Page 1

nr 20 (46) / 2015

28 września - 11 października

ISSN 2391-8535

Sztuka blisko Boga 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Sztuka blisko Boga

Rekolekcje

Rafał Growiec

Rafał Growiec

10 Polska na szlaku uchodźców? 14 Bezrobotny magister

SPIS TREŚCI

Beata Krzywda

16 Wymachiwanie szabelkami Mateusz Ponikwia

20 Wojnę wojną zwyciężaj Wojciech Urban

Felieton 24 O kościołach, które wyglądają jak kury Marcin Kożuszek

Myśli Niekontrolowane 26 Świeckie państwo vs Islam Maciej Puczkowski

2

32 Ars Sacra - kiedy zbliża do Boga?

48 Studencka Kuźna Charakteru Emilia Ciuła

36 Polskie miejsca nietypowe - carillony Beata Krzywda

38 Sacro Polo

Małgorzata Różycka

42 Architektura Sakralna Przedrozbiorowej Polski Kajetan Garbela


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Nowości

Refleksje

52 Niedocenieni

58 Najważniejsza jest motywacja

70 W sieci Friendzone

Anna Zemełka

Anna Zemełka

Emilia Ciuła

Film 62 Siedem dusz Michał Musiał

Książka 64 Listy niezapomniane Edyta Masełko

66 Pamiętnik z czasów wojny Rafał Growiec

3


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

REDAKTORZY: Emilia Ciuła

STOPKA REDAKCYJNA

Krzysztof Reszka Kajetan Garbela Małgorzata Różycka Rafał Growiec Wojciech Urban Beata Krzywda

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

4


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Marcin Kożuszek Łukasz Lubański Łukasz Łój

Edyta Masełko Michał Wilk Piotr Zemełka

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 5


6


7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Polska na szlaku uchodźców?

10

D Rafał Growiec

M

alte Henk opublikował na twitterze zdjęcie ulotki zdobytej na greckiej wyspie Kos z pytaniem-komentarzem: „Czy Polska będzie nowymi Węgrami?”. Jest ona napisana po arabsku, oznaczona datą 19 września. Proste strzałki wskazują nowy szlak, uwzględniający zamknięte i kontrolowane granice. Uchodźcy mają do wyboru albo krótki szlak zachodni (przez morze do Włoch), lub wschodni. Ten drugi jest bardziej wymagający: wiedzie okrężną drogą przez europejską część Turcji, brzegiem Morza Czarnego, przez Bułgarię, Rumunię, wreszcie na Ukrainę i przez Polskę. Znad Wisły strzałka wskazuje cel ostateczny, czyli Niemcy. Wyspa Kos znajduje się u wybrzeży Turcji (choć należy do Grecji), przez co stanowi najbliż-

ziennikarze Die Zeit weszli w posiadanie ulotki przedstawiającej nowy szlak, omijający zablokowane granice. Według tej instrukcji nowa droga do Niemiec i Szwecji wiedzie przez Ukrainę i Polskę.

Ulotka, jaką przedstawili dziennikarze die Zeit wymusza zastanowienie się nad pewnymi kwestiami. Przede wszystkim: kto ją zredagował? Być może to jednorazowa publikacja jakiegoś przemytnika ludzi, na tyle zorganizowanego, by zapewnić swoim „klientom” poczucie bezpieczeństwa.

szy Syrii skrawek unijnej ziemi. Podobną funkcję pełnią inne greckie wyspy na wschodzie Morza Egejskiego – Chios, Lesbos i Samos. Tam zgłaszają się proszący o azyl uchodźcy, których następnie przewozi się na kontynentalną część

kraju. Stamtąd ruszają w wędrówkę do bardziej stabilnych ekonomicznych krajów. KILKA PYTAŃ Ulotka, jaką przedstawili dziennikarze die Zeit wymusza zastanowienie się nad pewnymi kwestiami. Przede wszystkim: kto ją zredagował? Być może to jednorazowa publikacja jakiegoś przemytnika ludzi, na tyle zorganizowanego, by zapewnić swoim „klientom” poczucie bezpieczeństwa. Mógł je przygotować jakiś przebywający w Niemczech krewny imigrantów – wielu z nich nie ukrywa przecież, że jadą do rodziny. Zdjęcie na twitterze pokazuje tylko jedną stronę, w dodatku nie całą (na dole widać też zdjęcie satelitarne południowej granicy Węgier). Czy imigranci wiedzą przez jakie tereny wie-


dzie „szlak wschodni”? Na mapie zaznaczono nazwy wszystkich krajów – poza Ukrainą. Trudno mówić o braku miejsca na skraju obrazu – zmieściła się i nazwa mniejszej Białorusi czy Rosji (przy Obwodzie Kaliningradzkim). Być może istotne jest to, że Ukraina to jedyne państwo na domniemanej trasie, gdzie toczy się wojna. Czy możemy jeszcze wierzyć, że większość imigrantów to ludzie uciekający przed wojną? Polska, choć bezpieczna i w miarę bogata, nie jest ostatecznym celem podróży. Prawo międzynarodowe uznaje, że uchodźca powinien dotrzeć do pierwszego bezpiecznego miejsca i tam poprosić o azyl. Celem adresatów ulotki są Niemcy, gdzie funkcjonuje już spora

diaspora muzułmańska, do tego państwo zapewnia spore zasiłki. Ile zajmie ta podróż? Pamiętajmy, że zbliża się jesień, a tuż za nią zima. Czy imigranci są na nie przygotowani? Czy musimy już zacząć przygotowywać dla nich ciepłe koce i namioty? Co się stanie, gdy zamkną się kolejne granice? Jak zareaguje Ukraina, wycieńczona walkami na wschodzie? Czy pozwoli na swobodne przejście przez jakiś korytarz, by oszczędzić sobie problemów? Czy uszczelnienie zewnętrznych granic Unii zaplanowane na niedawnym szczycie spowoduje, że w Terespolu zetrą się imigranci ze wspólnymi siłami europejskimi, czy też nasi zachodni sąsiedzi zostawią nam „brudną robotę”?

KWESTIE WIZERUNKOWE Ostatnie pytanie jest szczególnie palące w obliczu ostatnich wydarzeń na spotkaniu unijnych ministrów spraw wewnętrznych. Polska wyłamała się z Grupy Wyszehradzkiej, wchodząc w narrację niemiecko-francuską. Dla Czechów, Słowaków i Węgrów jesteśmy zdrajcami, co widać nie tylko po bardziej stonowanych komentarzach polityków i prasy, jak i po bardziej żywiołowych i emocjonalnych komentarzach internetowych. Co jeśli dla Niemców będziemy „drugimi Węgrami”? Teoretycznie postanowienia ze spotkania szefów MSW państw członkowskich Unii gwarantuje, że naszych granic będą strzec także Niemcy czy Francuzi. Czy źródło: www.wiadomości.onet.pl

11


będą to tylko funkcjonariusze od sprawdzania paszportów? Czy wesprą nas także wtedy, gdy zniecierpliwiony uchodźca chwyci kamień i potrzeba będzie użyć armatki wodnej? Jak dotąd solidarność europejska nakazała Niemcom potępiać Węgry Orbana za sprzeciw wobec fali uchodźców i siłowe próby zatrzymania tej nowej wędrówki ludów (samemu stosując podobne metody – np. blokowanie granic). Jeśli u naszych drzwi stanie grupa uciekinierów z Afryki i Bliskiego Wschodu będziemy między młotem

a kowadłem: albo wpuścimy ich, narażając się na przykre konsekwencje ich przemarszu, albo spróbujemy ich potraktować tak, jak zakłada Bruksela. Wszelkie próby weryfikacji tożsamości są torpedowane przez imigrantów – wierzą oni, że po ustaleniu miejsca pochodzenia zostaną odesłani do domu. Nie jest też łatwo sprawdzić, kto ucieka przed wojną a kto szuka lepszego życia za niemiecki zasiłek. Problemu nastręcza też weryfikacja potencjalnych terrorystów, mogących chcieć ukryć się w tłumie. Uchodźcy pojawią się u

nas prędzej czy później – albo z powodu kwotowych przydziałów z Brukseli, albo w formie grup maszerujących trasą E40 na zachód. Już teraz trzeba rozpocząć przygotowania do ich mniej lub bardziej pokojowego przyjęcia. 

źródło: www.pixabay.com

12


13


WYDARZENIA I OPINIE

Bezrobotny magister

14

R

ynek pracy w Polsce może nie wyglądać na pierwszy rzut oka zbyt kolorowo. Jakie są powody takiego stanu rzeczy? W dużej mierze przyczynia się do tego nadprodukcja absolwentów studiów wyższych.

Beata Krzywda

C

zy naprawdę w dzisiejszych czasach potrzeba nam tysięcy wykształconych z „mgr” przed nazwiskiem? Mam nieodparte wrażenie, że wręcz przeciwnie – brakuje w Polsce specjalistów. Nie opieram się, rzecz jasna, jedynie na swoich wrażeniach, ale na tym, co pokazują wykresy, statystyki, a także przeglądając oferty pracy, widzę, kogo firmy szukają najczęściej. Analizując rynek pracy w Polsce, cięgle widzę setki ofert pracy dla fryzjerów, kosmetyczek, stolarzy, budowlańców czy innego rodzaju rzemieślników. Ludzie z takim wykształceniem mogą znaleźć pracę praktycznie od ręki, a ich zarobki wcale nie odbiegają od normy i jest to praca, która pozwala na stabilne życie. Co więcej – w czasach, w których ludzie coraz częściej chcą dbać o siebie, praca na stanowisku kosmetyczki czy

Coraz więcej młodych ludzi kieruje się właśnie do techników, które trwają tylko rok dłużej niż licea ogólnokształcące, ale w zamian za to zaraz po ukończeniu takiej szkoły uczniowie mają w ręce swój zawód.

fryzjerki może okazać się bardzo dochodowa. W praktyce mamy bowiem produkcję licealistów, którzy ze średnim wykształceniem nie mają raczej szans na pracę w ciekawym miejscu, a w związku z tym są w pewnym sensie zmuszeni do pójścia na studia. Tym sposobem „tracą” trzy, a później często kolejne dwa lata, by ostatecznie uzyskać nowy papierek potwierdza-

jący bycie magistrem. Zadowolony z dobrych wyników w nauce absolwent studiów wyższych dumnie wkracza na rynek pracy, po czym orientuje się, że o dziwo żaden pracodawca nie chce go przyjąć ze względu na brak doświadczenia. Budzimy się z ręką w nocniku – z wykształceniem, ale bez wielkich perspektyw na podbicie świata zdobytymi wiadomościami. O pracę trudno, bo same studia to dla dzisiejszego pracodawcy za mało. Na tym etapie pojawia się pomysł na odbycie darmowych praktyk czy stażu, co ma pozwolić na rozwój i w nieokreślonym „kiedyś” znaleźć się w ciekawym biznesie. W Polsce istny renesans przechodzą szkoły średnie, po których można zdobyć konkretny zawód. W ubiegłym roku do techników poszło 34% uczniów gimnazjów, a do szkół zawo-


źródło: www.pixabay.com

dowych 17%. Coraz więcej młodych ludzi kieruje się właśnie do techników, które trwają tylko rok dłużej niż licea ogólnokształcące, ale w zamian za to zaraz po ukończeniu takiej szkoły uczniowie mają w ręce swój zawód. A dzięki zapotrzebowaniu rynkowemu, szybko można wejść na rynek pracy i zdobywać tak cenne w dzisiejszych czasach doświadczenie zawodowe i po krótkim czasie zostać specjalistą w swoim fachu. Wbrew powszechnemu przekonaniu, ukończenie technikum nie należy do zadań banalnych. Poza tym, że trzeba się uczyć standardowych przedmiotów szkolnych (polski, matematyka...), równie ważne są przedmioty zawodowe. Natomiast na zakończenie nauki nie wystarczy pozytywny wynik matury, ale należy jeszcze zdać poważny egzamin zawodowy. Reforma szkolnictwa również podziałała na plus, jeśli chodzi o kształcenie przyszłych fachowców. Przede wszystkim egzamin

zawodowy został podzielony na kilka części. Podczas nauki w technikum zdobywa się kolejne kwalifikacje – w sumie trzy w ciągu czterech lat nauki zamiast jednego egzaminu na zakończenie szkoły (dotyczy to uczniów, którzy rozpoczęli naukę po 2012 roku). Nie dość więc, że absolwent ma zawód, to jeszcze nic nie stoi na przeszkodzie kontynuowania kształcenia na studiach wyższych. Jednak dzięki niedoborowi wykwalifikowanych pracowników na rynku pracy nie zawsze się to opłaca. Wbrew pozorom, często łatwiej zdobyć dobrze płatną pracę po technikum czy zawodówce niż po studiach wyższych. Rząd od 2016 roku chce wprowadzić jeszcze jedną zmianę. Minister Kluzik -Rostkowska w ramach akcji rządowej „Rok zawodowców” zaproponowała program doradztwa zawodowego już dla uczniów gimnazjów. Z jednej strony pomysł wydaje się świetny, a to ze względu na poszerzanie świadomości uczniów na temat rynku

pracy i możliwości przyszłych absolwentów. Warto wskazać im drogę, dzięki której mogą bardziej świadomie podejść do swojej przyszłości. Z drugiej strony tak młodym ludziom trudno jest podejmować decyzje, które zaważą na ich dorosłym życiu. Wszystko wygląda nieźle w przypadku bardzo popularnych zawodów, które uczniom są znane. Z problemami borykają się jednak szkoły zawodowe, które starają się wykształcić przyszłych specjalistów w dziedzinie np. budowania kadłuba statku. O ile w przypadku technika odzieży czy kucharza można podjąć pracę w dowolnym miejscu w Polsce, a po kilku latach pracy stać się właścicielem dobrze prosperującej, wykwintnej restauracji, o tyle stanowiska wysoko wyspecjalizowane wymagają podjęcia pracy w konkretnym mieście i praktycznie nie ma takiej możliwości, by na przyszłość pomyśleć o założeniu własnej działalności gospodarczej. 

15


WYDARZENIA I OPINIE

Wymachiwanie szabelkami

16

P

olitycy ze wszystkich sił starają się, aby nikt nie miał wątpliwości, że wkroczyliśmy w gorętszy okres kampanii wyborczej. Miniony tydzień obfitował w różnorodne inicjatywy praktycznie każdej formacji z polskiej sceny politycznej.

Mateusz Ponikwia

O

czywiście, nie obeszło się bez kolejnej fali obietnic przedwyborczych i medialnego pustosłowia. Trzeba jednak podkreślić, ze wyborcy zdążyli przyzwyczaić się już do słów – jak się później okazuje – rzucanych na wiatr. Ugruntowało się bowiem przekonanie, że obiecać można niemalże wszystko. Zaś realizacją tego, co się wcześniej obiecało, nie należy się zbytnio przejmować. Wszak ludziom wytłumaczy się motywy odstąpienia od przedwyborczego programu. Można powołać się na zmianę wskaźników ekonomicznych bądź ogólnoświatową tendencję nakazującą przeorientowanie stanowiska, można też przytoczyć wyniki jakichś badań naukowych… A wszystko po to, by zapewnić sobie jak najwyższe poparcie, by zdobyć jak największą liczbę głosów,

Nie zdarzyło się jeszcze bowiem, żeby niechęć osób o odmiennych poglądach politycznych, a piastujących najważniejsze urzędy państwowe, była przedkładana w tak jawny sposób nad dobro państwa. Nie budzi większych wątpliwości, że interes partykularny wypiera w tym przypadku ten ogólnonarodowy.

by móc wprowadzić do Sejmu maksymalnie dużo posłów, by rządzić (najlepiej samodzielnie). I, co przecież oczywiste, by zmieniać Polskę na lepszą. Problem w tym, że owa zmiana kończy się, zanim tak na

dobre się rozpocznie. Przed wyborami łatwo przychodzi przedstawianie perspektywy rozwoju Polski, wprowadzania innowacyjnych technologii, dbania o polski przemysł, troski o rodzime rolnictwo, polepszania bytu materialnego obywateli. Rzeczywistość wiele razy zweryfikowała już, że ważniejsza od wprowadzania wyczekiwanych i ważnych społecznie ustaw, okazuje się walka o utrzymanie się przy władzy, a także dążenie do przemodelowania składu instytucji państwowych i spółek z udziałem Skarbu Państwa. Istotną bolączką jest także – dostrzegany również obecnie – brak konsensusu w elementarnych kwestiach, w szczególności tych o znaczeniu międzynarodowym. Chodzi o to, aby wypracowywać wspólne stanowisko, które będzie możliwie bliskie poglądom


źródło: PAP

nie tylko koalicji rządzącej, ale i opozycji czy stanowisku wyartykułowanemu przez głowę państwa. Nie budzi wątpliwości, że nie może odbywać się to w atmosferze narzucania konkretnych rozwiązań. Wypracowywanie spójnego stanowiska powinno odbywać się podczas merytorycznej dyskusji opartej na rzeczowych argumentach i po zasięgnięciu opinii eksperckich grup doradczych. Nie do przyjęcia jest – kompromitująca Polskę na arenie międzynarodowej i podważająca ideę demokratycznego państwa prawa – sytuacja swoistego zawieszenia stosunków między najważniejszymi osobami w państwie. Tego rodzaju stagnacja nie tylko ośmiesza Polskę w oczach innych państw, ale nade

wszystko obniża jej wiarygodność i osłabia pozycję wśród zagranicznych partnerów. Poza tym, cały świat nie musi wiedzieć, że polski prezydent nie potrafi dogadać się z rządem, o czym nie omieszkają nie tyle poinformować, co po prostu rozpropagować tę wieść serwisy informacyjne. Wielu obserwatorów sceny politycznej dostrzega zagrożenie związane z działaniami inicjującymi proces destabilizacji władzy. Nawet przeciętni zjadacze chleba ulegają nieodpartemu wrażeniu, że relacji na linii Pałac Prezydencki – Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie można nazwać najlepszymi i sklasyfikować jako poprawne. Dlatego uzasadnione rozgoryczenie budzi ob-

serwowana w ostatnich dniach potyczka prezydenta Andrzeja Dudy z rządem premier Ewy Kopacz. Choć obie strony w blasku dziennikarskich fleszy zapewniały o dobrej woli przejawianej ze swej strony, to jednak kilka dni upłynęło zanim głowa państwa usłyszała wyjaśnienia od minister spraw wewnętrznych. Teresa Piotrowska – reprezentując Polskę na spotkaniu państw członkowskich Unii Europejskiej w Brukseli – wyraziła zgodę na tzw. kompromis w sprawie liczby uchodźców przydzielonych poszczególnym państwom, tym samym stając w opozycji do stanowiska państw przynależących do Grupy Wyszehradzkiej. Równie zasmucający jest fakt, że prezydent nie wyraził chęci spotkania z

17


źródło: PAP

szefową polskiego rządu. Sytuacja taka ma charakter precedensowy i dość niespotykany. Nie zdarzyło się jeszcze bowiem, żeby niechęć osób o odmiennych poglądach politycznych, a piastujących najważniejsze urzędy państwowe, była przedkładana w tak jawny sposób nad dobro państwa. Nie budzi większych wątpliwości, że interes partykularny wypiera w tym przypadku ten ogólnonarodowy. Nie mogą dziwić komentarze, które słychać z ust przedstawicieli mniejszych formacji politycznych, że państwowe stanowiska

18

wykorzystywane są do celów czysto kampanijnych. Członkowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej przypominają czasy ich rządów i tzw. szorstkiej przyjaźni miedzy ówczesnym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim a Leszkiem Millerem. Choć obaj nie byli ze sobą w najbliższych relacjach i często mieli odmienne zdanie na daną kwestię, to nie do pomyślenia było, żeby nie odpowiedzieli na wzajemne zaproszenie i nie odbyli narady czy spotkania. Miejmy nadzieję, że obie strony zrozumieją

powagę spraw, za których prowadzenie są odpowiedzialne i zakończą konflikt. Oby przynajmniej po wyborach – w imię stabilności rządów i dalszego rozwoju kraju – zjednoczyły swe wysiłki, zaprzestały dalszych utarczek i schowały (a najlepiej porzuciły) swoje szabelki, które służą im w chwili obecnej jako oręż w prowadzeniu kampanii wyborczej (a którymi wymachują nierzadko bez zastanowienia, na oślep i gdzie popadnie). 


19


WYDARZENIA I OPINIE

Wojnę wojną zwyciężaj

20

„P

rzemocy nie można zwalczyć przemocą” – teza popularna, na pierwszy rzut oka nawet logiczna, ale jak się rychło okazuje, podważana wielokrotnie przez historię oraz bieżące wypadki.

Wojciech Urban

W

zmożony napływ imigrantów do Europy przypomniał opinii publicznej o trwającym w Syrii konflikcie. Ale przypomniał tylko o jego istnieniu. Przeciętny Kowalski ¬¬– ba, ten ponad przeciętny również – jakoś nie ma ani okazji, ani chęci, by pochylić się nad przyczyną trwającej czwarty rok wojny domowej. Przeciętny Kowalski słyszy natomiast z ust tych ponad przeciętnych, że powinien Syryjczykom pomóc, bo są w potrzebie. I słusznie, pomóc im powinniśmy. Ale póki nie zdiagnozujemy problemu, jesteśmy wobec niego bezsilni. Na czym powinna polegać pomoc uchodźcy wojennemu? Krótko mówiąc, na przywróceniu mu warunków do godnego życia, których z powodu wojny został pozbawiony. Przyjęcie określonej liczby w

Tam, gdzie dochodzi do wojny, klasyczne rozwiązania polityczne okazały się albo niewystarczające, albo nieskuteczne. Z kolei agresor podejmujący wojnę przeciwko innemu państwu raczej z góry wie, że opinia międzynarodowa będzie mu nieprzychylna.

granice własnego państwa może być rozwiązaniem tylko doraźnym, czasowym. Głównym zadaniem państwa, które chce pomóc uchodźcom, powinno być zaprowadzenie pokoju w rejonie, z który uchodźcy musieli opuścić. Europa Zachodnia w

kwestii pomocy doraźnej uchodźcom spisuje się wzorcowo. W kwestii zapewnienia pokoju w ojczyźnie uchodźców, nie spisuje się natomiast wcale. Co prawda jeszcze w 2011 roku, reżim Baszszara al-Asada potępiły poszczególne kraje UE, USA, najróżniejsi oficjele z ONZ, Liga Arabska, nie przełożyło się to jednak na jakiekolwiek działanie. Wszelkie działania torpedowała bowiem Rosja wespół z Chinami, twierdząc, że sytuacja w Syrii nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa i pokoju światowego. Dziś za syryjskich uchodźców wojennych podają się miliony imigrantów szturmujących granice Unii Europejskiej. Fakt, w końcu ustanowiono sankcje gospodarcze dla Syrii, mające skłonić reżim al-Asada do zaprzestania walk, w końcu uchwalono potępiające roz-


lew niewinnej krwi rezolucje, w końcu jednak nic to nie dało. Wojna, z różnym natężeniem, trwa czwarty rok. Jednak ani do elit, ani do zwykłych mieszkańców demokratycznej części świata nie dociera, że w przypadku wojny dyplomacja ma sens jedynie wtedy, gdy jest poparta odpowiednią ilością czołgów, bombowców i rakiet dalekiego zasięgu. Tak było, jest i – niestety – będzie. Bez demonstracji potęgi militarnej nie da się zaprowadzić pokoju. Po pierwszej wojnie światowej powołano do życie Ligę Narodów. W zamyśle światłych umysłów, organizacja ta miała zapewnić pokój na świecie, umożliwiając rozstrzyganie sporów na forum międzynarodowym, bez potrzeby uciekania się do przemocy. Nie upłynęły dwie dekady, a Liga Narodów odeszła w niebyt, żegnana salwami

drugiej wojny światowej. Idea pokojowego rozwiązywania konfliktów jednak nie umarła, dlatego powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych. Wyposażona w większy zakres możliwości niż Liga Narodów, nie potrafiła powstrzymać wojen w Korei, w Wietnamie, w Afganistanie, w Zatoce Perskiej, rozpadu Jugosławii czy (przenosząc się w bliższe dzieje) aneksji Krymu ani wojny domowej w Syrii. Tego rodzaju nieudolność jest niejako wpisana w naturę organizacji międzynarodowych. Deklarują one aprioryczną awersję do stosowania siły fizycznej. Z kolei wojna z definicji jest kontynuacją polityki za pośrednictwem pozapolitycznych środków. Tam, gdzie dochodzi do wojny, klasyczne rozwiązania polityczne okazały się albo niewystarczające, albo nieskuteczne). Z kolei agresor podejmujący wojnę

przeciwko innemu państwu (lub przeciwko określonej grupie we własnym państwie) raczej z góry wie, że opinia międzynarodowa będzie mu nieprzychylna. Skoro zaś zdecydował się na konflikt, to znaczy, że tę opinię niezbyt sobie ceni. Odżegnując się od działań militarnych stawiamy się w sytuacji chłopca bez rąk, który próbuje grać w siatkówkę. Co ciekawe, w średniowieczu ten problem potrafiono skutecznie rozwiązać. Po upadku Imperium Karola Wielkiego, Europa pogrążyła się w nieustannej wojnie, którą można zwać domową. Nie walczyły bowiem ze sobą żadne określone podmioty polityczne, a zwykli, bogatsi i biedniejsi rycerze, najeżdżając co rusz ziemie sąsiada, niszcząc plony i mordując chłopów. W powszechnym mniemaniu nadchodziła Apokalipsa. Rozwiązaniem okazało źródło: www.wiadomości.onet.pl

21


źródło: PAP

się wprowadzenie przez Kościół trauga et pax Dei – rozejmu i pokoju Bożego. Sprowadzało się to do zakazu prowadzenia wojny w określone dni tygodnia i święta (łącznie 230 dni w ciągu roku), oraz zapewnieniu nietykalności cielesnej stanom niewalczącym – chłopom, mieszczanom, kupcom i duchownym. Okazało się to skuteczne dlatego, że każdy łamiący prawo stawał się wyklęty. Nawet chłopi mieli prawo (a nawet obowiązek) zabić wyklętego i zarekwirować jego mienie. W ten sposób Kościół zachęcił ówczesne społeczności do troski o siebie nawzajem. Ta nauka nie odeszła do lamusa. W Katechizmie Kościoła Katolickiego, w punkcie 2265, czytamy: „Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego

22

wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności.” Skoro władza w Syrii nie jest w stanie doprowadzić do zaprzestania konfliktu, odpowiedzialność za to spada na społeczność międzynarodową. Jednak protesty dyplomatyczne, a nawet sankcje gospodarcze, nie są środkami wystarczającymi do tego, by „napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody”. Wymagałyby bowiem jednomyślności wszystkich znaczących państw, a to się z zasady nie zdarza. I w przypadku Syrii również – od początku konfliktu Rosja zajmuje bardzo dziwną postawę wobec tej wojny. Dziś jednak wprowadzenie wojsk na obcy te-

ren w celu zaprowadzenia tam pokoju nie jest dobrze widziane w oczach opinii publicznej. Państwo podejmujące się tego zadania zostaje oskarżone o imperializm. Prawdę powiedziawszy, z zasady nie podejmują się takich interwencji, jeśli nie oczekują po nich wymiernych korzyści. Amerykanie próbowali w Syrii interweniować w 2013 roku. Powstrzymał ją jednak Władimir Putin. Teraz, gdy Europa boryka się z napływem imigrantów między innymi z terenu Syrii, Rosja zaczyna przegrupowywać coraz większe siły w zaogniony rejon. A Niemcy zdejmują kolejne sankcje, nałożone za agresję na Ukrainę. Jak śpiewał Jacek Kaczmarski: „Komu zależy na pokoju, ten zawsze cofnie się przed gwałtem. Wygra kto się nie boi wojen (…)” 


23


O kościołach, które wyglądają jak kury FELIETON

R

24

Marcin Kożuszek

O

sztuce sakralnej napisano i powiedziano już tak wiele, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dodać kilka słów od siebie. Przestańmy się łudzić! Nie uda nam się pogodzić dwóch frakcji, jakie niewątpliwie istnieją w Kościele. Może nie masz tej świadomości, ale na pewno należysz do którejś z nich. Zgoda! Sztuka sakralna ma za zadanie przybliżyć nas do Boga. Powinna też być wyrazem naszej czci i wiary. No ale jak tu czcić i wierzyć – zastanawiają się jedni – kiedy pozłacana figura świętego tak nas razi swym blaskiem, że nie można nawet spojrzeć w jej kierunku?! W takim wnętrzu trudno się skupić – mówią. Skandal! – odpowiedzą drudzy. Jak można nie doceniać prawdziwej sztuki? Przecież Bogu należy się wszystko, co najlepsze, a kościoły powinny być

ozmowy o wierze i Kościele nie należą do najłatwiejszych. Podobnie zresztą jest z dyskusjami o sztuce: każdy ma własne upodobania i inaczej postrzega dzieła pracy artystów, co prowadzi do ożywionych sporów pomiędzy posiadaczami odmiennych gustów. Gołym okiem widać, że połączenie obu powyższych tematów i wzięcie na tapet sztuki sakralnej może skutkować tylko jednym – ogromnymi kontrowersjami.

Historia uczy nas, że wojowanie o swoje racje w kwestii sztuki sakralnej nigdy nie prowadzi do zgody, lecz kieruje nas niechybnie w kierunku konfliktu i kolejnych podziałów.

jak najpiękniej zdobione! Oczywiście, mamy prawo uważać, że taki spór to dzieło naszych czasów, ale przecież trwa on już od wielu wieków. Przyjmował różne postacie, a jedną z jego najbardziej radykalnych form był (i nadal jest?) konflikt pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami ikon (ikonodule kontra ikonoklaści – pamiętacie to wszakże ze szkoły!). Historia uczy nas, że wojowa-

nie o swoje racje w kwestii sztuki sakralnej nigdy nie prowadzi do zgody, lecz kieruje nas niechybnie w kierunku konfliktu i kolejnych podziałów. Ale sztuka to nie tylko obrazy i rzeźby! Jest jeszcze muzyka! Tutaj spotykamy spory pomiędzy miłośnikami poważnej muzyki organowej a zwolennikami gitarowego grania na mszach dla młodzieży. Architektura: wzajemne uszczypliwości ze strony fanów form klasycznych i piewców modernizmu*. Można by tak wymieniać prawie w nieskończoność, bo przecież kolejna dziedzina sztuki, jaką jest taniec, też czasami pojawia się w kościele (serio!). I tak, jak wiele jest pomysłów na wyznawanie wiary poprzez sztukę, tak wielu jest krytyków. Internet to prawdziwa kopalnia hejtu i dowcipu w dziedzi-


nie sztuki sakralnej. Nie jest to domeną jedynie antyklerykałów, bo wielu katolików też potrafi się szczerze uśmiechnąć słuchając wyczynów „polskich (ł)organistów”, czy oglądając zdjęcia „kościołów, które udają kury”. Zdrowy dystans – to jest to, czego nam brakuje w rozmowach o sztuce sakralnej. No i zrozumienie istoty sztuki, która z definicji nie może podobać się każdemu. Można ją krytykować, ale należy szanować uczucia tych, do których trafia jej przesłanie. Bo największą „sztuką w całej tej sztuce” jest to, by dostrzec rzecz, której nie można zobaczyć gołym okiem! Te kościoły, które niektórym przypominają kury, ogląda codziennie wielu przechodniów, ich wygląd

to chleb powszedni dla parafian. Ale jedynie nieliczni są w stanie dojrzeć w ich bryle kształt siedzącego na grzędzie ptaka. Wszystko jest kwestią wyobraźni. Ilu artystów, tyle wizji. Nie można zamknąć w dziele sztuki Absolutu, który wychodzi poza wszelkie ramy. A jednak ciągle próbujemy – z lepszym lub gorszym skutkiem. Niech żyje fantazja artystów! Evviva l’arte! P.S. Cały spór o sztukę sakralną mógłby zamknąć się w jednym fatalnym sformułowaniu – tym, które mówi, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskutuje się, tylko trzeba to robić z nutką wyrozumiałości dla drugiej strony, bo wiarę i sztukę każdy przeżywa na swój sposób! Mój dobry znajomy po powrocie z pielgrzymki do

Włoch bardzo długo i żywo opowiadał o kolejnych miejscach, które odwiedził. Kiedy skończył mówić o atrakcjach Rzymu, postanowiłem dopytać o punkt, który niechybnie pominął: - A jak Ci się podobała Bazylika świętego Piotra? - Nie no, całkiem ładna. Ale jak się już było w Licheniu, to ciężko się człowiekowi czymś zachwycić. *oczywiście, stosuję tu okropne uproszczenia. Jednak, gdybym chciał opisać wszystko dokładnie i zgodnie z prawdą, musiałbym pokusić się o rozprawę doktorską. 

źródło: www.facebook.com/kokoscioly

25


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E 26

Świeckie państwo vs Islam Ż Maciej Puczkowski

O

kazało się bowiem, że kulturze europejskiej, która ma za sobą przynajmniej dwa tysiące lat rozwoju, reprezentowanej w naszym kraju przez niemal czterdzieści milionów przedstawicieli zagraża kilkanaście tysięcy muzułmanów, którzy przekonwertują nas w pięć minut na islam. Jednak obawa, która na pierwszy rzut oka brzmi absurdalnie może się ziścić. Nie jest to winą samych muzułmanów, gdyż w normalnych warunkach taka sytuacja nie powinna stanowić żadnego zagrożenia. Przy tak przytłaczającym stosunku liczby reprezentantów kultury europejskiej do arabskiej, ci drudzy powinni ulec asymilacji najdalej w drugim pokoleniu. Dlaczego więc nasze obawy o rodzimą kulturę mogą się ziścić, skoro liczba reprezentatów obcej kultury jest wręcz

ywy w ostatnim czasie temat muzułmańskich imigrantów obudził w europejskim społeczeństwie całą lawinę emocji. Do głosu, zamiast rozsądku, ale za to pod przykrywką rozsądku doszły nasze obawy wynikające głównie z braku wiedzy. Niestety temat ten jest na tyle rozległy, że ciężko znaleźć kogokolwiek, kto by mógł go rzetelnie opisać, natomiast tych, którzy próbują nie brakuje. Zatrważający jest pewien szczególny aspekt tegoż konfliktu.

Gdyby nie świeckie państwo islam nie stanowiłby żadnego kulturowego zagrożenia dla chrześcijaństwa, a kilkanaście tysięcy muzułmanów, które przyemigrowałoby do Polski przyjęłoby chrzest w najdalej drugim pokoleniu.

śmieszna, żeby się jej bać? Zanim odpowiemy na to pytanie należy zaznaczyć, że rozważamy wyłącznie argument kulturowy problemu imigracji. Pomijamy wszelkie polityczne i gospodarcze aspekty. Nie będą więc dotyczyć tematu argumenty o UE narzucającej nam swoją wolę, o

mieszkaniach i zasiłkach, o agresywnym nastawieniu samych imigrantów oraz o tym, kto dokładnie imigruje. Na potrzeby niniejszego rozważania skupmy się wyłącznie na aspekcie kulturowym, gdyż to właśnie starcie kultur wydaje się być punktem zapalnym, reszta argumentów wygląda na wtórną, ale nie będziemy i nad tym się w tym momencie rozwodzić. Okazuje sie, że Polacy mówiąc o kulturze europejskiej nie zawsze mają na myśli tę samą rzecz. Mamy bowiem do czynienia z trzema różnymi klasami kultur. Pierwsza, to kultura zwarta, silna i agresywna, zbudowana na prawie rzymskim, więzach rodzinnych i żywej, wiekowej religii. Kultura, która posiada zdolność szybkiego wzrostu i powolnego rozkładu. Przedstawiciele tej kultury rzuceni w niesprzyjające


źródło: www.pixabay.com

środowisko, nie tylko są w stanie przez długi czas zachować własną tożsamość, ale potrafią to środowisko konwertować na swoje. Drugą klasą kultury jest kultura, która pierwotnie posiadała właściwości pierwszej, która została mocno osłabiona. Można ją porównać do organizmu, który kiedyś był silny, ale męczy go nowotwór. Więzi rodzinne utraciły na znaczeniu, moralność uległa rozluźnieniu, mimo pozornie sprzyjającego środowiska słabnie i nie rozwija się. Agresywnością nigdy nie dorównywała pierwszej, ale kiedyś umiała stawić opór obcym wpływom, obecnie tę umiejętność utraciła. W czasach świetności była znacznie silniejsza od pierwszej, o czym może świadczyć fakt, że

wydała na świat cywilizację, która nad nim zapanowała. Trzecią kulturą jest kultura młoda, która właściwie dopiero rości sobie pretensje do miana kultury. Jest ona słaba, ale tak jak pasożyt czerpie siłę ze swojego żywiciela, którym jest kultura opisana jako druga. Nie posiada żadnych zasad moralnych, nie opiera się na żadnych fundamentach opiewając wszystko co nowe. Nie posiada tradycji, natomiast niszczy już istniejące. Kompromituje zastane wartości nie wnosząc żadnych. Nie trudno się domyślić, że opis pierwszej kultury pasuje do islamu, drugiej do chrześcijaństwa. Natomiast kultura opisana jako trzecia to tzw. “świeckie państwo”, które rozwija się

na bazie chrześcijaństwa. Problem w tym, że mówiąc “kultura europejska” jedni mają na myśli właśnie chrześcijańską, inni zaś mówią o świeckim państwie. Czego więc bronimy przed najazdem muzułmanów? Należy zadać sobie pytanie, która z kultur ma większe powody do obaw. Świeckie państwo nie przetrwa jednego roku w towarzystwie islamu, gdyż wyrasta jak pasożyt na bazie chrześcijaństwa, negując jego wartości. Potrzebuje ono chrześcijaństwa do rozwoju, gdyż czerpie siłę z walki z nim. Kultura chrześcijańska również może czuć się zagrożona ze strony islamu, ale tylko dlatego, że jest osłabiona. Gdyby nie świeckie państwo islam nie stanowiłby żad-

27


nego kulturowego zagrożenia dla chrześcijaństwa, a kilkanaście tysięcy muzułmanów, które przyemigrowałoby do Polski przyjęłoby chrzest w najdalej drugim pokoleniu. Odpowiedzmy sobie jeszcze na pytanie, która z tych dwóch kultur - chrześcijańska, czy laicka ma większe prawo do nazywania jej europejską. Odpowiedź tu powinna być prosta. Dość stwierdzić, że świeckie państwo w stosunku do chrześcijaństwa w europie jest czymś nowym i nie miałoby żadnych osiągnięć gdyby nie chrze-

ścijaństwo. Nawet współczesne rozumienie dobra, czy prawdy zawdzięczamy chrześcijaństwu, podczas gdy świeckiemu państwu nie zawdzięczamy praktycznie niczego. Jeśli więc uznamy, że kultura europejska jest chrześcijańska możemy dojść do podsumowania. Islam nie zagrażałby chrześcijaństwu, gdyby nie osłabienie laicyzacją. Świeckie państwo nie przetrwałoby przy islamie. Klaruje się więc zupełnie inny kierunek, z którego nadchodzi niebezpieczeństwo. Kulturze europejskiej nie zgraża

islam, ale laicyzacja, bo to właśnie laicyzacja czyni nas słabymi wobec islamu. Jeśli nie chcemy islamizacji mamy do wyboru dwa rozwiązania. Strzelać do muzułmanów lub zrezygnować ze świeckiego państwa i wzmocnić podwaliny chrześcijaństwa. Przy czym drugie wyjście z wielu względów wydaje się być atrakcyjniejsze. 

źródło: www.pixabay.com

28


29


30

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

31


TEMAT NUMERU - Sztuka blisko Boga 32

Ars sacra – kiedy zbliża do Boga? P M – Rafał Growiec

W

iększość przedstawicieli gatunku homo sapiens jest wzrokowcami, a pośrednio słuchowcami, dotykaczami, wąchaczami. Czysto duchowe kontaktowanie się z Absolutem jest niewykonalne dla ludzkiej natury, a nawet jeśli do niego dochodzi, to próby jego przekazania zawsze kończą się porównaniami z doznaniami zmysłowymi. Stąd religijności od zawsze towarzyszyła sztuka. Niemałą część Tory zajmują szczegóły wystroju Przybytku, czy detale Arki Przymierza. W jerozolimskiej Świątyni chwalono Boga śpiewem, ale także poprzez to, że sam jej budynek zachwycał widzów. Nie inaczej było w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Piękno hymnów, proste wizerunki Chrystusa-dobrego pasterza, rybak, inskrypcje w katakumbach… Z jednej strony stanowiły one wyrażenie wiary przez

iękny obraz, podniosłe wykonanie „Ave aria”, przydrożny krzyż czy wystrój kościoła wszystko to może stać się bramą umożliwiającą bliższe spotkanie z Bogiem. Nie jest to jednak takie proste…

Co robić z tzw. gustem masowym? Czy zakazać plastikowych, świecących w ciemności krucyfiksów, pieśni maryjnych w stylu smutnego disco-polo? Czy wysłać do każdej parafii inkwizytora, który przeprowadzi dochodzenie według jakiegoś kanonu piękna, przejrzy pod jego kątem wszelkie biblioteki i domostwa, po czym spali kicz na wielkim stosie?

artystę. Z drugiej, stanowiły metodę przekazania pewnych jej treści. Idealnym przykładem jest tu ryba, która sama w sobie jest

tylko dwiema zakrzywionymi kreskami, ale wyraża prawdę, że Jezus Chrystus to Syn Boży i Zbawiciel. Dzięki temu „rybka” stała się uniwersalnym nośnikiem nie tylko świadectwa, ale i kerygmatu. Przez to sztuka sakralna musi spełniać kilka warunków. Musi kierować myśli ku sprawom Bożym, przekazywać prawdy wiary oraz po prostu cieszyć oko (w końcu Panu Bogu należy służyć z radością – por. Ps 100,2). Bez nich można jedynie mówić o sztuce na motywach religijnych. Tej mamy sporo. Czy posąg Dawida jest sztuką „świętą”? Bazuje na biblijnym motywie, ale raczej stanowi efekt zachwytu nad ludzkim ciałem, a nie sprawami bożymi. ZASADA PRZEZROCZYSTOŚCI Jeśli jakiekolwiek dzieło sztuki ma być czymś więcej


źródło: www.pixabay.com

niż ozdobą zakrystii, musi prowadzić do Boga, musi być w pewnym stopniu przezroczyste. Myśli odbiorcy muszą jedynie zaczepić się o to, co dostrzegalne, skupić na treści i tak zająć się rzeczami ważniejszymi od perfekcyjnej kreski, wspaniałych detali. W ars sacra każdy najdrobniejszy detal winien mieć znaczenie symboliczne. Nie ma tu miejsca na humorystyczne wstawki czy zbędne ozdobniki. Nawet jeżeli dany drobiazg jest wykuty z najczystszego złota, to ten kruszec ma jedynie zwrócić uwagę, skłonić do zastanowienia, skąd się to tu wzięło. W architekturze ars sacra skupia się na tworzeniu klimatu, ale też szeroko pojętej symboliki. Człowiek, wchodząc do kościoła musi czuć, że wchodzi do przedsionka nieba. Przykładem w jest choćby labirynt umieszczany często na posadzce w

przedsionku katedry – czy jak w Chartres w samym jej sercu. Ozdobnik? Chwila rozrywki dla zwiedzających? Nie – to symbol poszukiwania drogi do Boga. Sama bryła katedry gotyckiej, wystrzeliwującej z ziemi ku niebu, sprawia że zdaje się ona łącznikiem między człowiekiem a Bogiem. Dobór figur, witraży nie może być przypadkowy, według popularności danego świętego w danym roku. Podziw należy się przede wszystkim Bogu, a więc wielu średniowiecznych mistrzów celowo pozostawało anonimowych, by uniknąć grzechu pychy. Pyszny był barok, będący świadomą odpowiedzią na protestancki ikonoklazm. Było więc dużo złota i przepychu, w którym gubiła się wiara. Kościoły pełne rzeźb, malowideł, muzyka sięgająca szczytów mistrzostwa. Wielcy kompozytorzy tworzący utwory przeznaczone

bardziej, by cieszyć ucho, niż aby przypominać o jakiś ważnych prawdach. Symbolem religijności barokowej jest cherubinek. Kto pomyśli, że to pulchne amorkowate dzieciątko na gołębich skrzydłach to posłaniec Boży, stojący przed Panem i wstawiający za ludźmi? ZASADA ORTODOKSJI Sztuka sakralna musi mówić prawdę o Bogu i człowieku. Gdy przedstawia sceny biblijne, musi być ortodoksyjna przede wszystkim wobec doktryny, a dopiero potem wierna aktualnym modom i sponsorom. W innym wypadku dochodzi do sytuacji absurdalnych. Przykładem może być tu przesławny krzyż z sierpa i młota podarowany w Ameryce Południowej papieżowi Franciszkowi. Niby może się wydawać ładny, ale jednak jest nośnikiem idei potępionej przez Kościół – teologii

33


wyzwolenia. Stanowi połączenie idei krzyża, dobrowolnej ofiary Chrystusa, z symbolami komunizmu, który doprowadził do masowych mordów na całym świecie. Tu jest sprawa jasna: nieporozumienie i herezja. Czasem można zadawać sobie pytanie, czy na przykład popularne ostatnio prawosławne ikony nadają się na katolicką ars sacra. Spory dogmatyczne są wprawdzie mało istotnym punktem dialogu/sporu (skreślić wg uznania) między Kościołem a Cerkwią, jednak obrazy te noszą swoisty ciężar bizantyńskiego kultu. Często jednak ten wschodni rozmach lepiej odpowiada teologii – na przykład wizerunki Chrystusa ukrzyżowanego, ale jako władca świata, w królewskich szatach, który właśnie na krzyżu odnosi zwycięstwo. Z drugiej strony tak-

34

że nasze proste wizerunki Jezusa na krzyżu, teoretycznie poprawne, historycznie zdają się czasem zupełnie pozbawione teologii. Ot, wisi człowiek na krzyżu. Właściwie to trudno powiedzieć, że to jakaś wielka męka, bo też trudno mówić o bólu, gdy cała figura jest statyczna, a całą krew przedstawia kilka czerwonych plamek. Problem pojawia się również, gdy dana idea ledwo balansuje na granicy ortodoksji lub jest przedmiotem sporu. Tak jest na przykład z objawieniami z Medjugorie. Czy można umieszczać w kościołach obrazy z wizerunkami opartymi na tych treściach? Komponować pieśni? A skoro o pieśniach mowa… Ars sacra to także muzyka, w tym tradycyjne pieśni. Obecnie nasze książeczki do nabożeństw zostały solidnie przeszukane, zwłaszcza pod kątem

ekumenicznym i międzyreligijnym. Wciąż jednak można czasem odnieść wrażenie, że nie wszystkie przeszły korektę teologiczną i wciąż np. stawiają Maryję ponad Chrystusa. ZASADA PIĘKNA Prawdopodobnie najtrudniejsza zasada, gdy pytamy o możliwość jej przestrzegania. Gusta wszak się zmieniają. To, co cieszyło oczy naszych dziadków, dziś może rodzić niesmak. Muzyka organowa nie znajdzie uznania wśród tych, którzy preferują bardziej egzotyczne klimaty i najchętniej graliby w kościele na bongosach. Podobne konflikty nie były rzadkością w dawnej historii Kościoła. Wielu niechętnie przyjmowało barbarzyński styl architektury (nazwany od plemienia Gotów) wypierający z wolna klasyczny, stabilny, styl


źródło: www.pixabay.com

rzymski (romański). Niezależnie od kanonów chwilowych mód, artysta chcący tworzyć ars sacra nie może celowo dążyć do brzydoty, bylejakości. Wyposażenie kościoła może być skromne, ale nie może być kupioną na bazarze taniochą. Nawet św. Franciszek nie domagał się, by odprawiać Msze św. z użyciem starych glinianych naczyń. „Skromnie” nie oznacza „wśród brudu i niedbale”. Podobnie ma się sprawa z innymi formami sztuki – muzyką, rzeźbą czy malarstwem. Warunkiem piękna jest szacunek do treści, jakie towarzyszą danemu dziełu. Artysta musi także chcieć zaangażować się w pełni w to, co tworzy, piękno nie uznaje bezmyślnego kopiowania metodą kopiuj -wklej. Co robić z tzw. gustem masowym? Czy zakazać

plastikowych, świecących w ciemności krucyfiksów, pieśni maryjnych w stylu smutnego disco-polo? Czy wysłać do każdej parafii inkwizytora, który przeprowadzi dochodzenie według jakiegoś kanonu piękna, przejrzy pod jego kątem wszelkie biblioteki i domostwa, po czym spali kicz na wielkim stosie? Czy zachować te artystyczne potworki jako element historii sztuki? Czy może po prostu wychowywać, otaczać pięknem w kościele i w domu? TRZEBA TO ZGRAĆ Przykładem niech będzie „Zwiastowanie” van der Eycka, obraz pełen wspaniałej symboliki (starotestamentalne sceny na posadzce, Gabriel w szatach liturgicznych), z cudownymi detalami, mistrzowską grą barw. Jednak wszystko psują postaci głównych bohaterów

tej biblijnej sceny. Do roli Maryi pozowała prawdopodobnie Izabela Portugalska, czyli kobieta w wieku ok. 46 lat, z miną raczej znudzoną. Gabriel zaś ma twarz pulchną, oczy szelmy… Oto wysłannik Boży oznajmiający młodej pannie, że zostanie Matką Zbawiciela. Do tego Duch Święty zstępujący pod postacią gołębicy, ale raczej jak rozpędzony sokół czy kamikadze. Należy pamiętać, że gdy mówimy o ars sacra, nie mówimy tylko o wielkich oratoriach czy dziesięciometrowych pomnikach Chrystusa Króla, ale także o drobnych z pozoru elementach – jak na przykład krucyfiks na ścianie domu, niedzielna pieśń na ofiarowanie czy obraz Anioła Stróża na ścianie dziecinnego pokoju. To z pozoru drobnostki, ale warto wiedzieć, że nie tylko diabeł tkwi w szczegółach. 

35


TEMAT NUMERU - Sztuka blisko Boga 36

Polskie miejsca nietypowe – carillony W B Beata Krzywda

O

czywiście, przy wielu polskich kościołach możemy znaleźć mniejsze lub większe dzwony, które służą do wybijania prostych melodii kościelnych. Jednak wyznacznikiem, dzięki któremu można stwierdzić, czy jest to carillon koncertowy, czy nie, jest ilość dzwonków. Powinno być ich więcej niż 23, do tego wszystkie są podpięte do „klawiatury”, dzięki czemu możliwe jest granie. Gdańsk jest jedynym miastem w Polsce, w którym można znaleźć aż trzy takie instrumenty! Największy mieści się w kościele św. Katarzyny (50 dzwonów), nieco mniejszy jest współczesny carillon mobilny „Gdańsk”, a najmniejszy to ten, który zamontowano w ratuszu Głównego Miasta. KRÓTKO O HISTORII Najstarszy carillon w Polsce to ten z kościoła św.

prawie każdym mieście można znaleźć unikatowe muzea czy wyjątkowe miejsca. ędąc w Gdańsku, na pewno warto odwiedzić kościół karmelitów pw. św. Katarzyny, w którym mieści się muzeum zegarów, a jednocześnie można zobaczyć carillon koncertowy.

Carillon ratuszowy to tak naprawdę również współczesne dzieło (zainstalowane w 2000 roku). Oryginalny instrument, składający się z 14 dzwonów pochodził z 1561 roku i niestety nie przetrwał bombardowania Gdańska w 1945 roku.

Katarzyny. Nietrudno się domyślić, że instrument, którego słuchamy dzisiaj, nie jest oryginalny, ukończono go w 2013 roku. Pierwszy carillon zamontowano na wieży kościoła już w 1578 roku. Nie ostał się jednak długo na swoim miejscu, ponieważ podczas wymiany dachu wieży i zegara, trzeba było go zdjąć.

Stało się to już 53 lata później. Drugi nie przetrwał pożaru, a słuchać można go było w latach 1738-1905. W ciągu pięciu lat carillon odbudowano, ale zlikwidowano go w 1942 roku. Ciekawa jestem, ile przetrwa czwarta wersja... Carillon ratuszowy to tak naprawdę również współczesne dzieło (zainstalowane w 2000 roku). Oryginalny instrument, składający się z 14 dzwonów pochodził z 1561 roku i niestety nie przetrwał bombardowania Gdańska w 1945 roku. Miasto jednak bardzo poważnie podchodzi do swojej tradycji, dlatego nie rezygnuje z kolejnych renowacji i fundowania nowych obiektów tego typu. LETNIE KONCERTY Stolica Kaszub słynie również z wyjątkowego festiwalu, który związany jest ze wspomnianym


instrumentem. Odbywa się on od 1999 roku, zawsze w pierwszy weekend sierpnia. Poza festiwalem w Gdańsku odbywają się też letnie koncerty carillonowe, podczas których można usłyszeć muzyczne dzieła w wykonaniu polskich i światowych muzyków (najczęściej pochodzących z Niderlandów), specjalizujących się w grze na tym instrumencie. Koncerty odbywały się w mieście od XIV w. i aktualnie ta tradycja jest kontynuowana. Początkowo jednak były to koncerty w wykonaniu miejskich trębaczy wieżowych.

Poza sezonem wakacyjnym również można usłyszeć brzmienie tego niezwykłego instrumentu. W każdą sobotę o 12.05 płynie melodia z ratusza Głównego Miasta, a w piątki o 14.45 z wieży kościoła św. Katarzyny. Warto też wspomnieć, że obecnie w kościele na instrumencie gra kobieta – pani Monika Kaźmierczak. CZAS W kościele karmelitów w Gdańsku możemy zwiedzić też jedyne w Polsce Muzeum Zegarów Wieżowych. Kolekcja czasomie-

rzy, która jest zgromadzona w tym miejscu, przedstawia mechanizmy zegarowe używane od XV do XX w. Przeniesiono tutaj te zegary, które w oryginalnym miejscu swojej pracy, nie mogły już dłużej służyć z wielu powodów, m.in. jeśli wieża zmieniła swoje przeznaczenie lub uległa znacznemu zniszczeniu czy po prostu zastąpiono dotychczasowy mechanizm współczesnym. Pod opieką tego muzeum są również te zegary, które wciąż pracują w wieżach zegarowych. 

źródło: www.gdansk.karmelici.pl

37


TEMAT NUMERU - Sztuka blisko Boga 38

Sacro Polo CL Małgorzata Różycka

K

icz to jakby niechciany młodszy brat sztuki. Gdyby nie on, nie moglibyśmy w pełni doceniać sztuki przez duże „S”. Bez niej za to, kicz nie miałby sensu. Poprzez twórczość artystyczną człowiek chce wyrazić siebie; pokazać, co dla niego ważne oraz pozostawić po sobie jakiś ślad dla potomnych. W przypadku sztuki sakralnej dochodzi to tego jeszcze aspekt chwały Bożej, której jest ona nośnikiem. Tak jak istnieją różne formy religijności, tak samo rzeczy mają się z twórczością religijną. Estetyka uchodzi za pojęcie względne, a o gustach już starożytni nie doważali się dyskutować. Jednak nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że kicz zawsze pozostaje kiczowaty i to bezwzględnie, a jedynie o naszej tolerancji zależy, jaką reakcję w nas wywoła. Sacro polo – rdzennie polski podgatunek sakralnego ki-

hoć do standardów religijnej estetyki atynosów nieco nam brakuje, mamy w tej dziedzinie niemałe i to – podkreślam - rodzime osiągnięcie. Nawet jeśli nie zachwyca ono oczu a serce nie rośnie nam w piersi na samą myśl o nim, to jest w nim coś fascynująco swojskiego. O czym mowa? O sacro polo.

Mimo wszystko wzruszają mnie sielankowe obrazy Świętej Rodziny na łonie natury, otoczonej sarenkami i ptaszkami. Troszkę mi tylko przykro, że postacie z tych malowideł mają zazwyczaj takie wyrazy twarzy, które nie sugerują zbyt wysokiej inteligencji.

czu- wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony przeraża i zawstydza, a z drugiej fascynuje oraz wzrusza. I to na tyle, by poświęcić mu niniejszy tekst. KOSMODROMY I SPÓŁKA „Biskup płakał, jak konsekrował” – taką nazwę nosi strona na jednym z portali społecznościowych, gdzie

autorzy wrzucają do sieci zdjęcia kościołów, których architektów wyobraźnia – mówiąc delikatnie - nieco poniosła. Świątynie te mają formy na tyle ekstrawaganckie, że tylko ich wielkość pozwala nieśmiało przypuszczać, o jaki budynek tutaj chodzi. Choć era betonowych „skoczni narciarskich i kosmodromów” (określenie o. Tomasza Rojka OP) udających domy Boże przeszła już do historii, to wciąż nie brakuje architektonicznych potworów, będących najprawdopodobniej opłakanym skutkiem wyścigu proboszczów okraszonego wybujałymi ambicjami projektantów, którzy na studiach niespecjalnie przykładali się do nauki. Jak można bowiem zaprojektować i jeszcze wybudować świątynię, jednoznacznie przywołująca swoim wyglądem skojarzenie z pewnymi szczegółami anatomii męskiego ciała


źródło: www.pixabay.com

(sic!)? Trudno pogodzić mi się z tym, że takie pomysły zyskują akceptację diecezjalnych komisji, zajmujących się sakralną sztuką i architekturą. Ich zadaniem powinno być przecież dbanie, by takie straszności nigdy, przenigdy nie powstały. A jednak… A potem nagle ludzie omijają nowo wybudowany kościół szerokim łukiem, bo nie sposób skupić się w zimnym, brzydkim, nieprzytulnym wnętrzu, gdzie przerost formy nad treścią bezlitośnie razi w oczy. LITURGIA NA BOGATO Kicz nie oszczędza liturgii. Tu prym wiodą paskudne pieśni, układane zapewne ze szczerą intencją oddania Najwyższemu chwały, jednak z całą pewnością bez dobrego muzycznego gustu. Nie wystarczy wziąć do ręki

gitarę i od serca naskrobać parę słów z obfitości własnych przeżyć religijnych. Nawet jeśli ktoś popełnił już takie dzieło, to czy naprawdę musi ono być od razu prezentowane w kościele i to – o zgrozo!- w takcie oficjalnej liturgii? Przekombinowane teksty, których autorzy chcieliby chyba w kilku strofach zawrzeć wszystkie możliwe teologiczne treści, w połączeniu z rzewnymi lub niemożliwymi do powtórzenia melodiami to niestety nie rzadkość. Najbardziej dostaje się nowym świętym i błogosławionym, bo to ku ich czci powstaje najwięcej nowych utworów. Pozwolę sobie zacytować jeden z takich kwiatków: „Janie Pawle teraz przyjdź/ z mocą jak błogosławiony./ Słowa swoje zamień w czyn/ Bóg niech będzie uwielbiony./ Niech zagrzmi ziemia i zagra

róg/ bo nikt nad Boga i któż jak Bóg!”. Z okazji zbliżającego się Roku Miłosierdzia odpuszczę sobie komentarz... Nie mniej straszne są także egzaltowane modlitwy oraz nabożeństwa tak upiększone, że strach się bać. Kolejny przejaw wyścigu proboszczów: kto ma więcej, bogaciej i oryginalniej. Niejednokrotnie jedno wezwanie litanii potrafi być tak długie, że na jego końcu wierni już ze trzy razy zdążyli zapomnieć, o co chodziło na początku. A wystarczyłoby po prostu nie kombinować na własną rękę, tylko skorzystać z bogactwa liturgicznego skarbca kościoła, owocu wielowiekowego dziedzictwa bazującego na mądrości oraz doświadczeniu. Im prostsza modlitwa, tym bardziej unosi ku niebu, a to przecież w tym wszystkim chodzi.

39


MATKA BOŻA ŚWIECI W CIEMNOŚCI Napisałam na początku, że sacro polo ma także swoje jasne oblicze, zatem kończę się pastwić i przechodzę do bardziej wdzięcznych aspektów, czyli dewocjonaliów. Sklepy religijne pełne są takich cudności jak np. święte obrazy z złotą ramą z tandetnego plastiku otoczone dodatkowo choinkowymi lampkami albo różańce z paciorkami w kształcie serduszek w urzekającym kolorze tzw. majtkowego różu. Moim absolutnym faworytem są figurki Matki Bożej powleczone warstwą fluorescencyjnego materiału, dzięki czemu Maryja świeci w ciemności. Symbolika Bożej Rodzicielki jako lampy rozświetlającej mroki ziemskich dróg jest naprawdę piękna, ale jej realizacja nieco straszna. Mimo wszystko wzruszają mnie sielankowe obrazy Świętej Rodziny na łonie natury, otoczonej sarenkami i ptaszkami. Troszkę mi tylko przykro, że postacie z tych malowideł mają zazwyczaj takie wyrazy twarzy, które nie sugerują zbyt wysokiej

40

inteligencji. Ale liczą się dobre chęci autora. Nieco mniej zrozumienia mam dla kościelnych dekoracji (tu przodują Groby Pańskie), ponieważ często są tak pełne ozdób, kwiatów oraz wszelakiej maści innych elementów dekoracyjnych, że nie bardzo wiadomo, na co patrzeć i gdzie podziać wzrok. Także bardzo modna ostatnio w kościołach metaloplastyka kłuje w oczy swoją wielkością i nachalnością, tak jakby zamiast zwyczajnej półeczki na świeczki koniecznie trzeba było wstawiać pokraczne metalowe drzewo. Może faktycznie trzeba. Kto wie? PAPIEŻ MUSI BYĆ Kiedy oprowadzam zagranicznych znajomych po Krakowie zawsze tłumacze im, po czym poznać prawdziwy polski kościół: musi być w nim wizerunek Jezusa Miłosiernego oraz św. Jana Pawła II. O ile z Panem Jezusem nie ma problemu, bo przeważnie są to kopie obrazu „Jezu ufam Tobie”, których estetyka nie budzi większych wątpliwości,


to przy Ojcu Świętym zaczynają się spore kłopoty. Bowiem kult polskiego papieża to obecnie główny nurt, a nawet kwintesencja sacro polo. Z dość paskudnym tłem z portretu beatyfikacyjnego (błękit nieba i do tego obłoczki) już się pogodziłam, choć wciąż nie do końca rozumiem, dlaczego akurat ten wizerunek Karola Wojtyły tak chętnie zawieszany jest w polskich kościołach. Jakby mało było innych (czytaj: lepszych). Jednak co ambitniejsze parafie zlecają wykonanie obrazu Jana Pawła II na zamówienie. Wtedy święty zostaje przedstawiony na tle krajobrazu właściwego dla danego terenu, czasem w tłumie wiernych na obrazie można rozpoznać znajome twarze co zacniejszych (zamożniejszych?) parafian oraz duszpasterzy. Po prostu coś pięknego! Szkoda tylko, że nie zawsze to twarz papieża wskazuje na to, komu obraz jest poświęcony… Kicz to w tym przypadku określenie niemal eufemistyczne. Jeśli ktoś nie wierzy, polecam przejść się po kilku kościołach. A

amatorom szczególnie mocnych wrażeń zasugeruję wizytę w kościele Bonifratrów w Krakowie. Na obrazach jednak kiczowaty świat się nie kończy. Są jeszcze pomniki: jeden paskudniejszy od drugiego (tez mają swoją stronę w mediach społecznościowych) oraz międzyparafialny konkurs, kto będzie miał lepsze relikwie św. Jana Pawła II. Żartów nie ma: konkurencja jest ostra, ale o tym innym razem. Oczywiście nie samym kiczem polska sztuka sakralna stoi. Powstaje też sporo prawdziwych dzieł, a świadomość religijnej estetyki zmienia się zdecydowanie na lepsze. Przed nami jeszcze jednak długa droga, by zrozumieć, że więcej i bogaciej to nie to samo co piękniej. 

źródło: www.gdansk.karmelici.pl

41


TEMAT NUMERU - Sztuka blisko Boga 42

Architektura Sakralna Przedrozbiorowej Polski D Kajetan Garbela

P

olska weszła do strefy kultury chrześcijańskiej dosyć późno, znajdowała się też na jej zdecydowanym uboczu, dlatego możemy spotkać u nas tak niewiele kościołów romańskich, których poziom artystyczny jest również niewysoki. Jeszcze niedawno z najstarszą budowlę murowaną w Polsce uchodziła jest rotunda św. Mikołaja w Cieszynie, datowana na połowę XI wieku. Ostatnie badania podważyły tę teorię, przesuwając jej powstanie na XII wieku, dzięki czemu o miano pierwszeństwa może ona rywalizować z niewielkim, dwuwieżowym kościołem św. Andrzeja na krakowskim starym mieście (ok. 1086 r.). Spośród budowli z XI i przede wszystkim XII wieku wspomnieć szczególnie pokaźne kolegiaty w Kruszwicy i Opatowie oraz archikolegiatę w Tumie pod Łęczycą (będącą prawdopodobnie kopią ówczesnej

awna Polska architektura sakralna wpisywała się w mniejszym lub większym stopniu nurt sztuki zachodnioerupejskiej. W porównaniu z terenami Niemiec, Włoch czy Francji nasza architektura gotycka, a szczególnie romańska wydaje się skromniejsza i często mocno zredukowana. Dopiero w czasach renesansu i baroku w Polsce zaczęły powstawać budynki sakralne na bardzo wysokim poziomie, mogące konkurować z architekturą państw zachodnich.

Renesans przyniósł ze sobą przede wszystkim zainteresowanie człowiekiem i tym, co świeckie, a w połączeniu z reformacją doprowadził do dosyć sporego kryzysu sztuki sakralnej.

katedry krakowskiej). Z tych czasów zachowało się także niewiele kościołów, jak choćby te w Wierzbnej i Strzelinie na Dolnym Śląsku, małopolskim Siewierzu, wielkopolskim Inowłodziu czy kujawskim Inowrocławiu. Są to przede wszystkim kościoły niewielkie, o prostej bryle – dominują prostopadłościany naw i wież, walce wież, piramidy dachów… Okna i drzwi są małe, przez co z jednej strony wpuszczają do wnętrza mało światła, tworząc specyficzny klimat do

modlitwy, z drugiej – posiadają funkcje obronne. Takie kościoły mogły bronić czy to przed buntem miejscowej, często jeszcze długie lata po chrzcie de facto pogańskiej ludności, czy to przed najazdem wrogów wewnętrznych. Kolejnym stylem, który zapanował w polskiej architekturze sakralnej, jest gotyk. Jednak i w jego przypadku było inaczej, niż na zachodzie. Tak jak naszym romańskim kościołom daleko do wybudowanych w tym stylu ogromnych świątyń niemieckiej Wormacji czy Moguncji lub też francuskiego Cluny, tak i polskie kościoły gotyckie potrafią znacząco różnić się od tych, powstałych w Europie Zachodniej. Za pierwszą gotycką budowlę sakralną w naszym kraju uchodzi prezbiterium katedry wrocławskiej, powstałe w drugiej połowie XIII wieku. W tym czasie mocno trzymała się jeszcze dawna archi-


tektura, o czym świadczą np. niektóre kościoły (np. cysterskie w Wąchocku, Krakowie -Mogile, Sulejowie, Trzebnicy, dominikański w Sandomierzu), stanowiące ciekawe i dosyć harmonijne połączenie elementów gotyckich i romańskich. Nasz gotyk jest często mniej zdobny i jakby cięższy, bardziej toporny od gotyku zachodniego. Nie mamy aż tak wysokich i długich świątyń – zachodnie osiągają nawet ponad 140 metrów długości i zbliżają się do 50 wysokości, u nas na palcach jednej ręki możemy zliczyć dłuższe niż 100 m i wyższe niż 30, przy czym przekraczają one te wymiary ledwo o kilka metrów. Nie oświetlają ich ogromne okna, przepruwające praktycznie całe ściany. Nie mamy tak bogatej dekoracji rzeźbiarskiej czy też malarskiej, bezpośrednio związanej z architekturą i w nią wkomponowanej. Powodów było kilka – przede wszystkim, ziemie polskie liczyły mniej ludności, niż Europa Zachod-

nia, nie było więc potrzeby budowy tak wielkich kościołów. W tamtej części świata były również większe złoża kamienia, który jest lepszym i wytrzymalszym materiałem konstrukcyjnym, niż najpopularniejsza w Polsce cegła. Podobnie rzecz miała się z artystami – nadal daleko było nam do miana centrum kultury Europy lub chociaż regionu. Najlepsi i najbardziej znani twórcy pracowali na zachodzie, dla bogatych władców Niemiec, Francji, Włoch czy Anglii, u nas działali co prawda również budowniczowie zachodni, ale już podrzędniejsi. Często nie chcieli oni zaryzykować wysoko założonych sklepień czy też oparcia ciężaru dachów jedynie na przyporach, dlatego woleli zaprojektować grubsze ściany i mniejsze okna, aby mieć pewność, że budowla przetrwa. Najwięcej najładniejszych i największych kościołów posiadały Wrocław, Kraków i Gdańsk. Poza Pomorzem, gdzie popularne były kościoły halowe

(kilka naw tej samej wysokości, np. kościoły mariackie w Gdańsku i Kołobrzegu, kościół św. Jakuba w Szczecinie) dominowały kościoły bazylikowe (nawa główna wyższa od bocznych, np. katedry w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, kościół mariacki w Krakowie, kościół św. Elżbiety we Wrocławiu). Poza większymi ośrodkami miejskimi budowano raczej niewielkie, aczkolwiek równie ciekawe budynki, takie jak dwuhalowe kościoły w Stopnicy lub Wiślicy. Na tym tle wyróżniają się wielkie bazyliki w Stargardzie Szczecińskim lub Strzegomiu czy archikatedra w Gnieźnie. Kościoły budowane przez mieszczan, rycerstwo i władców często posiadały wieże, będące symbolem bogactwa i posiadanej władzy. Kościoły zakonne często z nich rezygnowały, chcąc podkreślić ubóstwo i pokorę – widać to choćby na przykładzie krakowskiego kościoła dominikanów lub toruńskiego, pofranciszkańskiego koźródło: www.gdansk.karmelici.pl

43


źródło: www.pixabay.com

ścioła mariackiego. Najbliższe gotykowi zachodniemu budynki znajdziemy przede wszystkim na Dolnym Śląsku (wspomniana katedra wrocławska czy też kaplica św. Jadwigi w Trzebnicy), zaś najmniej klasyczny gotyk, jednak mocno powiązany z terenami północnych Niemiec, jest reprezentowany na Pomorzu. Tamtejsze budowle są ceglane i masywne, posiadają mało zdobień, a przypory, stanowiące ważny element konstrukcyjny i dekoracyjny, znajdują się wewnątrz budynków, a nie na zewnątrz. Ten skrajnie inny, niż francuski czy angielski styl nazywa się czasem gotykiem bałtyckim lub „pudełkowym”. Renesans przyniósł ze sobą przede wszystkim zainteresowanie człowiekiem i tym, co świeckie, a w połączeniu z reformacją doprowadził do dosyć sporego kryzysu sztuki sakralnej. W tym okresie powstawało jednak bardzo wiele niewielkich kaplic nakrytych kopułami, co zawdzięczamy

44

przede wszystkim królowi Zygmuntowi Staremu oraz Bartłomiejowi Berecciemu, architektowi z Florencji, którzy stworzyli przy katedrze wawelskiej kaplicę zygmuntowską. Powstała ona w latach 1519-1533 i według wielu historyków sztuki jedną z najpiękniejszych budowli renesansowych poza terytorium Włoch. Kaplica tak bardzo spodobała się Polakom, że w ciągu następnych dwóch wieków stała się pierwowzorem dla ponad stu podobnych budynków, fundowanych czy to przez królów (kaplica Wazów na Wawelu), duchowieństwo (kaplica biskupa Tomickiego, również na Wawelu), magnaterię i szlachtę (kaplica św. Anny w Pińczowie, kaplica Zbaraskich przy kościele dominikanów w Krakowie) lub mieszczaństwo (kaplica Boimów we Lwowie). Z niewielu ważniejszych, renesansowych kościołów tego okresu wspomnieć można o katedrach w Płocku i Wilnie, które w późniejszych latach zostały niestety mocno przebudowane.

W pełni renesansowe, zachowane w tej formie do dziś kościoły powstawały dopiero w końcu XVI wieku, w stylu schyłkowej odmiany renesansu – manieryzmu. Warto wymienić tutaj chociażby kościół farny w Zamościu czy też kościół bernardynów we Lwowie. Ciekawymi odmianami polskiego renesansu były również: występujące na Mazowszu (np. kościół w Broku) świątynie nawiązujące bezpośrednio do surowej architektury romańskiej, oraz budowle tzw. stylu lubelsko -kaliskiego, charakteryzujące się bogatymi dekoracjami architektonicznymi, widocznymi szczególnie na sklepieniach (kościół farny w Kazimierzu Dolnym, bazylika w Kodniu). Prawdziwy boom budowlany w architekturze sakralnej nastąpił w okresie kontrreformacji, czyli na przełomie XV i XVII wieku. Powstało wówczas bardzo wiele kościołów, budowanych przez duchowieństwo zakonne i świeckie, fundowanych czy to przez możnych, czy


przez miasta. Dodatkowo, liczne wojny prowadzone przez Rzeczypospolitą w XVII wieku doprowadziły do zniszczenia wielu starych budynków, które odbudowywano oczywiście w nowym stylu (opactwo na św. Krzyżu pod Kielcami, kościół karmelitów na Piasku w Krakowie). Pierwszym kościołem na ziemiach polskich, posiadających cechy barokowe, jest jezuicki kościół w białoruskim dziś Nieświeżu, budowany w latach 1584-1593 dla jezuitów. Dla tego zakonu zbudowano w kolejnych latach także świątynie m. in. w Lublinie i Krakowie – słynny kościół św. Piotra i Pawła na ulicy Grodzkiej, wzorcowa świątynia polskiego baroku. Tak samo, jak kościół w Nieświeżu, był on wzorowany na rzymskim, jezuickim kościele Il Jesu – są to budowle bazylikowe, na planie krzyża, z kopułą na przecięciu nawy głównej i poprzecznej, bez wież, z kaplicami zamiast naw bocznych, zakończone półokrągłą absydą. Bezpośrednio nawiązuje do nich wiele polskich kościołów, np. świątynia na Antokolu

w Wilnie, czasem w formie bez kopuły - dla wielu architektów stanowiła ona nie lada wyzwanie konstrukcyjne - jak kościół pojezuicki w Jarosławiu. Od drugiej połowy XVII wieku coraz popularniejsze stały się kościoły o bardziej skomplikowanej architekturze, związanej mocno z bogatą dekoracją rzeźbiarską i malarską – warto wymieć tutaj kościół dominikanów we Lwowie, kościół bonifratrów w Krakowie, opactwo cystersów w Lądzie nad Wartą tak zwaną grupę baroku wileńskiego – smukłych, dwuwieżowych kościołów – np. dominikanów i misjonarzy, do dziś stojących w stolicy Litwy. Stały się one inspiracją dla wielu kościołów kresowych. Za sprawą pochodzących z Włoch architektów, takich jak Giovanni Trevano, Mateo Castelli, Giovanni Maria Bernardoni, Pompeo Ferrari, Laurentis de Senz czy Andrea Spezza polska architektura barokowa stoi na bardzo wysokim poziomie, bezpośrednio nawiązując do najbardziej klasycznych, włoskich pierwowzorów lub też architek-

tury państw niemieckich, szczególnie rządzonych przez Habsburgów, mocno promujących barokową architekturę sakralną. Warto wymienić także nazwisko bardzo uzdolnionego Tylmana z Gameren, niderlandzkiego architekta i twórcę np. kościoła św. Anny w Krakowie oraz kościoła Wizytek, stającego przy rynku nowomiejskim w Warszawie, oraz rodzinnego, ale wykształconego we Włoszech twórcę – Kacpra Bażankę, któremu zawdzięczamy np. kościoły misjonarzy i pijarów w Krakowie. Jeszcze w ostatnich latach XVIII wieku barok był tak mocno zakorzeniony w polskiej architekturze sakralnej, że bardzo rzadko decydowano się na budowę świątyń w stylu klasycystycznym, tak popularnym w budownictwie świeckim. Jednym z niewielu przykładów takich kościołów jest zachowana do dziś katedra w Wilnie, przebudowana w latach 1777-1801. Był to już okres dominacji stylów historycznych, nawiązujących bezpośrednio do antyku, romanizmu, gotyku, renesansu czy baroku.  źródło: www.gdansk.karmelici.pl

45


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 46

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

47


Studencka Kuźnia Charakteru REKOLEKCJE

O Ż

48

Emilia Ciuła

P

oczątkowo trochę się bałam. Nie wiedziałam jakich ludzi spotkam na swojej drodze i w ogóle, co będzie działo się na miejscu, ale swój stres często zwalczam mówiąc… więc szybko odnalazłam się w nowym otoczeniu, często ratując grupę z dokuczliwej ciszy. Jakby ktoś zapytał mnie na czym polegała Studencka Kuźnia Charakteru odpowiedziałabym: polegała na tym, aby zmierzyć się z samym sobą. Schować czasem do kieszeni swoją dumę i usłyszeć drugiego człowieka. Codzienna poranna modlitwa i medytacja, dawała się (przynajmniej mnie) we znaki. Często pojawiałam się na niej w piżamie, gdyż wstawałam kilka minut przed. Przy akompaniamencie burczących brzuchów z niecierpliwością wpatrywałam się we wskazówki zegara. Ale wszyscy, tak jak na jednej konferencji wspo-

d kilku miesięcy chodziło za mną pragnienie pojechania na rekolekcje. Gdy tylko na Festiwalu ycia w Kodniu, wpadła mi w ręce ulotka NINIWY, nie musiałam się długo zastanawiać. W odpowiedniej chwili spakowałam plecak i wyruszyłam, tak jak rowerzyści rok temu - w swoją małą “wyprawę w Nieznane”.

W ogólnie panującej atmosferze wesołości nawet te kiepskie żarty sprawiały, że lekki uśmiech pojawiał się na naszych twarzach, za to te najlepsze wywoływały salwę śmiechu “aż do rozpuku”.

minał ojciec Tomek, byliśmy wierni. Mimo wielkiej pokusy opuszczenia modlitwy wcześniej, wszyscy trwaliśmy razem. Właśnie o to chodziło, o bycie razem, w zupełnie innym otoczeniu i z ludźmi, których się dopiero poznaje. A przecież nic tak nie łączy grupy niż modlitwa. Następnie przychodził czas na śniadanie. Wśród smakołyków pojawiały się nawet “bekonki” (prażynki o

smaku bekonowym), które kleryk Adam po prostu musiał zakupić aby móc żyć spokojnie przez ten tydzień. Po pokrzepieniu sił, wszyscy dostawali zadania do wykonania. Czasem było to plewienie, skręcanie rowerów, mycie i odkurzanie aut, a czasami sadzenie na od linijki przystrzyżonym i wzorowo podlanym trawniku przebiśniegów i krokusów, które na wiosnę umilą oczy gościom i mieszkańcom. Nikt nie wiedział z kim będzie pracować danego dnia, ale z każdym trzeba było się dogadać. Wiadomo - w kuchni było najtłoczniej. Wszyscy, którzy skończyli “fuchę” wcześniej, szli do kuchni. Podjadali ciastka (szczególnie kokosanki) aby później o godzinie 11.00 spałaszować je powtórnie podczas przerwy na kawę. Po krótkiej przerwie wszyscy wracali do swoich obowiązków, a o 13 Roxann


źródło: www.niniwa.org

wraz z wyznaczona osobą serwowała obiad. Do tej pory dziwię się, że Oblatom z Kokotka nie dokucza otyłość, pozazdrościć przemiany materii. Wśród radosnych rozmów często padały żarty, które nie zasługiwały nawet na jedno “HA”. Bo powszechnie wiadomo, że coś może być albo “HA”, albo “HA HA”, albo w ogóle bez “HA”. W ogólnie panującej atmosferze wesołości nawet te kiepskie żarty sprawiały, że lekki uśmiech pojawiał się na naszych twarzach, za to te najlepsze wywoływały salwę śmiechu “aż do rozpuku”. Szczególnym wydarzeniem z życia brata Adama, którego nową pasja stało się hodowanie bananowców, był tzw. “cud nad Kokotkiem” - objawiający się nagłym zaowocowaniem sadzonek! Kleryk pewnie do tej pory wierzy, że owoce po prostu nagle wyrosły, nie wyprowadzajmy więc go z błędu :) W rozkładzie dnia znalazła się i przerwa, w dodatku 2 - godzinna, którą zazwy-

czaj każdy poświęcał na czytanie książki wybranej przez o. Tomka. O godzinie 15 odprawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Po niej nadchodził czas na indywidualne rozmowy z ojcem Tomkiem Maniurą OMI. Dotyczyły one przeżywania Kuźni, relacji z innymi. Nie rzadko rozmowy te były oczyszczające, niektóre dotyczyły jakiś problemów i codziennego życia uczestników. O 17.30 wszyscy szli na adorację, po której następował kulminacyjny moment dnia- Msza Święta, podczas której uświadamialiśmy sobie, że Bóg tak bardzo nas kocha, że schodzi do nas z nieba. Wcale nie musi tego robić, a mimo to pokazuje nam, że szczególnie nas umiłował. Po Eucharystii chętni przygotowywali kolację, po której odbywała się integracja i modlitwa wieczorna. Na Kuźni charakteru każdy wnosi coś od siebie. Ojciec w swoich konferencjach

podrzucał nam pomysły na to: jak się modlić, jak być wiernym i jak prawdziwie zacząć żyć, żyć być może po raz pierwszy od dawna, wylogowując się z sieci i porzucając telefony. Podczas ostatniej rozmowy o. Tomek zapytał mnie, co wyniosłam z Kuźni. Odpowiedziałam mu, że dowiem się tego dopiero po powrocie do codzienności. Teraz widzę ten kontrast i mogę powiedzieć, że Kuźnia pokazała mi, że mogę zacząć żyć. Również tutaj, w swoim Krakowie. Pracując, pisząc, ucząc się - mogę naprawdę żyć. Owszem jest ciężej, ale tutaj pomocą stają się rekolekcje. Chociaż nie jest to do końca odpoczynek, to następująca zmiana otoczenia, pomaga zdystansować się i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Tak więc ja wciskam ENTER i loguje się do prawdziwego życia i Ciebie zachęcam do tego samego. 

49


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 50

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

51


Niedocenieni O„P KULTURA

ileckim” zrobiło się głośno po tym, jak twórcy bezskutecznie próbowali pozyskać fundusze z instytucji państwowych. Ale ludzie potrzebowali i przede wszystkim chcieli tego filmu. Dlatego sfinansowali go sami.

52

Anna Zemełka

F

ilm w reżyserii Mirosława Krzyszkowskiego doczekał się swojej premiery niedawno, bo 25 września, jednak prace nad nim trwały od początku 2014 roku. Były one możliwe dzięki 2,5 tysiącom ludzi, którzy wpłacili łącznie 250 tysięcy złotych na realizację produkcji o niedocenionym bohaterze. Bez żadnego wsparcia ze strony państwowych instytucji, ze sporą dozą wolności twórcy mogli zabrać się za ten film. Krzyszkowski przekonuje: „Mogliśmy odpowiedzieć o Pileckim tak, jak to czujemy, bez nacisków i sprawdzania przez polityków”. Producent i współscenarzysta produkcji Bogdan Wasztyl zapewnia, że zbiórka funduszy była ostatecznością i nie było już innych możliwości. „Nie chcieliśmy się godzić z rzeczywistością, w której urzędnicy

Film o Pileckim jest potrzebny. Chociaż postać ta staje się powoli ikoną, to jednak wiedza na jej temat w dalszym ciągu jest nikła. Świadomość tego mieli twórcy, dlatego zdecydowali się opowiedzieć ją w sposób filmowy i właśnie dlatego postanowili stworzyć fabularyzowany dokument

decydują o tym, co jest słuszne i mogą blokować obywatelską aktywność. Zainteresowanie zbiórką i projektem, a teraz filmem dowodzi, że to my mieliśmy rację, a nie politycy czy urzędnicy. To my lepiej odczytaliśmy społeczne po-

trzeby”. – zapewnia. Trudno jednak stwierdzić jednoznacznie, jak z tymi dofinansowaniami i brakiem wsparcia właściwie było. Z jednej strony niektóre środowiska nakręciły pozbawione wątpliwości przekonanie, że Państwowy Instytut Sztuki Filmowej (PISF) pozostał niewzruszony na podania o sfinansowanie projektu. Z drugiej natomiast mamy zapewnienia twórców, że pozostali bez innej opcji, jak tylko ogłosić zbiórkę na rzecz powstania produkcji. Tymczasem możliwe, że żadnych wniosków skierowanych do Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej w ogóle nie było. Wasztyl opiera swoje tezy o braku wsparcia na rozmowach z „wysoko postawionym urzędnikiem” Instytutu, który zapewniał, że na żadne fundusze nie ma co liczyć. Chociaż jest to jakiś punkt zaczepienia,


źródło: www.projektpilecki.pl

który może świadczyć o oporze ze strony instytucji, to jednak nie aż tak przekonujący jak odrzucony, formalny wniosek. Trudno tutaj krytykować PISF, skoro na próżno szukać oficjalnej odmowy na finansowe wsparcie „Pileckiego”. Inna sprawa, że Stowarzyszenie Auschwitz Memento, będące głównym producentem filmu, już od 2009 roku próbowało pozyskać fundusze na jego produkcję. Jak podają oficjalne źródła, próbowali uzyskać je m.in. w konkursach organizowanych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo Obrony Narodowej, Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych czy Urzędy Marszałkowskie i ich agendy. Wszystkie próby kończyły się fiaskiem, co pokazuje, że produkcja o rotmistrzu może być wielu nie na rękę. Nie zmienia to jednak

faktu, że film o Pileckim jest potrzebny. Chociaż postać ta staje się powoli ikoną, to jednak wiedza na jej temat w dalszym ciągu jest nikła. Świadomość tego mieli twórcy, dlatego zdecydowali się opowiedzieć ją w sposób filmowy i właśnie dlatego postanowili stworzyć fabularyzowany dokument – aby jeszcze skuteczniej dotrzeć do odbiorców. Zarówno Wasztyl, jak i Krzyszkowski są zdania, że o takich autorytetach jak Witold Pilecki trzeba opowiadać, bo jego postawy życiowe mocno oddziałują na świadomość współczesnego społeczeństwa. Mówienie w taki sposób o Pileckim jest również istotne w kontekście tegorocznych obchodów 70. rocznicy wyzwolenia obozu Auschitz-Birkenau, na które nie zostały zaproszone dzieci rotmistrza. Twórcy filmu uważają, że „to kon-

tynuacja pewnej złej tradycji zapominania o Pileckim” i jednocześnie wyrażają nadzieję, że „kiedy o naszym bohaterze będzie już tak głośno, że nie będzie można o nim zapomnieć przy takiej okazji, to nie tylko zaproszona zostanie rodzina Pileckiego jako specjalni goście, ale odbędzie się także specjalny panel dyskusyjny, pokaz filmów, aby w końcu w tym miejscu wypełnić nasz obowiązek sumienia wobec zapomnianych, polskich bohaterów”. Film „Pilecki” ma w tym pomóc. To produkcja przedstawiająca historię Witolda Pileckiego począwszy od czasów młodości, przez działalność podczas drugiej wojny światowej, aż do uwięzienia i śmierci w maju 1948 roku. To dokument fabularyzowany - część historii stworzona została na podstawie opowieści syna rotmistrza, Andrzeja

53


Pileckiego, który jest narratorem filmu. Oprócz tego twórcy korzystali z wielu źródeł historycznych, aby jak najdokładniej odwzorować życiorys bohatera. Przy produkcji zaangażowało się czynnie ponad trzysta osób o różnych profesjach. Wszystkich ich łączyła jednak fascynacja postacią Witolda Pileckiego. Swój wkład miały różne grupy rekonstrukcyjne, a także wiele instytucji: Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem, Krakowska Szkoła Filmowa, Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, Aeroklub Polski, Muzeum Koryznówka w Nowym Wiśniczu. W filmie zagrało kilkudziesięciu mieszkańców powiatu oświęcimskiego, członków Grupy Teatralnej „Czwarta Ściana” z Brzeszcz i Jawiszowic

oraz Grupy Rekonstrukcji Historycznych Batalion Obrony Narodowej „Oświęcim” z Bielan. Zdjęcia do filmu były m.in. realizowane na terenie Oświęcimia, Brzeszcz, Jawiszowic, Brzezinki, Osieka. W pracę nad filmem zaangażowała się również rodzina rotmistrza. Co właściwie w Witoldzie Pileckim może być cenne dla współczesnej młodzieży? „Sam zastanawiam się nad swoistym fenomenem tej postaci – każdy w niej znajduje coś dla siebie” - mówi Wasztyl. Cechy tego bohatera, które wybijają się ponad pewne schematy to na pewno aktywność społeczna, głęboka religijność, troska o rodzinę i poświęcenie dla kraju i wyższych wartości. „Ja lubię opowiadać o Pileckim nie jako o boha-

terze, ale jako o człowieku, ukazywać go w całej pełni. I ludzie dobrze taką opowieść odbierają, chłoną ją. Pilecki kochał ludzi. Współcześni liderzy często bardziej kochają zegarki za kilkadziesiąt tysięcy złotych” - dodaje producent. Zdaniem reżysera rotmistrz to osoba, przez którą można opowiedzieć historię uniwersalną: „przejmującą, sięgającą do relacji z Bogiem, do relacji z najbliższymi ludźmi, pokazującą tragizm i konieczność dokonywania życiowych wyborów w imię dobra najwyższego, dobra wspólnego”. Być może właśnie to jest dla wielu tak pociągające i sprawia, że życie tego Żołnierza Wyklętego ludzie chłoną coraz chętniej, stawiając je sobie za wzór godny naśladowania.  źródło: www.projektpilecki.pl

54


55


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 56

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


Najważniejsza jest motywacja

NOWOŚĆ

T

58

Anna Zemełka

B

illy Hope miał wszystko, mimo że wcześniej nie miał nic. Wychował się w sierocińcu bez perspektyw na dobre życie. To dobre życie wywalczył siłą motywacji – zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Będąc jednym z najlepszych bokserów na świecie, ustatkował się. Miał żonę, która kochała go ponad życie. Miał rezolutną córeczkę, która również darzyła go wyjątkowym uczuciem. Do tego miał sławę, przepiękny dom, kilka nowoczesnych samochodów i konta pełne pieniędzy. Ale niestety nic nie trwa wiecznie i wystarczy jedna tragedia, aby wszystko stracić. Bez przyjaciół, bez pieniędzy, bez rodziny sięgnął dna. I byłby na tym dnie pozostał, gdyby nie motywacja do zmiany swojego życia. Film bardzo dobitnie pokazuje, że najważniejsza jest dobra motywacja. Jeśli

rudno jest nakręcić film z bokserskimi wygibasami w tle, który zainteresuje kompletnych laików, bądź nawet antyfanów tego sportu. Rzeczy tej dokonał Antoine Fuqua, bo jego „Do utraty sił” (2015) zainteresuje nie tylko wielbicieli naparzanek w rękawicach.

Przede wszystkim wybija się tutaj znakomity Jake Gyllenhaal. Poprowadził on postać boksera Billy'ego w tak autentyczny sposób, że odbiorca żyje historią jego życia. Mając do dyspozycji spory wachlarz emocji Gyllenhaal, rozdysponował je rozsądnie, dzięki czemu kreacja nie wypadła ani nazbyt histerycznie, ani nazbyt mdło.

tylko ją odnajdziesz w swoim życiu, to możesz dokonać rzeczy z pozoru niemożliwych. Bardzo trudno jest podnieść się z ziemi, jeśli cały czas obrywasz

kopniakami ze wszystkich stron. Jeśli jednak zaprzesz się w sobie i znajdziesz coś lub kogoś dla kogo warto walczyć, to droga – chociaż bardzo trudna i miejscami wyboista – to jednak prowadzi do upragnionego celu. Nieprzypadkowe wydaje się również nazwisko głównego bohatera. W sytuacji, kiedy życie mocno daje popalić, tylko jedno może człowieka uratować – nadzieja. A ona, w połączeniu z motywacją, może zdziałać cuda. Trudno w fabule „Do utraty sił” doszukiwać się wybitnych zwrotów akcji czy refleksyjnych przenośni. To film skonstruowany w sposób prosty – człowiekowi wali się życie i próbuje on je od początku poskładać. Zaczyna dość marnie i niezgrabnie, przewracając się o własne nogi, jednak z czasem, mając wsparcie innych, radzi sobie


coraz lepiej. Historia Billy’ego Hope’a to opowieść o powrotach i o tym, że najgorszym, co nas może zgubić jest poczucie winy i zadręczanie się sprawami, na które nie mamy żadnego wpływu. I w końcu to opowieść o tym, jak ważne jest dla człowieka odkupienie przewinień, które ciążą nam na sumieniu i utrudniają życie. Wyróżnić można przynajmniej trzy kwestie, które nadają temu filmowi wyjątkowości i stawiają go na podium w opowiadaniu tego typu historii. Dzięki nim produkcja jest po prostu warta uwagi. Przede wszystkim wybija się tutaj znakomity Jake Gyllenhaal. Poprowadził on postać boksera Billy’ego w tak autentyczny sposób, że odbiorca żyje historią jego

życia. Mając do dyspozycji spory wachlarz emocji Gyllenhaal, rozdysponował je rozsądnie, dzięki czemu kreacja nie wypadła ani nazbyt histerycznie, ani nazbyt mdło. Złość, która jest głównym problemem tej postaci przeistacza się krok po kroku, pokazując dojrzewanie bohatera, przy czym nie jest to dojrzewanie wymuszone. Przemiana boksera jest – można powiedzieć – rozwleczona na dwie godziny filmu: nie następuje w jednej chwili, staje się procesem, który jest rozłożony na czynniki pierwsze. Uznanie należy się również Gyllenhaalowi za fizyczną metamorfozę i dostosowanie wyglądu do roli boksera. Aktor, który raczej nie jest kojarzony z posturą mięśniaka, w filmie zaskakuje – idealnie wy-

rzeźbione ciało robi wrażenie, a sprawność fizyczna np. w scenach przygotowań do walki pozytywnie zaskakuje. Z drobnego i wychudzonego chłopaczyny w „Wolnym strzelcu” (2014) zmienił się w „kawał mięcha” z pięknie uwydatnioną tkanką mięśniową. Dlatego można przewidzieć nominację dla Gyllenhaala do tegorocznych Oscarów za najlepszą męską rolę pierwszoplanową. Kolejnymi mocnymi elementami filmu, które ze sobą współgrają, tworząc spójną całość, są zdjęcia i konstrukcja. Operatorowi i montażyście udało się bardzo dobrze przedstawić historię, szarżując pomiędzy ujęciami w sposób dynamiczny, dostosowany do tematyki. Zmagania bohaterów na ringu są niemal źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

59


źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

jak taniec, a wymienianie ciosów jest tak rytmiczne, jakby była w tym z góry ustalona choreografia. Kamera rejestruje wszystko bez zbędnej brutalności i bez epatowania krwią. Poobijane twarze bokserów zostały ukazane bez przesadnego nadęcia, a sceny walk są wyważone, przez co nie zdominowały filmu. Dopełnieniem świetnego montażu jest muzyka – bity uderzają w twarz przeciwnika z niemal taką samą mocą, co pięść boksera. Utwory napisane i wykonane przez Eminema nie tylko udowadniają, że raper ma jeszcze wiele do powiedzenia – czy raczej wyśpiewania – w świecie muzyki, ale przede wszystkim idealnie wbijają się w nastrój produkcji. Do tego dochodzą delikatne kompo-

60

zycje zmarłego niedawno Jamesa Hornera – znanego między innymi z muzyki do takich klasyków jak „Braveheart” (1995) czy „Titanic” (1997). Stanowią one prawdziwą ucztę dla uszu i duszy. W świat – mówiąc kolokwialnie – walenia się po pyskach, wprowadzają przestrzeń do refleksji, nadają filmowi odrobinę subtelności i niezbędnej emocjonalności. Sprawiają, że odbiorca ma chwilę na zastanowienie się. Film ma także swoje słabości. Jedną z nich jest 50 Cent czyli Curtis James Jackson obsadzony w roli czarnego charakteru, Jordana Mainsa – fałszywego agenta, dla którego liczą się przede wszystkim pieniądze. Sama postać, chociaż jednowymiarowa, to jednak pozostawiała przy-

najmniej minimalne pole do popisu dla osoby, która się w nią wcielała. Jednak raper powinien zdecydowanie pozostać przy tworzeniu muzyki, bo aktorem jest wybitnie przeciętnym. Jego kreacja jest od samego początku przewidywalna, gra - drewniana, a ogólny styl bycia - zwyczajnie irytujący. „Do utraty sił” nie wprowadza w świat filmu niczego nowego. Poprowadzony jest po przetartej już ścieżce i w ani jednej minucie nie wybija się ponad ustalony schemat. To dramat o bohaterze, który upada, by powstać przemieniony. Nie ma tu nic do dodania, nic też nie zaskakuje. Ale jest to opowieść, którą ogląda się przyjemnie do samego końca. 


61


Siedem dusz I

FILM

Michał Musiał

62

H

istoria Bena Thomasa przedstawiona przez Gabriela Muccino jest w dość przerysowany sposób, mocno oddziałuje na emocje widza, aczkolwiek można wyciągnąć z niej kilka wartościowych rzeczy i zadać sobie np. pytanie, co ja bym zrobił w sytuacji głównego bohatera i dlaczego nie postąpiłbym tak jak on? Ben w pewien sposób próbuje uciekać od wydarzeń które go spotkały, zmieniły jego życie o 180 stopni, układa szaleńczy plan w którym nie zważa na własne życie, byle tylko za wszelką cenę odpokutować coś, co stało się nie do końca z jego winy. Postanowił on zmienić lub uratować życie 7 osobom, po tym jak w wypadku samochodowym w którym brał udział zginęło 7 innych ludzi, a w tym najbliższa mu osoba. Robi to w można powiedzieć szlachetny lecz dosyć nie-

le jest w stanie poświęcić człowiek aby odkupić swoje winy? Jak bardzo jedna chwila potrafi zmienić nasze życie? Do jakich czynów jesteśmy w stanie się posunąć aby czynić dobro? Na te i inne ważne pytania przychodzi nam zastanowić się oglądając tą właśnie produkcję.

Kino dosyć przewidywalne, nie ma tu wybuchów ani zwrotów akcji, nasz bohater jest zdeterminowany w tym co robi, uparcie dąży do celu, mimo, że po drodze trafia na kobietę, która jak się wydaje na chwile zachwiała jego motywacją,

spotykany sposób, a mianowicie pozbywa się swojego domu i kilku organów wewnętrznych. Ci którym chce podarować niezwykły dar - zmienić ich życie, nie są przypadkowymi osobami, Ben przez długi czas ich obserwuje i stara się stwierdzić, czy są oni dobrymi ludźmi nawet wtedy,

gdy nie wiedzą, że ktoś ich obserwuje. Czasami jest przy tym na prawdę okrutny, uwziął się szczególnie na biednego niewidomego. Dlaczego sposób Bena może wydawać się szlachetny? Poświęca się on dla innych w sposób dosłownie całkowity, oddaje wszystko co ma wyzbywając się przywiązania do rzeczy materialnych. Należy przyznać, że gdyby nie on, to faktycznie kilku wspaniałych ludzi umarłoby lub cierpiało. I to w zasadzie byłoby na tyle. Dlaczego to co robi jest zwyczajnie głupie? Reżyser jak już wcześniej wspominałem chyba za bardzo skupił się na aspekcie emocjonalnym. No bo kto z nas w realnym życiu postanowiłby zrobić tak jak główny bohater? Zakrawa to o chorobę psychiczną i brakiem instynktu samozachowawczego. Raczej egoistycznym jest po-


źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

dejście "za wszelką cenę", o ile prostsze jest zrobienie tego co Will Smith w głównej roli niż stawienie czoła życiu takim jakim jest, próba odkupienia, przez pomoc więcej niż 7 osobom, no bo dlaczego tylko 7, skoro mógł np. 77? Kino dosyć przewidywalne, nie ma tu wybuchów ani zwrotów akcji, nasz bohater jest zdeterminowany w tym co robi, uparcie dąży do celu, mimo, że po drodze trafia na kobietę, która jak się wydaje na chwile zachwiała jego motywacją, Ben angażuje się trochę bardziej niż zamierzał, co zapewne sprawiło mu o większy bólu przy tym co zrobił na końcu filmu. Trudno jest stworzyć dobry dramat filmowy, żeby nie stał sie on emocjonalnym kiczem, z czym w tym przypadku niestety mamy do czynienia. Mimo wszystko ogląda się go dobrze, lecz należy robić to z dużym przymrużeniem oka no

i trzeba liczyć się z tym, że przez resztę dnia na naszej twarzy będzie gościć smutna mina, bo to dramat w pełni tego słowa znaczeniu. Porusza ważne kwestie powiązane z nierozerwalnymi aspektami naszego życia, czyli miłością i cierpieniem. Należy zwrócić tu uwagę na prawdę grę Willa Smitha, aktor jest w doskonałej formie. O czym jeszcze może nam mówić postać Bena? Ukazuje obraz nas samych, no bo jak często zdarza nam się zadręczać się rzeczami, na które tak na prawdę nie do końca mamy wpływ, takie myślenie doprowadza nas do zachowań skrajnych, zmienia nas jak głównego bohatera. Wątek miłosny w filmie był dosyć naciągany i również przekoloryzowany, oparty na utartym schemacie, gdzie w życiu mężczyzny pojawia się kobieta, która go zmienia, ratuje go przed samym sobą i teoretycznie

wszystko powinno skończyć się dobrze. Ale nie tutaj, bo jak już wcześniej wspominałem Ben ma już swój cel i nic nie jest w stanie go zmienić. Wewnętrzne cierpienie przesłania mu cały świat. Podsumowując - film polecam, pomimo dużego krytycyzmu z mojej strony, no bo na pewno warto zobaczyć go ze względu na wiele ciekawych wątków i aspektów psychologicznych, gdzie możemy zastanowić się nad czymś więcej. Nie będę też ukrywał, że łatwo domyślić się zakończenia patrząc na to jak destrukcyjną ścieżkę obrał Ben, ale tak jak już wspominałem należy traktować to z dużym dystansem, wtedy nawet da się wczuć w klimat do jakiego zaprasza nas reżyser, chociaż dla mniej odpornych może oznaczać to trochę wylanych łez. 

63


Listy niezapomniane

KSIĄŻKA

O

64

Edyta Masełko

W

sytuacji wymagającej napisania listu o wiele szybciej przyjdzie nam wysłanie maila albo napisanie do znajomego na Facebooku, kiedy zaś mowa o książkach - czy nie jest tak, że coraz częściej sięgamy po łatwiejszą w odbiorze i zamkniętą maksymalnie w dwóch godzinach ekranizację? Jakby naprzeciw postępującemu zapominaniu o sztuce pisania papierowych listów wychodzi Shaun Usher, który oddaje w ręce czytelnika w całości subiektywny wybór najpiękniejszych listów ,,godnych szerszego grona odbiorców”, jak deklaruje na okładce książki. Shaun Usher zbierane przez siebie listy początkowo przez długi czas publikował na swoim blogu (http://www.lettersofnote. com/). Myśl o wydaniu książki pojawiła się z cza-

dnoszę nieodparte wrażenie, że z pisaniem tradycyjnych listów jest ostatnio trochę jak z czytaniem książek. Obie czynności możemy bez najmniejszego trudu zestawić z działaniami daleko bardziej atrakcyjnymi, mniej angażującymi i z pewnością zajmującymi również mniej czasu.

Shaun Usher daje czytelnikowi niezbity dowód, jak piękną i wysmakowaną sztuką może stać się wymiana korespondencji oraz jak wiele znaczeń może mieć jej zachowanie w przyszłości.

sem. Całe przedsięwzięcie okazało się strzałem w dziesiątkę, książka Ushera zyskała bowiem na całym świecie rzesze zafascynowanych sztuką pisania listów odbiorców. Listy opublikowane w ,,Listach niezapomnianych” nie zostały pogrupowane ze względu na temat, którego dotyczą, nie podzielono ich również, mając na uwadze czas bądź epokę, z których pochodzą. Czytelnicy, którzy w podob-

nych zbiorach poszukują przede wszystkim swego rodzaju uporządkowania mogą więc czuć się nieco zawiedzeni. Jestem jednak przekonana, że perfekcyjny dobór listów i ich różnorodność oczarują niemal każdego. Wśród listów skrupulatnie wybranych przez autora odnajdziemy m.in. poruszający list Charlesa Dickensa do ,,The Times” dotyczący odbywających się w XIX-wiecznym Londynie publicznych egzekucji na ulicach miasta, niezwykle wzruszający list Virginii Woolf do męża napisany krótko przed samobójczą śmiercią pisarki albo przykład niesamowicie zabawnego i kreatywnego podania o pracę pewnego pomysłowego copywritera, który pewnego dnia postanowił zostać scenarzystą. To niecodzienne podanie o pracę okazało się być jednym z najskuteczniejszych


źródło: okładka książki / materiały dystrybutora

w historii, a sam autor kilkanaście lat później otrzymał Oscara za najlepszy scenariusz filmowy. Wymienione przeze mnie listy to tylko kilka spośród 126 fragmentów korespondencji opublikowanych w ,,Listach niezapomnianych”. Każdy z nich to pewnego rodzaju świadectwo czasu, w którym powstał i niezwykle osobisty (często intymny) łącznik z ludźmi, których dotyczył. Poza nieocenioną wartością informacyjną ,,Listów…” czytelnik otrzymuje również niemałą dawkę emocji towarzyszących lekturze. Nagle bowiem okazuje się,

że za wielkimi nazwiskami autorów korespondencji stoją wstrząsające, rozczulające, a często niezwykle zaskakujące fragmenty ich życia, o których wielu nie miało pojęcia. Słynni pisarze, aktorzy, prezydenci stają się czytelnikowi bliżsi, zaś sprawy, o których piszą intrygują i zachęcają do pogłębienia wiedzy na temat konkretnych wydarzeń z przeszłości. Poza mnożeniem zachęt, o których pisałam wcześniej, ,,Listy niezapomniane” przede wszystkim prowokują jednak odbiorcę do powrotu do samodzielnego pisania tradycyjnych

listów. Shaun Usher daje czytelnikowi niezbity dowód, jak piękną i wysmakowaną sztuką może stać się wymiana korespondencji oraz jak wiele znaczeń może mieć jej zachowanie w przyszłości. Przeczytajcie ,,Listy niezapomniane” w całości lub we fragmentach, wybierając listy, które interesują Was najbardziej. Gwarantuję, że czas spędzony z książką Ushera będzie niezapomnianą przygodą, a jeśli stanie się również zachętą do napisania własnego listu - to już w ogóle - cud, miód, malina! 

WIĘCEJ NA: WWW.KSIAZKAZMASLEM.WORDPRESS.COM

65


Pamiętnik z czasów wojny

KSIĄŻKA

C

66

Rafał Growiec

D

awid Rubinowicz urodził się w Kielcach, mieszkał jednak w podkieleckim Krajnie. W dniu wybuchu drugiej wojny światowej miał rozpocząć naukę w siódmej klasie szkoły podstawowej. Na jego świadectwie z poprzedniego roku widzimy same oceny dobre, poza dostatecznym ze śpiewu i bardzo dobrym z zajęć praktycznych. Koledzy wspominają go jako wzorowego ucznia, zawsze nienagannie ubranego, pomocnego i koleżeńskiego. Zostawał nawet chwilę na lekcjach religii katolickiej (ale prosił, by nie mówić ojcu). Ojciec Dawida, Josek, po sprzedaży pola prowadził małą mleczarnię. Matka, Tauba, znana była w okolicy jako akuszerka. Do tego młodsze rodzeństwo Dawidka – siostra Mania i braciszek. Nie wyróżniali się bardzo od innych Żydów z podkieleckich wsi, nie wyróżniali się bardzo ubiorem, byli

zasami nie trzeba wielkiego wysiłku i kunsztu, by stworzyć obraz swojej epoki. Niekiedy wystarcza jedynie opisywać co się dzieje dookoła. „Pamiętnik Dawida Rubinowicza” jest szczerym zapisem życia Żydów polskich pod niemiecką okupacją.

Dawidek ma świadomość, że nie tylko Żydzi padają ofiarą nazistów. Nie stosuje prostego wartościowania, wie, że wykonujący polecenia Niemców sołtys robi to ze strachu, że także jego mogą zabrać z ulicy żandarmi.

lubiani i szanowani. Gdy przyszła wojna, Dawid stracił możliwość chodzenia do szkoły. W nieużywanych zeszytach zaczął notować wydarzenia dnia codziennego, naznaczonego widmem okupacji. Jak wspomina Tadeusz Janicki, Dawid już wcześniej prowadził pamiętnik, zapisując w nim każdy dzień i nieraz tworząc do tego ilustracje. Nie jest pewne, czy zeszyty

z czasów wojennych stanowią kontynuację zaginionych zapisków czy też są czymś odrębnym, próbą poradzenia sobie z izolacją od szkolnych kolegów. Po wojnie zeszyty znajdowały się na strychu Antoniego Wacińskiego, gdzie w 1957 r. znalazła je Helena Wołczykowa, lektorka lokalnej rozgłośni. Wraz z mężem, Artemiuszem, zaczęła czytać pamiętniki w czasie audycji. W roku 1959. do Bodzętyna przyjechała Maria Jarochowska, by napisać reportaż o dokonanej w czasie okupacji zbrodni antysemickiej. Wtedy otrzymała pocztą pięć zeszytów od Wołczyka. Rok później zostały one wydrukowane po raz pierwszy, z zachowaniem oryginalnej pisowni, a kolejne zeszyty oznaczane były zdjęciami okładek, opatrzone komentarzem historyków. Z tych dodatków dowiadujemy się, jakie były najbardziej praw-


źródło: okładka książki / materiały dystrybutora

dopodobne dalsze losy rodziny Rubinowiczów. Dnia 21 września 1942 r., w święto Jom Kippur, żydowski Dzień Pojednania, z Suchedniowa odjechał pociąg do Treblinki, gdzie dotarł dzień później. Dawidek wraz z całą rodziną zostali zamordowani najdalej dwa dni później. FUTRA I ŻARNA Pamiętnik Dawida jest zapisem bardzo emocjonalnym, do bólu szczerym. Posługuje się potocznym językiem, czasem gubiąc sylaby czy mieszając szyk zdania. Unika niemieckich słów – zamiast „Judenradt” pisze „Rada Żydowska”, zamiast „getto” – „dzielnica żydowska”. Oprócz realiów czysto wojennych widzimy, jak chłopiec przeżywa choćby spotkanie z lisem w lesie, czy gwałtowną burzę. Są to jedynie krótkie przerwy, zwykle z początków pamiętnika, zdominowane później przez kolejne problemy, choćby finansowe. Dawidek czy jego siostra co i rusz udają się do kogoś albo po zwrot długów, albo by samemu pożyczyć. Gdy trzeba

się przenieść do getta, każdy grosz się liczy – sprzedawane są meble, ale też obórka. Niemcy zabierają bydło, konie, żywność na kontyngent, a w mieszkaniach Żydów składają ziemniaki dla wojska. Gdy trwa kampania zimowa, zabierane są nawet najmniejsze skrawki futra, a ich ukrycie karane jest śmiercią. Widzimy jak kolejno Żydom odbierane są prawa i możliwości zarobku. Restrykcje dotyczą nie tylko konieczności zamieszkania w getcie, ale też zakaz poruszania się po określonej godzinie. Dawidek jest świadkiem aresztowań i egzekucji, ale także wywieszania antysemickiego plakatu. Sam też pracuje przymusowo, na przykład przy odśnieżaniu, a ojciec radzi mu ubierac się po kobiecemu, by uniknąć zatrzymania. Niemcy konfiskują żarna, nakładają liczne mandaty. Żydzi schwytani w łapance trafiają do obozów pracy przymusowej, zapewne na rzecz niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Dawidek ma świadomość, że nie tylko Żydzi

padają ofiarą nazistów. Nie stosuje prostego wartościowania, wie, że wykonujący polecenia Niemców sołtys robi to ze strachu, że także jego mogą zabrać z ulicy żandarmi. Opisuje i polskich żandarmów, bijących przy byle okazji, ale też „bardzo dobrego” niemieckiego żołnierza, który pomógł odzyskać zarekwirowany towar, gdy Judenradt nie chciał pomóc. Pamiętnik Dawida nie jest wciągającą powieścią, napisaną, by wzruszać. Stanowi bardziej dokument z epoki, poruszający dzięki temu, że nie był przeznaczony do publikacji. W przedmowie do pierwszego wydania Jarosław Iwaszkiewicz nazwał te kajety „jednym wielkim «oskarżam»” wobec ówczesnych prześladowców. Przetłumaczone na kilkanaście języków rzeczywiście stały się świadectwem swoich czasów. Dziś, gdy coraz chętniej chce się tworzyć obraz wyidealizowany czy też oszczerczy zdaje się, że Dawidek nie mówi „oskarżam”, ale po prostu pisze, jak było. 

67


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 68

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 69


W sieci friendzone REFLEKSJE

„G N J Emilia Ciuła

C

zy istnieje przyjaźń damsko-męska? Wielu uważa, że tak. Być może i istnieje, ale bardzo często przekształca się w coś silniejszego - najpierw zakochanie, a później miłość i niestety równie często jest to uczucie jednostronne. Jak widać po przytoczonym tekście wiersza A. Mickiewicza „Niepewność” - problem ten aktualny jest od bardzo dawna, a pewnie i od zawsze. CO TO JEST FRIENDZONE? Friendzone to patologiczna sytuacja, w której jedna osoba zakochana jest w drugiej, a ona mimo tego, że o tym wie, traktuje tę pierwszą wyłącznie jak przyjaciela. Człowiek uwikłany w miłość bez wzajemności cierpi prawdziwe katusze. Często wizualizuje sobie wspólne życie ze

70

dy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, ie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę; ednakże gdy cię długo nie oglądam, Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam; I tęskniąc sobie zadaję pytanie: Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?”

Prawdziwy przyjaciel to dar od Boga. Potrafi być z tobą na dobre i złe oraz z prostotą i szczerością mówić, jeśli zachowujesz się niestosownie. Współczesnym ludziom często bardzo trudno jest odróżnić te dwa uczucia, jakim są zakochanie i przyjaźń.

swoją drugą połówką i żyje marzeniami, które nigdy się nie spełnią. Czemu trwa więc w takim stanie? Odpowiedź jest prosta: ma nadzieję, nadzieję, że z czasem jego sytuacja się zmieni. Przykro mi jest tym bardziej pisać, że jest to

mało prawdopodobne, ale nie przeczę, że - rzadko, bo rzadko - ale możliwe. PRZYJACIELA MAM Prawdziwy przyjaciel to dar od Boga. Potrafi być z tobą na dobre i złe oraz z prostotą i szczerością mówić, jeśli zachowujesz się niestosownie. Współczesnym ludziom często bardzo trudno jest odróżnić te dwa uczucia, jakim są zakochanie i przyjaźń. Niektórzy, bojąc się zaangażowania, wybierają przyjaźń, ponieważ jest mniej zobowiązująca. Gorzej, gdy druga strona nie jest tego do końca świadoma… HYBRYDA Każdy związek musi być oparty zarówno na miłości jak i na przyjaźni, która jest jej nieodłącznym elementem. Jednak, gdy wybiera się przyjaźń, nie można tworzyć hybry-


źródło: www.pixabay.com

dy przyjacielsko-miłosnej. Miesza ona w głowach i odpowiada na egoistyczne zachcianki człowieka. Jest kilka typów hybryd: Nieświadomość. Hipotetyczna sytuacja - dziewczyna wraz ze swoim przyjacielem wybrała się na zakupy. Przymierza kolejne bluzki, na które jej nie stać, ale przecież jej najlepszy przyjaciel ma pieniądze, to kupi, nigdy przecież jej nic nie odmówił. Później wspólny wypad do pubu, piwo i powrót do domu. Buziak w czoło na dobranoc i wystarczy. A on ciągle skrycie liczy na coś więcej. Szkoda, że nie ma odwagi zaryzykować i powiedzieć o swoich uczuciach. A nuż, okaże się, że ona też coś

do niego czuje. Znamy się za dobrze - przyjaźń od czasów dzieciństwa. Zawsze nierozłączni. Wszystkie babcie, ciocie, dziadkowie i wujkowie mówią, że oni będą razem. Już ślub szykują. Jedną stronę to cieszy… drugą nie bardzo. Później wielkie rozczarowanie: „jak to?… przecież jesteśmy ze sobą od zawsze. - Kiedy przestałaś mnie kochać? - Nigdy nie zaczęłam”. „Ty wiesz, że ja wiem”. On wie, że się jej podoba. Ale wykorzystuje to. Nie ma co zrobić z wolnym czasem, to do niej wpadnie na film. Dodatkowo zje dobry obiad i to całkowicie za darmo! Bo przecież ona zawsze ma dla niego czas,

wysłucha, porozmawia, doradzi i jest wpatrzona w niego jak w obrazek. A jemu to odpowiada. Prawdopodobnie ma takich koleżanek na pęczki i leczy nimi swoje ego. Z drugiej strony. On zakochany w niej po uszy, ona nie ma prawa jazdy, więc w środku nocy odbierze ją z imprezy, bo jeszcze jej się coś stanie! Będzie się martwił i dzwonił, wysłucha o byłym chłopaku, który ją tak tragicznie zranił, przytuli i wydaje mu się, że to mu wystarcza... WYZWOLENIE Najważniejszym krokiem w kierunku wyzwolenia z friendzone jest świadomość własnego poło-

71


żenia. Boisz się przyznać do swoich uczuć, dlatego wolisz tkwić w patologicznej sytuacji, niż poczuć się zranionym. Wizja życia bez upragnionej osoby jest nie do zniesienia. Liczy się tylko to, by być blisko, na każde zawołanie zbierając okruszki z „pańskiego stołu” za każdym razem, gdy nadarza się okazja. Zadaj sobie pytanie: jak możesz być z kimś, nie szanując siebie? Własnych uczuć i potrzeb? Nie kochasz siebie, a drugiej osobie oddajesz i chcesz oddać wszystko. Być z kimś to znaczy tworzyć integralną, samoświadomą jednostkę, a jednocześnie dzielić z kimś życie.Właśnie dlatego mu-

72

sisz się PRZEBUDZIĆ. Zaryzykować. Masz dwa wyjścia: przyznać się przed sobą i stwierdzić, że to nie ma sensu (adykalnie ograniczyć tę znajomość i w końcu zacząć żyć) albo zdobyć się na odwagę i powiedzieć, co czujesz. Albo zostaniesz zaakceptowany, albo odrzucony. Nie baw się w żadne „nie wiem”. Gdy usłyszysz te słowa, to uciekaj czym prędzej. Jeśli ktoś „nie wie”, to zazwyczaj znaczy, że albo boi się zaangażować i spróbować, albo wygodnie mu jest tak jak jest. Niestety aby odzyskać wolność, trzeba czasem poświęcić przyjaźń. To boli, ale człowiek, który jest stabilny emocjo-


nalnie, da sobie z tym uczuciem radę. W życiu ponosimy zarówno zwycięstwa, jak i porażki. Z każdych wyciągamy naukę. Czasem trzeba zaryzykować i zyskać albo miłość, albo wolność. W tej rozgrywce tak czy siak, wygrywasz. A teraz kilka słów do tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich „przyjaciel” czuje do nich coś więcej. Jeśli naprawdę ci na nim zależy, to nie pozwól mu żyć w mirażu związku. Ty również musisz się zebrać na odwagę i poruszyć ten trudny temat. Tylko bezduszna istota skazuje na cierpienie tych, których kocha. Człowiek to nie zabawka, nie służy do zaspokajania

egoistycznych potrzeb i zachcianek. Na zakończenie powtórzę jeszcze raz jedną kwestię. Ważne jest podjęcie DECYZJI. Bez niej nic się nie zmieni, nie ruszysz do przodu. Stracisz czas i energię. A przecież każdy dzień dany jest ci od Pana tylko raz. ZARYZYKUJ, abyś nie był biernym pionkiem w grze o wielką stawkę, którą jest twoje szczęście. ¸

źródło: www.pixabay.com

73


74

Może coś Więcej nr 20 / 2015 (46)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o sztuce sakralnej

Może coś Więcej nr 20 / 2015 (46)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o sztuce sakralnej

Advertisement