Page 1

nr 17 (43) / 2015

17 - 30 sierpnia

ISSN 2391-8535

W świecie dźwięków 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

W świecie dźwięków

Z życia Kościoła

10 Tytułu i słów brak Rafał Growiec

22 Kowbojki i kapelusze? Rafał Growiec

52 Jezus i św. Franciszek wiedzieli, kiedy warto milczeć? Andrzej Letsyn

SPIS TREŚCI

Felieton 14 O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne Marcin Kożuszek

28 Zanurzeni w świecie dźwięków Beata Krzywda

32 Bach i Händel – tak podobni, tak różni Kajetan Garbela

Myśli Niekontrolowane 16 Czy człowiek stanął na księżycu?

38 Soundtrack mojego życia Łukasz Łój

Maciej Puczkowski

Rozmowa numeru

46 Grajmy Chrześcijańskie granie Kajetan Garbela

2

Wiara na chłopski rozum 54 Do prostaczka – wiara na chłopski rozum - GRZECH Anna Janczyk


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Nowości

Spacerownik

58 A może ty jesteś słownym ekshibicjonistą?

68 Emocji tyle, że głowa mała!

84 Śladem świętych krakowskich - trzy niezwykłe kobiety

Anna Zawalska

Beata Krzywda

Emilia Ciuła

Rozmowa kulturalna 62 Nie jesteśmy przewrotni

Film 70 Jak czuje robot Anna Zawalska

Rozmowy 88 Jestem w ciąży! Emilia Ciuła

Łukasz Łój

Książki 72 Literackie delirium Michał Wilk

Gry 76 Ręka Boga, łzy gracza Rafał Growiec

3


W świecie dźwięków D„M WSTĘPNIAK

ość muzycznie zrobiło się w tym numerze oże coś Więcej”. Nie dziwota, skoro muzyka odgrywa tak ważną rolę w naszym życiu, nie tylko codziennym.

4

Anna Zawalska

Z

muzyką związane są bardzo blisko wszelkie nasze wspomnienia. Słyszę ten, czy tamten kawałek i już przed oczami mam okres życia, w którym tej piosenki słuchałam. Też tak macie? W moim przypadku to właśnie muzyka jest najlepszym nośnikiem najważniejszych wspomnień. Dlatego tak chętnie powracam do piosenek, których słuchałam jeszcze jako dziecko, czy nastolatka. Z przyjemnością wspominam piosenki, które śpiewała mi Mama przed snem. Wracam nawet do tych dźwięków, których słuchanie w jakimś stopniu może być wstydliwe. W końcu chyba każdy przechodził przez fazę słuchania boysbandów czy innych zespołów, o których teraz nikt nie ma zielonego pojęcia. Muzyki słuchamy w różnych sytuacjach życio-

Muzyki słuchamy w różnych sytuacjach życiowych. Odpowiedni bit do sprzątania to podstawa. W samochodzie też trzymamy płyty z ulubionymi składankami. Do tego obowiązkowo na telefonie tysiące kawałków żeby było czego posłuchać w drodze na uczelnię, do szkoły, do pracy.

wych. Odpowiedni bit do sprzątania to podstawa. W samochodzie też trzymamy płyty z ulubionymi składankami. Do tego obowiązkowo na telefonie tysiące kawałków żeby

było czego posłuchać w drodze na uczelnię, do szkoły, do pracy. Inne melodie lecą z głośników kiedy jesteśmy weseli, a inne kiedy mamy totalną załamkę. Punkt słyszenia zależy od punku siedzenia – chciałby się powiedzieć. Muzyka w jakiś sposób nas definiuje. Mamy swoje ulubione zespoły, ulubione rodzaje muzyczne. Jedni zasłuchują się rocku, inny w country, a jeszcze inni w muzyce klasycznej. Jak pokazują teksty do tego numeru, w redakcji mamy miłośników i jednego i drugiego gatunku. No i warto jeszcze wspomnieć o sławnym, aczkolwiek wstydliwym disco-polo. Zastanawialiście się z czego wynika fenomen tej – zdawać by się mogło – nieświetlnej muzyki? Najbardziej znane kawałki osiągają na youtubie dziesiątki milionów


źródło: www.pixabay.com

wyświetleń! „Ona tańczy dla mnie” skradło serca wielu, mimo że raczej w eterze było wyśmiewane, niż chwalone. Do tego inne weselne szlagiery, do których nóżka chętnie podrygiwa w tańcu. Muzyka prosta, o tekstach nieraz bezsensownych, a jednak sprawdza się u nas, jak mało gdzie. A po dwóch głębszych to już w ogóle całe zgromadzenie szaleje w rytm „Jesteś szalona” czy „Ale Ale Aleksandra”. Jak to mówią o gustach się nie dyskutuje, dlatego też daleko mi od wydawania sądów. Tak naprawdę każdy słucha tego, na co ma ochotę, co lubi i co wprawa go w dobry humor. Każdy tutaj ma inne zapa-

trywanie na tego typu rozrywkę dlatego nie ma co drzeć szat o to. Jeden lubi się rozerwać przy Bachu, a inny będzie świetnie się relaksował przy Behemocie. Jedno jest tutaj pewne – bez muzyki, bez twórców różnego rodzaju i gatunku, bez dźwięków, które lecą z głośnika egzystencja byłaby bardzo utrudniona. Oczywiście muzyka, to temat tak szeroki, że trudno byłoby wszystko o nim napisać. Dlatego w tym numerze tylko wątku dotykamy. Przedstawiamy zaledwie ułamek rozważań, które jeszcze mogłyby być snute. Jednak w przyrodzie nic nie ginie – pomysłów na teksty w tym temacie jeszcze trochę mamy,

dlatego wyczekujcie muzycznego uzupełnienia w niedalekiej przyszłości. Tymczasem zachęcam go przeczytania o muzyce country, o dwóch wybitnych twórcach muzyki klasycznej, o tym jak stworzyć sountrack swojego życia, o muzykoterapii, która pomaga ukoić nerwy, a także o Chrześcijańskim Graniu, którego powinno być w eterze coraz więcej. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Emilia Ciuła

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka

6


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Lubański Łukasz Łój

Tomasz Markiewka Marek Nawrot Szymon Steckiewicz Michał Wilka

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Tytułu i słów brak

10

JA Rafał Growiec

W

Dublinie od wtorku 4 sierpnia trwa spotkanie przedstawicieli krajowych komórek tej organizacji z osiemdziesięciu krajów świata. Propozycja tekstu uchwały opiera się na założeniu, że aktywność seksualna jest naturalną potrzebą człowieka, a więc jeżeli ktoś nie potrafi jej zaspokoić z żoną/konkubiną/ dziewczyną, to ma święte prawo zaspokoić się za pieniądze. W związku z tym należy sprawić, by kobiety i mężczyźni realizujący te potrzeby nie byli dyskryminowani w społeczeństwie, stąd AI postuluje, by prawo nie dyktowało im, jak mogą używać swojego ciała i dlatego należy przestać karać za prostytuowanie się i korzystanie z takich usług. Mowa tu głównie o Szwecji, gdzie karani są ci, którzy płacą za seks. Jednak dekryminalizacja prostytucji oznacza także wszelkie

ak donosi portal rp.pl, na zjeździe w Dublinie mnesty International postawi postulat dekryminalizacji prostytucji, gdyż „pozbawianie kogokolwiek prawa kupowania usług seksualnych stanowi naruszenie praw człowieka”.

Paradoksalnie ten lewicowy projekt, mający poprawić sytuację kobiet wpisuje się w kilka stałych haseł „maczyzmu”. Facet ma potrzebę, to po prostu musi sobie użyć, nawet jeśli oznacza to potraktowanie kobiety jak gumowej lalki.

starania mające na celu wyciągnięcie prostytutek z marginesu społecznego. Czy oznacza to legalizację i objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym i opodatkowaniem? Czy mamy, tak jak w Niemczech, patrzeć, jak powstają związki zawodowe prostytutek? Polska sekcja AI twierdzi, że nie jest za legalizacją prostytucji, a omawiany projekt akcentuje głównie prawa

osób oferujących usługi. Należy pamiętać, że akcentowanie jednych treści nie oznacza, że nie znajdzie się miejsca na inne. Już samo pojawienie się takich treści w projekcie sugeruje, że w gronie działaczy Amnesty International są zwolennicy takich rozwiązań i za kilka lat, metodą małych kroczków, mogą oni znów dojść do głosu. Trzeba będzie mieć na oku organizację, która miała mieć na oku łamanie praw człowieka. AI nie kryje, że inicjatywa jest efektem apeli prawników sexbiznesu, którzy zgłaszali się do krajowych komórek. Twierdząc, że zna realia prostytucji, organizacja uznaje, że lekiem na przynajmniej część zła jest przewartościowanie etyki seksualnej. Przeciwko pomysłom AI już zaprotestowały gwiazdy Hollywood, jak na przykład Emma Thompson, Meryl Streep czy Kate Wins-


źródło: PAP

let, podpisując list Coalition Against Trafficking in Women (CATW, Koalicji Przeciwko Handlowi Kobietami). PRZYCHODZI ALFONS DO AI Amnesty International, instytucja-legenda, walcząca o prawa wszystkich pokrzywdzonych przez totalitaryzmy. Od kilku lat zaś główny orędownik różnych nowych dziwów, które z jakichś powodów uznaje za Prawo Człowieka. Jeśli AI opowie się za legalizacją prostytucji, da jedynie dowód na swoje ideologiczne skrzywienie i odejście od dawnych ideałów. Zastanówmy się, czy legalizacja prostytucji zmieni sytuację prawną prostytutek na lepsze. Sytuacja prawna w Polsce jest taka, jak postuluje AI – nie karze się nie ani klientów, ani prostytutek, a jedynie ludzi czerpiących korzyści z nierządu i zmuszających do niego. Czy to oznacza, że mamy lepsze warunki do kontroli tej strefy niż Szwecja karząca klientów? Nie – gdyż mafia w sposób dla siebie natural-

ny dąży do kontrolowania każdego biznesu, legalnego i nie. Najchętniej korzysta z sytuacji kryzysowych dla ludzi, gdy złamany człowiek może szukać wsparcia w nielegalnym kredycie, zapomnienia w narkotykach czy schronienia, wiktu i opierunku w domu publicznym. Gangsterzy świetnie radzą sobie z lukami prawnymi – pamiętamy sprawę klubów Cocomo, które wyciągały od klientów olbrzymie pieniądze teoretycznie całkowicie legalnie, bo na wszystko były rachunki. „A może właśnie tu potrzeba, aby burdele wyszły z ukrycia, aby alfonsem nie był gangster, tylko ktoś z czystą kartoteką, by wszystko było skontrolowane, składki popłacone...” – ktoś spyta w duchu niemieckiego porządku. W Niemczech na taki pomysł wpadli w 2002 r. Obecnie 90% prostytutek w Niemczech to obywatelki najbiedniejszych krajów Europy, nie mówiące po niemiecku, nie znające swoich praw. Gdy sieć burdeli Pussyclub motel ogłosiło pro-

mocję, że za 70 euro klient dostanie piwo i tyle kobiet, ile tylko zechce, „pracownice” mogły jedynie zapłakać, bo podpisały umowę, która oddawała je w pełni do dyspozycji pracodawcy, a gdyby chciały się poskarżyć, to nie miały jak i komu. Polscy streetworkerzy jasno mówią o tym, że bardzo często do legalnych domów publicznych Niemiec i Holandii trafiają Polki, które miały dostać pracę, albo były sprzedawane przez stręczycieli. Tam poprzez zastraszanie (stręczyciel grozi, że skrzywdzi kogoś z bliskich) i łamanie poczucia własnej wartości (poprzez gwałty, uzależnianie od narkotyków) zapewnia się milczenie. Prawnie wygląda to tak, jakby kobieta dobrowolnie oddawała się za pieniądze, a sutener jedynie udostępniał lokal i zapewniał zaplecze. Raczej więc wątpliwe, by do AI zgłaszali się szeregowi pracownicy burdeli, a raczej ich właściciele, którzy chętnie otworzyliby filię w jakimś mniej otwartym na takie „prawa człowieka”

11


kraju. Depenalizacja prostytucji nie ułatwia życia prostytutkom, nie obejmuje ich żadną ochroną, gdyż jedynie daje większe pole do popisu alfonsom. Oto mogą oni w pełni korzystać z ducha wyzwolenia seksualnego – niemieckie sieci domów publicznych oficjalnie oferują seks „na kanapkę” (dwóch klientów jednocześnie), możliwość defekacji, urynacji na kobietę czy zadawania jej bólu (nomen omen, praktyki zalecane przed Planned Parenthood dla urozmaicenia życia seksualnego amerykańskich nastolatków). Na tym wszystkim czerpią korzyści finansowe nie tylko sutenerzy, ale także państwa, które opodatkowały prostytucję. Niemcy już teraz są nazywane „największym burdelem w Europie”. WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ Teoretycznie nie o to chodzi. Teoretycznie chodzi tylko o to, by nie karać kobiet postawionych przed trudnym wyborem, zmuszonych sprzedawać własne ciało. Jednak ujawnione fragmenty projektu sugerują raczej próbę zmienienia stosunku do prostytucji jako takiej. Zaangażowanie w ten

proces AI może zafundować mu niezłą reklamę i poparcie „zwolenników praw wszelakich”. Znamy tę metodę z działań zwolenników aborcji, którzy najpierw walczą z „niebezpiecznymi, brudnymi, pokątnie prowadzonymi gabinetami” i proponują depenalizację jako mniejsze zło, a potem protestują, gdy ktoś ośmieli się zasugerować, że aborcja nie jest najwyższym dobrem, jakie może spotkać ciężarną nastolatkę. Przede wszystkim na podstawie prawa do dysponowania własnym ciałem chce się stworzyć prawo do kupowania usług seksualnych. Co, jeśli jakiś kraj uniemożliwi bezpieczne korzystanie z tego „prawa”? Czy konieczne będzie wprowadzenie jakichś form kontroli – a jeśli już będą np. książeczki sanepidowskie, to dlaczego nie jakieś rodzaje organizacji? Lewica bardzo często podają przypadki skrajne (karanie klienta), by usprawiedliwić wprowadzenie danego „prawa” na co dzień i w całkiem typowych sytuacjach. Paradoksalnie ten lewicowy projekt, mający poprawić sytuację kobiet wpisuje się

w kilka stałych haseł „maczyzmu”. Facet ma potrzebę, to po prostu musi sobie użyć, nawet jeśli oznacza to potraktowanie kobiety jak gumowej lalki. Współżycie sprowadzone zostaje do zwykłego zaspokojenia naturalnych potrzeb, a jednocześnie oderwane od jego naturalnego sensu – prokreacji. Jest to usługa, tak jak balejaż czy uszycie garnituru i nie ma żadnego głębszego celu. Pozostaje mieć nadzieję, że członkowie Amnesty International pójdą po rozum do głowy i zmienią projekt tak, by nie godził on w godność kobiet i samego aktu płciowego. Może tym razem się uda obronić resztki dobrego imienia tej szanowanej do niedawna instytucji. Jednak sądząc po ogólnym jej kursie, możemy oczekiwać dalszej promocji deprawacji w imię jeszcze nowszych praw. Z ostatniej chwili: w ostatecznym głosowaniu AI przegłosowało projekt uwzględniający postulaty depenalizacji i uznania płacenia za stosunek seksualny za prawo człowieka. 

źródło: www.pixabay.com

12


13


O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne FELIETON

W

14

Marcin Kożuszek

P

roblem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”. A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jan-

śród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie?

W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności!

kielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”. Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na

uszy całemu narodowi! Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej… W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie… W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną:


źródło: www.polska.newsweek.pl

jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!). Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy przedsiębiorstw, a newsy kończyły się obowiązkowo

podaniem do wiadomości, że „akcje spółek Jana Kulczyka notują spadek na giełdzie”. Przypomniałem sobie biblijną przypowieść o uchu igielnym i nasunęła mi się myśl o tym, że owym uchem uniemożliwiającym mi wejście do Królestwa jest czasem patrzenie jedynie na stan czyjegoś konta przy jednoczesnym niedostrzeganiu zwyczajnego, z krwi i kości, człowieka. W przeszłości miałem bardzo klarowny podział na dobro i zło. Wydawało mi się, że wszystko, co biedne, jest dobre, a co bogate – złe. Niestety, prawdziwe życie nie jest tak jednoznaczne i prędko zweryfikowało moje poglądy. Dlatego też, pomijając wszelkie wątpliwości co do osobowości, przebiegu kariery, konotacji polityczno-biznesowych ś.p. Jana Kulczyka, ze smutkiem patrzę na świat i zastanawiam się, czy nie jest tak, że to my bywamy dla człowieka uchem igielnym;

że często ograniczamy lub uniemożliwiamy mu budowanie prawdziwych relacji tylko przez to, że oceniamy go powierzchownie, na podstawie jego pozycji społecznej… Nie wiem, czy był dobrym czy złym człowiekiem. Wiem jednak, że gdy umiera zwyczajny, „nie-bogaty” człowiek, nikt nie pisze w nekrologu, że „zmarł Jan Kowalski, emeryt dostający miesięcznie 2200 brutto…”. A przecież być bogatym to żaden grzech. Grzechem jest widzieć u człowieka jedynie jego bogactwo. No i nie śpiewać – to dopiero wykroczenie! „Gdzie słyszysz śpiew, tam wejdź, tam dobre serce mają. Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają” – J.G. Seume Mam nadzieję, że mimo złego słonia, który depcze nam po uszach, każdy z nas przeciśnie się przez swoje ucho igielne! 

15


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E 16

Czy człowiek stanął na księżycu? W M Maciej Puczkowski

C

zym dokładnie jest ten “Człowiek” przez wielkie “C”? Ten, który stworzył tyle wspaniałych dzieł i rozwinął dobra tego świata w sposób, przyznajmy to, imponujący. Czym jest Człowiek stojący na księżycu, który wynalazł pismo, komputery, buduje miasta, zdobywa szczyty i zdolny jest zniszczyć świat, w którym żyje w czasie o wiele krótszym, niż by sam tego chciał? Czy mówiąc “Człowiek”, mamy na myśli gatunek ludzki? Człowieczeństwo jako takie? Czy może ideę człowieka, której jesteśmy tylko odblaskami? Niewątpliwie możemy w ludziach znaleźć pewne cechy uznawane za wspólne, ale nie możemy przeważnie uznać ich za regułę. Bo jeśli powiemy, że człowiek ma dwie nogi i dwie ręce, to odmawiamy człowieczeństwa niepełnosprawnym. Jeśli uznamy, że musi

brew pozorom to pytanie nie ma wprowadzać w teorie spiskowe Stanów Zjednoczonych. ożemy swobodnie przyjąć, że stanął na nim Neil Armstrong, który należał do gatunku ludzkiego, lecz czy możemy przypisywać to osiągnięcie ludzkości jako całości?

Przypisujemy sobie sukcesy innych ludzi. Szczególnie jest to widoczne w kontekście całego naszego gatunku. Mówimy: “człowiek stanął na księżycu”, kiedy to Neil Armstrong na nim stanął. Nie stanęła na nim cała ludzkość, ani byt ze świata idei odzwierciedlający się akurat jako Neil Armstrong.

mieć świadomy rozum, to jaką mamy pewność, że zwierzęta takiego nie mają? Dalej, jaką mamy pewność, że wszystkie osobniki gatunku ludzkiego posiadają świadomy rozum, skoro potrafimy już budować

komputery zdolne oszukać nas, że są świadomymi istotami - a stoimy dopiero u początku rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji. Wszak sądzimy, że inni są świadomi wyłącznie na podstawie analizy naszych mózgów, które podpowiadają nam, że są oni tacy jak my. Mózgów, o których wiemy, że łatwo nas mogą mylić. Dosyć łatwo natomiast możemy wyróżnić człowieka, na płaszczyźnie biologicznej, tak samo jak potrafimy odróżnić od siebie inne gatunki. Problem pojawia się, kiedy staramy się odpowiedzieć na pytanie: “Co nas wyróżnia?”. Nie chodzi tu o proste pytanie - czym różni się nasz gatunek od innych, ale raczej o to, jak jesteśmy lepsi od innych gatunków? Czy jesteśmy od innych zwierząt lepsi jakościowo? Inaczej mówiąc, czy istnieje taka cecha


wspólna wszystkim, bez wyjątku, osobnikom gatunku ludzkiego, która jest niemożliwa do wykształcenia przez ewolucję? Jeśli wszystkie cechy, jakie są dla nas wspólne, zostały wykształcone w drodze ewolucji, to musimy się zgodzić na to, że możliwym jest dla natury wykształcenie innego, niespokrewnionego z nami, gatunku ludzkiego z jakiegoś gatunku zwierzęcego. To znaczy, że jeśli mielibyśmy być jakościowo lepsi od zwierząt, to musi istnieć taka cecha wspólna nam wszystkim, która nie powstała w drodze ewolucji, ale została nam nadana w jakiś inny sposób. Jeśli takiej cechy nie ma, to znaczy, że jesteśmy zwierzętami, które wprawdzie wyewoluowały w dość szczęśliwym i

praktycznym kierunku, ale wciąż są tylko zwierzętami. Jedną z cech naszych ludzkich mózgów jest utożsamianie siebie z grupą. Kibic, który nawet nie pofatygował się, żeby pójść na mecz, oglądając go w telewizji, po zwycięstwie drużyny związanej z grupą ludzi, do której należy, powie: “wygraliśmy”. Mógłby natomiast powiedzieć: “przegrali”, gdyby chodziło o porażkę. Ta ciekawa właściwość naszego umysłu sprawia, że przypisujemy sobie sukcesy innych ludzi. Szczególnie jest to widoczne w kontekście całego naszego gatunku. Mówimy: “człowiek stanął na księżycu”, kiedy to Neil Armstrong na nim stanął. Nie stanęła na nim cała ludzkość, ani byt ze świata idei odzwierciedlający się

akurat jako Neil Armstrong. Nie możemy więc powiedzieć, że Człowiek stanął na księżycu, powinniśmy raczej przyznać, że jednemu z nas się to udało, podczas gdy inni byli zajęci czymś innym i nawet się nie zainteresowali tym doniosłym wydarzeniem. Próba wyodrębnienia z osobników gatunku ludzkiego jakiejś jednej formy na płaszczyźnie abstrakcji przysparza niemało problemów. Nie tylko wtedy, kiedy taką formę staramy się jednoznacznie zdefiniować, ale również podczas próby znalezienia jej przymiotów. Taka forma musiałaby mieć mnóstwo przeciwności. Gdyż Człowiek musiałby być jednocześnie okrutny i litościwy, agresywny i łagodny, słaby i silny, mądry i głupi. Być może pomocne źródło: www.pixabay.com

17


byłoby mówienie nie o tym, jaki Człowiek jest, ale jaki może być. Tylko czy każdy człowiek może być mądry? Czy każdy może być silny? Czy każdy może być łagodny? Najtrudniej jednak rozprawić się z faktem, że każdy z nas w swojej świadomości jest zupełnie unikatowy - zakładając, że ktokolwiek poza mną na świecie istnieje i tak jak ja jest tego istnienia świadomy. Problem w tym, że moje wewnętrzne Ja, czyli to, czym rzeczywiście jestem, co jest w moim istnieniu niepodważalne i konstytuuje je, jest niepowtarzalne na poziomie

idei. Jeżeli istniałaby idea, której jestem odblaskiem, tak jak koła w świecie rzeczywistym są odblaskami idei koła, to jestem prawdopodobnie jedynym odblaskiem tej idei, jeśli natomiast istniałby jej inny odblask, to nie byłbym go świadomy? Wniosek z tego taki, że mówienie o idei Człowieka może i prawdopodobnie prowadzi na manowce. Lepiej jest przyjąć, że taka idea nie istnieje. Znowu więc nie możemy powiedzieć, że Człowiek stanął na księżycu, bo Człowiek jako taki nie istnieje. Istnieję ja i istnieją inni ludzie, zanurzeni w

człowieka biologicznego. Moje subiektywne ja jest niepowtarzalne. Co więcej, wszystkiemu mogę zaprzeczyć, ale nie sobie, bo tylko siebie na pewno doświadczam. Nie na darmo Kościół, choćby w nauczaniu Jana Pawła II, mówi nie o Człowieku, ale o “każdym człowieku”. Różnica być może jest subtelna, ale istotna. “Każdy człowiek” nie tylko ujmuje całość i odrębność gatunku ludzkiego, ale również nie zatraca unikatowości każdej osoby, podczas gdy “Człowiek” każe sądzić, że jesteśmy jednym bytem w wielu instancjach. 

źródło: www.pixabay.com

18


19


20

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

21


TEMAT NUMERU - W świecie dźwięków 22

Kowbojki i kapelusze? S Rafał Growiec

W

czasie jednego ze swoich występów Tomasz Szwed zwrócił się do widowni takimi słowami: „Ale tak poważnie, to ja mam żal do was. Tutaj walczył Bem, tam jego pomnik stoi. Walczył o wolność, o równouprawnienie, o demokrację. A wy słuchacie imperialistycznej muzyki! Ale skoro już tu jesteście, to wam zagramy”. Tych kilka zdań dobrze oddaje popularność country w naszej, do niedawna ludowej, Ojczyźnie. Fakt, że kowboje to lud pracujący miasteczek i wsi nie zmieniał faktu, że była to wieś amerykańska, przesiąknięta ideałami, których nie mogła tolerować władza wyrosła na nieco innych wartościach niż indywidualizm i praca, nie w czynie społecznym, ale na swoje własne, prywatne ranczo. Owszem, co jakiś czas do naszego kraju wlewało

łuchając radia, możemy zauważyć brak w ich repertuarze kilku znanych powszechnie gatunków. Jednym z nich jest country. Co sprawia, że (przynajmniej zdaniem rozgłośni) Polacy nie chcą słuchać tej muzyki?

Gdyby chcieć przypisać muzykę do dnia tygodnia, disco polo jest na weekend, na dyskotekę, podczas gdy country jest na co dzień – do pracy, na randkę, na imprezę u przyjaciół, na sjestę i na pogrzeb.

się troszkę kultury i muzyki zachodniej, ale nigdy country nie osiągnęło takiego sukcesu, byśmy doczekali się polskiego Hanka Williamsa tak, jak mieliśmy kilka zespołów uznawanych za polskich Beatlesów. Pojawiały się pewne próby tłumaczeń piosenek z angielskich oryginałów – na przykład Jacek Kaczmarski przetłumaczył balladę Don't take your guns to

town na Zostaw w domu broń. Pojawiało się troszkę nutek na banjo, ale wciąż mało kto znany chciał się kojarzyć z country. Pierwszy polski zespół grający w takich klimatach, Country Family Michała „Lonstara” Łuszczyńskiego, to dopiero 1978 r. Nie oznaczało to, że „imperialistyczna muzyka” nie miała swoich gorących zwolenników. Spore zasługi ma tu Korneliusz Pacuda, a odwilż zwiastująca koniec komuny sprzyjała graniu niepoprawnych dźwięków. Rok 1979 to powstanie sławnego swego czasu zespołu z Katowic, Gangu Marcela, który obecnie skupia się jednak na muzyce w klimacie śląskich szlagrów. W latach 80. powstają Zayazd i Coach, country weszło w repertuar zespołu Babsztyl. Od roku 1986 grał też Piknik Country & Folk w Mrągowie.


źródło: www.pixabay.com

Lata 90. to okres, gdy nawet w telewizji publicznej znalazł się czas na country na antenie katowickiego (znowu te Katowice!) oddziału Telewizji Polskiej, a także na falach Programu Pierwszego Polskiego Radia. W tym czasie patronat medialny nad Piknikiem Country w Mrągowie objął Polsat. I się zaczęło. Promocja zła? Konkretnie zaczął się szał na disco polo. Country stało się mniej popularne, więc i Polsat nieco po macoszemu podchodził do relacji z Mrągowa. Nie było popytu, więc ograniczano podaż, a niektóre rozgłośnie wręcz chwaliły się, że nie grają country. Na mrągowskiej scenie zaczęły się pojawiać hity promowane przez tę stację. Maryla Rodowicz może i zaśpiewała jeden czy dwa kawałki w tym temacie, a wersja Ghost Riders in the Sky Acid Drinkers była świetna – ale co z tego, skoro

to były tylko przyzwoitki uzasadniające dwa kolejne kawałki „z najnowszej płyty”, a zamiast starych zapowiadających telewizja męczyła nas twarzami znanymi z tanecznych czy śpiewaczych show? W efekcie część występujących czuła, że jest źle. Pewne drogi przestały prowadzić do Mrągowa. Ostatecznie skończyło się to następująco. Michał „Lonstar” Łuszczyński, jeden z pierwszych organizatorów Pikniku w latach 80., wyszedł na scenę w koszulce promującej nowy festiwal i zadedykował piosenkę Co to jest to country? „organizatorom tego Pikniku, który SIĘ NAZYWA country”. „Czyste Country” w Wolsztynie rozkręca się od kilku lat, ściągając gwiazdy zagranicznej sceny. A Polsat tymczasem zrezygnował całkowicie z transmisji z Mrągowa na rzecz odradzającego się disco polo. Także za sprawą prób wykorzystania

„westernowych klimatów” przez discopolowców doszło do skojarzenia country z infantylnymi tekstami nawiązującymi do zabawy w kowbojów i Indian. To tyle krótkiej historii. Country w Polsce nie miało lekko – opór ideologiczny za PRL i mocna konkurencja w latach 90. nie pozwalały się wybić. A może to w niej samej tkwi coś, co sprawia, że nad Wisłą nie ma szans się przyjąć? Może to efekt tego, że Polacy słuchają tego, co akurat w radiu leci i co się promuje na YouTube? Ale gdyby był popyt, rozgłośnie w trymiga zapewniłyby podaż. Dlaczego więc nie ma zapotrzebowania na country? Dlaczego słuchają go głównie kierowcy wielkich ciężarówek, co owocuje w naszym kraju wręcz wysypem piosenek opowiadających o życiu w trasie za kółkiem osiemnastokołowca (Radio, Długi kurs Lonstara, Nie bierz kursów na wschód,

23


źródło: www.pixabay.com

Zmiennik Szweda). Nie są to jednak rymowane instrukcje obsługi ciągnika siodłowego, a raczej próby oddania uniwersalnych prawd w metafory pasujące do realiów polskiej drogi (Poradnik początkującego kierowcy Szweda, Modlitwa wracających Grupy Furmana). Porównajmy je choćby z tak kochanym przez Polaków disco polo. Tekst zły? Może tu chodzi o barierę językową? E, tam… Angielski w naszym kraju cieszy się większą chyba renomą niż mowa polska, a większość piosenek country nie jest znowu bardzo skomplikowana lingwistycznie. Poza tym mamy spory repertuar country w języku polskim, teoretycznie więc nie o brak zrozumienia na poziomie językowym tu chodzi. Może więc chodzi o to,

24

że teksty nieżyciowe? W końcu troszkę nas dzieli od Ameryki, nie tylko geograficznie, ale też kulturowo. Country kojarzy się z kowbojskim kapeluszem, prerią i westernem. Nie oznacza to jednak odległości historycznej. Kultura kowbojska wciąż jest żywa w niektórych stanach USA, przez co nie jest jedynie elementem sentymentalnego wspominania starych, dobrych czasów, ale też spojrzeniem na jak najbardziej świeże problemy. Pewne sprawy są uniwersalne w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. Gdyby chcieć przypisać muzykę do dnia tygodnia, disco polo jest na weekend, na dyskotekę, podczas gdy country jest na co dzień – do pracy, na randkę, na imprezę u przyjaciół, na sjestę i na pogrzeb. Mamy więc i „lekkie, łatwe i przyjemne”

kawałki o spędzaniu wolnego czasu (Cień kota o zachodzie słońca Szweda czy Louisiana Saturday Night), o sprawach damsko-męskich (Paint me a Birmingham Tracy'ego Lawrence'a czy Moje serce to nie hotel Drogi na Ostrołękę), o pracy (Jak ja nie lubię swojej roboty Electric Roosters/ Honky Tonk Brothers czy Sixteen tons Johnny'ego Casha), o sprawach poważnych (Nie oglądaj się za siebie Szweda czy D-I-V -O-R-C-E Tammy Wynette i George'a Jonesa). Można wręcz zauważyć, że nie tylko w Polsce powstał rodzaj „country apologetycznego”, mającego promować tę muzykę i bronić przed zarzutami (This is country music Brada Paisleya, Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa Makiewicza, Co to jest to country? Lonstara). Od śmiertelnie


poważnych historii (Three wooden crosses) przez wychwalanie rodzimej okolicy (Okie from Muskogie) po ludowe przyśpiewki (Farmers curst wife/Ballada o chłopie, jego zrzędliwej żonie i diable w tłumaczeniu Szweda). A może country jest seksistowskie? Wiadomo: kowboje, męskie towarzystwo, męska gadka... Problem w tym, że kobiecych gwiazd doczekało się i amerykańskie (Dolly Parton, Loretta Lynn, Tammy Wynette) i polskie country (Alicja Broncol, Krystyna Mazur), a to pozwala spojrzeć na pewne sprawy z kobiecej perspektywy. Można tu przytoczyć historię pewnej piosenki: na nieco szowinistyczny tekst o „knajpianych aniołach”, paniach wolących bardziej niż przy domowym ogni-

sku siedzieć w barach typu honky tonk, Kitty Wells odpowiedziała, że to „nie Bóg stworzył knajpiane anioły”, a winni są raczej panowie („Wild side of life” i „It wasn't God who made a honky tonk angels”). Gdybym był feministką, promowałbym country jako odtrutkę na debilne teksty disco polo koncentrujące się na tym, że kobieta jest ładna i łatwa, a raczej starałbym się, by znalazło się miejsce dla Tima Grahama Browna z jego Brilliant Conversationalist wychwalającym ogładę i inteligencję. A nie, feministki (przynajmniej te z nurtu wiodącego w Polsce) to raczej wolą seksualne wyzwolenie i chamstwo (że niby dobre maniery to patriarchat)… Styl zły? Gdybym miał wskazać najlepszy i najgorszy zna-

ny mi głos „popularnego” piosenkarza, którego płyty rozchodzą się nie tylko wśród miłośników opery, przeciwstawiłbym sobie Johnny'go Casha i wokalisty Akcentu. Przepraszam bardzo fanów, ale śpiew tego drugiego przypomina mi Joannę Senyszyn. Tymczasem Cash, nawet po tym, jak narkotyki zniszczyły mu zdrowie, był w stanie zaśpiewać każdą zwrotkę I walk the line w innej tonacji, zaśpiewać albo wolno i spokojnie, albo wręcz z zabójczą prędkością (proszę porównać jego wersję Hurt z I've been everywhere). A może to te preriowe klimaty, nudne, monotonne, płaskie? Jednak country to nie tylko westernowe scenerie Teksasu, ale też masa różnych odłamów, różniących się od siebie jak źródło: www.pixabay.com

25


noc i dzień. Jeśli chodzi o kwestię stylu, amerykańska scena przeżyła swego czasu własny rozłam, gdy główny nurt z Nashville nie chciał zaakceptować nowych brzmień i treści stylu outlaw country. Jedna strona wróżyła drugiej rychły upadek i zapomnienie, czego echem jest piosenka If ole Hank could only see us now Waylona Jenningsa (oraz jego Nashville Rebel). Inaczej brzmią piosenki Mela McDanielsa, inaczej Waylona Jenninga, inaczej smędzenie Williego Nelsona, inaczej Krisa Kristoffersona, inaczej Casha, inaczej Hanka Williamsa Seniora, inaczej Hanka Williamsa II, inaczej Hanka Williamsa III (zwanego Kid Rock)… A może instrumenty złe? Może zbyt skomplikowane i nie da się tego pośpiewać przy piwku czy wódeczce? Jest spory repertuar „country pod kielicha” (Beer for my horses Williego Nelsona i Toby'ego Keitha czy Wypić, wypijemy Babsztyla). Może Polacy właśnie kochają to sztucz-

26

ne, rytmiczne prostactwo, pozwalające discopolowcom objechać dwanaście dyskotek w jedną noc, w każdej zostawiając płytę z nagraniem, bo i tak grają głównie z playbacku ze zmodyfikowanym komputerowo głosem? Gdybym był nauczycielem muzyki, promowałbym country jako muzykę wręcz zachęcającą, by zejść się z sąsiadami, siąść na ganku z prawdziwymi instrumentami i razem pomuzykować (Drink Bar Kiedy gra muzyka, Charlie Daniels Band Louisiana Saturday Night). A może chodzi o teledyski? Wszak żyjemy w czasach YouTube, a dźwięk musi być połączony z obrazem. Każdy „szanujący się” hit disco polo ma własny teledysk, utrzymany w konwencji „ładne panie+wykonawca śpiewający do kamery+trochę humoru” (w tej kolejności). Polscy muzycy country rzadko kiedy mogą sobie pozwolić na nagranie wideoklipu – w sieci dominują nagrania z koncertów oraz montowane przez fanów pokazy slajdów.


A może muzycy country to postacie niewyraźne, a sama muzyka country jest nieautentyczna, gdyż siłą rzeczy jest ona oderwana od szarej rzeczywistości? O szarej rzeczywistości już pisaliśmy. A co z autorami? Trudno nazwać ich szarakami – na przykład Lonstar zagrał w Grand Ole Opry w Nashwville (co jak dotąd wśród Polaków udało się jedynie Ignacemu Paderewskiemu i Leszkowi Laskowskiemu). Tomasz Szwed to psychoterapeuta, konferansjer, kompozytor. A w Stanach to już mamy pełny przegląd osobowości – od byłego narkomana Johnny'ego Casha, który nagrywał na żywo płyty w więzieniach, przez miłośnika trawki Willy'ego Nelsona, który gra od lat na tej samej, wyciągniętej z pożaru gitarze, po klan Williamsów, których nieżyjący już nestor stał się legendą i inspiracją dla kilku piosenek (Hank Williams, you wrote my life Moe Bandy'ego, The night Hank Williams came to town Casha i Jenningsa).

Dlaczego w Polsce country nie jest popularne? Jest to dla mnie fenomen, którego nie rozumiem, nie pojmuję, nie ogarniam. Pozostaje jedynie je promować, zachęcać i bronić. Tym bardziej, że po latach posuchy można zauważyć pewien wzrost zainteresowania country. Kto chce posłuchać, znajdzie kilka mniejszych i większych festiwali, czasem jakąś płytę w sklepie, czasem koncert i wtedy sam się przekona, czym się je taką muzykę. 

źródło: www.pixabay.com

27


TEMAT NUMERU - W świecie dźwięków 28

Zanurzeni w świecie dźwięków K

ażdy z nas doświadczył takich dźwięków, które sprawiają mu przyjemność, i takich, które go drażnią. Dobrze dobrana muzyka może nie tylko uspokoić, ale i leczyć.

Beata Krzywda

S

am Arystoteles twierdził, że „muzyka uszlachetnia obyczaje”. Współcześni naukowcy docenili walory muzyki, ale nie tyle w wydaniu społeczno-politycznym, co raczej terapeutycznym. MUZYKA W PSYCHOTERAPII Terapia muzyką jest przeznaczona dla każdego. Nie ma ograniczeń wiekowych, zdrowotnych. Nie jest nawet istotny poziom wykształcenia muzycznego czy wrażliwości artystycznej. Wyjątek od tej reguły to chorzy na tzw. epilepsję muzykogenną, u których dźwięki mogą wywołać niepożądane efekty. W latach 40. XX wieku przeprowadzono pierwsze, bardziej profesjonalne badania. A to wszystko dzięki odkryciu, że pacjenci szybciej dochodzą do zdrowia na oddziałach, na których

Nawet jeśli inteligencja przestrzenna nie ma efektu trwałego, to i tak ważnym odkryciem jest to, że muzyka Mozarta zmienia coś w pozytywny sposób w funkcjonowaniu naszego mózgu.

przygrywają muzycy. Odpowiednio dobrana muzyka nie tylko zmniejsza poziom stresu, ale też pomaga w leczeniu takich chorób jak na przykład depresja. W psychoterapii muzykoterapia stanowi samodzielną metodę leczenia. Chodzi w niej o wyrażanie emocji i rozbudzanie uczuć. Często pacjenci nie tylko biernie odsłuchują dobranych melodii, ale także śpiewają czy tańczą do specjalnie wybranych melodii.

Mogą także komponować. Tak jak w tradycyjnej psychoterapii, tak i tutaj stosuje się terapię indywidualną i grupową. Pacjenci w leczeniu indywidualnym przede wszystkim skupiają się na swoich zdolnościach twórczych, dzięki czemu mogą uczyć się przezwyciężania lęków, a także podnosić samoocenę. Terapia grupowa bardziej przypomina tę tradycyjną. Chodzi głównie o wchodzenie w interakcje pomiędzy pacjentami, wzajemne wsparcie przy docieraniu do wcześniej wyznaczonych celów. Muzykoterapia to jednak nie tylko przykład wykorzystania dźwięków przez psychoterapeutów. RADIOTERAPIA Muzyka łagodzi stres, a dzięki temu zmniejsza też poziom odczuwalności bólu. Udowodniono między innymi, że ma zbawienny


źródło: www.pixabay.com

wpływ na kobiety podczas porodów. Jednym ze szpitali w Polsce, gdzie stosuje się muzykę jako środek przeciwbólowy, jest olsztyński szpital MSW. Pacjenci mogą słuchać specjalnie dobranej muzyki w poczekalniach do specjalisty i w sali chemioterapeutycznej. O odpowiedni dobór piosenek zadbał Marcin Kydryński – dziennikarz radiowy. W terapii onkologicznej muzyka odgrywa tak wielkie znaczenie, że wyodrębniono osobną metodę leczenia – muzykoterapię antyrakową. Ta metoda terapeutyczna też doskonale się sprawdza przy chorobach serca, ponieważ obniża ciśnienie krwi, poprawia tętno, a także zwiększa wydolność oddechową! METODA TOMATISA Dźwięki sprawdzają się w wielu aspektach życia. Francuski otolaryngolog,

dr Alfred Tomatis, wykorzystał muzykoterapię do leczenia ADHD i poprawiania skuteczności uczenia się u dzieci. Jest to właściwie audioterapia – polega na rozwijaniu u dzieci umiejętności aktywnego słuchania fal dźwiękowych i częstotliwości, które są delikatnie modulowane. Zastosowanie tej metody na dzieciach wykazało, że poprawiły się ich zdolności językowe. W jego eksperymentach znaczenie ma nie tyle „słuchanie”, co raczej „słyszenie”. Chodzi o to, by umieć wychwytywać i selekcjonować usłyszany przekaz, a jednocześnie poddać go analizie i ocenić. Tak w skrócie – chodzi tutaj o gimnastykowanie mięśni ucha. Co ciekawe, pomimo że metoda ta początkowo miała służyć przede wszystkim dzieciom przy leczeniu nadpobudliwości, zaburzeń

głosu, mowy, dysleksji, a nawet autyzmu, aktualnie służy i dorosłym. W szczególności przyda się tym, którzy chcą się nauczyć języka obcego – z dobrym akcentem włącznie. Metoda Tomatisa pomoże też osobom jąkającym się czy aktorom, którzy chcą poprawić swoją zdolność panowania nad głosem. Można też pomóc sobie tą metodą w przypadku problemów z komunikacją, kontrolowaniem emocji czy koordynacji wzrokowo-ruchowej. EFEKT MOZARTA To pojęcie zostało wymyślone przez Tomatisa. Zauważył on, że dzieci w wieku do trzech lat lepiej rozwijają swoje zdolności poznawcze przy muzyce Mozarta. Ten pomysł wykorzystali później Gordon Shaw i Frances Rauscher, którzy badali wpływ jednej z sonat tego kompozytora

29


źródło: www.pixabay.com

odtwarzanej na keyboardzie bądź w komputerze. Okazało się, że inteligencja przestrzenna rzeczywiście wzrasta u dzieci, ale tylko tych, które potrafiły grać na keyboardzie, ale efekt ten nie był stały... Nawet jeśli inteligencja przestrzenna nie ma efektu trwałego, to i tak ważnym odkryciem jest to, że muzyka Mozarta zmienia coś w pozytywny sposób w funkcjonowaniu naszego mózgu. WYDANIE AKADEMICKIE Na muzykoterapii trzeba się znać. Jak każda inna terapia, nieudolnie prowadzona, może doprowadzić do tragedii, a w najlepszym razie po prostu nie pomóc.

30

Istnieją więc w Polsce uczelnie, gdzie muzykoterapię można studiować. Takim przykładem jest Akademia Muzyczna im. Bacewiczów w Łodzi. Wymagane jest posiadanie świadectwa dojrzałości, a także ukończenie szkoły muzycznej I stopnia. Są to trzyletnie studia I stopnia, po których zdobywa się tytuł licencjata. Absolwent kierunku Muzykoterapia ma kwalifikacje do prowadzenia animacji muzycznej w połączeniu z rehabilitacją i terapią. Aktualnie zajęcia prowadzone są wyłącznie w trybie zaocznym. Muzykoterapię można studiować też na studiach podyplomowych na takich uczelniach jak UMSC

czy Akademia Muzyczna w Krakowie. MUZYKOTERAPIA A KOŚCIÓŁ Muzykoterapia siłą rzeczy wzbudza duże emocje wśród wiernych Kościoła katolickiego. Korzysta ona przecież z natury i w jakimś stopniu z przepływem fal dźwiękowych. Są też elementy muzykoterapeutyczne bardziej kontrowersyjne, czy kojarzące się wprost z medycyną wschodu. Kościół jednak nie mówi stanowczego „nie” muzykoterapii. Tak jak ze wszystkim, należy widzieć granicę dobra i zła, a także korzystać z tej metody z umiarem i rozsądkiem. 


31


TEMAT NUMERU - W świecie dźwięków 32

Bach i Händel – tak podobni, tak różni N B Kajetan Garbela

O

baj urodzili się na terenie Niemiec w tym samym roku – 1685, pierwszy w Halle w Saksonii, drugi w Eisenach w Turyngii. Jan Sebastian wywodził się z rodziny o wielkich tradycjach muzycznych – do tego stopnia, że w pewnym momencie wszystkich muzyków w okolicy nazywano „Bachami” – w pewien sposób predestynowało to jego przyszłość. Jego rodzice szybko zmarli, a ciężar opieki nad chłopcem przejął starszy brat, Johann Cristoph, organista w pobliskim Ohrdurf. Młodzieniec ćwiczył grę na takich instrumentach jak klawesyn, altówka, skrzypce i organy. Brat pozwalał mu zresztą przyglądać się montażowi nowych organów w kościele, w którym posługiwał. Po ukończeniu nauki w liceum, w wieku zaledwie piętnastu lat, Jan Sebastian postanowił się usamodzielnić i został sopranistą w jednym z kościołów

iemiecki muzykolog Paul Barz napisał kiedyś sztukę teatralną pod tytułem Mögliche egegnung, w Polsce znaną pod tytułem Kolacja na cztery ręce. Opowiada ona o spotkaniu dwóch gigantów muzyki…, do którego nigdy nie doszło. Co Jerzy Fryderyk Händel i Jan Sebastian Bach mogliby sobie powiedzieć, gdyby się spotkali? Przecież tak wiele ich łączyło, ale i tak wiele różniło…

Bach nigdy nie dorobił się fortuny, mieszkał w lokalach ofiarowanych mu przez pracodawców, nigdy także nie wyjechał w znaczącą podróż zagraniczną ani nie dał wielkiego, publicznego koncertu. Ceniono w nim dobrego muzyka, przede wszystkim wirtuoza organów i znawcę ich budowy.

Lüneburga. Z powodu mutacji głosu jego kariera śpiewaka szybko się zakończyła, został więc skrzypkiem na dworze lokalnego władcy. Później występował w kapeli księcia Weimaru oraz był organistą w Arnstadt. Był wymagającym

twórcą – jeden z członków chóru, którym dyrygował, rozgoryczony jego surowym traktowaniem, zaatakował go nawet w ciemnej uliczce. Udał się także w pieszą podróż do oddalonego o kilkaset kilometrów Hamburga, gdzie przez kilka tygodni słuchał sławnych w całej Europie organistów, przede wszystkim Dietricha Buxtehudego. Wcześniej gościł również w Hamburgu, gdzie bywał na występach innego wirtuoza tego instrumentu, Johanna Adama Reinckena. Wywarli oni na nim tak wielkie wrażenie, że ledwo dwudziestoletni, nikomu nie znany chłopak postanowił związać się z tym instrumentem na zawsze. Ponoć na dzień przed jednym z konkursów na stanowisko organisty, w których kilkukrotnie Bach brał udział, jego przeciwnik uciekł z miasta, gdy tylko usłyszał grę Jana Sebastiana. Jerzy Fryderyk był zaś


źródło: www.pixabay.com

synem cyrulika, który raczej nie interesował się muzyką i chciał, aby syn, mimo zainteresowania grą na instrumentach, został prawnikiem. Jednak pewnego dnia chłopak miał dać imponujący popis wirtuozerii w trakcie gry na organach, dzięki czemu uznano, że jednak powinien kształcić się muzycznie. Poznał także znanego wówczas twórcę muzyki – Georga Phillippa Tellemana – dzięki któremu wszedł w świat wielkiej muzyki. W wieku 20 lat wystawił w Hamburgu, stolicy niemieckiej muzyki, swoją pierwszą operę – Almirę. W 1705 roku wyjechał do Włoch, centrum ówczesnego życia muzycznego, gdzie komponował między innymi opery i oratoria. Poznawał sławnych kompozytorów – Archangela Corellego, Domenica i Alessandra Scarlatich, występował przed kardynałami i szlachetnie urodzonymi dostojnikami. Wszyscy zachwycali się dojrzałością

i pięknem jego kompozycji. Krótko mówiąc – ledwo przekroczył dwudziesty rok życia, a wiodło mu się naprawdę dobrze. W tym samym czasie Bach został muzykiem miejskim w Mühlhausen, następnie grał w kapelach dworskich w Weimarze i Köthen, by ostatecznie, w 1723 roku, przejąć posadę kantora św. Tomasza w saksońskim Lipsku, jednym z najbardziej znaczących ośrodków ówczesnych Niemiec. Był to dla niego pewien krok w tył – praca była mniej prestiżowa niż na dworach władców, zarabiał także mniej, za to został de facto najważniejszym i najbardziej znanym muzykiem sporego miasta, piastując swoją funkcję aż do śmierci. Niestety przez całe życie nie mógł sobie pozwolić na prawdziwą swobodę twórczą, będąc ciągle związany obowiązkami wobec swoich pracodawców. A przecież musiał jakoś utrzymać siebie

i rodzinę – dwukrotnie żonaty (pierwsza żona szybko zmarła), dorobił się łącznie dwudziestu potomków, z których równo połowa dożyła wieku dorosłego. Wielu jego synów zostało również uznanymi muzyki swojej epoki. A Händel? Po powrocie z Włoch udał się na dwór elektora Hanoweru, Jerzego Ludwika, który tak doceniał jego twórczość, że pozwolił mu w dowolnym momencie wyjeżdżać ze swojego państwa. Jerzy Fryderyk podróżował więc do Anglii, gdzie z wielkim powodzeniem – i nie mniejszymi zarobkami − wystawiał swoje opery, m. in. Rinaldo czy Kserksesa, które stały się szybko sławne w całej Europie. Komponował tam pieśni religijne i dawał koncerty organowe (organy były wówczas w Anglii rzadko spotkane, a ich gra cieszyła się wielkim zainteresowaniem). W pewnym momencie kompozytor obiecał swojemu praco-

33


dawcy, że zostanie na dłuższy czas w jego państwie, jednak nie dotrzymał obietnicy, kolejny raz udając się do Anglii na zaproszenie wpływowych i bogatych fanów. Jakie było jego zdziwienie, gdy w 1714 roku po śmierci królowej Anny władcą Wielkiej Brytanii został elektor Hanoweru! Nowy król, znany na wyspach brytyjskich jako Jerzy II, z oczywistych powodów mógł nie darzyć go sympatią, Händel postanowił więc zaskarbić sobie na nowo jego względy. Gdy pewnego dnia władca udał się w podróż Tamizą po Londynie, Jerzy Fryderyk miał szybko zebrać orkiestrę, wynająć dla niej statek i płynąć za władcą, jednocześnie dyrygując wykonaniem swojej nowej kompozycji tak długo, aż zaskarbi sobie jego serce. Wykonywana wówczas kompozycja przeszła do historii jako Water music. Przypadła ona do gustu Jerzemu II, który znów zaprosił twórcę do współpracy. Händel prowadził w Anglii prawdziwie wielkopańskie życie – mieszkał w zadbanym domu w centrum Londynu i brylował na salonach. Nigdy się nie ożenił, zresztą podobno tylko kilkukrotnie widywano go w towarzystwie kobiet. Nie interesowały go związki, ale zdobywanie sławy i dostatnie życie, bardzo lubił wino i dobre jedzenie, elokwentny i towarzyski zabawiał wysoko postawionych swoją muzyką i

34

mową. Niestety był również bardzo zarozumiały i sarkastyczny, czasami fałszywy. Często potajemnie krytykował poznanych ludzi, arystokratów, polityków i innych muzyków, wieloma z nich gardził, wielu wyśmiewał, choć mogło się wydawać, że żywi do nich pozytywne uczucia. Co ciekawe, był przy tym człowiekiem religijnym i pobożnym, bardzo liczył na to, że po śmierci znajdzie się w Niebie. Bach nigdy nie dorobił się fortuny, mieszkał w lokalach ofiarowanych mu przez pracodawców, nigdy także nie wyjechał w znaczącą podróż zagraniczną ani nie dał wielkiego, publicznego koncertu. Ceniono w nim dobrego muzyka, przede wszystkim wirtuoza organów i znawcę ich budowy. Zapraszano go do różnych miast niemieckich, by ocenił brzmienie w trakcie budowy lub by zagrał na nich w trakcie uroczystości oddania do użytku gotowego instrumentu. Stworzył również wielkie dzieło nazwane Das Wohltemperierte Klavier, co na polski można przetłumaczyć jako Dobrze nastrojony klawesyn, które miało posłużyć młodym wykonawcom w nauce gry na instrumentach klawiszowych. Dzięki niemu błędnie uznaje się Bacha za głównego propagatora tzw. stroju równomiernie temperowanego instrumentów. Jako miejski muzyk przez


źródło: www.pixabay.com

długi czas musiał co tydzień przygotować na niedzielne nabożeństwo kantatę, co sprowadzało się do tego, że najczęściej w trakcie 6 dni musiał napisać dosyć skomplikowany, trwający ok. 25-45 min utwór i przygotować kościelny chór do jego wykonania. Preferował on także muzykę religijną, sam był zresztą bardzo wierzącym człowiekiem. Swoją twórczością chciał przybliżyć ludziom Boga i wyrazić tęsknotę duszy za Stwórcą. Szczególnie pięknym przejawem tych dążeń są wspomniane już kantaty, ale także pasje i oratoria, zaś najpiękniejszą z kantat jest chyba przejmująca rozmowa duszy z Jezusem z kantaty Wachet auf, ruft uns die Stimme. Po śmierci Jerzego I Händel tworzył również dla jego syna, Jerzego II. Na jego koronację napisał słynne Coronatios anthems – hymny koronacyjne, z których najbardziej znany to Zadok the priest. Do dziś towarzyszą one koronacjom monarchów brytyjskich, choć jeszcze w XVIII wieku uważano je za zbyt swobodne, jak na tak podniosłą, kościelną uroczystość. Podobna krytyka spadła na niego w 1743 roku po londyńskiej premierze oratorium Mesjasz, które do dziś dnia pozostaje największym dziełem kompozytora. Utwór powstał i został wystawiony rok wcześniej w Dublinie, gdzie Händel

przebywał po okresie niepowodzeń i upokorzeń, których doświadczył w Anglii – mówiono nawet, że jego kariera i talent już się kończą i nic wielkiego nie osiągnie. Lud Irlandii przyjął tak samego kompozytora, jak i jego Mesjasza z wielkim zachwytem, za to Anglicy uznali go za nieciekawego, zbyt swawolnego, wręcz bezczeszczącego słowa Pisma Świętego, które posłużyło za libretto oratorium. Dopiero z czasem zobaczyli w nim wielkie dzieło – według tradycji nawet król Jerzy III miał powstać w trakcie wykonywania przez chór fragmentu ze słowami Alleluja, co do dzisiaj pozostało tradycją w wielu regionach świata. W ramach starań o lepszy byt i uznanie Jan Sebastian napisał dla margrabiego Brandenburgii Koncerty Brandenburskie, występował przed królem pruskim Fryderykiem Wielkim, zaś dla elektora saskiego i władcy Rzeczypospolitej, Augusta III, skomponował m. in. Wielką Mszę h-moll. Miał nadzieję na wkupienie się w łaski wielkich tego świata lub też zarobek, dzięki któremu mógłby się oddać tworzeniu wielkiej muzyki na miarę swojego talentu i chwałę Boga – na jego rękopisach często znajdziemy skrót SDG lub też jego rozwiniecie Soli Deo Gloria – Tylko Bogu chwała. Wielcy nie doceniali jednak jego pracy, być może była dla nich

35


zbyt trudna − do dziś uchodzi on bowiem za mistrza polifonii − bądź zbyt anachroniczna. Bach często spotykał się z zarzutem, że hołduje raczej siedemnastowiecznym trendom w muzyce i nie idzie za nowymi kierunkami. Najwięcej pieniędzy zarobił na tzw. Wariacjach Goldbergowskich – kompozycji klawesynowej napisanej dla hrabiego Hermana Karla von Keyserlinga, posła rosyjskiego. Keyserling cierpiał na bezsenność, dlatego zamówił utwór, który miał mu przynieść ukojenie i wypełnić długie noce. Jego nazwa wzięła się od Johanna Gottlieba Goldberga, zresztą ucznia Jana Sebastiana, który wykonywał je na życzenie hrabiego. Bach przez całe życie był człowiekiem prostym, ciężko pracującym i zatroskanym o los swojej rodziny. Mimo wielkiej skromności był świadom swoich niepospolitych umiejętności muzycznych. Przeważnie spokojny i dobrotliwy, był jednak mocno czuły na punkcie swojej twórczości. Bardzo bolały go wszystkie niepochlebne oceny jego muzyki, smucił się, że ani społeczeństwo, ani nikt z wielkich tego świata nie dostrzega jego wielkiego talentu. Bach pod koniec życia chorował na zaćmę, nieudana operacja oczu tylko pogorszyła sprawę, przez co kompozytor miał praktycznie oślepnąć. Zmarł z powodu wy-

36

lewu krwi do mózgu 28 lipca 1750 roku, w czasie pracy nad ostatnim, wielkim dziełem – Kunst der Fuge – Sztuką fugi. Niektóre fugi składały się ze swoistego muzycznego podpisu autora – kontrapunktów B, A, C i H. „W momencie gdzie B.A.C.H. pojawia się w kontratemacie, kompozytor zmarł” – zanotował jego syn, Carl Philipp Emanuel, na rękopisie dzieła. Bach odszedł więc do Boga w momencie, gdy robił to, co kochał i gdy ostatni raz podpisał nazwiskiem swoje dzieło. Pochowano go w kościele św. Tomasza, ale już w pierwszej połowie XIX wieku z trudem można było wskazać dokładne miejsce. Dziś znajdują się w specjalnie oznaczonym miejscu w krypcie tego lipskiego kościoła, z którym Jan Sebastian był przez wiele lat tak związany. Również Händel pod koniec życia cierpiał na zaćmę, co ciekawe, operował go ten sam wędrowny lekarz, co Bacha − John Taylor – który również w tym przypadku nie doprowadził do wyleczenia pacjenta. Jerzy Fryderyk zdradził kiedyś, że chciałby umrzeć w Wielki Piątek, w nadziei na osiągnięcie zbawienia w dniu śmierci Jezusa Chrystusa. Zmarł w Wielką Sobotę 14 kwietnia 1759 roku i pochowany został w Opactwie Westminsterskim. Na jego grobie umieszczono słowa jednej z arii Mesjasza − „I Know That My Redeemer Lives” (Ja wiem, że mój Zba-


wiciel żyje). Renesans muzyki Bacha rozpoczął się od Pasji według św. Mateusza wystawionej za życia Bacha w tylko raz, w Wielki Piątek 1729 roku, w lipskim kościele św. Tomasza. Co ciekawe, mieszczanie Lipska woleli dokładnie w ten sam dzień udać się na wykonanie innej pasji, napisanej przez dziś nieznanego, a wówczas uwielbianego Gottlieba Frobera. Pasję wg św. Mateusza odkrył Feliks Mendelssohn-Bartholdy i wystawił w Berlinie w 1829 roku. Według anegdoty Mendelssohn miał znaleźć partytury tej kompozycji Bacha… u lipskiego rzeźnika, który nieświadomie owijał w nie swoje towary. Dopiero po prawie ośmiu dekadach od śmierci uznano Jana Sebastiana za prawdziwego geniusza muzyki. Z kolei Händel nieprzerwanie do dziś dnia cieszy się uznaniem krytyków i słuchaczy. Był pierwszym celebrytą spośród muzyków oraz pierwszym kompozytorem, którego twórczość jest bez przerwy, od dnia premiery aż do dziś, wykonywana dosłownie na całym świecie. Obaj tak bliscy sobie, a jednocześnie tak od siebie różni. Przyszli na świat w tym samym roku, w podobnej części Europy, jednak w całkowicie różnych rodzinach. Obaj bardzo uzdolnieni muzycznie, aczkolwiek ich kariery muzyczne oraz życie prywatne

poszły dwoma odmiennymi drogami. Przebywali w różnych środowiskach – jeden na dworach pomniejszych książątek i w miastach niemieckich, drugi na największych salonach Europy. Mieli różne podejście do spraw rodzinnych – jeden był samotny, drugi założył wielką rodzinę, ich finanse się różniły – pierwszy był bogaty i żył w luksusach, drugi w biedzie zajmował z bliskimi ciasne, pracownicze mieszkania. Pierwszy był wręcz arogancki i brylował w towarzystwie, drugi – spokojny, stronił od wielkich wydarzeń i blichtru. Händel mógł tworzyć cokolwiek sobie życzył, jednocześnie licząc na poklask i wsparcie finansowe możnych, Bach zaś musiał przede wszystkim tworzyć to, czego żądali przełożeni, dopiero później mógł komponować to, na co miał ochotę. Mimo tak wielkich różnic na pewno łączył ich wielki talent oraz nadzieja na zbawienie. Znali nawzajem swoją twórczość i kilkukrotnie próbowali się spotkać – raz nawet Bach przybył do Lipska dosłownie kilka godzin po tym, jak Händel z niego wyjechał. Czy gdyby wreszcie się spotkali, ich rozmowa wyglądałaby tak, jak widzi to Barz? Nikt tego nie wie. Na pewno warto jednak zapoznać się zarówno z twórczością tych dwóch wielkich muzyków, jak i ciekawą sztuką niemieckiego muzykologa.  źródło: www.pixabay.com

37


TEMAT NUMERU - W świecie dźwięków 38

Soundtrack mojego życia S Łukasz Łój

P

ODSTAWÓWKA

"SMERFNE HITY" , "SMERFNE HITY 2" (1997) To był dopiero szał. Wczesna podstawówka, brak wyrobionych gustów muzycznych i "balcerek" w Gliwicach. Tak można opisać w skrócie moje początki ze "Smerfnymi Hitami". Chociaż nigdy nie byłem zagorzałym fanem belgijskich stworków, "Smerfne Hity" od razu chwyciły mnie za serce. Jak tylko przesłuchałem pierwszą kasetę, poprosiłem mamę o "Smerfne Hity 2". Pomysł na takie wydawnictwo nie ma absolutnie żadnych wad. Bierzemy najpopularniejsze utwory popowe, wykonujemy je w nowej aranżacji, dodając "smerfne", chwytliwe teksty i mamy doskonałą płytę dla dzieciaków. Pamiętam, że wstydziłem się przyznać kolegom, jaką kasetę mam

tare dobre czasy zazwyczaj są dobre właśnie dlatego, że są stare. Nostalgia odbiera nam obiektywizm, ponieważ czujemy, że kiedyś było lepiej. Z muzyką jest podobnie - czy każdy podziwiany w dziecistwie piosenkarz albo zespół nadal wzbudza w nas takie samo poczucie zachwytu? Każdy posiada związane z muzyką wspomnienia, swoją listę piosenek, przywołujących dziwne poczucie tęsknoty. Każdy ma swój soundtrack. Ja również.

Kiedyś muzyki słuchałem z walkmana, później z odtwarzacza mp3. Nudne wycieczki, spacery i deszczowe popołudnia upływały mi przy akompaniamencie ulubionych utworów. Dziś muzyka najczęściej towarzyszy mi w samochodzie i również dostosowuję ją do sytuacji. w walkmanie. Najczęściej smerfne piosenki towarzyszyły mi w pociągu, w drodze na wakacje. Ale co to były za piosenki! Słuchanie i czytanie ich opisu bardzo poszerzało horyzonty muzyczne, od piosenkarzy

polskich po zagraniczne supergrupy. Lista licencjonowanych utworów stanowi przekrój ówczesnych list przebojów, takich jak: "I Wanna Be With You", "Dziewczyna Szamana", czy "You’re My Heart, You're My Soul". Na kolejnych kasetach znajdowały się przewaznie aranżacje tego,co akurat było najpopularniejsze. Autorem tekstów w większości był Jacek Cygan, dlatego znałem go, zanim został jurorem w "Idolu". W latach 1997-2006 nakładem EMI Music Poland powstało jedenaście numerowanych "Smerfnych Hitów" oraz "Smerfna Zima" i "Smerfne Hity na Lato". Po sześcioletniej ciszy, smerfy znów zabrzmiały w głośnikach - w 2012 roku Universal Music Polska wydał kolejną smerfną składankę. I tutaj historia zatoczyła koło, ponieważ nosił on tytuł "Smerfne Hity" - identycz-


nie jak debiutancki album Smerfów. Znalazły się na nim zupełnie nowe piosenki, był to jednak ostatni album z nowymi hitami. W 2013 roku wyszedł "Smerfne Hity: Dzień Smerfa", czyli zbiór najlepszych smerfnych kawałków z lat 1997 - 2012. Od tamtej pory nie ukazał się żaden nowy album. Szkoda. Dość nostalgii. Po "Smerfnych Hitach" zapragnąłem muzyki dojrzalszej, skierowanej do poważnego odbiorcy. "ENRIQUE" (1999) - ENRIQUE IGLESIAS Dojrzalszą muzyką w moim przypadku była płyta Enrique Iglesiasa. Spokojna muzyka, świetny głos - to była ciekawa odmiana po dyskotekowych hitach dla dzieci. "Enrique" co prawda nie był pierwszym albumem Iglesiasa, ale pierwszym po angielsku, a nie hiszpańsku.

Długo gościła w moim odtwarzaczu. Nie pamiętam, dlaczego wybrałem akurat tego wykonawcę, ale chyba był na półce obok Smerfnych Hitów. Nie żałuję. Na tej płycie znalazł się singiel "Bailamos", który uwielbiam do dziś, a dzięki któremu Iglesias został dostzrzeżony przez większe wytwórnie muzyczne. Warto wspomnieć, że "Could I Have This Kiss Forever" Enrique zaspiewał w duecie z Whitney Houston. Melodyjne kompozycje w połączeniu z latynoskim popem podbiły moje dziecięce serce. Album sprzedał się w nakładzie 10 milionów kopii i osiągnął platynowy status między innymi w Polsce. Również dzięki mnie. "THE EMINEM SHOW" (2002) - EMINEM Najlepsza płyta Eminema. Jest to pierwszy album

hip-hopowy, jaki przesłuchałem, i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Podkład muzyczny szybko wpadł mi w ucho, w dodatku urzekła mnie technika rapowania Marshala Mattersa. Artysta rapuje bardzo szybko, nie tracąc przy tym dykcji. Każda z jego piosenek to było coś nowego, coś czego wcześniej nie znałem. I tak stałem się fanem hip-hopu i nie chciałem słyszeć o niczym innym. Pomimo, że przeszło mi to po jakimś roku, Eminem pozostaje jednym z moich ulubionych muzyków wszechczasów. "The Eminem Show" to album poważniejszy od poprzednich. Zarówno styl, jak i kompozycje przeszły drobną ewolucję. Wszystko brzmi jeszcze bardziej profesjonalnie niż na poprzedniej płycie. Producentem kilku utworów został sam Dr. Dre, ważna figura w hip-hopowym świecie. I chociaż źródło: www.pixabay.com

39


Eminem rapuje często o rzeczach błahych, ten album zawiera poważne rozliczenie się z przeszłością. Raper rozlicza siebie, swoją rodzinę, a także swój kraj. I wychodzi mu to nad wyraz dobrze. Świadczyć może o tym fakt, że "The Eminem Show" znalazł się na liście 500 albumów wszech czasów magazynu "Rolling Stone". Eminema, Iglesiasa i Smerfów słuchałem naprzemiennie, co stanowiło dość ciekawą miesznkę. W końcu jednak nadszedł czas na album, który nie pasował do niczego, co wówczas znałem. "KINEMATOGRAFIA" (2000) - PAKTOFONIKA "Kinematografia" to ciąg dalszy przygody z hip-hopem. Po raz pierwszy Paktofonikę usłyszałem, będąc w sanatorium. Starsi koledzy słuchali na okrągło piosenek takich jak "Jestem Bogiem" czy "Nowiny". To, co usłyszałem, daleko odbiegało od moich dotychczasowych muzycznych doświadczeń. Teksty były często wulgarne i ponure, co trochę mnie odstraszało, a trochę fascynowało. Największe wrażenie wywarła na mnie technika Fokusa, chociaż to Magik jest uznawany za najlepszego rapera w tym składzie. Rahim według mnie jest najsłabszy i nawet dzisiaj nie potrafię docenić jego głosu. Dodatkowe zainteresowanie zespołem wzbudził fakt, że pochodził on ze Śląska, tak jak ja. Jest to w pewien sposób album przełomowy, chociaż po latach do-

40

strzegam, że słowa utworów nie zawsze są najwyższych lotów i zalatują grafomanią. Za to wydawnictwo Paktofonika otrzymała złotą płytę. Cieniem na historii zespołu kładzie się fakt, że w roku wydania debiutanckiego krążka Magik skoczył z okna. Na szczęście mogę wspominać ten album bez smutku - w czasach, gdy Paktofonika bez przerwy gościła w moim odtwarzaczu, nie zdawałem sobie faktu z tragicznej śmierci lidera. Dopiero w dwudziestym pierwszym wieku poznałem Internet, a wraz z nim szereg dołujących informacji. "LOAD"(1996), "RE-LOAD" (1997) METALLICA Gdzieś w okolicach piątej, szóstej klasy, kolega próbował przekonać mnie do trochę innej muzyki, ponieważ do tej pory byłem rockowym ignorantem. Metallica to był jego zdaniem zespół, od którego powinienem był zacząć. I miał chłopak rację. Kiedy pożyczył mi "Load" i "Re-Load" z miejsca stałem się fanem Metalliki. Plakaty, książki, filmy, przypinki - dostałem "świra", który trwał jeszcze do niedawna. Znam na pamięć każdego byłego członka zespołu, znam jego historię i daty wydania wszystkich albumów. A co można powiedzieć o tych płytach? Są bardzo dobre, chociaż zupełnie inne niż reszta dorobku Jamesa Hetfielda i reszty ekipy. Mają lekko bluesowe brzmienie i nie są tak agresywne i energetyczne, jak np.


źródło: www.pixabay.com

"Kill'em All". Owszem, są szybkie, głośne i pomimo wszystko to nadal jest metal. Nie ma jednak tej trashowej, "brudnej" stylistyki. Jest bardziej psychodelicznie i melancholijnie. Utwory, który kupiły mnie na zawsze, to między innymi: "The Unforgiven II", "Memory Remains" czy "King Nothing". Muzycy ścięli włosy i postawili je na żel. James zapuścił wąsa jak typowy farmer z Texasu, Kirk zaczął się malować. Teledyski są dziwaczne. Fani na całym świecie twierdzą, że Metallica ich zdradziła, zawiodła i zniszczyła swój wizerunek. Ale to nadal była Metallica. Dobrze że zacząłem od tych albumów, były nieco łagodniejsze, ale też dawały kopa. Dobrze przygotowały mnie na to co miało nadejść. "TOXICITY" (2001) - SYSTEM OF A DOWN, "MUTTER" (2001) - RAMMSTEIN Te dwa albumy poznałem mniej więcej równocześnie. Ten sam kolega, dzięki któremu poznałem Metallikę, wkrótce zapoznał mnie z Systemem i Rammsteinem. Oba zespoły były bardzo mocne, System trochę szybszy, za to Rammstein o wiele cięższy. Gdy poznałem dokładnie każdy utwór z tych albumów, zacząłem zapuszczać włosy. Kupiłem glany i kostkę. Nic już nie było takie, jak dawniej. "CHOCOLATE STARFISH AND THE HOT DOG FLOVOURED WATER" (2000) -

LIMB BIZKIT Nadal podstawówka, ale obiecuję, niedługo koniec. Na koniec szóstej klasy moja dobra koleżanka ofiarowała mi "Chocolate Starfish..." od Limp Bizkit. Dość szybko zrozumiałem, że ten zespół się albo kocha, albo nienawidzi. Ja ich polubiłem za to, że połączyli dość precyzyjny rap z mocnym, ciężkim gitarowym brzmieniem. A przy tym utwory były szybkie i skoczne. Limp Bizkit nie jest zespołem o wygórowanych ambicjach - śpiewają o byle czym, muzyka nie jest na najwyższym światowym poziomie, a wokalista to dziwny facet. Niemniej jednak każdego utworu z tej płyty słucha mi się z przyjemnością. Wiele razy na wakacjach w górach chodziłem sobie po lesie z Lim Bizkit w słuchawkach. Żaden album przed "Chocolate Starfish..." ani żaden po nim nie był tak dobry. W tym roku Lim Bizkit ma wydać mają kolejną płytę, ale jestem pewien, że już nigdy nie osiągną tego poziomu. GIMNAZJUM "INFERNAL CONNECTION" (1970) ACID DRINKERS Klasyk. W pierwszej klasie gimnazjum kuzyn sprezentował mi trzy kasety Acid Drinkers. Najbardziej spodobała mi się "Infernal Connection". Chropowaty głos wokalisty, mocne, bezkompromisowe bębny i gitary oraz dość zabawne, ale niegłupie

41


teksty to było coś pięknego. Dopiero później zwróciłem uwagę na to, że to przecież polski zespół! Od tamtej pory staram się co roku bywać na koncercie Acid Drinkers. Uważam, że są lepsi nawet od Metalliki, ponieważ ciagle wydają świeże, oryginalne albumy, podczas gdy Metallica dawno dała sobie spokój z dobrymi albumami. Płytę wyprodukował Litza - ówczesny gitarzysta Acid Drinkers, późniejszy założyciel Arki Noego i Luxtorpedy. Goścmi na płycie byli Kazik, Tomasz Lipnicki czy Karramba. Każda, absolutnie każda płyta Kwasożłopów jest dobra. Ale żadna z nich nie brzmi tak dobrze, jak "Infernal Connection". Ten mocno trashowy album porusza ematykę zła i ludzkich słabości. Są tutaj elementy punk rocka, deth metalu, a także wolniejsze kawałki, czy też scratch. Okładka też jest świetna. Przedtstawia kurczaka w koszulce Venom, według mnie wygląda to kapitalnie. Dodatkowo zamieszczono tutaj krzyż św. Benedykta, czyli symbol zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. Taka ciekawostka. "APPETITE FOR DESTRUCTION " (1987) - GUNS'N'ROSES Nie przykładałem większej wagi do kolejnych płyt Gunsów. „Appetite for Destruction” postawił poprzeczkę bardzo wysoko i nawet współczesny Slash nie gra tak

42

jak kiedyś. To, co ujęło mnie w tej płycie, to - rzecz jasna - gitarowe solówki, ale też niesamowity wokal Axla Rose’a. To żywiołowe połączenie rocka, heavy i glam metalu moim zdaniem do dziś nie ma sobie równych. Odrabianie zadań z polskiego było o wiele łatwiejsze, gdy słuchałem „Welcome to the Jungle”. Na wspomnianej wcześniej liście pięciuset albumów wszech czasów magazynu "Rolling Stone" znajduje się również ten album. Warto wspomnieć, że jest to najlepiej sprzedający się debiut w historii muzyki. Większość wykonawców z tej gimnazjalnej listy poznałem dzięki dobremu kumplowi, który do dziś podsyła mi wartościowe kawałki, serdecznie pozdrawiam. "12 GROSZY" (1997) – KAZIK Bardzo zgrabne teksty w bardzo niecodziennym, lekko przaśnym z pozoru stylu. Album jest mieszanką jazzu, psychodeli i hip-hopu. Wszystko podlane rockowym sosem nadspodziewanie dobrze zdaje egzamin i da się słuchać z przyjemnością. Chociaż w warstwie znaczeniowej jest to gorzka pigułka do przełknięcia – muzyk dość brutalnie umoralnia, kpi i serwuje humor, który nie każdej wrażliwej duszyczce może się podobać. Mnie się spodobał. Co ciekawe, z Kazikiem współracował Dj FeelX, znany między innymi ze współpracy z Kalibrem 44. Najlepsza płyta Kazika.


źródło: www.pixabay.com

"CEGŁA" (1985) – DŻEM Dżem to Dżem, spodobała mi się lekkość i zaangażowanie wokalne Ryśka Riedla, a także gitary brzmiące bardzo amerykańsko. Dżem sprawił, że przez jakiś czas nosiłem dzwony, a włosy przewiązywałem czerwoną bandaną. Blues, rock, country i reggae każdy z tych gatunków znalazł się na płycie, co odzwierciedla szerokie zainteresowanie muzyków. "AMERICAN IDIOT" (2004) - GREEN DAY, "ANARCHY IN THE U.K. (1975) SEX PISTOLS Obie płyty są punk rockowe. Naprawdę nie wiem, jakim cudem to jest ten sam gatunek, ale punk rock w wykonaniu Green Day zupełnie nie przypomina Sex Pistols. Obie kapele przypadły mi do gustu, chociaż z różnych powodów. U Green Day to były melodyjne kawałki, u Sex Pistols - wulgarność i muzyczny chaos. Green Day usłyszałem po raz pierwszy w jakimś komisie, akurat w radio puszczali „Wake me up When September Ends”. Długo nie mogłem znaleźć tytułu, ale gdy mi się udało, byłem zafascynowany spójnością historii na płycie. Spodobała mi się formuła albumu koncepcyjnego i do dziś cenię takie wydawnictwa. Absolutnym faworytem na tej płycie jest składający się z pięciu różnych piosenek utwór „Jesus of Suburbia”. Trwa on

dziewięć minut, i charakteryzuje się zmienną dynamiką. Opowiada o tym, jak Jesus znudzony życiem na przedmieściach wyrusza do wielkiego miasta, o czym opowiadają dalsze utwory. Ale nie będę Was okłamywał – to muzyka chwyciła mnie za serce jako pierwsza, a nie treść. Sex Pistols dla kontrastu usłyszałem w pubie. Ten zespół jednak rozszyfrowałem bardzo szybko. Tutaj nie ma, co pisać, tego trzeba posłuchać. "THE BATTLE OF LOS ANGELES" (1999) - RAGE AGAINST THE MACHINE Niepowtarzalny rap Zacha de la Rocha i oryginalny gitarowy styl Toma Morello pierwszy raz usłyszałem w grze "Tony Hawk Pro Skater 2". Był to utwór „Guerilla Radio”. Połączenie funku i rapcore’u to zupełnie inne klimaty niż rapująco-rockujący Limp Bizkit. Wokalista miał ciekawy akcent i barwę głosu, z dykcją bywało różnie ale "flow" miał prawie tak dobre jak Eminem. Jest to obok Metalliki jedna z najlepszych kapel amerykańskich. Zespół znany jest ze swoich lewicowych poglądów, co ma odzwierciedlenie w tekstach. Ale kto by się tam przejmował w gimnazjum takimi drobnostkami. Polecam gorąco, wokal urzeka. Skończyła się młodość, skończyło się gimnazjum.

43


źródło: www.pixabay.com

STAROŚĆ Soundtrack mojego życia nadal się tworzy i dochodzą do niego coraz to nowsze, świeższe elementy. “Starość” to okres po gimnazjum, obejmujący muzyczne doświadczenia z liceum, ze studiów oraz z okresu pracy. I chociaż nie czuję się staro, to myślę, że pewien etap dojrzałości osiągamy wtedy, gdy niewiele rzeczy jest w stanie nas zaskoczyć. Tak samo jest z muzyką. Jest kilka albumów, które mógłbym dołączyć do powyższej listy, ale nie potrafię ich zakwalifikować do “starych, dobrych czasów”, ponieważ one na codzień są ze mną. Na przykład Daft Punk - jest genialnym zespołem, który świetnie potrafi dopasować się do mojego nastroju. Gdy pragnę spokoju, włączam “Random Acces Memories”, a kiedy chciałbym posłuchać czegoś energetycznego i żywego, słucham ich starych płyt “Human After All”, “Discovery” i “Homework”. Kiedyś muzyki słucha-

44

łem z walkmana, później z odtwarzacza mp3. Nudne wycieczki, spacery i deszczowe popołudnia upływały mi przy akompaniamencie ulubionych utworów. Dziś muzyka najczęściej towarzyszy mi w samochodzie i również dostosowuję ją do sytuacji. Gdy spieszę się do pracy i jadę obwodnicą, słucham The Prodigy. Ich ostatnie dwie płyty “Invaders Must Die” i “The Day is My Enemy” świetnie nadają się do sytuacji, gdy potrzebujesz wykrzesać z siebie jeszcze więcej energii i prędkości. “Infest” z kolei to album, którym Papa Roach zapełnia mi nudne chwile w pracy. Przypomina mi on, że kiedyś często tańczyłem do rytmu ich piosenek na lokalnej rockotece. Często odchodzę od rockandrollowch upodobań, i zdarza mi się pochylić nad wspaniałym soundtrackiem do filmu “Watchmen”, czasami pokiwam sobie głową przy Skrillexowym dubstepie, a gdy jest mi źle i smutno, z pomocą przychodzi mi

Czesław Mozil ze swoim “Debiutem”. Mój gust muzyczny to kalejdoskop rozmaitych gatunków, stylów i przesłań. Doskonale pokrywa się to z różnorodnością zespołu Lao Che - “Powstanie Warszawskie” zupełnie różni się od płyty “Gospel”, ale obie są wyśmienite. Gdy skończę pisać ten tekst, na pewno przypomni mi się jeszcze wiele innych albumów, o których zapomniałem napisać. Przepraszam. Zachęcam was gorąco do poznawania nowych gatunków muzyki, do chęci otwierania się na nowych artystów. Ja nadal szukam, i nadal znajduję doskonałe albumy, a lata gimnazjum i podstawówki nadały kierunek tym poszukiwaniom. Przede wszystkim - muzyka nie może nas nudzić. Nie musi być mądra. Nie musi być idealna. Jeżeli zapewnia wam rozrywkę, to słuchajcie nawet disco polo. 


45


R O Z M O WA N U M E R U

Grajmy Chrześcijańskie Granie! W O Kajetan Garbela

S

kąd pomysł na inicjatywę pod nazwą Chrześcijańskie granie i kto je tworzy? Michał Guzek: Na pomysł wpadł już w 2006 roku ks. Bogusław Jankowski z Dobrego Miejsca – instytucji kulturalnej Archidiecezji Warszawskiej z siedzibą na warszawskich Bielanach. Od 7 lat staram się rozwijać sklep i serwis muzyczny. Gdy ja rozpoczynałem przygodę z Chrześcijańskim graniem w roku 2008, to jego działalność ograniczała się do sklepu muzycznego. Dwa lata temu do ekipy dołączył Mateusz Stolarski, bez którego dzisiaj trudno byłoby sobie wyobrazić Chrześcijańskie Granie. Od czego zaczęliście na samym początku? M.G.: Jak już wspomniałem, na początku prowadziliśmy sklep inter-

46

ciągu ostatnich kilkunastu lat możemy zaobserwować istny boom na muzykę chrześcijańską. dbywają się festiwale, koncerty, na rynek wychodzą płyty. Wciąż powstają całkiem nowe zespoły, stare czasem się reaktywują, muzycy z różnych formacji tworzą nowe składy… Dzisiaj rozmawiamy z Michałem Guzkiem z Chrześcijańskiego grania – inicjatywy mającej na celu rozwój i promocję muzyki chrześcijańskiej w Polsce.

Działania Fundacji są skierowane głównie do młodych. Jednak ogólną działalność Chrześcijańskiego Grania chcemy kierować do całych rodzin i wszystkich ludzi, którzy identyfikują się z naszymi wartościami.

netowy i stacjonarny. Za namową znajomego założyliśmy również serwis o muzyce i o dobrych płytach. W roku 2011 po raz pierwszy w ramach Festiwalu Chrześcijańskie Granie powstał Koncert Debiuty, który odegrał w naszej historii kluczową rolę. Nakreślił on cel naszego działania − ewangelizację poprzez

młodą scenę muzyki chrześcijańskiej. Czy już wtedy spotkaliście się wówczas z głosami uznania? Czy ktoś wyciągnął do Was pomocną dłoń? M.G.: Oczywiście, że tak! Od samego początku czujemy wsparcie wielu wspaniałych ludzi. Począwszy od ekipy Dobrego Miejsca, zaprzyjaźnionych mediów czy po prostu naszych rodzin, znajomych i przyjaciół. Co do uznania dla naszych działań, słyszymy wiele pozytywnych głosów. Jesteśmy wdzięczni za każde wsparcie i dobre słowo. Organizujecie dwa wydarzenia muzyczne w roku – Debiuty w kwietniu oraz Festiwal Chrześcijańskie Granie w listopadzie… M.G.: Ten pierwszy kie-


źródło: www.pixabay.com

rujemy przede wszystkim do młodych twórców, którzy chcą zaistnieć w świecie muzyki chrześcijańskiej. Na ostatnich Debiutach występowały zespołu BeU, Good God i Soudarion. Nagrodę jury otrzymał ten ostatni. Co do planowanego Festiwalu, który odbędzie się w dniach 27-28 listopada, to nie zdradzamy jeszcze zespołów – po prostu nie ustaliliśmy jeszcze ich ostatecznej listy. Zgłoszenia do Koncertu Premie, który odbędzie się w ramach Festiwalu, mija 30 września. W jego trakcie wyłonimy pięć piosenek, które zaprezentują się podczas koncertu galowego i będą miały szansę zdobyć tytuł Premiery Roku 2015. Jak z czasem zmieniła

się Wasza działalność? Jakie nowe inicjatywy doszły? M.G.: Ostatnio jest nim na pewno działający od roku serwis z koncertami − www.koncerty.chrzescijanskiegranie.pl. W grudniu reaktywowaliśmy serwis o mediach – Klub Miłośników Dobrych Mediów kmdm. pl, natomiast od czerwca działa Fundacja "Chrześcijańskie Granie". Często patronujemy różnym akcjom, koncertom. W tym roku byliśmy m. in. na Sandanaliach, Marszu dla Życia i Rodziny, akcji Jezus na Stadionie czy koncercie Bądź jak Jezus. Z takich wydarzeń robimy relacje i często foto-relacje. Wcześniej promujemy je na naszych stronach. Ale jeszcze mnóstwo wyzwań i pracy

przed nami. Czy kierujecie Waszą działalność tylko do młodzieży, czy nie tylko? M.G.: Działania Fundacji są skierowane głównie do młodych. Jednak ogólną działalność Chrześcijańskiego Grania chcemy kierować do całych rodzin i wszystkich ludzi, którzy identyfikują się z naszymi wartościami. Jaki był najciekawszy bądź też najmilszy moment w trakcie Waszej działalności? M.G.: Dla mnie było to wydanie płyty „Debiuty vol 1”. Był to piękny moment, cieszyłem się jak dziecko... Wydaliśmy ją 2 lata temu. Wśród wykonawców znaleźli się laureaci i wykonawcy

47


źródło: www.pixabay.com

koncertu Debiuty z trzech edycji wydarzenia, m. in. StronaB, Hiob, Kanaan czy też Love Story. Myślimy o Debiuty vol.2. Ale jak będzie, to czas pokaże… Na pewno pięknym momentem było dla nas otrzymanie listu z błogosławieństwem od papieża Franciszka, które nadeszło do nas na początku sierpnia. Na czym przede wszystkim skupiacie się w tej chwili? M.G.: W tym momencie przygotowujemy 5 edycję Festiwalu Chrześcijańskie Granie i konferencję "Grajmy Chrześcijańskie Granie w każdej parafii", która odbędzie się 19 września w ramach Sacrum Arena w Ostródzie. Nasza Fundacja dopiero oficjalnie rozpoczęła działalność, więc dzieje się bardzo dużo. Jesteśmy na etapie pozyskiwania

48

środków na nasze działania. Jakie są Wasze plany na przyszłość? M.G.: Bardzo ważną kwestią jest rozwój akcji "Grajmy Chrześcijańskie Granie" − czyli promocja salek muzycznych. Patronami akcji są różne media katolickie. Akcja ma promować salki muzyczne w Polsce. Chcemy stworzyć miejsce współpracy przyparafialnych zespołów muzycznych, chodzi o wytworzenie mody na muzyczne „orliki”. Mamy zamiar przyznawać certyfikaty salkom, w których działają takie zespoły, często mające naprawdę konkretny potencjał. Pierwsze planujemy rozdać już we wrześniu. W planach jest również rozwój Fundacji oraz społeczności skupionej wokół Chrześcijańskiego Grania. W tym

momencie trwamy na modlitwie − przez cały sierpień odbywa się "Miesiąc modlitw w intencji muzyki chrześcijańskiej w Polsce". Dlaczego uważacie, że warto promować chrześcijańską muzykę? M.G.: Wierzę, że teraz jest na to odpowiedni czas. W obecnej chwili brakuje platformy promującej dobrą muzykę. Poza tym zadaniem każdego z nas jest ewangelizacja. Mówi się dzisiaj dużo o Nowej Ewangelizacji w Kościele. Wierzę, że Chrześcijańskie Granie jest jedną z odpowiedzi na jej potrzebę. Dzisiaj poprzez świadectwo twórców i ich dobrą muzykę można dotrzeć do wielu osób. Szczególną rolą widzimy w salkach muzycznych i młodych zespołach, które warto pokazywać światu. 


49


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 50

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Jezus i św. Franciszek wiedzieli, kiedy warto milczeć?

52

N Andrzej Letsyn

N

ie do końca, chociaż są momenty przesadnej aktywności mówienia o tym, że jeśli się nie nawrócisz – to będziesz w piekle. Wiara Kościoła tak mówi. Katolicy w to wierzą, ale może warto przemilczeć? Może warto po prostu na chwilę, niedługo, spróbować niektórych kwestii - nie mówię o in vitro i aborcji, ale po prostu rzeczach codziennych - nie poddawać dyskusji? Mówić, co jest złe, co dobre w życiu codziennym. Kto jest zły, a kto dobry. Może warto posłuchać jednego świętego, który jest bardzo dobrze znany społeczeństwu, przynajmniej w Polsce – św. Franciszka? Słyszałem legendę, że pewnego razu św. Franciszek, wziął ze sobą młodych braci i powiedział, że idą do jednej z okolicznych wiosek nawracać ludzi do Boga. Do Prawdy. Do Życia i Miło-

a co dzień w Internecie i innych mediach można spotkać się z naciskiem lewicy i ludzi niewierzących na Kościół. Główne argumenty są takie, że narzuca on poglądy, to, jak żyć, na siłę zmusza ludzi do wiary i po prostu jest propagandą. Nie daje wolnego wyboru, cały czas osądza i przekonuje na swoją stronę. Ale czy tak jest naprawdę?

Św. Franciszek powiedział wspaniałą rzecz - że najlepiej nawracać tylko samym sobą, tym, jak prowadzisz swoje życie, jak wyglądasz, jak w tobie żyje Jezus. W ich wypadku również to, jak się jest ubranym. Habitem, zachowaniem, samym wyglądem świadczyli, że oni oddali swoje życie Panu.

ści. Bracia byli - mówiąc współczesnym językiem - „napaleni”, że już będą mogli teraz mówić o Panu, jaki jest wspaniały, dawać świadectwa i nawracać

setki ludzi. Weszli do wioski i szli, cały czas szli. Dwa dni przez wioskę. Przeszli całą. Dwa dni w milczeniu. Bracia rozczarowani, smutni, że nic nie było, nie nawracali, nic nie robili, tylko przeszli przez wioskę. I któryś z nich zapytał św. Franciszka, dlaczego oni po prostu przeszli i nic nie robili, nie głosili, nie nawracali, a tylko zmarnowali czas. I wtedy św. Franciszek powiedział wspaniałą rzecz - że najlepiej nawracać tylko samym sobą, tym, jak prowadzisz swoje życie, jak wyglądasz, jak w tobie żyje Jezus. W ich wypadku również to, jak się jest ubranym. Habitem, zachowaniem, samym wyglądem świadczyli, że oni oddali swoje życie Panu. Bo słowem nawraca się tylko w najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Ta legenda daje dużo do myślenia. Naprawdę, po


źródło: https://www.facebook.com/busemdomarzen

prostu warto żyć z Chrystusem; nie trzeba przekonywać, mówić, że robisz źle, że będziesz w piekle za te czyny, bo najczęściej to jeszcze bardziej odpycha ludzi od Pana, od ich wizji Kościoła i Boga w nim. Przywołajmy teżTez słowa św. Alberta, że habit to milczące kazanie. To znaczy – sam jego widok, styl życia osoby go noszącej, wartości, zachowanie człowieka. Jego wyrozumiałość wobectolerancja do innego człowieka, który może jeszcze nie miał szansy spotkać

się z Bogiem. My, świeccy, nie mamy takich atrybutów jak habit czy sutanna, ale mamy jeden najważniejszy atrybut – Jezusa w sercu. Jezus, który mieszka w nas. Jezus też wiedział, kiedy ma przemilczeć, kiedy nie warto mówić. Kiedy po prostu to nic nie da. Bo ma się dokonać tak, jak było napisane. Zatem może i nam przydałoby się trochę popatrzeć na Jezusa, na świętych naszego Kościoła, którzy naśladowali Mistrza i czynić tak samo, w niektó-

rych kwestiach po prostu milcząc? Nic nie mówić, a dać łasce i Duchowi działać w nas i prowadzić. Zaufać. Jeszcze bardziej oddać się Panu w tym życiu. Nie szukać wielkich argumentów na zarzuty wobec Kościoła i wiary katolickiej, a po prostu przyjąć postawę bierną wobec człowieka i aktywną wobec Ducha, który wieje, kędy chce. Który prowadzi, jak chce i wie, co robi. W Nim mamy pewność. 

53


WIARA NA CHŁOPSKI ROZUM 54

Do prostaczka – wiara na chłopski rozum: GRZECH JO Anna Janczyk

Z

daje się czasem, że przez wieki Kościół starał się uwznioślić i utrudnić naukę Jezusa na tysiące różnych sposobów, tak, że teraz prostaczek odpuszcza jej zrozumienie już na starcie. Stąd zrodził się pomysł podzielenia się myślami jednego prostaczka, który wszystko, co z wiarą związane, na wiarę bierze przez serce i rozum, co mu Bóg podarował i stara się Go zrozumieć bez cennych i wielkich traktatów teologicznych, ot tak, po prostu − na chłopski rozum. Tematów związanych z wiarą są tysiące. Na dobrą sprawę, wszystko jest z nią związane. Gdy się wierzy, nawet poranna kawa i wyjście na imprezę ma znaczenie dla życia duchowego. W cyklu krótkich bądź dłuższych artykułów „Do prostaczka – wiara na chłopski rozum” zastanowimy się między innymi nad tym,

ak ja się cieszę, że gdy Jezus nauczał, to nie zaczął się wymądrzać, a przecież kto jak kto, n mógł. Nie rzucał mądrymi frazesami, nie używał niezrozumiałych słów i mówił prosto. To ośmiela mnie do stwierdzenia, że każdy, bez wykształcenia teologicznego, religioznawczego czy biblioznawczego, jest w stanie zrozumieć, o co Mu chodziło, gdy opowiadał o Bogu, świecie i ludziach.

Tak, tak, wszystko pięknie, ładnie, tylko dlaczego te niektóre przykazania takie głupie, przeterminowane. Nie one głupie tylko nasz rozumek jak u Kubusia Puchatka – za malutki, żeby je pojąć.

czy Bóg jest dobrym motywatorem, nad fenomenem niezrozumienia grzechu i nad najbardziej kontrowersyjnymi tematami, które każdy wojujący ateista wyciąga jak asa z rękawa w starciu z bogobojnym prostaczkiem. GRZECH Już samo słowo grzech budzi w nas jak najgorsze skojarzenia. Bóg – Mściciel, konfesjonał i jak nic, ogień piekielny na finale. Nie chcę

rozpatrywać sprawy grzechu i jego ciężaru z dogmatyczno-etyczno-teologicznego punktu widzenia, bo ani ze mnie dogmatyk czy etyk, ani teolog. Prostaczek za to ze mnie przedni, więc chcę jedynie zaproponować inne spojrzenie na sprawę przekraczania przykazań Bożych. Jako wierzący (choć w sumie tylko takich osób dotyczy ten tekst, dla innych pojęcie grzechu jest pustą bańką, rozdmuchiwaną przez nawiedzonych szaleńców, odbierającą im całą przyjemność życia) całą swoją wiarę opieram na tym, że Bóg jest i mnie kocha. A jak kocha, to nie chce, żeby mi się stała krzywda. Jak mama kocha, to nie pozwala wkładać palucha do piecyka, skakać na główkę do studni i krzyczy, gdy nie zakładamy czapki i szala na wychodząc na mróz. Z mamą jest łatwiej. Mamę widać i słychać. Po pewnym cza-


źródło: https://www.facebook.com/busemdomarzen

sie mamę można rozumieć, wie się po co i dlaczego te wszystkie zakazy, nakazy, nauki. Czasem zajmuje to całe lata, po których stwierdza się, że to jednak ona miała rację, a nie my. Z Bogiem, jak to z Bogiem, musi być trudniej. Ani Go widać, ani słychać, a już zrozumieć to rzecz często za życia niemożliwa. Bóg dał nam pewne przykazania i za ich złamanie spada na nas… (o matko!!!) GRZECH. Już nikt nas nie kocha, nie chce, Bóg się obraził, kazał świętemu Piotrowi założyć kłódkę na bramy Nieba i nie wychyla z niego nawet nosa. Teraz tylko płacz, ból i zgrzytanie zębów. A mi się widzi, że to trochę inaczej. Że Bóg dał nam przykazania, bo na świecie zabrakło Boga i pojawiło się zło. Człowiek lgnie do tego zła (bo to przecież taka frajda) i sam siebie niszczy. I ten grzech, co na mnie spada to jest jak oparzenie od piecyka albo guz na czole, albo grypa, a czasem jak

sprawa jest poważna, to i śmierć. Gdy mama zabraniała, my nie słuchaliśmy i stała się krzywda, to czasem ciężko iść i się przyznać. Boli nas to, płaczemy i zgrzytamy zębami, bo wiemy, że wszystko zdarzyło się z naszej winy. Tak samo jest z grzechem i Bogiem. Narozrabiamy, więc boimy się iść i przyznać, bo przecież jak nic w konfesjonale trafi nas piorun w nagrodę za niecne uczynki. A Bóg jak mama (a nawet więcej, bo On o Sobie mówi, że jest Miłością) czeka, kiedy przyjdziesz, pokażesz tę pokiereszowaną, zapuszczoną duszę i będzie mógł Ci pomóc. Tak, tak, wszystko pięknie, ładnie, tylko dlaczego te niektóre przykazania takie głupie, przeterminowane. Nie one głupie tylko nasz rozumek jak u Kubusia Puchatka – za malutki, żeby je pojąć. Grzech to nie kara Boska za złe postępowanie. To jedynie wynik nieprze-

strzegania pewnych dobrych zakazów. To tak jakby złościć się na mamę, że zakazała zjedzenia kilograma słodyczy, który pożarliśmy raz dwa (bo takie dobre) i teraz brzuch boli jak wszyscy… No, bardzo boli. Nasz Kościół, którego też często nie rozumiem, ale wierzę, że Duch Święty, który nim kieruje jest mądrzejszy ode mnie, ustanowił kiedyś dawno, dawno temu listę 7 grzechów głównych. Koń by się uśmiał, czytając te grzechy. Przecież tam na dobrą sprawę nie ma niczego strasznego: pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu i lenistwo. Chciałabym abyśmy się przyjrzeli każdemu z nich po kolei. Po co Kościół katolicki, taki ważny i poważny, pokazuje nam, jakie grzechy najgłówniejsze. O pysze, co się pyszni w pierwszej kolejności w następnym odcinku. 

55


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 56

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


A może ty jesteś słownym ekshibicjonistą? KULTURA

B S Emilia Ciuła

M

oim zdaniem - owszem. Byłam świadkiem wielu sytuacji, kiedy ludzie mówili o swoich problemach lub przeżyciach ludziom, którzy czasem tylko przypadkowo znaleźli się w danym miejscu i w danym czasie, a później z pewnością zadawali sobie pytanie “dlaczego ja”? Oto kilka wyodrębnionych przeze mnie typów “słownych ekshibicjonistów” : ZROBIĘ WRAŻENIE! „Tak… pochwalę się koleżankom moją wiedzą na temat korzystania z środków higienicznych dla kobiet. O! A jeszcze lepiej, że jedzie z nami pewien kolega, który z pewnością będzie chciał się dowiedzieć, jak to wszystko działa”. Niestety ta sytuacja zdarzyła się naprawdę i miała miejsce w tramwaju. Dziewczyna (ok 15-17 lat)

58

óg dał człowiekowi drugiego człowieka, aby ten z nim żył. Aby tworzyli pewną wspólnotę. połeczeństwo jest konieczne do prawidłowego rozwoju psychicznego danej jednostki. Język to pierwsza forma budująca więź z innymi. Mówimy na różne sposoby. Czasem więcej, czasem mniej w zależności od charakteru. Zastanówmy się więc, kiedy można mówić o “ekshibicjonizmie słownym”? Czy istnieje coś takiego?

Można cierpieć jakiś czas, ale osaczanie innych ludzi mówieniem, jak bardzo jest nam źle, przynosi ulgę tylko na chwilę. W takich sytuacjach najlepsi są przyjaciele, którzy w razie potrzeby podniosą, otrzepią, wydmuchają nieszczęśnikowi nos, a później kopniakiem zmobilizują do dalszego życia.

opowiadała swoim znajomym (dwóm koleżankom i jednemu koledze), jak się korzysta z tamponów, a cały tramwaj musiał tego słuchać. Nie mówiąc już o anegdotkach, które

przytaczała nastolatka. O dziwo jej kolega podtrzymywał dialog i był bardzo zainteresowany tematem, co budziło niesmak wśród pasażerów. Nie wiem, skąd u młodych ludzi świadomość, że można mówić w miejscach publicznych dosłownie o wszystkim. Nie istnieje już u dziewcząt coś takiego jak powściągliwość. Widać, że lekcje WDŻ w szkołach przynoszą rezultaty, ale dziewczyny! Takie “tramwajowe opowieści” nie dodają wam uroku, a wręcz przeciwnie! ROZMOWY PRZEZ TELEFON TO MOJA SPRAWA! Każdemu to się czasem zdarza. Porozmawiać przez telefon w trakcie podróży. Wiadomo, droga długa, trzeba odebrać. Nie ma w tym nic złego, ale sposób w jaki rozmawiamy można zmienić. W Krakowie ruszyła ostatnio akcja “ Weźże


źródło: https://www.facebook.com/pages/Eriu/245127162311

gadaj ciszej”. Moim zdaniem bardzo trafna. Dlaczego? Między przejazdem z jednej szkoły do drugiej słyszę rozmowę (tak jak pół autobusu) jednego chłopaka:„w ogóle się do mnie nie odzywasz. Nie zależy ci na mnie. Przestań mówić, że do mnie piszesz, jak tego nie robisz. Dlaczego do mnie nie piszesz? Dlaczego nie wysyłasz mi SMS-ów? Weź, nie ściemniaj. Jakoś do innych piszesz, a do mnie nie. Denerwujesz mnie, jesteśmy razem, a ty w ogóle do mnie nie piszesz (...)”. Na to pada odpowiedź jednego z pasażerów, który już nie wytrzymał: „Panie, dej pan spokój! Ja już do pana napisze tego SMS-a!”. Podróżujący mieli wielką uciechę, za to chłopak tak był przejęty rozmową, że w ogóle nie usłyszał

tej szlachetnej propozycji. Stąd mój apel - ludzie! Jeśli będę chciała się dowiedzieć, czy pokłóciłeś się z sympatią, lub co chcesz ugotować na obiad - to o to zapytam. Dlaczego musi to wiedzieć pół miasta? MUSZĘ SIĘ WYGADAĆ… Według mnie jest to najczęściej spotykana grupa. Nie chodzi tu o sytuacje, które są trudne i trzeba przedyskutować je z przyjacielem, wspólnotą, terapeutą czy spowiednikiem, ale o ludzi, którzy czują się skrzywdzeni i jak wulkan wylewają swoje żale do wszystkich. Najczęściej są to problemy podobne do tych Sida z “Epoki Lodowcowej” - “Zostawili mnie! Co rok ta sama heca! Dlaczego nikt mnie nie kocha? Nikogo już nie obchodzi dola Sida, leniwca!”. Tylko, że nawet Sid bierze

się w garść i mówi: “Dobra, jak nie, to idę sam”. Jednym słowem chodzi o złamane serce i samotność. Z doświadczenia wiem, że bardzo boli. Sama byłam takim “słownym ekshibicjonistą” do czasu, kiedy ktoś mądry uświadomił mi, że mówienie i rozpatrywanie na nowo problemu nie złagodzi bólu, a będzie go przywoływał. Można cierpieć jakiś czas, ale osaczanie innych ludzi mówieniem, jak bardzo jest nam źle, przynosi ulgę tylko na chwilę. W takich sytuacjach najlepsi są przyjaciele, którzy w razie potrzeby podniosą, otrzepią, wydmuchają nieszczęśnikowi nos, a później kopniakiem zmobilizują do dalszego życia. Świadomość tego, że jeśli człowiek sam sobie w głowie nie poukłada emocji, to chociaż będzie o tym mówił (każdemu) - nic mu to nie

59


pomoże. Wystarczy, że ma się trójkę przyjaciół, którzy wiedzą co, się dzieje, nie musi być to cała armia. W SKLEPIE „Dzień dobry, a wie pani co się Wiesi przytrafiło…?”. Tak zazwyczaj to się rozpoczyna.Takie historie mogą się ciągnąć godzinami. Jak przekupy na targu, gospodynie domowe są w stanie rozmawiać (stojąc!) nawet godzinę, jak nie więcej, by później wspomnieć, że ledwo chodzą, bo coś tam się z kolanami dzieje. Jeśli się dobrze przysłuchasz, to może się okazać, że obgadują nawet ciebie. Kto to wie... MOJE ŻYCIE JEST NUDNE, TO SOBIE JE WYMYŚLĘ… Kolejna sytuacja z życia wzięta. Dziewczyna poszła raz z tobą na kawę? To znaczy, że już jesteście

razem. Z całą pewnością. Zaplanowana jest już wasza wspólna przyszłość i wszyscy o tym wiedzą. Twoi znajomi myślą, że masz super dziewczynę, bo czasem porozmawiasz z nią na Facebooku. A w tym czasie, kiedy ty o niej marzysz, przyjdzie inny i wyniesie ją na ramieniu, działając, a nie gadając. Gadaniem nic nie zyskasz, więc jeśli ci na kimś zależy, to pokaż to zarówno słowami, jak i czynami. Drodzy czytelnicy! Bóg nie po to dał nam umiejętność mówienia, żeby tego nie robić. Bardzo dobrze jest potrafić rozmawiać, opowiadać o swoich emocjach - dzięki temu uczymy się wspólnie żyć, a wielu parom udało się wyjść z kryzysu, tylko dlatego, że porozmawiali i zrozumieli swoje wzajemne oczekiwania. “Ekshibicjonizm słowny” to nadmierne obarcza-

nie innych tym, co dzieje się w naszym wnętrzu. To wywracanie siebie na lewą stronę. Nie ma tu intymności, ani wstydu. Wszyscy wiedzą wszystko. Nie ma tajemnicy i nie ma swojego wewnętrznego życia, które kwitnie tylko w ciszy i w analizie swoich przeżyć. Więc jeśli masz problem, owszem porozmawiaj z kimś o tym, przyniesie ci to ulgę, ale później jak leniwiec Sid - stań na nogi i razem z przyjaciółmi rusz dalej. Sama długo walczyłam ze swoim “słownym potworem”, ale da się go poskromić. Być może ten artykuł skłoni was do refleksji nad tym aktualnym problemem, przynajmniej mam taką nadzieję. Resztę przemilczę...

źródło: www.pixabay.com

60


61


R O Z M O WA K U L T U R A L N A

Nie jesteśmy przewrotni C

hciałbym podzielić się z Wami niepublikowanym wcześniej wywiadem, który przeprowadziłem wraz z Karoliną po jednym z koncertów Lao Che w Gliwicach. Rozmowa została przeprowadzona jeszcze przed ukazaniem się albumu soundtrack.

Łukasz Łój

J

ak koncert?

Hubert „Spięty” Dobaczewski: Bardzo mi się podobał. Ostatnio bardzo ciężko się nam grało, głównie dlatego, że mamy duży natłok pracy. Jednakże dzisiaj było inaczej. Natłok związany z pracą nad nowym krążkiem? HD: Tak, mamy już dziesięć kompozycji zrobionych. Będzie trzeba jeszcze trochę nad tym popracować, bo jak na razie bez tekstów i wokali. Myślę, że gdzieś w marcu lub kwietniu zaczniemy nagrywać i we wrześniu ukaże się płyta. W takim razie jakie będzie brzmienie nowej płyty? HD: Pojawił się pomysł, aby z okazji, że to jest już piąta płyta zrobić kolaż muzyczny. Charakterystyczne

62

Kiedy myślę o sytuacjach, w których potrzebowałbym jakiegoś wzoru, to staje mi przed oczami właśnie On. Na pewno wynika to z tego, że zostałem wychowany w wierze katolickiej.

dla tego krążka ma być to, że kompozycje będą w ramach różnych stylów. O czym ona będzie? Macie już pomysł na warstwę tekstową? HD: Hm... o walce dobra ze złem.(śmiech) A tak na poważnie? Będzie ona znów o Bogu? HD: Wybacz, że pozwo-

liłem sobie na mały żart mówiąc, że będzie ona o walce dobra ze złem. Idea jest taka, żeby była ona o końcach. Końcach w różnym kontekście i w każdej dziedzinie życia, a ponieważ Bóg jest wszędzie tam, gdzie są ludzie, więc też o nim. Nie chciałbym zwracać się do niego, powielać tego, co już było na płycie Gospel, ponieważ wymarzyliśmy sobie z zespołem, że będziemy tworzyć coś nowego, świeżego. Kim jest dla ciebie Jezus? HD: Idolem. Kiedy myślę o sytuacjach, w których potrzebowałbym jakiegoś wzoru, to staje mi przed oczami właśnie On. Na pewno wynika to z tego, że zostałem wychowany w wierze katolickiej. Dzisiaj nie chodzę do kościoła, ale robiłem to kiedy byłem młody. Często sobie o


tym rozmyślam, po prostu autorytet jest mi potrzebny w życiu. Ale na płycie Gospel często ironizujesz w stronę Jezusa... HD: Nie w stronę Jezusa, a Kościoła. Dla mnie to są dwie różne rzeczy. On nie wymyślił sobie Kościoła Katolickiego... przynajmniej takie mam przekonanie. Natomiast nic nie mam do Kościoła. Wyrosłem w nim i tyle. Po prostu mam problem, żeby się tam odnaleźć. Czasami coś mnie ciągnie, ale wiesz… Nie chcę chodzić tam tylko po to, żeby odprawiać jakiś rytuał. Nie chcę robić tego w ten sposób. Dałem sobie czas, ale wierzę w Boga. Tytuł Waszej ostatniej płyty to dosyć przewrotne nawiązanie do AC/DC.. HD: Nie, staraliśmy się

właśnie nie być przewrotni. Ludzie zaczęli nas właśnie z czymś takim kojarzyć. A to nie tak. Ta płyta miała być taka bardziej brzmieniowa. Jest ona prądowa w tym sensie, że brzmi. Te dźwięki to takie prądowe ładunki. Plus i minus. Przynajmniej tak to na moją wyobraźnię działało. Jak ją nagraliśmy nie mieliśmy jeszcze tytułu. Wcześniej nam się to nie zdarzało, zazwyczaj wymyślałem jakąś nazwę. Pojawiła się piosenka o tytule Prąd stały / prąd zmienny, no to dlaczego tak nie nazwać płyty? W warstwie tekstowej jest ona na pewno niedopowiedziana, taka była idea. Chciałbym żeby to nie było otaczane jakimś konceptem. Wiesz, kolejna przewodnia myśl Lao Che... Tak trochę, żeby wypuścić z tego balona powietrze, bo to nas męczyło. Dlaczego Lao Czesław

Tour? Dlaczego akurat z tym artystą postanowiliście współpracować? HD: Od kilku lat graliśmy autorskie trasy na zasadzie gramy: jesień, wiosna, jesień, wiosna. No i potem mówimy sobie: kurde blade, trzeba by to zmienić, zagrać w końcu z kimś innym. Spotykaliśmy się często z Czesławem przy okazji różnych festiwali. Komplementował nas, przychodził na nasze koncerty pod scenę i podobało mu się. Ja mu powiedziałem, że widziałem klip Maszynki do świerkania i że też mi się podoba, że mam obie płyty. Basista Rysiek wpadł na pomysł, aby nasza następna trasa nie była znów autorska. To nie jest tak, że robimy trasę koncertową z kimś, kto jest podobny do Lao Che. Oczywiście posiadamy jakiś wspólny zbiór, ale

63


reszta zahacza trochę o coś innego. I tak spontanicznie na wiosnę powiedzieliśmy „Zróbmy trasę!”, a ponieważ się udało, fajnie to wypadło pomyśleliśmy, żeby to przenieść na jesień jeszcze. Potem przyjechali do nas do Kłodzka. Czesław z tymi swoimi Duńczykami. I zaczęliśmy tworzyć wspólnie kompozycje przearanżowane. Była to dla nas nowa wartość, żeby móc się pokazać na scenie nie w składzie nominalnym, tylko trochę innym. Często się ze sobą nie zgadzacie, jeżeli chodzi o Waszą twórczość? Czy chłopaki mają jakieś zastrzeżenia do Twoich tekstów? HD: Nie było takiej sytuacji, żeby reszta zespołu krzywiła się czy jakoś mocno podważała moje teksty. Tutaj mam wolną rękę i dobrze mi z tym. Piszę w

64

samotności, nikt tego nie recenzuje i nie selekcjonuje. Natomiast muzykę tworzymy wspólnie. Jest to demokratyczna sytuacja. O co się najbardziej obawiacie, jeśli chodzi o Waszą muzykę? Nie zastanawiacie się czasem, jak to odbierają inni? HD: Odbiór jest sprawą drugorzędną, ale co by nie mówić, każdy z nas chce, aby ta płyta była odebrana w taki sposób, jaki to sobie wymarzyliśmy. Chciałbym, aby to, co robimy było o czymś konkretnym. Więc jeśli mogę sobie czegoś życzyć to tego, abym ja będąc na scenie, poczuł, że śpiewam prawdę, że ma to sens no i że publiczność się z tym identyfikuje. Co jest dla Was ważniejsze: forma czy treść? HD: Wiesz, chyba nie można tego rozdzielić.

Trudno mi odpowiedzieć. Ja pisząc teksty bardzo mocno się treścią i ze słowem identyfikuję. W ramach zespołu robimy muzykę, która ma pewną formę i w której chcielibyśmy być przede wszystkim odkrywcami, a nie naśladowcami. Czego słuchacie na co dzień? Jeśli oczywiście macie na to czas... HD: Jeśli chodzi o mnie, to bardzo rzadko słucham muzyki. Nie oglądam telewizji, nie czytam książek ani nawet gazet. Mam problem z przyswajaniem informacji. Akurat ja tak mam. Reszta zespołu słucha bardzo dużo muzyki. Jakiej? Najróżniejszej. Dziękuję za rozmowę. HD: Ja również dziękuję. 


65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

67


Emocji tyle, że głowa mała! A O NOWOŚCI

gdyby tak znajdujące się w nas emocje spersonifikować? Pixar postanowił to zrobić. kazało się, że tego wszystkiego kotłuje się w nas tyle, że normalnie „W głowie się nie mieści”!

68

Anna Zawalska

P

ozycja Pixara – wespół z głową korporacji: Walt Disney Pictures - na najwyższym miejscu podium amerykańskich wytwórni filmów animowanych pozostaje niezagrożona. A swoją kolejną produkcją spółka tylko to potwierdziła miażdżąc konkurencje. Bo bajka „W głowie się nie mieści” (2015), to prawdziwa perełka, która bawi i zmusza do refleksji, deklasując wypuszczone w tym roku przez inne wytwórnie animowane filmy pełnometrażowe. I myślę, że do końca roku nic takiego na ekranach kin się nie pojawi. Już sam pomysł na film zwiastował niezłe widowisko. Twórcy postanowili przyjrzeć się wszystkim interakcjom, jakie zachodzą w ludzkiej głowie – a konkretnie w głowie nastolatki, przeżywającej trudny okres w swoim życiu. I chociaż trailer zapowiadał nieco inne rozwiązanie tej koncepcji, to jednak

Trudno sobie wyobrazić jak złożony świat istnieje w naszych umysłach. Wszystko ma swoje miejsce, swoją konstrukcję, a procesy zaprogramowane są w bardzo skrupulatny sposób.

widz wcale nie wychodzi z kina rozczarowany – wręcz przeciwnie: odczuwa przede wszystkim ogromny podziw dla scenarzystów, którym w tak zręczny sposób udało się ukazać wszelkie możliwe procesy odbywające się w ludzkim umyśle, nie popadając w zbytnią ekstrawagancję, banalność ani patos. Koń jaki jest, każdy widzi, a twórcom „W głowie się nie mieści” udało się tego konia w sposób bezbłędny rozłożyć

na czynniki pierwsze. Fundamentem całej analizy emocji jest historia nastoletniej Riley, która wraz z rodzicami opuszcza rodzinne strony i przenosi się do zupełnie nowego miasta. San Francisco wydaje się być zupełnie obce, a narastające problemy rodzinne nie ułatwiają sytuacji. Stopniowe dojrzewanie również daje o sobie znać, dlatego nad panującą w głowie Radością górę biorą coraz bardziej inne emocje, zwłaszcza zaś Smutek. Strach, Gniew i Odraza dodają swoje trzy grosze i tym samym trudno jest utrzymać pozytywne emocje w głowie Riley. Chociaż Radość dwoi się i troi, to jednak wysiłki te na nic się zdają – w końcu wszystko się ze sobą miesza przez co dziewczynka przestaje sobie radzić z życiem i popada w coraz większy marazm. Emocji w tym wszystkim tyle, że głowa mała!


źródło: materiały dystrybutora

Trudno sobie wyobrazić jak złożony świat istnieje w naszych umysłach. Wszystko ma swoje miejsce, swoją konstrukcję, a procesy zaprogramowane są w bardzo skrupulatny sposób. Scenarzyści - Pete Docter, Meg LeFauve i Josh Cooley – stworzyli nie tylko podwaliny świata emocji, ale również drobiazgową strukturę umysłu, gdzie wszystko ma swoje miejsce, swoje wytłumaczenie i z góry ustalony sens. Tutaj nie ma niczego za dużo, a co scenę widz myśli sobie: kurde, faktycznie tak chyba w tej naszej głowie jest! Abstrahując zupełnie od warstwy rozrywkowej filmu, od wszystkich kwestii żartobliwych i zwyczajnie komicznych, warto skupić się przede wszystkim na tej warstwie refleksyjnej. Osobiście to właśnie cała filozofia przekazana w filmie urzekła mnie najbardziej. Można w niej wyznaczyć kilka elementów. Po pierwsze: kwestia emocji i ich udziału we wszystkim co odczuwamy i co postrzegamy. W każdym z nas możemy wyróżnić uczucia, które dominują nad

wszystkim. Strach, gniew, radość, smutek, wstręt, to główna piątka. Po to one są w takiej konfiguracji, aby ze sobą współgrać i tworzyć naszą osobowość. W filmie Radość chciała zdominować resztę swoich kompanów i nie dopuszczać ich do rozporządzenia decyzjami Riley. Tymczasem wszystkie emocje są ważne i odgrywają istotną rolę w formowaniu się psychiki człowieka. Nawet jeśli czasem wydają się być niepożądane i niepotrzebne, to jednak w końcowym wyniku okazują się niezastąpione. Po drugie: każde wydarzenie w życiu ma wpływ na naszą osobowość. Na Wyspach Osobowości Riley znajdowały się same ważne wydarzenia z czasów dzieciństwa, które sprawiły, że była ona taką, a nie inną osobą. Okres dojrzewania i prawdziwa burza emocji sprawiły, że cały fundament zaczął się sypać, dlatego trzeba było go jakoś wzmocnić dopuszczając do sterów również inne uczucia kotłujące się w głowie. Po trzecie: psychika ludzka to prawdziwa, niezgłębiona twierdza. Twórcom

bajki udało się w świetny sposób ukazać tę twierdzę, biorąc na tapetę różne nasze przeżycia i odczucia, jak np. zmyślony przyjaciel z dzieciństwa, ciągle wracająca w naszej głowie usłyszana piosenka z reklamy, czy trudności z przypominaniem sobie istotnych kwestii naukowych, a bezproblemowe zapamiętywanie nikomu do niczego potrzebnych głupot. Procesy emocjonalno-myślowe zostały przedstawione tutaj w taki sposób, że na pewno każdy znajdzie coś, co faktycznie miało u niego w życiu miejsce. Twórcy podjęli się niełatwego zadania, z którego jednak wybrnęli śpiewająco. Z niezwykłą dojrzałością przedstawili rzeczy, które mogły pozostać zbyte głupim żartem. „W głowie się nie mieści” ma wszystko, czego odbiorca – również, a nawet przede wszystkim ten najmłodszy – może oczekiwać. Nie brakuje tu akcji, dobrego humoru, odrobiny refleksji, a całość okraszona jest sporą ilością bujnej wyobraźni. Jeśli o mnie chodzi, to swojego faworyta do Oskara za pełnometrażową animację już mam! 

69


Jak czuje robot P „C NOWOŚCI

rzekrój emocjonalności robota mieliśmy już w produkcji „Ja, robot” (2004). Teraz, w happie” (2015) dostajemy podobny schemat, ubrany jednak w zupełnie inne ciuszki.

70

Anna Zawalska

B

lomkamp poszedł w zupełnie inną stronę ze swoim robotem. O ile Sonny w wykonaniu Proyasa był typowym intelektualistą, który nie okazywał zbytnio emocji, to już Chappie jest zwyczajnie... słodki. Jego ludzka strona ujawnia się w sposób bardzo intensywny. Reżyser poszedł tutaj w stronę naturalizmu i stworzył postać, która od samego początku zyskuje sympatię odbiorcy. Dostajemy urocze dziecko, które zadziwia swoją naiwnością, bo mimo że procesory pracują tak jak trzeba, to zdaje się, że dusza dopiero dojrzewa i poznaje świat. Nabyta inteligencja nie ma tutaj nic do rzeczy – Chappie musi przejść mozolną drogę uczenia się wszystkiego po kolei. Jak mały chłopczyk, który dopiero uczy się chodzić, mówić, reagować na to, co go otacza.

Po raz pierwszy nie dostajemy od razu mega inteligentnej maszyny, wysublimowanej w swoim istnieniu. Chappie jest spontaniczny, poczciwy jak dziecko i przede wszystkim bije od niego prostotą. Momentami wzrusza.

Jest w tym wszystkim pewna słodycz, która rozczula. Po raz pierwszy nie dostajemy od razu mega inteligentnej maszyny, wysublimowanej w swoim istnieniu. Chappie jest spontaniczny, poczciwy jak dziecko i przede wszystkim bije od niego prostotą. Momentami wzrusza. Jak chociażby w scenie, kiedy

źli ludzie rzucają w niego zapalonymi butelkami. Dziwi się w sposób całkowicie prostoduszny: „dlaczego to robicie?”. Nie rozumie zła i ufa bezgranicznie. Są rzeczy, których jako maszyna nie potrafi przeanalizować. Jest w tym wszystkim jednak swego rodzaju przewrotność. Bo z jednej strony mamy piękny obrazek sztucznej inteligencji z duszą, która uczy się wszystkiego jak dziecko i odczuwa emocje w taki sam sposób jak istota ludzka. Wszystko to nieco kontrastuje z brutalnością całego filmu. Kiedy życie najbliższych jest zagrożone Chappie już nie jest dzieckiem. Chappie poznaje co to zemsta i dochodzi do niego, co musi zrobić, aby ocalić Mamę, Tatę czy swojego Stwórcę. W tym momencie zaczyna rozpoznawać kto w tej bajce jest dobry, a kto zły. Inaczej – zaczyna rozpo-


znawać co jest dobrem, a co złem. Pozostawiając efekty specjalne, strzelaniny i pościgi z boku, Blomkamp stara się przemycić nieco filozoficznej gadki. Pokazuje kwestie bardzo na czasie. W dobie rozwijającej się technologii zadaje pytania, które prędzej czy później przeniosą się z filmowego świata sci-fi do rzeczywistości: w jakim stopniu maszyna może zastąpić człowieka? Czy roboty mogą odczuwać emocje? Czy można zaprogramować ludzką duszę i wszczepić ją w jakikolwiek mechanizm? Czy można człowiekowi zagwarantować nieśmiertelność? Wszystko to pozostaje póki co w świecie rozmyślań i gdybania. Dzięki temu filmowcy mają bardzo szerokie pole

do popisu i mogą z powodzeniem prześcigać się w wymyślaniu coraz to lepszych teorii. Problemem jest jednak to, że prędzej czy później, któraś teoria może się sprawdzić. Reżyser w ciekawy sposób dobrał również ekipę aktorską. Z jednej strony naszpikował obsadę znanymi twarzami takimi jak Hugh Jackman – który słabo sprawdził się w roli czarnego charakteru Vincenta Moore’a – czy Sigourney Weaver jako szefowa korporacji Michelle Bradley. Z drugiej strony w istotnych rolach zdecydował się obsadzić naturszczyków – zespół Die Antwoord w składzie Yolandi Visser i Ninja, którzy wypadli zadziwiająco dobrze. Być może to kwestia powiewu świeżości, albo kinowego przejedzenia

znanymi twarzami, ale ci nieznani wypadają znacznie lepiej w całym filmie, niż ci doświadczeni. Jedyne co jakoś nie styka to Dev Patel w roli twórcy Chappiego - Deona Wilsona. Jak na wybitnego naukowca jest chyba zbyt chłopięcy i jakby trochę niedojrzały. Ponoć „Chappie” (2015) to najsłabszy film w dorobku Neilla Blomkampa ostatnich lat. Skoro tak, to na pewno sięgnę jeszcze po „Elizjum” (2013) i „Dystrykt 9” (2009). Jeśli tylko te produkcje utrzymane są w tym samym stylu co opowieść o ludzkim robocie, to na pewno będą to ciekawe seanse. 

źródło: www.pixabay.com

71


Literackie delirium KN

MUZYKA

Michał Wilk

72

Pamiętam, jak na jednym ze spotkań autorskich Varga opowiadał o nowej książce. Mówił wówczas o chwili, gdy zmarł jego ojciec, opowiadał o swojej reakcji. Zapowiadał, że pracuje właśnie nad powieścią, w której powie wiele ważnych dla niego kwestii. Cóż, wówczas zapowiadało się całkiem ciekawie. Było to jesienią zeszłego roku. Przyznam, że jak tylko ujrzałem „Masakrę”, od razu się na nią rzuciłem. Chyba zbyt łapczywie. Nie żebym się zachłysnął jak gówniarz pierwszym mocnym alkoholem wypitym w życiu. Po prostu poczułem, że to nie tak dobra literatura, jak się spodziewałem. Po jakimś czasie przemogłem się jednak, w końcu Varga to nie pierwszy lepszy pisarzyna. Dałem mu szansę. Głównym bohaterem „Masakry” jest Stefan Kołtun. Dość znamienne na-

rzysztof Varga otwarcie przyznaje, że pije. ie ukrywa swojego uzależnienia. W jednym z wywiadów powiedział wprost, że nawet nie udaje, a jego najnowsza powieść to nie ekspiacja. Dlatego „Masakra” to ani powieść terapeutyczna, ani studium nałogu. To po prostu dobra historia, którą można przeczytać.

Jeśli ktoś przywykł do ckliwych i orkiestrowych kompozycji Tiersena, przy słuchaniu Infinity będzie zaskoczony, a już na pewno nie będzie się nudził. Przedostatni utwór, Gronjoro, po spokojnym, lekko nufolkowym intro, przechodzi już w dobrze znane słuchaczom Tiersena rytmy.

zwisko dla osoby, która właściwie już nic sobą nie reprezentuje. Stefan jest rockmanem w średnim wieku, mającym szczyty kariery już dawno za sobą. Pewnego dnia budzi się w swoim mieszkaniu na Saskiej Kępie. Ma cholernego kaca. Właściwie to ledwo

żyje po tygodniowym ciągu alkoholowym. Jak można się spodziewać, opisy obfitują w określenia fizjologicznych zachowań i reakcji organizmu Stefana. Tak właśnie zaczyna się ta historia. A to dopiero początek. W końcu Varga napisał powieść na grubo ponad sześćset stron. I uprzedzając dalsze uwagi, wspomnę, że autor momentami przesadził. „Masakra” w wielu miejscach jest najzwyczajniej przegadana, zbyt rozwleczona. Niektóre dialogi i opisy są nie na miejscu. Czytelnik zastanawia się, czy musi je czytać, by obraz przedstawiony w powieści był kompletny. Zastanawia się tym bardziej, bo narrator często porusza te same tematy, o których było już wcześniej. I tak deliryczna podróż Stefana po Warszawie staje się nieprzyjemnym skołtunieniem czytelnika.


źródło: materiały promocyjne

Postać „Masakry”, jak już wspomniałem, nagle budzi się, delikatnie rzecz ujmując, z upojenia alkoholowego. Co więcej, odkrywa, że w mieszkaniu brakuje mu nie tylko alkoholu, ale również pieniędzy i w ogóle portfela z całą zawartością, telefonu, żony Zuzanny i dzieci. Wszystko jest w jak najgorszym położeniu. Stefan postanawia się wyruszyć w miasto, w Warszawę. Postanawia wszystko naprawić, czyli zdobyć kasę, odzyskać rodzinę i wrócić do życia. Nie muszę wspominać, jak to się skończy. Nie chcę uprzedzać faktów. Rozpoczyna się masakra. Jest sierpień, upał. Stefan musi odnaleźć znajomych, którzy mu pomogą. I spotyka na swojej drodze przeróżne postaci. Każda z nich jest swoistym symbolem, pewnym przełoże-

niem wzorców określonego myślenia. Mamy więc do czynienia między innymi z Poetą, Prezesem, Prorokiem. Jak to określił sam autor, mamy okazję poznać w powieści „poglądy bardzo skrajne, od relatywisty kapitalistycznego, przez niespełnionego poetę, przedstawiciela frakcji narodowej, po lewicowego intelektualistę”. Tak właśnie wygląda ta odyseja Stefana: podróż od jednego znajomego do drugiego, przechodzenie z punktu do punktu, nierzadko przy tym zakrapiane alkoholem. Wychodzenie z pijackiego ciągu zmienia się we wchodzenie w następny. Stąd powieść balansuje swoim rytmem. Zatacza się podobnie jak Stefan. Czytelnik, podążając ramię w ramię z głównym bohaterem, sam zaczyna być

pijany. Czasem zdarza się być upojony frazą, niezwykle kunsztowną narracją, błyskotliwą myślą, odkrywczym stwierdzeniem, ale tylko czasem. Później przychodzi przykre rozczarowanie, bo nagle okazuje się, że to tylko chwilowy rausz. Potem jest już tylko pijacki bełkot, powtarzanie tych samych głupstw. Jak chociażby w momencie, gdy czytamy: „aby tylko lekki szumek w głowie szemrał jak wiosenny wiaterek w witkach wierzby płaczącej na mazowieckim polu, jak delikatna bryza od Bałtyku, jak mazurski las w spokojny wakacyjny dzień”, czy też: „– Picie przestaje być modne, więc piję – powiedział Stefan, który zaczął czuć dziwne drgawki, jakby pod skórą przebiegły mu grupki małych skorupiaków czy rybików cukrowych” lub „Jego

73


źródło: materiały promocyjne

ciało zaczynało przypominać filet z halibuta, blady i galaretowaty. Stefan przechodził kolejną metamorfozę, był już czerwony jak świeży tuńczyk, był szary jak flądra i ciemnożółty niczym wędzona makrela, był różowy jak łosoś, a teraz wyraźnie zamieniał się w halibuta”. Wrażliwy czytelnik powie: pas. Nie będę przywoływał wszystkich fragmentów, do których mam uwagi. Nie chodzi o krytyczny koncert życzeń. Bo ujmując rzecz całościowo, trzeba przyznać, że „Masakra” nie jest złą powieścią. Z pewnością warto się nad nią pochylić i przeczytać. Tylko bez zbytniego entuzjazmu, bez ślinotoku, bo to nie jest raczej dojrzała dobra whiskey, ale raczej zwykła wódka, po której może być przyjemnie, zależy jak komu wejdzie. Mnie nie za bardzo, stąd literackie delirium.

74

Zauważam za to ciekawą tendencję we współczesnych powieściach, z którymi mam ostatnio do czynienia. Pojawia się coraz więcej dialogu z przeszłością, a raczej z historycznymi postaciami. Dla przykładu w „Siódemce” Szczerka główny bohater Paweł dyskutuje z królami Polski. A Stefan w „Masakrze” rozmawia sobie z Bolesławem Prusem. Tylko że autor „Emancypantek” w pewnym momencie zdaje się naiwny i przerysowany. Do tego mówi językiem Gombrowicza, co dla mnie jest tanim chwytem. Zresztą, obecności Prusa w powieści Vargi jest więcej. Można nawet powiedzieć, że to swego rodzaju hołd złożony pozytywistycznemu geniuszowi. Pojawiają się przecież Izabela i Stanisław, pani Latter. Dobrze, że Varga komentuje polską rzeczywistość, że rozlicza się z

pewnymi postawami. Tylko dlaczego po raz kolejny w polskiej literaturze używa się do tego pijackiego widu? „Masakra” to kolejna po „Siódemce” Szczerka powieść, której główny bohater nie jest do końca trzeźwy i racjonalny. Czy to bierze się stąd, że inaczej o Polsce i Polakach nie da się mówić? Dlatego oceniam książkę Vargi tak pomiędzy. Nie potrafię jej pochwalić, ani zganić za cokolwiek istotnego. Może niech czytelnicy sami się przekonają, czy warto. Ja mam dość, bo dla mnie to była prawdziwa masakra. 


75


Ręka Boga, łzy gracza G”,

GRY

Rafał Growiec

76

F

abuła „Legendy” należy do jednych z najbardziej sztampowych, jakich można się doszukać w ostatnich pięćdziesięciu latach. W pewnym królestwie żyją ludzie, krasnoludy i elfy, które jakiś czas temu stoczyły wielką wojnę z demonami z innego wymiaru. Wielki bohater ludzi, Targon, zamknął portal, a na jego straży stanął Zakon Świętego Płomienia. Główny bohater gry nazywa się Targon, ale nie jest wielkim bohaterem nawet dla ludzi. Rozgrywkę zaczynamy z klasycznymi dziurawymi portkami i najprostszym mieczem. Towarzyszy nam Luna, świetlisty elf, robiący za towarzyszkę i kursor. W polskiej wersji przemawia głosem Joasi Jabłczyńskiej. Za jego to czasów opactwo zostaje zniszczone, a demony zalewają znowu kraj. Za namową swojego mistrza Tiberiusa (rzecz

dyby chcieć znaleźć grę, która byłaby ilustracją hasła „błędy w tworzeniu cRPGów zapewne znalazłoby się kilku poważnych kandydatów. „Legend. Hand of God” byłoby na pewno mistrzem roku w kategorii fantasy.

Wciąż można napotkać zadania zawieszone w powietrzu, na przykład zaginięcie męża kobiety z Turintu. Kilka rozmów też byłoby świetnym materiałem na „kłesta”, ale zostają bez konsekwencji.

jasna: ciężko rannego) wyrusza na poszukiwania tajemniczego i bardzo potężnego artefaktu zwanego Ręką Boga/Ręką Bogów (w zależności od humorów tłumacza, po angielsku Hand of God, czyli liczba pojedyncza). Tylko za jego pomocą można zamknąć portal i ocalić świat. W tym celu przyjdzie mu przemierzyć cały kraj, walczyć z wielką masą

potworów, złoczyńców i dzikich bestii, napotkać potężnych upadłych magów, poznać i uratować eflicką księżniczkę… I tak dalej, i tak dalej… Aż wreszcie zamknie portal… i wyląduje w punkcie startu ze zdobytym wcześniej doświadczeniem i sprzętem, ale z tym samym zestawem zadań, postaci drugoplanowych i bestii i na wyższym poziomie trudności. Postać można rozwijać do setnego poziomu, grę na najłatwiejszym poziomie kończy się około trzydziestego, więc można podejrzewać, że wszystkiego miało być trzy razy więcej. Nie ma sensu przechodzić tej samej fabuły drugi raz, biorąc pod uwagę jej ciężką liniowość i praktyczny brak questów pobocznych. Cała gra sprawia wrażenie, jakby miała być znacznie obszerniejsza, jednak brak czasu czy funduszów


źródło: materiały promocyjne

spowodował, że prace nad projektem trzeba było na szybko przerwać, zostawiając kilka spraw rozgrzebanych, a kilka rozwiązując łopatologicznie. Wciąż można napotkać zadania zawieszone w powietrzu, na przykład zaginięcie męża kobiety z Turintu. Kilka rozmów też byłoby świetnym materiałem na „kłesta”, ale zostają bez konsekwencji. ZNOWU TE ŻUKI Rozgrywki nie urozmaicają przeciwnicy. Chciałoby się, aby było widać więcej różnorodności w modelach. Tymczasem momentami wieje nudą. Idziemy przez pustynię i mamy żuki. Dwa rodzaje – zwykłe i plujące trucizną. Oraz żmije – trzy rodzaje, wszystkie to te same modele, ale inaczej zabarwione. I żywiołaki. Niby sporo, ale w kanionach widzimy skorpiony, z którymi nijak nie będziemy

walczyć, a które świetnie zastąpiłyby zielone, jadowite chrząszcze. Podobnie się ma sprawa z bossami – poza nielicznymi wyjątkami to tylko większe i otoczone poświatą modele zwykłych przeciwników. Gdyby chociaż były one na tyle dobrze zrobione, aby bohater nie biegał wokół przeciwnika, którego ma uderzyć... Teoretycznie postarano się, by było nieco urozmaicenia w walce – inaczej walczy się z olbrzymem (Targon stara się uderzyć go w głowę z wyskoku, zamiast bić po nogach), inaczej z goblinem (ciosy z góry itd.). Walkę miał urozmaicać właśnie ten Cinematic Combat System – „efektowne finiszery” dostaniemy tylko w walce z trzema lodowymi olbrzymami. W efekcie fizyka nieraz szwankuje – przeciwnicy teleportują się przez beczki, wszystko poza trawą

jest martwe i nieruchome. Wchodzimy do Wyjącego Wąwozu i nie widzimy tego wichru, a jedynie słyszymy krótki dźwięk u wejścia i komentarz Luny, że „wieje, jakby nam chciało skrzydełka urwać”… Trudności z walką pojawiają się także, gdy chcemy się pobawić postacią strzelającą. Problemem jest mizerny zasięg wzroku Targona. Kamera, aby nie obciążać karty graficznej, pokazuje żałośnie mały skrawek ziemi. W efekcie cała przewaga łucznika, czyli atak z odległości, traci na znaczeniu, chyba że zechcemy strzelać na ślepo, do czerwonych kropek na minimapie. Widać wyraźnie, że brakło czasu na wyskalowanie modeli – co jakiś czas natrafiamy na palisady z nabitymi czaszkami czy otwarte sarkofagi. Sądząc po ich rozmiarach, Targon

77


źródło: materiały promocyjne

ma spore szczęście, gdyż demony dały radę całej rasie olbrzymów, którym nawet elfy sięgały do połowy piersi. Tworząc zadania zabrakło logiki. Weźmy taki quest ze zdobyciem koła dla wędrownego handlarza. Musimy dla niego przejść 1/3 dostępnej mapy, gdyż drogę blokuje pień drzewa. Niestety, Targon porusza się ciężkim, załadowanym po brzegi wozem i nie da rady takiej przeszkody pokonać… Musi więc iść dookoła. Mija wiele wozów, ale nie potrafi odczepić od nich koła. Dochodzi więc do wsi Turint i kupuje koło. I pakuje je chyba do kieszeni, bo nigdzie nie widać, by je niósł, nie ma go w ekwipunku... Żeby było śmieszniej, graficy nie ośmielili się też pokazać samej Ręki Bogów. Artefakt, za którym biegamy po szczytach gór, lochach i smokach, nigdy

78

nie zostaje pokazany. Po zakończeniu odpowiedniego questu po prostu dostajemy informację, że mamy kolejną z trzech jego części. Tak samo, gdy jakaś postać opuszcza lokację albo zmienia się z aktywnej na nieaktywną. Jest ściemnienie i zniknięcie. Brakło też wyważenia w temacie doświadczenia. Zabicie napotykanego w połowie gry smoka (co jest pięciokrotnie trudniejsze niż pokonanie jego pana czy nawet finalnego arcyłotra!) w sumie daje proporcjonalnie mniej doświadczenia (¾ poziomu?) niż zaniesienie kwiatków na grób, który mamy po drodze do jednego z wrogów (niemal pewny awans, kwiatki rzecz jasna nie zajmują miejsca w ekwipunku) czy wyjaśnienie pewnej pannie, dlaczego jej chłopak nie przyjdzie na randkę.

ARTEFAKT ZA GROSZE Nie powiodło się też autorom odpowiedzialnym za wyważenie ekonomii świata gry. Pomijam standardowe rozwiązanie polegające na tym, że z wilków wypadają różne ciężkostrawne przedmioty – typu złoto czy nabijana ćwiekami maczuga (co wyśmiano już „The Bards Tale” przy użyciu czerwonej pelerynki i koszyczka). Pomijam to, że im trudniejszy przeciwnik, tym większa szansa, że wypadną z niego marne miedziaki. Cały ten sprzęt to jednak spora przeszkadzajka – zwłaszcza, że na początku gry wybieramy sobie dwie z sześciu dostępnych klas, a to definiuje, jakiego sprzętu możemy używać. Mamy pierścienie, pancerze i broń, z których lepsze podnoszą nam statystyki, najlepsze - bardzo podnoszą statystyki. Problem w


tym, że ich urozmaicenie jest mizerne, a tłumacz nie odróżnia kolczugi od zbroi płytowej. Nazwy są złożone z dwóch-trzech losowych członów (dwa przymiotniki określające bonusy + typ przedmiotu), a opis dodatkowo informuje, dla jakich klas jest przeznaczona dana rzecz. Ceny w sklepach zdają się wyważone względem siebie, jednak widocznie nie zostały uzgodnione ze scenarzystami. Oto więc w pewnym momencie Targon może zarobić tysiąc sztuk złota. Bardzo się cieszy, bo to mała fortuna – sam jednak ma w tym momencie na koncie przynajmniej dwieście tysięcy sztuk złotego kruszcu gromadzonych ustawicznie po kolejnym sprzedaniu złomu w mieście. To tak, jakby Bill

Gates oszalał ze szczęścia, bo trafił czwórkę w totka. Być może najpotężniejszy artefakt świata gry, tytułowa Ręka Boga, zostaje wyceniona na dziesięć tysięcy, co na tym etapie jest ceną średnio wydajnego pancerzyka. Mamy cztery punkty handlu, w niemal każdym (poza krasnoludzkim) możemy rozdać na nowo punkty umiejętności, co kosztuje tysiąc sztuk złota za jeden punkt. Być może temu służy nadmiar złota, by co jakiś czas przemodelować sobie postać i wypróbować nowe umiejętności, które wszak dopiero na wyższych poziomach są efektowne i efektywne. JAK Z KRESKÓWKI Niepoważnego charakteru produkcji dodaje pol-

ski dubbing. Szczytowym jego punktem jest Oaza Złodziei, gdzie laur Najgorszego Głosu Podłożonego zostaje ex aequo przyznany Sułtanowi i Byłemu Posiadaczowi Wielbłąda. Postaci te najlepiej oddają nierealistyczny styl wypowiedzi wszystkich innych NPC-ów. Zatrudnić dzieci do odgrywania ról dzieci? Młodzież? Gdzie tam, wszystko odgrywa niewielki zespół aktorów. Najwyraźniej po zaangażowaniu Joanny Jabłczyńskiej do roli Luny niewiele już zostało pieniędzy na resztę ekipy. Słuchając ich można odnieść wrażenie, że oglądamy serial animowany, a nasi rozmówcy są albo specjalnie przerysowani, albo mają problemy psychiczne. Sułtan mówi jak niezbyt inteligentny nauczyciel z źródło: www.pixabay.com

79


przedszkola. Pan do wielbłąda - jakby „ześwirował”. W połączeniu z zupełnym brakiem mowy ciała brzmi to szalenie sztucznie. Bronią się niektóre dialogi między Luną a Targonem, choć i one czasem zalatują spalonym plastikiem. Brak jakikolwiek sensownych przerywników filmowych sprawia, że obserwujemy modele postaci, które nie ruszają ustami, a jednak wydają dźwięki. Jak już wspominałem, tłumacz miał różne humo-

ry i raz oddawał „Hand of God” jako „Rękę Boga”, innym razem jako „Rękę Bogów”. Niby drobnostka, ale pokazuje, że tekst polskich dialogów nie przeszedł nawet prostej korekty merytorycznej. Podobnie z nazwami broni – często odstępy między członami są bardzo nierówne i wyglądają szpetnie. To nic wobec okazania dyletanctwa: typowy miecz nazwano pałaszem, a kolczugę zbroją płytową, co nie jest winą tłumacza, ale twórców

wersji oryginalnej, którzy nie mieli czasu skonsultować się z fachowcami czy choćby fascynatami. Gra „Legend. Hand of God” zapewne miała potencjał. Problem w tym, że wszystko wskazuje na to, że twórcy ten potencjał drastycznie okaleczyli, a polscy wydawcy nawet nie starali się naprawić tych błędów. W efekcie Targona można posłać na spacer raz, najwyżej dwa razy. Potem robi się legendarnie wręcz nudno i głupio.  źródło: www.pixabay.com

80


81


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 82

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 83


Śladem świętych krakowskich: trzy niezwykłe kobiety SPACEROWNIK

D Z D M

84

Beata Krzywda

T

rochę światowo, trochę lokalnie. Mamy w Krakowie taką świętą, która jest znana w każdym zakątku świata, a jej kult rozwija się prężnie. Mamy też swoje lokalne święte, które pomagają krakowianom w ich zmartwieniach i kłopotach. MIŁOSIERDZIE BOŻE O św. siostrze Faustynie będzie trochę nietypowo. Każdy przecież kojarzy jej historię i każdy zna obraz „Jezu ufam Tobie”. A próba spisania wszystkich miejsc, w których można znaleźć wyobrażenie tej świętej byłoby zwyczajnie niemożliwe, albo skończyłoby się nudną listą na końcu numeru. Tak, jak znana jest na świecie s. Bernadeta z Lourdes czy s. Łucja z Fatimy, tak samo na świecie ludzie kojarzą s. Faustynę. Jest to o tyle ciekawe, że na co dzień nie zauważamy

ziś będzie nieco bardziej współcześnie. powodu zbliżających się Światowych ni łodzieży w Krakowie przede wszystkim znajdziemy się w Łagiewnikach przy grobie najsłynniejszej polskiej świętej.

Relikwie I stopnia św. siostry Faustyny wędrują do różnych krajów, parafii, a także co ciekawe, egzorcystów. Relikwie można znaleźć też np. na Manhattanie w parafii św. Stanisława, w Adelaide w kościele Zmartwychwstania, czy w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w RPA!

aż tak ogromnego kultu, a przecież do Krakowa zjeżdżają ludzie z całego świata, by modlić się przy jej grobie. Ostatnio podczas moich wakacji w Madrycie mieszkałam u kuzynki na terenie hiszpańskiej parafii San-

tos Inocentes w dzielnicy Legazpi. Parafią zarządza ksiądz, który fascynuje się historią Miłosierdzia Bożego i w związku z tym bliska jest mu postać św. siostry Faustyny. Dzięki niemu i w hiszpańskiej stolicy rozprzestrzenia się kult polskiej świętej. Co więcej udało mu się również pozyskać jej relikwie prosto z krakowskich Łagiewnik! Relikwie I stopnia św. siostry Faustyny wędrują do różnych krajów, parafii, a także co ciekawe, egzorcystów. Relikwie można znaleźć też np. na Manhattanie w parafii św. Stanisława, w Adelaide w kościele Zmartwychwstania, czy w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w RPA! ANIELA SALAWA Nie tylko św. siostra Faustyna pisała swój Dzienniczek. Codziennych zapisków dokonywała też


źródło: www.gosc.pl

błogosławiona Aniela Salawa. Pochodziła ona z wielodzietnej rodziny z podkrakowskiego Sieprawia. Gdy miała 16 lat, rodzice chcieli wydać ją za mąż. Sprzeciwiła się im i dzięki pomocy swoich sióstr wyjechała do Krakowa, gdzie zaczęła pracować jako służąca. Dwa lata później doświadczyła tragicznego wydarzenia, które w znaczący sposób zmieniło jej życie. Zmarła jej ukochana siostra. Po dłuższym namyśle Aniela postanowiła złożyć śluby dozgonnej czystości. Niedługo później związała się ze Stowarzyszeniem Sług Katolickich św. Zyty (tzw. Zytek). Stowarzyszenie to opiekowało się bezdomnymi dziewczynami, a swoją siedzibę miało przy ul. Mikołajskiej 30. Aniela upodobała sobie dwa zakony: oo. redemptorystów i oo. franciszkanów. To również pokierowało jej

życiem i w 1912 roku rozpoczęła nowicjat Trzeciego Zakonu św. Franciszka, a rok później złożyła tercjarską przysięgę. W czasie I wojny światowej służyła żołnierzom, przynosząc im strawę i wspierając dobrym słowem. Niestety nie cieszyła się dobrym zdrowiem, a ciężka praca i skromne wyżywienie dodatkowo zrobiły swoje. Chorowała na stwardnienie rozsiane, raka żołądka i gruźlicę. Ostatnie lata spędziła praktycznie w zapomnieniu w mieszkanku przy ul. Radziwiłłowskiej 20 (można zobaczyć na tym budynku pamiątkową tablicę). Pochowano ją na Cmentarzu Rakowickim. Jej szczątki zostały ekshumowane w 1949 roku, po czym przeniesiono je do kościoła oo. franciszkanów i złożono w kaplicy Męki Pańskiej. Aniela pisała swój

dziennik. Pod koniec życia zajmowała się medytacją i czytała europejskich mistyków, m.in. dzieła św. Jana od Krzyża czy św. Teresy z Àvila. Sama była mistyczką, a swoje przeżycia wewnętrzne opisywała w dzienniku. W Krakowie jest też kościół pw. bł. Anieli Salawy. Mieści się on przy Al. Kijowskiej 29. PIERWSZE FELICJANKI Bł. siostra Maria Angela Truszkowska nie jest bardzo znaną błogosławioną pomimo tego, że to ona w dużym stopniu przyczyniła się do powstania zgromadzenia sióstr felicjanek, które od - wydaje się wieków zamieszkują dom zakonny przy ul. Smoleńsk. A ich historia wcale nie jest bardzo długa. Urodziła się w Kaliszu, lecz nie mieszkała tam długo. Wraz z rodzicami przeniosła się do warszawy. S.

85


Truszkowska, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych wspomnianych świętych, otrzymała gruntowne wykształcenie. Była chorowita, więc musiała przerwać regularną naukę. Wyjechała w celach zdrowotnych do Szwajcarii, gdzie przebywała pod opieką swojej nauczycielki. Po powrocie mogła przekazywać swoją wiedzę młodszemu rodzeństwu. Rodzice sprzeciwili się jej pragnieniu wstąpienia do zakonu, ale czuła bardzo mocne powołanie do życia konsekrowanego, któremu pomagała wypełnić się w jej życiu. Gdy tylko w War-

szawie wznowiono działanie Bractwa św. Wincentego a’Paulo, została jedną z najbardziej zaangażowanych uczestniczek. W maju 1855 r. wstąpiła do świeżo zreformowanego tercjarstwa franciszkańskiego, z którego bezpośrednio wyrosło Zgromadzenie Sióstr Felicjanek. Przez cały czas dążyła do oficjalnego zatwierdzenia przez Kościół swojego zgromadzenia. Ostatecznie taką decyzję otrzymała na krótko przed śmiercią. Bł. Maria Angela przewodziła mu i starała się rozwijać zdolności młodych sióstr. Dążyła do dzielenia ich czasu

pomiędzy modlitwę, pracę, naukę i odpoczynek. Za specjalnym pozwoleniem została pochowana w kaplicy przy kościele Niepokalanego Serca Maryi przy ul. Smoleńsk. Dziś znajduje się tutaj niewielki ołtarz z jej relikwiami i portretem. FINAŁ Tym akcentem i wspomnieniem trzech niezwykłych kobiet, kończę cykl Spacerownika śladem krakowskich świętych. Ale może spotkamy się jeszcze w innych polskich miastach na tropie kultu lokalnych świętych? 

źródło: materiały dystrybutora

86


87


Jestem w ciąży! ROZMOWY

CJ Emilia Ciuła

Jak zareagowałaś, gdy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży? Justyna Raś: Nasze dziecko było planowane, więc nie był to duży szok. Mimo to, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, zamarłam. Gdy z krzykiem wpadłam do pokoju i obudziłam męża, powtarzając: „dwie kreski, dwie kreski!”, on w ogóle nie mógł w pierwszej chwili załapać, o czym mówię. Później siedzieliśmy i wpatrywaliśmy się w ten kawałek plastiku. Druga kreska była bardzo słaba, więc mąż podawał w wątpliwość to, czy w ogóle tam jest. Poszłam do lekarza i wówczas informacja, że ciąża jest faktem, bardzo mnie przygniotła. To takie poczucie nieuchronności i tego, że od teraz wszystko się zmieni. Jak zareagował Twój

88

iąża to ważny czas dla dwojga młodych ludzi. uż za chwilę na świat przyjdzie mały człowiek, który stanie się największym skarbem dla swoich rodziców. O tym, jak to jest być w ciąży, opowiada Justyna Raś, przyszła mama Anielki.

Teraz jestem obsypywana „dobrymi radami”. Czasem są przydatne, niektóre to moim zdaniem niepotrzebne straszenie. Najgorsze są: „nie powinnaś tego jeść/ pić”. Wiem lepiej, co mogę, a co nie.

mąż? J.R.: Był skołowany. Mój mąż jest z natury bardzo spokojny i rozważny, nie reaguje w sposób gwałtowny. Po wizycie u lekarza poinformowałam go, że ciąża jest pewna. Długo wpatrywał się w zdjęcie USG, na którym była nasza „kropka”. Po chwili dotarło do niego to, że będziemy

mieli dziecko. Jak czułaś się podczas pierwszych miesięcy? J.R.: Każda kobieta przechodzi pierwszy trymestr inaczej. Moja bratowa, która rodzi dwa miesiące przede mną, czuła się rewelacyjnie. Ja natomiast od około 6. tygodnia ciąży zaczęłam 8-tygodniową gehennę. Cały czas czułam się jak na kacu, wymiotowałam po 2-3 razy dziennie, byłam osłabiona i spuchnięta. Nie mogłam wstać z łóżka i zasypiałam zaraz po posiłku, żeby chociaż na chwilę zatrzymać jedzenie w żołądku. Na moim pierwszym ciążowym zdjęciu, jakie zrobił mi mąż, siedzę w łazience na podłodze, czoło mam wsparte na ręce, która opiera się o sedes i trzymam butelkę wody w ręce. Mój mąż nieraz, wychodząc z windy, słyszał jak mnie


źródło: www.gosc.pl

męczy; biedny nie wiedział, jak mi pomóc. Jak przetrwałaś te tygodnie męczarni? J.R.: Były momenty, kiedy było mi tak trudno, że żałowałam, że zaszłam w ciążę. Później żałowałam, że żałowałam i tak w kółko. Zaczęłam sprawdzać, po jakich produktach mam natychmiastową rekcję zwrotną i wyeliminowałam je z diety. Ulegałam zachciankom, którymi były głównie naleśniki. Na szczęście wejście w drugi trymestr oznaczało dla mnie koniec wszystkich przykrych dolegliwości. Odzyskałam siłę i szybko zapomniałam o tym, jak było mi źle. Czy wpadłaś już w szał zakupów?

J.R.: W czwartym miesiącu ciąży zorientowałam się, że to ubraniowa czarna dziura. W swoje ubrania się nie mieściłam, a ciążowe były za duże. Na szczęście mój rozmiar O (orka) przypadł na lato, więc noszę sukienki, a można kupić nie tylko takie przeznaczone na ciążę. Zaszalałam i kupiłam jednoczęściowy strój kąpielowy dla ciężarnych - z takim specjalnym mininamiotem z przodu. Poza tym cierpię na odmianę „chomikowatości” o nazwie „Poradnikus i bajkus gromadnus”. Oczywiście żeby nie bolało mnie me skąpcze serce (przypadłość nabyta mieszkaniem w Krakowie), większość książek została zakupiona w tanich księgarniach. Obecnie jesteśmy na etapie remontu miesz-

kania, więc mój syndrom wicia gniazda ma tu jak najbardziej prawo bytu. Wyprawki jeszcze nie kompletuję, muszę porozmawiać z przyjaciółmi, na co mogę liczyć w spadku po ich dzieciach. Jak gadżety ułatwiają kobiecie życie w tym okresie? J.R.: Gadżetów jest mnóstwo. Ja zaopatrzyłam się w specjalną poduszkę do spania. Jest to taki kojec w kształcie litery C, uniemożliwia mi przewrócenie się na plecy lub na prawy bok (w ciąży można spać tylko na lewym boku, bo inne opcje powodują ucisk na nerwy i drętwienie ciała, a nikt nie lubi budzić się z poczuciem, że ma się nogę w mrowisku). Mój

89


źródło: www.gosc.pl

mąż nie jest zbyt szczęśliwy. Twierdzi, że mu jakiś wał położyłam na środku łóżka, przez co czuje się jak w trumnie. Musi to przetrwać. Imię dla dziecka. Jak wybrać? J.R.: Nie powiem ci, w jaki sposób wybrać imię dla dziecka. Mogę powiedzieć, jak my wybraliśmy. Poczekaliśmy, aż będziemy wiedzieć, jakiej jest płci. Gdy dowiedzieliśmy się, że to dziewczynka, zaczęły się debaty. W końcu znalazłam listę najpopularniejszych imion w roku 2014, odrzuciłam pierwszą 15 i zaczęłam czytać po kolei od miejsca 16. W końcu natrafiliśmy na takie, które spodobało się nam obojgu. Moi teściowie nie byli zadowoleni, ale dałam im wyraźnie do zrozumienia, że w tej kwestii nie liczę się z ich zdaniem. Po dwóch miesiącach mówienia do niej po imieniu, przyzwyczailiśmy się tak bardzo, że nie wyobrażamy sobie innego imienia. Szukając imienia, trzeba wziąć pod uwagę, żeby nie było ono prześmiewcze, żeby dziecko nie wstydziło się i jakie będzie zdrobnienie tego imienia. Jak znajomi, rodzina reagują na

90

Twój brzuszek? J.R.: Część była zdziwiona, bo ja raczej nie chciałam mieć dzieci. Większość mówiła „w końcu”. Teraz jestem obsypywana „dobrymi radami”. Czasem są przydatne, niektóre to moim zdaniem niepotrzebne straszenie. Najgorsze są: „nie powinnaś tego jeść/pić”. Wiem lepiej, co mogę, a co nie. Na przykład w czasie dużych mdłości kilka łyków coli bardzo mi pomagało. Czasem ludzie nie myślą, co mówią, np. komentują wybór imienia. No cóż, ciąża wywołuje zawsze gorące reakcje, to normalne. Dziecko wywraca życie do góry nogami. Niegdyś spokojnie przespane noce, stają się walką o każda minutę snu, często przerywanymi płaczem niemowlęcia. Za rodziców małej Anielki oraz za nią samą cała redakcja trzyma kciuki! 


91


92

Może coś Więcej nr 17 / 2015 (43)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o muzyce

Może coś Więcej nr 17 / 2015 (43)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o muzyce

Advertisement