Page 1

s. 1


SPIS TREŚCI

T E M AT N U M E R U

Krótka historia arystokracji 16

MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Pokusa demokracji

14

MACIEJ PUCZKOWSKI

KAMIL MAJCHEREK

Podróże w harcerskim mundurze 24

KAROLINA KOWALCZE

20 Kto ma trzymać złoty róg

DANUTA CEBULA

30 Rodząc elity

TAKA SYTUACJA

UJ - dobro nasze wspólne

12

ALEKSANDRA BRZEZICKA

ROZMOWA KULTURALNA

Dziś niczego nie brakuje mi do szczęścia 46

MARIUSZ BACZYŃSKI

TOMASZ MARKIEWKA

28 Niechby to chociaż było

placebo: co nam robią seriale?

MAJA MROCZKOWSKA

33 Elita, a elitka

MATEUSZ NOWAK

22 Po obu stronach Odry,

czyli elita elicie nierówna

MAŁGORZATA RÓŻYCKA

WYDARZENIA I OPINIE

Prawdy objawione według środowisk LGBT 6

MAREK NAWROT

Wyrok w sprawie krakowskich igrzysk 8

KAJETAN GARBELA

9

Marsze dla życia i rodziny

10

s. 2

ANNA KASPRZYK

Real z dziesiątym tytułem

MATEUSZ NOWAK


SPIS TREŚCI

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 36

Kościół bez propagandy

KAMIL DUC

40 O zapachu owiec

MAJA MROCZKOWSKA

RECENZJE

Pojedynek na szosie czyli dlaczego nie należy wyprzedzać ciężarówek 58

MICHAŁ MUSIAŁ

56 Znaleziony sens w

duchowej nędzy czasów

WOJCIECH URBAN

K U LT U R A

50 Rejs z szantami

ANNA KASPRZYK

52 Savoir-vivre to znacznie

więcej niż sposób na nakrycie stołu

KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE 44 Czego możemy się nauczyć

od Gedeona?

KRZYSZTOF RESZKA

EDUKACJA 34 Problemy z wychowaniem

KAMIL DUC

KAZANIA PONADCZASOWE 42

Jak się wykreować?

KS. MIROSŁAW MALIŃSKI

CZEMU ŻYCIE 43

Drugi człowiek

O. TOMASZ MANIURA OMI

JESTEM, WIĘC MYŚLĘ 60

Kryzys elit

KAMIL MAJCHEREK s. 3


WSTĘPNIAK

Współczesne

elity

Elita nadaje społeczeństwu pewnego prestiżu. Mówimy o elitarnych szkołach, o elicie intelektualnej, ale również o elicie naukowej czy nawet politycznej. Jednak czy współcześnie mamy do czynienia z jakimikolwiek elitami, czy właściwie to słowo zostało wyzute całkiem z jego pierwotnego znaczenia? Anna Zawalska Niestety nie widzę współcześnie żadnej grupy społecznej, która zasługiwałaby na miano elity. Chociaż wielcy ludzie się zdarzają, to jednak są to jednostki, wyjątki potwierdzające regułę. Nie ma grupy, która charakteryzowałaby się określonymi cechami, prowadziła życie zgodnie z odpowiednimi cnotami, czy dawała odpowiedni przykład reszcie społeczeństwa. Najgorsze jest to, że nawet nie ma gdzie szukać tych elit. Bo kto tak naprawdę zasługuje na to miano? Politycy jacy są, każdy widzi. Trudno mówić o nich, jako o ludziach elitarnych. Sportowcy mogliby się wybronić, jednak przykład ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego pokazał jak bardzo można się zeszmacić, mimo imponujących osiągnięć i

mimo bycia wzorem do naśladowania. Młodzi ludzie, przyszłość tego kraju, też niestety nie radzą sobie za dobrze. Maturę udaje się zdać coraz większym głąbom, a ukończenie studiów wyższych to już nie taka trudna filozofia. Nawet we wspólnocie Kościoła na palcach można zliczyć pasterzy, którzy pełni cnót prowadziliby trzódkę w stronę Zbawienia. Może reprezentuję teraz nieco za bardzo malkontenckie podejście do tematu, jednak razi brak grupy, która mogłaby stanowić elity. Brakuje ludzi, którzy pod jakimś względem wyróżnialiby się z ogółu społeczeństwa, którzy kształtowaliby pewne postawy i promowali określone idee. W dobie wszechogarniającego zepsucia i moralnej zgnilizny ktoś taki bardzo by się przydał. By wyznaczył

kierunek i powiedział jak żyć. By znów nadał wartość niektórym pojęciom. O elitach piszemy sporo w tym numerze. Staramy się ugryźć temat z różnych stron, ale też poddać pod zastanowienie to, czy faktycznie mamy do czynienia z kryzysem elit. A może świat współcześnie próbuje nam podetknąć nieco zmodyfikowane znaczenie elitarności? Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Marcin Dryja, Anna Żmudzińska, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Wojciech Greń, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Maria Nejma-Ślęczka, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Jan Barański, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różecka, Danuta Cebula Korekta: Katarzyna Zych, Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Bajak Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Prawdy objawione

według

środowisk LGBT Raport Regnerusa jest jednym z najszerzej omawianych tekstów naukowych ostatnich lat. Dotyczy on dorosłych dzieci wychowanych przez rodziców żyjących w związkach homoseksualnych i całkowicie podważa dotychczasową wiedzę zebraną na ten temat.

Marek Nawrot Od bardzo wielu lat rozliczne środowiska lewicowe próbują przekonać świat, iż rodzice żyjący w związku homoseksualnym są w stanie wychować dziecko w taki sam sposób jak rodzice heteroseksualni. Jest to o tyle ważna kwestia, że w wielu krajach świata odbywa się debata na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Krytycy tego rozwiązania są od wielu lat stygmatyzowani jako „nietolerancyjni” i „homofobiczni”. Sięgnijmy więc do badań naukowych. Bez emocji, jak mędrzec ze szkiełkiem w oku.

NAUKOWOŚĆ RAPORTU

Najważniejszą sprawą, od której należy rozpocząć analizę raportu, jest jego poprawność metodologiczna. Czy narzędzie i metody użyte przy tworzeniu raportu na pewno były oparte na zasadzie obiektywizmu i bezstronności? Jest to ważne, gdyż badania dotyczą tematu, który od lat wzbudza wiele kontrowersji. Otóż z naukowego punktu widzenia raport jest w pełni obiektywny. Został przygotowany na grupie reprezentatywnej składającej się z kilkuset dorosłych osób wychowanych przez pary heteroseksualne oraz homoseksualne. Umożliwiło to wyciągnięcie wniosków ogólnych, tzn. rozszerze-

s. 6

“Co nie powinno

dziwić, rozliczne środowiska LGBT, wspierane przez przychylne im media, starały się obalić raport. Żyjemy w świecie, w którym naukowość przestała być mocnym argumentem mogącym przekonać niezdecydowanego do jakieś opinii. nie ich na społeczeństwo globalne. Nie jest zaskoczeniem, że raport był wielokrotnie podważany, w związku z czym, jak mało który tekst naukowy, wielokrotnie został sprawdzony pod kątem rzetelności.

ALE DO RZECZY

Dorośli wychowani przez pary heteroseksualne wykazują znaczne różnice w porównaniu z rówieśnikami, którzy młodość spędzili z

opiekunami homoseksualnymi. Najważniejsze dane to: – 24% tych, którymi opiekował się ojciec gej, przyznawało, że myślało ostatnio o popełnieniu samobójstwa (5% dorosłych wywodzących się z tradycyjnych rodzin) – 28% dzieci wychowanych przez matkę lesbijkę podawało, że nie ma obecnie pracy (8% z kompletnych rodzin biologicznych) – 40% osób wychowanych przez matkę lesbijkę miało romans w czasie małżeństwa lub związku partnerskiego (13% w rodzinach tradycyjnych) To tylko niektóre z statystyk, które wyraźnie wykazuje raport. Ogólny wniosek jest prosty, ale konkretny: dzieci z tradycyjnych rodzin są znacznie zdrowsze niż te wychowane przez pary jednopłciowe. Wielki świat zachodu nie mógł pozwolić na publiczne wygłaszanie takich teorii…

W IMIĘ WOLNOŚCI, RÓWNOŚCI I TOLERANCJI!

Co nie powinno dziwić, rozliczne środowiska LGBT, wspierane przez przychylne im media, starały się obalić raport. Żyjemy w świecie, w którym naukowość przestała być mocnym argumentem mogącym


WYDARZENIA I OPINIE

przekonać niezdecydowanego do jakieś opinii. Pracę naukową można podważyć na wiele sposobów m.in.: – zaatakować autora (sposób polecamy już przez Schopenhauera) – zasugerować, że zadawane pytania posiadały sugerowaną odpowiedź (który czytelnik będzie na tyle gorliwy, żeby sięgnąć po oryginalną wersję raportu i przekonać się na własne oczy?) – wyolbrzymić wnioski płynące z lektury raportu („amerykańscy naukowcy twierdzą – homoseksualiści są beznadziejni”, choć prof. Regnerus nigdy nie wygłosił takich słów). – powołać się na własne badania (prof. Regnerus opisuje je na wstępie swojego raportu i wykazuje ich nierzetelność).

NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN

Politycy wydają się głusi na argumenty natury naukowej. W imię Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ (1948), która, co prawda, nie wspominała o homoseksualistach, ale mówiła o wzajemnej równości i

tolerancji. Hasła te są dzisiaj bardzo często wykorzystywane do legalizacji rozwiązań, których przykładem może być adopcja dzieci przez pary homoseksualne. Na świecie wiele państw zezwala na takie działania m.in. Kanada, niektóre kraje zachodniej Europy czy pół Ameryki Południowej.

STEP BY STEP

W książce „Rewolucja Seksualna na świecie” niemiecka socjolog, Gabrielle Kuby, opisuje historie zatwierdzenia prawa do adopcji przez homoseksualnych w Niemczech. Zaczęło się od związków partnerskich, a następnie przyznawano im coraz większe uprawnienia. Taką to metodą małych kroków posługuje się potężne lobby LGBT przy realizacji swoich celów. Należy przypomnieć, iż niedawno także w Polsce debatowano nad wprowadzeniem instytucji związku partnerskiego. Owe rozwiązanie zostało poparte m.in. przez znaczną cześć posłów PO.

WNIOSEK JEST PROSTY I NIEKTÓRYM ZNANY

Wnioski wypływające z przedstawionej wyżej historii są aż nadto jasne. Weryfikowalne, empirycznie sprawdzalne, teorie naukowe tracą dzisiaj na znaczeniu, przy działaniach potężnych lobbystów i instytucji międzynarodowych. Nie oszukujmy się – znikomy odsetek ludności zapozna się z oryginalnym tekstem raportu Regnerusa. To media stworzą jego obraz, który przeniknie do świadomości milionów. Zaś jaki to będzie obraz, jest rzeczą ze wszech miar wiadomą…

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Wyrok w sprawie krakowskich igrzysk Krakowski Sąd Apelacyjny 22 maja oddalił zażalenie Tomasza Leśniaka z inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom na postanowienie Sądu Okręgowego w sprawie rzetelności pro igrzyskowej kampanii, prowadzonej przez Miasto Kraków.

Kajetan Garbela Inicjatywa, reprezentowana przez mec. Arkadiusza Radwana z Instytutu Allerhanda zarzuciła miastu, że prowadzi nieuczciwą agitację, posługując się m. in. na bilbordach hasłem „Bo igrzyska to metoda na smog”. Dla każdego o trzeźwym umyśle jest chyba jasne, że organizacja w Krakowie igrzysk nie przyczyni się automatycznie do zmniejszenia miejskiego smogu, jak można zrozumieć to hasło. Sprawa nabrała sporego rozmachu, m. in. przez przesłuchanie świadków: marszałka Województwa Małopolskiego Marka Sowy oraz wiceprezydent Krakowa Magdaleny Sroki, nie była więc banałem, który dałoby się zamieść pod dywan. Wydawało się, że KPI ma spore szanse na wygraną, że pewna logika i zdrowy rozsądek zatriumfują, najpóźniej w wyniku odwołania, ale sąd orzekł inaczej. Dwa dni wcześniej, 20 maja Sąd Okręgowy w Krakowie oddalił wniosek Leśniaka. W uzasadnieniu podał, że wnioskodawca nie posiada legitymacji do wystąpienia w sądzie trybie referendalnym, ponieważ nie jest osobą zainteresowaną w sprawie i nie przysługuje prawo do złożenia wniosku w trybie artykułu 35 ustawy o referendum lokalny. Poza tym według sądu nie wiadomo, jakie konkretnie

s. 8

jego prawa miałaby naruszyć kwestionowana fraza. Co do samego hasła, orzekł zaś, że „twierdzenie, że igrzyska mogą spowodować zwiększenie uzyskania środków na walkę ze smogiem, nie podlega wartościowaniu na zasadzie prawda/fałsz. Jest to ocena, która nie podlega kontroli sądu”. Wspomniane wyżej odwołanie niczego już w tej sprawie nie zmieniło. Krótko mówiąc – znany krakowski aktywista, kierujący prężną inicjatywą, i oczywiście – obywatel miasta – w domyśle: współrządzący nim, według sądu niekoniecznie ma prawo wpływać na to, co w jego miejscu zamieszkania się dzieje i jak wydaje się publiczne pieniądze. Co z tego, że występował on oficjalnie w interesie znacznej części społeczności, tej, która igrzysk nie chce i nie godzi się na nieścisłości w miejskiej akcji przedreferendalnej. „Nieścisłości” a nie „przekłamania”, bo według sądu nie można stwierdzić, czy igrzyska będą metodą na smog, czy też nie, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że to twierdzenie jak najbardziej można rozpatrywać w kategorii „prawda/fałsz”. W końcu zawsze może wydarzyć się coś w jakimś stopniu związanego z igrzyskami, co smog zmniejszy i udowodni twierdzenie z bilbordów. Jak zauważył

sam mec. Radwan, sąd nie zrozumiał istoty tzw. dowodu negatywnego, dzięki czemu wyrok ten może stworzyć niebezpieczny precedens – można będzie formułować najbardziej niedorzeczne hasła i dopóki będzie istniała możliwość realizacji choć najmniejszego procenta spośród nich, nie będzie można nikogo skazać za kłamstwo. Ciekawą pozostaje kwestia, czy np. hasło „Bo igrzyska w Krakowie doprowadzą do śmierci prezydenta miasta” zostałoby potraktowane tak samo, czy już jako groźba karalna? Miastu dostało się tylko za to, że prowadzi de facto kampanię proigrzyskową, nazywając ją kampanią „informacyjną”, która oczywiście powinna wykazywać neutralne stanowisko władz. I to wszystko za pieniądze podatników. Żadnej kary jednak nie będzie, gdyż w trakcie kampanii można pozwalać sobie na pewne uproszczenia i skróty myślowe. Krótko mówiąc - znów okazało się, że są równi i równiejsi, że nie istnieje coś takiego jak logika i rozsądek bo wszystko jest względne, zaś oddolna inicjatywa obywatelska nie ma szansa wygrać z władzą, którą z kolei za nadużycia nie czekają kary, a jedynie pogrożenie palcem. 


WYDARZENIA I OPINIE

Marsz dla

Życia

i Rodziny

Zaczęło się w 2006 roku w Warszawie. Od tamtej pory po dziś dzień marsze dobywają się około 130 miastach Polski. Ta liczba z roku na rok wzrasta. Jest to pełna radości manifestacja wartości życia rodzinnego, a także życia samego w sobie.

Anna Kasprzyk Dzień w którym organizowane są Marsze, przypada na czas obchodzenia świąt, można stwierdzić, powiązanych z rodziną: jest to Dzień Matki i Dzień Dziecka. W tym roku dokładnie w Dzień Dziecka – 1 czerwca, na ulice wyjdzie mnóstwo rodzin, wspólnot, organizacji, ruchów i stowarzyszeń, których członkowie pragną zwrócić uwagę na sens posiadania pełnej rodziny, na sens budowania dobrych relacji w rodzinie, a także na sens życia zarówno tych nienarodzonych, jak i tych, którym trzeba zapewnić godne życie. Przecież każdy młody człowiek ma potrzebę wzrastania w pełnej rodzinie, bo tylko wtedy ma największe szanse rozwinąć się w pełni – dostrzegać pewne zależności. Życie w pełnej rodzinie jest gwarantem szczęścia, poczucia bezpieczeństwa, wsparcia najbliższych oraz godnej starości. Marsze są okazją do publicznego zamanifestowania radości z posiadania rodziny, umożliwiają spotkanie tych, którzy również podzielają te same wartości. Uczestniczy też w ten sposób upominają się o prawo do życia tych nienarodzonych. I wreszcie, jest to także okazja do zwrócenia uwagi opinii publicznej i władzom (lokalnym i ogólnopolskim)

na sytuację rodziny w społeczeństwie. Rodzina jest fundamentem dla kształtowania prawidłowego ładu społecznego, kulturowego i ekonomicznego. To rodzina jest pierwszą wspólnotą człowieka, jeśli od samego początku ta rodzinna wspólnota będzie należycie działać, jednostka wyrośnie z niej z prawidłowym stosunkiem do rzeczywistości i społeczeństwa. W tym roku akcja odbędzie się pod hasłem „Rodzina obywatelska. Rodzina – wspólnota – samorząd”. Celem przyświecającym jest zwróce-

nie uwagi na fakt, że rodzina stanowi przygotowanie młodego człowieka do funkcjonowania w lokalnej społeczności. Jeśli dana jednostka doświadczy zachwiania prawidłowych zachowań i norm postępowania w rodzinie, to społeczeństwo może na tym stracić. Rodzina może niewłaściwe zachowania korygować itp. i tym samym właściwie przygotuje do życia w społeczeństwie. W tym roku hasło ma być inspiracją do zaangażowania rodzin w sprawy lokalne, a także do kształtowania u dzieci postaw obywatelskich. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Real z

dziesiątym tytułem

W sobotę 24 maja byliśmy świadkami jednego z najdziwniejszych finałów w historii Ligi Mistrzów. Po pierwsze na stadionie w Lizbonie zmierzyły się ze sobą dwa kluby z tego samego miasta - Madrytu, a po drugie przebieg spotkania był taki, jakiego niewielu kibiców na świecie mogło się spodziewać. Mateusz Nowak Finał Ligi Mistrzów to zawsze wielkie święto futbolu, najważniejszy klubowy mecz roku. Kibice na całym świecie zasiadają przed telewizorami po to by obejrzeć w akcji dwie najlepsze drużyny w danym sezonie. Oczekiwania zawsze są wielkie i na szczęście często zostają spełnione. Nie inaczej było tym razem. Gdyby przed sezonem ktoś obstawiał taki finał, pewnie wielu ekspertów stwierdziłoby, że postradał zmysły. O ile jeszcze w sukces Realu Madryt można było uwierzyć, o tyle miejsce Atletico w finale zapewne niewielu obstawiało. Jak pokazał czas, całkowicie niesłusznie. Bo trzeba przyznać otwarcie, że było to starcie dwóch najlepszych drużyn w tej edycji Ligi Mistrzów. Wystarczy spojrzeć jakich rywali wyeliminowali po drodze. Real zostawił w pokonanym polu choćby Borussię Dortmund i Bayern Monachium, zeszłorocznych finalistów i mistrzów, a Atletico Barelonę czy Chelsea Londyn, niezwykle uznane marki na arenie międzynarodowej. Nie będę tu opisywał meczu, który zapewne większość z was widziała. Ograniczę się do minimum. Real wygrał po dogrywce 4:1, mimo że do 93 minuty przegrywał 1:0. W sumie nie wiem dlaczego sędzia doliczył

s. 10

“Ci co mnie znają

to wiedzą, że od lat kibicuję Barcelonie, a za Realem nie przepadam, jednak to nie dlatego w tegorocznym finale sercem byłem z Atletico. Spowodował to styl gry drużyny Diego Simeone w ciągu całego sezonu. do regulaminowego czasu gry aż 5 minut, nie zmienia to jednak faktu, że Sergio Ramos gola strzelił prawidłowo i tym samym doprowadził do dogrywki. Im dłużej ona trwała, tym bardziej żal mi było piłkarzy Atletico, którzy z minuty na minutę wyraźnie opadali z sił. Pierwszą połowę dogrywki jeszcze jakoś przetrwali, ale w drugiej już Real ich zniszczył, aplikując im aż 3 bramki w odstępie 10 minut. Ja osobiście po golu Ramosa liczyłem na to, że Atletico uda się utrzymać remis i mecz zakończą rzuty karne. Niestety przeliczyłem

się, nie wytrzymali kondycyjnie. Od upragnionego trofeum dzieliły ich jedynie dwie minuty, jednak w piłce nożnej nie można się choćby na chwilę zatrzymać, trzeba grać do końca. I to właśnie wczoraj zrobił Real, dzięki czemu po 12 latach ponownie sięgnął po puchar Ligi Mistrzów. Ci co mnie znają to wiedzą, że od lat kibicuję Barcelonie, a za Realem nie przepadam, jednak to nie dlatego w tegorocznym finale sercem byłem z Atletico. Spowodował to styl gry drużyny Diego Simeone w ciągu całego sezonu. Mimo tego, że nie byli faworytami do zwycięstwa w żadnych rozgrywkach to sezon zaczęli od zwycięstwa z Chelsea Londyn w Superpucharze Europy, rozgrywki Pucharu Króla zakończyli na półfinale, ulegając dopiero Realowi, później sprawili największą niespodziankę i przerwali w lidze hiszpańskiej hegemonię Realu i Barcelony, trwającą od 2005 roku. Dlatego też zwycięstwo w Lidze Mistrzów byłoby dla nich idealnym ukoronowaniem sezonu, taką wisienką na torcie. Niestety wtrącił się w to wszystko ich lokalny rywal, najlepsza drużyna w historii piłki nożnej, której kibice od soboty są w ekstazie. Styl gry Atletico też nie był jedyną przyczyną mojego sympatyzowania z


tą drużyną. Chciałem też, żeby udało im się po raz pierwszy w historii tego klubu sięgnąć po największe klubowe trofeum w Europie. Real miał już przed finałem tych tytułów dziewięć w swojej kolekcji, więc nie było powodu, żeby im kibicować. Oczywiście wielbiciele Realu zaraz podniosą głosy “ale la decima, la decima”, a mnie wasza “la decima” naprawdę nie obchodzi i to naprawdę nie dlatego, że nie lubię waszego klubu, ale dlatego, że jestem za tym, żeby sukcesy osiągały drużyny, w których nie ma wielkich pieniędzy, które nie są napędzane tylko i wyłącznie przez wypchane po brzegi kieszenie właścicieli. A za samego Bale’a i Ronaldo Real zapłacił niemalże 200 milionów euro. Dla porównania wartość wszystkich piłkarzy Atletico grających w sobotę na murawie nie przekraczała 40 milionów euro. Oczywiście w szacunkach przedsezonowych, gdyż aktualnie, po takim sezonie, ta wartość na pewno zdecydowanie wzrosła. Niemniej jednak Atletico nie zostało zbudowane przez olbrzymie pieniądze, ale przez doskonałego szkoleniowca Diego Simeone, który dla swoich piłkarzy jest jak ojciec. Coś podobnego stworzył w Borussii Dortmund Juergen Klopp. I te dwa kluby są najlepszym potwierdzeniem na to, że da się walczyć z tymi wielkimi krezusami, którzy w piłce nożnej widzą przede wszystkim biznes. I to nie Real czy Bayern są tu drużynami, które potępiam, ponieważ są to kluby z wielkimi tradycjami. Główne zastrzeżenia mam do takich sztucznych tworów jak Manchester City, Chelsea Londyn, Paris Saint Germain czy AS Monaco. To są kluby zbudowane od zera tylko i wyłącznie na arabskich bądź rosyjskich pieniądzach. Dlatego cieszę się, że w zeszłym roku Borussia, a w tym roku Atletico choć w części pokrzyżowały plany tym wielkim koncernom, które nie tworzą piłkarzy, tylko ich skupują. 

s. 11


TAKA SYTUACJA

UJ - dobro nasze wspólne Można się spierać i poddawać w wątpliwość – czy faktycznie jest najlepszy, najbardziej prestiżowy i płodny, jeśli idzie o ilość wysoko wykwalifikowanych absolwentów. Jedno natomiast jest pewne – Uniwersytet Jagielloński to pierwszy polski uniwersytet, jeden z najstarszych na świecie. Rok 2014 to wyjątkowy czas – zarówno dla społeczności akademickiej jak i dla wszystkich Polaków – ponieważ UJot obchodzi swoje 650-lecie. Aleksandra Brzezicka Ostatnie tygodnie w krakowskim życiu kulturalnym upłynęły w dużej mierze pod znakiem uroczystych obchodów rocznicy powstania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Działający od sześciu i pół wieku, jest swoistym emblematem w historii Polski i w polskiej edukacji. Od wielu lat charakteryzowany jako ten, który łączy tradycję z nowoczesnością, co nie jest tylko chwytliwym hasłem reklamowym, ale – jak sądzę – rzeczywistym efektem wysiłku rektorów i pracowników naukowych tej uczelni. Silnie zakorzeniony w historii (jego założycielem był Kazimierz Wielki, a odnowicielami Władysław Jagiełło i Jadwiga Andegaweńska), przetrwał burzliwe dzieje naszego kraju (rozbiory i wojny) aż po dziś dzień, co sprawia, że nie jest on tylko chlubą Krakowa ani przedmiotem zainteresowania wyłącznie swoich pracowników i studentów, ale elementem polskiego dziedzictwa kulturalnego, elementem polskości. Obecnie prowadzi 78 kierunków studiów (149 specjalności) na 15 wydziałach, zatrudnia ponad 7 tysięcy pracowników (w tym 3884 nauczycieli akademickich), a studiuje na nim niespełna 50 000 studentów. Wszystkie zaś swoje działania i zamierzenia determinuje przyjętą maksymą plus ratio quam vis (rozum wyższy niż siła). Maj to miesiąc, w którym skupiły się uroczyste i zakrojone na szeroka skalę obchody tego wyjątkowego

s. 12

jubileuszu: rywalizacja sportowa (Międzynarodowe Regaty Ósemek Wioślarskich), koncerty w krakowskiej Filharmonii (Orkiestra Symfoniczna Akademii Muzycznej), międzynarodowe debaty, konferencje (poświęcone m. in. hadronom czy taurynie) i wystawy („Studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego na przestrzeni wieków” zorganizowana na Plantach, możliwość obejrzenia zbiorów Collegium Maius). Odsłonięto tablicę poświęconą pamięci króla Kazimierza Wielkiego, otwarto Małopolskie Centrum Biotechnologii, wreszcie studenci zakopali kapsułę czasu, którą będzie można otworzyć za co najmniej 50 lat. Odbył się także plebiscyt „Laudacje studenckie” oraz szereg innych wydarzeń, w których uczestniczyć mogli już wszyscy zainteresowani: uroczysta Msza św. na Wawelu, pochód rektorów uczelni wyższych, czy bardzo wyjątkowe widowisko muzyczne skomponowane przez zdobywcę Oscara, Jana Kaczmarka pt. „UNIWERSA – Opera Otwarta”, która 10 maja przyciągnęła na krakowski Rynek setki widzów. Kraków gościł też m. in. prezydenta Bronisława Komorowskiego czy przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barosso. Maj nie kończy obchodów 650. urodzin Uniwersytetu, gdyż obejmują one w zasadzie cały rok (dalszy plan i relacje z minionych wydarzeń można znaleźć na stronie internetowej utworzonej

specjalnie na ten jubileusz: www.650. uj.edu.pl). Podobnie jak Kraków przesiąknięty jest historią Polski, tak i Uniwersytet Jagielloński naznaczony jest przez jej dzieje. To w nim spotyka się przeszłość z teraźniejszością, co najlepiej widać zwiedzając Collegium Maius i nowoczesny Kampus na Ruczaju. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że UJot to miniatura kraju. Nie przesadzę, jeśli powiem, że w dużej mierze to on tworzy polską kulturę. Od Mikołaja Kopernika, poprzez Jana Pawła II i najważniejszych ludzi polskiej literatury, kończąc na wielu młodych naukowcach, którzy w ostatnich latach odnosili międzynarodowe sukcesy w swoich badaniach i odkryciach (głównie w dziedzinie fizyki, biologii i medycyny – np. przeszczep sztucznej skóry). Uniwersytet tworzą ludzie – to oni go powołali, zabiegali o jego rozwój i świetność, walczyli o utrzymanie w trudnych i skomplikowanych politycznie warunkach. To truizm, ale nie da się go pominąć. Potrzeba, aby w świadomości Polaków wzbudziło się autentyczne przekonanie, że Uniwersytet Jagielloński jest naszym wspólnym dobrem narodowym. Bo to my – obecni jego studenci, pracownicy i Polacy – a także przyszłe pokolenia zadecydują, jaki będzie jego dalszy kształt. Bo uniwersytet tworzą ludzie, a nie polityka i przeciwności losu


TAKA SYTUACJA

s. 13


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Pokusa demokacji Demokracja miała być jednym z sukcesów dążeń człowieka. Realizacją marzenia o wolności i suwerenności jednostki. Jednak myśląc o demokracji nie sposób uwolnić się od paradoksów.

Maciej Puczkowski Po pierwsze, nie wszyscy czujemy się wolni. - Tak naprawdę nie ma demokracji - ktoś powie teoretyzując jak powinien wyglądać jej ideał. W takim razie co jest? Jak nazwać ustrój w którym żyjemy? Bez zbędnych złośliwości, ale tak jakbyśmy byli kronikarzami naszych czasów. Musielibyśmy wtedy napisać, że na początku dwudziestego pierwszego wieku w Polsce panowała demokracja. Od razu można zwrócić uwagę na słowo “panowała”. Ktoś lub coś zawsze panuje nad człowiekiem, nie zawsze “miłościwie”. Wydaje się, że człowiek zapragnął tej suwerenności trochę na wyrost niesłusznie utożsamiając ją z wolnością. Niestety jedynym ustrojem, który jest w stanie dać nam tę suwerenność jest całkowita anarchia i brak jakiejkowiek państwowości. Nie trwałaby ona jednak długo, gdyż w takiej sytuacji ludzie silniejsi podporządkowaliby sobie słabszych tworząc podwaliny nowych państw i nie byłoby żadnego narzędzia, który by ten proces powstrzymał. Dlatego anarchia jest niemożliwa. Jedynym co jesteśmy w stanie osiągnąć w tym kierunku to demokracja, która może co najwyżej zmaksymalizować stopień naszej jednostkowej autonomii. To znaczy, że człowiek jak długo żyje w społeczeństwie nigdy nie będzie tak wolny jak zakłada ideał.

s. 14

“Ponieważ w tak-

ie ideały jak wolność, czy suwerenność da się łatwo ubrać gnuśność i rozwiązłość do demokracji dążyć będą zarówno ludzie cnotliwi, acz błądzący rozumem i niegodziwcy. Kiedy już uda się ją zaprowadzić ci pierwsi będą jej bronić, bo o nią walczyli, ci drudzy bo jest wygodna. Ponieważ w takie ideały jak wolność, czy suwerenność da się łatwo ubrać gnuśność i rozwiązłość do demokracji dążyć będą zarówno ludzie cnotliwi, acz błądzący rozumem i niegodziwcy. Kiedy już uda się ją zaprowadzić ci pierwsi będą jej bronić, bo o nią walczyli, ci drudzy bo jest wygodna. Chociaż można narzekać na to, że politycy nic nie robią, że rządzą nami ludzie przeciętni, a nie wybitni lub idąc za głosem Platona: nie ci co umieją rządzić, a ci, którzy ogłosili się przyjacielami ludu, to jest wystarczająco wiele obiecali, demokracja jest ustrojem, który dba

o ludzi. Jednak dba aż nadto. Jak rodzice, którzy rozpieszczają dziecko zabawkami i nowinkami technicznymi ignorując zupełnie jego rozwój duchowy. Tu rzecz jest wybitnie prosta. Żeby stać u władzy demokrata musi spełnić przynajmniej dwa warunki: chcieć rządzić i odpowiednio wiele obiecać, ewentualnie skompromitować konkurencję, ale ten temat zostawmy na boku. Pierwszy warunek zwiększa drastycznie ryzyko, że wśród kandydatów na stanowisko znajdą się ludzie chciwi, egoistyczni, żądni władzy i zaszczytów, słowem - niegodziwi. Tym więcej będzie niegodziwców wśród kandydatów im wyższe stanowisko. Zatem prawdopodobieństwo, że człowiek stojący na czele narodu będzie człowiekiem cnotliwym zmierza do zera. Może dlatego mówi się, że polityka to bagno skoro zna się tylko tę stronę medalu. Drugi warunek, to wspomniane już, ogłoszenie się przyjacielem ludu, a już starożytni Rzymianie wiedzieli czego pragnie lud: chleba i igrzysk. Chleb i igrzyska w naszych czasach to, choćby pełne różnorodności półki w sklepach, dobre drogi, stadiony, orliki itp. Rzeczy które same w sobie są rzeczywiście dobrami i nie używane w nadmiarze przynoszą człowiekowi korzyść. Jednak igrzyska


T E M A T

mogą się wiązać również z cyrkiem na arenie światowej. Dlatego nie powinna dziwić popularność ludzi perwersyjnych lub po prostu w jakiś sposób dziwnych, gdyż takie cuda jak kobieta z brodą nie od dziś są atrakcją cyrkową. Można więc ubolewać nad upadkiem ludzkości, ale trzeba zwrócić uwagę na to, że ta ludzkość upada, dlatego, że spełnia wszystkie swoje zachcianki i nie ma rózgi, która wpoiłaby jej cnoty. Demokracja więc dając ludziom rzekomą wolność, która też pozostaje w sferze wątpliwości, rozpuszcza ich. Ktoś może powiedzieć, że taka jest cena wolności. Rzeczywiście zasadnicza różnica pomiędzy demokracją, a monarchią jest taka, że w monarchii jesteśmy poddanymi, a w demokracji obywatelami. Ceną za to jednak jest nie tylko upadająca moralność, ale paraliż państwa. Demokracja systemowo zamienia państwo w opiekuńcze spełniając zachcianki ludu. Jak się rzekło do władzy dostają się ludzie niegodziwi, więc pod przykrywką tejże troski prowadzą swoje interesy chociażby wprowadzając absurdalne regulacje w przepisach prawnych. Mamy więc

N U M E R U

z jednej strony pasożytów zżerających państwo, z drugiej poczucie, że ktoś o nas dba. Jednak wystarczy kilkudniowe zagrożenie wojną od strony silnej Rosji, a okazuje się, że to poczucie bezpieczeństwa budowane regulacjami, systemami socjalnymi i całą biurokracją okazuje się zupełną fikcją, że bezpieczeństwo oznacza to, że moje państwo mnie obroni. Pomijając formy pośrednie, które może okazałyby się dobrym rozwiązaniem. Po drugiej stronie mamy monarchię, w której musimy zgodzić się na poddaństwo. Nie oszukujmy się. Myśl wolnościowa prowadząca do demokracji rozwijała się właśnie w monarchiach więc nie należy upatrywać tu doskonałości. Ideałem oczywiście jest władca, który prowadzi naród jak ojciec: nie szczędzi mu rózgi, ani przyjemności i otacza go troską niekoniecznie bacząc na jego kaprysy. Prostym wypaczeniem monarchii jest tyrania, czy bardziej współcześnie – system totalitarny. Jednak, idąc znów za Platonem, tak samo jak dla monarchii wypaczeniem jest tyrania, tak samo dla poliarchii – demokracja. Dla porządku trzeba też wspomnieć o arystokracji,

której wypaczeniem jest oligarchia – władza bogatych. Zatem mamy dwie opcje – władzę jednego lub wielu. W tych dwóch opcjach powinniśmy się bronić przed wypaczeniami: tyranią, oligarchią i demokracją. 

s. 15


TEMAT NUMERU

Krótka historia arystokracji Zajmijmy się na początku znaczeniem samego słowa „arystokracja”. Wywodzi się ono ze starożytnej Grecji. Pierwotnie oznaczało nie pewną grupę ludzi, a formę rządów: rządy lepszej mniejszości.

Kamil Majcherek Arystokracja miała więc być jedną z trzech form ustrojowych w podziale dokonanym na podstawie liczebności grupy sprawującej rządy: monarchia była rządami jednostki, arystokracja – rządami mniejszości, a politeja – rządami większości. Twórcy tego podziału – Platon i Arystoteles – uważali trzy wymienione przeze mnie formy ustrojowe za „zdrowe”: osoba bądź osoby sprawujące w nich władzę czyniły to dla korzyści ogółu. Tym trzem formom „zdrowym” odpowiadały trzy zdegenerowane: tyrania, oligarchia i demokracja, w których rządzący czynili wszystko tylko dla korzyści własnej. Kim miała być owa „lepsza mniejszość” sprawująca władzę ku pożytkowi ogółu w arystokracji? Platon uważał, że tworzyć ją powinna klasa „strażników” będących ekspertami w rozpoznaniu wspólnego dobra i realizowaniu go. Strażnicy mieli być kimś w rodzaju zawodowych władców i przywódców otrzymujących długą i rzetelną edukację. W projekcie Platona pozbawieni mieli być oni prywatnej własności, która mogłaby ich skłonić do realizowania interesów własnych zamiast publicznych. Wiele z tego, co ateński filozof pisał, było w domyśle również krytyką stanu polis jego czasów. Tak więc już Platon widział największe zagrożenie dla rządzącej elity w systemie arys-

s. 16

“Obyczaje, wiara,

świat pojęć i wartości prawdziwej, zdrowej arystokracji nie mają stać w sprzeczności z wierzeniami i obyczajami warstw niższych, lecz stanowić intensyfikację i sublimację wartości, które konstytuują całą wspólnotę. tokratycznym (który uważał za najlepszy) w porzucaniu interesu ogółu na rzecz partykularnych korzyści, czyniącym ów system oligarchią. Arystoteles definiował arystokrację jako formę ustroju, w którym „rządzi więcej niż jeden, lecz nie wielu (…) i jest tak nazywana albo dlatego, że rządzący są najlepszymi z ludzi, albo dlatego, że mają na celu korzyść państwa i jego obywateli”. Rdzeniem greckiego słowa aristokrateja jest bowiem aristos – co znaczy „najlepszy”. Słowo „arystokracja” znaczy więc tyle, co „rządy najlepszych”. Również Arystoteles dostrzegał ryzyko przerodzenia się arystokracji w oligarchię, która dba jedynie o dobro

bogatych. Jednak w przeciwieństwie do Platona, patrzył na rządy bardziej realistycznie i uważał, że to właśnie pewien wystarczająco dobry status majątkowy rządzących lepiej usuwa pokusę egoizmu. Tak Platon, jak i Arystoteles sądzili, że – obok edukacji i pewnej zamożności – czynnikiem sprzyjającym doskonałości rządzących jest „dobre urodzenie” oraz wychowanie w obywatelskiej cnocie. To ostatnie cenione było w Grecji już wiele setek lat przed naszymi filozofami. Hezjod i Homer wywodzili genealogię bohaterów od legendarnych postaci, czasem nawet bogów. Również w starożytnym Rzymie posiadanie sławnych przodków przynosiło prestiż i przywileje. Społeczną elitę wczesnej rzymskiej republiki stanowili patrycjusze, uznawani za potomków założycieli miasta. W ciągu stuleci klasa patrycjuszy, cechująca się sporą ekskluzywnością, została przymuszona do otwarcia wielu publicznych urzędów dla osób spoza niej. Jako elita drugiego rzędu wyrośli ekwici – na tyle zamożni, że stać ich było na niezwykle cenny podówczas „towar”: konie (stąd nazwa tej klasy). W IV i III wieku przed Chrystusem również „zwykli obywatele” – plebejusze – zyskali polityczną równość. W związku z tym, podstawowym wyróżnikiem w społecznej hierar-


T E M A T

chii stało się zajmowanie urzędów i pochodzenie od osób sprawujących (szczególnie wysokie) urzędy. Rody wykazujące się zajmowaniem takich wysokich urzędów nazywały się „szlachetnymi” – nobiles – a jednocześnie „sławnymi” (bowiem słowo nobilis ma te dwa znaczenia). Poza kilkoma wyjątkami, konsulowie pochodzili z owych szlachetnych rodów, a po zakończeniu kadencji zasiadali w senacie, którego siłą miało być zbieranie kolektywnej mądrości i doświadczeń wszystkich osób mających za sobą służbę republice na najwyższych stanowiskach. Liczba senatorów nigdy nie przekroczyła tysiąca, a zazwyczaj była znacznie mniejsza – to czyniło rodziny senatorów najbardziej ekskluzywną grupą spośród wszystkich rzymskich elit. Modele rzymskich elit miały dominować jeszcze wiele stuleci później w rozważaniach na temat znaczenia i roli politycznych klas wyższych. W późnej starożytności znaczenia tytułów pochodzących z czasów republiki poczęły się zmieniać, będąc stosowanymi do grup i instytucji noszących tylko dalekie podobieństwo do swoich pierwowzorów. Do społecznego obiegu weszła kategoria „ludzi bardziej godnych szacunku”

N U M E R U

(honestories), a późniejsi władcy wprowadzili nowe podziały i tytuły honorowe. Jedynie dwa spośród nich dożyły czasów późniejszych: w IV w. n.e. dowódcy armii otrzymywali tytuł dux – księcia, zaś urzędnicy tytułowani byli jako comes – hrabia. Tymczasem słowo „arystokracja” znika z areny dziejów na tysiąc lat. Ponownie pojawi się w XV wieku i będzie już wtedy oznaczać nie tylko formę sprawowania rządów, ale również państwa rządzone przez osoby szlachetnie urodzone. Termin „szlachetny” nie wyszedł z użycia, ale zmienił znaczenie i począł odnosić się do zdolności do walki. Klasyczny podział społeczeństwa stosowany w średniowieczu dzielił je na trzy grupy: stan duchowny – zajmujący się modlitwą i nauczaniem, stan rycerski – zajmujący się walką, reszta: rolnicy i rzemieślnicy – zajmować się miała pracą. Ten podział nigdy nie był bardzo szczelny: kiedy już się wykrystalizował, byli możni, którzy nie walczyli. Jednak powołanie do walki pozostało istotnym elementem tożsamości warstw szlachetnie urodzonych właściwie aż do XX wieku. Naturalnie, istotną różnicę w położeniu tych warstw wniosły zmiany ustrojowe: poza nielicznymi miast-

ami-państwami Włoch, rządzonymi kolektywnie – niczym starożytne republiki – przez dziedziczne elity, dominować zaczęły monarchie. Wyłom w starożytnej taksonomii form ustrojowych nastąpił w roku 1748, kiedy to Monteskiusz porzucił platońsko-arystotelejską klasyfikację, zamiast niej dokonując wyróżnienia: republik, monarchii i despotyzmów. Jego zdaniem arystokracja była jedynie typem republiki, w której zamiast wielu rządzili nieliczni. Owych nielicznych utożsamił on z możnymi, choć najbardziej właściwą rolę dla warstw wysoko urodzonych Montesquieu przewidywał w monarchii: mieli oni być siłą pośredniczącą pomiędzy monarchą a poddanymi, dbającą o zachowywanie praw i zapobiegającą despotyzmowi. Podstawowym hasłem było: „nie ma monarchy, nie ma szlachty; nie ma szlachty, nie ma monarchy”. Trzy dekady po publikacji dzieła Montesquieu, amerykańscy rewolucjoniści wypowiedzieli posłuszeństwo królowi Jerzemu III, ustanawiając republikę, i stwierdzili jednocześnie, że jakakolwiek forma szlachectwa jest nie do pogodzenia z nowym kształtem ich państwa. Poczęli również mówić o zagrożeniach niesionych

s. 17


przez arystokrację jako zagarnianie władzy przez bogatych, zacierając w ten sposób poczynione jeszcze przez Arystotelesa rozróżnienie pomiędzy arystokracją a oligarchią. A około roku 1780, kiedy sytuacja w Ameryce Północnej pozostawała jeszcze nierozstrzygnięta, holenderscy reformatorzy zaczęli nazywać swoich możnych „arystokratami” – posługując się tym słowem w sposób wcześniej nieznany. Nazwę tę podchwycą później francuscy rewolucjoniści pragnący zniszczenia przywilejów i władzy francuskiej szlachty nazwanej arystokracją. W ten właśnie sposób zaczęła ona oznaczać nie tylko formę rządów, ale również pewną grupę społeczną: tak „arystokracja” i „szlachta” stały się synonimami. Istnienie arystokracji zawsze było związane z hierarchicznym porządkiem społeczeństwa; nierzadka była również hierarchia w obrębie tego stanu, która mówiła o randze przysług oddawanych władcy. Z porządkiem tym związane były naturalnie liczne przywileje, lecz również obowiązki, spośród których podstawowym była zawsze służba społeczeństwu: wypełnianie powierzonych szlachetnie urodzonym urzędów, dbanie o porządek i dobrobyt poddanych oraz walka na wezwanie króla. Jednym z istotnych elementów feudalnego kontraktu było dostarczenie przez wasala królowi ustalonej liczby wojowników. Ze wszystkim tym wiązało się wpisane w kodeks honorowy niezwykle silne poczucie obowiązku wiążącego szlachcica (czy później: arystokratę) z władcą. C. Polin pisał, że „honor rodu znaczy: nie mieć do policzenia między swymi przodka, który uchybiłby cnocie”. Niechlubnym wyjątkiem była tu polska szlachta poczytująca sobie możliwość odmowy służby wojskowej za jeden ze swych przywilejów. Jakkolwiek by patrzeć na działania arystokracji, (która niewątpliwie wiele razy nie dorastała do ideałów, którym miała służyć: honoru, lojalności, służby czy wiary) co do jednego nie można mieć wątpliwości: to ona zbudowała całą europejską cywilizację i kulturę, z której jeszcze dziś wyrastamy i czerpiemy.

s. 18

Dla wielu konserwatystów ważna jest myśl o nieusuwalnie hierarchicznym porządku społeczeństwa, który – nawet pod przykrywką egalitaryzmu – stwarza sobie nową, niejawną arystokrację. M. Bierdiajew pisał: „Każdy porządek życia jest hierarchiczny i posiada właściwą sobie arystokrację (…). Gdy złamana zostaje prawdziwa hierarchia i wytępiona prawdziwa arystokracja, pojawia się fałszywa hierarchia i kształtuje arystokracja fałszywa (…). Na miejsce hierarchii arystokratycznej powstaje hierarchia ochlokratyczna. Panowanie tłumu stwarza własną wybraną mniejszość, dobiera najlepszych i najsilniejszych w chamstwie – pierwszych pośród chamów, książąt i baronów królestwa Chama. W wymiarze religijnym obalenie hierarchii Chrystusa stwarza hierarchię Antychrysta”. Obyczaje, wiara, świat pojęć i wartości prawdziwej, zdrowej arystokracji nie mają stać w sprzeczności z wierzeniami i obyczajami warstw niższych, lecz stanowić intensyfikację i sublimację wartości, które konstytuują całą wspólnotę. Szczególnie chrześcijański arystokratyzm zwracał uwagę na to, że hierarchiczne zróżnicowanie oznacza służebność rozumianą jako pomoc udzielaną

wszystkim za pośrednictwem niektórych. Akcentowanie służebnej roli arystokracji ma zapobiegać nadużyciom przeradzającym ją w oligarchię. Mając to na uwadze, H. Rzewuski pisał: „Jeżeli w społeczeństwie wyrobiła się kasta arystokratyczna przewodnicząca masie narodu, pojmujemy logiczność tego przewodnictwa, o ile członkowie tej kasty wierzą, że składają rasę moralnie wyższą, której jest poruczona zwierzchność nad gminem, pod warunkiem, iż jest z natury swojej potężniejsza męstwem, cnotami, światłem, obyczajami, wiernością, wiarą, a więc, że nim opiekuje się, posuwając go na drodze ukształcenia. Ale jeżeli myślą, że (…) szlachcic żadnej wyższości moralnej nie ma nad chłopa i ma uważać siebie jako spadkobiercę nadużycia, i że używa go tylko dla własnej korzyści, wycieńczając pracą, a demoralizując gwałtownością swoich chuci, gorsząc go i dając mu przykład obojętności religijnej, i że godzi się mu przedłużać nad nim swoją opiekę — zaiste opieka ta będąc niczym jak gwałtownością w żaden sposób utrzymać się nie może i nie ma rządu, który by zdołał wlać życie w to, co już jest martwe”. 


TEMAT NUMERU

s. 19


TEMAT NUMERU

Kto ma trzymać

złoty róg?

Żyjemy w czasach przemieszania. Przemieszania warstw społecznych, przemieszania wykształconych z niewykształconymi, inteligencji z chamami. Co gorsza, czasem to przemieszanie dokonuje się w pojedynczym człowieku.

Danuta Cebula Jak tu mówić o elicie? Jak wyobrażać sobie elitę kulturalną? Wyspiański w „Weselu” przestrzegał, by złotego rogu nie dawać do ręki Jaśkowi, bo ten, jako człowiek niewykształcony i zainteresowany jedynie własną korzyścią, nikogo do niczego nie poprowadzi. A elita powinna prowadzić. Co jednak począć z tymi czasami nam współczesnymi, w których to tak pełno inteligentnych chamów, z pozoru wykształconych i aspirujących do bycia elitą, ale nieposiadających podstawowej kultury osobistej, wyrażającej się zarówno w przestrzeganiu zasad dobrego wychowania, jak i w stosunku do drugiego człowieka w ogóle? Ludzie ci traktują innych jako środki do osiągnięcia celu, nie jako cele same w sobie; tworzyć się wtedy zaczyna swoista prostacka pseudoelita. Będzie ona oczytana i obeznana ze światem. Ale będzie gardziła nieoczytanymi, którzy nieraz będą paradoksalnie bardziej kulturalni od niej samej. Elita zaś powinna prowadzić, kierując się etyką, ale nie odcinając się zarazem od reszty społeczeństwa; powinna „ciągnąć w górę”, nie zmierzać w dół. Powinna od siebie wymagać. Właśnie od siebie bardziej niż od innych. Zarazem jednak nie powinna być naiwna. Chyba warto każdego dnia robić sobie rachunek sumienia ze stawi-

s. 20

“Elita zaś powinna

prowadzić, kierując się etyką, ale nie odcinając się zarazem od reszty społeczeństwa; powinna „ciągnąć w górę”, nie zmierzać w dół. Powinna od siebie wymagać. Właśnie od siebie bardziej niż od innych. Zarazem jednak nie powinna być naiwna. anych sobie wymagań – wymagań w stosunku do całego życia, nie tylko do jego zewnętrznej strony; z szacunku do drugiego człowieka, choćby był mniej wykształcony od nas. W końcu z tego, czy jesteśmy elitą wiary – jeśli ludzie widzą nasze zaangażowanie w sprawy Kościoła, powinni też widzieć, że żyjemy tak, jak Kościół nakazuje. Wiele tu postulatów i nakazów, które mogą odpychać. Jednak chciałabym poprzeć te tezy przykładami konkretnych osób, bez wątpienia należących do elity kulturalnej. Wbrew pozorom było ich wielu,

warto jednak skupić się na dwóch postaciach. Andrzej Bobkowski. Pokolenie 1910, z wykształcenia ekonomista, od czasu do czasu literat, ale za to genialny. Przed wojną wyjechał wraz z żoną z Krakowa do Francji. W Paryżu zastała go burza dziejowa. Podczas inwazji niemieckiej na Francję w 1940 roku zaczął pisać dziennik, który, pod nazwą „Szkice piórkiem”, stanowi obecnie jego najbardziej znane dzieło. Niezwykły jest opis podróży Bobkowskiego rowerem po południu Francji. Wokół trwa wojna, w fabryce, w której autor dziennika zajmuje się polskimi robotnikami, panuje zamieszanie. Bobkowski wykorzystuje każdą chwilę na „wchłanianie” rzeczywistości; jego towarzyszem podróży jest Tadzio, prosty robotnik, warszawiak z krwi i kości. Ta para stanowi jakiś współczesny odpowiednik Don Kichota i Sancho Pansy, z tym że Bobkowski do Tadzia ma o wiele większy szacunek. Warto przytoczyć kilka cytatów ze „Szkiców piórkiem”. 29 sierpnia 1940 roku Bobkowski pisze: „Tadzio zadaje często zupełnie nieoczekiwane pytania i żąda konkretnej odpowiedzi. Te nasze rozmowy są jak partia szermierki, w której ja jestem wytrawnym florecistą (…). Dziś leżeliśmy na piasku. (…) Tadzio nagle usiadł, zgarnął wypłowi-


T E M A T

ałe włosy i wypalił: – Faktycznie powiedz mi, co to się robi na tym świecie? Już, od razu, natychmiast. Dla niego świat jest silnikiem spalinowym, który dotąd szedł i teraz nagle nawala. Wydaje mu się, że potrafię mu od razu odpowiedzieć, tak po prostu: karburator się zatkał, trzeba przedmuchać i będzie wszystko w porządku. (…) Chwilę myślałem i potem zacząłem. Były to długie godziny koronkowej roboty floretem. Tadzio słuchał z zainteresowaniem, ale w końcu uniósł się na łokciach zniecierpliwiony: – Jędruś, jak pragnę zdrowia! Ja ci nie chcę ubliżać, ale to wszystko o tym Egipcie, o Grecji, o Rzymianach, o średnim wieku i tym Renesansie czy jak mu tam, to ciekawe, ale ty wpadasz w korkociąg. To są te genialne, intuicyjne określenia Tadzia. Nie wiem, czy można lepiej oddać istotę intelektualnego zaplątania się, jak właśnie tym określeniem, które on wyniósł ze służby w lotnictwie: wpadasz w korkociąg. Rzeczywiście wpadłem. Trzeba wyrównać”.

N U M E R U

I jeszcze jeden fragmencik: „śmieszne. W tych rozmowach on myśli zwykle, że ja jego nie dosyć rozumiem, a ja mam wrażenie, że on mnie nie pojmuje. A tymczasem rozumiemy się znacznie lepiej, niż myślimy”. Pokora. I zachwyt nad prostotą tego drugiego, niewykształconego człowieka. A zarazem chęć, by również temu człowiekowi przybliżyć trochę kultury i prawdy. I jeszcze na koniec – Zbigniew Herbert, który w wywiadzie z samym sobą (sic!) mówi o roli kultury „elitarnej” i jej wpływie na kulturę masową: „trzeba na to spojrzeć spokojnie i nie rozdzierać szat, że amatorów liryki, kwartetów smyczkowych i taszyzmu jest mniej niż amatorów jazzu, filmów amerykańskich i powieści kryminalnych. Ta znaczna część młodzieży, która nie wie, kto to jest Białoszewski, a zna dobrze Armstronga, nie jest absolutnie stracona dla kultury z wyższych pięter, gdzie rozrywka się sublimuje i intelektualizuje. Hasło: nie oddzielać, ale łączyć sztukę czystą ze sztuką stosowaną, elitarną z masową wydaje mi

się hasłem najrozsądniejszym. (…) Trzeba badać, kształtować, podnosić gusty publiczności, a nie odcinać się pogardliwie, w abstrakcyjnych biadoleniach drukowanych w pisemkach o małym nakładzie”. Herberta również charakteryzował szacunek do „zwykłej” rzeczywistości, godzony jednak całkowicie z odmową zniżania własnego poziomu do poziomu ogółu. Takich ludzi teraz brakuje – takiej właśnie elity kultury. Co robić? Chyba po prostu – naśladować. Zasłyszałam to kiedyś na jakimś kazaniu i wydaje mi się bardzo trafne w tym kontekście: do żłóbka w Betlejem przyszli pasterze – ludzie niewymuszenie prości (nie prostaccy!) – i Mędrcy. Nie było tam półinteligentów. 

s. 21


TEMAT NUMERU

Po obu stronach Odry, czyli

elita elicie nierówna Sposób, w jaki dane społeczeństwo rozumie swoją elitę i ją wybiera to ważny faktor wpływający na jego obraz, a także na odbiór przed przedstawicieli innych społeczności. Czy kształtowanie się elit ma coś wspólnego z wyznawanymi wartościami i kulturą? Czy da się porównać elity różnych krajów? – korespondencja z Berlina. Małgorzata Różycka

„Słownik języka polskiego” wydany przez PWN definiuje elitę jako „wąską grupę ludzi wyróżniającą się lub uprzywilejowaną w stosunku do reszty społeczeństwa ze względu na posiadanie pewnych cech lub dóbr cenionych społecznie”. Od razu rzuca się w oczy decydująca rola społecznego poważania, które pozwala przyznać danej grupie zaszczytne miano elity. I w tym miejscu pojawia się spory problem, ponieważ szacunek jest wartością bardzo trudną do obiektywnego zmierzenia, a co za tym idzie także do porównywania. Z pomocą przychodzą publikowane systematycznie wyniki ankiet, dające impuls do badań dotyczących struktury i znaczenia elit w różnych społeczeństwach oraz pozwalające uzyskać realistyczny obraz opinii publicznej.

MAPA TO NIE WSZYSTKO

Ostatnio miałam okazję zapoznać się z wynikami badania prestiżu poszczególnych zawodów przeprowadzonego w Niemczech w 2011 roku. Słupki na wykresie na tyle mnie zaskoczyły, że postanowiłam zajrzeć do rodzimej statystyki z 2013 roku i porównać je. Różnice są o wiele większe niż można by przypuszczać na podstawie geograficznej odległoś-

s. 22

“Będąc w temacie

ratowania życia warto zauważyć, że służba zdrowia także zdaje się cieszyć przecież nad Wisłą sporym szacunkiem. A co z nauczycielami? Może ich elitarność to już tylko pozory przeszłości? ci i przynależności do tego samego kręgu kulturowego.

PIERWSZA PIĄTKA

Pierwsza piątka w rankingu najbardziej poważanych profesji ukształtowała się następująco. Polska: strażak; profesor uniwersytetu; robotnik wykwalifikowany, np. tokarz, murarz; górnik; inżynier pracujący w fabryce. Niemcy: lekarz; pielęgniarka; nauczyciel; rzemieślnik; inżynier; profesor wyższej uczelni. Zaskakujący jest fakt, że tylko profesor i inżynier znaleźli się na szczycie obu list. Tytuł profesora, idący ponadto często w parze z wiekiem i doświadczeniem,

zawsze budził respekt. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Inżynier ze swoją fachową wiedzą, pozwalającą na stworzenie licznych obiektów użyteczności publicznej i infrastruktury również znajduje przekonywające uzasadnienie dla swojej pozycji. Ale zwycięzca polskiego rankingu to dla mnie zupełne zaskoczenie. Choć trudno odmówić strażakom okupionych olbrzymim poświęceniem sukcesów, w ratowaniu ludzkiego życia, zwłaszcza w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, to rzadko kiedy można usłyszeć: „Zostań strażakiem, będziesz kimś”. Zatem gdzie tkwi przyczyna? W odpowiedzi nasuwa mi się wiecznie żywa ułańska fantazja, która każe nam dokonywać (nie)możliwego i gloryfikować (czasem aż do przesady) naszych bohaterów…

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE, TAM POLITYKA POŚLE

Będąc w temacie ratowania życia warto zauważyć, że służba zdrowia także zdaje się cieszyć przecież nad Wisłą sporym szacunkiem. A co z nauczycielami? Może ich elitarność to już tylko pozory przeszłości? Politycy z całą pewnością ponoszą odpowiedzialność za taki stan


T E M A T

rzeczy, że trzy ‘klasycznie” najbardziej poważane profesje (lekarz, nauczyciel, duchowny) nie znalazły się w polskiej pierwszej piątce. Trudno się oprzeć temu wrażeniu, patrząc na polityczne tornada związane z mniej lub bardziej udanymi reformami edukacyjnymi i nieustanne przeciąganie liny pomiędzy Ministerstwem Zdrowia, NFZ a szpitalami. Coraz częstsze i coraz bardziej agresywne ataki na Kościół ze strony lewicy nie pozostają bez społecznego rezonansu, a hipokryzja znanych przedstawicieli prawicy, którzy tak chętnie przyznają się do swojej religijności również odbija się szerokim echem. W takich okolicznościach ciężko dziwić się zmniejszeniu się szacunku do tradycyjnie prestiżowych zawodów.

CZY ELITA JEST NAM W OGÓLE POTRZEBNA?

Badania badaniami, a wciąż nie padło najistotniejsze pytanie: czy elity są nam w ogóle w społeczeństwie potrzebne? Przecież to wiąże się z uprzywilejowaniem (patrz: definicja) oraz pewną hierarchią, a tzw. nowoczesne społeczeństwo dąży do równości wszystkich obywateli. Ponadto pojawia się w tym miejscu niemały problem relatywizmu, który to jest lansowany jako dominująca doktryna w wielu obszarach. Skoro wszystko zależy od okoliczności, punktu widzenia i nie ma „lepszych” i „gorszych”, to elita zdaje się nie

N U M E R U

mieć prawa bytu. W krajach o dużej populacji, takich jak Polska i Niemcy, mamy przecież do czynienia z olbrzymią mozaiką wyznawanych wartości i światopoglądów. Nie da się ustalić kompromisowych kryteriów, które pozwoliłyby nam jasno określić, kogo możemy określić elitą. Wszak szacunek jest bardzo względny, a o pieniądze tu (chyba) jednak nie chodzi…

„JA PROSTY CZŁOWIEK…”

„Ja – prosty człowiek- wierzę w słowo / Powiedzą – wstań i idź - to idę. (…) Ja – prosty człowiekmądrym ufam…” – śpiewał Jacek Kaczmarski. Jeśli jednak elity istnieją, to bezwzględnie należy poruszyć problem odpowiedzialności. Szacunek drugiego człowieka, nie mówiąc już o całym społeczeństwie, zawsze domaga się sygnału zwrotnego w postaci adekwatnej postawy. Elita ma bowiem wyznaczać pewne standardy, kształtować życie społeczne według kryteriów wspólnego dobra, być jakimś punktem odniesienia. Brzmi świetnie, ale praktyka każe zwrócić uwagę na pewne niezwykle niebezpieczne zjawiska, bowiem od elity do populizmu i manipulacji wiedzie wyjątkowo krótka droga. Wystarczy popatrzeć na doskonale nam znaną scenę polityczną… WZÓR NA ELITĘ Brzmi zachęcająco? Jest tylko jeden problem: takiego wzoru nie

ma. A nawet gdyby był, to zapewne zdążyłby się zdezaktualizować. Pokuszenie się o jakiekolwiek gotowe rozwiązania to czyste szaleństwo. Moim zdaniem elity nadal istnieją i są nam potrzebne, bo każda duża grupa, a zwłaszcza społeczeństwo, potrzebuje pewnej struktury, a dokładnie hierarchii. Kryteria mogą być różne, tak jak różne są systemy wartości, co doskonale widać na przykładzie przedstawionych przeze mnie statystyk. Dwa różne kraje, dwie zgoła odmienne mentalności, dwie różne statystyki. Niemcy – można powiedzieć- podeszli do tematu praktycznie (jak to Niemcy) i wskazali lekarzy, pielęgniarki, nauczycieli, inżynierów, profesorów, czyli zawody esencjalne dla życia, zdrowia i rozwoju obywateli, a z nimi całego państwa, które jednak wypracowało już pewien poziom życia. Polacy podeszli nieco bardziej romantycznie (a jakżeby inaczej), ale realizmu oraz perspektyw również im nie zabrakło. Jki płynie z tego morał? Pośród tych wszystkich słupków, przypuszczeń i różnic jedno jest pewne: to od nas zależy kształt i skład naszych elit. Wybierajmy i to wybierajmy mądrze. 

s. 23


TEMAT NUMERU

Podróże w harcerskim mundurze

„Przecież wiesz, że dla ciebie każdy nowy dzień Przecież wiesz, że dla Ciebie chłody lasu cień Przecież wiesz, jak upalna bywa letnia noc Przecież wiesz, że wędrowca los to jest twój los”

Chmarno. Gwarno. Na dworcu PKP osiemdziesiąt dzieciaków w mundurach harcerskich. Z plecakami większymi od siebie. I ich rodziny. Jeszcze drużynowi rozmawiający z rodzicami; mówią, że dziecko jest pod dobrą opieką. Potem gwizdek, zbiórka w dwuszeregu. Odliczanie. Przyjazd pociągu. Pakowanie się do środka, na śledzia w puszcze. I tak oto cała wesoła ferajna wyrusza na stały obóz letni. Karolina Kowalcze

ROZSTAWIMY MAŁY OBÓZ

Po przyjeździe na miejsce obozowe zaczyna się prawdziwa zabawa. Ci, którzy na obóz jadą po raz pierwszy mogą przeżyć szok: nie ma nic oprócz lasu, jeziora i jeszcze raz lasu. Wszystko trzeba wybudować samemu. Najpierw namioty. Duże, wojskowe, takie w których może spać nawet dziesięć osób i wszyscy są w stanie stać wyprostowani nie dotykając burt. A rozłożenie takiego namiotu to nie lada wyzwanie, samo podniesienie go, nawet we dwójkę, nie jest oczywistą sprawą. Na szczęście są silni chłopcy. Pomogą nieść namiot… Teraz łóżka. Nie, przepraszam, „łóżka”. Chłopcy budują sobie prycze z żerdzi i sznurka. Podwyższane, bujane lub jak najprostsze. Tak, by mieć jak najwięcej miejsca w namiocie. Dziewczyny mają fory, często śpią na łóżkach polowych. Potem trzeba okopać namiot, w czasie deszczu woda nie może się do niego dostać. Namiot to azyl.

s. 24

“Kadry harcerskie

są dobrze wyszkolone. Każdy, kto obejmuje odpowiedzialną funkcję przechodzi specjalistyczny kurs. Wyższe stopnie przyznaje Komisja. Nad bezpieczeństwem wszystkich czuwa komendant zgrupowania i oboźny. Przez najbliższy miesiąc drugi dom. I jeszcze jakaś półka na rzeczy, plecaki i mundury. Również wybudowana z żerdzi i sznurka. Kiedy wszystkie prace w zastępie dobiegną końca trzeba wybudować bramę wejściową do podobozu, bezpieczne miejsce na

gaśnicę i tablicę ogłoszeń. Również z żerdek i sznurka. Tak w skrócie wygląda „pionierka”. Potem już zaczyna się obóz. Prawdziwy obóz. Pobudka rano. Gwizdki. Sprawdzanie porządków, „piloty”, gdy na pryczy znajdą się okruszki po bułce czy ściółka leśna. Śniadanie. A potem gry terenowe, skrobanie ziemniaków, kąpiele w jeziorze, zajęcia z orientacji w terenie, ogniska, wycieczki rowerowe lub piesze warty w nocy… Obóz. Pierwsza szkoła życia. Pierwsze niesamowite przygody. Niezwykła przyjaźnie. Wędrowanie.

RAMIĘ PRĘŻ, SŁABOŚĆ KRUSZ

Podczas letniego obozu młodzież nie tylko uczy się technik przetrwania. Ale również szacunku do siebie, swojej pracy i innych. Historii i miłości do swojej ojczyzny. Służby Bogu i bliźniemu. A wszystkiego tego uczy się poprzez wędrowanie. Nie


T E M A T

tylko na obozach wędrownych dla starszych i doświadczonych harcerzy, ale również na obozach stałych, na które zazwyczaj jeździ młodzież w wieku 11–18 lat. Zasada jest prosta: starszy opiekuje się młodszym. I daje mu dobry przykład. Zwłaszcza przez zachowanie. Często rodzice boją się posyłać swoją pociechę na obóz: jak można swoją córkę czy syna oddać pod opiekę młodej drużynowej? A kleszcze, komary, pająki? I deszcz i zimno? Kadry harcerskie są dobrze wyszkolone. Każdy, kto obejmuje odpowiedzialną funkcję przechodzi specjalistyczny kurs. Wyższe stopnie przyznaje Komisja. Nad bezpieczeństwem wszystkich czuwa komendant zgrupowania i oboźny. Są to doświadczeni ludzie. Wiedzą, jak reagować w ekstremalnych przypadkach. I co robić. W razie potrzeby podejmą decyzję o ewakuacji obozu (zazwyczaj do bezpiecznego i suchego budynku szkoły). Służby ratownicze, takie jak np. straż pożarna, są poinformowane o obozie i jego miejscu: w razie potrzeby szybko dotrą na ratunek. Nad zdrowiem dzieciaków czuwa wykwalifikowana pielęgniarka, a pracę w kuchni nadzoruje kucharka. Nawet drużynowi są po kursach pierwszej pomocy. Ci drużynowi – pomimo młodego wieku – mają za sobą kilku-

N U M E R U

letnie doświadczenie harcerskie, a co za tym idzie, byli wychowywani do odpowiedzialności za siebie, swoje czyny oraz innych. Tego właśnie będą uczyć młodszych: odpowiedzialności. Oraz walki ze swoimi słabościami.

BĘDZIESZ DALEJ SZEDŁ, TAM, GDZIE PĘDZI WIATR

Jedną z wielu rzeczy, które najbardziej pasjonują młodych ludzi w harcerstwie są właśnie wędrówki. Rzadko kiedy samotne. Samotne mogą być próby zdobycia sprawności takich jak „Robinson” lub „Trzy pióra”. Pierwsza z nich polega między innymi na biwakowaniu w pobliżu obozu przez 24 godziny, druga na przejściu trzech trudnych prób. Pierwszą jest próba głodu: przez 24 godziny harcerz nie je nic, może natomiast pić wodę; drugą próbą jest próba milczenia: przez jeden dzień harcerz nie może mówić (w niektórych środowiskach harcerskich nie powinien nawet próbować się z nikim komunikować, w innych może się porozumiewać z innymi, np. za pomocą gwizdka), trzecia natomiast polega na spędzeniu 24 godzin w lesie. W samotności. Jeżeli harcerz zostanie przez kogoś zauważony, nawet przez członka obozu, sprawność jest nieważna. Oczywiście można jeść tylko to, co znajdzie się w lesie: maliny,

borówki, jeżyny. Sprawność ta polega również na uczciwości „zdającego”. Z trzeciej próby trzeba przynieść do obozu trzy pióra. Jest to najtrudniejsza ze sprawności harcerskich i dopuszczani są do niej najstarsi i najbardziej doświadczeni harcerze. Jednak te sprawności nie są jedynymi podróżami, na jakie można liczyć podczas obozu. Podczas obozu zastępy udają się na chatki: uczestnicy pod okiem zastępowego muszą wybudować chatkę z darów lasu i spędzić w niej noc. Techniki są dowolne, chatki powstają z mchu, trzciny, gałęzi. Wszystko zależy od pomysłowości. Również nad tym zadaniem czuwa starsza kadra. Chatki powinny być wybudowane w taki sposób, aby chroniły śpiących przed deszczem. W razie ulewy, gradu (też się zdarza na obozach!) czy niebezpiecznej burzy uczestnicy mogą wrócić do obozu. Oprócz chatek obóz udaje się na wędrówki. Zazwyczaj są to trzy dni spędzone w ciekawym mieście bądź miejscu znajdującym się niedaleko obozu. I czym mogą być wędrówki? Czasem spędzonym na kajakach lub zwiedzaniu dużych, pięknych miast Polski. Starszy pion harcerski (18+) – tzw. Wędrownicy – nie udaje się na obóz stały. Ich obozy, właściwie wędrówki,

s. 25


T E M A T

bardzo różnią się od obozów stałych. Wędrownicy zazwyczaj każdy dzień spędzają w innym miejscu, ich podróże nastawione są na wyczyn. Mogą to być wcześniej wspomniane kajaki, rowery, wycieczki piesze w górach… co tylko w duszy gra. Często takie wyjazdy organizowane są poza granicami kraju, ale to wszystko też zależy od budżetu drużyny. Zazwyczaj harcerze starają się podróżować jak najtaniej mogą. Czasami znajdują sponsorów, czasami udają się na akcję zarobkową (jak np. pakowanie zakupów w supermarketach). Każda wędrówka nastawiona jest na poznawanie, naukę i zwiedzanie świata. Często młodzi ludzie decydują się na różnego rodzaju wymiany z drużynami zagranicznymi. Dzięki temu budują relację w przyjaźni, bez żadnych stereotypów i uprzedzeń.

HARCERSTWO NA CO DZIEŃ

Również w środku roku, oprócz całorocznej służy (ma ona różne oblicza, od akcji „Znicz” w czasie Wszystkich Świętych poprzez rozwój młodych ludzi czy całoroczne doskonalenie się w różnych życiowych dziedzinach, nawet do pracy z ludźmi niepełnosprawnymi) harcerska młodzież może liczyć na wyjazdy. Biwaki, zimowiska czy pielgrzymki. Nierzadko piesze. Zazwyczaj w nowych miejscach. Mieszkańców

s. 26

N U M E R U

Pomorza ciekawi Zakopane, mieszkańców Podhala morze albo jeziora… Czemu by tam nie jechać? Spać w szkołach albo innych harcówkach? I oczywiście uczyć się czegoś nowego, pływania, żeglugi, wycieczek górskich… Doskonalić siebie i siebie samego przekraczać. To jest dobra szkoła życia. Uczy niepoddawania się i dążenia do celu. Ale też nie za wszelką cenę. Przez zwykłe-niezwykłe podróżowanie młodzież uczy się życia. Dbania o ludzi ze swojej drużyny i zastępu, planowania, dobrego humoru w niepogodę… Takie rzeczy „zostają w człowieku” na całe życie. I niezwykle się przydają.

TAM, GDZIE SIĘ KOŃCZY HORYZONT

Harcerstwo jako polska organizacja młodzieżowa powstało w 1911 roku (na terenach dzisiejszej Ukrainy). Zostało złożone przez Oleńkę i Andrzeja Małkowskich. Wzorowali się oni na brytyjskim skautingu, który był początkowo systemem szkolenia żołnierzy, później przerodził się organizację młodzieżową. Kiedy Andrzejowi Małkowskiemu wpadła w ręce książka „Skauting for boys” napisana przez generała Roberta Baden-Powella, założyciela skautingu, zainspirowany nią postanowił założyć podobną

do skautingu organizację w Polsce. Między Polską a Anglią do dzisiaj istnieją spore różnice – wtedy były jeszcze większe – Małkowski dostosował więc skauting do polskich realiów. Tak powstało harcerstwo. Nazwa zaczerpnięta od słowa „harc” czyli wychodzenia z trudnych sytuacji, radzenie sobie z opresją. Dzisiaj w Polsce działają trzy wielkie organizacje harcerskie: ZHP (Związek Harcerstwa Polskiego), ZHR (Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej) i Skauci Europy często nazywani „Zawiszakami” (Harcerstwo katolickie – Federacja Skautingu Europejskiego). A oprócz nich niezliczona ilość mniejszych organizacji i różnego rodzaju towarzystw sympatyzujących z harcerstwem. Podróże w harcerstwie są pięknym dodatkiem, ale nie tylko o nie chodzi. Podróżowanie to nie tylko nauka przetrwania w trudnych i wymagających warunkach. To znacznie więcej. Służba, wychowanie do odpowiedzialności, patriotyzm, dobry przykład, zabawa, pogoda ducha… I do przeżycia nie potrzeba drogiego hotelu ani luksusowego samolotu. Niewiele wystarczy do szczęścia. Namiot lub kawałek podłogi. I ludzie, niezwykli ludzie, z którymi piękne przyjaźnie często przetrwają próbę czasu, okażą się trwałe i zostaną utrzymane do końca życia. 


TEMAT NUMERU

s. 27


TEMAT NUMERU

Niechby to chociaż było placebo:

co nam robią seriale?

Każdy musi jakoś odreagować – zgadza się. Każdy ma mniejsze czy większe pragnienie biernego uczestnictwa w jakiejś fikcyjnej rzeczywistości – tak. Każdy lubi mieć jakiś słodki zwyczaj, tak rozkosznie własny cykliczny nawyk – owszem. Jednakże (tu zaczyna się kreacja przeciwwagi) czy seriale są dobrym sposobem na spełnienie wyżej wymienionych pragnień odbiorcy?

Maja Mroczkowska Dzisiejsze seriale, zarówno polskie jak i zagraniczne, są raczej ryzykowną przyjemnością. Łatwość, z jaką oddziałują na widza, wynika z nieograniczonego potencjału przyciągania audio-wizualnych form przekazu. Jesteśmy w dużej mierze wzrokowcami, to dlatego łatwiej jest zdecydować się na ruchomy obraz niż na żmudną lekturę książki bez obrazków, jeśli przychodzi już co do czego, gdy mamy wybrać sposób spędzenia wolnego czasu. Postaci serialowych bohaterów, ich mieszkania, miejsca pracy są idealnie, niemalże jak z taśmy produkcyjnej „zrobione”. Na to się dobrze patrzy, to jest przyjemna przestrzeń względnego dobrobytu, w którą się wchodzi na czas trwania odcinka. To wciąga. Mechanizm idzie dalej. Jako ludzie mamy skłonność do lubienia bardziej osób dobrze wyglądających, nawet jeśli osoby prezentujące się gorzej/biedniej w ostatecznym rozrachunku okazują się być bardziej wartościowe. Co więcej, jako rasa ludzka jesteśmy beznadzie-

s. 28

“Otóż dzisiejsi bo-

haterowie bardziej przypominają wyglądem aranżacje wystaw sklepowych, są obowiązkowo modni, obowiązkowo DOBRZE wyglądający. Tak samo muszą też prezentować się ich środowiska. jnie empatyczni i szybko nam idzie utożsamianie się z innymi. Jeśli więc bohaterowie są naturalni, a nie sztuczni, jeśli mają normalne problemy, a nie jakieś wydumane z kapelusza, sympatyzowanie z nimi nie ma prawa być szkodliwe. Co, jeśli jest inaczej? A jak jest? Otóż dzisiejsi bohaterowie bardziej przypominają wyglądem aranżacje wystaw sklepowych, są obowiązkowo modni, obowiązkowo DOBRZE wyglądający. Tak

samo muszą też prezentować się ich środowiska. Wchodzimy w iluzję grożącą niepotrzebną frustracją. Ale to jeszcze stosunkowo mały uszczerbek. Ponieważ ci właśnie bohaterowie, których już zdążyliśmy polubić za dobrą prezencję, mają też swoje problemy i życiowe kwestie. Tutaj wchodzimy w przestrzeń społecznej edukacji/przysposobienia do rzeczywistości związków niesakramentalnych, które są „normą”, związków homoseksualnych, które są „normą”, tematu antykoncepcji, która jest „normą”, aborcji… i do czego tam aktualnie trzeba „wychować” zacofane społeczeństwo. Kiedy grzech jest ładnie opakowany, ma dobry makijaż, świetną pracę i stylowy dom, przestajemy się oburzać. Zmysłowe bodźce działają jak paralizator na nasze poczucie moralności. Z czasem przestajemy się burzyć, potem reagować, potem nawet dziwić, a potem jakikolwiek wątpliwy moralnie przekaz bezwolnie sączy się do naszych umysłów, czyniąc nieoceni-


one spustoszenie. Z ludzi świadomie i zdrowo reagujących, zamieniamy się w plankton. Taki też jest model elity społecznej, jaki kreują seriale. Są to ludzie o tak naprawdę wątpliwej moralności, relatywnym światopoglądzie, obowiązkowo tolerancyjni i liberalni. W rzeczywistości bardziej przypominający produkty postmodernistycznego bełkotu niż prawdziwych ludzi. Co więc robić? To nawet głupiego serialu nie można sobie obejrzeć? Jeśli coś działa już nawet nie w sposób zakamuflowany, ale właśnie jawny na twoją szkodę, odrzuć to. To nie jest rozrywka warta sumienia. A jak jest z tymi tzw. inteligentnymi serialami typu np. „Dr House”? Z autopsji wiem, że mogą wyzwalać toksyczne poczucie intelektualnego wyrafinowania, które kończy się arogancją i chęcią „pojechania” wszystkiego, co się rusza – „bo tak”. Tylko od kiedy inteligencja jest prawem jazdy dla chamstwa? To jest próżne. A czy nie o prostotę mamy się w tym życiu starać? „Niech was pociąga to, co pokorne. Nie uważajcie sami siebie za mądrych” (Rz 12,16). Co ty na to? Albo te seriale intrygująco-kontrowersyjne jak „Dexter”? Powiem tylko tyle, że kiedy podczas drugiego sezonu, gdy pan Morgan miał kryzys i nie potrafił zamordować swojej ofiary, a ja w ramach empatii zaczęłam mu kibicować, żeby „sobie ulżył” i przyłożył piłę tam, gdzie trzeba – ocknęłam się, że coś już tu nie gra i skończyłam z tym. Mało jest seriali prawdziwie wartych nas, naszego czasu, naszej uwagi, serca i myśli. Tu jest potrzebna mądrość. Kto się odważy być mądry? A jeśli zaczyna nam być już wszystko jedno, jakie treści wchodzą do naszej głowy, to chyba warto zastanowić się nad poczuciem własnej wartości i zadać sobie pytanie, co spowodowało, jaki „fotoplastikon” sprawił, że znalazłem się po stronie sądu, a nie miłosierdzia? A w chwili serialowego kryzysu serdecznie polecam serię „Było sobie życie” Alberta Barille’a. Stare dobre czasy. I jeszcze wartość edukacyjna!

s. 29


TEMAT NUMERU

Rodząc elity Nowoczesne społeczeństwo, aby właściwie funkcjonowało potrzebuje elit, które będą zajmować stanowiska kierownicze. Będą one wpływać na rozwój państwa i nadawać mu właściwy kierunek. Ponadto będą zakładać nowe firmy i przedsiębiorstwa dające nowe miejsca prace, a co za tym idzie zmniejszające zatrudnienie. Tomasz Markiewka Bez wątpienia miejscem gdzie kształci się nowe elity jest uniwersytet. To on prowadzi niezwykły przepływ i wymianę myśli, która sprawia, że społeczeństwo ubogaca się w nowe składniki i rozwija się. KAŻDY KRAJ MA WŁASNĄ SPECYFIKĘ Pierwsze uniwersytety zaczęły powstawać w Europie w pełni średniowiecza. Niektórzy uznają za wzór w tej dziedzinie Bolonię, jednakże ona była zdecydowanie szkołą prawniczą. Dopiero paryska Sorbona założona w 1257 roku stała się uniwersytetem w pełni tego słowa znaczenia. Przyciągała ona wielkie rzesze studentów z zagranicy i całej Francji oraz łączyła katedry nie jednej dziedziny jak wspomniana wcześniej Bolonia, ale wiele nauk. To właśnie Sorbona stała się tą uczelnią, z której wzór czerpały uniwersytety po drugiej stronie kanału La Manche – Oxford i Cambridge – oraz kolejno powstające ośrodki kształcenia na starym kontynencie. Kolejne wieki sprawiły jednak, że konkretne środowiska miały wpływ na atmosferę zdobywania wiedzy i wykorzystywania jej. W Francji tym, który silnie oddziaływał na uczelnie nad Sekwaną był Napoleon Bonaparte – cesarz francuzów. Domagał się on by uczelnie francuskie, na czele z Sorboną sprostały zapotrzebowaniu obsadzenia stanowisk administracyjnych oraz szkoleniu ludzi, którzy

s. 30

“Uczelnie polskie

zostają daleko z tyłu za tymi wszystkimi renomowanymi uczelniami. Owszem, docenia się Uniwersytet Warszawski czy Jagielloński, Politechnikę Śląską i AGH, ale cały czas dzieje się to poziomie krajowym. będą pomocne w wzmacnianiu politycznej rangi Francji. Zmieniło się to dopiero w 1968 roku, kiedy rewolucja wśród studentów doprowadziła nie tylko do negatywnych przeobrażeń społeczno – moralnych, a także doprowadziła do zmiany sposobu kształcenia w tych centrach zdobywania wiedzy i ich reformy. Następnym terenem gdzie pewne prądy – tym razem filozoficzne – miały wpływ na ukształtowanie się ośrodka naukowego były Niemcy. Pod wpływem Immanuela Kanta, który był nie tylko filozofem, ale także logikiem wpłynął wydatnie na Wilhelma von Humboldta. Stworzył on uniwersytet w Berlinie odnosząc się do marzenia Kanta o uczelni wolnej od wpływów państwa i Kościoła,

ale nie tak radykalnie jak chciał tego mieszkaniec Królewca. Humboldt podkreślał autonomię oraz wolność w prowadzeniu badań, a także inną bardzo istotną sferę życia około uniwersyteckiego, czyli wspólnotę, która miała być niezwykle ważna w prowadzeniu badań i pracy dydaktycznej. Niestety zbyt siny akcent położono na ten pierwszy składnik w wyniku czego stały się one bardziej instytutami naukowymi niż ośrodkami kształcenia. Ta pogoń za patentami czy odkryciami na długi czas była dominująca i także dzisiaj wyróżnia to środowisko. Idee Humboldta, który był genialnym językoznawcą i dyplomatą lepiej sprawdziły się poza naszym kontynentem, czyli w USA. To tam klimat rywalizacji i pragmatyzmu najlepiej zdały egzamin. To jaką pozycję mają uniwersytety nie tylko Harvarda oraz Massachusetts Institute of Technology, ale wszystkie uczelnie ze słynnej Ivy League (czyli tej zrzeszającej najbardziej prestiżowe amerykańskie ośrodki akademickie) miały wpływ nie tylko idee, ale wsparcie prywatnych sponsorów. Nie boją się oni dawać wielkich sum pieniędzy na rozwój uniwersytetów za Atlantykiem. Tamtejsze podejście jest bardzo innowacyjne, nie tylko ze względu na możliwości technologiczne i bogate zaplecze, ale także na to jak podchodzą sami studenci do nauki oraz tego co może ona im dać. Dla samych uczelni ważne jest by ich


T E M A T

wychowankowie to co robią robili z pasją, zaś o absolwentach często mówi się, że częściej wymyślają swój zawód niż ulegają regułom rynku pracy, na którym i tak mają uprzywilejowaną pozycję. Uczelnie polskie zostają daleko z tyłu za tymi wszystkimi renomowanymi uczelniami. Owszem, docenia się Uniwersytet Warszawski czy Jagiellońsk, Politechnikę Śląską i AGH, ale cały czas dzieje się to poziomie krajowym. Nasze uniwersytety nie mogą dotrzymać kroku swoim zagranicznym odpowiednikom nie tylko dlatego, że forma jest zła. Zdarza się, że sprzęt jest przestarzały, a na zakup nowego nie jest możliwy. Jednym z głównych powodów tego stanu rzeczy jest dalej brak dostatecznego finansowania przez rząd, który jest o wiele mniejszy niż w innych krajach Europy. Także dotacje z Unii Europejskiej są o wiele mniejsze na ten sektor niż w krajach zachodnich. Rozwiązaniem byłoby wsparcie od prywatnych sponsorów, ale Ci wolę nie marnować pieniędzy i troszczą głównie o swoje interesy. Zły model kształcenia akademickiego, brak środków sprawiają oraz chora sytuacja na rynku pracy powodują, że nasze uczelnie się nie rozwijają.

N U M E R U

Możemy tylko powrócić do wspomnień z przeszłości, gdy w średniowieczu Sobór będący niezwykle ważnym organem ustawodawczym wysyłając prośbę o opinię do Paryża wysłał także drugą do Akademii Krakowskiej. Ostatnim środowiskiem, na które chcę zwrócić uwagę jest środowisko brytyjskie. Jest ono najbardziej specyficzne ze wszystkich obecnych w Europie oraz najbardziej konkurencyjne wobec wspomnianej już przeze mnie Ivy League. Paradoksalnie model brytyjski nie powinien się według dzisiejszego mniemania za bardzo sprawdzać, ponieważ jest on w dużej mierze zakorzeniony w koncepcji średniowiecznej. To ten model najbardziej oddaje ducha universitas czyli wspólnot uczniów i nauczycieli, który tworzył fundamenty pierwszych uczelni europejskich. Był on głęboko zakorzeniony w chrześcijaństwie. Bardzo ważnym elementem dla tego typu kształcenia jest szerokie spektrum naukowe studentów, nie są oni gronem specjalistów, którzy maja klapki na oczach na inne dziedziny wiedzy. W Anglii na czoło wybijają się na czoło Oxford i Cambridge, które jako jedyne z europejskich uczelni są obecne w pierwszej dziesiątce

słynnej listy szanghajskiej ukazującej jakość uniwersytetów z całego świata. Obie uczelnie są w pierwszej piątce i rywalizują jak równy z równym z uczelniami amerykańskimi, wyprzedzając azjatyckie. Następni przedstawiciele Europy to Zurych i Paryż zajmujące odpowiednio 23 i 37 miejsce. Ponadto 27 tysięcy pracodawców ankietowanych na potrzeby badania na całym świecie uznało absolwentów Oxfordu i Cambridge za najchętniej zatrudnianych pracowników. Są jednak pewne różnice pomiędzy tymi dwoma ośrodkami. Cambridge jest bardziej nastawiony na nauki ścisłe i ma aż 90 laureatów nagrody nobla przy około 60 Oxfordu. Natomiast ta druga uczelnia ma większe sukcesy humanistyczne, artystyczne oraz medyczne, a także posiada znaczną ilość pisarzy wywodzących się z tej tradycji akademickiej. Chciałoby się zapytać jak to jest możliwe? Jakim cudem cały czas jest utrzymywany ich tak wyjątkowo wysoki poziom? POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI To szczególnie Oxford stawia na kształcenie odwołujące się do zasad wydawałoby się dalekich od nowoczesnego pragmatyzmu. Ojcem takiego myślenia stał się pierwotnie anglikanin, a później kardynał

s. 31


TEMAT NUMERU katolicki i błogosławiony John Henry Newman, który w swoich wykładach kładł silny nacisk na kreowanie pewnej formy uniwersytetu. W skrócie można ja określić jako 3 razy tak dla: kształcenia, prowadzenia badań i bliskiego kontaktu między nauczycielem i uczniem oraz jako jedno nie dla silnej specjalizacji i separowania od siebie dziedzin nauki. To rozumienie pozostało do dziś co można zauważyć, że aż 7 katedr z 50 ma w swojej nazwie człon filozofia. Uniwersytet ten stoi nie tylko na fundamencie ogólnego kształcenia, ale także tutoringu, gdzie ma się bardzo bliski kontakt ze swoim nauczycielem, który poświęca znaczną uwagę studentowi i pomaga nadrabiać braki. Jeśli nawet tutor tego nie zrobi to pomagają koledzy, którzy chcą dbać o rangę uczelni. W wyniku tego procent nieukończenia studiów oxfordzkich nie sięga bariery nawet dwóch. Jest to liczba porażająca. Wynika to jednak też z tego, studenci obecni ta chcą zdobywać wiedzę, co staje się ich pasją, a nie przykrym obowiązkiem. Dlatego też do ich dyspozycji jest około 100 bibliotek otwartych 24 godziny na dobę. Często zdarza się tak, że zajęcia maja swoją kontynuację w pubie gdzie dalej toczy się dyskusja wraz z prowadzącym. Ciekawe jest też to, że za eseje nie dostaje się ocen tylko komentarze, które mają ukierunkować studenta na właściwy sposób myślenia czy argumentowania. Częstym zjawiskiem jest poprawianie swojej pracy parokrotnie. Ten model jest bardzo bliski brytyjskiemu społeczeństwu. Do tego stopnia, że został wykorzystany przy tworzeniu Hogwartu w sadze o Harrym Potterze. Elity tworzone przez społeczeństwa są tworzone w różnych warunkach jednak, tylko nieliczne środowiska stać na poświęcenie swoich pieniędzy w celu wzmocnienia pozycji państwa oraz dalekowzroczne podejście do tych, którzy zdobywają wykształcenie by stali się kimś więcej niż zwykłymi urzędnikami czy też ludźmi uganiającymi się za karierą dla samej kariery. 

s. 32


TEMAT NUMERU

Elita, a elitka Elita nie zawsze musi się kojarzyć z czymś pozytywnym, nie zawsze też określa grupę osób, które tworzą kwiat pewnej społeczności. Coraz częściej pojęcie elity zostaje mocno spłycone i sprowadzone do ironicznego określenia grup ludzi, którzy z pewnych względów mają się za lepszych od innych.

Szczególnie mocno można zaobserwować tę prawidłowość w szkołach, zresztą cały ten problem dotyczy raczej młodych ludzi. Mateusz Nowak Można powiedzieć, że to przykre, że elita nie kojarzy nam się z tym, z czym w zamierzeniu powinna. Znak naszych czasów. Przykre, że większość napotkanych na ulicy gimnazjalistów będzie kojarzyć to słowo z jakąś grupą młodych ludzi, którzy mają tzw. fejm. Nie tak dawno w moim rodzinnym Bielsku dość głośna była sprawa pewnego bloga, w którym opisywane były przeróżne osoby należące właśnie do “elity” mojego miasta. Średnia wieku tych ludzi nie przekraczała w większości 16 lat, ale to jak widać im nie przeszkadzało, tak jak i to, że opisy na tym blogu były utrzymane w dość mocno ironicznym tonie. Kiedy cała ta sprawa wypłynęła nie wiedziałem jak na to zareagować. Na początku był śmiech, pewne zażenowanie całą sytuacją, a na końcu przyszła refleksja nad poziomem młodzieży w naszych gimnazjach czy szkołach średnich, który leci równią pochyłą w dół. Żeby mieć popularność wystarczy ubierać się w markowe ciuchy, pić, palić, jarać zioło, zadawać z odpowiednimi, dzianymi ludźmi, a z ust wyrzucać wulgaryzmy z prędkością, której ucho nawet nie jest w stanie zarejestrować. Tacy ludzie naukę mają głęboko gdzieś, rodzice są dla nich jedynie krowami, z których bezkarnie można doić kasę. I tacy właśnie ludzie mają budować nasz kraj, mają kierować nim w przyszłości, mają zarządzać firmami, pracować z innymi ludźmi. Oni mają

“Taki obraz elitki

płynął do nas już przez lata z amerykańskich filmów, najczęściej komedii, zagnieżdżających taki chory obraz zachowań wśród młodzieży. Niestety wydaje się, że coraz mocniej się to zakorzenia. tworzyć rzeczywistą elitę naszego społeczeństwa. Jeżeli tak, to ja chyba nie chcę jednak na to patrzeć. Dla mnie to oczywista farsa, której nie potrafię pojąć. I na szczęście nie jestem w tej kwestii odosobniony. Martwi mnie jednak ogromna liczba młodych, którzy jednak tego nie widzą. Wyrwani ze szkół podstawowych trafiają do gimnazjów, spotykają nowych ludzi, często takich, którzy mają im do zaoferowania rzeczy, o których nie mieli pojęcia, które nigdy nie były dla nich dostępne. I tak to się wielokrotnie zaczyna. Ci co mają więcej oleju w głowie stoją z boku i tylko z politowaniem patrzą na stopniową degenerację ich znajomych klasowych. I nawet jakby chcieli pomóc, przeciwstawić się to niewiele mogą zrobić,

staną się pośmiewiskiem, a czasem i może dojść do dużo gorszych rzeczy. Dlatego też nie dziwię im się, że się jedynie przyglądają, choć taka postawa nie powinna być też chwalona. Taki obraz elitki płynął do nas już przez lata z amerykańskich filmów, najczęściej komedii, zagnieżdżających taki chory obraz zachowań wśród młodzieży. Niestety wydaje się, że coraz mocniej się to zakorzenia. To co dzieje się obecnie w gimnazjach naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie. Większość gimnazjalistów przechodzi w ciągu tych trzech lat swoje pierwsze kontakty z wszelkimi możliwymi używkami. Młodzi próbują bawić się w dorosłych, zupełnie nieświadomi konsekwencji, dochodzi również do kontaktów seksualnych, w wyniku których potem dziesiątki młodych dziewczyn zachodzi w ciążę. To jest przerażające i nikt mi nie wmówi, że osławione już gender cokolwiek w tej materii zmieni na lepsze. Wierzę jednak, że ta choroba nie będzie się już rozprzestrzeniać. Elitki oczywiście nadal będą istnieć, zawsze będą ludzie, którzy za wszelką cenę chcą udowodnić, że są lepsi od innych. A bo mają pieniądze, a bo plują na starych, na nauczycieli, są wolni i mogą robić wszystko. Tylko to jednak jest bardzo złudne. Kiedyś przyjdzie czas dorosnąć, a pobudka w brutalnym świecie dorosłych może być niezwykle bolesna. 

s. 33


EDUKACJA

Problem z

wychowaniem Szkoły coraz mocniej kładą nacisk na poziom nauczania. Praca dydaktyczna jest absolutnym priorytetem. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę nasz system oświaty. Jednocześnie dużo się mówi o trudnej młodzieży i coraz bardziej wymyślnych formach przemocy w szkole. Uwaga jest wciąż skupiona na podstawie programowej i podręcznikach, a przemilcza się sprawę programów wychowawczych. Czy zatem slogan „szkoła uczy i wychowuje” to dzisiaj tylko puste słowa? Kamil Duc

SPRAWCA CZY OFIARA

W Stanach Zjednoczonych doszło do kolejnej tragedii. Młody chłopak zastrzelił sześć osób i ranił siedem innych w okolicach kampusu uniwersytetu w Kalifornii, po czym w konfrontacji z policją sam stracił życie. Nie ujawniono jeszcze tożsamości napastnika, ale można przypuszczać, że był to dwudziestodwulatek, który dzień wcześniej umieścił w sieci filmik zapowiadający dramat. W takich momentach bardziej skupiamy się na kwestii przemocy i agresji. Zastanawiamy się, co jest dzisiaj nie tak z młodzieżą. Gdzie zaczyna się problem? Zwykle o tym nie myślimy. Dopiero gdy pojawiają się tragiczne skutki, próbujemy działać i naprawiać. Czasem jednak nie da się pewnych rzeczy cofnąć. Dlatego tak ważne jest, by dbać o prawidłowe relacje dzieci w szkole nawet wtedy, gdy wszystko dobrze się układa. Należy zwracać uwagę na każdy niepokojący sygnał, bo za zaniedbanie można zapłacić wysoką cenę. Szkolna agresja ma bardzo różne oblicza. Są sytuacje, w których jeden uczeń robi wszystko, aby maksymalnie utrudnić życie nauczycielom i kolegom. Jest on najczęściej traktowany jako wróg numer jeden, zwłaszcza jeśli nagannemu zachowaniu towarzyszą słabe wyniki w nauce. O ile nie zostanie skierowany do specjalnej szkoły,

s. 34

“Najczęściej to

właśnie brak współpracy ze strony rodziców powoduje, że szkoła ma związane ręce. Bardzo trudno znaleźć rozwiązanie. pedagodzy robią zwykle wszystko by jak najszybciej się go pozbyć. Praca wychowawcza z takim uczniem na wyższych etapach edukacji wcale nie należy do najprostszych, więc mało kto chce się jej podejmować. Największa szansa na sukces istnieje w momencie, gdy z takim uczniem pracuje się od początku, jeśli już w szkole podstawowej sprawiał problemy. Oczywiście takie zachowania muszą mieć swoje źródło. Szukać należy go najczęściej w rodzinie. Patologie, uzależnienia ale także brak zainteresowania dzieckiem spowodowany pracą mogą naprawdę zniszczyć psychikę młodego człowieka. Kilka dni temu na portalu wPolityce.pl pojawił się tekst o ośmiolatku, który terroryzuje szkołę. Rodzice innych dzieci się buntują, bo ich pociechy boją się chodzić na lekcje. Wychowawca chce zrezygnować z pracy. Nie ma zgody od rodziców chłopca na

przeniesienie go do innej klasy. Problem jest przez nich bagatelizowany. Najczęściej to właśnie brak współpracy ze strony rodziców powoduje, że szkoła ma związane ręce. Bardzo trudno znaleźć rozwiązanie. Trzeba jednak pamiętać, że w najgorszej sytuacji w tym momencie znajduje się właśnie to dziecko, którego zachowanie wskazuje na zaburzenia. Jeśli nie zostanie mu okazana pomoc, źle się to dla niego skończy. Szkoła i rodzice pozostałych uczniów myślą o nim w kategorii wroga i napastnika. W nim szukają źródła problemów. Tymczasem ono także potrzebuje wsparcia. Są także inne scenariusze. Jeden z nich obrazuje estoński film „Nasza klasa”, który nawiązuje do prawdziwych wydarzeń. Joosep jest nękany przez kolegów. W jego obronie staje Kaspar, co niekoniecznie często ma miejsce w rzeczywistości. Chłopak podpada klasie. We dwóch stają się ofiarami coraz brutalniejszych form przemocy. Nauczyciele bagatelizują wszelkie oznaki, a sami uczniowie próbują załatwić wszystko między sobą. Podobnie nieświadomi są również rodzice. Ostatecznie Kaspar i Joosep decydują się na bardzo radykalne rozwiązanie. Dochodzi do rozlewu krwi. Giną uczniowie. Ofiara staje się przestępcą. Nie zaczęło się jednak od chwycenia za broń. Kończy się jednak oskarżeniami


i szukaniem winnych. Sprawiedliwość nakazuje bowiem, by pomocy udzielić tylko tym, którzy na nią zasługują. Niekoniecznie tym, którzy jej potrzebują. I choć tak drastyczne wydarzenia nie mają miejsca na co dzień, to reżyserowi udało się zwrócić uwagę na problem pracy wychowawczej w szkołach.

PRACA WYCHOWAWCZA

Niestety przyjęło się w naszej świadomości, że dziecko przejawiające agresywne zachowanie jest wszystkiemu winne. Nie można oczywiście pobłażać w takiej sytuacji, ale należy szukać przyczyn. Samo ukaranie ucznia naganą lub wizytą u dyrektora nie jest najlepszą rzeczą, jaką może zrobić nauczyciel. Praca wychowawcza polega na czymś więcej. Czasem okazuje się, że dziecko ma problemy w domu i gdyby wcześniej poświęcić mu więcej uwagi, to nie pojawiłyby się problemy wychowawcze. Dlatego dobrze jest orientować się w historii ucznia i jego sytuacji rodzinnej. Bardzo ważny element przygotowania pedagogicznego stanowi blok przedmiotów psychologicznych przez wielu studentów zaniedbywany. W konsekwencji braków wiedzy oraz niedostatecznej świadomości zadań, jakie stoją przed wychowawcą, zapomina się, że nauczyciel jest osobą, która jako pierwsza nawet przed rodzicami powinna wyłapać wszelkie nieprawidłowości w rozwoju i zaoferować odpowiednią pomoc. To zadanie wydaje się być o tyle ważne, że typowa polska szkoła nie zapewnia uczniom obecności psychologa. Coś co powinno być normalnością, stanowi luksus, na który może pozwolić sobie tylko część placówek oświatowych. Co gorsze, niektórych nie stać nawet na pełen etat pedagoga. Wsparcia psychologicznego nie potrzebują tylko uczniowie, ale czasem również nauczyciele. Przygotowanie pedagogiczne nie umożliwia zdobycia specjalistycznej wiedzy z tego zakresu jedynie oswaja z rodzajami zaburzeń, z jakimi można się spotkać, pracując w szkole. Obecność psychologa dawałaby szansę szybkiego reagowania na niepokojące sygnały w zachowaniu dzieci i młodzieży. Konsultacje, rozmowy, porady i obserwacja przez wyk-

walifikowaną osobę mogłyby ułatwić pracę wychowawczą. Z takiej pomocy korzystaliby również rodzice. Każdy ma w głowie wzniosłe hasło, że szkoła nie tylko uczy ale i wychowuje. O tym, na ile ma ono zastosowanie w praktyce, można długo dyskutować. Godziny wychowawcze są traktowane przez nauczycieli bardzo różnie. Niektórzy podchodzą do nich poważnie, inni poświęcają na dodatkowe lekcje swojego przedmiotu. Tym samym nie wszyscy młodzi ludzie mają szansę, by rozmawiać o swoich problemach. Brakuje okazji do dyskusji, do dzielenia się własnymi spostrzeżeniami na temat aktualnych wydarzeń, do wyrażania opinii, uczenia się okazywania szacunku osobom o innych poglądach. Godziny wychowawcze mogą być najlepszą okazją, by obserwować relacje w klasie. Na tej podstawie można podejmować odpowiednie działania zmierzające do integracji grupy. Chyba nie ma skuteczniejszego sposobu zapobiegania przemocy niż jednoczenie uczniów w działaniu. Ale o to należy dbać od początku a nie czekać do czasu, gdy stanie się coś, czego nie będzie można cofnąć i naprawić. Przemoc i agresja nie biorą się znikąd. Istniały od zawsze, tylko nie były tak nagłaśniane. Nie należy ich jednak nigdy bagatelizować. Zdrowe i poważne podejście do wychowania

jest równie ważne co przekazywanie dzieciom wiedzy naukowej. Tym bardziej że odpowiedzialność za ten trudny proces kształtowania osobowości i pomoc w odnalezieniu się w społeczeństwie spada dziś najczęściej na nauczycieli. Dlatego szkoła powinna zapewniać ku temu warunki. Obok zaangażowania wychowawców oraz ich realnej troski o dobro uczniów, wsparcie psychologiczne i pedagogiczne jest kwestią kluczową. Nauczyciel powoli przestaje być autorytetem, jeśli chodzi o posiadaną wiedzę. Nie można wygrać w tej konkurencji z Internetem. Ale nadal potrzeba autentycznych wychowawców, którzy wpoją podstawowe zasady życia w społeczeństwie i pomogą tym, którzy nie mogą liczyć na nikogo innego. Myślę, że rzetelna praca z uczniami sprawiającymi trudności pozwala uchronić przed poprawczakiem, odwykiem, więzieniem lub innym miejscem tego typu. A tam nie każdy dostaje drugą szansę. Jak zatem skutecznie wychowywać? Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Na pewno nie należy bać się uczniów, bo nie rodzą się przestępcami. Co najwyżej szkoła może ich nimi uczynić. Nie wolno też wzbudzać w dzieciach strachu, bo wtedy szkoła staje się miejscem wojny, w której tylko jeden zwycięża. 

s. 35


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Kościół bez propagandy Na czym polega prawdziwe chrześcijaństwo? Tego ciągle na nowo uczy nas papież Franciszek. Nie każdy jednak ma możliwość swobodnego wprowadzenia w życie jego wizji. Czy budowanie dialogu między religiami może to zmienić? Cóż, na pewno w większym stopniu niż budowanie ogromnej świątyni w Warszawie. Kamil Duc Mógłbym wymienić wiele rzeczy, które przekonują mnie o słuszności misji Kościoła. A tym, co najbardziej oddziałuje na mój sposób pojmowania chrześcijaństwa i nauki Chrystusa, jest fakt, że miliony ludzi było gotowych poświęcić życie, bo nie chcieli zdradzić swojej wiary. 27-letnia Sudanka Meriam Yahia Ibrahim Ishag została skazana na śmierć, bo złamała obowiązujące w jej kraju prawo koraniczne, wyrzekając się islamu. Dodatkowo ma otrzymać sto uderzeń batem za małżeństwo z chrześcijaninem. Ojciec kobiety jest muzułmaninem, ale matka wychowała ją w duchu wartości chrześcijańskich. Nie zgodziła się na propozycję powrotu do swej pierwotnej religii. Adwokat zapowiada odwołanie od decyzji sądu. Na sprawę można spojrzeć z dwóch perspektyw. Pierwsza wiąże się z reakcjami rządowych przedstawicieli Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii a także organizacji Amnesty International. Zwracają oni uwagę, że Sudan nie przestrzega zobowiązań dotyczących wolności religijnej swoich obywateli. Dlatego wyrok jest szokujący. Coś, co dla nas stanowi podstawowy element wolności, kogoś może kosztować życie. Jednak warto przyjrzeć się temu również od strony wyborów dokonywanych przez skazaną kobietę.

s. 36

“ Konflikty mają

często charakter polityczny lub światopoglądowy. Zakorzenione są głęboko w świadomości i bazują nieraz na nienawiści wpajanej kolejnym pokoleniom. A chyba o dialog szczególnie na tej płaszczyźnie powinniśmy zabiegać, bo tu najwięcej jest ofiar. Zrozumiałym byłoby, gdyby mimo wszystko wyrzekła się chrześcijaństwa, żeby chronić własne życie. Tym bardziej że posiada ona małego synka i spodziewa się kolejnego dziecka. Ale Ishag stanęła w obronie wolności i własnej wiary. Te wartości przeważyły na szali. Nie wiem, czy da się przejść obok tego obojętnie. Okazuje się, że jest coś, za co można oddać nawet życie. Niech każdy odpowie sobie na pytanie, co to takiego. W Gujanie Francuskiej zaprzestano płacenia pensji księżom. Praktyka ta obowiązywała od początku XIX wieku na mocy konkordatu. Można

powiedzieć, że Rada Generalna francuskiego departamentu w Ameryce Południowej zdejmuje państwo z krzyża. Pojawiają się przypuszczenia, że chodzi o atak na Kościół, bo przewodniczący rady jest związany z francuską minister sprawiedliwości, która forsowała ustawę o małżeństwach par homoseksualnych oraz ich prawa do adopcji dzieci. A może zwyczajnie uznano, że taki sposób współpracy między państwem a Kościołem się zwyczajnie zestarzał? Dzisiaj nie jest on najodpowiedniejszy w obliczu nastrojów społecznych. Wiadomo przecież, nie ma nic gorszego niż pieniądze w kieszeni księdza. Ciekawe, że w Polsce najbardziej bolą one tych, którzy do kościoła nie chodzą i na ofiarę do koszyka nie wrzucają. Z drugiej strony są jeszcze ci, co za mszę zapłacą, a potem mają pretensje, jak proboszcz kupi sobie nowy zegarek. Uważam, że dobrowolna ofiara jest najlepszym sposobem okazania troski o potrzeby związane z funkcjonowaniem parafii, również jeśli chodzi o utrzymanie pracujących w niej księży. Nie mamy w Polsce żadnego przymusu w tej kwestii, więc jeśli nie chcesz, zwyczajnie nie dawaj na tacę. Wewnątrz Kościoła istnieje wiele różnych ruchów, w których ludzie


T E M A T

szukają swojego miejsca. Takie grupy proponują pewien określony sposób życia lub skupiają wokół idei. Dopóki jest to zgodne z nauczaniem Kościoła, osobista formacja wspierana przez innych członków oraz materiały może przynieść naprawdę świetne rezultaty w pracy nad sobą i własną duchowością. Zdarza się jednak, że taka grupa próbuje przeinaczać naukę Chrystusa i zmieniać zasady obowiązujące we wspólnocie chrześcijan. Stało się tak w przypadku austriackiego ruchu „Jesteśmy Kościołem”. Członkowie próbowali celebrować Eucharystię we własnym domu bez udziału księży. Chcieli zmienić obecny kształt Kościoła. Swoimi działaniami zaciągnęli na siebie ekskomunikę. Działania sprzeczne z nauczaniem Chrystusa prowadzą do rozłamu, a nie jedności. Zawsze należy zastanowić się, czy stowarzyszenie lub ruch, w którym jestem, nie oddala się od wspólnoty wiernych lub czy nie neguje słów Kościoła. Bardzo łatwo można wpaść w pułapkę, gdy zaczynamy wierzyć, że nasz sposób przeżywania wiary jest lepszy od innych. W jednym z ostatnich kazań papieża Franciszka pojawiła się uwaga o tym, że chrześcijanin bez Kościoła nic nie znaczy. Tak jak Chrystus przyszedł, by pielgrzymować z Ludem Bożym, tak każdy katolik wpisuje się w ziemskie pielgrzymowanie wierzących. Po raz kolejny Ojciec Święty pokazuje moc wspólnoty. Tworzymy jedną rodzinę, jedno Ciało Chrystusa,

N U M E R U

a jednocześnie każdy wnosi swoją indywidualność, własną historię i doświadczenia. Bez tej różnorodności nie miałoby sensu trwanie we wspólnocie, bo nic nie moglibyśmy sobie nawzajem zaoferować. Kolejną wydawać by się mogło oczywistą rzeczą, o jakiej wspomniał niedawno papież Franciszek jest kwestia naśladowania Chrystusa. Samo trwanie w Kościele to za mało, żeby być stuprocentowym chrześcijaninem. Chociaż powinno to pociągać za sobą relację z Chrystusem, nie zawsze tak się dzieje. A chodzi przecież o to, by jak najlepiej Go poznać, by uczyć się od Niego miłości. Najlepszą ku temu drogą jest lektura Pisma Świętego i modlitwa. Bez tego ciężko mówić o jakiejkolwiek więzi z Jezusem. Jak inaczej Go naśladować. Wsparciem na tej drodze powinny być dla nas również sakramenty, które są znakiem obecności Jezusa. Jeśli ktoś nie korzysta z tej łaski i nie pragnie jej, to znaczy, że chyba nie do końca łapie, o co w tym wszystkim chodzi. Ojciec Święty ostrzega przed skupianiem się jedynie na katechizmie, który zawiera tylko ideę. Do świętości potrzeba natomiast czegoś więcej. Z papieską pielgrzymką do Ziemi Świętej wiązane są nadzieje na pogłębienie dialogu między religiami. Może na pewnym poziomie tak się stanie. Myślę tu przede wszystkim o głowach wspólnot. Muszą oni budować wzajemne zaufanie, czemu

niewątpliwie służy postawa papieża Franciszka. Jednak nie spodziewam się zmian w stosunkach między wyznawcami różnych religii tam, gdzie zawsze były one napięte. Konflikty mają często charakter polityczny lub światopoglądowy. Zakorzenione są głęboko w świadomości i bazują nieraz na nienawiści wpajanej kolejnym pokoleniom. A chyba o dialog szczególnie na tej płaszczyźnie powinniśmy zabiegać, bo tu najwięcej jest ofiar. Kwestia ta jednak nie jest łatwa. Papież Franciszek skierował też bardzo mądre słowa do watykańskiej dykasterii zajmującej się właśnie dialogiem, która obchodzi swoje pięćdziesięciolecie. Napisał, że relatywizacja wiary chrześcijańskiej nie może wynikać z dialogu między religiami. Ale zaznaczył też, że Kościół zawsze jest otwarty na współpracę z tymi, którzy pragną budować przyjazne relacje. Nie mogę nie wspomnieć o wizycie naszego premiera w Watykanie. Donald Tusk spotkał się z papieżem Franciszkiem. W czasie dwudziestominutowej rozmowy poruszono temat Światowych Dni Młodzieży, sytuacji gospodarczej Polski oraz polityki Europy Wschodniej. Sam nie wiem, jak to skomentować. Czy termin wizyty był przypadkowy? Pewnie nie. Ale uważam, że w dobrym tonie było pojawienie się Tuska w Watykanie. Bez względu na powody. Tym razem w Łodzi odbędzie się kolejny Marsz dla Życia i Rodziny.

s. 37


1 czerwca uczestnicy okażą przywiązanie do wartości, które próbuje się dziś dewaluować. Oprócz tego, w czasie łódzkiego marszu co roku zbierane są pieniądze na wspieranie inicjatyw pro life. Tym razem zebrana kwota zostanie przeznaczona na specjalistyczne warsztaty dla rodziców dzieci z zespołem Downa. Tego typu akcje pokazują, że ludzie doceniają wartość rodziny i szanują życie każdego człowieka. Zastanawiam się tylko, czy policja zabezpiecza takie marsze równie skutecznie jak ostatnio kolorową paradę w Krakowie… Abp Wojciech Polak został nowym prymasem Polski. Zastąpił abpa Kowalczyka, który złożył rezygnację na ręce papieża Franciszka. Komentujący ten fakt chwalą nominację. Jak będzie, zobaczymy. Ciężko jest wsłuchiwać się dzisiaj wierzącym w słowa hierarchów, kiedy z każdej strony biskupi są krytykowani a czasem szkalowani. Niewiadomo w co i komu wierzyć. Mimo wszystko hierarchowie są pasterzami Kościoła i należy się im przynajmniej nasza modlitwa. I choć wpływ biskupów na nasz wewnętrzny rozwój jest dość ograniczony, to trzeba pamiętać, że to właśnie oni spajają swoje diecezje i czuwają nad nimi. Od teraz abp Polak będzie czuwał nad całą Polską. Kard. Kazimierz Nycz poinformował, że świątynia Opatrzności Bożej ma być gotowa za trzy lata, ale potrzeba jeszcze około 60 mln złotych. Nigdy nie ukrywałem swojej niechęci do tego przedsięwzięcia. Powoli przeradza się ona w oburzenie. Sposób uhonorowania Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego jest w tym wypadku mocno przesadzony. W Polsce nie brakuje miejsc kultu. Czy naprawdę potrzeba Kościołowi takich wydatków? Znalazłyby się z pewnością pilniejsze potrzeby. Ale jak to zwykle bywa, jest pomysł, robimy! A potem cóż… brakuje pieniędzy, wycofać się głupio. I nie ma co się oszukiwać, że budowa świątyni wiąże się tylko z kwestiami czysto religijnymi. 

s. 38


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

s. 39


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

O zapachu owiec Czy jest coś takiego jak elita w kościele? Jeśli tak, to co to oznacza i jak jest? Jaka jest rzeczywistość – bliższa czy dalsza prawdzie? Wiele do powiedzenia w tej kwestii ma biskup Rzymu Franciszek, właściwie należałoby powiedzieć, że jego osoba stanowi całe przemówienie na ten temat.

Maja Mroczkowska Model elitarności proponowany przez świat opiera się na podziale na lepszych i gorszych, na bogatszych i biedniejszych, na wpływowych i mało znaczących itd. Światu, jakkolwiek starałby się stwarzać inne pozoru, w jakiś sposób zależy na podkreślaniu różnic, na pogłębianiu przepaści, bo to umożliwia władzę jednych nad drugimi i dominację silniejszych. Jakie są elity? Jak się je słyszy, widzi i odczuwa? Słychać w nich imperatyw, pozycja daje mandat prezentowania i egzekwowania swoich racji. Widać przepych, odczuwać powinno się respekt, dystans i pewną nieprzystawalność, która skutecznie usadza na miejscu, tym niższym miejscu. A w Kościele? Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. (Mt 20,26) Urocze albo przełomowe, irytujące albo skandaliczne jest to, co prezentuje sobą biskup Rzymu Franciszek. Dzieje się tak, odkąd postulat „chcę Kościoła ubogiego dla ubogich” zaczął stawać się ciałem. Odmowa zamieszkania w apartamentach watykańskich, korzystanie z komunikacji miejskiej w miejsce limuzyn, potępianie wystawnego sposobu życia duchownych to coś więcej niż oryginalny styl czy osobiste quasi-filantropijne kaprysy.

s. 40

“Elita w Bożym

słowniku to nie ekskluzywny jacht i koktajl ze słomką – to namaszczenie do miłowania i służenia. Co więcej, do stania się taką właśnie elitą są wezwani wszyscy, bez względu na stan konta czy utalentowanie. Wszyscy. Łaska jest nieobliczalnie rozrzutna. Gdyby to były tylko puste figury, nie wkurzałyby tak bardzo niektórych środowisk. Papierkiem lakmusowym na stężenie mocy Ewangelii objawiającej się poprzez te gesty jest właśnie owo oburzenie albo nerwowy chichot tych, którzy czekają aż „Papa w końcu zmęczy się swoimi fantasmagoriami”. Jak widać Ewangelia, jej prawdzie przesłanie, nie - to obrosłe różnymi obwarowaniami – wciąż oburza. To znaczy, że, na szczęście, wszystko jest w najlepszym porządku. Jaki model elity proponuje Franciszek? Przede wszystkim skończenie raz na zawsze z pojmowaniem elitarności tak, jak robi to świat. Powinnością biskupa Rzymu jak i całego

Kościoła rzymskiego jest PRZEWODZENIE INNYM W MIŁOŚCI. I nie chodzi tu o populistyczny slogan, to konkretne zadanie. Przestrzeń „centrali” watykańskiej nie ma służyć do utrzymywania pierwszej pozycji w rankingu kościelnym albo do monarchicznego napinania się – to wezwanie do ukorzenia się w służbie. Bóg myśli kompletnie odwrotnie niż świat. Im więcej się otrzymało, do tym większego poświecenia to zobowiązuje. Elita w Bożym słowniku to nie ekskluzywny jacht i koktajl ze słomką – to namaszczenie do miłowania i służenia. Co więcej, do stania się taką właśnie elitą są wezwani wszyscy, bez względu na stan konta czy utalentowanie. Wszyscy. Łaska jest nieobliczalnie rozrzutna. Ponowne uderzające objawienie się tej prawdy podczas pontyfikatu Franciszka stanowi konkretne wezwanie i mobilizację dla wszystkich wierzących. Jeśli chodzi o duchowieństwo, papież trąbi o tym, żeby nie traktować kapłaństwa jako jeszcze jednego sposobu na osiągnięcie upragnionej jakości „ciepłe kapcie i telewizor” – ale, że kapłaństwo zakłada ciągłe wychodzenie z siebie, bycie w drodze, wychodzenie na peryferia grzechu i narażanie serca. Niejednokrotnie mówił, że stokroć bardziej woli Kościół poturbowany od wychodzenia na zewnątrz, niż gnijący od


T E M A T

wewnątrz z powodu stagnacji. Papież przestrzega duchownych przed popadaniem w teologiczny narcyzm, podkreśla, jak wielkim wypaczeniem i zarzewiem oburzenia jest teologia badająca samą siebie – zamiast być skoncentrowana na Jezusie! Jak pasterz może być pasterzem, skoro nie idzie razem z owcami, ale prowadzi je z balkonu albo piedestału? „Stańcie się pasterzami o zapachu owiec!” W kwestii modelu papiestwa, jest tu pewna zagwozdka. Apartamenty, limuzyny, dawniej lektyki i posiadłości ziemskie – czy to nie są atrybuty władzy mające źródło w myśleniu światowym? A jakim królem objawił się Jezus? On wjechał na osiołku. Model się nie zmienił. To tylko my już tak przywykliśmy do światowej „atrybutacji”, że nawet nie zauważamy, że jest sprzeczna z Ewangelią! Dlatego Franciszek woli zwrot „biskup Rzymu” zamiast „papież”. Bo chociaż jako głowa Kościoła rzymskiego, który ma przewodzić innym, dzierży prymat, nie chce go podkreślać, bardziej zależy mu na kolegialności. Ponieważ umknęła

N U M E R U

nam ważna prawda: to nie biskup jest przedstawicielem papieża na swoim terenie, ale papież reprezentantem biskupów. Msza w Watykanie nie jest bardziej ważna od tej w Pcimiu Dolnym. Biskup jako przywódca kościoła lokalnego ma pełnię święceń kapłańskich - to już jest master level - nie ma przecież święceń kardynalskich czy papieskich. Można powiedzieć, że są dzisiaj dwie części Kościoła – ta żyjąca w dobrobycie i niechcąca niczego zmienić, i ta cierpiąca, która wzrasta i owocuje. Ciekawe, prawda? Biskup Franciszek przypomina, że jeśli będziemy skupiać się na sobie samych i własnych bolączkach, jeśli nie przestaniemy być Kościołem autoreferencyjnym – nic się nie zmieni. Bo musimy być chrystocentryczni! Ta zasada jest stała. I trzeba nam wychodzić na peryferia prądów intelektualnych, bólu, grzechu i tam firmować markę Boga. Siedząc w domu nie doświadczymy swojego namaszczenia. Nie możemy być kurtuazyjni w przychodzeniu do zagubionych i niewierzących, bez inspiracji Ducha, nikogo to nie przeko-

na. Tylko w Duchu Świętym możemy poznać sposób i możemy być nieobliczalni w nowej ewangelizacji – a że świat jest równie nieobliczalny, będzie ciekawie. Jesteśmy tacy ponapinani siłą naszych teologicznych przywiązań i pretensji. Tak bardzo skupieni na sobie, zamiast na Nim i dziwimy się, że ciągle jest źle. Za mało gotowości do uczenia się od innych i bycia złamanym w służbie, w umywaniu innym nóg. Wiecie co? Upokórzmy się przed Bogiem szybko i radośnie i róbmy wreszcie to, co do nas należy! 

s. 41


KAZANIA PONADCZASOWE

Jak się wykreować? To nie jest tylko tak, że my kreujemy nasze czyny, ale jak się okazuje to także te czyny kreują nas. Odkrył to już Karol Wojtyła, o czym pisze nawet w swojej książce – Osoba i Czyn.

ks. Mirosław Maliński To jest mniej więcej tak, że jeśli jutro rano pójdziesz na zajęcia i spotkasz przykładowo staruszkę, która nie wiadomo dlaczego dźwiga dziesięć kilogramów cukru i podejdziesz do niej, szarmancko się pokłonisz i powiesz: „Przepraszam Panią bardzo, czy pozwoli Pani, że ja te torby zaniosę Pani do domu?” A Ona na to ochoczo: „Chłopcze masz, nieś”. Zaniesiesz więc jej to do domu, na to trzecie piętro po czym się pożegnasz. I gdy Ona już zamknie drzwi, to

s. 42

nie tylko Ona uwierzy w ludzkość, to nie tylko z Nią coś się stanie, ale także z Tobą. W Tobie nastąpi jakaś przemiana, staniesz się inny, lepszy. Idąc jutro na zajęcia i spotkasz czarnego kota na dziedzińcu przed Ossolineum i potraktujesz tego kota z buta. To nie tylko kot będzie miał żeberka połamane, ale także z Toba się coś stanie. Staniesz się bardziej hardy, bardziej twardy. Wychodzi tutaj to, że nie tylko my kreujemy czyny, ale także czyny kreują

nas. To nie tylko my kreujemy naszą modlitwę, ale także nasza modlitwa kreuje nas. Nie tylko my tworzymy nasze życie seksualne, ale także życie seksualne tworzy nas. Dlatego tak ważne, tak istotne jest to co robimy, jak to robimy, bo to wszystko do nas wraca. 


CZEMU ŻYCIE

Drugi człowiek Co chwilę słyszę, że w życiu nie chodzi o wygodę czy o pieniądze, że nie chodzi o stanowisko, o sławę czy uznanie. Zatem po co za tym wszystkim się spieszyć? Po co na to przeznaczać aż tyle czasu, siły i zaangażowania. To z powodu tych rzeczy najczęściej jesteśmy zmartwieni, zakłopotani, zestresowani i niewyspani. Czy po to żyjemy? o. Tomasz Maniura OMI Ale jeśli odłożymy to wszystko, to po co żyjemy, czym to życie wypełnić? Drugi człowiek. Może to jest podpowiedź i sposób na życie? Żyć dla drugiego człowieka? Moje działania podejmowane po to, by drugiemu było lepiej. Na pewno ma to sens. Na pewno nie prowadzi to do pustki. Wtedy wiele twarzy i imion wokół mnie. Wtedy nie ma samotności. Jest radość dawania, poczucie sensu podejmowanych wysiłków, czasu przeznaczonego. Tak naprawdę przyglądając się drugiemu człowiekowi - jak funkcjonuje, czym się kieruje, co jest dla niego ważne - odkrywam kim jestem? Różnice okazują się ubogacające. Gdy zaś żyjemy tylko w pośpiechu, bez zatrzymania i refleksji inne podejście drugiego może nas męczyć i denerwować. Tymczasem może to być ubogacające i takie jest w rzeczywistości. Ile mogę zaczerpnąć? A gdy zacznę słuchać drugiego, gdy zrozumiem dlaczego tak postępuje, myśli, jak do tego doszedł, to dopiero jest prawdziwe bogactwo? To nieustannie przewijające się pytanie, jak żyć prowadzi także do spotkania drugiego człowieka. Nie jestem pierwszym, który idzie przez tę ziemię. Nie jestem jedyny. Nie chodzi o to, żeby tylko czerpać czy brać od drugiego, ale dając siebie, tzn. mówiąc o sobie kim jestem, opowiadając o swoim życiu, sam siebie buduję przez większą świadomość siebie, a także przez dostrzeganie w sobie tego co ma wartość dla drugiego człowieka.

Ciekawe jest to, że najczęściej uczę się od tych, od których się niczego nie spodziewam, jakiś przypadkowych, niespodziewanych. Albo od słabszych, takich którzy wydają się mniejsi, którzy nie mają czego dać. Wielkie jest zaskoczenie, gdy odkrywam ich sposób życia, ich życie pełne wartości, sensu, radości... Jak zaczynam rozmawiać, to okazuje się, że nie sam mam jakieś wątpliwości, nie sam muszę wszystko odkrywać, bo wiele rzeczy już zostało odkrytych. Nie sam mam radości i smutki, nie sam..., nie sam jestem na tej ziemi. Jak żyć? Żyć z drugim człowiekiem, czerpać z bogactwa drugiego człowieka i żyć dla kogoś innego. To mam sens. Kolejna cecha bardzo potrzebna w moim życiu, to jest otwartość. Ile niepotrzebnych nerwów bym zaoszczędził, ile niepotrzebnych oskarżeń kogoś, ile niepotrzebnych sytuacji dla

mnie wydających się bez wyjścia... gdybym rozmawiał z tym, kto jest obok mnie. Zobaczyć drugiego, posłuchać go, wzbogacić swoje życie – o mądrość drugiego, o jego doświadczenie. Zatem w całym tym swoim życiowym zamieszaniu, w całej tej życiowej gonitwie za pieniądzem, za lepszymi warunkami do życia, za powodzeniem, nie można ominąć człowieka. Gdy go pominę to i tak celu nie osiągnę, bo przecież chcę być szczęśliwy. A przecież nawet jeśli materialnie będę miał wszystko wkoło siebie co tylko możliwe, to jednak jak zabraknie człowieka, to i tak celu nie osiągam. Wydaje się nie raz, że drugi mnie spowalnia, zbytnio obciąża, nawet uniemożliwia funkcjonowanie. A okazuje się, że to jego obecność jest dla mnie celem, do którego dążę, jest szczęściem, którego pragnę. Ale czy to wystarczy? 

s. 43


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Czego

możemy się uczyć

od Gedeona? Ten facet miał doła. Był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a jego ród był najbiedniejszy z całego plemienia. Jego naród był uciskany przez agresywnych sąsiadów. Ciężko harował przy młóceniu zboża. Wkrótce mieszkańcy jego miasta chcieli go zabić. Pan Bóg miał jednak inne plany...

Krzysztof Reszka Izraelici wyprowadzeni przez Mojżesza z niewoli egipskiej, odchodzili od Boga, zaczęli grzeszyć pogrążając się w chaosie. Wkrótce rozpoczęła się agresja ze strony Madianitów którzy rabowali kraj i niszczyli plony. Wielkie tłumy najeźdźców nie zostawiały Izraelitom środków do życia. Gedeon młócił zboże, aby je ukryć i zachować na czarną godzinę. A wtedy, przy wypełnianiu zwykłych i prozaicznych obowiązków gospodarskich, ukazał mu się Anioł Pański i rzekł: “Pan jest z tobą, dzielny wojowniku!” (Sdz 6,12). Dziwnie, a nawet humorystycznie brzmi takie pozdrowieniu wobec młodego, ubogiego mężczyzny młócącego zboże. Ale “człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (zob. Sm 16,7). Gedeon odpowiedział kurtuazyjnie, lecz sceptycznie: “Wybacz, panie mój! Jeżeli Pan jest z nami, skąd pochodzi to wszystko, co się nam przydarza? Gdzież są te wszystkie dziwy, o których opowiadają nam ojcowie nasi, mówiąc: Czyż Pan nie wywiódł nas z Egiptu? A oto teraz Pan nas opuścił i oddał nas w ręce Madianitów” (zob. Sdz 6,13). A jaka jest Boża recepta na nied-

s. 44

“Jeżeli jakiś po-

mysł, powołanie czy natchnienie pochodzą od Boga, to będzie On nas cierpliwie do tego przygotowywał. Gdy Gedeon miał złożyć ofiarę z mięsa i chlebów, być może celowo wziął także polewkę, która nie była stosowana w kulcie Boga Izraela. olę? Czy podaruje Gedeonowi jakąś szczególną moc? Przyklei mu skrzydła? Doda mu sił? Powołanie Boże brzmi następująco: Idź z tą siłą, jaką posiadasz, i wybaw Izraela z ręki Madianitów. Czyż nie Ja ciebie posyłam? Pan Bóg daje do zrozumienia: masz wszystko co potrzeba, wystarczy po prostu abyś żył ze Mną i mnie słuchał. Gedeon jednak się waha: “Wybacz, Panie mój! - odpowiedział Mu - jakże wybawię Izraela? Ród mój jest najbiedniejszy w pokoleniu Manassesa, a ja jestem ostatni w domu mego ojca.

Pan mu odpowiedział: Ponieważ Ja będę z tobą, pobijesz Madianitów jak jednego męża (por. Sdz 6,14-16). Czy Gedeon pobiegł wówczas w podskokach na bitwę? Nie. Rozważał, czy to powołanie rzeczywiście pochodzi od Boga. Chciał je zweryfikować. Tu też tkwi wielka mądrość życia duchowego, którą starsi ludzie przedstawiają przy pomocy przysłów “co nagle to po diable”, lub “gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”. Jeżeli jakiś pomysł, powołanie czy natchnienie pochodzą od Boga, to będzie On nas cierpliwie do tego przygotowywał. Gdy Gedeon miał złożyć ofiarę z mięsa i chlebów, być może celowo wziął także polewkę, która nie była stosowana w kulcie Boga Izraela. Anioł jednakże kazał ją rozlać. Chodzi tu więc o rozeznawanie duchowe. Tak jak pisał św. Jan: Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie. (1 J 4,1). Dlatego zanim się w coś zaangażujemy, trzeba to sprawdzić, zweryfikować, czy nie ma tam “zatrutych strzał” ukrytych pod pozorami dobra. Mieszkańcy miasta byli ludźmi kompromisu i tolerancji. Czci-


li Boga Jahwe, ale oddawali także cześć Baalowi. Dziś taką postawę znamy z przysłowia “Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Prowadzi to do wewnętrznego rozdarcia. Pierwszą misją Gedeona było więc rozwalić ołtarz Baala. Taki jest pierwszy krok na naszej drodze wybrać Boga i służyć tylko Jemu. Zerwać z grzechem. Podjąć decyzję. Żyć jednoznacznie. I nie trzeba się dziwić temu, że ten kto zechce żyć w prawdziwej przyjaźni z Bogiem Żyjącym, spotka się ze sprzeciwem. A jednak prawda obroni się sama: “Mówili więc jeden do drugiego: Któż to uczynił? Szukali więc, badali i orzekli: Uczynił to Gedeon, syn Joasza. Następnie rzekli mieszkańcy miasta do Joasza: Wyprowadź swego syna! Niech umrze, gdyż zburzył ołtarz Baala i wyciął aszerę, która była obok niego. Na to Joasz odpowiedział wszystkim, którzy go otaczali: Czyż

do was należy bronić Baala? Czyż to wy macie mu przychodzić z pomocą? Ktokolwiek broni Baala, winien umrzeć jeszcze tego rana. Jeśli on jest bogiem, niech sam wywrze zemstę na tym, który zburzył jego ołtarz. I od tego dnia nazwano Gedeona “Jerubbaal”, mówiąc: Niech Baal z nim walczy, bo zburzył jego ołtarz” (Sdz 6,29-32). Wkrótce Gedeon stanął na czele wielkiej armii, by uratować Izraela z ręki niegodziwców. Sytuacja była groźna. Pod jego dowództwo zgromadziło się wielu mężczyzn. Ale Gedeon, za natchnieniem Boga, dokonał selekcji. Wołał: “Ten który się boi i drży, niech zawróci ku górze Gilead i chroni się” (Sdz 7,3). Wtedy 22 tysiące mężczyzn stwierdziło, że się boją i jednak się wycofali. Zostało tylko 10 tysięcy, a więc mniej niż jedna trzecia pierwotnej ich liczby. Wtedy Bóg kazał poddać ochotników

próbie. Gedeon zaprowadził ich nad wodę i miał obserwować jak piją. Jedni uklękli by pić wodę. Inni nie zgięli kolan, lecz chłeptali wodę z ręki podnoszonej do ust. Ci którzy uklękli nie nadawali się do walki, gdyż byli niepohamowani, nie panowali nad pragnieniem i stracili czujność. Oni stanowili większość. Jedynie trzystu wojowników stało twardo na dwóch nogach i chłeptało wodę z ręki podnoszonej do ust. Zachowali gotowość bojową, byli czujni i opanowani. Zawsze mogli się przecież odwrócić i rzucić do biegu. Gedeon odesłał 9 700 ochotników, a wybrał tylko tych 300 mężów, którzy nie zgięli kolan, zachowali przytomność umysłu i byli gotowi by poświęcić się dla sprawy. Ten wyselekcjonowany, elitarny oddział, odniósł zwycięstwo nad wrogami Izraela. Jakie stąd wnioski? Po pierwsze - szukając autorytetów, wzorców, doradców, przyjaciół, wspólników i powierników - trzeba zastosować selekcję taką jak Gedeon. Otóż to co robi 99% ludzi, nie zawsze musi być słuszne. Po drugie, trzeba samemu pracować nas sobą tak, by nie być ani tchórzem, ani niepohamowanym narwańcem, ale rozumnym i opanowanym wojownikiem. Dotyczy to różnych zadań życiowych, a szczególnie relacji z kobietą. Jest jeszcze jedna rzecz której możemy uczyć się od Gedeona dyplomacja. Po zwycięskiej bitwie nie przechwalał się, a w sytuacji konfliktowej umiał docenić zasługi innych. Troszczył się, by jego rozmówcy mogli ustąpić zachowując twarz i dobre imię: “Potem rzekli do niego mężowie Efraima: Cóż to za sposób postępowania z nami, żeś idąc walczyć z Madianitami nie wezwał nas? I bardzo się z nim spierali. Odpowiedział im: Czy teraz uczyniłem coś większego w porównaniu z wami? Czyż nie lepszy jest ostatni zbiór u Efraima niż pierwszy u Abiezera? W wasze ręce wydał Bóg dowódców madianickich: Oreba i Zeeba. Cóż więcej mogłem uczynić w porównaniu z wami? Na te słowa uspokoiło się ich oburzenie przeciwko niemu” (Sdz 8,1-3). 

s. 45


ROZMOWA KULTURALNA

Dziś już niczego

nie brakuje mi

do szczęścia Arkadiusza Zbozienia nie znałem zbyt dobrze. Szczerze mówiąc nie byłem w stanie nawet go rozpoznać na uczelnianym korytarzu. Z pozoru niczym się nie wyróżnia. Ma żonę i małego synka. Do tego rapuje i angażuje się w akcje społeczne, głosi świadectwa i pomaga się nawrócić. To jednak tylko wierzchołek góry.

Mariusz Baczyński Od kiedy zacząłeś śpiewać? Arkadiusz Zbozień: Miałem 12 lat, kiedy stojąc nad wodospadem z kumplami padł temat, aby napisać pierwszy tekst. Kilka dni później kupiliśmy mikrofon w pobliskim supermarkecie, który służył do rozmów na skype i zaczęliśmy nagrywać. Powstawały pierwsze utwory, jeszcze przed mutacją głosu. To niesamowita pamiątka i co jakiś czas włączam sobie te nagrania dla poprawy humoru A od kiedy możesz powiedzieć o sobie, że jesteś wierzący? Skąd wzięła się Twoja wiara, czy to przez wychowanie, doświadczenie z Bogiem? A.Z.: Zaraz przed napisaniem pierwszego tekstu, czyli w wieku 12 lat, pierwszy raz zapaliłem marihuanę. Zaczął się wtedy okres mojego buntu. Rodzice mieli ze mną problemy już wcześniej. Moje zachowanie w szkole nieco odbiegało od normy. Od 12 do 17 lat moje życie było jedną wielką porażką. Odnosiłem niby niewielkie sukcesy, ale była to ewidentnie droga w dół. Zacząłem popalać codziennie i mój dzień skupiał się tylko i wyłącznie na tym na tym, jak

s. 46

“Jeżeli jakiś po-

mysł, powołanie czy natchnienie pochodzą od Boga, to będzie On nas cierpliwie do tego przygotowywał. Gdy Gedeon miał złożyć ofiarę z mięsa i chlebów, być może celowo wziął także polewkę, która nie była stosowana w kulcie Boga Izraela. zapalić. To doprowadzało do ciągłej stagnacji. W wieku 17 lat wylądowałem z potężnymi długami, których nie miałem możliwości spłacić. Musiałem się posunąć do kradzieży, aby oddać swoje zaległości. Zacząłem handlować i lekko mówiąc „iść po bandzie”. Nie przeszedłem pierwszej klasy liceum. Wszystko się sypało... To trwało do momentu, w którym mój 7-lat starszy brat wrócił ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy wyjechał tam w poszukiwaniu za-

robków, to także zaczął prowadzić „luźne życie”. Jednak po powrocie coś się zmieniło. Widziałem, że jest uśmiechnięty i entuzjastycznie nastawiony do życia. Pomimo różnych problemów radził sobie z przeciwnościami. To zaczęło mi bardzo imponować. Przede wszystkim radość, która z niego wypływała. Po wielu rozmowach, które nie przynosiły skutku, ponieważ byłem zamkniętym nastolatkiem, w końcu wydarzył się przełom. To był moment, kiedy wszystkie moje problemy mnie przygniotły i nie wiedziałem jak sobie poradzić. Zgodziłem się, aby pójść z bratem na modlitwę wstawienniczą. Po niej coś się zmieniło! Wyrzuciłem swoje papierosy do kosza na śmieci i zadecydowałem, że mogę coś zmienić! Po tym wszystkim poszedłem do spowiedzi świętej z całego życia. Kiedy dostałem rozgrzeszenie, to stanąłem nad wodospadem, na którym wcześniej paliłem różne inne specyfiki i spaliłem kartkę ze swoimi grzechami. Wtedy poczułem się wolnym człowiekiem, który może budować na swoich pasjach i talentach oraz być szczęśliwy!


Od zawsze rapowałeś o swojej/ innych wierze? A.Z.: Właśnie po tamtym wydarzeniu zacząłem zmieniać swoją muzykę. Rap jest prawdą o życiu danego rapera. Jeśli moje życie się zmieniło, to zmienił się także rap. Od tamtej chwili buduję swój przekaz na moich obserwacjach z perspektywy chrześcijanina. Gdzie znajdujesz teraz źródło swojej wiary? Daje Ci ją rodzina i bliscy czy tak po prostu kontakt z Bogiem? A.Z.: Uwielbiam ciszę i spokój. Raz w roku wyjeżdżam na rekolekcje w ciszy. Tam nabieram sił do działania i życia w codzienności. Przede wszystkim źródło wiary bierze się z działania. Bo na to działanie odpowiada Bóg i błogosławi konkretnymi owocami. A jeśli owoc działania jest obfity, to Bóg doznaje chwały i nasza radość jest pełna. To taka moja prywatna życiowa dewiza... Skąd bierzesz natchnienie do muzyki, skąd czerpiesz przykłady, bo o wielu z nich nie mieliśmy pojęcia, choćby Nicky Cruz. Mało kto zna historię tego byłego mafiozy. A.Z.: Odkąd moje życie się zmieniło, zmieniły się także źródła pozyskiwania informacji. Uwielbiam inspirować się historiami innych ludzi. W szczególności tych, którzy przeżyli drastyczne przemiany w swoim życiu. Właśnie jestem na etapie przygotowywania projektu o Świętych, którzy szczególnie mnie inspirują. W sieci jest dużo dziadostwa, ale także pełno ciekawych i inspirujących treści, które można wykorzystać. Uwielbiam też rozmawiać z ludźmi po koncertach, czy na rekolekcjach, które prowadzimy. Największą inspiracją jest dla mnie postawa konkretnego człowieka. Który z tych darów jest dla Ciebie ważniejszy, wiara czy talent muzyczny? Bez którego z nich wyobrażasz sobie życie? A.Z.: Pan Bóg tak połączył moje dzisiejsze życie, że dał mi jedno i drugie. Nie próbuję tego klasyfikować. Staram się każdego dnia dziękować za

s. 47


T E M A T

jedno i drugie. Wiara, rodzina i pasja, to dla mnie trzy najważniejsze rzeczy, które dziś posiadam. Wszystko łączy się w misję i wizję mojego życia. Mnogość darów to także mnogość obowiązków. Jesteś człowiekiem bardzo zajętym. Grasz wiele koncertów zajmujesz się rodziną, czekasz właśnie na rozwiązanie ciąży żony i do tego jeszcze studiujesz filozofię. Kiedy na to znajdujesz czas? A.Z.: Cały czas uczę się odpowiedniego zarządzania tymi sprawami. To nie jest łatwe. Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba umieć być na 100% w miejscu, w którym się jest. Jeśli przebywam z żoną, to staram się nie zajmować sprawami firmowymi czy planowaniem kolejnych wyjazdów. Spędzanie czasu na 100% z pełnym oddaniem każdej sprawie, to klucz do pogodzenia tych spraw, niemniej powtarzam – cały czas się tego uczę i popełniam kolejne błędy... Nie łatwiej byłby zrezygnować z czegoś i zająć się tylko rodziną? Przecież ona Cie na prawdę potrzebuje i na pewno będziesz spełniony w domowym zaciszu. A.Z.: Pytanie zakłada, że zaniedbuję rodzinę ;) Czy znasz człowieka, który bez pracy jest w stanie utrzymać swoją rodzinę i dać jej szczęście? To wiąże się z konkretną pracą, wysiłkiem i wymaganiami. Miłość to ofiarność. Powtarzam – cały czas się tego uczę. Mam jednak taki wybór – albo będę się męczył i zmagał w takiej pracy, jaką ktoś mi narzuci i

s. 48

N U M E R U

której nie chcę, albo w takiej, w którą kocham i daje mi sens oraz uczucie spełnienia. Wysiłek i zmagania są w jednej i drugiej opcji. Pytanie, czy chcesz się zmagać z sensem, czy bez sensu? Czujesz, że masz do wykonania zadanie/misję? Bóg dał Ci talent a teraz spłacasz dług? A.Z.: Czuję, że mam konkretne zadanie i jestem postawiony na dzień dzisiejszy na miejscu, w którym mam być. Potwierdzają mi to konkretne owoce, a Bóg mówi, że po owocach poznamy. Nie czuję, abym spłacał jakikolwiek dług. Bóg zabrał ze mnie winę i dał wolność. Wielu widzi w Tobie wzór do naśladowania. Młody facet ma rodzinę którą Kocha i na dodatek czuje się dzieckiem Boga. Usłyszałeś kiedykolwiek od kogoś że Twoja muzyka zmieniła jego życie? A może ktoś Ci powiedział, że Twoja postawa, rodzinno-katolicka jest motorem do zmian dla innych? A.Z.: Często po wydarzeniach, które prowadzimy podchodzą ludzie i mówią takie słowa. Dostaję też maile, że dzięki mojej książce, czy płycie, coś konkretnego zmieniło się w życiu danego człowieka. To powoduje niesamowite poruszenia mojego serca i aż łezka kręci się w oku... Czy Ty czujesz się takim wzorem? Jeśli tak to dla kogo jeśli nie to czego Ci jeszcze brakuje. A.Z.: Nie czuję się wzorem. Czuję, że jestem na odpowiednim miejscu,

ale nie oceniam samego siebie. Nie wiem też, czego mi brakuje. Staram się to cały czas odkrywać i zmieniać. To nieustanny proces. Nigdy nie będziemy doskonali. Kto dla Ciebie jest autorytetem? A.Z.: Jan Paweł II, Św. Filip Neri. A starasz się dążyć do ideału poprzez naśladowanie Boga? A.Z.: Staram się, ale nie zawsze wychodzi. Trudno jest dziś być “dzieckiem Boga”? Wiele jest pokus i miejsca na to by sobie odpuścić A.Z.: Każdy jest dzieckiem Boga, więc każdego można zapytać, czy jest trudno. Jeśli skupiasz się na pokusach, to będziesz się zajmował pokusami. Nie mamy innego wyjścia niż przepełnić MIŁOŚCIĄ wszelki strach i niepokój, który mamy. Czujesz się już spełniony czy dopiero się spełniasz? A.Z.: Na dzień dzisiejszy czuje się spełniony. Gdybym jednak dzisiaj nie wykonał kolejnego kroku, to już jutro nie czułbym się spełniony. To nieustanna walka i praca. Wiem, że zadanie pytania o szczęście przyszłemu (aktualnemu) filozofowi może rozpętać burzę na punkcie definicji, ale na końcu muszę ten temat poruszyć. Czego brakuje Ci do pełni szczęścia? A.Z.: Dziś – niczego. 


T E M A T

N U M E R U

s. 49


KULTURA

Rejs z szantami Szanty, czyli marynarskie pieśni pracy, powstawały z konieczności. Ich

obecność na statkach i żaglowcach pomagała załodze w usprawnianiu licznych i różnorodnych prac na pokładzie np. rozwijania i zwijania żagli.

Co takiego jest w szancie? Przecież nie potrzebujemy, żeby budziła w nas zapał do pracy, często nie mamy czegokolwiek wspólnego z morzem i statkami, a jednak gatunek ten wciąż „trzyma się” steru muzyki. Anna Kasprzyk Z uwagi na wiele ciężkich prac do wykonania na pokładzie, właściciele statków i firmy przewozowe, zatrudniali szantymenów. Dzięki ich śpiewom, stawali się nieocenonionymi mobilizatorami działań. Nie bez powodu byli zatrudniani na statkach jako specyficzni śpiewacy (zarabiali oni więcej niż zwykli marynarze, mimo wykonywania lżejszych prac). Oczywiście do śpiewu szantymena włączała się reszta załogi i pobrzmiewał na statku zespołowy silny męski śpiew (źródła podają, że do śpiewu szantymena załoga włączała się w refrenach). Ciekawe, jak daleko niosła się szanta?

„NARODZINY” I CHARAKTER

Szanty rozwinęły się w XIX w., kiedy to odbywały się liczne rejsy pocztowe, herbaciane, bawełniane i inne. Wówczas, podczas morskich i oceanicznych rejsów, nie tylko wykonywano szanty. Śpiewano także inne związane z morzem piosenki. Były to m. in.: pieśni wielorybnicze (traktujące o pragnieniu zdobycia wieloryba), pieśni Kubryku (wyrażające tęsknotę za morzem, morskimi przygodami i życiem na statku, przede wszystkim podczas zimowego przebywania na lądzie). Wracając do samych szant, trzeba powiedzieć, że istnieje kilka kategorii pieśni marynarskich – zależne

s. 50

“Postęp i rozwój

techniki sprawił, że kiedy pojawiły się statki parowe, żaglowce powoli zaczęły umierać, a wraz z nimi szanty. Na pokładzie nowych statków nie trzeba było wkładać wiele wysiłku w uruchomienie „maszyny”. od charakteru wykonywanej pracy, do której nawoływały. Dobór szanty do konkretnych zadań, wiązał się dopasowaniem jej rytmu do z tempa pracy. Pierwsze, rozpoczynające rejs, to szanty kabestanowe. Związane z ciężką pracą przy wyciąganiu kotwicy (kabestan - wciągarka w postaci pionowego walca, używana na statkach do wyciągania kotwic). Kolejne szanty to szanty fałowe, śpiewane przy wznoszeniu żagli. Gdy wznoszono żagle ciężkie (dolne), wykonywano „fałówki” na długie pociągnięcia. Podczas śpiewania refrenu przez całą załogę, ciągnięto linę - fał. Gdy szantymen wykonywał zwrotki,

załoga odpoczywała. Śpiewano także szanty fałowe na krótkie pociągnięcia (przy wznoszeniu lżejszych żagli, czyli tych górnych) oraz szanty rejowe, związane z bardzo trudna i niebezpieczną ( zagrażającą nawet wypadnięciem za burtę) pracą przy zmianie ustawienia żagli. Następny rodzaj szant to szanty pompowe – szybkie, wesołe i często o żartobliwym charakterze (odwracające od perspektywy monotonnej pracy). A co trzeba było pompować? – Oczywiście wodę. Szczególnie na starych statkach z drewnianym kadłubem, woda lubiła przesiąkać. Zatem trzeba było się jej pozbywać. Szantowe obscena to „drugie”, nieprzyzwoite wersje tych pieśni. Ich wykonywanie było niedozwolone (zwłaszcza na statkach pasażerskich). Zatem śpiewano je tak, żeby kapitan nie słyszał. Ponieważ głośny śpiew licznej załogi był bardzo słyszalny, takie „drugie” wersje wykonywał tylko sam szantymen. Obsceniczne teksty były sprytnie wplecione w żeglarską terminologię, np. „zdjąłem z niej żagle”. Kilkutygodniowa, a często kilkumiesięczna izolacja od kobiet uzasadniała obecność na pokładzie nieprzyzwoitych teksów. Istniały również szanty ceremonialne. Śpiewano je przy szczególnych okazjach, np. podczas otwierania pierwszej beczki z solonym mięsem, przy wprowadzaniu na statek ostatniego


T E M A T

ładunku, podczas rozpoczęcia rejsu powrotnego, a także przy spłacaniu „Zdechłego Konia”.

„ZDECHŁY KOŃ” NA STATKU

Tradycja spłacania „Zdechłego Konia” była bardzo zakorzeniona na statkach. O co chodzi? Powiedzenie praca na „ Zdechłego Konia” oznacza pracę za darmo, pracę nie wartą wysiłku. Przed wypłynięciem, każdy marynarz otrzymywał miesięczna zaliczkę, którą powinien wykorzystać na zakup potrzebnych rzeczy, np. butów, spodni. Nie było przymusu jak wykorzystać pieniądze, więc żeglarze o wiele chętniej za otrzymane pieniądze urządzali hulanki – żegnając się z lądem, a także przeznaczali je na zakup alkoholu. Po miesiącu przebywania na morzu, urządzano świętowanie końca darmowej pracy na statku. Robiono kukłę konia, potem go przeciągano po całym statku. Robił to najstarszy marynarz przy wtórze radosnych okrzyków całej załogi. Potem przywiązywał kukłę do którejś z lin żaglowych, wystającej nieco poza burtę. Po czym najmłodszy z marynarzy przecinał linę, a kukła szła na dno morza czy oceanu. Od tego momentu żeglarze nabierali świadomość, że za pracę dostaną zapłatę. Nawiasem mówiąc, obrzęd spłaca-

N U M E R U

nia „Zdechłego Konia” ma przełożenie na lądowa tradycję topienia „Marzanny”. W tradycji ludowej kukła „Marzanny” była włóczona wokół całej wsi wraz ze śpiewami i hałasami. Następnie była wyprowadzana poza wioskę i, jeśli była taka możliwość, topiona w wodzie.

SKĄD NAZWA SZANTA?

Istnieje kilka wariantów pochodzenia nazwy. Stan Hugill twierdzi, że pierwsza opcja związana jest z chatami murzynów z Karaibów. Nazywały się one shanties - były często przenoszone za pomocą lin i rolek położonych pod nimi, a na dachu takich chat siedział „szantymen”, nadający rytm i tempo pracy poprzez śpiew. Dodam, że angielskie słowo shanty w tłumaczeniu to chałupa, szopa. Drugi wariant zakłada, że nazwa wzięła się od francuskiego słowa chansons ( czyt. szansą) – w tłumaczeniu piosenki. Były one śpiewane w czasie wiosłowania francuskich traperów po wodach Kanady. Trzeci wariant mówi o tym, ze nazwa pochodzi od dzielnic portowych Zatoki Meksykańskiej ( shanty town (ang.) - dzielnice slumsów), tam też w szopach typu „shanty” spotykało się „żeglarskie” towarzystwo. Oczywiście nie obywało się bez śpiewów. Czwarta koncepcja mówi o przełożeniu z języka angielskiego słowa chant (śpiewać, skand-

ować) lub chaunt, oznaczającego pewnego rodzaju pieśń murzyńską.

ZANIK FUNKCJI SZANTY

Postęp i rozwój techniki sprawił, że kiedy pojawiły się statki parowe, żaglowce powoli zaczęły umierać, a wraz z nimi szanty. Na pokładzie nowych statków nie trzeba było wkładać wiele wysiłku w uruchomienie „maszyny”. Zatem funkcja szanty, wspomagającej pracę, straciła swoje pierwotne znaczenie. Zapomniano o niej. Jednak nastąpiło swoiste nawrócenie. Może nie koniecznie związane z zamiłowaniem do morskich i oceanicznych podróży, ale przede wszystkim związane z upodobaniem do folkloru morskiego, do specyficznego charakteru „marynarskich pieśni pracy”. Nazbierało się sporo przeglądów szantowych, wciąż powstają zespoły odnajdujące się muzycznie w tym gatunku. Poza tym istnieją, można powiedzieć, sztandarowe szanty, znane wszystkim i to nawet od „małego”. Kto z nas nie zna: „Morskich opowieści”, „Dziesięć w skali Beauforta” czy też „Hiszpańskich dziewczyn”? Koniec końców najwyraźniej umarła tylko pierwotna funkcja szanty, natomiast szanta sama w sobie „trzyma się” nadal steru muzyki. 

s. 51


KULTURA

Savoir-vivre to znacznie więcej niż sposób

na nakrycie stołu W dzisiejszych czasach słyszy się o savoir-vivre tylko w kontekście etykiety biznesowej. Tymczasem savoir-vivre nie zamyka się w kwestii: jak dobrze się zaprezentować czy nakryć do stołu. Tu chodzi o zdecydowanie głębszą sprawę. Spróbuję nakreślić, czym jest prawdziwy savoir-vivre.

Konstancja

Nałęcz-Nieniewska Savoir-vivre oznacza „wiedzieć jak żyć”, „umieć żyć” (fr. savoir wiedzieć, vivre – życie). Są to pewne zasady, które organizują życie na wielu płaszczyznach. Wytyczną dla każdej jest jednakże to samo – szacunek dla drugiego człowieka. To zarzewie każdej najdrobniejszej zasady. Owo poszanowanie drugiej osoby jest niezbędne, ponieważ gdy zanika – pozostaje sama otoczka, od której już niedaleko do snobizmu. Wtedy nie chodzi już bowiem o innego człowieka, ale o samego siebie, a to jest zupełnym zaprzeczeniem sensu savoir–vivre. Pozostają wtedy same sztywne, skostniałe formy, które dawno przerosły treść. Ktoś dający odczuć drugiej osobie, iż jest od niej lepszy – np. ze względu na pochodzenie – nie ma pojęcia o dobrych manierach. Osoba kierująca się savoir-vivre, raczej nie zwraca uwagi komuś, kto te zasady, świadomie czy nie, łamie (wykluczając oczywiście skrajne sytuacje, gdy ktoś obraża osobę nam towarzyszącą, wtedy trzeba zarea-

s. 52

“Esencją savoir-vivre

jest prostota i naturalność. Dąży się do tego, aby zachowanie zgodne z dobrymi manierami weszło w krew i stało się naszym naturalnym sposobem bycia. A więc osoby nadmiernie uważające na swoje zachowanie, nadające mu zbyt wiele wyrazu, emfazy i wagi rozmijają się z istotą sprawy. gować ostro). Nawet upominając kogoś należy zrobić to w taki sposób, aby nie poczuł się upokorzony. Pisarzowi i filozofowi R.W. Emersonowi przypisuje się słowa: „Dobre maniery składają się z drobnych poświęceń”. Savoir–vivre nie jest jednakże skazaniem się na drogę przez mękę. Oczywiście, że trzeba podjąć pewien wysiłek, ale czyż nie jest tak,

że wszystko co dobre i wartościowe właśnie tego wysiłku wymaga? Współżycie z ludźmi nie jest proste, a żeby obcowanie z ludźmi nie było katorgą, należy respektować drugą osobę. Cóż, najłatwiej nie przejmować się w ogóle innymi, choćby nie mówić „Dzień dobry” wchodząc do sklepu. Ale czy tak jest lepiej? W końcu dzięki dobremu traktowaniu ludzi, ma się z nimi dobre relacje i uzyskuje się lepszą atmosferę. Owocem tego wysiłku jest wiele korzyści. Choćby fakt, że jest się osobą pożądaną w towarzystwie. Któż bowiem lubi egoistów? Jak już zostało zaznaczone, osią szerokiego spektrum zasad obyczajowych jest poszanowanie drugiej osoby. Na większość pytań dotyczących zachowania w danej sytuacji savoirvivre daje odpowiedź. Znajomość reguł może ułatwić radzenie sobie w różnych sytuacjach. Wskazuje on nam rozmaite rzeczy: nie powinno się trzymać łokci na stole, ale też nie powinno się zbierać talerzy, gdy ktoś jest jeszcze w trakcie posiłku,


jak i obnosić się ze swoimi prywatnymi sprawami, spoufalać z ludźmi. Sytuacją skrajną, ale częstą, jest opowiadanie komuś całego swojego życia na pierwszym spotkaniu. Kto tego doświadczył, ten wie, jakie to niezręczne uczucie. Czujemy, że jest to nienaturalne, pewne pogwałcenie prywatności tej osoby, ale także mojej własnej, bo nikt nie zapytał, czy chcę tego słuchać. Na ostatnim przykładzie można prześledzić geniusz savoir–vivre: dlaczego należy utrzymać pewien dystans w relacji z drugim człowiekiem? Po pierwsze: z szacunku dla jego osoby, być może nie życzy sobie spoufalania się, może go to zażenować czy wprawić w uczucie dyskomfortu. Po drugie: jest to wyraz szacunku dla samego siebie. Każdy popełnia błędy. Różne w zależności od „kalibru” gafy lub nietaktu. I tak, za gafę „średnią”, czyli np. nieładne obgadywanie kogoś, gdy ta osoba niespodziewanie nadeszła, należy się odpowiednie zachowanie: przyznanie do winy, przeproszenie i nawet zaproponowanie jakiejś rekompensaty. Savoir-vivre nie jest w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji. Dlatego lepiej jest zapobiegać niewłaściwemu zachowaniu niż je później naprawiać. Jeśli będzie się myślało o konsekwencjach swoich czynów, uczuciach drugiej osoby, o tym, że słowa mają moc i zostają w człowieku, można uniknąć wielu przykrych zdarzeń. Warto pamiętać, że esencją savoirvivre jest prostota i naturalność. Dąży się do tego, aby zachowanie zgodne z dobrymi manierami weszło w krew i stało się naszym naturalnym sposobem bycia. A więc osoby nadmiernie uważające na swoje zachowanie, nadające mu zbyt wiele wyrazu, emfazy i wagi rozmijają się z istotą sprawy. Utyskiwanie niektórych „znawców etykiety” na „prostactwo” innych, do zachowania kulturalnego według savoir-vivre nie należy. Nasuwa mi się tu wizja piekła wspomniana przez C.S. Lewisa w przedmowie „Listów Starego Diabła do Młodego”: „Szatan – powiedział Chesterton - upadł na skutek własnej ważności. Piekło musimy przedstawić

s. 53


T E M A T

jako stan, gdzie każdy jest wiecznie zajęty swoją własną godnością i awansem, każdy ma do kogoś pretensje i gdzie każdy pochłonięty jest śmiertelnie poważnymi uczuciami zazdrości, własnej ważności i urazy”. Owo poczucie własnej ważności wyklucza jakiekolwiek poczucie humoru. A to on właśnie daje nam możliwość wspaniałego zdystansowania się do siebie samego. Stąd wszyscy elokwentni starsi panowie jakich znam, mają niezastąpione poczucie humoru, a ich dowcip rozluźnia atmosferę, ale też nikogo nie krępuje. Savoir-vivre wyrasta z chrześcijańskiej kultury Europy. Zakłada respekt dla drugiego człowieka i jego godności, dbanie w codziennym życiu o to, aby dobrze czuł się w naszej obecności. Wymaga to zainteresowania nim i pewnego wyczucia. Dlatego też dobre maniery związane są przede wszystkim z elitą, jako tą klasą społeczną, której zasady są ukoronowaniem kultury, posiada ona bowiem możliwość czerpania z kulturowego skarbca poprzednich pokoleń. Kiedyś elity reprezentowały

s. 54

N U M E R U

najwyższy poziom kultury. Teraz, gdy elity w Polsce zostały wymordowane, elitą samozwańczo (choć to również zasługa mediów) okrzykują się tzw. celebryci. Jest to jednak temat na odrębny artykuł. Dawniej, wyższe sfery miały duży wpływ na społeczeństwo i były przy tym jego podstawą. Charakterystyczną cechą dla tej warstwy społecznej była pomoc i szacunek dla drugiego człowieka. Poczynając od sytuacji, gdy dziecko ziemianina po brzydkim potraktowaniu służącego dostawało nakaz natychmiastowego przeproszenia go, po wszelkie działania charytatywne i wspieranie uboższych. Prawdziwa elita nie jest nią wyłącznie przez swój status społeczny i materialny, za najważniejsze uznaje wartości moralne i właśnie je kultywuje. Savoir-vivre ukazuje się więc jako dziedzictwo i tak powinno się go traktować: jako skarb. Czy jest miejsce na savoir–vivre w dzisiejszym świecie, w którym egoizm jest traktowany jako sposób przetrwania? Gdzie jakiekolwiek normy czy punkt odniesienia traktowane są

jako zamach na wolność, która staje się wtedy wolnością – ale liścia, na wietrze? Warto przestrzegać savoir-vivre. Nawiązując do etykiety biznesowej, od której zaczęłam, warto choćby dlatego, że dobre maniery mogą okazać się naszą kartą przetargową w pracy. Pracodawca najprawdopodobniej wybierze osobę, która zaprezentuje zachowanie na poziomie, niż tę, która ma lepsze CV, ale nie stosuje się do pewnych zasad. Na koniec można polecić zainteresowanym: panom - blog czasgentlemanow.pl, który jest prowadzony w ciekawej formie, a paniom książkę Marii Barbasiewicz „Dobre maniery w przedwojennej Polsce”. 


T E M A T

N U M E R U

s. 55


RECENZJE

Pojedynek na szosie

- czyli dlaczego nie należy

wyprzedzać ciężarówek Michał Musiał

“Jadąc samochodem po pustej drodze cieszysz się podróżą i widokiem za oknem. Coraz mocniej dociskasz pedał gazu aby jak najszybciej dotrzeć do celu, aż tu nagle przed tobą pojawia się ociężały, duży, spowalniający ruch grat. Musisz zwolnić. Po chwili chcesz go wyprzedzić, normalna sprawa. No tak ale… co jeśli kierowcą tej właśnie ciężarówki jest psychopata, którego do głębi rozwścieczysz i urazisz tymże manewrem? Co jeśli postanowi się na tobie zemścić za to co mu zrobiłeś? A co jeśli przy okazji postanowi wystawić na próbę twoje nerwy i wciągnąć cię w śmiertelnie niebezpieczną grę w której to on ustala zasady? Jak śmiałeś go wyprzedzić!?”

Reżyserem Pojedynku na szosie jest Steven Allan Spielberg znany z wielu innych filmów takich jak: Wojna Światów (2005), Szeregowiec Ryan (1998), Terminal (2005), Szczęki (1975), Złap mnie jeśli potrafisz (2002), E.T. (1982) i innych. Pierwszą pełnometrażową produkcją Spielberga jest właśnie Pojedynek na szosie (ang. Duel), doskonały thriller wyprodukowany w 1971 roku w Ameryce, nakręcony w 13 dni w całości w plenerze, przy budżecie 450 tys. dolarów. Montaż i udźwiękowienie filmu odbyły się w ciągu 25 dni. Mimo wszystkich niedogodności i małej ilości czasu jaką Spielberg dostał na kręcenie film jest doskonały. Otrzymał nagrodę Emmy za najlepsze osiągniecie w montażu dźwięku. Być może to właśnie ten pojedynek z czasem i trudnościami otworzył mu drogę do nakręcenia znanego dzisiaj każdemu hitu

s. 56

“Wszystko idzie

zgodnie z planem aż do momentu kiedy David nie wyprzedzi starej ociężałej ciężarówki ciągnącej cysternę. Wtedy do tej spokojnej sielankowej scenerii wdziera się osiemnastokołowy potwór. Szczęki. Pierwotnie zaplanowano, że wszystkie sceny plenerowe nakręcone zostaną przez osobną ekipę w ciągu 10 dni, a w kolejne 3 dni reszta filmu powstanie w studio, jednak Spielberg odrzucił ten pomysł zdobywając

różne ujęcia na różnych odcinkach drogi. Jak to zrobił? Rozstawił przy szosie kilka kamer mających filmować ruch pojazdów, później kamery były przestawiane na drugą stronę by nagrać ponowną jazdę w przeciwnym kierunku i z innym krajobrazem w tle. Istnieje teoria, że wywołuje to u osoby oglądającej niepokój związany z jego przyzwyczajeniami dotyczącymi czytania. Czytamy od lewej do prawej, a gdy coś dzieje się w przeciwnym kierunku wzbudza w nas niepokój. Tym sposobem ze 100 km odcinka drogi uzyskano około 10 ujęć. Spielberg miał wtedy 23 lata. Cała historia zaczyna się dość niepozornie, nieuważny widz mógłby wysnuć powierzchowną i krzywdzącą opinie w stylu: „Ot! Też mi film, nic się nie dzieje, tylko jadą i jadą… Żadnych wybuchów i fajerwerków”. Byłaby to lekka ignorancja ponieważ reżyser zadbał o to abyśmy się nie


T E M A T

nudzili stopniowo budując napięcie i grając nam na emocjach przez ciągłe trzymanie widza w niepewności co stanie się dalej. A może to już teraz główny bohater zginie? Może uda mu się uciec? Bez wątpienia nie jest to produkcja podobna do Szybkich i wściekłych, na pewno jest jednak klasykiem wartym obejrzenia. Wszak nie efekty specjalne decydują o tym czy warto obejrzeć film. Jest to kino akcji i drogi, ale nie tak płytkie i pozbawione głębszego sensu jak dzisiejsze produkcje. Pojedynek na szosie na początku nie trafił do kin, jego odbiorcami byli tylko widzowie przed telewizorami, dopiero w późniejszych latach zdecydowano się na premierę wielkoekranową. Wtedy to film został wydłużony z oryginalnych 74 minut do 90, przez dodanie kilku epizodów na drodze oraz przemyśleń Davida. Warto zwrócić uwagę nie tylko na aktorów ale także na pojazdy jakimi się poruszają. Spielberg sam wybrał model ciężarówki (Peterbilt 281) którą porusza się psychopata, natomiast ekipa filmowa codziennie dbała o wygląd pojazdu (brudzenie karoserii i szyb) tak abyśmy nie mieli wątpliwości kto jest tym złym w tej opowieści. Nasz główny bohater zasiada za kierownicą czerwonego Plymoutha

N U M E R U

Valianta produkowanego w latach 1960-1976. A kim on jest? David Mann. W rolę Davida wcielił się nie żyjący już Dennis Weaver, którego gra aktorska celowo ma działać widzowi na nerwy aby lepiej wprowadzić go w nastrój filmu. David wyrusza w podróż służbową, zależy mu na czasie, dlatego też chce szybko dotrzeć do celu. W czasie drogi rozmawia przez telefon z żoną (nie przez komórkowy oczywiście), zatrzymuje się na stacji benzynowej, słucha radia i podziwia widoki amerykańskiej pustyni. Od początku jesteśmy wprowadzani w miły nastrój podróży, dane jest nam oglądać wyjazd z domu głównego bohatera i jego dojazd przez miasto do autostrady. Za oknem wręcz monotonny pustynny widok, nic się nie zmienia. Wszystko idzie zgodnie z planem aż do momentu kiedy David nie wyprzedzi starej ociężałej ciężarówki ciągnącej cysternę. Wtedy do tej spokojnej sielankowej scenerii wdziera się osiemnastokołowy potwór próbujący zepchnąć z drogi samochód z naszym bohaterem w środku. Tu zaczyna się jego walka o życie i gra pełna nerwów. Ale w zasadzie dlaczego tak się stało? Coż… psychopaci wybierają swoje ofiary przypadkowo, nie można przewidzieć

co może ich sprowokować. Może tego konkretnego sprowokowało to, że David ośmielił się jechać szybciej od niego? A może po prostu miał ochotę na trochę rozrywki? Jego zachowania są trudne do rozszyfrowania, nie warto domyślać się przyczyn, cechuje je jednak inteligencja, a wszystkie działania są dokładnie przemyślane i zaplanowane. Reszta wydarzeń przypomina zabawę w kotka i myszkę. Kto będzie zwycięzcą w tym pojedynku? Stary doświadczony kot? A może przestraszona mysz? David od początku wydaje się być przerażony, ujęcia kamery wprowadzają nas w jego sytuację, nie pozwalając skupić uwagi na niczym innym. Swój znaczący udział w scenach z pojazdami mieli kaskaderzy, szczególnie w scenie finałowej. Drogi czytelniku wiesz już jak zaczyna się ta historia, ale czy odważysz się zobaczyć jej zakończenie? Jak wiadomo dobry film poznaje się nie po tym jak się zaczyna ale po tym jak się kończy. 

s. 57


RECENZJE

Znaleziony sens

w duchowej

nędzy czasów „Przeniesiono nas do innego pomieszczenia, gdzie mieliśmy zostać ogoleni. Dotyczyło to nie tylko naszych głów; na całym ciele nie miał prawa zostać ani jeden włosek. [...] Uderzyła nas nasza własna nagość: rzeczywiście nie posiadaliśmy teraz niczego z wyjątkiem naszych nagich ciał, ogołoconych nawet z włosów; jedyną rzeczą, której nam nie odebrano była – dosłownie – nasza egzystencja.” Karolina Kowalcze Czy człowiek, zamknięty w obozie koncentracyjnym, pozbawiony wszystkiego co wcześniej posiadał, nie tylko imienia i nazwiska zamienionego na numer, ale także godności zdegradowanej do zwierzęcego traktowania, mógł być szczęśliwy, wolny w wyborach dających spokój sumienia, wyczulony na piękno natury i kontemplacje sztuki? Czy ten stan, trudny do osiągnięcia w pokojowych czasach był możliwy do osiągnięcia za drutami Auschwitz lub Dachau, gdzie brakowało podstawowych środków do życia: jedzenia, lekarstw, ubrań, butów, ciepłych kocy? Czy w czasach najgorszego upodlenia człowieczego wrażliwość była atutem pomagającym przetrwać następny dzień? Profesor psychiatrii i neurologii Uniwersytetu Wiedeńskiego, Viktor Emil Frankl, w jednej ze swoich książek Człowiek w poszukiwaniu sensu składa niezwykle ważne świadectwo, mianowicie pisze, że życie zawsze ma znaczenie, nawet w warunkach niegodnych życia szczura. Nie łatwo byłoby uwierzyć w absurdalne twierdzenie Frankla, gdyby on sam, jako Austriak żydowskiego pochodzenia, nie przeszedł piekła

s. 58

“Łatwo odgadnąć

na jaki los zgodził się dobrowolnie: był zaganiany do bydlęcych wagonów, gdy zmieniał obozy pracy, nieludzko pracował mi przy budowie torów dwanaście godzin dziennie, spał na twardej pryczy w zimnym baraku i na każdym kroku znosił ciosy i obelgi od kapo Drugiej Wojny Światowej. Przekonujący jest również fakt, że Frankl znalazł się w tym piekle na swoje własne życzenie: po przejęciu władzy przez Hitlera dostał wizę do Ameryki, więc miał możliwość opuszczenia Europy. Został w kraju dla rodziców. Łatwo odgadnąć na jaki los zgodził się dobrowolnie: był zaganiany do bydlęcych wagonów, gdy zmieniał obozy pracy, nieludzko pracował mi. przy budowie torów dwanaście godzin dziennie, spał na twardej pryczy w zimnym, przepełni-

onym ludźmi, baraku i na każdym kroku znosił ciosy i obelgi od kapo. Mimo spartańskich warunków życia, wszechobecnej śmierci w podłych warunkach, zniechęcenia i ogromnego brudu potrafił cieszyć się ze zwyczajnych, niewielkich rzeczy. W swojej książce, Człowiek w poszukiwaniu sensu, napisanej krótko po wojnie wspomina, jak czasem podczas pracy więźniowie widzieli zachody Słońca i jak zwracali na nie uwagę: „Gdy po kilku minutach pełnego wzruszenia milczenia jeden z więźniów powiedział do drugiego: >Jaki piękny może być świat!<”. „Jaki Piękny może być świat!” – zadziwiające, że takie pełne wzruszenia słowa padły nie od zdobywcy najwyższego ze szczytów świata, tylko wygłodzonego, będącego własnym cieniem człowieka, który w możliwie najgorszym miejscu świata znalazł swoją Arkadię. Książka Viktora Frankla to wspomnienia obozu i opowieść o tym, jak można doskonalić swoje życie w każdych warunkach, ile znaczą najdrobniejsze gesty od współwięźnia, jak dzięki silnemu wewnętrznemu postanowieniu można nie stracić siebie, jakie wielkie


i kluczowe znaczenie dla człowieka mają podejmowane przez niego decyzje i jak pomimo zniewolenia żyć pełnią nadziei, co w obozach było to jeszcze trudniejsze, gdyż stracenie jej i przekształcenie się apatycznego i zobojętnianego w muzułmanina wiązało się z szybką śmiercią. Frankl pisze również, jak ważna dla więźniów była kultura, gdy organizowane były występy obozowego kabaretu, by go zobaczyć trzeba było zrezygnować z dziennego posiłku i z jakim szacunkiem traktowano nawet najmniejszy kawałek chleba: „Jakie to jest uczucie dotykać kromki chleba ukrytej bezpiecznie w kieszeni pasiaka – najpierw lekko gładzić skórkę zgrabiałymi od mrozu palcami, potem odłamać kawałek i włożyć sobie do ust, a następnie, z najwyższym wysiłkiem woli, ponownie schować chleb do kieszeni, zgodnie ze złożonym sobie rankiem przyrzeczeniem nakazującym znosić dzielnie głód aż do popołudnia.” Więzień cały czas stawał przed wszelakimi wieloma decyzjami. Często od nich zależało życie. „Wybór” to jedno z najważniejszych słów dla Frankla: „Jeśli nawet takie okoliczności, jak niedobór snu, niedożywienie oraz różnego rodzaju stresy, mogłyby świadczyć o tym, że więźniowie zmuszeni byli reagować w określony

sposób, w ostatecznym rozrachunku staje się jasne, że to, jakim człowiekiem więzień się stawał, było wynikiem wewnętrznej decyzji, a nie tylko efektem wpływów obozowej rzeczywistości. Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym jak mi duchowym. Innymi słowy, nawet w obozie koncentracyjnym można zachować ludzka godność. Dostojewski powiedział kiedyś: >Tylko jednego się obawiam: że nie okażę się godny swojego cierpienia<. Słowa te często przychodziły mi na myśl, gdy zapoznawałem się z losami obozowych męczenników, których postępowanie, cierpienie i śmierć stanowiły żywy dowód na to, że człowiek nie może utracić ostatniej ze swych wewnętrznych swobód. Można powiedzieć, że ludzie ci okazali się godnym swego cierpienia; to jak je znosili było prawdziwym duchowym osiągnięciem. Bo przecież nasza wewnętrzna wolność, której nikt nam nie jest w stanie odebrać, nadaje życiu sens i znaczenie”. Trudna egzystencja była jedyną rzeczą jaka została więźniom, ale sposób, w jaki jdo niej podchodzili był ich wewnętrznym wyborem. Pozycja Frankla to nie tylko ksiązka mówiąca nam, że nie należy

się poddawać nawet w najgorszych warunkach życia. Człowiek w poszukiwaniu sensu jest pełen naturalistycznych scen. Pokazuje nagość egzystencji w Obozach Śmierci. Czytelnik może zobaczyć życie w obozie koncentracyjnym takim, jakim było; autor niczego nie zataja, okropnych scen, ani osobistych rozmów z żoną, jakie prowadził w myślach. Ciekawe miejsce w obozowym życiu zajmował humor. Więźniowie skupiali swoją uwagę głównie na tym, aby przeżyć kolejny dzień. Poczucie humoru, oprócz zobojętnienia na śmierć współwięźniów było jednym z wyrazów walki o samych siebie. I jak pokazuje przykład Frankla, skutecznym. Człowiek w poszukiwaniu sensu nie jest tylko zwykłą historią o przeżyciu Holocaustu, ale wzbogaca obraz Obozów Zagłady o psychologiczną analizę więźniów. Jednak nie zamyka się tylko w czasach Drugiej Wojny Światowej. Mówi Czytelnikom, że sens życia można odnaleźć nawet w najokrutniejszym cierpieniu. Depresję i poczucie duchowej pustki również można pokonać znalezieniem sensu. W każdych, nawet najtrudniejszych doświadczeniach, które nas dotykają, nie możemy się poddawać myśląc, że nie mamy prawa niczego oczekiwać od życia, ale skupić się na tym czego życie oczekuje od nas. Nauczyć się szanować każdy dar losu, a wewnętrznym treningiem zapanować nad słabościami. Jeżeli Viktor Frankl był w stanie odkryć te zasady w ekstremalnych warunkach, jakimi były obozy koncentracyjne, również my, żyjąc w czasach pokoju, możemy to zrobić. Książa Frankla została przetłumaczona na 34 języki i sprzedana w milionach egzemplarzy. Autor nie traktował tego faktu jak sukces, ale jak „potwierdzenie duchowej nędzy naszych czasów”, ponieważ jeżeli „setki tysięcy ludzi sięgają po książkę, której tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi to być dla ich niezwykle aktualny i palący problem”. Człowiek w poszukiwaniu sensu nie mówi tylko o ludziach, którym udało się przeżyć koszmar wojny, ale również o nas samych. 

s. 59


JESTEM, WIĘC MYŚLĘ

Kryzys elit Przywykliśmy do słuchania i wygłaszania twierdzeń o zaniku elit bądź o ich upadku stanowiących część – a może podłoże – konstatacji o kryzysie współczesnego społeczeństwa jako takiego. O upadku bądź zaniku czego rzeczywiście jednak mówimy – czyli co oznacza słowo „elita”?

Kamil Majcherek Od tego pragnę zacząć. Jedna ze słownikowych definicji powiada nam, że elita to „kategoria osób znajdujących się najwyżej w hierarchii społecznej, pod jakimś względem wyróżnionych z ogółu społeczeństwa”. Definicja ta wydaje mi się dość mało kontrowersyjna i łatwo przyjmowalna dla większości osób – przede wszystkim dlatego, że jest bardzo szeroka. W związku z tym wymaga ona dopełnienia w przypadku każdorazowego uznania jakiejś grupy za elitę: należy wówczas dodać, pod jakim względem owa grupa wyróżnia się ze społeczeństwa. Trzeba mieć na uwadze jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, elita stanowi zawsze mniejszość w stosunku do reszty społeczeństwa, od którego jest pod pewnym względem oddzielona. Po drugie, bardzo często pełni ona funkcję przywódczą wobec osób nienależących do niej, bądź przynajmniej stanowi dla tych osób pewien wzór do naśladowania (w tym właśnie aspekcie, pod którym grupa ta wyróżnia się jako elita). Tyle w kwestii wstępu, mój główny cel jest bowiem inny. Zgadzam się z przytoczoną w pierwszym zdaniu tezą. Twierdzę więc, że współczesne społeczeństwo cierpi na kryzys prawdziwych elit w trzech kluczowych dziedzinach: moralności, działalności intelektualno-kulturalno-naukowej i w dziedzinie pol-

s. 60

“Nauka, nieogranic-

zona przez tradycyjne zasady moralne, zaczyna prędzej czy później działać na szkodę człowieka, któremu miała służyć, i na szkodę natury, którą miała się opiekować, a nie ją niszczyć. ityki. Twierdzę również, że te trzy obszary pozostają za sobą w ścisłym związku, warunkując się nawzajem tak, że kryzys elit z jednego obszaru w nieunikniony sposób pociąga za sobą kryzys w dwóch pozostałych. I wreszcie twierdzę również, iż kryzys ten jest nieuniknionym skutkiem szerzenia się ducha demokratycznego egalitaryzmu i nastania ery ustrojów demokratycznych. Tych trzech tez postaram się krótko dowieść. Dowieść zaś muszę właściwie wszystkich trzech moich tez jednocześnie, jako że są one ze sobą bezpośrednio powiązane. Jak przejawia się kryzys moralności? Przede wszystkim w zaniku szacunku do powszechnie wyznawanych war-

tości (wywodzących się głównie z chrześcijaństwa, choć w niektórych przypadkach znacznie starszych i obecnych również w niezchrystianizowanych środowiskach), takich jak np. szacunek dla ludzkiego życia, na miejsce których wkracza moralny relatywizm, a w skrajnych (choć coraz częstszych) przypadkach – nihilizm. Odwrót od kultu oddziedziczonych przez chrześcijaństwo ze starożytności pojęć prawdy, dobra i piękna dokonuje się pod przywództwem samozwańczych elit niosących na swoich sztandarach oświeceniowe hasła Rewolucji Francuskiej. Ideę dobra zastępuje się ideą wolności, która gładko przechodzi w niepohamowany libertarianizm szkodzący w prowadzącym do zezwierzęcenia nieograniczonym zaspokajaniu najniższych potrzeb dobru zarówno obierającej go za zasadę jednostki, jak i jej otoczeniu. Ideę piękna, uznawanego za wartość obiektywną, płynącą z harmonii proporcji, zastępuje się ideą równości, głoszącą, że piękno obiektywne nie istnieje, a sądy estetyczne każdego człowieka wyznaczają to, co jest piękne dla niego, a – być może – obrzydliwe dla kogoś innego. W efekcie sztuka odchodzi od ogólnego piękna na rzecz indywidualnej ekspresji, likwidując powszechne społecznie kanony piękna. I wreszcie, ideę prawdy zastępuje się ideą braterstwa. W ten sposób korzyścią


T E M A T

czy dobrem danej grupy społecznej uzasadnia się kłamstwo i wszelkie manipulacje. Nawet prawda sprowadzona do roli narzędzia przeradza się w fałsz. Głównymi orędownikami postępu znoszącego zabobon starych wartości są przedstawiciele elit z dwóch innych sfer, o których mówiłem: nauki i polityki. Elity świata nauki wykorzystują swój autorytet, płynący najczęściej z bezkrytycznej afirmacji, jaką otrzymują od niewtajemniczonych w osiągnięcia nauk szczegółowych mas, do wprowadzania zmian w sferze moralności, która leży poza obszarem ich kompetencji; jednocześnie próbują doprowadzić do możliwie największego (a w najlepszym, ich zdaniem, wypadku – całkowitego) wyswobodzenia działań nauki i naukowców z okowów zasad moralnych jako ograniczających rozwój ludzkiej wiedzy. Podobne dwutorowe działania prowadzą przedstawiciele elit politycznych, próbując instytucjonalnie pokonać stary porządek moralny, jednocześnie dowodząc, iż, jak głosi coraz popularniejszy pogląd, polityk powinien swe przekonania moralne pozostawić przed progiem swojego gabinetu. Zarówno elity intelektualne, jak

N U M E R U

i polityczne próbują więc oderwać swoje działania od sfery moralności. To, jak już nieraz pouczyła nas historia, prowadzi do katastrofy. Nauka, nieograniczona przez tradycyjne zasady moralne (a przede wszystkim przez chrześcijańską zasadę szacunku dla ludzkiego życia i traktowaniu świata jako daru od Boga), zaczyna prędzej czy później działać na szkodę człowieka, któremu miała służyć, i na szkodę natury, którą miała się opiekować, a nie ją niszczyć. Warto tu podkreślić słowo „służyć”: nauka bowiem oderwana od osadzonej na realistycznym rozumieniu natury ludzkiej moralności staje się obiektem perwersyjnego kultu, a zdrowe relacje ulegają odwróceniu – to nie nauka służy człowiekowi, lecz człowiek poczyna służyć nauce. Stąd już tylko krok do uznania przez elity naukowe, że dla rozwoju wiedzy warto czasem poświęcić dobro i życie człowieka traktowanego czysto instrumentalnie. Naturalnie, sfera intelektualnej działalności człowieka to nie tylko nauki szczegółowe, o których mówiłem wyżej. To także szeroko rozumiany obszar kultury, a przede wszystkim sztuki, w którym kryzys elit jest, jak mi się wydaje, szczególnie widoczny. I tu związany on jest bezpośrednio z

odwrotem od triady wartości wspomnianej wyżej. Współczesna sztuka ucieka bowiem od prawdy, dobra i – co szczególnie bolesne – piękna. Również część elit politycznych dąży, jak mówiłem, do stwierdzenia, że ich działania nie podlegają moralnej ocenie. Oderwanie ich działań od zasad etycznych jest w stanie doprowadzić do najstraszniejszych nadużyć i zbrodni. Tego również nauczyła nas historia: najbardziej haniebne postępowanie można zawsze uzasadnić rzekomo większym dobrem, które ma z niego wypłynąć. To efekt odrzucenia przez elity katolickiej moralności mówiącej, iż cel nie uświęca środków – po oderwaniu polityki od etyki poczyna dominować makiawelizm w najgorszym wydaniu. Do czego z kolei prowadzi oderwanie sfery intelektualnej od polityki i moralności? Odcięcie działalności politycznej od wymiaru intelektualnego jest niezwykle szkodliwe tak dla elit, jak i dla reszty społeczeństwa. Polityk niewykształcony to zły polityk, który nie jest przygotowany do prawidłowego wykonywania swej funkcji. Niewykształcony wyborca to zły wyborca, którym można łatwo manipulować. Porzucenie wyższej władzy człowieka, czyli jego racjo-

s. 61


T E M A T

nalności, sprowadza przyczyny jego działań do sfery niższej czyli do emocjonalności. Tą zaś niezwykle łatwo jest politycznym pseudoelitom manipulować. Emocjonalność niepodporządkowana racjonalności jest bowiem zmienna i podatna na wpływy jak chorągiewka na wietrze. Z kolei oderwanie sfery intelektualnej od moralności prowadzi do sprowadzenia tej drugiej na poziom chwiejnych uczuć. Jeżeli to, że coś robię, bądź że czegoś nie robię, wypływa tylko z faktu, że jakoś się w danym momencie czuję, to nie może być tu mowy o żadnych bezwzględnie obowiązujących zasadach moralnych. Zatem tak naprawdę oderwanie moralności od rozumności oznacza zagładę dla tej pierwszej. Tymczasem wiele współczesnych teorii ludzkiego zachowania tłumaczy narodziny moralności w sposób redukcjonistyczny, sprowadzając ją do sfery biologicznych potrzeb i doznań. W takiej sytuacji nie może być w ogóle mowy o jakichś moralnych elitach wyróżniających się wiernością etycznym zasadom – skoro zasady dla każdego wyznacza sfera jego indywidualnych odczuć, to każdy jest tak samo, na swój sposób, etyczny. To z kolei oznacza rozkład społeczeństwa – ono bowiem nie może się ostać bez fundamentu wspólnych wszystkim

s. 62

N U M E R U

reguł postępowania. Sytuacja sfery polityki jest inna niż sfer moralności i działalności intelektualnej. O ile bowiem te dwie ostatnie bezpośrednio warunkują pierwszą, o tyle polityka nie warunkuje (przynajmniej bezpośrednio) ani moralności, ani rozumności. Albowiem prawdziwe zasady postępowania i rozumowania są niezależne od ustanowień polityków, którzy, chcąc stanąć w opozycji do nich, mogą forsować co najwyżej zasady fałszywe. Spośród trzech wartości, które w całym tym artykule wymieniam, a więc: prawdy, dobra i piękna, za najbardziej podstawową uważam prawdę. Dlaczego? Ponieważ prawda odnosi się do naszego poznania. Do realizowania dobra i piękna potrzebne jest ich poznanie – a więc konieczna jest prawda. Wynika z tego, że główną przyczyną kryzysu elit, o którym mówię, jest odwrócenie się zarówno przez nie, jak i przez całe społeczeństwo, od prawdy. To zaś wydaje się jednym z głównych problemów demokracji jako takiej. Nieprzypadkowo największy kryzys elit przypada na czas, w którym dominują na świecie różne wariacje ustrojów demokratycznych. Albowiem jednym z fundamentów demokracji jest przekonanie, że poglądy każdego człowieka mają taką

samą wartość i że każdy człowiek ma takie samo prawo do wygłaszania i forsowania swych opinii. Wartość czyichś poglądów zostaje więc oderwana od moralnego i intelektualnego statusu ich posiadacza. A skoro jako teoretycznie równie uprawnione zderza się w demokracji poglądy ze sobą sprzeczne, to ich prawomocność zostaje oderwana również od prawdy. Założenia te i ich skutki krytykował już Platon. Za nim i ja widzę tu współczesne źródło kryzysu elit. Okrężną drogą docieramy więc do wniosku, że kryzys elit, jakkolwiek byśmy je ujmowali i definiowali, bierze się ze zwyrodnienia demokracji polegającego na odrzuceniu prawdy na rzecz indywidualnych mniemań. „Prawda nas wyzwoli”. Bez prawdy pozostajemy więc zniewoleni przez fałszywe elity. 


s. 63


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 64

Może coś Więcej, nr 11  
Może coś Więcej, nr 11  
Advertisement