Page 1

nr 23 (49) / 2015

9 = 22 listopada

ISSN 2391-8535

Po co nam

duszpasterstwo? 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Po co nam Wydarzenia i Z życia Kościoła duszpasterstwo? Opinie

Małgorzata Różycka

24 Czas wzrastania

40 Noc Szatana

Mateusz Ponikwia

Emilia Ciuła

12 Echa katastrofy na Synaju

28 Solo czy w drużynie?

44 Papież zagłuszony

Rafał Growiec

Marcin Kożuszek

Wojciech Urban

16 Bo "Życia nie można zmarnować"

30 Po co studentowi duszpasterstwo?

Mateusz Ponikwia

Kajetan Garbela

Myśli Niekontrolowane

Rozmowa numeru

SPIS TREŚCI

9 Wyborczy zryw Polonii

20 Luźne myśli o świadomości Maciej Puczkowski

34 Jak działa duszpasterstwo? Emilia Ciuła

Historia Kościoła

48 Kościół bogaty nie tylko w miłosierdzie Rafał Growiec

Wiara na chłopski rozum 54 Do prostaczka: LENISTWO Anna Janczyk

2


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Światowe tradycje

Nowości

Refleksje

52 Fiesta zmarłych z Meksyku

62 Klasyka w nowym wydaniu

70 Nietolerancja

Beata Krzywda

Olga Konieczna

Krzysztof Małek

Serial

Zdrowie

64 Franka domek z kart Mateusz Nowak

74 Cholesterol - nie taki straszny, jak go malują

Książka

Ciekawostki

66 Zbrodnia niedoskonała

78 Fobia, że aż strach

Edyta Masełko

Maciej Zębik

Emilia Ciuła

3


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY: Emilia Ciuła

Mateusz Ponikwia

Kajetan Garbela

Maciej Puczkowski

Rafał Growiec

Marcin Kożuszek

Beata Krzywda

Mateusz Nowak

Michał Musiał

4

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Marzena Bieniecka Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Łój Edyta Masełko

Krzysztof Małek Mateusz Mazur Michał Wilk Piotr Zemełka Maciej Zębik

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 5


OKIEM REDAKCJI 6

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

7


WYDARZENIA I OPINIE

Wyborczy zryw Polonii

8

P Małgorzata Różycka

P

ODEJŚCIE PIERWSZE Niedziela, godzina 14. Pomna doświadczeń zdobytych przy okazji wyborów prezydenckich, udaję się do siedziby jednej z komisji wyborczych w Berlinie z przeświadczeniem, że oddanie głosu wraz z dojazdem nie powinno zająć mi więcej niż 30 minut, przy czym samo głosowanie to kwestia 5-7 minut. Akurat idealnie, by zdążyć na zbiórkę przed akademikowym niedzielnym spacerem. Podjeżdżam moim cudem polskiej techniki (taka nowoczesna forma promowania rodzimego dorobku cywilizacyjnego) – rowerem Wigry 5 – i nie bardzo potrafię uwierzyć własnym oczom. Przed Polskim Instytutem w Berlinie stoi olbrzymia kolejka. Godzina czekania jak nic. Zatem odwrót (na szczęście mieszkam całkiem blisko instytutu) i trzeba będzie

ierwsze prawo emigracji mówi, że po wyjeździe z kraju człowiek zalicza gwałtowny przyrost patriotyzmu. O ile sentymentalne wspominanie smaku barszczu z uszkami i chodzenie do polskich kościołów można łatwo obronić, to szturm Polonii do lokali wyborczych za granicą wywołał we mnie uczucia co najmniej mieszane.

Niedługo po wyborach pojawiła się fala tzw. hejtu pod adresem wyborców głosujących za granicą. Ludzie niezadowoleni z wyników zaczęli odmawiać prawa do decydowania o składzie sceny politycznej Polakom mieszkającym poza granicami kraju

starannie przemyśleć taktykę drugiej próby. PODEJŚCIE DRUGIE Godzina 19. Kolejki rodem z poprzedniego ustroju już nie ma. Ale i tak trzeba trochę poczekać, bo lokal wyborczy jest małym pomieszczeniem, które nie jest w stanie pomieścić

wszystkich, zatroskanych o dobro kraju, Polaków. Głosować przyszli najróżniejsi ludzie: rodziny z dziećmi, studenci, turyści, osoby starsze (najprawdopodobniej fala emigracji z lat 80. XX w.) oraz klasyczni emigranci ekonomiczni. Do dyspozycji są tyko dwie kabiny, więc siłą rzeczy tworzy się korek. Wreszcie moja kolej. Dziarskim krokiem wchodzę, stawiam 2 dumne krzyżyki i udaję się w kierunku urny, by ostatecznie poczuć się „prawdziwym Polakiem”. Jednak trudności towarzyszą mi wiernie do samego końca. Obie urny szczelnie wypełniają karty do głosowania, więc na ostatniej prostej trzeba zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek i znaleźć sposób, by swój głos wrzucić do przepełnionych skrzynek. Udało się. Uff... Nic tyko wrócić do domu z wspaniałym poczuciem


źródło: www.pixabay.com

spełnienia obywatelskiego obowiązku – wszak brzmi to dumnie, a w dodatku mile łechce patriotyczne ego. Po drodze dzwonię jeszcze do domu, by pochwalić się moim niemal wiekopomnym osiągnięciem. Przy okazji dowiaduję się, że jacyś znajomi czekali w Paryżu 40 minut w kolejce do głosowania. Skoro to zjawisko na większa skalę wiem już, o czym napiszę do kolejnego numeru „Może coś więcej”… KILKA LICZB Wrażenia wrażeniami, ale rzetelność nakazuje sięgnąć do oficjalnych danych Państwowej Komisji Wyborczej. Frekwencja za granicą wyniosła 87,64%, co na polskie warunki stanowi imponujący wynik. Wybory – tak jak w kraju – wygrał PiS, uzyskując 33,61 % poparcia. Na PO zagłosowało 18,59% osób, a Kukiz’15

przekonał do siebie 15,31% wyborców. Na kolejnych miejscach uplasowały się: KORWIN (12,54%), .Nowoczesna (9,19%) oraz ugrupowanie Razem z 5,46%. Zatem polonijny parlament wyglądałby nieco inaczej, niż ten wybrany wyłącznie przez Polaków mieszkających w kraju. Za granicą chętniej głosowano na niedawno powstałe partie, natomiast różnica (niemal 2-krotnie większe poparcie) pomiędzy PiS a PO była dużo większa niż nad Wisłą. Ciekawie rozłożyły się zwycięstwa poszczególnych ugrupowań w innych krajach, w których Polacy oddawali głosy. PiS odniosło zwycięstwo m.in. w USA (aż 72,7% poparcia), Niemczech, Rosji, Norwegii, Francji, Brazylii, Argentynie, na Ukrainie oraz Białorusi. PO zdobyła najwięcej głosów w Hiszpanii, na Litwie, Kubie, w Chinach,

Indiach, Meksyku, RPA, Algierii oraz w Azerbejdżanie. Dużym zaskoczeniem stało się zwycięstwo komitetu Kukiz’15 w Irlandii i Wielkiej Brytanii. .Nowoczesna wygrała za to w Iranie, Tajlandii, Singapurze, a także Wietnamie. Ogółem do urn wyborczych za granicą udało się prawie 175 tysięcy polskich obywateli, co pomimo ładnie wyglądającej frekwencji, stanowi znikomy odsetek osób, które wyjechały z Polski i którym przysługuje czynne prawo wyborcze. MOIM ZDANIEM Niedługo po wyborach pojawiła się fala tzw. hejtu pod adresem wyborców głosujących za granicą. Ludzie niezadowoleni z wyników zaczęli odmawiać prawa do decydowania o składzie sceny politycznej Polakom mieszkającym poza granicami kraju oraz

9


zarzucili Polonii, że niefrasobliwie zafundowała rodakom 4 lata koszmaru, a sama wygodnie mieszka z daleka od całej tej awantury. Na początku zignorowałam to kompletnie, ponieważ nie jest to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy „prawdziwi Polacy” szukają zaczepki i sączą jad pod adresem pierwszego lepszego wroga. Jednak później przyszła chwila refleksji. Choć hejt nie należy z całą pewnością do sposobów, w jaki powinno się prowadzić publiczną dyskusję, to

sama treść wcale nie jest pozbawiona sensu. Pytanie, na ile osoby mieszkające za granicą mają prawo wpływać na skład polskiego Parlamentu, wydaje mi się całkowicie zasadne. O ile osoby będące w danym momencie na emigracji ze względu na studia, staż, kontrakt etc. i planujące powrót do Polski w bliższej przyszłości powinny głosować i tym samym współkształtować życie polityczne, to w przypadku Polaków mieszkających od wielu lat za granicą, którzy mają zamiar wrócić, co

najwyżej w trumnie, mam duże wątpliwości. Polskie prawodawstwo dotyczy ich w znikomym stopniu, a najczęściej zdążyli już nabyć obywatelstwo kraju, w którym mieszkają, co daje im szanse wpływania na otaczająca ich rzeczywistość. Czy można i czy powinniśmy odbierać prawa wyborcze emigrantom? Na ile mają oni moralne prawo decydowania o kraju, z którego dobrowolnie (przeważnie) wyjechali? Dyskusja na ten temat byłaby wskazana. 

źródło: www.pixabay.com

10


11


WYDARZENIA I OPINIE

Echa katastrofy na Synaju

12

KM . W Rafał Growiec

B

UTA MORDERCY Samolot, na którego pokładzie znajdowało się dwieście dwadzieścia cztery osoby rozbił się 31 października na północy Półwyspu Synaj. Wracał on z kurortu Szarm el-Szejk na południu tego półwyspu. Już pierwsze nagrania z miejsca, gdzie spadły szczątki maszyny wskazywały, że rozpadła się ona nad ziemią. Choć Rosja i Egipt wyrażają się wyjątkowo ostrożnie, to jednak w USA i Wielkiej Brytanii niemal otwarcie mówi się o zamachu. Barrack Obama stwierdził, że bomba jako przyczyna katastrofy jest „bardzo prawdopodobna”. David Cameron stwierdził, że w oparciu o dane wywiadu jest pewniejsze, że doszło do ataku terrorystycznego, niż że byłby to wypadek. Spotkało się to ze sprzeciwem Kremla. Do zamachu przyznała się komórka Państwa Islamskie-

atastrofa Airbusa A321 należącego do linii etrojet to nie tylko tragedia ofiar i ich rodzin okół wydarzenia na Synaju toczy się intensywna kalkulacja zysków i strat, a także wojna wizerunkowa między państwami i organizacją terrorystyczną.

Gdy ISIS po raz pierwszy przyznało się do zamachu, nikt nie brał tego zapewnienia na poważnie. Dżihadyści już nieraz brali na siebie zbrodnie, których nie popełnili. Zamordowanie kilkuset Rosjan byłoby zaś symbolicznym odwetem za naloty rosyjskiego lotnictwa w Syrii

go w Egipcie, nie zdradzając jednak szczegółów, jak miałoby się to odbyć. Zabitych w swoim komunikacie nazywa „krzyżowcami”, co mogłoby wskazywać na to, że Rosjan, niezależnie od tego czy to cywile czy wojskowi, uważa za chrześcijańskich

agresorów i wrogów islamu. „Sprawdźcie czarne skrzynki i pokażcie dowody, że to nie nasze dzieło” – zachęcają Rosjan. Wcześniej syryjscy bojownicy ISIS opublikowali nagranie, na którym gratulują braciom z Egiptu udanej akcji. Media nieraz powołują się na zdjęcia satelitarne z regionu, na których miałoby być widać „rozbłysk cieplny” albo eksplozję. Oprócz hipotez strącenia przez rakietę ziemia-powietrze, czy eksplozji bomby na pokładzie, pojawia się opinia, jakoby do zamachu mogło dojść podobnie jak w Lockerbie w roku 1988. Wtedy to, jak przypomina wielu analityków, zabójcza nie była eksplozja, ale stosunkowo niewielkie rozszczelnienie kadłuba, które spowodowało rozerwanie maszyny pod wpływem różnicy ciśnień oraz prędkości. Przyczyny katastrofy ma wyjaśnić


źródło: www.pixabay.com

międzynarodowa komisja, w skład której wchodzą przedstawiciele pięciu krajów. DWIE PIECZENIE NA JEDNYM OGNIU Atak ISIS na samolot pełen Rosjan to nie tylko zemsta za naloty, ale także atak w gospodarkę Egiptu. Państwo Islamskie ma wobec Egiptu plany utworzenia islamskiej teokracji, co nie udało się Bractwu Muzułmańskiemu, które po „arabskiej wiośnie” na chwilę rządziło państwem, by potem stracić władzę na rzecz wojskowej junty. Paradoksalnie, prawdopodobnie gdyby nie zamach stanu i krwawe rozprawienie się z radykałami islamskimi, nadzieje ISIS byłyby dużo bardziej realne. Nic dziwnego, że planowano zamach, który uderzałby przede wszystkim w turystykę. Wszak zabytki

dawnych, pogańskich czy nawet chrześcijańskich wieków, a tym bardziej opalanie się na plaży w bikini nie jest czymś, co dżihadyści pochwalają. Dlaczego Rosjanie? Prawdopodobnie celem mógł być ktokolwiek, ale po wydarzeniach z ostatnich miesięcy, gdy przyjaźń między Assadem a Putinem znalazła wyraz w nalotach na cele rebeliantów w Syrii , ISIS zdecydowało się zaatakować właśnie samolot rosyjski. Obecnie jedna piąta turystów odwiedzających tamtejsze kurorty to właśnie Rosjanie. Już teraz, po doniesieniach o możliwym nowym zamachu, lotniska pełne są spanikowanych Brytyjczyków, odwoływane są także już zaplanowane wycieczki. Prawdopodobnie Egipt sporo straci finansowo na zamachu, a jeśli dojdzie

do zapaści gospodarczej, łatwiej będzie walczyć z juntą. KWESTIE WIZERUNKOWE Gdy ISIS po raz pierwszy przyznało się do zamachu, nikt nie brał tego zapewnienia na poważnie. Dżihadyści już nieraz brali na siebie zbrodnie, których nie popełnili. Zamordowanie kilkuset Rosjan byłoby zaś symbolicznym odwetem za naloty rosyjskiego lotnictwa w Syrii, a także przechwałek prokremlowskich mediów, jakoby interwencje Rosjan spowodowały falę dezercji z szeregów ISIS. Rozważano więc „spokojnie” przede wszystkim wariant wypadku, gdyż jest on najbezpieczniejszy zarówno dla Rosji jak i dla Egiptu. Już teraz kilka krajów zawiesiło loty do kurortu Szarm el-Szejk. Gdy pojawiała się hipoteza

13


źródło: www.pixabay.com

zamachu, skupiano się na teorii ataku rakieta ziemia -powietrze, których zasięg jest zwykle zbyt krótki, by dosięgnąć samolotu na tym pułapie. Sama katastrofa (niezależnie od przyczyn) jest jednak dla Putina niewygodna. Jeśli winna jest awaria silnika, wtedy Rosjanie latają niebezpiecznymi dla życia maszynami. Jeśli w grę wchodzi błąd pilota, powstaje pytanie o wyszkolenie reszty kadry. Jeśli zaś doszło do zamachu – to dlaczego wspaniała Rosja, dysponująca najwspanialszym wojskiem i wywiadem na świecie (jak zapewniają swoich widzów rosyjskie media) nie uchroniła swoich obywateli przed tragiczną śmiercią? W tym wypadku lepiej już jest dla Kremla mówić o awarii, tym bardziej, że morderstwo kilkuset obywateli Rosji zapewne podgrzałoby atmosferę w ich ojczyźnie i nasiliło

14

naciski, by interweniować w Syrii także za pomocą wojsk lądowych. Putin zaś wie, że byłaby to katastrofa wizerunkowa i zapewne też militarna, nie ma też zamiaru tracić swojego wizerunku wielkiego obrońcy narodu, który bez skrupułów rozprawia się z jego krzywdzicielami. Teoria o awarii jest z kolei nie na rękę francuskiemu producentowi samolotu, Airbusowi. Co więcej, Russia Today twierdzi, że dzięki śledztwu w sprawie synajskiej uda się ukazać… błędy w śledztwie ws. malezyjskiego Boeinga zestrzelonego nad Ukrainą. Komentatorzy już teraz porównują międzynarodowe śledztwo i chęć wyjaśnienia sprawy z poprzednimi katastrofami lotniczymi, w które zamieszana była Rosja – Smoleńskiem i MH17. Osobną kwestią jest oburzenie Rosjan na Charlie Hebdo, które tym razem postanowi-

ło „zażartować” z tragedii i umieściło na swoich łamach karykatury wyśmiewające ofiary zamachu. Oprócz islamisty uciekającego przed szczątkami airbusa, są też szczątki ofiary z podpisem mówiącym o tanich liniach lotniczych. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa skrytykowała tę „twórczość” i spytała na facebooku „Czy nadal jesteście Charlie?” O tej katastrofie będzie głośno jeszcze przez kilka miesięcy. Nie tylko dlatego, że doszło do ogromnej tragedii, ale dlatego, że zbyt wiele interesów się tu miesza i zbyt wielkie polityczne nazwiska się o niej wypowiadają. 


m

15


WYDARZENIA I OPINIE

Bo „Życia nie można zmarnować”!

16

W S Z Mateusz Ponikwia

J

uż za niespełna miesiąc w poczet błogosławionych zostaną zaliczeni dwaj polscy franciszkanie, którzy polegli w obronie wiary w Boga i wartości chrześcijańskich. Do męczeńskiej śmierci zakonników doszło ponad 24 lata temu. 9 sierpnia 1991 r., ojcowie Michał i Zbigniew zostali zamordowani z rąk terrorystów z maoistowskiego ugrupowania o nazwie „Sendero Luminoso” („Świetlisty Szlak”). W tym dniu terroryści otoczyli klasztor, związali ojców i wywieźli samochodami poza obszar wioski. Tam strzałami w tył głowy pozbawili ich życia. Na ciele o. Zbigniewa pozostawili kartkę z napisem: „Niech żyje wojna ludowa! Taki los spotka wszystkich sługusów imperializmu!”. Wieść o męczeństwie szybko dotarła do ojczyzny i obiegła cały świat. Poru-

ielkimi krokami zbliża się dzień beatyfikacji ług Bożych o. Michała Tomaszka i o. bigniewa Strzałkowskiego. Choć wyniesienie na ołtarze będzie miało miejsce w peruwiańskim Chimbote to przygotowanie do tego wydarzenia trwają także w Polsce.

Zdjęcia do filmu powstawały m.in. w Limie, Chimbote, Barrance i Pariacoto. Prócz ujęć realizowanych na peruwiańskiej ziemi, nie mogło zabraknąć nagrań z Polski. Podczas pracy na rodzimym terenie zrealizowano nagrania rozmów z rodzinami zamordowanych franciszkanów.

szenie ogarnęło nie tylko bliskich zakonników czy całą rodzinę franciszkańską, ale i zwykłych ludzi, w szczególności parafian z peruwiańskich wiosek. Dobitnie świadczy o tym fakt, że grób męczenników został otoczony szczegól-

nym kultem i stał się celem pielgrzymek wiernych. Ponadto, jeszcze w tym samym miesiącu, rząd Peru uhonorował pośmiertnie ojców Zbigniewa i Michała najwyższym odznaczeniem państwowym – Wielkim Oficerskim Orderem „El Sol del Peru” („Słońce Peru”). W celu lepszego poznania sylwetek błogosławionych podjęto decyzję o nakręceniu filmu. Na dostrzeżenie zasługuje tytuł nadany ekranizacji przedstawiającej losy misjonarzy. „Życia nie można zmarnować” nie stanowi tylko pustego sloganu, ale unaocznia głębię znaczenia męczeńskiej śmierci Polaków i doskonale odzwierciedla postawy obu bohaterów, którzy dobitnie ukazali całemu światu, że najważniejsze w życiu jest podążanie ścieżką dobra, wiary, miłości Boga i bliźniego. Prapremiera filmu


odbyła się przed kilkoma dniami w warszawskiej siedzibie Telewizji Polskiej. Na projekcję zostali zaproszeni najbliżsi krewni obu zmarłych zakonników. Oprócz rodzin w seansie uczestniczyli reprezentanci struktur kościelnych na czele z kard. Kazimierzem Nyczem – metropolitą warszawskim, o. Jarosławem Zachariaszem – przełożonym franciszkanów z krakowskiej Prowincji św. Antoniego z Padwy i bł. Jakuba Strzemię oraz ks. Rafałem Sztejką – dyrektorem redakcji programów katolickich TVP. Prócz dostojników duchownych podczas pokazu był obecny również ambasador Peru w Polsce. Całość spotkania

poprowadził Krzysztof Ziemiec, zaś o okolicznościach powstania filmu opowiadał jego reżyser – Krzysztof Tadej. Kard. Nycz gorąco podziękował za zrealizowanie filmu przybliżającego losy polskich męczenników. Zaznaczył, że jest to doskonałe przygotowanie do zbliżającej się beatyfikacji. Podkreślił też, że sposób pokazania postaci i całej sytuacji za pomocą obrazu umożliwia dotarcie do większej liczby odbiorców. Poza tym, film zdaje się łatwiejszy do zrozumienia i bardziej przemawiający do wyobraźni niż nawet liczne artykuły i przekazy bazujące wyłącznie na słowach. Dzieło zebrało też po-

chlebne recenzje innych obecnych podczas seansu. Jacek Raczek – siostrzeniec o. Michała, uznał je za bardzo ciekawy dokument, który nie tylko przypomina jaki wstrząs wywołały zdarzenia z 9 sierpnia 1991 r. (zarówno w Peru, jak i w Polsce), ale pokazuje też, co się od tego czasu zmieniło, także w ludziach. Po spotkaniu, wyraźnie wzruszony ambasador Peru podszedł do rodzin tragicznie zmarłych zakonników. W rozmowach z bliskimi podkreślił, że dobrze rozumie towarzyszące im uczucia. Wyznał też, że w tamtym czasie stracił brata, który także został zamordowany przez senderystów. Ambasador zapewnił również, że źródło: www.wiadomości.onet.pl

17


rodziny mogą zawsze liczyć na życzliwość w Peru. Zdjęcia do filmu powstawały m.in. w Limie, Chimbote, Barrance i Pariacoto. Prócz ujęć realizowanych na peruwiańskiej ziemi, nie mogło zabraknąć nagrań z Polski. Podczas pracy na rodzimym terenie zrealizowano nagrania rozmów z rodzinami zamordowanych franciszkanów. Przed kamerą wypowiadają się obie siostry oraz brat bliźniak o. Michała Tomaszka, a także matka o. Zbigniewa Strzałkowskiego. O męczennikach mówią w filmie różne osoby, których historie życiowe splotły się z losami franciszkanów. Swoimi wspomnieniami podzieliła się s. Berta Hernandez – zakonnica, która towarzyszyła

ojcom niemal do momentu egzekucji. O misjonarzach mówi też bp Luis Bambaren – emerytowany ordynariusz diecezji Chimbote, na którego zaproszenie Polacy przybyli do Pariacoto i rozpoczęli tam pracę duszpasterską, obejmując opieką mieszkańców 73 andyjskich wiosek rozrzuconych w pobliskich górach. Z kolei o. Jacek Lisowski – franciszkanin obecnie pracujący w Peru, wraz z parafianami z Pariacoto opowiadają o tym, w jaki sposób kultywowana jest pamięć o poległych. W filmie występują też osoby, dla których męczeństwo obu misjonarzy stało się impulsem do zmiany swojego życia. Jedną z nich jest o. Dariusz Mazurek, który podjął decyzję o wstąpieniu

na drogę zakonną i obecnie pracuje jako misjonarz w Peru. Już niebawem Telewizja Polska przybliży sylwetki nowych błogosławionych. 29 listopada, czyli w niedzielę poprzedzającą beatyfikację, obu męczennikom poświęcony zostanie bowiem telewizyjny program „Między ziemią a niebem". Natomiast projekcję trwającego około godziny filmu pt. „Życia nie można zmarnować” zaplanowano na 4 grudnia. Wtedy to okazję do zapoznania się z ekranizacją będzie miało szersze grono osób. 

źródło: www.wiadomości.onet.pl

18


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

19


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Luźne myśli o świadomości

20

O Maciej Puczkowski

J

eżeli jestem, to z moim “byciem” wiążą się dwie rzeczy - początek i koniec. Doświadczenie końca nigdy nie będzie mi dane - bo nawet jeśli przyjdzie kres mojego istnienia, to nie będę mógł już go doświadczyć. Natomiast doświadczenie początku zostało mi odebrane, bo czy istnieje człowiek, który pamięta moment, w którym przejrzał po raz pierwszy? Kto pamięta swoją pierwszą myśl lub pierwszą rzecz którą zobaczył? Jednakże wszystko, czego doświadcza świadomie nasze “ja” jest dla niego niezaprzeczalnie prawdziwe. Możemy zredukować kolor czerwony do wrażenia powstającego w naszym mózgu na skutek odpowiedniej długości fali świetlnej wpadającej do naszego oka. Możemy uznać tym samym, że to fala świetlna jest czymś obiektywnie

dkąd pierwszy człowiek stał się świadomy swojego istnienia, stara się zrozumieć czym jest i co robi na tym świecie. Pierwszą rzeczą jaka domaga się poznania jest nasze własne “ja”. Jeżeli czegoś mogę być pewny to tylko tego, że jestem i tego, czego bezpośrednio doświadczam. Już to co przyszłe pozostaje w sferze domniemywań, a to co przeszłe w ulotnej pamięci.

Warto jeszcze zrozumieć czym jest nasz świat subiektywny. To czego doświadczam jest subiektywnie prawdziwe, ale w żaden sposób nie mogę tego doświadczenia przekazać innemu “ ja”. Mogę powiedzieć: “widzę kolor czerwony”, ale nie mogę przekazać swojego doświadczenia czerwieni.

prawdziwym, a czerwień jedynie złudzeniem. Jednak dla mojego “ja” to właśnie kolor czerwony jest niezaprzeczalnie prawdziwy, nie zaś fala. Dalej, choć zabrzmi to jak tautologia, to co jest

doświadczane przez naszą świadomość, musi być przez nią zauważone - nie można nie być świadomym, że się czegoś świadomie doświadcza. Jeśli tak, to o ile nasze świadome “ja” miało swój początek, to nie mógł on przejść niezauważony. Zatem kiedy to było? Można oczywiście powiedzieć - zapomnieliśmy. Nasze mózgi zapomniały o naszym początku. Jednak amnezja nie rozwiązuje żadnego problemu. Zawsze przecież jest to pierwsze wspomnienie, które na pewno świadomie przeżyliśmy. Jeśli to ono jest pierwsze, to czy nie stanowi początku dla naszego świadomego “ja”? Z drugiej strony, gdybyśmy dopiero co pojawili się na świecie to nie mielibyśmy doświadczenia poprzedzającego nasze pojawienie niebytu. Gdybyśmy zaś nie posiadali żadnej pamięci, to


źródło: www.pixabay.com

ciągle byłoby tak jakbyśmy dopiero co pojawiali się na świecie. Również przyszłość przestałaby mieć znaczenie, bo o ile bylibyśmy w stanie w chwili terażniejszej pomyśleć o przyszłości, to kiedy ta by nadeszła nieistotne by to było, że o niej myśleliśmy. Nawet byśmy tego nie wiedzieli. Jeżeli więc nasza pamięć nie jest jednością z naszym “ja”, a raczej jest czymś z czego to “ja” korzysta, zatem “ja” samo z siebie może istnieć jedynie w teraźniejszości. Nie ma przy tym znaczenia jak długo ona trwa. Mogłaby nie trwać w ogóle. Warto jeszcze zrozumieć czym jest nasz świat subiektywny. To czego doświadczam jest subiektywnie prawdziwe, ale w żaden sposób nie mogę tego doświadczenia przekazać innemu “ja”. Mogę powiedzieć: “widzę kolor czerwony”, ale nie mogę przekazać swojego doświadczenia czerwieni. Innymi słowy, przyjmijmy dla

uproszczenia, że na świecie istnieją tylko trzy długości fali świetlnej, które są rozróżniane przez nasze mózgi. Odpowiednie wrażenia powstające dzięki nie nazwaliśmy kolorami: zielonym, czerwonym i niebieskim. Każdy z nas więc zobaczywszy falę o odpowiedniej długości zgodnie odpowie, że widzi kolor zielony. Jednak to, że potrafimy tak samo poetykietować odpowiednie elementy, nie znaczy, że tak samo ich doświadczamy. Czy można w ten sposób tłumaczyć różnicę w gustach? Nasza świadomość jest jedną z największych zagadek naukowych. Mimo, że mamy wiele powodów twierdzić, że jest jakąś funkcją mózgu, nie wydaje się ona w żaden sposób wynikać z czegokolwiek co onim wiemy. Można fizycznie wpływać na to co nasza świadomość odczuwa, począwszy od subtelnych zmian takich jak wywoływanie smutku lub zadowolenia, po zadawanie

bólu. Jednak największą zagadką jest to, jak to się dzieje, że z materii nieożywionej powstają istoty nie tylko żywe, ale świadome. Na koniec spróbujmy wykonać pewne ćwiczenie umysłowe. Wiemy, że podczas snu tracimy świadomość - lub nie pamiętamy, że byliśmy świadomi, co po przebudzeniu jest bez znaczenia. Nie boimy się jednak tego, bo wiemy, że w końcu się obudzimy. Jeślibyśmy jednak idąc spać nie mieli pewności, że się obudzimy, to ilu z nas szło by spać z własnej woli? Niestety nasze ciało przymusiłoby nas do snu. Być może tak samo jest ze śmiercią. Nie boimy się stracić świadomość na noc, bo wiemy, że ją odzyskamy. Boimy się jednak utraty świadomości podczas śmierci, bo nikt nigdy nie widział zmartwychwstania. Wiemy jednak skąd inąd, że przynajmniej jedno miało miejsce w historii ludzkości. 

21


22

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

23


TEMAT NUMERU - Po co nam duszpasterstwo? 24

Czas wzrastania S

tudia to nie tylko okres przygotowania do podjęcia późniejszej pracy zawodowej. To także czas poznawania samego siebie, odkrywania Boga i pogłębiania relacji z Nim.

Mateusz Ponikwia

N

ie da się ukryć, że życie studentów nie sprowadza się jedynie do aktywności akademickiej. Chyba wysoce trudnym zadaniem okazałoby się odnalezienie osoby, która całą swoją energię życiową poświęca wyłącznie na zdobywanie wiedzy przez uczęszczanie na wykłady, sporządzanie notatek czy systematyczną naukę zadanego materiału. Całkowite oddanie się nauce nie jest możliwe na dłuższą metę. Każdy potrzebuje chwil wytchnienia i odpoczynku, które umożliwią regenerację sił, a także podjęcie refleksji. Dlatego środowiska akademickie cieszą się sporym zainteresowaniem ze strony organizatorów różnorodnych wydarzeń kulturalnych, artystycznych i religijnych. Zresztą nie ma w tym niczego dziwnego czy zaskakującego. W koń-

Dużym atutem duszpasterstw jest fakt, że za ich działalność są odpowiedzialne osoby młode, które z płomiennym zapałem i nieukrywaną chęcią oddają się swojej posłudze. To nierzadko dzięki ich staraniom i poświęconemu wysiłkowi możemy uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach.

cu łączy się przyjemne dla studenta z pożytecznym dla danej organizacji. Student ma zapewnione przyjemne warunki spędzenia wolnego czasu, zaś reprezentanci odpowiedzialni za daną

inicjatywę także nie pozostają z pustymi rękami. Ot, dobrze pojmowany marketing przynoszący pożądane skutki. Dzisiejszy świat kładzie przede wszystkim nacisk na wolność i autonomię jednostki. Wszakże od suwerennej i niezależnej decyzji każdej osoby zależy to, jak zagospodaruje ona swój czas. Jedni wybierają kameralne spotkania w gronie znajomych, drudzy nie wyobrażają sobie weekendu bez hucznej imprezy, jeszcze inni stawiają na ukulturalnienie się poprzez odwiedzenie muzeum, galerii sztuki czy wizytę w teatrze. Nie brakuje też takich, którzy pragną wzbogacić swe życie duchowe. To właśnie do poszukujących Boga szczególnie skierowana jest oferta duszpasterstw akademickich. W większych miastach, w których można


źródło: www.pixabay.com

spotkać wielkie skupiska żaków, prężnie działa spora liczba duszpasterstw, które podejmują rozmaite inicjatywy. Taki stan rzeczy daje sposobność dokonania najlepszego wyboru, która wspólnota będzie najbardziej odpowiednia dla danej jednostki. Chodzi o to, żeby we wspólnocie czuć się swobodnie i mieć świadomość, że jest się jej współtworzącą częścią, a nie tylko biernym obserwatorem. Zapewne prawdziwe jest stwierdzenie, że ile duszpasterstw – tyle pomysłów na ożywienie i pogłębienie wiary. Każda bowiem wspólnota cechuje

się pewnym charyzmatem, obiera sobie określone metody postępowania i stara się je realizować. Niemniej jednak trzeba podkreślić, że wszelkie podejmowane działania nakierowane są na odnajdywanie Boga i odkrywanie (wciąż i na nowo) Jego miłości każdego dnia. Przybliżanie do Stwórcy może odbywać się na wiele sposobów. Taka różnorodność daje każdemu człowiekowi możliwość odnalezienia się we wspólnocie. Duszpasterstwa pełnią rozliczne funkcje i posługi. Bardzo istotnym elementem ich działalności jest wspólna Eucharystia, która umożliwia poznawanie Ta-

jemnicy zbawienia świata. Formacja duszpasterska nie sprowadza się jednak wyłącznie do uczestniczenia we mszy świętej. Spotkania z wybitnymi i znanymi postaciami, rozmowy filozoficzno-teologiczne czy rekolekcje i dni skupienia to jedne z wielu propozycji oferowanych studentom. Dużym atutem duszpasterstw jest fakt, że za ich działalność są odpowiedzialne osoby młode, które z płomiennym zapałem i nieukrywaną chęcią oddają się swojej posłudze. To nierzadko dzięki ich staraniom i poświęconemu wysiłkowi możemy uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach.

25


Spotkania w duszpasterstwie są dobrą okazją do zawarcia nowych znajomości, wysłuchania ciekawych osób, nawiązania przyjaźni, a nawet poznania swojej „drugiej połowy”. Duszpasterstwo często określane jest mianem miejsca formacji charakteru, ale i doskonalenia posiadanych już umiejętności. Dla przykładu, osoby utalentowane muzycznie mają okazję wykazać się zdolnościami, przynależąc do chóru czy zespołu muzycznego i dbając o oprawę nabożeństw. Wspólnoty stanowią też doskonałą okazję do pozyskiwania nowych umiejętności. Dla niektórych (zwłaszcza zamkniętych w sobie i zalęknionych) czas formacji w duszpasterstwie staje się

okresem przełamywania barier i otwierania się na innych. Przebywanie wśród ludzi o różnych poglądach, dla których jednak Bóg stanowi najwyższe dobro, niewątpliwie może ubogacić światopogląd i rozszerzyć perspektywę spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Zdaniem niektórych osób wspólne spotkania w duszpasterstwie mają także walor pragmatyczny. Chodzi o to, że młodzi ludzie podejmujący się organizacji jakiegoś wydarzenia, uczą się odpowiedzialności, terminowości, a także nabywają wiedzę praktyczną, która niejednokrotnie okazuje się potem przydatna w dorosłym życiu. Bezsprzecznie Boga można odnaleźć na wie-

le sposobów. Jednym z nich jest odkrywanie Go przez poznawanie i wspieranie drugiego człowieka. Duszpasterstwa akademickie starają się zapewniać umacnianie relacji z Bogiem, nie tracąc z pola zainteresowania interakcji między samymi studentami. Spędzać wolny czas można obierając cały szereg różnych dróg. Liczne możliwości działania w duszpasterstwie sprawiają, że chwile tam spędzone nie są zmarnowane. Z pewnością każdy chętny znajdzie coś dla siebie! 

źródło: www.pixabay.com

26


27


TEMAT NUMERU - Po

co

nam

dus z pas te rs twa

?

Solo czy w drużynie?

28

Z

życiem duchowym jest trochę jak ze sportem: w obu dyscyplinach w końcu trzeba podjąć decyzję czy występować samemu, czy w zespole.

Marcin Kożuszek

S

pory o wyższości konkurencji drużynowych nad indywidualnymi (lub odwrotnie) trwają odkąd człowiek wpadł na pomysł rywalizacji sportowej. Są tacy, którzy stawiają na umiejętności jednostki, bo tylko w taki sposób można jednoznacznie wskazać zwycięzcę – tego najlepszego z najlepszych. Na drugim biegunie widać ludzi, którzy twierdzą, że miarą sportowca jest jego umiejętność współdziałania z partnerami i tylko wspólny wynik drużyny daje wymierny obraz rywalizacji. Decyzja o tym, którą dyscyplinę wybrać, determinuje całe życie przyszłego sportowca, dlatego należy ją bardzo dokładnie przemyśleć. Warto rozsądnie ocenić swoje predyspozycje do danej konkurencji, zastanowić się, jak bardzo nas ona interesuje i czy kiedykol-

W konkurencjach drużynowych ważne jest odnalezienie właściwego miejsca i ludzi. Przykładem może być taniec towarzyski: co z tego, że ja tańczę zgrabnie i rytmicznie, skoro mojej partnerce muzyka zdaje się przeszkadzać? Nieodpowiedni wybór ekipy może obniżać nasz poziom

wiek mieliśmy z nią jakąś styczność. Po wstępnym rozeznaniu należy udać się na rozmowę z trenerem, który opowie nam o swoich sposobach pracy i pomoże podjąć decyzję, czy owo miejsce jest dla nas odpowiednie. Ostatnim etapem jest zazwyczaj próbny

trening, który weryfikuje wszystkie nasze założenia. Najtrudniejszym momentem jest wejście „nowego” między „starych wyjadaczy”. Trzeba wkupić się w ich łaski, nawiązać pierwsze kontakty, by po jakimś czasie stać się jednym z nich – pełnoprawnym członkiem drużyny. A to dopiero początek trudnych zmagań… Sporty indywidualne charakteryzują się tym, że wszystko zależy od samego zawodnika. Nie trzeba przejmować się niższym poziomem kolegów z drużyny. Na treningach należy skupić się tylko na pracy nad sobą. Jednak trenowanie w pojedynkę wymaga większego samozaparcia, samodyscypliny i motywacji. Nie można wymieniać się poglądami i spostrzeżeniami na temat popełnianych błędów. Czasem nie ma się od kogo uczyć,


źródło: www.pixabay.com

przez co utrwala się niewłaściwe nawyki. W konkurencjach indywidualnych nie można liczyć na wsparcie kumpli z drużyny, nie ma rezerwowych, którzy mogliby nas zastąpić w przypadku słabszego dnia. W konkurencjach drużynowych ważne jest odnalezienie właściwego miejsca i ludzi. Przykładem może być taniec towarzyski: co z tego, że ja tańczę zgrabnie i rytmicznie, skoro mojej partnerce muzyka zdaje się przeszkadzać? Nieodpowiedni wybór ekipy może obniżać nasz poziom – wtedy zamiast uczyć się nowych rzeczy, nieustannie powtarzamy to, co już umiemy. To trochę jak we wspinaczce górskiej – robię wszystko poprawnie, ale partner jednym nieodpowiednim ruchem może ściągnąć mnie w dół. Mówi się, że sporty drużynowe są dla ludzi słabych, którzy

nigdy w życiu nie daliby sobie rady w rywalizacji indywidualnej. I rzeczywiście, jest coś na rzeczy w stwierdzeniu, że wspólne treningi pozwalają miernym zawodnikom na nauczenie się czegoś od tych najlepszych. Mimo wspólnego celu, jaki powinna posiadać drużyna, jest ona zbiorowością ludzi o odmiennych charakterach. Nie ma na świecie takiej ekipy, w której nie dochodziłoby do konfliktów: o wizję drużyny, o jej rozwój, no i te najważniejsze – o przywództwo! Tylko mądrze prowadzone zespoły są w stanie sobie poradzić z przeciwnościami! Warto dodać, że czasami wybitny specjalista od konkurencji indywidualnych jest zupełnie beznadziejnym członkiem ekipy w zawodach drużynowych. Dlatego też nie ma jedynej i słusznej odpowiedzi na pytanie czy trenować coś

indywidualnie, czy w drużynie. Trzeba zastanowić się nad sobą, swoimi potrzebami i planami, a potem… pozostaje jedynie podjąć właściwy wybór. Są tacy, którzy wyboru nie mają. Są skazani na jedną jedyną drużynę, która istnieje w ich okolicy. Są też tacy, którzy mają nieskończenie wiele możliwości i żałują, że nie mogą wykorzystać wszystkich. I tak sobie myślę, że członkostwo w duszpasterstwie jest jak sport: warto spróbować, bo to naprawdę może wyjść na zdrowie! 

29


? dus z pas te rs two nam co

TEMAT NUMERU - Po 30

Po co studentowi duszpasterstwo? S

tudiowałem w kilku miastach, chodziłem do kilku różnych duszpasterstw, mam znajomych w całej Polsce – ten tekst jest owocem moich kilkuletnich obserwacji oraz rozmów.

Kajetan Garbela

C

OŚ DLA DUCHA… W momencie rozpoczęcia studiów życie duchowe wielu młodych ludzi znajduje się na zakręcie. Wyprowadzają się do obcego, najczęściej dużo większego miasta, gdzie nie ma ani mamy, która dbała o coniedzielną mszę świętą, ani nie ma starej wspólnoty, z którą zamykało się w salce na modlitwie. Nie ma tam również znajomego księdza, często opiekuna tejże wspólnoty, u którego regularnie się spowiadało i który mówił ciekawe kazania. Początkujący żak musi odnaleźć się nie tylko w życiu na uczelni, ale też w codziennej egzystencji w nowym miejscu (mieszkanie, zakupy, sprzątanie, gotowanie itp.). Studenckie realia mogą również bardzo wpłynąć na jego relację z Bogiem. Słyszałem o pewnym księdzu, który w trakcie

Z założenia przyjmujemy, że w duszpasterstwach łatwiej odnaleźć się kobietom – może dlatego, że są one wrażliwsze od mężczyzn, mają bardziej rozwinięte emocje, często posiadają bogatsze życie wewnętrzne. Są też z natury bardziej otwarte i życzliwsze dla drugiego człowieka, łatwiej nawiązują znajomości, lepiej czują się w kościelnych ławach.

kazania wyjął paczkę zapałek. Najpierw wziął między palce jedną z nich i bez problemu złamał. Chwilę później chwycił pozostałe

zapałki i jednym ruchem chciał złamać je wszystkie. Nie udało mu się. Skwitował to krótko: każdy z nas jest jak zapałka – łatwo go zniszczyć. Jako wspólnota jesteśmy jak cała paczka – złamać nas dużo trudniej. Wydaje mi się, że wielu młodych, gdzieś w swojej podświadomości, zna tę prawdę, przez co duszpasterstwa nie narzekają na brak sympatyków. Dla wielu studentów coniedzielna msza święta jest obowiązkiem, niektórzy biorą nawet udział w eucharystiach odprawianych w ciągu tygodniu (bo jest tyle kościołów, że na pewno gdzieś odprawia mszę fajny ksiądz). Wielu chce również znaleźć wspólnotę odpowiednią dla swojej duchowości. Propozycji jest wiele – duszpasterstwa diecezjalne i zakonne, wspólnoty w rodzaju odnowy w Duchu Świętym czy


źródło: www.pixabay.com

neokatechumenatu. Jakby nie było, konkurencja dla tych możliwości spędzania wolnego czasu jest spora – począwszy od zwykłej nauki, poprzez dodatkowe koła naukowe, wolontariat, kursy, skończywszy na przysłowiowych studenckich imprezach. Niektórym to jednak nie wystarcza – wiedzą, że korzystanie tylko z nich może spowodować spore braki w naszym wnętrzu. Wszak bardzo ważna sfera naszej osoby, czyli duchowość, zostaje wówczas traktowana po macoszemu, a i człowiek

może zostać wybity z rytmu dotychczasowej religijności, przez co przestaje rozwijać relację z Bogiem. Dobrze zadbać o jej ciągły wzrost, najlepiej wspólnie rówieśnikami, którzy podobnie jak my znaleźli się w nowych realiach. Z założenia przyjmujemy, że w duszpasterstwach łatwiej odnaleźć się kobietom – może dlatego, że są one wrażliwsze od mężczyzn, mają bardziej rozwinięte emocje, często posiadają bogatsze życie wewnętrzne. Są też z natury bardziej otwarte

i życzliwsze dla drugiego człowieka, łatwiej nawiązują znajomości, lepiej czują się w kościelnych ławach. Duszpasterstwo to idealne miejsce, w którym mogą dać upust swojej empatii i altruizmowi, być z drugim człowiekiem, słuchać go i otwierać przed nim swoje wnętrze. Z mężczyznami jest inaczej – często nieufni wobec nowego towarzystwa, obawiają się wejścia do grupy religijnych oszołomów, którym daleko będzie do stereotypowych prawdziwych facetów. Niektórzy wolą pozostać przy

31


osobistej modlitwie, czytaniu odpowiednich pozycji książkowych, słuchaniu mądrych kazań czy rekolekcji. Część rozumie jednak, że bez konfrontacji swoich przemyśleń i przeżyć z tym, co myślą i czują inni, może umknąć im coś bardzo ważnego. Jeśli już mężczyźni przekonają się do duszpasterstwa, najczęściej zostają w nim na długo i nierzadko oddają mu się całym sercem. Zachowują się jak żołnierze, którzy znaleźli swoich towarzyszy broni, a preferowana we wspólnocie duchowość i formy religijności stają się ich rytuałami, przez co traktowane są jako oczywiste i obowiązkowe. Wielu mężczyzn z czasem zaczyna poczuwać się do odpowiedzialności za tę społeczność. Taka wewnętrzna dyscyplina jest wręcz niezbędna, jeśli chcemy zadbać o odpowiedni rozwój duchowy. …I NIE TYLKO Nie oszukujmy się – duszpasterstwa nie są nastawione jedynie na rozwój du-

32

chowy człowieka. Poza Bogiem zwraca się tam uwagę również na bliźnich. I nie mówię tutaj jedynie o szlachetnie brzmiącej miłości bliźniego. Wszak nieodłączonym elementem życia wspólnotowego są imprezy, wyjścia na miasto, wspólne obchodzenie urodzin czy imienin. Chyba nikt nie ma za złe członkom duszpasterstw, że organizują czysto towarzyskie spotkania, ciesząc się swoją obecnością i rozmawiając o niekoniecznie pobożnych sprawach (oczywiście bez przesadzania w drugą stronę). Przecież ileż można zamykać się w salce, czasem trzeba wyjść na zewnątrz, wręcz pokazać ludziom, że duszpasterstwo to także możliwość fajnego spędzenia wolnego czasu na mieście. Taka odskocznia od modlitw, rozważań i pobożnych dyskusji jest potrzebna w każdej grupie religijnej, wiedzieli o tym nawet starożytni czy średniowieczni zakonnicy, wpisując w reguły swoich wspólnot obowiązkowy czas na wspólny odpoczynek i rekreację. Również członkowie


źródło: www.pixabay.com

dzisiejszych studenckich grup religijnych nie są sztywnymi dewotami, nieznającymi niczego innego, prócz siedzenia w książkach, klepania pacierza i rozmów o transcendencji i immanencji Boga. Dzięki wyważonemu i kulturalnemu życiu towarzyskiemu dają dobre świadectwo reszcie świata. Nie powinno nikogo gorszyć, gdy jakaś grupa duszpasterska po kilkudziesięciominutowej modlitwie czy rozważaniach uda się wspólnie do pobliskiej knajpki na wieczorną herbatę, pizzę czy nawet piwo – wszak wszystko jest dla ludzi (oczywiście w odpowiedniej ilości). Na koniec nie sposób nie wspomnieć o tym, że duszpasterstwa są przez wiele osób traktowane jako miejsca, w których łatwo znaleźć drugą połówkę. I to taką, która będzie reprezentowała podobne wartości. Chyba każdy z nas zna jakąś parę czy też małżeństwo, które poznało się w duszpasterstwie, na wspólnotowym wyjeździe czy imprezie. Niektórzy są zbyt nieśmiali, by wychodzić do klubów czy za-

pisywać się na speed dating (są to randki, na które zapisują się chętni chcący poznać nowe osoby; mają oni minutę, maksymalnie kilka, na rozmowę z nimi, po czym decydują, z kim chcą rozwijać znajomość), inni po prostu źle czują się w takich miejscach, jeszcze inni celują tylko i wyłącznie w związek z osobą wierzącą. I nie ma w tym niczego złego – w końcu takie grupy są nie tylko po to, by człowiek poznawał Boga i oddawał Mu cześć, ale też po to, by zainteresował się drugim człowiekiem i potrafił żyć w jego obecności. Również w związku sakramentalnym. 

33


R O Z M O WA N U M E R U

Jak działa duszpasterstwo? W

ielu młodych ludzi poszukuje Boga. Czasami nie do końca wiedzą, gdzie się udać, aby poczuć jego bliskość. Na przeciw nim wychodzą właśnie duszpasterstwa akademickie (DA).

Emilia Ciuła

D

uszpasterstwa to miejsca nie tylko zarezerwowane dla młodzieży. Może do niech dołączyć dosłownie każdy, kto chce poznać Boga poprzez uczestnictwo w spotkaniach, modlitwach, rozmowach z innymi ludźmi i duszpasterzem. O to, czym jest duszpasterstwo akademickie i jakie pełni ono funkcje dla młodzieży zapytałam o. Łukasza Filca OP, duszpasterza w Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim „Szopka” w Rzeszowie. Jaką rolę pełni ojciec w dominikańskim klasztorze w Rzeszowie? O. Łukasz Filc OP: Od 2010 roku pracuję w Rzeszowie jako duszpasterz akademicki, czyli duszpasterz studentów. Co to jest duszpasterstwo akademickie?

34

Każde duszpasterstwo ma swój rytm działania. Przede wszystkim w ciągu tygodnia mają miejsce różne spotkania – od kulturalnych, poprzez dyskusyjne, na modlitewnych kończąc. Oprócz tego podejmujemy różne działania charytatywne, np. odwiedzanie chorych dzieci w szpitalach.

o. Ł.F.: Duszpasterstwo akademickie to miejsce, w którym spotykają się studenci, których łączy przede wszystkim wiara w Jezusa Chrystusa. Chcą ją zgłębiać poprzez dostawanie konkretnej wiedzy oraz formacji duchowej. To bardzo

integruje – świadomość, że są w moim wieku ludzie, którzy wyznają podobne wartości i chcą nimi żyć i przede wszystkim – nie wstydzą się ich. To także miejsce, gdzie rodzą się relacje – zarówno zwykłe znajomości, jak i przyjaźnie, a także miłości. Jaki jest cel duszpasterstwa? o. Ł.F.:Celem duszpasterstwa jest formowanie dojrzałych chrześcijan, którzy wychodząc w świat i podejmując swoje różne życiowe zadania, wypełniają je Bożą obecnością. Dlaczego przynależność do duszpasterstwa jest taka ważna dla młodych ludzi? o. Ł.F.:W życiu młodych ludzi ważna jest identyfikacja, znalezienie własnej tożsamości. Stąd chęć przynależenia do duszpa-


sterstwa akademickiego – to jest bezpieczne miejsce, gdzie nie trzeba nikogo udawać. Ponadto wydaje mi się, że dla młodych ludzi ważna jest wspólnota, gdzie można się pomodlić, ale także spędzić ze sobą miło czas. Coraz bardziej przekonuję się, że to co najważniejsze w duszpasterstwie akademickim dzieje się między wierszami. Jak wygląda funkcjonowanie takiego duszpasterstwa? o. Ł.F.:Każde duszpasterstwo ma swój rytm działania. Przede wszystkim w ciągu tygodnia mają miejsce różne spotkania – od kulturalnych, poprzez dyskusyjne, na modlitewnych kończąc. Oprócz tego podejmujemy różne działa-

nia charytatywne, np. odwiedzanie chorych dzieci w szpitalach. Innym rodzajem działalności duszpasterstwa jest rozwijanie własnych talentów, chociażby poprzez śpiewanie w scholi akademickiej. Istotne są także nieformalne spotkania, kiedy to mogą zaistnieć relacje między ludźmi. Jak wyglądają statystyki? Ilu młodych ludzi uczestniczy w spotkaniach duszpasterstwa akademickiego? o. Ł.F.:Liczby nie są bardzo imponujące – w skali kraju jest to kilka procent. Ale nie należy się do tego przywiązywać. Istotne jest to, czy ci, którzy przychodzą, będą chcieli zanieść to, co dostają w miejsca, w których żyją. I to tak naprawdę świadczy o

dobrej jakości duszpasterstwa. Dlaczego ojciec zdecydował się pracować z młodzieżą? o. Ł.F.:Przede wszystkim dlatego, że dostałem taką propozycję od prowincjała. Z czasem ta praca na tyle mi się spodobała, że postanowiłem ją kontynuować i chciałbym to robić dłużej. *** To była wypowiedź ojca, który na co dzień prowadzi duszpasterstwo. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że przynależność do duszpasterstwa akademickiego kształtuje charakter oraz pozwala otworzyć się na innych ludzi i Boga. Organizacja spotkań nie jest łatwa. Sama prowadziłam źródło: www.pixabay.com

35


źródło: www.pixabay.com

grupę w Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim „Beczka” i wiem, ile pracy wymaga przygotowanie spotkania. Aby wszystko sprawnie działało potrzeba dobrej współpracy osób odpowiedzialnych za poszczególne elementy. Jestem pewna, że nie udałoby się to, gdyby nie wspólnota, którą stworzyliśmy. Nie my byliśmy najważniejsi, ale Bóg. To on dał nam siłę do działania i cierpliwość do innych ludzi. Regularnie spotykaliśmy się na adoracjach i zebraniach, na których omawialiśmy dalszą działalność duszpasterstwa i pomysły na jego nowe aktywności. Prowadzenie duszpasterstwa to wielka odpowiedzialność. Młodzież ma

36

to do siebie, że dopiero zaczyna poszukiwać swojej drogi. Życie młodych ludzi to mieszanka uczuć: smutków i radości. Duszpasterz musi mieć więc dużo cierpliwości i zmysł organizacyjny. Nie łatwo jest przygotować młodzież do dalszego życia, bez kierownictwa duszpasterza. Ale to kolejne zadanie DA. Musi kształtować młodzież, aby potrafiła podjąć pewne role, zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele, a także w miejscach, gdzie rzuci ich los. Uczy odwagi, by głosić słowo Boga oraz aby swoim przykładem pokazać innym, że życie zgodnie z przykazaniami jest możliwe. Jest to bardzo ważne we współczesnym świecie, gdzie

pojawia się coraz więcej agresji wobec chrześcijańskiego sposobu życia. DA uczy odpowiedzi na pytania tych, którzy będą poszukiwać. Ale duszpasterstwo to nie tylko wspólna modlitwa i rozmowy, ale także życie studenckie. Miejsce w nim może odnaleźć każdy. Wyjazdy integracyjne oraz wyjścia „na miasto” również umacniają więzi. Zbudowanie prawdziwej wspólnoty to nie lada wyczyn, a przyjaźnie, które się w nich zrodzą, mogą przetrwać bardzo długi czas, a czasami całe życie. 


37


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 38

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

39


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Noc Szatana

40

W Emilia Ciuła

W Piśmie Świętym jest napisane: „Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje twój Bóg, Pan, nie ucz się popełniać tych samych obrzydliwości jak tamte narody. Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, przepowiednie, magię i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów, wywoływał umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich twój Bóg, Pan, sprzed swego oblicza” (Pwt 18, 9–12). Skoro Pan jasno powiedział, że uprawianie magii i kontakt ze światem ciemności jest zakazany, dlaczego pozwala się małym dzieciom na uczestniczenie w tych niewinnie wyglądających obrzędach? Skąd wzięło się Halloween i jakie zagrożenia ze sobą niesie? Zaczynając od początku,

ywoływanie duchów, maski potworów, stroje z piekła rodem – są to najbardziej charakterystyczne cechy Halloween, które wydawać by się mogło na stałe zagościło w polskiej kulturze. „Cukierek albo psikus” słychać z ust dzieci, które wędrują od domu do domu, by dostać garstkę słodyczy. To przecież żarty – mówią rodzice – ale czy naprawdę?

Co roku w sumieniach tysięcy katolików odbywa się walka, czy wziąć udział w świecie Halloween. Im więcej dowiaduję się na ten temat, tym bardziej jestem przekonana, że nie warto.

Halloween ma swoje korzenie w celtyckim święcie – Samhain. Według tamtejszych wierzeń w nocy z 31 października na 1 listopada granica pomiędzy światami żywych i umarłych zaciera się, a złe duchy i wiedźmy wychodzą ze swoich kryjówek. Przesądny lud przebierał się wtedy w maski i stroje, by pokazać złym duchom, że jest po ich stronie. Z tym „świętem” wiąże się

również staroirlandzka legenda o Jacku, który paktował z diabłem. Za karę jego dusza, aż do czasu sądu ostatecznego, ma tułać się po świecie. Drogę oświeca jej lampion z dyni, nazwany później – lampą pokutnika. Wierzono również, że latarnie wykonane w ten sposób odstraszają wiedźmy. 31 października to jedna z sabatowych nocy, gdzie kapłanami są wiedźmy i czarownicy. Twórca biblii szatana wspomina, że jest to największe święto satanistów. Właśnie wtedy odbywają się czarne msze i obrzędy, podczas których na ołtarzach składana jest ofiara nie tylko zwierząt, ale i niewinnych ludzi, często dzieci. Skoro Halloween to tylko zabawa, dlaczego koniecznie należy zabronić dzieciom przebierania się w stroje wiedźm, wampirów czy diabłów? Na to pytanie


udzielił odpowiedzi ks. Sławomir Kostrzewa w audycji „Nocne Światła”. Według niego przebieranie się za demoniczne istoty symbolizuje potępione dusze i świat zła. Jest to pierwszy krok do zaprzyjaźnienia się z tymi postaciami, a diabeł nie weźmie pod uwagę tego, że to tylko zabawa. Jego celem stanie się wykorzystanie, wcześniej czy później, tej rodzącej się ciekawości dziecka. Jak mówi ksiądz – z roku na rok rośnie liczba egzorcyzmów, którym poddawane są dzieci wywołujące duchy podczas zabaw Halloween. To nie są żarty, tylko fakty. Następuje afirmacja sił zła, które tego dnia królują. Nie ma tu mowy o zbawczym zwycięstwie Chrystusa. Ponadto, jak wspomina kapłan, miejsce cmentarza przestaje mieć dla najmłodszych szczególne znaczenie. Zabawki, bajki

i insygnia śmierci, którymi dzieci się bawią, znieczulają je na rzeczywiste odczuwanie emocji. Dzieci nie boją się świata demonów. Wręcz przeciwnie. Pociąga ich on, ponieważ w telewizji jawi się jako wesoły i ciekawy. Śmierć przestaje być postrzegana jako żałoba, którą trzeba przeżyć. Dlatego gdy odchodzi ktoś bliski, przeżywają szok, że nie jest tak, jak sobie wyobrażały. Są niedojrzałe, by przeżyć uczucia żałoby. Cmentarz przestaje być postrzegany jako miejsce spoczynku zmarłych, w którym trzeba się należycie zachowywać. I nie chodzi tutaj o grobową minę i brak jakichkolwiek rozmów, ale świadomość, że w centrum naszego życia, zarówno wiecznego, jak i tu na ziemi, jest Jezus Chrystus, a bliscy, którzy zasnęli w spoczynku wiecznym, oczekują na sąd ostateczny.

Kolejnym problemem poruszanym podczas audycji było to, że kultura New Age niesie ze sobą dużo ukrytego przekazu okultystycznego. Często człowiek nie zdaje sobie sprawy, że jest manipulowany. Chrześcijanin musi być ciągle czujny. Nie może biec za wszystkim, co proponuje mu świat. Najpierw trzeba to poznać, spróbować odkryć korzenie i jak najwięcej dowiedzieć się o danym zjawisku. Jak mówi ks. Kostrzewa – potrzeba ludzi, którzy myślą i którzy się modlą. Nie można dać się omamić, ale trzeba być świadomym tego, co się wokół nas dzieje. A najlepszą ochroną przed złymi duchami jest modlitwa człowieka w stanie łaski uświęcającej. Co roku w sumieniach tysięcy katolików odbywa się walka, czy wziąć udział w świecie Halloween. Im źródło: www.pixabay.com

41


więcej dowiaduję się na ten temat, tym bardziej jestem przekonana, że nie warto. W najgorszym położeniu znajdują się dzieci, które niejednokrotnie narażone są na presję ze strony rówieśników. Chrześcijanie powinni stanąć w opozycji do tego, co dzieje się w szkołach i na ulicach miast. Bo właśnie o to chodzi szatanowi. Chce, abyśmy uwierzyli, że on nie istnieje, pragnie byśmy odczuwali, że Halloween to tylko zabawa. Rzeczywistość jest jednak inna, bo ta zabawa może skończyć się tragicznie. Według mnie największym problemem jest niewiedza społeczeństwa. Jeśli

ktoś nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, to będzie szedł za tłumem i robił to, co reszta. Młodzi ludzie, którzy gromadzą się wokół Kościoła powinni dawać przykład postępowania. Spotykam się jednak z tym, że sami wyruszają na imprezę poprzebierani za wampiry czy zombie. Stąd mój apel. Uświadamiajmy innych, o co tak naprawdę chodzi w Halloween. Przestańmy powtarzać kłamstwo, że to tylko niewinna zabawa. Trzeba zdać sobie sprawę, że to realne zagrożenie, które rozprzestrzenia się na coraz większą skalę.

Inne ciekawe informacje o Halloween i wspomnianą audycję można odnaleźć pod następującymi adresami:  https://www.youtube. com/watch?v=a7ti6bQN8Ks  http://niezaleznylublin. pl/blog/rozmowa-z-egzorcysta -halloween-nawroceni-odc-24/  https://www.youtube. com/watch?v=qQ-yPrbJxCE

źródło: www.pixabay.com

42


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

43


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Papież zagłuszony

44

N Wojciech Urban

W

ostatnim czasie na polskim rynku ukazały się dwie pozycje dotyczące Głowy Kościoła. Większą uwagę skupia ta ostatnia, autorstwa znanego watykanisty, Antoniego Socii, prowokacyjnie zatytułowana Non e Francesco („Nie jest Franciszkiem”), w której między innymi próbuje udowodnić, że wybór kard. Bergolio na stolicę Piotrową jest nieważny. Druga jest z kolei o tyle warta uwagi, że w na chwilę przed ogłoszeniem nazwiska obecnego papieża w trakcie konklawe w 2013 roku, był on jedynym z dziennikarzy zgromadzonych w Watykanie, który coś o argentyńskim hierarsze wiedział. Mowa Austenie Ivereigh’u i jego biografii papieża zatytułowanej Prorok, do której materiały zbierał przez dwa lata. Właśnie ta druga pozycja była przedmiotem

ie słychać głosu pasterza. Zagłuszamy go własnym beczeniem. Mimo trafności diagnoz stawianych przez biskupa Rzymu, nie przekładają się one na rzeczywistość. „Efekt Franciszka” nie przynosi efektów.

Medialna uwaga mocno skupiała się również na dokumentach opracowanych przez dwa ostatnie synody o rodzinie z tym. Widać było ogromne oczekiwanie na przełom w nauczaniu, a że takiego przełomu nie ma, niektórzy sami sobie dopisują to, co chcieliby u papieża wyczytać.

debaty między biskupem Grzegorzem Rysiem, księdzem Tomaszem Jaklewiczem z Gościa Niedzielnego i Arturem Sporniakiem z Tygodnika Powszechnego, zorganizowanej w zeszłym tygodniu w krakowskiej

Akademii Ignatianum. Debata bardzo znacząca z kilku powodów. Po pierwsze, na sali zgromadziło się 20 osób. Wydawać by się mogło, że obecność samego biskupa Rysia gwarantuje tłumy, tym bardziej w towarzystwie dziennikarzy z jednych z najchętniej czytanych w Polsce tygodników. Czy więc temat okazał się jednak nudny? Dla dwóch spośród prelegentów na pewno. Ksiądz Jaklewicz z redaktorem Sporniakiem w pewnym momencie popadli w prawie godzinną dygresją, debatując, czy zakończony niedawno synod o rodzinie zmienił nauczanie Kościoła w sprawie małżeństwa. Znamienne, że na właściwe tory dyskusji sprowadził ich dwukrotnie powtórzony apel biskupa Rysia. Trudno o lepsze podsumowanie tematu dyskusji: Franciszek – prorok niezrozumiany.


źródło: www.pch24.pl

Media na pewno, lud wierny w większości papieża nie rozumie. Mimo tego, że faktycznie jest on prorokiem – z czym ostatecznie zgodzili się wszyscy debatujący – z jego profetyzmu niewiele wynika. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest problem, na który zwracałem już uwagę na łamach „Może coś Więcej”, mianowicie zniekształcenie przekazu hierarchów przez media. Rzeczy ważnych nie da się przekazać w trzech linijkach, natomiast dziennikarz relacjonujący przemówienie tego, czy innego papieża nie ma ani czasu, ani ochoty, ani nawet możliwości, żeby poświęcić temu wystarczająco uwagi. W efekcie dostajemy po oczach najbardziej kontrowersyjnym sformułowaniem, nieraz wyciągniętym z kontekstu. O ile tym, co mówi ten czy inny biskup, media zazwyczaj się

nie zajmują, o tyle jednak papież Franciszek jest pod stałym medialnym monitoringiem. Zachęcam do przeprowadzenia krótkiego eksperymentu myślowego. Proszę spróbować podsumować dotychczasowe nauczanie obecnego papieża. Jakie tematy przychodzą do głowy jako pierwsze? Przepych kościoła a ubóstwo, tolerancja mniejszości seksualnych, kwestia rozwodników, ograniczenie roli przepisów w życiu Kościoła. Jeżeli jednak sięgniemy do oficjalnego nauczania, na które składają się w pierwszym rzędzie dokumenty, takie jak konstytucje apostolskie, encykliki, motu propira, adhortacje, bulle czy dekrety, to obręb zagadnień poruszanych przez Ojca Świętego okaże się nie odpowiadać temu, na co zwracają uwagę media. Najważniejsze doku-

menty papieża Franciszka, jeśli chodzi o nauczanie, są jak dotąd trzy: adhortacja Evangelii Gaudium, oraz encykliki Lumen Fidei i Laudato Si. Pierwszy z wymienionych tekstów poświęcony jest ewangelizacji, drugi cnocie wiary. Tylko trzeci nosi pewne odium nowości, jednak tematyka ekologiczna była poruszana przez jego poprzedników. Każdy z tych dokumentów zaczyna się od streszczenia dotychczasowego nauczania Kościoła w danej materii. Niebywałą nowością jest jednak medialne zainteresowanie, jakie skupia się na każdym z kolejnych, przygotowywanych przez papieża tekstów. Gdy np. Benedykt XVI wydał posynodalną adhortacją Sacramentum Caritatis w 2007 roku, nawet w mediach katolickich można była znaleźć niewiele więcej, poza zdawkowym

45


źródło: www.pch24.pl

wspomnieniem. Medialna uwaga mocno skupiała się również na dokumentach opracowanych przez dwa ostatnie synody o rodzinie z tym. Widać było ogromne oczekiwanie na przełom w nauczaniu, a że takiego przełomu nie ma, niektórzy sami sobie dopisują to, co chcieliby u papieża wyczytać. W tym kontekście nie powinna nas dziwić dyscyplina, jaką papież narzucił na tegoroczny synod. Obrady były zamknięte, natomiast ich uczestnicy otrzymali zakaz informowania mediów o wynikach obrad. To było zarezerwowane je-

46

dynie dla rzecznika prasowego Stolicy Apostolskiej, o. Lombardiego. Takie ograniczenie wprowadził papież, mający opinię najbardziej otwartego w ostatnich dziejach Kościoła! Wielu ludzi z zapartym tchem czeka na to, co powie papież Franciszek. Jego ostatnią encyklikę powszechnie chwalono za samo podjęcie tematu, za styl, w jakim to zrobił etc. Entuzjastycznie odnieśli się do niej przywódcy największych mocarstw, m.in. USA, czy Chin. Niemal każde kazanie, każdy dokument jest witany oklaskami.

Franciszek jednak mógłby powtórzyć za Janem Pawłem II: „przestańcie mi klaskać, zacznijcie mnie słuchać”. Jednak gdyby bawet to powiedział, zostałby zagłuszony kolejną salwą braw. 


47


HISTORIA KOŚCIOŁA

Kościół bogaty nie tylko w miłosierdzie

48

C Rafał Growiec

ZACZĘŁO SIĘ W BETANII „Po co to marnowanie olejku? Wszak można było olejek sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać [je] ubogim” – szemrali uczniowie przeciw kobiecie, która namaściła Jezusa w Betanii. Mateusz powtórzy niemal słowo w słowo po Marku, iż miało to miejsce w domu Szymona Trędowatego tuż przed zdradą Judasza. Łukasz umieści tę scenę w innym kontekście, a za głównego szemrającego uzna gospodarza, wskazując, że był on faryzeuszem, w dodatku mniej gościnnym niż kobieta cudzołożna. Jan powie, że dom był Łazarza, a niewiastą była Maria, a szemrał głównie Judasz, podkradający pieniądze z trzosa. Dlaczego wszyscy Ewangeliści, mimo widocznych różnic, umieścili w swoich wersjach Ewangelii tę opowieść? Najwyraźniej problem

o jakiś czas pojawia się w internecie mem, demotywator czy wpis na blogu krytykujący bogactwo Kościoła, przeciwstawiając mu działalność charytatywną. Ile jest w tym sensu i prawdy, a ile nieznajomości Kościoła i naciągania faktów?

Poza działalnością charytatywną celem KK jest głoszenie Słowa Bożego, kolejnym liturgia, czyli oddawanie czci Bogu. Jak ma to robić? Na aluminiowych naczyniach? W kościele, który jest wynajęty do grudnia, a potem właściciel albo podniesie czynsz, albo podpisze umowę z kimś, kto zrobi tam dyskotekę? W ciasnej salce?

bogactwa w Kościele pierwotnym był bardzo istotny. Nigdzie nie zostało napisane, że Jezus na ucztach jadał tylko z glinianych naczyń,

czy że nosił wielbłądzią skórę jak Jan Chrzciciel. Wśród pierwszych chrześcijan byli nie tylko ubodzy, ale także choćby setnik Korneliusz (załóżmy, że oficer rzymski to dość dobrze płatna posada). To nie tylko pobożni Żydzi, ale też niedawni grzesznicy, którzy dorobili się na wyzysku (celnicy). Znana była praktyka oddawania wszystkiego na potrzeby Kościoła, dzięki czemu nikt nie cierpiał niedostatku (por. Dz 4, 34-36). Nie mamy jednak żadnej wzmianki o tym, by była to praktyka obowiązkowa. Ananiasz i jego żona, Safira, zostali ukarani za kłamstwo, gdyż twierdzili, że nic sobie nie zatrzymali (Dz 5, 1-11). A i poza Jerozolimą chyba nie była to powszechna praktyka – wszak Kościół zbierał się po domach i to domach ludzi bogatych. Św. Paweł w Filippi mieszkał u Lidii, handlarki purpurą (tak, tym luksusowym materia-


źródło: www.pixabay.com

łem, Dz 16, 15). W takiej sytuacji oczywiście rodziły się pytania o to, dlaczego nie sprzedać tego domu, a pieniędzy ze sprzedaży nie oddać biednym? Kontekst opowieści o namaszczeniu w Betanii (namaszczenie Jezusa na pogrzeb) pozwala podejrzewać, że wątpliwości miały raczej charakter liturgiczny. Czy godzi się sprawować święte obrzędy przy pomocy drogich olejów? Ubodzy na pewno krzywili się, gdy np. przy Eucharystii używano drogiego wina czy złotego kielicha. Bogaci mogli doznawać syndromu króla Dawida (por. 2 Sam 7, 2): skoro ludzie piją różne trunki na normalnych ucztach ze srebrnych czy złotych naczyń, to dlaczego Ciało Chrystusa ma spoczywać na zaśniedziałej, miedzianej tacy, a Jego Krew w byle jakim kubku? Opowieść o namaszczeniu w Betanii stanowi rozwiązanie tego problemu: ubogich jest sporo, Chrystus tylko jeden. DWA RODZAJE PIĘKNA Wraz z wyjściem Kościoła z katakumb, po uznaniu

chrześcijaństwa przez Konstantyna Wielkiego za religię dopuszczoną do oficjalnego kultu (religio licita) doszło do pewnego przełomu. Można było otwarcie tworzyć sztukę chrześcijańską, ale też Ewangelia dotarła do jeszcze szerszego grona. Domy mieszkalne, choćby nie wiem, jak duże, przestały być wystarczające. Zaczęły powstawać budynki sakralne, nieraz sponsorowane przez cesarza czy innych dostojników. Pobudowano kościoły w miejscach ważnych wydarzeń z historii zbawienia – od Betlejem po Golgotę i Wieczernik. Chrześcijanie chcieli, by miejsca, gdzie czci się prawdziwego Boga, były piękne. A to oznaczało zazwyczaj upiększenie za pomocą złota czy marmuru, częściej także zdarzały się dary składane w postaci pieniędzy czy dzieł sztuki. Jak reagowali na to Ojcowie Kościoła, z których niejeden był biskupem, ale też jako prezbiterzy służyli w wielkich kościołach? Czy nie czuli jakiegoś fałszu w mówieniu o ewangelicznym ubóstwie w wielkiej bazy-

lice? Nieraz trudno było orzec, czemu służy dany dar – zdobyciu poklasku, czy też wynika z chęci ofiarowania części swojego bogactwa na chwałę Bożą. Czym się różni wielki pałac z tłumem służby od ufundowanego kościoła z pięknymi kielichami i zapasami kadzidła? Czym zamówienie mozaiki przedstawiającej łowy Artemidy od ozdobienia baptysterium scenami potopu czy chrztu w Jordanie? Czy w ogóle przyjmować takie prezenty, czy może odsyłać darczyńców do pracy charytatywnej? Należy tu zwrócić uwagę na to, jak rozumieli bogactwo chrześcijanie w starożytności. Złote naczynia, drogie szaty – wszystko to stanowiło ozdobę, dodatek do osoby i jej zachowania. Bogactwo nieraz budziło sprzeciw, gdy było wykorzystywane do zaspokajania egoistycznych pragnień czy po prostu połechtania swojej próżności. Takie bogactwo stanowiło jedynie pozłotkę, pod którą krył się grzech, służyło więc kłamstwu. Inaczej było w przypadku liturgii. Piękne naczynia były

49


ozdobą świętych misteriów i przez to stanowiły jedynie element szerszego obrazu, doskonale pasujący do wartości moralnych i wyrażający ich świetność. Bóg jest piękny, Eucharystia to piękno, w kościołach znajdują się kości ludzi ozdobionych największymi cnotami (męczenników), więc nie było dysonansu poznawczego. Ojcowie Kościoła nie stawiali jednak tych ozdób na pierwszym miejscu. Wytworzyli pewną hierarchię wartości. Za najniższy sposób używania dostatków uważali gromadzenie ich, jak to ładnie określił św. Hieronim „leżenie na nich”. Tak „pożytkowane” dobra po prostu się marnowały. Lepiej było przeznaczyć je na jałmużnę, gdyż ona lepiej świadczyła o wartości człowieka niż droga szata, gdyż wtedy odziewa się Chrystusa obecnego w ubogich. Gdy ktoś jednak, mimo namów nie rezygnował z daru, nie odrzucano go, uznając to za nie najlepszy użytek z bogactwa, ale też nie najgorszy. Kościół wszak potrafił swe dobra spożytkować. Problem nasilił się w średniowieczu, gdy urząd kościelny zaczął być szeroko rozumiany jako przeznaczony dla wyższych sfer. Kościół dał się wciągnąć w system feudalny, przez co chłopi musieli pracować nie tylko na pańskim polu, ale czasem na polu kościelnym, bo akurat książę był też biskupem, a i papież miał własne państwo. A

50

szlachta nie przywykła do życia w prostocie. Inaczej rzecz miała się z klasztorami – te już od starożytności w początkowych okresach często żyły z własnej pracy, jednak dość szybko się na niej bogaciły. To powodowało, że często gubiła się dawna duchowość i coraz trudniej było o praktykowanie tradycyjnego ubóstwa. Ba! Gubił się sens niektórych szat liturgicznych. Jak manipularz ma symbolizować trud pracy, skoro z powodu masy ozdób i ceny nie nadawał się do ocierania czoła? W przypadku Franciszka z Asyżu czy Jana od Krzyża i Teresy Wielkiej odnowa życia zakonnego opierała się właśnie na odejściu od zbytków. CZYJE DOBRA? W historii starożytnej znane są przypadki, gdy Kościół, by pomóc potrzebującym, sprzedawał swoje bogactwa. Tak zrobił Cyryl, gdy w okolicy Jerozolimy zapanował głód. Tak samo postąpił też Jan Chryzostom, sprzedając m.in. marmurowe płyty zdobiące Kościół Anastasis. Budziło to sprzeciw części duchownych, między innymi dlatego, że nie było wiadomo do końca, do kogo trafią te dobra. I tak np. w Jerozolimie pewien człowiek rozpoznał swój kielich, ofiarowany zapewne, by przy jego pomocy odprawiano Eucharystię, jak obnosiła się z nim pewna aktorka (a ten zawód z moralności nigdy nie słynął). Darczyńca doszedł


źródło: www.pixabay.com

przez pośredników, jak ta pani lekkich obyczajów nabyła kielich. Dowiedziawszy się, że to biskup sprzedał naczynie, oburzył się, wywołał skandal i m.in. pod tym pretekstem Cyryla usunięto z urzędu. Z bardziej współczesnych przykładów (i chyba nieco bardziej przemyślanych) można podać przetopienie naczyń liturgicznych w 1943 r. na polecenie Piusa XII, który nakazał uzyskane w ten sposób złoto przekazać Żydom, od których Niemcy zażądali wysokiego okupu. „Skoro Kościół wyżej stawia pomoc ubogim niż posiadanie dóbr, to może by tak sprzedać te wszystkie piękne świątynie i rozdać kasę potrzebującym?”. Zabawne, ale nigdy nie słyszałem, by posłowie lewicy chcieli sprzedawać swoje majątki, by wesprzeć uciskany podatkami lud czy aby zapewnić wyżywienie dla głodnych dzieci. Zarządzanie cudzym dobrem niektóre nurty polityczne mają we krwi. Na poważnie, to Kościół ma zadania nie tylko horyzontalne (na osi poziomej, międzyludzkiej), ale przede wszystkim te na płaszczyźnie wertykalnej, pionowej, między Bogiem a ludźmi. Poza działalnością charytatywną celem KK jest głoszenie Słowa Bożego, kolejnym liturgia, czyli oddawanie czci Bogu. Jak ma to robić? Na aluminiowych naczyniach? W kościele, który jest wynajęty do grudnia, a potem właściciel albo podniesie czynsz, albo podpisze umowę z kimś, kto zrobi tam dys-

kotekę? W ciasnej salce? Czy może kościoły mogą zostać, ale z samymi tanimi gipsowymi figurkami i zaledwie pozłacanymi tombakiem naczyniami? Tak naprawdę problemem nie jest to, czy parafia posiada jakieś dobra i ile ich jest, ale to, jak są one użytkowane. Parafianie muszą czuć, że zarówno proboszcz, jak też kancelaria parafialna, salka parafialna i sam budynek kościoła są dla nich. Muszą mieć pewność, że pieniądze złożone na tacę czy w ramach stypendium mszalnego zostaną najlepiej, jak to możliwe, wykorzystane, a nie zmarnują się na jakieś fanaberie proboszcza. Zawsze znajdzie się jakiś procent „wiedzących lepiej”, ale brak jawności parafialnych finansów to istne zaproszenie do domysłów. MENTALNOŚĆ PRZETARGOWA Bogu można ofiarować niewiele, ale nie można dać byle czego w imię taniości i oszczędności. Znamy to z przetargów zwykłych, publicznych. Protesty pojawiające się, gdy budowniczych autostrady wybiera się właściwie tylko na podstawie kryterium cenowego świadczą, że nie chcemy jeździć po tanich, ale byle jakich autostradach czy mieszkać w wybudowanych za grosze domach. Czy powinniśmy zatem oszczędzać na liturgii? Postawmy tu przykład osławionego paschału. W liturgii Wielkiej Soboty

51


to „owoc pracy pszczelego rodu”, zatem powinien być woskowy. Ale to drogie, więc w modzie jest paschał plastikowy. Aby zachować łączność liturgii z rzeczywistością, chyba winniśmy zmienić tekst modlitwy na „owoc pracy chińskiego narodu”. Godzi się Bogu ofiarować byle co? Nie! Raczej wręcz przeciwnie – należy ofiarować Mu to, co najlepsze. Oczywiście, nie interesuje nikogo ze zwolenników wielkiego odzłocenia KK, że w przypadku pozbycia się przez Kościół wszystkich „zbędnych dóbr” pomoc byłaby w sumie jednorazowa i tylko doprowadziłaby do tego, że po kilku latach nie miałby on zaplecza do działalności charytatywnej czy choćby do normalnego sprawowania swojej posługi. Co stałoby się ze sprzedanymi obrazami, relikwiarzami, monstrancjami, ołtarzami, kościołami, gruntami czy budynkami kurialnymi? Gdzie urzędowaliby biskupi czy choćby urzędnicy odpowiedzialni za zapisywanie chrztów, ślubów i zgonów? Nawet jeśli zamienić biskupie pałace na betonowe klocki stawiane na szybko za PRL, to wszystko trzeba choćby ogrzać, wszak archiwum nie może być zawilgłe, a nawet cyfrową bazę danych trzeba odpowiednio zabezpieczyć. Nad tym muszą pracować fachowcy, a tych trzeba opłacić. Kościół nie ma własnej sieci placówek pocztowych, musi więc korzystać przy komunikacji między parafią czy kurią a wiernymi z poczty

52

tradycyjnej, a ta ma swoje stawki, co też generuje koszta. Biskup, jeśli ma pełnić swoją funkcję na terenie całej diecezji, musi mieć dobry samochód. Komunikacja miejska wszak nie wszędzie dojeżdża nawet w wielkich miastach. Pytanie: czy limuzyna to jeszcze dbanie o reprezentatywność czy już zbyteczny koszt? Jeśli nie chcemy księży kształconych pokątnie, bez odpowiedniego przygotowania, muszą oni przejść odpowiednią formację, a tej nie zapewni kurs weekendowy czy szkolenie pod okiem proboszcza. To Kościół przerabiał w dawnych wiekach i uznał, że się nie sprawdza. Seminaria trzeba utrzymać, kleryków wykarmić, opłacić wykładowców. No, chyba że chcemy, by księżmi byli tylko panowie z majętnych rodzin, mogących opłacić sobie sześć lat studiów, w tym utrzymanie budynku, biblioteki i nauczycieli. Tak samo z katechetami świeckimi – jeśli nie chcemy, by prawili głupoty, muszą mieć odpowiednich nauczycieli, muszą podlegać mniejszej lub większej kontroli czy biurokracji (jak choćby sprawdzanie przez kurię, czy nauczyciel realizuje program czy tylko robi uczniom wolne). Stąd Kościół organizuje w kościołach składki na seminaria i wydziały katechetyczne. A CO MA DO TEGO PAŃSTWO? Problem w mniemaniu niektórych rodzi się, gdy pieniądze zamiast ze składek wier-


źródło: www.pixabay.com

nych, pochodzą ze składek wszystkich Polaków. Mit Polaka-katolika to tak naprawdę nasza, polska wizja, która pozwala kształtować narodową tożsamość, opierając się na kryterium wiary. Nie jest to jednak do końca prawdziwe, choćby biorąc pod uwagę, że w niedawnych wyborach 10% naszych rodaków zagłosowało na antyklerykalną lewicę. Mamy w naszym kraju sporą grupę nie tylko niewierzących, ale też katolików, którzy zastanawiają się nad sensownością finansowania związków wyznaniowych z budżetu państwa. I w sumie mają słuszność. Obecna forma finansowania działalności religijnej opiera się głównie na rekompensacie za rabunki dokonane przez poprzednią władzę, od której III RP się nie odcięła, na co wskazuje choćby opłacanie emerytur dyktatorom stanu wojennego. Różne wyliczenia wskazują też, jak wysoka byłaby pomoc państwa dla Kościoła. Państwo jednak nie robi tego bezinteresownie. Dokładając się do budżetu Kościoła, znajduje kogoś, kto wyręcza je w takich sprawach, jak dbanie o moralność obywateli czy opiekę społeczną. Podobnie rodzice, opłacając ze swoich podatków katechezę w szkole, zrzucają wychowanie religijne na barki katechetów. Czy to oznacza, że Kościół może być spokojny i zawsze mieć z tyłu głowy, że znajdzie się bogaty sponsor, który wesprze renowacje zabytkowych świątyń czy opłaci składki za księży w ramach wyrównania

jakichś długów? Władza świecka się zmienia bardzo często. W samej tylko historii Polski Kościół przeżył kilka dynastii władców, zabory, powstania, monarchię, dyktaturę, demokrację, okupację,demolud i renowację demokracji. Po okresie historycznego spokoju bardzo często zdarza się okres zawieruchy. Kościół musi być przygotowany na to, by działać o własnych tylko siłach, a być może nawet i przy wrogości władzy. Kościół musi być niezależny finansowo także od wiernych. Czy to dziwne, że najczęściej populistyczne postulaty typu komunia dla rozwodników w nowych związkach pojawiają się w Niemczech, gdzie księża, by utrzymać parafię, muszą podlizywać się wiernym (wiem, to brzydkie słowo, ale inaczej postawy kleru i części episkopatu zza Odry nazwać nie można), by ci zechcieli płacić podatek kościelny? Kościół nie jest powołany do operowania minimalnym kapitałem, nie jest też instytucją czysto dobroczynną. Aby w pełni realizować swoje powołanie, potrzebuje czegoś więcej niż kilku groszy. Nie da się sprawnie realizować ideału caritas, gdy nie ma gdzie składować chleba, tak samo jak nie da się oddać Bogu chwały w warunkach uwłaczających choćby ludzkiej godności. Ważne jest jednak, aby Kościół nigdy nie zapomniał, że powołany jest w pierwszej kolejności dla zbawienia dusz, a dopiero w którejśtam z rzędu kolejności dla ozdabiania kościołów.

53


WIARA NA CHŁOPSKI ROZUM

Do Prostaczka: LENISTWO

54

„A

le mi się nic nie chce” powinno zostać zdaniem roku, a nawet więcej, zdaniem stulecia.

Anna Janczyk

P

ogrom wszystkich. Zatrzymuje w marszu, ogranicza, niszczy pomysły i unieszczęśliwia. Ale dlaczego od razu grzech? Wyobraź sobie, że stworzyłeś coś co ma ogromne możliwości. Może latać, biegać, pisać, malować, skakać, budować, eksperymentować, śpiewać i grać, a przede wszystkim MYŚLEĆ, działać. Do tego jest stworzone – do wielkości. I to twoje stworzenie wybiera NIC. Leży brzuchem do góry i ogląda seriale (żeby chociaż dobre)… Im dłużej nic nie robi, tym trudniej mu zacząć. Co gorsza, nie robiąc nic, zaczyna niszczeć, karłowacieć. Pan Bóg stworzył nas do niesamowitych rzeczy. Taki banał – jak wszystkie mądrości – niezrozumiały. Jak już kiedyś ustaliliśmy, nasza lista grzechów głównych to nie fragment z kodeksu karnego tylko wykaz

Pan Bóg stworzył nas do niesamowitych rzeczy. Taki banał – jak wszystkie mądrości – niezrozumiały. Nasza lista grzechów głównych to nie fragment z kodeksu karnego tylko wykaz rzeczy, których powinniśmy unikać dla własnego dobra.

rzeczy, których powinniśmy unikać dla własnego dobra. I stąd lenistwo na zaszczytnej liście „głównych”. Być leniem to tracić z życia tyle, ile można, marnować czas, który pozostał do śmierci, nie wyróżniać się z tłumu, być przeciętnym. O leniach nie pisze się książek – no chyba, że

jeden wiersz, gdzie „na tapczanie siedzi leń (…)”, ale on został w przedszkolu… Leniem być to osłabiać każdą grupę społeczną, w której jesteś. Po pierwsze, zawala się powierzone zadania. Ale po drugie, co mało zauważalne, ograbia się tę wspólnotę z własnych zdolności i talentów. Gdyby wszyscy byli leniami, no cóż… byłoby nudno. Nie chodzi o to, żeby być super-hiper-aktywnym. Czasem leniwy dzień jest bardzo potrzebny dla zdrowia, zwłaszcza psychicznego. Nie chodzi też o to, żeby robić niezwykle ekstremalne rzeczy. Ważne, żebyś Ty czuł, że coś się w Twoim życiu dzieje i miał o czym wspominać na starość, kiedy chciałbyś wstać z tego łóżka, a rodzina włącza Ci seriale…


55


OKIEM OKIEM REDAKCJI 56 REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


ŚWIATOWE TRADYCJE

Fiesta zmarłych z Meksyku

58

M

ówi się: „co kraj to obyczaj”. Bardzo dobrze znamy amerykański Halloween, ale niewiele wiemy o tradycjach innych krajów. Ciekawa jest mentalność Meksykan, którzy hucznie obchodzą Dia de Muertos, czyli dzień zmarłych.

Beata Krzywda

W

Polsce zarówno Dzień Wszystkich Świętych, jak i Zaduszki obchodzimy, odwiedzając groby. Jest to czas kojarzony z zadumą, wspomnieniami o bliskich zmarłych, a telewizja przypomina nam, które znane osoby odeszły w ciągu ostatniego roku. Śmierć w kulturze polskiej jest bezpośrednio związana z żalem i żałobą. Trochę inaczej wygląda to w Meksyku. Oczywiście, kres życia jest dla bliskich smutny, ale... na pogrzeby często zatrudnia się orkiestrę, która w czasie pochodu przygrywa skoczne piosenki. Nie wsłuchiwałam się w tekst, ale rytm jest zdecydowanie wesoły i nijak ma się do cmentarnej atmosfery. Oglądając nagrania na YouTube można mieć wątpliwości: śmiać się czy płakać. Znane jest w Ameryce Południowej powiedzenie: „Zmarli do grobu, żywi do

Myślę, że obchody Dnia Zmarłych w Meksyku można porównać do słowiańskiej tradycji Dziadów. Zgodnie z wierzeniami meksykan dusze zmarłych wracają tego dnia na ziemię, by odwiedzić swoje rodziny. tańca” („El muerto al hoyo y el vivo al baile”). Wynika z niego, że owszem, ktoś zmarł, ale życie toczy się dalej i trzeba z niego korzystać. Co więcej, należy zdać sobie sprawę z tego, że w tradycji meksykańskiej śmierć jest przejściem do znacznie lepszego świata, ziemia to tylko pewien etap, którego kontynuacją jest życie wieczne. Taka wizja świata rzeczywiście jest wy-

raźnie widoczna w usposobieniu ludności latynoamerykańskiej. MEKSYKAŃSKIE „DZIADY” Myślę, że obchody Dnia Zmarłych w Meksyku można porównać do słowiańskiej tradycji Dziadów. Zgodnie z wierzeniami meksykan dusze zmarłych wracają tego dnia na ziemię, by odwiedzić swoje rodziny. Dlatego właśnie żyjący przygotowują specjalne ołtarze pełne kwiatów, zniczy, świeczek i… papierosów oraz jedzenia. Pojawiają się słodycze, czekolady, typowe dla tego kraju tamales (ciasto wypełnione mięsem i warzywami), rosół, a nawet tequila. Nie tylko rodziny przygotowują takie ołtarze. Często robią to także firmy, które w ten sposób wspominają zmarłych pracowników. Każdy stara się, żeby ołtarz był wypełniony kolorami i przy-


źródło: www.pixabay.com

smakami, wszakże odbywają się konkursy na najpiękniej przygotowane miejsce. W każdym regionie przygotowania wyglądają nieco inaczej, ale zasadniczo stoły ofiarne mają 7 poziomów symbolizujących 7 etapów, które powinna przejść dusza, by móc ostatecznie odpocząć. Miejsce usytuowania takiego ołtarza powinno być zamiecione dzień przed Dia de Muertos za pomocą ziół. Główne obchody tego święta odbywają się 2 listopada, natomiast pierwszy dzień miesiąca przeznaczony jest na święto aniołków, czyli zmarłych dzieci. Jest to najbardziej smutna część świąt. W rodzinnych domach podczas posiłków pozostawia się dla nich wolne miejsce przy stole, wystawia się też zabawki. Mimo wszystko w całym Meksyku jest to święto zdecydowanie radosne. W niektórych regionach na cmentarzach organizuje się prawdziwe fiesty z tej oka-

zji, na ulicach odbywają się festiwale i parady, podczas których ludzie się przebierają, najczęściej za la Catrinę, o której będzie mowa w dalszej części tekstu. W tych dniach nie może zabraknąć alkoholu (mezcali, pulque, tequili), specjalnego chleba zmarłych (pan de muertos) ani słodyczy, najczęściej w postaci cukrowych czaszek, które są przysmakiem najmłodszych. Święto, które odbywa się w dzisiejszych czasach, jest pozostałością po wierzeniach Indian i zostało przemianowane z ludowych tradycji na święto chrześcijańskie. Te dwie kultury przenikają się ze sobą i tworzą unikalną mieszankę. Na tyle unikalną, że w 2003 roku święto Dia de Muertos zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO! POEZJA OKOŁOCMENTARNA Dla tego okresu charakterystyczna jest też poezja

zwana calavera literaria (calavera to po hiszpańsku czaszka). Są to krótkie epitafia o charakterze żartobliwym, służyły również do wyrażenia pewnych idei czy opinii dotyczących m.in. społecznego niezadowolenia z rządzącej władzy. Publikowane są najczęściej w gazetach ogólnopaństwowych. Często takim wierszykom towarzyszyła postać śmierci – la Catriny. Początki istnienia tej postaci wiążą się z twórczością karykaturzysty Jose Guadalupe Posady. Jest to spersonifikowany szkielet kobiety ubrany w strój z epoki: elegancka suknia i ogromny kapelusz z piórem. Zgodnie z mentalnością Meksykan śmierć jest kwintesencją życia, w związku z tym postać la Catriny jest radosna, kolorowa i pojawia się w otoczeniu osób bawiących się, pijących i tańczących.

59


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 60

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

61


Klasyka w nowym wydaniu NOWOŚĆ

JS

62

Olga Konieczna

24

. film z serii podsumowuje trzy poprzednie części. Dużo jest odwołania do przeszłości. Tym razem Bond walczy z wrogiem znanym od najmłodszych lat, jednak ciągle niewidocznym. Sterujący tajemniczą organizacją Franz Oberhauser (idealny i jak zawsze świetny Christoph Waltz) pragnie przejąć kontrolę nad wywiadami całego świata. 007 przemierza Mexico City, Rzym, Obersilliach w Austrii, również niebezpieczną Saharę chcąc powstrzymać szaleńczego przywódcę Spectre. Film sam w sobie jest powrotem do klasycznego Bonda. Jest czarny charakter, niesamowite pościgi i goryl (Dave Bautista), skutecznie uprzykrzający życie agenta 007. Nie można zapomnieć o nowym samochodzie Bonda. Aston Martin DB10, stwo-

eśli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości po wyborze Daniela Craiga do roli Bonda, pectre skutecznie je ucina. Najnowszy epizod nie zaskakuje, ale jest doskonałym zakończeniem pewnego etapu przygód najlepszego agenta Jej Królewskiej Mości.

Sam Daniel Craig jest niesamowity. Od początku swojej przygody z serią wniósł do niej coś wyjątkowego. Świetnie zastąpił Pierca Brosnana nie tylko znakomitą grą aktorską ale dodatkowo charakterystyczną urodą i angielskim akcentem.

rzony specjalnie na potrzeby filmu, prezentuje się niesamowicie. Nie mogło zabraknąć pięknych kobiet. Te jednak nie powalają. Monica Belluci pojawia się w dwóch scenach i równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być. Nie zmieniłoby to właściwie niczego. Léa Seydoux jest trochę

mało emocjonalna, bardziej przypominając partnerkę Craiga, mniej jego kobietę. W Spectre powraca też kultowa Moneypenny (Naomi Harris). W nieco odświeżonej, nowoczesnej wersji. Nie tylko siedzi za biurkiem, ale pomaga agentowi 007, w momencie kiedy nie może liczyć na gadżety MI6. Swoje pięć minut ma też Q (Ben Whishaw). Nie do przeoczenia jest postać M (Ralph Fiennes), aktywnie walczącego o przyszłość jednostki 00. Sam Daniel Craig jest niesamowity. Od początku swojej przygody z serią wniósł do niej coś wyjątkowego. Świetnie zastąpił Pierca Brosnana nie tylko znakomitą grą aktorską ale dodatkowo charakterystyczną urodą i angielskim akcentem. Idealnie pasuje do roli agenta i amanta w jednym. Idealnie pasuje też do garniturów Jamesa Bon-


da. Sam Mendes w swoich dwóch Bondach, stworzył postać nieco na nowo. 007 jest bardziej surowy, poważny, przeżywa prawdziwe emocje. Co ważne te emocje widać. Dodatkowo reżyser mistrzowsko łączy akcję ze spokojem na ekranie. „Spectre” nie jest tak mroczne jak jego poprzednik „Skyfall”. Fabuła jest dosyć prosta, film ogląda się niezwykle przyjemnie. Dla fanów serii będzie to

na pewno jeden z lepszych Bondów, gwarantujący ciarki na całym ciele. Dla nie-fanów po prostu świetna propozycja kinowa. „Spectre” jest doskonałym, bo to klasyczny Bond. Na to czekaliśmy i to dostaliśmy. Genialni aktorzy, piękne zdjęcia, bezbłędny scenariusz. Nawet Sam Smith i jego piosenka przewodnia. Która wcale nie jest taka najgorsza, jak mówiono. Jest tajemnicza

i dość dobrze współgra z całością filmu. Jakkolwiek to zabrzmi Spectre to ideał, ale już teraz czekamy na kolejną część. James Bond powróci. Miejmy tylko nadzieję, że legenda 007 wygra z polityczną poprawnością, Daniel Craig zostanie, a nowym agentem, z całym szacunkiem, nie będzie Idris Elba. 

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

63


Franka domek z kart „H N

SERIAL

Mateusz Nowak

64

J

ednak niczym byłaby sama taktyka Netflixu, gdyby nie jakość serialu. A ta poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Dla wszystkich niewtajemniczonych –„House of cards” jest historią bezwzględnego amerykańskiego polityka – Francisa Underwooda, w którego brawurowo wcielił się Kevin Spacey. I zrobił to na tyle dobrze, że postać Underwooda stała się dla niego wręcz ikoniczna, mimo dwóch filmowych Oscarów na koncie. Nie ma się co dziwić, bo wielu fanów ogląda ten serial głównie ze względu na Spacey'a, którego bezwzględność i dążenie po trupach do celu są jednocześnie przerażające i fascynujące. Powoduje to, że człowiek sam nie wie, co ma o sobie myśleć. W końcu główny bohater pod żadnym względem nie jest postacią pozytywną, a jednak go lubimy – wszak powstają

ouse of cards” to pewnego rodzaju serialfenomen. Tworzony jest przez internetowy serwis etflix, wypuszczany bezpośrednio do sieci i nieemitowany przez żadną telewizję. A mimo to jego popularność rośnie z każdym sezonem. Netflix wyznacza więc całkiem nowe standardy. Najbardziej zadziwił w przypadku 3. sezonu „House of cards”, którego całość (10 odcinków) wypuścił za jednym razem. O dziwo ta nowa praktyka przynosi oczekiwane efekty.

„House of cards” jest przede wszystkim serialem dotykającym poważnego tematu, obnażającym realia amerykańskiej polityki. Nie trudno jest nam sobie wyobrazić, że ktoś taki jak Frank Underwood mógłby istnieć naprawdę

kolejne sezony, a my chcemy wiedzieć, co ponownie gotów jest zrobić Frank, by osiągnąć zamierzony cel. Wybór antagonisty na głównego bohatera zawsze niesie za sobą pewne kontrowersje. Nie jest to decyzja, która wszystkim może przypaść do gustu. Dodatkowo często można odnieść wrażenie, że twórcom serialu zdarza się usprawiedli-

wiać działania Underwooda, także ciężkie przestępstwa. Apogeum takiego postępowania był chyba piorunujący początek 2. sezonu. Frank popycha w nim, wprost pod koła pędzącego pociągu, młodą dziennikarkę – Zoey, z którą jeszcze niedawno bardzo blisko współpracował (nie tylko zawodowo). Zaczęła jednak ona zbyt mocno węszyć, więc poniosła tego najwyższe konsekwencje. Usprawiedliwienie scenariuszowe przychodzi w ostatniej scenie odcinka. Underwood w swoim stylu zwraca się wtedy bezpośrednio do widzów i wygłasza monolog, który zapada w pamięć najbardziej spośród wszystkiego, co kiedykolwiek powiedział. Wypowiedź była mocna, przerażająca, więc naturalnie powinniśmy tego gościa po tym nienawidzić, a jednak magnetyzm tej postaci jest zbyt duży i chce się go oglądać dalej.


źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

Oto jak aktor i jego gra potrafią wszystko zmienić. Wspomniałem już o bezpośrednim zwracaniu się do widzów. Jest to zabieg, który istnieje od 1. sezonu. Frank objaśnia w ten sposób różne zawiłości swoich planów, komentuje wydarzenia i staje się przez to, paradoksalnie, bardziej ludzki. Kiedy wiemy, co mu siedzi w głowie, znamy jego motywy, to łatwiej jest nam zaakceptować to, co robi. Nie sądzę oczywiście, żeby ktokolwiek pochwalał jego działania, jednak w ten sposób możemy wytłumaczyć sobie dlaczego tak naprawdę lubimy tę postać, mimo że powinniśmy ją darzyć szczerą niechęcią. Największą atutem serialu, jak już pisałem, jest Kevin Spacey. Nie można jednak przejść obojętnie obok Robin Wright, która gra żonę Franka – Carrie. Praktycznie równie bezwzględna, a w pewnych sytuacjach jeszcze lepiej ukrywająca swoje prawdziwe zamiary niż mąż. Tak było przynajmniej przez ponad 2 sezony. W trzecim

sytuacja trochę się zmienia, kiedy to Carrie zaczyna okazywać ludzkie uczucia, a sama powoli rozumie, że w ich 2-osobowej spółce to jednak Frank jest postacią nadrzędną. Ciekawym zabiegiem są zmiany reżyserów serialu. I trzeba zauważyć, że w Hollywood nie są to nazwiska anonimowe – nad swoimi odcinkami mogli pracować David Fincher, Joel Schumacher czy nawet Agnieszka Holland. Wychodzi to oczywiście z różnym skutkiem, jednak serial nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, do którego przyzwyczajono widzów. „House of cards” jest przede wszystkim serialem dotykającym poważnego tematu, obnażającym realia amerykańskiej polityki. Nie trudno jest nam sobie wyobrazić, że ktoś taki jak Frank Underwood mógłby istnieć naprawdę (w końcu nasze zaufanie do polityków jest na bardzo niskim poziomie). Natomiast paradoksalnie, patrząc choćby

na różne fanpage’e na Facebooku, wiele osób chciałoby mieć tak zdecydowanego polityka na czele państwa. Są nawet w stanie wybaczyć mu wszystkie przestępstwa, których się dopuścił. Oczywiście trzeba na to patrzeć z lekkim przymrużeniem oka, jednak bezwzględność i przebiegłość Franka są autentycznie magnetyzujące. I chyba to w głównej mierze przyciąga tylu widzów. Netflix jest obecnie chyba najszybciej rozwijającym się serwisem internetowym. Poza coraz większą biblioteką filmów, tworzy kolejne własne filmy i seriale. Funkcjonuje to wbrew dotychczasowym zasadom, według których przemysł filmowy działał przez długie lata. Patrząc jednak na jego dynamiczny rozwój, wydaje się, że taktyka Netflixu jest jak najbardziej trafiona. A nam, Polakom, zostaje tylko czekać aż platforma zostanie w końcu uruchomiona w naszym kraju, co według zapowiedzi ma wydarzyć się już niebawem.

65


Zbrodnia niedoskonała

KSIĄŻKA

Jedną z pierwszych spraw kryminalnych, na

66

Edyta Masełko

Z

abójca wyjmował z ofiar żeńskie narządy, a następnie zostawiał je w widocznym miejscu niczym swoją makabryczną wizytówkę. Z pewnością wiecie już o kim mowa. Stworzenie psychologicznego rysu Kuby Rozpruwacza nie było łatwe, w nieoceniony sposób pomogło w śledztwie, jednak ostatecznie sadysty nie udało się ująć. Od czasów Kuby Rozpruwacza zmieniło się wiele - profilerzy zajmujący się tworzeniem psychologicznych opisów morderców wyszli z cienia, chociaż nadal jest to raczej niewielka grupa ludzi. Sposoby prowadzenia śledztw znacznie się udoskonaliły, a procent rozwiązanych spraw poszybował w górę. Katarzyna Bonda, najpoczytniejsza obecnie, polska autorka kryminałów profilerką uczyniła główną bohaterkę swoich książek,

potrzeby której skonstruowany został portret psychologiczny mordercy była sprawa zabójcy działającego w 1888 r. w londyńskiej dzielnicy Whitechapel. Sprawca zamordował tam pięć kobiet, denatki były w podobnym wieku, w podobny sposób również ich zwłoki zostały brutalnie wytrzewione przez mordercę.

Autorzy konstruują książkę w oparciu o kolejne rozdziały, z których każdy traktuje o innym motywie popełnionej zbrodni. Znajdziemy tutaj morderstwa na tle seksualnym, mające swój początek w chęci zemsty czy głęboko zakorzenione w poczuciu krzywdy sprawcy.

wrażenie robi również liczba chętnych ubiegających się o miejsca na kierunkach psychokryminalistyki i pokrewnych. Zaczytujemy się w kryminałach, a przy tym i profilerzy wzbudzają coraz większe zainteresowanie. Ich praca intryguje, sprawy, którymi przychodzi im

się zajmować fascynują lub odrzucają swoją brutalnością. Jakby naprzeciw temu społecznemu zaciekawieniu wychodzi Katarzyna Bonda (wspomniana już) i Bogdan Lach - najbardziej znany, czynny polski profiler, którzy publikują wspólnie książkę Zbrodnia niedoskonała. Tytuł nieco przewrotny każe czytelnikowi już od samego początku lektury zastanawiać się, czy istnieje zbrodnia doskonała, zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach, taka nie do odkrycia, jak z najlepszego kryminału. Czy odpowiedź na pytanie zostanie udzielona? Przekonajcie się sami. Autorzy konstruują książkę w oparciu o kolejne rozdziały, z których każdy traktuje o innym motywie popełnionej zbrodni. Znajdziemy tutaj morderstwa na tle seksualnym, mające swój początek w


źródło: www.pixabay.com

chęci zemsty czy głęboko zakorzenione w poczuciu krzywdy sprawcy. Kolejne rodzaje zbrodni opatrzone zostają niezwykle bogatym wachlarzem konkretnych przykładów spraw, o których porywająco opowiada Bogdan Lach, wspomagany
komentarzami Katarzyny Bondy. To właśnie przytaczane historie zabójstw, napadów rabunkowych, czy seryjnych morderstw robią największe wrażenie. A gdyby chcieć być jeszcze bliższym prawdy - bardziej jeszcze niż same (świetnie dobrane) sprawy kryminalne olśniewa sposób, w jaki o pracy profilera opowiada człowiek obecny w tym zawodzie od lat. Skomplikowane łańcuchy myśli i wniosków wyciąganych z, często zupełnie niepozornych, szczegółów, które stają się udziałem profilera zaskaku-

ją i zmuszają czytelnika do zasadnego podziwu. Kiedy nagle okazuje się, że puszka po piwie porzucona kilka metrów od miejsca zabójstwa pozwala dotrzeć do takich informacji jak wiek, sytuacja ekonomiczna czy wykształcenie sprawcy szczęka opada. Przynajmniej moja. I tutaj już nie chodzi o kontrowersję, o fascynację morderstwem, kryminałem, inteligentnym złem (co fenomenalnie, niezwykle ironicznie obśmiewała Gillian Flynn w Mrocznym zakątku), ale właśnie o uznanie dla intelektu psychologa-profilera. Dodatkową gratką dla czytelnika Zbrodni niedoskonałej jest zagadka kryminalna umieszczona mniej więcej w jednej trzeciej książki. Autorzy zachęcają do samodzielnego stworzenia profilu mordercy, jednak najlepiej dopiero

po zapoznaniu się z ich subiektywnym przeglądem motywów zbrodni. Na końcu książki zagadka zostaje rozwiązana, a my możemy porównać swoje spostrzeżenia i wnioski z tym, co wydarzyło się naprawdę. Zbrodnię niedoskonałą przeczytałam w ekspresowym tempie, od książki nie można się wprost oderwać, każda kolejna opisywana sprawa wciąga bez reszty i nie pozwala przestać czytać dopóki nie dowiemy się, w jaki sposób bohaterowi udało się dojść do schwytania winnego, co okazało się istotne, który szczegół odegrał decydującą rolę. Polecam gorąco! Polecam, żeby się dziwić raz za razem, żeby pracę profilera poznać od podszewki, a przy tym wszystkim - najeść się nieco strachu, jak na tematykę kryminalną przystało.

WIĘCEJ NA: WWW.KSIAZKAZMASLEM.WORDPRESS.COM

67


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 68

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 69


Nietolerancja

REFLEKSJE

„N Krzysztof Małek

Zacznę więc od zapożyczenia definicji ze słownika PWN:  tolerancja «poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych»  agresja «wrogie, zaczepne zachowanie się; też: silne negatywne emocje wywołujące takie zachowanie» Widzimy teraz dokładnie z czym mamy do czynienia. NIETOLERANCJA I AGRESJA A NIEWOLNICTWO Można powiedzieć, że niewolnictwo jest tak stare jak osiadły tryb życia, o ile nie starsze. Nieobce jest również wierze chrześcijańskiej i kulturze o podbudowie żydowskiej czy judeochrześcijańskiej. Wzmianki o nim możemy znaleźć bez problemu już w pierwszych księgach Starego, jak i Nowego Testa-

70

ie dość, że amerykańska czarnucha to jeszcze żydówka” – od tej parafrazy rasistowskich słów jednego z moich byłych już wykładowców Nowego Testamentu chciałbym poruszyć temat nietolerancji i agresji. Wspomniany wątek jest niezwykle trudny i wymagający. Musi być przemyślany, gdyż jedno niewłaściwe słowo może zniszczyć rodzącą się więź z Chrystusem.

Niewolnictwo zrodziło się na początku kultury postchrześcijańskiej, która narodziła się mniej więcej w tym samym czasie co protestantyzm. Wiązało się to z rozluźnieniem moralności, której i tak już w większości krajów nie było.

mentu. Jednak rewolucją w stosunku do wszystkich poprzednich ujęć było to, że Żydzi musieli wypuszczać niewolników swojej narodowości co pięćdziesiąt lat – było to spowodowane rokiem szabasowym. Wtedy to też Prawo ulegało niewielkiemu rozluźnieniu. Inaczej wyglądała sprawa

z cudzoziemcami – byli oni ich własnością na zawsze. Wszystkie ościenne państwa nie robiły takiego rozróżnienia. Ponadto izraelscy niewolnicy mieli szczególne prawa – nie mogła im zostać narzucona praca niewolnicza, a jedynie najemna. Chrześcijaństwo odrzuciło koncepcję niewolniczą. Nie oznacza to jednak, że wchodząc w pierwszych wiekach do określonej kultury, czyniło rewolucję. Można powiedzieć, że była to praca u podstaw, która trwała 4-5 wieków. Wtedy też całkowicie zakończyło się niewolnictwo starożytne i zostało zakazane w krajach chrześcijańskich. Co prawda średniowiecze wprowadziło system uzależnień, jednak nigdy nie była to praca poddańcza. Po raz kolejny niewolnictwo pojawiło się w kontekście odkryć geograficz-


źródło: www.pixabay.com

nych – związane było ono z pojmowaniem cywilizacji europejskiej jako górującej ponad innymi, które uważano za barbarzyńskie. W związku z tym nie widziano problemu w zniewalaniu „dzikusów z Afryki”, którzy nie mieli praktycznie żadnych szans na swoją obronę. Tutaj wszystkie wyznania chrześcijańskie równomiernie walczyły z niewolnictwem – począwszy od papieży, a na zwykłych księżach kończąc. Świetnym przykładem ilustrującym ten stan rze-

czy mogą być tzw. redukcje paragwajskie, gdzie jezuici pokazywali Europejczykom, że rdzenni Amerykanie są ludźmi takimi jak oni. Można więc powiedzieć, że niewolnictwo zrodziło się na początku kultury postchrześcijańskiej, która narodziła się mniej więcej w tym samym czasie co protestantyzm. Wiązało się to z rozluźnieniem moralności, której i tak już w większości krajów (w bogatych warstwach społeczeństw) nie było. W związku z podanymi przyczynami, jak

również innymi pobocznymi czynnikami, nie przejmowano się losem „podludzi”, których traktowano jak mówiące i myślące zwierzęta. RASIZM Przyczyną tej ciemnej części historii człowieka było ww. niewolnictwo. Po wielu setkach lat w umysłach wielu ludzi zrodziło się myślenie pt. biały=pan i człowiek, kolorowy=człowiek ze znakiem zapytania. Biali nie potrafili wyjść z ram tego myślenia, a innym nawet do teraz jest z

71


tym trudno. Wywołało to, szczególnie w USA, neorasizm, który polega na agresji i dyskryminowaniu białych przez czarnych, Latynosów oraz niekiedy przez Azjatów. Historycznie silnym wsparciem dla rozwoju tego ruchu było szoah zaplanowane i dokonane przez Hitlera. Był to szczyt cywilizacji panów, którzy chcieli zlikwidować „niepotrzebne podgatunki”, takie jak Żydzi, Cyganie, Słowianie czy w konsekwencji czarni. Współcześnie do tych tendencji nawiązują Ku Klux Klan, neonazistowskie partie polityczne, fanatyczne ruchy nacjonalistyczne oraz wielu zwykłych ludzi o nieokreślonych jasno poglądach. Przyczynami rasowej/narodowościowej dyskryminacji mają być ich wielodzietność oraz silne pielęgnowanie religii i kultury przodków (np. Pakistańczycy i Polacy w Wielkiej Brytanii).

SEKSIZM Feminizm powie, że winnym seksizmu jest Kościół, a Kościół powie, że tak nie jest. Zarówno w jednym stwierdzeniu, jak i w drugim jest coś z prawdy. Chrześcijaństwo zawsze wnika w kulturę i tak jak może stara się z nią współpracować, aby to co w niej złe zlikwidować, a to, co dobre pielęgnować. Seksizm był podtrzymywany w zastanej kulturze, a nawet pielęgnowany – do tej winy Kościół Katolicki przyznał się i przeprosił dopiero w XX wieku. W konsekwencji dopuszczono kobiety do wielu czynności, do których nie miały dotychczas dostępu. Po uważnym przyjrzeniu się kobietom w Piśmie Świętym zauważono ich niebywałą rolę – Ewa, która jako pierwsza dostała obietnicę uwolnienia od grzechu; Sara, która po menopauzie urodziła syna; Maria, która

WIĘCEJ NA: WWW.MOW

72


zrodziła Zbawiciela i została zachowana od grzechu pierworodnego; Maria Magdalena – apostołka apostołów. Można by wymienić wiele przykładów kobiet oraz odniesień do płci pięknej. Niemałą rolę odegrała w tym również ortodoksyjna (wierna nauce Kościoła) teologia feministyczna. Jest ona niejako schrystianizowaną wersją pierwowzoru, gdzie nadal uważa się, iż nie zrobiono nic lub prawie nic, by zaprzestać dyskryminacji kobiet w Kościele. Ponadto lewicowe feministki – często niewierzące i/lub wrogie Kościołowi – domagają się święceń dla kobiet, innego podejścia do kwestii posiadania potomstwa czy ogólnej zmiany w stosunku do seksualności. Jest to jednak niemożliwe, gdyż jest sprzeczne z Pismem Świętym i Tradycją Kościoła Katolickiego, na których się opiera. Poza tym większość katoliczek, chrześcijanek nie

godzi się z ich postulatami, ponieważ nie widzą w nich sensu. Cała sprawa seksizmu jest o wiele bardziej skomplikowana, o czym może świadczyć mnogość publikacji, np. artykuły Wojciecha Stankiewicza „Pozycja kobiety w dokumentach ONZ a praktyka w wybranych państwach świata” czy Janiny Zabielskiej „Praca, równość, równouprawnienie – kobiety i mężczyźni”.

źródło: www.pixabay.com

WIECI.BLOGSPOT.COM

73


Cholesterol nie taki straszny, jak go malują

ZDROWIE

C

74

Maciej Zębik

N

a początek wypadałoby zacząć od omówienia samego pojęcia cholesterolu. Nie będę wdawał się w budowę chemiczną, ponieważ jest dosyć skomplikowana, ale przeanalizuję zastosowania tej cząsteczki w naszym organizmie. Cholesterol jest przede wszystkim materiałem do budowy wielu substancji, które nasze ciało wytwarza: kwasów żółciowych (pomoc w trawieniu tłuszczy), hormonów płciowych (kontrola popędu i rozwoju popokwitaniowego), hormonów kory nadnerczy (gospodarka wodno-elektrolitowa), czy witaminy D3 (gospodarka wapniowa, a więc istotna dla kości). Nie można również zapomnieć, iż bez niego nie byłoby żadnej prawidłowo funkcjonującej komórki, gdyż cholesterol sprawia, że ich błony są sztywniejsze i mniej przepuszczalne (co jest niezbędne np. w krwinkach

holesterol jest elementem naszej diety, który (tak jak tłuszcz) cieszy się bardzo złą sławą. Moim zdaniem nie jest to do końca sprawiedliwe. Co więcej, wśród wielu osób powoduje on niesłuszny strach przed różnymi grupami pokarmowymi, np. tłuszczami nasyconymi. Ale co to w ogóle jest ten cholesterol? No i o co chodzi z tym HDL i LDL? Jak cholesterol może nam zaszkodzić i co jeść, żeby nie zaszkodził? Na te, jak i na wiele innych pytań, postaram się w tym artykule odpowiedzieć.

Od lat panuje przekonanie, że to LDL jest jednym z głównych czynników, (dosyć mierzalnych), ryzyka zawałowego. Za tym zdaje się przemawiać to, że pacjenci z wrodzoną hipercholesterolemią (dziedziczną wadą genetyczną powodującą zbyt dużą ilość cholesterolu we krwi) mają zdecydowanie podwyższone ryzyko zawałowe. czerwonych). Zastosowań tej cząsteczki jest więcej, aczkolwiek wymieniłem jej najważniejsze funkcje, bez których absolutnie nikt nie

może się obejść. Krótko mówiąc: bez cholesterolu jak bez ręki. Skoro wiemy już po co nam taka drobinka, możemy przejść do osławionych HDL i LDL, znanych powszechnie jako „dobry” i „zły” cholesterol. Kłopot w tym, że HDL i LDL nie są cholesterolem, ale o tym za chwilę… Zanim wytłumaczę co i jak, dobrze byłoby najpierw wyjaśnić… jak powstaje miażdżyca? W ogólnej świadomości społeczeństwa panuje przeświadczenie, że: jemy zbyt tłusto = mamy za dużo cholesterolu = nieunikniona miażdżyca. A czy w ogóle wiemy, czym jest ta osławiona choroba? Otóż miażdżyca naczyń to schorzenie polegające na zmniejszaniu się drożności żył i tętnic w wyniku odkładania się złogów cholesterolu, kwasów tłuszczowych, wapnia, tkanki łącznej i innych. Wszyst-


Podział molekuł transportujących cholesterol. // źródło: www.getthatmed.blogspot.com/

kie te rzeczy zaczynają się odkładać w momencie, gdy trwa proces zapalny naczyń, który może zostać wywołany przez wiele rzeczy: niedobory żywieniowe, złą kontrolę poziomu cukru we krwi, palenie papierosów, stres, wysoki poziom żelaza, infekcje bakteryjne itd. Jak widać jest to cała masa czynników, które nie mają zbyt wiele wspólnego z cholesterolem. Żyłę osoby chorej na miażdżycę można porównać do rury, w której pająk zrobił pajęczynę. Z czasem w sieć wpada coraz więcej kurzu, much, liści i innych rzeczy, aż w końcu rura całkowicie się zatyka. Tak samo podczas tej choroby, z tym, że tym „pajączkiem” może być np. stres, a ,,liśćmi” – blaszki cholesterolu. Samo pozbycie się wspomnianych liści nam nie pomoże, bo w pajęczynę będą wciąż wpadać inne rzeczy. Jedynym rozwiązaniem problemu będzie wyeliminowanie „pajączka”, czyli w tym wypad-

ku stresu. Co ciekawe, okazuje się, że cholesterol jest wręcz pomocny przy walce z miażdżycą, ponieważ naprawia zniszczone ściany żył i tętnic, tak więc unikanie go tylko nasila zły stan zdrowia (gdyż nie ma co tych uszkodzeń naprawiać). Wiemy już teraz, jak działa miażdżyca, więc możemy przejść do wyjaśnienia, o co chodzi z HDLem i LDLem. Otóż cholesterol „dobry” i „zły” to nie cholesterol sam w sobie, a jedynie molekuły, które rozprowadzają go po ciele – czyli takie „samochody dostawcze” w naszym organizmie. „Zły” LDL rozwozi cholesterol po całym ustroju, a „dobry” HDL zbiera z organizmu jego nadmiar i odwozi do wątroby. Jasno z tego wynika, że oba pełnią ważną funkcję i nie może żadnego z nich zabraknąć. Czy HDL faktycznie jest taki „dobry”? Ten typ jest

głośno i szeroko reklamowany jako zbawiciel, który kradnie cholesterol z blaszek miażdżycowych – dzięki temu mamy większe zabezpieczenie przed miażdżycą, a w konsekwencji przed zawałem serca (ponieważ nie tworzą się skrzepy w żyłach). Co na to badania? Myślę, że nie ma sensu ich cytować, gdyż zdecydowana większość analiz stwierdza, że owszem: im więcej HDL, tym mniejsze ryzyko zawału. Trzeba jednak pamiętać, że taka zależność zachodzi tylko do pewnego momentu – nie istnieją dowody na to, że ilość powyżej zalecanej normy ma jakikolwiek dobroczynny wpływ na zdrowie, także nie ma sensu przesadzać. A jaka jest norma? Według badań powinna wynosić 55-70 mg HDL dziennie. A co z tym „złym” cholesterolem LDL? No cóż, tutaj mam bardzo mieszane odczucia, gdyż w badaniach

75


jest duża niezgodność… Od lat panuje przekonanie, że to LDL jest jednym z głównych czynników, (dosyć mierzalnych), ryzyka zawałowego. Za tym zdaje się przemawiać to, że pacjenci z wrodzoną hipercholesterolemią (dziedziczną wadą genetyczną powodującą zbyt dużą ilość cholesterolu we krwi) mają zdecydowanie podwyższone ryzyko zawałowe. Problem w tym, że najczęściej o tej wadzie dowiadujemy się dopiero, gdy ktoś z rodziny ma kłopoty z sercem… – a więc do statystyk są brani głównie pacjenci z dużą szansą na zawał albo już po nim. A Ci, którzy nie mają problemów, często nawet nie wiedzą o swojej hipercholesterolemii… i tym samym nie są uwzględniani w badaniach/raportach. Z tego powodu analizy nie są zbyt obiektywne, ponieważ obejmują tylko osoby z problemami, a pomijają osoby zdrowe. W związku z tym nie możemy być pewni, że cholesterol jest definitywnie czynnikiem ryzyka, a żeby było ciekawiej, to to samo badanie stwierdza, że białko C-reaktywne (wskaźnik trwającego procesu zapalnego) jest lepszym wyznacznikiem ryzyka zawałowego niż poziom LDL. Co więcej, istnieje cała grupa tzw. sceptyków cholesterolu i trudno im odmówić, że w tym co głoszą jest sporo racji. A w przeciwieństwie do innych niekonwencjonalnych sceptyków… mają oni w swoich szeregach profesorów, kardiologów i badaczy, a więc jest to grupa całkiem reprezentacyjna (wszystkich zainteresowanych gorąco zachęcam do poczytania arty-

76

kułów zamieszczonych u nich na stronie.) Sprawą wartą nadmienienia jest też to, że odpowiednie odżywianie może zapewnić nam zdrowie przy poziomach LDL rzędu 200 mg, o czym będę jeszcze pisał. W tym miejscu należy jednak podać zalecaną wartość, z którą prywatnie się nie zgadzam: <115 mg u osób zdrowych. Co ciekawe, mało osób wie, że „zły” cholesterol dzieli się jeszcze na LDL standardowy i LDL utleniony (ox-LDL). Wracając do naszej analogii z rurą, pierwszy z nich jest jedynie „liściem”, natomiast drugi to „pajączek”. Co więcej, nasze ciało atakuje ox -LDL, a pozostałości po nim mogą się odkładać w „pajęczynach”. Krótko mówiąc: LDL utleniony nie dość, że jest „pajączkiem”, to jest jeszcze „liściem”. I to jest ten typ cholesterolu, który stanowi realne zagrożenie. Niestety, badając LDL, sprawdzamy poziom tego dobrego („liścia”), a nie tego, który faktycznie nam zagraża („pajączka” i „liścia”). Co gorsza ilość LDL utlenionego nie jest w żaden sposób powiązana z ilością LDL standardowego, więc tradycyjne badanie poziomu LDL nic nam nie powie na temat prawdziwego zagrożenia, czyli LDLu utlenionego. Dobrze, skoro już mniej więcej wiemy, jak wygląda sprawa z HDL i LDL… to teraz


źródło: www.getthatmed.blogspot.com/

pora odpowiedzieć na pytanie: jak sprawić, aby nam ten cholesterol nie szkodził, tzn. żeby mieć HDL i LDL w normie, a ox-LDL jak najniższy? Nie jest to sprawa prosta i nie istnieje jedno uniwersalne rozwiązanie, gdyż każdy jest inny, a powiedzenie: „Zredukuj poziom stresu!” to typowy slogan, który zdecydowanie łatwiej powiedzieć, niż zastosować. Jednocześnie istnieją metody przeciwdziałania szkodliwości ox-LDL za pomocą odpowiedniej diety. Oczywiście, z racji na inne zmienne, jak np. stres, praca, uwarunkowania genetyczne czy środowisko, nie zapewnią one 100% ochrony, jednak z pewnością będą miały ogromny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie.

czam, że nie trzeba od razu zaczynać biegać (choć byłoby to najlepsze wyjście). Ważne, aby wprowadzić aktywność fizyczną do codziennych czynności: czasem schody zamiast windy, czasem spacer do sklepu w miejsce dojazdu samochodem, czasem udanie się do pracy/szkoły rowerem, itp. Nie zmienia to wiele w naszym życiu, a może bardzo pomóc w kwestiach zdrowotnych. 4. Walcz z otyłością oraz cukrzycą. Te choroby bardzo silnie i negatywnie wpływają na prawidłowe rozprowadzanie tłuszczu po organizmie. Korzystając z 3 poprzednich zasad, zadziałasz przeciwko tym dwóm schorzeniom, a jak dokładnie się z nimi rozprawić, napiszę w kolejnych artykułach.

Jakie to metody? W kolejnych artykułach będę wdawał się w szczegóły, a póki co, podzielę się kilkoma wskazówkami: 1. Ogranicz tłuszcze trans. W moim poprzednim artykule możesz przeczytać, dlaczego i jak to zrobić. 2. Zmniejsz spożycie węglowodanów. Zaburzają one transport tłuszczów. W praktyce wymaga to ograniczenia słodyczy, pieczywa, fast foodów, mrożonek i wysoko przetworzonych mięs (kabanosy, szynki itp.). 3. Zwiększ ilość wysiłku. Tutaj zazna-

To już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że dzięki temu artykułowi będziecie teraz wiedzieć, jak to jest z tym cholesterolem i nie dacie się nabrać na przeróżne specyfiki rzekomo ingerujące w zawartości HDL oraz LDL w naszym organizmie. Do tematu cholesterolu mam zamiar jeszcze wrócić, by dokładnie opisać molekuły transportujące oraz schorzenia, w których gospodarka cholesterolu jest zaburzona. A co do metod profilaktyki różnych chorób, to sukcesywnie mam zamiar opisywać je na blogu. 

WIĘCEJ NA: WWW.GETTHATMED.BLOGSPOT.COM AUTOR: MACIEJ ZĘBIK, REDAKTOR: MAŁGORZATA BÓB

77


Fobia, że aż strach CIEKAWOSTKI

N

78

Emilia Ciuła

D

zięki stresowi organizm przygotowuje się do walki lub ucieczki. Jeżeli lęk jest uzasadniony, nie ma w tym nic dziwnego, jeśli natomiast pojawia się w dziwnych okolicznościach, jest irracjonalny, bardzo silny oraz potrafi skomplikować i utrudnić codzienne funkcjonowanie, ma się wówczas do czynienia z fobią. Fobia to “niekontrolowany, nieuzasadniony, często irracjonalny i intensywny strach przed czymś, co w rzeczywistości nie stanowi realnego zagrożenia dla człowieka i nie powinno wywoływać u niego aż tak silnego lęku. To paniczne uczucie strachu przed czymś, co przez większość ludzi jest uważane za bezproblemowe”. Zanim przejdę do opisu różnych rodzajów fobii, postaram się zinterpretować uczucia odczuwane przez

ie ma człowieka, który w stresujących sytuacjach życiowych nie odczuwałby lęku. Strach zarówno utrudnia normalne funkcjonowanie, jak i niejednokrotnie pomaga w poradzeniu sobie w trudnym położeniu.

Przyczyn fobii jest wiele. Powstanie tych irracjonalnych lęków może być spowodowane przez przerażające doświadczenia w dzieciństwie. Teoria behawiorystyczna mówi o tym, że dziecko poprzez obserwację rodziców lub innych ludzi, może samo sobie zbudować swój strach wobec pewnych sytuacji.

osobę, która jej doświadcza. Przede wszystkim, człowiek stykając się ze źródłem swojego lęku, zdaje sobie sprawę ze swojej bezsilności. Strach czasami paraliżuje jednostkę, która bardzo często traci pano-

wanie nad sobą i przeżywa uczucie “szaleństwa”. Im bliżej znajduje się źródło fobii, tym objawy stają się bardziej intensywne. Ofiara w akcie paniki, w zależności od natężenia strachu, traci panowanie nad sobą, krzyczy i płacze. Innymi fizycznymi oznakami tego stanu mogą być: przyspieszone bicie serca, drżenie całego ciała, ból brzucha, zawroty głowy, trudności w oddychaniu i ból w klatce piersiowej. Te wszystkie objawy mogą być wywołane przez róże sytuacje, miejsca, przedmioty oraz zwierzęta, które napotkane przez inne osoby nie wywołują aż takiego przerażenia. Strach przed pająkami, lęk wysokości czy niepokój przed otwartymi przestrzeniami to fobie, z którymi najczęściej można się spotkać. Tu jednak opiszę lęki, które występują rzadziej, w szczególny sposób utrud-


niając życie osobie, która na nią cierpi. Atazagorafobia może dopaść człowieka wszędzie. Jest to lęk przed byciem zapomnianym przez bliskie osoby. Człowiek cierpiący na ten rodzaj fobii przeżywa prawdziwe katusze. Każde zignorowanie go przez najbliższych powoduje atak panicznego lęku. Przerażenie mogą budzić również zatłoczone miejsca. Jest to duży problem ponieważ społeczeństwo pomaga człowiekowi w rozwoju psychicznym. Życie wśród ludzi uczy, jak funkcjonować z innymi, dlatego antropofobia powoduje bardzo duże osamotnienie. Człowiek boi się kontaktu z innymi ludźmi, zamyka się na ich obecność. Często nie opuszcza własnego domu, w którym czuje się bezpiecznie i który staje się jego azylem. Rozmawiając z dziećmi

niejednokrotnie spotkałam się ze zwierzeniami, że maluchy boją się ciemności. Zasypiają tylko wtedy, gdy w pokoju zapalone jest światło. Jest to częsty przypadek, który może jednak przeciągnąć się kolejne lata życia. Ma się wtedy do czynienia z nyktofobią, czyli lękiem przed ciemnością. Przerwy w dostawie prądu mogą być zgubne dla człowieka, który umiera ze strachu, gdy pogrąża się w ciemności. Konsekwencją tego lęku mogą być również problemy ze snem, a nawet depresja. Często mówi się o kimś, że jest domatorem. Nigdzie nie był, nic nie zwiedził. Kocha swój mały kąt i jest za niego wdzięczny Bogu. Jednak brak zainteresowaniami podrożą może wiązać się z dromofobią. Strach wywołuje nawet myśl o wyprawie, więc osoba taka zwiedza świat tylko poprzez

filmy dokumentalne, które mogą być również odbierane z pewnym lękiem. Podczas letnich podróży autobusem można “odczuć”, że na zewnątrz jest naprawdę gorąco. Hydrofobia jest lękiem przed wodą. Trudno jest się umyć, gdy woda, a co dopiero znużenie się w niej, doprowadza człowieka do łez i ataków paniki. Związki na “kocią łapę” są w Polsce coraz bardziej popularne. Pary nie wstępują w związki małżeńskie, bo jeśli coś nie wyjdzie, zawsze można się rozstać - tak to sobie tłumaczą. Może istnieć jeszcze inna przyczyna tego stanu rzeczy. Osoby takie mogą cierpieć na gamofobię - czyli lęk przed wstąpieniem w związek małżeński. Jest to również strach przed odpowiedzialnymi decyzjami, a co za tym idzie obowiązkami, które trzeba będzie źródło: www.pixabay.com

79


wypełniać. Przyczyną gamofobii może być np. rozwód rodziców osoby, która cierpi na to zaburzenie, niedojrzałość emocjonalna lub lęk przed zdradą i bólem. W swoim otoczeniu można spotkać ludzi, którzy chronicznie myją ręce. Co 15 minut biegają do toalety, by poddać się tej czynności. Mizofobia (strach przed zarazkami, zanieczyszczeniami) bardzo utrudnia życie. Ciągłe mycie rąk powoduje powstanie przesuszeń, ran, które są bardzo bolesne. Zabiegi upiększające, to powszechna metoda, by zapobiec procesowi starzenia. Zastrzyki z botoksem wypełniają zmarszczki od środka i wygładzają je. Jest to raj dla rytifobików, którzy panicznie boją się zmarszczek. Zastanawiające jest tylko, czy tylko swoich czy cudzych również. Przyczyn fobii jest wiele. Powstanie tych irracjonalnych lęków może być spowodowane przez przerażające doświadczenia w dzieciństwie. Teoria behawiorystyczna mówi o tym, że dziecko poprzez obserwację rodziców lub innych ludzi, może samo sobie zbudować swój strach wobec pewnych sytuacji. Innym źródłem

80

fobii może być przeżycie traumatycznego wydarzenia, do którego człowiek za żadne skarby świata nie chciałby ponownie wrócić (wypadek itd). Doświadczenia te, nawet wyparte ze świadomości, często pojawiają się w koszmarach sennych, utrudniając normalne funkcjonowanie człowieka. Niesamowite jest to, jak bardzo można wpłynąć na rozwijającą się psychikę niemowlęcia. Jeden z behawiorystów (John Watson), wywołał zjawisko fobii u małego dziecka - Alberta - poprzez warunkowanie klasyczne. Maluchowi pokazywano białego szczura. Dziecko żywo reagowało na zwierzątko i chciało się z nim bawić. Gdy Albert dotykał futerka, uderzano w szczebelki łóżka, wywołując strach u dziecka. Po kilku próbach 11-miesięczny Albert na sam widok szczura zaczynał wzdrygać się i płakać. Eksperyment ten był nieetyczny, jednak rozwój naukowy w tych czasach stawiano ponad uczuciami dziecka. Dodatkowo lęki te zostały przeniesione na inne białe futrzane zwierzęta i przedmioty. Fobie trudno jest wyleczyć, ale jeszcze trudniej jest z nimi żyć. Istnieje wiele sposobów, by zmierzyć się z lękiem. Jednym z nich jest stopniowe pokonywanie


źródło: www.pixabay.com

go. Przykładem może być człowiek, który ma klaustrofobię (lęk przed ciasnymi pomieszczeniami). Gdy zbierze się na odwagę i wyjedzie windą na 10. piętro, wysiądzie z niej w pewien sposób odrobinę uleczony, a gdy będzie to powtarzać, fobia zniknie. Pomocna w tym przypadku może być obecność kogoś zaufanego lub zastosowanie technik relaksacji. Gdy ta metoda nie skutkuje, albo gdy człowiekowi brak odwagi na samodzielne działania, można udać się po pomoc do specjalisty. Psychoterapeuta stopniowo wprowadza pacjenta w sytuację, która powoduje lęk, w pewien sposób oswajając go ze źródłem strachu, pokazując, że nic się nie stanie. Np. gdy ktoś boi się psów, powinien najpierw zobaczyć obrazek psa. Kolejnym etapem będzie powiedzenie pacjentowi, że pies jest za drzwiami, powoli przyzwyczajając go do obecności zwierzęcia. Następnie psa wprowadza się do pokoju, ale znajduje się on w pewnej bezpiecznej odległości od osoby cierpiącej na kynofobię. Etapem kończącym terapię jest umiejętność pogłaskania psa bez lęku. Być może taka osoba nie będzie nigdy trzymała psa w domu, ale z pewnością

umiejętność opanowania się w obecności zwierzaka ułatwi jej normalne funkcjonowanie. Wsparciem farmakologicznym dla psychoterapii mogą być specjalnie dobrane leki, które zmniejszą napięcie i pozwolą opanować się w trudnych sytuacjach. Fobia to zaburzenie, które jest jednym z najczęściej występujących na świecie. Dotyka ona co 10. osobę. Wyprzedza ją tylko depresja. Mierząc się z tym aktualnym problemem, można uwolnić się od choroby, która jest w stanie sparaliżować całe życie. Drogi czytelniku, być może w twoim otoczeniu jest osoba cierpiąca na jakiś rodzaj fobii lub jesteś nią ty sam można się od niej uwolnić i spojrzeć w przyszłość bez lęku.  __________________________ Źródła:    

www.psychiczne.choroby.biz/Fobia www.poradnikzdrowie.pl www.layah.org www.metodynauczania.pl/maly-albert/

81


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

82

Może coś Więcej nr 23 / 2015 (49)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o duszpasterstwie

Może coś Więcej nr 23 / 2015 (49)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o duszpasterstwie

Advertisement