Page 1

nr 15 / 2014

18 - 31 sierpnia

Alkoholu wady i zalety s. 1


SPIS TREŚCI

s. 2


SPIS TREŚCI

s. 3


WSTĘPNIAK

Alkoholu

wady i zalety Radykalni przeciwnicy pewnie powiedzieliby, że to zło wcielone. Zagorzali wielbiciele nie widzą w nim natomiast nic złego. Jedni i drudzy po trochu racji mają, jednak każda skrajność prowadzi do fałszywych wniosków.

Anna Zawalska

P

omysł na numer o tematyce alkoholowej zrodził się z okazji miesiąca trzeźwości. Może coś więcej o alkoholu? Do sprawy podeszłam sceptycznie, jednak teksty siedemnastego wydania czasopisma szybko rozwiały moje wątpliwości. Sierpień miesiącem trzeźwości został okrzyknięty pierwszy raz w 1984 roku. W ten sposób od 28 lat możemy chociaż na ten jeden miesiąc spróbować powstrzymać się od spożywania napojów procentowych. Dla wielu jest to nie lada wyrzeczenia, inni nie widzą w tym większego problemu. Jeszcze inni nie dostrzegają w ogóle sensu ustanawiania miesiąca trzeźwości. Bo niby po co? Swego czasu też nie za bardzo chwytałam tę ideę. Przecież nie nadużywam alkoholu, piję okazjo-

nalnie, więc po co mam deklarować miesięczną abstynencję? Nie mam problemu z byciem trzeźwą. Niech w sierpniu powstrzymują się ci, co nadużywają. Jednak kiedy przychodzi co do czego okazuje się, że takie miesięczne powstrzymywanie się od trunków wyskokowych jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. A to urodziny, a to wypad ze znajomymi, a to wesele przyjaciół, a to rodzina wpada na grilla... Alkohol pojawia się wszędzie. Wiadomo, wszystko jest dla ludzi. Z odpowiednią dozą umiarkowania wszystko mi wolno. Tylko czasem warto zadać sobie pytanie: po co? W sierpniu warto podjąć, jeśli nie abstynencję, to chociaż refleksję nad alkoholem, jego wadami i zaletami. Warto zastanowić się jak często sięgamy po piwo, dwa, ewentualnie

siedem. Warto zrobić rozrachunek, czy zdarzyła nam się impreza bez wódki, czy kolorowych drinków. Redakcja McW właśnie w tym numerze prowadzi rozważania na temat tego, jak alkohol wpływa na nasze życie i jakie miejsce w nim zajmuje. Jest refleksja członka Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, jest przegląd dziejów picia Polaków i jest też co nieco o popularnym ostatnio cydrze. Ktoś zastanawia się nad fenomenem alkoholu u nieletnich, a kto inny przedstawia wpływ alkoholu na nasz organizm. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Jan Barański, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różecka, Danuta Cebula, Rafał Growiec, Beata Krzywda, Dominik Cwikła Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Krzywda Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Rafalali

kariera

zawrotna

Sezon ogórkowy w pełni, więc media pilnie poszukiwały bohatera lub bohaterki, którzy by odwrócili uwagę tłumów od dziwnych zajść w prokuraturze i ogólnie zaznaczyliby, że największym problemem Polski jest homofobia i zacofanie ideologiczne. Gdy już heros ani heroina żadna rady nie dawała, zjawił się ktoś, kto ocalił sytuację – Rafalala z hukiem wpadła do studiów telewizyjnych, gdzie lała wodę na różne sposoby, także dosłownie.

Rafał Growiec

O

Rafalali (prawdziwego imienia możemy się domyśleć, nazwisko już jest tajne) zaczęło być głośno, gdy próbował on wynająć mieszkanie. Umówił się na spotkanie z prywatnym właścicielem lokalu, jednak ten widząc jego wygląd, natychmiast zrezygnował. Powiedział, że on nie wie, czy Rafalala jest panem czy panią i tym przesądził sprawę. Wzburzyła się dusza wrażliwa, kobieca i poszły w ruch męskie, wielkie jak bochen dłonie. Ot, taka korzyść, gdy ma się duszę kobiety w ciele faceta. Ciekawa rzecz, że Rafalala postanowił nagrać filmik z całego zajścia i szybko znalazł chętnego, który trzymał tablet, gdy on bił. Trafił się przypadkowy zwolennik rozwiązywania sporów metoda siłową. O tym, jak filmik trafił do sieci za chwilę. Pan Rafał więc bije, a bity prosi o pomoc ochroniarza, który nie reaguje. Ludzie krytykują go, że sam nie oddał, ale przy tej posturze bicie kobiety będącej barczystym mężczyzną jest samobój-

s. 6

“Słów, które rzeko-

mo rozjuszyły Rafalalę (czyli „to coś”) na filmie nie słychać. Widać i słychać tylko uderzenia, żądania uklęknięcia, pocałunku w rękę, ukorzenia się pod groźbą obicia twarzy. stwem nie tylko towarzyskim. Słów, które rzekomo rozjuszyły Rafalalę (czyli „to coś”) na filmie nie słychać. Widać i słychać tylko uderzenia, żądania uklęknięcia, pocałunku w rękę, ukorzenia się pod groźbą obicia twarzy. Zachowanie takie miałoby być usprawiedliwione przemocą stosowaną wobec gejów przez społeczeństwo i być na nie symboliczną odpowiedzią. Komuś się dostało za wszystkich homofobów świata (żeby chociaż istniała

taka jednostka chorobowa gdzieś poza broszurkami LGBT). Akurat przypadkiem wtedy, gdy miał kto tablet trzymać i chichotać. Sam Rafalala twierdził w TVNowskim programie „Tak jest”, że wcale nie miał zamiaru chwalić się tym filmem, a jedynie umieścił go na swoim profilu na portalu społecznościowym. Oczywiście nie wiedział, że istnieje taki przycisk jak „udostępnij” i że bardzo szybko jego znajomi przekażą tę treść dalej. Wcale nie miał zamiaru tego publikować. Ot, tak tylko na odchodne rzucił „do zobaczenia w necie”. Z ULICZNEJ BURDY NA „SALONY” Oczywiście, co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Gdy Korwin-Mikke spoliczkował Michała Boniego (choć dla pana Rafał „policzek nie jest pobiciem”) i był z tego dumny wszyscy się od niego odcięli. Gdy Rafalala pobiła człowieka, zaraz dostała zaproszenie do dwóch programów publicystycznych. W


WYDARZENIA I OPINIE

pierwszym jego dyskutantem był Jacek Żalek. Poseł miał czelność spytać, gdzie została pobita kobieta. Akurat tego dnia Rafalala była słabo przebrany, bo nie dość, że pan Żalek nie uznał jego kobiecości, to jeszcze śmiał pytać o to, jaką płeć ma wpisaną w dowodzie jego rozmówca. A jest to ważna sprawa, gdyż jeśli dojdzie do rozprawy sadowej sąd nie będzie pytał o pseudonimy a o imię i nazwisko. I jeśli dojdzie do wyroku skazującego to w razie czego areszt będzie męski a nie żeński. Potem był program „TAK czy NIE”, w którym piłka była krótka. Artur Zawisza zamiast lać wodę o tolerancji i miłości do wszelkich odchyłów od normy zaczął mówić o normalności i celowo użył słów „to coś” na określenie Rafalali. Ten wziął wodę i oblał nią rozmówcę. W odpowiedzi poleciały oskarżenia o uprawianie męskiej prostytucji (choć sam pan Rafał twierdzi, że jego profile i ogłoszenia na portalach erotycznych to prowokacja prawicy). Program dalej toczył się bez udziału Zawiszy. Czy można mówić o merytorycznej debacie zapraszając osobę

bezpośrednio zainteresowaną, do tego pokazującą chętnie swój brak panowania nad emocjami? Nie można, ale w naszych programach publicystycznych dawno przestało chodzić o debatę. Spotkania gadających głów coraz częściej to proste ustawki, gdzie wybiera się najbardziej spektakularnych rozmówców – bezczelnych i wygadanych. Na szczęście, aby wyrównać średnią następny występ Rafalali w „TAK czy NIE” był wsparty przez dobranie odpowiedniego dyskutanta. Czyli Roberta Biedronia. Oto jak powinny wyglądać media – żadnych fanatyków, żadnych chamów, żadnych innych poglądów – i od razu spokojniej! POLSKA ODPOWIEDŹ NA KOTA SCHRÖDINGERA Nie ucichło echo wystąpień medialnych, gdy Rafalala ogłosił za pomocą portali społecznościowych, że doszło do zbrodni na jego kotce, Temidzie. Miało to wyglądać tak. Kotka znajdowała się na kolanach siostrzenicy pana Rafała, gdy przez okno wleciała kostka brukowa. Kot został trafiony w głowę i zmarł na

miejscu. Zza okna dało się słyszeć jeszcze tylko krzyk „Polska!”. Oczywiście podniósł się lament w mediach, że oto niewinne zwierzę stało się męczennicą walki o tolerancję. Swoją drogą to albo napastnik wykazał się celnością (trafiając w kogoś przez żaluzję) i siłą rzutu (skoro kot, zwierze obdarzone sporym refleksem, nie zdążył uciec), a zarazem delikatnością i precyzją (skoro siostrzenica nie ucierpiała). Oczywiście, Rafalala takie sprawy rozwiązuje po swojemu i pomocy organów ścigania nie potrzebuje. Mimo to Policja postanowiła odwiedzić mieszkanie Rafalali i sprawdzić, czy zostały jakieś ślady. Pech chciał, ze poszkodowany zdążył wymienić szybę i skremować kota, więc nie, dowodów nie ma. Mamy tu przykład wkładu społeczności LGBT w tworzenie filozofii. Oto mamy kota, którego praktycznie nie ma, ale sama jego idea jest na tyle rzeczywista, by z jego powodu zajmować czas antenowy. Platon byłby dumny. Jest to też kot wewnętrznie sprzeczny, gdyż dopóki nie zobaczymy odpowiednich dokumentów weterynaryjnych jest on i żywy i martwy.

s. 7


I nie tylko on. Walka z wyimaginowanymi napadami faszystów to nie tylko brunatna ciecz Kubusia W., ale także długa lista spraw z USA, gdzie nieraz okazywało się, że gejowi nie wyszło salto, ale przez dwa tygodnie pod jego domem zbierali się ludzie domagający się ukarania nieznanych sprawców. Rafalala poza tym, że sam wcześniej chwalił się przemocą, jakoś nie błyszczy tu oryginalnością. ALE O CO CHODZI? Skąd nagła popularność Rafalali w mediach? Dlaczego nagle niszowa „wierszopisarka” i aktorka zaprzyjaźniona z Anną Grodzką (a.k.a Krzysztof Bęgowski) tak chętnie występuje gdzieś poza sceną? Odpowiedź zdaje się prosta: – sezon ogórkowy, czyli nie ma poważniejszych tematów (poza wojną na Bliskim Wschodzie, epidemią eboli, wojną na Ukrainie...) – zbliżają się wybory samorzą-

s. 8

dowe, a wtedy będzie potrzebny człowiek-symbol na którego zagłosują bardzo chętnie wszyscy geje i lesbijki. To szansa dla pewnego notującego dwuprocentowe poparcie ugrupowania na utrzymanie się w Sejmie. Tylko czy trans bijący ludzi jest tym, czego chcą geje i lesbijki i czym chcą się chwalić przed światem? Odpowiadanie agresją na agresję jak dotąd miało miejsce tylko na płaszczyźnie werbalnej – „faszysta” za „pedała” i „ciota” za „nazistę”. No i podczas Marszu Niepodległości, gdy zatrzymano Roberta B. za atak na funkcjonariusza. I ze strony Antify... Nie, to nie jest pierwszy przypadek walki z nietolerancją pięścią jak młot i prawym sierpowym. Ale po raz pierwszy zrobiono celebrytę z kogoś, kto zachował się jak oprych z ciemnej bramy nagrywający kibolską ustawkę. Medialna popularność spowodowana nagraniem pobicia poka-

zuje, jak bardzo ztabloidyzowały się media. Czy za dwa dni w studiu zasiada Jacu i Łysy, którzy będą opowiadać, że skopali i upokorzyli w Krakowie Anglika jako symboliczny akt sprzeciwu przeciw decyzjom UEFA w sprawie Legii? Czy może jakiś wandal przyjdzie z łomem i zademonstruje jak malował sprajem swastyki na grobach żydowskich? Media i opinio publiczna, nie idźcie tą drogą! 


WYDARZENIA I OPINIE

Wyprawa do Liberii Grupa wolontariuszy, w tym pięciu uczniów z salezjańskiego liceum z Wrocławia oraz dyrektor placówki, ks. Jerzy Babiak w lipcu tego roku udali się do Liberii, która wielu z nas kojarzy się jako ognisko wirusa eboli. Była to już 10 podróż do krajów egzotycznych zorganizowana przez Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu”.

Anna Bonio

W

yprawa ta budzi oczywiście niemałe kontrowersje. Spekuluje się, czy organizatorzy przemyśleli konsekwencje podróży. Udawanie się do miejsca, skąd wyszedł ten potworny wirus nie wydaje się dobrym pomysłem. W odpowiedzi na ataki dyrektor liceum zapewnia, że uczniowie, którzy chcieli zostali przebadani. Mieli jednak prawo odmówić. Osoby, które udały się do lekarza nie otrzymały nakazu kwarantanny. Czują się dobrze. Ksiądz dodaje, że organizacja WHO nie zabroniła wyjazdów do Liberii. Cały czas kontaktował się z przedstawicielami ośrodka salezjańskiego w tym kraju. Informacje nie były niepokojące. Młodzież otrzymała potrzebne szczepionki i leki. Rodzice także są spokojni o swoje pociechy. Pozytywnie wypowiadają się na temat organizowanych przez Salezjan wypraw. W mediach trwa burza. Ludzie boją się, że wirus poprzez wizytę Polaków w zarażonych krajach może przedostać się do Polski. Choroba nie atakuje od razu. Jednakże organizatorzy mówią, że wrócili z kraju afrykańskiego 28 lipca, i osoba

zarażona miałaby już objawy wirusa. Wydaje mi się, że osoby planujące wyjazd do Afryki, powinny sobie odpuścić, zwłaszcza wtedy, gdy nie mogą profesjonalnie przygotować się do podróży. Gdyby ebola dotarła do Europy, byłaby to okropna epidemia. Jest to dość trudna sprawa. Krytyka szkoły jest uzasadniona. Ludzie dziwią się, że liceum i rodzice pozwolili młodym osobom na podróż w zarażony rejon. I coś w tym jest. Nie wiem, czy jako rodzic zgodzi-

łabym się na taki wyjazd. Ale czy mamy się czego obawiać? Wiadomo, że ta podróż była dość ryzykowna. Pojawia się myśl, że stowarzyszenie misyjne mogło zorganizować wyprawę gdzie indziej. Jednak wiadomo, że nie byłoby to łatwe. Skoro wszystko było pod odpowiednim nadzorem, to chyba nie powinniśmy się bać. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Biełokamazniki,

czyli przemoc

humanitarna Rosja wysłała na Ukrainę specjalny konwój z pomocą humanitarną, rzekomo pod egidą Czerwonego Krzyża. Jak do tej pory chyba tylko Rosjanie wierzą w humanitarność zawartości kilku białych ciężarówek, które ruszyły spod Moskwy.

Rafał Growiec

W

nocy z jedenastego na dwunastego sierpnia wyruszyło spod Moskwy dwieście osiemdziesiąt ciężarówek marki Kamaz. Ładunek wysłany przez Rosjan do Ługańska i Doniecka ma zawierać agregaty prądotwórcze, kaszę, cukier, śpiwory, odżywki dla dzieci i lekarstwa. Żadnych bomb, granatów, tylko to, co jest potrzebne, gdy nad głową bezbronnego cywila przetacza się konflikt zbrojny. Teoretycznie wszystko ładnie i pięknie, jednak diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Wszystkie pojazdy oznaczone są logo czerwonego krzyża, jednak rzecznik Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża nie wie o tej akcji nic. Ciężarówki wyglądają jak pomalowane na biało pojazdy używane w armii, nie posiadają rejestracji, a towarzyszące im samochody osobowe mają rejestracje wojskowe. Ukraińcy dopiero po wyruszeniu konwoju zaczęli rozmawiać na temat tego, gdzie i na jakich zasadach ma on przekroczyć granicę. Rozstawili specjalny

s. 10

“Ukraińcy chcą,

by na granicy konwój przejął Czerwony Krzyż i przepakował całość ładunku na swoje pojazdy. Jak na razie Rosjanie nie odnieśli się do tych postulatów, choć zachowują się dość ugodowo w stosunku do żądań Ukrainy. obóz, w którym przedstawiciele CK mogliby sprawdzić zawartość ładunku i go przeładować, ale po jednym dniu go zwinęli. Wszyscy obawiają się, że biełokamazniki wiozą nie kaszki dla dzieci, a amunicję i sprzęt dla separatystów. Pojawiają się porównania do konia trojańskiego, z którego mają wyskoczyć uzbrojeni po zęby rosyjscy

żołnierze. Stąd Ukraińcy chcą, by na granicy konwój przejął Czerwony Krzyż i przepakował całość ładunku na swoje pojazdy. Jak na razie Rosjanie nie odnieśli się do tych postulatów, choć zachowują się dość ugodowo w stosunku do żądań Ukrainy. Teoretycznie telewizja rosyjska pokazała zawartość takiej ciężarówki, ale przecież ich jest blisko trzy setki, więc połowa może wieźć sprzęt wojskowy. Podejrzliwość sięga już tego poziomu, że dziurawe plandeki traktuje się jako dowód, że konwój wiezie towar, który do granicy ma dojechać żywy i zdolny do walki. Grafiki przedstawiające działa i wojskowe skrzynie załadowane do białej ciężarówki mogą być błędne. Tak, ta z Janukowyczem wyglądającym zza rozciętej płachty zapewne też. Obecnie Rosja nie potrzebuje dozbrojenia separatystów, a powodu do wkroczenia na Ukrainę wojsk rosyjskich. Wystarczy mała prowokacja, by usprawiedliwić interwencję na obcym terenie, zwłaszcza gdy władza,


której on podlega, nie będzie zdolna bronić konwoju. Obecnie blisko granicy rosyjsko-ukraińskiej stacjonuje 45 tys. żołnierzy rosyjskich. Do tego 160 czołgów, 1350 transporterów opancerzonych, 390 sztuk uzbrojenia artyleryjskiego, 150 wyrzutni artyleryjskich pocisków rakietowych, 192 samoloty bojowe. Zapewne ta armia nie będzie bezczynnie czekać, gdy humanitarnemu konwojowi coś zacznie zagrażać. A zagrożeń jest wiele. Nie jest trudno zdobyć kilka ukraińskich mundurów, ubrać w nie paru separatystów, kazać im ostrzelać konwój i w ten sposób stworzyć wymówkę dla interwencji głównych sił rosyjskich. Może nawet nie trzeba będzie prowokacji, zwłaszcza gdy konwój wtargnie bez pozwolenia władz na teren Ukrainy. Gdy inne państwa proponowały, by pomoc humanitarna wjeżdżała na tereny Syrii bez konsultacji z władzami, Rosja oponowała, Ławrow sugerował, że to łamanie prawa międzynarodowego. Teraz jednak ta doktryna nie obowiązuje. Gdy piszę ten tekst, w środę wieczorem, nawet nie bardzo wiadomo, gdzie znajduje się konwój. Być może rozdzielił się na mniejsze grupy, może próbować wjechać na tereny kontrolowane przez separatystów. A pomoc humanitarna jest pilnie potrzebna wschodniej Ukrainie. Wojna doprowadziła do zniszczenia

wielu elementów infrastruktury, uniemożliwiła normalne funkcjonowanie rolnictwa, odcięła miasta od dostaw. Wiele domów zostało zniszczonych, nie ma gdzie spać. Gros ludzi zostało zabitych, być może ich ciała będą jeszcze długo znajdowane w mniej uczęszczanych miejscach. Jeżeli ten konwój naprawdę wiezie żywność dla cywilów poszkodowanych, odrzucenie go będzie postrzegane jak skazanie własnych obywateli na głód. Skutecznie wykorzystana propaganda sprawi, że nawet jeden pocisk wymierzony w biały konwój nie będzie potrzebny – Rosja po prostu wkroczy, by zapobiec katastrofie humanitarnej. Rosjanie muszą jednak pamiętać, że świat zachodni nie składa się z samych idiotów. To Rosjanie rozpoczęli konflikt, w wyniku którego zniszczono wschodnią Ukrainę. To oni wspierali swoim sprzętem bojówkarzy, którzy dążą do oderwania Donbasu od reszty kraju. Nie wiem, ilu ludzi uwierzy w rzekomy ostrzał konwoju czy w szlachetne intencje Rosjan. Po zajęciu Krymu zdawało się, że wszystko pójdzie tak jak w Gruzji: wsparcie separatystów, Zachód milczy, nowa republika z radością przyłącza się do Federacji Rosyjskiej, czekamy kilka lat, następny cel. Teraz jednak akcja antyterrorystyczna w wykonaniu ukraińskiej armii okazała się na tyle skuteczna, że do odbicia został już Donieck, a gdy on upadnie, skończy

się Doniecka Republika Ludowa. Putin nie może sobie pozwolić na taką porażkę wizerunkową. Dla obywateli Rosji nie będzie to „nieudana wojna domowa sterowana z Moskwy”, ale „brak pomocy dla Rosjan za granicą”. Ojciec Narodu tak nie postępuje. Wojna na sankcje odbija się już na gospodarce rosyjskiej. Pustoszeją półki w sklepach, Obwód Kaliningradzki będzie czerpał żywność z Białorusi. Putin musi ugrać coś więcej niż tylko Krym, by zaspokoić swoje i narodowe marzenia o przywróceniu dawnej potęgi. Upadek separatystycznej republiki nie wchodzi w rachubę. Ludzie muszą widzieć, że chudy okres na giełdzie i zaognienie stosunków z Zachodem były warte... zachodu. Dlaczego ciężarówki, jadące kilka dni a nie jakiś wielki samolot transportowy? Putin sprawnie dawkuje napięcie, daje nam się zająć, pomęczyć konwojem, analizować zdjęcia, porobić obrazki z wilkami w owczych skórach z czerwonym krzyżem. Skupia uwagę na kamazach, by wszyscy dobrze wiedzieli, skąd się wzięły i co mają rzekomo wieźć. Kim są białokamaznicy okaże się w najbliższym czasie. Pozostaje mieć nadzieję, że naprawdę na pakach mają kaszę mannę a nie casus belli. 

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Plaga

naćpanych kierowców Wraz z początkiem sierpnia przyszło nam się zmierzyć z pewnym fenomenem, czyli miesiącem trzeźwości. Tradycyjnie rozumie się to jako powstrzymywanie się od 1.08 do 30.08 od spożywania alkoholu. Jest tylko jedna mała zagwozdka – trzeźwość to nie tylko 0,0 promila alkoholu w wydychanym powietrzu.

Rafał Growiec

J

ak donoszą media, możemy powoli przestawać martwić się sprawą pijanych kierowców. Poważnie zacznijmy się martwić kierowcami naćpanymi. Statystyki z dwóch ostatnich lat pokazują, że wśród skontrolowanych prowadzących ci, którzy sięgnęli po środki odurzające, trafiali się blisko dwa i pół raza częściej niż ci po kieliszku. Skąd ta tendencja? Z wiary w to, że uniknie się kary. Widać tu swoistą mentalność: nie jest ważne to, że narażam siebie i innych na niebezpieczeństwo, że mogę kogoś zabić, a jedynie to, by nie musieć ponosić konsekwencji swojego postępowania. W efekcie mamy syndrom naszprycowanego Krzysia, który jest jedynym trzeźwym w samochodzie pełnym pijanych, za to po paru jointach. Gdyby zbadano go tylko alkomatem, uszedłby. Na szczęście drogówka posiada także narkotesty. A konsekwencje jazdy po prochach czy alkoholu są dużo surowsze niż punkty karne i utrata prawa jazdy. Wpływ narkotyku na ciało sprawia,

s. 12

“Ryzyka, że na chod-

nik wjedzie człowiek, który ściga różowe hipopotamy o łabędzich skrzydłach, nie wyeliminuje podniesienie kar czy częstsze kontrole. To może tylko odcedzić tych, którzy nie wsiądą, bo boją się kary i tych, którzy już wsiedli i dali się złapać. że inaczej odbieramy bodźce i nawet, jeżeli zażywamy go po to, by odegnać senność, postrzeganie bodźców jest na tyle zaburzone, że trudno skoordynować to, co widzimy i słyszmy z tym, jak zachowuje się pojazd. Siadając za kółko na podwójnym gazie, ryzykuję życie swoje i każdego, kto znajdzie się w pobliżu mojego auta. We Francji, jak donosi “Le Figaro”,

21% śmiertelnych wypadków na drogach to wina kierowców nie pijanych (30%) a po miękkich narkotykach. Nie jest to więc problem polski, a ogólnoświatowy. Z czego wynika? Właśnie z przestawienia mentalności. Narkotyki w niektórych społeczeństwach stają się coraz częściej dopuszczalną metodą radzenia sobie ze stresem, zmęczeniem, jednocześnie nie są tak proste do wykrycia jak alkohol. Łatwo poznać człowieka pijanego, niewielu tak naprawdę wie, jak wygląda człowiek naćpany. Bardzo często o tym, czy uznajemy kogoś za pijanego (a nie np. za chorego) decyduje zapach alkoholu – a jak pachnie kokaina? To już chyba wie tylko pies policyjny. Problemem jest też definicja narkotyku – wielu ludzi ignoruje zagrożenie ze strony używek takich jak marihuana czy dopalacze. Populistyczne hasła partii dążących do zliberalizowania prawa antynarkotykowego czy popularność rastamańskiej ideologii tworzą ułudę, że przecież po joincie człowiek jest lepszy, więc nie będzie


WYDARZENIA I OPINIE

ryzykował swojego i czyjegoś życia. Jednak marihuana w pierwszej fazie swego działania powoduje też poczucie beztroski, wrażenie, że „wszystko będzie dobrze”. Takie przeświadczenie, połączone z zaburzoną motoryką to pierwszy krok do tragedii. Po euforii następuje relaksacja, osłabienie koncentracji, po niej senność, apatia, otępienie i zmęczenie. Wyobrażacie sobie bezpiecznego kierowcę, który najpierw ma ataki beztroskiego śmiechu, potem zaś nie zauważa najprostszych spraw, a wreszcie zachowuje się jakby od trzech dni nie spał? Narkotyki zabijają nie tylko przez przedawkowanie, ale wielu ludzi jest gotowych to tolerować w imię źle pojętej wolności. O tym jak wielkie jest niezrozumienie tej prawdy pokazuje sprawa piosenki „Hera, koka, hasz, LSD” Karoliny Czarneckiej. Tekst mówiący o patologii jaką jest handel narkotykami, dystrybucja w szkołach, życie (a raczej nie-życie) na haju jest traktowany przez wielkie rzesze ludzi jako zachęta do brania. Że na wideo wokalistka wygląda jak zombie? Nieważne, ważne że jest rytm i jest o dragach. Nawet nowy

teledysk rozgrywający się w zakładzie pogrzebowym, ukazujący wyniszczone twarze, kończący się kremacją, nie zdołał przełamać mody na szkolnych korytarzach. Protest song stał się wbrew woli autorów częścią pronarkotykowego nurtu w muzyce, lądując na jednej półce z gangsta rapem i piosenkami wychwalającymi jaranie. Artystka niezrozumiana pozostała też w niektórych kręgach antynarkotykowych, które nie dogrzebały się drugiego dna. Słowo w dzisiejszych czasach stało się zbyt miałkim tworem, zbyt łatwo je przekręcić, ludzie zbyt chętnie interpretują je według swoich potrzeb, zamykając się na zamiar autora. Kampanie obrazowe, dosadne świadectwa byłych narkomanów wymagają już więcej wysiłku, by je zignorować czy obrócić kota ogonem i udawać, że zachwalają one branie. Ryzyka, że na chodnik wjedzie człowiek, który ściga różowe hipopotamy o łabędzich skrzydłach, nie wyeliminuje podniesienie kar czy częstsze kontrole. To może tylko odcedzić tych, którzy nie wsiądą, bo boją się kary i tych, którzy już wsiedli

i dali się złapać. Musimy dbać o to, by ludzie nie chcieli wsiadać za kółko po pijaku, by wychowywać młodzież w trzeźwości, wolności od odurzenia jako niezbędnego elementu dobrej zabawy. Dopiero wtedy będziemy walczyć z problemem u źródła.  ______________ źródła: http://regiomoto.pl/portal/aktualnosci/plaga-nacpanych-kierowcowjezdzi-ich-wiecej-niz-pijanych http://www.lefigaro.fr/ actualite-france/2014/07/29/ 01016-20140729ARTFIG0028921-des-accidents-mortels-sur-la-route-lies-a-la-drogue.php

s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

O co chodzi z tą deflacją? Główny Urząd Statystyczny poinformował, co następuje: mamy deflację! Nic wam to nie mówi? Nie jest to dziwne, gdyż taka sytuacja zdarza się w Polsce pierwszy raz od 32 lat. Cały czas słyszymy o inflacji, wzroście cen – ale zapewne jakieś 90% z nas pierwszy raz słyszy o deflacji, czyli czymś całkowicie przeciwnym. Kajetan Garbela

G

US podaje, że inflacja w lipcu spadła do -0,2 proc. w porównaniu do zeszłego roku, a w porównaniu do wcześniejszego miesiąca, czerwca – także spadła do -0,2 proc. Aż dziw, że premier nie odtrąbił jeszcze tego jako wielkiego sukcesu swojego rządu. Żeby jednak nie było tak pięknie, w komunikacie Urzędu, poza słowami o obniżce cen „żywności (o 1,2 proc.) oraz odzieży i obuwia (o 2,8 proc.), które obniżyły wskaźnik odpowiednio o 0,28 pkt proc. i 0,14 pkt proc.” czytamy również o ich wzroście w innych gałęziach gospodarki: „w zakresie transportu (o 0,8 proc.), łączności (o 1,2 proc.), a także rekreacji i kultury (o 0,9 proc.) podwyższyły ten wskaźnik odpowiednio o 0,07 pkt proc. i po 0,06 pkt proc.”. Ogólnie rzecz biorąc, jest całkiem dobrze – spadły ceny produkt najbardziej konsumpcyjnych, które każdy Polak ma w domu, zaś wzrosły ceny tych bardziej luksusowych, bez których wielu się obędzie, czy też nie są każdemu potrzebne. Może rządzący wpadli na to, że deflacja jest w dużej

s. 14

“Ostatecznie, jak na

każdym spadku cen, skorzystają najbardziej sami klienci. Chciałoby się tylko doczekać momentu, w którym deflacja dojdzie do kilku procent, zaś tym na towary luksusowe czy np. sprzęt RTV, komputery czy podróże do jeszcze większej liczby – wtedy zapewne wielu Polaków wreszcie będzie sobie mogło pozwolić na to, co wcześniej było dla nich nieosiągalne. mierze spowodowana koniunkturą – np. ceny obuwia spadły w związku z posezonową wyprzedażą, a ceny owoców i warzyw głównie dlatego, że mamy ich na rynku nadmiar, jak to przeważnie w miesiącach letnich

bywa (o embargach nie wspomniawszy). Nie zapominajmy także o wielorakich sankcjach, związanych z kryzysem na Ukrainie – wielu rodzimych producentów, po utracie wschodnich rynków zbytu, będzie zapewne znacząco obniżało ceny, byle tylko sprzedać nadmiar swych produktów w kraju. Ostatecznie, jak na każdym spadku cen, skorzystają najbardziej sami klienci. Chciałoby się tylko doczekać momentu, w którym deflacja dojdzie do kilku procent, zaś tym na towary luksusowe czy np. sprzęt RTV, komputery czy podróże do jeszcze większej liczby – wtedy zapewne wielu Polaków wreszcie będzie sobie mogło pozwolić na to, co wcześniej było dla nich nieosiągalne. Miejmy nadzieję, że do takich sytuacji dojdzie, a nasi rządzący, finansjera czy też przedsiębiorcy pozwolą nam wreszcie korzystać z własnych pieniędzy i nie będą ich odbierać w postaci jakichkolwiek podatków, danin itp, a z samej deflacji nie uczynią zła wcielonego, przy jednoczesnym podkreślaniu „zbawiennej” roli inflacji. 


WYDARZENIA I OPINIE

Śmierć majora K. Lista podejrzanych samobójstw III RP wydłuża się. Późnym popołudniem 11 sierpnia zaleziono ciało majora Marka K., pracownika Biur Ochrony Rządu. Zwłoki znaleziono w prywatnym mieszkaniu oficera w podwarszawskich Ząbkach, w którym po rozwodzie miał mieszkać sam.

Kajetan Garbela

M

arek K. miał dużą widzę na temat organizacji feralnego lotu do Smoleńska, w którym zmarł prezydent Lech Kaczyński oraz cała załoga prezydenckiego Tupolewa, zeznawał nawet w tej sprawie w prokuraturze. Według słów jego współpracowników, major K. na krótko przed śmiercią miał wziąć urlop, na który nie zabrał służbowej broni. Bliscy nie umieli się do niego dodzwonić, więc pojechali się do mieszkania. Było zamknięte, wezwano ślusarza. Po uporaniu się z zamkiem w drzwiach, w jednym z pokoi oczom zebranych ukazało się martwe ciało Marka K. Na miejsce przybyły odpowiednie służby. Sprawę bada Prokuratura Rejonowa w Wołominie, która bardzo szybko wykluczyła udział osób trzecich lub śmierć z powodu postrzału. Ponoć twarzoczaszka denata była naruszona, ale pojawiły się wyjaśnienia, według których major K. tydzień przed śmiercią został potrącony przez samochód i szybko wypisał się ze szpitala na własne żądanie. Odrzucono również tezę, według której ktoś mógł wejść do mieszkania przez uchylone drzwi balkonowe. Według sekcji zwłok, przeprowadzonej przez

“Na dalsze ustalenia

trzeba jeszcze poczekać do momentu dalszych ekspertyz, np. toksykologicznych. Współpracownicy majora K. wspominają go jako dobrego fachowca, odpowiedzialnego, spokojnego i pogodnego. Nigdy nie miał wspominać o problemach czy myślach samobójczych. lekarza-patologa, zgon mógł nastąpić w wyniku niewydolności krążeniowo -oddechowej – znanej powszechnie jako zawał. Na dalsze ustalenia trzeba jeszcze poczekać do momentu dalszych ekspertyz, np. toksykologicznych. Współpracownicy majora K. wspominają go jako dobrego fachowca, odpowiedzialnego, spokojnego i pogodnego. Nigdy nie miał wspominać o problemach czy myślach samobójczych. W wersję z odebraniem sobie samemu życia nie wierzy m. in. były

wiceszef BOR, płk Tomasz Grudziński. W tym miejscu nie sposób oczywiście zaznaczyć, że nie jest to pierwsza tajemnicza śmierć osoby związanej z katastrofą smoleńską – np. dwa lata temu zmarł Adam K., pirotechnik odpowiedzialny za sprawdzanie rządowych samolotów, także w 2012 r. w tajemniczych okolicznościach doszedł z tego świata gen. Sławomir Petelicki, mocno krytykujący rząd za działania, prowadzone w związku z katastrofą z 10 kwietnia 2010 r. Można jeszcze wspomnieć prof. Marka Dulinicza, Remigiusza Musia czy Adama Adamskiego… Niektórzy wierzą w „seryjnego samobójcę” i w to, że to władza usuwa niewygodnych i wtajemniczonych w historie, które mogłyby skompromitować wiele wysoko postawionych osób. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, byśmy mogli powiedzieć cokolwiek pewnego na temat tych tajemniczych zgonów i potencjalnych powiązań między nim...

s. 15


WYDARZENIA I OPINIE

Słowo nadziei

ożywiło Koreę

W środę, 13 sierpnia Ojciec Święty Franciszek rozpoczął swoją trzecią zagraniczną podróż apostolską. Pielgrzymka do Korei Południowej odbywała się pod hasłem „Powstań, świeć” zaczerpniętym z Księgi Izajasza. Głównym celem wizyty był udział w VI Azjatyckim Spotkaniu Młodych, a także beatyfikacja 124 męczenników koreańskich. Podczas pobytu papież zaakcentował znaczenie pokoju oraz poszanowania wiary i wolności człowieka.

Mateusz Ponikwia

F

ranciszek przed swoim przybyciem do Korei Południowej postanowił objaśnić jej mieszkańcom cel wizyty. W telewizyjnym orędziu przedstawił główne punkty wyprawy, a także zaakcentował rolę chrześcijaństwa w każdym społeczeństwie i podkreślił, że koreańscy katolicy są spadkobiercami wieloletnich pokoleń męczenników. Papież zaznaczył, że młodzież niesie nadzieję i energię na przyszłość, ale jest równocześnie narażona z powodu szerzącego się kryzysu duchowego i upadku moralnego. Równie ważnym elementem przesłania była zawarta w nim prośba o modlitwę. Samolot włoskich linii lotniczych Alitalia wystartował w środę o godzinie 16 z rzymskiego lotniska Flumicino. Dystans blisko 9000 kilometrów pokonał w czasie 11,5 godziny i wylądował w Seulu o 10:30 czasu koreańskiego (czyli 3:30 czasu polskiego). Warto zaznaczyć, że po raz pierwszy lot papieski odbywał się w chińskiej przestrzeni powietrznej. Zgodnie zaś z tradycją dyplomatyczną papież przesyła na ręce głowy każdego państwa na trasie przelotu życzenia i

s. 16

“Podczas homilii

Franciszek zaapelował o poszanowanie wolności i mądre jej wykorzystywanie w służbie innym ludziom. Papież zwrócił też uwagę, że wolność oznacza poddanie i podporządkowanie się woli Boga. pozdrowienia. Dzięki temu było możliwe przekazanie telegramu ze słowami Ojca Świętego na ręce przywódcy Chińskiej Republiki Ludowej.

w dążeniu do osiągnięcia tych celów, które służą dobru nie tylko narodu koreańskiego, ale całego regionu i całego świata. Następca św. Piotra zaakcentował także potrzebę przebaczenia różnych negatywnych zdarzeń z przeszłości i przekuwania bolesnych doświadczeń na przebaczenie i owocną współpracę. Budowanie pokoju stanowi niewątpliwie wyzwanie dla każdego, ponieważ wymaga niejednokrotnie wielu wyrzeczeń i zbalansowania wzajemnych interesów: "pokój można osiągnąć raczej poprzez dialog oraz baczne i dyskretne wsłuchanie, niż poprzez wzajemne oskarżenia, niepotrzebne krytyki i demonstracje siły".

W TROSCE O POKÓJ Podczas spotkania z panią prezydent – Park Geun-hye, przedstawicielami władz i korpusem dyplomatycznym papież podkreślił konieczność przekazania młodym daru pokoju i zachęcił do globalizacji solidarności, której celem jest integralny rozwój każdego człowieka. Zwracając się do przedstawicieli życia publicznego Franciszek zachęcił do wytrwałości

SPOTKANIE Z BISKUPAMI W siedzibie episkopatu miało miejsce spotkanie Franciszka z członkami Konferencji Biskupów Katolickich Korei. Tamtejsi biskupi zostali wezwani do bycia stróżami pamięci i nadziei. Pamięć o męczennikach, a także czerpanie ze spuścizny duchowej i kulturowej powinny umacniać poczucie jedności i stanowić fundament dalszego wspólnego budowania


społeczeństwa. Równie ważne jest krzewienie nadziei jaką daje Ewangelia i Boże Miłosierdzie. Bp Peter Kang U-il, przewodniczący episkopatu podziękował Ojcu Świetemu za przybycie i podkreślił duże znaczenie azjatyckiej wizyty. Przedstawił on także sytuację społeczno-polityczną, kładąc nacisk na historyczne zaszłości oraz podział państwa, który miał miejsce 66 lat temu i spowodował liczne straty wśród ludności. Obecnie, mimo zawieszenia broni, mieszkańcom towarzyszy lęk i niepewność co przyniesie przyszłość. WOLNOŚĆ TRZEBA SZANOWAĆ W Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, która obchodzona jest w Korei Południowej jako Święto Wyzwolenia, papież odprawił uroczystą Mszę świętą na stadionie w Deajeon. Podczas homilii Franciszek zaapelował o poszanowanie wolności i mądre jej wykorzystywanie w służbie innym ludziom. Papież zwrócił też uwagę, że wolność oznacza poddanie i podporządkowanie się woli Boga. Jego zdaniem chrześcijanie powinni stanowić fundament moralności i zapewnić duchową odnowę całego społeczeństwa. Papież wskazał też na Maryję, jako naszą Matkę nadziei. Zaznaczył, że "ta nadzieja wypływająca z Ewangelii, jest antidotum na ducha rozpaczy, który zdaje się rozrastać jak rak w społeczeństwach zamożnych, zewnętrznie bogatych, ale często doświadczających wewnętrznego smutku i pustki".

Ojciec Święty w wygłoszonych po angielsku słowach przed modlitwą Anioł Pański powierzył szczególnie Matce Bożej ofiary zatonięcia promu Sewol oraz osoby nadal cierpiące z powodu następstw tej wielkiej narodowej katastrofy. MŁODZI NADZIEJĄ ŚWIATA Podczas spotkania z młodymi, które odbyło się w ramach VI Azjatyckiego Spotkania Młodych w Solmoe, papież zaznaczył, że Bóg pragnie, aby także w życiu obecnego pokolenia chrześcijan Azji jaśniała Jego chwała i aby głosili Go światu. Nawiązując do wpisanego w młode serca pragnienia budowania świata pojednanego wskazał, że Kościół ma być zalążkiem jedności całej rodziny ludzkiej. "W Chrystusie, wszystkie narody i ludy są wezwane do jedności, która nie niszczy różnorodności, ale je uznaje, godzi i ubogaca" – stwierdził Ojciec Święty. Jednocześnie zauważył, że te głęboki, pozytywne pragnienia tłumi egoizm, wrogość i niesprawiedliwość. "Pustynia duchowa oddziałuje także na młodych, okradając ich z nadziei, a nawet w nazbyt wielu przypadkach wręcz z samego życia" – powiedział papież. W obliczu chaosu i dezorientacji wskazał na potrzebę, by każda myśl, słowo i działanie młodzieży kierowały się mądrością słowa Chrystusa i mocą Jego prawdy. BEATYFIKACJA PAWŁA YUN JICHUNGA Na początku sprawowanej przy

Bramie Gwanghwamum w Seulu Mszy świętej papież włączył do grona błogosławionych Pawła Yun Ji-chunga i jego 123 towarzyszy. Ojciec święty odczytał formułę beatyfikacyjną w języku łacińskim i wyznaczył datę wspomnienia liturgicznego na 31 maja każdego roku. Przy aplauzie wiernych odsłonięty został także obraz beatyfikacyjny, który tworzyły dwa płótna przedstawiające nowych błogosławionych. W Eucharystii uczestniczyło około miliona wiernych. ZNACZENIE WIZYTY Pielgrzymka dała możliwość zaakcentowania roli przeszłości i przyszłości. Beatyfikacja 124 męczenników była okazją do rozważań na temat prześladowania ludzi, nie tylko katolików oraz umożliwiła wyeksponowanie wartości pokoju i wzajemnego poszanowania. Z kolei spotkanie z młodzieżą azjatycką, która została umocniona papieskimi słowami i błogosławieństwem, wskazało że to właśnie ta grupa społeczna jest w szczególny sposób wezwana do świadczenia o swojej wierze, głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie, a także do życia zgodnego z wolą Bożą, pełnego wiary, miłości i nadziei. Wizyta apostolska Franciszka do Korei Południowej uwidacznia silne zainteresowanie papieża sytuacją ludzi na całym świecie. Z całą pewnością przyczyni się ona do umocnienia postawy tamtejszych chrześcijan i wleje w ich serca otuchę oraz nadzieję na lepsze jutro. 

s. 17


TAKA SYTUACJA

Co się dzieje, kiedy żarty

się kończą

Aleksandra Brzezicka

N

Uczestnicy programów typu reality show – w myśl założeń pojawiających się już w definicji słownikowej – mają „zachowywać się przed kamerą „naturalnie” w sztucznie zaaranżowanej - niekiedy ekstremalnej - sytuacji.” Każdy z nich od pierwszego odcinka zapewnia widzów o swojej szczerości i tym, że zamierza być sobą, nikogo nie udawać. Jakkolwiek szczerość i niezafałszowana postawa jest oceniana pozytywnie, tak wylewność i poglądy prezentowane choćby przez uczestników Warsaw Shore potrafią sprawić, że człowiek łapie się za głowę, kiedy słyszy, co mają do powiedzenia.

ie trzeba być ekspertem, żeby z małym marginesem błędu wyodrębnić te wypowiedzi, które padają wyłącznie pod publikę (są wyreżyserowane) i te, które są szczere (nieraz faktycznie do bólu). Jednak, o ile pierwsze z nich w jakiś sposób wpisują się w wykreowaną i sztuczną przestrzeń programów reality show, o tyle drugie stanowią dodatkowy smaczek, są spełnieniem marzeń producentów. Szczerzy i autentyczni wydają mi się główni bohaterowie Ekipy z Warszawy -”Elizka” i „Trybson”. Najpopularniejsza polska para imprezowiczów chętnie udziela ‚wywiadów’ każdemu medium, które okaże im choćby najmniejsze zainteresowanie. Zarówno ich udział w programie, jak i życie po nim, dostarcza - myślącemu człowiekowi - kilku powodów do zmartwienia. Powód pierwszy. Zasady. Ponoć każdy je ma. W języku polskim utarło się już nawet powiedzenie „Ja mam zasady”, „Ona to dziewczyna

s. 18

“Honor i szacunek

(…) Czasem kilka kolegów nie rozumie, że kobieta jest zajęta i ktoś do tej kobiety ciśnie jakąś tam bajerę, to już jest brak tych zasad i takich ludzi nienawidzę. z zasadami”, etc. Co te wypowiedzi konotują nie muszę wyjaśniać. Ale, jak się okazuje, przekonania i dewizy ma też Najlepsza Gąska polskiej edycji Ekipy. Jak sama mówi: „W seksie mam żelazne zasady. (i z mocą podkreśla) U mnie to są zasady! (...) Jest coś takiego, że ja po prostu muszę tej osobie ufać. Musi mi na nim zależeć. Muszę wiedzieć, że jemu na mnie zależy. Muszę mu ufać – to może [trwać] tydzień, to mogą być dwa

tygodnie [na zdobycie zaufania], to mogą być nawet dwa lata (mówi z wyraźną dumą) i jeszcze mogę mu nie ufać. Ale jeżeli mu zaufam – czy po tygodniu, czy po miesiącu, czy po roku – no to wtedy tak [czyt. godzi się na seks]. Bo ja nie zmieniam swoich zasad, he he he he... ”.Można? Można. Swoje zasady ma i Trybson, domniemany Król Wszystkich Gąsek. Posłuchajmy co ma do powiedzenia w kwestii wychowania i wpojenia zasad swojemu przyszłemu dziecku, które poczęło się jako owoc medialnej (?) miłości między nim a „Elizką”: „przede wszystkim honor. Honor i szacunek (…) Czasem kilka kolegów nie rozumie, że kobieta jest zajęta i ktoś do tej kobiety ciśnie jakąś tam bajerę, to już jest brak tych zasad i takich ludzi nienawidzę.” Zdziwieni? Nie martwcie się za bardzo, ja też pamiętam z podstawówki zupełnie inną definicję honoru. Cóż, czasy (i pojęcia) się zmieniają... Posłuchajmy też, co przyszli


TAKA SYTUACJA

rodzice mają do powiedzenia o sobie nawzajem. Trybson swoje pierwsze spotkanie w programie z przyszłą ukochaną wspomina tak: „Wchodzi, o, super laska, w moim typie, jakoś się tam coś koło niej zakręcę, pobajerze.” Elizka zaś, zapytana o wartości i cechy, które najbardziej docenia w ojcu swojego dziecka, mówi: „To jest uroczy chłopak. To jest bardzo dobry facet. Podoba mi się, że jest dla mnie bardzo czuły, bardzo opiekuńczy. Jest przekochany (dzwoni, czy wzięłam tabletki, czy się najadłam). Jest męski.” Idealny materiał na męża, prawda, drogie koleżanki? Zero refleksji nad odpowiedzialnością, męstwem (nie mylić z męskością!), mądrością czy zaradnością. O wierze nie wspominam, bo to już w ogóle egzotyka. Ku dużemu zaskoczeniu, przyszli rodzice chcieliby, żeby Mały Trybsiak (lub Mała Księżniczka) zamienili imprezowe ciuchy na fartuch lekarski lub wybrali inny szanowany zawód z perspektywami, w czym miałyby pomóc „jakieś zasady”, które zamierzają wpoić dziecku i „jakieś tam wartości”, które chcą mu przeka-

zać. Te czysto deklaratywne zapewnienia nie przeradzają się jednak w żadne konkrety, ale co tam... ważne żeby zasady mieć, a jakie to już szczegół. Ten krótkie wypowiedzi przywołuje nieprzypadkowo. Warsaw Shore i programy jemu podobne zyskują publiczność z różnych powodów: jedni oglądają, bo w uczestnikach widzą odbicie samych siebie, drudzy szukają tego, czego nie mają w swoim życiu, jeszcze inni oglądają „dla beki” i relaksu. Twórcy programu silą się, by jego uczestników kreować na ekspertów od życia, i tym karmić młodych ludzi (oto najwięksi imprezowicze w kraju, pozbawieni kręgosłupa moralnego i zdolności do refleksji, uczą nas, jak wychowywać dzieci). Jakkolwiek jestem w stanie uwierzyć w nagłe uczucie, które rozwinęło się pomiędzy Gąsiorem a najlepszą z Gąsek, tak zatrważają mnie – równie szczere (sic!) - ich poglądy i przekonania. Źle się dzieje, kiedy o wartości faceta decyduje przede wszystkim jego męskość (jak rozumiem, przede wszystkim ta wizualna) i to, że jest kochany (bo

dzwoni i prawi czułe słówka). Jeszcze bardziej zatrważają pojęcia, które ci ludzie tworzą w swoich głowach, i w które naprawdę wierzą (np. definicja honoru, który ma się sprowadzać do „nie-odbijania lasek kumplom”). Ci ludzie żyją w sztucznie wykreowanym świecie, do którego co prawda docierają wartości i pewne zasady, ale rozumiane tylko na ich sposób myślenia. Pozostają pojęcia, jak papierki po cukierkach, które jednak wypełniane są subiektywnymi definicjami. Zabawa trwa i jest nakręcana przez ich świadome wybory, ale żarty kończą się, kiedy trzeba postawić pytanie – czy w tej „różowo-, panterkowo-, playboy’owej przestrzeni” jest miejsce na małego człowieka, którego trzeba „jakimiś tam zasadami” i „jakimiś wartościami” urobić? 

s. 19


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Call of Duty

Czym jest honor? Czym obowiązek? Czy istnieje jakiś ścisły związek pomiędzy jednym, a drugim? Okazuje się, że chcąc rozwikłać tę zagadkę, wciąż będziemy obracać się w sferze pytań o wolność człowieka. Mówiąc o honorze, łatwiej jest pokazać przykłady ludzi honorowych, niż podać zwięzłą definicję. Z kolei obowiązek, który pojawia się zawsze w kontekście jakiejś relacji między ludźmi, nie jawi się jednakowo przy każdym z jej rodzajów. Maciej Puczkowski

N

iesfornie spróbujmy jednak – przynajmniej użytkowo – pokusić się o definicję honoru i powiedzmy sobie, że honor to “gwarancja jakości człowieka”. Powodem, dla którego honor przestał odgrywać taką rolę we współczesnym społeczeństwie może być rozrost biurokracji i sądownictwa. Umowa, która nie jest spisana, nie istnieje. Natomiast w egzekucji takiej można w razie potrzeby posłużyć się aparatami państwowymi. Człowiek honoru to taki, dla którego dane słowo jest tak samo ważne co spisana i zapieczętowana umowa. Kiedy osoba posiadająca honor złoży obietnicę, niepotrzebne są żadne gwarancje i podpisy, bo największą gwarancją będzie jej honor. Honor jest nie tylko gwarancją dotrzymania słowa. Człowiek honorowy przestrzega zawsze jakiegoś niepisanego prawa, posiada swój moralny kodeks. Sprawia to, że staje się przewidywalny, co ma swoje mocne i słabe strony. Człowieka przewidywalnego łatwiej oszukać, wyprzedzić fortelem, ale z drugiej strony jest on lepszym i bezpieczniejszym partnerem. Dawniej honor był ważny właśnie z tego względu.

s. 20

“Honor jest nie tylko

gwarancją dotrzymania słowa. Człowiek honorowy przestrzega zawsze jakiegoś niepisanego prawa, posiada swój moralny kodeks. Sprawia to, że staje się przewidywalny, co ma swoje mocne i słabe strony.

Z człowiekiem honorowym można było bezpiecznie wejść w komitywę, można było na nim polegać. Wiadomo też było, że nie złamie swojego kodeksu. Stąd właśnie definicja honoru jako gwarancja jakości człowieka. Dziś łatwo nam się wypierać słów, które nie zostały spisane, wycofywać z umów, których się jeszcze nie podpisało, mimo obietnicy, że się to zrobi. Jak można prowadzić interesy w czasach, kiedy ludzie nie mają honoru? Opierając się na rozdmuchanej biurokracji. Co się zaś tyczy obowiązku, to

pojawia się on zawsze w kontekście jakiego poddaństwa. Takimi relacjami mogą być: pan–niewolnik, pan–sługa, pracodawca–pracownik, ojciec–syn. Wszędzie tam pojawia się obowiązek. Co więcej, można zauważyć, że to strona podwładna ma obowiązki wobec zwierzchniej. Czy zatem strona zwierzchnia ich nie ma? Można zauważyć, że obowiązek strony zwierzchniej wobec podwładnej jest czymś zupełnie innym. Strona zwierzchnia może wymóc posłuszeństwo na stronie podwładnej, tym samym gwarantując, że ta spełni swój obowiązek. Natomiast podwładny takiej władzy nie ma. Stąd wniosek, że mamy do czynienia z dwoma całkiem różnymi rodzajami obowiązków. Co jest zatem gwarancją spełnienia obowiązku przez stronę zwierzchnią? Jedyną taką gwarancją jest właśnie honor. Czyli pewność moralnego postępowania. Ktoś powie jednak: “Dobrze, ale obowiązki pracownika wobec pracodawcy określa prawo, a nie honor”. Owszem, tu właśnie odsłania się przed nami problem. Czy człowiek wolny może podpisać dowolną umowę lub złożyć dowolną obietnicę? Jeśli tak, to znaczy, że nie


jesteśmy do końca wolni w naszym państwie, które dyktuje, jakie umowy są dozwolone, co sprawia, że pracodawca nie jest człowiekiem wolnym. Zatem czy może mieć honor? Zapytajmy inaczej: “czy człowiek przywiązany nogami do ziemi potrafi skakać?”. Potrafi, ale będzie mógł podskoczyć dopiero po wyrwaniu się z więzów. Dlatego honor, nawet jeśli jest, nie ujawni się u człowieka, który nie jest wolny. Człowiek bez wolności może wykonywać tylko swoje obowiązki, a gwarancją ich wykonania jest prawo państwowe. Człowiek wolny sam określa swoje

obowiązki, a gwarancją ich wykonania jest honor. Stąd można odnieść wrażenie, że obowiązki pracodawcy wobec pracownika nie są oparte na honorze tylko na na prawie. To samo tyczy się ojcostwa. Honor syna to honor ojca, stąd ojciec powinien dokładać wszelkich starań, żeby syn wyrósł na człowieka honorowego. Jeśli syn okaże się niewiarygodny, cierpi na tym wiarygodność ojca. Oczywiście relacja między ojcem i synem jest bardziej skomplikowana, jednak rozpatrujemy ją w tej chwili w kontekście honoru i obowiązku. Ostatecznie to honor ojca jest gwarancją dobrego wychowania

syna. Nie ma zaś, lub nie powinno być, takiego obowiązku ojca wobec syna, którego spełnienie syn mógłby wyegzekować jakimś aparatem represji. Mielibyśmy do czynienia z wynaturzeniem. Co skutkowałoby niechęcią do posiadania potomstwa.

s. 21


TEMAT NUMERU

Jaki mamy problem z

alkoholem?

- oczami

członka KWC Maciej Puczkowski

T

Kiedy ktoś nie pije alkoholu do osiemnastego roku życia, przez otoczenie traktowany jest w jakiś sposób wyjątkowo. Dobrze mi było z tą wyjątkowością. Nie stroniłem od przyjaciół i zakrapianych imprez. Ponieważ nie piłem, tam gdzie się pojawiałem, uporczywie powracał temat alkoholu i abstynencji. “Jak sobie z tym radzisz? Czy cię nie kusi, żeby skosztować?” - padały pytania. Nie kusiło. “Szacunek!” - mówili niektórzy. Inni po prostu byli zdziwieni. Ja też byłem zdziwiony, bo przecież tak jak inni przysięgałem na pierwszej komunii przed Bogiem, że nie będę pił do osiemnastych urodzin.

o było proste. Nie znałem smaku alkoholu, nie wiedziałem, co tracę. Świat jednak dawał mi do zrozumienia, że alkohol musi być czymś wspaniałym, skoro tylu ludzi nie wyobraża sobie bez niego życia, a abstynent uchodzi za okaz niemal z zoo. Nadszedł w końcu czas moich osiemnastych urodzin i po raz pierwszy wziąłem do ust alkohol, o którym na podstawie panujących opinii można by sądzić, że specjalnie przez Boga został stworzony, żeby człowiek na ziemi miał jakiś skrawek nieba. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy brzmiała: “O co tyle krzyku?” Mówią, że trunki alkoholowe mają to do siebie, że do ich smaku trzeba się przyzwyczaić. Ja to rozumiem. Podobnie jest z kawą. Pierwszy łyk, który upiłem jako dziecko

s. 22

“Co jest takiego w

alkoholu, że ludzie nie mogą żyć bez niego? Przecież nie smak! Nie ma takiej rzeczy, która tak bardzo smakowałaby takiej rzeszy ludzi. Smaki są przecież różne, a alkohol smakuje miażdzącej większości ludzi. mamie z filiżanki, powykrzywiał mi twarz z goryczy. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez kawy i choć robię sobie dłuższe lub krótsze odwyki, zawsze wiem, że do niej wrócę. Nie chodzi więc o to, że alkohol mi nie

posmakował. Miałem czas, żeby przyzwyczaić się do jego smaku i polubić. Jednak wciąż nie mogłem zrozumieć, dlaczego jest tak ważny w życiu człowieka. Trudniej byłoby mi zrezygnować z kawy. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie skalę zniewolenia. Wystarczy porównać procent kawoszy w społeczeństwie do procenta tych, którzy nie wyobrażają sobie życia bez alkoholu. Po tym porównaniu można by twierdzić, że alkohol jest czymś niezrównanie lepszym i smaczniejszym, a przecież wiedziałem, że nie jest. Coś tu było nie tak! Postanowiłem zostać członkiem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, potocznie zwanej Krucjatą lub KWC, co wymagało abstynencji tak długo, jak będę jej członkiem. Dla kogoś, kto przez osiemnaście lat nauczył


się żyć bez alkoholu, wyrzeczenie się go było dziecinnie łatwe. Choć byli tacy, którzy mówili, że nie dam rady, że zawsze coś takiego wydarza się w życiu człowieka, że sięga po alkohol. Opowiadali mi też o tym, co tracę. Zimne piwko po pracy lub podczas upałów nad wodą, kolacja przy świecach, sylwestrowy szampan. Tylko, że przecież żyłem do tej pory bez tego! Dobrze więc – mówili – ale co z weselem, narodzinami dziecka, chrzcinami? Wszystko to trzeba opić – mówili dalej, a wśród nich byli i ci, którzy opijali nawet te imprezy, których opijać się nie powinno – Boże Narodzenie podczas Wigilii, pierwszą komunię dziecka, bierzmowanie itp. Dalej też tłumaczyli mi, że na studiach nauczę się picia, w szczególności, że będę mieszkał w akademiku, że bez alkoholu wypadnę z towarzystwa. Nic takiego się nie stało. Do obrony miejsca w towarzystwie wystarczyła mi gitara i dobre usposobienie. Moja abstynencja zaś była zawsze egzotyczną ciekawostką, ale nigdy nie powodowała problemów. Przeciwnie – wręcz przysparzała mi popular-

ności. Znów powróciły “alkoholowe tematy”. Tym razem nie mogłem tłumaczyć się przysięgą. Początkowo próbowałem wyjaśniać, czym jest Krucjata, ale to skutkowało przeciągającymi się nawet do rana rozmowami, które i tak kończyły się brakiem zrozumienia, a zawsze miały ten sam przebieg. Znużony więc ciągłymi wyjaśnieniami zacząłem mówić, że po prostu nie piję. Tyle tylko – nie chcę. Kiedyś piłem, lubię piwo, ale postanowiłem nie pić. – Jak długo? – Mija jakieś pięć lat. – Szacun! A kiedy zaczniesz pić? – Nie wiem, jeszcze nie teraz... może kiedyś… mam wino w barku na tę okazję. – Kiedy zacząłem w ten sposób prowadzić rozmowy efekty były zaskakujące. Nagle poczułem, że zostałem zrozumiany. Ludzie często sobie robią przerwy od picia alkoholu, choćby kontrolnie. Rozumieją przerwę, nie rozumieją dożywotniej abstynencji – przeważnie. Ja też nigdy nie twierdziłem, nawet przed sobą, że będę abstynentem dożywotnio. Podczas takich rozmów uświadomiłem sobie, na czym pole-

ga problem ludzi z alkoholem. Co jest takiego w alkoholu, że ludzie nie mogą żyć bez niego? Przecież nie smak! Nie ma takiej rzeczy, która tak bardzo smakowałaby takiej rzeszy ludzi. Smaki są przecież różne, a alkohol smakuje miażdzącej większości ludzi. Nie jest przecież aż tak wyjątkowy! Powodów, dla których ludzie piją, znalazłem kilka. Trzeba zacząć od tego, że niektórzy piją, bo lubią. Tak jak ja lubię kawę i pierogi ruskie, ktoś może lubić piwo, inny wino itd. Prawdę mówiąc, jest to jedyny, w mojej opinii, dobry powód do picia. Oczywiście łatwo się uzależnić, ale jest sposób, żeby sprawdzić, czy się nie jest uzależnionym. Wszystko, co się lubi w dużych ilościach, przejada się. Jak wspomniałem, lubię pierogi ruskie, ale gdybym jadł je przez tydzień, a potem miał do wyboru schabowego, wybrałbym schabowego. Uwielbiam kawę, ale dla odmiany muszę czasem napić się herbaty. Człowiek, który lubi alkohol, nie jest uzależniony, jeśli nie pije go, kiedy nie ma na niego ochoty lub nie

s. 23


TEMAT NUMERU może. Alkohol człowiekowi nieuzależnionemu się “przejada” i potrzebuje od niego odpocząć. Człowiek uzależniony mimo wszystko wychyli tę lampkę wina. Drugi powód, dla którego ludzie piją alkohol, to ciężar kulturowy. To jest dziś najsilniejsza podstawa alkoholizmu. Savoir-vivre zabrania odmówienia czerwonego wina, jeśli częstuje gospodarz. Alkohol jest narzędziem do świętowania. Ludzie chcąc coś uczcić, sięgają po alkohol i wznoszą toasty. Dlaczego inne napoje nie są do tego uprawnione? Moim zdaniem są, ale nie każdy podzieli tę opinię. Od zawsze pito alkohol. Jezus zamienił wodę w wino, o winie powiedział, że to Jego krew. Alkohol jest dla ludzi! Wszystko to prawda, tylko że Krew Chrystusa to już nie

Jeśli skojarzenia nie są jednoznaczne – może tak być – to odpowiedzcie sobie na pytanie: czego nie może zabraknąć? Obrazki to takie klatki filmowe w naszej wyobraźni, które zostały nabyte w przeciągu naszego życia przez np. oglądanie filmów, seriali, czytanie książek, opowieści, przeżycia i zdjęcia innych ludzi. Jak powinna wyglądać romantyczna kolacja każdy wie – muszą być świece, zgaszone światło, wyrafinowane danie, biały obrus, mały stoliczek z dwoma krzesełkami naprzeciwko siebie. Oni muszą być elegancko ubrani i trzymać kieliszki z winem i flirtować. W tle powinna lecieć spokojna muzyka. Być może takie obrazki różnią się u niektórych szczegółami, ale z grubsza wyglądają podobnie. A gdyby zabrakło al-

nić się od alkoholu trzeba uwolnić się od obrazków. Odpoczynek przy piwie w upalny dzień nad wodą to też obrazek. Odpoczywać można na wiele różnych sposobów… tak samo jak na plaży nie trzeba się opalać – a proszę sobie wyobrazić plażę. Obrazki też w jakiś sposób wiążą się z następnym powodem. Jest nim świętowanie. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że człowiek nie powinien świętować. Tylko czemu nie ma na to lepszego sposobu niż “opijanie”? Pismo Święte daje nam taki wspaniały sposób świętowania i nie mam tu na myśli Kany Galilejskiej. Sam Bóg swój dzień kazał uświęcać nie żadnymi toastami, ucztami czy opijaniem, a wstrzymywaniem się od pracy. To znaczy, że są inne sposoby. Ba! Niektórych świąt nie należy opi-

wino. Zawsze pito alkohol, ale nie zawsze tak mocny i owszem – jest dla ludzi, ale nie wszystkim służy. Alkohol w naszej kulturze urósł niemal do rangi świętości, a to już prawie bluźnierstwo. Ten kierunek należy odwrócić, trzeba sprowadzić tę “ambrozję” na ziemię, żeby była tylko nieobowiązkowym dodatkiem do życia – jak kawa. Kolejny powód łączy się z poprzednim. Nazywam go “obrazkami”. Z czym kojarzy się Wam “kolacja przy świecach”, “romantyczny wieczór”, “odpoczynek nad wodą”?

koholu? Problem z takimi obrazkami polega na tym, że zamykają nas w schematach. Może być tak, że zarówno on i ona uznaliby taki wieczór za zwyczajnie nudny, gdyby nie mieli wcześniej wszczepionego przekonania, że jest on romantyczny. Alkohol jest obecny w większości takich obrazków. Dlatego też ludzie nie wyobrażają sobie życia bez niego. Oznaczałoby to na podstawie powyższego przykładu, że abstynent nigdy nie zje romantycznej kolacji. Z jednej strony wiemy, że to absurd, a z drugiej mamy obrazki. Żeby uwol-

jać. Alkohol nie powinien pojawić się na stole wigilijnym, a jednak się pojawia, choć niektórzy tłumaczą, że przecież piją już “po” Wigilii. To wskazuje na jakąś kulturową biedę, kiedy nie znajdujemy innego sposobu na uświęcenie okazji. Ktoś spyta – ale po co imać się innych sposobów, skoro ten jest dobry? To trochę jak z niedzielnym rosołem. Co wyróżnia rosół spośród innych zup? – zwyczaj. Zwyczaje są lepsze lub gorsze. Tylko co należy podać, jeśli spośród wszystkich niedziel chcemy którąś wyróżnić szczególnie? Dalej rosół?

s. 24


TEMAT NUMERU Podobnie jest z opijaniem. Są takie okazje, które można opić, ale są też takie, które wymagają bardziej wyrafinowanych sposobów. Opijanie to najniższy sposób uświęcania. Opijać np. chrzest to jak podawać rosół zamiast wielkanocnego żurku. Chociażby dlatego trzeba szukać innych – wyższych – metod świętowania. Po to, żeby podnieść swoją kulturę. Ktoś więc spyta: “Nie napijesz się na swoim weselu?”. Nie wiem. Tylko czy samo wystawienie wesela nie jest już jakimś uświęceniem dnia? Jakie to ma znaczenie, czy się napiję? Może w szczególności z szacunku do tego dnia powinno się pozostać trzeźwym? Dlaczego wesela kojarzą się z tandetą? Nie dlatego, że nieraz sam pan młody ma problem, żeby dociągnąć do oczepin, a zaraz po nich większość biesiadników zwala się pod stół? Nie marzy mi się takie wesele, wybaczcie. Co by jednak było, gdybym zamiast wódki postawił na stołach wino? Tylko wino! I tylko tyle, żeby każdy mógł się napić, a nie upić? Ach! Właśnie dlatego tak drażni mnie ta kultura weselnego pijaństwa. Co by było, gdybym nie postawił żadnego alkoholu? Byłem na dwóch takich weselach. Wbrew panującej opinii i błędnym wyobrażeniom były to

najpiękniejsze, wręcz ociekające elegancją i dobrym smakiem wesela, na jakich byłem. Równocześnie były to wesela najweselsze, a sala w obu przypadkach opustoszała grubo po świcie. Nie było tam ani grama tandety. Byłem też na innym weselu, w bardzo eleganckiej restauracji. Potrawy i trunki były z najwyższej półki. Nie wiem jak trunki, ale potrawy były wyśmienite. Nikt się nie upił i wszyscy zachowywali odpowiedni poziom. A jednak! Coś tam podchodziło nowobogactwem, drobnobiznesmeństwem i odpustem. To są moje wrażenia weselne. Subiektywne, owszem, ale gdybym tylko mógł wystawić bezalkoholowe wesele, zrobiłbym to. Dlaczego nie mogę? To się łączy z kolejnym powodem dlaczego ludzie piją. Przymus społeczny – ze mną się nie napijesz? Zdanie znane chyba lepiej niestety niż “Ojcze Nasz”. Na szczęście – przynajmniej w moim towarzystwie – funkcjonuje już bardziej w roli żartu, a niedługo będzie, miejmy nadzieję, ciekawostką historyczną. Przymus społeczny na szczęście ustępuje. Powoli, ale jednak. To jest dowód na to, że abstynencja tak wielu ludzi przynosi społeczne efekty, a Krucjata ma sens. Jeżeli łatwiej jest Wam odmówić al-

koholu dzisiaj niż przed kilku laty, to może właśnie efekt tego, że w społeczeństwie jest coraz więcej abstynentów. Ludzie zaczynają rozumieć, że ktoś może nie pić. Co prawda w znacznej części dalej nie rozumieją dlaczego, ale dopuszczają abstynencję do swojego światopoglądu – a to jest niebagatelny sukces. Można powiedzieć, że po dwudziestu latach od reżimu, który rozpijał nasz Naród, zaczęliśmy się kierować w stronę jakiejś normalności w kwestii picia alkoholu. Nie udało się to za sprawą tych, co piją umiarkowanie, bo to dla każdego znaczy coś innego. Efekt ten został osiągnięty za sprawą szaleńców i radykałów, którzy postanowili nie pić w ogóle po to tylko, żeby pokazać, że można. Kiedy podpisywałem Krucjatę, życzono mi, żebym nigdy w życiu nie przeżył takiej chwili, która zmusi mnie do sięgnięcia po alkohol. Wielu wierzy, że samo ciężkie życie i nieszczęścia, które się wydarzają zmuszają do picia – jest to więc kolejny powód do omówienia. Tu objawia się mądrość Kościoła, który wymaga przysięgi abstynencji do osiemnastego roku życia podczas pierwszej komunii. Geniusz tego pomysłu może zobaczyć człowiek, który w tej przysiędze wytrwał,

s. 25


reszta musi uwierzyć na słowo. Kiedy przeżywam trudne chwile, nie myślę o alkoholu. Nie jest to dla mnie ucieczka od ciężkiego życia, bo nigdy jeszcze w ten sposób nie uciekałem. Robiłem to na wiele innych sposobów. Jakie więc wydarzenie zmusiłoby mnie do sięgnięcia po alkohol? Nie chcę z góry przesądzać, że żadne, ale zwyczajnie w trudnych chwilach nie ciągnie mnie do alkoholu i to jest zasługa mądrości Kościoła. Ta sama mądrość przejawia się w kolejnym powodzie picia, jaki znalazłem. Chodzi tu o spędzanie wolnego czasu. Ludzie przeważnie nie umieją się bawić bez alkoholu, a to jest już ułomność. Dlaczego ludzie wolą tańczyć po ciemku i po kielichu? Bo się wstydzą! W ciemności mniej widać, a alkohol znieczula na wstyd. Kiedy ktoś musi przez osiemnaście lat przełamywać swój wstyd, nieśmiałość i strach na trzeźwo bez grama alkoholu, nabiera tej umiejętności. Dlatego lubię tańczyć przy świetle. W szczególności gdy mam ładną partnerkę. Ludzie nie umieją się bawić na trzeźwo, bo zapomnieli już, jak to się robi. To samo tyczy się spotkań z przyjaciółmi. Mężczyźni

s. 26

przeważnie wychodzą na piwo, a kobiety kupują wino, ale to nieistotne. Jaką rolę w tych spotkaniach pełni alkohol? Jest dodatkiem czy esencją? Bo jeśli dodatkiem, to łatwo go zmienić np. na kompot. O! Już widzę te szydercze uśmieszki. Czyli jednak jest esencją. Ostatnim powodem, jaki znalazłem, jest nuda. Ludzie piją z nudy. Dlaczego? Bo jak się człowiek nudzi, to chwyta się przyzwyczajeń. Dlatego należy wystrzegać się nudy. To ona jest najlepszym nawozem dla nałogu. Picie z nudy to pierwsze objawy uzależnienia. Uważajcie! Zadano mi kiedyś pytanie: “Jakie chwile są dla ciebie najtrudniejsze przy trwaniu w Krucjacie?”. Jak już wiecie, nie są to ani momenty przykre, ani te, kiedy wszyscy oprócz mnie piją. Nie czuję się pokrzywdzony, kiedy jestem jedynym abstynentem w towarzystwie. Najtrudniejsze są chwile zwyczajne. Kiedy alkohol jest na wyciągnięcie ręki, leży przede mną na stole. Jestem wśród rodziny, nikomu nie muszę niczego pokazywać, a alkohol nie jest niczym więcej niż kawa, czy herbata – ot dodatek do dnia jak owoc czy ciastko. Są to sytuacje,

w których stosunek najbliższego świata do alkoholu jest prawidłowy i Krucjata w danym miejscu i czasie przestaje mieć sens. Celem Krucjaty jest właśnie ustanowienie odpowiedniego stosunku ludzi do alkoholu. Nie jest to bynajmniej powszechna abstynencja, tylko powszechna trzeźwość. Zatem najtrudniejsze chwile dla członka KWC to takie, kiedy napicie się lub nienapicie alkoholu nic nie znaczy. Można odnieść wtedy wrażenie, że oto cel został osiągnięty i dalsza ofiara jest już niepotrzebna. Ach! Jakbym chciał, żeby to nastąpiło jeszcze za mojego życia. 


s. 27


TEMAT NUMERU

Gdy ksiądz pije (za dużo) Jaki jest najczęstszy tekst kierowany do księdza na kolędzie/weselu/chrzcinach? Poza „Szczęść Boże”? Gdyby urządzić badania, podejrzewam, że najwięcej zebrałoby się różnych wariantów „a napije się ksiądz z nami”. Kultura polska, tak mocno powiązana z alkoholem sprawia, że łatwo popaść w alkoholizm nawet po święceniach dowolnego stopnia. Rafał Growiec

P

roblem z księdzem-alkoholikiem jest podobny jak z nauczycielem-alkoholikiem: ktoś, kto powinien być wzorem do naśladowania, wyznaczać pewien kanon zachowania, zachowuje się nieodpowiednio do swojej funkcji – bełkocze, zatacza się i nie panuje nad sobą. W przypadku kapłana dochodzi do zagrożenia, że poprzez sprawowanie świętych obrzędów na rauszu dojdzie do ich ośmieszenia. Czy można poważnie traktować sakrament udzielany przez kogoś, kto nie potrafi opanować języka na tyle by wymówić najprostsza formułę? I nie tylko na rauszu – jako szafarz sakramentu musi zachowywać się w sposób godny także poza prezbiterium czy konfesjonałem. Co z tego, że w czasie spowiedzi ksiądz będzie trzeźwy, gdy spowiadany nie będzie mieć pewności, że po jakichś chrzcinach coś mu się nie wyrwie w pijackim widzie? Duchowny jako człowiek Kościo-

s. 28

“Co się dzieje z

trzeźwiejącym księdzem? To samo, co z trzeźwiejącym świeckim. Musi stale pamiętać o tym, że nikomu jeszcze nie udało się wyleczyć z alkoholizmu. Musi unikać wszelkich okazji do picia, bo jego organizm i psychika nabrały pewnych nawyków. Musi podwójnie nad sobą panować i podwójnie być czujnym ła stanowi żywą, chodzącą reklamę dla miliarda ludzi na świecie. Jak mają o nas mówić, gdy nasi pasterze zamiast nas prowadzić dają znak, że

sami nie panują nad swoim życiem? DLACZEGO KSIĄDZ PIJE? Ksiądz też człowiek. Alumni do seminarium nie spadają z nieba wśród śpiewu aniołów i świętych, nie otacza ich blask nieprzeciętny i zdarza im się dotykać stopami ziemi. Zdarza im się dotknąć ziemi całą twarzą i to z rozpędem i hukiem – innymi słowy: upaść. Osoby noszące sutanny są w pełni ludźmi, są więc grzesznikami. Duchowni mają jakieś doświadczenia sprzed seminarium, ulegają różnym słabościom, miewają wady. Na przykład mogą mieć słabą wolę i łatwo ulegać namowom. Oczywiście, po to jest kilka lat formacji w seminarium, żeby takie sprawy wybadać i albo zniwelować, albo wyjaśnić, że może jednak kleryk, który musi wypić przed snem dwa kieliszki lub w czasie wolnym wpada w pijacki ciąg, źle rozeznał powołanie. Niektórym udaje się jednak uniknąć wykrycia. Alkoholi-


TEMAT NUMERU

cy mają to do siebie, że potrafią wiele wysiłku włożyć w ukrywanie nałogu. Inni mogą pochodzić z rodzin alkoholowych i po prostu mniej lub bardziej świadomie powtarzać błędy rodziców. Do tego dochodzi stres związany z posługą – zwłaszcza, gdy nałożą się na to konflikty z przełożonymi, na przykład proboszczem czy dyrektorem szkoły. Powiedzmy sobie szczerze: choć nie wymaga obsługi młota pneumatycznego, praca księdza to ciężki kawałek chleba, między innymi dlatego, że jest on ciągle na świeczniku jako rzecznik Pana Boga ds. wizerunku. I zdarza się, że kapłan zostaje sam na sam z niektórymi problemami. Nie wszystko może powiedzieć nawet najbardziej zaufanym parafianom. Wtedy aż kusi, by zalać robaka. „A KTO NIE WYPIJE, TEGO WE DWA KIJE...” Picie nadmierne wśród księży wynika poniekąd z posługi, jaką pełnią, z tego, że uczestniczą w wydarzeniach rodzinnych, gdzie

alkohol stanowi nieraz najważniejszy punkt menu. Niby nie szkodzi wypić jeden kieliszek za zdrowie państwa młodych. Potem następują toasty za zdrowie mamy panny młodej, mamy pana młodego, za młodych z osobna, za drużbów, za druhny... Duchowny straszony przyśpiewką „a kto nie wypije, tego we dwa kije”, może odśpiewać „kto nad miarę pije, tego we dwa kije”. Kluczowe tu są dwie sprawy: postawa księdza i postawa gości i gospodarzy. Jeśli proboszcz czy wikary jest zmuszany do picia, odmowa nawet któregoś-tam kieliszka może urazić wiele osób i nie jest łatwo powiedzieć „nie”. Jednocześnie takie zmuszanie może być wygodną wymówką dla osoby uzależnionej – ale tylko pozornie. W końcu strach pytać do czego są zdolni namówić parafianie księdza, który boi się im odmówić w trosce o pokój w parafii. Tak samo w czasie wizyty duszpasterskiej, zwanej „kolędą”. Wyobraźmy sobie, że ksiądz ma do obejścia dziesięć klatek, w każdej trzy osoby go czymś poczęstują.

Choćby symbolicznie, po łyczku. To daje trzydzieści łyków różnego rodzaju alkoholów. NIE CZAS PŁAKAĆ NAD ROZLANĄ WÓDKĄ... Co się stanie, gdy ksiądz przekroczy jakąś granicę i narobi wokół swojego picia szumu? Najgorsze, co można zrobić, to udawać, że nic się nie stało, każdemu się zdarza, a przecież i do końca nie wiadomo, jak było naprawdę. Chyba nawet już lepiej służą sprawie antyklerykalne hieny temat drążące i pytające każdego parafianina, czy ksiądz pił na kolędzie. Tu trzeba stanąć w prawdzie, powiedzieć sobie szczerze: „Ja, ksiądz X, jestem alkoholikiem”. Bez niedomówień, zawoalowanych sugestii i półsłówek – prosto z mostu. Alkoholizm to choroba, a leczenie wymaga otwartości nie tylko na stole chirurgicznym. Trzeba poznać chorobę ze wszystkimi jej objawami. To, że kapłan nie pokazywał się pijany nie znaczy, że nie pił po kryjomu. To on musi się przyznać, zaakceptować

s. 29


TEMAT NUMERU

to, że jest chory. Nie może otoczyć się gronem pseudoprzyjaciół, którzy go zagłaskają. Z drugiej strony, „stanąć w prawdzie” to nie znaczy „zdeptać człowieka i cieszyć się, że jesteśmy lepsi, bo mamy podpisaną Krucjatę Wyzwolenia Człowieka”. Jeśli ktokolwiek, ksiądz, świecki czy nawet antyklerykał, chce zapanować nad chorobą (bo wyleczyć się z niej mowy na razie nie ma), musi podjąć terapię. Kapłani mają za sobą wieloletnie doświadczenia Duszpasterstwa Trzeźwości, do tego odpowiedzialny biskup może dopilnować, by podlegający mu duchowny zaczął się leczyć. Gdzie leczą się księża-alkoholicy? Przeważnie tam, gdzie inni, czyli w ośrodkach AA. Jednak ze względu na specyfikę „zawodu”, kapłani potrzebują też czegoś więcej. Stąd np. takie ośrodki jak w Kowalewie, gdzie mówi się o trzeźwieniu w kontekście wiary, posługi i powołania. ŻYCIE PO PICIU Co się dzieje z trzeźwiejącym księdzem? To samo, co z trzeźwiejącym świeckim. Musi stale pamiętać o tym, że nikomu jeszcze nie udało się wyleczyć z alkoholizmu. Musi

s. 30

unikać wszelkich okazji do picia, bo jego organizm i psychika nabrały pewnych nawyków. Musi podwójnie nad sobą panować i podwójnie być czujnym. Nawet jeden niewinny z pozoru kieliszek może oznaczać powrót do nałogu. Stąd najlepiej otwarcie powiedzieć parafianom, że w związku z trzeźwieniem nie przyjmie poczęstunków alkoholowych, a toasty za zdrowie młodej pary będzie wznosił co najwyżej sokiem winogronowym. Jeśli parafianie będą na tyle ogarnięci, by zrozumieć sytuację, nie będzie problemów. Co w takim razie z winem mszalnym? Pojawia się tu sprawa tego, jak ksiądz patrzy na wino, które ma przed sobą w kielichu. Świadomość, że to nie zwykły alkohol a Krew Chrystusa, w pewnym stopniu może łagodzić ryzyko psychologicznej pokusy. Nadal pozostaje jednak ryzyko, że organizm mocno zareaguje na substancję, od której jest uzależniony. Biskup może udzielić dyspensy takiemu kapłanowi na używanie w czasie Eucharystii moszczu winnego, nie zawierającego alkoholu. Może także uczestniczyć w koncelebrze (gdy tylko główny celebrans pije wino z kielicha).

Ksiądz trzeźwiejący, paradoksalnie, może być też zachętą do walki z nałogiem wśród wiernych. To już nie „świętoszek” rzucający z ambony wielkie hasła, ale ktoś, kogo alkohol mocno doświadczył w życiu. Ksiądz trzeźwiejący lepiej zrozumie ludzi przychodzących na spotkania Krucjaty, ale też będzie wiarygodniejszy wśród ludzi, którzy zmagają się z chorobą alkoholową. Być może jest to dowód na to, że Bóg z każdego zła potrafi wyprowadzić większe dobro. Sprawa księży-alkoholików to temat drażliwy, ale właśnie dlatego nie można go zamiatać pod dywan. Sierpień, jako miesiąc abstynencji jest okazją nie tylko do tego, by samemu odpocząć od kieliszka, ale też aby poświęcić chwilę i pomodlić się za tych kapłanów, którzy trzeźwieją. Módlmy się o trzeźwych duszpasterzy nie tylko dla nich samych, ale i dla całego Kościoła, czyli dla nas samych. 


s. 31


TEMAT NUMERU

Bóg

wszystko uświęca Alkohol jest nieodłącznym towarzyszem człowieka. Jest tak od wieków. Towarzyszy kulturze człowieka w mniejszym lub większym zakresie. Skoro Biblia jest nie tylko częścią tej kultury, ale i ją tworzyła oraz stawiała pod nią mocne fundamenty. Używanie alkoholu wydaje się nam czymś normalnym i naturalnym. Podobnie było przez wieki. Jednak jak sam alkohol ocenia Biblia? Nie jest to do końca jednoznaczne. Co za chwilę pokaże. Tomasz Markiewka

P

alestyna była krajem, w którym na szeroką skalę uprawiano winorośla i wino należało do podstawowych artykułów spożywczych, ale zwyczaj codziennego picia wina nie był znany. Wino przed spożyciem mieszano z wodą i był to napój świąteczny, natomiast codziennym napojem był ocet winny. Żydzi, szczególnie w okresie po niewoli babilońskiej pili sporo wina, skoro w języku aramejskim uczta weselna nazywała się mistitha - pijatyka. Słowo wino użyte jest w niektórych częściach Biblii, ale nie zawsze jest jasne czy oznacza to napój alkoholowy czy też nie. Np. sok gronowy wygniatany w prasie określany jest słowem yayin, i to samo słowo pojawia się w historii pijanego Noego i Lota. W Iz 49,26 i Joel 1,5 pojawia się słowo asis - sok winny, ale można się nim upić. U Iz 65,8 znajdujący się w gronach sok, tirosh, nazwany jest błogosławieństwem, a prorok Ozeasz

s. 32

“W hebrajskim nie

ma specjalnego słowa, które zawsze oznaczałoby sfermentowane wino, ani też nie ma żadnego słowa, które zawsze wyrażałoby Bożą zgodę, ani domyślną ani wyrażoną w jasny sposób. 4,11 mówi, ze yayin i tirosh odbierają rozum. Przyp 31,6 mówi, ze shekar doprowadza do zguby, a shekar znajdował się wśród ofiar składanych w świątyni. We wczesnych wiekach ludzie byli przyzwyczajeni do wyciskania soku z winogron przeznaczonego do natychmiastowej konsumpcji. Stąd było wiele metod zapobiegania fermentacji soku i temu by stał się alkoholem.

Jedną z nich było robienie gęstego soku poprzez gotowanie, chłodzenie, filtrowanie i ponowne podgrzewanie. Innym, znanym już wówczas sposobem, było konserwowanie soku poprzez dodanie chemikaliów, takich jak siarka. Do produkcji napoju alkoholowego, winogrona były wyciskane w dobrze przewietrzonych pomieszczeniach, a sok był potem przechowywany w różnych kamiennych naczyniach. Pory drożdżowe mogły osadzić się na soku rozpoczynając proces fermentacji. Zasadniczo w ten sam sposób wino jest wytwarzane do dnia dzisiejszego. Wino wytwarzane jest poprzez częściową lub całkowitą fermentację cukru znajdującego się w soku owocowym. Drożdże odgrywają główną rolę w procesie fermentacji. Komórki drożdży produkują system enzymów zwany zymazą, który zdolny jest rozdzielić cukier na alkohol i CO2. Pory drożdżowe znajdujące się w


powietrzu lub w owocu, automatycznie rozpoczynają fermentację kiedy wejdą w kontakt z rozkładającym się cukrem zawartym w owocu. Komercyjna produkcja wina oczywiście nie może polegać na założeniu, że te komórki drożdży są już obecne, dlatego używany jest specjalnie hodowany gatunek drożdży, by zapewnić szybką i skuteczną fermentację. Normalnie zawartość alkoholu w winie wynosi między 6 a 14 procent. Zawartość wyprodukowanego alkoholu zależy od tego, czy proces fermentacji był zatrzymany czy kompletny. Wielkie znaczenie ma również zawartość cukru dostępnego dla fermentacji. W idealnych warunkach maksymalna zawartość wyprodukowanego alkoholu podczas fermentacji wina wynosi 20 procent. Ta granica nie może być przekroczona, ponieważ komórki drożdży nie przeżyją w wyższym stężeniu alkoholu. Wielu autorów wspomina o spożywaniu wina w czasach starożytności. Jednym z nich był Pliniusz, który poświęcił przedmiotowi wina cały 14 rozdział swojego dzieła Historia Naturalis (60 lat po Chrystusie), odkrył, że istnieje 185 różnych nadających się do picia win.

TAKO RZECZE PRAWO I PROROCY Sprawdzenie hebrajskiego tekstu pokazuje, że jedno angielskie słowo wino użyte jest do tłumaczenia około trzynastu hebrajskich i aramejskich słów o różnym znaczeniu. ,,Wino'' może oznaczać owoc winorośli czyli winogrona, rodzynki lub kawałki rodzynek; płyny - gęste, rzadkie lub gotowane; napoje - alkoholowe lub bezalkoholowe; wina - kwaśne, słodkie jak również ocet. Tak więc znajdujemy słowo dla młode wino (Iz 65,8) jest to tirosh, zaś mocny napój to shekar a określeniem wina jest yayin (Iz 5,11). Tak więc w angielskiej wersji brak jest biblijnego odniesienia do wina, określenia te mogą więc być interpretowane bez zwrócenia uwagi na użyte słowa hebrajskie, kontekst, ludzi, których to dotyczy i okresu odniesienia. Tak więc jasne rozstrzygnięcie, co do rzeczywistego znaczenia i właściwa interpretacja nie zawsze jest możliwa. Ponadto, bardzo ważne jest by zwrócić uwagę na to, że nie można porównywać współczesnych napoi alkoholowych z tymi w czasach starożytnych, ponieważ destylacja alkoholu z wina itd. zaczęła się dopiero około 1000 lat po narodze-

niu Chrystusa. Stopniowo zaczęto używać tego jako napoju alkoholowego, podczas gdy wzmacnianie wina czystym spirytusem, w celu podniesienia zawartości alkoholu, nie było praktykowane przed XVIII wiekiem. Jak stwierdzono, naturalna fermentacja, nigdy nie przekracza 14%, zaś współczesne napoje alkoholowe mogą zawierać do 50% alkoholu. W hebrajskim nie ma specjalnego słowa, które zawsze oznaczałoby sfermentowane wino, ani też nie ma żadnego słowa, które zawsze wyrażałoby Bożą zgodę, ani domyślną ani wyrażoną w jasny sposób. Natomiast tam, gdzie jest mowa o błogosławieństwie, w kontekście nie występuje nic, co wskazywałoby na właściwości alkoholu - a wręcz przeciwnie. Słowo yayin w połączeniu z błogosławieństwem występuje tylko dwa razy i powiązane jest z innymi polnymi produktami, kukurydzą i oliwkami, podczas gdy tirosh w tym znaczeniu użyte jest jedenaście razy, (np. u Jeremiasza 31,12) i jest połączone z żywnością jakieś trzydzieści razy. Najczęściej występującymi słowami są wcześniej już użyte; yayin, shekar i tirosh. Yayin jest użyte przy-

s. 33


najmniej 140 razy. Jest ono postrzegane jako główny termin oznaczający sok winogronowy wyrażony w rozmaity sposób. Możemy jedynie stwierdzić o jaki typ ,,wina'' chodzi w biblijnym kontekście. Pierwsza wzmianka o yayin powiązana jest z grzechem Noego. Jednak nie występuje wśród ofiar Abla mimo, że przyniósł je z owocu ziemi. Także w innym kontekście używanie alkoholu oraz mocnego napoju było czymś nie do końca właściwymi. Zabroniono spożywania go kapłanom podczas świętej posługi w Namiocie Zgromadzenia. Trzecim często używanym hebrajskim słowem na oznaczenie wina jest tirosh. W Septuagincie (LXX) jest ono przetłumaczone jako glukos, od którego pochodzi dzisiejsza polska forma glukoza, dekstroza lub cukier winogronowy. Następnym słowem użytym w hebrajskim jest słowo asis. Występuje ono u Izajasza 49,26, Joela 1,5 i Amosa 9,13. Tłumaczenie w każdym przypadku brzmi młode wino lub słodkie wino, a kontekst sugeruje świeży sok z winogron, niekoniecznie alkoholowy. Ciekawe jest to, że przy rygorystycznych przepisach ograniczających

s. 34

wykonywanie wszelkich prac w sabat, rabini zezwalali w tym dniu na filtrowanie i przyprawianie wina bez obawy popełnienia grzechu. JEZUSOWA ODMIANA W Nowym Testamencie uwagi dotyczące tego, co jest wyraźnie napojem alkoholowym występują w powiązaniu z grupami ludzi, którzy zostali nawróceni na wiarę chrześcijańską w Azji Środkowej, Grecji i Rzymie, w czasach, gdy morale było niskie a uleganie napojom alkoholowym nadmierne. W Ewangeliach są tylko dwie stanowcze aluzje do napojów odurzających. Pierwsza jest bardzo ważna. Występuje na początku pierwszego rozdziału Ewangelii Łukasza w zapowiedzi danej Zachariaszowi o nadchodzących narodzinach zwiastuna Mesjasza. Gdy Jezus mówi o bukłakach to wydaje się, że mówi jasno o napoju alkoholowym jednak nie jest tak do końca, ponieważ ta granica często bywa cienka. Normalne wytłumaczenie tego porównania, że nowe bukłaki były używane, żeby przeciwstawić się ekspansywnej sile gazu wytwarzanemu przez fermentację, nie oznacza faktyczne-

go stanu rzeczy. Przy fermentacji, winogrona wkładane są do kadzi, która jest otwarta w celu możliwości dostępu świeżego powietrza, robione jest to do dzisiaj. Ekspansywna siła wyzwalana przez sok winogronowy jest ogromna. Piątą część soku ze zmiażdżonych winogron stanowi glukoza. W czasie procesu fermentacji, dwutlenek węgla rozrasta się 47-krotnie, w zamknięciu wywierałby on nacisk odpowiadający 34,3 atmosferom. Jest to równe około 500 funtom przypadającym na cal kwadratowy (34,5 kg/cm˛). Jeśli wino zostałoby rozlane do bukłaków, zrobionych z wołu lub wieprza, podczas swojej pierwszej fermentacji, rozsadziłoby skóry, również nowe i silne. Był to fakt dobrze znany w Palestynie przez wiele wieków! Wysuszone bukłaki używane w czasach naszego Pana, wspaniale nadawały się do zapobiegania fermentacji. Ich zalepione smołą szwy, wykluczały dostęp powietrza oraz bakterii drożdżowych, dlatego fermentacja nie mogła mieć miejsca. Było konieczne, aby były do tego używane nowe, perfekcyjnie czyste skóry, ponieważ jakiekolwiek odpadki pozostawione w środku starych skór


TEMAT NUMERU mogłyby rozpocząć proces fermentacji mogący zepsuć wlane do środka ,,młode wino'' i rozerwać bukłaki. Młode wino jest tutaj tłumaczeniem greckich słów oinos neon, które są odpowiednikiem hebrajskiego tirosh i oznaczają świeży sok z winogron. Wszystko to było ogólnie znane przez słuchaczy Jezusa, stąd zrozumiałe było gdy powiedział: Świeże skóry dla młodego wina. Nie był On skoncentrowany na sprawie jakości wina, ale na konieczności przestrzegania Jego nowej nauki, czystej od niszczącego fermentu konserwatyzmu oraz własnej sprawiedliwości Faryzeuszy. Świeża skóra, czyli nowa postawa była wymagana dla młodego wina Ewangelii. Pierwszym cudem zapisanym jedynie przez Jana jest przemienienie wody w wino na uczcie weselnej w Kanie (Jan 2,1-11). Nie jest tutaj powiedziane nic o naturze wina, greckie słowo oinos, które jest tutaj użyte, może oznaczać zarówno wino alkoholowe jak i bezalkoholowe. Septuaginta (LXX) tłumaczy yayin i tirosh jako oinos, (wino) i dalej jest to naśladowane przez Nowy Testament, napisany po grecku i przez tłumaczenie angielskie. Użycie tego ogólnego terminu oinos zdarza się 33 razy w Nowym Testamencie, a o jego naturze, jeśli to możliwe, możemy dowiedzieć się przez odniesienie do kontekstu. Jezus nie był ascetą, przyszedł po to by ludzie mogli mieć obfitsze życie. Chciał przyłączyć się i pomnożyć radość uczty weselnej dlatego też dał 470 litrów wina. Pokazuje ten fragment jak Jezus chce przemienić wszystko nawet to przed czym ostrzegają inni. Jest to jednak także symbol tego czym będzie życie razem z nim. Wieczną i pełną szczęśliwością, która przekracza rozumowanie człowieka czemu chciał dać wyraz tym gestem. Najbardziej kontrowersyjny punkt, jeśli chodzi o użycie słowa wino w Nowym Testamencie, skupia się wokół podstaw nauki, dotyczących ustanowienia Ostatniej Wieczerzy. Paweł i trzej Ewangeliści zgadzają się mówiąc, wziął kielich, podczas kiedy inni Ewangeliści dodają słowa owoc winnej latorośli. Widzieliśmy,

że kiedy w Starym Testamencie użyte jest owoc winnej latorośli, powszechnie używane tirosh, oznacza świeżo wyciśnięty sok z winogron. W obecnym języku słowo wino, przede wszystkim oznacza wino alkoholowe, powodem tego jest to, że winogrona są głównie używane do produkcji napojów alkoholowych. Natomiast rzadko kto pomyślałby o winie z jabłek lub gruszek, kiedy mowa o owocach drzewa gruszki czy jabłka, pomimo, że mogłoby być z powodzeniem produkowane poprzez fermentację. Święto Paschy było obchodzone sześć miesięcy po żniwach, z czego wywnioskowano, że kielich naszego Pana musiał zawierać sfermentowany sok alkoholowy: jednakże o czym była już mowa, istniały różne sposoby zapobiegania fermentacji, dlatego taki wniosek jest bezpodstawny. Co więcej, winogrona mogły być powieszone w piwnicy i w ten sposób przechowywane przez większą część roku. Jaskinie skał wapiennych Palestyny stwarzają idealne komory do chłodzenia. Robią to wciąż jeszcze Arabowie, co potwierdzone jest przez Niebhura w jego książce Podróże przez Arabię. Dlatego łatwo było otrzymać świeżo zachowane winogrona w czasach Jezusa. Jest to bardzo ważne, że słowo wino (oinos) nie jest użyte ani razu, ani przez Ewangelistów, ani przez Pawła podczas pisania o wieczerzy. Nasz Pan wziął

pospolite pożywienie pospolitego ludu, chleb i owoc winnej latorośli i poświęcił je, używając jako symbolu Jego życia i śmierci za całą ludzkość. W Listach odniesienia do pijaństwa są liczne i wyraźne. Paweł był Apostołem wśród pogan i często spotykał się z nadmiernym piciem, nawet w młodych chrześcijańskich zgromadzeniach, gdzie nawróceni byli albo Żydami żyjącymi w nieżydowskim otoczeniu, albo poganami, którzy zachowywali swój pogański styl życia. Paweł przy wielu okazjach napominał swoich słuchaczy poprzez jasne określenia odnoszące się do unikania okazji do picia. Wśród przestępstw, które wyłączą ludzi z Królestwa Bożego, a o których on ich ostrzega jest pijaństwo. Widać więc na przykładzie tych tekstów, że w Biblii, alkohol nie jest traktowany jako coś dobrego i normalnego. Szczególnie, że w tamtych czasach nigdy go nie żałowano. Próbowano go łagodzić na różne sposoby, ale dopiero przyjście Jezusa daje nam możliwości do tego by zmienił on znaczenie. Mimo wszystko rys na ludzkiej naturze spowodowany pierwszym grzechem nie daje nam całkowitego wyzwolenia się od wszystkich nałogów tu na ziemi. Jedynie człowiek współpracujący z łaską Chrystusa, świadomie lub nie korzysta z niego mądrze. 

s. 35


TEMAT NUMERU

Jabłecznik

cydrem zwany Cydr. Dla niektórych nowe zjawisko na półce z alkoholami, daleko za (a może przed?) wódką, gdzieś pomiędzy piwem a winem, wydaje się nieco aseksualne.

Maja Mroczkowska

C

hoć bliski procentowo (2-8%), cydr jest lżejszy od piwa i bardziej od niego elegancki. W zestawieniu z winem (przeciętnie 8-14%) okazuje się, jak filuternie to uświadamia oficjalna strona Cydru Lubelskiego, „łatwiejszy w piciu, bo ma przyjemny smak, na którym nie trzeba się znać”. Co prawda, to prawda. Cydr, będąc bardziej wyrafinowaną alternatywą dla piwa, nie jest jednak tak jak wino obwarowany jakimś rodzajem stosownej etykiety. KTO TO WYMYŚLIŁ? Cydry podobno produkowano już w II tysiącleciu p.n.e. w Chinach i Egipcie. Proces jego wytwarzania opisuje nawet Pliniusz Starszy w „Historii naturalnej” (I wiek n.e.). Później na miano znawców w tym temacie mieli sobie zapracować Celtowie, co w jakiś sposób ma przełożenie na dzisiejszy rynek alkoholowy, ponieważ produkcja cydru roz-

s. 36

“Cydr nie jest ta-

nim winem owocowym ani „szlachetniejszą siostrą” jabola (!). Ten prawdziwy, rzemieślniczy, jest robiony jedynie z jabłek (min. 60% – absolutnie), bez dodatków substancji słodzących, dwutlenku węgla i sztucznych aromatów, sama baza fermentacyjna. wija się szczególnie dobrze w krajach o korzeniach celtyckich właśnie. W średniowieczu trunek zyskał niezwykłą popularność na wyspach brytyjskich oraz w Hiszpanii (zwłaszcza północy rejon Asturii). Do Polski cydrowa inicjatywa miała trafić już

w XVI wieku i mówiło się wtedy o „jabłeczniku”. CZYM TO JEST, A CZYM TO NIE JEST? Cydr nie jest tanim winem owocowym ani „szlachetniejszą siostrą” jabola (!). Ten prawdziwy, rzemieślniczy, jest robiony jedynie z jabłek (min. 60% – absolutnie), bez dodatków substancji słodzących, dwutlenku węgla i sztucznych aromatów, sama baza fermentacyjna. Naturalnie musujący – nie sztucznie gazowany. Żeby mieć pewność, że pije się produkt dobrej jakości, a nie wyrób przemysłowy na koncentracie jabłkowym, koniecznie trzeba zaglądać na skład i opis. Zdarzają się bowiem quasi-fachowe perełki w stylu: „aromatyzowane wino owocowe niskoalkoholowe, półmusujące, gazowane, słodkie” (Cydr Dobroński, producent: Jantoń). Półmusujące, gazowane – czyli innymi słowy: chyba pan Mietek coś tu pokręcił. Zagraniczne


cydry przewidują też różne warianty smakowe, jednak bardzo rzadko (w Polsce poważyła się na to firma Kamron: wariant gruszkowy lub truskawkowy). Degustatorzy jednak zwykle kwitują rezultaty pół-uśmiechem, ponieważ zdaje się to podobnie wdzięczne i naturalne jak malowanie krowy Milki na fioletowo. PRZEMYSŁOWY A RZEMIEŚLNICZY Produktem przemysłowym określa się ten rodzaj cydru, którego twórcy są nastawieni na masową sprzedaż. Wtedy nie trzeba dbać o kalendarze i sezony sadownicze, tylko, korzystając z koncentratu jabłkowego, nie przerywać sobie cały okrągły rok. Nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego nie są to propozycje najwyższych lotów. Wojciech Bońkowski, redaktor naczelny największego w Polsce serwisu winiarskiego winicjatywa.pl, często używa w takich momentach sugestywnego epitetu „ścierkowy smak” (co i tak już jest łagodniejszą wersją od np. sformułowania padającego w jednym z komentarzy, a wspominającego coś o „smaku starej lampucery”). Realizacjami tego scenariusza są: najpowszechniejszy chyba Cydr Lubelski (Amber S.A. – największy dystrybutor wina w Polsce), wspomniany już Cydr Dobroński, Green Mill Cider (Kompania piwowarska S.A. – lider branży piwowarskiej w Polsce) Cydr Polski Klasyczny albo

Rumiany (TiM). Chociaż z ostatnią pozycją rzecz ma się już troszkę lepiej, ponieważ miejsce chemicznie aranżowanego koncentratu zajmują tutaj wprawdzie niecydrowe, ale odmiany jabłka (mcintosh, antonówka, idared…). Cydr wariantu rzemieślniczego z kolei nie hołduje liczbom. Tutaj chodzi o doskonalenie kunsztu wyrobniczego, szukanie nowych rozwiązań, wirtuozerię sadowniczą. Stąd też dostępność wyrobów tego typu ogranicza się do określonych lokali bądź sklepów winiarskich w większych miastach w Polsce. Najlepszym przykładem cydru rzemieślniczego jest Cydr Ignaców, o którym więcej za moment. PEREŁKA POLSKIEGO PODWÓRKA Obecnie na rynku figurują 42 odmiany cydru polskiej produkcji. Sprawa nie wyglądała tak jednak jeszcze 3 lata temu, kiedy to dopiero zmiana przepisów w 2011 roku pozwoliła sadownikom na wyrób maksymalnie 10 000 litrów cydru rocznie. Pierwszymi, którzy przeszli puszczę przepisów i akcyzowych zawiłości byli Tomasz Porowski i Marcin Hermanowicz – autorzy Cydru Ignaców, który jest obecnie najlepszą jakościowo propozycją na rodzimym rynku. (W Krakowie dostępny w Pożegnaniu z Afryką i Winnacji). POLETKO ŚWIATOWE Obecnie największym rynkiem

cydrowym szczyci się Wielka Brytania. Co roku aż 57% całego zbioru sadowniczego jest przeznaczane na produkcję różnych odmian cydru. Trudno się dziwić. Tamtejsi cydrownicy doskonalą się w sztuce już od ponad 50 lat. Wielkim smakoszem jest sam książę William, z błyskiem w oku wyznający: „Wszyscy myślą, że pijam piwo, lecz w rzeczywistości wolę cydr”. Drugie miejsce w lidze zajmuje Hiszpania, szczególnie północny rejon – w Asturii stoi nawet pomnik honorujący wielowiekową tradycję wyrobu tego trunku. W czołówce produkcji światowej zajmuje też miejsce Francja, skąd pochodzące propozycje podobno najlepiej smakują do naleśników. Jeśli chodzi o importerów, wśród których przodują Irlandia i Belgia, w 2012 roku niespodziewanie na czoło wysunęła się Korea Południowa. Realizacje przemysłowe cydru mają zwykle smak słodki bądź półsłodki, niezwykle rzadko migrują w kierunku wytrawności. Wyroby rzemieślnicze z kolei oferują całkowite spektrum smaku od cydrów słodkich do wytrawnych, wyrabianych wtedy zwykle z deserowych odmian jabłka jak lobo, ligol czy rubin.  Tropy: www.winicjatywa.pl; www.krainacydru.pl; www.cydrignacow.pl/gdzie-kupic; www.cydrlubelski.pl; www.kupcydr.pl

s. 37


TEMAT NUMERU

Atomowa rewolucja Na czym polega fenomen działania alkoholu na organizm człowieka? Dlaczego substancja o całkiem niepozornej budowie chemicznej wywołuje tak daleko idące skutki? I czemu ciągle powtarza się, że alkohol szkodzi zdrowiu? Warto wiedzieć, bo wiedza na pewno nikomu nie zaszkodzi.

Małgorzata Różycka

A

lkohol etylowy, zwany również etanolem. Jedna z najbardziej pożądanych na świecie substancji chemicznych, której cząsteczka składa się z zaledwie dziewięciu atomów. Jej wzór jest bardzo prosty - C2H5OH. Wygląda niegroźnie, a każdy chyba widział, co potrafi zrobić z człowiekiem złożonym z miliardów atomów. Jak to w ogóle możliwe? Odpowiedź jest dosyć prosta: organizm traktuje alkohol jak truciznę i to bez względu na ilość. PIERWSZY ŁYK Etanol świetnie rozpuszcza się w wodzie i ma stosunkowo niską temperaturę wrzenia. To powoduje, że zaczyna się wchłaniać do krwiobiegu już w jamie ustnej i przełyku, przez co tak szybko odczuwamy skutki jego obecności w naszym organizmie. Pewna niewielka część spożytego alkoholu jest usuwana wraz z wydychanym powietrzem, natomiast znakomita część zaczyna krążyć po ciele razem z krwią, docierając tym samym do wszystkich narządów. Kolejna część (rzędu kilku procent) zostaje wydalona w

s. 38

“Mózg jest zbu-

dowany z niezwykle wrażliwych komórek nerwowych (neuronów), co powoduje, że właśnie ten organ staje się pierwszą „ofiarą” działania alkoholu w naszym ciele. Alkohol bardzo silnie wpływa na neurotransmitery, czyli substancje odpowiedzialne za przekazywanie sygnałów pomiędzy neuronami. niezmienionej postaci z moczem, a proces ten wymaga zużycia dużej ilości wody i stąd bierze się konieczność częstszych wizyt w toalecie. Pozostała część (około 90%) musi zostać zmetabolizowana, co wymaga dużych nakładów energii, dlatego też po wypiciu czegoś z procentami robi nam się słabo, kręci w głowie, drżą

nam ręce, ponieważ spada poziom glukozy (cukru) we krwi. MÓZG Mózg jest zbudowany z niezwykle wrażliwych komórek nerwowych (neuronów), co powoduje, że właśnie ten organ staje się pierwszą „ofiarą” działania alkoholu w naszym ciele. Alkohol bardzo silnie wpływa na neurotransmitery, czyli substancje odpowiedzialne za przekazywanie sygnałów pomiędzy neuronami. Wzmocnione zostaje wydzielanie działającego hamująco GABA (kwasu gamma-aminomasłowego), a zahamowane działanie pobudzającego komórki glutaminianu. Dlatego też osoba pod wpływem alkoholu zaczyna niewyraźnie mówić, wolniej reaguje. Bardzo wrażliwy na toksyczne działanie alkoholu jest robak, będący centralną strukturą móżdżku, a odpowiadający za równowagę, koordynację ruchów oraz napięcie mięśni. Z tego powodu pijani ludzie nie potrafią iść po prostej linii, omijać przeszkód, ani wykonywać precyzyjnych ruchów. Ze względu na ten fakt powstał także znany frazeologizm „zalać robaka”.


Spadek poziomu serotoniny w mózgowiu prowadzi ponadto do tego, że się rozluźniamy, jesteśmy bardziej skłonni do zwierzeń i zawierania nowych znajomości, a pociąg seksualny rośnie. Krótko mówiąc: mała cząsteczka, wielkie skutki. WĄTROBA Bierze na siebie ciężar przemian metabolicznych etanolu. Jej wyspecjalizowane komórki potrafią utlenić go do aldehydu octowego, który to jest niezwykle toksyczny (bardziej niż sam alkohol), a cały proces trwa bardzo długo; od kilku do nawet kilkudziesięciu godzin. Wszystko zależy od płci, masy ciała, predyspozycji genetycznych, aktywności odpowiednich enzymów oraz aktualnego samopoczucia psychofizycznego, stąd apel o każdorazową ocenę

własnych możliwości, a nie możliwości współpijących. Szkodliwość produktu przemian alkoholu odpowiada za występowanie po spożyciu jego dużej ilości nudności, bólów głowy, wymiotów (objawów zwanych popularnie „kacem”) oraz uszkodzenia całego narządu przy regularnych zatruciach alkoholem. UMIAR To słowo-klucz do tematu alkohol. Choć powyższy opis działania alkoholu na ludzki organizm może przypominać opis atomowej rewolucji, jaka właściwie ma miejsce w naszych ciałach po jego spożyciu, to nie chodzi tu od odstraszenie. Lampka czerwonego wina ucieszy nasz mięsień sercowy, a piwo wypite przy grillu pozwoli nerkom włączyć na chwilę piąty bieg, który na pewno

nie zaszkodzi. Za każdym razem rozchodzi się o ilość i częstotliwość, zawierające się w jednym słowie: ODPOWIEDZIALNOŚĆ, którego użycie ze zrozumieniem pozwoli oszczędzić naszym mózgom paraliżującej rewolucji, a i wątroba ma przy polskiej kuchni na tyle ciężkie życie, że watro dać jej czasem odetchnąć, zamiast poić ją, jak by na to nie patrzeć, trucizną. 

s. 39


TEMAT NUMERU

Dzieje picia Polaków Encyklopedia Brytannica podaje, iż śmiertelny poziom alkoholu we krwi dla człowieka wynosi 4%, co jednak nie dotyczy Rosjan i Polaków. Z „mocnej głowy” jesteśmy słynni. Tylko czy jest się czym chlubić?

Wojciech Urban

P

olacy biją rekordy w wielu ciekawych konkurencjach. Wciąż jesteśmy w czołówce, jeśli chodzi o spożywanie alkoholu. Okazuje się jednak, że zawdzięczamy to ewolucji. Europejczycy, szczególnie ci zamieszkujący środkowo-wschodnią część kontynentu, są w stanie tolerować niezwykle wysokie stężenie etanolu we krwi - stężenie, które zabija inne nacje. Bez względu na to, czy trzymamy w ręku kieliszek z wódką, piwo czy lampkę wina, los przyjmowanego etanolu jest taki sam. Alkohol trafia przez błonę śluzową układu pokarmowego do krwi i jest tłoczony do wszystkich zakamarków ciała. Jeszcze nim trafi do mózgu, co powoduje stan nietrzeźwości, zaczyna być metabolizowany w wątrobie. Narząd ten odpowiada za 95% metabolizmu etanolu. Szereg enzymów, pod ogólną nazwą dehydrogenaz alkoholowych, przekształca etanol w aldehyd octowy.

s. 40

“Napływ ludności

wiejskiej do dużych miast spowodował przenikanie się wiejskich i miejskich wzorów picia, które jeszcze niedawno różniły się znacznie. Wieś piła rzadziej, w ściśle określonych sytuacjach, wiele specyficznych dla wsi okazji wiązało się z rytmem produkcji rolnej. Substancja ta jest jeszcze bardziej toksyczna niż sam etanol i to właśnie ona jest sprawcą zatrucia alkoholowego, popularnie znanego jako kac. Aktywność innego enzymu – dehydrogenazy aldehydowej jest na tym etapie zbawienna. To on pomaga nam pozbyć się trującego aldehydu i wyeliminować efekty przedawkowania alkoholu.

Aktywność enzymów rozkładających alkohol jest znacznie wyższa u Europejczyków, w tym szczególnie u Polaków i Rosjan. Ponadto, także istnienie pewnego genu regulatorowego pomaga nam być tak odpornymi na etanol. Gen ten to mały fragment DNA, który działa niczym włącznik i wyłącznik innego genu. W razie zapotrzebowania uaktywnia w podwzgórzu (gdzie znajduje się ośrodek odpowiedzialny za uczucie pragnienia i sytości) gen galaniny - białka ułatwiającego metabolizm tłuszczu oraz alkoholu. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie w Aberdeen, w Szkocji dowiodło, że ten genetyczny „włącznik” jest znacznie słabszy u Azjatów niż w przypadku Europejczyków. Wiele jest na to dowodów. Naukowcy z całego świata wciąż nie mogą uwierzyć w możliwości pewnego wrocławianina, który w 1995 roku trafił do szpitala po spowodowaniu


wypadku samochodowego. Polak miał we krwi aż 14,8 promila, czym ustanowił absolutny rekord świata zawartości etanolu we krwi. Dawka śmiertelna dla człowieka wynosi 4 promile, co oznacza, że człowiek ten przekroczył śmiertelną dawkę ponad trzykrotnie. W szpitalu przeprowadzono test kilkakrotnie, sądząc, że przyczyną tak wysokiego wyniku był błąd aparatury. Wrocławianin zmarł, lecz nie w wyniku zatrucia alkoholowego; obrażenia, które odniósł w wypadku były zbyt poważne, by mógł przeżyć. Również w Polsce, w Cieszynie, w styczniu 2011 roku, odnaleziono bezdomnego, który miał we krwi 10,24 promila. Człowiek leżał niemalże nagi i mimo 10-stopniowego mrozu, przeżył. Inny przypadek to pewien grabarz z Krakowa, który miał we krwi aż 9,5 promila i również uszedł z życiem. Rok temu pewien mieszkaniec Podkarpacia bliski był pobicia rekordu, miał bowiem we krwi 13,7 promila. NIE OD RAZU WÓDKĘ PITO Bizantyjski dyplomata Priskos z Panion w swojej relacji z podróży w 448 roku wspomina, że ludy zamieszkujące wówczas nadczarnomorskie stepy, gdzie niektórzy upatrują prakolebki Słowian, przybyłych gości częstowały „zamiast wina czymś, co tam na miejscu nazywa się medos”,

natomiast towarzyszący im słudzy napojeni zostali „napojem z jęczmienia: barbarzyńcy nazywają go kamon”. Tak na dziejowej scenie odnotowano po raz pierwszy na terenach późniejszej Słowiańszczyzny pitny miód i – zapewne – piwo. To właśnie Słowianom zawdzięczamy rozpowszechnienie w Europie wywodzącego się gdzieś z Azji zwyczaju podnoszenia walorów smakowych sporządzanego z jęczmienia piwa poprzez dodawania doń chmielu. Po przyjęciu chrześcijaństwa, na ziemiach polskich pojawiło się wino. W średniowieczu klimat był u nas na tyle korzystny, iż z powodzeniem hodowano winorośl na miejscu. Po ochłodzeniu klimatu w XV-XVI wieku, ten luksusowy napój sprowadzano z zagranicy, głównie ze Śląska i Węgier, płacąc nieraz za nie bajeczne sumy, co przyczyniło się do osłabienia ekonomicznej pozycji wielu szlachciców. W średniowieczu istniało zjawisko pijaństwa, lecz nie tożsame z dzisiejszym alkoholizmem. Wynika to z tego, że alkoholu w zasadzie było mało. Miód pitny i wino było towarami luksusowymi, nawet jeśli kogoś było stać na te trunki, mógł bardzo szybko przepić rodowy majątek. Piwo natomiast zupełnie nie przypominało złocistego trunku z białą pianką. Było ciężkie, ciemne i wysokokaloryczne, zawierało też niewielkie ilości alkoho-

lu. Czymś takim ciężko się było upić. WSZYSTKO PRZEZ OBCYCH? Sytuację diametralnie odmienił wynalazek destylacji. Niektórzy historycy datują wynalezienie alembiku – urządzenia służącego do destylowania alkoholu – na około 200 - 300 rok przez Marię Żydówkę – legendarną alchemiczkę lub Zosimosa z Panapolis - egipskiego alchemika, który to wynalazł wiele rodzajów aparatury i skraplaczy refluksu. Inni sądzą natomiast, że alembik jest dziełem arabskich alchemików, którzy starali się uzyskać bardziej wysublimowane esencje perfum, lub w celu uzyskania kamienia filozoficznego, czyli przekształcenia ołowiu w złoto. Po pewnym udoskonaleniu tego urządzenia w Wenecji w XI wieku zaczęto pędzić w Europie pierwsze destylaty. Pod koniec średniowiecza wódka rozprzestrzeniła się na ziemiach polskich. Pędzono ją ze zbóż. W przeciwieństwie do inny znanych ówcześnie alkoholi, mogła spokojnie stać przez długi czas, bez ryzyka zepsucia. Przemiany społeczne i ekonomiczne, jakie zaszły w Rzeczpospolitej w XVI wieku to również początek masowego alkoholizmu na ziemiach polskich. Szlachta, chcąc bogacić się na handlu zbożem, tworzyła wielkie folwarki, na których pracowali okoliczni chłopi. Nie dość, że zobow-

s. 41


trzech lat ogarnęły od 300 do 500 tysięcy mieszkańców Górnego Śląska - uważa się, że zaangażowała się w ten ruch połowa Polaków mieszkających w tym regionie. W roku 1851 biskup wrocławski wyjednał dekret papieski nadający towarzystwom wstrzemięźliwości status bractw kościelnych. Różnorodne aspekty alkoholizmu stanowiące w dużej mierze analizę i syntezę publikacji z przełomu XIX i XX wieku opisał Bronisław Duchowicz. Za najpewniejszy środek przeciwdziałania alkoholizmowi uznał on uświadamianie społeczeństwa, w kwestiach ekonomicznych stwierdził, że “dochód, jaki państwo czerpie z monopolu spirytusowego, jest bardzo problematyczny, chwilowy, w zasadzie zaś dochód ten z czasem zmienić się musi na poważny wydatek, który wielokrotnie przewyższy ów dochód”.

iązani byli do bezpłatnej pracy na rzecz pana i podlegali mu sądownie, szlachcic dysponował również innymi przywilejami, dzięki którym mógł eksploatować chłopstwo. Jednym z nich był przywilej propinacyjny. Wprowadzony w 1496 roku, dawał właścicielowi dóbr ziemskich wyłączne prawo do produkcji i sprzedaży piwa, gorzałki i miodu w obrębie jego dóbr oraz przywilej do sprowadzania tych wyrobów z innych miast i czerpania z tego tytułu dochodów. Później z prawa zrodził się obowiązek – chłopi byli zmuszeni do kupowania określonych ilości alkoholu, w przeciwnym wypadku czekała ich kara. REAKCJA W XIX wieku stopniowo ograniczano i znoszono propinację. Oficjalnie zniesiono ją w zaborze pruskim w 1845 roku, w Galicji w 1889 roku, w zaborze rosyjskim w 1898 roku. W praktyce na niektórych terenach propinacja zachowała się do początków XX wieku, zwłaszcza w Galicji. Zainteresowanie problematyką

s. 42

alkoholową i skutkami alkoholizmu już w XIX wieku zaowocowało ukazaniem się kilku publikacji lekarskich, z których na pierwszy plan wysuwa się wydane w 1818 roku w Wilnie “Dzieło o pijaństwie przez Jakóba Szymkiewicza Nauk Wyzwolonych Filozofii, Medycyny i Chirurgii Doktora, Nadwornego Konsyliarza Jego Imperatorskiey Mości”. Warte przypomnienia jest też dzieło “O pijaństwie i jego szkodliwych skutkach i o środkach zapobiegania onym” z 1844 roku autorstwa lekarza Fryderyka B. Hechela, profesora Akademii Medycznej w Krakowie, filantropa i organizatora działalności trzeźwościowej. Propagował on przeciwstawianie się zjawisku alkoholizmu jako drogę do “uobywatelniania chłopów jako pełnoprawnych i pełnowartościowych członków narodu”. Jednocześnie w połowie XIX wieku rozwinął się na ziemiach polskich ruch trzeźwościowy związany z działalnością Kościoła rzymskokatolickiego. W 1844 roku w Piekarach Śląskich ksiądz A. Ficek i franciszkanin ojciec S. Brzozowski rozpoczęli działania, które w ciągu

BUTELKA WÓDKI W WALCE O POLSKOŚĆ Okres I wojny światowej przynosi wyraźny spadek spożycia alkoholu, co tłumaczy się z pewnością ciężkimi warunkami materialnymi ludności. Po wojnie jednak zaczyna się znowu powolny wzrost spożycia, widocznie na tyle niepokojący, że prowadzi do uchwalenia 23 kwietnia 1920 roku ustawy o ograniczeniach w spożyciu i sprzedaży napojów alkoholowych, zwanej “lex Moczydłowska” od nazwiska posłanki na sejm Marii Moczydłowskiej, działaczki ruchu kobiecego, spółdzielczego i przeciwalkoholowego. Ustawa ta została zresztą w 1931 roku tak znowelizowana, że później praktycznie nie była wiele warta. Blisko sześcioletnia okupacja kraju przez hitlerowców na pewno w niemałej mierze przyczyniła się do rozpowszechnienia picia. Wiadomo, że w ramach planowanej eksterminacji narodu polskiego w czasie II wojny światowej Niemcy prowadzili politykę rozpijania go, tak jak innych podbitych narodów. Do stosowanych przez okupanta środków - tyleż perfidnych, co skutecznych - należało wypłacanie należności za odstawiane przez ludność wiejską kontyngenty żywnościowe spirytusem bądź wódką. Okupacja


TEMAT NUMERU przyczyniła się także do rozwinięcia zakonspirowanego tajnego gorzelnictwa (samogon) nie tylko na wsi, ale i w mieście. Wyraźna była tolerancja dla przypadków pijaństwa: podobno w czasie łapanek usuwano pijanych, a niekiedy udających pijanych. Politykę rozpijania najbardziej wprost wyraził SS Jurgen Stroop w rozmowie z Kazimierzem Moczarskim: “Dlaczego Ukraińcom nie dać wódki, jeżeli jej tak pożądają [...]. Jeżeli wódka, mocna wódka, byłaby tania i wszędzie do nabycia, to Ukraińcy byliby wam wdzięczni [...]. Należałoby otworzyć specjalne sklepy monopolowe, gdzie sprzedawano by

używająca alkoholu podczas służby powinna być zawieszona w pełnieniu funkcji, a w razie stwierdzenia stanu pijaństwa ma być usunięta z piastowanego stanowiska na stałe”. NA ZDROWIE, TOWARZYSZE! Czasy powojenne z typową dla nich “wędrówką ludu” - przemieszczeniem ogromnych mas ludzkich na tereny odzyskane, a później migracją ludności wiejskiej do miast w miarę odbudowy i pośpiesznej industrializacji - przyczyniły się też niewątpliwie do rozprzestrzenienia się pijaństwa. Urbanizacja Polski lat powojennych, nienadążająca za up-

państwa o nowym ustroju. Automatycznie zakładano, że znikną przesłanki do powstawania takich zjawisk społecznej patologii, jak: prostytucja, pijaństwo, przestępczość itp. Okazało się jednak, że nie da się tego łatwo i szybko zmienić. Napływ ludności wiejskiej do dużych miast spowodował przenikanie się wiejskich i miejskich wzorów picia, które jeszcze niedawno różniły się znacznie. Wieś piła rzadziej, w ściśle określonych sytuacjach, wiele specyficznych dla wsi okazji wiązało się z rytmem produkcji rolnej. Pito prawie wyłącznie w kręgu sąsiadów, kuzynów, rodziny. Podawano duże

o każdej porze i po niskiej cenie mocne alkohole, ale tylko za dostarczaną makulaturę książkową i gazetową”. Polskie Państwo Podziemne podejmowało kroki zmierzające do przeciwdziałania polityce okupanta. Armia Krajowa przeprowadziła wiele akcji rozbijania gorzelni, niszczenia bimbrowni itp. Znamienny w tym względzie jest rozkaz dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, generała Chruściela (Montera), w którym “zakazał wszelkiego użycia alkoholu przy pełnieniu funkcji organizacyjnych lub urzędowych. Osoba

rzemysłowieniem, sprawiała, że masy młodych ludzi, oderwanych od środowiska wiejskiego, z którego opinią jeszcze się liczyły, osamotnionych, stłoczonych nieraz ponad wszelką miarę w prowizorycznych barakach ówczesnych hoteli robotniczych, a zarabiających nieźle i nieposiadających wyrobionych potrzeb kulturalnych - w gromadnym piciu alkoholu znajdowały jedyną rozrywkę. Zapewne niemałą rolę w kształtowaniu alkoholowych obyczajów odegrały błędne założenia polityki społecznej w początkach istnienia

ilości alkoholu, a nietrzeźwość i nawet ciężkie upicie w takich sytuacjach nie budziły dezaprobaty społecznej. W mieście w związku z innym rytmem pracy - wymagającym większej regularności i punktualności - pito z większą częstotliwością, przy czym jednorazowo spożywano mniejsze ilości alkoholu. Miasto dawało też więcej okazji do picia. Picie w dzień wypłaty jest obyczajem miejskim, chociaż może też być kontynuacją chłopskiego opijania sprzedaży produktów rolnych czy inwentarza. Spotkania towarzyskie z kolegami z

s. 43


pracy czy odwiedziny rodziny jako typowo miejskie sytuacje alkoholowe na wsi występowały zdecydowanie rzadziej lub nie występowały wcale. Bezpośrednio po wojnie nie pisano i nie mówiono o pijaństwie i alkoholizmie z paru, jak się wydaje, przyczyn. Przede wszystkim ośrodki decyzyjne skreśliły problem z rejestru patologii, uważając, że alkoholizm stanowi relikt czasów minionych. Wierzono, że zmiana porządku społecznego spowoduje automatyczne podcięcie korzeni zła i wraz z nastaniem “ustroju sprawiedliwości społecznej” znikną wszystkie, pozostałe w spadku po przeszłości, negatywne zjawiska społeczne. A ponieważ sprawy odbudowy kraju z ruin pochłaniały niemal cały wysiłek i uwagę społeczeństwa - mimo ujemnych zjawisk, jakie przyniosła ze sobą wojna (bimbrownictwo, utrwalenie niekorzystnych wzorów picia) - nie było masowego pijaństwa. Z czasem, gdy problem zaczął narastać, władze uznały, że ujawnienie stanu rzeczy może wpłynąć na pogorszenie wizerunku socjalistycznego państwa w świecie. Ograniczono więc do minimum

s. 44

sprawozdawczość GUS, nie ujawniano raportów o patologii społecznej, przygotowanych między innymi już w latach 70. w Komitecie Badań i Prognoz “Polska 2000” przy prezydium PAN czy raportu o problemach alkoholizmu, opracowanego przez zespół ekspertów Stałej Komisji Rady Ministrów do Walki z Alkoholizmem. Ostrzejsze uwagi i śmielsze propozycje nie były dopuszczane na łamy czasopism centralnych, a te opublikowane na łamach prasy przedstawiano w postaci okrojonej i złagodzonej. Głosy krytyczne traktowano nieufnie i podejrzewano o “krytykanctwo”, “nieprawomyślność” czy “antyrządowość”. BO TO SIĘ OPŁACA Przemilczano też i ukrywano przed ogółem obywateli to, jak olbrzymie dochody czerpie państwo z wytwarzania i sprzedaży napojów alkoholowych, i że produkcja spirytusu jest jedną z najbardziej rentownych gałęzi przemysłu. Największy dochód z monopolu spirytusowego miał miejsce w 1946 roku - 53% wpływów do budżetu, podczas gdy na przykład w 1976 roku odsetek ten stanowił około

l4%, a w 1994 roku - 12%. W 1995 roku dochody państwa z tego tytułu wyniosły netto 2.5 miliarda złotych - tyle samo, ile z tytułu podatków. Warto zauważyć, że również dochody niektórych organizacji, fundusze celowe, budżety rad narodowych były faktycznie uzależnione od wpływów z dopłat do cen detalicznych za alkohol. W latach 80. zaczęły ukazywać się publikacje, które zwracały uwagę na obyczaje, style i motywy spożywania alkoholu. Przyglądając się obyczajom związanym z piciem w Polsce, dostrzeżono, że znaczna część społeczeństwa postępuje zgodnie ze sloganami: “Załatw sprawy przez bufet”, “Wyrażaj swoją wdzięczność za przysługę pełną butelką”, “Alkohol uważaj za podstawę dobrych stosunków z innymi ludźmi”. Zasady takie obowiązywały w całym okresie istnienia Polski Ludowej. Alkohol stał się - obok złotówki i waluty krajów zachodnich - trzecim środkiem płatniczym w Polsce. 


s. 45


TEMAT NUMERU

Alkohol

dla nieletnich? Co takiego jest w alkoholu, że sięgają po niego ogromne rzesze ludzi? Co sprawia, że ta substancja jest tak popularna wśród młodzieży? Czy naprawdę dobra zabawa i popularność wśród znajomych muszą być ściśle powiązane z piciem piwa czy wódki?

Mam nadzieję, że nie tylko choć patrząc na otaczający nas świat coraz trudniej o optymizm. Mateusz Nowak

A

lkohol jest dla dorosłych. Koniec, kropka. Tak zostało ustalone prawnie i trudno się z tym przepisem nie zgadzać. Jednak to głównie dlatego tak chętnie młodzież po niego sięga. W końcu to co zakazane kusi nas najbardziej. Ekscytujący jest ten dreszczyk emocji, ukrywanie się przed rodzicami, nauczycielami, opiekunami kolonijnymi, a prawdziwym zwycięstwem jest gdy pani w sklepie nie spyta o dowód. W końcu ileż można prosić jakichś meneli, żeby nam kupowali. Nie dość, że są brudni, wydzielają mało przyjemne zapachy, to jeszcze zazwyczaj pobierają za takie usługi prowizję. Jest to nieopłacalne, dlatego warto próbować, a nuż pani nie spyta, w końcu wyglądam już dojrzale. Kiedy już osiągniemy sukces to zostaje nam tylko znaleźć miejsce, gdzie policja i straż miejska nas nie dopadną. To budzi największe emocje i jest udziałem nie tylko nieletnich. W końcu każdy z nas chce czasem zrobić coś szalonego, wbrew regułom. Przecież zasady są po to, żeby je łamać. A odpowiedzialność? Przyjdzie jeszcze na nią czas, póki jestem młody, chcę się wyszaleć. Iskra szaleństwa jest w każdym

s. 46

“Iskra szaleństwa

jest w każdym z nas i dobrze, bo bez niej świat byłby do bólu nudny i przejrzysty. Czasem jednak warto znać pewne granice, których przekroczenie może być opłakane w skutkach. z nas i dobrze, bo bez niej świat byłby do bólu nudny i przejrzysty. Czasem jednak warto znać pewne granice, których przekroczenie może być opłakane w skutkach. Tu już nie chodzi nawet o sam fakt spożywania alkoholu przed osiemnastką, ale o konsekwencje jakie mogą z tego płynąć. Wiadomo, w 90% przypadków nic się nie dzieje, pijemy, śmiejemy się, jest super zabawa, czasem ktoś zwymiotuje, ktoś przestanie ogarniać rzeczywistość, ale na drugi dzień wszyscy budzą się w łóżkach i jedynym efektem ubocznym jest kac. Czyli poza pewnymi stratami moralnymi tak naprawdę wszystko jest w porządku. Jednak nie zawsze. O ile pijemy jeszcze w zamkniętym

pomieszczeniu to powiedzmy, że jesteśmy jako tako bezpieczni, choć zdarzają się niejednokrotnie przypadki choćby wypadnięcia przez okno. Jeśli jednak decydujemy się na imprezę na świeżym powietrzu, np. w lesie, pomijając że jest to nielegalne, to narażamy się już na różne sytuacje, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zwłaszcza będąc w stanie z lekka wskazującym. Poziom epickości melanżu jednak wzrasta, w końcu jest niebezpieczniej, adrenalina skacze, wszyscy się cieszą. Dopóki nie dzieje się nic złego, zabawa trwa w najlepsze. Jednak wyobraźnia powinna czasem zadziałać, bo o tragedię często bardzo łatwo. Pouczające kazania nic jednak nie dadzą, wszyscy musieliśmy przejść w życiu przez okres buntu. Nasi rodzice czy dziadkowie może sięgali po inne rzeczy , ale na pewno nie byli tacy święci za jakich próbują często uchodzić. Oczywiście robią to też po to, żeby nas chronić, jednak mało którego nastolatka takie gadanie przekona. I w konsekwencji dochodzimy do faktu, że przytłaczająca większość nieletnich przyznaje, że przynajmniej raz w życiu próbowała alkoholu. Tego raczej nie zmienimy, każdego kusi ten zakazany owoc i mało kto się przed


nim jest w stanie obronić. Jest jednak różnica między nawet okazjonalnym wypiciem piwa, a chlaniem wódki co kilka dni. I jest też różnica między upiciem się w wieku dwunastu a siedemnastu lat. Niestety coraz młodsi sięgają po alkohol, o jego zdobycie przecież nietrudno. A to starszy kolega kupi, a to znajdzie się jakiś nieodpowiedzialny sprzedawca. Są różne sposoby, przed którymi nie da się uchronić, choćby nawet państwo prowadziło wysoce rozwiniętą politykę prewencyjną. Nieletni zawsze znajdą sposób, a dorośli nie mogą ich nie doceniać. Uważam, że jest to problem nie do rozwiązania, bo alkohol nieodłącznie jest teraz powiązany z młodzieńczym buntem. A nastolatkowie zawsze będą się buntować, co doskonale pokazuje choćby “Tango” Stanisława Mrożka, w którym role się odwracają i młodzi sprzeciwiają się aktualnemu stanowi rzeczy chcąc wrócić do normalności. Bunt, zakazany owoc, to słowa klucze w kwestii problemu alkoholu wśród nieletnich. Pocieszające tylko jest to, że większość z wiekiem z tego wyrasta. Oczywiście dopiero po studiach. Pozostaje jednak odsetek, który wpada w mniejsze lub większe uzależnienia. Mniejsze związane są z reguły z piciem przy każdej okazji, na każdej imprezie, z niemożliwością wyobrażenia sobie spotkania ze znajomymi czy dyskote-

ki bez alkoholu. Większych chyba nie muszę tłumaczyć. Alkoholizm jest zagrożeniem, do którego może prowadzić taki a nie inny tryb życia za młodu. Oczywiście nie jest to reguła, jednak problem istnieje. Wielu studentów nadużywa alkoholu, z różnych przyczyn i nie każdy umie sobie potem z tym poradzić. A gdy spytamy takiego człowieka, kiedy zaczynał swoją przygodę z piciem, to zazwyczaj odpowie, że na długo przed osiemnastym rokiem życia. Jak temu zapobiegać, nad tym powinny się zastanawiać wielkie umysły naszego świata. Bo przecież ten problem istnieje nie tylko w Polsce. Jadąc na wakacje do Hiszpanii, Grecji, Chorwacji, Bułgarii czy innego południowego kraju, można bez trudu natknąć się na grupy młodych turystów z całej Europy, którzy zazwyczaj jadą na wakacje tylko w jednym celu. Imprezują wszyscy, a to wiąże się z przelewaniem hektolitrów piwa, wódki, wina. Idąc nocą po ulicach w pełni żyjącego kurortu nadmorskiego, niemal wszędzie można się natknąć na wielojęzyczne grupy pijanych nieletnich, nawet częściej dziewczyn niż chłopaków. Oczywiście rodzice puszczając pociechę na kolonię nie biorą pod uwagę, że ich dziecko nie jest takie grzeczne za jakie uchodzi, następuje u nich często mechanizm wyparcia, przecież to niemożliwe, że mój synuś robi takie rzeczy, a moja

córunia to przecież złote dziecko. Chyba jednak tylko w domu. Nie ulega wątpliwości, że problem alkoholu u nieletnich istnieje i nie można tego wypierać. Nie wolno nam zamiatać go pod dywan, choć jego rozwiązanie wydaje się być arcytrudne, z tych wszystkich powodów, które już przytaczałem: buntu, łamania zakazów, urywania się spod opieki rodziców, skoku adrenaliny towarzyszącemu ukrywaniu się przed tymi, którzy chcą nam tego zabronić. To wszystko jest ściśle ze sobą powiązane. I praktycznie nie da się przed tym uchronić. Chyba najwięcej zależy tu od wychowania, bo znam kilka przypadków osób, które potrafiły spokojnie powstrzymać się przed piciem do osiągnięcia pełnoletniości. Wszystkie jednak miały wpojone od dziecka pewne zasady moralne, których widać, że w życiu twardo się trzymają. Rodzic może więc sporo zrobić, chociaż decydujący głos w tej kwestii ma już samo dziecko, które musi mieć własny rozum, a gdy już nawet sięga po alkohol, to przynajmniej mieć umiar, żeby wiedzieć kiedy powiedzieć “dość”. 

s. 47


TEMAT NUMERU

Nie podpisałbym Krucjaty Od końca marca mam podpisaną na rok Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Nie piję, choć niegdyś było bardzo inaczej. I nigdy bym się nie spodziewał, że podejmę się takiego wyzwania. Wciąż jestem w szoku, że to zrobiłem, ale nie żałuję tego. Zacznę jednak od picia.

Dominik Cwikła

O

d gimnazjum zdarzało mi się popijać. W liceum zaś regularnie piłem. I nie było to tylko piwo, ale bardzo często mocniejsze trunki. Pójście na imprezę i spicie się jak przysłowiowy Messerschmitt było czymś normalnym dla mnie. I niestety jest nadal dla wielu nastolatków a nawet dorosłych. Gdy poszedłem na studia, pierwszy semestr zaliczyłem tylko z powodu niskiego poziomu na uczelni, w której studiowałem. Nieraz opuszczałem zajęcia i chodziłem pić. Wynikało to z przyzwyczajeń ze szkoły średniej, ze środowiska w którym się wychowywałem oraz mentalności innych studiujących. Gdy ledwo przecisnąłem się przez semestr, postanowiłem, że trzeba z tym skończyć. Miałem dość urwanych filmów, niskiego poziomu zachowania ludzi, z którymi de facto przez picie się zadawałem, hipokryzji tych osób i iluzji szczęścia. Postanowiłem z tym

s. 48

“Zacząłem także

obserwować jak mentalność naszego narodu jest spaczona przez alkohol. Tolerancja wobec wyczynów po pijaku, braku wszelkich zahamowań i zwierzęcego zachowania tłumaczona jako „dobra zabawa po alkoholu” wywołuje we mnie do dzisiaj frustrację. skończyć. I o dziwo mi się udało. Okazało się oczywiście, że sporo dotychczasowych kolegów zniknęło i przestałem ich rozumieć, a oni mnie. Ale o dziwo nie ruszyło mnie to. Zobaczyłem biedę umysłową i ograniczenie, w którym tkwią oni nadal, a w którym ja sam przez kilka

lat trwałem. OGRANICZANIE Przez kilka lat nie piłem prawie w ogóle. Postanowienie było takie, że delikatnie wypić mogę na weselu, na nowy rok oraz na bardzo dobrą okazję. I poczułem, że żyję. Nie miałem urwanych filmów, miałem więcej czasu, który przedtem musiałem poświęcać na trzeźwienie oraz sen. Ponadto z miesiąca na miesiąc czułem, jak mój umysł staje się sprawniejszy. Nie obawiałem się, że powiem po alkoholu coś, czego bym nie chciał. Ponadto nie groziło mi to, co niektórym moim ówczesnym kolegom, na przykład rozklejenie się i załamanie przez alkohol. Zacząłem także obserwować jak mentalność naszego narodu jest spaczona przez alkohol. Tolerancja wobec wyczynów po pijaku, braku wszelkich zahamowań i zwierzęcego zachowania tłumaczona jako "dobra zabawa po alkoholu" wywołuje we mnie do dzisiaj frustrację. Wszecho-


becny alkohol, próby reklam pośrednich dla młodzieży oraz kretyńskie wręcz postawy niejednych rodziców po prostu porażają. Zabawne, że opiekunowie dziwią się, że ich dzieci piją, choć sami rodzice dają taki przykład. Postanowiłem, że nie będę pił tak jak wszyscy oraz że będę wyraźnie mówił bez politycznej poprawności co sądzę o rozpijaczonym społeczeństwie. Jednak nigdy nie miałem w planach zupełnej abstynencji. Uważam bowiem, że prawie wszystko jest dla ludzi i kulturalne picie przy dobrej okazji nie jest niczym złym. Aż ponownie poszedłem na studia. KRUCJATA WYZWOLENIA CZŁOWIEKA Na obecnej uczelni poznałem moją Piękną. Jeszcze zanim ze sobą byliśmy zachęciła mnie do Krucjaty. Jakiś czas po rozpoczęciu związku zacząłem się zastanawiać, czy jak ona nie podpisać przyrzeczenia na rok abstynencji. Wahałem się, bo nigdy od wielu lat nie zdażyło mi się być na bezalkoholowej imprezie sylwestrowej, czy takowym weselu. Czy w takim przypadku uda mi się pohamować? Przeważyła jednak męska natura i chęć podjęcia wyzwania. Pod koniec marca podpisałem Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. I ku memu zdziwieniu nie mam z tym żadnych problemów. O nowym roku myślę spokojnie. Nie mam oporów przed powiedzeniem "mam krucjatę i nie będę pić", bo jeszcze wcześniej sobie wyćwiczyłem umiejętność odmawiania. Zresztą jeszcze przed ograniczeniem picia lubiłem mówić "nie" na popularne i chamskie hasło "ze mną się nie napijesz?" Zabawne jest, że pytanie przepełnione dumą ukazywało nieraz słabość charakteru oraz otępienie umysłowe i fizyczne pytającego. Urażony delikwent najczęściej po tym nie robił nic, ewentualnie obrażał się na wszystkich i przestawał się dobrze czuć w towarzystwie. Do tego prowadzi alkohol. ROK WYZWANIA Prawie pięć miesięcy już nie

piję w ogóle. Czy jak moja Piękna wcześniej, przedłużę potem Krucjatę? Nie wiem. Jeszcze dużo czasu. Nie planuję tego, niemniej Ona nie planowała także, a jednak tak uczyniła. Na pewno KWC mogę polecić wszystkim Polakom. Jesteśmy narodem wielkim, ale rozpijaczonym. Spowodowane jest to głównie przez zabory austriackie i rosyjskie oraz przez okres okupacji marionetkowego rządu PRL. Człowiek pijany to człowiek zniewolony i ogłupiony. Krucjata nadaje motywację bazującą na wierze do tego, by inaczej spojrzeć na świat. Z pewnością każdy, kto chociaż co dwa tygodnie (jeśli częściej tym bardziej!) pił zobaczy, że świat może wyglądać zupełnie inaczej. Dlaczego taka motywacja jest ważna? Ponieważ wielu ludziom pomaga. Nawet wśród górali uznaje

się przyrzeczenie przed Bogiem jako coś wiążącego i wiele osób nie nalega w takim przypadku. To z kolei pomaga w wytrwaniu w abstynencji. Przebudzenie się z cotygodniowego cugu alkoholowego może sprawić, że odkryjemy w sobie pasje i umiejętności o istnieniu których nie mieliśmy pojęcia. Tak było właśnie ze mną. 

s. 49


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Protest się

skończył! „To nie Duch Święty prowadzi do podziału. Podziały tworzy ten, który jest zazdrosny, siewca chwastów - szatan. Duch Święty tworzy różnorodność w Kościele. I ta różnorodność jest bardzo bogata, piękna” papież Franciszek

Maja Mroczkowska TAJEMNICZE SILENTIUM Sporo się ostatnio wydarzyło na poletku dialogu ekumenicznego pomiędzy Kościołem katolickim a Kościołem zielonoświątkowym oraz chrześcijanami ewangelicznymi (korzystającymi z darów duchowych jakimi są charyzmaty Ducha Świętego w postaci darów języków, proroctwa, rozeznawania duchów, uzdrawiania – 1 Kor 12,10). Papież Franciszek pod koniec lipca podczas swojej wizyty na południu Włoch w mieście Caserta, oprócz odprawienia Mszy Świętej dla 200 tysięcy wiernych, spotkał się także ze swoim przyjacielem, pastorem Giovannim Traettino. Nieco zagadkowe zdaje się względne milczenie na ten temat w mediach katolickich. Jeśli już w ogóle pojawiła się informacja, była ona raczej zdawkowa. Na stronie np. „Gościa Niedzielnego” zamieszczono krótką notkę, jednak rzecz nie doczekała się żadnego większego rozwinięcia w wersji papierowej tygodnika. W zasadzie jedynym źródłem starającym się wyczerpać temat jest chrześcijański (w sensie – ogólnochrześcijański) portal ChnNews.pl.

s. 50

“Zbyt wiele jednak

budujących i tak doskonale zgadzających się z Duchem Bożym słów i postaw uczy nas Franciszek, żeby można było w sposób jawny krytykować jego ekumeniczne ‘ekscesy’. Może to jest przyczyna tych medialnych przemilczeń? Nie wiadomo, „w co to włożyć”. CO SPRAWIA, ŻE? Papież Franciszek czyni wiele gestów, które wobec standardowego katolickiego modelu interpretowania zdarzeń są bez precedensu. Jedne uznane za wyzwalająco-przełomowe, inne za ekstrawagancje, z którymi trzeba nauczyć się żyć, jeszcze inne za cokolwiek drażliwe i niezrozumiałe, nie mówiąc już o wariancie galopującej apokalipsy, kiedy papieża utożsamia się z Antychrystem systematycznie prowadzącym Kościół

katolicki w przepaść. Zbyt wiele jednak budujących i tak doskonale zgadzających się z Duchem Bożym słów i postaw uczy nas Franciszek, żeby można było w sposób jawny krytykować jego ekumeniczne ‘ekscesy’. Może to jest przyczyna tych medialnych przemilczeń? Nie wiadomo, „w co to włożyć”. W Kościele katolickim można rozróżnić trzy postawy względem osób z innych denominacji. Jest w ostatnim czasie coraz liczniejsza społeczność wierzących bardzo otwartych na kontakty ekumeniczne, gdzie zamiast kurtuazyjnej tolerancji widać zainteresowanie budowaniem żywej relacji braterstwa z protestantami, prawosławnymi czy Żydami wierzącymi mesjańsko (wierzącymi w Jezusa jako obiecanego Mesjasza Izraela). Zwykle są to osoby związane z grupami odnowy charyzmatycznej w Kościele katolickim. Kolejna grupa to ci tolerujący inne wyznania, ale odnoszący się do nich z autorytarną wyższością, realizując model „możemy z wami rozmawiać, ale to i tak my mamy pełnię i jesteśmy lepsi”. Są też osoby kategorycznie przeciwne


jakiemukolwiek dialogowi, zwłaszcza z protestantami, uważając ich za „sekciarzy, który po prostu muszą się nawrócić”. CO ZROBIŁ FRANCISZEK? Podczas spotkania z pastorem Traettino papież przeprosił zielonoświątkowców za wszelkie akty prześladowań ze strony katolików, jakich doświadczyli oni w latach 20. i 30. pod panowaniem faszystowskiego rządu Włoch: „Katolicy byli wśród tych, którzy prześladowali i potępiali zielonoświątkowców, byli jakby w szaleństwie. Ja jestem pasterzem katolików i proszę, byście wybaczyli moim katolickim siostrom i braciom, którzy nie mieli zrozumienia i byli kuszeni przez diabła”. Wspomniał też o pewnej pokusie pojawiającej się w sytuacji podziału – pokusie, by innych nazwać „sektą”… Franciszek od dawna w swojej retoryce forsuje prawdę, że różnice doktrynalne nie są warte tego, by skupiać się na nich bardziej niż na Jezusie, który łączy nas wszystkich. „Kiedy człowiek wchodzi w obecność Bożą, rezultatem jest braterstwo”, powiedział w Casercie. REAKCJA PRZEPROSZONYCH Wypowiedź następcy Piotra zrobiła duże wrażenie na odbiorcach w kręgach chrześcijan ewangelicznych. Wrażenie wprawdzie niejednolite.

Pastorzy Giovanni Traettino oraz Luca Baratto (Federacja Kościołów Ewangelicznych) nazwali tę wizytę przełomową, Franciszka z kolei – „ukochanym bratem”. Nie minęło również 10 dni, gdy ukazała się informacja o wypowiedzi sekretarza generalnego Światowego Aliansu Ewangelicznego (organizacja reprezentująca 650 mln ewangelicznie wierzących) dr Geoffa Tunnicliffe’a, który z kolei przeprosił katolików za wszelkie akty dyskryminacji czy prześladowań, jakich doświadczyli oni ze strony ewangelicznie wierzących chrześcijan. Inne stanowisko jednakże zajęły niektóre zbory protestanckie oraz Alians Ewangeliczny Włoch, krytykując społeczności mające nadzieję na bliskie stosunki z Watykanem: „Podobieństwa do ewangelicznej duchowości i wiary w niektórych częściach katolicyzmu nie przyczyniają się same w sobie do nadziei na realną zmianę”. Jak widać – zarówno po katolickiej jak i po ewangelicznej stronie znaleźć można spore grono sceptyków albo wręcz wrogów rozwijającego się dialogu. RETROSPEKCJA Mało kto wie też, iż w czerwcu do Watykanu zostały zaproszone znakomite persony z kościołów ewangelicznie wierzących chrześcijan, w tym Geoff Tunnicliff, Kenneth Copeland, John i Carroll Arnott

(przebudzenie Toronto Blessing). Wizyta ta była absolutnie przełomowa i posuwająca dialog ekumeniczny pomiędzy stronami o całe lata świetlne do przodu. Z ust kaznodziei Copelanda padły nawet tak mocne słowa jak: „Kościół się dzieli. Mają miejsce walki doktrynalne. Ty otrzymujesz objawienie z nieba i ja otrzymuję, a diabeł robi wszystko, co może, byś nie dowiedział się, co ja dostałem, a ja bym nie dowiedział się, co dostałeś ty. Ale te czasy są skończone! (…) Protest się skończył!” A mówił o tym w nawiązaniu do formalnego wydarzenia sprzed lat, w którego potencjał praktyczny wchodzimy dopiero teraz – mianowicie chodzi o podpisanie w 1999 roku wspólnej deklaracji dotyczącej kwestii usprawiedliwienia przez łaskę, a nie z uczynków. Dokument został podpisany przez Papieską Radę na rzecz Jedności Chrześcijan i Światową Federację Luterańską. BÓG COŚ ROBI Bóg ewidentnie coś robi. W Jego sercu zawsze była i jest jedność. Ponadnaturalna jedność. On na szczęście okazuje się być szerszy od wszystkich doktrynalnych różnic i nam nie przepuści. Nie przepuści. Cytaty za: www.chnnews.pl

s. 51


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Twardziele w Kościele Wzbudzają szacunek chłopaków i zachwyt dziewczyn. Kultowi twardziele ze szklanego ekranu – Sylvester Stallone i Chuck Norris – zmienili historię kina. „Strażnik Teksasu”, „Rambo” czy „Rocky Balboa” to już część naszej kultury. Mniej znane jest jednak życie osobiste aktorów. Obaj postanowili iść przez życiowe burze jako uczniowie Mistrza z Nazaretu.

Krzysztof Reszka

S

ylvester Stallone pochodzi z rodziny włoskiego fryzjera i tancerki żydowskiego pochodzenia. W wieku 24 lat ambitnie garnął się do aktorstwa. Wkrótce nastąpiła eksplozja jego kariery, niestety towarzyszyły jej dramatyczne wybory życiowe... „Wychowałem się w katolickim domu, chrześcijańskim domu, i uczęszczałem do katolickiej szkoły. Aż pewnego dnia, wiecie, wszedłem w tak zwany prawdziwy świat, poznałem, czym są pokusy. Zgubiłem moją drogę i dokonałem wielu złych wyborów” – wyznał Stallone. Po wielu latach powrócił do wiary. Przyznaje że droga nowego życia z Bogiem jest dla niego doświadczeniem wewnętrznej wolności: „Im więcej chodzę do kościoła, im bardziej powracam do wiary w Jezusa, słucham Jego Słowa i pozwalam Mu prowadzić się za rękę, czuję jakby ten świat przestawał wywierać na mnie presję”. Wspólnota Kościoła jest dla niego wsparciem i ukazuje mu nowe perspektywy. Jak twierdzi: „Człowiek bez Kościoła jest jak łódź bez steru… Kościół jest jak siłownia dla duszy, a duchowni jak trenerzy, przeprowadzają cię przez trudności do miejsca,

s. 52

“Stał się mistrzem

sztuk walki a później znanym aktorem. „Grałem w filmach, miałem sławę i pieniądze, ale byłem nieszczęśliwy i nie wiedziałem, co jest tego powodem”. Tak było do czasu, kiedy Norris ożenił się z Geną. do którego wydaje ci się, że nigdy nie dojdziesz…”. Nawrócenie Sylwestra Stallone znalazło swój wyraz w ostatnim odcinku przygód kultowego pięściarza. „Musiałem jeszcze raz przejść przez procesy i udręki mojej duszy, zanim byłem w stanie dojrzeć do napisania takiej historii, jak ta o Rocky’m Balboa” – wyznaje Stallone. Rocky Balboa wchodzi na drogę przemiany serca i zawierza swoje życie Chrystusowi. O przesłaniu niesionym przez nawróconego Rocky’ego aktor i reżyser mówi: „W tym chodzi o poświęcenie się, o miłość, to ciężka

praca i wytrwałość, w czym każdy powinien mieć wojowniczego ducha. To nie chodzi o «ja», to chodzi o «my». Każdy z nas ma w sobie coś do ofiarowania, jak mówi Rocky, coś fundamentalnego. Ofiaruj to, nie zatrzymuj tylko dla siebie. Masz w sobie mnóstwo miłości i służby, którą możesz ofiarować innym ludziom, a w końcu możesz zwyciężyć swoją przeszłość. Jeśli szukasz Boga, możesz pokonać przeszłość i narodzić się na nowo i tym właśnie jest Rocky, ponownie narodzonym”. *** Chuck Norris, właściwie Carlos Ray Norris, urodził się jako najstarszy z trzech synów Czirokeza (Indianina) Raya Norrisa i jego żony irlandzkiego pochodzenia, Wilmy Scarberry. Jego ojciec był alkoholikiem który porzucił swoją żonę i dzieci. Młody Norris w wieku 12 lat przeniósł się z matką i braćmi z Oklahomy do Kalifornii. Gdy dorósł, wstąpił do wojsk lotniczych i stacjonował w Korei, aby utrzymać rodzinę. Właśnie w wojsku przybrał pseudonim Chuck. Stał się mistrzem sztuk walki a później znanym aktorem. „Grałem w filmach, miałem sławę i pieniądze, ale byłem nieszczęśliwy i nie wie-


działem, co jest tego powodem”. Tak było do czasu, kiedy Norris ożenił się z Geną. Pewnego dnia małżonka czytała mu Biblię na głos i to był moment, kiedy aktor poczuł, że jego wiara została ożywiona. „To było tak jakby Duch Święty uderzył mnie i powiedział, «Już czas na powrót do domu, Chuck». To był moment, od którego przestałem być letni i zacząłem być gorący. Staram się tą postawę utrzymywać do dnia dzisiejszego” – wyznał na spotkaniu ze studentami Liberty University w 2008 r. Po przeczytaniu 19. rozdziału Księgi Przysłów, Norris powiedział słuchaczom, aby pozwolili prowadzić się Panu w swoim życiu. „Pan kierował moimi krokami przez ostatnie 10 lat i mam nadzieję, że i wy także dacie się Mu prowadzić, bo jeśli tak będzie, to nie zabłądzicie nigdzie po drodze – obiecuję wam”. W parze z żarliwą religijnością gwiazdora idzie także jego działalność filantropijna. Norris wspiera

swoim autorytetem (i portfelem) takie organizacje jak Fundusz na rzecz Dzieci, Fundacja „Spełniaj Życzenia” czy Krajowy Zarząd ds. Weteranów. Swoje wsparcie dla tej ostatniej organizacji Norris motywuje tym, że sam kiedyś służył w amerykańskim wojsku. Za swój wkład w działania podejmowane na rzecz weteranów został uhonorowany nawet tytułem Weterana Roku 2001. W 1990 roku Norris założył Zjednoczoną Federację Sztuk Walki i KickStart. Celem tych organizacji są nie tylko treningi, ale także budowanie poczucia szacunku do siebie i odciąganie dzieci od narkotyków i ulicznej przemocy. Siedem lat temu gwiazdor utworzył Światową Ligę Walki, czyli zawody sportowe, z których zyski są przeznaczane na finansowanie programu KickStart. Norris nie ogranicza się tylko do Stanów Zjednoczonych. Gwiazdor wspiera także organizację, która zapewnia pomoc bezdomnym i chorym na

AIDS w Indiach. Jest także zadeklarowanym przeciwnikiem aborcji. Bazując na swoim doświadczeniu, stworzył własny styl walki Chun Kuk Do, który jest nauczany w jego dojo. Jednak jako najlepszy środek kształtowania swojego charakteru uważa Pismo Święte. Nauka Biblii jest jego zdaniem receptą na różnorodne problemy nękające społeczeństwo i rozterki każdego człowieka.  __________________ Źrodła: Stacja 7 Wikipedia, http://znanichrzescijanie.wordpress.com/ http://www.ekspedyt.org/poruszyciel/2013/11/03/19771_stalowy -sylwester-w-objeciach-chrystusa. html ; http://wiadomosci.onet.pl/religia/zaskakujaca-druga-twarz-gwiazdora/w506g

s. 53


KAZANIA PONADCZASOWE

O przypalonej

zupie

Dla nas mężczyzn jedzenie, to jest bardzo poważna sprawa. Ale panowie, warto pamiętać, że każda działalność kulinarna, to dla kobiety rzecz artystyczna.

ks. Mirosław Maliński

J

eśli ona idzie do sklepu, żeby kupić przecier pomidorowy na zwykłą pomidorową, to gdy staje przy stoisku w sklepie i ma, przykładowo, do wyboru przecier z Kotlina i przecier z Łowicza, to ona się zastanawia. Chyba Łowicz, a może Kotlin, bo lepszy, ale z kolei droższy. A może Pudliszki! – wyrazistszy smak, ciemniejsza zupa. To są dla kobiety straszne dylematy. A potem trzeba się jeszcze zastanowić z czego wywar: tylko na porcji rosołowej czy może jakiegoś mięsa

s. 54

do tego dołożyć. A jakie proporcje warzyw? Czym do doprawić? Pieprz, sól są oczywiste, ale może dodać trochę lubczyku? My potem przychodzimy i jemy tą pomidorową. A po zjedzeniu od razu prosimy o drugie. Czy tak powinno to wyglądać? No nie! Po pierwszym zasmakowaniu zupy od razu powinniśmy pokazać jak nam smakuje: Kochanie, jak Ty zrobiłaś tak przepyszną zupę! Ta zupa jest wyjątkowa! Za każdym razem powinniśmy

dziękować i podziwiać. Nawet jak ziemniaki przypali: Kochanie, tak jak Ty przypalasz, to nikt nie potrafi. Zawszę dziękujmy i podziwiajmy, bo kobieta wtedy naprawdę chce dla nas gotować. 


s. 55


KULTURA

Wino,

pielgrzymi i ośmiornica Nie samym pasztetem pielgrzym żyje – tak mogłaby brzmieć caminowa parafraza znanego powiedzenia. Hiszpanie mają nam bowiem nieco więcej do zaoferowania niż wino i truskawki zimową porą. Zapraszam na kolejną wyprawę do Santiago, tym razem śladami pielgrzymich smaków. Ocinek 4: Camino od kuchni Małgorzata Różycka

P

ielgrzymka do grobu świętego Jakuba to przede wszystkim duchowe przeżycie. Jednak trudno wędrować 30 kilometrów w upale lub deszczu, posilając się jedynie pięknymi widokami i ubogacającymi spotkaniami. Niewątpliwą zaletą tej podróży jest odejście od standardowego menu, jakie znamy choćby z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę, czyli chrupkiego chleba, pasztetu i tego wszystkiego, co udało się jeszcze dostać w wiejskim sklepiku na postoju. Nie sposób opisać wszystkich kulinarnych atrakcji, które można napotkać, wędrując po Hiszpanii, dlatego przygotowałam listę pięciu obowiązkowych smakołyków, jakich koniecznie należy spróbować, by móc powiedzieć, że naprawdę się było w ojczyźnie Cervantesa. WINO Trudno od niego nie zacząć, jako że jest podstawowym napojem Hiszpanów. Skąpane w iberyjskim słońcu winnice wydają wspaniałe owoce, z których powstają cieszące się dużym uznaniem trunki. Każdy region ma

s. 56

“Ktoś może, rzecz

jasna, powiedzieć, że co to za pielgrzymka, na której pije się alkohol, że to nie przystoi. Camino rządzi się jednak swoimi prawami i w tym przypadku należy to do lokalnej kultury, którą warto poznać. swoje charakterystyczne szczepy i gatunki, co dla miłośników wina jest nie lada gratką. Jednak większość pielgrzymów to ludzie niebędący znawcami tego tematu. Mimo tego nie będą się czuli nieswojo, ponieważ w Hiszpanii spożywanie tego trunku nie jest żadnym rytuałem dla wtajemniczonych. Wino pije się, bo dobrze smakuje, bo wspomaga trawienie ciężkostrawnych hiszpańskich dań, bo łatwo się nim z kimś podzielić i nawiązać tym samym ciekawą rozmowę. Jest ogólnie dostępne i do tego kosztuje niewiele więcej niż woda. W butelce, w kartonie, w

plastikowym kubku (!), jak kto lubi. Możemy być pewni, że na większości wspólnych kolacji organizowanych często przez pielgrzymów w albergach (schroniskach) na stole pojawi się czerwonokrwisty napój, albo jego wariacja z dodatkiem świeżych owoców – zazwyczaj pomarańczy oraz cytryn – zwana sangrią. Ktoś może, rzecz jasna, powiedzieć, że co to za pielgrzymka, na której pije się alkohol, że to nie przystoi. Camino rządzi się jednak swoimi prawami i w tym przypadku należy to do lokalnej kultury, którą warto poznać. OWOCE Są nieodłącznym elementem pielgrzymiego jadłospisu i wcale nie chodzi tu o wspomniane na początku truskawki. Przy szlaku rośnie bardzo dużo drzew owocowych, które chyba sam święty Jakub zasadził z myślą o pątnikach. W zależności od tego, o jakiej porze roku odbywa się pielgrzymkę, można żywić się pomarańczami, figami, kaki, winogronami rosnącymi tuż przy drodze, lub wręcz leżącymi na niej. Ponadto często można spotkać


KULTURA stojące przed domami przy szlaku zastawione stoliki oraz wypełnione smakołykami koszyki, czyli poczęstunek przygotowany przez mieszkańców dla strudzonych wędrowników. Bardzo piękny gest, znany nam z innych pieszych pielgrzymek, który niezmiennie wzrusza i napełnia na nowo wiarą w rodzaj ludzki. Droga jest bardzo wdzięczna i dba dyskretnie o swoich pielgrzymów. Grzechem byłoby to odrzucić, dlatego też owoce to numer dwa na obowiązkowej liście.

należy jeszcze wspomnieć o chuletas. Pod tą nazwą kryją się kotlety, w zależności od regionu jagnięce, wołowe lub wieprzowe, niepanierowane, cienko rozbite. Do nich podaje się najczęściej opiekane ziemniaki i sałatkę. Jest to danie, którego warto spróbować, zwłaszcza po jakimś trudnym odcinku, by nagrodzić wyeksploatowane mięśnie porcją pysznego białka.

nawet wtedy, gdy pielgrzym nie zna ani pół słowa po hiszpańsku. I właśnie dlatego to kolejny numer na mojej liście.

MIĘSO Czytelników będących wegetarianami proszę uprzejmie o przejście do kolejnego punktu. A mięsożercom szczególnie polecam lekturę tego akapitu, ponieważ Hiszpanie kochają mięso i potrafią z niego robić naprawdę pyszne rzeczy. Jedną z nich jest jamón, czyli wieprzowa lub wołowa

MENU PEREGRINO To specjalna oferta niezliczonych knajp, barów i restauracji usytuowanych na szlaku. Zestaw obiadowy, składający się z przystawki, głównego dania, deseru i napoju, najczęściej w cenie 8-10 euro. Dla jednych stanowi on wybawienie od konieczności gotowania po całodziennej wędrówce, dla innych mała odmiana raz na jakiś czas, lub wyjście awaryjne. Rozwiązanie o tyle godne polecenia, że w małych

PULPO To absolutna perła w kulinarnej hiszpańskiej koronie. Pod tą wdzięczną nazwą kryje się tradycyjne danie Galicji, czyli ośmiornica po galicyjsku („pulpo ala gallega”). Podaje się ją gotowaną z dodatkiem oliwy i ostrej papryki oraz chleba. Można ją zjeść właściwe na całej trasie, lecz tę najbardziej kultową je się w „Pulpería Ezequiel” w Melide. Jest to lokal, w którym podaje się wyłącznie to danie, uchodzące za kwintesencję galicyjskiej kuchni. Na początku osoby nienawykłe do owoców morza wizja fioletowych macek na talerzu zazwyczaj przeraża, jeżeli wręcz nie obrzydza. Jednak przełamanie tych barier z całą pewnością się opłaca, ponieważ ośmiornica smakuje naprawdę

długo dojrzewająca szynka z nogi. Już sam widok olbrzymich udźców apetycznie zwisających spod sufitów sklepów i restauracji zasługiwałby na szczególną uwagę. Ale to nic w porównaniu ze smakiem ich cienkich plasterków, słonym, wyrazistym, po prostu wspaniałym. Kolejną mięsną atrakcją jest chorizo – suszona kiełbasa z ostrą papryką, podobna nieco do salami. Można je kupić także w Polsce, jednak to hiszpańskie nie ma sobie równych. Doskonale smakuje z chrupiącą bagietką i wygrzanym na iberyjskim słońcu pomidorem jako typowe śniadanie pielgrzyma. W temacie mięsa

lokalach, jakich na trasie najwięcej, są to domowe posiłki przygotowywane wedle tradycyjnych przepisów. Stanowi też świetny sposób na poznanie dań charakterystycznych dla danego miejsca, w dodatku w rozsądnej cenie. Na takich obiadokolacjach spotykają się pielgrzymi po danym odcinku, co sprawia, że można nawiązać nowe znajomości, albo spotkać dawno niewidzianych towarzyszy drogi. Ponadto w przytulnych knajpkach na hiszpańskiej prowincji często przesiadają tubylcy, raczący pielgrzymów fantastycznymi opowieściami i przednimi anegdotami, które potrafią doskonale przekazać

świetnie. A ta w Melide jest po prostu doskonała. I przy okazji warto odwiedzić słynną na całym Camino de Santiago restaurację, w której spotykają się wszyscy pielgrzymi, przez co panuje w niej wyjątkowa, niepowtarzalna atmosfera, sprawiająca, że smak ośmiornicy zapada jeszcze głębiej w pamięć. Przynajmniej z tych pięciu powodów warto dać się ugościć drodze i skorzystać z tego, co nam daje do zjedzenia. Nasze kubki smakowe będą nam wdzięczne, nogi z radością powędrują dalej, a my z radością zabierzemy pyszne wspomnienia z niejednej pielgrzymiej fiesty. 

s. 57


Are you Groot? RECENZJE - Nowości

W Filmowym Uniwersum Marvela nareszcie przyszedł czas na odwiedzenie kosmicznych włości. Strażnicy Galaktyki (org. Guardians of the Galaxy) to ich nowe widowisko, wprowadzające postacie znane wcześniej tylko entuzjastom kosmicznych komiksów Marvela, w stylu nawiązującym do Gwiezdnych Wojen, Star Treka czy nawet Piątego Elementu.

Filip Owczarek

R

eżyserią zajął się James Gunn, pierwszy raz kręcąc tak kasowy film – zaczynał od niskobudżetowych i kiczowatych filmów klasy B w kultowej wytwórni Troma (Tromeo and Juliet, 1996), później biorąc się za zabójcze pasożyty z kosmosu w Robalach (2006) czy mroczną satyrę na etos superbohatera w Super (2010). Film skupia się na historii kilku wyrzutków, którzy jednoczą się w obliczu śmiertelnego zagrożenia, jakim jest potężny i szalony fanatyk Ronan Oskarżyciel (Lee Pace), pragnący unicestwić cała planetę Xandar – dom dla międzygalaktycznej policji Nova Corps. Co ciekawe nasi protagoniści spotykają się w więzieniu Kyln, schwytani właśnie przez Nova Corps. Nasi bohaterowie mają dość nieciekawą przeszłość: StarLord (Chris Pratt), porwany przez kosmitów w młodym wieku, jest drobnym złodziejaszkiem; uzbrojony, wygadany szop Rocket (głos Bradleya Coopera) wraz ze swoim przyjacielem, antropomorficznym drzewem Grootem (głos Vina Diesla) to łowcy nagród, doświadczeni już w ucieczkach z więzień; zielono-skóra Gamora (Zoe Saldana) to

s. 58

“Na czas seansu

wtopiłem się w film. Zakupiony wcześniej kinowy prowiant pozostał nie naruszony do końca. Rewelacyjna jest również ścieżka dźwiękowa, pełna hitów z lat siedemdziesiątych - co jest jak najbardziej uzasadnione fabularnie śmiercionośna, wyszkolona zabójczyni pierwotnie służąca Ronanowi; wytatuowany osiłek Drax Niszczyciel (Dave Bautista) natomiast przemierza galaktykę szukając zemsty za zamordowaną rodzinę i nie przebiera w środkach. W grę wchodzi tutaj również pewien bardzo potężny artefakt oraz machinacje jednego z ważniejszych komiksowych „złych”. Najmocniejszą stroną Strażników są kreacje i interakcja postaci, wszechobecny humor – niewymuszony, prosty acz inteligentny. Chris Pratt jako Star-Lord daje

z siebie wszystko, jest zabawny i zadziorny, z sercem na właściwym miejscu. Nie spodziewałem się, że zapaśnik Dave Bautista będzie w stanie zagrać cokolwiek, a tu proszę – mucha na Draxie nie siada, pompatyczny i oficjalny w mowie, nie rozumiejący metafor osiłek znajduje się w centrum wielu komicznych jak i dramatycznych sytuacji. Elementy te przeplatają się w filmie, jednak jedno nigdy całkowicie nie przytłacza drugiego. Komputerowe postaci Rocketa i Groota wyglądają rewelacyjnie i kradną wszystkie sceny, w których się znajdują, mimo że jedyną kwestią tego drugiego jest ,I AM GROOT, w różnych intonacjach. Efektów komputerowych jest faktycznie dużo, ale bazują one na prawdziwych, szczegółowych scenografiach, rekwizytach, strojach i charakteryzacjach dzięki czemu wykreowany w Strażnikach świat jest zachwycający. Widziałem film w wersji 3D w IMAX i jako osoba bardzo rzadko wybierająca ten rodzaj kina i zupełnie nie mam się do czego „przyczepić”. Na czas seansu wtopiłem się w film. Zakupiony wcześniej kinowy prowiant pozostał nie naruszony do końca. Rewelacy-


jna jest również ścieżka dźwiękowa, pełna hitów z lat siedemdziesiątych - co jest jak najbardziej uzasadnione fabularnie - Star-Lord został porwany z ziemi właśnie w tych czasach z walkmanem i jedną jedyną kasetą w kieszeni. Tyler Bates (300, Watchmen) skomponował zwyczajową, symfoniczną epicką ścieżkę dźwiękową, która w naturalny sposób zgrywała się z momentami akcji. Na uwagę zasługują również epizodyczne role, w które zaangażowano prawdziwe gwiazdy kina jak Glenn Close, Benicio Del Toro czy Josh Brolin. Z wyraźną przyjemnością wczuwających się w komiksowe postacie. Nie można też zapomnieć o postaci Yondu, przywódcy bandytów, którzy uprowadzili i wychowali Star-Lorda, walczącego przy użyciu strzały sterowanej gwizdaniem, kolekcjonującego w kokpicie swojego statku maskotki. Zagrany w typowym dla Michaela Rookera stylu „oprycha z domieszką cwaniaka” jest kolejnym z wielu smaczków w filmie. Nic nie jest jednak bez wad, więc w nowym spektaklu Marvela też znajdzie się parę. Przede wszystkim fabule daleko do ory-

ginalności. Niesforni bohaterowie jednoczą się w obliczu wielkiego zagrożenia, widzieliśmy to w kinie już nie raz. Nieznane są motywacje i historia przeciwników Strażników – Ronana i Nebuli, oprócz tego, że chcą „oczyścić” (czyt. zniszczyć) planetę Xandar i za nic mają jakiś międzygalaktyczny pokojowy pakt. Ronan ze swoim bombastycznym głosem, szalonym wzrokiem, ciekawą charakteryzacją i potężnym młotem wygląda naprawdę groźnie. Tak samo Nebula, pół człowiek, pół robot z elektronicznym głosem, mechanicznymi częściami . Nie polecałbym nikomu bliższych spotkań z tą zabójczynią. Postać Gamory, przyszywanej siostry Nebuli, również wyszkolonej zabójczyni jest po prostu za grzeczna. Nigdy nie pokazuje swojej śmiercionośnej strony. Choć rola zagrana jest właściwie bez zarzutu, scenariusz nie pozwolił jej się naprawdę wykazać. Jak wypadają Strażnicy Galaktyki w porównaniu z innymi filmami Marvela? Bardzo dobrze. Jest to jeden z ich najbardziej udanych filmów, zaraz obok The Avengers (2012), Iron Man (2008) oraz Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

(2014). Pokazuje, że można nakręcić film z zupełnie nieznanymi wcześniej postaciami, natychmiastowo je popularyzując. Udowadnia, że tych postaci i światów ma Marvel w zanadrzu jeszcze wiele. Gatunkowo jest to tzw. space opera, czyli „bardziej fantastyczne podejście do fantastyki naukowej”, koncentrujące się na przeżyciach bohaterów w międzygwiezdnym konflikcie. Pierwszy film Marvela, którego akcja nie dzieje się w ogóle na ziemi. W obydwu filmach o Thorze przebywamy częściowo w czerpiącym z nordyckiej mitologii Asgardzie czy Nifelheim, a częściowo na ziemi, co, moim zdaniem, odbiera widzowi możliwość absolutnego zatracenia się w wykreowanym świecie. A tą jakoś właśnie Strażnicy posiadają. Starzy i młodzi, chłopcy i dziewczyny, damy i panowie, drzewa i szopy, wszyscy będą się na Strażnikach Galaktyki świetnie bawić. Mimo paru niewielkich wad jest to film, który stawia wyzwanie powstającej w tej chwili VII części Gwiezdnych Wojen pod względem wizualnym i jest jednym z najzabawniejszych filmów jakie widziałem w tym roku.

s. 59


RECENZJE - Filmy

Czy naprawdę

„Wszyscy jesteśmy

Chrystusami”? Jest coś hipnotyzującego w filmach Marka Koterskiego. Reżyser ten już niejednokrotnie udowadniał, że porusza tematy niełatwe i potrafi dogłębnie wniknąć w psychikę zwykłego człowieka, przez co jego filmy wydają się nam tak surowo prawdziwe. Nie inaczej jest z “Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, z tą różnicą, że większość poprzednich produkcji Koterskiego można było zakwalifikować jako komediodramaty, tym razem jednak uśmiech na twarzy pojawia się niezwykle rzadko. Mateusz Nowak

"W

szyscy jesteśmy Chrystusami", pewnego rodzaju kontynuacja "Dnia świra" ma już ponad osiem lat, jednak oba te filmy wydają się pozostać aktualne na zawsze. O ile "Dzień świra" opowiadał historię człowieka, który nie potrafi odnaleźć ani spokoju, ani szczęścia, obnażając przy tym naszą prostą ludzką mentalność, o tyle kontynuacja poświęcona jest całkowicie problemowi alkoholizmu. Głównym bohaterem jest oczywiście, jak zwykle u Koterskiego, Adam Miauczyński, przedstawiony tym razem w trzech perspektywach: jako dziecko, 33-letni i 55-letni mężczyzna. I w każdej z tych perspektyw rozgrywa się wciąż ten sam dramat człowieka, w którego życiu alkohol odgrywa rolę nadrzędną. Przewijają się tu wspomnienia zarówno samego Adasia, jak i jego syna Sylwka. Ich rozmowa, w czasie której Sylwek zwierza się ojcu ze wszystkich traum, jakie musiał przeżywać przez jego chorobę, jest bardzo poruszająca.

s. 60

“Pisząc o tej produk-

cji, nie można przejść obojętnie obok tytułu, który jest odważny, kontrowersyjny, a dla nieco bardziej ortodoksyjnych może być nawet bluźnierczy. Przewija się ona przez cały film i stanowi jego główną oś fabularną, dzięki czemu akcja nie traci tempa. Od strony technicznej trudno do tej produkcji się przyczepić, widz może co prawda czasem czuć się trochę zdezorientowany przez to, że reżyser dość swobodnie przeskakuje między różnymi scenami, wplatając mnóstwo retrospekcji i obrazów symbolicznych, które na pierwszy rzut oka trudno jest zrozumieć. Czasem potrafi to być trochę irytujące, jednak w miarę jak akcja postępuje, powoli wszystko się krystalizuje, a

całość nabiera kształtów. Kreacje aktorskie stoją na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście ukłony trzeba skierować głównie do Marka Kondrata i Andrzeja Chyry, którzy grają Miauczyńskiego w odstępie 22 lat. Obaj świetnie radzą sobie z rolą zdegenerowanego alkoholika, są bardzo przekonujący i autentyczni, co jedynie potwierdza ich świetny warsztat aktorski. Michał Koterski, syn reżysera, chyba zagrał najlepszą rolę w swoim życiu, jest bardzo autentyczny, co może mieć też odzwierciedlenie w tym, że wniósł do tej kreacji swoje osobiste przeżycia. Jego ojciec również miał problemy z alkoholem, o czym sam zresztą nie boi się mówić. A "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" wydaje się jego swoistym rachunkiem sumienia, o ile prawdą jest, że większość scen w filmie Koterski przeniósł z życia prywatnego. Choć przyjęło się mówić, że "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" to kontynuacja "Dnia świra", to jednak trudno ten film tak skategoryzować.


Wspólna jest jedynie obsada i postaci, poruszane problemy są zupełnie inne. Siadając do seansu trzeba od razu się nastawić na niełatwe kino, w którym jednak możemy zobaczyć swoje własne, rodzinne tragedie. To chyba główna siła tego filmu. Alkoholizm wniknął bardzo głęboko w społeczeństwo, jest chorobą, która wyniszcza całe rodziny. Nie jest to problem jednostkowy, bo prawda jest taka, że pewnie większość z nas miała w różnym stopniu z tą chorobą styczność. Głównym problemem, który mnie uderzył podczas seansu, jest dziedziczność alkoholizmu, nieuwarunkowana genetycznie. Widzimy Adasia jako dziecko zmuszane oglądać ojca wracającego codziennie do domu w stanie całkowitej nieużyteczności. Młody Miauczyński poprzysiągł sobie nawet, że nie będzie taki sam jak jego rodzic. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Już w młodości zaczynał podpijać, a gdy dorósł, popadł w nałóg bez reszty. I choć nieraz udowadniał sobie, że potrafi z tym zerwać (najdłuższa przerwa trwała prawie 7 lat) to jednak zawsze w końcu do tego wracał. A jak wracał, to pił ze zdwojoną siłą, bez umiaru, niejednokrotnie kończąc na izbie wytrzeźwień. Jego degenerac-

ja spowodowała oczywiście rozpad rodziny, rozwód z żoną i traumy syna. Sylwek co prawda brzydził się alkoholem, jednak nie umiejąc poradzić sobie z rzeczywistością, sięgnął po narkotyki i również popadł w nałóg. Tak więc pałeczka została przekazana i syn Adasia również stał się niewolnikiem substancji odurzających. Chcąc nie chcąc, jego uzależnienie było tego przyczyną. Czy da się to w ogóle w jakikolwiek sposób przerwać? Odpowiedzi udziela nam sam film, jednak nie chcę nic tutaj zdradzać, żeby nie psuć seansu tym, którzy nie oglądali filmu. Pisząc o tej produkcji, nie można przejść obojętnie obok tytułu, który jest odważny, kontrowersyjny, a dla nieco bardziej ortodoksyjnych może być nawet bluźnierczy. Nie taki był jednak zamysł reżysera. Symbolika religijna pojawia się w tym filmie niezwykle często. Nie tylko w odwoływaniu się bohatera do Boga, ale także w postaciach dobrego i upadłego anioła. Jeden z nich pojawia się w krytycznych chwilach życia Adasia i ratuje go przed tragicznym końcem, drugi wykorzystuje wszelkie jego słabości, by później, jak Chrystusowi, przebić serce włócznią. Według reżysera każdy z bohaterów ma w sobie coś z Chrystusa, każdy z

nich przeżywa swoje cierpienia. Przez cały film przewija się motyw drogi krzyżowej, upadków których wszyscy doświadczamy. Sztuką jest jednak, tak jak Jezus nam pokazał, przezwyciężać swoje słabości, wziąć swój krzyż i brnąć dalej naprzód, w kierunku wybawienia. Życie nie zawsze będzie nas rozpieszczać, jednak to właśnie od nas zależy jak nim pokierujemy i jaką drogę wybierzemy. W końcu zawsze jest nadzieja, nawet gdy wydaje się, że wszystko już zostało stracone. I taka refleksja powinna płynąć z tego filmu. Mimo tych wszystkich przygnębiających obrazów, dobijających słów syna, żony, matki życzących Adasiowi śmierci. Bo zawsze jest nadzieja na odmianę. Koterski po raz kolejny udowadnia, że jest reżyserem nietuzinkowym, a w naszym kraju wielu ich nie mamy. Potrafi jak mało kto wniknąć głęboko w naszą ludzką mentalność i wywlec na wierzch nasze największe brudy. Chyba tylko Smarzowski potrafi to zrobić jeszcze lepiej i dosadniej. Ja jednak wolę Koterskiego, bo jego filmy nie są owiane aż taką grozą, pojawiają się w nich elementy komediowe, a czasem też i nadzieja. I to jakoś jednak bardziej do mnie przemawia. 

s. 61


RECENZJE - Filmy

Lot

- czyli o konsekwencji

naszych czynów Film opowiadający o upadku człowieka, o jego słabościach, egocentryzmie i braku motywacji do zmiany, aż do momentu przełomu w życiu głównego bohatera. Każdego z nas spotkał lub spotka taki niespodziewany przełom, być może nie będzie on tak spektakularny jak w filmach lecz zawsze przychodzi taki dzień, który skłania nas do zmian, po prostu czujemy, że coś musimy zmienić w naszym życiu. Michał Musiał

N

awet jeśli bardzo przed tym się bronimy i odrzucamy pomoc, tkwiąc we własnych słabościach, prędzej czy później nadchodzi dzień wyboru, czy zostajemy przy starym życiu, nie zawsze poukładanym, czy szukamy nowego lepszego biorąc odpowiedzialność za wcześniejsze czyny i przyznając się do błędów przed sobą i innymi. „Lot” (ang. „Flight”) jest to dramat amerykańskiej produkcji nakręcony z 2012 roku. Reżyserem jest Robert Zemeckis znany nam z takich produkcji jak: „Forrest Gump”, „Powrót do przyszłości”, „Cast Away: Poza światem” i wielu innych. Głównym bohaterem jest William „Whip” Whitaker, który jest kapitanem linii lotniczych prowadzącym dość wyniszczający tryb życia. Whip jest alkoholikiem, spowodowało to rozpad jego rodziny, rozwiódł się ze swoją żoną i całkowicie stracił kontakt z synem. Kiedy już upije się

s. 62

“Pokazuje on czło-

wieka uwikłanego w więzi alkoholu i narkotyków, a także ludzkie tragedie, śmierć, życie, pokutę i wiele innych motywów skłaniających po obejrzeniu do wielu rozmów, rozważań i oceny postępowania bohaterów. do tego stopnia, że nie jest w stanie wstać do pracy następnego dnia, jedyną rzeczą zdolną postawić go na nogi jest kokaina, którą również zażywa w nadmiernych ilościach. Nie będę tu oczywiście zagłębiał się w pobudki kierujące bohaterem, ale wydają się one być oczywiste, nie potrafi on też ponosić konsekwencji za to co zrobił, lecz stopniowo

zacznie się to zmieniać. Wszystko to trwałoby pewnie nadal, gdyby nie lot wadliwym samolotem podczas którego Whip ocala dzięki swoim umiejętnościom i instynktowi pilota 96 na 102 osoby będące na pokładzie maszyny (oczywiście jest wtedy pijany). W rolę Whitakera wcielił się jeden z moich ulubionych aktorów Denzel Washington, który popisał się także doskonałą grą aktorską w wielu innych produkcjach („Księga Ocalenia”, „American Gangster”, „Człowiek w ogniu”). Mimo iż mogłoby się wydawać, że wszystko skończy się dobrze (w Końcu William dzięki niesamowitemu manewrowi zatrzymał lot nurkowy samolotu i uratował mnóstwo ludzi), a główny bohater wróci do swojego marnego żywota. Nie wszystko jednak zaczyna toczy się po jego myśli. Po pierwsze zachodzi w nim jakaś zmiana, zaczyna walkę ze swoimi nałogami, zaraz po wyjściu


ze szpitala (ponieważ sam również nie odniósł poważnych ran). Kłopoty pilota zaczynają się w momencie gdy zostaje powołana specjalna komisja mająca na celu wyjaśnienie okoliczności wypadku i odnalezienie przyczyny, ponieważ producent maszyny stara się zrzucić winę na linie lotnicze, natomiast linie lotnicze na błąd człowieka. Sprawy nie ułatwiają badania krwi Williama zrobione zaraz po wypadku, które wykazały znaczą ilość alkoholu w jego krwi, do czego oczywiście sam oskarżony się nie przyznaje. Zagrożony karą dożywotniego pozbawienia wolności Whip stara się uporządkować życie. Z pomocą przychodzi mu również uzależniona Nicole, ale droga do prawdy jest jedną z najtrudniejszych dla człowieka uzależnionego. Sprawę utrudniają dwie puste buteleczki po wódce znalezione na pokładzie. I tu zaczyna się pewien konflikt moralny, no bo przecież Whip jako pilot zachował się profesjonalnie a wszelkie badania

doprowadziły do oceny, że samolot był nie do uratowania i nikt by nie przeżył, jednak wciąż nie można bagatelizować tego, że był w tym czasie pod wpływem alkoholu, co i tak za którymś razem może doprowadzić do katastrofy. Największym atutem „Lotu” według wielu opinii jest pomysł na historię, za co z resztą został nagrodzony nominacją do Oscara. Pokazuje on człowieka uwikłanego w więzi alkoholu i narkotyków, a także ludzkie tragedie, śmierć, życie, pokutę i wiele innych motywów skłaniających po obejrzeniu do wielu rozmów, rozważań i oceny postępowania bohateró. Dzięki temu można stwierdzić, że zdecydowanie nie jest to zwyczajne kino. Główny bohater na w każdej dziedzinie życia zaczyna upadać, zdecydowanie nie jest to film o silnej woli, która przezwycięża wszystkie ludzkie pragnienia, a raczej o jej kapitulacji. Zobaczyć możemy także, że alkoholikami nie zawsze są panowie stojący pod sk-

lepami z piwem, ale również ludzie mający jakieś stanowisko, a do nich jeszcze trudniej dotrzeć, ponieważ muszą ukrywać przed wszystkimi swoje nałogi, żeby nie stracić pozycji. Pozostaje tylko zadać sobie pytanie, jak William postąpi w decydującym momencie? Kiedy nadejdzie chwil od której będzie zależeć, czy straci „bezpieczne” w jego mniemaniu życie pełne zła, czy zdecyduje się na coś więcej pomimo strat kary jaką wcześniej będzie musiał ponieść ze względu na swoje nałogi. Drogi czytelniku, jeśli ciekawi Cię odpowiedź na to i na resztę pytań związanych z „Lotem” sam będziesz musiał zapoznać się z tą historią, która być może doprowadzi Cię także do pewnych wniosków, do czego gorąco zachęcam. 

s. 63


RECENZJE - Klasyka

Pętla Sara

Nałęcz-Nieniewska

W

„Sierżant wziął do ręki dowód Kuby; przeczytał go rubryka po rubryce, potem zapytał: - Imię? Kuba milczał przez chwilę. Ciężkim wzrokiem patrzył na portrety dostojników wiszące na ścianie. Potem roześmiał się i rzekł: - Pijak. - Aha - powiedział sierżant. Obrzucił Kubę krótkim spojrzeniem i zapytał ostro: - Nazwisko? - Pijak. - Zawód? Też pijak? - Też. - Ładnie - rzekł sierżant; w jego oczach pojawiło się zainteresowanie. - Przykro mi, ale w dowodzie nazywa się pan Kowalski. - Nieprawda - powiedział Kuba. - Nieprawda... Nazywałem się Kowalski. To było dawno i niczego nie dowodzi. W tym kraju są tysiące Kowalskich. Może czasem nazywają się Kwiatkowscy, może Piotrowscy, może jeszcze inaczej... To nieważne...”

roku 1956 Marek Hłasko, nasz polski prozaik należący do tzw. Pokolenia Współczesności, pisze krótką nowelę „Pętla”, opisującą jeden dzień z życia pijaka. Wcześniej, przez cenzurę, nie można było drukować nieprogramowych opowiadań. Chwilowa odwilż dała Polskim artystom jednak szansę na działanie. Hłasko wiedział, czym dla Polaków w PRL-u była wódka. Jak łatwo uciec od zgubnych, niesystemowych myśli prosto do kielicha. Artyści pod rządami komunistów wiedli kiepski żywot. Mogli albo głosić propagandowe hasła, klepać wciąż i wciąż tą samą historię o ciężko pracujących, acz szczęśliwych robotnikach albo klepać biedę. Bez mieszkania, pracy, środków do życia. Samotnie. Może dlatego Hłasko z tak uderzająca prostotą opowiada czytelnikowi historię Kuby. Młodego mężczyzny, który niegdyś coś znaczył, dziś jest już tylko atrapą człowieka. Cieniem zjadanym przez nałóg, kimś, kto zniszczył wszystko na swojej

s. 64

“Okrągła tarcza ze-

gara. Niech wskazówki zatoczą koło. Niech już będzie 18... Okrągłe są również brzuszki w cyfrze 8, a kiedy narysuje się ją bokiem, oznacza nieskończoność. Nieskończoność to bardzo długo. Kuba oddałby wszystko, żeby godziny zamieniły się w minuty, minuty w sekundy. drodze i doprowadził siebie i swoją ukochaną do granicy. Kubę poznajemy w wielkim dniu. Zdecydował, że kończy z wódką. Po południu pójdzie z Krystyną do lekarza i pod wpływem magicznego

proszku, tabletek Antabus przestanie pić. Krystyna stawia mu ultimatum. Jeśli znowu mu się nie uda, koniec z nimi. Już tyle razy uciekała i wracała. A jednak nadal trwa przy Kubie. Do przyjścia ukochanej ma jednak dziesięć godzin, bardzo długie dziesięć godzin. I od początku wygląda to kiepsko. Kuba musi w drastyczny sposób stawić czoła przeszłości. Alkoholik często jest wrażliwy jak małe dziecko, nie może znieść niepowodzeń. Przy akompaniamencie dzwoniącego telefonu rozpoczyna się wielka próba. Każda rozmowa telefoniczna jest jak żyletki siekające mózg Kuby na kawałki. Wiadomość o jego postanowieniu wytrwania w trzeźwości po kolei obiega wszystkich znajomych. Jego rozmówcy prawdopodobnie są mu życzliwi. Jednak wspominają pijackie wyczyny Kuby, nie wierząc do końca w jego poprawę. Podobną sytuację przeżywa poeta Broniewski z „Pięknych Dwudziestoletnich”, innej prozy Marka Hłaski. „Pewnego dnia


Broniewski przestał pić i zaczął pisać nowe wiersze, i nawet dobrze mu to szło. Po jakiejś godzinie ktoś do niego zadzwonił i zapytał, co u niego słychać, Broniewski powiedział, że zabrał się do roboty i że ma nadzieję miesiąc lub dwa solidnie popracować. Na własne nieszczęście powiedział przy tym, że nie pije; jego rozmówca pogratulował mu i na tym rozmowa się skończyła; Broniewski znów zabrał się do pisania. Po piętnastu minutach znów telefon; dzwonił ktoś inny, kto rozmawiał z uprzednim rozmówcą Broniewskiego i dowiedziawszy się, że Broniewski postanowił nie pić, gratulował mu i prosił, by wytrwał w postanowieniu; Broniewski podziękował mu i znów zabrał się do pracy. Po dziesięciu minutach znów telefon; znów przestroga i znów podziękowanie ze strony Broniewskiego. Ósmy telefon był od towarzysza Jakuba; Broniewski blady i roztrzęsiony przyszedł do mnie i powiedział: «Idź po wódkę!»” – czytamy. Kuba z każdym irytującym dzwonkiem telefonu jeszcze mierzy się sam ze sobą. Z niecierpliwością patrzy na zegarek. Czas mimo jego błagań nie przyspieszył. Może pójdzie do fryzjera albo na spacer? Przez chwilę walczy jeszcze z myślami, w końcu obiecał Krystynie...

Na zewnątrz nie jest wcale lepiej. Tu spotyka kolejnych życzliwców, wspominających jak obrzygał wózek inwalidy, jak pił z panem Lewandowskim. Dobrze znane mu ulice są jak klatka. Nie ma miejsca, w którym nie był, nie ma człowieka, który by go nie znał. Widzi wypadek spowodowany przez pijanego kierowcę. Z niedowierzaniem dopytuje przechodniów. Był pijany? Pijany? Tacy kierowcy to plaga Warszawy. Wczoraj zginęło małe dziecko w wózeczku, opowiada ziemianin. W Kubie rośnie wściekłość. Czego wszyscy od niego chcą? Przecież powiedział, że nie będzie już pił. Czego?! Dalej jest już tylko gorzej. Jak lawina zwalają się na niego tragiczne sytuacje, wobec których jest całkowicie bezradny... Jeden dzień z życia pijaka. Ten jeden dzień, w którym zdecydował się nie pić. Największa próba. Cały świat zwrócił się przeciwko niemu. A może tylko to się Kubie wydaje? Może tak jest, kiedy chcesz zerwać z nałogiem, ale własne kończyny, wszyscy mijani przechodnie, szyldy na ulicy mówią ci: napij się. Mózg sam dobiera symbole, próbuje cię oszukać. Dręczy cie własna ohyda. Nieczyste myśli biją się z tymi dobrymi, a gdzieś nad górze

trwa walka o twoją marną duszę. Nie każdy z nas jest pijakiem. Jednak wielu było pozbawionych jakichkolwiek perspektyw. Bezradność i samotność to powtarzająca się, uniwersalna historia, która może dotknąć człowieka w każdej sytuacji. Hłasko stworzył historię uniwersalną i ponadczasową, która boli czytelnika, a jednak oprzeć się nie może i nadal czyta. Na kilkunastu stronach autor zawarł okrutnego ducha PRL-u lepiej niż w niejednej powieści historycznej. Okrągła tarcza zegara. Niech wskazówki zatoczą koło. Niech już będzie 18... Okrągłe są również brzuszki w cyfrze 8, a kiedy narysuje się ją bokiem, oznacza nieskończoność. Nieskończoność to bardzo długo. Kuba oddałby wszystko, żeby godziny zamieniły się w minuty, minuty w sekundy. Kuba nie chce już pić. Chce kochać Krystynę i nie pamiętać. Dryń-dryń. Dzwoni telefon. Dryń-dryń... Kabel słuchawki nachalnie układa się w pętle... Wielkie zainteresowanie młodym pisarzem wyraził również Wojciech Jerzy Has. „Film «Pętla» to prezentacja debiutów: Wojciecha Hasa jako samodzielnego reżysera w filmie fabularnym; Marka Hłaski – młodego, wchodzącego w modę pisarza, w

s. 65


RECENZJE - Klasyka którego opowiadaniach krytyka dopatrywała się gwałtownej reakcji na lakierniczą literaturę poprzedniego okresu (Nagroda Wydawców – 1958) – jako scenarzysty, wreszcie Gustawa Holoubka (…) sprawdzającego skalę swego talentu przed kamerą” – czytamy w „Historii Kina”. Autorem zdjęć jest wybitny operator Mieczysław Jahoda, twórcą dekoracji Roman Wołyniec, a muzyki – Tadeusz Baird. I rzeczywiście niejako współpraca otworzyła tym panom drzwi do dalszej kariery. Has chyba już miał pomysł na film, zanim Hłasko zdążył cokolwiek napisać. To oczywiście żart, jednak podparty doskonałością obrazu jakim jest „Pętla”. Obrazu przez lata niezrozumianego i interpretowanego zbyt

Wiedzieli, że jest już za późno, że życie Kuby musi zatoczyć pełen krąg, ale wiedzieli również, że historia ta mogłaby spotkać każdego z nich. W jakiś sposób utożsamiali się z Kubą do ostatniej chwili. „Pętla” nosi wyraźne znamiona tego, co będzie dane nam poznać w dalszej twórczości Wojciecha Jerzego Hasa, chociażby w „Sanatorium pod Klepsydrą” (ostatnio zrekonstruowanym cyfrowo, z naniesionym kolorem – polecam!) Odnajdujemy tu jego uwielbienie do symboli, mnogości rekwizytów czy zabawy czasem i przestrzenią. Długie ujęcia, starannie skomponowany kadr, scenografia dopracowana w każdym detalu i wyzierająca z obrazu oniryczna atmosfera. Elementem wokół, którego reżyser

a w tle pobrzmiewa osiem uderzeń. Kuba powtarza: Osiem... Tyle musi minąć godzin zanim przyjdzie Krystyna. Tik-tok. Tik-tok. Przez całą filmową nowelę będziemy pilnowani przez natrętne zegary: wyliczające, odmierzające, przypominające. Kuba musi zmierzyć się również ze swoją przeszłością i przyszłością. Wszystkie wydarzenia tych 24 godzin dzieją się w ograniczonej i dusznej przestrzeni. Klaustrofobiczne wrażenia potęguje również sposób prowadzenia kamery. Kuba najczęściej ukazywany jest w bardzo bliskich ujęciach, jako centralna postać w kadrze. Śledzimy każdy jego ruch niejako podglądając go. Tutaj widać fascynację Hasa niemieckim ekspresjonizmem. „Przejawia się ona przede

dosłownie. Z czasopism przebijały się niepochlebne recenzje. „Autorom niewątpliwie chodziło o to, żeby widza zmęczyć. Zmęczyć go koszmarem przeżyć alkoholika, zmęczyć nieustanną myślą o kieliszku wódki...” – pisał Krzysztof Teodor Teoplitz. Dla wielu krytyków był to po prostu film na podstawie posępnego opowiadania, nakręcony jeszcze posępniej. Studium nad alkoholizmem. Widzowie odebrali go jednak trochę inaczej. „Kuba nie bądź głupi!” – krzyczeli siedząc w fotelach peerelowskich kin.

buduje swój obraz, w tym przypadku jest czas. Nieuchronny, nieubłagany, przepływający między palcami, a jednak zamknięty w ramach. Akcja dzieje się w przeciągu 24 godzin, które zegar dokładnie odmierza. Już w pierwszej scenie widzimy, jak Kuba wygląda przez okno swojego mieszkania (częsty motyw w twórczości Hasa, okno to symbol granicy pomiędzy światami) i widzi wybijającą godzinę ósmą na zegarze nad zakładem jubilerskim. Dozorca sprawdza godzinę na kieszonkowym zegarku,

wszystkim w ciągłej eksploatacji światłocienia, głównego środka wyrazu ekspresjonistów, a także w scenografii i samym fakcie, iż rzeczywistość przez nas oglądana jest subiektywnym obrazem świata przeżyć Kuby. Świat ten jest odrealniony, ponury, eksponujący przede wszystkim samotność bohatera” – pisze Katarzyna Czajkowska. Nasz bohater zamknięty jest w określonej przestrzeni. Mieszkanie, knajpa, miasto. Kuba zna tę przestrzeń nazbyt dobrze i nienawidzi jej. W mieszkaniu Kuby roi się od

s. 66


rekwizytów. W okresie późniejszym taki sposób budowania scenografii nazywać się będzie „rupieciarnią (rekwizytornią) Hasa”. Druciane wieszaki, lampa obłożona gazetą, obrazy stojące pod brudnymi ścianami, naczynie pełne pędzli – przedmioty pozornie bez znaczenia dla Hasa niosą wiele symboli. Najważniejszym rekwizytem jednak jest staroświecki telefon, uczestnik dramatu Kuby, przyjaciel i nieprzyjaciel w jednym, przypominający o tym, co nieuchronne. Miasto, po którym porusza się nasz bohater to labirynt bez wyjścia. Ciemne, zamglone zaułki, szare ulice, wrodzy i dziwni ludzie. „Pętla” – tytuł zarówno filmu, jak i opowiadania Hłaski, miał dla Hasa znaczenie ogromne. Znak ten pojawia się ciągle i nieubłaganie, zwiastując tragiczną przyszłość Kuby. Pętelka w godzinie ósmej, która otwiera i zamyka utwór, jest jak pętla czasu, krąg życia. „Pod Orłem” Kuba mówi do barmanki, która skrzętnie liczy kolejki wódki: „jeśli pani powie «osiem», to jeszcze dziś odbiorę sobie życie”, na co ona odpowiada z uśmiechem:

„osiem…”. W opowiadaniu Hłaski Kuba mieszka na szóstym piętrze, tu wyczekuje na najważniejszą godzinę, godzinę przybycia Krystyny, również szóstą. Pętla to sznur telefonu, pasek na szyi Władka (pozostałość saksofonu), skakanka dziewczynki, naszyjnik rzekomo skradziony przez gosposię. Na komisariacie alkoholik Rybicki musi zdjąć paseczek, „bo można sobie ukręcić pętelkę”. Obydwa obrazy poruszają do łez i pozostawiają w człowieku swoje piętno. Proza Marka Hłaski uderza autentycznością, daleką od naturalizmu, bliską prostocie i prawdzie. Prawdzie o człowieku w kiepskim stanie w kiepskich czasach. Samotni, bez perspektyw, obcy we własnym domu, borykający się z szarą codziennością. Młode pokolenie nie miało zbyt wielu szans. Hłasko nienawidził socrealistycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć i radził sobie z nią na swój własny sposób. Bohaterowie jego opowiadań są zazwyczaj jednym z wielu odbić jego samego czy jego przyjaciół, rówieśników. To sąsiedzi spotkani na klatce, w knajpie

przy piwie, w więziennej celi. To on sam i zarazem my wszyscy. Chyba właśnie za tą autentyczność kochamy Marka Hłaskę. Wojciech Jerzy Has od początku widział w nim wybitnego artystę. Widział w nim również chłopaka z podobną wizją do swojej. Owoc tej współpracy to dzieło zbudowane na dwóch płaszczyznach. Dosłownej, tragicznej historii alkoholika i wszystkiego, co symboliczne, odsyłające nas w wyższy stan świadomości. Przypuszczam, że pojawił się na ekranach polskich kin tylko dlatego, że cenzorzy nic z niego nie zrozumieli. Dziś Hasa oglądają na ekranach zagranicznych kin, dziwiąc się, że geniusz i wizjoner kina tworzył w tak trudnych dla Polski czasach. 

s. 67


RECENZJE - Książki

Na dzieło trzeba

zapracować

życiem –

„Alchemia słowa”

Parandowskiego W 2010 roku po raz czwarty w Polsce wydano „Alchemię Słowa” Jana Parandowskiego. Jest to niezwykła książka opisująca każdy aspekt życia literata: od powołania, przez pracownię, po być może i wielką sławę twórcy. Być może, gdyż „nie każdy, kto pisze i ogłasza swoje prace, jest pisarzem”. Karolina Kowalcze

W

Polsce nazwisko Parandowski kojarzone jest głównie z mitami greckimi. Każdy uczeń musiał przeczytać „Mitologię”, aby później – mam tutaj na myśli wszelkiego rodzaju egzaminy – móc wykazać się wiedzą na jej temat. Jest to zrozumiałe, gdyż kultura starożytnych Greków i Rzymian jest podstawą naszej kultury. Bez zrozumienia jej nie będziemy w stanie zrozumieć naszego obszaru kulturowego, a być może i żadnego innego. Historia sztuki, muzyki, teatru i opery czerpie bardzo dużo motywów dobrze znanym starożytnym. O ile każdy dorosły człowiek, uczeń, czy nawet małe dziecko będzie w stanie połączyć nazwisko Parandowskiego z mitologią i kulturą antyczną, to nie każdy będzie mógł skojarzyć je z innymi wielkimi publikacjami. Jest to

s. 68

“Jaki wkład w hi-

storię literatury miały kobiety? Jak długo Flaubert pisał „Panią Brovary” i dlaczego? Dlaczego Goethe, którego dom był małym pałacem, pracował w pokoju ubogim jak cela zakonnika? wielka strata, gdyż warto przeczytać inne pozycje tego twórcy. Jan Parandowski urodził się pod koniec XIX wieku we Lwowie. Jego wszechstronną wiedzą można by było z powodzeniem obdzielić kilku ludzi zainteresowanych filozofią, filologią klasyczną, archeologią, historią sztuki oraz literaturą polską. Nawet chaos związany z pierwszą wojną

światową i internowanie do Rosji nie były w stanie przerwać zapału i głodu nauki w dziewiętnastoletnim wówczas młodzieńcu (nauczał wtedy w szkole). Pięć lat po wojnie obronił prace magisterskie z filologii klasycznej i archeologii. Zaczął publikować w różnego rodzaju tygodnikach i gazetach, następnie objął katedrę filologii klasycznej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, działał w PEN-clubie. Cały czas, od roku 1920 do śmierci pisarza, z wyjątkiem okresu wojennego pierwszej jaki drugiej wojny, ukazywały się liczne publikacje Parandowskiego, które do dziś imponują czytelnikom. „Alchemia Słowa” oparta jest głównie na przemyśleniach autora związanych z twórczością literacką. Każdą myśl popierał licznymi przykładami z życia wielkich pisarzy,


m.in.: Homera, Horacego, Tołstoja, Rousseau... Tak jak w księgach Biblii można przeczytać nie tyko przypowieści czy symboliczne historie, ale także dowiedzieć się wiele o zwyczajach, kulturze i ludziach żyjących aż od X do około II wieku p. n. e., tak i „Alchemia” jest skarbnicą licznych anegdot, opinii twórców, opowieści, każdej prawdziwej oraz związanej z pisarstwem. Ta publikacja nie powstała tylko dla literatów, historyków literatury czy studentów, ale dla każdego kto interesuje się światem, historią oraz ludźmi. Czytelnik przenosi się w świat pisarstwa, zaczyna doceniać kunszt twórców. Jaki wkład w historię literatury miały kobiety? Jak długo Flaubert pisał „Panią Brovary” i dlaczego? Dlaczego Goethe, którego dom był małym pałacem, pracował w pokoju ubogim jak cela zakonnika? Jak ważne jest słowo pisane? I wreszcie czy każdy mógłby zostać pisarzem pokroju Tołstoja? Na te i wiele innych pytań możemy znaleźć wyczerpujące odpowiedzi. Nie jest tajemnicą, że każda przeczytana książka przyczynia się do rozwoju człowieka, natomiast „Alchemia” należy do tych niezwykłych publikacji, które kształtują opinię czy-

telnika na temat twórczości literackiej. Jest to przekrój każdego aspektu życia pisarza. Otwiera odbiorcę na świat sztuki pisania. Pozwala mu dostrzec piękno w nierzadko trudnym i ciekawym życiu literata, odsłania rąbek tajemnicy związany z jego twórczością. Każdy, nawet najbardziej nieugięty ignorant czytelnictwa, będzie musiał zaliczyć twórczość literacką do jednej ze sztuk pięknych. Trudno jest napisać coś mało przychylnego o tej pozycji. Tę książkę się po prostu pochłania z wypiekami na twarzy. Język, jakim posługuje się Parandowski, jest prosty i lekki, to właśnie sprawia, że traci się poczucie czasu i nie zauważa, gdy z dziesięciu przeczytanych stron nagle robi się sto, a ze stu – trzysta. Łatwo zauważyć, że autor nie jest znawcą tylko literatury, ale również innych działalności artystycznych. Jak napisał sam Parandowski: „na każde dzieło trzeba zapracować życiem”. Na wielkość „Alchemii” autor też musiał zapracować całym życiem – ona jest dorobkiem wielu lat nauki i pracy. Dlatego należy do książek wielkiego formatu. Ponadto Parandowski posiada jeszcze jedną, oprócz syntezy wiedzy, ważną umiejętność. Umie obserwować człowieka, zrozumieć jego motywy, styl życia i poglądy. Te zdolności

znajdują odzwierciedlenie w każdym z rozdziałów tej pracy. Tak jakbyśmy oprócz książek i wierszy poznawali jeszcze ich twórców. Wystarczy posłuchać mowy młodych ludzi, by dojść do wniosku, że dzisiejsza kultura języka przechodzi kryzys. Często urozmaicona soczystymi wulgaryzmami zostaje zdegradowana do bełkotu. Nierzadko jest ordynarna, nasycona wieloma agresywnymi wyrażeniami. W przeciwieństwie do „Alchemii słowa”, gdyż ta jest niezwykłym popisem umiejętności pisarskich. Jak wcześniej wspomniałam, język Parandowskiego jest lekki, mało tego, mistrzowski. Jest to paradoksalne, by z taką lekkością móc pisać o rzeczach wielkich, czasami nawet i wzniosłych. Z wielką łatwością przechodzić z jednej myśli do drugiej. Dlatego właśnie uważam, że wszyscy, nie tylko początkujący literaci, a już z pewnością młodzież, powinna uczyć się szacunku do słowa, sposobu mówienia i wyrażania myśli oraz poznawania kultury języka przez takie właśnie publikacje. 

s. 69


RECENZJE - S

e r i a l e

Zaprzysiężeni Prawnicy, lekarze, policjanci, politycy składają przysięgi. Nie wszyscy jednak uważają, że należy ich dotrzymać. W Nowym Jorku jest jednak pewna rodzina, dla której przysięga znaczy więcej niż ich własne życie. W końcu składali ją przed Bogiem. Pod ich opiekuńczymi skrzydłami, obywatele Wielkiego Jabłka mogą spać spokojnie. Sara

Nałęcz-Nieniewska

M

oje uwielbienie dla seriali jest chyba już znane wszystkim. Te kryminalne zajmują dosyć dużo miejsca w moim sercu. Zagadki detektywistyczne wciągają mnie jak mało co. Zazwyczaj jednak bohaterami kryminalnych historii (przynajmniej współcześnie) są wyklęci detektywi, samotni mściciele, a wszystkie ich poczynania, na pograniczu moralności, osadzone są w realiach mrocznego, przesiąkniętego złem miasta. Większość scenarzystów uznała chyba, że zwykłe życie przeciętnego obywatela chronionego przez przeciętnego policjanta nie jest dobrym materiałem na film. A jednak mylili się. „Zaprzysiężeni” to serial opowiadający historię rodziny irlandzkich emigrantów, którzy z dziada pradziada parają się fachem stróżów prawa. Dla nich to specjalne powołanie, które wielu utożsamia z wrodzonym, detektywistycznym instynktem. Reaganowie to głęboko wierząca, hołdująca tradycji rodzina.. W każdą niedzielę spotykają się na wspólnym obiedzie, omawiając bieżące sprawy, modląc się, czasami sprzeczając, ale przez większość czasu po prostu się kochając. Głową rodziny jest komisarz nowojorskiej policji – Frank Reagan, grany przez Toma Selleck’a. Wszystkiego nauczył się od swojego ojca, wcześniejszego komisarza – Henry’ego. Z genialnym poczuciem humoru i dystansem

s. 70

“Może Reaganowie

nie zgadzają się we wszystkim, ale w jednym na pewno – ich praca to służba ludziom i muszą wykonywać ją dokładnie. Obrona niewinnego jest tak samo ważna jak skazanie winnego. Te słowa parokrotnie pojawiają się w różnych odcinkach. Pięknie widzieć tę zasadę wcieloną w życie. do siebie i świata Henry pełni rolę komentatora serialowych wydarzeń. Choć zdarza mu się również dać ponieść emocjom. Nie do końca rozumie pewne decyzje swoich potomnych. Senior rodu twierdzi, że za jego czasów łatwiej było łapać bandytów, bo przynajmniej było wiadomo, kim są i gdzie ich miejsce. Teraz własny przyjaciel może wbić ci nóż w plecy. Frank ma trzech synów i córkę. Danny, Daniel Reagan, jest detektywem pierwszego stopnia znanym ze swojej skuteczności w łapaniu bandziorów. Czasami jednak ociera się o granicę. Służył w Iraku, widział śmierć i cierpienie po

obu stronach i za wszelką cenę chce niszczyć wszechobecne zło. Jego dość agresywne metody przesłuchań nie zawsze są akceptowane. Jednak i jego przełożeni, i partnerka wiedzą, że Danny to dobry człowiek. Ma cudowną żonę (która kocha go takiego, jakim jest) i dwoje rezolutnych dzieciaków. Kiedy poznajemy naszych bohaterów, dowiadujemy się, że średni brat – Joe - zginął podczas służby, co tragicznie odbiło się na rodzinie. Najmłodszy, Jamie, mimo że ukończył prawo na Harvardzie, wybrał mundur. W dziwnych okolicznościach dowiaduje się, że śmierć jego starszego brata mogła nie mieć nic wspólnego z policyjną akcją, w której brał udział. Wpada na ślad Niebieskich Templariuszy, stowarzyszenia, o którym opowiadał mu dziadek. Początkowo istniało po to, żeby zwalczać korupcję na komisariatach, jednak czy istnieje dzisiaj i czym właściwie jest, nie wie nikt. Albo nie chce powiedzieć. Erin, córka Franka, wybrała zupełnie inną drogę kariery. Jest szanowanym prokuratorem okręgowym. Świeżo po rozwodzie próbuje dobrze wychować swoją niekiedy buntującą się, ale bardzo inteligentną córkę. Frank jako komisarz ma wiele na głowie, jednak zawsze znajduje czas dla swojej rodziny. Reaganowie wiedzą, że kochająca się rodzina to wielka siła. Każdy odcinek serialu opowiada zupełnie inną historię śledztwa. W


tle jednak poznajemy wydarzenia i problemy wszystkich Reaganów. Na moich oczach detektyw Danny i jego ojciec borykali się już z terroryzmem, narkotykowymi kartelami, brutalnymi morderstwami czy podejrzanymi wypadkami. Nie jest łatwo pracować dla własnego ojca. Bohaterowie muszą się liczyć z tym, że będą oskarżani o nepotyzm, układy. Sam burmistrz Nowego Jorku próbuje dobrać się do Franka. Jednak komisarz to prawdziwy twardziel, którzy kolana gnie jedynie przed Panem Bogiem. Jamie natomiast dopiero zaczyna pracę w policji, jako funkcjonariusz zajmuje się kłótniami małżonków, graficiarzami i wypisywaniem mandatów. W nocy jednak próbuje odnaleźć morderców swojego brata. We mnie ten serial budzi bardzo pozytywne odczucia. Daje mi wiarę w pracę policji. Przypomina, że dochodzenie do prawdy nie jest proste, jednak konieczne. Może Reaganowie

nie zgadzają się we wszystkim, ale w jednym na pewno – ich praca to służba ludziom i muszą wykonywać ją dokładnie. Obrona niewinnego jest tak samo ważna jak skazanie winnego. Te słowa parokrotnie pojawiają się w różnych odcinkach. Pięknie widzieć tę zasadę wcieloną w życie. Nawet jeśli tylko na ekranie komputera. Serialowe śledztwa nie porażają może zawiłością, czasami w połowie odcinka wiem, kto jest winny. Jednak scenarzyści mają dużo ciekawych pomysłów. W końcu oprócz perypetii Reaganów muszą zapełnić czas ekranowy kryminalnymi zagadkami. Przede wszystkim jest to jednak serial o ludziach, którzy próbują stać w obronie wartości i stałości, którzy w drugiej osobie widzą przede wszystkim człowieka, a nie denata czy podejrzanego. Dużo w nim również mądrości, chociażby w postaci komisarza Franka Reagana, który wyjątkowo dobrze radzi sobie z atakującą go prasą,

próbującymi przekupić politykami, ale co najważniejsze zawsze służy dobrą radą swojej rodzinie. Serial od 2010 roku można oglądać na kanale CBS – ma już cztery sezony, a stacja jest w trakcie produkcji piątego. A zawsze fajnie popatrzeć na gliniarzy, którzy dobrze wykonują swoją robotę! 

s. 71


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej zdjęcia do artykuu o Niniwie: http://niniwa.org/galeria/

s. 72

Może coś Więcej, nr 17  
Może coś Więcej, nr 17  
Advertisement