Page 1

nr 22 (48) / 2015

26 paĹşdziernika - 8 listopada

ISSN 2391-8535

Poradnik studenta 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

Wydarzenia i Opinie

Poradnik studenta

8 Lewandowski nominowany do Złotej Piłki

SPIS TREŚCI

Kajetan Garbela

10 Bo życie jest najważniejsze! Mateusz Ponikwia

12 Niemiec polował na dezerterów z ISIS Rafał Growiec

22

Jak nie zwariować na studiach? Rafał Growiec

28

14 Vivat Akademia? Marcin Kożuszek

Beata Krzywda

32

Czy studenci już się uczą? Mateusz Ponikwia

34

Bóg nie lubi leniwych głąbów, czyli jak oblać sesję

42

Dieta studenta czyli ”coś więcej” niż zupki chińskie i parówki Michał Musiał

44

Myśli Niekontrolowane

16 Chłopcy w sutannach Maciej Puczkowski

Jak zwiększyć efektywność umysłową i wydajność pracy? Krzysztof Reszka

50

Kierunki studiów, których nie znacie Emilia Ciuła

2

Z życia

5 Med przekle Koś

Wojciec

Pracujący student

Łukasz Łój

Felieton

KOŚC

5 Akiane K Culton

Krzyszto


CIÓŁ Kościoła

56 dia – eństwo ścioła

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Nowości

Refleksje

64 Jutra może nie być

72 Ryzyko, czy bezpieczeństwo?

Małgorzata Różycka

Michał Musiał

ch Urban

58 Kramarik i n Burpo

tof Małek

Film 66 Zamieszkać na lotnisku

74 Kto to jest student? Emilia Ciuła

Michał Musiał

Historia Spektakl 68 "Peregrinus"

78 Unia brzeska Krzysztof Małek

Emilia Ciuła

3


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY: Emilia Ciuła

Mateusz Ponikwia

Kajetan Garbela

Maciej Puczkowski

Rafał Growiec

Marcin Kożuszek

Beata Krzywda

Mateusz Nowak

Michał Musiał

4

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Marzena Bieniecka Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Łój

Edyta Masełko Mateusz Mazur Michał Wilk Piotr Zemełka

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 5


OKIEM REDAKCJI 6

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

7


WYDARZENIA I OPINIE

Lewandowski nominowany do Złotej Piłki

8

S

tało się – wreszcie mamy piłkarzy nominowanych do złotej piłki. Jest nim oczywiście Robert Lewandowski, gwiazda naszej reprezentacji oraz Bayernu Monachium.

Kajetan Garbela

J

ak wygląda procedura przyznawania tej nagrody? Otóż każde państwo, zrzeszone w FIFA (Fédération Internationale de Football Association) dysponuje trzema głosami: trenera reprezentacji, jej kapitana oraz przedstawiciela mediów. Państw jest 209, głosów 627, więc bardzo dużo, a piłkarzy, na których można głosować - 23. Czy nasz zawodnik może liczyć na przyznanie tak zaszczytnej nagrody? Przekonamy się 11 stycznia przyszłego roku w Zurychu. Na wstępnie powiedzmy sobie szczerze – od dłuższego czasu poza zasięgiem całego piłkarskiego świata jest dwóch zawodników – Christiano Ronaldo, Portugalczyk z Realu Madryt, oraz Lionel Messi, Argentyńczyk z FC Barcelony. Jak bardzo pozostali piłkarze by się nie starali, w ciągu ostatnich lat nie udało im się osiągnąć poziomu tych dwóch gigantów.

Co by się jednak nie stało, możemy być z Lewandowskiego dumni. Dawno o żadnym polskim piłkarzu nie było tak głośno

W gronie kibiców z całego globu toczą się od dawna dyskusje o to, który z nich jest lepszy, ale również o to, kto powinien zająć trzecie miejsce na podium najlepszego zawodnika świata. Raz mówi się o Zlatanie Ibrahimoviciu ze Szwecji (który ma już jednak za sobą najlepsze lata), raz o Kolumbijczyku Radamelu Falcao (który od dwóch sezonów w ogóle nie błyszczy), raz o Holendrze Arjenie Robbenie czy też Francuzie Francku Riberym (obaj łapią często kontuzje, przez co nie widzimy ich zbyt często na boisku), Niemcu

Manuelu Neuerze (chyba najlepszy bramkarz świata), padają także nazwiska pochodzącego z Brazylii Neymara, Argentyńczyka Sergio Aguero oraz Urugwajczyka Luisa Suareza. W ostatnim czasie do tego grona dołączył także Robert Lewandowski. Wielki boom swojej popularności zawdzięcza on formie strzeleckiej z kilku ostatnich meczów. W tym sezonie, w 12 meczach dla Bayernu na trzech polach (liga niemiecka, puchar Niemiec oraz Liga mistrzów) strzelił aż 16 goli. 22 września strzelił Wolfsburgowi aż 9 bramek, i to w 9 minut, dzięki czemu osiągnął kilka rekordów: najwięcej w historii goli strzelonych przez gracza wchodzącego z ławki rezerwowych (pojawił się na boisko dopiero w drugiej połowie spotkania), najszybciej strzelonych 5 bramek w czterech najmocniejszych ligach świata, najszybciej strzelone


źródło: www.sport.pl

3, 4 i 5 goli w Bundeslidze. Dołóżmy jeszcze do tego 15 goli w eliminacjach do EURO 2016, dzięki którym został on królem strzelców owych eliminacji. W 2015 roku Robert strzelił 40 goli w 42 meczach, Ronaldo – 42 gole w 44 meczach, Messi – 45 goli w 53 meczach. Warto dodać, że spośród tych goli nasz piłkarz strzelił tylko jednego karnego, a pozostała dwójka – aż po 8. Nikt inny w najsilniejszych ligach Starego Kontynentu nie przekroczył w obecnym roku bariery 40 goli. Czy jest to dobry omen, na podstawie którego możemy typować trzy pierwsze miejsca w plebiscycie Złotej Piłki? Miejmy nadzieję, że tak. W dotychczasowej historii dwóch naszych piłkarzy stanęło na najniższym stopniu „pudła” w tej nagrodzie: Kazimierz Deyna w 1974 oraz Zbigniew Boniek w 1982 roku. Pamiętam dobrze rok 2008, gdy „Lewy” , w którym pokładano ogromne nadzieje przechodził do Lecha Poznań. Szybko został okrzyknięty największą nadzieją polskiej piłki. Gdy po dwóch

latach przechodził do Borussi Dortmund wielu mówiło, że wreszcie mamy piłkarza na światowym poziomie, choć królem strzelców Bundesligi został dopiero w 2014 roku z 20 trafieniami na koncie. Możliwe, że Robert będzie najlepszym polskim piłkarzem w historii – na razie jest na dobrej drodze do tego tytułu. Czy zgarnie Złotą Piłkę? Choć życzę mu jak najlepiej, szczerze w to wątpię. Choć pojawiły się głosy (a także internetowe obrazki), jakoby dołączył on do „kosmicznego” poziomu Ronaldo i Messiego, na pewno nie ma jeszcze tak wielkiej sławy i renomy, jak tamta dwójka. Zdobyli oni więcej tytułów tak indywidualnych, jak i drużynowych (w tym tylko roku Messi wygrał ligę i puchar Hiszpanii oraz Ligę Mistrzów i Superpuchar Europy), są szerzej znani na świecie oraz bardziej uniwersalni na boisku. Lewandowski to przede wszystkim wysunięty napastnik, który od biedy zagra na skrzydle lub jako napastnik cofnięty, w każdym z tych miejsc

traci jednak sporo ze swej efektywności. Ronaldo może spokojnie grać jako skrzydłowy i napastnik cofnięty, a nawet wysunięty (ponoć trener Realu, Rafa Benitez widzi go na tej pozycji w przyszłości), podobnie Messi. Są to również piłkarze wspaniali technicznie, od których na tym polu Robert zdecydowanie odstaje. Za nim przemawiają przede wszystkim ostatnie rekordy bramkowe oraz korona króla strzelców eliminacji przyszłorocznych mistrzostw Europy, a to chyba za mało… Co by się jednak nie stało, możemy być z Lewandowskiego dumni. Dawno o żadnym polskim piłkarzu nie było tak głośno, żaden nie strzelał tylu bramek i taki sposób, jak on, żaden nie był tak ważny dla swojej drużyny, nie był niezaprzeczalną gwiazdą ligi i tak wysoko wycenianym graczem (według branżowego portalu Transfermarkt.de wartość „Lewego” to 70000000 euro). Miejmy nadzieję, że nie spuści z tonu i podtrzyma fenomenalną passę. 

9


WYDARZENIA I OPINIE

Bo życie jest najważniejsze!

10

C Mateusz Ponikwia

W

ezwanie do zawieszenia funkcjonowania „okien życia” zostało zawarte w wydanych przez Komitet Praw Dziecka ONZ zaleceniach. Dokument został sporządzony w odpowiedzi na polskie sprawozdanie (złożone w Genewie we wrześniu) z wdrażania i wykonywania Konwencji o prawach dziecka. Ten międzynarodowy akt prawny został przyjęty przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 20 listopada 1989 roku. Zawiera on zobowiązania państw do respektowania i gwarantowania praw dzieci, których podstawą jest wrodzona godność ludzka. W odpowiedzi Komitetu wśród oceny wykonywania Konwencji i szeregu zastrzeżeń, mających na celu poprawę efektywności ochrony praw dzieci, znalazło się zalecenie zrezygnowania z tworzenia nowych

hoć już nie jeden raz okazało się, że tzw. „okna życia” są potrzebne i dobrze spełniają swoją rolę ratując życie porzuconych dzieci, to Organizacja Narodów Zjednoczonych wezwała Polskę do ich likwidacji.

W swojej wypowiedzi Michalak zaakcentował, że rodzice mogą nie wiedzieć o innych rozwiązaniach bądź mieć różne obawy, aby z nich skorzystać. Dlatego trzeba położyć też nacisk na edukację

i zaprzestania działalności już istniejących „okien życia”. Komitet przekonuje bowiem, że ich działalność sprzyja niekorzystnemu dla dziecka zjawisku anonimowego porzucania noworodków. Wywód zawarty w zaleceniach wskazuje, że idea „okien życia” narusza podstawowe prawo dziecka do tożsamości i dlatego jest sprzeczna z postanowieniami Konwencji o prawach

dziecka. Komitet wyraził głębokie zaniepokojenie zwiększającą się liczbą tego typu punktów oraz brakiem stosownych regulacji prawnych. Jednocześnie wezwał do skorzystania z innych rozwiązań umożliwiających zrzeczenie się praw do dziecka, w szczególności takich, które pozwolą dziecku na dotarcie do rodziców w późniejszym wieku. Dla przykładu, zalecenia wskazują instytucję anonimowego porodu. Taka procedura funkcjonuje w Niemczech i sprowadza się do tego, że matka pozostaje anonimowa podczas porodu, zaś jej dane są przechowywane w specjalnym urzędzie i udostępniane dziecku po ukończeniu 16 lat. Przytoczone sugestie i zalecenia Komitetu, choć na mocy regulacji prawa międzynarodowego mają-


ce jedynie charakter instrukcyjny (a nie wiążący), wzbudziły niemałe kontrowersje i niemalże natychmiastową odpowiedź strony polskiej. Zdaniem Marka Michalaka, Rzecznika Praw Dziecka przytoczona przez ONZ argumentacja wydaje się nietrafna i nieuzasadniona. Rzecznik zauważa bowiem, że Komitet w swoim dokumencie skupia się tylko na pozbawieniu dziecka prawa do tożsamości, nie dostrzegając jednocześnie (stającego z nim w konflikcie) prawa do życia. Michalak przekonuje, że w wypadku tak zakreślonej kolizji praw, nie może być wątpliwości w kwestii przyznania nadrzędności prawu do życia. Trudno jest zakwestionować tak wysuniętą tezę. Wszak nie można mówić o prawie do tożsamości w sytuacji, gdy nie byłoby podmiotu, któremu miałoby ono przysługiwać. Rzecznik Praw Dziecka przyznał także, że pozostawienie niemowlaka w „oknie życia” nie jest idealnym rozwiązaniem. Jednakże podkreślił również, że

nie można pozbawiać ludzi takiej alternatywy. W przeciwnym wypadku dziecko mogłoby zostać porzucone w lesie albo na śmietniku. W swojej wypowiedzi Michalak zaakcentował, że rodzice mogą nie wiedzieć o innych rozwiązaniach bądź mieć różne obawy, aby z nich skorzystać. Dlatego trzeba położyć też nacisk na edukację i wskazać inne możliwości zrzeczenia się praw do dziecka, jak choćby pozostawienie go w szpitalu czy też bezpośrednie załatwienie sprawy w ośrodku adopcyjnym. Niemniej jednak, nie wolno doprowadzić do likwidowania „okien życia”, które mogą uratować dziecko od śmierci. W Polsce działa kilkadziesiąt „okien życia”. Punkty te ulokowane są zazwyczaj przy szpitalach czy domach dziecka. Wiele z nich zostało utworzonych z inicjatywy Caritas przy klasztorach. Umożliwiają one anonimowe pozostawienie dziecka w bezpiecznym miejscu, gwarantującym ocalenie jego życia.

Są to specjalne ogrzewane przestrzenie, wyposażone w alarm powiadamiający o pojawieniu się dziecka w potrzebie oraz zapewniające podstawowe warunki umożliwiające przetrwanie. Rodzice nie są poszukiwani, a wobec dziecka wdrażana jest procedura adopcyjna. Skuteczność i potrzeba „okien życia” została niejednokrotnie potwierdzona. Dzięki nim, wiele dzieci zostało uratowanych od zagłady i obdarzonych miłością w nowych domach. Warto wskazać, że tworzenie takich miejsc nie jest tylko i wyłącznie polskim pomysłem. Podobne punkty z powodzeniem działają w większości państw europejskich. Należy zgodzić się z twierdzeniem Rzecznika Praw Dziecka, że nie możemy pozostać obojętni i zamknąć „okien życia”. Pomimo że nie jest to rozwiązanie pozbawione wad, to jednak życie jest najważniejszym dobrem i wszelkimi dostępnymi sposobami trzeba o nie walczyć! 

źródło: www.wiadomości.onet.pl

11


WYDARZENIA I OPINIE

Niemiec polował na dezerterów z ISIS

12

DS Rafał Growiec

N

ils D. jest salafitą, przedstawicielem stronnictwa głoszącego konieczność powrotu do pierwotnych założeń islamu. Z Dinslaken-Lohberg (Północna Nadrenia-Westfalia) wyjechał do Syrii, gdzie przebywał od października 2013 r. do listopada 2014 r. Wpadł gdy podsłuchano jego rozmowę o pobycie w Syrii. Jego proces odbędzie się w styczniu, a będzie zeznawał jako świadek, ze względu na ilość przekazanych informacji. Według jego wersji zdarzeń, Nils D. służył przez osiem miesięcy w oddziale szturmowym, zajmującym się wyłapywaniem dezerterów oraz osób nieprawomyślnych a także pracował w więzieniu w rejonie Aleppo. Jak twierdzi były dżihadysta, członkowie takich oddziałów są lepiej opłacani, mają też różne przywileje niedostępne dla szeregowych członków ISIS – na przykład udział

ezercja z Państwa Islamskiego to trudna decyzja. pecjalne jednostki tropią uciekinierów i niewygodne osoby, torturują ich i wykonują wyroki, także śmierci. Życie w takiej jednostce opisał dla Sueddeutche Zeitung jej były członek, Nils D. z Niemiec.

Dziwi, że dowództwo Państwa Islamskiego tolerowało w tak elitarnym oddziale człowieka, który nikogo nie zastrzelił, nie dokonywał egzekucji, nie nadzorował choćby tortur, jak przedstawia swój pobyt w Syrii Niels D.

w łupach. Więźniów bardzo często poddawano torturom, rynek z kolei był głównie miejscem egzekucji. Nils D. twierdzi, że był świadkiem co najmniej jednego ukrzyżowania. Według Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji szeregi Państwa Islamskiego zasiliło około siedmiuset Niemców, z czego ok. stu poległo, a sześćdziesięciu brało

czynny udział w walkach. Jedną dziesiąta europejskich dżihadystów stanowią kobiety, których najmłodsza miała trzynaście lat. NAWRÓCONY(?) DŻIHADYSTA Sam Nils D. twierdzi, że w więzieniu był jedynie kucharzem, a także nadzorował złożoną z więźniów grupę porządkową. Jest to logiczna linia obrony – Niemcy sprawdzają przede wszystkim, czy powracający z dżihadu byli członkowie IS mają na koncie jakąś możliwą do udowodnienia zbrodnię. Inne kraje, skąd pochodzą bojownicy ISIS (Francja, Niemcy, Dania, Wielka Brytania) obawiają się, że powrót do domu nie oznacza dla nich końca dżihadu. Nils D., nawet, jeśli strzelał do dezerterów czy uczestniczył w egzekucjach, nie będzie się tym chwalił przed rodzimym wymiarem


źródło: www.english.alarabiya.net

sprawiedliwości. Zazwyczaj byli członkowie IS mówią o tym, że pojechali walczyć z reżimem Assada. Dziwi, że dowództwo Państwa Islamskiego tolerowało w tak elitarnym oddziale człowieka, który nikogo nie zastrzelił, nie dokonywał egzekucji, nie nadzorował choćby tortur, jak przedstawia swój pobyt w Syrii Niels D. Państwo Islamskie ma zaś z dezerterami spory problem. Wielu dżihadystów, skuszonych wizją idealnego kalifatu traci zapał po kontakcie z twardą syryjską rzeczywistością. Udział w łupach mają nieliczni, nie każdy ma też dostęp do broni – sporo ochotników zamiast niej dostaje do ręki szczotkę do sedesu lub płyn do naczyń. Szerzą się przemoc, korupcja i gwałty. Represje dotykają nie tylko mniejszości religijne (chrześcijan, jazydów, muzułmanów wyznających szyicką odmianę islamu), ale także sunnitów. W grudniu 2014 r. świat obiegła informacja, że część bojowników ISIS

chce wracać do domów po odkryciu, że… tam nie działają iPod-y. Brak wody, energii elektrycznej, chaos i krwawe porachunki między różnymi grupami wewnątrz ISIS sprawiają, że szeregi Państwa Islamskiego topnieją, a rosną w siłę ugrupowania równie radykalne, jednak opozycyjne do niego. Niedawno Front Al-Nusra, komórka Al-Kaidy opublikował listy dostarczone właśnie przez dezertera z ISIS. Według rożnych źródeł problem dezercji nasilił się wraz z rozpoczęciem się nalotów Rosji w Syrii, a niektórzy dezerterzy przebierają się za kobiety. Dowództwo Państwa Islamskiego stara się zapobiegać dezercjom dzięki oddziałom jak ten, w którym służył Nils D. oraz stawianiu na najbardziej fanatycznych bojowników z zagranicy. Abu Almouthanna, Syryjczyk torturowany za Assada, później członek Free Syrian Army, a następnie ISIS twierdzi, że szkolili go Afgańczycy i Czeczeni, pierwsi zaś do obci-

nania głów palili się Francuzi i Brytyjczycy. Jest to efekt radykalizacji sporej części Europejczyków o muzułmańskich korzeniach, ale też planów Kalifatu, który szuka kontaktów właśnie na Europy. Z jednej strony coraz więcej młodych wyznawców islamu nie widzi przyszłości dla swoich krajów w ich unijnym wydaniu, z drugiej, Państwo Islamskie oferuje konkretny system wartości, który nawet jeśli jest oparty na przemocy, stanowi alternatywę dla jałowej doktryny o tolerancji i świeckości. Niels D. wpadł z powodu podsłuchanej rozmowy. Ilu jego kolegów wymyka się jednak śledczym weryfikującym powracających z Bliskiego Wschodu Niemców, Brytyjczyków czy Austriaków? Jakie są szanse, by zweryfikować opowieści typu „ja tylko gotowałem”? Ilu wśród imigrantów to byli bojownicy? Zerwanie z ISIS nie musi wszak oznaczać zerwania z dżihadem. 

13


Vivat Academia? N FELIETON

ie tak to sobie wyobrażałem! Studia miały być czasem znajdowania odpowiedzi, a nie stawiania kolejnych pytań!

14

Marcin Kożuszek

J

est dokładnie tak samo, jak było przed maturą. No… może nieznacznie przybyło nam lat. Jednak pytania, jakie zadaje sobie student ostatniego roku, zawsze są podobne. Gdzie szukać pracy? W którą stronę pójść? Co ja właściwie chciałbym robić, jak będę duży? Jestem studentem-lekkoduchem. Od zawsze okropnie zazdroszczę ludziom, którzy potrafią zaplanować swoją przyszłość. Nigdy nie zastanawiają się nad tym, co będzie jutro. Oni to wiedzą. Potrafią jasno określić swój cel, wyeliminować z codzienności wszelkie przeszkody i pewnie podążać tam, dokąd chcą dotrzeć. Naprawdę, chciałbym tak umieć. Niestety, naturalne przeszkody, jakimi są wrodzone roztrzepanie, przesadna spontaniczność i skłonność do lenistwa absolutnie za-

Ale najbardziej to nas oszukali nasi rodzice! „Idź na studia, z wykształceniem będziesz miał w życiu łatwiej niż ja” albo „po studiach to zawsze łatwiej o dobrą pracę” – te zaklęcia słyszał chyba każdy abiturient. Kto w nie ślepo uwierzył, ten bardzo się zawiódł

przeczają tej wymarzonej, poukładanej wizji świata. Teoretycznie mógłbym jeszcze z tym powalczyć, ale na piątym roku jest już za późno na rewolucje. Jestem studentem. A brać studencka ma w sobie coś takiego, że staje się dla ludzi najbardziej znienawidzoną grupę społeczną

w mieście. Gdyby zapytać „dorosłych” o definicję studiowania, to odpowiedzieliby, że to: pięć lat nieustannych, wielodniowych imprez, więcej nieobecności niż obecności na zajęciach, ściąganie na egzaminach i weekendowe wędrówki po słoiki. No i robienie tłoku w autobusach. Nie umiem zaprzeczyć – przecież wiele w tym racji. Naukowcy na każdym kroku udowadniają nam, że bycie studentem z dnia na dzień jest coraz mniej prestiżowe. Że żacy coraz głupsi. I że dyplom absolwenta niewiele jest dziś wart, bo w naszych czasach łatwiej jest zostać magistrem, niż przed laty zdać maturę. Czasem nawet wierzymy w to, że naszym uczelniom na nas zależy! Owszem, niektóre (te najlepsze!) inwestują w swoich studentów, dają im ogromny wachlarz możliwości i


przygotowują do dobrego startu w przyszłość. Jednak musimy zauważyć (chociaż tak bardzo nie chcemy tego widzieć!), że istnieje mnóstwo szkół wyższych, które bardziej niż studentami interesują się własnym przetrwaniem. Tworzą ofertę, która pozwoli im utrzymać płynność finansową i zatrudniać kolejnych wykładowców. W ten sposób powstała nowa gałąź przemysłu, „przemysł uczelniany”. Pożytek dla nauki? Jak to mówią na Śląsku: żodyn. Ale najbardziej to nas oszukali nasi rodzice! „Idź na studia, z wykształceniem będziesz miał w życiu łatwiej niż ja” albo „po studiach to zawsze łatwiej o dobrą pracę” – te zaklęcia słyszał chyba każdy abiturient. Kto w nie ślepo uwierzył, ten bardzo się zawiódł, gdy okazało się,

że absolwent nie ma zagwarantowanego jakiegoś kierowniczego stanowiska! No i że trzy magiczne literki przed nazwiskiem nie powodują pomnożenia pensji przez trzy. Szokujące, lecz prawdziwe. Nie chcąc się narażać, nie będę wymieniał tu konkretnych kierunków studiów, ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że w niektórych dziedzinach naukowych naprawdę nie chodzi o zdobycie zatrudnienia, lecz o inwestycję w siebie. Podobno większość studentów pod koniec piątego roku powraca wspomnieniami do czasów zakończenia szkoły średniej, bo uczucie strachu przed przyszłością i pytanie „co dalej?” są zupełnie identyczne jak wtedy. Najtrudniejsze w tej układance jest to, że ukończenie studiów

wcale nie gwarantuje znalezienia odpowiedzi na żadne ze stawianych pytań. Jeśli w trakcie studiów nie odnaleźliśmy pomysłu na siebie, jeśli okazało się, że nasz kierunek „to jednak nie jest to” – wtedy wejście w dorosłość może naprawdę poważnie nas zasmucić. Dlatego trzeba robić wszystko, żeby odnaleźć swoją ścieżkę i rozpocząć zawrotną karierę. Albo, co jest ostatnio bardzo modne – wybrać drugi kierunek studiów i obrać drogę „wiecznego studenta”. Tak czy inaczej – warto wybrać studia w taki sposób, by nie żałować. Albo w ogóle ich nie wybierać – podobno bez nich też da się żyć! „Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus!”. 

źródło: www.pixabay.com

15


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Chłopcy w sutannach

16

BK, Maciej Puczkowski

C

zytamy przecież w Dziejach Apostolskich jaką łatwość nauczania posiadali uczniowie Jezusa, któremu, jakby się zdawało, wystarczyło samo: “pójdź za mną”, żeby człowiek zostawił wszystko tam gdzie stał. Czym różni się ówczesny, prężnie rozwijający się Kościół, który później ogarnął całą Europę i dotarł do innych kontynentów, od dzisiejszego będącego w ciągłym kryzysie? Czy Prawda, którą głosi przestała być pociągająca dla tłumów, czy może została obalona przez naukę lub przysłonięta przez błędy Kościoła popełniane na przełomie wieków? Co się stalo, że wiara zaczęła być kojarzona z zacofaniem, a księża zamiast z szacunkiem spotykają się z pogardą? Należy wspomnieć, że Kościół pogardzany był od

lisko młodzieży, nowoczesny, “na luzie”, reklamujący ościół jak wesołe miasteczko - to może nie jedyny ideał ale jeden z ideałów współczesnego księdza, zwłaszcza młodego pokolenia. Tymczasem mimo nowoczesnego marketingu, w który zdają się inwestować świeżo upieczeni duchowni wiara nie chce sprzedawać się jak świeże bułeczki. Wzrost liczby wiernych nie bije rekordów, a o nadmiarze powołań nie słychać.

Słowo Boże, to prawda objawiona, nie oznacza to, że musi być jasna i zrozumiała. Wiele możemy znaleźć wyjaśnień w nauce Kościoła. Trzeba jednak się z nią zapoznać. Częściej jednak wolimy sami zmyślić to o czym w naszym mniemaniu Kościół naucza.

zawsze, od samego zarania. Sam Zbawiciel zapowiedział nam nienawiść ludzi, sam też umarł pogardzony. Przyczyną tej pogardy była siła Ducha Świętego obecnego w Kościele. Światło Prawdy rodzi nowego człowieka, ale niszczy

starego. Dlatego stary człowiek nienawidzi światła, bo ono go obnaża i pokazuje jego brzydotę. Jeśli więc w Kościele wciąż gości Duch Święty, to musi on doświadczać nienawiści Złego. Kościół zatem zawsze był przez kogoś nienawidzony i pogardzany. Współcześnie jednak do czynienia mamy jeszcze z inną pogardą. Ta bierze się ze słabości. Kościół zawsze był w jakiś sposób słaby, ale siłę swoją czerpał od Boga. Tam gdzie od niego odchodzi, tam jego słabość staje się ciężarem do tego stopnia, że zaczyna gardzić sam sobą. Ludzie wtedy tracą wiarę. Gdzie młodzi księża szukają ratunku? Nie w Bogu - w marketingu. Prawda, że żaden ksiądz się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie nawet nie jest tego świadom. Jednak głosząc Ewangelię można popaść w pewną pułapkę.


Jeśli Ewangelię traktuje się jak pokarm, to rozdaje się ją głodującym, jeśli jak lekarstwo - chorym. Kiedy zaś zacznie się ją traktować jak produkt - wszystkim. Prawda, że każdy może być głodujący lub chory i każdy potrzebuje Dobrej Nowiny, nie można jednak być jej akwizytorem używającym wszelkich znanych metod manipulacji, żeby pozyskać klienta. Tak często zachowują się młodzi księża. Starają się wcisnąć ludziom produkt. Reklamują Kościół jak wesołe miasteczko, a Boga jak spadającą gwiazdkę spełniającą życzenia. Jednocześnie miłość, którą oferują niczym nie różni się od oferowanej przez świat - jest łatwa i bez

zobowiązań. Czy głoszą w ten sposób chwałę Bożą? Czy szukają własnej sławy i poklasku tłumu? Młodzi, ambitni księża reklamujący nie rzadko samych siebie, żebrzą o akceptację jak chłopiec z którym nikt się nie chce bawić marzący o zostaniu kimś wielkim. Prawda, nie jest to problem wyłącznie księży. Katolicka młodzież też często myli chrześcijańską radość z błazenadą, a modlitwę z teatrem. Tylko, że oni naśladują nauczycieli. Są jednak jeszcze inni duchowni. Wśród tej grupy również można spotkać młodych. Oni nie muszą tłumaczyć wiary, choć potrafią. Nie muszą mówić dlaczego coś jest dobre, a coś złe, choć potrafią.

Nie muszą wreszcie tłumaczyć dlaczego nauka, którą głoszą jest prawdziwa. Wystarczy tylko, że wskażą drogę. Dlaczego pierwsi księża muszą tłumaczyć się z każdej posiadanej opinii, a drugim wystarczy samo jej wypowiedzenie? Ponieważ ci drudzy przemawiają jak słudzy tego, który ma władzę, mówią z mocą. Kiedy ktoś powie z mocą: “to jest złe” - słuchający weźmie to za złe. Ten, który tej mocy nie posiada będzie potrzebował wielu argumentów i tanich chwytów, żeby kogoś przekonać. Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego jedni potrafią mówić z mocą, a inni nie. Przede wszystkim pozbawione mocy są tanie frazesy i rozemocjonowane źródło: www.pixabay.com

17


wzdychania. Nie wystarczy mówić pięknie i płomiennie, żeby porwać tłumy. Często też usłyszeć można kazania układane pod konkretne zadanie. Jeśli trzeba zebrać składkę charytatywną lub zachęcić ludzi do pomocy w jakimś dziele mówi sie o miłości do bliźniego często ignorując Słowo Boże, które było chwilę wcześniej czytane lub podciągając je mętnie pod kazanie. Lepiej już nic nie mówić. Żeby mówić z mocą trzeba przede wszystkim głosić Prawdę. Nie należy jej wymyślać - ona jest - trzeba jej szukać i być wobec niej pokornym.

Człowiek mówiący z mocą wie o czym mówi, wierzy w to i żyje tym. Poświęcić życie dla Prawdy oznacza podporządkować jej swoją codzienność. Dzięki temu zyskuje się potrzebny autorytet. Do tego uzdalnia Duch Święty. Słowo Boże, to prawda objawiona, nie oznacza to, że musi być jasna i zrozumiała. Wiele możemy znaleźć wyjaśnień w nauce Kościoła. Trzeba jednak się z nią zapoznać. Częściej jednak wolimy sami zmyślić to o czym w naszym mniemaniu Kościół naucza. To właśnie jest często problemem młodych księży, nie

wiedzą lub nie rozumieją tej nauki, przez co ignorują ją tworząc własną. Ci, którzy trzymają się blisko Prawdy, którą objawia Słowo Boże mówią z mocą, bo żyją z Bogiem i w pokorze przed Prawdą. Ci nie potrzebują ubiegać się o poklask u ludzi, to ludzie pragną ich aprobaty. Taka jest różnica pomiędzy księdzem, a chłopcem w sutannie. 

źródło: www.pixabay.com

18


19


20

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

21


TEMAT NUMERU - Poradnik studenta

Jak nie zwariować na studiach? Ś Rafał Growiec

U

dało się. Zdobyliśmy miejsce na upragnionych studiach. Świeżo podpisany indeks razi nas jeszcze masą pustych kartek, ale wiemy, że wkrótce się to zmieni. Nowi ludzie, nowe wyzwania, nowe problemy. Życie studenta to jedna wielka wojna na kilku frontach. Naprzeciwko osoby pragnącej zdobyć wiedzę stają: czas, pieniądze, infrastruktura drogowa i kolejowa, wyposażenie bibliotek, biurokracja, systemy informatyczne i zwykła ludzka biologia. Ten, kto potrafi pokonać te wszystkie zagrożenia, prawdziwie jest godzien miana magistra, a co najmniej licencjata! KRÓL KRÓLUJE, STUDENT KUJE Tak więc, chcąc wyjść cało z Wielkiej Wojny o Dyplom, omówmy najważniejsze fronty. Po pierw-

22

wiat uniwersytecki rządzi się swoimi prawami, niezrozumiałymi dla profanów niestarających się o tytuł magistra. Jak w tym obcym świecie przetrwać, zachowując (przynajmniej w miarę możliwości) mizerne resztki zdrowych zmysłów?

Być może jedyną metodą, by nie zwariować na studiach, jest poznawanie wariatów w dziedzinach niezwiązanych ze studiowanym kierunkiem. Warto mieć świadomość, że poza naszym swojskim kółkiem ekspertów, fascynatów i zwykłych znajomych żyją ludzie równie barwni i ciekawi. sze, student nigdy nie ma czasu. Może to być pewne zaskoczenie dla wykładowców, ale doba dla wszystkich ma tylko dwadzieścia cztery godziny. To okrutne

równouprawnienie, gdyż student potrzebuje czasu więcej i ewidentnie więcej mu się należy, ale więcej go nie dostanie. W dwudziestu czterech jednostkach czasu trzeba pomieścić obecność na ćwiczeniach, wykładach, wizyty w bibliotekach, fakultety, jakaś pracę, dojazdy, jedzenie, naukę i może jakiś sen. Co gorsza, wśród profesorów panuje opinia, że tylko ich przedmiot jest ważny i tylko o nim myślą, marzą i rozmawiają słuchacze, gdy nie są na wykładzie. A pamiętajmy: wykłady to tylko cząstka wiedzy na dany temat, resztę student winien doczytać sam, po zajęciach. Oczywiście, całej wiedzy nie da się przyswoić, tu student musi się zmierzyć ze swoim własnym, często (np. po pięciu godzinach wykładów) bardzo odpornym na wiedzę mózgiem.


źródło: www.pixabay.com

Należy wiadomości uważnie dawkować i wybierać to, co przydatne, nawet jeśli profesor na egzaminie zwykł pytać o ostatnie śniadanie carycy Katarzyny. Niekiedy wykładowcy mają swoje „bziki”, które wracają w ich wypowiedziach niczym Kartagina u Katona. Sprytne wplecenie ich w tok wypowiedzi, nawet niezbyt na temat, może zaowocować sympatią egzaminatora, a co za tym idzie – dobrą oceną. W cenie jest zawsze znajomość tytułów książek szanowanych, a zwłaszcza napisanych przez profesora. Nie chodzi tu o żadne lizusostwo, a wybadanie orientacji ideologicznej. Zdarza się, że dwóch specjalistów na wydziale „żre się” o jakiś drobiazg czy

teorię, więc lepiej mieć rozeznanie, w jakim duchu należy odpowiadać na egzaminie. Brak czasu jest przede wszystkim zmorą studentów łączących studia z czymś więcej, na przykład drugim kierunkiem albo pracą na choćby pół etatu. Teoretycznie wykłady są nieobowiązkowe, a ćwiczenia - tak. Ten uroczy i prosty podział idzie w zapomnienie po dwóch pierwszych tygodniach, gdyż oto okazuje się, że wykładowcy mają świetną pamięć do twarzy. Co wybitniejsi potrafią zapamiętać dokładnie, na którym wykładzie nie było danej osoby i według tego klucza dobrać pytanie na egzaminie. Stąd pierwsze tygodnie

roku akademickiego to wielkie podchody wykładowcy ze studentami, gdy ci drudzy sprawdzają tolerancję i pamięć pierwszego. Jednak nawet w przypadku egzaminów u profesorów obdarzonych gorszą pamięcią warto zadbać o to, by nasza twarz wyglądała znajomo – czyli nie obcinamy włosów, nie zmieniamy imidżu, nie golimy zbyt bujnego zarostu. Nie od rzeczy jest także sporządzanie notatek. Zapisywanie wykładów może odbiera nam wiele cennego czasu, jaki moglibyśmy poświęcić na przygotowanie do kolokwium, lekturę czy grę w państwa-miasta, ale stanowi też cenne źródło wiedzy o tym, co dany wykładowca mówił przez całe

23


półtorej godziny. Oczywiście, tu też trzeba dokonywać starannego rozeznania sytuacji i na jego podstawie podzielić przedmioty na trzy kategorie. Pierwsza, to notatki obowiązkowe – wykładowca mówi dużo i na temat, jego anegdoty są zawsze na temat, a żarty trzymają poziom i są warte uwiecznienia (gatunek endemiczny lub na wymarciu). Kategoria druga to wykłady do notatek wyrywkowych – z monologu profesora wyłapujemy najcenniejsze informacje, odcedzając je od różnych wstawek pasujących do tematyki głównej jak pięść do nosa. Sztuka to trudna i wymagająca obeznania się z tym, jak treść wykładu ma się do wymagań na egzaminie. Trzecia kategoria to „czas wolny”, gdy wykładowca opowiada swobodnie, snując swą smutną wypowiedź o wszystkim i o niczym, a student jednym uchem zajmuje się pożyteczniejszymi rzeczami, a drugim czuwa, by w razie jakiegoś zaskakującego wypadku wyłapać coś wartego poświęcenia kilku miligramów atramentu. Czwarta kategoria to wykładowca czytający z kartki (w wersji krytycznej z książki, najczęściej

24

swojego autorstwa). Wtedy sprawa jest prosta: zapewne i tak profesor pomoże całemu rocznikowi zakupić pozycję czytaną na wykładzie, więc notatki mamy nie dość, że spisane, to jeszcze wydrukowane i oprawione. Nie myślcie sobie, że notatki wystarczy spisać! Wszak piszemy na wykładzie szybko, często gryzmoląc, więc po dwóch miesiącach możemy mieć problem z ich odczytaniem. Stąd po powrocie z wykładu, mając jeszcze świeżo w pamięci głos wykładowcy i kontekst, należy przepisać notatki na czysto. Dzięki temu powtórzymy materiał, poćwiczymy kaligrafię (zalecane studentom medycyny!), a także zdobędziemy poręczne i czytelne źródło do powtórzenia przed egzaminem. Leniwi mogą zaś liczyć na to, że znajdzie się ktoś sztukę notowania praktykujący i udzielający notatek nieodpłatnie. Osobną kwestią są sprawy finansowe. Jak wiadomo, student potrafi przez pięć lat żyć na kanapkach z solą, ale sól też kosztuje. Wypadałoby, aby po studiach została nam biblioteczka, pełna profesjonalnych podręczników, dzieł naszych


profesorów i innych pomocnych w życiu leksykonów, słowników czy encyklopedii. Taka kolekcja jest przydatna przy praktykowaniu wyuczonego zawodu albo w czasie dyskusji na Facebooku (rzecz jasna, po godzinach pracy w MakDonaldzie czy innym KejEfSi). Z finansowaniem bibliofilstwa jednak bywa krucho, a i gdyby chcieć kupować każdy tom, jaki nasz wykładowca uważa za „obowiązkowy na półce magistra”, to po pierwszym semestrze musielibyśmy wynająć osobne trzypokojowe mieszkanie, by trzymać tam nasz radośnie kurzący się zbiorek. Życie studenta w tym temacie ratuje zacna instytucja biblioteki i ksero. Problem jednak trwa, gdyż najpotrzebniejszych podręczników zawsze braknie. Prawdopodobnie przepisy nakazują ich trzymać w bibliotekach akurat tyle, by 1/10 chętnych i tak musiała zakupić podręcznik za własne pieniądze. Na szczęście jest jeszcze internet, gdzie można znaleźć książki używane, ale i ich ceny nieraz są dalekie od możliwości studenta. Stąd konieczna jest praca. Ta najlepiej, gdyby jakoś dawała doświadczenie w studiowa-

nym kierunku, ładnie wyglądała w CV, ale od biedy zamiatanie ulic czy rozdawanie ulotek też podreperuje nam budżet bez uwłaczania godności. DZIEKANAT PANUJE Formalnie władza na uczelni wygląda tak, że uczelnia ma rektora, wydział – dziekana, jest samorząd studencki, różne inne rady i ciała kierowniczo-doradcze. Ale rządzi tylko i wyłącznie Pani z Dziekanatu. To ona interpretuje przepisy akademickie, to ona zarządza wszelkimi dokumentami wpływającymi ze strony studenta i ona decyduje, jakie pismo student otrzyma. W kontaktach z dziekanatem istotne jest, aby zawsze być na czas, a najlepiej przed czasem, gdyż czas w okolicach tego cudownego pokoju zakrzywia się i generuje kolejki podobne do tych znanych z czasów PRL. A nawet jeśli trafi się miła pani z dziekanatu, to i ona niewiele może w starciu z prawdziwą biurokracją. Jak wiadomo, jakiś czas temu weszliśmy do Unii, co oznacza postęp, tryumf nowoczesności jednolite źródło: www.pixabay.com

25


standardy. Oznacza to, że oprócz typowo polskich papierków, wykładowcy muszą wypełniać też papierki europejskie, a zorganizowanie „głupiej” konferencji jest uwarunkowywane trzydziestoma wzajemnie się wykluczającymi przepisami, efektami radosnej twórczości urzędników w Brukseli. Jeszcze ciekawsze rzeczy dzieją się, gdy uczelnia postanawia się zinformatyzować. Co to oznacza? Że każdy wykładowca musi np. oprócz indeksów i swoich własnych kart, uzupełnić także odpowiednią tabelkę w systemie informatycznym. A teraz dajmy na to, że wystąpi błąd. I się nie da z niczyjej strony tego zrobić, bo error 404. A bez zamkniętego wpisu nie oddasz indeksu, a jak nie oddasz indeksu, to nie zaliczysz roku. Wtedy jedyne, co cię ratuje, to nagięcie zasad przez rektora albo Panią z Dziekanatu. A i zalogować się na zajęcia, takie jak wychowanie fizyczne czy lektorat, możesz jedynie przez internet. Wyobraźcie sobie całkiem solidny, ale jednak nie najlepszy system, który włącza się o danej godzinie i przez dwie doby znosi zmasowane odwiedziny tysięcy użytkowników, wchodzących na te same strony, wysyłających dane i pobierających

26

je. Tak, to musi się sypnąć. Na szczęście, dla tych szczęśliwców, którzy nie zdążą się zalogować, jest jeszcze druga tura logowania, nieco luźniejsza. Warto więc przy logowaniu się do USOS-a czy innej otchłani internetowych piekieł zrelaksować się, zrobić miętową herbatkę albo wziąć inny nervosol. UNIWEREK BALUJE Ale nie samymi władzami i organizacją student żyje. Studia to także nowe znajomości i kontakty. Warto zainwestować zawczasu w telefon z dość pojemną pamięcią, a także wprowadzić system rozpoznawania ludzi i dzielący ich na odpowiednie kategorie. Są w końcu znajomości, których nie mamy zamiaru kontynuować po wyjściu z wydziału. W końcu na studia trafiają nie tylko ludzie stabilni emocjonalnie czy umysłowo zdrowi, ale także cała rzesza socjopatów, ludzi zakręconych na punkcie jednego tematu, szukający celu i miejsca w życiu. Jeśli nie chcemy spędzić wypadu z kumplami na wysłuchiwaniu teorii spiskowych dotyczących czasów Jagiellonów albo nie trawimy rumuńskiego punkrocka warto zapamiętać, z kim nie iść na piwo. Czasami potrzebna jest olbrzy-


mia doza tolerancji, gdyż człowiek katujący wszystkich opowieściami o filozofii Kanta poza tym może być całkiem ciekawym rozmówcą. Poza ludźmi przynajmniej teoretycznie dzielących nasze zainteresowania warto spotykać się z ludźmi „spoza branży”. Pozwoli to uniknąć zamknięcia się w swoim hermetycznym światku, gdzie każdy rozumie fachowe terminy i niszowe dowcipy typu: „Ty, Hipolit, to prawda, że zadajesz się z tym Orygenesem? Bez jaj!”. A przecież na jakiejkolwiek psycho-, fizjo- czy teologii świat się nie kończy. Być może jedyną metodą, by nie zwariować na studiach, jest poznawanie wariatów w dziedzinach niezwiązanych ze studiowanym kierunkiem. Warto mieć świadomość, że poza naszym swojskim kółkiem ekspertów, fascynatów i zwykłych znajomych żyją ludzie równie barwni i ciekawi. Osobną kwestią jest rytuał „dymka”. Palacze na przerwie tworzą swoisty zamknięty krąg, do którego nie jest łatwo wejść bez maski gazowej. Wspólna ceremonia palenia suszonego tytoniu tworzy specyficzne więzi, zwłaszcza, że odbywa się w jakimś szczególnym miejscu, swoistym sanktuarium dokarmiania raka płuc

- palarni. Sporo znajomości zawiera się w czasie dojazdów, w czym wielce pomaga np. Uniwersytet Śląski, który akademiki umieścił z dala od centrum, na skaju lasu. Wspólne obijanie się w pociągu, tramwaju czy autobusie zbliża do siebie ludzi, zwłaszcza jeżeli mogą razem ponarzekać nie tylko na okoliczności, ale i na cel podróży. Czasem uniwersytet się szarpnie i zorganizuje juwenalia. To radosna uroczystość, wspominana przez jednych przez pryzmat beztroskiej zabawy, hektolitrów wytańczonego potu i wypitego alkoholu, przez innych zaś - hałasu zza ściany akademika, podłogi zabrudzonej różnymi płynami fizjologicznymi i kaca (nie tylko fizjologicznego). I tu wymagana jest tolerancja, z obu stron. Jak nie zwariować na studiach? Sprawnie zarządzać czasem, mieć głowę na karku i umiejętnie łączyć w czasie jednej doby kilka rodzajów aktywności. A najważniejsze? Nie spać! Być czujnym i uważnym, bo te pięć lat przeleci jak z bicza strzelił! A szkoda, by wyjść z uczelni tylko ze skołatanymi nerwami i trzema literkami przed nazwiskiem. Bez kropki. 

źródło: www.pixabay.com

27


TEMAT NUMERU - Poradnik

s tude nta

Pracujący student

28

C Beata Krzywda

C

zy w ogóle jest to możliwe, żeby równocześnie uczyć się i pracować? Wielu młodych ludzi udowadnia, że tak. Podejmują się bardzo różnych zajęć i dzięki temu stają się bardziej samodzielni i odpowiedzialni. Pojawia się tutaj trudne pytanie: no dobrze, ale jak zdobyć swoją pierwszą pracę i od czego zacząć karierę zawodową? TWORZENIE CV W budowaniu swojego CV nie chodzi wyłącznie o otworzenie Worda i skonstruowanie nowego pliku. Tworzenie takiego dokumentu to przede wszystkim pozyskiwanie doświadczenia, które można wpisać do swojego życiorysu. Jest sprawą oczywistą, że nikt na początku naszej kariery zawodowej nie zaproponuje nam stanowiska dyrektorskiego w dużej,

zas, kiedy rodzice łożyli na utrzymanie studenta, powoli mija. Nie tylko dlatego, że brakuje na to funduszy domowych, ale też coraz więcej studentów chce pracować, dzięki czemu osiągają samodzielność finansową i nie muszą tłumaczyć się z każdego wypitego piwa…

Z jednej strony studenci bardzo często mają obowiązek odbycia praktyk z ramienia uczelni. Wiele osób popełnia błąd, uważając ten obowiązek za zbędny i podchodzą do niego jak do zła koniecznego. Na swoją pierwszą rozmowę rekrutacyjną przychodzą nieprzygotowani, a później swoich obowiązków nie wykonują w pełni rzetelnie.

międzynarodowej firmie. Istotne będzie przypomnienie sobie powiedzenia „mierzyć siły na zamiary”. Swoje pierwsze doświadczenie można zyskać dzięki

różnego rodzaju ofertom wolontariatu i praktyk. Szerokie spektrum zajęć, jakie oferują pracodawcy, daje szansę każdemu młodemu człowiekowi na rozpoczęcie swojej kariery w ten sposób. Praktykanci w danej firmie bardzo często znajdują później płatną pracę w jej strukturach. Z jednej strony studenci bardzo często mają obowiązek odbycia praktyk z ramienia uczelni. Wiele osób popełnia błąd, uważając ten obowiązek za zbędny i podchodzą do niego jak do zła koniecznego. Na swoją pierwszą rozmowę rekrutacyjną przychodzą nieprzygotowani, a później swoich obowiązków nie wykonują w pełni rzetelnie. Jednak dla niemałej grupy osób jest to pierwszy kontakt z obowiązkiem na pełny etat, co daje szansę na poznanie rynku pracy i działania różnego rodzaju


instytucji. Zaangażowanie to nie tylko pomoc dla pracodawcy, ale sprawdzenie, jak radzimy sobie w różnych sytuacjach biznesowych czy międzyludzkich. Jest to również budowanie własnej sieci kontaktów, co może w przyszłości zaprocentować. Z drugiej strony różne firmy wychodzą do studentów z ciekawymi, nieobowiązkowymi praktykami. Dzięki temu można lepiej zapoznać się z rynkiem pracy, spróbować różnych zajęć, sprawdzić, w czym czujemy się najlepiej, a jaki rodzaj pracy nam nie odpowiada. W przyszłości każde takie doświadczenie pozwala na lepsze zrozumienie działania firmy, do której będziemy aplikować na wybrane stanowisko. Obracanie się w środowisku

biznesowym już podczas studiów, pomaga stworzyć wyobrażenie na temat oczekiwań przyszłych pracodawców. PIERWSZA PRACA Niektórzy wyobrażają sobie swoją pierwszą działalność zawodową jako ciekawą, pełną wyzwań, z ogromnymi możliwościami rozwoju. Tak właśnie jest… pod warunkiem, że ma się szczęście. Wiele osób zostaje zatrudnionych w firmach, gdzie odbywały swoje praktyki. Innym po prostu coś się trafi, dzięki niszowemu kierunkowi, który ukończyli, a dodatkowo znają kilka języków obcych. W pozostałych przypadkach pierwsza praca to często mało ambitne zajęcie: kasjer/sprzedawca, kelner czy pracownik działu

obsługi klienta (call center). Jednak nawet takie doświadczenie jest cenne – na kasie i w telefonicznej obsłudze klienta nabywamy umiejętności sprzedażowych i negocjacyjnych, które są bardzo cenione wśród pracodawców w poważnych firmach! Warto o tym pamiętać, szczególnie, że tego typu pracę można podjąć nawet w trakcie studiów dzięki dostosowaniu grafiku pracy do zajęć na uczelni. W wielu przypadkach minimalna ilość godzin, którą należy przepracować to ¼ etatu. Co więcej, wynagrodzenie nie opiera się tylko na prowizji od sprzedanych (albo lepiej – wciśniętych) przedmiotów lub usług. Pracodawcy oferują dość ciekawe podstawowe wynagrodzenie źródło: www.pixabay.com

29


źródło: www.pixabay.com

za każdą przepracowaną godzinę. TARGI PRACY To fantastyczny „wynalazek” dla każdego studenta i absolwenta. Nie tylko ze względu na opcję zebrania gadżetów. Podczas tego wydarzenia można poznać ciekawych pracodawców i różnego rodzaju firmy. Poza tym, że uczestnik ma możliwość rozmowy z przedstawicielami różnych instytucji, poznania profilu pracodawcy i dowiedzenia się o aktualnie trwających rekrutacjach na stanowiska pracy i na staże, to może również wziąć udział w licznych warsztatach i wykładach. Wydarzenie Absolvent Talent Days (ATD) to jedna z największych imprez tego typu, co roku goszcząca w kilku różnych polskich miastach. W tym roku po raz pierwszy odbyło się w Trójmieście. Gwiazdą gdań-

30

skiego dnia był Mateusz Kusznierewicz, który opowiadał o swoim ogromnym sukcesie, a także o porażkach. Zarówno w kontekście zawodów sportowych (szczególnie Igrzysk Olimpijskich), jak i biznesowych. Dzielił się z uczestnikami wykładu wiedzą, jak dobrze zarządzać czasem, żeby na wszystko go mieć i jak zbudować swoją piramidę sukcesu. Mieszkańcy Krakowa mają to wydarzenie jeszcze przed sobą (29 października) w ICE Kraków. Tutaj gościem specjalnym będzie Anna Dymna. Z kolei Warszawa spotyka się na Stadionie Narodowym (5 listopada). W programie można znaleźć wiele ciekawych warsztatów i spotkań. Targi pracy to również okazja do tego, by specjaliści przyjrzeli się CV przyszłych kandydatów i pokazali zarówno mocne, jak i słabe strony tych doku-

mentów. Inni oferują próbne rozmowy rekrutacyjne. Podczas takiego sprawdzianu rekruterzy podpowiadają, gdzie kandydat popełnił błąd, czego mówić nie powinien, a które elementy ma już dobrze opracowane. Oczywiście każda rozmowa jest inna, ale pewne modele są bardzo powtarzalne i istnieją pytania, które na pewno padną na każdej rozmowie. ATD to oczywiście jedno z wielu wydarzeń tego typu. Największe, bo obejmuje różne miasta. Jednak wszędzie można znaleźć podobne imprezy organizowane przez prywatne firmy, a także uczelnie. Często zdarza się, że targi pracy są sprofilowane np. dla informatyków czy inżynierów. O dziwo niewiele jest przeznaczonych wyłącznie dla humanistów. A szkoda. 


31


s tude nta

TEMAT NUMERU - Poradnik 32

Czy studenci już się uczą? M Mateusz Ponikwia

Z

całą pewnością wielu zwolenników przyswoiło sobie wymagany materiał tuż przed egzaminami. Dużym atutem tej metody jest swego rodzaju świeżość pozyskanych informacji. Innymi słowy – chodzi o to, że jesteśmy w stanie łatwiej odtworzyć to, czego jeszcze nie tak dawno się uczyliśmy. Jednakże z drugiej strony, wspomniana bliskość czasowa – między okresem pozyskiwania wiedzy a czasem jej weryfikacji – może przynieść zgoła odmienne efekty. Często zdarza się po prostu, że do nauki zabieramy się zbyt późno. Trzeba bowiem brać pod uwagę konieczność zaznajomienia się ze sporą dawką wiedzy. Dlatego zazwyczaj niewykonalne może okazać się nauczenie danej partii materiału w tak krótkim czasie, jaki pozostał do egzaminu. Ponadto nieubłaganie

imo że dopiero niespełna miesiąc temu rozpoczęły się studenckie zmagania z pozyskiwaniem wiedzy, warto już teraz pochylić się nad sposobami uczenia się preferowanymi przez współczesnych żaków.

Nie ma jednego złotego środka i optymalnego rozwiązania, które odpowiadałoby każdemu studentowi. Banalne, acz trafne jest stwierdzenie, że każdy inaczej się uczy, w odmienny sposób pozyskuje wiedzę, w różnym tempie przyswaja informacje. Dlatego każdy musi sam wypracować swój własny model nauki.

upływający czas wzmaga poziom stresu studenta. Brak pewności co do tego, czy zdoła on opanować materiał w satysfakcjonującym (dającym pozytywny wynik egzaminu) stopniu, może

zakłócać proces uczenia się poprzez osłabienie koncentracji i zmniejszenie motywacji. Oczywiście presja czasu wśród niektórych osób wywołuje dokładnie odwrotne efekty i działa wręcz motywująco (jako swoista zachęta do podjęcia działań). Dlatego też jako zaletę uczenia się „za pięć dwunasta” wskazuje się zdobywanie (jakże cennego w dzisiejszych czasach, a zwłaszcza w pracy zawodowej) doświadczenia wykonywania obowiązków pod presją czasu. Należy jednak zaznaczyć, że nauka tuż przed sesją może wymóc konieczność pominięcia pewnych partii materiału podczas uczenia się, aby zdążyć zapoznać się z najistotniejszymi treściami. Wielu studentów podkreśla, że nauka na ostatni moment jest mniej efektywna niż systematyczne i regularne przyswajanie,


nawet niewielkiego zakresu, informacji. Badania naukowe wykazały, że bardzo pomocne są powtórki dokonywane na dzień lub dwa przed egzaminem. Umożliwiają one przypomnienie tematyki i prawidłowe jej ustrukturyzowanie w mózgu ułatwiające późniejsze jej odtworzenie. Większość uczniów akademickich przyznaje, że chcieliby uczyć się regularnie, jednakże czasami zadanie to staje się niewykonalne. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Podczas semestru uczelnie oferują bogatą paletę zajęć dodatkowych, które zabierają sporo czasu. Znaczna

grupa studentów musi podjąć pracę, choćby ze względów czysto finansowych. Niektórzy chcą też zdobywać doświadczenie praktyczne, dlatego poświęcają swój czas na odbywanie różnorakich praktyk czy staży. Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać, że istnieje też grupa studentów, która pomimo dysponowania stosownym zasobem czasu, po prostu nie ma ochoty i motywacji do systematycznego uczenia się. Warto wskazać, że przyczyną zwlekania i odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę może być choroba. Naukowcy odkryli bowiem

pewien patologiczny stan organizmu, określany mianem prokrastynacji. Pod pojęciem tym kryje się patologiczne zaburzenie psychiczne przejawiające się w chorobliwym odkładaniu wykonywania określonych czynności na późniejszy okres. Osoby cierpiące na tę przypadłość odczuwają trudności z zabraniem się do pracy. Prokrastynacji nie należy utożsamiać z popularnym lenistwem, czyli zwyczajnym brakiem chęci do podjęcia aktywności. Zaburzenia chorobotwórcze, występujące u około 10% ludzi, wywołują złe samopoczucie powiązane z wyrzutami sumienia spoźródło: www.pixabay.com

33


wodowanymi niechęcią do wykonywania działań. Można wskazać wiele zalet regularnej nauki. Do najważniejszych należy zaliczyć z pewnością możliwość rozłożenia w czasie niekiedy szerokiego zakresu wiedzy do przyswojenia. Ponadto mając w perspektywie kilka miesięcy na naukę, jesteśmy w stanie dokładnie zbadać frapujące nas kwestie czy zagłębić się w lekturze i analizie jej problematycznych treści. Regularna nauka niesie z sobą niebanalną korzyść w postaci kształtowania charakteru, samodyscypliny i prawidłowego rozdysponowywania czasu. Sprawdza się tu także prosta implikacja, że jeżeli wcześniej rozpoczniemy zmagania z lekturą przewidzianych materiałów, to prędzej skończymy. Bez cienia wątpliwości trzeba skonstatować,

34

że nauka jest wpisana w życie studenckie i immanentnie związana z pobytem na uczelni. Skoro jest nieunikniona, to należy uczynić ją jak najmniej obciążającą i możliwie najprzyjemniejszą. Warto pamiętać, że każdy ma własny patent na skuteczne uczenie się. Niektóre metody są jednak bardziej uniwersalne. Wielu studentów rozpoczynając naukę, stara się zadbać o zapewnienie odpowiedniego poziomu pobudzenia. Dlatego kawa i inne napoje podobnie działające zyskują sympatię sporej części żaków, zwłaszcza w okresie około sesyjnym. Warto jednak pamiętać, że nie wystarczy samo pobudzenie organizmu. Należy również zapewnić odpowiedni poziom koncentracji, co ułatwiają różnorakie suplementy czy witaminy. Trzeba wskazać, że bardzo pozytyw-


źródło: www.pixabay.com

ne efekty może przynieść wybranie sobie stałej pory i miejsca do nauki. Niektórzy nie wyobrażają sobie zgłębiania tajników wiedzy w ciągu dnia, gdyż hałas ich rozprasza i dekoncentruje. Inni z kolei potrafią skupić się jedynie w zaciszu czytelni, gdzie nie są narażeni na stymulowanie przez zbędne bodźce osłabiające uwagę i odciągające od książek. Nie ma jednego złotego środka i optymalnego rozwiązania, które odpowiadałoby każdemu studentowi. Banalne, acz trafne jest stwierdzenie, że każdy inaczej się uczy, w odmienny sposób pozyskuje wiedzę, w różnym tempie przyswaja informacje. Dlatego każdy musi sam wypracować swój własny model nauki. Oczywiście niezwykle cenne i pomocne są doświadczenia znajomych, przyjaciół czy rodzi-

ny. Nie można jednak w prosty sposób przenosić na grunt naszego życia odczuć i przeżyć innych. Warto połączyć oba modele uczenia się. Chodzi o to, żeby systematycznie zapoznawać się z podawanymi treściami, natychmiast rozwiewając wszelkie niejasności, zaś przedegzaminacyjne uczenie się wszystkiego na ostatnią chwilę, zastąpić solidnym powtórzeniem materiału. Taka kompilacja umożliwi zmaksymalizowanie szans na sukces podczas sesji, czego każdemu życzę! 

35


s tude nta

TEMAT NUMERU - Poradnik 36

Bóg nie lubi leniwych głąbów, czyli jak oblać sesję Z Łukasz Łój

M

ądrzy ludzie jak zwykle się mylą - leniwy człowiek wcale nie staje do walki! Prawdziwe lenistwo nie powoduje wyrzutów sumienia, jest celem samym w sobie i żadne programy motywacyjne nie pomogą. Lenistwo jest słodkie i przyjemne. I jak to zwykle bywa, jest grzechem ciężkim. NYGUSOSTWO W FILOZOFII Z jednej strony lenistwo postrzegane jest jako szkodliwy i apatyczny stan ducha, będący źródłem zaniechania pracy, nauki, działania. Powoduje on przedłużenie czasu wypoczynku (nie aktywnego rzecz jasna) ponad uznane normy. Definicja tyleż krzywdząca dla leniuchów, co wyznawana przez resztę świata. Definicja niebezpiecznie bliska prawdy, niestety. Na szczęście druga

araz za brakiem funduszy i Panią z Dziekanatu, to lenistwo jest największym wrogiem studenta. Ileż to razy słyszałeś, że jesteś zdolny ale leniwy? Ileż to razy odpuszczałeś wykład, żeby w tym czasie... nie robić nic innego? Mądrzy ludzie powiadają, że leniwy człowiek szybko się poddaje.

Pisałem pracę dyplomową. Byłem chory. Deszcz padał. Brak mi energii. Komputer mi się zawiesił. Nie mam motywacji. Za zimno. Za gorąco. Tuliłem kota. Bolał mnie kręgosłup. Byłem zmęczony po pracy. Mam depresję. Smutek. A tak w ogóle to za dużo tych obowiązków i chyba mam prawo do...

definicja jest równie bliska rzeczywistości, a przynajmniej lubię tak myśleć. Otóż z drugiej strony lenistwo jest to pogoda ducha i uspokojenie duszy. Było uznawane za szczęście i cel w życiu przez wielu starożytnych filozofów.

Spadkobiercami tej myśli filozoficznej są współcześni studenci w tym ja. W tym miejscu chciałbym zadedykować niniejszy felieton wszystkim nieboraczkom czekającym na mój powrót do Może coś Więcej. Przepraszam, ale nie było mnie bo... WYMÓWKI Pisałem pracę dyplomową. Byłem chory. Deszcz padał. Brak mi energii. Komputer mi się zawiesił. Nie mam motywacji. Za zimno. Za gorąco. Tuliłem kota. Bolał mnie kręgosłup. Byłem zmęczony po pracy. Mam depresję. Smutek. A tak w ogóle to za dużo tych obowiązków i chyba mam prawo do... Nie. Nie masz. Jeśli jesteś facetem, to bądź facetem i nie rób z siebie ofiary losu. Nigdy, nigdy nie traktuj lenistwa jako słabości. Nie mów, że Ci się nie chce


- powiedz, że pasywność wobec wszelkich interakcji ze światem jest dla Ciebie najwyższym priorytetem. "Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie" jak mówił Tyrion Lannnister. Jeśli jesteś kobietą, to nie wiem. Kobiety są pracowite, obowiązkowe i ciekawe świata już od czasów Ewy. A tak na serio - wymówki są słabe. Zawsze. Jeśli zawaliłeś, i tłumaczysz to osobie znajdującej się w posiadaniu choćby kilku szarych komórek, ona domyśli się, kiedy ściemniasz, a kiedy naprawdę zdechł Ci chomik i długo płakałeś. Jeśli jesteś leniwy,

doskonale wiesz, jak łatwo znaleźć wytłumaczenie swojego bumelanctwa. Są dwie drogi, o których już wspomniałem: albo jesteś ofiarą losu i nie zdążyłeś, nie dałeś rady, nie miałeś siły; albo jesteś panem swojego losu, kontrolujesz sytuację i zrobisz coś wtedy, kiedy podejmiesz stosowną decyzję. Która droga jest zatem lepsza? Obie są do kitu. Lenistwo to lenistwo. Doskonale ujął to Andrzej Sapkowski: powiedział on, że pisanie powieści to nie kwestia weny, tylko organizacji i pracowitości. "Research, powtarzam dziennikarzom, dobry research to podstawa literackiego warsztatu.

Natchnienie natchnieniem, ale warsztat to warsztat." Dlatego artysta mówiący mi o braku weny, przyznaje się od razu do lenistwa, ha! Pewnie kręcę sobie bicz na własne plecy, bo już nie będę mógł się tłumaczyć brakiem natchnienia przed rednacz. Pal licho rednacz, pal licho pracodawcę i wykładowcę. Weź Ty nie oszukuj sam siebie chociaż. Lenistwo jest dobre tylko z pozoru. Dążenie do szczęścia? Starożytni filozofowie pomylili lenistwo z zasłużonym odpoczynkiem. Studenci to co innego; zasługują na odpoczynek z definicji, powszechnie znany fakt. Na dłuższą metę źródło: www.pixabay.com

37


lenistwo może być jak narkotyk. Coraz mniej chce Ci się robić, a coraz więcej leżeć przed telewizorem. W końcu dochodzi do tego, że nawet glany zawiązujesz tylko do połowy. Wierzcie mi, od pięciu lat nie wiązałem glanów wyżej, niż do dziesiątej dziurki i myślę, że to również dobra definicja lenistwa. NIE CHCE MI SIĘ WYMYŚLAĆ ŚRÓDTYTUŁU Nie ma nic złego w odpoczynku, to jasne. Należy jednak pamiętać, by odbywać go po wykonanej pracy, a nie zamiast. Lenistwo jest postrzegane jako słabość charakteru. Niewątpliwie ma jednak swoje zalety. Bertrandt Russel uznał, że pracujemy za dużo i nie mamy czasu na rozwój swoich pozazawodowych telentów i zainteresowań. Dlatego tak wiele osób jest nieszczęśliwych. Kolejną pozytywną cechą leserowania jest niesamowita zdolność do upraszczania skomplikowanych zadań. Przecież gdyby nie lenistwo, to nie byłoby tylu wynalazków. Bill Gates otwarcie

38

mówił, że zawsze chętnie zatrudni leniwą osobę do pracy, ponieważ znajdzie ona prosty i nieskomplikowany sposób na jej wykonanie. Genialne, prawda? Chociaż, może to tłumaczyć tajemnicę Windowsa 8... Dlaczego więc pomimo oczywistych zalet lenistwa jest ono grzechem głównym? Pozwól, że zacytuję Kodeks Kościoła Katolickiego (Dział pierwszy, rozdział pierwszy, artykuł ósmy, podpunkt piąty, uff): „1865 Grzech powoduje skłonność do grzechu; rodzi wadę wskutek powtarzania tych samych czynów. Wynikają z tego niewłaściwe skłonności, które zaciemniają sumienie i zniekształcają konkretną ocenę dobra i zła. W ten sposób grzech rozwija się i umacnia, ale nie może całkowicie zniszczyć zmysłu moralnego.” i „1866 Wady można porządkować według cnót, którym się przeciwstawiają, jak również zestawiać je z grzechami głównymi, wyróżnionymi przez doświadczenie chrześcijańskie za św. Janem Kasjanem


i św. Grzegorzem Wielkim . Nazywa się je "głównymi", ponieważ powodują inne grzechy i inne wady. Są nimi: pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, łakomstwo, lenistwo lub znużenie duchowe.” Lenistwo może prowadzić do wielu, wielu brzydkich rzeczy. Jeśli czymś się zajmiesz, czymś pożytecznym, choćby na chwilę, to już dobrze. Jeśli robisz coś dobrego, to nie robisz nic złego. Lenistwo prowadzi do komplikacji na studiach i w szkole. Leniwi ludzie są biedni. Nie szukają wymagającej, ambitnej pracy, wolą się opierniczać za niższą pensję, a potem marudzić, że bieda. A czemu taka praca? Bo w szkole nie chciało się uczyć jak należy. Wyobraźmy sobie także lekarza, który był leniwym studentem. Nie dość, że jest teraz niekompetentnym głąbem, to nie pomoże Ci, a może nawet zaszkodzić. ilu takich leniwych studentów medycyny przez przypadek i niechcący zostaje mordercami? Albo urzędy - wylęgarnia lenistwa, bo jeśli chcesz coś załatwić szybko i sprawnie, to nie tylko biurokratyczna ścia-

na stoi ci na drodze, ale też rozlazła mina pani Basi z biura Opieszałego Podbijania Pieczątek. Przykłady można by mnożyć, ale mi się nie chce. BODAJBYŚ BYŁ ZIMNY ALBO GORĄCY! Pan Bóg nie lubi leniwych, znany fakt. W poprzednim akapicie napisałem, że lenistwo może prowadzić do wielu brzydkich rzeczy. Nazwijmy rzecz po imieniu: zwłaszcza grzechy seksualne są zgniłym owocem lenistwa. Lenistwo jest źródłem kłopotów króla Dawida - on to z lenistwa zainteresował się Batszebą, i doprowadził do tragicznego romansu. sprawny władca i wspaniały poeta stał się cudzołożnikiem i mordercą. A wszystko dlatego, że spacerował sobie leniwie po tarasie, zamiast jechać z wojownikami okradać Ammonitów (no co, trzeba sobie było radzić). Również w poprzednim akapicie przedstawiłem Ci mroczną wizję niedouczonych lekarzy i opieszałych urzędników. rzecz jasna, nigdy nie trafiłem na takich, ale kto źródło: www.pixabay.com

39


wie? Niemniej jednak, już od początku istnienia świata Pan Bóg delikatnie sugeruje, aby się nie lenić: "Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi." Św. Paweł mówi dosadniej: "Kto nie chce pracować, niech też nie je". Swoją drogą świetny opis studenta – pracować nie chce, a i jada rzadko. Ale ja nie o tym. Pracowitość to nie jest ciężar, a warunek rozwoju osobistego. Nie dziwmy się, że starsi zawracają młodym gitarę - oni dbają o wychowanie w pracowitości. Ciężko jest bowiem uwolnić się od lenistwa, więc już od dziecka najlepiej coś robić pożytecznego. Przy czym pożyteczny nie znaczy "nudny". Sens ludzkiej pracy może być odzwierciedleniem twórczego, radosnego zaangażowania. I Pan Bóg się wtedy cieszy, i mama i dziecko, jeśli jego rozwój

40

uwzględnia kreatywność i zainteresowania. Tym samym polskie szkoły odpadają w kwestii wychowania ambitnych ludzi, kultywując odpowiedzi z klucza i schemat interpretacji powieści. To także efekt lenistwa niektórych nauczycieli i reformatorów. Piszę „niektórych”, są bowiem natchnieni belfrzy, którzy tak wiele dając z siebie uczniom wcale nie są pracoholikami. O nie, oni włączają się w Boże dzieło stworzenia, czyli taką pracę u podstaw, ale bardziej. RÓŻANIEC, GŁUPCZE. Jak zatem taki leniwy student ma się wziąć w garść i radośnie walczyć z niechęcią? Tak: 1. Modlitwa. Czasem działa, czasem nie. To zależy, czy modlisz się naprawdę, czy na niby. Jeżeli machniesz sobie jutrznię, albo różańczyk ( weź się uspokój, dziesiątka wystarczy) to obiecuję, że zregenerujesz siły i nabierzesz ochotę na działanie. Działa pod warunkiem, że nie


zrobisz tego byle jak. To, że Bóg pomoże to wiadomo, ale biorąc pod uwagę mniej duchowe aspekty - po prostu regenerujesz siły, skupiasz się na modlitwie, co pozwala Ci na przejście w stan hibernacji, a nie pozwala na całkowite wyłączenie. 2. Poćwicz. Wiem, też nie lubię, ale lenistwo ma to do siebie, że otula jak kokon. Najlepiej wstać i zrzucić z siebie tę ospałość. 3. Zrób przerwę i poczytaj książkę, lub gazetę. Najlepiej taką o grach albo potworach, czy co tam Cię interesuje. "Więcej mamy lenistwa w umyśle niż w ciele", jak wspomniał François de La Rochefoucauld. Dlatego rozruszajmy ten umysł! Napisz wiersz albo coś. Ja tak robiłem. 4. Jak już naprawdę musisz zrobić coś szalonego - idź do kościoła! Serio, w tygodniu też się chodzi na Mszę. 5. Albo na nabożeństwo chociaż. 6. Jeżeli jesteś sam, to puść żywszą muzykę - The Prodigy, Metallica, takie rzeczy. tylko wesołe kawałki, żeby nastrój się

poprawił, a nie pogorszył. 7. Jedzenie - jedz w towarzystwie albo machnij sobie Trudne sprawy dla zabicia czasu. Możesz być pewny, że jeśli zagłębisz się w lekturę lub włączysz ciekawy serial na laptopie w trakcie posiłku, to przepadłeś. Jedzonko już zjedzone, ale serial leci dalej. Jeden odcinek, drugi, a to coś jeszcze podjem. O, już ciemno, a to idę spać, zrobię jutro. Masakra, przepadłeś, zostałeś lekarzem-mordercą. 8. UŻYWAJ TERMINARZA I ZORGANIZUJ SIĘ. Leniwy człowiek traci radość życia, ponieważ jedynym celem takiego typka jest przyjemność, co stoi trochę w sprzeczności w ogóle ze wszystkim, całkiem. Ogólnie nie polecam. 

źródło: www.pixabay.com

41


TEMAT NUMERU - Poradnik studenta 42

Dieta studenta czyli coś więcej niż zupki chińskie i parówki Dr Michał Musiał

S

tudencie i Studentko, chyba wszyscy słyszeliśmy przysłowie ”Jesteś tym co jesz”. Ile w tym prawdy? Według mnie całkiem sporo. Nie znaczy to oczywiście, że jedząc codziennie na obiad lub co gorsza śniadanie zupkę chińską Twój stan zdrowia się pogorszy, albo że nagle Twój kolor skóry zmieni odcień na bardziej żółty (w końcu to zupka ”chińska”, chociaż wbrew pozorom w większości nie produkowana w Chinach), ale po jakimś czasie na pewno ucierpi Twój żołądek i reszta układu trawiennego, nie mówiąc o innych narządach i ogólnym samopoczuciu. Zacznijmy od trzech podstawowych, złotych zasad. Jestem pewien, że każdy o nich słyszał i wydaje mi się, że brzmią całkiem prosto (chociaż wcale nie są łatwe w przestrzeganiu!). 1) Pięć posiłków dziennie w regularnych odstępach,

ogi Studencie, jeśli Twoja dieta to głównie przygotowywane na szybko zupki chińskie i parówki, o składzie mięsa wynoszącym poniżej 50 procent w tymże ratującym życie produkcie, gotowanym często w niekonwencjonalnych naczyniach służących do wprowadzenia wody w stan wrzenia (czajnik), to zapraszam Cię do mojego spojrzenia na kwestię żywienia.

Przygotowanie zdrowych, bardziej wartościowych posiłków wymaga od nas jedynie trochę więcej dyscypliny i samozaparcia, ale niech mi też nikt nie wmawia, że samodzielne ugotowanie rosołu ze skrzydełek kosztuje dużo czasu i pieniędzy.

których w miarę możliwości bezwzględnie należy przestrzegać, około 3 godzinnych. 2) Twoje jedzenie powinno być kolorowe i jeszcze do tego polane oliwą z oliwek (nie chodzi tu o zmieszanie w misce cukierków o różnych kolorach). 3) Ogranicz fast foody, słodycze i alkohol, a jeśli możesz to całkowicie wyrzuć

je z diety, no przynajmniej dwa pierwsze składniki, a z trzecim bardzo uważaj. Dlaczego pięć posiłków? Rozłożone w równych odstępach czasu nie pozwolą Ci być ani przez chwilę głodnym, nauczysz swoje ciało pewnego rytmu, jak już się do niego dostosujesz, to naprawdę poczujesz różnicę, a nawet zacznie Ci się to podobać. Przestaniesz podchodzić do jedzenia w sposób emocjonalny, bo jak jesteśmy głodni to mniej zwracamy uwagę na to co jemy i co jemy, a zaczniesz bardziej celebrować i smakować posiłek. Po co dużo kolorów w jedzeniu? Bo to zdrowe! I naprawdę potrafi dobrze smakować. Argumentu z śmieciowym jedzeniem chyba nie muszę tłumaczyć, a jeśli chodzi o alkohol to owszem wódka także ma kalorie (to jest najważniejsze dla studenta), a jak wypijesz 5 piw to w ogóle możesz odpu-


źródło: www.pixabay.com

ścić sobie obiad, ale nie o to chodzi. Poza tym jest wiele smacznych zamienników dla słodyczy i przekąsek, wszystko to jest kwestią dyscypliny, a może przy okazji odkryjesz nowe smaki, bo jak wiadomo preferencje kulinarne też potrafią się zmienić. Taka dieta będzie też wspaniałym zaproszeniem do popracowania nad swoim ciałem i kondycją , naprawdę można zdziałać cuda nie biorąc żadnych wspomagaczy. Może to być siłownia, bieganie albo ćwiczenia z ciężarem własnego ciała (najbardziej skuteczne). Ktoś może powiedzieć – No ale po co? A no po to, że ciało masz tylko jedno i jak będziesz o nie dbał to sprawdzi się powiedzenie, że w zdrowym ciele zdrowy duch, poza tym jeśli jesteś facetem, to warto, żebyś miał siłę kiedyś przenieść swoją kobietę przez próg po ślubie. Kolejną zachętą może być następna, naprawdę pożyteczna pasja jaka może się z tego zrodzić – gotowanie. Jeśli jesteś mężczyzną, to nie będziesz miał problemu z nazewnictwem kolorów, bo w kuchni są one zazwyczaj proste i podstawowe (zielony, żółty, czerwony…), a jeśli jesteś ko-

bietą, to również masz problem z głowy bo skończą się dylematy czy coś ma kolor różowy, czy łososiowy, zielony czy szmaragdowy. Teraz dochodzimy do kontrargumentu, który pewnie pojawił się w waszych głowach już na samym początku, a mianowicie – przecież to wszystko kosztuje … Z czym po części oczywiście się zgadzam. Jak wiadomo ma być jak najtaniej i smacznie, szkoda, że przy okazji nie zawsze zdrowo, no ale trudno. Otóż nie do końca. Przygotowanie zdrowych, bardziej wartościowych posiłków wymaga od nas jedynie trochę więcej dyscypliny i samozaparcia, ale niech mi też nikt nie wmawia, że samodzielne ugotowanie rosołu ze skrzydełek kosztuje dużo czasu i pieniędzy. Jeśli chodzi o ceny, to warzywa wcale nie są drogie, owoce także nie, przynajmniej nie wszystkie. Wystarczy przejść się po sklepach. Jeden pomidor, marchewka, por, seler i inne tego typu warzywa wcale wiele nie kosztują, są to wręcz sprawy groszowe. Dotyczy to także nabiału, produktów zawierających błonnik np. płatki owsiane, mięsa

(tak, jeden filet z kurczaka wcale nie dużo kosztuje). Trochę drożej będzie na pewno, tylko należy zadać sobie pytanie, czy chcę oszczędzać właśnie na jedzeniu, w końcu to inwestycja w siebie, dosłownie i w przenośni, bo zdrowie jest najważniejsze. Jako autor tego tekstu i też student oczywiście byłbym hipokrytą, gdybym twierdził, że zawsze udaje mi się przestrzegać wszystkiego o czym napisałem i oczywiście jestem w stanie zrozumieć ile potrzeba na to poświęcić czasu i dodatkowych sił (szczególnie jeśli chodzi o systematyczność – ze względu na tryb życia), ale jestem też zdania, że zawsze należy się starać a będzie to procentować na plus. Jeśli nie masz pomysłu jak się do tego zabrać, to polecam odwiedzić YouTube. To wspaniałe miejsce, gdzie znajdziesz wielu ludzi z pasją do gotowania i zdrowego trybu życia, którzy składają ukłon także w kierunku nas – studentów. Jednym z takich youtuberów jest na przykład paei100 – kanał Kocham Gotować, możesz zainwestować także w książkę kucharską.

43


TEMAT NUMERU - Poradnik

s tude nta

Jak zwiększyć wydajność pracy?

44

P Krzysztof Reszka

C

iężko się zabrać do roboty? Spokojnie, damy radę! Przed rozpoczęciem nauki, studiowania czy jakiejkolwiek pracy umysłowej możesz skutecznie zwiększyć swoją wydajność. Najważniejsze to dobrze wystartować! A ponieważ w zdrowym ciele - zdrowy duch, zacznij od małej gimnastyki - wymachów ramionami czy delikatnego rozciągania karku. W ten sposób nie tylko się rozruszasz i pobudzisz, ale jednocześnie rozluźnisz i "naenergetyzujesz" mózg. Następny krok? Wypij szklankę wody mineralnej. Według badań uczonych z Uniwersytetu East London, wypicie 250 ml wody pół godziny przed podjęciem pracy, poprawia wydajność poznawczą w testach pamięci, skupienia uwagi i spostrzegawczości (wzrokowego wyszukiwania informacji). Można zwiększyć

raca dyplomowa, sesja, raporty do oddania, artykuły do napisania a terminy gonią... W takiej sytuacji chcemy skutecznie pozbyć się znużenia i mądrze wykorzystać czas. Warto więc poznać strategie które sprawdzają się w najcięższych bojach. Te dobre nawyki pomagają m.in. dziennikarzom, studentom i biznesmenom w szybkim i sprawnym osiąganiu celów.

Tony Buzan opracował system kreatywnego notowania, zwany "mapą myśli". Służy on pobudzeniu dwóch półkul mózgowych do współpracy. Jak wiadomo, lewa półkula mózgu odpowiedzialna jest za logikę i język, a prawa za wyobraźnię, kreatywność i myślenie abstrakcyjne. efektywność umysłową aż o 34% przez zwykłe wypicie szklanki wody. Dlaczego tak się dzieje? Jak pisze ekspertka w dziedzinie szybkiej nauki, Katarzyna Szafranowska: "82% Twojego mózgu to woda i to od niej zależy przewodzenie impulsów nerwowych, czyli

szybkość i jakość Twojego myślenia. Pij niegazowaną wodę codziennie małymi porcjami i to najlepiej ciepłą. Ciepła działa oczyszczająco na jelita, łatwiej ją wypić i nie wychładza organizmu". Po krótkiej gimnastyce i wypiciu szklanki wody, zapewnij sobie dobre warunki do pracy. Posprzątaj biurko i usuń wszystkie dystraktory czyli "przeszkadzacze". Wyłącz telefon komórkowy i przenieś go do drugiego pokoju, wyloguj się z Facebooka, a najlepiej w ogóle odłącz Internet. Następnie wyznacz sobie określony czas który poświęcisz w całości na zaplanowane zadanie. ZARZĄDZAJ CZASEM Tak jak rolnik stosuje technikę płodozmianu, aby uniknąć wyjaławiania się ziemi, tak Ty stosuj technikę "czasozmianu". Przeplataj czynności wyma-


gające wysiłku umysłowego z tymi które wymagają ruchu fizycznego. W ten sposób dłużej zachowasz świeżość myśli i będziesz odpoczywać nie tracąc czasu. Przykładowy plan dnia z zastosowaniem tej techniki może wyglądać tak: śniadanie - godzina nauki - sprzątanie mieszkania - wypicie szklanki wody i godzina nauki - wyjście na targ by kupić orzechy włoskie, pestki z dyni i ziarna słonecznika - godzina nauki - drzemka energetyczna (10-15 minut) - wypicie szklanki wody i godzina nauki - obiad - spacer wypicie szklanki wody i godzina nauki - spotkanie z przyjaciółmi. O ile to możliwe zaplanuj swoje sprawy do załatwienia wieczorem, dnia

poprzedniego. Jeśli nie uda się zaplanować dokładnie z podaniem konkretnej godziny, zapisz sobie "zadania do wykonania" aby zaznaczać to co już udało się zrobić. W ten sposób pobudzisz swoją motywację. Można też ustalać rzeczy których postanawiasz nie robić. Np. ustal sobie że od rana do południa, nie wejdziesz na Facebooka. Może to znacznie przyspieszyć realizację planów. SZYBKA REGENERACJA Warto poznać niezwykły sposób na regenerację sił w czasie pracy umysłowej. Według licznych badań naukowych, jest to metoda która: - Daje natychmiastowy zastrzyk energii i zmniejsza senność.

- Poprawia funkcje kognitywne (refleks, szybkość przetwarzania informacji) o 40% - 100%. - Nastawia na pełne obroty, zwiększa czujność i tempo nauki. - Poprawia pamięć i zdolność przypominania sobie informacji. - Zwiększa sprawność ruchową. Brzmi nieźle? A gdy powiem Ci że możesz to osiągnąć za darmo i bez żadnych negatywnych skutków ubocznych? Tajemnicza sztuczka do której zachęcam to... Power nap, czyli drzemka energetyczna trwająca 10-15 minut. Tak krótki czas pozwoli Ci sie odświeżyć i nabrać sił, a jednocześnie nie pozwoli się rozleniwić ani nie zaburzy rytmu snu i czuwania. źródło: www.pixabay.com

45


Nie przejmuj się jeśli nie uda się zasnąć. Po prostu zostaw wszystko, połóż się i zamknij oczy, ciesząc sie chwilą wytchnienia. To wystarczy! PRZEZ ŻOŁĄDEK DO... MÓZGU Mózg zużywa nawet do 25% energii dostarczanej organizmowi. Dlatego ważne jest, aby dostarczyć mu odpowiedniego pożywienia. Jak już wspomnieliśmy, ludzki mózg w 82% składa się z wody, dlatego trzeba ją stale uzupełniać aby sprawniej myśleć. Mózg "żywi się" glukozą i tlenem. Potrzeba mu stałego i spokojnego dopływu glukozy a nie szybkich skoków poziomu cukru. Dlatego zamiast coli, słodyczy i białego pieczywa, lepiej sprawdza się ciemne pieczywo, kasza, nasiona czy ziemniaki. Zawierają one złożone węglowodany które stopniowo i długotrwale dostarczają mózgowi glukozę. Najprostszy sposób by dostarczyć do organizmu potrzebne witaminy i minerały, to regularne jedzenie warzyw i owoców. Przed nauką pomocne może być zjedzenie banana, który nie tylko dostarczy energii, ale także uzupełni niedobory potasu i witaminy B6. Warto także jeść te owoce

46

i warzywa które wzmacniają wzrok: marchew, morele, czarna jagoda i borówka amerykańska. Do prawidłowego funkcjonowania mózgu potrzebne są także kwasy Omega-3 które pomagają w szybkim przekazywaniu impulsów nerwowych. Można je znaleźć w oleju rybnym (zwłaszcza z łososia), w oleju z lnu lub oliwie z oliwek, a także w ziarnach słonecznika, pestkach dyni czy w orzechach włoskich. Jedząc te produkty, wzmocnisz pamięć i procesy poznawcze, a może nawet zapobiegniesz depresji. Cynk jest pierwiastkiem który pomaga w przewodzeniu impulsów między komórkami nerwowymi niektórych obszarów mózgu i wspiera proces zapamiętywania. Większe ilości cynku wykrywa się w organizmach dzieci o wybitnej inteligencji. Aby uzupełnić niedobory cynku, należy jeść pestki z dyni, ziarno słonecznika, otręby pszenne, orzechy, groch i fasolę. Wyniki licznych badań naukowych i porady ekspertów można więc podsumować tak: Zacznij dzień od dobrego śniadania, jedz pięć posiłków dziennie i miej zawsze pod ręką butelkę wody mineralnej. Jasne pieczywo zamień na pełnoziarniste, jedz


źródło: www.pixabay.com

warzywa, owoce i ryby, a na deser wcinaj orzechy włoskie, pestki z dyni i ziarno słonecznika. ZAMIAST KAWY? Jeśli odczuwasz senność, połóż się na 15 minut i daj organizmowi to czego tak bardzo pragnie. Kawa wprawdzie pobudza układ nerwowy, ale niestety odwadnia organizm, niszczy niektóre witaminy z grupy B i wypłukuje magnez z organizmu. Dlatego warto ograniczać jej spożycie i w miarę możliwości zastąpić innymi napojami i praktykami pobudzającymi. Woda z cytryną. Pij każdego poranka wodę ze świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny. Taka mieszanka pomaga nawodnić i odkwasić (tak!) organizm, a także dostarcza witaminy C i minerałów. Sok z połówki cytryny rozcieńczaj z dwoma szklankami wody. Mała ilość soku sprawia że napoju nie trzeba słodzić cukrem. Spacer. Idealny sposób na pobudzenie i dotlenienie organizmu, a jednocześnie rozładowanie stresów, to szybki marsz trwający np. 45 minut. Do chodzenia najlepiej wybieraj tereny zielone czyli parki i lasy.

Guma do żucia. Naukowcy z Uniwersytetu Northumbria w Newcastle (Anglia) odkryli, że żucie gumy poprawia sprawność pamięci krótkotrwałej i długotrwałej. Uczestnicy, którzy w czasie testu żuli gumę osiągali o 37% lepsze wyniki niż ci, którzy zdawali normalnie. Okazuje się, że ruchy szczęki podczas żucia zwiększają przepływ krwi do mózgu, co wpływa na ogólne dotlenienie mózgu. Jednocześnie żucie gumy zwiększa aktywność hipokampa, czyli struktury w mózgu odpowiadającej za pamięć ruchową i długotrwałą. Tą metodę stosuj jednak z umiarem bo zbyt częste żucie gumy osłabia staw skroniowo-żuchwowy. Postaraj się też kupić w sklepie ze zdrową żywnością gumę bez aspartamu. Kakao i ciemna czekolada. Zawarta w tych produktach teobromina działa znacznie łagodniej niż kofeina. Ponadto ziarno kakaowe zawiera cenne składniki mineralne takie jak magnez i cynk. Ian Macdonald, który prowadził badania przedstawione Amerykańskiemu Stowarzyszeniu Rozwoju Nauki, podkreśla: Kakao może poprawić funkcjonowanie mózgu u osób starszych bądź w przypadkach zaburzeń

47


poznawczych wywołanych zmęczeniem lub brakiem snu. Pij zieloną herbatę, która zawiera mniej kofeiny i znana jest jako źródło przeciwutleniaczy chroniących mózg przed starzeniem się mózgu. ZABAWA I INSPIRACJA: MAPY MYŚLI Podczas nauki pozwól sobie na odrobinę kreatywności, humoru i zabawy. Zanim zaczniemy czytać dobrze jest ustalić cele czytania, uświadomić sobie, jakie konkretnie informacje chcemy wyszukać w tekście. Kiedy korzystamy z kserokopii fragmentu książki, korzystnie jest wiele zaznaczać na kolorowo. Kiedy np. w książce historycznej szukamy informacji o Romanie Dmowskim i Józefie Piłsudskim, można na marginesach pisać ołówkiem inicjały tych dwóch działaczy: J.P. lub R.D. - dzięki temu później będzie łatwiej wyszukać coś w tekście. Tony Buzan opracował system kreatywnego notowania, zwany "mapą myśli". Służy on pobudzeniu dwóch półkul mózgowych do współpracy. Jak wiadomo,

48

lewa półkula mózgu odpowiedzialna jest za logikę i język, a prawa za wyobraźnię, kreatywność i myślenie abstrakcyjne. Technika "map myśli" jest przyjemna i łatwa! Weź dużą kartkę (np. A4 a nawet większą), najlepiej bez wzoru (czystą). Na środku powinna się znaleźć główna idea, temat, zapisana w sposób klarowny, najlepiej z obrazkiem. Od centralnego tematu odchodzą coraz mniej ważne idee/tematy powiązane w sposób tematyczny. Im dalej tym mniejsze i bardziej szczegółowe. (tak jak drzewo - pień najgrubszy, potem gałęzie, gałązki, aż listki jako najmniejsze części). Słowa pisz drukowanymi literami, dzięki czemu będą bardziej czytelne. Każde słowo powinno znajdować się na linii, każde na osobnej (lub w jakiejś otoczce). Wszystkie elementy połączone ze sobą liniami w sposób tematyczny. Używaj kolorów. Inny kolor najlepiej do oddzielnego tematu. Stymuluje to prawą półkulę mózgu i ułatwia czytelność. Twórz swoje mapy tak jak umiesz, nie przejmuj się jeśli coś nie wychodzi. Z czasem nabierzesz


wprawy i stanie się to normalne a mapy coraz lepsze. Muzyka. Wiele osób woli pracować w ciszy, ale jeśli Ci to pomaga, możesz słuchać muzyki podczas czytania lub nauki. Ja podczas wyczerpującej nauki np. podczas podwójnej sesji lub zgłębiania tajników łacińskiej gramatyki, chętnie słuchałem na YouTube utworów jakie wykonuje serbska śpiewaczka Divna Ljubojevic. Katarzyna Szafranowska, w oparciu o liczne badania, przekonuje że muzyka Mozarta jest najlepsza do nauki. Przyjemności. Ustanawiaj dla siebie motywujące nagrody, które przyznasz sobie po wykonaniu zadania. Im zadanie trudniejsze tym bardziej atrakcyjnych nagród sobie udzielaj. Może to być wycieczka, czas na potkanie z przyjaciółmi, wyjście do kina, dobre jedzenie, dłuższy spacer, czas z dobrą książką, paczuszka orzechowej mieszanki, relaksująca kąpiel, lub cokolwiek innego. Być może sprawniej przebrniesz przez trudności, gdy pomyślisz o czekającej Cię nagrodzie!

DO DZIEŁA! Niech ten artykuł nie będzie kolejnym tekstem przeczytanym i zapomnianym. Spróbuj przetestować zawarte w nim propozycje. Jeśli czeka Cię praca i nauka, zadbaj o dobre nawodnienie organizmu pijąc silnie rozcieńczony sok z cytryny (połówka małej cytryny na dwie szklanki wody mineralnej). Zastosuj technikę "czasozmianu", przeplatając intensywną naukę spacerami czy załatwianiem luźniejszych spraw. Spróbuj zaplanować swój dzień. Sprawdź jak się poczujesz po 10-minutowej drzemce energetycznej. Zasmakuj w orzechach i nasionach. Narysuj mapę myśli. I nie przejmuj sie zupełnie jeśli nie od razu wszystko wyjdzie tak jak planujesz. Lepiej robić mało, niż nic. I najważniejsze: traktuj to jako zabawę i eksperyment, a nie jako sztywne reguły. 

źródło: www.pixabay.com

49


TEMAT NUMERU - Poradnik studenta 50

Kierunki studiów, których nie znacie CP Emilia Ciuła

Ś

wiatowe uczelnie wychodzą do młodego człowieka z bardzo ciekawą ofertą. Każdy uniwersytet chce pozyskać jak największą liczbę studentów, otwierając czasem kontrowersyjne kierunki studiów. Zacznę od tych przypadków, które są najbliżej – w Polsce. Jeśli kochasz zwierzęta, kierunek pies w społeczeństwie – hodowla i zachowanie z pewnością jest dla ciebie. Są to studia podyplomowe w Warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW). Pies w Polsce traktowany jest jak członek rodziny, więc nic dziwnego, że stał się on tematem zajęć na uczelni. W ciągu 2 semestrów słuchacz zgłębi wiedzę m. in. o: biologii psów, podstawach hodowli, szkoleniach i poszczególnych rasach. Jednak nie każdego stać na taką przyjemność,

o myśli typowy nastolatek po zdaniu matury? rawdopodobnie pierwszą myślą jest to, że czekają go najdłuższe wakacje w życiu. Na drugim miejscu pojawia się jednak pytanie (które pewnie zadaje sobie każda mama takiego delikwenta), który kierunek studiów wybrać? Oto kilka propozycji z pewnością nie należących do standardowych.

Pozostając w tematyce filmowej, przedstawiam kolejny, niczym wyjęty z „Archiwum X”, kierunek studiów, jakim jest ufologia stosowana. Jeśli chcesz podjąć naukę o kosmitach i przeanalizować badania nad życiem pozaziemskim, musisz udać się do Melbourne w Australii.

ponieważ za 2 semestry będzie trzeba zapłacić 3200 zł. A teraz coś dla miłośników piękna. Na tej samej uczelni – SGGW – znajdziemy życie wśród kwiatów (nie polecam alergikom). Studia te, to jednak nie tylko sielanka.

Uczniowie szlifują wiedzę z zakresu: używania kwiatów jako środka plastycznego, obsadzania kwietników, układania aranżacji kwiatowych oraz rozwijania kreatywności. Kler również doczekał się podyplomowych studiów z zarządzania parafią. Jest to kierunek dla nowoczesnych i przedsiębiorczych proboszczów. 2 semestry na Politechnice Rzeszowskiej kosztują 2200 zł. Na zajęciach słuchacze uczą się, w jaki sposób pozyskiwać środki z UE, dysponować budżetem parafii, a nawet przemawiać do wiernych. Pewnie każdy z niecierpliwością wyczekuje świąt Bożego Narodzenia, choinki, osobliwej atmosfery i oczywiście prezentów. Chcąc ofiarować komuś upominek, trzeba go najpierw ładnie zapakować. Pakowanie produktów to


źródło: www.pixabay.com

jedna z propozycji Politechniki Warszawskiej i nie chodzi tutaj o „fabrykę” świętego mikołaja. Uczniowie przyswajają informacje z zakresu: wiedzy o produktach i odpowiednich dla nich opakowaniach, ułożenia oraz maszyn. 2-semestralne studium, w którego skład wchodzi 7 weekendowych zjazdów (piątek, sobota, niedziela) w ciągu każdego z semestrów, kosztuje 4000 zł. Człowiek wybierając się na zakupy, nie jest czasem świadom ukrytej manipulacji, którą stosują właściciele sklepów, by zachęcić do kupienia danych produktów. Jednym z narzędzi, które wykorzystują, jest muzyka. Studenci Poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego przesłuchują playlisty odtwarzane w sklepach, by dowiedzieć się czy mogą one hipnotyzować klientów tak, by

kupowali dużo więcej niż zamierzali. Tak jest w Polsce, a co można odnaleźć w ofertach uczelni wyższych w innych krajach? Coś dla tych, którzy kochają kino. Jednakże nie odnajdzie się tu dzieł Stevena Spielberga czy Andrzeja Wajdy. Chodzi o specyficzny rodzaj filmów, jakim jest pornografia. Wiedzę o pornografii można zgłębić na tajwańskim Uniwersytecie Providence. Studenci analizują filmy dla dorosłych, a na zaliczenie muszą wykonać 15-minutową prezentację dotyczącą reakcji publiczności na prezentowane wideo. Pozostając w tematyce filmowej, przedstawiam kolejny, niczym wyjęty z „Archiwum X”, kierunek studiów, jakim jest ufologia stosowana. Jeśli chcesz podjąć naukę o kosmitach i przeanalizować badania

nad życiem pozaziemskim, musisz udać się do Melbourne w Australii. Dlaczego tam? Kierując się dziennikarską ciekawością, dowiedziałam się, że właśnie w tym miejscu widywano statki kosmiczne. Czy agentka Dana Scully i Fox Mulder mieli rację? Jeśli szukać odpowiedzi na to pytanie, to tylko w Melbourne. Kolejną ciekawą propozycją jest kierunek utworzony na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, a dotyczy on analizy gry strategicznej StarCraft. Studenci zdobywają wiedzę teoretyczną, analizując bitwy pod kątem taktyki. Niejeden z czytelników zapytałby w tym momencie – po co ktoś chciałby coś takiego studiować? Otóż celem jest osiągnięcie satysfakcji z gry i nauka szybkiego podejmowania decyzji. Czy cele te są re-

51


źródło: www.pixabay.com

alizowane? Z tym pytaniem trzeba udać się do absolwentów. University of California w Los Angeles na jednym z kierunków (homomuzykologia) porusza bardzo ciekawy obecnie temat. Wpływ muzyki na każdego człowieka jest bardzo subiektywny, ale studenci tego kierunku badają coś więcej – jak muzyka wpływa na osoby homoseksualne i czy postrzeganie jej różni się od odbioru przez heteroseksualistów. Jaką muzykę tworzą homoseksualiści? O tym więcej na zajęciach. Niedaleko Polski, w Paryżu, można rozpocząć naukę w Wyższej Szkole Astrologicznej na kierunku

52

wróżbiarstwo. Wróżenie z kuli, czytanie run, odczytywanie przyszłości z ręki lub z kart. Studenci zdają pewnie wszystkie egzaminy na 5. W końcu mogą poznać pytania wcześniej… Na podobne zajęcia uczęszczał Harry Potter, którego historie stały się tematem studiów na Frostburg University w amerykańskim Maryland. Prowadzący wygląda niczym Dumbledore, a rozmowy na temat konstruowania latającej miotły czy hodowli specyficznych roślin są jak najbardziej wskazane. Przeszukując zakamarki Internetu, dotarłam do wielu, zarówno potwierdzonych, jak i niepotwier-

dzonych informacji dotyczących nietuzinkowych kierunków studiów w Polsce i na świecie. Przytoczone przeze mnie propozycje to tylko kilka z nich. Drogi Czytelniku, jeśli nie chcesz poddawać się powszechnym trendom, czujesz potrzebę wybicia się – droga otwarta. Nuda na pewno Ci nie grozi, jeśli wybierzesz np. ufologię, a jedynym zagrożeniem może być porwanie przez istoty pozaziemskie. 


53


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 54

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

55


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Media – przekleństwo Kościoła

56

N

ajwiększym problemem Synodu o Rodzinie nie są niemieccy hierarchowie dążący do zmiękczenia kościelnego nauczania, a media. Również katolickie.

Wojciech Urban

W

Kościele od zawsze było napięcie pomiędzy piotrowym prymatem biskupa Rzymu, a władzą pozostałych biskupów. Paradoksem jest, że mimo ustanowionego pod koniec XIX wieku dogmatu o nieomylności papieża, niektóre środowiska tak wielką nadzieję na zmiany pokładają w kościelnych instytucjach, kojarzących się z demokracją. Dla niewprawnego obserwatora z kręgu kultury europejskiej, ułożenie stosunków pomiędzy poszczególnymi podmiotami kościelnymi jest nie do końca jasne. Jest papież o najwyższej władzy, ale jak się zjedzie synod, albo sobór, to ma takie zgromadzenie większy mandat do wprowadzania zmian, niż najbardziej nawet postępowy papież. Tyle, że w Kościele nie ma demokracji, a wszelkie decyzje i tak osta-

Zdecydowano się na sobór wpuścić dziennikarzy, aby otworzyć Kościół na świat, wyjść do niego. Samo w sobie nie było to złym pomysłem.

tecznie należą do papieża, który – co również pokazały wypadki na kończącym się Synodzie – nie jest aż tak skłonny do zmian, jak chcieliby tego (np.) dziennikarze Deon.pl. Tyle że doktryna sobie, życie sobie. Skoro czuć „prąd zmian”, zmiany niechybnie muszą nadejść – niezależnie od tego, co postanowi papież i ojcowie synodalni. A wszystko dzięki, (a raczej przez) media. Również katolickie. Już podczas Soboru Watykańskiego

II media objawiły swoją destrukcyjną dla Kościoła moc. Nawet mimo dobrych intencji, narobili sporo bałaganu – bo nie byli w stanie podołać powierzonemu im zadaniu. Zdecydowano się na sobór wpuścić dziennikarzy, aby otworzyć Kościół na świat, wyjść do niego. Samo w sobie nie było to złym pomysłem. Problem w tym, że Sobór posługiwał się językiem zbyt trudnym (bo teologicznym) nie dość, że dla przeciętnego człowieka, to nawet dla co bardziej rozgarniętych dziennikarzy. Niech za przykład posłuży reforma liturgii. Przez całe wieki Kościół twardo sprzeciwiał się wszelkim zmianom, szczególnie wprowadzeniu języków narodowych do liturgii. Soborowa reforma, zanim podała postulaty zmian, dopracowała teologię liturgii, zawartą w pierwszym rozdziale Kon-


źródło: www.pixabay.com

stytucji o Liturgii Świętej. Tekst dla laika niestrawny. Dlatego dziennikarze pomijając wprowadzenie teologiczne, relacjonowali same „techniczne” zmiany: „Kościół odchodzi od łaciny!”, „zaczyna otwierać się na protestantów”, „Kościół dostosowuje się w końcu do świata!”. Dla wielu ludzi, również duchownych, oznaczało to zerwanie z dotychczasowym nauczaniem, rozpoczęcie nowej ery w historii Kościoła. Zmiany te jednak, nie były odcięciem się od dotychczasowego dorobku, a jego efektem, na co właśnie wskazywały rozważania teologiczne, zamieszczane w każdym soborowym tekście. Skupienie się na kilku punktach, które robiły wrażenie przełomowych, stało się dla wielu ludzi punktem wyjścia do zmian. Najczęściej samowolnych. W efekcie Kościół w zachodniej Europie – mimo i tak niezbyt dobrej kondycji – całkowicie

rozłożył się na łopatki. To samo dzieje się z Synodem o Rodzinie. Widoczne było to już w zeszłym roku, przy omawianiu roboczego dokumentu synodu. Mimo bogactwa diagnoz tam postawionych, medialna uwaga skupiła się tylko na trzech kontrowersyjnych punktach, dotyczących komunii dla rozwodników i homoseksualizmu. I nie jest to zarzut tylko dla, powiedzmy, lewicowych mediów, ponieważ katolicko-konserwatywne tytuły również trąbiły (i trąbią) o tym z równym zacięciem, choć w nieco innej intencji. Efekt jest jednak ten sam – w kontekście synodu media zajmują się tylko tymi dwoma problemami. W sumie, gdyby nie zagrożenia z tego płynące, byłoby to nawet śmieszne. Uchodzący za ultra-pro -franciszkowy portal Deon. pl, pisząc o Synodzie zasadniczo przytacza tylko opinie hierarchów udowadniają-

cych, że trzeba koniecznie dopuścić osoby rozwiedzione żyjące w nowych związkach do komunii sakramentalnej. Z kolei w pierwszych dniach synodu papież skarcił hierarchów właśnie za to, że skupiają się na tym – pobocznym w kontekście całych obrad – problemie. Niestety, działa tu mechanizm sprzężenia zwrotnego. Reformacyjnie nastawieni hierarchowie wygłaszają poglądy, stanowiące młyn na wodę liberalnych mediów, co w oczywisty sposób oddziałowuje na społeczne oczekiwania względem ojców synodalnych. Dlatego zmagający się z odpływem wiernych hierarchowie, próbują zatrzymać swe „owieczki” próbami poszerzenia pastwiska – czyt. rozluźnieniem doktryny. A że na poszerzając pastwisko wchodzą na trujące bagna, nie stanowi dla nich problemu. Na razie. 

57


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Akiane Kramarik i Culton Burpo

58

N Krzysztof Małek

A

kiane Kramarik. Jej historia zaczyna się w wieku czterech lat. Wtedy też zaczęła otrzymywać wizje. Niby nic - dzieci w tym wieku zaczynają przygodę z wyobraźnią. Jednak wizje były - i są nadal - stałe. Co widzi? Kształty, kolory, światy, wymiary i głosy. Na początku był to jednak Jezus. Nie jest to typowe, ponieważ rodzice byli wówczas ateistami. Nie miała więc podstaw. Rodzice obawiali się - matka pomyślała o koszmarach nocnych, a nie o wizjach. Akiane chcąc pokazać mamie, że jest to prawda zaczęła szkicować twarze, które widziała. Tak w przeciągu dwóch dni namalowała ich około setki. Gdy nie malowała lub nie pisała zapominała te doświadczenia. Z czasem rodzina zaczęła dziewczynkę wspierać. Bóg jednak wiedział coś czego nikt nie

iektórym nazwiska może są znane, ale większości pewnie nie. Któż to jest by ich znać? Jest to dwójka dzieci z dwóch różnych krańców ziemi, których łączy jedno - świadectwo. Dziewczyna jak i chłopiec mieli swoje pięć minut w amerykańskich mediach wszelkiego typu - włączając w to Internet. Do nas to nie doszło. Przyczyn jest wiele, ale takie są polskie media i nie mam na to tutaj miejsca.

Ciekawostką jest to, że będąc w szpitalu z ojcem rozpoznał misia trzymanego przez jedną z par i podążając za nim doszedł do jednego dziecka, które miało nowotwór i pocieszając je powiedział, że nie musi się niczego bać.

wiedział. Dostała ona bowiem ogromny talent w zakresie sztuki malowania i pisania poezji. Jej pierwszy obraz znajduje się w grafice powyżej, a namalowała go w wieku ośmiu lat. Jak wspomniałem wyżej na początku rysowała, ale nie znała celu. W wieku sześciu lat przeszła na pastele.

Następnie farby akrylowe. Tak się rozwijała - samodzielnie pracując nad własnym warsztatem (co czyni do dzisiaj). W jej domu nie było telewizora, gazet, a książki pojawiały się sporadycznie. Gdy odpowiednio dojrzała postanowiła malować. W tym też czasie zaczęła pisać. Było to dla niej tak naturalne jak dla wielu przejście z czterech do dwóch kółek. Z czasem, gdy zmieniła szkicownik na płótno zaczęła rozumieć swój cel - pomoc w walce z plagą AIDS w Afryce. W międzyczasie w skutek wizji przyciągnęła do Boga Trójjedynego swoich rodziców. Maluje wiele. To uczyniła główną siłą napędową swojego życia. W większości maluje z pamięci. Zdarzają się jednak obrazy pełnowymiarowych postaci jak ten w grafice. Co ciekawe nie szuka ich. Jak mówi - zawsze pojawiają się, gdy są


potrzebni, a poprzedzone jest to modlitwą. Colton Burpo. Chłopiec choć w owym czasie mieszkał na drugim końcu świata w USA - jest nierozerwalnie związany z dziewczynką gdyż obraz tytułowy tego postu był potwierdzeniem jego opowieści. Zacznijmy jednak od początku. Jego historia jest krótka, ale intensywna. Jak sam twierdzi był w Niebie. Zdarzyło się to w wieku czterech lat, gdy ledwo przeżył operację, ale nie zarejestrowano u niego śmierci klinicznej. Jest to fakt istotny, gdyż podobne doświadczenia miały tylko takie osoby. Mimo, że zabieg trwał planowo on odczuł to jako

cały dzień. Zrelacjonował to co robili lekarze; to, że matka dzwoniła do znajomych z prośbą o modlitwę w intencji syna, a ojciec kłócił się z Bogiem. Jednak wiele opowiadał przy okazji codziennych sytuacji. Układając historię od początku. Wzlatując w kierunku Nieba usłyszał, a później zobaczył anioły. Zobaczył Jezusa, który po rozmowie z nim przedstawił mu kilka osób między innymi dziadka jego ojca, który zmarł, gdy ojciec miał cztery lata. Żeby tego było mało - nigdy się o nim nie mówiło, a jedyne zdjęcie, które było pod ręką było zrobione w podeszłym wieku. Colton z kolei poznał

go jako młodego mężczyznę. Drugą taką nietypową sprawą było poronienie jego matki na kilka miesięcy przed jego narodzinami, o której małżeństwo nikomu nie mówiło. Nawet własnym rodzicom. Okazało się, że chłopiec poznał dziewczynkę niezwykle podobną do matki, ale bez imienia, gdyż rodzice jej go nie nadali. Była to jego siostrzyczka. Wydarzenie to sprawiło, że rodzice w końcu mu uwierzyli. Ciekawostką jest to, że będąc w szpitalu z ojcem rozpoznał misia trzymanego przez jedną z par i podążając za nim doszedł do jednego dziecka, które miało nowotwór i pocieźródło: www.nadnaturalnie.pl

59


źródło: www.nbcchicago.com

szając je powiedział, że nie musi się niczego bać. A co z samym Niebem? Opisał je jako podobne do ziemi, ale znacznie doskonalsze, gdzie wszędzie było bardzo wiele kolorów nie możliwych do opisania. Zgadzało się to z wizjami Akiane. Będąc w szpitalu widział ogromną liczbę aniołów - jednak od razu określił, że wcale tak nie wyglądają. Co do Jezusa to był ubrany w togę oraz miał znaczniki - tak nazwał rany Chrystusa. Gdy ojciec pokazywał Coltonowi wyobrażenia Jezusa w albumie ten nie rozpoznał ani jednego.

Zamarł dopiero, gdy ojciec pokazał mu obraz z początku tego wpisu i stwierdził, że wyglądał dokładnie tak. Nawet nietypowy jak dla Judejczyka kolor oczu się zgadzał. Tutaj właśnie leży nierozerwalność wizji tej dwójki dzieci - Litwinki i Amerykanina. CO MI TO DAJE? Uwielbiam historie ludzi, którzy się nawrócili. Zawsze przeżywam również wizje osób, które pojawiają się często. Jest to w pewnym stopniu współodczuwanie. Jednak zdaje mi się, że nie jest typowe, ponie-

waż czuję się wtedy jako część tego. Potrafię niekiedy nawet opowiedzieć historię trochę dalej pomimo tego, że nierzadko słyszę ją bądź czytam po raz pierwszy. Dziwne - może kiedyś się dowiem co to oznacza. Takie zdarzenia umacniają mnie w tej drodze, którą wybrałem świadomie sam. Nie wywodzę się bowiem z rodziny praktykującej. Tym bardziej modlącej się. Widzę wtedy, że nie jestem sam. Bóg jest żywy i istnieje. Działa i oczekuje na nas jak na swoje dzieci.

WIĘCEJ NA: WWW.MOWIECI.BLOGSPOT.COM

60


61


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 62

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

63


Jutra może nie być

NOWOŚĆ

R

64

Małgorzata Różycka

N

ajpiękniejszych filmów o miłości było sporo, dlatego z pewnym dystansem kupiłam bilet na „Chemię” Bartka Prokopowicza. Ale ciekawość, a może nieuświadomiona potrzeba wzruszeń, wygrała i poszłam. Nie sądziłam, że potrafię jeszcze uronić w kinie łzę, a tymczasem przez większość seansu ściskałam w dłoni paczkę chusteczek, z której co chwilę ubywała kolejna. Ten film ma w sobie to „coś”. A nawet coś więcej. „Chemia” to opowieść w jakiś sposób autobiograficzna, ponieważ film został zainspirowany autentycznymi wydarzeniami z życia Bartosza Prokopowicza i jego żony Magdaleny, założycielki Fundacji Rak’n’Roll. Reżyser opowiada historię dwojga młodych ludzi, którzy spotykają się na parkingu zupełnie „przypadkiem”. Lena rzuciła właśnie w bar-

eklamuje go hasło „Najpiękniejszy polski film o miłości”. Brzmi trochę banalnie, ale tak jest naprawdę. A do tego to najbarwniejszy film o życiu i walce o każdą jego sekundę. Pozycja obowiązkowa, zwłaszcza dla jesiennych malkontentów.

Twórcy filmu zdecydowali się na nowatorski zabieg: co jakiś pojawia się między bohaterami wokalistka, której aktorzy nie widzą, a jej zadaniem jest niejako komentowanie poprzez śpiew wydarzeń na ekranie

dzo widowiskowy sposób pracę w korporacji, a Benek stracił stanowisko. Oboje nie mają nic do stracenia, więc wyjeżdżają na wariacką wyprawę nad morze. Po powrocie wyznają sobie miłość na cmentarzu i wtedy okazuje się, że jest jeszcze ten trzeci – rak. Lena choruje bowiem na nowotwór piersi. Odtąd ich wspólne życie staje się walką z cho-

robą, upływającym czasem i ludzką bezsilnością w obliczu granicznych sytuacji. Twórcy „Chemii” fundują widzowi porządną huśtawkę emocji, co na początku wciąga w wartki nurt akcji, potem jednak trudno za nią nadążyć. Są momenty, w których napięcie staje się niemal nie do wytrzymania. Specyficzny styl – łączący różne gatunki, łącznie z animacją i teledyskiem – może tyleż samo się podobać, co przyprawić o ból głowy. Mimo to Bartoszowi Prokopowiczowi na pewno udało się opowiedzieć w nowatorski sposób o chorobie, z którą niewielu twórców chce się mierzyć na ekranie. „Chemii” daleko do emocjonalnej pornografii, cukierkowych opowieści o pseudoherosach oraz siermiężnego dramatu. Film jest ponadto barwny, ponieważ zlepia ze sobą różne dziwne elementy – dokład-


nie jak prawdziwe życie, co czyni go dodatkowo autentycznym. Slogan „wszystko będzie dobrze” nie ma tu prawa bytu. Jest tylko wielka miłość w cieniu raka. Tu i teraz, bo jutra może nie być… Odtwórcy głównych ról – Agnieszka Żulewicz oraz Tomasz Schuchardt - spisali się na medal. Niby sprawiają wrażenie trochę nieporadnych, może nawet zawstydzonych, mnie jednak oni przekonują. W końcu w rzeczywistości ludzie też tak mają, że nie zawsze wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Czasem trzeba też pokrzyczeć, pokłócić się, zrobić coś nienormalnego. Danuta Stenka – choć na drugim planie – niezmiennie doskonała w roli ironicznej lekarki. Na

szczególną uwagę zasługuje również Eryk Lubos jako ksiądz. Jest to doskonale zagrana, nietuzinkowa postać, tchnąca autentyzmem. Absolutna rewelacja! Muzyka w „Chemii” wywołuje ambiwalentne uczucia. Niby ładna, ale czasem za bardzo się narzuca. Twórcy filmu zdecydowali się na nowatorski zabieg: co jakiś pojawia się między bohaterami wokalistka, której aktorzy nie widzą, a jej zadaniem jest niejako komentowanie poprzez śpiew wydarzeń na ekranie. Mnie trudno było się z tym oswoić, choć wyobrażam sobie, że komuś może się to podobać. Za to za niewątpliwy atut filmu stanowią wybitne animacje przedstawiające rozwój

komórek nowotworowych – oryginalne, nieobsceniczne oraz bardzo ciekawe graficznie. Bardzo trafiony pomysł, zwłaszcza że jako przerywniki dają widzowi szansę złapania oddechu przed kolejną burzą emocji. Film z całą pewnością polecam. Nie jest lekki, ani specjalnie przyjemny. Ale za to przepiękny, tym bardziej, że reżyser opowiada w nim bardzo osobistą historię. Nie ma happy endu, bo „Chemia” to obraz autentycznego życia, który na długo zostaje w pamięci z przesłaniem: rób, co chcesz, bądź tylko w całym tym szaleństwie sobą, bo jutro tej szansy możesz już nie mieć. 

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

65


Zamieszkać na lotnisku? H

FILM

Michał Musiał

66

D

zieło produkcji znanego wszystkim Stevena Spielberga (a jeśli ktoś nie zna, to powinien zacząć się wstydzić właśnie w tym momencie), odpowiedzialnego za wiele innych produkcji wartych polecania, takich jak: Lista Schindlera, Szeregowiec Ryan, czy mój ulubiony Park Jurajski, ale także za recenzowane już przeze mnie kiedyś kino drogi – Pojedynek na szosie. A w tej recenzji chodzi oczywiście o film Terminal, który swoją premierę miał w 2004 roku. Dlaczego ta historia wydaje się być niesamowita? Główny bohater to Viktor Navorski, który przyleciał do Nowego Jorku (konkretnie na Międzynarodowe Lotnisko im. Johna F. Kennediego) z Europy Wschodniej, a dokładnie z Krakozji. Warto zaznaczyć, że takie państwo nie istnieje, żeby

istoria tak niesamowita, że na pierwszy rzut oka z całą pewnością stwierdzić można jej nieprawdziwość. Tak, to komedia romantyczna. Ale czy to powinno nam przeszkadzać i zmuszać od razu do krytyki? Wszak warto czasami obejrzeć coś, co sprawi, że odzyskamy wiarę w bliźnich i wartość danego słowa.

Film zwraca naszą uwagę na wartość danego słowa, na to jak powinniśmy do tego podchodzić, mimo, że jak widać kosztuje nas to często bardzo wiele. To szczególnie sprawiło, że film mi się spodobał

komuś nie przyszło do głowy szukanie go na mapie, bo mogłoby się okazać, że spędziłby nad nią długie godziny a i tak nic by nie znalazł. Spotkałem się z teorią, że Spielberg wymyślił tę nazwę na podstawie naszego kochanego miasta Krakowa, które mu się spodobało. Czyli Krakozja to fikcyjne państwo w Europie Środkowo – Wchodniej.

Viktor po przylocie dowiaduje się, że w jego ojczyźnie miał miejsce zamach stanu, przez co Amerykańskie władze nie chcą wpuścić go do miasta, nie uznając jego paszportu. Automatycznie miejscem jego pobytu staje się hala terminalu, bo nie chce on wracać do ojczyzny ze względu na pewną wiążącą obietnicę, którą złożył bliskiej osobie będącej na łożu śmierci. Niektórzy zapewne patrząc oglądając Terminal będą mieli wrażenie, że główny bohater w każdej chwili może uciec z przed kamery, bo wciela się w niego Tom Hanks znany z uwielbianego przez wszystkich Forresta Gumpa. Z resztą i w tej roli wcale nie mało się nabiega, tylko, że tym razem po tytułowym terminalu. Gdy Viktor dowiaduje się, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia postanawia poczekać, aż do


źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

skutku, obietnica to obietnica, zaczyna organizować sobie życie w tym dużym budynku, no bo żyć jakoś trzeba, później okazuje się, że nawet prace znaleźć tam całkiem łatwo. Szybko trafia na zaciekłego wroga, który za wszelką cenę stara się wyrzucić go z terminalu, ale w dosyć sprytny sposób za każdym razem udaje mu się z tego wybrnąć. Pierwszym problemem okazuje być oczywiście brak pieniędzy i nieznajomość angielskiego ale jak będziemy mieli okazje zobaczyć Viktor bardzo szybko się uczy, aż można by z dumą pomyśleć, że faktycznie ma jakieś Polskie korzenie. Zaczyna się jego dosyć długa droga do osiągnięcia celu, po drodze spotyka wielu wspaniałych, choć niekiedy nieufnych i podejrzliwych ludzi – pracowników terminalu. Nie obędzie się także bez wąt-

ków miłosnych pomiędzy postaciami drugoplanowymi. Na pierwszym planie również pojawi się kobieta. Co by to była za komedia romantyczna gdyby się nie pojawiła?! I oczywiście całkowicie przypadkiem jej ścieżka skrzyżuje się z ścieżką Viktora, co stanie się od tego momentu jednym z ważniejszych wątków w tym filmie. Odkładając na bok wątek związany z fabułą, chciałbym się skupić na przesłaniu tej produkcji. Film zwraca naszą uwagę na wartość danego słowa, na to jak powinniśmy do tego podchodzić, mimo, że jak widać kosztuje nas to często bardzo wiele. To szczególnie sprawiło, że film mi się spodobał, tak samo jak przesłanie wynikające z historii późniejszej wybranki serca Viktora związane z tym, że czasami musimy mieć odwagę, żeby

porzucić relacje do których jesteśmy przyzwyczajeni i zwyczajnie oszukujemy się, że coś z tego będzie, mimo tego, że wszystko wskazuje na to, że jesteśmy zwyczajnie wykorzystywani. Może szukam tutaj czegoś trochę na siłę, jednak uważam, że każdy film niesie ze sobą jakąś mniej lub bardziej wartościową treść, a tu jestem wstanie zauważyć tą lepszą. Jak wiadomo interpretacji jest tyle, ilu oglądających, więc może i Ty odkryjesz coś nowego. Zachęcam Drogi Czytelniku do zapoznania się z produkcją, jeśli chcesz miło spędzić wieczór i poznać więcej szczegółów z historii Viktora, zarezerwuj sobie jednak trochę więcej czasu, ponieważ film trwa ponad dwie godziny, ale zapewniam, że nie będziesz żałować. 

67


“Peregrinus” “B W KSIĄŻKA

yło kiedyś w pewnym mieście wielkie poruszenie, ystawiano niesłychanie piękne przedstawienie, Wszyscy dobrze się bawili, chociaż był wyjątek.”

68

Emilia Ciuła

T

ak śpiewał Marek Grechuta w jednym ze swoich utworów. Jednak oglądając megawidowisko “Peregrinus” nie mogę zgodzić się z ostatnią linijką tekstu tej piosenki. 16 października w Katowickim Spodku, wszyscy z zapartym tchem oglądali owoc ciężkiej pracy aktorów, zespołów i muzyków. Historia o Górnym Śląsku nie była kolejną nudną lekcją historii, jaką prawie każdy pamięta ze szkolnych czasów, ale interesującą opowieścią o ludziach, rozwoju miasta i wierze w Boga, który nigdy nie opuszcza w niedoli. Megawidowisko “Peregrinus” oparte było na kolejno następujących po sobie 13 historiach, które związane były z przeszłością Górnego Śląska. Mnie najbardziej podobały się dwie sceny. Pierwszą z nich, był epizod poświęcony tragedii obozów koncentra-

Rozglądając się po wielkiej sali zauważyłam, że nie tylko ja ukradkiem wycierałam łzy. Również aktorzy, którzy bardzo wczuli się w rolę, byli przerażeni tym, co się dzieje. Weszli w skórę uciemiężonych osób.

cyjnych w czasie II Wojny Światowej, natomiast drugą “Tragedia Górnego Śląska” opisująca deportację Ślązaków na Sybir. Rozglądając się po wielkiej sali zauważyłam, że nie tylko ja ukradkiem wycierałam łzy. Również aktorzy, którzy bardzo wczuli się w rolę, byli przerażeni tym, co się dzieje. Weszli w skórę uciemiężonych osób. Jak wspomina jeden z aktorów

Jakub Kopyciok: “Co do samej gry, na próbach różnie to bywało. Nie wszyscy wczuwali się w daną scenę, ale na samym przedstawieniu każdy potrafił zbudować atmosferę i nie było problemu z odgrywaniem roli. (...) Po samym spektaklu dowiedziałem się że dziewczyny wcale nie udawały płaczu, cała ta otoczka i atmosfera przerażenia zrobiła swoje i po prostu płakały ze strachu i bezsilności. Na szczęście po widowisku wszyscy się z tego śmialiśmy i obiecaliśmy, że nie będziemy już się wrzucać do pieca”. Nastrój budowała również cudowna piosenka śpiewana przez Grażynę Styś. Były to fragmenty z Księgi Daniela - “Pieśń trzech młodzieńców”- mówiąca o tym, że cały świat błogosławi Pana. Tak samo jak męczennicy wysłani do obozu koncentracyjnego błogosławili Pana w niedoli.


źródło: okładka książki / materiały dystrybutora

Przedstawienie wyszło idealnie. Nie byłoby tak, gdyby nie wcześniejsza ciężka praca aktorów, którzy od tygodni przyjeżdżali na próby, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Jak mówi Kuba: “Próby do “Peregrinusa” były bardzo intensywne, ponieważ zaczęliśmy dwa miesiące przed spektaklem. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu i przez dwie godziny pracowaliśmy nad kolejnymi scenami. Ten spektakl wymagał od nas dużo więcej świadomości własnego ciała niż musical Jonasz. W musicalu można było zamaskować pomyłkę kolejnym krokiem, tutaj cały czas trzeba było kontrolować swoje ciało i wyraz twarzy. Rozgrzewki prowadziła aktorka „Teatru A” Małgorzata Grund. Były one bardzo wymagające, ale pozwoliły poznać nam swoje możliwości i przesunąć ich granice. Po rozgrzewce reżyser Leszek Styś przed-

stawiał nam tło historyczne danej sceny, abyśmy mogli lepiej wczuć się w role. Następnie do upadłego ćwiczyliśmy nowe kroki i zachowania. Mieliśmy też okazję znowu spotkać Pana Henryka Konwińskiego (choreografa megawidowiska) i trenować pod jego czujnym okiem scenę ucieczki ze Śląska. Pomimo wysiłku i zmęczenia próby przebiegały w atmosferze radości i śmiechów, które trzeba było uciszać żeby coś powiedzieć”. A jak aktor odebrał sam przebieg przedstawienia? “Emocje jak zwykle duże - stres podekscytowanie, radość. Przed samym spektaklem bieganina, nerwy bo o czymś zapomniano, bo coś nie działa, bo za wcześnie wchodzimy. Wszyscy stają na głowie i starają się ogarnąć chaos, a potem chwila ciszy błysk reflektorów i zaczęło się. Ruszyła maszyna i sceny lecą jedna za drugą. Na koniec brawa

i wszyscy budzą się ze snu i pytają czy to już koniec, czy naprawdę wszystko się udało? Tak to jest jak się pracuje z młodzieżą. Na próbach rozgadani, rozleźli, ale na samym przedstawieniu dają z siebie 200% i wszystko działa jak w zegarku (...) Sam spektakl minął mi niesamowicie szybko.1,5h przeleciało jak z bicza strzelił, może dlatego, że brałem udział w większości scen i nie było za bardzo czasu na zastanawianie się nad spektaklem. Po prostu grało się to czego nauczyliśmy się na próbach”. Ze swojej strony mogę jedynie powiedzieć, że rezultat był oszałamiający i już nie mogę doczekać się kolejnego megawidowiska jakie sprezentują aktorzy w Spodku. Ciężko będzie im pobić wrażenia jakie wywarł na mnie “Peregrinus”, ale wierzę w to, że im się to uda. 

69


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 70

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 71


Ryzyko czy bezpieczeństwo?

REFLEKSJE

J

72

Michał Musiał

Z

czym wiąże się ryzyko? Z wybieraniem tego, co nie jest nam znane, czego w jakiś sposób obawiamy się (co jest z resztą zupełnie naturalne, dobrze jeśli się boimy, to znaczy, że mamy zdrowe podejście do pewnych rzeczy) ale może przynieść większą korzyść, niż to co już w jakiś sposób jest przez nas poznane. Takim wyborem jest na przykład wyprowadzenie się z domu na studia do innego, nieznanego miasta. Jak często bywa tak, że przyjeżdżając gdzieś nie znamy nikogo? Ale po jakimś czasie, jeśli się już zaaklimatyzujemy w nowym miejscu i dobrze to wykorzystamy, to ile mamy z tego korzyści! Nieskończona liczba miejsc do odkrycia, nieskończona liczba nowych ludzi do poznania, no i nieskończona liczba możliwości rozwoju osobistego związanego nie tylko z edukacją ale i rozwojem osobistym.

ak często Drogi Czytelniku zdarza Ci się ryzykować w podejmowaniu ważnych i tych mniej ważnych decyzji życiowych? A jak często wybierasz po prostu tą bezpieczną opcję? Coś co jest już Ci znane, na czym się na pewno nie zawiedziesz. I nie mam tu na myśli nieznanego Ci wcześniej składnika na pizzy, czy nowego smaku chipsów. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o ryzykowaniu, to zapraszam do przeczytania moich przemyśleń.

Nasze istnienie tu i teraz jest bardziej jak sinusoida niż jak nudna prosta. Ale ktoś mógłby nie zgodzić się i powiedzieć – No dobrze, a co jeśli upadnę? Odpowiadam – Co z tego?

Ale czy chodzi tylko ryzykowanie związane z przeprowadzką? Oczywiście, że nie. Powinno to dotyczyć szczególnie relacji z innymi ludźmi. I nie chodzi tu o jakąś przesadną ufność, ale o otwartość na drugiego człowieka, nie zakładanie z góry, że z jego strony może spotkać nas jakaś krzywda. Tylko, żeby nie przyszło komuś do głowy, że mam na myśli sytuację, gdzie zapraszamy do domu na herbatę pierwszą lepszą osobę z ulicy i opowiadamy jej swoją ży-

ciową historię. O nie. Chodzi o pielęgnowanie starych znajomości i poznawanie nowych ludzi, chociaż oczywiście zawsze należy pamiętać o zdrowym rozsądku. Warto mieć wielu przyjaciół, lub chociaż dobrych znajomych, a będąc zamkniętym trudno będzie takich zdobyć. Wydaje mi się, że ryzykować trzeba też w miłości (a może nawet przede wszystkim!), robiąc to oczywiście w sposób mądry z odpowiednimi osobami. Nie ważne, że czasami to zaboli, bo porażki są częścią naszej codziennej egzystencji, należy się z nimi pogodzić, a co najważniejsze popracować nad tym, żeby nie wpływały na nas w sposób negatywny. Wręcz przeciwnie! Powinny nas uczyć jak postępować w przyszłości. Porażki są dla nas ludzi tak samo ważne jak sukces, bo za każdym razem podchodząc do nich we właściwy sposób stajemy się nowymi,


lepszymi ludźmi. Jestem święcie przekonany, że prawdziwą miłość można poznać tylko i wyłącznie ryzykując. Tą ludzką i tą związaną z Panem Bogiem. Wiara, to też w pewnym sensie ryzyko, więc jeśli wierzysz, to brawo, już całkiem niezły ryzykant z Ciebie. A co z karierą zawodową? Tu dopiero mamy pole do popisu. Po pierwsze należy w sposób jasny określić swoje możliwości, umiejętności, chęci i motywację, a mając takie podstawy tu dopiero zaczyna się pole do popisu związane z ryzykiem. Nie chodzi tu oczywiście o sytuację, że z dnia na dzień rzucamy pracę będąc święcie przekonani, że nie minie więcej niż tydzień a my dostaniemy nową posadę z dwa razy wyższą pensją. To by była głupota, a nie ryzyko. Ryzykiem jest wewnętrzne przełamanie się i nieustanne próby zdobycia czegoś więcej. Zabicie w sobie strachu związanego z jakże demotywującym słowem ”nie”. Od wielu praco-

dawców to usłyszymy, ale któryś w końcu powie ”tak”, doceni nas i da nam większe możliwości. Czy ryzykować można tylko w młodości? Oczywiście, że nie! Ryzykować trzeba przez całe, życie, bo tkwiąc w tej strefie bezpieczeństwa którą tak często tworzymy wokół siebie wiele tracimy, można wręcz powiedzieć, że na własne życzenie rezygnujemy z wielu pięknych rzeczy. Nasze życie nigdy nie było stabilne, czy to 2 tysiące lat temu, czy 100 lat temu i nigdy nie będzie stabilne. Właśnie ta niestabilność doprowadziła wielu ludzi do szczęścia i sukcesu. Bezpieczeństwo o ile w niektórych sytuacjach jest jak najbardziej wskazane, to najczęściej nie wprowadza niczego nowego, często sprawia, że tkwimy w czymś co niszczy nas od środka i tu można zadać by pytanie na który każdy powinien sam sobie odpowiedzieć, a mianowicie – czy stagnacja jest dobra? Przecież nasze ist-

nienie tu i teraz jest bardziej jak sinusoida niż jak nudna prosta. Ale ktoś mógłby nie zgodzić się i powiedzieć – No dobrze, a co jeśli upadnę? Odpowiadam – Co z tego? To chwilę poleżysz, a potem wstaniesz i będziesz próbował od nowa, aż do skutku. Co więcej bezpieczeństwo sprawia, że stajemy się obojętni, obce są nam nowe doświadczenia, a czy nie jest tak, że aby żyć w pełni, to trzeba życia w pełni doświadczać? Doświadczać właśnie przez ryzyko, próby udane i nie udane, przez porażki które sprawią, że upadniemy na kolana, ale które jednocześnie później popchną nas do zrobienia czegoś więcej i nauczą nas niezbędnej ostrożności, dadzą nam doświadczenie i mądrość. Zachęcam Cię Drogi Czytelniku do własnych rozważań na ten temat, może akurat zaryzykujesz w sprawie która od dawna nie daje Ci spokoju?  źródło: www.pixabay.com

73


Kto to jest student?

REFLEKSJE

JK

74

Emilia Ciuła

S

łuchając wypowiedzi kolegów, którzy wspominają swoje studenckie czasy, pierwszą rzeczą o jakiej mówią jest rodzinny dom, z którego wiozło się plecak po brzegi wypełniony słoikami na cały tydzień. Żadna mama przecież nie wypuściłaby swojego ukochanego dziecka bez dodatkowej porcji bigosu czy pierogów, które można zamrozić. Mimo stereotypów, zupki chińskie spożywane są przez uczniów wyższych uczelni bardzo rzadko, natomiast częstym zjawiskiem jest tak zwane „skąpstwo”. Aby przeżyć, cały miesiąc trzeba żyć oszczędnie. Od czasu do czasu, w przerwie między jedną sesją a drugą, można pozwolić sobie na chwile szaleństwa. Niektórzy myślą, że te zabawy trwają cały studencki czas, co nie zawsze idzie w parze z prawdą.

ak dobrze zakończyć studenckie wakacje (nawet będąc licealistą)? Wybrać się na dwa tygodnie na resy z misją specjalną! Bus do marzeń wrócił z 2. europejskiej wyprawy. Na Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie wykrzyczeli głośno, że widzimy się w Krakowie.

Studenci od innych ludzi różnią zachowaniem, ubiorem (...). Ubierają się bardziej młodzieżowo niż tacy ludzie z teatru, a po drugie jak się zachowują to studenci są bardziej naturalni niż jacyś tam teatrolodzy czy kine...matografii.

Wszystkie stereotypy, również te o studentach, często są krzywdzące i przekazywane młodszym pokoleniom, więc jako ekspertów wybrałam dzieci, które w prosty sposób potrafią opowiedzieć dosłownie o wszystkim. A co odpowiedziały maluchy, którym zadano py-

tanie – kto to jest student? Jako materiału do swoich badań użyłam nagrania zamieszczonego na jednej ze stron internetowych. Dodatkowo wykorzystałam możliwość samodzielnego przepytania maluchów o tajemniczą postać, jaką jest „student”. Odpowiedzi zarówno przedszkolaków, jak i uczniów szkół podstawowych, były niezwykle zaskakujące. Oddaje głos dzieciakom. Na nagraniu jedna z dziewczynek udzieliła takiej odpowiedzi – Student jest to taki człowiek, który regularnie wykręca żarówki nie ze swoich pięter. Dzieci często przejmują wiedzę swoich opiekunów. Powtarzają to, co podsłuchały, a co najważniejsze – traktują zdanie rodziców jako jedyną prawdę. Pewien chłopiec stwierdził, że student to człowiek, któremu nie chce się pracować, ponieważ


źródło: www.pixabay.com

udaje, że się uczy. Zapytany, dlaczego tak myśli, odpowiedział, że jego tata jest wykładowcą. Kolejnym pytaniem zadanym przez dziennikarkę było – czym student różni się od innych ludzi? Jako pierwszy do odpowiedzi wyrwał się jeden z chłopców – Studenci od innych ludzi różnią zachowaniem, ubiorem (...). Ubierają się bardziej młodzieżowo niż tacy ludzie z teatru, a po drugie jak się zachowują to studenci są bardziej naturalni niż

jacyś tam teatrolodzy czy kine...matografii. Dzieci okres studiów kojarzą też z ogromną ilością wolnego czasu, który młodzi ludzie wykorzystują na chodzenie na wszelakiego typu „imprezy”. Najczęściej można ich znaleźć w dyskotekach. Według nich spotkania odbywające się w wynajmowanych mieszkaniach często wymykają się spod kontroli, czego objawem są wyrzucane przez studentów przez okno wszelkiego rodzaju przedmioty, takie jak: szklanki, pomidory,

a nawet jajka. Po czym poznać takiego studenta? Jedna z dziewczynek odpowiedziała – Po tym, że jest taki bardziej rozerwany, młodzieżowy bardziej. Mimo wszystko nie jest tak źle! Dzieci zauważają też pewną dobrą cechę studentów, jaką jest pęd do zdobywania wiedzy. Kojarzą ich z ludźmi z zawsze przewieszoną przez ramię torbą, w której znajdzie się wiele książek i z wiecznym zabieganiem („wpadnie pod samochód i nawet nie zauważy”).

75


Uwaga drogie panie, a teraz coś dla was! Otóż dzieci stwierdziły, że młode studentki lubią się „stroić na twarzy”, pudrować i kremować. Powodem tego nie jest lepsze samopoczucie, a chęć upolowania męża – drugiego studenta.Często te małżeństwa nie trwają długo ponieważ, jak mówią maluchy, zdarza się, że „student bije żonę”. A do czego studentowi taka żona? Po pierwsze, ponieważ chce mieć dzieci, a po drugie: – No... żeby żona uprała, dała jedzenie, bo studentom bardzo często nie chce się gotować albo prać. Jest jeszcze trzeci powód. Studenci „czasami żenią się tylko dla hecy”. Takie były odpowiedzi tych starszych

76

dzieci. To samo pytanie zadałam maluchom. Średnia wieku wynosiła 4 lata. Ich odpowiedzi bardzo mnie zdziwiły, ponieważ wszystkie dzieci mieszkają w pełnym studentów Krakowie. Jednak tylko trzy z nich wiedziały, kto to jest student. Jedną z nich była 2-letnia dziewczynka – najmłodsze z przepytanych przeze mnie dzieci. Odpowiedziała, że student to mama, ponieważ ciągle się uczy i nie ma czasu się bawić. Marysia (4) – Student robi zadania i ciągle jeździ na studiach. Jak będę duża zastanowię się kim chciałabym być. Za to Krzyś (8) odpowiedział, że student to „wyższy uczeń” i sam chciałby studiować archeologię. Skoro reszta maluchów nie znała odpowiedzi, zapytałam


o coś innego – kim chcieliby zostać jak dorosną? Oczywiście w wypowiedziach dziewczynek przeważały fryzjerki i piosenkarki. Chłopiec (w wieku 4 lat) w przebraniu Kapitana Ameryki stwierdził, że gdy dorośnie chciałby być Spidermanem. Jego brat ewentualnie mógłby zostać Kapitanem Ameryką i razem walczyliby „z Wulkanem złym”. 6-letnia Wiktoria chciałaby zostać podróżniczą. Bardzo lubi zwierzęta, a według niej w szkołach dla podróżników uczy się uciekać przed lwem. Czym byłoby dzieciństwo bez zabawy? Dla maluchów zabawa jest całym światem, dlatego 3-letnia Zosia chciałaby do końca

życia się bawić, nic więcej. Dzieci często zaskakują swoją wszechstronną wiedzą. Wypowiadają się nawet wtedy, gdy kompletnie nie wiedzą, o co chodzi. Momentami wychodzą z tego bardzo zabawne rzeczy. Ich wiara w to, że podawane przez nich odpowiedzi są trafne jest zadziwiająca, a wielu studentów chciałoby mieć chociaż odrobinę tej odwagi podczas egzaminów ustnych. Nagranie wykorzystane w artykule znajduje się pod poniższym adresem: https://www.youtube.com/ watch?v=csl28VvtoJs 

źródło: www.pixabay.com

77


Unia brzeska

HISTORIA

N

78

Krzysztof Małek

D

otychczas ma ona swych przeciwników wśród ukraińskiego społeczeństwa – tzw. dyzunitów jak również w przeszłości wśród kapłanów i ludności świeckiej obrządku łacińskiego. Oceniana jest różnie wśród badaczy, jednak obecnie nie stanowi przeszkody w kontaktach z cerkwią ani pomiędzy wyznawcami katolicyzmu i prawosławia. Przyczyn unii jest wiele. Pierwszą z nich może być polityczna. Mianowicie pozycja prawosławnego kościoła jak i jego wyznawców w Rzeczypospolitej. Wschodni chrześcijanie byli od pierwszego momentu pojawienia się w historii państwa (podbicie Rusi Czerwonej) dyskryminowani. Nie wolno im było decydować o obsadzaniu swoich biskupstw, patriarcha Konstantynopola, który miał nad nimi zwierzchnictwo nie mógł nic

ierzadko spotykana w świecie katolickim unia pomiędzy kościołami zachodnim i wschodnim dokonała się w Rzeczpospolitej Obojga Narodów w Brześciu roku 1596. Cechuje się ona, do dnia dzisiejszego, przejęciem przez prawosławnych wyznawców i duchowieństwo zamieszkałych ww. tereny zwierzchnictwa papieża nad Kościołem, dogmatów wspólnoty zachodniej przy jednoczesnym zachowaniu bizantyjskiego rytu liturgicznego.

Przyczyną religijną jest konflikt między patriarchą moskiewskim, a prawosławiem na obszarze Obojga Narodów. Konflikt pojawił się wtedy, gdy hierarchia została przeniesiona z Kijowa.

zdziałać, bo o tym kto zasiadał na cerkiewnym tronie biskupim decydował polski władca. Szlachta prawosławna również nie znajdowała się w lepszym położeniu, ponieważ nie mieli praw – choć byli społeczeństwem (tylko szlachta to naród). Nie mogli sprawować urzędów, remontować ani budować nowych cerkwi, małżeństwa katolicko – prawosławne nie były uznawane oraz istniał zakaz prawny chrztu dzieci z takiego związku. Sytuacja

zmieniła się dopiero, gdy do władzy doszedł Władysław Warneńczyk. Zrównał on naród katolicki z prawosławnym, biskupi mogli sprawować swoją władzę zgodnie z własnym rytem problem pozostał w kwestii mieszczańskiej, ponieważ nie mogli podejmować urzędów miejskich. Jednak sprawiedliwość historyczna nakazuje zwrócić uwagę, że ww. prawa nie były tak do końca przestrzegane. Przyczyną religijną jest konflikt między patriarchą moskiewskim, a prawosławiem na obszarze Obojga Narodów. Konflikt pojawił się wtedy, gdy hierarchia została przeniesiona z Kijowa. Wtedy bowiem decyzje z Moskwy miały nie tylko wymiar religijny, ale i polityczny. Wzywał on do dezaprobaty wobec decyzji króla, jak np. wprowadzenie kalendarza gregoriańskiego. Kolejną sprawą na tle religij-


źródło: www.wikipedia.org

nym jest spadek znaczenia patriarchatu konstantynopolitańskiego. Aby móc sprawować władzę musiał się opłacić sułtanowi tureckiemu w wyniku czego wprowadził na terenie cerkwi moskiewskiej opłatę za obejmowanie biskupstw. Wiele decyzji wówczas było nie do końca przestrzeganych i prawidłowo rozumianych przez episkopat prawosławny na terenie Rzeczypospolitej. Przygotowania do unii trwały około pięciu lat, podczas których ścierały się różne wizje przejścia na łono papieskie. Powodem było brak reformy cerkwi ruskiej i jej religijności. Przyszły one z zachodu wraz z jezuitami. Zakładali oni darmowe szkoły o wysokim poziomie nauczania, do których zaczęto z entuzjazmem posyłać młodzież prawosławną. Wypracowane wówczas przywileje zostały potwierdzone przez króla Zygmunta III Wazę i później prze papieża Klemensa VIII. Postanowienia polityczne są następujące: zrównanie duchowieństwa ruskiego i łacińskiego w prawach i przywilejach, ochrona episkopatu przed klątwą kościelną patriarchy,

zakaz wpuszczania do kraju wysłanników patriarchy w celu wykonywania jurysdykcji nad Cerkwią. Do administracyjnych zaliczyć należy: powołanie na biskupstwo tylko rodowitego Rusina, wybór przez króla za zgodą sejmu biskupa spośród czterech przedstawionych kandydatów, odprawianie nabożeństwa w cerkwiach w królewszczyznach zgodnie z wolą władz kościelnych, powrót bractw pod jurysdykcję biskupa. Natomiast gospodarcze to: rewindykacja majątków Cerkwi, zagarniętych przez władze świeckie, zakaz zamieniania cerkwi i monasterów ruskich na kościoły i klasztory łacińskie. W pierwszych latach rozbiorów badacze zajmujący się tą tematyką np. Walerian Kalinka pozytywnie odnosili się do unii. Przyczyną takiego stanu rzeczy był jej, choć niezamierzony, antyrosyjski charakter. Badacz ów twierdził, iż samo prawosławie nie wniosło nic nowego do historii, a jedynie służy do represji ze strony cara. Stanowisko całkowicie odmienne od przedstawionego prezentował Aleksander Bruckner, który był zwolen-

nikiem modnej w XIX wieku teorii głoszącej, że: był to wynik polityki religijnej króla Zygmunta III Wazy i jezuitów. Negatywny wizerunek unitów wzmógł się wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości, ponieważ byli oni nośnikami świadomości ukraińskiej i białoruskiej czego chcieli się wyzbyć Polscy włodarze. Z czasem zainteresowanie unitami malało czego przyczyną była coraz większa laicyzacja życia, później kolejna wojna i przeniesienie Polski w jej granice przed unią z Litwą i ziemie wcielone. Dalsze losy unii możemy obserwować współcześnie w sytuacji Kościoła na Ukrainie. Widzimy jak działa Cerkiew Rosyjska, jak próbuje się bronić Cerkiew Kijowska nieuznawana przez świat prawosławny. Grekokatolicy są przez obie postrzegane jako wróg. Podczas pierwszej pielgrzymki papieskiej dokonanej przez Jana Pawła II na ziemie rdzennie ruskie Ukrainy wywołało to lawinę protestów zarówno ze strony Moskwy i Ukrainy. Obecnie życie unitów nie należy do najlżejszych. 

WIĘCEJ NA: WWW.MOWIECI.BLOGSPOT.COM

79


80

Może coś Więcej nr 22 / 2015 (48)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o studenckim życiu

Może coś Więcej nr 22 / 2015 (48)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o studenckim życiu

Advertisement