Page 1

nr 24 / 2014

24 listopada - 7 grudnia

Ĺšmiechu nam trzeba... s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

7

Balonowa granica MAŁGORZATA RÓŻYCKA

Skoki i biegi tylko w Eurosporcie MATEUSZ NOWAK

8

Ryszard Krakowskie Serce KRZYSZTOF RESZKA

10

Polski ateizm - raport «Tygodnika Powszechnego» RAFAŁ GROWIEC

14

Co ja mówię, to ja wiem, co ja mówię MATEUSZ PONIKWIA

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU 20 24 28

Humor niepoprawny RAFAŁ GROWIEC

Deus ridens ALEKSANDRA FRONTCZAK

Boży kabaret ALEKSANDRA BRZEZICKA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 18

Prawa - o posiadaniu własności MACIEJ PUCZKOWSKI

s. 2

30

Jak sobie radzić z jesienną depresją? KRZYSZTOF RESZKA

34

Tu polew, tam polew. Polak (o)śmiesz(o)ny ANNA GADOWSKA


SPIS TREŚCI

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 36

Biskupi listy piszą

RAFAŁ GROWIEC

RECENZJE 42

Kiedy gwiazdy skazane są na upadek ANNA ZAWALSKA

STAN UMYSłU: GALICJA 38

W stronę walca - osobistości czy osobliwości. Wariacje na wprowadzenie

44

Bruce czy Evan Wszechmogący? MATEUSZ NOWAK

46

Monotonna opowieść ANNA ZAWALSKA

MAJA MROCZKOWSKA

48

Głosy z ulicy WOJCIECH URBAN

HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

REFLEKSJE

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły

Wstydzę się takiego krzyża

40

MATEUSZ NOWAK

50

ANNA GADOWSKA s. 3


WSTĘPNIAK

Śmiechu nam

trzeba...

Na jesienne smuty „śmiechu mi trzeba przede wszystkim”. Kiedy wieczorna, listopadowa depresja staje się nieznośna, jedynym lekarstwem zdaje się być tylko śmiech.

Anna Zawalska Przygotowując ten temat numeru długo zastanawiałam się nad paroma aspektami. Po pierwsze: czy my jako naród, jako Polacy potrafimy się śmiać? Po drugie: czy ów śmiech może przebić się przez ciągłe narzekanie i biadolenie? I w końcu po trzecie: jeśli już się śmiejemy to z siebie, z kogoś czy może z ogólnego życiowego zadowolenia? Czy Polacy potrafią się śmiać? Myślę, że tak. Ale czasem naprawdę o to trudno. Wszechobecny marazm to coś, co najczęściej towarzyszy ludziom wokół. Nietrudno to zauważyć. Nawet jeśli przekroczy się dzienną dawkę przygnębiających i rozemocjonowanych postów na fejsiku u znajomych. W autobusach ludzie są zblazowani, wyglądają na podłamanych, na ulicy każdy się gdzieś spieszy, trudno dostrzec w innych radość.

Jakby ludziom brakowało spełnienia. Jakby w ich sercach cały czas padał deszcz. Czy śmiech może się przebić przez ciągłe narzekanie i biadolenie? Z racji, że narzekanie to nasza narodowa cecha, to chyba trudno będzie się przez to przecisnąć. Sprawa jest prosta: nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej. Dlatego nawet jak jest dobrze to trzeba narzekać. Po co się cieszyć, że coś mamy, skoro jest jeszcze coś czego nie mamy. Po co być radosnym, skoro sąsiad dostał to, czego ja chcę, a tego nie mam. Powodów do narzekania można znaleźć milion. Do śmiechu – trudno o jeden. Z czego się śmiejemy? Częściej z innych, niż z siebie. Częściej z czyjegoś nieszczęścia, niż z własnego spełnienia. Częściej z tego, że komuś się nie powiodło, niż z tego, że komuś się

coś udało. A chyba najczęściej nasz śmiech bywa ironiczny, cyniczny, sarkastyczny. Nieprawdziwy. Prędzej jesteśmy głupkowato wesołkowaci, niż autentycznie radośni. Dlatego parafrazując wiersz Adama Ziemianina należy stwierdzić: „śmiechu nam trzeba na te dziwne czasy, śmiechu zdrowego jak źródlana woda; nie okrutnego, nie cynicznego, śmiechu nam trzeba bardzo ludzkiego.” Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam, drodzy czytelnicy, prawdziwego śmiechu i radości z życia. Być może najnowszy numer Może coś Więcej Was do tego skusi. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Karolina Kowalcze, Tomasz Markiewka, Maciej Puczkowski, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Małgorzata Różycka, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła, Aleksandra Frontczak, Anna Gadowska Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Krzywda Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com Wydawca: Anna Zawalska, Lipowa 572, 34-324 Lipowa

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Balonowa granica Zamiast betonowych segmentów miasto podzieliło 8 tysięcy lampionów, które poszybowały potem prosto do nieba. Zamiast ognia z karabinów straży granicznej huk bajecznie kolorowych fajerwerków. Zamiast obywateli dwóch wrogich państw jeden naród zjednoczonego kraju, świętujący upadek żelaznej kurtyny. Magorzata Różycka

T

ak było 9.11.2014 kiedy oczy całego świata patrzyły na Berlin obchodzący 25. rocznicę obalenia muru. Kilkumiesięczne przygotowania przyniosły pożądany efekt i w listopadowa niedziele można było wziąć udział w imponującym spektaklu, poprzedzonym oficjalnymi uroczystościami, na które zaproszono wielu znamienitych gości i bohaterów wydarzeń sprzed 25 lat, m. in. Lecha Wałęsę i Michaiła Gorbaczowa. W roli gospodarzy występowali kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Angela Merkel, niemiecki prezydent Joachim Gauck oraz burmistrz Berlina Klaus Wowereit. W czasie oficjalnej akademii w Schiller-Theather goście byli świadkami pięknego gestu: Wałęsa i Gorbaczow, niegdyś symbole dwóch opozycyjnych bloków, podali sobie ręce, co zostało przyjęte owacja na stojąco. Padło wiele ważnych słów, a rola polskiej ‘Solidarności’ w pokojowych przemianach ustrojowych w dawnym bloku wschodnim została wyeksponowana, zwłaszcza w przemówieniu Martina Schulza. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego podkreślił, Polacy dzięki mottu ‘Zło dobrem zwyciężaj’ nadali robotniczym protes-

s. 6

“W Mauerpark od-

było się ekumeniczne nabożeństwo zorganizowane przez chrześcijańskie wspólnoty, żyjące po obu stronach muru. Wierzący w Jezusa mieszkańcy Berlina modlili się za swoje miasto i dziękowali za dar wolności. tom charakter pokojowy, co zapobiegło rozlewowi krwi. Znamienite było także wystąpienie czołowego niemieckiego opozycjonisty z czasów NRD, Ehrharta Neubera, który stwierdził, ze ‘mur był widoczną groźbą śmierci dla tych, którzy chcieli zrezygnować z socjalistycznego szczęścia". W Mauerpark odbyło się ekumeniczne nabożeństwo zorganizowane przez chrześcijańskie wspólnoty, żyjące po obu stronach muru. Wierzący w Jezusa mieszkańcy Berlina modlili się za swoje miasto i dziękowali za dar wolności. Przez cały dzień można było ponadto oglądać różne wystawy, wybrać się na tematyczny spacer z przewodnikiem lub wziąć udział w

licznych imprezach towarzyszących. Punktem kulminacyjnym była jednak ‘Granica światła’ (‘Lichtgrenze’). Wzdłuż linii wyznaczającej przebieg muru ustawiono 8 tysięcy lampionów, które zaproszeni prominentni goście i wolontariusze po kolei uwalniali, by mogły poszybować do nieba, jako wymowny symbol. Do każdego balonu była przyczepiona karteczka z tekstem napisanym przez jego ‘rodziców chrzestnych’. Pierwszy balon wypuścił burmistrz Klaus Wowereit. Podczas gdy symboliczna granica znikała, Orkiestra Staatskapelle pod batuta Daniela Barenboima grała IX symfonie Ludwiga van Beethovena. Kiedy wybrzmiała ‘Oda do radości’ w dwóch punktach miasta można było zobaczyć imponujący pokaz sztucznych ogni. Dla najwytrwalszych organizatorzy przewidzieli jeszcze koncert Paula Kalkbrennera. Berlinowi można śmiało pogratulować świetnie zorganizowanych obchodów. Rocznica upadku muru berlińskiego stworzyła wraz z 25. rocznicą pierwszych wolnych wyborów w powojennej Polsce obchodzoną 4 czerwca br. piękną klamrę pamięci o kluczowych wydarzeniach, bez których nie byłoby wolnej Europy. I oby jej nigdy nie zabrakło. 


WYDARZENIA I OPINIE

Skoki i biegi tylko w Eurosporcie Kilka dni temu kibiców sportów zimowych w Polsce zaniepokoiła informacja o tym, że od sezonu 2016/17 stacja Eurosport uzyskała wyłączność na pokazywanie biegów i skoków narciarskich. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przez to wielu Polakom zostanie odebrana możliwość kibicowania Kamilowi Stochowi czy Justynie Kowalczyk. Co jednak naprawdę kryje się za tą informacją?

Mateusz Nowak

”G

rupa Eurosport i Infront Sports & Media zawarły umowę, dzięki której Eurosport nabył prawa do transmitowania na wyłączność w Polsce zawodów Pucharu Świata w skokach i biegach narciarskich od sezonu 2016/2017" - brzmi komunikat prasowy. TVP sprawy póki co nie komentuje twierdząc, że zrobi wszystko, by prawa do transmisji również mieć. Na ile jednak ich zapewnienia mogą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości? Tego póki co nie wiemy, choć szanse wydają się nikłe. Eurosport nie przypadkiem walczył tak mocno właśnie o te konkretne prawa. W końcu w Polsce skoki i biegi cieszą się ogromną popularnością, a jeżeli stacja ma monopol na transmisje to automatycznie ma pewność, że będzie oglądana. Szczerze więc wątpię w to, że odsprzedadzą konkurencji choć część pakietów, poza tymi które będą musieli z powodów prawnych. Jedno jest pewne, następuje koniec pewnej epoki, TVP ma powoli coraz mniej możliwości, a prawa do transmisji ważnych wydarzeń sportowych powoli lądują coraz częściej w rękach prywatnych inwestorów. Taki obrót sprawy może nam się podobać lub nie, wydaje się jednak, że nic nie

“Mieliśmy głośną

sprawę zakodowanych Mistrzostw Świata w siatkówce mężczyzn. Po tym wydarzeniu już wiemy, że zmienione zostanie prawo i tego typu imprezy sportowe będą musiały być pokazywane w otwartych kanałach. może tego już zmienić. To już kolejna porażka TVP w ostatnich latach, tym razem o tyle bolesna, że te dyscypliny sportowe były dotychczas kojarzone niemal wyłącznie z tą stacją. Jest to również duży problem dla wielu Polaków, którzy nie mają dostępu do Eurosportu. Nie jest to stacja przesadnie kodowana jednak nie jest też ogólnodostępna. W związku z tym włodarze tej telewizji mają zamiar zrobić ile tylko się da, by ich kanał główny stał się otwarty dla wszystkich. To daje nadzieję, że jednak kibice nie pozostaną nagle bez niczego. Dla wielu byłaby to pewnie katastrofa, ponieważ zwłaszcza skoki stały się już dawno niemalże sportem narodowym.

Kiedyś emocjonowaliśmy się występami Małysza, a dziś mamy Stocha, Żyłę, Ziobrę, Kota i innych, i w wielu polskich domach ciężko sobie wyobrazić zimowe, weekendowe popołudnia bez oglądania tych bohaterów na ekranach naszych telewizorów. Nie tak dawno mieliśmy głośną sprawę zakodowanych Mistrzostw Świata w siatkówce mężczyzn. Po tym wydarzeniu już wiemy, że zmienione zostanie prawo i tego typu imprezy sportowe będą musiały być pokazywane w otwartych kanałach. Oznacza to, że możemy być spokojni o oglądanie wszelkiego rodzaju Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, ustawa ta jednak nie obejmie zawodów Pucharu Świata. W związku z tym mogło dojść do takiej sytuacji, do której doszło. Ciekaw mnie więc teraz ruch jaki wykona TVP i czy rzeczywiście istnieje szansa na to, że Eurosport mając prawa na wyłączność, zechce się nimi podzielić. To jest biznes i trudno oczekiwać, by jakakolwiek stacja zadziałała w takiej sytuacji altruistycznie. Musimy się więc liczyć z tym, że jednak może dojść do tego, że za dwa lata nie wszyscy będziemy mogli się emocjonować występami Stocha i Kowalczyk. Oby to jednak były jedynie czcze słowa. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Ryszard Krakowskie Serce Bacznie obserwuje rzeczywistość. Przerywa zmowę milczenia i mówi głośno o tym, co go boli. Nieraz naraża się przy tym na chamskie zaczepki i nieprzyjemności. To, co dla innych jest błahostką, dla niego jest lokalną misją. Wszystko to z miłości do Krakowa i szacunku dla ludzkiej pracy. On nie odpuści...

Krzysztof Reszka

K

raków jest coraz bardziej zaśmiecany przez niedopałki rzucane niedbale na ulicach. Pan Ryszard zatroskany o swoje miasto, wypowiedział wojnę temu zjawisku. Na początku zwracał uwagę palaczom, którzy zatruwali powietrze na przystankach. Nie zawsze jest to łatwe - trzeba przełamać nieśmiałość i można narazić się na niemiłe sytuacje. Mimo to należy zauważyć, że obecnie coraz częściej przestrzega się prawa zabraniajacego palenia na przystankach. Bitwa wygrana, ale wojna wciąż trwa. Palacze już nie zatruwają powietrza innym, bo snują się oddaleni od przystanku, ale tym samym oddaleni od śmietnika. Gdy nadjeżdża oczekiwany tramwaj lub autobus, ciskają niedopałki w śnieg, trawę lub na ulicę. Czasem nawet gaszą papierosa na tramwaju. Kiedy zwróci się im uwagę, tłumaczą, że od sprzątania jest dozorca. „To jest po prostu chamstwo.” – komentuje pan Ryszard – „Trzeba to nazwać po imieniu i ostro piętnować, bo inaczej stanie się normą. Nie czepiam się o

s. 8

“Rzucanie niedo-

pałków to jeszcze nie zbrodnia, ale jeśli ktoś kocha Kraków, nie może tego ignorować. Nasze miasto to stolica nauki, kultury i sztuki. Trzeba zadbać o jego wizerunek. Pan Ryszard chciał powstrzymywać wzburzone reakcje i zwracać innym uwagę w miły, pokojowo nastawiony sposób. to, że śmiecą w autobusie, ale że nie szanują cudzej pracy i nie dbają o nasze wspólne dobro” – tłumaczy. Jak reagują ludzie, gdy zwróci się im uwagę na palenie w nieodpowiednim miejscu lub śmiecenie? Najczęściej są bardzo zaskoczeni i zakłopotani. Czasem przyznają rację i zaczynają się usprawiedliwiać, opowiadać o swoim ciężkim życiu i wrażliwej duszy, która domaga się

ukojenia w używce. Czasem dochodzi do kłótni - „Co się pan mnie czepiasz? Chyba się pan z żoną nie przespał!” – usłyszał pan Ryszard. „Odpieprz się pan od mojej żony i pilnuj swojego zachowania” – odpowiedział. Zwracanie innym uwagi nie jest przyjemne. Ale trudno zamykać oczy na zło, które wciąż się nasila. Rzucanie niedopałków to jeszcze nie zbrodnia, ale jeśli ktoś kocha Kraków, nie może tego ignorować. Nasze miasto to stolica nauki, kultury i sztuki. Trzeba zadbać o jego wizerunek. Pan Ryszard chciał powstrzymywać wzburzone reakcje i zwracać innym uwagę w miły, pokojowo nastawiony sposób. Kiedyś zdarzyło mu się zaczepić śmiecącego człowieka słowami: „Przepraszam, a pan z Krakowa? Czy z jakiejś chamskiej wioski?”. Jednak nie był zadowolony ze swojej interwencji, bo ktoś mógłby uznać, że wywyższa się z powodu swego pochodzenia i gardzi ludźmi ze wsi. A przecież nie o to tu chodzi. Po prostu emocje wzięły górę.


Później ułożył sobie gotowy tekst wypowiedzi: „Przepraszam, dlaczego zaśmieca pan MOJE miasto?”. Jednak takie zwracanie innym uwagi było dla niego stresujące. Wówczas zaobserwował, że jego znajomy starszy elegancki pan, były radca prawny - ma zwyczaj zwracać uwagę śmiecącym w spokojny, wesoły sposób: „O przepraszam najmocniej, wydaje mi się, że coś panu wypadło tutaj”. Tę metodę pan Ryszard uznał za najlepszą. Ale czasem rezygnuje z działania, gdy wieczorem ulica pustoszeje i trzeba by przywołać do porządku jakiegoś palacza o wyglądzie kryminalisty. Nie chce wpakować się w kłopoty z powodu niedopałka. Co dalej? Pan Ryszard nie daje za wygraną. Chce, aby o spraw-

ie zaczęto mówić. Pisał e-maila o tym problemie do straży miejskiej. Otrzymał uprzejmą odpowiedź, w której wytłumaczono mu, że strażnicy nie są w stanie patrolować każdego przystanku i łapać niesfornych nałogowców. Ale panu Ryszardowi nie chodzi o to, żeby kogoś karać. Marzy mu się kampania społeczna. Wcześniej już zachęcano ludzi w Krakowie, aby sprzątali po swoich psach. Jednakże psie odchody rozkładają się dość szybko, a ustniki papierosów – nie. Pan Ryszard uważa, że rozwiązaniem mogą być e-papierosy, które nie zostawiają niedopałków i pozwalają wciągać samą nikotynę z parą wodną bez toksycznych substancji dymu. Proponuje też chowanie niedopałków do pudełek po zapałk-

ach czyli noszenie kieszonkowych popielniczek. Od dawna planował udać się do redakcji jakiejś gazety, aby rozpropagować swoją ideę. Szczęśliwym trafem spotkaliśmy się i postanowił poprosić mnie o pomoc. Czuję się zaszczycony, że mogę nagłośnić apel tego odważnego, lokalnego patrioty. Wesprzyjmy jego głos na ulicach! Pokażmy, że jest nas więcej! 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Polski ateizm – raport

„Tygodnika Powszechnego”

Polski ateista – statystycznie: młody, z lekko wierzącej katolickiej rodziny, uważający się za racjonalistę, niechętny Kościołowi. Nie dokonał jednak aktu apostazji oraz chętnie zostanie rodzicem chrzestnym. Schizofrenia? Czy karygodne zaniedbanie duszpasterzy?

Rafał Growiec

R

aport powstał na podstawie badań socjologicznych dokonanych na próbie prawie ośmiu tysięcy osób deklarujących, że nie wierzą w Boga. Ankiety opracował dr Radosław Tyrała z Katedry Socjologii Ogólnej i Antropologii Społecznej AGH w Krakowie. Wyniki badań zostały szerzej omówione w książce „Bez Boga na co dzień. Socjologia ateizmu i niewiary”. Jest to pierwsze takie spojrzenie na polskich ateistów, gdyż dotąd podobne raporty dotyczyły głównie religijności. Tymczasem osób deklarujących się jako niewierzący przybywa. Niektórzy zwracają uwagę na swoista modę na „coming outy”, publiczne ogłaszanie swojego ateizmu. Ateizm polski jednak – jak się okazuje – nie może istnieć bez religii. Jest ona jego źródłem, ale też punktem odniesienia. Zbytnio to nie dziwi, gdyż ateista polski zmuszony jest do życia w kraju, gdzie Konstytucja wspomina wartości chrześcijańskie, a Kościół wciąż jest na tyle silny, by aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym.

s. 10

“Negatywny obraz

religii (jak pokazuje życie: bardzo często oparty bardziej na twórczości Dana Browna niż porządnej lekturze), płytka religijność własna i w rodzinie powodują, że Kościół jawi się jako siedlisko wszelkiego zła, gdzie liczy się tylko zewnętrzna otoczka, króluje dwulicowość i nijakość. SKĄD SIĘ BIORĄ? 54% ankietowanych ateistów jest poniżej trzydziestki, czy jednak oznacza to, że typowy polski ateista jest młody? Wciąż pozostaje 46% tych w wieku co najmniej średnim, więc proporcje są mniej więcej równe. Aż 88% badanych było kiedyś katolikami, jednak zwykle był to katolicyzm płytki, ograniczający się do praktyk zewnętrznych. W domu religia była

nieobecna ani w rozmowie ani w działaniu. Można stąd wyciągnąć dwa wnioski – odnoszący się do katolików i do niewierzących. „Katolicki”: wiara faryzejska, objawiająca się jedynie w kościele jest antyprzykładem, demolującym relację z Bogiem niczym celnie wymierzony pocisk przeciwpancerny. „Ateistyczny”, wynikający z pierwszego: czy postulat zepchnięcia Kościoła do kruchty i zmuszania ludzi do niekatolickich postaw (sprzeciwy wobec klauzuli sumienia) nie prowadzi do faryzeizmu? Ponad jedna trzecia niewierzących żyje w miastach powyżej pół miliona mieszkańców, ledwo jeden na dziesięciu na wsiach. Być może jest to przejaw większej anonimowości w dużych ośrodkach, ale także mniejszej presji społecznej. Do tego dochodzi większy pluralizm światopoglądowy – łatwiej znaleźć interesujące nas grupy, ludzi o interesującym nas światopoglądzie, w których można albo rozwiać swoje wątpliwości albo utwierdzić się w przekonaniach. Łatwiej jest też nie spotykać księży.


WYDARZENIA I OPINIE

Poza określeniem „niewierzący” (tak określa się 17% ankietowanych) najczęściej nazywają się „ateistami” (47%), na drugim miejscu jest „racjonalista” (27%), lub „agnostykami” (17%). Stosunkowa duża popularność tego drugiego terminu sugeruje, że ten typ uważa ateizm za przejaw światopoglądu naukowego, wykluczającego z kręgu ludzi logicznych osoby religijne. Jest to zapewne jakieś pokłosie komunistycznej ateizacji, ale też nowej fali opartej na publikacjach Dawkinsa. Ponad połowa odpowiedzi dotyczących powodu odejścia od religii wskazuje właśnie na „naukową interpretację rzeczywistości”, brak identyfikacji z chrześcijańską moralnością to dopiero (?) czwarte miejsce. SAKRAMENT POŻEGNANIA? Ci, którzy rozstali się z Kościołem katolickim jako kluczowy moment wskazują bierzmowanie, a jako główną przyczynę: negatywny obraz Kościoła. Decyzja podjęta w trzeciej klasie gimnazjum rzutuje na całe późniejsze życie. Negatywny obraz religii (jak pokazuje życie: bardzo często oparty bardziej na twórczości Dana Browna niż porządnej lekturze), płytka religijność własna i w rodzinie powodują, że Kościół jawi się jako siedlisko wszelkiego zła, gdzie liczy się tylko zewnętrzna otoczka,

króluje dwulicowość i nijakość. Mimo to wciąż kilkanaście procent ankietowanych uczęszcza do kościoła, trzy czwarte ochrzciło swoje dzieci, jedna trzecia została rodzicami chrzestnymi, a jedynie ośmiu na stu dokonało aktu apostazji. Niechęć do oficjalnego zerwania z tak „straszną” instytucją może wynikać z przekonania o nadmiernym skomplikowaniu tej procedury. Nie wystarcza stanowcze żądanie i jedno pismo, by przestać być katolikiem. Kościół upewnia się, że ten, kto chce się „wypisać” wie, co robi. Chrzest dziecka ateisty może być wymuszony tradycją lub naciskiem rodziny (chrzciny muszą być!). Jednak czy ksiądz chrzczący dziecko ma pewność – nawet gdy tylko jedna strona jest niewierząca – że będzie ono wychowywane po katolicku, czy też będzie słyszało ciągle o „pazernych klechach”? Jeszcze gorsze pytania nasuwają się na myśl, gdy spojrzymy na to, że jedna trzecia ankietowanych ateistów jest rodzicami chrzestnymi. A ojciec i matka chrzestni to osoby, które powinny pomagać wychowywać dziecko w wierze. Jak ma to robić osoba niewierząca? Chrztu syna czy córki ateisty można dokonać dla dobra dziecka, ale tu godzi się w sam sens instytucji rodzica chrzestnego. Być może jest to efekt podejścia rodziców do wyboru

swoich współpracowników w wychowaniu dziecka – głównie dokonywanego pod kątem rodzinnych powiązań i sutego portfela (już za parę lat I Komunia!). Czy duszpasterze w ogóle sprawdzają jakoś wiarę kandydatów na chrzestnych? Czy chociaż robią krótką rozmowę na temat obowiązków powiązanych z tym faktem? Najbardziej ponure myśli przychodzą człowiekowi na myśl, że ateista może uczestniczyć w Mszy świętej. Być może jest to praktyka ateistów wiejskich – zmuszonych poniekąd w ramach życia rodzinnego do obecności na wsi – „bo co ludzie powiedzą?”. Możliwa jest analogiczna sytuacja w mieście – badanie uwzględniało także osoby w wieku lat 16. Czy jednak taki ateista może przyjąć Komunię świętą? Teoretycznie nie powinien do niej podchodzić, ale skoro już został jakoś zmuszony do przyjścia, może też i ulec presji, by podejść do ołtarza i zrobić to, co dla niego jest po prostu połknięciem kawałka niekwaszonego chleba. Na katolickie: może przyjąć świętokradczo Najświętszy Sakrament. Tym bardziej to przeraża, że taki ateista może uważać Boga za wroga. ŚWIĘTA WOJNA 85% ankietowanych ma wrogi lub niechętny stosunek do katolicyzmu.

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE Nie jest to wielka nowina, zwłaszcza, że postawa ateizmu najczęściej wynika z negatywnego obrazu Kościoła. Przeświadczenie o irracjonalności wiary i religii prowadzi do pogardy, tak samo stereotypowy obraz księdza-pedofila. Jednocześnie polscy ateiści nie odrzucają wszystkich religii. Bliskie im są buddyzm i neopogaństwo. Popularności buddyzmu nie trzeba chyba tłumaczyć – wschodnia duchowość zdaje się być odpowiedzią na klepanie różańca. Ponadto nie do końca wiadomo, czy buddyzm jest religią, czy jedynie filozoficzną koncepcją świata. Wizja mnicha w czerwonej szacie, na tle azjatyckiej przyrody, górskich ostępów Tybetu czy japońskiego klasztoru jest po prostu ładniejsza niż benedyktyn z

talizmu i neopogaństwa, znajdziemy odpowiedź w postaci panteistycznych koncepcji zespolenia z naturą, czy bliżej nieokreślonym Absolutem. Być może najbardziej odrzuca ich właśnie koncepcja Boga osobowego, kojarzonego z „mściwym tyranem” malowanym przez antyklerykałów.

Tyńca czy nawet wesoły franciszkanin z Ligoty. Zainteresowanie neopoganizmem zaś może stanowić chęć powrotu do korzeni, wyniszczonych rzekomo ogniem i mieczem przez katolickich najeźdźców. A ankietowani ateiści nie byli tak do końca areligijni. Co dziesiąty wierzy w istnienie życia po śmierci ciała, co piąty w istnienie duszy. Na ile to przejaw agnostycyzmu, a na ile próba wyrwania się z beznadziei, jaką stawia przed człowiekiem ateizm? Czy wiara w życie po życiu jest echem nauki o zmartwychwstaniu i wyjątkowości człowieka czy też niechęci do uwierzenia w to, że człowiek jest jedynie zwierzęciem o wysokim stopniu rozwoju? Być może, gdyby powiązać te ułomki wiary z tendencją do orien-

nizowano megawidowisko „Exodus” w katowickim Spodku, na bilbordach widziałem zapowiedzi jedynie przy redakcji „Gościa Niedzielnego” (ściślej: przy katedrze Chrystusa Króla) i koło mojego kościoła parafialnego (byłej katedry). A mówimy o sporym mieście, ośrodku akademickim, siedzibie arcybiskupstwa. Dlaczego na Rynku stoją codziennie mormoni i Świadkowie Jehowy, a księża w porze Adwentu nieśmiało wyglądają zza ogrodzeń plebanii i raz do roku ruszają na kolędę? Raport o ateistach w Polsce wiele mówi o nich, ale także o naszym Kościele. Nie potrafimy walczyć o młodzież, nie przeciwstawiamy im wizji chrześcijaństwa konkurencyjnej dla antyklerykalnych haseł. Z

s. 12

KOŚCIÓŁ KATEDRALNO-KRUCHTOWY Jak odpowiedzieć na takie tendencje? Może przyczyna leży w tym, że Kościół polski w pewien sposób zamyka się w kruchcie. Idąc przez większe polskie miasto znajdziemy masę zaproszeń na spotkania mistyki azjatyckiej – a zaproszeń do duszpasterstwa trudno szukać poza ogłoszeniami parafialnymi. Gdy orga-

jednej strony chcemy wychowywać w wierze, ale dopuszczamy do tego wychowania ludzi niewierzących. Tolerujemy religijność faryzejską, nie docieramy z ofertą do „wielkosobotników” – ludzi widzących kościół od środka tylko gdy trzeba wypełnić rodzinną tradycję święcenia jajek. To ludzie, dla których Jezus umarł, są jak Apostołowie – zawiedzeni i pozbawieni nadziei. A nikt do nich nie dotarł z wiadomością, że po Wielkim Piątku i Sobocie jest Niedziela Wielkanocna. Jeśli już ktoś przedstawił im Radosną Nowinę o zwycięstwie nad śmiercią to albo opowiedział o Zmartwychwstaniu Jezusa nieprzekonująco, albo czynami potem zaprzeczył swojej własnej wiarygodności. Być może musimy dojść do

momentu swoistego oczyszczenia Kościoła – gdy jakość naszej wiary będzie ważniejsza niż ilość wierzących. Chrześcijaństwo letnie, zamknięte w kruchcie i własnym mieszkaniu, to chrześcijaństwo zabijające wiarę nie tylko katolika letniego, ale i jego bliźnich: dzieci, małżonka, krewnych, sąsiadów. Potrzebujemy nie ludzi zapełniających kościoły, ale tych, którzy zapełnią ulice. Wtedy może zmienią się statystyki i badania nad polskim ateizmem ograniczą się do „Analizy psychologicznej trolli internetowych”. 


s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

„Co ja mówię,

to ja wiem,

co ja mówię” W ostatnich dniach nie milkną echa komentarzy krytycznie odnoszących się do sposobu przeprowadzenia wyborów samorządowych. Debata publiczna obfituje w wiele emocjonalnych wypowiedzi i zachowań. W czwartkowym porannym programie Moniki Olejnik w Radiu ZET doszło do nietypowej sytuacji. Dziennikarka przerwała prowadzony wywiad ze Zbigniewem Ziobro i opuściła studio radiowe. Mateusz Ponikwia

16

listopada Polacy udali się do lokali wyborczych, aby realizując swój obywatelski obowiązek, wziąć udział w głosowaniu. Jego celem było wyłonienie władz samorządowych na najbliższą czteroletnią kadencję. Okazało się, że pomimo relatywnie niskiej frekwencji i zastosowania nowego systemu liczenia głosów, Państwowa Komisja Wyborcza nie jest w stanie efektywnie funkcjonować i podać w sensownym terminie wyników wyborów. Pierwszy raz w najnowszej historii Rzeczypospolitej Polskiej oficjalne wyniki głosowania nie zostały podane do wiadomości publicznej przez tak długi czas. Nerwowe chwile i niepewność odczuwają nie tylko politycy kandydujący w wyborach, ale także zainteresowani ostatecznym rozstrzygnięciem obywatele. Pikanterii całej sytuacji dodają napływające z całego kraju sygnały świadczące o szeregu nieprawidłowości, które miały miejsce w trakcie prowadzenia procedury wyborczej. Zwłaszcza znaczny odsetek głosów nieważnych,

s. 14

“Elementarne zasa-

dy funkcjonowania w społeczeństwie nakazują bowiem wykazanie się szacunkiem wobec swojego rozmówcy. Redaktor działając jako profesjonalista w swym zawodzie winien wykazywać się odpornością na stres. Równie istotny jest obiektywizm i zachowanie neutralności. wysoce nieprawidłowe działanie systemu komputerowego obliczającego wyniki oraz fakt nieuprawnionego wtargnięcia na serwery PKW przyczyniły się do powzięcia wątpliwości co do rzetelności i bezstronności głosowania i jego rezultatu. Dlatego po niedzielnym głosowaniu wielu polityków zgłasza postulat o unieważnienie wyników wyborów i ich ponowne przeprowadzenie. Taki też postulat wysunę-

li czołowi opozycyjni liderzy. Zdaniem Leszka Millera, szefa Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Jarosława Kaczyńskiego, prezesa Prawa i Sprawiedliwości, wybory samorządowe należy przeprowadzić jeszcze raz. Wysunięte żądanie spotkało się z dezaprobatą ze strony koalicji rządzącej oraz Prezydenta. UGOSZCZONY(?) ZBIGNIEW ZIOBRO W celu przeprowadzenia merytorycznej oceny stanowiska promującego ponowne przeprowadzenie wyborów, gospodyni programu Gość Radia ZET zdecydowała się zaprosić Zbigniewa Ziobrę, szefa Solidarnej Polski. Już od samego początku rozmowy porannej wyczuć można było delikatną irytacje i zdenerwowanie w głosach obu interlokutorów. Dyskusja z początku w miarę stonowana i spokojna, z biegiem czasu przekształciła się we wzajemne przekrzykiwanie. Każda strona obstawała przy swoich poglądach. W trwającej niespełna dziewięć minut konwersacji kluczową rolę odegrały dwa wątki. Pier-


WYDARZENIA I OPINIE

wszy odnosił się do ewentualnego unieważnienia wyborów i ich powtórzenia. Drugi zaś ściśle wiązał się z pierwszym, gdyż dotyczył wyrażonej przez głowę państwa negatywnej oceny tegoż postulatu. Polityk Solidarnej Polski stanowczo argumentował potrzebę ponownego przeprowadzenia głosowania. Jego zdaniem zachodzą poważne wątpliwości co do transparentności wyborów. Zauważył także, że ustawodawca w odniesieniu do lokalnego głosowania nie przewidział takiego trybu odwoławczego, jak w wypadku elekcji Prezydenta RP. Twierdzi on jednak, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby na podstawie tzw. generalnej przesłanki Sejm na drodze ustawy unieważnił wybory. Dziennikarka trafnie przywołała unormowania Kodeksu Wyborczego, które to poszczególnym sądom okręgowym powierzają kompetencję orzekania o ważności wyborów samorządowych. Ripostując Ziobro zauważył, że przesłanki unieważnienia listopadowego głosowania

odnoszą się do całego kraju, a zatem więcej niż jednego okręgu wyborczego. Ponadto polityk powołał się na konstytucyjne gwarancje lojalnego przeprowadzenia wyborów. Olejnik nie dała się jednak przekonać i na poparcie tezy o niedopuszczalności nowego głosowania przytoczyła opinię konstytucjonalistów, w tym profesora Andrzeja Zolla, byłego Przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego. Zarzuciła ponadto, że Ziobro jako absolwent studiów prawniczych powinien respektować regulacje normatywne. Jeszcze bardziej emocjonalna i żywiołowa okazała się dyskusja nad postawą Prezydenta. Szef Solidarnej Polski pozytywnie ocenił zaangażowanie Komorowskiego, który zorganizował spotkanie z przewodniczącymi: Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego. Jednakże uznał jego inicjatywy za niewystarczające. Natomiast krytyczna okazała się opinia Ziobry, w której stwierdził, że „pan Prezydent

odleciał”, gdyż nie dostrzega powagi sprawy. Na pytanie dokąd odleciał, polityk wyjaśnił, że w jego odczuciu głowa państwa straciła kontakt z rzeczywistością i nie potrafi zrozumieć obywateli oraz ich wątpliwości. Słowa te przelały czarę goryczy. Olejnik postanowiła kategorycznie zakończyć rozmowę. Impulsywnie stwierdziła, że Ziobro powinien napić się zimnej wody i ochłonąć. Sama zaś pożegnała się ze słuchaczami. Wyprowadzona z równowagi dziennikarka wykrzyknęła jeszcze dwukrotnie do mikrofonu słowo koniec, po czym zrzuciła słuchawki z uszu na stół, wzięła swoje rzeczy i ostentacyjnie wyszła pozostawiając Ziobrę samego. Gość programu zdezorientowany zaistniałą sytuacją dopił kawę i również opuścił studio. BURZLIWE DYSPUTY, A STANDARDY DZIENNIKARSKIE Oceniając zachowanie Olejnik należy mieć na uwadze fakt, że dziennikarz niezależnie od sytuacji powinien zachować zimną krew i nie

s. 15


WYDARZENIA I OPINIE dać się sprowokować ani wyprowadzić z równowagi. Niedopuszczalna jest sytuacja, że gość sam pozostaje w miejscu rozmowy. Elementarne zasady funkcjonowania w społeczeństwie nakazują bowiem wykazanie się szacunkiem wobec swojego rozmówcy. Redaktor działając jako profesjonalista w swym zawodzie winien wykazywać się odpornością na stres. Równie istotny jest obiektywizm i zachowanie neutralności. Własne poglądy nie mogą być podstawą do odrzucania, prezentowanych przez innych, sprzecznych wizji. Sygnalizowanie odmiennego

pamiętają ekscesy Janusza Korwin-Mikke, który w programie Kropka nad i w tvn24 w przeddzień wyborów do Parlamentu Europejskiego wsławił się własnymi przemyśleniami dotyczącymi kobiet i problematyki gwałtu. Wówczas jednak prowadząca storpedowała prezentowane przez niego rewelacje. Także inna radiowa audycja Radia ZET słynie z notorycznych kłótni miedzy jej uczestnikami. Siódmy Dzień Tygodnia jest bowiem programem, do którego Olejnik zaprasza polityków z wszystkich opcji politycznych, co naturalnie sprzyja powstawaniu wielu

obiektywizmu. Także i czwartkowy gość porannej audycji zauważył ukierunkowanie prowadzącej w jej działaniach i brak bezstronnej oceny sytuacji. Zaznaczył, że przedstawiciele czwartej władzy powinni dążyć do prawdy, jak również kontrolować poczynania rządzących. Niewątpliwie należy zaakcentować potrzebę niezależności mediów i ich pracowników. Obiektywizm i rzetelność to cechy, które powinny przyświecać w pracy każdemu dziennikarzowi. Kodeks Etyki Dziennikarskiej stawia wyższe standardy postępowania ludziom mediów.

poglądu wydaje się być oczywiście dopuszczalne. Jednakże nie może ono przybierać nachalnego i sugestywnego charakteru. Odbiorca bowiem w celu wykrystalizowania własnego zdania, musi mieć możliwość oceny i analizy przytaczanej argumentacji. Na uwagę zasługuje jednak fakt solidnego przygotowania do wywiadu i zgromadzenia przez prowadzącą odpowiednich materiałów umożliwiających weryfikację przytaczanych poglądów. Warto podkreślić, że nie jest to pierwsza awantura w programie Moniki Olejnik. Wszyscy zapewne

napięć między rozmówcami. Truizmem zdaje się być stwierdzenie, że Monika Olejnik jest znaną i cenioną dziennikarką. Niestety niektórzy postrzegają ją jako osobę nieobiektywną, o czym może świadczyć mający nie tak dawno miejsce bojkot prowadzonych przez nią programów przez Prawo i Sprawiedliwość. Partia ta przez jakiś czas nie uczestniczyła w audycjach z uwagi na dyskryminację jej stanowiska i negatywne nastawienie dziennikarki. Zdaniem Mariusza Błaszczaka, Olejnik nawet nie siliła się na prezentowanie minimalnego poziomu

Niestety mimo tego, wielu z nich zapomina o zasadach pragmatyki zawodowej i pokładanej w nich nadziei społeczeństwa na uczciwą i obiektywną informację. Coraz częściej zamiast merytorycznej wymiany zdań mamy do czynienia z polityczno-dziennikarskim cyrkiem. 

s. 16


s. 17


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Prawa

- o posiadaniu własności Jeśli wiemy, że państwo, które ma na celu wspomaganie człowieka w dążeniu do świętości, czy piękna, musi zapewnić mu możliwość posiadania własności, to musimy odpowiedzieć sobie na kilka pytań, które tej własności dotyczą. Nie można również pominąć kwestii wspólnoty dóbr, która jak wiemy praktykowana jest w wielu miejscach takich jak zakony, czy rodzina, z korzystnym dla człowieka skutkiem.

Maciej Puczkowski

J

eśli chodzi o wspólnotę, to ta najczęściej praktykowana jest w rodzinie, choć i tam nie jest ona pełna. W rodzinie można wyróżnić dwa rodzaje posiadania: przez przynależność do rodziny i niezależnie od tej przynależności. Posiadanie przez przynależność do rodziny możemy znów podzielić na wyłączne i dzielone. Przykładem posiadania dzielonego z rodziną będzie dom rodzinny, z którego wszyscy korzystają. Każdy członek rodziny może powiedzieć „mam dom”, ale nie każdy może go sprzedać, nie ma więc pełnej władzy nad domem. Ponadto, jeśliby został wykluczony z rodziny, nie będzie mógł już mówić o tym domu jak o swoim. Posiadanie wyłączne przez przynależność do rodziny to przypisanie członkowi rodziny rzeczy bez pełnej władzy nad nią. Może być to pokój lub łóżko, które należy do członka rodziny, ale może zostać mu odebrane (lub zmienione) na mocy władzy rodzicielskiej. Ostatni rodzaj posiadania, to posiadanie rzeczy niezależnie od rodziny, dzięki samej tylko możności posiadania.

s. 18

“Tylko osoba nie-

podległa żadnej władzy może w pełni posiadać własność, chyba, że ta władza zrzeknie się wszelkich praw do tej własności. Jeśli zatem do wypełnienia ostatecznego celu państwa potrzebna jest możliwość posiadania własności, to państwo nie ma innego wyjścia jak zrzec się praw do własności obywatela.

Rodzina, jako najmniejsza i najbardziej naturalna wspólnota daje światło na elementarne rodzaje posiadania. Możemy je uogólnić. Tym co różni wymienione rodzaje posiadania rzeczy jest zakres władzy nad nią i dostęp do niej. Pełnią posiadania własności nazwiemy pełnię władzy nad nią z możliwością korzystania. Istotną obserwacją jest, że nie

możemy definiować własności przez wyłączność korzystania. Ponadto, należy zauważyć, że głowa rodziny ma pełnię władzy nad domem rodzinnym, może go w szczególności zburzyć lub sprzedać, w pełni z niego korzysta i dzieli go z innymi członkami rodziny. Oznacza to, że dzielenie własności nie oznacza utraty pełni jej posiadania. Należałoby tu poczynić pewną uwagę, nie możemy mówić o pełni posiadania, w sytuacji, w której ktoś może legalnie nam posiadaną rzecz odebrać. Dziecko nie może powiedzieć, że w pełni posiada swój pokój, bo zawsze może zostać przeniesione do innego. Posiada jednak dużą autonomię, bo może przykładowo poprzestawiać meble. Wniosek jaki płynie z powyższych rozważań jest taki, że tylko osoba niepodległa żadnej władzy może w pełni posiadać własność, chyba, że ta władza zrzeknie się wszelkich praw do tej własności. Jeśli zatem do wypełnienia ostatecznego celu państwa potrzebna jest możliwość posiadania własności, a przyjmujemy, że mówimy o pełnym


posiadaniu, oraz człowiek, który chce należeć do państwa musi zrzec się niepodległości, to państwo nie ma innego wyjścia jak zrzec się praw do własności obywatela. Pozostaje jeszcze pytanie, czy władca może nakazać obywatelowi udostępnienie dóbr. Gdyby tak było moglibyśmy usprawiedliwić wszelkie składki socjalne. Można by sądzić, że odpowiedź jest pozytywna, przecież powiedzieliśmy, że dzielenie się własnością nie umniejsza stopnia posiadania jej. Chcemy jednak, żeby człowiek mógł posiadać własność, po to, żeby dobrze nią dysponując zdobywał sobie cnoty, również przez dzielenie się nią. Nie możemy więc nakazać mu tego zrobić.

Z drugiej strony cnotę zdobywa się na drodze przyzwyczajenia do pewnego postępowania. To znaczy, że samo oddanie własności obywatelowi nie wystarczy. Nie można rozkazać obywatelowi jak ma korzystać z własności, ale można, a nawet trzeba skłonić go do odpowiedniego korzystania. Inną istotną uwagą jest to, że cnota rodzi się na drodze postanowienia. Nie da się zdobyć cnoty bez udziału woli. Trzeba zatem skłonić tę wolę w odpowiednią stronę. Dalej, nie chcemy też, żeby obywatel źle korzystał ze swoich dóbr, mimo że nie chcemy go ograniczać. Czy da się to pogodzić? Aby skłonić obywatela do odpowiedniego korzystania z dóbr, a zatem przyswoić mu cno-

tę, należy nabyć część władzy nad jego własnością, ale za jego zgodą. Ten dylemat państwa obecny jest wszędzie. Z jednej strony państwo nie może ograniczać obywateli, a z drugiej musi nad nimi panować. W kwestii posiadania państwo może posiadać własność obywatela tak jak członek rodziny, ale nie jak głowa, może posiadać dom. To znaczy, że w władzy obywatela jest odebrać państwu możliwość korzystania z jego własności. 

s. 19


Humor TEMAT NUMERU

niepoprawny Nieładnie jest śmiać się z osób o innym kolorze skóry. Albo innego wyznania. Tak samo z Żydów. I z gejów też coraz mniej wolno pożartować. A jednak niemal pewne jest to, że takie żarty będą powstawać. Dlaczego? Bo nie wolno ich opowiadać.

Rafał Growiec

S

łowa potrafią ranić, a czasem jest to ich podstawowa funkcja. Czasem zdarza się urazić czyjąś godność przypadkowo, ale jak świat światem ogromne pole do popisu mieli ci, którzy samą mową potrafili człowieka wdeptać w ziemię. W antyku sporą popularnością wśród retorów cieszyła się inwektywa, czyli gatunek, który pozwalał zmieszać oponenta z błotem a przy którym nawet najostrzejsze obelgi powinny być oceniane jedynie pod kątem kunsztu mówcy. Był to odpowiednik naszego stand-upu, któremu dziś zapewne towarzyszyłoby radosne chrupanie popcornu. Dzieła zatytułowane „Contra X” towarzyszyły wielkiej polityce, religii a czasem i filozofii, cieszyły czytelników barwnymi porównaniami i celnymi, kąśliwymi argumentami. Człowiek kulturalny odpowiadał kontrinwektywą, a nie wygnaniem czy dekapitacją – choć i takie wypadki się zdarzały. Najchętniej śmiano się zawsze z „innych”, a podziały społeczne sprawiały, że zawsze był ktoś do obśmiania. Dwaj żołnierze rechoczący z dowcipu o Kartagińczyku, który pomylił żonę ze słoniem, za dwa lata mogli śmiać się z podobnego dowcipu o senatorze

s. 20

“Żart z Innego ma

swoje granice, wyznaczane przez to, że żartujemy o drugim człowieku. Najczęściej bohaterem dowcipu jest postać anonimowa, w jakiś sposób reprezentująca całą grupę. Nieraz obiektem żartów jest ktoś, kogo żartujący nigdy na oczy nie widział. i koniu. Śmiech był zawsze w ruchu, gdy wróg był albo poza zasięgiem miecza albo gdy był zbyt groźny, by ten miecz wyciągać z pochwy. W pewien specyficzny sposób humor zawsze towarzyszył konfrontacji. Albo stanowił ostatnią szpilę wbitą tuż po zwycięstwie albo był rekompensatą za strach odczuwany po porażce. Dlaczego jednak śmiejemy się z innych w czasach pokoju? I dlaczego akurat z Murzynów, Żydów i Arabów? Ponieważ są inni od nas, ich cechy typowe dla narodu czy rasy rzucają nam się w oczy. Osoba żartująca z Żydów nie musi być antysemitą. Może po prostu dziwić się ich – dziwnym a czasem i zabawnym z naszego punktu

widzenia – zwyczajom. HUMOR CZARNY, ŻÓŁTY I CZERWONY Zacznijmy może od najbardziej oklepanego rodzaju humoru – czyli żartów z Afrykańczyków. Dzielimy je na te, które dotyczą fizyczności i te dotykające mentalności. Czy wolno się śmiać z tego, że ktoś ma ciemniejszą skórę? Prowokacyjnie spytam: dlaczego by nie? Dobry żart nie musi obrażać, nawet jeśli eksponuje pewne negatywne cechy. Jakby nie było, Murzyni posiadają ciemniejszą skórę niż Europejczycy. Czy trzeba unikać jak ognia piekielnego prostego porównywania faktów? Żart z Innego ma swoje granice, wyznaczane przez to, że żartujemy o drugim człowieku. Najczęściej bohaterem dowcipu jest postać anonimowa, w jakiś sposób reprezentująca całą grupę. Nieraz obiektem żartów jest ktoś, kogo żartujący nigdy na oczy nie widział. O ile stare dowcipy o Murzynach miały w sobie tyle prawdy, co „Murzynek Bambo”, o tyle wymiana kulturowa i popkultura płynąca z mediów dostarczają nam dość obrazów. Pięć dekad temu Murzyn z dowcipu był ludożercą, żyjącym w


środku buszu i stosującym etykę na poziomie Kalego. Dziś różni się od opony tylko tym, że opona po założeniu łańcucha nie zaczyna rapować. Pewną kategorią „czarnego” humoru jest „student z Afryki”, którego świetnie obrazuje piosenka „Makumba”. Bogaty syn króla wioski/dyktatora zderza się z realiami polskich biedujących studentów i wykładowców, blokowisk i tak dalej. Dostaje więc od rodziców autobus, by dojeżdżać na wydział tak, jak profesorzy. Po części jest to satyra na kulturę, ale niekiedy też na polityczne niuanse dekolonizacji. Podobnie ma się rzecz z wszelkimi innymi rasami. Skreślanie wszelkich tego typu dowcipów z przestrzeni publicznej jako „rasistowskie” jest przejawem dwóch tendencji. Pierwsza z nich to popularne wśród nas, białasów (nie tylko polskich), mniemanie, że z pewnych grup śmiać się nie wypada, bo to zawsze jest akt nawet nie „niechęci” a od razu nienawiści. Niekiedy ponadto (to druga przyczyna) wychodzimy z założenia, że na pewno Murzynów dany dowcip nie rozbawi. Brakuje mądrego rozeznania, a to zawsze skutkuje wylaniem dziecka z kąpielą. Pierwsza przyczyna w pewien sposób wręcz generuje powstawanie

takich żartów. Wszak lubimy się śmiać z tego, z czego śmiać się nie wolno. Zwłaszcza, gdy jest to zabawne. SZMONCES I DEBILIZM Dlatego też lubimy się śmiać z Żydów. Przed wojną Żydzi wpisywali się w krajobraz polskich miast, żywo biorąc udział w życiu gospodarczym kraju. Byli charakterystyczni, rzucali się w oczy, budzili kontrowersje. Stąd w Austrii i Niemczech narodził się szmonces – czyli rodzaj żartu, kabaretu kręcącego się wokół typowo żydowskich cech: wiary, biznesu, mentalności. Sztuką było oddać to, co w typowym Semicie budzi śmiech łamany przez podziw u ludzi wychowanych na klasycznych, średniowiecznych wzorcach. W szmoncesie liczyło się oddanie tego zderzenia Zachodu z Orientem – zmysłem do biznesu, energii. „Tate, a dlaczego ryba nie mówi? Synku, jak ma mówić jak rąk nie ma?” Bohaterami żartu byli rabini debatujący z Bogiem o Bogu, prości kupcy i wielcy finansiści. Obok „typowego Icka” czy Moszego pojawiały się wielkie nazwiska, takiej jak Kon, Goldstein, Rosenstein... Spora ilość żartów dotyczy zderzenia dwóch pokrewnych wyznań: chrześcijańskiego i żydowskiego. To wszystko przepadło wraz

z Zagładą i stopniową emigracja polskich Żydów do Izraela oraz ich inkulturacją. (Czy może trzeba bardziej mówić o ich desemityzacji?) W każdym razie, poza szmoncesem, który odziedziczyliśmy po dziadkach niewiele się tworzy takiego humoru. Nawet swoista renowacja skeczu „Sęk” przez Kabaret pod Wyrwigroszem jest raczej śmiechem z polskich realiów, gdzie psy przyjeżdżają na kogutach i zgarniają szczeniaki do suk niż z Żyda chcącego kupić mecz w lidze okręgowej „bo tanio”. Jedną z przyczyn jest brak źródła, czyli codziennych nieomal kontaktów z Żydami. Druga – to podejście do tematyki żydowskiej ze śmiertelną powagą. Przyczyna druga ma dwa źródła, z których jedno wypływa z drugiego. To praźródło to sam fakt Zagłady Żydów, powodujący, że wiele osób traktuje żart z Żyda jako przejaw najbardziej nienawistnego antysemityzmu pokrewnego temu z lat 30. i 40. XX wieku. Ta sama historyczna tragedia stała się pożywką dla dziesiątek mało wybrednych dowcipów, w których głównymi bohaterami są Żyd i esesman a scenerię zdobią komin, popielniczka lub piec. Ten rodzaj żartów wpisuje się w gatunek humoru czarnego, gdzie teoretycznie więcej wolno, często jednak dodat-

s. 21


kowo upokarza Żydów przedstawiając ich jako głupich, chciwych czy nawet zasługujących na śmierć. Osobną kategorią są żarty izraelsko-polityczne, nawiązujące na przykład do niechęci między Żydami a Arabami. Trudno określić je jako czysto „żarty z Żyda” czy szmonces, gdyż główną cechą wyśmiewaną jest relacja między narodami a nie same cechy narodowe. Choć po blisko półtorej milenium pewien wzajemny stosunek mógł wejść w krew. ŻART ZAKAZANY TO ŻART PROMOWANY Humor ludzki nie znosi ograniczeń. Często to właśnie ograniczenia są powodem do wyśmi-

ewania tej a nie innej rzeczywistości. Zawsze gdy pojawia się jakiś totalitaryzm, prędzej czy później pojawi się humor wyśmiewający wszystkie jego idee czy czołowe postaci. Śmiano się po cichu i z „aryjskości” Hitlera i z „polskości” Rokossowskiego. Każdy zaś totalitaryzm bierze pod opiekę jakąś grupkę, której prawa muszą być chronione przez odebranie praw rzeszom innych grup. Naziści chronili proletariat i elity aryjsko-niemieckie, komuniści proletariuszy wszystkich krajów, obecnie zaś poprawność polityczna chroni wszystkich poza białymi, pełnosprawnymi heteroseksualistami o prawicowych poglądach. Stąd mamy wysyp żartów drwią-

s. 22

cych z politycznej poprawności i osób otoczonych jej czułą opieką. Czasem w takich żartach pojawiają się wielkie nazwiska, jak na przykład Barack Obama, który miałby mieć polskie korzenie (jego dziadek miał zjeść polskiego misjonarza). A ich ilość nie będzie maleć, bo tak jak codzienne kontakty z Żydami generowały powstawanie szmoncesu, tak coraz częstsze kontakty z Murzynami, Azjatami, homoseksualistami, niepełnosprawnymi fizycznie i umysłowo będą skutkowały nowymi żartami z takimi osobami w rolach głównych. Czy takie żarty będą obrażać? Wiele zapewne tak, jednak będą krążyły one w drugim czy trzecim obiegu. Przykładem niech będzie sama próba wyszukania dowcipu o

blondynkę czy idiotę. Niedawno też mieliśmy wysyp podobnych żartów za naszą zachodnią granica z okazji EURO 2012, gdy po ulicach Berlina krążyło hasło: „Jedź do Polski, twój samochód już tam jest”. Gdy spojrzeć na niepoprawne politycznie żarty z perspektywy trzeźwo patrzącego na swoje wady i przywary narodu możemy dostrzec dwie tendencje: albo opiera się na stereotypach (jak niektóre Polish jokes) albo na realnych wadach (jak żarty o samochodach). Gdy w grę wchodzi jedynie poczucie wyższości czy brednie rozpowiadane przez niemieckich imigrantów w Stanach, trzeba protestować i bronić swojego honoru. Jednak jeżeli ktoś się śmieje z Polaków kupujących

Żydach w internecie. Próba opublikowania tych najbardziej prostackich w typowej gazecie czy wygłoszenia go ze sceny kabaretowej skończyłaby się właściwie linczem publicznym, a niekiedy i interwencją państwowego wymiaru sprawiedliwości. W internecie wiszą sobie spokojnie całymi tonami obok dowcipów o Murzynach, blondynkach i babie u lekarza.

pochodzące z Zachodu kradzione, popowodziowe czy powypadkowe samochody, to możemy jedynie spuścić głowę i ze wstydem przyznać, że taki problem istnieje. Ludzie śmiali się z siebie nawzajem zawsze i wszędzie. Nie można jednak każdego rodzaju humoru wkładać do worka z napisem „hejt spicz”. Nadgorliwość wszak jest gorsza niż faszyzm. Ale kto powiedział, że nie będziemy się z niej śmiać? 

NIE ŚMIEJ SIĘ DZIADKU... Ale nawet bez politpoprawności my, biali, katoliccy, słowiańscy Polacy z dziada pradziada nie możemy się czuć bezpiecznie. Otóż popularny jest za Oceanem rodzaj humoru zwany „polish jokes”, gdzie Polak zastępuje


s. 23


TEMAT NUMERU

Deus ridens

Bóg śmiejący się – pobłażliwie, gorzko, zdrowo czy niezdrowo – śmieje się czasem. Bo jak tu nie skrzywić charakterystycznie ust, gdy często człowiek gra rolę główną w komedii własnych nonsensów i niewłaściwych zmagań? adanie.

Deus ridens to motyw popularny w literaturze. Jest więc i opowi-

Aleksandra Frontczak

T

aka historia: Ona – Maria, urodziła się w Lublinie. On – Jan, także. Poznali się u znajomych na urodzinach wspólnej znajomej. Jan pomagał ojcu w gospodarstwie rolnym i w budownictwie. Maria kończyła kurs pielęgniarski. Zakochali się, pobrali, a zaraz po ślubie przyjechali na Śląsk, do Katowic. „Bo przyszłość tu jako taka, lepsza, niż na wschodzie była” – powtarzała później swoim dzieciom Maria. Po przyjeździe, Jan został budowlańcem, Maria poświęciła się domowi. Pierwszy na świecie pojawił się Mateusz. Następna była Marta, a na końcu Sonia. Rodzina jak inne - średnio zamożna z przeciętnymi zarobkami. O wychowanie dzieci zatroszczyła się Matka. Od najmłodszych lat starała się wychować swoje pociechy w wierze i wzajemnym szacunku, odtwarzając zasady poznane we własnym rodzinnym domu. Gdy Sonia rozpoczęła naukę w szkole, Maria znalazła pracę w wyuczonym zawodzie, została pielęgniarką w miejscowym szpitalu. Dzieci dorastały do pierwszych poważnych decyzji. Mateusz, gdy skończył liceum, dostał się na prawo. Wyjechał do Warszawy. Sonia była

s. 24

“I Boże, na litość

Twoją, niech one nie ulegają temu znieczuleniu, tej światowej propagandzie. Niech Twoje będą. Amen”. Świeczki gasły. Mrok ogarniał pokój. Klatki piersiowe unosiły się rytmicznie. A Bóg dumał: „Moimi jesteście, moimi…”. uzdolniona plastycznie. Matka niepokoiła się talentem córki, bo przecież „malować w tych czasach… jak ona z tego wyżyje?”. „Jest jeszcze młoda, może jej przejdzie, może coś innego, lepszego ją zainteresuje” – mówił Ojciec. A Marta? Marta była inteligentna, sprytna. Nauka szła jej bardzo dobrze. Od dziecka interesowała się biologią. „Medycyna – mawiała matka – lekarza będziemy mieć w rodzinie”. A Marta wzruszała ramionami, w duchu mówiąc sobie: „Zanim dam się zamknąć w gabinecie lekarskim, chciałabym trochę świata zwiedzić, poszaleć, poznać

ciekawych ludzi, spróbować nowych rzeczy”. Ojciec praktykował starą, wiejską szkołę spartańskiego wychowania. Był surowy, krótko trzymał swoje córki, syna wychowywał na mężczyznę, prawdziwego mężczyznę, co by wstydu Ojcu nie przyniósł. Matka była wierząca. Mąż jej raczej letni. Jedyna w rodzinie gorliwa, w salonie urządziła małą kapliczkę. Krzyż, obraz Matki Bożej Częstochowskiej i obrazek Jana Pawła II. Dzieci podśmiewały się z Matki. Dla nich była to kompletna abstrakcja, rodzaj dobrej opowieści, fajna historia, ale żeby od razu żyć tym? Sonia niewiele jeszcze rozumiała, więc posłuszna matce klękała czasem z nią. Różaniec, koronka, pacierz rano i wieczorem. Marta buntowała się. „Nie czuję tej całej metafizycznej papki – mówiła do siebie – jaki Bóg? Skoro jest, to niech mi pozwoli się realizować, przecież jak tu żyć, będąc ciągle na kolanach?”. Mateusz milczeniem ucinał wszelkie dyskusje na temat wiary. Wieczorami, gdy wszyscy kładli się spać, Matka klękała przed ołtarzykiem, zapalała świeczki i modliła się: „Daj, Boże, zdrowie. Mnie i mężowi. Do emerytury mu pozwól


dożyć. Mateuszkowi pomóż studia skończyć, Sonii wybij tą okropną Akademię Sztuk Pięknych z głowy, przecież to szaleństwo, prawda? A Martusi daj siłę i wytrwałość, co by mogła potem ludzi ratować, zarabiać solidnie, mieć przyszłość. I Boże, na litość Twoją, niech one nie ulegają temu znieczuleniu, tej światowej propagandzie. Niech Twoje będą. Amen”. Świeczki gasły. Mrok ogarniał pokój. Klatki piersiowe unosiły się rytmicznie. A Bóg dumał: „Moimi jesteście, moimi…”. Mijały lata. Mateusz skończył studia, wyjechał za granicę. Sonia skończyła szkołę zawodową, w ręce fach – fryzjerka. „To też pewna forma sztuki, kochanie” – pocieszała ją Matka. Marta dostała się na medycynę, poznała chłopaka – ścisłowiec, matematykę studiuje. Ojciec przeszedł zawał – miesiąc po odejściu na emeryturę. Maria spokojnie trwała u jego boku, modląc się tak jak zawsze, codziennie. Ze zgrozą jednak patrzyła na decyzje swoich dzieci. „Mateuszek dzwonił „– zaczyna razu pewnego przy obiedzie. „Czego chce,

pieniędzy znowu? Przecież tyle zarabia podobno za granicą?” – oburzył się Ojciec. Matka spojrzała na niego nieśmiało. Dziewczynki czekały w napięciu na dalsze informacje o bracie. W końcu Marta nie wytrzymała ciszy: „Co z Mateuszem? Jakoś ostatnio dziwnie się zachowuje, pisze na Facebooku o jakimś koledze, co go do Kościoła prowadza. Że Bóg jest wielki i kocha nas wszystkich. Mówił Ci o tym Mamo?”. Matka drgnęła, ukradkiem spojrzała na napiętą, beznamiętną twarz Ojca i wyjąkała: „Mateuszek do seminarium wstąpił”. Cisza. Wieczorami, gdy wszyscy kładli się spać, Matka klęka przed ołtarzykiem, zapalała świeczki i modli się: „Daj, Boże, zdrowie. Mnie i mężowi. Do emerytury mi pozwól dożyć. Mateuszkowi wybij ten pomysł z seminarium z głowy. On się nie nadaje na księdza, wiesz to Boże! Jedynego syna mi zabierasz? Sonii pracę daj, taką jak by chciała, w dobrym salonie fryzjerskim. A Martusi daj siłę i wytrwałość, co by mogła potem ludzi ratować, zarabiać solidnie, mieć przyszłość. Ach, tego

jej Tomka zmień na kogoś innego. On do niej wcale nie pasuje. I Boże, na litość Twoją, niech one nie ulegają temu znieczuleniu, tej światowej propagandzie. Niech Twoje będą. Amen”. Maria miała koleżankę, Irenkę. Z pracy się znały. Pani Irenka młodsza była, ale męża miała starszego, dzieci dwoje. Synów. Krzysztof był księdzem, a Grzegorz miał żonę i chorą, dwuletnią córeczkę Izę. Szczęśliwa była Irenka. Jakaś taka żywotna i promienna. Twarz miała zawsze pogodną, dla wszystkich była życzliwa. Należała do grupy modlitewnej w małej miejscowości pod Katowicami. Maria zastanawiała się zawsze, dlaczego Irenka jest taka szczęśliwa. Syn ksiądz a drugi ma chore dziecko, mąż też nie domaga. Z czego tu się cieszyć? Zastanawiając się, powtarzała w duchu „Boże, uchowaj od takiego losu, ale szczęścia to byś mógł nam podobnego udzielić. To niewiele”. Pewnego wieczoru, gdy Irenka odwiedziła Marię, ta nie wytrzymała. Spytała koleżankę o zdanie, zaniepokojona decyzjami swoich dzieci:

s. 25


TEMAT NUMERU „Co ja mam robić Irenko? Zawsze byłam dobra. Chodzę do Kościoła. Oddaję pieniążki na cele charytatywne. Modlę się, staram się żyć pobożnie. Mąż tego nie czuje, ale za niego też się modlę. Dzieciaki mam zdolne, ale ich decyzje mnie przerażają. Sonia chciała być malarką. Została fryzjerką i cieszę się, ale ona jakaś taka dziwna się stała. Martusia będzie lekarką, jednak niespokojna jest bardzo, ciągle gdzieś wyjeżdża, czegoś szuka. No i do Kościoła już nie chodzi. A Mateuszek? Boże mój, on oszalał! Też chce być księdzem,

ale raczej jako martwe uczynki. Tak dla uspokojenia sumienia i żeby inni widzieli, że pobożna jestem. Prosiłam zawsze Boga, żeby moje dzieciaki mogły robić w życiu to, do czego naprawdę zostały stworzone. I wiesz co?” Pani Irenka zawiesiła głos. Na twarzy Marii odmalowało się wyczekiwanie. Pani Irenka widząc to, kontynuowała: „ I wtedy Krzyś wstąpił do seminarium, a Grzesiowi urodziła się chora córeczka. Płakałam wiele nocy. Odgrażałam się Panu. Nie mogłam uwierzyć, że tak oto odpowiedział na moje prośby. Był to przecież

to, co mają robić to jest to, w czym ja je widzę. A teraz wiem, że to, co mają robić, to jest to, w czym widzi je Bóg. I tak jak mówiłaś, Pan ma poczucie humoru, ale nie kiepskie. To my sami dostarczamy mu tyle powodów do śmiechu”. „To okrutne! – wykrzyknęła Pani Maria przez łzy – nie bawi mnie to wcale”. „Taka to nasza ludzka przypadłość – z siebie się śmiać nie potrafimy. Zawsze nam się wydaje, że wszystko nam wolno, że sami dla siebie jesteśmy, żyjemy. Pępki świata. Marysiu… Pan nas naprawdę kocha… czasem już tylko

jak Twój Krzyś! Tyś to zniosła, ale ja nie mogę. Jedyny syn i ksiądz? Mój mąż nic do tej pory na ten temat nie powiedział. Milczy. Co ja mam robić? Kiepskie poczucie humoru ma ten nasz Bóg. Bynajmniej nie jestem rozbawiona”. Pani Irenka uśmiechnęła się i ciepłym głosem powiedziała: „Kochana, poczciwa z Ciebie kobieta. Tylko na Boga patrzysz przez zasłonę. A wtedy niewiele możesz dostrzec. Widzisz, ja też nie zawsze byłam tak blisko Jezusa jak dziś. Kiedyś modlitwa, niedzielna Masza, owszem, były wpisane w moje życie,

najgorszy możliwy scenariusz dla matki – jeden syn jest księdzem, a córka drugiego jest poważnie chora”. Maria zapytała nieśmiało: „Ale teraz jesteś szczęśliwa i dzieci Twoje są szczęśliwe? Ja jednak Mateuszka nie widzę w roli księdza. Sonia powinna rzucić to malarstwo, jeśli chce godnie żyć, a Martusia… oh z nią mam największy problem”. Pani Irenka przytuliła koleżankę i powiedziała „Kochana. Sęk w tym, że prosiłam Boga, żeby moje dzieci robiły to, do czego zostały stworzone. Tylko wtedy myślałam, że

śmiech, może gorzki, ale śmiech mu pozostaje, gdy widzi jak miotamy się bez Niego myśląc, że jesteśmy na właściwej drodze”. 

s. 26


s. 27


TEMAT NUMERU

Boży kabaret

Kościoły w Polsce to budynki duże, ale zimne, ciemne i raczej ponure. Aura w nich panująca wpływa bezpośrednio na zachowanie tych, którzy przebywają w takich przybytkach – ograniczona widoczność każe schylić głowę, chłód monumentalnych ścian narzuca postawę raczej skuloną, a konwencja podpowiada milczeć i przebywać w skupieniu.

Aleksandra Brzezicka

W

szystko to układa się w pobożny obrazek, który jednak rozsypuje się w drobny mak za sprawą wtargnięcia weń elementu obcego – może dwuletniej a niefrasobliwej Marysi, która z ciekawością prawdziwego globtrotera ma ochotę poznać w czasie nabożeństwa wszystkie przedmioty znajdujące się przy ołtarzu, lub – i tu zgrzyt poznawczy – za sprawą księdza, który postanawia mówić z ambony do nas… naszym własnym językiem. COŚ NIE-HALO Język Kościoła jest tworem chyba trochę skostniałym. Treść od wieków znanych modlitw czy literackie psalmy dla wielu – mimo oczywistej znajomości słów – pozostają semantycznie niedostępne. Ale mimo tego ograniczenia, polski katolik wie, co i jak można/należy powiedzieć w kościele; jego ucho pozostaje wrażliwe na treści, których może się spodziewać, oraz treści, które w jakiś sposób naruszają normę kościelnej wypowiedzi. Prawdą jest, że cała liturgia Kościoła, jego teksty (np. poetyckie psalmy czy pieśni) i dokumenty to zazwyczaj zapis mało przystępny dla przeciętnych słuchaczy. Ale – co interesujące – do niego właśnie jesteśmy przyzwyczajeni i kiedy

s. 28

“Inne formę nowa-

torstwa wybrał niezwykle ceniony przeze mnie i nieodżałowany ksiądz Jan Twardowski. Połączenie posługi duszpasterskiej z poetyckim rzemiosłem daje jakość niesamowitą. Kiedy czytam wiersze ks. Twardowskiego zaczynam myśleć o Bogu, Kościele i ludziach w zupełnie innych kategoriach. na ambonie pojawia się jakiś boży kabareciarz – w osobie księdza Piotra Pawlukiewicza chociażby – czujemy się zakłopotani, a nawet mocno skonfundowani. ŚMIAĆ SIĘ, CZY SIĘ NIE ŚMIAĆ - <<Do niczego człowiek nie jest tak przywiązany, jak do wyobrażeń o samym sobie. Kiedy nam czasem ktoś pokazuje zdjęcie z ostatniego wesela na którym byliśmy, często mówimy „o Boże, wyrzuć to zdjęcie, ale fatalnie wyszedłem!” – „Nie wyszedłeś – ty tak

wyglądasz!”>> – i co, nie zaśmiejesz się? Albo to: - <<„Proszę księdza, mój mąż jest potworem. Frankenstein przy nim to chomik.” – To czemu pani za takiego wyszła?! – „Bo on przed ślubem taki nie był!” – No to stał się przy pani, prosta sprawa>>. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz to kaznodzieja, który wykłady do granic naszpikowane prostodusznym humorem (często zaczerpniętym z autentycznych sytuacji) wybrał jako sposób nowej ewangelizacji. Nie tylko teoretyczna wiedza z retoryki ale i najpewniej jego usposobienie wpływają na fakt, że z taką łatwością i celnością trafia do wiernych (nie tylko tych młodych). Humor i anegdota to figury, za pomocą których mówi o rzeczach i sprawach religii, ale jednak w tak odmienny od typowego sposób. To niekonwencjonalne podejście do spraw wiary (nie w dogmacie, ale w sposobie przedstawienia) wypływa z przekonania o konieczności wniesienia jakiegoś nowum do sposobu komunikowania się z wiernymi. Już nie gromienie z ambony o surowym i niedostępnym Bogu, ale próba uwydatnienia tego, co bliskie i autentyczne w relacji człowieka z Najwyższym. W ogóle wydaje mi się, że ludzie są coraz bardziej „wrażliwi” na to, co słyszą w kościele (w personalnym


TEMAT NUMERU

odniesieniu do nich). Cudzysłów, który wprowadziłam ma wskazywać na nieco inne od powszechnie znanego wartościowania owej wrażliwości. Wierni obrażają się i dąsają na wiele słów, które padają (nawet słusznie) z ust np. spowiednika czy kaznodziei. Może się mylę, ale słuchając różnych ludzi i czytając niektóre wpisy w przestrzeni Internetu wydaje mi się, że role nieco się odwróciły i teraz to księża muszą starać się i silić, by podtrzymać kontakt z wiernym i w żaden sposób nie narazić ich na zdenerwowanie czy urazę (uwierzcie mi na słowo, że niektórzy nie potrafią przyjąć nawet w dobrodusznym tonie wypowiedzianej prawdy o nich samych; mogą śmiertelnie obrazić się na Kościół i trwać w tej „urazie” długie lata). Dlatego prostoduszny humor może być czynnikiem rozładowującym napięcie i pokazującym, że Kościół i Bóg naprawdę mają pierwiastek ludzki. Bo nie tylko o Bogu i rzeczach najważniejszych ks. Pawlukiewicz potrafi mówić wprost i bez patetyzmu języka kościelnego. W równie przystępny, ale i autentyczny sposób mówi też o kondycji ludzi (tu moja ulubiona anegdota: <<Przy imieninowym stole siada dwóch spóźnionych gości. Na półmisku zostały już tylko dwa kawałki mięsa – duży i znacznie mniejszy od pierwszego. Pierwszy z mężczyzn nie wahając się długo, wyciągnął rękę po większy kawałek. Drugiemu – któremu (bez prawa wyboru) przypadł mniejszy –

nie dawało spokoju, dlaczego tamten sięgnął po duży kawałek, zamiast wymawiać się – jak to my ludzie mamy w zwyczaju z pozornej grzeczności – że woli mniejszy, że i tak nie zje, etc… Zapytał więc współbiesiadnika, dlaczego wybrał większy. Ten odpowiedział – A co w tym złego? A który kawałek ty byś wybrał?! – Ja wziąłbym mniejszy – odpowiedział z wyższością tamten. – No to masz mniejszy i po problemie.>>). SIEWCA ŚWIĘTEGO ZGORSZENIA Inne formę nowatorstwa wybrał niezwykle ceniony przeze mnie i nieodżałowany ksiądz Jan Twardowski. Połączenie posługi duszpasterskiej z poetyckim rzemiosłem daje jakość niesamowitą. Kiedy czytam wiersze ks. Twardowskiego – napisane językiem często potocznym, operującym pozornie (!) niewyszukaną metaforyką i obrazowaniem – zaczynam myśleć o Bogu, Kościele i ludziach w zupełnie innych kategoriach. Twórczość tego niezwykle wrażliwego na świat i ludzi kapłana pokazuje, jak można pojmować wiarę przy pomocy słów i wrażeń najprostszych. Obok lirycznych wierszy znaleźć można też te przepełnione humorem, w których ksiądz Twardowski puszcza oko i ciepły uśmiech w naszą stronę: „/W jaki sposób Bóg nawraca grzeszników/ rozmaicie/ (…) chwyta duszę wprost z miejsca i targa za uszy/”, „/Przy biednej, śmiesznej cioci, której się wstydzą krewni i nie proszą

na mieszkanie/”, „/Józef chodzi w dziurawym palcie,/ (…) /Obręcz ciernia jest jak skakanka/”. Jego program ewangelizowania, którego narzędziem stała się jego cudowna poezja, zawiera się w wierszu pt. „Jezu” : „Jezu, mądrzejszy od teologii/ bliższy od reguł życia wewnętrznego/ przepisów na zbawienie/ odwrotna strono rozpaczy/ świecący nawet niewierzącym jak ogromne ciało dobroci/ ile razy klękam przed Tobą/ z wszystkimi dowodami na istnienie Boga w torbie mózgu/ i bezradną mordką swej łzy/ prosząc/ abyś mnie nauczył/ cierpienia bez pytań.” LICENCJA NA HUMOR Przypadek księdza Twardowskiego i księdza Pawlukiewicza to chyba wciąż przypadki odosobnione. Wydaje się, że „odwaga w słowie” (znowu – nie w istocie, ale w sposobie wyrażenia) jest udziałem księży często związanych z dużymi ośrodkami duszpasterstw akademickich. Na szczęście, budujący jest fakt, że ten stan rzeczy zmienia się (choćby, a może i głównie poprzez wpływ zaistnienia ewangelizacji w przestrzeni Internetu). I dobrze, bo katolicyzm wcale nie musi być smutny, poważny i patetyczny, jak i smutna, poważna i patetyczna nie musi być poezja („/ Spraw niech poeci piszą wiersze prostsze od wspaniałej poezji/ ks. J. Twardowski”). 

s. 29


TEMAT NUMERU

Jak sobie radzić z jesienną depresją? Smutno, ponuro, ciągłe zmęczenie, poczucie pustki i samotności. Niczego się nie chce. Życie zaczyna boleć. Depresja to choroba którą należy leczyć. Czasami jednak to nic poważnego, tylko zwykła jesienna chandra spowodowana brakiem światła słonecznego. Tak czy inaczej, znane są skuteczne, łatwe i przyjemne środki, które zawsze mogą pomóc. A nauka? Tylko to potwierdza!

Krzysztof Reszka 1. TWOJE CIAŁO TO TWÓJ SOJUSZNIK! Dawniej człowiek musiał włożyć wiele wysiłku w to, aby przetrwać. Najpierw biegał za zwierzyną, a później ciężko pracował w gospodarstwie. Dzięki temu cały czas był w ruchu a jednocześnie we wspólnocie z innymi. To było coś naturalnego. Natomiast w dzisiejszym świecie, gdy człowiek bywa wyobcowany i pogrąża się w bezruchu, coraz częściej nie ma możliwości odreagowania stresu. Zastanówmy się - co robią zestresowane, wystraszone antylopy? Jak sobie radzą z trudną sytuacją? Czym się ratują? Ucieczką. Bieganiem. Wielką mądrość przekazuje nam filmowy Forrest Gump, który w kryzysowej sytuacji po prostu zaczął biegać. W świetle najnowszych badań, tak właśnie powinien zrobić. Endorfiny, fenyloetyloamina, anandamid - to tylko niektóre "hormony szczęścia" jakie zdaniem naukowców wydzielają się w naszym organizmie pod wpły-

s. 30

“To, o czym od wie-

ków mówili mędrcy, filozofowie i prorocy świata, dziś potwierdzają naukowcy i badacze mózgu. Czucie i wiara oraz mędrca szkiełko i oko w tym właśnie zgadzają się całkowicie: więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu. wem wysiłku fizycznego. Biorąc pod uwagę, że wymienione substancje są chemicznie spokrewnione z morfiną, amfetaminą i substancjami zawartymi w marihuanie, hasło "ćpaj sport" - nabiera bardzo dosłownego znaczenia. W ostatnich latach lawinowo rośnie liczba zachorowań na depresję. Co jest przyczyną tych negatywnych zmian? Czy w postępie ludzkości coś poszło

nie tak? "Mało prawdopodobne, by w ciągu ostatniego stulecia w naszych mózgach zaszły jakieś istotne zmiany, za to nasze życie przeszło prawdziwą rewolucję. Nikt już nie pierze na tarze, nie ubija masła, nie farbuje tkanin, nie robi przetworów na zimę. Obowiązki, które były chlebem powszednim w czasach naszych dziadków, silnie wpływają na emocje. (...) Praca fizyczna aktywizuje i angażuje mózg w o wiele bardziej dynamiczny i lepszy sposób niż leki antydepresyjne zaprojektowane tak, by zmieniać pojedynczą reakcję neurochemiczną. Spędzając coraz więcej czasu za biurkiem i zarabiając pieniądze na to, by tych prac nie wykonywać, stajemy się wrażliwsi na zaburzenia depresyjne. Bo mózg człowieka tak ewoluował, by poruszać ciałem na wiele różnych sposobów i oddziaływać z otoczeniem. A coraz bardziej „bezwysiłkowa” codzienność sprawia, że mózg staje się bezczynny, otrzymuje mniej bodźców. Efekt?


Większy poziom stresu i niepokoju, który często kumuluje się i przeradza w symptomy depresji. "W dobie fascynacji psychoterapią i łykaniem tabletek zapominamy o ciele" – zauważa prof. Kelly Lambert, psychiatra, autorka książki "Lifting Depression". Mamy więc rozwiązanie: trzeba się ruszać! Prof. Lambert twierdzi, że każdy wysiłek prowadzi do uczucia przyjemności i zadowolenia, a także trzyma w ryzach neurobiochemiczną równowagę w naszym mózgu. Według zaleceń brytyjskiej National Health Service nawet krótki spacer w porze lunchu może poprawiać samopoczucie. Praca fizyczna może pomóc osobom, które są na granicy depresji albo właśnie z niej wychodzą – mówi prof. Joanna Rymaszewska z Kliniki Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. 2. DIETA Brytyjski dietetyk Patrick Holford zaleca przestrzeganie diety, która utrzyma niski poziom cukru i będzie bogata w kwasy omega-3. Przepis na antydepresyjną dietę brzmi: ogranicz ilość kawy i herbaty, wystrzegaj się czekolady, alkoholu i ogranicz palenie. Jedz jak najwięcej owoców, warzyw, kiełków pszenicy i co najmniej trzy razy w tygodniu tłuste ryby. Unikaj smażonych i mocno przetworzonych pokarmów. Holford radzi także, by jeść dużo orzechów, siemienia lnianego, nasion dyni, słonecznika i sezamu. Warto też pić codziennie tran. To właśnie ryby i tran obfitują w witaminę D,

której niedobór sprzyja przygnębieniu, przewlekłemu zmęczeniu i bezsenności. W depresji często mamy do czynienia z obniżonym poziomem serotoniny w mózgu. Ten neuroprzekaźnik, produkowany jest z tryptofanu, aminokwasu który dostarczany jest wraz z pożywieniem. Tryptofan poprawia nastrój, ale jeśli brakuje go w codziennej diecie, nasz organizm nie potrafi wytworzyć go samodzielnie. Znaczne ilości tryptofanu znajdują się w soi, pełnoziarnistych produktach zbożowych, świeżych owocach - zwłaszcza bananach, orzechach, migdałach, nasionach, mleku oraz żółtych serach. Szczególnie wysokie stężenie tryptofanu występuje w trzech przysmakach, które warto zapamiętać jako antydepresyjne trio: ziarno sezamu, ziarno słonecznika i pestki z dyni. Te trzy przekąski oraz mleko zawierają białka szczególnie bogate w ten cenny aminokwas Trzeba jednak zauważyć, że używki - choć mogą dawać chwilowe złudzenie poprawy - w ostatecznym rozrachunku przyczyniają się do długotrwałego obniżenia nastroju i wyrządzają wiele szkód w organizmie, np. niszczą witaminę B1. Spożywanie alkoholu obniża również poziom serotoniny w mózgu, co sprzyja depresji. Podobnie słodycze: dają chwilowy zastrzyk energii, ale wkrótce przychodzi jeszcze większe wyczerpanie. O wiele bardziej przyjazne dla naszego organizmu są złożone węglowodany zawarte w warzywach, kaszach i ciemnym

pieczywie. Takie produkty pozwalają nam cieszyć się stałym, spokojnym i długotrwałym przypływem energii. 3. SEN Może zabrzmi to banalnie albo zuchwale, ale z doświadczenia wiem, że niektóre problemy egzystencjalne można rozwiązać, po prostu porządnie się wysypiając. Jeśli niedosypiasz z powodu nawału pracy pamiętaj, że kiedyś w końcu trzeba się zregenerować. Problemem może być nadużywanie kawy, mocnej herbaty, coli i napojów energetyzujących pitych w ciągu dnia, by się obudzić. Mogą one powodować problemy z wieczornym zasypianiem, co skutkuje znów sennością o poranku. W ten sposób popadamy w błędne koło. Warto więc ograniczyć napoje z kofeiną, pić je rzadziej i najlepiej przed południem. Dobrym rozwiązaniem jest także wprowadzenie w ciągu dnia małej, regeneracyjnej drzemki trwającej 10-15 minut. W tym krótkim czasie zdążymy odświeżyć umysł, ale nie zdążymy zaburzyć swojego rytmu snu i czuwania. 4. MAŁE WYZWANIA, WIELKIE KORZYŚCI Kiedy kamień ciągle się toczy, wtedy nie obrasta mchem. Lew ma wyostrzone zmysły, kiedy jest głodny i ściga zwierzynę. Ale co się stanie, gdy zamkniemy go w klatce i będziemy regularnie karmić? Nie będzie musiał podejmować żadnych wysiłków, nie będzie się ścigał ani walczył. Skapcanieje. Stanie się apatyczny. Podobnie

s. 31


rzecz się ma z człowiekiem. Trzeba podejmować wyzwania. Na początek małe, dobre rzeczy które można zrobić, aby dostarczyć sobie satysfakcji. Może warto zrobić listę ciekawych spraw, które można załatwiać i odznaczać z dumą te, które właśnie zostały wykonane? Według prof. Kelly Lambert robienie na drutach czy mozolne czyszczenie okna ze starej farby to nic innego jak mentalna witamina, która buduje emocjonalną odporność. Wiele nerwic i smutku bierze się egocentryzmu i wyobcowania. Okazuje się, że szczególną wartość terapeutyczną ma... - UWAGA! - zrobienie czegoś dobrego dla innych. To, o czym od wieków mówili mędrcy, filozofowie i prorocy świata, dziś potwierdzają naukowcy i badacze mózgu. Czucie i wiara oraz mędrca szkiełko i oko w tym właśnie zgadzają się całkowicie:

obywatele. 21 marca 2008 w magazynie „Science”, ukazały się wyniki badań, jakie przeprowadzili naukowcy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie oraz z Harwardzkiej Szkoły Biznesu w USA. Po serii wyrafinowanych testów i różnorodnych eksperymentów psychologicznych, badacze doszli do wniosku, że zachowanie altruistyczne - pomaganie innym ludziom i działalność charytatywna - owocuje satysfakcją i polepszeniem nastroju. Okazało się, że poczucie szczęścia zależy nie tyle od stanu posiadania czy pomyślnych okoliczności, ale jest przede wszystkim skutkiem ubocznym podjętych działań prospołecznych. Profesor Stephen Joseph z Uniwersytetu w Nottingham, ekspert od psychologii szczęścia, który był zaangażowany w badania – pow-

gdy badani przekazywali pieniądze dobrowolnie. Te dwa rejony mózgu aktywizują się, gdy zaspokajamy nasze podstawowe potrzeby — jemy coś smacznego lub słyszymy komplement, co sugeruje istnienie bezpośredniego neurologicznego związku między pomaganiem innym a odczuwaniem szczęścia.

więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu. Wolontariusze cieszą się lepszym zdrowiem psychicznym i dłużej żyją - wynika z analizy przeprowadzonej przez brytyjskich uczonych i opublikowanej w czasopiśmie "BMC Public Health". Naukowcy z University of Exeter Medical School w Wielkiej Brytanii, dokonali przeglądu wyników dotychczasowych badań nad ludźmi udzielającymi się w wolontariacie. Stwierdzili, że wolontariusze rzadziej cierpią na depresję, odczuwają większą satysfakcję z życia i wyższy poziom dobrostanu psychicznego. Ponadto dobroczyńcy zazwyczaj żyją dłużej niż pozostali, mniej aktywni społecznie

iedział: „Większość badań w przeszłości wykazało, że pieniądze nie są zbyt istotne w doświadczeniu szczęścia. Ważne są rzeczy, które dokonują się w relacjach z innymi ludźmi i sprawy które pomagają ukazywać znaczenie, cel życia. Myślę, że to jest to, co mówią niniejsze badania”. Warto wspomnieć obserwacje, jakie wraz z zespołem prowadził neuroekonomista William Harbaugh z Uniwersytetu Stanu Oregon (USA). Badania tomograficzne ujawniły, że podczas gdy badani widzieli, jak ich pieniądze przekazywane są potrzebującym, dwa obszary mózgu, jądro ogoniaste i jądro półleżące, były szczególnie aktywne, przy czym aktywność ta wzrastała,

isty. Nie należy jednak oczekiwać, że łykanie pigułek przyniesie rozwiązania w kwestiach takich jak sens życia, miłość, cierpienie, śmierć i zbawienie. Wystrzegając się jednak mieszania dwóch porządków, nie zapominajmy że człowiek jest pewną całością ciała, psychiki i ducha. Dlatego tych spraw nie powinno się również oddzielać, gdyż one wzajemnie na siebie oddziałują. I tak np. spowiedź, mimo że nie jest psychoterapią lecz sakramentem, może wywierać bardzo pozytywne skutki uboczne w sferze psychicznej. Mieszkający w USA amisze, którzy prowadzą proste, pobożne, wiejskie życie, są społecznością, gdzie zaburzenia depresyjne praktycznie nie występują.

s. 32

5. RELACJA Z BOGIEM I LUDŹMI Duchowość i psychologia to dwie odrębne dziedziny i każda z nich powinna mieć swoją autonomię. Tak jak psychologia nie ma kompetencji, by wyrokować w sprawach religijnych, tak i wiara w Boga nie neguje wartości leków przeciwdepresyjnych, które czasem mogą być potrzebne. Osoba chora na schizofrenię, choć może szukać pocieszenia w rozmowie z księdzem, powinna także leczyć się u specjal-


Ma w tym swój udział właśnie wprowadzanie w życie biblijnych nauk, trwałe więzy rodzinne, poczucie wspólnoty i obfitość pracy fizycznej. Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, pisze: "Wszystkie znaczące religie wskazują na to, że nasz sposób widzenia i rozumienia życia i świata obarczony jest kardynalnym błędem egocentryzmu. Namawiają do podejmowania wysiłków w celu uświadomienia sobie tego, że nasze istnienie nie jest oddzielone od nieprzemijającej, niepodzielnej, doskonałej Rzeczywistości - a także budują w nas wiarę w możliwość osiągnięcia prawdziwego zrozumienia i wskazują drogi, które nas do niego przybliżają. (...) Wiara to zdolność do przekraczania naszego egocentrycznego punktu widzenia na świat. Im mniej egocentryzmu, im mniej tymczasowych, fanatycznie podtrzymywanych tożsamości, im mniej słów, koncepcji i ideologii, tym więcej miejsca na wiarę, a tym samym na pokój i miłość". Francuski socjolog, filozof i pedagog, Émile Durkheim (1858-1917), zajmował się problemem samobójstwa i wykazał pozytywny wpływ społeczności skupionych na relacji z Bogiem i bliźnimi. "Durkheim właśnie widział w religii siłę integrującą i ustalił, że samobójstwa są odwrotnie proporcjonalne do integrującego charakteru religii: więcej samobójstw jest wśród protestantów niż wśród katolików, więcej wśród katolików niż wśród żydów, tak jak gdyby przynależność do kościoła o typie wspólnoty uwalniała jednostkę od jej własnych trudności, i jak gdyby liczba samobójstw zwiększała się w miarę przechodzenia od religii o charakterze wspólnoty do

religii bardziej indywidualistycznych". Socjolog z University of Wisconsin-Madison, Chaeyoon Lim i Robert D. Putnam z Harvard University stwierdzili, że bliskie przyjaźnie zawierane w grupach religijnych są istotne dla wysokiego poziomu szczęścia u osób wierzących. Rzeczywiście, księgi mądrościowe nauczają: „Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł (…). Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bojący się Pana” (Syr 6,14.16); „Przyjaciel kocha w każdym czasie, a bratem się staje w nieszczęściu” (Prz 17,17). Według badań z 2012 r. przeprowadzonych przez Uniwersytet Nawarry w Hiszpanii, w Europie najszczęśliwsi są katolicy i protestanci. Poczucie szczęścia jest wprost proporcjonalne do zaangażowania religijnego – wykazali hiszpańscy uczeni. Największymi szczęśliwcami okazali się konserwatyści i to pomimo - a może właśnie w wyniku etycznego rygoryzmu, którego wymaga od nich wiara. Ale dotyczy to jedynie katolików i protestantów. Analizy zostały dokonane na podstawie danych pochodzących z 24 państw Europy. Także w latach 2002, 2003, 2004 i 2006 – w ramach „European Value Study”, przeprowadzano badania w 24 krajach Europy. Analizę dogłębnych studiów przeprowadził serwis Mercator.net. Stwierdzono, że: 1) Istnieje ścisła zależność między szczęśliwością a religijnością; 2) katolicy i protestanci są o wiele bardziej szczęśliwi niż inne grupy; 3) istnieje pozytywna korelacja między zaangażowaniem w wiarę a poziomem szczęśliwości: ci którzy deklarują, że chodzą do kościoła codzi-

ennie, są szczęśliwsi niż ci, którzy nie chodzą nigdy. J.T. Fisher, psychiatra, stwierdza: „Gdybyśmy mieli zebrać wszystkie co do jednego autorytatywne artykuły, jakie kiedykolwiek zostały napisane przez najlepszych psychologów i psychiatrów na temat zdrowia psychicznego, gdybyśmy je wszystkie połączyli, udoskonalili i oczyścili z gołosłowia, gdybyśmy wydobyli z tego samą istotę i gdybyśmy tę czystą, nieskażoną naukową wiedzę przekazali najlepszym żyjącym poetom do zwerbalizowania, otrzymalibyśmy niepełne i niezgrabne podsumowanie Kazania na Górze. W porównaniu z oryginałem strasznie by ucierpiało. Od prawie dwóch tysięcy lat świat chrześcijański trzyma w rękach pełną odpowiedź na dręczące go, bezowocne tęsknoty. Oto (…) instrukcja udanego ludzkiego życia pełnego optymizmu, zdrowia psychicznego i zadowolenia”.  Źródła: E. Nieckuła, “10 sposobów na jesienną depresję” http://www.naukawpolsce.pap.pl/ aktualnosci/news,396849,wolontariat-jest-korzystny-dla-zdrowia.html J. Randerson, “The path to happiness: it is better give than receive” B. Frańczak, “Szczęśliwy mózg altruisty” W. Eichelberger, "Co z tym światem?" R. Bastide, "Socjologia chorób psychicznych" Religia sposobem na szczęście? http:// ekai.pl/wydarzenia/ciekawostki/x50154/ religia-sposobem-na-szczescie/] J.T. Fisher, L.S. Hawley, „A Few Buttons Missing”

s. 33


TEMAT NUMERU

Tu polew, tam polew. Polak

(o)śmiesz(o)ny Mam wrażenie, że w Polsce śmiech to najlepsze lekarstwo jak na nasze rodzime warunki – łatwo dostępne i za darmo. Tutaj wszystko się obśmiewa, wręcz wyszydza. Nawet kompleksy leczy się metodą domową – siostrą śmiechu - ironią.

Anna Gadowska

D

obre parę lat temu, gdy jeszcze dreptałam do podstawówki, bardzo popularny był w środowisku lokalnych kolekcjonerów płyt CD remiks muzyczno-recytowany, w którym to do melodii starych, biesiadnych, polskich „Kaczuch” autor przypiął jąkające się w rytm piosenki głosy polityków, powycinane zgrabnie z różnych, jak przypuszczam, przemówień. Wkrótce twór zaczął podbijać muzyczną strefę Internetu pod szyldem „całej prawdy o polskim Sejmie”. Refren posklejany z wyrwanych z kontekstu wyrazów wyglądał mniej więcej tak: „Tyki tyki polityki, tyki tyki polityki, tyki tyki polityki, kwa kwa kwa…”. Przemierzając drogę z domu do szkoły, tyki-tykowałam sobie pod nosem, uśmiechając się głupkowato. Dorastałam w przekonaniu o „zabawowości” polityki, nie mając za bardzo pojęcia, o co właściwie chodzi - wszyscy się śmieją, więc trzeba

s. 34

“Dorastałam w prze-

konaniu o „zabawowości” polityki, nie mając za bardzo pojęcia, o co właściwie chodzi wszyscy się śmieją, więc trzeba się śmiać. Już amerykańskie sitcomy wyrobiły tyki-tykującemu dziewczęciu nawyk śmiania się ze wszystkiego. się śmiać. Już amerykańskie sitcomy wyrobiły tyki-tykującemu dziewczęciu nawyk śmiania się ze wszystkiego. Po latach milczenia ojców i dziadków, strachu przed „wronami” i innym złem, moje pokolenie dostało zamiast spirali milczenia – spiralę śmiechu, niemal wyrytą w swoim genomie. Wszystko wówczas obracano w żart na wszystkie możliwe sposoby. Bezradność, zniechęcenie i zazdrość stadnie gromadziły w

swoich lożach prześmiewców, skąd pokazywali oni paluchami to na polityczną scenę, to na samych siebie jedni na drugich. Całość z powodzeniem mogłyby zastąpić wieczorynkę. Śmiech to zdrowie. Bez wątpienia każdy z nas odczuł niejednokrotnie na samym sobie, jak bywa zbawienny dla samopoczucia, a i nawet fizycznej kondycji, duża, kaloryczna porcja śmiechu. Coraz częściej można dziś usłyszeć o gelotologii – dziedzinie (przypuszczam, że już naukowej, bo sporo artykułów na ów temat można wygrzebać w zagranicznej prasie), której wyznawcy pieczołowicie opracowują ramy teoretyczne i kolejne paradygmaty śmiechoterapii. Ale żeby terapia mogła być skuteczna, lekarstwo powinno dawkować się rozważnie. Między śmiechem a śmiechem może być bowiem dość istotna różnica. Zdrowy śmiech niesie ze sobą zdrowe korzyści. Ten prześmiewczy jednak może już nas w takowe nie wyposażyć.


Mam wrażenie, że w Polsce śmiech to najlepsze lekarstwo jak na nasze rodzime warunki – łatwo dostępne i za darmo. Tutaj wszystko się obśmiewa, wręcz wyszydza . Nawet kompleksy leczy się metodą domową – siostrą śmiechu - ironią. I tak w bardzo łatwy sposób ze zdrowego, szczerego, konwulsyjnego przypływu endorfin „prosto z serca”, mamy bardzo toksyczny, zakaźny rechot koszarowy. Medialno-polityczne grzebanie we wraku smoleńskiego Tupolewa, zamieniło ludzką tragedię w groteskowe youtube-owe monstrum, przemierzające wszystkie internetowe fora, blogi i zmieniając się ostatecznie w prześmiewcze memy i czarno-humorzaste dowcipy. „Tu polew, tam

polew”. He he. Zewsząd słychać sfrustrowany śmiech z cudzych sukcesów i usatysfakcjonowany wyraz radości z okazji czyjejś porażki. Na Facebooku możemy pośmiać się z fanpejdżowych „Kościołów, które udają kury”, „Miejsc w Warszawie, zamiast których powinna być Biedronka” i tak dalej, i tak dalej. W międzyczasie gdzieś rozmywa się granica między tym, co samo w sobie bawi, bo z założenia miało być zabawne, a tym, co dostało etykietkę śmieszności od nudzących się, kreatywnych “wytwórni” trendów. Ale spirala śmiechu nie przestaje się nakręcać. Mam wrażenie, że spora część nas, Polaków, na dobrą sprawę i najdobitniej rzecz ujmując, nie

potrafi się śmiać. Prócz śmiechoterapii wprowadzanej coraz częściej do najróżniejszych ośrodków edukacyjno-wychowawczych, powinno powstać coś na kształt instytutu śmiechoznawstwa stosowanego, dla uświadamiania, z czego właściwie my, Polacy, się śmiejemy albo… kogo ośmieszamy. Śmiem twierdzić, że nikogo innego – i tu chyba mało kogo zaskoczę – jak samych siebie.

s. 35


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Biskupi listy piszą... Co jakiś czas, po Ewangelii, ksiądz powinien wyjść na ambonę lub w inne przeznaczone ku temu miejsce i wygłosić kazanie. Bardzo często zaczyna się ono od słów: „List Konferencji Episkopatu Polski...” Czy to jest dozwolone? Okazuje się, że nie.

Rafał Growiec

J

ak wygląda Msza święta każdy szanujący się katolik wie: po czytaniach powinna nastąpić homilia, czyli objaśnienie danego fragmentu Pisma. Ksiądz powinien wyjaśnić wiernym, jak Ewangelia, która usłyszeli ma się do ich życia. Odpowiednio przygotowana homilia zdziała większe cuda niż dziesięć katechez szkolnych. Dlaczego więc powszechną praktyką jest czytanie w tym czasie listów biskupów? Przyczyn jest kilka. Jedna z nich to lenistwo niektórych księży, którzy wolą odczytać gotowy tekst niż napisać własny i go wygłosić. Innymi słowy, biskupi wyręczają wikarego w jego obowiązkach wobec parafian. Druga to powszechna praktyka wymuszania praktyki zastępowania homilii listem pasterskim przez proboszczów, dziekanów a nawet Kurię. Po prostu przełożeni chcą dotrzeć do ludzi. Oczywiście, można dokonać odczytu po Mszy

s. 36

“Ten siermiężny,

toporny styl wpływa, że w czasie odczytu listu szybciej serca biją tylko tym, którzy liczyli na kazanie. Czasem wręcz zalewa potworna niechęć do księdza, który monotonnie i beznamiętnie odczytuje kolejne przemyślenia przegłosowane prawno -teologiczne. lub przed nią, albo przy ogłoszeniach duszpasterskich. Ale wtedy ryzykujemy, że połowa ludzi zdąży wyjść z Kościoła spiesząc się na niedzielny obiad albo zakupy albo umyślnie przyjdzie później. Czasem wydaje się, że list pasterski może w pewien sposób zastąpić homilię, jest to złamanie kilku przepisów liturgicznych – na przykład punktu 52. soborowej

Konstytucji o Liturgii „Sacrosanctum Concilio”. Homilia powinna odnosić się do czytanej Ewangelii a nie tego, co w danym okresie niepokoi biskupów czy tego, na co chcieliby oni zwrócić uwagę. Ponadto mamy do czynienia ze swoistym wybiciem z rytmu, wypadem daleko poza tematykę danych wersetów. Po homilii następuje wyznanie wiary, które powinno być odpowiedzią na usłyszane słowo Boże. Jak się to ma do przygotowań do Światowych Dni Młodzieży czy niepokojących zachowań władzy? Czasem się zdarzy list pasterski z okazji danej uroczystości, powiązany z dobraną specjalnie na ten dzień Ewangelią, ale to nie zmienia sytuacji. Nadal lepszym byłoby nawet średnie kazanie niż dobry list pasterski. Dlaczego? MAGISTROWIE PISZĄ DO LAIKA Biskupi zbierający się na Konferencjach Episkopatu posługują


TEMAT NUMERU

się specyficznym językiem, wynikającym po części z ich teologicznego wykształcenia, a po części z próby dotarcia do wszystkich. Rzadko który list wychodzi stylem poza ramy urzędowego dokumentu. Choć niejeden biskup potrafi wygłosić piorunujące kazanie, to jednak środki stosowane w homilii nie mogą mieć miejsca w piśmie oficjalnym. Brakuje też bliskości z czytelnikami. Przyjrzyjmy się samej archidiecezji katowickiej, w której skład wchodzą i wielkie ośrodki, jak i niewielkie wsie. Jak napisać list, który dotrze i do magistra farmacji z Chorzowa jak i do rolnika spod granicy polsko-czeskiej? Lepiej już jest z listami biskupimi, choć i te niekiedy potrafią uderzyć nieprzyjemnie drętwotą i oderwaniem od życia. Ten siermiężny, toporny styl wpływa, że w czasie odczytu listu szybciej serca biją tylko tym, którzy liczyli na kazanie. Czasem wręcz zalewa potworna niechęć do księdza, który monotonnie i beznamiętnie odczytuje kolejne przemyślenia przegłosowane prawno-teologiczne. Reszta Kościoła zgromadzonego

w kościele przysypia lub stara się przeczekać. Być może pomogłaby na to zmiana sposobu tworzenia takich epistoł. Paradoksem jest, że to właśnie na biskupach spoczywa obowiązek dbania o jakość kazań i homilii wygłaszanych przez diecezjalnych księży. Dlaczego więc właśnie ci biskupi uniemożliwiają to poprzez tworzenie listów, które powinny trafić do wszystkich, ale nie trafią do nikogo z powodu formy, treści i metody przekazu? CO Z TYM FANTEM ROBIĆ? Wiele osób wskazuje na potrzebę zreformowania metod kontaktu biskupów z wiernymi. Musi się znaleźć lepszy sposób na dotarcie do ludzi, którzy w kościele zjawiają się na półtorej godziny, potem zaś nie biorą do ręki mediów katolickich. A i raczej wątpliwe, czy ktokolwiek z nich mając do wyboru trzy krwiste felietony i czytanie długiego, monotonnego przesłania zechce wybrać to drugie. Podobnie ma się rzecz z radiem i telewizją. Nie wiem też ile parafii stać na rozdawanie wydrukowanych ulotek z listem oraz ile z takich broszur

wylądowałoby w najbliższym śmietniku. Sprawa listów pasterskich wymaga odwagi nie tylko od biskupów, którzy je tworzą (by zmienili styl), ale też od prostych księży i wiernych, by pewne zmiany na sobie wzajemnie wymuszać. Księża muszą czasem postawić się zwierzchnikom, ale też sami wziąć się do roboty i przygotowywać dobre kazania. Słuchacze zaś powinni wymagać, wymagać i jeszcze raz wymagać, by chociaż kapłan próbował list przetłumaczyć z biskupiego na nasze zamiast bezmyślnie go odczytać. Niezależnie od obranej metody, przed nami długa droga. Ale być może doczekamy się kiedyś Listu pasterskiego na temat tego, że nie należy czytać listów pasterskich w ramach homilii. Ot, mieliby wierni ubaw w czasie odczytywania. 

s. 37


STAN UMYSŁU: GALICJA

W stronę walca:

osobistości czy osobliwości. Wariacje na wprowadzenie „Die Erde bewegt sich zwischen zwei Polen, Franz Joseph zwischen vier” – Ziemia obraca się między dwoma biegunami, Franciszek Józef – między czterema Polakami / powiedzenie wiedeńskie

“Nie chodzi mi, co

Maja Mroczkowska

C

iekawa rzecz. Walc wiedeński liczy się „na trzy”. Kujawiak, oberek i polonez – także. Mazur prawie, bo albo na 3/4 albo na 3/8, ale to Mazowsze, subtelności. Jednak nie tak rzecz ma się z krakowiakiem: tu się liczy „na dwa”. Jak, będąc Polakiem, „tańczyć” na szczytach cesarsko-królewskiej monarchii? Między taktami, a może w ogóle „stepować” swoje? W każdym razie – na pewno – to „wesoła apokalipsa”. OSOBISTOŚCI I ŚWIATŁOCIENIE Jeśli mowa o Polakach, którzy zrobili kariery na szczytach c.k. monarchii austro-węgierskiej, należy brać pod uwagę grono kilkudziesięciu osób. W tym artykule wprowadzającym nie jest jeszc-

s. 38

wielu zarzuca osobom interesującym się tematem Galicji, o uderzanie w melancholijną nutę czy tworzenie dobrodusznej gawędy. Raczej o, być może nieco ekstrawagancką, analizę porównawczą postaw Polaków. ze moim celem powoływać się na konkretne nazwiska jak – by przywołać zaledwie kilka dla przykładu – Agenor Romuald Gołuchowski, Julian Dunajewski czy Kazimierz Badeni. To zamierzam uczynić w kolejnych odcinkach. Chodzi raczej o przedstawienie mentalnego pejzażu, który towarzyszy historiom tych postaci, okolicznościom cza-

su, wartościowaniu, pograniczom zarówno terytorialnym, jak i świadomościowym. Jeśli Galicja to swego rodzaju theatrum mundi, to chcę, nim jeszcze pojawią się aktorzy, rzecz słówko o scenografii, efektach, aktach, budkach suflera, kulisach i oświetleniu – o światłocieniu. ABSTRAHUJĄC (?) Nie chodzi mi, co wielu zarzuca osobom interesującym się tematem Galicji, o uderzanie w melancholijną nutę czy tworzenie dobrodusznej gawędy. Raczej o, być może nieco ekstrawagancką, analizę porównawczą postaw Polaków wtedy – pod wpływami austriackimi – i teraz – pod wpływami… różnymi (?) i tym, jak się je wartościuje, interpretuje. Oprócz wspomnianych wpływów


interesują mnie również sposoby adaptacji: powstawanie alternatywnych form patriotyzmu czy podwójna lojalność? Zdawać by się mogło, że pewne typy i układy historyczne powracają, tylko w postaci zmodyfikowanej, zmodernizowanej (?) sekwencji. OSOBY POGRANICZA Polaków, którzy zrobili kariery na szczytach politycznych monarchii albo się podziwia, albo oskarża, albo docenia, dorzucając jednak listę konkretnych „ale”. Podziwia ze względu na geniusz prowadzący do sukcesu; oskarża o zaprzedanie się, karierowiczowskie wykorzystanie sytuacji, nie bacząc na polsko-martyrologiczno-romantyczne ideały; docenia ze względu na zasługi względem rodaków – ale – kosztem zniemczenia i ambiwalentnej akulturacji. Z tej okazji powstała nawet satyryczna wersja katechizmu małego Polaka: „Kto ty jesteś? – Austriak mały. Twa ojczyzna? – Kronland cały!”. Ta talia nie zapowiada jednoznacznych rozdań. Jest to też trudny materiał do snucia legend dydaktycznych czy patriotycznych, chyba że niejasnej proweniencji. Światłocień. Wierzę w to jednak, że nie ma straceńczych kontekstów – są tylko uśpione umysły. Nie chcę upuścić żadnego sensu, nie dla roz-

rywki intelektualnej czy ujeżdżania mojego „galicyjskiego konika”, ale aby rozumieć, nie przestawać drążyć. EWOLUCJA I PRZESŁANKA Jeśli chodzi o zakres czasowy polskich wpływów na szczytach c.k. monarchii, mowa jest o siedmiu dekadach. Waldemar Łazuga, autor niedawno wydanej, poświęconej temu tematowi książki „Kalkulować”, zaproponował podział tego okresu na trzy kategorie-moduły działalności Polaków, które mają obrazować jednocześnie ewolucję, jaka się w tej przestrzeni dokonała. Początkowy etap autor sugeruje określić hasłem „od kontestacji do akceptacji”, następny „od akceptacji do konstelacji”, a ostatni – trzeci (tutaj dwustopniowo) „od konstelacji do orientacji” i „od orientacji do końca”. Każda z tych małych „epok” wiąże się z konkretnymi nazwiskami oraz procesami, czego analizę zamierzam uczynić przedmiotem kolejnych artykułów. Niepozbawiona intertekstualno-kulturowych odnośników zdaje się tutaj także liczba 70. Szczególnie w Biblii ma ona swoją symbolikę. Zgodnie z „Księgą Jeremiasza” tyle lat ma trwać spustoszenie Jerozolimy, zanim Bóg „wypełni swoją pomyślną zapowiedź” (Jer 29,10) i Naród Wybrany powróci z niewoli babilońskiej. Proroctwo to po-

brzmiewa jeszcze w kilku miejscach Starego Przymierza (Testamentu), w rozdziale dziewiątym „Księgi Daniela”, siódmym „Księgi Zachariasza”. Jak leitmotiv. Te z kolei lubią w czasie ulegać transfiguracjom (?). PREFIGURACJE Galicja bywa określana „prefiguracją Unii Europejskiej”. Jeśli tak, pochylenie się zawczasu nad prefiguracjami osobowymi (w postaci polskich polityków na austriackich salonach) będzie dobrym treningiem i pogłębieniem w rozumieniu współczesnych kontekstów. Może jeśli zostanie odrobiona ta lekcja, inne będzie postrzeganie i wartościowanie zachowań Polaków na wysokich stanowiskach unijnych dzisiaj? Jerzy Buzek, Donald Tusk, Elżbieta Bieńkowska. A może nie ma o czym mówić? Światłocienie, osobliwości, przesłanki, pogranicza – jednak na końcu „grozi” mądrość, uczciwa i odbyta. O ile we wstępie pisałam o „wesołej apokalipsie” w odniesieniu do tamtego czasu, teraz, już powołując się na rzeczywistą „Apokalipsę według św. Jana”, chcę szepnąć: „Tu jest potrzebna mądrość” (Ap 13, 18). Bo, zdaje się, w żaden sposób nie żyjemy w próżni. Zapraszam. cdn. 

s. 39


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Dzieci wesoło

wybiegły ze szkoły

Dużo czasu zajęło mi wymyślenie historii takiej piosenki, która pasowałaby do numeru o poczuciu humoru. I złapałem się na tym, że chyba słucham zbyt dużo poważnego materiału muzycznego, a jedyny śmiech, często bardziej z zażenowania, pojawia się, gdy słyszę disco polo czy ostatnio popularnych Braci Figo Fagot, parodiujących disco polo. Mateusz Nowak

N

ie, nie będę się brał za wymieniony tu zespół, ich tekstów nawet nie należy interpretować. W zamian za to, niemal w ostatniej chwili, wpadłem na inną grupę, która w swoich utworach zawsze zawierała dużo humoru, a takie utwory jak "Dzieci", "Włosy", "Człowiek z liściem" czy "Co ty tutaj robisz" są powszechnie przecież znane i lubiane. Tak więc dzisiaj bardziej nawet o zespole niż o konkretnej piosence. Weźmy się za Elektryczne Gitary. Rok 1992, pierwsza płyta i od razu największy sukces zespołu. Czasem tak właśnie bywa, że ciężko jest już później nawiązać do poziomu, który ustanowiło się na samym początku istnienia. Z albumu "Wielka radość" pochodzi większość znanych nam hitów Elektrycznych Gitar. Późniejsze krążki nie dały zdobyły już aż takiej popularności. Co prawda na przełomie wieków udało im się jeszcze dotrzeć do naszej świadomości, dzięki muzyce nagranej do "Kilera" i "Kilerów dwóch", jednak

s. 40

“Sam dobrze pamię-

tam, że jako mały dzieciak, jadąc na różne obozy w autokarze czy siadając na koloniach przy ognisku, to razem ze starszymi znajomymi zawsze śpiewałem ten utwór. ich albumy studyjne nie cieszyły się już aż taką popularnością. Skupię się więc jedynie na tych utworach, które wszyscy znamy. Kuba Sienkiewicz, neurolog i wokalista Elektrycznych Gitar, a do tego autor większości utworów, często podkreślał, że muzykę traktuje bardzo swobodnie i nie przywiązywał się mocno do aranżacji rockowych, a teksty tworzył z reguły ironiczne, wyśmiewające otaczającą nas rzeczywistość. W sumie używanie tu czasu przeszłego jest niewskazane, ponieważ zespół nadal

działa i tworzy. Stylistyka jaką obrały Elektryczne Gitary stała się pewnego rodzaju unikatem, stworzyli na pewno swój własny, rozpoznawalny styl, co nie udaje się przecież każdemu. I chyba nikt z nas nie potrafi sobie wyobrazić wspomnianych już filmów o Jurku Kilerze bez muzyki Kuby Sienkiewicza i kolegów. Stała się ona kultowa na równi z samymi filmami i jako całość jest idealnym połączeniem. Zanim jednak przyszedł sukces "Kilerów", to Elektryczne Gitary były już uznaną marką na polskiej scenie muzycznej. Kto z nas w końcu nie zna słynnego tekstu "Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły, zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki", a potem w refrenie "Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy". Sam dobrze pamiętam, że jako mały dzieciak, jadąc na różne obozy w autokarze czy siadając na koloniach przy ognisku, to razem ze starszymi znajomymi zawsze śpiewałem ten utwór. Z tym jest już trochę jak z "Whiskey" Dżemu. Do bólu powtarzane na każdym


ognisku. Czasem już słyszę, że ludzie na to narzekają, jednak jak przychodzi co do czego, to oczywiście wszyscy chórem śpiewają. I nie ma przecież w tym nic złego, to są właśnie takie piosenki, dobre do pośpiewania przy ognisku, ze znajomymi, w końcu każdy z nas zna tekst, nawet nie wie skąd, po prostu tak już jest. A przy okazji można powspominać, pośmiać się i od razu człowiekowi się lepiej robi na duchu. To było dużą siłą Elektrycznych Gitar. "Dzieci" to pewnie sztandarowy przykład i najbardziej znany utwór, jednak przecież jest też wiele innych. "Włosy" jako hymn wszystkich przechodzących bunt i nie chcących za wszelką cenę iść do fryzjera. No to "niech Cię rodzina z domu wygania, niech Cię fryzjer z nożycami gania, a Ty noś, noś, noś długie włosy jak my". "Jestem z miasta", którego chyba nawet nie trzeba komentować, to po prostu "widać, słychać i czuć". "Człowiek z liściem" pokazujący przewrotnie i zabawnie zwykłą ludzką obojętność na innych ludzi. "Tylko się każdy gapi, tylko się każdy

gapi i nic". Niby taka luźna piosenka, a jakby się w nią bardziej zagłębić to pokazująca duży problem społeczny. Nie będę tego teraz jednak robił. "Przewróciło się". Tak, to mi rodzice zawsze śpiewali, gdy nie chciało mi się pokoju posprzątać. Hymn leni, po prostu "przewróciło się, niech leży". Każda kolejna zwrotka powoduje więcej śmiechu, nie tylko z sytuacji opisywanej, ale i z samego siebie, bo to czasem jest takie prawdziwe. Kto nie był nigdy leniem, ten nie zrozumie. "Będę się czasem potykał, ale nie muszę sprzątać". I przytoczę jeszcze "Koniec". Z tym utworem akurat mam gorsze wspomnienia, ponieważ kojarzy mi się zazwyczaj z końcem czegoś, co było przyjemne. Dyskoteki w podstawówce czy gimnazjum zawsze kończone były tą piosenką i najczęściej w takich chwilach, kiedy nikomu jeszcze nie chciało się iść do domu. Choć sam tekst refrenu przecież jest optymistyczny. "To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść". Śmiem twierdzić, że po "Dzieciach" to chyba najbardziej rozpoznawalny utwór Elektrycznych

Gitar, który prawdopodobnie każdy z nas słyszał nie raz. Widać więc jak na dłoni, że tych piosenek było sporo, a przecież nie wymieniłem tutaj wszystkich. Miałem ochotę, żeby opisać jeszcze piosenkę o znamiennym tytule "Wszystko ch..", ale w końcu uznałem, że sam tytuł ją doskonale opisuje. To właśnie chyba też jest dużą siłą Elektrycznych Gitar i przede wszystkim Sienkiewicza, że samym tytułem potrafił już niemalże streścić całą piosenkę. Często nie trzeba już nic dodawać. A słucha się tego z zainteresowaniem i przyjemnie, ponieważ w każdym z tych utworów jest potężna dawka poczucia humoru. I co z tego, że słyszymy to piąty, dziesiąty, setny raz, za każdym razem może się pojawić uśmiech na twarzy. Zabawa słowem i muzyką, oto czym zaskarbiły sobie Elektryczne Gitary serca Polaków. Lepszy od nich jest chyba tylko Kazik Staszewski z zespołem Kult, ale o Kaziku może innym razem. 

s. 41


RECENZJA - N

o w o ś c i

Kiedy gwiazdy

skazane są

na upadek W filmie bardzo wiele zależy od aktora. Może on produkcję albo sprowadzić na dno miernoty, albo wynieść na wyżyny sukcesu. Bardzo dobitnie pokazuje to dzieło “Mapy gwiazd” (2014) w reżyserii Davida Cronenberga.

“Trudno nazwać ten

Anna Zawalska

C

ronenberg znany jest m.in. z “Niebezpiecznej metody” (2011) czy z “Cosmopolis” (2012). W obydwu filmach dobór aktorów okazał się bardzo istotny dla ogólnego odbioru. Gdyby nie sztuczna i aż za bardzo wyrazista gra Keiry Knightley w roli histeryczki, film mógłby zostać o wiele bardziej doceniony. Z kolei gdyby nie Pattison i jego mdła kreacja multimilionera, adaptacja powieści Dona DeLillo znalazłaby pewnie wierną rzeszę zwolenników. O ile w przypadku tych dwóch produkcji aktorzy nie pokazali za wiele, to w przypadku “Mapy gwiazd” (2014) właśnie odtwórcy głównych ról ratują cały film. Do miasta gwiazd filmowych przenosimy się autobusem wraz z Mią Wasikowską, wcielającą się w postać, z początku bardzo enigmatycznej, Agathy Weiss. Trudno stwierdzić kim ona właściwie jest, co robi w Los Angeles i jaką rolę odegra w dalszej fabule. Kolejne sceny ani trochę tego nie wyjaśniają. Na początku filmu odbiorca właściwie w ogóle nie ma pojęcia,co się dzieje i o co chodzi, z każdą minutą następuje coraz większe pomieszanie z

s. 42

film wybitnym, do arcydzieł kina też nikt go nie zaliczy. Momentami trudno w ogóle powiedzieć, że to dobra produkcja. Ale na pewno kreacje aktorskie zasługują na uznanie. poplątaniem. Niecierpliwy widz w tym właśnie momencie wychodzi z kina, dziękując za zmarnowane dwadziestu minut z życia. Ci, z nieco większą dozą cierpliwości, zaintrygowani osobą Agathy, przecierpią początkową anemiczność i wciągną się w historię, której spoiwem staje się zagadkowa główna bohaterka. Z czasem poznajemy rodzeństwo Weissów (John Cusack, Olivia Williams) żyjące w kazirodczym związku, aktorkę Havanę Segrand (Julliene Moore) próbującą za wszelką cenę dorównać zmarłej matce oraz szofera Jerome’a (Robert Pattinson) marzącego o karierze aktora i scenarzysty. Chociaż losy bohaterów i poszczególne wątki można oddzielić grubymi kreskami, to jednak postać Agathy w sposób partykularny wszystko ze sobą

łączy. Stanowi to przemyślaną klamrę, która domyka się w ostatnich scenach filmu. Całość należałoby odbierać dwutorowo. Z jednej strony film pokazuje jak wygląda życie ludzi z branży aktorskiej, na co są narażeni i w jaki sposób funkcjonuje filmowy showbiznes. Odczuwalna jest tutaj pewna dawka satyry i przerysowania. Z drugiej strony natomiast widzimy stopniowy upadek człowieka, który pod wpływem powracających demonów z przyszłości, skazany jest na sromotną klęskę, na upadek z którego trudno się podnieść. Psychika ludzka i jej słabości to temat szeroki, a Cronenbergowi wydawało się, że może ukazać wszystkie jego aspekty. Wielowątkowość, chociaż zgrabnie ze sobą połączona, to jednak przedobrzona. Zamiast skupić się na jednym wymiarze, reżyser chwyta przysłowiowe wszystkie sroki za ogon, spłaszczając psychiczne problemy bohaterów, gdzie każdy jest skazany na porażkę w walce z demoniczną stroną ludzkiej natury. Zamiast wybrać jeden element, Cronenberg wrzuca problemy z molestującą matką, kazirodczy związek,


uzależnienie od narkotyków i stany maniakalno-depresyjne do jednego worka. Całość się rozmazuje i tworzy się trochę błahe pitu-pitu o chorobach psychicznych. Zastanawiająca jest postać szofera Jerome’a. Stoi on jakby z boku wszystkich wydarzeń, jest raczej biernym obserwatorem, który - jak sam stwierdza - poprzez relację z Agathą prowadzi research, by w ten sposób stworzyć o niej. Choć mogą to być daleko idące założenia, być może postać grana przez Pattinsona, to swego rodzaju alter ego Cronenberga. Jako obserwator został wciągnięty w rozgrywające się wydarzenia i w ten sposób zebrał informacje na ich temat. Jest to jedyny bohater, którego dalsze losy nie są wyjaśnione. O ile dochodzi do podsumowania życia pozostałych postaci, to Jerome pozostaje tutaj niewiadomą, jego opowieść pozostaje otwarta. Trudno nazwać ten film wybitnym, do arcydzieł kina też nikt go nie zaliczy. Momentami trudno w ogóle powiedzieć, że to dobra produkcja. Ale na pewno kreacje aktorskie zasługują na uznanie. Szczególnie wybija się tutaj Mia Wasikowska. W roli mianiakalnej Agathy wypada przekonująco, głównie przez to, że jej gra jest lekka i swobodna, jakby postać była stworzona specjalnie dla niej. Równie dobrze wypada Julienne Moore. Rola za

szybko starzejącej się gwiazdy, która za wszelką cenę stara się dorównać ikonie kina - swojej matce, wzbogaciła film o autentyzm. Najsłabiej z całej kadry wypadł John Cusack, jednak nie jest to aż tak rozczarowujące, jeśli weźmie się pod uwagę, że trudno znaleźć cokolwiek,w czym zagrałby on dobrze. Scenariusz posiada sporo braków. Początkowe luki, które odbiorca sam sobie musi wypełniać sprawiają, że film staje się męczący. Nic nie wnoszące do fabuły dialogi sprawiają, że odnosi się wrażenie, jakby pojawiały się one tylko po to, żeby wydłużyć czas trwania filmu. Mało jest pomiędzy bohaterami rozmów znaczących, jak chociażby ta pomiędzy Agathą a jej matką. Razi ilość pustosłowia, a z drugiej strony pozostaje sporo niedopowiedzeń, jak chociażby relacja głównej bohaterki z Jeromem. Ten mówi jej otwarcie, że nic z tego nie będzie, a kilka scen później całują się pod wielkim napisem “Hollywood”. Zewnętrzna oprawa muzyczna praktycznie nie istnieje, ale to akurat wychodzi na plus. Nastrój poszczególnych scen budują dzięki temu nie dźwięki spoza kadru, ale przede wszystkim gra aktorska - odbiorca może w spokoju przeanalizować konkretne ujęcia. Co drażni w filmie najbardziej, to montaż. Wiele scen jest pociętych

niemalże w sposób od niechcenia, całkowicie niechlujnie. Ujęcie, które z powodzeniem mogłoby trwać jeszcze kilka sekund, ciachnięte jest nagle, w miejscu, którego widz się nie spodziewa, a to prowadzi do konsternacji. Montaż sprawia przez to wrażenie kompletnej amatorszczyzny, w dodatku wybitnie spartaczonej. Od strony technicznej drażnią również same ujęcia i ich kadrowanie. Można pewne niedociągnięcia wytłumaczyć zamierzeniem - nie do końca zrozumiałym - jednak kiedy możliwości ruchu kamery są o wiele bardziej rozbudowane, to warto było z nich skorzystać. Tymczasem Cronenberg za wszelką cenę chciał w tej kwestii wprowadzić jakiś niezrozumiały minimalizm. Trochę trudno zaszufladkować “Mapy gwiazd” do jakiegoś konkretnego gatunku filmowego. Z jednej strony jest to dramat, ale trochę za mało dramatyczny. Można go określić mianem psychologicznego, ale analiza psychiki bohaterów jest za płytka. Gdyby potraktować go jako zwykłą obyczajówkę, też by się nie obronił, bo jest zbyt męczący w odbiorze. Można odnieść wrażenie, że Cronenberg nie za bardzo się postarał. Tyle dobrze, że aktorzy dali radę, dzięki czemu film wiele zyskuje. Bo gdyby wziąć pod uwagę tylko ogólną kreację, to niestety należałoby go oceniać negatywnie. 

s. 43


RECENZJE - Fi

l m

Bruce czy Evan

Wszechmogący? Bez zbędnych ceregieli, ten pojedynek bezsprzecznie wygrywa Bruce. Pomysł na ten pierwszy film był ciekawszy, lepszy i bardziej oryginalny. Druga część już trochę trąci powtarzalnością, a przy tym chcąc przebić sukces Bruce'a, wprowadza sporo nowych elementów, które jednak nie do końca zdają egzamin. Cóż, tak to już bywa z sequelami. Mateusz Nowak

T

o zacznijmy od Bruce'a. Fabuła tego filmu oparta jest na historii reportera - Bruce'a Nolana, którego spotyka pasmo niepowodzeń aż do chwili, gdy wylewając swoje żale na Boga, niespodziewanie spotyka Go na swojej drodze. Wszechmogący przekazuje więc bohaterowi swoje moce, by ten mógł się samemu przekonać, jak to jest rządzić światem. Pomysł więc jak najbardziej ciekawy, zwłaszcza, że od początku możemy się domyślać, że Bóg musi mieć w tym działaniu jakiś poważniejszy zamysł. I tak też oczywiście jest. W miarę postępu akcji, główny bohater przekonuje się jak wielką odpowiedzialnością jest wejście w skórę Wszechmocnego. I że nawet dobry zamysł, chęć spełnienia próśb wszystkich ludzi, może doprowadzić do katastrofy. Doskonale podsumował to Morgan Freeman, grający postać Boga mówiąc proste zdanie "a od kiedy ludzie wiedzą, co jest dla nich dobre". Główną zaletą tego filmu nie są nawet wygłupy Jima Carrey'a, który

s. 44

“Zestawiając te dwa

obrazy razem nie da się nie odnieść wrażenia, że historia Evana jest już powtarzalna. Od sequeli oczekuje się, że powinno być w nich więcej wszystkiego, jednak w rzeczywistości wszyscy wiemy jak to bywa, że odgrzewane kotlety często nie zdają egzaminu. jak zwykle potrafi na ekranie wylać z siebie siódme poty, byle tylko doprowadzić widzów do śmiechu, ale sam pomysł i przesłanie z niego płynące. Na pewno nie jest to kolejna głupiutka komedia, bo za serią różnych, mniej lub bardziej zabawnych gagów, kryją się jednak większe wartości. I to warto docenić, bo patrząc jednak

w większości na filmy z Carrey'em w roli głównej to ciężko jest się w nich doszukiwać czegoś więcej niż bezmyślnych żartów, które już często po prostu nie śmieszą. "Evan Wszechmogący" może to nie jest typowa kontynuacja, ponieważ zmienia się główny bohater, jednak rzeczywistość, w jakiej został osadzony, jest niewątpliwie identyczna. Nawet Bóg ponownie przybrał postać Morgana Freemana, by i tym razem dać lekcję życia jednej ze swoich owieczek. Tym razem padło na Evana Baxtera, dziennikarza znanego z pierwszej części, który próbuje swoich sił w polityce. Spotykamy go, gdy okazuje się być świeżo wybranym senatorem z wielkimi ambicjami, by zmienić świat. Bóg więc daje mu na to szansę i wybiera go na Noego XXI wieku. Historia więc rozgrywa się wokół tego jak główny bohater, grany przez komika Steve'a Carrella, buduje arkę, ponieważ zbliża się potop. Zwierzęta wszystkich gatunków lgną do niego z całego świata, a sam przeistacza się stopnio-


wo coraz bardziej w biblijnego proroka, ubiorem, wyglądem i mową. Powoduje to może i czasem pewne rozbawienie, jednak śmiechu jest dużo mniej niż w historii Bruce'a. Żarty wydają się być bardziej wymuszone, a widzowie mogą odnieść wrażenie, że obsada bawi się lepiej niż oni. Gra aktorska również często wydaje się być sztuczna. Najjaśniejszymi postaciami są oczywiście Steve Carrell i Morgan Freeman, jednak pozostałym postaciom czasem brakuje wiarygodności. Cała historia "Evana Wszechmogącego" jest stworzona mocniej w oparciu o Biblię, wykorzystuje praktycznie dosłownie opowieść o potopie. Przesłanie jednak wydaje się być trochę robione już bardziej na siłę. Nie mówię, że jest złe, jednak to wszystko gdzieś już widzieliśmy. Do tego efekty specjalne nie powalają,

a cały pomysł wydaje się być bardzo nierealny w naszym świecie. Podchodząc jednak do tego filmu jako do luźnej komedii, to możemy się nawet dobrze bawić. Ot, taki bezstresowy film na niedzielne popołudnie z rodziną i nic więcej. Zestawiając te dwa obrazy razem nie da się nie odnieść wrażenia, że historia Evana jest już powtarzalna. Od sequeli oczekuje się, że powinno być w nich więcej wszystkiego, jednak w rzeczywistości wszyscy wiemy jak to bywa, że odgrzewane kotlety często nie zdają egzaminu. W pojedynku komików, którzy byli tu postawieni w głównych rolach, wygrywa moim zdaniem Jim Carrey. Jego wygłupy powodują dużo więcej śmiechu, być może też dlatego, że Carrell nie usiłuje robić tego samego na ekranie, wybrał trochę inną drogę, jednak czegokolwiek by nie robił,

to jego rola po prostu jest mniej zabawna, jak i zresztą cały film. Reżyser Tom Shadyac, jak wielu przed nim, nie podołał oczekiwaniom i nie stworzył sequela, który byłby lepszy od pierwszego filmu. Nie było to łatwe, ponieważ poprzeczka postawiona "Bruc'em Wszechmogącym" była dość wysoko. W końcu jest to naprawdę dobra, zabawna komedia, która niesie do tego niebanalne przesłanie i oprócz śmiechu potrafi dać pewne refleksje. I właśnie takie filmy ogląda się z przyjemnością. 

s. 45


RECENZJE - Fi

l m

Monotonna opowieść Collin Farrell z dziwną grzywką, rudowłosa piękność, latający biały koń i Russell Crowe w roli demonicznego złoczyńcy, to nie tak dobry przepis na film, jak mogłoby się wydawać. Sygnowana określeniem „baśń dla dorosłych” “Zimowa opowieść” (2014) jest jednym wielkim rozczarowaniem. Anna Zawalska

W

przedstawianiu baśniowego świata niedościgniony zdaje się być Matthew Waughn w “Gwiezdnym pyle” (2007). Film ten, łączący ze sobą komizm sytuacyjny, opowieść miłosną i walkę dobra ze złem, przy pomysłowych kreacjach aktorskich, to produkcja lekkostrawna, ale też bardzo przyjemna w odbiorze. Dlatego dzieło Akiva Goldsmana miało utrudnione zadanie, aby zasłużyć na szersze uznanie. W końcu połączyć ze sobą wymagane elementy w spójną całość nie jest tak łatwo. Jak się okazuje, Goldsmanowi nie do końca się to udało, pomimo że zapowiadało się dość dobrze, a zwiastuny “Zimowej opowieści” dawały nadzieję na coś naprawdę magicznego. Trudno opisać, o czym właściwie jest ten film, będący adaptacją książki Marka Helprina. Są bohaterowie pozytywni i negatywni. Ci pierwsi walczą o wypełnienie swojego przeznaczenia, by móc stać się gwiazdami, a ci drudzy im w tym przeszkadzają. Historia raz po raz zatacza koło, jednak mimo wszystko to dobro zawsze wygrywa. Peter Lake ma za zadanie uratować rudowłosą dziewczynę, a pomaga mu w tym biały konik/pies/anioł – stworzenie,

s. 46

“Baśniowe elementy

rządzą się prawami zgoła odmiennymi od ludzkiej logiki. Jednak kiedy związki przyczynowo skutkowe w ogóle nie istnieją, to widz odnosi wrażenie, jakby ktoś pogrywał z jego inteligencją. W filmie Goldsmana wszystko musi prowadzić do z góry określonych wydarzeń. które co prawda z wyglądu przypomina konia, określane jest różnymi nazwami, przez co trochę można się zagubić. Uciążliwy jest demon w ludzkiej postaci, Pearly Soames, który z uporem maniaka stara się zabić głównego bohatera. Oczywiście baśniowe elementy rządzą się prawami zgoła odmiennymi od ludzkiej logiki. Jednak kiedy związki przyczynowo skutkowe w ogóle nie istnieją, to widz odnosi wrażenie, jakby ktoś pogrywał z jego inteligencją. W filmie Goldsmana wszystko musi prowadzić do z góry

określonych wydarzeń, happyend jest tutaj nieunikniony i mamy tego świadomość właściwie od pierwszych zdań wypowiedzianych przez narratora. Brakuje tu akcji, która wprowadziłaby niepokój i wywołała u odbiorcy poczucie, że wszystko może się jeszcze wywrócić do góry nogami. Wydarzenia, oprócz tego, że są przewidywalne, ciągną się niemiłosiernie, przez co cały film jest nużący. Zimowa opowieść zamienia się w opowieść monotonną, którą ktoś od niechcenia opowiada niesfornemu dziecku na dobranoc, by to w końcu zasnęło. Poziom miłosnej opowieści może wydać się żenujący nawet najbardziej niepoprawnym romantykom. Trudno oczywiście wymagać, by baśniowy film fantasy raz po raz błyskał dramaturgią i niespodziewanymi zwrotami w akcji. Jednak mdliwych miłostek już zostało wyprodukowanych całkiem sporo. Przez to “Zimowa opowieść” nie wprowadza żadnego novum, stanowi raczej potwierdzenie czasem tandetnych sloganów na temat “prawdziwej miłości” i bycia sobie przeznaczonym. Dodając do tego niespójności, jakie rzucają się nieustannie w oczy, film wypada bardzo słabo. A szkoda, bo


potencjał samej historii można było bardziej wykorzystać. Aktorzy, choć marketingowo dobrani idealnie, to w rezultacie rozczarowują najbardziej. Colin Farrell jako Peter Lake wydaje się być zagubiony w swojej postaci tak bardzo, że sam nie wie, kiedy ma dramatyzować, a kiedy przeżywać miłosne spazmy. Jessica Brown Findlay w roli Beverly Penn nadrabia urodą, ale ze swojej bohaterki zrobiła nad wyraz infantylną dwudziestojednolatkę. Russell Crowe wpada w złość niczym mały dzieciak, który nie dostał lizaka. Tupie nóżkami i krzywi twarz jakby to miało sprawić, że spełni się wszystko, czego pragnie. Wbrew oczekiwaniom wśród aktorów najlepiej wypada Will Smith. Jego postać, choć epizodyczna, staje się najbardziej wiarygodna, a kreacja Lucyfera przez niego stworzona, dodaje nieco smaczku do tej mdłej produkcji. Akiva Goldsman “Zimową opowieścią” debiutuje jako reżyser. Znany jako scenarzysta takich filmów jak “Piękny umysł” (2001) czy “Jestem legendą” (2007) chyba powinien zostać przy pisaniu scenariuszy, bo reżyserowanie wychodzi mu po japońsku: jako tako. To również on napisał dialogi do “Zimowej opowie-

ści”, więc trudno stwierdzić, czy to książka była tak słaba, czy po prostu Goldsman trochę się zagubił. Koniec końców przez większość filmu mamy do czynienia z “rozmowami-wydmuszkami”. Z jednej strony piękne, pełne mądrości i głębokie, a z drugiej puste w środku. Jakby twórca działał zgodnie z zasadą, że im więcej pustosłowia, tym lepiej. Pseudo-mądrości rodem z Coelho na pewno przekonają rozemocjonowane nastolatki, ale trudno będzie z nimi dotrzeć do poważniejszej publiczności. Film, pomimo wielu wpadek, może zabłysnąć pozytywami. Bardzo mocnym punktem jest ścieżka dźwiękowa. Ujednolicona, ograniczająca się do kompozycji klasyka gatunku Hansa Zimmera i Ruperta Gregson-Williamsa oddaje świetnie bajkowy nastrój i w niemal idealnej symbiozie współistnieje z zaczarowanymi krajobrazami. To właśnie zdjęcia są kolejnym plusem filmu i odzwierciedlają sentymentalny charakter fabuły. Przepiękne i magiczne miejsca, w których kręcono sceny, zapierają dech w piersiach, a zimowa stylizacja oddaje oniryczny charakter opowieści. Tym samym okazuje się, że detale, mające iść obok przygód

głównych bohaterów, są o wiele lepiej dopracowane i zasługują na uznanie. Podobno o prawa do adaptacji powieści starał się Martin Scorsese. Zrezygnował i stwierdził, że to książka, której nie da się sfilmować. Widocznie Goldsman porwał się na niemożliwe i za wszelką cenę chciał ukazać baśniowy świat “Zimowej opowieści”, gdzie dobro walczy ze złem, a bohaterowie muszą wypełnić swoje przeznaczenie, aby w spokoju umrzeć. Pomimo kilku mocnych punktów film wychodzi marnie. Obraz, w wielu miejscach przedobrzony, ogląda się z politowaniem i odrobiną nadziei, ale na pewno nie z zaciekawieniem. 

s. 47


RECENZJE - Mu

Głosy z ulicy z y k a

Pomysł na ten album tylko z pozoru wydaje się oryginalny. Niemniej "Nowe pokolenie" jest zaskakująco świeże i plastyczne. Nawet jeśli to tak naprawdę laurka.

Wojciech Urban

"N

owe pokolenie 14/44" w zamyśle autorów projektu ma łączyć: zarówno muzykę, jak i pokolenia. Powstała na zlecenie Polskiego Radia, mimo to jednak główni odpowiedzialni za płytę, Mateusz „Matheo” Schmidt i Grzech Piotrowski podkreślają, że bardzo identyfikują się z efektem końcowym. Osią płyty zrobionej na 70. rocznicę Powstania Warszawskiego są wiersze uczestników powstania, wykonywane przez zaproszonych wokalistów. Do każdego wiersza dołożono „współczesny komentarz”, głos dzisiejszej ulicy, czyli raperów. Muzyka również jest zestawieniem miejskiego folkloru z lat 30. i 40. z gatunkami bardziej współczesnymi. Prawdę powiedziawszy, nie jest to pomysł nowy. Płyt o powstaniu w przeciągu ostatnich lat mieliśmy sporo, w tym kilka wybitnych. Nie przebiły się do mainstreamu, utwory z nich można w radiu usłyszeć tylko z okazji rocznic powstania, a i to nie zawsze. Nie zmienia to jednak faktu, że do odbiorców dotarły. Jednym z ważniejszych, choć już nieco leciwych albumów o tej tematyce, było Powstanie Warszawskie Lao Che. W mniej odległej przeszłości były Mo-

s. 48

“Mimo wszystko

brzmi to świeżo. Największym atutem płyty są teksty wierszy z powstania, co do zasady świetnie wykonane. Dobór wokalistów również budzi szacunek. Mimo skompletowania wielu różnych wykonawców i krótkiego czasu nagrań, interpretacja każdego utworu wbija w fotel. rowe Panny. Było i bez liku raperów, którzy wykorzystując muzykę starych kapel warszawskich rapowali o powstaniu – przede wszystkim grupa Hemp Gru z Kapelą Czerniakowską, a także Eldo, występujący na Nowym Pokoleniu O.S.TR. i wielu innych, choć mniej znanych. Klamrą albumu są dwa utwory instrumentalne, zatytułowane od daty wybuchu i upadku powstania. Budują pewien specyficzny klimat, ale nie porywają jakoś szczególnie. Na marginesie, kawałek zamykający płytę brzmi trochę jak soundtrack z

gry Iceind Dale. Kolenje utwory zbudowane są na tym samym schemacie – wokalista śpiewa wiersz powstańczy, przeplatany jest „szesnastką” któregoś z zaproszonych raperów. W tle bardzo często słychać „starsze, folkowe” instrumenty, jak akordeon, dużo też usłyszymy fortepianu czy smyczków. Wszystko to wymieszane zostało z rapową rytmiką. Producenci podkreślają wyjątkowość takiego zabiegu, jednak polscy raperzy po „prawdziwe” instrumenty sięgają od 10 co najmniej lat. Mimo wszystko brzmi to świeżo. Największym atutem płyty są teksty wierszy z powstania, co do zasady świetnie wykonane. Dobór wokalistów również budzi szacunek. Mimo skompletowania wielu różnych wykonawców i krótkiego czasu nagrań, interpretacja każdego utworu wbija w fotel. Szczególne uznanie należy się Kari Amirian. Wykonana przez nią Piosenka to najbardziej „magiczny” utwór na całej płycie. Z raperami w większości też jest dobrze, choć nie zawsze. Ich doborem na płytę zajmował się Mateusz Schmidt, który jako producent współpracował już z niektórymi z nich, np. z Sobotą czy Borixonem. Podkreślał on, że do projektu zapra-


szał tych, którzy jeszcze takiej tematyce nie próbowali sił, a zdaniem Schmidta, daliby sobie radę z nią. O ile jednak zaproszeni wokaliści mieli wybór, który tekst zaśpiewają, raperom Mateusz wybierał konkretny utwór po przeanalizowaniu dotychczasowej twórczości, każdego z nich. Co istotne, nagrania płyty odbywały się również na wakacjach, dlatego też kilku z zaproszonych raperów z powodu tras koncertowych nie mogło wziąć udziału w projekcie. Dlatego dziwi mnie trochę obecność na płycie Tadka, który w ostatnim czasie nie zajmuje się tematyką inną, niż patriotyczna. I co tu dużo mówić, jest po prostu kiepskim raperem, zdolnym jedynie do miarowego deklamowania patetycznych do bólu tekstów. Stanowi najsłabszy element Nowego pokolenia. Za to plusem jest obecność Kękego. Wiersz o nas i o chłopcach to zdecydowanie najlepszy kawałek na płycie. Kękę mistrzowsko znalazł balans między powagą tematu a luźnym, ulicznym stylem. Do tego filuterny akordeon w tle i marzycielski refren w wykonaniu Marty Za-

lewskiej dla kontrastu. Odnotować trzeba też świetne występy Soboty i O.S.T.R. Dla nieobeznanych z hip-hopem może być zaskoczeniem to, co tak zaskoczyło Grzech Piotrowskiego, co przyznał w jednym z wywiadów, mianowicie potencjał do opowiadania historii pełnych strachu i tragedii przy jednoczesnym promowaniu wartości. Płyta ten potencjał w pełni wykorzystuje. No, może poza nieszczęsnym Tadkiem. Grzech zwracał również uwagę, że jest to płyta bardzo aktualna za względu na sytuację polityczną. Między wierszami można było odczytać, że chodziło mu o ewentualną wojnę z Rosją. I to jest właśnie słaby punkt albumu. Temat powstania wzbudza dziś ostre dyskusje na temat zasadności jego wybuchu. Autorzy deklarują, że płyta jest poza tymi rozważaniami, w istocie jej przekaz jest jasny. Wiele usłyszymy tam odwołań, że dziś też będziemy tak walczyć „ sami o stolicę”, bo na nic wszystkie „pakty atlantyckie”. Miejscami staje się bardzo nachalną apologią powstania. Niemniej, efekt końcowy jest bar-

dzo ciekawy. Pewną ironię stanowi fakt, że raperzy mieli być „narzędziem”, które umożliwi przemycenie wierszy w bardzie ambitnych aranżacjach młodzieży, a tymczasem dzięki ambitnej muzyce dźwignie i upowszechni to przynajmniej jeden z nurtów polskiego rapu. Dlatego płycę szczególnie warto polecić tym, którzy hip-hopowców wciąż uważają za gangsterów. 

s. 49


REFLEKSJE

Wstydzę się takiego krzyża Chrześcijaństwo zostawiło nam namacalny znak, rozpoznawalny po dziś dzień na całym świecie. Znak, który w żaden sposób nie krzywdzi. Nie obraża. Nie ubliża. Nie jest zwrócony przeciw tobie ani przeciw mnie.

“Stoję w obliczu ty-

Anna Gadowska

J

eśli jest symbolem ucisku, cierpienia, to tego, które dobrowolnie podjęto, w imię miłości. Jeśli jest narzędziem zbrodni, to takim, które przyjęte zostało od człowieka przez człowieka i dla człowieka, nie przeciw niemu; narzędziem, które stało się niczym innym, jak odpowiedzią ludzkiego dobra na ludzkie zło. Potężna symbolika zamknięta w dwóch przecinających się kreskach. Symbol tego, co w człowieku najlepsze, najwyższe i najpiękniejsze. Krzyż. Na nim wspierał się upadający naród, gdy na rzucane w zgorzknieniu i strachu pytania nie przychodziły odpowiedzi. Dawał nadzieję, gdy człowiek wobec nieznanego popadał w obłęd. Na nim budowano państwo, które dziś rzuca mu największe wyzwanie – wyzwanie do walki. Choć od wieków widnieje na ścianach, dziś dla wielu zatracił swoje pierwotne znaczenie. I wciąż to znaczenie pozostaje rozmyte, niedopowiedziane. Nie mówi się o krzyżu w historii, tradycji, kulturze. Nie uczy się rozumienia krzyża, jako części historii, tradycji, kultury właśnie, tak dzieci, jak i dorosłych. W imię neutralności światopoglądowej woła się o usunięcie jego znaku zewsząd. Jednak to, co w krzyżu przeszkadza, nie leży

s. 50

siąca wątpliwości. Jako wychowanka swojego wciąż katolickiego narodu nie wiem, co dziś znaczy dla mnie Kościół. Nie jestem pewna, czy mogę nazwać się katolikiem. Nie wiem, czy Bóg istnieje. Ale mam swój mały drewniany krzyżyk. w nim samym. Współczesny obraz krzyża, jego coraz powszechniejsze (nie)rozumienie sprowadza się do symbolu Kościoła instytucjonalnego i wszystkiego, co za nim stoi – małych grzeszków i wielkich bruzd, majątków, inkwizycji, oszustw i ignorancji. Krzyż dziś to narzędzie politycznej rozgrywki, szaty rzucone na stół i dzielone między strony. Pamiętam szkolne katechezy. Po kolei wychodziliśmy przed tablicę; tam rozliczano nas z tego, czy mamy na szyi krzyż, czy nie. Za brak był duży minus. Nie wszystkich było stać na nowy; ci, którzy nie mieli swojego, pożyczali jakiś ładniejszy od rodzeństwa, od kogo można było, żeby pokazać, że się go ma i stanąć po stronie tych lepszych, z plusami. Nie

wiem, co taki zabieg „krzyżowania” klasy miał komukolwiek uświadomić. Nikt nie tłumaczył, nie odpowiadał na pytania. Im bardziej te stawały się niewygodne, tym bardziej wzrastała agresja uczącego. Modlitwa – jedna, druga, trzecia; formułki – czwarta, dziesiąta, enta etc. etc. Następny. Długo potem nie potrafiłam założyć krzyża, nie wiedząc, co on właściwie dla mnie znaczy. Z takimi wątpliwościami musiał zmierzyć każdy z nas, „krzyżowanych” tam; każdy, kto próbował odnaleźć w krzyżu znaczenie, swoje znaczenie, takie, jakie był w stanie pojąć. W końcu katecheza stała się rozgrywką, naszą małą areną złośliwości. Śpiewaliśmy do brzdęków gitary „nie zdejmę krzyża z mojej ściany za żadne skarby świata…”. Krzyż musiał być widoczny, pokazany, by jeden drugiemu uwierzył, że obaj są braćmi, że mogą rozmawiać. Wyznacznik bycia dobrym, bycia prawdziwym chrześcijaninem. Potem rozgrywano kwestie krzyża w telewizji, w radiu. Krzyż w szkołach, w sejmie, pod Pałacem Prezydenckim. Krwawa jatka, znowu katecheza, tyle, że na szerszą skalę. Gdzie twój krzyż? Gdzie jest krzyż? Walka za lub przeciw niemu musi być spektakularna, jak rozwrzeszczane wyprawy krzyżowe albo kąśliwe uwagi ze


WYDARZENIA I OPINIE

wszystkich mównic w kraju. Musi się dziać, musi być widać, trzeba zrobić szum. Krzyżem w niego! Niech ma, a jak się nie ocknie, dobić. Bo to nie nasz, on nie z nami. Patrzą dzieci, słyszą dzieci. Dzielą się na te z krzyżem i te bez. Z jednej strony nienawiść do obrońców krzyża, z drugiej nienawiść do jego wrogów. Ile mamy krzyży i co który oznacza? Krzyż, w imię którego zastrasza się, złorzeczy i staje przeciw godności drugiego człowieka, krzyż, który dzieli i odwraca twarze jedne od drugich przestaje być krzyżem. To nie ten krzyż. Takiego krzyża się wstydzę. Taki krzyż należy ściągnąć ze ścian. Nie rozumiemy krzyża. Krzyż to nie murowana instytucja, nie złoto. Nie pedofilia, nie kapłaństwo. Krzyż to nie inkwizycja i nie wyprawy krzyżowe. Nie pseudochrześcijańskość ludu skaczącego sobie do oczu z jego symbolem w dłoni. Krzyż to człowiek, w najgłębszym tego słowa znaczeniu – prawdziwe, głębokie człowieczeństwo; to esencja tego, co w człowieku tak potężne w dobru, że niezrozumiałe. Zapożyczany przez wieki jako szyld osób, instytucji, jako usprawiedliwienie

i przykrywka dla czynów, stał się pomyłką, nieudolnie spreparowanym paradoksem. Obrócono go przeciw temu, co pierwotnie ze sobą przyniósł. A przyszedł wraz z tradycją chrześcijańską, podług której zawisł na nim mężczyzna, z dzisiejszego punktu widzenia niezrozumiale dobry człowiek, który miał, zupełnie jak my, pracować, jeść, pić, bawić się, rozmawiać z ludźmi, pomagać im, by ostatecznie zawisnąć na kawałku drewna. Gdzieś kiedyś czytałam o potędze tego znaku; potędze, która wyrosła nie z przepychu, wymyślności, rozgrywek współczesnych bogów, ale z dwóch przecinających się kresek. Najpotężniejsze logo świata, dziś można by rzec. Nie dizajnerskie, nie stylizowane. Nie muszę zwać się chrześcijaninem, katolikiem, nie muszę być wyznawcą czegokolwiek, by ów symbol uszanować tak, jak szanuje się symbole narodowe, religijne na całym świecie – jako wyraz uznania tego, co stanowią i stanowiły dla narodów i religii, jako zobrazowanie ich kultury, tradycji, historii. Jako spadek po pokoleniach, który, choć milcząc, nie przestaje

opowiadać. Stoję w obliczu tysiąca wątpliwości. Jako wychowanka swojego wciąż katolickiego narodu nie wiem, co dziś znaczy dla mnie Kościół. Nie jestem pewna, czy mogę nazwać się katolikiem. Nie wiem, czy Bóg istnieje. Ale mam swój mały drewniany krzyżyk. Przywędrował z Ziemi Świętej, kolorowy, płaski, na nim namalowana postać, wokół namazane grube ptaszki, domy, rośliny, jakieś słoneczko albo po prostu żółty kleks. Wydaje mi się, że w tej błahości i prostocie wykonania kryje się cały potężny sekret krzyża i jego przesłania. Nawet jeśli wobec tego przesłania nie potrafię zdobyć się na akt wiary, czuję wielki szacunek do człowieka. Wielki szacunek do Ciebie. Kolejna zwrotka piosenki śpiewanej na katechezie zaczynała się od słów „mie zdejmę krzyża z mojej duszy, nie wyrwę go z sumienia…”. Spór o krzyż sprowadzam do tej właśnie płaszczyzny. Mając przed oczyma wir pseudokatolickich rozgrywek, utwierdzam się w przekonaniu, że ściana i to, co na niej powieszono, może świadczyć o guście jej właściciela. O niczym więcej. 

s. 51


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 52

Może coś Więcej, nr 24  
Może coś Więcej, nr 24  
Advertisement