Page 1

s. 1


SPIS TREŚCI

T E M AT N U M E R U

Mamy lekarsto na chorobę współczesnego świata 26

KRZYSZTOF RESZKA

32

Nuda w kulturze rozrywki

MARIUSZ BACZYŃSKI

35 Gdzie Ci hipsterzy, prawdzi-

wi tacy...

TAKA SYTUACJA 18

A w domu też byś tak zrobił?

ALEKSANDRA BRZEZICKA

ROZMOWA KULTURALNA 60

Hadow-muzyka nocy

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

WOJCIECH URBAN

38 Czego chcieć więcej od

rozrywki

KAMIL DUC

22 Królik Roger, Shrek i

inne takie czyli postmodernistyczny bałagan

KAROLINA kOWALCZE

42 Pokolenie

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

29 Rorschach czarno na bi-

ałym

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

WYDARZENIA I OPINIE 6 10

Po orderach ich poznasz

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

Depresja mistrzyni

MATEUSZ NOWAK

Wszystkich nas nie zamkniecie! 12

AGNIESZKA BAR

14 Brama kontra mur

MAŁGORZATA RÓŻYCKA

8 Studencie! By żyło się lepiej!

MATEUSZ PONIKWIA

11 Dyskryminacja większości

ANNA BONIO

16 Chętny na samo-bójstwo

TOMASZ MARKIEWKA

s. 2


SPIS TREŚCI

RECENZJE

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 52 Kościół bez propagandy

KAMIL DUC

70

Skrzypce z Auschwitz

KAROLINA KOWALCZE

68 Tootsie-czyli jak zagrać

rolę w roli

MICHAŁ MUSIAŁ

71 Wspomnienia o Kaczmarskim WOJCIECH URBAN

72 Zachęta do życia popost-

modernistycznego

ALEKSANDRA BRZEZICKA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE

K U LT U R A M A S O W A

64 X-men - Przeszłość, która

Zakrzywienie czasoprz- nadejdzie – czyli jak odwrócić estrzeni MACIEJ PUCZKOWSKI kota ogonem 20

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

58 Luzak czy lanser?

KRZYSZTOF RESZKA

EDUKACJA 50 Szkoły podstawowe wiedzą

już nad czym nalezy popracować

KAMIL DUC

KAZANIA PONADCZASOWE

JESTEM, WIĘC MYŚLĘ

Jak głęboko zapada zblie- 74 Krykyka społeczęństwa nie seksualne? moasowego 56

KS. MIROSŁAW MALIŃSKI

KAMIL MAJCHEREK s. 3


WSTĘPNIAK

Co z tą

kulturą?

Kultura to element cywilizacji, który podlega nieustannym zmianom. Właściwie każde pokolenie generuje swoją własną kulturę przez co w sposób trwały zapisuje się na kartach historii. I chociaż kulturoznawcy pewnie podniosą teraz larmo, to jednak w moim odczuciu trzeba tutaj jakoś tę kulturę postopniować. Anna Zawalska Niestety, ale gdybyśmy mieli teraz wybrać jakiegoś współczesnego reprezentanta kultury wysokiej, to byłby z tym spory problem. Myśląc kultura, przed oczami ukazuje mi się obraz kobiety malującej swoje „dzieła” waginą, albo gołodupiec kopulujący z krzyżem. Wartość teraz zdaje się mieć tylko to, co w jakimś stopniu kontrowersyjne, albo raniące czyjeś uczucia, nie tylko religijne. Ostatnio mieliśmy do czynienia z innym wyrazem kultury. Oto bowiem w poznańskim teatrze wystawiono spektakl „Gologta Picnic”. Bo jak nie ma z czego zrobić widowiska, to weźmy na tapetę chrześcijaństwo. A żeby było o widowisku głośno, to szkalujmy Jezusa. Katolicy podniosą larmo, więc wieść o obrazoburczym przedstawieniu bardzo szybko się rozniesie, hajs się będzie zgadzał, a

sztuka wysokich lotów, pozostanie sztuką wysokich lotów i właściwie sama się obroni. Kto artyście zabroni? Oczywiście wiadomo, że szeroko pojęta kultura to różne wytwory ludzkiej cywilizacji i „sztuka” pana Rodrigo Garcii, to tylko bardzo jej niewielka część. Jednak głównie takie rzeczy są teraz promowane wszem i wobec. To przede wszystkim na kontrowersji opiera się to, co możemy określić mianem kultury dla mas. Masówki bowiem najłatwiej sprzedać i najłatwiej rozgłosić na świecie. A już najłatwiej, kiedy w kogoś uderzają bardzo personalnie. Dlatego też stworzyliśmy numer dotyczący bardzo szeroko pojętej kultury. Znajdą tu dla siebie coś miłośnicy filmów, seriali, komiksów, czy kreskówek. Rozkładamy na czynniki pierwsze elementy kultury masowej,

oraz zastanawiamy się nad współczesnym społeczeństwem. Przyglądamy się hipsterom, a także analizujemy czy istnieje coś takiego jak nuda i czy możliwe jest, żeby się nudzić przy takim szeregu różnych alternatyw rozrywki. Poruszamy również kwestie tego, czym jest kultura osobista i czy młodzi ludzie właściwie wiedzą jak się zachować i jak dbać o dobro wspólne. A może chamstwo już całkowicie zaludniło naszą cywilizację? Tego wszystkiego dowiecie się w numerze, który już teraz jest dla was wszystkich dostępny! Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Marcin Dryja, Anna Żmudzińska, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Wojciech Greń, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Maria Nejma-Ślęczka, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Jan Barański, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różecka, Danuta Cebula Korekta: Katarzyna Zych, Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Bajak Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Po orderze ich poznasz Na 25. rocznicę pierwszych wolnych wyborów z 1989 roku, prezydent Bronisław Komorowski odsłonił w Warszawie Memoriał Wolnego Słowa, a następnie w Pałacu Prezydenckim uhonorował Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski wybrane osoby.

Sara

Nałęcz-Nieniewska Wśród dziennikarzy nagrodzonych za „za wybitne osiągnięcia w działalności na rzecz wolności słowa w Polsce, za wkład w rozwój wolnych mediów i niezależnego dziennikarstwa„ znaleźli się m. in. Tomasz Lis czy Edward Miszczak(TVN), którzy z rzetelnością dziennikarską i wolnymi mediami za wiele wspólnego nie mają. Odznaczeniem za „wybitne zasługi dla przemian demokratycznych i transformacji ustrojowej w Polsce, za szczególne osiągnięcia w działalności państwowej i publicznej” może pochwalić się również Michał Boni TW „Znak”, który w 2007 roku podał do informacji publicznej oświadczenie, w którym przyznawał się do współpracy z SB. Razem odznaczonych zostało 59 „przyjaciół” III RP. Po Orderze Orła Białego to najważniejsze odznaczenie w Polsce. Kiedyś otrzymywali je bohaterowie, dziś wystarczy szczekać kiedy ci każą. W trakcie uroczystości Bronisław Komorowski wyraził opinie, że wszyscy z odznaczonych dobrze wykorzystali szansę na życie w wolnym kraju. Tu się z panem prezydentem zgodzę. Wiedzieli koło kogo się zakręcić żeby forsa zasiliła ich kieszenie. Głowa państwa określiła również, że należy trzymać

s. 6

“Na całe szczęście

w tej farsie jaką nas raczą jest cień nadziei. Mniej więcej w tym samym czasie zostały wręczone zupełnie inne odznaczenia. I otrzymali je ci co swoją miłość do kraju wyrażali w heroizmie właśnie. Na cześć tragicznie zmarłego Piotra Skórzyńskiego, co roku w okolicy rocznicy jego samobójczej śmierci, rozdawane są medale „Opoka”. się patriotyzmu „niekoniecznie w imię potrzeb natury heroicznej”, a patriotyzmu czasu pracy i dokonań dnia codziennego. Praca u podstaw? Cytując Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego prezydenta „wolnej” Polski (przypominam to ten prezydent, który postanowił spowić czerwony rozdział naszej historii całunem milczenia paląc teczki i usuwając wiele dowodów zbrodni agentury, a na swoją prawą rękę wybrał generała

SB – Czesława Kiszczaka) mówił, że najważniejszym przykazaniem powinna być formułka z tekstu o tym samym tytule - „narzekanie na wszystko jest zakazane”. Tego życzy nam nasz prezydent. Na całe szczęście w tej farsie jaką nas raczą jest cień nadziei. Mniej więcej w tym samym czasie zostały wręczone zupełnie inne odznaczenia. I otrzymali je ci co swoją miłość do kraju wyrażali w heroizmie właśnie. Na cześć tragicznie zmarłego Piotra Skórzyńskiego, co roku w okolicy rocznicy jego samobójczej śmierci, rozdawane są medale „Opoka”. Ten działacz opozycyjny w swoich bardzo szczerych wspomnieniach, nie pozostawiających suchej nitki nawet na sobie opisywał Adama Michnika, z którym siedział w jednej celi tak: Dobre samopoczucie Michnika brało się z prostego powodu: jak nam wyznał, bardzo się cieszył, że go zawinęli, bo inaczej musiałby podejmować jakieś decyzje polityczne, a w rzeczywistości nie miał pojęcia, co robić. Michnik po wydaniu książki „Człowiek Nieuwikłany. Wspomnienia z PRL” odgrażał się: Skórzyński Ty nie istniejesz i nigdy nie zaistniejesz! – jak przystało na piewcę kultury i oświaty. Skórzyński rozpoznał w nim tchórza uwikła-


nego w kłamstwa i nie wahał się mówić o tym publicznie. Przed śmiercią zdążył napisać jeszcze „Wojnę światów – intelektualną historię zimnej wojny”, w której obnaża przed czytelnikiem jak propaganda komunistyczna wpłynęła na myślenie ludzi zachodu, kulturę i gospodarkę. 3 czerwca 2008 roku Piotr Skórzyński popełnił samobójstwo, w liście do swojej żony napisał, że „nie godzi się na nikczemnienie świata i już tylko tyle może zrobić żeby w nim nie być”. Umiłował prawdę tak, że był gotów za nią umrzeć. Dla uhonorowania jego niezłomnej postawy, żona Joanna Waliszewska wraz z przyjaciółmi autora przyznają medale w dziedzinie ducha, słowa i czynu. W ubiegły wtorek „Opokę ducha” otrzymał ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski, „Opokę słowa” pisarz Stanisław Srokowski, a „Opokę czynu” – prof. Witold Kieżun. Wielokrotnie pokazali, że można pozostać nieskalanym w obliczu najgorszych sytuacji. Nie ma w świecie rzeczy piękniejszej niż prawda, wartość niezmienna i nieśmiertelna. Jak mówił ks. Popiełuszko w czasach PRL „gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawy, stalibyśmy się narodem wolnym już teraz.” Jak mogłyby się potoczyć losy naszego narodu gdybyśmy uwierzyli w jej siłę? Tego się już nie dowiemy. Możemy jedynie pielęgnować prawdę w naszym codziennym życiu. Próbować zachować niezłomną postawę. I pamiętać, że to po czynach poznajemy ludzi, a nie po tym, że prezydent raczy kogoś obdarować fałszywym orderem. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Studencie!

By żyło się lepiej! Wiele emocji i kontrowersji budzi rozpoznawana przez Trybunał Konstytucyjny kwestia odpłatności za drugi kierunek studiów. Pomimo uznania za niekonstytucyjne rozwiązań wprowadzonych w 2011 roku, przepisy będą obowiązywać jeszcze przez maksymalnie rok.

Mateusz Ponikwia

NIEKONSTYTUCYJNA USTAWA

Trybunał Konstytucyjny dokonał 5 czerwca sądu nad ustanowioną trzy lata temu nowelizacją ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym. Z wnioskiem o rozpatrzenie konstytucyjności przepisów zwróciła się grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości, którzy poddawali w wątpliwość zgodność niektórych artykułów z ustawą zasadniczą. Po trwającej niespełna cztery godziny rozprawie, w wydanym przez siebie orzeczeniu, Trybunał uznał za niezgodne z Konstytucją przepisy odnoszące się do odpłatności za drugi kierunek studiów. W sentencji wyroku wskazał na naruszenie zasad: poprawnej legislacji i proporcjonalności oraz przepisu gwarantującego bezpłatny dostęp do edukacji.

BEZPŁATNY DOSTĘP DO NAUKI

W ustępie 1 artykułu 70 Konstytucji czytamy, że każdemu zagwarantowane jest prawo do nauki. Wynika z niego, że każda osoba mająca taką wolę może podjąć edukację. Przepis ten nakłada także obowiązek szkolny stanowiąc, że do ukończenia 18 roku życia nauka ma charakter obligatoryjny. Z kolei ustęp 2 tego artykułu stanowi, że nauka w szkołach public-

s. 8

“Odrzucając pod-

noszone argumenty, sędziowie stwierdzili, że wprowadzona nowelizacja narusza normy konstytucyjne. Ustawa zasadnicza określa kompetencje do ustalenia jedynie niektórych usług edukacyjnych, świadczonych przez publiczne szkoły wyższe, które nie będą miały bezpłatnego charakteru. znych jest bezpłatna, jednakże ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością. Zatem ograniczenie konstytucyjnego uprawnienia do bezpłatnego dostępu do pozyskiwania wiedzy może dotyczyć jedynie szkół wyższych w zakresie świadczenia przez nie tylko pewnych usług edukacyjnych. Ponadto może być ono wprowadzone jedynie przez ustawę. Korzystając z kompetencji do określenia odpłatności za niektóre usługi edukacyjne, parlamentarzyści postanowili wprowadzić zmianę ustawy o szkolnictwie wyższym.

NOWELIZACJA USTAWY Z 2011 ROKU

Dokonując modyfikacji aktu wprowadzono przepis statuujący odpłatność za podjęcie studiowania na kolejnym kierunku, pozostawiając pierwszy wybrany przez daną osobę fakultet wolnym od opłat. Ponadto, ustawa przewidywała zwolnienie jedynie 10% najlepszych studentów z konieczności ponoszenia opłat za studiowanie. Kryterium to jest równoważne z koniecznością uzyskania stypendium rektora dla najlepszych studentów w każdym roku, jeżeli dany student nie chce uiszczać opłat. Pomimo, że zmiany weszły w życie dopiero w obecnym roku akademickim, ich skutki są już widoczne. O połowę spadła liczba osób, które zdecydowały się na podjęcie dodatkowego kierunku studiów – z 7% wszystkich studentów do około 3,5%. Powodów takiej decyzji może być wiele. Nie wszyscy studenci mogą sobie pozwolić na tego typu wydatek finansowy. Szacunkowe dane podają, że jest to koszt rzędu nawet kilku tysięcy złotych, w zależności od wybranego kierunku i uczelni.

RZĄDOWE UZASADNIENIE ZMIAN, A ROZSTRZYGNIĘCIE TRYBUNAŁU


WYDARZENIA I OPINIE

Argumentacja przemawiająca zdaniem Rządu za celowością i koniecznością wprowadzenia opłat za drugi kierunek opiera się na twierdzeniach o braku efektywności studiowania jednocześnie dwóch dziedzin. Profesor Daria Lipińska-Nałęcz – wiceminister nauki – przekonywała, że po pierwszym semestrze odpada połowa takich osób. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego broniło zmian motywując je chęcią ukrócenia patologicznej sytuacji. Według resortu często bowiem dochodziło do sytuacji blokowania miejsc z uwagi na to, że studenci rozpoczynali kilka kierunków jednocześnie. Odrzucając podnoszone argumenty, sędziowie stwierdzili, że wprowadzona nowelizacja narusza normy konstytucyjne. Ustawa zasadnicza określa kompetencje do ustalenia jedynie niektórych usług edukacyjnych, świadczonych przez publiczne szkoły wyższe, które nie będą miały bezpłatnego charakteru. Trybunał uznał, że wprowadzona nowelizacja jest niespójna i sprzeczna z zasadą proporcjonalności, a kształtując odpłatność za drugie dzienne studia ustawodawca winien wykazywać się starannością i jak najmniejszym zakresem ingerencji w prawa podmiotowe. Sędzia Stanisława Wronkowska-Jaśkiewicz komentując sprawę uznała ponadto przepisy o odpłatności

za drugi kierunek studiów za zbyt restrykcyjne. Trybunał Konstytucyjny podkreślił, że prawo do kształcenia na poziomie wyższym stanowi współcześnie jedno z najważniejszych praw gwarantowanych jednostce przez państwo, przy czym bezpłatna nauka w uczelniach publicznych jest w świetle ustawy zasadniczej zasadą, a ustanawianie opłat za niektóre usługi edukacyjne – niepodlegającym wykładni rozszerzającej – wyjątkiem.

ECHA WYROKU

Z zapadłego rozstrzygnięcia cieszą się studenci. Piotr Müller, przewodniczący Parlamentu Studentów RP zastrzega jednak: Trybunał odsunął nasze świętowanie w czasie, ponieważ uchyli te przepisy dopiero 30 września 2015r. Oznacza to, że będą one obowiązywały jeszcze przez kolejny rok akademicki, chyba że Parlament postanowi wcześniej zmienić zakwestionowane przepisy. Posłowie pracują już nad kolejną nowelizacją ustawy. Podczas obrad sejmowej komisji edukacji wiceminister Lipińska-Nałęcz zachęcała, aby poczekać na uzasadnienie wyroku, zaś posłowie zasiadający w komisji postanowili, że temat odpłatności za drugi kierunek studiów będzie przedmiotem kolejnej sesji obrad. Jednakże nie tylko żacy pozytywnie odbierają zapadłe orzeczenie. Także wykładowcy zrzeszeni w

Komitecie Kryzysowym Humanistyki Polskiej z nadzieją patrzą w przyszłość, gdyż to ich wydziały najbardziej ucierpiały na wprowadzonych zmianach.

I CO DALEJ?

Zaistniała sytuacja daje podstawy do poddawania w wątpliwość kompetencji osób stanowiących prawo w Polsce. Trybunał podczas rozprawy podkreślił, że przepisy zostały niechlujnie skonstruowane i nieprzemyślanie wprowadzone do systemu. Orzeczenie nie wyklucza możliwości wprowadzenia opłat za drugi kierunek studiów. Niewątpliwie przepisy, które w pewien sposób ograniczają prawa obywatelskie gwarantowane przez Konstytucję RP winny być ustanawiane z należytą starannością, w sposób rzetelny i nienaruszający zasad elementarnej sprawiedliwości społecznej. Nie można dziwić się, że temat wzbudza liczne kontrowersje. Studenci liczą na powrót do sytuacji dla nich korzystnej, umożliwiającej podjęcie drugiego fakultetu bez żadnych obaw o negatywne konsekwencje (zwłaszcza w sferze ekonomicznej). Pewną szansę daje wydany wyrok Trybunału, który choć odracza termin derogacji przepisów z systemu, zmusza osoby odpowiedzialne za stanowienie prawa do przemyślenia pewnych prezentowanych przez nie postaw i podejmowanych zadań. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Depresja mistrzyni W ubiegłym tygodniu polskie media obiegła informacja o problemach psychicznych Justyny Kowalczyk. Nasza mistrzyni udzieliła wywiadu, w którym mówiła o tym, że pojawiają się u niej stany depresyjne, związane przede wszystkim z utratą nienarodzonego dziecka, do którego doszło rok temu. Z całego narciarskiego świata płyną do Kowalczyk wyrazy współczucia, co pokazuje nam, że w obliczu takich tragedii życiowych rywalizacja sportowa i topory wojenne odchodzą na dalszy plan. Mateusz Nowak Sukcesy, pieniądze, sława, uwielbienie tłumów to nie wszystko. Przekonało się o tym już wielu przed Justyną Kowalczyk. Teraz ta brutalna prawda dotarła również do niej. Każdy jej wspaniały wynik, każdy medal, każde podium, okupione było ogromnymi wyrzeczeniami. Wszyscy o tym wiedzieliśmy, o jej wyczerpujących treningach, niemalże nadludzkich wyczynach w okresach przygotowawczych. To wszystko musi zostawiać ślad w organizmie. Nie chcę tu wyrokować, bo nie jestem specjalistą od medycyny, ale sport wyczynowy, uprawiany jeszcze z tak wielkim zaangażowaniem przez Justynę, na pewno nie sprzyja ciąży, z czym niestety wiele kobiet sportowców musi się pogodzić. I w tej sytuacji niewiele można zrobić, a nam jako kibicom wypada jedynie współczuć i tym bardziej doceniać pracę naszych idolek. Oczywiście jak to w takich sytuacjach często bywa, Kowalczyk dała temat mediom. Przez kilka dni w Internecie onet, interia, czy wp żyły praktycznie tylko wyznaniem naszej mistrzyni. Nie było dnia bez kolejnych informacji, kto przekazuje wyrazy współczucia, komentarzy różnych znanych osób, jakichś specjalistów od wizerunku, którzy w takich chwilach muszą się oczywiście

s. 10

“Nie było dnia bez

kolejnych informacji, kto przekazuje wyrazy współczucia, komentarzy różnych znanych osób, jakichś specjalistów od wizerunku, którzy w takich chwilach muszą się oczywiście pojawić i prawić swoje mądrości. I mówiąc szczerze, mnie to trochę już męczy. Bo uważam, że powinniśmy dać Justynie spokój. pojawić i prawić swoje mądrości. I mówiąc szczerze, mnie to trochę już męczy. Bo uważam, że powinniśmy dać Justynie spokój, a nie rozdmuchiwać sprawę do rozmiarów problemu ogólnonarodowego. Współczucie jak najbardziej, ale komentarze, a nawet krytykę, powinniśmy zostawić dla siebie. Jak można w takich chwilach sugerować, że Kowalczyk zdradziła

tę informację dla większej sławy, poklasku? A takie głosy też się już zdążyły pojawić. Zgodzę się, że może niepotrzebnie to uzewnętrzniała, bo musiała się liczyć z tym, że media jak pasożyty będą ciągnąć z jej nieszczęścia jak najwięcej tylko się da, ale z drugiej strony rozumiem, że nie mogła już wytrzymać i żyć samotnie z tym problemem. Była to na pewno odważna decyzja, podyktowana pewnie w dużej mierze emocjami i jestem ostatnią osobą, która by za takie wyznanie chciała krytykować Justynę. To po prostu niedorzeczne, zwłaszcza w obliczu tego, że akurat Kowalczyk na brak zainteresowania ze strony mediów narzekać nie może. Nie chcę się już więcej rozwodzić nad tym tematem, ponieważ zostało w nim już i tak powiedziane za dużo. A nie chcę też być odebrany za kolejnego sępa żerującego na tragedii Kowalczyk. Zostawmy po prostu Justynę w spokoju, współczujmy jej i kibicujmy dalej, aby układało się jej już nie tylko na drodze sportowej, w której osiągnęła już i tak więcej niż kiedykolwiek mogliśmy marzyć. 


WYDARZENIA I OPINIE

Dyskryminacja

większości

Prawo i Sprawiedliwość i Solidarna Polska odrzuciło wniosek SLD o rozszerzenie karalności za obrażanie m.in. mniejszości seksualnych. Krytycznie nastawiony do projektu jest także ministerstwo sprawiedliwości.

Anna Bonio Klub zaapelował o nowelizację przepisu mówiącego: „kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do trzech lat”. Sojusz Lewicy Demokratycznej domaga się poszerzenia tego grona o m.in. orientację seksualną, wiek, płeć i niepełnosprawność. Pierwsza opcja budzi wiele wątpliwości. „SLD chce, by obraza uczuć religijnych ścigana była z oskarżenia prywatnego, a nie - jak obecnie – publicznego. Złagodzony miałby być też maksymalny wymiar kary grożący za ten czyn - z dwóch lat do pół roku. Natomiast znieważenie publiczne „przedmiotu czci religijnej” miałoby być karalne, jeśli przedmiot ten znajdowałby się w miejscu przeznaczonym do wykonywania obrzędów religijnych.” Dość dziwna sytuacja. Klub domaga się zwiększenia karalności dla obrażających mniejszości seksualne, jednocześnie chce zmniejszyć karę za znieważenie uczuć religijnych. Jest to obrona środowiska bliższego partii. To obrona dobra społecznego, czy może tylko chwyt by zapewnić

sobie poparcie? Czy tu coś się nie gryzie? Oczywiście, nie powinno obrażać się nikogo. Ale trochę zaskakujące jest, że minimalizuje się sankcje za obrazę wartości, a powiększa się za obrażanie wypaczeń. Prawica odrzuca ten wniosek. No i nie ma się co dziwić. Dobrze, że pojawiają się jeszcze osoby, które walczą o wiarę i rodzinę. Nie jestem zwolenniczką PIS-u czy SP, najbliżej jest mi do… nikogo. Ale cieszę się, że ktoś dba o czystość relacji, równość społeczeństwa i zdrowe poglądy. Także ministerstwo sprawiedliwości krytycznie odniosło się do projektu. „Jak mówił wiceminister sprawiedliwości Jerzy Kozdroń projekt SLD jest niedoskonały i „jeśli trafi do komisji, to trzeba będzie nad nim mocno popracować”. Jego zdaniem proponowane zmiany - z punktu widzenia konstrukcji Kodeksu karnego - powinny zostać dodane w innych rozdziałach tej ustawy.

Lewa strona bardziej dba o prawa mniejszości, niż o prawa większości. Nie pozwala obrażać osób homoseksualnych, a przystaje na aborcję, eutanazję. To idzie w złym kierunku. Większość zaczyna być dyskryminowana. Słowo może ranić dużo bardziej niż najostrzejszy nóż. Dlatego należy skonstruować reguły chroniące przed takimi atakami. Nie można nikogo obrażać. Ale nie wolno chować spraw naprawdę ważnych, czyli poniżania chrześcijaństwa, rodziny i godności ludzkiej. Wiara katolicka jest dużo bardziej tolerancyjna od środowisk mniejszości seksualnych. Nie ma tu równości. „Normalni” ludzie są często dyskryminowani. Tak jest. Ustawa ta mówi o płci, tożsamości. Zastanówmy się, kogo jest więcej. Czy chrześcijan atakujących mniejszości, czy osób z mniejszości krytykujących katolików? 

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

“Wszystkich nas

nie zamkniecie!” 2014 rok. Polska oficjalnie jest krajem niepodległym, w którym „pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane”* żyjemy, korzystając pełni z naszej wolności słowa i poglądów oraz równości wobec prawa. Piszę „oficjalnie”, ponieważ ostatnimi czasy ta wolność i równość wobec prawa jest traktowana troszkę mniej dosłownie, niż było to zamierzone.

Agnieszka Bar Profesor Zygmunt Bauman, o którego wyjątkowo barwnej, komunistycznej przeszłości rozpisywał się już niejeden z prawicowych portali i który tłumaczył swoją miłość do stalinowskiej wersji komunizmu poglądem, iż jest on „kontynuacją Oświecenia” rok temu uświetnił swoją obecnością Uniwersytet Wrocławski. Wykład tego socjologa, filozofa i oficera KBW o interesującej przeszłości został przerwany okrzykami narodowców: „precz z komuną”, „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”. Robienie tego typu burd na uniwersytecie w jakiś sposób oczywiście powinno być karane. Ale jak? Kara, jaką otrzymali protestujący wydaje się po prostu śmieszna. Argumenty zatwierdzającego je sędziego – idiotyczne. „Stanowiło ono manifestację pogardy wobec państwa, wobec prawa, uniwersalnych wartości etycznych, wreszcie pogardę wobec innych ludzi, którzy myślą inaczej niż obwinieni”. Kara ta - to jest 20-30 dni aresztu dla siedmiu osób i do 6 tysięcy zł grzywny dla pozostałych dwunastu- została przez niego nazwana „prewencyjną”. Czyli co? Teraz wszyscy, którym nie podoba się aktywna rola w państwie Polskim stalinowskich zbrodniarzy zastanowią się dwa razy, zanim zaprotestują?

s. 12

“Kara ta - to jest 20-

30 dni aresztu dla siedmiu osób i do 6 tysięcy zł grzywny dla pozostałych dwunastu- została przez niego nazwana „prewencyjną”. Czyli co? Teraz wszyscy, którym nie podoba się aktywna rola w państwie Polskim stalinowskich zbrodniarzy zastanowią się dwa razy, zanim zaprotestują? Pięknie, pięknie, Panie Sędzio Chodkowski. Zastanawiamy się tylko, czy to był pana autorski pomysł. Dodatkowo, wg portalu „niezalezna.pl” jedną z protestujących na wykładzie osób był nastoletni uczeń Wrocławskiego technikum, który po całej sprawie został zmuszony przez szkolną radę do zakończenia edukacji. Na szkolnych obradach w tej sprawie, wg samego zainteresowanego, zawsze obecny był umundurowany policjant. To trochę jak te „wilcze

bilety”, które otrzymywali ludzie za czasów stalinizmu za tzw. „działalność antypaństwową”. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie urodzeni przed rokiem 1989 zaliczają powrót do arkadii dzieciństwa. Tylko, że tak: już 25 lat siedzimy w tej Wolnej Polsce, demokratycznie stwierdziliśmy, że komunizmu więcej nie chcemy, więc czemu tak usilnie się do niego wraca? I skąd ci wszyscy sympatycy wujka Lenina, teraz już w tak sędziwym wieku, znajdują tyle siły i energii, żeby wciąż aktywnie i z pasją zwracać ludzkości komunistyczne idee? Tak właśnie organy Polskie stają w obronie człowieka, który był członkiem NKWD, mającego na sumieniu tyle ludzkich istnień. Istnień, które ginęły za to, żeby Polska jakiekolwiek organy posiadała. I gdzie tu sens? „Wszystkich nas nie zamkniecie!” krzyczą manifestujący wrocławianie w obronie skazanych. Jest nas więcej i wiele z nas chętnie podjęłoby ryzyko grzywny i aresztu, żeby tylko do Polski nie wracała komuna. *Z Konstytucji RP


s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

Brama

kontra

mur

Jest 4 czerwca. Idziemy jak co dzień na zajęcia i do pracy, ale jednak świętujemy. W końcu powód jest naprawdę zacny. Przyjechał nawet Obama. Są oficjalne uroczystości, msze za ojczyznę i koncerty. Tylko dlaczego przeciętnemu mieszkańcowi kuli ziemskiej data 4.06.1989 kojarzy się wyłącznie z masakrą na placu Tian’anmen? Małgorzata Różycka Wielu z nas ze względu na dwie pierwsze cyfry numeru PESEL nie ma szans sięgnąć do swoich własnych wspomnień. Jedni chodzili jeszcze z drabiną na truskawki, a o innych rodzice nie myśleli jeszcze w swoich najśmielszych planach. Mimo to opowieści tychże rodziców i dziadków mogą dać nam wystarczający impuls do tego, by wyobrazić sobie pierwsze wolne wybory po przeszło 40 latach. Na pewno był to ważny dzień. Dzień, w który ludzie żyjący za „żelazną kurtyną” złapali nareszcie w żagle powiew wolności i mogli obrać kurs na demokrację. Czwarty dzień czerwca 1989 roku popchnął pierwszy klocek w komunistycznym dominie na tyle mocno, że pozostałe elementy też musiały upaść. Zwieńczeniem dzieła był upadek muru berlińskiego – jakże spektakularny, a zarazem symboliczny. Był niczym ostatni bastion czerwonej twierdzy, który poddał się niezwyciężonej ludzkiej wolności. Wydarzenie naprawdę dużej rangi i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale „nasze” wybory miały przecież nie mniejsze znaczenie dla przemian ustrojowych w Europie, a odbyły się pięć miesięcy wcześniej.

s. 14

“Czwarty dzień

czerwca 1989 roku popchnął pierwszy klocek w komunistycznym dominie na tyle mocno, że pozostałe elementy też musiały upaść. Zwieńczeniem dzieła był upadek muru berlińskiego – jakże spektakularny, a zarazem symboliczny. Dlaczego zatem to właśnie upadek muru berlińskiego stał się światowym symbolem Jesieni Narodów?

WARSZAWA, 4.06.1989

Na tę niedzielę czeka cała Polska. Niektórzy są pełni nadziei, a inni pełni obaw. Aura jest jakby zapowiedzią mających nadejść wydarzeń – przez kraj przechodzi chłodny front atmosferyczny, który przynosi gwałtowny spadek temperatury, ulewne deszcze i burze z gradem. Mimo to przed lokalami wyborczymi od rana ustawiają się kolejki.

Stoją w nich całe rodziny. Nawet ludzie stroniący od polityki wiedzą, że tym razem naprawdę trzeba wyrazić swoje zdanie. W Gdańsku i Warszawie kamery patrzą, jak Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski wrzucają głos do urny. Śledzą każdy ich krok. Tłumy zagranicznych i krajowych dziennikarzy zwracają nawet uwagę, ile czasu spędzają w kabinach i z kim przyszli na wybory. Wynik jest do przewidzenia, ale napięcia nie brakuje. Poza tym za dwa tygodnie druga tura. Ale (wszystko) będzie dobrze. Ludzie na ulicach uśmiechają się, ściskają sobie dłonie i czekają na Wielką Przyszłość. A Joanna Szczepkowska pewnie już się domyśla, że 28. 10.1989, 4 miesiące po wyborach, wypowie słynne zdanie „Proszę państwa, 4.06.1989 skończył się w Polsce komunizm”

BERLIN WSCHODNI, 4.06.1989

Erich Honecker siedzi pewnie na balkonie swej willi w zielonej dzielnicy Pankow i sączy piwo. Wie, że w bratniej PRL odbywają się wolne wybory do Sejmu i Senatu, który sobie ostatnio utworzyli. Ciekawe, co ten towarzysz Wojciech kombinuje. To


musi być jakiś chytry plan. Pewnie ustalili to z towarzyszem Michaiłem. Z tymi Polakami to same kłopoty. Wiecznie szemrają, strajkują i – co najgorsze – łażą do kościoła i słuchają watykańskich imperialistów. Nie zazdroszczę polskim towarzyszom z PZPR. Co za naród im się trafił! U nas też nie jest idealnie, ale dajemy radę. Stasi ma się naprawdę dobrze; w końcu stare, dobre metody zawsze działają. No i mur, rzecz jasna. Nawet mysz się nie prześlizgnie. Za te pojedyncze przypadki ucieczek odpowiada czynnik ludzki. Strażnicy się spili i nie dopilnowali. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Ale może nie teraz. Mur to był naprawdę dobry pomysł. Radziecki. Będzie stał do końca świata, a może nawet dłużej…

EUROPA, 4.06.2014

Barack Obama przyjechał do Polski na uroczyste obchody 25. rocznicy pierwszych wolnych wyborów i chwała mu za to, bo dzięki temu świat dowie się, albo przypomni sobie o tym ważnym wydarzeniu. Z różnych zakątków Ziemi napływają gesty pamięci, jak choćby okolicznościowe

Doodle czy wpis Snoop Dogga na Facebooku. Padają wzniosłe słowa, każdy, kto pamięta ten dzień, wspomina, gdzie był i co robił. Oczywiście nie brakuje też krytycznych głosów. Publicyści próbują dokonać bilansu całej transformacji ustrojowej. Zdania są podzielne, także wśród przeciętnych polskich zjadaczy chleba. Jedni dziękują Bogu, że dożyli w Polsce demokracji, podczas gdy inni z nostalgią myślą, jak to dobrze za komuny było. Nie w tym tkwi jednak sedno.

ZRÓBMY COŚ!

Problem polega na ciągle małej świadomości, jak ważne to były wybory, wśród mieszkańców innych krajów. Każdy słyszał o upadku muru berlińskiego, który nastąpił pięć miesięcy po wyborach w Polsce. Kiedy Niemcom nie śniło się nawet o jakiejkolwiek odwilży, my maszerowaliśmy już dumnie do lokali wyborczych. Dlaczego zatem to mur stał się symbolem upadku komunizmu w Europie? Trudno znaleźć jasną odpowiedź na to pytanie. W końcu brama Stoczni Gdańskiej i

skaczący Lech Wałęsa nie są mniej wymowni. „Solidarność” również pozostaje pięknym symbolem. Co poszło zatem nie tak? Nie wiem. Ale jestem pewna, że możemy coś z tym zrobić. Nie będziemy wprawdzie sprzedawać kawałków urn wyborczych ani prętów ze stoczniowej bramy, tak jak Niemcy sprzedają kawałki muru berlińskiego. W zamian możemy stworzyć ciekawe nowoczesne muzeum na wzór Muzeum Powstania Warszawskiego, które stanie się atrakcją przyciągającą turystów. Możemy co roku 4 czerwca dumnie świętować i uświadamiać zagranicznych znajomych, gdzie najpierw opadła żelazna kurtyna. Nasi politycy w nowo wybranym europarlamencie mogą organizować stosowne wystawy itp. Pomysłów z pewnością nie zabraknie, więc zróbmy coś! Bądźmy dumni z Czwartego Czerwca’89 i pokażmy to światu! 

s. 15


WYDARZENIA I OPINIE

Chętny na

samo – bójstwo Nie ma co do tego wątpliwości, że Krzysztof Krauze jest jednym z bardziej ciekawych twórców jeśli chodzi o polskich reżyserów. Był on licznie nagradzany za swoją twórczość nie tylko nagrodami indywidualnymi jak w

Długu i Placu Zbawiciela, ale także pośrednio ze względu na to jak chętnie było nagradzane jego inne dzieło: Mój Nikifor. Z wyróżnień spowodowanych jego twórczością należy przypomnieć, że w roku 2011 został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. przypadku

Tomasz Markiewka Nie piszę tego dlatego, żeby czytelnika zanudzić, ale by jasno dać do zrozumienia, że jako reżysera go bardzo szanuje za to jakie kino tworzy. Mimo niezbyt dużych nakładów finansowych potrafił robić naprawdę dobre filmy, jak na polskie warunki. Filmy wrażliwe społecznie i ujmujące za serce. Inne rzeczy jednak nie do końca wychodzą reżyserowi.

O KOŚCIELE TO TYLKO W WYBORCZEJ

Na przykład zabieranie głosu na tematy światopoglądowe nie za bardzo mu wychodzi. Jego żal z całą pewnością mogę uznać zasadny, bo jest w bardzo trudnym położeniu. Jego choroba jest jak najbardziej uzasadnionym powodem do odczuwania bólu. Wszak nowotwór jest bardzo wyniszczającym schorzeniem. Niekoniecznie jednak musi tym dzielić się na łamach dość poczytnej gazety i dokonywać ekshibicjonizmu swojej etyki. To w jakim tonie się wypowiada i w jakim miejscu to daje jasno do zrozumienia, że nie do końca o dobro mu chodzi jak próbuje wdzięcznie przekonywać. Nie od dziś wiadomo, że Gazeta Wyborcza nie jest przychylna działaniom partii prawicowych, a już najmniej przychylnie spogląda na decyzje Kościoła w Polsce. Nie ma co się tym dziwić, bo od dawna wykazuje jawne

s. 16

“Nie ma czegoś ta-

kiego jak mój własny Bóg ponieważ ten Bóg prawdziwy mówi przez wspólnotę Kościoła, którą autor ma najwidoczniej w głębokim poważaniu, a szczególnie to co ona próbuje do niego mówić. ukierunkowanie w lewą stronę. Jeśli ktoś umawia się na wywiad z tą gazetą, bądź ukazuje się na jej łamach autorski tekst i dodatkowo ma zamiar wyrazić opinię na temat Kościoła to jest prawie pewne w jakim kierunku podąży myśl autora, czyli w stronę krytykanctwa hierarchów. I w tym przypadku nie było niespodzianki… Tekst Krauzego ukazał się Dużym Formacie dodatku do pisma Adama Michnika. Nie jest to bezcelowe, bo to właśnie dodatki sprawiają, że jeszcze jakoś ta gazeta się trzyma. Można więc uznać, że celem było by czytelnicy zauważyli ten tekst, aby nie przeszedł on bez echa na stronach, które niekoniecznie czytają wszyscy sięgający po ten dziennik. Wywody reżysera są nacechowany głęboko emocjonalnie i odwołuje się do problemów ludzi oraz

próbuje nawiązywać do rzekomej znajomości przez niego filozofii Kościoła. Ma stworzyć wrażenie, że absolutnie wszyscy mogą stać się ofiarami nauczania hierarchów, którzy ciągle i stale czegoś zabraniają, a na dodatek mają w tym swojego sojusznika, którego nie powinni mieć, czyli administrację państwową.

POKRĘTNE WYNURZENIA

Już na początku swojego tekstu atakuje on Kościół z pretensjami i żądaniami by posiadać paszport do śmierci, którego on mu rzekomo zabrania nie pozwalając na eutanazję. Dodatkowo zarzuca tyranię władzom państwowym i kościelnym. Twierdzi, że to nie pozwala mu na bycie sobą. Bycie sobą to również prawo do niebycia. Z całym szacunkiem dla pana Krzysztofa Krauzego, ale jeśli ktoś nie pozwala komuś umrzeć to nie robi tego z wyrachowania i wrodzonego sadyzmu, ale właśnie z troski o tą osobę, by ona przez swoje trudne doświadczenie ubogacała innych. Owszem, człowiek ma prawo do niebycia, ale to nie czyni go w pełni sobą. Chrześcijaństwo nas na tyle ubogaciło, że ludzkość dojrzała o tyle by móc śmiało twierdzić o jakości życia, a prawdziwym bohaterem jest ten, który potrafi żyć mimo trudności, problemów, także cierpienia co pokazał wspaniale już Św. Jan Paweł II


czy co pokazuje swoim życiem Stephen Hawking będąc mimo choroby genialnym astrofizykiem i kosmologiem. Ja rozumiem, że można nie znajdywać w sobie siły do podjęcia tego trudnego wyzwania, ale po to są inni ludzie by nas w tym wspierać. Człowiek, który oskarża Kościół ma w sobie wiele złej woli by nie zauważyć ile dobrego w tym kierunku On wykonuje pomagając w prowadzeniu różnych ośrodków, gdzie ludzie mają szansę godnie umierać. Godnie to nie znaczy, łatwo i przyjemnie – tak jakby tego chciał reżyser – ale pokazując, że śmierć nie jest ostatecznością i odważnie patrząc jej w oczy. Nazywa on śmierć lekarstwem sugerując, że życie jest chorobą. W tym momencie cofa się w rozwoju pod względem myślenia. Według najwartościowszych systemów filozoficznych to co nadaje jakości człowiekowi jako takiemu jest życie i to jak je on spędzi. Wieczne życie to też nie jest dla niego kusząca perspektywa. Odpuszcza ją całkowicie i twierdzi, że jest dobra dla biskupów jakby sam na nią nie zasługiwał. Ja jednak twierdzę, że to nie jest do końca szczera skromność i że ktoś tu nie rozumie chrześcijaństwa w tej perspektywie i nie są to biskupi. Narzekanie na brak dogodnych środków do popełnienia samobójstwa i nie aprobowanie trudów związanych z życiem po którym czeka coś znacznie większego to mówiąc delikatnie nieporozumienie. Tu nawet Pascal ze swoim słynnym zakładem załamałby ręce przy takiej postawie, skoro stawia się łatwość życia ponad coś czego opowiedzieć się nie da. Można to tylko złożyć na karb przeżywanego cierpienia przez tego biednego człowieka, bo być może to ono odebrało mu rozum. Niby autor proponuje propagowanie radości życia, ale wynika to raczej tylko z tego by dołożyć wstrętnemu i zacofanemu Kościołowi, który ośmiela się pochwalać to, że znaczna część ludzi przyjmuje cierpienie i chce je zamienić na coś potrzebnego dla innych, na pewną ideę, która podnosi człowieczeństwo pod niebo ponieważ do niego także przybliża. Zarzuca jakiś dziwny spisek i związek organom władzy i Kościoła. Nie dostrzega jednak tego, że oni próbują mu pomóc i nie musi wszędzie widzieć wrogów tylko

dlatego, że ktoś ośmiela się mieć inne zdanie niż on. No chyba że pan reżyser ma monopol naprawdę obiektywną, ale to już inna sprawa. Posiłkuje się potrzebą wolności i tego, że to ona jest gwarantem szczęścia człowieka o ile nie zakłóca ona wolności drugiego. Ale skąd Krzysztof Krauze wie, że eutanazja wyzwala? Skąd wie, że nie przyniesie jeszcze większego cierpienia? Może jego przyjaciele chcą się nim zająć? Może chcą pobyć z nim do końca? Może chcą w końcu by nie wyszedł na tchórza, bo tak niektórzy postrzegają ucieczkę przed życiem? Na sam koniec autor co dziwne godzi się, że ostatecznie może z łaską popełnić samobójstwo skoro mu tu nie jest zapewnione. Po raz kolejny zarzuca parszywą współpracę rządu i Kościoła. Hierarchowie z pewnością mieliby co do tego odmienne zdanie. Co najmniej dziwne jest po raz kolejny zarzucanie braku świeckości państwa skoro jest to zapewnione w konstytucji, ale nie jest to już dziwne, gdy pamiętamy na łamach jakiego pisma ten tekst powstał. Widać ludzie z Czerskiej nie potrafią zrozumieć, że laickość państwa jest nie tylko tak radykalna jak we Francji, ale też umiarkowana jak w Niemczech. Naprawdę nie potrafię zrozumieć ich niechęci do współpracy w niektórych sferach życia państwa i Kościoła. Naprawdę to powoduje bardzo wiele dobrego dla całego społeczeństwa.

CO JEST JEGO NAJWIĘKSZYM PROBLEMEM?

Starałem się zrozumieć dobrą wolę w słowach pana Krzysztofa Krauze, ale nie wiem czy sam autor potrafiłby się zdobyć się na nią by zrozumieć, że jego przypadek uczyniłby bardzo niebezpieczny precedens otwierający furtkę dla wielu innych. Od tego zaczęła się ta historia z eutanazją m.in. w Holandii, gdzie początkowo było to spowodowane troską o godną śmierć i walkę z cierpieniem ku wyzwoleniu człowieka. Skończyło się na tym, że gdy dla dzieci starsi rodzice są zbyt niewygodni to dochodzi do ich egzekucji, bo ciężko to nazwać jakoś inaczej. A zaczynało się od tego, że powoływano się na nauczenia Chrystusa o wolności. W sumie do podobnych rzeczy odwołuje się reżyser. Mówi o tym, że rozmawia ze swoim Bogiem. Z całym szacunkiem dla niego, ale nie ma czegoś takiego jak mój własny Bóg ponieważ ten Bóg prawdziwy mówi przez wspólnotę Kościoła, którą autor ma najwidoczniej w głębokim poważaniu, a szczególnie to co ona próbuje do niego mówić. Co do jego Boga, to jest on raczej bożkiem, który widać odzywa się w jego słabo ukształtowanym sumieniu. Gdy rozmawia z kimś takim to zaczynam poważnie obawiać się o zdrowie chorego i nie chodzi mi tu wcale o jego nowotwór… 

s. 17


TAKA SYTUACJA

A w domu

też byś tak zrobił?! To niesamowite. Przez setki tysięcy lat człowiek rozwijał się i doskonalił. Zdobywał wiedzę o świecie, co pozwoliło mu sobie go podporządkować, a także sprawiło, że on sam kształcił w sobie coraz bardziej skomplikowane formy zachowań… A tymczasem? Tymczasem regres.

Aleksandra Brzezicka Idę ulicą i czytam: „Śmieci wrzucać do kosza”, „Prosimy nie wrzucać niedopałków papierosów do rabatki”, „Sprzątaj po swoim psie”, „Uprasza się o nietrzaskanie drzwiami”…. Zakaz tego, zakaz tamtego… Podobnie w mojej pracy - „Spuszczaj po sobie wodę!”, „Szanujcie czajnik, bo czwartego już nie będzie”, a nad zlewem - „Każdy myje po sobie…” Auuuua, z trzema wykrzyknikami. Może trafiłam na kierownika-pedanta? A może nasze społeczeństwo (przynajmniej jego większość) ogarnęło jakieś totalne zezwięrzęcenie? Regres albo bunt. Zasady savoirvivre’u znamy doskonale wszyscy. Nie brudź, nie niszcz, szanuj… - wie każdy przedszkolak. Podpisze się pod tym też każdy dorosły Polak. Bo indywidualnie to można chronić, oszczędzać i być kulturalnym. Ale w stadzie (!) to już jakoś trudniej… Firmowy czajnik? ‘Pracownicza’ stołówka? Publiczna toaleta? ‘Wspólnotowe’ dobro…? Aż kusi, żeby po sobie nie posprzątać, nie podnieść, jeśli upadnie, albo dołożyć swoje, skoro i tak jest już sterta… Jak echo uporczywie pobrzmiewa w mojej głowie zadawane niegdyś przez nauczycielki pytanie: „a

s. 18

“Czy sprzątanie

po sobie w pracy albo dbanie o przedmioty wspólnego użytku to jeszcze kwestia kultury? W zasadzie przyjęło się mówić, że ktoś jest lub nie jest kulturalny. Ale tu chodzi o coś jeszcze prostszego… w domu tez byś tak zrobił?!” To szkolne wspomnienie wbrew pozorom ma sens, tylko czy ktoś dziś o nim pamięta? Przestrzeń publiczna (biura, stołówki, szkolne korytarze, parki, etc.) wypełnione są kartkami z dyrektywami kulturalnego postępowania. Może jednak lepiej - zamiast nich - powiesić tabliczki z elektryzującym „a w domu też byś tak zrobił?!” Mój szef chwytał się różnych sposobów. Rozwieszał karteczki, wprowadzał dyżury, dzielił pracowników na grupy odpowiedzialne za utrzymanie porządku, prosił i groził… Wszystko jak krew w piach. Zawsze znalazł się ktoś, kto nie chciał się podporządkować albo celowo

rozwalał powzięta inicjatywę od środka. Bo wiadomo, niby wyłamie się jeden, ale – skądinąd słusznie – za chwilę cała grupa nie czuje się zobowiązana, bo i jakże, skoro tamtemu się upiekło… raz i drugi. I koło się zamyka. Czy sprzątanie po sobie w pracy albo dbanie o przedmiotu wspólnego użytku to jeszcze kwestia kultury? W zasadzie przyjęło się mówić, że ktoś jest lub nie jest kulturalny. Ale tu chodzi o coś jeszcze prostszego… O zasadę współżycia wśród ludzi, o pewną umowę, która umożliwia dzielenie jakiejś przestrzeni, ale wyłącznie pod warunkiem, że wszyscy zobowiązani wywiążą się z niej. Bo nie mylił się mądry człowiek, kiedy powiedział: „Jedna kulturalna osoba to zbyt mało, aby podnieść poziom imprezy chamów, natomiast jeden cham zepsuje każdą kulturalną imprezę”. 


TAKA SYTUACJA

s. 19


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Zakrzywienie czasoprzestrzeni Żyjemy w czasach, w których dokonuje się swego rodzaju zakrzywienie czasu i przestrzeni, które człowiekowi bynajmniej nie służy. Czy jesteśmy w stanie się do niego dostosować? Czy można to zrobić bezstratnie? Ktoś mógłby powiedzieć, że człowiek, który z niezwykłą elastycznością dostosowuje się do warunków współczesności, wchodzi jakby w kolejny etap ewolucji. Tylko czy jest to krok w przód, czy w tył? Maciej Puczkowski Zakrzywienie, o którym mowa nie ma nic wspólnego z fizyką, a mentalnością człowieka i całego społeczeństwa. Jest to rozspójnienie tych dwóch płaszczyzn. Aby to dostrzec i zrozumieć, wróćmy się przy użyciu wyobraźni do dni, kiedy nie było telefonów, a środki transportu nie dawały takich możliwości jak dzisiaj. Dzięki temu możemy zauważyć, że naturalna dla człowieka jest obecność w jednym miejscu, jednym czasie, a każdy stan lub rodzaj działalności ma swój czas. Zatem jeśli rozmawiamy, to z jednym człowiekiem lub na jednym „forum”. Jeśli jesteśmy w jednym miejscu, to w drugim nie da się nas osiągnąć inaczej niż poprzez fizyczne przemieszczenie się do niego, a ewentualne przesłanie wiadomości musi trwać. Oczywiste jest, że człowiek starał się ten stan rzeczy jakoś usprawnić. Można przemieszczać się szybciej lub szybciej przesyłać informacje. To nam się udało całkiem nieźle i samo w sobie jest potencjalnym dobrem. Jednak niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Dzisiaj mamy telefony komórkowe, wideokonferencje, internet, telewizję, portale społecznościowe i wiele innych wynalazków, które mają usprawniać nasze życie. Tylko że złe użytkowanie tych dóbr doprowadza właśnie do wspomnianego zakrzywienia mentalnej czasoprzestrzeni. Być może za pokusami Złego, który obiecuje, że będziemy „jak

s. 20

Bóg” powoli zaczynamy „być zawsze i wszędzie”. Przyglądnijmy się samemu fenomenowi telefonów komórkowych. Same w sobie są dobrem. Dzięki nim możemy poinformować bliskich o tym, że szczęśliwie dojechaliśmy do celu lub w razie nieszczęścia przywołać pomoc. Jednak, mimo wszelkich zalet, słuszne jest porównywanie telefonów komórkowych do smyczy. Zostaliśmy uwiązani przez świat paradoksalnie nie do jednego czasu i miejsca, a do każdego czasu i miejsca jednocześnie. Jeszcze raz – jesteśmy zawsze i wszędzie. Bo zawsze i wszędzie można się z nami skontaktować. Gdyby znów użyć wyobraźni, tym razem do przywołania wizji przyszłości, możemy zobaczyć siebie rozmawiających za pomocą hologramów jak ma to miejsce w „Gwiezdnych Wojnach”. Przypomina to dar bilokacji. W istocie będzie to wielolokacja. Ktoś spyta: „gdzie tkwi zagrożenie?”. Człowiek nie ma naturalnych predyspozycji do „bycia zawsze i wszędzie” mimo swoich ambicji. Dlatego, żeby tym ambicjom sprostać, musimy dzielić czas na małe kawałeczki. Po to, żeby odebrać telefon, który może zadzwonić w każdej chwili, po to, żeby być w stanie prowadzić jednocześnie pięć rozmów na facebooku i wykonywać swoją pracę, po to, żeby dowiedzieć się, co się aktualnie dzieje na świecie. Co chwilę jesteśmy atakowani informacjami zewsząd – z Polski,

Afryki, czyjegoś pokręconego umysłu – dosłownie zewsząd. Nie ma już takiego miejsca, gdzie możemy ukryć się przed światem i pobyć z samym Bogiem. Choć może, póki co, jeszcze ostały się takie „pustelnie” i nie są to góry czy morze lub inne malownicze miejsca – tam wciąż mamy telefony. Są to kościoły, gdzie, z kultury, wszelkie zakłócacze należy wyłączyć i właśnie tam możemy „być tu i teraz”. Oczywiście nie jest to wina samych dóbr, że nie służą człowiekowi, a człowieka, że nie umie z nich korzystać. Problem jednak jest głębszy, bo tkwi w całym społeczeństwie. Całkiem niedawno jeszcze, za czasów naszych rodziców, nie wolno było do nikogo dzwonić, nawet iść osobiście, w godzinach wczesnorannych i późnowieczornych. Nie wolno też było zakłócać telefonem spokoju niedzieli. Gdzie się podziały te zwyczaje? Nie możemy zmuszać się nawzajem do „bycia zawsze i wszędzie”, nie możemy zmuszać się do dzielenia swojego czasu na kawałki. Chociażby dlatego, że pewne procesy, aby były skuteczne muszą trwać. Dlatego dobrze jest wprowadzić w swoje życie pewien rodzaj ascezy, która miałaby polegać na korzystaniu z dóbr nie bardziej, niż jest to potrzebne. Paradoksalnie czas, którego tak bardzo nam dziś brakuje, zdobywa się poprzez spowalnianie, a nie przyspieszanie komunikacji. 


s. 21


TEMAT NUMERU

Królik Roger, Shrek

i inni - czyli

postmodernistyczny

bałagan

Wszyscy pamiętają piękne i delikatne księżniczki z filmów animowanych dla dzieci. Syrenkę Ariel, Śpiącą Królewnę czy Królewnę Śnieżkę. Delikatne, mądre i piękne. Dzisiaj ich miejsce zajmują pewne siebie i silne kobiety: zbuntowana Merida i rozwrzeszczana Fiona. Świadome swojej wartości, ciała i praw. Decydują o sobie i przyjmują na siebie męskie role. Nie czekają cierpliwie na księcia z bajki, wydaje im się on zupełnie zbędny. Co się zmieniło? Do tradycyjnych bajek wkroczył postmodernizm. Karolina Kowalcze

KOPCIUSZEK I KRÓLIK ROGER

Wychowaliśmy się na tradycyjnych bajkach i baśniach Hansa Christiana Andersena, Charles’a Perraulta i braci Grimm. Nie były to wprawdzie baśnie oryginalne: zniekształcano ich treść, tak by dzieci nie bały się po nich zasnąć. Przez lata baśnie i legendy ulegały przekształceniom i zmianom: nie były już takie okrutne i krwawe. Ale wciąż szczere i wartościowe. Śmierć byłą śmiercią, cierpienie – cierpieniem, tęsknota i żal – tęsknotą i żalem. Dziecko, nawet poruszone treścią historii, uczyło się życia. Identyfikowało się z bohaterami. Było bardziej wrażliwe na nieszczęścia. Z początku to właśnie wytwórnia Walt Disney Animation Studios (wcześniej: Walt Disney Feature Animation) korzystała z bogactwa tradycyjnych baśni, zaczynając od „Królewny Śnieżki i siedmiu krasno-

s. 22

“Po sukcesie filmu

„Kto wrobił Królika Rogera” było już właściwie z górki. Rozwój techniki, animacji komputerowej i powstawanie nowych wytwórni filmowych, a co za tym idzie – konkurencji, przyczynił się do powstawania coraz to nowych pomysłów na filmy. ludków” w roku 1937, powszechnie – lecz mylnie – uważanej za pierwszą pełnometrażową animację na świecie. Na to miano zasługuje „El Apóstol” narysowany w 1917 roku przez Quirino Cristianiego.

A kto zaczął animować jako pierwszy? Nie wiadomo. Pierwsze szklane przeźrocza powstawały naprawdę dawno, bo już w XVII wieku. Niektórzy badacze kina początków animacji dopatrują się na ścianach groty Chauvet, Lascaux czy Altamiry, kiedy to człowiek prehistoryczny próbował uchwycić na „płaszczyźnie” zwierzęta w ruchu i domalowywał im np. więcej nóg. Po niewątpliwym sukcesie „Królewny Śnieżki” wytwórnia Disney’a rozwijała się w zaskakującym tempie, dając swoim najmłodszym fanom postacie takie jak: Dumbo, Bambi, Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Robin Hood i – dla starszych już – Królik Roger. I wraz z nim, w filmie animowanym zaczyna się postmodernistyczny kocioł.

POSTMODERNIZM: KRZYWE ZWIERCIADŁO KULTURY


Postmodernizm – tyle się o nim mówi, ale czym on jest? No właśnie… nie do końca wiadomo. Wprawdzie ma on swoich teoretyków – otwartych na kulturę Francuzów, takich jak Jean François-Lyotard czy Jacques Derrida, oraz bogatych i znudzonych życiem Amerykanów, którzy dla zabawy wcielają go w czyn – jednak nie powstał żaden tekst będący czymś na kształt manifestu, który jasno określałby, czym postmodernizm tak właściwie jest. Najprościej mówiąc, postmodernizm to kierunki i trendy pojawiające się w wielu dziedzinach kultury: architekturze, malarstwie, nauce, filozofii… W sztuce postmodernizm charakteryzuje się eklektyzmem form, pokazaniem świata w krzywym zwierciadle, odwróceniem (np. ról społecznych), poszukiwaniami twórczymi, ironicznym i żartobliwym podejściem do przeszłości. Dzieła postmodernistyczne są pewnego rodzaju grą intelektualną twórcy z odbiorcą. Charakteryzują się różnorodnością i pomieszaniem stylów, zabawą z tradycją i ukazaniem jej na nowo. Pokazują rozpad utrwalonych systemów wartości oraz zanikanie granic między kulturą „wysoką” i „popularną”. Podsumowując, postmodernizm jest bałaganem. Nieco twórczym bałaganem. Pomieszaniem z poplątaniem. Postmodernizm, jako krytyka wartości, nadaje nowe znaczenie zjawiskom i zdarzeniom. Coś, co kiedyś było oczywiste, takie dzisiaj już nie jest… A więc postmodernizm wprowadza chaos. Od dawna, bo jako odpowiedź na modernizm, pokazuje zagubionego człowieka w kryzysie kulturowym od przeszło czterdziestu lat.

KRÓLIK ROGER I PRZYJACIELE

Uważa się, że „Kto wrobił Królika Rogera?” (Walt Disney Feature Animation, 1988) jest pierwszą postmodernistyczną animacją. Film powstał na podstawie „Who Censored Roger Rabbit” Gary’ego Wolfa. Łączy w sobie komedię, film, grę aktorską i animację. Postacie ze znanych filmów dla dzieci (powstałych w różnych

wytwórniach filmowych) spotykają w jednej krainie nazwanej Animkowo. Niestety zagraża jej niebezpieczeństwo i tylko detektyw Edward Valiant (Bob Hoskins) może pomóc ją uratować. Każdą postać filmu można inaczej intepretować. Nie tylko postacie ludzkie przeżywają dramaty. Animki, czyli postacie animowane, również mają swoją psychologię, są skomplikowane, dają się wielorako odczytywać. I tylko od widza zależy ich ocena. Już właśnie rozmaitość interpretacji jest nowym pomysłem. Wcześniejsze postacie animowane były proste, czarno-białe: albo szpetne i złe, albo piękne i dobre. Wiadomo było, że brzydka czarownica jest okrutna. Jednak największy chaos nie został

wprowadzony przez przygody Królika Rogera, którego historię mogli śledzić tylko dorośli, ale przez… Shreka wykreowanego dla odbiorcy w każdym wieku.

SHREK WYWARZA DRZWI

Po sukcesie filmu „Kto wrobił Królika Rogera” było już właściwie z górki. Rozwój techniki, animacji komputerowej i powstawanie nowych wytwórni filmowych, a co za tym idzie – konkurencji, przyczynił się do powstawania coraz to nowych pomysłów na filmy, które będą przyciągać dzieci. Wytwórcy chcą także zwabić rodziców, którzy będą musieli obejrzeć film wraz ze swoimi pociechami, oraz duże dzieci, które nie interesują się animacjami:

s. 23


nastolatkowie pragnący rozrywki lub młodych-dorosłych. Co więc ich przyciągnie i przyniesie wytwórni ogromne zyski? Coś, co wywraca świat do góry nogami. Shrek jako brzydki, zielony ogr nadaje się idealnie. Film „Shrek” (DreamWorks Animation, 2001) powstał na podstawie ilustrowanej książeczki dla dzieci „Shrek!” napisanej i narysowanej przez Williama Steiga. W książeczce Shrek był odrażający: „nim nauczył się chodzić, pluł już żywym ogniem na sto metrów i potrafił puszczać dym z uszu. Samym spojrzeniem zmuszał do posłuchu bagienne gady, a jeśli znalazł się wąż dość głupi, by go ukąsić, natychmiast dostawał konwulsji i padał trupem”. Co ciekawe, jest to książeczka właśnie dla dzieci – Steig jest zręcznym autorem, który potrafi sprawić, że nawet na taką brzydotę dziecko patrzy „z przymrużeniem oka”. Twórcy animacji postanowili nieco złagodzić wygląd Shreka. I tak oto powstał bohater brzydki, ale dobry. Odrzucony przez cały świat, ale lubiany i akceptowany przez odbiorcę. W jego przygodach znajdziemy wiele cech charakterystycznych dla postmodernistycznego filmu: zabawy z formą animacji i związkami frazeologicznymi, odwrócenie, zabawę

s. 24

kodami kulturowymi i parodią, pluralizm form, absurdalność sytuacji, odwołanie się do wielu tekstów kultury, akcent na konsumpcjonizm i jednoczesne wyśmianie go, swobodę interpretacji, przełamywanie stereotypów. Fiona nie jest piękną i delikatną księżniczką, ale świadomą swojego ciała, silną kobietą, która potrafi się zatroszczyć o siebie. Jest zbuntowana i głośna. Podobnie jak Shrek. Również z pozoru głupi Osioł okazuje się mądrym przyjacielem, który uświadamia Shrekowi jego miłość do Fiony. Warto dodać, że przedstawione w filmie żartobliwe opinie na temat niektórych problemów są skierowane do dojrzałego widza, który podejdzie do nich z krytycyzmem. Kiedy Lord Farquaad rozkazał zwierciadłu zaprezentować kandydatki na żonę, lustro oznajmiło: „Kandydatka numer jeden to upośledzona psychicznie dziewczynka z odległego królestwa. Jej ulubione zajęcie to pranie, sprzątanie i gotowanie dla macochy i jej dwóch podłych córek. Brawa dla Kopciuszka!”. Taki sposób pokazania dziewczyny lubiącej wykonywać prace domowe sugeruje odbiorcy sposób jej postrzegania*. Dziecko z filmu nie nauczy się odróżniania dobra od zła:

musi z tą wiedzą przyjść do kina. Dziecko również zobaczy w filmie zabawną historyjkę. Straszy widz zobaczy więcej, odczyta zawarte w nim kody kulturowe i aluzje. Domyśli się, z jakich bajek czerpali twórcy i jakie konwenanse społeczne wyśmiewa. Będzie rozumiał sens shrekowego antyestetyzmu. Obydwie grupy odbiorców będą się dobrze bawiły podczas projekcji. Humor filmu, podobnie jak kody kulturowe, dają się przekładać na wiele języków i są odczytywane w wielu różnych krajach świata. Przygody nieco wyrośniętego i „nieokrzesanego” ogra na stałe wpisały się w historię kultury popularnej.

TO NIE TYLKO FIONA I SHREK

Po sukcesie pierwszej części „Shreka” szybko przyszła kolej na następne. Sukces gonił sukces, fani Shreka kupowali bilety kinowe na następne części. Filmowcy stworzyli również film animowany poświęcony jednemu z bohaterów „Shreka”: kotu w butach. „Kot w butach” (DreamWorks Animation, 2011) jest połączeniem znanych baśni i bajek. Najważniejsze z nich, na których oparta jest cała fabuła, to „Imć Kot, czyli


TEMAT NUMERU

kot w butach” autorstwa Charles’a Perraulta oraz baśń o „Jasiu i łodydze fasoli” autorstwa Josepha Jacobsa. Na potrzeby filmu fabuła obydwu utworów została zmieniona. „Kot w butach” łączy ze sobą obie bajki i na ich fundamentach tworzy nową opowieść. Akcja filmu dzieje się przed spotkaniem Kota ze Shrekiem. Główny bohater przedstawionej historii jako kociak trafia domu dziecka do San Ricardo w baśniowym odpowiedniku Nowego Meksyku. Poznaje tam Humpty’ego Dumpty’ego, duże jajo, które zostaje jego najlepszym przyjacielem. Razem marzą o zdobyciu magicznej fasoli, która wsadzona w odpowiednim miejscu urośnie do nieba. Po jej łodydze można się wpiąć do zamku olbrzyma i ukraść mu złote jajka gęsi. Tutaj również przeplatają się ze sobą elementy grozy i śmiechu, włączana jest do fabuły groteska, zabawa językiem i związkami frazeologicznymi oraz nawiązania do wielu znanych tekstów kultury. Twórcy szokują odbiorcę nagromadzeniem treści i formy, mimo że film powstał dla szerokiej publiczności oraz – podobnie jak miało to miejsce w „Shreku” – w ironiczny sposób kładą nacisk na konsumpcjonizm i bogactwo w celu pokazania odbiorcy,

że w życiu ważniejsza od zdobycia fortuny jest samoofiara, złożona po to, by uratować życie obcych ludzi, honor oraz rezygnacja z zemsty. „Zaplątanych” (Walt Disney Animation Studio, 2010) również można wpisać w postmodernistyczny bałagan. „Zaplątani” to nic innego jak tylko historia Roszpunki wymyślonej przez braci Grimm. Wprawdzie księżniczka zostaje uwolniona z wysokiej wieży, lecz nie przez księcia, ale poszukiwanego w królestwie złodzieja. Ona również przyjmuje na siebie męskie role, np. walczy ze zbójami. „Jak wytresować smoka?” (DreamWorks Animation, 2010) to film animowany, który zdobył mnóstwo fanów. Podobnie do „Shreka” był inspirowany książką. W tej produkcji smoki są tylko pozornie groźne, a bohater, który zmienia życie całej wioski, to niezdarny i chudy „jak wykałaczka” Czkawka. Podobnie jak Shrek – odrzucony i śmieszny – staje się ważny dla wioski, w której mieszka. Ostatnimi czasy widać rozkwit filmów animowanych, których nie sposób policzyć. Dzięki zaawansowanej technice osiągają one bardzo wysoki poziom. Powstają kolejne części sławnych historii. Trzeba się

pogodzić, że tradycyjne księżniczki i złe smoki już nie ciekawią wymagających odbiorców. Teraz bohaterem jest zagubiony Nemo, brzydki Shrek, szczur-kucharz czy silna Merida… W całym tym bałaganie, papce kulturowej, antyestetyce, zabawie formami i tradycyjnymi legendami również pojawia się moralizatorstwo. To właśnie stwory, bohaterowie-nieudacznicy lub odrzuceni osiągają cel, udowadniają światu swoją wartość. Ciężko pracują na wygraną, są pewni swoich możliwości, nie wpadają w depresje, ale walczą o siebie. W świecie wywróconym do góry nogami znajdują przyjaciół. Uczą się, zmieniają i dojrzewają. To ważne dla odbiorcy w młodym wieku, najbardziej podatnym na odrzucenie i chęć dostosowania się do świata. Mimo że często współczesne animacje posługują się zwulgaryzowanym językiem i to dorosły rozumie z nich więcej, to i dziecko (które przed seansem już musi wiedzieć, czym jest dobro i zło) może się również czegoś nauczyć. 

s. 25


TEMAT NUMERU

Mamy lekarstwo

na chorobę

współczesnego świata! Krzysztof Reszka

Wielu ludzi angażuje się w głupie rzeczy, chore układy, popada w choroby, stosuje zgubne używki. Nie znamy wszystkich okoliczności, jakie ich ukształtowały, ani też bólu, jakiego doznają. Nie zwalniamy nikogo z odpowiedzialności za swoje czyny, wiemy tylko, że osądzając kogoś zawsze możemy się pomylić, ale kochając go – zawsze mamy rację. Zastanawiając się nad przyczynami zjawisk takich jak: anoreksja, bulimia, toksyczne pseudoduchowości, nieuporządkowane relacje seksualne, przed oczami maluje mi się wspólny korzeń tych rozgałęzionych problemów.

Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, pisze: „Na anoreksję i bulimię najbardziej narażeni są ci z nas, którzy wcześnie w swoim życiu poczuli z jakiś powodów, że nie mają prawa do życia. Wtedy trudno nam uznać, że sami w sobie, tacy jacy jesteśmy, mamy bezwarunkowe prawo istnieć. Żyjemy w przekonaniu, że musimy na nie zasłużyć, przedstawiając światu niezbite dowody naszych cnót, piękna, wartości, znaczenia”. Dziennikarze „Telepolis” opisują, jak na ezoterycznych targach w Berlinie, samozwańczy uzdrowiciele-szarlatani oferują bogatym, lecz naiwnym ludziom przeróżne „usługi”. Ceny często zaczynają się od 100 euro (co eufemistycznie określa się mianem „zwrotu kosztów”). Bywa, że medium piskliwym falsetem przemawia jako „mistrzyni światła”, rzekomo oddając swe ciało duchowej istocie, spryskuje ludzi dziwnymi sprejami, zapewnia że w nocy przyjdą aniołowie i zajmą się uśpionym ciałem pacjenta, ale mimo to zaprasza na (odpłatną) wizytę, by zlikwidować „blokadę w czakramach”. Ludzie chłoną każde słowo,

s. 26

“Francuski egzy-

stencjalista, Jean Paul Sartre, w autobiograficznej książce „Słowa”, wspomina dzieciństwo, kiedy to nie potrafił usprawiedliwić swojego istnienia, porównując życie do pociągu – czuł, że nie będzie wiedział, co powiedzieć, gdy ktoś spyta go o bilet a po wykładzie tłoczą się, by zapisać się na kosztowną wizytę. Nauczanie różnych „guru” to często miksowanie elementów chrześcijaństwa z buddyzmem, mistycyzmem, teoriami spiskowymi, kosmitami, a wszystko przyprawione szczyptą tajemniczości: „Nie wolno mi zdradzić wszystkiego, ale na moim DVD znajdziecie państwo więcej informacji o nadchodzącej epoce światła”. Jak piszą: „W taki sposób funkcjonuje całe to ezotery-

czne środowisko. Osoba wybrana wie jakoby coś, o czym nie mają pojęcia inni, lub ma dar, którego los innym poskąpił. Ci inni aby wejść choć na krótko na ten nadprzyrodzony poziom, muszą płacić. Nie przypadkiem targi odbywają się w berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf. Tam mieszka grupa stanowiąca target: ludzie należący do klasy średniej, w średnim wieku, średnio zamożni – marzący o tym, by choć raz w życiu znaleźć się w gronie wybranych. Socjolożka Jutta Ditfurth trafnie charakteryzuje tę postawę: „Ezoterycy cementują istniejący porządek. Podział na elity i na doły społeczne ma pozostać: wszystko to jest sprawą losu, karmy. A emancypacyjne dążenia ludzi? Stanowią naruszenie odwiecznych reguł ustanowionych przez bogów, duchy lub prawa naturalne”. Także nadużycia seksualne zdają się podszyte przewrotną filozofią. Fryderyk Nietzsche mawiał: „idziesz do kobiet – nie zapomnij pejcza!”. Filozof gardził chrześcijaństwem, uznając je za „religię niewolników”, sam zaś propagował ideał nadczłowieka, który przychodzi na świat, aby panować i narzucać swoją wolę


T E M A T

słabym. Jednak w życiu prywatnym Fryderyk był od dziecka człowiekiem wątłym, chorowitym i niespokojnym. Bał się oświadczyć swojej wybrance, więc poprosił o pośrednictwo kolegę, który za niego się oświadczył, ale także – za niego się ożenił. Umarł nękany chorobą psychiczną, która być może była następstwem syfilisu, złapanego w domu publicznym. Jak na ironię – w chorobie opiekowały się nim właśnie kobiety: matka i siostra. Żyjąca w tym samym czasie św. Teresa z Lisieux modliła się za niego, nazywając go „braciszkiem”. Francuski egzystencjalista, Jean Paul Sartre, w autobiograficznej książce „Słowa” (1964), wspomina dzieciństwo, kiedy to nie potrafił usprawiedliwić swojego istnienia, porównując życie do pociągu – czuł, że nie będzie wiedział, co powiedzieć, gdy ktoś spyta go o bilet. Jak wspomina – ”Bóg potrafiłby wybawić mnie z kłopotu – byłbym arcydziełem podpisanym; zapewniony, że gram swoją partię w koncercie powszechnym, czekałbym cierpliwie, aż objawi mi swoje zamysły i moją nieodzowność. Przeczuwałem religię, liczyłem na nią, było to lekarstwo. Gdyby mi go odmówiono, wynalazłbym je sam. Nie odmawiano mi go; wychowany w wierze katolickiej, dowiedziałem się, że Wszechmocny stworzył mnie dla swojej chwały – było to więcej niżbym ośmielił się marzyć. Ale w następstwie w owym Bogu fashionable, o jakim mnie uczono, nie

N U M E R U

rozpoznałem Boga, którego oczekiwała moja dusza: pożądałem Stwórcy, a dawano mi Wielkiego Fabrykanta; obaj stanowili jedno i to samo, nie wiedziałem o tym (…), gdyby nie ta pomyłka, byłbym dziś mnichem”. Od wiary jednak odwiódł go indyferentyzm rodziny, który utrudnił poznanie żywego Boga – „służyłem bez zapału faryzejskiemu Idolowi” – pisze. Odrzucił więc tego „boga”, który miałby wytwarzać ludzi jak stolarz meble i podglądać ich. Jean Paul wciąż szukał „potwierdzenia siebie” w oczach innych, niestety w tym celu posuwał się nawet do kłamstw, manipulacji i wykorzystywania seksualnego młodych, niedoświadczonych dziewcząt – często pochodzenia słowiańskiego. Wprawdzie Simone de Beauvoir była jego towarzyszką życia, jednak nie chciał się z nią żenić, ale zaproponował, by oboje z założenia realizowali też przygodne romanse. Sartre, kiedy poznał młodą, rudą Brazylijkę imieniem Christina – oszukał ją, obiecując małżeństwo, by dokonać jednorazowo stosunku seksualnego. „Oboje się z nią upili na pożegnanie, ona kruszyła szklanki gołymi rękami i wpadła w taką desperację, że Simone de Beauvoir musiała spędzić z nią noc w jednym łóżku, trzymając ją za nadgarstki, żeby nie wyskoczyła oknem”. Z biegiem lat myśl Sartre’a dojrzewała. W wydanej po II wojnie światowej książce „Egzystencjalizm jest humanizmem” już nie cieszył się porzucenia wiary, ale uznał nieist-

nienie Boga za poważny problem, a brak uniwersalnych wskazówek i obiektywnego sensu życia – za bardzo przykry fakt. W latach 60. przyznał, że gdyby nie fatalny błąd w postrzeganiu Boga, nigdy nie zrezygnowałby z wiary. Można było w nim dostrzec coraz większą otwartość. Dopiero pod koniec życia zaczął wracać do wiary w Boga. Niedługo przed śmiercią, powiedział: „Nie czuję, bym był wytworem przypadku, pyłkiem we wszechświecie, ale kimś, kogo się spodziewano, kogo przygotowano, zaplanowano. Krótko mówiąc, [czuję się] istotą, którą jedynie Stwórca mógł tu umieścić, a ta idea ręki stwórczej odnosi się do Boga”. Dominique Strauss-Kahn, polityk francuskiej lewicy i były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego, został oskarżony o gwałt na pokojówce w nowojorskim hotelu. Marcela Iacub, była kochanka działacza, podczas wywiadu z jego żoną Anne Sincalir, usłyszała od niej: „nie ma nic złego w tym, że dasz obciągnąć pokojówce”. Marcela Iacub wspomina żonę gwałciciela w garniturze: „ona była bardzo miła, ale zrozumiałam, że jest święcie przekonana, iż ona sama i jej mąż – bo przypominam, że się nie rozwiedli – należą do kasty panów świata (…), dla niej świat jest podzielony na panów i sługi, dominujących i zdominowanych – i to jest normalne. To mnie trochę przestraszyło”. Wobec powyżej przedstawionych

s. 27


ludzkich perypetii bardzo trafny wydaje mi się humorystyczny komentarz Gilberta K. Chestertona z książki „Ortodoksja”: „Aniołowie potrafią latać, gdyż nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do swojej osoby. (…) Człowiek «osiada» w swej samolubnej powadze, zamiast osiągnąć stan radosnego zapomnienia o sobie i wzbić się w obłoki. (…) Powaga nie jest cnotą. Stwierdzenie, że powaga jest grzechem, byłoby co prawda herezją, ale herezją w miarę rozsądną”. Z drugiej strony trzeba zrozumieć człowieka, który cierpi, mając wrażenie, że nikt nie traktuje go poważnie. Wiem jednak, że jest ktoś, kto traktuje mnie bardzo poważnie – a na nasze bolączki przedstawił zdumiewający sposób. W noc przed swoją Męką, Jezus obmył nogi swoim uczniom. Byli zaszokowani tym gestem, gdyż oddał im taką posługę, jakby był ich niewolnikiem czy sługą. Wtedy wyjaśnił; „Wy nazywacie Mnie Nauczycielem i Panem. Dobrze mówicie, bo jestem nim. Jeżeli wobec tego Ja, Pan i Nauczyciel wasz, umyłem wam nogi, to czyż wy nie powinniście sobie również na wzajem nóg umywać? Zostawiłem wam przykład, żebyście sobie nawzajem to czynili, co Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam; Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posyła. Teraz więc już wiecie to. Postępujcie tedy zgodnie z tym, a będziecie szczęśliwi” (J 13,13-17). Jezus nie musiał udowadniać nikomu swojej wartości. On wiedział, kim jest i robił swoje – bo to nie uwłaczało Jego godności. Był wolny od ludzkich opinii czy zewnętrznych pozorów. Zaprasza nas, byśmy byli Jego braćmi i siostrami. Wszystkie nasze próby wywyższania się poprzez grę pozorów są właściwie drogą do poniżenia się, tak jak wysiłki chłopca, który chce ukraść ciasteczka z fabryki, zamiast poprosić swego ojca, który jest jej właścicielem. Jadąc w pociągu, któremu na imię życie – nie musimy martwić się o bilety, bo nasz Ojciec, Bóg, jest właścicielem całej firmy przewozowej. Nie musimy płacić ciężkich pieniędzy za dostęp do mądrości i mocy, bo Biblia dostępna jest za darmo w Internecie w formie

s. 28

tekstu i plików mp3, w bibliotekach, czytana w kościołach i domach. Wiemy, że Bóg stworzył każdą i każdego z nas na swój obraz i podobieństwo – więcej nawet – jeszcze przed stworzeniem świata, każdą i każdego z nas ukochał, pragnął, zaplanował i z góry przeznaczył nas dla Siebie na córki i synów. Jeśli teraz to czytasz, to znaczy że istniejesz, a więc Najmądrzejszy Bóg uznał, że warto Cię stworzyć. Często jednak nie czujemy tego, jak ważni, piękni i drogocenni jesteśmy. Bywa, że czujemy samotność, ból i brak oparcia, a negatywne myśli wydają się bardziej prawdziwe i namacalne niż prawdy objawione w Piśmie Świętym. Porównałbym to do przypadku, kiedy komuś na okularach siądzie mucha i człowiek ją rozgniecie. Wtedy wszędzie – na niebie, na słońcu, na twarzach innych, na swoim odbiciu w lustrze – widzi rozgniecioną muchę. Ten widok jest realny, a świat jawi się jako potworny. Temu widokowi nie da się zaprzeczyć i – delikatnie mówiąc – nie wygląda to dobrze. Nie znaczy to jednak, że ze światem jest coś nie tak. Zaburzone jest tylko jego postrzeganie. Nie trzeba wierzyć zmysłom i przyjmować swoich odczuć za prawdę – wystarczy tylko umyć okulary. Dla mnie kluczowe było zrozumienie, że skoro każdy człowiek może się mylić, a ja jestem człowiekiem, to ja także mogę się mylić. Natomiast Bóg ma rację. On jest Ojcem, ja – dzieckiem.

On jest Nauczycielem, ja – uczniem. On widzi rzeczywistość obiektywnie, ja mogę ulegać subiektywnym odczuciom, a nawet złudzeniom. Bóg uznał Ciebie za osobę tak cenną, że pragnąc być z Tobą w relacji, Jezus przecierpiał mękę i śmierć na krzyżu, po trzech dniach zmartwychwstając, by także Ciebie powołać do zmartwychwstania w przyszłym świecie. Może więc warto spędzić z Nim trochę czasu, oprzeć swe życie na Jego prawdzie i podążać za Nim, zwyciężając świat?  W opracowaniu artykułu wykorzystano:

1. Wojciech Eichelberger, Renata Dziurdzikowska, „Co z tym światem”, IPSI Press, Warszawa 2008, s. 61. 2. Sarah Burton, Patrick Spät, „Ezoteryka: drogie oświecenie. Kapłani wielkiej blagi:, „Forum” nr 9, 4-10.03.2013, s. 34-35, przedruk za: „Telepolis” 14.02.2013, [w:] http://www.polityka.pl/swiat/tygodnikforum/1536821,1,ezoteryka-drogie-oswiecenie.read. 3. Jean Paul Sarte, „Słowa”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965, s.77-78 4. Anna Nasiłkowska, „Jean Paul Sartre i Simone de Beauvoir”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006, s. 243. 5. Stephen Schwarz, „Summary Statement” [w:] „The Intellectuals Speak About God”, red.: Roy Abraham Varghese. Dallas: Lewis and Stanley Publishers, 1984, cyt. za: Josh Mcdowell, „Przewodnik apologetyczny”, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa 2002, s. XLVI. 6. Rozm. Eric Aechimann, „Piękna i bestia”, „Forum” nr 9, 4-10.03.2013, s. 14-16, przedruk za: „Le Nouvel Observateur”, 21.02. 2013. 7. Gilbert Keith Chesterton, „Ortodoksja. Romanca o wierze”, Fronda Sp. z o. o., Warszawa 1996, s. 129


TEMAT NUMERU

Rorschach

czarno na białym Dziennik Rorschach’a, 12 października, 1985:

Znalazłem dziś przejechanego psa, rzygać się chcę. To miasto się mnie boi. Znam jego prawdziwe oblicze. Ulice to spływające krwią rynsztoki, kiedy ich odpływy się zatkają, wszystkie szumowiny utoną: cały brud ich rozpusty i zbrodni sięgnie im do pasa; każda dziwka i polityk krzyknie ratuj; a ja szepnę : NIE. Świat stoi na skraju przepaści, i spogląda w piekielną otchłań. Wszyscy liberałowie, intelektualiści, i wygadani cwaniacy nagle nie wiedzą co powiedzieć. Poniżej rozciąga się to straszne miasto. Jak rzeźnia pełna krzyczących, upośledzonych dzieci. Wszędzie unosi się odór cudzołóstwa i nieczystego sumienia.

Sara

Nałęcz-Nieniewska

Choć mogłoby się tak wydawać - nie są to słowa socjopaty. To słowa człowieka zmęczonego niekończącą się krucjatą. Rorschach w niczym nie przypomina sztandarowych, cukierkowych bohaterów. Nie jest mężczyzną ze stali jak Superman, nie ma nieskończonych zasobów finansowych jak Batman, nie ma drużyny jak X-meni. Jest sam w walce o prawdę, i tylko on stoi na posterunku żeby zadbać o szarego człowieka. Jednoznacznie traktując grzech nie widzi żadnego usprawiedliwienia dla zbrodni. Moralność nie ma odcieni szarości.

W dzieciństwie często wybieraliśmy sobie bohaterów. Moim był Punisher. Uzbrojony mściciel, który za nic miał sobie prawo i normy. To było zanim poznałam Rorschach’a (i kiedy byłam jeszcze małą anarchistką). Jego umiłowanie do prawdy, absolutyzm w kwestiach moralności, wierność ideałom, ale i brak jakichkolwiek nadprzyrodzonych mocy oraz wygląd rodem z filmów noir urzekł mnie bezpowrotnie. Nie jest to jednak postać nieskalana. Rorschach ma krew na rękach. Choć jest to krew przelana za niewinnych i uciśnionych. To najbardziej ludzki superbohater.

KORZENIE

Postać Rorchach’a pierwszy raz pojawia się w noweli „Watchmen – Strażnicy” wydanej przez DC Comics. Wymyślony został przez weterana

“Jego historię pozna-

jemy w retrospekcjach. Jego portret psychologiczny nakreślają karty z skrzętnie spisywanego dziennika. Akcja „Watchmen” wartko toczy się do przodu przede wszystkim dzięki Rorschach’owi i jego niezgodzie na zło, zbrodnie i korupcje. komiksu Alana Moore’a (scenarzysta) i Dave Gibbonsa (rysownik). Jednak jego pierwowzór stanowią dwie

postaci stworzone przez Steve’a Ditko – Question i Mr. A. Ditko kręując swoich bohaterów był zafascynowany filozofią obiektywizmu Ayn Rand. Ta słynna żydówka sprzeciwiała się wszelkiej formie totalitaryzmu, myśl przewodnią czerpiąc z tradycji arystotelesowskiej i amerykańskiego kapitalizmu. Question i Mr. A stają się więc piewcami prawicowej ideologii. Alan Moore mimo całkowicie odmiennych poglądów był zafascynowany autorem i jego postaciami. Jak sam Moore mówi, to Ditko możemy zawdzięczać kręgosłup moralny Rorschach’a. Prawdziwe imię – Walter Kovacs – nasz bohater również odziedziczył na cześć swojego praojca , którego niebywale fascynowała litera K. Wpływ tych wcześniejszych komisków nie mógł pozostać nie zauważony, a sam Steve’a Ditko określił

s. 29


Rorschach’a -„zupełnie niczym Mr. A, tylko ten jest szalony”. Jego szaleństwo jest opisywane w „Watchmen” wielokrotnie. Jak mówi Alan Moore tak wyglądałby archetypiczny Batman w prawdziwym świecie. Dychtomia w sercu Rorschacha jest dla czytelnika oczywista. Gardzi ludzkością, nie może patrzeć na jej upadek, a jednak każdy jego czyn wypełnia troska o dobro świata i harmonie. Wcześniej nie było takiej postaci w komiksach. Moore całkowicie zdekonstruował mit superbohatera. A dał nam człowieka z krwi i kości.

PRZEMIANA

Walter Kovacs urodził się w 1940 roku, był synem prostytutki i człowieka, którego znał tylko z imienia „Charlie”. Matka traktowała go jak śmiecia, przyjmowała klientów na jego oczach, wykorzystywała do najgorszych prac. Kiedy w wieku 11 lat wdał się w bójkę i znacznie poturbował starszych od niego zbirów, przyjrzano się bliżej jego sytuacji. Opieka społeczna umieściła go w domu dla trudnej młodzieży. Określany jako bystry, najwięcej zainteresowania pokładał w nauki etyczne, religię, historię i politykę. Nie stronił również od sportu – był dobrym bokserem. Tam też spędził czas do 16 roku życia. Zatrudnił się w sklepie odzieżowym, gdzie poznał tajniki syntetycznego materiału mogącego zmieniać kolor pod wpływem ciepła. Uzyskał go podkradając pracodawcom odrzuconą przez kobietę o włosko brzmiącym nazwisku sukienkę. Dwa lata później czytając nagłówek w gazecie o zgwałconej i zamordowanej Kitty Genovese uwierzył, że ją zna ze sklepu odzieżowego. W artykule przeczytał również o sąsiadach kobiety, którzy widzieli i słyszeli całe zajście jednak nikt nie postanowił wystąpić w charakterze świadka. Nastąpiła w nim znacząca przemiana. Zażenowany i obrzydzony zachowaniem tych ludzi wrócił do domu i z materiału z jej sukienki stworzył swoją twarz. Maska Rorschach’a stała się jego prawdziwym obliczem. Czerń i biel symbolizowała jego pogląd na wartości. Czuł, że to co dzieje się w

s. 30

amerykańskim narodzie jest jego prywatną sprawą. Postanowił stać się ich sumieniem, skoro byli go pozbawieni. Sam ukrył jednak twarz za maską wyrzekając się swojego człowieczeństwa. Stał się nocnym bojownikiem. Zostawiał zbrodniarzy pobitych i skrępowanych, a jednak żywych policji. Do czasu. Kolejną sprawą, która ukonstytuowała Rorschach’a było porwanie małej dziewczynki Blair Roche. W trakcie prowadzenia śledztwa znalazł jej ubranie w kominie, a na podwórku ujrzał psy bawiące się ludzką kością. Przyczaił się do przyjścia mordercy, następnie przykuł go do komina, wręczył siekierę dając mu możliwość uwolnienia się i podpalił dom. Roschach nie posiada żadnych supermocy. Jest niepozornej postury,

a sukcesy w walce ze złem zawdzięcza umysłowi. Pracuje jak zwykły detektyw. Zna podstawy walki i ma niezły zmysł do tworzenia broni z wszystkiego co znajdzie pod ręką. Jednak tym co go napędza jest niezgoda na nikczemność i zło świata. Ubrany w klasyczny trencz i kapelusz przemierza miasto nocą poszukując kłamstw i zbrodni.

THE END IS NIGH

W 1977 roku zostaję wprowadzona tzw. ustawa Keene zabraniająca superbohaterom działalności. Dr. Manhattan, fizyk, który ulegając wypadkowi w trakcie pracy stał się zaprzeczeniem wszelkich praw fizyki, mogący przemieszczać się gdziekolwiek we wszechświecie, widzący jednocześnie przeszłość, przyszłość i


TEMAT NUMERU teraźniejszość prowadzi własną misję współpracując z rządem. Roschach natomiast zostawia ciało poszukiwanego mordercy i gwałciciela pod komisariatem uwieńczone napisane „neveR!”. Nasz bohater nie ufa skorumpowanemu rządowi. Uważa, że państwo nie reaguje odpowiednio na zło, dlatego czuje powinność wzięcia spraw w swoje ręce. W grze politycznej nie ma miejsca na dobro człowieka. Jego historię poznajemy w retrospekcjach. Jego portret psychologiczny nakreślają karty z skrzętnie spisywanego dziennika. Akcja „Watchmen” wartko toczy się do przodu przede wszystkim dzięki Rorschach’owi i jego niezgodzie na zło, zbrodnie i korupcje. Autor używa go również jako narratora i komentatora fabularnych wydarzeń. Na początku komiksowej historii zostaje nam przedstawiony jako jedyny aktywnie walczący superbohater, który nie jest na usługach rządu. Ameryka żyje w cieniu wojny nuklearnej. Ludzi są niecierpliwi i rozhisteryzowani. Jako Walter Kovacs często pojawia się na kartach

komiksu, w tłumie ludzi, trzymając transparent „The end is nigh!” (Koniec jest bliski!). Fabuła „Watchmen” może być niektórym znana z filmowej adaptacji. „Strażnicy” mimo pozornego wspierania ludzi, są w stanie poświęcić miliony dla większego dobra, jakim ma być pokój z Rosją. Jeden z nich, Ozymandian, pozoruje atak kosmitów zabijając przy okazji całą społeczność Nowego Jorku. Tylko Roschach chce wyznać prawdę ludzkości, za co ginie z rąk swoich przyjaciół. Scena jego śmierci jest bardzo znacząca dla zrozumienia jego postaci. Ze swoim podejściem nie miał szans na przeżycie w świecie zbudowanym na kłamstwie, kiedy jego pobratymcy nie mieli z tym aż takiego problemu. Ściąga maskę i ukazując swoją człowieczą twarz przyjmuje śmierć z godnością. Nie uznawał kompromisów. Kiedy inni jakoś stabilizują swoje życie w nowym świecie, Rorschach nie daję o sobie zapomnieć. Prawicowa gazeta The Frontiersman musi zapełnić czymś lukę między artykułami. Zaczynają grzebać w koszu z odrzuconymi

sprawami, w którym znajduje się dziennik Rorschacha. Tu sprawy pozostawiono wyobraźni czytelnika. Możecie się domyślić jaka wersja wydarzeń kryje się w mojej głowie. Postać Rorschaca została w 1988 roku uznana za najbardziej zasługującą na własny tytuł. Przez wielu uważany za najciekawszego komiksowego bohatera wszechczasów, doczekał się własnej serii „Before Watchman”, w której opisane są tylko jego losy. Rorschach porusza we mnie najczulsze struny. Niezrozumiany nawet przez swoich bojownik o prawdę, w którym na zmianę pobrzmiewa miłość i nienawiść do ludzkości. Nie dający się złamać nawet w obliczu najgorszych sytuacji, jak sam mówił, „nawet w obliczu Armagedonu”. Alan Moore chciał żebyśmy myśleli o nim, jak o chorym człowieku, ja myślę, że to świat jest chory, a tak ikoniczna postać przypomina mi o tym ile wyrzeczeń i poświęceń trzeba żeby go zmienić. 

s. 31


TEMAT NUMERU

Nuda

w kulturze rozrywki Temat nudy był mi obcy. Nie interesowałem się nią, wydawał się blachy nieatrakcyjny. Rzecz ujmując ogólnie i dosadnie: był nudny. Gdzieś w tej nieatrakcyjności wpojone było przekonanie, że nudzić się teraz właściwie już nie można. Bo niby jakim cudem skoro co drugi człowiek stwierdza, że brakuje mu kilku godzin w dobie, a cała reszta nie ma czasu na wyrażenie swojego zdania. Głębiej się nie zakorzeniałem, bo nie było w co zaglądać. Pewne rzeczy jednak ostatnio się zmieniły

Mariusz Baczyński Dobre kilka miesięcy temu wpadła mi ręce książka Richarda Wintera „Nuda w kulturze rozrywki”. Leżała ona to na półeczce, to w kartonie to szwędała się razem z gratami służącymi do bliżej nieokreślonych celów. Więc pewnego dnia, jak już nie było żadnych etykiet z domestosów do przeczytania, dość odruchowo po nią sięgnąłem. Ciężko teraz powiedzieć, czy tego żałuję, ale jedno jest pewne. W przeciwieństwie do środków czyszczących zmusiła mnie ona do pewnych refleksji. Refleksja to być może zbyt duże słowo. Ot zwyczajnie zacząłem zauważać nudę. Teraz mogę jednoznacznie stwierdzić, że jakaś jej forma na pewno istnieje. Ciężko mi ją doświadczalnie zmaterializować, bo jakby nie patrzeć, należy do zjawisk bardziej ulotnych niż fizycznych, jednak zacznijmy może od początku, bo wszystko się zaczęło nim ktokolwiek zaczął zajmować się tym na poważnie. Jeżeli zaczniemy szukać początków nudy to musimy cofnąć się w czasie mniej więcej do okresu panowania homoerektusa. Otóż całkiem niedawno miałem okazję się dowiedzieć, że ten częściowo zręczny człekokształtny miał problem z trawieniem mięsa. Co

s. 32

“Gdzieś pod

zblazowanym oglądaczem reklam i zaraz obok znudzonego studenta na wykładzie, przy zmarnowanym życiem obywatelu i w wiecznie niezaspokojonym sportowcem ekstremalnym gnieździ się brak fascynacji. prawda mogę się mylić jeżeli chodzi o konkretne umiejscowienie tego w historii, ale fakty są takie, że jak już ów częściowo zręczny upolował grubego zwierza i szarpnął się na takiego prehistorycznego kotleta to wiele godzin zajmowało mu trawienie tego posiłku. Ale nie dość tego, że trwało to długo, to jeszcze pochłaniało całą jego energię. Więc siedział taki przy ogniu i nie wiedząc co z sobą zrobić powoli począł myśleć. Chłop się nie nudził, czasem maźnął mamuta na ścianie, z rzadka wpadł na jakiś odkrywczy sposób łupania kamienia. Efektów wielkich owe myślenie nie przynosiło, ale jedno

jest pewne – na pewno się nie nudził. Początków nudy nie odnajdziemy nigdzie później. Cała historia jest wolna od tego przymiotu. Bo, albo to człowiek pracował 60 godzin tygodniowo w fabryce puszek, albo biegał z karabinem wzdłuż Linii Maginota, no w ostateczności ucztował i zabawiał się z dworzankami. Wniosek jest prosty. Nuda się wytworem XX wieku. Wszystko zaczęło się od klęski urodzaju. Powstanie związków zawodowych zmusiło pracodawców do skrócenia czasu pracy. I zamiast 60 godzin pracujemy 40. Żyjemy dłużej, mieszkamy w wielkich miastach, a na wieś zaglądamy rekreacyjnie. Do wszystkiego mamy błyskawiczny dostęp, a jeśli nie jest błyskawiczny, to zawsze możemy kupić lepszy pakiet czegokolwiek. I tak od pakietu, do pakietu, od oferty do oferty, budujemy świat wokół siebie, wszystko na wyciągnięcie ręki, wszystko zupełnie bez wysiłkowe. Tu dotykamy pierwszego ważnego aspektu ogólnie pojętej nudy. Mając nadmiar czasu i mnogość opcji, żadna nie okazuje się dla nas wyzwaniem i po początkowym zachwycie siadamy w fotelu bierzemy pilota i przeskakujemy przez wszystkie czterysta siedem


TEMAT NUMERU

kanałów telewizji satelitarnej zatrzymując się na chwilę pozwalając sobie spektakularnie ziewnąć. Jesteśmy zabawieni ponad miarę, ale nie oddamy żadnej z opcji bo kiedyś może się przydać. Z jednej strony mamy przenajświętszą świadomość tego, że absolutnie nic z naszym życiem się nie dzieje, że popadamy w stagnacje i zwyczajnie nie chce się nam wybierać. Może nawet nie w ogóle, ale na daną chwilę. Odkładamy wybór na później, żeby nie mieć poczucia straty. Wolimy mieć wiele niewybranych opcji niż jedną wybraną spośród wielu. Co za tym idzie, nie zrezygnujemy z nich i nie oddamy niczego. Więc wpatrujemy się w niebieskie odbiorniki, aż ekran techniczny odstraszy nas na dobre. Na naszych oczach kreuje się syndrom przeprowadzek do wielkich miast. Każdy z nas to w jakiś sposób doświadczył na własnej skórze. Wyjeżdżając z rodzinnej prowincji na studia, albo wybierając się na dłuższe wakacje. Najpierw jesteśmy w szoku, ilość możliwości danych nam przez nowe środowisko przytłacza i ładuje energią jednocześnie. Nigdy nie widzieliśmy tylu kin, teatrów, zabytków i takiego nagromadzenia wartości ponadczasowych w jednym miejscu. Początkowy szok jednak mija i przy kolejnym miesiącu mieszkania na krupniczej widzimy te same kamienice, ten sam Wawel i te same możliwości. One nigdzie nie uciekają, cierpliwie

czekają, a my odkładamy korzystanie z nich na później. Jakby się mi chciało tak jak się mi nie chce to… no właśnie co? Zwykle mamy świadomość nudy. Nie jest jakiś przebiegły łowca, który niepostrzeżenie zakrada się do naszego życia. Właściwie to pakuje się z buta frontowymi drzwiami i wprowadza marazm i stagnację. Tak bez pytania. Zwykle jednak dotyka nas nuda tymczasowa. Wykład o 8 rano, zajęcia z BHP, korek na wjeździe na Zakopiankę czy kolejka w sklepie. Źródłem takiej nudy zwykle nie jest nadmiar opcji, tylko świadomość pustego przebiegu. Stania i oczekiwania na coś co zrobić musimy, albo czegoś czego wysłuchać należy do końca. Dużo bardziej problematyczna wydaje się być nuda chroniczna. To ona ma właśnie czysto kulturowe zakorzenienie. Wiąże się gdzieś u swej podstawy z ową klęską urodzaju i wspiera na słabości i podatności ludzi na przyjmowanie rozwiązań bez wysiłkowych. Potrzebujesz nowego samochodu? Sprawdź katalog. Szukasz miejsca na wakacje? Zadzwoń do konsultanta? Głodny? Dostawca już czeka pod drzwiami, wystarczy, że złożysz zamówienie. Wszystko to co kiedyś wymgało zaangażowania czasowego, teraz jest dostępne od ręki to generuje czas, który zapychany jest bladoszarą papką serwowaną przez media. W Tym świetle nuda staje się mecha-

nizmem obronnym zmasakrowanego organizmu, który błaga i krzyczy, zrób coś z sobą bo to nie jest naturalne. Jedno z bezwartościowych internetowych źródeł informacji głosi, że ludzie inteligentni rzadziej się nudzą. W tym wypadku owe bezwartościowe źródło się nie myli. Ogromną rolę w odczuwaniu i doświadczaniu nudy ma sam człowiek. To nie jest tak, że mnogość wyborów jest niekorzystna. Problem tkwi zwykle w nas, bowiem zwyczajnie przez kulturowe lenistwo nie chce się nam sięgnąć dalej niż do progu naszego wynajmowanego mieszkania. Odrobina kreatywności i zaangażowania i można ominąć nudę. Jedni budują łódź, inni odwiedzają muzea, reszta mniej kreatywnych czyta ulotki z domestosa. Nie ważne jest jednak jak walczysz z nudą, ważne, że robisz to skutecznie. Podatność na nudę zaczyna się ponoć od oswajania się z niepokojem. Piszę ponoć, bo to opinia Wintera, który wtóruje za niektórymi psychoanalitykami. Teoria o tyle ciekawa, że doszukuję się wykorzystywania zjawiska nudy przez organizm do zwalczenia strachu, który swoim działaniem mógłby zaburzyć funkcjonowanie organizmu bardziej niż odrętwienie przez nudę. Dalej może to prowadzić, do obrastania sfery uczuciowości grubym naskórkiem, a właściwie łuską. Kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem i działaniem wszechświata. Taka

s. 33


TEMAT NUMERU

obronna nuda wprowadza nas w niebezpieczny obszar niebytu gdzieś na przedsionku depresji, lenistwa i acedii. Nie muszę długo przekonywać chyba, że takie połączenie zakopanego gdzieś lęku i braku chęci do działania prowadzić może do samobójstwa. Naturalną reakcją na lęk jest walka. Jeżeli napada na nas rozeźlony niedźwiedź nasz organizm aplikuję w nas taką dawkę hormonów, że jesteśmy wstanie rzucić się na owłosionego napastnika nie bacząc na konsekwencje. To stan absolutnie przeciwny do nudy. Jedno i drugie łączy jedynie to, że obydwa mogą skończyć się przedwczesnym zgonem. Jesteśmy stworzeni do odkrywania świata. Dostaliśmy do tego celu wiele narzędzi. Począwszy od wyżej wymienionych hormonów, poprzez inteligencję skończywszy na technice. Jeżeli jednak odkrywanie stanie się statycznym zaczniemy odczuwać niedosyt związany z nienaturalnym wykorzystywaniem swoich możliwości. W takim wypadku nuda stanie się potrzebą do zaspokojenia. Jesteśmy głodni, jemy bigos, a gdy jesteśmy znudzeni, aplikujemy wrażenia. Tu znów wpadamy w pułapkę, bo możemy wpakować się w inną skrajność. Czasem bywa i tak, że normalne dawki wrażeń to zwyczajnie za mało by zabić nudę. Tak to już jest, że jednemu wystarczy wyjść ze znajomymi na spacer z biurkiem na miasto, a inni koniec-

s. 34

znie muszą wybrać się na samotne regaty oceaniczne. Nie chcę wnikać, co jest zdrowsze i bliższe naturalnemu biegowi zdarzeń. Nie jestem psychologiem i ciężko mi jednoznacznie określić gdzie można tu nakreślić realną granicę zdrowego rozsądku, ale aż się prosi o stwierdzenie, że mamy tu do czynienia z naturalnym wyważeniem sytuacji. Ot zwyczajnie, jedni nie robią nic i marnują czas, a inni ryzykują własne życie. Wróćmy jednak na chwilę do Wintera i jego książki. Niestety nie mogę jej polecić tym, którzy szukają odpowiedzi na pytanie czym ta nuda faktycznie jest. Mimo, że w podtytule znajdziemy słowo poradnik, to w niczym on nam nie zaradzi. Winter bazuje na kulturze dalekiego zachodu. Ameryka północna jest dla niego naturalnym punktem odniesienia, na zachowaniach amerykańskich buduje on wnioski i na podstawie wniosków snuje swoje rozważania. Problem w tym, że część amerykańskich problemów u nas praktycznie nie występuje. Z jednej strony mamy stare pokolenie wiecznie pracujących, z drugiej młodych, którzy albo są przebojowi i chcą czegoś więcej, albo wiecznie się komunikują, piją i imprezują. Tak uogólniając, to niewielu jest takich, którzy realnie się nudzą. Bo w Polsce jest tak, że jak sobie sam tego nie zrobisz, to nikt Ci tego nie zrobi, a co gorsza jeszcze Cie okradnie Państwo. Musisz więc dbać o swój interes i

nie możesz siedzieć i wiecznie nic nie robić. W tej pokrętnej logice nasz kraj skutecznie ratuje nas od permamętnej i chorobliwej nudy. Z tego wszystkiego wynika jeden zasadniczy wniosek. Wszystkie powyższe wywody mają swój wspólny mianownik. Gdzieś pod zblazowanym oglądaczem reklam i zaraz obok znudzonego studenta na wykładzie, przy zmarnowanym życiem obywatelu i w wiecznie niezaspokojonym sportowcem ekstremalnym gnieździ się brak fascynacji. Możesz ją dowolnie definiować. Możesz łączyć ją z absolutem, albo z Miłością. Odnieś ją do przyrody, budownictwa czy dzieł sztuki. Jeżeli nie masz w sobie fascynacji światem każdy fundamentalny problem życiowy staje się nie do przeskoczenia. Nie wiesz po co żyjesz, ani do czego zmierzasz, ot zwyczajnie bytujesz, nudzisz się życiem. Wszędzie dostrzegasz zagrożenie i nigdzie nie ma dla Ciebie bezpiecznego miejsca. Masz złudne poczucie bezpieczeństwa wśród nudy i biernego odbierania mainstreamu. Wydaje Ci się, że czas biegnie wtedy wolniej, być może w takim rozumieniu kupujesz sobie godziny życia. Nic z tych rzeczy, po prostu zamieniasz życie w jeden pusty przebieg nic nie znaczących posunięć ciała. A czasem wystarczy sięgnąć po domestosta i zastanowić się jaki szaleniec wymyślił Alkilodimetyloaminę i do czego ona tak naprawdę służy. 


TEMAT NUMERU

Gdzie ci hipsterzy,

prawdziwi

tacy…

Wojciech Urban

Z hipsterami jest jak z cyganami. Tych prawdziwych już nie ma. Kim są więc ludzie, których możemy oglądać na ulicach? Ci starannie niechlujni dziwacy w ubraniach z poprzedniej epoki, z ciężkimi okularami, z fryzurą stylizowaną przez dwie godziny na niedbałość, słuchający muzyki, która stanie się popularna dopiero za pięć lat, z płócienną torbą, z której wystaje iPhone, tomik poezji skandynawskiej, a w ręku (żeby dopełnić stereotypu) kubek po kawie ze Starbucksa. Wyśmiewać można by długo, Internet pełen jest grafik, memów, filmów czy artykułów szydzących z tej „subkultury”. A wszędzie zarzuty o lans, snobizm, życie na koszt rodziców, pogardę dla innych.

BIAŁY MURZYN OJCEM HIPSTERA

Określenie „hipster” pojawiło się w użyciu w latach 40. XX wieku w Stanach, bo gdzieżby indziej, w środowisku słuchaczy czarnego jazzu. Wywodzi się z języka afrykańskiego ludu Wolof, w którym „hip” oznacza „tego, który ma otwarte oczy”. Eseista Norman Mailer pisał, że hipster narodził się w momencie, gdy na nowoczesnej ulicy spotkali się biały z czarnym, dlatego okrzyknięto go “białym Murzynem”. Był przedstawicielem klasy średniej, słuchającym bebopu, specyficznej odmiany jazzu. Już ówcześni hipsterzy byli nastawieni antymainsteamowo. Bezpośrednimi kontynuatorami tej kontestatorskiej tradycji byli twórcy tworzący krąg bitników, nieformalnego awangardowego ruchu literacko-kulturowego z lat 50. XX wieku. Realizowali oni idee anarchistycznego indywidualizmu, nonkonformizmu, swobody twórczej i kontrkulturowości. Bitnicy eksperymentowali z seksualnością, nie podzielali wzorów zachowań uznawanych przez większość społeczeństwa i odznaczali się romantycznym snobizmem. Byli

“A hipsterzy? Mają

co prawda pewne wspólne cechy, lecz tak naprawdę niewiele ich łączy, każdy jest oryginalny. Przysłowiowe jest ich zamiłowanie do niszowej kultury. Już samo to, że żaden z hipsterów się nie przyzna do tego, że jest hipsterem, podważa fundament istnienia subkultury jako takiej. nonkonformistami nieuznającymi wartości społeczeństwa konsumpcyjnego. Swoje poglądy manifestowali przez ubiór swoisty będący uzewnętrznieniem “ja”. Strój pozwalał bitnikom na estetyczne odcięcie się od większości społeczeństwa masowego, z którym byli skonfliktowani. Po drodze, w latach 80. pojawia

się również yuppie – Young Urban Professional – młody, wielkomiejski przedstawiciel wolnego zawodu. Z pierwotnym hipsterstwem nie ma nic wspólnego, jednak dla współczesnego nam zjawiska ma duże znaczenie. Yuppie charakteryzowali się profesjonalizmem, pragmatycznym podejściem do życia, indywidualizmem, zamiłowaniem do luksusu, chęcią osiągnięcia sukcesu zawodowego i finansowego. Nad Wisłą model społeczny yuppie zaczął funkcjonować w latach 90. Współczesne polskie nastolatki, pochodzące z większych miast, to w dosłownym znaczeniu dzieci yuppie.

ZDEFINIOWAĆ COŚ, CO Z DEFINICJI ODRZUCA DEFINICJĘ

Hipsterzy to oczywiście nie pierwsza subkultura kontestująca ogólne normy kultury zastanej. W większości kultur możemy spotkać grupę złożoną z indywidualności, która, nawet jeśli nie krytykuje otwarcie zastanego porządku kulturowego, to przynajmniej stara się wynieść ponad niego. Z drugiej strony przez

s. 35


resztę społeczeństwa grupy takie były bardzo negatywnie odbierane – jako bezbożnicy, gorszyciele etc., nie brakowało również zarzutów o nieróbstwo i życie na koszt majętnych rodziców. Jak się często okazywało, taka kontrmainstreamowa grupa była awangardą nadchodzącej mody. Ale próba jakiejkolwiek klasyfikacji czy opisania współczesnego hipstera właściwie nie jest możliwa. Grupa ta jest bowiem personifikacją postmodernizmu. Odrzuca definicje, odrzuca schematy, miesza style, gatunki i konwencje. Szczególnie jest to widoczne, jeśli porówna się subkultury z lat 90. ze współczesnymi. Kiedyś było się albo punkiem, albo gitowcem, albo metalem. Wszystko było określone przez niepisany kodeks, nawet to, jakie sznurówki masz nosić. Do tego szła za tym jakaś ideologia, najczęściej buntu, ale u jej źródeł leżał sprzeciw na zło panujące na świecie, sprzeciw na niesprawiedliwość społeczną. Każdy członek subkultury identyfikował się z nią, podkreślał to w bardzo mocny sposób. A hipsterzy? Mają co prawda pewne wspólne cechy, lecz tak naprawdę niewiele ich łączy, każdy jest oryginalny. Przysłowiowe jest ich zamiłowanie do niszowej kultury. Już samo to, że żaden z hipsterów się nie przyzna do tego, że jest hipsterem, podważa fundament istnienia subkultury jako takiej. Głównym wspólnym rysem łączącym tych ludzi jest bunt. Ale i bunt ten jest nietypowy. Brak tu charakterystycznej dla metalowców agresji czy punkowego nihilizmu. Bronią hipstera jest ironia. Ten właśnie ironiczny bunt przeciw mainstreamowi każe go wyszydzić, mając jednak świadomość, iż przez „wyszydzonego” i tak nie zostanie poprawnie zinterpretowany. Ironia jest cechą ludzi inteligentnych, prawdziwy hipster więc jest oczytany, obeznany z kulturą i wykorzystuje swoje kompetencje kulturowe do wyrażenia swojego buntu. Jest to jednak bunt tylko estetyczny. Hipsterów zasadniczo nie łączy ideologia, wspólne zachowania, u których podstawy leży jakaś idea, jak na przykład wegetarianizm, są tylko jeszcze jednym sposobem sprzeciwienia się dominującej kulturze.

s. 36


T E M A T MŁODZI, WYKSZTAŁCENI, Z WIELKICH MIAST

Powstanie takiej grupy możliwe było tylko w erze Internetu. To też jest powód inteligenckiego charakteru. Podczas gdy człowiek korzystający z telewizora ma możliwość co najwyżej zmiany kanału (przy ich dość ograniczonej ilości jeszcze kilka lat temu), użytkownik Internetu ma wręcz nieograniczone możliwości wyboru. Wybierają więc to i tylko to, co ich interesuje. Przez to ludzie nieprzyzwyczajeni do takiego modelu intelektualnego postrzegają hipsterów za dziwaków, za wtajemniczonych w jakieś dziwne dziedziny wiedzy (kultura XIX-wiecznego Syjamu, filozofia egzystencjalna etc.), w efekcie za snobów. Jako „inni” budzą agresję. Hipsterzy jednak nie przywiązują do etykiet zbyt dużej wagi, wobec czego nie robią nic, by ocieplić swój wizerunek. Jest jednak różnica między hipsterami z przełomu lat 40. i 50.

N U M E R U

a współczesnymi. Postmodernistyczne umiłowanie indywidualizmu, stojące z sprzeczności z jakąkolwiek tożsamością grupową. Wygląd i styl życia ponowoczesnego hipstera nie ma na celu odróżnić go od innych subkultur, czy zamanifestować jego poglądów ideologicznych, lecz zaprezentować jednostki z jej oryginalnym stylem, wyróżniającym ją z szarej masy. Hipsterski bunt sprowadza się do krytyki nieoryginalności, wszelkiej standaryzacji, uniwersalizmu. Nie prowadzi jednak, jak w przypadku protoplastów z połowy XX wieku, do wycofania się ze społeczeństwa, ani nawet do zaproponowania własnych pomysłów. Hipsterski bunt jest możliwy tylko na poziomie jednostki. Bez wspólnej tożsamości, jako grupa nie są w stanie zaproponować pomysłów, które zlikwidowałyby powody ich buntu, nie mówiąc nawet o wprowadzeniu ich w życie. Byłoby im to nawet nie na rękę. Tak właściwie hipster istnieć może

tylko w wysoko rozwiniętym społeczeństwie. Korzystają z przyzwoitej sytuacji materialnej w dużej mierze wypracowanej przez ich rodziców (pokolenie yuppie), zasilając konsumpcyjny system, któremu pozornie się przeciwstawiają. Miałcy ideologicznie, z tożsamością sprowadzoną tylko do estetycznych kodów sugerowanych przez massmedia, stają się kopiami bez ideałów. Konstruktywni są jedynie przy kreowaniu nowego stylu. Jedynym ich odróżnieniem od pasywnych konsumentów jest wykorzystanie kapitału minionych subkultur we wszelkich możliwych kombinacjach, co w efekcie ma ustalić ich miejsce w kontrze do mainstreamu. Próby te stają się jednak z biegiem czasu nowym produktem, nową modą, stawiając hipsterów w centrum tego, od czego chcą uciec. 

s. 37


TEMAT NUMERU

Czego więcej chcieć od rozrywki Co takiego mają w sobie seriale, że z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej angażujemy się w życie bohaterów? Co sprawia, że tęsknimy za nimi po obejrzeniu ostatniego sezonu? Czasem to zwykłe uzależnienie i sposób spędzania wolnego czasu, a czasem chęć uczestniczenia w czymś, co nigdy nie będzie częścią naszego życia. A w tle? Jak zwykle grube miliony… Kamil Duc

W WOLNYM CZASIE

Uwielbiam seriale. Do moich ulubionych należą przede wszystkim amerykańskie. Kiedy nie jestem zawalony obowiązkami, to po prostu oglądam. Odcinek za odcinkiem. Sezon za sezonem. Uważam to za nie gorszą od innych formę spędzania wolnego czasu, która w ostatnim czasie staje się coraz bardziej popularna. Zwłaszcza studenci są jej niezwykle oddani. Niektórzy w ten sposób spędzają wieczory w gronie znajomych. Inni oglądają, by potem szczegółowo omówić rozwój wydarzeń przy okazji spotkania w pubie czy na uczelni. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że obecnie dostępnych jest mnóstwo tytułów. Dlatego rozmowę na temat oglądanych seriali porównałbym dzisiaj chociażby do dyskusji o muzyce. Można być zakręconym na punkcie zarówno jednego jak i drugiego. Oczywiście pojawia się pytanie, o jakich produkcjach w ogóle mówimy. Chodzi głównie o telewizyjne seriale filmowe z wyraźną strukturą sezonów. Mam nadzieję, że fani „Barw Szczęścia” i „Klanu” nie będą mi mieli tego za złe. Mimo że one i podobne im również przyciągają przed telewizory sporą liczbę widzów, to ich fabuła opiera się

s. 38

“Przelotne romanse,

związki nieformalne i imprezowe życie, w którym ciężko dostrzec choć cień odpowiedzialności są dość wyznacznikami sposobu bycia wielu bohaterów amerykańskich seriali. Czy oni promują ten styl? na tych samych problemach średnio co pięćdziesiąty odcinek. Poza tym ciągną się w nieskończoność, co świadczy o tym, że nie ma konkretnego pomysłu na całość. Zdaję sobie sprawę z tego, że w większości seriali scenariusze do kolejnych sezonów powstają na bieżąco. Ale musi być linia, poza którą wyjść nie wolno. Mimo że trudno żegna się z ulubionym serialem, to kontynuowanie go na siłę działa tylko i wyłącznie na jego niekorzyść. Pokusa przedłużania emisji pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy notowana jest wysoka oglądalność. Oczywiście nie ma się co oszukiwać, liczy się biznes. Jednak dobry produ-

cent wie, kiedy przerwać i jak zarobić na popularności swojego serialu.

GIGANCI

Najlepszą produkcją w chwili obecnej może pochwalić się komercyjna amerykańska stacja telewizyjna HBO. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że mam na myśli „Grę o tron”. Nie jest to niepoparta niczym opinia. Potwierdza ją kilkanaście milionów ludzi z całego świata, którzy ten serial oglądają. Materiał z jednym tylko trailerem czwartego sezonu został wyświetlony ponad dwadzieścia dwa miliony razy w serwisie YouTube. Budżet jednego z odcinków sięgnął prawie dziesięciu milionów dolarów a wyprodukowanie sezonu jest warte około siedem razy więcej. Jednak koszty zwróciły się stacji równie szybko, jak zarobiła ona kolejne dziesiątki milionów dolarów na marce serialu. Niewiele mniejszą zresztą popularnością cieszyła się nieco wcześniej „Rodzina Soprano”, choć nie odniosła tak znaczącego sukcesu jak „Gra o tron”. Stacja HBO jest dostępna dla Polaków. Pakiet z kanałami tej telewizji kosztuje odpowiednio dużo, ale niektórzy powiedzą, że ze względu na ofertę zapłacić warto. Liczba odbiorców sięga stu


czternastu milionów na całym świecie. Największym konkurentem dla HBO jest obecnie platforma Netflix. Początkowo firma ta założona w 1997 roku była wypożyczalnią filmów DVD z wysyłką do domu. Dziś oferuje swoim klientom dostęp online do biblioteki, w której znajduje się ponad sto tysięcy tytułów do wyświetlenia na ekranie telewizora czy komputera. Z usług platformy korzysta już niemal pięćdziesiąt milionów użytkowników. Netflix z roku na rok notuje coraz większy przyrost subskrybentów i staje się liderem na rynku internetowej telewizji. Miliardowe przychody firmy pochodzą głównie ze Stanów Zjednoczonych. Usługi są oferowane w jeszcze kilku innych krajach amerykańskich oraz europejskich. Zasięg ma być poszerzony w najbliższych latach o kilka państw naszego kontynentu, jednak na razie nie wymienia się wśród nich Polski. A przecież także u nas ogromną popularnością cieszy się pochodzący najczęściej z nielegalnych źródeł dostępu serial „House of Cards”, który jest jednym z powodów sukcesu ekonomicznego platformy Netflix. Wspominam o amerykańskich gigantach, bo tak naprawdę ich produkcje wyznaczają normy jakości. Podobnie zresztą jak w przypadku przemysłu kinematograficznego, który został zdominowany przez wytwórnie hollywoodzkie. Nie powinno dziwić to podobieństwo, bo mechanizmy napędzające rynek są niemal identyczne. Seriale nie są już marnym zamiennikiem filmów, a stanowią wręcz konkurencję nawet dla najlepszych kinowych hitów. Obecnie produkcje telewizyjne nie tylko otwierają drogę do kariery. A w nich właśnie stawiały pierwsze kroki gwiazdy takie jak Johnny Depp, Brad Pitt czy Denzel Washington. Dziś najlepsze seriale przyciągają aktorów światowej klasy. Weźmy chociażby wymieniony już wcześniej „House of Cards”, gdzie w głównego bohatera Franca Underwooda wciela się sam Kevin Spacey. Obsady nie może powstydzić się też „Gra o tron”. W pierwszym sezonie obserwujemy na przykład świetną grę Seana Beana. W tej kategorii nie można nie wspomnieć o brytyjskim „Sherlocku” z Benedictem Cumberbatchem i Mar-

s. 39


tinem Freemanem, którzy stworzyli rewelacyjne kreacje. Produkcje seriali stają się również okazją do rywalizacji między reżyserami. W szranki stanęli między innymi David Fincher („House of Cards”), Martin Scorsese („Zakazane Imperium”) i David Benioff („Gra o tron”). Myślę, że mimo wszystko dla wielu znakomitych twórców jest to jeszcze nieodkryty teren, ale z ogromnym potencjałem, który z pewnością zostanie przez nich wykorzystany.

NAJPOPULARNIEJSZE

Jednym z lepszych polskich seriali jest „Bez tajemnic” stworzony przez krajowy oddział HBO. Powstał na bazie izraelskiej produkcji „Be-tipul”. W głównej roli oglądamy Jerzego Radziwiłowicza. Oprócz niego w kolejnych sezonach pojawiają się również między innymi Marcin Dorociński, Janusz Gajos i Kinga Preis. Wielu fanów pozyskał sobie także „Czas honoru” z naprawdę świetnym scenariuszem i scenografią. Mam też pewien sentyment do „Rodzinki.pl”, która wypada naprawdę nieźle na tle oferty polskiej telewizji. Nie przywołuję starych produkcji, które nie są mi specjalnie bliskie, ale z pewnością też mają w sobie coś, co każe wracać do nich zwłaszcza wcześniejszym pokoleniom.

s. 40

I choć zaczynam od seriali z naszego podwórka, to przyznaję otwarcie, że w mojej opinii nie mogą one równać się z amerykańskimi. Może czasem wynika to z różnic budżetowych, choć bardziej skłaniałbym się ku temu, że chodzi o mentalność twórców. Wśród serialowych maniaków dużą popularnością cieszą się oczywiście sitcomy. Do klasyki należą tu przede wszystkim „Przyjaciele”. W ciągu kilku ostatnich lat sporą ilość sympatyków zdobyły sobie też przygody Teda Mosby’ego przedstawione w serialu „Jak poznałem waszą matkę”. W tej akurat kategorii amerykańskie produkcje nie mają sobie równych. Zawdzięczają to bohaterom. Dialogi świetnie współgrają z ich charakterami. Od początku do końca są kreowani według określonego pomysłu. Każdy jest inny i wyjątkowy. Typowymi dla siebie zachowaniami rozbawiają nieraz do łez, mimo pewnej przewidywalności. Joey, Chandler, Phoebe z „Przyjaciół”, Barney z „Jak poznałem waszą matkę”, Sheldon z „Teorii wielkiego podrywu” to tylko niektóre przykłady naprawdę komediowych postaci, które umiliły już niejeden wieczór. Ciekawym pomysłem i równie wyrazistymi postaciami mogą pochwalić się też inne seriale. Do na-

jbardziej popularnych należą w Polsce „Breaking Bad”, „W garniturach”, „Detektyw”, „Chirurdzy”, „Mad Man”, wspomniany już kilka razy wcześniej „House of Cards” oraz wiele innych, których nie sposób wymienić. Każda z tych produkcji ma w sobie coś co przyciąga określoną grupę widzów. Wybór jest na tyle szeroki, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Choć oczywiście nie wszyscy przepadają za taką formą spędzania wolnego czasu. W każdym razie trzeba się zgodzić, że seriale dostarczają rozrywki publiczności na ogromną skalę. Czy coś w tym złego? Cóż, czepiać można się zawsze.

WSZYSTKO JEST DLA LUDZI

Przelotne romanse, związki nieformalne i imprezowe życie, w którym ciężko dostrzec choć cień odpowiedzialności są dość wyznacznikami sposobu bycia wielu bohaterów amerykańskich seriali. Czy oni promują ten styl? Pewnie w jakimś stopniu tak. Ale zastanawiam się, czy o poukładanych i skromnych ludziach dałoby się zrobić dobrą komedię. Trzeba jednak odpowiedzieć na pytanie, czy popularne sitcomy faktycznie piorą nam mózgi i przekonują do hulaszczego i rozpustnego życia. Nie. Przeciętny człowiek z minimum średnim ilora-


zem inteligencji wie, że to co właśnie ogląda, jest albo przerysowane w wypadku komedii albo w sztuczny sposób wykreowane i wyidealizowane w przypadku dramatów. Nie sądzę też, żeby było coś dziwnego w tym, że człowiek chciałby doświadczyć tego, co widzi na ekranie. Dlaczego? Bo kto nie marzy, by przeżyć choć jeden dzień pełen takich wrażeń lub bez ciężaru odpowiedzialności za swoje czyny. Dopóki jednak jesteś zaczepiony w rzeczywistym świecie i masz cele, to w czym taka chwila zapomnienia może ci przeszkodzić? Czasem dodatkowo zmotywuje, rozbudzi nową pasję albo zaszczepi marzenie. Seriale oferują nam przede wszystkim rozrywkę, która potrzebna jest każdemu. Czy jeśli gapię się w telewizor, bo właśnie rozpoczął się nowy odcinek „Gry o tron”, to od razu mam papkę zamiast mózgu? I to tylko dlatego, że nie czytam w tym momencie książki, ale raczę oczy obrazami, które ktoś podsuwa mi, biernemu odbiorcy? Tym sposobem możemy zakwestionować zdolność myślenia każdego, kto siada na widowni w kinie czy włącza portal YouTube. Niestety prawda wygląda nieco inaczej. Jeśli ktoś nie potrafi krytycznie patrzeć na otaczającą go rzeczywistość, to nawet gdyby

codziennie czytał po kilka godzin, nie zmądrzeje od tego. Natomiast człowiek z odpowiednio ukształtowaną zdolnością przyjmowania informacji może czerpać nie tylko przyjemność, ale także mądrość nawet wtedy, gdy ogląda te straszne, pełne nagości i przemocy seriale. Tak jak przeczytana książka czy wysłuchana audycja, również obejrzany odcinek „Przyjaciół” może prowadzić do ciekawej dyskusji. Dorosły człowiek sam podejmuje decyzje. Nie można obiektywnie ocenić zjawiska popularności seriali. Nie da się powiedzieć, że to zła czy dobra praktyka. Przesada zarówno w stronę unikania wszelkiego rodzaju telewizyjnej rozrywki dla mas, jak i nałogowego pochłaniania wszystkiego, co składa się z przynajmniej dwóch odcinków, jest niebezpieczna. Moralizowanie zawsze wygląda na próbę narzucania innym swojej wizji. Potrafię zrozumieć kogoś, kto nie lubi seriali i dlatego ich nie ogląda. Nie mogę powiedzieć tego samego o osobie, która krytykuje innych, bo śledzą losy ulubionych bohaterów. W przeciwieństwie do postaci z filmów, szybko przywiązujemy się do serialowych bohaterów. Po pierwsze dlatego, że mamy więcej okazji do zdobywania o nich informacji.

Przez to ulegamy złudzeniu, że dobrze ich znamy. Po drugie, patrząc na ich postępowanie w wielu różnych sytuacjach, utożsamiamy się z nimi. Szukamy w naszym życiu podobieństwa do serialowej rzeczywistości. Angażujemy się w podejmowane na ekranie decyzje. Nie bałbym się tego zjawiska. Dopóki nie zapominamy o naszej codzienności, wczuwanie się w serialowe realia świadczy o tym, że reżyser dobrze się spisał. Poza tym obserwując podobnego nam bohatera, możemy czasem z dystansem przyjrzeć się pewnym zachowaniom czy przyzwyczajeniom i dostrzec to, co trudno zauważyć u siebie. Nie namawiam do bezkrytycznego oglądania seriali i tolerowania wszystkiego, co pojawia się na ekranie, ale uprzejmie proszę o to, żeby nie krytykować bez zaznajomienia się z treścią. Kultura masowa w bezpiecznych dawkach nie zagraża umysłowi, a i przedawkowanie nie musi zakończyć się moralnym zepsuciem czy utratą szarych komórek. Seriale polecam, bo pozwalają się oderwać od własnych problemów i spojrzeć na życie z dystansem. Jeśli dodatkowo zależy komuś na porządnym warsztacie sztuki filmowej, to naprawdę da się znaleźć takie perełki 

s. 41


TEMAT NUMERU

Pokolenie Co wpływa na to, że ludzie stają się tym kim są? Co kształtuje zbiorową pamięć i świadomość pokoleń? Czy możliwym jest żeby kino mogło ukonstytuować w głowach ludzi wartości, a czasem i antywartości? Czy myśl jednych może przerodzić się w myśl całego pokolenia?

Sara

Nałęcz-Nieniewska Te pytania pojawiły się w mojej głowie całkiem niedawno, kiedy musiałam zagłębić się w krótki acz znaczący okres w historii kina polskiego przez filmoznawców nazywany Polską Szkołą Filmową. Okres jej działalności przypada na lata 50 ubiegłego wieku. Kiedy do władzy dochodził Gomułka Polska odetchnęła z ulgą. Nadeszła chwilowa odwilż. Cenzura oczywiście działała nadal, jednak dano artystom mały przesmyk na tworzenie sztuki mniej ograniczonej. Polacy przyzwyczajeni byli do oglądania patetycznych, propagandowych filmów o ludziach pracy, robotnikach w fabrykach wygłaszających sztandarowe slogany. Dla filmowców komuna była ciężkim okresem, żeby móc tworzyć zabierali się za kręcenie socrealistycznych gniotów, a ci, którzy otwarcie się sprzeciwiali skazani byli na nędzę. Wszystkim towarzyszyła niewypowiedziana gorycz i pustka jaką pozostawiła za sobą wojna. Poprzez medium kina postanowiono ją wyrazić. “Twórcami terminu polskiej szkoły filmowej byli A. Jackiewicz i A. Bohdziewicz, którzy w połowie lat 50. - komentując na łamach prasy odchodzenie polskich filmowców od socrealizmu - podsuwali im wzory włoskiego kina neorealistycznego. Nurt, który wyłonił się ostatecznie na fali przemian politycznych Października i przez pięciolecie 1956-61 zdominował kino w naszym kraju, miał jednak polską

s. 42

“Długo próbowałam

zrozumieć, i zapewne nigdy mi się nie uda, potrzebę takiego ukazania wojny? Najprostszą odpowiedzią wydaje mi się gorycz. Polacy walczyli z jednymi po to, żeby wpaść w łapy drugich. specyfikę. Jego twórcami stali się młodzi, urodzeni w latach 20. artyści, których przeżyciem pokoleniowym była wojna i powojenna przemiana ustrojowa.” - pisał o szkole filmowej Tadeusz Lubelski, znany historyk filmu. Nasi artyści ograniczeni byli oczywiście cenzurą i nie istniała możliwość na pokazanie całej prawdy historycznej. A jednak należy pamiętać, że w głowie człowieka pewne rzeczy pozostają na zawsze. “Pamięć zbiorowa kształtuje się na trzech poziomach, jakby w trzech warstwach. Na pierwszym poziomie działają historycy, którzy docierają do faktów, odkrywają zależności między nimi, zadają pytania o prawidłowości nimi rządzące. Odpowiedzi na pytania o te zależności i prawidłowości nigdy nie są definitywne, toteż interpretacje faktów mogą być różne, tak jak rozmaite są narracje proponowane przez historyków. Same fakty, daty, sprawców – można jednak ustalić niezbicie. Trzeci poziom,

najniższy, to zbiorowa świadomość, suma świadomości indywidualnych. W kimś dane wydarzenie czy postać historyczna wywołuje pewną porcję emocji czy skojarzeń, ktoś inny ma w związku z nimi skojarzenia fałszywe, komuś wreszcie – nie kojarzą się one z niczym. Generalnie owa zbiorowa świadomość podlega wyobrażeniom zmitologizowanym.” - czytamy w innym eseju Lubelskiego. Niestety (nie wiem czy przypadkowo czy z zamysłem) wyobrażenia te poddano demitologizacji. Film „Pokolenie” (niosący odczuwalną ideologię komunistyczną) nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1955 roku otwiera 10-letni okres działalności tzw. Polskiej Szkoły Filmowej. Zjawisko to okazało się być fenomenem na skalę światową. W małym, komunistycznym kraju, gdzieś na środku Europy powstało kino pełne artystycznego wyrazu i godne pokazywania na ogólnoświatowych festiwalach. Pojawienie się na polskich ekranach wcześniej nie poruszanej tematyki wojennej wywołało wielki entuzjazm w Polakach. O wojnie nie można było mówić, pisać, a co dopiero pokazywać. Pamięć o bohaterskich żołnierzach była skrzętnie ukrywana. Nagle każdy mógł iść do kina i zobaczyć na ekranie Powstańców Warszawskich, obozy jenieckie, maszyny, bombowce. Jak obuchem w głowę widz dostawał dawkę śmierci i cierpienia. Jednak pozbawionej


podszewki wartości. Bez wspomnienia o prawdziwych pobudkach walczących. Krew i piach i śmierć w ludzkich odchodach. Tak ginęli bohaterscy żołnierze w bezsensownej walce. W filmie „Kanał” Andrzej Wajda wspomagany przez scenarzystę Jerzy Stefan Stawińskiego (byłego żołnierza Armii Krajowej, biorącego udział w Powstaniu Warszawskim) ukazał tragiczną próbę przejścia partyzantów do warszawskiego Śródmieścia kanałami ściekowymi. Na początku filmu lektor obwieszczał „Przyjrzyjcie się im dobrze, bo dzisiaj wszyscy zginą” od początku skazując żołnierzy na porażkę. Pogląd o bezsensowności wydarzeń roku 1944 wyziera z całej ekranizacji. Nie mówiąc już o dziwnym zachowaniu partyzantów, którzy próbowali ochraniać się workami z piaskiem przed niemieckim karabinami, a przecież wiemy, że ci ludzie jakoś przeżyli w ukryciu 6 lat okupacji. „Kanał” jednak zrobił ogromne wrażenie na publiczności, wprawdzie wielu żyjących kombatantów sprzeciwiło się takiej wizji Powstania, jednak zwykli ludzi przyjęli go z entuzjazmem. Dla nich stanowił jakieś odkupienie. Nie widzieli, tego co ja widzę dzisiaj oglądając starego Wajdę czy Munka. Dystans czasu sprawił, że suchym okiem patrzę na to co lata temu budziło w moich rodakach wielkie emocje. Nie chce wymądrzać się i udawać, że jestem w stanie zrozumieć co działo się

w głowach i sercach naszych dziadków, a później rodziców. W moim kręgu zainteresowań jest to, co wpływa na kondycję ludzką. Te dywagacje mają służyć właśnie próbie zrozumienia czy ten krótki okres Polskiej Szkoły Filmowej, tak ważny i intensywny, dający namiastkę wolności, a jednak zakamuflowanej w brzydocie i jakimś naturalizmie mógł skrzywić myślenie Polaków, które pokutuje do dziś? Partyjniakom nie podobało się, że na ekranach kin pojawiają się zakazani żołnierze i postanowili rzucić okiem na działalność przedstawicieli Polskiej Szkoły Filmowej. Mimo to, w roku ? Andrzej Munk kręci „Eroica. Symfonia bohaterska w dwóch częściach” , film, który ukazuje niejednoznaczność bohaterstwa i honoru. Formuła dzieła od razu wskazuję jak do tematu romantycznego hasła „Bóg, Honor i Ojczyzna” ustosunkowuje się autor. Film zatytułowany jak symfonia Beethovena, napisana w pochwale dla Napoleona, od którego muzyk odżegnywał się później rękami i nogami. Podzielony na dwie części, co również świadczy o prześmiewczym tonie – symfonie składają się z co najmniej czterech – Scherzo alla polacca oraz Ostinato – lugubre. W pierwszej poznajemy Dzidziusia, drobnego cwaniaczka, który próbuje konformistycznie przemknąć przez historyczne dzieje. Kiedy w Warszawie robi się gorąco, ucieka do lasu, jednak zrządzeniem losu staje się

ważną postacią w sprawie rozmów o uzyskanie pomocy od węgierskiego oddziału dla przegrywających chłopców w stolicy. Mimo poniesionego fiaska postanawia honorowo wrócić do warszawskich powstańców. Konkluzja? Nieskalana postawa nie jest potrzebna. Bohaterem można stać się przez zupełny przypadek. Druga część filmu opowiada historię o polskich żołnierzach w niemieckim oflagu. Tkwiąc w beznadziei opowiadają sobie nawzajem historię o walecznym Pułkowniku, któremu udało się uciec z obozu jenieckiego. Podtrzymująca na duchu legenda okazuję się być jednak nieprawdą. Pułkownik ukrywa się ze strachu na strychu. Wiedzą o tym dwaj oficerowie, jednak podtrzymują żywot tej historii. Munk konfrontuje mit i rzeczywistość. Dając znać o tym, że zasłyszane bajki powtarzane z pokolenia na pokolenie, mit walecznego, honorowego Polaka, może być nieprawdą. Oczywiście nasi filmowcy nie dają jednoznacznej odpowiedzi co do potrzebności i słuszności bohaterstwa. “Dzieła ich obu wzajemnie sobie przeciwstawiano, tymczasem one raczej uzupełniały się niż ze sobą kłóciły. Łączyły je dwa przenikające się problemy: daremna ofiara narodu, który nie zdołał przeciwstawić się biegowi historii (klęsce Września i powstania warszawskiego, poddaniu się radzieckiej dominacji) oraz aktualność narodowego kodeksu moralnego, „polskich cnót”, takich jak

s. 43


honor, patriotyzm, służba społeczna. I Wajda, i Munk nie ukrywali w swoich utworach fascynacji tymi wartościami, zarazem jednak opatrywali je pełnym wątpliwości komentarzem, podważając często zbiorowe wyobrażenia rodaków.” - podsumowuje twórców Tadeusz Lubelski. Myślę, że w latach 50 nikt nie próbował nawet oceniać tego co widzi na ekranie. Ja opisuję to co podano mi na tacy, linie fabularną i wydźwięk jaki we mnie film budzi. Nie patrzę pod warstwy. Długo próbowałam zrozumieć, i zapewne nigdy mi się nie uda, potrzebę takiego ukazania wojny? Najprostszą odpowiedzią wydaje mi się gorycz. Polacy walczyli z jednymi po to, żeby wpaść w łapy drugich. Z deszczu pod rynnę. O tym nie było mowy w pięknych legendach rodem z wileńskich stepów. Wieszczowie nie pisali o zapachu śmierci, rozczłonkowanych trupach, masowych grobach. A jednak czy filmowiec (artysta w ogóle) nie powinien kreować obrazów w jakichś sposób dydaktycznych? Wyciągać piękna z każdej chwili, nawet tej obrzydliwej? Dawać swoją sztuką nadzieję w epoce beznadziei? Oczywiście w grę wchodzi tu cenzura. Nasi filmowcy nie mogli dać upustu swojej wyobraźni. A jednak byli tacy, którzy zręcznie omijali tematy historyczne, skupiając się na człowieku i jego egzystencji w tym ponurym świecie. Tadeusz Konwicki, pisarz propagandowy i reżyser, potrafił odżegnać się od tematu wojny, skupiając się na problemach jakie zrodziła

s. 44

ona w psychice ludzkiej. Wyobcowaniu, niemożności stworzenia relacji z drugim człowiekiem, samotności. Has studiował ludzkie cierpienie, jego zmaganie z przemijaniem i czasem. Jego filmy nie cieszyły się wielką popularnością, PZPR blokowało je (zbyt przypominały filmy niemieckich ekspresjonistów), a widzowie nie rozumieli. Oskarżano go o pesymizm i kult śmierci. Postać polskiego Jamesa Deana, Maćka (Zbigniew Cybulski), żołnierza Armii Krajowej pojawiła się w Polsce dzięki Andrzejowi Wajdzie i jego filmowi „Popiół i diament” na podstawie prozy Jerzego Andrzejewskiego. Pierwszy raz na ekranie, tuż pod nosem agentury, pokazano partyzanta, który budził sympatie. Wydaję mi się jednak, że to za sprawą niesamowitego aktora, który wcielił się w jego rolę. Sama historia jednak jest dość niejasna. Istnieje w niej wiele zafałszowań dotyczących realiów PRL. Maciek, chce już skończyć z zabijaniem, jednak dostaje od swoich dowódców ostatnie zadanie. Ma zabić działacza partyjnego. Kiedy pyta dlaczego, co trzeba go zlikwidować? Jego przełożony odpowiada wymowne - „Bo trzeba!”. Taki obraz AK-owców nie wiele różnił się od tego wpajanego przez propagandę. Mordercy czyhający na życie biednych, bogu ducha winnych członków partii. Wątpliwości ideowe targają naszymi bohaterami przez cały film, aż wreszcie spotyka ich niechybna śmierć (Maćka karma dopada na śmietniku). Ten film

kończy krótki i burzliwy okres Polskiej Szkoły Filmowej. Postanowiłam wylać tutaj mój żal w stosunku do artystów przecież znamienitych (Wajda, Munk, Konwicki), których dzieła filmowe nie pozostawiają wątpliwości co do swojej wartości artystycznej, a jednak rodzą u mnie wątpliwość w kwestiach ich idei i słuszności. Kino w prosty sposób może kształtować zbiorową świadomość społeczeństw. Tym bardziej w narodzie ogłuszonym, wypranym i pozbawionym nadziei jakim staliśmy się po II wojnie światowej. Tak podatnym przecież na wpływy. Tą nadzieję należało mu podarować. Pięknym słowem i obrazem. Pamięcią o bohaterstwie zabitych, o wielkości poświęceń, o słuszności walki o wolność. Dla wielu rzeczywiście wyprawy do kina w PRL stanowiły namiastkę innego życia. Wspomnienie historii. Jednak to co mogli zapamiętać z nich po tylu latach to bezsensowność wolnościowych zrywów i honorowych zachowań. Nic dziwnego, że myśl o słabości naszego narodu przetrwała i pokutuje do dziś. Jednak jak pisał w 1968 roku Jackiewicz - “Atakowanie dziś szkoły polskiej nie wydaje się praktyczne. (...) Było to jedyne zjawisko ideologiczne w naszym filmie, o którym warto mówić. Było to wreszcie zjawisko – w przeciwieństwie do dzisiejszego naszego filmu – społecznie funkcjonalne”. Moja refleksja jest zjawiskiem indywidualnym i jako takie proszę ją rozumieć. 


s. 45


ROZMOWY

Bóg dał słowo, że jest z nami O tym, jak odnaleźć w swoim życiu Boga i w jaki sposób się On ujawnia, opowiada dr hab. Marek Kita – filozof i teolog, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.

Krzysztof Reszka Panie doktorze, jak poznać Boga? Jak nawiązać relację z kimś, kogo przecież nie widzimy, nie słyszymy, nie możemy przytulić, poczuć zapachu, czy nawet od Niego SMS-a otrzymać? M.K.: Chciałbym w związku z tym pytaniem powiedzieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze: każdy człowiek – nie tylko chrześcijanin – może jakoś odnaleźć kontakt z Bogiem. Jednak uprzywilejowaną, a w gruncie rzeczy jedyną bramą do Niego jest Jezus. Wbrew pozorom te dwa stwierdzenia nie kłócą się ze sobą. Jezus jest przy nas obecny nawet jeśli Go świadomie nie poznaliśmy. Każdy, kto ma kontakt z Bogiem, ma go przez Jezusa Chrystusa, choćby o tym nie wiedział. Po drugie: warto uświadomić sobie że Bóg to jest Ten, który dał mi życie. Pragnienie szczęścia, które odnajduję w moim sercu, to jest klucz do odkrycia, że On mnie do tego szczęścia stworzył. Bóg nas stworzył Słowem, więc można powiedzieć, że pragnienia naszego serca są echem tego Słowa. Bóg jest Tym, za kim tęskni moje serce. Wszyscy tęsknimy za pięknem, za dobrem, za pełnią życia, za własnym spełnieniem. Bywa, że realizujemy te pragnienia w sposób niewłaściwy, szukamy piękna czy spełnienia w niemoralnych zachowaniach. Diabeł kradnie te

s. 46

“A więc początkiem

modlitwy jest to coś, co tradycja kościelna nazywa „stanięciem w Bożej obecności”. Stanąć w Bożej obecności to znaczy przypomnieć sobie o niej, a nie ją poczuć. I pamiętajmy, że Boga nie trzeba daleko szukać. Wystarczy zgodzić się na to, że jest, oraz zgodzić się na to, że ja jestem ubogi. doznania i doświadczenia, które zostały dane przez Boga. Na przykład pozamałżeńskie współżycie seksualne nie dlatego jest złe, że jest seksualne, ale dlatego, że jest wyrwane z właściwego sobie miejsca, z harmonii Bożych darów. To nie dar seksu jest zły, ale sposób korzystania z niego. Jednak nawet kiedy grzeszymy, jesteśmy obrazem Boga – choć nieraz potwornie wykrzywionym. Czasem bywamy wręcz straszni. Ale to pokazuje, jak bardzo ważni jesteśmy i jaką mamy odpowiedzialność. Im coś jest doskonalsze, tym większe szkody poczyni, gdy się zepsuje. Kiedy zepsuje się młotek, to nie ma aż takiego

problemu jak wtedy, gdy zepsuje się komputer. A więc choć zawsze jesteśmy obrazem Boga, trzeba jeszcze, żebyśmy rozwijali nasze podobieństwo do Niego. A przy tym wszystkim jesteśmy stworzeni „na obraz Obrazu”, jak uczyli ojcowie Kościoła – bo doskonałym Obrazem Boga jest Chrystus. Poznajemy Boga, zwracając uwagę na Jego dyskretną obecność, zwracając się do Niego. To się nazywa modlitwa. Jezus proponuje, żeby na czas modlitwy „wejść do swej izdebki” (Mt 6, 6), a więc zaprasza, by znaleźć w sobie odrobinę ciszy. W tej wewnętrznej ciszy, pod powierzchnią całego codziennego rozedrgania, możemy spróbować odnaleźć siebie jako oglądanych przez Boga. Spoczywa na nas spojrzenie Ojca, który ma upodobanie w swoim dziecku. Warto wsłuchać się w najpiękniejsze pragnienia własnego serca i mówić do Tego, który nam je dał. Bóg nie jest daleko. Św. Paweł głosił na ateńskim Areopagu, że w Bogu „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Może nie czujemy obecności Boga. Ale to, że moje miasto spowijają chmury, nie znaczy, że Słońce nie istnieje, albo że przestało świecić. Gdyby wsiąść w samolot i wzbić się w górę, można by zobaczyć, że ponad chmurami Słońce świeci cały czas.


Podobnie moje uczucia czasami się przebijają do dobrego spojrzenia Ojca, a czasem nie. Jednak On jest, niezależnie od tego, czy ja w ogóle w Niego wierzę. Mogę zechcieć po prostu zwrócić się do niego, taki jaki jestem – bez lęku czy jakiejś oficjalnej, ulizanej grzeczności. Jezus dotykał trędowatych, siadał do stołu z ludźmi powszechnie pogardzanymi, jak celnicy (ówcześni poborcy podatkowi) czy prostytutki... Do Boga mogę wołać z głębi mojego serca, z całym jego bałaganem. On się mną nie brzydzi ani nie gorszy. A więc początkiem modlitwy jest to coś, co tradycja kościelna nazywa „stanięciem w Bożej obecności”. Stanąć w Bożej obecności to znaczy przypomnieć sobie o niej, a nie ją poczuć. I pamiętajmy, że Boga nie trzeba daleko szukać. Wystarczy zgodzić się na to, że jest, oraz zgodzić się na to, że ja jestem ubogi. Nie potrafię się modlić, ale moje serce woła do Boga jak pisklę, co wypadło z gniazda. Gdzieś głęboko we mnie jest to wołanie, zresztą nie tylko moje. Duch Święty „przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26). I zgodnie z tym, co

powiedziałem wcześniej, możemy być absolutnie szczerzy. Zwykle gdy odwiedzają nas goście, to wstydzimy się bałaganu i nie wpuszczamy ich do tych pomieszczeń, gdzie jest nieposprzątane. Ale z Bogiem może być całkiem odwrotnie. Przed Nim mogę stanąć z moim bałaganem i niepokojem. Właśnie tam Go zaprowadzić, gdzie jest nieposprzątane. Pokazać mu wszystkie swoje rany, bo przychodzi do nas jako Lekarz. Mogę mówić Mu o sobie, zwierzać się – ale też dziękować za każde dobro, za wszystko, co piękne. W sumie najlepszy sposób na to, żeby się modlić, to po prostu zacząć się modlić. Bóg usłyszy. On jest blisko, „bliżej mnie niż ja sam siebie” (jak napisał św. Augustyn) – a za pośrednictwem Jezusa zszedł do poziomu człowieka, nic co ludzkie nie jest Mu obce. Dobrze jest modlić się swoimi słowami, tak, jak dyktuje serce, ale Jezus zostawił nam też modlitwę „Ojcze nasz”. Możemy dać się poprowadzić prostocie tych słów. Ich sens jest mniej więcej taki: „Ojcze, proszę, żebyś Ty był zawsze dla mnie najważniejszy; niech wszystkie sprawy dzieją się po Twojemu, bo Twoje zamiary są zawsze dobre; daj mi to, co naprawdę potrzebne do życia; wybacz mi moje winy, a ja wyrzucam

z serca pretensję i urazy do innych ludzi; broń mnie przed wszystkim, co mnie od Ciebie oddziela i przed tym, kto mnie chce z Tobą rozłączyć”. Modlitwą „Ojcze nasz”, podpowiedzianą nam przez samo wieczne Słowo Ojca, możemy kończyć własne spontaniczne zwierzenia... Przy tym ważną lekcję dla tych spontanicznych rozmów z Bogiem zawierają słowa padające na początku Modlitwy Pańskiej. One zasługują na szczególną uwagę i dlatego jeszcze raz je sparafrazuję: „Święć się imię Twoje” – czyli „niech Twoje imię będzie zawsze dla nas święte, bo jesteś wspaniały; niech Twoja Osoba będzie zawsze w najwyższym poszanowaniu; bądź przez nas uwielbiany, chcę tego, bo Ty jesteś tego godzien. Niech moje serce się Tobą zachwyca, niech wszyscy zawsze zachwycają się Tobą, najlepszy Ojcze”. Słowo „święty” wyraża absolutną, fascynującą i przyprawiającą o dreszcz oryginalność, wspaniałość nie z tej ziemi. Dobrze jest mówić Bogu komplementy, chociaż On ich nie potrzebuje – to my potrzebujemy uświadamiania sobie Jego duchowego piękna, Jego dobroci (od której każda dobroć bierze nazwę) i wychodzenia przez to z naszych ciasnych horyzontów. Uwielbianie Boga uwalnia serce.

s. 47


Wrócę jeszcze do innej ważnej myśli, którą już wypowiadałem: Ojciec wie wszystko (Mt 6, 8) i nawet słowa „Boże, nie umiem się modlić” – już są modlitwą. Nie trzeba mówić wiele. Dobrze też posłuchać Boga „mówiącego ciszą”, chwilę pomilczeć. Przeczytać jakąś opowieść z Ewangelii. Wyobrazić sobie opisywane wydarzenie, a może nawet utożsamić się z którąś postacią. Zastanowić się, co mnie w czytanym tekście porusza, co mnie pociąga, z czym mam kłopot. To jest temat do rozmowy. Można powiedzieć „Panie, tego nie rozumiem, ale pobłogosław mi, żebym żył Twoim Słowem, żeby spełniło się to, do czego mnie wzywasz”. Biblia mówi, że Bóg jest żywy i prawdziwy. Chodzi o to, żebym ja także był żywy i prawdziwy, żebym przed Bogiem był autentyczny, był sobą. Psalmy mnie nauczyły, że z Bogiem trzeba szczerze, a nie grzecznie. „Podmiot liryczny” w Psalmach czasem jest przerażony, wściekły, krzyczy, kłóci się z Bogiem. Kiedyś jedna uczennica w liceum zwierzyła mi się: „Ja nie wiem, czy to jest dobrze, ale czasami się z Bogiem kłócę. I potem często coś nowego sobie uświadamiam, coś odkrywam”. Dobrze jest się czasem pokłócić z Bogiem. Zakochani się kłócą. Człowiek pobożny ma prawo się z Bogiem spierać... On chce, żebyśmy Go traktowali na serio! On też naprawdę odpowiada na modlitwy - czasami od razu, a czasami trochę później. Może się we mnie zrodzić myśl przysłana przez Niego, może mi wpaść w oko odpowiedni do mojej sytuacji werset biblijny, mogę spotkać człowieka, który powie lub zrobi coś takiego, co mnie oświeci. Odpowiedź może nadejść zaszyfrowana w jakimś zbiegu okoliczności, w przebiegu wydarzeń. Warto sięgać do świadectw innych ludzi, aby dowiedzieć się, jak Bóg działał w ich życiu. Ale trzeba pamiętać, że On ma dla mnie moją osobistą ścieżkę. Moja droga może być inna niż tego drugiego człowieka, ale z pewnością Pan chce mnie prowadzić. Powrócę też jeszcze raz do kolejnego ważnego wątku: postać Jezusa jest w tym naszym zwracaniu się do

s. 48


Boga naprawdę fundamentalna. Jezus się ze mną zjednoczył – jest jednej krwi z nami. Nawet w moim grzechu i buncie, On mnie dźwiga. Grzech jest dla Niego absolutnie nieznośny, ale Jego miłość do mnie jest silniejsza niż odraza do zła – przyjmuje na siebie całe to paskudztwo, jakie wydziela moja skrzywiona wola. Książę nieba przytula trędowatego... A więc nawet w grzechu nie mam daleko do Boga. Zawsze mogę się wyrwać z mego wewnętrznego bagna na wolność. Jezus jest po mojej stronie i zawsze na mnie czeka. W cierpieniu, poniżeniu czy niesprawiedliwości – Jezus jest ze mną, wręcz do mnie „przyklejony”. Razem ze mną woła: „Gdzie jest Bóg?!”. Przypomnijmy sobie, że na krzyżu Jezus zjednoczył się z nami w doświadczeniu ciemności i wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (por. Mk 15,34). Psalmista mówi: „Jesteś przy mnie gdy się położę w otchłani śmierci” (por. Ps 139,8) – Jezus kładzie się ze mną we wszystkich moich otchłaniach. Zmartwychwstały Jezus jest moim towarzyszem we wszystkich okolicznościach. Nieraz w naszym życiu, trzeba ”przejść przez ciemną dolinę” (por. Ps 23,4), ale mogę mieć świadomość, że On, który już raz tę ciemność przeszedł, prowadzi mnie przez nią do wiecznego i szczęśliwego życia. A zatem podsumujmy: Bóg jest blisko jako Dawca mojego życia,

oraz jest blisko jako Wybawca, jako Ratownik tego mojego życia, które uległo skażeniu, zatruciu złem. Bóg jest blisko za pośrednictwem swojego Słowa-Syna, przez którego nas stwarza i ratuje. Syn-Słowo Boga zjednoczył się z nami, wręcz spokrewnił. Mamy takiego „Bliźniaka”, który jest Panem Wszechświata i może też stać się Panem naszego serca, jeśli mu otworzymy drzwi (bo Bóg-Miłość nie narzuca się przemocą). Nic nie jest w stanie nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Jezusie Chrystusie (por. Rz 8, 35-39). Diabeł kłamie, podpowiadając nam po grzechu myśl, że nie możemy zwracać się do Boga, że nie zdołamy do Niego wrócić. Już wtedy, gdy po prostu zawołam: „Jezu!”, wkraczam na drogę powrotu. Nawet w beznadziejnych sytuacjach mogę wariacko ufać Jezusowi. Mogę ufać Mu bardziej, niż samemu sobie. To jest niesamowite szczęście! Jak trwać w relacji z Bogiem na w codzienności, gdy jesteśmy umęczeni, poirytowani, albo dopada nas zwątpienie? M. K.: Kiedy przeżywamy wielkie trudności, trzeba bardzo szczerze wypowiadać to przed Bogiem. W Piśmie świętym Anna, matka proroka Samuela, w chwili gdy bardzo cierpiała, poszła do sanktuarium i „wylała swoją duszę przed Panem (1 Sm 1,15). Możemy wołać do Boga, wyrzucać z siebie ból, zmęczenie, zagubienie,

złość. Możemy to robić sami, a także wspólnie z innymi ludźmi, ze wspierającymi nas przyjaciółmi. Może nie od razu usłyszymy Bożą odpowiedź, ale zawsze powinniśmy wołać, być w wierze skomunikowani z Bogiem, jak Hiob. Zawsze trzeba pamiętać o Jezusie. On nawet jeśli nie wyjaśnia cierpienia, to zawsze rozjaśnia trudne sytuacje. Chrystus idąc na krzyż, wszedł razem z nami w każdy nasz ból i osamotnienie. W pewnym wierszu Bolesława Leśmiana są takie słowa skierowane do Boga: „Mów, co czynisz w tej godzinie / Kiedy dusza moja ginie? / Czy łzę ronisz potajemną, / Czy też giniesz razem ze mną?” I właśnie Jezus jest zjednoczony ze mną w moich ciemnościach, nawet gdy tego nie czuję, „ginie razem ze mną”, ale też pozwoli mi razem z Nim zmartwychwstać. Mogę zaryzykować taką wariacką wiarę, że w moich zagubieniach Pan Jezus trapi się razem ze mną. List do Hebrajczyków mówi o Jezusie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15), Bóg nie zostawia nas samych w czymś, czego by sam nie doświadczył. 

s. 49


EDUKACJA

Szkoły podstawowe wiedzą już nad czym

należy popracować Szóstoklasiści doczekali się wyników sprawdzianu. Jedni zadowoleni bardziej inni mniej. Zastanawiam się, czy nauczyciele również czekali zniecierpliwieni, żeby ocenić efekty swojej pracy. Jeśli tak, to dobrze o nich świadczy, pod warunkiem że wyciągną z tego wnioski.

Kamil Duc Stresować mają się czym już tylko absolwenci techników i szkół zawodowych. To oni zmierzą się jeszcze z egzaminem sprawdzającym zdobyte w ciągu ostatnich kilku lat umiejętności. Może jednak gorsze jest napięcie towarzyszące oczekiwaniu na wyniki testów, które w wielu przypadkach będą decydować o dalszej ścieżce edukacji? Dopiero za kilka tygodni dowiemy się, jak wypadli maturzyści. Wielu z nich twierdzi, że zadani, które przed nimi postawiono, były trudne, dlatego trudno cokolwiek przewidywać. Nie wiemy też jeszcze nic o gimnazjalistach. Ale to już kwestia dni. Pewnie niektórzy z nich nadal wahają się, jaką szkołę wybrać. Wyjaśniła się natomiast inna kwestia. Znamy wyniki osiągnięte przez szóstoklasistów. Nie mają one aż takiej mocy jak wymienione wcześniej, choć prywatne gimnazja tworzą listy rankingowe. Niemniej dla przeciętnych absolwentów szkoły podstawowej wyniki sprawdzianu są wyraźną informacją o zdobytych dotychczas umiejętnościach. Egzamin po szóstej klasie sprawdza, w jakim stopniu uczniowie opanowali pięć podstawowych umiejętności, wśród których znajdują się czytanie, pianie, rozumowanie, korzystanie z informacji oraz wykorzystywanie wiedzy w praktyce. Wyniki nie wyodrębniają konkretnych przedmiotów. To znaczy, że nie ma informacji, ile punktów uzy-

s. 50

“Egzamin po szóstej

klasie sprawdza, w jakim stopniu uczniowie opanowali pięć podstawowych umiejętności, wśród których znajdują się czytanie, pianie, rozumowanie, korzystanie z informacji oraz wykorzystywanie wiedzy w praktyce. skał ktoś za zadania z matematyki czy języka polskiego. Na podstawie szczegółowego raportu Centralnej Komisji Egzaminacyjnej można jednak określić, które przedmioty nie sprawiły uczniowi problemu. W opisie znajdziemy informacje przyporządkowujące zadania do sprawdzanych przez nie umiejętności. Najwyższy wynik za egzamin wynosi czterdzieści punktów. W tym roku szóstoklasiści osiągnęli średnio prawie 26 punktów. Połowa piszących zdobyła 27 punktów i więcej. Około 1% uczniów otrzymało najwyższy wynik, podobnie jak 39 punktów. Pojawiły się również wyniki na poziomie 0 i 1. Szóstoklasiści najlepiej poradzili sobie z zadaniami sprawdzającymi czytanie. Były to pytania testowe jednokrotnego wyboru dotyczące tekstu popularnonaukowego Juliusza J. Herlingera „Zaklęty dźwięk” oraz

wiersza „Muzyka” Jerzego Kamila Weintrauba. Piszący otrzymywali średnio blisko 8 punktów na 10 możliwych. Najwięcej problemów sprawiło pisanie. Ta umiejętność była sprawdzana przez dwa polecenia. Jedno z nich dotyczyło zredagowania ogłoszenia o zbiórce książek i zabawek, natomiast drugie stworzenia opowiadania na temat „Co dwie głowy to nie jedna”. Średnia zdobytych punktów w tym obszarze wyniosła jedynie niecałe 6 punktów na 10. Nie najlepiej wypadli też uczniowie w rozumowaniu. Osiągali przeciętnie 4,5 punktu na 8 możliwych. To świadczy o pewnych zaniedbaniach w kwestii wspierania logicznego myślenia. Największa odpowiedzialność spoczywa tu na nauczycielach matematyki, bo to właśnie zadania z ich przedmiotu sprawdzają tę niezwykle ważną umiejętność. Trochę lepiej wypadli szóstoklasiści, jeśli chodzi o korzystanie z informacji. Wykonali średnio 75% poleceń dotyczących tego zagadnienia. Mieli między innymi odpowiedzieć na pytania na podstawie tabeli z danymi o cenach biletów na kolejkę górską. Wykorzystywanie wiedzy w praktyce także w większości sprawdzane było w oparciu o polecenia związane z obliczeniami matematycznymi. Przeciętny wynik wyniósł 5 na 8 możliwych punktów, co wskazuje na większe niż w innych obszarach braki.


Po przeanalizowaniu publikacji CKE, nasuwa się prosty wniosek. Dzieci mają problem z pisaniem i rozumowaniem. Lepiej mogłyby też radzić sobie z zastosowaniem wiedzy w praktyce. Jeśli chodzi o pisanie, to nie od dziś wiadomo, że sprawia ono sporo trudności młodzieży. Myślę tu zarówno o logicznym formułowaniu zdań, jak i o dbałości o język polski z zachowaniem zasad ortograficznych i interpunkcyjnych. Należy na to z pewnością zwrócić uwagę, bo umiejętność taka jak ta jest podstawą w komunikacji. Pytanie brzmi, czy potrafimy przekonać o tym uczniów. Równie niepokojące są braki w zdolności rozumowania. Epoka testów i jak najprostszych komunikatów wychowuje kolejne pokolenia, które nie znają zasadniczych praw logiki. Nauczyciele matematyki i informatyki powinni szukać rozwiązania tego problemu bez względu na bezsensowne zmiany w podstawach programowych. Na szczęście dzieci pokazały, że czytają ze zrozumieniem. Trzeba to wykorzystać. Według zestawienia przygotowanego przez Centralną Komisję Egzaminacyjną uczniowie ze wsi wypadli nieco gorzej niż mieszkańcy miast, spośród których najlepiej poszło dzieciom z miast powyżej 100 tysięcy mieszkańców. Na tej podstawie można wyciągnąć wniosek, że szkoły wiejskie potrzebują większego wsparcia. Nie chodzi o to, że uczniowie z małych miejscowości są mniej zdolni czy mądrzy. Dziecko w wielkich ośrodkach może korzystać z dużo szerszej oferty zajęć pozalekcyjnych. Ma łatwiejszy dostęp do obiektów kulturalnych i sportowych. Funkcjonuje też nieco inaczej na co dzień. Choć oczywiście nie należy uogólniać. Zarówno w szkołach na wsi, jak i w miastach są dzieci bardziej i mniej zdolne do przyswajania wiedzy. Podchodzić należy do nich indywidualnie, a nie pakować do worków oznaczonych miejscem zamieszkania. Egzaminy zewnętrzne są bardzo dobrym kryterium oceny pracy szkoły. Wszyscy rozwiązują te same zadania. Możemy porównywać wyniki. Znając liczbę punktów za poszczególne części testu, jesteśmy w stanie sprawdzić, jak wypadli uczniowie danego nauczyciela i ocenić jego pracę. Powtarzające się

przez parę lat z rzędu słabe lub wysokie wyniki dają nam już pewien obraz. Problem w tym, że nie zawsze wyciągane są wnioski. Teraz gdy wymagania egzaminacyjne pokrywają się z podstawą programową można też zobaczyć, czy faktycznie została ona zrealizowana. Sprawdzian po szóstej klasie nie powinien być nadrzędnym celem pracy w szkole podstawowej. Jest to niezwykle ważny etap w edukacji. Dzieci dopiero przystosowują się do nowych obowiązków. Próbują odnaleźć się w nowym środowisku. Zaczynają poznawać mechanizmy rządzące życiem społecznym. O wiele więcej powinny wynieść jako absolwenci niż umiejętność rozwiązania zadań na egzaminie. Jednak trzeba zauważyć, że sprawdzana jest u nich nie tyle encyklopedyczna wiedza, co podstawowe zdolności, bez których niemożliwe wydaje się normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Dlatego w nauczaniu nie należy skupiać się na przygotowaniu dzieci do konkretnego rodzaju testów, bo autentyczna, sumienna, systematyczna i pełna zaangażowania praca powinna zapewnić im sukces. Wyniki sprawdzianu są też bardzo ważną informacją dla kolejnej szkoły czyli gimnazjum. Nauczyciele, którzy przejmują uczniów, powinni szczegółowo zapoznać się z ich osiągnięciami. Wtedy lepiej można przygotować swój program pracy z daną klasą. Wiemy na

co zwrócić szczególną uwagę, co sprawiło dzieciom najwięcej problemów, a co wypadło świetnie. Naprawdę sporo wiadomości znajduje się na zaświadczeniu o wynikach ze sprawdzianu szóstoklasisty. Żeby jednak dobrze je wykorzystać, trzeba patrzeć na ścieżkę edukacji całościowo. Jeśli nauczyciel widzi tylko i wyłącznie swój przedmiot i uważa go za najważniejszy, to nigdy nie osiągnie sukcesu pedagogicznego, bo uwagę będzie zwracał tylko na wiedzę swoich uczniów, za którą niekoniecznie pójdzie zrozumienie. Gdy rozpoczyna się pracę z nową grupą, to nie należy czekać roku zanim się ją pozna. Ich mocne i słabe strony można w przybliżeniu ocenić na podstawie chociażby świadectw czy właśnie wyników z egzaminu. Sprawdzian szóstoklasisty oceniono. Szkoły mogą już analizować punkty i tabelki. Mimo że te wyniki nie mają aż tak wielkiego znaczenia z punktu widzenia ucznia i jego ścieżki edukacji, to powinny szalenie interesować nauczycieli i dyrektorów. Czasem mam wrażenie, że niektóre szkoły nie potrafią albo raczej nie chcą korzystać z tego użytecznego narzędzia, jakim są egzaminy zewnętrzne. Może boją się zmian, które należałoby zaprowadzić po szczegółowej analizie wyników swoich uczniów? Jeśli tak, to naprawdę dzieje się coś niedobrego. 

s. 51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Kościół bez propagandy Media ciągle czekają na zmiany w Kościele. Na żadne się nie zanosi, ale o czymś mówić trzeba. W każdym razie rozmowa papieża z dziennikarzami w samolocie stworzyła kilka chwytliwych tematów. Natomiast w Polce przegięli lekarze, bo postanowili być katolikami. Choć i tak są w lepszej sytuacji niż chrześcijanki z Sudanu. Kamil Duc Ostatnim razem pisałem o Sudance skazanej na śmierć za wyrzeczenie się islamu. Przebywając w więzieniu urodziła córeczkę. Dlatego kara została odroczona, by kobieta mogła karmić dziecko. Prawdopodobnie zostanie uniewinniona, po tym jak cały świat wyraził stanowczy sprzeciw. Inną Sudankę również będącą chrześcijanką zamknięto i oskarżono o apostazję, gdy chciała odnowić swój dowód osobisty. Powodem było muzułmańskie nazwisko. Jej rodzice zmienili wyznanie przed narodzinami córki, w co nie chcieli uwierzyć urzędnicy. Jeśli ktoś nie widzi zagrożenia ekspansji islamu, to musi być naprawdę krótkowzroczny. Ale może lepszy islam niż faszystowskie chrześcijaństwo. Kazimiera Szczuka i jej przyjaciółki będą miały ręce pełne roboty. Muzułmankom przydałoby się wsparcie. Nie mówiąc już o chrześcijankach, które zostaną pozbawione prawa do wyznawania wiary. No dobra, zapędziłem się. Tam feminizm już nie działa. Z zamiłowania do statystyki pozwolę sobie przytoczyć kilka informacji z kościelnego rocznika statystycznego z danymi za rok 2012. Katolicy stanowią 17,5% populacji całego świata. Ich liczba wzrosła o 10% w stosunku do roku 2005. Najmniej katolików przybyło w Europie

s. 52

“ Papież Franciszek

reprezentuje dokładnie taki Kościół, jaki znam. Udowadnia to na każdym kroku. Konferencja prasowa w samolocie jest pełna prostoty i oddaje prawdziwego ducha chrześcijaństwa. Świadczy o tym chociażby odpowiedź Ojca Świętego na inne z pytań, tym razem od dziennikarzy argentyńskich. (2%). Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że największy z kolei wzrost zanotowano w Afryce (29%). Spada liczba seminarzystów, księży i sióstr zakonnych w Europie w przeciwieństwie do Afryki i Azji. Dane nie dziwią, bo dokładnie odzwierciedlają to, co obserwujemy. Nasz kontynent obraża się na chrześcijaństwo. Księża bez względu na to, co robią, ponoszą konsekwencje przestępstw stosunkowo małej grupy duchownych. Dlatego trudniej podjąć decyzję o takiej a nie innej drodze życiowej. Afryka i Azja czerpią z tego, że tamtejszy

Kościół rozwija się w prawdziwym duchu Ewangelii bez wytykania mu historii na każdym kroku. Po raz kolejny przekonuję się, że trzeba korzystać z bezpośrednich źródeł, by otrzymać wiarygodną informację. Ostatnio na portalu facebook wyświetlały się w aktualnościach niby szokujące posty polskich tygodników. Każdy trąbił, że papież Franciszek rozważa rezygnację i emeryturę podobnie jak Benedykt XVI. Oprócz tego wszyscy zgodnie twierdzili, że należy się spodziewać zniesienia celibatu. Jednak po przeczytaniu zapisu rozmów papieża z dziennikarzami na pokładzie samolotu w czasie podróży powrotnej z Izraela stwierdzam, że znów poniosła kogoś wyobraźnia. Pytano Ojca Świętego o to, czy w razie utraty sił w przyszłości zrezygnowałby ze swego urzędu. Odpowiedź była twierdząca. Franciszek przypomniał, że jak najbardziej uważa decyzję Benedykta XVI za odpowiedzialną i jeśli w modlitwie odczyta podobne wezwanie od Pana, to nie zawaha się zrobić tego samego. Samemu można ocenić, czy te słowa są zapowiedzią rychłego zakończenia pontyfikatu. Jeśli zaś chodzi o celibat, to zapytany przez niemieckich dziennikarzy o możliwość pójścia w ślady prawosławnych duchownych, którzy zawierają małżeństwa, papież odpow-


T E M A T

iedział, że to sprawa drugorzędna i nie rozmawiał o tym z patriarchą Bartłomiejem, choć oczywiście celibat nie jest żadnym dogmatem. Zaznaczył natomiast, że traktuje ten zwyczaj jako skarb w Kościele. Nie wiem, czy w najbliższym czasie należy spodziewać się zmian. Papież Franciszek reprezentuje dokładnie taki Kościół, jaki znam. Udowadnia to na każdym kroku. Konferencja prasowa w samolocie jest pełna prostoty i oddaje prawdziwego ducha chrześcijaństwa. Świadczy o tym chociażby odpowiedź Ojca Świętego na inne z pytań, tym razem od dziennikarzy argentyńskich. Odnieśli się oni do zaproszenia wystosowanego w czasie pielgrzymki do Ziemi Świętej. Papież zaproponował spotkanie w Watykanie prezydentowi Autonomii Palestyńskiej Mahmudowi Abbasie oraz prezydentowi Izraela Szimonowi Peresowi. Zgoda z ich strony już poruszyła świat ze względu na konflikt izraelsko-palestyński. Dlatego sprawa budzi wielkie emocje. Papież Franciszek podkreślił wyraźnie, że wizyta w Watykanie ma mieć charakter modlitewny a nie mediacyjny. Pięknie zwraca tym samym uwagę na fakt, że jest coś więcej niż polityka. Nie ma co się spodziewać zażegnania wszystkich sporów, ale wspólne czuwanie z pewnością nie zaszkodzi przy narastającym murze między przywódcami. Chrześci-

N U M E R U

jaństwo uczy dialogu i budowania wspólnoty. To jedność jest podstawą Kościoła i tego chce papież nauczyć innych. Chciałbym jeszcze wspomnieć o innym pytaniu do Ojca Świętego, które dotyczyło zbliżającego się synodu. Świat oczekuje decyzji w sprawie Komunii dla rozwodników. Spotkanie biskupów traktuje się jak posiedzenie sejmu w sprawie uchwalenia ustawy. Wygląda to jednak nieco inaczej. Chodzi przecież o to, by przyjrzeć się problemom, z jakimi mierzą się dzisiaj rodziny. Celem synodu jest określenie, jakie działania duszpasterskie mogą pomóc w tej sytuacji. Kwestia unieważniania małżeństwa i komunii dla rozwiedzionych to tylko część naprawdę wielu zagadnień, które będą poruszane. Papież zdaje sobie sprawę, jak wygląda rzeczywistość. Pewnych rzeczy nie da się uogólniać, bo każdy człowiek ze swoją historią i własnym doświadczeniem jest inny. Dodam tylko, że nie każda rozwiedziona kobieta miała męża alkoholika, który ją bił i dlatego go zostawiła. Nikomu nie odmawiam prawa do przyjmowania sakramentów, ale czasem sami decydujemy się na życie w niezgodzie z własnym sumieniem, a od Kościoła oczekujemy zmiany nastawienia do takiego a nie innego postępowania. Osiemnasty raz młodzież z całej Polski spotkała się na Polach Lednic-

kich. Pełni radości ludzie jak zwykle śpiewali, tańczyli i wspólnie się modlili. Takie inicjatywy naprawdę łączą. Przebywając wśród tysięcy rozpromienionych osób, chce się żyć i wielbić Boga za całe dzieło stworzenia. Takich wydarzeń mamy wiele. Każde na swój sposób się wyróżnia. Jednak ludzi uczestniczących w tego typu inicjatywach łączy wiara, która jest źródłem radości. Ofertę wakacyjną przygotowało już na przykład Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. W tym roku zaprasza ono między innymi na Rajd dla Życia, obóz survivalowy, spływy kajakowe oraz Miasteczko Modlitewne. Każda z akcji z pewnością będzie niezapomniana. Ruchy związane z Kościołem oferują wypoczynek połączony z formacją duchową. Nie chodzi o to, aby po powrocie do domu udawać świętego, ale żeby zastanowić się przez te kilka dni, co nazywam wiarą. Brakuje nam takich medytacji na co dzień, więc może warto wykorzystać wakacyjny czas. Pozwolę sobie na koniec napisać kilka zdań na temat deklaracji wiary, o której zrobiło się ostatnio bardzo głośno. Wzbudza wiele kontrowersji, bo dotyczy problemów seksualności. Na problem składa się wiele różnych kwestii, o których można długo rozmawiać. Generalnie media zrobiły jak zwykle niepotrzebny szum. Odniosę się tylko do kilku

s. 53


rzeczy. Jestem zwolennikiem wolności. Dlatego wolałbym aby lekarz katolik czy niekatolik przepisywał tabletki antykoncepcyjne, bo gdy tego nie robi, po prostu odsyła kobietę do innego specjalisty, więc niepotrzebnie komplikuje jej życie, a ona zdania i tak nie zmieni. Zakładam oczywiście sytuację, że kobieta wie wszystko o działaniu środków antykoncepcyjnych. Lekarz w tym momencie powinien dodatkowo uświadomić ją o możliwych niepożądanych skutkach i uszanować jej decyzję. To ona w swej wolności powinna zdecydować, czy ostatecznie z recepty skorzysta. Mimo wszystko nie podoba mi się myślenie, że za odmowę przepisania lekarstw należy karać doktora. Nie naraża on w tym momencie pacjentki na utratę zdrowia. Chyba wpisuje się w to większość przypadków. Kolejna sprawa to sztuczne zapłodnienie. Brak potomstwa nie zagraża życiu. Niekiedy pogarsza stan psychiczny, ale tu działać powinien psycholog. Dlatego nie widzę w odmowie wykonywania zabiegów in vitro niczego, co przeczyłoby misji lekarskiej. Nie mówię już nawet o zdrowych ciążach i sprzeciwianiu się aborcji. Chciałbym też zaznaczyć, że w deklaracji czytamy: „Stwierdzam, że (…) ma on [lekarz katolik] prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.” Naprawdę nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy boją się, że taki pan doktor odmówi im pomocy w sytuacji zagrożenia życia. Myślę, że jest to w niezgodzie z sumieniem każdego normalnego człowieka. A to, że lekarz katolik uznaje życie ludzkie za dar i przyjmuje fakt, że decyzja o narodzinach i śmierci należy do Boga, wcale nie znaczy, że będzie on stał i patrzył na rannego człowieka aż uzdrowi go ręka boska. Taki doktor wie, że jest jakby narzędziem w rękach kogoś większego i na pewno będzie wykonywał swoją pracę najlepiej jak potrafi. I naprawdę nie trzeba szukać drugiego dna, żeby dojść do takich wniosków. 

s. 54


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

s. 55


KAZANIA PONADCZASOWE

Jak głęboko

zapada zbliżenie

seksualne?

Człowiek w sposób zasadniczy różni się od zwierząt. Potrzebujemy w swoim życiu jakiejś głębi, poezji, potrzebujemy piękna. Ważne jest również to, że każdy z nas potrzebuje czasu na przeżywanie.

ks. Mirosław Maliński Dotykamy ziemi bardzo niewielką częścią ciała. To jest tak naprawdę tylko kilka centymetrów kwadratowych, my cały czas ziemię jakby odpychamy, wystrzelamy ku górze. Jak byłem mały to myślałem, że ziemia dlatego się kręci, bo ludzie ją odpychają. Potem zauważyłem, że ludzie chodzą w różne strony więc przestało mi się to układać. Ale prawda jest taka, że my odpychamy tą ziemię, strzelamy ku górze. Jak wychodzimy na pole to widzimy przed sobą horyzont, tą wąską linię spotkania nieba z ziemią. To się dzieje w nas. W nas się spotyka to, co ziemskie i to co niebieskie. W nas jest niebywała głębia. Wiąże się z tym to, że wszystko co przeżywamy zapada w nas. A w szczególnie te wszystkie doświadczenia seksualne bardzo głęboko w nas zapadają, a szczególnie pierwsze doświadczenia seksualne. Stąd się bierze taka ogromna waga nocy poślubnej. Wiele cywilizacji uczyniło instytucję nocy poślubnej. Pierwsze zbliżenie bardzo zapada w nas. Jeśli przy pierwszym współżyciu towarzyszy jakiś lęk, obawa, że ktoś wejdzie i nas nakryje, że coś się stanie, czy choćby obawa o to, że zostanę porzucony, porzucona to wszystko zostaje w nas. Jeśli przy pierwszym współżyciu pojawia się alkohol,

s. 56

to bardzo często u mężczyzn pozostaje pragnienie alkoholu, to wraca do nich. Ten człowiek się zmieni, zupełnie kimś innym, jest nawet abstynentem. A mimo to, przy współżyciu bywa, że pojawia się pragnienie alkoholu, a jego żona nie ma ochoty współżyć z gorzelnią. Gdy pojawia się przemoc kilkakrotnie przy pierwszych zbliżeniach, to bywa, że u kobiet pozostaje pragnienie przemocy. One same się tego wstydzą, krępują się, nie chcą się do tego przyznać. Czasami to zapada gdzieś w podświadomość. Ale pozos-

taje dyskomfort przy współżyciu. No oczywiście można iść do terapeuty, przejść terapię. Ale terapia jest bolesna i nie jest w pełni skuteczna. Więc po co? Może jednak warto w sposób bardzo delikatny subtelny zadbać o to pierwsze współżycie. Żeby ono było piękne, wolne i prowadziło nas w przyszłość. Żeby było otwarte na konsekwencje, na dzieci. I właśnie dlatego pierwsze współżycie jest tak niesłychanie ważne. 


s. 57


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Luzak

czy lanser? Jak żyć pełnią życia i radzić sobie z problemami? Biblia przedstawia nam dwóch mężczyzn, którzy zostali królami Izraela. Byli dla siebie przyjaciółmi a jednocześnie śmiertelnymi wrogami. Reprezentują dwie postawy, które do dziś powielane są w dziejach świata. Którą wybrać?

Krzysztof Reszka Saul był dorodnym, młodym mężczyzną. Ten postawny przystojniak wzrostem przewyższał o głowę cały lud Izraela (1 Sm 9,2). Nie był jednak zbyt zaangażowany w opiekę nad swym gospodarstwem. Kiedy ojciec wysłał go wraz z chłopcem do pomocy, by poszukiwał zagubionych oślic, ten nie znalazłszy ich, chciał wracać, by ojciec się o nich nie martwił. Gdy został królem, był jakby rozdwojony. Chciał służyć Bogu, ale jednocześnie swojej własnej próżności. Był rozdarty. Cierpiał z powodu bliżej nieokreślonych udręk duchowych i psychicznych, które ustępowały, gdy Dawid grał na cytrze. Niestety odczuwał zazdrość wobec Dawida, który zdobywał sobie coraz większą popularność wśród ludu dzięki sukcesom wojennym. Doszło do tego, że zaczął prześladować swojego dobroczyńcę, chcąc go zabić. Przeżył jednak szok, gdy Dawid, mając możliwość podstępnie się zemścić, oszczędził go, gdyż uznał, że nie może podnieść ręki na pomazańca Bożego. Ostatecznie jednak Saul zapragnął szukać oparcia w praktykach spirytystycznych u wróżki z Endor. To doprowadza go do samobójczej śmierci... Dawid był inny. Kiedy, jako młody chłopak, pasał owce swego ojca i niedźwiedź lub lew chciał porwać którąś z nich, ten ryzykował życie, by

s. 58

je ratować. Uśmiercał dzikie bestie. Był uznany za człowieka według Bożego serca. Może to być szokujące, zważywszy, że kiedyś popełnił grzech cudzołóstwa z mężatką i spłodził z nią dziecko. Ponadto tchórzliwie chciał ukryć swoją winę i wysłał męża tej kobiety na pewną śmierć. Więc w czym jest przykładem do naśladowania?! W tym, że gdy zgrzeszył, nie owijał w bawełnę, nie tłumaczył że "miał do tego prawo", albo że "to przez trudne dzieciństwo", lub też że "wszyscy tak robią". Szczerze żałował, uznał swój grzech i prosił Boga o przebaczenie. Nie przejmował się tym, że zepsuł sobie opinię, ale tym, że zdradził Prawdę. Inne teksty biblijne ukazują go, gdy odarty z królewskiego majestatu, w prostej, skromnej szacie tańczył z radości na cześć Pana Boga. Przypominam, że były to czasy, gdy przed wyniosłym tronem królewskim padano na twarz. W państwach ościennych uznawano królów za bogów, a gdy ktoś nie chciał oddać pokłonu, był karany śmiercią. A tymczasem, zupełnie bez obciachu "Dawid (...) tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod" (2 Sm 6,14). Można rzec, że był wielki bankiet, a ten słynny celebryta zamiast szpanować złotem, drogimi ciuchami i wylansować się na ważniaka – był

ubrany w zwykły bezrękawnik i... spontanicznie cieszył się obecnością Boga. Toteż jego żona, była niezadowolona – "Mikal, córka Saula, wyglądała przez okno i ujrzała króla Dawida, jak podskakiwał i tańczył przed Panem: wtedy wzgardziła nim w sercu" (por. 2 Sm 6,16). Po skończonych uroczystościach nastąpiła rozmowa, która wiele wyjaśnia: "Wrócił Dawid, aby wnieść błogosławieństwo do swego domu. Wyszła ku niemu Mikal, córka Saula, i powiedziała: O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny. Dawid odpowiedział Mikal: Przed Panem, który wybrał mnie zamiast ojca twego i całej twej rodziny i ustanowił mnie wodzem ludu Pańskiego, Izraela, przed Panem będę tańczył. I upokorzyłbym się jeszcze bardziej. Choćbym miał się poniżyć w twoich oczach, to u niewolnic, o których mówisz, sławę bym jeszcze zyskał" (2 Sm 6,20-22). Szczery i równy chłop był z niego. W każdym z nas są te dwie postawy, które reprezentują Dawid i Saul. Obaj byli królami i obaj popełniali grzechy. Boży luzak i światowy lanser. Pierwszy stał się praojcem Mesjasza, drugi popadł w obłęd i popełnił samobójstwo. Wnioski wyciągnijcie sami. 


s. 59


ROZMOWA KULTURALNA

Hadow

– muzyka nocy Sami nazywają swoją muzykę filmowo-refleksyjną, ja nazywam ją po prostu magiczną. Skrupulatnie zmiksowane, oniryczne bity czerpane z różnych gatunków elektroniki wspomagane mrocznymi wizualizacjami przenoszą człowieka gdzieś na granicę jawy i snu.

Jak za dotknięciem wahadełka hipnotyzera potrafią przenosić pomiędzy światami. Obok Hadow nie można przejść obojętnie. Posłuchajcie jak brzmi prawdziwy głos nocy. Sara

Nałęcz-Nieniewska Jeszcze niedawno znałam Was pod nazwą Wahadłowiec. Dziś przedstawiacie się jako Hadow. Co się zmieniło? Wernyhora: Minął ponad rok odkąd skończyliśmy prace nad naszym debiutanckim albumem. Przez ten czas uważnie przyglądaliśmy się temu co dzieje się na rynku muzycznym w Polsce. Obserwowaliśmy inne zespoły również z zagranicy. Odbiór muzyki niekoniecznie największy był w ich rodzimym kraju. U nas ambitnych, lubiących wyzwania wytwórni jest bardzo mało i z resztą one same są bardzo małe. Nie gramy muzyki tanecznej, bardziej refleksyjną, filmową w dodatku dość niszową. Nie brak w niej szybszych momentów i agresywnego przytupu ale mimo wszystko jest to muzyczna opowieść, którą, jak książkę trzeba poznać w całości, od początku do końca - co wymaga zaangażowania słuchacza. Jedynym słusznym miejscem dla nas jest Internet, a on jest międzynarodowy. Stąd też zmiana nazwy. Hadow to litery wzięte ze słowa Wahadłowiec – brzmi angielsko ale przecież korzenie ma polskie. Nazwa jest krótsza, dobrze brzmi, ma tą nutkę tajemnicy, którą zawsze lubimy, a i obcokrajowcom łatwiej ją

s. 60

“Początki naszej

zapamiętać. Jest to raczej ewolucja samego Wahadłowca, sami też dojrzeliśmy przez ten rok więc wszystko się zgadza.

doszła nasza fascynacja elektroniką, poznaliśmy ogrom jej możliwości oraz różnorodność jaką oferuje. Zaczęliśmy łączyć jedno z drugim, dogrywać inne instrumenty, samplować, wykręcać brzemienia i tak nas to jakoś pochłonęło. W między czasie przez zespół przewinęło się kilku muzyków, przez ponad rok działaliśmy z wokalistą, a finalnie stwierdziliśmy że najlepiej pracuje nam się we dwójkę. Powstawanie „Neosomni” to prawie 4 lata nauki, poszukiwania drogi, błądzenia po ślepych zaułkach, testowania różnych możliwości. W pierwotnym zamyśle miał to być koncept album z tekstami i wokalem, jednak w końcowej fazie uznaliśmy, że w naszych utworach jest zbyt duży bałagan i postawiliśmy na instrumentalne kompozycje zostawiając zaledwie "Noir" w pierwotnej wersji.

Kto wchodzi w skład waszego projektu muzycznego?

Czujecie "parcie na szkło"? Jakie są wasze plany na dalszą karierę?

Wernyhora: Hadow tworze ja czyli Wernyhora oraz Krasny. Jesteśmy wieloletnimi przyjaciółmi. Początki naszej twórczości to wspólne granie na gitarach i pomysł na luźny projekt akustyczny, który zaczął się z miesiąca na miesiąc rozwijać. Potem

Wernyhora: Chyba każdy artysta ma trochę parcia na szkło. Sławę rozumiem jako proste ludzkie pragnienie docenienia przez innych tego czego się dokonało. To jest trochę taka chęć otrzymania energii zwrotnej, którą sam wykorzystałeś na

twórczości to wspólne granie na gitarach i pomysł na luźny projekt akustyczny, który zaczął się z miesiąca na miesiąc rozwijać. Potem doszła nasza fascynacja elektroniką, poznaliśmy ogrom jej możliwości oraz różnorodność jaką oferuje.


stworzenie czegoś. Chcemy by nasza twórczość była oceniana, poddawana pod krytykę, była podawana dalej, a do tego potrzebna jest kropla popularności, wsparcie mediów. Wszystko jest dobre w rozsądnych dawkach. Dalsze plany? Ostatnio poświęciliśmy sporo czasu na przygotowanie live actu i zagraliśmy kilka koncertów. Chcielibyśmy dopracować to co gramy na żywo angażujących innych muzyków ale jednocześnie mamy wielką ochotę stworzyć coś nowego, a na obie te rzeczy nie mamy czasu. Myślę, że na dłuższy czas zaszyjemy się w naszych domowych studiach i będziemy pracowali nad nowym materiałem, a efekty będziemy wrzucać na naszego soundcloud’a. Damy sobie trochę czasu na niczym nieskrępowane eksperymenty i po prostu zabawę z muzyką. Od dłuższego czasu myślimy o EPce z różnymi raperami w klimatach dub/trip-hop/ dubstep, ale mamy też dużo innych pomysłów, które chcielibyśmy zrealizować oraz dużo muzyków z którymi chcielibyśmy coś wspólnie podziałać. Mamy też kilka kawałków, które nie zmieściły się na Neosomnie, oraz sporo niedokończonych beatów. Na live acty przyjdzie jeszcze czas. Gdzie znalazłaby się Wasza muzyka gdybyś musiał uplasować ją w ramy? Wernyhora: Heh ramy… Z tym zawsze mieliśmy problem, nigdy nie wiedzieliśmy co wpisać w rubrykę "gatunek" (śmiech). Na dubstepowe imprezy nie pasujemy, dnb też nie, mamy elementy jazzu, ale byłoby coś nie tak gdyby napisać że go gramy, uwielbiamy dub, glitch, hip-hop, muzyke etniczną, eksperymentalną ale są to zarówno składniki, a jest jeszcze tyle gatunków, z którymi się nie zmierzyliśmy. Patrząc na naszą płytę najwięcej wyszłoby z tego trip-hopu ale łącząc to z niepublikowanymi kawałkami proporcje mocno by się zaburzyły. Nie jesteśmy ani djami ani tradycyjnym zespołem. Jesteśmy gdzieś pomiędzy, chyba gdzieś poza tym wszystkim. Uważamy że muzyka jest zbyt piękna by czerpać tylko z jednego dwóch czy nawet dziesięciu gatunków muzycznych.

Działamy trochę z boku patrząc na muzykę jako na całość, wyciągając z niej interesujące nas fragmenty i łącząc z naszą wizją. Nie patrzyłbym na nasza muzykę przez pryzmat "jakie elementy się tam znajdują" ale raczej co wywołuje. Jeżeli przesłuchasz jej na dobrym sprzęcie i zamkniesz oczy wywoła ona pewne obrazy i emocje. Dlatego nazywam naszą muzykę refleksyjno-filmową. Numer, w którym ukaże się nasza rozmowa będzie dotyczył szeroko pojętej kultury. Jak Twoim zdaniem muzyka elektroniczna wpisuję się w tzw. kulturę masową? Wernyhora: Dzisiaj prawie każdy

dołącza do swojej twórczości elementy elektroniki. Zarówno młodzi jak i starzy wyjadacze. Tomasz Stańko miał epizod z samplingiem, a Venetian Snares sampluje muzykę klasyczną. Wszystko uległo przemieszaniu. Muzyka światowa jest dzisiaj elektroniką. Wywarła ona na tyle silny wpływ na społeczeństwo, że nawet w ścieżce dźwiękowej do reklamy możemy usłyszeć fragmenty dubstepu, a najwięksi kompozytorzy współpracują z beatmakerami. Jazz można stworzyć bez dotykania jakiegokolwiek instrumentu, a "hity" radiowe w dużej mierze są dziełem producentów. Jaką widzisz alternatywę dla ludzi, którzy mają już dość pop-kulturowych

s. 61


Słowniczek: beat – z j. ang. rytm, w j. polskim możemy spotkać się z zapisem fonetycznym „bit”, to po prostu podkład muzyczny, część składowa utworu beatmaker – producent muzyczny odpowiedzialny za tworzenie beatów i lini melodycznej utworu samplować (sampling) – używanie fragment wcześniej stworzonego już nagrania (samplu) jako elementu nowego utworu przy pomocy samplera lub komputera, pierwszy raz technika ta pojawiła się w latach 40 XX w. u muzyków awangardowych, ale nawet The Beatles, Frank Zappa czy Pink Floyd używali tej techniki w swojej muzyce live-act – po prostu pokaz na żywo, koncert, natomiast w terminologii muzyki elektronicznej określenie to służy do odróżnienia DJ-ów od muzyków instrumentalnych dub – technika przetwarzania nagrań muzycznych eksponująca sekcję rytmiczną (bas, perkusja), używana głównie przy gatunku reggae, narodziła się w latach siedziemdziesiątych na Jamajce

gniotów? Wernyhora: My! (śmiech) Czy istnieje w Krakowie jakieś "podziemie" muzyczne? Ciągle słyszę o tajemniczych eventach, piwnicznych spotkaniach z Dj-ami. Wernyhora: Jest wielu interesujących artystów, ale czy jest to podziemie? Głównie to zajawkowicze uwielbiający tworzyć, a że Kraków nie jest specjalnie wielkim miastem wszyscy się tutaj znamy. Dlatego jest z kim robić muzę, trzeba mieć tylko na to czas. Jest wiele świetnych artystów, których zna zaledwie garstka osób ale nie są zorganizowani w żaden sposób, tak jak na przykład środowisko hip-hopowe. Wszystko opiera się na przyjacielskich relacjach. Stąd też trudno tutaj mówić o podziemiu. Jakie muzyczne odkrycie polecił byś czytelnikom? Jaką przyszłość wróżyłbyś twórcą szeroko pojętej muzyki elektronicznej? Wernyhora: Ostatnio jaram się australijskim producentem - Kalya Scintilla. Polecam też duet glitch-hopowy z Kapsztadu – Jam Jarr, świetny

s. 62

bujający dubstep z Belgi – Ganja White Nights i żeby nie było, że tylko zagranica robi się dobrą muzykę– Wuzet. „Własne Zdanie” to dla mnie najlepsza rapowa płyta ostatnich lat. Wreszcie polski grime! Nie chciałbym wróżyć przyszłości. Jeszcze 10 lat temu myślałem że nic nowego w muzyce już się nie stanie, a tu bum! (śmiech). Gdzie można posłuchać, gdzie można zobaczyć Hadow w pełnej krasie? Pod koniec maja graliśmy w krakowskiej Alchemii. Póki co dajemy sobie spokój z koncertami. Jeżeli gdzieś wystąpimy będą to raczej spontaniczne występy, o których dowiecie się z naszego facebooka (www.facebook.com/hadowmusic). Jeżeli zaś chodzi o naszą muzykę to zapraszamy na naszego soundclouda (soundcloud.com/hadowmusic) tam wisi cała nasza debiutancka płyta i tam też będą pojawiać się nowe utwory. 

dubstep – gatunek elektronicznej muzyki klubowej, powstał w latach 90 XX w. w Wielkiej Brytanii (dokładnie w północnym Londynie), ma swoje korzenie w garażowej muzyce, reggae i techno, charakteryzuje się ciężkim basem i przestrzenią między beatami trip-hop – gatunek muzyczny znany również pod nazwą Bristol Sound, powstał w latach 90 w Londynie, na jego brzmienie składa się dub i rap, gatunek ten prezentują zespoły Massive Attack i Portishead (z kobiecym wokalem) drum’n’bass (dnb) – gatunek muzyki klubowej, mając bardzo szybkie tempo, głęboki bas i wydłużoną linię perkusyjną glitch – z j. ang. krótkotrwałe zakłócenie, znany również pod nazwą Click and Cuts (klikać i ciąć), powstały w latach 90 pod wpływem rozwoju cyfrowej obróbki dźwięku, charakterystyczne dla niego jest używanie krótkich próbek dźwięku i elektronicznie wygenerowanych efektów lub zakłóceń fali dźwiękowej, minimalistyczny z mocno podkreślonym rytmem Tomasz Stańko – polski trębacz jazzowy, dyrektor festiwalu “Jazzowa Jesień w Bielsko-Białej”, kompozytor muzyki filmowej ( m. in. „Poniedziałek”, „Reich”), wielokrotnie nagrodzony Fryderykami Venetian Snares – Aaron Funk, kanadyjski twórca muzyki elektronicznej, od 1992 wydawał swoja muzykę na kasetach magnetofonowych, znany z przestawiania sygnatur czasowych w swojej muzyce tworząc połamane brzmienia


s. 63


KULTURA MASOWA

X-men:

przeszłość, która nadejdzie

– czyli jak odwrócić kota ogonem Futurystyczne, mroczne miasto nie budzi zaufania. Oznakowani, zniewoleni ludzie idą ulicą w jakimś określonym kierunku. Na myśl przychodzą mi od razu komory gazowe. Po chwili okaże się to słusznym skojarzeniem. Ciała ludzkie leżą w masowych grobach, rowach i kanałach. Widzimy postać, która cicho przemyka szukając czegoś wśród sterty trupów. Kamera ujawnia charakterystyczny znak X. To mutanci.

Sara

Nałęcz-Nieniewska Aluzje do systemów totalitarnych, segregacji rasowej czy okrutnych eksperymentów na mutantach nie pierwszy raz pojawiają się w sadze X-men. Magneto swój pociąg do władzy absolutnej, chęć zdominowania, a nawet unicestwienia ludzkości „zawdzięcza” hitlerowskim zbrodniom. Szkielet z adamantium Wolverina jest efektem eksperymentów. Mutanci pojawiają się zawsze tam gdzie tworzy się historia. Od początku tej sadze towarzyszyły ważne wydarzenia polityczne, a komiksy dawały odzwierciedlenie poglądów danego autora. W latach 60 był to np. ruch równouprawnienia murzynów. Grupa Profesora X to dobrzy mutanci, natomiast istoty skupiające się wokół Magneto to ci z totalitarnymi zapędami. Typowa amerykańska

s. 64

“Brain Singer

dokonuje tu rzeczy w zasadzie niemożliwej i całkiem nieźle mu się udaje. W wysublimowany sposób, a przede wszystkim w ładzie i składzie, resetuje wydarzenia poprzednich serii dając możliwość kreowania nowych. bajka. Jednak jeśli skupić by się całkowicie na tym jaką myśl niesie za sobą każda seria komiksów, autorstwa tak różnych osób można w łatwy sposób wpaść w nadinterpretację. X-men to

przede wszystkim saga o superbohaterach, którzy kiedy nie walczą z siłami zła pragnącymi zniszczyć mutanci ród, i oczywiście z Magneto, tym najbardziej szalonym z mutantów, prowadzą szkołę dla „utalentowanej” młodzieży. Tym razem na ekranie widzimy garstkę uciekinierów, uczniów Profesora X ukrywających się w chińskiej świątyni, walczących z Sentinelami, strażnikami-robotami skonstruowanymi tak aby rozpoznawać gen X, przejmować moc mutantów i dostosowywać się do nich w walce. Wydają się być nie do pokonania. W głowach widzów rodzi się pytanie, czy tak ma wyglądać koniec ery mutantów? Otóż nie moi drodzy, bo cała zabawa polega na tym żeby, odwrócić kota ogo-


KULTURA MASOWA

nem. A w X-men: Przeszłość, która nadejdzie zabawa jest podwójna. Odwracanie biegu wydarzeń odbywa się tutaj na dwóch płaszczyznach. Po X-men: Ostatni Bastion - filmie znienawidzonym przez wszystkich fanów, gdzie scenarzysta postanowił spartolić każdy dialog, odebrać charakter wszystkiemu co dzieje się na ekranie, a przede wszystkim uśmiercić najważniejszych bohaterów - należało historię odwrócić. Wytwórnia pieniądze zarabiać musi. Fabuła komiksu o tym samym tytule wydała się zapewne reżyserowi idealna do tego zabiegu. Przyczyna? Powrót do przeszłości. Tragiczne wydarzenia zmuszają mutantów do zmienienia biegu historii i użycia nietuzinkowego wehikułu czasu. W wersji komiksowej Kitty Pryde może przenosić swój umysł w przeszłość, w filmie to Wolverine, jako jedyny może przeżyć taką podróż dzięki swojej nadprzyrodzonej zdolności do regeneracji. Co dziwne na polecenie Charlesa Xaviera i Magneto. Ten pierwszy jeszcze ostatnio był martwy. Niech jednak ta dziwna reinkarnacja was nie przeraża, bo Profesor uśmiercany był w komiksach już wielokrotnie. Zamordowany i sklonowany, zainfekowany wirusem,

sparaliżowany, pozbawiony mocy, a jednak zawsze znajdowano sposób aby umieścić go z powrotem w fabule. Czemu nie zrobić tego samego w filmie? Kto doczekał się końcowych napisów w X-men: Ostatni Bastion miał okazję zobaczyć krótką scenę, w której Profesor (sir Patrick Stewart) przenosi swoją jaźń do umysłu pacjenta w śpiączce. Scenariusz jak z telenoweli, bo tajemniczy pacjent okazuję się być jego bratem bliźniakiem. Magneto (sir Ian McKellan) natomiast, z widocznie przykurczonym ego, pozbawiony swojej buńczucznej aury, w obliczu kryzysu przyłącza się do swoich dawnych wrogów. Zadaniem Wolverina jest odnalezienie ich odpowiedników z przeszłości. W roku 1973 Mystique, mutant o niesamowitych możliwościach przyjmowania każdej postaci, dowiaduje się o szalonym pomyśle stworzenia istot, które będą w stanie odnaleźć i zgładzić każdego mutanta. Bolivar Trask (Peter Dinklage albo jak kto woli Tyrion Lannister:)) odpowiedzialny za to przedsięwzięcia miał zginąć z jej rąk, a krew pojmanej Mystique przyczynić się do stworzenia ulepszonych Sentineli.. Xavier i Magneto z przeszłości muszą połączyć siły aby temu zapobiec, a

co za tym idzie uratować mutantów przed unicestwieniem. Od tego momentu akcja rozgrywa się w dwóch alternatywnych rzeczywistościach. W tym filmie jest wszystko: znajome twarze, ich przyjaźnie i dramaty, zabawne dialogi, efektowne mutancie moce, roboty, zły karzeł, hipisi, polityka, a nawet latający stadion. Czasami aż może się zakręcić w głowie. Trzeba przyznać, że reżyser kilkuset milionowy budżet wykorzystał jak tylko mógł. Jest to niezła gratka dla fanów filmowej sagi, ale ci co czytali komiksy też nie maja na co narzekać. Nareszcie możemy zobaczyć na ekranie X-menów walczących razem w słusznej sprawie. Powinno stać się to już dawno temu, bo w odróżnieniu od wielu komiksowych samotnych superbohaterów czy mścicieli zawsze pojawiali się w grupie, razem planując, współgrając i zapobiegając problemom. A jednak dopiero w tej części odpowiednio ukazano kooperację bohaterów. Wreszcie mozna zobaczyć Icemana “surfującego” na lodzie, czy Blink tworzącą portale, z których korzystaja inni X-Meni, żeby zaskoczyc wroga. Wprowadzona jest także postać Quicksilvera, który, choć pojawia sie na ekranie tylko na kilka scen, każda

s. 65


z nich kradnie, z nonszalancją bawiąc sie swoimi zdolnościami. Spektakularne moce mutantów są wreszcie prawdziwą ucztą dla oka. Fani ucieszą się również, że to film, w którym tyle samo uwagi poświęcono wszystkim bohaterom, nie tylko Wolverinowi, który z roku na rok fizycznie, staje się coraz większy. Hugh Jackman wziął sobie do serca wygląd i sprawność fizyczną granej przez siebie postaci. Trudno jednak w dwugodzinnym filmie ukazać rys psychologiczny wszystkich ważnych postaci, na czym niestety ucierpiał. Reżyser bazuje na znajomości komiksowej sagi lub poprzednich adaptacji widza. Dla laika niektóre kwestie i postaci mogą być niezrozumiałe. A jednak młode wersje Profesora Xaviera (James McAvoy), Magneto (Michael Fassbender) i Mystique (Jennifer Lawrence) dają popis znakomitego aktorstwa, udaje im się pokazać ludzką stronę i moralne dylematy tych fantastycznych postaci.

s. 66

Na szczególna uwagę zasługuje McAvoy, zagrał brawurowo i z sercem, absolutnie zatracony w swojej roli. To co nadaje tej adaptacji niebywały urok to skrzętnie wykreowane przez scenarzystów niuanse. Magneto w jakiś dziwny sposób powiązany jest z morderstwem Johna Fitzeralda Kennedy’ego. W filmie mowa o kuli, która mogła zmienić swój tor lotu. W autentycznym śledztwie w sprawie zamachu na prezydenta do dziś nie rozwiązana jest kwestia ilości oddanych wystrzałów, a ran w jego ciele. Okazuję się również, że Charles Xavier nie od zawsze był dobrym, „mutancim” ojcem, zachowuje się niczym poeta przeklęty, a nawet zdarzyło mu się mieć „narkotykowy epizod”. W Wietnamie żołnierzami są nie tylko ludzie, bezsensowna wojna trawi również szeregi mutantów. Stroje i zachowanie bohaterów są adekwatne do epoki w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Kilka ujęć kamery

wystylizowanych jest zupełnie jak wiadomości prosto z lat 70, zabieg moim zdaniem udany. Brain Singer dokonuje tu rzeczy w zasadzie niemożliwej i całkiem nieźle mu się udaje. W wysublimowany sposób ,a przede wszystkim w ładzie i składzie, resetuje wydarzenia poprzednich serii (choć fani komiksu na pewno znajdą jakieś fabularne wpadki) dając możliwość kreowania nowych. A jest o czym kręcić. Perypetie mutantów opisane są przecież na tysiącach stron. Po napisach końcowych “Przeszłość, która nadejdzie” dostajemy trwający może pół minuty przedsmak kolejnego filmu. Wśród antycznych budowli tłum skanduje imię “En Sabah Nur” składając pokłony dziwnej zakapturzonej postaci, której towarzyszą jeźdźcy... Ja już nie mogę się doczekać następnej części! P.S. JFK był mutantem! 


s. 67


RECENZJE

Tootsie – czyli jak zagrać

rolę w roli?

Michał Musiał

Drogi czytelniku, czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wiele poświęciłbyś dla pracy? Swój wizerunek, życie osobiste, miłość? A może przebrałbyś się za kobietę lub mężczyznę, byle tylko robić to, co tak naprawdę sprawia Ci radość? Oglądając „Tootsie” zobaczysz, jak wiele daje z siebie główny bohater, a z racji tego, że film przez cały czas utrzymywany jest w klimacie komedii, oglądając ulubiony serial lub operę mydlaną, już nigdy nie zaufasz kobiecie z wąsikiem i mocnym makijażem. Zdesperowany aktor to aktor zdolny do wszystkiego, a aktor zdesperowany i zakochany w swoim zawodzie zdolny jest zrobić jeszcze więcej. Producenci strzeżcie się, nie chcielibyście na takiego trafić.

Wyprodukowany w roku 1982 film Sydneya Pollacka (amerykański reżyser, aktor i producent filmowy), poruszający nie tylko temat bezrobocia w branży aktorskiej, jak mogłoby komuś wydawać się na pierwszy rzut oka, ale również kwestię znaczenia sztuki w społeczeństwie, otrzymał kilka ważnych nagród, a mianowicie jednego Oscara (otrzymała go Jessica Lange za najlepszą postać drugoplanową) i trzy Złote Globy. Głównym bohaterem jest Michael Dorsey – bezowocnie szukający pracy aktor. Nikt w Hollywood nie chce z nim współpracować ze względu na wybuchowy charakter i niestosowanie się do wymagań producentów. Michael, grając w spocie reklamowym, uważa, że pomidor nie może usiąść, ponieważ jest tylko warzywem i byłoby to nielogiczne. Jest on perfekcjonistą. Na nic zdają się prośby, a nawet groźby. W końcu zdesperowany Michael przebiera się za kobietę i wciela w Dorothy Michaels (twardą administratorkę szpitala), dzięki temu otrzymując rolę w operze mydlanej. Daje mu to wielką sławę (obecność Dorothy powoduje wzrost oglądalności

s. 68

“Czym jest opera

mydlana? Cóż, często mylona ona jest z telenowelą, lecz różni się od niej wieloma cechami. Może to być słuchowisko radiowe lub specyficzna forma serialu telewizyjnego. serialu o 3 punkty), ale jednocześnie bardzo komplikuje jego życie osobiste. Przecież nikt nie może się dowiedzieć, że nowa gwiazda telewizyjna jest tak naprawdę mężczyzną, ponieważ wywołałoby to skandal. Sytuacja szybko zwraca się przeciwko niemu, szczególnie gdy w grę zaczynają wchodzić emocje. Michael zakochuje się w młodej aktorce, Julie Nichols, niestety nie może okazywać jej swoich prawdziwych uczuć, cały czas grając kobietę; sam za to zaczyna mieć wielu adoratorów, co nieraz wprowadza go w zakłopotanie. Aktor całkowicie oddaje się pracy. Specjal-

nie wstaje kilka godzin wcześniej, aby się przygotować i umalować, stara się jak najlepiej wcielić w graną postać, zaczyna dostrzegać, jak trudno być kobietą w latach 90. Dorothy ma bardzo duży wpływ na Michaela – dzięki niej zaczyna się on zmieniać i rozumieć błędy, jakie popełnia, sam w końcu przyznaje, że dzięki niej lepiej nauczył się, jak być mężczyzną. Odtwórcą postaci Michaela jest Dustin Hoffman, znany nam z takich produkcji jak „Joanna d’Arc”, „Marzyciel”, „Jak być sobą”, „Poznaj moich rodziców” i innych. Czym jest opera mydlana? Cóż, często mylona ona jest z telenowelą, lecz różni się od niej wieloma cechami. Może to być słuchowisko radiowe lub specyficzna forma serialu telewizyjnego. Jej główne cechy to: wielowątkowość i wręcz nieskończoność odcinków, powielanie schematów zawartych w literaturze kobiecej (melodramatu i romansu), skupienie odcinka na jednym zdarzeniu lub postaci. W filmie „Tootsie” mamy do czynienia z amerykańskim stylem opery mydlanej (nierealistyczne seriale z wolną akcją, niewiele mające wspólnego z rzeczywistością


wątki, mało scen w plenerze). Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ opera mydlana została wybrana jako miejsce akcji w „Tootsie”. Nie jest to przypadek, gdyż chciano wybrać gatunek najbliższy życiu codziennemu. Michael, grając Dorothy, oczywiście zaczyna wprowadzać w scenariusz wymyślone przez siebie elementy, co ma jednak pozytywny wpływ na produkcję. Zaczyna on walczyć z władzą mężczyzn w serialu, próbując obalić ten stereotyp władzy, w którym kobieta jest traktowana jako dodatkowy, mało ważny element. Tutaj dochodzimy do głębszego sensu. Nasz bohater jest wewnętrznie rozbity, ponieważ jako kobieta jest wręcz feministką, a jako mężczyzna działa w sposób, który krytykuje jako kobieta. Wszystko to wpływa na jego ego. Sam zaczyna walczyć o prawa kobiet. Być może „Tootsie” ma uświadamiać kobiety, pokazywać im alternatywę nowego systemu społecznego. Nie jest to film pełen fajerwerków i wybuchów, jest to historia mocna pod względem reżyserii i scenariusza. Należy wspomnieć, że sam Sydney Pollack wcielił się w jedną z ról. Zgadniesz w jaką? Wiesz, Drogi Czytelniku, już mniej więcej, w jaki sposób zaczyna się i rozwija historia Michaela, niewątpliwie jest ona warta poznania w całości wraz z wszystkimi smaczkami i śmiesznymi sytuacjami, jakie oferuje nam ta właśnie produkcja. Dostarcza nam ona ok. 112 minut rozrywki, nie należy się zniechęcać rokiem produkcji – to że film ma 32 lata wcale nie musi oznaczać, że nie nadaje się do oglądania. Wręcz przeciwnie. Zachęcam Cię do obejrzenia tej historii do końca, wtedy dowiesz się, jak potoczą się losy bohaterów. 

s. 69


RECENZJE

Skrzypce z Auschwitz Czym można zająć swój umysł w obozie koncentracyjnym? Czymś, co pomoże przetrwać następny dzień. Czymś, co pomoże się oderwać. Co będzie trzymać przy życiu.

Karolina Kowalcze Takich rzeczy oczywiście jest wiele. Każdy będzie miał inne wartości. Daniel, żydowski lutnik, myślał o ukochanej Ewie podczas pracy nad… skrzypcami. „Oficerowie Waffen-SS byli rzeźnikami przebranymi w nieskazitelne mundury, czasem tylko obryzgiwanymi krwią, starannie uczesani. Niejednokrotnie byli to ludzie kulturalni, którzy kochali swoje psy, kochali muzykę, na pewno mieli rodziny. Od tych przeklętych, wypielęgnowanych dłoni, od tych fanatycznych lub zimnych oczu zależałą wątła nadzieja na przeżycie. Ci goje – przeszła mu przez głowę myśl szybka jak błyskawica, kiedy usłyszał pytanie – nie szanowali prawdziwego przykazania «nie zabijaj». Jego matce nie dano szansy na przeżycie – zmarła w getcie zaraz na początku wojny. Bezradny żydowski lekarz mówił o gruźlicy, on natomiast był przekonany, że to głód i smutek sprawiły, że stała się cieniem człowieka”. Maria Àngels Anglada, katalońska pisarka i poetka napisała krótką powieść „Skrzypce z Auschwitz”. To historia fikcyjnego bohatera – żyda Daniela, który dla jednego z oficerów obozu Auschwitz naprawia, a potem buduje skrzypce. Daniel jest młody i

s. 70

utalentowany. Upiera się, wie, że od wykonania zadania zależy jego życie. Historia jest nieco ckliwa i naiwna, ale bardzo pouczająca. Narracja powieści przeplata się z autentycznymi i wstrząsającymi obozowymi dokumentami. One robią na czytelniku ogromne wrażenie, a w połączeniu z historią Daniela sprawią, że na tę postać nie patrzy się jak na całkowitą fikcję literacką. Są autentycznym tłem powieści. „Przypomniał sobie lęk przed prysznicem, z którego zamiast lodowatej wody mógł się sączyć śmiercionośny gaz; lodowaty prysznic nie był groźny, jeśli nie stało się pod nim zbyt długo. Czasem dla rozrywki oprawcy nie pozwalali im wyjść, dopóki więźniowie całkiem nie skostnieli z zimna i nie zaczęli szczękać zębami. Bicie, jeżeli nie wykonali natychmiast każdego, choćby niezrozumiałego, rozkazu albo jeśli maszerowali zbyt wolno, krzyki i płacz tych, których odrywano od żon lub dzieci. Przypomniał sobie dumne spojrzenie Cygana, który wyszedł z szeregu i dołączył do starego ojca i małego synka, skazanych na śmierć”. Anglada stara się zachować realia obozu. I pomimo że Daniel jako krakowski lutnik robiący skrzypce w

obozie nie istniał naprawdę, to nie znaczy, że istnieć nie mógł. Stanisław Marduła, lutnik z Podhala, był podczas okupacji niemieckiej jeńcem wojennym. Będąc w obozie, wykonał dwoje skrzypiec. Pracował bardzo prostymi narzędziami. Podczas pracy również ryzykował życie. Obóz przeżył i po wojnie swoją twórczą pasję realizował z przerwami do końca życia – z wielkimi sukcesami na arenie międzynarodowej. Historia wydaje się nieprawdopodobna. Zająć się swoją pasją w obliczu zagrożenia życia, gdy każdy dzień jest niepewny, a jeden fałszywy ruch może okazać się ostatnim… To właśnie zamiłowania pozwalały przeżyć, oderwać się od brutalnej rzeczywistości. „Skrzypce z Auschwitz” to pozycją, której warto się przyjrzeć. Opisuje właśnie taką pasję, która pomaga przeżyć nawet najtrudniejsze warunki życia i stanowi wartość człowieka. Powieść została dobrze przyjęta, nawet w Niemczech. Przetłumaczono ją na wiele języków. 


RECENZJE

Wspomnienia o Kaczmarskim

Jeżeli ktoś nie interesuje się twórczością barda Solidarności, mógł nie zauważyć 10. rocznicy jego śmierci. W mediach głównego nurtu niewiele można znaleźć informacji, artykułów czy wspomnień o nim. Pustkę tę w pewien sposób chciała wypełnić Katarzyna Kościelak, prezentując na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym swój najnowszy dokument. Wojciech Urban Katarzyna Kościelak – związana z Redakcją Form Dokumentalnych programu 2 TVP. Laureatka nagrody Dylematy’99, porusza w swych projektach sprawy społeczne, problematykę małych ojczyzn. Uznanie zdobyła jako współtworząca (razem z Joanną Jaworską) jeden z najciekawszych filmów dokumentalnych ostatnich lat – „Szafa polska 1945-89”. Współtworzy (jako realizator) program „Pytanie na śniadanie” prezentowany w programie 2 TVP. „Bard” to jej czwarty film. Wcześniej nakręciła jeszcze „Rozmowy przy stole. Kuchnia Polska” przedstawiające historię polski powojennej z perspektywy kuchni, oraz „Jacky od zadań specjalnych” – historię pewnego Francuza, który zaangażował się w działalność w „Solidarności”. Film opowiada o życiu i twórczości Jacka Kaczmarskiego – poety i pieśniarza, nazywanego często bardem Solidarności, choć on sam starał się od tego odcinać. Teksty jego piosenek, pełne aluzji i odniesień do politycznej i społecznej rzeczywistości, kształtowały światopogląd i wrażliwość dwóch pokoleń. Jego liryka, obierana przede wszystkim jako protest-songi, rozpowszechniana w tzw. drugim obiegu kojarzona z okresem pierwszej Solidarności oraz stanem wojennym, znacznie wykracza poza opozycyjny stereotyp, zawiera wiele treści bardzo uniwersalnych, aktualnych w każdym

czasie. Kaczmarski pisze i śpiewa o zawiłościach ludzkiej natury i paradoksach historii. Kaczmarski był postacią niejednoznaczną, pełną sprzeczności, a takie postaci zazwyczaj fascynują najbardziej. Jeszcze za życia nazywany był Mistrzem. Zdaniem najbliższych przyjaciół twarzy miał wiele, a być może tę prawdziwą ukrywał za różnymi maskami. Z jednej strony charyzmatyczny, porywający tłumy, ujmujący swą otwartością i serdecznością, z drugiej – skupiony na sobie, targany namiętnościami, trudny jako partner, zaniedbujący najbliższych – te dwa skrajnie róże portrety wyłaniają się z relacji osób związanych z Jackiem Kaczmarskim. To wszystko stara się pani Kościelak w „Bardzie” pokazać. Film jest próbą rekonstrukcji obiektywnego, złożonego i prawdziwego portretu tego wybitnego barda. A także próbą odpowiedzi na kilka pytań: na ile Kaczmarskiego ukształtowały czasy, w których żył? Jak życiowe doświadczenia zmieniały go jako człowieka? Na czym polegał fenomen Jacka Kaczmarskiego jako artysty i czym jest dzisiaj? Dużym plusem filmu jest to, że pani Kościelak udało się dotrzeć do bardzo wielu osób, znajomych i przyjaciół Kaczmarskiego z kraju i emigracji. Ich relacje, wspomnienia, zachowane zdjęcia i niepublikowane wcześniej nagrania pierwszych wersji piosenek (np. wersja „Murów”, w której

Jacek notorycznie mylił refren) stanowią główną oś narracji, zapewniając jednocześnie spojrzenie z kilku perspektyw. Za każdym razem pojawiający się na ekranie „narrator” jest podpisany, dzięki czemu nie musimy się zastanawiać, kim jest dana osoba i skąd znała Kaczmarskiego. Poszczególne narracje przerywane są archiwalnymi nagraniami pieśni Jacka. W filmie usłyszymy jego największe „przeboje”, między innymi „Obławę”, „Mury”, „Zbroję”, „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”. „Barda” trudno jednak będzie oglądać osobom nieobeznanym z twórczością i życiorysem Kaczmarskiego. Film, mimo układu chronologicznego, jest chaotyczny. Nowe wątki pojawiają się czasem „znikąd”. Wadą może być również kiepska nieraz jakość wplecionych nagrań archiwalnych. Być może budżet nie pozwolił na stosowne zabiegi techniczne, niemniej widz współczesny oczekuje wysokiej jakości oglądanego materiału. Mnie osobiście film wciągnął. Uważam go za bardzo ciekawy. Pokazuje nie tylko postać Jacka Kaczmarskiego, ale jest swego rodzaju uniwersalnym studium żywota artysty. Choć doskonały nie jest i zainteresuje tylko miłośników barda Solidarności, jest to jedyny na polskim rynku film o tej wybitnej postaci. A na bezrybiu i rak ryba. 

s. 71


RECENZJE

Zachęta do życia

popostmodernistycznego Zniechęca już sama okładka. Przetrzebiony las, naga, ruda (!) kobieta pląsająca pomiędzy drzewami, na drugim planie wieża Eiffla i lecący samolot. Całość uzupełniona o schematycznie nakreśloną sylwetkę mężczyzny i towarzyszącego mu wilka. A, byłabym zapomniała – i jeszcze wyglądająca zza drzewa... pan kuropatwa? pani kuropatwa? Mamy ostatnio gender, więc nie dociekam. Ale wiem jedno – to nie może się udać. Aleksandra Brzezicka Pierwsze uwagi – skojarzenia. Powieść budzi masę skojarzeń. Pojawiających się natrętnie i to z każdą kolejną linijką. Nic nie jest takie, jak opisano, a przynajmniej nie tylko takie. Freud, Barthes, W. Woolf, „Idol” z Polsatu obok muzyki klasycznej i „Pana Tadeusza”. Dosłowność, ironia, gra językowa i intertekstualność – niepodejrzewana jeszcze o świadomy zabieg realizujący postmodernistyczną poetykę. Dlatego początkowo węszę plagiat. Jest w prozie Drotkiewicz dużo Masłowskiej (drogeria Sephora staje się „syforą”), Gretkowskiej (czytam „A więc co tak naprawdę myślicie w Polsce o Lechu Wałęsie? Lech Wałęsa! Gdańsk, strajk – ja zawsze mam łzy w oczach, jak o tym myślę” i przypominam sobie Wałęsę i Gorbaczowa z niedźwiedziem na sznurku z „My zdies emigranty”) i – szczególnie mocno zarysowanej – Anny E. Kamienieckiej. Lektura „Dziewczyny z Buenos” aż się prosi, by zestawić ją z „Nieszporami” i wykazywać całe passusy „spisane” od Kamienieckiej. Jednak tropienie plagiatu czy chociażby śladów niezbyt delikatnej inspiracji jest bardzo naiwne. Trudno bowiem nie zgodzić się z feministycznymi badaczkami literatury, że kobiety-pisarki oscylują zwykle wokół ściśle określonych tematów i problemów, co w konsekwencji musi przynosić podobne rezultaty twórcze. Ciało, seks, rozstania, powroty, poszukiwanie tożsamości

s. 72

i szczęścia, a wszystko zapisane somatycznie, językiem ciała i zmysłów. Trzeba przystać, że w dużej mierze takie właśnie jest pisarstwo kobiece, ale chwała tym, które wyłamały się z tego schematu i na ekstrawagancję, która, jak się wydaje, może charakteryzować powieści żeńskie – odpowiedziały inną ekstrawagancją. To zrobiła Drotkiewicz w swoich „Nieszporach”, co należy oddać jej w tym głosie krytycznym. Skondensowana forma i niby celna diagnoza współczesnych Polaków żyjących w stolicy, dokonana na zaledwie czterech postaciach, nie pozwala uznać tej książki za panoramę społeczną (po) nowoczesnej Polski. Bohaterowie jedzą kiełki i sojowe kotlety, ubiera ich Calvin Klein, noszą obowiązkowe a dodające polotu Ray Bany, są weganami i pracoholikami. Schematyczne, przerysowane, ciekawe do piętnastej strony. Bez głębszej psychologii, bez szans na empatię czytelnika. Jeśli początkowo rozczarowuje treść, na docenienie zasługuje na pewno forma „Nieszporów”. Drotkiewicz, jako kobieta inteligentna i o szerokich zainteresowaniach kulturowych, oferuje w swojej prozie ciekawe rozwiązania formalne. Za szczególny walor uważam ujawnianie metaliterackości „Nieszporów”. Odbiorca zostaje wciągnięty w rzeczywistość powieści, staje się obserwatorem procesu twórczego. Pisarka rezygnuje z barokowego stylu,

któremu hołdowała jeszcze w książce „Paris London Dachau”, co sama uważa za wyraz swojej dojrzałości literackiej („I co, myślisz: Baśka szczebiocze te bzdury bez żadnej myśli przewodniej, frenetycznie wymienia autorów, tytuły, streszcza fabuły i nagina do swoich potrzeb cytaty, smaruje paznokcie na czerwono…”, „Taka jestem. Jestem rękopisem znalezionym w Saragossie, narracja szkatułkowa i polifoniczność to moje cechy dystynktywne”). Drotkiewicz to autorka, wobec języka której trzeba zająć jasne stanowisko – albo aprobować, albo odrzucić. Z jednej strony karmi nas banałami i komunałami takimi jak ten – „prawdę widzi się tylko przez miłość, tylko spojrzenie osoby kochającej widzi naprawdę”, ale potrafi też zaskoczyć, zagrać z tym, co utrwalone, rozsadzić jakiś schemat, jak tu: „akceptuję możliwości, wykorzystuję ograniczenia”. Ona i jej bohaterowie myślą literaturą, myślą sloganami. „Paris London Dachau”, naszpikowana sensami, hermetyczna i mająca szanse urzec wąskie grono czytelnicze, debiutancka powieść polskiej pisarki stanowi bazę dla „Nieszporów”, które są jednak książką inną. Wcale nie – jak chcieliby niektórzy krytycy – „wnikliwym i wciągającym obrazem naszych czasów”. Raczej rodzajowym obrazkiem przedstawiającym miejskie życie Polaka XXI wieku, ale obrazem średnio przekonującym, bo schematycznym i – jak można odnieść wrażenie – wprow-


adzonym na siłę po to, by konkludować przesłaniem, zresztą bardzo udanym. A co, jeśli przypadkiem żyjemy w taki właśnie sposób? W rozproszeniu, w szumie informacji, nakładających się i mieszających znaczeń? Może Drotkiewicz – jak chce jeden z krytyków – wnikliwie obserwując świat, przekonała się, że tylko takim językiem (wieloznacznym, będącym zlepkiem różnych dyskursów, jak we fragmencie „All is full of love. Kyrie eleison”) można opisać rzeczywistość (wielki kolaż kultur, narodowości, pragnień i potrzeb, gdzie sacrum miesza się z profanum)? Podejmowana przez nią tematyka zdecydowanie idzie w parze z poetyką, którą ta młoda pisarka wybrała na początku swojej twórczości i którą modyfikuje wraz z kolejnymi powieściami. Pretensjonalność obu książek – „Paris Londyn Dachau” i „Nieszporów” ustępuje szybko podczas lektury, kiedy pozwolimy Drotkiewicz mówić i kiedy obejmiemy to, co ma do powiedzenia, jako zamkniętą całość, a nie fragment. Drotkiewicz trzeba czytać do końca. Czy jeśli Muzy faktycznie towarzyszą pisarzowi podczas pracy twórczej, to ktoś/coś towarzyszy czytelnikowi podczas lektury? Z pewnością. Coś w końcu sprawiło, że nie rzuciłam w kąt „Nieszporów” po kilkunastu stronach, ale dobrnęłam do końca tej i tak niedługiej (o)powieści. I nie żałuję. To kolejna w polskiej literaturze powieść-diagnoza, jednocześnie powieść-apel. Rozpoznanie skażenia kultury i relacji interpersonalnych, ale z receptą na jej odtrucie. Drotkiewicz przeprowadza gastroskopię organizmu współczesnego Polaka i w ogóle człowieka Zachodu – i jest przekonana, że bez lewatywy się nie obejdzie. Ten wątpliwie przyjemny zabieg medyczny to modernistyczny odpowiednik starożytnego katharsis. Wie o tym dobrze polska pisarka, dlatego apeluje o przywrócenie porządku, zasad i obowiązujących wcześniej hierarchii (wprowadza udaną metaforę nerek, jako narządu filtrującego treści kultury), wreszcie zachęca, by zmyć farbę koloryzującą nasze włosy i wyrzucić szczudła, na których jamnik udaje charta. Odrzucić pozory, zdjąć maski i zacząć żyć. PoPostmodernistycznie. 

s. 73


RECENZJE

Muzyczny Dzień Dziecka Na mapę kulturalną stolicy Małopolski można w końcu nanieść oczekiwany od dawna punkt. Hala Kraków Arena została otwarta. A okazja do oficjalnego rozpoczęcia funkcjonowania obiektu była niezwykła. 30 maja w nowym obiekcie wybrzmiała muzyka z filmów animowanych studia

Pixar. Kamil Duc Już kilka godzin po zobaczeniu plakatu kupiłem bilet. Nie było na co czekać, bo do dyspozycji normalnych śmiertelników oddano jedynie dwa sektory w hali Kraków Arena. Jak się potem okazało, resztę czyli jakieś 80% miejsc zajęły dzieci. Zgodnie z oczekiwaniami wydane 25 złotych okazało się jednymi z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w moim życiu, które zapewniły mi niezapomniane i bezcenne wrażenia. Koncert muzyki ze ścieżek dźwiękowych pochodzących ze wszystkich czternastu pełnometrażowych produkcji studia Pixar był wydarzeniem towarzyszącym tegorocznej, siódmej już edycji Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Równocześnie z występem Orkiestry Akademii Beethovenowskiej, która pod batutą amerykańskiego dyrygenta Erika Ochsnera wykonała kilkanaście utworów, na ogromnym ekranie pojawiały się elementy wizualne. Przygotowano kilkuminutowe materiały filmowe zmontowane ze scen poszczególnych produkcji Pixara. Dzięki temu widzowie jednocześnie przypominali sobie swoich ulubionych bohaterów i ich przygody oraz słuchali najbardziej rozpoznawalnych utworów ze ścieżek dźwiękowych. Takie połączenie i zaangażowanie zmysłów pozwoliło przenieść pub-

s. 74

“Oglądając na ekra-

nie sceny z najlepszych filmów animowanych, jakie niewątpliwie produkuje studio Pixar, widzowie uśmiechali się szeroko. Nie mogło być inaczej. Toy Story, Gdzie jest Nemo, Auta, Potwory i Spółka, Ratatuj, Dawno temu w trawie, Wall∙e, Odlot, Merida Waleczna, Iniemamocni to tytuły, które niosą z sobą świat niezwykłych przygód, przyjaźni, marzeń i doskonałego humoru liczność w inny wymiar niesamowitych doznań. Już samo wejście na widownię było niezwykłe. Ponieważ przyszedłem na kilka minut przed rozpoczęciem widowiska, zajęto już niemal wszystkie miejsca. Koncert odbywał się z okazji Dnia Dziecka, więc większą część publiczności

stanowili uczniowie. Uderzył mnie ogrom przestrzeni i ilość ludzi, których nie sposób było ogarnąć wzrokiem. Prowadząca Magda Miśka-Jackowska wprowadziła młodych widzów w bajkowy klimat przygód. Wtedy się zaczęło. Pierwsze dźwięki dosłownie wcisnęły mnie w fotel a po plecach przebiegły ciarki. Połączenie około stu instrumentów dało doskonałe brzmienie. Reagowałem tak samo przy każdym kolejnym utworze. Muzyka symfoniczna jest pełna emocji. Musi taką być, szczególnie jeśli tworzy ścieżkę dźwiękową do filmu. Orkiestra zaprezentowała się od najlepszej strony. Dzięki niej prawie dwugodzinny koncert zmienił halę Kraków Arena w zupełnie inną rzeczywistość. Oglądając na ekranie sceny z najlepszych filmów animowanych, jakie niewątpliwie produkuje studio Pixar, widzowie uśmiechali się szeroko. Nie mogło być inaczej. Toy Story, Gdzie jest Nemo, Auta, Potwory i Spółka, Ratatuj, Dawno temu w trawie, Wall∙e, Odlot, Merida Waleczna, Iniemamocni to tytuły, które niosą z sobą świat niezwykłych przygód, przyjaźni, marzeń i doskonałego humoru. Niektóre z tych filmów towarzyszyły dorastaniu niejednego starszego widza. Warto przypomnieć sobie ten czas, gdy wszystko wydawało się możliwe.


Koncert podziałał pewnie na część publiczności jak wehikuł czasu. Całość widowiska dopełniała gra świateł. Reflektory oddawały panujący w hali klimat dyktowany przez to, co działo się na ekranie i wzmacniany przez muzyków. Krakowskie Biuro Festiwalowe, które było organizatorem wydarzenia, zapewniło rozrywkę na wysokim poziomie. Mam nadzieję, że właściwa część FMF

wypadnie tak samo świetnie. We wrześniu czeka nas pokaz Gladiatora z muzyką na żywo oraz koncert kultowych piosenek napisanych do filmów z serii o Jamesie Bondzie. Hala Kraków Arena na pewno nie zawiedzie. Koncert muzyki z bajek Pixara był wydarzeniem niezwykłym. Nie tylko młodsza część widowni spędziła miło piątkowe przedpołudnie. Wrażeń

nie zapomną też miłośnicy muzyki symfonicznej oraz filmowej. A tym co oprócz dźwięków zostanie w mojej pamięci, są przytoczone w czasie koncertu słowa Walta Disneya: „Jeśli potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz także tego dokonać.” 

s. 75


JESTEM, WIĘC MYŚLĘ

Krytyka

społeczeństwa

masowego

Zacznijmy od obserwacji banalnej: tak, wiek XX i XXI to czasy społeczeństwa masowego. Jego kształt oraz zachowania jednostek były przedmiotem krytyki ze strony wielu filozofów. Chcę tu wspomnieć o jednej z owych krytyk, której autorem jest dwudziestowieczny hiszpański myśliciel, José Ortega y Gasset. Kamil Majcherek Najważniejszym, w kontekście analizy kryzysu europejskiej kultury i tyranii „człowieka masowego”, dziełem Ortegi jest jego esej „Bunt mas”. Sam tytuł tej pracy związany jest z diagnozowanym przez niego w dwudziestowiecznym społeczeństwie zjawiskiem, które określa on tytułowym mianem. Kryzys ten hiszpański myśliciel uważa za wieloaspektowy, dotykający sfer filozofii, polityki, nauki, społeczeństwa i kultury. Głównymi czynnikami budującymi współczesny Ortedze ład społeczny były, jak sam mówił: „liberalna demokracja, badania naukowe i industrializacja. Dwa ostatnie można streścić w jednym słowie: technika”. Trzecim istotnym czynnikiem, obok demokracji i techniki, jest uspołecznienie kultury. Wiek XIX jest zdaniem Ortegi wiekiem pełni, w którym następuje powszechna akceptacja kultury zrodzonej wraz z kartezjanizmem. Jej normy są powszechnie – co równocześnie oznacza: biernie – przyjmowane. Ta bezrefleksyjność oznacza z kolei degradację kultury. Pod wpływem tych trzech czynników człowiek masowy zaczął mieć kontakt z wieloma nowymi, dotąd mu nieznanymi ideami; nie był on jednak kreatywny i potrafił tylko chłonąć cudze wytwory. Przyjmując mnóstwo obcych myśli,

s. 76

“Przewodnią

charakterystyką każdej epoki są przede wszystkim relacje pomiędzy masą a przewodzącą jej mniejszością. Zasadniczą rolą arystokracji jest tworzenie idei akceptowanych przez masy. zagubił się w gąszczu własnych przekonań. Dla własnego komfortu zaczął więc pozorować posiadanie tychże przekonań. Najchętniej przyjmował po pierwsze te, które są najmniej skomplikowane, skrajnie upraszczające rzeczywistość, a po drugie te, które są akceptowane powszechnie – one bowiem dają mu poczucie bezpieczeństwa. Wszystko to jednak jest tylko fasadą ukrywającą ideową pustkę, ponieważ człowiek masowy przejął te poglądy w sposób całkowicie automatyczny, nie wspierając tego procesu rozumowaniem. Ortega przekonany jest, że podział na masę (stanowiącą większość) i elitę (stanowiącą mniejszość) jest naturalną cechą społeczeństwa – sam w sobie nie stanowi więc ani jego zalety, ani wady. Podział na te dwie grupy dotyczy

każdej społeczności. Właściwym masie miejscem jest stan przyporządkowania elicie (przynajmniej pod pewnymi tj. przede wszystkim ideowymi – względami). Zdaniem Ortegi najistotniejszym wyrazem działalności społeczeństwa jest jego kultura – ta zaś jest pewnym światem wartości, nadających sens i strukturę światu rzeczy. Większość osób nie jest jednak w stanie dokonać podstawowego poznania wartości przed poznaniem rzeczy, w których są one urzeczywistniane. Zamiast tego przeważająca część ludzi przyjmuje jako swoje, w sposób wtórny i zapośredniczony, wartości już odkryte przez innych, nasiąkając nimi bezwolnie i nie kreując żadnych wartości nowych. Jednak mała część spośród tworzących społeczeństwo jednostek nie jest usatysfakcjonowana życiem opartym na modach i przyzwyczajeniach przejmowanych od otoczenia; zamiast tego dominuje w nich potrzeba samodoskonalenia, stawiania sobie coraz większych wymagań – takie cechy charakteryzują według Ortegi „duchową arystokrację”, przepełnioną energią witalną, czującą potrzebę nieustannego odwoływania się do zewnętrznych norm, którym należy służyć. Paradoksalnie więc, wbrew


temu, co sądzi tłum, ludzi wybranych cechuje prawdziwe poddaństwo – jest to poddaństwo względem zewnętrznych norm, prowadzenie życia opartego na trudach i wyrzeczeniach, skierowanego na ciągłe ulepszanie siebie. Chodzi tu zatem nie o tradycyjne klasy społeczne, lecz o klasy ludzi. Przewodnią charakterystyką każdej epoki są przede wszystkim relacje pomiędzy masą a przewodzącą jej mniejszością. Zasadniczą rolą arystokracji jest tworzenie idei akceptowanych przez masy. Żadne zadanie publiczne nie może zostać wykonane przez indywiduum – do jego wykonania potrzeba siły masy, która jest z natury konieczną częścią składową społeczeństwa: „społeczeństwo ludzkie jest zawsze arystokratyczne, czy tego chce, czy nie, dzieje się tak z samej jego istoty. Jak długo jest arystokratyczne, jest społeczeństwem, a im mniej jest arystokratyczne, tym mniej jest społeczeństwem” – mówi Ortega. Przyporządkowanie masy do elity jest wynikiem swoistej dynamiki społecznej, społecznego przyciągania, które polega na przejawiającej się u słabszych i gorszych jednostek chęci naśladowania jednostek silniejszych i lepszych. Masa jest niezdolna do tworzenia, a jedynie do pochłaniania: „olbrzymia większość ludzi nie ma własnej opinii, a zatem trzeba im ją wtłoczyć z zewnątrz”. Jedną z głównych przyczyn kryzysu kultury i społeczeństwa współczesnego jest dla Ortegi niewłaściwy model kształcenia i wypaczenie roli uniwersytetów. Ludzie mają z jednej strony

ogromne oczekiwania wobec nauki, a z drugiej – okazują jej nikłe zainteresowanie. Współczesne uniwersytety porzuciły przekazywanie ogólnej wizji świata i podstaw kultury; zamiast tego, poczynając od XVIII wieku, zajęły się kształceniem specjalistów w bardzo wąskich dziedzinach. Absolwenci studiów wyższych są więc dla hiszpańskiego filozofa „nowymi barbarzyńcami” – ekspertami w bardzo wąskim polu wiedzy i totalnymi ignorantami w całej reszcie zasobów ludzkiej kultury. W następujący sposób Ortega charakteryzuje współczesny typ naukowca: „Jest to jednostka, która z całej wiedzy, jaką należy posiąść, by być człowiekiem mądrym i inteligentnym, zna tylko jedną dziedzinę nauki, a naprawdę dobrze tylko jej wycinek, będący przedmiotem jej własnej działalności badawczej. Dochodzi do tego, że za cnotę uznaje się nieznajomość wszystkiego, a ciekawość dla całości wiedzy ludzkiej określa się mianem dyletantyzmu. (…) Specjalista wie wszystko o swoim malutkim wycinku wszechświata, ale co do całej reszty jest absolutnym ignorantem. Cywilizacja, czyniąc go specjalistą, spowodowała zarazem to, że w pełni z siebie zadowolony zamknął się hermetycznie we własnej ograniczoności; a z kolei wewnętrzne poczucie zadufania i własnej wartości prowadzi go do tego, że pragnie dominować także w dziedzinach niemających nic wspólnego z jego specjalizacją. (…) Mimo iż w swej specjalności osiągnął najwyższe kwalifikacje, (…) to jednak we wszystkich

innych dziedzinach życia zachowuje się jak pozbawiony wszelkich kwalifikacji człowiek masowy”. Zdaniem hiszpańskiego filozofa, kryzys kultury wiąże się z porzuceniem przez ludzi myślenia na temat celu jej powstania i funkcjonowania – zamiast tego jest ona przyjmowana w sposób bezrefleksyjny. Poczyna dominować jeden sprawdzony sposób patrzenia na kulturę; kultura zostaje uspołeczniona, jednocześnie porzuca się jej kreatywne przetwarzanie. W sferze działalności naukowej, podobnie jak we wszystkich innych sferach szeroko rozumianej kultury, uwidacznia się duchowa hierarchia, odróżniająca arystokrację od masy. Arystokrata ducha kierowany jest potrzebą nieustannego doskonalenia samego siebie; świadomy jest tego, co wie, jak i tego, czego nie wie – i w związku z tym nie wygłasza autorytatywnych opinii na tematy, w których pozostaje laikiem. Człowiek masowy tymczasem jest pyszny – przekonany, że zna się na wszystkim, nie widzi swej ignorancji, a w związku z tym swoje mniemania pragnie narzucić innym. Ludzie współcześni są zagubieni w nadmiarze możliwości, który sprawia, że brakuje im jasnej wizji przyszłości – to z kolei odbiera im możliwość aktywnego kształtowania rzeczywistości – zamiast tego ludzie bezwolnie dryfują w przestrzeni swoich możliwości, pozbawieni jasnych i stałych punktów odniesienia w swych poglądach i działaniach. 

s. 77


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 78

Może coś Więcej, nr 12  
Może coś Więcej, nr 12  
Advertisement