedy zabijamy człowieka, to tak jakbyśmy Boga samego zabijali. Nawet jeśli to muzułmanin i nawet jeśli przybył zniszczyć naszą kulturę. Trzeba zatem bardzo poważnie zastanowić się za co warto oddać życie i za co warto zabić. Każde zabójstwo, nawet jeśli w świetle prawa, nawet jeśli zabijamy wroga, wiąże się z naszą własną śmiercią dla wieczności. Nie ma takiej rzeczy, która by swoją wartością wyrównała tę stratę. Istnieje jednak taka nie-

wola, która zmusza nas do zabijania po to, żeby ratować życie. Jest to zło, które czynimy, ale nie obciąża nas winą. Jednak tylko wtedy, kiedy całą swoją wolą nie chcemy tego czynić. Dlatego zawsze należy szukać rozwiązania, które nie wiąże się z zabijaniem. Za prawie wszelką cenę. To znaczy ceną nie może być życie, ani nic, czego brak mógłby nas pozbawić udziału w Królestwie Niebieskim. Dlatego nie ma większej tragedii na świecie jak wojna. Nie dlatego wcale, że można stracić na niej życie, ale dlatego, że można stracić życie wieczne. Wojna jest tragedią, dlatego, że zmusza nas do zabijania. Przesiągnięci ideologią, która sprawia, że zabijamy z własnej nieprzymuszonej woli, wierząc że czynimy jakieś dobro, tracimy wieczność. Taką ideologią

19


źródło: www.pixabay.com

jest patriotyzm, który stawia jakiś stworzony przez człowieka byt na pierwszym miejscu. Należy to dobrze zrozumieć. Nie mówimy o miłości do ojczyzny, patriotyźmie, który jest autentyczny i wypływa z serca, choć nawet taki nie usprawiedliwia zabijania, bo tylko ochrona życia może ja jakoś usprawiedliwić. Mówimy o ideologii zasianej przez propagandę, która wmawia nam sztuczny system wartości. Zarówno ojczyzna, jak i kultura, choć ważne i cenne nie mogą być stawiane ponad Boga, ponieważ są wytworem człowieka. Kiedy stawiamy je na pierwszym miejscu jesteśmy jak ci, którzy czczą bożków wyrzeźbionych własnymi rękami. Jeszcze raz, miłość do ojczyzny i kultury nie usprawiedliwia zabijania. Dopiero kiedy zagrożone będzie życie naszych najbliższych, wtedy ostatecznie możemy się do niego posunąć, lecz nigdy z upodobaniem. Samo oczekiwanie na konflikt jest grzechem, bo świadczy o jakiejś skazie w duszy, o jakimś oddaleniu od Boga. Natomiast hasła “Mickiewicz”, “Chopin” i ojczyzna łatwo mogą służyć propagandzie. Co jest tym bardziej bolesne, że propaganda pogrywa autentycznymi uczuciami. Nie ulega wątpliwości, że muzułmanie, którzy otwarcie nas atakują, zabijają i ubliżają naszej kulturze i wierze, są na-

20

szymi wrogami. Nie należy więc im pobłażać, nie należy im zwłaszcza oddawać pola w Europie, ale należy ich miłować, tak jak nam nakazał Jezus Chrystus. Co znaczy miłować wroga? Czy grzechem jest doświadczać krzywdy? Grzechem jest krzywdzić. To czynienie zła, nie jego doświadczanie jest gorszą tragedią, gdyż pozbawia nas nieba. Miłować wroga nie oznacza nie krzywdzić go. Nie krzywdzić wroga powinniśmy z miłości do siebie. Miłować wroga oznacza, sprawić, żeby on nie krzywdził nas. W praktyce może to oznaczać również nieokazywanie słabości. Wróg widząc, że jesteśmy słabi, że nie potrafimy rozpoznać partyzanta od uchodźcy, że boimy się Islamu - atakuje. Gdybyśmy byli silni, nie robiłby tego choćby ze strachu lub czystej kalkulacji. Jeśli ktoś nie czuje lęku przed zabijaniem powinien czuć przynajmniej lęk przed śmiercią, ale to zabijanie jest gorsze od umierania. Być może przespaliśmy już swoją szansę na niewchodzenie w konflikt z Islamem, być może nie. Należy stanowczo postawić się w roli gospodarza, asymilować tych muzułmanów, którzy chcą się asymilować, a tych, którzy przybyli tu na wojnę pozbawić siły, ale tam gdzie to możliwe chronić życie, nie tylko nasze, ale i wroga. 


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

21


22

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

23


TEMAT NUMERU - O świątecznym kiczu 24

Jak zepsuć świąteczną atmosferę? G Emilia Ciuła

W

spółczesność nastawiona jest na kulturę „instant” (szybką, natychmiastową). Wszystko robi się szybko, na już. Nie ma czasu na chwilę wytchnienia i odpoczynek. Czas przelewa nam się przez palce, a to, na co człowiek czekał cały rok, mija w mgnieniu oka. Właśnie taki styl życia niszczy przyjemność z przeżywania świąt. Ludzie zmuszani są do pracy w wigilijny dzień. Nie mogą na spokojnie przygotować się do rodzinnej kolacji, a gdy wracają do domu, są poddenerwowani, że z niczym nie zdążą. A przecież radość z doświadczania świątecznego okresu zależy w głównej mierze od nastawienia. Stres odreagowuje się poprzez kąśliwe uwagi, niezadowolenie, kłótnie i przez to człowiek nie zauważa, że dzieje się coś niesamowitego. W ten szczególny dzień,

dy nadchodzi chwila, kiedy na niebie pojawia się pierwsza gwiazdka, to znak, że czas rozpocząć Wigilię i zasiąść wspólnie do kolacji z ludźmi, których się kocha. To czas, do którego przygotowywaliśmy się w okresie adwentu, kiedy składa się życzenia, a troski odchodzą, choć na chwilę, w dal. Oto bowiem dzisiejszej nocy narodzi się Bóg.

Plusem jest to, że święta da się uratować. Drogi czytelniku, jeśli do twoich drzwi zapukają kolędnicy – wpuść ich. Zaśpiewaj wspólnie z nimi kilka kolęd. Nawet, jeśli robią to dla zarobku, pokaż swoim nastawieniem, że dla ciebie to, co robią jest ważne. Złóż życzenia swoim bliskim, łamiąc się z nimi opłatkiem.

w tę noc, schodzi do nas z nieba Król pokoju. Kolejnym czynnikiem, który może zepsuć świąteczny nastrój jest odejście od tradycji. Post zastępowany jest obżarstwem, a

zamiast 12 tradycyjnych dań na wigilijnym stole odnaleźć można kurczaka, kotlety, przelewający się alkohol. Zdarza się, że rodziny rezygnują z czytania fragmentu Pisma Świętego, śpiewania kolęd, składania życzeń. Wszyscy zasiadają przed telewizorem, by obejrzeć „wigilię gwiazd” lub mecz tenisa. Zdarza się również, że coraz częściej całe rodziny pakują walizki i na ten świąteczny czas wyjeżdżają do ciepłych krajów. Okres Bożego Narodzenia traktowany jest jak urlop, który można wykorzystać po to, by zaznać trochę słońca. Biura podróży poczuły, że ruch turystyczny jest wtedy wzmożony i proponują szereg promocji. Rodacy oderwani od ojczyzny spędzają wigilijną noc, możliwe, że nawet jej nie zauważając. Zamiast karpia jedzą owoce morza, które popijają drin-


źródło: www.pixabay.com

kiem z palemką zamiast kompotem z suszonych owoców. Inną kwestią jest to, że święta Bożego Narodzenia „przychodzą do nas” już w listopadzie. Jak to się dzieje? Otóż sklepy aż kipią od ilości ozdób, światełek i promocji. Gdy wchodzi się do krakowskich galerii, człowiek czuje się, jakby nagle został teleportowany na biegun północny do domu świętego mikołaja. W tym okresie powtarza się człowiekowi jak mantrę, że święta się zbliżają, że trzeba kupić prezenty itd. W głośnikach huczą świąteczne piosenki, a nawet nie spadł jeszcze ani jeden płatek śniegu. Właściciele sieci handlowych nastawieni są na konsumpcjonizm. Wchodząc do takiego miej-

sca pełnego pokus, trudno się oprzeć, aby nie wpaść w gorączkę świątecznych zakupów. Nie mówiąc o tym, że w różnych miejscach Krakowa stoją choinki obwieszone firmowymi bombkami… Mimo tego młodzi ludzie, których zapytałam, czym dla nich są święta odpowiadają, że tęsknią za tym czasem, kiedy mogą usiąść wspólnie z rodziną do wieczerzy. Choć obecnie przeżywanie świąt staje się poniekąd „mitem”, to i tak w sercu nosi się pragnienie bliskości Boga i innych ludzi. Człowiek czuje, że coś jest nie tak i nie potrafi tego nazwać. Jedna ze studentek na pytanie, z czym kojarzą jej się święta, odpowiada: „Święta kojarzą mi się z męczącymi

dekoracjami w galeriach, ale od tego na szczęście da się uciec, co prawda dopiero w wigilijny dzień, kiedy jest rodzinnie i ciepło. Jest to radość z tego, że skończyło się poranne wstawanie na roraty i Pan Bóg stał się człowiekiem, czyli doświadczał tego co my, przez co jest nam tak bliski. Ale jest też tęsknota za tymi, których nie ma przy stole…”. Inny student dodaje: „Święta zawsze kojarzyły mi się z zapachem mandarynek w powietrzu, kolędami i wszechobecną miłością, nie tylko w sensie samej miłości, ale też z tym, że ludzie w tym okresie są mili, pomagają sobie. Powinno tak być zawsze”. Na podstawie tych i wielu innych wypowiedzi mogę wyciągnąć wniosek, że

25


ludzie chcą radosnych, spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Chcą czuć bliskość rodziny i Boga. Tęsknią za tymi, których zabrakło oraz dostrzegają kicz, który wypływa ze współczesnej kultury. Plusem jest to, że święta da się uratować. Drogi czytelniku, jeśli do twoich drzwi zapukają kolędnicy – wpuść ich. Zaśpiewaj wspólnie z nimi kilka kolęd. Nawet, jeśli robią to dla zarobku, pokaż swoim nastawieniem, że dla ciebie to, co robią jest ważne. Złóż życzenia swoim bliskim, łamiąc się z nimi opłatkiem. Niektórych z nich może w przyszłym roku zabraknąć. Zatrzymaj się i zobacz to, co tak naprawdę ma znaczenie. To, jaki dasz prezent, to że mieszkanie nie jest wystarczająco posprzątane, że nie wszystkie pierogi zalepione – nie ma większego znaczenia. Waż-

ne jest to, że masz obok siebie ludzi, na których ci zależy. To, jak przeżyjesz święta, zależy tylko i wyłączanie od Ciebie. Nawet, gdy zaskoczysz tym swoją rodzinę, spróbuj wprowadzić zmiany. Może właśnie tego potrzebują, ponieważ zapomnieli, jak cudownie może być w tę wigilijną noc. Chwilę przed północą wyrusz z bliskimi na pasterkę. Przeżyj święta tak, jak zawsze pragnąłeś. Bóg schodzi na ziemię do każdego z nas. Święta to czas cudów, a jeden z nich właśnie się dokonuje. 

źródło: www.pixabay.com

26


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

27


TEMAT NUMERU - O

świą teczny m

k iczu

Hity pod choinkę

28

Ś Rafał Growiec

C

hoć większość ludzi jest wzrokowcami, tak naprawdę równie ważny jest dla nas dźwięk. Stąd w galeriach handlowych zawsze z głośników nadawany jest odpowiedni repertuar, a sklepy muzyczne wręcz zasypują nas składankami kolęd i „piosenek świątecznych”. Nawet przyrządzając tradycyjne wigilijne potrawy chcemy jakoś zapełnić ciszę. Jaki jest więc przepis na bożonarodzeniowy hit? Aby rozważyć ten problem, należy wybrać kilka tzw. evergreenów, czyli świątecznych hitów, które przetrwały w społecznej świadomości pośród dziesiątek innych. Przy okazji należy wykluczyć tutaj utwory stricte religijne, czyli kolędy, gdyż te powinny być śpiewane dopiero gdzieś tak od pasterki. Poza tym nie ma sensu porównywać melodii i słów uświęco-

wiąteczna atmosfera, zapach igliwia, przystrojona choinka… I koniecznie jakiś ładny podkład muzyczny. Co proponowali nam muzycy rodzimi i zza Oceanu, by umilić nam Boże Narodzenie (a przy okazji trochę zarobić)?

Mariah Carey postanowiła więc nagrać album świąteczny, gdzieś między piosenkami imprezowymi a hymnami chrześcijańskimi. Hitem jest jednak „All i want for Christmas is you”, czyli kolejna opowieść o tym, że idealnym prezentem pod choinkę jest miłość.

nych wieloletnią praktyką z czymś, co dopiero walczy o swoje miejsce w sercach słuchaczy. Ale jeśli tekst był nowy, to jak najbardziej taki utwór w zestawieniu się znalazł. Szkoda tylko, że wybór był tu w sumie niewielki – jakoś tak dziwnie śpiewanie o Chrystusie

w Boże Narodzenie popularności nie nabija. STARE, ALE JARE No, dobra, dla niektórych czytelników: „bardzo stare”. Zaczynamy w XVII wieku, gdy pewien Ślązak, imieniem Melchior Franck wykonywał piosenkę o choince. W 1819 r. Joachim August Zarnack napisał tekst porównujący wiecznie zielone drzewko z niewierną i zmienną kochanką. Najpowszechniej znaną wersję stworzył Ernst Anschutz w 1824 r i to on dopisał dwa wersy, które pozwalają skojarzyć tę zimową piosnkę ze świętami Bożego Narodzenia. Mimo to, na lekcjach niemieckiego bardzo często „O, Tannenbaum” jest uznawana za kolędę niemiecką. Podobną historię ma przesławny „Jingle bells” nagrany w 1897 jako „One horse open sleigh” przez Jamesa


źródło: www.pixabay.com

Pierponta. Niby zwykła zimowa piosenka o kuligu, ale kojarzona ze świętami. Z innych „oldies” mamy klasyczny hit mikołajkowo -bożonarodzeniowy „Santa Claus is coming to town”. Czyli nic innego, jak tekst skierowany do dzieci, że mają być grzeczne, bo Święty mikołaj już zmierza do miasta, ma listę, dzięki której wie, kto był grzeczny, a kto nie, do tego nie da się go przyłapać przy podkładaniu prezentów. Zresztą nawet gdyby się to udało, to staruszek nie ma czasu, bo ma masę prezentów do rozwiezienia. Innym przykładem piosenki wykorzystującej klimat świąteczny jest „Christmass Alphabet” Dickie-ego Valentine'a. Nie jest to nic innego jak potraktowanie słowa christmas jako skrótu. Angliści zapewne powiedzieliby, że pierwszy człon wywodzi się

od Chrystusa, a drugi od mszy, ale szołbiznes wie swoje. I tak CHRIST to cukierki, szczęście rodzinne, renifery, lodowisko, skarpety nad kominkiem i zabawki, a MAS to jemioła, anioły robiące świąteczną listę i Mikołaj. Piosenka może w sumie mało znana, ale postanowiłem ja tu umieścić ze względu na to, ze stanowi esencję zeświecczenia świąt. NIECO ŻWAWIEJ Gdy Amerykę opanował duch rock'n'rolla, wdarł się on także i w repertuar świąteczny. I tak już w 1957 Bobby Helms nagrał piosenkę „Jingle Bells Rock”. To bardzo dzwoniąca piosenka, bo dzwoni tam nawet koń, a na mroźnym powietrzu wszyscy zbierają się na Placu Dzwoniących Dzwonków. Brenda Lee zaczęła rockować wokół choinki w 1958 r. Pary przy

tej potańcówce starają się zatrzymać pod jemiołą, a świąteczny duch dzwoni gdy ktoś wpada na pomysł, by przystroić hall gałązkami ostrokrzewu. Powiązanie z zimą świątecznych piosenek osiągnęło chyba apogeum w piosence nagranej w 1947 r. przez Vaughna Monroe, a rozsławionej w 1959 r.. przez Deana Martina. Tak, mowa tu o „Let it snow!”, czyi zimowym odpowiedniku „Singin in the rain”. Pogoda marna, zimno, mokro, ale to wszystko nieważne, bo jest kominek, ukochana osoba i w zasadzie nie ma po co wychylać nosa z domu. Do miłosno-świątecznego repertuaru dopisał się w 1960 r. Elvis Presley, wykonując piosenkę „Blue Christmass”. Mamy tu głównie grę kolorami, bo oto podmiot liryczny stroi na czerwono zielone drzew-

29


ko, a z powodu odejścia ukochanej w głowie ma smutne (ang. blue) myśli, za oknem padają niebieskie płatki śniegu. Ona może i ma białe święta, ale on ma niebieskie. Z IDEĄ Przemiany kulturowe powiązane z rokiem 1968-ym spowodowały, że w świąteczne nutki wkradły się nutki inne niż bezmyślne całowanie się pod jemiołą czy obtańcowywanie drzewka. I tak w 1970 John Lennon wraz z Yoko Ono nagrał kawałek „Merry Christmas, The War is over”. Nie, nie uraczymy tu wezwania do pokoju ze względu na Chrystusa, ale refleksję, że kończy się rok, a a wypada życzyć wesołych świąt wszystkim – białym, czarnym, żółtym i czerwonym. Te dwa ostanie kolory są istotne, gdyż w tym czasie Amerykanie bili się z azjatyckimi komunistami w Wietnamie. Innym protest songiem utrzymanym w świątecznych klimatach był „Do they know it's Christmas?” skierowany przeciwko głodowi. I znowu nic o Bogu, poza zwrotem „Dziękuj Bogu, że nie jesteś na ich

30

miejscu”. Utwór został przerobiony w 2014 r. tak, by pasował do tematyki epidemii Eboli na Czarnym Lądzie. Jednym z niewielu hitów, które poruszają tematy religijne było „Mary's Boy Child” zespołu Boney M. Ale i ona jest coverem utworu z połowy XIX w, będącym w oryginale piosenką urodzinową z klimatami rdzennych Amerykan. Mimo to warto zwrócić na nią uwagę, gdyż wersja Boney M. osiągnęła niemały sukces, w dodatku tekst mocno oparty jest na Biblii. CUKIERKOWO-LIRYCZNIE Przełom lat 80. i 90. przyniósł rozkwit popu, a wraz z nim trzy wielkie hity świąteczno-romantyczne. Pierwszy to wydany w 1984 r. superprzebój grupy Wham! (pol. Trach!), czyli „Last Christmass” o biedaku, który oddał swe serce rok temu, zostało to odrzucone, a teraz uważa się za mądrzejszego, bo odda je komu innemu. Fenomen tej piosenki to jej niesamowita popularność w jednym właściwie tylko kraju. Tak, w Polsce, do tego tylko okresowo. Kolejny to Shakin Stevens (pol. Trzęsący się Stefan) i „Merry Christmass


źródło: www.pixabay.com

Everyone”. Kolejna piosenka o klimacie świątecznym, czyli – pada śnieg, dzieci się bawią, dorośli imprezują całą noc, całusy pod jemioła. Do tego teledysk umieszczony w warsztacie Santa Clausa. Amerykańskie święto zimowe w pełnej krasie. Na takich piosenkach robi się kasiorę, więc Coloumbia Records chciała nagrać hit na 1994 r. Mariah Carey postanowiła więc nagrać album świąteczny, gdzieś między piosenkami imprezowymi a hymnami chrześcijańskimi. Hitem jest jednak „All i want for Christmas is you”, czyli kolejna opowieść o tym, że idealnym prezentem pod choinkę jest miłość. POLACY NIE GĘSI I u nas niejeden artysta pokusił się o napisanie piosenki mającej umilić obrabianie karpia czy wypatrywanie pierwszej gwiazdki. Z tym, ze nasz przemysł rozrywkowy był pod cieniem Wielkiego Brata, który nazwał Mikołaja Dzieduszką Marozem i jeszcze mniej chętnie podchodził do religijnych motywów. Stąd dużo lepiej było napisać tekst świecki niż nagrać składankę kolęd, choć i te dało się nagrać. I tak

w 1965 Jeremi Przybora nagrał piosenkę Kaliny Jędrusik „Na całej połaci śnieg”, której głównym przesłaniem jest to, że snieg pada na wszystko i wszystkich. W 1974 Czerwone Gitary nagrały piosenkę o tym, że „Jest taki dzień”. Jaki to dzień? Nic dosłownie: jest grudniowy, ale ciepły, za to gasną wtedy spory. I wtedy to wszyscy wszystkim ślą życzenia. W 1968 r. Skaldowie do spółki z Alibabkami stworzyli hit „Z kopyta kulig rwie”, o galopujących koniach, zbójnikach od Kmicica w garniturach. Należy przy okazji pamiętać, że większość z prezentowanych utworów doczekało się nowszych wersji, było coverowanych przez mniej lub bardziej znane nazwiska. Nierzadko mają obciążenie historyczne, wpisując się w tendencję do zeświecczania świąt. 

31


k iczu świą teczny m

TEMAT NUMERU - O

Grzechy główne świątecznej telewizji W

święta bożonarodzeniowe wszelka telewizja i wszystkie stacje powinny zawiesić nadawanie swoich świątecznych ramówek. Wszystko przez to, że niczego ciekawego i pożytecznego do naszego życia nie wniosą.

Anna Zemełka

T

elewizja w święta to prawdziwe odstawianie szopki, bynajmniej nie bożonarodzeniowej. Każda ze stacji stara się jak może, żeby swojego odbiorcę wprowadzić w świąteczny nastrój, by tematycznie odpowiedzieć na potrzeby rynku i w końcu, by zarobić jak najwięcej pieniędzy na oglądalności. A ograniczony lud to kupuje, bo podczas świąt w wielu domach telewizor jest włączony od rana do późnej nocy. Telewizję oglądamy pomiędzy jednym a drugim kawałkiem sernika, zagryzając karpiem w galarecie czy przyjmując kolędników. Oglądamy ją nawet wtedy, gdy świadomie nie patrzymy. Dodatkowo w ogóle nie zauważając w tym wyjątkowym okresie głównych grzechów telewizji. PO PIERWSZE: MASŁO MAŚLANE Jak to jest, że w święta

32

Bo w tym okresie nic tak nie cieszy, jak słuchanie o tym, w jaki sposób spędziła święta w rodzinnym domu ta czy inna piosenkarka. Nic tak nie ciekawi, jak słuchanie o tym, jakie świąteczne tradycje pamięta ten czy tamten aktor.

ciągle się o nich mówi? W ciągu tych kilku dni szeroko pojęta tematyka świąteczna rozbijana jest na milion czynników pierwszych – w końcu we wszystkim, co już znane i omówione można znaleźć coś, o czym da się powiedzieć w inny sposób. Nieustannie magluje się ten temat. W każdej świątecznej ramówce nie może zabraknąć studia specjalnie przy-

ozdobionego na tę okoliczność – głównym zadaniem takiej aranżacji jest to, żeby gadające głowy mogły nawijać o świętach. Bo w tym okresie nic tak nie cieszy, jak słuchanie o tym, w jaki sposób spędziła święta w rodzinnym domu ta czy inna piosenkarka. Nic tak nie ciekawi, jak słuchanie o tym, jakie świąteczne tradycje pamięta ten czy tamten aktor. Przecież choinkę, 12 wigilijnych potraw i dzielenie się opłatkiem mało który widz zna. A już takie nowości, jak pierwsza gwiazda, śpiewanie kolęd po wspólnej wieczerzy czy wolne miejsce przy stole, to tradycje, które dla wielu są czarną magią. PO DRUGIE: ODGRZEWANE KOTLETY Nic tak nie nabija telewizyjnej kabzy, jak odgrzewanie nieustannie tych samych filmowych szlagierów. Bo w


źródło: www.pixabay.com

końcu święta bez „Kevina…”, to nie święta. Warto również dorzucić do tego „Szklaną pułapkę” – nie ma znaczenia, że przecież jest tak mało świąteczna. Składa się za to z 5 części, które można serwować widzom dzień po dniu. A po wyświetleniu wszystkich czas jeszcze na powtórki! Do tego dochodzą inne kiczowate filmy, które święta przedstawiają w skrzywionym zwierciadle – wszystkie te „Śnięte Mikołaje” i inne mnożone po stokroć wariacje na temat brodatego staruszka w czerwonym wdzianku umilają świąteczne popołudnia i wieczory. Nie należy również zapominać o polskiej kinematografii, którą jakiś wewnętrzny patriotyzm każe promować. Prym wiodą tutaj komediowo-romantyczne produkcje pokroju „Tylko mnie kochaj”, "Dlaczego nie" czy klasyka polskiego kina – „Vabank”, „Miś” i „Chłopaki nie płaczą”. Nie może również zabraknąć propozycji dla najmłodszych odbiorców,

więc trzeba wygrzebać z telewizyjnego archiwum coś, co się sprawdza, czyli jak co roku „Epoka Lodowcowa” czy „Shrek”. Broń Boże nie puszczajmy w eter żadnej nowości, bo jeszcze się nie przyjmie i słupki oglądalności polecą na łeb na szyję! PO TRZECIE: POSTĘPUJĄCA LAICYZACJA Bo przecież ateiści też obchodzą święta! A pod żadnym pozorem chrześcijanie nie mogą sobie Bożego Narodzenia zawłaszczyć. Dlatego w telewizji nie mamy Jezusa, bo to może urazić czyjeś uczucia. W tym okresie nie następuje Wcielenie Syna Bożego. Boże Narodzenie staje się areligijnym, świeckim czasem, kiedy ludzie mogą przed telewizorem odpocząć i się zrelaksować. Wtedy nie celebrujemy niczego poza talerzami pełnymi świątecznych smakołyków. W telewizji widać to bardzo dobitnie, bo o Bogu, który w tym wszystkim jest

sednem, nie mówi się prawie w ogóle. A jeśli już, to tylko w odniesieniu do tego, że jakaś tam część społeczeństwa w tej świątecznej końcówce grudnia cieszy się z narodzin Zbawiciela. Mszę z Watykanu co prawda przetransmitują w telewizji publicznej, ale nic więcej. No i jeszcze koncerty kolęd, bo to się dobrze sprzedaje. Ale przecież kolęd też mogą słuchać ci mniej religijni. W końcu pastorałki świetnie wprowadzają w ten magiczny czas, a jeszcze jak np. „Przybieżeli do Betlejem” wykonuje jakaś znana piosenkarka czy piosenkarz, to już w ogóle można się rozpłynąć, nawet łza się w oku zakręci. PO CZWARTE: KUCHENNE REWOLUCJE Hitem świątecznym są wspomnienia znanych i lubianych ludzi dotyczące świątecznej kuchni. Każdy z nich odpowiadając na prozaiczne pytanie: a co u ciebie jadło się na Wigilii, będzie się dwoił i troił, aby opowiedzieć o barszczu z uszkami,

33


karpiu w galarecie czy pierogach z kapustą i grzybami. Z kolei redaktor będzie nie dowierzał i drążył dalej. Wtedy się okaże, że ów znany aktor czy celebryta jako dziecko jadł jeszcze śledzia w śmietanie, kutię i tak bardzo tradycyjną kapustę z grochem. Nie do pomyślenia! PO PIĄTE: TELEWIZYJNE WIGILIJKI Mamy już pięknie przyozdobione studio, więc jak stary obyczaj każe, trzeba odbębnić Wigilię w rodzinnym, telewizyjnym gronie. Dlatego zaprosimy aktorów filmowych, gwiazdki serialowe, prezenterów wiadomości i pogodynki. W końcu do zwykłych ludzi najbardziej trafi obraz tego, jak ten celebrycki świat jest pełen miłości, jak ludzie w nim są ze sobą wyjątkowo zżyci. Dlatego zrobimy telewizyjną wigilijkę, będzie masa świątecznych potraw przyrządzonych przez nadwornego telewizyjnego kucharza, który co sobotę prowadzi swój kulinarny program z przepisami. Będzie też wzruszające śpiewanie kolęd przez zaproszonych piosenkarzy oraz wspólne wspominanie zamierzchłych czasów dzieciństwa. PO SZÓSTE: PORADA PORADĘ POGANIA Nieustannie wałkuje się jakieś świąteczne tematy tak, jakby ludzie sami nie potra-

34

fili dojść do tego, w jaki sposób świętować. Dlatego telewizja podpowiada bardzo ochoczo, jak przeżyć ten nastrojowy czas, pełen magii i cudów. Doradzi ona także, jakie prezenty kupić, które ciasteczka upiec, jak nie dać się zwariować świątecznym przygotowaniom, jak najlepiej pozbyć się plam ze świątecznego obrusu, jakie kolędy zaśpiewać przy kolacji wigilijnej, jak się ubrać na rodzinne spotkania itd. Do studia zaprasza się ekspertów od gotowania uszek do barszczu, pakowania prezentów, ubierania choinki, świątecznych outfitów. A już największym paradoksem świątecznego poradnika telewizyjnego jest ciągłe zachęcanie do spędzania świąt w rodzinnym gronie. Jeszcze inne kuriozalne porady zachęcają do wyciszenia się przez te kilka dni. Po świętach natomiast zacznie się sezon na odchudzanie – pojawią się specjaliści od tego, w jaki sposób najszybciej i najskuteczniej zrzucić dodatkowe kilogramy, które zyskaliśmy w ciągu tych kilku dni. PO SIÓDME: REKLAMOWY ZAWRÓT GŁOWY Szaleństwo świątecznych reklam to niestety tylko poboczny grzech, który popełniany jest głównie przed tym wyjątkowym czasem Bożego Narodzenia. Zaczyna się on już mniej więcej po Wszystkich Świętych,


źródło: www.pixabay.com

około 2 listopada. To właśnie wtedy warto zacząć myśleć o świątecznych prezentach, dlatego zewsząd torpedują nas roześmiane twarze dzieci zapewniające o wyjątkowości tej czy innej zabawki. Oczywiście, prezenty dla najmłodszych to najlepszy biznes na świecie, ale nie jedyny. Pojawiają się więc również miliony propozycji dla dorosłych. Nie można też zapominać, że niewykorzystanie świątecznej oglądalności byłoby prawdziwym marnotrawstwem! Dlatego filmy przerywane są wyjątkowo dużą liczbą reklam o szczególnie wydłużonym czasie trwania. Bloki reklamowe mnożą się na potęgę, zachęcając do poświątecznych zakupów, do końcowo-rocznych wietrzeń magazynów, kupowania niepotrzebnych rzeczy bez VAT. Ponadto żeby jeszcze bardziej zachęcić potencjalnego nabywcę, to reklamy koniecznie muszą mieć świąteczne nacechowanie, okołoświąteczną tematykę, oddziaływać przede wszystkim na podatną w tym okresie sferę emocjonalną człowieka. WIĘCEJ GRZECHÓW NIE PAMIĘTAM... Telewizyjne grzechy i zaniedbania można by wymieniać w nieskończoność. Oczywiście część z nich została delikatnie wyolbrzymiona na potrzeby tego tekstu. Jednak pewien problem niewątpliwie jest. Telewizja w święta to momentami istny koszmar, na

który odbiorcy bardzo chętnie się nabierają. Świąteczna manipulacja polega przede wszystkim na tym, żeby człowieka odciągnąć od tego, co ważne i skupić jego uwagę na oglądaniu. Trzeba pamiętać, że tym ludziom z ekranu nie zależy na naszym dobru, nie liczy się dla nich świąteczna atmosfera, ani podkreślanie wyjątkowości tego czasu. Dla telewizyjnych gigantów liczy się przede wszystkim wysokość słupków oglądalności i to, ile na tym zarobią. Problem jednak jest o wiele bardziej złożony. Okazuje się bowiem, że największy grzech popełniamy my sami. Zamiast spędzać ten radosny czas ze swoimi bliskimi, w rodzinnym gronie, integrując się i rozmawiając, nadrabiając chwile, kiedy w ciągu roku trudno jest się spotkać, to wolimy zasiąść wygodnie przed telewizorem z miską świątecznych pierniczków i oglądać, oglądać, oglądać. Nieważne co, ważne by cokolwiek leciało. Niech na święta wielką nieobecną będzie w naszych domach telewizja. Chociaż na te kilka dni odłączmy się od wirtualnego światka widzianego przez szklany ekran i wyjdźmy do ludzi! Bo właśnie po to przychodzi ta Boża Dziecina – żeby nas wszystkich zjednoczyć. 

35


TEMAT NUMERU - O

świą teczny m

k iczu

Świąteczny telekicz

36

N Mateusz Nowak

I

tak w każde święta przeżywamy ponowne spotkanie z Kevinem, który co ciekawe, zawsze zostaje na święta sam w domu. A i zapomniałbym o drugiej części, kiedy dom zastąpił Nowy Jork. Polsat pod tym względem nigdy nie zawodzi, a Kevin na stałe wpisał się już w kanon tradycji, bez których Polacy nie wyobrażają sobie świąt Bożego Narodzenia. I w tym momencie nasuwa mi się tylko jedno pytanie: "Naprawdę?". Serio nie wyobrażamy sobie świąt bez włączonego telewizora, a w nim Kevina walczącego z najbardziej żenującymi włamywaczami, jakich widział świat? Wszystko rozumiem, sam lubię często wracać do pewnych filmów, oglądać po kilka razy. Zdaję sobie też sprawę, że jest to luźna produkcja z bardzo przyjemnym klimatem. Chris Columbus potrafił o

adchodzi Boże Narodzenie - jeden z najpiękniejszych okresów w roku, który spędzamy z najbliższymi śmiejąc się, ucztując, rozmawiając na wszystkie możliwe tematy. Jednak niestety w tym wszystkim towarzyszy nam często włączony telewizor, a chyba wielu z nas czuje, że telewizja w święta nie ma prawie nic do zaoferowania, więc standardowo odgrzewa kotlety.

Chcę zaznaczyć, że nie uważam, że to wszystko są złe filmy. Po prostu od lat telewizje nie mają do zaoferowania nic nowego, więc wolą iść na łatwiznę i stawiać na stare, sprawdzone produkcje, bo przecież ludzie i tak to będą oglądać.

to zadbać. Ale na Boga, w każde święta? I to tak, że jesteśmy gotowi robić pikiety pod siedzibą Polsatu, jeśliby przypadkiem Kevin nie pojawił się w ramówce? Coś mi tu mocno nie pasuje. Kevin to jednak nie wyjątek. Co prawda stał się symbolem filmów świątecznych, jednak nasze rodzi-

me telewizje nie zawodzą i co roku karmią nas również paroma innymi produkcjami, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli jak się skończyły. W większości nie są to zbyt wymagające filmy - komedie romantyczne, filmy familijne, ogólnie takie, które wprowadzają luźny, świąteczny nastrój. Niby nic w tym złego, ale ileż razy można oglądać Sandrę Bullock, która kocha Petera Callaghera, gdy on śpi? Albo Jima Carreya, który przebrany za zielonego futrzaka o imieniu Grinch oświadcza, że świąt nie będzie? Chcę zaznaczyć, że nie uważam, że to wszystko są złe filmy. Po prostu od lat telewizje nie mają do zaoferowania nic nowego, więc wolą iść na łatwiznę i stawiać na stare, sprawdzone produkcje, bo przecież ludzie i tak to będą oglądać. Dlatego chyba


najlepszym wyjściem byłoby, gdybyśmy wszyscy powyłączali telewizory na święta i po prostu cieszyli się wspólnym, rodzinnym towarzystwem. No chyba że są wśród Was amatorzy oglądania po raz dziesiąty "To właśnie miłość", "W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju", "Złego Mikołaja" czy naszych rodzimych produkcji pokroju "Listy do M.". Choć akurat to ostatnie jest na tyle nowe, że jeszcze dziesięć razy nie zdążyliśmy tego obejrzeć. Nic straconego, TVN na pewno zadba o to, żebyśmy zarówno pierwszą, jak i drugą część "Listów", która niedawno wyszła w kinach, znali na wylot. Oczywiście w święta puszczane są również am-

bitniejsze produkcje, które nie mają na celu wywołania w nas salwy śmiechu. Tyle tylko, że oglądanie po raz kolejny ekranizacji trylogii Sienkiewicza czy choćby "Znachora" interesuje już chyba tylko koneserów. Brakuje w tym wszystkim świeżości. Jasne, są puszczane jakieś premiery. A to pojawią się nowe "Opowieści z Narnii", a to jakieś inne kino familijne, czasem na wieczór jakaś ambitniejsza produkcja sprzed dwóch-trzech lat. Tyle tylko, że tego jest bardzo mało. A pozostałą część ramówki zapełniają m.in. te filmy, o których już wspominałem. Choć jak patrzę na jaki poziom zeszła w ostatnich latach telewizja wypuszczając coraz to nowe "Trudne spra-

wy", "Zdrady", "Szkoły", "Szpitale" czy inne "Ukryte prawdy" to chyba jednak już wolę tego Kevina. Podsumowanie tu jest chyba tylko jedno. Telewizja to jeden wielki szajs. Na co dzień karmi nas paradokumentalnymi serialami, których żenujący poziom przekracza wszelkie granice przyzwoitości, a w święta podsuwa nam co roku dokładnie tę samą ramówkę. Moja rada jest prosta. W czasie świąt, a przynajmniej w trakcie Wigilii wyłączmy telewizory. Postawmy na rodzinną atmosferę, posłuchajmy kolęd, spędźmy ten czas wspólnie, zapomnijmy o tych pudłach z ciekłokrystalicznymi ekranami chociaż w ten jeden dzień w roku. 

37


k iczu świą teczny m

TEMAT NUMERU - O 38

Telewizor i komputer vs Boże Narodzenie I

lu z nas kolejne święta, zamiast z bliskimi, spędzi przed ekranem telewizora lub komputera?

Kajetan Garbela

J

ak co roku w grudniu, przedświąteczny paradoks trwa w najlepsze - z jednej strony jesteśmy bombardowani telewizyjną ramówką świąteczną, z drugiej zaś – namawiani do spędzenia tego czasu w gronie rodziny. Z jednej strony chcemy, aby nasi bliscy z nami przebywali i rozmawiali, z drugiej – obdarowujemy dzieci i młodzież komputerami i grami, przymykając oko na to, że przez najbliższe dni będą każdą wolna chwilę spędzali przy nich. To jak w końcu? Czy da się pogodzić święta przed telewizorem lub komputerem ze świętami spędzonymi z rodziną? Nie sądzę. Ktoś powie: przecież można oglądać filmy czy seriale razem z bliskimi. Powstaną głosy, że ojciec z synem mogą fajnie spędzać czas, grając wspólnie w grę. Od kogoś usłyszymy, że on

Nie można całych świąt spędzić w parze ‘ja + telewizor/komputer”. Prowadzi to do wyobcowania ze spraw i życia ludzi, którzy zajmują – lub przynajmniej powinni – niepospolite miejsce w naszym życiu, a z którymi często kontaktujemy się zbyt mało.

przecież się uczy/pracuje, i tylko w święta ma czas na filmy, seriale, gry komputerowe. Jeszcze inny wyleci z hasłem, że „Kevin sam w domu” to już tradycja (które to tłumaczenie jest dla mnie objawem tragicznego zidiocenia i zatracenia zdrowego rozsądku).

Czy ktoś naprawdę nazwie gapienie się w „wspólnym spędzaniem wolnego czasu”? Samo to, że kilkoro ludzi patrz jednocześnie w ekran, przyswajając to, co na nim zobaczy i czasem wyrażając swoją opinię na ten temat, nie znaczy jeszcze, że nawiązuje się między nimi wspólnota. A o to przecież chodzi w czasie świąt! W dzisiejszym świecie jesteśmy bardzo zabiegani. Ciągle biegamy z domu do pracy czy na uczelnię, po nich do lekarza, do fryzjera, do kosmetyczki, do urzędu, do kościoła, na wspólnotę, do sklepu… Z bliskimi często widzimy się jedynie przelotem bądź na Facebooku, czytamy ich sms-y bądź oglądamy fotki na Instagramie. Na szczęście święta Bożego Narodzenia są jeszcze tradycyjnie postrzegane jako czas spotkań z bliskimi. Czas,


źródło: www.pixabay.com

w którym należy zwolnić, odłożyć codzienne zajęcia i zobaczyć się z tymi, których na co dzień nie mamy obok. Odwiedzić tych, którzy mieszkają daleko, lub samemu zostać przez nich odwiedzionym. W tym grudniowym czasie mamy często jedną z niewielu, jeśli nie jedyną, okazję w ciągu roku, by zobaczyć twarz i usłyszeć głos kogoś spośród rodziny czy znajomych. Niestety, w trakcie tych wizyt często w tle musi „lecieć” telewizja, czy też musimy akurat sprawdzać fejsa… O ile problem z telewizorem jest obecny od ładnych kilku dekad (przynajmniej dwóch-trzech), o tyle w ostatnich kilku-kilkunastu latach podobnie dzieje się z komputerem. Tutaj ofia-

rami staje się najczęściej młodzież, ale także nawet kilkuletnie dzieci. Bo akurat ktoś dostał pod choinkę nowy komputer, albo jakąś ciekawą, nietanią zresztą grę – więc trzeba je sprawdzić. I tym sposobem, zamiast z rodzicami, rodzeństwem, dziadkami lub też innymi członkami rodziny, młodzi spędzają czas przed ekranem komputera. A jeśli w tym samym czasie ich bliscy siedzą i wpatrują się jak zaczarowani w telewizor, wtedy możemy mówić o prawdziwej patologii. Chyba każdy z nas ma w rodzinie czy wśród niedalekich znajomych taką osobę, której egzystencja bez obecności włączonego telewizora czy komputera przychodzi z trudem. Czy to uroczysty obiad/kolacja,

czy urodzinowa kawa, imieninowa posiadówka czy po prostu weekendowa wizyta – telewizor w tle musi mieć aktywną zarówno wizję, jak i fonię, komputer musi być włączony, bo coś się buforuje, coś pobiera. Kto z nas nie prowadził rozmowy, w tle której można było usłyszeć spikera, lektora czy innego telewizyjnego aktora, kto nie wysłuchiwał urywkowych opinii na temat tego, co inny z gości właśnie zobaczył na ekranie… Że już nie wspomnę o manii ciągłego sprawdzania powiadomień w internecie na komórce czy w tablecie albo biegania do komputera, bo coś trzeba „sprawdzić”. Takie rzeczy nie dość, że świadczą o braku szacunku dla tych, z którymi się spotykamy, to jeszcze

39


źródło: www.pixabay.com

mogą doprowadzić do poważnych trudności w relacjach z ludźmi, których spotykamy w realnym świecie. Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu, aby w trakcie świątecznej przerwy obejrzeć wspólnie jakiś ciekawy, dobry film. Jeśli jest to naprawdę niepospolity obraz, który dodatkowo może propagować jakieś wartości lub choć pobudzić do myślenia i dyskusji, to taki seans może być jak najbardziej wskazany. Ale będzie to wówczas jedynie niewielki fragment spędzonego wspólnie czasu, mogący zaowocować dalszymi interakcjami, a nie zapełniacz wolnego czasu, w którym nie wiadomo co robić. Wiadomo, czasem może nam się po prostu nie chcieć rozmawiać, możemy akurat z jakiegoś powodu być w złym humorze. Bez sensu jest ciągle uciekać przed ekran i pozostawiać ludzi gdzieś z boku. Nie można całych świąt spędzić w parze ‘ja + telewizor/komputer”. Prowadzi to do wyobcowania ze spraw i życia ludzi, którzy zajmują – lub przynajmniej powinni – niepospolite miejsce w naszym życiu,

40

a z którymi często kontaktujemy się zbyt mało. Czasem naprawdę warto wyłączyć telewizor, komputer, odłożyć komórkę, i usiąść na kilka godzin przy kawie i piernikach z dawno niewidzianą ciocią zza granicy, pojechać do znajomych, mieszkających na drugim końcu miasta, czy też kolejny raz posłuchać babci, opowiadającej o dzieciństwie rodziców. Niektóre z tych rozmów mogą być naprawdę pasjonujące, o ile wejdziemy w nie z całą swoją uwagą i chęcią szczerego spotkania z realnym, siedzącym obok człowiekiem. Nawet jeśli będzie nam się później wydawało, że to była tylko strata czasu, bo nasz rozmówca przynudzał, to mimo wszystko te minuty czy godziny poświęcone dla drugiego człowieka mogą być dla niego naprawdę ważne. A na pewno będzie to okazanie szacunku i miłości bliźniego. 


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

41


TEMAT NUMERU - O

ry cers twie

Kicz Bożego Narodzenia

42

W P Wojciech Urban

T

ruizmem byłoby również stwierdzenie o narastającej komercjalizacji świąt. Jest to tak oczywiste, że niezauważany, gdy „magia tych dni” przekracza kolejne granice. Około świąteczny kicz szturmuje rokrocznie drzwi świątyń i serc. Mamy z tym co prawda do czynienia przy każdej, zawierającej marketingowy potencjał, okazji (np. Nowy Rok, Walentynki, dzień kobiet itp.), w przypadku jednak Bożego Narodzenia następuje istne nałożenie kiczo-gennych czynników: komercjalizacji, nie bardzo już rozumianych tradycji ludowych, mityczne wyobrażenie sielskości świąt z okresu dzieciństwa. Kicz jest dla liturgii rakiem. Nowotworem. Kicz bowiem niesie ze sobą niską jakość artystyczną. Estetycznie może się wydawać poprawny, na swój sposób nawet uroczy (jak

szelkie okresy kościelne, takie jak adwent, czy Boże Narodzenie to okresy liturgiczne. ozornie, oczywistość o której dziwnie wspominać. Ale praktyka pokazuje co innego. Bo skoro to okresy liturgiczne, to właśnie liturgia powinna ustawiać wszystko, czym wtedy Kościół żyje. Sacrum powinno przemieniać – uświęcać – profanum, naszą codzienność. Sami widzimy, że w drugą stronę mogłyby to przynieść nienajlepsze rezultaty.

Sama natomiast tradycja ludowa, z zasady dość średnio rozumiejąca znaczenie teologiczne obchodzonych wydarzeń, również zamazuje istotę Bożego Narodzenia. Ludowa wrażliwość, która posiada oczywiście pewną wartość, skupia się w tym wypadku na „Jezusku”, któremu źle, zimno i biednie, i którego musimy ogrzać i pocieszyć.

bajki dla małych dzieci – na marginesie, cóż za krzywdę wyrządzamy umysłom kolejnych pokoleń, od wczesnych lat faszerując je estetycznym badziewiem?), z definicji wręcz

większości się podoba i w tym właśnie polega jego zagrożenie. Kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia, uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym "złym guście", ale przede wszystkim jest to "sztuka szczęścia" – "raj dla mało wymagających". To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki (Abraham Moles). Dosadniej niebezpieczeństwo kiczu wyraził Hermann Broch: „istotą kiczu jest mylenie kategorii etycznej z estetyczną, kicz chce działać pięknie, a nie dobrze – zależy mu na pięknym efekcie", "kicz nie jest złą sztuką, lecz sztuką nie jest i tworzy własny system odniesień", "kicz powstaje na skutek rezygnacji z prawdy na rzecz piękna". I o ile w sferze


źródło: www.pixabay.com

sztuki, czy – szerzej ujmując – kultury, można jakoś zasadność funkcjonowania kiczu dowieść, o tyle w przypadku liturgii powoduje to rozminięcie się z istotą. ZROZUMIEĆ LITURGIĘ Liturgia zrodziła się z wcielenia, z przyjęcia ludzkiego ciała przez odwieczny Logos. W ten sposób ograniczonej przez cielesność ludzkości Bóg przekazał w sposób najpełniejszy prawdę o sobie jako Bogu oraz o swojej relacji do człowieka. I choć to ofiara krzyżowa Chrystusa jest tym momentem historii zbawienia, który uobecnia się w trakcie każdej liturgii, szczególnie eucharystycznej, to jednak początek tego przenikania bierze się właśnie z tajemnicy wcielenia. Stąd tak wysoka ranga Uroczystości Bożego Narodzenia w kalendarzu liturgicznym. Rzeczywistość nadprzyrodzoną wyraża liturgia poprzez znaki, nieraz

bardzo subtelne, jak np. wrzucenie kawałka konsekrowanej hostii do kielicha w trakcie śpiewu Baranku Boży. Kościół uczy, że znaki te są skuteczne, to znaczy sprawiają to, co oznaczają. Nie chodzi tu jednak o jakiś automatyzm, rodzaj magii, gdzie skuteczność zapewniona ma być przez właściwe zespolenie odpowiedniej formuły i dokładnie wykonanego gestu. Soborowa Konstytucja o Liturgii Świętej mówi, że w liturgii, poprzez widzialne znaki wyraża się i w sposób właściwy dla danych znaków dokonuje uświęcenie człowieka. (Sacrosanctum Consilium, I, 7) Bóg jednak do działania potrzebuje naszej zgody i współpracy. Dlatego, aby liturgia rzeczywiście przemieniała nasze życie, musimy wiedzieć, co, jak i dlaczego się odbywa. Musimy widzieć i rozumieć znaki – narzędzie, jakim Bóg w tym wydarzeniu działa. Znacze-

nie tych znaków (materialnych jak np. świece, szaty czy osobowych, np. kapłan, oraz gestów) jest precyzyjnie przez Kościół określone. Oczywiście, nikt nie rodzi się z pełną wiedzą na temat symboli liturgicznych. Zrozumienia nabieramy, czy raczej powinniśmy nabrać na drodze rozwoju życia duchowego, poprzez z jednej strony katechezę, ale z drugiej przez sam udział w liturgii, gdzie piękno znaków, opatrzone wyjaśnieniem zawartym w homilii ukazuje nam i dokonuje w nas przemiany. „Najlepszą katechezą o Eucharystii, jest sama Eucharystia DOBRZE CELEBROWANA” (Benedykt XVI, wyr. aut.). W POSZUKIWANIU PIĘKNA Współcześnie, szczególnie przy okazji większych świąt, mamy do czynienia nie z uczestnikami, a z widzami liturgii. Szczególnie pasterka gromadzi

43


dużo osób tylko z powodu tradycji. Ale i na co dzień dostrzegamy ten problem, że uczestnicy liturgii w niej nie uczestniczą, będąc bardziej widzami, niż zaangażowanymi „współ-ofiarnikami”. Tym, co może przełamać postawę obserwatora jest piękno, którego każdy człowiek jest głodny, a które może w liturgii odnaleźć. Jest to trudne o tyle, że bardzo błędnie piękno liturgii pojmujemy. Gdy śpiewem na Mszy zajmuje się utytułowany chór polifoniczny, ołtarz i wszystko w prezbiterium, łącznie z zębami księdza są w całości ze złota, a sam kościół wycięty z jednej bryły marmuru przetykanej brylantami, no to wtedy widzimy że jest pięknie. Co innego, gdy Mszę odprawia stareńki dziadunio, w dusznej, rozpadającej się kaplicy w Bieszczadach. Tak sprawiając sprawę, pod pojęcie piękna podstawiamy wspomniany wcześniej kicz. Kościół mówiąc o pięknie posługuje się terminologią wypracowaną przez Platona (sic! Tego poganina), którego dorobek „ochrzcił” św. Augustyn. Ujmując rzecz w olbrzymim skrócie, piękno estetyczne jest zalążkiem, a jednocześnie wyrazem piękna etycznego. Dlatego liturgia – źródło i

44

szczyt życia chrześcijańskiego, uobecniające zbawczą śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa (czyn w najwyższym stopniu dobry) – jest piękna. Nawet gdy tego nie widać. GDZIE TEN KICZ Nie zwalania to jednak nikogo z rezygnowania z owej katechezy liturgicznej, jaką stanowi dobrze celebrowana Eucharystia. Z zacieraniem znaczenia znaków liturgicznych mamy jednak do czynienia od samego początku roku kościelnego. Jedną kwestią jest adwent, gdzie w praktyce duszpasterskiej do rangi najważniejszej uroczystości urasta wspomnienie św. Mikołaja, a roraty odprawia się z reguły wieczorem, żeby dzieci przyszły. Sama natomiast tradycja ludowa, z zasady dość średnio rozumiejąca znaczenie teologiczne obchodzonych wydarzeń, również zamazuje istotę Bożego Narodzenia. Ludowa wrażliwość, która posiada oczywiście pewną wartość, skupia się w tym wypadku na „Jezusku”, któremu źle, zimno i biednie, i którego musimy ogrzać i pocieszyć. W ckliwym pochyleniu nad żłóbkiem umyka nam wymiar kenozy Chrystusa


(uniżania, jakim dla Drugiej osoby Bożej było przyjęcie ludzkiej natury), powodowanej miłością Boga do nas. Zacieramy również symbolikę wydarzeń. Narodziny poza miastem, poza gospodą są przestrogą, że Boga można przyjąć niejako w odosobnieniu, „poza obozem”, gdzie wychodzący z niewoli egipskiej Żydzi rozbili Namiot Spotkania (Wj 33), o czym również przypomni sam Chrystus, wzywając, by na czas modlitwy ”wejść do swojej izdebki”. Z kolei złożenie Nowonarodzonego, powodowane co prawda ubogimi warunkami, jest jednak proroctwem. Zapowiedzią, że Ciało Chrystusa będzie odtąd dla nas pokarmem. GOŚĆ NIE W PORĘ Destrukcja religijnego wymiaru świąt przez kulturę masową, jest – zdawałoby się – dla każdego wierzącego oczywista. Nawet najbardziej „magiczne święta”, kilka dni w roku, „bardzo ciepłych, choć grudniowych”, nie są w stanie dokonać w człowieku żadnej przemiany. Świadectwem rozminięcia się z Przychodzącym będzie westchnięcie: „święta, święta i po świętach”.

Liturgia zmierza do wypełnienia pustki. Jeśli nawet, tak jak trzej mędrcy, po spotkaniu będziemy musieli wrócić do swojej ojczyzny, wrócimy inną drogą. Zwróćmy również uwagę, że katolickie święta Bożego Narodzenia nie kończą się wraz ze zniknięciem ostatnich kawałków karpia, czy ze zmianą dekoracji w galeriach handlowych. Świętowanie narodzin Jezusa nie sprowadza się tylko do wigilii i odwiedzin rodziny następnego dnia. Kościół przez cały następny tydzień (oktawę) będzie mówił: „Dziś narodził się Chrystus”. Okres Bożego Narodzenia trwać będzie z kolei aż do Niedzieli Chrztu Pańskiego (pierwsza niedziela po 6 stycznia). Jeśli jednak ktoś ubrał choinkę na początku grudnia, a zanim zaczęły święta odbył już kilkanaście wigilii (klasowe, ze wspólnoty, w harcerstwie, zakładzie pracy itp. itd.), gdy Kościół zacznie święta na dobre, tego zaprzątnie sylwester. Rozminięcie się z kalendarzem liturgicznym jest więc symptomem rozminięcia się z przychodzącym Chrystusem. Przybycie w stroju kowboja na imprezę, której głównym motywem jest orient – na tym mniej więcej polega kicz Bożego Narodzenia. 

źródło: www.pixabay.com

45


OKIEM OKIEM REDAKCJI 46 REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

47


Święta na Śląsku od kuchni W TRADYCJE

igilia, podobnie jak błogosławienie pokarmów w Wielką Sobotę, to tradycja w wielu domach większa aniżeli sama uroczystość, jaką poprzedza. Rodzina gromadzi się przy jednym stole, nikt nie może zostać sam.

Krzysztof Małek

W

szystko ma swoje miejsce - od niedawna również "Kevin sam w domu". Szał zakupów zaczyna się już pod koniec października (sic!), prezenty dla dzieci kosztują niemal całą pożyczkę, a każdy "artysta" stara się nagrać świąteczny kicz. W całym zamieszaniu zapominamy o Bożym Narodzeniu, a nawet o samej tradycji wigilijnej. PRZYGOTOWANIE DO WIGILII Na Śląsku przygotowania do Bożego Narodzenia oraz całego okresu świątecznego trwają niemal cały rok. Zaczynają się niemal dokładnie dwanaście miesięcy wcześniej. Wtedy to należy zrobić surowe ciasto piernikowe, które w Wigilię dzieli się co najmniej na dwie części. Z jednej robi się ciasteczka o różnych kształtach i

48

Gdy wszyscy już zjedzą i odpoczną, udają się na pasterkę, która jest kulminacyjnym momentem Bożego Narodzenia. Po mszy świętej wszyscy składają sąsiadom i znajomym życzenia. Zaś do domu przychodzi Dzieciątko, które z nieba przynosi prezenty dla domowników.

rozmiarach. Część z nich ląduje na choince. Z reszty ciasta piecze się piernik w podłużnej formie. Tradycja niektórych regionów Śląska nakazuje, by piec je na drugi dzień po Barbórce. Zanim upiecze się ciasto, należy ususzyć owoce i pozbierać orzechy. Czas ku

temu jest w okresie letnim oraz wczesnojesiennym. Potrzebna do tego jest cała rodzina - dzieci zbierają dary natury, a rodzice drylują i suszą. Również te smakołyki dzieli się na dwie grupy - jedne są zostawione do spożycia w czasie wieczerzy, zaś inne służą jako składnik potraw. Te z kolei przygotowywało się na kilka dni przed Wigilią, choć kulminacja następowała w przeddzień Bożego Narodzenia. Zapach wypieków, jaki rozchodzi się z kuchni po cały domu, zapowiada zbliżającą się wieczerzę. Dla łasuchów jest z pewnością nie do wytrzymania, gdyż tradycyjnie Wigilia jest dniem postnym na Śląsku. Z dziećmi nie ma większego problemu, gdyż te "wygania się" na dwór. Problem stanowią mężczyźni, którzy lubią skubnąć sobie tego i owego. Mają jednak inne,


źródło: www.pixabay.com

bardziej bojowe zadanie - zabić świątecznego karpia. Ryba ta pojawiła się na śląskich stołach już w średniowieczu pod wpływem czeskich zwyczajów, a później jej popularność się umocniła na skutek tradycji dolnoaustriackich. Gdy zwierzę już jest zabite i upieczone, czas rozsiąść się przy stole. WIGILIA Choć świętowanie tego wieczoru jest zwyczajem polskim, który przeniknął na Śląsk kilkaset lat temu, jego organizacja wygląda całkowicie inaczej. Jedynym wspólnym elementem jest chyba tylko opłatek, którym dzielimy się z bliskimi. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale tutaj czas dzielenia się jest różny. Dzieje się to albo przed posiłkiem, albo po.

Pierwszą różnicą, jaka jest łatwo zauważalna, jest grono rodzinne, w którym spożywamy wieczerzę. Obce są zjazdy, które widzimy w serialach albo słyszymy z opowieści. Na Śląsku świętuje się w gronie najbliższej rodziny, tj. w obrębie tej, z którą mieszkamy na co dzień. Inaczej wygląda również ilość i potrawy na stole. Tradycyjnie powinno ich być sześć, zaś żadna z nich nie występuje poza naszym regionem. W ogóle nie pojawia się mięso. Ponadto nasza kolacja wigilijna ma charakter obiadowy, co wywołuje zdziwienie już na nieopodal będącym Zagłębiu Dąbrowskim. Zaś rodzaje potraw, jakie się pojawiają, zależą od miejscowości. Są jednak pewne elementy wspólne. Jedyna zupa, która wlicza się w skład śląskie-

go stołu wigilijnego, to siemieniotka zwana także konopiotką. Gotuje się ją z ziaren siemienia. Przyjmuje ona formę zupy kremowej. Dodaje się do niej skwarki chlebowe, żeby była bardziej do jedzenia aniżeli do picia. Na drugie danie podaje się sałatkę z ziemniaków oraz karpia. Na deser podaje się zupę na słodko, czyli moczkę. Robi się ją z ciasta piernikowego oraz orzechów, rodzynków i kompotów (śliwkowego i agrestowego). Zależnie od miejscowości na stole pojawiają się również gotowane ziemniaki, kołacz z serem, kapusta z grochem, pierniczki oraz śliszki. Tą ostatnią potrawę robi się niemal wszędzie inaczej. I tak w opolskiej części są to moczone w mleku kawałki suchego kołacza; w cieszyńskiej czę-

49


źródło: www.pixabay.com

ści są to gotowane kluski ziemniaczane; natomiast w obrębie tak zwanego województwa górnośląskiego są to gotowane kluski z mąki pszennej, wody lub mleka z odrobiną soli. PO WIECZERZY Gdy wszyscy już zjedzą i odpoczną, udają się na pasterkę, która jest kulminacyjnym momentem Bożego Narodzenia. Po mszy świętej wszyscy składają sąsiadom i znajomym życzenia. Zaś do domu przychodzi Dzieciątko, które z nieba przynosi prezenty

50

dla domowników. O tym dowiadują się rano dzieci, które starają obudzić się jak najwcześniej. W części opolskiej Śląska pociechy swe prezenty dostają już po kolacji i kolędowaniu. Uroczystość 25 grudnia dalej jest świętowana w gronie najbliższej rodziny. Po rozpakowaniu prezentów i śniadaniu dzieci razem z jedną z osób, które nie były na pasterce (zazwyczaj babcia albo dziadek), idą do kościoła. Po mszy dzieci wymieniają się informacjami, co każdy dostał. Po wszystkim je się uroczy-

sty obiad i podwieczorek, po których całą rodziną udaje się do kościoła, aby zobaczyć szopkę. Często się również zdarza, że tata bierze swoje pociechy i objeżdżają wszystkie okoliczne kościoły, aby porównać, która z stajenek betlejemskich jest najlepsza. Na tym nie kończy się świętowanie. Całość na Śląsku jest rozciągnięta aż do szóstego stycznia. Niemal w każdym dniu jest jakiś ważny element tradycji. O tym może innym razem.


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

51


Północ już była, gdy się zjawiła... JW TRADYCJE

est taki grudniowy dzień, po którym zapada zmierzch pełen nocnego oczekiwania na narodzenie Boga. igilia – czuwanie zwieńczone pasterką. Jakie jest przesłanie mszy świętej o północy, celebrowanej z 24 na 25 grudnia?

Anna Kasprzyk

W

święto Bożego Narodzenia radujemy się z ponownego przyjścia Bożej Dzieciny, jako katolicy w tym dniu uczestniczymy w Eucharystii. Zatem, po co nam trud nocnego gromadzenia się w środku nocy na pasterce? Otóż ma ona charakter symboliczny: niczym pasterze uczestniczymy w nocnym czuwaniu i modlitwie. Nie bez powodu nosi ona nazwę Mszy Pasterskiej, skrótowo nazywanej pasterką. Jako pierwsi doświadczamy święta, trwając w oczekiwaniu w świątyni Boga. Czy w tym czasie można znaleźć lepsze miejsce na dzielenie radosnej Nowiny ze wspólnotą Kościoła na całym świecie? RYS HISTORYCZNY Pierwszym celebransem pasterki był papież Grzegorz IV. Miało to miejsce w IV wieku. Wówczas zarzą-

52

Wraz z nastaniem północy papież rozpoczynał pasterkę, która odbywała się w miejscu stanowiącym odwzorowanie groty betlejemskiej. Dwa stulecia później dobudowano grotę do bazyliki Santa Maria Maggiore i od tamtej pory katedra stała się miejscem odprawiania Mszy Pasterskiej przez papieża.

dzono w Rzymie obowiązek odprawiania 3 uroczystych Eucharystii z okazji Bożego Narodzenia. Była to nocna pasterka, msza o wschodzie słońca (Msza Anielska) i msza celebrowana

w dzień (Msza Królewska bądź Wiekuista). Z jakiego powodu aż 3 Eucharystie miały podkreślać wyjątkowy charakter narodzenia Pańskiego? Tutaj znów obecna jest symbolika. Wytłumaczeniem jest potrójne przyjście na świat Chrystusa: pierwsze – zrodzenie przez Boga Ojca, drugie – narodzenie z Maryi Panny, trzecie – narodzenie w ludzkich sercach. Prócz tego, 3 uroczyste celebracje miały przywołać obraz pokłonów złożonych przez pasterzy, anioły i trzech monarchów. Wraz z nastaniem północy papież rozpoczynał pasterkę, która odbywała się w miejscu stanowiącym odwzorowanie groty betlejemskiej. Dwa stulecia później dobudowano grotę do bazyliki Santa Maria Maggiore i od tamtej pory katedra stała się miejscem odprawiania Mszy Paster-


źródło: www.pixabay.com

skiej przez papieża. Mszę Anielską sprawowano u podnóża Palatynu, gdzie zamieszkiwali urzędnicy, natomiast Msza Królewska odbywała się w Bazylice Świętego Piotra. Dziś pozostało nam celebrować narodzenie Pana podczas zakorzenionej w naszej kulturze pasterki o północy (zdarza się,

że pora jej odprawiania z pewnych względów ulega zmianom). Jej najbardziej odświętny charakter przypada miejscom, takim jak: Austria, Bawaria, Hiszpania, Włochy, Irlandia Północna i oczywiście Polska. Uczestniczy w niej wiele osób, nawet ci, którzy w ciągu roku nie pojawiają się często w kościele. W Polsce

najliczniejsza pasterka ma miejsce na Jasnej Górze w Częstochowie. Przybywa na nią kilka tysięcy wiernych. W tym czasie, jako chrześcijanie, łączymy się w oczekiwaniu na przybycie na ziemię Zbawiciela świata. Nie jest tak bardzo ważne miejsce, ale najistotniejsze jest to, jak przyjmiemy to narodzone Dziecię. 

53


O Tannenbaum!

TRADYCJE

TW Małgorzata Różycka

Część powie pewnie, że przesadzam. Być może tak właśnie jest. Ale spróbujcie sobie wyobrazić wasze świąteczne domy bez choinki. Bez jej zapachu (o ile macie żywą), połysku bombek i subtelnego światła lampek. Okropne, prawda? Sama nie zdawałam sobie sprawy, jak ważny jest to element Bożego Narodzenia, aż do pewnego dnia, kiedy jej zabrakło. ZBYTECZNE DRZEWKO Zdarzyło się to rok temu i to w ojczyźnie choinki, czyli w Niemczech. Odpowiedzialni za mój berliński akademik uznali choinkę za element zbyteczny. Dostaliśmy przecież wieniec adwentowy (swoją drogą dość nędzny substytut drzewka), a skoro nikogo nie będzie przez święta w Berlinie, to nie ma po co kupować drzewka. Na nic się zdały tłumaczenia i prośby. Akademikowa wigilia

54

rudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie bez choinki. iele osób zadaje sobie sporo trudu, by ich drzewko było najładniejsze na świecie: zielone,pachnące, ozdobione tak pięknie, jak się tylko da. A pod nim obowiązkowo góra prezentów. Jaka choinka, takie święta?

Los choinki nie musi być jednak taki smutny. Wciąż nie brakuje domów, gdzie drzewko ubiera się wspólnie tuż przed Wigilią, wieszając na nim samodzielnie wykonane ozdoby, najpiękniejsze bombki oraz słodycze.

odbyła się bez drzewka i tylko wzajemne obdarowywanie się prezentami uratowało resztki świątecznej atmosfery, choć prezent wzięty z podłogi to naprawdę nie to samo co prezent spod choinki… Zielony domownik W Boże Narodzenie mogłam się, dzięki Bogu, do woli nacieszyć przepiękną choinką - starannie wybra-

ną, pieczołowicie ozdobioną wspólnymi rodzinnymi siłami. Nasza jodła cieszyła oczy i serca, gromadziła domowników oraz gości przy świątecznym stole. Była symbolem tego, że w domu dzieje się coś szczególnego, coś ważnego. Ale zaraz potem trzeba było wrócić do Berlina i spróbować oswoić się z brakiem choinki… ADOPCJA Już 27 grudnia na niemieckich ulicach pojawiło się pełno drzewek, które ludzie bezceremonialnie powyrzucali. W końcu Boże Narodzenie przeszło już do historii, więc po co komu taka zawalidroga? Większość choinek była jeszcze całkiem świeża, widać kupiona tuż przed Wigilią. Postały, biedne, te dwa dni, by zaraz potem wylądować na ulicy w oczekiwaniu na wywóz choinkowych śmieci. Moje serce omal nie pękło na ten


źródło: www.pixabay.com

straszliwy widok. Jednak wrodzona polska pomysłowość podpowiedziała mi, żeby przygarnąć jedno z tych bezdomnych drzewek, co też uczyniłam. Zaadoptowane bezdomne drzewko szybko zostało ozdobione i było źródłem akademikowej radości aż do lutego. MORAŁ Nie chodzi tu jednak o historię mojej zeszłorocznej choinki, którą można uznać za trywialną. Rzecz w tym, że stosunek do tego najbardziej rozpoznawalnego atrybutu Bożego Narodzenia wydaje mi się wyjątkowo dobrze odzwierciedlać postawę wobec tych Świąt. Są osoby, którzy już w Adwencie ubierają drzewko, pozwalają mu stać do 25 grudnia, po czym wyrzucają je. Po tych 5 tygodniach gubi już też ono igły, co dodatkowo przemawia na jego niekorzyść. Jest to dla mnie obraz ludzi, traktujących tradycje według własnego, przeważnie również hedonistycznego, uznania. Choinka

jest fajna, ładnie wygląda, przywołuje na myśl sielskie obrazy z dzieciństwa, więc nadaje się idealnie na poprawę jesienno-zimowego nastroju. Nie chce mi się czekać na Boże Narodzenie. Chcę mieć choinkę już teraz. Kiedy przychodzą właściwe Święta, drzewko już na nikim nie robi wrażenia. Tak jak i sens tych dni. Ma być po prostu miło i przyjemnie. Reszta nie musi nikogo obchodzić. BO TAK TRZEBA Druga opcja to ta najsmutniejsza, w której choinkę kupuje się wprawdzie tuż przed Wigilią, ale wyrzuca tuż po. Święta są tu miłym przeciwnikiem codzienności. Niespecjalnie się na nie czeka, ale skoro już są, to wypada poświętować, zrobić, co tradycja nakazuje, ale zaraz potem wszystko wraca do swego zwyczajnego rytmu, a choinka ląduje na śmietniku, jako nikomu niepotrzebny grat. Bożonarodzeniowy obiad szybko odchodzi w niepamięć,

prezenty nudzą się, a w ludziach te dni nie pozostawiają żadnych znaczących śladów. Było, minęło. ZIELONA RADOŚĆ Los choinki nie musi być jednak taki smutny. Wciąż nie brakuje domów, gdzie drzewko ubiera się wspólnie tuż przed Wigilią, wieszając na nim samodzielnie wykonane ozdoby, najpiękniejsze bombki oraz słodycze. Nawet jeśli pojawiają się przy tym jakieś niesnaski, to dlatego, że każdemu zależy na urodzie choinki. Kiedy po domu rozchodzi się zapach lasu, domownicy wiedzą, iż zaczyna się szczególny czas- czas świętowania. Przy takiej choince dzieli się opłatkiem, śpiewa kolędy i spędza wyjątkowe chwile, które zostają w pamięci na dłużej. Zielona radość unosi się w powietrzu, ogrzewa serca, goszcząc w nich przynajmniej do 2 lutego, a nawet dłużej. Tego właśnie Czytelnikom i sobie życzę.

55


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 56

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


Moc jest znowu z nami

NOWOŚCI

E "G

58

Mateusz Nowak

U

mówmy się, "Mroczne widmo", "Atak klonów" i "Zemsta Sithów" nie były całkiem złymi filmami, jednak nie miały w sobie tego uroku, który sprawił, że rzesze fanów na całym świecie do dziś namiętnie powracają do oglądania czy to "Nowej nadziei", czy "Imperium kontratakuje", czy "Powrotu Jedi". Gdzie się plasuje "Przebudzenie mocy"? Zdecydowanie bliżej mu do oryginalnej trylogii. Przede wszystkim wrócił klimat, za który kochamy gwiezdną sagę. Mamy tu więc bitwy w przestworzach, pojedynki na miecze świetlne, nieprzesiąknięte CGI, a jednak zachwycające efektami. Jednak co najważniejsze, znów mamy nieirytujący, przyjemny humor. Nie jest nim film przesycony, jest go dokładnie tyle, ile być powinno. Nie brakuje również scen, w których co

kscytacja i obawa. To chyba słowa najlepiej opisujące emocje, jakie przeważały wśród fanów wiezdnych Wojen" przed premierą "Przebudzenia mocy". Na szczęście obawy okazały się nieuzasadnione. J.J. Abrams okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nie popełnił błędów ojca sagi George'a Lucasa, dzięki czemu na ekranie otrzymujemy dzieło o niebo lepsze od prequeli.

Praktycznie jedynym zarzutem jaki można by postawić twórcom siódmej części sagi, jest trochę zbyt dużo podobieństw do "Nowej nadziei". Złośliwcy mogliby wręcz powiedzieć, że pewne pomysły są kopiowane

wrażliwsi mogą uronić niejedną łzę. Wszystko jednak odpowiednio wyważone, bez typowej dla Hollywood przesady. Od samego początku filmu, od słynnego "A long time ago in a galaxy far far away...", a później charakterystycznie wjeżdżających napisów streszczających wstęp do fabuły czujemy, że wracamy do

dobrze znanego uniwersum i łezka ma prawo się w oku zakręcić. Tak samo później, gdy ponownie pojawia się na ekranie Han Solo, Chewbacca, Leia czy wreszcie Luke. Odgrywają tym razem co prawda role raczej drugoplanowe, jednak to przecież oni są symbolami oryginalnej trylogii, a tym razem stają się łącznikami starej serii z nową. W końcu "Przebudzenie mocy" to dopiero początek nowego rozdziału "Gwiezdnych wojen". Na pierwszym planie mamy postawione dwie postaci - Finna i Rey. Finn to czarnoskóry, nawrócony szturmowiec. Tak, tutaj podnosi się lament krzykaczy internetowych oceniających tę decyzję już przed premierą. A w filmie wszystko zostaje wyjaśnione. Koniec, kropka. W tej roli obsadzony został zupełnie nieznany John Boy-


ega. I gość poradził sobie z ciężarem, który spoczął na jego barkach. To samo zresztą można powiedzieć o Daisy Ridley, która świetnie wcieliła się w postać Rey - niezwykle zaradnej, ale i zwykłej dziewczyny o czystym sercu, która nie ma pojęcia, jak wielka moc w niej drzemie. Dwoje głównych bohaterów wpada na siebie za sprawą droida BB-8, który niejako zastępuje R2D2. Spotkanie Finna, Rey i BB-8 jest punktem wyjściowym fabuły i stanowi bezpośrednią przyczynę wydarzeń, które następują na ekranie. I trzeba przyznać, że ogląda się to niezwykle przyjemnie. Akcji mamy mnóstwo, wszystko sfilmowane i zmontowane stonowanie, ani przez moment nie można odnieść wrażenia, że nad filmem panuje chaos. Wszystkie składowe,

które zostały zawarte w "Przebudzeniu mocy" łączą się w spójną całość i tworzą dzieło, na które warto było czekać. Potwierdzają, że w tej sadze nadal tkwi potencjał i jest z czego wyciskać soki. Praktycznie jedynym zarzutem jaki można by postawić twórcom siódmej części sagi, jest trochę zbyt dużo podobieństw do "Nowej nadziei". Złośliwcy mogliby wręcz powiedzieć, że pewne pomysły są kopiowane, bo w końcu ileż razy można walczyć przeciwko Gwieździe Śmierci? Ja w tym jednak upatruję pewien rodzaj hołdu dla oryginalnej trylogii. Zresztą te wszystkie nawiązania fabularne, pewne analogie, których możemy się dopatrywać, wpisują się w charakter filmu, który ma być łącznikiem między rozdziałami. Nostalgia wylewa

się z ekranu być może aż nazbyt często, jednak to działa na widzów, ciary na plecach nieraz murowane dla każdego fana gwiezdnej sagi. Mam tylko nadzieję, że następne części wniosą jakieś nowości, wprowadzą więcej elementów zaskoczenia, żeby już nikt nie mógł marudzić, że twórcy odcinają kupony od klasyki. A materiał na to jest dobry, zaczynając od tajemniczego i złowrogiego wodza Najwyższego Porządku - Snoke'a, poprzez jego niejednoznacznego ucznia - Kylo Rena, a kończąc na głównych bohaterach. Z tego naprawdę można wyciągnąć jeszcze bardzo wiele. I oby twórcy kolejnych części trzymali się tego, co zapoczątkował teraz Abrams, bo wykonał naprawdę kawał świetnej roboty. 

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

59


Na grudniowy wieczór

NOWOŚCI

W

60

Emilia Ciuła

T

ym razem poszłam na „Listy do M. 2.” Pełna nadziei po pierwszej części tej serii, która ukazała się w 2011 roku pozwoliłam sobie na rozpłynięcie się w fotelu i oddanie tej trwającej 2 godziny przyjemności. Aby móc zrozumieć wydarzenia z tego filmu trzeba najpierw prześledzić historie z jej pierwszej części. „Listy do M.” bardzo mi się spodobały. Co prawda wydarzenia, które obserwowałam na ekranie nigdy nie zdarzyły się pewnie żadnemu człowiekowi, ale chyba od tego są filmy żeby pokazywać nie tylko to, co realne, ale również to, co wyimaginowane. Dzięki temu mogę oderwać się od przyziemności i codzienności i chociaż na chwile przeżyć coś, czego nigdy nie doświadczę (aczkolwiek tak zaskakująca miłość jest z pewnością bardziej prawdopodobna niż spotkanie

końcu chwila kiedy można odsapnąć. wieczór, kiedy nie trzeba nic robić. Dobrym pomysłem na spędzenie wolnego czasu i nie wpadnięcie w nudę jest pójście do kina. Ale jaki film wybrać? Za chwilę święta, wiec może coś w podobnej tematyce? Wiele pomniejszych i większych krakowskich kin ma w tym czasie bogatą ofertę. A może by tak... komedia romantyczna?

„Listy do M. 2” są jednym z filmów, które nie ogląda się, by wniosły coś nowego do życia. Nie jest w nim nic, czego można się nauczyć. To jedna z typowych produkcji rozrywkowych

mistrza Yody z „Gwiezdnych Wojen”). Podczas przygód przeżywanych przez bohaterów nie można się oprzeć wrażeniu, że jeden zbieg okoliczności goni kolejny. Radiowiec (Maciej Stuhr) przypadkiem wpada na swoją rozmówczynię (Romę Gąsiorowską), która dodzwoniła się do niego na antenę wygłaszając mowę, że miłość jest przereklamowana i nie istnieje. A tu nagle BACH. Prosto w twarz trafia ją nie strzała amora, ale

twarda kula śniegu rzucona przypadkowo przez jej przyszłego (jak dowiadujemy się z 2 części) narzeczonego. Kolejnym bohaterem, którego dotyka cud Świąt Bożego Narodzenia jest Szczepan (Piotr Adamczyk), który uchodzi cało z próby samobójczej spadając na przyczepę wypełnioną choinkami i dzięki temu postanawia odbudować swoją więź z rodziną, co idzie bardzo opornie. Jednak w drugiej części, gdy wszystko wydaje się stracone miłość trafia również do niego. Szczepan (już rozwiedziony) schodzi się ze swoją byłą żoną (Agnieszką Dygant) dzięki dość nowoczesnej formie jaką jest przypadkowe anonimowe “zgadanie się” na forach dla samotnych. W pierwszej części „Listów do M.” możemy również obserwować poczynania Tomasza Karolaka (Melchiora), którego przypadkowe


romanse wpędzą w nie lada tarapaty. Musi uciekać przez okno oraz odszukać chłopca, który kradnie mu telefon komórkowy. Jest to sprawa życia lub śmierci ponieważ ma tam zapisany numer do swojej kochanki, na której bardzo mu zależy. Śledząc perypetie bohaterów często można było ulec silnym wzruszeniom. Jednym z nich była historia Tosi (Julii Wróblewskiej), która ucieka z domu dziecka. Jednak wszystkiemu sprzyja duch Świąt Bożego narodzenia i w końcu odnajduje ludzi, którzy gotowi są ją pokochać i zaadoptować. W drugiej części „Listów” można zobaczyć kolejne opowieści o tych samych bohaterach, których skład został poszerzony o gwiazdy polskiej sceny kinematografii, min: Małgorzatę Kożuchowską, Macieja Zakościelnego, Martę Żmudę Trzebiatowską i wielu innych. I tym razem pokonują oni szereg przeciwności losu, które są drogą do spełnienia i szczęścia. Jednym z takich epizodów jest historia Redo

(M. Zakościelnego), który przypadkowo spotyka swoją byłą ukochaną (Magdalenę Lamparską). Zjawia się na czas i ratuje z opresji zarówno ją jak i jej zwierzaka - owcę (Matyldę), która ucieka z samochodu prosto w otchłań galerii handlowej. Ten bohaterski czyn sprawia, że na nowo podbija jej serce. Miłość rozkwita, ale musi najpierw przejść kilka prób. Jednak wobec prawdziwego uczucia nie ma przeszkód, których nie da się pokonać. Kolejnym zaskoczeniem jest to, że Mel (T. Karolak) ma 4 letniego syna! W czasie świąt postanawia zmienić to, że był złym ojcem i pragnie mu to wszystko wynagrodzić. Chłopiec początkowo nie wierzy, że Melchior może być jego ojcem, bo przecież jest Mikołajem (Mel dalej pracuje jako Mikołaj w okresie świąt), ale w końcu daje się przekonać. Jednym z powiedzonek których syn nabywa od ojca jest “psia dupa”, co wywołuje ogólne rozradowanie wśród widzów siedzących na sali kinowej. Ponadto rodzina Tosi

musi się zjednoczyć, by przezwyciężyć chorobę mamy (Agnieszki Wagner). Bezpośrednio z tą opowieścią powiązana jest smutna historia o rodzinie Antosia (Jan Sączek), którego brat (Nikodem Rozbicki) jest sparaliżowany i cierpi na depresję. Pod koniec filmu popełnia samobójstwo, które dzięki Melowi nie dochodzi do skutku, czym bohater zdobywa również podziw w oczach swojego syna. „Listy do M. 2” są jednym z filmów, które nie ogląda się, by wniosły coś nowego do życia. Nie jest w nim nic, czego można się nauczyć. To jedna z typowych produkcji rozrywkowych, które mają za zadanie bawić i wzruszać, wzbudzać emocje. Tak właśnie było w moim przypadku. O tym filmie nie będę rozmyślać przez wiele dni, ale były to dwie godziny, które oderwały mnie od problemów codzienności. Polecam ten film w 100%. Przyjemna fabuła, zabawne dialogi i lekka forma - w sam raz na świąteczny grudniowy wieczór.  źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

61


Jak zostać królem 2

NOWOŚCI

N

62

Wojciech Urban

S

zekspir jest równie popularny na scenie, co na srebrnym ekranie. Klasyka zawsze gwarantuje wierną widownię. Kinowych adaptacji Makbeta powstało jak dotychczas ponad 50! Jednymi z ciekawszych są Tron we krwi (1957) Akiro Kurosawy, który szekspirowski dramat osadza w realiach średniowiecznej Japonii, Tragedia Makbeta (1971) Romana Polańskiego (film tyleż wybitny, co mało popularny), Makbet (1979) Philipa Casson, u którego w tytułową rolę wcielił się Gandalf Szar… ykhm, Ian McKellen. A oprócz tego cały zastęp dzieł mniej lub bardziej wybitnych, mniej lub bardziej trzymających się realiów, mniej lub bardziej obeznanych z przedmiotem dzieła.* Czym więc może zaskoczyć kolejna adaptacja szekspirowskiego dramatu

owy Makbet w reżyserii Justina Kurzela to film nie dla każdego. Tym bardziej nie dla wycieczek szkolnych, więc polonistki będą musiały obejść się smakiem, a uczniowie swobodnie wyciągnąć wychowawców na coś strawniejszego.

Mimo swojej ciężkości, film jest jednak wart docenienia ze względu na podejście reżysera do samego dzieła z jednej, a do widza z drugiej strony. To, co otrzymujemy, to Makbet uwspółcześniony, ale nie spłycony.

w wykonaniu twórców nagrodzonego Oskarem „Jak zostać królem”? Pierwsze wrażenia są fenomenalne. Ciężka, mroczna i duszna atmosfera tonącej w mrocznym klimacie średniowieczno-legendarnej Szkocji intryguje od pierwszych kadrów. Dodajmy do tego dialogi żywcem wyciągnięte z oryginalne-

go tekstu (polskie napisy opracowano na podstawie tłumaczenia Jana Kasprowicza), niewielką dynamikę i przewidywalność fabuły (wszakże jeśli ktoś owego dzieła nie kojarzy ze szkoły, to nie wielkie szanse iż zechce się z nim zapoznać później) – trzeba być emocjonalnym masochistą aby wytrzymać tak przez dwie godziny. Nie chcę powiedzieć, że film jest nudny, ale niewątpliwie nużący. Mimo atrakcyjności poszczególnych elementów, są tak skumulowane, a jednocześnie na tyle podobne do siebie, że współczesnemu widzowi ciężko taką dawkę teatralnego patosu znieść. Bo Kurzel zdecydowanie postawił na pokazanie wersji kanonicznej nowoczesnymi środkami. W efekcie mamy coś jak Gra o tron bez seksu, niespodziewanych śmierci ulubionych boha-


źródło: materiały dystrybutora

terów i dowcipów Tyriona Lannistera. Zdecydowanie brakło tutaj jakiegoś wentylu, który choć na chwilę odstawiał na bok quasi-teatralną konwencję. Główni aktorzy wypadają bardzo dobrze, nawet z szekspirowskimi frazami w ustach. Choć tu pojawiają się dwa zastrzeżenia. Pierwsze do twórców, czemu wszyscy aktorzy mówią Szekspirem uwspółcześnionym? Gdzież się podział szkocki akcent Makbeta? Drugie tyczy się polskiego tłumacza. Rodzimych przekładów dramatu o szkockim Królu jest ok. 7, przy czym

za najlepsze uchodzi wersja Stanisława Barańczaka. Zamiast niego skorzystano z prawie stuletniego tłumaczenia Jana Kasprowicza. Mimo swojej ciężkości, film jest jednak wart docenienia ze względu na podejście reżysera do samego dzieła z jednej, a do widza z drugiej strony. To, co otrzymujemy, to Makbet uwspółcześniony, ale nie spłycony. Widz nie ma poczucia, że jest traktowany jak frajer, z którego za pomocą filmu chce się wyciągnąć grosz z kieszeni. Dostajemy poważną, brutalną refleksję na temat

rządzy władzy. Nawet ciężkość dzieła działa tutaj jako jeszcze jeden środek wyrazu – obarczony posępnymi obrazami i mrocznym klimatem bardziej wczuwam się w psychikę dręczonego poczuciem winy i obsesją Makbeta.  *Znajomy student reżyserii teatralnej opowiadał, iż był świadkiem, jak po premierze „Makbeta” – dość przeciętnej – reżyser przyznał, iż nie miał czasu jeszcze przeczytać całości.

63


Kolorowa wydmuszka K

FILM

Anna Zemełka

64

P

róbą podjęcia tego tematu jest również film „Klucz do wieczności” (2015) w reżyserii Tarsema Singha. Poznajemy w nim podstarzałego Damiana (Ben Kingsley) chorującego na raka, którego śmierć trzyma już za gardło swoimi szponami. Nieuchronny koniec zdaje się załamywać mężczyznę, dlatego szuka on sposobu, aby jakoś temu zaradzić (a że jest multimilionerem, to właściwie nic nie stoi mu na przeszkodzie). Jak się okazuje, istnieje organizacja, która dzięki szeregom medycznych badań jest w stanie sprzedać choremu „nowy” organizm. Operacja przeniesienia świadomości przebiega pomyślnie i Damian w zamian za podstarzałe ciało Kingsleya dostaje muskularne ciało Ryana Reynoldsa, więc od tej pory już nic nie powinno go ograniczać. Z początku mężczyzna

westie ludzkiej nieśmiertelności zostały wykorzystane przez kinematografię już na wszelkie możliwe sposoby. Człowiek chce w jakiś sposób poradzić sobie z nieuchronnym końcem, dlatego obmyśla hipotetyczne sposoby przedłużenia własnego żywota.

Tarsem Singh to reżyser, który w swoich produkcjach przede wszystkim skupia się na formie, przez co treść potraktowana jest niemal zawsze po macoszemu.

korzysta z dobrodziejstw młodości i prowadzi życie pełne rozrywki, przygodnego seksu i nieustannych imprez. Z czasem jednak, kiedy zaczynają nawiedzać go dziwne wizje, zaczyna podejrzewać, że ciało, które dostał, należało do innego człowieka, a nie zostało „wyprodukowane”, tak jak zapewniała organizacja. Postanawia zgłębić tajemnicę całego przedsięwzięcia oraz poznać rodzinę swojego dawcy. „Klucz do wieczności” (2015) to typowy film sta-

nowiący świetną rozrywkę na jesienny wieczór. Niestety nic ponadto. Jeśli ktoś oczekuje moralnych zadum nad ludzką świadomością, rozwojem medycyny czy ceną za nieśmiertelność, to mocno się rozczaruje. O ile akcja filmu jest wartka, trzyma momentami w niepewności, jest spójna i sensownie poukładana, to jednak stanowi ona tylko ładnie prezentującą się, wielobarwną wydmuszkę, pozbawioną jakiejkolwiek warstwy refleksyjnej. A szkoda, bo pole do popisu tutaj jest naprawdę szerokie. Mężczyzna przejmuje ciało innego człowieka, naruszając jego psychofizyczną jedność. Oczywiście, na początku Damian nie jest świadom, że przejmie żywy organizm i wierzy zapewnieniom Albrighta, że to nowe ciało zostało stworzone specjalnie dla niego. Z czasem bohater dochodzi do prawdy, a wtedy już może sam zde-


źródło: materiały dystrybutora

cydować, czy dalej będzie to kontynuował. Staje przed wyborem – albo będzie brał leki i zdominuje świadomość swojego dawcy, albo odstawi medykamenty i „wejdzie w niebyt” (przestanie istnieć). Jednak zamiast rozterek głównego bohatera dostajemy strzelaniny, pościgi, wybuchające samochody i popisy z zakresu sztuk walki. Akcji sporo, a myślenia nic, a nic. Pod względem aktorskim nie jest źle, ale mogło by być lepiej. Jak wiadomo, z pustego to i Salomon nie naleje, więc aktorzy mieli utrudnione zadanie, skoro scenariusz był słaby i bardzo zminimalizował możliwości przedstawienia ich zdolności. Benowi Kingsley'owi nie dano się należycie zaprezentować, ograniczając jego kwestie do grania umierającego, schorowanego staruszka, a gra Ryana Reynoldsa była pozbawiona wyrazu i beznamiętna – główną rolę dostał on chyba tylko po to, aby móc wyeksponować swoje umięśnienie i opanowane podstawy samoobrony.

Perełką filmu niewątpliwie stał się Matthew Goode jako Albright, który pomimo drugoplanowej roli świetnie sprawdził się w kreacji czarnego charakteru. Zdominował każdą scenę, w której wystąpił. Jeśli chodzi o damską część obsady, to Natalie Martinez (w roli Madeline) wypada poprawnie, ale mimo wszystko mdło. Emocje, jakie w niej drzemią, próbują co prawda wydostać się na powierzchnię, jednak zamiast wybuchać, to beznamiętnie po niej spływają. Tarsem Singh to reżyser, który w swoich produkcjach przede wszystkim skupia się na formie, przez co treść potraktowana jest niemal zawsze po macoszemu. Oprócz „Magii uczuć” (2006), gdzie sfera wizualna świetnie współgrała z przekazywaną przez dzieło treścią, nakręcił kilka filmów, które można obejrzeć tylko dla zabicia czasu, bo niestety nic więcej do naszego życia nie wniosą. Ten indyjski reżyser na pewno wypracował swój styl, jeśli chodzi o obraz, ale zdecydowanie nie potrafi

przekazywać istoty zawartej w produkcjach kinowych, co w przypadku „Klucza do wieczności” (2015) marnuje potencjał filmu. Tym samym trudno go oceniać pod względem warstwy problematycznej, skoro właściwie ona nie istnieje. Jednak z drugiej strony tematyka, jaką podjął Singh, zobowiązuje, aby chociaż minimalnie skupić się na przemyśleniu poruszonego zagadnienia. Pod tym względem film ma spore braki i mimo wszystko pozostaje bezpłciowy. Tę produkcję trudno jednoznacznie ocenić. Dla jednych będzie kompletnym „gniotem”, a dla innych ciekawą propozycją na 2-godzinną rozrywkę. Dlatego też wydaje mi się, że nie każdy powinien decydować się na oglądanie „Klucza do wieczności” (2015). Dla fanów wciągającej akcji – zdecydowanie tak. Dla fanów filozoficzno-moralnych rozmyśleń – pod żadnym pozorem nie. W przeciwnym wypadku pozostanie jedynie frustracja.

65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 67


Prezenty i prezenciki

REFLEKSJE

AJ

68

Emilia Ciuła

Z

arówno obdarowywanie, jak i przyjmowanie prezentów sprawia wielką przyjemność. Niektóre są bardziej przydatne, inne trochę mniej. Szczególnie dzieci oczekują chwili, kiedy już otrzymają upominek. Jednak także dorośli, choć dość dobrze potrafią to ukryć, niecierpliwią się, myśląc, co w tym roku znajdą pod choinką. W poniższym artykule odnajdziecie zarówno pomysł na prezenty na każdą kieszeń, jak i listę podarunków, które przeszły do historii jako najbardziej kosztowne. Plotka głosi, że są podarunki, które swoją ceną przewyższyły wszelkie możliwe oczekiwania. Jednym z nich była torebka podarowana Victorii Beckham przez jej męża. Kosztowała ona prawie 420 tysięcy złotych, ale to nic dziwnego, skoro wykonana była z białej krokodylej skóry, a na jej zamku lśnił

dwent to czas oczekiwania na przyjście Pana ezusa. W wigilijną noc rodzina spotyka się przy wspólnej wieczerzy, aby radować się swoją obecnością. Stół ugina się od tradycyjnych potraw, w tle rozbrzmiewają kolędy. Przychodzi również czas na wręczenie sobie wyczekiwanych prezentów.

Nie można jednak stracić z oczu tego, co najważniejsze – obecności Jezusa, który za chwilę przyjdzie na świat. Niech prezenty nie przyćmią Wam tego wspaniałego oczekiwania, radosnej atmosfery i szczęścia wynikającego ze wspólnego przebywania w rodzinnym gronie.

3-karatowy diament. Pewnie każda kobieta chciałaby mieć taką torebkę, jednak ja osobiście bałabym się wyjść z nią na ulicę. Pewnie ściągnęłaby wzrok nie tylko zazdrosnych kobiet, ale i również szukających okazji złodziei. Mówi się, że miłość nie ma ceny. Jednak mimo wszystko może ona sporo kosztować, jeśli wybrance

swojego serca chce się ofiarować rzeźbę zaprojektowaną przez Alberto Giacomettiego. Właśnie taki upominek dostała dziewczyna jednego z najbogatszych ludzi na świecie – Romana Abramowicza. Kosztowała ona 14 milionów dolarów i wykonana była z brązu. Powszechnie wiadomo, że nie każdego stać na takie „drobiazgi”, ale gwiazdy kina i sceny muzycznej starają się dotrzymać innym kroku i nie pozostawać w tyle. Przykładem może być. Robert Pattinson, który kupił swojej (już teraz byłej) dziewczynie – Kristen Stewart – antyczne drewniane radio i zagłówek do łóżka. Całości dopełniały inne drobne prezenty, które również były w stylu vintage. Robertowi gratuluję dobrego gustu, którym mógł się wykazać, wydając ok. 870 dolarów. Dość już o prezentach z wielkiego świata gwiazd. Te-


źródło: www.pixabay.com

raz coś na studencką kieszeń – proponuję bardzo praktyczny upominek, szczególnie dla moli książkowych lub tych, co zarywają noce, by dobrze przygotować się do zbliżających się egzaminów – latarkę na ucho wyposażoną w diodę LED. Można ją kupić w Internecie – kosztuje niecałe 10 dolarów. Innym pomysłem na prezent dla prawdziwych kolekcjonerów nietypowych przedmiotów jest lalka przedstawiająca Mojżesza. Wykonana jest ona z plastiku. Figurka trzyma oczywiście kamienne tablice, co potwierdza jej tożsamość. Osobiście uważam, że to, co sprawdzone jest równocześnie najlepsze. Znając kogoś bardzo dobrze, można dostrzec, czego dana osoba najbardziej potrzebuje lub co sprawia jej największą przyjemność. Udany prezent nie musi być drogi, ważne, by był trafiony i wypływał prosto z serca. Idealnym podarunkiem dla całej rodziny jest gra planszowa. Nie dość, że gwarantuje świetną zabawę, to dodatkowo nikomu jesz-

cze nie zaszkodziło ponownie poczuć się dzieckiem. Chwila rozrywki i wspólnie spędzony czas w rodzinnym gronie pomoże odczuć radość z przeżywania świąt Bożego Narodzenia bez zbędnych napięć i krzyków, że coś jeszcze trzeba zrobić. Kolejnym upominkiem, często widzianym pod choinką, jest książka. To prezent, który nigdy nie zawodzi, jeśli oczywiście ktoś lubi czytać. Każdy może znaleźć coś dla siebie, ale jeśli naprawdę nie mamy pojęcia, jaką pozycję literacką dla kogoś wybrać, można zakupić bon na określoną kwotę do danej księgarni. Wtedy będziemy mieć pewność, że upominek będzie w 100% trafiony. Nie znam kobiety, która nie cieszyłaby się z biżuterii. Świecidełka i inne ozdoby przyciągają wzrok płci pięknej. W wielu sklepach w okresie świątecznym można złowić nie lada okazje. Promocja goni promocję, dotyczy to również biżuterii. Na topie są kolczyki i naszyjniki, ale mogę potwierdzić z własnego doświadczenia – bransoletkom i pierścionkom

kobiety również nie odmawiają. Drodzy tatusiowie, wasze małe córki również przepadają za błyskotkami, więc w tym szczególnym dniu można także pokusić się o zestaw koralików dla małej damy. Daję słowo, że zdobędziecie ich serca – przynajmniej na godzinę. Oczywiście lista prezentów jest długa, a jej różnorodność zależy od płci i wieku. Jednak istnieją upominki dla każdego, takie jak: swetry, skarpetki oraz te zaliczane do tzw. górnej półki, np. tablety czy laptopy. Ile osób na świecie, tyle jest wymarzonych prezentów. Nie można jednak stracić z oczu tego, co najważniejsze – obecności Jezusa, który za chwilę przyjdzie na świat. Niech prezenty nie przyćmią Wam tego wspaniałego oczekiwania, radosnej atmosfery i szczęścia wynikającego ze wspólnego przebywania w rodzinnym gronie. Niech Bóg rodzi się na nowo w Waszych sercach każdego dnia. Tego życzę Wam ja oraz cała redakcja „Może coś Więcej”.

69


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

70

Może coś Więcej nr 26 / 2015 (52)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o świątecznym kiczu

Może coś Więcej nr 26 / 2015 (52)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o świątecznym kiczu

Advertisement