Page 1

nr 24 (50) / 2015

23 listopada - 6 grudnia

ISSN 2391-8535

O rycerstwie 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

O rycerstwie

Z życia Kościoła

26 Wojownik, sługa, kochanek

52 Spowiedź czy terapia?

Wojciech Urban

Emilia Ciuła

8 Słowa przekuć w czyn

SPIS TREŚCI

Mateusz Ponikwia

12 Zachód zdradził chrześcijan

30 Pod znakiem krzyża

Rafał Growiec

Beata Krzywda

Felieton

34 Polska przedmurzem Europy

16 Pax mahometana Wojciech Urban

18 Refleksje spod zardzewiałej zbroi Marcin Kożuszek

Kajetan Garbela

40 O rycerzu co został biskupem Andrea Marx

42 Czy dzisiaj można być rycerzem? Tak! Bartłomiej Szeląg

Myśli Niekontrolowane 20 Przyczynek do tematu aborcji Maciej Puczkowski

2

46 Krokodyl i te sprawy Małgorzata Różycka


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Motyw literacki

Klasyka

Refleksje

68 Czternastu nie aż tak wspaniałych

80 Macierzyństwo zastępcze

58 Rycerze prosto z książki Rafał Growiec

Krzysztof Małek

Rafał Growiec

Felieton kulturalny 62 Porno na deskach

Anna Zemełka

Film 72 Apokalipsa nadejdzie powoli Anna Zemełka

Książka 74 Repetytorium Katolika Anna Zemełka

3


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

STOPKA REDAKCYJNA

REDAKTORZY:

4

Emilia Ciuła

Mateusz Ponikwia

Kajetan Garbela

Maciej Puczkowski

Rafał Growiec

Marcin Kożuszek

Beata Krzywda

Michał Musiał

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Marzena Bieniecka Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Łój Edyta Masełko

Krzysztof Małek Mateusz Mazur Michał Wilk Piotr Zemełka Maciej Zębik

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 5


OKIEM REDAKCJI 6

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

7


WYDARZENIA I OPINIE

Słowa przekuć w czyny

8

P Mateusz Ponikwia

P

o wręczeniu nominacji na stanowisko Prezesa Rady Ministrów i personalnym skompletowaniu składu nowego gabinetu, Beata Szydło przedstawiła program działań na najbliższą kadencję. Sejmowe expose zawierało swego rodzaju analizę bieżącej sytuacji Polski, a także dostępnych narzędzi i metod, które mają zostać wdrożone w celu podniesienia poziomu życia, także wśród przeciętnych obywateli. Premier zwróciła szczególną uwagę na kwestie odnoszące się do sytuacji przeciętnego Kowalskiego. Zauważyła bowiem, że dobro Polski zależy w znacznej mierze od stanu dóbr poszczególnych osób. Skoro to obywatele tworzą państwo i są jego członkami, to od poziomu ich życia zależy poziom rozwoju państwa. Mając na uwadze los obywateli, premier

odczas środowego posiedzenia Sejmu, premier Beata Szydło wygłosiła expose i wystąpiła z wnioskiem o udzielenie wotum zaufania dla nowoutworzonej Rady Ministrów. Większość parlamentarna wyraziła aprobatę dla przedstawionego planu działania i wyraziła wotum zaufania

Ta różnorodna paleta działań rządu ustalonych na kolejne lata, w przekazach medialnych schodziła jednak na dalszy plan. Zainteresowanie w ostatnich dniach budziła zwłaszcza obsada poszczególnych stanowisk ministerialnych.

Szydło zaznaczyła, że należy objąć szczególną troską najuboższych Polaków. Nie może być bowiem tak, że pozytywne skutki rozwoju kraju odczują jedynie nieliczne jednostki. Dlatego do priorytetowych projektów rządu Zjednoczonej Prawicy należy rezygnacja z umów śmieciowych i wprowadze-

nie stawki płacy minimalnej określonej na poziomie 12 złotych za godzinę. Z wystąpienia Prezes Rady Ministrów można wnioskować także o dostrzeżeniu problemów demograficznych, związanych z niską liczbą urodzeń. Aby pozytywnie oddziaływać na przyrost naturalny i wesprzeć rodziców w utrzymaniu dzieci, rząd zapewnił, że już od przyszłego roku w budżecie zostanie wygospodarowana odpowiednia kwota środków finansowych, która umożliwi przyznanie dofinansowania w wysokości 500 złotych na drugie i kolejne dziecko we wszystkich rodzinach. Biedniejsi będą mogli liczyć na wsparcie państwa już przy posiadaniu jednego dziecka. Jak podkreśliła Prezes Rady Ministrów dzieci nie stanowią ciężaru. Są one bowiem inwestycją, która zaprocentuje w przyszło-


źródło: PAP

ści. Oprócz tych najmłodszych na wsparcie zasługują również ci najstarsi, toteż jednym z ważniejszych zadań powołanego gabinetu będzie dbanie o zwiększenie wysokości emerytur. Beata Szydło po raz kolejny podtrzymała także obietnicę powrotu do poprzednio obowiązującego wieku emerytalnego i uplasowania go na poziomie odpowiednio 65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet. Wystąpienie pani premier zawierało również plany dotyczące sfery oświaty i nauki. Jako główne punkty, Beata Szydło wskazała cofnięcie obowiązku szkolnego wobec sześciolatków, przy jednoczesnym pozostawieniu swobody decyzji w gestii rodziców. Głośno wybrzmiał też plan likwidacji gimnazjów i powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum ogólnokształcącego. Zgodnie

z zamierzeniami, reforma szkolnictwa ma zwiększyć efektywność kształcenia zawodowego oraz umożliwić swobodne prowadzenie badań naukowych w ramach funkcjonowania uczelni wyższych. Premier, odnosząc się do kwestii bezpieczeństwa, zapewniła o kontynuowaniu programu dozbrajania armii, przy jednoczesnym wsparciu polskiego przemysłu zbrojeniowego. Komentując ostatnie zamachy terrorystyczne we Francji i związany z nimi niepokój, zapewniła, że będzie walczyć o należyte zagwarantowanie ochrony interesów Polski w ramach współpracy międzynarodowej, zwłaszcza z USA, NATO, ale też i wewnątrz UE. Kwestia bezpieczeństwa została poruszona także w kontekście energetyki. Szefowa rządu wyraziła wolę walki na rzecz polskich kopalń i dokończe-

nia budowy gazoportu. Nikogo nie trzeba przekonywać, że polska służba zdrowia nie jest w najlepszej kondycji. Wszystkie rządy obiecywały zmiany w tym obszarze, mające na celu usprawnienie jej funkcjonowania. Również nowa premier zobowiązała się do naprawy tego sektora. Zapowiedziała jego odbiurokratyzowanie tak, aby lekarz patrząc na pacjenta, dostrzegał potrzebującego pomocy człowieka, a nie kolejny numer do zapisania w statystykach. Aby zapewnić lepszą profilaktykę chorób już od najmłodszych lat, rządzący chcą wprowadzić do szkół gabinety lekarskie i dentystyczne. Beata Szydło podkreśliła, że najważniejszym celem rządu jest rozwój Polski. Postęp ten ma opierać się na zasadzie sprawiedliwości. Jednym z kluczowych jego elementów jest też

9


źródło: PAP

ochrona i wsparcie rodziny. Premier stanowczo podkreśliła, że chodzi w dużej mierze o rozwój innowacyjny i postęp technologiczny. Jako jeden z priorytetów nowej Rady Ministrów, zostało wymienione obniżenie stawki podatku dochodowego od osób prawnych do poziomu 15% dla małych i średnich przedsiębiorstw, co ma pozytywnie wpłynąć na ich dalszą działalność. Ta różnorodna paleta działań rządu ustalonych na kolejne lata, w przekazach medialnych schodziła jednak na dalszy plan. Zainteresowanie w ostatnich dniach budziła zwłaszcza obsada poszczególnych

10

stanowisk ministerialnych. Uwagę mediów przykuwała osoba Antoniego Macierewicza, który został szefem resortu obrony narodowej. Nie milkną też echa poddające w wątpliwość pozycję Beaty Szydło jako premiera. Liczne głosy znawców sceny politycznej donoszą, że całość przedsięwzięcia koordynuje Jarosław Kaczyński, niejako z tylnego fotela. Złośliwi przekonują, że w trakcie nieco ponad godzinnego wystąpienia, Beata Szydło chciała zaskarbić sobie sympatie jak największej rzeszy Polaków. Swoje stanowisko opierają na stwierdzeniu, że premier obiecała tak wiele, że

można skwitować to lakonicznym sformułowaniem: „wszystko dla każdego”. Choć przemówienie pełne było zapewnień o zatroskaniu nowego rządu w różnych sferach i dziedzinach życia, to nie należy wysnuwać pochopnych wniosków i z góry zakładać, że cele wytyczone dla nowej Rady Ministrów pozostaną w sferze utopii. Czas bowiem pokaże i zweryfikuje czy stanowcze zapewnienia szefowej rządu zostaną zrealizowane, czy pozostaną jedynie w iluzorycznej rzeczywistości. 


11


WYDARZENIA I OPINIE

Zachód zdradził chrześcijan(?)

12

I Rafał Growiec

U

SA I EUROPA CHCĄ WOJNY W wywiadzie, który cytuje Gość Niedzielny, patriarcha Antiochii przedstawia sytuację w Syrii z punktu widzenia tamtejszych chrześcijan, twierdząc, że zachodnie media celowo przemilczają ten aspekt konfliktu. Padają słowa: „Dzieje się to, przed czym już pięć lat temu bliskowschodni patriarchowie przestrzegali świat. Chrześcijanie stali się więźniami straszliwej sytuacji. Są tu szyici i sunnici, problemy etniczne i sekciarskie, bandy kryminalne zwane Państwem Islamskim i inne grupy terrorystyczne wykorzystujące islam jako pretekst do «czyszczenia w imię religii» kontrolowanych przez siebie terenów, a także muzułmańscy uczeni głoszący, że islam nie ma z tym nic wspólnego”. Przyczyny tego stanu

gnacy Józef III Younan , zwierzchnik katolików obrządku syryjskiego, w wywiadze dla Le Messager oskarża zachodnie państwa o obojętność wobec masakry chrześcijan, wpieranie ISIS oraz wyjaśnia, dlaczego jest brany za sympatyka reżimu Asada.

„Mówiliśmy, że sytuacja w Syrii jest dużo bardziej złożona niż w Egipcie, Tunezji czy Libii. Przestrzegaliśmy, że przyniesie to jedynie chaos i wojnę domową. Odpowiadano nam: «Nie, reżim Asada upadnie w ciągu kilku miesięcy»

rzeczy patriarcha dopatruje się w toczącej się od pięciu lat wojny domowej w Syrii, gdzie zachodnie władze wspierają rebeliantów walczących z reżimem Baszszara al-Asada. Krytykowanie „bojowników o wolność” jest uznawane za wspieranie dyktatora, choć Ignacy Józef III twierdzi,

że w historii nie jest ważna forma rządów, ale poszanowanie przez nie mniejszości. Po tych słowach padają jeszcze mocniejsze oskarżenia pod adresem Zachodu i jego polityki na Bliskim Wschodzie: „Zachodnie demokracje, które spiskowały przeciwko Syrii, doprowadziły do kompletnego zniszczenia infrastruktury kraju, do zdemolowania domów, miast, wiosek, zabytków i znalezisk archeologicznych. To wszystko jest wynikiem nierozsądnej polityki i spisku, pod pretekstem niesienia temu regionowi demokracji”. Jeszcze mocniej patriarcha antiocheński atakuje media, pomijające kwestię prześladowań chrześcijan: „Nie chodzi im o szerzenie prawdy i sprawiedliwości: klękają przed tymi, którzy płacą, a sami siedzą cicho”. Jego zdaniem, chrześcijanie padli ofiarą buń-


czucznej gry politycznej, która skupiała się przede wszystkim na zniszczeniu nieuznawanego przez demokrację reżimu, do tego była pewna swego sukcesu: „Mówiliśmy, że sytuacja w Syrii jest dużo bardziej złożona niż w Egipcie, Tunezji czy Libii. Przestrzegaliśmy, że przyniesie to jedynie chaos i wojnę domową. Odpowiadano nam: «Nie, reżim Asada upadnie w ciągu kilku miesięcy». Tak się jednak nie stało, jak zresztą ostrzegaliśmy. Pięć lat później niewinny naród, a szczególnie chrześcijanie, nie ma nikogo, kto by go wspierał. Zachód nas zdradził”. WIE, CO MÓWI Ignacy Efrem Józef III Younan urodził się w Syrii, tam też został wyświęcony, był rektorem seminarium duchownego i przełożonym wydziału katechetycznego.

Pracował także w Bejrucie, po czym został oddelegowany do Stanów Zjednoczonych, by tworzyć tam duszpasterstwo katolików obrządku syryjskiego. Od 1995 był eparchą nowo założonej Eparchii Naszej Pani Oswobodzicielki w Newark. W 2009 r. został wybrany Przełożonym i Patriarchą Syryjskiego Kościoła Katolickiego, który reprezentował na Synodzie Kościołów Bliskiego Wschodu. W czasie Synodu o Rodzinie krytykował skupienie się na kwestiach istotnych tylko dla Europy (Komunia św. dla rozwodników, homoseksualizm), a pominięcie problemów Wschodu (rozerwanie rodziny w obliczu wojny). Wielokrotnie wypowiadał się na temat konfliktu w Syrii, zarzucając Zachodowi bierność wobec tragedii chrześcijan i wspieranie ugrupowań terrorystycznych.

Słowa patriarchy trudno traktować jedynie jako chęć pokazania się jako ofiary i odrzucenie oskarżenia w o wspieranie Asada. ISIS jest organizacją, która wyrosła na destabilizacji regionu wywołanej właśnie nieprzemyślanymi posunięciami Zachodu. Pierwszym była wojną w Iraku, która nie przyniosła demokratyzacji, a jedynie doprowadziła do odżycia animozji opartych na micie złego krzyżowca napadającego kraj muzułmański (ISIS nazywa Zachód, nawet ten najbardziej zlaicyzowany, „krzyżowcami”). Kolejnym błędem okazało się wsparcie opozycji przeciw Asadowi w Syrii. USA dotowały wszystkich bez wyjątku chętnych do walki z niedemokratycznym rządem, niewiele się zastanawiając nad tym, czy w razie zwycięstwa rebeliantów będą oni chcieli demokrację budować. Dzięki źródło: www.pixabay.com

13


źródło: www.pixabay.com

temu broń czy samochody trafiały także do islamskich radykałów. W obu wypadkach Zachód uznał, że opanowanie sytuacji na Bliskim Wschodzie poprzez konflikt zbrojny jest proste i skuteczne. Co istotne, jest to polityka nieskuteczna już od lat 80., gdy USA wspierały talibów walczących ze Związkiem Radzieckim w Afganistanie – tych samych talibów, których potem zwalczały za współpracę z Al-Kaidą. Dodajmy do tego zawiłości geopolityczne (Turcy niechętni Kurdom, skutecznym w walce z ISIS; niejasny stosunek Arabii Saudyjskiej), a otrzymamy

14

obraz trudny do wpisania w prostą narrację typową dla mediów. Nie tylko proputinowska Russia Today, ale także zachodnie media nie są zainteresowane przedstawianiem tych wszystkich niuansów. Z drugiej strony, przeakcentowanie męczeństwa chrześcijan również jest niezgodne z faktami: większość ofiar ISIS to muzułmanie nie wyznający ich odmiany religii Mahometa. Pokazywanie ukrzyżowanych ludzi, opisywanie historii torturowanych wyznawców Chrystusa często służy nie ukazaniu tragedii, ale budowaniu nienawiści do islamu jako jednego, wielkiego, zbrodniczego

monolitu. Słowa patriarchy Antiochii są dla Zachodu trudne – tak dla mediów, jak dla polityków. Nie ma jednak wielkich nadziei, by zostały wysłuchane. Zbyt wielkie kwoty i zbyt wielkie obietnice już poruszono w tym konflikcie, by teraz jakikolwiek rząd zmienił swoją politykę. 


15


Pax mahometana

FELIETON

„I

16

Wojciech Urban

P

ółwysep Arabski przed rozpoczęciem publicznej działalności Muhammada ibn Abd Allah ibn Abd al-Muttaliba (bo tak brzmi pełne imię proroka Mahometa) był areną nieustannych walk pomiędzy arabskimi plemionami. Islam ich zjednoczył i zakończył walki pomiędzy nimi. Pokój ten ni został jednak wprowadzony pokojowo. Mahomet musiał zdobyć wpływy u części plemion, na czele których podporządkował sobie pozostałe. Zjednoczeni pod sztandarem Islamu Arabowie zaczęli następnie podporządkowywać kolejne kraje i narody Allachowi. Słowo islam w języku arabskim oznacza poddanie się Bogu (w znacz. Allachowi). Według Koranu, wszyscy ludzie są potencjalnymi wyznawcami islamu. Celem islamu jest wykorzenienie wszystkiego, co w życiu

slam jest religią pokoju” – słychać po każdym ataku terrorystycznym. Lewicowa wrażliwość każe nam nie utożsamiać ekstremizmu z nauczaniem tej religii. W istocie, Koran jest orędziem pokoju. Pokoju zaprowadzonego mieczem i obejmującego tylko wyznawców Proroka.

Islam z kolei bardzo krytycznie odnosi się do tłumaczeń Koranu. Właściwie jest on dopuszczalny tylko dla potrzeb nauki. Wynika to z tego, że – jak wierzą muzułmanie – Koran słowo po słowie został Mahometowi podyktowany przez archanioła Gabriela.

ludzkim jest grzeszne, aby każdy człowiek mógł czcić Allacha. Aby ten cel osiągnąć, uznaje zasadę: „cel uświęca środki”. Misyjność islamu może polegać (i bardzo często polegała) na narzuceniu tej religii pokonanym. Bardzo często zdarza się lekceważyć znaczenie tych sur Koranu, które wzywa-

ją do krwawej rozprawy z niewiernymi. Zestawia się z nimi fragmenty Starego Testamentu, w którym również znajdują się kontrowersyjne z dzisiejszego punktu widzenia zapisy. Apologeci islamu chcą w ten sposób udowodnić, że mimo zawartych w świętej księdze mahometan nakazów stosowania przemocy, wyznawcy tej religii mogą pokojowo współistnieć z przedstawicielami innych religii. Błąd w takim rozumowaniu polega na tym, że status Koranu jest trochę inny niż Starego Testamentu dla chrześcijan. Muzułmanie nazywają chrześcijan „Ludem Księgi”. Z ich punktu widzenia jest to słuszne. Samo zaś chrześcijaństwo, a przynajmniej w wydaniu katolickim, tak siebie nie postrzega. Pismo Święte nie jest przedmiotem kultu. Owszem, ma dla wierzących


olbrzymią wartość jako Słowo Boże. Ale waga i status poszczególnych ksiąg różnią się od siebie. Różna jest ranga poszczególnych ksiąg biblijnych, spośród których najważniejsze są Ewangelie. Kościół podkreśla również, że Pismo Święte podlegać musi egzegezie biblijnej – jako spisane w określonym kontekście społeczno-kulturowym, aby właściwie je odczytać, musimy tenże kontekst brać pod uwagę. Islam z kolei bardzo krytycznie odnosi się do tłumaczeń Koranu. Właściwie jest on dopuszczalny tylko dla potrzeb nauki. Wynika to z tego, że – jak wierzą muzułmanie – Koran słowo po słowie został Mahometowi podyktowany przez archanioła Gabriela. Jest to dość zwarte orędzie. Inaczej jest z Biblią, poszczególne księgi powstawały w bardzo różnym okresie. Starotestamentowe pisma mają dla chrześcijan sens tylko w kontekście Jezusa Chrystusa, który wzywał między innymi do zerwania z zasa-

dą „oko za oko, ząb za ząb”. Analogicznego podejścia Koranie nie znajdziemy. Warto również zaznaczyć, że w około 200 lat po śmierci Chrystusa, jego wyznawcy wciąż stanowili prześladowaną mniejszość w Cesarstwie Rzymskim. Stopniowo jednak ich nauka zyskiwała zwolenników nawet wśród warstw rządzących, aż w IV wieku uznano, że jest to jedyny spójnik rozrośniętego państwa. Wyznawcy Allacha w zaledwie 100 lat od ucieczki Proroka z Mekki do Medyny (wówczas nazywającego się Jasrib), podbili teren od Gibraltaru na zachodzie, po rzekę Indus na wschodzie, niejednokrotnie stając pod murami Rzymu czy Konstantynopola. Niezależnie od późniejszych doktryn, ma to do dziś brzemienne skutki. Bowiem w momencie kryzysu religijnego, każdy system szuka inspiracji w swych korzeniach. Tak było z chrześcijaństwem podczas np. reformacji, czy na So-

borze Watykańskim II (żeby wymienić tylko najbardziej znane przykłady). Tak też się działo z islamem. Rozciągając swoje imperium, Arabowie przejmowali osiągnięcia kulturowe podbitych cywilizacji, np. Persji, Egiptu, czy Hiszpanii, w efekcie czego surowy tryb życia, zalecany przez Proroka, ulegał rozprężeniu. Z religijnego marazmu otrząsali wyznawców proroka neofici spośród ludów koczowniczych, rozpoczynając nowe podboje w imię Allacha. Tak powstało np. Imperium Osmańskie w XIII wieku. Również dziś islam jest w kryzysie. Państwo Islamskie jest kolejną próbą zebrania tkwiących w wyznawcach Allacha sił, by zaprowadzić jego pokój na całym świecie. Nie ma powodów by sądzić, że współcześnie zmienią metody na bardziej pokojowe. Raczej przeciwnie – co i rusz dają kolejne dowody na to, że wezwanie do Dżihadu wciąż jest aktualne. 

źródło: www.pixabay.com

17


Refleksje spod zardzewiałej zbroi FELIETON

M

18

Marcin Kożuszek

C

udownie jest być dzieckiem. Patrzy się na świat przez różowe okulary, nie trzeba podejmować trudnych decyzji. Można żyć, tak po prostu, z dnia na dzień! Wielu oddałoby mnóstwo, by móc wrócić do tego pięknego czasu. Dlaczego? Bo dziś widzą, że życie troszeczkę zmodyfikowało ich plany i zamierzenia. Gdy byliśmy młodzi, każdy z nas miał jasny pomysł na siebie: zostać lekarzem, piłkarzem, muzykiem, policjantem albo chociaż prezydentem. Niestety, nie zrobiliśmy zupełnie nic, by osiągnąć swoje cele. Czy siedziałbym teraz w jesienno-deszczowym sercu Polski ze wzrokiem wpatrzonym w słupki Excela, gdybym parę lat temu zdecydował się na spełnienie swoich marzeń? Już chyba zawsze będę miał do siebie pretensje o to, że nie spróbowałem.

ałe dziewczynki zawsze chcą być pięknymi księżniczkami, młodzi chłopcy – mężnymi rycerzami, którzy będą je zdobywać. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że życie nie zawsze chce być kolorową bajką.

Prawdziwe życie przejeżdża z prędkością Pendolino przez stację, na której siedzimy wpatrzeni w życie gwiazd na naszych smartfonach. Szukamy tylko własnej korzyści, robimy wszystko ekonomicznie

Byli też tacy, którzy się starali. Bez powodzenia. Ci siedzą teraz pełni goryczy, że nikt im wtedy nie powiedział, jak wygląda prawdziwy świat. Płacą wysoką cenę za spełnienie swoich marzeń. Jak Wojtek, kombatant, uczestnik 2 misji zagranicznych. Z przeoraną przez odłamki ręką, która nigdy już nie będzie w pełni sprawna,

siedzi w biurze gdzieś pod Londynem, popołudniami chodząc do terapeuty. Gdy w dzieciństwie chciał zostać żołnierzem, marzył o prowadzeniu czołgu – „Będę jak czterej pancerni i pies” – powtarzał. Nigdy by nie przypuszczał, że aby ratować własne życie, będzie musiał zabić człowieka, który do niego celował. Że ojczyzna, której służył się na niego wypnie. I że dla ludzi będzie najemnikiem, a nie bohaterem. Czy zatem mamy zabraniać dzieciom zabawy? Nigdy! Beztroska i radość to ich święte prawa. Jednak potrzebujemy kogoś, kto w porę pomoże nam się usamodzielnić, bo zawsze chcemy wyrosnąć ze świata dziecięcej wyobraźni i utopijnych marzeń o tym, że na świecie nie ma zła, a księżyc ma tylko jasną stronę. Dziś mam wrażenie, że nasze pokolenie żyje


źródło: www.pixabay.com

zamknięte w złotej klatce. Nazywamy egzotyką to, co było normą dla naszych rodziców, z wyższością i obrzydzeniem patrząc na ich zwyczaje. Przerażają nas nawet niektóre wyroby mięsne na wystawie w supermarkecie, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ktoś może to kupować i podać rodzinie. Żyjemy w warunkach sterylnych i nikomu nie pozwalamy zbliżyć się do naszej nietykalnej przestrzeni. Prawdziwe życie przejeżdża z prędkością Pendolino przez stację, na której siedzimy wpatrzeni w życie gwiazd na naszych smartfonach. Szukamy tylko własnej korzyści, robimy wszystko ekonomicznie: byle jak najmniej się zmęczyć, byle przypadkiem nie włożyć w coś odrobiny siebie. Kodeks rycerski, mó-

wiący o wielkoduszności i miłosierdziu wobec słabych i pokonanych, zapodział się nam na półce gdzieś pomiędzy „Jesteś zwycięzcą” a poradnikiem „Jak zarobić milion dolarów”. Oglądamy w Internecie zdjęcia pięknych modelek, więc po wyjściu na ulicę żadna kobieta nie jest w stanie nas zachwycić. Nie zachwyca nas już naprawdę nic, co nie wyświetla się na ekranie. Świat realny to tylko smutna konieczność, dość niepotrzebny dodatek do wirtualnego życia. A najgorsze w tym wszystkim są nasze huśtawki nastrojów. Gdy coś nas zdenerwuje, kompletnie nie wiemy, co ze sobą zrobić. Dostajemy słowotoku i hejtujemy cały świat, oskarżając o wszystko przodków, rząd, technologie, a nawet własne

pokolenie. Wylewamy na wszystko pomyje w sieci, a nie stać nas na proste gesty – zapominamy o przepięknych zwyczajach i tradycjach. Związki i kumpelskie podejście do kobiet są dla facetów bardzo fajne, uwikłanie w przyjacielski układ zwany friendzone może trochę mniej, ale niezależnie od typu relacji, już nie zdarza nam się całować kobiet po rękach. Nie uchylamy naszych ogromnych czapek typu full-cap, gdy się z kimś witamy. Masz piękną i lśniącą zbroję, która jednak dość znacznie się odkształciła i pordzewiała gdzieś poniżej pleców, bo zamiast być zaprawionym w walce wojownikiem, ciągle siedzisz na dupie. Nie znajdziesz księżniczki, jeśli nie będziesz rycerzem! 

19


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E 20

Przyczynek do tematu o aborcji P Maciej Puczkowski

B

yć może za pomocą propagandy można zdziałać wiele, a temat jest na tyle ważny, że warto choć na chwilę przekonać innych do swoich racji. Jednak w dłuższym rozliczeniu będzie domagał się solidnego uzasadnienia, a tego nie dadzą nam slogany i gry emocjonalne. Zacznijmy więc od przedstawienia stanowiska bronionego w tym artykule. Aborcja jest zabójstwem. Dalej będziemy próbowali to udowodnić. Powszechnie panuje opinia, że odpowiedzi na pytanie, czy aborcja jest zabójstwem, czy nie powinna dostarczyć medycyna lub religia. Obie drogi posiadają pewne poważne wady, które uniemożliwiają dojście stronom do porozumienia. Religia przede wszystkim jest kryterium nieobiektywnym. Często można spotkać się z opinią, że żądanie

roblem aborcji jest bardzo niewdzięcznym tematem i chyba ostatnio niechętnie dyskutowanym. Wydaje się jakby to co miało zostać powiedziane już dawno wybrzmiało. Wszyscy wszystko wiedzą, tylko się ze sobą nie zgadzają. Obwarowawszy się na swoich stanowiskach rozpoczęli walkę kulturową na emocje, slogany, akcje oraz ilustracje - słowem propaganda zamiast argumentów.

Najcięższym przypadkiem w problemie aborcji jest zagrożenie życia lub zdrowia. Jeśli chodzi o zdrowie, to kwestia jest o tyle sporna, iż istnieją specjaliści, którzy przekonują, że życie i zdrowie podczas ciąży zagrożone jest zawsze.

zakazu aborcji jest narzucaniem swojej religii. Podczas gdy religia w temacie aborcji mówi tylko “nie zabijaj”, a z tym wszyscy się zgadzają. Nawet jeśli istnieją argumenty wynikające z wiary, a mówiące o tym, że aborcja jest zabójstwem, to po pierwsze, ateisty nie przekonają, po drugie - można się bez nich obyć.

Jeżeli religia próbuje ustalić moment, w którym momencie na świecie pojawia się nowy człowiek za pomocą objawienia i teologii, to medycyna stara się podejść do tematu od strony czysto funkcjonalnej. Na podstawie wcześniej zdefiniowanych pojęć takich jak “życie” i “człowiek” stara się ustalić, w którym momencie płód zaczyna spełniać wymagane kryteria. Jest to o tyle niewłaściwe, że pojęcia definiuje się na potrzeby teorii, a teoria może jedynie aproksymować rzeczywistość. Przykładowo, można zdefiniować człowieka jako istotę myślącą, ale trzeba by wtedy odmówić człowieczeństwa politykom. Której drogi by nie objąć zawsze sprowadzają się one do próby odpowiedzi na pytanie: “kiedy pojawia się człowiek”. Doprowadza to więc do groteskowego wniosku, który mówi, że


źródło: www.pixabay.com

np. w poniedziałek możemy mieć do czynienia z płodem, a we wtorek z Tomkiem. W poniedziałek moglibyśmy go jeszcze usunąć, ale we wtorek byłoby to już zabójstwem. Problem w tym, że próba odpowiedzi na postawione wyżej pytanie to ślepy zaułek. Wystarczy przeprowadzić zaskakująco proste rozumowanie, że w sposób czysto filozoficzny dojść do przekonania, że aborcja jest zabójstwem. Aby to wykazać wystarczy przyjąć odpowiednią definicję zabójstwa, na którą jednak łatwo przystać. Zdefiniujmy więc zabójstwo jako pozbawienie życia osoby. Spróbujmy najpierw zastanowić się nad przypadkiem, od którego będziemy prowadzić analogię. Załóżmy, że zamawiamy przez internet jakiś produkt. W którym momencie możemy powiedzieć, że jest nasz? Wtedy, kiedy za niego zapła-

cimy, czy wtedy kiedy dostaniemy go do ręki? Kiedy zapłacimy za produkt, on staje się naszą własnością nawet jeśli nie mamy go fizycznie w posiadaniu. Jednak nasz akt woli, który polega na kupieniu produktu niesie za sobą pewne nieodwracalne konsekwencje. Mianowicie, jeśli nie zdarzy się jakiś nieszczęśliwy wypadek, to prędzej czy później kurier stanie u naszych drzwi i go nam wręczy. Pod nieszczęśliwym wypadkiem może kryć również czyjeś świadome działanie - np. kradzież. Wróćmy teraz do tematu aborcji. Co by nie powiedzieć o tym skąd się biorą dzieci jedno jest pewne poczęcie wymaga konkretnego aktu woli i konkretnego czynu. Nawet jeśli jest to akt woli jednej osoby, która niewoli drugą. Jeśli do niego nie dojdzie, nigdy nie dojdzie do zapłodnienia. Nie możemy więc porównywać

aborcji, do antykoncepcji, masturbacji, czy zwykłego cyklu miesiączkowego, w którym niezapłodniona komórka jajowa zostaje utracona. Różnią się one ponieważ męskie nasienie i komórka jajowa osobno nie posiadają nawet potencjału życia, natomiast płód posiada już jego nieuchronność. Nieuchronność tę należy rozumieć w ten sposób, że płód zmierza nieodwołalnie ku życiu. To znaczy, że płód na pewno stanie się człowiekiem - przyjmując, że jeszcze nim nie jest - jeśli nie nastąpi nieszczęśliwy wypadek. Tu pod nieszczęśliwym wypadkiem również może kryć się czyjś akt woli, który nazywamy aborcją. Mając więc płód, możemy mówić o człowieku, który na pewno będzie. Usuwając płód, pozbawiamy tego człowieka życia. Ta nieuchronność, nieodwołalność życia pozwala nam mówić o człowieku,

21


którego nie będzie, czego nie mogliśmy uczynić kiedy jeszcze nie było płodu. Przypomnijmy, że odebranie człowiekowi życia nazwaliśmy zabójstwem. Skoro ustaliliśmy, że aborcja jest zabójstwem należy teraz rozważyć jakim. Może się tak zdarzyć, że zarówno abortująca kobieta, jak i lekarz, jak i ojciec, są święcie przekonani o słuszności czynu i nie mieli wątpliwości co jego moralnej oceny. Mamy wtedy do czynienia z zabójstwem nieświadomym. Jednak wystarczy, że któreś z nich posiada taką wątpliwość, wtedy zaczynają się problemy. Ponieważ z wątpliwością można zrobić dwie rzeczy - rozwiać ją, albo zignorować. Jeśli zostaje rozwiana, wtedy wciąż jest to nieświadome zabójstwo. Jeśli natomiast się ją zignoruje oznacza to ta osoba jest świadoma tego, że jej czyn może być zły i bierze to na własną odpowiedzialność. Jeśli więc jakiś czyn może okazać się zabójstwem, a biorę to na siebie, to jestem odpowiedzialny za zabójstwo w chwili, kiedy ten czyn okazuje się zabójstwem. Zatem osoba dokonująca aborcji zna argumenty przeciwko niej, ryzykuje winą za popełniony błąd. Ryzykuje odpowiedzialnością za zabójstwo. Jeśli natomiast dysponujemy dowodem, że jest to zabójstwo, wtedy ta osoba nie tylko ryzykuje, ale jest odpo-

22

wiedzialna za śmierć. Pozostaje jeszcze zrobić przegląd powodów, dla których ludzie dokonują aborcji. Po pierwsze, zwyczajnie nie chcą dziecka bo nie chcą przyjąć za niego odpowiedzialności. Dla nich nie ma żadnego usprawiedliwienia. Po drugie mogą nie być gotowi. Często używa się argumentu ciężkiego życia. Jeśli matka jest za młoda na dziecko, nie ma żródła utrzymania, ani męża, pojawia się ryzyko, że dziecko będzie miało ciężko w życiu. Być może nawet zostanie oddane do sierocińca lub wyląduje na ulicy. Idąc tym tokiem rozumowania moralnie dobrym będzie wprowadzenie aborcji w afryce, aby tym samym doprowadzić do jej wyludnienia. Rozwiązałoby to problem głodu i braku wody. Krótko mówiąc, nikt nie ma moralnego prawa decydować o życiu lub śmierci niewinnej osoby z powodu trudności, jakie będzie musiała pokonać. W tej sytuacji nawet pozostawienie dziecka na ulicy jest mniej okrutne niż aborcja, gdyż małe prawdopodobieństwo przeżycia jest lepsze od śmierci. Istnieją dwa najbardziej kontrowersyjne powody, przez które ludzie dokonują aborcji. Pierwszym z nich jest gwałt. Drugim zagrożenie życia lub zdrowia. Jeśli chodzi o pierwszy z nich możemy obserwować pewne absurdalne zjawisko. Wiadomo jest wszyst-


źródło: www.pixabay.com

kim, nawet tym walczącym z aborcją, że zgwałcona kobieta, która nosi w sobie dziecko gwałciciela przeżywa szczególny dramat życiowy. Okazuje się jednak, że są ludzie twierdzący jakoby zabicie dziecka, które jest bądź co bądź, również jej, miałoby ten dramat jakoś rozwiązać. Podczas gdy tylko go pogłębiają. Dlatego w imie dobra tej kobiety, która może nie być w stanie w danej chwili dokonać trzeźwego osądu, namawiają ją do popełnienia czynu, który odbije się piętnem na jej życiu o wiele bardziej niż sam gwałt. Bo nawet jeśli ci “dobrzy” ludzie przekonają ją, że aborcja nie jest zabójstwem, to czy matka nie będzie miała ani cienia wątpliwości przez całe życie? Najcięższym przypadkiem w problemie aborcji jest zagrożenie życia lub zdrowia. Jeśli chodzi o zdrowie, to kwestia jest o tyle sporna, iż istnieją specjaliści, którzy przekonują, że życie i zdrowie podczas ciąży zagrożone jest zawsze. Poza tym mogą pojawić się tacy, którzy będą twierdzić, że przyrost wagi jest już w pewnym sensie utratą zdrowia. Przyjmimy zatem, że mówiąc o utracie życia lub zdrowia mówimy po pierwsze o poważnym uszczerbku na zdrowiu, po drugie o dużym prawdopodobieństwie graniczącym z pewnością, że to nastąpi. Problem

jest o tyle sporny, że choć wciąż mówimy o zabójstwie, to są sytuacje, w których zabójstwo jest w pewien sposób dozwolone. Są to zawsze sytuacje ratowania życia. Trzeba jednak zaznaczyć, że czyn dalej jest zły. Jednak, czy zdecydujemy się poświęcić matkę, żeby ratować dziecko, czy dziecko, żeby ratować matkę, w obu przypadkach zabijamy niewinną osobę. Nie ma przy tym znaczenia, że matka żyła dłużej. Każde z nich ma równe prawo do życia. Kiedy więc wiemy, że matka nie przeżyje porodu i zmuszamy ją do tego, nie wybieramy mniejszego zła. Wybieramy takie samo zło, jak kiedy decydujemy się zabić dziecko. Różnica polega na tym, że nie jesteśmy winni zła, które popełniamy, gdyż nie mamy możliwości nie popełnienia go. Jest to jedyny przypadek, w którym zakaz aborcji jest tak samo zły co przyzwolenie na nią. Często pojawiającym się argumentem w temacie aborcji jest ten, który mówi, że kobieta ma prawo decydować o swoim ciele. Pełna zgoda co do tego. Należy jednak zaznaczyć, że ciało, które się w niej rozwija nie należy do niej tylko do człowieka, który przyjdzie na świat i tu jej prawo decydowania się kończy. 

23


24

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

25


TEMAT NUMERU - O rycerstwie 26

Wojownik, sługa, kochanek A

Wojciech Urban

R

ycerze pojawili się tak naprawdę dopiero w połowie średniowiecza. Za początek tej epoki przyjmuje się najczęściej upadek Cesarstwa Zachodnio-rzymskiego w 476 roku. Z rycerstwem mamy z kolei do czynienia dopiero od IX wieku. Średniowieczno-europejscy rycerze przeszli olbrzymią rewolucją, od grupy społeczno-zawodowej do odrębnej klasy społecznej – szlachty. RYCERZ I PRZODKOWIE Po upadku cywilizacji rzymskiej na terenie dzisiejszej Francji zaczęły powstawać państwa barbarzyńskie. Najsilniejszą pozycję zdobyło germańskie plemię Franków. Wśród wszystkich barbarzyńskich plemion każdy wolny człowiek był wojownikiem, toteż armie barbarzyńskie były dość liczne i zaprawione w bojach. W momencie jednak, gdy plemiona takie zaczęły się

ntyk wymyślił centaura, średniowiecze uczyniło go panem Europy. Bo istota rycerstwa, podobnie do mitycznej kreatury, sprowadzała się do ścisłego związku człowieka z koniem. Nie tylko na polu bitwy, lecz również w przestrzeni myśli.

Pieszy rycerz to nie rycerz. Choć niekiedy zdarzało się, że dzielni wojacy zsiadali z wierzchowców i ruszali do boju pieszo, niemniej to właśnie konie stanowił o wartości i statusie rycerza, nie tylko na polu bitwy.

osiedlać, a większość ludności zajęła rolnictwem, przeciętny Frank nie miał gdzie uczyć się walki. Związanie z ziemią, która wymagała systematycznej pracy, uniemożliwiało podejmowanie dłuższych wypraw. Państwa barbarzyńskie weszły w fazę kryzysu militarnego. W tej sytuacji nie sprawdzał się również pobór powszechny, jaki przez wieki z powodzeniem stosowali Rzymianie.

Rolnik wcielony do karnych legionów szybko uczył się rzemiosła żołnierskiego. Barbarzyńskie armie były dużo mniej zdyscyplinowane i gorzej zorganizowane, toteż żółtodziobów najczęściej wyrzynano przy pierwszej bitwie. Podstawą siły zbrojnej – a więc w praktyce głównej podpory władzy poszczególnych monarchów – musieli się stać zawodowi żołnierze. Jeszcze w czasach przed -osiedleńczych wśród barbarzyńców istniał zwyczaj gromadzenia się wojowników wokół szczególnie utalentowanego wodza. Tworzyli oni jego drużynę, przyboczną gwardię. Dodawali mu prestiżu, a w zamian czerpali z jego zdobyczy. Nieco podobna instytucja zaistniała w chylącym się ku upadkowi Imperium Rzymskim, gdzie co możniejsi posiadacze zaczęli utrzymywać prywatne armie.


źródło: www.pixabay.com

Po upadku Cesarstwa nastąpił kryzys instytucjonalnej władzy. Biedna część społeczeństwa zaczęła szukać ochrony, bogatsza z kolei potrzebowała argumentu wzmacniającego ich pozycję. Z tego powodu zaczęto nawiązywać pomiędzy poszczególnymi osobami umowy o charakterze opiekuńczo-poddańczym. Wasal oddawał się na służbę seniorowi, w zamian otrzymywał opiekę, wikt i dach nad głową. Zobowiązywał się do wypełniania określonych pzysług wobec swego seniora. Początkowo dotyczyło to wszystkich warstw społecznych, np. biedny kowal komendował (czyli poddawał się, składał hołd) jakiemuś możnemu. Odtąd pracował na jego rzecz w zamian za ciepły kąt i strawę. Jednak najbardziej pożądani jako wasale byli zawodowi, ciężkozbrojni wojownicy. RYCERZ I BROŃ W armiach barbarzyńskich walczono czym popadnie. Jednak od wieków najbardziej prestiżowym

orężem była włócznia i miecz. Nawet wśród wikingów, którzy w powszechnej wyobraźni pojawiają się z potężnymi toporami w ręku, bardziej ceniono właśnie oręż wcześniej wymieniony. Nie ma rycerza bez miecza. Ta bardzo uniwersalna broń, spotykana była u większości rozwiniętych cywilizacji. Pierwsze, wykonane z brązu miecze były długie i służyły tylko do pchnięć. Opanowanie obróbki żelaza pozwoliło skonstruować broń służącą również jako sieczna. Jednak miecze antycznych greków i rzymian były z reguły krótkie, aby można nimi było operować w ciasnych szykach piechoty. W średniowieczu ewoluują, jednak wbrew powszechnemu mniemaniu, nie były przesadnie ciężkie. Zazwyczaj miecz jednoręczny ważył ok. 1,5-2 kg. Późnośredniowieczne miecze dwuręczne, mierzące ponad półtora metra, wyżyły w okolicach 3-4 kg. Broń ta miała również bardzo bogatą symbolikę, już od starożytności. Była emblematem

sprawiedliwości, dlatego stała się również atrybutem władców. Wytworzono nawet specjalny ryt poświęcenia miecza, gdyż według Kościoła powołaniem rycerzy była obrona go przed poganami i niewiernymi. Jednak główną bronią rycerza była włócznia – broń drzewcowa o zaostrzonym końcu. Używana już wśród ludów prymitywnych w czasach przedhistorycznych. W różnych wariantach (piki, halabardy, a przypadku formacji konnych kopie czy lance) stosowana była aż do początków XX wieku. Wielką estymą cieszyła się wśród legendarnych bohaterów greckich, którzy opisywani byli na wzór hoplitów z ery archaicznej. Stała się również symbolem rycerstwa. Przekazanie włóczni podczas ceremonii składania hołdu lennego oznaczało, iż wasal jest zobowiązany do walki na rzecz swego seniora. Przekazanie przez Ottona III włóczni św. Maurycego Bolesławowi Chrobremu podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego odczytywane jest, jako

27


powierzenie polskiemu władcy misji walki z pogańskimi Madziarami, którzy wówczas nękali Rzeszę Niemiecką. Z włócznią w ręku był przedstawiany patron rycerstwa, św. Jerzy. RYCERZ I KOŃ Pieszy rycerz to nie rycerz. Choć niekiedy zdarzało się, że dzielni wojacy zsiadali z wierzchowców i ruszali do boju pieszo, niemniej to właśnie konie stanowił o wartości i statusie rycerza, nie tylko na polu bitwy. Starożytność żyła i rozwijała się wokół morza. Średniowiecze skupiło się na lądzie. Nie znając rzymskich technik budowy dróg, komunikacja lądowa była uciążliwa, co powiększało zalety jednostek konnych. Miejmy przy tym na uwadze, że większość średniowiecznych konfliktów prowadzona była na dość ograniczoną skalę. Wojna stuletnia, czy konflikt Polski z Zakonem Krzyżackim były rzadkimi (choć brzemiennymi w skutkach) epizodami. Koń umożliwiał dość szybkie zgrupowanie się w określonym miejscu, rajd na niczego nie spodziewającego się przeciwnika i bezpieczny powrót. Nie bez znaczenia pozostaje również rozwój techniczny, między innymi przejęcie od ludów koczowniczych strzemion. Bez tego wynalazku walka na koniu nie różniła

28

się wiele od walki pieszej, wierzchowiec zapewniał jedynie szybsze przemieszczanie się, oraz przewagę psychologiczną. Jakakolwiek szarża była jednak niemożliwa. Wprowadzenie strzemion ułatwiło kierowanie rumakiem, mocniej osadzało jeźdźca na siodle, pozwalało wreszcie nie spaść na ziemię przy uderzeniu wyprowadzonym przy większej prędkości. Koń był przywilejem człowieka wolnego, podkreślał jego status. Wielu poetów sławiło piękno i grację tego zwierzęcia. W Pieśni o Rolandzie, która doskonale ukazuje umysłowość XII-wiecznych rycerzy, długie passusy dzieła poświęcone są samym opisom rumaków. Dobry rycerz powinien posiadać przynajmniej kilka wierzchowców, innego do podróży, innego do polowań, innego do walki. Dobry koń to chluba rycerza. RYCERZ I ZIEMIA Aby jednak można było sobie pozwolić na utrzymanie kilku wierzchowców, wyposażenie się w przyzwoity oręż i zbroję, trzeba było mieć na to środki. Aby być rycerzem, trzeba było posiadać ziemię, albo w postaci nadanego lenna, albo jako niezależną, prywatną własność, czyli alodium. Rycerze często wywodzili się z najemnych żołnierzy, którym władca zamiast żołdu przyznawał


dobra ziemskie. Odbywało się to w ramach układu wasalno-lennego, a więc dochodziła do tego ideologia feudalna. Rycerz stawał się sługą władcy, obrońcą jego własności – posiadłości, mienia, ale również i chłopów pracujących na rzecz seniora. Specyfiką średniowiecza było to, że większa część umów zawieranych była jedynie ustnie. Stąd wielka waga, jaką przywiązywano do odpowiedzialności za słowo, do wierności złożonej przysiędze. Oprócz cnót potrzebnych wojownikowi na polu walki, rycerz powinien odznaczać się również szczerością, prawdomównością i lojalnością względem władcy. Dowodem na to praktykowanie tych cnót w życiu była śmierć poniesiona w walce, najlepiej podczas obrony władcy czy ojczyzny. Za sztandarowy przykład uchodzi tu hrabia Roland ze wspomnianej już Pieśni o Rolandzie. RYCERZ I KULTURA W dużej mierze dzięki literaturze, ukształtował się etos rycerski. Prawdę powiedziawszy, rzadko przekładał się on na rzeczywistość, niemniej inspirował zarówno ówczesne, jak i następne pokolenia. Śledząc literaturę rycerską (tzw. pieśni arturiańskie, hiszpański poemat Pieśń o Cydzie Zwycięskim, czy inne) można zaobserwo-

wać jego ewolucję. W X-XI wieku rycerze byli nierzadko prostackimi wojownikami, których jedyną rozrywką była walka i polowanie. Cechował ich negatywny stosunek do kobiet, które miały dostarczać rozrywki w alkowie i rodzić dzieci. Wraz jednak z rozwojem intelektualnym Europy, który był jednym ze skutków wypraw krzyżowych, kultura rycerska diametralnie się zmienia. Rycerz przestaje być tylko sprawnym rębajłą, zaczyna parać się poezją i adorować dwórki. Jego maniery stają się coraz bardziej wyszukane, ma dworach rozkwita ceremoniał, ilustrujący warunki społeczne, a każdy, kto predestynuje do miana szlachetnie urodzonego, musi stosować się z nim obeznać. Z czasem rycerskość coraz mniej znaczy na polach bitew, za sprawą pojawienia się broni palnej. Odbija się to na stosunkach społecznych i kulturze. Porządek, którego byli budulcem, popada w ruinę, z której wyrastają monarchie absolutne – acz zdarzają się ewenementy republikańskie, jak Rzeczpospolita. Zachował się jednak etos, wzorzec dla mężczyzn, w myśl którego mają oni wiernie służyć władcy, ochraniać słabszych i zdobywać niewiasty. Etos, za którym współcześnie wielu tęskni. 

źródło: www.pixabay.com

29


ry cers twie

TEMAT NUMERU - O 30

Pod znakiem Krzyża Z Beata Krzywda

akony rycerskie kojarzą się nam dzisiaj z Krzyżakami, którzy stanowili ogromne zagrożenie dla średniowiecznej Polski. To jednak nie wszystko, co powinniśmy wiedzieć o historii tych potężnych struktur.

Z

PIERWSZE ZAKONY Powstawanie pierwszych zakonów rycerskich związane było głównie z chęcią ochrony i niesienia pomocy. Tak było w przypadku Zakonu św. Jakuba z Altopascio (Rycerze Tau), co ciekawe, założonego przez kobietę – Matyldę Toskańską. Bra-

cia służyli ochroną, a także wsparciem medycznym dla pielgrzymów kierujących się w stronę Ziemi Świętej, a także Santiago de Compostela. Trzy kolejne zgromadzenia zakonne (lazaryci, joannici, bożogrobcy) powstały na fali I wyprawy krzyżowej,

akony rycerskie zaczęły powstawać dzięki decyzji papieża Urbana II, który w 1095 roku na synodzie w Clermont podjął decyzję o wyprawach krzyżowych i ogłosił świętą wojnę skierowaną przeciwko muzułmanom okupującym Jerozolimę. Pierwsza faza krucjat zakończyła się sukcesem – odbito Święte Miasto. Pierwotnie takim wyprawom przewodziła szlachta francuska, ale z biegiem czasu zaczęto tworzyć zakony rycerskie i bracia w kolejnych krucjatach stawali się głównymi dowodzącymi.

Styl architektury krzyżackiej jest bardzo prosty. Większość zamków budowana jest w czworoboku, a na jego narożnikach stawiano wieże. Często funkcję dodatkowej wieży obronnej stanowiła… toaleta, która była połączona z budynkiem za pomocą długiego korytarza.

która trwała w latach 10961099. Te zakony istnieją do dnia dzisiejszego, choć w dostosowanej do czasów formie! Pierwszy z nich – Zakon Rycerzy i Szpitalników św. Łazarza z Jerozolimy zapoczątkował Gerard de Martigues, który zarządzał wszystkimi szpitalami znajdującymi się w obrębie Jerozolimy. Zadaniem lazarytów była opieka przede wszystkim nad trędowatymi. Stąd oczywisty wydawał się wybór patrona. Leprozoria (szpitale dla trędowatych) okazały się łatwym łupem dla drobnych złodziei i innowierców, dlatego konieczne było powołanie ochrony. Straż była bardzo specyficzna – złożona z pacjentów, u których choroba nie była jeszcze bardzo rozwinięta. Na terenie Polski odnaleźć można ślady lazarytów: w Poznaniu stoi dawne leprozorium, a okoliczne tereny to dziś osiedle św. Łazarz


źródło: www.pixabay.com

(nie: św. Łazarza). Z kolei we Wrocławiu zwiedzić można gotycki kościół p.w. tego świętego. Joannici, czyli Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Świętego Jana, przekształcili się z bractwa istniejącego przy szpitalu św. Jana w Palestynie w zakon. Po oficjalnym uznaniu formacji przez papieża Paschalisa II, rozpoczęli szybką ekspansję i budowę szpitali w formie twierdz. Najważniejszą siedzibą był zamek w Margat przejęty po Maurach. Po upadku Jerozolimy joannici zdobyli Rodos i tam zorganizowali swoje nowe państwo. Zmiana usytuowania zmusiła ich do modyfikacji sposobu funkcjonowania – stali się oni potęgą morską posiadającą dobrze rozwiniętą flotę. Wspominając ten zakon, nie można nie powiedzieć o jeszcze jednej wyspie – Malcie, gdyż rycerze służący w tej strukturze są nazywani Kawalerami Maltańskimi. W XVI wieku joannici stali się potęgą handlową, a to bardzo nie

podobało się ówczesnemu władcy mocarstwa, jakim było Imperium Osmańskie. Sulejman Wspaniały po kilku miesiącach oblężenia zdobył w 1523 roku dotychczasową siedzibę joannitów na Rodos, ale pozwolił im honorowo odpłynąć z wyspy z pełnym uzbrojeniem. Po kilku latach cesarz Karol V przystał na to, by mogli się osiedlić na Malcie. Stąd joannici znowu zaczęli przejmować kontrolę nad handlem morskim i ponownie napadali na statki osmańskie. To rozdrażniło Sulejmana i postanowił ostatecznie rozprawić się z joannitami, a docelowo kontynuować podbój chrześcijańskiej Europy. Wydarzenia z 1565 roku przeszły do historii pod nazwą Wielkiego Oblężenia. Po kilku miesiącach zaciętych walk joannitom udało się odeprzeć atak Turków. Rok później joannici rozpoczęli budowanie nowej stolicy, którą nazwano na cześć wielkiego mistrza zakonu, a zarazem doskonałego dowódcy wojsk, Jeana

de la Vallette – Vallettą. Sześć lat później, w bitwie pod Lepanto, floty z państw chrześcijańskich pod wodzą joannitów ostatecznie rozgromiły marynarkę Państwa Osmańskiego. Joannici pojawili się także na terenie naszego kraju. Nie jest do końca jasne, jak się tu znaleźli. Pozostawili po sobie jednak kilka zabytków, m.in. kościół św. Jana Jerozolimskiego w Poznaniu, zarządzali też kościołem św. Michała Archanioła w Tyńcu nad Ślężą, gdzie zobaczyć możemy dworek Kawalerów Maltańskich z XVIII wieku. Stawiali oni też zamki – godna polecenia jest wieś Łagów, w której można zobaczyć wielokrotnie przebudowywaną siedzibę joannitów. Zupełnie inną funkcję pełnili bożogrobcy, czyli Zakonnicy Rycerscy Grobu Bożego w Jerozolimie. Do ich zadań należało sprawowanie opieki nad Grobem Chrystusa, a także oprowadzanie ówczesnych turystów – pątników, dla których Jerozoli-

31


ma była celem pielgrzymki. Bożogrobcy nie są znani z wznoszenia bogatych warowni, zajmowali się raczej posługą kapłańską. Ci zakonnicy są bardzo dobrze znani w Polsce. Zostali sprowadzeni przez Jaksę, który ufundował dla nich klasztor w Miechowie. Bożogrobcy do dziś zarządzają jeszcze trzema ośrodkami: w Gnieźnie, Przeworsku i Chełmie koło Bochni. WIELCY BUDOWNICZOWIE Wiele zakonów otrzymywało od władców majątki: ziemie, wsie, kościoły, które później rozwijali. Niektórzy byli tak sprawnymi zarządcami, że wkrótce zaczynali budować własne… zamki. Z tego zasłynęły szczególnie dwa zakony: templariusze i Krzyżacy. Dla templariuszy ziemią obiecaną stała się Portugalia, a domem Tomar. Po dziś dzień można tu oglądać przepiękny, bogaty zamek położony na wzgórzu. Paradoksalnie (i to nie tylko z powodu zamków – o czym później) pełna nazwa tego zakonu brzmi: Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona… Rozbudowa portugalskiej posiadłości rozpoczęła się w 1160 r. z polecenia wielkiego mistrza Gualdima Paisa, a rozbudowa trwała aż do XVII wieku. Jak to? Przecież zakon został zlikwidowany przez papieża Klemensa V w 1312 r., a mistrza Jaquesa de Molaya po długim procesie spalono na stosie w roku 1314. Jednak w Portugalii przetrwali oni pod zmienioną nazwą i zachowali część swoich majątków. Reszta

32

przeszła w ręce joannitów. W zamku w Tomar przeważa styl manueliński, popularny wówczas w Portugalii. Jest to jeden z najbardziej znanych zamków w tym kraju. Templariusze przetrwali też w legendach o tajemniczym ‘skarbie narodów’, który do dziś dnia pozostaje utajony i naukowcy spierają się, gdzie mógłby zostać ukryty. Skąd takie bogactwa w Zakonie Ubogich Rycerzy Chrystusa? Mieli oni (templariusze) znakomicie rozwinięty system banków międzynarodowych, co pozwalało na prężny rozwój handlu. Można było wpłacić gotówkę w dowolnej placówce i wypłacić w każdej innej. Nie były to więc wyłącznie depozyty. Co więcej, wchodziło w grę wypłacenie ekwiwalentu w innej walucie! To wszystko mogło być przyczyną wyobrażania sobie ogromnych skarbów gromadzonych w zamkach i przez wieki taka wizja urosła do rozmiarów legendy o fortunie. Nie jest tajemnicą, że najprawdopodobniej mieli znakomite umiejętności handlowe i opracowali wspaniały system bankowy. To mogło być przyczyną upadku zakonu. Królowi Francji bardzo się taka kontrola nie podobała i starał się znaleźć sposób na przejęcie tych majątków i zdobycie wpływu na wymianę handlową szczególnie ze wschodnią stroną basenu Morza Śródziemnego. O ile portugalskim must see jest Tomar, o tyle w Polsce wszyscy jeżdżą do Malborka, którego nie byłoby, gdyby nie Krzyżacy sprowadzeni do naszego kraju przez Kon-


źródło: www.pixabay.com

rada Mazowieckiego. Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie powstał w trakcie III wyprawy krzyżowej. Podczas oblężenia Akki kupcy niemieccy z Bremy i Lubeki założyli szpital polowy dla rannych żołnierzy, który później przekształcił się w zakon. W wyniku wojen pomiędzy zakonami krzyżowców a wojskami muzułmańskimi, wyznawcy Allaha przejmują Akkę, a Krzyżacy, którzy i tak w większości przebywają poza granicami Ziemi Świętej, całkowicie przenoszą się na tereny Europy. Najpierw zaprasza ich król Węgier, by chronili Transylwanię przed najazdami tatarskimi. Krzyżacy rosną w siłę i rozrastają się wbrew prawom, które mają. Wreszcie w 1225 r. muszą opuścić te ziemie ze względu na narastający konflikt z królem węgierskim i zbyt mało sił, które wystarczyłyby na walkę zbrojną z królestwem. Rok później zostają zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego, by zabezpieczali północną granicę mazowiecko-pruską przed pogańskimi Prusami. Stosunki polsko-krzyżackie były początkowo bardzo dobre, dopiero w 1308 roku ulegają znacznemu pogorszeniu. Władysław Łokietek prosi ich o pomoc w przejęciu Gdańska i odbiciu go z rąk Brandenburczyków, a akcja się udaje. Krzyżacy żądają zapłaty za poniesione koszty wojny, a ponieważ zwrotu nie otrzymują, wybijają polską armię i przejmują strategicznie położone miasto. Rok później przenoszą swoją siedzibę z Wenecji do Marien-

burga – Malborka. XIII wiek będzie okresem największego rozkwitu ich państwa i czasem budowy wielu twierdz rozsianych po terenie dzisiejszej Polski północnej. Styl architektury krzyżackiej jest bardzo prosty. Większość zamków budowana jest w czworoboku, a na jego narożnikach stawiano wieże. Często funkcję dodatkowej wieży obronnej stanowiła… toaleta, która była połączona z budynkiem za pomocą długiego korytarza. Najbardziej spektakularny wychodek znajduje się przy zamku w Kwidzyniu. Pomimo upadku i przejściu wielu zakonników głównie na luteranizm, zakon nie został oficjalnie rozwiązany. Z biegiem lat zadecydowano jednak o rezygnacji z rycerstwa. W formie mocno okrojonej ze swoich tradycji, zakon przetrwał do dziś. Aktualnie siedzibą wielkiego mistrza zakonnego jest dom w Wiedniu. Bracia i siostry zajmują się głównie opieką nad chorymi, a także starcami i sierotami, w ten sposób nawiązując do początków swojego istnienia. Historia zakonów rycerskich bardzo mocno zaznaczyła się w historii średniowiecza, a przez to ma ona niebagatelny wpływ na dzisiejszy stan świata. Warto pamiętać o tym, że templariusze zaproponowali coś więcej niż tajemniczy skarb i że garstka joannitów zatrzymała potężną flotę Imperium Osmańskiego! 

33


ry cers twie

TEMAT NUMERU - O 34

Polska przedmurzem Europy P Kajetan Garbela

O

takim rozwoju wypadków zdecydowało przede wszystkim położenie geopolityczne Polski. Przez długie lata była ona najbardziej wysuniętym na wschód bastionem katolicyzmu w Europie . Dalej znajdowali się tylko prawosławni Rusini oraz poganie – Prusowie, Jaćwingowie, Litwini oraz Tatarzy. Już w korespondencji Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego z papiestwem znajdujemy odniesienia do Polski jako państwa, które pierwsze jest narażone na ataki schizmatyków i pogan, i jak tarcza czy mur musi bronić resztę europejskiej wspólnoty chrześcijańskiej. Na przełomie XIV i XV wieku na kilka dekad zaprzestano używania tego rodzaju terminów - Polska i ochrzczona już Litwa walczyła wówczas z Zakonem Krzyżackim, który w zachodniej Europie lansował

rawdziwy rycerz powinien między innymi bronić słabszych oraz cywilizacji chrześcijańskiej. W Polsce te dwie kwestie przyjęły specyficzną formę, dzięki której nasze państwo nazywano w dawnych wiekach „Antemurale christianitatis” – „Przedmurzem chrześcijaństwa”.

Chyba największe znaczenie propagandowe w zapamiętaniu Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa” miało zwycięstwo w bitwie pod Wiedniem. Króla Sobieskiego spotkał wielki honor, gdy wybrano go wodzem połączonych wojsk polskich, habsburskich i zjednoczonych państw niemieckich.

się jako jedyny obrońca chrześcijaństwa, przy okazji oczerniając swoich przeciwników. Upadek Konstantynopola w 1453 roku i ugruntowanie się pozycji sułtańskiej Turcji w Europie na trwałe przywróciło pań-

stwom Jagiellonów status obrońców chrześcijańskiej Europy. Za przedmurze wiary uważano również Koronę Świętego Stefana - Węgry. Na wojnie z sułtanem w 1444 roku zginął król Polski i Węgier Władysław, od miejsca śmieci zwany Warneńczykiem. W oczach ówczesnej Europy był on ideałem rycerza, walczącego w obronie wiary katolickiej i tradycji europejskiej z barbarzyńskimi poganami ze wschodu. Gdy Węgry padły pod naporem potężnych Turków w początku szesnastego wieku, na placu boju pozostały de facto tylko Polska wraz z Litwą, za niedługo złączone w Rzeczpospolitą, oraz państwo joannitów, Wenecja i państwa habsburskie z Austrią na czele. Humaniści, na przykład Włosi Filippo Buonacorsi, znawy Kallimachem lub Niccolo Machiavielli, Niemiec Seba-


źródło: www.pixabay.com

stian Brandt czy sławny w całej Europie Erazm z Rotterdamu widzieli właśnie w Polsce mur, mający osłonić wspólnotę chrześcijańskich państw Starego Kontynentu przed zagrożeniem pogaństwa i barbarzyństwa ze wschodu. Co ciekawe, taką rolę przypisywali państwu Jagiellonów nawet protestanci, na czele z Filipem Melanchtonem, jednym z najbliższych współpracowników Lutra. Jak widać, nie tylko katolicka Europa obawiała się potęgi Turcji… Wysoka Porta, jak często zwano państwo tureckie, była od XV do końca XVIII wieku prawdziwym postrachem Europy. Co prawda katolicy płakali nad losem zdobytego Konstantynopola, jednak los słabego w końcu średniowiecza Cesarstwa Wschodniorzymskiego, które odrzuciło wiarę katolicką, pozostawał dla niej obojętny. Państwa

katolickie zaczęły się naprawdę niepokoić w drugiej połowie XV stulecia, kiedy Turcy oparli swoje granice na Dunaju i zaczęli zagrażać Węgrom. Było to wówczas państwo wielkie i potężne, rozciągające się od wybrzeża adriatyckich po Karpaty na terenie dzisiejszej Rumunii, oraz od Słowacji po wspomniany Dunaj i ziemie serbskie. Wielkie wrażenie w Europie oraz swoistą psychozę strachu wywołała klęska wojsk węgierskich pod Mochaczem w 1526 roku, gdzie zginął także król tego państwa, Ludwik Jagiellończyk. Zadawano sobie pytanie – jeśli tak bogate, rozległe i wydawałoby się, dobrze zorganizowane państwo upadło pod naporem Porty, to kto się jej oprze? Wówczas z wielką nadzieją poczęto spoglądać na rozległe i bogate państwa, rządzone przez

Habsburgów i Jagiellonów. Ci pierwsi rządzili ziemiami dzisiejszej Austrii, po śmierci Ludwika Jagiellończyka przypadły im również rządzone przez niego Czechy i Węgry. Habsburgowie zdołali opanować tereny dzisiejszej Chorwacji, zachodnich Węgier oraz Słowacji, resztę zatrzymali jednak Turcy. Stanowiło to poważne zagrożenie również dla Polski i Litwy, które na południowym wschodzie graniczyły z lennikami sułtana - muzułmańskimi Tatarami krymskimi. Od wojowniczej Turcji dzielił Polskę już tylko ponad stukilometrowy pas ziem słowackich. Co prawda na ich terenie poważną przeszkodzę stanowiły wysokie i trudne do przebycia Tatry, mimo to zdawano sobie sprawę, że odległość jest naprawdę niewielka i Turcy mogą w bardzo krótkim czasie stanąć pod Lwowem

35


czy nawet Krakowem. Początkowo starano się zachować jak najlepsze stosunki z Wysoką Portą. Zygmunt August zawarł z nią traktat o przyjaźni, zaś Stefan Batory, wcześniej władca podległego jej węgierskiego Siedmiogrodu, był odbierany w Stambule bardzo pozytywnie. W latach jego panowania, to jest 1576-1586, ustały nawet wypady tatarskie na ziemie polsko-litewskie. Sytuacja zaczęła się pogorszać po śmierci Batorego. Coraz liczniejsi stawali się wówczas Kozacy, którzy często z nudów lub z chęci rabunku łupili czarnomorskie wybrzeża Turcji, kilkukrotnie zapędzając się pod sam Stambuł. Nowy król, Zygmunt III Waza, rozważał również podporządkowanie sobie Mołdawii i Wołoszczyzny, będących wasalami sułtana. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż doprowadziła do wojny lat 1620-21. Na jesieni 1620 roku hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski wyprawił się z kilkoma tysiącami wojska do Mołdawii, gdzie poniósł ciężką klęskę pod Cecorą. Sam hetman stracił życie, a jego zastępca, herman po-

36

lny koronny Stanisław Koniecpolski dostał się do niewoli. W następnym roku ruszyła wielka wyprawa około stutysięcznego wojska Turcji i jej lenników na Rzeczpospolitą. Zatrzymały ją wówczas oddziały polskie, litewskie i kozackie, zgromadzone pod Chocimiem nad Dniestrem pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. O tym wydarzeniu opowiada „Transakcja wojny chocimskiej” Wacława Potockiego, wydana w 1670 roku i następnie pięć lat później. Jest to jedno z dzieł, które przyczyniło się do ugruntowania w świadomości obywateli Rzeczypospolitej jej statusu jako przedmurza chrześcijańskiej Europy. Niebagatelny wpływ na taki stan rzeczy miała także kontrreformacja, bardzo silna na ziemiach polsko-litewskich w początku XVII wieku. Jej ważnym elementem był rozwój duchowość i religijność rzesz szlacheckich, coraz mocniej podkreślano również związki z papieżem i chęć obrony wiary rzymskiej. To wtedy powstał stereotyp Polaka-Katolika, obrońcy wiary i dzielnego rycerza, walczącego z poganami


źródło: www.pixabay.com

i wszystkimi, którzy zagrażają cywilizacji europejskiej. Na sztandarach czy też broni żołnierzy pojawiały się symbole religijne – krzyże, wizerunki Jezusa, Maryi czy świętych, śpiewano pieśni religijne, ze słynną „Bogurodzicą” włącznie. Nie tylko rodzimi pamiętnikarze, poeci czy duchowni (np. sławny kaznodzieja, ks. Piotr Skarga) opisywali taki stan rzeczy. Europa nadal postrzegała Rzeczpospolitą jako swojego obrońcę przed zakusami pogan, przede wszystkim muzułmanów. Dla przykładu: gdy posłowie polscy przybyli w 1573 roku do Paryża, na wzniesionym specjalnie na tę okazję łuku triumfalnym sławiono Polskę i Litwę jako twierdze, broniącą kontynentu przed barbarzyńcami. Także słynny, wszechwładny kardynał Richelieu w liście nadesłanym królowi Władysławowi IV w 1634 roku nazywa jego państwo „przedmurzem chrześcijaństwa”. Według planów kolejnych papieży, Rzeczpospolita miała być jednym z najsilniejszych ogniw planowanych koalicji antytureckich, austriaccy Habsburgowie widzieli w niej najpoważniejszego sojusznika. Węgrzy

– mieszczanie, szlachta, artyści - szukali schronienia przed Turkami na ziemiach Polskich. Jednak po roku 1621 Rzeczpospolita przez dłuższy czas nie była zagrożona bezpośrednią wojną z Turcją. Stosunki między tymi państwami ograniczały się do swoistych gierek militarnych - Kozacy Zaporoscy nadal nękali ziemie sułtanów, a wojska polskie nawet kilka razy do roku musiały odpierać Tatarów na Rusi Czerwonej, Podolu czy Ukrainie (jak zwano wówczas głównie województwo kijowskie, przede wszystkim tzw. Dzikie Pola – stepy na południe od Kijowa). I choć głównym celem ord tatarskich było wzięcie ludności w niewolę – jasyr, oraz kradzież bydła i majątku ruchomego, walka z nimi również była postrzegana bardzo ideologicznie. Miało to miejsce szczególnie w czasie Powstania Chmielnickiego, gdy w latach 1648-1652 Tatarzy krymscy za cichym przyzwoleniem Turcji wspierali Kozaków przeciwko Rzeczypospolitej. Prawdziwe zagrożenie ze strony Wysokiej Porty nadeszło dopiero w 1672 roku,

37


kiedy znów około stutysięczne siły tureckie stanęły pod Kamieńcem Podolskim, najważniejszą twierdzą Rzeczypospolitej. Stanowiła ona dla Polaków i Litwinów swoisty symbol oporu przeciw poganom ze wschodu, które to poczucie umocniło chociażby wydarzenie z czasu wojny 1620-21, gdy sułtan turecki uznał Kamieniec za twierdzę zbyt potężną i nie zdecydował się na jej zdobywanie. Teraz jednak słabo broniony Kamieniec upadł, czemu winna byłą przede wszystkim szlachta, nie potrafiąca zawczasu porozumieć się miedzy sobą w obliczu tak poważnego zagrożenia. Upadek tej potężnej i symbolicznej twierdzy spowodował jednak taki szok, że od razu postanowiono wystawić wielką armię. Jej dowództwo objął hetman wielki koronny Jan Sobieski, który już 11 listopada 1672 roku odniósł wielkie zwycięstwo nad Turkami, zamkniętymi w twierdzy chocimskiej. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie pięćdziesiąt jeden lat wcześniej Polacy, Litwini i Kozacy od-

38

pierali ataki armii sułtańskiej. Zwycięstwo było doprawdy wspaniałe – Polacy nie posiadali zdecydowanej przewagi liczebnej nad przeciwnikiem, mimo to udało im się zdobyć umocniony obóz; ostatecznie z około trzydziestopięciotysięcznej armii tureckiej uszło z życiem jedynie około pięć tysięcy wojowników. Odbiło się ono wielkim echem w Europie, imię Sobieskiego, zwanego od tej pory przez Turków „Lwem Lechistanu” stało się sławne na całym kontynencie, zaś wiktoria chocimska stała się głównym argumentem w wyborze na króla. Po Chocimiu Sobieski jeszcze przez kilka lat walczył z Wysoką Portą i Tatarami, nie udało mu się jednak odzyskać Kamieńca. Chyba największe znaczenie propagandowe w zapamiętaniu Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa” miało zwycięstwo w bitwie pod Wiedniem. Króla Sobieskiego spotkał wielki honor, gdy wybrano go wodzem połączonych wojsk polskich, habsburskich i zjednoczonych


państw niemieckich. Bitwa ostatecznie powstrzymała ekspansję Turcji w Europie, uratowała całe cesarstwo niemieckie, a zapewne także Rzeczpospolitą. Sobieski stał się jednym z bohaterów świata chrześcijańskiego, z całego świata spływały na jego ręce gratulacje od królów czy książąt, zaś papież obdarzył go honorowym i bardzo poważanym tytułem „Obrońcy Wiary”. Sam Sobieski nie dożył zakończenia wojny z Turcją i powrotu Kamieńca do Rzeczpospolitej – nastąpiło to za panowania jego następcy, Augusta II, na mocy pokoju zawartego w Karłowicach w 1699 roku. Od tego czasu Turcja ani Tatarzy nie najechali już nigdy ziem polskich i litewskich. Przy braku zagrożenia ze strony islamu, mit Polaków jako obrońców wiary katolickiej i cywilizacji był w Europie dużo mniej popularny, zaś na ziemiach polskich nigdy nie poszedł w zapomnienie. Co prawda osłabł w epoce saskiej, wzmógł się zdecydowanie w końcu osiemnastego i początku dziewiętnastego wieku. Wspomnie-

nie „przedmurza chrześcijaństwa” było jednym ze środków w wojnie ideologicznej z zaborcami, przede wszystkim Rosją. Chyba ostatni raz ów termin został użyty w tym znaczeniu w trakcie wojny polsko -bolszewickiej. Jednak nawet w świadomości dzisiejszych Polaków można znaleźć jego pozostałości – jako naród lubimy przecież powoływać się na swoje rycerskie cnoty, odwagę i waleczność, chęć obrony wartości katolickich i europejskich. 

źródło: www.pixabay.com

39


ry cers twie

TEMAT NUMERU - O 40

O rycerzu, co został biskupem W Andrea Marx

W

wielu śląskich miejscowościach w okolicach 11 listopada obchodzono tradycyjny wieczór ze św. Marcinem. Na czym to polega? Zwykle odbywa się msza święta, a po niej przedstawienie, które opowiada historię życia świętego, zwłaszcza legendarny moment podzielenia się szatą z żebrakiem. Mieszkańcy najmniejszych nawet wiosek przemierzają swoje miejscowości w orszaku z lampionami w rękach, a na czele pochodu jedzie konno osoba przebrana za świętego z Tours: ubrana w zbroję, rzymski hełm i czerwoną pelerynę. Na końcu drogi świty czeka na biorących w niej udział ognisko i świętomarcińskie rogale. Jeśli popularność jakiegoś świętego można by zmierzyć ilością miejscowości, kościołów, kaplic lub ołtarzy, które są mu poświęcone, to Marcin z Tours

dniu, kiedy cała Polska świętowała kolejną rocznicę odzyskania niepodległości, obchodzone było również liturgiczne wspomnienie św. Marcina z Tours – biskupa, a wcześniej rzymskiego legionisty. Jego pamięć jest żywa zwłaszcza na Śląsku Opolskim.

Czerpał siły właśnie z takiej postawy – z umiejętności pogodzenia działalności apostolskiej z życiem kontemplacyjnym, tworząc z jednego bogactwo drugiego.

zajmowałby bez wątpienia czołowe miejsce na tej liście. Przeprowadzone badania wykazały, że we Francji jest prawie 485 miejscowości i 3667 kościołów parafialnych, które noszą jego imię, zatem śmiało można stwierdzić, że gdyby objąć obliczeniami całą Europę, lista wydłużyłaby się w nieskończoność. Szczególnie Włochy znacznie by ją wzbogaciły, zważywszy, że sama diecezja ambrozjańska – jak dokumentuje kapłan i historyk mediolański Gofryd

z Bussero w swoim dziele „Liber notitiae sanctorum Mediolani” – już pod koniec XIII w. liczyła 132 kościoły i 15 ołtarzy wzniesionych ku czci św. Marcina. Ta popularność i kult znajdują szerokie odzwierciedlenie w ikonografii przedstawiającej go w stroju żołnierza rzymskiego lub biskupa. Marcin urodził się w 316 lub 317 r. w pogańskiej rodzinie osiadłej na terenach dzisiejszych Węgier. Jego ojciec sprawował funkcję rzymskiego trybuna. W wieku 10 lat doświadczył wewnętrznych wyzwań, które z jednej strony kierowały go na drogę wspólnoty wierzących, a z drugiej w kierunku samotności życia pustelniczego – jest to pewnego rodzaju preludium tego, co stało się jego prawdziwym powołaniem do roli biskupa i mnicha. Wbrew woli rodziców, w wieku 12 lat dołączył do katechumenów, a chrzest


źródło: fot. Andrea Marx

otrzymał 6 lat później. Tymczasem w wieku 15 lat został zmuszony do wstąpienia do armii cesarskiej – został oficerem gwardii konnej i dosyć szybko zyskał sobie sympatię i szacunek żołnierzy za umiłowanie bliźniego, skromność i ascetyczną postawę. W tym okresie ma miejsce słynny epizod ofiarowania żebrakowi przeciętej na pół opończy u bram Amiens, gdzie stacjonował z garnizonem w chłodną, zimową noc 334 r. i późniejsza wizja Chrystusa, który ukazał mu się we śnie, owinięty ową połówką płaszcza. Dla Marcina był to sygnał wzywający do zmiany stanu: z żołnierza na usługach władcy na żołnierza Chrystusowego. Jednak służbę wojskową porzucił dopiero 20 lat później – w 356 r. Od tej chwili rozpoczęła się dla niego nowa przygoda. Powróciwszy do ojczyzny –

ówczesnej Panomii – nawrócił na chrześcijaństwo matkę i zaczął doświadczać trudu walki z arianami. Doznawszy z ich strony wielu cierpień, postanowił ruszyć w drogę powrotną do Galii. W roku 360 osiadł w pustelni Liguge w pobliżu Poitiers (środkowo-zachodnia część Francji), która dzięki niemu stała się promieniującym centrum ruchu monastycznego w Galii. Jakiś czas później założył klasztor w Mormoutier, niedaleko Tours, w którym to mieście z woli obywateli został wybrany na biskupa. Był to rok 371. W krótkim okresie aktywność tego biskupa-mnicha – czy raczej mnicha wypożyczonego do życia pasterskiego Kościoła – wzrosła niepomiernie: działalność charytatywna, uzdrawianie, odprawianie egzorcyzmów, ewangelizacja okolicznych miejscowości i obrona doktryny przed przesądami i herezjami nie

dawały Marcinowi wytchnienia. Czerpał siły właśnie z takiej postawy – z umiejętności pogodzenia działalności apostolskiej z życiem kontemplacyjnym, tworząc z jednego bogactwo drugiego. Jego wysiłki przynosiły efekty: pogaństwo cofało się, coraz więcej osób przyjmowało chrzest, powstawały kolejne kościoły i klasztory. Śmierć upomniała się o niego w Candes (dziś: Candes-Saint-Martin – mała miejscowość położona niecałe 40 km od Tours) 11 listopada 397 r. Marcin swoją sławę zawdzięcza poniekąd swojemu hagiografowi – Sulpicjuszowi Sewerowi. Biskup-mnich jest dzisiaj patronem ubogich, krawców, hotelarzy, żołnierzy i miasta Tours.  ______________

Źródło: „Święci na każdy dzień” (wyd. Jedność).

41


ry cers twie

TEMAT NUMERU - O 42

Czy dzisiaj można być rycerzem? Tak! Z Bartłomiej Szeląg

J

eśli chodzi o ten pierwszy czynnik, to w średniowieczu Sandomierz leżał na szlaku handlowym wiodącym z Europy Zachodniej do Azji. Miał prawo składu, dzięki któremu kupcy idący szlakami biegnącymi w pobliżu miasta musieli zatrzymać się w nim i wystawiać towary na sprzedaż. Od XVI wieku na znaczeniu zyskał szlak wodny- wiślany, którym Polska spławiała zboże do Gdańska i dalej na zachód Europy. Było to, można powiedzieć, główne źródło dochodu dla szlachty polskiej przez dwa, trzy stulecia. Do dnia dzisiejszego stoi w Sandomierzu spichlerz, w którym składowano zboże. Czynniki polityczno- administracyjne to oczywiście fakt bycia królewskim miastem oraz stolicą kasztelanii, starostwa i województwa. Miasto było jednym z ulubionych miast królów

iemia sandomierska była w dawnej Polsce jedną z ziem o największym znaczeniu. Sam Sandomierz jednym z najważniejszych miast, już w średniowieczu wg Galla Anonima zaliczanym do „sedes regni principale”, czyli głównych grodów królestwa, obok Wrocławia i Krakowa. Decydowały o tym, między innymi, dwa czynnikipołożenie na ważnych szlakach handlowych oraz znaczenie miejscowe, które przełożyło się na znaczenie politycznoadministracyjne.

Kolejną postacią dużego formatu był Dobiesław z Oleśnicy (z Sienna) herbu Dębno. Rycerz ten słynął z niesłychanej odwagi. Pewnego razu, gdy poselstwo krzyżackie przybyło do Jagiełły kazał sobie przynieść klatkę z lwem, do której wszedł, siłował się ze zwierzęciem, wkładał mu ręce do pyska!

Polski: Kazimierza Wielkiego, który zmarł po ranie odniesionej po polowaniu pod Sandomierzem i który ufundował zamek sandomierski, Jadwigi i Władysława Jagiełły, który w z Litwy jechał do Krakowa właśnie przez Sandomierz i

w tym mieście przyjął posła swojej przyszłej żony oraz później ufundował dzisiejszą katedrę sandomierską. Województwo sandomierskie było zaś największym województwem centralnej Korony i także bardzo zamożnym, ze względu na żyzne gleby. W XVIII wieku wszystkie te czynniki straciły na znaczeniu. O średniowiecznych szlakach lądowych dawno już zapomniano. Europa Zachodnia zupełnie uniezależniła się od polskiego zboża, osiągając lepszą produktywność gleb u siebie. Rzeczpospolita upadła i Sandomierz przestał być ośrodkiem polityczno- administracyjnym. Do dziś dnia pozostaje małym, spokojnym miasteczkiem, nieco na uboczu, ale jakże pięknym i urokliwym, co zwłaszcza w ostatnich latach zostało docenione przez tłumy turystów. O dawnej wielkości


źródło: www.pixabay.com

Sandomierza, oprócz jego zabytków, przypomina dzisiaj Chorągiew Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej. Organizacja ta działa o 1992 r. Jest grupą zajmującą się odtwórstwem historycznym. Założona została i prowadzona jest po dziś dzień przez Karola Burego, sędziego sądu rejonowego w Sandomierzu, który, staropolskim obyczajem, przyjął tytuł kasztelana. Chorągiew skupia głównie młodych ludzi z Sandomierza i okolic. Oprócz funkcji uświetniających różnorakie uroczystości w kraju i za granicą, przypominania o polskiej i sandomierskiej historii. Pełni też funkcję wychowawczą. Jednym z zadań chorągwi jest przypominanie rycerzy, pochodzących z zie-

mi sandomierskiej, którzy zasłużyli się w bitwie pod Grunwaldem, pełnili w tym czasie ważne funkcje państwowe i byli znani w całej Europie, a dzisiaj nikt już o nich nie pamięta. Wyjątek stanowi Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima. Któż nie zna tego słynnego rycerza. Możne rody aż do II wojny światowej szczyciły się pochodzeniem od Zawiszy, co podnosiło ich prestiż. Mało kto jednak wie, że pochodził z miejscowości leżącej 12 km od Sandomierza. Ta niewielka wioska- Garbów Stary- wydała tak wybitnego syna polskiej i sandomierskiej ziemi. Zawisza zadziwiał nie tylko umiejętnościami bojowymi, lecz taką wyjątkową prawością charakteru. „Polegaj na nim, jak na Zawiszy”

nie na darmo mówiona do niedawna w całej Polsce. W bitwie grunwaldzkiej, rzucił się on, aby ratować zdobytą przez Krzyżaków chorągiew krakowską (co mogło oznaczać przegraną). Za nim poszli inni rycerze, chorągiew odbito i bitwa rozgorzała na nowo. W tym roku obchodzimy 600-lecie turnieju rycerskiego w Perpignian w Hiszpanii, gdzie w obecności królówhiszpańskiego i węgierskiego- Zawisza pokonał w pierwszym starciu Jana z Aragonu, księcia uważanego za najprzedniejszego rycerza ówczesnej Europy. Zdobył tym sobie sławę równą dzisiejszym największym gwiazdom sportowym czy rozrywkowym. Jego brat, Jan Farurej, był dworzaninem króla francu-

43


skiego i niejednokrotnie zadziwił francuską gawiedź swoimi umiejętnościami. Któż dzisiaj pamięta Mszczuja ze Skrzyńska herbu Łabędź, rycerza który w bitwie pod Grunwaldem postawił „kropkę nad i” pozbawiając życia samego Wielkiego Mistrza Ulryka von Jungingena. Wiemy o tym z przekazu Jana Długosza. Mszczuj wskazał królowi miejsce na polu bitwy, gdzie leży Wielki Mistrz, wziął po nim łup, a jego tunikę wojenną przekazał jako votum do kościoła w Kijach, w Małopolsce. Czemu się tym nie chwalono? No cóż, w średniowieczu zabicie mnicha i głowy państwa zakonnego nie uchodziło za powód do przesadnej dumy. Był także dworzaninem królowej Zofii, której czci bronił w pojedynku. Odbył pielgrzymkę do Santiago de Compostella. Na zachodzie bardziej był znany jako Mszczuj ze Szwamberka, może dlatego, że ożenił się z Czeszką, a ród Szwamberków, także pieczętujących się Łabędziem znany był w całej Europie. Kolejną postacią dużego formatu był Dobiesław z Oleśnicy (z Sienna) herbu Dębno. Rycerz ten słynął z niesłychanej

44

odwagi. Pewnego razu, gdy poselstwo krzyżackie przybyło do Jagiełły kazał sobie przynieść klatkę z lwem, do której wszedł, siłował się ze zwierzęciem, wkładał mu ręce do pyska! W bitwie pod Grunwaldem w słynnym uderzeniu 16 najlepszych chorągwi krzyżackich (ok 1600 jeźdźców) Dobiesław uderzył na nie w pojedynkę, atakując samego Wielkiego Mistrza. Był także asem turniejowym Władysława Jagiełły. Podczas spotkania króla z Wielkim Mistrzem w Toruniu w 1404 r. król poprosił Dobiesława o reprezentowanie strony polskiej w turnieju rycerskim. Dobiesław stanął w szranki o godzinie 17. Pozostał w nich do godziny 2 w nocy, kiedy to zabrakło już rycerzy krzyżackich do potykania się z nim! Podobnie jak dwaj wspomniani wcześniej rycerze w 1412 r. brał udział w turnieju rycerskim w Budzie, stolicy Węgier, gdzie Polska drużynowo pokonała inne reprezentacje, a następnie Polacy, dla rozrywki, pojedynkowali się między sobą. To tylko trzech rycerzy, którzy sprawowali ważne funkcje w państwie, doradcze, wojenne, dyplomatyczne. Każdy z nich


źródło: www.pixabay.com

dzierżył ważne urzędy państwowe. Ale na tym nie kończy się lista sandomierzan zasłużonych dla naszej ojczyzny w tym czasie. Pierwszy doradcą królewskim był kanclerz Mikołaj Trąba, arcybiskup gnieźnieński, który o mało nie został papieżem w 1417 r. Obradował w tym czasie sobór w Konstancji mający zaradzić między innymi problemowi schizmy papieskiej. Było trzech papieży jednocześnie. Postanowiono, że się ich zdetronizuje i wybierze jednego, na którego zgodzą się wszystkie ważniejsze siły polityczne Europy. Mimo że arcybiskup miał bardzo duże poparcie, na Polaka nie zgodzili się Niemcy i zakon krzyżacki. Wybrany Włoch, Marcin V, nadał mu na osłodę tytuł Prymasa Korony Królestwa Polskiego Pierwszego Księcia. Tak, tego prymasa, którego mamy do dzisiaj. Jest to specyficzny dla naszego kraju tytuł. W gronie doradców królewskich był także Krystyn z Ostrowa herbu Rawicz, którego tytuły ciężko zliczyć: wojewoda krakowski, wojewoda sandomierski, kasztelan krakowski. Rolę dworską i doradczą

spełniał także Mikołaj Powała z Taczowa herbu Ogończyk. Inny rycerz ziemi sandomierskiej, Dobrogost Czarny z Odżywołu herbu Nałęcz, zbudował słynny most pontonowy, po którym armia polska idąca na krzyżaków w 1410 r. przeprawiła się przez Wisłę pod Czerwińskiem, kompletnie ich zaskakując. Była to nie lada nowinka techniczna w tamtych czasach. Szkoda, że pamięć o tych mężnych i sławnych w swoim czasie Polakach zaginęła. O ile mi wiadomo, jedynie postać Mszczuja przetrwała bardzo wyraźnie w pamięci członków rodu Duninów, który ma dzisiaj swoje stowarzyszenie. Nasza działalność ma celu, aby tę pamięć przywrócić, pozytywnie tym samym kształtując polską pamięć i dumę narodową. Bo my, Polacy, mamy z czego być dumni. Czasem po prostu tego nie pamiętamy. 

45


TEMAT NUMERU - O

ry cers twie

Krokodyl i te sprawy

46

Z Małgorzata Różycka

C

hoć średniowieczne standardy kontaktów kobiet i mężczyzn bezpowrotnie przeszły do historii, to mniej lub bardziej świadomie nasza kultura tęskni za tymi czasami. Rycerz na białym koniu, wytrwałe zdobywanie serca ukochanej, a nawet uwalnianie jej z wysokiej wieży, strzeżonej przez ziejącego ogniem smoka – to wciąż nas kręci, tylko nie zawsze chcemy się do tego przyznać. Fakt faktem, iż okoliczności są mało sprzyjające. Damy wzdychają, że teraz to tylko sami macho, ciepłe kluchy albo mentalne dzieci. Z drugiej strony słychać wśród chrzęstu zbroi narzekania na karierowiczki, wojujące feministki oraz nawiedzone kandydatki na dewotki w luźnych swetrach i przydługawych spódnicach. Możemy oczywiście dać się ukisić w kwasie malkontenctwa, powtarzając, że zawsze

godnie z miłościwie nam panującą zasadą równości, trzeba oddać należne honory również damom, skoro mowa o rycerskości. Bo na cóż rycerzowi te wszystkie trofea, honory i sława oraz słynny krokodyl, jeśli nie byłoby stóp, u których mógłby je złożyć.

Prawdziwa dama pozwala także rycerzowi być rycerzem. Tutaj ma naprawdę duże pole do działania, przy czym ona sama decyduje, jakich zachowań sobie życzy, co akceptuje, dopuszcza, czy tylko toleruje.

było lepiej niż teraz. Tym, którym się ta opcja wydaje się jednak mało kusząca, proponuję wykorzystać niewątpliwy przywilej naszych czasów, czyli możliwość zostania z własnego wyboru damą/rycerzem, wszak dziś to już nie urodzenie o tym decyduje. Zainteresowanych przyszłych rycerzy odsyłam do innych artykułów tego wydania, a damy in spe zapraszam do dalszej lektury.

KIM JEST DAMA? Być damą to być po prostu sobą. Prawdziwą damę widać z daleka. Ona nikogo nie udaje, nie musi nikomu niczego udowadniać. Nie ma w zwyczaju nachalnie starać się o uwagę rycerza, ponieważ wie, że jej autentyczny wdzięk zawsze znajdzie swoich wielbicieli. Aura tajemniczości, jaka towarzyszy damie, stanowi dla mężczyzny inspirujące wyzwanie, a jego podjęcie nie kończy się wyrachowanym odrzuceniem. Współczesna dama nie jest jednak bezwolną mimozą, służącą wyłącznie za ozdobę. Jej autentyczność pozwala jej świetnie czuć się we własnej skórze, a obecność rycerza nie stanowi warunku koniecznego do osiągnięcia osobistej satysfakcji. Dama buduje bowiem poczucie własnej wartości na podstawie obiektywnych kryteriów, nie uzależniając go od chwi-


źródło: www.pixabay.com

lowego zainteresowania płci przeciwnej. Dama jest silną kobietą, wiedzącą, czego chce od życia. Jej plany oraz cele to dla niej źródło radości, pozytywnie napędzające do działania. Dama oznacza kobietę świadomą swojej kobiecości, która dzielnie stawia czoła wyzwaniom codzienności, ale będącą jednocześnie autentycznym człowiekiem z całym dobrodziejstwem inwentarza. DAMA, CZYLI NIE RYCERZ Dama doskonale wie, że jest właśnie damą, a nie żadnym tam rycerzem. Dlatego świadoma swoich atutów wykorzystuje je, by jej osobowość i kobiecość mogły rozkwitać, ku uciesze jej własnej oraz całego otoczenia. Naturalny wdzięk, swobodną grację, biegłość w kontaktach międzyludzkich itp. potrafi świetnie wykorzystać, by na świecie zagościło nieco więcej dobra.

Ważną jej cechą jest to, że nie próbuje na siłę udowodnić, że może zostać tak samo dobrym rycerzem, jak jest damą. Jeśli jej największym marzeniem pozostaje fechtunek, niech pójdzie w tym kierunku. Ale – broń Boże – niech nie zmusza się do fałszywej równości, w imię której miałaby ubierać na siebie 30 kilogramów stali i wymachiwać żelastwem tylko po to, by pokazać, że nie jest gorsza. Dama doskonale wie, że równość może wyrażać się także w różnorodności, przy czym nikomu to nie uwłacza. Kobiecość damy jest dokładnie tak samo cenna, jak męskość rycerza i żadni jaśnie oświeceni „mędrcy z Zachodu” tego nie zmienią. Znów kłania się nisko autentyczność. ZECHCIEJ KROKODYLA Prawdziwa dama pozwala także rycerzowi być ry-

cerzem. Tutaj ma naprawdę duże pole do działania, przy czym ona sama decyduje, jakich zachowań sobie życzy, co akceptuje, dopuszcza, czy tylko toleruje. Jeśli kobieta nie daje szansy wykazać się mężczyźnie, popada on w totalne lenistwo i zamienia się w zwyczajnego chama. A wystarczy kilka prostych sztuczek: delikatnie zwolnić kroku przed drzwiami (on ma wtedy czas podejść i ci je otworzyć), docenić, pochwalić (to dla nich najlepsza motywacja), albo od niechcenia napomknąć, że chciałoby się gdzieś pójść, coś zobaczyć, albo coś dostać. Dokładnie tak jak Klara z „Zemsty” Aleksandra Fredry, która wprost zażyczyła sobie od Papkina najprawdziwszego krokodyla. Autentyczna dama posiada czarującą charyzmę, uruchamiającą pokłady rycerskości, drzemiące nawet w najbardziej

47


topornych męskich egzemplarzach. Różnice kulturowe też nie stanowią największego problemu. Przyznam skromnie, że udało mi się na obcej niemieckiej ziemi wpoić mojemu współlokatorowi –Austriakowi – kilka zasad szarmanckiego zachowania wobec kobiet, których gorliwie od tej pory przestrzega. Łącznie z tym, że upomina mnie, gdy nie daję mu szansy otwarcia przede mną drzwi itd. Da się? Da się! Tylko trzeba trochę powymagać… MĘŻNA BIAŁOGŁOWA Moje ulubione wezwanie z Godzinek ku czci Niepokalanego Poczęcia NMP to

„O mężna białogłowo, Judyt wojująca/ Od niewoli okrutnej lud swój ratująca.”. Niczym biblijna Judyta dama powinna być jednocześnie taką mężną białogłową. I nie chodzi mi bynajmniej o wojujący feminizm, lecz o wewnętrzną wolność w wyborze własnej drogi. Dama nie daje się uwikłać w społeczne schematy, które wpychają ją w jakąkolwiek niechcianą przez nią rolę. O tym, czy jest się damą, czy nie, nie decydują ani mąż, ani dzieci, ani habit, ani pozycja zawodowa. To wypływa z wnętrza, a nie przychodzi z zewnątrz. Ktoś może pomóc nam odkryć pokłady „damowatości”, sprawić, że

wypłyną na wierzch naszego „ja”. Natomiast samą postawę trzeba kształtować we własnym zakresie i to jest zarówno wielka szansa (wszak tyle w naszych rękach!), jak i niemniejsza pułapka, bo pokusa zrzucenia odpowiedzialności na kogoś innego lubi dawać o sobie znać. Mimo wszystko zachęcam, by chociaż spróbować poczuć się przez chwilę jak dama. Satysfakcja gwarantowana. 

źródło: www.pixabay.com

48


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

49


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 50

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Spowiedź czy terapia?

52

„Z Emilia Ciuła

B

ez wątpienia spowiedź to największy dowód miłosierdzia Boga wobec człowieka. Dzięki niej każdy może dostąpić zbawienia i doświadczyć radości z oglądania Pana twarzą w twarz. Nie zawsze jednak każdy, kto chce doznać pocieszenia i ulgi, odnajdzie to, czego szuka w konfesjonale. Czasami czyny człowieka trudno rozdzielić na dobre i złe, nie analizując przyczyn danego zachowania. Rana wewnątrz niego jest głęboka, a pomóc tutaj może terapeuta, który rozpozna objawy, mechanizmy działań i pomoże wyzwolić się z paraliżującej przeszłości. W jaki sposób rozeznać, czy potrzebny nam spowiednik czy terapeuta? Oto kilka wskazówek. Pierwszą różnicą pomiędzy spowiedzią a terapią są podmioty uczestniczące w obu spotkaniach. W spowiedzi biorą udział 3 pod-

miłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość! Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego!” (Ps 51) Spowiedź to jedna z dróg wyzwolenia człowieka. Daje poczucie ulgi i uwalnia od ciążących wyrzutów sumienia. Dlaczego więc ludzie szukają pomocy nie tylko u duchownego, ale i u terapeuty?

Tylko osoba świadoma będzie mogła przepracować swoje życie i zmienić je na tyle, by iść dalej bez presji przeszłości. Jeśli penitent nieustannie spowiada się z tych samych czynów (powtarzalność objawów), warto zwrócić uwagę na to, że niekoniecznie może być to problem duchowy.

mioty: penitent (grzesznik, wyrażający chęć spowiedzi), osoba duchowna spowiednik - oraz Bóg. W terapii natomiast pacjent spotyka się z terapeutą, który wykorzystuje odpowiednia metodę, by uwolnić

go od jego problemów lub zniewalającej przeszłości. Celem zarówno spowiedzi, jaki sesji terapeutycznych, jest uzyskanie wolności przez grzesznika/ pacjenta. W pierwszym przypadku jest to uwolnienie od grzechu. W drugim natomiast jest to uzyskanie wolności w patrzeniu na swoje procesy emocjonalno -psychiczne, swoboda w rozumieniu siebie i poczucie odpowiedzialności za swoje czyny i relacje z innymi. Spowiedź związana jest z żalem za popełnione grzechy i odpuszczeniem ich dzięki Bożej łasce. Wyznawanie grzechów obejmuje przytoczenie popełnionych win, które miały miejsce w czasie między spowiedziami. W tym przypadku zachowuje się pewną anonimowość, ponieważ nie trzeba spotykać się zawsze z tym samym księdzem. Najważniejsze jest tu spo-


tkanie z Bogiem. Terapia obejmuje swoim zakresem przywołanie całego dotychczasowego życia pacjenta. Następuje przypomnienie sobie faktów, które mogły mieć wpływ na dzisiejsze problemy emocjonalno-psychiczne osoby chcącej uzyskać pomoc. Ważne są tu subiektywne emocje człowieka, który w trakcie spotkań z terapeutą uczy się je nazywać i znajdywać przyczynę ich pojawiania się. Pacjent eksploruje samego siebie. Powstaje więź między terapeutą a pacjentem, która w sakramencie pokuty nie musi się pojawić, jeśli nie ma się stałego spowiednika. Spowiedź w każdej chwili można przerwać. Gdy penitent czuje niechęć do spowiednika, może wybrać innego duchownego, który “lepiej” nas wysłucha i da naukę adekwatną do popełnionych grzechów. W terapii jest trochę inaczej. Pacjent musi dobrze czuć

się w towarzystwie terapeuty. Zerwanie więzi to akt przeciwko kontaktowi. W obu przypadkach jednym z głównych celów jest uzyskanie poczucia ulgi. Osiągnięcie ulgi psychicznej może być stanem długotrwałym. W trakcie aktu pokuty odczuwanie ulgi połączone jest z przebaczeniem i wdzięcznością Bogu, który odpuszcza winy po ich wyznaniu przez penitenta i żalu za grzechy. Spowiednik ma prawo osądzać czyny człowieka. Mówi, co było złe, a co dobre. Bywa i tak, że spowiedź (szerzej: powrót do religijności) jest efektem terapii. Człowiek na nowo uczy się widzieć obraz Ojca, nie tego, który być może w domu rodzinnym jawił się jako srogi i zły, lub w ogóle go nie było, ale tego, który jest miłosiernym pasterzem czekającym na powrót swoich owiec. Terapeuta nie osądza pacjenta. Analizuje przyczyny danego zachowania.

U osób potrzebujących pomocy psychoterapeuty często występuje poczucie winy, które zostało ukształtowane w relacji do autorytetów. Związane jest ono z lękiem i konieczne jest jego przepracowanie. W spowiedzi wyrzut sumienia musi być związany z danym czynem, nie z lękiem wynikającym z nieprawidłowego postrzegania pewnym problemów. Pierwszym krokiem ku uzdrowieniu jest przyznanie przed samym sobą, że potrzebuje się pomocy. Tylko osoba świadoma będzie mogła przepracować swoje życie i zmienić je na tyle, by iść dalej bez presji przeszłości. Jeśli penitent nieustannie spowiada się z tych samych czynów (powtarzalność objawów), warto zwrócić uwagę na to, że niekoniecznie może być to problem duchowy. Np. jeżeli problem dotyczy masturbacji (która jawi się nie tylko jako grzech, ale sposób rozładowania napięźródło: www.pixabay.com

53


cia), jeśli jest ona niekontrolowana, a występowanie jest kompulsywne, konieczne będzie przepracowanie problemu na psychoterapii. Innym przykładem może być obecność uporczywych myśli i niechcianych uczuć, które mogą sygnalizować o nerwicy natręctw (nawracające uporczywe idee, myśli, wyobrażenia itd), które często mylone są z grzechami. Jak rozpoznać, że dany człowiek potrzebuje pomocy psychologa/terapeuty? Często osobą, która sygnalizuje penitentowi, że powinien szukać pomocy na terapii, jest spowiednik. Zdarza się, że człowiek taki traktuje spowiedź jako “poprawiacz humoru”. Czuje się źle z tym, co wydarzyło się w ciągu dnia więc pozbywa się nadmiaru negatywnych emocji poprzez spowiedź. Często nie może zrobić rachunku sumienia (wszystko wy-

wołuje u niego poczucie grzeszności), wymienia bardzo dużo grzechów, które niekoniecznie nimi są, spowiada się co 3 godziny, chce mieć duchownego na wyłączność. W takim przypadku bardzo możliwe, że musi udać się po pomoc do terapeuty. Jeśli chodzi o codzienne życie, niepokojącym sygnałem może być między innymi sytuacja, gdy ktoś odczuwa, że rezygnuje z działań, które chciałby podjąć, zauważa pojawienie się natręctw, które wyprowadzają go z równowagi, ma dziwne rytuały, na które źle reaguje otoczenie. Różnica pomiędzy spowiedzią a terapią jest bardzo niewielka. Trzeba dokładnie przemyśleć, w jakim celu idzie się do spowiedzi, a spowiednik powinien pozostać w swojej roli bez zbędnego wgłębiania się w problemy emocjonalne. Z drugiej strony tera-

peuta powinien zachować swoje kompetencje, nie oceniając, nie narzucając swojej woli, nie krytykując, a analizować dany czyn, szukając jego przyczyn. Coraz więcej ludzi korzysta z pomocy psychoterapeutów czy psychologów. Nie wynika to z tego, że rodzi się coraz więcej “słabych” ludzi, tylko z tego, że w końcu społeczeństwo zaczęło zastanawiać się nad sobą i swoimi problemami. Kiedyś to, “co wydarzyło się w domu, miało tam pozostać”. W tym momencie młodzi ludzie walczą o zmiany, by w końcu poczuć się szczęśliwymi i wolnymi. Dzięki temu będą potrafili zbudować relacje takie, jakie zawsze chcieli - dobre i trwałe. _______________

Źródło: Tomasz Franc OP “Spowiedź a terapia”, wykład wygłoszony w DDA Beczka 29.10.2015 źródło: www.pixabay.com

54


55


OKIEM OKIEM REDAKCJI 56 REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

57


MOTYW LITERACKI

Rycerze prosto z książki

58

W

pływ, jaki wywarło rycerstwo na historię Europy, sprawił, że motyw rycerza stał się wdzięcznym tematem dla wszelkiej maści bardów, poetów i pisarzy.

Rafał Growiec

R

ycerstwo jako warstwa społeczna zajmująca się głównie wojaczką znana jest w każdej cywilizacji. Władcy chcieli mieć przy sobie solidną armię, a przynajmniej dowódców zaprawionych w bojach i na tyle zaufanych, by nie obawiać się zdrady z ich strony. Oznaczało to, że elitą wojska winni być ludzie, którzy otrzymali jakąś łaskę od pana, na przykład ziemię, a wysoka pozycja społeczna pozwalała im zajmować się tylko i wyłącznie służbą i doskonaleniem swoich umiejętności. Choć nieraz przedstawia się młodego św. Marcina z Tours jako rycerza, to jednak był on zwykłym legionistą na żołdzie. Tak więc rycerstwo nie jest pomysłem rzymskim, a raczej barbarzyńskim. To władcy frankijscy wytworzyli system feudalny w jego podstawowych zarysach: chłop zajmujący się rolą,

Klasyczne ideały rycerskie zostają ubrane w historyczne realia XVII wieku – stanowią one jedyną nadzieję dla kraju rozszarpywanego na strzępy przez bezczelnych buntowników, watażków, zdrajców i warchołów.

nad nim szlachcic-wojownik, nad nimi królowie, a nad tymi ewentualnie cesarz. Wciąż jednak byli to wojownicy dzicy, nieokrzesani, na wpół barbarzyńscy. Kościół starał się cywilizować tych prostaków, choćby nadając ich zajęciu jakiś wyższy cel niż tylko obronę stanu posiadania króla czy zdobycie łupów. Okazją ku temu były najazdy islamskie

na ziemie Franków, z jakimi walczyli m.in. Karol Młot czy Karol Wielki. Zamiast zwykłego szlachcica z mieczem (choć zapewne częściej z toporem czy włócznią) i koniem mamy teraz obrońcę wiary przed poganami. Dołóżmy do tego kształtującą się kulturę dworską, która też wymaga wyższych standardów moralnych i co otrzymujemy? NARODZINY ETOSU Otrzymujemy Rolanda, krewnego Karola Wielkiego – rycerza walecznego, dumnego szlachcica, tłukącego Durendalem Saracenów (bo w Boga wierzy), wiernego przyjaciela i wasala. Według historyków nazywał się on pierwotnie Hrolandus i poległ w wąwozie Roncevaux z rąk baskijskich górali, a resztę dośpiewali wędrowni grajkowie, do treści wmieszał się też Kościół (miejsce śmierci Hrolandusa leży na


źródło: www.pixabay.com

szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostella). „Pieśń o Rolandzie” jest obciążona swoją przynależnością gatunkową – to pieśń o bohaterskich czynach, więc muszą być wspaniali bohaterowie i muszą być czyny atrakcyjne dla odbiorcy, czyli krwawe. Tak więc oprócz wojsk francuskich, z których każdy wódz jest wspaniały i waleczny, mamy też czarne charaktery. Oprócz podłego zdrajcy Ganelona mamy Saracenów ludzi raczej podłych, wrogów cesarza i papieża, ale też wspaniałych i walecznych wojowników, wszak tacy rycerze jak Roland nie mogą ginąć z rąk byle chłystka z zardzewiałą dzidą. Opisy walk zostawiają mieszane wrażenie. Okra-

szone wspaniałymi przemowami, pełne detali na temat tego, który par albo biskup przerąbał wroga na dwoje razem z koniem, każdą śmierć chrześcijanina „ozdabiają” płaczem towarzyszy, żegnających przyjaciela i towarzysza broni, czy natychmiastowym aktem zemsty. Z innych romantycznych przesłodzeń mamy Odę, narzeczoną Rolanda, która umiera, dowiedziawszy się o jego śmierci (co tylko dowodzi wpływu kultury dworskiej na „Pieśń...”). WYSADZAJĄC MIT Z SIODŁA Ta ilość piękna, szlachetności, oddania i bohaterskich gestów musiała doczekać się wyśmiania. Już w średniowieczu rycerstwo

zaznawało tęgich porażek ze strony gminu, tak ekonomicznych, jak i militarnych, a w okresie renesansu nowe prądy myślowe zaczęły wyśmiewać stare ideały. Budziły zażenowanie zwłaszcza liczne romanse dworskie, pełne czarów, cudownych wypraw i miłości, pełne przesady i bajkowych elementów. Właśnie taki utwór chciał wyśmiać Miguel de Cervantes w utworze pod jakże pięknie brzmiącym tytułem „El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha”, co na polski tłumaczy się „Przemyślny szlachcic Don Kichot z Manczy”. Cervantes, weteran spod Lepanto, satyryk i poborca podatkowy, stworzył cały katalog postaci, które na trwale wpisały się w kulturę europejską.

59


każdy wie, co to znaczy „walka z wiatrakami”, „donkiszoteria”, jak prosty jest Sanczo Pansa, czy jak złudna jest uroda Dulcynei. Paradoksalnie tylko pierwsza część powieści zachowała ten prześmiewczy ton. Szlachcic, który pod wpływem romansów rycerskich wyrusza w świat, daje się pasować karczmarzowi, szuka sobie pani serca, ratuje kobietę od eskortujących ją zakonników, umarłego od żałobników i podziwia walkę dwóch armii owiec. Po wydaniu pierwszej części pojawił się jednak plagiat, prawdopodobnie powstały w świcie jednego z krytykowanych przez Cervantesa urzędników. W odpowiedzi na niego, w prawdziwej drugiej części doszło do zmiany planów bohaterów, którzy spotykają autora podróbki i zmuszają go do odszczekania kłamstw. Szyderstwa w plagiacie, doprowadzone do przesady, sprawiły że drugą część Cervantes napisał w nieco innym tonie. Pojawiają się szydercy - para książęca, która udaje, że wierzy (o)błędnemu rycerzowi, ale można odnieść wrażenie, że z tej konfrontacji to właśnie Don Kichot wychodzi z twarzą. Sanczo Pansa jako gubernator wydaje szereg dziwnych, ale w sumie sprawiedliwych praw. Śmierć Don Kichota to scena odwrócenia ról. Oto Sanczo Pansa, który przez całą powieść sarkał i narzekał, podśmiewywał się ze swojego pana, gdy ten odzyskał zdrowe zmysły i atakował literaturę rycerską, ten prostoduszny i przyziemny wieśniak wzywa,

60

by raz jeszcze osiodłać Rosynanta, by bić olbrzymów i wybawiać damy z opresji. POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI W dobie, gdy w Europie wciąż odbijały się echa bohaterskich czynów Napoleona, gdy Polska dwukrotnie wykrwawiła się w szlachetnych, choć mało przemyślanych powstaniach, w dobie, gdy Tołstoj opisywał wojnę na Krymie z perspektywy zakrwawionego lazaretu i wyśmiewał patetyczne mowy modne we francuskiej armii, wciąż żywy był głód rycerskości. Więc pewien pisarz, Henryk Sienkiewicz, postanowił go na polskim rynku zaspokoić. Pomińmy „Krzyżaków”, bo tam sprawa jest jasna – rycerscy są Polacy, rycerscy są ich sojusznicy, Krzyżacy są rycerzami, ale podłymi bandytami i przez to nie są tacy całkiem rycerscy. Bardziej interesują nas jednak postaci tych rycerzy lat dawnych, ale nie aż tak bardzo. Mowa oczywiście o słynnej trylogii Sienkiewiczowskiej w klasycznym wydaniu („Ogniem i mieczem”, „Potop”, „Pan Wołodyjowski”). I znowu mamy rycerzy klasycznych, walczących z wrogami ojczyzny za króla i Boga, odpierających to zagony Kozaków, to Turków, to heretyckich Szwedów. Dostaliśmy chanson de geste, jednak już w atrakcyjniejszej formie, z bardziej realnymi (choć wciąż podkolorowanymi) scenami batalistycznymi, z lepiej zbudowanym wątkiem romansowym, z kobietami,


źródło: www.pixabay.com

które robią coś więcej niż umieranie z rozpaczy. Klasyczne ideały rycerskie zostają ubrane w historyczne realia XVII wieku – stanowią one jedyną nadzieję dla kraju rozszarpywanego na strzępy przez bezczelnych buntowników, watażków, zdrajców i warchołów. Sienkiewicz korzysta z szerokiej galerii postaci (od rycerza-cwaniaka Zagłoby po szczyt rycerskości wszelakiej, czyli Wołodyjowskiego), by dawne ideały gloryfikować, tworząc swoisty etos. Na tych postaciach i postawach wychowywały się pokolenia przedwojenne, nawet za PRL doczekały się one solidnych ekranizacji. MIT WDEPTANY W BŁOTO Literatura nowoczesna przyniosła nam nowy nurt powieściowego rycerstwa, wynikającego z fascynacji fantastyką. Oto na kanwie tworów takich, jak „Władca pierścieni”, tworzących świat osadzony w klimacie średniowiecza, powstał nurt low fantasy, którego najsłynniejszym jak na razie przedstawicielem jest saga z Westeros, czyli niesławna „Gra o tron”. Przypomnijmy pokrótce motywy przewodnie: walka o władzę między wielkimi panami, nie wahającymi się w tej brudnej rozgrywce posunąć do skrytobójstwa, zdrady czy czarnej magii. Rycerstwo w tej wersji to tylko gra pozorów. Większość rodów jest przedstawiona na zasadzie dość prostego schematu: pre-

tendent do tronu, otoczony grupą szlachciców-wojowników, którzy z racji rodzinnych koligacji albo powiązań lennych mniej lub bardziej szlachetnie wspierają jego sprawę. Ci rycerze podlegają wszystkim wyższym lub niższym uczuciom – gniewowi, strachowi, zazdrości, chciwości, żądzy, miłości, wierności, wdzięczności… Ród Starków, budzący sympatię u czytelnika dzięki temu, że praktycznie brak tam odrażających postaci pokroju Jamiego Lannistera czy jego siostry, zostaje dość szybko pokonany za pomocą zdrady i wybity niemal do nogi. Dużo lepiej mają się rycerze tacy jak Sandor Clegane, czy jego brat Gregor, praktycznie będący zwykłymi najemnymi zbirami. Są skuteczni, gdyż nie ograniczają ich zasady rycerskiego kodeksu. Wierząca w świat z romansów Sansa Stark nie rozumie, że jest tylko pionkiem rozgrywanym najpierw przez Lannisterów, a potem przez Petera Arryna. Rycerstwo w literaturze przeżywa wzloty i upadki, jak każdy motyw. Jednak wystarczy ten krótki przegląd, by zrozumieć, że nie zniknie ono tak szybko, gdyż za każdym powraca, w trochę innej formie, z innym akcentem, w nowych okolicznościach. Pozostaje tylko czekać, patrzeć, słuchać, a za jakiś czas ktoś stworzy kolejne wcielenie Rolanda. Nawet jeśli posadzi go na grzbiecie Rosynanta. 

61


FELIETON KULTURALNY

Porno na deskach T Anna Zemełka

O

spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w reżyserii Eweliny Marciniak zrobiło się głośno jeszcze długo przed premierą. Na Teatr Polski we Wrocławiu wylało się morze różnego rodzaju spekulacji, krytyki i w końcu oburzenia. Zdaje się, że wszystko za sprawą jednego zdania, bowiem na stronie internetowej teatru z repertuarem czytamy, że „przedstawienie jest przeznaczone dla widzów naprawdę dorosłych i zawiera sceny seksu”. I się zaczęło. ŚWIĘTE OBURZENIE Oburzenie zdaje się tutaj być wyjątkowo skutecznym zagraniem marketingowym co wychodzi na światło dziennie nie pierwszy raz („Golgotę Picnic” ktoś jeszcze pamięta?). Wystarczy bowiem kilka podsycających zgorszenie nagłówków, by rozpętać prawdziwą burzę.

62

rochę kwiatków w życiu społecznym ostatnio się pojawiło. Kiedy już nikogo nie ruszają doniesienia na temat zamachów, terrorystów i innych podobnych, trzeba chwycić za potężniejszy kaliber. Z pomocą przychodzi porno we wrocławskim teatrze. W samą porę.

Warto tutaj zastanowić się nad tym jak żenujący poziom reprezentują sobą w tym momencie media. Dla zebrania odpowiedniej ilości lajków, followersów, dla dodatkowych wyświetleń i zwiększenia poczytności, będą uciekać się do wszelkich możliwych sztuczek. Igrzyska czas zacząć! Na pewno zwycięzców, którzy nagrodą się obłowią jest dwóch. Z jednej strony zyskują twórcy spektaklu. Reklama za darmochę, w dodatku tak skuteczna, to marzenie każdego, kto chce zyskać rozgłos wśród opinii publicznej. Zgodnie z za-

sadą „nieważne co mówią, ważne żeby mówili” najistotniejszy jest tutaj szum medialny. Z tego co wiadomo bilety na spektakl rozeszły się jak ciepłe bułeczki, więc „hajs się zgadza”. Drugim zwycięzcą są oczywiście media, które w sposób zadziwiający wyczuwają dobrą opcję na zbicie dodatkowych tysięcy wyświetleń. Co jak co, ale kontrowersyjne nagłówki bardzo skutecznie przyciągają publikę i działają jak bardzo mocny magnes. Czasem nieważna jest nawet treść, bo kiedy tytuł artykułu krzyczy: „Aktorzy porno w teatrze!” albo „Seks na żywo na scenie!” wszyscy już wszystko wiedzą i nie muszą wiedzieć więcej. Przychodzi pora na święte oburzenie. A święte oburzenie to jak wiadomo cecha katolików. Więc szybko trzeba zwołać jakąś akcję, coś


źródło: www.pixabay.com

wymyślić, jakiś protest zorganizować. Nie wiadomo do końca o co chodzi, ale ktoś powiedział, że będzie porno, więc tak być nie może. Różańce w dłoń i bądźmy głośniejsi niż kopulujący ludzie na scenie. Wyjaśnijmy sobie jedno: nie podoba mi się to, że w teatrze na scenie będzie dochodziło do zbliżenia, które zgodnie z moimi przekonaniami powinno być przeznaczone tylko dla małżonków i nie powinno wychodzić poza drzwi sypialni. ALE nie podoba mi się również histeria w wykonaniu niektórych środowisk katolickich. Tak samo jak nie podoba mi się to, że tej histerii dał się ponieść minister kultury, próbując premierę spektaklu odwołać. Cała historia robi się coraz bardziej śmieszna i żenująca, zarówno ze strony zwolenników, jak i przeciwników sztuki. Koniec końców za kilka tygodni nikt już nie będzie pamiętał, że coś takiego, jak „Śmierć i dziewczyna” kiedykolwiek

miało miejsce na scenie wrocławskiego teatru. A najbardziej w tym wszystkim śmieszy głównie to, że owo oburzenie pojawiło się jeszcze ZANIM spektakl doszedł do skutku. Ludzie poczuli się zgorszeni już samymi spekulacjami, przewidywaniem co będzie i snutymi ewentualnościami. Na stronie teatru zaznaczono, że spektakl będzie zawierał w sobie „seks na scenie”. Te trzy słowa urosły do takiej rangi, że „Śmierć i dziewczyna” w oczach oburzonych jawił się jako gorszące, wręcz demoniczne widowisko gdzie aktorzy nic tylko będą się „grzmocić” na oczach rozradowanej widowni, przez sto czterdzieści minut trwania sztuki. Trzeba więc zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Położyć porno na deski, zanim pojawi się na scenie. PROSTYTUUJĄCE SIĘ MEDIA Zostawiając oburzenie i

sztukę na razie w spokoju warto tutaj zastanowić się nad tym jak żenujący poziom reprezentują sobą w tym momencie media. Dla zebrania odpowiedniej ilości lajków, followersów, dla dodatkowych wyświetleń i zwiększenia poczytności, będą uciekać się do wszelkich możliwych sztuczek. Nieważna etyka dziennikarska, nieważna prawda i rzetelne informowanie. Ważne, aby przyciągnąć do siebie ludzi. Dla pieniądza wszystko. Najdobitniej pokazuje to właśnie cała sytuacja ze spektaklem Marciniak. Wystarczyło jedno słowo-wytrych: „seks na scenie”, a media rozdmuchały to niczym pierwszorzędną sensację. Nikt żadnego przedstawienia jeszcze nie widział, ale wszyscy już wiedzą czego widzowie doświadczą. Niestety to również źle świadczy o odbiorcach i o tym, jak łatwo można nimi manipulować. W pogoni za sensacją łykną wszystko.

63


źródło: www.pixabay.com

Aby zaspokoić swoją ciekawość klikną w każdy kontrowersyjny tytuł. Bo gdyby tak nie było, to poziom mediów nie prezentowałby takiej biedy umysłowej i takiego łajdactwa. W końcu nie tak dawno wybuchła „afera” z „Faktem” w roli głównej, kiedy to dziennik opublikował na stronie tytułowej dziecko zaatakowane przez szaleńca siekierą. Oczywiście ludzie byli oburzeni takim zachowaniem ze strony dziennikarskich hien. Ale gazetę kupili. I kupować będą. PORNO NIKOMU JUŻ NIE STRASZNE? Wracając do sztuki – albo może „sztuki”? – we wrocławskim teatrze. Ludziom ma prawo nie podobać się, że w teatrze utrzymywanym ze środków publicznych będą rozgrywały się nieprzyzwoite sceny. Problemem tutaj zdaje się być to, że pornografia już nie jest taka straszna. Nagość już tak nie szoku-

64

je, skoro mamy jej wokół siebie aż tyle. W filmach już dawno nikt nie oburza się nagą piersią, czy sceną seksu. Dostęp do stron pornograficznych jest właściwie nieograniczony. Ze swoich pornograficznych zamiłowań dał się nie tak dawno poznać pewien były poseł, który praktycznie dobrowolnie wpuścił w szeregi mediów społecznościowych informacje o własnych upodobaniach. Pornografia nie robi na ludziach wrażenia do tego stopnia, że nie tak dawno temu czasopismo dla panów znane z prezentowania kobiecych wdzięków zdecydowało, że teraz owe wdzięki będą prezentować tylko w ubraniach. Kierownictwo redakcji uznało bowiem, że skoro Internet jest wszechobecny, to każdy sobie roznegliżowane kobiety może wyszukać na własną rękę. Sam fakt, że pornografia stała się stałym elementem życia społecznego jest godny pożałowania. Pokazuje

to, że ludzie coraz bardziej zwierzęcieją, kierują się prymitywnymi instynktami, szukając coraz to nowych bodźców, żeby tylko zaspokoić swoje pragnienia. Dlatego trzeba pójść dalej i pornografię wpuścić w szeregi teatru, gdzie jeszcze nie tak dawno człowiek miał możliwość obcować z tzw. lulturą wysoką. Teraz to wszystko się miesza. Tylko z drugiej strony po co się od razu oburzać? Kto nie chce takiej sztuki oglądać zwyczajnie na nią nie pójdzie, nie kupi biletu i będzie uważał, że wykorzystanie takich elementów jest zwyczajnie niesmaczne i nie powinno mieć miejsca. Kto ma ochotę taki spektakl obejrzeć, kupi bilet i zasiądzie na widowni. Po wszystkim znajdzie wytłumaczenie i artystyczne uzasadnienie nawet dla najbardziej obrzydliwej rzeczy jaką na scenie zobaczy. Koniec końców jeden rabin powie tak, a inny rabin powie nie. Nic z tym nie zrobisz. 


65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

67


Czternastu nie aż tak wspaniałych KLASYKA

D

68

Rafał Growiec

S

IEDMIU GŁODNYCH Wytwórnia odpowiadająca za powstanie „Siedmiu samurajów” w roku 1954 postawiła wszystko na dwie karty. Oprócz filmu Akiry Kurosawy budżet Toho obciążał także debiut „Godzilli”, tak więc klapa choć jednej z tych produkcji byłaby równoznaczna z plajtą. A Kurosawa miał ogromne wymagania. Kręcił jednocześnie z kilku kamer, gdyż chciał aby każda scena walki była jak najbardziej realistyczna, a ujęcia ze sobą zgodne (co nie jest możliwe, gdy się powtarza sceny), do tego zbudował całą wioskę od podstaw. Zainwestowane pieniądze nie zmarnowały się. Gdy spytamy dziś o japońskie kino, większość ludzi kojarzy dwa tytuły: właśnie „Siedmiu samurajów” i „Godzillę”. Fabuła jest powszechnie znana – wieśniacy szuka-

wa filmy uznawane za klasykę swoich gatunków – jeden wzorowany na drugim, powstałe w krajach o tak różnych od siebie kulturach. Czy w ogóle było możliwe, by przenieść historię o samurajach chroniących wieśniaków w klimaty westernu?

Choć porównania z oryginałem wypadały raczej na niekorzyść „Wspaniałych”, to jednak sam Kurosawa był zadowolony i nawet podarował Sturgesowi miecz samurajski.

ją najemników, którzy za przysłowiową miskę ryżu zechcą walczyć z czterdziestoma rozbójnikami ściągającymi corocznie haracz. Po pierwszych niepowodzeniach wieśniacy werbują ronina Kambei, a ten pomaga im dobrać resztę. Samurajowie szkolą wieśniaków i pomagają im rozprawić się z bandytami. Pierwotnie najemników miało być sześciu, a Toshiro Mifune miał grać ich przywódcę. Kurosawa uznał

jednak, że film o sześciu trzeźwo myślących samurajach byłby zbyt nudny, więc dodał samuraja siódmego, Kikuchijo, i przydzielił tę rolę Mifune. „Siedmiu samurajów” mimo potężnej roli komicznego Kikuchijo to film poważny. Nawet ten podający się za 13-letniego członka rodu samurajskiego chłop ma kilka scen, gdy trudno traktować go tylko jako umilającego trzygodzinny seans błazna. Większość dramatu to konflikt na linii samurajowie – chłopi, skupionego z jednej strony na ukrywającym swe pochodzenie Kikuchijo, z drugiej na romansującym z chłopką Katsushiro. Solidarność roninów z własną grupą społeczną objawia się wściekłością na chłopów, którzy ograbiają zabitych czy śmiertelnie rannych samurajów. Między jednymi a drugimi jest zbyt głęboka


przepaść, zbyt wiele wyrządzanych sobie nawzajem krzywd, tylko Kikuchijo wskazuje główną winę tych, którzy w czasie wojny łupią wioski, gwałcą kobiety, a nawet w czasie pokoju zmuszają do niewolniczej pracy. To postać wyjątkowo tragiczna, gdyż nienawidzi swego pochodzenia, a jednocześnie obarcza winą za grzechy farmerów warstwę społeczną, do której przynależność sobie przypisuje. Ukazanie tej relacji było możliwe w sytuacji, gdy po stronie obrońców mamy siedmiu wojowników szlachetnie urodzonych i ogromną grupę chłopów, uzbrojonych w bambusowe piki stojących naprzeciwko znacznie lepiej uzbrojonych, także w broń palną, przeciwników. Bandyci po strąceniu z konia, jęcząc i płacząc, pełzają w błocie, by uciec przed śmiercią z rąk niedawnych ofiar. Rozbójnicy są zresztą jak

gdyby pozbawieni przywódcy – widzimy kogoś, kto rozkazuje, ale nie poznajemy jego imienia, nie ma wśród nich wyróżniających się postaci. Dzięki temu, że główną bronią jest broń biała, sceny walki są bardziej dramatyczne niż w wersji amerykańskiej. Scen pokazujących, że to nie kino przygodowe w realiach historycznych, ale dramat z prawdziwego zdarzenia, jest więcej. Stara chłopka podchodząca resztkami sił, by uśmiercić pojmanego rozbójnika, porwana i gwałcona przez bandytów kobieta wybierająca ze wstydu śmierć w ogniu, Kikuchijo, który wynosząc z płonącego młyna osierocone niemowlę, mówi: „To dziecko to ja”. Cmentarz na wzgórzu, z wolna zapełniający się grobami samurajów staje się miejscem ponurej konkluzji końcowej – wygranymi są tylko chłopi.

SIEDMIU REWOLWEROWCÓW? Reżyser „Siedmiu wspaniałych”, John Sturges, podjął się wyzwania trudnego. Oto postarał się przenieść fabułę samurajskiego dramatu w klimaty westernu. Wioska znajduje się na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, a banda zyskuje przywódcę pełniącego rolę czarnego charakteru – Calverę. Pierwotnie chłopi chcą jedynie kupić broń, ale za namową rewolwerowca Chrisa (Yul Brynner) postanawiają nająć ludzi obeznanych z walką. Wynika to ze smutnego wniosku najemnika, że ludzie są tańsi niż broń. Wiele scen jest kalką z wersji japońskiej, jednak wiele zmieniono. I mowa tu nie tylko o wyczyszczeniu ubrań chłopów (zdjęcia kręcono w Meksyku, a jednym z warunków lokalnej władzy na zezwolenie było pokazywanie tubylców jako źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

69


czyścioszków) czy kontroli dotknięć kapelusza na planie (podobno Steve McQueen używał nakrycia głowy do zwracania na siebie uwagi widza należnej w danej scenie Yulowi Brynnerowi). Przykładem inwencji twórczej autora scenariusza jest tu postać Chico (Horst Buchholz), który dzieli z Kikuchijo chłopskie pochodzenie, a z Katsushiro - młodość i wątek romansowy. Podobnie jak młody samuraj u Kurosawy chce być uczniem Kambei, tak młodzieniec chce walczyć u boku Chrisa. Rozbudowano także postaci innych najemników, nadając im odpowiednie wady i zalety. Mamy więc mistrza broni i noża, który jest tak dobry, że może mierzyć się już tylko sam ze sobą, łowcę nagród walczącego z własnym strachem o życie, kogoś, kto wierzy, że walczy o coś więcej niż tylko spokój dla chłopów (jakaś kopalnia złota czy kamieni szlachetnych albo skarb Azteków). Choć porównania z oryginałem wypadały raczej na niekorzyść „Wspaniałych”, to jednak sam Kurosawa był zadowolony i nawet podarował Sturgesowi miecz samurajski.

70

Amerykańskie uwielbienie hurtu filmowego doprowadziło do kilku kontynuacji („Powrót siedmiu wspaniałych”, „Kolty siedmiu wspaniałych”, „Siedmiu wspaniałych nadjeżdża”), choć bez zachwytu widowni. Nie ma też tak wielu scen dramatycznych, czego przykładem jest starzec mieszkający za wioską. W wersji japońskiej ginie on z rodziną, u Sturgesa uznaje słusznie, że Calverze będzie szkoda na niego naboi. Przez większą część filmu panują hurraoptymistyczne nastroje, które u Kurosawy były powstrzymywane przez śmierć kolejnego samuraja. Tu wszyscy dożywają do końcowej walki, a jedynym momentem poważnego kryzysu jest poddanie się wieśniaków Calverze w czasie ekspedycji rewolwerowców do obozu bandytów. Sceny walki są typowe dla westernu lat 50. Strzał, ktoś łapie się z pierś, robi dwa chwiejne kroki i pada, ewentualnie spada z konia. Krótkie sekwencje, gdy chłopi okładają łopatami (ale tylko płazem, więc w sumie niegroźnie) i krzesłami osłaniających się bandytów, nie robią odpowiednie-


go wrażenia. Nie ma odpowiednika sceny z odkryciem szabrownictwa, za to widzimy zażyłość rewolwerowców, dzielących się solidnym posiłkiem z dziećmi jedzącymi dotychczas tylko tortillę. Z racji przeniesionych realiów, nie ma już tak silnego konfliktu między warstwami społecznymi. Chico, w odróżnieniu od Katsushiro, może spokojnie wrócić do wioski, do zakochanej w nim Petry. Dochodzi jednak do starcia między dwoma sposobami życia. Na pierwszy plan pod tym względem wysuwa się głównie właśnie Chico, gardzący kopiącymi w brudnej ziemi rolnikami, choć (ponieważ?) sam jest synem farmera. Słowa „Chłop się boi, gdy pada deszcz i gdy jest susza, gdy jest gorące lato i sroga zima” padają w obu wersjach. Trójka chłopców, rzekomo odważniejszych od farmerów, zafascynowanych rewolwerowcami zostaje zrugana przez O'Reilly'ego, który uważa, że wzięcie na siebie odpowiedzialności za całą rodzinę to większe ryzyko niż strzelanie do ludzi. Entuzjazm Chico do walki u boku Chrisa i reszty, pragnienie sławy, bycia bohaterem

piosenek tłumią słowa o życiu praktycznie bezdomnym, bez rodziny, bez własnego kąta. Innymi słowy, życie siedmiu wspaniałych wspaniałe wcale nie jest. Te ponure refleksje na temat legend Dzikiego Zachodu stanowią główny wątek dramatyczny. Nie ma tu scen porównywalnych ze spaleniem młyna czy wypadu na obóz bandytów w wersji japońskiej. Jest lżej, bardziej beztrosko, bardziej romantycznie (Chico i Petra najwyżej się całują, w oryginale zapewne dochodzi do stosunku). Trudno jest zaadaptować film samurajski na klimaty amerykańskie, podobnie jak postaci dramatu zmienić w bohaterów westernu. Coś jednak obie kultury mają wspólne, nawet jeżeli o marnym losie ludzi walczących za pieniądze mówi nie bezpański samuraj, a chłop z meksykańskiej wsi.

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

71


Apokalipsa nadejdzie powoli K

FILM

Anna Zemełka

72

„O

statnia miłość na Ziemi” (2011) to film z jednej strony do granic możliwości pesymistyczny, a przy tym dający sporo nadziei i wiary w ludzkość. Budzi na pewno skrajne emocje. Przez szok i niedowierzanie, po dziwny spokój. Człowiek zaczyna zastanawiać się nad własnym istnieniem i robi rachunek sumienia z tego, co już przeżył. David Mackenzie stworzył produkcję traktującą o bardzo specyficznej apokalipsie. Poznajemy Susan (Eva Green), która pracuje jako naukowiec i Michaela (Ewan McGregor), który jest szefem kuchni. Losy tej dwójki w pewnym momencie się splatają - wybucha między nimi namiętne uczucie. W tle tej historii miłosnej następuje powolna zagłada ludzkości. Ludzi dotyka bardzo dziwna choroba. Na całym świecie

atastroficznych filmów na temat ostatnich chwil świata trochę już powstało. Większość z nich to pełne akcji i tragicznych wydarzeń produkcje, które koniec świata zapowiadają jako coś co nastąpi nagle, szybko, z milionem wybuchów w tle. Pierwszy raz spotkałam się z filmem, który obrazuje koniec świata w sposób tak subtelny.

Już na samym początku wiemy w jaki sposób to wszystko się zakończy. Nie pozostaje nic innego, jak czekać wespół z bohaterami filmu i przygotować się na najgorsze. Bo co właściwie pozostaje?

następuje epidemia, która najpierw powoduje nadmierną emocjonalność, a następnie całkowicie dewastuje po kolei wszystkie zmysły człowieka. Jeden po drugim tracą węch, smak, słuch i w końcu wzrok. Świat ogarnia ciemność. Chociaż jest to apokalipsa, która nadchodzi powoli, stopniowo, to jednak jest przy tym nieuchronna.

Fabuła dopracowana jest z należytą dokładnością, jednak nie ma tu właściwie niczego, co mogłoby zaskoczyć widza. Już na samym początku wiemy w jaki sposób to wszystko się zakończy. Nie pozostaje nic innego, jak czekać wespół z bohaterami filmu i przygotować się na najgorsze. Bo co właściwie pozostaje? Chociaż poprowadzona historia nie ma w sobie za wiele akcji, to jednak ogląda się ją w napięciu. Emocje, które towarzyszą ludziom w filmie odbijają się na odbiorcy i wszystko na niego wpływa. Reżyser ma świadomość w jaki punkt nacisnąć, aby wywołać zamierzoną reakcję. Niedobór akcji wynagradza w zupełności ścieżka dźwiękowa i zdjęcia. Zostały one niemal scalone z fabułą. W jaki sposób? Otóż film opowiada o utracie poszczególnych zmysłów, zaś


pod względem tego co widzimy, czy tego co słyszymy zdaje się być prawdziwą ucztą sensualną. Giles Nuttgens stworzył zdjęcia poetyckie, momentami nieco oderwane od rzeczywistości. Wykorzystał przede wszystkim zimne barwy, które cały świat ubogacają o nostalgię. Natomiast Max Richter skomponował do tego poruszającą muzykę, która ze zdjęciami i fabułą tworzy spójną całość i jest ich dopełnieniem, bez którego film tak by nie zachwycał. Świetna gra aktorska to kolejny wielki plus produk-

cji. Wspaniała Eva Green wcielając się w postać Susan tchnęła w nią specyficzną delikatność, kruchość i piękno. Jej filmowa relacja z Ewanem McGregorem może nie kipiała emocjami, ale czuć było wzajemne oddziaływanie między nimi. Oboje byli zachowawczy względem siebie, a ich relacja rozpoczęła się w trudnych momentach. Tracąc poszczególne zmysły poszukiwali między sobą tego zmysłu idealnego. W wariacjach na temat utraty zmysłów twórcy uciekli się do bardzo ciekawej metafory. Każdy ze

zmysłów był bowiem połączony z określonym zachowaniem, z emocjami. Tym samym przy węchu mamy smutek, przy smaku mamy strach, przy słuchu mamy złość, a przy wzroku dopełniającym apokalipsę – miłość. Jest to bardzo optymistyczne zakończenie pesymistycznego filmu. Tracąc ostatni zmysł wzroku nasze emocje nakierowują się w stronę bliskich nam ludzi. Na końcu i tak pozostaje człowiek. 

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

73


Repetytorium Katolika

KSIĄŻKA

K

74

Anna Zemełka

P

roblem ze współczesnymi katolikami jest taki, że w większości są zwyczajnie niedouczeni. Na wsiach króluje tzw. „wiara ludowa” – nie żebym coś przeciwko takiej miała, ale jednak dobrze jest mieć pojęcie na temat tego, w co się wierzy. Tymczasem religia w szkołach ma poziom zatrważający, młodzi ludzie nie uczą się niczego konkretnego, a o prawdach wiary wiedzą tyle, że jest ich sześć i trzeba je wykuć i zapomnieć, jak całą resztę małego katechizmu. Z pomocą na tego typu bolączki przychodzi „Elementarz katolika” Sławomira Zatwardnickiego. Pomoc ta, co prawda doraźna i niepełna, na pewno jest pierwszym krokiem do poznania swojej wiary i świadomego mówienia na jej temat. To obowiązkowa pozycja dla każdego, kto potrzebuje nieco rozjaśnić umysł.

atolik powinien mieć świadomość tego, w co wierzy. Powinien interesować się sprawami swojej wiary. Powinien być w stanie otwarcie wypowiadać się na temat części składowych własnego wyznania. Książka Sławomira Zatwardnickiego na pewno jest w tym wszystkim bardzo pomocna.

Autor nie stawia się na miejscu wszechwiedzącego. Dryfuje pomiędzy cytatami znanych uczonych teologów, doktorów Kościoła, wybitnych świętych. Na poparcie swoich twierdzeń zawsze ma w zanadrzu jakiś fragment, nie popadając przy tym w zbytnią bufonadę.

PRZEJRZYSTA FORMA Książka gabarytowo jest niewielka. Liczy dwieście piętnaście stron i czyta się ją właściwie jednym tchem. Składa się z trzydziestu bardzo krótkich rozdziałów, a każdy z

nich stanowi inną prawdę wiary tłumaczoną przez autora momentami „na chłopski rozum”. Całość uporządkowana jest w sposób bardzo przejrzysty, dający możliwość na czytanie wyrywkowe. Co jednak nie znaczy, że rozdziały ułożone są chaotycznie – jedna prawda wiary prowadzi do drugiej, a ta do kolejnej. Rozmieszczenie poszczególnych części ma swój określony porządek, nie jest na pewno dziełem przypadku. Tym samym, kiedy autor tłumaczy Kim jest Syn Boży, w następnych rozdziałach opowiada o Jego człowieczeństwie, o poczęciu z Ducha Świętego, o narodzinach z Maryi Dziewicy, by w końcu przejść do Jego życia i Męki. Taka dbałość o odpowiednią chronologię na pewno jest mocnym punktem całego „Elementarza”. Kolejnym plusem jest


źródło: materiały dystrybutora

to, że autor nie stawia się na miejscu wszechwiedzącego. Dryfuje pomiędzy cytatami znanych uczonych teologów, doktorów Kościoła, wybitnych świętych. Na poparcie swoich twierdzeń zawsze ma w zanadrzu jakiś fragment, nie popadając przy tym w zbytnią bufonadę. Z wiedzy przodków Zatwardnicki korzysta w sposób bardzo błyskotliwy, nierzadko dodając ciekawe anegdoty zawsze dopasowane do tematu, aby w ten sposób jeszcze dobitniej wytłumaczyć przedstawiane przez siebie prawdy. Co w formie nieco irytuje do wstawki znajdujące się na marginesach. Znajdują się na nich nieco na siłę – równie dobrze mogłyby powstać z nich

zwykłe podrozdziały. Zapewne ich celem miało być stopniowe porządkowanie wiedzy w głowie czytelnika. Jednak przy czytaniu stają się one rozproszeniem – powodują, że odbiorca gubi się na stronie i zamiast przepływać po poszczególnych zdaniach często jest zmuszony wracać do niektórych twierdzeń. Chociaż zastosowanie tych marginesowych dopisków często bywa pomocne, to jednak w „Elementarzu” nie zostało chyba do końca przemyślane. Kolejnym minusem, chociaż nie aż tak dużym, jest język. Całą książka to takie żonglowanie pomiędzy swobodną i prostą formą przekazywania informacji, a trudnymi i dziwnie ułożonymi zda-

niami, z których niewiele wynika. To trochę jakby autor nie wiedział na co się zdecydować, czy odgrywać dobrego kolegę czytelnika, czy akademickiego wykładowcę. Widać to niestety w całej książce. Może to trochę razić, ale na pewno nie jest uciążliwe. WAŻNA TREŚĆ Ks. dr hab. Robert Skrzypczak na okładce „Elementarza katolika” przekonuje: „To książka ważna i pożyteczna. Wpisuje się w ponad stuletnią tradycję powracania do fundamentalnych twierdzeń chrześcijaństwa w epoce zaniku wiary i zwątpienia w gwarancję prawdy.” Jest to chyba najlepsze podsumowanie całej treści znajdującej

75


się w książce Sławomira Zatwardnickiego. Jest to treść niesamowicie potrzebna na współczesne czasy, kiedy przeciętny katolik nie jest w stanie na temat swojej wiary powiedzieć dwóch sensownych zdań. Autor tłumaczy jak to jest właściwie z Trójcą Przenajświętszą i przedstawia nam Jej osoby i poszczególne Prawdy z tymi Osobami związane. Następnie stara się wytłumaczyć znaczenie Kościoła Katolickiego dla wierzących oraz jego zadanie w historii zbawienia.

Pokazuje istotę Wspólnoty wierzących. Sporo miejsca pozostawia również Maryi, która przedstawiona zostaje nie tylko jako Matka Jezusa, Matka Boga, ale także jako Matka Kościoła. Na sam koniec autor mierzy się z pokazaniem tego, jak istotne jest odpuszczenie grzechów, czym jest ciała zmartwychwstanie i jak może wyglądać życie wieczne. Treść książki to całe kompendium wiedzy, które stanowi fundamenty tego, w co wierzymy. To prawdziwe repetytorium katolika, w którym znajduje się

podstawa, którą każdy z nas powinien znać, o której każdy z nas powinien umieć mówić. Oczywiście jeśli ktoś już w temacie wiedzę ma, albo miał dobrego katechetę w liceum to niestety „Elementarz” będzie jedynie utrwaleniem wszelkich wiadomości. Co nie zmienia faktu, że czasem pewne rzeczy przypomnieć sobie warto. 

źródło: kadr z filmu / materiały dystrybutora

76


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

77


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 78

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 79


Macierzyństwo zastępcze

REFLEKSJE

MI Krzysztof Małek

W

raz ze zmianą kondycji społecznej w pierwszych wiekach naszej ery (związanej z chrześcijaństwem) takie kobiety skazane były na brak szacunku ze strony środowiska oraz na modlitwy ze strony Kościoła. Zmiany zaczęły się dokonywać dopiero wraz z przeobrażeniem ludzkiej świadomości dotyczącej sierot. Dla wielu kobiet i małżeństw jest to sytuacja niewystarczająca, dlatego wymagała ona rozwiązań medycznych, które przyniósł ze sobą rozwój medycyny w 2. połowie XX wieku. POSZUKIWANIE DEFINICJI Ze względu na ogromny postęp, jaki dokonał się w leczeniu niepłodności, problem pojawił się po stronie etycznej. Doktor Maria Soniewicka, prawnik i filozof, podczas debaty „Jak uregu-

80

acierzyństwo zastępcze nie jest sprawą nową. stniało w historii już wiele tysięcy lat temu i było powszechne na Bliskim Wschodzie w czasach starożytnych, czego potwierdzenie odnajdujemy w Biblii (por. historia Sary i Abrahama, Jakuba i Racheli). Historycznie sytuacja jest zrozumiała, ponieważ kobiety, które nie posiadały wolności w żadnym wymiarze, były traktowane jako własność z pełną możliwością wykorzystania.

Macierzyństwo zastępcze jest obiektywnie niepełne wobec obowiązków wynikających z miłości macierzyńskiej, wierności małżeńskiej i odpowiedzialnego macierzyństwa. lować kwestię macierzyństwa zastępczego?” podała następującą definicję macierzyństwa zastępczego: „Przez termin »macierzyństwo zastępcze« rozumie się (…) sytuację, w której kobieta decyduje się na zajście w ciążę i urodzenie dziecka celem zrzeczenia się praw do niego na rzecz innej osoby bądź osób”. Mamy więc przedstawioną konkretną sytuację, w której nie ma wątpliwo-

ści, w jakim celu dziecko zostaje poczęte. Głównym zadaniem matki zastępczej jest spełnianie roli „żywego inkubatora”. Definicja ta jest jednak niedoskonała, gdyż zawęża ona dziedzinę do jednej sytuacji. Z logicznego punktu widzenia jest więc niepoprawna, jednak naprowadza na prawidłowy tok myślenia. Podobnie wyrażał się dr hab. Włodzimierz Galewicz w swojej wypowiedzi podczas tej samej debaty. Filozof ten twierdził, że aby w ogólnej definicji mówiło się o macierzyństwie zastępczym jako o relacji 3 osób, spośród których mężczyzna i jedna z kobiet byliby potencjalnymi rodzicami, natomiast surrogate mother przybierałaby jedną z trzech form: dawczyni komórki jajowej (egg donor), nosicielki (gestational mother, gestational carrier) lub też tzw. „żywego inkubatora”. Również w tym


źródło: www.pixabay.com

wypadku nie możemy się zgodzić na takie postawienie sytuacji, gdyż jest ono niepełne. Profesor również podał przykład, który niejako podważa takie podejście: co z kobietą zgwałconą, która zamierza urodzić dziecko, ale później oddać je do adopcji? REGULACJA PRAWNA Dlaczego w ogóle poszukuje się takiej definicji? Odpowiedź jest niezwykle prosta – źródłem jest brak polskiego określenia prawnego oraz regulacji tej kwestii. Od 2008 roku w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym znajduje się przepis art. 619, który wyraźnie stanowi, że matką jest wyłącznie kobieta, która dziecko urodziła. Nic tego nie może zmienić – żadna umowa czy słowa matki. Luką, którą się wykorzystuje w tym momencie to adopcja ze wskazaniem. Ta jednak nie chroni interesów zainteresowanych posiadaniem „tego konkretnego” dziecka, ani nie nakłada żadnych

obowiązków na osobę oddającą dziecko. Nie wspominając o samym dziecku, które staje się wówczas przedmiotem handlu, a nie rzadko również szantażu (surogacje uznaje się w Polsce za handel żywym towarem). ZDANIE KOŚCIOŁA Kościół katolicki nie podejmuje próby definicji, ponieważ podczas całego przebiegu macierzyństwa zastępczego wykorzystuje się procedurę in vitro. W „Instrukcji o szacunku dla rodzącego się życia i o godności jego przekazywania Donum Vitae” z 1987 roku wypowiada się on w sposób stanowczy: „Jest ono niedopuszczalne z tych samych powodów, które przemawiają za odrzuceniem sztucznego zapłodnienia (...), ponieważ sprzeciwia się jedności małżeństwa i godności prokreacji osoby ludzkiej. Macierzyństwo zastępcze jest obiektywnie niepełne wobec obowiązków wynikających z miłości macierzyńskiej, wierności

małżeńskiej i odpowiedzialnego macierzyństwa. Obraża ono godność i prawo dziecka do poczęcia się, do okresu ciąży i wychowania przez własnych rodziców oraz, ze szkodą dla rodzin, wprowadza podział między czynnikami fizycznymi, psychicznymi i moralnymi, które je konstytuują”. PODSUMOWANIE Popatrzmy jeszcze na inny bardzo ważny aspekt takiego podejścia do początków i dalszych losów powstałego życia: jak będzie się czuło dziecko, które się o tym dowie? Czy ma prawo znać prawdę? Co jeśli trafi ono do dwojga ludzi tej samej płci (np. Elton John, Ricky Martin)? Najważniejsze powinno być w tym momencie samo dziecko, a nie dobro rodziców. Może większa dyskusja na ten temat przeniesie się na ułatwienie procedur adopcyjnych – tego nie wiem. Jednak sądzę, że macierzyństwo zastępcze nie ma w sobie nic dobrego. 

WIĘCEJ NA: WWW.MOWIECI.BLOGSPOT.COM

81


MIEJSCE NA TWOJE OGŁOSZENIE! kontakt: wspolpraca.mcw@gmail.com

82

Może coś Więcej nr 24 / 2015 (50)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o rycerstwie

Może coś Więcej nr 24 / 2015 (50)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o rycerstwie

Advertisement