Page 1

nr 26 / 2014

22 grudnia - 4 stycznia ISSN 2391-8535

Za wcześnie, za późno, nie w porę...

s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

Przeżyło aborcję, skazano je na śmierć RAFAŁ GROWIEC

8

Po prostu cyrk

9

Szklanka cukru

10

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU

WOJCIECH URBAN

MAGDALENA MRÓZ

Początek sportowej zimy za nami

16

RAFAŁ GROWIEC

20

MATEUSZ NOWAK

12

Kuba i USA pogodzone RAFAŁ GROWIEC

Skandal wcielenia Bóg w pieluszce

22

Tylko nie święta! MAŁGORZATA RÓŻYCKA

Hej, Kolęda będzie! MATEUSZ PONIKWIA

24

Narodziny Słońca Niezwyciężonego WOJCIECH URBAN

26

Święta bez Kevina? Koszmar dzisiejszego świata

MATEUSZ NOWAK

28

Boże Narodzenie - list do Holandii KAROLINA KOWALCZE

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 14

Kołem się toczy MACIEJ PUCZKOWSKI

32

Pastuszkowie czy... pastuchy?

34

W święta i po świętach niech się spełni...

DOMINIK CWIKŁA

ANNA GADOWSKA s. 2


SPIS TREŚCI

36

RECENZJE

RECENZJE

A po-co-to, na-co-to? Hierarchia

Katniss i... jeszcze więcej Katniss

46

RAFAŁ GROWIEC

40

Obchody Bożego Narodzenia

MATEUSZ NOWAK

48

ANNA ZAWALSKA

WOJCIECH URBAN

KULTURA 42

All I want for Christmas is JEZUS ALEKSANDRA FRONTCZAK

Nie nadajemy na tych samych falach

50

Słodkiego, miłego życia! ANNA ZAWALSKA

52

Odgrzewanie kotleta WOJCIECH URBAN

REFLEKSJE 54

44

MATEUSZ NOWAK

MICHAŁ MUSIAŁ

PORADNIK

HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI Muzyczne Boże Narodzenie

Postrzeganie

56

12 sposobów jak zabić świątecznego karpia MICHAŁ MUSIAŁ s. 3


WSTĘPNIAK

Za wcześnie,

za późno,

nie w porę... W ten (prawie) świąteczny czas wszyscy piszą o Bożym Narodzeniu. Nie mogło zabraknąć również w tym temacie „czegoś więcej” od nas.

Anna Zawalska Z narodzinami Bożej Dzieciny jest zwykle tak, jak to pisał w jednym z wierszy ks. Twardowski: „za wcześnie, za późno, nie w porę”. Prawdopodobnie tak też będzie przy powtórnym przyjściu Jezusa. Obudzimy się z ręką w nocniku i będziemy mówić: hola, hola Jezu, trochę się wstrzymaj, bo czas to wybrałeś sobie nieodpowiedni. Od dobrych kilku lat Adwent mija mi niepostrzeżenie. Jako dziecko już nie mogłam się doczekać Bożego Narodzenia, oczekiwanie na to niesamowicie mi się dłużyło. Teraz sama nie wiem kiedy okres adwentowy mija i nagle trzeba sprzątać dom, piec pierniczki, ubierać choinkę i gotować

barszcz na wigilię. Całe to świąteczne zamieszanie następuje za wcześnie, a może za późno, na pewno nie w porę... Ostatnio odczuwam, wszem i wobec, że Boże Narodzenie to takie trochę święta na doczepkę. Końcówkę roku trzeba jakoś zapełnić, więc niby świętujemy to Boże Wcielenie. Wierzący i niewierzący, katolicy praktykujący i niepraktykujący – właściwie wszyscy – mają na chwile wolne i mogą odetchnąć przed nadchodzącym Nowym Rokiem, przygotować się do nowych wyzwań i postanowień. Tylko że chyba nie tak to powinno wyglądać. Boże Narodzenie można przeżyć na dwa sposoby: albo przejeść i prze-

siedzieć przed telewizorem większość czasu, czasem z bliskimi, albo i bez. Albo (sposób myślę trudniejszy) wpuścić do swojego życia trochę Światła, które przychodzi i faktycznie wzbudzić w sobie swego rodzaju nawrócenie. Mam nadzieję, że teksty najnowszego numeru wzbudzą jakąś refleksję i pomogą przeżyć święta bardziej na ten drugi sposób. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Karolina Kowalcze, Tomasz Markiewka, Maciej Puczkowski, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Małgorzata Różycka, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła, Aleksandra Frontczak, Anna Gadowska Korekta: Andrea Marx, Alicja Rup Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Krzywda Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com Wydawca: Anna Zawalska, Lipowa 572, 34-324 Lipowa

s. 4


Drodzy Czytelnicy, Boże Narodzenie to najradośniejszy okres w roku.To czas kiedy nasze serca wypełniają się po brzegi nadzieją, nasza wiara po stokroć się umacnia, a miłość okazujemy bliskim na każdym kroku. Niech Boża Dziecia rodzi się w naszych sercach każdego dnia roku! Rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w gronie tych najbliższych życzy

redakcja "Może coś Więcej"

s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Przeżyło aborcję,

skazano je na śmierć Jak powszechnie wiadomo, aborcja nie jest niczym innym jak pozbyciem się „tkanki ciążowej”, „wadliwego płodu” czy „zlepka komórek”. Czasem jednak coś pójdzie nie tak i zlepek komórek przeżywa aborcję. Taki przypadek miał miejsce w Opolu.

Rafał Growiec

O

sprawie zawiadomił prokuraturę Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, a miało do niej dojść w sierpniu 2014 roku. W wyniku komplikacji w czasie przeprowadzanej aborcji eugenicznej (z powodu podejrzenia zespołu Downa) lekarze byli zmuszeni przeprowadzić cesarskie cięcie. Z tego powodu, zamiast rozerwania na kawałki, dziecko urodziło się całe i żywe, choć ważyło zaledwie 600 g. Oddychało samodzielnie, wszystkie organy funkcjonowały sprawnie. Współczesna medycyna nie ma większych problemów z ratowaniem tak przedwcześnie narodzonych dzieci. W związku z tym, że nic nie wskazywało na to, by miał umrzeć w najbliższym czasie, przeniesiono je do inkubatora. Jednak na wyraźne życzenie lekarzy przeprowadzających aborcję zaniechano jakiejkol-

s. 6

“Aborcja jasno i wy-

raźnie kłóci się z powołaniem lekarza, by ratować życie. Sytuacja, gdy najpierw robi się wszystko, by dziecko zabić a chwilę potem prawo zmusza do ratowania tego samego życia musi być wielkim wyzwaniem dla ludzi uczestniczących w takim wydarzeniu. wiek dalszej opieki medycznej nad noworodkiem. W efekcie dziecko zmarło. Instytut Ordo Iuris powiadomił dziennikarz, zapoznany z relacją jednego ze świadków. W związku z tym, że płód zdolny do dalszego życia poza organizmem matki jest w świetle polskich przepisów człowiekiem, podlega ochronie prawnej. Obecnie

Instytut poszukuje wszelkich świadków mogących dodatkowo potwierdzić przebieg wydarzeń i prosi ich o zgłaszanie się do opolskiej Prokuratury. GDY ZABIJANY NIE UMIERA Nie jest to fenomen w skali światowej. Gianna Jessen, amerykańska działaczka pro-life, urodziła się właśnie w wyniku źle przeprowadzonej aborcji. Na Wyspach Brytyjskich według raportu CEMACH w roku 2005 w ten sposób narodziło się 66 dzieci. Pozostawiano je jednak bez opieki, choć chroni je Europejska Konwencja Praw Człowieka. Ci, którzy przeżywają dokonywaną na nich aborcję są wielkim problemem dla firm zajmujących się promocją i wykonywaniem tego typu zabójstw. Godzą przede wszystkim w mit, że usuwa się płód, który jest nikim, co najwyżej niezdolnym


do przeżycia zlepkiem komórek. Porównanie aborcji do wyrwania zęba, jako prawa kobiety, nieszkodliwe, nie krzywdzącej nikogo procedury, choć modne wśród najbardziej krzykliwych zwolenników ideologii pro-choice rozbijają się właśnie o postaci ludzi, którzy przeżyli. Wyrwany ząb nie stanie się nową istotą ludzką, nie osiągnie samoświadomości. Niedobity płód może stać się kobietą, która jak Gianna Jessen spyta: „A gdzie były moje prawa?” Rodzi się pytanie, czy wyznaczane przez prawo magiczne granice mają sens. PRAWO A ŻYCIE Problem prawa antyaborcyjnego najlepiej widać w takim przypadku: dlaczego dziecko w łonie matki można zabić z powodu podejrzenia ciężkiej choroby, a pięć minut później, to samo dziecko, ale urodzone w wyniku procedury aborcji już nie? Być może to pytanie do Rzecznika Praw Dziecka, wszak Ustawa regulująca jego obowiązki mówi jasno o tym, że dziecko to osoba ludzka od poczęcia do osiągnięcia pełnoletności. Prawo nie nadąża za medycyną, wciąż traktując 24 tydzień ciąży za przełomowy, po którym „opłaca się” ratować wcześniaka, choć jesteśmy zdolni ocalić i młodsze dzieci. Polska ustawa powstawała, gdy tę granice, gdy noworodek jest w stanie przeżyć poza łonem matki widziano właśnie

w 24. tygodniu. Nie bez znaczenia jest, że prawo ustalają politycy – którzy nie chcą podpaść lewicowym wyborcom poprzez ograniczanie „prawa do aborcji” z powodu czegoś tak błahego jak postęp medycyny. Także inne państwa mają problem ze swoimi regulacjami – w Wielkiej Brytanii znany jest przypadek, gdy wcześniaka ratowano tylko dlatego, że w czasie ważenia przez omyłkę zważono go z nożyczkami. Gdyby nie to, Maddalena Douse zapewne zostałaby pozostawiona bez opieki. ROZSTRÓJ WOLI Aborcja jasno i wyraźnie kłóci się z powołaniem lekarza, by ratować życie. Sytuacja, gdy najpierw robi się wszystko, by dziecko zabić a chwilę potem prawo zmusza do ratowania tego samego życia musi być wielkim wyzwaniem dla ludzi uczestniczących w takim wydarzeniu. Nie tylko pod względem moralnym, ale także poznawczym. Coś, co chwilę temu było jedynie „wadliwym płodem” teraz jest człowiekiem. Trudno walczyć o coś, z czym się walczyło przed zaledwie chwilą. Takie dziecko jest też wyrzutem sumienia. Pokazuje, że większość zwolenników aborcji, choć popiera „przywracanie miesiączki” czy likwidowanie brzucha, to jednak nie ma argumentów, gdy ten zlepek komórek pokazuje się w całej okazałości: z raczkami, nóżkami,

buzią i krzykiem. Taką istotę łatwiej zabić gdy się jej nie widzi. Gdy się pojawia poza ciałem matki, świadomość, że chciało się „to” zabić, może prowadzić do solidnych zaburzeń psychicznych. Czy ten rozstrój był przyczyną żądania, by dziecko z Opola zostawić bez opieki? Czy reszta personelu medycznego mogła zareagować i sprzeciwić się tej decyzji? To kwestie do rozstrzygnięcia przez prokuraturę i sąd, o ile uda się udowodnić, że do takich wydarzeń doszło. Choć teoretycznie powinien zostać ślad po kilkugodzinnej hospitalizacji i akt zgonu, to jednak nie jest pewne, czy lekarze zechcą się przyznać, że na ich oddziale do takiej sytuacji doszło. Sprawa z Opola pokazuje nam logikę polskiego i jakiegokolwiek prawa aborcyjnego. Ustalając granicę, gdy dana osoba nabiera prawa do życia zamykamy się na rozwój medycyny, ale też staramy się zamknąć życie w sztywnych ramach. Jest to konieczne przy prawie dotykającym milionów, że szukamy jakiejś normy. Problem w tym, że nie zawsze w wyniku niedostosowania norm do życia giną ludzie.  Link do komunikatu na stronach Ordo Iuris: http://www.ordoiuris. pl/ordo-iuris-zawiadamia-prokurature-o-podejrzeniu-usmiercenia-dziecka--ktore-urodzilo-sie-zywe-po-przeprowadzonej-aborcji,3532,i.html (odczyt z 18.12.2014).

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Po prostu cyrk Tzw. „afera” związana z posiłkiem posłanki Pawłowicz podczas obrad sejmu pokazuje, jak nisko upadła kultura parlamentaryzmu w naszym kraju. Chamstwo i grubiaństwo jednej strony uznawane jest za prostolinijność i swojskość, wpadki drugiej podnoszone są do rangi próby obalenia ustroju. Wojciech Urban

N

ocne posiedzenie sejmu, przedłużające się obrady, a natura ludzka swoje prawa ma. Toteż posłanka PiS-u, Krystyna Pawłowicz w czasie posiedzenia postanowiła wzmocnić ciało i umysł poprzez pożywny posiłek. Rozsierdziło to wielce posła Rozenka, który z mównicy sejmowej zwrócił posłance Pawłowicz uwagę, iż takie zachowanie niegodne jest miejsca i powagi sytuacji. Samo nasuwa się na usta pytanie skierowane do posła Rozenka: skoro posłanka PiS-u przynosząc jedzenie na salę sejmową, czyni z niej bar mleczny, to w co przemienił go jego niegdysiejszy szef, Janusz Palikot, wymachując podczas konferencji prasowych zabawkami z sex-shopu? Posłowie koalicji rządzącej dużą uwagę skupiają do tego, co i gdzie jedzą. W końcu u „Sowy & przyjaciół” nie jada się z plastikowych naczyń, a gościom tej rangi gwarantuje się ustronne pomieszczenia. Posłanka Pawłowicz jednak nad komfortowe warunki posiłku wyżej przełożyła udział w głosowaniu. Za to jej płacimy przecież, za udział w głosowaniach. Konsumpcja w ławach sejmowych rzeczywiście jest pewnym nietaktem, jednak reakcja była dużo przesadzona. I nie dość, że

s. 8

przesadzona, to jeszcze grubiańska. A może po prostu poseł Rozenek, wypominający poseł Pawłowicz jedzenie, sam był głodny i oprócz soków żołądkowych zżerała go zazdrość, iż pani profesor wykazała się większą niż on zapobiegliwością? Miarą dobrego wychowania jest umiejętność taktownego zareagowania na zachowania niegrzeczne i grubiańskie. Parlamentarzyści, rechotający z próbującej ratować dobre imię poseł Pawłowicz, krzyczący do Jarosława Kaczyńskiego: „siadaj kurduplu!” pokazali, że mimo aspiracji

do bycia tymi „lepszymi”, do szpiku kości przesiąknięci są grubiaństwem. Czego się zresztą spodziewać po kimś, kto elektorat zdobywa poprzez dystrybuowanie tanich win wśród lokalnych mętów? Chłop ze wsi wyjdzie, mawiają, ale wieś z chłopa – nigdy. I nie chodzi tu jakoś szczególnie o posłów PSL. Im usilniej ktoś manifestuje pogardę dla wsiowości, chamstwa i prostactwa, tym więcej ma go w sobie. 


WYDARZENIA I OPINIE

Szklanka cukru Wracałam niedawno z uczelni, jak zwykle dość późno i jak zwykle dość zmęczona. Typowy polski obrazek: nos w szaliku, głowa spuszczona na dół, oczy łypią tylko za tym, żeby na nikogo nie wpaść. Orientuję się w połowie drogi, że ktoś za mną idzie. No cóż, w dużym mieście mieszkam, to i czasami zdarzy się tak, że zetkną się dwie samotne duszyczki na tej samej trasie. Idę dalej, szanowna persona za mną również. Co jest? Magdalena Mróz Skręcam w boczną uliczkę, czuję się jak bohaterka kiczowatego filmu grozy. „Zmienię trasę, to go zgubię.” - zabrzmiała hucznie w mojej głowie pierwsza myśl. Za pięć sekund skarciła ją druga: ,,Ty głupia! Przecież nikt cię nie śledzi.”. Przyspieszam kroku. Szuranie butów za mną ucichło. Odwracam się i widzę przed sobą piękną, ciemną, a przede wszystkim pustą ulicę. Kontynuuję swoją podróż w stronę domu. Poczułam się na tyle pewnie, żeby wyciągnąć mp3, włożyć słuchawki na uszy i odpłynąć w niebyt. Mój błogostan odprowadził mnie bezpiecznie pod bramę wejściową. Teraz stoję, moje dłonie plączą się w kable, dodatkowo szukając kluczy. Trwało to jakiś czas: zdążyłam wyłączyć i upuścić urządzenie grające, przeprowadzić monolog wewnętrzny ze sobą i ten sam monolog przeprowadzić głośno, poprawić sobie czapkę na głowie, znaleźć chusteczki higieniczne i wysmarkać się, wydobyć telefon, włączyć latarkę i wtedy na samym dnie w otchłani torby odnalazłam klucze. Sprytnie ukryły się pod ogromnym segregatorem, który noszę na zajęcia. Szukając odpowiedniego klucza do bramy, usłyszałam, jakby ktoś za mną stał. Ścisnęłam mocno pęk

“Zbliża się okres

świąteczny, króluje adwent, czas refleksji, zastanowienia nad własnym życiem. Wielu z nas czeka na ten odpowiedni moment, kiedy olśnienie przyjdzie samo, nie wiadomo skąd. Moje katharsis przyszło tamtego wieczora. kluczy, odwróciłam się tak, aby kątem oka potwierdzić swoje przypuszczenia: tak, naprawdę ktoś za mną stał i się nie ruszał. Powinnam wejść szybko na podwórze i zamknąć za sobą drzwi, potem się o nie oprzeć oraz głośno westchnąć. Ale nie. ,,Dlaczego tu stoisz i czego tu chcesz!” - wykrzyknęłam na głos. Nieznajoma, czarna postać aż odskoczyła. Przysunęłam się do drzwi i zupełnie zapomniałam, że jakiś czas temu właściciel kamienicy zamontował światło zewnętrzne,

które działa za pomocą czujnika, który wykrywa ruch w obrębie drzwi. Najwyraźniej stałam zbyt daleko, żeby światło zadziałało wcześniej. Przede mną stał wystraszony mężczyzna, najwyżej kilka lat starszy ode mnie. Z bardzo podobnym zestawem kluczy, które ja trzymałam w ręce. ,,Ja, nie chciałem nic mówić, jestem tylko sąsiadem. Nie musisz się bać.” - zanim jego słowa dotarły do mojego mózgu, nieznajomy zdążył wyminąć mnie, wyraźnie zirytowany otworzył drzwi (dosłownie po sekundzie, nie tak jak ja, usiłowałam otworzyć je w ciągu pięciu minut) i zniknął za wielką, mosiężną klamką. Zbliża się okres świąteczny, króluje adwent, czas refleksji, zastanowienia nad własnym życiem. Wielu z nas czeka na ten odpowiedni moment, kiedy olśnienie przyjdzie samo, nie wiadomo skąd. Moje katharsis przyszło tamtego wieczora. Postanowiłam sobie jedną rzecz w tym świątecznym czasie: częściej zwracać uwagę na sąsiadów, uśmiechać się, mówić ,,dzień dobry”, czasem zagaić jakimś tematem, tak zwanym ,,pogodowym”. No i najważniejsze – przemóc się i w razie braku cukru do świątecznych pierników, zamiast do sklepu zapukać z prośbą do sąsiada. Tak jak kiedyś. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Początek

sportowej zimy

za nami

Tak słabego początku zimy w wykonaniu naszych sportowców chyba nikt się nie spodziewał. Może problem tkwi w tym, że nasze oczekiwania w poprzednich latach zostały mocno rozbudzone i teraz zajęcie przez Justynę Kowalczyk czwartego miejsca w zawodach Pucharu Świata jest wszędzie traktowane jak porażka. Mateusz Nowak SKOCZKOWIE, CZYLI BEZ KAMILA NIE DAMY RADY Informacja o tym, że nasz podwójny mistrz olimpijski z Soczi jest kontuzjowany, spadła na kibiców jak grom z jasnego nieba. Teraz wszyscy modlą się o jego szybki powrót, bo reszta naszej kadry póki co nie potrafi się zbliżyć do poziomu prezentowanego w zeszłym sezonie. Jedynie ulubieniec kibiców - Piotr Żyła - jakoś trzyma poziom i regularnie punktuje, jednak jest to dalekie od jego i naszych oczekiwań. O reszcie nawet ciężko póki co wspominać. Każdy z chłopaków coś zapunktował, jednak miejsca w trzeciej dziesiątce Pucharu Świata nie są obecnie przez nikogo traktowane jako sukces. Zwłaszcza, gdy choćby Kot czy Ziobro przyzwyczaili nas już w poprzednim sezonie do tego, że stać ich na osiąganie bardzo dobrych rezultatów. JUSTYNA VS SKANDYNAWIA W kobiecych biegach narciarskich już od jakiegoś czasu liczą się praktycznie tylko Norweżki, oprócz tego może kilka Finek, Szwedka Kalla

s. 10

“Ubolewam nad

tym, że tak mało w mediach mówi się o tym, jakie rzeczy wyprawiają w tym sezonie polscy panczeniści. Artur Waś w sprintach na 500 metrów jest objawieniem początku sezonu, dwukrotnie wygrał, dwukrotnie zajął drugie miejsce w zawodach Pucharu Świata. i nasza Justyna Kowalczyk. Reszta stoi daleko w tyle. Ten sezon jednak pokazuje jeszcze mocniej przewagę Norweżek nad resztą świata. Złożyło się na to kilka czynników, po pierwsze Bjoergen, Johaug i spółka świetnie trafiły z formą już od początku sezonu, a po drugie tej formy zupełnie nie złapała Kowalczyk. Czwarte miejsce na jej koronnym dystansie to nie jest zły wynik, martwi jednak ogromna strata na mecie. Dochodzą

do tego fatalne występy w startach techniką dowolną, jedno miejsce nawet w szóstej dziesiątce i mamy murowane załamanie narodowe. Ja bym jednak tak prędko Justyny nie skreślał, ona już nieraz udowadniała całemu światu do czego jest zdolna. Poczekajmy do Mistrzostw Świata w Falun i przynajmniej do nich powstrzymajmy się od ferowania wyroków. NADZIEJA W ŁYŻWIARZACH Ubolewam nad tym, że tak mało w mediach mówi się o tym, jakie rzeczy wyprawiają w tym sezonie polscy panczeniści. Artur Waś w sprintach na 500 metrów jest objawieniem początku sezonu, dwukrotnie wygrał, dwukrotnie zajął drugie miejsce w zawodach Pucharu Świata. Nic sobie nie robi z tego, że przychodzi mu walczyć z najlepszymi na świecie i pokazuje, że ma wielki talent, który zaczyna eksplodować. Kolejnym objawieniem jest Jan Szymański, który uwaga, jest aktualnym liderem Pucharu Świata w biegu na 1500 metrów, czyli przecież na dystansie naszego mistrza olimpi-


WYDARZENIA I OPINIE

jskiego - Zbigniewa Bródki. Szymański również wygrywał już w tym roku pojedyncze zawody Pucharu Świata, a jak dodamy do tego jeszcze wysokie miejsca Konrada Niedźwiedzkiego i Bródki (mimo walki z kontuzją tego drugiego), to możemy odnieść wrażenie, że stajemy się powoli potęgą na tym dystansie. Sam fakt, że w wyścigu drużynowy Polacy po raz pierwszy pokonali Holendrów, już o tym świadczy. Wyniki naszych łyżwiarzy napawają optymizmem i dobrze by było, gdyby w mediach zaczęto to doceniać. Nie samymi biegami i skokami kibic żyje, cieszmy się z sukcesów również w innych dyscyplinach. WIELKIE NADZIEJE, JESZCZE WIĘKSZE ROZCZAROWANIE Nie tylko sportami zimowymi mogliśmy się ostatnio interesować. Odbywały się przez ostatnie dwa tygodnie również Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej kobiet. Nadzieje Polaków na dobry rezultat naszych szczypiornistek były mocno rozbudzone przez świetny wynik naszych pań na zeszłorocznych Mistrzostwach Świata, z których to wywiozły czwarte miejsce. Tym razem jednak nie było

już tak dobrze. Jedenasta pozycja na europejskim czempionacie, do tego tylko jeden wygrany mecz z Rosją, w jednym walka z Norwegią i w pozostałych wysokie porażki. To nie mogło przynieść sukcesu. Zabrakło wszystkiego, Polki raziły nieskutecznością, nie potrafiły wykorzystywać okresów gry w przewadze, do tego głupio tracił bramki. Powtarzały wszystkie największe grzechy szczypiorniaka. I pożegnały się z turniejem na drugiej fazie. Szczęśliwym trafem, lepszym bilansem bramek, zajęły jedenaste miejsce, przed Słowaczkami. Dzięki temu zostały rozstawione w losowaniu par eliminacji kolejnych Mistrzostw Świata. To malutki sukces, do tego bardzo szczęśliwy, więc ciężko tak naprawdę się z niego cieszyć. Same dziewczyny liczyły przecież na dużo więcej. Nie trafiły jednak z formą, tym razem duński szkoleniowiec Kim Rasmussen cudów niestety nie zdziałał. Podsumowując, nie jest najlepiej z wynikami naszych sportowców jak do tej pory. Poziom trzymają jedynie panczeniści, którzy zadziwiają świat. Nie wspomniałem tutaj o biathlonistkach, bo jak dotąd nie za wiele do

opowiadania jest. Dziewczyny jeszcze nie weszły dobrze w sezon. Jak dotąd jedynym godnym zapamiętania wynikiem było siódme miejsce Weroniki Nowakowskiej-Ziemniak w sprincie w Pokljuce. Gdyby nie jeden nietrafiony strzał, Polka prawdopodobnie wygrałaby te zawody. Miejmy nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze i nie tylko Nowakowska, ale również Guzik (wcześniej Pałka) czy Hojnisz pokażą jeszcze się w tym sezonie z dobrej strony. Miejmy również nadzieję, że Kamil Stoch jak najszybciej wróci do zdrowia, a Justyna Kowalczyk zdoła odnaleźć zgubioną formę. A wtedy wszystko wróci do normy i Polacy znów z wypiekami na twarzach będą zasiadać przed telewizorami i dopingować swoich ulubieńców.

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Kuba i USA pogodzone Stosunki sąsiedzkie Kuby i Stanów Zjednoczonych od czasu rewolucji na wyspie nigdy nie były dobre. W czasach Zimnej Wojny właśnie na Kubę patrzył cały świat, szykując się już do wojny atomowej. Obecnie oba kraje po raz pierwszy od pół wieku nawiązały stosunki dyplomatyczne.

Rafał Growiec

P

rzed rewolucją kubańską wyspa była silnie uzależniona od Stanów Zjednoczonych, a reżim proamerykańskiego dyktatora Fulgencio Batisty nie miał zamiaru oddać rządów bezkrwawo. Stąd też powstające na Kubie ruchy opozycyjne jasno deklarowały się jako wrogie USA, co poniekąd wynikało z socjalistycznej wizji tego kraju jako ostoi imperializmu. Fidel Castro jednak był przede wszystkim antybatistowski, a Batista oznaczał USA. Stany Zjednoczone nie porzuciły jednak starań o utrzymanie Kuby we własnej strefie wpływów wraz z upadkiem starego reżimu pod koniec 1958. r. Było to logiczne w czasie zaostrzającego się konfliktu z ZSRR: Stany Zjednoczone nie mogły sobie pozwolić na istnienie dużego kraju sprzyjającego komunistom. Najpierw postarano się o stworzenie rządu przejściowego Cantillo, potem pomimo oficjalnego uznania rządów Castro doszło do inwazji w Zatoce Świń w roku. To właśnie po nieudanej próbie obalenia Fidela doszło do zerwania stosunków dyplomatycznych między obydwoma krajami. Paradoksalnie, to właśnie izolac-

s. 12

“Barack Obama uwa-

ża jednak, że twarda polityka wobec najbliższej Stanom dyktatury nie sprawdziła się i stąd za pośrednictwem Kanady i Watykanu rozpoczął rozmowy na temat zniesienia wzajemnych restrykcji oraz wznowienia kontaktów dyplomatycznych. Wkrótce otwarta ma zostać ambasada na Kubie. ja Kuby wśród krajów zachodnich doprowadziła do tego, czego chciał uniknąć rząd USA: zbliżenia Castro do bloku wschodniego. Właśnie obecność radzieckich żołnierzy i potajemne instalowanie na niej wyrzutni rakiet balistycznych sprawiło, że w 1962. roku wszystkim zdawało się, że świat stoi u progu III Wojny Światowej. POJEDNANIE PO LATACH... Polityka obu krajów przez pół

wieku wzajemnego braku kontaktów dyplomatycznych nieraz znajdowała na mapie świata punkty wspólne (czytaj: zapalne): podczas gdy Kuba wspierała działania socjalistycznych bojówek, USA nieraz wspierały nawet niedojrzałą i pozorną demokrację, byleby tylko nie dopuścić do ustanowienia rządów socjalistycznych. Tak było np. w Kongo czy Angoli i Grenadzie. Barack Obama uważa jednak, że twarda polityka wobec najbliższej Stanom dyktatury nie sprawdziła się i stąd za pośrednictwem Kanady i Watykanu rozpoczął rozmowy na temat zniesienia wzajemnych restrykcji oraz wznowienia kontaktów dyplomatycznych. Wkrótce otwarta ma zostać ambasada na Kubie, także osoby spokrewnione z Kubańczykami będą mogły łatwiej się dostać na wyspę. Obie strony zdecydowały się także zgodzić na wymianę więźniów. Podobne deregulacje dotknęły też gospodarki. Możliwy będzie drobny eksport z USA na Kubę, głównie towarów budowlanych i sprzętu rolniczego dla małych gospodarstw. Podniesiono także limit pieniędzy jaki można wysłać ze Stanów na wyspę z 500$ do 2000$. Mniejsze


będą utrudnienia przy wjeździe na terytorium Kuby biznesmenów, dziennikarzy czy duchownych, ale także urzędników państwowych. Powstanie też możliwość płacenia amerykańskimi kartami oraz wywozu z wyspy cygar i alkoholu na własny uzytek. …ALE NIE DO KOŃCA Nie oznacza to, że oba kraje pogodziły się. Amerykański rząd nadal będzie się starał demokratyzować Kubę, co oznacza poparcie dla tamtejszych obrońców praw człowieka. Zgadzając się na swobodniejszy przepływ sprzętu i ludzi, Stany Zjednoczone otwarły sobie drogę do lepszej komunikacji z prostymi Kubańczykami. Zapowiedzi zwiększenia eksportu elektroniki na Kubę to zapowiedzi szerszego dostępu do internetu na wyspie, gdzie obecnie zaledwie 5% mieszkańców ma dostęp do internetu raz na miesiąc. Oznacza to lepszą wymianę informacji, którą trudno kontrolować. Także zezwolenie na przyjazdy rodzin z USA oraz odmrożenie kont amerykańskich Kubańczyków może zachęcać do bliższych stosunków z Wujkiem Samem. Zapewne też

władze kubańskie będą się uważnie przyglądać się działalności wjeżdżających do kraju „biznesmenów”, „duchownych” i „naukowców”. Na razie nie ma też zgody Kongresu USA na turystyczne wyprawy na Kubę. Oznacza to tylko tyle, że starannie dobrano kategorie ludzi, którzy na wyspę pojadą i będą swoistymi ambasadorami Stanów. Nie ulega też wątpliwości, że całą sprawę należy rozpatrywać w świetle konfliktu na Ukrainie. Władymir Putin może być coraz mniej pewny poparcia dawnych sojuszników ZSRR. Jednocześnie daje się sygnał Rosjanom: jeśli będziecie grzeczni, to może i z was zniesiemy sankcje. PAPIEŻ A SPRAWA KUBAŃSKA Swój udział w pojednaniu miał też papież Franciszek, który po spotkaniu z prezydentem USA wystosował listy do przywódców obu krajów z apelem o uwolnienie więźniów. Także w Watykanie, lecz już bez osobistego nadzoru papieża doszło do spotkania obu stron i podpisania porozumienia. To nie pierwszy raz, gdy Stolica Apostolska interweniuje na Kubie, choć za pierwszym razem rozegrało się to poniekąd ponad łowami

Kubańczyków. W czasie kryzysu kubańskiego w 1963. r., papież Jan XXIII był w kontakcie zarówno z Amerykanami jak i Sowietami, a także poprosił Ambasadę ZSRR w Rzymie o transmisję na Kreml radiowego orędzia w którym padły słowa: „słuchajcie swojego sumienia, słuchajcie krzyku bojaźni, który wznosi się do Nieba ze wszystkich części świata od niewinnych dzieci po starców, od osób i wspólnot: Pokój! Pokój”. Jak widać, tradycja mieszania się Kościoła do polityki ma swoje wyjątkowo chlubne karty. Choć tym razem może to wyjść Franciszkowi bokiem, gdyż na swój sposób firmuje on układ między dwoma socjalistami. Barack Obama ze swoim lewicowym światopoglądem i komunista Raul Castro chwaląc zaangażowanie papieża mogą kłuć w oczy radykalne środowiska katolickie. Odwilż amerykańsko-kubańska może być pięknym gestem pokoju lub po prostu efektem wielkiej politycznej gry przeciwko Rosji i reżimowi Castro. Zaangażowanie w nią Franciszka zaś pokazuje, że Kościół potrafi wnieść coś konstruktywnego w światową politykę. 

s. 13


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Kołem się toczy Stwierdzenie, że świat trwa w nieustannej zmianie nie będzie raczej dla nikogo niespodzianką. Każdy wie, choćby czuje w kościach, że czas pędzi nieubłaganie do przodu, rozsypując w pył to, co stare i zastępując nowym. Nie sam czas wprawdzie, a zmiana materii to sprawia.

Maciej Puczkowski Mówi się, że nowe jest lepsze, a argument zmienności czasów zamyka usta tym, którzy wydobywają z mroku minionych czasów przykłady dobrych obyczajów czy urządzenia świata. Jeśli świat się zmienia, to czy warto korzystać z doświadczenia, które dotyczy tego, co już nieaktualne? Zachłyśnięci rewolucją wywołaną pojawieniem się komputerów i rozwojem technologii zaczęliśmy gloryfikować to, co nowe, wierząc, że świat jest dziś inny niż sto lat temu. Jednocześnie popadamy w sprzeczność dzięki przekonaniu, że świat, który znamy, jest niezmienny. Rozwój technologiczny będzie zawsze brnął do przodu, granice państw utrwaliły się w końcu na wieki, a do końca świata panować nam będzie w Europie socjaldemokracja. Tymczasem pierwszym pytaniem, jakie powinniśmy sobie zadać, brzmi: “co jest na świecie zmienne, a co stałe?”. Bo musi być coś niezmiennego. Choćby to, że wszystko się zmienia może być niezmienne. Bo gdyby fakt, że wszystko się zmienia, również uległ zmianie, to już nie

s. 14

“Tymczasem pierw-

szym pytaniem, jakie powinniśmy sobie zadać, brzmi: “co jest na świecie zmienne, a co stałe?”. Bo musi być coś niezmiennego. Choćby to, że wszystko się zmienia może być niezmienne. Bo gdyby fakt, że wszystko się zmienia, również uległ zmianie, to już nie wszystko by się zmieniało. wszystko by się zmieniało. Mamy zatem podstawy, żeby twierdzić, że coś w świecie musi być niezmienne mimo całej jego zmienności. Można by następnie spytać, czy prawda się zmienia. Jeśliby tak było, to zjawiska prawdziwe wczoraj mogą nie być prawdziwe dzisiaj. Jeśli tak, to czy zmieniają się prawa fizyki? Kto udowodni, że tak nie jest? Co nam daje

przekonanie, że w czasach, kiedy nie było nas jeszcze we wszechświecie, ten nie rządził się innymi prawami? Z drugiej strony, czy może się zmieniać świat abstrakcji, prawdy matematyczne? Kolejnym pytaniem jakie należy zadać jest: “skoro świat się zmienia, to czy ma cel?”. Czy ta zmiana do czegoś podąża? Arystoteles wierzył, że tak, wierzył w celowość natury. Jeśli do czegoś podąża, to do czego? Może jest raczej jak statek miotany wiatrem, nie wie, dokąd dąży. Jednakże dąży tam, gdzie wiatr, a wiatr już swój cel posiada. Poznać cel świata to zobaczyć przyszłość. Tylko czy cel ten jest jednolity? Kiedy zaś świat miałby więcej niż jeden cel, to można by spytać, jaka jego część dąży do jakiego celu? Bo jeśli mówimy, że świat zrobił postęp, to musimy powiedzieć sobie w jakim kierunku. Jaki jest cel postępu technologicznego? Jaki jest cel człowieka? Czy to te same cele? Ktoś mógłby twierdzić, że to człowiek nadaje cel technologii, tylko czy człowiek wchodzący po drabinie odkrywa nowy szczebel tam, gdzie


on postanowi, żeby był, czy tam gdzie ten szczebel jest niezależnie od niego? Nie jest to wcale oczywiste, że kierunek postępu technologicznego zależy od człowieka. Jak jest zaś z postępem obyczajowym? Wiemy, że postęp technologiczny jest silnie skorelowany z obyczajowością. W tym miejscu jednak pojawia się zgrzyt. Bo najważniejszym pytaniem jakie musimy sobie postawić jest: “czy zmienia się człowiek?” lub “co jest w nim zmien-

ne, a co nie?”. Zmienia się kultura i warunki życia. Nawet ciało człowieka może się różnić w zależności od środowiska, dostosowując się do niego. Tylko że wszędzie ludzie czują to samo, kochają tak samo, mają poczucie godności i sprawiedliwości oraz pragną posiadać. Różnią się namiętnościami, ale nie tym, że wszyscy je mają. Jeśli są w człowieku rzeczy niezmienne, niezależne od czasów, kultury i obyczajów oraz technologii, to pojawia się ostatnie

pytanie: “czy to, co pod wpływem zmiany środowiska zmienia się w człowieku zanurzonym w czasie, jest zgodne z tym, co jest w człowieku poza czasem?”. 

s. 15


TEMAT NUMERU

Skandal wcielenia -

Bóg

w pieluszce Boże Narodzenie nie jest tylko i wyłącznie świętem historycznym. Nie upamiętnia prostego faktu narodzin Chrystusa – upamiętnia jeden z największych znaków, jakiego Żydzi nawet nie śmieli oczekiwać. Jednak fakt, że Słowo stało się Ciałem był dla wielu trudny do zniesienia.

Rafał Growiec KŁOPOTY Z FILOZOFIĄ Zacznijmy może od naszkicowania kontekstu świata filozoficznego, w jakim rozwijało się chrześcijaństwo. Mamy I wiek naszej ery, po podbojach Aleksandra Wielkiego niemal w całym regionie Morza Śródziemnego panuje niepodzielnie filozofia w greckim wydaniu. Silne są nurty platonizmu i neoplatonizmu, traktujące ciało jako więzienie duszy. Warunki higieniczne i liczne wojny umacniają przekonanie, że to duchowe „coś więcej” musi być ważniejsze niż starzejący się, zżerany trądem, tak łatwy do zabicia kawałek materii. Przypomnijmy sobie chociaż mowę św. Pawła na Areopagu, gdy Ateńczycy słuchali chętnie żydowskiego „nowinkarza” do momentu, gdy ten wspomniał o zmartwychwstaniu ciała (Dz 17,32). To

s. 16

“Dla Żydów poród

był wydarzeniem może i ważnym społecznie, ale kultycznie niewyobrażalnym. Kobieta po urodzeniu chłopca musiała odczekać z uczestnictwem w kulcie blisko czterdzieści dni, podczas których była nieczysta. było nie do pomyślenia – po wyzwoleniu się duszy z tej marnej powłoki, boska cząstka człowieka miałaby do niej wracać? Grecy, zakochani w Platonie, nie byli przychylnie nastawieni do bogini Anastazji. Nie do pomyślenia było, by boskość miała cokolwiek wspólnego z cielesnością. To było do przyjęcia w mitach, poematach

antropomorfizujących Zeusa, w przedstawieniach dla gawiedzi. Ale nie dla szanującego się neoplatonika. Jeśli istniał jakiś Bóg, to ten Bóg był Logosem, Rozumem, czystym i nieskalanym, był Jednością. Materia zaś stanowiła wypaczenie – przemija, dzieli się na części, gnije i niszczeje. Ludzkie ciało – podlegające śmierci i starzeniu, tak właściwie nie posiadało większej wartości. BÓG JEDNOKOMÓRKOWY Platonicy zapewne pękliby ze śmiechu albo oburzyli się, gdyby ktoś im powiedział, że Bóg przyjął ciało. A jednak – Jezus Chrystus począł się i rozwijał w ciele Maryi jak każde inne dziecko. Być może chwilę po zwiastowaniu miał jedną komórkę, która zaczęła się dzielić na dwa, potem jeszcze kilka milionów razy powtórzyła tę operację, stop-


niowo specyfikując kolejne tkanki i narządy. Jak każdy zarodek Jezus przez pewien czas miał ogon. Spędził dziewięć miesięcy w macicy Maryi, oddychając przez podłączoną do brzucha pępowinę i mając płuca pełne płynu owodniowego. Sama Maryja zapewne też odczuwała jakieś uboczne skutki ciąży. Jezus zajmował jej sporo czasoprzestrzeni, gwarantując rozstępy na brzuchu, może poranne nudności. Czy sam fakt niepokalanego poczęcia i wolności od grzechu pierworodnego powodował niwelację tych skutków? Nawet jeśli biochemia Bogarodzicy była inna niż u zwykłej kobiety, to grawitacja wciąż działała jak należy – czyli po prostu materialne ciało Boga ciążyło i powodowało zmęczenie mięśni pleców. BÓG SIĘ RODZI Kto kiedykolwiek widział choćby film z porodu ten wie, jak ten cudowny moment daleki jest od statycznego obrazu platońskich ideałów. Kobieta krzyczy i odczuwa ból, noworodek jest pokryty płynami, złączony z matką pępowiną, którą trzeba przeciąć, jest mały, łysy i wrzeszczy. A jednak zapewne w ten sposób przyszedł na świat Jezus Chrystus. W dodatku nie gdzieś w pałacu, ani chociaż w izbie gospody, ale w stajni, wypełnionej wszystkimi

możliwymi zapachami. Przypomnijmy, że dla Żydów poród był wydarzeniem może i ważnym społecznie, ale kultycznie niewyobrażalnym. Kobieta po urodzeniu chłopca musiała odczekać z uczestnictwem w kulcie blisko czterdzieści dni, podczas których była nieczysta (Kpł 12, 1-7). Innymi słowy: nie miała dostępu do spraw Bożych. A jednak Maryja ciągle miała dostęp do spraw Bożych – karmiła Boga piersią, przewijała go i pielęgnowała. Tak, ten Bóg, Elohim, Adonai, Pan Zastępów, do Którego Najświętszego Świętych arcykapłan mógł wejść tylko raz do roku... On miałby być dzieckiem? On miałby potrzebować pieluch? W żydowskiej mentalności bardzo silne było przekonanie, że człowiek nie może stanąć z bogiem twarzą w twarz, blisko, jak z przyjacielem. Ostatnim, który dostąpił tego zaszczytu był Mojżesz (Wj 33,11). Człowiek, będący jedynie stworzeniem, w dodatku dziecko nie może nosić w sobie chwały Bożej. Dlatego chciano ukamienować Jezusa, gdy mówił o sobie: „Ego Eimi” – „Ja Jestem”, czyli gdy używał słów jakimi Septuaginta oddawała Imię Boga objawione Mojżeszowi na Synaju (Wj 3,14). Gdy Żydzi wypatrywali Mesjasza, rozumieli go jako pomazańca

Bożego, wyjątkowego człowieka – i tylko człowieka. Jego imię „Emmanuel” (Iz 7,14) oznaczało wprawdzie „Bóg z nami”, ale nikomu by nie przeszło przez myśl, że Bóg rozbiłby namiot wśród ludu aż tak dosłownie. A jednak, chrześcijanie wierzą, że „ma granice nieskończony”. Nazywa się to synkatabazą – syn oznacza po grecku „razem”, „kata” – „według”, „basis” – „to, co niżej”. Bóg z miłości do człowieka uniża się do tego stopnia, że staje się człowiekiem i jako człowiek umiera. CIAŁO JAKIE JEST, KAŻDY WIDZI Jezus w chwili Wcielenia przyjął ludzką naturę, posiadał ludzką wolę i ludzkie ciało. Dogmatycy od dawna spierają się, czy Chrystus od razu wiedział, że jest Bogiem. Czy płacząc w żłobie „płakał nad światem złym”, czy tylko dlatego, że było Mu zimno? Żył w ukryty sposób przez trzydzieści lat, przez długi czas nie wyróżniając się niczym szczególnym. Jeden epizod z okresu, gdy miał dwanaście lat nie świadczył wcale o Jego godności, a jedynie o głębokiej dojrzałości. Maryja i Józef myśleli, że po prostu był z innymi dziećmi. Także już po latach Nazarejczycy zdumieli się, gdy zaczął nauczać, czynić cuda i uzdrawiać (Mt 13, 53-58). Dla nich był tylko jednym z nich – być może znali się z Jezusem „od takiego dzie-

s. 17


ciaka”, razem bawili, razem uczyli się Pisma. Jakie było ciało Jezusa? Przede wszystkim materialne – w Jego żyłach krążyła najprawdziwsza krew, potrzebował pokarmu, odczuwał głód i pragnienie. Po ubiczowaniu nie miał sił nieść krzyża, potrzebował pomocy Szymona Cyrenejczyka. Jadł i pił w Kanie Galilejskiej. Płakał nad Jerozolimą (Łk 19, 41nn) i nad Łazarzem. Innymi słowy, miał wszystkie układy przydatne w życiu człowieka: oddechowy, pokarmowy, nerwowy, krwionośny. Pewną sensacją dla niektórych może być stwierdzenie, że Jezus także wydalał.

potem zmartwychwstaje w ciele nie przejdzie. „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” – napisał święty Paweł do Koryntian (1 Kor 1,23). Nic więc dziwnego, że pojawiło się wiele herezji, próbujących albo podkreślić bóstwo Jezusa kosztem Jego człowieczeństwa albo łączyć człowieczeństwo z boskością bez łączenia natury Bożej z ludzką. Jedna z takich sporów ma kontekst maryjny. Nestoriusz, potępiony na Soborze Efeskim (431 r.), twierdził, że Maryja nie była Bogurodzicą (Theotokos), a jedynie

Jedną z najwcześniejszych herezji był doketyzm – nauczający, że Jezus posiadał jedynie ciało iluzoryczne, złożone z materii niebiańskiej. Opierała się ta nauka o gnostyckie przeświadczenie, że materię stworzył zły bóg, Demiurg, utożsamiany z Bogiem Starego Testamentu. Chrystus, jako dobry Bóg Nowego Przymierza, nie mół więc posiadac ciała materialnego – a tym bardziej cierpieć i umrzeć. Zwalczał to już św. Jan pisząc o Słowie, które stało się ciałem i o niewiernym Tomaszu. Człowieczeństwo Jezusa zawsze było wyzwaniem dla wierzących. Bóg, który schodzi do poziomu

Wizja Jezusa udającego się na ubocze, by pozbyć się produktów przemiany materii może gorszyć. Nie pasuje do wizji wspaniałego nauczyciela, a co dopiero Boga. Jednak ciało Chrystusa, przynajmniej przed Zmartwychwstaniem, podlegało normalnym prawom fizyki, w tym zasadzie zachowania masy. Nie znajdziemy takiego opisu w Ewangelii, co nie dziwi – „Żywoty sławnych mężów” też nie wspominają o stolcu Juliusza Cezara czy wystroju wygódki Tutenchamona. Wierzymy, że Jezus stał się nam podobny we wszystkim prócz grzechu – a raczej nie spowiadamy się z wizyt w toalecie.

Matką Chrystusa (Christotokos), człowieka, w którym (najczęściej: po chrzcie w Jordanie) zamieszkał Bóg. To Chrystus cierpiał i umarł, dzięki czemu nie dochodzi do tego skandalicznego wydarzenia śmierci Boga. Odpowiedzią na te tendencje była herezja monofizytyzmu, według której w Jezusie zmieszały się natura boska i ludzka (potępiona w roku 451. w Chalcedonie). Inną obroną było przejaskrawianie bóstwa Jezusa, jakie miałoby być widoczne już od najmłodszych lat. Wyrazy tego znajdziemy w „Dzieciństwie Pana”, apokryfie zwanym też „Ewangelią Dzieciństwa Tomasza”. Według tej opowieści, małoletni Jezus w Nazarecie siał prawdziwy terror: każde dziecko, które Go szturchnęło ginęło na miejscu, a rodzice, którym się to nie podobało – ślepli.

człowieka, dosłownie dotyka jego spraw: trędowatego ciała, zmarłego dziecka, bierze na siebie ludzkie cierpienie – taki Bóg nie mieści się w głowie. Nie możemy jednak od tego uciec. To tajemnica, przy której należy okazać pokorę. Dlatego w czasie odmawiania Credo wielu ludzi pochyla głowę przy słowach „przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem” (przed reformą liturgii wszyscy wierni wtedy klękali!). Być może dlatego Wcielenie stało się też centrum jednych z najważniejszych świąt chrześcijańskich. Upamiętniamy nie narodziny wielkiego człowieka, ale fakt, że (jak to pięknie ujął Franciszek Karpiński): „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony”. 

ZGORSZENIE I GŁUPSTWO Chrześcijanie zawsze wiedzieli, że wizja Boga Wcielonego, który ponadto prawdziwie umiera, a

s. 18


s. 19


TEMAT NUMERU

Tylko nie święta! Czwarta świeca wieńca adwentowego już zapalona, a Tobie już robi się słabo na samą myśl o zbliżających się wielkimi krokami świętach? Przedświąteczny nastrój wyprowadza Cię z równowagi? Życzenia znaczą dla Ciebie tyle co przedwyborcze obietnice polityków? Jeśli na przynajmniej jedno z tych pytań odpowiedziałaś/-eś twierdząco, to zachęcam do lektury małego poradnika, jak nie tylko przetrwać, ale i przeżyć Boże Narodzenie i nie zwariować. Małgorzata Różycka

Z

nam to. Co roku obiecujesz sobie, że to był już naprawdę ostatni raz. Że za rok będzie zupełnie inaczej, tak jak powinno być: rodzinnie, ciepło, wzruszająco, ze śniegiem, pachnącą choinką i szczerymi życzeniami. Ale mimo najszczerszych chęci po tych 12 miesiącach poziom stresu niebezpiecznie wzrasta, a czara goryczy już tylko czeka na tę ostatnią kroplę, która ostatecznie ją przeleje. Do tego jeszcze to nieznośne napięcie i zmęczenie, ci nieproszeni goście przy wigilijnym stole. A po świętach smutek, że w naszym domu raczej nie było miejsca dla Niego. Nie wszystko, a zwłaszcza nie wszystkich, da się zmienić, ale naprawdę sporo jest w naszych rękach oraz głowach. DIETA Być może problem najmniejszej, nomen omen, wagi, ale jednak w kontekście świąt zawsze obecny. Jak oprzeć się pokusie i nie zjeść kolejnej porcji świątecznych potraw? Jak nie mieć wyrzutów sumienia i uniknąć bólów przekarmionego żołądka? Albo odwrotnie, jak odmówić jedzenia czegoś, co nam szczerze nie smakuje? Tu powinna pomóc stanowczość z

s. 20

“Serdecznie pole-

dę warto coś zostawić na później, żeby móc tę rozkosz podniebienia jak najdłużej rozciągnąć w czasie. Czy to nie wystarczająca motywacja?

domieszką szczerego uśmiechu. Przy konkretnej odmowie babcie, mamy i ciocie naprawdę wymiękają. W najgorszym razie można zostawić coś na talerzu, przynajmniej będzie to znak, że nie dajemy się zmuszać. W przypadku, gdy trzeba przekonać samego siebie, sprawa wydaje się trudniejsza. Jeśli nasz mózg, wysyłający sygnały, że już dość jedzenia, a mimo to ręka sama sięga po kolejną porcję, trzeba ją poskromić. Choćby myślą, że dziś moje kubki smakowe miały szansę poczuć ten wspaniały smak i napraw-

SPRZĄTANIE I GOTOWANIE To prawdziwe świąteczne bomby z opóźnionym zapłonem. Na początku przygotowań pełni zapału przygotowujemy długie listy rzeczy do zrobienia, pełni nadziei, że wszystko pójdzie sprawnie i gładko. Tymczasem w ferworze przedświątecznych aktywności niepostrzeżenie wkrada się frustracja, że półki przed dłuższy czas nie były wycierane i właśnie możemy podziwiać zalegającą na nich kilkucentymetrową warstwę kurzu. Że te nieszczęsne buraki na barszcz gotują się tak długo, że reszta ogląda telewizję, podczas gdy ja haruję jak wół. I że życie jest takie niesprawiedliwe. Jeśli wiesz, że taki obrót sprawy jest bardzo prawdopodobną wersją przyszłych wydarzeń, to nie czekaj, aż przyjdzie Ci do głowy myśl „Nienawidzę świąt!!!”, tylko spróbuj zadbać o równomierne zaangażowanie wszystkich członków rodziny. To nie wymaga wiele wysiłku. Można zgromadzić całą familię i zrobić naradę wojenną. Warto przygotować listę spraw do

cam, żeby przed świętami, mimo zmęczenia, frustracji, po prostu mimo wszystko, usiąść w spokoju, wziąć do rąk adwentowe czytania i dać się porwać całemu morzu nadziei, jaką On nam przekazał.


załatwienia i pogrupować czynności według dziedzin, czasochłonności i stopnia trudności i policzyć je wszystkie oraz podzielić ich liczbę przez liczbę członków rodziny. Następnie każda osoba wpisuje się, tak jak w Doodle, albo Excelu, deklarując termin wykonania zadania. Można też zastosować taktykę pracy zespołowej, która wspomaga motywację i daje większą gwarancję skuteczności. Odpowiednie rozłożenie pracy pozwoli uniknąć przemęczenia i może wzmocnić więzi pomiędzy członkami rodziny. Proste? A jakie skuteczne! RODZINA Trudno sobie wyobrazić ten czas w innym gronie. Ale co zrobić, jeśli nasze relacje są na tyle skomplikowane, że dostajemy palpitacji serca na samą myśl o wspólnym świętowaniu przy jednym stole? Jak znieść niewybredne poczucie humoru wujka X, albo kąśliwe uwagi ciotki Y? Myślę, że najprostszym rozwiązaniem jest tu spokój okraszony mnóstwem dystansu. Mamy znikomy wpływ na to, jak zachowują się nasi krewni, mimo to możemy nie reagować emocjonalnie, odbierając im tym

samym swoistą nagrodę, dla której przeważnie to wszystko robią. Jeśli chcemy pójść o krok dalej, to warto się zapytać, co kieruje tymi osobami. Może to wszystko to próba zwrócenia na siebie uwagi przez bardzo samotnego człowieka. Może oni tylko tak potrafią pokazywać, że im za nas zależy. Skoro jesteśmy rodziną, to mamy szansę porozmawiać szczerze, powiedzieć, co nas boli. Przeważnie zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, co w naszym zachowaniu rani najbliższe nam osoby. W święta dostajemy niezwykłą szansę, by usiąść, posłuchać i samemu opowiedzieć. Jeśli taka opcja nie wchodzi w grę, to w kryzysowym momencie świadomie wybierzmy spokój. Niech będzie to akt woli, a nie wynik emocji. Efekt będzie tylko pozornie mizerny. NADZIEJA Jak jej nie zgubić na ostatniej prostej przed tymi wyjątkowymi dniami? Albo jak ją odzyskać? Tu nie wystarczy ani stanowcza odmowa, ani plan działania, ani szczera rozmowa. Ale na szczęście jest Ktoś, kto jest mistrzem świata w nadziei. I co najlepsze, dla Niego nigdy nie jest

za późno. Beata Rybotycka w przepięknej pastorałce „Kolęda dla nieobecnych” śpiewa „A nadzieja znów wstąpi w nas (…) uwierzymy kolejny raz w jeszcze jedno Boże Narodzenie”. Serdecznie polecam, żeby przed świętami, mimo zmęczenia, frustracji, po prostu mimo wszystko, usiąść w spokoju, wziąć do rąk adwentowe czytania i dać się porwać całemu morzu nadziei, jaką On nam przekazał. Czasem mówi o tym zupełnie wprost, a czasem subtelnie snuje wątek. Warto pomyśleć także o tym, że to, na co pokolenia Izraela czekały przez setki lat, za chwilę wydarzy się na naszych oczach. I wcale nie musi być tak, jak zawsze, bo On chce jeszcze raz przyjść i dać nam nowy początek. Dlatego warto dać Mu znów szansę i nie tylko przetrwać, ale także przeżyć jeszcze jedno Boże Narodzenie. 

s. 21


TEMAT NUMERU

Hej, Kolęda będzie! Święta Bożego Narodzenia są radosnym czasem, w którym wspominamy przyjście Zbawiciela na świat, który pozostawiając cały niebiański majestat przybrał postać niewinnego i bezbronnego dziecka. Poprzez śpiew kolęd i pastorałek stajemy niejako przy żłóbku betlejemskim, chcemy adorować Pana i wyrazić Mu wdzięczność. Mateusz Ponikwia

Z

astanówmy się jednak co jest tak szczególnego w kolędach, że ich śpiewanie przychodzi nam z taką łatwością i ochotą. Nawet osoby, które z różnych powodów na co dzień stronią od muzykowania poddają się świątecznej atmosferze i śpiewają teksty kolęd. Wówczas nie ma znaczenia to czy ktoś ma dobry głos, czy potrafi zachować nienaganną linię melodyczną. Ważne jest uwielbienie i hołd oddany Bogu, a także to, że wspólny śpiew wyzwala pozytywne emocje i sprawia, że świąteczny nastrój gości w sercu każdego człowieka. Z kolędami mamy styczność już od najmłodszych lat naszego życia. Zdaje się, że wyssaliśmy je z mlekiem matki, pokochaliśmy już w dzieciństwie, zżyliśmy się z nimi. Z całą pewnością nieobojętny jest fakt, że utwory te są pełne wdzięku, ciepła, naturalności. Pomimo że zwykle pisane były prostym językiem, nierzadko możemy odnaleźć w nich bogactwo form poetyckich. To zaś sprawia, że jesteśmy skłonni zaliczyć te utwory do poezji ludowej. PATRIOTYCZNY CHARAKTER Często kolędy miały również wydźwięk patriotyczny. Były ostoją Polskości, zwłaszcza w czasach

s. 22

“Kolędy i pastorałki

stanowią niewątpliwie spuściznę kulturową oraz naznaczone są patriotycznym charakterem. W dzisiejszych czasach można zaobserwować powolną tendencję do zaniku tradycji kolędowania. Ze smutkiem należy odnotować szerzący się konsumpcyjny charakter Świąt . trudnych dla Rzeczpospolitej. Podczas rozbiorów przypominały chlubną i sławną przeszłość oraz dawały nadzieję na lepszą przyszłość, a także stanowiły otuchę i pocieszenie dla smutnej ówczesności. Warto podkreślić, że pieśni te nie straciły obecnie na znaczeniu. Żywym tego przykładem jest chętnie śpiewana kolęda: „Bóg się rodzi”. W jednej z jej zwrotek nieustannie i z żywą wiarą prosimy Boże Dziecię o błogosławieństwo i wsparcie dla całej ojczyzny, jej miast, wiosek, naszych domów i rodzin. Rodowód polskich kolęd jest

niezwykle bogaty. Układano je na dworach królewskich, w pałacach rycerzy i możnowładców. Wiele z nich wyszło spod ręki duchownych czy organistów. Także wybitni polscy pisarze i poeci tworzyli kolędy. Nadto dodać należy, że wiele z nich swą inspirację czerpie z twórczości ludowej poetów wiejskich. Nieznani pozostają twórcy tych utworów. Żaden z nich bowiem nie przywiązywał wagi do tego, aby wraz z utworem przekazać swoje nazwisko. PRZESŁANIE Nie wszystkie kolędy odznaczają się wytwornym stylem i doskonałą rytmiką lub wyszukanymi rymami. Z całą pewnością wszystkie jednak wypłynęły z głębi serca. Zauważyć trzeba, że w polskich kolędach odbija się dusza naszego narodu – pełna fantazji, wesołości, żywiołowa, miłująca Boga i własną ojczyznę. Utwory te są odzwierciedleniem myśli i pragnień. Dzięki nim jesteśmy w stanie w łatwiejszy sposób otwarcie przedstawiać nasze uczucia. Czasami teksty pieśni świadczą o zdumieniu nad Cudem Wcielenia. Oto bowiem Bóg pozostawił Niebieski Tron i narodził się w nędzy i chłodzie, wśród zwierząt i pasterzy. Warto zaakcentować, że polskie


TEMAT NUMERU

utwory cechują się swoistością i wyróżniają się na tle innych, zagranicznych. Niektórzy przekonują, że nasze kolędy są najpiękniejsze na całym świecie. Każdy naród pragnie zawrzeć co innego w utworach bożonarodzeniowych. Nierzadko zagraniczne utwory miały charakter moralizatorski, ponieważ zawierały szereg pouczeń w zakresie postępowania. Dla Polaków śpiewanie kolęd połączone jest z radością z Bożego Narodzenia. Jest to dla nas sposób wyrażania własnych emocji i naszej wdzięczności. BÓG BLISKI CZŁOWIEKOWI Często teksty kolęd świadczą o chęci poufalenia się z Bożą Rodziną. Możemy bowiem odnaleźć rozliczne fragmenty, w których śpiewamy o Bożej Dziecinie, Jego Matuchnie czy Józefie starym. Wydaje się właśnie, że cecha ta stanowi ozdobę kolęd, nadaje im wdzięku, a zarazem sprawia, że wszystkim się one podobają i wielu pociągają za sobą. Ta poufałość powoduje, że kolędy odbierane są jako swoisty strumień uczuć oraz źródło ciepła. Dlatego tak bardzo lubimy je śpiewać, niezależnie od wieku – począwszy od najmłodszych, poprzez osoby dojrzałe, na starszych skończywszy. Nieobca polskim kolędom jest także cecha swojskości. Nierzadko

pastorałki okraszone są barwami narodowymi. Śpiewając niektóre zwrotki w swoisty sposób przenosimy Betlejem na naszą rodzimą ziemię. W Stajence roi się bowiem od polskich Maćków, Bartków czy Wojtków. Jezus nie rodzi się gdzieś daleko, w miejscu nieosiągalnym. Boże Dziecię objawia się w taki sposób, aby każdy mógł Je poznać i przywitać Okazuje się, że rozradowani kolędnicy to tak naprawdę pasterze wędrujący do żłóbka i głoszący chwałę Dzieciątku. Wsłuchując się w melodie poszczególnych pieśni możemy dostrzec przeplatanie się wesołości ze smętnością. Smętność ta nie jest jednak taka jaką kojarzymy z odczuwaniem utracenia czegoś. Jest ona wyrazem tęsknoty za dobrem, do którego dążymy i z którym pragniemy się złączyć. To w Nowonarodzonym iszczą się nasze pragnienia. Z tego też względu są to pieśni adekwatne zarówno do śpiewania podczas nabożeństw w kościołach jak i w czasie ucztowania przy rodzinnym stole, w zaciszu domowym. ŻYWA TRADYCJA Kolędy i pastorałki stanowią niewątpliwie spuściznę kulturową oraz naznaczone są patriotycznym charakterem. W dzisiejszych czasach można zaobserwować powolną ten-

dencję do zaniku tradycji kolędowania. Ze smutkiem należy odnotować szerzący się konsumpcyjny charakter Świąt oraz lansowane oderwanie ich od duchowego aspektu. Nasi dziadkowie czy rodzice żywo wspominają święta, kiedy to przystrojeni ludzie ogłaszali całemu światu Narodzenie Pańskie. Przebrani w różnorakie stroje symbolizujące postaci z Szopki, kolędnicy przemierzali zagrody miast i wiosek. Trzymając gwiazdę betlejemską w dłoni, dzielili się radosną nowiną oraz zachęcali innych do świętowania. Dbajmy o to, aby te piękne tradycje świąteczne nie zaniknęły w społeczeństwie. Bogactwo kulturowe związane z świątecznymi zwyczajami warto podtrzymywać w kręgach naszych najbliższych. Po wspólnej wieczerzy wigilijnej stwórzmy atmosferę ciepła w której przyjmiemy rodzące się Dziecię. Niech płynące z serca treści śpiewanych utworów uwielbiają Boga, przypominają o Cudzie betlejemskim i rozbudzają do poprawy naszego życia. Pamiętajmy, że tradycja głosi, że kolędy śpiewa się aż do Uroczystości Matki Bożej Gromnicznej. Stwarza to sposobność do przedłużenia szczęścia i zachwytu nad Bożym Narodzeniem. Ogłaszajmy, więc Bogu chwałę: „Gdy się Chrystus rodzi…” 

s. 23


TEMAT NUMERU

Narodziny Słońca

Niezwyciężonego Co i rusz jakiś ateusz wyskakuje do katolików z zarzutem o religijny plagiat. Cała obrzędowość i wierzenia obecne w Kościele mają być zlepkiem elementów z religii pogańskich, które chrześcijanie powierzchownie zamaskowali. Jako najczęstszy przykład tego zjawiska podaje się święta Bożego Narodzenia. Wojciech Urban

D

ata 25 grudnia faktycznie wiąże się z pogańskimi świętami. Szczególną uwagę zwraca się na rzymskie święto ku czci Niezwyciężonego Słońca (Sol Invictus). Święto to pojawiło się za panowania cesarza Aureliana. Łączyło w sobie elementy innych kultów solarnych, z którymi Rzymianie zetknęli się w czasie swoich podbojów, na przykład mitraizmu. Pierwsza wzmianka o święcie Sol Invictus pochodzi z 354 roku. Było to święto państwowe. Dlaczego więc Rzymianie do oficjalnego kalendarza kultowego wprowadzili święto stworzone za ich życia, do tego łączące w sobie elementy obcych religii? Jeszcze 200 lat wcześniej próba wprowadzenia takiego święta spotkała by się z olbrzymim oporem konserwatywnych religijnie Rzymian. Wystarczy przypomnieć, że Marek Antoniusz walczący z młodym Oktawianem o schedę po Cezarze, stracił poparcie Rzymian między innymi dlatego, że zaczął czcić egipskich bogów. Jednak za panowania Aureliana cesarstwo było

s. 24

“Jednak fakt istnie-

nia kultów związanych z datą 25 grudnia niekoniecznie musiał mieć wpływ na ustanowienie przez chrześcijan daty Bożego Narodzenia na ten dzień. Pierwsza wzmianka o narodzeniu Chrystusa 25 grudnia pochodzi z 204 roku, a więc na długo przed wprowadzeniem kultu Niezwyciężonego Słońca. już wieloetnicznymi kotłem, gdzie pomieszane były religie i kultury. Ustanowienie święta, które łączyło w sobie elementy funkcjonujące w większości wierzeń, było krokiem na drodze do stworzenia wspólnej tożsamości dla wszystkich zamieszkujących powoli rozpadające się Imperium Romanum. Kult Sol Invictus przypadał na

czas rzymskich Saturnaliów – święta o bardzo radosnym charakterze. Czczono wówczas odpowiadającego za zasiewy i czas staroitalskiego boga rolnictwa, Saturna. Podczas Saturnaliów obdarowywano się upominkami oraz urządzano wystawne procesje i uczty. Święto to pokrywało się również z ważnym dniem dla wyznawców mitraizmu. Kult ten zaczął zdobywać popularność w Rzymie w I wieku naszej ery, a we wschodnich prowincjach funkcjonował na długo, zanim zostały wcielone do Imperium. Mitra był typowym bóstwem solarnym, zaczął go czcić cesarz Kommodus (tak, ten Kommodus z Gladiatora), co wówczas drastycznie zmniejszyło jego popularność wśród poddanych, niemniej otworzyło drogę dla dalszych postępów mitraizmu w Rzymie. W III wieku naszej ery kult ten objął swoim zasięgiem niemal całe imperium rzymskie. Do ukształtowania się kultu Sol Invictus swoje dorzucił także inny cesarz, prywatnie czczący nierzymskiego boga – Heliogabal. Był on w dzieciństwie kapłanem syryjskiego


boga słońca, El Gabala. Jednak fakt istnienia kultów związanych z datą 25 grudnia niekoniecznie musiał mieć wpływ na ustanowienie przez chrześcijan daty Bożego Narodzenia na ten dzień. Pierwsza wzmianka o narodzeniu Chrystusa 25 grudnia pochodzi z 204 roku, a więc na długo przed wprowadzeniem kultu Niezwyciężonego Słońca. Wydaje się, że chrześcijanie wybrali tę datę, niezależnie do pogan, na dodatek był to wybór mający solidne, historyczne uzasadnienie. Około 200 roku Tertulian z Kartaginy odczytał zawartą u św. Jana informację o dacie dziennej śmierci Pana Jezusa. Według niego 14 Nisan odpowiadać miał 25 marca w ówczesnym kalendarzu rzymskim. Wśród Ojców Kościoła panowała pewność, że Chrystus umarł na krzyżu w tym

samym dniu roku, w którym został poczęty w łonie Maryi. Przypuszczenie to potwierdza również narodzenie Jana Chrzciciela, który, jak wiemy z Ewangelii św. Łukasza, był do Jezusa starszy o 6 miesięcy. W tejże ewangelii czytamy, iż Zachariasz był kapłanem z oddziału Abbiasza, który był „ósmy w kolejności do służby”. Na podstawie danych o dacie odbudowania świątyni i wznowienia w niej kultu, amerykańscy bibliści wskazali, że Zachariasz swą służbę pełnił na początku października, co potwierdza datę Wcielenia Chrystusa 25 marca oraz Jego Narodzenia 25 grudnia. Rękopisy Qumran również potwierdzają datę służby kapłańskiej Zachariasza, uwiarygodniając oparty na tradycji przekaz. Zbieżność pogańskich kultów narodzin bóstw solarnych z datą

narodzin Chrystusa można rozpatrywać w kategorii praeparatio evangelica. Jest to pogląd wyrażany już przez chrześcijańskich pisarzy w starożytności, iż rozwój i ekspansja Imperium Rzymskiego, wraz ze swymi zdobyczami cywilizacyjnymi, jak np. drogi, były Bożym zamiarem. Dzięki temu uczniowie Chrystusa mieli ułatwione zadanie niesienia ewangelii na krańce świata. Chrystus, zapowiadany przez proroków jako „światło na oświecenie pogan” jest prawdziwym Słońcem Niezwyciężonym. 

s. 25


TEMAT NUMERU

Święta bez Kevina?

Koszmar dzisiejszego świata O tym, że historia małego chłopca, który zostaje sam w domu na święta,

ponieważ rodzina zapomniała go ze sobą zabrać i który spuszcza do tego konkretny łomot włamywaczom, jest naiwna, nie trzeba przekonywać chyba nikogo.

I każdy też wie, że wyszła z tego przezabawna komedia, którą przyjemnie ogląda się nie tylko za pierwszym razem. Wszystko więc byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że Kevin stał się symbolem świąt, których prawdziwy sens gdzieś się rozmywa w naszym świecie. Mateusz Nowak

C

o roku to samo. Przygotowania do kolacji wigilijnej, buszowanie po sklepach i na allegro w poszukiwaniu pomysłów na prezenty dla najbliższych, ubieranie choinki, w końcu wspólna, rodzinna kolacja, otwieranie prezentów (główny punkt programu tych najmłodszych), no i Kevin. Nawet jak telewizor nie jest włączony, to wiemy, że ten Kevin tam jest, że Polsat każdego roku dba o to, byśmy nie zapomnieli o tym, że Kevin został sam w domu. Ewentualnie w Nowym Jorku, choć to w sumie bez różnicy, oba filmy operują tym samym schematem. I tu nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem filmów Chrisa Columbusa, bo to naprawdę przyjemne komedie. Problem jest tego rodzaju, że Kevin stał się pewnym nieciekawym zjawiskiem

s. 26

“Kolacja wigilijna

powinna być czasem tylko dla rodziny. Dlatego zachęcam do wyłączenia telewizora, komputerów, a nawet telefonu. W ten jeden dzień w roku naprawdę świat nie przestanie istnieć tylko dlatego, że nie będziesz sprawdzać fejsa co 5 minut. kulturowym. Bo teraz, gdy spyta się na ulicy przeciętnego Kowalskiego, z czym kojarzą mu się święta, to Kevina wymieni na pewno, z narodzinami Jezusa może być już gorzej.

A przecież to właśnie są święta BOŻEGO Narodzenia! Czy ma to dla nas jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Czy liczy się wszystko inne, cała ta otoczka, tylko nie prawdziwy sens tego czasu. Brakuje w tym wszystkim chwili zatrzymania się, chwili modlitwy, chwili poświęconej Bogu. W natłoku spraw, robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę, we wszystkich przygotowaniach zapominamy, by choć na krótki moment się zatrzymać. Tragedia się nie stanie, karp przez to nie ucieknie, a będzie to choć mały symbol, że pamiętamy czym te święta powinny być. Radujmy się. Oczywiście, w końcu od tego ten okres jest. Dla wielu pewnie najpiękniejszy czas w roku. Jedzmy potrawy wigilijne, bo nie mamy ich na co dzień. Cieszmy się ze wspólnego spotkania z rodz-


iną, z rozdanych i otrzymanych prezentów, z pierwszej gwiazdki i pięknie wystrojonej choinki. Poczujmy w sobie ducha tych świąt i przy tym wszystkim nie zapominajmy o Bogu. Naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy krótka modlitwa przed kolacją, przeczytanie fragmentu Pisma Świętego, wspólne śpiewanie kolęd, zwieńczone pójściem na pasterkę. To przecież są tak proste rzeczy, które tak niewiele kosztują, a pozwalają utrzymać prawdziwy sens świąt. Kolacja wigilijna powinna być czasem tylko dla rodziny. Dlatego zachęcam do wyłączenia telewizora, komputerów, a nawet telefonu. W ten jeden dzień w roku naprawdę świat nie przestanie istnieć tylko dlatego, że nie będziesz sprawdzać fejsa co 5 minut. Nic się nie stanie, jeśli tym razem Kevin pozostanie sobie na Polsacie, a do Twojego domu nie zawita. W końcu czy naprawdę chcemy, żeby synonimem świąt Bożego Narodzenia było amerykańskie dziecko? Ja wiem, że

jest moda na wszystko co pochodzi zza oceanu. Czy tego chcę, czy nie, to jesteśmy coraz bardziej przesiąknięci ich wszelkimi tradycjami, które powoli zaczynają wypierać nasze własne. Do tego dochodzi wszechobecna komercjalizacja świąt, sprowadzenie ich do rangi produktu konsumpcyjnego, który trzeba jak najlepiej rozreklamować i sprzedać. Dość powiedzieć, że wystawy świąteczne w niektórych sklepach pojawiają się już w kilka dni po Wszystkich Świętych, czyli grubo ponad miesiąc przed czasem. Takie już są uwarunkowania rynku i chyba nic na to nie można poradzić. Zwłaszcza, że nie za bardzo słychać głosy sprzeciwu, co akurat niejednokrotnie mogłoby się przydać. Dopóki jednak będzie zapotrzebowanie, dopóty sieci marketów będą tak robić, mimo że razi to w oczy bardzo mocno. Kevin i inne, współczesne nam symbole świąt są już w naszej kulturze na stałe, czy tego chcemy, czy nie. Kto z nas wyobraża sobie okres

świąteczny bez "Last Christmas" w radio i Kevina w telewizji? Praktycznie nikt, bo to już nam weszło w krew. Świeckie zwyczaje poszerzamy, a o sakralne dbać przestajemy. Taki postęp czasów. Trzeba umieć w tym wszystkim znaleźć złoty środek. Może to nie jest łatwe, może nie każdemu się to uda, ale warto próbować, by każde kolejne święta nie były tylko zlepkiem różnych świeckich tradycji. Dajmy w to Boże Narodzenie Bogu coś od siebie, on nam daje swego syna, to my zaoferujmy mu chociaż tę chwilę modlitwy.

s. 27


Boże TEMAT NUMERU

Narodzenie. List do Holandii Moja Droga Josine, mam nadzieję, że u

Ciebie wszystko w porządku, że skończyłaś pisać wszystkie prace zaliczeniowe i teraz przygotowujesz się do Świąt. W ostatnim liście pytałaś, jak my w Polsce obchodzimy i obchodziliśmy Święta Bożego Narodzenia. Wszystko Ci teraz opiszę… Karolina Kowalcze

M

usisz wiedzieć, że Polska od ponad tysiąca lat jest krajem chrześcijańskim i to właśnie ono definiuje tożsamość polską w świecie. Nie będę się teraz rozpisywać na temat chrztu Polski, wtórnego poganizmu i dzisiejszego popularnego ateizmu. Nie będę się też wgryzać się w szczegóły mniejszości wyznaniowych w Polsce. O tym napiszę w innym liście… Ale musisz wiedzieć, że nawet na ateistyczne świętowanie Polaków religia katolicka i tradycja mają wielki wpływ. Tradycje Świąt Bożego Narodzenia należą do najbogatszych w Polsce. Są zróżnicowane, ale łączy je jedno: wszędzie stawiamy jest nacisk na duchowość. Nasunął mi się teraz na myśl pewien cytat: „Obok każdego żłóbka, w którym rodzi się Zbawiciel, albo jakaś idea przynosząca ratunek światu, stoi także wół, który żre spokojnie”. Opowiem Ci teraz o zwyczajach, które sprawiają, że nie jesteśmy tylko tępo żrącymi koniczynę wołami. Skupię się na tradycjach Krakowa: są dla mnie najbliższe.

s. 28

“Do rozpoczęcia Wi-

gilii również obowiązuje ścisły post. Kończy się on wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie. Wtedy rodzina dzieli się opłatkiem i składa sobie życzenia. Ten zwyczaj pojawił się bardzo dawno i jest kultywowany do dzisiaj. Święta zaczynają się 25 grudnia (są poprzedzone Wigilią) i kończą świętem Trzech Króli, 6 stycznia (dzisiaj ten okres jest podkreślany głownie przez śpiewanie kolęd podczas nabożeństw). Korzenie naszych Świąt sięgają czasów pogaństwa: właśnie Kościół w walce z pogaństwem „zamieniał” bałwochwalcze zwyczaje na chrześcijańskie (również przynosił ze sobą nowe) – dla przykładu Satunaria,

które obchodzono w starożytnym Rzymie w grudniu na cześć boga Saturna, z biegiem czasu zmieniono na święto Słońca Niezwyciężonego. Symbolikę słońca, blasku rozświetlającego mrok wykorzystano w chrystianizacji Europy. Na fundamentach starożytnej cywilizacji zbudowano naszą… I nie uważam, żeby było to negatywne zjawisko: w Świętach chodzi o niezwykle ważną symbolikę zrozumiałą dla wszystkich, zwłaszcza dla tych, dla których religia chrześcijańska była zupełnie nowa i którzy mentalnie byli bardzo zanurzeni w pogaństwie. Do przygotowań wigilijnych należy również przygotowanie szopki. Jest to scena narodzin Dzieciątka Jezus, rozpowszechniona przez świętego Franciszka, który tworzył żywe szopki. Do dzisiaj w Krakowie można zobaczyć żywą szopkę, której organizacją zajmują się właśnie franciszkanie. Ale inne krakowskie szopki też są naprawdę piękne! Wykonane z tektury, albo sklejki, „architektonicznie” przypominają bogate, gotyckie kościoły. Twórcy


zdobią je bibułą, sreberkami i złotkami… W środku szopki umieszczają figurki: św. Józefa, św. Maryi, Dzieciątka Jezus, pastuszków… Samo Boże Narodzenie nazywano dawniej Godnymi Świętami. I właśnie dlatego należało się do nich porządnie przygotować. Czas przygotowań został nazwany adwentem (zauważ Josine, że to słowo pochodzi z łaciny i oznacza „przyjście”). Przyjście trwa cztery tygodnie. Codziennie rano wierni udają się na mszę roratnią podczas której palą świece – światła w Kościele włączane są dopiero później. Wyobraź sobie, zapach kadzidła i świec… To jest niesamowite! Musisz przyjechać, żeby przeżyć to z nami. Dawniej jeszcze podczas adwentu obowiązywał surowy zakaz urządzania wesel, hucznego świętowania i post we wtorki, piątki i soboty. Dzisiaj jest to już rzadziej spotykane… Również do przygotowań adwentowych należało obdarowywanie się prezentami w dniu św. Mikołaja. W Krakowie, gdzie mieszkam, początkowo prezenty dostawały małe dzieci i były to obrazki święte, krzyżyki, pieniądze i słodycze. Teraz już prezentami obdarowują się wszyscy. Niestety my nie mamy w zwyczaju dołączać do prezentów krótkich rymowanych wierszyków, jak robicie to w Niderlan-

dach. Natomiast pod koniec XVIII wieku św. Mikołaj odwiedzał domy w towarzystwie Anioła lub Diabła. Waszym holenderskim odpowiednikiem tego zwyczaju jest Czarny Piotruś – u nas w ogóle nieznany… Dawniej adwentowy post był czasem dotkliwszym niż dzisiaj ze względu na mniejszy wybór postnego jedzenia. Kończy się on Wigilią (słowo również pochodzące z łaciny oznaczające czuwanie w noc poprzedzającą święto), czyli uroczystą kolacją. Do rozpoczęcia Wigilii również obowiązuje ścisły post. Kończy się on wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie. Wtedy rodzina dzieli się opłatkiem i składa sobie życzenia. Ten zwyczaj pojawił się bardzo dawno i jest kultywowany do dzisiaj. Podczas Wigilii nie spożywamy mięsa, natomiast jemy rozmaite rodzaje ryb. Dzisiaj najpopularniejszą stał się karp, jednak jeszcze na wielu wigilijnych stołach można znaleźć inne ryby takie jak: śledzie, szczupaki i okonie z posiekanymi jajkami. Zwyczajowo na stole powinno pojawić się dwanaście potraw i jedno wolne miejsce dla nieoczekiwanego gościa lub dla osób zmarłych, które nie mogą w tym dniu być z nami. Jeszcze dawniej zostawiano lekko uchylone drzwi do domu – właśnie dla dusz zmarłych.

W domach krakowskich mieszczan w XVII i XVIII wieku najczęściej jadło się zupę migdałową z rodzynkami lub barszcz z uszkami (niezwykle popularny również dzisiaj), kucję czyli pszenicę zaprawioną miodem i makiem oraz krążki z chrzanem. Po Wigilii wierni udają się na pasterkę, czyli na mszę świętą zaczynającą się o północy. 25 grudnia to właściwe święto Bożego Narodzenia. Dnia 26 grudnia, czyli we wspomnienie św. Szczepana, mieszczanie krakowscy obsypywali się owsem. Miało to sprowadzić pomyślność i dobre urodzaje. W tym dniu chłopi owijali słomą drzewa – aby były chronione przed Diabłem. Od dnia św. Szczepana do Nowego Roku obowiązywał zwyczaj „chodzenia po kolędzie”. Była to bardzo znana wśród krakowskich rzemieślników zabawa. Zaczynano ją 24 grudnia i kończono 2 lutego. Uczestnicy przebierali się za osoby znane z szopki: pastuszków, Trzech Króli, zwierzęta… i śpiewali kolędy. Wyobraź sobie Josine, zwyczaj znany dzisiaj sięga już XVII wieku! Jednak tradycja ta powoli już zanika… Jeśli chodzi o krakowskich chłopów – ich zwyczaje też są warte opisania. W Wigilię rano się myli w wodzie ze srebrnym pieniążkiem, aby pieniądze “się ich trzymały”, a

s. 29


śmieci z izby podrzucali pod próg sąsiadom, aby wszelkie robactwo z domu przeniosło się do ich domów. Ważne było również, aby w Wigilię z zewnątrz do domu pierwszy wszedł mężczyzna, co wróżyło zdrowie, jeśli pierwsza weszła kobieta, wróżyło to choroby dla mieszkańców przez cały rok. Czasami skłócone sąsiadki umyślnie się odwiedzały! Podczas Wigilii z każdej potrawy zostawiało się odrobinę dla zwierząt (zostawiało się również opłatek). Kobiety słuchały, z której strony domu pies zaszczeka: z tej strony miał nadejść narzeczony. 25 grudnia nie można było wykonywać żadnych prac w domu, czas spędzano w domu, wieczorem kolędowano. Oczywiście w żadnym domu nie może zabraknąć choinki. To drzewko iglaste, najczęściej świerk, jodła lub sosna ozdobione kolorowymi bombkami. Tę tradycję przejęliśmy od Niemców w czasie zaborów Polski. Ten zwyczaj łatwo było zaszczepić u Polaków: w święta ozdabiali oni swoje domy gałązkami. Na samym „szczycie” choinki znajduje się

s. 30

gwiazda – symbolizuje ona gwiazdę betlejemską. Popularne były również – i nadal są – jasełka. Początkowo były znane we Włoszech i we Francji, a na całą Europę, już w średniowieczu, rozpowszechnili je franciszkanie. Czym są jasełka? To przedstawienie o Bożym Narodzeniu. Nazwa wywodzi się ze staropolskiego słowa „jasło” czyli „żłobek”. Nieznani są twórcy tekstów używanych w jasełkach. W XVII wieku Kościół zakazał wystawiania jasełek w świątyniach: do przedstawień przeniknęło za dużo treści o charakterze ludycznym. Dzisiaj jasełka wystawiane są w kościołach, salkach parafialnych oraz w szkołach. Mam nadzieję, że nakreśliłam Ci chociaż odrobinę, jak Boże Narodzenie wygląda u nas. Może kiedyś uda Ci się odwiedzić Polskę podczas Bożego Narodzenia? I proszę Cię, napisz mi też kilka słów o Bożym Narodzeniu w Holandii. Całuję Cię i mocno ściskam! Dikke knuffelen – Twoja Karolina 

Źródła: M. Borejszo, “Boże Narodzenie w polskiej kulturze” A. Krzemińska, “Ukryte pod choinką”, „Polityka” 2009 S. Udziela, “Krakowiacy” J. Pachoński, “Zmierzch sławetnych, z życia mieszczan w Krakowie XVII i XVIII wieku” K. Braun, “Zapisane w pamięci. Opowieści o polskiej kulturze ludowej” T. Seweryn, “Podłaźniki” Ł. Gołębiowski, “Lud polski, jego zwyczaje, zabobony” K. Moszyński, “Kultura ludowa Słowian”, t. II, cz. I S. Marek, “Orszak Trzech Króli”, „Niedziela” 01.07.2013


s. 31


TEMAT NUMERU

Pastuszkowie

czy...

pastuchy? Boże Narodzenie ma już twardo ugruntowaną tradycję. Sielankowość, delikatność i taktowność dominują w obrazach wigilijnego wieczoru. Wszelka oznaka szorstkości jest uznawana za psucie "magii" świąt. Pomijając fakt, że magia stoi w głębokiej sprzeczności z wyznawaniem katolicyzmu, podkreślić należy fakt, że przyjście Chrystusa na świat z sielanką połączone nie było. Dominik Cwikła NIEPRAWA CIĄŻA, DZIECIOBÓJSTWO I PIEKŁO SANITARNE Maryja była młodą dziewczyną, gdy została zaślubiona Józefowi. Ten prawdopodobnie również był w młodym wieku. Natomiast ich związek nie był skonsumowany. Zgodnie z tradycją żydowską, która w tamtych czasach obowiązywała (wśród ortodoksyjnych Żydów funkcjonuje do dziś), młode małżeństwo przez pewien czas nie mogło razem mieszkać i utrzymywać małżeńskich relacji. A teraz wyobraźcie sobie, drodzy Panowie, że wasza narzeczona (bo można porównać tamten etap małżeństwa do dzisiejszego narzeczeństwa) mówi Wam, że jest w ciąży. A Wy wiecie, że byliście grzeczni i nie możecie mieć w tym udziału. Na zapytanie o jakieś wytłumaczenie mówi Wam, że nie dopuściła się zdrady, ale to Duch Święty sprawił. Ilu by uwierzyło? Jednak z Pisma dowiadujemy się, że Józef był mężem prawym i nie chciał robić Maryi problemu. A mógłby zrobić poważny. Za cudzołóstwo

s. 32

“Pastuchami bo-

wiem były osoby, których nikt nie chciałby spotkać w ciemnym zaułku. Często byli to niegdysiejsi kryminaliści i najgorsza recydywa. Ludzie, którzy nie mogli pokazywać się w mieście bowiem skończyłoby się to dla nich źle. bowiem kobieta mogła zostać ukamieniowana. Gdy Józef szykował się, by potajemnie ją odprawić, ukazał mu się anioł i wszystko wyjaśnił. To jednak nie był koniec problemów. Przed młodym małżeństwem była długa podróż, na końcu której nie było dobrego miejsca, by brzemienna kobieta mogła wypocząć. Oprócz tego okazało się, że trzeba było szybko uciekać, bo szalony

władca postanowił dokonać wielkiej rzezi niemowląt. Droga do ratowania Chrystusa wiodła przez emigrację do Egiptu. Dla Żyda chyba nie było wówczas gorszej opcji. W końcu Egipt jasno kojarzył się Izraelitom z niewolą. Przedtem zaś odbył się poród w warunkach, za które obecnie doszłoby do sprawy sądowej. A po narodzinach ktoś przybył. Domyślacie się już po tytule, kogo mam na myśli. PASTUCHY, CZYLI KRYMINAŁ Faktyczny status społeczny ówczesnych ludzi zajmujących się wypasaniem stad zwierząt jest zupełnie różny od tego, który przedstawia się w bożonarodzeniowej szopce. W kościołach przedstawia się pastuszków, którzy są łagodni, delikatni, dobrzy i pobożni. Niejeden zechciałby doprawić im aureolę. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia zresztą się do tego przyczynia. Czytamy bowiem, że "W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą" (Łk 2, 8). W starym przekładzie Pisma,


TEMAT NUMERU

tzw. Biblii Wujka, czytamy nie o "pasterzach", lecz o "pastuchach". I to określenie jest o wiele bliższe prawdy. Pastuchami bowiem były osoby, których nikt nie chciałby spotkać w ciemnym zaułku. Często byli to niegdysiejsi kryminaliści i najgorsza recydywa. Ludzie, którzy nie mogli pokazywać się w mieście, bowiem skończyłoby się to dla nich źle. Mieli problemy z alkoholem (oraz z jego brakiem) i – jeśli byli żonaci – bili swoje żony. Tajemnica narodzenia jest o wiele głębsza, gdy uświadomimy sobie, że to właśnie kryminalistom objawili się aniołowie, którzy zachęcili ich do złożenia hołdu Bogu. Co ciekawe, nie wiemy, co potem z pastuchami się stało. Czy się nawrócili? A może się zachwycili, a potem wrócili do swojego dawnego sposobu życia?

Tego nie wiemy. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe argumenty, warto też zastanowić się nad tym, co upodabniający się coraz bardziej do protestanckich herezji "nowocześni" księża próbują serwować swoim wiernym. Ileż to razy już słyszałem, że chrześcijanin to osoba łagodna, która nie ma wrogów. Jak to się ma do wspomnianych pastuchów chociażby? A może św. Józef jest też złym przykładem chrześcijanina? W końcu musiał uciekać przed potężniejszym od siebie wrogiem. Albo czy sam Chrystus ponad 30 lat później dokonał czegoś złego, gdy rozpędził kupców sprzed świątyni? Jeśli czytamy o ukręceniu bicza z piasku, to łagodności z tej sceny nie da się dostrzec. Wkrótce zasiądziemy do wig-

ilijnego stołu ze swoimi bliskimi. Pamiętajmy, że Chrystus nie narodził się tylko dla chrześcijan, ale także – a może nawet przede wszystkim – dla osób z temperamentem gorącym, którzy dalecy są od łagodności. I ci ludzie także mogą być dobrymi chrześcijanami. 

s. 33


TEMAT NUMERU

W święta i po świętach niech się spełnią… Anna Gadowska

Ż

Prócz choinki, świątecznych ozdób, kolęd, spotkań przy uginającym się od potraw stole, mamy świąteczne życzenia. Z rozrzewnieniem deklamowane, wydumane dzień wcześniej, pospiesznie klecone na bieżąco. Wypowiadane, zapisywane stanowią próbę ułaskawienia przyszłości, tchnięcia w nią naszych pragnień, wizji, potrzeb. Zdrowia, szczęścia, pomyślności; niech się wiedzie, niech się darzy. Nim złożymy je sobie w gronie rodziny, przyjaciół, znajomych, pragnę te kilka serdecznych słów przekazać nam wszystkim tutaj.

yczę nam wiary. Wiary w lepsze dziś przed jeszcze lepszym jutro. Mówi się o wierze, że czyni cuda, przenosi góry, że dzięki niej „wszystko się może zdarzyć”. Bywa, że staje się patetyczna i wydęta, pozostając słowem zanotowanym przez poetę w chwilowym uniesieniu. Gdy cud nie następuje, góra stoi i rośnie i właściwie nic się nie zdarza, przestajemy wierzyć w nią samą. Wierzyć w sens wiary. Życzę nam takiej wiary, która nie będzie tylko zaufaniem, zawierzeniem, ale działaniem; czynem, którego się podejmiemy, mając ją u boku. Wiary, będącej umiejętnością podjęcia ryzyka. Wiary, która jest odwagą, która podniesie po porażkach, czekających na chwilę słabości, samotności i zwątpienia. Życzę nam uwagi. Bądźmy uważni, by nie zadeptywać małych rzeczy. Tych wszystkich rzeczy, których nie widać od razu; które przykryte pod wielkimi szyldami, ukryte czasem w bogatych formach stanowią ich strukturę, nadają kolor,

s. 34

fakturę i treść. Rzeczy nie ze złota, nie zapierających dech w piersiach swoim ogromem, ujmujących dostojeństwem. Gdy kolor blaknie, znika struktura, a zaraz za nią treść; pozostaje tylko forma, wielki nic nieznaczący kawałek czegoś, co nie ma już nawet swojego imienia. Przyglądajmy się szyldom, zwłaszcza tym, pod którymi na co dzień funkcjonujemy jako część społeczeństwa, rodzina, przyjaciele, zakochani. Życzę nam wielu pytań bez odpowiedzi, byśmy nie przestawali szukać. Droga, którą przebywamy, szukając, jest niewymiernie bogatsza dzięki ciągłemu otwieraniu się na nowe, rewidowaniu tego, co stare, doświadczaniu tego, co inne, jeszcze nieznane, aniżeli sama odpowiedź. Niech to doświadczanie, odkrywanie nowego kształtuje nas wciąż ku lepszemu. Bądźmy wyrozumiali, przede wszystkim dla samych siebie. Zdrowy dystans i kilka słów mniej każdego roku ratują przed katastrofą niejeden świąteczny stół pełen animozji

i dysonansów. Choinka, świąteczne ozdoby i kolorowa, błyszcząca świąteczna otoczka nadchodzących dni to tylko symbole, namacalne zastępniki czegoś, co niewidzialne, co stanowi o istocie czasu świąt. Każdy z tych symboli ma sens jedynie wówczas, gdy niesie ze sobą znaczenie – dostrzegane przez nas i rozumiane. W przeciwnym razie symbole te pozostają pustymi, często kiczowatymi ozdobami, wieńczącymi nasze domostwa. Dbajmy o siebie, pielęgnujmy nasze relacje, bo to my jako wielka człowiecza rodzina – ludzie bliżsi czy dalsi sobie, stanowimy o tym, co najważniejsze, co jest esencją tego świątecznego czasu. Nie zapominajmy o tym, co istotne. Pamiętajmy o znaczeniach. Uczmy się te znaczenia rozpoznawać, rozumieć i wprowadzać w życie, nie tylko w czasie nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, ale również – a może przede wszystkim – na co dzień. I tego nam wszystkim świątecznie na koniec życzę. 


s. 35


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

A po-co-to, na-co-to?

Hierarchia

Tłusty biskup jedzie nowym bentleyem, popijając wino kupione za pieniądze z tacy. Pijany ksiądz wychodzi z burdelu, gdzie zapłacił pieniędzmi z „tacy”. Kardynał niczym bizantyjski książę, otoczony watykańskim przepychem i rzucający się w nurt wielkiej polityki. Czy tak wygląda hierarchia kościelna?

“Ciężko być polskim

Rafał Growiec

S

kąd w Kościele wzięli się biskupi? Od zarania dziejów Kościoła, nie było między wiernymi totalnej równości. Wynikało to jednak nie z żądzy władzy i pieniędzy, ale z różnego doświadczenia pierwszych chrześcijan. Najprościej można ich podzielić na tych, którzy mieli kontakt z Chrystusem lub Apostołami i tych, którzy przez tych pierwszych poznawali Dobrą Nowinę. Na czele wspólnot stały osoby mające dbać nie tylko o liturgię, ale też formację moralną i religijną. Z początku przewodniczyli wspólnotom sami Apostołowie, lecz wraz z pojawieniem się tendencji do wyruszania na misje, pojawiła się potrzeba, by o lokalną wspólnotę troszczył się ktoś spoza ich grona. Potrzeba stała się paląca wraz z wielkimi podróżami św. Pawła, który po ewangelizacji jednego rejonu, jechał dalej. W każdej wspólnocie jednak zostawiał jakiegoś swojego zaufanego człowieka, o którym miał pewność, że poprowadzi lokalny Kościół zgodnie z wytycznymi

s. 36

biskupem. Próby krytycznego podejścia do polskiej rzeczywistości zawsze będą się kojarzyć z polityką. Gdy biskup powie, że jest dobrze, dla opozycji będzie to znaczyło, że opowiada się po stronie partii rządzącej. Jeśli powie, że jest źle – dla partii rządzącej stanie się zwolennikiem partii opozycyjnej. Ewangelii. Sam Paweł zanim zaczął głosić Ewangelię, skonsultował się z Dwunastoma (gr. Dodeka), by mieć ich akceptację – swoiste imprimatur i nihil obstat. Biblia na oznaczenie biskupa używa słowa episkopos, które oznacza „nadzorcę”, „zarządcę”. Pierwotny Kościół skupiał się wokół biskupa, który nadzorował realizację trzech płaszczyzn chrześcijańskiego stylu

życia: leiturgiji, diakoniji i kononiji. Leiturgia, to uwaga, niektórzy mogą się zdziwić – liturgia. Biskup miał dbać o to, by służba Boża sprawowana była godnie, bez podziałów i w ortodoksji. Czyli: najważniejszy jest Chrystus, a nie różne rodzaje Aniołów (por. Kol 1, 16); agapa ma być po Eucharystii, by ludzie nie przychodzili pijani (1 Kor 11, 17). Diakonia oznacza służbę na rzecz bliźnich – najczęściej ubogich, sierót i wdów. Przez pewien czas sami Apostołowie, jak to określa św. Łukasz w Dziejach Apostolskich „obsługiwali stoły”, jednak z czasem uznali, że zajmuje to zbyt wiele czasu, który mogli poświęcić głoszeniu słowa Bożego. Tak powstał urząd diakonów (Dz 6, 1-7). Trzecia płaszczyzna, koinonija, to dbanie o jedność Kościoła. A tego trzeba było pilnować, gdyż chrześcijanie, jako wspólnota młoda mieli tendencje do postaw... nieco dziwnych. Hymn o Miłości z 13. rozdziału 1. Listu do Koryntian to właśnie odpowiedź na licytację o to, który z charyzmatów jest najlepszy.


TEMAT NUMERU

Także w Koryncie pojawił się problem dzielenia Kościoła według tego, kto głosił Ewangelię (1 Kor 3, 1-7). Pierwotnie urzędy biskupów i prezbiterów nie były jasno rozdzielone. Wynikało to po części z podobnych obowiązków, ale też niewielkiej ilości chrześcijan i braku potrzeby bardziej złożonej organizacji. Wciąż jednak były osoby cieszące się większym autorytetem niż pozostali – bardziej wiarygodni byli ci, którzy spotkali Jezusa osobiście. Już pod koniec I wieku św. Ignacy Antiocheński mówił o trójstopniowej hierarchii. W kolejnych stuleciach zebrania biskupów, sobory, decydowały o tym, co może być uznane za ortodoksję a co jest herezją. CAPUT MUNDI Skąd zatem wyjątkowa pozycja papieża i jego prymat? Dlaczego mówimy o biskupie Rzymu jakby był on jego głównym zarządcą? Przede wszystkim wynika to z pozycji Piotra wśród Apostołów i ze szczególnej więzi, jaka łączyła Szymona z Jezusem. To Szymonowi, synowi Jony, Chrystus kazał paść swoje baranki

(J 21, 15-19). Kwestia uzasadnienia pierwszeństwa Rybaka i jego następców to chyba temat na osobny artykuł, więc teraz przejdę do kwestii historycznych. Przez około 150 lat (313-475) legalnie istniały obok siebie w Rzymie dwie instytucje: papież i cesarz. Gdy jednak cesarzy brakowało, a barbarzyńców był aż nadmiar, stopniowo władza przechodziła w ręce biskupa Wiecznego Miasta. Z czasem doprowadziło to do powstania Państwa Kościelnego, a za czasów św. Franciszka papieże toczyli wojny niczym udzielni książęta. Zresztą ten sam trend widać było wśród biskupów – do tego stopnia, że polskie słowo „ksiądz”, oznaczające dawniej tylko biskupa, oznaczało kiedyś właśnie osobę wpływową. Trzeba przyznać, że Kościołowi zdarzało się popaść w stan degrengolady. Być może tylko istnienie kogoś powyżej biskupa lokalnego sprawiało, że owczarnia Boża nie rozbiegła się po wszystkich kątach narodowych i dynastycznych aspiracji i interesów. Tak było za Grzegorza VII, który walczył z traktowaniem biskupstwa jak ciepłej, dostępnej za opłatą

posadki dla trzeciego syna księcia. Wokół papieża dość szybko (pierwsze wzmianki pochodzą z V wieku) zebrał się też odpowiedni organ doradczy i pomocniczy – Kolegium Kardynalskie, złożone z proboszczów rzymskich parafii i sprawujących liturgię w tamtejszych bazylikach. Wyjątkiem byli kardynałowie świeccy, którzy – jak kard. Mazarin – otrzymywali ten tytuł nie posiadając święceń. Pełnią oni istotne role w Kurii Rzymskiej... A właśnie – kuria. Czyli te wszystkie okoliczne w stosunku do biskupa urzędy. To grono urzędnicze, zajmujące się z upoważnienia biskupa wszystkimi sprawami takimi jak wydawanie imprimatur lub nihil obstat, udzielaniem misji kanonicznej czy sprawami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Po prostu, człowiek po święceniach nadal pozostaje człowiekiem. Gdy ma pod sobą pół miliona wiernych nie jest po prostu w stanie wszystkim zajmować się osobiście. Podejrzewam, że wtedy nie miałby czasu podrapać się w nos, a co dopiero mówić o sprawowaniu liturgii. Dlatego prawo kanoniczne zna pojęcie władzy dele-

s. 37


gowanej – udzielonej przez biskupa np. wikariuszowi generalnemu, który wtedy nie korzysta ze swoich uprawnień, ale wyjątkowo, nadzwyczajnie działa w imieniu pasterza Kościoła lokalnego. Kuria Rzymska jest tak specyficznym gronem głównie z powodu tego, że zajmuje się sprawami całego świata. Kościół jest powszechny, katolicki i dlatego jeśli powstanie parafia księżycowa czy marsjańska, to koloniści dalej podlegać będą biskupowi Rzymu. Wracając na Ziemie, przypomnijmy, że obecnie Kuria Rzymska wspiera papieża w pasteryzowaniu nad ponad miliardem katolików oraz w kontaktach z pozostałymi sześcioma miliardami. To wielka władza i odpowiedzialność, nie może więc dziwić ilość teorii spiskowych, których punktem wspólnym są panowie w czerwonych kapeluszach. Nieraz przeciwstawia się papieża Franciszka Kurii Rzymskiej, która ma być rzekomo trudna do zreformowania. Nie jest to nowy pomysł. Koniec życia św. Jana Pawła II stał się okresem, gdy dużo mówiono o gierkach kardynałów, korzystających z niemocy chorego papieża.

s. 38

I TY JESTEŚ HIERARCHĄ Przynajmniej jeśli „hierarcha” to „ktoś zajmujący miejsce w hierarchii kościelnej”. Zwłaszcza po II Watykańskim Soborze Ekumenicznym wierni zostali na nowo dostrzeżeni w Kościele. Tak naprawdę nie ma wielkiej, grubej, purpurowej kreski oddzielającej Lud Boży i jego pasterzy. Nawet nie ma „sakramentu kapłaństwa” – gdyż w czasie liturgii wszyscy sprawujemy kapłaństwo. Jest sakrament święceń, dający możliwość przewodniczenia zgromadzeniu liturgicznemu. Wierni świeccy, poza uprawnieniami wynikającymi ze święceń kapłańskich, są tak samo odpowiedzialni za wspólnotę Niekiedy bywa to przeakcentowane, zwłaszcza w krajach o silnej tradycji protestanckiej: Niemczech i Austrii (ale tez w USA), gdzie działał ruch świeckich „Wir sind Kirche”. Próby uczynienia z księdza świeckiego w koloratce i ze świeckiego księdza w garniturze spotkały się jednak z dezaprobata papieża i ekskomuniką Marthy Heizer, współzałożycielki ruchu za wielokrotne symulowanie Mszy świętej. Próby przeciwstawiania sobie

wiernych świeckich i księży płyną z wielu nurtów. Jeden to wyżej wspomniany nurt protestantyzujący, chcący widzieć w Kościele posoborowym taki sam rozwój (rozkład?) jak w niektórych denominacjach poreformacyjnych, gdzie pastorem może być nawet niewierzący. Druga strona medalu – to ruchy tradycjonalistyczne, które najchętniej oddzieliłyby się od wiernych balaskami i odpowiednim rytuałem, nosząc papieża w lektyce. Trzecia tendencja to antyklerykalne starania, by zohydzić kapłanów i biskupów wiernym tak, by w każdym purpuracie widzieli jedynie zachłannego starca, polującego na młodych ministrantów. Próby oddzielenia kapłanów od świeckich to próby zabicia Kościoła. Próby zaś zniesienia wszelkich różnic między tym, co może kapłan a tym, co może świecki to próby zdeprecjonowania sakramentu święceń. Kościół jest katolicki, ale niejednolity i różnie w nim tchnie Duch Święty. Zachowanie zarówno rozsądnego podziału ról jak i wzajemnej więzi między stanami to kwestia tego, czy Kościół pozostanie solą ziemi, czy może stanie się bezkształtną papką, która ani nie syci ani nie


nadaje smaku. HIERARCHIA A SPRAWA POLSKA W Polsce problem z hierarchią jest taki, że mieliśmy przez ponad pięćdziesiąt lat nad sobą władzę komunistyczną, która Kościół zwalczała jak mogła. Przypomnijmy tu tylko wygnanie biskupów katowickich, zamiast których zarząd w diecezji sprawował ksiądz-patriota, uległy wobec władzy świeckiej. Spraw morderstw księży nie poruszam, bo o rzeczach oczywistych się nie mówi. Jednocześnie Kościół stanowił pewną ostoję patriotyzmu i jako jedyny posiadał dość silną organizację, by stwarzać opór. Wraz z wyborem Karola Wojtyły na papieża zaczęto dostrzegać w Kościele nadzieję na uwolnienie kraju spod panowania namiestników sowietów. Wraz z upadkiem komuny przyszły dla Kościoła lata grube. Chętnie korzystano ze znajomości zaciągniętych w czasach PRL. Polityczni przeciwnicy (post)komunistów chcieli pokazać, że są za pan brat z katolicyzmem, więc zapraszali biskupa na otwarcie każdej nowej drogi czy zakładu pracy. Mieszano sprawy publiczne z religijnymi, czemu

sprzyjało to, że głową Kościoła katolickiego był wybitny Polak. Wciąż też silne było wrażenie, że katolicy stanowią zdecydowaną większość polskiego społeczeństwa, a katolicyzm ten jest silny. Powoduje to pewne oderwanie od rzeczywistości. Biskupi nie dbali o swój wizerunek, przywykli do dobrej współpracy z władzą, tak samo wielu księży diecezjalnych dało się ponieść fali huraoptymizmu i zaczęło budować wielkie, ale puste obecnie kościoły. Polska jest jednak krajem nie tyle zewangelizowanym, co schrystianizowanym. Mamy masę ochrzczonych, którzy przypominają sobie o tym, że są katolikami w Wielką Sobotę. Dla takich ludzi wymagania moralne, czy choćby próby wpływania na kształt ustawodawstwa (do czego biskup ma prawo jako obywatel RP) zdają się takim ludziom być oznaką arogancji i włażenia ludziom z butami do łóżka. Brakuje wyczucia, ale też prób solidnego przedstawienia się z tej lepszej strony w mediach. Ciężko być polskim biskupem. Próby krytycznego podejścia do polskiej rzeczywistości zawsze będą się kojarzyć z polityką. Gdy biskup

powie, że jest dobrze, dla opozycji będzie to znaczyło, że opowiada się po stronie partii rządzącej. Jeśli powie, że jest źle – dla partii rządzącej stanie się zwolennikiem partii opozycyjnej. Gdy zechce zachować dystans od politycznych sporów, zostanie oskarżony o dbanie tylko i wyłącznie o własny interes. Jeśli będzie jeździł dobrym autem, powiedzą, że się wozi za pieniądze wiernych. Jeśli będzie jeździł starym, to inni (albo i ci sami) krytycy powiedzą, że nie licuje to z godnością urzędu. Jeśli będzie dbał o moralność, to antyklerykałowie powiedzą, że przez to chce ukryć własne problemy z tożsamością. Jeśli nie, to katolicy nazwą go modernistą i liberałem. Co robić, gdy pojawia się afera z biskupem w tle? Jak reagować na kolejny antyklerykalny obrazek? Mówić prawdę – przyznawać się do błędów, ale tylko tych rzeczywistych. Mamy masę wspaniałych kapłanów – w czarni, purpurze, brązie, bieli i czerwieni. Jeśli będziemy mieć do nich właściwy stosunek – bez przebóstwienia i bez olewactwa – Kościół pójdzie właściwą drogą. 

s. 39


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Obchody Bożego Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia to nie tylko wigilia. Liczba mnoga nie jest tradycyjnie usankcjonowanym lapsusem językowym, gdyż świąt jest cała oktawa.

Wojciech Urban

Ś

więtowanie Bożego Narodzenia rozpoczyna się od wieczornego czuwania – wigilii. Mszał podaje formularze do czterech mszy: wigilijnej, o północy (pasterka), o świcie i w dzień. Msza wigilijna odprawiana jest przed I Nieszporami, a więc nie należy de facto do Uroczystości Bożego Narodzenia. Teksty mszalne mówią o oczekiwaniu na przyjście i przygotowaniu się na przyjęcie Jezusa. Pasterka wywodzi się z Liturgii Jerozolimskiej, gdzie o północy sprawowano mszę w Betlejem. Bazylika Matki Bożej Większej w Rzymie, gdzie znalazły się „ relikwie” żłóbka, stała się Betlejem zachodu. Dzięki temu pasterka rozpowszechniła się w Kościele łacińskim. Właściwą mszą tego święta była msza poranna, przez papieża odprawiana o godz. 9.00. Trzy msze Bożego Narodzenia mają trzy różne formularze. Ilustrują one potrójne narodzenie się Chrystusa. Pierwsza msza dotyczy narodzin z Ojca (patrz w Credo: „zrodzony, a nie stworzony”), druga

s. 40

“Misterium Bożego

Narodzenia stanowi godzinę narodzin liturgii. Jezus Chrystus, Słowo Odwieczne, przyjmując ludzką naturę, rozpoczyna urzeczywistniać dzieło odkupienia. Bez tajemnicy Wcielenia nie byłoby Odkupienia, w konsekwencji nie byłoby czego urzeczywistniać liturgii. narodzin w cielesnych, trzecia zaś narodzin w sercu każdego człowieka. Cieszące się olbrzymim uznaniem święto zostało rozciągnięte na osiem dni. Po ostatniej reformie liturgicznej jest to jedna z dwóch, wciąż prawnie obowiązujących oktaw. Druga to oktawa Wielkanocy. Pozostałe, jak np. oktawa Bożego Ciała, obchodzone są tylko tradycyjnie. Oktawa

Bożego Narodzenia w przeciwieństwie do Wielkanocnej, nie ma rangi uroczystości, a więc nie znosi piątkowego postu. Oktawa Bożego Narodzenia składa się ze świąt „świadków i współuczestników przedziwnej wymiany”. Jeszcze przed ustanowieniem oktawy, dzień po Narodzeniu Pańskim obchodzono święto św. Szczepana, tradycyjnie nazywanego pierwszym męczennikiem. Śmierć męczeńska w świadomości pierwszych chrześcijan rozumiana była jako narodziny dla nieba, toteż sąsiedztwo z Bożym Narodzeniem było czymś naturalnym. 27 grudnia to święto św. Jana Ewangelisty, umiłowanego ucznia Chrystusa, jedynego spośród apostołów, który nie umarł śmiercią męczeńską. Tradycyjnie w tym dniu błogosławi się wino. Ma to związek z legendą, wedle której św. Janowi podano kielich z zatrutym winem. Apostoł przed wypiciem pobłogosławił je i w efekcie nie zaszkodziło mu ono. Następnego dnia wspominamy


PRZYGOTOWANIE

1. ŚWIĘTOWANIE

OKTAWA

2. ŚWIĘTOWANIE - OKRES ŚWIĘTOWANIA

TEMAT NUMERU 3 tygodnie Adwentu 7 dni adwentu ze specjalnymi formularzami (Wielkie Antyfony)

5 tygodni Wielkiego Postu Wielki Tydzień

Boże Narodzenie

Wielkanoc

Trzy msze święte

Triduum Sacrum

Uroczystość Bożej Rodzicielki

Niedziela Biała

Epifania 2 tygodnie, okres Bożego Narodzenia

Wniebowstąpienie 7 tygodni Okres wielkanocny

ZAKOŃCZENIE

Msza światła – Niedziela Chrztu Pańskiego

św. Młodzianków męczenników – dzieci pomordowane z rozkazu Heroda, gdy ten chciał pozbyć się Jezusa. Dzieci te stanowią „pierwociny zbawczego dzieła Chrystusa”, oddając życie z powodu Chrystusa otrzymały chrzest krwi i dołączyły do chwały zbawionych. Na kolejne dni przypadają wspomnienia św. Tomasza Becketa, męczennika, oraz św. Sylwestra I, papieża. Są to wspomnienia dowolne, niezwiązane konkretnie z obchodami Bożego Narodzenia. Niedziela przypadająca w oktawie Bożego Narodzenia stanowi święto Rodziny Nazaretańskiej. Powstało dopiero w okresie baroku i miało bronić rodziny chrześcijańskie przed rozbiciem. Współcześnie jest okazją do przypomnienia etosu rodzinnego. Posiada też wymiar epifanijny, to

znaczy pokazuje, jak świadomość mesjańska stopniowo rozwijała się w młodym Jezusie. Ostatni dzień oktawy, przypadający na 1 stycznia to uroczystość Bożej Rodzicielki. Jest to najważniejsze święto maryjne w Kościele Zachodnim. Początkowo obchodzono je następnego dnia po Narodzeniu, w średniowieczu przeniesiono je na koniec oktawy – co podkreśla jego rangę. Misterium Bożego Narodzenia stanowi godzinę narodzin liturgii. Jezus Chrystus, Słowo Odwieczne, przyjmując ludzką naturę, rozpoczyna urzeczywistniać dzieło odkupienia. Bez tajemnicy Wcielenia nie byłoby Odkupienia, w konsekwencji nie byłoby czego urzeczywistniać liturgii. Właściwy sens Bożego Narodzenia ukazuje się dopiero po

Zesłanie Ducha Świętego

powiązaniu go z misterium paschalnym (Świętami Wielkanocnymi). Liturgicznie obchody obu mają podobną strukturę, co przedstawia tabelka powyżej. 

s. 41


KULTURA

All I want for Christmas is

JEZUS

Owszem, będzie o Jezusie. Ale będzie też o muzyce. Będzie o inspiracji. Będzie o asocjacjach. Będzie o Mariah Carey, Madonnie i siostrze Cristinie, a także o spotkaniu z Bogiem przy słuchaniu RMF FM. Zatem jak to się zaczęło…

Aleksandra Frontczak Niektórzy mają tak, że usiądą przed komputerem i otworzą Worda lub klasycznie – przed kartką papieru – i zaczną pisać. Szybko, zwięźle, na temat. Słowa same wychodzą spod pióra. Otwarcie arkusza = eksplozja natchnienia twórczego. Inni zaś mają tak, że niczym młodopolscy poeci/ pisarze, czekać muszą na natchnienie (tu: pomysł). Tli się jakaś wizja w umyśle, lecz tak bardzo jest zamglona i rozmyta, że trzeba wpierw „wychodzić” ją, „wypocić”, aby ostatecznie otrzymać tekst. Zdecydowanie należę do tego drugiego typu piszących. Zatem, gdy wybrzmiał temat bieżącego numeru “Może Coś Więcej”, zaczęłam zastanawiać się, o czym by tu napisać? Bo przecież już tyle zostało w tej kwestii powiedziane; bo przecież wszyscy wiedzą, że czas rodzinny, że przy choince (i Kevinie), że opłatek, sianko pod stołem i Pasterka; bo przecież każdy (teoretycznie lub praktycznie) obchodzi te święta z Nim (komu trzeba przypomnieć, przypominam – Solenizantem jest Jezus). I gdy tak mój mózg trudził się, aby choć wykrystalizować zalążek nowego

s. 42

“On jest w tym cza-

sie najważniejszy. Oto jedyny pewnik wszelkich okołoświątecznych rozważań i teorii. Koniec i kropka. Jednakże, kiedy dla mnie ten temat został już prawie zakończony, dla Boga zabawa dopiero się zaczęła. ujęcia tematu Bożego Narodzenia, doszłam ostatecznie do wniosku, nieco – przyznam – sfrustrowana, że nie napiszę nic nowego. On jest w tym czasie najważniejszy. Oto jedyny pewnik wszelkich okołoświątecznych rozważań i teorii. Koniec i kropka. Jednakże, kiedy dla mnie ten temat został już prawie zakończony, dla Boga zabawa dopiero się zaczęła. Najpierw było coroczne spostrzeżenie dotyczące reklam. Nieśmiało, mniej więcej od połowy

listopada, pojawia się w telewizji pierwszy spot świąteczny. Zazwyczaj jest to znana wszystkim ciężarówka z twarzą Świętego Mikołaja wymalowaną na plandece, wioząca w sobie niezbędny, świąteczny napój: coca-colę. Po tymże spocie, ośmieleni nieco producenci innych stacji, wypuszczają szereg różnych świątecznych reklam. W radiu, jedna za drugą, umilają nam czas znane wszystkim i lubiane melodie, takie jak „Jingle Bells”, „So this is Christmas”, „Jest taki dzień” albo (moja ulubiona) „All i want for Christmas is you”. I to właśnie ta ostatnia piosenka uruchomiła w mojej głowie swoisty strumień świadomości. Wyczulona na kwestię interpretowania rożnych tekstów, doznałam olśnienia. Bez żartów. Podróżując wówczas do Krakowa, sącząc kawę z McDonalds’a i przyglądając się pogodowym zawikłaniom charakterystycznym bardziej dla wczesnej wiosny niż dla połowy grudnia, uświadomiłam sobie banalność tekstu tej piosenki. I nie chodzi mi bynajmniej o “santaklałsy”, prezenty, jemiołę i choinkę, o których śpiewa Mariah Carey, ale o część, w


TEMAT NUMERU

której piosenkarka zapewnia nas, że jedyną rzeczą, jakiej potrzebuje na święta to ty (on). „Właśnie – Ty, Panie” – pomyślałam sobie. Wszystko, co potrzebne mi na święta, to Twoje przyjście. I basta. Ani choinka, ani pierniczki, ani jemioła, ani prezenty, ani Święty Mikołaj nie mają sensu, jeżeli nie ma Solenizanta. I cieszy mnie blask lampek oraz zapach domowych wypieków; od miesiąca wyśpiewuję „Bóg się rodzi” (obecnie będąc blisko z Franciszkiem Karpińskim) i chodzę na Roraty. Ale ciągle wzmaga się we mnie niedosyt – bo all i want for CHRISTMAS is YOU. Przez cały ten czas Adwentu Pan nie dotknął mnie tak bardzo jak w tym momencie. Na tym jednak nie koniec iluminacji. Bóg dopiero co uruchomił całą machinę wątków i asocjacji. Wróciwszy do domu, natknęłam się na Facebooku na cover piosenki Madonny – “Like a Virgin” w wykonaniu siostry Cristiny. O ile Madonna nie należy do najbardziej chrześcijańskich piosenkarek na świecie, o tyle jej piosenka, zaśpiewana z natchnienia Ducha i przez osobę zakonną, staje się migotliwa, zaczyna swoiście opalizować. Swoją drogą siostra Cristina robi świetną ewangelizacyjną robotę, pokazując jednocześnie, że nie ma dla Boga takiego miejsca, takiej rzeczy, takiego tekstu, przez który nie mógłby zamanifestować swojej chwały. Sytuacja z

samochodu zdaje się to potwierdzać. Niczym w transie zaczęłam intensywnie zastanawiać się nad rożnymi zasłyszanymi dotychczas piosenkami i ich warstwą semantyczną. Co więcej, można by nawet zlepić z fragmentów różnych piosenek adwentowe rozważania. „Super – zapaliłam się – świetny sposób odkrywania Ciebie, Boże, w tym czasie przedświątecznych przygotowań”. Zatem przystąpiłam do czynu i oto, co mi wyszło: „Nie zdawałam sobie sprawy, jak zagubiona byłam, dopóki nie znalazłam Ciebie” (“Like a Virgin” – Madonna). Bo kiedy „Bóg się rodzi”, a „moc truchleje”(Pieśni nabożne – Franciszek Karpiński), to „sprawia, że czuję się błyszcząca i nowa. Twoja miłość” – przez Twoje wcielenie – „rozmroziła to, co było przerażające i zimne” (“Like a Virgin” – Madonna). „Chcesz wiedzieć, co to jest miłość?”(Want to know what love is – Mariah Carey). „To pytanie, nad którym wciąż rozważam” (Arms wide pen – Misty Edwards). Ręce rozpięte na krzyżu (za: “Arms wide open” – Misty Edwards). Miłość to kwilące niemowlę w żłóbku. Układając to wszystko, trafiłam też na odcinek The Voice of Italy, kiedy to siostra Cristina śpiewała inną piosenkę Mariah Carey – Hero. Tam możemy usłyszeć „Wreszcie odkryjesz prawdę, że bohater jest w Tobie”. Dopowiem:

jest w Tobie, bo rodzi się w tym szczególnym dniu w sercach ludzi. Bohater, który uratował świat na dwóch deskach zbitych ze sobą w krzyż. Nie odkrywam Ameryki. Wiem. Ale każdego dnia przez takie właśnie sytuacje uczę się, że Bóg, jeśli tylko zrobi się dla Niego miejsce, działać będzie we wszystkim dla naszego dobra (Rz 8;28). Jaki zatem wniosek płynie z tych moich rozważań? Jesteśmy tymi, z którymi chodzi Bóg, a On najlepiej wie, jak się do nas dobić, kiedy zapominamy, że jest obok. Może to stać się przez piosenkę w radiu, może też w trakcie zakupów, rozmowy, jazdy samochodem – wszędzie. Im bardziej zwyczajna sytuacja, tym bardziej jesteśmy zaskoczeni Bożym dotykiem. Tak to mniej więcej działa. Jednocześnie takie prozaiczne sytuacje zmieniają nasze myślenie o Bogu. Staje się On w naszych oczach bliski, codzienny, zainteresowany naszymi sprawami, prozą naszej egzystencji. Jeszcze jakiś wniosek? Bóg tak bardzo kocha, że dwa tysiące lat temu stał się niemowlęciem, a dziś przemawia przez teksty piosenek. Tak postępują tylko zakochani. A czy Ty już się zakochałeś? 

s. 43


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Muzyczne Boże Narodzenie Przy okazji świąt nie można nie zahaczyć tematu piosenek bożonarodzeniowych, które swoją popularnością przebijają nawet zwykłe kolędy. Dlatego w tym numerze zamiast jednego konkretnego utworu, wybiorę kilka, tych najbardziej znanych, które nieodłącznie kojarzą nam się ze świętami. Nie będzie w tym zestawieniu ani jednej smutnej piosenki, w końcu to Boże Narodzenie, czas wielkiej radości. Mateusz Nowak "LAST CHRISTMAS" Oczywiście ta piosenka musiała się tu pojawić. Zespół Wham!, zanim jeszcze George Michael stał się wielką gwiazdą muzyki, nagrał hit, który stał się bez wątpienia jego wizytówką i bez którego nie można sobie wyobrazić obecnie świąt. Gdziekolwiek się nie pójdzie, przed tym utworem po prostu nie da się uciec. Każdy go zna i słysząc go czuje, że to już właśnie nastał ten czas. Ten klimat, ta muzyka i refren, który wszyscy znamy na pamięć. I choć mówi o niespełnionej miłości, to dla nas najważniejsze jest w nim słowo "Christmas". To nastraja ludzi pozytywnie, daje kopa i przypomina o tym niewątpliwie pięknym okresie w roku. "Last krismas aj gejw ju maj hart". Czy znajdzie się choć jedna osoba, która tej linijki nie potrafi zanucić? Szczerze w to wątpię. Nie, to po prostu musi i być i koniec, są święta, jest i "Last Christmas". "DO THEY KNOW IT'S CHRISTMAS?" Bono, George Michael, Sting,

s. 44

“Jest jeszcze wiele in-

nych utworów, o których nie wspomnę, a które znamy i nieodzownie kojarzymy ze świętami. Choćby "Let it snow" Deana Martina, "Driving home for Christmas" Chrisa Rei, "Wonderful Christmas time" Paula McCartney'a czy słynne "Wonderful dream" albo raczej "Coraz bliżej święta”, w polskiej wersji reklamy Coca-Coli.

brytyjskich i irlandzki artystów w szczytnym celu. W wyniku ich współpracy powstał właśnie singiel "Do they know it's Christmas?". Jedna z tych piosenek, które wracają do nas co święta. I mimo że powstało już sporo nowszych wersji, a Band Aid się przez lata rozwijało, zmieniali się wykonawcy tego utworu, to najlepszy jest bez wątpienia oryginał. Ten utwór ma w sobie pozytywną energię i też właśnie taki był jego zamysł, by wyzwolić w ludziach chęć pomocy potrzebującym. Rok później podobną akcję przeprowadzili Amerykanie ze sztandarowym "We are the world". Piosenka co prawda nie ze świętami w tle, ale nagrana również w szczytnym celu i podejrzewam, że nawet bardziej rozpoznawana.

Paul Young i wielu, wielu innych, to musiało się udać. Band Aid to projekt charytatywny z 1984 roku, który miał na celu pomóc Etiopczykom w walce z głodem. Pomysłodawcami byli Bob Geldof i Midge Ure. Udało im się zrzeszyć grono świetnych

"MERRY CHRISTMAS EVERYONE" Tę piosenkę wykonywał Shakin' Stevens. Dla mnie to takie trochę świąteczne disco, choć z lat 80-tych. Wesoły, banalny utwór, z dzwoneczkami w tle, z teledyskiem świątecznym i prostym, czystym przesła-


niem. Po prostu "wesołych świąt dla każdego". "MISTLETOE AND WINE" Cliff Richard również ma swoją świąteczną piosenkę. Przypuszczam, że bardzo wielu z nas zna ten refren "Christmas time, mistletoe and wine". Znowu dzwoneczki w tle, przyjemna, wesoła melodia, wszystko to, czego potrzeba nam na święta. Kolejny utwór, którego warto posłuchać, jeśli nastrój świąteczny jeszcze do domu nie zawitał. Sukces murowany. "SO THIS IS CHRISTMAS" John Lennon też dołożył swoje trzy grosze, choć jego piosenka nie co się różni od pozostałych. Przede wszystkim jej przesłanie ("war is over" - "wojna skończona"), w połączeniu z tematem świątecznym, chórkiem dziecięcym, ma przekazywać więcej niż tylko luźne podejście do Bożego Narodzenia. I to się chyba udaje, bo jest to jedna z bardziej docenianych piosenek przez innych artystów. Najlepiej to potwierdza mnóstwo coverów tego utworu, wy-

konywanych przez przeróżne, znane osoby, których można mnóstwo znaleźć nawet na Youtube. "WHITE CHRISTMAS" Chyba najpiękniejszy utwór w tym zestawieniu. Bing Crosby i jego głęboko zaśpiewane "I'm dreaming of a white Christmas" przeszło do klasyki muzyki, nie tylko świątecznej. I mimo że jest to już utwór stary, nawet dla naszych rodziców, a co dopiero dla nas, to jest to kawał dobrej muzyki, którego słucha się przyjemnie. Idealny na chwilę pełnego spokoju, a nawet i zadumy, na odpłynięcie w inny świat. Jest jeszcze wiele innych utworów, o których nie wspomnę, a które znamy i nieodzownie kojarzymy ze świętami. Choćby "Let it snow" Deana Martina, "Driving home for Christmas" Chrisa Rei, "Wonderful Christmas time" Paula McCartney'a czy słynne "Wonderful dream" albo raczej "Coraz bliżej święta”, w polskiej wersji reklamy Coca-Coli. Zresztą polskich piosenek też znajdzie się sporo, które kojarzą się tylko z tym okresem w roku. "Przekażcie

sobie znak pokoju", "Jest taki dzień", "Kto wie czy za rogiem" czy "Ten zimowy czas". Tak, polscy artyści również starają się nie zapominać o świętach. Niektórzy nagrywają kolejne płyty ze swoimi interpretacjami kolęd. Inni próbują tworzyć coś nowego. Nie każdemu się to udaje, nie wszystkie utwory zapisują się w naszej świadomości na stałe, nie wszystko po prostu jest tak chwytliwe jak "Last Christmas". Swoją drogą to naprawdę jest sztuka, aby nagrać piosenkę, która staje się symbolem świąt na całym świecie, a która tak naprawdę w ogóle o świętach nie jest. I nie sądzę, żeby panowie z Wham! planowali aż taki sukces tego utworu. A to pokazuje najlepiej, że życie może nas zawsze zaskoczyć. I takim wnioskiem kończę swoje rozważania na temat piosenek bożonarodzeniowych. Wesołych świąt wszystkim! 

s. 45


RECENZJE - N

o w o ś c i

Katniss i...

jeszcze więcej

Katniss

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pierwsze dwie części "Igrzysk śmierci" nie dość, że odniosły ogromny sukces kasowy, to przysporzyły sadze miliony fanów na całym świecie. Zawiesiły również wysoko poprzeczkę. W końcu od finału serii oczekuje się, żeby wszystkiego było więcej, żeby potrafił czymś zaskoczyć i przynajmniej podtrzymał poziom poprzednich filmów. Czy pierwszy etap rozbitego na dwie części "Kosogłosa" spełnia oczekiwania? Odczucia mam mieszane. Mateusz Nowak

G

łówną bohaterkę - Katniss Everdeen - zastajemy w tym samym miejscu, w którym porzuciliśmy ją w poprzedniej części filmu. Rozchwiana emocjonalnie dziewczyna nie do końca jest świadoma tego, kim się stała za sprawą wydarzeń z ostatnich Głodowych Igrzysk. Dla powstających właśnie rewolucjonistów z dystryktu 13 jest symbolem i jedyną nadzieją na zjednoczenie całego Panem przeciw tyranii Kapitolu. Katniss nie całkiem umie się odnaleźć w tej rzeczywistości. Różni ludzie, na czele z Plutarchem Heavensbee i prezydent Almą Coin, oczekują od niej jasnych deklaracji i przejścia do działania, tymczasem jej głowę zaprząta głównie ciągły strach o utratę najbliższych. Propaganda szerzy się z jednej i drugiej strony. Zarówno Kapitol, jak i rewolucjoniści, usiłują przeciągnąć ludzi na swoją stronę, używając do tego przeróżnych środków. Kto zwycięży? Odpowiedzi na pewno nie poznamy oglądając pierwszą część "Kosogłosa". Stanowi ona jedynie przedsmak tego, co ma nastąpić w ostatecznym finale

s. 46

“Celowo nie wy-

mieniłem wcześniej Hemswortha i Hutchersona, grających odpowiednio Gale'a i Peetę, czyli dwóch panów zakochanych w Katniss, ponieważ ten trójkąt miłosny mnie osobiście męczy. za rok. Trend, który szerzy się w ostatnich latach wśród filmowców, aby ostatnie tomy młodzieżowych serii dzielić na dwie części, nie zawsze się sprawdza. I tracą na tym przeważnie pierwsze etapy, które często się dłużą, są przechodzone i sprawiają wrażenie, jakby reżyserowie nie byli do końca pewni, co chcą w nich umieścić. Tak było choćby z Potterem czy z "Hobbitem" (podzielonym przesadnie na aż trzy części), o "Zmierzchu" nie wspominam, bo cała seria nigdy mnie do siebie nie mogła przekonać. A

jak jest z "Igrzyskami Śmierci"? Dość podobnie. Akcji jest mało, co stanowi całkowite przeciwieństwo dwóch poprzednich filmów, w których niemal cały czas coś się działo. Może to więc rozczarować dużą część odbiorców, a zwłaszcza tę, która nie czytała książek - przeglądając różne opinie internautów, takie właśnie można odnieść wrażenie. Ludzie idąc do kina, nastawili się na ostre “nawalanie się” między stronami konfliktu, rewolucję w pełnej krasie, bitwy, bronie nowej generacji itd., itp., a tymczasem dostali bardziej psychologiczną opowieść, w której akcja rozgrywa się głównie w przestrzeni umysłowej. Z jednej strony mamy walki propagandowe dwóch stron konfliktu, z drugiej wyraźnie pogłębione zostały relacje międzyludzkie. Możemy lepiej wejść w skóry bohaterów i zrozumieć motywy ich działania. I to jest duża zasługa reżysera, który mimo tego, że przez 80% filmu kamera pokazuje Jennifer Lawrence, potrafił wniknąć w dusze pozostałych postaci. Aktorzy utrzymają wyrówny poziom zaprezentowany w poprzednich


częściach. Donald Sutherland jako prezydent Snow jest po prostu świetny. To naprawdę niezwykła sztuka, by samą mimiką twarzy, bez wypowiadania milionów słów, przedstawić czarny charakter, który napawa całe Panem przerażeniem. I choć Snow pojawia się w filmie zaledwie w kilku scenach, to nikt nie ma wątpliwości, że ten facet jest gotów na wszystko, a gdy na jego twarzy pojawia się uśmiech, to aż ciarki przechodzą po plecach. Woody Harrelson i jego Haymitch to nadal po prostu równy gość - przyjaciel, na którego można zawsze liczyć, o ile oczywiście nie leczy aktualnie kaca. Plutarcha, człowieka od PR, gra ś.p. Philip Seymour Hoffman. Dla mnie jest to cały czas postać trochę niejednoznaczna. Niby mamy tu wszystko podane na srebrnej tacy, wiemy, że to on jest jednym z mózgów rewolucji, że to on uratował Katniss, gdy ta zakończyła Igrzyska, a jednak jest z nim związana pewna doza niepewności. Plutarch jest tak samo świetnym aktorem, jak i Hoffman, co pokazuje choćby w scenie, gdy przekonuje Effie, by ta trzymała pieczę nad Katniss. Oczywistym więc jest, że za wszystkim co robi, kryje się jakiś wyższy cel. We wspomnianą Effie ponownie wcieliła się Elizabeth Banks. Tym razem porzuciła swój karykaturalny wygląd, nadal jednak mówi dużo i często - bez celu, choć nie można odmówić w jej działaniu szczerości. Trzeba przyznać, że Banks

bardzo dobrze odnajduje się w tej roli i umie oddać wielorakie emocje targające tą postacią. Nowa w obsadzie Julianne Moore i jej Alma Coin to dość chłodna i oszczędna w słowach kobieta, która jednak jako główny dowódca powstania wydaje się być odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Sama natomiast pojawia się na ekranie równie rzadko, co pozostali aktorzy. W końcu to film głównie o Katniss i na barkach Jennifer Lawrence spoczywa praktycznie cała produkcja. Mając jednak za asystentów takich aktorów jak Sutherland, Hoffman czy Moore, to wręcz nie wypada wypaść słabo. I to jej się udaje. Zresztą gdyby było inaczej, to film nie miałby prawa w żaden sposób się obronić. Można się co prawda doczepić trochę do jej wybuchów paniki (choćby podczas jednego z koszmarów sennych), jednak są to detale, które nie rzutują na całokształt aktorskiej kreacji Lawrence. Celowo nie wymieniłem wcześniej Hemswortha i Hutchersona, grających odpowiednio Gale'a i Peetę, czyli dwóch panów zakochanych w Katniss, ponieważ ten trójkąt miłosny mnie osobiście męczy. Sama Katniss oczywiście nie umie póki co wybrać ukochanego, choć oglądając pierwszą część "Kosogłosa", widzom wyklaruje się, w stronę którego z nich zmierza bohaterka. Wiem, że oczywiście ten wątek będzie tym, który w przyszłym roku każe wszystkim fankom pójść

ponownie do kina, jednak na szczęście to nie on jest tutaj najważniejszy. Niezaprzeczalnie największą siłą "Kosogłosa" jest powaga tematu, którego dotyka. Rewolucja, tyrania, walka o wolność, tysiące zabitych ludzi, okrucieństwo, krajobraz doszczętnie zniszczonego Dystryktu 12, który może nawet przypominać Warszawę tuż po Powstaniu w 1944 r. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ta seria jest przecież skierowana głównie do młodych ludzi. Świetnie są tu pokazane mechanizmy propagandowe. Jasno widać, że zarówno ci "dobrzy", jak i ci "źli", korzystają z tych samych zagrywek, by zyskać sobie sympatyków. Jednostki nie mają aż takiego znaczenia, liczy się w końcu osiągnięcie ostatecznego celu. I to wszystko znajduje się w filmie kategoryzowanym jako dla "young adult". Ocenę filmu każdemu pozostawiam indywidualnie. Tym, którzy oczekiwali powtórki z pierwszych dwóch filmów, pewnie nie przypadnie on do gustu. Taka jednak jest już domena tych pierwszych części finałów serii. Jest to po prostu długie przygotowanie przed skokiem do głębokiej wody, jakim ma być "Kosogłos cz. 2". Nie pozostaje więc nic innego, jak cierpliwie poczekać i wierzyć, że głód igrzysk, podsycany umiejętnie przez reżysera w pierwszej części "Kosogłosa", zostanie zaspokojony za rok. Wtedy będzie można rozliczyć twórców z całości. 

s. 47


RECENZJE - Fi

l m

Nie nadajemy

na tych

samych falach Filmów o relacjach damsko-męskich trochę już powstało. Na różne sposoby związki pomiędzy kobietą a mężczyzną zostały przedstawione, na wiele czynników zostały zostały rozłożone. Mimo to “Blue Valentine” (2010) wprowadza coś nowego.

Anna Zawalska

N

ie jest to kolejna komedia romantyczna, kończąca się happy endem. To dramat z krwi i kości, który stanowi analizę i przegląd związku źle dobranych ludzi. To również historia o tym, że zadry z przeszłości tkwią bardzo mocno i dają o sobie znać jeszcze długo po tym, jak zostały zadane. “Blue Valentine” (2010) to historia małżeństwa, które stara się wskrzesić dawne uczucia i poradzić sobie z problemami, jakie stają na wspólnej drodze. Brak porozumienia pomiędzy nimi powoduje, że stopniowo się od siebie oddalają. Miałkie rozmowy o niczym i wypominanie sobie najmniejszych błędów sprawia, że trudno wzniecić płomień dawnych uczuć. W retrospekcjach wspomnień głównych bohaterów kreśli nam się historia ich poznania, zakochania i zawarcia związku małżeńskiego. Poprzez pojedyncze elementy poznajemy ich życie, próbując znaleźć razem z bohaterami zarówno przyczyny ich problemów, jak i wyjście z patowej sytuacji. Film udowadnia, że młode poko-

s. 48

“Bardzo łatwo w tego

typu filmach popaść w tandetny patos. Temat miłości i uczuć został już wyeksploatowany na wszekie możliwe sposoby, dlatego bardzo łatwo wpaść pułapkę stworzenia przereklamowanego filmidła, które niczym szczególnym się nie wyróżni. Można pójść tutaj w dwie strony. lenie hollywodzkich gwiazdek ma się całkiem dobrze pod względem aktorskim. Właściwie film trzyma wysoki poziom zwłaszcza w tej warstwie. Ryan Gosling jako Dean i Michelle Williams jako Cindy wypadli rewelacyjnie. Aktorzy, aby jeszcze lepiej przygotować się do roli zmęczonego sobą małżeństwa, przez miesiąc mieszkali ze sobą w wynajętym na potrzeby filmu domu i dopracowywali swoje kwestie, aby wypaść jak najbardziej autentycznie. Możliwe,

że dzięki temu bardzo przekonująco stworzyli kreację młodego małżeństwa z problemami. Sympatią darzy się chyba bardziej Deana, który może i ma drobne problemy z alkoholem, jednak dla swojej żony jest czuły, stara się o jej bliskość. Jednocześnie bardziej dąży ku temu, aby wszystko wróciło do normy. Tą złą staje się Cindy – widzimy ją jako osobę, która nie wie, czego chce i jest zmęczona dotychczasowym życiem. Trudno właściwie wytłumaczyć jej oziębłość względem męża – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, jakie były początki ich małżeństwa. Klimat został zbudowany w taki sposób, że przez cały film mamy wrażenie, jakbyśmy oglądali spektakl pt.: “nie nadajemy na tych samych falach”. I tak jest właściwie do końca. Widzimy dwójkę ludzi, którzy kompletnie do siebie nie pasują, a mimo to trochę im współczujemy i zamiast życzyć rychłego końca małżeństwa, staramy się znaleźć coś, co ich przy sobie zatrzyma. Dwójce aktorów świetnie wychodzi balansowanie pomiędzy skrajny-


mi emocjami. Z jednej strony czujemy między ich młodszymi wersjami chemię, wyjątkowe zauroczenie, które niemal kipi. W powietrzu czuć happy end, na który para jest skazana. Jednak zderzenie z rzeczywistością i nie do końca właściwe pobudki wzięcia ślubu powodują, że uczucia diametralnie się zmieniają. Miejsce zauroczenia zastępuje zawiedzenie. Chemia zamienia się w obrzydzenie. Zmęczenie życiem i małżeństwem jest coraz bardziej widoczne i odczuwalne, a karkołomne próby odbudowania wszystkiego kończą się raz po raz fiaskiem. Grę aktorską dopełnia delikatna ścieżka dźwiękowa. Przez cały film najbardziej wyeksponowana jest piosenka Penny & The Quarters ‒ “You And Me”, która jakby scala dawnych Deana i Cindy z ich obecnymi wersjami. Stanowi też spójkę całej historii. Przy dźwiękach tej piosenki rodziło się uczucie tej dwójki, również przy jej akompaniamencie uczucie całkowicie umiera. Reszta kompozycji muzycznych wykorzystanych w filmie to dzieło Grizzly Bear. Cała ścieżka dźwiękowa świetnie współgra ze zdjęciami, nadając im klimat wszechobecnej melancholii. Twórcą tej produkcji jest Derek Cianfrance i “Blue Valentine” było dla mnie pierwszym spotkaniem z

tym reżyserem. Ukazanie problemów w damsko-męskich relacjach wychodzi mu zatem bardzo dobrze. Jednak pewnie nie wyszłoby tak, gdyby nie specyficzna forma narracji. Cała historia wyłania się tak naprawdę na samym końcu filmu, dzięki retrospektywnym wstawkom z życia Deana i Cindy. Film nie miałby pewnie takiej siły przebicia, gdyby została ona nakreślona już na samym początku. Dzięki temu widz wczuwa się w sytuację bohaterów, układając sobie wszystko i szukając rozwiązania problemów razem z nimi. Bardzo łatwo w tego typu filmach popaść w tandetny patos. Temat miłości i uczuć został już wyeksploatowany na wszekie możliwe sposoby, dlatego bardzo łatwo wpaść pułapkę stworzenia przereklamowanego filmidła, które niczym szczególnym się nie wyróżni. Można pójść tutaj w dwie strony. Albo w stronę marnej romantycznej komedii, w której bohaterowie przez cały film do siebie docierają, ale w końcu wszystko dobrze się kończy, albo w stronę melodramatu, w którym wszystko zostaje przegadane tkliwymi wyznaniami bohaterów. Cianfrance’owi udało wybrnąć i znaleźć swoją własną drogę. Zrobił film o relacjach damsko -męskich powodujący refleksję nad tym, co właściwie łączy ze sobą ludzi

i jak poradzić sobie ze związkiem z drugim człowiekiem. Zakończenie filmu jest niejednoznaczne i można je odbierać w sposób dwojaki, bowiem pozostaje otwarte. Pomimo że para podejmuje pewną decyzję, to trudno stwierdzić, jak dalej potoczą się ich losy. Można mieć nadzieję na lepsze, ale można też przewidywać najgorsze. Dzięki temu film pozostaje w pamięci, kiedy sami staramy się dopisać w głowie dalszy scenariusz zdarzeń pomiędzy Deanem a Cindy. Film nie jest ani przyjemny, ani łatwy w odbiorze. Zrobiony jest w taki sposób, że oglądając go, przeżywamy męczarnie uczuciowe razem z głównymi bohaterami. Wczuwamy się w ich sytuację, jednak przez to z czasem tracimy nadzieję na dobre zakończenie jakikolwiek związku pomiędzy kobietą i mężczyzną. W trakcie seansu dochodzą do nas co najmniej dwa bardzo ważne wnioski. Po pierwsze: prędzej czy później trzeba zapłacić za błędy młodości. Po drugie: przyjaźń zawsze powinna iść w parze z miłością, bo na samym zauroczeniu wiele nie zbudujesz. 

s. 49


RECENZJE - Fi

Słodkiego, miłego życia! l m

Są filmy, które uważa się za klasykę, bo tak się przyjęło. Jeszcze inne zasłużyły na to miano, bo czymś szczególnym się zasłużyły. Klasyka gatunku z kolei to wszystkie te produkcje, które spełniają serię wymogów rodzajowych i idealnie mieszczą się w określonych ramach. Jeśli chodzi o kino świąteczne, to klasykiem pozostanie dla mnie już chyba na zawsze “To wspaniałe życie” (1946).

Anna Zawalska Zdaje się, że komercja wyżarła już w filmach ich warstwę refleksyjną. Szczególnie widać to w produkcjach o tematyce okołoświątecznej. Teraz z Bożym Narodzeniem kojarzy nam się seria z Kevinem McCallisterem albo wszystkie możliwe części przygód Johna McClane’a (“Szklana pułapka”) – jakkolwiek od świątecznego nastroju byłyby odległe. O filmach, które faktycznie niosą ze sobą jakieś przesłanie, bardzo szybko się zapomina i na marne ich szukać w świątecznych ramówkach telewizyjnych. Tak jest (niestety) z “To wspaniałe życie” (1946). Film jest wiekowy. Czarno-biały w dodatku. A zatem nieatrakcyjny. Mimo to muszę przyznać, że wracam do niego bardzo często, nie tylko w okresie świąt. Dzieło Franka Capry ma wszystko, co powinno: dobrze zakrojoną fabułę, aktorów na wysokim poziomie oraz charakterystyczny klimat, który sprawia, że po seansie czujesz miłe kłucie w okolicach żołądka. Dzięki temu wzrusza (czasem nawet do łez), bawi, powodując wy-

s. 50

“Chociaż te prawdy

są bardzo często czymś, czego mamy świadomość, to jednak film w świetny sposób je przypomina i utrwala. Zagubieni w codzienności bardzo często zapominamy, po co żyjemy, po co to wszystko. buchy śmiechu, i wzbudza refleksję, która towarzyszy człowiekowi jeszcze długo po obejrzeniu. Głównym bohaterem filmu jest George Bailey (James Stewart), którego poznajemy, gdy ma 9 lat. Dalsza część fabuły to przegląd najważniejszych wydarzeń z życia mężczyzny i decyzji, które odmieniają jego życie. Akcja zawiązuje się tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy wuj George’a gubi sporą sumę pieniędzy Towarzysta Budowlanego. Dla głównego bohatera oznacza to kłopoty i sytu-

ację bez wyjścia. W tym momencie całkowicie się załamuje i rozważa popełnienie samobójstwa. Od tego pomysłu stara się odciągnąć go jego anioł stróż Clarence (Henry Travers I) i pokazuje mu, jak wyglądałoby życie innych ludzi, gdyby George się w ogóle nie narodził. Przesłaniem filmu jest kilka prawd, które potem długo chodzą człowiekowi po głowie. Pierwsza z nich mówi, że “tylko życie poświęcone innym warte jest przeżycia” (Albert Einstein). Wcześniej ta prawda zawarta została w Ewangelii św. Jana: “nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”, Życie głównego bohatera to bowiem nic innego, jak ciągłe poświęcanie się na rzecz innych. Pomimo ułożonego w głowie planu, pomimo wielkiej chęci spełniania swoich marzeń, George przedkłada ponad to dobro innych, niemal za każdym razem. Dzięki temu wiedzie szczęśliwe, ale raczej ubogie życie, pozbawione ponadprzeciętnych wygód i spełnianych zachcianek.


Ponad uciechy stawia dobro innych i nie rezygnuje z moralnego życia dla wielkich pieniędzy. Drugą prawdą jest ta, że z każdej sytuacji, nawet tej najbardziej beznadziejnej, da się wyjść, jeśli masz przy sobie kochających ludzi. Powiedzenie, że “prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie” spełnia się w tym filmie bardzo często. George, pomagając ludziom ze swojego otoczenia, zyskał ich sympatię i dozgonne oddanie, które dało o sobie znać w sytuacji najmniej spodziewanej. Dlatego jeśli masz wiernych przyjaciół, to nie musisz o nic się martwić. Główny bohater przekonał się o tym na własnej skórze. Trzecia prawda, która uderza, uświadamia ogromną moc modlitwy. Tutaj już początek filmu powoduje dreszcze, kiedy słyszymy modlitwy wielu ludzi w intencji George’a. Modli się jego żona i dzieci, modlą się również sąsiedzi. Innym razem sam główny bohater wzdycha ku niebu, praktycznie krzycząc “Boże, ratuj!”. Ratunek przychodzi w sposób nie do końca spodziewany. Boska pomoc przybiera różne formy. Raz jest to anioł stróż, innym razem przyjaciele. Nigdy jednak nie zostajemy sami. Chociaż te prawdy są bardzo

często czymś, czego mamy świadomość, to jednak film w świetny sposób je przypomina i utrwala. Zagubieni w codzienności bardzo często zapominamy, po co żyjemy, po co to wszystko. W sytuacjach trudnych łatwo nam się załamać, kiedy gdzieś po drodze gubimy sens. Film pomaga ten sens znaleźć w odmętach szarej rzeczywistości. Chociaż może się to wydawać pustym sloganem, to jednak “To wspaniałe życie” budzi w człowieku uśpione myśli. Zaczynamy się zastanawiać, co by było, gdyby nas nie było. A potem przychodzi refleksja, ile życia właściwie w tym naszym życiu i jak je udoskonalić jeszcze bardziej. Historia zawarta w filmie, tak bardzo uniwersalna, podaje na tacy właściwy przepis i wskazuje, jak mieć słodkie, miłe, wspaniałe życie. W obrazie “To wspaniałe życie” najważniejsze wydaje się przesłanie. Jednak to wcale nie znaczy, że na resztę nie zwraca się w ogóle uwagi. Na dobre słowo zasługuje na pewno gra aktorska. James Stewart jako George Bailey czy urokliwa Donna Reed jako jego żona Mary to najjaśniejsze punkty filmu. Chociaż uczucie łączące tych bohaterów świetnie nadałoby się na osobny melodramat, to jednak historia ich małżeństwa świetnie

dopełnia całą produkcję. Ogólnie, gra aktorska w starych filmach to dla mnie magia – więcej jest teatralnych gestów, ruchów, reakcji. Wszystko zdaje się takie majestatyczne i wyjątkowe. Widać to również w tym przypadku. Nie sposób również nie zwrócić uwagi na scenariusz. Wiele jest w tym dziele zarówno sytuacji, jak i wypowiedzi bohaterów, które rozśmieszają, są komiczne i zwyczajnie zabawne (nie mylić z głupkowatą wesołkowatością!). Wszystkie elementy w filmie są ze sobą połączone bardzo zgrabnie, współgrają ze sobą, dzięki czemu całość bardzo przyjemnie się ogląda i przez (trochę ponad) dwie godziny seansu widz nie odnosi wrażenia, by czas się dłużył. Oczywiście tego typu filmy trzeba lubić. Stare, czarno-białe produkcje mogą być dla współczesnego widza mało atrakcyjne. Jednak kiedy nie liczą się efekty specjalne, zapierające dech w piersiach zdjęcia czy wymyślne ruchy kamery, to na pierwszy plan wychodzi przesłanie filmu. Można wtedy się zastanowić nad sobą i swoim postępowaniem. Takie właśnie jest “To wspaniałe życie” – to, co w środku, liczy się o wiele bardziej od tego, co na zewnątrz. 

s. 51


RECENZJE - G

ry

Odgrzewanie

kotleta

Jak grom z jasnego nieba spadła informacja, że legendarna gra komputerowa, Heroes of Might & Magic III zostanie odświeżona. Na facebookowym profilu pojawiła się zapowiedź, iż Might & Magic: Heroes III HD trafi do sprzedaży 29 stycznia i kosztować będzie 60 zł. Właściwie nie ma się z czego cieszyć.

Wojciech Urban Trzecia część „Hirołsów” od lat uznawana jest za najlepszą z serii, mimo iż jej premiera miała miejsce w roku 1998. Wielu graczy wciąż do niej z sentymentem wraca, szczególnie że czwarta część serii została uznana za totalną klapę – zresztą po wydaniu czwórki upadło studio 3DO odpowiedzialne wówczas za serię. Prawa do marki przejęła firma Ubisoft. Piąta część była zdecydowanie lepsza od poprzedniej i uratowała niejako honor serii, krytykowano ją jednak za cukierkową grafikę i zmianę uniwersum gry. Po części dzięki sentymentom, to „trójka” pozostawała wzorem strategii turowych, mimo ukazania się dalszych części serii. Oczywiście, gra mająca kilkanaście lat sprawiała problemy na nowszych maszynach. W momencie wydania, rozdzielczość 800x600 pikseli była szczytem marzeń, dziś – no cóż… Dlatego posunięcie Ubisoftu byłoby świetnym prezentem dla fanów, gdyby nie to, że sami poradzili sobie z tym fantem już dawno temu. Ogrom stworzonych przez amatorów-zapaleńców modyfikacji i usprawnień, dostępnych całkowicie za darmo, umożliwiających rozgrywkę nawet w rozdzielczości 4000x4000

s. 52

“A cóż robi Ubisoft?

Wydaje podstawową wersję gry z odświeżoną grafiką, każąc sobie za to płacić 60 zł. Nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć oddzielne wydanie kolejnych dodatków w jakości HD, za które również trzeba będzie słono płacić. Tak niestety funkcjonuje dziś rynek gier komputerowych pikseli (sic!), krąży po Internecie od przynajmniej 6 lat. Powstało również kilka rozbudowanych dodatków (In the Wakes of Gods, Horn of the Abyssys), które oprócz mnogości opcji wprowadzają mnóstwo jednostek, o raz nowe miasta. I powtórzmy, wszystko to dostępne jest całkowicie za darmo. A cóż robi Ubisoft? Wydaje podstawową wersję gry z odświeżo-

ną grafiką, każąc sobie za to płacić 60 zł. Nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć oddzielne wydanie kolejnych dodatków w jakości HD, za które również trzeba będzie słono płacić. Tak niestety funkcjonuje dziś rynek gier komputerowych, wypuszcza się gry z okrojoną zawartością, by za pół roku wypuścić skromne dodatki, kosztujące tyle co osobna produkcja. Ubisoft nie jest pierwszą firmą, która próbuje zarobić na Remaku starej, legendarnej produkcji. Na taki krok zdecydowała się również firma Overhaul Games, które w 2012 roku odświeżyło legendarnego cRPG-a z 1998 roku, Balduar’s Gate. Tutaj również zmiany ograniczyły się w istocie tylko do poprawy grafiki, nieco zmienionym systemie tworzenia postaci oraz jednym, dodatkowym mini-trybie gry. Stworzone przez fanów mody poprawiające grafikę i wprowadzające ulepszenia do systemu tworzenia postaci dostępne były wówczas już od kilku lat. Oprócz tego społeczność graczy stworzyła kilka dodatków, których zawartość jest większa niż podstawowej wersji gry. Odnowiony Balduar’s Gate nie była jednak z nimi kompatybilny, co więcej, producenci nie byli w ogóle


zainteresowani efektem pracy społeczności graczy, nie brali również pod uwagę ich wskazówek. Nieco inną strategię przyjął Microsoft. W 2013 roku wydał odświeżoną edycję gry Age of Empires II z roku 1999. Zawierała ona od razu oficjalne rozszerzenie The Conqueros, dodatkowo twórcy dołączyli do gry powstały w międzyczasie fanowski dodatek The Forgotten Empires, oczywiście za zgodą autorów tego

ostatniego. Regularnie w internetowym sklepie Microsoftu, gdzie można zakupić grę, pojawiają się dostępne za darmo dodatki, w dużej mierze tworzone przez graczy. Z jednej strony, ciężko zarzucać producentom gier chęć zarobku. W końcu po to zakładają firmy i produkują gry. Niemniej smutne jest to, że ostatnimi czasy coraz częściej sięgają po, lekko mówiąc, nieuczciwe chwyty, byleby sprzedać jak najmniej za

jak najwięcej. Nadzieję budzi jednak potencjał drzemiący w społeczności graczy, którzy niejednokrotnie już pokazali, że są w stanie stworzyć za darmo lepsze produkcje, niż profesjonalne studia. 

s. 53


REFLEKSJE

Postrzeganie Jeśli zastanawia Cię jaką rolę w Twoim codziennym życiu odgrywa sposób w jaki postrzegasz rzeczywistość, a szczególnie przestrzeń otaczającą Cię na co dzień, w której poruszasz się, spotykasz ze znajomymi i dojeżdżasz na uczelnię lub do pracy, to zapraszam do przeczytania tego artykułu. Michał Musiał

J

est to zbiór krótkich rozważań i obserwacji na temat postrzegania otoczenia, który być może skłoni Cię drogi czytelniku do przemyśleń i ciekawych wniosków do czego gorąco zachęcam już teraz. Na co dzień starając się dotrzeć do miejsca nauki lub pracy wybieramy drogi które wydają nam się bezpieczne, dobrze nam znane, którymi poruszaliśmy się dziesiątki razy. Czasem dzięki temu czynnikowi bezpieczeństwa mamy do przebycia dodatkowy spory dystans. Nawet jeśli krótsza droga wcale nie jest naszpikowana masą niebezpieczeństw i wrogich nam osób, ale my tak właśnie ją postrzegamy, to i tak wybierzemy tą dłuższą. Czasami postrzeganie może być błędne, co również może wpędzić nas w tarapaty. Każdy oczywiście chce unikać sytuacji i miejsc potencjalnie stwarzających większe zagrożenie zdrowia i życia. W podobny sposób prezentuje się kwestia wynajmowania mieszkań przez studentów w Krakowie. Każda nowa osoba przyjeżdżająca do tego pięknego miasta od razu spotyka się ze złymi opiniami o Nowej Hucie, jak to tam niebezpiecznie i z maczetami biegają. Dlatego też (pomijając czynnik odległości od centrum) mieszkania o takim samym lub lepszym standardzie niż w innych sektorach Krakowa położone w tej

s. 54

“Większość prze-

stępców łamie prawo w odległości nie większej niż 2 – 3 km od miejsca zamieszkania. Dlaczego tak się dzieje? Wydawałoby się to nierozsądne, ale jednak nie jest. Ta właśnie przestrzeń jest im znana najlepiej, wiedzą, gdzie udać się po napadzie, znają każdy zakamarek mogący być potencjalnym miejscem gdzie da się przeczekać zamieszanie. właśnie owianej złą sławą dzielnicy są o wiele tańsze w utrzymaniu, z racji na mniejsze zainteresowanie, pomimo znacznej poprawy bezpieczeństwa. Prawda jest taka, że każde miejsce może być potencjalnie niebezpieczne (no może oprócz ulic Singapuru jeśli zna się panujące tam zasady…) jeśli nie uważamy lub po prostu szukamy guza. Czasami nie zdajemy sobie sprawy jak postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości może wpłynąć na nasze życie, a nawet je uratować. Nie przesadzam. Wyobraź sobie drogi czytelniku, że znajdujesz się

na pustyni, lub w innym miejscu z reguły pozbawionym źródeł wody. Idziesz i idziesz w pełnym słońcu, w ustach sucho, a Ty powoli tracisz nadzieję na ratunek i wodę. W końcu kładziesz się i umierasz kilka kilometrów od jakiejś oazy, miasta, jeziora lub rzeki okresowej, ponieważ postrzegałeś to miejsce tak a nie inaczej. Nasuwać się może, że na to w jaki sposób postrzegamy ogromne znaczenie ma stan naszej wiedzy i chęć jej poszerzania, ale także ogromne znaczenie mają opinie bliskich nam osób i znajomych (no i w tym konkretnym przykładzie samozaparcie i psychika). Nic tak źle nie wpływa na psychikę człowieka jak brak celu podróży. Jest to wykorzystywane np. podczas szkolenia jednostek specjalnych, gdy oddział budzony jest w środku nocy i zaczyna się wielokilometrowy męczący marsz, nie wiadomo jak długi i nie wiadomo gdzie. Ma to wykazać odporność psychiczną kandydatów na taką stresową sytuację, gdzie całe ciało krzyczy z bólu ale trzeba iść dalej bez końca. Zachowania przestępców również determinuje przestrzeń. A w jaki sposób? Na początku warto zaznaczyć, że mam na myśli np. napady rabunkowe w małych miejscowościach, wsiach, ale także w dużych miastach. Otóż czytając różne opinie na ten temat stwi-


WYDARZENIA I OPINIE

erdzić można, że większość przestępców łamie prawo w odległości nie większej niż 2 – 3 km od miejsca zamieszkania. Dlaczego tak się dzieje? Wydawałoby się to nierozsądne, ale jednak nie jest. Ta właśnie przestrzeń jest im znana najlepiej, wiedzą, gdzie udać się po napadzie, znają każdy zakamarek mogący być potencjalnym miejscem gdzie da się przeczekać zamieszanie. Na takiej zasadzie działamy my próbując dotrzeć do celu w labiryncie ulic miasta wybierając te dobrze nam znane. Człowiek ma niezwykłą zdolność do tworzenie w głowie mapy z zaznaczonymi punktami, miejscami, czy ulicami gdzie po prostu czuje się najbezpieczniej. O wiele bardziej bezpieczne są małe miasta, gdzie wszyscy się znają, niż duże, gdzie wiele osób jest przyjezdnych i jest większa anonimowość. Wbrew pozorom powinniśmy postrzegać jako mniej przyjazne duże skupisko ludzi, ponieważ wtedy jest mniejsza szansa na to, że w razie potrzeby ktoś zareaguje. I

nie do końca wynika to ze znieczulicy jak powszechnie się uważa, lecz raczej z faktu, że każdy z nas ma swoją grupę ludzi (100 – 150 osób), w której czuje się bezpiecznie i dobrze a innych ludzi idąc przez ulicę traktujemy dosłownie jak drzewa między którymi trzeba przejść, bo przecież nie da się z każdym przywitać, zapytać jak mija mu dzień i tak dalej. Odchodząc trochę od tematu głównego czyli postrzegania przestrzeni, chciałbym wspomnieć też o naszej niezwykłej zdolności do odczuwania pionu. Siedząc w pomieszczeniu gdzie ściany nie byłyby idealnie proste prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie się skupić, a po pewnym czasie drażniłoby nas to w taki sposób, że większość ludzi musiałaby wyjść. Jest niezwykłe zjawisko, które można łatwo sprawdzić na kimś znajomym, kto nie domyśla się, że jest obiektem naszego eksperymentu. Siedząc przy stole podczas rozmowy możemy położyć przed drugą osobą dwa długopisy, tak aby tworzyły kąt

rozwarty. Większość osób powinna ułożyć je tak aby tworzyły kąt prosty, ponieważ inaczej nie będą mogły skupić się na rozmowie. I nie będzie wynikało to z pedantyzmu tej osoby ale raczej z tego jak mocno odczuwamy wspomniany wcześniej pion. Wreszcie chciałbym wspomnieć o jeszcze innym rodzaju postrzegania i marketingowej manipulacji jaką sugeruje nam dzisiejszy świat związany z nadchodzącymi świętami, gdzie każdy dostaje drogie prezenty, które na dodatek przynosi gruby śmiejący się facet w czerwonym, każdy musi się najeść tak, że mało nie spadnie z krzesła a od początku listopada w sklepach pojawiają się choinki. Pomimo tego mam nadzieję, że wiele osób pamięta o prawdziwym znaczeniu świąt Bożego Narodzenia i postrzega ten czas nieco inaczej i głębiej. 

s. 55


PORADNIK

12 sposobów na zabicie

świątecznego

karpia

Jeśli zastanawia Cię jaką rolę w Twoim codziennym życiu odgrywa sposób w jaki postrzegasz rzeczywistość, a szczególnie przestrzeń otaczającą Cię na co dzień, w której poruszasz się, spotykasz ze znajomymi i dojeżdżasz na uczelnię lub do pracy, to zapraszam do przeczytania tego artykułu. Michał Musiał

Z

pewnością pierwszą rzeczą, która przyszłaby niektórym do głowy jest długa, gorąca kąpiel. I tu może pojawić się problem… Okazuje się bowiem, że wanna wciąż jest okupowana przez pięknego karpia. Może to oznaczać, że albo masz słabą pamięć i zapomniałeś zająć się nim przed kolacją wigilijną, albo tak wrażliwe sumienie, że nie potrafiłeś pozbyć się tego niemego piosenkarza, smutno łypiącego spod lustra wody. Oczywiście najlepszym sposobem na uniknięcie takiej sytuacji jest kupienie martwego osobnika, lecz jeśli już utknąłeś z żywą rybą w wannie oto kilka porad, jak ją ubić i odzyskać stracone terytorium jeszcze w tym roku - lub co począć w przyszłym, gdy znów przytrafi Ci się podobny wypadek. 1. DLA ŻONATYCH PANÓW Zapewne posiadasz w swoim na-

s. 56

“Oczywiście naj-

lepszym sposobem na uniknięcie takiej sytuacji jest kupienie martwego osobnika, lecz jeśli już utknąłeś z żywą rybą w wannie oto kilka porad, jak ją ubić i odzyskać stracone terytorium jeszcze w tym roku. jbliższym otoczeniu kogoś takiego jak teściowa. Wystarczy zadzwonić. Jej jadowite spojrzenie sprawi, że biedne stworzenie w Twojej wannie już po chwili zacznie pływać do góry brzuchem. Zero wyrzutów sumienia. Dodatkowe rekwizyty nie są wymagane. Tobie zaś nic nie grozi, wszak zdążyłeś już uodpornić się na ten jad. Musisz się jednak liczyć

z wydatkiem w postaci filiżanki herbaty, którą będziesz musiał ją ugościć. W myśl dowcipu: – A mamusia na długo? – Na ile będziecie chcieli. – To nawet herbaty mama się nie napije? 2. DLA KAWALERÓW Zadzwoń po teściową kolegi z powyższego sposobu. 3. DLA PAŃ Wyciągnij korek z wanny i na „momencik” wyskocz do galerii handlowej po zakupy. 4. DLA (BOGATYCH) WETERANÓW WOJENNYCH Wrzuć granat do łazienki. Możesz być pewny, że śmierć karpia będzie natychmiastowa, patroszenie również z głowy, tylko łazienka będzie domagała się remontu…


WYDARZENIA I OPINIE

Także sąsiedzi prawdopodobnie zgłoszą uzasadnione zastrzeżenia, więc najlepiej od razu zorganizuj sobie święta na Florydzie. 5. DLA NEGOCJATORÓW I GADATLIWYCH Przekonaj karpia, że jego ukochana dziewczyna zdradza go ze szczupakiem i jego dalsza egzystencja nie ma sensu. Zaproponuj mu sznurek, uczynnie zawiązując pętlę na końcu. 6. DLA ZAKOCHANYCH Usiądźcie obok wanny, patrzcie sobie głęboko w oczy, obejmujcie się, wzdychajcie i całujcie. Karp uschnie z tęsknoty za swoją ukochaną (o ile tylko nie dał się przekonać, że go zdradza) lub padnie z obrzydzenia. Praktycznie brak minusów w tej metodzie, a na dodatek spędzicie ze sobą odrobinę więcej czasu przed powrotem do codzienności po świętach. 7. DLA SFRUSTROWANYCH PRACĄ Wyobraź sobie, że to Twój

szef pływa w wannie. Sytuacja od razu nabierze nowego znaczenia. Ubijesz karpia z uśmiechem na twarzy. Wybór narzędzia zależy od tego, jak bardzo nie lubisz swojego szefa. Siekiera wydaje się być najodpowiedniejsza, chociaż łyżka również dobrze wypełniłaby swoje zadanie…

oczy. Tak to już jest, że możliwość wyboru zawsze dobrze wpływa na samopoczucie. Tylko dobrze się zastanów, to może być bardzo drogie uderzenie.

8. DLA POLITYKÓW Zrealizuj którąś ze złożonych wcześniej obietnic wyborczych. Karp umrze na zawał z zaskoczenia lub ze śmiechu.

12. DLA DRESIARZY Zrób to, co umiesz robić najlepiej, to wystarczy. Z bańki go i po sprawie. Tylko pamiętaj! Nie w ulubionym dresie! Szkoda byłoby wybrudzić któryś z markowych czterech białych pasków na spodniach. Karp umierając może zapaskudzić wodę, a Ciebie ochlapać. 

9. DLA ZAPOMINALSKICH Kup karpia dwa miesiące wcześniej. To i tak nie ma znaczenia, od kiedy będzie pływał w Twojej wannie, zapomnisz o nim, tak czy inaczej.

11. DLA BLONDYNEK Dolej mu więcej wody do wanny! Niech się utopi!

10. DLA INFORMATYKÓW Możesz zarazić go trojanem albo innym dokuczliwym wirusem. Karp na pewno nie ma zaktualizowanego firewalla. Możesz także uderzyć go twardym dyskiem prosto między

s. 57


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 58

Może coś Więcej, nr 26  
Może coś Więcej, nr 26  
Advertisement