Issuu on Google+

s. 1


SPIS TREŚCI

T E M AT N U M E R U 22

Planeta dobrych ludzi

28

Szansa na życie i miłość

WOJCIECH URBAN

TA K A S Y T U A C J A

16 Wszyscy święci vs wszy-

scy świeccy

ALEKSANDRA BRZEZICKA

ANNA KASPRZYK

30 Rowerem dla życia

KAMIL DUC

34 Cud narodzin na wsi pol-

skiej XIX wieku

JAN BARAŃSKI

37 Aborcja jest przeciwko

kobiecie

KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

40 Dlaczego nic nie robisz?!

TOMASZ MARKIEWKA

39 Pokochaj różnice!

WOJCIECH URBAN

R O Z M O WA N U M E R U

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 18

Współczesne fatum

MACIEJ PUCZKOWSKI

WYDARZENIA I OPINIE 6

Wielki Post odwołany!

8

Obóz śmierci w Yarmouk

WOJCIECH URBAN

MARIA NEJMAN-ŚLĘCZKA

O rzetelności prasowej, a 44 Aborcja eugeniczna - system raczej jej braku MATEUSZ NOWAK przeciwko ludziom KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA 12 Lekarz obrońcą życia apel prof. Wandy Półtawskiej 10

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

Postęp nie jest nieograniczoną wolnością 14

ANNA BONIO

Ks. Halik laureatem Nagrody Templetona 2014 18

ANNA ŻMUDZIŃSKA

s. 2


SPIS TREŚCI

RECENZJE

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 66

Kościół bez propagandy

KAMIL DUC

82

70 Komunia dla rozwodników? 83 KAMIL MAJCHEREK

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE 74 Siły specjalne Zmart-

wychwstałego Pana

Żmudny proces oswajania niedźwiedzia

Odwaga zabija mnie

WOJCIECH URBAN

80 Zakazane piosenki

ANNA KASPRZYK

JESTEM, WIĘC MYŚLĘ 84

19

MARIUSZ BACZYŃSKI

KAROLINA KOWALCZE

K U LT U R A

KRZYSZTOF RESZKA

NIE OGARNIAM

Zaginiony symbol

Kiedy zaczyna się życie?

KAMIL MAJCHEREK

REPORTAŻ 58

Kresy, Lwów i stara Sierra

MARIUSZ BACZYŃSKI

ROZMOWY

Jesteśmy coraz większym gronem przyjaciół 54

MARIUSZ BACZYŃSKI

Serce Jezusa jest wzorem serca każdego mężczyzny 48

KAJETAN GARBELA

KAZANIA PONADCZASOWE

Ojciec wprowadza dziecko w świat 72

KS. MIROSŁAW MALIŃSKI

CZEMU ŻYCIE 73

Żebrak życia

O. TOMASZ MANIURA OMI s. 3


WSTĘPNIAK

Świętość

życia

Ochrona życia od poczęcia – dla jednych kwestia oczywista, dla drugich niekoniecznie. Są jeszcze tacy, którzy w ogóle jej nie uznają, tłumacząc, że kobieta ma prawo do własnego ciała. Obchodzony 25 marca Dzień Świętości Życia zachęca nas do podjęcia refleksji nad tym, co tak właściwie należy chronić, dlaczego każde życie jest święte i na czym polega właściwie rozumiane prawo kobiety do jej ciała. Anna Zawalska To właśnie Dzień Świętości Życia stał się dla nas inspiracją do powstania tego numeru. Chociaż różne organizacje pro-life głośno i dosadnie wypowiadają się w tej tematyce i przedstawiają swoje stanowisko, to jednak w dalszym ciągu istnieje potrzeba mówienia o świętości życia od poczęcia, po naturalną śmierć. Tematyka trudna – podejmuje kwestie przede wszystkim związane z aborcją, eutanazją, czy nawet antykoncepcją. W tym numerze szczególnie zajęliśmy się tym najbardziej niewinnym życiem, w łonie matki, a także różnymi rodzajami jego ochrony. W polskim prawie dozwolona jest aborcja eugeniczna – czyli usunięcie dziecka, u którego wykryto nieuleczalną wadę genetyczną. Nikt jednak nie zastanawia się nad tym, że osoby chore, upośledzone, naznaczone pewnymi niepełnosprawnościami, to także ludzie, posiadający godność. Idealnie pokazuje to artykuł o Wspólnocie Burego Misia. Tam nie

tylko możliwe są wyjątkowe przyjaźnie pomiędzy osobami niepełnosprawnymi, a sprawnymi, ale ci pierwsi są w stanie wiele do życia wnieść. Uświadomić to mogą liczne świadectwa osób zaangażowanych we wspólnotę. Feministyczne środowiska grzmią o prawie do własnego ciała i o prawie do aborcji. Jednak nie zdają sobie sprawy z tego, że aborcja jest przede wszystkim przeciwko kobiecie, za czym przemawia wiele argumentów. Również tekst na ten temat znalazł się na łamach tego numeru. O aborcji eugenicznej i jej zagrożeniach rozmawialiśmy natomiast z panią Kają Godek. Jak sama mówi, ochronie dzieci chorych i ich prawu do życia poświęciła się całkowicie, bo jest sprawa, której doświadczyła. Forsowaną przez wiadome środowiska aborcję eugeniczną nazywa systemem skierowanym przeciwko ludziom. Cud życia jest doceniany nie tylko teraz – miało to miejsce również

na polskiej wsi XIX wieku, kiedy to ciężarna kobieta miała szczególny przywilej, a poczęcie traktowane było jako wyjątkowe. Również o tym można przeczytać w tym numerze. Argumenty za ochroną życia od poczęcia, aż po naturalną część można mnożyć, a i tak niektóre środowiska pozostaną niewzruszone. Dla niektórych ciąża dalej pozostanie problemem, z którym można się uporać, dla innych z kolei dziecko żyjące w łonie matki dalej będzie pasożytem. Dla nas każde poczęte życie, to człowiek, o którego prawa trzeba walczyć, bo sam nie jest w stanie tego zrobić. Jak walczyć? Między innymi o tym w numerze, który właśnie macie przed sobą. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Bartłomiej Ligas, Mateusz Nowak, Marcin Dryja, Anna Żmudzińska, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Marta Fick, Tomasz Markiewka, Wojciech Greń, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Anna Donabidowicz, Krzysztof Skopiec, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Maria Nejma-Ślęczka, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Jan Barański Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Bajak Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


WYDARZENIA

s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Wielki Post

odwołany!

Teoretycznie Wielki Post ma nas przygotować do dobrego przeżycia świąt Wielkanocnych. Deon.pl stwierdził jednak, że okres ten jest niepotrzebny, bo zmartwychwstanie można przeżyć bez Wielkiego Postu. Tym samym zaprzeczają praktyce Kościoła, stosowanej od prawie dwóch tysięcy lat. Wojciech Urban Redakcja serwisu Deon.pl postanowiła w tym roku „odwołać” Wielki Post. Dlaczego? Jak sami piszą: „Wielki Post bez Zmartwychwstania nie ma najmniejszego sensu.[..] Bez niego chrześcijaństwo nie ma racji bytu. Jeżeli tego nie zrozumiemy i nie przeżyjemy Zmartwychwstania zarówno w wymiarze osobistym jak i wspólnotowym, nasza wiara będzie… martwa.” Dlatego też postanowili „zacząć od końca i postawić wszystko na głowie”. Ich wielkopostne rozważania będą koncentrować się na tematyce zmartwychwstania. Ma to być remedium na to, że potrafimy bardzo pięknie i intensywnie przeżyć Wielki Post, ale okresu wielkanocnego już nie. „Nie mamy pomysłu na przeżywanie Zmartwychwstania i - co jest niepokojące - nie bardzo wiemy, jak to wydarzenie powinno zmienić nasz sposób przeżywania wiary w codziennym życiu.”- przekonuje Deon.pl. Ciężko zaprzeczyć redakcji Deonu, gdy mówią, że Wielki Post bez Zmartwychwstania jest bezsensowny. Jednak pomysł „odwołania” Wielkiego Postu uważam za absurdalny. Niby to tylko hasło, nie należy go brać dosłownie, ale sieje zamęt. Sami przyznają, że stawiają sprawę na głowie. Nie trzeba chyba zbytniej wyobraźni i wiedzy, by dojść do wniosku, że na głowie nie da się

s. 6

“Jeżeli rzeczywiście nie

potrafimy docenić faktu Zmartwychwstania Chrystusa, jak twierdzi Deon, to problem polega na złym przygotowaniu, niewłaściwym podejściu do Wielkiego Postu. Kościół jasno mówi, na czym to przygotowanie powinno polegać.

„ustać” zbyt długo. Wbrew zapewnieniom redakcji, jest to chyba tania prowokacja. Rok liturgiczny został po coś ustalony. Poszczególne okresy i święta nie są tylko przypomnieniem, pamiątką jakiś wydarzeń. Sens roku liturgicznego polega na ciągłym przeżywaniu na nowo kolejnych wydarzeń z historii zbawienia. Jego układ nie jest dziełem przypadku. Okres Wielkiego Postu przygotowuje do przeżycia Zmartwychwstania. Oczywistym jest, że pierwszy bez drugiego jest niepełny, wręcz bezsensowny. Ale to przez post, modlitwę

i jałmużnę przygotowujemy się do Świąt Wielkiej Nocy. Jeśli rzeczywiście mamy problem z przeżywaniem Zmartwychwstania na co dzień, to dlatego, że nie potrafimy na poważnie przeżyć postu. Spójrzmy na kerygmat, czyli głoszenie podstawowych prawd ewangelii. Zanim usłyszę o tym, że zostałem odkupiony przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, muszę sobie uświadomić, że tego odkupienia potrzebuję, czyli prawdę o moim grzechu. Nawet po chrzcie muszę przypominać sobie te prawdy. Zanim więc dojdę do pustego grobu, muszę sobie uświadomić, że to moja jedyna nadzieja. Bez świadomości własnej słabości i grzeszności, wiara w zmartwychwstanie, a więc i w odkupienie ludzkości przez Chrystusa okazuje się równie bezsensowne, co Wielki Post bez Zmartwychwstania. Okres Wielkiego postu ma podwójny charakter, oprócz pokutnego dużą rolę, szczególnie w pierwszej części, odgrywa chrzcielny aspekt tego okresu. W początkach Kościoła chrztu udzielano tylko podczas liturgii Wigilii Paschalnej. Również i dzisiaj zaleca się, aby dla ukazania pełni symboliki tych świąt, udzielać wtedy sakramentu chrztu, szczególnie osobom dorosłym. Należy tu przypomnieć o katechumenacie. Kościół zawsze wymagał od kandy-


WYDARZENIA I OPINIE

datów chcących przyjąć sakrament inicjacji, dłuższego czasu ćwiczeń w wierze. Okres poświęcony na przygotowanie kogoś do wejścia do wspólnoty Kościoła nazwano w katechumenatem. Różnie ta „instytucja” wyglądała w ciągu dziejów, lecz nigdy Kościół z niej nie zrezygnował, jakaś jego forma istniała zawsze. W pierwszych wiekach katechumenat trwał około trzech lat. W tym czasie katechumeni słuchali słowa Bożego i starali się żyć według Ewangelii. Bezpośrednio przed chrztem, właśnie w okresie Wielkiego Postu, kandydaci przeżywali okres intensywnych przygotowań. Wyjaśniano wówczas „Ojcze nasz”, Wyznanie wiary i historię zbawienia opisaną na kartach Pisma Świętego. Był to czas oczyszczenia i oświecenia. Tak przygotowany kandydat, przez chrzest „zanurzony w śmierci i Zmartwychwstanie Chrystusa”, niósł przesłanie Ewangelii na cały świat- wbrew cesarskim edyktom, katowniom, ukrzyżowaniom, dzikim zwierzętom i wszelkim innym prześladowaniom. Dziś na idei katechumenatu opiera się formacja między innymi we wspólnotach Neokatechumenatu i w Ruchu Światło-Życie – wywodzący się z nich ludzie, w dużej mierze świeccy, głoszą

współcześnie Ewangelię na wszystkich kontynentach. W Wielkim Poście powinniśmy więc skupić się na tajemnicy chrztu. Praktycznie większość z nas chrzest przyjęła jako małe dzieci, nie mając świadomości, co się wówczas wydarzyło. Świadomość ta miała do nas „przyjść” w czasie przygotowań do następnych sakramentów: I komunii i bierzmowania. Niemniej wciąż do tego wydarzenia powinienem powracać. Podczas liturgii Wigilii Paschalnej odnawiamy swoje przyrzeczenia chrzcielne. Jeśli podczas chrztu przyrzeczenia złożyli za mnie rodzice, Wielka Sobota jest okazją, by tę decyzje potwierdzić. Do tego jednak muszę się przygotować i to jest cel Wielkiego Postu. Już wtedy muszę zmienić swój sposób przeżywania wiary w codziennym życiu na bardziej ewangeliczny i autentyczny. Bez tego Zmartwychwstanie nic nie zmieni w moim życiu. Jeżeli rzeczywiście nie potrafimy docenić faktu Zmartwychwstania Chrystusa, jak twierdzi Deon, to problem polega na złym przygotowaniu, niewłaściwym podejściu do Wielkiego Postu. Kościół jasno mówi, na czym to przygotowanie powinno polegać, wystarczy sięgnąć do

odpowiednich dokumentów. Jednak redakcja Deon.pl widocznie wie lepiej, jak się przygotować – odwołać przygotowania (czyli Wielki Post) i już teraz zająć się świętowaniem Zmartwychwstania. Zdaje się to wpisywać w szerszą tendencję, polegającą na ciągłym obniżaniu wymagań. Coraz mniej pościmy, pojawiają się głosy, żeby znieść piątkową wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych. Komuś przeszkadzało, że w piątki nie może potańczyć, więc już może. Krytykujemy wszelkie umartwienia, bo chrześcijanin ma być radosny. Pod pretekstem ewangelicznej radości odchodzimy od Dobrej Nowiny, która uczy nas, że „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łk 16, 10). Skoro powstrzymanie się od jedzenia mięsa czy pójścia na imprezę raz w tygodniu to za dużo, to czy będę przestrzegał dekalogu? „Ale zbawiony będzie ten, kto wierzy, a nie ten, co przestrzega prawa” – powie ktoś za św. Pawłem. Tak, ale jak w Środę Popielcową przypomina kapłan, posypując nasze głowy popiołem, najpierw „nawracajcie się” i dopiero wtedy „wierzcie w Ewangelię”. (por. Mk 1, 15) 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Obóz śmierci w

Yarmouk

Maria NejmanŚlęczka

Od kilku tygodni media na całym świecie żyją wydarzeniami na Ukrainie. Z jednej strony trudno się temu dziwić. Wielki rosyjski niedźwiedź przebudził się i szczerzy swoje imperialistyczne zęby, stawiając nas wszystkich na krawędzi trzeciej wojny światowej. Z drugiej jednak strony –ten wschodni majdan zapełnił całą przestrzeń informacyjną.

Jeszcze nie tak dawno media w podobny sposób ekscytowały się sytuacją w Syrii. Który przeciętny odbiorca mediów jest w stanie odpowiedzieć dziś na proste pytanie: co właściwie stało się z reżimem al-Asada? Przepychanki między Rosją a USA chwilowo przeniosły się z Bliskiego Wschodu na Ukrainę, ale niestety wojna w Syrii trwa nadal. O dramatycznej sytuacji ludności cywilnej przypomniała kilka dni temu organizacja Amnesty International, oskarżając reżim syryjski o popełnienie zbrodni wojennych. Raport Amnesty koncentruje się przede wszystkim na sytuacji w obozie Yarmouk, który znajduje się w odległości ośmiu kilometrów od Damaszku. Jego mieszkańcami byli przede wszystkim uchodźcy palestyńscy, którzy opuścili swoje domy po ustanowieniu państwa Izrael w 1948 oraz ci, którzy zostali przesiedleni po wojnie sześciodniowej w roku 1967, kiedy Izrael wkroczył na tereny Gazy i Zachodniego Brzegu. Łącznie ten niewielki obszar (około 2km2) zamieszkiwało blisko 180 000 Palestyńczyków i kilkaset tysięcy Syryjczyków. Kiedy trzy lata temu antyrządowe protesty przemieniły się w krwawy konflikt, Yarmouk stało się miejscem walk wojsk rządowych oraz oddziałów opozycyjnych. Oblężenie obozu przez wojska reżimu roz-

s. 8

“Mieszkańcy Yar-

mouk, z którymi skontaktowali się pracownicy AI przyznają, że od wielu miesięcy nie jedli owoców, ani warzyw. Podstawowym „posiłkiem” jest dla wielu osób woda zmieszana z przyprawami. Przyprawy to zresztą niemal wszystko, co można dostać w sklepie. poczęło się w grudniu 2012 roku, w lipcu 2013 roku zablokowany został nie tylko przepływ ludzi, ale także dostawy jedzenia, wody i lekarstw. Według informacji, jakie zdobyli pracownicy AI, większości ludności cywilnej udało się uciec z Yarmouk. Sekretnymi drogami wydostali się także członkowie bojówek antyrządowych. Ci, którzy zostali, to przede wszystkim ludzie starsi, chorzy oraz rodziny z małymi dz-

iećmi – ich liczba szacowana jest na około 20 000. Liczba zmarłych sięga blisko 200 osób , a w większości była to śmierć spowodowana głodem. Mieszkańcy Yarmouk, z którymi skontaktowali się pracownicy AI przyznają, że od wielu miesięcy nie jedli owoców, ani warzyw. Podstawowym „posiłkiem” jest dla wielu osób woda zmieszana z przyprawami. Przyprawy to zresztą niemal wszystko, co można dostać w sklepie. Ceny kilograma ryżu sięgają już 100$, dlatego niewielu może sobie pozwolić na ten luksus. Brakuje mąki, którą mieszkańcy próbują zastępować soczewicą. Ci, którzy opuszczają swoje domy w poszukiwaniu jedzenia, ryzykują życiem, ponieważ są narażeni na kule snajperów. Niektórzy żywią się mięsem kotów i psów, co prowadzi do licznych zatruć. Z powodu dramatycznych warunków higienicznych rozprzestrzenia się także żółtaczka. Spośród blisko 120 aptek, działających przed wojną, w Yarmouk pozostała obecnie tylko jedna apteka, a także w niej brakuje już podstawowych produktów. Szpitale cierpią na brak miejsc, lekarstw oraz personelu. Pracownicy służby zdrowia są szczególnie narażeni na niebezpieczeństwo – dwunastu spośród nich zostało zabitych, a część zniknęła w niewyjaśnionych


WYDARZENIA I OPINIE

“Pracownicy służby

zdrowia są szczególnie narażeni na niebezpieczeństwo – dwunastu spośród nich zostało zabitych, a część zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Szpitale stały się częstym celem ataków wojsk reżimu. okolicznościach. Szpitale stały się częstym celem ataków wojsk reżimu i były wielokrotnie bombardowane. Poważnym problemem tych placówek jest też brak prądu, który został odcięty w kwietniu 2013 roku. Bez prądu wiele urządzeń medycznych nie może funkcjonować. Lekarze w Yarmouk potwierdzają, że mogliby uratować życie wielu osób, gdyby mieli dostęp do środków medycznych. Wśród tych, którym nie udało się pomóc, są między innymi dwie kobiety ciężarne. Philip Luther, dyrektor regionalny Amnesty International, nazwał oblężenie Yarmouk „zbiorową karą dokonaną na ludności cywlinej” i wezwał rząd Syrii do jego natychmiastowego zaprzestania. Pełny raport Amnesty International na temat obozu Yarmouk można znaleźć na stronie internetowej organizacji. Czytając o dramacie, który rozgrywa się obecnie w Syrii, naprawdę trudno uwierzyć, że Putin został nominowany do pokojowej nagrody Nobla w związku z „aktywnym udziałem w rozwiązaniu syryjskiego konfliktu”. Zarówno Putin, jak i Obama chcieli wykorzystać wojnę w Syrii do umocnienia swojej pozycji na arenie światowej – w tej rundzie Putin zdecydowanie wygrał, Obama pokazał, że jest politykiem słabym i krótkowzrocznym. Chłopcy zwinęli manatki i przenieśli się na inne podwórko. Żaden z nich nie pomógł tym, którzy codziennie umierają w Syrii z głodu.

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

O rzetelności prasowej,

a raczej jej braku

Mateusz Nowak

Chyba wszyscy prawdziwi sympatycy sportu chwytają się za głowy widząc poziom, jaki prezentują w Polsce dziennikarze. Na najbardziej poczytnych portalach internetowych w kraju możemy wyczytać niezwykle ciekawe, chwytliwe, choć beznadziejne tytuły tekstów, które prowadzą niejednokrotnie do jeszcze bardziej beznadziejnych artykułów. Czytając wypociny wielu takich redaktorów nie da się czasem nie parsknąć śmiechem, szkoda tylko, że jest to bardziej śmiech spowodowany wzrastającym poziomem zażenowania.

“Stoch wyjaśnia przyczyny swoich słabszych skoków”. “Freund prowadzi, zaprzepaszczone nadzieje Stocha”. “Rozczarowanie, Stoch bez medalu”. To tylko niektóre z tytułów, jakie można było przez weekend wyczytać na wielu wspaniałych portalach internetowych. W końcu w czym jak w czym, ale w osądzaniu i umniejszaniu zasług sportowców jesteśmy mistrzami. A ja mimo tego zaapeluję, ludzie, opamiętajcie się, on zajął piąte miejsce, jest PIĄTYM zawodnikiem Mistrzostw Świata w lotach narciarskich. Osiągnął najlepszy wynik w karierze. Czy nam wszystkim ciągle musi być mało? Zdobył dwa złote medale w Soczi, jest o krok od wywalczenia Kryształowej Kuli za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, przeżywa swój najlepszy sezon w karierze, a my i tak będziemy narzekać. Czy naprawdę tak ciężko zrozumieć jest ludziom piszącym takie teksty, że to jest sport? Że czołówka światowa jest bardzo wyrównana i nie da się cały czas wygrywać? Że każdemu może się przydarzyć troszkę gorszy dzień, obniżka formy? Że tak naprawdę Kamil jako jedyny skoczek plasuje się na czołowych miejscach niemal od samego początku sezonu, co jest naprawdę niezwykle trudną sztuką? Często odnoszę wrażenie, że te artykuły są pisane tylko po to, żeby były, że nikt ich nie sprawdza, nie ko-

s. 10

“Często odnoszę

wrażenie, że te artykuły są pisane tylko po to, żeby były, że nikt ich nie sprawdza, nie koryguje. A taki redaktor pisze często z głową w chmurach, nawet nie starając się trochę bardziej wnikliwie podejść do tematu. ryguje. A taki redaktor pisze często z głową w chmurach, nawet nie starając się trochę bardziej wnikliwie podejść do tematu. Szczytem niedbalstwa była dla mnie sytuacja, która miała miejsce podczas Igrzysk. Na jednym z portali zamieszczono informację o pierwszej osobie przyłapanej na dopingu. Dziennikarz, który tworzył ten artykuł, kompletnie nie wiedział o czym pisze, uznał, że Evi Sachenbacher-Stehle, niemiecka biathlonistka, jest mężczyzną. Nie pofatygował się nawet na tyle, żeby spytać Wujka Google, kim w ogóle jest osoba, o której pisze artykuł, za który pewnie zgarnie kasę. Taka jest właśnie rzetelność portali informacyjnych. A to

tylko wierzchołek góry lodowej. Poziom dna został już zresztą według mnie dawno osiągnięty. Jeżeli od wejścia na główną stronę atakują mnie takie tytuły, jak “Co ona na siebie włożyła? Co za obciach!”, “Znana Polka w prześwitującej kreacji”, “Ona pokazała za dużo”, “Co się stało z jej twarzą?”, “Agnieszka Szulim zdradza kulisy bójki z Dodą”, “Wybierz z nami najładniejszą pupę showbiznesu”, to zaczynam się serio zastanawiać, czy nie jestem przypadkiem w jakiejś ukrytej kamerze. Nie wiem naprawdę kogo interesują wzajemne kłótnie, rozmiary staników, obsunięte majtki czy poziom cellulitu tych wszystkich pseudogwiazdek. Wiem za to, że po takiej dawce żenujących tytułów można się naprawdę załamać. Media mają nas za półgłówków, którzy pochłoną bez mrugnięcia oka wszystko, co nam podadzą, choćby to było zupełnie bezwartościowe. A my posłusznie ich słuchamy, tracąc swój cenny czas na bezsensowne przeglądanie artykułów o tym, ile botoksu wstrzyknęła w siebie w tym miesiącu Pamela Anderson. To jednak była tylko dygresja, bo nad tym nawet nie ma co się rozwodzić. Mnie boli przede wszystkim poziom sportowego dziennikarstwa. Od pompowania baloników przed występami, przez rozmowy z ekspertami, którzy w rzeczywistości żadnymi ekspertami nie


WYDARZENIA I OPINIE

są, przez hurraoptymistyczne podejście przed zawodami, po całkowite mieszanie z błotem po nieudanych występach. Przykłady na to można by mnożyć i mnożyć. Stocha już przytaczałem. Innym, wcale nie gorszym, z ostatnich tygodni, są występy Roberta Kubicy. Kiedy wygrywał w zeszłym sezonie mistrzostwo świata w rajdach, w klasie WRC-2, wszyscy go wynosili ponad niebiosa. Swoimi świetnymi występami zagwarantował sobie miejsce w klasie WRC, tej właściwej, najlepszej. Startuje w niej pierwszy sezon, co więcej udowadnia, że potrafi być szybszy od zawodników dużo bardziej doświadczonych od niego, walczy z nimi jak równy z równym. Niestety przytrafiają mu się błędy, które w tym sezonie spowodowały, że nie ukończył jeszcze żadnego rajdu. I to jest oczywiście powód, dla wszystkich wielce zorientowanych, do krytykowania Kubicy, bo to umiemy robić najlepiej. Ot, taka polska przypadłość. Chciałbym jeszcze raz zwrócić szczególną uwagę na tytuły tekstów.

Te, o których wspominałem, miały w sobie często jakąś opinię, która wielokrotnie jest krzywdząca lub po prostu świadczy o zupełnym braku profesjonalizmu. Są jednak i takie, które przeinaczają rzeczywistość. W tym lubują się zwłaszcza dziennikarze piłkarscy. Jeżeli widzę tekst “Piękna bramka Błaszczykowskiego!”, to spodziewam się zobaczyć to, co autor napisał, a tymczasem po wejściu w link okazuje się, że nasz zawodnik strzelił z kilku metrów do pustej bramki. Taka sytuacja miała miejsce w zeszłym sezonie Ligi Mistrzów. Gdzie tu było piękno? Nie wiem. Tytuł jednak zrobił swoje i na pewno nabił tysiące wyświetleń. Tak samo ostatnio po meczu Barcelona - Manchester City natknąłem się na hasło “wielkie kontrowersje”, związane właśnie z tym meczem. Każdy kto to spotkanie widział to wie, że zwycięstwo Barcelony było zasłużone, a sędzia częściej nawet mylił się na niekorzyść zwycięzców. Gdzie tu więc kontrowersje? Ale tytuł pewnie zrobił swoje, czyli przyciągnął uwagę.

Chciałbym, żeby kondycja dziennikarstwa w sieci stała na wyższym poziomie, żeby na najczęściej przeglądanych portalach przez Polaków, były naprawdę rzetelnie sporządzane artykuły. To chyba jednak jedna z wielu pozycji, którą należy odłożyć do sfery marzeń. Liczy się przede wszystkim szybkość, ilość, a nie jakość. I dopóki ci redaktorzy będą mieć w głowach jedynie cyferki, dopóty będziemy dostawać taką, a nie inną papkę, z jaką mamy do czynienia na co dzień. I dlatego jak na razie nie pozostaje nic innego, jak przerzucić się na bardziej niezależne portale lub w ostateczności uodpornić jakoś na ten szajs, choć wtedy oczy i tak będą wciąż boleć. 

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Lekarz obrońcą życia – apel prof. Wandy Półtawskiej

Psychiatra i doktor nauk medycznych, bliska przyjaciółka Jana Pawła II, profesor Wanda Półtawska, apeluje do wszystkich wierzących kolegów po fachu o akt przyznania się do wiary. List otwarty, który udostępniła po konsultacji z Papieską Akademią „Pro Vita” przedstawia propozycję jak deklaracja ta powinna wyglądać (całość dostępna na stronie: http://www.deklaracja-wiary.pl ). Sara NałęczNieniewska Wyznanie wiary dotyczy poglądu lekarzy – katolików na płciowość i płodność ludzką. Jan Paweł II jako duszpasterz środowiska medycznego uważał, że współpraca i konsultacja kapłanów i lekarzy jest konieczna - ich pracą przecież jest opieka nad ludźmi. Wanda Półtawska piszę w swoim liście, że w świetle zbliżającej się kanonizacji naszego Papieża największym uhonorowaniem jego osoby będzie przyznanie się do wiary przez polskich lekarzy. List zawiera prostą i jasną deklarację sumienia. Ciało ludzkie jest święte i nietykalne, podlega naturze, ale natura podlega Bogu. Poczęcie i śmierć człowieka zależy od Boga, a wszelkie manipulacje takie jak aborcja, eutanazja, in – vitro łamią podstawowe przykazania Dekalogu. Płeć ludzka jako Boska nobilitacja określająca dalsze życie człowieka nie powinna podlegać modyfikacji. Lekarz ma prawo działać zgodnie ze swoim sumieniem i odmówić działania niezgodnego z nim. Deklaracja wyraża również pogląd na wyższość prawa boskiego nad ludzkim. I konieczność sprzeciwu dla antyhumanitarnych praktyk. Lekarze powinni również pogłębiać swoją wiedzą, nie tylko w dziedzinie praktyk zawodowych, ale i antropologii chrześcijańskiej i „teologii ciała”. Profesor Półtawska pisze również, że nie chodzi jej „o uczone referaty,

s. 12

“Lekarz – katolik nie

może bać się promocji życia. Sama profesor zajmuję się działalnością pro-life od lat. Jest lekarzem od 65 i uważa, że zawód ten pozwala wpływać na ludzi i ich opinie. o metody, o technikę, ale o proste, jasne wyznanie wiary”. W dzisiejszych czasach tej jasności i prostoty brak, a przecież lekarz powinien chronić życie od jego poczęcia. Ważne jest aby w dobie promocji śmierci stanowcza była odpowiedź katolickich lekarzy, których prawem i obowiązkiem jest powiedzieć NIE dla zbrodniczych praktyk. W swoim liście Wanda Półtawska wspomina sytuację z ciężkich lat komunizmu, kiedy na jednym ze spotkań w parafii pojawiło się ok. 60-70 osób. Wymyśliła wtedy, że następnym razem można ich będzie zaprosić na takie spotkanie imiennie i puściła wśród ludzi kartkę, na której mieli zapisać swoje nazwiska. Nikt nie podpisał. To była głęboka komuna i ludzie bali się. „Anonimowo przyszli i nie chcieli się ujawnić – a jak będzie teraz?” – pyta profesor Półtawska. Lekarz – katolik nie może bać się promocji życia. Sama profesor zajmuję się działalnością pro-life od lat. Jest

lekarzem od 65 i uważa, że zawód ten pozwala wpływać na ludzi i ich opinie, nie wyklucza wartości chrześcijańskich, a właściwie jest ich najlepsza promocją. Lekarz obrońca życia, ratownik pielęgnujący dar od Boga. Jan Paweł II wiedział, że rozwój techniczny w medycynie doprowadzi do wypaczenia etyki lekarskiej i zagrozi wartości jaką jest rodzina. „Cierpiał, widząc postępujący spadek moralności, ale uważał, że lekarze mogliby temu zapobiec, gdyby szerzyli prawdę o ludzkiej płciowości i płodności, o „teologii ciała”. Wielokrotnie powtarzał: „Stwórzcie mocny związek lekarzy katolickich, żeby zapanować nad opinią publiczną” – nie doszło do tego, ani w Polsce, ani na poziomie Europy, ani świata. Śledził losy coraz bardziej zniszczonej rodziny i bronił godności osoby ludzkiej –przemawiał do wszystkich, wszędzie i spodziewał się pomocy od lekarzy – ale zawiódł się…” – czytamy w liście. „Stwierdzam, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem. Uważam, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich


WYDARZENIA I OPINIE poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem” – brzmią ostatnie zdania deklaracji. To oczywista odpowiedź na stanowisko Komitetu Bioetyki przy prezydium PAN w sprawie klauzuli sumienia lekarzy. „Europejski Trybunał Praw Człowieka i agendy ;ONZ, w tym Komitet przeciw Torturom, opowiadają się za zapewnieniem prawa do korzystania z aborcji w sytuacjach przewidzianych prawem, zaś korzystanie z klauzuli sumienia oceniają jako prowadzące do okrutnego traktowania kobiet ciężarnych.” – czytamy w dokumencie udostępnionym przez Komitet. W ich opinii pluralizm kulturowy pozwala na relatywizm moralny. Członkowie twierdzą, że nie istnieje jedna moralność i jeden słuszny głos sumienia, w związku z czym prawo do wolności sumienia nie może być traktowane ekstensywnie i powinno zostać ograniczone. Lekarz korzystający z klauzuli sumienia powinien pisemnie podać konkretna normę moralną na jakiej się opiera i podać racjonalne wytłumaczenie. Według Komitetu lekarz musi również zgłosić decyzję przełożonemu i udzielić realnej informacji na temat innego lekarza, który świadczenia udzieli. W skrócie według Europejskiego Trybunału i Komitetu PAN polscy lekarze odmawiający udzielenia zabiegu aborcji to zbrodniarze torturujący kobiety. Naczelna Rada Lekarska uznała, że ograniczanie prawa lekarza do korzystania z klauzuli sumienia narusza konstytucję i złożyła skargę do Trybunału Konstytucyjnego. „My twierdzimy, (…) że tego typu prawo stanowione nie może przerzucać odpowiedzialności na lekarzy, którzy mieliby wykonywać jakieś czynności wbrew swoim głębokim przekonaniom. Jesteśmy przekonani, że Trybunał Konstytucyjny w tym zakresie przyzna rację lekarzom i dzięki temu rzeczywistość w Polsce będzie mogła się zmienić” – mówi dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Obojętny nie pozostał również Zespół Ekspertów ds. Bioetyki Konferencji Episkopatu Polskiego podkreślając, że sumienie lekarza ma niejako pierwszeństwo przed “uprawnieniami” pacjenta, a ponadto prawo moralne stoi przed prawem

stanowionym. „Cała historia ludzkości przemawia raczej za wyższością prawa moralnego nad prawem stanowionym. Istnienie sumienia i decyzje stąd pochodzące są wyrazem godności człowieka. Jest to cecha, która dotyczy tylko istnień ludzkich i człowieka, a nie innych, nawet ożywionych osobników. Godność – jak to powiedział znany nam filozof Karol Wojtyła – Jan Paweł II – to jest miara wartości, jaką człowiekowi przypisujemy, i to jest wartość niezbywalna” – mówił podczas konferencji abp Henryk Hoser. Pełne stanowisko Episkopatu dostępne jest na stronie: http://episkopat.pl/dokumenty/ pozostale/5717.1,Stanowisko_Zespolu_Ekspertow_KEP_ds_Bioetycznych_w_sprawie_klauzuli_sumienia. html, do którego lektury zachęcam. Diakona Jacek Jan Pawłowicz, w swoim artykule dla portalu Fronda. pl zauważa, że działanie Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN nie wynika z troski o kobiety ciężarne, a w oparciu o moralny subiektywizm członków tej organizacji. Podpisania się odmówiła jedynie s. prof. dr hab. Barbara Chyrowicz. Powodem wydania dokumentu ws. klauzuli sumienia jest również ”sprzyjanie lobby proaborcyjnemu, koncernom farmaceutycznym produkującym środki antykoncepcyjne i wczesnoporonne oraz całemu biznesowi powiązanemu z klinikami tzw. “leczenia niepłodności” czyli oferującym zabiegi in vitro. Nie jest tajemnicą, że wspomniane lobby i koncerny w taki czy inny sposób są powiązane z „światem nauki”, wspierają działalność niektórych fundacji i polityków, a przez to wywierają odpowiednie naciski” Przykładem takiej sytuacji jest cho-

ciażby pani Wanda Nowicka opłacana przez międzynarodowy koncern dostarczający sprzęt do aborcji i środki antykoncepcyjne. Stanowisko Europy w sprawie aborcji i eutanazji jest zaprzeczeniem wszystkich zasad moralnych i etycznych na jakich opiera się świat. Źli nie są ci którzy zabijają, lecz ci, którzy dokonania zabójstwa odmówią. Nie widzę również dokumentów mówiących o prawach dzieci, czy jakichkolwiek wzmianek, o tym kto się zaopiekuje kobietami, które aborcji dokonały i cierpią psychicznie z tego powodu. “Kobieta jest macierzyństwem, cała jest stworzona z myślą o dziecku. Od niej zależy istnienie ludzkości.” – powiedziała profesor Półtawska kiedyś. Cieszę się, że pani Wanda apeluje do ujawnienia się lekarzy – katolików. Ta deklaracja może być potwierdzeniem dla wielu ludzi, światełkiem w ciemności i motorem napędowym. Człowiek już tak jest skonstruowany, że potrzebuje czyjejś opinii. Musi zobaczyć, że ktoś działa i sam wtedy podejmuje działanie. Ks. Popiełuszko już w latach 80 mówił, że personel medyczny powinien być dokształcany w dziedzinie chrześcijańskiej moralności, bo wielu jest takich, którzy chcą bronić życia nienarodzonego dziecka, ale są sami, nie znają nauk Kościoła na ten temat. Uważał również, że musi być ktoś, kto udzieli informacji i pomocy tym kobietom i dziewczętom w ciąży, które się wahają lub boją urodzić dziecko. Prosta deklaracja wiary jednych pozwoli ujawnić się drugim i dać nadzieję tym Polakom, którzy boją się europejskiego totalitaryzmu. Walka nie jest przegrana.

s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

Postęp nie jest

bezgraniczną wolnością

Anna Bonio

Hilary Clinton, była sekretarz stanu USA na forum ONZ z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wygłosiła mowę, w której zdecydowanie poparła aborcję. „Nie można mówić o równości płci ani rozwoju ludzkości bez zapewnienia kobietom prawa wyboru i ochrony zdrowia.” Żona Billa Clintona wspiera proaborcyjną politykę prezydenta Baracka Obamy. Zacieśniła także współpracę z Fundacją Gatesów, która popiera zabijanie dzieci nienarodzonych.

Kobieta, która popełnia aborcję, kieruje się różnymi argumentami. Niektóre z nich robią to nie do końca świadomie – szczególnie dotyczy to młodych dziewczyn. Potem przez lata żałują swojej decyzji. Takie osoby można jeszcze w jakiś sposób starać się zrozumieć. Ale co kieruje dorosłą kobietą, która opowiada takie rzeczy? Pewnie staje przed mnóstwem ludzi i głosi swoje “poglądy”. Rozumiem, każdy ma jakieś zdanie na dany temat. Jednak jak można opowiadać się za zabijaniem? Żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych uważa, że tylko przez zwiększony dostęp do aborcji i antykoncepcji świat może iść do przodu. Postęp przez zbrodnie? Czy powstrzymywanie ludzkiego życia jest jakimś krokiem w przód? No nie sądzę. Myślę, że nowy człowiek nie jest czymś, co można przyjąć lub odrzucić. Postawmy się w pewnej sytuacji. Jesteśmy w brzuchu naszej przyszłej mamy. Mamy już wykształcające się rączki, nóżki. A tu nagle osoba zrośnięta z nami pępowiną postanawia nas wyciąć. Już snujemy sobie plany jak to życie po łożysku wygląda, a tu nagle.. boom. Ktoś nas usuwa. A my już żyjemy. Już jesteśmy, już coś czujemy. Już jemy, pijemy to, co spożywa nasza matka. Marzenia o tym że dowiemy się, co jest na świecie, jak wygląda nasza mama, nasz tata prysną. Niech się osoba zastanawiająca się nad aborcją postawi w takiej sytuacji.

s. 14

“Żona byłego

prezydenta Stanów Zjednoczonych uważa, że tylko przez zwiększony dostęp do aborcji i antykoncepcji świat może iść do przodu. Postęp przez zbrodnie? Wolność. Czym ona w sumie jest? Za swoją błędnie rozumianą wolność nie można ingerować w drugiego człowieka. Niektórzy myślą, że mogą sobie tak bezkarnie decydować o sobie, włączając w to też innych. To nie jest wolność. Postępowanie według swojego „widzimisię” bez uwzględnienia ludzi nie jest wolnością. Prawdziwa wolność jest pójściem za wartościami. Nie głupotą. Prawo zapewnia każdemu godne życie, możliwość rozwijania się. Opierajmy się na fundamentach kultury i tradycji. Nie

dążmy do nowych metod działania. Wracając do Pani Clinton. Jest ona osobą w świecie poważaną. Czy tak, wydawać by się mogło, światła osoba może mieć takie poglądy? Teraz „światłość” jest źle rozumiana. Postęp jest źle rozumiany. Zdaje się nam, że wszystkie nowe ideologie są dobre. Tak nie jest. Na szczęście. W żadnym cywilizowanym kraju aborcja nie powinna być legalna. Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Ten płód tam w brzuchu też. Stanowczo opowiadajmy się przeciw aborcji. Nie chcę narzucać nikomu swoich poglądów, ale akurat w tej sytuacji jest to słuszne. Czy chcemy żyć w takim świecie? Zgadzamy się na to, by ludzie, a zwłaszcza ludzie w jakiś sposób kształtujący opinię publiczną? Chyba nie mamy do tego prawa. Co skłania do zabijania? No bo tak dobitnie trzeba to nazwać. Nie mam pojęcia dlaczego osoby tak postępują. Co taki człowiek myśli? Czy w ogóle coś myśli? 


WYDARZENIA I OPINIE

Ks. Halik laureatem Nagrody Templetona 2014 Nagroda Templetona, zwana też “teologicznym Noblem” przyznawana jest za osiągnięcia w dziedzinie filozoficzno-religijnej osobom, które przełamują bariery między religią, a nauką. Anna Żmudzińska

Ks. Halik ukończył studia z socjologii i filozofii na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Karola w Pradze. Studiował również psychologię kliniczną. Święcenia kapłańskie potajemnie przyjął w czasach komunistycznych w 1978 roku i aktywnie działał w czeskim podziemiu katolickim. W 1990 roku objął funkcję proboszcza praskiego duszpasterstwa akademickiego przy kościele św. Salwatora na Starym Mieście. Od 1990 roku jest rektorem kościoła akademickiego p.w. Najświętszego Zbawiciela w Pradze, prezydentem Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej, od 1997 profesorem Uniwersytetu Karola. Jego książki ukazały się także w językach niemieckim, włoskim, hiszpańskim, angielskim i polskim. W wydaniu polskim można znaleźć m.in. „Dotknij ran” i „Drzewo ma jeszcze nadzieję. Kryzys jako szansa”, „Różnorodność pojednana. Z Tomášem Halíkiem rozmawia Tomasz Dostatni”, „Hurra, nie jestem Bogiem!”, „Chcę, abyś był”. W książce “Cierpliwość wobec Boga” , za którą otrzymał nagrodę za najlepszą europejską publikację z dziedziny teologii ks. Halik pisze: “Cierpliwość - jaką wykazujemy wobec wieloznaczności stawianych nam przez życie zagadek, odrzucając pokusy ucieczki na drogę zbyt łatwych odpowiedzi - jest zawsze naszą cierpliwością wobec Boga.

“Ks. Halik w swoich

książkach przedstawia sytuację osoby wierzącej w sposób zrozumiały, często obrazowy, dzięki czemu jego książki mogą dotrzeć zarówno do teologów, jak i ludzi, którzy w kwestii wiary bywają obojętni. Boga, którego nie mamy “pod ręką”. Czymże jest wiara, jeśli nie aktywną otwartością na Jego ukrycie; owym odważnym “tak” albo przynajmniej pragnącym “może” naszej nadziei w głębokiej ciszy Bożego milczenia; wytrwałym płomykiem, który ciągle od nowa wystrzeliwuje z popiołu rezygnacji nawet w najdłuższej, najciemniejszej i najchłodniejszej nocy? W chrześcijaństwie nie da się oddzielić od siebie wiary i nadziei, a cierpliwość jest ich wspólną cechą i owocem”. Zaplecze intelektualne, jakim dysponuje Halik włączając w to praktykę duszpasterza akademickiego w Pradze, pozwoliły mu wprowadzić do swojej książki bohaterów drugiego planu, jakimi są św. Paweł i Fryderyk Nietzsche. To nie tyle postacie historyczne, co raczej partnerzy dla współczesnych Zacheuszów - ludzi,

którzy z oddali przypatrują się Bogu, są poszukujący. To razem z Zacheuszami, o których “apokryfy” ks. Halik pisze swoją książkę. Autor staje przed napisem na ścianie praskiego korytarza metra: “Jezus jest odpowiedzią!” i dopytuje za osobą, która poniżej dopisała: “Ale jakie było pytanie?”. Laureat w wielu swoich publikacjach stara się wytłumaczyć kwestie wiary nie tylko osobom wierzącym, ale też poszukującym i niewierzącym. Próbuje pomóc w odnalezieniu swojego miejsca na ziemi, jak na przykład w książce „Hurra, nie jestem Bogiem!”, która zawiera zbiór trzynastu opowieści o wierze, nadziei i miłości. Ks. Halik w swoich książkach przedstawia sytuację osoby wierzącej w sposób zrozumiały, często obrazowy, dzięki czemu jego książki mogą dotrzeć zarówno do teologów, jak i ludzi, którzy w kwestii wiary bywają obojętni. Często nazywany jest czeskim Tishnerem, ponieważ jak on próbuje owocnie dialogować ze współczesnym światem. 

s. 15


TAKA

SYTUACJA

Wszyscy święci vs

wszyscy świeccy Wszyscy przyzwyczajeni jesteśmy do prostych podziałów. Czarno-białe widzenie świata pomaga nam odbierać rzeczywistość, klasyfikować różne zjawiska, oceniać. Czasem chroni od relatywizacji, innym razem prowadzi do zbytnich uproszczeń, krzywdzących uogólnień.

Aleksandra Brzezicka Zorientowani politycznie na prawo bądź lewo, osobowościowo tylko liberalni albo tylko konserwatywni. Pod względem wyznania już bardziej skomplikowani – wierzący bądź nie, później kwestia w co/ Kogo wierzący a co/Kogo odrzucający. Tylko w Polsce - w kraju, w którym (jeśli ufać statystykom) około 90% społeczeństwa deklaruje wyznanie katolickie istnieje jeszcze jeden, dodatkowy podział wewnętrzny: na świętych i świeckich.

ŚWIĘCI

To ci, którzy zajmują pierwsze ławki w Kościele. Zwykle przychodzą pół godziny przed rozpoczęciem Mszy, choć skrajnie zorientowane osobniki potrafią koczować pod świątynia nawet na długo przed jej otwarciem. Uzbrojeni w książeczki, różańce, a nawet pudełko chusteczek, gdyby dali upust swoim religijnym emocjom i wrażliwości na rozczulające melodie dochodzące z chóru. Znacznie zawyżają średnią wieku całej owczarni, wyróżniają się też strojem – powłóczyste szaty i aureole skryte pod... beretami. To musowy gadżet, po którym rozpoznasz takiego świętego, a przynajmniej świętą. Obca jest im absencja na jakimkolwiek „churchingowym evencie” (zasłyszane). Stuprocentowa frekwencja i pełna aktywność: całym

s. 16

“Doświadczenie re-

ligijne różnicuje katolików i poniekąd wynika z osobowości czy charakteru człowieka. Jeden musi dzielić się swoim przeżywaniem wiary z innymi, drugi stroni od wszelkich form ekspresji, jest zachowawczy. sercem i ciałem oddają się anielskim pieniom, wokalnie nadrabiając za tych drugich.

ŚWIECCY

Tych szukaj w przedsionku, na chórze i za filarami. Zachowawczy i bez wychylania się – przychodzą, bo muszą (wcale nie przez nakaz wewnętrzny). Cisi, nie wykazują większej aktywności. Dobrze wiedzą, że śpiewanie na całe gardło naraża struny głosowe na niedyspozycję, ale też pozwala łatwo ich zaklasyfikować, czego unikają jak ognia. Bo przecież nie chcą się identyfikować z tamtymi... W kościele spędzają przyzwoite minimum – niedzielne 45 minut i

okazyjno-świąteczne „przynajmniej raz w roku”. Wierzą, a i owszem, ale – w ich mniemaniu – w zdrowy, rozsądny sposób, bez niepotrzebnych gestów. W opozycji do tych pierwszych oczywiście, którzy są nawiedzeni i w zasadzie robią wszystko na pokaz...

CIASNY UMYSŁ

Miałam duży ubaw, konstruując powyższą typologię. Bawi mnie i śmieszy wąskie myślenie niektórych ludzi, którzy koniecznie widzą potrzebę opowiedzenia się po którejś z frakcji. Chociaż podział ten jest przerysowany i groteskowy, pokazuje jednak stereotypowe myślenie i potrzebę generalizowania. Z beretem? – no na pewno moher, ba! dewota. Jest na każdej Mszy świętej? - Na bank na pokaz, żeby ludzie widzieli. Angażuje się nadobowiązkowo w życie wspólnoty? – Musi mieć z tego jakieś profity. Jest młoda a tyyyle siedzi w kościele? – Coś z nią nie halo. I tak w kółko… Jak świat światem, katolikami (lub za takich się uważających) jest cała masa różnych ludzi: są starsze kobiety, dla których wyjście do kościoła (nie tylko to niedzielne) to punkt organizujący całe życie. Wśród nich są autentycznie wierzące i przeżywające swoją wiarę, które często są ostatnią ostoją życia religijnego w


TAKA

wielu domach, ale są też dewoty (jakkolwiek agresywnie to nie brzmi, odwołuję się do znaczenia słownikowego, które zresztą same zainteresowane wypracowały) które w czasie Mszy świętej przypominają pobożne matrony, a po wyjściu z kościoła niszczą komuś życie. Podobnie i z młodymi – obok świadomego i szczerze praktykującego katolika, zawsze stanie drugi, który swoim zachowaniem będzie gorszył i pracował na negatywny obraz nie tylko swój, ale i tego pierwszego. Nigdy na odwrót. Zarówno młodzi, jak i dojrzali preferują różne formy wyrażania uczuć religijnych. Jedni mają potrzebę niejako je wizualizować poprzez gesty, takie jak aktywne uczestnictwo w życiu kościoła, głośne śpiewanie, podnoszenie rąk czy kontrowersyjne upadki podczas niektórych nabożeństw. Innych takie gesty zniechęcają lub nawet rażą. Wiara których z nich jest autentyczna? Doświadczenie religijne różnicuje katolików i poniekąd wynika z osobowości czy charakteru człowieka. Jeden musi dzielić się swoim przeżywaniem wiary z innymi, drugi stroni

SYTUACJA

od wszelkich form ekspresji, jest zachowawczy. Mój sposób przeżywania wiary sytuuje mnie po stronie tych drugich, jednak nie widzę powodu, żeby z agresją, wrogością czy choćby z pobłażaniem patrzeć na tych, którzy swoją wiarę lubią okazywać. Sceptycyzm i powściągliwość nie przeszkadza mi w tolerancji. Nie ma gotowych recept na to, jak powinien zachowywać się katolik. Nie ma tez sztywnych formuł, jak powinien to robić katolik dwudziestoletni, a jak siedemdziesięcioletni. Nie mam teraz na myśli dyrektyw ściśle religijnych czy metafizycznych, ale niejako społeczne, ludzkie.

KOŚCIELNY TETRIS

Ławki. Domyślam się, jaką rolę w życiu człowieka odgrywa przyzwyczajenie. Czy jednak dramatem poznawczym byłoby spędzić jedną Mszę zajmując inne miejsce, niż dotychczas? Czy konieczny jest ten kościelny Tetris? Wychodzenie z ławki, przepuszczanie, przesuwanie, reorganizacja jako że „przepraszam, ja tu zawsze siedzę” lub „czy mógłby się pan przesunąć, bo to moje miejsce?”. Obserwacja takiego logisty-

cznego przedsięwzięcia może być nawet zabawna. I jest. Ale tylko do czasu, kiedy okazuje się, że kilka pań robi sobie cotygodniowe wyścigi o konkretne miejsce w kościele. Wtedy żarty się już kończą i może polać się krew... I znowu – można przyjąć to z pobłażliwym uśmiechem, można też się złościć. Jakkolwiek by nie patrzeć, nie jest to symptomem jakiegoś zgorszenia, które sieje się w kościele. Po prostu – i po ludzku – mamy słabą naturę, która – skoro ujawnia się w pracy, w kolejce do kasy czy w kontaktach sąsiedzkich – ujawnić się musi także i w kościele. Podobnie ze składką na Mszy. Nie chcesz – nie dawaj. Ale odpuść sobie też tyrady o tym, jak to za twoją złotówkę, którą mógłbyś rzucić (dla świętego spokoju, dla zniwelowania kaca moralnego, etc.), proboszcz kupuje sobie bentleya albo chociaż mercedesa. Bo przecież ogrzewanie kościoła czy nowy parking, to dary z nieba. Nie wiem co się z nami - ludźmi dzieje. 

s. 17


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Współczesne fatum Maciej Puczkowski

Żyjemy w świecie, gdzie wszystko zostało przesądzone i trudno się oprzeć wrażeniu, że ktoś, kto próbuje zastąpić nam Boga, ma dla nas przygotowany plan - od dnia poczęcia, aż do śmierci. Z tym, że jeśli jest to plan zbawienia, to na pewno nie człowieka. Nawet nie chodzi o to, że życie podzielone jest na z góry ustalone etapy. Niepokojące jest to, że sposób przeżywania tych etapów jest zbyt oczywisty. Tak jakbyśmy już to życie przeżyli - i to nie jeden raz.

Doskonale wiemy jak powinno wyglądać dzieciństwo, kiedy należy dziecko posłać do szkoły, jakie tytuły należy posiadać przed nazwiskiem i w ile lat trzeba się z tym wszystkim wyrobić. W dorosłym życiu natomiast trzeba mieć żonę lub męża, dwójkę dzieci, dom, psa, samochód i wszelkie dobrodziejstwa współczesności. Należy przy tym pamiętać, że naturalne są niepowodzenia w małżeństwie i rozwody. Na kłopoty jest psycholog, a życie zawsze można ułożyć od nowa, dążąc niestrudzenie do bliżej nieokreślonego sukcesu. Zjawisko takich oczywistości być może nie jest nowe. Bóg też ma dla nas plan, który zapisał się już w tradycji i na pierwszy rzut oka może nie różnić się bardzo od wyżej przedstawionego. Tylko że w Bożym planie nie ma szczegółów. Kiedy Bóg powołuje, na przykład do bycia ojcem, to detale pozostawia człowiekowi. Natomiast ten, który próbuje zastąpić nam Boga doskonale wie nie tylko to, że musisz wziąć kredyt na przyszłe życie. Wie również jak duży i na ile lat. Ponieważ ta „wiedza wspólna”, czerpiąc współcześnie z niejasnych i niejednokrotnie sprzecznych przesłanek opinii publicznej, kształtuje nasze sumienie, sprawia, że wypełniając ten nieboski plan czujemy się

s. 18

“Trzeba uświadomić

sobie, że nawet jeśli na końcu drogi czeka nas coś wspaniałego, nie dojdziemy tam, bo prowadzi nas kłamca, który pokazuje nam szczęście tylko po to, żeby je ostatecznie odebrać. Natomiast Jezus sam przecież powiedział, że nikt nie może dodać choćby chwili do dni swojego życia. w jakiś sposób spełnieni. Problem pojawia się w momencie, kiedy wypadamy z rytmu. Ludzie, którzy w dzieciństwie musieli ciężko pracować, nie radzą sobie na studiach lub mają opóźnienie czasowe w jakimś etapie życia, albo w ich rodzinach się nie układa, nie przystają już do planu „sukcesu” i być może nie będą w stanie go wypełnić. Przegrali. Być może dlatego tak bardzo się boimy z własnej woli odstąpić od tego planu i

spojrzeć na świat jeszcze raz. Ten, który próbuje zastąpić nam Boga wmawia nam najpierw, że jesteśmy panami swojego życia, a później pokazuje drogę sukcesu i szczęścia. Chciałoby się rzec: „powtórka z raju”. Trzeba uświadomić sobie, że nawet jeśli na końcu drogi czeka nas coś wspaniałego, nie dojdziemy tam, bo prowadzi nas kłamca, który pokazuje nam szczęście tylko po to, żeby je ostatecznie odebrać. Natomiast Jezus sam przecież powiedział, że nikt nie może dodać choćby chwili do dni swojego życia. Dlatego jedyne co trzeba zrobić, to oddać mu to, co i tak należało do niego. Nie ma fatum i nic nie jest przesądzone. Należy więc sobie zadać pytanie - skąd się bierze tak szczegółowa wiedza na temat naszej przyszłości. Skąd wiemy, że dzieci powinno być dwoje, ile trzeba zarabiać „na początek” i jaki tytuł trzeba mieć przed nazwiskiem. Ważniejsze jest jednak pytanie - dlaczego myślimy, że realiom, które wymuszają na nas taki, a nie inny sposób na życie, nie można się przeciwstawić. Tych co to uczynili nazywamy idealistami, w przeciwieństwie do nas „realistów” i jesteśmy przekonani, że życie prędzej czy później ustawi ich w szeregu. Tylko... skąd w nas to przekonanie? 


NIE

OGARNIAM

Żmudny proces oswajania niedźwiedzia s. 19


NIE OGA

NA MARGINESIE

Dość karkołomne połączenie zoologii z polityką i gazownictwem sprawiło, że uwierzyłem w nieograniczone umiejętności ludzkiego umysłu. Przez chwile miałem nadzieję, że rozwój powyższego mknie w jakąś światłą stronę. Niestety zderzenie z rzeczywistością było bardziej bolesne niż z lewackim betonem. Cytując klasyka ludzka głupota i kosmos nie mają granic, więc na marginesie chciałbym dodać że… …Kraków boleśnie odczuwa skutki tegorocznego sylwestra. Zaskoczę wszystkich mówiąc, że nie chodzi tu bynajmniej o przeciągającego się do marca kaca. Problem jest jak najbardziej poważny, bowiem wielomilionowa impreza wyszarpała w budżecie dziurę, której nie powstydziłby się sam minister Rostowski. Nie trzeba było długo czekać na interwencje władz miasta, a że przykład idzie z góry i jako, że mieliśmy nie tak dawno nawałnicę żółtych błyskających skrzynek to w Krakowie pojawiły się nowiutkie Parkomaty Majchrowskiego. Niestety żaden nowy nie powstał w miejscu starego, więc jak już pewnie każdy się domyślił mam zamiar wyrazić swój nieprzenikniony ból dupy. Skończył się, bowiem, dla mnie czas darmowego parkowania na alejach, a jako że mam dość skąpe podejście do życia to grosza do tych skrzynek nie wrzucę i będę drałować pół miasta z buta żeby móc postawić auto poza strefą.

...ponadto chciałem zauważyć, że...

…problemów z pieniędzmi ciąg dalszy. Tym razem zostawię w spokoju miasto smoka i zimnych królów. Nie zaskoczę nikogo, poza premierem Tuskiem, jak powiem, że tragicznie wygląda nasza narodowa sytuacja finansowa. Odwołując się ponownie do szlachetnego obrazu dziury, muszę stwierdzić, że ta nasza, budżetowa, pochłania wszystko, a co by do niej nie weszło to już nigdy nie wyjdzie. Spodziewalibyśmy się jakichś inwestycji, albo przemyślanych cięć. Nic z tych rzeczy, ku zaskoczeniu wszystkich, znów z wyłączeniem Pana Tuska, pojawi się nowy podatek, tym razem nałożony na bezalkoholowe trunki bąbelkowe. Ta wymyślna akcyza ma oczywiście chronić najmłodszych przed szkodliwymi efektami picia takowych napojów. Nie muszę mówić jak zbawienne skutki będzie miała dziesięciogroszowa podwyżka na tego typu gazowane soczki. Jednak nie to w tym wszystkim jest najgorsze. Moje życie już nigdy nie będzie takie samo, gdy po raz pierwszy odkręcę colę opatrzoną banderolą…

s. 20

Proces oswajania niedźwiedzia nie technicznie. Rzucasz mu zwyczajnie

a futrzaty bystrzacha szybko wycza

niu wodnych, kalorycznych stwor

Wiki, mówi, że obłaskawiony bywa niebezpieczny, c zwana czule ciocią

Mariusz Baczyński

Nie trudno się domyśleć dlaczego. Porządny i odżywiony miś, to waga kilkudziesięciu worków wypchanych po brzegi ziemniakami. Co mu tam szkodzi przetrącić człowiekowi kark subtelnym pacnięciem łapą? No w sumie nic, misiem co najwyżej zajmą się panowie, którzy go odeślą do krainy wiecznych łososi. To by było w sumie na tyle, jeśli chodzi o oswajanie niedźwiadków, jak widać specjalistą jakimś wybitnym nie jestem i w sumie mógłbym tu postawić kropkę, bo moja wiedza w tym temacie jest dość kompromitująca, ale nie samym niedźwiedziem człowiek żyje, bo problem pojawia się wtedy gdy takiego misia odesłać do zaświatów zwyczajnie się nie da. W tym momencie rozczarują się wszyscy, którzy oczekiwali, że pociągnę wątek zwierząt w kolejnych akapitach. Skoro więc nie chodzi o ochronę zwierząt, to pewnie o pieniądze! No i tym tropem docieramy do właściwego punktu naszych rozważań, bo tam gdzie pieniądze, tam i polityka. Nie boję się tego powiedzieć, uważam, że największym misiem dwudziestowiecznej Europy jest Pan, który kojarzy się z miękkim niedźwiadkiem o tyle, o ile jeździ na nim wymachując przy tym mieczem świetlnym i zdobywając wszystkie złoża Internetów. Władimir Władymirowicz Putin, zwany pieszczotliwie Wołodią, to prawdziwa bestia wśród niedźwiedzi. Nie chodzi bynajmniej o to, że ma na koncie zatrważającą liczbę ofiar, bo niczego mu nie udowodniono. Problem w tym, że nasz zachodnioeuropejski niedźwiedź ma dość bogatą przeszłość społeczną. Zanim się urodził było wiadomo, że skończy co najmniej w bezpiece. Z jednej strony któryś z praprzodków

“Nie boję się tego pow-

iedzieć, uważam, że największym misiem dwudziestowiecznej Europy jest Pan, który kojarzy się z miękkim niedźwiadkiem o tyle, o ile jeździ na nim wymachując przy tym mieczem świetlnym i zdobywając wszystkie złoża Internetów. Władimir Władymirowicz Putin, zwany pieszczotliwie Wołodią, to prawdziwa bestia wśród niedźwiedzi. Wołodii kucharzył dla samego Lenina i Stalina, o Rasputinie nie wspomniawszy. Z drugiej, jego szkolni i uniwersyteccy nauczyciele wróżyli mu co najwyżej karierę nie do końca zgodną z literą prawa. Dlatego potem miał już tylko z górki. Dostał się na prawo, a agenci KGB szybko dostrzegli, że chłopak ma potencjał. Nie minęło 10 lat i załapał się na ciepły stołek przewodniczącego Komitetu do Spraw Zagranicznych. Kolejne kilka lat i podłapał fuchę u samego Jelcyna, żeby kilka sezonów łowieckich później stać się głową imperium. Piękna karta, ścieżka zawodowa niczym ze startupa Biznesowego i Inkubatorów przedsiębiorczości. Dość logicznym jest, że taki rodowód budzi pewne obawy wśród


ARNIAM

NA MARGINESIE

jest ani trudny, ani też jakoś wybitnie złożony

e kawał mięcha, w regularnych odstępach czasu,

ai, że nie ma sensu taplać się w rzece w poszukiwa-

rzeń.

Znana wszystkim encyklopedia internetowa, „Niedźwiedź oswaja się łatwo, aczkolwiek nawet co gorsza dla swoich opiekunów.”

Europy Wschodniej. Nic też dziwnego, że owa Europa zaczęła tego niedźwiedzia podchodzić i oswajać. Tak więc powoli zaczęto budować relacje. Najpierw spokojnie podrzucano mu kawał mięcha. Ten nie wahał się szybko i korzystając z okazji puścił rurociąg i sprzedając tony gazu spłacał dług publiczny. I tak misiu zbliżał się z każdym metrem sześciennym gazu do Europy. Wtedy stało się to, czego każdy treser powinien się wystrzegać. Europa zaczęła przyjaźnić się z Bestią, Europa to może za dużo powiedziane. Naczelny niemiecki treser zarządził gazową przyjaźń i puścił w niepamięć zaszłości historyczne, albo może raczej wziął z nich zły przykład, bo z tego co kojarzę to poprzednie umowy nie wychodziły Niemcom na zdrowie. Ale teraz miało być inaczej, albowiem Wołodia miał być wytresowany. Problem w tym, że sam wybierał sobie sztuczki, którymi zaskakiwał widownię. Unia z Rosyjskim misiem przestała sobie radzić. Każdy chciał mieć do niego podejście osobiste, a bogate skarby zalegające w jaskini Putina ciążyły kitem na oczach i uszach treserów starego kontynentu. Wtedy przyszedł Bush, wyciągnął rękę do podirytowanego zamieszaniem zwierzęcia i podpisała się jakoś umowa strategicznego partnerstwa. „Władymir stał się jednym z nas!” pomyślała reszta. „No to teraz się dopiero zacznie.” - pomyślał Władymir. Tu zaczęły się schody, bo Putin tańczył jak mu zagrali, jednak tylko wtedy, gdy było mu z tym po drodze. Rurociąg Jamalski co prawda Bałtykiem wspólnymi siłami puścił, jednak na amerykańskie radary na polskiej ziemi się zgodzić nie chciał.

Miś zaczął mieć kaprysy, a wszyscy wokół machali ręką. Przykręcił kurek z gazem - cóż tak to bywa w biznesie. Szukał mniejszości Rosyjskiej w Gruzji za pomocą czołgów - no widać czasem tak trzeba. Jeden się znalazł, co pogroził batem jednak wtedy Lecha nikt nie słuchał, bo misia się nie drażni, misia się przytula. Nawet nie wiadomo kiedy pozmieniały się statusy. Putin już dawno niedźwiedziem nie jest, swój chłop można rzecz. Jak trzeba było, to pomachał atomowym guzikiem, a jak się mu znudziło to wystawił na chwilę Miedwiediewa na światło dzienne. Europa dała mu Igrzyska, tak na uspokojenie i dla czystej frajdy. Sami troszczymy się o jego dobry wizerunek oferując mu pokojowego Nobla. Więc Władymir Władymirowicz Putin trochę przybrał na wadze w ostatnim czasie. Nie ogarniam tego czemu, ale Europa troszczy się o jego biznes lepiej niż najbardziej zastraszony menedżer. Ja wiem, że w lewym jego ręku kurek z gazem, a w prawym dzierży berło atomowe i z tej racji lepiej się z nim nawet nie droczyć. Problem w tym, że Putin nigdy dziki nie był, tośmy sobie sami narzucili na niego skórę zwierzaka i próbowali zaciągnąć do cyrku. Tak się teraz kręci ten kram objazdowy i nie wiadomo, kto kogo ogląda i kto komu biczem przygania. Nie osądzam i nie wytykam palcami, do polityki jeszcze mi daleko. Na koniec tylko powiem tyle, że jak Putina naszła ochota na deser, to wziął Ciastko z Krymem jak swoje i teraz dumnie dzierży w dłoni i ogląda. Oczy widowni zamarły, a plecy zlały się potem, bo oto łapa Misia zawisła w powietrzu i któremuś zaraz kark przetrąci niechybnie. 

...ale nie zapominajmy, że...

…dość nerwowo robi się na Ukrainie. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć ani gdzie jest Krym, ani tego dlaczego Putin nazywa swoje czołgi maszynami rolniczymi. Najważniejsze jest w tym wypadku jest to, żeby przed tymi rozrośniętymi kosiarkami się uchronić. A, że z doświadczenia wiemy jak szybko rozprzestrzenia się ta czerwona zaraza, to przydałoby się jakieś zewnętrzne wsparcie. W teorii do tego celów ma służyć NATO. Ten pakt, w teorii, kieruje się zasadą jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Teoretycznie ta zasada ma nawet szanse powodzenia, ale póki co NATO ma swoje, dość praktyczne, problemy. Otóż od kilkunastu godzin serwery tej międzynarodowej organizacji, mającej bronić obywateli świata, nie uginającej się żądaniom i groźbom i walczącej zawsze imię dobra, a nie pieniędzy, padły na ryj i nie mają siły się podnieść. Chciałbym wierzyć że to jakaś skomasowana akcja obcego wywiadu, albo, że ktoś wysadził im te serwerownie. Niestety problem jest wirus, pochodzący prawdopodobnie z Rosji, który loguje się bezustannie na wszystkie Natowskie strony blokując je na amen. Pozostaje mi tylko wiara w to, że nie wpływa to w żadnym stopniu na zdolności operacyjne paktu…

a na koniec krótko o tym, że…

…bardzo często zdarza się mi coś zgubić, albo posiać gdzieś tymczasowo. To normalne, że mając dużo na głowie coś się nam czasem zapodzieje. Myślałem, że to problem, albo zalążek jakiejś choroby, bo ileż razy w dziesięciometrowym pokoju można gubić klucze do mieszkania? Doszło do mnie, do was też powinno, że nie jest jeszcze tak źle. Ja zgubię telefon i znajdę go za godzinę, inni natomiast od tygodnia szukają pełnowymiarowego Beinga 777 z załogą, pasażerami i wszystkimi urządzeniami namierzającymi. To nie to, że się rozbił, albo, że nie mogą znaleźć większych fragmentów wraku. Nie ma ani szczątków, ani sygnałów na radarach, ani dosłownie niczego. Nie wiem w co on wpadł, ani kto go schował, ale doszły mnie słuchy, że na jego pokładzie było kilka ton złota, a wiecie: dziura budżetowa sama się nie załata. To byłoby w sumie na tyle. Oczywiście mam nadzieję, że samolot znajdzie się wraz z załogą w bezpiecznym miejscu, a NATO wreszcie zacznie panować nad swoimi stronami. A tak nawiasem: jakby ktoś wiedział, gdzie w okolicy ulicy Skarbowej w Krakowie można za darmo postawić samochód to proszę o mail na redakcyjną skrzynkę... 

s. 21


TEMAT

NUMERU

Planeta

dobrych ludzi

s. 22


TEMAT

NUMERU

„Przypadkowe” spotkanie dało początek dziełu, które od trzydziestu lat udowadnia, że ludzie niepełnosprawni mogą normalnie żyć, i co więcej, potrafią pomóc tym, z pozoru, pełnosprawnym, w odkrywaniu rzeczy najważniejszych: przyjaźni, miłości, radości i akceptacji siebie. Wojciech Urban

PRZYPADEK - DRUGIE IMIĘ PANA BOGA

Trzydzieści lat temu, pewien kleryk ze zgromadzenia Zmartwychwstańców wracając z wykładów spotkał na krakowskich Plantach Piotrusia – chłopca na wózku inwalidzkim, który wraz z mamą szukał toalety. Co na jego miejscu zrobiłby statystyczny obywatel? Wskazał drogę i poszedł dalej, załatwiać swoje sprawy. Co zrobił ów kleryk? Zaprzyjaźnił się. Tak powstała Wspólnota Burego Misia. Wspólnota Burego Misia łączy osoby niepełnosprawne (czyli Bure Misie) i ich pełnosprawnych przyjaciół (Bure Niedźwiedzie). Co ważne, łączy też rodziny Burych Misiów. Celem wspólnoty jest bycie ze sobą, dzielenie się wzruszeniami, radością i zdziwieniami, które rodzą się z przyjaźni doświadczanej we wspólnocie. Obecnie Wspólnota Burego Misia działa w Krakowie, Poznaniu i Bytomiu. Łącznie należy do niej ok. 190 Burych Misiów i 100 Burych Niedźwiedzi. We wspólnocie krakowskiej jest 30 Burych Misiów i 15 Niedźwiedzi. Każdy Niedźwiedź przyjaźni się z jednym Burym Misiem. Spędzają razem czas, poznając się nawzajem oraz ucząc wzajemnie dzielenia się radością i miłością. Wszystkie Niedźwiedzie spotykają się co środę. Czasem zajmują się własną formacją, innym razem budują relacje między sobą w bardziej luźnej i radosnej atmosferze. W trzecią sobotę miesiąca ma miejsce spotkanie całej wspólnoty. W zależności od miesiąca, są to dyskoteki, spotkanie opłatkowe, wyjście do kina, majówka etc.

SPRÓBUJ SERA OD MISIA Bure Misie mają swoją osadę.

“Wspólnota Bu-

rego Misia łączy osoby niepełnosprawne (czyli Bure Misie) i ich pełnosprawnych przyjaciół (Bure Niedźwiedzie). Co ważne, łączy też rodziny Burych Misiów. Celem wspólnoty jest bycie ze sobą, dzielenie się wzruszeniami, radością i zdziwieniami, które rodzą się z przyjaźni doświadczanej we wspólnocie. Znajduje się ona w Nowym Klinczu koło Kościerzyny (Kaszuby). Powstała na bazie kupionego w 1987 roku 4,5 hektarowego gospodarstwa. Stopniowo zaczęło w nim mieszkać coraz więcej Misiów i Niedźwiedzi. Zaczęło się rozrastać również samo gospodarstwo. Dziś ma 37 hektarów, małe jeziorko, staw rybny i nowoczesne obory, gdyż Misie hodują dwie rasy krów, osły, konie, lamy, świnie, owce, kury i pszczoły. Sami pracują na swoje utrzymanie, każdy ma określone obowiązki: zbieranie jajek, opiekowanie się pszczołami, karmienie świń itp. Swoje wyroby sprzedają w okolicznych sklepach, a o ich wysokiej jakości zapewnia każdy, kto choć raz skosztował sera z Osady. Na terenie osady znajdują się: Chatka Rekolekcyjna, w której mogą mieszkać przyjeżdżający na rekolekcje i członkowie Wspólnoty Burego

Misia z całej Polski, kuchnia letnia z zapleczem magazynowym na potrzeby obozów, kaplica publiczna, budynek mieszkalny – agroturystyczny, salka rehabilitacyjna oraz budynki tworzące zapleczu Obozu Burego Misia. Obóz Burego Misia jest nieprzerwanie organizowany od 1984 roku. To dwutygodniowe wakacje, na które Misie udają się wraz z Niedźwiedziami. Nazywany jest świętem Wspólnoty, bo w nim skupiają się wszystkie intencje przyjaźni, które towarzyszą wspólnocie w ciągu roku w środowiskach lokalnych. Dlatego struktura zgrupowania obozu opiera się na podobozach, które tworzą wspólnoty lokalne. Rytm dnia wyznaczają posiłki, przygotowywane w dużej mierze z produktów pochodzących z Osady. Pomiędzy posiłkami jest czas na różne formy aktywności, sport, muzykę, malowanie, Mszę świętą. Wspólnota, choć założona przez księdza i opiera się na ewangelicznych ideałach, jest ekumeniczna. Wszystkie Bure Misie są wierzące, ale Burym Niedźwiedziem może zostać równie dobrze ateista, byleby zaakceptował ideały Wspólnoty.

MÓJ BRAT NIEDŹWIEDŹ MÓJ PRZYJACIEL MIŚ

Kasia, studentka IV roku geografii na UP jest Burym Niedźwiedziem od prawie trzech lat. „Będąc na pierwszym roku, postanowiłam w każde wakacje przeżyć przygodę. Po pierwszym roku pojechałam na kajaki. Przed następnymi wakacjami usłyszałam o Wspólnocie, no więc też pojechałam i… później już niczego więcej nie szukałam.” Kasia do wspólnoty trafiła w czerwcu, zaraz przed wyjazdem na

s. 23


“Krzysiek bardzo

dobrze radzi sobie pomimo swej niepełnosprawności. Ma doskonałą pamięć, wymienia mi nazwiska wszystkich Burych Niedźwiedzi, z którymi się przyjaźnił. Bardzo lubi spacerować po okolicy, podziwiając piękno Bronowic. Obóz. Jechała tam nie znając praktycznie nikogo. Swojego Burego Misia – Anulę – poznała dopiero w pociągu. „Początkowo trochę irytowało mnie to, że ktoś mi zostanie „przydzielony” żeby się z nim zaprzyjaźnić. Gdy przed wyjazdem rozmawiałam z liderką, zapytała mnie, co najbardziej lubię robić. Odpowiedziałam, że jeść i spać. A ona na to: „Już wiem, z kim się polubisz!”. I rzeczywiście, z Anulą od razu przypadłyśmy sobie do gustu” – opowiada Kasia. Jak sama wspomina, od razu poczuła się tam kochana i potrzebna: „Misie są bardzo czyste i szczere w swoich intencjach. Nie ubierają „masek”. Jak cię kocham, to ci to od razu mówię, jak cię nie lubię (co się bardzo rzadko zdarza) to odwracam się na pięcie i cześć – nie kryje zachwytu Kasia. – „Jako „pełnosprawna” myślałam, ile to ja Anulę nauczę, jak wiele jej mogę dać, tymczasem już w pociągu, w drodze na obóz okazało się, że to Anula uczy mnie więcej: dzielenia się, radości z drobnych rzeczy.” Karolina znalazła się we Wspólnocie rok temu. Jak sama mówi, dołączyła z potrzeby znalezienia ludzi, którzy robią coś dla innych: „Studiuję finanse i rachunkowość, pracuję w korporacji, i na co dzień rzadko spotykam ludzi bezinteresownych.” Mimo, że wspólnota to dla Karoliny świat zupełnie inny, od tego w którym żyje na co dzień, nie miała problemów, żeby się w nim odnaleźć.

s. 24

TEMAT NUMERU „Bure Misie nauczyły mnie radości z drobnych rzeczy oraz akceptacji siebie taką, jaką jestem¬.” Pytam ją, jak jej znajomi reagowali, gdy się dowiedzieli o jej zaangażowaniu we wspólnotę: „Ludzie na to bardzo dziwnie reagują. Nie, że jakoś negatywnie, ale kiedyś na jakimś spotkaniu integracyjnym z zajęć, zaraz przed wakacjami, rozmawialiśmy o swoich planach na wakacje. Ktoś mówił, że jedzie zdobywać szczyty w Gruzji, ktoś na jakiś staż. Ja wtedy powiedziałam, że jadę na Obóz z niepełnosprawnymi. Gdy skończyłam, zapadłą głucha cisza, nikt o nic nie dopytywał, ale też nikt tego nie krytykował. Ludzie byli aż tak zdziwieni, że coś takiego w ogóle istnieje” – wspomina Karolina. „Innym razem, gdy prosiłam w pracy o wolne, żeby móc pojechać na Obóz, szefowa popatrzyła na mnie ze zdumieniem i zapytała: „W tym wieku? I robisz coś dla innych?” O wspólnocie mówi, że jest normalna. Niepełnosprawny jest traktowany jako człowiek. To, że ktoś ma np. autyzm, to jego cecha, nie wada. Takim został stworzony przez Pana Boga, a we Wspólnota uczy te odmienności poznawać i akceptować. Kasia dodaje: „Udowodniono prawie naukowo, że Bure Misie żyją dłużej


TEMAT NUMERU niż inni niepełnosprawni. Nie zdarza się przecież, żeby ktoś z zespołem Downa dożył czterdziestu lat, a we Wspólnocie są takie osoby.”

PLANETA NIEDŹWIEDZI

Z Kasią i Karoliną odwiedzam jednego z Burych Misiów, Krzysztofa. Krzysiek ma 57 lat, we wspólnocie jest jedenasty rok. „Cierpi” na niepełnosprawność intelektualną w stopniu umiarkowanym (choć w tym przypadku słowo „cierpi” jest nie na miejscu). Krzysiek bardzo dobrze radzi sobie pomimo swej niepełnosprawności. Ma doskonałą pamięć, wymienia mi nazwiska wszystkich Burych Niedźwiedzi, z którymi się przyjaźnił. Bardzo lubi spacerować po okolicy, podziwiając piękno Bronowic. Potrafi opisać każdy budynek ze szczegółami. Inną pasją Krzysia jest muzyka. Krzyś jest mistrzem w piosence improwizowanej, zawsze na Obozie śpiewa o pięknie Kaszub. Podobno jeszcze się nie zdarzyło, aby dwa razy wykonał ten sam tekst. Krzysia pociąga piękno przyrody, szczególnie śpiew ptaków. „Ja tak bardzo lubię nasłuchiwać przyrody.” – mówi. Zanim trafił do wspólnoty opiekowały się nim mama oraz siostra, z którą mieszka obecnie, Magda. Mama Krzysia niechętnie wypuszczała go

“Bure Misie mają

swoją osadę. Znajduje się ona w Nowym Klinczu koło Kościerzyny (Kaszuby). Powstała na bazie kupionego w 1987 roku 4,5 hektarowego gospodarstwa. Stopniowo zaczęło w nim mieszkać coraz więcej Misiów i Niedźwiedzi. Zaczęło się rozrastać również samo gospodarstwo. na zewnątrz, gdyż bała się, że obcy ludzie go skrzywdzą, nie zgadzała się na żadne wyjazdy. Po jej śmierci, znajoma Magdy powiedziała jej po o wspólnocie. „Dzięki Burym Misiom Krzyś bardzo się usamodzielnił, dużo mu to pomogło.” – Magda również czasem bierze udział w spotkaniach, gdyż są one organizowane również dla rodzin. „To jest jakiś inny świat, inna planeta, pełna dobrych ludzi” – mówi ze wzruszeniem kobieta. Wśród Burych Niedźwiedzi jest zdecydowanie więcej dziewczyn. Panowie mają jakoś więcej oporów przed zaangażowanie się w taką wspólnotę. Są jednak cały czas otwarci na nowe osoby. Jedyne warunki, to zaakceptowanie ideałów wspólnoty (są dostępne na ich stronie internetowej: www.buremisie.org.pl) oraz ukończenie 16 lat. „Nigdzie nie znalazłam tyle miłości, co tam” – mówi na koniec Kasia. 

Chcesz zostać Burym Niedźwiedziem? Przyjdź na spotkanie w którąś środę o 19:30 w salce na św. Marka 10 lub napisz do naszej liderki Karoliny Chudzio: inka06@wp.pl. s. 25


TEMAT

s. 26

NUMERU


TEMAT NUMERU

s. 27


TEMAT

NUMERU

Szansa na

życie i miłość Czym jest dla nas życie? Czy jeszcze potrafimy odpowiedzieć sobie na to pytanie? Czy jest ono ważne? Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie sytuację, że nie istniejemy? Trzeba sobie postawić jeszcze jedno pytanie: czy jest sens ratowania życia?

Anna Kasprzyk Można żyć dobrze, spokojnie, „na całego”, w szczęściu, w dostatku, pięknie. Można iść przez życie razem z Panem, wierząc w Jego majestat i obecność... Żyć znaczy też pokonywać trudności, cierpienia, zwątpienia, troski, bo trzeba jakoś sobie poradzić po to, żeby dalej egzystować na tym świecie tak, żeby nas nie bolało, żeby w końcu opanował nas pokój w sercu. Ujmując to w skrócie: trzeba sobie radzić. Co prawda, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo chodzić po tym świecie, a jednak zawsze można sprawić, że komuś będzie łatwiej…

CZYM SĄ OKNA ŻYCIA?

Okna Życia powstały z uwagi na ratowanie życia ludzkiego. Dokładniej, życia niewinnego dziecka. Człowiek nieraz zostaje uwikłany w różne ciężkie problemy, trudne do rozwiązania. Czasem są zbyt ciążące, żeby im sprostać. I to nie chodzi o człowieka „zawieszonego” gdzieś w przestrzeni tego świata, ale o konkretnego człowieka, który może nie być w stanie podjąć się wyzwania. Tym człowiekiem może być kobieta, która z różnych przyczyn może nie chcieć dziecka. Może jest nam trudno to sobie wyobrazić, ale niestety są takie przypadki kiedy kobieta nie czuje wsparcia otoczenia, czuje, że posiadanie dziecka ją przerasta, jest samotna, uważa, że nie jest w stanie

s. 28

“Żeby uchronić dz-

iecko przed śmiercią, często spowodowaną wyrzuceniem dziecka na śmietnik lub wrzuceniem do rzeki, powstają Okna Życia. Jest to alternatywa dla popełnienia aborcji i przede wszystkim sposób na ratunek. wychować dziecka itd. Często słyszymy o aborcji – niestety to zagadnienie jest tematem licznych sporów: czy zostawić zakaz, czy wprowadzić oficjalne zezwolenie. Skąd ten dylemat? Jako ludzkość, niby wiemy, że nie można zabijać, bo to okrutne i niehumanitarne, a jednak chcemy dokonywać zamachu na niezawinione życie dziecka. Przecież dziecko samo się nie obroni i nawet nie wypowie ostatniego słowa! Żeby uchronić dziecko przed śmiercią, często spowodowaną wyrzuceniem dziecka na śmietnik lub wrzuceniem do rzeki, powstają Okna Życia. Jest to alternatywa dla popełnienia aborcji i przede wszystkim sposób na ratunek.

Matka może zostawić narodzone dziecko w oknie, które jest odpowiednio zaaranżowane. Może sama je otworzyć i położyć noworodka w specjalnym łóżeczku. Po pozostawieniu włącza się alarm informujący, że w oknie pojawiło się dziecko. Istnieje możliwość zostawienia dziecka, bez żadnych konsekwencji prawnych w szpitalach. Jednak są matki, które ukrywają ciążę i nie chcą rodzić w szpitalu. Rodzą w odosobnieniu i porzucają dziecko gdziekolwiek przyjdzie im do głowy. Ważne jest, aby informacja o Oknach Życia była powszechna, żeby matki chcące porzucić dziecko, mogły ocalić ich życie i dać im szansę na miłość miłość drugiego człowieka. Uczucie to najpierw przeleje na nie osoba, zabierające je z okna. Potem osoby, które zajmą się dzieckiem w tych pierwszych momentach życia – zanim trafią do adopcji, do osób które je na zawsze pokochają.

JAK WYGLĄDAJĄ PROCEDURY ADOPCYJNE?

Zarówno w przypadku samych Okien Życia, jak i pozostawienia dziecka w szpitalu, matka ma czas na to, żeby zdecydować się ostatecznie czy podejmie się wychowania dziecka. Ten czas to około 6 tygodni. Matka może w pierwszych chwilach po porodzie być w szoku poporodowym,


TEMAT

dlatego w ciągu tych kilku tygodni ma jeszcze szansę na podjęcie decyzji czy jednak dziecko pozostanie przy niej, czy nie. W tym czasie nie czeka się bezczynnie na decyzję matki, ale zostają uruchomione wszelkie procedury adopcyjne. Najpierw informację o pozostawionym dziecku otrzymuje ośrodek adopcyjny. Ośrodek powiadamia sąd, występując z prośbą o wydanie postanowienia w sprawie zarządzeń opiekuńczych, dotyczących dziecka oraz o nadanie dziecku tożsamości. Następnie dziecko trafia do rodziny zastępczej. Jeśli pojawi się rodzina, która chce adoptować dziecko, ośrodek adopcyjny składa wniosek o preadopcję. Wtedy zanim zakończą się procedury adopcyjne, dziecko może już przebywać z rodziną chcącą je wychowywać. Dla nowych rodziców jest to czas na dojrzenie i utwierdzenie się w przekonaniu, że są gotowi do adopcji, a dziecko może w pełni czuć troskę i miłość dorosłych.

OKNO Z ŚREDNIOWIECZA

Pierwsze zachowane Okno Życia powstało w 1198 roku, przy Szpitalu Ducha Świętego w Rzymie. Celem

NUMERU

jego utworzenia było ratowanie życia dzieci. Istnienie takich okien było pewną pomocą dla matki niemogącej się zajmować dzieckiem. Przyczyny wtedy mogły różne: ciężka choroba matki (o to w średniowieczu nie było trudno), brak pieniędzy, brak domu, trudność w zdobyciu pożywienia. Także ucieczka matki przed złoczyńcami. W trosce o ocalenie dziecka, dając szansę na życie, w ostatnim odruchu swej miłości, umieszczała dziecko w takim oknie. Wówczas sposobem na ratowanie życia ludzkiego przez matki, było pozostawianie dziecka nie tylko w specjalnych oknach, ale też na przedsionkach kościołów i opactw.

OKNA W POLSCE

Pierwsze Okno Życia w Polsce powstało 19 marca 2006 roku w Krakowie przy ul. Przybyszewskiego 39. Zajmują się nim Siostry Nazaretanki. W ciągu ośmiu lat pozostawiono w nim 17-cie noworodków. W Polsce istnieje jeszcze ponad pięćdziesiąt Okien Życia, dzięki temu zostało ocalonych ponad siedemdziesiąt dzieci. Nowe Okna Życia najczęściej są otwierane 25 marca – jest to Święto Zwiastowania Pańskiego, a w Polsce

Dzień Świętości Życia. Im więcej takich okien powstanie, tym lepiej – zwiększą się wtedy szanse na uratowanie życia niewinnych istot. Przecież życie jest tak cenne, a możliwość tworzenia takich miejsc nie jest ograniczona. Najczęściej takie okna są umieszczane przy Zgromadzeniach Zakonnych Sióstr, a ich w Polsce nie brakuje. Niech Okna Życia nadal powstają, ale także w tych mniejszych miejscowościach – przecież dzieci rodzą się wszędzie i nie tylko w większych miastach istnieje problem z dziećmi niechcianymi przez matki. Trzeba też nam, społeczeństwu, zadbać o rozpowszechnianie informacji o Oknach Życia i przede wszystkim o miejscach, gdzie się one znajdują. Na zakończenie apel Sióstr Nazaretanek strzegących życia ludzkiego w pierwszym Oknie Życia w Polsce: „Prosimy matki, które nie mogą wychowywać swojego dziecka: nie zabijajcie go, nie porzucajcie na śmietniku. Zostawcie je tutaj, w Oknie Życia. Niech trafi do adopcji. Dajcie mu szansę na życie i miłość”. 

s. 29


TEMAT

NUMERU

Rowerem

dla życia

s. 30


TEMAT

NUMERU

Wydaje się tak oczywistym fakt, że życie trzeba chronić. Tymczasem tak często przegrywa ono z wygodnictwem, strachem i pychą. Jednak nie brak młodych, dla których wartość ludzkiego życia jest niezaprzeczalna. Robią wiele, aby przekonać o tym innych. Czasem organizują marsz lub debatę, a czasem wsiadają na rower i przemierzają Polskę, by odpowiedzieć tym, którzy pragną prawa do zabijania. Kamil Duc

W OBRONIE ŻYCIA

Wiele jest inicjatyw pro life. Służą one przede wszystkim temu, aby zwracać uwagę na problem traktowania życia ludzkiego, do którego świat traci szacunek. A może nigdy go nie miał. Zawsze byli ludzie o różnych poglądach, ale nie istniały takie jak dziś możliwości wymiany zdań. Dyskusja na temat aborcji czy eutanazji, rozumiana jako wypowiedzenie własnej opinii toczy się teraz bez przerwy w telewizji, w prasie, w Internecie, w kościołach, w salach sejmowych, na marszach, paradach i manifestacjach oraz w czasie zarówno debat publicznych jak i rozmów prywatnych. Nienarodzonych dzieci nigdy nie zabijano na tak wielką skalę jak dzisiaj. W dodatku coraz głośniej krzyczą ci, którzy chcą, aby morderstwo stało się prawem. Przekonują, że kobieta powinna decydować o życiu poczętej i rozwijającej się w niej osoby. Ale są również ci, dla których życie ludzkie od poczęcia aż do naturalnej śmierci jest wartością najważniejszą. Oni również potrafią o tym mówić głośno. Nie traktują człowieka jak przedmiotu, który można wyrzucić, gdy sprawia za dużo problemów albo nabyć, gdy przyjdzie na niego ochota. Mówią otwarcie o realnym złu, jakie wyrządza aborcja. Młodych, którzy myślą w ten sposób, można spotkać już wszędzie. Między innymi na rowerach jadących przez Polskę w czasie wakacji. Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Diecezji Legnickiej, które stanowi część ogólnopolskiej organizacji, jako jedno z wielu środowisk podejmuje wiele działań promujących ochronę życia poczętego. Należy wspomnieć tu o corocznym Legnick-

“Pierwsza pielgr-

zymka odbyła się na przełomie czerwca i lipca 2010 roku. Trwała tydzień. Udział wzięło w niej piętnaście osób. Nie wszyscy jechali na rowerach. Niektórzy wspierają inicjatywę w nieco inny sposób. im Marszu dla Życia i Rodziny oraz trwającej właśnie czwartej krucjacie modlitewnej pod hasłem „40 Dni dla Życia”. Ta druga akcja trwa od środy popielcowej do niedzieli palmowej, a dokładniej do momentu rozpoczęcia marszu. W kolejnych latach czuwanie przybierało różne formy. W tym roku chętni zgłaszają się telefonicznie lub mailowo do biura KSM w Legnicy i wpisują się na jedną konkretną godzinę, kiedy będą modlić się we własnych domach lub kościołach w intencji ochrony życia poczętego. W ten sposób czuwanie trwa przez 40 dni. Jedna intencja łączy ludzi z całej Polski. Ale wróćmy do rowerów.

NA ROWERACH SZLAKIEM POLSKICH MĘCZENNIKÓW

Młodzi z Legnicy są odpowiedzialni za jeszcze jedną ciekawą akcję. Od czterech lat organizują Rajd dla Życia. Przybiera on formę kilku lub nawet kilkunastodniowej pielgrzymki. Młodzi wsiadają w lipcu na rowery i przemierzając Polskę, spotykają się z ludźmi, rozmawiają i przekonują do szanowania życia i godności każdego człowieka. Organizują konferenc-

je prasowe w większych miastach i rozdają materiały pro life w postaci gazet, ulotek oraz naturalnej wielkości stópek poczętego 10tygodniowego dziecka. Przyłączyć może się każdy, komu nieobce są podobne wartości. Dlatego każdego roku wśród uczestników Rajdu dla Życia znaleźć można rowerzystów z różnych stron Polski. Pierwsza pielgrzymka odbyła się na przełomie czerwca i lipca 2010 roku. Trwała tydzień. Udział wzięło w niej piętnaście osób. Nie wszyscy jechali na rowerach. Niektórzy wspierają inicjatywę w nieco inny sposób. Na trasie nie obyłoby się bez pilota, kierowcy busa z bagażami, pielęgniarki lub pielęgniarza oraz rzecznika prasowego odpowiedzialnego za kontakt z lokalnymi mediami. Grupa pokonała za pierwszym razem ponad 600 kilometrów. Wyruszyli z Międzyrzecza w Zachodniej Polsce i przez m.in. Gniezno, Toruń i Ostródę dotarli do Giżycka na Mazurach. Nie była to przypadkowa trasa. Wiodła ona śladem pierwszych polskich męczenników. W czasie pierwszego rajdu uczestnicy promowali głównie Duchową Adopcję Dziecka Poczętego.

KRZYŻEM PRZEZ POLSKĘ

Już wtedy rodziły się pomysły na drugą rowerową pielgrzymkę. Pojawił się plan trasy. I tak po roku przygotowań rajdowicze wyruszyli kolejny raz, obierając nowy kierunek. Już nie jedna a dwie grupy przemierzały Polskę, aby dać świadectwo, jak wielką wartością jest dla nich życie dzieci poczętych. Pierwsza z nich licząca jedenaście osób pokonała w siedem dni trasę podobną jak rok wcześniej z tą różnicą, że zaczęła się ona w Giżycku a skończyła w

s. 31


TEMAT Międzyrzeczu. Natomiast druga, większa dwudziestoosobowa grupa wyruszyła nieco wcześniej z Zakopanego, kierując się w stronę Bałtyku. Po drodze rowerzyści odwiedzili Kraków, Częstochowę, Dąbie, Radziejów, Toruń, gdzie spotkały się 6 lipca obie ekipy, Starogard Gdański, Gdynię i wiele innych miejscowości. Po przebyciu niemal 1000 kilometrów w ciągu dziesięciu dni dotarli na Hel. Tam miał finał drugi Rajd dla Życia, którego trasa utworzyła na mapie Polski krzyż. Pogoda nie oszczędzała rowerzystów. Tereny również nie rozpieszczały tych, którzy na co dzień nie jeżdżą na dwóch kółkach. Jednak, jak wspominają dziś uczestnicy, atmosfera na trasie była tak niesamowita, że wynagradzała wszystkie niedogodności. Reakcje napotkanych ludzi były nieraz niezwykłe. Kwiaty rzucane przed koła, brawa i zapewnienia o modlitwie w intencji nienarodzonych. Należy także wspomnieć, że drugi Rajd dla Życia promował Przemysław Babiarz.

KRZYŻEM PRZEZ POLSKĘ MARYJNĄ

Po rajdzie zapał uczestników nie zgasł. Zaryzykuję stwierdzenie, że niecierpliwie czekali na kolejne wakacje, aby znów wsiąść na rower i dzielić się swoimi wartościami z ludźmi. Oczywiście nie mogło stać się inaczej i trzeci Rajd dla Życia odbył się w lipcu 2012 roku. Tym razem trasa przybrała formę krzyża św. Andrzeja i wiodła szlakiem sanktuariów maryjnych. Pierwsza z dwóch ekip jechała ze Szczecina przez Piłę, Bydgoszcz, Toruń, Warszawę, Radom i Kielce do Krakowa. Stolica znalazła się również na trasie drugiej grupy. Ta wyruszyła z Krzeszowa na Dolnym Śląsku i przez Wrocław, Częstochowę, Piotrków Trybunalski, Łódź, Łomżę i Ełk dotarła na Suwałki. Każdy z rowerzystów przebył ponad tysiąc kilometrów w ciągu dwunastu dni. Tak jak poprzednio nie brakowało radości, wzruszeń, życzliwości, ale też trudnych momentów, wyczerpania i dawania z siebie wszystkiego. Rozdawanie materiałów pro life było okazją do wielu rozmów z ludźmi o

s. 32

NUMERU


TEMAT

różnych poglądach. Na konferencji prasowej w Warszawie pojawiło się małżeństwo aktorów. Dominika Figurska i Michał Chorosiński wspominali, jak lekarze po badaniach stwierdzili zespół Downa u ich nienarodzonego jeszcze dziecka. Oczywiście nie zdecydowali oni o usunięciu ciąży. Po porodzie okazało się, że ich synek jest całkowicie zdrowy. To pokazuje, jak wiele dzieci może być narażonych na aborcję zupełnie bez powodu. O tym także mówili młodzi, przemierzając krzyżem Polskę maryjną na rowerach. Medialną twarzą trzeciego Rajdu dla Życia był Wojciech Cejrowski.

W OBJĘCIACH ŚWIĘTYCH

W czasie ostatniej pielgrzymki młodzi w dwóch grupach przebyli po około 600 kilometrów. Rozjechali się w Rostkowie w przeciwnych kierunkach, by po siedmiu dniach spotkać się w Zabawie. Utworzyli w ten sposób koło. Odwiedzili Włocławek, Częstochowę, Kraków, Ostrów Mazowiecka, Drohiczyn, Nową Dębę i wiele innych miast i wiosek. Trasa oczywiście miała swój niepowtarzalny wymiar. Połączyła bowiem dwa szczególne ważne dla Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży miejsca. Rostkowo związane jest z życiem św. Stanisława Kostki, a Zabawa z bł. Karoliną Kózkówną. Są oni patronami stowarzyszenia. Dlatego hasło rajdu brzmiało: W objęciach świętych. Tym razem patronat nad wydarzeniem objął Radosław Pazura, którego

NUMERU

komentarz na temat czwartego Rajdu dla Życia można znaleźć na stronie wydarzenia. Organizatorzy rajdu od czterech lat odwalają kawał solidnej roboty. Szczególnie zaangażowany jest w to legnicki duszpasterz młodzieży ksiądz Janusz Wilk. W czasie pielgrzymki pełni zawsze funkcję jednego z pilotów. Ale żaden rajd nie dotarłby do mety, gdyby nie życzliwość ludzi. To oni przyjmują rowerzystów pod własny dach, dają jeść i pić oraz motywują do jeszcze większego wysiłku. Nieraz dziękują młodym za to, że tak im zależy na życiu bezbronnych dzieci. I mimo że wszystkie z tych dotychczasowych pielgrzymek różniły się nie tylko trasą, ale spotkanymi ludźmi i częściowo również składem uczestników, to cel pozostaje jeden. STOP ABORCJI. Uświadomić społeczeństwo, że ta droga prowadzi donikąd. Ksiądz Janusz Wilk pisze: „Jeśli możemy przejechać pięć diecezji i we wszystkich miejscowościach mówić o wartości życia dzieci nienarodzonych, to każdy trud wart jest tego dzieła. Jadę dać świadectwo o Bogu, który jest miłośnikiem życia, który śmierci nie stworzył. Jadę, by udzielić głosu tym, których krzyk jest niemy.” Najważniejsze jest jednak zaangażowanie młodych, które daje nadzieję, że życie zawsze zwycięży. Czas spędzony na rowerze jest dla uczestników próbą swoich sił i walką ze słabościami. Są i tacy, którzy rowerową pasję łączą w tym wypadku z dawaniem

świadectwa w słusznej sprawie. Nikt natomiast nie zapomni wspaniałej atmosfery towarzyszącej rowerzystom w drodze. Nawet jeśli ktoś wybiera się na tę niezwykłą pielgrzymkę tylko po to, by się sprawdzić fizycznie, to na pewno odczuje w końcu, że ma do spełnienia pewną misję. Chronić bezbronnych. W najbliższe wakacje Rajd dla Życia wyruszy już po raz piąty. Nie będę na razie zdradzał szczegółów. Przyjdzie na to czas. Ważne, że inicjatywa trwa. Może się wydawać, że taka rowerowa pielgrzymka zbyt wiele nie zmieni. Są jednak ludzie, którzy zmienili sposób myślenia o aborcji dzięki uczestnikom i ich świadectwu. Za rajd dziękowały też młode małżeństwa spodziewające się dziecka. To wydarzenia dodawało przyszłym rodzicom pełnym obaw pewności, że wszystko dobrze się ułoży. A ja wierzę również, że wyrzeczenia pielgrzymów uratowały niejedno dziecko przed aborcją. Te wakacyjne rowerowe wyprawy świadczą o tym, że młodzi mają wartości, którymi się kierują. Są dla nich na tyle ważne, że chcą się nimi dzielić. Zarażać nimi innych. Skoro uczestnicy Rajdu dla Życia oraz wielu innych inicjatyw pro life są za życiem, to reszta wspiera śmierć. Taka jest przecież jedyna możliwa alternatywa. Nie ma niczego pomiędzy. A ty sam dokonujesz wyboru. 

s. 33


TEMAT

NUMERU

Cud

nowego Ĺźycia

na wsi polskiej XIX wieku

s. 34


TEMAT

Jan Barański

NUMERU

Dzień Świętości Życia to dobry moment, by rzucić okiem na wierzenia i obyczaje obowiązujące w XIX-wiecznej wsi polskiej związane z ciążą i cudem nowego istnienia, a to dlatego, że rok 2014 to w Polsce rok Oskara Kolberga. Ten XIX-wieczny etnograf polski chodził od wsi do wsi i spisywał obyczaje i obrzędy ludu, świadom tego, że ich fascynujący świat odchodzi w niepamięć, zatem należy uchronić go od zapomnienia i przekazać dalszym pokoleniom.

Kolberg wykonał tytaniczną pracę, wydając jeszcze za życia 33 tomy opisujące jego poszukiwania. Ta działalność zainspirowała całe pokolenie etnografów. W zebranych przez nich materiałach, zarówno na terenie przedrozbiorowej Polski, jak i szerzej rozumianej Słowiańszczyzny, odnaleźć można wiele niezwykle interesujących informacji. Te zaś, zebrane w całość, stanowią działający na wyobraźnię obraz; przedstawiają bardzo ważną część świata, w którym żyli polscy chłopi. W tradycji ludowej gdy kobieta zaszła w ciążę, rozpoczynała okres swojego życia fachowo określany jako liminalny. Czyli taki, w którym na jakiś czas jest się wyłączonym ze społeczności. Ponieważ „bycie przy nadziei” – od rozpoznania aż po wywód – było na polskiej wsi traktowane jako rytuał przejścia, osoba, która mu podlegała, znajdowała się w wyjątkowej sytuacji. Początek obrzędu przejścia to moment wyłączenia ze społeczności. W wypadku kobiet brzemiennych stawało się to dyskretnie, choć raczej prędzej niż później cała wieś wiedziała o tymczasowym nowym statusie brzemiennej. Kobieta na jakiś czas przynależała do świata obcych, przedstawicieli orbis exterior – świata zewnętrznego. To w kulturze ludowej zawsze oznacza ambiwaletne wartości; osoba z tego świata jest niebezpieczna i nieprzewidywalna; jest jednocześnie konieczna jako ta, która posiada kontakt ze sferą sacrum. Był to ostateczny obrzęd przejścia – po chrzcie, bierzmowaniu i ślubie ostatni, który ostatecznie sankcjonował pozycję we wspólnocie i sprawiał, że kobieta stając się matką w końcu zostaje w pełni wartościowym członkiem

“Kobieta na jakiś

czas przynależała do świata obcych, przedstawicieli orbis exterior – świata zewnętrznego. To w kulturze ludowej zawsze oznacza ambiwaletne wartości; osoba z tego świata jest niebezpieczna i nieprzewidywalna; jest jednocześnie konieczna jako ta, która posiada kontakt ze sferą sacrum. społeczności. Zajście przez kobietę w ciążę traktowane więc było jako Boże błogosławieństwo, oczywiście pod warunkiem, że stało się to w zinstytucjonalizowanym związku. Największym powodem do dumy było, gdy jako pierworodny urodził się chłopiec. Z kolei gdy małżeństwo przez długi czas nie miało dzieci, oznaczało to przekleństwo, które mogło wręcz prowadzić do częściowego wykluczenia ze społeczności. Przyszła matka w swoim okresie przejściowym stawała się niebezpieczna dla otoczenia. Nie mogła na przykład zajmować się pracą w polu, a nawet wchodzić na jego teren, mogłoby to skutkować wyjałowieniem ziemi, czerpanie wody ze studni jej zatruciem, zaś wkroczenie w teren obcego domu utraceniem zbiorów,

czy po prostu w ogóle sprowadzeniem nieszczęścia. Zabronione było pieczenie chleba i rozniecanie ognia przez kobiety „spodziewające się”, czynności te bowiem w kulturze ludowej były wysoce sakralne i otoczone szczególną oprawą rytualną. Wchodzenie z kobietą ciężarną w kontakty mogło źle skończyć się dla kontaktów międzyludzkich. A już kategorycznie zabronione było jej wchodzenie do kościoła. Gdyby to się stało, społeczność wymagała od lokalnego księdza natychmiastowego nabożeństwa, mającego oczyścić „zbeszczeszczone” święte miejsce. Dla bezpieczeństwa wsi kobiety brzemienne mogły wychodzić z domu tylko po zmroku. A że był to czas zasadniczo niebezpieczny, po zmroku wychodziło się zawsze na własne ryzyko przez wzgląd na różne czychające na człowieka złe siły, i tak raczej nie korzystały z tego przywileju. Będąc bowiem w fazie liminalnej kobieta była szczególnie narażona na zakusy „złego” – diabła, upiorów, strzyg, topielców... Musiała być bardzo ostrożna we wszystkich swoich działaniach: „zapatrzenie się” na coś mogło na stałe spowodować różnego rodzaju negatywne efekty na przyszłym dziecku. Gdyby na przykład zapatrzyła się na ogień, dziecko niechybnie pokryte będzie plamami na skórze; przeciągłe spojrzenie na mysz oznaczało w przyszłości dziwne owłosienie potomka. Kontakty między brzmemienną a społecznością odbywały się głównie poprzez pośrednictwo „babki” – lokalnej znachorki. Kobiety te, często stare panny lub też matki bardzo wielu dzieci, poza pełnienia funkcji ludowych lekarzy, były również akuszerkami: opiekunkami przed- i przyporodowymi.

s. 35


TEMAT

Przygotowania do porodu wiązało się przede wszystkim z zabiegami magicznymi. Należało zatem zdjąć całą biżuterię, rozpleść włosy i wygonić wszystkich z chałupy. Gdy poród był szczególnie ciężki, ludowe akuszerki zalecały obchodzenie stołu dookoła i odmawianie różańca; stosując magię rozwiązywania rozpletywały wszystkie supły jakie znalazły w pobliżu. Czasem, zwłaszcza na wschodzie słowiańszczyzny stosowano rytuał Kuwady. W jego trakcie mąż w izbie obok udawał cierpienia porodowe. Miało to odjąć cierpień rodzącej. Gdy poród się udał, „Babka” dokonywała pierwszej kąpieli dziecka. Woda z niej miała wyjątkowe właściwości magiczne. Wylewano ją wyłącznie w miejscach granicznych – czyli na przykład pod płot lub na skrzyżowaniach dróg. Łożysko było zakopywane w obrębie chaty, najczęściej przy piecu lub pod progiem. Traktowane jako esencja życia, miało napełniać witalnością cały dom. W okresie połogowym kobietę wciąż obowiązywały podobne sankcje jak wcześniej, z tym, że tym razem niebezpieczeństwo dla otoczenia było

s. 36

NUMERU

jeszcze większe. Dlatego na ten czas (czasem nawet 40 dni) często „babka” pełniła funkcję gospodyni i mieszkała z rodziną. Wywód, czyli rytuał ponownego włączenia świeżo upieczonej matki do społeczności, odbywał się na ogół 6 tygodni po porodzie. Kobieta musiała wejść bocznymi drzwiami do kościoła – dopiero po nabożeństwie wychodziła główną bramą, co było znakiem przekroczenia granicy i ostatecznym zakończeniem czasu liminalnego. W związku z mającymi jeszcze odbyć się chrzcinami rola „babek” nie kończyła się w tym momencie. Te wyjątkowe osoby również należały do świata „obcego”, niebezpiecznego, ale i koniecznego i pociągającego zarazem. Jako, że to one odbierały dziecko przy porodzie, często wybierały zatem rodziców chrzestnych dla dziecka. Gdy dziecko było nieślubne, to „babka” zostawała matką chrzestną. Posiadała też wyjątkową moc – widząc, że coś się dzieje złego z dzieckiem i grozi mu śmierć, mogła sama je ochrzcić; proceder ten był, rzecz jasna, nieakceptowany i niesankcjonowany przez Kościół. Od końca XIX wieku, a zwłaszcza

w okresie międzywojennym czyniono starania, by porody odbierały zawodowe akuszerki, zaś „babki”, które pomagały kobietom w przyjściu na świat dzieci, były surowo karane. Mimo tego, przyjęcia porodów przez lokalne znachorki na terenach Polski odnotowuje się aż do lat 70 XX wieku. Usankcjonowane przez tradycję, przekazywane z pokolenia na pokolenie obyczaje i sposoby obchodzenia się z kobietą brzemienną i jej dzieckiem, wydają się być nieracjonalne. Jednak w tej wiedzy ludowej znaleźć możemy dużo mądrości, znanej lekarzom raptem od wieku lub może dwóch. Całość daje do myślenia. Inspiruje do ponownego rozważenia „zabobonów ciemnego ludu”; tym bardziej, gdy nad naszymi refleksjami na ten temat w tym roku czuwa Oskar Kolberg – w swojej pracowitości i konsekwencji w dążeniu do realizacji marzeń będący niewątpliwym wzorem do naśladowania. 


TEMAT

NUMERU

Aborcja jest

przeciwko kobiecie Jeśli to nie życie jest uniwersalną wartością to co nią jest? „Jeśli możemy zaakceptować to, że matka zabija swoje dziecko, to jak możemy mówić innym ludziom, by nie zabijali drugiego człowieka? ” Matka Teresa z Kalkuty

Konstancja NałęczNieniewska Oszacowuje się, że w Europie co 11 sekund w wyniku aborcji ginie dziecko (raport Institute for family policies). Tymczasem w temacie aborcji wiele mówi się o wolności kobiety i jej „prawie do swojego brzucha”. Pytanie gdzie są wtedy prawa i wolność dziecka? Czy człowiek może być własnością drugiego człowieka i być traktowany przedmiotowo? Powiedzenie „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się twoja” zyskuje tu wyjątkową wagę. Poza tym, jeśli to nie życie miałoby być uniwersalną wartością, to co nią jest? Współczesny człowiek chce kontrolować to, kiedy będzie mieć dzieci – i zazwyczaj może, w końcu istnieje na to wiele sposobów. Jednak gdy dojdzie do zapłodnienia i dziecko zostaje poczęte decydująca rola rodzica znika. Powstało odrębne życie, niepowtarzalne istnienie z unikalnym kodem genetycznym, w którym zapisane są wszystkie cechy i predyspozycje tego jedynego w swoim rodzaju człowieka. „Przyjęcie za pewnik faktu, że po zapłodnieniu powstała nowa istota ludzka nie jest już kwestią upodobań czy opinii. Ludzka natura tej istoty od chwili poczęcia do starości nie jest metafizycznym twierdzeniem, z którym nie można się spierać, ale zwykłym faktem doświadczalnym” - to słowa profesora J. Lejeune, kierownika Katedry Genetyki na Uniwerytecie im. Kartezjusza w Paryżu. Obecnie przez środowiska feministyczne promowana jest narracja,

“Obecnie przez

środowiska feministyczne promowana jest narracja, która przedstawia ciążę wyłącznie jako problem, jako przeszkodę w skupieniu się na sobie i na swoim „rozwoju”. która przedstawia ciążę wyłącznie jako problem, jako przeszkodę w skupieniu się na sobie i na swoim „rozwoju”. Coraz częściej dziecko traktowane jest jako intruz, pasożyt, a nie jako potomek i to jeszcze kompletnie zależny od swojej mamusi. Dlaczego milczy się o tym, że nie ma bardziej rozwijającego doświadczenia niż bycie rodzicem? Rozrodczość natury kobiecej nie jest przecież spiskiem patriarchatu, żeby usidlić kobietę i zamknąć ją w domu. W dzisiejszych czasach jeśli kobieta nie chce, to nie musi mieć dzieci. Kobiety od zarania dziejów były podziwiane za swoją płodność, za ową cudowną zdolność (poczęcie dziecka to w końcu swoisty cud). W mitach życie przedstawiane jest jako święte, a symbolem kobiecości stała się żyzna ziemia przyjmująca ziarno, które później rozkwita. Jest to więc podstawa świata. Ruch feministyczny dąży do zunifikowania płci – a właściwie do zrobi-

enia z kobiety mężczyzny. Myślę, że jednak większość kobiet docenia swoją płeć i chce wykazać się jako matka, znajdując w tym satysfakcję (w końcu to miłość daje największą satysfakcję i zaspokaja najgłębszy głód – narzucane wizje życia z karierą zawodową jako priorytetem nieraz kończą się tym, że człowiek jest po prostu nieszczęśliwy). Erich Fromm wysunął nawet teorię o tym, że mężczyzna zazdrości kobiecie jej mocy stwórczej, odbija sobie to później podejmując różne wyzwania, dążąc do prestiżu. W Polsce dopuszczalna jest aborcja eugeniczna – w myśl idei eugenicznej o udoskonalaniu ludzkości poprzez usuwanie słabszych elementów. Legalne jest zabicie swojego dziecka jeśli jest chore. Co powinno się robić z niewinnym, tym bardziej potrzebującym pomocy i opieki, chorym dzieckiem? Zabić? Czasami można odnieść wrażenie, że ludzie bardziej cenią życie zwierząt niż ludzi. Czy fakt, że żyjemy w epoce obrazkowej, a mały człowieczek nie ma futerka i słodkich oczek, powoduje, że ma mniejszą szansę na empatię z naszej strony? Kaja Godek urodziła synka chorego na Zespół Downa i walczy o wprowadzenie ustawy o zakazie aborcji. Zauważa, że nie ma w Polsce oficjalnej listy chorób, które kwalifikują do aborcji – nie ma więc nadzoru nad tym z jakimi chorobami dzieci są zabijane. Podaje dwa przykłady zabitych dziewczynek

s. 37


TEMAT z powodu posiadania rozszczepionej wargi. Przerażającym jest również to, że często rodzice otrzymują wyniki badań prenatalnych w 5, 6 miesiącu ciąży. Warto sobie przypomnieć, że pięciomięsięcznemu dziecku rosną brwi i włosy na głowie, ma już od dwóch miesięcy paznokcie, może mieć czkawkę, marszczy czoło i robi miny, a po przyłożeniu ucha do brzucha matki słychać bicie jego serca. Według ostatnich badań CBOS liczba aborcji w wyniku badań prenatalnych wzrosła od 82 w 2002 roku do 620 w 2011. Dlaczego te dzieci nie zasługują choćby na to, żeby się urodzić? Udowodnione jest, że większość kobiet ma problemy psychiczne po dokonaniu aborcji. Wiedzą, że nie jest to dobre. Nawet jeśli wyprą tę świadomość na wiele lat, to w pewnym momencie ich życia pryska przekonanie, że należało tak zrobić. Przychodzi do nich wtedy całe znaczenie owego czynu. Odczuwają ogromne poczucie winy i jednocześnie krzywdy: dlaczego nikt im tego nie zabronił, dlaczego nie ochronili ich rodzice czy mężczyzna. Następują problemy w relacjach z dziećmi, z partnerem. Poważne konsekwencje występują również w skali makro, takie jak presja społeczna – usunięcie dziecka proponują znajomi, partnerzy, rodzina czy nawet lekarze (czyżby zapomnieli przysięgi Hipokratesa?). Kobietom, które wahają się czy urodzić podsuwa się aborcję jako jedyne wyjście, pomimo istnienia wielu innych rozwiązań (Okien Życia, ośrodków adopcyjno-opiekuńczych). Kobiety powinny głęboko się zastanowić czy proaborcyjnym środowiskom głoszącym hasła wolności i miłości naprawdę zależy na ich dobru. „Prawo do aborcji” w istocie jest przemocą, a nie prawem. Cichy Holokaust niewinnych znajduje jednak dużo popleczników. I to oni obrońców życia oskarżają o brak empatii. Zaiste, rzeczywistość rechocze. Patrząc na zjawisko aborcji nie można pominąć ogromnych korzyści finansowych organizacji proaborcyjnych i klinik aborcyjnych. Trzeba pamiętać, że jest to biznes. Aby się kręcił, musi promować to, na czym zarabia... czyli na zabijaniu dzieci przez

s. 38

NUMERU

matki. Zazwyczaj jednym ze sposobów manipulacji (np. aby zalegalizować aborcję) jest publikowanie raportów przez takie organizacje. Dotyczą one podziemi aborcyjnych i zawierają wygórowane liczby zgonów kobiet podczas nielegalnej aborcji. Używane są wtedy jako argument na rzecz tej „bezpiecznej”, zalegalizowanej, kontrolowanej przez państwo. Jak podaje CIA World FactBook w Irlandii, w której aborcja jest zakazana, współczynnik zgonów kobiet jest najmniejszy, wyższe są natomiast w tych krajach, w których aborcja jest legalna (np. Wielka Brytania czy RPA). Unia Europejska dofinansowuje największe organizacje proaborcyjne, takie jak International Planned Parenthood Federation (IPPF) czy Marie Stopes International (MSI), które to zarejestrowane są jako organizacje non-profit! Według raportu European Dignity Watch (EDW) pt. „Finansowanie aborcji w ramach unijnej pomocy dla rozwoju” MSI w ciągu pięciu lat otrzymało od UE około 18 mln euro. Jednocześnie Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu w 2011r. uznał, że embrion ludzki od momentu połączenia komórki męskiej

i żeńskiej jest obdarzony godnością, więc należy go chronić. Trybunał potwierdził, że życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Dlaczego zamiast wesprzeć kobiety ciężarne materialnie i duchowo, zapewnić im bezpieczny poród, organizacje takie jak Planned Parenthood oferują ryzykowną operację, która tak naprawdę jest przeciwko kobiecie? Dlaczego Unia Europejska wspiera przemysł aborcyjny? Polityka proaborcyjna jawi się jako krzywdząca, doraźna i demoralizująca. Powinniśmy promować inne rozwiązania! Trzeba zacząć naciskać na państwo w sprawie polityki pro-rodzinnej, polepszenia statusu kobiety i dziecka, wsparcia dla samotnych matek etc. Należy pokazać ciężarnym kobietom, że nie są same i wspierać je, a nie sugerować, że dzieciobójstwo jest w takiej sytuacji niezbędne. A w przypadku choroby informować o charakterze dolegliwości dziecka, sposobach leczenia czy opieki. Wtedy matka nie będzie panikować, ale poczuje się bezpiecznie, bo dzięki otrzymanej wiedzy zdobędzie kontrolę nad sytuacją. Walczmy więc o prawdziwe prawa kobiet i ochronę dzieci. 


TEMAT

NUMERU

Pokochaj

różnice!

Wojciech Urban

To hasło zbliżającego się „Festiwalu Życia” – warsztatów organizowanych z racji Dnia Świętości Życia przez Diakonię Życia Ruchu Światło-Życie przy Duszpasterstwie Akademickim „Na Miasteczku”. Gdy do przedszkoli wchodzą programy równościowe inspirowane „gender studies”, pojawiają się inicjatywy broniące katolickiej nauki dotyczącej człowieka i jego płciowości.

„Festiwal Życia” odbędzie się 29 marca, czyli w sobotę, w budynku Duszpasterstwa Akademickiego Księży Misjonarzy „Na Miasteczku”, na ulicy Misjonarskiej 37. Warsztaty, niektóre tylko dla pań, inne tylko dla panów, a jeszcze inne i dla niej, i dla niego, poświęcone będą różnicom między płciami - z czego się biorą, dlaczego są istotne, jak „z nimi żyć w zgodzie”. Po co taka akcja? Ania, jedna z organizatorek przekonuje: „Dzisiaj coraz mniej osób zdaje sobie sprawę z tego jak istotne są różnice pomiędzy kobietą, a mężczyzną oraz z tego, co z tych różnic wynika, a taka wiedza jest podstawą budowania trwałego związku; nie tylko małżeńskiego, ale też przyjaźni.” Wtóruje jej Weronika: „Uczestnicy zobaczą, jak piękna jest kobiecość i że nie ma sensu się jej wypierać, próbować się upodabniać do mężczyzn jak to się czasami dzieje, jak cudownie Pan Bóg to wymyślił, że stworzył nas mężczyznami i kobietami.” Dziewczyny zwracają uwagę na konstruktywny charakter akcji: „Lepiej zapobiegać niż leczyć i lepiej pokazywać że afirmacja życia, radość życia jest też ważna. Nie należy tylko walczyć z wrogiem i pokazywać jego słabe punkty (np. dlaczego gender jest złe) ale pokazywać , dlaczego nasz

“Dzisiaj coraz mniej

osób zdaje sobie sprawę z tego jak istotne są różnice pomiędzy kobietą, a mężczyzną oraz z tego, co z tych różnic wynika, a taka wiedza jest podstawą budowania trwałego związku; nie tylko małżeńskiego, ale też przyjaźni. sposób wychowywania dzieci jest dobry. Więc poznajmy siebie i płeć przeciwną lepiej, nauczmy się razem współpracować, pokochajmy różnice, żeby potem z pokojem w sercu móc o tym mówić innym, zarażać ich tym, nie atakować ich.” – twierdzi Gosia. Warsztaty poprowadzą między innymi: Agnieszka i Antonii Tompolscy, którzy od wielu lat zajmują się duszpasterstwem małżeństw i rodzin oraz duszpasterstwem młodzieży, Mariusz Marcinkowski, główny lider wspólnoty „Przymierze Wojowników” i Katarzyna Marcin-

kowska, redaktor naczelna portalu przepisnamilosc.pl. Będzie też okazja poćwiczyć łagodzenie konfliktów pod okiem psychologa. „Spodziewam się, że ludzie po przeżyciu tej akcji pójdą dalej naprzód ścieżką życia pełni optymizmu i ze świadomością że otrzymali od Boga wielki dar: życie i że na nich spoczywa wielka odpowiedzialność dalszego przekazywania tego daru” – podkreśla Weronika. Udział w warsztatach jest bezpłatny. Należy jedynie zapisać się wcześniej przez formularz dostępny na stronie pokochajroznice.wordpress.co. Tam też można znaleźć szczegółowe informacje dotyczące programu warsztatów i osób je prowadzących. Organizatorki nie kryją entuzjazmu: Spodziewamy się, że będą pełne sale na konferencjach i szkoleniach a my będziemy mieć pełne ręce roboty. Mamy nadzieję, że ludzie wyjdą stamtąd zarażeni pozytywną energią, bogatsi w jakieś nowe doświadczenia, w wiadomości, które później będą przekazywać dalej napotkanym ludziom. Może to zbyt idealistyczne patrzenie, ale wierzymy, że tak będzie. 

s. 39


TEMAT

NUMERU

Dlaczego nic nie robisz!?

Tomasz Markiewka

Żyjemy w świecie gdzie informacja jest najlepszym towarem. Jest wielu handlarzy tego towaru, ale do najpotężniejszych firm obracających nim na rynku czy też giełdzie informacji należą tzw. media mainstreamowe czyli te, które wypełniają kontrakty informacyjne z największą liczbą konsumentów, bo do takiej ogromnej rzeszy odbiorców to wszystko co w nich jest adresowane. Narzeka się w nich i pokazuje ludzi dojrzewających jako okrutnie niedojrzałych, a tych którzy wchodzą w związki czy zakładają rodziny nierzadko jako niezdolnych do poświęcenia.

Każdy z nas wie, że nie taka jest rzeczywistość. Dlatego też – tak sądzę – jest pomijany w nich jeden z aspektów życia, który wśród uczniów czy studentów jest coraz popularniejszy. W nim ludzie są pokazani jako uśmiechnięci, zdeterminowani pełni odwagi i życia, ponieważ o życie w tej sprawie właśnie chodzi. O obronę życia, nienarodzonego. Jest szereg inicjatyw w jego obronie o których nie usłyszymy z popularnych źródeł. Dlatego chcę przybliżyć kilka z nich. Oczywiście tych najpopularniejszych, bo na wszystkie nie starczyłoby tu miejsca.

MASZ GODZINĘ NA URATOWANIE ŻYCIA

Pierwszą inicjatywą którą chcę przedstawić jest 40 dni dla życia. Idea krucjaty trwającej przez 40 dni zrodziła się w Stanach Zjednoczonych. Modlitwa ta trwa tam przez 40 dni, najczęściej w czasie Wielkiego Postu, kiedy katolicy modlą się przed klinikami aborcyjnymi w dzień i w nocy, przez każdą godzinę. Pomysł ten został przeniesiony także na grunt innych krajów. Można wysłać zgłoszenie i wtedy otrzymuje się przydzielenie do 1 z 960 godzin. Jest to skoordynowana, międzynarodowa akcja, która ma miejsce dwa razy do roku. Wzięło w niej udział już wiele setek tysięcy ludzi. Dzięki niej zam-

s. 40

“Dzięki niej zamknię-

to dziewięć ośrodków aborcyjnych oraz odejście z przemysłu aborcyjnego co najmniej 43 pracowników, w tym słynna Abby Johnson, która była dyrektorką jednego z oddziałów Planned Parenthod. knięto dziewięć ośrodków aborcyjnych oraz odejście z przemysłu aborcyjnego co najmniej 43 pracowników, w tym słynna Abby Johnson, która była dyrektorką jednego z oddziałów Planned Parenthod. Jest to największa organizacja propagująca aborcję w Stanach Zjednoczonych. Dane z roku 2011 wskazują, że dotychczas uratowano dzięki tej inicjatywie 3599 dzieci i ich matek. W roku 2012 w kampanii wzięło udział 250 miast z 9 różnych krajów.

POZNAJ INNEGO, ALE NIE GORSZEGO

Kolejną inicjatywą jest modlitwa Adwentowa. Trwa ona przez cały czas Adwentu. Obejmuje ona dzieci

zarówno nienarodzone, jak i te już narodzone, a także ich rodziców. Motywacją dodatkową przy okazji tej akcji jest prośba o przemianę serc wszystkich ludzi, szczególnie tych związanych z przemysłem aborcyjnym. Każdego dnia Adwentu uczestnicy modlitwy nie tylko zapoznają się z rozważaniami na każdy konkretny dzień, ale przede wszystkim mają okazję poznać dzieci cierpiące na różnego rodzaju niepełnosprawności i choroby. Spróbować przyjrzeć się jak wygląda ich życie i z jakimi problemami się zmagają oraz co to oznacza dla nich samych i ich rodziców. Na każdy dzień adwentu jest przygotowana historia innego dziecka. Cel tej modlitwy obejmuje więc także dzieci dotknięte różnymi niepełnosprawnościami. Całość modlitwy z rozważaniem zajmuje około 10 minut. Autorzy akcji proponują adorację przed Najświętszym Sakramentem.

ZAOPIEKUJ SIĘ MNĄ

Jedną z najpopularniejszych inicjatyw w obronie życia nienarodzonego jest Duchowa Adopcja. Jest to akcja, z którą ja spotkałem się z jako pierwszą. Czym ona w ogóle jest? Skąd taka nazwa? Czy związane z tą akcja są jakieś trudne wyrzeczenia albo zobowiązania? Jest to adopcja duchowa, a jej pełna nazwa brzmi: Duchowa Adopcja Dziecka


TEMAT

Poczętego Zagrożonego Zagładą. Nie jest to więc adopcja prawna dziecka po urodzeniu, pozbawionego opieki rodzicielskiej, do rodziny zastępczej, ale adopcja duchowa dziecka poczętego zagrożonego zabiciem w łonie matki. Wyrażana jest osobistą modlitwą jednej osoby o ocalenie życia dziecka wybranego przez Boga, który sam wie najlepiej jakie dziecko potrzebuje największego wsparcia. Trwa ona przez 9 miesięcy, okres wzrostu dziecka w łonie matki. Zobowiązanie adopcyjne, poprzedza przyrzeczenie, które je potwierdza. Ogólnie rzecz biorąc, modlitwa jest adresowana do ludzi młodych, którzy są potencjalnymi współtwórcami ludzkiej populacji, adresowana jest do osób wchodzących w związki małżeńskie i dla młodych małżeństw, do pracowników położnictwa, do osób, które popełniły aborcję (do aborcji namawiały, lub przymuszały), do kleryków seminariów duchownych i księży, do potencjalnych i praktykujących animatorów Duchowej Adopcji, do członków przyparafialnych ruchów oraz poradni przedmałżeńskich i rodzinnych, do osób nie zdecydowanych i wątpiących, ale i do ludzi gorliwej wiary. Czyli można powiedzieć, że jest ona adresowana do wszystkich i każdego z osobna. Codziennie przez 9 miesięcy należy odmawiać jedną tajemnicę Różańca oraz krótką modlitwę w

NUMERU

intencji dziecka poczętego i jego rodziców. Wiedza i podejmowanie Duchowej Adopcji ma odwodzić od zamiaru popełnienia aborcji lub niszczących ludzkie zarodki praktyk in vitro. Wiedza i podejmowanie tego zadania ma służyć kształtowaniu postaw pro rodzinnych. Osobom, które popełniły grzech aborcji, czy in vitro, lub w jakiś sposób w niej uczestniczyły, Duchowa Adopcja przywraca równowagę ducha i pomaga odzyskać spokój życia ( walczy z tzw. syndromem postaborcyjnym). Duchowa Adopcja wzmacnia ludzi przy postępowaniu w sposób moralny, buduje w rodzinie poczucie więzi, wzajemnej miłości, bezpieczeństwa i solidarności, a w taki sposób przyczynia się do normalnego oraz bezpiecznego rozwijania się narodu.

BROŃ Z BAŁKANÓW

Inicjatywą, która jest mało znana, a ma silne zakorzenienie w polskiej duchowości jest Biała Koronka. Sama koronka ma swą genezę w modlitwie różańcowej będącej jedną z najpopularniejszych modlitw związanych z kultem Maryjnym. Różaniec ma swoją genezę w modlitwie psalmami, która została dostosowana do ludzi którzy nie potrafili czytać. Jej związek ma także z duchowym oddychaniem. Różaniec rozwijał się na przestrzeni wieków i znalazł swe odbicie w wielu

koronkach takich jak np. Koronka do Miłosierdzia Bożego, której popularność zrodziła się właśnie w Polsce. Dlaczego jednak biała? Skąd pomysł? Pomysł powstał w 2008 roku w Klagenfurcie, w Austrii. Gdy podczas modlitwy obecny tam chorwacki ksiądz i dwójka małżonków podczas modlitwy różańcem odkryli potrzebę takiej inicjatywy. Koronka ta jest nazywana białą, przede wszystkim dlatego, że kolor ten nawiązuje do świętości i niewinności. Drugim powodem tej nazwy

“Jest ona przeznaczona

niewinnym dzieciom z Betlejem zgładzonym przez Heroda. Głównie jednak jest ona poświęcona współczesnym niewinnym dzieciom, przebywającym w łonie matki, które są niechciane i planuje się je zabić przez aborcję, a także za te już zgładzone w ten okrutny sposób. s. 41


TEMAT były kwestie praktyczne. Inna nazwa tej modlitwy to Koronka Niewinnych Dzieci. Jest ona poświęcona niewinnym dzieciom z Betlejem zgładzonym przez Heroda. Głównie jednak jest ona poświęcona współczesnym niewinnym dzieciom, przebywającym w łonie matki, które są niechciane i planuje się je zabić przez aborcję, a także za te już zgładzone w ten okrutny sposób. Na koronce obecny jest symbol złamanej róży, czyli serc zranionych aborcją. Trzeba pamiętać, że sercem, które przede wszystkim jest ranione przez ten czyn jest serce matki decydującej się na ten krok.

O ŚWIĘTEGO WRAZ Z CELEBRYTAMI

Ostatnią kampanią na rzecz życia nienarodzonego, na którą pragnę zwrócić uwagę jest akcja Uratuj Świętego. Powstała ona w 2009 roku z inicjatywy dk. Tomasza Trzaski – twórcy Portalu Młodych Diecezji Łomżyńskiej PokolenieJP2.pl jako odpowiedź na potrzebę modlitwy w intencji dzieci nienarodzonych zagrożonych aborcją. Istotą akcji jest

s. 42

NUMERU

codzienna wybrana modlitwa za dzieci nienarodzone. Tegoroczna - VI edycja akcji przebiegać będzie od 16 do 24 marca i zakończy się obchodami Dnia Świętości Życia. Jej hasłem są słowa: Dobrze, że jesteś... Każdy dzień akcji będzie miał swój temat, który będzie rozwinięciem hasła akcji. Akcja jest bardzo popularna też ze względu na osoby, które są w nią zaangażowane. Do tej pory wzięli w niej udział: Darek Malejonek, Paweł Kukiz, Krzysztof Ziemiec, Zbigniew Wodecki, Jarosław Kret czy Przemysłąw Babiarz. Aby włączyć się do akcji, wystarczy modlić się razem z uczestnikami akcji dowolnie wybraną modlitwą. Ci, którzy chcą to mogą zarejestrować się na stronie internetowej akcji UratujSwietego.pl. To ona jest centrum akcji, na której każdego dnia akcji ukazywać się będą rozważania nawiązujące do tematu dnia. Będą miały formę tekstową, a także dźwiękową. Dodatkowym elementem akcji jest codzienny wideokomentarz umieszczany na stronie akcji. Ko-

mentarz ten, nagrywany przez osoby znane z ekranu i nie tylko, ma być pomocą w przeprowadzeniu rozważania i wprowadzeniem do modlitwy. Tegoroczną nowością akcji jest Ambasada Życia – dzieło, które towarzyszy tej inicjatywie na stronie www.ambasadazycia.pl. Zainteresowani akcją mogą zgłaszać się po materiały dotyczące akcji. W związku z ich zaangażowaniem nazwani zostaną Ambasadorami Życia. W poprzednich edycjach akcji wzięło udział prawie 20 tys. osób. Po zakończonej nowennie bardzo wiele osób podjęło się innej inicjatywy modlitewnej, która została przeze mnie wyżej wymieniona: Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego, co pozwala sądzić, że ta akcja przynosi kolejne owoce dobra. Koordynatorem inicjatywy jest ks. Tomasz Trzaska. Jest wiele sposobów na włączenie się w pomoc tym, którzy nie mogą zrobić tego sami. Jest tylko jeden warunek. Trzeba się zdecydować poświęcić na to minimalną ilość wolnego czasu i chcieć! 


TEMAT

NUMERU

s. 43


ROZMOWA

NUMERU

Aborcja eugeniczna – system przeciwko

ludziom

Rozmowa z Kają Godek, aktywną działaczką Fundacji „Pro – prawo do życia”, matką synka z zespołem Downa.

Konstancja NałęczNieniewska Jaką logiką kieruje się polskie prawo dopuszczające aborcję eugeniczną - przecież państwo powinno otaczać chore dzieci opieką? Kaja Godek: Dobre pytanie. Jest to logika niezrozumiała, sposób rozumowania, który każdego powinien oburzyć. Dopiero gdy zaczyna się o tym mówić dużo osób się oburza. Dlaczego robi się w Polsce aborcje eugeniczne? Dlatego, że jest na ten temat cisza. Zadaniem moim i fundacji „Pro - prawo do życia” jest wyciąganie na światło dzienne prawdy o tym, że takie aborcje się odbywają i na kim się odbywają. Wielokrotnie potwierdza się, że gdy prawda o aborcji wychodzi na jaw, ludzie zaczynają gwałtownie się jej sprzeciwiać. Pyta pani jaka to logika. To tak naprawdę eugenika, pseudonauka, która najwyraźniej uwidoczniła się w nazistowskich Niemczech, gdzie eliminowano słabszych i chorych. Odbywała się tam akcja T4, która polegała na tym, że uśmiercano osoby niepełnosprawne i chore umysłowo. Dziś czytamy o tym w podręcznikach do historii i oburzamy się. Prawda jest taka, że teraz w polskim prawie mamy dokładnie to samo.

s. 44

“W kwestii aborc-

ji przybywa przeciwników, a zmniejsza się liczba jej zwolenników. To się nie bierze znikąd: od kilku lat ruchy pro-life prowadzą silną kampanią społeczną antyaborcyjną. Pewnie spotyka się pani z różnymi atakami głosząc ludziom tę niewygodną, straszną prawdę? K.G.: Jest całe spektrum reakcji, np. niewybredne ataki personalne, również w mediach. Taka jest cena za to co robię ¬ nic co dobre nie przychodzi łatwo. Wliczam to w koszta. Spotykam się również z kompletnie innymi reakcjami: podziwem i stawianiem mi pomników. Wtedy tłumaczę, że tak naprawdę nie robię niczego nadzwyczajnego. Fakt, że mówienie takich rzeczy wydaje się czymś nadzwyczajnym, to dowód na to, że świat zwariował. Ja przecież po prostu mówię, że dzieci się nie zabija.

Jak w takim razie ocenia pani opinię publiczną w tej sprawie, czy aktywność obywatelska coś daje? K.G.: Zdecydowanie aktywność obywatelska coś daje. Jeśli chodzi opinię publiczną to są na ten temat robione badania, a ostatnie przeprowadzone zostało w sierpniu 2013 roku. Dotyczyło wartości, którymi Polacy kierują się w życiu i było tam pytanie o szereg różnych wartości. W sferze światopoglądowej Polaków można zaobserwować stopniowe odchodzenie od wartości konserwatywnych, z jednym wyjątkiem – w kwestii aborcji przybywa przeciwników, a zmniejsza się liczba jej zwolenników. To się nie bierze znikąd: od kilku lat ruchy prolife prowadzą silną kampanią społeczną antyaborcyjną. Widać, że takie działania fundacji „Pro – prawo do życia” jak wystawy, pikiety, wywoływanie tego tematu w debacie publicznej przynoszą konkretne efekty. Z opinią publiczną jest więc coraz lepiej. Problem w tym, że na razie nie przekłada się ona na polityków stanowiących prawo, podobnie trudna sytuacja jest w środowisku lekarzy ginekologów, które jest silnie zdemoralizowane. Nie chcę generalizować - są cudowni lekarze, wspaniali medycy pro-life, którzy nigdy w życiu nie


ROZMOWA

NUMERU

zrobili nikomu krzywdy. Niestety większość lekarzy ginekologów w Polsce ma na koncie zabijanie dzieci poczętych, a to silnie wpływa na ich mentalność. Pozostaje teraz przekonanie ustawodawcy do zmian w prawie, a wtedy nie trzeba będzie pracować z ginekologami – po prostu nie będą mogli wykonywać aborcji eugenicznych. Jakie zmiany zawierała nowelizacja ustawy aborcyjnej, która została odrzucona we wrześniu tego roku? K.G.: Nowelizacja ta dotyczyła tylko przesłanki eugenicznej, czyli jednego z trzech wyjątków kiedy dopuszcza się aborcje w ustawie aborcyjnej. Chcieliśmy wykreślenia punktu, który mówi o tym, że można dokonać aborcji, jeśli istnieje podejrzenie nieodwracalnego uszkodzenia dziecka albo choroby, która zagraża jego życiu. Zostawiliśmy tamte dwa wyjątki z różnych przyczyn ¬kierowało nami przeświadczenie, że skoro z tej przesłanki eugenicznej legalnie zabija się ponad 90% wszystkich dzieci, to sprawa wymaga natychmiastowego działania. Znaczenie miała tu również kwestia kampanii społecznej, która odbywała się w mediach w okresie tego głosowania. Trudno jest rozmawiać o wszystkim naraz – wybraliśmy ten jeden przypadek, ponieważ mieliśmy szansę na uczciwą debatę: na przedstawienie argumentów dlaczego jest barbarzyństwem zabijać dzieci podejrzane o chorobę. Często jednak przedstawiano w mediach ten projekt jako taki, który miał całkowicie aborcji zakazać, a w tym roku tak nie było, chodziło tylko o tę jedną przesłankę. Gdyby owa nowelizacja została uchwalona, to 90% aborcji w Polsce byłoby zakazanych. Niestety tak się nie stało. Dlaczego osobiście zaangażowała się pani w zmianę tego prawa? K.G.: Zaangażowałam się przede wszystkim dlatego, że mnie ten temat osobiście dotyczy. W pierwszej ciąży, zaraz po stwierdzeniu u mojego syna zespołu Downa zaproponowano, że mi tego syna zabiją. To jest bardzo nieprzyjemna

Fot.: JAKUB SZYMCZUK

sytuacja, chwila kryzysu życiowego, kiedy człowiek musi poradzić sobie z informacją, której przecież nie chciał usłyszeć. Ludzie oczywiście kochają swoje dzieci z zespołem Downa, lecz na początku nie jest to zupełnie oczywiste, bo następuje duży szok. W tym momencie dokłada się drugą informację o tym, że lekarze mogą to dziecko zlikwidować. To mną bardzo mocno wstrząsnęło. Uświadomiłam sobie, że w Polsce są aborcje. Wcześniej żyłam w takim idealistycznym przekonaniu, że u nas się to nie odbywa, a jeśli, to jest to marginalna sprawa. Spojrzenie i stan świadomości zmieniają się diametralnie, gdy lekarze mówią, że zabiją ci dziecko. Początek mojego zaangażowania społecznego miał miejsce w taki sposób, że skontaktowałam się z fundacją „Pro ¬ - prawo do życia” ¬ gdy zaczęli pikietować w szpitalach, w których zabijało się dzieci z zespołem

Downa, a których ordynatorzy chwalili się tym w prasie. Pomyślałam, że może fundacja potrzebuje wsparcia, zadzwonię i powiem, że jestem z nimi i ich popieram. Krok po kroku ta współpraca się rozwinęła. Niedługo po pierwszych kontaktach z fundacją „Pro” zaszłam w drugą ciążę, z córką i miałam możliwość obserwowania jak traktuje się pacjentkę, która ma „obciążony wywiad”, czyli pierwsze dziecko z wadą genetyczną. Każdy badający mnie lekarz czepiał się mojego drugiego dziecka, mimo że mówiłam, że nie przebadam jej genetycznie, ponieważ obawiam się badań bardziej niż tego, że urodzę dziecko z wadą. Po prostu chciałam dać dziecku spokój i przyjąć je takie jakie jest. Okazuje się, że takie podejście to straszny problem dla lekarzy. Mam nawet wpisane w dokumentach to, że proponowano mi badania genetyczne dziecka, ale na nie nie poszłam. Chociaż w prawie nie ma nigdzie zapisu, że lekarz ma obowiązek na takie badania

s. 45


ROZMOWA

NUMERU

kierować! Przez takie sytuacje narósł we mnie bunt i niezgoda na rzeczywistość, w której z selekcjonowania i zabijania dzieci zrobiono w Polsce normę. To pchnęło mnie do fundacji, bo dotarło do mnie, że jeśli nie będę o tym mówić, to tak jakbym się na to wszystko godziła. Dlaczego kobiety decydują się na aborcję, czy to przez kryzys, o którym pani mówiła? K.G.: Myślę, że tak. Za pomocą obecnej ustawy aborcyjnej stworzono system, w którym w momencie kryzysu życiowego – pewnie największego – zostawia się kobietę z dwoma informacjami: o prawdopodobieństwie choroby dziecka i o tym, że istnieje wyjście z tej sytuacji. O tym, co to znaczy lekarze mówią bardzo miękko. Prawda o aborcji, którą pokazujemy bez znieczulenia i zupełnie otwarcie, do tej kobiety w takim momencie zapewne nie dotrze, bo tego w ogóle nie nazywa się aborcją. Jeden z lekarzy, którzy w Warszawie takich aborcji dokonują, powiedział wprost w wywiadzie w prasie: „ja nie mówię o aborcji, mówię <<ma pani wybór>>”. Propozycja „zabiegu” ma nie brzmieć groźnie. Gdy jednak kobieta chce to dziecko urodzić, jest to traktowane jako coś wyjątkowego. Jeżeli idzie na aborcję, pojawiają się głosy, że należy ją zrozumieć, bo jej dziecko było ciężko chore. Tworzy się więc normę z zabijania chorych dzieci. Wielokrotnie słyszymy: należy dać kobietom wybór, to ich decyzja ¬ nawet lekarze mówią, że robią tylko to, czego kobieta od nich żąda. Jest to tak naprawdę zrzucanie winy na kobietę mimo, że postawiono ją w takiej sytuacji, gdy bardzo trudno jej się przed tym obronić. Myślę, że to jest przyczyna decyzji o aborcji. Matka, kobieta w ciąży, idzie na aborcję i robi coś ,co jest niezgodne z jej naturą, ale robi to, bo tak ten system funkcjonuje. Jakie zagrożenia niesie ze sobą aborcja? K.G.: Pierwsze zagrożenie to oczywiście utrata życia przez dziecko. Istnieje też szereg zagrożeń natury

s. 46

Fot.: Jerzy Dudek

psychologicznej i fizjologicznej dla kobiety. Zabieg aborcji jest czymś zupełnie nienaturalnym - normalne jest, że kobieta zachodzi w ciążę, nosi to dziecko, rodzi je, karmi. Aborcja to brutalne przerwanie tego cyklu, które ma wpływ także na przyszłe ciąże. Wykonanie aborcji często skutkuje tym, że w następnej ciąży dziecko zmaga się z różnymi problemami, jest np. większe ryzyko krwawienia przy porodzie, niższa masa urodzeniowa dziecka. Aborcja ma niebagatelny wpływ na funkcjonowanie organizmu kobiety. Jeśli chodzi o koszty psychiczne, to wszyscy słyszeliśmy o syndromie post-aborcyjnym – kobiety latami wspominają to dziecko, płaczą za nim, wracają do tego co się stało. Nie jest tak, że można zabić swoje dziecko, nie pamiętać o tym, pójść w świat i tylko cieszyć się, że udało się wyswobodzić z problemu. To nie jest zabieg, po którym wszystko jest tak jak było. To nie jest cofnięcie czasu i spowodowanie, że ciąży nigdy nie było. To zabicie żywego człowieka. Jak ludzie mogą pomóc kobietom?

Czy jest jakaś konkretna modlitwa za te dzieci? K.G.: Warto polecić „duchową adopcję” dziecka nienarodzonego, a takie kobiety emocjonalnie wspierać. Zwłaszcza jeśli jest to osoba bliska, trzeba powiedzieć: „słuchaj, jeśli będzie ci trudno, to możesz na nas liczyć”. To bardzo ważne. Jednocześnie kobieta, która staje wobec oferty usunięcia ciąży powinna usłyszeć od bliskich, którzy chcą jej pomóc, prawdę bez znieczulenia. Lepiej powiedzieć „to będzie zabicie twojego dziecka” niż jej tego nie powiedzieć i ułatwić zrobienie tego. Konsekwencje będzie bowiem ponosić do końca życia. Z jednej strony na pewno ważne jest wsparcie, ale z drugiej strony równie ważne jest to, aby kobieta usłyszała prawdę o aborcji, bo od lekarzy, którzy taką ofertę składają, nie ma szans tego usłyszeć. 


ROZMOWA

NUMERU

s. 47


ROZMOWY

Serce Jezusa jest wzorem

serca każdego mężczyzny

s. 48


ROZMOWY

Ojciec Grzegorz Kramer, jezuicki duszpasterz powołań z Krakowa i twórca serwisu „Banita” wydał właśnie pierwszą książkę – „Męskie serce”. Dziś porozmawiamy z nim właśnie o niej, a także o męskiej duchowości, miejscu mężczyzn w Kościele oraz ich relacji z Bogiem i kobietami. Kajetan Garbela Skąd wziął ojciec pomysł na stworzenie takiej książki? Kiedy to było i czy ktoś miał na to wpływ? o. Grzegorz Kramer: Teksty powstały z pomysłu ks. Łukasza Kachnowicza. Gdy spotkałem się z nim w maju, rozmawialiśmy Mszach dla mężczyzn, które organizujemy w kościele św. Barbary w Krakowie. Ten pomysł bardzo mu się spodobał i postanowił zorganizować taką w Lublinie, w czerwcu. Kiedy zapytałem, dlaczego akurat w tym miesiącu, odpowiedział, że w czerwcu czci się Serce Jezusowe, a ono jest wzorem serca mężczyzny. Gdy powróciłem do Krakowa uznałem, że to całkiem fajny pomysł, by związać Jego Serce z męską duchowością i postanowiłem go ukraść, oczywiście za zgodą ks. Łukasza. Tak powstały czerwcowe rozważania na temat poszczególnych wezwań litanii do Serca Jezusowego. Publikował je Deon, zainteresował się nimi także Przemek Radzyński z serwisu mojepowolanie.pl, gdzie także wylądowały. Pod koniec czerwca Piotrka Żyłka z Deonu powiedział mi, że trzeba by to wydać w formie książki. Powiedziałem mu wtedy, że nie wydam nigdy żadnej książki, ale niedługo później wyjechałem w Beskid Sądecki i tam, w trakcie górskich wędrówek, postanowiłem jednak się na to zgodzić. W końcu tylko krowa nie zmienia poglądów (śmiech). Jak na pomysł wydania „Męskiego serca” zareagowali ojca przełożeni, współbracia? o. G.K.: Książka ma imprimatur mojego prowincjała, więc w jego osobie moi współbracia wyrazili na

“Serce Jezusa jest

wzorem męskiego serca, bo Jezus był mężczyzną i to jest fakt. To przecież proste. Można powiedzieć, że cała książka to kolokwializm - jest przecież napisana prostym językiem. nią zgodę. Co w trakcie pisania rozważań było dla ojca najważniejsze czy najtrudniejsze? Na pewno niektórzy czytelnicy część tekstu przeżywają bardziej, niż resztę. Czy ojciec w trakcie pracy nad nimi czuł podobnie? o. G.K.: Na pewno mogę tak powiedzieć o wszystkich wątkach osobistych, a jest ich trochę. Generalnie założeniem rozważań było to, żeby nie pisać żadnego traktatu teologicznego czy moralnego, których jest wszędzie pełno, także na ten konkretny temat, a jedynie dać wskazówki, jak mężczyzna może odnaleźć swoje serce w Jego Sercu. Myślę, że to jest najważniejsza, płynąca z niej treść. Nie uważa ojciec, że takie stwierdzenia, jak „Serce Jezusa jest wzorem męskiego serca” jest truizmem? Można przecież uznać, ze wszystko, co jezusowe, jest wzorem dla człowieka, że z Jezusa trzeba brać przykład, ale czy poza pięknymi słowami, dobrymi np. dla dzieci,

większość ludzi rozmyśla się nad ich sensem, wyciąga z nich jakąś naukę dla siebie? Kościół to powtarza jak mantrę i wielu z nas zapewne przyjmuje to bez zastanowienia. o. G.K.: Serce Jezusa jest wzorem męskiego serca, bo Jezus był mężczyzną i to jest fakt. To przecież proste. Można powiedzieć, że cała książka to kolokwializm - jest przecież napisana prostym językiem. Ojciec Wacław Oszajca, który uczył mnie na studiach homiletyki, mówił zawsze, że należy unikać nadmiernej ilości przymiotników, że wyszukany styl jest odpowiedni dla prac naukowych, a gdy mówi się do ludzi, trzeba unikać ozdobników, bo treści ich pozbawione po prostu lepiej się przyswajają. Taki konkretny, zwięzły styl jest chyba szczególnie lubiany przez mężczyzn… o. G.K.: Tak, jesteśmy nastawieni na to, by potrzymać jasne informacje, konkretne zadanie, a nie bawić się w epitety czy inne upiększenia. Czy „Męskie serce” może więc być jakimś konkretnym przewodnikiem dla mężczyzn, kompendium męskiej duchowości? o. G.K.: Myślę o nim raczej jako o zapalniku, który skłoni do dalszych poszukiwań, do drążenia, zagłębiania się w siebie i w Boga. Książka jest dosyć krótka i raczej przedstawia hasłowo pewne problemy. Niektórych może to nawet drażnić, ale według mojego zamysłu nie jest ona profesjonalnym przewodnikiem, raczej daje mężczyznom impuls do poszukiwania czegoś więcej.

s. 49


ROZMOWY Widzi może ojciec jakieś główne problemy mężczyzny w dzisiejszym świecie? Ich duchowości, powołania? Kobiety często twierdzą, że mamy dzisiaj kryzys męskości. o. G.K.: Uważam, że musimy przede wszystkim skończyć z myśleniem o „dzisiejszych czasach”, bo to generalizacja i spore uproszczenie. Wcale nie jest dużo gorzej niż kiedyś. Co prawda brakuje mężczyzn, którzy biorą sprawy w swoje ręce, ale czy to jest jakaś tylko dzisiejsza choroba? Wątpię. To wyobrażenie o dzisiejszych złych czasach jest zapewne spowodowane tym, że żyjemy w bardzo medialnym świecie, w którym wszelkie drobnostki są

bardzo nagłaśniane i wyolbrzymiane. Wszystko już kiedyś było, także problemy mężczyzn i ich relacji z Bogiem, ale nikt tak tego nie ogłaszał i przeżywał. Widać, że dziś wielu z nas boi się podejmować radykalnych decyzji, mogących zaważyć na całym życiu, ale jest też wielu, którzy działają i przyjmują wszystko z odpowiedzialnością. Warto zauważyć tych, którzy potrafią spełnić swoją rolę, są twórczy, opiekują się bliskimi, choć może nie są wcale tacy medialni. Nie wydaje się ojcu, że mężczyźni często nie chcą stanąć w prawdzie o sobie, o swoich problemach, ranach, które w relacji z Bogiem mogłyby zostać uleczone, rozwiązane? Że

zamiast rekolekcji, modlitwy, spojrzenia w swoje wnętrze wolą np. iść z tym wszystkim do kobiety, jej się żalić, szukać jej czułości i zrozumienia? o. G.K.: Tak często bywa, że mężczyzna woli właśnie takie kobiece, delikatne połechtanie od rozprawienia się z tym, co go boli, co nie pozwala mu prowadzić normalnego życie, także tego duchowego. Wybiera jej akceptację czy przytulenie, a nie słowa Boga, który każe mu przyjąć prawdę i skonfrontować się z tym, co trudne. Woli uciec w ramiona kobiety po krótkie znieczulenie, niż z Bogiem rozwiązywać ważne sprawy. Oczywiście, nie chcę twierdzić, że one są czułe i wyrozumiałe, a Bóg nie - On potrafi być bardzo czuły! Po prostu chce, abyśmy się z tym wszystkim zmierzyli, żeby to stało się naszym błogosławieństwem, a nie tylko powodem do użalania. Jak ojciec ocenia to, co Kościół oferuje dzisiejszym mężczyznom? Jak oni postrzegają ten problem? Gdy wejdziemy do naszych świątyń, widzimy tam najczęściej kobiety, mówi się nawet o „Kościele Żeńskokatolickim”. o. G.K.: Jeśli chodzi o książki, to wystarczy wejść do pierwszej-lepszej księgarni katolickiej i zobaczyć, że całe półki i regały są wypełnione treściami o duchowości mężczyzny, i nie mówię tutaj tylko o „Dzikim Sercu” i innych książkach Eldridge’a. Wielu autorów, tak duchowych, jak i świeckich podejmuje z sukcesem tę tematykę. Co do przewagi kobiet w kościołach, na pewno jest to w jakiś sposób spowodowane tym, że my, mężczyźni wolimy to wszystko, co związane z duchowością przeżywać w sobie, nie pokazywać tego na zewnątrz czy publicznie celebrować. Taka nasza natura, że chowamy się z tym, co jest w naszym wnętrzu bardzo osobiste. Ale dużą rolę gra tutaj także nasze lenistwo – po prostu nie chce nam się tam iść, nie chce nam modlić, przeżywać, otworzyć na Boga. Obawiamy się, że to może coś zmienić w naszym życiu, wymóc jakieś konkretne postawy, działanie, zmienić swoje myślenie i styl życia. Mężczyzna wcześniej przyzna się do tego, że jest mu w Kościele nudno, niż

s. 50


ROZMOWY

do tego, że on może na nim wymóc jakąś zmianę, przewartościowanie postawy czy nawet całego życia. Wydaje się, że kobiety łatwiej odnajdują się w Kościele. Może jest im prościej nawiązać relację z Bogiem, bo mają bogatsze życie wewnętrzne, są bardziej emocjonalne, no i Jezus jest mężczyzną, a Boga najczęściej nazywa się „Ojcem” o. G.K.: I my mężczyźni, i one podkreślamy co innego w relacji z Bogiem. Do ich duchowości bardziej pasuje Bóg jako „Oblubieniec”, a dla nas „Przyjaciel”, „Wódz” czy „Towarzysz”, jak nazywał Go założyciel jezuitów, Ignacy z Loyoli. To nie znaczy, że relacja Boga z mężczyzną nie może być czuła i mocna. Spójrzmy na apostołów - Jan, który w czasie Ostatniej Wieczerzy leży na piersi Jezusa, czyli jest Mu bardzo bliski dosłownie i w przenośni, ale jest też Piotr - toporny, lubiący mieć kontrolę, trzymać wszystko na dystans, często szybciej mówiący, niż myślący. W momencie, gdy zaparł się swojego Mistrza, choć wcześniej przysięgał, że nigdy tego nie zrobi, Jezus spojrzał na niego i Piotr od razu zapłakał. Bóg z każdym z nas może wejść w poważną relację i nie powinno się generalizować, że ktoś jest strasznie miękki albo strasznie twardy i to go dyskwalifikuje, bo w

każdym z nas jest i jedno, i drugie. Żaden ze sposobów przeżywania relacji z Bogiem nie jest od drugiego gorszy, o ile mi samemu naprawdę pomaga. Banita od samego początku cieszy się dużym zainteresowaniem. Nie sądzi czasem ojciec, że staliście się jakimś katalizatorem rozwoju męskiej duchowości, a przynajmniej jej wyjścia z ukrycia? Daliście jakiś dobry przykład, który zachęcił innych do wyjścia z ukrycia, ze swojego wnętrza do ludzi?

Nim. Fajnie, że Banita działa, że jest nas już ponad 18 000, ale trzeba być realistą. Lajki na Facebooku to wirtualna rzeczywistość, z aktywnością fanów jest różnie – znajdzie się może 4500 ludzi odpowiadających na to, co publikujemy, ale w realnym świecie wygląda to jeszcze inaczej. Nie żyjemy tą euforią. Mnie i Wojtka Werhuna – drugiego prowadzącego Banitę – interesuje coś innego. Jesteśmy solą, której jest mało, ale która nadaje smak, jest charakterystyczna, każdy wie, że sól to sól a nie np. pieprz.

o. G.K.: Na początku myśleliśmy podobnie, że otwieramy mężczyznom jakieś nowe drzwi do Boga, ale z dzisiejszego punktu widzenia nie mogę się z tym zgodzić. Okazało się, że duchowości męskiej jest w świecie mnóstwo i ma się ona całkiem dobrze. Działają różne wspólnoty, grupy formacyjne, choćby tutaj w Krakowie, i to od całkiem długiego czasu. Myślę, że bardziej, niż takie medialne akcje jest dla mężczyzn ważne świadectwo, zobaczenie na własne oczy, że ktoś inny daje dobry przykład, że jego to przemieniło. Nie chodzi o żadne ogłaszanie się, afiszowanie w internecie czy we wspólnotach, że się coś robi, ale o dzielenie się Panem Jezusem, który nas przemienił, zarażanie innych tym, co sami przeżywamy w Kościele, w relacji z

o. G.K.: Jezus był właśnie taką osobą, która zgodziła się dobrowolnie być wyjętym spod prawa, która pozostawała poza systemem. Jasne, że nie można do niego przykładać całej definicji słownikowej banity, bo nie zrobił niczego złego, nie złamał prawa, ale był tym, który się wyłamał z ówczesnego sposobu działania i myślenia. Słowo nie zawsze odda całą naturę, ale to konkretnie określenie wiążemy z tym, co napisaliśmy w misji Banity – że chcemy być mężczyznami w Kościele, że chcemy ciągle stawać się mężczyznami, stawać się w Kościele. To nie znaczy,

Skąd w ogóle nazwa Banity? Mnie od razu kojarzy się ona niekoniecznie pozytywnie, z kimś wyjętym spod prawa, stanowiącym zagrożenie, i taka jest przecież definicja tego słowa.

s. 51


ROZMOWY

że jeszcze nimi w nim nie jesteśmy, po prostu nasze życie jest ciągłym stawaniem się i chcemy się tego podjąć. Jakie akcje planujecie w ramach Banity w nadchodzącym czasie? o. G.K.: W ostatni weekend marca zapraszamy chłopaków na Projekt F.A.C.E.T, który odbędzie się w Nowym Sączu. Będzie czas na modlitwę, na refleksję, a także na ćwiczenia fizyczne a nawet walkę mieczem. W początkach lipca w Stąniątkach będziemy prowadzić rekolekcje w ciszy dl mężczyzny w wieku powyżej 30 roku życia. Po drodze planujemy także rekolekcje powołaniowe, a właściwie warsztaty, mające pomóc rozeznać mężczyznom drogę życiową. Tak więc Banita jest propozycją nie tylko dla młodzież? o. G.K.: Wiadomo, że na Facebooku nie siedzą raczej starsi, ale buszują w nim przeważnie młodzi. Ale już na Msze dla mężczyzn przychodzą także dorośli panowie, którzy już swoje przeżyli, i to także nas cieszy, jesteśmy na nich otwarci. Czy nie wydaje się czasem ojcu, że to jednak ci młodsi są aktywniejsi, mają większą potrzebę poszukiwania, przeżywania i rozwijania swojej wiary? Że potem to gdzieś cichnie, zanika, a

s. 52

może zostaje przytłoczone codziennymi obowiązkami, pracą, rodziną? o. G.K.: To także może być duże uproszczenie. Wiadomo, że chłopaki należący np. do duszpasterstwa akademickich mają takie właśnie rozwojowe skłonności, ale fakt, że mężczyzna po trzydziestce, który ma już żonę, musi zarobić na dom, wychować dzieci, nie wykazuje już takiej aktywności nie oznacza, że to stało się dla niego mniej ważne. Wcześniej spędzał na tym kilka czy kilkanaście godzin w tygodniu, ale teraz ma inne priorytety, doszły nowe zajęcia i po prostu nie może sobie pozwolić na wszystko to, co robił wcześniej. Nie musi wcale dobrowolnie się od tego odsunąć, ale po prostu wie, że trzeba zachować odpowiednie proporcje. Niektórzy z nich może nie potrzebują już tak dalej szukać, ale korzystać z tego, czego już doświadczyli? Znalazłem coś dla siebie i teraz raczej chcę pokazać to innym, zafascynować ich tym czy też pomóc znaleźć coś dla siebie? o. G.K.: Jest taka wspaniałą książka franciszkanina, o. Richard Rohra, pod tytułem „Spadać w górę”. Ojciec Rohr dzieli w niej życie mężczyzny na dwa etapy – w pierwszym buduje on pewne struktury, szuka pewnych

zasad, nazywa je po imieniu, w drugiej zaś stara się w ramach nich działać, umieścić w nich swoje doświadczenie, mądrość życiową. Kiedy jest się chłopcem, należy uczyć się pewnych rzeczy, akceptowania norm, w których trzeba funkcjonować, a gdy jest się dorosłym można je jak najefektywniej wykorzystać, z najlepszym skutkiem dla siebie i swojego otoczenia. Jakby ojciec zareagował, gdyby jakaś kobieta przeczytała „Męskie serce”? o. G.K.: Z tego, co wiem, większość kupujących to właśnie one. Jak wspominaliśmy, te treści były już publikowane w Internecie, więc zapewne wiele z nich je już zna. Nie są to na pewno jakieś tajemne czy magiczne treści tylko dla facetów, więc płci przeciwnej nie zaszkodzą. To jest naturalne, że chcemy się dowiedzieć czegoś o drugim człowieku, szczególnie mężczyźni o kobietach i na odwrót, a dużo łatwiej jest nam przeczytać niż zapytać wprost. Zresztą we wstępnie zapraszam kobiety do lektury więc może sam strzeliłem gola do własnej bramki (śmiech). 


ROZMOWA

NUMERU

s. 53


ROZMOWY

Jesteśmy coraz

większym

gronem przyjaciół Mariusz Baczyński

Pani Ilona Gosiewska jest osobą, którą miałem zaszczyt poznać rok temu, podczas wyjazdu na Ukrainę z paczkami z akcji „Rodacy Bohaterom”. Słowo zaszczyt w żadnej mierze nie jest tu na wyrost, takich osób po prostu nie spotyka się już prawie wcale. Tak więc szykowałem się do rozmowy z kobietą będącą prezesem stowarzyszenia Odra Niemen, które dla patriotyzmu i kombatantów robi więcej, niż wszystkie rządowe inicjatywy razem wzięte.

To może zacznijmy od początku, czyli od tego czym jest stowarzyszenie Odra Niemen i czym się zajmuje? Ilona Gosiewska: Stowarzyszenie istnieje od września 2002 roku. Działalność w obecnym kształcie rozpoczęto z chwilą wyboru Zarządu w obecnym składzie tj. od czerwca 2009 roku. Podstawą powołania Stowarzyszenia do życia była chęć pomocy Polakom mieszkającym na dawnych Kresach Wschodnich RP. Z czasem działalność rozszerzyła się na kwestie związane z propagowaniem tematyki i postaw Żołnierzy Wyklętych oraz związanych z opieką nad żyjącymi Weteranami Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Stowarzyszenie tworzy obecnie grupa ponad 70 członków z Wrocławia, Białegostoku, Poznania, Krakowa, Trójmiasta. W 2012 roku powołało do życia Oddział Podlaski, trwa rejestracja oddziału w Wielkopolsce i szykujemy się do tworzenia oddziału w Krakowie. Obecnie zajmujemy się trzema obszarami. Pierwszym jest akcja RODACY-BOHATEROM, opieka nad żyjącymi Weteranami Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość i

s. 54

“Naszą działalność

i zadania wspiera wiele różnorodnych środowisk. Przede wszystkim mamy wielu przyjaciół. Bardzo wspomagają nas media i portale lokalne a także niektóre ogólnopolskie. innych formacji niepodległościowych. Akcja RODAKOM POZA GRANICAMI KRAJU, w tym wypadku jest to współpraca z organizacjami polonijnymi i polskimi na Wschodzie i Zachodzie Europy. Oraz akcja ŻOŁNIERZOM WYKLĘTYM, czyli przywracanie pamięci o Niezłomnych, poprzez akcje edukacyjne Widzę, że Odra Niemen zajmuje się głównie pomocą kombatantom wojennym. Niestety, jest ich coraz mniej, kolejni odchodzą z tego świata, co z działalnością stowarzyszenia, zmieni swoje cele, czy stowarzyszenie przestanie działać? I.G.: Naszym głównym prz-

esłaniem, celem jest edukacja historyczna, przypominanie o zapomnianych bohaterach wojennych, powojennych, ale też o cichych bohaterach walki o polską tożsamość, kulturę i pamięć. Współpracujemy z Polakami na Wschodzie, którzy działają w polskich organizacjach, reprezentują różne pokolenia. Zajmują się oni sprawami Polski, ale też dbają o polskie miejsca pamięci, o polską tożsamość. Mamy to szczęście, że możemy tę pamięć wspólnie pielęgnować z żyjącymi kombatantami. Gdy odejdą na wieczną wartę, zostawią po sobie pamięć, którą dalej będziemy pielęgnować i ich idee i testamenty. Akcja związana z paczkami to tylko element naszej współpracy z kombatantami, pomagamy im remontować kwatery wojskowe, organizować tablice pamięci, edukować młodzież i to wszystko będziemy dalej robić. Natomiast akcja paczkowa już od tego roku rozszerzyła się na inne niż kombatanckie środowiska. Tytuł Rodacy-Bohaterom dotyczyć też będzie polskich środowisk trwających na stanowisku polskiej tożsamości i kultury, zarówno na Litwie, Łotwie, Ukrainie czy dalekim Naddniestrzu. Zbieramy też relacje kombatantów, tworzymy zbiory zdjęciowe i będziemy o naszych przyjaciołach kombatantach


ROZMOWY stale przypominać, tak jak to robimy z Żołnierzami Wyklętymi. Różne opinie wskazują na to, że nasze zadania są najbardziej potrzebne nam w kraju, do budowania własnej tożsamości i szacunku do tradycji, historii i bohaterów. Mamy nadzieję, że dzięki temu inaczej możemy patrzeć w przyszłość, znając swoje korzenie, będą dumnym z naszych dziejów. Jakie akcje ON aktualnie prowadzi, komu i gdzie konkretnie pomaga? I.G.: Razem z Komendą Główną Straży Granicznej przygotowujemy odsłonięcie tablic pamiątkowych na Litwie i Ukrainie. Przygotowujemy się do organizacji spotkań kombatantów z młodzieżą, wiosną kończymy renowację Kwatery w Dubiczach na Litwie. Nasza współpraca opiera się o współpracę z organizacjami kombatanckimi poza granicami kraju: BIAŁORUŚ – STOWARZYSZENIE ŻOŁNIERZY AK NA BIAŁORUSI – środowisko w Grodnie, środowisko w Lidzie, środowisko w Brześciu. LITWA – KLUB WETERANÓW AK W WILNIE, STOWARZYSZENIE POSLKICH KOMBATANTÓW NA LITWIE, STOWARZYSZENIE WRZESIEŃ’39. UKRAINA – LWOWSKIE TOWARZYSTWO POLSKICH KOMBATANTÓW I OSÓB REPRESJONOWANYCH. W Polsce współpracujemy ze wszystkimi formacjami niepodległościowymi, głownie na Dolnym Śląsku ale też w całym kraju. RODAKOM POZA GRANICAMI KRAJU - Podsumowujemy grudniową akcję paczkową Rodacy-Bohaterom i przygotowujemy się do akcji Wielkanocnej. Szykujemy listę zadań dla polskich środowisk poza granicami kraju. Czekamy na ogłoszenie wyników konkursów, głownie w MSZ, związanych z projektami adresowanymi do polonii i Polaków poza granicami kraju. ŻOŁNIERZOM WYKLĘTYM – organizujemy wrocławskie wydarzenia związane z Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych: 1 Marca - Uroczysta Msza Św. w Bazylice Garnizonowej św. Elżbiety w intencji Żołnierzy Wyklętych, z asystą wojska i służbą młodzieży i harcerzy podczas mszy. Będzie też Marsz Pamięci, inscenizac-

s. 55


ROZMOWY je, oprawa multimedialna. Pojawią się też pokazy filmów i kiermasz książek. Wieczorem Recital Muzyczny. Bierzemy aktywny udział w oficjalnych uroczystościach, koordynujemy zadania wrocławskie innych organizacji. Inne zadania to stale rozwijana grupa wolontariuszy, na bazie których powstała Grupa Młodych Stowarzyszenia Odra-Niemen. Realizuje ona wiele projektów, sporo się uczy, integruje i tworzy podstawę nasze organizacji. Kto w ogóle pomaga w akcjach? Zdarzają się jakieś firmy prywatne, organizacje pozarządowe? I.G.: Naszą działalność i zadania wspiera wiele różnorodnych środowisk. Przede wszystkim mamy wielu przyjaciół. Bardzo wspomagają nas media i portale lokalne a także niektóre ogólnopolskie: Nasz Dziennik, TVP Polonia, Portal Niezależna. pl, Gość Niedzielny. Zauważają nasze akcje pracownicy instytucji publicznych takich jak NIK, Urząd do spraw Kombatantów, Dolnośląski Urząd Skarbowy, Straż Graniczna. Wspaniale, że coraz chętniej angażują się w akcję studenci zrzeszeni w różne organizacje. Jak zawsze bardzo licznie wspierają nas i współpracują z nami na różnych poziomach szkoły zarówno podstawowe, gimnazja i średnie. Co ciekawe często to sami uczniowie stawali się animatorami zadań w swojej placówce. Zawsze też są z nami prywatni darczyńcy, którzy wspierają nas darem rzeczowym czy finansowym, czasami organizacyjnym czy logistycznym. Ta grupa to już kilka tysięcy osób. Zadanie ma także swoich stałych przyjaciół, których grono stale się poszerza. To kibice, bardzo różnych klubów sportowych. Grupa ta często niesprawiedliwie oceniana, u nas zdobywa tylko same najlepsze oceny. To kibice rozsławiają nasze akcje w internecie i swoich środowiskach, to kibice bardzo często stają się koordynatorami zadania w swoim mieście, angażując wiele innych podmiotów. To kibice pomagają nam w logistyce, organizacji zadań. Także oni często biorą udział w wyjazdach z darami na Kresy. My możemy wydać tylko jak najlepsze świadectwo tej grupie za świetną organizację, postawę w czasie

s. 56

akcji i wyjazdów, za współpracę ponad podziałami. Usłyszałam ostatnio zdanie od jednego z koordynatorów zadania, że projekt Rodacy-Bohaterom i samo Stowarzyszenie Odra-Niemen jest chyba jedynym tak mocno łączącym, tak wiele różnych, czasami odległych od siebie środowisk. A trudno jest znaleźć ludzi do pracy? I.G.: My nie narzekamy. Mamy sporą grupę przyjaciół w całej Polsce. Na nasze apele odpowiadają zawsze liczne środowiska. Zgłaszają się do zadań młodzi wolontariusze, ale też osoby z różnych pokoleń bo uważają, że dobrze działamy. Jesteśmy nastawieni na współpracę, staramy się dzielić swoim doświadczeniem, kontaktami, staramy się łączyć nie dzielić i może dlatego mamy sporo życzliwych osób wokół siebie. Staramy się też skupiać tylko na ważnych dla nas sprawach, oddzielamy się mocno od polityki i to też pomaga w budowaniu różnorodnej grupy przyjaciół.

Jak wygląda rekrutacja do Odry Niemen, każdy może się przyłączyć do stowarzyszenia? I.G.: Jesteśmy otwartą organizacją, ale nie zapisujemy od razu chętnych na listy naszych członków. Sprawdzamy się nawzajem w pracy, w działaniu. Te osoby, które przychodzą do pomocy i nie zrażają się ilością pracy, bo jest tego sporo, zostają potem w naturalny sposób członkami organizacji. Jednak ważna jest sama chęć pomocy. Nawet jak ktoś przyjdzie tylko raz pomóc przy paczkach czy innych zadaniach to też jesteśmy z tego radzi i cieszymy się z aktywności ludzi i tego, że interesujemy innych naszą działalnością. We Wrocławiu w każdy czwartek Grupa Młodych ma swoje spotkania, zapraszamy. Codziennie jesteśmy w biurze i zapraszamy chętnych do współpracy. W Białymstoku jest oddział, który zaprasza chętnych do pracy. W Poznaniu buduje się nowy oddział, gdzie też będzie można systematycznie włączyć się w naszą pracę. Inne zaprzyjaźnione śro-


ROZMOWY dowiska w Krakowie, czy na Pomorzu też są miejscem do naszej wspólnej pracy. Zapraszamy. A Pani historia pracy ze stowarzyszeniem? Jest to praca marzeń? I.G.: Jestem Prezesem Zarządu Stowarzyszenia Odra-Niemen, które razem z mężem zbudowałam w takiej formie jakiej obecnie funkcjonuje. Od 2009 realizujemy marzenie, które było w nas od lat. Od 2001 roku jeździłam do Polaków na Litwę, Białoruś, Ukrainę, Mołdawie, działałam społecznie w innych organizacjach. Nie zawsze byłam zadowolona z funkcjonowania niektórych z nich. Jednak praca zawodowa i inne rodzinne sytuacje nie pozwalały mi na pełne zaangażowanie się w sprawy mi bliskie. Przyszedł jednak moment i dobry czas na to, aby w pełni oddać się budowaniu własnej organizacji. Razem z mężem podjęliśmy trudną decyzję, oddając cały nas czas na pracę w stowarzyszeniu. Mając doświadczenie w biznesie, zobaczyliśmy, że są warunki aby budować coś trwałego i profesjonalnego w III Sektorze. W oparciu o naszą merytoryczną wiedzę, kontakty, wizję jak ma wyglądać „nasza organizacja” budujemy organizację nowoczesną, współpracującą z innymi, ale tez umiejącą zabiegać o środki finansowe w postaci dotacji na zadania. III Sektor bardzo się zmienia, profesjonalizuje i to pomaga nam w budowaniu ważnej dla nas sprawy. Mnie wspiera cała rodzina, córki są wolontariuszami w stowarzyszeniu, ale jest też kilka innych rodzin w całości oddanych tej instytucji. Jestem bardzo szczęśliwa, spełniona i niezmiernie dumna, chociaż jeszcze wiele pracy przed nami. Miała Pani kiedykolwiek chwile zwątpienia? I.G.: Od 2009 roku nie miałam ani chwili zwątpienia, czasami jak słyszę negatywną uwagę związaną z naszą pracą, wynikającą często z braku wiedzy o nas, to bardziej się boję niezrozumienia i żeby ktoś nam czegoś w złości nie chciał popsuć. Jednak mam tak dużo pozytywnych życzeń, uwag, szacunku i zyskałam tak wielu wspaniałych przyjaciół, że naprawdę

jestem bardzo szczęśliwa. Przez lata pracowałam w biznesie prowadząc rodzinną firmę i mimo wiedzy i doświadczeń nie osiągnęłam sukcesu i wcale go nie szukałam. Teraz cała ta zdobyta wiedza poukładała się tak jak powinna, wykorzystuję każdy jej element i tak jak nie umiałam walczyć o swoje pieniądze w biznesie nagle całkiem nieźle walczę o nasze sprawy w stowarzyszeniu. Nie mam też wypalenia, bo planów i pomysłów mam na kilka lat do przodu i stale powiększa się grono przyjaciół. A poza tym już na zawsze będę miała w sobie pęd do dalszej pracy bo wzruszenia i emocje jakie napotkały mnie w relacji z kombatantami, radość z jaką mnie witają i ich zaufanie to zaszczyt, ale też konieczność przekazania tych wzruszeń dalej. Najbardziej to jestem zmęczona bo nie mam czasu na nawet krótkie wakacje, ale zadania czekają. Dziękuję za te Pana pytania, bo przy okazji poukładałam w sobie kilka spraw związanych z moją obecną sytuacją. Życzę Panu i innym znalezieni swojej drogi, która daje pewność, że wykonujemy potrzebną, słuszną, znaczącą sprawę i niesiemy radość innym. Na koniec prosiłbym o kilka zdań. Dlaczego warto przystąpić do Odry Niemen i innych tego typu organizacji? I.G.: Mamy świetną atmosferę w stowarzyszeniu, zawiązują się przyjaźnie, tworzą się pary, jest już jedno małżeństwo u nas poznane i wiele,

wiele przyjaźni wśród kombatantów i Polaków na dawnych Kresach Wschodnich i nie tylko. Mamy mnóstwo przyjaciół w całej Polsce, którzy nas wspierają a i my pomagamy jak możemy. Mam wrażenie, ze jesteśmy organizacją czytelną, staramy się być przejrzyści, wszystko pokazujemy co robimy. Mamy działania wpisane w stowarzyszenie, nic poza nim. Każda czynność jest do sprawdzenia w różnych sprawozdaniach. Wysyłamy informacje o akcjach do darczyńców. Realizujemy dużo działań dotacyjnych, jednak sercem naszej organizacji jest wolontariat. Zdecydowana większość naszych czynności to praca społeczna. Zadanie Rodacy – Bohaterom jest naszą największą akcją, w 100% charytatywną. Jednocześnie dużo dajemy – szkolenia, integracja i udział w ciekawych projektach dla Wolontariuszy. Mamy kilka obszarów działań dla różnych grup. Organizujemy wyjazdy na spotkania z Rodakami i dzielimy się naszymi doświadczeniami. Najważniejsze jest jednak ogólne uczestnictwo w organizacjach pozarządowych, każdy może coś znaleźć dla siebie. Praca w III Sektorze może być emocjonująca, wiele ucząca, ale głównie stajemy się aktywni, pracujemy w grupie, tworzymy ważne wydarzenia. Warto szukać swojej organizacji, my zapraszamy do Stowarzyszenia Odra-Niemen. 

s. 57


REPORTAŻ

Kresy, Lwów

i Stara Sierra Nigdy nie byłem na Ukrainie. W sumie nie jest to kraj jakoś bardzo naznaczony turystyką. Kilka pięknych miast, kawał historii, która przeplata się z polskimi dziejami no i to Euro, które było i sobie poszło. Zawsze jednak chciałem choć na chwilę przekroczyć granicę Polsko Ukraińską. Takie marzenie dziecka, które gdzieś w głowie przetrwało do 21 roku życia.

Mariusz Baczyński Jak już się pojawiła możliwość, to nie mogłem tego przegapić. Na dodatek wyjazd wiązał się ze wspaniałą akcją pomocy Polskim kombatantom. Wszystko było załatwione, początek trzynastego kwietnia, 2013 roku. Tak naprawdę nie wiedziałem jak wszystko będzie wyglądać. Niewielki biały bus, wypożyczony od zaprzyjaźnionej placówki IPN-u wyruszył późną nocą z Wrocławia. O godzinie 6:00 był już w Krakowie. W środku wszyscy znużeni, dyskusje szybko się zaczynały, ale nagle się kończyły, sen niczym jakaś choroba przechodził z osoby na osobę, oszczędził tylko kierowcę. Dwie Licealistki i ich nauczyciel. Poza tym jechał z nami kibic – patriota zaangażowany w akcję od dawna, Pani Ilona, która to wszystko ogarniała i doglądała i ja, student z Krakowa, który o kombatantach i akcji nie wiedział prawie nic, poza tym, że zbiera się paczki i wysyła na Wschód. To dość ciekawa zbieranina ludzi, jednak zebrana w wspólnym celu, doskonale wiedząca, że to co robią jest ważne. Pierwszy postój był jeszcze w Polsce. Odwiedziliśmy lokalnego propagatora akcji pomocy żołnierzom polskim pozostawionym na dawnych ziemiach Polskich. Wizyta nie była długa. Śpieszyliśmy się do Medyki. Odebraliśmy kilka dokumentów, wypiliśmy herbatę, po-

s. 58

“Pierwszym kom-

batantem na naszej drodze był Pan Kawałek. Człowiek o niezwykle ciepłej osobowości. Wyglądał tak, jakby wojna na nim nie zrobiła żadnego wrażenia. Każdą opowieść przeplatał żartami.

nie zwracał na niego uwagi. Może dlatego, że wokół nas były już niemal tylko Ukraińskie rejestracje. Dopiero potem się okazało, że jaka sierra, taka cała Ukraina. Pierwszym kombatantem na naszej drodze był Pan Kawałek. Człowiek o niezwykle ciepłej osobowości. Wyglądał tak, jakby wojna na nim nie zrobiła żadnego wrażenia. Każdą opowieść przeplatał żartami. Może i czasami były one zbyt bezpośrednie i budziły zażenowanie płci pięknej, ale jak widać o wojnie każdy mówi inaczej. A zostawia ona niezwykle silne piętno, którego ciężko się wyzbyć.

jechaliśmy dalej. Medyka była absolutnie zapchana. Przejechanie Polskiej granicy poszło gładko, jednak po stronie Ukraińskiej był niewyobrażalny bałagan. Choć słowo bałagan i tak nie oddaje tego, co się tam działo. Na przejazd czekaliśmy wiele godzin. Gdzieś w gąszczu samochodów pojawiła się stara Sierra. Samochód specyficzny, bo nie dość że obładowany pod sam dach, to jeszcze na nim przypięte było kilka paczek styropianu. Jednak nie to było w tym wszystkim fascynujące. Samochód był złamany w pół, przerdzewiały, a drzwi zamykały się tylko pod działaniem buta. Jednak jakimś cudem jeździł. Nikt poza nami

Poza niezwykle wyrazistą osobowością gospodarza w oczy rzuciła się specyficzna gościnność. Na pierwszy rzut oka, niemal swojska, prawie Polska. Jednak jakaś taka inna. Czuć było we wszystkim co się piło i co się jadło wschodni posmak, może był on w powietrzu, a może tylko wydawało się mi, że wszystko jest tu prawie polskie, prawie, bo Ukraińskie. Dopiero uczyłem się słuchać kombatantów. Dochodziło do mnie niewiele. Walczył jako łącznik, był jednym z młodszych w jednostce. Potem przerwa, rozmowa schodzi na inny temat. Chwilę potem znów wraca wątek wojenny, ale inny, bo już o tułaczce po całym zamieszaniu.


REPORTAŻ Potem oglądałem zdjęcia, o których chwilę wcześniej była mowa, ale nie miałem pojęcia z czym były związane. Wiele z nich miało po kilkadziesiąt lat. Jednak w pamięci zostało tylko jedno: „A żona? Żona leży tu, zabita” i Pak Kawałek wskazuje na kolorowe zdjęcie, na którym płacze przy zmarłej małżonce. Odjechaliśmy i nie zdążyliśmy zjeść nawet połowy tego co było na stole. Dzięki temu, nasz bagażnik wzbogacił się o całe pudło z ciastami. Sprawa dość zabawna, bo to my mieliśmy dawać. Wtedy dopiero zrozumiałem, że najważniejsze w całej akcji nie są te wszystkie paczki, tylko sama nasza obecność w polskich domach, które tylko jakimś przypadkowym zrządzeniem losu są na po nie tej stronie granicy co trzeba Jechaliśmy dalej. Co poniektórzy jeszcze momentami drzemali. Jednak rozmowy stawały się coraz dłuższe i zahaczały nie tylko o wątki około wyjazdowe. Lwów szybko stanął nam na drodze. Kostka brukowa na większości ulic, trolejbusy i absolutny brak oznakowania. Droga mogła mieć dwa albo trzy pasy ruchu w jedną stronę, wszystko w zależności od tego jak duży tłok na jezdni aktualnie panował. Lwowiacy dość dobrze sobie z tym radzili, jednak my, przyjezdni, nieswojo czuliśmy się w tym specyficznym miejskim ruchu. Gdyby ktoś mnie wywiózł w nocy do Lwowa i postawił na którejś z uliczek w centrum historycznego miasta, byłbym pewien, że jestem ciągle w Krakowie. Zrozumiałem, że nie tylko mówi się o nim jako o polskim mieście, ono jest polskie. Wreszcie znaleźliśmy czas na to, by wyprostować nogi. Trzeba było coś zobaczyć. Nie odzywałem się, moja wiedza o Lwowie była prawie żadna, żeby nie powiedzieć zerowa. zaczęliśmy błądzić po mieście, bo zwiedzaniem tego nie można było nazwać. W dość przypadkowej kolejności odwiedzaliśmy kolejne miejsca. Szukając Bazyliki Ormiańskiej trafiliśmy na niewielki bazar, folklor w pełnym wydaniu. Szale, ozdoby koszule i drewniane zabawki. Nic nie kupiliśmy, ale wiedzieliśmy, że wrócimy tu jutro. Znajomy Pani

s. 59


REPORTAŻ Ilony, koordynatorki akcji, Włodek, załatwił kogoś kto oprowadzi nas po mieście, ale to dopiero za kilka godzin. Nadszedł czas na posiłek. Prowadzeni głosem żołądka deserowego szukaliśmy manufaktury czekolady. Miejsca magicznego, bo emanującego, zapachem szlachetnej masy kakaowej. Pech chciał, że kawiarnia otwarta miała być dopiero za godzinę, a tyle czasu nie mieliśmy, poszliśmy na szybką kawę w inne miejsce. Potem trafiliśmy do Pani Stefanii Wujcik. Pani Stefania to osoba represjonowana, Sybiraczka. Mieszka we Lwowie ze swoją rodziną. Podobnie jak u Pana Kawałka, nie obyło się bez poczęstunku, tu też nie udało się zjeść wszystkiego i znów część musieliśmy zabrać ze sobą. Historie wojenne Pani Stefanii były bogate w szczegóły. Słuchając ich można było wyłapać wiele drobiazgów. Jednak po chwili głównym wątkiem rozmowy stał się wyjazd do Polski. Jak się później dowiedziałem fundacja „Odra Niemen” co jakiś czas organizuje takie wyjazdy dla kombatantów. Nie są oni dzięki temu sami, nie tylko czekają na nasz przyjazd, ale i sami odwiedzają swój kraj. Próby przekonania do wyjazdu koniec końców spełzły na niczym. Na przeszkodzie to stawał nieodpowiedni termin, innym razem zbyt słabe zdrowie. My niestety musieliśmy jechać dalej. Paczki zostawiliśmy, ale tak naprawdę razem z nimi zostały tam nasze myśli. Dużo było nieskończonych wątków, napoczętych tematów i niedopowiedzianych historii. Odczuwałem permanentną potrzebę zaspokojenia tych wszystkich luk w opowieściach, jednak ponad tą niewiedzą unosiła się tylko poświata zdumienia nad tym, jak te wszystkie osoby mogą być pozostawione samym sobie. „Dlaczego im nikt nie pomaga?” zapytałem gdy wracaliśmy do samochodu. „Nie mają obywatelstwa i nie głosują”. Nie było czasu na dyskusje, ciekawsze tematy szybko zakończyły wymianę zdań. Pani Bogusława Czerna, jak się później okazało, ostatni kombatant na naszej drodze. Intelektualistka, która

s. 60

latami organizowała i angażowała się w Polską społeczność we Lwowie. Niestety straciła wzrok przez nieszczęśliwy wypadek. Od tamtego czasu jej życie ogranicza się do mieszkania, w którym spoczywa kawał historii. Ta wizyta była zupełnie inna. Rozmowa była przesycona wspomnieniami. Lwów, wojna i rodzina pani Bogusławy - te historie przeplatały się nawzajem. Mimo, że oczy odmawiały jej posłuszeństwa, to pamięć przywoływała obrazy na tyle wyraziste, że bez problemów mogliśmy odnaleźć je w grubych albumach. Niemal każda historia wiązała się w jakiś sposób z Polską. To wątek kończył się na polskich organizacjach działających we Lwowie, to historia dotykała Wrocławia, bądź Krakowa i jej rodziny, która lata temu została tam przesiedlona. Uwagę przykuwały oczy kombatantki wpatrzone w jeden punkt. Nie zachowywały się jednak tak jakby niczego nie widziały.

Mówiąc o Lwowie widziały Lwów. Mówiąc o wojnie, zasięgały obrazów z tego czasu. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Co widziały gdy mówiła: „Lwów już nie pachnie tak jak kiedyś.” Nasze plany ulegały zmianie. Mieliśmy, co prawda, odwiedzić Rzymskokatolicką Parafię Św. Apostołów Piotra i Pawła w Przemyślanach. Warto dodać – polską Parafię. Jednak nie planowaliśmy zostawić tam takiej ilości paczek. Zobaczyłem w niej zupełnie inny obraz Polaka na Ukrainie. Spotkaliśmy tam ludzi młodych, którzy chcą dopiero budować swoją przyszłość. Ludzi trochę starszych, którzy wychowują najmłodsze pokolenie i proboszcza – nadzorcę całej tej grupy ludzi, który twardą, ale i życzliwą ręką pilnuje żeby Polskość nie umarła w Przemyślanach. Dotarliśmy do Berezhan. Miasteczka, które lata świetności ma zdecy-


REPORTAŻ

dowanie za sobą. Działa tam kolejna Polska Organizacja, która wspiera Polskość i Polaków. Głównym celem tej grupy ludzi jest opieka nad cmentarzem, na którym leży wielu Polskich żołnierzy. Niestety Polskie mogiły są tam regularnie dewastowane przez Ukraińskich mieszkańców miasteczka. Jednak nie tylko stan polskich grobów wołał o pomstę do nieba. Cały cmentarz jest zaniedbany, zarośnięty i prawie zapomniany. Oddaliśmy resztę paczek. Biały bus pożyczony od IPN-u stał się już praktycznie pusty. Tu zakończyła się akcja pomocy i pozostało już tylko z wolna wracać do Polski. Odwiedziliśmy jeszcze ruiny zamku w Berezhanach, który niegdyś był piękną budowlą. Założony przez Mikołaja Sieniawskiego w XVI w. swoje lata świetności miał za sobą. Sypiące się mury kryją wiele tajemnic. Jednak nie każda zostanie zauważona, bo wielkim rumowiskiem zajmuje się tylko

pojedynczy pasjonat, który jest historykiem i archeologiem w jednym. Ostatni dzień nie zapowiadał się intensywnie. Odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski, oddaliśmy hołd żołnierzom poległym w walkach. Wszyscy jednak byli już zmęczeni. Szczytny cel przerodził się w zwiedzenie cmentarza i odnajdywanie nagrobków wielkich ludzi, potem wolnym krokiem przechadzaliśmy się uliczkami wśród mogił. Nie mówiliśmy zbyt wiele, każdy po tym czasie miał swoje sprawy do ułożenia w głowie. Wróciliśmy do Polski. Wracając znów spędziliśmy wiele godzin na granicy i znów szybciej było po Polskiej stronie. Tym razem nie mijaliśmy zdezelowanej starej Sierry. Jednak ten samochód przez cały czas siedział w mojej głowie i dopełniał obrazu naszego wschodniego sąsiada. Sąsiada, który prawie cały jest jak ta Stara Sierra. Bo wśród tych wszyst-

kich zdezelowanych dróg, niewielkich biednych miejscowości i starych, niszczejących domków, co jakiś czas pojawi się jakaś dacza multimilionera, która wygląda tak jakby była w innej Ukrainie. Pozbawionej problemów, biedy i Polskich żołnierzy. Kombatantów z roku na rok ubywa. Mieliśmy odwiedzić ich znacznie więcej niż tylko troje. Jedni odchodzą, inni są zbyt schorowani żeby nas przyjąć. Część potrzebuje ciągłej opieki, a nie tylko okazyjnej paczki. Oczywiście, każda pomoc jest na wagę złota. Jednak nie unikniemy tego, że za kilka lat stracimy weteranów na dobre. Nie znajdziemy ich za żadną znaną nam granicą. Wraz z nimi odejdzie cała ich nieogarnięta wiedza, zamilkną opowieści i pozostaną tylko zdjęcia, do których nie będziemy wstanie dopasować żadnej konkretnej historii. 

s. 61


EDUKACJA

Lepiej być nie może

s. 62


EDUKACJA Rodzice się martwią o swoje pociechy. Politycy mają ich w nosie. Premier przekonuje, że panika nie jest potrzebna, bo przecież wzorujemy się na Europie. Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że szkoły nie są gotowe, by zapewnić sześciolatkom odpowiednie warunki do nauki. Tymczasem Ministerstwo Edukacji Narodowej postanowiło przeprowadzić... ANKIETĘ, żeby sprawdzić, co słychać u dyrektorów. Kamil Duc

KTOŚ TU KŁAMIE

Ministerstwo Edukacji Narodowej opublikowało w ostatnią środę wyniki ankiety, w której pytano dyrektorów i Rady Rodziców wszystkich szkół podstawowych o przygotowanie placówek do przyjęcia sześciolatków. Przyglądając się kolorowym wykresom, chciałoby się stwierdzić, że trudno marzyć o lepszych warunkach dla uczniów niż te proponowane w naszych polskich szkołach. Bo przecież jest dobrze. Dyrektorzy są zadowoleni i to najważniejsze. Wygląda na to, że nie ma się co martwić o nasze sześciolatki. By poczuć ironię, trzeba po prostu zobaczyć pytania przygotowanej ankiety. Pierwsze z nich brzmiało: „W jakim stopniu, Pani(a) zdaniem, szkoła ma przygotowane pomieszczenia i pomoce dydaktyczne do pracy z 6-latkami w klasie pierwszej?” Ponad 60% dyrektorów określiło ten stan jako dobry, natomiast prawie 33% jako bardzo dobry, co daje nam razem 93% ankietowanych. Odpowiednio dla Rady Rodziców liczby te wynosiły prawie 55% i 39% co daje razem 94% badanych. Opcję „nie jest przygotowana” zaznaczyło zaledwie 0,28% dyrektorów oraz 0,84% przedstawicieli Rady Rodziców. Reszta oceniła stan jako dostateczny. Życzyłbym sobie, żeby stan faktyczny szkół odpowiadał temu, co pokazują wyniki ankiety. Ktoś powie, skąd wiesz, że tak nie jest? Z dwóch prostych powodów. Pierwszy to wątpliwa forma sprawdzenia kondycji placówek. Jeśli o tym, że są one dobrze przygotowane do zajęć z sześciolatkami, ma świadczyć subiektywna opinia dyrektora wyrażona w formie oceny w podanej skali, to jak można wyciągnąć stąd konstruktywne wnioski? Druga kwestia to

“Życzyłbym sobie, żeby stan faktyczny szkół odpowiadał temu, co pokazują wyniki ankiety. Ktoś powie, skąd wiesz, że tak nie jest?

zadziwiająca niezgodność z wynikami uzyskanymi przez Najwyższą Izbę Kontroli, która sprawdzała niecałe pół roku temu MEN, 16 urzędów gmin i 32 szkoły podstawowe właśnie pod kątem ich przygotowania do przyjęcia sześciolatków. Okazało się bowiem, że 50% ze skontrolowanych placówek oświatowych nie spełnia zalecanych wymagań dotyczących wyposażenia sal lekcyjnych. Nie sądzę, żeby zmiany nastąpiły tak szybko.

CO O TYM WSZYSTKIM MYŚLEĆ

Nasuwa się pytanie, kto próbuje nas oszukać. Nie sądzę, by był to NIK. W takim razie cień podejrzeń pada na dyrektorów szkół. Przepraszam za takie uproszczenie, ale nie przypuszczam, żeby Rada Rodziców miała odpowiednie kompetencje, by realnie oceniać stan placówek. Co innego jej kierownik. O czym jednak świadczą wyniki ankiety? Przede wszystkim o tym, że dyrektorzy bardzo lekko podeszli do tematu. Trudno ocenić mi kondycję wszystkich szkół podstawowych w Polsce, ale nie mam żadnych podstaw, by twierdzić, że jest tak kolorowo, jak przedstawiają to słupki w publikacji ministerstwa. Równie dobrze mogę wziąć za wyznacznik opinie rodziców, którzy buntują się przeciwko posyłaniu swoich sześcioletnich dzieci do pierwszej klasy. Dlaczego nie pozwolono właśnie im wypowiedzieć się w tej

sprawie? Przypomnę, że w listopadzie odrzucono obywatelski wniosek o przeprowadzenie referendum między innymi w sprawie obniżenia wieku obowiązku szkolnego. Ponad milion zebranych podpisów nie zasłużyło na uwagę rządu. Wyniki referendum można było przewidzieć. Z pewnością nie świadczyłyby one o poparciu dla poczynań ministerstwa. Za to ankieta, w której dyrektorzy widać wiedzieli, czego się od nich oczekuje, służy dzisiaj jako podpórka dla resortu. Na jej podstawie stwierdzić można, że szkoły są w bardzo dobrym stanie. Tylko dlaczego nie przekłada się to na spokój rodziców? Honoru ministerstwa broni w tym wypadku fakt, że wyniki ankiety nie zostały opatrzone żadnym komentarzem. Osobiście nigdy bym ich nie opublikował. Nie dość, że o niczym one nie świadczą, to wyglądają śmiesznie. Te optymistyczne odpowiedzi nie mają żadnego odzwierciedlenia w praktyce. Co znaczy wyposażanie, jeśli nauczyciel nie potrafi go wykorzystać. Na pytanie „Jak nauczyciele prowadzą zajęcia edukacyjne w klasach pierwszych?” prawie 40% ankietowanych odpowiedziało, że w sposób tradycyjny. Szkoły nie są dostosowane do potrzeb rozbrykanych malców, które uczą się na swój sposób poprzez zabawę. Są przecież różnice między prowadzeniem zajęć w zerówce i w szkole. Trudno mi sobie wyobrazić, że nagle nauczyciele w pierwszej klasie zupełnie zmienią dotychczasową formę lekcji na bardziej przedszkolną.

WRACAJĄC DO ANKIETY…

Oczywiście ankieta nie ograniczała się do dwóch pytań. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze kilka innych.

s. 63


EDUKACJA Sprawdzano między innymi „W jakim stopniu, Pani(a) zdaniem, szkoła ma przygotowanych nauczycieli do pracy w klasie pierwszej?”. Tu dopiero można się cieszyć. 90% dyrektorów oceniło kompetencje kadry jako bardzo dobre. Większość z pozostałych określiło je jako dobre. NIK stwierdził rzeczywiście, że wszyscy zatrudnieni w kontrolowanych szkołach nauczyciele posiadają odpowiednie kwalifikacje. Jednak studia to nie wszystko. Wspomniane wcześniej obserwacje o lekcjach prowadzonych w sposób tradycyjny w ławkach przez 45 minut dowodzą, że nauczyciele nie są tak świetnie przygotowani. Mam nadzieję, że dyrektorzy są tego świadomi. Nie wiem czy to dobrze, że aż tak ufają swoim pedagogom. Na pytanie o stopień przygotowania miejsc do zabaw i wypoczynku (chodzi tu między innymi o świetlice) dyrektorzy znów odpowiedzieli z wielkim optymizmem. Około 87% z nich oceniło stan rzeczy jako dobry lub bardzo dobry. Tymczasem z raportu NIK wynika, ze około 60% placówek nie spełnia wszystkich wymagań w zakresie organizowania miejsc zabaw i opieki świetlicowej. Są to sprawy bardzo ważne, więc nie można ich traktować tak lekko. Uśmiech na twarzy wywołuje jedno z pytań zadanych tylko Radzie Rodziców: „Czy Państwa zdaniem dzieci są zadowolone ze szkoły?” Widać jednak, że nie było problemu z udzieleniem odpowiedzi. Niemal jednogłośnie (99,84%) stwierdzono, że tak. Czego więcej oczekiwać? Uczniowie się cieszą, szkoły są świetnie przygotowane, a ministerstwo czuwa. Tylko rodzice sześciolatków wciąż nieprzekonani. Choć sam mam mieszane odczucia w stosunku do obniżenia wieku obowiązku szkolnego, to nie podzielam optymizmu dyrektorów w kwestii przygotowania do tego szkół. Gdyby wyniki ankiety ministerstwa odzwierciedlały rzeczywistość, mielibyśmy świetnie funkcjonujący system edukacji. A trudno wysunąć taki wniosek, obserwując realia polskiego szkolnictwa. 

s. 64


Przekaż 1% swojego podatku na

FUNDACJĘ RODZIN POLSKICH IM. BŁ. JANA PAWŁA II która działa na rzecz rodzin i małżeństw, w szczególności znajdujących się w sytuacji kryzysowej!

KRS 0000003534 z dopiskiem „Rodzina” Akcja przeprowadzana jest w porozumieniu ze Stowarzyszeniem Katolickiej Wspólnoty "EMMANUEL"

www.fundacjarodzin.pl

s. 65


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Kościół bez

propagandy

Kamil Duc

Reformy w Watykanie trwają. Franciszek nie tylko umie uporządkować kwestie finansowe kurii rzymskiej, ale, jak się okazuje, potrafi również zamówić autobus na wycieczkę! Ale nie w tym powinni naśladować go polscy biskupi. Papież sprawdził się w konfrontacji z naszym Kongresem Kobiet, a to sztuka wcale niełatwa. Jednak mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie. Za dwa lata zjadą się do nas setki tysięcy młodych i trzeba się nimi zająć.

Ucichły głosy o spiskach Benedykta XVI. Szkoda. Było ciekawie. Ale zamiast skupiać się na wymuszonych przez media tłumaczeniach emerytowanego papieża, możemy przyglądnąć się faktom dotyczącym współpracy jeszcze wtedy kardynała Ratzingera oraz Jana Pawła II. Na portalu tygodnika „Niedziela” został bowiem opublikowany fragment wywiadu z Benedyktem będący częścią książki „Accanto a Giovanni Paolo II”, która zawiera wypowiedzi najbliższych pomocników polskiego papieża. Słowa emeryta są kolejnym dowodem na to, że najwyższe władze Kościoła działają zupełnie inaczej niż w normalnym państwie. Pięknie przedstawiona tu została pełna ufności i życzliwości relacja dwóch hierarchów. Życzyłbym sobie takiej współpracy między polskimi politykami. Franciszek ma udać się w maju do Ziemi Świętej. Co jednak ciekawsze trzy miesiące później odwiedzi Koreę Południową. Podróż apostolską zaplanowano na 13 sierpnia. Papież chce wziąć udział w VI Dniu Młodzieży Azjatyckiej odbywającym się w diecezji Daejeon. Wybór miejsca nieco zaskakuje, pozytywnie oczywiście. Mimo że Europa również potrzebuje intensywnej pracy duszpasterskiej, wizyta w tym odległym kraju może przynieść lepsze efekty niż na naszym kontynencie. Włoski misjonarz o.

s. 66

“Wydaje się, że nowy

przewodniczący episkopatu dobrze odczytuje najważniejsze potrzeby Kościoła. Świadczą o tym słowa skierowane zaraz po wyborach do dziennikarzy. Vincenzo Bordo OMI zwraca uwagę, jak daleko posunęła się sekularyzacja koreańskiego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich 20 lat. Może podróż apostolska tchnie nowego ducha i Azja otworzy się na nowy wizerunek Kościoła. Nie podzielam jednak nadziei arcybiskupa Seulu kard. Andrew Yeom Soo-Junga, który liczy na to, że wizyta Franciszka wpłynie na pojednanie i pokój Półwyspu Koreańskiego. Wielki Post trwa, więc wypada wziąć udział w rekolekcjach. Nie inaczej jest też w kurii rzymskiej. Kardynałowie i biskupi razem z papieżem spędzili tydzień w Ariccii 30 kilometrów od stolicy, słuchając konferencji ks. prałata Angelo De Donatis. Jest to istota sprawy, z czego nie zdają sobie sprawy polskie media. Skomentowały co prawda to wydarzenie, jednak całą uwagę skupiły na…

autobusie. Tak! Na autobusie, którym hierarchowie udali się do Ariccii. Niesamowite. Limuzyny zostały w garażu. Doprawdy niesamowite. Interia nazwała to nawet „nowym stylem papieskich rekolekcji”. Komentarz chyba zbędny. Rzecznik watykański ks. Federico Lombardi ogłosił informację o zamknięciu Komisji ds. Studium Problemów Organizacyjnych Stolicy Apostolskiej. Franciszek na poważnie zajął się kwestią finansów Watykanu. Stworzył Sekretariat ds. Ekonomicznych. Jednostka ta będzie zajmowała się czuwaniem nad całą machiną działań gospodarczych Stolicy Apostolskiej. Do jej zadań należy też przygotowywanie budżetu Państwa Watykańskiego. Nadzór nad kwestiami administracyjno-ekonomicznymi będzie sprawować Rada ds. Ekonomicznych złożona z powołanych w ubiegłym tygodniu 8 kardynałów oraz 7 osób świeckich pochodzących z różnych krajów świata. Wszystkie zmiany mają ujednolicić i unowocześnić procedury finansowe, dostosować je do obowiązujących norm oraz sprawić, że staną się bardziej przejrzyste. Prefekt Sekretariatu ds. Ekonomicznych kard. George Pell zapowiada, że zostanie wprowadzona dyscyplina finansowa, by jak najlepiej zagospodarować środki, jakimi dysponuje Watykan. Wspomniał, że opowieści o bogactwach Kościoła są


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

mocno przesadzone. Zaoszczędzone pieniądze mają pomóc ubogim. Efektów spodziewa się już w przyszłym roku. Podjęte przez papieża kroki są roztropne. Jeśli prognozy prefekta się sprawdzą, będzie to świadczyło o wielkim sukcesie w reformie kurii rzymskiej. Jednak dużo ważniejsze dla nas zmiany zaszły w polskim Episkopacie. Nowym przewodniczącym został metropolita poznański abp Stanisław Gądecki, który przez dwie ostatnie pięcioletnie kadencje pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego KEP. Katolicka Agencja Informacyjna opublikowała niedawno wywiad z abpem Gądeckim, na podstawie którego można domyślać się, w jakim kierunku poprowadzi on działania episkopatu. Zależy mu, aby polscy biskupi w swych kontaktach z wiernymi przejęli styl Franciszka. Będzie to zadanie trudne, bo jak sam zauważa, potrzebna jest tu zmiana sposobu myślenia zarówno duchownych jak i wiernych. Zwrócił on także uwagę na postawę młodych księży, dla których samorealizacja często wyprzedza ewangeliczną troskę o ubogich. Wydaje się, że nowy przewodniczący episkopatu dobrze odczytuje najważniejsze potrzeby Kościoła. Świadczą o tym słowa skierowane zaraz po wyborach do dziennikarzy. Wśród priorytetów wymienia młodzież, rodzinę, powołania i ubogich. Nie inaczej ma się sprawa z całym episkopatem. Pokazują to komentarze

hierarchów wygłaszane po ostatnim zebraniu plenarnym w Warszawie. Chodzi tu przede wszystkim o wyjście Kościoła do ludzi, otwarcie na ich problemy i próbę zrozumienia, a także o skupienie się na ubogich i najbardziej potrzebujących. Mówi się tu o rodzinach, ale także o pomocy dla małżeństw. Istnieje zaplecze ale nie działa tak jak powinno głównie przez wizerunek, jaki Kościół w Polsce sam sobie wypracował. Ważną inicjatywą z punktu widzenia pracy duszpasterskiej są również zbliżające się Światowe Dni Młodzieży 2016. Przygotowania już trwają. Podobnie jeśli chodzi o 1050 rocznicę chrztu Polski oraz kanonizację Jana Pawła II. Wierni powinni zaangażować się w te wydarzenia. Trzeba im to tylko umożliwić. I jeszcze jeden ciekawy wniosek z obrad KEP. Mianowice potrzeba większej aktywności Kościoła w mediach. Obecność na portalach społecznościowych hierarchów lub środowisk katolickich powinna być normą, nie wyjątkiem. Niestety papież Franciszek nie spotkał się osobiście z Kongresem Kobiet, choć wierzę, że bardzo by tego chciał. Wysłał na rozmowę swojego przedstawiciela. Nuncjusz Celestino Migliore przekazał przedstawicielkom ruchu Henryce Bochniarz oraz Dorocie Warakomskiej odpowiedź papieża na ich list sprzed kilkunastu tygodni. Członkinie stowarzyszenia pisały w nim o atakach na zwolenników idei równości płci oraz oskarżały polskich hierarchów o nierespektowanie praw kobiet i mylne rozumienie pojęcia

gender. Arcybiskup przedstawił punkt widzenia Kościoła na temat problematyki gender. Franciszek ma świadomość, że obie strony sporu czynią inne założenia i dlatego nie mogą się spotkać. Jednak zarówno Kongres Kobiet jak i biskupi mają po trochę rację. Problem w tym, że zagarniają każde sobie prawdę na wyłączność. Nuncjusz wyraził chęć współpracy na gruncie pomocy kobietom, które są źle traktowane. Przedstawicielki ruchu postrzegają spotkanie bardzo pozytywnie. Twierdzą, że dzięki niemu Kościół inaczej spojrzy na ich działalność. Moim zdaniem będzie tak tylko wtedy, gdy Kongres skupi się na realnych problemach. Niestety działalność środowisk feministycznych często próbuje na siłę pchać kobiety tam, gdzie wcale nie czują się dobrze, a zupełnie nie zauważa ich przedmiotowego traktowania przez chociażby przemysł reklamowy. Nie każdy jest świadom, jaki ogrom pracy czeka Kraków ale i wiele diecezji przy organizacji Światowych Dni Młodzieży. Wydaje się, że termin ogłoszony przez kardynała Dziwisza na koniec lipca 2016 roku to odległa data. Nic bardziej mylnego. Wydarzenie na tak wielką skalę wymaga maksymalnego wysiłku już teraz. Zgłoszonym w tym momencie miejscem spotkania z papieżem są Krakowskie Błonia. Jednak pomysł ten spotkał się z krytyką. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że trzeba będzie zmieścić tam w najlepszym razie około dwóch milionów osób. Jedynym argumen-

s. 67


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA tem za są oszczędności. Ten teren nie wymaga tak wielkich nakładów finansowych, jak inne zupełnie niedostosowane do tego rodzaju akcji pola. Z dotychczasowych działań zadowolony jest ks. João Chagas z Papieskiej Rady ds. Świeckich, który kontrolował w ostatnim czasie Komitet Organizacyjny ŚDM w Krakowie. Wyraził on zachwyt naszym krajem i gościnnością, jakiej doświadczył w stolicy Małopolski. Chciałbym być nastawiony równie optymistycznie. Potrzeba sporego zaangażowania nas, młodych, aby to niezwykle ważne wydarzenie w Kościele udało się zorganizować na dobrym poziomie i aby przyniosło nam ono coś więcej niż reklamę dla Polski. Przy Akademii Ignatianum w Krakowie prowadzonej przez jezuitów powstało Centrum Ochrony Dziecka. Ojciec Adam Żak, który będzie kierował instytucją tak określa jej zadania: „Nie zamierzamy skupić się na teorii, ale poprzez opracowywanie programów prewencji, szkolenia wolontariuszy i specjalistów chcemy walczyć z nadużyciami seksualnymi wobec nieletnich i przyczynić się do tworzenia bezpiecznych środowisk dla dzieci i młodzieży we wszystkich dziedzinach pracy duszpasterskiej, formacyjnej i wychowawczej.” Niewątpliwie wpisuje się to w całokształt działań na rzecz najbardziej potrzebujących. Pokazuje to, że walce z pedofilią podejmowane są konkretne kroki. Kościół wykazuje inicjatywę, ale często jest ona hamowana przez państwo. Miejmy nadzieję, że to dzieło przyniesie wymierne efekty. Na koniec mała ciekawostka. Do papieskiego muzeum w Wadowicach na trzy lata trafi interesujący eksponat. Dziś w ręce dyrektora ma trafić pistolet, z którego oddał strzał Ali Agca 13 maja 1981 roku, próbując zamordować Jana Pawła II. Za trzy tygodnie nastąpi otwarcie nowej ekspozycji. Po remoncie muzeum zostanie ona powiększona i zaopatrzona w nowe eksponaty. Może kanonizacja papieża Polaka stanie się dobrą okazją do odwiedzenia Wadowic, gdzie, jak widać, kremówki nie będą jedyną atrakcją. 

s. 68


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

s. 69


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Komunia dla

rozwodników? Od czasu do czasu – a między innymi niedawno – powraca w mediach jeden z nieśmiertelnych tematów związanych z Kościołem, a mianowicie: rzekomo oczekiwana i bliska zmiana nauczania Kościoła w kwestii udzielania komunii świętej osobom rozwiedzionym, żyjącym w kolejnym związku.

Kamil Majcherek Niestety, powodem, dla którego temat ten pojawił się po raz kolejny, była – mówiąc delikatnie – kontrowersyjna wypowiedź znanego teologa, kardynała Waltera Kaspera, w której postulował on zmianę obecnie obowiązującej dyscypliny, czyli dopuszczenie do udzielania komunii osobom rozwiedzionym, żyjącym w nowych związkach. Jak zwykle bywa w kontekście tego tematu, potrzebę takiej zmiany uzasadnia się głównie mitycznymi „warunkami panującymi w obecnym społeczeństwie” i rzekomą koniecznością dostosowania się do nich oraz miłosierdziem wobec grzeszników. Sam wspomniany hierarcha, uderzając w wysokie tony, pytał między innymi: „Czy możemy odmówić sakramentu pokuty i komunii w sytuacji, gdy osoba rozwiedziona i żyjąca w nowym związku wyrazi skruchę z powodu rozpadu swego pierwszego małżeństwa i zapewni, że uczyni wszystko, aby jej drugi związek cywilny żył wiarą?”. Tymczasem odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: tak – i to nie tylko możemy, lecz musimy w takiej sytuacji komunii odmówić. Co mówi dziewiąte przykazanie? Co powiedział Jezus? „Każdy, kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo; i kto oddaloną przez męża bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo”. (Łk 16,18). Co pisze święty Paweł? „Tym zaś, którzy trwają

s. 70

“Nie ma tu miejsca na

żadną interpretację czy ewolucję. Cudzołóstwo jest grzechem. Wstępowanie w nowy związek w czasie, gdy trwa małżeństwo, jest cudzołóstwem. W stanie grzechu nie można przystępować do komunii świętej. Wniosek jest tylko jeden: nie ma i nie może być komunii dla rozwodników. w związkach małżeńskich, nakazuję nie ja, lecz Pan: Żona niech nie odchodzi od swego męża. Gdyby zaś odeszła, niech pozostanie samotną albo niech się pojedna ze swym mężem. Mąż również niech nie oddala żony”. (1 Kor 7,10-11) Czy jest tu miejsce na jakąkolwiek interpretację i „liberalizację” tych nakazów? Nie ma. Te słowa, jak i wiele innych, mówią absolutnie jasno o tym, jaka jest Boża wola wobec małżeństwa i małżonków.

To nie jest żadne okrucieństwo – to jest właśnie miłosierdzie i miłość bliźniego: napomnienie go, że ciężko grzeszy, płynie z troski o jego zbawienie – miłością jest to właśnie, a nie udawanie, że wszystko jest dobrze, kiedy ktoś stoi na krawędzi moralnej przepaści. Komunii dla osób rozwiedzionych żyjących w kolejnym związku być nie może, ponieważ popełniają one cudzołóstwo. Prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerhard Müller, jasno mówi o tym, że nauczania tego Kościół zmienić nie może: „Nauczanie Kościoła o małżeństwie i rodzinie jest bardzo jasne. Opiera się na Słowie Bożym i zostało potwierdzone przez Sobory i liczne dokumenty Stolicy Apostolskiej. Kościół nie może go zmienić”. Nie ma tu miejsca na żadną interpretację czy ewolucję. Cudzołóstwo jest grzechem. Wstępowanie w nowy związek w czasie, gdy trwa małżeństwo, jest cudzołóstwem. W stanie grzechu nie można przystępować do komunii świętej. Wniosek jest tylko jeden: nie ma i nie może być komunii dla rozwodników; udzielanie i przyjmowanie jej w stanie grzechu ciężkiego jest świętokradztwem: „Kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije”. (1 Kor 11,27-29) Jedyną drogą powrotu do sakramentów Kościoła dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych jest bądź pogodzenie się małżonków sakramentalnych i opuszczenie osób, z którymi nie są sakramentalnie związane, bądź też odejście od konkubinariusza i życie w samotności, w separacji. Swoistym paradoksem płynącym z całej sytuacji jest też to, że poświęca się nieproporcjonalnie wielką uwagę sprawie osób rozwiedzionych, pomijając i zaniedbując duszpasterstwo małżeństw żyjących w zgodzie z prawem Bożym. Jest to owoc fałszywego obrazu miłosierdzia i miłości bliźniego, które miałyby polegać na spełnianiu wszystkich zachcianek i eliminowaniu wszelkich zakazów, jako powodujących ból i przykrość. Obecna dramatyczna sytuacja Kościoła w Niemczech, w którym najgłośniej z ust niektórych hierarchów i księży padają postulaty usuwania kolejnych wymogów dyscypliny, jest najlepszym przykładem na to, jak kończy się taki moralny leseferyzm. Przedstawiciele Kościoła, chcąc zyskać wiernych, obniżają raz za razem wymagania, tak by nad moralną poprzeczką nie trzeba

było skakać, ale wręcz by nie trzeba było nawet podnosić wyżej nogi, by ją przekroczyć. Działa? Nie działa. Ludzie nie potrzebują Kościoła jedynie poklepującego po plecach i mówiącego, że cokolwiek się robi, jest dobrze, bo przecież „Bozia nas wszystkich kocha”; wymagania są konieczne, bo wymagania stawia nam sam Bóg – i choćby nie było nikogo, kto by ich przestrzegał, nie zmieniłyby się ani o jotę. Jaki jest dodatkowy ból wynikający z tej sytuacji? Ano taki, że, niestety, lekceważący i świętokradzki stosunek do nauczania Kościoła, w kwestiach moralności (jak i w innych) pojawia się również na najwyższych poziomach hierarchii tegoż Kościoła. To jest dodatkowym źródłem zamętu, będąc pożywką dla antyklerykalnie nastawionych mediów, źródłem zgorszenia dla katolików wiernych nauce Magisterium oraz – c0 chyba boli najbardziej – powodem odejścia od tej nauki wielu osób uważających się za katolików. Niestety, samo wywoływanie wrażenia, że kwestie takie, jak właśnie wierność małżeńska, mają być rozważane pod kątem właściwie jej odrzucenia (bo tym de facto byłoby udzielanie komunii św. osobom rozwiedzionym), stanowić może dla

wielu osób olbrzymią pokusę i pretekst do tego, aby tej wierności nie dochowywać. Bo skoro Kościół rzekomo zastanawia się nad zmianą dyscypliny, to po co się męczyć – lepiej już teraz odpuścić sobie jej przestrzeganie. Właśnie w tej chwili trzeba więc powtarzać częściej i głośniej, że żaden hierarcha, ani nawet sam papież, nie ma władzy do tego, aby dopuścić udzielanie komunii osobom rozwiedzionym. Żaden człowiek nie może zmienić prawa Bożego i naturalnego – nakazy Boże nie są przyznane tylko na pewne konkretne czasy, po których można je pozmieniać i poodrzucać według własnego widzimisię: przykazania obowiązywały tak samo mocno wtedy, kiedy otrzymał je od Boga Mojżesz, jak obowiązują dziś, niezależnie od tego, czy inaczej twierdziłby jeden kardynał czy nawet wszyscy kardynałowie razem z papieżem. Absolutne nakazy moralne stanowi bowiem nie człowiek, lecz Bóg. 

s. 71


KAZANIA

PONADCZASOWE

Ojciec wprowadza

dziecko w świat Życie rodzinne można porównać do życia na łajbie. Takiej łajbie kabinowej. Tam część królestwa znajduje się pod pokładem – to królestwo kobiety. Tam są cudowne zapachy, które kobieta jakoś wyczarowuje. Tam jest kakao cieplutkie, tam jest spokój, porządek i cisza też.

ks. Mirosław Maliński

Pokład to królestwo ojca. Tam jest z kolei zgrzebnie i twardo. Ale są tam też szerokie horyzonty i niezmierzone przestrzenie. I na poprzez życie na pokładzie ojciec kusi swoje dziecko, aby ono wyszło spod pokładu, z tego królestwa matki i przeszło do królestwa ojca, żeby poznało świat. Ojciec próbuje to dziecko przekonać, że świat jest piękny, wartościowy i warto go odkrywać. Próbuje pokazać przestrzenie, chmury i niebo. Pokazać

s. 72

temu dziecku ster: patrz, możesz tym statkiem sterować i popłynie gdzie będziesz chciał. I to dziecko zaczyna nabierać przekonania, że świat wcale nie jest niebezpieczny. Ale nagle przychodzi jednak wiatr, deszcz i zaczyna być zimno. Dziecko wtedy ucieka z powrotem pod pokład, do królestwa, do matki. Tam czeka kubek z kakao, tam jest ciepło, tam można złapać chwilę wytchnienia. I po jakimś czasie, ojciec znowu

zaprosi to dziecko: chodź na pokład, chodź do świata. I uczy to dziecko świata, przekonuje, że świat jest piękny. I to dziecko wychowuje się w takim napięciu pomiędzy królestwem matki, a królestwem ojca. I to właśnie dlatego dziecko potrzebuje w życiu zarówno matki, jak i ojca. 


CZEMU ŻYCIE

Żebrak Życia Coraz bardziej czuję, że jestem żebrakiem życia. Cóż mi się należy? Czym zapracowałem na nowy dzień? Coraz bardziej sobie uświadamiam, że tak niewiele trzeba, trochę mocniejsze czy słabsze ciśnienie w głowie albo w sercu i mnie nie ma. Jedna chwila. O niczym nie decyduję. Coraz bardziej wiem, że żebrzę o powietrze, o wodę, o ciepło; to przecież nie ode mnie. Tomasz Maniura OMI W sumie mogę powiedzieć, że życie nie do końca jest moje. To też jest wygodne. Gdyby było moje, gdybym to ja je zdobywał, to byłbym za bardzo do niego przywiązany, może nawet bym się nim zniewolił, obciążałoby mnie. Moje życie nie jest moje, dlatego jestem wolny od niego, mogę żyć lub nie, to nie do końca moja sprawa. Powierzona mi jest ta chwila, ale mogłoby jej nie być, dlatego cieszę się, że jestem. Jak się tu nie cieszyć życiem, jak się tu nie uśmiechać, jak nie być wdzięcznym, jak tu chować się przed ludźmi? Mam tylko to co teraz. A co z następną chwilą będzie? Tego nie wiem. Ten moment to moje życie, ten moment jest piękny, jest wyjątkowy, jedyny. Skutecznym jestem żebrakiem, bo ciągle otrzymuję. I ciągle wolny jestem, bo więcej nie mam, nic na przyszłość, jest tylko teraz. Żebrak jest wolny. Może pójść tu lub tam. Może coś zrobić, ale może też posiedzieć, popatrzeć na ludzi, zatrzymać się, porozmawiać. Czyż nie o to w życiu chodzi, żeby móc o nim decy-

dować. Żeby w wolności wybierać to, co jest dobre, to co jest piękne, co jest miłością, co daje radość? To dlaczego jest inaczej? Dlaczego to nam się nie udaje, tak mało swobody, wolności, radości, obecności, dobra? Dlaczego życie takie ciężkie? Nie chcemy być żebrakami. Wolimy być posiadaczami. Co jest powodem? Chyba nie dostrzegamy ulotności z jednej strony, a z drugiej wyjątkowości życia. Widzimy to, co materialne, tego chcemy, a to nie jest życiem. Żebrać patrzeć być wolnym dostrzegać móc myśleć uśmiechać się do człowieka za darmo dla obecności dla niego samego bez kurtuazji bez norm w całej szerokości życia we wszystkich barwach

we wszystkich zapachach w każdej porze być teraz co w tym niemożliwego? Chcę być żebrakiem żebrakiem życia przyjmować i żyć teraz Ta chwila już nie wróci. Warto mieć tego świadomość. Życia nie da się przeżyć od nowa, drugi raz też się nie da. Teraz albo nigdy. Dawco życia zmiłuj się nade mną, bo tak mało żyję. Minęło trochę czasu, znowu zasiadam do biurka i pisze dalej. Dalej żyję. Pisząc wczoraj poprzednie zdania nie wiedziałem, że otrzymam i dziś. Cieszę się teraz. Chcę spotkać ludzi, chcę patrzeć na świat, chcę żyć, być obecnym i zaangażowanym. Chcę dotykać, czuć, przeżywać. Jest mi to dane teraz, więc idę już. Żyję teraz.... 

s. 73


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Siły specjalne

Zmartwychwstałego

Pana

Ciosy Bruce’a Lee to przy nich… szarlotka u babci. Rycerze Jedi to w porównaniu z nimi teletubisie. Żarty się skończyły. Od 2010 r. w Polsce działa wspólnota Przymierze Wojowników. Łączą ich szczere przyjaźnie, wzajemne wsparcie, walka i wysoko postawiona poprzeczka. Organizują obozy przetrwania, formację duchową, mocne akcje i męskie kino. Idą do przodu jak burza. Są bezkompromisowi. I cholernie skuteczni. Krzysztof Reszka Poznałem Michała Piekarę kiedy kupiłem jego książkę na prezent dla przyjaciela. Zdziwiłem się, że tak młody człowiek już jest żonaty i pisze książki. W dodatku mądre i ciekawe. Więc gdy jakiś czas później usłyszałem, że w mojej parafii będzie wygłaszał konferencję dla mężczyzn - poszedłem tam z ciekawości. Tym bardziej, że konferencja miała tytuł: “Braveheart”. Michał zapragnął służyć mężczyznom. Modlił się i pościł w tej intencji aby rozeznać wolę Bożą. Mówił mi że po jakimś czasie dostał obszernego i niespodziewanego e-maila, od kogoś kto nie wiedział nawet o jego rozmyślaniach. To zdarzenie było jakby potwierdzeniem jego planów, gdyż znalazł tam odpowiedzi na swoje pytania, których jeszcze nikomu nie zadał. To go upewniło, żeby iść dalej tą drogą. Zwierzył sie ze swoich pragnień przyjacielowi - Mariuszowi Marcinkowskiemu. Zaczęli głosić konferencje w Krakowie, Kielcach i w Warszawie, żeby dzielić się ideą Przymierza Wojowników. Byłem właśnie na jednej z takich konferencji w Krakowie, po Mszy studenckiej. Był rok 2010. Na drugim piętrze w budynku

s. 74

“Michał zapragnął

służyć mężczyznom. Modlił się i pościł w tej intencji aby rozeznać wolę Bożą. Mówił mi że po jakimś czasie dostał obszernego i niespodziewanego e-maila, od kogoś kto nie wiedział nawet o jego rozmyślaniach. Duszpasterstwa Akademickiego “Na Miasteczku” w Krakowie, cała sala wypełniła się młodymi ludźmi, zwłaszcza chłopakami, ale niektórzy wzięli też swoje dziewczyny. Pamiętam, że przedstawiono nam Cztery Prawdy Wojownika: 1. Wojownik uczy się od swojego Mistrza i Go naśladuje. 2. Wojownik jest odpowiedzialnym i zaangażowanym mężem i ojcem 3. Wojownik trwa przy innych Wojownikach 4. Wojownik ma zdrowy stosunek do rzeczy i pracy

Po konferencji, zainteresowani wpisywali swoje e-maile na listę i już wkrótce rozpoczęliśmy pierwsze spotkania wakacyjne, a później w roku akademickim podzieliliśmy sie na mniejsze grupki. Spotkania składały się z części formacyjnej, na której dyskutowaliśmy, czytaliśmy Biblię, modliliśmy się i dzieliliśmy się swoim doświadczeniem; oraz części rekreacyjnej - którą wypełniały gry, filmy czy sport. Sprawy w których się doskonaliliśmy były wręcz do bólu praktyczne – planowanie, odkrywanie osobistego powołania, motywacja, zarządzanie czasem którego bez przerwy brakuje, radzenie sobie z gniewem i przeciwnościami losu, przetrwanie w trudnych chwilach, dbanie o relacje z rodziną, gospodarowanie finansami, walka z własnym lękiem czy lenistwem. Do każdego spotkania trzeba się gruntownie przygotować i przeczytać wskazane teksty. Idea wspólnoty jest taka, aby mężczyźni nie tyle tworzyli klub dyskusyjny, co realnie wspierali się w życiu. Pomagali sobie. Często się o tym przekonywałem gdy spotkanie było daleko od mojego domu i któryś z Wojowników chętnie mnie odwoził późnym wieczorem.


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Pamiętam jedno przyjemne letnie popołudnie, kiedy z Przymierzem Wojowników świetnie się bawiliśmy grając w koszykówkę w krakowskim Parku Jordana. Sport jest brutalny i jeden z naszych rozciął łuk brwiowy. Sprawa nie wyglądała dobrze. Więc całą ekipą - a było nas ok. 10 osób - wsiedliśmy w dwa samochody i pojechaliśmy do szpitala przy ul. Galla. Było trochę śmiechu - proszę sobie wyobrazić jednego lekko krwawiącego mężczyznę i dziewięciu chłopa którzy robią za jego opiekunów i stoją z nim w kolejce. Młoda pielęgniarka również miała poczucie humoru, toteż niektórzy opowiadali żarty o tym jak nasz dzielny zawodnik wyskoczył wysoko i uderzył brwią o poręcz kosza. A my wszyscy czujemy się współwinni, bo poświęcał się mając na uwadze nasz honor. W takich warunkach nawet nasz ranny brat nie tracił pogody ducha i dokończyliśmy jeszcze później dyskusje. Już począwszy od 2010 r. - w każde wakacje odbywają się obozy przetrwania dla mężczyzn. Wspólnota istnieje obecnie w Krakowie, Kielcach i Warszawie, ale w całej Polce pojawiają się kolejni chętni do współtworzenia tej inicjatywy. Trzeba jednak mieć świadomość, że Przymierze Wojowników stawia przed mężczyznami konkretne wyzwania. Pierwsza i najważniejsza prawda Wojownika, mówi że Wojownik uczy się od Mistrza i Go

naśladuje. Tym Mistrzem jest Jezus Chrystus. I najważniejszą sprawą we Wszechświecie jest bliska, osobista relacja ze Zmartwychwstałym. Zadaniem każdego Wojownika jest więc codzienna lektura Pisma Świętego, comiesięczna spowiedź, post ilościowy w każdy piątek roku (poza okresami wyłączonymi) i modlitwa za wspólnotę. Druga prawda mówi, że Wojownik jest odpowiedzialnym i zaangażowanym mężem i ojcem. Oczywiście wspólnota jest jak najbardziej otwarta na kawalerów. Chodzi jednak o to aby kształtować w sobie właściwe postawy, aby nasi najbliżsi mogli liczyć na naszą miłość i opiekę. Trzecia zasada mówi, że Wojownik trwa przy innych Wojownikach. Realizuje się to poprzez udział w comiesięcznej, wspólnotowej Eucharystii i comiesięcznym spotkaniu formacyjno-rekreacyjnym. Wojownicy kultywują przyjaźnie i wspólnie podejmują służbę. Czwarta prawda mówi, że Wojownik ma zdrowy stosunek do rzeczy i pracy. Jak wyjaśniają na swojej stronie internetowej: “uczymy się jak żonglować naszym czasem by dzielić go pomiędzy relację z Bogiem, rodzinę, służbę, pracę, pasje. Uczymy się odpowiedzialności za to wszystko co zostało nam powierzone w panowanie (por. Rdz)”. Wojownicy stosują niełatwą, starotestamentalną praktykę dziesięciny, a więc 10% dochodów oddają na dzieła Boże.

Chcę na koniec zachęcić Was do dwóch inicjatyw z których możecie skorzystać, nawet jeśli nie planujecie jeszcze zostać Wojownikami. Pierwsza to “The Voice of Man, czyli kino z męskim morałem”. Co miesiąc wszyscy mężczyźni są zaproszeni na film (za darmo + cola i pop-corn gratis!). Po filmie następuje burzliwa dyskusja. Projekcje odbywają się w Krakowie, przy ul Bernardyńskiej 3 (pod Wawelem) i w Warszawie, przy ul. Nowogrodzkiej 49 (wejście z boku od ul. św. Barbary). Ostatnio wyświetlane były filmy takie jak “Equilibrium”, “Siedem dusz”, “Skazaniec”, “Doskonały świat” i “Droga do przebaczenia”. W najbliższym czasie będą wyświetlane filmy: “Jestem legendą”, “Bezcenny dar”, i “W pogoni za szczęściem”. Szczegóły można zobaczyć na stronce: http://www.przymierzewojownikow.pl/index.php/ inicjatywy/the-voice-of-a-man Druga ciekawa inicjatywa to Pilotaż - cykl ośmiu wstępnych spotkań formacyjnych w męskiej grupce, na których można zobaczyć wspólnotę od wewnątrz, poznać ludzi i wejść głębiej w życie Wojownika. Jest to dobra okazja, dla osób które zastanawiają się nad wejściem w szeregi Przymierza Wojowników. Z pewnością warto spróbować! Bądźcie na bieżąco - zalajkujcie stronkę PW na fejsie: https://www. facebook.com/PrzymierzeWojownikow . 

s. 75


ROZMOWA KULTURALNA

Połączmy siły! Konstancja NałęczNieniewska

Padają oskarżenia, że chcemy brać przykład z ludzi, którzy przegrali, że są złym wzorem. Przykładem są ludzie, którzy byli w stanie poświęcić wszystko dla kraju w najtragiczniejszych okolicznościach. To powinno być wyzwanie i wielka nauczka. Gdybyśmy wyciągali tylko wygrane żadnej gorzkiej nauczki na przyszłość by nie było. Czcimy bohaterów, którzy zachowali się bohatersko. Trzeba spojrzeć na nich i może się zawstydzić, że w czasach dzisiejszych robimy niewiele lub nic.

Pisałeś gdzieś, że rozpoczynając karierę solo nie zmieniłeś swojej grupy odbiorców, że przede wszystkim są to młodzi słuchacze rapu. Co wg Ciebie sprawia, że są oni zainteresowani patriotycznymi treściami? Tadek Polkowski: Zainteresowani mogą być różni ludzie - dawniej dorośli raczej nie przychodzili na koncerty hip-hopowe. Do mniejszości należą przypadki, gdy na koncert hiphopowy przyjeżdżają małolaty z rodzicami, na moich koncertach można zaobserwować takowe zjawisko. To na pewno jest zmiana grupy docelowej, jej rozszerzenie. Są dwie strony tej sytuacji: hip-hop zyskuje nowych odbiorców, a treści tego typu są szerzej odbierane. Natomiast z założenia muzyka ma trafiać do tej samej grupy odbiorców po to, żeby im coś wlać do głowy, tak jak ja sobie wlewam. Aby przekazać im historię w jakiejś bardziej przystępnej formie. Myślę, że nie miałbym takiego kopa do działania, gdybym nie widział i nie miał na piśmie ich efektów. Gdybym nie widział zmian wśród młodych, odbicia od dna jeśli chodzi o kwestie tożsamości, jakiegokolwiek zainteresowania swoim krajem. Modne jest odcinanie się od korzeni. Jednak gdy przebić tę początkową niechęć, okazuje się, że młodzi chętnie słuchają o historii Polski i o bohaterach. Jak myślisz co przemawia do młodego

s. 76

“Czasami dzięki

takiej aktywności, dzięki słuchaniu takich kawałków, wnuczek przychodzi do dziadka i pyta co on wtedy robił. Często okazuje się, że dziadek latał z karabinem po lesie albo był wieziony gdzieś na roboty przez Niemców. pokolenia w ich postawie? T.P.: Tak naprawdę to nie tylko młode pokolenie, bo mocniej sprane mózgi mają często ludzie mniej więcej z pokolenia naszych rodziców. To mój ulubiony przykład kiedy nauczycielka historii usłyszała kawałek o Pileckim z Youtube’a, odpalony przez uczniów. Do tego stopnia była zaaferowana informacją, że ktoś taki istniał, że z całą szkołą zrobiła gazetkę szkolną dotyczącą Pileckiego, jeszcze z cytatami z mojego kawałka. Nawet dostałem stamtąd zdjęcia na Facebooku. Postawa tamtych ludzi dociera do młodych, ponieważ: jest to nieodległy okres - nie są to opowieści o wojach Chrobrego, czy o jakiejś prehistorii, tylko o czymś dosyć współczesnym. Uczestnicy tych zdarzeń żyją. Ma to ścisły związek z bieżącą rzeczywistością i bardzo sensacyjny wymiar:

partyzanckie walki, gra wywiadów plus aspekt tragiczny – egzekucje i tortury. Jest to wszystko jak wyjęte z mocnego filmu sensacyjno-wojennego tylko, że w przełożeniu na prawdziwe zdarzenia z niedalekiej przeszłości naszego kraju. Czasami dzięki takiej aktywności, dzięki słuchaniu takich kawałków, wnuczek przychodzi do dziadka i pyta co on wtedy robił. Często okazuje się, że dziadek latał z karabinem po lesie albo był wieziony gdzieś na roboty przez Niemców. Wtedy ten związek z historią staje się mocniejszy, ale też okazuje się, że starszy człowiek w rodzinie może być kimś ciekawym, a nie tylko starym zrzędą czy kimś kto nie gra z młodymi w gry na komputerze. Jak reaguje starsze pokolenie na Twoją muzyczną formę przekazu? T.P.: Hip-hopowcy mogą odczuć satysfakcję. Na koncercie na bazie poezji Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, można było zaobserwować, że ludzie siedzą zadowoleni gdy są grane kawałki hip-hopowe. Natomiast gdy wszedł ostry rock na scenę zaczęli masowo wychodzić z sali. Ludzie po wysłuchaniu takiego hip-hopowego kawałka dostają szoku - z powodu zaszufladkowania hip-hopu pod każdym względem – że to kompletnie co innego niż się spodziewali. Czasem pytają czy hip-hop jest dobrą formą – innej nie umiem wykonywać (trudno, żebym sobie nagle wymyślił, że będę śpiewakiem


ROZMOWA KULTURALNA operowym). A w tej tematyce w jakimś stopniu mam doświadczenie. Hip-hop bazuje na dźwiękach z pewnej gamy, która jest wspólna dla różnych nurtów muzycznych. Pomijając pewną dozę elektroniki, najczęściej są to dźwięki typowo klasycznych instrumentów: klawiszowych, dętych czy smyczkowych. Natomiast pod względem tekstu hip-hop jest moim zdaniem najlepszym gatunkiem. Tekstu jest w nim masę, każdy kawałek to felieton, a nie powtarzane kilka słów. Łatwiej jest w nim coś przekazać niż w innym gatunku muzycznym. Wygląda na to, że środowisko raperów jest chętne do współpracy w patriotycznych akcjach, dlaczego? Czy było trudno przekonać np. Peję do udziału w takiej jednoznacznie patriotycznej akcji? T.P.: Peja ma taki kawałek „Poznańczyk” o Powstaniu Wielkopolskim... Namawiać go nie musiałem ani chwili, był chętny i przyjechał. Na miejscu mówił, że czytał książkę o Żołnierzach Wyklętych, żeby nie wyjść na idiotę jak przyjedzie. Może zaskakiwać, ale to jeden z najbardziej pozytywnych przykładów. Niektórzy ludzie są dwa lata na scenie i są zmanierowani, a Peja będąc na niej 20 lat zachował się elegancko i na luzie. Kaen zaś wszedł wśród ludzi z puszką drąc się, czemu nic nie wrzucają - sam wrzucił dwie stówy, Peja wrzucił stówę. Sobota mówi, żebym każdą patriotyczną akcję mu podsyłał na Facebooka, a jak będę nagrywał nową płytę, to chętnie się dogra. Ludziom czasem trzeba podsunąć pomysł, aktywność, rozwiązanie. Podobnie jest z raperami. Często ludzie chcą pomóc, ale nie wiedzą jak. W jaki sposób możemy wesprzeć kombatantów, którymi nie interesuje się państwo? T.P.: To jest szeroki problem. Mogę polecić akcję Rodacy Bohaterom, w której Akademia Ignatianum uczestniczy od dawna. Teraz została rozszerzona na zbiórkę publiczną z kombatantów na Kresach na Polaków na Kresach i wszystkich kombatantów w Polsce. W ramach „Burzy” będziemy zbierali datki, zachęcam do zaintereso-

wania się nią. Zauważyliśmy, że zbieranie od ludzi czegoś jest mniej skuteczne od przekazywania w związku z jakąś aktywnością handlową. Już się przekonałem, że lepiej np. sprzedać komuś książkę – te wydawane przez nas, będziemy starać się sprzedawać taniej na koncertach. Uruchamiamy całą platformę handlową z rzeczami związanymi z tematem: koszulki, wpinki, a przede wszystkim produkcje płytowe i książki, audiobooki. Dochód będzie wspierał całą akcję. Można się zgłaszać do mnie lub do Stowarzyszenia Odra Niemen. Jeśli ktoś ma pozwolenie na zbudowanie pomnika, a nie ma środków, to my zaczniemy to promować i zbierać pieniądze. Ludzie będą mogli dokonywać wpłat na konto sprawy. Dlaczego tak trudno przywrócić

pamięć o Żołnierzach Wyklętych w wolnej, demokratycznej Polsce? Co zrobić, aby ten temat pojawił się w nauczaniu szkolnym? T.P.: Dopiero ostatnio ten temat zaczął mocniej kiełkować, choć okazuje się, że o pamięć o bohaterach tamtych czasów walczono od dawna. Jest to jednak system naczyń połączonych, dlatego ten proces jest dużo trudniejszy niż nam się wydaje. Wsadzić coś do podręcznika to jest jedno – a drugie, że później ludzie i tak będą uważać, że bycie Polakiem to wstyd (choć to, że nie my wywołaliśmy II wojnę światową i nie organizowaliśmy holokaustu ludzie mają okazję gdzieś usłyszeć). Wszystko jest ze sobą powiązane: postkolonialne myślenie ludzi naszych elit, ich sowieckie korzenie - czasem bezpośrednie, umoczenie w poprzednim systemie, rozbicie społeczeństwa, pozbawienie go elit, media.

s. 77


ROZMOWA KULTURALNA To wszystko funkcjonuje w błędnym kole. Ostatnio ktoś mnie zapytał, co bym zmienił w Polsce, gdybym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mógł zmienić jedną rzecz. Wszyscy obecni myśleli, że odpowiedź będzie dotyczyć kwestii tożsamości. Powiedziałem: oddałbym w polskie ręce polską gospodarkę, najlepiej w ręce polskich patriotów. Prawdopodobnie załatwiłoby to sprawę od ręki, bo mając taką historię, możemy stworzyć naród patriotów w bardzo krótkim czasie. Pytanie o siłę przekazu, o to kto bierze w tym udział. Fakt, że my bierzemy w tym udział to kropla drążąca skałę, a nie kilof który by ją rozpieprzył. Gdyby był nacisk mediów, gdyby wielcy celebryci obnosili się ze swoją polskością i ją promowali, to byłaby na to wielka moda. Narzędziem do bycia dumnym jest polska historia i nie chodzi tylko o Żołnierzy Wyklętych - historia Polskiego Państwa Podziemnego, naszej postawy i naszych przejść w trakcie wojny jest wielkim powodem do dumy i też wielką nauczką na przyszłość. A dziś ludzie wstydzą się, że są Polakami i jednocześnie uważają, że nikt lepiej niż jakieś międzynarodowe porozumienia nie zadba o nasz interes. Przykłady i historia pokazują, że każdy o swój interes najlepiej dba samemu w międzynarodowej polityce trudno znaleźć przykłady wybitnego altruizmu - nie wiem dlaczego mielibyśmy liczyć na to w dzisiejszych czasach. Jak odróżniasz prawdę historyczną od zafałszowań ? T.P.: Są tacy, którzy mówią, że tyle prawd ile ludzi na świecie, jednak mimo wszystko istnieją miarodajne statystyki, relacje świadków. Wiadomo, że trudno być całkowicie obiektywnym przy tym wszystkich. Nie jest grzechem będąc Polakiem mieć polski punkt widzenia na sprawę. Mniej więcej można się zorientować, który historyk w jaki sposób podchodzi do historii: czy zajmuje się jej zafałszowaniem czy wyciąganiem co tylko można. Istnieją prace publicystyczne, popularno-naukowe, ale są też takie, w których na pół strony tekstu

s. 78

jest pół strony przypisów. Niejeden pisze tylko to, co może napisać, na co ma niezbity dowód – inaczej skończyłby z wnioskiem o odszkodowanie. Byli tacy dziennikarze, którzy napisali prawdę o jakimś SB-ku i później kończyli z grzywną, bo się okazało, że napisali o pół roku za późno - bo te akta są już nie do użycia. Trwa akcja „BURZA 2014”. Powiedziałeś, że to ma być burza w świadomości historycznej Polaków – co przez to rozumiesz? Jakie są jej cele, dlaczego jest potrzebna? T.P.: Nazwa „Burza” nie nawiązuje tylko do 70 rocznicy „Burzy” z 1944r. Spektrum merytoryczne jest szersze, słowo „burza” ma w końcu konkretne znaczenie w języku polskim. Czy to będzie burza w świadomości Polaków... nie wiem czy uzyskamy taką siłę przebicia. Jest to cała seria wydawnicza, koncerty, uroczystości, publikacje - też internetowe, filmowe itd. Plus oprawa charytatywna. „Burza” ma trwać rok, pewnie zbierze się z kilkaset wydarzeń, choć na razie brakuje budżetu i rąk do pracy. Jest w planie śpiewnik z pieśniami patriotycznymi wraz z płytą chóru a capella. Planowane są nawet zawody sportowe, np. o puchar Żołnierzy Wyklętych. Padają oskarżenia, że chcemy brać

przykład z ludzi, którzy przegrali, że są złym wzorem. Przykładem są ludzie, którzy byli w stanie poświęcić wszystko dla kraju w najtragiczniejszych okolicznościach. To powinno być wyzwanie i wielka nauczka. Gdybyśmy wyciągali tylko wygrane żadnej gorzkiej nauczki na przyszłość by nie było. Czcimy bohaterów, którzy zachowali się bohatersko. Trzeba spojrzeć na nich i może się zawstydzić, że w czasach dzisiejszych robimy niewiele lub nic. Widziałam, że na Facebooku prosisz o pomoc np. w rozwieszaniu plakatów. Czy ktoś się zgłasza, jaki jest odzew? T.P.: To było miłe zaskoczenie, bo przyszło kilkanaście osób i rolka 250 plakatów została rozwieszona. Jest to satysfakcja i nadzieja, że znajdą się ludzie, gdy poprosi się o konkretną pomoc. Lubię podawać przykład Głogowa, gdzie tak natłukłem ludziom do głów, że w ciągu dwóch tygodni zebrali tonę jedzenia. Jesteś typem buntownika...teraz ten bunt przyjął dojrzalszą formę. Jak postrzegasz swoją przemianę? T.P.: Człowiek nagle zauważa, że jest pochłonięty zupełnie innymi czynnościami niż wcześniej... Trudno być dalej szesnastolatkiem mając dwójkę dzieci. Z darcia się, pokazywania środkowego palca na wszystkie strony i rzucania kamieniami


ROZMOWA KULTURALNA zbyt wiele nie przyjdzie. Oczywiście są rzeczy, które powinny być zmiecione z powierzchni ziemi, ale musiałaby ryknąć duża część społeczeństwa. Tysiąc osób chodzących i drących się nie jest w stanie wiele zmienić, ale tysiąc osób robiących coś konstruktywnie, wspólnie i w jedności już może. To jest wielka siła. Tysiąc osób dających po tysiąc złotych daje już milion. Można zbudować piękny budynek, w którym mogłyby się mieścić siedziby wszystkich oddziałów kombatanckich w Krakowie, z komercyjnymi lokalami na dole, których czynsz wspomagałby funkcjonowanie całości, a kombatanci mieliby jeszcze na ciastko i kawę. Ta forma działalności - łączenie sił to jedyny ratunek dla naszego państwa. Minęło sporo ponad rok od wydania „Niewygodnej Prawdy”. Czy czegoś się nauczyłeś, masz jakieś nowe doświadczenia? T.P.: Pierwszy kawałek „Żołnierze Wyklęci” wyszedł w październiku

2011, więc to tylko tak się wydaje, że zaczęło się ponad rok temu... Mam trochę za mało czasu, żeby czytać, trochę się doedukować, choć bardzo to lubię. Jeśli chodzi o nowe doświadczenia to dzięki tej płycie zdobyłem troszkę technicznego i managerskiego obycia. Poza tym bardzo budujące jest poznawanie wspaniałych osób. Jeżdżąc po całej Polsce widziałem ludzi, którzy bardzo się od siebie różnią, mają różne predyspozycje, ale są zacięci, chcą i coś robią. Dowiedziałem się o inicjatywach, które mają miejsce od lat i teraz czasem ja mogę im pomóc. Jest jakieś pozytywne poruszenie w narodzie. Lecz ta niemoc, dziadostwo pokomunistyczne, poznawanie Polski od strony rozmów z ludźmi o ich lokalnych problemach, daje przykry obraz kraju. Na wielu płaszczyznach okazało się jednak, że da się coś zrobić, coś przełamać, że chcieć to móc. Opowiedz jeszcze coś o swojej nowej płycie.

T.P.: Jest to kontynuacja poprzedniej płyty. Będzie podziemiu, dziewczynach z AK czy powstaniu Styczniowym. Znowu będą hip-hopowe biogramy, a niedługo wyjdą klipy. Kropelka historii z hip-hopowymi bitami. Warto posłuchać. Czy umiesz określić gdzie w Polsce jest największa frekwencja na organizowanych przez Ciebie wydarzeniach? T.P.: Jest bardzo różnie, trudno powiedzieć. Z frekwencji w Krakowie jestem zadowolony, wydarzenia ostatniego roku cieszyły się popularnością, ale zawsze mogłoby być lepiej. Cała ta działalność to kropelka w morzu potrzeb, a Polska potrzebuje ratunku. Historia może być tu motorem napędowym odbudowy. Prawda jest taka, że jest źle jeśli chodzi o kwestię gospodarczą i tożsamościową. Musimy wziąć się wszyscy porządnie do roboty. Jestem orędownikiem i zwolennikiem spółdzielczości. Połączmy siły. 

s. 79


KULTURA

Zakazane

piosenki...

Anna Kasprzyk

Iść z pieśnią na ustach... Tak! To właśnie piosenka (poważniejsza bądź „lżejsza”) pozwala zaspokoić nasze dusze, serca... zawładnięte różnymi emocjami i uczuciami. Zmierza z nami tam, gdzie ją zaniesiemy. Gdziekolwiek to miejsce będzie, do kogokolwiek ją zaadresujemy i w końcu, jakkolwiek będziemy chcieli nią wyrazić siebie, swoje odczucia i pragnienia. Czy to dozwolone, czy zabronione...

Podmiotem tych rozważań nie są piosenki nieakceptowane przez społeczeństwo ze względu na nietrafioną kompozycję lub niestosowny tekst. Jednak to drugie mogło mieć znaczenie, ale nie tyle dla społeczeństwa, co dla oponenta społeczeństwa... Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że zakazane piosenki przejawiały sprzeciwy społeczeństwa wobec zaistniałych sytuacji. Zdarzało się też, że obfitowały w poczucie humoru. Przecież nawet w obliczu „ciężkich czasów”, mamy potrzebę „oderwania się” od przykrej rzeczywistości. Osadźmy temat w historii Czasy okupacji, wojny, trudnych losów ludzi, sprzyjały, można powiedzieć, integracji muzycznej Polaków. Na przestrzeni lat powstawały zarówno pieśni patriotyczne, jak i piosenki o podłożu bardziej satyrycznym. Jedne i drugie nie spotykały się z miłym przyjęciem przez okupanta, przez co były zakazane. Nie można było ich wykonywać publicznie – choćby na podwórkach. W przypadku zauważenia tego lub usłyszenia, często można było stracić życie. Jednak Polacy podejmowali ryzyko i po prostu śpiewali oraz grali. Nie tylko piosenki i pieśni patriotyczne były pod ścisłym nadzorem. Nie wolno było wykonywać utworów Wielkich Polaków np. Fryderyka Chopina. Było zakazane wszystko to, co wiązało się z Polską. Ponieważ

s. 80

“Przede wszystkim

trzeba wiedzieć, że zakazane piosenki przejawiały sprzeciwy społeczeństwa wobec zaistniałych sytuacji. Zdarzało się też, że obfitowały w poczucie humoru. Przecież nawet w obliczu „ciężkich czasów”, mamy potrzebę „oderwania się” od przykrej rzeczywistości. „zakazany owoc smakuje najlepiej”, a jeśli do tego dołożyć odwagę podejmowania ryzyka i ludzką chęć (choćby w małym stopniu) oswobodzenia okrutnej rzeczywistości, to trudno się dziwić, że łamano zakaz, nawet mimo zagrożenia życia. Trudne realia i brak bezpieczeństwa - przecież na każdym kroku mógł przyłapać wróg - nie przeszkadzały śpiewaniu. Dziś nikt nam tego nie zabrania, a jednak nie śpiewamy czegokolwiek. Czy to brak takiej potrzeby, czy niechęć, a może strach przed krytyką innych? Nawet nie robią tego dzieci, podczas podwórkowych zabaw – może to

wina obecnych czasów? Zostawmy ten temat na inną „porę”. Na pewno trzeba zauważyć i docenić silną wolę Polaków, by iść z pieśnią na ustach – dodając sobie i społeczeństwu otuchy i dodać sił do walki. Niektóre piosenki, a dokładniej ich teksty, zmieniały się. Ujmowały aktualne sytuacje społeczne. Można rzecz, że była to forma zabawy dla ludzi. Nie tylko korzystano ze znanych pieśni i piosenek, ale tworzono zupełnie nowe. Co ciekawe, teksty i słowa ZAKAZANYCH piosenek znały liczne grona osób - nawet gdy teksty zmieniały się mniej lub bardziej bądź powstawały zupełnie nieznane melodie i słowa. Należy przy tym pamiętać, że nie było wówczas takiego przepływu informacji jak dziś, a jednak przekaz wiadomości był. Wszystko do zobaczenia W roku 1946 roku podjęto się realizacji pełnometrażowego filmu Leonarda Buczkowskiego pt. „Zakazane piosenki”. Premiera miała miejsce w 8 stycznia 1947 w kinie „Palladium” w Warszawie. Akcja rozgrywa się w latach 1939 – 1945 w Warszawie. Początkowo film miał na celu zebranie wybranych piosenek i przedstawienie ich, jedna po drugiej, przy pomocy adekwatnego obrazu pasującego do treści tekstu. Już jego czołówka wskazuje, że „bohaterem tego filmu jest piosenka, naiwna, nieskomplikowana, prawdziwa”. I tak


KULTURA

miało być – to miał być jedyny bohater. Jednak zmieniono nieco koncepcję. Postanowiono połączyć piosenki, nadać im spójność względem całości filmu. Wprowadzono kilka postaci i przedstawiono ich przeżycia oraz zdarzenia, których byli bohaterami. Pojawiają się zarówno w momentach muzycznych, jak i tych pozamuzycznych. Zapewniają ciągłość zdarzeń w filmie. Jest to pierwszy film fabularny, który powstał po wojnie. Ta antologia kilkunastu pieśni i piosenek z czasu okupacji spotkała się z dużym zainteresowaniem. Do tej pory znamy, choćby w małej części, te zakazane piosenki. Przykłady? Oto kilka z nich: „Siekiera, motyka”, „Teraz jest wojna”, „Warszawianka”. Więcej do zobaczenia w samym filmie – to całkowicie dozwolone. Zachęcam! 

s. 81


RECENZJE

Zaginiony Symbol Książek o zagadkach do rozwiązania, niebezpiecznych śledztwach, walce o życie i morderstwach jest wiele. Jednak „Zaginiony symbol” Dana Browna to mieszanka dobra i zła, mieszanka która nie smakuje dobrze. Karolina Kowalcze Amerykanin Dan Brown jest niezwykle sławnym pisarzem. Jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki, zwłaszcza po sukcesach „Kodu Leonarda da Vinci” oraz „Aniołów i demonów”. Ciężko się dziwić, ma dobry styl pisania. Lekkie pióro, napięcie oraz ciekawy splot akcji sprawiają, że opasłe tomy czyta się niezwykle szybko. Akcja powieści wciąga, przygody bohaterów sprawiają, że zagadka się rozwiązuje i komplikuje na nowo; kiedy zdaje się, ze bohaterowie dotknęli sedna problemu, za kilka chwil muszą zaczynać pracę od nowa. Czytelnik dosłownie pożera rozdziały. Ale może jednak od początku. „Zaginiony symbol” to historia profesora Roberta Langdona. W obszarze jego badań naukowych znajdują się sekty, tajne stowarzyszenia, masoni, ich rytuały i światopogląd. Dzięki prośbie swojego przyjaciela – o przechowanie małej paczki - zostaje zmuszony pomóc CIA w rozwiązaniu jednej z najdelikatniejszych spraw Ameryki. Akcja powieści szybko nabiera pędu. Zaciekawiony czytelnik poznaje koleje losu Langdona, jego rodzinę, przeszłość oraz młodego, zblazowanego majątkiem rodzinnym syna. Każde zdarzenie zaskakuje, tajemnice ciekawią... Jednak, moim zdaniem, nie warto tracić czasu na książkę, w której dobro miesza się ze złem. Dan Brown manipuluje faktami w bardzo zgrabny sposób. Interpretuje je tak, by pięknie pasowały do utopii o masonach. Nie

s. 82

zostali oni pokazani jako zło lub fałszywe doskonalenie duchowe nawet jako stowarzyszenie, które ma coraz większy wpływ na społeczeństwo. Zostali pokazani niewinnie, jako jedyni słuszni filozofowie: ich idee jako najlepsze na świecie. Taka Brownowska papka może nieźle zamieszać w głowach zwłaszcza, że dodano do niej luźne interpretacje z Pisma Świętego. We wszystko zostały wplecione ciekawostki ze świata nauki. Widać, że autor wie o czym pisze. Szczegółowo opisane tajne rytuały, obrazy i odwołania do ludzi znanych z historii. Rzeczywiste budynki, ulice, cytaty znanych ludzi lub te z ksiąg znanych bardziej religioznawcom niż przeciętnemu człowiekowi. Wszyst-

ko to w pięknej otoczce powieści napisanej bardzo zgrabnie tak, że pod koniec czytelnik zaczyna we wszystko wierzyć. Dan Brown sprzedał około 200 milionów egzemplarzy swoich powieści (w Polsce 200 tys.). Jest jednym z najbardziej popularnych pisarzy na świecie. Fakt, że pisarz dobrze się sprzedaje został bardzo szybko wykorzystany. Dwie z jego powieści zostały przeniesione na duży ekran i wywołały duże zamieszanie nie tylko w sweecie chrześcijańskim. W mediach zawrzało. Tego właśnie chcą i tym żywią się podobne powieści: skandalem. I o ile „Zaginiony symbol” czyta się szybko i lekko, o tyle nie warto tracić na niego czasu. 


REFLEKSJE

Odwaga zabija

mnie

Ten film to problem. Spory problem. Jest niejednoznaczny. A gdy rzecz tyczy się „Boga, honoru i Ojczyzny” to źle. Bo w przypadku rzeczy najważniejszych chcielibyśmy mieć wszystko jasno wytłumaczone. W przeciwnym razie trzeba myśleć samodzielnie. Wojciech Urban Nie ulega wątpliwości fakt, że świetna jest warstwa techniczna filmu. Tutaj nie ma się czego przyczepić, a i pochwał trochę się należy. Dbałość o detale, gra aktorska, świeże twarze w głównych rolach, to atuty filmu. Dla mnie jest nim również muzyka. Współczesna, rockowa, dynamiczna – w pierwszej części filmu, gdy udział w wojnie jest bardziej zabawą niż poważną partyzantką. Po aresztowaniu „Rudego” bardziej klasyczna, dramatyczna. Niektórzy zarzucają, że w filmie źle przedstawione są postacie kobiece. Zbyt klasycznie. Jako matki, siostry, żony i narzeczone tylko płaczą, żegnając wychodzących na akcję lub witając „wracających na tarczy”. Ja nie odniosłem takiego wrażenia. Mnie film się podobał. Nigdy nie oczekuję od ekranizacji całkowitej zgodności z pierwowzorem. Inny jest twórca, inny gatunek, inny odbiorca, inne wreszcie środki wyrazu, niż w przypadku książki. Nie wymagam zbytniego realizmu historycznego. To nie film dokumentalny, to fabuła. Inspirowana faktami (właściwie to inspirowana książką, która była inspirowana historią konkretnych ludzi), ale jeśli z niedokładności historycznej czynić zarzut , to należałoby go postawić nie tylko Glińskiemu, ale i Mickiewiczowi czy Sienkiewiczowi. Ci ostatni pisali jednak w konkretnym celu. „Ku pokrzepieniu serc…”.

Czemu więc oczekiwać twórczości „ku pokrzepieniu” dziś? Czy mam gorzej, niż mój przodek, żyjący pod rządami Franca Józefa, cara Mikołaja Romanowa, czy Fryderyka Wilhelma III? Po co natomiast powstał film Glińskiego? Może mniejsza nawet o to, po co powstał, ale dlaczego reżyser powołuje się na powieść Kamińskiego? Gdyby główni bohaterowie nazywali się Józek Kowalski, Franek Nowak i Władek Stefański, należeli do jakiegoś tam hufca harcerskiego i ot, po prostu próbowali coś zdziałać w okupowanej stolicy, oburzenia by nie było. Zrobił to dla kasy? Nie sądzę. Temat jest bardzo nośny. Świadczy o tym na przykład popularność serialu „Czas honoru”. Organizacje o profilu patriotycznym bez większych nakładów

same zrobiłyby reklamę w mediach społecznościowych. Jeśli film zostałby zrobiony dobrze, a został, zarobiłby na siebie i tak. Więc? Sens filmu „Kamieni na szaniec” polega na tym, że jest o „nas”. O współczesnym młodym chłopaku, z nienagannie zaczesaną grzywką. Bohaterowie Glińskiego bez wątpienia nosiliby Ray-bany, gdyby wtedy istniały. O nich, o konkretnych chłopakach z „pokolenia Kolumbów” była książka. Film jest o nas. Ekranowe zachowania Rudego i pozostałych mają pokazywać, jak zachowałby się współczesny harcerz w podobnej sytuacji. Jak ja bym się zachował. Odpowiedź na to pytanie jest sensem filmu. Dlatego „Kamienie na szaniec” są warte obejrzenia, a nie bojkotu. 

s. 83


J E S T E M, W I Ę C M Y Ś L Ę

Kiedy zaczyna się

ludzkie życie?

Kamil Majcherek

Kiedy zaczyna się ludzkie życie? „Wraz z momentem poczęcia” – powinien odpowiedzieć wzorowy katolik. Ale dlaczego tak właśnie powinien odpowiedzieć? Wielu współczesnych ludzi, w tym naukowców czy filozofów, odpowie coś innego. Będą twierdzili, że należy wyznaczyć inny moment, już po zapłodnieniu, od którego można mówić o człowieku – dziecku – żyjącym w łonie matki, a nie o pewnym zlepku komórek – czyli „jeszcze-nie-człowieku”.

Dlaczego odpowiedź na to pytanie – będące pytaniem o kryterium początku bycia człowiekiem – jest tak ważna? To, od którego momentu będziemy mówili o istnieniu „nowego” człowieka, wyznacza również, od którego momentu aborcję nazywać będziemy zabójstwem. Jeżeli przyjmiemy nauczanie Kościoła, każdą aborcję nazwać będziemy musieli zabójstwem. Jeżeli przyjmiemy opinię osób niezgadzających się z tym nauczaniem, będziemy chcieli podzielić aborcje na te będące (już) zabójstwem i te niebędące (jeszcze) zabójstwem. Cała dyskusja może się rozgrywać na dwóch płaszczyznach: na terenie nauk empirycznych, takich jak biologia, embriologia czy genetyka, oraz na terenie nauk filozoficznych i teologicznych. Chcę skupić się szczególnie na argumentacji prowadzonej na drugiej z wymienionych ze mnie płaszczyzn, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, ograniczanie się tylko do pierwszej płaszczyzny grozi redukowaniem człowieka do jego aspektów biologicznych, co dla katolika – i oczywiście nie tylko dla niego – jawi się jako niedopuszczalne. Po drugie, jestem przekonany, że argumentacja prowadzona wyłącznie z pozycji nauk empirycznych – choć oczywiście jest w stanie spełnić rolę perswazyjną w pewnych przypadkach, szczególnie w przekonywaniu osób niepodzielających chrześcijańskiego

s. 84

“Pasnau mówi, że

Kościół Katolicki wdał się – jego zdaniem – w pożałowania i potępienia godną walkę ideologiczną w kwestiach takich, jak właśnie aborcja. Tymczasem, filozof stwierdza z niejaką satysfakcją, że największy z doktorów Kościoła – Tomasz z Akwinu – sam głosił w tej kwestii pogląd niezgadzający się z obecnymi poglądami Magisterium. poglądu o połączeniu ludzkiego ciała z duszą – nie potrafi nas poprowadzić do uzasadnienia absolutnego zakazu aborcji od momentu poczęcia, jako zabicia osoby ludzkiej. Taką argumentację, w moim przekonaniu, jesteśmy w stanie sformułować jedynie dzięki filozofii i teologii, wykraczających poza naturalistyczny redukcjonizm. Nie znaczy to, że argumentacja ta abstrahuje całkowicie od ustaleń takich dziedzin, jak embriologia. Wręcz

przeciwnie – jak zobaczymy, są one w wielu przypadkach punktem wyjścia analizy filozoficznej i teologicznej. Aby uzmysłowić sobie, jak spór nauczania Kościoła z przeciwnikami tego nauczania w kwestii początku ludzkiego życia wygląda, posłużmy się jako przykładem dyskusji wobec fragmentu (skądinąd niezwykle ciekawej i wartościowej) książki amerykańskiego filozofia Roberta Pasnaua: „Thomas Aquinas on Human Nature”. Pasnau bardzo rzetelnie podchodzi do badania i dyskutowania myśli św. Tomasza z Akwinu. Jednak w miejscu, w którym zaczyna mówić o poglądach Akwinaty na początek ludzkiego życia i odnosi je do sporu o dopuszczalność aborcji, sytuacja nagle ulega zmianie. Pasnau, do tego momentu rzetelny i wyważony badacz, zaczyna prowadzić otwartą walkę z nauką Kościoła, próbując do tego celu posłużyć się właśnie św. Tomaszem. Naukowa analiza zostaje miejscami zastąpiona przez polityczną agitację. Streszczając, powiedzmy, że Pasnau mówi, że Kościół Katolicki wdał się – jego zdaniem – w pożałowania i potępienia godną walkę ideologiczną w kwestiach takich, jak właśnie aborcja. Tymczasem, filozof stwierdza z niejaką satysfakcją, że największy z doktorów Kościoła – Tomasz z Akwinu – sam głosił w tej kwestii pogląd niezgadzający się z obecnymi poglądami Magisterium. Dodatkowo


J E S T E M, W I Ę C M Y Ś L Ę amerykański badacz sugeruje, że pogląd ten ujawniany jest przez katolickich myślicieli wielce niechętnie, a wręcz jest przemilczany, bo może niebezpieczny. Zdaniem Pasnaua, gdyby ów pogląd Tomasza był szerzej znany, siła stanowiska Kościoła w kwestii niedopuszczalności aborcji zmalałaby. O jaki – rzekomo ukrywany – pogląd Akwinaty tutaj chodzi? Mianowicie o ten – współdzielony przez Tomasza z wieloma autorami starożytnymi i średniowiecznymi – mówiący, że rozwijający się w łonie matki płód zostaje przez Boga obdarzony duszą rozumną, czyniącą ów płód człowiekiem, nie w momencie poczęcia, lecz dopiero w czasie późniejszym. Te wywody Pasnaua spotkały się z reakcją chociażby dwóch znakomitych katolickich etyków, J. Haldane’a oraz P. Lee (będących równocześnie, podobnie jak Pasnau, badaczami myśli św. Tomasza). Zauważają oni, że amerykański badacz, celowo bądź nie, mija się z prawdą, mówiąc, że wspomniany pogląd Akwinaty jest przez katolickich myślicieli zatajany jako potencjalnie niebezpieczny. Wręcz przeciwnie – odpowiadają: katolicka literatura na ten właśnie temat jest wielce szeroka, pogląd ten jest dobrze znany, a liczne są również sugerowane drogi rozwiązania problemu. Co więcej, sam Kościół odnosił się do tych poglądów Tomasza i wielu innych średniowiecznych katolickich teologów oraz filozofów, ogłaszając nauczanie im przeciwne. Tak czyni np. Kongregacja Doktryny Wiary w „Deklaracji o przerywaniu ciąży”. Deklaracja ta stwierdza, że w ciągu wieków ojcowie, doktorzy i pasterze Kościoła zawsze nauczali, iż życie ludzkie musi być chronione od samego początku. Różnice zdań na temat tego, kiedy płód zostaje obdarzony duszą rozumną, nie wprowadzały żadnej wątpliwości w kwestii tego, że aborcja jest moralnie naganna. W czasach średniowiecza, jak już mówiłem, a o czym wspomina również deklaracja, utrzymywano zazwyczaj, że „wlanie” duszy rozumnej następuje dopiero kilka tygodni po poczęciu. Opinia ta odziedziczona została przez wielu wczesnych katolickich teologów po Arystotelesie, który sądził, że w

procesie rozwoju ludzkiego płodu materia otrzymuje następujące po sobie formy, którymi są dusze. Pierwszą jest dusza wegetatywna, odpowiadająca za odżywianie (a w przyszłości: również za rozmnażanie). Później zastąpiona ona zostaje przez duszę zmysłową, odpowiedzialną za postrzeganie i poruszanie się. Zasadą przyjętą przez Arystotelesa jest również, że forma wyższa, następująca po poprzedzającej ją, usuwa formę poprzednią, przejmując jej funkcje. Ostatnią formą jest dusza rozumna, odpowiedzialna za funkcję wyróżniającą człowieka od innych istot, czyli właśnie prowadzenie rozumowania. W odróżnieniu od dwóch pierwszych form, które w naturalny sposób „rodzą się” z materii, forma rozumna, jak mówi Arystoteles, „przychodzi z zewnątrz” (to odróżnienie jej od form poprzednich płynie stąd, że dla Arystotelesa, choć korzysta z danych dostarczanych przez materialne narządy zmysłowe, rozumowanie jest aktywnością niecielesną,

wykraczającą poza zdolności i funkcje ciała. W związku z tym nie może powstać z ciała-materii). Św. Tomasz, przyjmując te przesłanki, stwierdzi, że w związku z tym duszę rozumną „wlewa” w płód sam Bóg. W związku z tym poglądem różniła się ocena moralna i sankcje dotyczące aborcji dokonanej przed obdarzeniem płodu rozumną duszą od oceny i sankcji tyczących się aborcji dokonanej po „wlaniu” duszy rozumnej, bo tylko druga z nich uznawana była za zabójstwo dokonane na osobie ludzkiej. Odnośnie obu sytuacji ocena była negatywna, a sankcje – poważne. Jednak sytuacja druga była uznawana za przewinienie cięższe, jeszcze bardziej godne potępienia i pociągające za sobą jeszcze większe sankcje. Nie zmienia to jednak faktu, że obie sytuacje uznawane były za czyny moralnie niedopuszczalne i naganne. Pogląd dopuszczający to rozróżnienie dominował w nauczaniu Kościoła aż do wczesnej nowożytności; przyczyną jego zmiany był głównie rozwój embriologii.

s. 85


J E S T E M, W I Ę C M Y Ś L Ę Rozwój ten doprowadził w XIX wieku do ujednoznacznienia stanowiska Kościoła, doprowadzającego je do pozycji pokrywającej się z obecną, które wyraża inna deklaracja, „Donum vitae”, mówiąca o tym, że od momentu poczęcia – tj. od momentu zapłodnienia komórki jajowej – rozpoczyna się nowe życie, niebędące życiem matki ani życiem ojca. Życie to domaga się bezwarunkowego poszanowania należnego człowiekowi i musi być traktowane jako osoba, której praw należy przestrzegać, od momentu poczęcia. Pierwszym z tych praw jest nienaruszalne prawo do życia, przysługujące każdej niewinnej istocie ludzkiej. Papież Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae” podkreślał, że z punktu widzenia zobowiązań moralnych, nawet samo tylko prawdopodobieństwo, że chodzi o osobę ludzką, wystarczyłoby do całkowitego zakazania jakiegokolwiek działania zmierzającego do uśmiercenia ludzkiego zarodka. Powróćmy jeszcze do poglądów św. Tomasza, które Pasnau próbuje skierować przeciw obecnemu nauczaniu Kościoła. Próba ta wykorzystuje pogląd Akwinaty, mówiącego, że zarodek staje się człowiekiem dopiero wraz z „wlaniem w niego” przez Boga duszy rozumnej, co następuje dopiero po pewnym czasie od samego zapłodnienia. Zasadne może być więc pytanie: dlaczego św. Tomasz utrzymuje, że proces formowania człowieka zachodzi stopniowo, od poziomu wegetatywnego, przez zmysłowy po wlanie duszy rozumnej? Dlaczego nie mogło jego zdaniem zachodzić natychmiastowe (tj. w momencie poczęcia) obdarzenie płodu duszą rozumną (co czyniłoby ów płód człowiekiem od momentu poczęcia właśnie)? Odpowiedź zawiera się w Tomaszowym poglądzie, że wielka odległość dzieli punkt początkowy procesu formowania płodu, którym jest połączenie pierwiastka czynnego – męskiego nasienia – z pierwiastkiem biernym – krwią kobiety – i jego punkt końcowy, tj. powstanie człowieka. Pokonanie takiej „odległości” wymaga stopniowego procesu. Pasnau utrzymuje, że zdaniem Tomasza do wlania duszy rozumnej konieczne są

s. 86

pewne warunki fizyczne czy materialne. Pasnau kładzie nacisk na to, że – w jego opinii – Akwinata sądzi, że do wlania duszy rozumnej konieczne jest spełnienie pewnych materialnych warunków po stronie ciała: aktywność rozumowa wydaje się wymagać rozwiniętego mózgu. Organy, na których opiera się działanie duszy rozumnej – a więc również mózg – muszą być według Akwinaty, tak, jak go czyta Pasnau, w pełni rozwinięte, tj. mają być bezpośrednio do użycia, a nie tylko na początku procesu formowania się. Tymczasem Haldane i Lee w przekonujący sposób dowodzą, że Tomasz sądził, że do wlania duszy rozumnej wystarcza, by jedynie zalążki takich organów – a w szczególności mózgu – były w tym momencie obecne. Rozumowanie Pasnaua koliduje ze zdroworozsądkową obserwacją, że według Tomasza wlanie duszy rozumnej następuje kilkadziesiąt dni po poczęciu. Należałoby więc przyjąć, że wtedy już zarodek zdolny jest do prowadzenia rozumowania. To wydaje się co najmniej dziwnym pomysłem i niezbyt prawdopodobne jest, żeby akurat Tomaszowi ów dziwny pomysł przyszedł na serio do głowy. Po drugie, wiemy obecnie, że mózg ludzki jest w stanie wspomagać myślenie pojęciowe – które właśnie jest rozumowaniem – dopiero kilka miesięcy po narodzinach dziecka. To oznaczałoby, że dziecka liczącego, powiedzmy, sześć tygodni, nie możemy nadal nazwać człowiekiem. To druga dziwna, by nie powiedzieć: absurdalna, konsekwencja forsowanej przez Pasnaua, wbrew – jak mi się wydaje, samemu Tomaszowi – teorii. Czy w kontekście naszej obecnej wiedzy, wyzwolonej z fałszywych przesłanek embriologicznych, do utrzymania jest pogląd, że czyniące embrion człowiekiem wlanie duszy rozumnej następuje po poczęciu, a nie w jego momencie? I czy pogląd ten, mając naszą wiedzę, zachowałby św. Tomasz? Wydaje się, że nie. Do utrzymywania tej opinii Akwinatę skłaniały cztery przesłanki: trzy o charakterze embriologicznym i jedna o charakterze metafizycznym. Przesłanki z pierwszej grupy to: (1) w procesie poczęcia tylko mężczyzna (a

nie również kobieta) jest czynnikiem aktywnym, działającym; (2) materia (krew kobiety), na którą działa nasienie, charakteryzuje się niezwykle słabym poziomem zorganizowania i doskonałości, nie posiadając nawet życia wegetatywnego; (3) w wyniku tego: punkt początkowy (krew kobiety) dzieli od punktu końcowego (ciało o poziomie zorganizowania wystarczającym do przyjęcia duszy rozumnej, tj. ludzkiej) wielki dystans. Natomiast przesłanka metafizyczna jest następująca: w porządku natury tkwi, że dana rzecz przeprowadzana jest od możności do aktu stopniowo. Tak więc to, co powstaje (np. właśnie „formujący się” płód ludzki) przechodzi od niedoskonałości do doskonałości sobie właściwej. Możemy przyjąć, że przesłanka metafizyczna jest prawdziwa; niewątpliwie jednak wszystkie trzy przesłanki embriologiczne są fałszywe. Współczesna embriologia mówi nam, że tym, co Tomasz nazwałby „pierwiastkiem” występującym po stronie kobiety w procesie płodzenia jest komórka jajowa, będąca wysoce zorganizowaną, żyjącą komórką, zawierającą złożoną, dokładne „dane” w postaci genetycznej struktury chromosomów. Te „dane”, wraz z „danymi” pochodzącymi ze struktury genetycznej chromosomów w męskim nasieniu, „prowadzą” rozwój nowo powstałego ludzkiego organizmu powstałego przez połączenie komórki jajowej z plemnikiem. W związku z tym komórka jajowa jest niezwykle blisko gotowości do szybkiego rozwoju embriologicznego; potrzeba tylko połączenia z nasieniem. Do pewnego stopnia proces przejścia od tego, co proste, do tego co złożone, którego w formowaniu organizmu poszukiwał św. Tomasz, zachodzi więc już w czasie gametogenezy. Jeżeli zastosujemy więc uznaną przez nas przesłankę metafizyczną do dostępnych nam obecnie danych z dziedziny embriologii, dotrzemy do konkluzji, że embrion jest istotą ludzką już od momentu poczęcia, a więc do stanowiska wyrażanego przez Magisterium Kościoła Katolickiego, z którym walczyć próbował Robert Pasnau. 


s. 87


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 88


Może coś Więcej nr 6