Page 1

nr 19 (45) / 2015 14 - 27 września

ISSN 2391-8535

Współczesne wychowanie 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚC

Wydarzenia i Opinie

Współczesne wychowanie

Z życia K

10 Projekt antyaborcyjnej ustawy znów w Sejmie

20 Pedagogia wprost z ekranu Rafał Growiec

SPIS TREŚCI

Rafał Growiec

Felieton 14 W objęciach mediów Marcin Kożuszek

Myśli Niekontrolowane 16 Zrozumieć socjalistę

Kajetan G

46 Sto procen

Małgorzata

Mateusz Ponikwia

32 Bądź mężczyzną! Michał Musiał

Maciej Puczkowski

2

28 Za dobro - wynagradzać, za zło karać

42 Wszyscy g jednej b

36 Jak wychować dziecko? Emilia Ciuła

Wiar chłopsk

48 Do prost wiara na rozum - ZA

Anna Ja


CIÓŁ

Kościoła

2 gramy do bramki

Garbela

6 nt radości

a Różycka

a na i rozum

8 taczka – chłopski AZDROŚĆ

anczyk

KULTURA

RECENZJE

Kultura

Klasyka

54 Wychowani przez słowa

62 Apokryf o przepisie na naprawę świata

Beata Krzywda

Rafał Growiec

Rozmowa kulturalna

Nowości

56 Kulturalna rozmowa ze Śmiechem Jarosław Janusz

66 Gołąb przysiadł na dachu i rozmyśla o istnieniu Michał Musiał

Książki 68 Proletariusze wszystkich epok! Rafał Growiec

3


4


5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zemełka

REDAKTORZY: Emilia Ciuła

STOPKA REDAKCYJNA

Krzysztof Reszka Kajetan Garbela Małgorzata Różycka Rafał Growiec Wojciech Urban Beata Krzywda Piotr Zemełka Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

6


DZIAŁ PROMOCJI: Kajetan Garbela

Beata Krzywda

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Łukasz Lubański Łukasz Łój

Tomasz Markiewka Marek Nawrot Szymon Steckiewicz Michał Wilk

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


8


9


WYDARZENIA I OPINIE

Projekt antyaborcyjnej ustawy znów w Sejmie

10

F S Rafał Growiec

N

owy projekt jest o tyle radykalny, gdyż odnosi się do korzeni (łac. radix) ochrony życia – przeświadczenia, że każde ludzkie życie podlega ochronie prawnej. W związku z tym, autorzy postulują całkowity zakaz aborcji, a także kary za pomoc w jej dokonaniu czy nakłanianie do niej. Innymi słowy, pozbawienie życia dziecka nienarodzonego będzie traktowane jak każde inne przestępstwo. Surowiej będą karani także ci, którzy zabiją dziecko zdolne do życia poza ciałem matki. DO Kodeksu karnego zostanie wpisany zapis o tym, że: „Nie popełnia przestępstwa lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu kobiety ciężarnej”.

undacja Pro - Prawo do życia po raz kolejny doprowadziła swoją inicjatywę ustawodawczą do ejmu. Klimat zbliżających się wyborów sprawia, że sytuacja jest wyjątkowo napięta i stała się obiektem komentarzy z obu stron sceny politycznych.

Ze strony lewicy pojawiały się różne absurdalne zarzuty – jak choćby to, że wolontariusze zbierający podpisy byli niepełnoletni. Nie zawiodła także pani marszałek Nowicka, która zagroziła jednej z przedstawicielek inicjatywy „STOP aborcji” z góry przegranym procesem sądowym.

Pod projektem podpisało się 400 000 obywateli Rzeczypospolitej Polski, a do pierwszego czytania dojdzie 10. września w godzinach między 20. a 22. Wiadomo, że zmian nie poprze na pewno lewicowa część Sejmu, z Platfor-

mą Obywatelską na czele. Marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska już wyraziła nadzieję, że uda się zamknąć po raz kolejny te sprawę. Jeśli nie zostanie odrzucony w pierwszym czytaniu, projekt może trafić pod obrady Sejmu w następnej kadencji – a wtedy układ sił zapewne będzie inny. Najnowszy sondaż IBRIS partiom jednoznacznie przeciwnych projektowi (PO, ZLew, Nowoczesna. pl, zapewne też Kukizowcy) daje 41% poparcia, czyli ledwo 3% więcej niż ma go sam PiS, a niewiadomą pozostaje postawa PSL-u (5%). Te wyliczenia są dość ryzykowne. Nie wiadomo, na ile konserwatywni obyczajowo posłowie odniosą się do tak daleko idącego projektu. Zjednoczona Prawica może nie chcieć ryzykować tak jednoznacznej deklaracji i oskarżeń o bycie „katotalibanem”.


źródło: www.pixabay.com

Fundacja Pro wraz z Komitetem STOP aborcji! nie kryją, że mają zamiar wywierać nacisk na polityków poprzez akcję „Zadzwoń do swojego posła”. W ten sposób sympatycy inicjatywy są zachęcani do tego, by od swoich przedstawicieli u władzy otrzymać deklarację na temat stosunku do aborcji. Dostępne na stronach Sejmu wyniki głosowań podają imiennie kto, jak i kiedy głosował. Wzorem poprzednich akcji, posłowie, którzy opowiedzą się przeciw ustawie mogą spodziewać się, że pod ich biurami pojawią się wolontariusze w charakterystycznych żółtych koszulkach i równie charakterystycznymi krwawymi plakatami informującymi, że „pan poseł XY głosował za zabijaniem dzieci nienarodzonych”. BIOLOGIA PŁATKOWSKA Doktor Monika Płatek, znana proaborcyjna feministka już przekonywała w programie”Tak jest” na antenie TVN24, że zakaz

aborcji jest tak naprawdę na rękę tym, którzy dokonują jej nielegalnie i tak naprawdę zaszkodzi losowi dzieci nienarodzonych. Powód? Lekarze będą się bać leczyć z obawy, że zostaną oskarżeni o dokonanie aborcji. Sądząc po ilości spraw o złe wykonywanie zawodu, strach ten powinien towarzyszyć każdemu chirurgowi czy anestezjologowi. Idąc tokiem myślenia prof. Płatek powinny być legalne także zabójstwa dokonywane przez tych specjalistów, by nie lękali się oni leczyć. Wszak aborcja to celowe działanie mające zakończyć życie dziecka, czyli po prostu zabójstwo, które należy odróżnić od sytuacji gdy ratować można tylko jednego pacjenta, lub gdy śmierć pacjenta jest efektem niezamierzonym. A i projekt ustawy mówi o takim przypadku, ze lekarz nie podlega karze. Czyżby pani profesor Płatek nie doczytała? Innym hitem prof. Płatek jest nowa wersja roz-

woju prenatalnego. „To, co pan nazywa dzieckiem nienarodzonym ja będę nazywać płodem, kobietą w ciąży, a potem dzieckiem” – powiedziała feministka dr. Konstantemu Radziwiłłowi, posłowi PiS i byłemu Prezesowi Naczelnej rady Lekarskiej. Nie dość, że kłóci się to z Ustawą o Rzeczniku Praw Dziecka (która w art. 2.1. jasno podaje, że od poczęcia mówimy o dziecku), to jeszcze brzmi, jakby najpierw był płód, który staje się ciężarną kobietą, a potem dzieckiem. Co, jak co, ale gdy chce się być posłem, trzeba pilnować swojego języka. Gdy prowadzący program przywołał problem matek pijących w ciąży, prof. Płatek brnęła w najlepsze. Co jest powodem, że kobiety sięgają po alkohol w stanie błogosławionym? Choroba alkoholowa? Nie, depresja spowodowana tym, że zmusza się je do rodzenia i to, że mężczyźni mogą być nieuświadomieni. Zdaniem kandydatki

11


ZLewu państwo polskie zbyt skupia się na ratowaniu zarodków, a nie przejmuje się dziećmi narodzonymi. Co więcej, zbroi się, a przecież broń służy do zabijania, a nie ochrony życia! Aborcja ma także być metodą na poprawienie przyrostu naturalnego… Proponuję w takim razie, aby w ramach dbania o zielone płuca ziemi zlikwidować wszystkie parki narodowe w Amazonii. O CHLEBIE I ZABIJANIU W czasie czwartkowej debaty sejmowej przedstawicielka inicjatywy Kaja Godek wskazywała, że obecna ustawa antyaborcyjna to mit, choćby ze względu na to, że nawet szczątkowe dane nadsyłane przez nieco ponad połowę oddziałów NFZ są znacznie wyższe niż oficjalne statystyki podawane przez Ministerstwo Zdrowia (którego przedstawiciela nie było na sali). Pani Godek wskazywała także, że te sprzeczne dane były podpisywane przez premiera. Oburzenie wywołało zdanie (prawdziwe w świetle przytoczonych danych), że nawet w obozach zagłady prowadzono bardziej rzetelną statystykę. W swojej wypowiedzi w sumie zbiła sześć proaborcyjnych mitów: – obecna ustawa stanowi efekt kom-

12

promisu, – aborcja niekiedy jest konieczna dla ratowania zdrowia kobiety, – aborcja w Polsce jest zjawiskiem rzadkim i dobrze kontrolowanym, – ograniczenie legalnej aborcji przez zmiany prawne spowoduje, że w przyszłości jej zwolennicy na zasadzie wahadła to prawo mocno zliberalizują, – aborcja po gwałcie jest dobra dla kobiety, – zmiany w prawie ograniczają prawo do samostanowienia kobiet. Ze strony lewicy pojawiały się różne absurdalne zarzuty – jak choćby to, że wolontariusze zbierający podpisy byli niepełnoletni. Nie zawiodła także pani marszałek Nowicka, która zagroziła jednej z przedstawicielek inicjatywy „STOP aborcji” z góry przegranym procesem sądowym. Kaja Godek przypomniała, że zdaniem wyroku sądowego była członkini Twojego Ruchu otrzymywała wsparcie finansowe od przemysłu aborcyjnego. Nowicka zagroziła więc pozwem – a przypomnijmy, że jeszcze niedawno przegrała w niemal identycznej sprawie z Joanną Najfeld. Marszałek Wenderlich z kolei chciał zabronić, by aborcję nazwać zabijaniem, gdyż może razić to osoby o innych poglądach. To dość


dziwna wrażliwość, gdyż nawet głupi płyn do podłóg zabija jednokomórkowe bakterie, leki zabijają komórki rakowe, a żywe komórki płodu, które w wyniku aborcji obumierają… No właśnie co? Marszałek Wenderlich nie wnikał, a jedynie wyłączał nawet Kai Godek mikrofon. Marzena Machałek z PiS akcentowała absurd polegający na tym, że likwidujemy bariery dla niepełnosprawnych, a pozwalamy zabijać ich jako nienarodzonych. Robert Telus z tej samej partii pytał, gdzie podziała się obywatelskość Platformy. W podobny ton, co posłanka Machała uderzył Franciszek Stefaniuk z PSL, odwołał się także do rolniczych tradycji – „W naturze jest tak, że kiedy rolnik zasieje zboże, to jeszcze nie jest to chleb, ale on już nie pozwoli nikomu tego podeptać”. Poseł Marek Bałt z SLD odwołał się do sprawy „dziecka Chazana”, zapominając jednak wspomnieć, że było to dziecko poczęte metodą in vitro. Ten popis rodem z internetowego forum czy komentarzy z facebooka dobrze jednak prezentuje poziom dyskusji nad aborcją w Polsce. Czy „argumenty” środowiska pani Płatek przeważą w Sejmie zobaczymy wkrótce. Projekt będzie głosowany w piątek, 11. września. Patryk Jaki ze Zjednoczonej Prawicy zauważył, że

jego poprzednik nie miał problemu przy użyciu słowa „zabójstwo” i nie był mu odbierany głos. Zaznaczył też, że Polska dba bardziej o imigrantów islamskich niż o osoby niepełnosprawne (zasiłek 1500 zł dla imigranta, 510 zł dla opiekuna osoby niepełnosprawnej). Jacek Kwiatkowski z TR zrobił krótki wykład teologii islamskiej (próg uduchowienia płodu), oraz porównał inicjatywę STOP aborcji z JOW-ami. Jak już przypomniała Beata Kempa – Twój Ruch zdobył 250 tys. głosów, Fundacja Pro zebrała 400 tys. podpisów. Wanda Nowicka nudziła o traktowaniu kobiet jak inkubatory. Niezrzeszona pani poseł Marzena Wróbel na pewno będzie na wszystkich lewicowych portalach gwiazda numer jeden, gdyż pokłóciła się z marszałkiem Wenderlichem i posłem Bałtem. Na koniec Kaja Godek zaprosiła poseł Nowicką do zajęcia się dziewczynką z Wrocławia, która po dokonaniu na niej aborcji umierała przez miesiąc. Głosowanie odbyło się w piątek 11. września 2015 r. o 9.00. Projekt został odrzucony w pierwszym czytaniu. Możliwe jednak, że wróci gdy tylko zmieni się układ sił w Parlamencie. Być może wtedy będzie szansa na bardziej ludzkie prawo.

źródło: www.pixabay.com

13


W objęciach mediów

FELIETON

W

14

Marcin Kożuszek

T

rudno ocenić kto ma w niej większą władzę – media, które mogą kreować rzeczywistość, czy odbiorca, który może w każdej chwili zmienić stację, przełączyć kanał lub przestać kupować konkretny tytuł gazety. Utrata konsumenta to największa porażka, jaka może spotkać redakcję. Lawinowa utrata konsumenta to już krawędź przepaści oznaczającej medialny niebyt a w konsekwencji – bankructwo firmy. Właśnie dlatego media robią wszystko, by spełnić podstawowy cel ich działania: przyciągnąć, utrzymać a potem wpływać na swojego odbiorcę. W tym celu wyszukują interesujące tematy pobudzające dyskusje, mnożące kontrowersje, które nie ucichną po kilku chwilach. Mniej-więcej taki jest powód przyjęcia we wszystkich stacjach bardzo podobnego scenariusza przebiegu dzien-

spółczesne media mają to do siebie, że liczy się w nich news. Gorący temat, który pobudzi wyobraźnię odbiorcy musi być naprawdę bardzo interesujący, by przyciągnąć widza/ słuchacza/czytelnika. Walka między redakcjami jest prawdziwą wojną – taką na śmierć i życie.

Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane.

nika telewizyjnego. Najpierw – wiadomo! – telegraficzny skrót wszystkich wiadomości, potem najważniejsza informacja dnia, dalej ze trzy-cztery informacje o tym, co się wydarzyło w Polsce i na świece. Następnie jeszcze tylko tragedia ludzka lub niesprawiedliwość państwa i na koniec – mój zdecydowany faworyt: „news z ZOO w Australii o narodzinach pin-

gwinka-albinosa”. No, albo coś w ten deseń – koniecznie musi być to temat lekki, najczęściej dotyczy zwierząt, ale nigdy nie ma bezpośrednio związku z naszym „tu i teraz” i teoretycznie nikogo nie powinien interesować. Jaki jest więc fenomen ostatniego newsa w każdym dzienniku? Naprawdę, Drogi Czytelniku, nigdy nie zdarzyło się, że rodzice oglądający wiadomości wołali siedzącego w innym pokoju Ciebie słowami: „chodź, zobaczysz jaki w telewizji jest duży wieloryb/ładny niedźwiadek/ śmieszny pingwin”? Przecież ostatni temat w wiadomościach wcale nie jest po to, by rozluźnić atmosferę po pełnym nerwów oglądaniu informacji! On ma przyciągnąć do telewizora dziecko, które oswaja się z tym, że rodzice oglądają dziennik. Latorośl przyzwyczaja się do tego, że oglądanie wiadomości to coś normalnego, może


nawet obowiązkowego, skoro robi się to codziennie… Nie mówiąc już o tym, że we współczesnym społeczeństwie przybywa nam wtórnych analfabetów – ludzi, którzy potrafią czytać i pisać, ale zrozumienie i interpretacje rozkładu jazdy autobusów jest dla nich trudnością nie do przeskoczenia. Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane. To właśnie dla nich jest ostatni news w wydaniu wiadomości – żeby mieli o czym opowiedzieć znajomym, żeby nazajutrz w pracy mogli odkryć, że inni też TO widzieli. Dzięki temu zyskują świadomość, że oglądanie telewizji ich rozwija i pozytywnie wpływa na relacje z ludźmi. „No, więc skoro telewizja jest tak dobra, to dziś wieczorem też obejrzę”. Z tymi mediami to wcale nie jest tak, jak nam się wydaje. Myślimy, że jak

Mityczny Pan Redaktor pojedzie na miejsce zdarzenia czy konferencję prasową, to doprowadzi poruszany temat do końca, wyjaśniając wszystkie nasze wątpliwości i odpowiadając na pytania, które właśnie przed chwilą zadał. Owszem, dziennikarz pojedzie tam, gdzie będzie działo się coś interesującego, ale pozostanie w tym miejscu jedynie do momentu, w którym pojawi się kolejny gorący temat, na który będzie musiał się udać. Dlatego też jest jak jest. Głośno komentowana sprawa szkodliwych dopalaczy została przyćmiona przez pomniejsze afery i podsłuchy, które w ostatnim czasie zbił z topu „złoty pociąg” z Wałbrzycha. Ten zaś, mimo swej atrakcyjności przegrał z najważniejszym tematem ostatnich tygodni – migracjami. Efekt jest taki, że przesycone informacjami o dopalaczach społeczeństwo nie jest informowane o kolejnej fali tego świństwa zalewającej nasze ulice i wszystkie punkty pod tytułem „całodobowego ksero”. Policja, chociaż wie, że

właśnie tam się diluje, jest bezradna – potrzeba czasu i badań, by składniki z „nowej fali dopalaczy” zostały wciągnięte na listę substancji zakazanych. Złoty pociąg, o którym wiadomo, że nic nie wiadomo, zmęczył już nie tylko krajową, ale i zagraniczną opinię publiczną, która powoli zaczyna podśmiechiwać się z polskiego nie-profesjonalizmu, opieszałości i fatalnego podejścia do sprawy. Z pogoni za newsem ucieszyli się za to wałbrzyscy hotelarze, przeżywający prawdziwe oblężenie. Bo mimo wszystkich minusów, jakie posiadają media, robią one też fantastyczną robotę na rzecz człowieka. Wystarczy tylko umiejętnie oddzielić ziarno od plew. P.S. Słyszeliście o tym, że w pewnym polskim lesie na terenie Nadleśnictwa Strzałowo odnaleziono roślinę, która od wielu lat uznawana była za wymarłą? Groszek różnolistny, bo o nim tu mowa, został zaobserwowany w miejscu, w którym pasły się koniki polne. Wypas koników polnych to dopiero ciekawostka!  źródło: www.pixabay.com

15


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Zrozumieć socjalistę

16

W Maciej Puczkowski

J

eśli chodzi o socjalizm, to łatwo jest nazywać ludzi, którzy są mu przychylni “lewakami”, sugerując przy tym ich umysłową słabość, albo złe intencje. Problem tkwi w tym, że są ludzie umysłowo potężniejsi od większości “prawicowców”, którzy mając dobre intencje chcieliby socjalizmu. Nie można tego faktu zepchnąć na margines i udawać, że go tam nie ma. Z drugiej strony za prawicowca uważa się niejednokrotnie młodego człowieka, który nie wyrósł jeszcze z wieku dojrzewania i nie zna świata, nie wie czego chce i wydaje mu się, że bez “socjali” świetnie sobie poradzi. Ponieważ współcześnie systemy, w których żyjemy są bardziej socjalistyczne niż kapitalistyczne, więc socjalista młodego kapitalistę uzna za idealistę oderwanego od

ybór między socjalizmem, a kapitalizmem jest jak wybór między dżumą, a cholerą. Natomiast wszelkie kombinacje tych systemów tworzące formy pośrednie, są jak mieszanka tych dwóch chorób naraz. Dlaczego społeczeństwa wpadają pomiędzy taki młot, a kowadło? Przyglądnijmy się chwilę pobudkom, które każą obrać taki, a nie inny tok myślenia.

Socjalista, to człowiek dobrej woli, który chce dobrze dla każdego, nawet najsłabszego. Nie może patrzeć na ludzką biedę i chciałby coś w świecie zmienić, żeby ludzie nie byli więcej głodni i mieli dach nad głowami. Chciałby, żeby wszyscy byli równi. Nie będzie wtedy zazdrości, pychy, ani hierarchii.

rzeczywistości. Z drugiej strony taki kapitalista widzi socjalistów, trochę na wyrost, jako relikty przeszłości czekając na nowy ład lub nawet starając się przyspieszać jego nadejście.

Powtórzmy zatem, to co powiedzieliśmy na początku - jest to wybór między dżumą, a cholerą, gdyż oba systemy są zniewalające, każdy w inny sposób. Śledząc współczesną twórczość często można natknąć się na myśl, która każe czerpać siłę z własnych słabości i sprawić, żeby nasze czułe punkty stały się tymi najmocniejszymi. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że w rzeczywistości zachodzi proces z goła odwrotny. Nasze mocne strony często stają się słabościami, które prowadzą nas w pułapkę socjalizmu i kapitalizmu. Socjalista, to człowiek dobrej woli, który chce dobrze dla każdego, nawet najsłabszego. Nie może patrzeć na ludzką biedę i chciałby coś w świecie zmienić, żeby ludzie nie byli więcej głodni i mieli dach nad głowami. Chciałby,


źródło: www.pixabay.com

żeby wszyscy byli równi. Nie będzie wtedy zazdrości, pychy, ani hierarchii. Wszyscy będą wolni i każdy będzie miał środki do życia. Wspólną pracą wszystkich ludzi socjalista będzie chciał budować dobrobyt. Są dwa rodzaje socjalistów. Pierwszy to “małe serce, które chce być kochane”, a drugi to “wielkie serce, które chce wszystkich kochać”. Inaczej mówiąc socjalista pierwszego rodzaju będzie chciał, żeby ktoś się nim zajął, zaopiekował i zapewnił bezpieczeństwo. Jego natura przypomina do złudzenia kobiecą. Drugi rodzaj socjalisty, jest tym wspomnianym wyżej, który współczuje ze wszystkimi ludźmi na świecie i wszystkim chce pomóc - można łatwo pomylić z chrześcijaństwem. Jak jest natomiast z kapitalistami? Kapitalista, to człowiek, który nie chce być pieszczony i chce być panem swojego losu. Woli odmrozić sobie uszy, niż posłuchać babci, która każe

założyć czapkę, tylko dlatego, że nie lubi jak ktoś mu mówi jak ma żyć. Wolność to jego największe pragnienie. Tak samo jak socjalista pragnie dobra dla innych, ale widzi go inaczej. Woli robić z ludzi wojowników, niż za nich walczyć. Chce, żeby wszyscy byli na tyle silni, żeby poradzić sobie w dzikim świecie, ale pragnie również stworzyć im warunki do wzrastania w sile. Prawicowiec z szacunku do ludzi będzie wystrzegał się niańczenia ich i stawiał im wymagania. Problem w tym, że obie postawy są godne pochwały, ale nie osobno. Osobno prowadzą do skrajności i wypaczeń. Socjalista jest jak matka, która nie chce wypuścić syna w dorosłe życie. Jak rodzić, który wciąż wydzwania do dziecka będącego na koloni, bo się o niego boi. Kupuje mu wszystkie możliwe zabawki chcąc, żeby miało wspaniałe dzieciństwo i na wszystko mu pozwala. Z drugiej strony kapitalista jest jak

ojciec, który chce natychmiast wykorzenić z własnego syna wszelkie słabości. Zamiast wspierać go w podjętych trudach za wszelką cenę chce zmusić go do podejmowania trudów, które sam mu wyznacza. To czy dana osoba zostanie prawicowcem, czy “lewakiem” zależy od tego, które pragnienie jest w nim silniejsze. Trzeba jednak zaznaczyć, że skupiliśmy się przeważnie na pozytywnych stronach człowieczeństwa, takich jak pragnienie wolności, czy altruizm. Trzeba jednak zaznaczyć, że za kapitalizmem lub socjalizmem będą przemawiać osoby żądne władzy i pieniędzy w zależności od tego jaką rolę w społeczeństwie pełnią. Pozostaje pytanie, czy istnieją inne rozwiązania? Czy skazani jesteśmy na wybór pomiędzy kapitalizmem, a socjalizmem? Owszem, i mówi o tym niejedna “myśl niekontrolowana”. 

17


18


19


TEMAT NUMERU - Współczesne wychowanie 20

Pedagogia wprost z ekranu O – Rafał Growiec

W

starożytnej Grecji paidagogiem był niewolnik, a nazwę jego funkcji na polski trzeba by przetłumaczyć jako „dzieciowód”. Do jego obowiązków należało zawiedzenie dzieci pana do nauczycieli i odprowadzenie ich z powrotem. Te czasy już minęły, jednak jedna rzecz trwa. Pedagog wciąż ma na celu przeprowadzić wychowanka z punktu A do punktu B, choć dziś zamiast o zmianę położenia chodzi o zmianę osobowości. Współczesny pedagog nie tylko ma przekazać wiedzę, ale także ukształtować psychikę podopiecznego. Każdy, kto choć raz próbował uczyć w szkole widzi, że nauczyciel ma marne szanse w starciu z telewizją, internetem czy choćby darmowymi gazetami. Media, które powinny być pośrednikami, bardzo często kreują rzeczywistość zupełnie różną od prawdy.

toczeni codziennie przez rozmaite formy mediów – telewizję, prasę, internet, książki czasami nawet nie zauważamy, jak zmieniają one naszą osobowość. Czy jednak można nazwać to wychowaniem? A jeśli tak – to kto jest wychowawcą?

Medialne wychowanie do wolności jest bardzo często postawione w pustce jeśli pytamy o konsekwencje. Kult życia wykorzystanego w stu procentach wykorzystuje ideę amerykańskiego snu (także w wydaniu europejskim), rzadko kiedy przedstawiając skutki preferowanego stylu życia.

Dotyczy to zresztą nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wszyscy jesteśmy pod wpływem tego, co widzimy, słyszymy, czytamy, a niekiedy i wąchamy. Nie bez przyczyny wszystkie totalitaryzmy zaczynały od likwidacji

wszelkich wolnych mediów i zapewnienia sobie monopolu na dostęp do masowego przekazu. Aby mówić o prawdziwym wychowaniu, musi być to być proces przebiegający według jakiegoś planu, do którego realizacji stosowana jest konkretna metoda i który jest na bieżąco oceniany i weryfikowany. Można mówić o wychowaniu pobocznym, gdy ktoś nieświadomie wpływa na innych – dlatego np. w ramach „wychowywania w trzeźwości” staramy się usuwać pijaczków z parku. Dziś jednak interesuje nas konkretny plan wychowawczy, widoczny w mediach. Zacznijmy od pytania: kto jest wychowawcą? Czy tylko ten, kto kontroluje przebieg zmian w świadomości odbiorców, czy także ten, kto nie jest do końca świadomy skutków swoich działań i tylko wykonuje polecenie naczelnego?


źródło: www.pixabay.com

Pytanie to jest istotne, gdyż pytamy także o moralną odpowiedzialność za to, co dzieje się z ludźmi pod wpływem kontaktu z mediami. Dziennikarz epatujący na co dzień surowymi sądami opartymi na lichych przesłankach zachęca do tego samego czytelników, nawet jeżeli zmusza go do tego linia wizerunkowa pisma. Największa jest jednak odpowiedzialność tych ludzi mediów, którzy przeświadczeni o swojej misji celowo działają tak, by przekonać widzów do swojej racji i starają się stworzyć pewien wzorzec zachowań. Czasem jednak prawdziwymi wychowawcami nie są naczelni, ale ich idole – czy to filozoficzni czy nauczyciele medialnego fachu. Na muzykę emitowaną w mediach mają wpływ nie tylko sami twórcy, ale też właściciele rozgłośni i telewizji, doradcy i partnerzy życiowi piosenkarzy, dominujące na spotkaniach towarzyskich poglądy, działacze na nich obecni... Nie bez znaczenia jest też grupa sponsorów, którzy płacą i wymagają. Jakimi metodami po-

sługują się medialni wychowawcy? Można mówić o ideowym marketingu pozytywnym i negatywnym. Pozytywny polega na budowaniu marki danego poglądu czy zachowania w oparciu o jego własne cechy. Medialny pedagog stara się przekonać odbiorcę, że dana postawa jest atrakcyjna, dobra i popularna. Dokonuje tego na przykład poprzez postaci pozytywne w serialu czy filmie – zwłaszcza, gdy grają je znani i lubiani aktorzy. Ludzie chętnie naśladują zachowanie (a także ubiór czy sposób wypowiadania się) swoich ulubieńców. Historie toczące się wśród swoistych elit, pełne barw i bogactwa, budują wyobrażenie jak się „żyje naprawdę” i co myślą „młodzi, wykształceni z wielkich miast” albo jak zachowują się ludzie, którzy osiągnęli sukces w Holywood. Przykładem niech będzie tu serial „Ranczo”, którego główna bohaterka, oprócz wielu sympatycznych cech, jest także chodzącą reklamą miłości do Unii Europejskiej i liberalizmu moralnego, zmieniającą szarą, polską wieś w mały raj na ziemi.

Z drugiej strony mamy marketing negatywny, którego domeną są czarne charaktery i wszelkie nurty apokaliptyczne. Chodzi tu o to, by pewną ideę, system wartości, czy zachowanie przedstawić jako złe, ujmujące człowiekowi i niezgodne z aspiracjami wychowanka. W najprostszej formie mamy tu klasyczne: „Jak się nie będziesz uczył, skończysz kopiąc rowy” (na co uczeń odpowiada, że operator koparki zarabia cztery tysiące, a nauczyciel półtora). Wracając do przykładu „Rancza” ten czarny PR dotyka głównie obrazu polskiej wsi – biednej, zapijaczonej, gdzie ludzie nie wiedzą, jak się zabezpieczać przed niechcianą ciążą i pędzą bimber, a ich życie kontrolują chciwy wójt i oderwany od rzeczywistości proboszcz. W innych produkcjach widzimy więc nie tylko całą galerię alkoholików, łotrów czy wręcz zbrodniarzy, ale także ludzi po prostu nieprzystających do wizji świata reżysera czy redaktora. Idea „zła” przedstawiana jest jako prowadząca do eskalacji problemów i może być

21


usunięta tylko przez ideę dobrą. Chyba, że w zamyśle jest zostawić odbiorcę z wizją, że wszystko jest złe, podłe i zmierza ku coraz to większej degrengoladzie. Totalny czarny marketing też buduje pewne postawy, na przykład niechęć do idealistów – ci wszak zazwyczaj umierają pierwsi, a jeśli nie, to na pewno z poczuciem bezsensu swoich starań. BYĆ TO MIEĆ Znamy już cele i podstawowe narzędzia. Zastanówmy się nad głównymi nurtami wychowania obecnymi w mediach. Pierwszy, pozbawiony „ciała zarządzającego” to nurt materialistyczny. Wynika on z przyjętego w XX wieku kultu konsumpcji i mitu bycia wiecznie młodym, bogatym i szczęśliwym jako celu istnienia człowieka. Całe życie podporządkowane jest spełnieniu zachcianek, potrzeb, aspiracji, a każda chwila smutku jest jedynie sygnałem, że trzeba szybko coś skonsumować albo kogoś użyć, aby się poczuć lepiej. Paradoksalnie, nurt ten wywodzi się z czasów kryzysu. Kolorowe filmy kręcone w Hollywood od czasów Wielkiego Kryzysu i po II wojnie miały zachęcać do przełamania niepokoju (objawiających się odkładaniem

22

pieniędzy w skarpecie) i życia jak dawniej (to znaczy: „do wydawania”). Cel wychowawczy był w sumie ekonomiczny – podniesienie obrotów w państwie zmęczonym krachem na giełdzie, a potem stratami wojennymi. Efekt jednak odbił się na sposobie myślenia Amerykanów, którzy znów uwierzyli w amerykański sen. W czasach, gdy w mediach nie było miejsca na pesymizm, musiało wyrosnąć pokolenie przeświadczone o potędze własnego kraju i o tym, że każdemu w sumie należy się własny dom z podjazdem, a benzyna musi być tania, bo po Route 66 trzeba gnać kabrioletem z silnikiem V8 (Made in USA, rzecz jasna, a nie jakąś europejską miniaturką). Ten nurt przedostał się do Europy i reszty świata, sącząc w uszy słodkie słowa o tym, że każdy może wyrwać się ze slumsów i zamieszkać w pałacu. Jednocześnie amerykański sen przyzwyczajał ludzi do estetyki rodem z reklam, gdzie wszyscy są piękni, młodzi, bogaci i szczęśliwi dopiero po konsumpcji. W dzisiejszych czasach ten trend uległ lekkiemu utemperowaniu. Ale tylko lekkiemu – nieliczne filmy pokazują szczęście osiągane pomimo ubóstwa. Wciąż najchętniej filmowcy sięgają po co najmniej klasę średnią, którą stać na to, by własnym


źródło: www.pixabay.com

samochodem pojechać na zakupy, wrócić z torbami i pomachać przed ekranem najnowszym smartłoczem. W końcu budżet jest napięty, a producent chętnie zapłaci, by widz był przekonany, że jego laptop/ chipsy/samochód są istotnym elementem życia, które tak chcą naśladować miliony fanów. W Polsce taką propagandę widzimy w wielu serialach, ale ikoniczny wręcz jest konsumpcjonizm w „Rodzince.pl”. Wszyscy członkowie familii Boskich są skupieni na konsumpcji, zaspokajaniu swoich potrzeb, co jest zakrywane przez wytarte frazesy i podkreślane przez chętne wykorzystywanie ich wizerunku w reklamach. Cel takiego wychowania jest prosty: sprawić, by ludzie skupiali się na tym, co posiadają, na napędzaniu zysków sponsorom. Służy temu przede wszystkim pozytywny marketing, ale to wartościowanie nie pozostaje bez równowagi. Tam, gdzie bogaty jest szczęśliwy, biedny musi być smutny. Telewizja jest przesycona reklamami do tego stopnia, że trudno odróżnić, co jest lokowaniem produktu czy idei a co jedynie przypadkowym pokazaniem logo, a reklamy potrafią trwać połowę czasu emisji filmu. Najmocniej chłoną to dzieci, bo też i skierowana do nich reklama jest najbardziej

sugestywna i bezpardonowa. Od najmłodszych lat są one przekonywane do tego, że „najfajniejsze” są zeszyty z księżniczkami Disneya, a pióro z Zygzakiem McQueenem ładniej stawia kreski. Dziecko ze zwykłym zeszytem może czuć się gorsze – a nawet powinno. Tym bardziej, że supermarkety celowo tak ustawiają ekspozycję, by na poziomie oczu dziecka były produkty droższe i markowe, często znane z telewizji. Takie wychowanie tworzy również buntowników. Efektem sprzeciwu wobec konsumpcji Ameryki z lat powojennych były ruchy hippisowskie, zręcznie wykorzystywane przez komunistów, którzy woleli, by Amerykanie zapuszczali długie włosy i palili trawkę, a nie jeździli do Korei czy Wietnamu walczyć z rewolucją w imię swojej rzekomej dziejowej misji. Wiele ruchów anarchistycznych jest efektem buntu wobec świata, który wychowuje tylko do tego, by mieć. WOLNY ALBO MARTWY Drugi nurt współgra z tym pierwszym, materialistycznym, gdyż idea wolności jako najwyższego prawa człowieka doskonale współgra z prawem do kupienia czegokolwiek, czego się chce. Tu można wskazać już pewne „główne ciała pedagogiczne” w

23


postaci wielkich instytucji takich jak WHO, ONZ czy rządy poszczególnych państw, dbających o to, by w różnych regionach świata przestrzegano stale aktualizowanej mapy granic wolności. Także niektóre pozarządowe organizacje wytyczają trendy światopoglądowe, decydując, co jest liberalne, a co godzi w wolność jednostki. Ich dokumenty nieraz znajdują odbicie w języku, jakim wypowiadają się ludzie mediów. Dziennikarze, celebryci, gwiazdy sportu i kina starają się przekonać świat, że są po właściwej stronie – a jako autorytety pociągają za sobą innych. A nie mając nad sobą żadnego wyższego źródła moralności, twórcy nowych idei wolności ograniczani są tylko swoją własną wyobraźnią. Próby utworzenia „prawdziwie wolnego człowieka” tam, gdzie zdaniem tych pedagogów swoboda myślenia, wyrażania swoich poglądów i wdrażania ich w życie wciąż są krępowane, odbywa się najczęściej na zasadzie odniesienia do „krainy szczęśliwości”. Za komuny w Polsce był nią Związek Radziecki. Dziś cały chcący być cywilizowanym świat patrzy na Stany Zjednoczone i Unię Europejską, a i one chętnie promieniują na

24

cały ziemski glob swoją własną wizją raju na ziemi. Powstające tam filmy, książki, telewizje stamtąd nadające tłumaczą widzom od bieguna do bieguna, jakie wybory życiowe są dobre, a jakie złe. Oczywiście nie brakuje też czarnego marketingu – przykładów braku poszanowania dla wolności w krajach opornie przyjmujących nowe nauki. Swoistą droga „wychowywania do wolności” (w cudzysłowie, gdyż z prawdziwą wolnością ma to niewiele wspólnego) jest taktyka stopniowego oswajania z kolejnymi poziomami przekraczania granic. Tak działała pornografia – w Ameryce działały dwa jej nurty. Jeden był otwarcie brutalny, pozbawiony szacunku do kobiet i bluźnierczy. Drugi – reklamowany jako „niewinne świerszczyki”, swoisty rodzaj sztuki, odrobina pikanterii. Im bardziej nurt oficjalnie wulgarny nurzał się w szambie, tym większa była tolerancja dla tego, co oferował swoim czytelnikom Playboy. To, co było niewyobrażalne w latach 60. ubiegłego stulecia – naga sesja, dziś stało się normą i wręcz synonimem prawdziwego medialnego sukcesu kobiety. A wszystko w imię prawa do pokazywania swojego ciała jak się chce. Ci,


którzy oburzają się na upadek obyczajów są w opinii społecznej bigotami. Także klimat wielu produkcji filmowych służy przekonaniu młodzieży, że w Stanach jak najbardziej normalny jest przygodny seks w czasie studiów a inicjacja seksualna nigdy nie odbywa się w łożu małżeńskim. Bardzo chętnie wykorzystywanym motywem jest konflikt pokoleń. Jeśli ktoś ze starszego pokolenia wpada na dobre pomysły czy stanowi oparcie dla młodego człowieka, to tylko wtedy gdy sam jest „młody duchem”. Jest to komunikat skierowany w stronę i dzieci i rodziców: jednym pokazuje się, jacy powinni być dziadkowie godni szacunku. Niewielu filmowców jest też w stanie powstrzymać się od pokazania jakiejś starszej pani, która oficjalnie jest konserwatywna, ale skrycie popiera nowe trendy. Tak rozumiana wolność opiera się także na zasadzie, że o dobru i złu decyduje człowiek, chwila, kontekst. Systemy filozoficzne budujące w oparciu o uniwersalne wartości zdają się nieadekwatne do realiów, sztywne i niewolące. Media zderzają te „więzy zasad” z „siłą uczuć”. Przykładem niech będzie tu kanał RomanceTV, który w swojej ramówce

ma niemal wyłącznie niemieckie ekranizacje powieściowych romansów. Ulubionym motywem niektórych autorów jest ksiądz łamiący konwenanse – najczęściej celibat. Subiektywne odczucia przedstawiane są jako ważniejsze od obiektywnych argumentów. Medialne wychowanie do wolności jest bardzo często postawione w pustce jeśli pytamy o konsekwencje. Kult życia wykorzystanego w stu procentach wykorzystuje ideę amerykańskiego snu (także w wydaniu europejskim), rzadko kiedy przedstawiając skutki preferowanego stylu życia. Myślenie subiektywistyczne objawia się moralnością opartą na osądzie własnego sumienia – byle nie stłamszonego przez „system”, wtedy musi przyjść z pomocą wyzwolony przyjaciel/przyjaciółka/wyluzowany dziadek. ZCHAMIENIE POSTĘPUJĄCE Trzeci nurt, zupełnie chaotyczny i bezładny podpada pod „wychowanie przypadkowe”, jednak jest ściśle powiązany z dwoma poprzednimi nurtami. Tabloidy, bo o nich mowa, działają w duchu materialistycznej pogoni za pieniądzem oraz korzystając i włączając się w nurt promocji wyzwolenia źródło: www.pixabay.com

25


obyczajowego. Stopniowo oswajają one swoich odbiorców ze skandalem i krwawą zbrodnią. Spójrzmy na okładkę przeciętnej „bulwarówki”: wiele obrazów, mało treści, czcionka gruba, często krwistoczerwona, zdjęcia celowo rozmazane. Teksty pełne przymiotników o zabarwieniu emocjonalnym: „brutalne”, „zbrodniczy”, „szalona”, „zboczony”. Podobnie ma się sprawa wszystkich talk-showów opartych na skandalizujących tematach typu: „Wariograf pokaże, czy mnie zdradzasz” czy „Moja żona jest facetem”. Polska dopiero ściga tu Zachód i daleko nam do Oprah Winfrey czy Jerry'ego Springera. To wszystko oddziałuje na odbiorców. Czy ktokolwiek zna człowieka czytającego głównie „Fakt”, „Super Express” czy oglądającego paradokumenty, który by nie postrzegał świata w perspektywie historii, które poznał w tych mediach? Surowe oceny moralne (tabloid nie może sobie pozwolić na

obiektywizm czy ostrożność) sprawiają, że i czytelnicy chętnie w takim kluczu i stylu wypowiadają się o swoich sąsiadach. Nie da się wytłumaczyć, że to sprzeczne z zasadami chrześcijańskimi – wszak „Fakt” to bardzo pobożna gazeta, zawsze dają medalik na święta maryjne. Ten sam czuły na problem z islamem czy demoralizację nieletnich wydawca codziennie pokazuje goliznę na ostatniej stronie, co wielu kioskarzy ignoruje wystawiając tę gazetę na witrynę czy w specjalne wiszące ekspozycje. Media oswajają nas także z przemocą. Jeszcze w latach 70. trudno było o naprawdę krwawy film. Tak w amerykańskich westernach, jak w swojskich „Czterech pancernych” człowiek trafiony w pierś chwytał się za serce i padał. Dziś efekty specjalne pozwalają na ukazanie wnętrzności w pełnej „krasie”. Realizm bardzo często ustępuje pragnieniu stworzenia efektownego widowiska, a co za tym

idzie wykorzystywane są w pełni możliwości, jakie dają komputerowe programy czy zdalnie sterowane modele. Oswaja to z przemocą, sprawiając, że dzieci często widza walkę między sobą jako atrakcyjną rozrywkę, a dorośli są w stanie obojętnie przejść obok krwi w prawdziwym życiu. ZAMIAST PODSUMOWANIA Widzimy, ze w mediach obecne są różne nurty. Czy można mówić o istotnym udziale Kościoła w medialnym wychowaniu? Wszak posiada on swoje telewizje, radia, gazety, w telewizji publicznej mamy programy dla dzieci i transmisje Mszy. Czy polscy katolicy wykorzystują ten potencjał, by poprzez środki masowego przekazu sprawiać, by Polacy byli lepszymi chrześcijanami? Czy może zasklepiamy się w gronie stałych czytelników i przekonujemy przekonanych? 

źródło: www.pixabay.com

26


27


TEMAT NUMERU - Współczesne wychowanie 28

Za dobro – wynagradzać, za zło – karać N Mateusz Ponikwia

K

ażdy rodzic pragnie, aby jego dziecko w przyszłości wiodło szczęśliwe i spokojne życie. Jednym ze sposobów, który ma ułatwić osiągnięcie tego celu, jest takie wychowanie dziecka, które przygotuje je do dorosłego życia. Chodzi w znacznej mierze nie tylko o okazanie miłości czy wpojenie pewnych wartości, ale także o zakreślenie swego rodzaju granic dozwolonego postępowania. Rodzice starają się przekazać pociechom, że niektóre zachowania są zabronione i nietolerowane przez społeczeństwo. Przekroczenie wyznaczonych reguł skutkuje zwykle nałożeniem jakiejś kary. KARA JEST MITEM Dokonując psychologicznej analizy wpływu karania na dalsze zachowania człowieka, nie sposób nie dostrzec i przejść obo-

a wychowywanie dzieci nie ma jednej, niezawodnej i niezastąpionej metody. Niemniej należy zauważyć, że każde działanie podejmowane przez rodziców ma ogromne znaczenie w procesie kształtowania osobowości i charakteru dorastającego człowieka.

Jednym z ważniejszych zagrożeń karania jest stosowanie kar cielesnych wobec dzieci. Bicie może powodować, oprócz licznych i niebezpiecznych obrażeń fizycznych, także rany psychiczne. Potwierdzony naukowo jest też fakt, że bicie uczy agresji.

jętnie obok wskazywanych zagrożeń i swego rodzaju efektów ubocznych. Otóż karanie służy najczęściej do tłumienia niepożądanych zachowań społecznych, a nie jest nakierowane na ich całkowitą eliminację. Kara nie ma charakteru pedagogicznego, ponieważ nie wskazuje dobrego zachowania, pożądanego

w danych okolicznościach. Dlatego kara stanowi przykład kształtowania ludzkich reakcji, określany w psychologii jako wzmocnienie negatywne. Badacze podkreślają, że zjawiskiem pojawiającym się w sytuacjach częstego stosowania kar jest tzw. generalizacja hamowania. Zjawisko to polega na osłabieniu wszelkiej inicjatywy danej jednostki. Osoba przestaje udzielać się w relacjach społecznych. Można wówczas mówić o wycofaniu się danej jednostki z aktywności, które jest motywowane uzyskaniem „świętego spokoju”. Dla przykładu napiętnowanie przy całej klasie ucznia za jego reakcję, może osłabić jego późniejszą aktywność. W efekcie może dojść do braku zaangażowania w wykonywaną pracę i niechęci do udzielania się na forum klasy.


źródło: www.pixabay.com

Często zwraca się uwagę, że karanie wzbudza u dzieci silne emocje, takie jak gniew czy lęk. Nadmierne i nieumiejętne karanie związane jest z ponoszeniem kosztów emocjonalnych i może prowadzić do popadnięcia w apatię czy stany nerwicowe. W większości przypadków dochodzi także do unikania źródła karania. Chyba nie ma większych wątpliwości, że dziecko karane w znacznej mierze przez ojca będzie wolało spędzać większość czasu z matką. Podobnie mniej chętnie będzie uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez surowego nauczyciela i częściej będzie unikać tych lekcji. Psychologowie poddają w wątpliwość skuteczność karania. Większość twier-

dzi, że jest ona w zasadzie przypadkowa. Osoba karana zaprzestaje bowiem niepożądanych zachowań w okresie, w którym istnieje obawa ponownego ukarania. Gdy zaś dojdzie do zmiany okoliczności, taka jednostka reaguje w sposób niepożądany. Kary nie cechują się bowiem długotrwałością uzyskiwanych dzięki nim efektów. Behawioryści twierdzą, że kara może spełniać swoje zadanie jedynie wówczas, gdy zostanie włączona w kompleksowy program nastawiony na modyfikację zachowania danej jednostki. Trzeba przemyśleć przede wszystkim, w jaki sposób zastąpić niechciane reakcje dziecka. Nie jest wystarczające wymierzenie kary za złe

zachowanie. Trzeba pamiętać o zagwarantowaniu pewnego wzmocnienia pozytywnego w postaci przedstawienia alternatywy działania. Problem jednak tkwi w tym, że niewielu rodziców uświadamia sobie taką konieczność. LALKA BOBO Jednym z ważniejszych zagrożeń karania jest stosowanie kar cielesnych wobec dzieci. Bicie może powodować, oprócz licznych i niebezpiecznych obrażeń fizycznych, także rany psychiczne. Potwierdzony naukowo jest też fakt, że bicie uczy agresji. Dzieci przechwytując wzorce od rodziców, nawet nieświadomie, naśladują ich zachowanie. Często dochodzi do sytuacji twórczego rozwija-

29


źródło: www.pixabay.com

nia zachowań agresywnych, co zostało wykazane podczas eksperymentu Alberta Bandury, profesora Uniwersytetu Stanfordzkiego. W latach sześćdziesiątych XX wieku przeprowadził on doświadczenie nazwane eksperymentem z lalką Bobo. Jego wynik potwierdził teorię społecznego uczenia się. W badaniu udział wzięło 36 chłopców i dziewczynek w wieku od 3 do 5 lat. Każde z nich zostało losowo przydzielone do jednej z trzech grup. W pierwszej, dzieci obserwowały dorosłą osobę, która zachowywała się agresywnie wobec lalki. W drugiej, ta sama osoba powstrzymywała się od niewłaściwego zachowania. Z kolei trzecia grupa dzieci posłużyła jako grupa kontrolna (brak modela).

30

Okazało się, że dzieci oglądające agresywne zachowania modela, chętniej naśladowały je w zabawie z lalką Bobo. Agresja fizyczna i słowna pojawiała się w ich gronie częściej niż u dzieci z pozostałych grup. Dodatkowo agresywne reakcje dzieci nie sprowadziły się tylko do skopiowania i odzwierciedlenia zaobserwowanych działań. Uczestnicy eksperymentu wymyślali bowiem nowe sposoby obchodzenia się z lalką. SKUTECZNOŚĆ NAGRÓD Mając na uwadze nieskuteczność stosowania systemu wychowania opartego wyłącznie na karaniu, psychologowie przekonują o potrzebie uzupełnienia go o system nagród. Badacze zaznaczają, że również nagrody trzeba umieć stoso-

wać. Nagrody określane są jako wzmocnienie pozytywne. W zależności od sposobu wyznaczania i czasu uzyskiwania, możemy wyróżnić cztery ich rodzaje. Po pierwsze, przyznawane w stałych odstępach czasowych. Dobrą ilustracją dla tego typu są wypłaty miesięczne przyznawane pracownikom. Po drugie, przyznawane w zmiennych odstępach czasu. Zaznacza się, że takie są mało motywujące. Nigdy nie wiadomo bowiem, kiedy owa nagroda może zostać przyznana, a poziom niepewności przez wielu przyrównywany jest do tego, który towarzyszy wędkarzowi podczas połowu ryb. Po trzecie, nagrody mogą być przyznawane w jednakowych proporcjach, czyli zawsze uzyskujemy


taką samą albo podobną wartość. Najbardziej motywująca do działania jest jednak metoda zmiennych proporcji. Pomimo, że nie wiemy dokładnie kiedy i jaką uzyskamy korzyść, to mamy pewność, że będzie to miało miejsce. Ponadto wrodzona ludzka ciekawość popycha nas do aktywności. Działamy bowiem zgodnie ze schematem: „a nuż następnym razem uzyskam znacznie więcej”. Bardzo istotny jest czas, w którym przyznaje się nagrodę. Nagradzanie nie powinno być odroczone w czasie (z tych samych zresztą powodów co karanie). Osoba uzyskująca jakąś korzyść powinna bowiem mieć pełną świadomość, za jakie zachowanie została nagrodzona. Brak nadmiernej rozbieżności

czasowej między zachowaniem a nagrodą, ułatwi wzbudzenie przeświadczenia o zasadności i słuszności podjętego przez dziecko zachowania. Warto zaznaczyć, że zarówno kary, jak i nagrody nie powinny być przesadne. Chodzi o to, by uniknąć niekorzystnego zjawiska określanego mianem nadmiernego uzasadnienia. Efekt naduzasadnienia polega na postępowaniu zgodnie z normami i regułami z przyczyn wyłącznie zewnętrznych. Innymi słowy, dziecko zachowuje się w sposób pożądany jedynie ze względu na grożącą mu karę bądź oczekiwaną nagrodę. Takie zjawisko prowadzi do ukształtowania człowieka z zewnątrz sterownego. Trzeba zaznaczyć, że

nie da się wychowywać dzieci bez systemu kar. Rodzice powinni jasno zakreślić granice dopuszczalnego zachowania, określić konsekwencje złamania obowiązujących zasad, a także efektywnie wyegzekwować niesubordynację podopiecznych. Z systemem kar musi jednak iść w parze system nagród. Warto zapamiętać, że nawet najmniejsza nagroda – w postaci dobrego słowa czy podarowania słodkiego ciasteczka – jest dla dziecka sygnałem, że zachowuje się należycie. Wychowanie dzieci to nie lada sztuka, której muszą sprostać przede wszystkim rodzice. 

źródło: www.pixabay.com

31


TEMAT NUMERU - Współczesne wychowanie 32

Bądź mężczyzną! C Michał Musiał

N

a te i inne pytania Drogi Czytelniku postaram się odpowiedzieć Tobie, a także sobie w tym właśnie artykule. Chciałbym zachęcić Cię do przemyśleń na w tym właśnie temacie z racji tego jak wielki wpływ na nas facetów ma to jaki obraz siebie mamy w dzisiejszym świecie (gdzie nasze role raczej się zacierają, zamiast uwydatniać), razem ze wszystkimi wadami i zaletami. A taka świadomość często staje się impulsem do bardzo pozytywnych zmian. Chciałbym zacząć od tego, że najwyższym dobrem wydaje mi się fakt, że stworzeni jesteśmy jako mężczyźni i kobiety. To odnośnie tych ról, bo bez wątpienia są między nami różnice, piękne różnice. Nie chodzi tu w żadnym razie o role związane z predyspozycjami do wykonywania

o to w ogóle może znaczyć i czy istnieje jednoznaczna definicja? Do jakich aspektów życia odnosi się bycie mężczyzną? Jaki wpływ na innych może mieć postawa obierana wobec roli mężczyzny?

Dbaj o własne ciało, zapisz się na siłownię, regularnie się ruszaj, przede wszystkim ruch to zdrowie, a poza tym pozwoli Ci to zachować niezbędną równowagę podczas codziennego zabiegania i doda Ci pewności siebie.

określonych zawodów, czy innymi konfliktami na tym tle, jakimi cały czas obrzucani jesteśmy przez media. To byłoby zbyt proste i znacząco zubożyłoby to kim jesteśmy dla siebie (znaczy my – mężczyźni i kobiety). A w praktyce… Prawdziwy mężczyzna niezależnie od wieku daje przykład innym. To znaczy, że jeśli jakiś inny facet postę-

puje źle a zobaczy, że ty postępujesz dobrze, to istnieje wtedy szansa, ze pomyśli sobie: - Kurde, to jest gość! Może ja też coś zmienię… Zawsze pamiętaj, że masz ogromny wpływ na innych ludzi. Wydaje mi się, że jeśli masz to na uwadze, to robisz ważny krok związany z byciem odpowiedzialnym, bo bez takiej podstawy chyba nie da się mówić o męskości. Dotyczy to praktycznie każdego aspektu życia, od relacji z przyjacielem, koleżanką, znajomymi, po wychowywanie dziecka i przekazywanie mu wzorców jako ojciec, związanych np. z postępowaniem, wiarą i miłością. Uważaj na słowa, bo to one najbardziej potrafią jednocześnie ranić i podnosić na duchu, dawać nadzieję, motywację do działania i ją odbierać. Nigdy się nie poddawaj. Możesz upadać kilka, a


źródło: www.pixabay.com

nawet kilkanaście razy ale jeśli za każdym razem uda Ci się podnieść, to zawsze sobie poradzisz, a czy to już nie będzie wyznacznikiem bycia mężczyzną? Da Ci to poczucie wartości i coś czego nie odbierze Ci nikt żadnymi słowami, ironią, czy zazdrością. Zmień swoje myślenie, gdyby wydawało Ci się, że nie możesz czegoś zrobić. Jeśli czegoś bardzo pragniesz, a nie masz tego w tej chwili, to znajdź sposób żeby to zdobyć. Pewnie dla niektórych zabrzmi to bezdusznie i od razu może tworzyć się w myślach zarzut: „- No ale przecież ja…”. Spokojnie. Jak się nie uda, to przy okazji nauczysz

się przegrywać, a później znajdziesz kolejny sposób i podejmiesz kolejną próbę, aż do skutku. Ufam tu oczywiście Twojemu zdrowemu rozsądkowi i wierzę, że nie chcesz żeby tak nagle urosły Ci dwa piękne skrzydła i ogon. Nie możesz przestać nad sobą pracować, bo się zatrzymasz, a prawdziwy facet zawsze idzie do przodu i przyjmuje wszystko takim jakie jest dostosowując się do sytuacji. To już wydaje się w zasadzie prawdą uniwersalną dla każdego człowieka, który chce być szczęśliwy, ale jest bardzo ważne, żebyś poczucie własnej wartości budował na tym na co zapracowałeś własny-

mi rękoma. Planuj i myśl o przyszłości, rozsądnie planuj wydatki, wydawanie w knajpie z kolegami jednego wieczoru 500 zł wcale nie czyni z Ciebie faceta, nie możesz być lekkoduchem z podejściem, że jakoś o będzie i wszystko samo przyjdzie. Nie prawda! Musisz mieć jakieś priorytety. Do wszystkiego to Ty musisz dojść sam, tylko i wyłącznie wtedy doświadczysz największej satysfakcji i nauczysz się doceniać wartość pracy swojej i innych, pokora przede wszystkim. Uważaj w szczególności na kobiety. To znaczy kochaj je szczerze, czyli pamiętaj, że: „Kobieta jest odzwierciedleniem męż-

33


czyzny, jeśli prawdziwie ją kochasz stanie się dla Ciebie wszystkim”. Nawiązując do odpowiedzialności za wypowiadane słowa, nigdy nie obiecuj jeśli nie masz zamiaru dać czegoś w zamian, uważaj na gesty i zastanawiaj się nad tym co ona może sobie pomyśleć. Zawsze pamiętaj, że w relacji z kobietą to Ty musisz być krok do przodu i panować nad sytuacją. Nie chodzi tu o jakąś zbytnią pewność siebie, bycie macho i gburem ale o zdecydowanie, bo chyba nie chcecie drogie panie niezdecydowanej nudnej ciapy, która na dodatek może was skrzywdzić? Nie zapominaj o spontaniczności, zaskakiwaniu i ciągłym przypominaniu jej ile dla Ciebie znaczy, wybaczaj humory i doceniaj jeśli stara się zawsze być wyrozumiała jeśli popełniasz błędy, a co najważniejsze - naucz się gotować gdybyś przypadkiem jeszcze nie umiał (przez żołądek do serca – to działa). Nawet jeśli obecnie nie masz nikogo

34

bliskiego, to nie zapominaj o tym, żeby każdą kobietę traktować tak, by czuła się wyjątkowa, nie koniecznie oczekując od wszystkich czegoś w zamian za to, że np. otworzyłeś jej drzwi, zdecydowanie nie o to chodzi. No i nie bądź desperatem – nie ma nic gorszego jeśli chodzi o relacje damsko - męskie. Dbaj o siebie. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o czysty i schludny wygląd, chociaż to też jest bardzo ważne. Raczej chciałbym skupić się na tym byś nigdy nie zapomniał posiadaniu pasji i przyjaciół (poświęcanie się jest ważne, ale musisz mieć coś, co będziesz robić tylko i wyłącznie dla siebie), wtedy nigdy nie staniesz się kimś uzależnionym od drugiej osoby i nie będzie grozić Ci, że gdy ją stracisz to zostaniesz z niczym. Dbaj o własne ciało, zapisz się na siłownię, regularnie się ruszaj, przede wszystkim ruch to zdrowie, a poza tym pozwoli Ci to zachować nie-


źródło: www.pixabay.com

zbędną równowagę podczas codziennego zabiegania i doda Ci pewności siebie. A odnośnie ubioru – w miarę możliwości zwracaj uwagę na okoliczności i zawsze staraj się dobrze wyglądać, bo nic nie da Ci idealna postawa moralna i kwalifikacje, jeśli wybierzesz się na rozmowę o pracę lub spotkanie z dziewczyną po 3-dniowym braku styczności z mydłem i w wymiętej koszulce. Nie panuj nad emocjami! Często niestety mamy z tym problem, bo wydaje nam się, że chłopaki nie płaczą. Przyjmuj swoje odczucia takimi jakie są, bo w swojej istocie nie są złe, ani dobre, po prostu są i będą, a więc naucz się jak sobie z nimi radzić, panować nad nimi, żeby one nie panowały nad Tobą. Nie wstydź się ich! A co więcej naucz się je okazywać! Wydaje mi się, że prawdziwy mężczyzna umie okazywać emocje (często niestety mamy z tym problem, bo wydaje nam się, że chło-

paki nie płaczą), nie tłumi w sobie tych złych i bez wahania dzieli się tymi dobrymi. W innym wypadku istnieje ryzyko, że staniesz się zgorzkniały i mrukliwy, a czy ktoś taki już na początku nie ma mniejszych szans na sukces? Co jeszcze może się z tym wiązać? Umiejętność wybaczania - nie chowaj zbyt długo urazy, pamiętaj, że to do niczego nie prowadzi i jeśli druga strona z którą jesteś w konflikcie okaże odrobinę skruchy to pierwszy wyciągnij rękę. Można by tak długo wymieniać i ciężko było by stwierdzić kiedy temat został wyczerpany, jednak mam nadzieję Drogi Czytelniku, że wszystko co napisałem będzie dla Ciebie wstępem do wspaniałych rozważań, które być może pomogą Ci zmienić się na lepsze, pójść do przodu, lub odkryć w sobie coś nowego. 

35


TEMAT NUMERU - Współczesne wychowanie 36

Jak wychować dziecko? S Emilia Ciuła

W

edług W. Okonia wychowanie to: “świadomie organizowana działalność społeczna, oparta na stosunku wychowawczym między wychowankiem a wychowawcą, której celem jest wywołanie zamierzonych zmian w osobowości wychowanka. Zmiany te obejmują zarówno stronę poznawczo - instrumentalną, związaną z poznawaniem rzeczywistości i umiejętnością oddziaływania na nią, jak i stronę emocjonalno - motywacyjną, która polega na kształtowaniu stosunku człowieka do świata i ludzi, jego przekonań i postaw, układu wartości i celu życia. Proces wychowania uwarunkowany jest wieloma czynnikami. Wiąże się on przede wszystkim ze zrozumieniem przez jednostkę określonych norm społeczno-moralnych oraz nadaniem tym nor-

prawa sporna, spędzająca sen z wielu powiek przyszłych i obecnych rodziców. Mały człowiek niczym glina przyswaja wszystko, czego nauczą go opiekunowie, oczywiście do pewnego momentu, zanim stanie się świadomą jednostką decydującą o sobie. Jednak i w tym przypadku pewne zachowania i wartości (wyniesione z okresu dzieciństwa) są decydujące i trwałe.

Kary są środkiem dyscyplinującym i wprowadzającym harmonię do życia dziecka. Maluch znając reguły, czuje się bezpiecznie. Amerykańska Super Niania daje szereg rad wychowawczych, które pomagają poskromić niepohamowany charakter pociech bez użycia siły.

mom – w zależności od jej uprzednich doświadczeń i gry motywów – znaczenia osobistego” (W. Okoń, Nowy słownik pedagogiczny, s.319). W niniejszym artykule skupię się na relacji rodzic - dziecko. Mówiąc o bezstreso-

wym wychowaniu (które nie opiera się na żadnych formach dyscyplinujących dziecko) ciężko jest wspomnieć o jakichkolwiek działaniach na rzecz tego, by rosnąca istota wiedziała jak należy zachować się w danej sytuacji. Rodzice chcą ograniczyć wszelkie niemiłe dla dziecka bodźce - szczególnie z ich strony. Pozwalają małemu człowiekowi dosłownie na wszystko. Jest wiele anegdotek, które przytaczają naganne zachowania maluchów np. w tramwaju. Oto jedna z nich: Pewien pan zwrócił mamie z około 3 letnim dzieckiem uwagę, że chłopiec go kopie. Matka uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że wychowuje syna bezstresowo i dalej pozwoliła mu na jego “zabawę”. Po chwili namysłu mężczyzna uszczypnął kobietę. Ta w odpowiedzi podniosła krzyk, że przecież to


się nie godzi! Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się niewinnie i stwierdził, że również był w ten sposób wychowany. Pracując na placu zabaw widzę ogrom problemu, którym są niewłaściwe zachowania dzieci i ich odpowiedzi, że mogą bić innych, psuć zabawki ponieważ ja - opiekunka - nie mogę im nic zakazać. Rodzice na informację, że ich pociecha była niegrzeczna tylko wzdychają. Stawiam więc pytanie, na ile można pozwolić dziecku? Pozwala się im bić, krzyczeć, szarpać innych i dostają wszystko to, czego zechcą, aby tylko nie poleciała ani jedna łza. Nie mówię tutaj o konieczności

bestialskiego znęcania się nad dzieckiem i biciem za każdym razem gdy odważy się powiedzieć “nie”. Ale o rozważnym traktowaniu go jako istotę, która dopiero dorasta i jeśli rodzic nie zareaguje, to maluch zagubi się w późniejszym życiu, co będzie skutkowało: odrzuceniem i “pożarciem” przez świat, ponieważ on nie przystosuje się do jednostki, która przyzwyczajona jest do spełniania jej zachcianek; dominacją nad innymi, osiąganiem wszystkiego kosztem innych ludzi, którzy mają dawać wszystko to, czego zapragnie bez słowa sprzeciwu; nieumiejętnością bycia w związku, przyzwyczajeniem do brania zamiast dawania.

Przedstawiam tu oczywiście trzy skrajności, które nie zawsze się sprawdzają. Jednak, gdy my (nauczyciele, rodzice, opiekunowie) nie zareagujemy w odpowiednim momencie, to dzieci, które nauczone są, że mogą wszystko, będą to wykorzystywać. Zapytam więc - kto tu kogo wychowuje? Rodzice - dzieci, czy dzieci - rodziców? Nie można milczeć o tym problemie. Jesteśmy odpowiedzialni za społeczeństwo, które dorasta. To my będziemy odczuwać negatywne skutki nadchodzącej fali bezstresowego wychowania. Kolejnym problemem jest zachowanie dzieci w szkole. Rodzice wierzą w źródło: www.pixabay.com

37


źródło: www.pixabay.com

każde słowo maluchów. Oczywiście trzeba reagować na każde niepokojące sygnały i sprawdzać je, ale sama byłam świadkiem kiedy dziewczynka mówiła do mamy, że pani od religii jest głupia, bo każe im odrabiać zadania! I matka to powtarzała. Dodatkowo chciała zrezygnować z uczęszczania dziewczynki na te zajęcia… bo pani zbyt dużo wymaga od dzieci. Kto by pomyślał, że dziecku idącemu do Pierwszej Komunii Świętej potrzebne jest znać Dziesięć Przykazań Bożych... Kary są środkiem dyscyplinującym i wprowadzającym harmonię do życia

38

dziecka. Maluch znając reguły, czuje się bezpiecznie. Amerykańska Super Niania daje szereg rad wychowawczych, które pomagają poskromić niepohamowany charakter pociech bez użycia siły. Ewentualnym kosztem jest: ilość poświęconego czasu opiekunów, cierpliwość i kilka łez dziecka, który być może pierwszy raz zderza się z tym, że nie jest tak, jak ono chciało. Drodzy rodzice. Dyscyplinowanie dzieci nie sprawia, że stają się one nieszczęśliwe! To wy w dużym stopniu jesteście za nie odpowiedzialni! Znajdźcie złoty środek. Zarówno

ustawianie dzieci “na baczność” (na wzór Spartan), jak i nadmierna uległość, nie są dobre. Bicie dzieci jest karygodne, buduje lęk przed rodzicem. Pokazuje tylko i wyłącznie jego słabość. To on, nie jest w stanie zapanować nad swoimi emocjami, więc jak poradzi sobie z emocjami dziecka? Miłość ma wiele oblicz. Umiejętne reagowanie na negatywne zachowania dzieci, pomogą mu w przyszłym życiu ucząc tego, co jest dobre, a co złe oraz empatii do drugiego człowieka. 


39


40


41


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Wszyscy gramy do jednej bramki

42

JT Kajetan Garbela

O

dpowiedzieć może każdy, kto kiedykolwiek próbował zorganizować coś w zamyśle łączącego różne katolickie środowiska. Wydarzenie, inicjatywa, projekt – cokolwiek. Od lat działam w Kościele, w różnych grupach, duszpasterstwach, wspólnotach, tworzę różne dzieła, małe czy większe. W kilku różnych miastach, w grupach, prowadzonych przez księży diecezjalnych, zakonnych lub osoby świeckie. Niestety, w przeciągu ostatnich kilku lat niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o ich współpracę. Idzie jak po grudzie i nie widać, by miało być lepiej. Jakiś czas temu rozmawiałem z kilkoma osobami postawionymi dosyć wysoko wśród organizatorów Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Wyrażali oni wtedy nadzieję, że właśnie ŚDM będą jakimś bodźcem, prowadzą-

uż święty Paweł ganił chrześcijan, gdy jedni twierdzili, że są jego, a inni Apollosa. Nowy estament w wielu miejscach podkreśla wagę zjednoczenia Kościoła w modlitwie i działaniu, pasterze Kościoła nawołują do tego od stuleci. Jak jest dzisiaj z tą współpracą różnorodnych środowisk kościelnych, których mamy tak wiele? Ile mamy inicjatyw ponad podziałami, a ile „prywaty”?

Modlą się do tego samego Boga, starają się żyć tymi samymi Jego słowami, ale każdy u siebie, w swoich czterech ścianach. Widzieliście kiedyś, aby jeden zakon robił jakąś zbożną akcję, a inny publicznie ją chwalił i reklamował? Albo czy media katolickie współpracują przy tworzeniu ciekawych inicjatyw lub chociaż chętnie udostępniają to, co napisze/nakręci „konkurencja”? cych do tworzenia inicjatyw „ponad podziałami w naszym Kościele” (pamiętam, że padło dokładnie takie

określenie). Jak będzie? Tego nie wiem. Chciałbym, aby to marzenie się spełniło, ale obawiam się, że zostanie po staremu. Ładnych kilka lat temu w moim rodzinnym mieście próbowałem organizować wspólne Msze, modlitwy młodych z różnych parafii – zainteresowania nie było praktycznie w ogóle, każdy wolał w ten piątkowy wieczór siedzieć ze swoim księdzem w swoim kościele. Na studiach, gdy raz czy drugi poszedłem do innego duszpasterstwa, bo akurat znajomy ksiądz miał tam rekolekcje, były ostatki lub innego rodzaju spotkanie – patrzono na mnie często z zaciekawieniem, czasem wręcz się dziwiono. Bo przecież ja byłem „stamtąd”, i nagle przychodzę „tu”. Oczywiście, nie obyło się bez zapraszania, w stylu „u nas jest super, przychodź”, „widzimy się za


źródło: www.pixabay.com

tydzień, prawda?”, „fajnie byłoby, gdybyś przychodził na kolejne spotkania/Msze/ modlitwy”. Jasne, że było w tym wiele prawdziwej zachęty, grzeczności. Nie wierzę niestety w to, że nigdy nie było to podszyte chęcią „zgarnięcia mnie” z dotychczasowej grupy do nowej. Ale mi po prostu dobrze było z tym, że w moim diecezjalnym kościele parafialnym co niedziela służyłem do Mszy, w tygodniu byłem w duszpasterstwie jezuitów/dominikanów w mieście, w którym studiowałem, w piątki chodziłem „na wspólnotę” do oblatów, a czasem pojechałem na rekolekcje do franciszkanów. Niektórym widocznie się to nie podobało, bo celowali we mnie ciętymi uwagami. O ile w każdym z tych miejsc czułem się dobrze, starałem się coś w nie wnieść i sam wychodziłem podbudowany, o tyle nie powinno to nikomu przeszkadzać. Niestety, było

inaczej. Nie lepiej jest z organizacją większych wydarzeń, tworzonych nie tylko miejscowej wspólnoty czy duszpasterstwa, ale dla szerokiego grona odbiorców. Spróbuj zorganizować duże, kilkudniowe rekolekcje i ściągnąć na nie ludzi spoza swojego religijnego środowiska. Mówię tutaj i o zaproszeniu do ich współtworzenia, jak i do prostego uczestnictwa. Jasne, że są pewne osoby czy inicjatywy, wręcz skazane na mniejszy czy większy sukces (Lednica, wykłady o. Szustaka OP), ale poza tym – możesz walić z grubej rury, zapraszać naprawdę znanych i ciekawych gości, organizować nie wiadomo jakie atrakcje, „marnować” czas i pieniądze na promocję, a i tak przyjedzie niewielu. Jeśli robisz coś w lokalnym duszpasterstwie/ wspólnocie – ok, przyjdą jej obecni i może byli członkowie, może wezmą

znajomych. Jeśli robisz to pod szyldem duszpasterstwa zakonnego lub diecezjalnego – ok, z parafii tej diecezji czy zakonu przyjedzie więcej lub mniej młodych. Ale z innych? Tutaj będzie dużo gorzej. Bo ta parafia/ruch/zgromadzenie to chyba nie dla nich, nie ich klimaty, nie to towarzystwo. Niby ten sam Kościół, ten sam Jezus, ta sama Ewangelia, pieśni śpiewane te same, modlitwy na nabożeństwach te same, ale podświadomie klasyfikuje się to jako „inne”, „obce”, jakby byli tam członkowie innej religii czy sekty. Rzadko kto zechce ni stąd, ni zowąd wejść do „waszej” grupy, rzadko kto będzie się utożsamiał z „waszą” duchowością, charyzmatem (choć może w ogóle to spotkanie nie będzie miało z nim związku). Uproszczając - mało kto będzie chciał ryzykować, że okaże się „inny”, nawet wtedy, gdy nie będziecie

43


niczego od niego wymagali i tylko cieszyli się wzajemnie ze swojej obecności, choć przez kilka godzin. Słyszeliście, żeby różne katolickie grupy robiły wspólnie coś niezobowiązującego? Wspólne imprezy, Msze, spotkania (chlubnym wyjątkiem jest tutaj np. obóz duszpasterstw Wrocławia i Opola w Białym Dunajcu, ale takich przypadków jest bardzo niewiele). Często spotkają się w kościołach czy salkach, oddalonych od siebie o pięć, dziesięć minut piechotą, a w ogóle się nie integrują, nie znają. Modlą się do tego samego Boga, starają się żyć tymi samymi Jego słowami, ale każdy u siebie, w swoich czterech ścianach. Widzieliście kiedyś, aby jeden zakon robił jakąś zbożną akcję, a inny publicznie ją chwalił i reklamował? Albo czy media katolickie współpracują przy tworzeniu ciekawych inicjatyw lub chociaż chętnie udostępniają to, co napisze/nakręci „konkurencja”? Często grozi to stworzeniem zaklętego kręgu wzajemnej adoracji, ale to już całkiem inna historia. I o ile można jeszcze łatwo zrozumieć, że kogoś po prostu może nie interesować dana tematyka, może nie czuć duchowości

44

danej wspólnoty, może bać się samotności w nowym towarzystwie, o tyle trudno zrozumieć brak chęci współpracy ze strony osób, które mogą naprawdę pomóc. O kogo chodzi? O animatorów, liderów, wszystkich „szefów”, a szczególnie – księży. Niestety, księży. Próbowaliście kiedyś uzyskać od jakiegoś księdza zgodę na powieszenie waszego plakatu w kościelnej gablotce? Albo co gorsza – o to, by wasze ogłoszenie mogło paść z ambony, czy też dostało się na stronę internetową czy Facebooka jego parafii, wspólnoty, duszpasterstwa? Jeśli nie masz „pleców” albo naprawdę znanego nazwiska, którym się pochwalisz, to praktycznie możesz sobie darować. Ekstremalnie przykre są również te sytuacje, gdy wewnątrz danych grup następuje podział, gdy brak jedności. Na szczęście nieczęsto zdarzają się takie sytuacje, gdy np. duszpasterstwo organizuje wielką akcję i potrzebuje rąk do pracy, a część jego członków w tym samym czasie urządza sobie jakąś prywatę i gra do własnej bramki. Jasne, że coś tam może nam się nie podobać, coś tam może nas nawet nudzić, ale solidaryzm i szacunek


źródło: www.pixabay.com

dla czyjejś pracy często wymagają tego, by jednak w czymś mieć swój wkład, a na pewno nie torpedować szczytnych planów. W „Może coś Więcej” staramy się wspierać różnego rodzaju inicjatywy, bo dobrze wiemy, jak jest z taką pomocą i zainteresowaniem. Niektóre z nich są małe i prawie o nich nie słychać, inne są duże i w pewnych kręgach znane, jedne mają dostatek pieniędzy, inne klepią biedę i muszą kombinować (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Za jednymi stoją poważne organizacje kościelne i profesjonaliści, za innymi grupka zapaleńców, która przede wszystkim chce, a dopiero potem zastanawia się, jak osiągać dobro, które sobie wymyślili. W tym tylko roku rozmawiałem z kilkoma osobami z różnych stron Polski, które były wręcz załamane tym, co tutaj opisuję. Było im bardzo smutno z powodu tego, że chcieli zrobić coś prawdziwie dobrego, na czym w ogóle nie zarabiali, że nie chcieli w nikogo nic wmuszać, tylko prosili o choć symboliczną pomoc w nagłośnieniu czy organizacji swojej inicjatywy, a ze strony ludzi Kościoła czy też członków różnych wspólnot spo-

tkało ich tak małe zainteresowanie, by nie rzec – odrzucenie. Jasne, że może być już całkiem spora ilość ogłoszeń, że wejście do kościoła czy salki może być już nieźle zaplakatowane, że strona czy fanpage nie są przede wszystkim po to. Chodzi jednak o choćby drobne gesty pomocy, życzliwości wobec kogoś, kto bezinteresownie chce zrobić coś dobrego dla naszego Boga i naszego Kościoła, a więc w jakiś sposób i dla nas. Nawet w zeszłym tygodniu rozmawiałem z dziewczyną, która spędziła kilka dni na mailowaniu, telefonowaniu i spotkaniach z księżmi, liderami czy mediami, które chciała zainteresować pewnym ciekawym pomysłem. Ich wkład miał być wręcz symboliczny – wspomniany wcześniej link w Internecie, plakat w gablotce, kilka słów na spotkaniu czy Mszy. Efekt? W miażdżącej ilości przypadków została zbyta i słyszała teksty w stylu, że to „nie ich klimaty”, „a po co, a na co to komu”, „kto właściwie za tym stoi” albo „nie mają czasu na takie rzeczy”. Bliższa ciału koszula? Szkoda, że w często również w naszym Kościele. 

45


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Sto procent radości

46

O Małgorzata Różycka

K

iedy Brat Roger, młody protestancki kaznodzieja, osiadł w 1940 roku przy maleńkim romańskim kościółku w liczącej kilkudziesięciu mieszkańców wsi położonej na burgundzkim wzgórzu, zapewne nie przypuszczał, że to miejsce stanie się kiedyś zieloną oazą na mapie duchowo wyjałowionej Europy. Regułą jego życia stały się trzy słowa: prostota, radość, miłosierdzie, a celem zaufanie oraz solidarność między ludźmi. Szybko zaczęli do niego dołączać kolejni bracia, których nie odstraszały skromne warunki, a niewiele później wspólnota zaczęła przyjmować także katolików, co nadało jej charakter ekumeniczny – dziś bodaj najbardziej znany element życia w Taizé. Po jakimś czasie bracia zaprosili pierwszą grupę młodzieży na tygodniowe rekolekcje, a wieść o nich zaczęła się rozchodzić i tak narodził się fenomen

d wielu lat mała wioska w Burgundii przeżywa latem prawdziwe oblężenie. Młodzi ludzie ściągają tam tłumnie z całego świata, by wspólnie modlić się, dzielić się świadectwem wiary oraz szukać nowych dróg ludzkiej solidarności. Na czym polega fenomen Taizé?

Zaufanie do Boga i płynące z niego zaufanie do ludzi oraz rady ewangeliczne wypełniają je na każdym kroku, wskazując właściwą drogę pielgrzymom przez ziemię

Taizé – miejsca, gdzie pokój i zaufanie goszczą na stałe i to w hurtowych ilościach. PROŚCIEJ, CZYLI LEPIEJ Warunki są naprawdę proste. Śpi się w namiotach albo w tzw. „barakach”, łazienki są wspólne i nie zawsze jest tam ciepła woda, po jedzenie czeka się w olbrzymiej kolejce, a jego ilość można czasem śmiało umieścić w kategorii „post”. W kościele siedzi się na podłodze, w parku obowiązuje cisza. Brzmi to jak lekki

koszmar, ale w gruncie rzeczy jest to fantastyczna odtrutka na zblazowanie. Okazuje się, że człowiekowi nie potrzeba wiele, a im mniejszy wybór, tym łatwiej podjąć decyzję i skupić się tym, co naprawdę istotne. Można spędzić naprawdę udany tydzień bez nerwowego ściskania w dłoni telefonu, obsesyjnego sprawdzania maila i Facebooka. Jedzenia jest na tyle, by poczuć się przyjemnie sytym, a nie notorycznie przejedzonym. Także organizacja czasu stanowi bardzo dobrą równowagę pomiędzy konkretnymi zajęciami a czasem wolnym. Modlitwa przeplatana jest posiłkami, wprowadzeniami biblijnymi, warsztatami oraz spotkaniami w małych grupach. Każdy jest zaproszony do podzielenia się w z innymi tym, co go nurtuje, co dla niego ważne, ale nie jest to zaproszenie nachalne. Dlatego też tak wiele osób je przyjmuje, a dzięki temu, że


źródło: www.pixabay.com

goście Taizé chętnie zostawiają po sobie takie duchowe „ślady”, jest to miejsce tętniące życiem, niczym źródło, z którego można zaczerpnąć życiodajną wodę. NAJLEPSZE ZAUFANIE Duchowość Taizé zawiera się w haśle „Pielgrzymka zaufania przez ziemię”. Bracia, będący chrześcijanami różnych wyznań, żyją w celibacie i utrzymują się wyłącznie z pracy własnych rąk, ponieważ reguła zabrania im przyjmowania jakichkolwiek darowizn oraz spadków. Prostota stanowi podstawową zasadę ich życia, które toczy się między modlitwą a pracą. Zaufanie do Boga i płynące z niego zaufanie do ludzi oraz rady ewangeliczne wypełniają je na każdym krok, wskazując właściwą drogę pielgrzymom przez ziemię. Wspólne życie pomimo podziałów wśród chrześcijan ma stanowić w myśl założyciela wspólnoty – Brata Rogera – świadectwo solidarności. Odnowienie jej więzi po doświadczeniu II wojny światowej chciał uczy-

nić swoją misją, dlatego też w Taizé schronienie znaleźli i nadal znajdują uchodźcy z różnych terenów ogarniętych konfliktami zbrojnymi. Oprócz głównego domu we Francji bracia żyją także w małych fraterniach w krajach Trzeciego Świata, gdzie głoszą Dobrą Nowinę. ŚWIĘTO MŁODOŚCI Znakiem firmowym braci z Taizé – oprócz znanych na całym świecie śpiewów − stały się rekolekcje, które przyciągają młodych ludzi z całego świata. Niektórzy przyjeżdżają na tydzień, inni zostają na kilka tygodni w charakterze wolontariuszy, a jeszcze inni decydują się spędzić ze wspólnotą kilka miesięcy, by odnaleźć na nowo swoją życiową drogę i odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania. W czasie wakacji Taizé gości co tydzień ok. 1,5 tys. ludzi, między którymi nawiązują się trwałe znajomości, przyjaźnie, a nawet powstają związki. Prostota otwiera na oścież drzwi radości wyrażającej się w naj-

różniejszych formach. Bariery między ludźmi zanikają, rodzi się zaufanie przez wielkie „Z” i przez małe też. Można spokojnie zostawić ładujący się telefon bez opieki, ponieważ kradzieże zdarzają się sporadycznie. Fenomen Taizé wyraża się także w kolejkowej cierpliwości. Choć niemal wszędzie trzeba poczekać na swoją kolej, to nikt się nie skarży, ponieważ kolejka to tylko następna okazja, by poznać kogoś nowego albo wdać się w ciekawą rozmowę. Ponadto co roku, od 28 grudnia do 1 stycznia, bracia organizują w jednym z europejskich miast spotkanie młodych. To takie Taizé w pigułce połączone z odkrywaniem innych krajów oraz kultur, zwłaszcza, że przy odrobinie szczęścia mieszka się u rodzin. Tegoroczne spotkanie odbędzie się w hiszpańskiej Walencji. Tych, którzy znają Taizé zapewne nie trzeba dodatkowo zachęcać. Tym, co odrywanie tego fenomenu mają jeszcze przed sobą, mogę napisać: pojedźcie tam i przekonajcie się sami! 

47


WIARA NA CHŁOPSKI ROZUM

Do prostaczka – ZAZDROŚĆ

48

N

a mój chłopski rozum zazdrość sama w sobie wcale nie jest taka straszna, jak ją malują… Wszak to uczucie, a jak powszechnie wiadomo, albo i nie, uczucia nie mogą być złe.

Anna Janczyk

Z

azdrość w rozumieniu grzechu to raczej konsekwencje źle wykorzystanego uczucia. Wyobraźmy sobie sytuację. Nasza koleżanka z pracy ma świetną figurę, piękne włosy, styl i szyk. Śpiewa, tańczy, recytuje i jeździ figurowo na lodzie, żonglując jednocześnie płonącymi piłkami. Zazdrość z pewnością się pojawi (zwłaszcza o te piłki). No i nie ma co panikować. W pierwszej sytuacji możemy zgrzytać zębami, patrzeć na nią spode łba i odczuwać tak zwany ból, najmniej zaszczytnej części ludzkiego ciała. Możemy też (i to polecam wszystkim, sposób wypróbowany przez prostaczka) stanąć przed „Koleżanką Chodzącym Ideałem”, spojrzeć jej prosto w oczy i szczerze powiedzieć, że jej zazdrościmy włosów,

Zazdrość źle wykorzystana i trzymana w sobie prowadzi do wrzodów żołądka, zgorzknienia i... ta-dam - grzechu. Przecież jeśli ktoś jest taki wspaniały, to zaczynamy życzyć mu źle, podkładać nogi i uprzykrzać życie, jak się da. A to już nic innego, jak grzechy nasze codzienne, co się od nich w życiu roi.

figury i łyżew. Pewna jestem, że się nie obrazi, dodatkowo będzie zachwycona. Nam ulży, jej zrobi się miło i wszyscy będą zadowoleni.

Zazdrość źle wykorzystana i trzymana w sobie prowadzi do wrzodów żołądka, zgorzknienia i... ta-dam − grzechu. Przecież jeśli ktoś jest taki wspaniały, to zaczynamy życzyć mu źle, podkładać nogi i uprzykrzać życie, jak się da. A to już nic innego, jak grzechy nasze codzienne, co się od nich w życiu roi. Pomyślcie o jednej osobie, którą znacie i zazdrościcie jej straszliwie. Czego, sami wiecie najlepiej. Następnym razem, jak się spotkacie, powiedzcie szczerze, jak bardzo was zazdrość męczy. Zobaczycie, jaki świat stanie się piękniejszy. 


49


50


51


52


53


Wychowani przez słowa T KULTURA

ym razem na tapet (nie tapetę) wezmę kilka dobrze znanych (choć czy na pewno?) słów. Każdy dzięki swojemu językowi uczy się nie tylko komunikacji międzyludzkiej – liczy się też światopogląd, który przez słowa nabywamy.

Beata Krzywda

T

emat frazeologizmów jest dość kłopotliwy. Niepoprawne ich używanie to nie tylko kwestia przyzwyczajenia i utrwalenia jakiejś formy w języku. W dużym stopniu jest to wina niezrozumienia kontekstu i braku znajomości pochodzenia słowa czy całego wyrażenia użytego we frazeologizmie. Jest to bardzo ciekawe zagadnienie z zakresu kultury i życia codziennego. To, jak komunikujemy się między sobą i jak odbieramy komunikaty językowe. Już w numerze 42. podjęłam próbę wyjaśniania, skąd pewne zjawiska do języka przenikają i co ciekawego w języku polskim się dzieje. NA TAPECIE Wiele pomyłek bierze się z tego, że dwa wyrazy o różnym znaczeniu mają podobne albo wręcz takie

54

Jak już jesteśmy w temacie wsi, to coś może nam wyskoczyć jak filip z konopi. Wiele osób zastanawia się, skąd w tym przysłowiu występuje akurat Filip, a nie Andrzej czy Marek. Tajemnica jest bardzo prosta do wyjaśnienia. Filip to w gwarze zając. Zwierzęta te są bardzo szybkie i ich pojawienie się może zaskoczyć i przestraszyć.

same końcówki. To właśnie stało się z „byciem na tapecie”, kiedy zanikło w języku polskim pochodzące z niemieckiego słowo „tapet”, oznaczające ‘zielone sukno

do przykrywania stołu, przy którym toczyły się obrady’. W związku z tym na tapecie kładziono sprawy najwyższej wagi, które wymagały pogłębionej dyskusji. Na tapet można zatem coś wziąć albo na tapecie być. WCZASY POD GRUSZĄ Jest to bardzo możliwe, że podobnie stało się z zasypianiem gruszek w popiele. Istnieje podobieństwo fonetyczne pomiędzy czasownikiem „zasypiać” i „zasypywać” czy „zasypać”. Co więcej popiół bardziej kojarzy się z sypaniem niż ze spaniem (np. sypiemy głowy popiołem w Popielec). Z kolei z ogniskiem są też związane ziemniaczki, które zakopuje się w popiele, żeby później je zjeść. Dość często się zdarzało, że po ciężkiej pracy ludzie byli tak zmęczeni, że przy ognisku zasypiali, przez co gruszki robiły się niesmaczne.


źródło: https://www.facebook.com/pages/Eriu/245127162311

Rozszerzona wersja tego przysłowia brzmi: „nie zaśpi gruszek w popiele, kto rano bywa w kościele” i tutaj przynajmniej nie ma wątpliwości, o jakie słowo chodzi. Gruszki występują w bardzo wielu polskich wyrażeniach. Z utęsknieniem czekamy na wczasy pod gruszą (wakacje na wsi). No tak... pracodawcy obiecują nam gruszki na wierzbie i ze wspaniałego urlopu nici. Ni z gruszki z pietruszki mogą za to wyskoczyć z pomysłem obligatoryjnego wyjazdu służbowego. Jak już jesteśmy w temacie wsi, to coś może nam wyskoczyć jak filip z konopi. Wiele osób zastanawia się, skąd w tym przysłowiu występuje akurat Filip, a nie Andrzej czy Marek. Tajemnica jest bardzo prosta do wyjaśnienia. Filip to w gwarze zając. Zwierzęta te są bardzo szybkie i ich pojawienie się

może zaskoczyć i przestraszyć. ŁAZIENKI Jak wyglądał problem higieny osobistej w dawniejszych czasach? To rzeczywiście był problem. Dostęp do wody był mocno ograniczony. W związku z tym najpierw kąpał się ojciec rodziny, potem jego żona i dzieci. Najmłodsze dziecko mogło zostać w brudnej wodzie niezauważone i przy wylewaniu wody, można było z kąpielą wylać nawet dziecko. Jeszcze w temacie kąpieli. Wiele osób w kuchni korzysta z „kąpieli wodnej”. Jest to zabieg użyteczny, gdy na przykład chcemy roztopić czekoladę lub utrzymać odpowiednią temperaturę potrawy przez dłuższy czas. Przypuszczam (są to moje domysły), że jest to wynik skojarzenia z łaźnią wodną w laboratorium chemicznym. Skoro

ten sposób podgrzewania stosuje się w profesjonalnych laboratoriach, to dlaczego w domu nie urządzić skromniejszej – kąpieli? A jeśli już jesteśmy przy łazienkach, to warto też wspomnieć o innym pomieszczeniu, choć często połączonym z łazienką. Chodzi mi o „ubikację”. Jest ono o tyle ciekawe, że pierwotnie odnosiło się ono do wszystkich pomieszczeń w domu. Ubikacją mógł być zarówno salon, jak i łazienka. Później wojska austriackie w Galicji zaczęły się tym słowem posługiwać, określając w ten sposób koszary. Po odzyskaniu niepodległości zaczęto się pozbywać obcych słów, a przy opracowywaniu nowych słowników uznano, że słowo to, jako niepotrzebne zapożyczenie z niemieckiego, mogłoby oznaczać jedynie wychodek... i w takim znaczeniu funkcjonuje dzisiaj. 

55


R O Z M O WA K U L T U R A L N A

Kulturalna rozmowa ze Śmiechem U Jarosław Janusz

J

esteś pierwszym raperem z Krakowa, który zasilił Underdraft. Czujesz presję z tym związaną? Śmiech: Nie czuję żadnej. To miasto już pokazało, że są tutaj ludzie, którzy potrafią rapować, że rap tutaj jest różnorodny. To, co ja mam do zrobienia, to pokazać, że jest jeszcze jedna osoba, na którą warto zwrócić uwagę. Widzisz w Krakowie jakichś innych młodych MC, którzy swoim umiejętnościami wpasowaliby się w Underdraft? Ś.: Tak. Co sądzisz o całej akcji? Nie są to takie Młode Wilki drugiego obiegu? Ś.: Młode Wilki to Młode Wilki, a Underdraft to Underdraft. Jaram się akcją. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro jestem jej

56

nderdraft ruszył pełną parą. Co chwila jesteśmy bombardowani trackami od artystów zasilających ten niezależny kolektyw. Lada moment zostanie zaprezentowany kolejny raper, a tymczasem zapraszamy do zapoznania się ze Śmiechem, człowiekiem z Krakowa, który na pewno na rapowym podwórku sporo namiesza.

Lubię dobre flow, czasem niestety kosztem treści. Lubię dystans do siebie i ironię, i takie rzeczy staram się tworzyć, ponieważ po pierwsze jest to zgodne z tym, jaki mam charakter, po drugie uważam, że wnosi to coś nowego do rapu

uczestnikiem. Spoko jest to, że chłopaki z Patokalipsy w ogóle coś takiego zorganizowali, bo przecież nie musieli. Także jaram się ich inicjatywą i mam nadzieję, że jak najwięcej osób ją wesprze, bo do pier... o "wspieraniu podziemia" i "miłości do hip-hopu" każdy jest pierwszy, ale później bywa różnie.

Jeżeli Underdraft wypali, to patrząc w przyszłość, jest szansa, że możecie stworzyć polskie Stange Music. Chyba fajnie będzie być częścią czegoś takiego? Ś.: Wspominałeś wcześniej o presji. Jak dla mnie bycie polskim, paragwajskim czy papuo-nowogwinejskim Strange Music to jest dopiero presja. Ale rozumiem, że w twoim pytaniu chodzi bardziej o rodzaj ekipy. Chyba każdy chciałby uczestniczyć w takim projekcie. Niemniej jednak na razie akcja dopiero się rozpoczęła i chyba nie ma co wybiegać aż tak bardzo w przyszłość. Jesteś raperem głównie kojarzonym z Krakowem, możesz nam opowiedzieć o swoim stylu oraz zajawce rapowej? Jak to wszystko się zaczęło?


źródło: materiały promocyjne

Ś.: Myślę, że jestem raperem głównie niekojarzonym. Chociaż czuję, że niedługo się to zmieni, przynajmniej na gruncie lokalnym. Lubię dobre flow, czasem niestety kosztem treści. Lubię dystans do siebie i ironię, i takie rzeczy staram się tworzyć, ponieważ po pierwsze jest to zgodne z tym, jaki mam charakter, po drugie uważam, że wnosi to coś nowego do rapu, a po trzecie nie chcę umrzeć z nudów, będąc kolejnym młodym MC, który rapuje o tym, że zaj… składa i robi hajs. A twoi ulubieni raperzy, producenci?

Ś.: Gdybym miał wskazać jednego rapera, byłby to chyba Wrekonize z zespołu Mayday. Lubię Tech N9na, Krayzie Bone'a, Hopsina, Rittza, Snow Tha Product czy Yelawolfa (czyli osoby, które delikatnie mówiąc, nie wypadają z bitu). Z mniej zorientowanych na flow, za to posiadających kozacki klimat, polecam The Doppelgangaz. Mógłbym tak generalnie wymieniać tych „ulubionych” jeszcze długo, ale zostańmy przy tym. I tak wiele osób pominąłem. A z producentów, żeby było ciekawiej, wymienię tylko jednego, mojego ulubieńca ze złotej ery, jakim jest Easy Mo

Bee. Ten umiał zaj… bitem. Rap jest odskocznią od życia codziennego. Poświęcasz się tylko jemu czy masz również inne zainteresowania? Ś.: Poza rapem są to tak pospolite zainteresowania, że nie ma sensu ich wymieniać. Jako raper często udzielasz się na trackach innych reprezentantów Krakowa, a czy w przeszłości miałeś przyjemność nagrywać z kimś spoza grodu Kraka? Ś.: Miałem okazję dograć się na producencką płytę Hauasa. Polecam, jak

57


ktoś lubi bujające, klasyczne bity.

tej epce?

Mam jeszcze jedno pytanie odnośnie rapowej inicjatywy prosto z Krakowa. Chodzi mi o Rap made in KRK, cykliczną imprezę, na której promuje się krakowskie podziemie. Często bierzesz udział w tym wydarzeniu. Jak oceniasz ten event? Czy raperzy stają się bardziej rozpoznawalni poprzez uczestnictwo w takich koncertach?

Ś.: Wstępu do tego, co może w przyszłości pokazać Śmiech. Na pewno dobre flow, na pewno duża dawka autoironii. Różnorodności.

Ś.: Uważam, że to zaj… impreza i cieszę się, że coś takiego jest organizowane w moim mieście. Czy raperzy stają się bardziej rozpoznawalni, to nie wiem. Szczerze nie sądzę, żeby jakoś bardzo to wpływało na "fejm". Natomiast idea jest chyba inna. Dzięki temu podziemie, a mam tu na myśli zarówno twórców, jak i słuchaczy, którzy chcą je tworzyć, może się spotkać, być faktycznie jedną sceną, a nie tylko zlepkiem raperów z tego samego miasta. Dla mnie hip-hop to właśnie takie wydarzenia i tysiąc grup na Facebooku nigdy nie będzie w stanie tego zastąpić.

Ś.: „Pod górkę” to za dużo powiedziane. Miałem jakieś kompleksy związane z okresem dojrzewania, ale tak naprawdę to wszystko działo się w mojej głowie. Nikt mi ani nie wsadzał głowy do toalety, ani nie kazał odmierzać boiska szkolnego zapałką. Po prostu wtedy ja sam sobie zacząłem wkręcać różne rzeczy i zapewne wpłynęło to na to, kim jestem dzisiaj. Ale chciałbym zwrócić uwagę, że nie opowiedziałem o tym przy smutnym bicie na pianinku, z czarno-białym klipem, tylko, wydaje mi się, w sposób wskazujący, że i do tego mam dystans.

Niedługo ma się ukazać „Śmiech na sali EP”. Czego możemy spodziewać się po

58

Pierwszy singiel „Zawsze byłem gorszy” to po prostu rozliczenie się twojej osoby z pewnym etapem dorastania. Naprawdę za dzieciaka miałeś zawsze po górkę ?

Poza tym wybrałem ten temat także z


źródło: materiały promocyjne

przekory. To się akurat zbiegło z momentem, kiedy do sieci trafił filmik − „Jesteś Zwycięzcą”, a ja zacząłem się wówczas zastanawiać, czy dookoła mnie nie zrobiło się coś za dużo tych zwycięzców. Szczególnie w rapie każdy chciałby być Tupakiem i Notoriousem, opowiadać, jaki jest wspaniały, obserwując, jak koledzy patrzą z uznaniem, a laseczki zdejmują swetry, ale niestety większość osób niekoniecznie ma predyspozycje, żeby to robić. Ja na przykład nie mam, ze względu na ogromne pokłady autokrytycyzmu. Zatem ja tego nie będę robił, bo szczerość wobec słuchaczy jest dla mnie bardzo ważna. Część z nich to doceni i dla nich będę rapował. Zaraz po niej twój drugi wspólny projekt z Folkiem. Zanim do niego przejdziemy, powiedz mi, jak się poznaliście? Ś.: Napisałem do niego, używając zapewne ulubionego przez producentów słowa „współpraca”, a on się zgodził. Szybko się okazało, że dobrze się dogadujemy, więc nagraliśmy płytę i tak się toczy.

Widać chemię między wami na płaszczyźnie muzycznej, doskonale się uzupełniacie i rozumiecie. Jak będzie wyglądała wasza druga wspólna płyta? Ś.: Będzie inna, niż wszystko co do tej pory nagraliśmy. Szczerze mówiąc, nie słyszałem też nic podobnego w rapie. Pokażemy tym na pewno, że nie boimy się robić takiej muzyki, na jaką w danym momencie mamy ochotę. Po projekcie z Folkiem uderzasz już solowo z długogrającym albumem czy masz w planach jakąś inną kolaborację? Ś.: Na pewno planuję kolejną epkę solo. Bardzo lubię ten format, poza tym zawsze chciałem nagrać solowy LP (longplay) w momencie, gdy będzie już większa grupa osób kojarzących, kim jest Śmiech. Na ten moment skupiam się jednak, żeby skończyć płytę, którą robimy z Folkiem. Życzymy powodzenia i dzięki za wywiad. Ś.: Również dziękuję. 

59


60


61


Apokryf o przepisie na naprawę świata K KLASYKA

siążka, która miała obalić mit o Jezusie – i to z rozmachem. Lewis Wallace, weteran wojny secesyjnej, stworzył jednak dzieło, które można śmiało nazwać nowożytnym apokryfem.

62

Rafał Growiec

P

owieść zaczyna się od sceny spotkania trzech gości z odległych krain, wyznawców Jedynego Boga: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Tak, prowadzi ich gwiazda. Tak, oddają pokłon nowo narodzonemu Dziecięciu. Już ten pierwszy rozdział pokazuje, która postać jest tu tak naprawdę najważniejsza. Choć zajmujemy się głównie perypetiami młodego Judy, to jednak jego przygody są pozbawione sensu bez odniesienia do losów i misji Chrystusa. Najkrócej streścić fabułę pierwszych rozdziałów właściwej akcji „Ben Hura” można w słowach jednego z bohaterów, Rzymianina Messali: „Eros umarł, niech żyje Mars!” Młody książę żydowski, Juda z rodu Ben Hura (por. 1 Krl 4,8) najpierw sprzecza się ze swoim towarzyszem z dzieciństwa, wspomnianym już Messalą. Tego

Miłosierdzie, a raczej miłość jest podstawą nowych relacji między ludźmi w końcowych rozdziałach Ben Hura. Ale i wcześniej widzimy jego wspaniałe przykłady!

samego dnia do Jerozolimy wjeżdża nowy namiestnik rzymski, Waleriusz Gratus. Obserwujący przemarsz Juda nieumyślnie strąca dachówkę wprost na głowę zacnego Rzymianina. Wybuchają zamieszki, a rodzina głównego bohatera – matka Miriam i siostra Tirza – zostają pojmane, całe dobra zarekwirowane, a sam Juda skazany na galery.

Po drodze spotyka pewnego zacnego żydowskiego cieślę, którego syn (a przy okazji Syn Boży) podaje mu wody. Ten akt miłosierdzia na zawsze pozostaje w pamięci młodego galernika. Chęć zemsty i odzyskania rodziny napędza młodego Judę, który przy pierwszej okazji odzyskuje wolność poprzez adopcję. Jako syn wybitnego rzymskiego obywatela, pod przybranym nazwiskiem Kwintusa Ariusza wraca do Syrii, by w Antiochii spotkać się z Simonidesem, niewolnikiem domu Hurów, strażnika (wcale nie małych, bo regularnie pomnażanych) resztek dawnego bogactwa Judy. Stary kupiec, którego ciało Rzymianie połamali na tysiąc różnych sposobów, ma nie tylko piękną córkę Esterę, ale też chęć odgryzienia się oprawcom. Pomóc w tym może równie niechętny Miastu Wilczycy


źródło: materiały promocyjne

szejk Ilderim, który wystawia właśnie swoje konie do wyścigów na antiocheńskim cyrku. Juda zaś jest świetnym woźnicą, a w zawodach udział ma wziąć także znienawidzony przez niego Messala. Gościem szejka jest także Baltazar, który chętnie dzieli się opowieścią o narodzonym przed trzydziestu laty królu żydowskim. Juda, Ilderim i Simonides widzą w bogactwie Hura szansę na wsparcie Mesjasza, który w ich mniemaniu ma zaprowadzić porządek polityczny: pokonać Rzym, wyzwolić Jerozolimę, podbić świat… Baltazar ma inne zdanie, ale nikt nie chce wierzyć w żadne duchowe władztwo. Juda jest gotowy, by gromadzić wojska – wszak w Rzymie był tylko po to, by dobrze poznać wroga! Świat trojki

spiskowców jest przepojony brakiem miłosierdzia, rządzi się zasadami wojny absolutnej. Ulega fascynacji zmysłową córką Baltazara, Iras, choć nie trzeba być bardzo rozgarniętym, by domyślić się, kto zastawił na niego pułapkę w Antiochii… To wszystko ulega przewartościowaniu, gdy Ben Hur postanawia się bliżej przyjrzeć Królowi, któremu chce zapewnić tron za pomocą szkolonych na rzymski wzór Żydów. Punktem zwrotnym zdaje się ponowne spotkanie matki i siostry w Niedzielę Palmową. TAK PIĘKNIE, A TAKIE BŁĘDY Powieść została wydana w roku 1880, a poprzedziły ją długie badania autora nad architekturą i realiami życia na Bliskim Wscho-

dzie I wieku. Zaowocowało to masą pięknych opisów, wśród których wybijają się ogrody Dafne, cyrku antiocheńskiego (kilka stron) czy Jerozolimy. Życie toczy się inaczej niż na amerykańskiej wsi, często zaglądając na dachy, w kielichy i kubki, na place pełniące funkcję gospód i pod pokłady galer wojennych. Bez trudu można sobie wyobrazić rącze rumaki Ilderima, piękne wielbłądy mędrców, obrzydliwość ciała dotkniętego trądem czy straszliwe wrażenia towarzyszące kraksie na cyrkowej arenie. Czasem są to opisy nieco na siłę przesłodzone, co niestety dotyka głównie obrazu Jezusa. Czy to za młodu, czy w Niedzielę Palmową, Chrystus jest odbiciem znanych nam w kulturze europejskiej wizerunków: długie włosy, niebieskie

63


oczy, łagodność bijąca z twarzy. Za opisami stoi potężna wiedza, która jednak ma swoje słabe punkty. Dom Ben Hura w Jerozolimie miałby stać przy trasie obecnej via dolorosa. Wallace zapomniał jednak, że Jerozolimę zburzono w roku 70. n.e., a obecny układ murów i ulic jest zupełnie inny niż za Piłata. (Podobny anachronizm spotkał zresztą innego Anglosasa, który wyznaczył nową lokalizację Grobu Pańskiego, opierając się na współczesnym układzie fortyfikacji). Także imiona koni Ilderima pochodzą od gwiazdozbiorów nazwanych tak dopiero po VII wieku (choć tu może autor powołałby się na arabską narodowość szejka). Także przy opisach świąt żydowskich Wallace używa nazw chrześcijańskich: Zielone Świątki zamiast Świeta Tygodni, Wielkanoc zamiast Paschy. Drażni także używanie przez postaci formy Jehowa na określenie Boga – raz, że to błąd językowy, dwa, że w tych czasach bardzo przestrzegano, by nie używać Imienia Bożego (por. J 8, 58-59).

64

STARCIE CYWILIZACJI Autor Ben Hura bardzo dobrze przeciwstawił sobie dwie drogi myślenia o naprawie świata. Bohaterowie widzą, że realia, w których przyszło im żyć są dalekie od doskonałości. Wszystko tłamsi Rzym, który odebrał Judei wolność, a Judzie – szczęście rodzinne. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem jest walka zbrojna, jednak ta wymaga czegoś więcej niż armii, choćby dobrze wyszkolonej i karnej. Tym, kto ma zagwarantować sukces misji Judy jest król, któremu warto służyć – Mesjasz. Spór między Baltazarem a Ilderimem i Simonidesem o to, jakie będą jego rządy ukazuje, jak daleko jest bohaterom do przebaczenia win wrogom. Nadzieje wierzących są jak najbardziej ziemskie, obliczone na sprawiedliwość czysto doczesną, wprowadzoną siłą przez super-tyrana z namaszczeniem Bożym. Baltazar nie chce zaś widzieć Bożego pomazańca, który rządzi na tych samych zasadach, co Herod. Ben Hur uczy się powoli, że to nie tak


źródło: materiały promocyjne

działa. Dopiero prawdziwe poznanie nauki Chrystusa budzi w nim wątpliwości co do tego, że zaraz wybuchnie powstanie przeciw Rzymowi. Uzdrowienie najbliższych ostatecznie sprawia, że Juda odrzuca stary sposób myślenia. Jednak nie znajduje poparcia u swoich popleczników. Żołnierze Judy nie chcą bronić Króla, który sam się nie broni, idzie na śmierć, poddaje się znienawidzonym Rzymianom. Krzyż jest klęską, tragedią, jeszcze w czasie drogi krzyżowej Juda chce porwać za miecze i uwolnić Nazarejczyka. Dopiero śmierć Zbawiciela oglądana z bliska (Wallace wcisnął Judę do jednej z drugoplanowych znanych z Biblii ról) sprawia, że niedoszły wódz żydowskich hufców powstańczych zmienia swoją filozofię. Odtąd staje się aktywnym członkiem nowej wspólnoty, swoją fortunę angażuje w dbanie nie o doczesną, ale wieczną chwałę. Dziwi nieco to, że między ukrzyżowaniem a epilogiem mija pięć lat. Oznacza to, że zaledwie napomknął Wallace zmartwychwstanie,

jednak w sposób każący sądzić, że wiara w przyszłe życie determinuje zachowania nowej rodziny Ben Hura. Miłosierdzie, a raczej miłość jest podstawą nowych relacji między ludźmi w końcowych rozdziałach Ben Hura. Ale i wcześniej widzimy jego wspaniałe przykłady! Simonides pozostaje niewolnikiem ojca Judy, gdyż prosi go o to ukochana kobieta. Czysta miłość Estery okazuje się wyższa niż pełna pogardy zalotność Iras. Słowa Messali rzucone Ben Hurowi na pożegnanie okazują się fałszywe – Eros wcale nie umarł, a wręcz będzie się miał coraz lepiej i to w nim jest nadzieja na zakończenie odwiecznej walki między ludźmi.

65


Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

NOWOŚCI

J

66

Michał Musiał

T

en tytułowy gołąb oferuje nam nieco więcej, skupia naszą uwagę na rzeczach jakże codziennych, takich jak np. śmierć i przedstawia je w sposób nie jak mogłoby się wydawać metafizyczny lecz czysto biologiczny i praktyczny. No dobrze, ale o co chodzi z tym gołębiem i gałęzią? Wydawać się może, że szwedzki reżyser Roy Andersson rolę gołębia przypisuje każdemu widzowi, który ogląda jego dzieło i spokojnie siedzi sobie przed ekranem obserwując co się dzieje. Skąd taki wniosek? Kamera w zasadzie się nie rusza, wszystko filmowane jest z jednej perspektywy, nie ma efektownych najazdów kamery, cięć, ani montażu, mamy wrażenie, że my jesteśmy jedynie obserwatorami w poszczególnych scenach a nie uczestnikami wydarzeń. Chociaż akurat w przypadku tego filmu po-

aka była Twoja pierwsza myśl, gdy przeczytałeś tytuł tego filmu? Jeśli stwierdziłeś, że może być intrygujący i ciekawy, to zapraszam Cię do przeczytania mojej recenzji i zachęcam do obejrzenia tej produkcji. Jeśli wydał Ci się dziwny i zniechęcający, to nie polecam, bo na pewno nie należy do filmów które powalają ilością efektów specjalnych, szybką akcją i ilością wystrzelonych pocisków z jednego magazynka.

Kamera w zasadzie się nie rusza, wszystko filmowane jest z jednej perspektywy, nie ma efektownych najazdów kamery, cięć, ani montażu, mamy wrażenie, że my jesteśmy jedynie obserwatorami w poszczególnych scenach a nie uczestnikami wydarzeń.

dejrzewam, że interpretacji będzie tylu ilu widzów, ponieważ nic nie jest do końca jednoznaczne i została nam dana pewna wolność w rozmyślaniu o istnieniu podczas naszego przesiadywania na gałęzi jako widza. Co można powiedzieć o fabule? (uwagę będą spoilery) Można by się jej doszuki-

wać, ale jeśli chodzi o mnie był to zlepek wielu scen czasami ze sobą powiązanych a czasami nie. Momentami dwie historie łączą się w jednej scenie, dzieją się obok siebie i skupiać musimy się na nowym wątku w tle widząc jednocześnie kontynuacje poprzedniego wydarzenia. Są momenty które wręcz zachwycają swoją prostotą, pragmatycznością i przekazem, a są takie w których polecałbym osobom chorym na schizofrenię (jeśli zdarzyłoby się takim oglądać ten film) uprzednie wzięcie zalecanej codziennej dawki leków, bo oglądanie może tylko wzmocnić objawy. Przez cały film przewija się wątek dwóch handlarzy, którzy chcą oferować ludziom trochę radości ale chyba nie odrobili zadania domowego z socjologii próbując dokonać tego dzięki sprzedaży śmiejących poduszek i zębów wampira, myślę, że


źródło: materiały promocyjne

można uznać ich za jedne z dwóch głównych postaci wokół których ma miejsce się szereg innych wydarzeń, bo to oni wprowadzają nas w nowe miejsca i pomieszczenia. Oglądając nie należy zapominać o wszechobecnych przerysowaniach, nie można oczywiście wszystkiego w tym filmie brać całkowicie na poważnie, ale na moją szczególną uwagę zasłużyły tutaj początkowe wydarzenia jakie dane mi było obserwować z perspektywy gołębia który przysiadł na gałęzi i faktycznie zdobył się na jakieś rozmyślania o istnieniu. Wydarzenia te związane były ze śmiercią i tym jak nagle i po prostu ona do nas przychodzi. Przykładowa sytuacja? Jesteś w restauracji na statku płynącym po otwartym morzy i nagle ktoś umiera, próbujecie go ratować, ale okazuje się, że są to próby nieudane a gość wcześniej zamówił posiłek za który zapłacił (kanapka z

krewetkami i piwo!) i powstaje jakże praktyczne pytanie co z tym zrobić? No bo przecież nie można tego wyrzucić! I tu w filmie kelnerka w scenerii gdzie martwy facet leży na podłodze pod barem pyta: czy ktoś chce ten posiłek? Jest zapłacone. Po czym nie śmiało zgłasza się jeden Pan, że on chciałby to piwo. Cudowne. Nie zabrakło oczywiście także wątku nieszczęśliwej jednostronnej miłości i odrzucenia. Pełno tu sytuacji komiczny, czarnego humoru i tragizmu, aż z ulgą można odetchnąć, że jesteśmy tylko obserwatorami. Film opowiada nam trochę o tym jak sami potrafimy doprowadzić do tego, że rzeczywistość staje się nijaka, wytyka błędy związane z komunikacją międzyludzka, a w zasadzie to z częstym jej brakiem. Absurd i depresyjny klimat również cały czas będzie nam towarzyszył podczas oglądania, może to jakieś nawiązanie do stanu szwedzkiego społe-

czeństwa ale także i naszego polskiego. Pełno tu także frazesów i czczej gadaniny w stylu „Cieszę się, że u Ciebie wszystko dobrze” przy ukazaniu wewnętrznej postawy egoizmu, obojętności i bierności wobec jednostki jaką jest drugi człowiek. Jeszcze raz zatem Drogi Czytelniku zachęcam Cię do obejrzenia, jeśli masz akurat chwilę czasu i chęć na kontakt z czymś nowym dla Ciebie w dzisiejszej kinematografii. Ostrzegam tylko, że jest to dość specyficzne poczucie humoru, nie zawsze może być od razu zrozumiałe, czasami ten żart każde długo na siebie czekać zanim się ujawni, poukrywany jest pomiędzy tymi historiami przedstawianymi nam na ekranie, czasami wywołuje go z ukrycia dialog, muzyka albo ledwo dostrzegalna scena drugoplanowa jeśli już uda nam się zwrócić na nią uwagę. 

67


Proletariusze wszystkich epok! KSIĄŻKA

P

68

Rafał Growiec

„U

czniowie...” w zamyśle były powieścią dla młodzieży, napisaną przez specjalistkę w tej dziedzinie, Halinę Rudnicką. Mamy tu więc kilka typowych dla młodzieżowej literatury wątków. Bohaterem pierwszoplanowym jest trzynastoletni Ateńczyk, Kalias, syn Arsinoe, zostaje on porwany przez piratów pod wodzą Milona i sprzedany przez niego na rzymskim targu Waryniuszowi. Syn nowego pana staje się głównym prześladowcą Greka, co prowadzi do odesłania Kaliasa do pasienia świń. Stamtąd młodzieniec ucieka i trafia po tułaczce do Kapui, pod skrzydła Traka Spartakusa. Tu spotyka przyjaciół: wiernych i odważnych Kastora i Polluksa oraz mądrego Sotiona. Od tej pory widzimy z perspektywy greckiego chłopca kolejne wydarzenia znane

owstanie niewolników pod wodzą Spartakusa doczekało się wielu adaptacji. Nic dziwnego, że zaprzęgnięto je na służbę ideologii marksistowskiej. Tym właśnie jest książka Haliny Rudnickiej „Uczniowie Spartakusa”.

Zemsta jest motorem napędowym działań wszystkich postaci, a jej ideałem jest wyrównanie rachunku krzywd na zasadzie „oko za oko”, czego przykładem są igrzyska na cześć poległego Kriksosa, gdy byli gladiatorzy zmuszają jeńców do walki na arenie.

z lekcji historii – bunt w kapuińskiej szkole, kolejne bitwy z Rzymianami, plany wodza powstania, zdradę jego współpracowników i dowódców, oszustwo piratów i klęskę. Działania Kaliasa sprawiają nieraz, że Trak i reszta powstańców unikają śmierci – czy

to głodowej czy w efekcie zażycia trucizny. Ciągle też dąży on do odnalezienia matki, sprzedanej gdzieś do tkalni pod Neapolem. Oczywiście najbardziej jaśnieje postać Spartakusa: silnego, zdecydowanego, szlachetnego, świetnego wodza, pragnącego pokoju i wolności dla swoich ludzi. Jest on dla Kaliasa najwyższym autorytetem, uosobieniem idei, za które walczą niewolnicy i gladiatorzy. Wokół tego mocarza ducha i ciała roi się od postaci drugoplanowych: kolejnych wodzów wystawianych przez Rzym w celu stłamszenia buntu, barbarzyńskich przywódców rebelianckich wojsk, pomniejszych niewolników i Rzymian. Jako że powieść jest młodzieżowa, bardzo łatwo jest wskazać postaci pozytywne i negatywne. Niestety, służy to usprawiedliwieniu przemocy, o czym


źródło: materiały promocyjne

w innym akapicie. Fabule towarzyszą opisy realiów epoki – od tradycyjnych zwyczajów handlarzy niewolników po relacje z igrzysk. Irytująca jest maniera Rudnickiej, która przeplata ze sobą chaotycznie narrację w czasie przeszłym i teraźniejszym. Sprawia to, że akcja, choć porywająca, traci swój impet, staje się zagmatwana. Także pieśni i wiersze powstańców sprawiają wrażenie troszkę topornych i przypominają bardziej niezgrabny przekład niż utwory chwytające za serca. Być może to jakieś echo równie topornej poezji czasów ciemnego socjalizmu.

Z PASKUDNYM PRZESŁANIEM Powieść ta byłaby świetna, gdyby nie czające się w niej przesłanie. Kto z czystym sumieniem poleciłby nastolatkowi książkę, w której główny bohater zabija swojego rówieśnika? Co z tego, że nie widzimy szczegółów (co chwali sobie wielu recenzentów), skoro fakty są niepodważalne: Kalias zabija Marka, z czego jest niezwykle dumny. Motywem czynu jest oczywiście zemsta za okrutne traktowanie w czasie niewoli, a wydarzenie ma miejsce w czasie bitwy, jednak to nie jedyna zbrodnia pozostawiona przez Rudnic-

ką bez najmniejszej nagany. Nakaz wymordowania jeńców zostaje skwitowany zdaniem, że powstańcy radowali się, bo mordowano „panów”. Nienawiść do Rzymian usprawiedliwiana jest przykładami kolejnych reprezentantów „elit” – od właściciela szkoły gladiatorskiej po tłumiącego ostatecznie powstanie Krassusa całe elity rzymskie są nieludzkie, odrażające, żyjące w przepychu i z wyzysku uboższych rodaków. Ich śmierć jest stylizowana przez Rudnicką tak, by wyglądała jak kara wymierzona przez prześladowanych i wyzyskiwanych. Zemsta jest moto-

69


źródło: materiały promocyjne

rem napędowym działań wszystkich postaci, a jej ideałem jest wyrównanie rachunku krzywd na zasadzie „oko za oko”, czego przykładem są igrzyska na cześć poległego Kriksosa, gdy byli gladiatorzy zmuszają jeńców do walki na arenie. Spartakus myśli o stworzeniu za Alpami „Państwa Słońca”, jednak ma to być baza wypadowa, z której wyjdą rewolty podobne do tej dowodzonej przez niego. Jedyny dobry Rzymianin z elit (bo ubodzy chłopi chętnie wspierają rebelię) to Furius, którego syn został porwany przez piratów i sprzedany do niewoli. Religijność Rzymian jest ukazana jako „zabobon” (to zresztą jedyne znane Rudnickiej słowo na określenie wiary), chyba, że jej efektem jest wychwalania pracy tkacza strojącego pomnik bogini. Spartakus zaś nie jest zbyt pobożny, składa ofiary jedynie dla celów „wizerun-

70

kowych”. Kapłani Germanów i Celtów towarzyszący powstańcom to z kolei przekupieni przez Rzym oszuści, mający zapewnić o wrogim nastawieniu bogów do idei Spartaka. Klęska powstania jest efektem zdrady Wibiusza, który w Rzymie jest szanowanym handlarzem niewolnikami, zdobywa ich zaś jako Milon, korsarz i porywacz. Powstańcy są przekonani, że jedynym sposobem na stworzenie sprawiedliwego świata jest rozlew krwi i przemoc. Po klęsce powstania i śmierci jego przywódcy Sotion układa pieśń na cześć poległego Spartakusa zapowiadającą powstanie milionów spadkobierców, którzy dokończą jego dzieło. Trudno rozumieć to inaczej niż zapowiedź innej, przyszłej rewolucji, gdzie nikt nie będzie się rozczulał nad mordowaniem panów. Także spartakusowe „civitas solis” zdaje się bardzo

przypominać „bratni” Związek Radziecki. Nic dziwnego, że „Uczniowie Spartakusa” byli nagradzani w czasach stalinowskich (nagroda państwowa II stopnia w 1952 r.) i przez długi czas stanowił lekturę szkolną. Szlachetny, acz surowy Spartakus i jego wspaniali towarzysze są rewolucjonistami swojej epoki, skazanymi na klęskę. Czytelnik zaś miał czuć się gotowym do naśladowania Kaliasa – ucznia Traka czy to na bieżni, czy to w fizycznym starciu z „klasą panów”. Choć większość zachwyca się „Uczniami...”, trudno uznać tę powieść za dobry tytuł dla młodzieży. Powstał, by wychwalać osiąganie swoich celów poprzez morderstwa i zbrodnie, rzekomo pod pozorem dziejowej sprawiedliwości. Przedstawia walkę klas jako cudowną receptę na naprawę świata, która w praktyce okazała się metodą na jego zniszczenie. 


71


72

Może coś Więcej nr 19 / 2015 (45)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o współczesnym wychowaniu

Może coś Więcej nr 19 / 2015 (45)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o współczesnym wychowaniu

Advertisement