Page 1

COŚ

nr 19 / 2014

15 - 28 września

Nawyki żywieniowe s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

Barrack Obama i kolejna niekrucjata

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU 18

RAFAŁ GROWIEC

RAFAŁ GROWIEC

8

12

Odnowa polityczna

20

MATEUSZ PONIKWIA

Nasz Mundial. Polska w trzeciej fazie!

14

Pyszności ze śmietnika MAŁGORZATA RÓŻYCKA

22

Napoje gazowane - legalna trucizna na życzenie DOMINIK CWIKŁA

MATEUSZ NOWAK

Najbardziej zawistni są Polacy

Wegetarianizm - czym to się je?

24

ANNA ZAWALSKA

Gdzie zjeść w Krakowie? SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

28

Moje specjały - czyli wypróbowane przepisy, które polecam MICHAŁ MUSIAŁ

32 34

Smaczny film SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

No drugs, no sweets, no tricks MAJA MROCZKOWSKA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 16

Kilka słów o wojnie i patriotyzmie MACIEJ PUCZKOWSKI

s. 2


SPIS TREŚCI

RECENZJE

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 36

Czy rezygnacja z katechezy to apostazja?

46

ANNA ZAWALSKA

RAFAŁ GROWIEC

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE 38

Czterej jeźdzcy metalu - przez ciemność i sztormy do Świętego Graala

Wielkie wesele, które nie wypaliło

48

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

50

KRZYSZTOF RESZKA

54

U-boot w walce ze stereotypami

KAJETAN GARBELA

O Żydach i chrześcijanach

RAFAŁ GROWIEC

60

Przerwane życie

64

Śmierć w Breslau

MAJA MROCZKOWSKA

KAROLINA KOWALCZE

KULTURA 42

Narodowe czytanie po raz trzeci

REFLEKSJE

BEATA KRZYWDA

44

Wybrać Choise’a MAJA MROCZKOWSKA

66

Żywot konsumenta poczciwego KAJETAN GARBELA s. 3


WSTĘPNIAK

Nawyki

żywieniowe O jedzeniu można pisać bardzo długie eseje. Tematyka szeroka i znajdzie swoich pasjonatów bardzo szybko. Bo w końcu kto nie lubi jeść?

Anna Zawalska Osobiście przepadam za fast foodami. Nawyk to niestety nieco wstydliwy, jednak zjeść takiego wielkiego burgera, to dla mnie prawdziwa uczta dla zmysłów. Nie pogardzę też kebabem, czy pizzą. Do wszystkiego oczywiście – najlepiej podwójne – frytki. A na deser? Czekolada, albo lody. A najlepiej lody czekoladowe. Wtedy mogę osiągnąć pełnię szczęścia. Jednak takie żywienie pozostawia trwały ślad na naszym organizmie. Raz: kilogramów przybywa, bo metabolizm już nie ten sam co z czasów liceum. Dwa: dodatki serwowane razem z tymi daniami mogą poważnie uszkodzić nasz układ krążenia. Jednak nie tylko jedzenie niezdrowych rzeczy wpływa na nasze problemy z odżywianiem. Z badań przeprowadzonych przez Instytut Żywności

i Żywienia w Polsce wynika, że około 62 proc. mężczyzn i 50 proc. kobiet ma mniejszą bądź większą nadwagę. Wszystko przez nieregularne odżywianie się, brak urozmaiconej diety i brak odpowiednich wartości odżywczych dostarczanych naszemu organizmowi. Niestety, ale wszystko wskazuje na to, że nie przywiązujemy wagi do tego co, w jaki sposób i kiedy spożywamy. Widzę po sobie, że planowanie posiłków się nie sprawdza, bo jest to sprawa dla mnie niewykonalna. Im szybszy tryb życia ktoś prowadzi, tym większy ma problem z odpowiednim żywieniem. Śniadania na parówkach, do tego potem kanapka i baton zjedzone w biegu, a na późną kolację jakieś danie odgrzane ze słoika, to niestety niezbyt wymarzona dieta dla

naszego organizmu. Dlatego w tym numerze bierzemy na tapetę odżywianie i różne jego koncepcje. Wegetarianizm, dieta Daniela, czy napoje gazowane to tylko niektóre nasze propozycje. Do tego znajdzie się też coś dla miłośników eksperymentowania w kuchni. A ponadto poruszamy bardzo ważny temat dotyczący marnowania żywności. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różecka, Danuta Cebula, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Barack Obama

i kolejna niekrucjata W orędziu w przeddzień rocznicy zamachów na WTC i Pentagon prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Barack Obama ogłosił, że jego kraj będzie dążył do osłabienia i ostatecznego zniszczenia Państwa islamskiego w Syrii i Iraku. Czy to jednak realny plan?

Rafał Growiec CZY TO BĘDZIE KRUCJATA? Choć sytuacja aż kusi się o taki porównanie, to obecnie każde słowo lepiej będzie pasować do zbrojnej operacji przeciwko islamistom niż krucjata. Choć tak, jak w XI wieku, przyczyną jest zagrożenie ze strony muzułmańskich fundamentalistów, a samą wojnę ogłasza przywódca zachodniego świata, to różnice są drastyczne. Przede wszystkim – nie chodzi tu o względy religijne. USA nie przejmują się zbytnio działalnością Boko Haram w Nigerii, a do niedawna wspierały obecnych wrogów, gdy ci wliczali się w szeregi „tych dobrych” – syryjskich rebeliantów. Same też w wojsku popierają ateizację – na przykład zakazując przynoszenia Biblii na tereny szpitali. To nie będzie wojna z islamem (choć i tak za taką uznają ją skrajni islamiści), ale wojna z potencjalnym zagrożeniem terrorystycznym. Barack Obama zmuszony jest prowadzić politykę podobną do polityki G.W. Busha – atakować na drugim końcu świata, by bronić obywateli w Waszyngtonie i Nowym Jorku.

s. 6

“Czy możliwe jest

– zapowiadane przez Obamę – zniszczenie ISIS bez zejścia na ląd? Czy może będzie to co najwyżej uderzenie taktyczne, mające dobić wyczerpanego walką i nalotami, pozbawionego przywódców przeciwnika? EFEKT MOTYLA Paradoksalnie, całe zagrożenie ze strony ISIS (Islam State in Iraq and Syria) jest efektem walki o wolność w Syrii. Pozorne niewinne i chwalebne wręcz wsparcie dla walczących z reżimem al-Asada rebeliantów doprowadziło do tego, że bojownicy islamscy jeżdżą po okupowanych przez siebie terenach półciężarówkami ufundowanymi przez Wuja Sama. Wycofanie się z Iraku motywowane chęcią

zakończenia konfliktu spowodowało, że nieprzygotowane do tego państwo uległo Państwu Islamskiemu. Aż przypomina się wojna z Al-Kaidą, powstałą na podstawie kontaktów, jakie zawiązał jeden ze współpracowników CIA w Pakistanie – Osama bin Laden w czasie wojny afgańsko-radzieckiej. Zdaje się, że jakiekolwiek interwencje na Bliskim Wschodzie czy w ogóle poza granicami swojego kraju, kończą się dla Amerykanów powstaniem nowego, większego i trudniejszego do zwalczenia zagrożenia. Najprawdopodobniej zapowiadana przez USA kampania przeciw Państwu Islamskiemu nie wyjdzie poza bombardowania i wspieranie Kurdów. Barack Obama liczy na to, że państwa regionu same zadbają o bezpieczeństwo i w tym celu rozmawiał z królem Arabii Saudyjskiej. Już to pokazuje, że nie chodzi tu o obronę chrześcijan na Bliskim Wschodzie – prawo saudyjskie zakazuje nawet prywatnych nieislamskich nabożeństw. SZEROKA KOALICJA USA nie mają zamiaru bronić się


WYDARZENIA I OPINIE

same. Nie tylko one w końcu mogą stać się celem terrorystów szkolonych na terenach okupowanych przez ISIS. Zagrożenie jest tym większe, że wielu obywateli Francji, Niemiec czy Austrii – także konwertytów – udało się do Syrii czy Iraku by brać udział w dżihadzie. Choć Stany Zjednoczone – chcąc uniknąć strat wśród swoich ludzi – nie zejdą na ląd, to inne państwa może będą działać inaczej. Jednak czy zdecydują się na to bez motywacji ze strony takiej potęgi militarnej jak USA? Czy możliwe jest – zapowiadane przez Obamę – zniszczenie ISIS bez zejścia na ląd? Czy może będzie to co najwyżej uderzenie taktyczne, mające dobić wyczerpanego walką i nalotami, pozbawionego przywódców przeciwnika? Szerokość koalicji jest jednak niepewna. Wiele krajów wezwanych do niej ma obecnie inne zmartwienia – jak na przykład przykręcanie kurka

z gazem przez Rosjan i putinowska inwazja na Ukrainę. Nawet wysłanie wzorem Amerykanów szkoleniowców dla Kurdów i irackiej armii może przekraczać możliwości mniejszych państw. CO DALEJ? USA mają gotowy plan walki z ISIS na najbliższe trzy lata. To dość dalekosiężne plany i nastawione raczej na ograniczenie zagrożenia dla własnego kraju poprzez wsparcie przeciwników islamistów niż ochronę ludzi na już zajętych terenach. Czy ktoś rozliczy zbrodniarzy krzyżujących ludzi, bezczeszczących zwłoki, sprzedających kobiety na targach? Czy ktoś postawi przed sądem kogokolwiek z ISIS, czy może wszystko załatwią drony? Ktoś uwolni porwanych, wesprze przez te trzy lata prześladowanych, czy może warunkiem pomocy będzie walka zbrojna – czytaj: obrona nowojorczyków przed

ewentualną powtórką z 11. września 2001? Obama planuje wspierać dalej syryjskich rebeliantów. Polityka „wróg mojego wroga jest naszym przyjacielem” już kilka razy nie zdała egzaminu. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem uda się nie tylko zatrzymać ISIS, ale – choć na krótko – przynieść pokój na Bliskim Wschodzie. Gorzej jeśli walcząc z Państwem Islamskim USA naprodukują masowo męczenników, a na zgliszczach Kalifatu wyrośnie nowy, jeszcze trudniejszy do pokonania twór. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Odnowa polityczna Obecnie obserwujemy przetasowanie na polskiej scenie politycznej. Z uwagi na powołanie Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej zrezygnował on z pełnienia funkcji Prezesa Rady Ministrów. Dymisja rządu pociąga za sobą konieczność utworzenia nowego gabinetu. Do realizacji tego zadania została wyznaczona dotychczasowa Marszałek Sejmu – Ewa Kopacz. Mateusz Ponikwia SZCZYT UE I JEGO DECYZJE Po wakacjach polską i europejską scenę polityczną czekają niemałe zmiany. 30 sierpnia społeczność międzynarodową obiegła informacja o desygnacji nowych władz instytucji unijnych na zbliżającą się kadencję. Wszelkie decyzje personalne związane z obsadzaniem stanowisk zapadły podczas toczącego się wówczas szczytu unijnego. Uwagę Polaków przykuła wieść, że Donald Tusk piastujący urząd Prezesa Rady Ministrów został powołany na stanowisko prezydenta Europy. Kraje członkowskie Unii Europejskiej wyraziły jednomyślnie poparcie dla przedstawionej kandydatury Polaka. Podczas spotkania szefów rządów państw został wybrany także przewodniczący unijnej dyplomacji. Funkcję wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa obejmie włoska Minister Spraw Zagranicznych – Federica Mogherini. Przedstawiając dokonany wybór, ustępujący z urzędu Przewodniczącego Herman Van Rompuy podkreślił poparcie całej społeczności europejskiej oraz wyraził przekonanie, że Donald Tusk poradzi sobie z pełnie-

s. 8

“Przed Donaldem

Tuskiem i Elżbietą Bieńkowską roztaczają się europejskie horyzonty i pole do podejmowania nowych działań. Z kolei Ewę Kopacz czeka niełatwe zadanie sprawowania zwierzchnictwa nad władzą wykonawczą. Miejmy nadzieję, że nie zapomną o swoich rodakach i losach swojego kraju . niem powierzonej mu funkcji. Premier uznał swój wybór za sukces zarówno naszego kraju jak i całej Europy. Jego zdaniem docenienie Polski i jej dziedzictwa połączone z doświadczeniami europejskimi może stać się swoistym motorem do dalszego jeszcze efektywniejszego działania. Nowa energia i zapał wydają się być niezbędne na dzisiejsze tak trudne

czasy. Do najważniejszych celów jakie będzie starał się zrealizować zaliczył zapewnienie bezpieczeństwa zarówno jeśli chodzi o integralność granic jak i kwestie zapobiegania skutkom kryzysu ekonomicznego. Sprawa Ukrainy jak i międzynarodowego pokoju również będzie monitorowana na bieżąco przez nowego szefa Rady. ECHA SZCZYTU Komentatorzy zagraniczni odnosząc się do wyboru Polaka i Włoszki wyrażają raczej pochlebne opinie o Donaldzie Tusku. Jest on uważany za dobrego przywódcę, który przeprowadził kraj bez większych szwanków przez lata kryzysu gospodarczego. Zdania na temat Federici Mogherini są podzielone. Jest ona uznawana za niedoświadczoną i prokremlowska. W kręgach unijnych Donald Tusk jest z kolei postrzegany jako polityk twardy, silny i stanowczy, także jeśli chodzi o kontakty z Moskwą. W kontekście obecnej sytuacji konfliktowej na Ukrainie, Rosja może odczytać to jako znak skierowany w jej kierunku. Dwugłos Europy nie wydaje się korzystnie wpływać na politykę Kremla. Stanowisko Unii powinno raczej skłaniać


WYDARZENIA I OPINIE

Rosję do zaprzestania agresywnych działań zaczepnych i prowokacyjnych oraz przyczyniać się do zahamowania poczynań i zapędów prezydenta Władimira Putina. Nowo wybrany Przewodniczący oficjalnie obejmie swój urząd 1 grudnia. Jego kadencja będzie trwała dwa i pół roku. Podobnie jak poprzednik – Herman Van Rompuy, Donald Tusk będzie mógł ubiegać się o jej przedłużenie na kolejny dwuipółletni okres czasu. Warto także nadmienić o sukcesie Elżbiety Bieńkowskiej, dotychczasowej wicepremier i Minister Infrastruktury i Rozwoju Regionalnego. Została ona powołana na stanowisko komisarza europejskiego. Będzie kierowała sprawami gospodarczymi, zwłaszcza w sektorze rynku wewnętrznego, przemysłu i przedsiębiorstw.

gnowanej przez siebie osobie. Konstytucja nie precyzuje jakimi kryteriami ma się kierować głowa państwa dokonując wyboru kandydata. Z informacji udzielanej zarówno przez rzecznik rządu – Małgorzatę Kidawę-Błońską jak i Joannę Trzaska -Wieczorek – szefową Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta wynika, że to obecna Marszałek Sejmu powołana zostanie na Prezesa Rady Ministrów. Piątkowe spotkanie z Ewą Kopacz w Belwederze utwierdza w przekonaniu, że to ona właśnie zostanie obciążona misją sformowania nowego gabinetu. Stoi zatem przed nią trudne zadanie. Obejmując funkcję Prezesa Rady Ministrów będzie musiała stworzyć nowy, autorski skład rządu, którego kształt poznamy po oficjalnej prezydenckiej nominacji.

ZMIANA WŁADZY Z uwagi na unijny awans Donald Tusk zrezygnował z pełnienia krajowych funkcji. W miniony wtorek złożył na ręce Bronisława Komorowskiego – Prezydenta RP dymisję całego rządu. Zgodnie z przepisami polskiej Konstytucji dymisja szefa rządu pociąga za sobą rezygnację całego gabinetu. Przyjęcie jej nie oznacza jednak, że Donald Tusk nie jest już premierem. Swoje funkcje rząd sprawuje bowiem aż do powołania nowego składu. Na mocy postanowień Ustawy Zasadniczej misję stworzenia nowej Rady Ministrów powierza Prezydent desy-

KSZTAŁT NOWEGO RZĄDU Zgodnie z ustawa o działach administracji rządowej autorem składu rządowego jest premier. Ustawa ta daje szefowi rządu także możliwość kształtowania resortów w swobodny sposób. Oznacza to duże pole manewru. Można dokonać swoistego zrekonstruowania ministerstw. Taka sytuacja nie ma nadzwyczajnego charakteru. Warto choćby wspomnieć o niedawnym utworzeniu Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Ilość oraz kompetencje poszczególnych ministrów zależą jednak nie tylko od wspomnianego już aktu prawnego, ale także od wizji

premiera. Nowo utworzony gabinet w ciągu czternastu dni od powołania musi poddać się sejmowej weryfikacji. Na posiedzeniu niższej izby parlamentu, posłowie po wysłuchaniu expose premiera-elekta w jawnym głosowaniu wyrażają poparcie bądź dezaprobatę dla przedstawionej przez niego wizji sprawowania władzy wykonawczej. Prezes Rady Ministrów tworząc skład rządu i powołując kolejnych ministrów musi liczyć się z koniecznością uzyskania sejmowej większości podczas głosowania. W obecnej sytuacji wydaje się oczywiste, że koalicja rządowa, którą tworzy Platforma Obywatelska wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym poprze premier-elekt Ewę Kopacz, a jej rząd uzyska wotum zaufania. Pewni mogą być także ministrowie z PSL, że nie utracą zajmowanych stanowisk, gdyż taką gwarancję zapewnia im umowa koalicyjna. NOWA PREMIER Warto zwrócić uwagę, że kandydatura byłej Minister Zdrowia na premiera polskiego rządu wzbudza wiele kontrowersji, zwłaszcza w opozycyjnych gremiach. Ewa Kopacz jest krytykowana za upartyjnienie funkcji Marszałka Sejmu i blokowanie projektów ustaw wnoszonych do laski marszałkowskiej przez partie opozycyjne. Również okres jej urzędowania w resorcie zdrowia nie jest oceniany pozytywnie. Broniąc swojej partyjnej

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE koleżanki posłowie PO podnoszą, że piastując stanowisko Ministra Zdrowia potrafiła odmówić zakupu szczepionek przeciwko ptasiej grypie, przeciwstawiając się lobby koncernów farmaceutycznych oraz namowom innych państw. Zdaniem Ryszarda Czarneckiego, eurodeputowanego z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, ktoś kto był złym ministrem i fatalnym marszałkiem nie może być dobrym premierem. Z kolei posłanka Twojego Ruchu, a zarazem wicemarszałek Sejmu – Wanda Nowicka zapewnia, że poprze przyszły rząd Ewy Kopacz. Podkreśla, że jest ona drugą kobietą – po Hannie Suchockiej – w historii III Rzeczypospo-

litej, która ma szansę zostać Prezesem Rady Ministrów. Inni politycy oceniając przyszłe losy nowej Rady Ministrów, zaznaczają, że niezwykle ciężko będzie utrzymać całość w ryzach. OSIEROCONA PLATFORMA Wewnętrzna sytuacja Platformy nie napawa działaczy partyjnych optymizmem. Wciąż nierozstrzygnięta pozostaje kwestia zmiany szefostwa w partii. Wiadomo, że Donald Tusk nie zamierza pełnić funkcji jej przewodniczącego, gdyż takie zadanie byłoby na-

s. 10

zbyt trudne do pogodzenia z nowymi obowiązkami, a oprócz tego mogłoby to zostać źle odebrane w Brukseli. Naturalnym dla wielu członków PO jest, że to I zastępca powinien wziąć stery partii w swoje ręce. Nie wszyscy jednak podzielają to zdanie. Grzegorz Schetyna uważa bowiem, że należy przeprowadzić przyspieszone wybory, których zadaniem byłoby wyłonienie nowego szefa. Opozycja zauważa, że mimo zmiany na stanowisku kierowniczym partii, to Donald Tusk będzie kierował jej losami niejako z tylnego fotela. Zdaniem PiS będzie to zabieg czysto kosmetyczny i fasadowy w efektach. Pomimo zewnętrznych zmian nie wprowadzi

nowej jakości do partii. Walka o przywództwo może ponadto okazać się polem do powiększenia wpływów niektórych polityków i przygotowywania sobie zaplecza na przyszłość. W kuluarach bowiem snuje się wizje nie tylko na najbliższe miesiące. CELE POLITYCZNE Wyjazd premiera do Brukseli wymusił pewne zmiany na arenie politycznej. Wprawdzie nie można mówić o żadnym przełomie, bowiem układ sił sejmowych pozostaje bez zmian,

to jednak warto zaznaczyć, że jest to moment istotny. Przed Donaldem Tuskiem i Elżbietą Bieńkowską roztaczają się europejskie horyzonty i pole do podejmowania nowych działań. Z kolei Ewę Kopacz czeka niełatwe zadanie sprawowania zwierzchnictwa nad władzą wykonawczą. Miejmy nadzieję, że nie zapomną o swoich rodakach i losach swojego kraju oraz o złożonych obietnicach działania na rzecz i w interesie Polski. Widać także, że Prezydent Komorowski nie zamierza być jedynie ozdobnikiem i notariuszem postanowień Platformy. Z całą pewnością liczy na poparcie PO w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc będzie starał się wzmocnić swoją pozycję. Można już zaobserwować pewne przejawy takiej polityki. Szeroka krytyka ministrów-aferzystów w tym szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego oraz próba wpłynięcia na kształt przyszłego rządu świadczą o tym, że Prezydent nie chce być kojarzony jako strażnik żyrandola. JAKA PRZYSZŁOŚĆ? Dodatkowo trudności Ewy Kopacz może spotęgować próba kontroli i nadzoru jej poczynań przez samego Donalda Tuska. Realny bowiem wydaje się scenariusz jego powrotu do polityki polskiej. Wybory prezydenckie w 2020 roku mogą stanowić ku temu okazję. Nie może on zatem pozwolić sobie na utratę poważania i autorytetu. Wybór na stanowisko szefa Rady Europejskiej przysporzył zwolenników partii rządzącej, na co wskazują ostatnie sondaże. Z całą pewnością stał się czynnikiem motywującym także dla członków koalicji. Czas jednak pokaże czy efekt Tuska będzie miał odzwierciedlenie w zbliżających się wyborach samorządowych i czy przeprowadzka charyzmatycznego szefa partii nie przyczyni się do jej powolnego wewnętrznego osłabienia i w konsekwencji utraty władzy. Pozostaje jedynie wierzyć, ze zaistniałe zmiany będą korzystnie wpływać na los Polski i jej obywateli, a wszelkie plany i zamierzenia zostaną z całą stanowczością rozliczone i zweryfikowane przez wyborców. 


s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Nasz mundial.

Polska w

trzeciej fazie! Mateusz Nowak

Mistrzostwa świata wkraczają już w decydującą fazę. Został już tylko jeden tydzień zmagań, podczas którego dostaniemy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Najważniejsza informacja jest taka, że Polacy grają dalej i są wśród najlepszych sześciu drużyn siatkarskiego czempionatu. W dotychczasowych dziewięciu meczach nasza reprezentacja poległa jedynie w starciu z Amerykanami, którzy niespodziewanie jednak odpadli z dalszej rywalizacji. Forma naszych zawodników jest więc wspaniała i napawa optymizmem przed decydującą walką o medale.

Włochy, Serbia, Stany Zjednoczone czy Bułgaria, oto najlepsze z drużyn, których już nie zobaczymy podczas tegorocznego mundialu. Wszystkie były stawiane przed mistrzostwami w gronie faworytów do medali, jednak poległy w walce. I o ile Amerykanie czy Serbowie walczyli prawie do samego końca o awans, o tyle Włosi i Bułgarzy bardzo rozczarowali, nie stawiając większego oporu swoim rywalom. Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa oczekiwać zmian w obsadzie stanowisk trenerów obu tych reprezentacji. W dalszej walce zostają główni faworyci, czyli Brazylijczycy i Rosjanie, którzy w swojej części drabinki nie mieli żadnych problemów z rozprawieniem się ze słabszymi rywalami. Razem z nimi do ostatniej fazy przeszli Niemcy, którzy przegrali jedynie z wymienionymi już zespołami. Z naszej grupy, oprócz Polaków, awans wywalczyli Francuzi i dość niespodziewanie Irańczycy, którzy potwierdzili tym samym,

s. 12

“Po dwóch tygo-

dniach mistrzostw wiemy już bardzo dużo. Przede wszystkim nie obyło się bez niespodzianek. Jedną z największych było zwycięstwo Argentyny nad USA 3:2 w ostatniej kolejce, przez co Amerykanie zostali odesłani do domów z kwitkiem, a Argentyńczycy pożegnali się godnie z turniejem. że należą już do ścisłej światowej czołówki. Te dwie drużyny, wspólnie z Niemcami, tworzą grupę H, która swoje zmagania będzie prowadzić w katowickim spodku. Z kolei grupa

G, grająca w łódzkiej Atlas Arenie, została złożona z mistrzów świata Brazylijczyków, mistrzów olimpijskich Rosjan i gospodarzy imprezy - Polaków. Czeka nas więc niezwykle trudne zadanie w walce o awans do półfinału mundialu. Warunkiem jest wygranie co najmniej jednego meczu, choć trudniejszej przeszkody w osiągnięciu takiego rezultatu naprawdę ciężko sobie wyobrazić. Mam jednak nadzieję, że Polacy potwierdzą swoją wysoką formę i powtórzą wynik choćby z tegorocznego Memoriału Huberta Wagnera, podczas którego udało się zwyciężyć Rosjan. Również już w ostatnich sezonach także Brazylia okazywała się nam nie straszna. W tegorocznej Lidze Światowej pokonaliśmy obrońców tytułu mistrzowskiego dwukrotnie, co wlewa sporo optymizmu w nasze serca. Na pewno nasi chłopcy staną do walki. Stawka jest przecież wysoka i możemy być pewni tego, że nikt tu już tanio skóry nie sprzeda. Po dwóch tygodniach mistrzostw wiemy już bardzo dużo. Przede


wszystkim nie obyło się bez niespodzianek. Jedną z największych było zwycięstwo Argentyny nad USA 3:2 w ostatniej kolejce, przez co Amerykanie zostali odesłani do domów z kwitkiem, a Argentyńczycy pożegnali się godnie z turniejem. Ogromnym sukcesem jest atmosfera i frekwencja na trybunach, co zachwalają reprezentanci wszystkich krajów uczestniczących w zmaganiach. Dzięki temu po raz kolejny potwierdza się,

że Polacy potrafią doskonale zorganizować wielkie imprezy sportowe. Jest to przecież kolejny duży turniej, po EURO 2012, który jest szeroko komentowany i wysoko oceniany na całym świecie. Możemy być więc dumni nie tylko z naszych siatkarzy. Pozostaje nam tylko kibicować chłopakom do samego końca i wysłać w świat sygnał jak powinno się dopingować siatkówkę. Oby tylko to poniosło naszych chłopaków, którzy

we wtorek i czwartek zmierzą się z dwoma najlepszymi drużynami na świecie. Sukces jest jednak możliwy i ja w to gorąco wierzę, zachęcając przy tym wszystkich was do tego samego. 

s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

Najbardziej zawistni

są Polacy Sylwester Wardęga ponoć zbiera grube hajsy za pająko-psa, który robi furorę w internecie, tym polskim, jak i tym zagranicznym. Wyświetlenia i subskrypcje rosną, a media zastanawiają się coraz głośniej nad fenomenem pana Wardęgi. Wszystko pięknie i fajnie, póki do głosu nie dochodzą zawistnicy. Popcorn w dłoń, zaczynamy przedstawienie! Anna Zawalska

Trudno dorobić się czegoś w Polsce. Jeśli włożysz tony ciężkiej pracy w jakieś przedsięwzięcie, wypromujesz markę, ziścisz swoje marzenia i w końcu uda ci się na tym zarobić jakieś pieniądze, to zamiast radości możesz wpaść w depresję. Zaraz bowiem znajdą się rzesze ludzi, którzy wytłumaczą wszechwiedzącym tonem, że wszystko, co zarobiłeś, w ogóle ci się nie należy. W przypadku pana Wardęgi, którego zyski z filmu o pająko -psie szacowane są już na kilkanaście tysięcy złotych, zawistnicy pojawili się bardzo szybko. Podzielić ich można na kilka grup i rodzajów. Pierwsza grupa, ta najbardziej prymitywna, zawsze wali prosto z mostu. Ten rodzaj zawistników jeszcze nie opanował za bardzo tzw. kryptozawiści, którą cechuje odpowiednie ubranie zazdrości w słowa. Grupa ta liczy sporo ludzi, bowiem zawsze znajdzie się banda krytykantów zmuszonych do podniesienia swojego poczucia własnej wartości poprzez bezzasadne zruganie twórcy

s. 14

“Branża rozrywko-

wa rządzi się swoimi prawami. Wardęga rozumie je świetnie i tworzy coś, co wywołuje uśmiech i pomaga zregenerować siły po ciężkim dniu pracy. Dlatego płakanie nad głupotą ludzi tutaj jest trochę bez sensu, skoro to nie rynek napędza popyt, ale na odwrót i tutaj potrzeba odbiorcy jest najbardziej brana pod uwagę. za tzw. “byleco”. Począwszy od oceny samego pomysłu, przez wykonanie, aż w końcu po efekt końcowy – tego typu zawistnikom trudno dogodzić i nie znajdą oni nic wartościowego w

tym, co stworzyłeś. Mając na uwadze doświadczenie Wardęgi w internetowym szołbiznesie, zapewne nic sobie z tego nie robi, jednak ktoś wrażliwszy niestety weźmie sobie to do serca, zamknie w sobie i przestanie działać. Efekt zawistników zostanie osiągnięty. Kolejna grupa już poważniej podchodzi do sprawy, bo za prymitywów uważana być nie chce. Tutaj zawiść już jest odpowiednio przygotowana, ubrana w słowa i w ekspercki ton – nieważne z jakiej dziedziny. W przypadku produkcji Wardęgi do głosu bardzo szybko doszli pseudo-prawnicy – choć jeden czy drugi trzema semestrami prawnych kursów się chwalił, co by w ten sposób uzasadnić swoje żale i znajomość tematu. Pojawia się więc zawiść w stylu: “ciekawe, czy zapłacił gażę za wykorzystanie wizerunku” albo “ciekawe, czy osoby z filmiku zgodziły się na wykorzystywanie wizerunku” czy chociażby “ludzie z filmiku powinni iść do sądu!”. Niestety każdy z tego typu ekspertów


popełnia jeden zasadniczy błąd i nie docenia pana Wardęgi, albo też ma go za debila. Jeśli ktoś już zajmuje się branżą internetową, kręci filmiki rozrywkowe od dłuższego czasu, to mniemam, że musi być obeznany we wszystkich prawnych zawiłościach i świadomy tego, co mu wolno, a czego nie. W przypadku filmiku o pająko -psie pojawiła się kolejna grupa zawistników: chorzy na serce. Wyzywając twórcę od kretynów i bezmózgów snują przypuszczenia, że nie wziął pod uwagę, w jaki sposób taki żart może się skończyć dla osób o wrażliwym układzie krążenia. O ile Sylwester Wardęga nie podstawił osób odgrywających role przechodniów, o tyle na pewno przemyślał wszelkie plusy, minusy, za i przeciw. Sam fakt, że filmik nagrywany był późnym, ciemnym wieczorem pozwala wywnioskować, że Wardęga nie chciał zabić żadnej staruszki o słabym sercu. Kolejny rodzaj to ci ze szczególną troską dbający o rozwój intelektualno-artystyczny rodaków. Wieszczą oni coraz bardziej zapadającą się kulturę, skoro byle debil może zyskać

popularność byle głupim filmikiem. Do tego dochodzą również wszyscy narzekający na coraz bardziej zanikające mózgowie młodzieży, która ogląda byle co. Oczywiście trochę smutne jest to, że żyjemy w erze ajfonów, smartfonów i innych zdobyczy techniki, jednak nic na to nie poradzimy za bardzo. Rozwój ma swoje minusy, dlatego też teraz młodzi ludzie wolą obejrzeć głupiutki filmik, niż przeczytać wartościową książkę. Chociaż sama nad tym ubolewam, to jednak ból miejsca, gdzie plecy tracą swoją wdzięczną nazwę, o tego typu rzeczy i wieszanie psów na twórcach takich jak Wardęga, którzy wbili się w pewną potrzebę społeczną, jest co najmniej bezzasadne. Branża rozrywkowa rządzi się swoimi prawami. Wardęga rozumie je świetnie i tworzy coś, co wywołuje uśmiech i pomaga zregenerować siły po ciężkim dniu pracy. Dlatego płakanie nad głupotą ludzi tutaj jest trochę bez sensu, skoro to nie rynek napędza popyt, ale na odwrót i tutaj potrzeba odbiorcy jest najbardziej brana pod uwagę. Słusznie zauważa na Onecie jedna z internautek w swoim komentarzu

pod tekstem na temat zarobków twórcy pająko-psa: “Biedny Wardęga, teraz hejterzy go zmiażdżą. Nic tak Polaka nie boli, jak zarobione przez kogoś innego pieniądze. Przestają widzieć pomysł, umiejętność zrealizowania, wkład pracy, widzą tylko pieniąchy”. Ludzie nie rozumieją, że koleś tych pieniędzy nikomu nie ukradł, nikomu nie zabrał, ani niczyim kosztem nie zdobył. Zwyczajnie na nie zapracował. Jednak zawiści Polaków nie trzeba szukać daleko, chociaż w odmętach internetu jest jej zdecydowanie najwięcej. Zazdrościmy wszystkim: bliskim, niebliskim, sąsiadom, rodzinie, kolegom z pracy, a nawet pani Wiesi z Łomży. Jak już uda się komuś coś zarobić, często dzięki niesamowitemu wkładowi pracy, od razu wcielamy się w rolę sędziów, z namaszczeniem wparowując w czyjś portfel, aby natychmiast zacząć go rozliczać z każdej złotówki, na którą zapracował. Widzę to wszędzie. Bo nic nas tak nie wkurza, jak czyjś sukces. 

s. 15


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Kilka słów

o wojnie i patriotyzmie Jeszcze rok temu gdyby ktoś wspomniał o wojnie z Rosją uznano by go za wariata i paranoika. Dlaczego niby Rosja miałaby dążyć do wojny? Logicznych i spójnych wyjaśnień biorących pod uwagę geniusz polityczny Putina nie brakowało.

Maciej Puczkowski Kiedy sytuacja na Ukrainie zaogniła się zaczęliśmy mnożyć teorie, według których wojna z Polską miałaby być niemożliwa. Jednak sygnały docierające ze świata nie napawały optymizmem i w dalszym ciągu tego nie robią. Niezależnie od tego czy Polska zostanie zaatakowana, świat pokazał nam widmo swojej ciemnej strony. Zagrożenie nie jest już takie nierealne i pojawia się uporczywe pytanie: „co zrobisz, kiedy wybuchnie wojna”? Ktoś powie, że wojna już trwa od dawna, tylko posiada inny wymiar. Bliższa jest polityce niż manewrom militarnym. Inny będzie przekonywał, że współczesna wojna nie potrwa długo. Świat zostanie zniszczony w deszczu ataków nuklearnych. Obie skrajności zwalniają nas z odpowiedzi na pytanie: „co będę robił w tym czasie?”. Nie jesteśmy gotowi na wojnę. Nie chodzi nawet o świadomość braku szans. Jak na ironię państwo opiekuńcze staje się bezsilne w obliczu brutalnej siły. Być może za chwilę pożałujemy, że nasz kraj nie

s. 16

“Kogo mamy w za-

mian? Premierów uciekających na zachód na obiecany wikt i opierunek za udaną akcję dywersyjną. Czy za takie państwo będziemy walczyć? Życie nie jest najwyższą wartością, ale czy warto je oddawać za państwo, które kradnie rodzicom dzieci, zmusza kobiety do pracy, odbiera ludziom dobra wypracowane w pocie czoła kłamiąc o jakiejś opiece socjalnej? posiada twardych reguł moralnych i silnej niezależnej od ludu władzy. Nie wierzyliśmy w wojnę, a teraz tej wiary zaczyna nam przybywać. Może gdyby nas trochę bardziej uciskano mieliby-

śmy jeszcze jakieś szanse. Król żerujący na poddanych, zbierający to czego sam nie posiał, będąc silny, choćby z samej troski o własne dobro stałby w naszej obronie. Po to są królowie. Jednak dopiero kiedy wojnę można obserwować przez płot z własnego podwórka uświadamiamy sobie jak bardzo nam ich brakuje. Kogo mamy w zamian? Premierów uciekających na zachód na obiecany wikt i opierunek za udaną akcję dywersyjną. Czy za takie państwo będziemy walczyć? Życie nie jest najwyższą wartością, ale czy warto je oddawać za państwo, które kradnie rodzicom dzieci, zmusza kobiety do pracy, odbiera ludziom dobra wypracowane w pocie czoła kłamiąc o jakiejś opiece socjalnej? Czy to państwo będzie nas bronić? Czy schowa się za naszymi plecami mówiąc, że Polacy w obliczu niebezpieczeństwa będą wiedzieli co robić? Nie będą. Większość z nas nie miała w życiu broni w rękach w imię bezpieczeństwa. Jesteśmy mięsem armatnim. W dodatku nieźle upasionym.


Znajdą się jednak tacy, którzy będą przekonywać do patriotyzmu. Tylko, że patriotyzm to nie idea. Tak samo jak miłość. Nie jest czymś co można podzielać albo nie. Jeśli ktoś nie czuje realnego przywiązania do tego za co walczy nie będzie walczył. Chyba, że jest głupi lub oszukany. Stąd podstawą patriotyzmu jest miłość. Bez niej patriotyzm nie istnieje, jest zwykłą mrzonką, kolejną ideologią nie lepszą niż komunizm, jest własną karykaturą. Oznacza to, że najsilniejszym bodźcem pobudzającym do walki za ojczyznę – wyłączając wyprany mózg i inne wynaturzenia – jest rodzina. Za rodzinę warto walczyć, warto oddać życie, bo najbliższych się kocha i nie szkoda za nich umierać. Tylko, że rodzinę można wywieźć gdzieś daleko. Można ją ochronić nie idąc na wojnę. Czy ktoś posądzi takiego człowieka o tchórzostwo? Być może, tylko za co ma walczyć jeśli udało się mu już uratować wszystko na czym mu zależy? Jak to się więc stało, że na przestrzeni wieków ludzie raczej walczyli niż uciekali? Dlatego, że mieli dom. Dom zaś jest tak samo ważny jak rodzina. Dom jest dobrem rodziny na przestrzeni pokoleń – przeszłym,

teraźniejszym i przyszłym. Tylko, że dom to miejsce, które mam na własność lub jest własnością rodziny. To znaczy, że każda zewnętrzna ingerencja w mój dom, nawet ze strony państwa, jest aktem agresji. Nie wolno mi go zabrać, nie wolno mnie przesiedlić, ani nawet zmusić do podpięcia kanalizacji, bo to co moje jest moje jeśli mam nad tym wyłączną władzę. Ludzie walczyli za swoje domy, bo były ich własnością, ich miejscem. Nigdzie indziej człowiek nie jest tak u siebie jak w domu. Ta więź między człowiekiem, a domem jest tak silna, że sprawia, że człowiek chroniąc rodzinę chowa ją w domu i broni domu. Nie w głowie mu ucieczka, bo gdyby stracił dom, to tak jakby stracił część siebie. Ciężko jest to nam poczuć i zrozumieć w państwie, w którym nikt nie ma domu. Mamy adresy, jesteśmy zameldowani w pewnych miejscach i mamy dachy nad głową. Jednak czy mieszkanie w bloku można nazwać domem? Czy to mieszkanie jest moje? Czy mogę je zniszczyć? Nawet jeśli wydaje nam się, że posiadamy jakiś kawałek ziemi i nazywamy go domem okazuje się, że nad tym naszym kawałkiem ziemi nie mamy nawet

tyle władzy, żeby ściąć drzewo, nie mówiąc już o wybudowaniu czegokolwiek bez pytania urzędnika. Za to mamy walczyć? Do diabła z tym! Jednak kiedy uświadomimy sobie kto jest naszym wrogiem otwiera nam się nowy horyzont. Trzeba zdać sobie sprawę, że ci, których głupoty nie możemy się nadziwić, zboczeńcy odpowiadający za upadek moralności, niezidentyfikowani płciowo osobnicy, którzy pojawiają się znikąd robiąc oszałamiającą karierę medialną i polityczną są częścią działań mających przygotować nas do inwazji. Nie mając kręgosłupa moralnego będziemy widzieć agresora jako tego, kto w końcu zaprowadzi porządek. Musimy zobaczyć, że ci, którzy odbierają nam własność, gnębią nas pod przykrywką opieki socjalnej jednocześnie rozpieszczając zabawkami – to oni sprawili, że nie mamy ochoty walczyć, że nie mamy o co. To oni są pierwszymi oddziałami, które dokonują inwazji i to ich powinniśmy w pierwszej kolejności się pozbyć, żeby odzyskać własny kraj – żeby było w końcu czego bronić. 

s. 17


TEMAT NUMERU

Wegetarianizm

- czym to się je?

Nie ma wśród mięsożernych pewności co do pochodzenia słowa „wegetarianin”. Jedni zakładają, że z pendżabskiego (w myśl zasady „jesteś tym, co jesz”) oznacza ono „człowieka-trawę”. Inni przychylniej patrzą na pochodzenie z sanskrytu i znaczenie „człowiek, który zjada jedzenie naszemu jedzeniu”. A co to oznacza w praktyce? Rafał Growiec JAK TO SIĘ DZIELI? Wegetarianizm, jak każda filozofia (czy nawet quasi-religia), lubi się dzielić. I tak, mamy owo-lakto-wegetarian, którzy jedzą wszystko, co nie doprowadza do zabicia zwierzęcia: jajka, mleko itd. Gdy ktoś jednak nie chce zabijać kurczaczków, zostaje lakto-wegetarianinem. Z kolei ktoś, kto nie trawi laktozy może zostać owowegetarianinem. Weganin nie zje ani jajecznicy ani nie wypije szklanki mleka, a może nawet zrezygnuje z miodu. Herbaty z miodem na pewno nie napije się witarianin, odrzucający wszelką żywność przetworzoną – także przez pieczenie czy gotowanie. Ciekawie robi się przy frutarianizmie, czyli niejedzeniu niczego, co doprowadza do śmierci rośliny – czyli dopadają nawet soki marchwiowe czy kanapka z sałatą. Liquidarianie to frutarianie, którzy likwidują z diety pokarmy stałe, by nie obciążać wątroby. DLACZEGO WEGETARIANIZM? Ludzie decydują się na rezygna-

s. 18

“ Ciekawostką są

chrześcijańscy wegetarianie twierdzący, że Jezus był jednym z nich i dlatego wziął Szymona od sieci i uczynił go rybakiem ludzi. Inną kategorią są pobudki filozoficzne, wskazujące na to, że człowiek powinien okazywać szacunek światu przyrody, z którego się wywodzi w imię pokoju międzygatunkowego. cję z mięsa dla wielu przyczyn. Jedni – gdyż religia, jaką wyznają mówi, że dusza człowieka może ponownie wrócić na świat w zwierzęciu. Nie chcąc zjeść własnego dziadka czy ugotować rosołu z prababci, hinduiści na przykład preferują jarzyny. Cieka-

wostką są chrześcijańscy wegetarianie twierdzący, że Jezus był jednym z nich i dlatego wziął Szymona od sieci i uczynił go rybakiem ludzi. Inną kategorią są pobudki filozoficzne, wskazujące na to, że człowiek powinien okazywać szacunek światu przyrody, z którego się wywodzi w imię pokoju międzygatunkowego. Niektórzy akcentują cudowne właściwości zdrowotne wegetarianizmu, mającego chronić przed wszystkimi chorobami świata. Na samym końcu są wegetarianie ekonomiczni – twierdzący, że taniej wyhodować i sprzedać zboże, niż wyhodować zboże, upaść na nim krowę, zabić ją i sprzedać na mięso. A MOŻE JEDNAK MIĘCHO? Cały problem z wegetarianizmem jest taki, że robi się z niego fundament stylu życia, który trzeba czymś poprzeć. Z idei robi się ideologia. Ideologia, zwłaszcza dzieląca ludzi na lepszych (nie zabijających zwierzątek) i gorszych (robiących to) budzi sprzeciw. Stąd gorący spór, który raczej nie znajdzie łatwo rozwiązania.


Przeciwnicy wegetarianizmu powołują się na brak w roślinach pewnych substancji odżywczych – na przykład witaminy B12 – niemożliwych lub niezwykle trudnych do zdobycia w roślinach. Zarzucają też wegetarianom walczącym idealizowanie swojego stanu zdrowia. Wskazują, że mniejszy odsetek chorób może wynikać po prostu z tego, że osoby decydujące się nie jeść mięsa staranniej dobierają pokarm, często są też bogatsze. Także badanie nie wskazują zasadniczo na dużo lepszą jakość zdrowia wegetarian, którym wciąż grozi na przykład niedobór witaminy D (zwłaszcza na północnej półkuli). Ciekawy argument jakoby jedzenie mięsa sprzyjało klęskom głodu jest błędny. Problemem nie jest brak żywności, a jej zła dystrybucja – o czym pisze w tym numerze Małgosia Różycka – czy wojny. Podobno obecnie w Ameryce Północnej marnuje się rocznie dość żywności, by wykarmić w tym czasie Afrykę. Także masowa produkcja żywności roślinnej może prowadzić do destrukcji środowiska naturalnego i wycinki lasów. CHRZEŚCIJAŃSKI WEGETARIANIZM? Jak wiadomo – odpowiednio okrojona i ubogacona własnoręcznie napisanymi apokryfami Ewangelia

potrafi zdziałać cuda. I tak, Jezus – będący Żydem, a więc jedzący baranka w każdą Paschę – miałby być wegetarianinem. O ile można przyjąć, że warunki życia wśród rybaków zmuszały Go do zjedzenia czasem ryby, to dlaczego miałby to robić w ciele chwalebnym, po Zmartwychwstaniu (Łk 24, 42-43)? Powołując się na powołanie Piotra mówi się, że Jezus zakazał połowu ryb, a nakazał połów ludzi. Najpierw jednak nakazał zarzucić sieci, które napełniły się tak, że trzeba było dwóch łodzi, żeby je wyciągnąć. Także uczniowie Jezusa nigdy nie zakazywali jedzenia mięsa. Święty Paweł wskazywał na to, żeby unikać jedzenia mięsa, by nie gorszyć braci. Chodziło jednak o mięso składane w ofierze w świątyniach pogańskich, ofiarowane bożkom. Choć właściwie dla chrześcijanina jest to mięcho jak mięcho, a znak jakości świątyni to tylko ozdóbka, to jednak ktoś mógłby się uznać to za przejaw mieszania wiary w Boga z grecko-rzymskim kultem. Także powoływanie się na Stary Testament nie zdaje egzaminu – przynajmniej przy wegetarianizmie „prozwierzecym”. Dieta Izraelitów nigdy nie była bogata w mięso, ale już jego spożywanie było oznaką statusu. Biblia nieraz nazywa dym z krwa-

wych ofiar „wonią miłą Panu”(por. np. Lb 15, 8-11). Daniel odmawiał jedzenia mięsa na dworze królewskim w Babilonie bardziej z powodów jego niekoszerności niż mięsności. Po dziś dzień jednym z największych problemów w relacji judaizm-świat jest kwestia uboju rytualnego. Trudno znaleźć niezbite, twarde argumenty przeciwko niejedzeniu mięsa. Nie można też wskazać jakiegoś ostatecznego argumentu „za”. Można jednak nie toczyć wojny religijnej o dietę i nie naciągać na jej potrzeby tekstów świętych. Ale przynajmniej za jedno można podziękować wegetarianom – w piątek w wielu knajpach znajdzie się coś na użytek poszczącego katolika. 

s. 19


TEMAT NUMERU

Pyszności ze śmietnika Zajmujemy wysokie piąte miejsce w Unii Europejskiej. Niestety, nie ma się z czego cieszyć, bo chodzi o ilość marnowanej żywności. A wystarczy pamiętać o kilku prostych zasadach, dzięki którym na świecie ubędzie głodnych ludzi, a nasza kulinarna kreatywność niebotycznie wzrośnie. Wszystko sprowadza się do dwóch słów: nie marnuj! Małgorzata Różycka MARNOTRAWSWO W LICZBACH Według danych FAO 1,3 mld ton żywności, czyli 1/3 całej światowej produkcji, ląduje w śmietniku. W krajach Europy i Ameryki Północnej statystyczny obywatel spożywa 900 kg jedzenia rocznie, a wyrzuca ponad 100 kg, natomiast mieszkańcy Afryki Subsaharyjskiej odpowiednio 460 kg i 6-10 kg w ciągu roku. Zlecone przez Federację Polskich Banków Żywności w 2013 roku badania pokazały, że 39% Polaków przyznaje się do marnowania produktów spożywczych, przy czym są to głównie wykształceni, młodzi ludzie posiadający zatrudnienie, mieszkający w dużych miastach. Daje się zauważyć pewna prawidłowość: im wyższy poziom życia, tym częściej badani twierdzili, że zdarza im się wyrzucać artykuły spożywcze. Każdego roku do kubłów nad Wisłą trafia niemal 7 ton żywności, co daje nam niechlubne, piąte miejsce wśród krajów członkowskich UE. Gdzie zatem podział się nasz szacunek do jedzenia? DLACZEGO? Przyczyn jest wiele, bo marnowanie żywności ma miejsce na wszystkich etapach drogi od producenta do konsumenta. Straty w obszarze produkcji to przede wszystkim nie-

s. 20

“Marnowanie żyw-

ności ma miejsce na wszystkich etapach drogi od producenta do konsumenta. Straty w obszarze produkcji to przede wszystkim niewłaściwe warunki transportu, niedostosowanie podaży do popytu oraz utylizacja zamiast przekazywania niesprzedanego towaru do Banków Żywności właściwe warunki transportu, niedostosowanie podaży do popytu oraz utylizacja zamiast przekazywania niesprzedanego towaru do Banków Żywności, wynikająca z nie tylko z niewiedzy, lecz także z lenistwa. Wina konsumentów to w pierwszej kolejności nieracjonalne zakupy: kupujemy więcej niż jesteśmy w stanie przejeść. Przegapianie dat ważności stanowi kolejny istotny problem, którego źródłem jest zwyczajne niedbalstwo. Zbyt duże porcje i przechowywanie jedzenia w nieodpowiednich warunkach zamykają listę najczęstszych

konsumenckich grzechów. Tak często popełnianych, a jednocześnie tak prostych do uniknięcia. KROPLA DRĄŻY SKAŁĘ Pewnie każdemu zdarzyło się kiedyś wrzucić do śmietnika spleśniały chleb albo oślizgłą szynkę. I można zapytać: co w tym takiego złego? Przecież nikt chyba nie robi tego dla przyjemności i – mimo wszystko- staramy się tego unikać. To prawda. Jednak kropla drąży skałę, ponieważ każde działanie w skali mikro przekłada się na efekt w skali makro. Zwiększenie ilości odpadów wymusza wzmożoną ich utylizację, która jest procesem kosztownym i energochłonnym. W procesie gnicia produktów spożywczych powstają ponadto znaczne ilości metanu, bardzo szkodliwego gazu cieplarnianego, o wiele groźniejszego niż „przereklamowany” w tym względzie dwutlenek węgla. Warto także zauważyć, że marnowanie żywności to także zupełnie niepotrzebna strata wody oraz energii, zużytych do produkcji danego artykułu. Na przykład, by wyprodukować kilogram mięsa, potrzeba aż kilku ton wody, której wcale nie mamy wiele, nawet w wysoko rozwiniętych krajach, takich jak Polska. Dlatego też, mając na uwadze zna-


czące skutki marnowania jedzenia, należy dołożyć wszelkich starań, by ograniczyć ten fatalny ekonomicznie i etycznie proceder. DZIEJE SIĘ! W Polsce od kilku lat Federacja Polskich Banków Żywności prowadzi akcję „Nie marnuję”, mającą na celu uświadomienie społeczeństwu nad Wisłą powagę problemu. Producentów zachęca się do przekazywania zwróconych ze sklepów towarów Bankom Żywności, skąd trafiają one do potrzebujących przez organizacje pożytku publicznego. Konsumenci zaś na stronie internetowej akcji (niemarnuje.pl) mogą znaleźć szereg porad, jak zmienić swoje nawyki, by ograniczyć marnowanie żywności w gospodarstwie domowym. Można zatem sporządzić sobie listę zakupów, opierając się na tym, co już mamy w lodówce i na terminach przydatności do spożycia tak, by wykorzystać maksymalnie zrobione wcześniej zakupy. Porady dotyczące przechowywania

konkretnych produktów pozwalają cieszyć się maksymalnie długo ich świeżością, a raporty z badań i dane statystyczne zaspokajają miłośników cyfr i dociekliwych, dając tym samym wyczerpująca wiedzę na temat problemu marnowania żywności. Moim faworytem jest jednak dostępna na stronie książka kucharska. Na początku zaznacza się, jakimi produktami dysponujemy, a potem pokazuje się lista przepisów, zawierających dany składnik. Dzięki temu możemy wykorzystać artykuł spożywczy o krótkiej dacie przydatności i ugotować pyszne „danie ze śmietnika”. Licznik porcji pozwoli natomiast dobrać ilość składników do ilości osób, przez co ani odrobina jedzenia nie wyląduje w koszu. PODAJ DALEJ! Na koniec chciałabym jeszcze zauważyć, że studenci są grupą szczególną, jeśli chodzi o problem wyrzucania jedzenia, ponieważ często dostają „wyprawkę słoika”, która

ląduje w zamrażalniku, gdzie nieraz długo czeka na konsumpcję, a czasem nie doczekuje się jej wcale. Ponadto moje doświadczenie posiadania jednej wspólnej kuchni w akademiku pokazuje, że w studenckim śmietniku co chwilę można znaleźć produkt w pełni zdatny do spożycia, który ląduje tam, bo właściciel potrzebuje miejsca w lodówce, albo wyjeżdża gdzieś i woli wyrzucić niż się podzielić. Jak widać, wystarczy mieć na uwadze kilka naprawdę prostych zasad, by móc z dumą powiedzieć: nie marnuję żywności. Zatem zwracajmy sobie nawzajem uwagę, dzielmy się nadprogramowym jedzeniem, gotujmy razem, bądźmy świadomymi i odpowiedzialnymi konsumentami! Jedzenie to w końcu dar Boży, a skoro modlimy się codziennie słowami „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, to absolutnie nie wypada wyrzucać do kosza na śmieci tego, o co prosimy samego Boga. 

s. 21


TEMAT NUMERU

Napoje gazowane

- legalna trucizna

na życzenie

Tematem wiodącym jest żywność. A jedzenie zawsze dobrze czymś popić. Poza tym wiele koncernów żywieniowych przykłada coraz większą uwagę do napojów. Wśród nich są wszelkie napoje gazowane z dużą ilością cukru, powszechnie zwane “Colą”.

Dominik Cwikła SMACZNIE I NIEZDROWO Kolorowe napoje są bardzo mocno nasycone cukrami. Puszka takiego napoju może mieć w sobie równowartość nawet 10 łyżeczek cukru. W takiej ilości niewiele potrzeba, by na zębach wywołać próchnicę, co jest zresztą coraz powszechniejszym problemem zarówno u dzieci jak i dorosłych. Jeszcze powszechniejszym problemem jest otyłość. Nie lekka nadwaga, ale poważnie zawyżona waga w stosunku do wieku i wzrostu. Kolejnym szkodliwym efektem jest kwasowość tych napoi. Organizm reaguje na nie automatycznie, robiąc bufor krwi w celu neutralizacji kwasu. Ale jak mówi znane przysłowie, nec Hercules contra plures. W przypadku zbyt dużej ilości substancji, krew nie jest w stanie poradzić sobie z jej neutralizacją. Wtedy pozostałości kwasowe odkadają się i wytwarza się tkanka tłuszczowa, by ocalić organy wewnętrzne. Ten znienawidzony zwłaszcza przez żeńską część ludzko-

s. 22

“Inaczej z kolei dzia-

ła Wenezuela. Nieżyjący już dyktator Hugo Chavez apelował do rodaków, by nie spożywali Coca-Coli, Pepsi oraz podobnych napojów, lecz by spożywali napoje rodzimej produkcji. ści tłuszcz de facto ratuje życie miłośnikowi kolorowych napojów. Tłuszcz neutralizuje kwas, jednak stałe dawkowanie powoduje zmniejszenie tlenu we krwi. To z kolei prowadzi do procesów fermentacyjnych i rozwoju wszelkich drobnoustrojów. Sam cukier dostarcza energii, co po przebudzeniu może być przydatne. Niemniej w nadmiarze (a dziesieć łyżeczek na raz z pewnością nim jest) może prowadzić do nieporządanych efektów jak na przykład nadpobu-

dliwość, problemy z zaśnięciem, dekoncentrację oraz zmęczenie po przetrawieniu takiej ilości składnika. O sztucznych barwnikach czy konserwantach wspominać chyba nie trzeba. Jak to się stało, że taka szkodliwa i uzależniająca substancja jest tak powszechnie dostępna i nie zakazana? WALKA O ZDROWIE I SOCJALIZM Niektóre państwa zadały sobie to pytanie i zaczęły walczyć z podobnymi napojami. Deklarowane hasła oczywiście niekoniecznie muszą zgadzać się z prawdziwymi intencjami, niemniej ze względu na położenie możemy śmiało powiedzieć, że są one różne. W Nowym Jorku na przykład dwa lata temu zakazano sprzedaży słodkich napojów w dużych pojemnikach. Pomysł zainicjowany przez burmistrza Bloomberga, po miesiącach debat, został przeforsowany przez radnych. Oczywiście mieszkańcy zareagowali dosyć nerwowo.


Pod hasłem obrony zdrowia z koncernem amerykańskich stanęły także Boliwia i Wenezuela. Ta pierwsza pod koniec 2012 roku wprowadziła zakaz produkcji i sprzedaży napojów Coca-Cola Company. Oficjalnymi powodami były troska o zdrowie ludu pracującego oraz chęć promowania krajowych marek napojów. Żeby było ciekawiej, od 2010 roku w tym kraju prowadzona jest produkcja wody gazowanej również na bazie liści koki. Jej nazwa to... Coca Colla! Boliwia jak widać oryginalnością oraz zdolnościami marketingowymi się nie wyróżni w najbliższym czasie. Inaczej z kolei działa Wenezuela. Nieżyjący już dyktator Hugo Chavez apelował do rodaków, by nie spożywali Coca-Coli, Pepsi oraz podob-

nych napojów, lecz by spożywali napoje rodzimej produkcji. Podkreślił jednak, że nie zamierzam zabraniać produkcji i sprzedaży napojów pod tą marką. Jak widzimy, nie było tutaj mowy o zdrowiu. Mające poważne problemy gospodarcze kraj chciał poprawić swoją sytuację poprzez apel wodza. Oczywiście nie przyniosło to żadnych efektów. Zdaje się, że nie ma dobrego rozwiązania tej sprawy. Oczywistą rzeczą jest, że regularne picie kolorowych napojów doprowadzić może do bardzo poważnych powikłań zdrowotnych. Nie można jednak zakazać sprzedaży, ponieważ to by godziło w podstawowe prawa ludzkie. Poza tym napoje te są na tyle powszechne na całym świecie, że na dłuższą metę doprowadzić by to mogło do niema-

łych rozruchów. Rada? Kampania informująca o skutkach picia coli. Napoje kolorowe są na tyle szkodliwą oraz uzależniającą substancją, że każdy człowiek powinien wiedzieć, z czym ma doczynienia. Jeśli są takie kampanie w kwestii narkotyków, alkoholu czy tytoniu, to dlaczego ta szkodliwa i uzależniająca substancja jest na uprzywilejowanej pozycji? Każdy powinien móc świadomie spożywać tego typu produkty. A wbrew pozorom, skala szkodliwości nie jest powszechnie znana. 

s. 23


TEMAT NUMERU

Gdzie zjeść

w Krakowie? Sara

Nałęcz-Nieniewska

Turyści, znajomi, przyjezdni, miejscowi. Wszyscy jak jeden mąż, zawsze pytają mnie gdzie można dobrze i tanio zjeść w Krakowie, albo gdzie po prostu ja jadam. Kiedy mam czas staram się kupować na krakowskich placach targowych, a posiłki przygotowywać w domu. Chociaż dobrze wiem, jak to jest kiedy człowiek pędzi przez miasto z burczącym brzuchem pomiędzy pracą, a uczelnią. Jedzenie „na mieście” to nieunikniony aspekt życia studenta. Gdzie zjeść w Krakowie? To chyba jedno z najczęściej zadawanych pytań wujkowi Google’owi. Ale nie martwcie się, poprowadzę was przez ciemną dolinę niewiedzy ku smakowym doznaniom!

NA LUNCH Jeśli biegniesz z jednych zajęć na drugie, a droga twa przecina ulice Mikołajską to tanio i dobrze możesz zjeść w barze mlecznym „U Stasi” (Mikołajska 16). Gdzie pyszne, domowe zupy zjemy już za 4 zł 60 gr. Trzeba się przygotować na kolejkę. Starzy, krakowscy wyjadacze już tam pewnie siedzą. „U Stasi” to jedna z pierwszych jadłodajni w Krakowie szczycąca się wieloletnią tradycją. Pani Stasia karmiła naszych dziadków i rodziców. Do dziś można spotkać tam wiele osobowości i osobliwości. W szczególności polecam standard - pierogi (ruskie, ze szpinakiem, z owocami) w cenie 8 zł, które możecie popić kompotem albo zsiadłym mlekiem. Mięsne dania zwyczajowo są w cenie około 15 zł, najdroższe są bitki wołowe za 18. Wstyd i hańba nie pojawić się tam choć raz. Nic nie koi nerwów tak, jak zacny obiad w doborowym towarzystwie. Jednak jeśli marzy wam się samotność, zapraszam na taras Akademii Muzycznej, mieszczący się przy wylocie ul. Tomasza na Planty. Widok na cały Kraków z 7 piętra. Nie tylko muzycy są tu mile widziani. Czeka na nas Roman z porządnym obiadem. Łatwo zabłą-

s. 24

“Pamiętam, jak praco-

wałam w godzinach nocnych, największą męką były powroty do domu z pustym brzuszkiem. Ile dni pod rząd można jeść tosty z zakupionych w nocnym sklepie, gdzieś po drodze, kiepskiej jakości składników? Moim wybawieniem okazał się być Krakowski Kumpir . dzić, ale kiedy już się tam znajdziesz! Jedzenie jest dobre. W menu widnieją standardowe pozycje z barów mlecznych, każdego dnia inne danie. „U Romana” przypominałoby każdy bar mleczny gdyby nie zabójczy widok. Siedząc w wiklinowym krześle, pałaszując panierowany kotlet czy brizol, możemy zachwycać się panoramą miasta - Wawel, Kościół Mariacki, wieża Poczty Głównej. Z tysiąca barów mlecznych w Krako-

wie godne polecenia są jeszcze dwa. „Bar Targowy” mieszczący się na al. Daszyńskiego 18 (obok Hali Targowej), gdzie wystrój jest naprawdę okropny, ale za to jakie jedzenie. Przemiłe panie z okienka podają różne specjały. To jeden z nielicznych barów, w których panie gotujące eksperymentują ze zwyczajnymi potrawami. Kotlety brokułowe z sosem czosnkowym, zupa meksykańska czy gyros widnieją w karcie zaraz obok pierogów i flaczków. Menu jest różnorodne, tak jak zresztą klientela tego baru. Przy ulicy Limanowskiego 16 mieści się bar mleczny „Krakus”, ulubione miejsce studentów. Unowocześniono zarówno wystrój, jak i dania, przy czym ceny zostały takie same. Specjalnością zakładu jest kotlet podgórski, ale podają również ananasa w cieście, włoski makaron czy naleśniki ze szpinakiem. Menu zawiera kilkadziesiąt pozycji i przez wielu uważany jest za najtańszy w mieście. Zupy zaczynają się już od złotówki z hakiem. I wszyscy polecają ich pierogi ruskie. Kolejka czasami wychodzi poza lokal, jednak barowe panie, niczym cyborgi obsługują wszystkich szybko i bezboleśnie. Oczywiście, można spotkać tu podgórski element. Ale czegóż się


TEMAT NUMERU

nie robi dla dobrego obiadu? Jeśli chcecie szarpnąć się trochę (na koncie pojawiła się wypłata, mama wysłała kieszonkowe) zapraszam do restauracji Smakołyki na ulicy Straszewskiego 28, gdzie zestaw dnia (za każdym razem inny) zjemy za 14 zł. Piękny wystrój, miła kelnerska obsługa, widok na Collegium Novum przez ścianę szyb. Rano polecam wybrać się tu na śniadanie (Polskie -jajo, twarożek, świeże warzywa, Angielskie – fasolka, bekon, kiełbaski, jajka sadzone,Włoskie – pasta tuńczykowa, wędzona szynka czy Amerykańskie – naleśniki z syropem klonowym) w cenie od 13 do 15 zł. Warto zaglądać, dania dnia wypisywane są kolorowymi flamastrami na szybie (po tym można rozpoznać lokal, ponieważ nie ma szyldu wychodzącego na ulicę). Ja miałam okazję raczyć się tu pyszną zupą dyniową. Dla wegetarian (nigdy was nie zrozumiem) polecam standardzik czyli bar sałatkowy Chimery na ul. św. Anny. Za 13 zł (zestaw na 4 porcje) zjemy tutaj pyszne sałatki, lazanię porową, tartę brokułową, zupę z topinambura czy polentę z sosem pomidorowym. Dania zmieniają się codziennie, ale jakoś pozostaje ta sama. Warto czasami odwiedzać to miejsce, nawet jeśli jest się mięsożercą.

HULANKI, SWAWOLE I NOCNE POWROTY Pamiętam, jak pracowałam w godzinach nocnych, największą męką były powroty do domu z pustym brzuszkiem. Ile dni pod rząd można jeść tosty z zakupionych w nocnym sklepie, gdzieś po drodze, kiepskiej jakości składników? Moim wybawieniem okazał się być Krakowski Kumpir mieszczący się przy, a właściwie na Hali Targowej (teraz podobno też na Rakowickiej, w przyszłości również na dowóz do domu). Kumpir, ponoć specjał kuchni tureckiej - to po prostu wielki ziemniak wypełniony po brzegi farszem. W cenach od 8 do 16 złotych raczą nas olbrzymią pyrą, z masełkiem i serem żółtym w każdej z dodatkami do wyboru. Góralski z żurawiną, Gzik z serem białym, Chili con carne z nachosami, a ostatnio nawet z jakiem sadzonym na boczku. Każdy znajdzie tu swój ulubiony smak. Właściciele chwalą się, że ich ziemniak wraz z dodatkami waży 1 kilogram. Potwierdzam! Zdecydowanie trzeba zjeść z kimś na pół albo być bardzo, bardzo głodnym. A dla fanów prawdziwego mięcha, zaraz obok kultowa Nyska, panowie w białych fartuchach i najlepsza na świecie kiełbasa z wodną bułą, kleksami keczupu i musztardy. Jedzona oczywiście na stojąco na

papierowym talerzyku. Cena za tą przyjemność to około 8 złotych. Próbowałam kiedyś zasięgnąć języka na temat pochodzenia tej pysznej, pieprznej kiełbachy od serwującego ją brodacza w fartuchu, ale tajemnica jest strzeżona pilnie. Jeśli wasze drogi przechodzą przez Kazimierz (a podobno wszystkie drogi tam prowadzą) mogę polecić pyszne frytki belgijskie, prosto z food truck'a na placu na ul. Wawrzyńca. Warto zahaczyć wracając z imprezy czy po prostu pracy. Grubo ciosane fryty, poddawane podwójnemu smażeniu w różnych temperaturach (tak to się robi, żeby skórka była chrupiąca) kosztują 7 zł za małą, 9 zł za dużą porcje (naprawdę dużą). Oczywiście podane w designerskich opakowaniach z specjalną miseczką na sos. A sosy? To osobna bajka – suszone pomidory, bbq habanero, andaluzyjski, duński, a nawet miętowy. Jeśli jednak nogi zaprowadzą was na Rynek Główny zapraszam do Gospody Koko na ul. Gołębiej. Tutaj możecie zjeść prawdziwy obiad w środku nocy (dokładnie do 2). Jedzenie jest dobre, zupy mocno przyprawione, a specjałem oczywiście jest kotlet z koko. Chociaż ja polecam również smażony camembert z żurawiną. I frytki! Mam fioła na punkcie ziemniaków...A na Grodzkiej? Nic

s. 25


TEMAT NUMERU innego jak placki ziemniaczane za 3 zł. Pan ze zbolałą miną smaży je do rana. Wielokrotnie ratowały życie znużonym nocnym wędrowcom! :) BURGER TIME Ostatnio w Krakowie mamy wysyp knajpek serwujących burgery. Niczym jednak nie przypominają śmieci z McDonalda (chociaż cheeseburgerem za 3 zł nigdy nie wzgardzę), raczej te w amerykańskich, przydrożnych barach z ceratą zamiast obrusa. A cała akcja rozpoczęła się od Moa na ul. Mikołajskiej. Bułki pieczone na specjalne zamó-

się zdetronizować burgerowego króla. Cena jednego burgera waha się od 17 do 27 zł. Są na tyle duże, że można jeść je na pół. Mężczyźni może podołają, ale kobietom radzę wziąć przyjaciółkę. Ostatnio miałam okazję spróbować tego typu dań w Moo Moo Steak and Burger Club na ul. Krzyża. Kelnerska obsługa, wrzosy na stolikach, darmowe napoje dla każdego, kto zamawia. Ceny podobne do tych w MoaBurger, no może minimalnie drożej, ale można spokojnie usiąść ze znajomymi. Średnio wysmażona wołowina, jeszcze różowa w środku, bardzo dobrej

na tu spotkać krakowską śmietankę (oczywiście to nazwy burgerów). Nigdy nie wiesz do końca co wymyślą następnym razem. Ceny od 17 do 25 zł. Można tu również zjeść dobre frytki z cukinii. Lokal jest dość mały, więc polecam branie na wynos. Burgery są dość tłuste, więc ci, którzy pilnują kalorii powinni jednak omijać to miejsce. Założę się jednak, że tak właśnie smakują burgery w Ameryce. Ostatnio również otworzyło się nowe miejsce Street Slow Food na ul. Kupa. W pięknej, zielonej przyczepie chłopcy grillują, od której im się podoba. Ceny nie przekracza-

wienie, dobrej jakości mięso – wołowina, jagnięcina, kurczak, ciekawe dodatki. MoaBurger z pieczonymi plastrami buraka, ananasem, boczkiem i wołowiną to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Warto spróbować również burgera z jagnięciną i miętowo-jogurtowym sosem. Wegetarianie mogą się uraczyć FavaBean z plackiem z bobu czy Goatscheese smażonym plastrem koziego sera. Nie czeka się zbyt długo, ale ostrzegam, że miejsce jest oblegane i nie sadzę żeby nowym firmom udało

jakości. Dodatki nie przytłaczają jej smaku. Jednak dla mnie za mało doprawione. Miejsce dla fanów smaku prawdziwego mięsa. Na krakowskim Kazimierzu natomiast najbardziej znany jest Beef Burger na ul. Warszauera. Jak przystało na burgerowinę na ładnym biało-czarnym szyldzie oprócz napisu widnieje również krowa. Intensywny zapach smażenia rozciąga się na całą ulice. Kucharze eksperymentują ze smakami. Król Kazimierz, Pan Twardowski, Królowa Bona, Lajkonik, Zygmunt – moż-

ją 20 zł. Tutaj możecie spróbować Złego Porucznika z piklami, Batataja!z grillowanym, słodkim ziemniakiem czy Rumbarka z czymś co nazywają chatneyem wiktoriańskim, oczywiście z wołowinką i w bułkach własnej produkcji. A dla tzw. Ruczajowych studentów stoi food truck o wymownej nazwie Tarantiro. Spotkamy tutaj Marsellusa z wołowiną, szynką szwarcwaldzką i bekonem, Machete z pastą jalapeno czy Króla Salomona z grillowanym łososiem i rukolą. Przyczepa znajduje się przy

s. 26


przystanku Chmieleniec. Na pewno nie przeoczycie czarnej ciężarówki z ogródkiem z palet. Koszt – również około 20 zł. CZASEM TRZEBA DOBRZE ZJEŚĆ Wiadomo, że czasem trzeba zjeść porządnie. Zabrać dziewczynę, albo mamę (albo kogokolwiek?) na kolacje. Do tego przyda nam się znajomość, niekoniecznie najpopularniejszych miejsc w Krakowie, zaa to wartych wydania ostatniego grosza. Pod Norenami na ul. Krupniczej powali nas wariacjami na temat kuchni azjatyckiej. Restauracja całkowicie wegetariańska, mogą zmylić jednak nazwy dań „KURCZAK” Z ORZESZKAMI I PAPRYKĄ PO SYCZUAŃSKU czy „WOŁOWINA” SMAŻONA W SOSIE KOKOSOWYM Z ZIELONYM PIEPRZEM (mniam!). Jest tu dość drogo, bo za takie przyjemności zapłacimy około 30 zł. Warto jednak przeżyć to doznanie. Nieszablonowe potrawy popijać możemy wspaniałym śliwkowym winem, w jednym z najpiękniejszych wystrojów w Krakowie. Na ul. Karmelickiej możemy zjeść w prawdziwej meksykańskiej restauracji Albriche. Wchodząc przenosimy się kontynent dalej. Albriche (albrije) oznacza meksykańskie, kolorowe rękodzieło, wykonane na papierze albo drewnie. Można je również tam zobaczyć. Za 13 zł możemy zjeść kurczaka w ciemnym, sosie mole (30 składników, w tym kakao i ostra papryka), trochę drożej poza 30 zł uraczymy się drobiem w sosie z pestek dyni. Możemy również spróbować tradycyjnych, meksykańskich przekąsek: tacos dorados (tortilla z ziemniakami lub kurczakiem), tostadas (ze smażoną fasolą albo kapustą z kurczakiem), emmoladas (tortilla w sosie mole ze śmietaną), enchiladas (z kurczakiem i sosem pomidorowym) czy enfrijoladas (tortilla w sosie fasolowym) – wszystko w cenie 13 zł. Meksyk zawsze wierny – swoim smakom! Jeśli zdołaliście przeczytać moje „wypociny”, nie zostaje wam nic innego jak wybierać i testować nowe smaki ;) 

s. 27


TEMAT NUMERU

Moje specjały

- czyli wypróbowane przepisy, które polecam

Nie wiesz co zrobić na obiad? Masz dość przeciętnych szybkich potraw zwykle jedzonych przez studentów, które tak naprawdę są gwałtem na kubkach smakowych? A może oczekujesz gości, których chcesz zachwycić swoimi zdolnościami kulinarnymi, gustem i smakiem? Zapraszam Cię do zapoznania się z 4 wypróbowanymi już przeze mnie przepisami, każdy student (i nie tylko) na pewno znajdzie tu coś dla siebie. Michał Musiał PIZZA Chyba każdemu dźwięk tego słowa przypomina wiele smakowych doznań związanych z tym zwykłym płaskim okrągłym kawałkiem ciasta (wersja tradycyjna z ciasta makaronowego, natomiast obecnie najczęściej jadana z ciasta drożdżowego ) posmarowanym sosem pomidorowym i posypanym serem. Podejrzewa się, że już w starożytni Grecy podawali placek posypany ziołami i polany oliwą, przypominający pizzę. Sos pomidorowy pojawił się po sprowadzeniu do Europy pomidorów w XVII wiecznym Neapo-

s. 28

lu. Tradycyjne rodzaje włoskiej pizzy: Oryginalna pizza neapolitańska – jest wytwarzana z lokalnych składników takich jak pomidory San Marzano, Pizza Marinara, która zawiera pomidory, czosnek i oregano oraz oliwę z pierwszego tłoczenia, Pizza Margherita, zawierająca pomidory, plasterki mozzarelli, bazylię oraz oliwę z pierwszego tłoczenia, Pizza typu Lazio – dostępna w wielu częściach Włoch jako pizza na wynos o grubości ciasta od 1 do 2 cm, Pizza sycylijska – pizza z grubym ciastem o prostokątnym kształcie, podawana z sosem pomidorowym, serem

i wybranymi dodatkami, Pizza biała bez sosu pomidorowego, podawana z sosem białym na bazie mleka, lub z sosem pesto. Istnieje jeszcze wiele innych sposobów podawania pizzy i przygotowywania jej, ta najbardziej tradycyjna powinna być wypiekana na kamieniu w piecu opalanym drewnem, jednak w domowych warunkach wystarczy nam elektryczny piekarnik (najlepiej z termoobiegiem). Przepis proponowany przeze mnie można dostosować do własnych upodobań, możemy przyrządzić sobie cienką włoską pizzę do której pole-


TEMAT NUMERU

cam czerwone wino wytrawne i oliwę z oliwek, ale równie dobrze najlepiej znaną nam odmianę na grubym cieście z potrójnym serem i ociekającym sosem czosnkowym. Na pewno nie będzie to potrawa na szybko, ponieważ czas przygotowania (od momentu zrobienia ciasta, przez przygotowanie składników i upieczenie) wynosi około 1,5 godziny, a przy włożonej w to pracy i odrobinie serca, będzie ona smakować o wiele lepiej niż z jakiejkolwiek pizzerii. UWAGA: Z podanych przeze mnie proporcji przygotujesz 2 pizze (bo jedna zwykle nie wystarcza), jeśli chcesz jedną, należy wszystkie podane składniki podzielić na pół, 1,5 szklanki mąki, ¼ kostki drożdży… Ciasto: 3 szklanki mąki (typ 550), pół kostki drożdży (tej małej zwykle spotykanej w sklepach), łyżeczka soli,

łyżeczka cukru, szklanka letniej (NIE ZIMNEJ!) wody, łyżka oleju, łyżka oliwy z oliwek. Mąkę wsypujemy do dużej miski, dodajemy sól, olej i oliwę z oliwek, a następnie wszystko ze sobą mieszamy (najlepiej ręką). Do szklanki wody dodajemy cukier i rozdrabniamy drożdże, dobrze mieszamy (powstanie zawiesina) i odstawiamy na chwilę, tak aby na górze pojawiła się charakterystyczna piana. Stopniowo dolewamy rozpuszczone drożdże do miski mieszając i ugniatając jednocześnie składniki. Ważną sprawą jest odpowiednia konsystencja ciasta. Musi ono lekko lepić się do ręki i tworzyć jednolitą zwartą całość (coś jak ciasto na pierogi). Jeśli podczas wyrabiania jest ono zbyt suche, dolewamy wody, natomiast jeśli jest zbyt rzadkie dodajemy mąki. Gdy wszystko jest już gotowe przykrywamy miskę

ściereczką i odstawiamy na 30 minut w temperaturze pokojowej. Gdy już urośnie, zagniatamy je na stolnicy i formujemy kształt koła, jeśli dysponujemy odpowiednio dużą blachą lub wałkujemy (początkujący powinni używać wałka, chociaż z doświadczenia wiem, że słoik po ogórkach też się nadaje) je i dopasowujemy do kwadratowej blachy. Przeciętna grubość ciasta które ja przygotowuje mieści się w przedziale od 3 do 5 mm. Składniki: wedle uznania, ja polecam połączenie sera, tuńczyka z puszki w kawałkach z, oliwek czarnych i kaparów. Przygotowany placek smarujemy sosem pomidorowym (na niego nie podaję receptury, bo w Internecie można znaleźć wiele różnych przepisów) lub keczupem, na to kładziemy starty ser i resztę składników, taka jest odpowiednia kolejność. Często jednak

s. 29


TEMAT NUMERU to ser występuje na wierzchu pizzy. Gotową pizzę wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika z włączonym termoobiegiem na około 20 – 30 minut. Nie polecam gazowych piekarników, gdyż bardzo wysuszają cisto Smacznego! Sos ziołowo czosnkowy: 2 łyżki majonezu, mały jogurt naturalny, łyżka śmietany, łyżeczka ziół prowansalskich, pieprz, szczypta soli, 3 – 8 ząbków czosnku (zależnie od pożądanego stop-

nia ostrości). Czosnek najlepiej obrać i zmiażdżyć w prasce. Wszystko energicznie mieszamy w miseczce i odstawiamy na kilka minut, alby składniki ze się ze sobą połączyły. Innym sposobem na wykorzystanie tego ciasta jest przygotowanie tzw. pizzerinek. Wtedy dzielimy ciasto na kawałki i wałkujemy na małe placuszki widoczne na dołączonym zdjęciu. Smarujemy je keczupem i kładziemy na nie usmażoną wcześniej cebulę i

oliwek, torebkę ryżu, pieprz, mieszankę ulubionych ziół, czerwoną paprykę słodką i ostrą, puszkę ananasa, cukier. Przygotowanie: Ryż gotujemy w osolonej wodzie od około 15 do 20 minut zależnie od stopnia twardości, który chcemy uzyskać. Następnie gdy jeszcze jest ciepły „upychamy” go łyżką do filiżanek lub małych kubków i odstawiamy do wystygnięcia, aby nadać mu formę jak na zdjęciu. Przed podaniem najlepiej podgrzać go w

pieczarki pokrojone na duże kawałki i wymieszane z ziołami. Możemy użyć prażonej cebuli sprzedawanej na wagę w sklepach. Czas pieczenia około 15 – 20 minut również w 180 stopniach.

potrawy chińskie, tajskie i wietnamskie. Nie jest to oczywiście kuchnia dla wszystkich, ponieważ nie każdy ma ochotę próbować kalmarów, kraba, czy ośmiornicy, skupmy się zatem na czymś o wiele prostszym i powszechniejszym. Przepis nie jest dokładnie taki sam jak w barach, ponieważ odtwarzałem go metodą prób i błędów. UWAGA: składniki dla dwóch osób. Będziemy potrzebować: 2 piersi z kurczaka, dużą cebulę, olej lub oliwę z

mikrofali wcześniej wyciągając z naczynia przez potrząsanie. Do głębokiego talerza dodajemy 5 łyżek oliwy lub oleju, dodajemy zioła (nie więcej niż łyżeczkę), pieprz i ostrą paprykę (ilość zależy od stopnia ostrości jaki chcemy uzyskać). Kurczaka kroimy w kostkę lub w bardzo cienkie plasterki i wrzucamy go do wcześniej przygotowanej marynaty. Odstawiamy na godzinę. Ananasa kroimy w kostkę (NIE WYLEWAMY WODY Z PUSZKI!). Mocno rozgrzewamy odrobinę oleju

KURCZAK Z ANANASEM Przepis nieco mniej czasochłonny niż ten powyżej. Dobrze przygotowany pozwala nam przemieścić się z Europy w kraje bardziej orientalne. Zapewne nie raz odwiedziłeś tzw. „Chińczyka” czyli bar orientalny proponujący

s. 30


na patelni, to ma być szybkie smażenie, wtedy kurczak jest delikatniejszy. Wrzucamy kurczaka na patelnię i podsmażamy z 1 – 2 łyżkami cukru, gdy już nie będzie surowy wlewamy pozostałą wodę z puszki po ananasie i dodajemy osobno usmażoną grubo pokrojoną cebulę. Zmniejszamy ogień i czekamy aż kurczak się poddusi, dodajemy 2 łyżeczki czerwonej słodkiej papryki. Podajemy jak na zdjęciu. Smacznego! WOŁOWINA Z PAPRYKĄ Najprostsze i jednocześnie najdroższe danie ze względu na cenę i dostępność mięsa. Jednak jeśli już się skusimy, to zostaniemy porażeni smakiem i delikatnością duszonego mięsa wołowego. Potrzebujemy: 0,5 kg polędwicy wołowej lub ligawy wołowej, rozmaryn, paprykę żółtą, zioła prowansalskie, sól, pieprz, śmietana, ziemniaki (ilość wedle uznania), ładny dojrzały brokuł. Przygotowanie: wołowinę kroimy na małe 1 cm plastry i mieszamy z kilkoma łyżkami oliwy z oliwek, pieprzem, 1 – 2 łyżeczkami ziół i rozmarynu, szczyptą soli i pieprzu. Odstawiamy na godzinę. Rozgrzewamy na patelni 2 łyżki oliwy, podsmażamy mięso i pokrojoną w kostkę paprykę często mieszając, po czym dolewamy około 250 ml wody i dusimy na małym ogniu aż do odparowania części wody. Aby zagęścić sos najlepiej odlać trochę sosu który już powstał na patelni, przestudzić go i dodać śmietanę, energicznie wymieszać i wlać do mięsa, po czym jeszcze przez jakiś czas gotować. Ziemniaki myjemy, gotujemy w mundurkach w osolonej wodzie. Po ugotowaniu i przestudzeniu kroimy w „łódki” i podpiekamy w piekarniku. Brokuł należy umyć, ugotować, odcedzić i dodać do garnka masła, poczekać aż się rozpuści i potrząsnąć aby dobrze połączyło się z warzywem. Podajemy w sposób widoczny na zdjęciu. Smacznego! Fot. Katarzyna Palczak, Michał Musiał. Pytania odnośnie przepisów można kierować na maila: michal-mus@wp.pl 

s. 31


TEMAT NUMERU

Smaczny film Często życie układa się tak, że w imię „większego” dobra rezygnujemy z siebie i swoich marzeń. Pozwalamy by codzienność i rutyna układały nam plan dnia. Pozwalamy aby inni wchodzili nam na głowę, dyktowali warunki. Gdzieś w tym wszystkim gubimy siebie i swoje pasje.

Sara

Nałęcz-Nieniewska Dokładnie taka sytuacja spotkała Carla Caspera, znakomitego szefa kuchni, który od 10 lat pracuje w dobrej i znanej restauracji w Los Angeles, pod okiem właściciela, który w ogóle nie rozumie jego kuchni. Jego małżeństwo z kubańską pięknością rozpadło się już dawno, nie ma czasu dla swojego młodego syna, a przede wszystkim nie ma już pomysłu na siebie. Co musi się stać, żeby Carl Casper wyrwał się z letargu? Jon Favreau, reżyser dwóch pierwszych części Iron Mana, tym razem raczy nas przepysznym daniem w postaci uroczej i pokrzepiającej serce komedii. W filmie jego pomysłu, również gra główną rolę. Cała obsada wydaję się nam być względnie znana. Sofia Vergara (Maczeta zabija czy sitcom Współczesna rodzina) wciela się w rolę wiecznie zabieganej byłej żony - Inez. Martin grany przez Johna Leguizamo (Tybalt z Romea i Julii) to wierny przyjaciel zarówno w życiu, jak i w kuchni. Dustin Hoffman natomiast okazuje się być zacietrzewiałym i zamkniętym na nowości właścicielem prestiżowej restauracji – panem Riva. Molly, piękna Scarllett Johanson, jest jego przyjaciółką i menadżerką.

s. 32

“Carl Casper od 10

lat klepie to samo nudne menu dla starych ciotek i babć. Jajka z kawiorem na przystawkę czy lava cake na deser. Oklepane menu zdecydowanie nie przypada do gustu znanemu krytykowi Michealowi Ramseyowi (Oliver Platt), który śledzi Carla Caspera od początku jego kariery. Niegdyś wielki eksperymentator i nowator w kuchni dziś gotuje bez animuszu. Carl Casper od 10 lat klepie to samo nudne menu dla starych ciotek i babć. Jajka z kawiorem na przystawkę czy lava cake na deser. Oklepane menu zdecydowanie nie przypada do gustu znanemu krytykowi Michealowi Ramseyowi (Oliver Platt), który śledzi Carla Caspera od początku jego kariery. Niegdyś wielki eksperymentator i nowator w kuchni dziś gotuje bez animuszu. Ramsey nie szczędzi słów dezapro-

baty. Na szczęście dla naszego szefa, Casperowi zajmie jednak chwile zanim zrozumie, jak wartościowy był dla niego taki plaszczak w twarz. Powoli wszystko zaczyna się sypać, w wyniku kłótni traci prace. Pozbawiony zarobków i godności zaszywa się w domu, gdzie poznaje (niekoniecznie zamierzenie) uroki internetowych portali społecznościowych. Wyprowadzony przez Ramseya z równowagi, przez pomyłkę wysyła mu ostrą odpowiedź na Twitterze. Publicznie. Doprowadzony do jeszcze większej skrajności traci panowanie nad sobą przed setką klientów w restauracji. Carl Casper poznaje uroki Internetu w drastyczny sposób, stając się gwiazdą numer jeden na YouTubie i pośmiewiskiem całej Ameryki. Tego już za wiele. Postanawia wyjechać ze swoją rodziną do słonecznego Miami jako „niańka” dla swojego syna. Cała sytuacja okazuje się być misternie zaplanowana przez jego żonę, która od zawsze wiedziała, że Carl musi sam być sobie szefem. Doprowadza więc do spotkania ze swoim kolejnym, wyjątkowo irytującym byłym mężem Marvinem (Robert Downey Jr. filmowy Iron Man), który pożycza Carlowi pieniądze i starą, zdezelowa-


ną ciężarówkę. Od tego momentu wszystko musi pójść jak po maśle. Nieustraszeni kucharze, syn i ojciec, sprzątają, naprawiają, urządzają swój pierwszy, prawdziwy food truck. - El Jefe. Co tam prestiżowe restauracje, recenzje od najlepszych krytyków jeśli można mieć swoją własną ciężarówkę z żarciem. Kiedy przyjeżdża Martin, meksykanin z krwi i kości, rozpoczynają serwować pyszne, kubańskie kanapki. Wyruszają w podróż po Ameryce, objeżdżając największe miasta, z każdego wywożąc nową inspirację. Tym razem Internetowe portale obwieszczają światu o ich sukcesie. A Carl Casper sam jest sobie szefem, gotując przy gorących, kubańskich rytmach. El Jefe! Film ten cudownie poprawia humor. Pokazuje, że wcale nie tak trudno wyrwać się i zacząć robić coś swojego. Działać. Trudno oceniać tutaj grę aktorską czy gorsze i lepsze momenty scenariusza. Jego wartość terapeutyczna jest nieoceniona. Człowiekowi po prostu cieszy się micha (na pełną michę:))! A ja już od paru dni myślę o kubańskich kanapkach i frytkach ze słodkich ziemniaków. Jeśli chcielibyście spróbować w domu:

MOJO PORK CUBANOS – KUBAŃSKA KANAPKA Z MARYNOWANĄ WIEPRZOWINĄ Składniki: 200 gram cienko pokrojonej, gotowanej szynki rozpuszczone masło, do posmarowania bagietka musztarda kilka plasterków marynowanej pieczeni wieprzowej kilka plasterków cienko pokrojonego szwajcarskiego sera kilka plasterków ogórków małosolnych Przepis: Przysmaż szynkę na dobrze rozgrzanym tłuszczu na patelni. Rozgrzej toster (grill) do kanapek panini. Przekrojone bagietki z każdej strony nasmaruj roztopionym masłem i przypiecz lekko w tosterze. Delikatnie nasmaruj musztardą na obu wewnętrznych stronach bagietki. Ułóż według uznania szynkę, pieczeń wieprzową, ser żółty i ogórki. Następnie zamknij bagietki. Nasmaruj masłem zewnętrzną stronę kanapki i z powrotem włóż do zamykanego tostera. Wystarczą trzy minuty i pyszna kubańska kanapka będzie gotowa!

YUKA FRIES – FRYTKI ZE SŁODKICH ZIEMNIAKÓW Składniki: kilka ziemniaków (yuka lub batatów) pół litra gotowanej wody sól, pieprz Przepis: Ziemniaki pokrój na frytki. Następnie namocz je w osolonej wodzie przez pół godziny. Osusz na ręcznikach papierowych. Reszta zależy od tego czy posiadasz piekarnik, frytkownice czy zwykłą, ale głęboką patelnię. Piekarnik rozgrzej do 200 stopni, piecz frytki na papierze przez co najmniej pół godziny. Frytkownica potrzebuje kilku minut, a patelnia około 15 minut żeby usmażyć pyszne, słodkie frytki! Teraz wystarczy posolić i popieprzyć i zacząć wielkie obżarstwo! 

s. 33


TEMAT NUMERU

No drugs, no sweets, no tricks „A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie. Strażnik zabierał więc ich potrawy i wino do picia, a podawał im jarzyny.” (Dn 1, 15-16)

“Ze względu na

Maja Mroczkowska Ci, którzy nie traktują tej metody żywienia w kategorii duchowej, nazywają ją dietą owocowo-warzywną, terapią sokowo-owocową albo (odważniejsi) kuracją sokowo-półgłodówkową. Osoby wybierające tę propozycję na scenariusz osobistego postu tytułują ją jako post Daniela. AUTORKA I PREHISTORIA POMYSŁU Autorką diety owocowo-warzywnej jest dr med. Ewa Dąbrowska. Ponad 20 lat temu została zaintrygowana przytoczoną na wstępie perykopą z Księgi Daniela. Historia biblijna dotyczy trzech młodzieńców na dworze babilońskiego króla, którzy ze względów religijnych i (koniec końców) z narażeniem życia odmówili spożywania dworskich pokarmów, stawiając ultimatum. Przez 10 dni, podczas gdy inni chłopcy jedli ze stołu pańskiego, oni mieli się żywić jedynie jarzynami. Finał sytuacji był taki, że wygrali bezapelacyjnie. Pytanie, jakie zadała sobie dr Dąbrowska dotyczyło tego, czy tylko lekcję zawierzenia można wyciągnąć z tej opowieści albo potwierdzenie nadprzyrodzonego działania Boga-obrońcy? Neonowym

s. 34

błogosławiony szok, jakiego doświadcza w tej diecie organizm wskutek zmiany trybów odżywiania, ale który – warto podkreślić – mija po pierwszych dniach! – metodę tą nazywa się także metodą leczenia głodem albo metodą półgłodówkową. hasłem/pretekstem do badań okazały się tu być „jarzyny”. CO GRAJĄ „Jarzyny” czyli co? Repertuar ingrediencji bywa szokiem. Można jeść tylko owoce o niskiej zawartości białka i cukrów: cytrusy, ale tylko cytryny i grejpfruty (pomarańcza jest już zbyt sacharotycznie rozpasana) oraz jabłka. Z warzyw wszystko prócz wysokobiałkowych, więc odpadają wszelkie fasole, groszki, kukurydze i ziemniaki. Produkty można w różnych aranżacjach gotować i zapiekać, ale nie smażyć (albowiem zero oleju, smalcu

czy masła!). Co do picia? Soki: jabłkowe, marchewkowe, grejpfrutowe i każde inne z dopuszczalnych składników; także herbaty ziołowe, owocowe, białe i zielone – nie czarne! I żadnej kawy. No drugs, no sweets, no tricks. WRAŻENIA POCZĄTKOWE Jest to jedna z tych diet, w której tak naprawdę je się DUŻO, tylko stół musi być zdyscyplinowany. Dr Dąbrowska, opracowując jadłospis, bazowała na pewnej biologicznej prawidłowości. Kiedy nasz organizm nie otrzymuje białka i wielocukrów z zewnątrz, zaczyna się przestawiać na tzw. proces odżywiania wewnętrznego. Dochodzi wtedy do systematycznego (żeby nie powiedzieć chronologicznego) spalania wewnętrznych zapasów organizmu w postaci m.in. tłuszczów, ale – co więcej – przede wszystkich zalegających, zwyrodniałych tkanek. Stąd też, wyjaśnia autorka, przy pierwszym etapie diety, kiedy organizm doświadcza szoku, bo jest zmuszany do zmiany „trybu dostawczego” z zewnętrznego na wewnętrzny, można odczuwać przejściowe osłabienie i ból w miejscu dawnych urazów. Podręcznikowym przykładem


jest tutaj przypadek dojrzałej kobiety, którą w trakcie kuracji rozbolało miejsce, gdzie w dzieciństwie nabiła sobie krwiak. Dopiero w wyniku procesu odżywiania wewnętrznego organizm miał szansę poprzez spalanie tkankowe pozbyć się tej zwyrodniałej tkanki po ładnych kilkudziesięciu latach (!) DAWKOWANIE I ODLICZANIE Post czy dieta inspirowana „jarzynami” z Dn jest wykorzystywana jako skuteczna metoda leczenia samym tylko żywieniem chorób układu pokarmowego, nerwowego, nowotworów, cukrzycy i wielu innych. Z zależności od schorzenia funkcjonują różne warianty kuracji. Metoda sama w sobie bazuje przede wszystkim na od-zewnętrznym czy też do-wewnętrznym oczyszczeniu organizmu i doprowadzeniu go do naturalnej równowagi constans zaburzanej przez nasze złe nawyki żywieniowe. Bacząc na tzw. „poziom powagi zastanej sytuacji” praktykuje się na początek kilkudniowy wariant sokowy, dopiero później dodając owoce i warzywa. Scenariuszy jest tyle ile przypadków. Przy poważniejszych schorzeniach niezbędna jest konsultacja dietetyczna, która funkcjonuje nieprzerwanie w siatce gabinetów „służących” tą metodą leczenia, które założone przez dr Dąbrowską funkcjonują w Polsce już od ponad 20 lat. Również wiele osób „dobrze się mających” i bez konieczności konsultacji korzysta z tej metody indywidualnie w ramach czasu osobistego postu czy zdrowotnego oczyszczania organizmu. Czas również jest kwestią do ustalenia.

O ile w biblijnej opowieści mowa jest o 10 dniach, tutaj klasyczny cykl kuracyjny trwa 21 dni, niektórzy praktykują także i okres 6-tygodniowy. Zalecaną metodą profilaktyczną jest również, by po zakończonym cyklu, oprócz tego, by, rzecz jasna, nie uprawiać jedzeniowych bachanaliów (no drugs, no sweets!), uczynić sobie jeden tydzień w miesiącu owocowo-warzywnym. O CZYM MILCZY WSPÓŁCZESNA MEDYCYNA We wstępie do swojej książki „Ratować ciało i ducha żywieniem” dr Ewa Dąbrowska wskazuje na pewną intrygę. Ze względu na błogosławiony szok, jakiego doświadcza w tej diecie organizm wskutek zmiany trybów odżywiania, ale który – warto podkreślić – mija po pierwszych dniach! – metodę tą nazywa się także metodą leczenia głodem albo metodą półgłodówkową. Intryga polega na tym, że choć jej skuteczność jest bezdyskusyjna i medycznie potwierdzona, współczesna medycyna nie lubi o niej wspominać. Autorka pisze, że ze względu na dramat jakim jest skażenie przemysłu farmaceutycznego konsumpcjonizmem, łatwiej jest pacjentowi nafaszerować się chemią „z zewnątrz”, niż podjąć się wysiłku odmówienia sobie czegoś. W świecie przesytu ludzie boją się głodu. Tak też wychowuje nas społeczeństwo. Coś cię boli? – weź tabletkę. A prawdziwe zdrowie to mozolna rzecz, choć może nie aż tak, chyba po prostu chodzi tu o psycho-biologiczną uczciwość. I da się. No tricks.

CO MÓWI DUCH DO Niezwykle popularne jest realizowanie postu Daniela w ramach rekolekcyjnych turnusów. Takich propozycji jest niemało. Przykładowo ośrodek Pallotynów w podwarszawskim Konstancinie ma to w „ofercie stałej” (www. postdaniela.pl). Kwadracik reklamowy „rekolekcje z dietą Ewy Dąbrowskiej” można też co tydzień znaleźć w Gościu Niedzielnym. Jeśli ktoś nie jest zainteresowany kontekstem rekolekcyjnym, już tylko po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „dieta Dąbrowskiej” następuje cała lista propozycji „wczasów z”. REMINISCENCYJKA MAŁA Mnie samej udało zrealizować się post Daniela dwa razy. (Raz w czasie sesji letniej, co było super-karkołomne ze względu na no sweets). Takiego poziomu wyciszenia, skupienia życiowego i (niech już będzie to cokolwiek śliskie semantycznie) harmonii nie osiągnęłam nigdy. I bliskości z Bogiem. Post Daniela jest uznawany za taką odmianę postu, która nie jest zorientowana na otrzymanie czegokolwiek, ale po prostu na wejście w większą intymność z Nim. Kiedy wyciszamy i umniejszamy swoje ciało, nie dając dojść do głosu jego zachciankom, wtedy robi się więcej miejsca na ducha. Mniej mojego ciała = więcej miejsca, żeby to Jego Słowa stawały się ciałem we mnie. Post jak wyznanie. Post jak „zrobić to z miłości”. 

s. 35


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Czy

rezygnacja z katechezy

to apostazja? Wzburzenie wywołał dokument kaliskiej kurii, w którym wśród trzech zarządzeń pojawia się wręcz nakaz, by katecheci informowali, że wypisanie dziecka z lekcji religii jest równoznaczne z apostazją. Jasno i z sensem czy atak pomroczności jasnej?

Rafał Growiec MŁYN NA NIE NASZĄ WODĘ Zacznijmy od tego, że o ile słusznie kurialiści, którzy podpisali się pod tym dokumentem, widzą coś złego w rezygnacji z posyłania dziecka na katechezę, to forma w jakiej to oznajmili woła o pomstę do biskupa. Po wyroku GIODO, który potwierdził że Kościół ma prawo stosować własne – zbyt skomplikowane dla niektórych – procedury co do aktu apostazji, teraz okazuje się, że wystarczy posłać dziecko na etykę. Można palnąć głupotę w przygotowanej na szybko wypowiedzi dla mediów. Można popełnić niezauważona literówkę. Ale żeby wydać sprzeczny z prawem kanonicznym dokument, podbić go oficjalną pieczęcią i podpisać to trzeba być bardzo zagapionym. A pod dokumentem podpisali się dwaj urzędnicy kurii, nadając mu odpowiednią rangę.

s. 36

“ Katecheza nie uczy

wiary, bo tego zrobić się nie da. Może jednak do przyjęcia wiary zachęcić, ale także zniechęcić. Zły katecheta gorszy jest od codziennych wizyt i abożnej lektury Faktów i Mitów. Przy rezygnacji z katechezy przydałaby się szczera rozmowa, która wyjaśniłaby powody takiej a nie innej decyzji Na forach i antyklerykalnych portalach zawrzało. Jest śmieszno i strasznie, bo dokument kurii ma być odpowiedzią na świeckie modły ludzi, którzy widzą Kościół jako pedofilską mafię, która trzęsie naszym biednym krajem.

CZY TO PRAWDA? Nie! Wypisanie dziecka z katechezy nie jest formą apostazji. Na pewno jakoś świadczy o stosunku rodzica do instytucji nauczania prawd wiary w szkole. Choć można być zrażonym do niej bez odrzucania katolicyzmu, to jednak zdaje się, że chętniej dzieci z „religii” wypisze wojujący ateista. I to oni najbardziej ucieszyli się z wpadki kaliskich kurialistów. Niechodzenie na „religię” to nie apostazja, tylko brak logiki – na co wskazuje ks. Piotr Tomasik z Komisji Wychowania Katolickiego w wypowiedzi dla Wyborczej. Jeśli wierzę w Boga, to chcę Go poznawać lepiej, chcę lepiej znać prawdy wiary, którą wyznaję. Jeśli zobowiązałem się przy chrzcie, że będę wychowywał dziecko w wierze, to dlaczego pozwalam mu – gdy jest pod moją pieczą – by jej nie poznawało?


Katecheza nie uczy wiary, bo tego zrobić się nie da. Może jednak do przyjęcia wiary zachęcić, ale także zniechęcić. Zły katecheta gorszy jest od codziennych wizyt i abożnej lektury Faktów i Mitów. Przy rezygnacji z katechezy przydałaby się szczera rozmowa, która wyjaśniłaby powody takiej a nie innej decyzji. Pozwoliłoby to oddzielić tych, którzy rezygnują, bo nie mają wiary od tych, którzy gorąco pragną ocalić wiarę swoją i swoich dzieci od zabicia jej przez znającą dwa akordy katechetkę-gitarzystkę. CZY KATECHEZA W SZKOLE MA SENS? Dokument Kurii spadł jakby z nieba wszystkim tym mediom, które na początku każdego roku w swoich redakcjach kalkulują, liczą, mnożą i dzielą pieniądze wydawane na katechezę i dowodzą, że to jawna indoktrynacja za pieniądze świeckiego (czyt: antyklerykalnego w ich rozumieniu) państwa. Czy tak jest? Tak, katecheza jest wychowaniem w wierze, ale nie jest obowiązkowa. Z jakiegoś powodu 90% uczniów decyduje się uczęszczać na lekcje religii

niż na etykę. Czy jednak nie jest to efekt tego, że są to bardzo często źle prowadzone zajęcia, na których można odrobić zadanie, pograć na tablecie czy podrażnić się z zakonnicą? Obecnie mam praktyki jako student teologii w gimnazjum i wielu uczniów, uczęszczających na katechezy, otwarcie przyznaje się do niewiary w Boga. Inni, w I klasie, albo nie znają Dekalogu albo wstydzą się przyznać przed klasą do jego znajomości. O nieznajomości podstawowego w sumie w niedzielnej liturgii słowa dialogu przy czytaniu Ewangelii nie chcę mówić, bo to straszne, smutne i porażające... Czy to wina poprzednich katechetów? Czy może pewien problem naszych szkół, które sprawiają, że wiedza ucieka zaraz po końcowym dzwonku? Katecheza jest okazją, by dotrzeć do tych, którzy nie chodzą do kościoła na Msze lub robią to tylko po to, by mama im nie zrobiła awantury. Prosta rozmowa z księdzem na korytarzu może przełamać pewien opór, ale źle poprowadzona może tylko go pogłębić.

WĘZEŁ GORDYJSKI Co jeśli winna jest szkoła – sprawdzanie obecności, sprawdziany, czasem brak sprzętu czy wyjściem jest wyprowadzenie katechezy ze szkół? Śmiem wątpić, że nie. Wciąż obowiązkowe uczęszczanie na spotkania w salce parafialnej w ramach przygotowania do przyjęcia sakramentu może być dla niektórych indoktrynacją. Także tam mogą się trafić księża ateizujący lepiej niż Departament IV MSW. Od czegoś są wydziały katechetyczne przy kuriach, które pilnują ludzi posiadających misję kanoniczną. To od nich w dużej mierze zależy kształt i jakość pracy katechetów i oni mogą zaradzić antyewangelizacji. O ile nie są to tacy bystrzacy jak ci z Kalisza. 

s. 37


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Czterej jeźdzcy

metalu - przez ciemność

i sztormy

do Świętego

Graala

Mieli wszystko – sławę, pieniądze, seks, narkotyki, imprezy, domy, samochody, podróże... Ich życie zmieniło się w prawdziwe piekło na ziemi. I chyba nikt nie spodziewał się, że faceci tacy jak Dave Mustaine z Metalliki i Megadeth, Peter Steele z Type O Negative czy dwaj członkowie zespołu KoRn, odnajdą Kogoś, kto uzdrowi ich poranione serca, wyciągnie z narkotyków i ukaże nowe, fascynujące perspektywy na przyszłość. A jednak – Ktoś postanowił wałczyć o nich do końca. Kryzsytof Resyka Dave Mustaine, (właściwie David Scott Mustaine) urodził się 13 września 1961 r. w Kalifornii. Jego dzieciństwo było naznaczone biedą, przemocą, problemami alkoholowymi i… zmuszaniem go przez matkę do pełnego uczestnictwa w sekcie Świadków Jehowy. To wypaczenie religii doprowadziło do utraty wiary w jakiekolwiek wartości. Pojawiły się używki i narkotyki, w tym kokaina i heroina.

s. 38

W 1983 r. został wyrzucony z Metalliki za popadanie w coraz większy nałóg. Było to na miesiąc przed wydaniem debiutanckiej płyty „Kill’Em All”. Wtedy założył własny zespół – Megadeth. Jak sam później przyznał, jego życie na pewnym etapie było błądzeniem w ciemnościach: „Gdy byłem młody, zainteresowałem się czarną magią, co miało na mnie fatalny wpływ. Zmarnowałem

sobie przez to sporą część życia. Rzucałem uroki na ludzi i na ciele wytatuowałem sobie różne satanistyczne motywy – przyznaję, że to była straszna głupota. Przepełniała mnie złość i agresja wobec świata. W głowie kotłowały mi się koszmarne myśli i w końcu wpadłem w depresję. Zachorowałem od całej tej złej energii, którą w sobie nagromadziłem”. Otrzeźwienie przyszło w styczniu


2002 r. Mustaine przebywał wówczas w centrum medycznym w Teksasie. Miał usuwaną kamicę nerkową. Uległ tam niecodziennemu wypadkowi. Podczas snu odciął sobie dopływ krwi do bicepsa lewej ręki. Całą noc przespał leżąc na lewej ręce. Ucisk tym spowodowany doprowadził do uszkodzenia nerwu dłoni. Człowiek dla którego granie na gitarze było całym życiem, nagle utracił możliwość rozwijania swojej pasji. Zaczął rozmyślać. Uświadomił sobie, że gra na gitarze nie jest ostatecznym sensem jego egzystencji. Wtedy zwrócił się do Boga, któremu dotąd się sprzeciwiał. Wkrótce sprawność w ręce wróciła do normy, ale serce pozostało otwarte na nowe perspektywy: „W pewnym momencie, gdy wszedłem na ścieżkę prowadzącą do Boga, uświadomiłem sobie jak bardzo wcześniej Go potrzebowałem. Wcześniej byłem złym człowiekiem. Teraz odkryłem swoje prawdziwe «ja» i czuję się cholernie odmieniony”. Szybko zrezygnował z grania utworów obrażających Boga. O ile to od niego zależy, unika grania na jednej scenie z zespołami, które promują bluźnierczy przekaz. Prosił także o wybaczenie wszystkich, których skrzywdził. Przeprosił muzyków z Metalliki,

z którymi wcześniej wojował w mowie nienawiści. Zagrali nawet wspólnie kilka utworów. Ludzi na koncertach zaczął pozdrawiać słowami “God bless you all” (Niech Bóg błogosławi was wszystkich). Przemiana Mustaine’a to także nowe spojrzenie na sprawy społeczne. Często w utworach Megadeth poruszał tematykę wojny. Teraz kontekst nieuniknionej zagłady, śmierci w wyniku konfliktu nuklearnego, zamienił na antywojenny przekaz. W sferze politycznej opowiada się za konserwatystami i popiera nauczanie Biblii w szkołach. Co ciekawe, basista z zespołu Megadeth, David Ellefson, przygotowuje się do roli pastora w konserwatywnej wspólnocie luteranów. W 2004 r. Dave Moustaine i Marty Friedmanem z zespołu Megadeth znaleźli się na 19. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów heavymetalowych wszech czasów według magazynu Guitar World. W 2006 r. Hit Parader umieścił Mustaine’a na 89. miejscu listy 100 najlepszych wokalistów wszech czasów. Ponadto w książce Joela McIvera pt. “The 100 Greatest Metal Guitarists” uznano go za najlepszego metalowego gitarzystę na świecie. Dave Mustaine mówi do swoich fanów:

„Robiłem to, uprawiałem magię, czytałem Biblię satanistyczną. Śpiewałem o pogańskich rzeczach, które wszyscy teraz uważają za takie fajne. Teraz raczej powiedziałbym: popatrz, przeżyłem to. Te rzeczy spowodowały, że pogrążyłem się w nałogu. Ale teraz wiem, że jest rozwiązanie, inny sposób na życie – zostać chrześcijaninem”. Jego mottem życiowym stał się werset z Psalmu 23 - “Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty Panie jesteś ze mną!”. *** Peter Steele (właściwie: Petrus T. Ratajczyk), legendarny wokalista i lider zespołu Type O Negative, urodził się w Nowym Jorku, 4 stycznia 1962 r. Jego ojciec był z pochodzenia Polakiem, miał również korzenie rosyjskie, a w domu opowiadano, że są spokrewnieni z Józefem Stalinem. Matka natomiast miała pochodzenie szkocko-islandzkie i była gorliwą katoliczką. Twórczość Petera oceniano jako szokującą, bulwersującą czy wręcz przerażającą, ale jednocześnie fascynującą. Nie unikał skandali i czarnego humoru. Przyjęte nazwisko Steele (z ang. “stal”) było nawiązaniem do osoby Józefa Stalina. Tematami piosenek

s. 39


była wojna atomowa, apokalipsa czy prowokacje na temat religii, szowinizmu i historycznych postaci. Po tym jak w 2005 r. zmarła jego matka, która całe życie modliła się na różańcu o jego nawrócenie, po pobycie w więzieniu (za pobicie), na odwyku i szpitalu psychiatrycznym, dokonała się w Peterze wielka przemiana. Po 30 latach znów przystąpił do spowiedzi, zaczął chodzić na Mszę Świętą i czytać Biblię. Jak podkreślił w jednym wywiadzie, gdy jest u siebie na Brooklynie, chodzi do kościoła codziennie i znajduje tam prawdziwe ukojenie. W 2006 r., artysta znalazł się na 81. miejscu listy 100 najlepszych wokalistów wszech czasów według Hit Parader. Najnowsza i zarazem ostatnia płyta “Dead Again” z 2007 r. to swoisty hołd dla Pana Boga i wyznanie grzechów, ale również lament udręczonej duszy. W utworze “These Three Things” muzyk daje wyraz swoim poglądom pro-life, ostrzegając przed dokonywaniem aborcji. Jednocześnie wskazuje w tym utworze na nadzieję zbawienia i deklaruje, że: “Droga do odkupienia wiedzie przez pustynie Skaliste, ale warto je pokonać”. “«Dead Again» to prawdopodobnie najbardziej pozytywny ze wszystkich albumów Type O Negative – wyjaśniał wokalista w rozmowie z

s. 40

Jordanem Babulą. – Wiesz, obecnie powróciłem do mojej wiary. Byłem ochrzczony jako katolik i obecnie znowu czytam Biblię, chodzę do kościoła... Sex, drugs and rock and roll przestało być dla mnie priorytetem. Myślę, że wykonuję teraz pracę dla Boga – stąd na płycie sporo odniesień do Pisma Świętego”. Muzyk, który porzucił alkohol i kokainę, wciąż musiał zmagać się ze swoimi słabościami, ale odkrywał, że Bóg ma dla niego swój plan i wszyscy mamy jakiś ważny cel wyznaczony nam przez Boga, który musimy odnaleźć i realizować w swoim życiu. Peter był człowiekiem samotnym, jego rodzice już nie żyli, a on sam nie założył nigdy rodziny. Jednakże wielu fanów wspierało go duchowo i modlitewnie. Warto wspomnieć, że wyrażał się z uznaniem o Polsce na łamach pisma Teraz Rock: “Naprawdę podziwiam Polaków za ich siłę i odwagę. Znam historię Polski, wiem, co się działo podczas drugiej wojny światowej – najechali na was równocześnie Niemcy i Rosjanie – a Polska istnieje do tej pory. Myślę, że to wiele o was mówi”. Gościł w naszej ojczyźnie kilka razy, ostatnio w sierpniu 2007 r. na Przystanku Woodstock, w Kostrzynie nad Odrą. Umarł 14 kwietnia 2010 r. ***

Brian Philip Welch, znany pod pseudonimem “Head”, urodził się 19 czerwca 1970 r. w Kalifornii. Był współzałożycielem, gitarzystą i wokalistą zespołu KoRn, w którym grał w latach 1993-2005. W 2004 r. wraz z Jamesem “Munkym” Shafferem magazyn Guitar World umieścił go na 26. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów heavymetalowych wszech czasów według. Grupa KoRn osiągnęła wielki sukces, jednakże życie osobiste muzyków nie było usłane różami. Alkohol i zażywanie metaamfetaminy doprowadzały ich do wyniszczenia, rozpaczy i rozpadu relacji z bliskimi. Główny wokalista zespołu, Jonathan Davis, zaczął wraz ze swoją żoną kręcić filmy pornograficzne. Brian Head Welch żył pogrążony w depresji. Jego żona zaczęła brać narkotyki i porzuciła go. Sam również uzależnił się od zażywania metaamfetaminy. Samotnie wychowywał córkę i widział zły wpływ, jaki ma na nią jego imprezowe życie w zespole KoRn. Przeczuwając swoją śmierć, obawiał się o jej przyszłość. Nową inspiracją okazał się dla niego werset z Ewangelii wg św. Mateusza, który pokazał mu znajomy: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28). Przez cały wieczór


medytował i zastanawiał się nad tym wezwaniem. Wkrótce znalazł się w kościele i zaprosił do swojego serca Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela. Rozpoczęła się walka z nałogiem. Przez tydzień intensywnie czytał Biblię, aż w końcu wyrzucił wszystkie narkotyki do kibla i zdecydował, że odejdzie z zespołu KoRn, aby spędzać więcej czasu z córką. Zamiast spełniać kolejne zachcianki, zaczął koncentrować się na potrzebach innych. 10 marca 2005 r. w wieku niespełna 35 lat przyjął chrzest w rzece Jordan. Wejście na drogę nowego życia w Jezusie Chrystusie znalazło swoje odbicie w nowej twórczości artysty. Szczególnie warty polecenia jest utwór “Washed by Blood” (Obmyty przez krew) w poetycki sposób opowiadający o zbawczej interwencji Chrystusa który kocha, zbawia za darmo i oferuje nowe życie. Inny ciekawy utwór to “Save my from myself ” (Zbaw mnie ode mnie samego). Teledysk do tej piosenki ukazuje zmagania artysty z nałogiem i odnalezienie wolności. Brian w 2012 r. założył nowy zespół Love and Death, a w 2013 r. powrócił do KoRn, gdyż atmosfera w grupie zmieniła się na lepsze. O swoim poszukiwaniu szczęścia mówi tak: “Moje życie przekroczyło moje najśmielsze marzenia... Miałem więcej pieniędzy, grałem na większych koncertach, miałem domy, samochody... Próbowałem narkotyków,

próbowałem seksu, próbowałem w życiu wszystkiego by znaleźć w nim satysfakcję. Myślałem że dzięki temu moje życie może być spełnione, że w ten sposób moje marzenia staną się rzeczywistością. I stały się rzeczywistością – ale nie czułem się spełniony. Kiedy przyszedł Chrystus to poczucie, które On ci daje, to dar zrozumienia życia. Wszystko zostało stworzone dla Chrystusa i przez Chrystusa. Jesteśmy stworzeni aby być z Nim. To najbardziej niesamowite uczucie, bo jesteś tam, gdzie należysz. W twoim życiu jest zadowolenie bo nie musisz szukać już nigdzie indziej... Jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś, a odpowiedź na pytanie o sens życia – jest odnaleziona”. *** Kilka lat po tym jak Brian “Head” Welch przyjął chrzest, kolejny muzyk z zespołu KoRn został chrześcijaninem. Basista Reginald “Fieldy” Arvizu po tym, jak udało mu się przełamać nałóg zażywania metaamfetaminy, przyznał: „Moim jedynym odwykiem był Jezus i Biblia”. Jego rodzice już wcześniej przyjęli chrześcijaństwo. Umierający ojciec wyraził pragnienie by jego syn, także odnalazł Pana. Reginald pomodlił się wraz z nim, ale nie przywiązywał do tego zbyt wielkiego znaczenia. Później jednak zaczął głęboko zastanawiać się nad swoim życiem. “Byłem nędznym narkomanem

i kobieciarzem” – przyznaje Fieldy, który często tracił kontrolę nad swoją agresją – “Mógłbym zabijać ludzi”. Mówi, że jego doświadczenie nowego życia to “zdumiewająca i potężna rzecz”. *** Ludzkie poszukiwanie szczęścia, piękna, spełnienia, nieśmiertelności, prawdziwego życia można porównać do znanego z legend motywu poszukiwania Świętego Graala. Wiele osób próbuje szukać prawdy w radykalnych ideologiach społecznych czy politycznych, w różnych nurtach filozoficznych i religijnych, w psychologii, używkach, narkotykach, sztuce, muzyce, czy rozwiązłości seksualnej. Niektóre z tych prób okazują się niewystarczające, inne wręcz zwodnicze i niszczycielskie. Znamienne są słowa polskiego muzyka rockowego, Tomka Budzyńskiego: “Byłem gnostykiem, rozkochanym w legendach arturiańskich. W nich bardzo istotne było poszukiwanie świętego Graala – kielicha, w którym jest krew Chrystusa. Rycerze udawali się na Wschód, by go odnaleźć. I nagle ja tego Graala znalazłem, bo on jest obecny na każdej Mszy Świętej. Jest to kielich, który stoi na ołtarzu, bo jest w nim krew Chrystusa. Ludzie myślą, że trzeba go szukać daleko, pojechać do Tybetu. Nie! Święty Graal jest w kościele, kilka metrów obok”. 

s. 41


KULTURA

Narodowe Czytanie po raz trzeci

Czytelnictwo w Polsce jakie jest, każdy widzi. Pomysłem Prezydenta RP na jego popularyzację w kraju jest nietypowy audiobook, czyli głośne czytanie Polakom podczas ogólnopolskiej akcji Narodowego Czytania.

Beata Krzywda W CZYM RZECZ? Akcja rozpoczęła się dwa lata temu, kiedy wybitni aktorzy, wspomagani przez ochotników, czytali przechodniom „Pana Tadeusza”. W Krakowie centrum czytelnictwa stał się pomnik Adama Mickiewicza na Rynku, a właściwie najbliższa jego okolica. Pogoda dopisała, a chętnych do słuchania było sporo. Zarówno tych, którzy dzieło naszego wieszcza znają niemalże na pamięć, jak i tych, którzy robili notatki z lektury, przygotowując się do lekcji języka polskiego. Rok później Polakom czytano „Zemstę” Fredry, a tegoroczną edycję poświęcono „Trylogii”. Wszystkich trzech książek Sienkiewicza nie sposób przeczytać ciągiem jednego dnia, więc poszczególne instytucje radziły sobie w różny sposób, przy czym najczęściej decydowano się na prezentację jednego dzieła i w prze-

s. 42

“Ci, którzy popierają

wybór tego typu dzieł, uważają, że warto przypominać o dorobku wybitnych pisarzy czy poetów, że to dobro narodowe, inni dodają, że taka adaptacja (czytanie przez znane osoby, w przestrzeni publicznej) pomaga na nowo odkryć lektury szkolne. ważającej liczbie miejsc można było usłyszeć „Potop”. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa zaprosiło na wspólne czytanie do Barbakanu. Znani krakowscy aktorzy (m.in. Dorota Segda czy Radosław Krzyżanowski) czytali fragmenty wszystkich trzech dzieł od godziny 11.00, a towarzyszyła im grupa rekonstrukcyjna „Podolski

Regiment”. WYBÓR KSIĄŻKI Odpowiedzi na moje pytanie: „czy dobrym pomysłem jest czytanie Polakom lektur znanych z lat szkolnych?” były bardzo zróżnicowane, niezależnie od tego, w jakim były wieku osoby pytane. Ci, którzy popierają wybór tego typu dzieł, uważają, że warto przypominać o dorobku wybitnych pisarzy czy poetów, że to dobro narodowe, inni dodają, że taka adaptacja (czytanie przez znane osoby, w przestrzeni publicznej) pomaga na nowo odkryć lektury szkolne. Spotkałam też osobę, która przyznała, że w szkole „Ogniem i mieczem” przeczytała w połowie, z przymusu, a teraz, po wysłuchaniu kilku fragmentów, miałaby ochotę do tej pozycji wrócić. Przeciwnicy z kolei podkreślają, że tego typu tytuły kojarzą się głów-


nie ze szkołą i pytaniem „co autor miał na myśli?”, a nie z przyjemną formą spędzania czasu, natomiast inne pozycje innych autorów mogłyby okazać się dla potencjalnego odbiorcy ciekawsze i więcej osób wzięłoby udział w akcji Narodowego Czytania. Moi rozmówcy, zapytani o książkę, którą chcieliby usłyszeć w przestrzeni miasta, wskazywali raczej na bardziej współczesną prozę, np. Zbigniewa Herberta czy Ryszarda Kapuścińskiego, inni twierdzili, że chętnie posłuchaliby Słowackiego alboŻeromskiego, ale z ich dorobku wybraliby coś, czego nie musieli czytać w szkole. DZIECIOM CZYTA SIĘ WIĘCEJ? Jak na razie celebryci czytają dorosłym. Zastanawiałam się, dlaczego w tym samym czasie nie zorganizowano bliźniaczej akcji Narodowego Czytania Najmłodszym. Jednak nie

wyobrażam sobie czytania „Pana Kleksa”, bo żadne, nawet najbardziej zasłuchane dziecko, nie wysiedziałoby aż tak długo, a włączanie się w akcję od połowy też nie jest łatwe. Z drugiej strony mamy zapoczątkowaną kilka lat temu akcję „Cała Polska czyta dzieciom”, dzięki której zachęca się dorosłych do czytania swoim pociechom. Może dlatego na razie nie potrzebujemy dodatkowych tego typu akcji skierowanych do najmłodszych? CO NAM NIESIE PRZYSZŁOŚĆ... Osobiście podpisuję się obydwoma rękami pod akcją Narodowego Czytania. Dla mnie jest to twór spomiędzy czytania w domowym zaciszu (czy na plaży) a wyjścia na spektakl do teatru. Pomysł, który zachwyca swoją prostotą, a trafia do wielu przypadkowych osób, może je skłonić do refleksji, że „nie taka lektura straszna” i wrócą do niej po

latach, albo odkryją, że choć język w książkach Sienkiewicza jest trudny, to mimo wszystko zrozumiały. Może ktoś, kto usłyszy „Zemstę”, sięgnie po inny utwór Aleksandra Fredry? W przyszłym roku będziemy narodowo czytać „Lalkę” Prusa. To kolejna „cegła” z czasów liceum, chociaż podczas rozmów ze znajomymi i wymiany opinii na temat udoskonalania spisu lektur szkolnych, za każdym razem znajdowałam rzeszę obrońców tej książki. Jestem bardzo ciekawa, jak zabrzmi ona czytana głośno na ulicach naszych miasteczek i miast (szczególnie Warszawy).

s. 43


Wybrać KULTURA

Choice’a „Chodzi generalnie o to, że dzisiaj na ogół nie szanuje się słuchacza, tylko proponuje mu się jakieś dziadostwo. A nam zależy i robimy coś na wysokim poziomie, tylko nie mamy kasy, żeby dotrzeć do szerszej grupy.”

Maja Mroczkowska Mówi Paweł Wszołek, założyciel jazzowego zespołu Choice Instrumental, który to projekt w ostatnim czasie postanowił praktycznie przeciwstawić się dość powszechnemu dziś na rynku prymatowi „niskiej wartości artystycznej”. 22 sierpnia zespół wystawił się z pewną propozycją na portalu PolakPotrafi. pl. Zbierają na debiutancki krążek. Potrzeba 3000 zł. W 40 dni. KTO Z KIM GRA I KIM JEST „Jesteśmy z chłopakami w czwórkę”, wylicza Paweł. Wyobrażam sobie, że gdyby miał w tym momencie pod ręką kontrabas, zwizualizował by mi tę liczbę przy pomocy strun. Lider Choice’a zaczynał w szkole muzycznej od skrzypiec, później przeszedł na kontrabas, którego trzyma się (czy też opiera o siebie) aż do teraz w ramach specjalizacji „kontrabas jazzowy” na Akademii Muzycznej w Krakowie. Mamy tu jeszcze Łukasza Kokoszkę ((polećmy żargonem) guitar), Sebastiana Zawadzkiego (piano) i Szymona Madeja (drums). „Studiujemy na uczelniach muzycznych w

s. 44

“Mój rozmówca,

co widać, nosi w sobie rodzaj fantomowego bólu wywoływanego przez niską jakość tego, co proponuje się współczesnemu słuchaczowi. Tu chodzi o „promowanie muzyki wartościowej, nie zamkniętej w schematach, a jednocześnie niosącej ponadczasowe przesłanie”, Kopenhadze, Krakowie, oraz Katowicach”. Ponadto, na potwierdzenie nie bycia „takimi ot, grajkami”, w charakterystyce zespołu na portalu PolakPotrafi.pl można przeczytać o festiwalowych i konkursowych osiągnięciach muzyków. Poznały się już na nich i doceniły odpowiednio wydarzenia takie jak Jazz Juniors, Bielska Zadymka Jazzowa, Jazz Nad

Odrą czy Międzynarodowy Konkurs Improwizacji Jazzowej. O CO SIĘ „ROZCHODZI” O „autorskie”. I wszystko, co za tym idzie. Mój rozmówca, co widać, nosi w sobie rodzaj fantomowego bólu wywoływanego przez niską jakość tego, co proponuje się współczesnemu słuchaczowi. Tu chodzi o „promowanie muzyki wartościowej, nie zamkniętej w schematach, a jednocześnie niosącej ponadczasowe przesłanie”, czytamy w portalowych „zeznaniach”. Ale jest coś jeszcze. Ze względu na to, iż osoby tworzące formację są świadomie wierzące, ich inspiracją jest Bóg i Słowo Boże. Z tego też ducha analogicznie czerpie i chce czerpać debiutancki krążek – w zamyśle „Word of God”. POCZEKALNIA Dotychczas dla sprawy Choice’owej płyty udało się pozyskać trzy patronaty: Śląskiego Jazz Clubu – Stowarzyszenie Muzyczne, JazzPRESS-u i Krakowskiej Sceny Muzycznej. Kolejne patronaty są w


drodze. Na bieżąco postępy inicjatywy można obserwować na fan page’u zespołu (https://www.facebook.com/ choice.instrumental) oraz, rzecz jasna, na PolakPotrafi.pl (http:// polakpotrafi.pl/projekt/choice-instrumental). Warto zaznaczyć (co

zaznaczam i ja i mój rozmówca), że ze szczególnych uśmiechem i dygnięciem zaprasza się do odwiedzania tej drugiej strony, najlepiej w towarzystwie „cegiełek”. Na półmetku kolekcjonowania funduszy udało się zebrać 30% wymaganej kwoty.

Komu leży na sercu „autorskie” i natchnione, bo prześwietlone Słowem – tego wzywamy do pospolitego ruszenia i szarży ułańskiej! Manewry kończą się o godzinie 18.00 czasu polskiego dnia 1 października. Kto wygra? 

s. 45


RECENZJA - Fi

Wielkie wesele, l m

które

nie wypaliło Film zapowiadany jako komedia roku 2013, naszpikowany twarzami znanych i lubianych z branży Hollywoodu, okazał się wybitną klapą. I czuję spory niedosyt, bo - pewnie kompletnie bezzasanie - liczyłam na coś więcej.

“Czy jest coś do-

Anna Zawalska Rodzinne perypetie z weselem w tle to temat nośny i często wykorzystywany przy produkcji komedii romantycznych. Wystarczy wspomnieć tutaj chociażby "Moje wielkie greckie wesele" (2002) czy pełne przebojów Abby "Mamma Mia!" (2008), gdzie problemy pomiędzy członkami rodziny ukazywane są w sposób komiczny, ale mimo to ciepły. Dzięki temu całość ogląda się przyjemnie, a rozterki głównych bohaterów przysparzają nam wiele uśmiechu. Jednak "Wielkie wesele" (2013) to istne pomieszanie z poplątaniem, które niestety finalnie nie wypada zbyt dobrze. Wręcz katastrofalnie. Nie na darmo moja mama zawsze powtarza, że lepsze jest wrogiem dobrego, bowiem w tym filmie ktoś ewidentnie przedobrzył. Mówiąc o przedobrzeniu, należy

s. 46

brego w tym filmie? Oprócz Keaton, Sarandon i de Niro trudno znaleźć coś więcej, dla czego warto poświęcić półtorej godziny i całość obejrzeć. Szukając rozrywki, za wiele śmiechu nie uświadczysz. Szukając historii wyciętych z życia – też się zawiedziesz. zacząć od kwestii doboru obsady. Promocyjnie można zrozumieć zgromadzenie takiego towarzystwa w jednym filmie. Dla swoich ulubionych aktorów fani obejrzą pewnie nawet największą szmirę. Jednak trudno

doszukać się większej ilości plusów takiego wyboru. O ile starsze pokolenie hollywódzkich wyjadaczy wypada całkiem dobrze, to młodzież się nie popisała. Diane Keaton, Robert de Niro i Susan Sarandon stworzyli postacie wyraziste, pomimo niezbyt dużego ich potencjału. Z kolei Katherine Heigl, Amanda Seyfried ani Topher Grace nie tchnęli w swoich bohaterów niczego poza złożami nudy, która przelewa się przez cały film, czyniąc go trudnym do zniesienia. Tym samym grane przez nich postacie stały się bezwyrazowe, nijakie i niczym szczególnym nie zaskoczyły. Krótko na temat fabuły. Missy i Alejandro planują ślub. Oczywiście kościelny, bo przecież ksiądz musi być pomimo tego, że ani jedno, ani drugie w Boga żadnego nie wierzy,


a nauki przedmałżeńskie to tylko “katolickie pitolenie”. Na uroczystości ma pojawić się biologiczna matka pana młodego – zagorzała katoliczka – która jest przekonana, że adopcyjni rodzice wychowują go zgodnie z wyznawaną przez nią wiarą. Niestety tak nie jest, bowiem rozwiedzeni Don i Ellie już dawno układają sobie życie z dala od siebie. Jednak Alejandro nalega, by na te kilka dni udawali, że tworzą wspaniałe i szczęśliwe małżeństwo. To z kolei prowadzi do serii sytuacji, które z zamierzenia miały być śmieszne. Już sama historia nie trzyma się kupy. Rodzice godzą się rozegrać maskaradę dla ukochanego syna, gdy tymczasem para młoda również nie traktuje poważnie własnego ślubu. Do tego dochodzi jeszcze farsa, której bohaterem staje się brat pana młodego Jared – trzydziestoletni prawiczek. Jedyna najbardziej sensowna historia przedstawiona w filmie to rozterki życiowe najstarszej z rodzeństwa Lyli. Justin Zackham, znany ze świetnego scenariusza do “Choć czas goni nas” (2007), tutaj się nie wykazał. Ilość wątków, między którymi skaczemy scena po scenie, sprawia, że odbiorca nie tyle się gubi, co czuje się zażenowany coraz bardziej durną historią wyłaniającą się z odmętów poszczególnych sytuacji. Pojawia

się wrażenie, że twórca scenariusza nie docenia umiejętności myślenia oglądających i wpycha im coś, nad czym zastanawianie się zwyczajnie boli. Zackham bardzo chciał humor filmu zbudować na stereotypach, co niestety wyszło co najmniej żałośnie. Trzymanie się bardzo przestarzałych szablonów względem pewnych grup społecznych sprawia, że film robi się po prostu głupi. Zgodnie ze scenariuszem konserwatyści ograniczają się do zacofanych katolików, a ci liberalni do kierujących się intelektem ateistów, rozwiązłych przy tym w całej okazałości. Prześmiewczy zamiar Zackhamowi kompletnie nie wyszedł i zastanawiam się, czy to był wypadek przy pracy, czy może cofa się on w swoim artystycznym przekazie. Jednak nie tylko konstrukcja fabuły pozostawia tutaj wiele do życzenia. Coś, co miało w zamiarze być zabawną komedią, stało się melodramatem z kilkoma śmiesznymi kwestiami. Żarty typu: “Napaliła się jak szczerbaty na suchary“ (org.: “She's screaming for a shot at the title”) czy “Tylu szprych nie widziałem odkąd oddałem rower do naprawy” (org.: “Haven't seen this much tail around here since the last poochie died.”) zamiast śmiechu powodują jedynie uniesienie brwi z konsternacją. I mimo że we wspomnianym wcześniej

dziele Zackhama żartów słownych i sytuacyjnych jest zdecydowanie więcej i stoją one na całkiem wysokim szczebelku drabiny komizmu, to w “Wielkim weselu” coś poszło nie tak. Może to również problem z przedobrzeniem. Czy jest coś dobrego w tym filmie? Oprócz Keaton, Sarandon i de Niro trudno znaleźć coś więcej, dla czego warto poświęcić półtorej godziny i całość obejrzeć. Szukając rozrywki, za wiele śmiechu nie uświadczysz. Szukając historii wyciętych z życia – też się zawiedziesz. A szukając romansu, dowiesz się, że miłość nie jest wiele warta. Reżyser podszedł do tematu w sposób za bardzo małostkowy i to niestety odbiło się na jakości artystycznej filmu. Odbiło się właściwie na jakiejkolwiek jakości. Oczywiście może być tak, że moje wymagania są wygórowane i nie dostosowane do tego typu kinematografii. Komedia w końcu nie musi być wysublimowana, ani trafiać w szerokie gusta. Jednak po tym reżyserze i po całej obsadzie spodziewałam się zdecydowanie czegoś bardziej na poziomie. Tymczasem wyszedł bardzo głupi film, którego nie będę wspominać dobrze, niewiele wnoszący do życia. Właściwie, to w ogóle nie będę go wspominać. 

s. 47


RECENZJE - Fi

l m

Gdzie dwóch

się bije, tam trzeci korzysta Sara

Nałęcz-Nieniewska

Co łączy spaghetti western z kinem japońskim? Okazuje się, że całkiem dużo. A przynajmniej miłość do pewnego tematu. Zemsty. Walki. Przetrwania. Dzieło Akiry Kurosawy „Straż przyboczna” ( „Yojimbo” ) z 1961 roku, klasyfikowane jako kino samurajskie, czy jego remake z 1964 roku „Za garść dolarów” („Fistful Of Dollars”) Sergio Leone – zaliczany do nurtu spaghetti westernu, czy film stosunkowo nowy - z 2007 r., „Sukiyako Western Django”, który określa się mianem japońskiego westernu. Wyreżyserował go Takashi Mikke, a jedną z drugoplanowych ról zagrał w nim Quentin Tarantino. Wszystkie te dzieła składają hołd przysłowiu „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.

„Straż przyboczna” to film samurajski, japoński termin tego zjawiska „chanbra” oznacza „film z walką na miecze”. Jest to podkategoria szerszego gatunku „jidai-geki”, którym w kinematografii kraju kwitnącej wiśni określa się filmy historyczne. Niektórzy uważają, że reżyser ten inspirował się westernami Johna Forda i niejako w hołdzie dla niego nakręcił „Straż przyboczną”. Powstało arcydzieło z wybitną kreacją Toshiro Mifune. W prostej fabule walki band dwóch hersztów reżyser zawarł uniwersalne treści dotyczące natury człowieka. Sanjuro Kuwabatake, tytułowy ochroniarz, ronin, czyli „bezpański samuraj” błąkający się po Japonii przybywa do miasteczka i sprytnymi manewrami postanawia zaprowadzić w nim porządek. Wykorzystując znajomość mentalności ludzi - chęć zysku, wzajemną nienawiść i wyn-

s. 48

“Rys psychologiczny

„czarnych charakterów” także nawiązuje bardziej do konwencji klasycznych obrazów japońskich. ikające z tego zaślepienie - niszczy oba gangi. Fabuła filmu jest prosta i jednoliniowa. Jednak rozważania reżysera nad ciemną naturą człowieka odzwierciedliły się tu z całą mocą. Kurosawa stworzył postaci władcze, ale jednak głupie i zaślepione swoją potęgą. Sanjuro ową ślepotę wykorzystuje i odnosi zwycięstwo nad hersztami band ciemiężących wieśniacze miasteczko - Seibei i Ushitorą.

Jednak trymuf odnosi bohater, który prócz miecza niczego nie posiada. Kurosawa pokazuje z jaką łatwością można odczytać zamiary człowieka zaślepionego dążeniem do władzy. W „Straży przybocznej” mamy elementy typowe dla westernów. Chociażby postać głównego bohatera, człowieka twardego, chcącego zaprowadzić porządek (w typowym też dla westernów) miasteczku bezprawia. Sposób kręcenia i rozwoju akcji, ujęcia pojedynku kończącego film czy rewolwer będący bronią jednego z samurajów także przypominają te znane nam z filmów o Dzikim Zachodzie. Jednak obraz ten nadal jest typowo japoński, Mifune gra wzorcowo dla postaci samurajskich. Sanjuro, ronin, bezwzględny, świetny szermierz jest uosobieniem japońskiego wojownika. Oszczędność gestów, cynizm, przerysowanie bliskie


KULTURA MASOWA

są bardziej grze teatralnej. Rys psychologiczny „czarnych charakterów” także nawiązuje bardziej do konwencji klasycznych obrazów japońskich. Uosabia on typowy dla tamtejszej kinematografii pogląd, że postacie negatywne są całkowicie złe, zepsute i są nośnikami wszystkich negatywnych cech ludzkich. W westernach nie mają aż takiej głębi wyrazu. Kamera często skierowana jest na twarz Mifune pokazując emocje i problemy trapiące umysł tego samuraja. Ten sam sposób kręcenia wykorzystano w ukazaniu postaci złoczyńców. Obraz zmontowany dynamicznie nie stroni od ujęć typowych dla westernów, długich scen walk w centrum miasteczka, gdzie postaci samurajów idą do siebie jak rewolwerowcy w westernach. Masaru Sato stworzył do tego filmu muzykę łamiąc dotychczasowe konwencje. Uderzająca mocą, podkreślająca grę aktorską, a nie tylko poszczególne sceny była czymś szokującym, abso-

lutnie nowym w jidai-geki. Kurosawa tworząc film pełen motywów obcych japońskiej sztuce filmowej doprowadził do jej rozwoju, stworzył nowy sposób tworzenia filmów. Nie jest to jednak dalekowschodni czy orientalny western jak niektórzy zwykli nazywać film Kurosawy, a sztandarowy dla kina Japonii film jidai-geki z elementami zachodniego westernu. Film Sergio Leone „Za garść dolarów” to remake „Straży przybocznej” Kurosawy z 1964 roku. W 1964 r. japoński reżyser wytoczył proces Sergio Leone o plagiat swojego filmu i wygrał. Dostał 100 tys. dolarów rekompensaty i 15% zysków z rozpowszechniania filmu na rynku azjatyckim. Pomimo przynależności do odrębnego gatunku niż filmy Kurosawy nie bez przyczyny uznany on został za plagiat. Główny bohater „Za garść dolarów” grany przez Clinta Eastwooda zachowuje się jak znany nam już ronin z „Straży przybocznej”. Wol-

ny, niezależny, samotny wędrowiec przybywa do małego meksykańskiego miasteczka San Miguel, „terroryzowanego przez dwie zwalczające się bandy – braci Rojo i rodzinę Baxter. Bezimienny – podsycając konflikt, ale nie stając wyraźnie po żadnej ze stron – rozprawia się z bandytami, najgroźniejszego wroga znajdując w psychopatycznym Ramónie Rojo. Historia dobrze już nam znana i w pełni rozumiem oburzenie pana Kurosawy. Jednak nie można ukryć, że to właśnie Leone miał największy wpływ na rozwój spaghetti westernów. Nazwa ta odnosi się do nurtu we włoskiej kinematografii z lat 60 i 70, określając westerny kręcone we Włoszech i Hiszpanii. Były to zazwyczaj produkcje niskobudżetowe z udziałem kilku latynoskich, europejskich i amerykańskich aktorów. Na początku krytyka nie była przychylna tego typu filmom broniąc tradycyjnego westernu, jednak artystyczna wizja Sergio Leone została docenio-

s. 49


na. Dziś niektóre filmy tego twórcy uznaje się za arcydzieła. Prawdziwym przełomem w historii podgatunku spaghetti westernów stał się właśnie film „Za garść dolarów”. W klasycznym westernie bardzo wyraźny był podział na złych i dobrych kowbojów. Wraz z pojawieniem się „Za garść dolarów” na ekranach kin podział ten uległ zatarciu. Fabuła filmu była w dużej mierze wzorowana na filmie Kurosawy, ale też po części na komedii włoskiej „Arlecchino servitore di due padroni” Carla Goldoniego z 1743 roku. Sergio Leone rozprawia się z mitem bezinteresownego bohatera i walecznych kobiet. Bezimienny to człowiek kierujący się przede wszystkim zyskiem, gangsterzy w filmie nie mają żadnych ludzkich odruchów, kobiet natomiast prawie w ogóle nie ma i są nieistotne dla samej fabuły filmu. Animuszu dodaje mu charakterystyczna muzyka Ennio Morricone inspirowana meksykańską muzyką ludową i długie sekwencje czy zbliżenia, które nadają

s. 50

mu wydźwięk artystyczny, tak jak zdjęcia w filmie Kurosawy. Gra aktorska Clinta Eastwooda łudząco przypomina tę, którą pamiętamy u Mifune. Samotny samuraj i rewolwerowiec zlewają nam się w jedno. Leone z dużą dawką czarnego humoru i lekkim przerysowaniem pokazuję nam sens „Straży przybocznej”. Uważam jednak, że film ten był przełomowym dla spaghetti westernów. Zdominowały one rynek amerykański i na długo przyćmiły blask klasycznych westernów. I tu pojawia się wytwór współczesnej kinematografi „Sukiyako Western Django” w reżyserii Takashi Mikke, określany mianem japońskiego westernu. Syntetyzując film samurajski ze spaghetti westernem. Dużą rolę w jego popularności odgrywa postać Quentina Tarantino jako narratora. Film ten to specyficzny hołd dla spaghetti westernu. Film utrzymany jest w podobnej konwencji jak „Straż przyboczna” czy „Za garść dolarów”. A i fabuła jest podob-

na. W małym miasteczku żądzą dwa gangi białych i czerwonych. Banda białych, zwana Genji wyśmiewa się z filozofii samurajów uważając ją za dziecinadę i hołdując wojownikom bez skrupułów, nie bojących się śmierci. Natomiast herszt gangu czerwonych zwanego Heike zafascynowany jest twórczością Szekspira i każe nazywać się Henrykiem. Jest jeszcze więcej analogii do „wojny dwóch róż”. Główna postać kobieca w filmie, pochodząca z klanu Genji płodzi syna z mężczyzną pochodzącym z przeciwnego klanu. Zasadzają oni krzyżówkę białych i czerwonych róż odrzucają dzielące ich różnice. Jednak ojciec dziecka ginie na jego oczach, a matka przyłącza się do klanu białych pałając żądzą zemsty na mordercy swojego męża - herszcie bandy Heiku. Choć właściwie nie ma za wielu różnic pomiędzy tymi klanami, oba są okrutne i żądne władzy, bądź pieniędzy. W filmie występuje też motyw poszukiwania ukrytego złota, jak w starych westernach. Do


miasteczka przybywa samotny wojownik, kowboj, oczywiście świetnie posługujący się każdą bronią, którego spotkała podobna historia, więc los mieszkańców miasteczka nie jest mu obojętny. Kobiety w tym filmie są silne, pozbawione skrupułów, jednak bardziej przypominają pijaczki i prostytutki niż waleczne dziewice. Główna bohaterka wykonuje niesamowity taniec na barze, nasycony seksem przy niskiej, basowej muzyce wygranej na afrykańskiej tubie, zwanej didjeridu. Co łączy ten film ze spaghetti westernem? Bardzo dużo. Począwszy od postaci japońskich wojowników w kowbojskich strojach z rewolwerami, scenerii przypominającej Dziki Zachód, scenografii wykonanej tanim kosztem, chociażby na początku filmu, poprzez sceny walki w centrum miasteczka czy karczmie, napadu na dyliżans, wybuchów dynamitu jak w westernowych scenach napadów na pociągi, skończywszy na sposobie filmowania – zbliżenia twarzy, długie ujęcia. Zdjęcia w tym filmie są zdecydowanie przerysowane, dominują bardzo mocne kolory. Z filmem samurajskich zaś łączą go przede wszystkim postaci japońskich kowboi-wojowników i legenda, a właściwie jakaś religijna mantra, która przyświeca temu filmowi przez cały czas jego trwania. Tarantino na początku filmu wypowiada słowa: „Dźwięk dzwonów świątyni Gion Shoja, odbija się echem od wszystkiego. Kolor kwiatów Sala obnaża całą prawdę, że zakwitnąć znaczy upaść.” Brak zrozumienia tych słów i wykorzystania ich doprowadził do upadku złych hersztów klanów Genji i Heiku - nie powinno się wyśmiewać z filozofii, która pozwala godnie żyć i przetrwać. Dla mnie każdy z tych filmów to swoiste arcydzieło, choć fabuła ciągle jest ta sama, pokazują one ile wariacji można zrobić na ten sam, prosty temat. Mistrz Kurosawa zainspirował Sergio Leone, a Takashi Mikke złożył hołd jednemu i drugiemu. Teraz należy poczekać na kolejną wersję tej historii zapewne jeszcze bardziej pokręconą. 

s. 51


RECENZJE - F

U-boot

i l m

w walce ze stereotypami Kajetan Garbela

Niemy i dobry, realistyczny film o drugiej wojnie światowej, co najważniejsze – nie usprawiedliwiający ich działań w jej latach? Ktoś powie: wątpię, po tym, co się stało, na pewno będą chcieli się wybielić. Na pewno będzie patos, wzbudzanie w widzach litości, zero obiektywizmu i wszechobecne odżegnywanie się nazizmu. Tymczasem już ponad trzydzieści lat temu Niemcy przedstawili światu bardzo dobrze zrobiony, przejmujący i obiektywny obraz tych czasów, który nie chciał nikomu niczego udowadniać czy usprawiedliwiać. Mowa oczywiście o „Das Boot” – „Okręcie”

Jest to obraz z 1981 roku w reżyserii Wolfganga Petersena, wówczas jeszcze nieznanego twórcy, który otworzył mu drogę do światowej sławy i kariery. On sam także napisał jego scenariusz, opierając się na motywach powieści „Okręt” pióra Lothara-Günthera Buchheima. Film opowiada o losach załogi jednego z U-bootów – U-96, niemieckiej łodzi podwodnej, walczącej z alianckimi konwojami na Oceanie Atlantyckim. Jak mówią nam już na początku seansu napisy: „W czasie drugiej wojny światowej na okrętach niemieckich służyło 40000 marynarzy. 30000 zginęło”… Już od samego początku filmu Petersen ukazuje negatywny wpływ wojny na psychikę i zachowanie człowieka. W pierwszej scenie widzimy pijanych marynarzy, oddających mocz na samochód kapitana (świetna rola Jürgena Prochnowa), mającego objąć dowództwo nad łodzią podwodną. Udaje się on na pożegnalne przyjęcie, gdzie wszyscy piją na umór i zabawiają się z kobietami o podejrzanej reputacji. Komentując

s. 52

“„Okręt” to film mo-

numentalny i wciągający, w wielu momentach trzymający w napięciu czy skłaniający do zastanowienia, dopracowany każdym calu. Dobrze wyreżyserowany na podstawie równie dobrego scenariusza, okraszony wspaniałą grą aktorów, doskonałymi zdjęciami i charakterystyczną muzyką Klausa Doldingera. to, kapitan mówi melancholijnie: „Są przerażeni. Potrzebują do zapomnienia kobiet i wódki”. Większość z nich wypłynie na swój pierwszy rejs. Z żadnych ust nie słychać ani słowa o

chęci walki, niszczenia, wypełniania obowiązków względem Rzeszy czy Führera. Wszechobecne są zwykły, ludzki strach i niepewność, które trzeba odreagować. Po scenie zabawy następuje wypłynięcie z portu – załoga, już w mundurach galowych, stojąca na baczność na okręcie, jest żegnana z pełnymi honorami prze licznie zgromadzonych na nabrzeżu gapiów. Niepewność, stres ustępują chwilowo miejsca euforii, oczekiwaniu na przygodę. Na pełnym morzu rozpocznie się dla nich nowe życie, z dala od wielkiej polityki, nazizmu i zwykłego patriotyzmu. Życie ograniczone stalowymi burtami okrętu, przepełnione monotonią dnia codziennego i nudą, tylko niekiedy przerywaną działaniami wojennymi. Zwykli marynarze starają się umilić sobie czas oczekiwania na wytęsknioną walkę oraz radzić sobie z klaustrofobią łodzi, żartując, fantazjując o kobietach i możliwych walkach. Nieustanie smarują torpedy, bawią się jedzeniem, a nawet udają tancerki. Oficerowie, w tym kapitan, zwany przez podwładnych


„Starym” (nie ma w tym ani słowa pogardy, raczej sympatia i szacunek) próbują zabić nudę rozwiązywaniem krzyżówek, unikając jednocześnie tematów wojennych i ideologicznych. Po początkowej euforii, – na jakoś jedzenia, na stan czystości niektórych z nich oraz samego okrętu, na brak świeżego powietrza czy przestrzeni, oraz oczywiście na brak działań wojennych. Przytrafia się im wreszcie kilka tak bardzo wyczekiwanych, a podnoszących adrenalinę walk, w trakcie których zatapiają kilka okrętów oraz niestety sami zostają uszkodzeni. Według pierwotnych rozkazów mają w okresie Bożego Narodzenia udać się do francuskiego portu La Rochelle, jednak plany się zmieniają – dowództwo nakazuje im udać się do włoskiej La Spezii na Morzu Śródziemnym. Dowództwo i marynarze są tym faktem bardzo nie pocieszeni, tym bardziej, iż by dostać się tam, muszą przebić się przez pilnie strzeżoną przez flotę angielską Cieśninę Gibraltarską. Zmierzając tam, zatrzymują się po drodze w

hiszpańskim Vigo, gdzie oficerowie udają się na pokład „Wezery” – świetnie zaopatrzonego niemieckiego frachtowca, który pozwolił się tam internować na początku wojny. Na jej pokładzie uderza widza różnica pomiędzy załogą frachtowca a marynarzami U-boota. Ci pierwsi są galowo ubrani, ogoleni, dobrze odżywieni, kulturalni. Otacza ich bogactwo smakołyków, słuchają niemieckich kolęd, kurtuazyjnie i z honorami witają tych drugich, nazywając ich „bohaterami głębin” i „szarymi wilkami”. Tymczasem „bohaterowie głębin” są wychudzonymi, zmęczonymi, w większości byle jak ubranymi i ponurymi żołnierzami, wręcz wstrząśniętymi widocznym bogactwem. Dla tych pierwszych wojna jest wspaniałą ideą, miejscem chwały jednostek, Rzeszy, Hitlera i jego planów – ideą, która egzystuje w ich głowach, a z którą tak naprawdę nigdy nie mieli do czynienia. Dla drugich to brutalna i szara codzienność, która weszła im w krew tak mocno, że nawet kapitan, oficer Kriegsmarine, nie miał zamiaru zgo-

lić brody i przywdziać galowy strój zamiast znoszonego swetera i spodni na szelkach, idąc na spotkanie z załogą „Wezery”. Trudno o bardziej dosadną i uderzającą konfrontację dwóch tak różnych postaw wobec wojny… Nużący, wspólny pobyt na pokładzie, najczęściej pod wodą, w sztucznym świetle, jest doskonałą okazją do zaprezentowania ich charakterów, wręcz archetypów. Grany przez Prochowa kapitan to człowiek spokojny, dobroduszny, nie okazujący emocji. Jest typem starego wilka morskiego - lubuje się w przebywaniu na morzu i widoku okrętów. Ten zamyślony i w pewnym stopniu zamknięty w sobie oficer jest jednocześnie przyjacielski i wyrozumiały w stosunku do podwładnych, którym pozwala na różne ekscesy. Nie ma w nim niczego ani ze stereotypowego szalonego nazisty, czy żądnego krwi niemieckiego żołnierza. Jest obowiązkowym, wykonuje rozkazy, jednak nie utożsamia się z krwawą ideologią III Rzeszy - nie wykazuje jakiegokolwiek poparcia

s. 53


RECENZJE - F

i l m

dla Hitlera czy chęci mordowania. Chce tylko dobrze wykonać swój obowiązek – zatapiać obce statki, ale nie wysyłać nikogo głupio na śmierć. Znamienna jest scena, w której po zatopieniu okrętu przeciwnika kapitan irytuje się, że nikt nie przychodzi jego załodze z pomocą, przez co tak wielu ludzi zginie. Zapewne miał wówczas wyrzuty sumienia – zrobił to, co powinien, co mu rozkazano, ale owocuje to śmiercią w głębinach tak wielu niewinnych ludzi. W pewien sposób podobnym do niego jest porucznik Werner, korespondent wojenny, który z wojną ma jednak niewiele wspólnego. Wszystko jest dla niego nowe, nieznane, jednak z czasem nabiera pewności siebie i

kie rozkazy z miejsca” oraz „Jest tak spięty, że mógłby rozłupywać orzechy pośladkami”. Tylko on na okręcie sprawia wrażenie typowego Niemca – bardzo poważny, ułożony, wyważony w słowach, w przeciwieństwie do reszty zawsze dobrze ubrany i ogolony. Poczucie obowiązku wobec ojczyzny wyraża zdaniem, że „jako Niemiec musiał przyjechać”, by wziąć udział w wojnie. Jednak nawet w nim nie ma żadnej krwiożerczości czy zachłyśnięcia hitleryzmem. Z kolei Johann jest głównym mechanikiem u-boota i człowiekiem bardzo ekscentrycznym. Ciągle przebywa w maszynowni i sprawdza stan silników, w których łomot wsłuchuje się z zachwytem. Wychudzony, zarośnięty,

Ullmann, już ostatnia charakterystyczna postać załogi, to żołnierz, który w tajemnicy przed wszystkimi oświadczył się francuskiej dziewczynie, która zaszła z nim w ciążę. Na okręcie bardzo często o niej myśli, martwi się o nią, pisuje wiele listów. Poza tymi dwoma najbliższymi sobie osobami świata nie widzi, nie interesuje go za bardzo służba, wojna czy inne problemy, zaprzątające głowę dowódców czy wielkich tego świata. Największą tragedię przeżywa w momencie, gdy dowództwo sprzeciwia się wyjściu na ląd Wernera, który miał dostarczyć jego listy ukochanej. Ostatecznie dowództwo U-96 decyduje się przebyć Cieśninę Gibraltarską pod osłoną nocy i w stanie

obok kapitana jest w pewien sposób dobrym duchem okrętu, często nie odstępując go na krok. Jest doskonałym obserwatorem, to jego oczami bardzo często widzimy to, co dzieje się w okręcie. Bycie „nowym” oraz ciekawość powodują, że wielu szeregowych marynarzy go nie lubi – raz nawet dostaje od nich w twarz szmatą namoczoną w smarze. Porucznik, pierwszy oficer na łodzi podwodnej, jest Niemcem pochodzącym z Meksyku. Najlepiej określają go słowa dwóch współczłonków załogi: „Młoda maszyna. Wykonuje wszyst-

bardzo niechlujnie ubrany jegomość o strasznych, wyłupiastych oczach, nazywany przez współtowarzyszy „Upiorem”. Często objawia się jego neurotyczność – jest nadmiernie pobudzony walką, reaguje gwałtownie w momentach zagrożenia, zdarza mu się także poważne załamanie – gry okręt zostaje uszkodzony przez Brytyjczyków, przerażony Johann w ataku histerii chce opuścić pokład, nie zważając na to, że o znajduje się on oczywiście pod wodą - jak sam później przyznaje bijąc się w piersi, wówczas „puściły mu nerwy”.

wynurzenia, co jednak nie udaje się – atakowany przez flotę i lotnictwo, uszkodzony okręt idzie na dno. Załogę ogarnia ogromne zniechęcenie oraz psychoza, są pewni, że czeka ich straszna śmierć w głębinach. Okręt cały trzeszczy, niemiłosiernie ściskany przez ciśnienie wody, która przez różnorakie szczeliny dostaje się do wnętrza. Wówczas „Stary” wpada na niecodzienny, szalony pomysł, który wydaje się jedną szansą na ratunek i wybicie się na powierzchnię morza… „Okręt” to film monumentalny

s. 54


i wciągający, w wielu momentach trzymający w napięciu czy skłaniający do zastanowienia, dopracowany każdym calu. Dobrze wyreżyserowany na podstawie równie dobrego scenariusza, okraszony wspaniałą grą aktorów, doskonałymi zdjęciami i charakterystyczną muzyką Klausa Doldingera. Przede wszystkim to jego nastrojowa muzyka, ciasne, mroczne wnętrza okrętu i potęgujący wrażenie klaustrofobii obraz kamery wpływają na specyficzny, niezapomniany wręcz klimat tego filmu. Obraz odznacza się wielkim realizmem, doskonale ukazując życie codzienne, różnorakie sceny rodzajowe z życia u-boota, w gruncie rzeczy niewielkiej, stalowej puszki, wiele tygodni przebywającej w morskich głębinach. Jej załoga składa się z kilku starych wilków morskich i wielu totalnie zielonych nowicjuszy, wszystkich jednak łączy walka z nudna codziennością, euforia i stres, związane z bliską walką. Także powracające chronicznie przerażenie i strach – to o własne życie, to o życie najbliższych, to o ostateczny wynik wojny i losy Niemiec nie są im obce. Są to zwykli ludzie, tacy jak na frontach wszystkich wojen całej historii, i zapewne wielu z nas, jeśli nie wszyscy, wsadzeni do łodzi podwodnej i wysłani w długi rejs bojowy, którego przebiegu nie można przewidzieć, zachowałoby się podobnie. Niektórzy byliby „Starym”, inni Wernerem, jeszcze inni porucznikiem z Meksysku, Johannem-„Upiorem” czy po prostu Ullmanem. Mimo tego, że film powstał niecałe cztery dekady po II wojnie światowej, nie jest on próbą usprawiedliwienia Niemiec i Niemców za ich okropieństwa. Petersen nie opowiada nam historii, która ma na celu wybielić żołnierzy III Rzeszy, nie chce pokazać, że nie byli oni powolnymi marionetkami w rękach Hitlera i podobnych mu szaleńców, zatroskanymi o losy ojczyzny herosami czy też ofiarami nazizmu, zmuszonymi do niechcianej walki przez krwawego tyrana. Są zwykłymi ludźmi, mającymi swoje pragnienia, marzenia, obawy, nikogo nie oskarżają o to, że znaleźli się na pokładzie, nie chcą być częścią

niczyjej polityki – po prostu chcą jak najlepiej wykonać powierzone im zadania. Nie celują w zadawaniu nikomu bólu, nie pałają żądzą zabijania, nie są ślepo oddani ojczyźnie i dowódcom, choć tę pierwszą na swój sposób kochają i się o nią martwią, a tych drugich mimo wszystko, jak nakazuje regulamin, słuchają. Przeżywają chwile słabości czy paniki, tęsknią, ocierają się nawet o granice szaleństwa. Nie mają nawet nazistowskich poglądów – są zwykłymi ludźmi, a ich narodowość, rodzaj służby czy wojna, w której biorą

udział nie zmieniają niczego. Człowieczeństwo z jego pozytywnymi i negatywnymi aspektami zawsze jest takie samo, a trudne sytuacja jedynie pokazują, do jakich ekstremów może ono dojść. Film nie kończy się happy endem, zakończenie ostatniej sceny jest o tyle nieprzewidywalne i zaskakujące, co realistyczne i dobrze wpasowuje się w całość obrazu, który naprawdę szczerze polecam każdemu, kto interesuję się tymi czasami, lub chociaż studium nad ludzką psychiką. 

s. 55


RECENZJE - K

s i ą ż k a

O Żydach i chrześcijanach

Po raz pierwszy po „Żydowską politeję i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku” Jana Iluka sięgnąłem szukając tematu do pracy magisterskiej. Wtedy zapoznałem się dopiero z pierwszym tomem, pokazującym wizję synagogi, jaką swoim wiernym przedstawił święty Jan Chryzostom. Niedawno zaś miałem okazję poznać dzięki Autorowi wizję Jezusa i chrześcijaństwa, jaka przedstawiali Żydzi.

Rafał Growiec Konflikt światopoglądowy między Synagogą a Kościołem był nieunikniony. Chrześcijaństwo, wprowadzające do kultu Boga Jedynego dwie kolejne Osoby, odrzucające rygorystyczne przepisy Prawa budziło sprzeciw rabinów i ortodoksyjnych Żydów. Tak samo chrześcijanie, których spora grupa wywodziła się z judaizmu musieli bronić się przed oskarżeniami o politeizm, herezję i bluźnierstwo i ostro występowali przeciwko tym, którzy żyli i czcili Boga po staremu. Konflikt narastał, ewoluował. Znalazł odbicie w literaturze – już Celsus krytykując wyznawców Chrystusa powoływał się na jakiegoś Żyda. Jan Iluk jako pierwszy przełożył z greki osiem „Mów przeciw judaizantom i Żydom” na język polski, opierając się na Patrologii Migne'a i wydał najpierw w WAMowskiej serii Źródła Myśli Teologicznej (t. 41). Zamiarem autora było przyjrzenie się relacjom chrześcijańsko-żydowskim pod koniec IV wieku naszej ery. Jak się one kształtowały? Co myśleli chrześcijanie o

s. 56

“Chryzostom w swo-

ich homiliach, nie tylko skierowanych przeciwko judaizantom, stawiał sobie za zadanie poruszyć słuchacza, co skutkowało częstym używaniem inwektywy. Czym ona była? Rodzajem starożytnego stand-up’u. Żydach a Żydzi o chrześcijanach? TOM I: CHRZEŚCIJANIE O ŻYDACH W IV wieku temat judaizmu podjął młody antiocheński kapłan, Jan, zwany Złotoustym (gr. Χρυσόστομος, Chrisostomos). Jego szczególnym zmartwieniem był fakt, że wielu chrześcijan udawało się na żydowskie procesje, leczyło się u Żydów – jednym słowem siedzieli okrakiem na granicy

między dwoma politejami (sposobami życia, religiami, systemami państwowymi). Właśnie przeciwko takim judaizantom Chryzostom wygłosił na przełomie 386. i 387. roku osiem płomiennych mów, w których starał się wykazać, że judaizm i Żydzi są tym, od czego szanujący się, myślący człowiek – a już szczególnie chrześcijanin! – powinien się trzymać z daleka. Profesor Iluk twierdzi, że mowy te nie były bezpośrednio przeciwko Żydom i judaizmowi (s. 28). Mimo to Jana z Antiochii traktuje się nieraz jak pierwszego (nie tylko czasowo, ale i jakościowo) antysemitę. Dlaczego? Chryzostom w swoich homiliach, nie tylko skierowanych przeciwko judaizantom, stawiał sobie za zadanie poruszyć słuchacza, co skutkowało częstym używaniem inwektywy. Czym ona była? Rodzajem starożytnego stand-up'u. Licentia poetica pozwalała używać przeciwko adwersarzowi wszelkich możliwych zabiegów retorycznych, stylistycznych czy estetycznych, byle tylko osiągnąć cel. Stąd


WYDARZENIA I OPINIE

Antiocheńczyk nie waha się sięgnąć po najcięższe epitety, posługiwał się argumentami z historii, Pisma Świętego, przytaczał anegdoty i wzywał do „polowania na judaizantów”. Chryzostom bezpardonowo atakuje instytucję synagogi, Świątyni Jerozolimskiej, żydowskie ofiary, święta a także samych Żydów. Miesza czyny starotestamentalne z niedawnymi wydarzeniami, starannie dobierając postaci biblijne i wydarzenia historyczne. Pomija słowa Jezusa z krzyża o przebaczeniu (choć rozwiązał to zgrabnie w Homiliach na Ewangelię według świętego Mateusza). Konfrontował judaizm IV wieku z Psalmami, dowodząc np., że nie powinno się uprawiać kultu Bożego poza Jerozolimą tak, jak nie robili tego Żydzi „nad rzekami Babilonu”. Nie przejmował się tym, że diaspora już jakiś czas temu uporała się z tym teologicznym problemem. Z pomocą przychodzi Chryzostomowi historia – na przykład zgoda na odbudowę Świątyni Jerozolimskiej za czasów Juliana Apostaty i ogniste kule wybuchające z fundamentów, które to uniemożliwiły. Ten kolaż układa się w obraz Żyda wypędzonego z Jerozolimy za zabicie Chrystusa, które było efektem wieków ciągłego nieposłuszeństwa Bogu. Ta terapia szokowa służy nie tylko zabezpieczeniu słuchaczy przed kontaktami z synagogą, ale także dotrzeć do nieobecnych. Kazania miały zapaść

w pamięć i być pomocą dla wiernych, gdyby ci spotkali judaizującego brata, ojca, siostrę, itd. Dzięki wysłuchaniu homilii, mógł on stwierdzić, że Żydzi łamią Prawo, nie rozumieją proroków, czczą demony, przy leczeniu posługują się czarami a zburzenie Świątyni dowodzi, że ponieśli najcięższą karę za zabicie Jezusa. Istotne w tej polemice jest często używane przez Chryzostoma pojęcie politei – wspólnoty, ustroju społecznego, sposobu życia. Przeciwstawienie sobie politei żydowskiej (bezPrawnej, będącej nie na czasie) i chrześcijańskiej (założonej przez Boga, będącej swoistym uaktualnieniem tej starej) ma prowadzić do przeświadczenia, że czas judaizmu przeminął i teraz nie ma innego wyboru, jak przyjąć chrześcijańską wiarę. Jan Chryzostom wspina się na wyżyny oratorskiej sztuki mieszania z błotem, by przekonać antiocheńczyków, że nie ma sensu wracać do starej, porzuconej przez Boga wiary, reprezentowanej przez czcicieli demonów, oszustów i kłamców. Jak zaznaczają niektórzy autorzy, dwa lata po wygłoszeniu tych mów doszło do pogromów Żydów w Azji Mniejszej. Czyżby więc Żydzi byli bezbronnymi ofiarami chrześcijańskiej propagandy? Niekoniecznie. TOM II: ŻYDZI O CHRYSTUSIE I CHRZEŚCIJANACH

W odautorskim wstępie do drugiego tomu „Żydowskiej politei...” profesor Iluk tłumaczy przyczyny takiego a nie innego doboru materiału do tłumaczenia i opracowania. Jest to owoc poszukiwania „altera pars” sporu żydowsko-chrześcijańskiego i źródła o którym myślał Chryzostom, gdy mówił podczas swoich Homilii „Jak twierdzą Żydzi...”. Nie bez znaczenia był też dokument Międzynarodowej Rady Chrześcijan i Żydów z 2009 r., gdzie niemal całą winę za złe stosunki między judaizmem i chrześcijaństwem zrzuca się na wyznawców Jezusa. Tom II stanowi więc zebranie żydowskich tekstów dotyczących Jezusa – amoraickich, tanaickich, Miszny, ale przede wszystkim paszkwili z serii „Toledot Jeszu”. Wskazuje na istnienie jakiejś „żydowskiej antyewangelii” już św. Mateusz w Mt 28, 13-15. Talmud traktował postać Jezusa krotko i zwięźle: to heretyk (minim), zwodziciel, poczęty w nieślubnym związku panny z Panderą, człowiek, którego imię powinno zostać zapomniane. Imię „Jezus” się nie pojawia, zastępują je zwroty „ben (syn) Pandera”, „ben Stada”, Niejaki (hebr. „Peloni”). Dopiero po jakimś czasie (najstarsze rękopisy to dopiero XI wiek) powstają twory z serii „Toledot Jeszu”, szerzej traktujące o kimś, kogo bez większych wątpliwości można utożsamić z Jezusem. Choć wielu uczonych neguje taką możliwość, to sama fabuła,

s. 57


zdająca się karykaturą Ewangelii, nie pozostawia złudzeń. Choć dopiero późne wersje dodają smaczki antychrześcijańskie (o których później), to jednak podobieństwo TJ z plotkami podanymi za „pewnym Żydem” przez Celsusa w III wieku dowodzi starożytności niektórych wątków (np. dotyczących Maryi). Najczęściej fabuła tych utworów wygląda tak: młoda Miriam poczyna nieślubnego syna z Józefem Panderą, jej potomek wykrada po latach nauki u rabinów sekretne Imię Boga (dające moc czynienia znaków), zwodzi lud, zbiera uczniów, po konfrontacji z rabinami ucieka pod opiekę królowej Heleny, jeden z rabinów wkrada się między jego uczniów, wydaje Go, dzięki czemu „Jeszu” w końcu zostaje pojmany, osądzony i skazany na śmierć, rozchodzi się plotka o zmartwychwstaniu, zawiązuje się wspólnota wyznawców. O ile Jan Chryzostom w inwektywach antyżydowskich wspinał się na szczyty erudycji i teologicznych dywagacji, o tyle „Toledot Jeszu” zdają się tworami żydowskiej apologetyki ludowej. Brak jest w nich Boga. Jest tylko Szem Hamforas, Imię Boże będące potężnym zaklęciem, które każdemu, kto je pozna zapewnia niemal nieograniczone rozporządzanie Bożą mocą. Jesteś bękartem, zwodziecielem, grzesznikiem? Nieważne! Znasz Imię Boga, to teraz wszystko na Nim wymusisz! Ich autorzy czy też redaktorzy przerabiający stare twory i tworzący nowe wersje znali Ewangelię, przekręcając jednak jej przekaz i nie dbając o logikę. Wyśmiewał to zresztą Marcin Luter w traktacie „O Szem hammeforas i o rodzie Chrystusa”. Przykład? Judasz Ogrodnik, który wydał Jeszu wie, że uczniowie będą chcieli wykraść Jego ciało, ukryć je i ogłosić zmartwychwstanie. Co robi? Wystawia straże, czatuje przy grobie i pilnuje, by bluźnierca tkwił w grobie? Nie! Sam wykrada i ukrywa ciało, by nie zrobili tego uczniowie. Efekt? Roznosi się plotka o zmartwychwstaniu, ale ciało Jeszu zostaje wyleczone z grobu i jest ciągnięte ulicami miasta. TJ jest też całkowicie ahistoryczne – autorzy rękopisu wiedeńskiego twierdzili, że sprawę Jeszu rozpatrywała Helena, żona Konstantyna, siedemdziesiąt lat

s. 58

przed zburzeniem Świątyni. Im nowszy rękopis tym bardziej autorzy starali się dokuczyć chrześcijanom i przedstawić Chrystusa i Jego uczniów w sposób prześmiewczy. Stąd dowiadujemy się, że tonsura pochodzi od tego, że gdy ciągnięto zwłoki Jeszu za włosy, wyrwano kępkę na potylicy, a Wielki Piątek jest upamiętnieniem złamania ręki przez Jeszu, który został „zanieczyszczony” (pominę dosadne szczegóły jak to się miało stać) przez rabina i przez to nie mógł dalej lewitować. Także fakt założenia Kościoła niektóre wersje TJ przypisują pobożnym Żydom, którzy poprzez wprowadzenie nowych nauk chcieli oddzielić heretyków od zdrowej społeczności żydowskiej. Choć Toledot Jeszu nie są dziełem wybitnym, to jednak przez wiele lat były szanowane w licznych wspólnotach żydowskich i czytane zamiast Tory w Wigilię Bożego Narodzenia (zwanej Nittel Nacht – Nocą Wisielca, gdy mieli to rodzić się odszczepieńcy i heretycy). Chlubnym wyjątkiem są tu lubelscy rabini, których asefta (rada) w 1561. roku zakazała druku TJ. Czy dwadzieścia wieków czegoś nas nauczyło? Ludzie jako społeczeństwo z natury uczą się wolno. Potrzeba jeszcze wiele czasu, by chrześcijanie

przestali mówić o Żydach językiem inwektywy (porzucając jej antyczny wymiar i skupiając się na bluzgach i teoriach spiskowych). Nie liczmy też na to, że przestaną być powtarzane oszczerstwa oparte na Toledot Jeszu., zwłaszcza, że opowieści te wyszły poza diasporę. Jednak porozumienie między naszymi religiami to nie tylko gesty chrześcijan – w 2000. roku kilkuset rabinów podpisało dokument „Dabru emet” – „Mówcie prawdę”, który kończy się cytatem z Księgi Izajasza: „Stanie się na końcu czasów, ze góra świątyni Pańskiej stanie mocno na wierzchołku gór i wystrzeli ponad pagórki. Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: "Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami” (Iz 2, 2-3).  *Jan Iluk, „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku. Tom I: Jana Chryzostoma, kapłana Antiochii, Mowy przeciwko judaizantom i Żydom.” i „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku. Tom II: Żydowska antyewangelia. Antyczna tradycja i nowożytne trwanie.”, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2010.


s. 59


RECENZJE - K

Przerwane s i ą ż k a

życie 19 czerwca ’42, piątek rano, godz. 9.30:

„Usiłujemy wiele w życiu uratować za pomocą mętnego mistycyzmu. Mistyka musi opierać się na kryształowej uczciwości. Począwszy od zgłębiania istoty rzeczy, a skończywszy na nagiej prawdzie.” (Etty Hillesum)

Maja Mroczkowska Wydanie trzecie, wznowienie 2014. W połowie sierpnia na witrynie księgarni Wydawnictwa WAM przy ulicy Kopernika 26 w Krakowie pozycja „Przerwane życie. Pamiętnik 1941-43 Etty Hillesum” zajmowała cały jeden absolutnie autonomiczny rządek. Pomimo zamieszczonej na rewersie kilkuzdaniowej zachęty samego Benedykta XVI (a może właśnie z tego powodu) dla sporej liczby odbiorców może się to okazać pozycja ambiwalentna. Swoje w tym względzie robi zapewne odredakcyjny dopisek na okładce mówiący o „Jednej z największych mistyczek XX wieku”. PODMIOT Etty Hillesum urodziła się 15 stycznia 1914 roku w Middelburgu, stolicy prowincji Zelandia w południowej Holandii. W żydowskiej rodzinie, trochę wierzącej, a trochę nie, nie praktykującej jakoś bardzo, ale przeżywającej swoją żydowską tożsamość - w tzw. jakiś sposób. Do Amsterdamu wyjechała na studia prawnicze i slawistyczne (ze szczególnym umiłowaniem rosyjskiego) i tu też zastał ją wybuch wojny. Etty

s. 60

“Pomimo zamiesz-

czonej na rewersie kilkuzdaniowej zachęty samego Benedykta XVI (a może właśnie z tego powodu) dla sporej liczby odbiorców może się to okazać pozycja ambiwalentna. Swoje w tym względzie robi zapewne odredakcyjny dopisek na okładce mówiący o „Jednej z największych mistyczek XX wieku”. zaczyna pisać swój pamiętnik 9 marca 1941. Niedziela. Przez rok jeszcze od tego momentu niemiecka okupacja nie jest na tyle dotkliwa, żeby pisząca poświęcała jej więcej, niż od czasu do czasu jakiś zapisek. Nigdy nie bywa on też czymś więcej niż do-wsobnym komentarzem, rzeczywistość zewnętrzna nie jest kontekstem płodniejszym od tej wewnętrz-

nej. To kobiecy pamiętnik. Innymi słowy: mało że pamiętnik, to jeszcze kobiecy plus lawina (oczywiście, że) subiektywnych konsekwencji. PODMIOT W: NAMIOT. GŁĘBIEJ 27-letnia autorka jest osobą po studiach, niezależna, niezamężna, prywatna nauczycielka rosyjskiego, dochodzi także angaż akademicki, wynajmuje pokoik w mieszkaniu dzielonym razem z kilkoma lokatorami (tu poczynię celowe „rozgrupowanie” kategorii połączonych) chrześcijanami, Żydami, Holendrami i Niemcami. Etty jest „dobrze otwarta”, nie jest wierząca, nie prowadzi też moralnego, według standardów religijnych, życia. Jej relacja pamiętnikarska bywa bardzo zmysłowa i odważna, jednak nie ma w niej nic z lubieżnego fetyszu, raczej rozbrajająca szczerość i powaga analizy tej patowej sytuacji, gdy czasem „życie z Bogiem i z własnym podbrzuszem na równie przyjaznej stopie nie jest łatwe”. Młoda Żydówka jest maksymalnie skupiona na sobie i, chociaż znać tu iskierki nieprzebytego egoizmu, nie jest to na wskroś megalomańsko-nie-do-przejścia. W


WYDARZENIA I OPINIE

języku przebija bardziej rzeczywiście przekonująca rzetelność w bezwarunkowym, bezpardonowo piśmiennym dochodzeniu ze sobą do ładu. Nie nuży czytelnika zostawiającymi grzecznościowy posmak bon motami. W jej pisaniu nie brak co prawda sprzeczności, ale tylko czasami to denerwuje. Częściej ujmuje. Właśnie ta kobieca i intelektualna egzaltacja, jakaś niepojęcie okiełznana histeryczność i dobroć - bezpretensjonalne pragnienie czystej, niewarunkowanej dobroci. I ta słodycz, gdy przekomarza się sama ze sobą. Wszystko to sprawia, że pisząca momentami staje się czytelnikowi beznadziejnie bliska, ale bez komfortu i z drażliwym światłocieniem. Dlatego można mieć pewność, że emocjonalne wrażenie nie jest płytkie. PRZEDMIOT Jest parę bodźców, które skłaniają Etty do pisania pamiętnika. Wprowadzając, chodzi o odwieczne pragnienie intelektualnie przekarmionej, lecz niedotrenowanej kobiety, aby napisać wreszcie coś

wielkiego, stworzyć dzieło. Stąd też po wielokroć w zapiskach spotkać można dywagacje na temat formy, materii literackich, a raczej ich braku. Tak, ten motyw wciąż powraca w naprzemianległych konstatacjach i kontestacjach. Idąc dalej, ciśnienie zewnętrzne powodowane sytuacją polityczną przydaje życiu materiału aż proszącego się o literackie rozładowanie. Co najważniejsze jednak – to czynnik męski, który pojawił się w życiu Etty niespełna miesiąc przed rozpoczęciem pamiętnikarskiej relacji. Chodzi o Juliusa Spiera, którego ona niezmiennie tytułuje (zaledwie czy intymnie aż) „S.” Julius jest dwa razy starszym od niej mężczyzną, rozwodnikiem (jednakże prowadzącym z byłą żoną serdeczną korespondencję), ojcem dwójki dzieci, Niemcem, który wyprowadził się do Amsterdamu, człowiekiem zaręczonym z młodą kobietą czekającą na niego w Londynie (tu również serdeczna korespondencja). S. to postać absolutnie nadludzka i bezsprzecznie magnetyczna. Zajmuje się psychochiromancją, czyli czytaniem z dłoni

pacjentów całego ich jestestwa, żeby później na tej podstawie formułować dla nich indywidualny program terapii psychologicznej. Sam Carl Gustav Jung miał go zachęcać do „niezarzucania” tej zbawiennej, nadziejorodnej praktyki. Hillesum zostaje jego pacjentką, najbardziej intrygującą i najbardziej w nim zakochaną. Nie ma w tym jednak nic z tendencyjnego banału. Proces rozwoju ich relacji to niewątpliwie jeden z najbardziej enigmatycznie ujmujących wątków, jakie w pamiętniku się pojawiają. PRZEDMIOT W: NAMIOT. GŁĘBIEJ Przede wszystkim jednak Etty Hillesum pisze, ponieważ przeczuwa, że dzieje się w niej coś większego, niż mogą to wytłumaczyć merytorycznie wysuwane przesłanki. „Nie chcę być nikim ważnym, jedynie kimś, kto ciągle szuka w sobie pełnej samorealizacji (…) wystarczy, gdy stanę się duszą w tym ciele”. Poza jakimkolwiek kontekstem jakiejkolwiek religii, instytucji, formacji czy liturgii, jedynie hineinhorchen, idąc za wewnętrznym niedefiniowanym

s. 61


przez siebie głosem, przemieniana niewytłumaczalną działalnością wiary mówi w końcu o sobie, że żyje w nieustannej zażyłości z Bogiem. Niezwykle silnie nieznanym jej Janem od Krzyża pobrzmiewają zdania takie jak chociażby: „Teraz, kiedy już niczego nie chcę i jestem wolna, mam wszystko, a moje wewnętrzne bogactwo jest niezmierzone”. To, co młoda Żydówka diagnozuje w sobie jako depresję, emocjonalne wyczerpanie i nieprzebytą apatię, dosko-

uczyła się tego na kokosowej macie w łazience.”

nale przystaje do rzeczywistości wewnętrznej w teologii określanej jako noc duchowa. Przy porządkowaniu duszy, owym sich versenken, zanurzaniu się w sobie, inspiracją i przewodnikiem jest dla niej S. Proces odkrywania coraz intensywniej upominającego się o nią Nadprzyrodzonego, które dopiero z czasem zaczyna utożsamiać z Bogiem nazywa historią „o dziewczynie, która nie potrafiła klęczeć, ale mimo to

aby rozstać się z każdą normą i konwencjonalnym punktem widzenia, aby wykonać wielki skok w kosmos. Wtedy życie stanie się nieskończenie bogate i pełne, aż po najgłębsze cierpienie”. Tego nie można wypracować, taka droga jest intymną łaską, wcale nie tak rzadko udzielaną. I jak widać, Bóg przy wyborze nie sugeruje się (nawet) metryką chrztu, więc rzeczywiście „Pana musi być ziemia i wszystko, co ją napełnia”, skoro tak

s. 62

PRZYMIOT Przeistoczona. To bez dwóch zdań, a nawet w jednym słowie można stwierdzić po przeczytaniu całego pamiętnika. Niesamowity i wcale nie tak nieosiągalny proces mistycznego zjednoczenia z Bogiem. „Trzeba się wyswobodzić, uwolnić od każdej skostniałej idei, każdego hasła, każdej więzi. Należy mieć odwagę,

się do niej przyznaje. PRZYMIOT W: NAMIOT. NAJGŁĘBIEJ Etty Hillesum zginęła w Auschwitz w komorze gazowej razem z rodziną, której nie chciała zostawić, chociaż miała szansę uratować się ze śmiertelnego transportu. Do obozu zabrała ze sobą Biblię, „Księgę godzin” Rilkego i książeczkę z gramatyką rosyjską. Prosiła Boga, by mogła być „myślącym sercem baraku,

myślącym barakiem całego obozu koncentracyjnego”, zobojętnić piekło od środka nuklearną wlaną miłością. Był 30 listopada 1943 roku. 


s. 63


RECENZJE - K

s i ą ż k a

Śmierć w Breslau

Marek Krajewski to jeden z najbardziej znanych w Polsce autorów kryminałów. Bardzo ambitnych kryminałów. Jako doktor filologii klasycznej często wplata motywy i ciekawostki z zakresu historii, łaciny, polonistyki… Dlatego jego dzieła mają w sobie głębię: to nie są tylko opowieści o zbrodniach, poszukiwanych i śledczych.

Karolina Kowalcze Motywy zaczerpnięte z historii mają wielki wpływ na akcję powieści: bez konsultacji z wykładowcami i ekspertami z różnych dziedzin, dla policjantów niemożliwe stałoby się wytłumaczenie wielu istotnych dla śledztwa spraw. Do tej pory powstały trzy serie kryminałów. Pierwsza z nich opowiada o przygodach Eberharda Mocka, druga o przygodach Jarosławia Patera, ostatnia o Edwardzie Popielskim. Od 2007 roku Krajewski zajął się pisarstwem zawodowo, wcześniej wykładał na Uniwersytecie Wrocławskim. „Śmierć w Breslau” to debiutancka powieść kryminalna Krajewskiego, opowiada ona historię Eberharda Mocka, pracownika Prezydium Policji. Nie jest to człowiek czarno-biały: posiada masońską przeszłość, spędza wolny czas z prostytutkami, nadużywa alkoholu, bywa samolubny, działa ponad prawem… Bywa bardzo sprytny. To dzięki swojej inteligencji i „imadle” na przyjaciół, wrogów i przesłuchiwanych pnie się po szczeblach kariery. W przedwojennym Wrocławiu, do którego sięgają macki Gestapo i Abwehry, jest to

s. 64

“Oprócz motywów

zaczerpniętych z historii, Krajewski bardzo dobrze oddał realia przedwojennego Wrocławia. Place, ulice, domy, nawet obrzeża miasta zostały opisane z fotograficzną pamięcią. Wraz z bohaterami „Śmierci w Breslau” Czytelnik porusza się po gorącym mieście. podwójnie trudne. Jednak w Mocku jest dobro. Marzy o posiadaniu syna i dlatego obejmuje opieką swojego asystenta, który dorastał w domu dziecka. Nie da się nie lubić Mocka, nie da się go również znienawidzić. Podlega on ocenie Czytelnika, któremu nie trzeba tłumaczyć, co w jego życiu jest dobre, a co złe. Postępowanie Mocka daje się zrozumieć… Oprócz motywów zaczerpniętych z historii, Krajewski bardzo dobrze oddał realia przedwojennego Wrocławia. Place, ulice, domy,

nawet obrzeża miasta zostały opisane z fotograficzną pamięcią. Wraz z bohaterami „Śmierci w Breslau” Czytelnik porusza się po gorącym mieście. Odwiedza miejsca niecieszące się dobrą sławą, zagląda do bibliotek, poznaje przedwojenny świat, nastroje i relacje między ludźmi zajmującymi wysokie stanowiska policji. Współpracownicy z Rzeszy Niemieckiej nie zawsze ułatwiają Mockowi rozwiązanie tajemniczej śmierci Marietty von del Malten. Niezwykłym faktem jest, że w brzuchu zamordowanej znaleziono dwa skorpiony. Początkowo pomagają one znaleźć sprawcę, kiedy jednak okazuje się, że ten jest niewinny, sprawa nabiera tempa... „Śmierć w Breslau” to pozycja dla każdego mola książkowego, miłośnika historii, tropiciela śladów tajnych stowarzyszeń. Zadowoli nawet wymagającego Czytelnika. 


s. 65


REFLEKSJE

Żywot konsumenta poczciwego Dotychczas nie musiałem brać udziału w żadnych bataliach konsumenckich. Ot, coś tam trzeba było zwrócić, zareklamować – ale odbywało się to bezproblemowo. Tymczasem, jakby w tym roku było w moim życiu mało emocji i czasu wolnego, to praktycznie od pierwszych dni stycznia do teraz toczę boje, które wcześniej w ogóle by mi się nie śniły. I jak można się domyśleć, nie ja jestem tu niczemu winny. Kajetan Garbela Rozpoczęło się całkiem niewinnie – w listopadzie ubiegłego roku odebrałem dwa telefony z mojej ówczesnej sieci komórkowej (nazwijmy ją umownie siecią X), w trakcie których pani o bardzo miłym głosie poinformowała mnie, że z dniem 5 stycznia kończy mi się umowa, zawarta na dwa lata, wobec czego proponują mi nową. Ja jednak przypomniałem sobie słowa kumpla, który zachwalał bardzo korzystną umowę w innej sieci, którą dalej zwał będę siecią Y. Po dodatkowych konsultacjach z nim postanowiłem więc przenieść numer do owej sieci. Rozpocząłem cała procedurę w połowie grudnia, wysłałem odpowiednie papiery i poprosiłem o przeniesienie numeru z dniem zakończenia dotychczasowej umowy. Gdy miła pani z sieci X dowiedziała się o tym ode mnie przy okazji kolejnego telefonu, zaproponowała nową umowę, niestety gorszą, niż konkurencja, więc niewzruszony dalej obstawałem przy swoim. Z nowej sieci otrzymałem już numer tymczasowy, umowa była podpisana, gdy nagle 30 grudnia AD 2013 przybył kurier z

s. 66

“Zdenerwowanie nr

6 nadeszło w momencie, gdy okazało się, że również ten pan nie mówił całej prawdy – owszem, kara mogłaby być anulowana, ale musiałbym zapłacić za dotychczasowe miesiące na nowym numerze, chociaż w ogóle z niego nie korzystałem. Łącznie jakieś 200 zł. prośbą o uzupełnienie papierów do nowej umowy. Był tak grzeczny, że od razu wziął mnie do swojego samochodu i pojechaliśmy zorganizować potrzebne papiery (moja drukarka była zepsuta). Ostatecznie czekałem na 5 stycznia i przesyłkę z kartą SIM sieci Y. Tymczasem 2 czy 3 stycznia zadzwoniła pani z sieci X z infor-

macją, że ona bardzo przeprasza, ale jej koleżanka, z którą rozmawiałem wcześniej się pomyliła, i moja umowa jest ważna jeszcze 12 miesięcy i jeśli nadal chcę przenosić numer, to zostanie naliczona kara w wysokości ponad 200 złotych! Oczywiście ani słowa przeprosin czy jakiejkolwiek sugestii, że skoro wina jest po ich stronie, to odpuszczą choć część kary. Wówczas zadzwoniłem do sieci Y z pytaniem, czy jakakolwiek kara obowiązuje u nic. Stwierdziłem – zobaczę, kto każe mi mniej płacić czy w ogóle nie zażąda niczego, tego wybiorę. W sieci Y miły pan konsultant poinformował mnie, że papiery nadal nie są kompletne (coś tam nieczytelnie wypełniłem, w sumie znając swój charakter pisma, nie zdziwiło mnie to), i w związku z tym procedura przenoszenia numeru nie została rozpoczęta i mogę bez żadnej kary ją przerwać, pisząc odpowiednie pismo. Pan oczywiście jego treść podyktował, ja spisałem, wydrukowałem i wysłałem. Po kilu dniach otrzymuję list, w którym poinformowano mnie o zatrzymaniu przenoszenia numeru.


Mówię sobie –ok, jeszcze mam przed sobą rok użytkowania telefonu go w sieci X. Gdy gdzieś w połowie marca wszedłem na skrzynkę mailową okazało się, że wpłynęła na nią faktura za dwa miesiące korzystania z usług sieci Y. „Pewnie jakaś pomyłka”, mówię sobie, i dzwonię znów na infolinię. Tam pan (zaspany, bo była jakaś 8.00 rano, a telefonowałem przed porannymi zajęciami) poszukał czegoś na moim koncie abonenckim i stwierdził, że nie wymówiłem numeru tymczasowego, który po określonym czasie przechodzi na umowę abonamentową. Ja zdziwiony, mówię mu, że po pierwsze, jego kolega dwa miesiące temu twierdził, że jak złożę odpowiednie pismo, co też uczyniłem, to żadnej umowy itp. nie będzie, a po drugie, w ogóle nie aktywowałem numeru tymczasowego! Wtedy konsultant stwierdził, że: 1) widocznie tamten wprowadził mnie w błąd albo źle go zrozumiałem (!) 2) aktywowany czy nie, numer działa i mam płacić, albo będzie kara w wysokości 600 złotych za zerwanie umowy… To był moment zdenerwowania nr 1. Cóż robić? Dzwonię więc do sieci X, pytam o wysokość kary u nich, gdybym chciał zerwć stary numer –

155 zł, myślę: ok, cztery razy mniej niż tam, nie jest źle, z dwojga złego wolę to. Umowę wypowiedziałem, ale że kończyć się miała dopiero z następnym pełnym miesiącem, więc początkiem maja, to czekało mnie jeszcze 50 dni na starym numerze. Dzwonię więc raz jeszcze do operatora Y porozmawiać o nowym numerze, na jakiej podstawie przeszedł na umowę, czy mogę złożyć jakąś skargę, że wprowadzono mnie w błąd, a pan konsultant mówi mi wówczas: „Panie, ktoś pana zrobił w konia, do 90 dni od momentu zawarcia umowy możesz ją Pan wymówić bez żadnej kary, jak się nie podoba. A ten stary numer, jak jeszcze ponad miesiąc jest czynny, przenieść raz jeszcze do nas na wcześniejszych warunkach”. Myślę sobie – opłacalne, tamta taryfa była super, zresztą nie mam zamiaru zmieniać numeru, ten sam mam jakieś 8 lat, więc po co mi nowy? Pan znów uczynnie podyktował mi treść pisma o zerwaniu umowy, podał adres do wysyłki. Pismo poszło, za kilak dni otrzymałem potwierdzenie zerwania umowy. Oczywiście, sieć X nadal próbowała mnie zatrzymać – ale niemrawo, dzwonili raz czy dwa, gdy byłem na zajęciach, gdy oddzwaniałem, nie odbierali, więc napisali maila z propozycją nowej,, „świetnej” umo-

wy (która była w połowie tak dobra jak ta, w którą celowałem w sieci Y). Gdy dwukrotnie odmówiłem, przysłali mi już listownie wezwanie do zapłaty kary w ciągu tygodnia, bo komornik, rejestr dłużników itp… Karę wpłaciłem od razu, po czym udałem się do salony sieci Y z zamiarem odnowienia przenoszenia umowy. To, co się tam stało, było zdenerwowaniem nr 2 i 3, a właściwie kwadransem, w którym krew mnie zalała. Najpierw dowiedziałem się, że tamtej nader optymalnej taryfy już nie ma, zaproponowano mi gorszą nawet od tej na numerze „tymczasowym”, który dopiero co zerwałem, a później okazało się, że kara – owe 6 stówek – została naliczona! Od razu się zbulwersowałem -jak to, ktoś tu powinien za to wylecieć z pracy. Urocza pani konsultantka próbowała ukryć zmieszanie, stwierdziła tylko, że mam złożyć wniosek o odsłuch rozmowy, ona mi go pomoże spisać, i sprawdzimy, czy naprawdę ktoś mnie zrobił w konia. Miałem czekać max tydzień na odpowiedź, przyszła po jakichś 5 dniach. A razem z nią – zdenerwowanie nr 4. Zadzwoniła jeszcze inna miła pani informując, że nie mają ze mną nagranej żadnej rozmowy, choć przed

s. 67


każdą informują, że wszelkie rozmowy są nagrywane! Skandal. Udałem się więc do salonu sieci Y i złożyłem to pismo raz jeszcze. Po kilku dniach – zdenerwowanie nr 5, apogeum złości. Zadzwonił pan, informując, że jedyne rozmowy ze mną, jakie mają nagrane, są z grudnia. Cztery miesiące wcześniej, niż rozmowa, której szukam, i ponad 5 miesięcy przed tym właśnie kontaktem. Mówię: „jak to możliwe, że z grudnia 2013 coś macie, a z marca 2014 nic?” Pan przeprasza, każe czekać jeszcze tydzień, bo może coś więcej się znajdzie. Guzik. Czekałem dwa, za ten czas przyszło pismo, w którym straszyli mnie komornikiem, jeśli nie zapłacę w ciągu dwóch tygodni. A na trzeci odsłuch rozmowy nie miałem co liczyć – regulamin sieci Y zakładał tylko dwa, trzeci trzeba sobie było wywalczyć drogą sądową. Zapewnienia z ostatniej rozmowy telefonicznej były więc ściemą – zdenerwowanie nr 5. Co zrobić – trzeba było płacić, bo nie wiadomo, ile dalsza batalia potrwa. W międzyczasie, w momencie wybitnego

s. 68

zdenerwowania, zadzwoniłem jeszcze raz na infolinię z pytaniem, czy mogę rozmawiać z kimś z kierownictwa, bo kto jak kto, ale ono chyba będzie kompetentne. Pan w słuchawce stwierdził, że to niemożliwe, ale po wysłuchaniu moich żali stwierdził, że jeśli ostatecznie niczego nie znajdą, mam iść do salonu i prosić o reaktywację umowy, wtedy kara zniknie i żadnych kosztów nie poniosę. Pewny siebie powiedziałem mu wtedy: „Dobrze, ale jeśli się okaże, że nie powiedział pan prawdy, będzie pan miał problemy. A doskonale zapamiętałem pana imię, nazwisko, czas i datę rozmowy”. Zdenerwowanie nr 6 nadeszło w momencie, gdy okazało się, że również ten pan nie mówił całej prawdy – owszem, kara mogłaby być anulowana, ale musiałbym zapłacić za dotychczasowe miesiące na nowym numerze, chociaż w ogóle z niego nie korzystałem. Łącznie jakieś 200 zł. Stwierdziłem, że co prawda mógłbym się wykłócać i powoływać na tę rozmowę, ale nie chcę nikogo perfidnie z pracy

wyrzucać i się mścić. Okazało się też, że owe wcześniejsze 90 dni wypowiedzenia bez kary obowiązywało do października. A ktoś jeszcze w marcu zapewniał mnie i być może innych, że to nadal działa… Postanowiłem za to trochę sprawę nagłośnić, wylewając swoje żale na profilu facebookowym sieci Y. Od razu posypało się kilka lajków i komentarzy moich znajomych, a ktoś obsługujący profil stwierdził, że zobaczy, co się da zrobić. Widać, siła social mediów kolejny raz dała o sobie znać, gdy po kilku dniach otrzymałem wiadomość, że w drodze wyjątku zgodzą się na trzeci odsłuch rozmowy. Ja z kolei w tym czasie odwiedziłem Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta w Krakowie, który radził mi wysłać konkretne billingi rozmów, a gdyby się okazało, że mimo tego nadal nie mogą ich znaleźć, a twierdzą, że rozmowy są nagrywane i przechowywane, to on się tym zajmie. Zawsze może wytoczyć sprawę w sądzie o brak nagranych rozmów, i że tego na pewno by nie chcieli. Dla bezpieczeństwa zadzwoniłem raz jeszcze na infolinię z pytaniem o okres przechowywania – potwierdziło się, że to dwa lata, więc stwierdziłem, że wysyłam bilingi i albo je znajdą, albo poszuka ich pan rzecznik, ale to może być bardzo dla nich uciążliwe i skończyć się karą za niedotrzymanie regulaminu. Pani oczywiście zapewniła, że będzie dobrze… Po prawie tygodniu – nic. Zdenerwowanie nr 7, więc szybki telefon, w miarę delikatne pytanie, co z moim zgłoszeniem spowodowało, że po kilku godzinach przyszedł na moją skrzynkę mail zwrotny, że brakuje części danych do weryfikacji. Dane wysłałem. Dzień czy dwa później na dwa tygodnie wyjechałem i byłem dosyć zajęty Festiwalem w Kodniu, więc sprawa zeszła na dalszy plan. Jednak przyszedł początek sierpnia, a odpowiedzi nie było żadnej. Kolejny telefon do sieci Y i zapewnienie, że mają 30 dni na odpowiedź, więc na pewno się uwiną. I tak też się stało – po prawie miesiącu otrzymuję maila, w którym pani z działu reklamacji informuje mnie, że nie umiała się do mnie dodzwonić (podejrzane, bo żadnych nieodebranych telefonów nie miałem, ale w sumie, już nic mnie nie dziwiło), więc


pragnie napisać, że moja reklamacja została zaakceptowana. Wspaniale! Można się cieszyć, szkoda tylko, że nie napisała, co zrobić, żeby odzyskać wpłacone już pieniądze. Szybka rozmowa telefoniczna wyjaśniła sprawę – wysłałem potwierdzenie przelewu z prośbą o zwrot 6 stówek, które dla kończącego uczelnianą karierę studenta są poważną kwotą. Minęły już 3 tygodnie, a pieniędzy nie ma. Kolejny raz użyłem więc Fejsa – grzeczna pani z profilu sieci Y odpowiedziała, że za kilka dni pieniądze wpłyną. Mam nadzieję… Żeby tego było mało – w początku kwietnia kupiłem buty w jednej ze znanych sieci sklepów obuwniczych, na potrzeby tego tekstu – sieci Z. Po miesiącu, w ciągu którego założyłem je może 10 razy, okazało się, że podeszwy dosłownie złamały się w poprzek każdego buta, a jedna z nich całkowicie oderwała się przy pięcie od reszty trzewika. Co więc robię – reklamacja. Nie były to drogie buciki, ledwo 99 zł, ale kiedy przestają się nadawać do noszenia po czterech czy pięciu tygodniach, to coś jest nie halo. Idę więc po kilku dniach do sklepu, w którym je

kupiłem – a tam informacja, że skoro nie mam paragonu (a gdzieś mi się zapodział) a płaciłem kartą, muszę przynieść potwierdzenie przelewu. Byłem wtedy mocno zajęty, więc zebrałem się do sklepu Z dopiero po tygodniu czy dwóch, była już połowa czerwca. Pani potwierdzenie przyjmuje i mówi, że w ciągu 2-3 tygodni na pewno oddzwonią. Taa… minęły dwa tygodnie, ja na początku lipca wróciłem do domu, mówię sobie: ogarnę sprawę w sierpniu, gdy wrócę do Krakowa. Dzwonię więc do sklepu w połowie sierpnia: „Nie umiemy nic znaleźć, proszę dzwonić jutro czy pojutrze” – mówi pracownik zmieszanym głosem. Dwa dni później wybieram ich numer i okazuje się, że paragon jest. Jadę więc z butami i słyszę, że reklamacja potrwa maksymalnie tydzień. „Ale do reklamacji przyjmujemy buty najpóźniej dwa miesiące po zauważeniu usterki, a pan mówi, że to był maj”… Szlag mnie trafia, tłumaczę, siląc się na uprzejmość, że gdyby się tak nie guzdrali i znaleźli paragon po dwóch a nie siedmiu tygodniach, to bym się w tym czasie zmieścił. Ekspedientka wówczas łaskawie stwierdziła, że może

mi zrobić tę przysługę i napisać, że to była połowa czerwca. Świetnie… Ostatecznie naprawdę czekałem równe siedem dni na reklamację, po której dostałem stówkę bez jednego złotego z powrotem. Jak widać, życie konsumenta nie jest łatwe. Chyba każdy podobne historie zna, wielu je przechodziło. Kto nie doświadczył tego na własnej skórze, niech się cieszy. Ale niech lepiej zawczasu przygotuje się, że może przyjdzie mu toczyć batalie podobne do moich. Że ktoś wprowadzi go w błąd, celowo lub nie, ktoś sprzeda trefny towar, ktoś nie przyłoży się do jego reklamacji, naliczy wysoką karę za nic, nie będzie chciał zwrócić pieniędzy, a ty człowieku walcz o swoje, walcz o sprawiedliwość. Ogólnie lubię ludzi. Zawsze uważałem, że to społeczeństwo jest głupsze, niż jednostki. Teraz jednak spotkałem na swojej drodze kilka jednostek ludzkich, które zgotowały mi powyższe problemy. I nie wiem, które z nich to byli idioci, które miały gorszy dzień, a które były po prostu złodziejami…

s. 69


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej zdjęcia do artykuu o Niniwie: http://niniwa.org/galeria/

s. 70

Może coś Więcej, nr 19  
Może coś Więcej, nr 19  
Advertisement