Page 1

nr 20 / 2014

28 września - 12 października

Studiowania aspektów kilka s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

8

Wieś(niactwo) w TVP RAFAŁ GROWIEC

Rząd(y) Premier Kopacz MATEUSZ PONIKWIA

12

Tęczowy dyktat nad złotym trunkiem

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU

RAFAŁ GROWIEC

16

18

22 24

Teologia czyli grunt to niebo! RAFAŁ GROWIEC

Nieproduktywny humanista ANNA GADOWSKA Na studia bez matury

DOMINIK CWIKŁA

Duszpasterstwo duszpasterstwu nierówne DOMINIK CWIKŁA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 14 s. 2

Niewola pracy MACIEJ PUCZKOWSKI


SPIS TREŚCI

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 26

Ziarno wyda kłos - kobiety mają głos!

RECENZJE 36

Bić się o człowieczeństwo

WOJCIECH URBAN

KRZYSZTOF RESZKA

38

Od niej do wieczności. «Niebo nad Berlinem» Wima Wendersa

MAJA MROCZKOWSKA

40

Jak nie dać się zwariować?

MICHAŁ MUSIAŁ

42

Kiedy diabeł się cieszy

ANDREA MARX

WOJNA XXI WIEKU 30

Nie pójdziemy na front! DOMINIK CWIKŁA

KULTURA 32

Biedronka zamiast Chrystusa ALEKSANDRA FRONTCZAK

34

Elity czy elyty? MAREK NAWROT

s. 3


WSTĘPNIAK

Studiowania aspektów kilka

Kolejny rok akademicki rozpocznie się już za dwa dni. Dla jednych to powrót do przeżywania najlepszych chwil w życiu, dla drugich prawdziwa zmora. Dla nikogo jednak okres studiowania pozostanie bez echa.

Anna Zawalska Numer zdawać by się mogło nieco ubogi w teksty, jednak na pewno nie ubogi w jakość! W nowy rok akademicki wchodzimy nieco rozleniwieniu, bardzo powoli. Niektórzy z nas zdają jeszcze ostatnie poprawkowe egzaminy, inni wykorzystują do reszty ostatnie chwile wytchnienia, jedni starają się dorobić grosza na nowy rok akademicki, a jeszcze inni walczą z biurokracją uczelni przy wpisach, wypisach i innych takich. Jest jeszcze jedna grupa, która nie śpi, bo odświeża USOSa. Dlatego ilość tekstów musicie nam wybaczyć. Już od następnego numeru obiecujemy poprawę! Jednak ilość nie przekłada się na

jakość i teksty stoją jak zwykle na wysokim poziomie. Ci, którym udało się wykrzesać trochę siły i czasu, by coś do nowego numeru napisać naprawdę się postarali. Mamy co nieco o humanistach, w tym szczególnie zastanawiamy się nad sensem takich studiów jak teologia. Do tego zastanawiamy się czy studia bez matury są możliwe i – jeśli są – to co właściwie znaczą. W numerze znajdzie się też przegląd duszpasterstw z największych miast akademickich. Do tego – choć nie jest to temat numeru, to jednak pośrednio z nim związany – obalamy w tym numerze mit dyskryminacji kobiet przez Kościół. Wychodzi bowiem na to, że żadna inna instytucja nie przy-

czyniła się do rozwoju naukowego kobiety jak właśnie Kościół Katolicki. Nowy rok akademicki warto miło zacząć. Dlatego najnowszy numer Może coś Więcej macie już przed sobą! Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różecka, Danuta Cebula, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Wieś(niactwo)

w TVP

Reality show jest to typ programu obnażający wszelkie sekrety i tajemnice, traktujący uczestników jak marionetki, mające napędzić stacji oglądalności. O ile ma to sens w przypadku barów, zamkniętych domów czy innych jasnych sytuacji, to angażowanie tej konwencji w poszukiwanie żony to przekroczenie pewnej granicy. Rafał Growiec SĄ UCZUCIA, SĄ WIDZOWIE Jak wiadomo, najlepiej sprzedają się rzeczy, które nie powinny być sprzedawane. Stąd mamy zalew pornografii nie tylko cielesnej. Obnażanie się emocjonalne, wyciąganie na forum swoich problemów emocjonalnych czy rodzinnych dawno już przestało nas oburzać. Nie pomogą memy z uczestnikami programu Ewy Drzyzgi czy załamywanie rak nad jakością nowoczesnej rozrywki. Przykre jest, że w ten nurt wpisuje się telewizja, którą niedawno chwaliłem na blogu za to, że wpycha swoim widzom paradokumentów. Zwłaszcza, że sposób w jaki to robi, zmienia w szopkę sprawę poważną i godną czegoś więcej niż kilka odcinków. Małżeństwo to nie jest takie hihi haha hejże hola. Choć reality show może być zaczątkiem jakiegoś romansu, to jednak zwykle są to związki bardziej medialne niż rzeczywiste. Jednak na pewno napędza to widowni, która chętnie zagląda w okno telewizora by zobaczyć „prawdziwe” uczucie. BO TO, CO NAS PODNIECA... Lubimy podglądać, taka nasza natura. Człowieka cechuje pęd

s. 6

“Co będzie w ostat-

nim odcinku? Czy kandydat będzie miał jeszcze czas do namysłu, czy będzie musiał wybrać jedną z dwóch ostatnich kandydatek? Czy jest na planie psycholog, czy odrzucone kobiety są otaczane jakąś pomocą? Czy też Telewizja Polska nie ponosi odpowiedzialności za załamanie nerwowe ? do wiedzy, który jednak źle ukierunkowany niszczy cudzą i naszą prywatność. To, co gwarantowało przetrwanie w czasach prymitywnych, teraz prowadzi do cofania się naszej kultury w rozwoju. Zaglądanie pod każdy krzaczek może gwarantowało znalezienie większej ilości jedzenia, ale zaglądanie za każdą firankę jedynie niszczy prywatność drugiego. Wiedzą o tym telewizje i stąd mamy zalew pseudodokumentalnych programów, udających prawdziwe

historie z życia szarego Kowalskiego. O ile te produkcje są tylko i wyłącznie ekranizacjami tworzonych przez redakcje opowieści znanych z pism dla pań, o tyle groźne jest wyciąganie przed kamery prawdziwych problemów. Kim trzeba być, by iść do telewizji, aby rozwiązać swoje rodzinne problemy na oczach milionów obcych ludzi? Nie wiem, choć zastanawia mnie to od dawna. Rozumiem ludzi, którzy mają nadzieję, że nagłośnienie sprawy pozwoli im wygrać z urzędnikiem czy absurdami życia codziennego. Jednak skąd się biorą bohaterowie odcinków typu: „Mojego syna opętał Szatan Serduszko”? A mówimy tu nie o sporze o miedzę czy problemach wieku dorastania, a o decyzji na całe życie, czyli o małżeństwie. ŻONA DLA ROLNIKA... Najpierw wyemitowano w maju pilotażowy odcinek przedstawiający kandydatów na mężów. Na swoich stronach TVP pisze o rolnikach-zalotnikach, że mają ciekawą prace, dużo czasu i dostęp do najnowszych technologii. Nic dziwnego, że na kastingi do programu zgłosił się ponad tysiąc kobiet, pragnących zostać żoną któregoś z nich. Ile z nich naprawdę


WYDARZENIA I OPINIE

szukało miłości, a ile chciałoby się polansować w telewizji? To już była robota ludzi od werbowania. Tu trzeba przyznać, że na pewno nie dobierano pań według klucza atrakcyjności telewizyjnej. To nie miejskie paniusie, liczące na wieś rodem z arystokratycznych dworków angielskich. Widać, że to kobiety, które roboty się nie boją i nie będą płakać nad połamanymi tipsami. Tak samo rolnicy – raczej nie młodzi, eleganccy na typowy, wiejski sposób. Żadnych armanich czy guccich. Ale to nie znaczy, że ich uczucia są prostackie. To wciąż ludzkie istoty, które czują i myślą. Czy zatem warto ryzykować skrzywdzenie ich poprzez wystawienie w jakimś koszmarnym konkursie? Konwencja jest taka – do rolników zgłasza się kilka kandydatek, a zainteresowany z czasem zawęża to zacne grono. Jak się domyślamy, z każdym odcinkiem decyzje będą poważniejsze, bo też relacja do kobiet będzie trwalsza. Zwłaszcza, że panie są zapraszane do domu rolnika, mogą zobaczyć jak mieszka i jak się stara. Same też mają świadomość, że polskie prawo wielożeństwa nie uznaje i wygrana będzie tylko jedna. Już teraz, po trzech odcinkach widać, że obie strony, czyli rolnicy i potencjalne żony, mocno zaangażow-

ali się emocjonalnie. Kolejne rozstania, tak romantyczne, połączone z wręczaniem róży, powodują potoki łez, których tak pragnie widz. Co będzie w ostatnim odcinku? Czy kandydat będzie miał jeszcze czas do namysłu, czy będzie musiał wybrać jedną z dwóch ostatnich kandydatek? Czy jest na planie psycholog, czy odrzucone kobiety są otaczane jakąś pomocą? Czy też Telewizja Polska nie ponosi odpowiedzialności za załamanie nerwowe wywołane złamanym sercem? A może jakieś pomocnicze głosowanie SMSem? HIT! A JAK NIE, TO... Stąd niechętnie podchodzę do produkcji telewizyjnych, które zaglądają ludziom tam, gdzie zaglądać nie powinny. I dlatego nie podoba mi się sama konwencja programu „Rolnik szuka żony”. Jeśli chodzi o problem emigracji ludzi z miast do wsi, to chyba już lepiej poradził sobie z tym tematem kabaret Ani Mru Mru w piosence „Rolnik sam w dolinie”. Program jeszcze przed emisją pierwszych odcinków TVP reklamowała jako hit sezonu. Czy słusznie? O tym, co jest hitem a co nie, decyduje oglądalność, a tej nie ma dopóki się programu nie wyemituje. TVP więc pcha widzom do głowy rzecz

niesprawdzoną jako cud, miód, orzeszki. Wiem, że teraz każde czipsy są najlepsze a każda kawa najbardziej kofeinowa, ale nie lubię gdy ktoś wydaje za mnie opinię. KOGO USZCZĘŚLIWI? Dopuszczanie ekip telewizyjnych do ludzkich uczuć to jak ustawianie bomby atomowej ubabranymi w gnoju widłami. Media są komercyjne, nawet gdy są państwowe. Muszą walczyć o widza, muszą szukać nowych, świeżych konwencji. Paradokumentów mamy dość. Telewizyjnego biura matrymonialnego jeszcze nie było. Co będzie jeśli cudowny związek rolnika z wybranką się nie uda, jeśli rozpadnie się przed drugą serią? Nie ma stuprocentowej pewności, że rolnik będzie szczęśliwy ze swoją nową połówką. Na pewno szczęśliwi będą widzowie, mogący śledzić na ekranie perypetie ludzi tak do nich podobnych. Nie mniej szczęśliwi będą monitorujący słupki oglądalności menedżerowie i szefowie TVP. „Wieśniak” nie jest dla mnie słowem obraźliwym. Ale to, co prezentuje TVP grając na ludzkich uczuciach, to wstyd, chamstwo i ciemnota. Jednym słowem: wieśniactwo. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Rząd(y)

Premier Kopacz Ostatnie dni na polskiej arenie politycznej obfitują w ważne wydarzenia. W poniedziałek, 15 września Bronisław Komorowski – Prezydent RP desygnował Ewę Kopacz na stanowisko Prezesa Rady Ministrów i powierzył jej misję sformowania rządu. Skład nowego gabinetu został przedstawiony już w piątek, 19 września. Uroczystość formalnego zaprzysiężenia Rady Ministrów miała miejsce w miniony poniedziałek w Pałacu Prezydenckim.

Mateusz Ponikwia Podczas zorganizowanej 19 września konferencji prasowej Ewa Kopacz przedstawiła skład nowego gabinetu. Jak sama podkreślała dobór poszczególnych ministrów jest jej autorskim pomysłem. Nowa premier zapewniała także, że podczas formowania Rady Ministrów kierowała się kryteriami merytorycznymi, zwracała bowiem uwagę na kompetencję i doświadczenie poszczególnych osób. Z uwagi na postanowienia umowy koalicyjnej, o swoje stanowiska mogli być spokojni szefowie resortów podległych Polskiemu Stronnictwu Ludowemu. Pomimo szeregu spekulacji medialnych odnoszących się do rzekomo nowatorskiego i reformatorskiego charakteru przyszłego rządu, jego skład w nieznaczny sposób odbiega od poprzedniej wersji. Na swoich stanowiskach pozostało bowiem aż 13 szefów resortów. Taką jak poprzednio nominację uzyskał szef PSL – Janusz Piechociński, który pozostanie ministrem gospodarki, a także wicepremierem. Nieco inny akt powołania otrzymał Tomasz Siemoniak. Oprócz ministe-

s. 8

“Nowy rząd nie

okazał się reformatorskim posunięciem byłej Marszałek Sejmu. Wiele osób pozostało na dotychczasowych stanowiskach. Nieliczne zmiany personalne warto wpisać w szerszy kontekst sytuacyjny. Rada Ministrów na czele której stoi Prezes Kopacz zdaje się być rządem przetrwania Platformy. rialnej teki uzyskał on bowiem rangę wicepremiera. Ponownie powołani zostali także: minister zdrowia – Bartosz Arłukowicz, minister edukacji – Joanna Kluzik-Rostkowska, szef resortu

finansów – Mateusz Szczurek, minister nauki i szkolnictwa wyższego – Lena Kolarska-Bobińska, minister sportu – Andrzej Biernat, minister rolnictwa – Marek Sawicki, minister skarbu – Włodzimierz Karpiński, szefowa resortu kultury – Małgorzata Omilanowska, minister środowiska – Maciej Grabowski, minister pracy i polityki społecznej – Władysław Kosiniak-Kamysz. Szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w randze ministra będzie w dalszym ciągu Jacek Cichocki. Największym zaskoczeniem okazała się zmiana szefa polskiej dyplomacji. Radosław Sikorski został bowiem zastąpiony przez Grzegorza Schetynę. Zanim doszło do prezentacji gabinetu Ewy Kopacz nikt nie podejrzewał nawet wręczenia ministerialnej teki Schetynie. Także jego postawa nie zwiastowała tego. Nie krył on odmiennego stanowiska w sprawie przejęcia władzy w partii po Donaldzie Tusku. Jawnie mówił, że chce aby zostały przeprowadzone wybory na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej,


WYDARZENIA I OPINIE

czemu stanowczo przeciwni byli zwolennicy Ewy Kopacz, która jako I zastępca partii po ustąpieniu Tuska została jej szefem. Warto też dodać, że były szef dyplomacji został w środę wybrany na Marszalka Sejmu. Oprócz Sikorskiego z rządem musiał także pożegnać się szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz. Jego miejsce zajęła Teresa Piotrowska. Z ministerialną posadą musiał rozstać się także Marek Biernacki. Ministra sprawiedliwości na stanowisku zastąpi dotychczasowy wicemarszałek Sejmu – Cezary Grabarczyk. Jak podkreśla sama Ewa Kopacz jest on jej bliskim i zaufanym współpracownikiem i przyjacielem już od wielu lat. Ponadto podczas spotkania z dziennikarzami zachwalała jego szczerość, pracowitość i przestrzeganie litery prawa. Mianowana Komisarzem Unii Europejskiej Elżbieta Bieńkowska pozostawiła swój fotel w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju Marii Wasiak – prawniczce, która dotychczas była wiceprezesem w spółce PKP. Rafał Trzaskowski żegna się natomiast z funkcją ministra administracji i cyfryzacji. W zamian za niego resortem pokieruje Andrzej Halicki – poseł PO, który z wykształcenia jest ekonomistą.

Ewa Kopacz zaznaczała, że tak utworzony rząd zagwarantuje bezpieczeństwo Polsce. Z ust opozycji słychać jednak komentarze, że rząd nakierowany jest przede wszystkim na przetrwanie, jałową egzystencję i zapewnienie spokoju wewnętrznego w Platformie. Oponenci polityczni są przekonani, że głównym zadaniem nowej Rady Ministrów będzie dotrwanie przy władzy do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Ryszard Czarnecki – eurodeputowany z ramienia Prawa i Sprawiedliwości podkreśla, że osoba, która była złym ministrem zdrowia i fatalnym Marszałkiem Sejmu nie może być dobrym premierem. Pomimo apelu Prezydenta Komorowskiego, aby nie dokonywać ocen apriorycznych i nie przekreślać szans nowego gabinetu oraz poczekać na rezultaty jego funkcjonowania, nie milkną komentarze na temat całego rządu jak i poszczególnych jego członków. Dla wielu znawców sceny politycznej zaprzysiężony rząd nie daje gwarancji na bezpieczne i stabilne sprawowanie władzy w naszym kraju. Zdaniem profesor Jadwigi Staniszkis nowy gabinet zdaje się być gorszym niż ten, któremu przez siedem ostatnich lat przewodniczył Donald Tusk.

Z całą pewnością należałoby zgodzić się z tezą prezentowaną przez wielu polityków, zwłaszcza opozycyjnych, że nowopowstały rząd jest tak naprawdę w jakiś sposób ukierunkowany na zjednoczenie Platformy Obywatelskiej. Nie od dziś bowiem wiadomo, że w ostatnim czasie ta partia polityczna doświadczana była przez wewnętrzne spory i tarcia. Dążenie do piastowania wysokich stanowisk i zasiadania w pierwszym szeregu wydaje się jednak naturalne, choć często destrukcyjnie wpływa na losy całego ugrupowania. Dlatego dobór szefów resortów zdaniem wielu odbywał się przy uwzględnieniu partyjnego klucza. Politolodzy twierdzą, że włączając do rządu polityków z różnych środowisk i frakcji PO, Ewa Kopacz stara się w pewien sposób uspokoić sytuację wewnętrzną i załagodzić toczące się spory. Efekt nominacji Grzegorza Schetyny na stanowisko ministra spraw zagranicznych jest widoczny gołym okiem. Schetyna nie domaga się już przeprowadzenia wyborów na szefa partii politycznej, pomimo tego, że jeszcze do niedawna był tego gorącym zwolennikiem. Zdaniem niektórych miał nawet realne szanse na uzyskanie przywództwa nad całą partią polityczną.

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE Namacalnym znakiem i dowodem potwierdzającym tezę o sformowaniu rządu jedności Platformy Obywatelskiej wydaje się być gest uściśnięcia przez premier Kopacz i uniesienia w górę rąk Schetyny i Grabarczyka podczas prezentacji rządu. Komentatorzy sceny politycznej wyraźnie wskazują, że decyzja o przyznaniu Schetynie teki ministerialnej może przynieść jednak odmienne rezultaty. Z fotela ministra łatwiej mu będzie bowiem umacniać swoją pozycję wewnątrz partii i strefę wpływów wśród działaczy, co przy niekrytych zakusach przywódczych może stanowić zagrożenie dla Pani Premier. Szerokim echem, także na arenie

tylko rząd w Kijowie, ale i wszystkich Ukraińców. Ważne bowiem jest okazywanie solidarności i poparcia w walce z rosyjskim agresorem. Warto jeszcze zwrócić uwagę na sytuację w Ministerstwie Sprawiedliwości. Cezary Grabarczyk poinformował w czwartek, że nie chce współpracować z Michałem Królikowskim, bliskim współpracownikiem byłego ministra Marka Biernackiego. Prawdopodobnie Królikowski pozostanie w resorcie aż do zakończenia prac nad nowelizacją kodeksu karnego. Ten wybitny prawnik nie ukrywał nigdy przywiązania do wiary chrześcijańskiej i wartości z nią związanych. W sposób stanowczy sprzeciwia się on aborcji

tej tezy jest podział tek ministerialnych uwzględniający usatysfakcjonowanie i zaspokojenie apetytu wewnątrzpartyjnych frakcji. Według krytyków politycznych gabinet nie ma spójnej wizji sprawowania rządów w kraju. Brak jest bowiem ich zdaniem konkretnych celów oraz zadań wyznaczonych do realizacji. Także wiele wątpliwości budzi brak jednolitego stanowiska w sprawach kluczowych dla kraju. Rozjaśnienie wątpliwości co do kierunków działania oraz priorytetów na najbliższy rok może przynieść expose, które zaplanowane jest na 1 października. Wówczas także Sejm będzie podejmował decyzję o wyrażeniu poparcia dla

międzynarodowej odbiły się słowa Ewy Kopacz, która odpowiadając na pytania dziennikarzy w kwestii sprzedaży broni Ukrainie zapowiedziała, że Polska powinna zachowywać się jak matka chroniąca swoje dzieci przed niebezpieczeństwem. Aleksander Kwaśniewski – były Prezydent RP, zaznaczył, że polityka izolacjonizmu nie jest do zaakceptowania. Zwrócił uwagę, że mieszkańcy Ukrainy z nadzieją spoglądają w stronę swoich zachodnich sąsiadów, a takie słowa mogą napawać niepokojem, nie

oraz deprecjonuje znaczenie metody sztucznego zapłodnienia in vitro co kłóci się z większościowym poglądem PO w kwestiach bioetycznych. Nowy rząd nie okazał się reformatorskim posunięciem byłej Marszałek Sejmu. Wiele osób pozostało na dotychczasowych stanowiskach. Nieliczne zmiany personalne warto wpisać w szerszy kontekst sytuacyjny. Rada Ministrów na czele której stoi Prezes Kopacz zdaje się być rządem przetrwania Platformy i zjednoczenia jej członków. Dobitnym potwierdzeniem

nowego rządu w procedurze głosowania tzw. wotum zaufania. Ważne jednak, aby zarówno nowi jak i starzy ministrowie z oddaniem Ojczyźnie wykonywali swoje obowiązki, a spory partyjne pozostawili w dalszej perspektywie. Oby dobro wspólne – Rzeczpospolitej i jej mieszkańców było głównym celem ich poczynań w codziennej pracy. 

s. 10


s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Tęczowy dyktat

nad

złotym trunkiem Wolność, otwartość, tolerancja i racjonalność to cztery cechy nowoczesnej lewicy. Ile potrzeba by się one wyczerpały? Pobicia, mordu, wezwania do krucjaty? Nie, wystarczy jeden wpis na facebooku, jeden wulgaryzm, jedna pyskówka. To zaprawdę niewiele, by móc spokojnie wyciągnąć popcorn i podziwiać samo-nakręcającą się falę histerii. Rafał Growiec ZŁOTY NAPÓJ BRUNATNEJ NIENAWIŚCI Zaczęło się od gwiazdy ringu, Michalczewskiego, który postanowił włączyć się w poczet gwiazd przyjaznych LGBT i poskarżył się na los uciskanej mniejszości. To z kolei wywołało odpowiedź (niezbyt kulturalną) niejakiego Marka Jakubiaka, który życzył bokserowi matki z męskim narządem rozrodczym zamiast piersi. Wpis wyrażał także niechęć do epatowania byciem gejem, jaki często spotykany jest w środowisku LGBT. Reakcja tęczowej strony? Szybko odkryto, że człowiek, który obraził gejów i ich zwolenników to nie jest szara myszka z blokowiska, tylko szef Browarów Regionalnych Jakubiak. Dwie warszawskie knajpy na wyścigi ogłosiły bojkot piwa Ciechan, czyli marki najlepiej kojarzonej z wrednym homofobem. Piwo już zakupione ma być wylane, a dalsze zakupy wstrzymane. Namawia do tego także jakże pokojowa „Tęczowa Armia”, reprezentowana przez Stowarzyszenie SS („Stop Stereotypom”). Niektórzy nawet tak się zagalopowali, że postanowili

s. 12

“Kiedy bojkot ma

sens? Gdy bojkotowana marka czy firma ma wpływ na to, co było przyczyną oburzenia. Stąd na przykład bojkot produktów AgrosNovy miał sens, gdyż to ta firma wypuściła na rynek napój o nazwie „Demon”. Tak samo bojkot stacji Łukoilu, będący odpowiedzią na rosyjskie embargo. kupić Ciechana by go wylać. Wpis już zniknął, pojawiły się przeprosiny, ale gorączka trwa. Niby temat zastępczy – ale czy na pewno jest powód by sobie darować i go nie drążyć? DEBATA PO POLSKU Bojkot jest bardzo ważnym elementem demokratycznej społeczności. Pozwala głosować przez portfel,

decydując do kogo płyną zarobione przez nas pieniądze. Nadużywany jednak prowadzi do osłabienia wartości i może wyrobić bojkotującym opinię bezmózgich awanturników. Kiedy bojkot ma sens? Gdy bojkotowana marka czy firma ma wpływ na to, co było przyczyną oburzenia. Stąd na przykład bojkot produktów Agros-Novy miał sens, gdyż to ta firma wypuściła na rynek napój o nazwie „Demon”. Tak samo bojkot stacji Łukoilu, będący odpowiedzią na rosyjskie embargo. Musi też bojkot uderzać po kieszeni. Mieszanie prywatnych poglądów właściciela z biznesem to dla LGBT nie nowość – otwarcie promują oni lokale, które są gay-friendly. Czy bojkot Ciechana spełnia te założenia? Na pewno uderza w markę, której właściciel został uznany za homofoba. Jednak czy można łączyć ze sobą poglądy właściciela i firmy? Pamiętajmy, że pan Jakubiak nie jest jedynym czerpiącym zyski ze sprzedaży piwa, ale to także źródło utrzymania piwowarów, marketingowców, ludzi od magazynów i tak dalej. Wśród masy ludzi czerpiących dochody z Ciechana znalazł się jeden homofob.


Słownie „jeden”. I dlatego cała firma musi mieć kłopoty. Przypominam – powodem jest jeden wpis na facebooku. Napisany może w gniewie, może po pijaku, może z kogucią intencją „dla jaj”. TĘCZOWE STOSY Nie jest to pierwsza historia pokazująca zapasy (albo raczej ich brak) lewackiej tolerancji. Nie tak dawno jeden z aktorów grających w reklamie soków firmy Hortex zamieścił na facebookowej tablicy wpis krytyczny wobec gejów i ludzi wrzucających zdjęcia z parady równości. Stąd powstał pomysł bojkotu (więcej: http://natemat.pl/107193,mlody -aktor-peda-y-wypierd-lac-rzecznik -tvp-w-szoku-hortex-ma-klopoty) firmy Hortex. O ile Hortex odciął się od chamstwa i stwierdził, że nie będzie kontrolowac poprawności politycznej zatrudnianych ludzi, to rzecznik TVP jasno postawił sprawę. Albo aktorstwo, albo homofobia. W reklamie soku Musiał pojawia się przez kilka sekund, w migawkach. Czy firma może odpowiadać za to, że ktoś, kogo zatrudnia ma

takie a nie inne poglądy? Właściwie rozwiązaniem jest tylko i wyłącznie podpisywanie klauzuli homofilii, podkreślającej miłość pracownika do gejów i lesbijek i zapewnienie, że w wypadku homofobicznego komentarza na fb poniesie się wszelkie koszta wizerunkowe. Nawet bez takiej regulacji prawnej, środowiska LGBT ślą w eter następujący komunikat: browary, telewizje, gazety i kościoły nawet są tylko dla tych, którzy stoją po tęczowej stronie mocy. Każdy, kto ma czelność być kimś i być homofobem, musi zostać wymieciony bojkotem z rynku, nie może pokazywać się nawet w reklamie soku, podlega ostracyzmowi i powinien być wygnany z przestrzeni publicznej. O ile taka postawa nie dziwi w przypadku prawicy, która zakłada, że ma rację i czasem trzeba użyć argumentu siły, by innych przekonać, o tyle dziwi brak tolerancji po stronie piewców tolerancji. Otwartość na debatę zdaje się być jedynie sloganem, do którego dokooptowana jest gwiazdka. Pod tą gwiazdką jest zaznaczone, że otwartość i tolerancja

jest zagwarantowana dla naszych, lewicy. AKCJA I REAKCJA Bojkot Ciechana wywołał istną wojnę. Nie leje się krew a piwo (którego może znacznie mniej, ale też szkoda marnować). Jedni leją do sedesu licząc na to, że obalą w ten sposób stereotypy o gejach, inni w gardło, na pohybel homolobby. Jak na razie, wygląda na to, że browar wyjdzie z zamieszania obronną ręką. Wyrobił sobie markę na konserwatywnym rynku, głosy poparcia są też częstsze niż krytyki za wpis. Chyba sam też się Ciechana napiję. Nie dla poparcia chamstwa, bo to było. Ale w ramach solidarności z bratem-homofobem. Tak samo jak wielu innych, niechętnych homolobby chcącemu dyktować nawet jak ma myśleć piwowar. 

s. 13


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Niewola pracy

Co byś zrobił gdybyś miał rok wolnego? - poszedł do roboty odpowiada większość “ankietowanych”. Niektórzy dodają, że nie potrafią usiedzieć pięciu minut bezczynnie. Człowiek musi coś robić, gdzieś pracować - wyjaśniają - a ten, kto unika pracy to po prostu leń.

Maciej Puczkowski Tylko, czy nie lepiej by było mieć za co żyć i nie pracować? Nie zapominajmy, że konieczność pracy jest przykrą konsekwencją tego, że nie żyjemy w raju. Cóż, najwyrażniej zwariowalibyśmy w raju, skoro praca jest nam tak bardzo do życia potrzebna. Konieczne jest w tym miejscu niewielkie sprostowanie. Dzięki pracy produkujemy dobra, z których później korzystamy. Jedni pieką chleb, który mogą zjeść inni budują domy. Na określonych regułach mogą wymieniać się wzajemnie dobrami, które produkują. Dlatego słusznym jest, żeby nie jadł ten kto nie pracuje - nie dlatego, że praca jest taka dobra, ale dlatego, że wytwarza dobra, które służą wszystkim. Gdyby dóbr nie trzeba było wytwarzać, nie trzeba byłoby pracować. Jeśli ktoś pracuje dla samej pracy, nie zaś dla dobrobytu, jest w pewnym sensie niewolnikiem. Ile zatem należy pracować? Dokładnie tyle, żeby zdobyć takie dobra i w takiej liczbie, żeby przynosiły nam korzyść. Gdybyśmy więc znaleźli człowieka, dla którego korzystna jest mała liczba dóbr, tak mała, że na jej zdobycie wystarczy zasiłek dla bezrobotnych, czy ten człowiek powinien

s. 14

“Gdybyśmy więc

znaleźli człowieka, dla którego korzystna jest mała liczba dóbr, tak mała, że na jej zdobycie wystarczy zasiłek dla bezrobotnych, czy ten człowiek powinien pracować? pracować? Gdyby nie pracował moglibyśmy nazwać go leniem? Gdyby pracował, nadmiar dóbr działałby przecież na jego niekorzyść. Gdybyśmy zaś wzięli człowieka majętnego, który posiada pracowników pomnażających jego dobra w zamian za udział w nich, czy taki człowiek też powinien pracować? Dlaczego? Skoro zatem człowiek nie żyje, żeby pracować, ale pracuje, żeby żyć, to jeśli może żyć bez pracy, co powinien robić ze swoim życiem? Tu się właśnie pojawia problem. Okazuje się, że zapomnieliśmy trochę jak żyć. Okres, w którym nie pracujemy lub którego nie przeznaczamy na edukację uznajemy za stracony. Nie umiemy korzystać z życia i nieustannie musimy jakoś zabijać czas. Kiedy nic

nie robimy rodzą sie w nas wyrzuty sumienia. Sami też sumiennie wyrzucamy innym nieróbstwo. Nawet czas wolny musimy mieć jakoś zaplanowany. Problem w tym, że nie umiemy się skupić na byciu tu i teraz. Praca nas przywołuje do teraźniejszości. Kiedy jej nie ma, uciekamy do wspomnień lub snujemy plany. Żeby zacząć żyć trzeba najpierw zobaczyć świat i zachwycić się nim. Zachwyt nad światem idzie w parze z zachwytem nad Stwórcą i wtedy zaczynamy się modlić - poznawać Stwórcę poprzez rozmowę z nim, rozmyślania i rozważanie jego dzieł. Tu dochodzimy do wcale nie nowego wniosku, że do życia potrzebna jest praca i modlitwa. Praca, bo dzięki niej zdobywamy dobra niezbędne do życia i modlitwa, bo umożliwia nam życie poza pracą. Kiedy skupiamy się wyłącznie na pracy, całe nasze życie poza nią przestaje mieć znaczenie. W końcu dochodzimy do wniosku, że praca nas spełnia. Spełnia nas nie praca, a życie. Dlatego moją odpowiedzią na pytanie: „co byś zrobił, gdybyś miał rok wolnego” jest: „zachwycałbym się światem”. 


s. 15


TEMAT NUMERU

Teologia czyli grunt to niebo

Na co na uniwersytecie w XXI wieku teologia? Czy jest miejsce na naukę o Bogu w czasach, gdy każdy przedmiot musi mieć solidną bibliografię, twarde podstawy i przede wszystkim – musi przynosić wymierne korzyści materialne? Jak najbardziej!

Rafał Growiec CZY TO TYLKO FILOZOFIA? Teologii daleko do czysto teoretycznych rozważań nad naturą Boga czy Kościoła. Choć posiada ona swoje gałęzie, których wyniki trudno porównać ze stanem faktycznym, to jednak wiele jej dyscyplin to nauki w pewnym stopniu empiryczne. Biblistyka opiera się na istniejących rękopisach i kopiach tekstów oryginalnych, tak samo patrystyka i patrologia. Zawsze cenne są wykopaliska w Ziemi Świętej, ale także poza nią. Nie do pominięcia są studia nad językami biblijnymi – greką i hebrajskim, a także łaciną, aramejskim czy koptyjskim. Historia Kościoła bazuje na tekstach źródłowych z epoki i wymaga znajomości historii powszechnej. Homiletyka i teologia pastoralna korzystają z dokonań psychologii i socjologii. Metodyka katechezy nie jest niezależna od metodyki świeckiej, choć ma nieco inne cele. CO ZE ŚWIECKIM PAŃSTWEM? Nawet jeśli nie jest to czyste gdybanie, ile diabłów zamieszkuje główkę od szpilki, to co robi teologia na uniwersytecie? Można powiedzieć, że obszar jej zainteresowań mogłyby

s. 16

“ Ciekawostką są

chrześcijańscy wegetarianie twierdzący, że Jezus był jednym z nich i dlatego wziął Szymona od sieci i uczynił go rybakiem ludzi. Inną kategorią są pobudki filozoficzne, wskazujące na to, że człowiek powinien okazywać szacunek światu przyrody, z którego się wywodzi w imię pokoju międzygatunkowego. podzielić między siebie filozofia, lingwistyka, historia czy nauki społeczne. Byłoby to jednak tylko i wyłącznie rozgrabienie nauki przez jej dziedziny pomocnicze, czego nikt nie postuluje w przypadku innych kierunków studiów. Teologii daleko też do religioznawstwa, gdyż analizuje tylko

jedną religię, co najwyżej zaglądając na cudze podwórka celem porównania czy szukania pola do porozumienia. Jednak jest to działka ważniejsza dla nas niż buddyzm czy islam, gdyż na niej wyrosła kultura europejska. To pisma Augustyna miały wpływ na Lutra, a ten rzucił cień na całą nowożytną historię Europy. To Kościół przez wieki wpływał na kulturę i sztukę i nie można zrozumieć ikony bez odczytania teologii zawartych w niej symboli. Czy wydziały teologiczne to tylko i wyłącznie fundowanie Kościołowi lokalów i placówek, gdzie kształci mu się zindoktrynowane kadry? W czasach, gdy nauka jest lubiana, gdy się opłaca, zdaje się, że kształcenie teologów to strata czasu. Jednak niejeden teolog potrafi bardziej rozsławić kraj niż oddany za bezcen wynalazek. Bez studiów teologicznych nie byłoby ks. Tischnera, a nawet Jana Pawła II. Dlaczego więc, skoro już inwestujemy w nowych Gadamerów, nie zainwestować w Augustynów? CZY TO NORMALNY WYDZIAŁ? Po czterech latach studiów na Wydziale Teologicznym Uniwer-


sytetu Śląskiego muszę przyznać, że trudno nazwać go „zwykłym” wydziałem. Przede wszystkim – inna władza. Przełożonym teologów na uniwersytecie jest nie tylko rektor, ale także (a może „przede wszystkim”) Wielki Kanclerz, którym na WTL UŚ jest arcybiskup katowicki (ob. abp Wiktor Skworc). Sam wydział zaś w pierwszym rzędzie służy edukacji kleryków, więc inne specjalności są tam niejako „na doczepkę”. Oprócz czysto „teologicznych” kierunków – teologii pastoralnej (klerycy), nauczycielskiej (katecheci) i ogólnej (teolodzy bezrobotni) – Wydział oferuje też Nauki o Rodzinie, które skrótowo zwane są NoRkami. Niezasłużenie cieszą się one złą opinią wśród innych studentów, choć od kilku lat nie słyszano, by jakaś NoRka, kserując Pismo Święte, pytała, gdzie można kupić Pięcioksiąg. Na teologię nie przyjmuje się ludzi według ich wiary. Zdarzają się tu zarówno ludzie wierzący głęboko, trochę płytsi, ale także ludzie, których Bóg niewiele obchodzi. Charyzmatyk siądzie w ławce obok tradsa w czasie, gdy swoją pracę referował będzie ateista poszukujący bądź taki, co pokłócił się z proboszczem. Ciekawą sprawą są też migracje międzyspecjalizacyjne. Ktoś może przejść z teologii nauczycielskiej na ogólną, jeśli po praktykach nie czuje się na siłach, by pracować w szkole. A

ktoś może w sobie odkryć powołanie do zawodu nauczyciela... Ktoś (w 99,999[9]% przypadków student płci męskiej) może przejść do seminarium, ale może też przebyć drogę odwrotną. FACECI W CZERNI RZĄDZĄ Rzeczą niespotykaną na innych wydziałach jest hurtowa obecność kleryków na zajęciach i księży za katedrą. Obecność alumnów seminarium wymusza pewne zmiany organizacyjne w planach zajęć. I nie chodzi tu tylko o modlitwę przed niemal każdym wykładem. Seminarium blisko uczelni pozwala zrobić sobie małą przerwę na obiad i rachunek sumienia. Jednak dla świeckich oznacza to godzinę wolnego, a co za tym idzie – o godzinę późniejszy powrót do domu. Przerwę można jednak spędzić na Mszy świętej, która odbywa się każdego dnia w wydziałowej kaplicy. A w razie jakiegoś tragicznego wypadku zawsze jest Formacja seminaryjna wymusza także inny rozkład programu. Dla przykładu – pierwszy semestr studiów klerycy Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego spędzają poza Katowicami, co wpływa na plan odbywających się wtedy wykładów dla świeckich. Alumni mają też dość zapchany czas poza zajęciami, co utrudnia znacząco integrację międzykierunkową. Co nie znaczy, że nie

da się wyjść z klerykami na pizzę... Można! Ale po co? Ma to też dobre strony – władze są wyczulone na punkcie długich weekendów, świąt i tak dalej, dzięki czemu często łatwiej o godziny dziekańskie przed Bożym Narodzeniem niż rektorskie. NIE SAM POST, NIE SAMA NAUKA Poza tym, że większość ma bardziej tradycyjne niż nowoczesne poglądy, studenci teologii niewiele różnią się od swoich kolegów z filologii czy pedagogiki. Mają swoje branżowe kawały i anegdotki, które mogą być nie do pojęcia dla ludzi spoza teologicznego podwórka. Co jakiś czas zdarzy się bal teologa, czasem jakaś dziwna, niczym niewyjaśniona peregrynacja Rihanny po seminarium, czasem konferencja, czasem bieg o Puchar Dziekana. GRUNT TO NIEBO Są miejsca, gdzie wszystko jest postawione na głowie. I takim miejscem zdaje się w porównaniu z innymi wydziałami teologia. Tu nie do końca chodzi o kolejny rok magistrów. Bardziej niż na jakichkolwiek innych studiach wykładowcy muszą pamiętać, że to, jakich księży/ katechetów wypuszczą wpłynie na to, jacy kandydaci zgłoszą się za kilka lat. Osoby głęboko wierzące czy ludzie mający dość niedouczonych, zniechęconych głosicieli Ewangelii? 

s. 17


TEMAT NUMERU

Nieproduktywny humanista O humanistyce, akademickości i innych współczesnych kryzysach niezobowiązujących refleksji kilka.

Anna Gadowska Studia humanistyczne stanowią dziś rozbudowany dział nauki wciąż poszerzający pole swojej aktywności. Jako zespół dyscyplin, przedmiotem badań czynią człowieka i jego twórczość. Dzięki ponadczasowemu charakterowi, oferowanej wiedzy o pewnych prawidłowościach kulturowych, społecznych, filozoficznych, którą oferują, od wieków cieszą się dużym uznaniem, przede wszystkim, rzecz oczywista, wśród adeptów szerokorozumianej, nazwijmy to, humanistyki. Niestety nie zawsze, w dobie wszechobecnej technicyzacji, kultu praktyczności i wydajności, dyscypliny humanistyczne i ich reprezentanci spotykają się z właściwym rozumieniem i należnym szacunkiem ze strony społeczeństwa. Coraz częściej spotkać się można z określaniem oferty studiów uczelni humanistycznych jako z perspektywy dzisiejszych czasów bezużytecznej, niepraktycznej. Głosy niezadowolenia dochodzą jednak najczęściej nie ze strony studentów czy absolwentów, ale osób postronnych, rzekomo „obiektywnych” obserwatorów, bądź

s. 18

“Tocząc dylematy

wokół studiów humanistycznych i ich powinności względem praktyczności i niepraktyczności, przyszłościowości i nieprzyszłościowości nie zapominajmy, że tak czy inaczej uniwersytet jest miejscem, gdzie przygodę ze zdobywaniem jakichkolwiek umiejętności rozpoczyna się od teorii to z forum umysłów ścisłych, bądź nie utożsamiających się oficjalnie z żadną ze stron. Niepraktyczne studia – co to właściwie znaczy? Co rozumiemy przez słowo „niepraktyczny”, albo jeszcze wcześniej – „praktyczny”? Od strony definicji nie mamy wielu możliwości; za SJP „praktyczny” jest to inaczej: 1. związany z praktyką, przeznaczony do zastoso-

wania w praktyce; 2. przydatny do czegoś; 3. dbający o sprawy życiowe. W zaprzeczeniu więc jako niepraktyczne uznać możemy w tym wypadku cechy takie, jak brak zastosowania praktycznego. Już w tym miejscu zapala się czerwona lampka: czy adekwatnym i sprawiedliwym w osądzie jest stwierdzenie, że studia humanistyczne, których ideą przewodnią jest krzewienie i rozwijanie kulturowych tradycji językowych, literackich, artystycznych i innych są nieprzydatne i nie dbają o sprawy życiowe? Myślę, że nie ma potrzeby rozwijać tego wątku; wystarczająco najróżniejszych obronnych postulatów wygłoszono i analiz problemu zdążono przeprowadzić. Kąśliwe uwagi o nieprzydatności i nieprzystawalności kierunków humanistycznych do wymagań współczesnego świata trącą ignorancją, wręcz arogancją Dla studiów humanistycznych i ich przedstawicieli nastają dość niepewne czasy pełne zarzutów i wymówek. Mimo, iż trudno spierać się z tą racją, że w humanistyce (jako pewnym dziale nauki zajmującym


się człowiekiem na tle społeczeństwa) niewiele mamy praktyki we właściwym tego słowa znaczeniu, bo raczej jest to „praktyka” zamknięta do naszego intelektu, nie można pozwolić na przechylenie się szali krytyki w drugą stronę. W tym kontekście niesmak budzić może często spotykana interpretacja „niepraktycznych studiów” jako tych niepotrzebnych, bezużytecznych, zakończonych dyplomem z „byle czego”. Student uczelni humanistycznej jest dziś postrzegany jako ten nieproduktywny byle ktoś. Nieproduktywny humanista, można by rzec. Określenie „humanistyczny” przechodzi dziś niezwykle niekorzystną modyfikację znaczeniową; kierunki humanistyczne są uważane za nieprzyszłościowe, nieopłacalne; już licealni „humaniści”, choć jeszcze nie zaczęli studiów, szukają opcji na przekwalifikowanie się w przyszłości. Na tym bagiennym polu pojawiło się jakiś czas temu zjawisko, nazwane kryzysem humanistyki. Ów problem

daje się we znaki całej społeczności humanistów; o pomoc wołają w listach otwartych filozofowie, historycy, kulturoznawcy i filolodzy. Męczennikiem staje się dziś nie tylko postać humanisty – studenta, wykładowcy, pasjonata, ale przede wszystkim idea uniwersytetu, który oddala się od swoich pierwotnych ideałów. Uczelnie wyższe ulegają bowiem powszechnej standaryzacji i biurokratyzacji a ich wartość określana jest cyferkami z rozmaitych przeliczników. Dominuje ilość, nie jakość. Jest to dość niepokojące zjawisko. Nikną relacje uczeń – mistrz; padają zarzuty, że uniwersytet staje się przedsiębiorstwem, korporacją, maszyną opartą na mechanicznych przelicznikach, bilansach zysków i strat, miast skupiać się na kształceniu i wychowywaniu młodych pokoleń uświadomionych społecznie i kulturowo intelektualistów. Trudno temu zaprzeczyć; od dłuższego czasu problem nagłaśniają tęgie umysły polskiej nauki; ambaras ów przybiera na sile i nic nie wskazu-

je na to, by sytuacja miała się zmienić, zwłaszcza w obliczu niżu demograficznego, gdy uczelnie walczą o każdego studenta zapewniającego im finansową równowagę. Od studiów oczekuje się dziś stosowalności, praktycznej użyteczności. Leszek Kołakowski w jednej ze swoich książek słusznie zauważa: „Domaganie się od nauki, aby legitymowała swoje istnienie doraźnymi pożytkami, było, jak wiemy, charakterystyczne dla ustrojów komunistycznych z ich obowiązującą ideologią państwową, która rościła sobie prawo do wszechwiedzy”. Trudno zaprzeczyć. Tocząc dylematy wokół studiów humanistycznych i ich powinności względem praktyczności i niepraktyczności, przyszłościowości i nieprzyszłościowości nie zapominajmy, że tak czy inaczej uniwersytet jest miejscem, gdzie przygodę ze zdobywaniem jakichkolwiek umiejętności rozpoczyna się od teorii – pozyskiwania i poszerzania teoretycznych informacji, które w przyszłości

s. 19


TEMAT NUMERU można lub nie przekładać na określoną praktykę już w wybranej ścieżce życiowej. To samo dotyczy wszystkich uczelni wyższych, nie tylko humanistycznych; właściwie ma zastosowanie na wszystkich szczeblach edukacji. W tym kontekście częstym błędem jest wiązanie wykształcenia akademickiego z wykształceniem zawodowym. Do określonej praktyki w znaczeniu zawodu stricte winny przygotowywać przede wszystkim szkoły zawodowe; wykształcenie akademickie natomiast jest wykształceniem akademickim z całą swoją elitarnością i należnym instytucji akademickiej dostojeństwem. Czytamy w Bocheńskiego Sensie bycia że uniwersytet jest w społeczeństwie jedyną instytucją poświęconą teorii, bowiem „wiedza jest wartością bezwzględną i zarazem najbardziej praktyczną ze wszystkich wartości

jednakową ważność; każda ma za zadanie służyć czemu innemu, nie ma tu jednej słusznej płaszczyzny porównawczej; względem jakich kryteriów bowiem mielibyśmy porównywać biologię molekularną z italianistyką? W odniesieniu do przyszłych potencjalnych zarobków absolwenta czy zdobytej przezeń wiedzy? Nonsens. Poza tym konkretny dyplom konkretnego kierunku nie zawsze przekłada się na konkretne umiejętności i w dalszym ciągu na dane miejsce pracy. Większość z nas zna ten problem bardzo dobrze – z autopsji. Często nasza zawodowo-rozwojowa szansa jest wypadkową kilku życiowych okoliczności. Nie zawsze tych związanych z naszym wykształceniem, czy rodzajem ukończonej uczelni. W kwestii rozwiązania sporu „wykształcenie humanistyczne czy nie”,

z drugiej strony. Jest oczywistością, że nie wszyscy w społeczeństwie będą odnoszącymi sukcesy lekarzami, prawnikami, architektami, ekonomistami podobnie jak nie każdy zachwyci się kolejnym tomem rozważań Kanta, czy poświęci kilka wieczorów na snucie interpretacji i analiz poezji hebrajskiej. Wachlarz możliwości jakie oferuje nam „świat studiów”, a uprzednio już samo życie ze wszystkimi swoimi naleciałościami, jest w tych kwestiach nieograniczony. Od wieków nam wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje. Podobnie nie powinno się przesądzać o sprawach takich, jak indywidualne predyspozycje, umiejętności, zainteresowania, zdolności. Jesteśmy inni, odmienni i to szlachetne zróżnicowanie stanowi o naszej wartości; dzięki temu bowiem jesteśmy lepsi i silniejsi

praktycznych”, a kto „twierdzi, że nauka powinna zawsze i wyłącznie służyć praktyce, ten głosi w gruncie rzeczy zwierzęcy ideał. Zapomina, że człowiek pożąda nie tylko dóbr materialnych. […] Stąd nie powinno się podporządkowywać nauki praktyce ani uniwersytetu instytucjom praktycznym, bo takie podporządkowanie grozi sfałszowaniem samego sensu wiedzy”. W tym też spornym obszarze często spotykamy się z wartościowaniem typu: studia humanistyczne gorsze lub lepsze od przyrodniczych czy technicznych. Jest to kolejny rozdział bezsensownej batalii. Gorsze czy lepsze pod względem jakiego kryterium? Jedne i drugie jako nauki posiadają

„teoria czy praktyka”, „wiedza niepraktyczna czy praktyczna” i dobrze znanym w każdym środowisku dylematów z potencjalnymi korzyściami finansowymi, mającymi wynikać ze zdobytej wiedzy i doświadczenia, nad którymi to rozwiedliśmy się w poprzednich akapitach, najrozsądniejszym wydaje się udzielenie samemu sobie już przed rozpoczęciem studenckiej drogi odpowiedzi na dwa podstawowe pytania: z czym przychodzę na uniwersytet i czego od niego oczekuję? Nie będzie nowością stwierdzenie, że ilu mamy potencjalnych studentów, tyle różnych wizji, oczekiwań względem uczelni z jednej oraz stopnia zaangażowania i podejścia do wybranego kierunku rozwoju

jako całość – zbiorowość ludzka, której osiągnięcia długo zdobywałyby dzisiejsze podia, gdyby nie ścisła współpraca między poszczególnymi jednostkami, dziedzinami wiedzy i nauki. W odpowiedzi na pytanie, po co istnieje kultura i będąca jej wizytówką humanistyka, jeśli nie zawsze przekłada się na praktyczną użyteczność i techniczny postęp, za Kołakowskim stwierdzić możemy jedno: „po to by ludzkość była tym, czym była zawsze. Jeśli kultura jest luksusem, to może dlatego, że sama ludzkość jest luksusem natury”. A nieproduktywny humanista okazuje się tu pełnić zgoła najproduktywniejszą rolę. 

s. 20


s. 21


TEMAT NUMERU

Na studia bez matury Nie zdałeś matury? A może poszła ci kiepsko? Okazuje się, że to żaden problem. Bowiem uczelnie chcą zwalczyć kryzys malejącej liczby chętnych na studia poprzez nieoficjalne przyjmowanie na studia osób bez świadectwa dojrzałości.

Dominik Cwikła KRUCZKI PRAWNE Wszystko jest kwestią interpretacji prawnych oraz formalnych haseł. Otóż osób niemogących zdać banalnego testu, jakim w obecnych czasach jest matura, było aż 30 procent zdających. Osobowo jest to ponad 85 tysięcy potencjalnych kandydatów na studia. Uczelnie postanowiły więc wyminąć przepisy, wykorzystując luki w prawie. Najgłośniejszą chyba sprawą jest uczelnia, na której, na szczęście, swego czasu studia przerwałem – Katolicki Uniwersytet Lubelski. Ta niegdyś elitarna uczelnia, której poziom systematycznie spada, wymyśliła taki oto system: KUL przyznaje chętnej osobie na studia status wolnego słuchacza. Osoba bez matury zostaje wpisana na “zerowy rok” studiów. W praktyce jednak uczęszcza na zajęcia z pierwszym rokiem. Jeśli słuchacz zda w następnym roku maturę i zaliczy do tego czasu egzaminy, przeskakuje od razu na drugi rok studiów. Wydaje się korzystne, prawda? Ale nie nie jest. I

s. 22

Jak to możliwe?

“Mnóstwo osób o

mentalności gimnazjalisty bierze się za próbę pisemnego poświadczenia o wyższym wykształceniu, które to kala wszelką inteligencję. Chociażby popularne wszędzie żarty porównujące studentów do alkoholików, rozpustników i wszelkiej maści menelni świadczą, że student postrzegany jest jako coś niepoważnego i bez wyższych aspiracji. to ani dla uczelni, ani społeczeństwa, ani dla samego słuchacza. Nie ma żadnych gwarancji, że kierunek będzie kontynuowany. Uczelnia może go wycofać w przypadku braku chętnych. Ponadto słuchacz nie

ma statusu studenta, więc o wszelkich ulgach za przejazdy może zapomnieć. Kandydat na studenta uczy się też, że manewrowanie prawne w celu osiągnięcia własnych korzyści, w tym przypadku rozpoczęcie studiów, jest czymś dobrym. Uczelnia zaś rekrutuje miernoty, które – nie ma co ukrywać – na status studenta za korzystanie z takiego rozwiązania nie zasługują. Podkreślić też należy, że taki “magister” dostaje taki sam kwitek, jak pilny żak, który może pochwalić się erudycją i rozumieniem. STUDENT NIE MOŻE BYĆ MIERNOTĄ Jeszcze w czasach młodości naszych dziadków matura nie była byle czym. Część osób porównuje wiedzę dawnej matury z wiedzą godną współczesnego magistra. Nie każdy do matury przystępował i nie każdy ją zdawał. Nawet w przypadku zaliczenia, nie było tak wielkiej presji rozpoczęcia studiów. Gdy jednak


TEMAT NUMERU

studia rozpoczynano, kierowało człowiekiem coś więcej niż tylko chęć zdobycia papierka. Dzisiaj niestety jest inaczej. Mnóstwo osób o mentalności gimnazjalisty bierze się za próbę pisemnego poświadczenia o wyższym wykształceniu, które to kala wszelką inteligencję. Chociażby popularne wszędzie żarty porównujące studentów do alkoholików, rozpustników i wszelkiej maści menelni świadczą, że student postrzegany jest jako coś niepoważnego i bez wyższych aspiracji. Teraz zadajmy sobie pytanie: kto za kilkanaście lat przejmie rolę inteligencji, oficerów, specjalistów i inżynierów? Nie będzie desantu z kosmosu prawych ludzi, którzy przedstawią się jako przywódcy narodu. W taki sposób zapowiadać się będzie właśnie biedota intelektualna i oszuści. Liderami zostaną osoby właśnie z tej grupy pijących dzieciaków, które wyznają ideologię

zwaną “tu-mi-wisizm”. CZARNA PRZYSZŁOŚĆ ALBO ODPOWIEDZIALNOŚĆ Czy ktoś z Was chciałby pójść do dentysty, który ściągał na egzaminie albo zdał “na ładne oczy” na trójkę? Czy pozwolilibyście, by w ciężkiej chorobie leczył Was doktor, który na egzaminie strzelał? A może powierzylibyście zaprojektowanie i wykonanie innowacyjnego i oryginalnego budynku architektowi, który swoją pracę zlecił do napisania komuś innemu? Zapewne na wszystkie pytania każdy z Was odpowie “nie”. I słusznie. Jednak nie będzie dużych możliwości zweryfikowania zdolności i sumienności tych osób. Osoby uchodzące za specjalistów chwalenie się swoimi osiągnięciami najczęściej kończą na podaniu tytułu naukowego, jaki przyznała im uczelnia. A skoro nie chcielibyście, by praca wobec Was była wykonywana niedbale, nie róbcie tego sami. Jesteś na

studiach i uczysz się? Świetnie, tak trzymaj! Olewałeś do tej pory? Czas się wziąć w garść. Zaczynasz studia i nie wiesz, jak będzie to wyglądało? Ucz się! Nie ma co oczywiście przyjmować postawy stereotypowego kujona, który poza nauką świata nie widzi. Jednak uczciwość nakazuje, by spełniać swoją rolę społeczną. Więc skoro jesteś studentem, to bądź właśnie nim, a nie leserem czy przyszłym kandydatem do AA. Jeśli studenci będą dalej brnęli w kierunku, który popkultura bardzo chętnie promuje, czeka nas epoka miernoty i tandety. Nie będzie bowiem prawie w ogóle osób, które faktycznie na czymś się znają. Zabraknie osób, które będą mogły uchronić kulturę przed zalewem kiczu oraz ideologizacji postępującej coraz śmielej. Zabraknie także osób, które będą mogły nauczać humanizmu, filozofii czy moralności. Czy chcemy takiego świata? 

s. 23


TEMAT NUMERU

Duszpasterstwo

duszpasterstwu

nierówne

Moje życie potoczyło się w dosyć zabawny sposób. Pierwsze moje studia na pewnej uczelni przerwałem, zaś studia dziennikarskie rozpocząłem, już pracując w zawodzie. Cały czas więc porównuję wiele rzeczy związanych ze sprawami studenckimi. Wśród kwestii porównywanych przez takiego mohera jak ja nie mogło zabraknąć duszpasterstwa.

Dominik Cwikła DUSZPASTERSTWO AKADEMICKIE Katolicki Uniwersytet Lubelski posiadał w swojej ofercie akademickiej duszpasterstwo. Tyle właściwie wiem. Kilkoro moich znajomych z tamtego półtorarocznego okresu studiów uczęszczało do niego, spotkania odbywały się raczej regularnie. Trudno natomiast powiedzieć mi coś więcej, ponieważ DA nie pociągnęło mnie. W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu sprawa wygląda inaczej. Duszpasterstwo jest obecne bardzo mocno w uczelnianym życiu. Niektórzy nawet uważają, że za bardzo, choć moim zdaniem jest to przesadzona teza. Otóż uczelnia ta organizuje regularnie msze święte we wtorki, czwartki i niedziele – na które uczęszcza większość studentów – oraz w święta. DA otwarte jest na zorganizowanie mszy świętej przy innych okolicznościach, jak na przykład we wspomnienie św. Jana Bosko. W czwartki również jest adoracja Najświętszego Sakramentu. We wszystkim tym zaś działają dwie grupy muzyczne – diakonia muzyczna, która zajmuje się większością

s. 24

“Ile osób, tyle po-

wodów – z jakichś przyczyn ktoś może nie chcieć uczęszczać do DA związanego ze swoją uczelnią. To nie problem! Działają bowiem różne grupy dla osób studiujących, które nie są związane stricte z żadną uczelnią. mszy świętych i adoracji oraz schola, śpiewająca podczas porannych Eucharystii w niedzielę. Trzeba zwrócić uwagę, że jest to zadanie trudniejsze o tyle, iż z rana mniej osób przychodzi do kościoła, w związku z tym grupa musi śpiewać lepiej. Ponadto pozostaje kwestia nierozbudzonego głosu, która zawsze dodaje stresu. W Warszawie zaś najpopularniejszym duszpasterstwem jest Akademickie Stowarzyszenie Katolickie "Soli Deo". Jest to jedna z największych organizacji tego typu i zrzesza studentów z siedmiu największych

uczelni w stolicy. Co ciekawe, prowadzą działalność także na Uniwersytecie Warszawskim, który – jak powszechnie wiadomo – idzie coraz bardziej w kierunku lewicowym. INNY WYBÓR Ile osób, tyle powodów – z jakichś przyczyn ktoś może nie chcieć uczęszczać do DA związanego ze swoją uczelnią. To nie problem! Działają bowiem różne grupy dla osób studiujących, które nie są związane stricte z żadną uczelnią. W Toruniu, Lublinie i w Warszawie działają grupy Odnowy w Duchu Świętym. Z własnego doświadczenia wiem, że są one dobre dla osób w różnym wieku. Zabawny trochę jest widok starszych ludzie wznoszących ręce i modlących się tak, jak trudno byłoby to sobie wyobrazić. Inną wspólnotą w założeniu podobną do Odnowy jest Salezjański Ruch Ewangelizacyjny. SARUEL ma wspólnoty w kilku miastach: w Warszawie, Łodzi oraz Białymstoku. Ilość wspólnot się jednak kurczy. Od Odnowy różni się tym, że – jako dzieło salezjańskie – jest skierowane do młodych. Jednak co wspólnota to inna mental-


ność. W Łodzi oraz Białymstoku jej członkowie działają na polu ewangelizacyjnym. Wspólnota w Warszawie jednak – poza nazwą – niewiele ma z tym wspólnego. Oczywiście niektórym tzw. "ostre posoborowie" może się nie podobać. Mam na myśli modlitwę charyzmatyczną czy "udziwnienia" (nomen omen momentami rzeczywiście niebezpiecznie przesadzone) wszelkiej maści. W takim wypadku dobrym miejscem będzie parafia św. Jacka, którą prowadzą dominikanie. Msze święte są pięknie oprawiane przez chór, który nie boi się śpiewać – jak tradycja nakazała – po łacinie. Ad maiorem Dei gloriam. Kazania i homilie są skierowane do wszystkich, jednak z naciskiem na młodzież.

Parafia wydaje własne czasopismo ewangelizacyjne. Co ważne, jest to świetne miejsce dla osób, które chcą udać się do spowiedzi, ale boją się, że ktoś usłyszy. Otóż konfesjonały są zamykane, zaś kolejka do nich znajduje się sporo dalej. Inną propozycją jest duża wspólnota przy parafii na placu Narutowicza w Warszawie. Działa tam wiele grup, za dużo, by wymieniać je w tym miejscu. Gdyby zaś ktoś potrzebował czegoś bardzo tradycyjnego, również nie będzie z tym problemu. W Warszawie przy ulicy Karolkowej mieści się kościół parafialny pod wezwaniem św. Klemensa Hofbauera. Ojciec Krzysztof Stępowski CSsR jest duszpasterzem wiernych korzystających z nadzwyczajnej

formy rytu rzymskiego. Z pewnością dzięki kilku minutom w Internecie każdy będzie mógł znaleźć podobne inicjatywy w swoim mieście. Propozycji, jak widać, jest dużo. Czasy, gdy oferta duszpasterska ograniczała się do jednej bądź dwóch inicjatyw, minęły. Nie można rzucić wymówki "nie ma dla mnie nic ciekawego", ponieważ swoje propozycje wysuwają grupy od tradycjonalnych aż po charyzmatyczne. Pytanie tylko czy znajdziesz czas dla Pana Boga oraz własnego wzrastania? 

s. 25


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Ziarno wyda kłos - kobiety mają głos!

Nagle okazało się, że kobiety nie muszą ograniczać swojego życia jedynie do kuchni, ale mogą na równi z mężczyznami brać udział w dyskusjach na poważne tematy i piastować funkcje publiczne. Jak to się stało? Kto to zapoczątkował? Kim były kobiety, które jako pierwsze zostały profesorkami na wyższej uczelni? Okazuje się, że wszyscy mężczyźni wprowadzający płeć piękną “na salony” mieli ze sobą coś wspólnego. Przypadek? Nie sądzę... Krzysztof Reszka W starożytności kobieta była zależna od woli swego ojca, a potem męża. W Rzymie to mężczyzna, ojciec rodziny, decydował o wszystkim, o przyszłości swej córki, a także o życiu i śmierci. Kładziono przed nim noworodka - jeśli go podniósł, był to akt prawny uznania dziecka. Gdy nie chciał tego dopełnić, wyrzucano dziecko na ulicę. Na ucztach mężczyźni i kobiety przebywali w osobnych salach, a jeśli jakaś kobieta była wśród mężczyzn, to służbowo, jako prostytutka. W niektórych kręgach Grecji panowało nawet przeświadczenie, że współżycie z kobietą to tylko kwestia zmysłów i obowiązek patriotyczny polegający na płodzeniu nowych obywateli. Sądzono że "prawdziwa – intelektualna miłość" może być tylko między mężczyznami. Sokrates tuż przed śmiercią odprawił kobiety, aby

s. 26

“ Chrześcijaństwo

wywoływało autentyczny szok w świecie grecko-rzymskim. Oto nagle młode dziewczyny, nie bacząc na zdanie swych ojców czy przyjęte obyczaje, ośmielają się same decydować o sobie, mieć własne poglądy i wypowiadać się w kwestii swojego małżeństwa. dyskutować wyłącznie w męskim gronie. Platon pisał wprost, że to, co męskie, jest z natury lepsze, pełne rozumu i dzielności. Jednakże trzeba zauważyć, że w tych słowach nie było

żadnej pogardy, nienawiści czy objawów urażonej dumy – dla niego była to oczywista oczywistość. Również w Izraelu, gdzie i tak o wiele bardziej akcentowano wartość kobiety, żaden rabin nie mógł pozwolić sobie na nauczanie kobiet. Było to coś nie do pomyślenia! Do czasu. Niemałe zdziwienie i zaskoczenie wzbudziła postawa Jezusa z Nazaretu, który jako pierwszy dopuścił kobiety do grona swoich uczniów. Według przekazu Ewangelii, wśród Jego uczennic była Maria Magdalena, Joanna, Zuzanna "i wiele innych" (Łk 8,3). Kiedy odwiedził dwie swoje przyjaciółki, Martę i jej młodszą siostrę – Marię, dał wyraźnie do zrozumienia, że ich rola nie ogranicza się jedynie do stania przy garach i usługiwania, ale są również zaproszone i mile widziane wśród mężczyzn. Doceniał pracę kobiet, ale dostrzegał


w nich przede wszystkim osoby i partnerki do dialogu. Stąd gdy spotkał wykluczoną społecznie i zagubioną życiowo Samarytankę, nawet Jego uczniowie “dziwili się, że rozmawiał z kobietą” (J 4,27). Właśnie te wydarzenia stały się przełomem w dziejach światowej cywilizacji. W młodym Kościele kobiety pełniły różne funkcje. Szaweł z Tarsu, gdy był prześladowcą chrześcijan, aresztował zarówno mężczyzn, jak i kobiety, gdyż uważał je za "niebezpieczne". Pisma Nowego Testamentu wspominają o diakonisach, wdowach czy dziewicach-prorokiniach posługujących w Kościele. Chrześcijaństwo wywoływało autentyczny szok w świecie greckorzymskim. Oto nagle młode dziewczyny, nie bacząc na zdanie swych ojców czy przyjęte obyczaje, ośmielają się same decydować o sobie, mieć własne poglądy i wypowiadać się w kwestii swojego małżeństwa. Dlatego też przeszły do historii jako męczennice. I tak np. św. Agnieszka, 12-letnia dziewczyna, rzuciła wyzwanie Rzymowi, odmawiając wyjścia za mąż wbrew swojej woli i obstając przy własnej wierze. LAURA BASSI Kto dziś pamięta, jak nazywała się pierwsza w Europie kobieta na

stanowisku profesora wyższej uczelni? To nie kto inny, tylko Laura Bassi (1711-1778), włoska filozofka, fizyk i anatom, która była córką prawnika z Bolonii. Już w dzieciństwie bardzo szybko nauczyła się łaciny i francuskiego. Bystrość jej umysłu zauważył znajomy lekarz, Gaetano Tacconi, który przez 7 lat potajemnie uczył ją matematyki, fizyki i medycyny. Później zaczął zapraszać do jej domu uczonych, aby w czasie dyskusji filozoficznych, sami przekonali się o jej niezwykłej inteligencji. 20 marca 1732 r. (w wieku 21 lat) zaczęła wykładać anatomię na uniwersytecie w Bolonii. Kardynał Lambertini, miejscowy biskup i przyjaciel rodziny Bassich, zachęcał ją do kontynuowania kariery naukowej. To właśnie za jego namową ubiegała się o tytuł doktora nauk. Już 17 kwietnia 1732 r. triumfalnie przebrnęła przez dwuipółgodzinną debatę na temat 49 tez z logiki, metafizyki i fizyki. Następnego dnia Lambertini powiadomił Laurę, że może otrzymać doktorat i zostać profesorem uniwersytetu. Po obronieniu egzaminu, 12 maja tego roku, uzyskała stopień doktora. Potem Laura Bassi w orszaku 18 powozów pojechała do ratusza, gdzie wręczono jej insygnia doktorskie: płaszcz, pierścień i srebrną koronę. Została formalnie mianowana profesorem

fizyki uniwersytetu bolońskiego z roczną pensją 100 skudów. Powstał także medal z jej wizerunkiem. Na uroczystą ceremonię z tej okazji przybył m.in. legat papieski, miejscowy biskup i niemało bolońskiej szlachty. Dwa lata później powierzono jej dodatkowo katedrę filozofii. W 1738 r. Laura wyszła za mąż za młodego lekarza, Giuseppe Veratiego, z którym założyła wielodzietną rodzinę. Mimo wsparcia ze strony kardynała musiała borykać się z uprzedzeniami ze strony innych profesorów, którzy z niechęcią patrzyli na młodą, inteligentną kobietę w swych szeregach. Toteż nie obyło się bez intryg i nieprzyjemności. Świat naukowców został postawiony przed faktem dokonanym. Powstał "niebezpieczny" precedens. Ponieważ większość profesorów była przeciwna temu, by kobieta udzielała się publicznie, Laura prowadziła zajęcia w swoim domu, gdzie urządziła laboratorium i wykładała zagadnienia związane z fizyką Newtona. Łączyła życie rodzinne z zawodowym. Jest autorką 28 publikacji naukowych, w tym szczególnie cenionych prac o mechanice i hydrodynamice. W 1776 r., gdy miała 65 lat, powierzono jej katedrę fizyki eksperymentalnej Instytutu Nauk w Bolonii (jej mąż otrzymał tam stanowisko asystenta). Zmarła 2 lata później. Jej syn, Paolo,

s. 27


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

również został profesorem fizyki. Stało się! Mimo przeszkód i uprzedzeń, kobieta została zatrudniona jako profesor uniwersytetu. Jak pisał Adam Asnyk: „Daremne żale próżny trud / Bezsilne złorzeczenia! / Przeżytych kształtów żaden cud / Nie wróci do istnienia”. Warto wiedzieć, że ten nowy trend wkrótce został wzmocniony i potwierdzony. Kardynał Lambertini, który docenił potencjał Laury Bassi i wspierał jej karierę naukową, nie próżnował. Tak się składa, że podczas konklawe w sierpniu 1940 r. wszyscy głosowali na niego, a jedynie on sam na kogoś innego. Wybrany jednogłośnie papieżem, przyjął imię Benedykt XIV. MARIA GAETANA AGNESI Druga w historii Europy kobieta zatrudniona jako profesor uniwersytetu to Maria Gaetana Agnesi (1718-1799), włoska lingwistka, matematyczka i filozofka. Ta córka profesora matematyki, Pietra Agnesiego, już w wieku 5 lat mówiła biegle po francusku. Mając 9 lat napisała po łacinie esej, który zaprezentowała na spotkaniu akademickim. Tematem tej godzinnej przemowy była obrona praw kobiet do zdobywania edukacji. Jako 13-latka nauczyła się wielu języków, m.in. greckiego, hebra-

s. 28

jskiego, hiszpańskiego i niemieckiego, dzięki czemu zyskała miano „chodzącej poliglotki”. Była nauczycielką swoich młodszych braci. Gdy miała 15 lat, jej ojciec zaczął zapraszać do domu uczonych, przed którymi odczytywała, a następnie broniła tez dotyczących zawiłych kwestii filozoficznych. W wieku 20 lat zaprzestała tych spotkań i zamiast światowego rozgłosu pragnęła wstąpić do klasztoru. Poświęciła się wówczas nauce matematyki. W 1748 r. badała krzywą nazwaną od jej nazwiska lok Agnesi. Jako pierwsza napisała także publikację poświęconą rachunkowi różniczkowemu i całkowemu. Gdy w 1750 r. zachorował jej ojciec, Prospero Lambertini już jako papież Benedykt XIV przekazał jej katedrę matematyki i filozofii naturalnej na Uniwersytecie w Bolonii. Po śmierci ojca w 1752 r. zrealizowała swoje marzenie o poświęceniu się studiom teologicznym (w szczególności Ojców Kościoła) i podjęła się opieki nad chorymi, biednymi i bezdomnymi. W 1762 r. opracowała przegląd prac naukowych matematyka i astronoma – Josepha Louisa Lagrange’a. Przez kilka lat kierowała przytułkiem dla ubogich „Trivulzio” w Mediolanie, a następnie wstąpiła do zakonu szarytek, w którym zmarła.

MARY MELONE 3 lipca 2014 r. decyzją watykańskiej Kongregacji Wychowania Katolickiego po raz pierwszy kobieta została rektorem papieskiej uczelni. Włoska franciszkanka, profesor teologii, Mary Melone stanęła na czele uniwersytetu Antonianum w Rzymie. Aby zrozumieć niezwykłość tego faktu, trzeba uświadomić sobie że jak dotąd wybór kobiety na rektora wyższej uczelni należał w świecie do rzadkości. Znany na cały świat uniwersytet w Cambridge, począwszy od XIII wieku nie miał jeszcze w swej długiej historii kobiety na stanowisku rektora. Również w liczącej niemal 800 lat historii uniwersytetu Oxford funkcji rektora jeszcze nigdy nie sprawowała kobieta. Paryska Sorbona, Uniwersytet Londyński, ani Uniwersytet Nowego Jorku, czy chociażby Uniwersytet Jagielloński również jeszcze nie ujrzały kobiety na tym stanowisku. Tak jak niegdyś Jezus zaszokował świat żydowski, przyjmując kobiety do grona uczniów i jak kardynał Lambertini, późniejszy papież Benedykt XIV, jako pierwszy wprowadził kobiety na stanowiska profesorów Uniwersytetu Bolońskiego, tak dziś znów Kościół przoduje w kwestii równouprawnienia kobiet. 


s. 29


WOJNA XXI WIEKU

Nie pójdziemy na front W związku z konfliktem zbrojnym u naszego sąsiada, bynajmniej nam nieprzyjaznego, ludzie zaczęli rzucać hasło: “wojna”. Zapewne każdy wyobraża sobie front i okopy, w których chowa się przed wrogim ostrzałem, by zaraz przeprowadzić szturm na wrogie pozycje. Jednak podobne akcje nie dzieją się już od dziesięcioleci. Dominik Cwikła FRONT ZAMAZAŁ SIĘ PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Front właściwie był wynikiem opłakanej w skutkach doktryny wojny pozycyjnej. XIX wieczna doktryna wojenna w połączeniu z zastosowaniem pierwszych broni maszynowych dało mieszankę morderczą. W wyniku możliwości prowadzenia silnego ostrzału nowoczesną bronią, można było utrzymywać stosunkowo łatwo pozycje przed nacierającymi falami piechoty. Szturmujący zaś mieli właściwie jeden strzał, po czym pozostało im jedynie biec na okopy w kierunku szyjących w ich stronę CKM-ów. Im szybciej usłyszeli gwizdek do odwrotu, tym lepiej było dla nich. Rozwój lotnictwa, broni pancernej oraz ręcznej broni maszynowej zaczął przekształcać obraz wojny. Wciąż istniały wielkie formacje, które brały udział w wielkich, nieraz kilkudniowych bitwach. Jednak wiadomo było, że gdy nadciąga korpus pancerny, piechota musi uciekać. Chyba, że było wsparcie artylerii lub lotnictwa.

s. 30

“Początek bitwy

nigdy się nie zmienił. Dochodzi do niej w momencie zetknięcia się dwóch wrogich armii. Najczęściej jedna atakuje drugą. Celem bitwy jest opanowanie danego terenu. Jednak liczebność nie odgrywała już głównej roli. Podobnie i odwaga jednostki, co zresztą działa i dzisiaj. Gdyby było inaczej, islamskie organizacje podbiłyby kilkadziesiąt lat temu cały świat. Liczyła się jakość uzbrojenia, zaopatrzenia, organizacja oraz wyszkolenie wojska. Idealnym przykładem jest akcja niemieckich komandosów podczas inwazji III Rzeszy Niemieckiej na zachód w 1940 roku. Na drodze inwazji na Belgię stał potężny fort Eben-Emael, który to przewyższał pod względem uzbrojenia każdy podobny punkt na sławnej Linii Maginota.

Obsadzony był przez 1200 żołnierzy belgijskich. Niemcy przy użyciu wojsk powietrznodesantowych skierowały grupę 50 komandosów by zająć szczyt potężnej warowni. Osadzone tam siły specjalne zablokowały garnizon, uniemożliwiając im wyjście z twierdzy czy prowadzenie ostrzału przeciwko zbliżającym się głównym siłom hitlerowskim. Fort został zajęty praktycznie bez strat, dzięki czemu otwarta została droga na Belgię. Rozwój lotnictwa przyczynił się do porzucenia taktyki frontowej. Zdolność przenoszenia coraz większych ilości bomb oraz coraz precyzyjniejsza technologia bombardowań sprawiła, że czekanie w okopach stało się czasem zbliżającej się śmierci żołnierzy. Wszystko wskazywało na to, że niemiecka doktryna blitzkriegu będzie miała wpływ na taktykę wojenną całego świata. I tak się też stało. GRUPY BOJOWE Obecnie nie ma jasnej granicy kontrolowanego terytorium. Armie zgro-


TEMAT NUMERU

madzone są w bazach, gdzie znajduje się lokalny sztab armii oraz silnie obsadzone stanowiska obronne. Walki zaś prowadzą małe grupy żołnierzy, którzy są szkoleni zależnie od przeznaczenia jednostki. Inaczej bowiem prowadzi się walkę w terenie miejskim, gdzie istotna jest jak najkrótsza lufa broni. Z kolei snajperzy w takim terenie mają świetne pole do popisu poprzez możliwość schowania się praktycznie wszędzie. Inaczej szkolone są oddziały do walki w polu. Ci zwykle liczą bardzo na wsparcie artylerii czy lotnictwa. Bowiem w przypadku walki bez wsparcia pozostaje liczyć jedynie na ślepy traf. Teren górski zaś – na przykładzie Afganistanu – pokazuje skuteczność systemu jaskiń, w których mogą chować się pojedynczy snajperzy, grupy bojowe jak i sprzęt ciężki. W takim terenie też czołgi nie mają zbytniego zastosowania. Grupy bojowe dzielą się właściwie na trzy: szturmowe, zwiadowcze oraz patrolowe. Te pierwsze posyłane są na wrogi teren w celu jego opanowania. Ponadto to oni w założeniu przeznaczeni są do walki. Druga grupa zajmuje się zwiadem i dostarczaniem informacji z pogranicza terenów kontrolowanych przez "swoich" i terenów wroga. Nieraz ich zadanie polega na spenetrowaniu terenów nieznajdujących się pod kontrolą. Są przygotowani dobrze do walki, choć najczęściej pozostanie niewykrytym jest ich celem równoległym. Mogą napotkać wrogą grupę zwiadowczą albo patrolową. Ta grupa z kolei służy obronie oraz propagandzie.

Ten pierwszy cel realizują poprzez patrolowanie terenu znajdującego się pod kontrolą ich frakcji, wykrywanie wrogich grup zwiadowczych oraz obsadzając stanowiska w przypadku szturmu. Cel propagandowy osiągają po prostu wykonując swoje zadania. Grupa uzbrojonych żołnierzy chodząca w szyku po terenie jest znakiem dla mieszkańców "kto tu rządzi". DZIAŁANIA ZBROJNE Początek bitwy nigdy się nie zmienił. Dochodzi do niej w momencie zetknięcia się dwóch wrogich armii. Najczęściej jedna atakuje drugą. Celem bitwy jest opanowanie danego terenu. Nie jest już konieczne zadawanie strat w ludziach. Chodzi o to, by pod naporem ognia wróg opuścił swoje stanowiska, by móc wprowadzić kolejne grupy wojska na dany obszar. Niestety coraz częściej obrywają cywile. Przeciętny obywatel nie jest przeszkolony, ponadto nie zna planów żadnej ze stron. W praktyce chowa się w jednym miejscu i czeka, aż ostrzał zostanie przerwany. Zaś żołnierze zmieniają swoje pozycje w wyniku nawały ognia. Część z żołnierzy zginie, część zostanie ranna, reszta ucieknie. Natomiast schowani w kącie ludzie nie zauważą gdzie dokładnie mają miejsce eksplozje, skąd prowadzony jest ostrzał i w którym kierunku zmierza. W praktyce cywile podczas bitwy zdani są wyłącznie na Bożą Opatrzność. Innym sposobem prowadzenia działań zbrojnych, który obecnie często

jest stosowany także w regularnym wojsku, jest wojna partyzancka. Nawet w Polsce powstają grupy paramilitarne, których celem jest demoralizacja wojsk wroga oraz ukrywanie się w terenie niezamieszkałym. Teoretycznie dobrze przeszkolona grupa partyzancka jest w stanie zadać straty nawet 20:1 przed zupełnym zniszczeniem. Jest to możliwe dzięki temu, że oddziały partyzanckie w założeniu znają teren wielokrotnie lepiej od wroga. Często są to tereny rodzinne lub od wielu lat zamieszkałe. Ponadto wykorzystują one element zaskoczenia. Nie prowadzą bowiem obrony terenu, który dla najeźdźcy jest istotny. Sama baza takiej grupy powinna być ukryta w miejscu niedostępnym i z dala od cywilizacji. Najlepiej zabezpieczona od góry i od ziemi, np. las bez wydeptanej ścieżki. W ten sposób pojazdy nie mogą wesprzeć ewentualnego ataku wroga, zaś lotnictwo nie wykryje stanowiska. Istotną kwestią jest nieujawnianie się do momentu aż będzie to wygodne grupie partyzanckiej. To tyle na pierwszy rzut w tej rubryce. Trochę ogólnie, by narobić smaku na coś więcej. W następnym numerze dowiecie się o systemach obronnych. Jest to związane między innymi z tym, że nikt nie kwapi się do łamania doktryny wieczystej neutralności Szwajcarii. Ponadto wyjaśnione zostanie dlaczego ani ZSRR ani teraz USA nie może zaprowadzić swojego "pokoju" w Afganistanie. 

s. 31


KULTURA

Biedronka

zamiast Chrystusa Reklama. Raz gniot, raz everest wirtuozerii. Ostatecznie, wszystkie chwyty dozwolone. Czyżby tym razem Biedronka, gigant wśród supermarketów, wykazała się wspaniałomyślnością?

Aleksandra Frontczak Moja lakmusowa bibułka zapłonęła czerwienią we wtorkowe popołudnie, gdy zupełnie niespodziewanie i absolutnie niewinnie dostałam w moje wyczulone estetycznie zmysły bombą w postaci nowej reklamy Biedronki. Kwas – czerwień świadczy. Niemniej w mojej głowie rozpoczął się istny przemarsz usprawiedliwiających argumentów. Bo przecież reklama dźwignią kultury, medium wysokiego świata, współczesną sztuką; że niczym gaz rozpylony w powietrzu błyskawicznie rozprzestrzenia się, docierając nawet do miejsc na kulturę odpornych. Więcej jeszcze! Można skinąć głową w geście zgody, jakoby miała ona również ustawicznie reanimować wyświechtane, spowszedniałe dzieła sztuki i przyczyny niegdysiejszych „ochów” i „achów”. Jednakże znając te wszystkie określniki, frazesy i inne banialuki, mogę tylko rzec, że nie zaskoczyła mnie kolejna próba kulturalnej resuscytacji. Ofiarą „służb medycznych” pada tym razem Biblia. Ale nawet to jesz-

s. 32

“Tymczasem począ-

tek. Pomysłodawca nowej reklamy Biedronki wybrał opowieść z Księgi Rodzaju. Adam i Ewa. Eden. To wiadomo od pierwszych chwil trwania spotu. Jest tak: zgiełk upojonych rajską doskonałością owadów, błogi ćwierk równie upojnych ptaków. cze nie wpłynęło na barwę lakmusowej bibułki. Bez pardonu rekiny biznesu chętnie chwytają za współczesne przekaźniki, aby pod pretekstem „dokształcania” szarej masy połączyć w jedną całość stare z nowym, znane – z nieznanym, wysokie – z niskim. O.K., środowiska chrześcijańskie także przekuły massmedia w skuteczne źródło sukcesu dla nowej ewangelizacji. Ale chwileczkę, coś mi zgrzyta. Gdzie miejsce na dobry smak? Kiedy

lakmus odbiorcy winien być obojętnym, a kiedy płonąć? Tymczasem początek. Pomysłodawca nowej reklamy Biedronki wybrał opowieść z Księgi Rodzaju. Adam i Ewa. Eden. To wiadomo od pierwszych chwil trwania spotu. Jest tak: zgiełk upojonych rajską doskonałością owadów, błogi ćwierk równie upojnych ptaków. Zachodzące słońce, dookoła zieleń, a wszystko to w intensywnych barwach. Bellissimo! Raj jak z obrazka - oto „stare”. Kobieta, Ewa, bynajmniej nie o rubensowskich kształtach, ale wedle znanych od stuleci przedstawień, z zasłoniętą intymnością, tyle że w formie liściastego bikini. Mężczyzna, Adam, umięśniony, z bujnym zarostem na twarzy i ledwo dostrzegalną kępką na piersi, także w liściastej bieliźnie. Oboje rodem z okładek najznamienitszych czasopism dyktujących kanon współczesnego „być”. Lubieżnym wzrokiem pochłaniają się wzajemnie, po czym, jak wiemy, Ewa powinna zerwać jabłko. Właśnie, jabłko. Tylko, że to nie jest


jabłko. I tu się dowcip zaczyna. Oto „nowe”. Zamiast słodkiego lobo czy słodko-kwaśnego goldstara jest mango. I puścić można by w niepamięć ekologiczną bieliznę, a urodę ludzi z reklamy przypisać znamienitości Boga samego. Ale gdy widz zdąży już połączyć ze sobą pewne fakty, do uszu jego dochodzi wyjaśnienie: „Gdyby Ewa skusiła Adama owocem mango, świat nie poznałby grzechu. A najlepsze, niewinne mango znajdziesz w Biedronce”. Sprawa załatwiona. Jabłko – zło, a gdyby to było mango, świat nie potrzebowałby tego całego ambarasu z pokutą, spowiedzią, mszą co niedziela i księżmi z rutyną wypisaną na czołach. Wszyscy cieszyliby się rajską szczęśliwością do dnia dzisiejszego i po wsze czasy. Biedronko! Obnażyłaś Boży sekret! Świat nie poznałby grzechu. Czyżby mango bohaterem ludzkości? Ale równie dobrze słowo „niewinne” mogłoby widnieć przed jakimkolwiek innym owocopodobnym czymś i spijać śmietankę należną mango, gdyby nie fakt w spocie pominięty całkowicie. Przecież we wszystkim tym zupełnie nieważne jest jabłko. Czy przypadkiem nie chodziło o złamanie

zakazu Najwyższego? A gdzie Pełzający? O! Nie ma, bo przecież zbędny to fakt. Samego Stwórcy nie ma w swoim Ogrodzie nawet w postaci oka w trójkącie czy chociażby promieni spływających z nieba. Chwyt i zysk. Świat nie chce słuchać o nakazach i zakazach, a już kompletny brak zainteresowania wyraża względem zakus i pokus maści wszelkiej. Moje życie – moja decyzja – moja prawda. Plus za spostrzegawczość dla Pana Pomysłodawcy. Jednak takąż spostrzegawczością zdołał wykazać się już chyba każdy egzystujący na ziemi. Aczkolwiek wnioski z reklamy wyciągnąć trzeba: nie ma szatana, nie ma Boga. Biedronka zamiast Chrystusa, mango zamiast krzyża, a wszystko to zanim jeszcze zdążył człowiek upaść i pobrudzić sobie rączki i duszę przy okazji. A tak poważnie, sielankowa wizja świata z reklamy Biedronki ma tylko trafić do klienta i zachęcić do kupowania egzotycznych owoców w tychże sklepach (pomijając już kompletnie fakt zniechęcania do polskich jabłek, z których nadwyżką zmagamy się od jakiegoś czasu!). Niewinne to zupełnie, a jakie efektowne. Bo każdy, czy

to student, czy starsza pani, czy dziecko, czy górnik, zna historię grzechu pierwszych rodziców. Finalnie, nikt na tym nie ucierpi, bo wszyscy mają rozum, by osądzić, a kultura wzbogaca się o nowe odsłony popularnego motywu. Pomysł wyśmienity! Potraktujmy nierozerwalną całość jako coś, co w duchu modernizmu można dowolnie posiekać i pogmatwać, aby utworzyć absolutną nowość. Młode wino i stare bukłaki. Cóż, niestety wymazywanie z biblijnych opowieści szatana i Boga nijak się ma do szlachetnej (poniekąd) wizji massmediów, aby to łączyć w harmonii kulturę i komercję. Pierwszoplanowa komercja przysłania co podatniejszym na propagandę drugoplanową inwigilację, prowadzącą ostatecznie do laicyzacji i zobojętnienia w imię dobrego interesu. Prawdziwą sztuką jest tak omamić odbiorcę, aby zapomniał kompletnie, o co poszło w pierwowzorze i uwierzył w przekaz nowego tworu. Ot co, spryt współczesności. Na szczęście są jeszcze krytycy sztuki. 

s. 33


KULTURA

Elity, czy

elyty?

Ostatnimi czasy mamy dużo powodów, by narzekać na polskie elity. Sprawa afery „kelnerskiej”, lub kodowania siatkarskiego mundialu, może skutkować pojawieniem się prostego pytania: „czy w naszemu krajowi są potrzebne elity?”. Pytanie logiczne, jednak z punktu widzenia socjologii odpowiedź, paradoksalnie, jest dość prosta…

Marek Nawrot Samo pojęcie „elita” od wielu lat nabiera coraz bardziej pejoratywnego znaczenia. Popularne są skróty myślowe, iż ludzie należący do elity (szczególnie władzy, ale o tym potem) biorą udział w szemranych interesach. Ich działalność jest utajniona, a więc na pewno działają na niekorzyść przeciętnego Kowalskiego. Klasyczna definicja nie niesie ze sobą jednak żadnego ładunku emocjonalnego; według Pareto (jeden z klasyków socjologii), to klasa ludzi, którzy w dziedzinie działania osiągają najwyższe wskaźniki. Stąd elity polityczne, elity sportu, elity kulturalne, i długo by jeszcze wymieniać. Tak rozumiane elity są potrzebne naszemu społeczeństwu. Bezwzględnie, zależnie od dziedziny, muszą spełniać jednak określone funkcje. Przede wszystkim tego typu elity pełnią rolę autorytetów i wzorów do naśladowania dla innych ludzi interesujących się danym zagadnieniem. Robert Lewandowski będzie wzorem techniki i opanowania na boisku dla młodych adeptów futbolu. Dla osób uprawiających inne sporty, będzie symbolem ambicji i samozaparcia. Tak

s. 34

“Ścisłą elitą politycz-

ną danego kraju są posłowie, czy członkowie rządu. To oni, wśród ogromnej grupy osób, chcących mieć bezpośredni udział w sprawowaniu władzy, odnieśli największy sukces. jest w każdej dziedzinie. Elity kulturalne wyznaczają trendy w współczesnej sztuce, elity biznesowe wprowadzają innowacje „popychające” rozwój cywilizacyjny do przodu. Przejdźmy jednak do elit władzy. Kojarzymy je bezpośrednio z politykami, jednak pojęcie ma znaczenie znacznie szersze. Ścisłą elitą polityczną danego kraju są posłowie, czy członkowie rządu. To oni, wśród ogromnej grupy osób, chcących mieć bezpośredni udział w sprawowaniu władzy, odnieśli największy sukces. W założeniu twórców demokracji, podstawową funkcją polityków jest reprezentowanie swoich wyborców. Wymaga się od nich by słuchali ludu, i podejmowali decyzję

po konsultacjach z nim. Wiemy jednak, że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Parlamentarzyści, czy ministrowie muszą zaspokajać zarówno oczekiwania ludu (to on weryfikuję ich pracę), grup lobbystycznych, a także współtowarzyszy z partii, którzy walczą o stanowiska w ramach jej struktur. Zadaniem owych elit jest także wyłanianie ludzi „odpowiednich” do pełnienia najważniejszych stanowisk w systemie instytucji publicznych. Teoretycznie to wyborcy decydują o przyznaniu mandatu poselskiego danemu kandydatowi. Jednak to kierownictwo danej partii politycznej układa kolejność na listach, w założeniu przyznając numer 1 człowiekowi najbardziej kompetentnemu do sprawowania funkcji parlamentarzysty. W wyborach parlamentarnych w 2011 roku, wszyscy kandydaci z list Platformy Obywatelskiej, którzy startowali z numerem 1, otrzymali mandat poselski. To pokazuje, że w praktyce to elity polityczne częściowo same wybierają swoich następców. Przejdę teraz do drugiego rodzaju elit władzy. Chodzi o „właścicieli


korporacji przemysłowych”, czyli w dzisiejszych czasach właścicieli największych przedsiębiorstw, czyli elity ekonomiczne. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że te elity nie powinny mieć żadnego udziału w zadaniu sprawowania władzy. Sprawa nie jest jednak czarno-biała. Największe przedsiębiorstwa krajowe (najbogatsi obywatele kraju) wpłacają najwięcej pieniędzy do budżetu kraju. Powodują zmniejszanie wysokości stopy bezrobocia, gdyż tworzą bardzo wiele stanowisk pracy. Gdy elity polityczne nie będą współpracować z tymi przedsiębiorstwami, mogą one w każdej chwili przenieść swoją produkcję do innego kraju. Ostatnim rodzajem elity władzy, którą opiszę jest „czwarta władza”, czyli media. Mają one ogromny wpływ na polityków sprawujących władzę. Wystarczy przypomnieć słynną aferę Watergate, którą rozdmuchała amerykańska gazeta „Washington Post”. Spowodowała ona ustąpienie ze stanowiska ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona. W Polsce, jako przykład można podać „aferę hazardową”, która przyczyniła się do ustąpienia ze stanowisk kilku znanych polityków Platformy Obywatelskie. Obiektywni dziennikarze cały czas kontrolują poczynania polityków, i w razie jakichkolwiek nieprawidłowości, informują o tym opinię publiczną. Media kreują także poglądy mas. Medium może zmanipulować informację, w

taki sposób by była wygodna dla opcji politycznej, której sprzyja dane medium. Od czasu rozprzestrzenienia się mediów, zmieniło się oblicze kampanii wyborczych. Teraz bardziej liczy się dobry PR, czyli kreowanie wizerunku, niż walka na argumenty. W mediach powinna pracować prawdziwa elita intelektualna i artystyczna, jednak bywa z tym różnie. Jose Ortega Y Gasset z wielkimi obawami pisał o zjawisku Hiperdemokracji. Polega ona na tym, że tak jak demokracji, władza jest legitymowana przez masy. Według Gasseta w takim systemie władza jest wybierana dzięki populizmowi i demagogii. Przez to, władzy nie sprawują prawdziwi fachowcy, lecz konformiści i oportuniści. W systemie tym, poziom władzy jest zaniżany do poziomu mas. Przeciwstawną opinię na ten temat wyraża Mills. Według niego w praktyce, lud nie ma nic do powiedzenie w temacie władzy, a krajem rządzą elity, o których pisałem w wcześniejszej części mojej pracy. Która z tych teorii, bardziej sprawdza się w współczesnym społeczeństwie? Uargumentuję to na przykładzie Polski. Nie można zaprzeczyć temu, że w bezpośredni sposób to lud wybiera kandydatów na część z najważniejszych stanowisk naszym kraju, stawiając krzyżyk na karcie do głosowania podczas wyborów. Różne motywacje kierują nami podczas wyboru kandydata, na którego chcemy oddać

głos. Dobrze widać to na przykładzie samorządów lokalnych, a konkretnie Rady mojego miasta. Od dziesięciu lat najwięcej głosów w moim okręgu wyborczym otrzymuje radny, który równocześnie sprawuje funkcję kościelnego w mojej parafii. Podczas sesji Rady Miasta zabiera głos około jeden raz na rok, a podczas głosowań przygląda się innym samorządowcom z swojego ugrupowania i głosuje w taki sam sposób jak oni. Dlaczego ludzie na niego głosują? Wydaję mi się, że dlatego że jest sympatyczny. Bardzo łatwo nawiązuje kontakt z drugim człowiekiem, a w szczególności z osobami starszymi. Można z nim pogadać na bardzo wiele tematów, niezwiązanych z polityką. W związku z tym bardzo dobrze wpisuję się w teorię hiperdemokracji Gasseta. Mimo tego, że nie ma kompetencji, to jest u władzy bo zachowuję się, i żyje tak jak część społeczności mojej dzielnicy. Podsumowując, obecność elit w współczesnym społeczeństwie jest niezbędna. Muszą one spełniać jednak wiele kryteriów, zależnie od ich rodzaju. Kluczową kwestią jest moim zdaniem akceptacja obecności elit przez masy, czyli ich legitymizacja. Wtedy mogą się one stać prawdziwymi przewodnikami i wzorami naśladowania dla ludzi, zaś dla kraju kompetentną grupą potrafiącą decydować o losach państwa. 

s. 35


RECENZJA - N

Bić się o o w o ś ć

człowieczeństwo

Miłość w czasach apokalipsy to temat troszeczkę już wyeksploatowany. Do tego pojawia się w każdym niemal filmie o powstaniu warszawskim. W najnowszej produkcji Jana Komasy jest to również główny wątek, zrobiony jednak tak oryginalnie i ciekawie, że nie przyćmiewa trudnych pytań, rodzących się podczas seansu.

Wojciech Urban Warszawa pod okupacją i dzieje powstania to ostatnio popularny temat w polskiej kinematografii. Mieliśmy do czynienia z dość przeciętnym „Sierpniowym niebem”, mocno kontrowersyjną adaptacją „Kamieni na szaniec”, oraz zmontowane z koloryzowanych kronik filmowych i fabularyzowane „Powstanie Warszawskie”. Za produkcję tego ostatniego był odpowiedzialny między innymi Jan Komasa, autor „Miasta 44”, które od tygodnia możemy zobaczyć w kinach. Powstanie jest uważane za jeden z najważniejszych i jednocześnie najtrudniejszych epizodów w polskiej historii. Nad sensem wybuchu, szansą na zwycięstwo i możliwymi alternatywami do dziś trwają gorące dyskusje wśród historyków i publicystów. Przez długie lata, szczególnie w PRL, historia powstania była bardzo zakłamana. Dziś jednak nie brak ludzi, którzy chcą oddać hołd powstańcom, z czego wynika mnogość filmów i innych inicjatyw związanych

s. 36

“„Miasto 44” rów-

nież wpisuje się w ten nurt, choć mocno wykracza poza linijki. Dla jednych będą to więc bazgroły, dla innych – niepowtarzalny styl i klimat. Film nakręcił trzydziestolatek, który prace nad nim zaczął osiem lat temu. Nie występują tu praktycznie żadni znani aktorzy. z powstaniem. „Miasto 44” również wpisuje się w ten nurt, choć mocno wykracza poza linijki. Dla jednych będą to więc bazgroły, dla innych – niepowtarzalny styl i klimat. Film nakręcił trzydziestolatek, który prace nad nim zaczął osiem lat temu. Nie występują

tu praktycznie żadni znani aktorzy. Jednocześnie, jest to produkcja na poziomie światowym. Na usta praktycznie samo ciśnie się porównanie do Hollywood. Jak informują widza napisy na początku filmu, jest to hołd złożony walczącym w powstaniu. Ale hołd to dziwny. Ten film to nie laurka, brak tu „spiżowych” postaci, nadających się na cokół. Mimo, że jest to pewna fabuła, wymyślona przez reżysera, „Miasto 44” poraża dosadnością i realizmem. Bez upiększeń pokazuje ogrom zniszczeń i cierpienia, jakie spadły na mieszkańców Warszawy. Na pewno sporym atutem reżysera jest praca nad innym filmem o powstaniu warszawskim, powstałym z koloryzacji archiwalnych kronik z powstania. Dzięki temu mógł on poznać realia walczącej stolicy oraz wiernie je przedstawić. Zaangażowanie młodych i nieogranych jeszcze aktorów było podyktowane chęcią stworzenia


autentycznych postaci powstańców, nie mających pojęcia, w czym biorą udział. Udało się, o czym świadczy nagroda przyznana na 39. festiwalu filmowym w Gdyni za pierwszoplanową rolę kobiecą 18-letniej Zofii Wichłacz. Dwie rzeczy w filmie mogą jednak przyprawić widza o estetyczny niesmak. Efekty specjalne i muzyka. I nie chodzi tu o jakość, która stoi na wysokim (śmiało można powiedzieć, że na światowym poziomie), ale o dobór. Choćby scena, którą widzieliśmy już w trailerach, gdzie dwójka głównych bohaterów całuje się, stojąc pośrodku ostrzeliwanego budynku. W zwolnionym tempie dokładnie możemy widzieć tor lotu kul, który zakrzywia się w pobliżu dwójki zakochanych. Nie można się oprzeć wrażeniu, że kule zaraz ułożą się w romantyczne serduszko, niczym na disnejowskiej animacji. A w tle Kasia Sobczyk śpiewa ckliwą piosenkę o miłości. Czy inny przykład, w scenie ucieczki kanałami jako ścieżki dźwiękowej użyto dubstepu. Pozornie, kicz. Ale tylko pozornie. Warto bowiem nadmienić, że za efekty specjalne odpowiedzialne było czeskie studio UPP, które pracowało

przy takich produkcjach, jak „Pachnidło”, „Szklana pułapka 5”, czy serial „Gra o Tron”. Zmiksowanie dźwięku trwało zaś miesiąc, czyli jak na standardy polskiego kina, bardzo długo. Jest to film z jednej bardzo widowiskowy, kino akcji, gdzie trup ścieli się gęsto, krew bryzga na wszystkie strony i ciężko o budynek, który nie zostanie obrócony w ruinę. Do tego wątki młodzieńczej miłości, miejscami frywolnej, chcącej uciec od wszelkich więzów. Jednocześnie, porusza ciężki i dla wielu wciąż traumatyczny temat. Reżyser zaznaczał w wywiadach, że chciał pozostać poza dyskusją o sensowności powstania, że jego celem było tylko opowiedzenie pewnej historii w sposób świeży, ciekawy i niebanalny. Mieszanka, trzeba przyznać, wielce ryzykowna. Nie mamy tutaj odpowiedzi, ani prostych, ani wzniosłych. Za to pytań pada wiele. „Zniszczyliście to miasto!” zarzuca jeden z Warszawiaków powstańcom. Opiekującej się rannymi siostrze zakonnej, jeden z podopiecznych zadaje pytanie: „Siostro, a gdzie właściwie jest Bóg?”. Powstańcy nie są krystaliczni. Główna bohaterka opuszcza oddział i próbuje z ukochanym uciec jak najdalej od warszaw-

skiego horroru, byle tylko przeżyć i móc wieść spokojne życie. Inny z bohaterów zabija z premedytacją bezbronnego jeńca. Komasa pokazuje, że dla młodych warszawiaków powstanie było początkowo jak zabawa, poszli nieprzygotowani, pewni zwycięstwa. Brakowało im nie tylko sprzętu czy wyszkolenia, ale przede wszystkim dojrzałości. Nie jest to opowieść heroiczna, ale przerażająco ludzka. Film opowiada o młodych ludziach, chcących żyć, marzących o tym, o czym każdy człowiek marzy. Jedyne, co mogli wywalczyć powstańcy, to własne człowieczeństwo. To, by w otaczającym piekle nie zatracić tego, co człowieka odróżnia od zwierzęcia. Jednak i ta walka zbyt często okazuje się przegraną. Jest to niewątpliwie film ważny. Losy dwójki głównych bohaterów, którzy jak w każdej, przyzwoitej produkcji na miarę Hollywood nie mogą zginąć, niezależnie w jak wielkich opałach się znajdą, są pewnym wentylem bezpieczeństwa. W tak bezlitosnym obrazie potrzeba było odrobiny światła. Pewnej nadziei, która motywowała do walki o przetrwanie. 

s. 37


RECENZJE - F

i l m

Od niej do wieczności. „Niebo nad Berlinem”

Wima Wendersa

„Kiedy dziecko było dzieckiem, nie wiedziało, że jest dzieckiem. Wszystko było pełne życia, a życie całe było jednym. Kiedy dziecko było dzieckiem, nie miało o niczym zdania, nie miało nawyków, siadało często po turecku, zrywało się do biegu, miało niesforny kosmyk włosów i nie robiło min, gdy ktoś chciał je fotografować.”

Maja Mroczkowska Zabawna rzecz z tytułem tego filmu. Produkcja 1987 rok, Francja, RFN. Der Himmel über Berlin. Także polski odpowiednik wyszedł całkiem wiernie. Ale inaczej już się ma sprawa z tłumaczeniem angielskim – Wings of Desire – a za nim i francuskim: Les ailes du désir. Co jest prawdziwsze? Skrzydła, niebo, Berlin, a może pragnienie? WS PEWNEJ REMINISCENCJI Film Wima Wendersa (Złota Palma w Cannes za reżyserię, 1987) będzie „jakby już gdzieś przeżytą historią” dla tych, którzy najpierw zobaczyli „Miasto Aniołów” Brada Silberlinga. Anioł, który zakochuje się w ziemskiej kobiecie i rezygnuje dla niej z nieśmiertelności, stając się człowiekiem. Detaliczne szwy obu obrazów zbiegają się momentami w miłą serpentynkę: czarne płaszcze aniołów,

s. 38

“Kiedy Damiel był

aniołem, zakochał się w Marion, a Marion była trapezistką w cyrku, który był obwoźny. Znał jej myśli i zamieszkał w nich. A ona, nie wiedzieć czemu, nie pojechała z cyrkiem w trasę do Paryża ich odwieczny dyżur w czytelniach bibliotek, niektóre imiona, czasem nawet cała słowna fraza, gruszki, naiwna (czy niewinna?) niefrasobliwość. PROLOG JANOWY. DAS KIND Prolog ,,Nieba nad Berlinem” pobrzmiewa znajomym układem stylistycznym. „Kiedy dziecko było dzieckiem, nie wiedziało, że jest dzieckiem. Wszystko było pełne życia,

a życie całe było jednym.” Ewangelię Jana rozpoczyna rozważanie o Słowie, ,,przez które wszystko się stało (i bez którego) nic się nie stało z tego, co się stało”. Obraz Wendersa formułę demiurgiczną konstruuje, posługując się figurą dziecka. Dziecko jest jak początek nowego świata w sobie samym, człowiek rozpoczyna przeżywanie istnienia inauguracją dziecka, jakim jest i to się nie zmienia. Lecz czy później nie zatraca? „…miało niesforny kosmyk włosów i nie robiło min, gdy ktoś chciał je fotografować.” PRZED DZIECKIEM JEST ANIOŁ Anioł Damiel (Bruno Ganz) wraz z innymi aniołami był zanim jeszcze pojawiło się jakiekolwiek życie na Ziemi. Pamięta to, pamięta każdy proces, jaki zaszedł aż do tej pory i do tego miejsca, jesiennego Berlina drugiej połowy lat 80-tych. Aniołów


jest wiele, są odwiecznymi przechodniami i obserwatorami, pomagają ludziom, ale nie stanowi to sedna ich istnienia. Zdają się nie być warunkowani, są czystym, pozakontekstualnym „być”. Chociaż jest tu coś jeszcze, coś niemiecko-ważnego. Jak pisze Franz Kafka w jednym z „Aforyzmów z Zürau”: „Słowo „być” ma w języku niemieckim dwa równoważne znaczenia: bycie tutaj i bycie Jego własnością”. Chociaż Bóg pozostaje w filmie Wielkim Niedopowiedzianym i fabuła nie jest ukierunkowana na Niego, w aniołach znać rys tej rozumiejącej się samo przez się przynależności. Ale stanowi ona jakby fakt zastany, wsobny, żadna z niej konsekwencja dobrowolnego aktu woli jak u ludzi. O ile człowiek jest wolny do wybrania Boga, anioł, mając inny status quo, jest wolny, by wybrać ludzkie. Nie chodzi tu nawet o pokusę, aniołowie są doskonale autonomiczni, świat ich nie rozprasza. Nie znają smaku, dotyku, ani zapachu. Widzą jedynie w czerni i bieli. Ale potrafią sobie wyobrażać, jak to jest: smak kawy, pocieranie dłoni z zimna – i tęsknią za tym jakąś prenatalną tęsknotą. I choć bytują w pełni zrozumienia każdej rzeczy i w harmonii z wszelkim mechanizmem, lubią podczas wzajemnych rozmów bawić się domniemaniami, jakie to jest – być zadziwionym. „Zbyt długo byłem poza światem, pozwól mi wejść w historię świata. Albo przynajmniej potrzymać w ręku jabłko.”

ZMIESZANY PIEŚNIARZ. HOMER Postać starca przechadzającego się po berlińskim rumowisku. Palto, wiatr i szukanie celu w miejscach budynków, których już nie ma. Zawieruszyła się i publiczność i pieśń. I stary motyw też się wyczerpał. Gdy tak liryczny jest każdy przechodzień, każdy pasażer metra i rowerzystka, na berlińskim bezdrożu Homer zapodział pieśń. Zstępują aniołowie. Damiel spotyka kogoś, kto zrobił to przed nim - Peter Falk, który gra samego siebie – mówi: „jest nas wielu, piłeś już kawę?”. Lecz nie pobrzmiewa to manifestem odstępców, sprzeniewierzonych, „… wszystko było pełne życia, a życie całe było jednym” i nadal tak jest. Anioł, który wybiera człowieczeństwo, także wchodzi w świat inauguracją dziecka, chociaż nie na płaszczyźnie fizycznej, musi przejść przez ten etap mentalnie. Jednak jest coś, co będzie go wyróżniać – nie wyemancypuje umysłu w prozie tak jak ludzie, gdy dorastają – pozostanie i uświęci płaszczyznę „nadal”. „Kiedy dziecko było dzieckiem, żywiło się jabłkami i chlebem, to mu wystarczało, i nadal tak jest (…); na szczycie każdej góry dziecko tęskniło za wyższą, a w każdym mieście tęskniło za większym miastem, i nadal tęskni; sięgało pełne zapału na sam szczyt drzewa po czereśnie, i nadal tak robi (…)”.

Kiedy Damiel był aniołem, zakochał się w Marion, a Marion była trapezistką w cyrku, który był obwoźny. Znał jej myśli i zamieszkał w nich. A ona, nie wiedzieć czemu, nie pojechała z cyrkiem w trasę do Paryża, tylko została cała liryczna w lirycznym Berlinie i poszła na koncert Nicka Cave’a and The Bad Seeds. On tymczasem zstąpił i sprzedał zbroję, w której przyśnił jej się ubiegłej nocy tak, że ona wiedziała, że jest on i tylko on, choć nie wiedziała jeszcze, kim jest. From Her to eternity, melorecytował Cave, a on czekał na nią przy barze i gdy podeszła, podał jej bez słowa kieliszek wina jak kielich przymierza, a ona także bez słowa zrobiła łyk i zaczęła mówić, że równie dobrze jak jest tak, mogłoby być zupełnie inaczej, że teraz albo nigdy, i że jest gotowa. ZANIM. WRESZCIE Gdy Damiel miał skrzydła i był przechadzającym się po Berlinie niebem, nie znał jeszcze pragnienia. Ale znał myśli rowerzystki: „Wreszcie szalona, już nigdy sama, wreszcie szalona, wreszcie odkupiona, wreszcie szaleństwo, wreszcie pokój, wreszcie wewnętrzne światło”. A potem zamienił skrzydła na pragnienie. Lecz jakby nadal je miał. A niebo wróciło na swoje miejsce, i nadal tam jest. 

FROM HER TO ETERNITY. SPOTKAMY SIĘ PRZY NICKU CAVE’IE

s. 39


Jak nie dać się RECENZJE - Fi

l m

zwariować?

Osobiście nie przepadam za filmami, które reklamuje się jako komedie romantyczne, a jeszcze do tego dramatyczne, ponieważ są to przesłodzone, banalne historie najczęściej kończące się wielką miłością i lądowaniem głównych bohaterów w sypialni z turbulencjami przez przedpokój.

Jednak pomimo podzielonych zdań na temat “Poradnika pozytywnego myślenia” po obejrzeniu zapowiedzi postanowiłem zaryzykować. Michał Musiał Trzy główne postaci w produkcji Davida O. Russela to Bradley Cooper jako Pat Solitano, Reobert De Niro jako Pat Solitano senior oraz Jennifer Lawrence jako Tiffany Maxwell. Film otrzymał mnóstwo nominacji (nominacja do Złotego Popcornu za najlepszy moment muzyczny, nominacja do Satelity dla Roberta De Niro za najlepszą rolę drugoplanową, nominacja do Nagrody Roberta za najlepszy film amerykański), zdobył też wiele nagród, m.in. BAFTA – za najlepszy scenariusz adaptowany, Nagroda Amerykańskiego Stowarzyszenia Montażystów za najlepszy montaż komedii, Critics Choice za najlepszą obsadę, Złoty Popcorn za najlepszy pocałunek, nagrodę publiczności, Satelity za najlepszy montaż, a J. Lawrence otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Film nakręcony jest na podstawie powieści o tym samym tytule. Nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z książką i porównać jej z ekranizacją. Jedni twierdzą, że powieść jest o wiele lepsza, inni natomiast, że oba dzieła są

s. 40

“Kiedy Damiel był

aniołem, zakochał się w Marion, a Marion była trapezistką w cyrku, który był obwoźny. Znał jej myśli i zamieszkał w nich. A ona, nie wiedzieć czemu, nie pojechała z cyrkiem w trasę do Paryża na tym samym poziomie i żałują, że najpierw nie przeczytali książki. Zostajemy wprowadzeni w świat Pata, który stracił żonę, pracę i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. W tym czasie obmyśla, jak będzie wyglądało jego życie po odzyskaniu wolności. Tak powstaje bardzo pozytywny plan, według którego odzyska żonę i odbuduje swoje małżeństwo. Plan zaczyna realizować zaraz po zakończeniu hospitalizacji. Jak zamierza osiągnąć sukces? W

dosyć prosty sposób, zamierza czytać ulubione książki żony, biegać, robić dużo brzuszków, być miłym dla innych i grzecznie zażywać zapisane mu tabletki. Jak się okazuje, mimo tego, że Pat stara się być najbardziej pozytywny jak potrafi, to i tak nic nie idzie po jego myśli. Po pierwsze prześladuje go pewna piosenka, na dźwięk której dostaje obłędu, a po drugie ciągle łazi za nim jakaś dziewczyna (Lawrence), która nie wiadomo, czego od niego chce. Przecież w jego życiu jest miejsce tylko dla jednej kobiety – szkoda, że ona nie chce już z nim być. Ważną rolę odgrywa także rodzina Pata – dzięki ich wspólnym perypetiom nieraz się uśmiejemy, głównie dzięki doskonałemu Robertowi De Niro. Zabawy dostarczy nam też stuknięta Tiffany i sposób, w jaki prześladuje Pata. Wadą może być to, że, jak w większości tego rodzaju filmów, widz ma wrażenie, że jest prowadzony za rękę, a zakończenie jest dość przewidywalne. Nie jest to jednak aż tak duża przeszkoda, ponieważ ta produkcja może pchnąć nas do wielu


WYDARZENIA I OPINIE

przemyśleń co do postawy Pata, Tiffany i ich sposobów na radzenie sobie ze swoimi prywatnymi „demonami” przeszłości. “Poradnik pozytywnego myślenia” porusza ważną kwestię naszej ludzkiej natury, która często nas zaślepia i nie pozwala nam dostrzec prawdy taką, jaką jest w rzeczywistości. Brniemy często w coś, czego pragniemy, czego bardzo byśmy chcieli, a co nie zawsze jest dla nas dobre. Gdy już to osiągamy okazuje się, że nie jesteśmy szczęśliwi, a wtedy boli to podwójnie. Pytanie tylko,

czy będziemy potrafili wcześniej się zorientować, czy przez nasze zapatrzenie w siebie nie stracimy czegoś cenniejszego, co jest lub było cały czas obok, a my tego nie zauważaliśmy. Nie zawsze rzeczywistość jest taka, jak nam się wydaje, a nasz doskonały plan na życie może okazać się nieskuteczny. Warto rozejrzeć się dookoła. Czy Pat w końcu to odkryje? Jak zakończy się jego historia? I jaką rolę odegra w niej Tiffany, która również ma ze sobą spore problemy? Czy Pat nieświadomie pomoże jej przezwyciężyć kłopoty i uleczy

jej rany? Polecam obejrzeć ten film i zwrócić uwagę na to, jak nasze postawy i wydarzenia z przeszłości często kształtują nasze życie i dlaczego niektórych ludzi i zachowań nie należy oceniać pochopnie i od razu skazywać na straty. 

s. 41


RECENZJE - K

Kiedy diabeł się cieszy? s i ą ż k a

Gdy moja mama zaczęła czytać „Listy starego diabła do młodego” C. S. Lewisa, stwierdziła, że trzeba się porządnie skupić, bo tam jest wszystko na odwrót! Dla mnie – wykładnia chrześcijaństwa. Na 152 stronach.

Andrea Marx „Listy starego diabła do młodego” to powieść epistolarna autorstwa brytyjskiego pisarza, który stworzył świat Narnii. Ujawnia idee chrześcijańskie (w każdym liście stara dotykać się jakiejś innej kwestii, np. pokora i pycha, seksualność, modlitwa, wojna), a podkreśla zwłaszcza jedną – wiarę w piekło i szatana. Po raz pierwszy utwór ukazał się w gazecie „The Guardian” w 1941 r., natomiast pierwsze wydanie książkowe pojawiło się już rok później. „Listy…” zyskały w Wielkiej Brytanii bardzo dużą popularność. Polski tytuł wskazuje bardzo precyzyjnie zawartość książki – zbiór listów, w których doświadczony demon komentuje poczynania młodszego adepta sztuki piekielnego kuszenia. W oryginale tytuł dzieła brzmi „The Screwtape Letters”. Również jest w nim mowa o listach, jednak podaje się jedynie ich nadawcę – Screwtape’a, zatem przed przeczytaniem książki czytelnik nie zna szczegółów owej korespondencji. Dlaczego trzeba przeczytać

s. 42

“To że sfera tran-

scendentna została wpisana w tak swojską sytuację, jak pisanie listów (wtedy jeszcze listów, dzisiaj może pisaliby mejle albo śledzili ludzi na fejsie), jest niczym kubeł zimnej wody na ludzką tendencję do olewania teologicznej prawdy o szatanie.

„Listy…”? Co w nich jest takiego, czego nie ma w innych książkach? Po pierwsze najciekawszym rozwiązaniem jest tutaj odwrócenie wartości. Korespondują ze sobą diabły, więc wszystko to, co uznają one za dobre, powszechnie uważane jest za złe, np. Nasz Dobry Ojciec – szatan Lucyfer, Nieprzyjaciel – Bóg, sprowadzić na dobrą drogę – sprowadzić na drogę grzechu. Stąd ta niewygoda w czytaniu zauważona przez moją mamę. Ale

to dobrze. Ma być niewygodnie. Miejscem akcji jest Piekło, osią – proces kuszenia człowieka przez jednego z diabłów (tego młodego). Ów proces ukazany jest jako walka szatana i Boga o duszę ludzką. W powieści czasem nawet stosuje się słownictwo militarne, mające podkreślić bojowość działań obu stron, np. „Nieprzyjaciel, wierny swym barbarzyńskim metodom walki, dozwala nam widzieć krótkotrwałą niedolę swych ulubieńców jedynie po to, by nas drażnić (…)”, „Wyobrażam sobie, że to musiało być w tym stadium rozmowy, gdy odczucie takiego niesprawiedliwego braku zaufania kazało Naszemu Ojcu usunąć się sprzed oblicza Nieprzyjaciela w bezkresną dal z gwałtownością, która dała początek tej śmiesznej nieprzyjacielskiej historii, iż został przemocą wyrzucony z Nieba. Od owej chwili zaczęliśmy dociekać, dlaczego nasz Ciemięzca był aż tak tajemniczy. Cała Jego władza opiera się na tej tajemnicy. Członkowie Jego


WYDARZENIA I OPINIE

stronnictwa przyznawali nieraz, że gdybyśmy kiedykolwiek zrozumieli, co On pojmuje przez Miłość, wojna byłaby skończona i weszlibyśmy z powrotem do Nieba”. Ta powieść to ostrzeżenie – bardzo zresztą wyraziste – oraz przyczynek do refleksji – bardzo oryginalny. Po drugie, zwraca najsilniej uwagę na to, co często umyka chrześcijanom lub też czego nie chcą, boją się dopuścić do świadomości – istnienie piekła i diabła! To że sfera transcendentna została wpisana w tak swojską sytuację, jak pisanie listów (wtedy jeszcze listów, dzisiaj może pisaliby mejle albo śledzili ludzi na fejsie), jest niczym kubeł zimnej wody na ludzką tendencję do olewania teologicznej prawdy o szatanie. W wyniku zderzenia niewidzialnego z realizmem obraz diabła staje się prawdziwy i przerażający. Po trzecie, jest to jedna z niewielu sensownych powieści w swoim gatunku. Na słowa „powieść w listach” każdemu na myśl przychodzi ten nieszczęsny Werter. Wiadomo, że to klasyka literatury romantycznej, ale dla mnie kompletnie bez pomysłu. Z literatury tego okresu może jakoś by się wybroniły „Niebezpieczne związki” Laclosa, ale to wszystko. W utworach napisanych i wydanych w tym samym okresie literackim

(lata 50. XX wieku, np. „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, „Buszujący w zbożu” J.D. Salingera, „Lolita” V. Nabokova, „Stary człowiek i morze” E. Hemingway’a, „Blaszany bębenek” G. Grassa) przebrzmiewają echa zakończonej niedawno wojny. Literatura pokazuje przemiany zarówno polityczne, jak i psychiczne bohaterów. Właściwie przemiany te się wiążą – w obliczu nowej rzeczywistości ludzie zastanawiają się, jak dalej żyć, doświadczywszy tragedii i wybierają różne sposoby radzenia sobie z tym: wiara, zwątpienie, bunt. Ich systemy wartości są rozchwiane, a granica pomiędzy dobrem a złem – zatarta. Tematykę tę, którą podejmowali ówcześni pisarze i poeci, Lewis, jako wykładowca literatury średniowiecznej i renesansowej w Cambridge, dobrze znał i z pewnością również się w nią wpisał „Listami starego diabła do młodego”. Jest jeszcze kwestia imion diabłów. Są to bowiem imiona znaczące, które należało przełożyć na język polski tak, aby znaczącymi pozostały. Tłumacz – Stanisław Pietraszko – zaproponował dla Screwtpe’a imię Krętacz, natomiast odbiorcę listów – Wormwooda – nazwał Piołunem. Imię Slubgob, które jedynie wspomina się w listach, pozostało niezmienione, być może dlatego, że występuje

w tekście trzy razy, a bohater nie jest nadawcą ani odbiorcą korespondencji. Polskie nazwy, podobnie jak imiona w angielskim oryginale, nie występują powszechnie w języku i są nacechowane emocjonalnie. Lewis tłumaczy w przedmowie: „imiona moich diabłów wzbudzały dość duże zaciekawienie i było wiele prób wyjaśnień – wszystkie błędne. Prawda jest taka, że zmierzałem tylko do tego, aby uczynić je niemiłymi (…) jeśli chodzi o brzmienie”. Imiona te polegają na skojarzeniach takich jak: Scrooge – postać z książki „Opowieść wigilijna” Charlesa Dickensa, screw – śruba, thumbscrew – (hist.) jedno z narzędzi tortur, tapeworm – tasiemiec, red tape – biurokracja, slob – niechluj, slobber – ślinić, slubber – partaczyć, gob – gęba. Powieść Lewisa została przetłumaczona na wiele innych języków, m.in. łotewski, litewski, arabski, rumuński, portugalski, hiszpański, włoski czy fiński. Cytat do przemyślenia na koniec: „Mów mu [człowiekowi] o «potrzebie zachowania umiaru we wszystkim», a możesz być zupełnie spokojny o jego duszę. Religia umiarkowana jest dla nas tak samo użyteczna jak kompletny brak religijności – a przy tym zabawniejsza”. 

s. 43


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej zdjęcia do artykuu o Niniwie: http://niniwa.org/galeria/

s. 44

Może coś Więcej, nr 20  
Może coś Więcej, nr 20  
Advertisement