Page 1

nr 23 / 2014

10 - 23 listopada

Patriotyzm nasz powszedni s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

Giewont bez krzyża, ale palma kwitnie

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU 16

RAFAŁ GROWIEC

8

Owsiak i Matka Kurka - znamy uzasadnienie wyroku RAFAŁ GROWIEC

11

Miłość do Ojczyzny, a psia kupa RAFAŁ GROWIEC

20

Patriotyzm nasz powszedni MAŁGORZATA RÓŻYCKA

Ranking Najpotężniejszych czyli kogo się boimy

22

ALEKSANDRA BRZEZICKA

26

Porozmawiajmy o Polsce ALEKSANDRA FRONTCZAK

Sprawdzian patriotyzmu MATEUSZ PONIKWIA

28

Międzywojnie - architektura, a mit państwowości MAJA MROCZKOWSKA

32

TAKA SYTUACJA 12

34

14 s. 2

Jestem Wszechpolakiem

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

ALEKSANDRA BRZEZICKA

Prawa

TOMASZ MARKIEWKA

DOMINIK CWIKŁA

Bo widzieliśmy już wszystko

MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Na przekór tradycji

36

Franciszek – człowiek poważny czy wierzący

RAFAŁ GROWIEC

MACIEJ PUCZKOWSKI


SPIS TREŚCI

RECENZJE

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE 38

Jestem bawołem? KRZYSZTOF RESZKA

ROZMOWA KULTURALNA 40

Obraz + Uczucia + Chronologia. Przyczynki do «Mitu Galicji»

Serce za serce 48 50

MATEUSZ NOWAK

Autoboty w odsłonie czwartej

ANNA ZAWALSKA

MAJA MROCZKOWSKA

STAN UMYSŁU: GALICJA 44

Mit Galicji

MAJA MROCZKOWSKA

REFLEKSJE

HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI 46

Nie pytaj mnie, co widzę w niej

Jak żyć, Panie Jezu? 52

KAJETAN GARBELA

MATEUSZ NOWAK s. 3


WSTĘPNIAK

Znów o patriotyzmie O patriotyzmie zdarzyło nam się już co nieco pisać w jednym z sierpniowych numerów, z racji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Teraz, w przeddzień kolejnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, znów proponujemy Wam kilka refleksji w tym temacie.

Anna Zawalska Scenariusz na najbliższe dni jest raczej łatwy do przewidzenia. Marsze narodowościowe, uroczystości upamiętniające Odzyskanie Niepodległości, flagi wywieszone w oknach. Do tego pewnie zdarzy się jakieś podpalenie tęczy (które oczywiście ma miejsce tylko i wyłącznie 11 listopada), jakieś dodatkowe burdy w stolicy i inne takie. Narodowcy okrzyknięci zostaną wandalami, prawica nazwana faszystami, a po lewej stronie będziemy słyszeć biadolenie na temat histerycznego patriotyzmu w naszym kraju. Jak co roku, ta sama śpiewka. Z jednej i drugiej strony barykady. A poywka dla mediów na następne tygodnie. Jednak kolejna rocznica 11. listopada to nie jedyny powód, dla którego zajmujemy się tematem

patriotyzmu i poczucia tożsamości narodowej. Oto bowiem już 16 października podejdziemy do urn, aby zadecydować kto będzie zasiadał w lokalnych samorządach. To swego rodzaju sprawdzian patriotyzmu, który zapewne zda jakieś 40% obywateli. Przynajmniej tylu z nas pofatygowało się, żeby postawić krzyżyk w wyborach do Europarlamentu. Z racji, że teraz chodzi o własne podwórko, może poryw narodowy poczuje nieco więcej Polaków. Nadzieję na to mieć można, jednak obserwując panujący wszem i wobec tumiwisizm nie ma co liczyć na cuda. W tym numerze temat wyborów również poruszamy. Zastanawiamy się też nad tym, jak to z tym naszym patriotyzmem właściwie jest – czy czujemy się Polakami tylko od święta,

czy może każdego dnia okazujemy swą miłość do Ojczyzny. A w jaki sposób tę codzienną miłość do Ojczyzny pokazywać? Staramy się na to pytanie odpowiedzieć. Tak samo, jak na pytanie ile w każdym z nas jest Wszechpolaka i co to właściwie oznacza bycie nim. Oczywiście na tematy związane z patriotyzmem można pisać elaboraty i podejrzewam, że ten temat na naszych łamach będzie pojawiał się dość często. Póki co, przed Wami, lektura najnowszej wersji „Może coś Więcej”! Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różycka, Danuta Cebula, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła, Aleksandra Frontczak Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Krzywda Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com Wydawca: Anna Zawalska, Lipowa 572, 34-324 Lipowa

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Giewont

bez krzyża, ale palma kwitnie

Ministerstwo Spraw Zagranicznych postanowiło wypromować Polskę w świecie filmem ukazującym nasz kraj jako wspaniały i nowoczesny, a jednocześnie tajemniczy. Wsparty infantylnym wyobrażeniem o dziecięcej wyobraźni filmik wzbudził zainteresowanie w kraju. Czy młodemu Brytyjczykowi tak trudno wyobrazić sobie krzyż? Rafał Growiec KONWENCJA WYOBRAŻENIOWA Wyprodukowany przez Opus Film półtoraminutowy filmik zwiera w sobie dwie płaszczyzny: pierwsza z nich to opowiadanie dziecka, które pojechało z ojcem w podróż służbową do Polski. Relacja z wizyt w Gdańsku, Warszawie, na Giewoncie i w Krakowie jest podstawą dla obrazów, mających stanowić wytwór wyobraźni kolegi. Tak więc PGE Arena jest wyciągana z morza przez dziesiątki siłaczy jak wielki kawał bursztynu, na ulicach Warszawy wśród samochodów rozgrywa się bitwa inspirowana grunwaldzkim dziełem Matejki, w Krakowie smoka nie ma, bo podpisuje umowę, a śpiący olbrzym na Giewoncie otwiera oczy. I od olbrzyma się zaczęło. Giewont cechuje się tym, że tkwi na nim krzyż. Piętnaście metrów ściągającej pioruny stali wbite w nos śpiącego olbrzyma. I tak dziecko, które na tenże nos się wspięło, zapomniało o tym wspomnieć koledze. A bądź co

s. 6

“Piętnaście metrów

ściągającej pioruny stali wbite w nos śpiącego olbrzyma. I tak dziecko, które na tenże nos się wspięło, zapomniało o tym wspomnieć koledze. A bądź co bądź krzyż w nochalu zainteresowałby akurat dziesięciolatka i byłby źródłem pytań typu: „Dlaczego mu to zrobili?”. bądź krzyż w nochalu zainteresowałby akurat dziesięciolatka i byłby źródłem pytań typu: „Dlaczego mu to zrobili?”. Ale załóżmy, że chłopak jakoś zapomniał o krzyżu, a skupił się na samym fakcie wspięcia się w lakierkach z rodzicami na Giewont. Nie wspomniał o tym, więc kolega

sobie tego nie wyobraził. Jednak pod koniec spotu kilkulatek pokazuje zdjęcia, także Giewontu – krzyż widać, ale jakby mniejszy niż w oryginale, co dodatkowo potęguje szare tło. Nie jest to jedyny znikający krzyż w spocie. Gdy oglądamy „dziecięce” wyobrażenie bitwy pod Grunwaldem toczonej na ulicach Warszawy, widzimy mężczyznę z rozwianymi ciemnymi włosami, w czerwonej czapce z białym, futrzanym otokiem. Za nim powiewa bliżej nieokreślony sztandar. Wypisz, wymaluj książę Witold, jednak bez krzyża na nakryciu głowy. Zniknął także krzyżacki sztandar z czarnym orłem wpisanym w krzyż. „No – powiedzą obrońcy spotu – dziecko skupiło się na samej bitwie, na zbrojach, na mieczach, koniach...”. A jednak kolega zdolny był sobie wyobrazić czerwoną czapkę i futro, ale już bez krzyża. Niby dlatego, że przypomina czapkę św. Mikołaja, ale to też byłby szczegół ciekawy dla dziecka – Mikołaj z mieczem i krzyżem na czapce, prawda?


AŻ DZIW Za scenariusz odpowiada Paweł Borowski, który tworzy pod pseudonimem „Boro” satyryczne rysunki na temat kinematografii dla (uwaga, kto zgadnie, dla kogo?)... Gazety Wyborczej. Brak odniesienia do religii w spocie aż dziwi, gdyż w swoich pracach zamieszczonych na portalu warszawa.gazeta.pl zdaje się nie unikać tego tematu. Na przykład obśmiewając tytuł filmu „Obecność”, Borowski pokazuje Boga – brodatego starca – siedzącego w szkolnej ławce. Niby niewinne odniesienie do wszechobecności, ale z kolei „Niemożliwe” kojarzy się panu „Boro” inaczej: ten sam starzec z brodą i aureolą w piekielnym kotle. Może to sugerować, że reżyser, jako spokrewniony ideowo z Gazetą Wyborczą, walczącą o „świeckość” (rozumianą w duchu francuskiej, wrogiej religii, laickości), zmniejszył też ilość religijnych symboli w reżyserowanym przez siebie spocie. A może (nie)widoczność krzyża na Giewoncie jest efektem realizacji jego wizji przez grafików firmy Opus Film? Jednak jako reżyser zapewne miał wpływ na kostiumy, także „Witolda”, oraz rekwizyty – jak sztandar za zakonnikiem krzyżackim. Nie wiem i nie znam się, ale chyba przeniesienie na ulice Warszawy obrazu Matejki z detalami bardziej odpowiadałoby idei spotu, niż kilka przemyconych detali, w dodatku niedbale. Być może przesadzam i czepiam się szczegółów – w końcu nie zawsze widać krzyż na Giewoncie i być może takiej czapki nie było w rekwizytorni teatru. W dodatku lewica już naśmiewa się z prawicowych cenzorów, doszukujących się dechrystianizacji przestrzeni publicznej. I rzeczywiście rodzi się pytanie – czy warto wszczynać awanturę z powodu technicznych wpadek. Zwłaszcza, że nieścisłości jest nieco więcej – i to nie tylko religijnej natury (o czym za chwilę). Są przesłanki, by zarzucać autorom spotu celowe usuwanie krzyży (stosunek reżysera do religii) jak również, by to zignorować (szara rzeczywistość i widoczność). Rozstrzygający będzie odbiór gości z za-

granicy. Oby nie pozwano polskiego MSZ za oszustwo, gdy jakiś biedny turysta-ateista wejdzie na Giewont i zobaczy krzyż. JAK TATRY NA NOWEJ HUCIE Poza sprawą krzyży mamy w spocie typowe dla reklamy przekłamania. Tak więc, aby pokazać nowoczesność Warszawy, palma na De Gaulle’a ma wszystkie liście i stoi na tle niewidocznych stamtąd wieżowców. Do „Bitwy pod Grunwaldem” nie trzeba się dopychać. Takie same pustki są w grocie pod Wawelem. Na Giewont wejdzie spokojnie pan w garniturze, lakierkach i z teczką. W dodatku przy efektownym, ale zwiastującym ulewę, chmurnym niebie. Tak, tak, TOPR pozdrawia chętnych powtórzyć ten wyczyn w rzeczywistości. Część z tego można uzasadnić tym samym, czym obrazy Krakowa z widokiem na Tatry w miejscu Nowej Huty – marketingiem i ograniczonym czasem. Część może wynikać z chęci zachowania konwencji wyobrażenia – ojciec opowiadającego chłopca

pojawia się głównie jako biznesmen. W krótkich migawkach z Giewontu byłby trudny do rozpoznania, gdyby zmienił ubiór na płaszcz przeciwdeszczowy i trapery. Niezależnie od tego, czy krzyż na Giewoncie widać, czy nie, forma sama w sobie jest ciekawa. Na pewno przedstawienie Polski jako kraju pełnego tajemnic i legend odstaje od konwencji „John Paul II i Lech Walesa”. Szum wokół brakującej symboliki może rozpowszechnić spot także w Polsce. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że „dekrucyfikacja” Giewontu i księcia Witolda to wpadka przy pracy, a nie celowe zamierzenie reżysera. PS. Po wnikliwej analizie dwóch wersji spotu – oficjalnej, sygnowanej na vimeo.com przez Opus Film (http://vimeo.com/110571931) i wersji „director’s cut” na tym samym serwisie podpisanej przez Platige Image (http://vimeo.com/110609319) można dostrzec zmianę kolorystyki końcowego zdjęcia Giewontu i bardziej widoczny krzyż. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Owsiak i Matka Kurka: znamy uzasadnienie wyroku Bloger Matka Kurka (pod takim pseudonimem prowadzi swój blog Piotr Wielgucki) opublikował uzasadnienie wyroku sądu, które pogrąża WOŚP i Jurka Owsiaka.

Rafał Growiec ZŁOTE MELONY Od dawna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie tylko budzi aplauz i entuzjazm społeczeństwa, ale też rodzi pytania. Czy da się pomagać dzieciom bez wykorzystania do tego wszelkich sił państwa, z F-16 włącznie? Czy kolejne wielkie wpłaty to akty dobrego serca prezesów firm czy chęć zbicia PR-owego kapitału? Nic dziwnego, że znaleźli się ludzie, którzy zaczęli uważnie analizować transakcje, wypowiedzi i firmy związane z WOŚP. Jednym z tych inkwizytorów jest bloger Piotr Wielgucki, używający na portalu kontrowersje.net pseudonimu Matka Kurka. Na swoim blogu w kilkunastu wpisach ostro atakował on Owsiaka, wskazując na nieścisłości w rozliczeniach WOŚP.

s. 8

“Innymi słowy: po-

zwalając sobie na przykład na stwierdzenie, że o. Rydzyk „wyciągnął” z Unii 300 milionów euro, Jerzy Owsiak dopuszczał, że ktoś stwierdzi, że „wydoił” on z WOŚP tyle a tyle złotych. Tytuły wpisów mówią same za siebie: „Jerzy Owsiak – król żebraków i łgarzy, złoty melon sekty WOŚP”; „Guru Owsiak w 11 lat wyjął 46 Złotych Melonów”; „Jerzy Owsiak – król żebraków i łgarzy, pracuje na nowy tytuł – hiena Cmentarna”. Sam Owsiak zareagował ostro, zarzucając blogerowi zniesławienie i znieważenie jego samego jak i Fundacji. Sprawą zajmował się Sąd

Rejonowy w Złotoryi, jednak sprawa od początku była skazana na medialny rozgłos. Kto pamięta szefa WOŚP rozpaczliwie zaglądającego pod stół i pytającego na wizji, gdzie schował słoik ze skradzionymi pieniędzmi ten wie, jak palący był to problem dla całej inicjatywy. Przy takim rozmachu, takim społecznym, rządowym i biznesowym poparciu każda rysa na wizerunku jest niebezpieczna. Nie pomagały takie wystąpienia Owsiaka, jak to wyżej opisane, ani też znieważanie Matki Kurki. WYROK BEZ UZASADNIENIA Owsiak jako oskarżyciel prywatny przedstawił Wielguckiemu zarzuty zniesławienia, sąd zaś uznał blogera winnym jedynie słów „hie-


nie cmentarnej”. Nie ukarał jednak Matki Kurki gdyż i sam Owsiak w czasie procesu wulgarnie wypowiadał się na temat oskarżonego. Poza tym, pozostałe dwa zarzuty oddalono. Tyle dowiedzieliśmy się z wyroku ogłoszonego z końcem września. Już wcześniej mogliśmy się dowiedzieć, że zarządcy WOŚP zwlekają z przekazaniem dokumentacji mającej udowodnić fałszywość tez blogera. Ogłoszenie wyroku spowodowało rozłam w mediach. Niektóre gazety i portale starały się udowodnić, że wizerunek Owsiaka i – co za tym idzie WOŚP – nic nie stracił, gdyż właściwie Jurek proces bardziej wygrał niż przegrał. Sam Owsiak był załamany, a z jego wypowiedzi można wysnuć żal z powodu wykorzystania przeciwko niemu wolności słowa. I nie tylko on. „Pisał i nie zostanie za to ukarany” – skarżyła się czytelnikom na swoich stronach internetowych Gazeta Wyborcza (http://m.wyborcza.pl/ wyborcza/1,105402,16730140,Owsiak_wygral__ale_przegral_z_

blogerem__Zapowiada.html – odczyt z dn. 06.11.2014). Sam Owsiak zapowiada apelację, twierdząc, że sąd nie odniósł się do dostarczonych przez niego dokumentów. Problem w tym, że wraz z opublikowaniem uzasadnienia ta linia obrony staje się bezsensowna. GWÓŹDŹ DO TRUMNY Uzasadnienie w sprawie ma 28 stron. Opublikował je na swoich stronach Matka Kurka, który w porównaniu z Owsiakiem i jego współpracownikami wypada niczym profesor księgowości przy dziesięcioletnich dzieciach. Uzasadnienie dowodzi braku przesłania wszystkich zażądanych przez sąd dokumentów (tych, które sąd miał mieć rzekomo przez rzecznika WOŚP udostępnione, ale które miał wg Owsiaka pominąć – str. 9-10., także 25.). Te, które dostarczono budzą wątpliwości – pod jednym i tym samym numerem transakcji widnieją dwie różne kwoty. Sam Owsiak raz po raz zaprzeczał sam sobie. Raz twierdził,

że zawsze był prezesem spółki „Złoty Melon” a zaraz potem, że nie wie, kto jest jej prezesem (str. 9.). Owsiak twierdził, że Warszawa nie poniosła kosztów związanych z finałem WOŚP, sąd wskazał, że Matka Kurka takie koszty udowodnił (str. 9). Tak samo w kwestii niezgodności z faktami oświadczeń Owsiaka w sprawie 1% z podatku i kosztów budowy siedziby fundacji (str. 20.). Sąd dopatrzył się też w dokumentacji przedstawionej przez blogera potwierdzenia transakcji w trójkącie Złoty Melon – Mrówka Cała – WOŚP. Moralnie podejrzany mechanizm został udowodniony, więc jedyne, co zostało Owsiakowi, to pokazać na jaką skalę miał on miejsce. Niechęć Owsiaka i jego współpracowników do wyjaśnienia sprawy, czyli podania dokładnych rozliczeń pozwoliła więc Matce Kurce oceniać dowolnie ilość pieniędzy „wydojonych” z funduszów Orkiestry – nawet na tytułowe 46 milionów. Sąd wskazał na to, że Wielgucki korzystał z dokumentacji, którą

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE udostępniła mu (poprzez ich publikację) sama WOŚP. Żadna z jego publikacji nie wykroczyła poza granice prawdy jeśli chodzi o opis faktów, sąd zaś nie brał pod uwagę ocen, które mogą być subiektywne. Zresztą większość zeznań prezesa, rzecznika i księgowej WOŚP uznano w uzasadnieniu za „oceny' (str. 7.). „ZŁOTY MELON” – NIE „ŚWIĘTA KROWA” W uzasadnieniu czytamy: „Jako pewne rozważanie wstępne, sąd

pozwalając sobie na przykład na stwierdzenie, że o. Rydzyk „wyciągnął” z Unii 300 milionów euro, Jerzy Owsiak dopuszczał, że ktoś stwierdzi, że „wydoił” on z WOŚP tyle a tyle złotych. Mówiąc w stronę Matki Kurki na wizji „pierdol się” dopuszczał użycie wobec siebie słów pokroju „hieny”. O ile samo oskarżenie o łamanie prawa Owsiak mógł spokojnie strawić, o tyle wyrok sądu, a w szczególności jego uzasadnienie są wyjątkowo niewygodne dla całej

zbombarduje nas setkami filmów i zdjęć sprzętu medycznego z czerwonym serduszkiem. Czy można negować dorobek WOŚP w związku z ujawnionymi przez Matkę Kurkę praktykami? Czy można tolerować przekręty robione przy okazji wielkiego dobra? Być może ten wyrok i to uzasadnienie odbiją się na wysokości zebranych w tym roku funduszy. Wiele zależy od mediów, a także dalszych losów sprawy – strony WOŚP milczą o wyroku, tak samo strona wyborcza.pl (zaglądam na

chciałby zaznaczyć, że istotą debaty publicznej jest możliwość poddania krytyce każdej osoby publicznej, czy instytucji działającej w sferze publicznej, jak i tego rodzaju zjawiska” (str. 12). Tym samym sąd od razu zaznaczył, że Świecki Święty, Jurek Owsiak, nie jest nietykalny. Sąd brał pod uwagę to, że opublikowane teksty miały formę bloga, dlatego było w nich miejsce na potoczne zwroty typu „wydoił”, ale także to, że sam oskarżający używał podobnego języka i odpowiadał „zniewagą wzajemną”. Innymi słowy:

WOŚP. Nie tylko potwierdzają one transakcje, którym zaprzeczali prezes, rzecznik i księgowa Fundacji, ale przede wszystkim ukazują rzetelność osób tworzących tak ważną dla wielu Polaków instytucję. Najwyraźniej trzeba mówić o „rzetelności” ujętej w cudzysłów – jak w końcu zaufać ludziom, którzy nawet przed sądem nie są w stanie podać tak prostej informacji jak to, czy są prezesem takiej a nie innej spółki? 23. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy odbędzie się 11.01.2015 roku. Znów telewizja

nią 06.11.2014. o godz 19.30). Już po ogłoszeniu wyroku trwało zaklinanie rzeczywistości. Panie Krzysztofie Dobies, wyrok w tej sprawie nie pokazuje, że blogerom wszystko wolno. Pokazuje, że nie wszystko wolno Owsiakowi.

s. 10

Uzasadnienie wyroku na stronie kontrowersje.net: http://kontrowersje.net/foto/uzasadnie3.pdf (odczyt z dn. 06.11.2014), strony w artykule powyżej podane według tego odczytu. 


WYDARZENIA I OPINIE

Ranking

najpotężniejszych,

czyli kogo

się boimy? Tegoroczny ranking najpotężniejszych ludzi świata w roku 2014 opublikowany przez magazyn Forbes nie zaskoczył nikogo. Niestety, brak niespodzianki nie powinien być wiązany z rzekomo letnimi emocjami towarzyszącymi tego typu zestawieniom.

Aleksandra Brzezicka Kandydat otwierający czołówkę ważnych i wpływowych świata mógł być tylko jeden – Władimir Władimirowicz Putin. Trzy lata z rzędu prezydent Rosji znajdował się na podium klasyfikacji, jednak stale był tym drugim (2012) lub nawet trzecim (2013). Drugą pozycję w tegorocznym zestawieniu zajął Barack Obama (pierwszy w 2010, 2012 i 2013 roku), trzecią zaś Xi Jinping (sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin i przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej). Na czwartym miejscu wpływowych i potężnych 2014 uplasował się papież Franciszek. Nie do końca jasne pozostaje, jakie kryteria decydują o wyborze Najpotężniejszego i klasyfikacji pozostałych Wielkich. Niekwestionowany jednak jest fakt, że mijający rok bezsprzecznie należał (i – niestety – wciąż należy) do rosyjskiego prezydenta. Nikt nie ma złudzeń, że „rozbiór” Ukrainy i postawa

wobec tego tragicznego w skutkach konfliktu (którego odrobina wiedzy politycznej i zwykła przyzwoitość nie pozwala nazwać konfliktem wewnętrznym naszego wschodniego sąsiada!) zdecydowały, że to właśnie Putin został uznany najpotężniejszym człowiekiem świata. Ten przymiotnik sam w sobie zawiera już

jakąś siłę i oddziałuje paraliżująco. Dlatego tak dobrze opisuje Putina – człowieka nieprzewidywalnego, cwanego gracza nieugiętego pod ciężarem żadnych próśb, gróźb czy konsekwencji. W 2014 to on pokazał światu, kto rozdaje karty. 

s. 11


TAKA SYTUACJA

Bo

widzieliśmy

już wszystko

Sama się zastanawiam, czy najnowszy spot kampanii Instytutu Spraw Obywatelskich powinien zostać uznany za niesmaczny. Wciąż też próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w moim odczuciu jest on kontrowersyjny, obsceniczny albo prymitywny. Obawiam się, że niekoniecznie… a to dlatego, że widzieliśmy już wszystko. Aleksandra Brzezicka Reklama dźwignią handlu – wiemy nie od dziś. Prawa nią rządzące zastosować można pewnie także i do procesu tworzenia, odbierania (percepcji) i oddziaływania spotów, billboardów, plakatów wyborczych… Krótko mówiąc do wszelkich przejawów i form reklamowania czy przedstawiania produktu, idei, itd. Liczy się przyciągnięcie uwagi i zdobycie zainteresowania (ktoś kiedyś miał powiedzieć, że największym grzechem reklamy jest pozostanie niezauważoną) – dlatego dobry smak, gust i kultura nie są pojęciami priorytetowymi przy tworzeniu reklam. Dzieje się wręcz przeciwnie – to, co może budzić sprzeciw, odrazę lub wprawić w stan osłupienia, jest jak najbardziej pożądane w reklamie, ponieważ, jak dowodzą badania (ale i prosta obserwacja przeciętnego użytkownika kultury), naszą uwagę skupia to, co zdaje się przekraczać (lub w ostentacyjny i zaplanowany sposób wykracza poza) jakieś standardy smaku.

s. 12

“Popieram wszel-

kie akcje protestacyjne podejmowane co jakiś czas przeciw niektórym agencjom reklamowym czy konkretnym firmom. Nie mam jednak złudzeń i wiem, że pole naszej tolerancji cały czas się rozszerza i jesteśmy w stanie akceptować rzeczy, które jeszcze kiedyś nie podlegałyby tolerancji. Bo tego uczy nas świat reklamy i handlu Spot, który jest przedmiotem moich rozmyślań to inicjatywa obywatelska mająca zachęcać Polaków do rozliczania polityków z ich obietnic wyborczych. Jego twórcy

postanowili wykorzystać oddziałujący na emocje tekst „Dość olewania”. To chwytliwe hasło reklamowe postanowili skojarzyć z czasownikami „lać”, „odlać”, „olewać”, które konotują w sumie różne skojarzenia. Ale spece od reklamy wybrali to najmniej niewinne znaczenie, które opatrzone w klipie obrazem strumienia wody? moczu? kierowanym wprost na twarz aktorki Julii Kamińskiej wzbudziło tyle kontrowersji. Intuicyjnie wyczuwam, że ów spot i jemu podobne powinny budzić nasz sprzeciw i opór. Czy koniecznie muszą budzić skrajne oburzenie w sferze naszych odczuć estetycznych? Pewnie tak, ale nie czarujmy się – nie budzą. Popieram wszelkie akcje protestacyjne podejmowane co jakiś czas przeciw niektórym agencjom reklamowym czy konkretnym firmom, doceniam też każdą indywidualną aktywność zgłoszenia reklamy uznanej za obelżywą czy godzącą w czyjeś przekonania do Krajowej Rady


Radiofonii i Telewizji. Nie mam jednak złudzeń i wiem, że pole naszej tolerancji cały czas się rozszerza i jesteśmy w stanie akceptować rzeczy, które jeszcze kiedyś nie podlegałyby tolerancji. Bo tego uczy nas świat reklamy i handlu – trumny firmy „Lindner” fotografowane z

nagimi bądź półnagimi modelkami, reklama czekoladowych „Grzesków” z bulwersującym swego czasu tekstem „To nie jest wasz ojciec”, reklama Mercedesa, który na starej austriackiej wsi potrąca śmiertelnie nie kogo innego, jak samego Adolfika Hitlera czy – wreszcie moja

ulubiona – plakat z nagą, atrakcyjną kobietą, która nogami obejmuje niebieską beczkę i zachęca do kupienia… jelit naturalnych. Czy to wciąż mało dowodów na to, że widzieliśmy już absolutnie wszystko? 

s. 13


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Prawa Jeśli ustanawia się prawa, na mocy których miałoby funkcjonować państwo, tym samym tworząc system, w którym miałby żyć człowiek, należy pamiętać, że tenże człowiek jest podstawą i sensem istnienia owego systemu.

Maciej Puczkowski Można jednak wnioskować, że tak samo, jak przyczyna istnieje dla skutku, a nie skutek dla przyczyny (albo raczej z powodu przyczyny), tak człowiek – ponieważ jest przyczyną państwa – istnieje dla państwa, a państwo istnieje z powodu człowieka. Na szczęście wywód ten można pociągnąć dalej, gdyż człowiek przetrwał dzięki temu, że tworzy państwa. Jest więc jednocześnie przyczyną i skutkiem państwa. Wynika z tego, że człowiek jest dla państwa i państwo dla człowieka. Jeżeliby przyjąć, że istnienie człowieka ma jakiś dalszy i ostateczny cel, to celem państwa powinno być to, żeby człowiek ten cel osiągnął. Z tego powodu, tworząc prawa, należy odpowiedzieć na pytanie: “jaki jest cel życia człowieka?” po to, żeby można było temu celowi sprzyjać. Nie podając definicji, można powiedzieć, że lepiej, żeby człowiek był dobry niż zły, szlachetny niż niegodziwy. On sam znów woli rzeczy ładne od brzydkich. Mimo dużej dowolności interpretacji tych pojęć i innych im podobnych umiemy się nimi posługiwać w sposób intuicyjny. Wiadomo też, że chcielibyśmy być dobrzy, szlachetni i ładni. Człowiek więc dąży do cech pozytywnych. Zbierzmy je wszystkie razem i nazwijmy pięknem. Powiemy więc, że człowiek dąży do piękna. Doskonałym pięknem będzie więc

s. 14

“Zatem skoro celem

człowieka jest świętość, to prawa powinny go do niej przybliżać. Stąd wniosek, że celem istnienia państwa jest przynoszenie człowiekowi korzyści, gdzie korzystne dla niego jest wszystko to, co zbliża go do piękna, świętości. Taki jest ostateczny cel państwa, po którym nie ma ono żadnych innych celów.

doskonałość wszystkich istniejących cech pozytywnych. Można tu powiedzieć jeszcze, że skoro lepsze jest bycie niż niebycie, życie niż nieżycie, dalej – posiadanie osobowości, wolnej woli i świadomości niż ich brak, to doskonałe piękno – jeśliby istniało – musiałoby być osobowe, wolne i świadome. Nazwalibyśmy je Bogiem. Skoro więc człowiek dąży do piękna, dąży do Boga, inaczej można powiedzieć, że dąży do świętości, bo tymże jest właśnie dążenie do piękna. Zatem skoro celem człowieka jest świętość, to prawa powinny go do niej przybliżać. Stąd wniosek, że celem istnienia państwa jest przyno-

szenie człowiekowi korzyści, gdzie korzystne dla niego jest wszystko to, co zbliża go do piękna, świętości. Taki jest ostateczny cel państwa, po którym nie ma ono żadnych innych celów. Jednak aby ten cel osiągnąć, musi wyznaczyć sobie wiele celów pośrednich. Aby odnaleźć te cele, trzeba zastanowić się, co człowieka przybliża do świętości. W praktyce człowiek, który nie posiadł cnót, w drodze do świętości będzie bardzo niestabilny. Nawet jeśli do uzyskania łaski uświęcającej wystarczy przystąpić do sakramentu pojednania, to do utrzymania jej potrzebne jest posiadanie cnót. Inaczej jest to trochę jak próba nabrania wody w dziurawe naczynie. Woda szybko się zmarnuje. Człowiek cnotliwy zaś jest jak naczynie bez dziur, łaska się u niego nie marnuje, ale służy wszystkim. Państwo więc powinno przysparzać człowiekowi cnót. Stąd prawo, które uniemożliwia ćwiczenie się w jakiejś cnocie, jest z gruntu niewłaściwe. Podstawowym koniecznym warunkiem zdobycia dowolnej cnoty jest wolność i to jest pierwsza rzecz, którą państwo powinno człowiekowi zagwarantować. Wolność ta dotyczy również możliwości popełniania czynów złych, za które państwo powinno karać. Tu może warto poczynić uwagę, że człowiek, który przez swoje czyny został pozbawiony


wolności, nie powinien być uznawany za obywatela, gdyż obywatelowi państwo powinno zapewnić wolność. Pozbawienie wolności jest zatem równoznaczne z pozbawieniem lub zawieszeniem obywatelstwa. Inne więc prawa powinny dotyczyć człowieka wolnego niż tego, który wolność utracił. Sama natura cnót poucza nas o tym, jak powinna zostać rozwiązana sprawa własności. Czy wszystko (nawet żony) powinno być wspólne w sensie posiadania, czy tylko korzystania, czy w ogóle nie powinno być żadnej wspólnoty? Otóż nie da się zdobyć sobie cnót takich jak hojność lub ubóstwo bez możliwości posiadania dóbr. Stąd pełna wspólnota na poziomie posiadania nie może mieć miejsca. Człowiek, który nie ma możliwości bycia hojnym, stanie

się skąpcem lub rozrzutnikiem. Będziemy mieć więc do czynienia z sytuacją, kiedy skąpcy i rozrzutnicy zmuszeni będą do wspólnoty dóbr. Jeśli zatem dopuścimy możliwość posiadania, umożliwimy ludziom ćwiczenie się w hojoności, ci zaś potem z tego co mają, będą dawać innym dobra w słusznej ilości i w dobrym czasie. Ludzie hojni również sami tworzą wspólnoty w sensie korzystania, gdyż umożliwiają sobie wzajemnie korzystanie z posiadanych dóbr w taki sposób, żeby ich nadmiernie nie uszczuplić. Oczywistym jest, że nie wszystkim uda się stać hojnymi. Reszcie potrzebna będzie inna motywacja i prawo, które regulować będzie niezbędne minimum wspólnoty w sensie korzystania. Trzeba jeszcze raz zaznaczyć, że musi to być niezbędne

minimum, gdyż ciągle mamy nadzieję, że ci, którzy nie stali się jeszcze hojni, będą się ku temu skłaniać, nie możemy im więc utrudniać drogi zbytecznymi regulacjami. Tak się przedstawia kwestia własności i wolności w perspektywie nadrzędnego celu, jaki powinien przyświecać prawodawcom. Prawo musi bronić wolności obywatela i pozwalać mu na posiadanie własności. Jeśli zaś coś powinno być wspólne, to tylko na płaszczyźnie korzystania, a i to nie dotyczy każdego dobra i w dowolnej ilości, a wymaga raczej głębszego zastanowienia. 

s. 15


TEMAT NUMERU

Miłość Ojczyzny

a psia kupa Jakoś tak jest, że Polacy są zdolni do wielkich czynów. A to Krzyżaków pogonimy, a to komunizm obalimy, a to po raz setny staniemy w obronie wiary i tradycji. Zabawne jest to, że przy tej naszej wielkości tak trudno nam przychodzą rzeczy małe.

Rafał Growiec OBRAZ PO WOJNIE Katowice, zima dowolnego roku. Skwer przykryty warstwą świeżego białego puchu. Ty jednak przechodzisz przez te kilka metrów jak przez pole minowe. Nigdy nie wiesz, co kryje się pod śniegiem. To, co latem widać, słychać i czuć – rozbite butelki, psie (oby psie) odchody – teraz jest niewidoczne dla oka. W ciepłe miesiące jeśli chcesz odwrócić swój wzrok od świństw porozrzucanych w czasie rozwalania kosza na śmieci, możesz spojrzeć na świeżo wyremontowany Pałac Młodzieży. Na którym już ktoś umieścił informację, że GKS rządzi, a ci z Ruchu to k***y. Także inne mury noszą ślady wzajemnych wojen propagandowych nie tylko klubów sportowych, ale też pomiędzy prywatnymi osobami. Idziesz do centrum, mijając słupy obklejone wszelkiej maści ogłoszeniami. Nawet, gdy nie czekają cię wkrótce przygody nad urną, możesz dowiedzieć się, kto chce kupić, wynająć, sprzedać mieszkanie, kto

s. 16

“ Fiskus wręcz za-

wsze był fundowany z tego, co zabierano „nam”, a dawano „władzy”. W Rzymie był to cesarz, u nas – PZPR. Gdy władza ostentacyjnie pokazuje, że ma lud gdzieś lub wręcz jest wrogo do niego nastawiona, lud chętnie odetnie władzę od korytka. ma malucha do oddania, kto zgubił psa a kto – klucze. Ogłoszenia wiszą grubymi warstwami na starych, już pozdzieranych. Poza tymi ogłoszeniami drobnymi mamy wojnę o klienta na głównych ulicach. Kamienice, nawet te ładne, świeże, gubią się pod tonami szyldów, reklam wielkoformatowych, banerów. Pomijam już mniej widoczne przejawy olewactwa – jak choćby jazdę „na gapę”, unikanie podatków,

czy wszelkie inne drobne szkody dla wspólnego dobra. W końcu – kto zauważy, jak się okantuje Urząd Skarbowy na kilkaset złotych? Do tego dochodzi dużo groźniejszy objaw: gdy brak małego patriotyzmu odbija się na relacjach międzyludzkich. Drugi człowiek jest totalnie obcy, anonimowy. Jest nikim – nic więc nas nie łączy, bo sami siebie potrafimy jakoś określić: Polak, katolik, protestant, Ślązak, Mazur, wrocławianin... Oddzielmy przy okazji dwie sprawy: państwo i Ojczyznę. To, że państwo jest tworem mającym jakoś organizować naród, zamieszkujący i związany emocjonalnie z pewnym terenem, to wiemy. Często jednak państwo jako instytucja odchodzi w swoim kształcie i działaniach od tego ideału, odrywając się od narodu i Ojczyzny. SYNDROM „NIE NASZYCH” Po części jest to spadek po komunizmie, gdy to, co „nasze”, było tak naprawdę „ich” – czyli państwowe


lub bliżej nieokreślonej wspólnoty mieszkaniowej. Nie było poczucia, że własność państwowa, gminna czy spółdzielni jest wspólna. Bardziej zdawała się własnością lokalnego partyjnego włodarza, a na poziomie całej Polski – własnością rządu, z którym wielu było nie po drodze. Od góry objawiało się to korupcją, od dołu – brakiem szacunku do mienia państwowego. Czymś wręcz patriotycznym było wykiwać kanara, napisać na murze, że „junta juje”. Oczywiście, zawsze w społeczeństwie istniał pewien margines ludzi niszczących nie swoje mienie, oszukujących i kradnących, ale był to margines. Okres komuny podniósł sztukę oszukiwania fiskusa do rangi równej niemalże powstaniu kościuszkowskiemu. „Fiskus” jest tu zresztą dobrym określeniem ze względu na źródło tego słowa. W Imperium Rzymskim określało ono skarbiec cesarski, w odróżnieniu od majątku publicznego (‘aerarium’, czyt. erarium). Fiskus wręcz zawsze był fundowany z tego, co zabierano „nam”, a dawano „władzy”. W Rzymie był to cesarz, u nas – PZPR. Gdy władza ostentacy-

jnie pokazuje, że ma lud gdzieś lub wręcz jest wrogo do niego nastawiona, lud chętnie odetnie władzę od korytka. Może nie na wielką skalę, ale choćby zmuszając ją do dodatkowych wydatków na remonty czy dofinansowanie komunikacji miejskiej, którą ludzie kantują. Jeśli chodzi o podział na „naszych” i „ich”, to mamy stan wojny domowej. Człowiek namawiający, by być uczciwym wobec państwa, staje się jego człowiekiem – nie jest już więc ani „swój”, ani „nasz”. Najbardziej chyba cierpią wszelcy urzędnicy państwowi. To oni winni są całemu złu świata, oni biorą łapówki, oni niszczą ludzi. Urząd zasłania człowieka do tego stopnia, że odmawia się człowiekowi godności. Reprezentuje system, który trzeba rozwalić, a skoro nie możesz dać w mordę Gierkowi, to daj milicjantowi. O ile taka postawa miała jakiś sens kilkadziesiąt lat temu, dziś trudno nazwać to logicznym podejściem. Pozostałość po PRL wraz z syndromem „jaśnie państwa” doprowadziły jednak do tego, że jest to podejście popularne. Władza, która czuje się oderwana od ludu, który

ją podobno wybrał, zaczyna szaleć, traktuje aerarium jakby to był fiskus i zachodzi odpowiednia ku temu reakcja społeczeństwa. Ten kraj nie jest „nasz, czyli mój i wszystkich innych”, tylko jest „ich”. Nie ma miejsca na patriotyzm, zwłaszcza ten mniejszy. Na większy znajdzie się miejsce, jak przyjdzie zabrać im kraj i oddać go w ręce ludu. SYNDROM „JAŚNIE PAŃSTWA” Do tego dochodzi pewne socjalistyczne przywiązanie do przywilejów i pewnej kastowości. MNIE się należy mieć wysprzątany skwerek. ON, woźny, niech posprząta rozrzucone na klatce śmiecie. MNIE się należy przejazd autobusem. ON, kierowca, niech się cieszy, że ma pracę. MNIE się należy! Tym, kto ma zapewnić wysoki standard życia obywateli, jest państwo. Tak, to prawda, ale funkcjonariusze publiczni nie zrobią wszystkiego za nas. Nie będą nas utrzymywać, nie będą chodzić za nami i pilnować, kiedy rzucimy na chodnik papierek, by go natychmiast podnieść i wrzucić do kosza. Jeśli już będą nas pilnować to tylko po to, żeby nas złapać, wyst-

s. 17


awić mandat i spisać dane osobowe. Taka postawa wobec państwa prowadzi w końcu do powstania państwa totalitarnego, które z woli ludu narzuca ludowi swoją wolę. Badania pokazują, że ludzie są gotowi, w imię zapewnienia im pewnej jakości życia, rezygnować z wielu praw. Chcą, by państwo ich wyręczało w dbaniu o godną emeryturę, w wychowaniu dzieci, w zapewnieniu estetyki okolicy, sami jednak nie chcą nic robić w tym kierunku. Ma ich wyręczyć strażnik miejski, pracownik zieleni miejskiej, dozorca, administracja budynku... Jaśnie państwo zaś będzie ich opłacało poprzez podatki i składki, rączek sobie nie brudząc.

i jej się należy odśnieżony chodnik, chociaż (ponieważ?) klientka dwie godziny wcześniej tak samo zwracała uwagę na nawiane przed sklepem zaspy.

W efekcie mamy dwie kasty – sług i tym, którym się służy. Słudzy są skazani na jak najszybsze spełnianie zachcianek panów płacących i wymagających. I nie mówimy tu tylko o dozorcach, ale o wszystkich tych, którzy obsługują w ten czy inny sposób. I znów mamy podział na „naszych” i „waszych”, znów rośnie pogarda. Bo przecież jest ten, co płaci odpowiednio wysokie podatki i nie musi odśnieżać chodnika za 8 złotych brutto za godzinę i ten, co to musi robić. Dochodzi do sytuacji, gdy ekspedientka w sklepie odzieżowym wrzeszczy na dozorcę, że ona płaci czynsz

akty przeciw Ojczyźnie. Sama idea Ojczyzny staje się niebezpieczna, gdyż generuje potrzebę zorganizowania się. Ideałem staje się anarchia, gdy niczego nie musisz, a jeśli już to nie z powodu miłości do Ojczyzny. Owszem, czasem dochodzą formy organizacji plemienno-osiedlowo-klubowej zezwalające zniszczyć śmietnik, ale tylko w innym mieście, czy zakleić szyby sklepu, ale tylko wlepkami z logo danego klubu. Czasem dochodzi do tego jakaś bezradność i chęć wyżycia się na czym- i kimkolwiek. I znowu obrywa się tym, co są

s. 18

SYNDROM CHAMA KONTRKULTUROWEGO Jak już wspomniałem, margines antypaństwowy istniał zawsze. Obecnie jednak poprzez ubranie go w ładne słówka i pokazując jako inny (a więc: atrakcyjny) nurt społeczny, doszliśmy do sytuacji, gdy chamstwo jest nazywane kontrkulturą. Sprzeciw wobec zastanego systemu, reprezentowanego przez instytucje państwowe, usprawiedliwia wszelkie

posyłani przez państwo, by je reprezentować. Kontrkultura JP grozi policjantom gwałtem, graficiarze psioczą na urzędników nakazujących zamalowanie ich tworów w imię estetyki miejskiej, punki w każdym policjancie widzą Brudnego Harry’ego. Ktoś stający po stronie państwa czy nawet własnego mienia jest „społeczniakiem”, uniemożliwiającym walkę z systemem i wyzwolenie się. Nabiera wartości świat przestępczy, choćby ten gospodarczy, będący ponad „frajerami” płacącymi podatki. Wygodnie jest, gdy współgra to z syndromem „nie naszego” państwa, wtedy można nawet połączyć brak patriotyzmu małego, ekonomicznego

z frazesami o gotowości do walki za Polskę. WIELKI MAŁY PATRIOTYZM Efekt braku wierności Ojczyźnie w sprawach małych widzimy na każdym kroku. Pytanie, czy są szanse na ten prawdziwy, wielki patriotyzm gdy chodzi o kraj brudny, pełen psioczących i skłóconych ze sobą ludzi, gdzie na co dzień każdy patrzy tylko na swój interes? Możemy mieć piękne pomniki bohaterów Powstania Warszawskiego, ale ta duma pryśnie, jeśli będziemy dojeżdżać do nich brudnym tramwajem po krzywych torach. 


s. 19


TEMAT NUMERU

Patriotyzm nasz powszedni

W długi weekend listopadowy chętnie wywieszamy biało-czerwone flagi. Wiadomo, Święto Niepodległości. Poza tym sąsiad wywiesił, to ja nie mogę być gorszy. Ważny dzień; trzeba go uczcić jak na Polaka przystało, najlepiej przy suto zastawionym stole i odpowiednich trunkach. Święta świętami, a potem trzeba wrócić do codziennego rytmu i do narzekania na rząd, korki, drożyznę. I gdzie wtedy podziewa się nasz patriotyzm?

Małgorzata Różycka Na początek małe sprostowanie. Nie odmawiam nikomu, kto wywiesza flagę, szczerych uczuć względem ojczyzny. Ale nie mogę się też powstrzymać od ironii, przyglądając się swoistemu fenomenowi rodzimego patriotyzmu. Wielkie słowa, piękne gesty raz na jakiś czas, a potem, no cóż… SZTUKA SZTUCE NIERÓWNA Tymczasem katalog powszedniego czynu patriotycznego nie jest wcale skromny. Miłość ojczyzny może się wyrażać na wiele sposobów, po które wystarczy tylko sięgnąć. Trzeba tylko wyzbyć się malkontenckiego myślenia, że w pojedynkę nic się nie zdziała, albo że małe gesty przepadają w oceanie codziennej obojętności. Gdzieś już to słyszałeś? „Sztuką jest umierać dla ojczyzny, ale największą sztuką jest dobrze żyć dla niej” – twierdził kardynał Stefan Wyszyński, wielki Polak, któremu zasług w służbie ojczyzny nie sposób odmówić. Wszystko pięknie, tylko to sformułowanie „dobrze żyć” już nam bokiem wychodzi, a odpowiedzi z jednej strony mnóstwo, z drugiej

s. 20

“Abstrahując od

sukcesów i porażek naszych reprezentacji, za sport narodowy Polaków należy bezsprzecznie uznać narzekanie. Zaczyna się od pogody, potem obrywa się podatkom, korkom, drożyźnie (nawet w chwili deflacji) i oczywiście klasie politycznej. (niemal) każdej daleko do optimum. Nie potrafię rościć sobie prawa do odpowiedzenia na to pytanie, ale mogę za to zaprosić do zapoznania się z moim subiektywnym przeglądem propozycji, jak zostać patriotą dnia codziennego. STROLLOWAĆ TROLLA Od jakiegoś czasu gros zwolenników zdobyło sobie tzw. trollowanie, czyli aspołeczna postawa przejawia-

jąca się w obrażaniu, ośmieszaniu, lekceważeniu kogoś lub czegoś. Pierwotnie pojęcie to odnosiło się do forów internetowych, obecnie rozszerzyło się ono na inne dziedziny życia społecznego. Strollować można między innymi przepisy prawa, co Polacy bardzo chętnie czynią. Przechodzenie przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle, parkowanie „na zakazie”, zwalnianie tuż przed fotoradarem, tylko po to, żeby za chwilę znowu wcisnąć do oporu pedał gazu – to tylko kropla w morzu polskiego trollowania. Choć prawo jako ludzki wynalazek nie jest – tak samo jak jego autorzy – idealne, to stanowi element naszej państwowości i choćby z tego powodu warto okazać mu szacunek. Wbrew pozorom, wiele przepisów ma sens i wcale nie trzeba zostawać od razu ofiarą losu, kiedy jedzie się z dozwoloną prędkością, albo zatrzymuje, by przepuścić pieszych. W ramach codziennego patriotyzmu: strolluj trolla! JAKA PIĘKNA POGODA! Abstrahując od sukcesów i porażek naszych reprezentacji, za sport


narodowy Polaków należy bezsprzecznie uznać narzekanie. Zaczyna się od pogody, potem obrywa się podatkom, korkom, drożyźnie (nawet w chwili deflacji) i oczywiście klasie politycznej. Zaczyna jedna osoba, zaraz dołączają kolejne i koło wiecznego polskiego niezadowolenia gotowe. Wciągnie cię niezależnie od tego, czy chcesz czy nie. A może by tak to w końcu przerwać? Może nie wszystko musi być idealne? Może warto dostrzec, że wokół nas dzieje się tyle dobrego, że Polska taka piękna, że coś nam się udaje („choćby” zdobyć tytuł mistrza świata w siatkówce mężczyzn), że tylu obcokrajowców uśmiecha się serdecznie na dźwięk słowa „Polska”. Powodów ci u nas wyjątkowy dostatek, są na wyciągnięcie ręki. Myślę, że to byłby taki najprawdziwszy akt codziennego patriotycznego heroizmu: raz dziennie sprawić Polsce komplement. Powiedz Jej, jaka jest piękna! KWIECISTA MOWA Moim absolutnym faworytem pozostaje dbałość o językową poprawność i temu chciałabym poświęcić najwięcej miejsca. Fakt faktem, że

ojczysta mowa do łatwych nijak nie należy, jednak w moim mniemaniu nie zwalnia to wcale z obowiązku doskonalenia swoich umiejętności oraz aktualizowania posiadanego stanu wiedzy. Kochamy przecież i Mickiewicza, i Sienkiewicza, i Herberta, a śmiało przypuszczam, że żaden z nich nie powiedziałby „wziąść” zamiast „wziąć”. Niezmiennie wzruszają nas wersy „Pana Tadeusza”, którego głównemu bohaterowi chyba nigdy nie przeszłoby przez usta zadanie „Zośka, wejże ić i włoncz telewizor!”. A jednak takie kwiatki można usłyszeć codziennie, z tym że niestety nie mają nic wspólnego z kwiecistą mową. NIE BĄDŹ GĘSIĄ! W czym tkwi problem? Może w zwyczajnym lenistwie? Może w niezbyt starannej edukacji językowej? Może w nieświadomości? Trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Bardziej nurtujące wydaje się ponadto pytanie, jak można eliminować błędy z naszego codziennego języka. Pomysłów jest zapewne wiele, a ich skuteczność zależy od dobrej woli nas samych, Polaków. Nie brakuje świetnych audycji radiowych i programów

telewizyjnych, prowadzonych przez wybitnych znawców polszczyzny (w tym miejscu szczególnie polecam „Co w mowie piszczy?” Katarzyny Kłosińskiej, Polskie Radio „Trójka” oraz „Słownik polsko@polski” Magdy Bober z udziałem prof. Jana Miodka, TVP Polonia). Pod dostatkiem jest również książkowych poradników językowych. Wystarczy zechcieć z nich skorzystać, by nie być zamerykanizowaną gęsią, posługującą się skrótami i emotikonami, wtedy Mikołaj Rej nie będzie musiał się przewracać w grobie, słuchając, jak mówimy po polsku. DO DZIEŁA! Zatem, drodzy rodacy, do dzieła! Złączmy się w czynie patriotycznym! Szanujmy prawo! Nie narzekajmy! Mówmy poprawnie po polsku! Niech piękny i wyszukany język przestanie być domeną literatów. To tylko odrobina wysiłku każdego dnia i to w słusznej, bo narodowej, sprawie, a dzięki temu nie usłyszymy już nigdy więcej „swetr” albo „wiater”. I Polska stanie się naprawdę piękniejsza i radośniejsza… 

s. 21


TEMAT NUMERU

Porozmawiajmy

o Polsce

A gdyby „Katechizm polskiego dziecka”, utwór neoromantycznego poety, patrioty początku XX stulecia, Władysława Bełzy, uczynić rozmową ze współczesnym, typowym polskim mężczyzną w okolicy pięćdziesiątki, co by z tego wyszło? Wyobraźnia podziałała…

Aleksandra Frontczak KTO TY JESTEŚ? Facet. No, mężczyzna. Syn. Ojciec. Mąż. Ryl na kopalni. Kumpel. Co tam Pan jeszcze chce… Polak? Niech będzie, co racja to racja. Czy to mnie określa? Prościej Panie, ja prosty chłop jestem. Czy dobrze się z tymi rolami czuję? A pewnie, że dobrze. Jestem męski, brodę mam, piwo lubię wypić. Dzieciaki zadowolone, choć przyznam Panu, że im nie folguję! Żonka ładna, a jakie obiady gotuje! Bigos – palce lizać! Dlaczego kopalnia? A bo to za chłystka to każdy szedł pod ziemię na zarobek. Taka lokalna tradycja. Kto nie górnik, temu hańba. No nie zawsze się człowiek ze sobą dobrze czuje… ale to osobista sprawa. Ja tam się nad tym nie zastanawiam. Co? Ach, coś jeszcze o sobie? To nie powiedziałam wszystkiego? Dobrze, zostawmy to na potem. Następne pytanie. JAKI ZNAK TWÓJ? Hm… Ludzie mówią, że brzuch to idzie u mnie pierwszy. Żona mówi, że „mięsień piwny” mam, a dzieciaki się śmieją, że jak bojka na morzu jestem. Może, mnie tam to nie przeszkadza. Facet musi mieć brzuch. Zna Pan tę zasadę? Tak, zgadzam się. Polaka brzuch

s. 22

“Taka to już natura

Polaka – za mało się u nas daje. Przyjmowanie za to idzie nam całkiem, całkiem. Ponarzekać, pomarudzić, a przy tym utwierdzić się w szlachetności własnych postępków – to nam najlepiej wychodzi. Czy mnie też? wyróżnia, chociaż w Pana czasach to nie było jeszcze takie powszechne, co nie? Bo Polak wypić lubi, wie Pan, piwo jest jak narodowy alkohol. A brzuch jak etykieta. Tu też za mało powiedziałam? A co więcej? Wymagający Pan jesteś, ale więcej nie powiem. Inny zestaw pytań Pan daj. GDZIE TY MIESZKASZ? No jak to gdzie? Na Śląsku. Koło Rybnika. Taka pipidówka, co bez kopalni nawet by nie powstała. Asfalt nam się wałkuje, a krajobraz rodem z księżyca. Powietrze widać i gwarzą ludzie, chociaż coraz rzadziej można

czystą godkę usłyszeć. Ja to tylko słowa pojedyncze znam. Rodzice za pracą przyjechali z różnych stron Polski. Więc ja nie hanys, chociaż lepiej mi tu, na Czarnej Ziemi, niż w Warszawce. My Warszawki nie lubimy, Pan wie. Burżuje i tyle. A Pan z Warszawy? To pardąsik… W JAKIM KRAJU? Głupiś Pan? W Polsce Śląsk leży. Wiem, ciężki temat. Śląsk to prawie jak nie Polska. Tu hanysom bliżej do Niemca niż do Warszawiaka. Pan to lepiej wie niż ja. Tak było kiedyś, teraz wszystko się wypłukuje, rozrzedza, nowe się robi. Ale czy nowe znaczy polskie? Pewnie, są tu jeszcze tacy, co się Polakami czują, święta obchodzą, do kościoła chodzą w niedzielę, flagi na jedenastego listopada wystawiają w oknach. Ale czy patrioci to są? Może tradycjonaliści, bo w ogień za Ojczyznę to już mało kto by skoczył teraz, jak się widzi, co się z tym krajem robi na Wiejskiej. Ale Panie, nie o tym rozmowa. O co spytasz teraz? CZYM TA ZIEMIA? Ojczyzna – się wie. Taki malutki skrawek ziemi ściśnięty między Rosyjskim Mocarstwem a pretensjonalnymi Niemcami. I zresztą


TEMAT NUMERU

odczuliśmy nieraz potęgę naszych sąsiadów. Bozia poskąpiła nam siły, ale Ducha dała wielkiego. Ja do dziś za Konopnicką śpiewam: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Morze mamy i góry. Doliny, rzeki, jeziora i ten nieszczęsny gaz łupkowy. Pan nie wie, co to łupek? Bogactwo jakich mało. Wypiąć się można na sąsiadów, mając takie zaplecze, jak my tu mamy w Polsce. Ale Panie, szczęścia do polityków to my nie mamy i tu jest pies pogrzebany. Chińszczyzna nas zalewa. Jeszcze tylko muzułmanów brakuje z maczetami, co by nam żony bałamucili i dzieci mordowali. Tyle lat walki o niepodległość, a takie rzeczy się dzieją… CZYM ZDOBYTA? Krwią opłacona, życiem tylu ludzi. Przecież Polska Chrystusem Narodów… to już przed Mickiewiczem przeczuwano. Potocki

pisał, zanim wieszcz narodowy się narodził. Bo to raz Ruskich zatrzymaliśmy? Bo to raz Niemców odstraszyliśmy? Bo to raz pokazaliśmy, co to życie w ucisku? Historię to matka moja lubiła. Jak prądu nie było w PRL-u, a nie było ciągle, tośmy słuchali, jak matka opowiada, przy świecy, w kuchni. Lubiła książki. Stąd ja tego Mickiewicza i Potockiego pamiętam. Sam to niewiele czytam. Gazety rano, a i to rzadko, czas goni. Ale Panu to nie muszę tłumaczyć, co Mickiewicz, a co Potocki dla kraju zrobili. CZY JĄ KOCHASZ? Żal by było wyjeżdżać, choć za granicą to świat inny. Ludzie godziwiej żyją. Czas jest na odpoczynek i zapłata rozsądna. Ja to już za stary jestem, ale się młodym nie dziwię, choć strach człowieka przejmuje, jak sobie pomyśli, że z tej Polski, co się

młodością odznaczała, starość tylko zostaje. Przemijanie, przemijanie... Czy kocham? Ja – facet, takie słowa to u mnie tylko z konieczności padają. Czy jest konieczność? Aj tam, zawracasz Pan głowę… na odczepnego powiem, żem się przywiązał do Kraju i nigdzie się nie wybieram. Ojczyzna jest jak matka. Nieważne, jaka jest. Nigdy się jej nie zostawia. Zawsze jest się wdzięcznym – to ojciec powtarzał. A W CO WIERZYSZ? Że lepiej będzie. Młodzi wracać będą. Dzieci więcej na ziemi polskiej się zrodzi. Małżeństwa nie będą się rozpadać. Patologia zniknie. Starcy będą wieść spokojne życie wśród najbliższych. I oczywiście nie trzeba będzie harować do śmierci za marne grosze. Może ktoś w końcu doceni studentów, a niepełnosprawni przestaną tłoczyć się na marginesie.

s. 23


Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy… a ile to potrwa – Bóg wie. Polska, Panie, teraz jest cała, ale za Pana czasów bardziej była jedno, niż teraz. Prywatnie co bym chciał? Już mieć emeryturę. I z żoną pojechać nad polskie morze, jak trochę ceny spadną. Nigdyśmy nie byli sami na wczasach. Dzieciaki od pierwszego roku małżeństwa pod nogami się plączą. W totka bym chciał wygrać i zdrowy trochę być, co by tej nagrody na leki nie przehuśtać.

wyczesane jak od sztancy, z niebieskimi lizaczkami spacerują. Dziwnie jakoś się porobiło. Ja lubiłem lasy i zawsze mi się góry nasze podobały. Powiem Panu, że udał się Bozi ten nasz Kraj. Piękny. Chyba jestem adoratorem. Tak to się nazywa? Tak, tak, od podziwiania jestem. Każdy ma jakieś zadanie. Ja się zajmuję podziwianiem, choć może powinni to robić artyści, zamiast mnie… Nie wiem.

się u nas mówić o przewinieniach. Porażki przemilczane są od wieków. Że coś się komuś należy? Panie, w ostateczności przez zaciśnięte zęby wypowiadamy „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Sobie nawzajem nie musimy nic dawać, takie moje zdanie, ale Polsce to powinniśmy być wdzięczni. Za co? Że ona nie zostawia. Cierpliwsza jest od żony i bogatsza niż skarb państwa. A powiem Panu na koniec, że znam ja ten wierszyk Pana, co mi

COŚ TY DLA NIEJ? Na świat przyszedłem golusieńki, a beztroskie lata życia, gdy w metryce miałem tylko jedną liczbę, spędzałem na wsi, w Lubelskiem. Tam, Panie, to piękne są widoki. Wieś jest piękna. Krowy się pasło, konia dosiadało, kury po polu ganiało. Galoty brudne, gęby umazane. Beztrosko było. Teraz to dzieciaki w życiu na oczy krowy nie widziały,

COŚ JEJ WINIEN? Taka to już natura Polaka – za mało się u nas daje. Przyjmowanie za to idzie nam całkiem, całkiem. Ponarzekać, pomarudzić, a przy tym utwierdzić się w szlachetności własnych postępków – to nam najlepiej wychodzi. Czy mnie też? Jak się Polakiem nazwałem, to i mnie się zdarza tak robić, choć różni ludzie bywają. Lepsi i gorsi. Nie lubi

Pan z niego pytania zadawał. I odpowiedzi też znam. Matka nas w domu uczyła, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy. Tak się pozmieniało. Pan widzi… wszystko na opak. 

s. 24


s. 25


TEMAT NUMERU

Sprawdzian patriotyzmu Kampania wyborcza przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi wkracza w decydującą fazę. Kandydaci nie próżnują i zaciekle walczą o każdy przychylny im głos. 16 listopada Polacy znowu udadzą się do urn. Wówczas okaże się, na ile skuteczne były zabiegi kampanijne. Niektórzy uważają, że tak jak każde powszechne głosowanie, będzie to sprawdzian z patriotyzmu dla obywateli.

Mateusz Ponikwia Bliski związek między patriotyzmem a uczestniczeniem w wyborach nie wydaje się budzić większych wątpliwości. Jeżeli bowiem uświadomimy sobie rangę przeprowadzanego głosowania z łatwością będziemy w stanie dostrzec, że obecność przy urnie wyraża w jasny i klarowny sposób postawę zatroskania wobec ojczyzny. Listopadowe wybory mają na celu wyłonienie władz samorządowych na kolejną czteroletnią kadencję. Będzie to okazja do rozliczenia dotychczasowych włodarzy z realizacji przedstawianych przez nich planów i obietnic. Poprzez zaznaczenie na karcie głosowania poparcia dla danego kandydata, głosujący wyrażą aprobatę dla wizji rządzenia na kolejny okres. Lokalny charakter wyborów nie umniejsza w żaden sposób ich wadze. Zasadniczo można stwierdzić, że z punktu widzenia jednostki, wybór władz samorządowych jest bardzo istotny. Nie budzi wątpliwości, że to właśnie z urzędnikami lokalnymi mamy do czynienia najczęściej. Ponadto wszystkie elementarne i fundamentalne problemy załatwiane są przez nich bądź przy ich udziale. Dzięki czynnemu i biernemu prawu wyborczemu, można nie tylko głosować, ale także kandydować do organów

s. 26

“Wybory są swo-

istym testem troski o losy ojczyzny, nie tylko tej dużej, jaką jest cała Rzeczpospolita, ale i tej małej, w której przyszło nam żyć, a która daje nam możliwość wzrastania, rozwoju i czerpania wzorców. O prawdziwym patriocie świadczą nie słowa, ale czyny. gminy, powiatu czy województwa. Zdaniem socjologów najsilniejsze przywiązanie odczuwamy właśnie do swojej miejscowości i najbliższego otoczenia. Pomimo niekwestionowanej doniosłości i powagi wyborów odnotować można tendencję spadku frekwencji. Dzieje się tak, ponieważ „głosowanie w wyborach traktujemy jako kreowanie klasy politycznej, patriotyzm to dla nas coś czystego, wzniosłego i to nam się nie kojarzy z polityką” – przekonuje dr Katarzyna Dojwa-Turczyńska, adiunkt na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Obywatele wykazują znudzenie i znużenie wszelkimi sprawami, które w jakikolwiek sposób mogą być związane i kojarzone z polityką. Często obserwowane swary i kłótnie między politykami szczebla krajowego rzutują na niechętne angażowanie się czynnika społecznego w proces decyzyjny, który umożliwiają wybory. Nierzadko słyszy się opinię, że i tak nic się nie zmieni. Z całą stanowczością powiedzieć trzeba, że do poprawy sytuacji niezbędne jest jednak aktywne działanie obywateli. Wspólnie podejmując inicjatywę, jest się w stanie zrobić o wiele więcej, niż działając pojedynczo, na własną rękę. Wystarczy wiara w zwycięstwo. W podejmowaniu działań nadrzędnym celem winno być dobro społeczne, które nie może ustępować miejsca na załatwianie indywidualnych interesów. Łatwo zatem dostrzec, że codzienne problemy i prozaiczne kwestie weryfikują, jakże szeroko obwieszczaną i gloryfikowaną, postawę patriotyczną. Rzeczywistość nie pozostawia złudzeń i co rusz dowodzi, że niektórzy są patriotami, ale tylko z nazwy. Wielu zapomina o konieczności szerokiego spoglądania na sprawy lokalne, ograniczając się jedynie do zagwarantowania realizacji własnych ambicji i partykularnych interesów.


Wybory są swoistym testem troski o losy ojczyzny, nie tylko tej dużej, jaką jest cała Rzeczpospolita, ale i tej małej, w której przyszło nam żyć, a która daje nam możliwość wzrastania, rozwoju i czerpania wzorców. O prawdziwym patriocie świadczą nie słowa, ale czyny. Cieszyć i napawać nadzieją może znaczne zainteresowanie zarówno kandydowaniem, jak i głosowaniem wśród osób młodych. Każdemu winno zależeć na poprawie funkcjonowania i rozwoju społeczności samorządowej. Zamysłem ustrojodawcy, który w Konstytucji przewidział sprawowanie władzy także na szczeblach samorządowych, było zbliżenie jej do obywatela. Kto bowiem lepiej zna bolączki i kłopoty lokalnej społeczności jak nie jej mieszkańcy, którzy mogą ubiegać się o stanowiska umożliwiające radzenie sobie z problemami codziennego życia. Kwestie na pozór błahe okazują się niezbędne do zapewnienia przyzwoitego poziomu egzystencji i są przedmiotem troski władzy samorządowej. Kampania wyborcza w kraju na ogół prowadzona jest w sposób żywiołowy. Kandydaci na wszelkie możliwe sposoby starają się skłonić wyborców do zaufania im i oddania na nich głosu. Jednak w pewnych miejscach w kraju wybory wydają się nie wzbudzać tak wielu emocji. Państwowa Komisja Wyborcza podała, że ponad 1700 kandydatów na radnych może poszczycić się już uzyskaniem mandatu. Startują oni bowiem w okręgach, gdzie do rozdania jest tyle

miejsc, ilu zgłosiło się chętnych. Warto odnotować, że w czterech gminach nie zgłosił się żaden kandydat gotowy do sprawowania władzy wykonawczej. W takich miejscach wójtów wybiorą dopiero nowo skompletowane rady gmin. Poza tym w niemal 250 gminach o fotel wójta będzie ubiegać się tylko jedna osoba. Oznacza to, że wybory będą tam przeprowadzone w formie plebiscytowej, zbliżonej do referendum. Respondenci zostaną zapytani, czy życzą sobie, aby dana osoba została wójtem gminy. Taka sytuacja budzi wątpliwości, czy w tych miejscowościach władza była tak dobrze sprawowana, że potencjalni kontrkandydaci zrezygnowali zrażeni ewentualną porażką, czy może losy danej jednostki samorządu terytorialnego w ujęciu społecznym nie są warte uwagi. Należy wspomnieć, że społeczeństwo ma realny wpływ na sprawowanie władzy. Pomimo wielu wad systemu wyborczego, daje on możliwość wyrażenia stanowiska przez obywateli w sposób bezpośredni. Radnych gminnych wybierać będziemy ponadto w jednomandatowych okręgach wyborczych. Mandat uzyska osoba mogąca poszczycić się najwyższym poparciem społecznym. Oznacza to, że nasz głos będzie miał rzeczywiste odzwierciedlenie i przełożenie na wynik wyborczy. Głosując na określonego kandydata, dajemy mu kredyt zaufania. Wierzymy, że to właśnie dobro ogólnospołeczne będzie przyświecać mu podczas sprawowania powierzonych funkcji.

Z całą pewnością postawa współczesnego polskiego patriotyzmu (także lokalnego) różni się od tej, którą wykazywali nasi Ojcowie. Żyjemy bowiem w czasach, w których o postawie umiłowania ojczyzny nie decyduje podejmowanie walki w jej obronie czy dokonywanie heroicznych aktów poświęcenia i oddania, nierzadko własnego życia. Na losy naszego kraju, na jego pomyślny wzrost i ugruntowywanie pozycji na arenie międzynarodowej, wpływać możemy natomiast poprzez regularne płacenie podatków czy udział w głosowaniach. Wybory dają realną możliwość kształtowania władzy, a przez to także wizji rozwoju gminy, powiatu, województwa i całej Polski. Podejmując decyzję wyborczą, miejmy na uwadze, że tak naprawdę jest to swoisty egzamin badający naszą postawę wobec społeczności lokalnej. Zaznaczając odpowiednie pole na karcie do głosowania, wyrażamy poparcie dla pewnej idei reprezentowanej przez konkretnego kandydata. W jakiś sposób identyfikujemy się z prezentowanymi przez niego poglądami. Nie możemy tracić z pola widzenia, że podejmowana decyzja będzie miała przełożenie na sprawowanie rządów przez najbliższe cztery lata. Jest to okres wystarczający do zrobienia wielu dobrych i pożytecznych rzeczy. Może jednak (niestety) posłużyć nieodpowiedzialnym rządcom jedynie do poprawy ich własnego dobrobytu. 

s. 27


TEMAT NUMERU

Międzywojnie:

architektura

a mit

państwowości „Dążyć musimy do tego, by nasze nowe budowle miały wszystkie dodatnie cechy dawnych – miały duszę swojską, prostotę, logikę kompozycji, czasem bogactwo ornamentacji, czasem spokojną grę płaszczyzn – lecz zawsze duszę polską!” / Adolf Szyszko-Bohusz

Maja Mroczkowska JAKI MAMY KLIMAT? Cezura roku 1918 uruchomiła lawinę zjawisk na podwórku kształtowania się nowych „państwowości”. W wyniku chociażby rozpadu monarchii habsburskiej niepodległość odzyskało kilka krajów, w tym Polska. Procesy odkrywania i kreowania nowej tożsamości narodowej ruszyły pełna parą – również na płaszczyźnie architektonicznej. Prądem zdobywającym dominację w tamtym okresie już od początku XX wieku, jeśli nie od przełomu wieków XIX i XX, był modernizm. Jak połączyć go z wymogiem budowania polskiego poczucia państwowości, które koniecznie ma odsyłać do uświęconych tradycji, nie pozostając jednocześnie w tyle, jeśli chodzi o aktualne motywy w sztuce i architekturze? Kimś, kto podjął się dokonania tej trudnej syntezy, jest nieco zapomniany znakomity architekt-legenda Adolf Szyszko-Bohusz (1887-1948).

s. 28

“Prądem zdobywa-

jącym dominację w tamtym okresie już od początku XX wieku, jeśli nie od przełomu wieków XIX i XX, był modernizm. Jak połączyć go z wymogiem budowania polskiego poczucia państwowości KIM JEST? Szyszko-Bohusz urodził się w Narwi: miasto nadbałtyckie, zabór rosyjski, zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów od Sankt Petersburga, do którego wyjeżdża na nauki. W stolicy kończy gimnazjum i siedmioletnie studia architektoniczne w Imperialnej Akademii Sztuk Pięknych. Za pracę dyplomową poświęconą projektowi neobarokowego uzdrowiska zdobywa pierwszą nagrodę i stypendium. Później (1908) przenosi się do Krakowa, co dziwi, ponieważ w zestawieniu z prestiżem, jaki już

udało mu się zdobyć w Imperium oraz możliwościami, jakie ono wtedy oferowało, należy tu mówić raczej o stratnej prowincjonalnej migracji. Jednak to z tym miastem architekt ostatecznie związuje się najbardziej, chociaż, jak to mówią, jest z innego zaboru. Okresowo rezyduje także we Lwowie i Warszawie, gdzie wykłada architekturę. Oprócz mnóstwa projektów jego autorstwa, które spotyka się zwłaszcza w Krakowie, są dwie zaszłości, jakie zasługują na szczególne uznanie i uwagę: Adolf Szyszko-Bohusz przez blisko 30 lat (z przerwami od 1916 do 1948) koordynuje prace archeologiczne, budowlane i konserwatorskie na Wawelu oraz przez ponad 10 lat (1928-1939) uczestniczy w przebudowie Zamku Królewskiego w Warszawie. STYL CZYLI STĄD–DOKĄD? Co prawda petersburskie wykształcenie architektoniczne odbierało


się wtedy w duchu dziewiętnastowiecznego (jeszcze) akademizmu, czyli hołdując antycznej dialektyce przepisu na piękno, zawierało ono jednak pewien suplement, który zanika w szkoleniu po 1918 roku. Chodzi mianowicie o wymóg uzupełnienia politechnicznego wykształcenia architektonicznego studiami o profilu artystycznym. Szyszko-Bohusz z pewnością dużo wygrał, jeśli chodzi o rozwój wrażliwości estetycznej i wszechstronnej optyki, załapując się jeszcze na kształcenie według tego modelu. Nie był on z pewnością twórcą jednoznacznym, nie sposób umieścić go ani wśród modernistów, ani wśród tradycjonalistów, ani też o przebiegu jego drogi architektonicznej nie można mówić, że stanowi przykład regularnej ewolucji od historyzmu do modernizmu. Architekt pogranicza, idealny do mitów. Jego przykład odkłamuje trochę twierdzenie, że modernizm zapanował w Polsce za sprawą punktualnej estetycznej rewolucji – winniśmy oddać tu słuszność jednak procesowi, w dodatku słabolinearnemu.

TAKI MAMY NASTRÓJ Po 1918 – niepodległościowy haust – i trzeba robić nową architekturę. Taki mamy nastrój. Dyskusja toczy się, podobnie jak to miało miejsce już nawet przed wojną, wokół relacji modernizmu do stylu narodowego, którego kwintesencję upatrywano w architektonicznej formie dworku szlacheckiego (nie bez wpływu tutaj „Pan Tadeusz”), trwają poszukiwania rodzimej nowoczesności. A nowoczesność to umiejętność aktualizowania tego, co tradycyjne – brzmi głos Szyszko-Bohusza. W swoich realizacjach wystrzega się ornamentalizacji dla samej ornamentalizacji, chodzi przede wszystkim o celowość i o wyższość funkcji nad formą. Co nie oznacza, że nie potrafi czynić z odniesień historycznych użytecznego kostiumu, grzecznie uszanowanych form tradycyjnych (np. klasycystyczna kolumnada wedle wzoru korynckiego w projekcie siedziby PKO Banku Polskiego przy ul. Wielopole 19-21 w Krakowie). Klasycyzm – dlaczego nie? – chodzi tylko o „zwrot w stronę klasycyzmu

o zmodernizowanej redakcji”. UWIKŁANIE CZY KONTEKST? Mit, propaganda, otoczka – a może sposób jak każdy inny? Jednym z projektów Adolfa Szyszko-Bohusza było przekształcenie Wawelu w rodzaj panteonu narodowego, co się nie udało. Inny stanowił pomysł zaaranżowania przestrzeni przy Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie w kompleks budynków przyszłego gmachu muzeum narodowego, który miałby się nazywać Pomnikiem Wolności. Stojące prostopadle do ulicy obiekty byłyby połączone bądź ażurową kolumnadą, bądź łukiem triumfalnym. Nie bez znaczenia jest tu lokalizacja. Patronat wieszczów, kontrapunkt kopca Kościuszki po drugiej stronie Błoni, także warto pamiętać, że to stąd właśnie wyruszał szlak bojowy Piłsudskiego, tędy maszerowała Kompania Kadrowa. Koniec końców, zafunkcjonował inny aranż tej przestrzeni, nieco zmodyfikowany względem pierwszych zamierzeń. Projekty Szyszko-Bohusza stanow-

s. 29


iły doskonałą propozycję wszędzie tam, gdzie za pomocą architektury chciało się podkreślać wyższość kultury polskiej i katolickiej nad innymi mieszkającymi na danych terenach spornych współnacjami. Taki program realizują projekty m.in. kościoła pw. świętych Piotra i Pawła w Trembowli (miasteczko kresowe okręgu tarnopolskiego, nieopodal granicy ze Związkiem Radzieckim); bliźniaczej świątyni dla poznańskich dominikanów (Poznań to z kolei „zakusy teutońskie”); katedry katowickiej (po niedawnym przyłączeniu Górnego Śląska utworzono tu nową

rocznicy wybuchu Wielkiej Wojny. Pawilon Polski godnie reprezentuje projekt autorstwa (kogo bardziej, jeśli nie) Adolfa Szyszko-Bohusza. Wystawa koncentruje się na motywie „figur niemożliwych”, co tutaj zostało wyrażone przy pomocy zrealizowanego w 1937 roku projektu baldachimu nad grobem marszałka Piłsudskiego na Wawelu. Dla podkreślenia napięcia pomiędzy postulatami politycznymi a artystycznymi, które się w tej konstrukcji zderzają, Jakub Woynarowski (koordynator artystyczny Pawilonu Polskiego) dokonał zabiegu pozornego odd-

warszawskiej cerkwi Aleksandra Newskiego”. Unosząca się z kolei płyta głosi coś na kształt świeckiej formuły kultu, chodzi przecież o kryptę z grobem Marszałka: „Corpora dormiut, vigilat animae”. Figura niemożliwa. A jednak – czyż nie żyjemy w międzywojennym micie państwowości? Ciało śpi, lecz dusza czuwa. Wystawy towarzyszące modernistycznej opowieści Pawilonu Polskiego w Wenecji miały miejsce w Muzeum Narodowym w Krakowie („Reakcja na modernizm. Architektura Adolfa Szyszko-Bohusza”,

diecezję); określany „architektonicznym oksymoronem” modernistyczny zamek prezydenta RP w Wiśle (sąsiedztwo zajętego przez Czechosłowację Zaolzia, ponadto przebija się tu znacząca „poetyka” szklanego domu). WENECJA Od 7 lipca do 23 listopada bieżącego roku trwa 14. Międzynarodowa Wystawa Architektury w Wenecji. Biennale przebiega pod hasłem „Fundamenty. Absorbowanie nowoczesności 19142014”, co łączy się z obchodami 100.

zielenia płyty baldachimu od jego części dolnej, co powoduje złudzenie optyczne, jakoby baldachim był zawieszony w powietrzu. Figura niemożliwa. A sama sytuacja, którą obrazuje? Oryginalny projekt z Wawelu zawiera w sobie znaczące domieszki, jeśli chodzi o materiały. „Poszczególne fragmenty baldachimu zostały wykonane ze spoliów – zdobyczy po zaborcach: cokołu spod pomnika Bismarcka, który stał w Poznaniu do 1918 roku, przetopionych austriackich armat oraz rozebranej w 1926 roku w wyniku narodowej debaty

23 października 2013 – 23 lutego 2014) oraz w warszawskiej Zachęcie („Monument. Architektura Adolfa Szyszko-Bohusza”, 17 czerwca – 24 sierpnia 2014). 

s. 30

Źródła: Michał Wiśniewski, „Adolf Szyszko-Bohusz”, Kraków: Instytut Architektury, 2013. http://instytutarchitektury.org/ biennale/


s. 31


TEMAT NUMERU

Na przekór

tradycji

Całkiem niedawno wrócił problem związany z obchodami Święta Niepodległości. Poruszył go nie kto, tylko Janusz Korwin – Mikke. W ostatnim czasie osoba, która powoduje skrajne emocje na polskiej scenie politycznej.

Tomasz Markiewka Dla jednych jest najbardziej absurdalnym politykiem, demagogiem i osobą nawet niebezpieczną dla Polski. Dla drugich z kolei jest charyzmatycznym przywódca, człowiekiem, który mówi to co myśli, a myśli o wolności. To On swoim przeciwstawieniem 7 października 11 listopadowi wprowadził ten temat do dyskusji publicznej, ponieważ przez ostatnie 25 lat, gdy z władzą pożegnała się PZPR nikt nie zaprzątał sobie głowy kwestią zasadności terminu tego Święta. JAK TO BYŁO Co do czego obie strony są zgodne to fakt, że trzeba obchodzić rocznicę wydarzeń z 1918 roku, chociaż niemiecki badacz Marceli Handelsman uważa, że Polska powstałą wraz z aktem 5 listopada. Gdy w 1916 roku Cesarze Niemiec i Austro-Węgier proklamowali wówczas powstanie Królestwa Polskiego, stwierdzając, że będzie to państwo samodzielne z dziedziczną monarchią i konstytucyjnym ustrojem. Te zasady z pewnością spodobałyby się dzisiejszemu adwersarzowi obecnej daty obchodów. Oba kraje nie robiły tego jednak bezinteresownie i zależało im bardzo na wsparciu swoich armii polskimi

s. 32

“ Inaczej rzecz się

miała w Egipcie. Otóż pomylone przez krzyżowców z biblijnymi silosami na lata chude, piramidy były grobowcami faraonów i ich najbliższej służby. Ci zmarli także musieli jeść w zaświatach. rekrutami. To co jednak ważne dla obrońców daty 11 listopada zaczęło się 28 października 1918 roku w Krakowie, gdy na gruzach rozsypującej się monarchii austro-węgierskiej powstała Polska Komisja Likwidacyjna (pierwszy polski rząd dzielnicowy). Na jej czele stanął lider PSL „Piast” Wincenty Witos, a popierały ją wszystkie stronnictwa galicyjskie. Kilkanaście dni później w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie utworzył się Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego. Choć władza

rządu była właściwie iluzoryczna i ograniczała się tylko do obszaru Lublina, to istotny był manifest do ludu polskiego, w którym ogłoszono przejęcie całej władzy w kraju aż do zwołania Sejmu Ustawodawczego. Jednak 7 listopada 1918 roku jako symboliczna data narodzin II Rzeczypospolitej był nie do zaakceptowania ani dla prawicy, ani dla Piłsudskiego. Świętowali ten dzień za to socjaliści i radykalni ludowcy. Ostatecznie zdecydowano się na 11 listopada chociaż sama data była świętowana w ten konkretny dzień dopiero od 1937 roku. Była to data zakończenia I wojny światowej; we francuskim Compiegne podpisano zawieszenie broni na froncie zachodnim. Tego samego dnia Rada Regencyjna oddała Piłsudskiemu naczelne dowództwo nad tworzącym się wojskiem. Powrócił on dzień wcześniej do Warszawy z twierdzy w Magdeburgu. Jednak po raz pierwszy w II Rzeczypospolitej Święto Niepodległości obchodzono 14 listopada 1920 roku (w pierwszą niedzielę po 11 listopada). Tego dnia Józef Piłsudski otrzymał poświęconą przez kardynała Kakowskiego buławę marszałkowską, a Krakowskim Przed-


mieściem przeszła defilada wojskowa. Po przewrocie majowym kolejne rocznice odzyskania niepodległości były uroczystościami wojskowymi – Piłsudski na placu Saskim dokonywał przeglądu oddziałów, a następnie odbierał defiladę. Dopiero 23 kwietnia 1937 roku Święto Niepodległości stało się dniem wolnym od pracy. Ustawa jednoznacznie przypisywała sukces powstania II RP środowiskom sanacyjnym, które w tym czasie mogły już bez oporów obywateli wprowadzić ten dzień jako upamiętniający wyzwolenia nas i powrót do suwerenności. Po wojnie zostało ono zniesione. Władza ludowa zastąpiła je Narodowym Świętem Odrodzenia Polski. Przypadało 22 lipca i upamiętniało ogłoszenie manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W dodatku bardzo hucznie zaczęto obchodzić kolejne rocznice wybuchu Rewolucji Październikowej (7 listopada). Środowiska opozycyjne nie zapominały jednak o przedwojennym święcie. Od końca lat 70. 11 listopada organizowane były manifestacje, częstokroć brutalnie tłumione przez ZOMO. Święto Niepodległości zostało przywrócone u schyłku PRL-u, w lutym 1989 roku

A ONI SWOJE Wszystko pięknie i ładnie, ale na przekór popularyzacji tej daty stanęła w ostatnim czasie Nowa Prawica, która chce, aby to Święto było obchodzone 7 października i dlatego też na ten dzień organizowała marsz suwerenności. Przeciwstawiając go marszowi niepodległości, który wg. nich jest gloryfikowaniem socjalisty Piłsudskiego. To właśnie wtedy Rada Regencyjna działająca w warszawie proklamowała niepodległość Polski. Dla tego środowiska to znacznie większy sukces niż indywidualny sukces i chwała Piłsudskiego. 11 listopada świętowano tylko dwa razy przed rokiem 1989. W latach 19371938. Co ciekawe, przywrócenie 11 listopada jako święta nie jest zasługą pierwszego wolnego parlamentu. Nasze narodowe święto wskrzesza ustawa sejmu PRL z 15 lutego 1989. A więc PZPR próbowała się ratować nawet tak rozpaczliwymi decyzjami. Zarówno w II jak i w III RP wprowadzenia tego święta odnośnie tamtej daty miało przede wszystkim charakter ściśle polityczny tym samym nie dywagowano czy aby na pewno jest to dobra data. Równie dobrą datą jest 26 stycznia, gdy w

1919 odbyły się pierwsze wybory do parlamentu. W Polsce sanacyjnej taka data podobać się nie mogła. W owych wyborach największy procent głosów zdobył Związek Ludowo Narodowy. Było to 37%, a popierający Piłsudskiego PPS (i to nie sam) raptem 12,5%. Te preferencje społeczeństwa będą również widoczne w trakcie wojny. Powszechnie się wydaje, że okupowanym kraju działa jednolita siła zbrojna i jednolita reprezentacja władz emigracyjnych. Gdyby jednak odrobinę odbrązowić ten okres i pamiętać o tym jak zaciekle oraz jakimi metodami się zwalczano było by to na pewno z wielką korzyścią dla naszej współczesnej świadomości. Bez tej wiedzy budujemy mit II RP która staje się krajem z telenoweli za który bohatersko i niejednokrotnie umierali jednak bardzo ideowi ludzie. Moim zdaniem spór jest potrzebny, bo z jego powodu dochodzimy do konstruktywnych wniosków i możemy znaleźć optymalne rozwiązanie. Do tego – jak jest w tym przypadku – poznajemy lepiej naszą własną historię, której nieznajomość codziennie sprowadza nas na manowce. 

s. 33


TEMAT NUMERU

Jestem

Wszechpolakiem Chyba każdy z Was uważa się za patriotę. Część zaś może czuć się silnie związana z jakimś regionem. W Polsce istnieje kilka dużych grup, będących dumnymi ze swojego folkloru, chociażby Ślązacy czy Kaszubi. Inni zaś nie utożsamiają się z żadną grupą regionalną. Co nas łączy? Wszechpolskość. Dominik Cwikła WIELOBARWNY NARÓD Polacy dzielą się na następujące grupy: Łęczycanie i Sieradzanie, Małopolanie, Mazowszanie, Mazurzy i Warmiacy, Kaszubi (Pomorzanie), Ślązacy, Wielkopolanie oraz Grupy Kresowe. Każda z nich wyróżnia się własną gwarą (niekiedy trudna do zrozumienia przez osoby nie znające języka), kulturą oraz historią. Tak oto Wielkopolanie czy Mazowszanie bezdyskusyjnie należą i należeli do narodu polskiego. Kwestia Ślązaków zaś oczywistą nie była. Oni właściwie sami wybrali swą narodowość poprzez 3 powstania. W związku z tym hasła podnoszone przez Ruch Autonomii Śląska są irracjonalne i śmieszne. O tym jednak będzie później. Na czym polega gwara? Na własnym akcencie oraz słownictwie. Tak oto w dialekcie śląskim mamy zapożyczenia z języka niemieckiego. Mazurzy i Warmiacy w sposób specyficzny "zaciągają" słowa. Osobiście uwielbiam w tej grupie akcent, jakim posługują się mieszkańcy Nidzicy i okolic. Zdanie pytajne brzmi niemalże jak zdanie rozkazujące. W Polsce południowo wschodniej (szczególnie wśród

s. 34

“Wielkopolanie czy

Mazowszanie bezdyskusyjnie należą i należeli do narodu polskiego. Kwestia Ślązaków zaś oczywistą nie była. Oni właściwie sami wybrali swą narodowość poprzez 3 powstania. W związku z tym hasła podnoszone przez Ruch Autonomii Śląska są irracjonalne i śmieszne. mieszkańców Lublina) zapadło mi w pamięć określenie "brejdak" i "brejdaczka", co odpowiednio oznacza brata oraz siostrę. Każda z grup posiada charakterystyczne dla siebie stroje. Wśród wspomnianych Małopolan mamy kilka grup góralskich. Każda z nich ma specyficzne, choć ogólnie podobne stroje. Wszyscy chyba widzieliśmy na własne oczy (albo chociaż na zdjęciach) występy górali w strojach ludowych. Są one zdecydowanie inne od "mundurów"

Mazowszan czy strojów Wielkopolan. To wszystko tworzy wielobarwny wachlarz Polaków i Polski. Jest to ogromne ubogacenie naszej polskiej kultury. Dzięki temu nie jesteśmy – jak niektórzy próbują nas przedstawiać – szarzy czy "brunatni". Ze względu na rozwój cywilizacji oraz celową działalność pewnych środowisk, coraz więcej osób – w tym i ja – nie poczuwa się do konkretnego miejsca w Polsce. Mieszkałem już w kilku rejonach Polski i poznałem jej piękno. Sam jednak nie czuję się stricte ani Mazowszaninem (choć z Mazowsza pochodzę i tam się urodziłem) ani nikim innym. Wiem jedno: jestem Polakiem. Doceniam jednak elementy wszystkich grup etnograficznych w naszym narodzie. Łączy nas poczucie wspólnoty. Jestem – jak prawie każdy z Was – Wszechpolakiem. Ktoś może oburzyć się, że prowadzę agitację polityczną, jednak już uspokajam – nie należę do Młodzieży Wszechpolskiej. Nie ukrywam, że dołączyć do grupy zamierzam, jednak nawet jeśli zrezygnuję, będę Wszechpolakiem zawsze. Bo ponad różnicami re-


gionalnymi, widzę białego orła w zamkniętej koronie, która uwieńczona jest krzyżem. Wszechpolskość dla mnie to nie przynależność do organizacji, ale postawa. PSEUDO-NARODY Przeciwieństwem jej jest tworzenie podziałów w narodzie. Ślązacy, Kaszubi, Mazowszanie oraz inni – razem tworzymy Polskę. To zaś, co robi RAŚ jest żałosną tragikomedią. Nie istnieje naród śląski. Owszem, Śląsk jest pięknym regionem z silnie rozwiniętym dialektem oraz kulturą, jednak to wciąż nie jest naród. Sam język nie może być kryterium narodotwórczym. Gdyby tak było, państwa tworzone byłyby przez kilka lub kilkanaście powiatów. W każdym mieście bowiem istnieje specyficzne słownictwo. W mojej audycji "Kontrrewolucja" w Radiu

SIM Paweł Kubala powiedział, że na upartego mógłby znaleźć bogaty zasób charakterystycznego dla jego podlubelskich ziem słownictwa i ogłosić dążenie do autonomii. Kultura to również za mało. Jeśli państwa tworzono by pod kryterium kulturowe, w Europie istniałyby państwa o co najwyżej kilkuset tysięcznej populacji. Zwróćmy również uwagę, że RAŚ neguje decyzję swoich przodków. Po zakończeniu Wielkiej Wojny, zwanej obecnie I Wojną Światową, Ślązacy aż trzy razy powstali przeciwko Niemcom, by wywalczyć sobie wolność. Tą wolnością było życie w Polsce. Owszem, istniała wtedy autonomia Śląska. Zainicjowana jednak była przez Niemców, by Ślązacy nie mogli poczuć się w pełni Polakami. Należy zastanowić się poważnie, czy w obliczu kam-

panii poszerzania przez Niemcy wpływów po raz kolejny, można krzyczeć o autonomii regionu, do którego Niemcy wciąż mają roszczenia. Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, odsyłam do prawa niemieckiego, według którego Niemcem jest ten, kto urodził się na terenie Niemiec... sprzed drugiej wojny światowej (sic!). Nasze różnice kulturowe oraz językowe to piękna panorama kraju. Ubogaca ona Polskę i nie powinna być wykorzystywana do dzielenia nas. Ten, kto to czyni, nie jest Polakiem, lecz egocentrykiem i osobą o przesadzonym ego. Zaś my wszyscy – Kaszubi, Ślązacy, Kresowiacy oraz osoby jak ja, które nie czują się zakorzenione w żadnej grupie, lecz czują więź ze wszystkimi – jesteśmy Wszechpolakami. 

s. 35


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Franciszek – człowiek poważny

czy wierzący? Zdarzyło się ostatnio coś strasznego. Papież Franciszek przestrzegł przed diabłem! Przeraziło to wielu jego (papieża, nie diabła) zwolenników. Jak to możliwe? Taki „konkretny” człowiek, a straszy piekłem jak jakiś klecha średniowieczny!?

Rafał Growiec Franciszka kocha cały świat. Jedni za sam fakt bycia papieżem, inni za poczucie humoru, inni za otwartość na drugiego człowieka. Dotknęło to nawet lewicy ideologicznej, która dostrzegła w następcy Benedykta XVI wielkiego wyzwoliciela ze sztywnych ram ortodoksji i katolickiej nauki społecznej. Oto w Watykanie mieli mieć swojego człowieka – nie żadnego zatwardziałego homofoba, który nie pozwoli się rozwieść! Kiedy ta wizja okazała się nie przystawać do rzeczywistości, obok papieża Franciszka pojawił się Franciszek mediów. Ten, nieco wykrzywiony na potrzeby współczesnej lewicy, typ obrazował to, czego brakowało rzeczywistości. A wszystko dzięki uwypuklaniu jednych cytatów i zachowań oraz ignorowaniu innych. Nikt jednak nie twierdził, że

s. 36

“Kiedy ta wizja oka-

zała się nie przystawać do rzeczywistości, obok papieża Franciszka pojawił się Franciszek mediów. Ten, nieco wykrzywiony na potrzeby współczesnej lewicy, typ obrazował to, czego brakowało rzeczywistości. papież nie jest katolikiem. Katolikiem otwartym, postępowym – tak! W końcu Franciszek mediów musi pokazać, że można być katolikiem i można nie przejmować się Katechizmem czy dogmatami. A jednak znalazł się ktoś, komu to nie pasuje. Pewien pan na twitterze wyraził swoje ubolewanie z powodu wypowiedzi Franciszka po spotkaniu

z egzorcystami. Jasne i klarowne nauczanie na temat istnienia diabła zraziły ćwierkającego ateistę. Jemu zdawał się Franciszek „konkretny”, a tu takie „czary-mary”. TO PAPIEŻ MA KRZYŻ? O tym, że Szatan istnieje, jest osobą i działa, Kościół naucza od czasu spisania Ewangelii. Dziwnym by było, gdyby jakiś papież zaczął upadłego anioła traktować jak alegorię zła moralnego czy personifikację jakiejś bezosobowej siły przeciwstawnej Bogu. A jednak, mój rozmówca właśnie tak postrzegał Franciszka – jako człowieka, który nie wierzy w takie głupoty. Zapytany o katolicyzm jako taki, twitterowicz określił to mianem „czarów”. Rodzi się pytanie: jak można być głową Kościoła, wspólnoty ludzi wierzących i praktycznie nie wierzyć w to, co się w tej wspólnocie


TEMAT NUMERU

głosi od dwóch tysięcy lat? Prawdopodobnie odpowiedź brzmi: być katolikiem „postępowym”. Zresztą, jeśliby nie wierzył, to by znaczyło, że niemal codziennie dokonuje w oczach katolików (i na ich oczach) profanacji Eucharystii, w dodatku byłby skończonym hipokrytą. Albo po prostu byłby V kolumną rozwalającą Kościół od środka. A może to lewica w swoich oczekiwaniach zapędziła się tak daleko, że już nawet nie czuje, gdy popada w absurd w kolejnych urojeniach na temat Franciszka. Czego dowiemy się za niedługo? Że to szok, że papież nigdy nie miał żony? A może że to niemożliwe, że wie, jak się wykonuje znak krzyża? No i – zgroza nad zgrozami – ma krzyż na ścianie w pokoju! Najzabawniejsze w wypowiedziach twitterowicza jest wymaganie od Franciszka dostosowania do liberalnego spojrzenia na świat. Nieważne, jak bardzo konkretny jest człowiek. Jeśli jest prawdziwie

wierzący, jest niekonkretny, do niczego. Otwarty Kościół Postępu Stale Reformowany według Reformy z 1968. r. nie może go przyjąć w swoje szeregi. Ewentualnie można być wierzącym na pół gwizdka, traktować religię jak „nowoczesne opium dla ludu” – bajeczkę o dobrym Panu Bogu, który za to, że będziesz grzeczny weźmie cię do nieba. A może nawet jak będziesz niegrzeczny, bo piekła nie ma, wszak Bóg jest miłosierny, Jezus to spoko koleś i wszystko ci wybaczy. No, może poza homofobią. Odpada czynnik „zacofanego opium dla ludu” czyli wizja kary za grzech. Lewica pseudoliberalna chce widzieć religię – jeśli już jakaś ma być – jako element potwierdzający liberalny dogmat wszechwolności ku dobremu i złemu. Bóg nowoczesnej lewicy to Bóg „Na wschód od Edenu”, gdzie słowo „timszel” rozumie się jako „możesz, nie musisz”. Można najwyżej zachęcać do tego, by postępować tak a

tak, ale stawianie danych tez jako dogmat jest już ponad kompetencjami człowieka. Cała Ewangelia to jedynie głoszenie socjalistycznych ideałów, mających zapewnić namiastkę Królestwa tu, na ziemi. W taką Ewangelię Socjalistów ma się wpisywać Franciszek, żeby być „konkretnym” człowiekiem. Franciszek jednak nie będzie tego robił. Będzie „straszył” piekłem, tak jak „nęci” niebem. Sorry, takiego mamy papieża. 

s. 37


Jestem MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

bawołem? Czy mężczyzna w Kościele powinien być jak bawół? Wydaje się że tak, gdyż zwierzęta te ze względu na swoje zwyczaje społeczne mogą być dla nas prawdziwym przykładem.

Stary Testament określa Pana Boga w bardzo inspirujący sposób, mianowicie jest on dla Izraela jakby rogami bawołu. Jednakże mędrcy Izraela przestrzegali również przed mroczną stroną bawolej natury... Krzysztof Reszka "Bóg, który z Egiptu ich wywiódł, jest dla nich jakby rogami bawołu" (Lb 23,22) - mówił o Izraelu wieszcz Balaam. Czym są rogi dla bawoła? Bawół jest zwierzęciem roślinożernym, a więc obiektem polowań drapieżników. Właściwie to nie miałby szans w konfrontacji z lwem wyposażonym w ostre kły i pazury. Lew poradzi sobie z zebrą, antylopą czy żyrafą. Ale bawół? To zupełnie inna sprawa... On ma coś, co pozwala mu nie tylko się obronić, ale w razie potrzeby zaatakować. Coś co jest jego siłą i ozdobą. Coś dzięki czemu może przeżyć. A bez tego nie ma szans. Są to właśnie rogi. Toteż drugi raz powtórzył Balaam o Izraelu: "A Bóg, który z Egiptu go wywiódł, jest dla niego jak rogi bawołu" (Lb 25,8a). Drapieżniki często atakują najsłabsze zwierzęta roślinożerne. Częstym celem ataków są matki z młodymi. Jednak bawoły to zwierzęta niezwykłe. Ich stada bardzo troskliwie bronią swoich młodych które mogłyby stać się łatwym łupem dla drapieżników. Kiedy samice bawołów rodzą młode, zbierają się razem w tym samym miejscu. Wtedy samce otaczają

s. 38

“Drapieżniki czę-

sto atakują najsłabsze zwierzęta roślinożerne. Częstym celem ataków są matki z młodymi. Jednak bawoły to zwierzęta niezwykłe. Ich stada bardzo troskliwie bronią swoich młodych które mogłyby stać się łatwym łupem dla drapieżników. Kiedy samice bawołów rodzą młode, zbierają się razem w tym samym miejscu. je aby dać odpór potencjalnym agresorom. A kiedy młode bawolątko zostanie pochwycone przez lwa, wtedy nie tylko jego rodzice, ale całe stado walczy o nie. Stado bawołów, gdy walczy zjednoczone, potrafi pokonać nawet stado lwów! Bawoły mają rogi i są solidarne, dlatego mogą przeżyć i zwyciężają przeciwników. A my potrzebujemy

Pana Boga i wspólnoty Kościoła aby zdobyć życie w obfitości i zwyciężyć nad złem, które nieraz wydaje się silniejsze od nas. Św. Piotr pisał w swym liście: "Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć" ( P 5,8). Na szczęście Pan Bóg jest dla swego ludu jak rogi bawołu. On jest naszym pięknem i naszą siłą. Ci którzy korzystają z brewiarza znają pewnie piękny Psalm 92, w którym psalmista woła: Dałeś mi siłę bawołu, skropiłeś mnie świeżym olejkiem. Moje oko spogląda z góry na nieprzyjaciół, a uszy me usłyszały o klęsce przeciwników, tych, którzy na mnie powstają. Sprawiedliwy zakwitnie jak palma, rozrośnie się jak cedr na Libanie. Zasadzeni w domu Pańskim rozkwitną na dziedzińcach Boga naszego. Trzeba jednak stwierdzić że istnieje w Biblii również taki fragment, gdzie bawół jest przykładem negatywnym: "Nie oddawaj siebie na wolę swych żądz, abyś jak bawół nie był [nimi] miotany" (Syr 6,2). Księga Mądrości Syracha jest


bardzo spostrzegawcza. Wskazuje, że są takie obszary rzeczywistości gdzie po prostu nie ma mocnych. Nawet silni i mądrzy ludzie mogą dać się złapać w pułapkę. O co chodzi? Syrach mówi prosto z mostu: "Wino i kobiety wykoleją mądrych, a kto przylgnie do nierządnic, będzie bardziej bezwstydny" (Syr 19,2). O co chodzi? Wiemy przecież że kobiety są wspaniałe, a wino - o

ile pijemy je mądrze, z umiarem i we właściwym czasie - jest jak najbardziej dla ludzi. Jeśli jednak zaczniemy traktować kobiety w niewłaściwy sposób, czemu sprzyja nadużywanie wina - to nawet człowiek mądry może się zaplatać w trudne sytuacje. Popęd seksualny i pociąg do alkoholu potrafią zmącić myślenie, o czym przekonujemy się bez przerwy odbierając informaacje

ze świata. Nie można bezgranicznie ufać samemu sobie. Tutaj nie wystarczy być mądrym, trzeba być super mądrym, by zachować ostrożność. "Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma" (Jk 1,5). "Treścią mądrości jest bojaźń Pańska, rozsądkiem poznanie Świętego" (Prz 9,10). 

s. 39


ROZMOWA KULTURALNA

Obraz + uczucia + chronologia. Przyczynki

do „Mitu Galicji” We wtorek 28 października o godzinie 13:30 miałam przyjemność rozmawiać z kuratorkami wystawy ,,Mit Galicji” w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie – dr Żanną Komar i dr Moniką Rydiger. Zdradzając skłonność do głębi, nie powielając tendencji zadawania pytań, na które już odpowiedziano, taką oto przeprowadziłyśmy rozmowę… Maja Mroczkowska MAJA MROCZKOWSKA: Dlaczego ,,Mit Galicji” jest wystawą organizowaną we współpracy akurat z Wien Museum, a nie na przykład z jakimś lwowskim ośrodkiem? ŻANNA KOMAR: Początkowo zamierzaliśmy, żeby wystawa odbyła się „po trójkącie”, aby uczestniczyło w niej trzech partnerów instytucjonalnych: austriacki i ukraiński, koniecznie. Proszę pamiętać, że w MCK rozmowę o „Micie Galicji” jako o wystawie zaczęliśmy już w 2010 roku. Wtedy sytuacja polityczna na Ukrainie była zupełnie inna. Nie było łatwo o partnera, który by dysponował odpowiednimi zasobami dla pełnego uczestnictwa w takiego rodzaju projekcie. MONIKA RYDIGER: Jeśli cho-

s. 40

“Po pierwsze, na-

sza galeria jest bardzo specyficzna, ponieważ nie jest „white cube”, co zawsze nastręcza mnóstwo problemów nawet już przy tworzeniu scenariusza. Stąd też zachodzi pewna prawidłowość: specyfika miejsca prowokuje typ scenariusza. dzi o stronę austriacką, musimy tutaj wrócić do genezy projektu. O ile pomysłodawcami samej koncepcji wystawy byli dr Emil Brix i prof. Jacek Purchla, to jako ośrodek kultury

do zrealizowania przedsięwzięcia potrzebowaliśmy partnera instytucjonalnego. Na to z kolei najlepszym miejscem jest muzeum. Wprawdzie inicjatywa stworzenia wystawy wyszła od strony krakowskiej, jednak Muzeum w Wiedniu bardzo zainteresowało się tym pomysłem, co początkowo nie było wcale takie oczywiste. Tym bardziej, że z tego, co można było wyczytać albo usłyszeć podczas debaty [Martin Pollack, “Galicja – mit o wielu twarzach”, MCK, 10 X 2014 – przyp. M.M.], dla Austriaków temat Galicji jest dzisiaj nieco abstrakcyjny. M.R.: O tak, dyskursy tutaj są bardzo różne. Później, już przy pracach nad projektem, który, warto zaznaczyć, miał wielu współpracowników zarówno z polskiej, jak


i austriackiej strony – czyli kurator wiedeński dr Werner Schwartz oraz asystentki kuratorów Kinga Migalska i Katrin Ecker – dochodziło do naprawdę burzliwych dyskusji, żeby nie powiedzieć do „wydzierania” sobie co poniektórych eksponatów. Rzeczywiście nasze interpretacje historyczne mitu Galicji okazywały się absolutnie różne. Ż.K.: Nie chodzi nawet o jakieś badania socjologiczne, ale o akcenty, jakie kładą historycy oraz specjaliści polscy w miejscach, okazuje się, kompletnie niezauważanych przez austriackich i vice versa. Poza tym, pojawiła się jeszcze kwestia odrębnych, nazwijmy to, szkół myślenia o wystawie. My z jednej strony preferujemy rodzaj przedstawienia subiektywnego: poprzez dzieło sztuki wprowadzenie w przestrzeń pewnego klimatu, metafory; z kolei druga strona, ze względu na specyfikę muzeum, migruje bardziej w kierunku przekazu historycznego. Ma to z resztą swoje racje – widz austriacki niekoniecznie dobrze kojarzy konteksty Galicji, więc będzie potrzebował jakiegoś wyjaśnienia. Można więc powiedzieć, że wystawa jest wynikiem zderzenia się tych dwóch szkół – obrazu i uczucia oraz chronologii.

M.R.: Widziała Pani część wystawy zatytułowaną „Galicja we Wiedniu”? To jest właśnie doskonała próbka tego chronologiczno-historycznego stylu, w całości autorstwa naszych kolegów z Wiednia. Widać różnicę, prawda? Oj, troszkę tak. M.R.: My myślimy o wystawie od razu jako o pełnej, integralnej przestrzeni wizualno-tekstowo-eksponatowej, natomiast u nich jest inaczej, myśli się kategorią eksponatu wieszanego na ścianie. Ż.K.: Ja jestem przekonana, że zupełnie inny będzie wyraz tej wystawy we Wiedniu. Czekam z niecierpliwością, żeby zobaczyć tę wersję. Myślę, że tam dojdzie więcej tekstów. Nie oceniam, czy to dobrze czy źle. Na jakim etapie rozważań wyniknął pomysł poruszania się akurat według klucza czterech mitów, czterech perspektyw? Ż.K.: W zasadzie na początku. Chociaż później w toku dyskusji ta idea o mało nie została sforsowana przez naszych wiedeńskich partnerów. Trudno im było przyjąć tę subiektywność wyboru. Ich zasadnicze pytanie dotyczyło tego, dlaczego myślimy, że

coś jest akurat perspektywą ukraińską, na jakiej podstawie, kto to powiedział, gdzie jest bibliografia do tego? (śmiech) M.R.: Właśnie – gdzie bibliografia?! Zupełnie inne myślenie. Tutaj była kwestia sporna. Przez nasz upór udało się, koniec końców, wypracować to, co, wydaje mi się, zaistniało na wystawie, czyli takie celowo niejednoznaczne połączenie różnych obrazów i artefaktów, że widz może rzeczywiście poczuje tę grę pomiędzy mitem a faktem. Ale to była walka. O „być albo nie być” eksponatów? M.R.: Oczywiście! Niektórych własną piersią broniłyśmy! (śmiech) A jak było z filmami Goskina w narracji jidysz z Narodowego Centrum Filmu Żydowskiego [1939 – przyp. M.M.]? Kto był inicjatorem dodania ich do wystawy? Ż.K.: Tu pomysłodawcami byli Austriacy. My w ogóle nie planowałyśmy umieszczania w części „Galicia felix” obiektów późniejszych niż 1918 rok. Natomiast pośród wszystkich wizerunków miast brakowało nam bardzo obrazu żydowskiego, stąd przystałyśmy na

s. 41


ten pomysł. To z kolei współgrało z innym naszym założeniem: ukazania wielojęzyczności Galicji. Jidysz brzmi tu bardzo oryginalnie. Podobnie jak umieszczenie części poświęconej cesarsko-królewskiej kolei żelaznej w korytarzu. Celowo tak? Jak w ogóle przestrzeń Centrum sprzyjała zainstalowaniu wystawy? Ż.K.: Tu już się kłania geniusz naszego aranżera – Rafała Bartkowicza. M.R.: Tak. Po pierwsze, nasza galeria jest bardzo specyficzna, po-

nieważ nie jest „white cube”, co zawsze nastręcza mnóstwo problemów nawet już przy tworzeniu scenariusza. Stąd też zachodzi pewna prawidłowość: specyfika miejsca prowokuje typ scenariusza. Tym razem Rafał na potrzeby naszych „czterech perspektyw” zaproponował przebudowanie galerii w formę czterech pokoi. Natomiast korytarz? – Korytarz wciąż istnieje i nas zachęca do wykorzystywania go do różnych dziwnych rzeczy. To z resztą nie pierwsza wystawa, w której to robimy – tym razem korytarz został nawet specjalnie przedłużony. Tam jest bardzo dobra perspektywa,

s. 42

na której można doskonale wygrywać pewne akcenty. Znakomicie sprzyja teatralizacji. Do tego stopnia, że aż można zatracić chronologię i, zamiast podążania na wprost w kierunku honorowej ściany z wizerunkami Franciszka Józefa, skręcić do ,,Apokalipsy”, czyli pokoiku poświęconego I wojnie. M.R.: Ależ nie szkodzi. Ponieważ, jak się tu upieramy, to nie jest wystawa historyczna, więc nie obowiązuje nas linearyzm w chronologii. Więc bardzo dobrze, jeśli ktoś sobie pobłądzi..

Ż.K.: ..i dojedzie koleją zamiast do Galicji, to od razu do wojny, też jest taka możliwość. (śmiech)

mację walca wiedeńskiego, który się tutaj załamuje. Metafora świata, po którym wiele jeszcze zostało, który chcemy jeszcze w jakiś sposób kontynuować, ale to się nie udaje. Czy więc końcowa część wystawy, pokazująca współczesne sposoby przekuwania Galicji w markę, jak np. w przypadku produktów Krakowskiego Kredensu, ma budzić ambiwalentne uczucia i rodzaj refleksji, że może nie powinno się komercjalizować takich motywów? Pytam dość przekornie, ponieważ, jak sprawdziłam, Krakowski Kredens znajduje się na liście „miłościwie patronujących” wystawie..

…więc kiedy już weszłam do tego pokoju z katastrofą, apokalipsą i wojną, to usłyszałam pewien kawałek muzyczny. Dlaczego akurat „La valse” Maurice’a Ravela? On jako Francuz nie miał zbyt wielu galicyjskich konotacji, zatem jeśli chodzi o trop francuski, to dlaczego nie np. Debussy albo Eric Satie, czy też może, przesuwając się na wschód, chociażby Strawiński?

Ż.K.: Chodziło po prostu o zwrócenie uwagi na pewien mechanizm zamieniania się Galicji w rodzaj marki i to nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie, w Austrii. Nie wydajemy sądów, nie uważamy, że to jest słabe, czy jest zamachem na coś, uważamy raczej, że jest to śmieszne, ciekawe, niepojęte – zwyczajnie JEST. I to pokazujemy, z naszego punktu widzenia interesujący fenomen. A jeśli pojawia się uczucie ambiwalencji to dobrze, jest właśnie odpowiednie wrażenie, o jakie chodzi w całym „Micie Galicji”.

Ż.K.: Ravel dlatego, że proponowany utwór stanowi obróbkę, transfor-

M.R.: Ja widzę też w tym pewną formę budowania tożsamości. Ale,


podkreślamy to ciągle, naszym celem w wystawie nie było ocenianie czegokolwiek, bardziej obrazowanie, przedstawianie. Na początku był projekt pokazania wszystkiego na zasadzie czarne–białe, dwóch biegunów, potem dopiero ta koncepcja przesunęła się bardziej w kierunku niejednoznaczności, w której mają one jakoś pobrzmiewać, co mamy nadzieję, zaistniało. W temacie niejednoznaczności: chciałam spytać o zaprezentowaną, silnie, momentami prowokacyjnie nawet, działającą na odbiorcę sztukę Włodka Kostyrko. Jest to sztuka stosunkowo młoda, kilkuletnia. Właściwie niewiele można znaleźć o niej informacji, o samym autorze też zaledwie jakieś pobieżne dane. Obraz „Chusta galicyjska” na przykład: dlaczego tak, kim jest ta kobieta? Ż.K.: W styczniu zaplanowane jest w naszym Centrum spotkanie z panem Kostyrko, myślę więc, że to będzie najlepsza okazja na uzyskanie

odpowiedzi. Z tego, co mi wiadomo, jest to człowiek dość radykalnych poglądów politycznych, społecznych, przekonany o sporej odrębności terenów dzisiejszej zachodniej Ukrainy, zwłaszcza Hałyczyny. Czy „Kobieta w żydowskim ubraniu” Maurycego Gottlieba to oryginał? Pytam, bo obecnie w Pałacu Herbsta w Łodzi znajduje się pierwsza od 1991 roku wystawa monograficzna poświęcona artyście i zastanawiało mnie, na ile jest ona „absolutna”. Ż.K.: To jest oryginał: Gottlieb, który jest U NAS, a nie w Łodzi (śmiech). Ach, przez tę wystawę nie dostaliśmy drugiego obrazu Gottlieba, który tam pojechał – „Żydzi w synagodze”. Zamiast tego zaproponowano nam o tym samym tytule obraz Wilhelma Leopolskiego. Kto był pomysłodawcą map-dywanów, „map w ramach podłogi” albo sześciennych pufek (które wcale nie są pufkami do siedzenia!) z wizerunkami

miast? M.R.: Są to pomysły znowu Rafała Bartkowicza, który jest znakomitym aranżerem i świetnie się współpracuje, ponieważ za każdym razem głęboko wchodzi w temat i bezbłędnie wyczuwa, o co chodzi. Czy MCK przewiduje w ramach imprez towarzyszących „Mitowi Galicji” grę w „Assarmot”, planszówkę z 1861 roku, do której instrukcja znajduje się na początku wystawy? Ja bym bardzo chętnie zagrała! Ż.K.: Ależ można zagrać od razu na wystawie! – Są pionki, jest wszystko (śmiech). M.R.: O, nie wiedziałyśmy, że jest takie zapotrzebowanie społeczne. Dobrze, pomyślimy o tym. Dziękuję za rozmowę. 

s. 43


STAN UMYSŁU: GALICJA

Mit Galicji „Mit jest esejem. Mit stwarza esej” / Waldemar Łazuga

“Ciekawa sprawa

Maja Mroczkowska PARABOLI… Wystawa „Mit Galicji”, którą od 10 października do 8 marca przyszłego roku mamy sposobność oglądać w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie to – zaledwie i aż – czubek jednej z paraboli w pewnym układzie. Bardzo realnym i nieco nierzeczywistym równocześnie; z jakąś zmienną niezmienną i wielodzietnym kontekstem; jest tu i polityka, i historia, i narody w liczbie kilku, tożsamości i niepisane granice, potem też pogranicza i jeszcze dodatkowo rozgraniczenia w ramach tego wszystkiego. Mówią: „międzyświat”, „depozytariuszka nadziei”, „Mitteleuropa in Klein”, „toż to zabór był!” (odpowiednio: Roth, Łazuga, Brix, anonim – dość powszechnie). Galicja. …CZUBEK Ponieważ kwestia była na rzeczy już od dość dawna. Idea takiej wystawy „kiedyś, gdzieś w przyszłości” narodziła się w głowach prof. Jacka Purchli (dyrektora MCK) oraz dr Emila Brixa (ambasadora Konsulatu Generalnego Austrii w Krakowie w latach 1990–95) już pod koniec lat 90. Wystawowym „ciałem”

s. 44

z samym budynkiem przy Rynku Głównym numer 25, gdzie Międzynarodowe Centrum Kultury ma swoją siedzibę. Okazuje się to przestrzeń bardzo symboliczna w kontekście Galicji. To ten właśnie gmach pełnił kiedyś funkcję Galicyjskiego Banku dla Handlu i Przemysłu. z kolei rzecz stawała się od 2010 roku i teraz, po czterech latach, już je oglądamy. W Krakowie można to zrobić pół roku wcześniej niż w Wiedniu, do którego „Mit Galicji” ruszy w marcu – kierunek: Wien Museum. Historyczne Muzeum Miasta Wiednia jest bowiem partnerem instytucjonalnym projektu. MITYCZNY ANTRAKT Ciekawa sprawa z samym budynkiem przy Rynku Głównym numer 25, gdzie Międzynarodowe Centrum Kultury ma swoją siedzibę. Okazuje się to przestrzeń bardzo symboliczna w kontekście Galicji. To ten właśnie

gmach pełnił kiedyś funkcję Galicyjskiego Banku dla Handlu i Przemysłu (zał. 1862), pierwszej takiej instytucji w Krakowie reprezentującej typ nowoczesnej bankowości. Ponadto, dokładnie pod numerem 25 na krakowskim Rynku 31 października 1918 roku dokonała się historyczna zmiana warty z austriackiej na polską. MITYCZNA OSNOWA Mówiąc „Galicja”, prowokuje się rozpoczęcie opowieści szkatułkowej. Tutaj zaś dość powszechny w dzisiejszych rozważaniach leitmotiv, czy też może bardziej rodzaj osnowy, to „plansza: Europa Środkowa”. W artykule „Galicja po Galicji, czyli o niezwykłości mitu «zaginionego królestwa»”, zamieszczonym w katalogu wystawy, Jacek Purchla konstatuje, że Galicja od lat 70. i 80. XX wieku jest tym, co można nazwać „polskim wkładem w odkrywanie fenomenu Europy Środkowej”. Fenomen Europy Środkowej. I rzeczywiście naukowo-socjologiczny wielogłos w tym układzie pojęciowym rozbrzmiewa coraz żywiej. Jeśli cała Europa Środkowa, cytując za „Projekt Mitteleuropa” Brixa i


Buska (1986) oznaczała swego czasu aktualność takich pojęć jak: „wielojęzyczność, tolerancja, łatwość przemieszczania ludzi i idei, uwrażliwienie na historię”, to co dopiero Galicja, którą nazywano „Europą Środkową w pigułce”. Potencjał goni potencjał. Różnorodność napędza semantykę. Semantyka już mówi sama za siebie. Z tym też łączy się (dla wielu kuriozum!) nostalgia za galicyjskim konstruktem politycznym, która to wypłynęła w epoce PRL. Wspomnienia autonomii w ramach monarchii habsburskiej (cezura 1860, potem 1867), dobrotliwego i nieomal wiecznego (władającego w latach 1848–1916!) oblicza cesarza Franciszka Józefa były wtedy rodzajem leku na postępującą sowietyzację, dowodem na łączność z dziedzictwem Europy Zachodniej. Dla tej przyczyny m.in. w redakcji „Tygodnika Powszechnego” od zawsze w ramach przemyślanej estymy wisiał portret „miłościwie nam (niegdyś) panującego”. Pokrewnie pobrzmiewają w tym kontekście słowa jeszcze z dwudziestolecia międzywojennego – Wincenty Witos (dawny poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego, premier w wolnej Polsce) miał powiedzieć o pewnym zrozumieniu, jakie nabył, że „więcej wolności było w Galicji niż w Polsce (…) – wolność i niepodległość to nie to samo”.

WYSTAWA Aranżacja tematyczna i przestrzenna „Mitu Galicji” przebiega według klucza czterech perspektyw: polskiej, austriackiej, ukraińskiej i żydowskiej. Po prologu zogniskowanym na znamiennej dacie 1772, odbiorca napotyka cztery oferty z alternatywnymi opowieściami o micie założycielskim Galicji. Alternatywnymi i pokrewnymi jednocześnie, jak specyficzne rodzeństwo, trochę rodzone, a trochę przyszywane. Potem część „Tabula rasa” o początkach kolonizacji i towarzyszącej jej pierwotnie austriackiej dezaprobaty, kontekst polityczny z Marią Teresą, Józefem II i wymownymi mapami. Dalej, rozpoczęte w korytarzu poświęconym cesarsko-królewskim. kolejom żelaznym, rozważanie nad różnymi wariantami odpowiedzi na pytanie wywoławcze „Galicia felix?” (czyli zgrabnie nie wprost wyrażenie możliwego „miserabilis”). Tu o autonomii, o „Golicji i Głodomerii”, o boomie naftowym Drohobycza i Borysławia, o Lwowie, Krakowie, miastach, miejscach, Mater Austrii i Galicji w Wiedniu, o koegzystencji i separatyzmie. Wszystko w ramach niejednoznacznego zestawienia fotografii, dokumentów, plakatów, filmów, widokówek, przedruków prasy i ogłoszeń. Nie ma tu nic dla osądu – za to wszystko do prowokacyjnego namysłu. Jeszcze słówko

o apokalipsie I wojny światowej w jednym z trzech ostatnich pokoi, a także o nowym początku; Galicja po Galicji: współczesne malarstwo ukraińskie rysu polityczno-polemicznego Włodka Kostyrko, zdanie o tendencji przeobrażenia w markę, komercjalizacji, ciastkach rzekomo galicyjskiej receptury i Krakowskim Kredensie na przykład. Można tu spędzić przynajmniej dwie godziny zintensyfikowanego, zmultiplikowanego życia, można przyjść kilkakrotnie, tracąc rachubę w przeżyciach i inspiracjach, i nabawić się dobrze wychodzonej ambiwalencji. Albo nawet zacząć prowadzić rubrykę w czasopiśmie. Dobra jest dużo. ŹRÓDŁA Broszura „Didaskalia Mitu Galicji”, MCK w Krakowie. Album wystawy „Mit Galicji” zorganizowanej przez Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie we współpracy z Wien Museum – artykuły: „Galicja po Galicji, czyli o niezwykłości mitu «zaginionego królestwa»” Jacka Purchli, „Gdzie leżała Galicja? Kilka refleksji z wiedeńskiej perspektywy” Wolfganga Kosa, „Galicja jako «austriacki» mit” Emila Brixa, „Galicja jako «polski» mit” Waldemara Łazugi.

s. 45


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Nie pytaj mnie

co widzę

w niej

Lata 80. to chyba najlepszy okres w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Czas, w którym artyści faktycznie mieli coś do przekazania słuchaczom. Muzyka wtedy była formą manifestu przeciw systemowi, wyrażała uczucia i nastroje narodu. W numerze, którego tematyka wiąże się z patriotyzmem, nie mogło zabraknąć utworu nieodżałowanego Grzegorza Ciechowskiego "Nie pytaj o Polskę". Mateusz Nowak Jest wiele polskich utworów patriotycznych, które powstawały w różnych okresach naszej historii i każdy z nich potrafi wywołać ciarki na plecach człowieka, który odczuwa rzeczywistą miłość do ojczyzny. I taką piosenką właśnie jest "Nie pytaj o Polskę". I choć nie pada w niej ani razu nazwa naszego państwa, to nie ma najmniejszych wątpliwości, co Ciechowski pragnie nam przekazać. Jest to utwór pełen uczucia skierowanego do kraju, o którym śpiewa jak o ukochanej. Jego największą siłą jest brak wielkich, donośnych słów: tekst składa się z prostych, wręcz aż brzydkich obrazów, którymi jednak autor doskonale operuje, dzięki czemu pokazują one, ile dla niego znaczy ojczyzna. Mało jest utworów, z których płynie tak piękny i czysty morał. Tutaj mamy wszystko podane na srebrnej tacy. "Nie pytaj mnie, co widzę w niej. Nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie". "Nie pytaj mnie, dlaczego myślę, że nie ma dla mnie innych miejsc". Po prostu tak już jest

s. 46

“Nie pytaj mnie.

Trzy krótkie słowa, a wwiercają się w głowę z ogromnym impetem. I nie chcą wyjść. To naprawdę trzeba umieć zrobić. Pytanie tylko, dlaczego już teraz takiej muzyki się nie tworzy? Dlaczego wraz z wolnością przyszedł marazm w naszej muzyce rozrywkowej?

– patriotyzmu nie trzeba definiować, jeżeli ktoś kocha swój kraj, to kocha go pomimo wszystko. Pomimo brudnych dworców, klnących tłumów i wszechobecnych pijaków. To wciąż jednak Polska, mój kraj i moja ojczyzna. I o tym powinni pamiętać szczególnie ci wszyscy młodzi ludzie, tak ochoczo wyruszający na zachód

w poszukiwaniu lepszego życia, bo tu przecież nie ma dla nas żadnych perspektyw. Aż chciałoby się zakląć, do jasnej ch..., to my jesteśmy przyszłością tego narodu, a z takim podejściem to nadal będziemy w tym samym miejscu i nic nie ruszy do przodu. Jak już nie dla nas, to chociaż dla przyszłych pokoleń, ale żeby było lepiej. Nie pytaj mnie. Wiem, patriotyzm staje się coraz mniej popularny, ludzie chcą emigrować, brak w nas, młodych, tego ducha narodu. Oczywiście nie jesteśmy postawieni w takich sytuacjach jak nasi dziadkowie czy rodzice, z których pierwsi pamiętają czasy wojny, a drudzy – PRL-u. Nie możemy się w żaden sposób wykazać na polu walki i oby tak zostało. To jednak nie oznacza, że mamy popadać w taką melancholię i szerzące się na świecie nastroje kosmopolityczne. Jest mnóstwo sposobów, by i w tych czasach manifestować swój patriotyzm. Można wywieszać flagę w święta narodowe, uczestniczyć w obchodach rocz-


nicowych, a nawet pokazać swoją przynależność do ojczyzny, kibicując Polakom na arenach sportowych. A ponad wszystko możemy zostać tutaj i wspólnie budować ten kraj, by naprawdę żyło się nam coraz lepiej. To wszystko są proste czynności, niewymagające od nas nieprawdopodobnych poświęceń. Wystarczy tylko chcieć. "To nie kochanka, ale sypiam z nią, choć śmieją ze mnie się i drwią". A niech drwią. A niech robią, co im się żywnie podoba. Nas nie powinno to interesować. Swój kraj powinno się kochać pomimo wszystko, tak jak to przedstawia Ciechowski. Dokładnie w ten sposób. Nie pytaj mnie. Jeśli pytanie nie wymaga odpowiedzi, to po co je zadawać? Piękno tego utworu płynie wprost z jego tekstu, choć muzyka również robi swoje. Jest utrzymana w dość smutnym nastroju, jednak to właśnie tutaj idealnie pasuje. To nie disco polo, tu musi wszystko ze sobą współgrać. I muzyka, i tekst świetnie tu ze sobą kooperują. Do takich utworów się wraca. Ciechowski dał się zapamiętać nie tylko tym utworem, ale całą swoją twórczością. A jeśli będziemy pamiętać jeszcze o tym, że w większości sam tworzył i teksty, i muzykę, to mamy obraz artysty kompletnego. Tym bardziej

żal, że odszedł w tak młodym wieku, mając skończone ledwie 44 lata. Nie pytaj mnie. Polecam każdemu przesłuchanie tej piosenki, przeanalizowanie słów, które wcale nie są trudne, a dają poważnie do myślenia, pozwalają dostrzec piękno w tym kraju pomimo jego brzydoty. Tak jak ten "pijak, który mruczy coś przez sen, że póki my żyjemy, ona żyje też". I to jest najważniejsze, dopóki nie upadnie duch w narodzie, dopóty będzie istnieć Polska. Kraj nie bez wad, ale mój. Kraj pod wieloma względami pokręcony, w wielu sprawach niestety chory, ale mój. I kocham go, bez względu na to wszystko. Tu chcę żyć, mieszkać i rozwijać się przez całe życie. Bo tu jest moje miejsce. Chciałbym, żeby takie myślenie było powszechne, a nie stawało się coraz większą rzadkością. Powtarzanie, że tu nie ma perspektyw na życie, nie sprawi, że nagle te perspektywy same z siebie się zaczną tworzyć. Siedząc w domu i nie robiąc nic, choćby nie chodząc na wybory, czego my możemy oczekiwać? Aż samo się wszystko za nas zrobi? Nie, to tak nie działa i w głębi duszy wszyscy o tym wiemy, choć często jesteśmy zbyt zatwardziali lub zbyt leniwi, by móc to przyznać. Nie pytaj mnie. Trzy krótkie

słowa, a wwiercają się w głowę z ogromnym impetem. I nie chcą wyjść. To naprawdę trzeba umieć zrobić. Pytanie tylko, dlaczego już teraz takiej muzyki się nie tworzy? Dlaczego wraz z wolnością przyszedł marazm w naszej muzyce rozrywkowej? W stacjach radiowych naprawdę rzadko można usłyszeć utwory, które traktują o czymś poważnym. To nie oznacza, że nic dobrego się tu nie produkuje, niewiele z tego jednak trafia do przeciętnego odbiorcy. Przykładem na to, że brak naszym współczesnym twórcom oryginalnych pomysłów jest choćby płyta rapera Eldo "Nie pytaj o nią". Album oceniony bardzo pozytywnie, jednak czerpiący z twórczości Ciechowskiego. Można go traktować jako pewnego rodzaju hołd dla nieżyjącego artysty, co nie zmienia faktu, że jest tworem wtórnym. Choć i tak słuchając muzyki niepopularnej, niepromowanej przez stacje radiowe, możemy prędzej się natknąć na różnego rodzaju perełki, które wciąż powstają. "Nie pytaj mnie, co widzę w niej. Nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie. Nie pytaj mnie, dlaczego ciągle chcę, zasypiać w niej i budzić się". Nie pytaj mnie. 

s. 47


Serce RECENZJA - N

o w o ś c i

za serce Zachwyty,

Gdyni, środowisko filmowe w kraju oszalało. A wszystko za sprawą produkcji "Bogowie" Łukasza Palkowskiego. I powiem tylko tyle: po seansie naprawdę odbiera mowę.

Mateusz Nowak Do polskiej kinematografii cały czas nie umiem się przekonać, tak w stu procentach. Ciągle kojarzy mi się ona z głupawymi komediami, które zamiast bawić przyprawiają o rozstrojenie żołądka. Jest to jednak spojrzenie krzywdzące i powoli staram się je zmieniać. Zwłaszcza, że nasi rodzimi reżyserowie dają nam ku temu coraz więcej powodów. Z roku na rok pojawia się coraz więcej pozycji, obok których nie można przejść obojętnie. Oczywiście wiadomo, że każdy najnowszy film Smarzowskiego czy Pasikowskiego wywoła w mediach duże poruszenie, bo to twórcy dotykający trudnych tematów, a do tego wykonujący swoją robotę na wysokim poziomie. I czy tego samego można się było spodziewać po Palkowskim? Reżyserze dość anonimowym jeszcze w naszym kraju, którego ostatnim filmem była fantastycznie żenująca "Wojna żeńsko-męska". W końcu każdą świetną historię, nawet tak fascynującą jak życie Zbigniewa Religi, można zepsuć. Tak jak już wspomniałem, "Bogowie" to film biograficzny o życiu Zbigniewa Religi, a właściwie o kilku najważniejszych latach życia

s. 48

przychylne recenzje, seria nagród na festiwalu w

“Najlepszym pod-

sumowaniem tego, z jakim filmem mamy do czynienia, jest reakcja publiczności po jego zakończeniu. Ludzie nie spieszą się z wychodzeniem z kina, siedzą wpatrzeni w ekran, niektórzy nawet ze łzą w oku. pierwszego polskiego kardiochirurga, któremu udało się przeszczepić serce. I w sumie o fabule tyle, nie ma sensu zdradzać nic więcej. Trudno stwierdzić, co jest największym plusem tego filmu. Można zacząć od scenografii, która stara się wiernie przedstawić lata 80. ubiegłego wieku. Jest ona bez zarzutu. Reżyseria jest na bardzo wysokim poziomie, film, kiedy ma bawić – to nas bawi, kiedy ma nas wzruszyć – to wzrusza, kiedy ma nam dać sprawy do namysłu – to daje. Wszystko wydaje się na swoim

miejscu, doskonale wypośrodkowane i nieprzesadzone w żadnym kierunku. To ogromna zaleta "Bogów". Brak przesady, pompatycznych chwil, przesadzonych i wzniosłych stwierdzeń. Palkowski po prostu ukazuje życie, nie ubarwia go w żaden sposób, ale nie wprowadza też niepotrzebnie przygnębiającego nastroju. Umie znaleźć w tym wszystkim złoty środek, a to naprawdę niezła sztuka. Tym, co może niektórych widzów, tych bardziej wrażliwych na widok krwi, przerazić, jest bardzo odważny sposób ukazania operacji na otwartym sercu. Nie wiem czy one naprawdę tak wyglądają, ale jeśli wierzyć zapewnieniom reżysera, to możemy zobaczyć na ekranie niezwykle wierne odzwierciedlenie tego, co dzieje się na salach operacyjnych. Szczerze powiem, że nie mogę sobie przypomnieć filmu bądź serialu, czy to polskiego, czy zagranicznego, w którym aż tak realistycznie pokazywane były organy ludzkie, krew i otwarty pacjent. I tak jak wspomniałem, niektórych to może odstraszyć, jednak uważam to za kolejną dużą zaletę filmu, bo w końcu mamy produkcję, która nie każe


nam się domyślać, co się dzieje, ale daje w pełnej krasie widok niezwykle ciężkiej pracy, jaką ma do wykonania chirurg. Odtwórca głównej roli, Tomasz Kot, był chyba w mniemaniu już wielu widzów trochę skreślony. Po angażach w słabiutkich komediach i reklamach telewizyjnych, wydawało się, że nie ma zupełnie pomysłu na siebie i wszystko, co miał dobre w życiu do zagrania, to zagrał w "Skazanym na bluesa". Na szczęście dla niego i dla widzów, przyszła szansa na wcielenie się w postać Zbigniewa Religi. Kot wyszedł z tego wyzwania zwycięsko i nie dość, że zdobył Złotego Lwa dla najlepszego aktora, to wielu krytyków mówi o tym, że na zachodzie mógłby nawet walczyć o Oscara. Aktor nie tyle jest Religą, co doskonale go odgrywa. Charakteryzacja, specyficzny chód, gesty i nieodłączny papieros – to wszystko składa się na bardzo wiernie odegraną rolę legendarnego kardiochirurga. Reszta aktorów również wypada dobrze. Mamy tu mieszankę pokoleń, kilku bardzo znanych i szanowanych, ale i też wielu mło-

dych, będących dopiero u progu swojej kariery. Najważniejsze jest, że nikt nie zawodzi i dzięki temu film zyskuje na autentyczności. Najlepszym podsumowaniem tego, z jakim filmem mamy do czynienia, jest reakcja publiczności po jego zakończeniu. Ludzie nie spieszą się z wychodzeniem z kina, siedzą wpatrzeni w ekran, niektórzy nawet ze łzą w oku, przetrawiając jeszcze choć chwilę to, co działo się na ekranie. Tematyka jeszcze na długo po seansie pozostaje w człowieku, nawet w takim, który jest medycznym laikiem. Tym, co mnie ujęło najbardziej, było ukazanie Religi takim, jaki był. Nie mieliśmy tu przesadnej idealizacji, tworzenia bohatera niesamowitego, bez żadnych słabości. Nie, Religa jest taki jak my, z tą jedną różnicą, że on – by osiągnąć swój cel – walczy do samego końca, gotowy na każde poświęcenie. A my często poddajemy się już po jednej nieudanej próbie. Możemy zadać sobie pytanie, w jakim miejscu byłaby teraz polska transplantologia, gdyby nie uparta walka Religi z niemal całym oświe-

conym gremium medycznym w naszym kraju. Każde niepowodzenie powodowało w nim złość, sięgał po alkohol, nie zawsze umiał sobie z tym sam poradzić bez pomocy żony i innych pracowników kliniki, którzy byli dla niego jak druga rodzina. Po każdym niepowodzeniu potrafił jednak powstać. Nic nie mogło go złamać, bo na końcu drogi miał cel, o który warto było walczyć. Taka historia potrafi podbudować i to kolejny argument na to, że życie pisze najlepsze scenariusze. Jeśli dodamy do tego jeszcze bardzo sprawną reżyserię, dobrą grę aktorską i wszystkie pozostałe składowe, z których każda stoi na wysokim poziomie, to otrzymujemy film kompletny, w którym, mówiąc szczerze, trudno się do czegokolwiek przyczepić. Ta produkcja daje nadzieję, że polska kinematografia jest na dobrej drodze, by wyjść z marazmu. Bo tak powinno się tworzyć filmy. W "Bogach" było wszystko: od łez wzruszenia po łzy powodowane śmiechem. Wielkie brawa dla twórców i oby tak dalej. 

s. 49


RECENZJE - Fi

l m

Autoboty

w odsłonie czwartej Do obejrzenia czwartej już części “Transformersów” zabierałam się dość długo. Wakacyjny hit rodem z Paramout Pictures, który długo utrzymywał się na szczycie Box Office’u, nieszczególnie mnie przyciągał, chyba głównie przez znienawidzonego przeze mnie Marka Wahlberga w roli głównej. Koniec końców obejrzałam. I nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona.

Anna Zawalska Oczywiście od tego typu filmów trudno oczekiwać czegoś ambitniejszego. Grunt żeby historia trzymała się kupy, żeby był dobry i zły bohater, żeby roboty się ponaparzały i żeby było sporo huku i zamieszania. Twórcom filmu “Transformers: Wiek Zagłady” (2014) udało się wpleść w to wszystko nawet wątek zakazanej miłości. Czegóż chcieć więcej? Rozrywka na standardowym poziomie. Kto nie liczy na konkretne zwroty akcji, albo zaskakujące rozwiązania sytuacji będzie usatysfakcjonowany. A jeśli ktoś liczy na więcej? Lepiej niech tego filmu unika. Ale po kolei. O czym właściwie jest kolejna część filmu o Autobotach z kosmosu? O Autobotach z kosmosu. Tym razem jednak ludzie dochodzą do wniosku, że są w stanie się bez nich obejść. Urządzają więc polowanie na pozostałe na naszym świecie Transformersy i próbują skonstruować swoje własne, które zagwarantują Ziemi ratunek w razie najazdu innych kosmitów. Wszystko oczywiście w pewnym momencie musi pójść nie tak i jak pomoc Autobotów nie była potrzebna, tak w pewnym

s. 50

“Z Michaelem Bay-

em mam spory problem. Jest to rezyser, który z jednej strony jest w stanie zrobić dzieło aspirujące do miana klasyki, a z drugiej poddać się całkowicie komercyjnej fali i utonąć w odmętach hollywoodzkich blockbusterów. momencie staje się niezbędna. O ile we wcześniejszych częściach schemat był raczej prosty, to w czwartej osłonie trochę się wszystko plącze, pozostaje nieco niedomówień, a ilość pobocznych wątków - jak na tego typu film - może wydać się zaskakująca. To tak jakby Bay na siłę chciał pokazać, że do prostej bajki o robotach można dorobić bardziej ambitną opowieść. Wychodzi to niestety miernie.

Zostawiając z tyłu walkę pomiędzy Autobotami, a Deceptikonami na pierwszy plan, próbuje się przebić kilka nieco innych elementów. Jednym z nich jest polowanie na samochody z kosmosu. Pogoń urządzają ludzie, zaś z pomocą przychodzi międzygalaktyczny łowca nagród, który pracuje dla enigmatycznych Stwórców, co daje początek kolejnemu wątkowi. Kim są Stwórcy i skąd się wzięli? Tego pewnie dowiemy się dopiero w kolejnych częściach, co zapowiada końcowa mowa Optimusa Prime’a. Oczywiście najbardziej poszukiwanym Autobotem staje się ich przywódca. Przez dobrych dwadzieścia minut filmu w różnych konfiguracjach pada pytanie: “Where is Optimus Prime?”. Znajduje go mechanik-geniusz, ściągając tym samym na siebie gniew amerykańskiego rządu. Cade Yeager (Mark Wahlberg) postanawia następnie przyłączyć się do Tranformersów i wespół z nimi uratować (po raz kolejny) świat, nie tylko przed zagrożeniem z kosmosu. Również struktura narracyjna tej części opowieści o Autobotach uległa zmianie. O ile wcześniej to amery-


kański rząd i służby specjalne występowali w roli bohaterów, tutaj przedstawiciele CIA ukazani są w złym świetle, jako skorumpowani funkcjonariusze, a na pomoc przychodzi agentura Chin. Trzeba przyznać, że takie rozwiązanie wyszło na korzyść producentom, którzy w ten sposób wpuścili swój film na drugi (po amerykańkim) największy rynek filmowy na świecie, gwarantując sobie - jak na razie - zarobek rzędu 245 milionów dolarów. O ile scenariusz całościowo można spisać na straty, bo fabuła nie porywa, a ledwo liźnięte wątki zwyczajnie męczą, o tyle dialogi autorstwa Ehrena Krugera w niektórych momentach trzymają poziom. Wymiany zdań pomiędzy Autobotami bywają komiczne, tak samo jak przekomarzania ojca z wybrankiem córki. To jednak za mało, żeby nie odczuwać politowania przy większości wymiany zdań. Politowanie to uczucie które towarzysz także przy oglądaniu niektórych bohaterów. Kadra aktorska dodatkowo psuje całość. Mark Wahlberg w roli uzdolnionego mechanika-wynalazcy i jednocześnie troskliwego ojca Cade’a Yeagera nie pokazuje za wiele. Chcąc upchnąć tyle pozytywnych

cech w jednej postaci scenarzyści się nie postarali, aby wypadło to wiarygodnie, a Wahlberg ze swoją nijaką mimiką lekko opóźnionego młodzieniaszka sprawy nie ułatwił. Równie słabo wypada Jack Reynor, jako ukochany córki wynalazcy. Obsadzenie do tej roli aktora o wyglądzie niegrzecznego chłopca nie wystarczyło, by zachwycić, ani nawet by uczynić postać chociażby znośną. Okreslenie gry mianem drewnianej to za mało, żeby dokładnie opisać nijaką kreację Reynora. Sama postać w całym filmie przejawia się jako zapychacz, przez który wątek zakazanej miłości to trochę strzał w kolano twórców filmu. Są też w tym filmie aktorzy, którzy zasługują na pochwałę. Córka Yeagera, Tessa, wykreowana przez Nicolę Peltz to zdecydowanie mocniejsza strona całej produkcji. Mimo że przez cały seans miałam wrażenie, że patrzę na Bożenkę z “Klanu” to jednak dziewiętnastolatka stanęła na wysokości zadania tworząc jedną z najbardziej wyrazistych postaci, w tym mało wyrazistym filmie. Na uwagę zasługuje także postać James Savoy’a polującego na Transformersy, w którego rolę wcielił się znany głównie z czarnych charakterów Titus Welliver. Z Michaelem Bayem mam spory

problem. Jest to rezyser, który z jednej strony jest w stanie zrobić dzieło aspirujące do miana klasyki [“Pearl Harbor” (2001), “Armagedon” (1998)], a z drugiej poddać się całkowicie komercyjnej fali i utonąć w odmętach hollywoodzkich blockbusterów [seria “Transformers” (2007-2014), “Sztanga i cash” (2013)]. W rezultacie końcowym wychodzi na zero. Biorąc jednak pod uwagę tendencję spadkową w ostatnich latach nie należy spodziewać się cudów ze strony tego reżysera. W czwartej części “Transformers” widać, że chciał zabłysnąć, wrócić do czasów świetności i stworzyć obraz, który zachwyci również tych bardziej wymagających widzów. Dla mnie seria “Transformersów” skończyła się na trzeciej części, która i tak już była mocno naciągana. Od premiery filmów o Autobotach trochę czasu minęło. Urzeczona pierwszą odsłoną opowieści o samochodach z kosmosu teraz jestem chyba za stara na takie bajki. “Wiek Zagłady” stanowi niestety typowy przerost formy nad treścią. Dla młodszych widzów się nie nadaje, a dla tych starszych będzie mało wymagający. Ratuje go chyba tylko to, że Optimus Prime jest jak zwykle w formie. 

s. 51


REFLEKSJE

Jak żyć,

Panie Jezu? Im dłużej żyję na tym świecie, tym częściej zadaję sam sobie pytanie o to, jak dobrze przeżyć swój pobyt na Ziemi, a po nim – i dzięki niemu – dostąpić zbawienia. „Jak żyć?” – to jeden z najczęstszych tekstów, które słyszą z moich ust znajomi. Kiedyś to pytanie wydawało mi się strasznie banalne, było sloganem, niewartym głębszego zastanowienia, jednak od kilku lat coraz bardziej nie daje mi ono spokoju.

Kajetan Garbela Nie śmiem sam siebie nazywać filozofem (abstrahując całkowicie od tego, że każdy człowiek z natury jest nim w jakimś tam stopniu) i przyznam szczerze, że filozofowanie samo w sobie – jako drążenie tematu dla samego dążenia, bez wzięcia pod uwagę aspektu praktycznego lub chęci zastosowania efektów tychże rozmyślań w życiu – jest mi obce i w pewien sposób nim gardzę, jako nieżyciowym. Mimo tego pytania o sens ludzkiej egzystencji jako takiej, w tym szczególnie mojej, oraz o odpowiedni sposób prowadzenia relacji z samym sobą, Bogiem i ludźmi są już stałym elementem mojego życia. Jak to często bywa w sprawach trudnych i nurtujących, okazuje się, że rozwiązania są już od dawna znane i, co najlepsze, są na wyciągnięcie ręki. Bóg mówi nam, jak dobrze żyć na Ziemi i później znaleźć się w Jego towarzystwie. W Piśmie Świętym mamy bardzo wiele rad, pozwalających wieść szczęśliwe i zgodne z sumieniem życie. Temat rzeka, ograniczę się więc do przytoczenia jedynie niektórych przykładów, gdyż wzięcie na warsztat większości lub nawet wszystkich dostarczyłoby materiału na całkiem pokaźną książkę. Zapewne wielu, jeśli nie wszyst-

s. 52

“Tutaj dochodzimy

do kolejnego ważnego aspektu miłości bliźniego – musimy miłować wszystkich, także tych, których nie lubimy lub którzy nas krzywdzą kim z nas, w tej chwili przyjdzie na myśl dziesięć przykazań. Nie będziesz miał bogów cudzych… Czcij ojca swego i matkę… Nie zabijaj… Nie mów fałszywego świadectwa… Mało kto z nas zauważa, że te przykazania dzielą się na dwie grupy – na te odnoszące się do Boga (trzy pierwsze) i te odnoszące się do drugiego człowieka (pozostała siódemka). O tym mówią nam właśnie dwa przykazania miłości – Boga i człowieka – które przytoczył Jezus zapytany o to, które przykazanie jest największe. W nich zawiera się najprościej sformułowana prawda – zachowamy się odpowiednio w stosunku do Boga, jeśli będziemy Go kochali z całych sił, a w stosunku do ludzi, jeśli będziemy traktowali ich tak, jak samych siebie. Również w innych miejscach w Ewangelii Jezus potwierdza te słowa, przytoczę chociaż kilka z nich: „Wszystko więc,

co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy” (Mt 7, 12) czy „nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” (Łk 6, 37). Także św. Paweł wzywa ludzi do wzajemnej miłości, unikaniu zła i pełnienia dobrych uczynków wobec siebie – napomnienia te znajdziemy np. wszystkim w Liście do Efezjan, zawierających takie choćby słowa: „Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważenie – wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4, 31-32). W podobnym tonie utrzymana jest większość Listu św. Jakuba, będącego jednym z moich ulubionych tekstów biblijnych. Apostoł ten wykłada kawę na ławę, w prostych i dosadnych zdaniach pouczając wiernych, co powinni robić, a czego unikać. Powinniśmy więc m. in. ćwiczyć się w wytrwałym unikaniu pokus i w zamienianiu słowa w czyn, unikać grzechów


WYDARZENIA I OPINIE

języka oraz pamiętać, że łamiąc nawet jedno przykazanie, grzeszymy i ściągamy na siebie potępienie. Najważniejszym przesłaniem tego tekstu są, jak sądzę, słowa o wierze, która bez uczynków jest martwa: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 14-19). Jakie mocne i prawdziwe zakończenie! Oczywiście, bardzo ważne jest szczere, niewyrachowane pełnienie woli Bożej i uznanie, że Bóg wie lepiej, co jest dla mnie i dla innych

dobre: „Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21) czy słynne „bądź wola Twoja, jako w Niebie, tak i na Ziemi” z modlitwy „Ojcze nasz”, którą co dzień powtarzamy. Nie możemy jedynie ładnie się do Boga odnosić, składać rączki i klękać co niedziela w kościele, musimy także realnie słuchać Jego głosu i całym sercem uznać, że to On jest Szefem. Paradoksalnie wielu z nas dużo łatwiej przychodzi spełnianie siódemki przykazań względem ludzi niż pierwszej trójki, odnoszącej się do Boga. Myślę, że ten właśnie problem miał ewangeliczny bogaty młodzieniec – na pytanie o to, jak osiągnąć życie wieczne, Jezus odpowiada mu, że musi przestrzegać przykazań: „nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego” (Mt 18, 18-19). Jakby celowo zapomina o tych, które tyczą się relacji z Bogiem. Młodzieniec nie dostrzega – lub nie chce dostrzec! – ich braku i twierdzi, że wszystkiego tego przestrzegał. Ani słowa o tym, że nie tylko wobec ludzi trzeba się

odpowiednio zachowywać. Może nie chciał myśleć o tym, że dla szczęśliwego życia i zbawienia w jakiś sposób musi współpracować ze Stwórcą. Pewnie dlatego odszedł zasmucony, gdy Jezus radził mu sprzedać wszystko, co posiada – bo zrozumiał, że wtedy będzie musiał zdać się całkowicie na Boga, uznać Jego wyższość i to, że pozostaje w Jego rękach. Ostatecznie nie posłuchał Chrystusa i odszedł być może właśnie przez to, że miał problem z trzema pierwszymi przykazaniami. W życiu człowieka nie liczą się tylko intencje, ważne jest działanie, jakie ostatecznie podejmujemy – dlatego też znane z przypowieści panny głupie (zwane też nieroztropnymi) nie weszły na ucztę oblubieńca z powodu spóźnienia. Jasne, że chciały na niego czekać, zapewne zależało im na tym spotkaniu, jednak gdy nadeszły po czasie, oblubieniec ich już do siebie nie wpuścił. Gdyby Bóg patrzył jedynie na nasze pragnienia, a nie realne działania, wówczas panny głupie zostałyby wpuszczone. Tak się nie stało, co powinno dać do myślenia wielu wierzącym, powołującym się jedynie na Bożą miłość i miłosierdzie. Podobne przesłanie niesie przy-

s. 53


powieść o słudze oczekującym pana (Łk 12, 35-48), zresztą w każdej z nich widać również nawiązania do wspomnianego już św. Jakuba i jego słów o wierze martwej bez uczynków. Nie możemy zapomnieć o tym, że musimy wystrzegać się hipokryzji, nie wydawać pochopnych sądów i nie potępiać, ale przede wszystkim widzieć wpierw własne niedoskonałości, a dopiero potem skupiać się na błędach innych. I to jedynie po to, by pomóc im z nich wyjść. „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki

swojej Ewangelii: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są one zdzierstwa i niepowściągliwości… Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa…”. Tak więc „miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają” (Łk 6, 27). Tutaj dochodzimy do kolejnego ważnego aspektu miłości bliźniego – musimy miłować wszystkich, także tych, których nie lubimy lub którzy

ganie tego nie czynią?” (Mt 5, 44-47). Bóg kocha wszystkich ludzi tą samą miłością, a gdyby tak nie było, to np. nad jednym z ludzi powinno ciągle świecić słońce, a na innym ciągle padałby deszcz. Absurd? Oczywiście! Tak więc naśladujmy Go i nie róbmy bezsensownych wyjątków, szczególnie że i my, i ci, którzy nie są dla nas dobrzy, jesteśmy tylko niedoskonałymi ludźmi. Trzeba pamiętać, że trudy uszlachetniają, a zbyt łatwe i dostanie życie może prowadzić człowieka do zguby. „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy

we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata” (Mt 7,1-5, o tym samym mówi także Łk 6, 41-42). Z tego też powodu Jezus atakował faryzeuszów – nie podobało mu się to, że od innych wymagają i ciągle ich strofują, zaś sami przestrzegają Prawa jedynie na pokaz. Szczególnie długą przemowę Mesjasza przeciwko nim i ich hipokryzji zanotował Mateusz w 23. rozdziale

nas krzywdzą (nie oznacza to oczywiście podszytej strachem pobłażliwości czy udawania, że nic złego się nie dzieje). „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i po-

przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7, 13-14). Oparcie się na swoim bogactwie doprowadziło również do zguby obecnego w jednej z przypowieści bogacza, pokładającego ufność w swoim dostatku – jego pole bardzo dobrze obrodziło i chciał jedynie używać życia, nie martwiąc się o nic. Bóg jednak postanowił ukarać jego pychę i zapowiedział wręcz natychmiastowe odebranie mu życia (Łk 12, 16-21). Zamiast polegania na bogactwach i zamartwiania się o sprawy materialne, powinniśmy

s. 54


przede wszystkim szukać Boga, który wtedy na pewno się o nas zatroszczy: „Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie […]. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane” (Łk 12, 22-31). Biblijny przepis na dobre życie jest więc bardzo konkretny. Kochaj przede wszystkim Boga i bliźnich tak samo, jak siebie. Bądź fair w stosunku do Stwórcy i innych ludzi. Nie bądź wyrachowanym egoistą. Pełnij wolę bożą i ćwicz się w cnotach, unikając grzechów. Nie idź na łatwiznę, nie dąż do wygodnictwa, nie opieraj się na bogactwach i władzy, bo to

droga do zguby. Staraj się o wzrost Królestwa Bożego na tym świecie, a za życia Bóg zatroszczy się o ciebie, a po śmierci będziesz żyć wiecznie razem z Nim. Pamiętaj, że nie tylko intencje są ważne – ostatecznie Bóg będzie nas rozliczał z tego, jak wcielaliśmy je w życie. Nie wyrządzaj innym zła, nawet, jeśli miałaby to być odpłata za to, co oni ci zrobili. Wobec wszystkich ludzi postępuj tak samo dobrze, bo i Bóg jest ojcem wszystkich i wszystkich tak samo kocha, za każdego z nas umarł i na równi wspiera. Bądź autentyczny, zapobiegliwy. Nie bądź hipokrytą, nie osądzaj pochopnie i nie potępiaj innych. Zauważ, że sam jesteś niedoskonały i grzeszny, i współpracuj z łaską bożą w uświęcaniu siebie i innych. Nie potępiaj człowieka, ale jego czyny i postawy. Z miłością pomagaj grzesznikom wrócić na właściwą drogę. Oczekuj przyjścia Pana i bądź na nie gotowy, by móc z Nim przebywać na wieki. Na sam koniec przytoczę osiem błogosławieństw z kazania na Górze. Myślę, że nie wymagają one komentarza i są dobrym uzupełnie-

niem tego, co napisałem. „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami”. 

s. 55


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 56

Może coś Więcej, nr 23  
Może coś Więcej, nr 23  
Advertisement