Page 1

nr 13 (39) / 2015

22 czerwca - 2 lipca

ISSN 2391-8535

Nadzieja 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Nadzieja

Z życia Kościoła

12 Pociąg do nowoczesności

24 Tak subtelna, a tak wielka różnica

54 Żydzi podpalili Kościół Rozmnożenia

Mateusz Ponikwia

Rafał Growiec

Rafał Growiec

SPIS TREŚCI

Felieton 16 Paranoje w Gazecie Wyborczej Łukasz Lubański

Myśli Niekontrolowane 18 Czy Starkowi ścięto głowę? Maciej Puczkowski

28 W jaki sposób dawać nadzieję? Mateusz Ponikwia

32 Najpiękniejsza na świecie Małgorzata Różycka

34 A myśmy się spodziewali… Kajetan Garbela

38 Kilka słów o optymizmie Emilia Ciuła

40 Niecodzienność Wojciech Urban

Rozmowa numeru

46 Wygrywa ten, kto chce wygrać Wojciech Urban

2

Serią po Liturgii

58 Prawo do troski Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Film

Rozmowy

62 Człowiek lubi sobie poczytać o miłości

68 Jak spaścić kryminał?

88 To jest szalona impreza!

Andrea Marx

Anna Zawalska

Krzysztof Reszka

72 Były sobie "Duchy" trzy Rafał Growiec

Publicystyka 94 Boks w klinczu Łukasz Lubański

Książki 78 Polska, halucynacja, taka sytuacja Michał Wilk

Gry 82 Ostatnia podróż z Białym Wilkiem Mateusz Nowak

3


Nadzieja ZI , WSTĘPNIAK

nadzieją zwykle wiążemy największe nadzieje. jak paradoksalnie bądź nieskładnie to zdanie brzmi to jednak trzeba sobie uświadomić jedno: nadzieja bardzo często ratuje nam życie.

4

Anna Zawalska

J

eśli można tak powiedzieć, to nadzieja jest moją ulubioną cnotą z tych trzech. Czasem trudno jest się jej poddać, ale jeśli już nam się uda, to naprawdę potrafi ona wiele życiowych kwestii ułatwić. Nie chodzi tu nawet o jakieś jej magiczne właściwości, ale po prostu nadzieja w taki sposób kształtuje człowieka, że zupełnie inaczej podchodzi o wielu kwestii, inaczej zaczyna sobie stylizować życie, inaczej zaczyna działać w swoim życiu. Nie na darmo w końcu z nadzieją powstają najbardziej znane i powszechnie używane związki frazeologiczne. Jak chcemy kogoś pocieszyć, to dajemy mu nadzieję. Jeśli chcemy komuś dać do zrozumienia, że coś może nie wyjść, to tę nadzieję rozwiewamy. Licząc na kogoś pokładamy w kimś nadzieję, a czasem

Człowiek, który nie boi się mieć na coś nadziei, czyli myśleć pozytywnie, oczekiwać pozytywnego rozwiązania jakiejś sprawy, czy wierzyć że coś się spełni tak jak tego pragniemy jest na pewno człowiekiem szczęśliwszym. Oczywiście, nadzieja nie ma nic wspólnego z tym magiczną różdżką, która spełnia życzenia. nawet coś lub ktoś może być całą naszą nadzieją. Do tego jeszcze musimy pamiętać, że nadzieja umiera ostatnia i w trud-

nych chwilach bywa naszą jedyną pomocą. Co więcej, o kobietach ciężarnych tak pięknie się mówi, że są przy nadziei. Czyż nie jest piękne to, że nowe życie tak bardzo związane jest z nadzieją, że wręcz określa się je tym mianem? Człowiek, który nie boi się mieć na coś nadziei, czyli myśleć pozytywnie, oczekiwać pozytywnego rozwiązania jakiejś sprawy, czy wierzyć że coś się spełni tak jak tego pragniemy jest na pewno człowiekiem szczęśliwszym. Oczywiście, nadzieja nie ma nic wspólnego z tym magiczną różdżką, która spełnia życzenia. Nadzieja jednak zmienia podejście do wielu spraw i ułatwia wypełnianie życiowych celów. W końcu zawsze łatwiej jest ze szklanką do połowy pełną, a nie pustą, prawda? Nadzieja cechuje przede wszystkim optymi-


źródło: www.pixabay.com

stów. Dlatego optymizmowi poświęciliśmy trochę miejsca w tym numerze „Może coś Więcej”. Przyjęło się uważać, że optymiści żyją dłużej, niż pesymiści i lepiej radzą sobie z życiowymi trudnościami. Co więcej, taki optymista cieszy się o wiele lepszym zdrowiem. Wychodzi tutaj kolejny powód, dla którego warto często mieć nadzieję! Co więcej, warto również dawać nadzieję innym. Jednak istnieją różne na to sposoby i nie wszystkie z nich są dobre. W tym numerze także się nad tym zastanawiamy i poddajemy pod refleksję w jaki sposób powinno się drugiemu człowiekowi dawać nadzieję, aby go zmotywować, a nie pogrążyć, aby mu pomóc, a nie zaszkodzić. Ponoć nadzieja niewiele różni się od wiary. Dlatego podejmujemy również ten

temat zastanawiając się jak wielka jest ta subtelna różnica pomiędzy rozumieniem i znaczeniem jednego i drugiego pojęcia. Z drugiej strony nie tak łatwo mieć nadzieję, jak nam się wydaje. Czasem pojawiają się spore schody, które sprawiają, że łatwiej nam być pesymistą, niż optymistą i mieć na coś nadzieję. Dlatego rozważamy również wszelkie sytuacje, które tę nadzieję nam odbierają lub w jakiś sposób blokują, nie pozwalają jej dotrzeć do naszego serca i umysłu. Są to chwile trudne, ale możliwe do pokonania. Jak się okazuje nadzieja ma również swoją wyjątkową patronkę. W Jamnej, o której piszemy stacjonuje bowiem Matka Boża Niezawodnej Nadziei, która jest najpiękniejsza na świecie. Warto więc w chwilach załamania i za-

tracenia nadziei westchnąć do Niej, a Ona już dobrze będzie wiedzieć co dalej robić. Numer, jak widać, wyszedł przepełniony nadzieją, którą chcemy się z Wami podzielić. Bo nadzieję zawsze warto mieć. Bo nadzieja nieraz ratuje życie. Tymczasem zgłębcie ten temat razem z nami. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Emilia Ciuła

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka

6


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Lubański Łukasz Łój

Tomasz Markiewka Marek Nawrot Szymon Steckiewicz Michał Wilka

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


Więcej opowieści pełnych dobroci znajdziesz na: www.facebook.com/Druiddobro

Nadesłane przez Amelie: “W zeszłą sobotę jechałam pociągiem pośpiesznym. Dojechawszy do celu, wstałam szybko do wyjścia, bo postój na mojej stacji trwał 2 minuty w porywach. Nie mogłam jednak otworzyć drzwi, nie wiem czy się zacięły, czy miałam za mało siły. Więc pobiegałam do kolejnych na początek wagonu, również miałam z tym problem. Zapytałam stojących kobiet czy mogą mi pomóc, jednak były obcokrajowcami, nie rozumiały o co mi chodzi, ja nie miałam czasu tłumaczenie, więc przeszłam do pierwszego wagonu, gdzie miałam nadzieje że trafię na konduktora, jednakże go nie znalazłam. Zwróciłam się z prośbą do pozostałych pasażerów i tu znowu zdziwienie, bo wszyscy byli Ukraińcami i nikt nie rozumiał czego ja chcę. Zrezygnowana, nie wiedziałam co robić, nawet próbowałam dać znak ekipie na peronie, żeby mi pomogła. Ale nic. I nagle pojawił się chłopak, który sam dowiedziawszy się o sytuacji zaoferował pomoc, niestety pociąg już ruszył. Ten jednak zaczekał ze mną do następnej stacji i razem uporaliśmy się z tymi nieszczęsnymi drzwiami. Obyśmy nie byli obojętni na drugiego człowieka w potrzebie. To było paradoksalnie bardzo miłe wydarzenie."

8


Nadesłane przez Justynę: “Dziś rano lecąc na egzamin, spotkałam Pana proszącego o pieniądze. Nie miałam akurat przy sobie gotówki, ale dla Pana to nie stanowiło dużego problemu, pocałował mnie w rękę i życzył mi miłego dnia, kiedy usłyszał ze idę na egzamin, obiecał ze pomodli się abym dobrze go napisała i zapewnił ze nigdy o mnie nie zapomni i aby ja pamiętała o nim, bo on każdego dnia będzie mi w myślach życzył szczęścia. Jedna krótka rozmowa z miłymi słowami, a na egzamin weszłam w wielkim uśmiechem na twarzy.”

Nadesłane przez Patrycję: “Wczoraj wieczorem robiłam zakupy w Biedronce. Stojąc przy kasie nieuchronnie stałam się świadkiem pewnego zdarzenia. Pewien pan, będący pod wpływem alkoholu przechodząc koło półki z alkoholami zrzucił kilka butelek i je rozbił. Ochroniarz od razu zareagował i poprosił go o zapłacenie za wyrządzoną szkodę. Pan zaczął się awanturować, przeklinać, zrobiło się bardzo głośno i agresywnie. W pewnej chwili do kasy podszedł młody mężczyzna i powiedział, że on za wszystkie szkody zapłaci i prosi, aby puścić tego człowieka. Tak też się stało, choć za ten gest nie otrzymał ani słowa podziękowania.”

9


OKIEM REDAKCJI 10

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

11


WYDARZENIA I OPINIE

Pociąg do nowoczesności

12

J

uż w grudniu tego roku na polskie szlaki kolejowe wyjadą nowoczesne pociągi DART. Producentem składów jest bydgoska PESA. Obecnie trwają testy technologiczne i homologacyjne w Instytucie Kolejnictwa w Żmigrodzie.

Mateusz Ponikwia

W

ielu ludzi krytycznie odnosi się do sytuacji jaką można zaobserwować w transporcie kolejowym w naszym kraju. Niezależnie od oceny obecnego stanu trzeba zaznaczyć, że ostatnie działania inwestycyjne świadczą o występowaniu tendencji rozwojowej. Niedawny zakup włoskich jednostek Pendolino, remonty i modernizacja taboru oraz infrastruktury naziemnej przekonują, że Polskie Koleje Państwowe na nowo dostrzegły potencjał drzemiący w transporcie szynowym. Kolejnym przejawem swego rodzaju odrodzenia kolejnictwa, a jednocześnie następnym etapem inwestycji jest niedawny zakup składów w ramach realizacji strategii modernizacji oraz rozwoju zaplecza transportowego. Producentem nowych jednostek

Chwaląc nowy nabytek, kolejarze zaznaczają, że jest on dostosowany do potrzeb nawet najbardziej wymagających pasażerów. Skład, liczący około 150 metrów długości, złożony jest z ośmiu członów. W pociągu znajduje się 350 miejsc siedzących. Komfort jazdy zagwarantuje specjalnie wyciszone wnętrze z zainstalowaną klimatyzacją

typu DART jest rodzima firma – PESA z Bydgoszczy. Jak podkreśla Zuzanna Szopowska, rzecznik spółki PKP Intercity celem inwestycji jest poprawa warun-

ków przewozów osobowych przez użycie jednostek przystosowanych do osiągania wysokich szybkości, a także gwarantujących duży komfort i wygodę podróżnych. Chwaląc nowy nabytek, kolejarze zaznaczają, że jest on dostosowany do potrzeb nawet najbardziej wymagających pasażerów. Skład, liczący około 150 metrów długości, złożony jest z ośmiu członów. W pociągu znajduje się 350 miejsc siedzących. Komfort jazdy zagwarantuje specjalnie wyciszone wnętrze z zainstalowaną klimatyzacją, a także podgrzewane i szeroko rozstawione fotele wyposażone w przycisk przywoływania obsługi. Każdy pasażer będzie miał możliwość skorzystania z rozkładanego stolika oraz gniazdka elektrycznego. Ułatwieniu pracy podczas podróży z całą pewnością


źródło: www.pixabay.com

posłuży bezprzewodowy internet. Skład jest w pełni dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych, gdyż znajduje się w nim specjalna rampa umożliwiająca swobodne dostanie się na pokład pociągu. Toalety również zostały wyposażone w udogodnienia dla osób o ograniczonej sprawności. Ponadto, skład jawi się jako przyjazny dla rodzin z małymi dziećmi, zwłaszcza dzięki zamontowanym przewijakom. Oczywiście nie zabrakło miejsca dla przestrzeni gastronomicznej WARS. Jak zapewnia przewoźnik, składy po pozytywnej weryfikacji trafią do eksploatacji. Ma się to stać już w grudniu tego roku, wraz z wejściem w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Z projektów wynika, że składy będą obsługiwać trasy: Białystok – Warszawa –

Katowice – Bielsko-Biała oraz Jelenia Góra – Wrocław – Warszawa – Lublin. Pociąg jest przystosowany do pokonywania dystansu z prędkością 160 km/h. Spełnia też wysokie standardy bezpieczeństwa. Nieuniknione wydają się porównania polskiego składu z zakupionym niewiele wcześniej produktem włoskim. I tak, DART może rozwinąć prędkość maksymalną 200 km/h, zaś jego prędkość eksploatacyjna wyznaczona została na poziomie 160 km/h. Z kolei Pendolino może poszczycić się prędkością najwyższą w granicach 250 km/h oraz szybkością eksploatacyjną 200 km/h (choć w polskich realiach póki co osiąga ją w niewielu miejscach, jedynie na Centralnej Magistrali Kolejowej). Oprócz różnic w szybkości jazdy, za istotne uważane są rozbieżności w cenie

poszczególnych składów. W takim zestawieniu o wiele korzystniej wypada wyrób bydgoskiej PESY, ponieważ za 1 skład trzeba zapłacić nieco ponad 41 milionów złotych, co stanowi zaledwie połowę ceny jaką PKP Intercity wypłaciły włoskiemu producentowi za 1 pociąg Pendolino. Ponadto koszty utrzymania DART-a są niemalże trzykrotnie niższe. Na roczną eksploatację polskiego składu trzeba wydać 80 000 zł. Z kolei roczne koszty funkcjonowania Pendolino przekraczają 230 000 zł. Wydaje się, że trafne jest zwrócenie się w stronę unowocześnionego transportu kolejowego pozwalającego na szybką podróż w komfortowych warunkach. Należy jednak dostrzec, że w parze z poprawą standardu przewozów osobowych idzie również wzrost cen oferowanych usług. Bilety

13


na pociągi oznaczone klasą Express Intercity Premium (EIP) są znacznie droższe. Przewoźnik, chcąc w pewnym stopniu złagodzić niedogodności związane z taką sytuacją, postanowił wprowadzić promocyjne ceny (od 49 zł.) bądź też dodatkowe zniżki (nawet do 30% za wcześniejsza rezerwację miejsca). Pula takich biletów jest jednak ograniczona. Oceniając pozytywnie wszelkie przejawy rozwoju

i przywracania świetności polskim szlakom torowym, należy jednak nie tracić z pola widzenia konieczności podejmowania dalszych wysiłków inwestycyjnych. Nie można bowiem poprzestać na posiadaniu kilkudziesięciu nowoczesnych składów. Spółka PKP Intercity uruchamia każdego dnia kilkaset połączeń i dobra praktyka nakazywałaby żeby znaczna większość z nich (a najlepiej wszystkie) realizowana była przy wy-

korzystaniu nowoczesnego taboru. Oczywiście, potrzeba wielu lat oraz wzmożonych wysiłków, aby doprowadzić polską kolej do poziomu przewozów zapewnianego przez kraje zachodnioeuropejskie, Stany Zjednoczone czy Japonię. Niemniej jednak, można metaforycznie stwierdzić, że widać już przysłowiowe światełko w tunelu. 

źródło: www.pixabay.com

14


15


Paranoje w Gazecie Wyborczej FELIETON

M

16

Łukasz Lubański

…i napisała. Ręce opadają. Pani profesor stworzyła paranoiczną wizję Polski. Publikacja nie była bowiem pospolitym, ociekającym antyklerykalizmem klitusiem-bajdusiem, tylko - powiedzmy to wprost – odautorską paranoją. Magdalena Środa, jak na filozofa, a zwłaszcza etyka, NIE przystało, nie wykazała się ani odrobiną wstrzemięźliwości. Dała upust swym antykościelnym fobiom. Polska, zdaniem Magdaleny Środy, nie jest cool m.in. dlatego, że premier Kopacz poleciała do Watykanu spotkać się z papieżem Franciszkiem (rzeczywiście skandal!) i że egzorcystów rzekomo jest u nas więcej niż hydraulików. A to ci dopiero! Ciekawe skąd autorka wzięła te rewelacje? Pani profesor porównuje również wychowanie młodzieży z Zachodu, z wycho-

agdalena Środa znowu bredzi. Wprawdzie nie jest to żadna nowość, to jednak nie mogłem przejść obojętnie obok jej ostatniej publikacji w Gazecie Wyborczej. Felieton „Przyszłość należy do ateistów?” jest czymś więcej niż zwyczajnym atakiem na Kościół czy pochwałą ateizmu, do czego Magdalena Środa zdążyła nas już przyzwyczaić. Tym razem pani profesor naprawdę się postarała…

Z przekazu zaaplikowanego przez publicystkę Gazety Wyborczej wynika, że z polską młodzieżą jest nienajlepiej, bo… religia. Ach! Doprawdy, biada wszystkim krwiożerczym katechetom, czyhającym zza szkolnych ław na biedne owieczki z tornistrami! Na stos z nimi!

waniem naszej młodzieży, ujmując tej drugiej. I kto to mówi! Czy nie osoba, która jest wykładowcą uniwersyteckim, osoba odpowiedzialna za kształtowanie postaw młodych ludzi, która jest cząstką rodzimego systemu edukacji? Może

zatem zmiany, powołując się na znane porzekadło, że ryba psuje się od głowy, należałoby zacząć od siebie. Pani profesor? Z przekazu zaaplikowanego przez publicystkę Gazety Wyborczej wynika, że z polską młodzieżą jest nienajlepiej, bo… religia. Ach! Doprawdy, biada wszystkim krwiożerczym katechetom, czyhającym zza szkolnych ław na biedne owieczki z tornistrami! Na stos z nimi! Zresztą, już niebawem koszmar się skończy, bo - jak sugeruje Środa - ateizm wyzwoli nas od Kościoła. Nie trzeba będzie wyjeżdżać za granicę, żeby trochę odetchnąć od katolickiej zarazy... Poprosiłem niedawno namiętną czytelniczkę Gazety Wyborczej, studentkę, o ocenę filmu dokumentalnego Grzegorza Linkowskiego „Bo jestem stąd” o sowieckich zbrodniach na


źródło: www.pixabay.com

Warmii w styczniu 1945 oraz o tożsamości Warmiaków. Po chwili oglądania orzekła pretensjonalnie, że „nie będzie tego oglądać, bo wypowiada się w nim ksiądz”. Ksiądz, który był z krwi i kości Warmiakiem, czyli osobą kompetentną, by wypowiadać się na temat tożsamości mieszkańców rodzinnych stron. Ale nie zdaniem studentki. Oburzył ją fakt, że ksiądz w ogóle miał czelność wystąpić w dokumencie. Z góry założyła, że sutanna równa się niewiedzy czy kłamstwu. Jej sposób myślenia wskazywał, że być duchownym oznacza

być człowiekiem niższej kategorii. Od razu nazwała film nieobiektywnym. Jej jedynym argumentem na mój sprzeciw było puste stwierdzenie: „Ksiądz nie jest żadnym źródłem”. Wszystko na zasadzie: „Nie oglądam, bo ksiądz!”. Ale co z nim jest nie tak? - „To ksiądz!”. Niestety, taki stan świadomości społeczeństwa, to w dużej mierze efekt medialnej nagonki na Kościół. Również nagonki słownej prowadzonej przez środowisko Gazety Wyborczej, z Magdaleną Środą na czele. Paradoks polega na tym, że to środowisko mianowało

się samozwańczo obrońcami społeczeństwa przed tzw. „mową nienawiści”, a tymczasem swoimi natarczywymi, antykatolickimi atakami, sami ją szerzą. I gdzie ta tolerancja, gdzie otwarcie na innych? Są ludzie, którzy nie potrafią żyć w zgodzie. Koniecznie muszą pojątrzyć. Jak temu zaradzić, pani profesor? 

17


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Czy Starkowi ścięto głowę?

18

S Maciej Puczkowski

W

ątpliwości nasilają się, kiedy uświadomimy sobie, że pewne twierdzenia są prawdziwe tylko w określonym kontekście, ponieważ świat fantasy zmienia przeważnie kontekst w sposób znaczący, stąd nie każdy wniosek, który będzie w nim prawdziwy musi być prawdziwy w rzeczywistości, tym bardziej, że świat fantasy w stosunku do rzeczywistości, mimo, że rozszerzony często o magię jest zawsze mocno uproszczony i ograniczony przez wyobraźnię autora. Magia właśnie wydaje się być najbardziej czuła na kontekst. W świecie rzeczywistym magia jest jednoznacznie zła, ale w jej miejsce posługujemy się siłami natury, które okiełznaliśmy za pomocą nauki. W świecie fantasy natomiast magia nie musi być zła, a często traktowana jest jak uzu-

ensowność pisania powieści fantasy łatwo jest podważyć. Historie dziejące się w alternatywnym świecie, w którym poziom technologiczny przeważnie zatrzymał się na epoce średniowiecza i urozmaicony został magią, niejednokrotnie nie przystają do rzeczywistości, w której współcześnie żyjemy. Można mieć więc wątpliwości, czy przesłanie, które za sobą niosą rzeczywiście do nas trafia i ma dla nas jakąkolwiek wartość.

Ktoś mógłby powiedzieć, że podstawową różnicą między mitem, a fantastyką jest to, że w mity ludzie wierzyli, a w fantastykę nie. Czy aby na pewno? Ludzie zawsze lubili słuchać historii z nieznanych światów. pełnienie technologii, jako kolejna siła natury. Jako siła natury zmienia sposób postrzegania świata, można ją opanować i wykorzystywać jak elektryczność. W rzeczywistości natomiast jeśli są siły, które zostały człowiekowi ukryte, to on swoją mocą nie będzie potrafił z nich korzystać. Jezus wszak gdy czynił cuda pytano: “czyją mocą?” Z drugiej strony przecież nikt

nie uzna Gandalfa Szarego za sługę szatana, a przecież był czarodziejem. Kolejna częsta różnica kontekstów leży na płaszczyźnie wiary. Pod tym względem światy fantasy potrafią być rozmaite. Z jednej strony Boga może w ogóle nie być, z drugiej może być ich wielu, ludzie również mogą wierzyć lub nie wierzyć, wszystko to zależy od autora. Jest to jednak najistotniejszy kontekst, gdyż fakt istnienia Boga o określonych przymiotach, które również zależą od autora, determinuje całą resztę świata przedstawionego. Swoją drogą pokazuje to jak bardzo nieobojętne jest pytanie o Boga również w rzeczywistości. Dzięki odpowiednio stworzonemu środowisku autor może przedstawić dowolne twierdzenie jako prawdziwe, nawet najbar-


źródło: www.pixabay.com

dziej bzdurne. Jeśli świat przedstawiony będzie przez Boga z ludźmi, którzy w niego wierzą, można łatwo przedstawić wiarę jako zabobon ciemnego ludu, z drugiej strony można stworzyć świat, w którym Bóg istnieje, a ludzie mimo różnych znaków nie chcą w niego wierzyć. Wszystko więc zależy co autor chce powiedzieć. Można więc powieści fantasy wykorzystać jako przedstawienie pewnych procesów w odizolowanym układzie odniesienia, w sposób przystępny dla człowieka. Istnieje jednak groźba, że czytelnik wyciągnąwszy wniosek z historii przedstawionej w świecie zmyślonym nie uwzględni zmiany kontekstów i przeniesie go bezpośrednio w rzeczywistość, stąd przekaz autora zostanie przekłamany i to paradoksalnie sam autor się do tego przyczyni. Stąd jeśli chodzi o wartość intelektualną utworu fantasy jest ona bardzo zależna od autora, ale i odbiorcy. Trzeba jednak z

przykrością stwierdzić, że znacząca ilość dzieł fantastyki posiada przesłanie bardzo ubogie. Stąd powraca pytanie, po co czytać takie dzieła i czy to nie jest aby marnowanie czasu. Istotną, choć może późną, obserwacją jest to, że ludzie rzadko czytają powieści fantasy ze względu na ich wartość intelektualną. Dlaczego więc to robią? Najprostszą odpowiedzią jest: “dla przyjemności”. Jednak skąd płynie ta przyjemność? Trzeba zauważyć, że fantastyka nie jest gatunkiem nowym, mimo, że takim się wydaje. Mówi się o ojcach fantastyki takich jak Tolkien, czy Lem, ale jest to niezwykle mylące. Tolkienowi zdarzyło się raz napisać, że jego bolączką był brak typowo angielskich mitów, stąd pomysł pisania fantastyki. To pozwala uświadomić sobie, że pierwsi autorzy fantastyki nie tworzyli gatunku dla nich nowego. Bardziej przenosili istniejący już gatunek na język współczesny. Tym ga-

tunkiem był mit zmieszany z ludowymi bajdami. Ktoś mógłby powiedzieć, że podstawową różnicą między mitem, a fantastyką jest to, że w mity ludzie wierzyli, a w fantastykę nie. Czy aby na pewno? Ludzie zawsze lubili słuchać historii z nieznanych światów. Niezależnie od tego, czy ten świat istniał na innym kontynencie, planecie, czy dawno, dawno temu. Zauważmy, że dopóki nie zrobiliśmy naszej planecie zdjęć satelitarnych, nie rozwinęliśmy nauki, świat był dla nas wielką tajemnicą i rzeczywistość splatała się ze światem fantasy. Kiedy odkryliśmy wszystkie większe lądy i nie znależliśmy tam smoków, uznaliśmy, że nie istnieją, choć do tej pory być może mieliśmy nadzieję, że gdzieś je tam znajdziemy. Problem w tym, że smoki istniały. Pierwsze bajdy wszak dotyczyły świata, w którym żyliśmy, mówiły, że one są gdzieś tam daleko, albo były bardzo dawno temu. Archeologia

19


niestety pozbawiła nas owego “bardzo dawno temu”, więc musieliśmy szukać daleko. Poszliśmy tak daleko jak tylko się dało i nic nie znaleźliśmy. Odkryliśmy niesamowite bogactwo świata i fascynujące reguły panujące nad nim, wiemy, że świat jest ciekawszy niż sobie to wyobrażaliśmy, ale ciągle w nim jest coś nie tak - nie ma smoków. Z pomocą przyszedł nam fenomen naszego rozumu. Przenieśliśmy smoki tak daleko, gdzie żadna nauka ich nie znajdzie - do naszej wyobraźni. Ten sam proces być może dział się z innymi elementami fantasy. W pewnym momencie nauczyliśmy się rozpraszać ciemności i zobaczyliśmy, że tam też nie ma tego, czego się baliśmy. Ulga to dla nas była, czy zawód? Świat fantasy odkrywa przed człowiekiem nieznane, a człowiek spragniony jest nieznanego, boi się go i pragnie, właściwie nie wiadomo czemu. Ten sam motor,

który pcha nas ku rozwijaniu nauki wpędza nas zabobon i fantastykę - tajemnica. Można stąd zaryzykować stwierdzenie, że człowiek w rozwijaniu nauki pragnął nie tyle poznawania świata, co odkrywania tajemnicy, poznawanie nieznanego. Kiedy ludzie siadali przed wędrownym bajarzem, kiedy współcześnie czytają fantastykę, również odkrywają tajemnicę. Wiemy wszak jak wyglądają smoki, znawcy fantasy potrafią je nawet podzielić na rodzaje i warunki środowiskowe, w których żyją. Tylko tyle, że schowaliśmy je do światów alternatywnych. Dochodzimy w końcu do tytułowego pytania: “Czy Starkowi ścięto głowę?”. Kiedy słuchamy opowieści naszych dziadków, o wojnie lub innych wydarzeniach, w których niejednokrotnie pojawiają się elementy ludowych wierzeń, czy ma dla nas znaczenie, że dana historia wydarzyła się w rzeczywistości? Gdyby bab-

cia opowiadając o prapradziadku zmyśliła przygodę całkowicie, czy miałoby to dla nas znaczenie? Czy gdyby okazało się, że Wojciech Cejrowski nigdy nie spotkał szamana, a tajemnicze magiczne historie, o których pisał w książce są całkowicie wyssane z palca, czy to znaczy, że nie wydarzyły się w ogóle? Ostatecznie skąd w nas biorą się prawdziwe emocje kiedy czytamy o tragediach zmyślonych bohaterów. Dlaczego czujemy złość gdy Eddard Stark zostaje zabity, a cały jego ród idzie na pohańbienie. Przecież ci ludzie nie istnieją i nigdy nie istnieli i nie będą istnieć. Problem w tym, że te historie wydarzyły się na prawdę w naszych umysłach. Nie tylko się wydarzyły, ale zostały przez nas przeżyte. Ostatecznie, czy z nieprawdy może wynikać prawda? A przecież z tych historii budzą się emocje, które są prawdziwe. 

źródło: www.pixabay.com

20


21


22

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

23


TEMAT NUMERU - Nadzieja 24

Tak subtelna, a tak wielka różnica W

iara, nadzieja, miłość – trzy cnoty teologiczne z 1 Listu do Koryntian są znane każdemu chrześcijaninowi. Czy w przypadku dwóch pierwszych nie mamy jednak do czynienia z rzeczywistościami tak bliskimi, że wręcz jednoznacznymi? Okazuje się, że nie.

Rafał Growiec

W

edług słownika PWN nadzieja to: „oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni, urzeczywistni”; wiara zaś to: „przekonanie, że coś jest słuszne, prawdziwe, wartościowe lub że coś się spełni”. Jak więc widzimy, różnica jest subtelna – opiera się właściwie tylko na tym, jak wielki zostawiamy sobie margines błędu. Jaka jest relacja między wiara i nadzieją, skoro są one sobie tak bliskie? Dlaczego dwie tak podobne postawy znalazły się wśród trzech cnót teologicznych (wiara, nadzieja, miłość)? Wiarę można różnicować: możliwa jest wiara komuś, wiara w kogoś, wiara w istnienie kogoś/ czegoś czyli odpowiednio wiara Bogu, wiara w Boga, i wiara, że Bóg jest. Nadzieja jest bardziej sztywna.

Ciekawym przypadkiem, gdy Kościół musi rozróżniać między nadzieją a wiarą jest kwestia tego, jaki procent ludzkości będzie zbawiony. Nie znamy zbyt popularnych herezji głoszących absolutne potępienie. Większość wyznań chrześcijańskich uznaje to, że niektórzy ludzie zostaną odłączeni od Boga

Można pokładać nadzieję w Bogu, w Jego obietnicach, czy cechach, mieć nadzieję na ich spełnienie. Jednocześnie nie ma możliwości, by istniała wiara, która nie w sobie cienia nadziei. I tak samo nie może istnieć nadzieja pozbawiona wiary.

Bardzo efektowna metafora ks. prof. Szymika (nie mam pewności, czy nie powtórzona po kimś) mówi, że miłość jest początkiem relacji, wiara jej końcem, a nadzieja jest mostem między nimi. Jeśli widzimy we mgle most, mamy nadzieję, że choć niewidoczny dla nas, istnieje drugi brzeg. Nadzieja poprzedza wiarę, ale zamiana kolejności lub niedostosowanie stopnia pewności prowadzi do rożnych dziwnych sytuacji. ZUCHWAŁA NADZIEJA Co się dzieje, gdy nadzieja miesza się z wiarą? Tu wiele zależy od naszego nastawienia. Bardzo często przyjmuje to zjawisko formę tzw. zuchwałej nadziei. Czym ona jest? Człowiek idący do spowiedzi ma nadzieję na odpuszczenie grzechów i wierzy, że Bóg mu przebaczy popełnione błędy. Co jednak, gdy ktoś grzeszy w myśl zasady


źródło: www.pixabay.com

„przecież i tak będzie mi to odpuszczone”, a sakrament staje się jedynie miejscem, gdzie chwilowo załatwia się dostęp do Eucharystii? Co, gdy postawa zaufania Bożemu miłosierdziu zmienia się w przeświadczenie, że jest ono nieograniczone i na pewno nas obejmie? Wtedy mamy do czynienia z czynnikiem wręcz uniemożliwiającym wybaczenie, gdyż wykluczającym skruchę. Innym rodzajem zuchwałej nadziei jest próba samozbawienia, gdy wiara we własne siły zastępuje nadzieję na Bożą pomoc. W kalwinizmie pojmowana w duchu predestynacji zasada sola gratia sprawia, że nadzieję od rozpaczy i poczucia całkowitej bezsilności wobec grzechu dzieli cienka linia.

W skrócie: protestancka zasada sola gratia (sama łaska) zakłada, że ludzkość jest zła i tylko łaska Boga, niezależna od zasług, będąca osobistą decyzją Stwórcy może zbawić człowieka. Luteranie i katolicy mówią tu o kwestii ludzkiej odpowiedzi na udzielaną wszystkim łaskę. W idei predestynacji wszystko rozbija się o to, że Bóg miałby już sobie wybrać, komu udzieli łaski (czyli kto zostanie zbawiony), a kto zostanie potępiony. Jeśli potrafisz zapanować nad grzechem, żyjesz moralnie – to znaczy, że jesteś Wybrany! Jeśli sobie nie radzisz, wtedy pewnie należysz do tych pechowców, których czeka tylko ogień piekielny. Wiara w to, że Bóg odrzucił mnie, stworzył po to, by oddać mnie

na potępienie rodzi brak nadziei na poprawę życia. Mój grzech jest niepokonalny. Taki model wiary i powiązanej z nią nadziei był celem ostrego ataku Johna Steinbecka w „Na wschód od Edenu” i doprowadził do fascynacji liberalnym tłumaczeniem słowa „możesz” z Rdz 4,7. „Możesz panować nad grzechem” prowadzi do (hebr. timszel/timszal oznacza „możesz, nie musisz”, ale też „potrafisz”, „jesteś zdolny”). Tak oto silna wiara może doprowadzić do równie silnego dualizmu nadziei zuchwałej i rozpaczy, a w konsekwencji – niewiary. MIĘDZY NADZIEJĄ A HEREZJĄ Ciekawym przypadkiem, gdy Kościół musi rozróżniać

25


między nadzieją a wiarą jest kwestia tego, jaki procent ludzkości będzie zbawiony. Nie znamy zbyt popularnych herezji głoszących absolutne potępienie. Większość wyznań chrześcijańskich uznaje to, że niektórzy ludzie zostaną odłączeni od Boga i znajdą się w Piekle. Ale są też teorie mówiące o piekle pustym. Pojawiały się one już w starożytności jako efekt rozważań o napięciu między Bożymi cechami: sprawiedliwością i miłością. Powszechne zbawienie całego świata miałoby obejmować nie tylko ludzi i świat materialny, ale także i Szatana. Miłość Boga miałaby być tak wielka, że przezwyciężałaby kwestię kary za grzech, a nawet wolną wolę stworzeń rozumnych. Tak rozumiana apokatastaza jest niebezpieczna, gdyż neguje wolność człowieka. Kościół nie odrzuca stanowczo idei powszechnego zbawienia, jednak wyznacza jej pewne ramy. Poza tym, że odrzuca się automatyzm (zbawienie powszechne może być osiągnięte poprzez dobrowolne zwrócenie się stworzeń ku Bogu), Kościół zakazuje nauczania jakoby apokastaza

26

była pewnikiem. Teolodzy tacy jak Hans Urs von Balthasar mogą spekulować, ale jedynie na zasadzie nadziei powszechnego zbawienia. Czy taka doktryna jest groźna? Na pewno łatwo może stać się formą zuchwałej nadziei – w końcu, skoro wszyscy pójdziemy do nieba, to bez różnicy, jak się będę zachowywał. Mogę kraść, zabijać – a i tak miłujący Bóg mnie przyjmie i przyciągnie do siebie. Może też być źródłem rozpaczy, poczucia braku wolności – skoro ostatecznie moja wolna wola ma być nagięta do oczekiwań Stwórcy? EKUMENICZNIE Podobnie rzecz ma się z dialogiem między chrześcijanami, a także między różnymi religiami. Sobór Watykański II przez wielu traktowany jest jak wejście Kościoła katolickiego na szeroko otwarte wody indyferentyzmu. Kto nie pamięta zdjęć Jana Pawła II z figurkami afrykańskimi, mającymi być dowodami na odejście posoborowia od ortodoksji i zwrot ku pogaństwu? Problem stanowi odpowiedź na pytanie:


co z ludźmi, którzy żyją w innej wierze, a nie są żyją w grzechu? Nie żyjemy już w średniowiecznym czy starożytnym przekonaniu, że Ewangelia dotarła do wszystkich krańców świata. Nauczanie Soboru pokazuje, że można mieć nadzieję w to, ze można się zbawić nie znając Chrystusa, ale to przekonanie nie może być sprzeczne z wiarę w Niego. Innymi słowy: Kościół jest nadal potrzebny do zbawienia (Lumen Gentium 14). Buddysta, muzułmanin, ateista, a może nawet i satanista może się zbawić, ale to dlatego, że powołany przez Boga Kościół jest stałym pośrednikiem zbawienia. Warunek: nie może odrzucić Chrystusa po jego poznaniu. Skomplikowane sytuacje życiowe sprawiają, że mamy otwarte pole dla takiej nadziei: co jeśli ktoś poznał jedynie zafałszowany obraz Jezusa, który miałby rzekomo nakazywać niewolenie Murzynów i Indian lub wtedy, gdy ktoś był wychowywany w nienawiści do wszelkiej wiary i jego stosunek do niej nie jest jego winą? Wtedy mamy prawo oczekiwać, że Bóg poczyta im to jako „okoliczność łago-

dzącą” lub całkowicie znoszącą winę. Wciąż jednak ta nadzieja nie może przerodzić się w silne moralne przeświadczenie, że każda religia jest tak samo dobra i Bogu w zasadzie jest to obojętne, czy się Go nazywa Allahem, czy może odmawia Jezusowi Bóstwa, czy też w ogóle neguje Jego historyczność. Nie można kochać Boga i jednocześnie zakładać, że prawda o Nim jest rzeczą relatywną, zależną od okoliczności. Związek wiary i nadziei musi być postrzegany w perspektywie trzeciej z cnót: miłości. Musi to być przede wszystkim miłość Boga, który wie najlepiej, jaka jest złota zasada mieszania sprawiedliwości i miłosierdzia. Wtedy nadzieja, radosne oczekiwanie rzeczy przyszłych nie zostanie pomieszana z wiarą, a tym samym obie pozostaną czyste i Boże. 

źródło: www.pixabay.com

27


TEMAT NUMERU - Nadzieja

W jaki sposób dawać nadzieję? W Mateusz Ponikwia

W

wielu sytuacjach życiowych słowa wyrażające przekonanie, że wszystkie sprawy potoczą się i zakończą pomyślnie, świadczą o zainteresowaniu losami drugiego człowieka. Są oznaką empatii, współodczuwania. Ich celem jest podtrzymanie na duchu, nakierowanie na dostrzeżenie jasnych stron sytuacji, a także zmotywowanie do niepoddawania się. Zwykle są wyrazem głębokiej nadziei wypowiadającej je osoby na rychłą poprawę sytuacji. Niejednokrotnie może to spowodować pojawienie się nadziei albo jej spotęgowanie także w oczach bliźniego. SŁOWA POCIESZENIA Nie budzi wątpliwości to, że o wiele łatwiej jest wypowiedzieć słowa podtrzymujące na duchu niż przekuć je w czyn. Z resztą tak samo jest w każdej

28

zbudzanie nadziei u innych powoduje poprawę ich samopoczucia i wzrost wiary we własne siły. Mówiąc do kogoś zwyczajne: „Głowa do góry!” czy „Wszystko będzie dobrze!”, wzmacniamy przekonanie, że właśnie tak się stanie. To, co złe odejdzie i nadejdą lepsze dni. Czy jednak należy pocieszać za wszelką cenę, posługując się kłamstwem?

Pewne jest, że nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych, nie wolno oddziaływać w sposób odbierający nadzieję bądź niewzbudzający jej na nowo. Wszak nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że okoliczności nie ulegną takiej zmianie, która może zaowocować poprawą sytuacji.

innej sytuacji życiowej. Czasem jednak powiedzenie komuś zwyczajnego: „Nie martw się!” czy „Jakoś się ułoży!” może wywołać bardzo pozytywne efekty.

Dzieje się tak szczególnie w momencie, gdy wypowiadająca takie słowa osoba ma świadomość ich wagi i znaczenia. Oznacza to, że mówi je z przekonaniem. Wygłasza je w taki sposób, jak gdyby miały moc sprawczą. Takie wypowiedzi są bardzo ważne i często poprawiają samoocenę, przywracają pogodę ducha i wiarę we własne możliwości. Słowa mają bowiem swego rodzaju siłę sprawczą. Jeżeli mówimy coś z przekonaniem, to sprawiamy, że drugiej osobie łatwiej jest zaakceptować i zgodzić się z tym, co głosimy. Jeśli zaś przekazujemy jakieś treści bez motywacji, beznamiętnie, bez poczucia, że są one zasadne (niejako w celu odbębnienia obowiązku), to nasza wypowiedź staje się doskonałym przykładem zjawiska określanego jako


źródło: www.pixabay.com

pustosłowie. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że fenomen „czczego gadania” jest (niestety) nieobcy w dzisiejszych czasach i uwidacznia się w szczególności wśród polityków. Z pewnością nikomu nie pomogą słowa pocieszenia, jeżeli nie są one wiarygodne, wypływające z głębi serca i przekonywające. POMOC W TRUDNOŚCIACH Naturalnym pragnieniem człowieka jest, aby wszystko, co sobie zaplanuje, spełniało się według pewnych poczynionych przez niego zamierzeń czy planów. Gdy życie ukazuje swoje brutalne oblicze, gdy zaczynają się niepowodzenia, gdy wpadamy w poważne kłopoty, gdy dopada nas groźna choroba itd. wydaje się nam, że nasz spokój i uporządkowane życie zostają zaburzone.

Często zaczynamy wówczas dostrzegać jedynie negatywne aspekty zaistniałej sytuacji i nadmiernie eksponować problemy, z którymi się borykamy. To wtedy najbardziej potrzebne jest wsparcie ze strony innej osoby. Już sama obecność kogoś bliskiego jest niezwykle istotna. Takiej osobie możemy bowiem zaufać i powierzyć wszelkie nasze rozterki czy bolączki. Nieocenione jest także wyrażenie zrozumienia dla naszego trudnego położenia i udzielenie wsparcia. Pomoc przybierająca postać zarówno życzliwych słów, jak i dobrych uczynków, staje się oznaką zainteresowania ze strony innych ludzi. Fakt, że nie jest się samotnym w zmaganiu z trudnościami, nierzadko motywuje do podejmowania wysiłku i radzenia sobie z przeciwnościami losu.

„FAŁSZYWA” NADZIEJA Niestety często chcąc dać komuś nadzieję na lepsze jutro oraz zapewnić poczucie bezpieczeństwa, zostajemy postawieni przed pewnym dylematem. W grę może wchodzić sytuacja, w której posiadamy pewne informacje, jednoznacznie lub prawie jednoznacznie, świadczące o tym, że w danym przypadku zakończenie może odbiegać od szczęśliwego. Dla zobrazowania można przytoczyć przykład śmiertelnej choroby, nieuleczalnej zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej. Wówczas pojawia się pytanie, czy pacjent powinien znać prawdę? Zdaje się, że nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji. Dostępne są bowiem dwa rozwiązanie. Po pierwsze można ukryć prawdę o rzeczywistym stanie pacjenta lub nie ujawniać całościowego charakteru

29


zdiagnozowanej choroby, ograniczając informacje do minimum. Taka sytuacja, choć może budzić u chorego nadzieję na wyzdrowienie, nie jest zgodna z moralnym i prawnym przywilejem pacjenta do uzyskania rzetelnej informacji o stanie swojego zdrowia. Niewątpliwie regulacje prawne gwarantują pacjentom prawo do pozyskania wyczerpującej i prawdziwej informacji o postawionej diagnozie oraz podjętym leczeniu. Z drugiej strony ujawnienie wobec pacjenta wszelkich szczegółów choroby, przesądzenie o niemożliwości zaradzenia jej dalszemu rozwojowi czy ujawnienie stwierdzonego u pacjenta stanu terminalnego może negatywnie wpłynąć na stan chorego. Trzeba bowiem zważać na psychiczne i mentalne przygotowanie pacjenta na odebranie tragicznej wieści i zminimalizowania z tym związanego potencjalnego szoku. Niewątpliwie pozytywnym skutkiem przemilczenia całej prawdy jest uniknięcie sytuacji załamania. Ponadto nie dochodzi do odebrania choremu resztek nadziei. Wręcz przeciwnie − może to ożywić pa-

30

cjenta i wzbudzić chęć do podjęcia walki. Z kolei w sytuacjach bez wyjścia, zdiagnozowanych przez lekarza jako nieuleczalne i prowadzące do zgonu, daje to możliwość uchronienia chorego od rozmyślań o nieuniknionej śmierci. Jednakże wyjawienie wszelkich ustalonych faktów medycznych, pomimo że wiąże się to z ewentualnością załamania pacjenta, powinno być jednak regułą w postępowaniu lekarskim. Konieczność przedstawienia prawdziwych wyników badań wynika z istoty godności człowieka. Każdy ma prawo znać swoje rzeczywiste położenie i prawdziwą sytuację. Takie rozwiązanie nie wyklucza oczywiście pewnego dozowania informacji. Chodzi o to, by stopniowo przygotowywać pacjenta (na ile to tylko możliwe) i niejako powoli oswajać z komunikowaną diagnozą. Umożliwi to także należyte przygotowanie do śmierci. SYTUACJE BEZ WYJŚCIA? Dobrym przykładem wydaje sięt historia przytoczona w noweli Bolesława Prusa pt. „Kamizelka”. Próba radzenia sobie z rozwojem choroby urzędnika doskonale wkomponowuje się w rozważania doty-


źródło: www.pixabay.com

czące dylematu, czy powiedzieć prawdę czy raczej posłużyć się „niewinnym” kłamstwem, ale ukierunkowanym na wzbudzenie nadziei w oczach i życiu drugiej osoby. Tytułowa kamizelka staje się symbolem walki podejmowanej w celu zatuszowania faktu powolnego umierania. Działania małżonków są motywowane wielką miłością do siebie. Zarówno mąż, jak i żona starają się zaoszczędzić cierpień drugiej stronie i do samego końca podtrzymać tlącą się iskierkę nadziei na powrót do zdrowia. Pewne jest, że nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych, nie wolno oddziaływać w sposób odbierający nadzieję bądź niewzbudzający jej na nowo. Wszak nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że okoliczności nie ulegną takiej zmianie, która może zaowocować poprawą sytuacji. Zagrzewanie do podejmowania swego rodzaju walki wewnętrznej i buntowania się przeciw niemocy należy traktować za bardzo pomocne i wskazane. Nie można jednak kłamać, zasłaniając się dobrem drugiego. Nie powinna być stosowana zasada, że cel uświęca środki. Najgorsza prawda jest lepsza od nawet najpiękniej-

szego kłamstwa. Zaś kłamstwo nie staje się moralnie uzasadnione jedynie ze względu na fakt, że miało posłużyć szczytnemu celowi. Trzeba przyznać, że trudno zachować pogodę ducha i dobre samopoczucie w obliczu czyhającego zagrożenia. Warto jednak dbać o podtrzymywanie nadziei nie tylko u siebie, ale i u innych. Jednym z istotnych jej źródeł jest z pewnością postawa zawierzenia i oddania siebie samego Jezusowi. Świadomość Jego obecności działa kojąco i pocieszająco. Dobre emocje szybko się rozprzestrzeniają i roznoszą dalej. Również nie można zapominać o tym, że (jak mawiają zwłaszcza górnicy) nadzieja umiera ostatnia. 

31


TEMAT NUMERU - Nadzieja

Najpiękniejsza na świecie

32

N

adzieja bywa niezwykle przekorna. Lubi pojawiać się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Gdzie nawet ona, ta ostatnia, powinna być martwa. A jednak na przekór wszystkiemu jest jej całe mnóstwo. Na mapie można znaleźć kilka takich „zielonych” punktów. Jeden z nich nazywa się Jamna.

Małgorzata Różycka

J

est 25 września 1944 r. W Jamnej, małej wsi położnej na Pogórzu Rożnowskim 30 km na południe od Tarnowa, stacjonuje partyzancki batalion AK „Barbara”. Dwa tygodnie wcześniej żołnierzom udało się ujść z okrążenia, ale krąg tworzony przez oddziały 14 dywizji Galizien-SS znowu się zamyka. Dowódcy nie łudzą się: 600 kontra 4000 ludzi to dysproporcja, która nie pozwala na otwartą walkę. Niemcy są nieporównywalnie lepiej uzbrojeni, Luftwaffe czeka w pełnej gotowości. Trzeba będzie wymknąć się jeszcze raz. Na szczęście mgła uziemia samoloty. Doskonała znajomość topografii pozwala partyzantom dyskretnie wycofać się na zalesione wzgórza, gdzie można zapewnić sobie lepszą pozycję. Wkrótce padają pierwsze strzały. Zacięta walka trwa. Jednak w pierścieniu nieprzyjacielskich wojsk pojawia się

Matka Boża Niezawodnej Nadziei jest po prostu najpiękniejsza na świecie. Nie znam drugiego tak poruszającego wizerunku.

luka i AK-owcy dzięki sprytnemu manewrowi wychodzą z okrążenia z obronną ręką, ponosząc względnie małe straty. I tym razem się udało. ZGLISZCZA Ale Niemcy nie pozwalają odejść Polakom tak po prostu. W odwecie, za pomoc partyzantom, wieś zostaje spacyfikowana. Przerażeni ludzie zamykają się w domach. Duża część mieszkańców barykaduje się w piwnicy. Naprzeciw esesmanom wychodzi młoda kobieta z dwójką małych dzieci i obrazem Matki Boskiej Tuchowskiej w ręku. Przecież nie

będą strzelać do matki, dzieci oraz świętego obrazu. Chwilę później cała trójka pada rażona serią z karabinu maszynowego. Nie ma litości. Kogo nie dosięgają kule, ten ginie w płomieniach. Kilkorgu mieszkańcom udaje się uciec. W ciągu kilku godzin Jamna przestaje istnieć. Zostają zgliszcza, zbiorowa mogiła i straszne wspomnienia. Wraz z dymem z płonących zagród odchodzi nadzieja. Tu nie ma już dla niej żadnej racji bytu. DRUGIE OTWARCIE Czas mija, a do Jamnej zaglądają od czasu czasu tylko wędrowcy szukający odpoczynku w małym schronisku, powstałym na miejscu wiejskiej szkoły. Poza tym nie dzieje się nic. Kilkadziesiąt lat po tragicznych wojennych wydarzeniach proboszczem w sąsiedniej Paleśnicy zostaje ksiądz Góra – stryj młode-


źródło: www.pixabay.com

go dominikanina Jana Góry, który zdążył stać się charyzmatycznym duszpasterzem poznańskich studentów. Ojciec Jan odkrywa Jamną na nowo i marzy o założeniu tu ośrodka duszpasterskiego. Normalny człowiek popukałby się w głowę, ale nie on. Gmina przekazuje w darowiźnie Duszpasterstwu Akademickiemu Ojców Dominikanów z Poznania jamneńską szkołę i przylegający do niej teren. Pomału, dzięki sile wielu ludzkich dłoni, w miejscu, gdzie nadziei wcale miało nie być, odradza się ona na nowo. Podczas pielgrzymki do ojczyzny w 1999 roku Ojciec Święty robi nalot na Jamną i z helikoptera błogosławi całe przedsięwzięcie rozbudowy ośrodka. Dwa lata później zostaje konsekrowany kościół p.w. Matki Bożej Niezawodnej Nadziei. No właśnie, nadziei… NAJPIĘKNIEJSZA NA ŚWIECIE Ikona Matki Bożej Niezawodnej Nadziei znajdująca się w jamneńskiej świątyni to prawdziwy fenomen.

Poznańską artystke, Małgorzatę Sokołowską, ojciec Jan Góra poprosił o napisanie ikony do nowo budującego się kościoła, mówiąc: „Matka Boża ma być najpiękniejsza na świecie! I żeby miała zieloną sukienkę, bo to jest kolor nadziei!”. Zadanie udało się wykonać w pięciuset procentach. Maryja z Jamnej jest nieziemsko piękna. Urzeka łagodnością rysów, głębią spojrzenia, czułością dłoni, którymi obejmuje Dzieciątko. Chusta prostej wiejskiej kobiety na jej głowie dyskretnie daje do zrozumienia, że Ona doskonale zna prozę życia. Twarz Jezusa jest obłędnie realistyczna, niczym fotografia zrobiona małemu dziecku. Przyciąga i nie pozwala odejść tak szybko. Zieleń szat postaci z ikony, przechodząca w głęboki granat, daje wytchnienie oczom zmęczonym jaskrawymi kolorami codzienności. Matka Boża Niezawodnej Nadziei jest po prostu najpiękniejsza na świecie. Nie znam drugiego tak poruszającego wizerunku. Wszystkie osoby,

którym kiedykolwiek pokazałam tę ikonę, były przekonane, że ma ona w sobie coś absolutnie wyjątkowego, że bije od niej najprawdziwsza nadzieja. REAKTYWACJA Ikona jest źródłem Jamnej, wokół którego powstała cała oaza. Do domu świętego Jacka przyjeżdżają na rekolekcje liczne grupy oraz indywidualni pielgrzymi. Niedzielna msza święta gromadzi bez względu na pogodę multum rodzin, a jamneńska gościnność zdążyła już zyskać swoją renomę. Ośrodek rozrasta się i przyciąga coraz więcej osób szukających wytchnienia i nadziei. Przytulny kościół, skromne warunki w domach dla gości oraz fantastyczne okoliczności przyrody w połączeniu z ekipą gospodarzy sprawiają, że tak bardzo chce się tu wracać. A za każdym razem odżywa pytanie: jak to możliwe, że niezawodna nadzieja upatrzyła sobie dokładnie to miejsce, gdzie miało jej już przecież nie być…? 

33


TEMAT NUMERU - Nadzieja

A myśmy się spodziewali...

34

N

ie ma człowieka, który nie przeżyłby w swoim życiu jakiegoś zawodu. I to niejednego – niektórych z nas dotykają one bardzo często. Najbardziej boli, gdy zawiedzie ważna dla nas osoba, komuś bliskiemu stanie się krzywda, gdy nie uda się coś, na co bardzo liczyliśmy.

Kajetan Garbela

N

ikt z ludzi nie jest idealny, wszyscy mamy swoje wady i grzeszki – tu truizm, racja. „Nie pokładajcie ufności w książętach ani w człowieku, u którego nie ma wybawienia” – jak mówi autor natchniony w Psalmie 146. Nie ma co pokładać nadziei w człowieku – matce, mężu, żonie, dziecku – bo oni na pewno na którymś etapie naszego życia nas zawiodą. Po prostu nasze nadzieje, życzenia, pragnienia przerastają możliwości każdego z ludzi. Jakkolwiek silna byłaby jego miłość względem nas, chęć pomocy, przysłowiowego „uchylenia Nieba”, jako człowiek jest za słaby, by sprostać wszystkim naszym nadziejom. Sam kilka lat temu byłem mocno dotknięty takim doświadczeniem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie z mojego otoczenia, często bliscy, tak bardzo mnie zawodzą, choć

Wiem, że łatwo takie słowa napisać, łatwo pouczać innych. Wiem, że relacje z innymi ludźmi, często nasz własny rozum czy uczucia to wszystko komplikują. Trudno zaufać i mieć nadzieję, że Bóg to jakoś wszystko ogarnie.

liczyłem na co innego. Czy byli tak perfidni? Czy mnie okłamywali, źle życzyli? Pamiętam, że gdy zwierzyłem się z tego mojemu ówczesnemu spowiednikowi, ten westchnął i powiedział, że im wcześniej człowiek sobie tę prawdę uświadomi i ją przyjmie, tym mniej żalu i smutku będzie żywił do innych ludzi. Nie możemy przecież wymagać, by

wszystko zawsze szło po naszej myśli, jak w zegarku czy teatrze, by nasze otoczenie zachowywało się tak, jak sobie życzymy. Wspomniał o ludzkiej słabości i niedoskonałości oraz wolnej woli innych ludzi, która często jest rozbieżna z naszymi pragnieniami. Dziś to wszystko wydaje mi się naturalne i wręcz oklepane, ale gdy wtedy to sobie uświadomiłem poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Polecam każdemu, kto jeszcze tego nie przeżył, a jestem pewien, że jest takich dość sporo. W tym miejscu wielu zapyta: dobra, z ludźmi tak zapewne jest, ale z Bogiem? On przecież jest doskonały, jest Miłością, a przecież często zawodzi ludzi? Prawdą jest, że sprawy wiary, duchowości jak każde inne wiążą się właśnie z niespełnionymi nadziejami. Myślę, że to nie Bóg często


źródło: www.pixabay.com

zawodzi ludzi, co my sami Mu nie ufamy, nie dajemy się poprowadzić, wolimy raczej tworzyć nowe plany i pragnienia, kurczowo się ich trzymać i rozliczać Go z ich realizacji. A jeśli tak się nie dzieje - obrażamy się na Niego, na Kościół, przestajemy się modlić, chodzić co niedziela do kościoła – strzelamy focha, bo On nie zrobił czegoś co ja sobie wymyśliłem, na co miałem nadzieję. W najlepszym przypadku – skupiamy się tylko na klęsce swoich planów, nie widząc tego, co Bóg daje nam zamiast nich, a co często, choć diametralnie inne, w dłuższej perspektywie jest dla nas lepsze. W czasie drogi do Emaus uczniowie, których Ewangelista opisuje jako „smutnych”, mówili o Jezusie „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. Byli tak tym przejęci, że nie zauważyli Go obok siebie, choć szli razem dłuższy czas. Jeszcze wcześniej, gdy Jezus opowiadał o swoim Ciele i

swojej Krwi, według ewangelisty Jana wielu z tych, którzy to słuchali, mówiło „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”. Wszyscy oni spodziewali się czegoś innego. Ich nadzieje na to, że Jezus będzie Mesjaszem -wodzem, pokona Rzymian i przywróci Królestwo Izraela, spełzły na niczym. Przykre jest także to, że owo rozwianie nadziei spowodowało ich zamknięcie na rzeczywistość. Uczniowie rozpoznali Jezusa dopiero gdy dotarli do celu, w trakcie wieczornego łamania chleba. Ludzie słuchający Jego mowy eucharystycznej również nie skupiali się na sensie Jego słów, nie chcieli się trudzić przyjęciem prawdy o Ciele i Krwi. Od razu zaszufladkowali ją jako „trudną”, jako słowa nienadające się do rozwagi. Woleli skupić się na tym, że Jezus nie mówi i nie robi tego, na co liczyli, czego się po nim spodziewali. Mocno egoistyczne podejście – widzę kogoś, słucham kogoś, idę za kimś, o ile jest zgodny z tym, czego sobie życzę, czego chcę, na

co mam nadzieję. Jeśli tylko dzieje się inaczej, ktoś okazuje się inny, niż sądziłem – skreślam go albo nie zauważam, nie jest już ważnym elementem mojego życia. Wielu ludzi opuściło Kościół i przestało wierzyć w Boga przez to, że nie spełniły się ich plany i marzenia. Tak jakby Bóg miał w obowiązku wysłuchiwać wszystkich naszych próśb, bez względu na to, jakie przyświecają nam intencje, i jakie przyniosą one skutki… Bóg oczywiście nie jest głuchy na nasze modlitwy i chce nam pomóc, ale niekoniecznie na naszych warunkach – życie ma przecież prowadzić do zbawienia. I to przede wszystkim na zbawienie siebie i innych powinniśmy mieć nadzieję. „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” Wiem, że łatwo takie słowa napisać, łatwo pouczać innych. Wiem, że relacje z innymi ludźmi, często nasz własny rozum czy uczucia to wszystko kompli-

35


źródło: www.pixabay.com

kują. Trudno zaufać i mieć nadzieję, że Bóg to jakoś wszystko ogarnie. Że nie potrzeba konstruowania misternych planów, kurczowego trzymania się ich, poczucia bezpieczeństwa, które dają człowiekowi. Spodziewam się, że przeczytają to ludzie w tak trudnych sytuacjach życiowych - również moi znajomi – i zapewne wyśmieją mnie i te słowa. Bo dziewczyna od lat chodzi na wspólnotę, szczerze i dużo się modli, a ojciec mimo kilku odwyków nadal pije . A jakby tego było mało, jeszcze chłopak zaciągnął ją do łóżka i zaraz potem zostawił. Innej znowu – również mocno wierzącej - rodzice nie kochają, bo jest najmłodszym i nieplanowanym dzieckiem, co musiała od zawsze wysłuchiwać, a teraz wyrzucają ją z domu i ostrzegają, że już ma do nich nie wracać. Komuś innemu ojciec zmarł w dzieciństwie i wychowuje go zaborcza matka, stosująca szantaż emocjonalny

36

i zawstydzająca go przy ludziach. Bo komuś ukochana osoba zmarła w wypadku samochodowym kilka miesięcy przed ślubem. Jeszcze ktoś inny leczy się od długich miesięcy psychiatrycznie, bo traumatyczne dzieciństwo – o którym nie umie szczerze opowiedzieć nawet lekarzowi – nie dają jej spokoju i co gorsza, powodują problemy. Przecież to nie tak miało być, nie tego się spodziewaliśmy, nie do tego dążyliśmy, o coś innego się modliliśmy… Jak teraz zaufać i mieć nadzieję? Czy wszystkie wcześniejsze słowa nie brzmią przeraźliwie banalnie? Może tak być, to zależy od intencji, z którą je przyjmiemy. Czy kogoś wzruszą, zmienią do myślenia? Mam nadzieję, że tak. Gdy patrzymy na życie swoje i ludzi obok, wydaje się, że tej nadziei nie ma, że Bóg nas wszystkich opuścił, albo że nie chce panować nad naszym życiem. Każdy miewa takie momenty, grunt to jednak

zawczasu się ogarnąć i żyć dalej. Ja sam mam również swoje za uszami i przeróżne przeżyte doświadczenia, sinusoidalną drogę relacji z Bogiem i nadziei na to, że On to wszystko ogarnie, choć bywa bardzo trudno i beznadziejnie. Mieć nadzieję wbrew nadziei jest bardzo trudną sztuką i mimo wszystko sądzę, że jeśli zaciśniemy zęby i skupimy się przede wszystkim na Bogu i Jego sprawach, On jakoś to wszystko ułoży i z każdego zła wyciągnie dobro. Na koniec cytat z Ewangelii Jana – gdy uczniowie zapytali Jezusa, kto zawinił, że napotkany przez nich człowiek był niewidomy od urodzenia, Chrystus odpowiedział: „ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże.” Dobrze jest mieć nadzieję na to, że również przez nasze nieszczęścia i problemy objawią się na nas sprawy Boże.


37


TEMAT NUMERU - Nadzieja

Słów kilka o optymizmie

38

C

złowiek ma tendencje do wyolbrzymiania swoich problemów. Często jestem świadkiem kiedy dwóch rozmówców przekrzykuje się - kto ma gorzej. Owszem czasami zdarza się jakaś sytuacja, w której człowiek się gubi i jest mu źle, ale jeśli ten stan trwa całe życie? Po co zsyłać na siebie taki los?

Emilia Ciuła

O

ptymizm stanowczo uproszcza życie (jeśli jest oczywiście racjonalny, a nie wyolbrzymiony). Każdy ma prawo do chwili słabości. Ale czy się jej poddasz i będziesz żył w swoim więzieniu nieszczęścia, to już twój wybór. Ale wiedz, że masz alternatywę. PO PIERWSZE - DZIAŁAJ! Przede wszystkim nie można mylić optymizmu z zawsze uśmiechniętą twarzą i okrzykiem “nie martw się, wszystko będzie dobrze, to nic, że nie zdałeś roku, bo świat jest taki piękny!”. Optymizm to szukanie dodatkowych, rozsądnych rozwiązań problemów, a nie poddawanie się rozpaczy. Dzięki optymizmowi człowiek zauważa dobro, a przede wszystkim je czyni. Nie sprawia mu kłopotu bezinteresowna pomoc. Osoby takie posiadają wielki napęd do działania. Nie

Tak samo, gdy do twoich myśli podpełza destrukcyjny potwór, przypomnij sobie te słowa. Idź, pojednaj się z Bogiem, zacznij być może kolejny raz od nowa. A ciemność cię nie ogarnie.

boją się przeciwności losu i dostrzegają szansę w miejscach, gdzie z pozoru nic już nie można zrobić. Jak mówi Pawlikowska w książce “w dżungli miłości”: “nie można zbudować niczego dobrego na złych podstawach nawet jeśli się uda wznieść na nich jakąś konstrukcję, prędzej czy później będzie musiała się rozpaść. Dlatego podstawowym założeniem musi być działanie uczciwe i pozytywne, niewykorzystujące nikogo, nieszkodzące

i niewynikające ze złych pobudek.” PO DRUGIE - UWAGA NA DESTRUKCYJNEGO POTWORA!! Swoje nastawienie do świata można zmienić. Więc jeśli negatywnie patrzysz na wszystko w około - jest dla ciebie szansa! To będzie wymagało ciężkiej pracy, ale warto się postarać, by w końcu odzyskać panowanie nad swoim życiem. Czasem każdy ma w sobie destrukcyjnego potwora. Jak go poznać? • przeważnie nie lubi siebie, • nie wierzy we własne siły • widzi negatywne cechy każdej osoby i zdarzeń, • łatwo się załamuje i użala nad sobą, • robi rzeczy, których obiecał sobie już nigdy nie robić, • doprowadza się do łez i depresji. Jednym z przykładów osób, które pokonały tego


źródło: www.pixabay.com

stwora jest Beata Pawlikowska, która daje szereg wskazówek, by uporać się z tym niechcianym gościem: • Powiedz potworowi “NIE”. Nie pozwól mu zagarnąć twoich myśli. • Jeśli podpowiada ci, że coś jest brzydkie i bez sensu, znajdź argumenty dlaczego tak nie jest. • Zaplanuj jakieś dobre rzeczy, które mają wydarzyć się w twoim życiu już następnego dnia. • Gdy ogarnia cię złość i smutek zapytaj siebie, jaki jest sens marnowania energii na te uczucia? • Potwór strasznie nie lubi pozytywnego myślenia, więc zrób mu na złość. • Znajdź dobrą stronę każdej sytuacji. • Broń się i nie poddawaj! Potwór panoszy się w twoim sercu dlatego, że mu na to pozwalasz, a więc PRZESTAŃ TO ROBIĆ!! Użalanie się nad sobą nie jest atrakcyjne!

“SIEBIE DLA SIEBIE” Nic nie robi tak dobrze człowiekowi jak odpoczynek w doborowym towarzystwie - samego siebie. Czas na przemyślenia to jeden z etapów zmian. Usiądź więc, zamknij oczy i pomyśl o czymś przyjemnym, co spotkało cię w ubiegłych dniach, co mógłbyś zmienić. Zapewne coś znajdziesz. Następnie zastanów się, co możesz zrobić dla siebie w najbliższym czasie. Zasługujesz na odrobinę przyjemności!

PO TRZECIE - POZWÓL SOBIE NA ODROBINĘ

“Na początku było Słowo,

PO CZWARTE - RADOSNE SERCE TO CZYSTE SERCE! Człowiek o czystym sercu, który w chwilach strapienia udaje się do Boga, doznaje pocieszenia. Bóg wspiera twoje działania, chce twojego szczęścia. Ze smutkiem patrzy jak ty sam stajesz się zgorzkniały i markotny. Bo ile razy można podsuwać rozwiązania i łaski, po które nie chce ci się wyciągnąć ręki? Pamiętaj, że:

a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.”

Tak samo, gdy do twoich myśli podpełza destrukcyjny potwór, przypomnij sobie te słowa. Idź, pojednaj się z Bogiem, zacznij być może kolejny raz od nowa. A ciemność cię nie ogarnie. A na koniec chciałam Ci tylko powiedzieć, że życie będzie takie jakie chcesz żeby było. Bo przecież świat nie jest zły, złe jest tylko negatywne myślenie o nim. Więc nie trać czasu. Spójrz na niebo i dostrzeż, że najbardziej niebieskie jest właśnie nad tobą. Niby mała rzecz, a cieszy, prawda?

39


TEMAT NUMERU - Nadzieja

Niecodzienność

40

„W

ystarczy dobry człowiek, by pojawiła się nadzieja”

Wojciech Urban

Maciek wiedział, że ten dzień będzie do dupy. Argumentów było aż nadto. Po pierwsze, był poniedziałek. Samo to w sumie wystarczało. Nie żeby musiał gonić na uczelnię czy do roboty. Freelancer. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Ale obowiązki i tak nie pozwalały wyspać się w spokoju. Zleceniodawca, któremu oddał projekt miesiąc temu wciąż zamiast przelewu wysyłał maile, że już-już. Z kolei następna rata za kupiony niedawno aparat MUSIAŁA być zapłacona ostatecznie 11 dnia każdego miesiąca. Nie było bata. W nieco analne poczucie wpędzał Maćka również fakt, iż w przeciągu ostatniego pół roku dostał praktycznie tylko jedno zlecenie, za które i tak, jak już wiemy, nie dostał pieniędzy. Blaski i cienie wolnego zawodu. Pod presją Magdy,

Szedł prawie pustą ulicą. W głowie miał tysiąc myśli, z których żadna nie miała sensu. Przeszłość walczyła o uwagę z przyszłością. Teraźniejszość na starcie została schowana do pudełeczka i zamknięta na kłódkę. Wolał nie myśleć o tym, co teraz.

którą od dwóch lat zwykł nazywać swoją dziewczyną, zdecydował znaleźć choć ćwierć etatu, co by nie żyć w trwodze od pierwszego do pierwszego. Dziś był dzień, kiedy miał świeżo wydrukowane CV zanieść do Powiatowego Urzędu Pracy. Chuj w su-

mie wie po co. Ale tak się podobno robi. Korzystając z setki portali internetowych, z których każdy miał mu zapewnić pracę marzeń i satysfakcję finansową jeszcze tego samego dnia, w którym się zarejestrował, jak dotąd otrzymał kilkanaście propozycji. Ulotki, Call Center, inwentaryzacja magazynów w Belgii. Któż z nas o tym nie marzył? Maciek na pewno nie. Do tego zbliżała się rocznica ich związku. Chociaż Maciek nie potrafił sobie przypomnieć dokładnej daty, pewien był, że to gdzieś w tym tygodniu. Pewność brała się stąd, iż przedwczoraj wracając z lubą z kolejnego koncertu wschodnioindyjskiego rocka, który Magda uwielbiała do tego stopnia, że wystarczało i za Maćka, usłyszał w pewnym momencie: - Misiu, ale w tym roku pamiętasz? – zagadnęła pi-


źródło: www.pixabay.com

skliwym głosikiem wtulona w jego ramię Magda. - Aha – odrzekł leniwie Maciek, próbując zachować spokój na twarzy. We wnętrzu nie próbował. We wnętrzu rozpoczął się chaos podobny do tego, jaki zapanował w Pearl Harbor 7grudnia 1941 roku. Gorączkowo przeczesywał myślami kolejne zwoje mózgowe, próbując przypomnieć sobie, o co jej chodzi. – O czym ja, do kurwy nędzy, powinienem pamiętać?! – myślał. – Jakiś kolejny recital brudnych obdartusów? Urodziny jednej z koleżanek? – zastanawiał się. - To dobrze, cieszę się – powiedziała z nieukrywaną satysfakcją Magda. – po tym, jak w tamtym roku zapomniałeś, myślałam, że nie jestem dla Ciebie ważna… – Jest trop – pomyślał. – Zastanawiałam się nawet, czy nasz związek

ma sens. – kontynuowała – Wiesz, muszę Ci powiedzieć, że w ostatnim czasie też mi przychodziły takie myśli. Taki sztywny jesteś przy mnie, brak Ci tego luzu, którym mnie zauroczyłeś… Ale skoro nie zapomniałeś o naszej rocznicy… – Kurwa w dupę jeża, zapomniałem o naszej rocznicy… – powiedział w duchu Maciek. – To gdzieś w tym tygodniu. Ale po kolei, najpierw załatwić coś z tą pracą, wysłać maila z upomnieniem o zaległy przelew, potem muszę wymyślić jakąś niespodziankę dla Madzi.– myślał leżąc jeszcze w łóżku. Wstał, wziął prysznic, ubrał się. Poszedł do kuchni, otworzył lodówkę , która oczywiście stała pusta, nie licząc dwóch piw, resztek serka homogenizowanego i piekielnie ostrej musztardy, której wybór trzy miesiące wcześniej był

jedną z gorszych decyzji. Maciek otwarcie sprzeciwiał się handlowi w niedzielę. Sprzeciw ten wyrażał się również w praktyce. Niestety, za bojkotowaniem niedzielnych zakupów nie szła zapobiegliwość, która kazałby w sobotę pomyśleć o poniedziałkowym śniadaniu. Póki mieszkał z rodzicami, zupełnie nie było takiej potrzeby. Nie było rady, trzeba było kopsnąć się do osiedlowego spożywczaka. Wdział trampki, założył słuchawki na uszy, włączył losową play listę ściągniętą z sieci i pognał w dół klatki schodowej. Mały sklepik był dwie ulice dalej. Gdy minął pierwszą, zaczęło lać. Nagle i gwałtownie, niczym w amazońskiej puszczy. Zanim zdążył dobiec do sklepu, był już cały przemoczony. – Dzień dobry – rzucił od niechcenia wyjątkowo

41


trzeźwemu sklepikarzowi. Ten spojrzał na niego z pode łba i mruknął coś niewyraźnie. Maciek przeleciał się pomiędzy półkami, włożył do koszyka jogurt, kilka pomidorów i butelkę wody. Skierował się następnie po jakieś pieczywo. Zamiast jednak wziąć pierwszy bochenek z brzegu, stanął jak wryty. Przed nim pani starsza pomarszczonymi, brudnymi rękoma macała po kolei każdy bochenek. Gdy skończyła, wybrała jeden ze środka i poszła z nim do kasy. Maciek zdecydował się wziąć kilka bułek, próbując jednocześnie sprawdzić, czy takowe nie znajdują się koszyku pani starszej. Pewności nie było, była tylko nadzieja. Bez większych przygód wrócił do mieszkania, gdzie zjadł śniadanie, wziął papiery i pognał do urzędu, spodziewając rychłego załatwienia sprawy. Gdy po trzech godzinach grania w Angry Bird’sy , czym umilał sobie czekanie w kolejce, telefon zaczął wysnuwać pierwsze sugestie, iż baterii przydałoby się nieco więcej elektryczności, Maciek zdał sobie sprawę z tego, że nie pomyślał o ładowarce. Cóż, w końcu spodziewał się, że wejdzie, zostawi w stosownym okienku CV, ewentual-

42

nie wypełni jakieś zaświadczenie czy inny świstek, a resztą zajmie się opłacana z publicznych pieniędzy urzędniczka. Wtem telefon zadzwonił. Magda. – No he-ej, Misiu, jak tam? – zagadnęła - A bez rewelacji – odpowiedział – miło, że dzwonisz. Tylko wiesz, jestem trzecią godzinę w PUP-ie i zaraz mi bateria w telefonie padnie. Chciałaś coś konkretnego, czy tylko pogadać? – zapytał, zastanawiając się, czy to, co powiedział przed chwilą, nie spowoduje przypadkiem kolejnego focha. – To o której i gdzie się dziś widzimy? Mam nadzieję, że zaplanowałeś coś wyjątkowego… – jej głos pełen był ekscytacji. – Eee… dziś? – odparł zdumiony Maciek – Ale dlaczego dzi… – Zdumienie przerodziło się w panikę, gdy zrozumiał, dlaczego dziś. Zdążył tylko westchnąć w duchu – o kurwa – zanim ze słuchawki wydobył się piskliwy jazgot. – Jak to?! Mówiłeś że pamiętasz?! Przecież mamy dziś rocznicę?! Jak mogłeś?! Tobie w ogóle nie zależy?! Jesteś okropny! Nie wiem, jak mogę z tobą… Lamenty Magdy okazały się wyczerpu-


źródło: www.pixabay.com

jące nie tylko dla Maćka, ale dla jego telefonu również. – Coś krótko ta bateria trzyma – pomyślał. Spojrzał na ludzi stojących w kolejce przed nim – Nie ma bata, żebym stąd wyszedł przed 14. I jeszcze kurwa ta rocznica. Że też akurat w poniedziałek. Ani prezentu, ani planów na wieczór, nie zdążę. Jak zresztą? Magda mnie zabije. Jestem w dupie, ot co. – Zarejestrowanie się w PUP-ie zajęło dłużej, niż przewidywał. Do mieszkania udało mu się wrócić dopiero o 16. Podłączył telefon do gniazdka, podgrzał jakieś danie z puszki na obiad. Włączył telefon. 7 nieodebranych połączeń od Magdy, dwa od obcych numerów. – Na bank, to były oferty pracy. – Do tego sms od Magdy: „Nie chcę cię widzieć, dupku!” Postanowił, że najpierw zadba o przyszłość zawodową. Pierwsza oferta była nieaktualna, znaleźli już kogoś. Drugi numer nie odbierał. W międzyczasie przypalił obiad. Postanowił na dziś dać sobie z Magdą spokój. Postanowił dać sobie z nią spokój już jakiś czas temu. Ale nie mógł. Nie umiał. I tak do końca nie chciał. Bał się, że nikogo potem nie znajdzie. Bał się samotności.

Nie wiedząc, co mógłby dziś zrobić, wyszedł na spacer. Udał się w zupełnie randomowym kierunku. Mimo czerwca, dzień był pochmurny. Chmury wiszące nad miastem wciąż groziły powtórką z porannej ulewy. Szedł prawie pustą ulicą. W głowie miał tysiąc myśli, z których żadna nie miała sensu. Przeszłość walczyła o uwagę z przyszłością. Teraźniejszość na starcie została schowana do pudełeczka i zamknięta na kłódkę. Wolał nie myśleć o tym, co teraz. - Przepraszam, mógłby nam pan pomóc? – z zamyślenia wyrwał go niski, kobiecy głos. Zobaczył przed sobą filigranową szatynkę, urody dość przeciętnej, ale widać, że zadbaną. – E, wam? Nie widzę tu nikogo, oprócz pani? – odpowiedział rozglądając się wokół niej. – Mnie i mojemu mężowi. Jest sparaliżowany i porusza się na wózku. Mam go zawieźć do pracy, ale pokonanie tych kilku schodów przy wejściu wymaga męskiej ręki. – bez cienia skrępowania wyjaśniła szatynka. – No cóż, no oczywiście, pomogę – odpar, zastanawiając się, czy dobrze zrozu-

43


miał. – Gość na wózku ma żonę i pracę? Jak? – pomyślał. Weszli do pobliskiej kamienicy. Zaraz za drzwiami znajdowały się schody, dosłownie kilka stopni. Nad schodami zaś siedział na wózku mężczyzna lat około trzydziestu, w nieludzko powykręcanej pozycji. – Dzień dobry – powiedział z trudem do Maćka – Czy zechciałby Pan mi pomóc? – Wypowiedzenia każdego słowa wymagało od niego wiele czasu i wysiłku. Drobna szatynka poinstruowała Maćka, za co i jak należy chwycić, przechylić i znieść na dół. Przytrzymała drzwi, a wózek z jej mężem wyjechał na zewnątrz. – Dziękujemy Panu bardzo serdecznie – powiedziała z niewiarygodnie szczerym i pogodnym uśmiechem – miłego dnia. – Nie ma za co, do widzenia – odpowiedział nieco zbity z tropy Maciek. – Nie, zaraz, o co tu chodzi – zapytał gwałtownie. – Ale o co Panu chodzi? – nie rozumiejąc pytania odparła szatynka. – Przepraszam, nie chciałem zabrzmieć arogancko. Ale to trochę dziwna sytuacja: pani tu czatuje na przechodniów i prosi, o pomoc w przetransportowaniu prze kilka

44

schodów gościa na wózku, który jest pani mężem. I chce go pani zawieźć do pracy. No trochę to niecodzienne, pani przyzna. – Może dla pana, dla nas to codzienność, prawda kochanie – spojrzała czule na człowieka na wózku. Ten wykrzywił dziwnie twarz, co w sumie mogło być uśmiechem i potwierdził – Prawda, Zosiu. Ja panu wytłumaczę – rzekł do Maćka, przy każdej sylabie wiercąc się i śliniąc. – Jestem osobą niepełnosprawną, od 6 roku życia. Z Zosią jesteśmy małżeństwem od dwóch lat. Tak sobie pomagamy na co dzień, ja pracuję na uczelni, wykładam filozofię. Typowe małżeństwo – mężczyzna na wózku prychnął, jakby miał zaraz z spaść. Maciek zauważył, że był przywiązany do wózka skórzanymi paskami od spodni. – Ja zarabiam, Zosia zajmuje się domem. I mną. – Przepraszam najmocniej, ale śpieszymy się. Dzisiaj musieliśmy kwadrans czekać, aż pojawi się ktoś, kto mógłby nam pomóc. – powiedziała szatynka. – To może… może ja bym pomógł wam dotrzeć do tej pracy – zaproponował nieśmiało Maciek. – Naprawdę, mógłby Pan? – odpar-


źródło: www.pixabay.com

ła zaskoczona Zofia – To cudownie? A mógłby Pan z mężem dojechać pod samą uczelnię? – Yyy, przepraszam, dojechać czym? – zapytał Maciek. – No, wózkiem. To niedaleko, mąż panu wskaże drogę. Ja tymczasem lecę – zwróciła się do męża – No pa kochanie, kończysz o 20.00 tak? Ktoś cię dziś odprowadza? – Tak – odparł mężczyzna na wózku – bądź spokojna, o mnie się nie martw. Zadzwonię po wykładzie. Zosia pocałowała męża w czoło, raz jeszcze podziękowała za pomoc Maćkowi i poleciała w swoją stronę. Maciek troszkę się przestraszył, że został sam na sam z całkowicie obcym niepełnosprawnym, mającym problemy z komunikacją. Cisza nie trwała jednak długo, gdyż mężczyzna na wózku sam, mimo sporych problemów z mową, zagadnął go. – Tak w ogóle, to się nie przedstawiliśmy się sobie. Jestem Adrian, miło mi pana poznać. – Maciek, również mi miło – niepełnosprawny próbował wyciągnąć ku niemu prawą rękę, co średnio mu wychodziło,

Maciek więc po prostu ją uścisnął. – Czym się Maćku, możemy przejść na ty? Czym się zajmujesz? – Troszkę onieśmielony całą sytuacją Maciek zaczął o sobie opowiadać, pchając wózek z Adrianem wąskimi uliczkami. Zanim się zdążył zorientować, zaczął opowiadać mu o swoich problemach z pracą i z dziewczyną. Gdy na dobre zaczął się rozgadywać, dotarli już pod wydział, gdzie wykładał Adrian. Ten natychmiast zaczepił przechodzącego akurat franciszkanina i wraz z Maćkiem wnieśli go do budynku. Braciszek zmył się zaraz. Maciek zaś nie był do końca pewny, czy może tu zostawić Adriana samego. – Bardziej bym się na twoim miejscu martwił sobą, niż mną. – Zażartował. – Idź i nie bądź pierdołą. Dasz radę. – Dam – pomyślał Maciek – skoro jemu się udaje, to mnie też. 

45


R O Z M O WA N U M E R U

Wygrywa ten, kto chce wygrać S Wojciech Urban

W

ojciech Urban: Dziś już wiadomo, że kandydatura Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich była dobrym pomysłem. 11 listopada 2014 roku, ogłoszenie, że będzie on kandydował z ramienia PiS było jednak zaskoczeniem. Skąd wówczas wzięła się pewność, że Andrzej Duda okaże się dobrym kandydatem? Wojciech Kolarski: Nie było pewności, ale były trafne intuicje, przede wszystkim trafna intuicja prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który był promotorem tej kandydatury i to, na dobrą sprawę, jego decyzja zaważyła na tym, że Andrzej Duda został kandydatem Prawa i Sprawiedliwości. Osobą, która od początku była przekonana, że startuje nie po, żeby wystartować czy zdobyć dużo

46

tart Bronisława Komorowskiego dla niego był pewnym przykrym obowiązkiem. Tamten obóz nie pokazał woli zwycięstwa. Rozliczać po dwóch tygodniach prezydenta-elekta, a zapominać o rozliczeniu swojego obozu, który rządzi od ośmiu lat, troszkę zakrawa o kabaret. - Z Wojciechem Kolarskim, szefem biura europoselskiego obecnego prezydenta-elekta Andrzeja Dudy, rozmawia Wojciech Urban.

Życie na wózku wcale nie musi być nudne czy uciążliwe. Nie trzeba się tego wstydzić, bo jest to tylko dodatek, a liczy się tylko to, jakimi jesteśmy ludźmi, jakie jest nasze wnętrze.

głosów, czy uzyskać dobry rezultat, ale po to, żeby wygrać, był Andrzej Duda. I to jego przekonanie znalazło odzwierciedlenie 24 maja. W.U.: Ale dlaczego prezes Kaczyński zdecydował się postawić akurat na europosła Dudę, który wówczas nie był zbyt rozpoznawalny w skali kraju? W.K.: Prezes Kaczyński wyjaśniał już w kilku wywiadach, że w wyborach stawia na osobę młodą,

dynamiczną, ale też osobę z pewnym doświadczeniem. Taką, która jest dobrze postrzegana przez potencjalnych wyborców, która daje duże prawdopodobieństwo zwycięstwa i tym samym daje duże szanse, że będzie dobrym prezydentem. W.U.: Czy wygrał dzięki temu, że stratował z ramienia PiS-u, czy pomimo tego? W.K.: Wygrał dlatego, że bardzo ciężko pracował na swój wynik, to po pierwsze. Po drugie, wygrał dlatego, że udowodnił po raz kolejny, że w polityce obowiązuje zasada, że w polityce wygrywa ten, kto chce wygrać… W.U.: Bronisław Komorowski nie chciał? W.K.: Jak się popatrzy na kampanię, którą prowadził wciąż urzędujący prezydent, to można mieć wąt-


źródło: www.wojciechkolarski.pl

pliwości, czy rzeczywiście chciał wygrać, albo można mieć wątpliwość, czy przypadkiem nie miał czy był rzeczywiście zdeterminowany, aby prowadzić kampanię, walczyć o głosy wyborców. Jednak powszechna opinia mówi o tym, że start Bronisława Komorowskiego dla niego był pewnym przykrym obowiązkiem, a przekonanie, że prezydentura się mu należy, było dla niego czymś oczywistym. W.U.: I tym samym w dużej mierze ułatwił zadanie sztabowi Andrzeja Dudy… W.K.: W trakcie kampanii wyborczej pojawiały się takie żarty, że kontrkandydat i całe jego zaplecze wspiera Andrzeja Dudę byle jaką kampanią, ale przede wszystkim brakiem determinacji. Tamten obóz nie pokazał woli zwycięstwa. Raczej na każdym kroku demonstrował butę, pewność i pychę. Tamten obóz był przekonany, że wybory są już rozstrzygnięte, że

Bronisław Komorowski będzie przez następne 5 lat w Belwederze. W.U.: Sporo z moich znajomych, którzy deklarowali, że w drugiej turze zagłosują na Dudę, zastrzegało jednocześnie, że ten kandydat to dla nich „mniejsze zło”. Czy rzeczywiście może być on tak postrzegany? W.K.: Decyzja tego, czy innego kandydata, na zasadzie mniejszego zła sama w sobie nie jest niczym złym, jest czymś oczywistym w sytuacji, gdy dochodzi do drugiej tury i tutaj wybór jest prosty. Wyborcy głosują w jakimś sporym procencie na osobę, z której poglądami się uosabiają, na osobę, na którą nie głosowali wcześniej, ale głosują teraz dlatego, że ten kandydat jest w jakiś sposób im bliższy. Można to określić mianem „mniejszego zła”, ale jednak to mniejsze zło, jeżeli się na kogoś głosuje, oznacza również, że za tym idzie jakieś trochę większe dobro,

więc ja nie czyniłbym z tego problemu, tak zawsze jest w wyborach prezydenckich, kiedy zostaje dwóch kandydatów. W.U.: Publicysta Rafał Ziemkiewicz zauważył na facebooku, zaraz po ogłoszeniu wyników, że kampania prezydencka kandydata PiS-u bardzo przypominała mu kampanie w stylu amerykańskim, które obserwował będąc tam na stażach i wysnuł z tego takie przypuszczenie, czy aby czasem zza oceanu nie napłynęło pewne wsparcie w ramach budowania w tej części Europy potencjalnych sojuszników przeciwko Rosji. W.K.: Nie spotkałem się z takim poglądem pana Ziemkiewicza, natomiast jakbym o tym przeczytał, to tak jak teraz bym się szeroko uśmiechnął. Można powiedzieć, że to jest komplement pod adresem przede wszystkim sztabu, na czele z panią Beatą Szy-

47


źródło: www.wojciechkolarski.pl

dło, wielka pochwała, ponieważ amerykańskie kampanie wyborcze uchodzą za te najlepsze. Tam ta demokratyczna polityka tak się sprofesjonalizowała, że to, co się dzieje w amerykańskiej demokracji jest takim modelowym rozwiązaniem zachodniego świata, więc określenie amerykańska kampania jest synonimem przedsięwzięcia wysokiej klasy w polityce. Natomiast mogę zapewnić, że nie było specjalistów z Ameryki, tylko była grupa świetnych, pracowitych, rzetelnych osób z Prawa i Sprawiedliwości i to one stworzyły tą kampanię. W.U.: Niektórzy już zaczęli rozliczać prezydenta-elekta z wyborczych obietnic, mimo, że jeszcze nie został zaprzysiężony. Czy jednak zaraz po zaprzysiężeniu

48

zacznie realizować swoje postulaty, czy poczeka do jesiennych wyborów? W.K.: Mówimy tutaj o dwóch rzeczach: po pierwsze zarzuty, czy ataki na prezydenta elekta są wpisane w naturę demokracji. Tak to po prostu się odbywa, że przeciwnicy, no szczególnie tacy którzy wykazują teraz wielkie zaskoczenie a nawet pewną frustrację, że Andrzej Duda został prezydentem, od razu go atakują. W taki dosyć śmieszny sposób, bo rozliczać po dwóch tygodniach prezydenta-elekta, a zapominać o rozliczeniu swojego obozu, który rządzi od ośmiu lat, troszkę zakrawa o kabaret. Natomiast, jeśli chodzi o zobowiązania, absolutnie jestem pewien, że prezydent Andrzej Duda wywiąże się ze swoich zobowiązań, które zaciągnął przed wybor-

cami i część tych obietnic zaczął już realizować przed zaprzysiężeniem. Jedną z obietnic było kontynuowanie objazdu po Polsce, rozmów z Polakami. To się już dzieje, to się będzie odbywać do szóstego sierpnia, a po tej dacie, jak zapowiedziała pani prezes Szydło, szefowa sztabu, zostaną złożone pierwsze projekty ustaw, w tym projekt ustawy u przywróceniu wieku emerytalnego. W.U.: Biuro poselskie, którego był Pan szefem, zostało nagle rozwiązane decyzją marszałka sejmu Radosława Sikorskiego? Czy to było konieczne, jeśli chodzi o procedury prawne? W.K.: Sprawa biura ma kilka wymiarów. Z mojego punktu widzenia, jako szefa biura, najpoważniejszy problem związany z wy-


gaszeniem mandatu przez marszałka Sikorskiego posłowi Andrzejowi Dudzie polegał na potrzebie nagłego rozwiązania umów o pracę, wyjaśnienia kwestii najmu, dostarczenia tych dokumentów do Brukseli w ciągu kilku dni i to był problem natury organizacyjnej i finansowej. Natomiast nie należy zapominać, i to chciałbym teraz podkreślić, że ta sprawa ma ważny wymiar polityczny. Zachowanie marszałka mówi coś o obyczajach o obyczajach politycznych, kulturze politycznej czy raczej braku tej kultury, ponieważ marszałek sejmu zastosował interpretację przepisów skrajnie niekorzystną dla prezydenta-elekta, mimo, że, przedstawicielstwo kancelarii sejmu przy Unii Europejskiej poprosiło po pierwszej turze, w odpowie-

dzi na pytania kierowane z Parlamentu Europejskiego, udzieliło jednoznacznej odpowiedzi, że prezydent obejmuje urząd 6 sierpnia. To było pytanie o moment wygaśnięcia mandatu. Zatem zachowanie ministra Sikorskiego, który zaraz po drugiej turze na Tweeterze oznajmia o wygaśnięciu mandatu, a zrobił to jeszcze przed uroczystością wręczenia aktu o wyborze na Prezydenta Rzeczpospolitej, okazał się, powiedziałbym delikatni, małostkowy. Okazał złośliwość, która na pewno nie służy, nie pomaga prezydentowi-elektowi w jego misji. W.U.: Kto przejmie mandat w euro parlamencie? W. K.: Mandat po Andrzeju Dudzie obejmie dotychczasowy poseł na Sejm Rzeczpospolitej, pan

Edward Czesak. pi?

W.U.: Kiedy to nastą-

W.K.: Procedura jest następująca: najpierw Marszałek Sejmu musi wygasić mandat posła na Sejm, a następnie Parlament Europejski na plenarnym posiedzeniu musi podjąć decyzję o objęciu mandatu przez posła Edwarda Czesaka. Właśnie teraz jesteśmy bardzo ciekawi, czy Marszałek Sejmu okaże taką dynamikę, czy też zrobi to tak szybko. Pismo z parlamentu Europejskiego, informujące, że poseł Czesak obejmuje mandat po Andrzeju Dudzie trafiło do kancelarii Sejmu. Na podstawie tego pisma, marszałek ma wygasić mandat w sejmie, ale jeszcze tego nie zrobił, choć to pismo tam trafiło w piątek (5.06. – przyp. W.U.). źródło: www.wojciechkolarski.pl

49


W.U.: Czy rozmawiam z przyszłym szefem kancelarii prezydenta? W.K.: Rozmawia pan z Wojciech Kolarskim, którego zawodowa przyszłość rozstrzygnie się w najbliższym czasie, natomiast jaka to będzie przyszłość, to zależy, między innymi, od prezydenta. Pan prezydent Andrzej Duda podejmie decyzję co do składu swojej kancelarii i poinformuje wszystkich, jakie są to decyzje. Pamiętajmy, że dwa tygodnie temu prezydent wygrał wybory i wbrew pozorom, po to mamy te dwa miesiące do zaprzysiężenia żeby był czas na spokojnie się zastanowić nad personalnymi decyzjami, nad przygotowaniem swojego zaplecza, które będzie mu służyć przez najbliższe lata. W.U.: Kampania prezydencka, oprócz tego, że przyniosła zwycięstwo Andrzejowi Dudzie, wyniosła też na piedestał Pawła Kukiza i jego sztandarowy program – jednomandatowe okręgi wyborcze. Prezydent Komorowski zdążył już zapowiedzieć referendum w tej sprawie. Podniosło się jednak sporo głosów krytycznych, że JOW-y zabetonują scenę polityczną. Co Pan o tym sądzi? W.K.: Po pierwsze pojawia się pytanie o legalność referendum. Zdaniem niektórych konstytucjonalistów to referendum zostało ogłoszone w sposób łamiący proce-

50

dury. Natomiast jeśli chodzi o sam system wyborczy, o wprowadzenie w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych, to operujemy takim pojęciem, za którym się kryje bogata rzeczywistość. Tu jest więc pytanie, jaki to ma być system jednomandatowych okręgów wyborczych? System większościowy czy system w którym zwycięża osoba, która ma bezwzględną większość głosów w danym okręgu? Czy mówimy o systemie mieszanym, czy o systemie brytyjskim? Ja traktuję hasło „jednomandatowe okręgi wyborcze” jako takie oczekiwanie podniesienia jakości polskiego życia publicznego, ale też mam świadomość, że JOW-y są traktowane w sposób przesadny jako remedium na problemy polskiej polityki. Proszę pamiętać, że do senatu mamy 100 jednomandatowych okręgów wyborczych i podział głosów tam odzwierciedla ten podział w sejmie. Jednomandatowe okręgi wyborcze, jak każde rozwiązanie polityczne, ma swoje wady i zalety. Widzę wielką zaletę, czyli takie związanie posła, polityka z wyborcami. Natomiast wadą tego rozwiązania jest brak reprezentatywności, czy raczej ograniczenie reprezentatywności głosów. A jeżeli jeszcze dodamy do tego rozwiązanie, o którym też była mowa w kampanii wyborczej i które przynajmniej przez część


źródło: www.wojciechkolarski.pl

polityków platformy jest promowane, mianowicie likwidacja dotacji budżetowej dla partii politycznych to mamy wtedy bardzo niebezpieczną sytuację, nie tylko petryfikacji obecnego układu politycznego, ale gwarancję budowy politycznego kapitalizmu, czyli takiej politycznej korupcji na wielką skalę. Jednomandatowe okręgi wyborcze plus brak finansowania partii oznacza, że osoby z dużymi pieniędzmi będą w stanie wpływać na proces wyborczy, poprzez, mówiąc wprost, kupowanie głosów, albo kupowanie posłów. I to jest bardzo niebezpieczne rozwiązanie, także tu jest jak w przysłowiu o dobrych intencjach, którymi jest piekło wybrukowane. Wiele osób, które z entuzjazmem mówi o zmianie w systemie wyborczym, nie ma świadomości, że ta zmiana może się obrócić wbrew ich intencjom. W.U.: Ostatnie sondaże wskazują na to, że na jesieni w parlamencie znajdą się trzy partie: PiS, PO i nieistniejące jeszcze ugrupowanie Pawła Kukiza. Czy w takiej sytuacji PiS będzie chciał budować koalicję z Kukizem? W.K.: Pamiętajmy, że do wyborów mamy ocean czasu. Badania opinii publicznej robione dzisiaj mówią o pewnych trendach, o opiniach, poglądach w dniu dzisiejszym. To wielkie ryzyko ekstrapolować z tych wyników, jak będzie wyglądać przyszyły parlament. To pierwsze zastrzeżenie.

Drugie, te wyniki, biorąc pod uwagę, wybór Andrzeja Dudy, który „rozhermetyzował system”, spowodował, że zaczęło się takie gwałtowne ruchy w obrębie systemu politycznego. Zaczyna się mówić o nowych partiach. Rządząca partia gwałtownie traci, mówi się o nowych inicjatywach, więc to wszystko powoduje, że jeszcze trudniej jest przewidywać, jakie będzie rozstrzygnięcie wyborcze za parę miesięcy. Natomiast, co do współpracy w przyszłym parlamencie, tym bardziej nie należy mówić o tym w dniu dzisiejszym. To dopiero od wyników wyborów zależy z kim się rozmawia o sojuszach, wtedy się dopiero buduje większość zdolną do tworzenia rządu. Z całą pewnością ruch, dla którego punktem odniesienia jest Paweł Kukiz, jest nowym fenomenem, jeszcze bliżej nieokreślonym. Na pewno takim, który wprowadza pewną zmianę w systemie politycznym, to na pewno. Natomiast dopiero jesienią okaże się, jaki kształt ten ruch ostatecznie przyjmie. Bo na razie wiadomo, że ma być ruchem na rzecz zmiany, ale chyba nie do końca sam ruch wie, co się kryje za tym pojęciem. Tam są różni ludzie, różne środowiska, ale niewątpliwie daje szanse utworzyć sojusz na rzecz dobrych zmian w Polsce. W.U.: Dziękuję serdecznie za rozmowę.

51


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 52

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

53


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Żydzi podpalili Kościół Rozmnożenia

54

K17.

ościół Rozmnożenia Chleba i Ryb w Tabgha nad Jeziorem Tyberiadzkim zapłonął w nocy z na 18. czerwca. Miejscowa policja szuka winnych podpalenia wśród młodych Żydów.

Rafał Growiec

O

gień poważnie uszkodził sam kościół, objął także sklep z pamiątkami, biuro pielgrzymkowe i salę spotkań, a wśród zniszczonego wyposażenia są także egzemplarze Biblii i modlitewniki. Do szpitala odwieziono benedyktyna i wolontariusza, którzy zatruli się dymem w czasie gaszenia pożaru. Najcenniejsza część kościoła i jego atrakcja turystyczna, starożytna mozaika na posadzce nie została uszkodzona. Stanowi ona część pierwotnych fundamentów z IV i V wieku, na których w latach 80. wzniesiono nowy budynek. Według tradycji jest to miejsce cudu zapisanego we wszystkich Ewangeliach (Mt 14, 12-21; Mk 6, 32-44; Łk 9, 12-17; J 6, 1-14) Micky Rosenfeld z izraelskiej policji poinformował, że ogień zaprószono w środku nocy w kilku miej-

Nie jest to pierwszy incydent w tej konkretnej świątyni. W ubiegłym roku grupa nastolatków zaatakowała kamieniami zgromadzonych wiernych, wrzucała do Jeziora ławki, oraz przede wszystkim zniszczyła krzyż.

scach. Teorię o podpaleniu o podpaleniu umacnia napis na ścianie budynku, będący cytatem z żydowskiej modlitwy codziennej, w której padają prośby o wyniszczenie pogan i bożków. Zatrzymano do wyjaśnienia szesnastu młodych osadników z Zachodniego Brzegu, w tym dziesięciu mieszkańców

osiedla Icchar, uważanego za bastion radykalizmu judaistycznego. Nie jest to pierwszy incydent w tej konkretnej świątyni. W ubiegłym roku grupa nastolatków zaatakowała kamieniami zgromadzonych wiernych, wrzucała do Jeziora ławki, oraz przede wszystkim zniszczyła krzyż. Niedawno grupa Żydów zabarykadowała się w Wieczerniku w Jerozolimie, nie godząc się, by w miejscu, które uważają za grób króla Dawida odbywały się ceremonie chrześcijan. Podpalenie Kościoła Rozmnożenia zostało już potępione przez władze Izraela jako akt „tchórzowski i sprzeczny z fundamentalnymi zasadami” tego kraju. Według organizacji Rabini na rzecz Praw Człowieka, zrzeszającej rabinów i uczniów szkół rabinackich różnych odłamów, od roku


źródło: www.wikipedia.org

2009 w Izraelu, wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu doszło do ponad czterdziestu aktów nienawiści skierowanej przeciwko nie-żydom (muzułmanom i chrześcijanom), w tym do ataków na kościoły i meczety. Sprawcami są głównie ludzie młodzi, nie podlegający z tego tytułu karze. NIC DZIWNEGO Rosnący radykalizm młodych Izraelczyków nie dziwi ani w kontekście regionalnym, ani w perspektywie świata. Sama historia powstania państwa Izrael oraz stosunki z sąsiadami oraz stosunek do zamieszkujących kraj mniejszości generują mniej lub bardziej tolerowaną przez władze ksenofobię. Może być ona

powiększana przez nauki niektórych rabinów, podlegających tym samym prawom psychologii, co ich uczniowie. Mieszkaniec kraju otoczonego przez obcych etnicznie, religijnie i kulturowo sąsiadów będzie chciał podkreślić swoje prawo do zamieszkiwania swojej Ojczyzny oraz wyższość swojej kultury nad tymi, których uważa za obcych. Tym bardziej, że jedno z marzeń wielu Żydów – odbudowa Świątyni jerozolimskiej – jest uniemożliwione przez meczety (Kopułę na Skale i Meczet Al-Aksa) zajmujące jedyne miejsce, gdzie może być ona zbudowana. Część młodych Żydów zamieszkujących Izrael odwołuje się więc do doktryny, którą można najprościej

streścić w takiej hipotetycznej wypowiedzi: „To nie jest tak, że mocarstwa nie wiedziały, co zrobić z Żydami ocalałymi z Holocaustu, więc zrobili dla nich państwo pośrodku arabskiego regionu i «niech muzułmanie się męczą». To Ziemia Obiecana, należna nam z racji urodzenia i przymierza z Abrahamem. To Ziemia Święta, gdzie może być miejsca dla tych, co czczą obcych bożków i fałszywych proroków (Jezusa i Mahometa). Naszym zadaniem jest oczyścić ją z obrzydliwości i niewierności, tak jak powinno to być zrobione już dawno.” Za taką motywacją radykalizmu przemawia fakt, że za ośrodki „judaizmu konfrontacyjnego” uważane są osiedla na Zachodnim Brzegu Jordanu,

55


źródło: www.wikipedia.org

których mieszkańcy muszą jakoś usprawiedliwiać (nie tylko przed obcymi, ale też przed rodakami) zasiedlanie ziem, których w czasie wojny sześciodniowej wręcz wypędzono Palestyńczyków. Należy pamiętać, że judaizm chyba nigdy nie był monolitem. Tak, jak w czasach Jezusa: spotykał On faryzeuszy, uczonych w Piśmie, saduceuszy, herodian i uczniów Jana, po ulicach Jerozolimy grasowali sykaryjczycy, nad Morzem Martwym prawdopodobnie esseńczycy, Qumran być może zamieszkiwało kolejno kilka rożnych grup, a już diaspora była mozaiką wręcz niewyobrażalnie bogatą. Tak samo radykalni Izraelczycy są jedynie częścią bardziej złożonego obrazu. Przeciwwagą dla nich jest np. wspomniana

56

już organizacja „Rabini na rzecz Praw Człowieka”, która np. kupuje Koran i ofiaruje go meczetom, gdzie takie księgi zostały zniszczone przez radykałów. Judaizm nie posiada także żadnej „głowy” – odpowiednika papieża – a nauki poszczególnych rabinów praktycznie mogą się od siebie różnić w dowolnym stopniu. Władze Izraela nie mają też zamiaru ryzykować zbytniego wzrostu radykalizmu ze względów wizerunkowych. Dla kraju, który czerpie olbrzymie dochody z turystyki, którego stolica jest centrum pielgrzymkowym dla dwóch ogromnych w porównaniu z judaizmem abrahamowych religii, reputacja regionu niegościnnego czy nawet niebezpiecznego dla chrześcijan i muzułmanów byłaby cięż-

kim ciosem. Współczesna historia tego kraju pamięta wręcz akty terroru, wymierzone przez prywatnych fanatyków przeciw innowiercom, ale także innym, nie dość ortodoksyjnym Żydom. Trudno określić, w jakim stopniu spalenie Kościoła rozmnożenia Chleba i Ryb jest efektem zwykłej niechęci wobec samych chrześcijan, a na ile było motywowane przez jakiś autorytet moralny. Pozostaje mieć nadzieję, że władze kraju przypilnują swoich obywateli, by takie incydenty się nie powtarzały. 


57


SERIĄ PO LITURGII

Prawo do troski C

ieszy, że z ust jednego z hierarchów padają słowa o tym, że wierni mogą, a nawet powinni zwracać kapłanom uwagę na nadużycia liturgiczne. Martwi jednak, że autora tych słów należałoby zapytać o kilka elementarnych niespójności w tym, co mówi.

Wojciech Urban

C

hodzi o wywiad, jakiego abp Józef Górzyński udzielił portalowi idziemy.pl. Arcybiskup jest doktorem liturgiki, delegatem KEP-u ds. Duszpasterstwa Ministrantów i członkiem Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Osoba kompetentna do tego, by o liturgii mówić. Dlatego tym bardziej dziwi, że w rozmowa koncentruje się mocno na przepisach. „Co wolno w liturgii”. DLACZEGO? Przepisy liturgiczne są wynikiem pewnego procesu. Rzeczywistość nadprzyrodzona, którą Bóg podarował ludziom pod postacią widzialnych znaków, które sprawiają to, co oznaczają – to właśnie liturgia. Jest przestrzenią, gdzie otrzymujemy łaskę Bożą. Ograniczonemu przez swoją fizyczność człowiekowi, znaki materialne ułatwiają przyjęcie tej łaski. Ułatwiają

58

Wspólnota liturgiczna to nie tylko ci, którzy akurat są obecni w kościele. Analizując teksty mszalne, jasne się staje, że podczas liturgii stajemy jako reprezentanci całego Kościoła,

przez to, że ilustrują nadprzyrodzone działanie, które dokonuje się podczas liturgii. Określenie porządku liturgii, tego, jak powinna ona wyglądać, odbywa się poprzez odpowiedź na trzy pytania: 1. Kto i co? 2. Dlaczego? 3. W jaki sposób? Odpowiedź na dwa pierwsze pytania płynie z refleksji biblijno-teologicznej. Gdy ta zostanie udzielona, dopiero wówczas następuje określenie obrzędu i skodyfikowanie go w przepisach.

W pierwszych latach wprowadzania w Polsce soborowej reformy liturgicznej, odpowiedzialny za nią, ks. Franciszek Blachnicki zaproponował, by procesję komunijną rozpoczynali ministranci światła. Podczas śpiewu Baranku Boży brali oni świece, z którym szli wcześniej w procesji wejścia i maszerowali przez cały kościół. Za nimi podążali pozostali ministranci. Wszyscy zatrzymywali się u wyjścia ze świątyni. Po komunii kapłana formowali procesję komunijną, do której dołączali kolejni wierni. Z tego pomysłu jednak zrezygnowano (choć jeszcze w kilku parafiach w kraju można się z tym spotkać). Zapalone świece w liturgii symbolizuję bowiem obecność Chrystusa. Dlatego zapalone świece stoją przy ołtarzu, są niesione przy krzyżu w procesji wejścia, asystują przy procesji z Ewangeliarzem, przy Najświętszym


źródło: www.pixabay.com

Sakramencie. Choć jak stwierdza Konstytucja o Liturgii Świętej, Chrystus jest obecny także w zgromadzonym ludzie, to jednak w tym momencie wierni udają się by przyjąć Zbawiciela realnie obecnego w Komunii Świętej. PRYMAT WSPÓLNOTY Abp Górzyński stwierdza, że podstawowym błędem, jaki popełniamy na liturgii jest „nierespektowanie tego, że liturgia jest celebracją wspólnotową i znaki mają to wyrazić”. Tyle że parę linijek wyżej mówi, iż poszczególne konferencje episkopatów mają możliwość wprowadzania pewnych dostosowań, dlatego „możliwa jest […] sytuacja, że to, co na terenie działania jednej konferencji episkopatu będzie dopuszczalne, na terenie drugiej może nie istnieć.” Jedną kwestią jest to, że w dzisiejszych czasach występuje olbrzymia migracja ludzi. Często więc zdarza się, że uczestniczymy w Mszy świętej w parafii, gdzie pewne gesty odbiegają nieco od tego, co zawarte jest w mszale, bo episkopat mógł tak postanowić. To jednak niewielki problem, gdyż na-

zwyczaj możemy się z lokalnymi zwyczajami zapoznać wcześniej. Jest jednak druga kwestia, dużo poważniejsza. Wspólnota liturgiczna to nie tylko ci, którzy akurat są obecni w kościele. Analizując teksty mszalne, jasne się staje, że podczas liturgii stajemy jako reprezentanci całego Kościoła, składamy Bogu ofiarę w jedności z papieżem, z wszystkimi biskupami i z całym Ludem Bożym. Chcemy więc stanąć przed Bogiem w jedności ze wszystkimi braćmi w wierze, ale nasze gesty temu przeczą. Pewne rzeczy robimy po swojemu. Skoro zachowanie jedności we wspólnocie liturgicznej jest takie ważne, to czemu pozwalamy na takie dysonanse? Podręcznikowym przykładem takiego dwój-myślenia jest kwestia przyjmowania Komunii Świętej na rękę. Abp Górzyński twierdzi, że w krajach, gdzie praktykuje się tylko przyjmowanie Komunii na rękę, powinniśmy również zachować ten zwyczaj, aby wyrazić jedność ze wspólnotą. Mam jednak wrażenie, że w drugą stronę to nie działa. Tzn. jeśli ktoś w Polsce

chciałby przyjąć Komunię na rękę, sprzeciwiałby się tym samym jedności, natomiast kapłan, który sugerowałby dostosowanie się do lokalnych zwyczajów, spotkałby się z zarzutem o rubrycyzm, wstecznictwo, brak miłości i tolerancji. ZA MAŁO BOGA Od początku reformy liturgicznej była ona krytykowana ze strony środowisk konserwatywnych o protestantyzację liturgii. Jednym z powodów tej krytyki była koncentracja na wspólnocie. Mimo, że większa świadomość wspólnotowości Kościoła jest pożądana, to jednak nigdy nie można stawiać w centrum liturgii wspólnoty. To miejsce zarezerwowane dla Boga. Takiego zastrzeżenia brakło w przywoływanej rozmowie. Mówi natomiast abp Górzyński, że: „Chodzi przecież o to, byśmy tę Mszę Świętą przeżywali wspólnotowo”. Nie dodaje jednak, że wspólnota między ludźmi będzie możliwa dopiero wtedy, gdy człowiek zbuduje wspólnotę z Bogiem. Bo to w końcu Bóg tworzy z nas wspólnotę.

59


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 60

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

61


Człowiek lubi sobie poczytać o miłości T

KULTURA

ak powiedział pewien inżynier poszukującej tematu do reportażu Hannie Krall w latach siedemdziesiątych. Autorka była gościem specjalnym trzeciej edycji Europejskiej Nocy Literatury we Wrocławiu (13 czerwca). Po raz pierwszy oprócz wieczornego czytania książek odbyło się spotkanie z pisarzem.

Andrea Marx

P

odczas Nocy Literatury w różnych zakątkach Wrocławia znani aktorzy czytają nieznaną prozę z całego świata. Jak to wyglądało? Pierwsze czytanie odbyło się o godzinie 18.00, następnie co pół godziny wymieniały się grupy słuchaczy aż do godziny 22.30. Jednak zanim rozpoczęła się ta część wydarzenia (i zanim na Wrocław spadł deszcz), czytelnicy mieli okazję spotkać się z Pierwszą Damą reportażu w Auli Leopoldina (gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego) i wysłuchać kilku najciekawszych fragmentów czytanych przez Maję Ostaszewską. O MIŁOŚCI Porady inżyniera, jak zrobić reportaż, Hanna Krall opisała w zbiorze „Sześć odcieni bieli” wydanego w 1978, a wznowionego w 2015 roku. Fragment ten był czytany jako pierwszy podczas spo-

62

Jak widać, można twórczość reporterki objąć tym jednym słowem – miłość – tak, jak poradził jej na początku inżynier. Trzeba jednak zauważyć, że uczucie to ma u niej wiele odcieni.

tkania, które prowadził Jacek Antczak – również reporter („Słowo Polskie”, „Gazeta Wrocławska”) i autor książki „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall” (2007). Krall chciała wydać książkę, omijając cenzurę. – Pomyślałam, że cenzura będzie łaskawsza, jeśli teksty będą o miłości – wyjaśniała podczas spotkania. Następny fragment, który można było usłyszeć, pochodził ze zbioru „Tam już nie ma żadnej rzeki” z 1989 roku. Właśnie wtedy, według

słów pisarki, rozpoczął się nurt pisania o wojnie. Była to historia Edny – dziewczyny, którą z tłumu kobiet idących w Oświęcimiu do gazu zabrał siłą jeden z SS-manów. Okazało się, że był on niegdyś nauczycielem w niemieckim gimnazjum w Katowicach, do którego uczęszczała Edna. Po latach Edna skontaktowała się przez Czerwony Krzyż ze swoim kuzynem, przyleciała do niego do Stanów Zjednoczonych i wspominała o jakimś Ralfie. „Ralf na mnie czeka”. Nie wiadomo, kim był. – Mogłam dowiedzieć się czegoś o nauczycielu z Katowic. Z jednej historii mogłaby wyniknąć druga i następna (tak było w „Białej Marii”). Nie zrobiłam tego, bo ona sobie nie życzyła – opowiadała reporterka. O (BRAKU?) MIŁOŚCI MATKI Z książki „Taniec na cudzym weselu” Maja Osta-


źródło: materiały dystrybutora

szewska przeczytała fragment opowiadania „Ta z Hamburga”. Przedstawia ono historię polskiego małżeństwa, które postanowiło ukrywać w swoim domu Żydówkę – Reginę. Dziewczyna po pewnym czasie zaszła w ciążę z Janem – gospodarzem. Aby sąsiedzi nie domyślili się prawdy, jego żona Barbara wkładała sobie za spódnicę poduszki i tak pokazywała znajomym, że oczekuje dziecka. Regina w pewnym momencie zniknęła, a jej córką opiekowali się Jan i Barbara. W wieku 25 lat Helusia dowiedziała się, że jej prawdziwą matką jest Żydówka i postanowiła odwiedzić ją w Hamburgu. Na widok córki Regina nie ucieszyła się, a jedynie z wyrzutem powtarzała: „Nie chcę pamiętać tamtych czasów… Przypominasz mi strach”. Opowiadanie porusza problem, czy należy mówić dzieciom taką prawdę. – Polskie matki żydowskich dzieci mówiły prawdę na krótko

przed śmiercią. Te dzieci traciły dwie matki – wyjaśniała Hanna Krall. „Ta z Hamburga” została sfilmowana przez Jana Jakuba Kolskiego („Daleko od okna”, 2000). O MIŁOŚCI SZALONEJ Następnie można było usłyszeć wyimek z „Króla kier znów na wylocie” (2006). Tematem dzieła jest szalona miłość Izoldy, która stara się za wszelką ceną wyciągnąć swojego męża z obozu w Mauthausen. Aktorka odczytała przejmujący fragment o tym, jak kobieta, widząc w mieście różne pary, wyobraża sobie, że to mogłaby być ona i jej mąż: „Przepełniają ja dziwne uczucie. Nie ją, tylko jej kolano. Kolano zaczyna tęsknić do ręki. Nie ona tęskni; kolano staje się żywym, osobnym, tęskniącym tworem. Przygląda się ręce mężczyzny, ale nie o tę rękę chodzi kolanu. Oddycha z ulgą: nie pamięta, jak jadł lody, ale jej kolano pamięta jego rękę”.

O ZAUROCZENIU Może nie miłość, a raczej zauroczenie pokazuje reportaż „Pierwsze piętro. Medycyna i poezja” ze zbioru „Wyjątkowo długa linia” (2004). Na spotkaniu Maja Ostaszewska przywołała opis spotkania dwójki poetów: Józefa Czechowicza i Franciszki Arnsztajnowej. Hanna Krall podczas spotkania powiedziała, że Arnsztajnową urzekał talent Czechowicza. Czytali oni wspólnie wiersz „Inwokacja” autorstwa pierwszego z nich. Wspólnie – bo Arnsztajnowa była niedosłysząca i kiedy poeta próbował odczytać pierwsze wersety, starsza kobieta poprosiła, by podszedł do niej i recytował do tuby, którą zwykle przykładała w takich sytuacjach do ucha. „LICZĘ DWADZIEŚCIA DWA PIĘTRA! – krzyknął do czarnej, bakelitowej rury. Umilkł. Roześmiał się. TO SIĘ NIE NADAJE DO POEZJI! – znów krzyknął. DO PROZY MOŻE, ALE NIE DO POEZJI!”. Jak

63


widać, można twórczość reporterki objąć tym jednym słowem – miłość – tak, jak poradził jej na początku inżynier. Trzeba jednak zauważyć, że uczucie to ma u niej wiele odcieni. WIEDZA REPORTERA „Różowe strusie pióra” (2009) to kolekcja wypowiedzi, które przez 50 lat czytelnicy kierowali – mówili i pisali – do Hanny Krall. – Ludzie myślą, że ja wszystko wiem. To jest oczywiście nieprawda. Wiem tyle, ile dowiedziałam się od moich bohaterów – tak autorka komentowała najczęstsze pytania. Powołując się na przykład jednej z nich – lekarki, która w obliczu nieszczęścia wykonywała bez emocji swoje obowiązki – dodała, że zawsze trzeba robić swoje. Nawet wtedy (albo zwłaszcza wtedy), gdy nie można już zrobić nic innego. Na końcu spotkania – podobnie jak na początku

– zabrzmiały brawa, a do autorki ustawiła się kolejka fanów z książkami w rękach, aby uzyskać jej pamiątkowy podpis na swoim egzemplarzu. Tymczasem w innych miejscach Wrocławia aktorzy już przygotowywali się do czytań. CO, KTO, GDZIE? Maja Ostaszewska po spotkaniu z Hanną Krall pozostała w Auli Leopoldina, aby wrocławianom czytać fragment najnowszej powieści Sofi Oksanen, pół Finki, pół Estonki, „Gdy zniknęły gołębie”. Finlandzką prozę prezentowała również Maja Bohosiewicz w Galerii Miejskiej – był to zbiór opowiadań „Wiadomość” twórczyni Muminków Tove Jansson w przekładzie Teresy Chłapowskiej i Justyny Czechowskiej. Aktorzy Teatru Polskiego, Bartosz Porczyk i Mariusz Kiljan, czytali odpowiednio: „Nietzschego na balkonie” Carlosa Fuentesa z Meksyku

i „Bliskość” Marina Mălaicu-Hondrariego z Rumunii. Burza i ulewny deszcz zaskoczył dopiero „rozkręcających się” aktorów czytających na zewnątrz fragmenty powieści „Jaśnie Pan” katalońskiego pisarza Jaume’a Cabré oraz „Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” Białorusina Uładzimira Niaklajeu. Wojciechowi Bonowiczowi udało się „uciec” do Instytutu Historii Sztuki (czytał na dziedzińcu). „Ostatnie słowo” Hanifa Kureishiego czytał w Centrum Sztuki WRO Łukasz Garlicki, „Mezopotamię” Serhija Żadana w Starym Ratuszu – Eryk Lubos. W lokalizacjach związanych dawniej z wrocławskimi targami książki – Galerii BWA i Muzeum Architektury – czytali najnowsze powieści Umberta Eco i Michela Houellebecqa Katarzyna Herman i Jacek Braciak. ____________ Źródło: http://wroclaw2016.pl/enl/ źródło: materiały dystrybutora

64


65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

67


Jak spaścić kryminał? Z

KLASYKA

nakomita obsada aktorska niekoniecznie jest w stanie wybronić słaby film. Zwłaszcza jeśli w dużym stopniu do tych słabości się przykłada. Świadczy o tym „Kolekcjoner kości” (1999), który zdaje się być jedną, wielką, kryminalną pomyłką.

68

Anna Zawalska

S

tworzony na podstawie powieści Jeffery'ego Deavera zapowiadał się ciekawie. Dodając do tego Denzela Washingtona i Angelinę Jolie w rolach głównych trudno było przejść wobec produkcji obojętnie. Pozytywne rekomendacje zachęciły do obejrzenia tej produkcji jeszcze bardziej. Kiedy przyszedł czas na seans po dwudziestu minutach coś było nie tak, a poczucie straconego czasu i ogromnej pomyłki towarzyszyło już do samego końca filmu. Nie, to na pewno nie jest dobry film. Ale po kolei. „Kolekcjoner kości” opowiada historię nowojorskiego detektywa Lincolna Rhyme’a, który dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom stał się jednym z najlepszych kryminologów w kraju. Wydał sporo książek na ten temat i prowadził badania w tej

Główny trzon spełnia wszelkie wymogi kryminału – mamy zagadkę, która sukcesywnie zostaje rozwiązywana, żeby w końcu doprowadzić widza do właściwego zakończenia. Jednak gdyby wziąć pod uwagę wątki poboczne, które zostały ledwo co liźnięte, to niestety całość wiele traci i robi się mocno miałka.

dziedzinie. Właściwie każda zbrodnia z jego pomocą była do rozwiązania. Niestety nie wszystko potoczyło się dobrze – podczas oględzin miejsca zbrodni Rhyme doznaje wypad-

ku, którego konsekwencją jest paraliż całego ciała. Detektywa poznajemy w momencie kiedy cierpi na depresję, której jednak nie chce po sobie pokazać. Jednak prośba skierowana do przyjaciela, aby ten zorganizował dla niego „ostatnie przeniesienie” daje do zrozumienia, że ten człowiek nie chce już dłużej żyć i nie widzi sensu w takiej egzystencji. Z tego stanu wyrywają go tajemnicze morderstwa i jeszcze bardziej tajemnicze ślady pozostawiane na miejscach zbrodni przez zabójcę. Lincoln zostaje poproszony o pomoc w śledztwie i znalezieniu sprawcy. Pomaga mu w tym wschodząca gwiazda kryminologii odkryta przez detektywa, młodziutka Amelia Donaghy, która ma być ciałem i oczami Rhyme’a, docierać tam gdzie ten z wiadomych przyczyn dotrzeć nie może. W taki


źródło: materiały dystrybutora

sposób nie tylko rodzi się bólach śledztwa nie tylko rozwiązanie układanki i znalezienie mordercy, ale również specyficzna relacja pomiędzy mistrzem, a uczennicą. Cała historia została poprowadzona całkiem zgrabnie. Jej główny trzon spełnia wszelkie wymogi kryminały – mamy zagadkę, która sukcesywnie zostaje rozwiązywana, żeby w końcu doprowadzić widza do właściwego zakończenia. Jednak gdyby wziąć pod uwagę wątki poboczne, które zostały ledwo co liźnięte, to niestety całość przez to wiele traci i robi się mocno miałka. Weźmy chociażby kwestię samobójstwa ojca Amelii – traumatyczne przeżycie, które kształtuje ją jako osobę rozbitą emocjonalnie i chwiejną, a z drugiej stro-

ny upartą. Widać, że kobieta nie potrafi się pogodzić z tragiczną śmiercią ojca policjanta. Nie dowiadujemy się jednak niczego istotnego w kwestii dlaczego tak to na nią wpłynęło, nie ma ani słowa o jej relacji z ojcem. To sprowadza cały wątek do suchej informacji, którą dostajemy tylko po to, by wytłumaczyć sobie dlaczego dziewczyna jest taka, jaka jest. Brakuje jakiejś głębszej analizy, czy refleksji nad tym w jaki sposób na człowieka oddziałują tragiczne wydarzenia z życia. Tak samo pobieżnie zresztą została potraktowana relacja głównych bohaterów. Pomimo początkowych zgrzytów coś ich do siebie ciągnie i decydują się ze sobą pracować. Z czasem nawet kobieta zaczyna czuć sympatię

do nieco apodyktycznego detektywa. Jednak ostatnie sceny, kiedy Amelia w sposób bardzo intymny dotyka Rhyme’a dają do zrozumienia, że zrodziło się między nimi coś większego. Trudno jednak powiedzieć co i w jaki sposób zaiskrzyło, bo tego twórcy zdecydowali nie ujawniać. Chociaż pomiędzy bohaterami najlepszym rozwiązaniem byłaby relacja na zasadzie ojcieccórka, to jednak twórcy zdecydowali odbiorcę skonsternować i sprawić, by nie był on pewny na co właściwie patrzy. Pod tym względem relacja została poprowadzona bardzo słabo, czuć tutaj swego rodzaju dziwność i niestosowność. W końcu warto omówić kreacje aktorskie. Taki duet jak Danzel Washington i Angelina Jolie powinien na ekranie lśnić i wprowadzać

69


w zachwyt. Niestety jedyne w co wprowadza to irytację. Washington stworzył ze swojej postaci irytującego geniusza, wystylizowanego zdecydowanie na siłę – ktoś za wszelką cenę chciał, żeby ten bohater uważany był wszem i wobec za wybitną jednostkę pod względem intelektualnym. Zamiast rozegrać to delikatnie, to wyjątkowość niemal kipi z głównego bohatera i jest niesamowicie nienaturalna. Jolie natomiast poprowadziła Amelię bardzo nieumiejętnie – jej mimika, chwiejność i wiecznie obecne łzy w oczach irytowały w równym stopniu co wrodzony geniusz w wykonaniu Washingtona. Zamiast twardej i upartej pani detektyw dostajemy kobietę, która nie jest pewna ani trochę swoich działań i następnych kroków. Nie wie co robić i daje się prowadzić za rękę jak mała

dziewczynka. Australijski reżyser Phillip Noyce znany jest z takich hitów jak „Silver” (1993) czy nowszego „Dawcy pamięci” (2014). Wyreżyserował również serial telewizyjny „Zemsta” (2001-2015). W „Kolekcjonerze kości” nie popisał się kunsztem reżyserskim i stworzył dziełko, które jest mocno nijakie i pozbawione iskry. Przez to widz po dwóch godzinach seansu ma przeświadczenie, że ten czas zmarnował. Wydawać by się mogło, że reżyserowi po prostu zabrakło wizji. Historia opisana w powieści Jeffery'ego Deavera być może potencjał miała, ale Noyce po prostu go nie wykorzystał. Zrobił minimum, którego niestety nie ogląda się przyjemnie. Widz czuje się po prostu zawiedziony. Chcąc znaleźć chociaż jeden plus „Kolekcjonera kości” należy zwrócić uwa-

gę na muzykę, która została świetnie wkomponowana w nastrojowość filmu. Craig Armstrong znany z muzyki do takich hitów jak „Moulin Rouge” (2001) czy „Wielki Catsby” (2013) stanął na wysokości zadania i stworzył kompozycję, która świetnie podnosi jakość filmu. Nie jest zbyt gwałtowna, ani napastliwa. Przez swoją delikatność wprowadza widza w świat śledztwa amerykańskich detektywów. Dla kogoś, kto chce obejrzeć dobry kryminał „Kolekcjoner kości” zdecydowanie nie jest odpowiednim wyborem. Jednak jeśli ktoś jest po prostu wielbicielem urody Angeliny Jolie, bądź sympatykiem kreacji Denzela Washingtona, to może po ten film sięgnąć.

źródło: materiały dystrybutora

70


71


Były sobie „Duchy” trzy W „P

KSIĄŻKA

związku z kolejnym wznowieniem kultowej dawniej serii, tym razem w postaci filmu oltergeist”, postanowiłem cofnąć się do lat 80. i sprawdzić, co sprawiło, że powstały aż trzy części pierwotnej serii. I dlaczego tylko trzy.

72

Rafał Growiec

S

erię zapoczątkował film z roku 1982 r, zatytułowany „Poltergeist”, co oznacza w parapsychologii siłę, czy też ducha, których obecność przejawia się poprzez stuki, puki, przesuwanie przedmiotów. Do czasów filmu, nazwa ta znana była jedynie tropicielom nawiedzonych domów i pasjonatom tematu. Być może dlatego polski dystrybutor uznał, że ludzie prędzej pójdą do kina na „Ducha”. Reżyserem oficjalnie jest Tobe Hooper, choć tak naprawdę funkcję tę pełnił Steve Spielberg. Nie mógł on jednak kręcić żadnego innego filmu z powodu kontaktu z wytwórnią odpowiedzialną za E.T. Bohaterką wszystkich trzech pierwotnych części jest Carol Anne (w tej roli Heather O'Rourke), córka Steve'a i Diany Freelingów. Jej ojciec, pracownik firmy deweloperskiej odpowia-

Cały klimat ideologiczny filmu orbituje wokół parapsychologii, czyli niby-nauki zajmującej się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Życie pośmiertne dalekie jest od ortodoksji religijnej chrześcijaństwa. Przypomina raczej filozoficzne czy pseudonaukowe gdybania o przejściu na wyższy poziom istnienia czy opowieści o śmierci klinicznej

da za sprzedaż domów w Cuesta Verde, gdzie też zamieszkuje z rodziną – żoną, dwojgiem starszych dzieci (Robbie', i Daną) i najmłodszą, już wspomnia-

ną. Gdy jego córka najpierw słyszy dochodzące z telewizora głosy, a potem meble zaczynają się poruszać, wszystkim wydaje się to nawet zabawne. W końcu jednak drzewo rosnące w ogródku próbuje zjeść Robbiego, a w tym samym czasie w garderobie znika Carol Anne. Dopiero wtedy do akcji wkraczają „fachowcy”. Wraz ze sprowadzoną później medium Tanginą (Zelda Rubinstein) opracowują plan odzyskania dziewczynki z rąk duchów, ale także ze szponów demona, nazywanego „Bestią”. Punktem kulminacyjnym jest odkrycie, że firma w której pracuje Steve zbudowała „nawiedzony” dom na starym cmentarzu, jednak dla oszczędności nie przeniosła całych grobów, a jedynie nagrobki. Widz może spokojnie interpretować to jako przyczynę gniewu zmarłych i ich niemożliwości


źródło: materiały dystrybutora

zaznania wiecznego spokoju. O logice zastosowanych tu rozwiązań technicznych w części pt. „Klątwa?”. Film od strony technicznej, jak na lata 80. był niezły. Zaryzykuję stwierdzenie, że chwilami ówczesne efekty specjalne przerastają współczesne, gdyż spece od FX naprawdę chcieli oszukać widza i dbali o realizm, a dzisiejsi mają przeświadczenie, że i tak wszyscy wiedzą, że wszystko jest dziełem komputera. Makabryczne nieraz widoki robią wrażenie, nie porażają sztucznością czy nachalnością. Sceny, gdy widzimy efekty specjalne są zgrabnie przeplatane z okresami „zwykłych ujęć”, z których jednak nie znika nastrój grozy. Grą aktorską wybijają się dwaj najmłodsi aktorzy – Heather O'Rourke i Oliver Robbins. Ich przerażenie, zaciekawienie, niepewność czy radość są zagrane świetnie. Niekiedy jednak ich zdolności były przeceniane. W scenie duszenia Robbiego doszło do awarii

sprzętu i ramiona klauna naprawdę uniemożliwiały Olivierowi oddychanie. Gdy chłopak spurpurowiał, Spielberg zachwalał jego talent. Dopiero po chwili ekipa uratowała młodego aktora. „ONI WRÓCILI” Choć „jedynka” kończy się w sposób sugerujący, że kłopoty rodziny Freelingów minęły, sukces filmu nie pozwalał na happy end. W roku 1986 pojawił się więc sequel, tym razem reżyserem został Brian Gibson. Był to jego pierwszy i ostatni nakręcony horror, zaś po jego premierze przez siedem lat nie mógł znaleźć zajęcia w przemyśle filmowym. Akcja filmu „Duch II: Po drugiej stronie” rozgrywa się rok po wydarzeniach z pierwszej części. Po przeprowadzce do matki Diany wszyscy starają się żyć w miarę normalnie. Ale już np. bez telewizora – z wiadomych przyczyn. Najstarsza córka, Dana, wyjeżdża na studia... Nie ma jednak zaplanowanej w scenariuszu sceny z jej udziałem. Babcia odkrywa u Carol Anne

nadprzyrodzone zdolności, rzekomo u nich rodzinne. Kilka godzin później umiera. W okolicy zaś pojawia się kaznodzieja Henry Kane, bardzo zainteresowany Carol Anne. Wkrótce, za pomocą zabawkowego telefonu, duchy wracają. Tym razem, oprócz Tanginy Freelingów wspiera Taylor, indiański szaman. Ten doradca (anty)duchowy podkreśla rolę ojca, jako obrońcy i tego, kto jednoczy rodzinę. Tymczasem Tangina odkrywa pod domem w Cuesta Verde masowy grób z XVIII wieku, gdy pewien kaznodzieja namówił swoich zwolenników do zamknięcia się w jaskini w oczekiwaniu na koniec świata (który nie nadszedł). Teraz wielebny Kane jako Bestia wciąż szuka sposobów, by zatrzymać przy sobie swoich wiernych, a potrzebuje ku temu nikogo innego jak tylko Carol Anne. I Prawo Kontynuacji Filmowej mówi, że musi być więcej, szybciej i drożej. Mamy więc więcej efektów specjalnych, a pobyt „po

73


drugiej stronie” to już nie tylko lina oblepiona galaretką i błyski. Cały film miał być nakręcony w technologii trójwymiarowej, z czego jednak została jedna scena z piłą mechaniczną i jedna z Bestią w całej okazałości. Ze względu na śmierć jednego z aktorów w czasie kręcenia zdjęć, grającego Kane'a Julliana Becka, niektóre sceny zapętlono, podkładając pod nie głos – film był więc częściowo dubbingowany. Skrócono także pierwotną wersję ze 136-ciu minut do ledwo 86-ciu minut. Fabuła sugeruje, że była szyta niejako na potrzeby kontynuacji hitu. Bestia, przewodząca czy niewoląca dusze staje się człowiekiem z odpowiednią historią. Pod cmentarzem znajduje się jaskinia, choć nie ma o niej żadnej wzmianki w pierwszej części. Być może to usilne staranie odbiło się na wynikach finansowych „Ducha II” – zarobił on w Stanach jedynie czterdzieści milionów dolarów, podczas gdy jedynka – siedemdziesiąt sześć milionów (a wychodziła przecież w tym samym czasie, co kasowy E.T. Spielberga). „WRÓCILIŚMY!” Mimo takich a nie innych wyników finansowych, a także śmierci kolejnego aktora w roku 1988 powstała część trzecia,

74

Poltergeist III: . Jedynymi aktorkami, które zagrały we wszystkich trzech filmach są Heather O'Rourke i Zelda Rubinstein. Kolejny raz zmienił się reżyser – tym razem był to Gary Sherman. Akcja z okolic sielskich i wiejskich przeniosła się do Chicago, do wieżowca John Hancock Centre. Tam Carol Anne została wysłana przez rodziców do swojej ciotki, Pat i jej męża, Bruce'a, by uczyć się w szkole dla uzdolnionych dzieci z problemami emocjonalnymi. Podobnie jak krewni, tak dyrektor placówki dr Seaton nie wierzy w wersję wydarzeń przedstawioną w pierwszych filmach. Jego zdaniem dziewczynka posiada dar masowej hipnozy. I właśnie przez hipnozę nauczyciel przypomina Carol Anne wielebnego Kane'a a tym samym sprawia, że upiory wracają. Nawiedzają tym razem nie rodzinny domek, a stupiętrowy drapacz chmur. Tym razem ich głównym siedliskiem są lustra, ale także kałuże, baseny, słowem: wszystko w czym pojawia się odbicie. Przejmują odbicia ludzkie, przeciągają na drugą stronę, same wychodzą i udają oryginały. Wiele ujęć wymagało użycia odpowiedniej techniki – tak, by postać przed lustrem zachowywała się inaczej niż jej odbicie. Część aktorów miała do zagrania


źródło: materiały dystrybutora

podwójne role – „dobre” i „złe”. Jest to jedyny film z serii film, gdzie ktokolwiek ginie z rąk duchów (wcześniej dochodzi jedynie do załamania nerwowego jednego z parapsychologów po dość wstrząsającej wizji w „jedynce”, w tym samym filmie umiera także kanarek). Mało brakowało, a film nie trafiłby do kin. W czasie post-produkcji zmarła na stole operacyjnym grająca Carol Anne Heather O'Rourke. Gary Sherman rozważał przełożenie premiery, jednak MGM zagroziło, że jeśli to zrobi, zostanie zwolniony i zastąpiony kimś, kto bardziej zważa na to, ile pieniędzy już wydano. Na żądanie studia dokręcono także inne, bardziej efektowne zakończenie (choć sam Sherman zapiera się, że nigdy do czegoś takiego nie doszło). KLĄTWA? Jako jedyny film z serii, „Duch III” posiada zakończenie sugerujące następną część. Demoniczny śmiech Kane'a wręcz wieszczy: „Ja tu wrócę!”. Przez blisko ćwierć wieku nie doszło jednak do nakręcenia „czwórki”. Powód? Przede wszystkim – śmierć Heather O'Rourke, głównej dziecięcej aktorki serii. Nie była to pierwsza tragiczna śmierć wśród ludzi związanych z ekipą. Tuż po premierze „jedynki” grającą najstarsza córkę Freelin-

gów, Dominique Dunne zamordował jej były chłopak. W roku 2009 zamordowano także odtwórcę jednej z ról pierwszoplanowych, Lou Peryymana. Odtwórca roli Kane'a zmarł na zdiagnozowanego przed rozpoczęciem zdjęć raka żołądka, grający szamana Taylora Will Sampson – z powodu powikłań po przeszczepie. Informacje te stworzyły mit „klątwy serii Poltergeist”, mającej jakoby być efektem zemsty z zaświatów. Paradoksem (a może esencją amerykańskiej logiki) jest główny zarzut wobec twórców Poltergeista. W filmie o tym, jak źle kończy się bezczeszczenie zwłok dla oszczędności (tak, jak zrobiła to firma deweloperska w Cuesta Verde), użyto prawdziwych ludzkich szkieletów zamiast plastikowych... dla oszczędności. Miało to miejsce w pierwszej i drugiej części. Bez wiedzy aktorów. Gdy sprawa wyszła na jaw, zażądali oni egzorcyzmów. Zdaje się jednak, że wytwórnia zbytnio się nie przejęła zagrożeniami duchowymi, a całą sprawę życia pośmiertnego traktowała jedynie w kontekście materiału na dobry film. MĘTNE PRZESŁANIE Cały klimat ideologiczny filmu orbituje wokół parapsychologii, czyli niby-nauki zajmującej się zjawiskami nadprzyrodzonymi.

75


Życie pośmiertne dalekie jest od ortodoksji religijnej chrześcijaństwa. Przypomina raczej filozoficzne czy pseudonaukowe gdybania o przejściu na wyższy poziom istnienia czy opowieści o śmierci klinicznej (sławetne światło, ku któremu dążą zmarli). W pierwszej i drugiej części najpierw Tangina, a potem Taylor stawiają jeden warunek udzielenia pomocy: że Freelingowie będą słuchać ich rad, nawet jeżeli jest to sprzeczne z ich wychowaniem jako chrześcijan. W efekcie grupa parapsychologów, medium i indiański szaman jawią się jako realna siła wobec nieobecnego chrześcijaństwa. Jedynym duchownym jest wielebny Kane, który prowadzi swoich wyznawców ku zagładzie (i robi im zdjęcia na długo przed wynalezieniem aparatu fotograficznego). W drugiej

części filmu hymn religijny „Lord is in his holy temple” (w wersji lektora: „Pan jest w swojej świątyni”) stanowi motyw towarzyszący Bestii i jej wyznawcom. Ciężko też określić, jak stały był zamysł samych twórców scenariusza. Kane raz jako Bestia odciąga swoich wyznawców od światła (Duch I i II), innym razem chce przejść z nimi na drugą stronę (Duch III). To gdybanie jest podlukrowane pięknymi słowami o miłości, która jest jedyną obroną przed zakusami rozwścieczonych złych mocy. Jedynie ci, którzy kochają Carol Anne – czy to ojciec, matka, ciotka czy nawet zmarła – są w stanie wyrwać ją ze szponów Kane'a. W porównaniu z mrocznym entourage całego filmu kwestie na temat siły rodziny wynikającej z miłości matczynej czy ojcowskiej zdają się do bólu

przesłodzone i sztuczne. Nie obyło się też bez drobnego „wsparcia materialnego”: w drugim filmie okazuje się, że (gdy miłość nie daje rady) zawsze można chuchnąć ucieleśnionemu duchowi w nos innym duchem, a po drugiej stronie dziabnąć go świętą włócznią Indian. W „Duchu III” naszyjnik Tanginy zapewnia posiadaczowi absolutną ochronę przed Bestią. Seria „Duch”, jak widzimy, jest specyficzna: obarczona złą famą, obciążona parapsychologicznymi trendami swoich czasów, ale także szacunkiem widzów i prorodzinnym przesłaniem nieśmiało przebijającym się spod „drobnych” kwestii typu zbezczeszczenie zwłok. Czy remake będzie lepszy niż oryginał? Czy może jedynie droższy? Zobaczymy wkrótce. 

źródło: materiały dystrybutora

76


77


Polska, halucynacja, taka sytuacja KSIĄŻKA

W O

78

Michał Wilk

J

a wolę stanąć w ogóle gdzieś z boku, bo mam z tą książką problem. O ile w trakcie czytania przekonywałem się, że Szczerek popełnił znakomitą powieść, o tyle po przerzuceniu ostatniej strony, uświadomiłem sobie, że to mnie właściwie ni ziębi, ni parzy. Właściwie trudno określić dlaczego, przecież to znakomita powieść. Napisana jest językiem, który pochłania się w ilościach przekraczających jakiekolwiek normy. Wartka, dynamiczna, pełna zwrotów akcji fabuła, jak w pierwszorzędnym thrillerze. Do tego zaskakujące motywy, bohaterowie wyczarowani w sposób nadzwyczajny, ale przede wszystkim te przemyślenia dotyczące Polski, polskości i Polaków. Przemyślenia o kulturze i mentalności, nierzadko zestawionej z europejskim kontekstem. Wszystko skła-

ielu recenzentów ma problem z najnowszą książką Szczerka. Jedni zarzucają jej wtórność. dwołują się do Gombrowicza, Wyspiańskiego, a nawet jeszcze dalej, bo do Mickiewicza, Słowackiego. Drudzy zachwalają i piszą, że czegoś takiego jeszcze nie było, że to odważna i ciekawa książka, przede wszystkim o ważnych dla Polaków sprawach. Zajęcie pozycji pośrodku zdaje się oportunizmem i wycofaniem z krytyki. Być może.

Słusznie zwraca się uwagę, że jedynym narzędziem w literaturze polskiej może być groteska, ale tylko dlatego, że jeśli ktoś bierze się na poważnie za ważne tematy, to popada od razu w patetyczne zadęcie, grzmi od razu i zaczyna od wysokich tonów.

da się w ciekawą lekturę, którą warto polecić każdemu, chociażby na otrzeźwienie. Tylko że jak spojrzę szerzej i wezmę pod uwagę swoje uwagi, pojawiające się w trakcie lektury oraz zaraz po niej, to mam wątpliwości, czy ogólna ocena

może być tak przychylna. Bo czy fakt traktowania o polskich mitach, stereotypach, przywarach, ironizowanie i odpowiednie ich obrabianie jest wystarczający, by nazwać książkę genialną? Albo czy fakt, że Szczerek rozlicza się z kategoriami polskości i „polactwa” – a robi to na swój sposób arcyciekawie – pozwala na określenie Siódemki przełomową publikacją? Nie wiem, naprawdę. Z jednej strony jest to ogólne rozprawianie się z Polską, odważne i pełne dystansu. Z drugiej jednak ubrane w kostium pijackiego lub narkotycznego zwidu, mogący być równie dobrze nabieraniem samego siebie. Czy to wszystko jest naprawdę? Czy ta polbrukowa Polska, z nachalną szyldozą i pseduozachodnim parciem ku rozwojowi to jawa, czy halucynacja? Czy Polska typowych Marcinów,


źródło: materiały dystrybutora

Januszów i innych to rzeczywistość, czy koszmary Pawła, który porusza się w powieści jak w transie? Zacznijmy jednak od początku. Treść przedstawia się prosto. Paweł Żmejewicz, dziennikarz, główny bohater Siódemki wyrusza z Krakowa do Warszawy, gdzie ma zdążyć na bardzo ważne spotkanie. Jedzie więc drogą krajową numer siedem, a więc tytułową siódemką, „szós polskich królową”. Jedzie drogą, która jest „kręgosłupem państwa”, ważniejszą jeszcze bardziej niż Wisła. Polska, kraj znad Wisły staje się więc krajem znad Siódemki, zbudowanym wokół tej szosy, jak wokół swoistego axis mundi. I wokół tego właśnie Szczerek konstruuje powieść.

Siódemka nie jest jednak typową opowieścią drogi czy podróży. Paweł przemierza co prawda kraj, przebywa w paru miejscach i przemieszcza się z punktu do punktu, ale tu nie samo podróżowanie jest najważniejsze. Istotne jest to, co dzieje się po drodze, co w trakcie i poza tym wszystkim. Podróż staje się pretekstem. A droga? Jedni zwracają uwagę, że jest bohaterką, najważniejszą postacią i punktem odniesienia do całości. Pewnie coś w tym jest. Tylko cóż by znaczyła siódemka, gdyby nie przylegające do niej miejscowości, stacje benzynowe, szyldy i nachalne reklamy? Ponadto ważny jest czas akcji: 1 listopada, Święto Zmarłych. A właściwie nie

wiadomo co konkretnie, bo to ani amerykańskie Halloween, ani pogańskie Dziady (i tu można sobie zadać pytanie, ile jest Polski w Polsce). W każdym razie to najładniejsze polskie święto, jak dowiadujemy się z powieści. I zdarzają się przeróżne sytuacje. Jest miejsce dla Wiedźmina Geralta, łapiącego stopa, Klinersów, walczących z tym ogólnym polskim szajsem, brzydotą architektoniczną i temu podobną „chujowizną”. Jest miejse dla ożywających i przeklinających królów Polski, szatanów, demonów i bestii wszelkiej maści, a także dla ludzi wietrzących spiski na każdym możliwym kroku. Zatem właściwie dla wszystkiego tego, co rozsądny człowiek widzi na co dzień w tym kraju, choć co

79


źródło: materiały dystrybutora

ubrane jest w zupełnie inny kostium. No właśnie, kostium. W przypadku Siódemki mamy do czynienia z fantastycznym makijażem i przebraniem, którego powstydziłby się nawet Pilipiuk ze swoim Wędrowyczem. (Porównywać jednak ich nie podobna.) Wkraczamy w głąb opowieści i Polski, jak w piekielne kręgi Dantego. Tylko że czasami zamiast wchodzić w głąb, patrzymy na sprawy z góry i widzimy szerszy kontekst, widzimy nawet całą Europę, Świat. Nie bez przyczyny pojawiają się te motywy demonologiczne. Poza postaciami, mamy do czynienia z siedmioma rozdziałami, zatytułowanymi imionami demonów i szatanów, np. Asmodeusz, Belzebub czy Belfegor. Ciekawym zabiegiem jest też narracja

80

drugoosobowa. Otwierające zdanie brzmi: „No więc siedzisz, Paweł, w swoim oplu vectrze, siedzisz i jedziesz przez skacowany, wymęczony Kraków, sam też zresztą jesteś skacowany i wymęczony, wyjeżdżasz z Krakowa, jedziesz na Warszawę” i tak dalej. Nie będę zdradzał, kto jest narratorem, bo warto się przekonać samemu. To rzeczywiście mało spotykane w literaturze, ale formalny wybieg to nie wszystko. I mknie się dalej tym słowotokiem, aż miło. Naprawdę. Powieść Szczerka czyta się znakomicie, pochłania właściwie naraz, jeśli ktoś chce, choć sugeruję rozsądne dawkowanie. Warto zatrzymać się w paru miejscach, przemyśleć pewne sprawy, nie wchłaniać ich zbyt szybko i biernie, tylko poddać refleksji. Zatrzymać

się czasem i zastanowić. A potem utrwalić w głowie, by nie dać się następnym razem wrobić w jakieś polityczno-społeczne zagrania, którymi jesteśmy bombardowani każdego dnia. Szczerek rozprawia się z polskimi mitami, stereotypami i przywarami, przede wszystkim tymi najnowszymi, tymi, które można spotkać w dzisiejszej Polsce. Stąd zderzają się dwie płaszczyzny: teraźniejszości i uniwersalności treści. Siódemka przedstawia kraj nam dobrze znany, w którym łatwo się odnaleźć, ale posługuje się ponadczasowym kodem, przez co ujawniają się pewne polskie memy (jednostki informacji kulturowej, nie obrazki – żeby była jasność). Ową uniwersalność ułatwia też otwarte zakończenie, choć jak się okazuje, to


tylko pozory. Do ostatniego zdania powieści sądziłem, że nie będzie jasnego i konkretnego finału, przez co Siódemka zyskałaby na wartości, przez co zostawiłaby czytelnika z wielkim znakiem zapytania w głowie, z pytaniem, na które nie ma łatwej odpowiedzi. Szczerek jednak zamknął powieść, do tego w sposób prosty, by nie rzec, prostacki. Spośród trzech postscriptów, drugi stawia końcową klamrę i Siódemka się zamyka, ot tak. Jednym zdaniem uporządkowany zostaje cała Polska, i to dzięki superbohaterowi polskiej popkultury. Mnie ten koniec bardzo rozczarował, dlatego mam tak letni stosunek do tej książki. Naprawdę warto przeczytać, ale uważajcie na koniec. Postscriptum. Słusznie zwraca się uwagę, że je-

dynym narzędziem w literaturze polskiej może być groteska, ale tylko dlatego, że jeśli ktoś bierze się na poważnie za ważne tematy, to popada od razu w patetyczne zadęcie, grzmi od razu i zaczyna od wysokich tonów. Nie potrafi się we współczesnej literaturze polskiej (i kulturze też) przekazać mądrych treści w dobrej formie. Albo bije się w wielkie dzwony, albo dzwonki, by nie powiedzieć cymbałki. I taka jest nieco Siódemka Szczerka. Pouczająca, ale ubrana w zbyt niepoważne fatałaszki. Bo czyż ludzie chcieliby czytać o polbrukowej Polsce, chorej na szyldozę z manią mniejszości, gdyby opis był wolny od pijackich zwidów? Wzięto by powieść za polityczne ujadanie, typowe polskie narzekania. A tak? Pośmiać

się można, zarechotać, że Geralt (który Geraltem wcale nie jest) podróżuje stopem, że Pawełek pije wiedźmińskie eliksiry i ma tak zwane haluny. I jedzie w tę Polskę, jedzie polskich szós królową. Czytelnik śmieje się, nieraz po pachy, może uroni łzę wzruszenia i zrozumienia. Może nawet zaduma się nad swoim losem i zaboli go serce. Ostatecznie jednak wzruszy ramionami, szepnie sobie wzdychając: a to Polska właśnie – i tyle. Człowiek staje się inteligentnym o te paręset stron, tylko co z tego, skoro to była popkulturowa halucynacja? Szczerek, Siódemka, taka sytuacja.  Ziemowit Szczerek, Siódemka, Kraków: Korporacja Ha!art 2014.

źródło: materiały dystrybutora

81


Ostatnia podróż z Białym Wilkiem O

GRY

Mateusz Nowak

82

Zacznę prosto z mostu. "Wiedźmin 3: Dziki Gon" to najlepsza gra, w jaką kiedykolwiek miałem przyjemność grać. Arcydzieło pełną gębą, którego drobne błędy nie są w stanie w żaden sposób zdyskredytować. Odstęp czasowy od wydarzeń, którymi zakończyli się "Zabójcy królów" jest niemały, a Geralt stawia tym razem bardziej na osobistą walkę niż zbawianie świata. Ta modyfikacja w fabule bardzo mi się spodobała. W końcu nasz wiedźmin walczy przede wszystkim o tych, których kocha - Yennefer i, co najważniejsze, Ciri. Oczywiście gra daje nam możliwość wyboru kochanki, więc jeśli Yennefer nie przypadnie nam do gustu, to możemy nadal wdawać się w romans z Triss. Prawdą jest jednak, że serce tego oryginalnego Geralta, z sagi Sapkowskiego, zawsze należało do

najnowszym "Wiedźminie" w mediach zostało już napisane i powiedziane bardzo wiele. Renomowane portale internetowe na całym świecie prześcigają się w zachwytach nad produkcją CD Projekt Red. Średnia ocen powyżej 9/10 - to mówi samo za siebie. I ja, jako wierny fan sagi Sapkowskiego, a także pierwszych dwóch gier z serii, nie wyobrażałem sobie, by nie wyruszyć w kolejną podróż z Geraltem i przekonać się na własnej skórze, czy zachwyty są uzasadnione.

Wciągająca, wspaniała, zachwycająca, ponadczasowa. Epitetów mógłbym namnożyć jeszcze wiele, a wszystkie byłyby w podobnym tonie. Po prostu jest to gra niemalże idealna. Niemalże, bo jednak nie da się ukryć, że zdarzają się różnego rodzaju drobne bugi

czarnowłosej czarodziejki. Romanse są jednak jedynie tłem, nie wychodzą na pierwszy plan. Praktycznie każde zadanie główne, które zostaje przed nami postawione, przypomina nam o głównym celu naszej podróży - uratowania Ciri przed Dzikim Gonem.

Nie będę tłumaczył wszystkiego po kolei, jeśli kogoś bardziej interesuje kim jest Ciri, a czym Dziki Gon, to odsyłam przede wszystkim do książek Sapkowskiego. Bez wątpienia najnowszy wiedźmin fabularnie to gra stojąca na najwyższym poziomie. Twórcy nie zawiedli, a różnorodność wyzwań i możliwości poprowadzenia wątku głównego, jest naprawdę imponująca. Duży ukłon został zrobiony w kierunku graczy, którzy czytali sagę. Przytaczane są różne historie, a także pojawia się wiele postaci z książek, których zabrakło w dwóch pierwszych grach. I na pewno sprawi to dużą przyjemność każdemu fanowi twórczości Sapkowskiego. Osią rozgrywki jest oczywiście historia i fabuła, to na niej oparta jest w głównej mierze gra. Jednak i najlepszy scenariusz byłby


źródło: materiały dystrybutora

niczym, gdyby nie wszystkie pozostałe elementy składające się na całość produkcji. Zacznę od oprawy graficznej, wokół której pojawiało się sporo zamieszania. Zarzucano producentom, że zmniejszyli wyraźnie jakość grafiki w stosunku do tego, co mogliśmy obserwować na pierwszych zdjęciach czy filmikach promocyjnych. Może i tak jest, jednak myślę, że ludziom trochę się w głowach poprzewracało, bo gra nadal wygląda imponująco, nawet na minimalnych wymaganiach sprzętowych, przy najsłabszych detalach. A tylko dzięki temu zabiegowi słabsze maszyny mogą sobie poradzić z udźwignięciem "Dzikiego Gonu". Optymalizacja może nie została wykonana

aż tak dobrze, jak w przypadku GTA V, jednak nadal "Wiedźmin 3" jest produkcją, do której nie potrzebujemy kupować nowego i bardzo drogiego sprzętu. Oczywiście, o ile nie wymagamy od gry grafiki zapierającej dech w piersiach. Jeśli chcemy puścić "Wiedźmina" na najwyższych detalach i cieszyć się nim w pełnej krasie, to oczywiście trochę pieniędzy będziemy musieli wydać. Jednak na szczęście nie jest to konieczne do czerpania dużej przyjemności z rozgrywki. Dobra, o fabule i grafice już było. Co jednak z samą rozgrywką? Jest nieźle. System walki przypomina trochę ten znany z "dwójki", jednak został udoskonalony. Geralt może teraz wykonywać dwa rodzaje uników, do tego

parować ciosy i wyprowadzać kontry. Do pokonania różnych potworów przydają nam się różne znaki, nawet axii, który uznawany był w poprzednich grach za najbardziej bezużyteczny. Tak jak w "Zabójcach królów", Geralt może wykorzystywać w walce również petardy, które jednak trzeba uprzednio wykonać i których pod ręką mamy jednak mocno ograniczoną liczbę. Nowością jest kusza, która najbardziej przydaje się przeciwko latającym przeciwnikom, a także gdy Geralt znajduje się pod wodą. Zmieniono również, w stosunku do poprzedniej części, przygotowywanie i korzystanie z eliksirów (pozwalających uzyskiwać różne dodatkowe efekty). Eliksiry tworzymy tylko raz, a gdy wyczerpią się nam

83


ich zapasy, przechodzimy w tryb medytacji i ich zasoby odnawiają się, jeśli mamy w ekwipunku alkohol. Eliksirów możemy używać teraz w każdej chwili, a nie tylko w trybie medytacji. Daje to większe możliwości w walce, dzięki czemu czasem udaje się wyjść zwycięsko z rywalizacji nawet z dużo cięższym przeciwnikiem. Jaskółka już nieraz uratowała mi życie i na pewno nie jestem w tym osamotniony. Ciekawie prezentuje się również proces budowania postaci. Jak w każdym, szanującym się erpegu, nie mogło tego oczywiście zabraknąć i w "Wiedźminie 3". Doświadczenie zdobywamy głównie wykonując poszczególne misje, za zabijanie potworów jest ono dużo mniejsze niż w poprzednich częściach gry. To nam daje motywację do wykonywania wszelkich zleceń i zadań pobocznych, bardziej niż bezmyślne bieganie po puszczy i wybijanie wszystkiego, co nas próbuje zabić. Zresztą zadania są naprawdę ciekawe i zróżnicowane, nie odczuwamy znużenia, ponieważ każde ma za sobą jakąś ciekawą histo-

84

rię. Jest nawet misja, w której musimy ochraniać guślarza wykonującego obrzęd dziadów. Widać, że twórcy się napracowali i wykonali kawał doskonałej roboty, korzystając z ogromnych możliwości kultury słowiańskiej. Wbicie każdego kolejnego poziomu daje nam punkt umiejętności, który możemy spożytkować w dowolny sposób. Mamy do rozwoju ścieżki szermierki, znaków i alchemii. W każdej z nich jest do wyboru aż 20 pozycji, z czego każdą z pozycji można ulepszać kolejnymi punktami umiejętności. Jednak w jednym czasie możemy korzystać maksymalnie z dwunastu umiejętności i to dopiero po zdobyciu już naprawdę wysokiego poziomu. Powoduje to, że musimy się naprawdę dobrze zastanowić, jaką obrać strategię, jak rozwijać naszego wiedźmina, żeby nam najbardziej pasował i był skuteczny w walce. Świat stworzony przez CD Projekt Red jest naprawdę przeogromny. Już pierwsza lokacja - Biały Sad - daje nam sporo do zwiedzenia i odkrycia, a to tak naprawdę


źródło: materiały dystrybutora

dopiero początek. Velen jest gigantyczne, to ogromna przestrzeń, w której jest kilkanaście różnych wiosek, a zagadkowych miejsc dziesiątki. Bardzo dużo roboty dla wiedźmina. Novigrad to wielkie i piękne miasto, jakiego świat gier chyba jeszcze nie widział, choć przy rozmiarze całego Velen oczywiście nie robi aż takiego wrażenia. Wątek główny zawiedzie nas również na Wyspy Skellige, których jest kilka i do tego każda oddzielona morzem i na każdej kolejne interesujące miejsca do odkrycia. Mówiąc szczerze, nie wierzę, że ktokolwiek jest w stanie spędzić nad tą grą mniej niż 150 godzin i odkryć wszystkie tajemnice tego świata. Sam się o tym póki co nie przekonam, bo zbliżająca się sesja egzaminacyjna, kazała mi odpuścić póki co granie. Jednak jak tylko sesja da mi spokój, to z całą pewnością wrócę do wirtualnego świata CD Projekt Red. Inaczej się po prostu nie da. Wciągająca, wspaniała, zachwycająca, ponadczasowa. Epitetów mógłbym namnożyć jeszcze wiele, a wszystkie byłyby w

podobnym tonie. Po prostu jest to gra niemalże idealna. Niemalże, bo jednak nie da się ukryć, że zdarzają się różnego rodzaju drobne bugi, czasem również ni z tego, ni z owego gra wyrzuca do pulpitu, jednak te wypadki zdarzają się na tyle rzadko, że nie kładą się cieniem na mojej ocenie całej produkcji. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam naprawdę poczucie, że bardzo dobrze wydałem pieniądze. A przykład "Wiedźmina" pokazuje, ile prawdy jest w stwierdzeniu "Polak potrafi". Oj, potrafi i to naprawdę bardzo dużo. Z jednej strony duma rozpiera, a z drugiej żal ściska, że to, według zapowiedzi producentów, ostatnia gra z Geraltem w roli głównej. Pozostaje więc tylko cieszyć się tym, co zostało nam dane przez CD Projekt Red i liczyć na to, że ich następne produkcje będą równie udane. 

85


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 86

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 87


To jest szalona impreza!

ROZMOWY

R

88

Krzysztof Reszka

K

rzysztof Reszka: Czym jest “Klika” i jak do niej trafiłaś?

Anna Jaskółka: Prawda jest taka, że byłam kiedyś w pewnym duszpasterstwie i czytałam sobie Pismo Święte. Natrafiłam na taki fragment: "wiara bez uczynków jest martwa". Bardzo mnie dotknęło, że nie robię nic dobrego. Pomyślałam sobie że to, że jestem w duszpasterstwie jest tylko i wyłącznie z korzyścią dla mnie - spotykam się z ludźmi, których lubię, robię rzeczy, które lubię, a więc przede wszystkim biorę, a nie daję niczego od siebie komuś, kto mógłby tego potrzebować. Wtedy zaczęłam szukać jakiejś organizacji, która by pomagała osobom niepełnosprawnym. Usłyszałam o wspólnocie "Burych Misiów", która zajmuje się osobami niepełnosprawnymi psychicznie, ale stwierdziłam że to jednak nie

egularnie się bawią, podróżują, pływają i ciągle poznają nowych ludzi. Wspólnymi siłami sięgają tam, gdzie sami nigdy by nie dotarli. Każdy na swój sposób przełamuje bariery. Zdobywają swoje własne szczyty, aby odkrywać to, co w życiu najpiękniejsze. O wielkiej przygodzie z "Kliką" - Katolickim Stowarzyszeniem Osób Niepełnosprawnych i ich Przyjaciół, opowiada Ania Jaskółka.

Regularne przebywanie z daną osobą skłania do otwierania się. Jeżeli pomagasz komuś często, to rozmowy same przychodzą i zwykłe znajomości rozwijają się w świetne przyjaźnie.

jest dla mnie. Później pojechałam z moim duszpasterstwem na imprezę sylwestrową i tam poznałam takiego Krzyśka Reszkę (śmiech). Pomyślałam, że skoro on zna różne środowiska katolickie w Krakowie, to może słyszał o jakiejś organizacji charytatywnej zajmującej się osobami niepełnosprawnymi. A on powiedział, że jest “Klika” u dominikanów i zna Roberta Bednarza, który jest na wózku i bardzo chętnie pozna

więcej osób, które mogłyby czasem gdzieś z nim wyjść na spacer, do kościoła czy na imprezę. A ja pomyślałam: "Może to jest właśnie to!". Co ciekawe okazało się, że Robert mieszka bardzo blisko mnie. I tak zaprzyjaźniłam się z nim, nie będąc jeszcze w “Klice”. A on mnie namawiał żebym przyszła, mówił, że jest fajnie, świetne imprezy, ciekawe spotkania i w ogóle czego oni tam nie robią! Ale ja początkowo się obawiałam... Niepokoiło mnie słowo "Klika", wyobrażałam sobie, że to zamknięte środowisko. “Klika” to jest dziwna nazwa, wydawało mi się, że strasznie trudno będzie się wkręcić w to towarzystwo... A jak to wygląda naprawdę? A.J.: Gdy minęło pół roku, odkąd zaczęłam kumplować się z Robertem, on zaprosił mnie na swoje


źródło: Ania Jaskółka

urodziny. A na tej imprezie było mnóstwo ludzi z "Kliki". Robert mnie przedstawił: "to moja nowa koleżanka, Ania" - "O fajnie! A jedziesz z nami na obóz? Bo teraz jedziemy w lipcu na obóz" "Robert namawiał mnie... ale wiecie, ja nie jestem w Klice więc... tak głupio, nie?" - "no ale spotykasz się z Robertem, pomagasz mu?". Więc odpowiedziałam, że tak: "spotykamy się raz czy dwa razy w tygodniu, chodzimy na spacery, na zakupy, do kościoła... wszędzie". Wtedy usłyszałam, że na tym właśnie polega "Klika" i że w takim razie ja już w niej jestem. To było dla mnie coś wspaniałego - poczuć się tak bezwarunkowo zaakceptowaną i przyjętą z otwartymi rękami. I pojechałaś z nimi na obóz? A.J.: Tak, na początku trochę się obawiałam, ale bardzo zapadły mi w pamięć słowa, że tam jest tak wyjątkowo... Ostatecznie się zdecydowałam i pojechałam. I muszę powiedzieć, że było naprawdę super! Na

klikowym obozie są ogniska, gra się na gitarach, tańczy na dyskotekach, które sami sobie organizujemy (jest z nami DJ Wojtek, który też jest niepełnosprawny), jest pływanie, żeglowanie, spływy kajakowe. Już samo zwykłe pływanie z "Kliką" w jeziorze jest szaloną zabawą! Mamy też "chrzest" klikowy. Przechodzi go każda nowa osoba, ale to już jest owiane tajemnicą i nie mogę nic powiedzieć... Czy zdarzało się, że ktoś nie przeżył takiego "chrztu"? A.J.: Niektórzy byli o mały włos, ale zazwyczaj się udawało... To oczywiście taki żarcik. Myślę, że nie trzeba się obawiać o swoje zdrowie lub życie (śmiech). Mogę tylko powiedzieć że po "chrzcie" każdy jest brudny od stóp do głów, a jedną z atrakcji jest wspólne wskoczenie w ciuchach do jeziora w celu wstępnego opłukania się. To szalona zabawa... niezapomniana. Co jeszcze się odbywa na waszych letnich wy-

jazdach? A.J.: Na pewno nie można się nudzić! To jest taki czas, kiedy naprawdę znajduje się przyjaciół. Noce są nieprzespane, trzeba przyznać. Często gra się w gry planszowe, śpiewa się, gra, rozmawia na tematy egzystencjalne. To są nieraz naprawdę głębokie rozmowy. Ludzie się otwierają. Piękne w "Klice" jest to, że nikt tam nie czuje się dziwny. Jest tam tyle "dziwnych" osób, że każdy czuje się przyjęty, akceptowany, kochany takim, jakim jest. Dzięki temu człowiek może się otworzyć i porozmawiać na różne tematy, o których nie mógłby porozmawiać w innym towarzystwie, bo wstydziłby się lub bał odrzucenia. A "Klika" jest właśnie taka, że przyjmuje wszystkich z otwartymi ramionami. Gdzie jeździcie na wakacje? A.J.: To są często Mazury np. Rydzewo, Drawno. A na południe Polski też się udajecie?

89


A.J.: Tak, ale nie na wakacje. Mamy taki domek w górach, w Polanie. To jest w środku lasu, warunki są zabawne - trzeba palić w piecu, aby coś ugotować, WC jest nieco dalej w oddzielnym miejscu. Właścicielem tego domku był pewien ksiądz, który był zaprzyjaźniony z "Kliką". On zapisał w testamencie, że domek należy do jego rodziny, ale "Klika" ma prawo korzystać z niego trzy razy w roku. To są zwykle wyjazdy od weekendu do weekendu - jesienią, zimą i wiosną. W tygodniu jest tam zazwyczaj tylko kilka osób, a na weekendy zjeżdża się 20-40 ludzi. To jest super, bo można chodzić sobie po górach. Zdarzało się, że kogoś na wózku też wywieźliśmy na górę. Raz była taka ciekawa historia, że nasz kolega, Andrzej Duka, bardzo chciał iść w góry. Szliśmy chyba wtedy na Babią Górę. On ma taką niepełnosprawność, że jest dość drobnej postury, więc

zapakowali go do plecaka turystycznego, tak że wystawała mu tylko szyja i głowa. To było genialne, bo dzięki temu dotarł na szczyt i jego marzenie zostało spełnione. Taka jest właśnie “Klika” nie ma tam rzeczy niemożliwych. Czyli są wyjazdy letnie i trzy razy w roku wyjazdy w góry, gdzie można dojechać zwłaszcza na weekendy... A.J.: Tak, są jeszcze wyjazdy na sylwestra. Podzieleni jesteśmy na dwie grupy - studencką i rodzinną, aczkolwiek ten podział nie jest zbyt dosłowny: w grupie studenckiej jest sporo rodzin z dziećmi i osób starszych wiekowo, a do grupy rodzinnej dołączają także bardzo młodzi ludzie i studenci. Ten podział wziął się stąd, że jest nas zbyt dużo, aby udało się ogarnąć taki tłum na jednym wyjeździe. Ja jeżdżę zawsze z grupą studencką i organi-

zujemy sylwester przebierany. Co roku jest jakiś motyw przewodni i każdy się przebiera. Robimy też kostiumy osobom niepełnosprawnym. Są prześmieszne te tematy np. "morskie opowieści" wtedy wszyscy przebierali się za jakieś ośmiornice, marynarzy, piratów, statki, żaglówki. Były tematy takie, jak "bajki Disneya", "Dziki Zachód". Co roku jest coś nowego i ciekawego. Genialnie wygląda, gdy potem w tych strojach tańczymy. Zabawa jest nieziemska. Tańczy się całą noc, ale jak ktoś nie lubi tańczyć, to jest też miejsce na rozmowy albo gry planszowe. Jest naprawdę “grubo”. Organizujecie też rekolekcje? A.J.: Tak, raz w roku jeździmy na Jamną, mamy różne konferencje prowadzone przez duszpasterza "Kliki" lub zaproszonego duchownego, śpiewamy oazowe radoźródło: Ania Jaskółka

90


źródło: Ania Jaskółka

sne pieśni - tak zwana "sacro -muza". Są też spacery po pięknej okolicy. Mieszkamy w domkach, jest kościół oraz wielka sala, gdzie zwykle odbywają się wesela, a my wykorzystujemy ją do integracji. Może to nie brzmi jakoś "szałowo", ale w rzeczywistości jest niepowtarzalna atmosfera ciepła domowego, wspólnoty, jedności, radości. To jest wyjazd weekendowy - wyjeżdża się w piątek wieczorem, a wraca w niedzielę. W sierpniu jest też pielgrzymka do Częstochowy, jedni idą pieszo, a inni jadą na wózkach. Gdy słucham tego, co mówisz, to odnoszę wrażenie, że takie przebywanie razem i pomaganie sobie bardzo zmienia mentalność i spojrzenie na życie, człowiek chyba odkrywa coś w sobie samym? A.J.: Tak jest. Na każdego to działa inaczej. Już

widziałam różne metamorfozy osób w "Klice". Ja sama przeszłam metamorfozę. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że dawniej byłam osobą, która pomaganie ludziom traktowała zadaniowo np. w tym momencie muszę kogoś nakarmić, a potem go położyć spać i zrobię to jak najlepiej. A "Klika" bardzo uwalnia od czegoś takiego, przynajmniej mnie uwolniła. Dzięki temu mogę podchodzić do sprawy na zasadzie: "Spoko, jesteś moim przyjacielem, więc ci zrobię kolację, ale jak mi się nie chce, to ci powiem, że mi się nie chce i ktoś inny ci zrobi. Albo nie zrobię żadnej kolacji, ale pójdziemy gdzieś na pizzę i też będzie dobrze". Nie jest tak, że osoba niepełnosprawna to jest ktoś "inny", kogo trzeba słuchać we wszystkim i mu służyć. Osoba niepełnosprawna to mój zwykły przyjaciel, taki sam, jak każdy inny przyjaciel czy kumpel. Tak samo mogę go

opieprzyć, mogę wymagać od niego, polemizować z nim czy pożartować z niego. Podchodzę do niepełnosprawnego oczywiście z szacunkiem, ale w pełnej równości. Czyli bez szantażu moralnego, bez źle pojętej litości czy patosu, tylko spontaniczna przyjaźń z drugim człowiekiem w pełnej wolności? A.J.: Tak, to jest mój przypadek. Ale są inne przypadki przemiany, np. ktoś najpierw boi się osób niepełnosprawnych, ucieka, kiedy widzi taką osobę, nie potrafi z nią rozmawiać, bo nie wie, co powiedzieć... Ale to się zmienia po prostu, to są niesamowite historie. "Klika" daje dużo radości. Widzę też takie metamorfozy, że ktoś np. był osobą bardzo depresyjną a w "Klice" znalazł tyle radości, przyjaciół i wolności, że zaczął cieszyć się życiem i dostrzegać jego piękno. A co jeśli ktoś się

91


źródło: Ania Jaskółka

wstydzi pomagać niepełnosprawnym w korzystaniu z kąpieli czy toalety? A.J.: Ludzie w "Klice" są bardzo "wylajtowani". Jeżeli czegoś nie chcesz robić, to nie robisz - pełna wolność. W "Klice" nie można sobie nie poradzić. Są osoby, które deklarują wprost, że nie są w stanie pomóc nikomu w higienie osobistej, więc pomagają w inny sposób. Ale takie opory po pewnym czasie zazwyczaj mijają. Rozmowy przy kąpielach są najlepsze, często wesołe lub bardzo egzystencjalne. Regularne przebywanie z daną osobą skłania do otwierania się. Jeżeli pomagasz komuś często, to rozmowy same przychodzą i zwykłe znajomości rozwijają się w świetne przyjaźnie. Mówisz, że w "Klice" jest wiele przyjaźni, a czy są też małżeństwa osób niepełnosprawnych? A.J.: Jest mnóstwo par i to każdego rodzaju, a więc związki dwóch osób pełno-

92

sprawnych lub zdrowej z niepełnosprawną. Jest też Asia Sych i Rysiu - ona jest na wózku inwalidzkim, a on jest niewidomy. Na razie nie są małżeństwem, ale są w sobie bardzo zakochani i radzą sobie, także z pomocą innych osób. Są też małżeństwa osób niepełnosprawnych z pełnosprawnymi np. Bawer i Grażyna Aondo-Akaa, Bogdan i Justyna Ślusarkowie, Hania i "Grucha". Ostatnio nasza Justynka wyszła za mąż za Pawła - on jest pełnosprawny, ona jest "wózkowiczką" (czyli w slangu klikowym osobą jeżdżącą na wózku). A poza wyjazdami na Mazury, w góry, na sylwestra czy rekolekcje, jak funkcjonujecie tu na miejscu w Krakowie? A.J.: Funkcjonujemy tak, jak normalni przyjaciele. Jeśli chodzi o stałe punkty programu, to co miesiąc jest spotkanie "Kliki". Najpierw msza święta u dominikanów, potem spotkanie do wieczora, a po nim idziemy wszyscy

razem na dyskotekę albo na pizzę, albo na pizzę i piwo albo dyskotekę i piwo - tak po prostu jak dorośli ludzie, którzy się lubią. Żyjemy jak przyjaciele. Gdy czegoś potrzebujesz, to dzwonisz do kogoś lub piszesz na Facebooku. Pewnie częściej się zdarza, że osoba niepełnosprawna czegoś potrzebuje i pyta, czy możesz gdzieś ją zabrać, czy pójść z nią na zakupy... Najczęściej takie ogłoszenia są na Facebooku, ktoś wrzuca ogłoszenie w naszej grupie, że jest jakiś film, impreza czy koncert. Ale masz wolny wybór - jeżeli masz inne plany, to nie ma problemu. W "Klice" jest mnóstwo ludzi - bardzo szeroki wachlarz różnych osobowości i charakterów, dlatego każdy może tu znaleźć swoją bratnią duszę.  Klika zaprasza na wspólne wakacje! Więcej informacji w zakładce "Aktualności" na stronie http://klika. krakow.pl/ s


93


Boks w klinczu

PUBLICYSTYKA

ZW

94

Łukasz Lubański

M

ecze bokserskie umilały czas. Dla społeczeństwa osaczonego komunistyczną zarazą były prawdziwą odskocznią od szarej rzeczywistości. Tak, Polska była pięściarską potęgą. Kluby świetnie prosperowały, w kasie Polskiego Związku Bokserskiego nie brakowało funduszy, a z igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata i Europy zawodnicy regularnie wracali z workiem medali. Ojcem sukcesów był legendarny trener Feliks Stamm. To właśnie urodzony w 1901 r. w Kościanie „Papa” – bo tak nazywali go jego podopieczni – wychował kilkudziesięciu medalistów olimpijskich, mistrzostw świata i Europy; między innymi Zygmunta Chychłę, Jerzego Kuleja, Zbigniewa Pietrzykowskiego – który w finale IO w Rzymie w 1960 r. napsuł krwi legendarnemu Cas-

nostalgią wracają pamięcią do minionej epoki. spominają zwycięstwa i chwałę, bo przecież biliśmy wówczas − dosłownie − cały świat. I nie chodzi tu o komunistyczny beton. Chodzi o kibiców boksu, bo jeżeli czegoś z PRL-u może im brakować, to właśnie sukcesów na ringu, medali z olimpiad i mistrzostw, ligi bokserskiej i stojących na światowym poziomie rodzimych turniejów. Dobrze było, ale się skończyło.

Brak bieżącej wody, prądu, ogrzewania – nawet zimą – sypiący się tynk, to standardowe problemy, z jakimi borykają się sekcje bokserskie. Brakuje nawet samych klubów.

siusowi Clayowi (Muhammad Ali) − czy Mariana Kasprzyka. Rok po śmierci „Papy”, czyli w 1977 roku, postawiono trenerowi metafizyczny pomnik – zainaugurowano coroczny turniej nazwany jego imieniem. Przez lata Turniej im. Feliksa Stamma cieszył się ogromnym prestiżem. W dniach, w których się odbywał do Warszawy przyjeż-

dżały największe gwiazdy boksu olimpijskiego (amatorskiego). No właśnie, przyjeżdżały. UPADEK NA DNO „Marian Kasprzyk, niegdyś wspaniały bokser, powiedział, że dzisiejsi zwycięzcy „Stamma” nie mieliby żadnych szans w starciu ze zwycięzcami z jego czasów” – mówił z niesmakiem Andrzej Kostyra, komentator boksu po zakończeniu 30. memoriału im. Feliksa Stamma w 2013 roku. Z nostalgią wspominał lata świetności: «Pamiętam czasy, kiedy polski boks amatorski był najwspanialszy. Na „Stammie” walczyli medaliści olimpijscy, ścisła elita światowa. Pamiętam rok 1987, kiedy w swoich kategoriach wagowych zwyciężali Lennox Lewis i Andrzej Gołota. Każdego roku hala była wypełniona po brzegi publicznością, nawet na walkach


źródło: www.pixabay.com

eliminacyjnych». To już przeszłość. Turniej im. Feliksa Stamma to wciąż najbardziej prestiżowe zawody pięściarskie w kraju, ale bez żadnego znaczenia za granicą. Najlepsi pięściarze świata traktują go obecnie jak prowincjonalny mityng bokserski. O spadku rangi turnieju świadczą również zmiany lokalizacyjne: polskie mekki boksu, gdzie regularnie organizowano memoriał − Hala Mirowska i Hala Torwar, odeszły do lamusa. O ile jeszcze niedawno mecze finałowe można było oglądać w komfortowych warunkach przy ul. Łazienkowskiej 6A, o tyle ostatnia edycja została w całości przeprowadzona w Hotelu Gromada na Okęciu. Kiedyś Turniej im. Stamma określano mianem sportowego święta,

dziś w oczach przeciętnego kibica jest on co najwyżej odskocznią od domowych awantur, czymś zbliżonym do piwnego spotkania z kolegami z osiedla. Wiele do życzenia pozostawia nie tylko atmosfera, ale również poziom sportowy. Można rzec: jaki boks, taki turniej. „W boksie panują proste zasady. Niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale teoria i prawdziwa walka na ringu czasem nie idą ze sobą w parze” – powiedział po przegranej walce finałowej na ubiegłorocznym „Stammie” Damian Kiwior, reprezentant kraju. I trudno nie przyznać mu racji. Zresztą − jak głosi znane porzekadło − żeby odnieść sukces, najpierw trzeba w niego zainwestować. W tym przypadku stworzyć odpowiednie wa-

runki do uprawiania boksu. Lecz niestety, o ile młodzi pięściarze – średnia wieku polskiej kadry olimpijskiej ledwo przekracza 20 lat – z pewnością dają z siebie wszystko, o tyle działacze Polskiego Związku Bokserskiego nie wymagają od siebie zbyt wiele. KASA MISIU, KASA „Czego można oczekiwać od zawodników, jak nie ma niczego!” – grzmiał w kuluarach ostatniego Turnieju im. Feliksa Stamma jeden z członków sztabu szkoleniowego polskiej kadry. Po chwili, wściekły po przegranej walce jednego z podopiecznych, dodał: „Nie ma wsparcia finansowego! Nie ma odpowiednich warunków do treningu! Zawodnicy dają z siebie wszystko, ale jak mają w takiej sytuacji osiągać wyniki?!”.

95


W boksie amatorskim po prostu nie ma kasy. Brak bieżącej wody, prądu, ogrzewania – nawet zimą – sypiący się tynk, to standardowe problemy, z jakimi borykają się sekcje bokserskie. Brakuje nawet samych klubów. Daleko nam do Stanów Zjednoczonych, gdzie młodzież może wręcz przebierać w placówkach treningowych. Nie pomaga również Ministerstwo Sportu, dla którego priorytetem są bardziej popularne dyscypliny, jak piłka nożna czy siatkówka. „Jeżeli dostajemy teraz (od Ministerstwa Sportu – przyp. ŁL) 250 tys. zł, żebyśmy się zakwalifikowali na olimpiadę, to jest to trochę tak, jakbyśmy dali rodzinie pięcioosobowej 50 zł, żeby wyjechała na wakacje. Naprawdę, tak się nie da” – powiedział w 2013 roku Wiesław Rudkowski, srebrny medalista olimpijski z Monachium z 1972 roku, były trener kadry narodowej. RĘKA RĘKĘ MYJE Brakuje funduszy − nie brakuje afer. Warto wspomnieć chociażby sytuację z ubiegłorocznych kobiecych mistrzostw świata w Korei Południowej, podczas których zdyskwalifikowana została – a

96

następnie zawieszona na miesiąc przez międzynarodową federację AIBA − Sandra Drabik. Powód: niedopełnienie formalności przez Polski Związek Bokserski. O pięściarstwie głośno było również w lutym 2014 roku, kiedy wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego Mustafa Kocinoglu ranił kilkukrotnie nożem międzynarodowego sędziego Zbigniewa Zagrodnika. Kocinoglu, znany w środowisku jako awanturnik, zaatakował sędziego po tym, jak ten odmówił wiceprezesowi „ustawienia” walki bokserskiej. Reakcja prezesa PZB Zbigniewa Górskiego po wydarzeniu? − śmieszne oświadczenie z przeprosinami i… zawieszenie (czyli nie natychmiastowe wydalenie) wiceprezesa ze związku. Patologia. Czego zatem można wymagać od młodych pięściarzy, którzy ryzykują zdrowie, a nawet życie reprezentując, w sposób uczciwy − i bez godziwego wynagrodzenia − Polskę? Od tych dwudziestolatków, którym działacze nie zapewnili niezbędnych w karierze sportowej możliwości regularnych walk. Zlikwidowali krajową ligę bokserską, dzięki której pięściarze mogli podnosić


źródło: www.pixabay.com

umiejętności. Zawodnikom pozostały jedynie: rzadko organizowane turnieje, takie jak Turniej im. Feliksa Stamma; turnieje krajowe, czyli te na niskim poziomie, które nie rozwijają pięściarzy, a na zapewnienie startów w mocno obsadzonych zawodach międzynarodowych często brakuje pieniędzy… Chyba, że zawodnicy sami je zdobędą. A także założona 2012 roku − oczywiście przez prywatną spółkę, a nie przez związkowych działaczy − biorąca udział w rozgrywkach międzynarodowej ligi World Series of Boxing (odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów) drużyna Rafako Hussars Poland. Lecz nie oszukujmy się, powstanie „Husarii” jest wprawdzie pozytywnym impulsem, ale z całą pewnością nie jest receptą na podniesienie dyscypliny z kolan. Zresztą sam prezes drużyny, Jarosław Kołkowski, przyznał przed rokiem, że udział w lidze WSB powinien być dla naszych zawodników sposobnością do pokazania umiejętności, a nie – jak ma to miejsce w rzeczywistości – jedynie możliwością nauki. Według Mariusza Serafina, eksperta bokserskiego, największą bolączką pol-

skiego boksu jest brak takich działaczy w Polskim Związku Bokserskim, którzy... chcieliby zmian: «PZB potrzebuje ludzi młodych, nowoczesnych, otwartych na świat i na media. Ludzi, którym będzie się chciało podjąć standardowe działania marketingowe, jak wysłanie maila, którzy potrafiliby wykorzystać możliwości, jakie daje np. Internet. Można przecież postarać się o dotacje, o kontrakt z telewizją i utworzyć na nowo ligę bokserską. Zmieniłoby to na korzyść wizerunek polskiego boksu. A ponadto młodzi pięściarze byliby rozpoznawalni, więc łatwiej byłoby im pozyskać sponsorów. Ale nikt się tym nie zajmuje i błędne koło się zamyka. Polski boks olimpijski jest na dnie i − niestety − nic nie zwiastuje zmian». 

97


98

Może coś Więcej nr 13 / 2015 (39)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o nadziei

Może coś Więcej nr 13 / 2015 (39)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o nadziei

Advertisement