Page 1

s. 1


SPIS TREŚCI

T E M AT N U M E R U

WYDARZENIA I OPINIE

24 Dwóch dowódców z Łączki 10 KAJETAN GARBELA

Jak mieć jaja z damasceńskiej stali 29

MARCIN DRYJA

32 “Niespełnione sny pow-

staną z mogił”

MARTYNA DZIUBAŁTOWSKA

R O Z M O WA N U M E R U 34 Historyczna schizofrenia

Polski

PIOTR ZEMEŁKA

Czy darmowy znaczy gorszy?

KAMIL DUC

8

Belgia: eutanazja na nieletnich

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

Pułkownik Kukliński zdrajca czy bohater 12

KAMIL MAJCHEREK

14 Dobroczynność czy jałmużna?

MACIEJ PUCZKOWSKI

Wszyscy jesteśmy jak hitlerowscy zbrodniarze 15

WOJCIECH URBAN

Celebryci i show w wyborach do PE 16

ANNA ŻMUDZIŃSKA

17

Porno dzień na UW

ANNA ŻMUDZIŃSKA

TA K A S Y T U A C J A

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Katoliccy dżentelmeni z Krakowa 63

KRZYSZTOF RESZKA

NIE OGARNIAM

Potrzeba więcej, niż jednego pogromcę smoków, by wygrać wojnę 21

MARIUSZ BACZYŃSKI

s. 2

Między Wschodem, a Zachodem 18

ALEKSANDRA BRZEZICKA


SPIS TREŚCI

RECENZJE

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Zadania dla Kościoła w Polsce 48

KAMIL DUC

50

Księża niezłomni

54

Wierni Bogu i Ojczyźnie

57

Popiełuszko lat stalinowskich

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

71

KAROLINA KOWALCZE

Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie 73

KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

72

KONSTANCJA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

Z powrotem do uszatej Sowy

Wspomnienia Wyklęte

MARIA NEJMAN-ŚLĘCZKA

K U LT U R A

66 Szukam odbiorcy, z

poważaniem - kultura wysoka

ANNA KASPRZYK

MYŚLĘ, WIĘC JESTEM

Czy mesjanizm trzeba leczyć? 76

KAMIL MAJCHEREK

KULTURA MASOWA 68

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 20

Świat w odcieniach szarości

MATEUSZ NOWAK

Boska Komedia

MACIEJ PUCZKOWSKI

KAZANIA PONADCZASOWE 60

Kobieta myśli, mówiąc

KS. MIROSŁAW MALIŃSKI

CZEMU ŻYCIE 61

Radość życia

O. TOMASZ MANIURA OMI s. 3


WSTĘPNIAK

Waszej pamięci

Żołnierze Wyklęci Będziemy obchodzić niedługo Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, by w ten sposób uczcić wspomnienie polskiego powojennego podziemia antykomunistycznego. To również świetna okazja, żeby podjąć refleksję nad historią Polski i Polaków.

Anna Zawalska Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z pisarką Magdaleną Tulli. Kilka dni później lansowała Marię Peszek. Obie przekonywały w swoich eksperckich wypowiedziach, że patriotyzm to przeżytek i nie ma takiej idei, za którą warto byłoby oddać życie. Ta pierwsza skrytykowała postawę Danuty „Inki” Siedzikówny określając jej poświęcenie „zmarnowaniem życia”. Chociaż rozpamiętywanie historycznych wydarzeń przez nasz naród bywa fanatyczne i zbyt intensywne, to jednak odpowiednia doza szacunku ze strony pani Tulli niewątpliwie byłaby tu wskazana. My ten szacunek staramy się okazać poprzez tematykę czwartego numeru. Będzie więc sporo o Żołnierzach Wyklętych, będą przedstawione sylwetki wielu z nich, a także obszerna rozmowa na ich temat. W numerze znajduje się również szczególne zaproszenie na krakowskie obchody Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych,

które odbędą się 1 marca. Znajdzie się również coś dla fanów muzyki – recenzja projektu „Panny Wyklęte” inspirowanego postawą podziemia antykomunistycznego. Nie zatrzymujemy się jednak w swoich rozważaniach nad Żołnierzami Wyklętymi. Bohaterowie czasów stalinowskich to nie tylko ci walczący o wolną Polskę, to również wszyscy ci, walczący o wolne dusze. Księża niezłomni uważani za szczególnie niebezpiecznych wrogów systemu komunistycznego zasługują na uczczenie pamięci o nich. Dlatego przedstawiamy również krótko sylwetki niektórych z nich. Chociaż pani Tulli uważa, że poświęcenie Inki było zmarnowaniem życia, to jednak bez tego, jak i bez działań wielu innych bohaterów, którzy wierzyli w idee, za które warto było oddać życie, nie mielibyśmy pewnie dzisiaj wolnego państwa. Oczywiście, zawsze łatwiej jest uciec, poddać się reżimowi i żyć sobie w

spokoju, aż do śmierci. Obawiam się, że gdyby owi żołnierze siedzieli z założonymi rękami i czekali nie wiadomo na co, jak chciałaby pani Peszek, to dzisiaj zapewne nie mogłaby śpiewać swoich piosenek. Pychą więc z jej strony jest komentowanie czegoś, o czym nie ma zielonego pojęcia. I głęboko wierzę, że to tylko brak empatii z jej strony, a nie żadna - modna ostatnio - poprawność polityczna. Mam nadzieję, że czwarty numer Może coś Więcej wprowadzi nieco więcej światła w sprawy, które dzisiaj wydają się być kontrowersyjne. Bo postacie Żołnierzy Wyklętych bardzo dużo konsekwencji wzbudzają. Czy uzasadnionych? O tym w nowym numerze. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Bartłomiej Ligas, Mateusz Nowak, Marcin Dryja, Anna Żmudzińska, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Marta Fick, Anita Grabarczyk, Tomasz Markiewka, Wojciech Greń, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Anna Donabidowicz, Krzysztof Skopiec, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Maria Nejma-Ślęczka, Wojciech Urban Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Bajak Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


WYDARZENIA

Etyka nawet dla jednego ucznia Do konsultacji trafił ostatnio projekt rozporządzenia w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach. Ministerstwo edukacji zmienia zapisy w ustawie ze względu na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Przypomnijmy, że w 2010 roku trybunał zajmujący się sprawą państwa Grzelaków przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej, orzekł, że naruszony został art. 14 Konwencji, zakazujący dyskryminacji w związku z wolnością myśli, sumienia i wyznania. Podstawą oskarżenia było niezapewnienie lekcji

etyki synowi państwa Grzelaków oraz wynikający z tego brak oceny na świadectwie w rubryce religia/etyka. Mimo że przyczyn doszukano się w złej praktyce placówek oświatowych, ministerstwo edukacji postanowiło uregulować pewne zapisy. Główna zmiana dotyczy warunków potrzebnych do zorganizowania lekcji etyki oraz religii innej niż rzymskokatolicka, kościołów oraz związków wyznaniowych o uregulowanej sytuacji prawnej. Do tej pory chęć uczestnictwa w zajęciach musiały zgłosić przynajmniej trzy osoby. Teraz zgodnie z prawem

konstytucyjnym każdemu będzie przysługiwać prawo uczestniczenia w tych lekcjach, nawet jeśli zainteresowanie nim wyrazi tylko jeden uczeń. Szkołę zobowiąże to do zorganizowania odpowiednich zajęć. Zmianie ulegnie również forma oświadczenia o chęci posłania dziecka na lekcje etyki. Rodzice będą musieli na piśmie potwierdzić decyzję o tym, czy ich dziecko ma uczęszczać na zajęcia z religii czy z etyki. Według informacji ministerstwa rozporządzenie wejdzie w życie do końca marca 2014 roku. (kd) 

Zmarł Zbigniew Romaszewski Zmarł Zbigniew Romaszewski w wieku 74 lat. Należał do opozycji antykomunistycznej, działacz Komitetu Obrony Robotników i Solidarności, twórca podziemnego radia “Solidarność”, były senator. Zbigniew Romaszewski w sobotę trafił do szpitala, po zachłystowym zapaleniu płuc. Od tego czasu był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej. Człowiek, który bez wątpienia jest legendą. Z wykształcenia fizyk. Po aresztowaniu w sierpniu 1982 r., sądzony był w procesach twórców Radia “Solidarność” i Komitetu Samopomocy Społecznej KOR. W więzieniu przebywał do 1984 r. Był uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu po stronie “Solidarności”. W wyborach 4 czerwca 1989 r. dostał się do Senatu z list Komitetu Obywatelskiego. Od 4 lipca 1989 do 7 listopada 2011 nieprzerwanie zasiadał w Senacie RP, był wybierany kolejno jako kandydat bezpartyjny z Komitetu Obywatelskiego (1989), jako kandydat niezależny (1991) z NSZZ „Solidarność” (1993), Ruchu Odbudowy Polski

(1997), Bloku Senat 2001 (2001) oraz w 2005 i w 2007 z Prawa i Sprawiedliwości. Z wykształcenia fizyk. Wraz z żoną Zofią kierował Biurem Interwencyjnym KSS “KOR”, rejestrującym

przypadki łamania praw człowieka i niosące ofiarom bezprawia pomoc prawną i materialną. W 2011 roku został odznaczony Orderem Orła Białego. (aż) 

s. 5


WYDARZENIA

Wizy dla obywateli USA Polska, wraz z czterema innymi krajami Unii Europejskiej: Bułgarią, Rumunią, Cyprem i Chorwacją, złożyła na żądanie Komisji Europejskiej skargę na nierespektowanie przez Stany Zjednoczone zasady wzajemności w warunkach podróżowania. Amerykanie mają 90 dni na zmianę swojego stanowiska, a jeżeli tego nie uczynią, to każde z tych pięciu państw może wystąpić z wnioskiem o nałożenie na USA restrykcji, które sięgnąć mogą wprowadzenia wiz dla przynajmniej niektórych grup podróżujących bądź wstrzymania wprowadzania porozumień handlowych do czasu wprowadzenia ruchu bezwizowego. W przypadku braku zmiany, po sześciu miesiącach od zgłoszenia skargi działanie podejmie sama Komisja Europejska, która może wprowadzić wizy dla amerykańskich dyplomatów bądź przedstawić raport dla Rady UE bądź Parlamentu Europejskiego.

Natomiast po 24 miesiącach Komisja Europejska wprowadzi na rok wizy dla wszystkich obywateli USA przyjeżdzających do Unii Europejskiej, chyba że sprzeciw zgłosi Parlament Europejski bądź Rada UE. Minister Radosław Sikorski podkreślił, że „ dzisiaj wprowadzenie wiz byłoby

trudne organizacyjnie i niekoniecznie korzystne. Korzystają z tego Amerykanie polskiego pochodzenia, inwestorzy”. Spośród państw położonych w naszym rejonie ruch bezwizowy dotyczy Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Litwy, Łotwy i Estonii. (km) 

Zmiany na multipleksie 15 lutego nastąpiły zmiany na multipleksie. Od soboty wszyscy użytkownicy naziemnej telewizji cyfrowej mają dostęp do programów TV Trwam oraz TVP ABC. Trzeba tylko uaktualnić listę kanałów. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zdecydował o udostępnieniu na pierwszym multipleksie mie-

s. 6

jsca dwóm programom: TV Trwam oraz TVP ABC. Zajmą one pozycje kanałów TVP, które z kolei zostaną przeniesione na multipleks trzeci przeznaczony dla telewizji publicznej. TV Trwam rozpoczęła działalność w 2003 roku. W przetargu na emisję kanału społeczno-religijnego pierwszy raz wzięła udział w 2011 roku.

Wniosek został jednak wtedy odrzucony przez Krajową Rade Radiofonii i Telewizji. Założyciel o. Tadeusz Rydzyk traktuje obecność na multipleksie jako zwycięstwo, ale również wyzwanie do tworzenia dobrego medium. Na antenie emitowane są treści edukacyjno-religijne oraz katolicko-narodowe. Stacja propaguje działalność patriotyczną. Transmituje także uroczystości kościelne. TVP ABC jest natomiast nowym kanałem przeznaczonym dla dzieci do 12 lat. Będzie można tu oglądać bajki polskich wytwórni animowanych, programy i magazyny edukacyjne, filmy i seriale oraz spektakle Teatru Telewizji. Na początku należy spodziewać się materiałów archiwalnych, jednak planowane są programy premierowe. Prezentowane mają być tylko treści bezpieczne dla dzieci. Na antenie pojawią się reklamy. (kd) 


WYDARZENIA

Rekomendacja S Kilka lat temu polskie banki kusiły klientów atrakcyjnymi ofertami dla kredytów walutowych. Ich wielką zaletą, w tym czasie, była kusząca wizja obniżenia rat kredytów. Warunek był jeden. Korzystne zmiany w kursach walutowych. Szybko się jednak okazało, że tego typu kredyty nie są stabilne i potwierdziło się to, że ten produkt powinien być dedykowany dla przedsiębiorców, a nie dla osób prywatnych. Brak stabilności obciążył setki tysięcy Polaków dodatkowymi kosztami rat, niekiedy wzrost kosztów był na tyle duży, że czasem doprowadzał do braku płynności finansowej. Jako lekarstwo na takie skutki uboczne działania kredytów walutowych wprowadzono Rekomendację S, która ma za zadanie utrudnić zaciąganie kredytów w walutach innych niż Złoty. Obliguje ona banki do udzielania kredytów hipotecznych tylko i wyłącznie w walucie jakiej zarabia kredytobiorca. W praktyce

nowy przepis komisji Nadzoru Finansowego, może uderzać w półtora miliona legalnie pracujących za granicą kraju Polaków, którzy nie będą mogli zaciągnąć kredytu w złotówkach. Działanie rekomendacji w praktyce będziemy mogli zobaczyć dopiero w lipcu bieżącego roku. Trudno teraz st-

wierdzić jaki będzie miała ona wpływ na gospodarkę i rynek mieszkaniowy w pierwszych miesiącach obowiązywania. Jednak wydaje się być pewne, że długofalowo będzie ona korzystna, przyniesie bowiem stabilizacje kredytów i lepsze ich zabezpieczenie. (mb) 

Polscy misjonarze w RŚA Minister Radosław Sikorski spotkał się z biskupem Jerzym Mazurem, przewodniczącym Krajowej Rady Misyjnej przy Episkopacie. Omówiona została sprawia bezpieczeństwa polskich misjonarzy w Republice Środkowoafrykańskiej i współpracy misjonarzy z MSZ. Bp Mazur wyraził wdzięczność za troskę i współpracę z polskimi mis-

jonarzami w Republice objętej wojną domową. Jednocześnie zapewnił, że w związku z tragiczną sytuacją w tym kraju misjonarze pozostaną tam, aby zapewnić pomoc i opiekę miejscowej ludności. Zdaniem Ministra Sikorskiego, najlepszym sposobem na bezpieczeństwo polskich misjonarzy jest ich natychmiastowa ewakuacja. Wyraził gotowość

na jej przeprowadzenie, równocześnie wyrażając swój podziw i szacunek dla osób działających na misjach na rzecz potrzebujących. Omówiony został również problem projektów rozwojowych finansowanych przez MSZ w tej sprawie oraz sytuację polskich wolontariuszy na misjach. Min. Sikorski i bp Mazur podjęli decyzję o utworzeniu zespołu roboczego ds. misji między MSZ, a episkopatem, działającego niezależnie tymczasowego zespołu ds. polskich misjonarzy w RŚA. W walkach pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami w Republice Środkowoafrykańskiej zginęło w ostatnim czasie co najmniej 75 osób. Obecnie przebywa tam 35 polskich obywateli; sytuacja tam panująca stanowi bezpośrednie zagrożenie dla ich zdrowia i życia. (ab) 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Belgia: eutanazja na nieletnich Sara NałęczNieniewska

Dnia 13 lutego 2014 roku parlament Belgii przyjął projekt ustawy o legalizacji eutanazji na najmłodszych. Ustawa ta dopuszcza eutanazję osób poniżej 18 roku życia i nie ma żadnego ograniczenia wiekowego. W Holandii podobna ustawa obowiązuję już od dawna z ograniczeniem wiekowym od 12 roku życia, a od roku 2002 jest w Belgii możliwa eutanazja osób pełnoletnich zdrowych psychicznie. 86 posłów głosowało za, 44 przeciw, 12 wstrzymało się od głosu. Ustawę parlament musi przedstawić Izbie Reprezentantów, a następnie Król Filip ma złożyć swój podpis.

Obserwatorzy polityki mówią, że nic nie wskazuję na to aby król sprzeciwił się ustawie. Projekt ten mówi, że eutanazja może być przeprowadzona na życzenie dziecka, za zgodą rodziców, po orzeczeniu lekarza o nieuleczalnej chorobie i opinii psychologa o świadomości podjętej decyzji. „Trzeba leczyć, nie zabijać” mówiły transparenty protestujących w Brukseli. Ustawie sprzeciwiają się pediatrzy, Kościół katolicki i część belgijskiego społeczeństwa. Jednak ich apele zostały zignorowane. W sondażu z roku 2013 aż ¾ ludności optowało za rozszerzeniem prawa do eutanazji na nieuleczalnie chore dzieci. Tom Mortier, którego matka została poddana eutanazji w 2012 roku uważa, że w Belgii prawo to jest nadużywane, a kontrolę nad nim sprawuję Wim Distelman ponoszący odpowiedzialność za śmierć wielu pacjentów. Jak donosi British Medical Journal tylko połowa przeprowadzanych eutanazji w Belgii została zgłoszona, a jak możemy przeczytać w Canadian Medical Association Journal aż 45 proc. wykonanych było bez wyraźnej zgody pacjenta. Jak donosi portal idziemy.pl opinie są podzielone: choć prawo dla eutanazji dla dzieci brzmi szokująco, to jest ono motywowane współczuciem i ochroną dziecka. Nie można

s. 8

“Tom Mortier, którego

matka została poddana eutanazji w 2012 roku uważa, że w Belgii prawo to jest nadużywane, a kontrolę nad nim sprawuję Wim Distelman ponoszący odpowiedzialność za śmierć wielu pacjentów. Jak donosi British Medical Journal tylko połowa przeprowadzanych eutanazji w Belgii została zgłoszona przyznawać tego prawa jednym obywatelom, a zabraniać innym, gdy wszyscy maja tu akurat te same potrzeby – mówi profesor bioetyki z uniwersytetu w Manchesterze. Natomiast wykładowca prawa medycznego i etyki na Oksfordzkim uniwersytecie, prof. Charles Foster ma całkowicie odmienne zdanie - dzieci nie mają zdolności decydowania w sprawach, z którymi nawet dorośli maja poważne problemy. Dzieci nie są w stanie przewidzieć, jaką wartość miałoby ich

życie, w przypadku gdyby go jednak nie utracili. Na stronie internetowej Radia Maryja możemy przeczytać opinię na ten temat naszego rodzimego bioetyka. Tutaj dokonuje się jakiś proces szaleńczego wyścigu, jak sądzę o jakość życia, który powoduje, że ludzie słabi, chorzy, kalecy niepełnosprawni są po prostu pozbawiani prawa do życia; decyzją arbitralną części społeczeństwa. To jest ewidentny przejaw totalitaryzmu o którym wielokrotnie pisał papież Jan Paweł II. To jest kolejna krwawa karta, która oznacza jakiś punkt milowy takiej barbarzyńskiej cywilizacji antyludzkiej – mówi ks. prof. Paweł Bortkiewicz. W Belgii w 2012 roku zarejestrowano 1 432 przypadki eutanazji, nie mówiąc o tych przeprowadzonych nielegalnie. Dla porównania w roku 2005 było ich 259. Oznacza to tylko jedno - w świadomości społecznej zmieniło się wiele. Ludzie podżegani przez tych, którzy powinni sprawować nad nimi piecze, chronić i prowadzić, decydują się na akt ostateczny. Tu pod płaszczykiem miłości do dzieci nie kryję się nic innego jak zbrodnia. Chęć usunięcia elementu zbytecznego, oczywiście pod pozorem legalności i profesjonalizmu. Jakiemu państwu potrzebni są ludzie niepełnosprawni, chorzy, zajmujący łóżka szpitalne przez lata?


WYDARZENIA I OPINIE

Za każdego trzeba przecież zapłacić, a wtedy mniej idzie do kieszeni. Wskaźnik urodzeń w Europie jest bardzo niski. Legalna aborcja i eutanazja dzieci tylko pogarsza sytuację. A skoro ustawa nie przewiduję ograniczenia wiekowego, oznacza to, że w wielu przypadkach to opiekunowie zadecydują o losie swojego dziecka. A jak mówi kardynał Elio Segreccia, były przewodniczący Papieskiej Akademii Życia : Tzw. ‘łagodna’ śmierć nie służy temu, by zmniejszyć cierpienie chorych, ale by zdjąć ciężar z barków zdrowych. Głośno jest o tym, że możliwość zde-

cydowania o swojej śmierci to prawo człowieka. Niestety to nie my decydujemy o swojej śmierci, a właśnie ci, którzy nadają nam to prawo. Czysty pragmatyzm ubrany w piękne słowa o współczuciu i altruizmie. Mówimy o opinii psychologów, a przecież nikt o zdrowych zmysłach nie decyduję się na śmierć. Ból i cierpienie tylko zaburzają świadomość człowieka. Tym bardziej małego dziecka, które przecież dopiero się rozwija. Ku mojej rozpaczy hołdujemy społeczeństwu socjopatów i ignorantów. Europa dąży do samounicestwienia. Płaczemy nad zwierzętami

wiezionymi do ubojni, a kiedy sprawa dotyczy chorych dzieci zgadzamy się na ich śmierć bez bicia. Mówię w liczbie mnogiej, bo jestem częścią społeczeństwa, świadkiem zbiorowego szaleństwa. Czy naprawdę nienawidzimy tak gatunku ludzkiego, że pragniemy własnego unicestwienia? Skoro życie człowieka nie ma wartości, co właściwie ją ma? 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Czy darmowy znaczy gorszy? Na hasło „darmowy podręcznik” reakcje bywają różne, choć przeważają zdecydowanie te negatywne. Bo mało czasu na przygotowania. Bo nie daje się wyboru nauczycielowi. Bo wydawnictwom spadną zyski. No i Tusk w tej sprawie jest niezwykle zdeterminowany, więc jak tu nie krytykować. Tylko w zasadzie czego tu się czepiać? Kamil Duc Dla niewtajemniczonych zacznijmy od przedstawienia planów związanych z przygotowaniem jednego podręcznika, który ma obowiązywać wszystkich pierwszoklasistów już od września. Tematu tego dotyczyła konferencja z początku lutego z udziałem minister Kluzik-Rostkowskiej oraz premiera Tuska. Ministerstwo zdecydowało, że przygotuje podręcznik do pierwszej klasy szkoły podstawowej oparty na nowej podstawie programowej. Będzie on zawierał treści z zakresu języka polskiego, matematyki, przyrody oraz edukacji obywatelskiej. Zamówiony elementarz zostanie wydany na koszt państwa w liczbie ponad 550 tysięcy egzemplarzy, które następnie trafią do wszystkich placówek. Książki będą własnością szkoły. Zostaną wypożyczone uczniom na okres nauki. W kolejnych latach rząd planuje wprowadzić sukcesywnie identyczną zasadę w starszych klasach. Nowy podręcznik ma przede wszystkim umożliwić korzystanie z niego kilku kolejnym rocznikom. Oddane w czerwcu książki posłużą znów od września pierwszakom. Dlatego nie będą zawierały zadań wymagających wycinania, uzupełniania czy zakreślania. Takie wymogi mają dotyczyć wszystkich podręczników od 2015 roku. Ograniczy to koszty ponoszone przez rodziców zmuszonych kupować za każdym razem

s. 10

“Elementarz będzie

zawierał treści z nowej podstawy i tylko od nauczyciela zależy, jak ten materiał dzieciakom przedstawi. Przecież podręcznik jest narzędziem. To pedagog a nie książka ma panować nad planem nauczania. nowe pomoce. Oprócz tego znikną odwołania do innych opcjonalnych i dodatkowo płatnych materiałów. W szczególności chodzi o polecenia wykonania zadań w zeszytach ćwiczeń. Wydawca będzie zobowiązany sprzedawać podręczniki osobno, nie z całym, często niepotrzebnym pakietem. Rodzic sam zdecyduje o zakupie dodatkowych środków dydaktycznych. Według premiera to rynek wydawniczy dyktuje dzisiaj warunki. Ceny szkolnej wyprawki są coraz wyższe. Po wprowadzeniu darmowego podręcznika w kieszeniach rodziców ma pozostać około 140 mln złotych. Natomiast przewidy-

wany koszt projektu ministerstwa to 10 mln złotych. Na tym jednak nie koniec. Działania rządu zmierzają do stworzenia w niedalekiej przyszłości e-podręcznika. Forma elektroniczna ma w jeszcze większym stopniu zminimalizować wydatki na książki. Brzmi całkiem nieźle. Dyrektorzy i pedagodzy zgadzają się, że rodziny należy maksymalnie odciążać z wydatków ponoszonych na edukację. Nawet jeśli dofinansowanie nie dotyczy podręczników do języków obcych czy religii, to i tak uda się zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych każdego roku. Jednak sama idea skądinąd słuszna wcale nie jest nowa. Przecież o obniżaniu cen książek i wspieraniu rodziców słyszymy od dawna. Obowiązywał też już wcześniej wspólny dla wszystkich elementarz. Skąd zatem taki pośpiech w szeregach rządu? Dlaczego ministerstwo edukacji w takim tempie forsuje zmiany w ustawie o systemie oświaty? Pewnie można doszukać się kilku przyczyn. Sam pokusiłbym się o wskazanie dwóch. Rząd przegrał sprawę sześciolatków. Mimo wszelkich zapewnień o słuszności reform, szkoły wcale nie są przygotowane na te zmiany. Rodzice są tego świadomi. Może darmowy podręcznik ma ich trochę udobruchać. Dać wrażenie, że ministerstwo panuje nad sytuacją. Druga kwestia to oczywiście zbliżające się wybory. Lepiej działać późno


WYDARZENIA I OPINIE

niż wcale, jednak pośpiech nie jest tu dobrym doradcą. Tylko że Platforma nie ma wyboru. Słupki coraz skromniejsze, koniec kadencji zbliża się nieubłaganie, a wiadomo że taką darmochę to każdy (rodzic przynajmniej) doceni. Ale zapomnijmy o politycznych podziałach. Chodzi w końcu o polską edukację. O ile rozumiem wydawców, którzy bardziej dbają o własne portfele niż jakość kształcenia, o tyle nie umiem zgodzić się z dotyczącymi projektu obawami i zastrzeżeniami nauczycieli. Mają oni pretensje, że pozbawia się ich możliwości wyboru odpowiedniego podręcznika. Jeśli zdolność przekazywania wiedzy zależy od książki, to powinniśmy zacząć się martwić. Elementarz będzie zawierał treści z nowej podstawy i tylko od nauczyciela zależy, jak ten materiał dzieciakom przedstawi. Przecież podręcznik jest narzędziem. To pedagog a nie książka ma panować nad planem nauczania. Obawy związane są również z ograniczeniem dostępu do dodatkowych środków dydaktycznych oferowanych przez wydawnictwa przy zakupie całego zestawu podręczników. Odnoszę wrażenie, że bez gotowych rozwiązań nauczyciele

nie są w stanie sami zorganizować sobie pracy. Do łask mają też wrócić zwykłe zeszyty, które zostały wyparte przez ćwiczenia. To akurat całkiem pozytywna wiadomość. Prowadzenie własnego kajetu zdecydowanie lepiej służy uczniom niż uzupełnianie luk i wykreślanki. Zwłaszcza jeśli uczeń ma dowolność w tworzeniu własnych notatek. Pytanie jeszcze, jak dzieci poradzą sobie z zadaniem szanowania dobra wspólnego. Użytkowanie wypożyczonej książki może być świetną okazją do przekazywania wartości innych niż wiedza. Czym różnią się od siebie dostępne na rynku elementarze? Przecież każdy musi zawierać ten sam zasób treści. Nowy jednolity podręcznik będzie może posiadał inną szatę graficzną, ale zachowa wypracowany do tej pory zestaw zadań stawianych uczniom. Dlatego nie sądzę, aby kilka miesięcy nie wystarczyło na przygotowanie kolejnej książki jakich wiele. Co roku na rynku pojawiają się przecież nowe pozycje. Należy się spodziewać błędów, ale tych generalnie ciężko uniknąć. Może się zdarzyć, że eksperci spróbują stworzyć coś tak doskonałego, że zupełnie nawalą. Wtedy niestety skutki będą opłakane, bo

wszystkie pierwszaki na tym ucierpią. Nie ma czasu na wypróbowanie podręcznika na mniejszej grupie, bo ustawy zostały już przegłosowane. Ministerstwo musi we wrześniu oddać książki do użytku szkołom. W tym miejscu należy wspomnieć o zaletach e-podręcznika. W takiej książce bardzo łatwo poprawić błędy i aktualizować treści. Jestem jednak jeszcze nieco sceptycznie nastawiony. Nie wiem, czy szkoły są gotowe na taki skok. Oddanie w ręce dzieci elektronicznych urządzeń to dość ryzykowne posunięcie, biorąc pod uwagę ich częstą nieostrożność. Choć myślę, że w przyszłości nie unikniemy takich rozwiązań, co oczywiście może bardzo upraszczać życie. Nie troszcząc się o pobudki, jakimi kieruje się premier Tusk wspierający projekt darmowego podręcznika, możemy mieć nadzieję, że rodzice otrzymają w końcu obiecane wsparcie. Jeśli nauczyciele wykażą trochę inicjatywy to bez problemu odnajdą się w nowej sytuacji. Szkoda, że o efektach przekonamy się po raz kolejny dopiero, gdy albo wszyscy uczniowie na tym stracą, albo zyskają.

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Pułkownik Kukliński

- zdrajca czy bohater? Przy okazji pojawienia się w kinach filmu „Jack Strong” opowiadającego o działaniach pułkownika Ryszarda Kuklińskiego – polskiego oficera współpracującego w latach 70. i 80. z amerykańskim wywiadem – ze zdwojoną siłą powróciły dyskusje i kontrowersje na temat oceny jego postawy.

Kamil Majcherek

Elementarnym problemem, utrudniającym ocenę jednoznaczną i dodatkowo sprzyjającym powstawaniu różnych teorii i interpretacji działań Kuklińskiego, jest brak wielu potwierdzonych faktów wiele z nich nadal rozsiane jest w utajnionej formie w archiwach), które są zastępowane przez domysły.

Z racji braku dostępu do większości dokumentów związanych ze sprawą, trzeba się głównie opierać na relacjach świadków. Wedle tych Kukliński i ludzie mu przychylni pierwotnie planowali organizowanie w Wojsku Polskim spisku skierowanego przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Jednak przedstawiciele amerykańskiego wywiadu odwiedli go od tego pomysłu i przekonali do przekazywania CIA informacji mogących zaszkodzić ZSRR. W czasie swojej współpracy trwającej od 1971 do 1981 roku, Kukliński miał przekazać wywiadowi USA informacje na temat m.in. planów ZSRR dotyczących użycia broni jądrowej, projektów radzieckiej broni: czołgu T-72 i rakiet Strzała-2, rozmieszczenia radzieckich jednostek przeciwlotniczych na terenach Polski i NRD, metod stosowanych przez Armię Radziecką w celu uniknięcia namierzenia jej obiektów przez satelity szpiegowskie oraz planów wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Wobec zagrożenia dekonspiracją uciekł w 1981 r. z żoną i dwoma synami do USA. Sąd wojskowy w Warszawie skazał go w 1984 r. na karę śmierci. Wyrok został złagodzony w 1990 r. do 25 lat więzienia. Uchylono go w roku 1995. Również wtedy Kuklińskiemu przywrócono tytuł pułkownika. Wreszcie w 1997 r. śledztwo umorzono, stwierdzając, że Kukliński działał w stanie wyższej konieczności. Obu jego synów

s. 12

“Podstawowym

zarzutem kierowanym wobec Kuklińskiego przez jego przeciwników jest zdrada: był żołnierzem, składał przysięgę służby wobec Rzeczpospolitej Ludowej, a jednocześnie przekazywał Amerykanom tajne informacje dotyczące Polski, jej sił zbrojnych i systemu obronnego. zginęło w niejasnych okolicznościach, a sam pułkownik zmarł w 2004 roku. Podstawowym zarzutem kierowanym wobec Kuklińskiego przez jego przeciwników jest zdrada: był żołnierzem, składał przysięgę służby wobec Rzeczpospolitej Ludowej, a jednocześnie przekazywał Amerykanom tajne informacje dotyczące Polski, jej sił zbrojnych i systemu obronnego. Takie działania mają, zdaniem jego oponentów, jednoznacznie świadczyć na rzecz tego, że pułkownika można – a wręcz trzeba – nazwać zdrajcą. Wobec takiej ar-

gumentacji można skierować jednak przynajmniej dwa zarzuty. Pierwszy – słabszy – może wysunąć ktoś, kto zgodzi się, że Kukliński miał poprzez swoją przysięgę zobowiązania wobec PRL. Może więc i dopuścił się zdrady. Pytanie jednak brzmi: zdrady kogo i czego? Czy Polski i narodu polskiego, czy też sztucznego tworu państwowego, skonstruowanego i kontrolowanego przez Związek Radziecki? Mówiąc krótko: jeśli przyjmiemy, że Kukliński zdradził, to czy zdradził Polskę, czy Związek Radziecki? Wiele osób przychyliłoby się do drugiej odpowiedzi. Miejmy w pamięci, że prawowity polski rząd znajdował się w tamtych czasach nie w Warszawie, lecz na emigracji, w Londynie. A skoro tak, to czy w państwie, którego teren zamieszkiwało wielu członków narodu polskiego, należy uznać ciągłość z przedwojennym państwem polskim? Można mieć co do tego wątpliwości. Jesteśmy jednak w stanie wysunąć mocniejszy zarzut, przecząc temu, by Kukliński był w ogóle zdrajcą. Abyśmy bowiem mogli mówić o zdradzie, musimy mieć do czynienia ze sprzeniewierzeniem prawowitego zobowiązania do czegoś. Zdaniem klasycznej katolickiej filozofii i teologii moralnej (tj. zdaniem np. św. Tomasza) zobowiązanie do uczynienia zła nie jest żadnym zobowiązaniem i nie obowiązuje ono. Jeżeli więc rzeczywiście pułkownik Kukliński zrozumiał, że jego działania służą złu,


WYDARZENIA I OPINIE

to nie byłyby one żadnymi zobowiązaniami. Z moralnego punktu widzenia nie można by więc nazwać go zdradą, a można by to czynić co najwyżej z prawnego punktu widzenia. Tu jednak chodzi nam o etyczną, a nie prawną ocenę jego działań. Cała sprawa jest daleka od jednoznaczności. Nie wiadomo, czy – a jeśli tak, to w jakim stopniu – działania Kuklińskiego oddaliły niebezpieczeństwo globalnego konfliktu, którego główną areną miałyby być tereny Polski. Nie pomogło polskiej opozycji przekazanie przez Kuklińskiego Amerykanom planów przygotowywanego stanu wojennego, ponieważ Amerykanie tych informacji solidarnościowym ugrupowaniom po prostu nie przekazali. Nie wiadomo, do jakich dokumentów Kukliński

miał naprawdę dostęp i jakie wywiadowi USA przekazał. Część osób mu niechętnych bagatelizuje jego rolę, przekonując, że przez jego ręce nigdy nie przeszły żadne z najważniejszych planów i akt. Pozostaje też oczywiście pytanie, skąd przekonanie Kuklińskiego, że informacje, jakie Amerykanom przekaże, zostaną przez nich wykorzystane na korzyść Polski, a nie jej niekorzyść w przypadku, gdyby akurat takie działanie było zbieżne z interesami USA. Najtrudniejszy w całej sprawie jest niewątpliwie niedobór faktów. W związku z tym cała dyskusja na temat moralnej oceny działań Kuklińskiego musi operować na trybach warunkowych, to znaczy twierdzeniach typu: „Jeśli Kukliński rzeczywiście zrobił X, to należy to ocenić w sposób

Y”. Jednoznaczne wyroki trudno ferować właśnie z tej przyczyny, że wielu rzeczy możemy się – przynajmniej póki co – jedynie domyślać. To zaś sprzyja polaryzowaniu się opinii na temat pułkownika. Dwa obozy bowiem: jego zwolenników i jego przeciwników uzupełniają wszystkie niedopowiedziane miejsca interpretacjami sprzyjającemu ich utwierdzeniu się w admiracji bądź pogardzie dla Kuklińskiego. Ciężko liczyć na to, że sytuacja ulegnie zmianie, jeśli nie poznamy danych ukrytych w archiwach. 

s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

Jałmużna, czy

dobroczynność?

Tak wiele mówi się dziś o dobroczynności i tyle toczy sporów. Jak można mieć za złe komuś to, że pomaga? Nawet jeśli dobroczynność, to żyła złota, na której nie jeden się wzbogacił, to przecież płaszcz dany interesownie nie przestaje grzać. Tocząc spory nad tym gdzie idą pieniądze ze składek i czy dobroczynność może być równocześnie złoczynnością zapominamy o tym co dała nam kultura, w której wyrośliśmy i

Maciej Puczkowski

Bóg który nas wychował. Zajmując się dobroczynnością zapomnieliśmy o jałmużnie.

Pomaganie potrzebującym jest nie tylko w dobrym tonie, ale budzi wiele pozytywnych skojarzeń stąd też daje wymierne korzyści. Ludzie lubią mieć proste kategorie. Dobry jest ten, kto daje miliony na nowy sprzęt do szpitali, a zły kto nie chce mu wrzucić złotówki do puszki. Bez tego mechanizmu działalność dobroczynna nie dałaby się utrzymać. Żeby ostatecznie uświadomić sobie czym jest dobroczynność można wyobrazić sobie kraj bez ministerstwa kultury, w którym ludzie są tej kultury spragnieni. Spokojnie można powiedzieć, że w tym kraju mecenas sztuki za swoją działalność uzyskałby te same korzyści, co u nas dobroczyńca. Stąd wniosek, że dobroczynność niczym się nie różni od dowolnej prestiżowej działalności. Tak samo jak nie można zaprzeczyć pozytywnym owocom dobroczynności, nie da się nie zauważyć jej ciemnej strony. Nie chodzi nawet o to, że cele dobroczyńcy nie zawsze są klarowne. Wrzucając pieniądze do puszki czujemy się lepszymi ludźmi, ale to zamiast budować wpędza nas w pychę. Wszystko dlatego, że chronimy się tym samym przed spotkaniem ze złem dotykającym drugiego człowieka. To już pokazuje, że dobroczynność nie jest owocem naszej chrześcijańskiej kultury, tylko jej alternatywnej wersji bez Boga. Dlatego właśnie jawi nam się jako dobro… ale jednak ułomne.

s. 14

“Tak samo jak nie

można zaprzeczyć pozytywnym owocom dobroczynności, nie da się nie zauważyć jej ciemnej strony. Nie chodzi nawet o to, że cele dobroczyńcy nie zawsze są klarowne. Wrzucając pieniądze do puszki czujemy się lepszymi ludźmi, ale to zamiast budować wpędza nas w pychę. Jakkolwiek dobroczynność przynosi zyski w życiu ziemskim, tak jałmużna jest inwestycją w wieczność. Jezus mówi nam bardzo wyraźnie: “Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” W tym miejscu trzeba sobie uświadomić coś bardzo ważnego. Dając jałmużnę drugiemu człowiekowi czynię dobro przede

wszystkim sobie. Można powiedzieć, że jałmużny udziela się komuś, ale dla siebie, a profit uwidacznia się już w życiu doczesnym. Podążając za tym, że nie samym chlebem żyje człowiek, jałmużnę przyrównać można do suplementu diety. Sprawia, że dusza zaczyna funkcjonować sprawniej, wolniej się męczy i przyczynia się do szybszego wzrostu. Człowiek bezinteresownie pomagający bliźniemu już na ziemi zdobywa sobie cnoty, a Duch Święty obdarowuje go hojnie swoimi darami. Pozostaje pytanie, czy można pogodzić jałmużnę z dobroczynnością? Nie można powiedzieć, że organizator akcji dobroczynnej udziela jałmużny, bo nie swoje dobra ofiarowuje - chyba, żeby zrobił to całkiem charytatywnie. Wtedy czas i poświęcone siły mogą być podarowanym dobrem. Natomiast czy osoba wrzucająca pieniądze do puszki udziela jałmużny? A może jest to tylko sprytny wybieg sumienia, żeby poczuć się dobrym człowiekiem w rzeczywistości uciekając przed spotkaniem z cierpiącym? A gdyby zamiast tego spróbować wziąć bochenek chleba i podarować go pierwszemu lepszemu napotkanemu pijakowi? Może zamiast podziękowań usłyszymy serię wyzwisk… ale o to chodzi w jałmużnie i tym różni się od dobroczynności. 


WYDARZENIA I OPINIE

Wszyscy jesteśmy

jak hitlerowscy zbrodniarze

Wojciech Urban

Na portalu gazeta.pl ukazał się wywiad z pisarką Magdaleną Tulli. Z prawicowych portali posypały się gromy, że środowisko „Gazety Wyborczej” po raz kolejny szkaluje bohaterów. Według oburzonych, skandalem jest porównanie Danuty „Inki” Siedzikówny do hitlerowskich zbrodniarzy. Porównanie to jest niefortunne. Niemniej nasze oburzenie może wywołać również fakt, że my wszyscy jesteśmy jak owi hitlerowcy. Podobnie jak oni jemy obiady i śpimy w nocy. I podobnie jak oni, też jesteśmy odpowiedzialni za losy naszej Ojczyzny.

W dzisiejszych dyskusjach porównywanie czegokolwiek do hitleryzmu nie ma większego sensu. Prawo Godwina mówi że „Wraz z trwaniem dyskusji w Internecie, prawdopodobieństwo użycia porównania, w którym występuje nazizm bądź Hitler dąży do 1” a co za tym idzie, osoba powołująca się na taki argument automatycznie przegrywa dyskusję. I mimo, że prawo to dotyczy jednak trochę czegoś innego, pokazuje absurdalność takich porównań. Niemniej warto podkreślić, że gotowość poświęcenia życia w imię sprawy nie jest atrybutem tylko pozytywnych bohaterów. Francuscy rewolucjoniści umierali za Rewolucję, marksiści umierali za marksizm, naziści umierali za III Rzeszę, a polscy powstańcy umierali za niepodległość Ojczyzny. W niczym to nie umniejsza, ani też nie powiększa innych ich cech, zarówno wad jak i zalet. Świadczy jedynie o zaangażowaniu w sprawę i osobistej odwadze, którą w tym wypadku można by nazwać brawurą. Wywiad ten stawia jednak kilka bardzo ważnych, a niekiedy wręcz niewygodnych pytań. Na niektóre pani Tulli daje odpowiedź. Można się z nią nie zgodzić, ale musimy wtedy postawić własną odpowiedź. Zamiast tego, środowiska „patriotyczne” zareagowały jednym, wielkim oburzeniem. Cyprian Kamil Norwid

pytał: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala / czy ten, co mówić o tym nie pozwala?” Pytanie aktualne do dnia dzisiejszego. Pozwolę sobie przytoczyć i odnieść się do paru kwestii poruszonych we wspomnianym wywiadzie. Faktem jest, że jako naród w ostatnim stuleciu doznaliśmy sporo krzywd i poniżeń. Za większość z nich nikt nas nie przeprosił, mimo że wciąż widzimy skutki tych upokorzeń. Pani Tulli twierdzi, że poniżenia nie da się wybaczyć. Dla chrześcijanina jednak nie jest to niemożliwe. Warto tu przypomnieć „Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich”. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Pan Rakowski-Kłos, który przeprowadził ów wywiad, przytoczył opinię Jana Karskiego, iż bez udziału Polaków wojna nie potrwałaby ani dnia dłużej. Ciężko zgodzić się z tym zdaniem. To, jaką stronę konfliktu wybiorą Polacy miało niebagatelne znaczenie dla wojennych planów Hitlera. Nie zapominajmy, że podczas operacji Barbarossa, część wojsk niemieckich musiała pilnować ziem polskich, gdzie roiło się od grup powstańczych. A dokonania armii gen. Andersa? Sukcesy Dywizjonu 303 w bitwie o Anglię? Walczyli by Polska odzyskała niepodległość. To, że zostali zdradzeni, to inna kwestia. Pani Tulli mówi wprost: „Jesteśmy Polakami, i tyle”. Nie neguje polskoś-

ci, nie zwalcza jej. Pyta o to, jak być Polakiem. Dla niej, i podejrzewam, że dla sporej części społeczeństwa nie jest to oczywiste. „Patrioci” natomiast, zamiast spróbować odpowiedzieć na postawione pytanie, się oburzają i protestują. Kult żołnierzy wyklętych jest trochę kłopotliwy. Zrozumiałe i właściwe jest oddanie hołdu tym, którzy zginęli za ojczyznę. Tym bardziej, że przez ostanie lata byli ofiarami propagandy komunistycznej. Warto z nich czerpać inspirację. Ale czy ktoś im zazdrości tego losu? Zachowali się jak trzeba, niemniej nikt chyba nie chciałby się znaleźć na ich miejscu. Natomiast obecnie My, Polacy, mamy inne potrzeby i zadania. Nie jesteśmy pod okupacją. System polityczny, choć bardzo niedoskonały, możemy zmienić dzięki demokratycznym procedurom. Problemem jest ujemny przyrost naturalny (nie będzie komu umierać za ojczyznę w razie wojny), dług publiczny, bieda. A przede wszystkim obojętność. Dziś potrzeba budować Ojczyznę. Ojczyznę, czyli dobro wspólne. By zmobilizować do tego rodaków, musimy pokazać sens takiego działania. Ale jeżeli ten sens stanowić będzie poświęcenie życia, to tłumów to nie porwie. Jak długo fundamentem polskiego patriotyzmu będzie tradycja powstańcza, tak długo nie będziemy w stanie zbudować porządnego państwa. 

s. 15


WYDARZENIA I OPINIE

Celebryci i show w wyborach

do Parlamentu Europejskiego W maju odbędą się wybory do europarlamentu. Donald Tusk zapewnił, że na listach PO “festiwalu celebrytów” nie będzie. Natomiast ich znanych i lubianych, jest zaskakująca na liście SLD i partii Janusza Palikota. Anna Żmudzińska Partie wystawiły już swoich kandydatów. Na listach znajdują się takie nazwiska jak: Izabela Łukomska-Pyżalska, która startuje z listy Europa Plus – Twój Ruch. Nazwisko znane z pism erotycznych i drużyny Warty Poznań, w której pani Łukomska jest prezesem. Jej motywacje brzmią następująco: „Mnie na przykład polityka kojarzy się z nudnymi facetami, którzy wylewają na siebie w telewizji wiadro pomyj. Uważam, że wciąż jest tam za mało kobiet”. Następnie Krystian Jegierski z listy SLD, członek Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich i radny m. st. Warszawa, który w portalu queer. pl mówi tak: „Bardzo się cieszę, bo to też pokazuje, że środowisko LGBT jest poważnie traktowane. Coraz więcej sił politycznych przestaje nas marginalizować. Przed nami jednak dużo pracy, żeby być atrakcyjnymi politykami i polityczkami dla jak największej rzeszy wyborców, żeby wnieść jak najsensowniejszy wkład w politykę, nie ograniczając się tylko i wyłącznie do kwestii LGBT”. SLD stawia w tych wyborach na byłych posłów, europosłów, ministrów, a także sportowców. Na listach znajdziemy takie osobistości jak piłkarz Maciej Żurawski, siatkarz Michał Bąkiewicz i lekkoatletka Anna Jesień. Znana feministka, Kazimiera Szczuka jest numerem jeden na liście Twojego Ruchu i Europa Plus w wy-

s. 16

“SLD stawia w tych

wyborach na byłych posłów, europosłów, ministrów, a także sportowców. Na listach znajdziemy takie osobistości jak piłkarz Maciej Żurawski, siatkarz Michał Bąkiewicz i lekkoatletka Anna Jesień. borach do Europarlamentu w województwie kujawsko-pomorskim. Partie promują się nieźle – można poczuć się tak jak gdyby oglądało się kolejną beznadziejną reklamę. Choć wizualnie może wyglądać to nieźle, tak naprawdę kupno tego nie przysporzy nikomu żadnego pożytku. Bo czym się szczycą ci kandydaci? Dobrą marką? Najprawdopodobniej

co poniektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, gdzie chcą wysłać swoich kandydatów. Chyba, że udziałem w polityce, aby rozwijać państwo, jest przytoczone zdanie pana Jegierskiego. Wątpię czy zmieni choćby stan finansowy państwa, ale opakowanie też w sumie ważne. W końcu reprezentuje mniejszość, gdzie większości przy takim bezrobociu i problemach finansowych kompletnie nie interesują jego homoseksualne debaty. Myślę, że pani od zdjęć erotycznych, jak podają media, też sprawy Unii Europejskiej i gospodarcze Polski są dość znane. Oczywiście można przypuszczać, że ci ludzie mają do powiedzenia coś kreatywnego w życiu prywatnym. Ważne są jednak konkretne programy wyborcze. Ludzie, którzy startują w wyborach do Parlamentu Europejskiego muszą być przede wszystkim rzetelni, a nie tylko mieć znane nazwisko. Priorytety niestety zostały odwrócone. 


WYDARZENIA I OPINIE

Porno dzień

na Uniwersytecie Warszawskim Organizacja Studencka Queer Uniwersytetu Warszawskiego miała w planach zorganizować tak zwany „Porno Dzień”, ale władze UW zablokowały imprezę.

Anna Żmudzińska Prof. Monika Płatek z katedry “Gender Study” mówi: „Najpierw na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, w przeddzień wykładu Petera Singera o prawach zwierząt, Dziekan Wydziału Prawa odwołał wykład Singera bo Singer nie potępia aborcji. A teraz na tym samym Uniwersytecie zakazuje się naukowej konferencji o pornografii w perspektywie nauk społecznych.” Miał wystąpić m.in. dr hab. Jacek Kochanowski, homoseksualista, wykładowca gender studies, który w maju zeszłego roku stwierdził podczas pokazu filmu „L.I.E”, że „jeśli nie damy upustu swoim namiętnościom to będziemy wyżywać się na innych”. Kochanowski uważa również, że „nawet płód się masturbuje” a „dzieci mają swoją seksualność”. Następna osoba to Jakub Dymek, specjalista od porn-studies. „Z wykształcenia jestem kulturoznawcą, absolwentem gender studies i nauk politycznych. I na przecięciu tych trzech dyscyplin zajmuję się pornografią”. Następnie stwierdził: „Pornografia historycznie była bardzo mocnym narzędziem wyrazu grup mniejszościowych. Gdzie indziej, jak nie w filmach pornograficznych i erotycznych, konstruowały się pewne tożsamości i narracje les-

“Przed wycofaniem

tego wydarzenia organizatorzy podali szczegółowy plan, dzięki któremu w końcu dowiedzieliśmy się jak ma wyglądać wydarzenie od strony praktycznej. W planach było między innymi nagie przedstawienie. bijskie i gejowskie? Gdzie, jak nie tutaj, kształtowała się krytyka norm obyczajowych narzucanych przez mainstream?”. Nie można nie przytoczyć również cytatu Mariusza Drozdowskiego: ”Ja, dla przykładu, jestem transem i pedofilem. I spoko, żyje mi się z tym całkiem fajnie”. W innym miejscu wykładowca UW pisał: „Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii. Nie zgadzam się na ograniczanie wolności słowa”. Przed wycofaniem tego wydarzenia organizatorzy podali szczegółowy plan, dzięki któremu w końcu dowiedzieliśmy się jak ma wyglądać wydarzenie od strony praktycznej. W planach było między innymi nagie przedstawienie. Można jedynie stwi-

erdzić, że jeszcze niedawno uniwersytety były kuźnią intelektualistów. Teraz studenci próbują wypromować jakieś dziwne propagandy pod otoczką „naukowości”. Dyrekcja Uniwersytetu wydała oświadczenie, że “nie wyraziła i w przyszłości nie wyrazi zgody na zorganizowanie żadnego wydarzenia ni mającego charakteru naukowego”. To jednak nie zraża ani trochę organizatorów. W programie “Wydarzenia Opinie Komentarze” w Polsat New Drozdowski zapowiedział bowiem, że wydarzenie się na pewno odbędzie pod zmienioną nazwą i nieco zmienionym programem. Lider Queer UW calą winą za brak zgody na Dzień Porno obarcza środowiska prawicowe i katolickie, które wywołały zamieszanie związane z wydarzeniem. 

“Nie można nie

przytoczyć również cytatu Mariusza Drozdowskiego: ‘Ja, dla przykładu, jestem transem i pedofilem. I spoko, żyje mi się z tym całkiem fajnie’.

s. 17


TAKA

SYTUACJA

Między Wschodem a Zachodem Ulepszamy, wspomagamy, byle nowocześniej, byle więcej i byle dalej… Dalej, czyli paradoksalnie bliżej… bliżej Europy. Której Europy? No Europa jest jedna – ta na Zachodzie. Bo nasi sąsiedzi zza Bugu to po prostu Wschód. Skandynawia Skandynawią – bo tam zimno i ludziom dobrze się żyje, zaś Południe jest kolorowe i trochę egzotyczne. A Polska?! Już nie Wschód, jeszcze nie Zachód. Niby środek Europy, ale wcale nie jej pępek. Aleksandra Brzezicka Trochę taki kraj przejściowy, swoisty przeciąg z wiatrów zachodnich i wschodnich. A jednocześnie silnie ugruntowany w swojej tradycji i przeszłości historycznej. Czyli hybryda. Z jednej strony jakieś dziwne przekonanie, że jesteśmy lepsi od tych ze Wschodu, z drugiej –stały kompleks w stosunku do Zachodu – „bo tam już, u nas jeszcze nie...”. Więc trzeba gonić. Jak pokazują dramatyczne dzieje naszego państwa, polskiej tożsamości udało się przetrwać i obronić w zawierusze historii. Kraj podzielony, nieistniejący czy okupowany – przetrwał. To, co udało się obronić przez dziesiątki lat autentycznego zagrożenia, dziś kruszy się w przestrzeni rzekomej wolności i samostanowienia. To, co rdzennie polskie i stanowiące fundament naszej kultury i tożsamości, zostaje zakwestionowane w imię rzekomego postępu.

POLSKA RODZINĄ STOI?

Rodzina – wartość, jak mogłoby się wydawać, dla Polaków najcenniejsza. Tradycyjny model rodziny, tradycyjny model wychowania, tradycyjny wianuszek dzieci wokół ogniska domowego. Ostatni raz widziany chyba w czasach, kiedy owe palenisko jeszcze faktycznie było rozpalane. Teraz model rodziny to 2 + 1. I to dodawanie to nie tak od razu… Bo kariera, bo spełnienie za-

s. 18

“To, co udało się

obronić przez dziesiątki lat autentycznego zagrożenia, dziś kruszy się w przestrzeni rzekomej wolności i samostanowienia. To, co rdzennie polskie i stanowiące fundament naszej kultury i tożsamości, zostaje zakwestionowane w imię rzekomego postępu. wodowe, bo warunki mieszkaniowe. Ma 29 lat, i czuje, że jej zegar biologiczny tyka. Decyduje się więc na zamrożenie jajeczek „na lepsze czasy”. No bo teraz pracuje w stołecznym banku i z decyzją o dziecku musi poczekać do czasu, aż będzie w stanie zapewnić mu „odpowiednie warunki” (mieszkanie pięciopokojowe, niania, prywatne przedszkole, basen, karate, hiszpański, gitara i kurs tańca dwa razy w tygodniu). Jej decyzja o „zamrożeniu” to „wyraz odpowiedzialności i troski” – niech powie to rodzinie wielodzietnej z podkarpackiej wsi, która utrzymuje się z jednego

zarobku, a swoim dzieciom nie może zaoferować dodatkowych aktywności. Znam ludzi z różnych środowisk. Dzieci niektórych z nich chodzą w adidaskach z targu za 40 złotych. Znam też dzieci rodziców, którzy – kierowani „troską” i osaczającym poczuciem konieczności życia na odpowiednim poziomie – kupują swoim pociechom buty ze stosownym logo za niebotyczne sumy. Nóżki których z tych dzieci są bardziej zadowolone?

PARADOKSY NASZYCH CZASÓW

Ślepo wpatrzeni w Zachód, przeszczepiamy na swój grunt zupełnie obce nam wartości i dążenia. Tolerancja? A i owszem, ale w granicach rozsądku: Tak! dla Żydów i innych mniejszości narodowych, letnie Nie! dla mniejszości seksualnych. Ale postępowy i ucywilizowany – już nie Polak, a Europejczyk – musi być poprawny politycznie. Czyli nie ‘pedał’ a ‘homoseksualista’, nie zaburzenie, ale świadomość własnej seksualności. Szanuj, bądź wyrozumiały, przyznaj równe prawa. Bo jest demokracja i wszyscy są równi. Co z tego, że ta sama demokracja być może będzie kazała usunąć twój krzyż (symbol wiary stanowiącej podłoże naszej religijności i kultury), bo postawiony w miejscach publicznych, może ranić uczucia wyznawców innych religii...


TAKA

Zamień też prawo boskie na prawo ludzkie. Odrzuć religię ojców, wyjdź z ciemnogrodu i zacznij konsumować. Do tego przecież jesteś zachęcany. Zamiast upatrywać w niepłodności jakiegoś zamysłu Bożego, wybierz ingerencje współczesnej techniki, która mówi ci, że cel uświęca (uśmierca) środki – bo In-vitro zawiera samo w sobie sprzeczność – niesie życie, lecz niesie też i śmierć (niewykorzystane zarodki). Nie mam tak ostrych poglądów, jak może sugerować tekst. Domyślam się, że w umysłach ludzi dotkniętych niepłodnością czy wykluczeniem rozgrywa się wielki dramat. To są trudne kwestie, nie zawsze jednoznaczne. Wiem jednak, że Chrys-

SYTUACJA

tus i Kościół domagają się jasnej postawy i kategorycznego opowiedzenia się po stronie życia i sakramentalnego małżeństwa. Jest miejsce na współczucie, nie ma go natomiast dla relatywizacji i naginania prawa Bożego.

ŻEBY POLSKA BYŁA POLSKĄ

Mija ćwierćwiecze naszej wolności. Nie jestem socjologiem ani historykiem, posiadam jednak zmysł obserwacji i analizy. Obserwuję i myślę, że źle się dzieje... Tożsamość Europejczyka (tego unijnego) nie pokrywa się z tożsamością Polaka. Dążenie do stworzenia wielkiego państwa europejskiego, a przede wszystkim

zgubne przeświadczenie o tym, że Zachód wie lepiej (bo jest bardziej rozwinięty i ucywilizowany) niesie ze sobą poważne zagrożenia dla polskiej tożsamości. Zachód nie zabroni ci opłatka wigilijnego (no chyba, że jego skład nie będzie zgodny z wymogami unijnymi) ani polskiej golonki. Ale zrobi wiele, by wykorzenić cię z rodzimej kultury, zrelatywizować twoje myślenie o świecie. I to wcale nie siłą, ale poprzez reklamę – zawiesi ci marchewkę na kijku i poczeka, aż sam po nią sięgniesz. 

s. 19


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Boska

Komedia

Zdarza się nam słyszeć, że życie to kiepsko napisana sztuka. W tego typu zwrotach lubują się zwłaszcza wszelkiej maści artyści. Nie mniej jednak jesteśmy nie tylko świadkami, ale i uczestnikami rozgrywanego dramatu, z którego usilnie próbujemy się wyzwolić. Sęk w tym, że życie w swoich pierwotnych zamierzeniach jest sztuką napisaną dobrze, a niektórzy zwą ją Bożym Planem Zbawienia. Maciej Puczkowski Na podstawie samych obserwacji i dziejowego doświadczenia możemy stwierdzić, że Bóg powołuje nas do bardzo konkretnych ról. Wyróżnijmy te, które współcześnie mogą sprawiać nam najwięcej problemów, choć są naturalne i elementarne. Przede wszystkim powołani jesteśmy do pełnienia roli kobiety i mężczyzny, a dalej męża, żony, ojca, matki i dziecka - syna i córki. Role te w pewien sposób definiują naszą zewnętrzną formę i nie wszystkie są przez nas wybrane. Człowiek niekiedy próbując wydostać się z tych ról traci grunt pod nogami. Pojawia się podstawowe pytanie - kim jestem? Jeśli nikt i nic mnie nie definiuje, a tylko ja sam, to czy nie popadam w jakąś wewnętrzną sprzeczność? W końcu definiuje mnie coś, co jest jeszcze nie zdefiniowane, czyli co? Jeśli jednak w jakiś zawiły rozumowy sposób uda się nam wybrnąć z tego impasu, to czy nie będzie to jedynie złudzenie? Skoro sam mogę się zdefiniować, to znaczy, że chcąc być koniem, “będę” koniem. Tylko, że nie będę. Znów dochodzimy do sprzeczności. Co zatem nas definiuje? Kim jesteśmy? To pytanie niekoniecznie musi mieć odpowiedź, choć ta wydawałaby się taka oczywista. Powiedzielibyśmy, że jesteśmy ludźmi. Z tym, że wciąż w niektórych rejonach świata istnieją plemiona, które utożsamiają się w jakiś sposób z konkretnymi zwier-

s. 20

“Godząc się na role,

do których jesteśmy powołani przez Boga zyskujemy siebie samych. Nie musimy już szukać siebie, tylko przeżywać własne życie, które otrzymaliśmy bardzo konkretne i bardzo jasne. zętami, a my sami, o zgrozo, mamy problem z określeniem własnej płci. Moglibyśmy zdefiniować się przez jakąś zależność funkcyjną z naturą być podgatunkiem bytu, który wykształciła i ożywiła. Nawet, gdybyśmy przyjęli tę odpowiedź musielibyśmy pokornie zgodzić się na role, które ta natura nam nadała. Wszystkie te rozważania dla chrześcijanina muszą jawić się jako co najmniej nierozsądne. Po krótkim czasie od pozbawienia się wiary wychodzi na jaw, że nie tylko nie potrafimy dobrze odnaleźć się w tym co niewidzialne, ale i to, co jest dostrzegalne i pozornie wiary nie wymaga, zaczyna sprawiać nam problemy. Godząc się na role, do których jesteśmy powołani przez Boga zyskujemy siebie samych. Nie musimy już

szukać siebie, tylko przeżywać własne życie, które otrzymaliśmy bardzo konkretne i bardzo jasne. Dzięki temu Bóg, kiedy staniemy u progu Jego domu będzie mógł powiedzieć: “znam was, wiem dokładnie kim jesteście”. Co się stanie, kiedy “wyskoczymy” ze swoich ról? Czy zostaniemy rozpoznani? Dlatego jesteśmy mężczyzną i niewiastą, ojcem i matką, synem i córką, studentem, pracownikiem lub księdzem. Bóg nas zna po imieniu. Właśnie imię jest tym co nas, może nie definiuje, ale określa. Bóg spytany o imię mówi kim jest, opowiada istotę siebie. Dlatego najlepszą odpowiedzią na pytanie: “kim jesteś?”, jest w pierwszym rzędzie nasze imię, a dalej szereg ról do których zostaliśmy powołani i których się podjęliśmy. Ponieważ nie można zmienić roli, ale można się jej nie podjąć. Dlatego życie to Boska komedia i prowadzi do dobrego zakończenia. Dlatego warto ją odgrywać. Ci, którzy utracili swoje role, zgubili się na scenie i piszą swoje własne dzieła. Nie dziwi więc, że widzą życie jako kiepską sztukę. Dzisiaj, w szczególności w ideologii gender, możemy się spotkać z całkowitym odrzuceniem jakichkolwiek ról. Nie ma sztuki, nie ma zakończenia... ale może istnieć Złośliwy Kuglarz, który pociąga za sznurki tych, którzy oderwali się od Planu Zbawienia, Boskiej Komedii. 


NIE

OGARNIAM

Potrzeba więcej, niż jednego

pogromcę smoków,

żeby wygrać wojnę

s. 21


NIE OGA

NA MARGINESIE

Po pseudo recenzji Avatara, którą zresztą widać po prawej, warto byłoby napisać coś odkrywczego. Niestety, niektórzy uważają, że zdecydowania za bardzo rozczulałem się nad tym filmem, więc może mi zabraknąć weny do trafnego dookreślenie tego, co się ostatnio wydarzyło. A kopnął mnie wątpliwy zaszczyt zaobserwowania kilku dość absurdalnych zjawisk psycho-społeczno-politycznych. Więc tak na marginesie chciałbym dodać, że... …moja znajoma Kasia doznała przykrego urazu mięśniowego. Na szczęście nie utrudnia jej to względnie normalnego funkcjonowania. Niestety uraz się może pogłębić. To jest pesymistyczna część historii. Żeby nie było tak ponuro i smutno, to trzeba zaznaczyć, że owa rekonstrukcja fragmentu ścięgna jest refundowana przez NFZ w całości! Bogu dzięki, bo to koszt blisko 7 000 zł. Ponadto ma też czas na przygotowanie się psychiczne do zabiegu, bo termin operacji wyznaczony jest na 2023 rok. pozdrawiam Cię Kasiu i nie przegap terminu. Strach się bać kiedy będzie kolejny…

...ponadto chciałem zauważyć, że...

…polskie feministki bardzo prężnie działają na wielu polach. Trzeba im to oddać, jest ich mało, nie są szczególnie urodziwe, ale (może właśnie dzięki temu) widać je na każdym kanale telewizyjnym. Niestety, nasz narodowy femen odstaje od standardów światowych. W sumie nie ma co się dziwić, w naszym nadbałtyckim państwie przywykliśmy do wybrakowanego wszystkiego, od pensji zaczynając na mandarynkach kończąc. Wracając do feministek. Nie godzi się, żeby tylko Kamil Stoch zdobywał medale na rosyjskich skoczniach! Drogie Panie! Kolejne Igrzyska za 4 lata! Najwyższa pora zbudować Narodowy Feministyczny Program Skoczkiń Narciarskich, może chociaż tu wasze siły i pieniądze przyniosą jakieś korzyści.

...ale nie zapominajmy, że...

…Anders Breivik wciąż żyje. Niestety, został zmuszony do złożenia zawiadomienia i tym samym oficjalnego listu, w którym zaznacza, że jego obecna sytuacja mieszkaniowo-socjalna przypomina tortury! Już się cieszyłem, że jego warunki domowe uległy, jedynej słusznej zmianie i oczekiwałem, że zobaczę tego mordercę na drewnianej pryczy, przykrytego parcianym kocem. Jednak się

s. 22

Kilka dni temu miałem przyjemność

zostanę wyśmiany i powytykany pal

smerfach, żyjących na zupełnie nies

po raz pierwszy dopiero teraz, więc

Mariusz Baczyński Mojej sytuacji nie poprawią też odczucia na temat filmu, bo naprawdę mi się podobał, a zdanie krytyków nie do końca mnie interesuje. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że fabuła jest oparta o sztampowy schemat walki o wolność, z miłosnym wątkiem w tle. Co więcej, wszystko kończy się happyendem i bohaterowie zaczynają zupełnie nowe życie w całkowitej wolności od ciemiężców. Tu w sumie mógłbym postawić kropkę, ale jeszcze kilka wątków chciałbym delikatnie rozgrzebać. Patrząc na Avatara z perspektywy tych kilku dni, dostrzegam drobiazgi, które jakoś wcześniej umykały mojej uwadze. Pod całą tą powłoką baśniowej krainy, wśród wszystkich tych efektów specjalnych i animacji, zniknęła mi całkiem ładna historia miłosna. To nie tak, że jej nie zauważyłem. Po prostu dopiero teraz dochodzi do mnie, ile ten facet, który sporo przeszedł, stracił brata i zaryzykował życie, wystawiając do wiatru wojsko, które wcześniej go podkupiło, naprawdę się nagimnastykował, żeby zdobyć kobietę, w której się zakochał. Co więcej, jak już go wyklęła i zwyzywała, i w sumie nie było nadziei na ponowne zejście się, to postanowił zapolować na największego latającego smoka w tej dziczy. Pół biedy jakby miał zamiar przynieść jej smoczą głowę albo pazury w dowód tego, że drapieżnika pokonał. On postanowił przytargać bydlaka żywego! Ba! On na nim przyleciał i kilkunastometrowy kolos stał się, nie dość że bukietem na przeprosiny, to jeszcze limuzyną i to prywatną. No panowie? Który z was w dowód miłości przyjechał do swojej kobiety przynajmniej na jakimś drapieżnym kocie? Żaden. Już widzę te męskie spojrzenia mówiące „tu się puknij”! Panowie spokojnie! Tu nie chodzi o to, żeby rzucić wszystko dla kobiety i wy-

“Tu nie chodzi o to,

żeby rzucić wszystko dla kobiety i wybrać się do Puszczy Kampinoskiej na ujeżdżanie żubrów. Sprawa rozchodzi się o zupełnie co innego. Bo jedną rzeczą jest walka na gołe klaty z niedźwiedziem, a drugą walka całym sobą o kogoś. brać się do Puszczy Kampinoskiej na ujeżdżanie żubrów. Sprawa rozchodzi się o zupełnie co innego. Bo jedną rzeczą jest walka na gołe klaty z niedźwiedziem, a drugą walka całym sobą o kogoś. Ale ta walka nie może być wybiórcza. Albo szarpiesz się o wszystko co kształtuje cię jako człowieka, albo jesteś egoistą. Walczysz tylko tam gdzie są wymierne korzyści. Wątki walki o wszystko także znalazły się w wyżej wymienionym filmie. A jakże. Tym razem na szczęście wystarczyło mi bystrego umysłu i byłem wstanie zauważać je na bieżąco. Trudno bowiem przegapić kilkudziesięciu minutową scenę regularnej bitwy. Przestworza od wieków opanowane przez większe i mniejsze latające gady zostały zaatakowane przez brutalnych ludzkich najeźdźców. A na ziemi w gęstej dżungli rozpędzone koniopodobne stwory ujeżdżane przez rodowitych mieszkańców broniły się przed tymi samymi ludźmi


ARNIAM

NA MARGINESIE

Avatara Jamesa Camerona. Zapewne lcami, jeśli powiem, że produkcja o przerośniętych obejrzeć

samowitej planecie została zobaczona przeze mnie

c ten fakt przemilczę.

wyposażonymi w wysokiej klasy przenośny sprzęt do zabijania. Nie wspomnę o robotach wielkości owego konia. Wśród jeźdźców, nasz bohater ryzykuje wszystko i staje przeciwko ludziom, z którymi na planetę przyleciał. Tu znajduje się miejsce na przemyślenia i dokładnie w tym miejscu rodzi się pytanie. Ale po co? Odpowiedź jest krótka. Poczuł, że może sam wyszarpać swoje marzenia losowi. Mówiąc marzenia, mam na myśli zupełnie nowe życie. Żeby było śmieszniej, to życie początkowo stanowiło dla niego rodzaj sennej mary, dopiero z czasem podjął decyzję o tym, że marzenia trzeba ucieleśnić. A jak to robić to na całego. Pokochał córkę wodza, a ona jego. Stał się członkiem społeczności, a ona uznała go za brata, lecz dopiero na końcu poczuł, że to wszystko wymaga od niego decyzji w jakim świecie chce żyć. Spełniając marzenia, zmieniasz swoje życie. Spełniając wszystkie jednocześnie, zaczynasz życie od nowa. Ale zanim nasz bohater zaczął je realizować, mógł je stracić. Kładąc na jednej szali wszystko to, co mógł zdobyć, na drugiej swoje życie i

“Cały czas gdzieś

z tyłu głowy mam obraz żołnierzy, kombatantów i poległych, którzy pod impulsem szaleństwa przebrani za niemieckich oficerów wyjeżdżali główną bramą z Auschwitz.

życie ukochanej. Ale jakimś cudem, z pomocą „boskiej” opatrzności udało się mu nie stracić swojej karty przetargowej. Bitwa została wygrana. Miłość przypieczętowana. Różne plemiona Navii, czyli tubylców, pierwszy raz od dawna były jednością, a on sam ze swoją duszą zamienił się na stałe ciało niebieskiego mieszkańca dziczy. Tak jak mówiłem wcześniej zakończenie szczęśliwe jak w każdym tego typu filmie. Rzeczywistość bywa dużo bardziej brutalna. Nie wszystko kończy się dobrze, a tych, którzy postawili życie pod zastaw marzeń i stracili wszystko, nie brakuje. Jednak to nie ma być puentą tego przydługawego wywodu. Cały czas gdzieś z tyłu głowy mam obraz żołnierzy, kombatantów i poległych, którzy pod impulsem szaleństwa przebrani za niemieckich oficerów wyjeżdżali główną bramą z Auschwitz. Widzę tych mundurowych, którzy walczyli na frontach obu wojen światowych z przeciwnikiem, który grabił i najeżdżał ich ojczyznę. Oni chcieli zmienić rzeczywistość, stworzyć dla siebie skrawek ziemi otoczony biało-czerwonymi słupami granicznymi. Nieważne, że nie od razu się udało dokonać wszystkiego. Samo serce, wola i zadziorność mogą nie wystarczyć. Czasem potrzeba więcej niż jednego pogromcę smoków, by wygrać wojnę, ale tym większe zasługi dla tych nielicznych, którzy tego dokonali. W naszej historii wielu znajdziemy takich, którzy niejedną bestię chwycili za gardło. Nie ogarniam tego, jak ktokolwiek mógł o nich choć na chwilę zapomnieć, bo wszyscy ci walczący spełniali nie tyle swoje, co nasze marzenia o wolnej Polsce i to jeszcze na długo przed tym, zanim zdążyliśmy je wypowiedzieć. 

przeliczyłem. Te skandaliczne warunki to za stara i nie spełniająca wymagań konsola PS, zużyte i nieciekawe gry i nie spełniająca wymogów ISO maszyna do pisania. Na koniec dodaje, że ma zdecydowanie za niskie kieszonkowe. Żeby jego żądanie nie były gołosłowne grozi strajkiem głodowym. To być może sugestia, że obiady nie takie… Niestety nie wiem co z tym fantem można zrobić. Jedyne rozsądne rozwiązanie tej patowej sytuacji to wysłanie doń Trynkiwicza. Kto wie, może on wreszcie postawi go do pionu..

...w międzyczasie chciałbym wspomnieć, że... …wszędzie są serduszka. Różowe, czerwone, z kucykami i różami. Nie chce wyjść na zatwardziałego i nudnego singla, który niszczy tę przepiękną atmosferę miłości i radości. Wręcz przeciwnie, nie mam nic przeciwko temu! Skoro ktoś tak zakochanie wyrażać pragnie, to bronić mu tego nie będę. Jednak pojawia się swoisty problem natury czysto technicznej. Bo z pozoru wszyscy mogą być sobie a ja sobie i tak byśmy sobie egzystowali. Ale oczywiście nie… Nieświadomy niczego człowiek wyjdzie z kumplem napić się piwa, w ten feralny 14 dzień lutego i od razu patrzą na niego podejrzliwie.

a na koniec krótko o tym, że…

…tematy medyczne dziś tu będą dominować. Konkretnie medyczno-sportowe. Otóż, pewien lekarz orzecznik, z szanowanej instytucji zwanej ZUSem, tak był zafascynowany sukcesem Justyny Kowalczyk, że zupełnie przysłoniło mu to oczy i zmieniło jego spojrzenie na świat. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że skrócił chorobowe pacjentowi ze złamanym palcem uzasadniając ją tym, że „skoro Justynka dała radę, to Pan też musi”. Nie ma co, zgadzam się z jego diagnozą w całej rozciągłości. Co więcej powinniśmy pójść krok dalej! Zabierzmy kierowcom ciężarówki, niech niosą wszystko na zachód! Nie z takimi ciężarami Pudzianowski dawał sobie radę! To byłoby na tyle. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i tym razem zdania wielokrotnie złożone nie będą głównym powodem do ataków nienawiści. Obawiam się, że może dojść do połączenia sił feministek i par heteroseksualnych. To by była wiekopomna chwila. 

s. 23


TEMAT

NUMERU

Dwóch wielkich dowódców

z Łączki

s. 24


TEMAT

Kajetan Garbela

NUMERU

W sierpniu zeszłego roku polskie media obiegła wiadomość o identyfikacji kolejnych ciał pochowanych na tak zwanej „łączce”, czyli w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie. IPN poinformował, że w ramach trwających od 2012 roku ekshumacji udało się odnaleźć zwłoki zamordowanych przez PRL-owskie władze Żołnierzy Wyklętych. Wśród nich znaleźli się dwaj głośni i zasłużeni wojownicy o wolność Polski – Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” oraz Hieronim Dekutowski „Zapora”.

ŁUPASZKA - PRZEDWOJENNY KAWALERZYSTA

Zygmunt Edward Szendzielarz urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju, w rodzinie urzędnika kolejowego Karola i Eufrozyny z Osieckich. Uczęszczał do szkół w rodzinnym mieście oraz Lwowie, lecz bardziej niż nauką interesował się jazdą konną. Ta pasja zaprowadziła go do służby wojskowej w kawalerii. Najpierw kształcił się w ramach Kursu Unitarnego w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, skąd przeszedł do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, gdzie przebywał od 1932 do 1934 roku, gdy został mianowany podporucznikiem. Po tym awansie został promowany na dowódcę plutonu w 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich stacjonującym w Wilnie. W ciągu służby wojskowej por. Szendzielarz jeździł konno nie tylko zawodowo, brał również udział w zawodach jeździeckich, gdzie nierzadko udawało mu się wejść na podium. W styczniu 1939 r. wszedł w związek małżeński z Anną Swolkień, zaś w listopadzie tego roku na świat przyszła ich córka Barbara. Po wybuchu II wojny światowej dowodził 2. szwadronem 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, wchodzącego w skład Wileńskiej Brygady Kawalerii. Po licznych walkach Brygada została rozbita przez Niemców, a pozostali przy życiu żołnierze dołączyli do Nowogródzkiej Brygady Kawalerii gen. Władysława Andersa, z którą udali się na południe, mając nadzieję przedostać się w granice Węgier. Niestety siły przeciwnika były tak wielkie, że generał Anders postanowił rozwiązać brygadę i nakazał przebijanie się ku granicom w małych grupach. Prawdopodob-

“Szendzielarz oczy-

wiście nawet nie rozważał kolaboracji z wrogiem. Ale nie brał też bezpośredniego udziału w akcji „Ostra Brama”, polegającej na przejęciu przez AK Wilna z rąk Niemców, bo został natenczas delegowany na inny teren operacyjny oraz awansowany do stopnia rotmistrza. nie Szendzielarz dostał się wówczas na krótko do niemieckiej niewoli, z której szybko uciekł, kierując się na Lwów, a później do Francji. Ta kolejna próba wydostania się z Polski również była nieudana, podporucznik postanowił więc wrócić do Wilna. Na miejscu dołączył do tworzących się struktur ZWZ-AK, gdzie przyjął pseudonim „Łupaszko”. Chciał przez to wyrazić hołd dla posługującego się nim wcześniej słynnego kawalerzysty Jerzego Dąbrowskiego, walczącego w wojnie polsko-bolszewickiej, bestialsko torturowanego i zamordowanego przez NKWD w 1940 r. W tym samym roku miał stanąć na czele osobnego szwadronu wchodzącego w skład Wileńskiego Pułku Ułanów Śmierci oraz organizować siatkę wywiadowczą działającą wzdłuż linii kolejowej Wilno-Podbrodzie-Ryga. W latach 1942-43 wycofał się z walki, przebywając w

majątku rodziny żony w Szajkunach. Gdy jednak życie cywila mu zbrzydło, postanowił wrócić do konspiracji, w której miał trwać aż do śmierci. W sierpniu 1943 r. został wyznaczony przez Komendę Okręgu Wileńskiego AK na dowódcę pierwszego oddziału partyzanckiego na Wileńszczyźnie - 5 Wileńskiej Brygady AK, operującego w jej północno-wschodnich rejonach. Wcześniej dowodził nią ppor. Antoni Burzyński “Kmicic”, również zdradziecko pojmany i zamordowany przez Sowietów. Na jesieni tego roku oddział liczący już około 100 członków i znany potocznie jako Brygada Śmierci walczył zarówno z Sowietami, jak i Niemcami oraz sprzyjającymi im bojówkami litewskimi. Ci ostatni pojmali go nawet w 1994 r. i przekazali Niemcom, którzy jednak, licząc na możliwą współpracę z Łupaszką w walce ze wspólnym wrogiem – ZSRR, postanowili oficjalnie „w geście dobrej woli” przywrócić mu wolność. Szendzielarz oczywiście nawet nie rozważał kolaboracji z wrogiem. Ale nie brał też bezpośredniego udziału w akcji „Ostra Brama”, polegającej na przejęciu przez AK Wilna z rąk Niemców, bo został natenczas delegowany na inny teren operacyjny oraz awansowany do stopnia rotmistrza. By zdezorientować wroga, przyjął nowy pseudonim – „Żelazny”, zaś swój oddział przemianował na Brygadę Warszawską. Po tym, jak Armia Czerwona przejęła od Polaków Wilno i uwięziła wielu akowców, jego brygada przedostała się do Puszczy Grodzieńskiej, gdzie została otoczona przez komunistów. Łupaszko podjął decyzję o rozformowaniu oddziału, co miało miejsce 23 lipca 1944 r. w okolicy wsi Porzecze. Żołnierzom

s. 25


TEMAT NUMERU

zostawił wybór: mogą wracać do domów lub stworzyć małe grupy i próbować przebić się na zachód. On sam wybrał drugą opcję, udając się w okolice Białegostoku, gdzie zgłosił się pod rozkazy ppłk. Władysława Liniarskiego ps. “Mścisław”, komendanta Okręgu Białostockiego AK. Tam awansował do stopnia majora i rozpoczął regularną walkę z oddziałami sowieckimi, komunistyczną partyzantką oraz powstającą w tym czasie milicją obywatelską. Działał głównie na terenie Puszczy Białowieskiej, próbując jednocześnie wcielić do służby akowców, podobnie jak on ewakuujących się z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny. W tym okresie jego bliskim współpracownikiem i podkomendnym był przyszły pisarz Paweł Jasienica, któremu w okresie PRL-u wielokrotnie wypominano współpracę z „bandytą” Szendzielarzem. Ten zaś jesienią 1945 roku otrzymał rozkaz rozformowania oddziału liczącego wówczas około 300 ludzi. Przeniósł się wtedy do Gdańska, gdzie rezydował ostatni komendant Okręgu Wileńskiego AK-DSZ ppłk Antoni Olechnowicz ps. „Pohorecki”. Nakazał on Łupaszce prowadzenie działalności propagandowej i pozwolił na zebranie grupy zbrojnych, która mogła liczyć jedynie kilka osób i zajmować się dywersją, a nie partyzantką. Majorowi to nie odpo-

s. 26

wiadało, jednak starał się sumiennie wykonywać rozkazy. Ostatecznie na początku 1946 roku uzyskał zgodę na powrót do działalności partyzanckiej, a później nawet na odtworzenie pod własnym dowództwem 5 Brygady. Na przełomie lata i jesieni tego roku udał się z jej częścią na Białostocczyznę, gdzie połączył się z tamtejszą 6 Brygadą. Wówczas także otrzymał on od ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza list, w którym władza ludowa gwarantowała mu możliwość wyjazdu na Zachód za cenę rozwiązania oddziału. Major propozycji nie przyjął, mimo że była kilkukrotnie ponawiania, zaś sama brygada skurczyła się do ok. 40 osób. Tak pisał wówczas w jednej z rozpowszechnianych wśród ludności cywilnej ulotek: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”

Na wiosnę 1947 r. oddał dowództwo w polu ppor. Władysławowi Łukasiukowi, zaś sam udał się na Śląsk, gdzie próbował się ustatkować i żyć jako cywil. Wówczas przybył także do niego Pohorecki z rozkazem rozformowania oddziału, czego jednak Szendzielarz nie chciał spełnić. Tropiony przez UB przeniósł się do Zakopanego, lecz już 30 czerwca 1948 został aresztowany w Osielcu pod Jordanowem. Ponoć UB wpadło na jego trop po tym, gdy w jednym z przeszukiwanych mieszkań znaleziono wysłaną przez niego z Poronina pocztówkę. Obława była doskonale przygotowana i ukryta w tajemnicy do tego stopnia, że gdy niczego niepodejrzewający major wyszedł ze swej chaty, został od razu otoczony i ujęty praktycznie bez walki. Osadzony w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej w Warszawie dwa lata czekał na proces. Rozpoczął się on w październiku 1950 r. i poza Łupaszką byli w nim oskarżeni także inni dawni członkowie Okręgu Wileńskiego AK. 2 listopada 1950 r. Szendzielarz, który nie zaprzeczał swojemu udziałowi w podziemiu antykomunistycznym oraz nie miał zamiaru prosić o łaskę, został skazany przez sędziego Mieczysława Widaja na wielokrotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 r. w więzieniu na Mokotowie. Za udział w kampanii wrześniowej został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy, a w styczniu 1944 roku Krzyżem Walecznych. W 1988 roku prezydent Polski na Uchodźstwie nadał mu pośmiertnie Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari, zaś w 2005 prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

ZAPORA – ZDRADZONY CICHOCIEMNY

Hieronim Dekutowski przyszedł na świat 24 września 1918 w Dzikowie. Był najmłodszym spośród dziewięciorga dzieci Jana, blacharza, członka PPS i piłsudczyka oraz Marii z Sudackich. Uczęszczał do gimnazjum i liceum w Tarnobrzegu, należał do harcerstwa i był członkiem Sodalicji Mariańskiej. Maturę udało


TEMAT NUMERU mu się zdać dopiero w 1939 roku. Planował po niej studia we Lwowie, co uniemożliwił mu wybuch II Wojny Światowej. Najprawdopodobniej zgłosił się do walki jako ochotnik. W 1939 roku bronił Lwowa, z którego ewakuował się w brawurowy sposób przez Węgry, Jugosławię i Włochy do Francji. Został tam przyjęty do 4. Pułku Piechoty 2. Dywizji Strzelców Pieszych, która po kapitulacji Francji w roku 1940 została ewakuowana do Wielkiej Brytanii. Do tego czasu udało mu się skończyć szkołę podoficerską. Uzyskał tam awans do stopnia starszego strzelca i rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych Piechoty. Ukończył ją z wyróżnieniem już w Zjednoczonym Królestwie, po czym został przydzielony do plutonu czołgów w III Batalionie I Brygady Strzelców, a później do 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej . W kwietniu 1942 r. zgłosił się dobrowolnie do przeprowadzenia misji dywersyjnej na terenie kraju. Na początku marca 1943 roku został zaprzysiężony na Cichociemnego i przyjął pseudonim „Zapora”. Później był także znany jako „Odra”, „Reżu”, „Stary”, „Henryk Zagon” czy „Mieczysław Piątek”. Uzyskał zgodę na przerzut do Polski, gdzie dotarł w nocy z 16 na 17 września w ramach operacji “Neon 1”.

Towarzyszyli mu kpt. dypl. Bronisław Rachwał ps. “Glin” i ppor. Kazimierz Smolak ps. “Nurek”. Zrzucono ich w okolicy Wyszkowa. Na miejscu został skierowany do Kedywu Okręgu AK Lublin, gdzie otrzymał stopień oficerski w oddziale partyzanckim Tadeusza Kuncewicza “Podkowy”. Przeprowadził kilka udanych akcji w okolicach Hoszni Ordynackiej, chronił miejscową ludność polską, walczył z Niemcami, likwidował konfidentów, ratował Żydów. Później otrzymał dowództwo nad nowopowstałą 4. kompanią w 9. Pułku Piechoty Legionów AK w Inspektoracie Rejonowym Zamość, a w styczniu 1944 został mianowany dowódcą Kedywu w Inspektoracie Rejonowym Lublin-Puławy. Udało mu się wówczas stworzyć najliczniejszy oddział partyzancki na Lubelszczyźnie, mogący także poszczycić się największą ilością przeprowadzonych akcji zbrojnych. W pierwszej połowie tego roku samodzielnie lub wraz z oddziałem ppor. Mariana Sikory “Przepiórki” Zapora przeprowadził ich ponad 80, z których jedna, mająca miejsce 24 maja pod Krężnicą Okrągłą przybrała charakter regularnej bitwy. Okupanci stracili wtedy 50 ludzi oraz wiele sprzętu. 17 lipca wygrał potyczkę

pod Kożuchówką, jednak został poważnie ranny w rękę, przez co musiał zdać dowodzenie w polu i udać się na leczenie, które miało miejsce kolejno w Lublinie, Tarnogordzie i klasztorze dominikanów w Borku Starym. Podczas akcji „Burza” jego oddział ochraniał sztab komendy okręgu. W lipcu 1944, zgodnie z wolą dowódców, rozpuścił swój oddział, jednak już miesiąc później podjął decyzję o ponownym sformowaniu go i wyruszeniu na pomoc walczącej Warszawie. Niestety, nie udało im się przekroczyć Wisły, więc znów pozwolił żołnierzom odejść. Jakiś czas ukrywał się, a na początku 1945 roku powrócił do konspiracji. Głównym powodem podjęcia tej decyzji były wydarzenia z Chodla na Lubelszczyźnie, gdzie komendant MO/UB Abram Traubel, którego zresztą sam Zapora uratował przed śmiercią z rąk Niemców, skazał na śmierć czterech żołnierzy z jego dawnego oddziału. Dekutowski zajął zbrojnie jego posterunek w nocy z 5 na 6 lutego. Już 7 lutego oddziały UB otoczyły wieś Wały, gdzie stacjonowali partyzanci. Co prawda Zaporze udało się zbiec, jednak znów został ranny, tym razem w nogę. Sprowokowany tymi wydarzeniami nawiązał kontakt z Komendą Okręgu AK Lub-

s. 27


TEMAT lin, która pozwoliła mu na wcielanie do oddziału żołnierzy zagrożonych aresztowaniami oraz na przeprowadzanie szeregu akcji odwetowych. W tym także czasie zerwał zaręczyny z sanitariuszką AK i łączniczką WiN, Teresą Partyką-Gaj. Zdecydował, że, prowadząc życie partyzanta, nie powinien zakładać rodziny. Ostatecznie zgromadził około trzystu ludzi, z którymi atakował przede wszystkim posterunki milicji i Urzędu Bezpieczeństwa. W Lublinie udało im się zająć bank, w którym znaleźli milion złotych. Z posterunków w Bełżycach i Urzędowie uprowadzili komendantów, zdobyli tam także sporo broni i amunicji. Z pomocą oddziałów “Podkowy” i “Mata” opanował cały Janów Lubelski. W czerwcu tego roku otrzymał stopień kapitana oraz dowództwo nad wszystkimi oddziałami partyzanckimi okręgu lubelskiego, jednak przypierany do muru przez władzę ludową musiał zaprzestać działalności zbrojnej. Na rozkaz dowództwa złożył nawet broń, jednak nie wierzył rządowym gwarancjom bezpieczeństwa dla ujawniających się partyzantów. Dwukrotnie starał się przebić na zachód – najpierw jego oddział został rozbity przez UB w Górach Świętokrzyskich, zaś za drugim razem dotarł nawet do ambasady amerykańskiej w czeskiej Pradze. Jednak na wieść o aresztowaniu przez Czechów części jego towarzyszy postanowił powrócić do kraju. Po utworzeniu zrzeszenia Wolność i Niezawisłość został dowódcą dywersji i komendantem oddziałów na terenie Inspektoratu Lublin. Udało mu się ściągnąć pod swoje dowództwo kilka dotychczas samodzielnych oddziałów leśnych. Jego teren operacyjny sięgał od Lubartowa do Tarnobrzega oraz od Kielc do Zamościa, obejmując aż trzy województwa. Oblicza się, że jego oddziały zlikwidowały około 400 żołnierzy polskich i sowieckich, milicjantów i ubeków. Pacyfikował również całe wsie sprzyjające komunistom – zagrody palił a mieszkańców karał chłostą. Wciąż towarzyszyła mu jednak myśl o ujawnieniu się i zaprzestaniu działalności zbrojnej. Pertraktował w tej

s. 28

NUMERU

sprawie z urzędnikami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czego owocem było rozformowanie oddziałów i ujawnienie się części jego podkomendnych na początku 1947 roku. Zapora na krótko zawiesił ten proces, gdy dowiedział się o fakcie aresztowań byłych partyzantów, jednak już w lipcu tego roku sam złożył broń i ujawnił się władzy. Jednocześnie zaopatrzony w fałszywe paszporty wyruszył do Nysy, z której przez Czechosłowację miał uciec na zachód. Nigdy go jednak nie zobaczył. Wpadł w ręce bezpieki 16 września, po czym został przewieziony do jej siedziby w Będzinie. Co szczególnie tragiczne, do aresztowania doprowadził działający w jego oddziale tajny współpracownik służby bezpieczeństwa, którym okazał się Stanisław Wnuk ps. “Opal”, zastępca i bliski współpracownik niczego niepodejrzewającego Dekutowskiego, który obdarzył go przyjaźnią i zaufaniem. Przetransportowany do Warszawy przeszedł nieludzkie śledztwo w mokotowskim więzieniu MBP przy Rakowieckiej. Niejawna rozpra-

wa, w której na ławie oskarżonych towarzyszyli Zaporze dawni podkomendni, miała miejsce 3 listopada 1948 roku. Aby jeszcze bardziej ich zhańbić, kazano im ubrać mundury Wehrmachtu. Sędzia Józef Badecki, ten sam który prowadził sprawę rotmistrz Pileckiego, skazał go na siedmiokrotną karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i utrzymał wyrok w mocy. Przed jego wykonaniem Dekutowski podjął jeszcze nieudaną próbę ucieczki z więzienia – również i tym razem został zdradzony przez towarzysza niedoli, który liczył na zmniejszenie własnej kary. Wyrok śmierci został wykonany 7 marca 1949 r. przy Rakowieckiej. W chwili śmierci osiwiały i połamany major, o wybitych zębach i zerwanych paznokciach krzyknął jeszcze: “Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!” W 1988 r. został awansowany pośmiertnie do stopnia pułkownika oraz odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych. W 2007 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. 


TEMAT

NUMERU

Jak mieć jaja z damasceńskiej stali – poradnik dla mężczyzn cz. 1

Rotmistrz Pilecki Marcin Dryja

Najczęściej wybieramy sobie na idoli ludzi sławnych, ale przystępnych w odbiorze. Inaczej mówiąc takich, którzy demokratyczną wolą większości zostają uznani za interesujących, zaradnych, ładnych czy atrakcyjnych pod takimi czy innymi względami. Wybieramy popularnych – aktorów (i aktorki), topowych pisarzy (i pisarki), sportowców (i sportsmenki), ludzi znających się na modzie prezentowanej w mediach, czy tych znających się na modnych potrawach.

Lubimy celebrytów. Dlaczego? Może to podszepty instynktów, dla których sława równa się biologicznej zaradności, dającej większą pewność spłodzenia potomków (i potomczynie), może nie jesteśmy w stanie myśleć samodzielnie, a może to jest po prostu łatwiejsze niż szukanie dla siebie wzorca – igły w całym informacyjnym stogu siana. Nie wiem... Wiem tylko, że panuje moda na maluczkich. Wymalowanych, wypacykowanych, głośnych czy „egzotycznych”. Tak jakby nikt już nie pamiętał, że bohaterowie też rodzą się z matek i ojców, mają mleczne zęby i tłuką sobie kolana. Tak jakby wielkość nie mogła być wypracowywana codziennym, nawet drobnym wysiłkiem, wybaczaniem sobie słabości czy pomyłek, czy poszukiwaniem prawdy dla siebie samego – czasem innej czy buntowniczej w stosunku do tego, co myśli reszta. Tak jakby łatwiej było sięgać do odległych gwiazd niż zachwycić się tym co mamy na wyciągnięcie ręki... A my mamy przecież takich skarbów, historii i bohaterów godnych uwagi i podziwu całe mnóstwo. Dziesiątki

“A my mamy

przecież takich skarbów, historii i bohaterów godnych uwagi i podziwu całe mnóstwo. Dziesiątki i setki zuchwalców i buntowników, których dokonania rozdziawiają niedowierzające gęby aż do samej ziemi! i setki zuchwalców i buntowników, których dokonania rozdziawiają niedowierzające gęby aż do samej ziemi! Szkoda, że nie uczą nas tego na historii. Karzą upamiętniać klęski i wypominać krzywdy, a przykład tych wielkich postaci gdzieś tam sobie drzemie w książkach, na zakurzonych pułkach. Szkoda... Dlatego z przyjemnością opowiem Wam dziś o jednym z takich gigantów. Oto przed państwem najprawdziwszy bohater „Made

in Poland”, Rotmistrz Witold Pilecki!

WITEK

Zacznijmy od przedstawienia naszego bohatera (spokojnie będzie w skrócie, ale i tak interesująco. Wiem, że nie lubicie męczyć oczków. Jak ktoś się zainteresuje bardziej, to sobie wygugluje). Zatem! Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu, w Karelii na północy Rosji, tak jak i czwórka jego rodzeństwa. Jego ojciec Julian był zmuszony do opuszczenia rodzinnych stron Nowogródczyzny (dziś Białoruś) w wyniku represji związanych z udziałem jego rodziny w Powstaniu Styczniowym. Widzimy, że już mały Witek miał dobre wzorce! Ze względu na niski poziom nauczania w tamtejszych szkołach, a także chęć podtrzymania więzi rodzinnych i historycznych z krajem, a może i dlatego, że było tam koszmarnie zimno, żona Ludwika wraz z dziećmi, w 1910 roku przeprowadziła się do Wilna. I tam się zaczęło! Gen walki z bezprawiem i zaborcą, zaraz po rozpoczęciu nauki w gimnazjum, kazał zapisać się młodemu Pileckiemu do nielegalne-

s. 29


TEMAT

go skautingu. W 1918 roku, ten sam gen, sprawił, że został wcielony do ochotniczych oddziałów harcerskich, organizujących samoobronę przed zbliżającą się do granic miasta przebrzydłą Armią Czerwoną! Po ustabilizowaniu się sytuacji, powrócił do nauki w gimnazjum, ale odtąd walka stała się żywiołem, w którym najlepiej się sprawdzał.

I ZNOWU TA WOJNA…

No niestety tak. Wojna jako czas próby ludzkich charakterów i postaw, dostarcza nam i zawsze będzie dostarczać, wielu interesujących historii, m. in. tę Rotmistrzowską... W 1920 roku, na wieść o wybuchu wojny polsko – bolszewickiej, znowu zagościł w szeregach Wojska Polskiego, pod dowództwem rtm. Jerzego Dąbrowskiego. Po krótkiej przerwie, w trakcie trwania której kontynuował naukę, powrócił do czynnej służby. W 1939 brał udział w walkach z Niemcami w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego, potem, po ogłoszeniu kapitulacji, dostał się do Warszawy aby, od listopada 39’ współtworzyć i kierować Tajną Armią Polską, pełniąc tam jednocześnie funkcje inspektora organizacyjnego, szefa Sztabu Głównego, szefa oddziału organizacyjno-mobilizacyjnego, szefa zaopatrzenia i służb specjalnych.

s. 30

NUMERU

Tajna Armia Polska obejmowała swoim zasięgiem Warszawę, Siedlce, Lublin, Radom i Kraków. W 1941 roku TAP zostało podporządkowane Związkowi Walki Zbrojnej. Właśnie w trakcie pełnienia służby w TAP, Pilecki zdobył się na coś, na co niewielu znalazłoby odwagę. W 1940 roku, Niemcy rozpoczęli organizowanie na terenie Polski, obozów zagłady, Pilecki postanowił dobrowolnie oddać się w ręce oprawców aby zdobyć wiarygodne informacje o ich zbrodniach oraz żeby zorganizować na terenie obozów konspirację. We wrześniu tego roku dał się aresztować podczas łapanki na Żoliborzu i przekroczył bramy obozu „Auschwitz” jako więzień nr 4859 i pod fałszywym nazwiskiem Tomasza Serafińskiego. Cel utworzenia konspiracji został w pełni osiągnięty, a poszczególne komórki działające także w obozie „Birkenau”, scalone w jeden Związek Organizacji Wojskowych. Łączył on w sobie różne ugrupowania polityczne, a ich wspólnym celem, oprócz jak najskuteczniejszego uprzykrzania życia Niemcom, była organizacja ewentualnego powstania i wyzwolenia więźniów obozu. Niestety Gestapo, zdobyło informacje o poczynaniach konspiracji i rozpoczęły się aresztowania najbliższych współpracowników „Serafińskiego”.

Przyczyniło się to do podjęcia przez niego decyzji o ucieczce. W nocy z 26 / 27 kwietnia 1943 roku wraz z dwoma współwięźniami Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim, Pilecki uciekł z obozu. Nie robi to na Was wrażenia? No to chyba wypada dodać, że sama SSmańska obsługa obozu, liczyła przeszło trzy tysiące ludzi, dobrze wyekwipowanych i uzbrojonych, z samochodami, psami gończymi, kapusiami gotowymi do tego, żeby im przywazelinować donoszeniem na kolegów etc. Na pewno nie było lekko, ale się udało! Kolejnym celem Pileckiego, było zdobycie pozwolenia na przeprowadzenie akcji zbrojnej, która doprowadziłaby do wyzwolenia obozu, jednak ze względu na ograniczone środki, był on trudny do zrealizowania. Co więc pozostawało robić? Rotmistrz wraz ze współpracownikami, skoncentrował się na pomocy, także materialnej, więźniom obozu i ich rodzinom poza nim. Nie trzeba chyba dodawać, że tak trudnych warunkach, wszelka pomoc oznaczała czyjeś uratowane życie. W 1944 roku, spodziewając się rychłej przegranej znienawidzonych Niemców i okupacji kraju przez obrzydliwą Armię Czerwoną, wysiłki rtm. skoncentrowały się na tworzeniu nowej podziemnej organizacji o nazwie „NIE – niepod-


TEMAT

NUMERU

ległość” pod dowództwem płk. Emila Fieldorfa. W założeniu miała ona walczyć z komunistyczną propagandą i chronić instytucje państwa podziemnego przez inwigilacją i likwidacją, która umożliwiałaby sprawne funkcjonowanie aparatu władzy. Niestety przygotowania do utworzenia organizacji przerwał wybuch Powstania Warszawskiego. Ze względu na zachowanie anonimowości, Pilecki był zobowiązany do nie brania udziału w walkach, jednak nie potrafił pozostać bierny. Walczył jako szeregowiec w zgrupowaniu „Chrobry II”.

KONIEC I POCZĄTEK…

Wiemy jak skończyło się Powstanie. Wiemy też, że bratnia i przyjaźnie nastawiona do uciemiężonego narodu Armia Czerwona, wyzwoliła go spod okupacji niemieckiej i z zakasanymi rękawami, wzięła się za wspólną odbudowę tego co blond barbarzyńcy chcieli unicestwić. Jaki los powinien czekać bohatera w wyzwolonym kraju? Ano wiadomo! Pomnik, godna, wojskowa emeryturka, nazwa ulicy na cześć, pogadanki w szkołach, co by młodzież wiedziała z kogo brać przykład, wczasy w ciepłych krajach i najzwyklejsza wdzięczność ludzi, którzy mijaliby go na ulicy. Jakiś uścisk dłoni, jakieś „dziękuję” i kartka urodzinowa od całkiem obcej osoby. Nic z tych rzeczy. Bohatera czekał areszt, bo było mu nie po drodze z ideologią. Rotmistrz został aresztowany 8 maja 1947 roku. Po niemal roku tortur i publicznego upokarzania w absurdalnym, pokazowym procesie, został skazany na śmierć. Wyrok uzasadniano tak: „(…) dopuścili się najcięższej zbrodni stanu i zdrady narodu, cechowało ich wyjątkowe napięcie złej woli, przejawiali nienawiść do Polski Ludowej i reform społecznych, zaprzedali się obcemu wywiadowi i wykazali szczególną gorliwość w akcji szpiegowskiej”. Wykonano go 15 marca 1948 roku i zapomniano o rotmistrzowskim bohaterstwie. Aż do teraz, czyli momentu kiedy znowu potrzebujemy zuchwalców z taką fantazją... 

Rotmistrz Pilecki

Rotmistrz Pilecki z rodziną

s. 31


TEMAT

NUMERU

„Niespełnione sny powstaną z mogił” Martyna Dziubałtowska

Nieustępliwa i bezkompromisowa walka o Ojczyznę, coraz pewniej zagarnianą przez sowieckiego i peerelowskiego agresora, stawiała żołnierzy Armii Krajowej przed wyborem uległości, ucieczki albo oporu aż do pewnej śmierci. Na dwie pierwsze decydowali się słabsi, na ostatnią ci najodważniejsi. Myśleli o przyszłości. O tych, którzy przyjdą kiedyś. Myśleli o nas. Polska miała się o nich upomnieć i upomina się: po kilkudziesięciu latach odzyskują nazwiska, tożsamość, a przede wszystkim honor i dobre imię. Na obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” po raz kolejny zaprasza stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej. Uroczystości będą miały miejsce równolegle aż w sześciu miastach: Krakowie, Warszawie, Lublinie, Poznaniu, Łodzi i Toruniu.

WYDOBYWANIE ZE ŚMIETNIKA HISTORII

„Pytam – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił, czy Andrzejek będzie kontynuował idee ojca? Wierzę – nie pójdą, sny wstaną, syn zastąpi ojca, Ojczyzna niepodległość odzyska” - pisał w więziennych grypsach pułkownik Łukasz Ciepliński, jeden z siedmiu członków IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość zamordowanych 1 marca 1951 roku. Korzystne rozwiązania polityczne i zbrojne w starciu z poakowskim podziemiem nie przyniosły komunistom pewnej wygranej. Równie ważne co wyniszczenie fizyczne było wyrugowanie z pamięci zbiorowej, o czym pisał pułkownik Ciepliński i czego obawiali się także inni „Wyklęci”. By osiągnąć ten cel zatrudniono cały aparat propagandowy, zgodnie z zasadą, że historię piszą zwycięzcy. To właśnie potrzeba zrehabilitowania „Żołnierzy Wyklętych”, oddania im sprawiedliwości, wydobycia ze śmietnika historii powoduje członkami stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej, którzy już na początku swojej działalności za jeden z głównych celów postawili sobie przypominanie o polskim podziemiu niepodległościowym. Kultywowanie pamięci o historii państwa i naro-

s. 32

“To właśnie potr-

zeba zrehabilitowania „Żołnierzy Wyklętych”, oddania im sprawiedliwości, wydobycia ze śmietnika historii powoduje członkami stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej, którzy już na początku swojej działalności za jeden z głównych celów postawili sobie przypominanie o polskim podziemiu niepodległościowym du traktują jako swój obowiązek. To właśnie z wierności takiemu założeniu wynika chęć budowania przyszłości w oparciu o doświadczenie minionych pokoleń. Konieczne jest przedstawianie wyników niezależnych badań naukowych, a także przeprowadzanie akcji informacyjnych, by „Wyklęci” znaleźli należne im miejsce na kartach historii, a

przede wszystkim w świadomości społecznej.

TŁUMY ZA „WYKLĘTYMI”

Obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” przygotowywane przez stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej mają coraz bogatszą ofertę, w której znajdują się rekonstrukcje, prelekcje, wykłady, spotkania ze świadkami historii, marsze. Tego roku w projekt włączyły się wszystkie oddziały stowarzyszenia, inicjatywa realizowana w sześciu miastach akademickich zyskała zasięg ogólnopolski. Zdecydowanie wzrasta zainteresowaniem świętem 1 marca oraz historią „Wyklętych”. Sale prelekcyjne są szczelnie wypełnione a ulicami miast przechodzą kilkutysięczne pochody. Uczestników uroczystości łączy przekonanie o słuszności sprawy, za jaką się opowiadają. Trzeba pamiętać, że dzieje „Żołnierzy Wyklętych” to fragment historii Polski, który w świadomości społecznej pojawił się dopiero niedawno. Biorąc na wiarę bezwzględną, komunistyczną propagandę, której pogłos rozchodził się jeszcze przez lata dziewięćdziesiąte, wielu uznało cezurę 1945 roku jako koniec walk o wolność. W powszechnej opinii wiedza o „Żołnierzach Wyklętych”


TEMAT

ograniczała się do kilku haseł i to nie zawsze prawidłowo powiązanych. Jako bandytów, antysemitów, złodziei zagarnął ich śmietnik PRL-u. Obecnie, dzięki badaniom nad ich dziejami, Polacy mogą poznawać losy rycerskich żołnierzy. Wielu historię podziemia niepodległościowego uczyniło swoją pasją. Często śledząc spotkania poświęcone swoim bohaterom sami zgłaszają się do organizatorów z pytaniem o 1 marca. Uroczystości zawsze otacza niezwykła aura, która pozwala uwierzyć, że „Wyklęci” po latach oddziaływania komunistycznej propagandy wreszcie odnaleźli właściwe miejsce w świadomości społecznej. Podczas marszów głośno skandowane są hasła upominające o cześć i szacunek dla ich ofiary, a spotkania obfitują we wzruszenia nad ich losami. Reakcje ludzi cechuje spontaniczność, szczerość, radość z tego, że wreszcie, po długich latach przekłamań i obłudy, odzyskują swoją historię. Poza entuzjastami „Wyklętych” organizatorzy podczas obchodów święta 1 marca spotykają także tych, którzy o polskim podziemiu powojennym nie wiedzą nic. W ubiegłym roku stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej przeprowadziło całodniową akcję informacyjną na Rynku Głównym w Krakowie. Przechodnie otrzymywali ulotki

NUMERU

na temat „Wyklętych”, mogli też zatrzymać się przed telebimem i obejrzeć krótkie filmy prezentujące biogramy poszczególnych żołnierzy czy posłuchać patriotycznej muzyki. Okazało się, że tego dnia na rynku równocześnie jest realizowany także inny projekt. Był to „dzień uśmiechu” organizowany przez jedną z krakowskich szkół. Uczniowie rozdawali krakowianom kolorowe wlepki prezentujące szeroki uśmiech i zachęcali do przybrania takiego właśnie wyrazu twarzy. Zagadnięci przez organizatorów o święto nie potrafili nic odpowiedzieć. Ich zaskoczenie, zdumienie a w końcu zakłopotanie to dowód na to, jak wiele jest wciąż do zrobienia w sprawie „Wyklętych”. Autorytety XXI wieku Studenci dla Rzeczypospolitej niejako za patronów obrali sobie właśnie „Wyklętych”, w których postępowaniu ujmuje uniwersalny wymiar patriotyzmu. Wobec aktów odwagi, bohaterstwa nie potrafią pozostać obojętni, a niezłomne postawy żołnierzy stają się dla nich podporą w świecie, który tak łatwo akceptuje relatywizm norm i wartości. Dlatego to właśnie ci bohaterscy żołnierze stali się dla młodych członków stowarzyszenia prawdziwymi idolami. „Wyklęci” okazują się bowiem bardzo współcześni, bliscy, z ich historii można czerpać siłę do stawiania czoła

współczesnemu światu. Imponuje ich determinacja, bezkompromisowość, dzielność, wierność Bogu, Ojczyźnie i rodzinie. Dziś, gdy za parawanem poprawności, tolerancji zwykło się chować własne poglądy, przemyślenia, opinie, szczególnie brakuje takiej, bezpardonowej, odwagi. Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej w swej działalności odwołuje się często do postaw obywatelskich znanych z dwudziestolecia międzywojennego z zapomnianym dziś etosem służby państwowej na pierwszy miejscu. „Wyklęci” byli ostatnimi przedstawicielami wspólnoty, którą ukształtowała II Rzeczpospolita. Z drugiej strony ich historie pokazują, czym był komunizm i po jakie narzędzia sięgali jego prowodyrzy. To sprzeciw żołnierzy Armii Krajowej wobec peerelowskiego agresora dał impuls kolejnym aktom oporu wobec reżimu. Dlatego właśnie przypominanie o nich jest próbą budowania społeczeństwa obywatelskiego, powracania do dawnych, sprawdzonych, ideałów. Stowarzyszenie Studenci dla Rzeczypospolitej stara się tym samym przywrócić pamięć o prawdziwych bohaterach, co zarówno wynika z potrzeby oddania im sprawiedliwości, jak i jest próbą odnalezienia stałych autorytetów.. 

s. 33


ROZMOWA NUMERU

Schizofrenia historyczna Polski

s. 34


ROZMOWA NUMERU

Piotr Zemełka

Polska po rozpadzie Związku Sowieckiego i odzyskaniu niepodległości nadal boryka się z wieloma problemami. Jednym z nich jest nasze podejście do historii PRL-u. Dr hab. Filip Musiał, wykładowca Akademii Ignatianum – jeden z pracowników IPN’u – oprócz przedstawienia historii Żołnierzy Wyklętych, trafnie analizuje polski problem, który sam nazywa historyczną schizofrenią.

O jakich ludziach mówimy używając pojęcia Żołnierze Wyklęci? dr hab. Filip Musiał: To jest trudne pytanie, dlatego, że pojęcie Żołnierzy Wyklętych ma dwa znaczenia. Pierwsze, węższe odnosi do zbrojnego podziemia powojennego, czyli do partyzantów, którzy nie złożyli broni po kapitulacji III Rzeszy w 1945 roku. Drugie, szersze – i jak się wydaje trafniejsze – obejmuje wszystkich tych, którzy nie pogodzili się z polityką Stalina, czyli z zajęciem Polski przez Armię Czerwoną oraz likwidacją legalnych władz Polski działających w konspiracji. Z tego punktu widzenia pod mianem Żołnierzy Wyklętych rozumiemy także tych, którzy walczyli z Sowietami i polskimi komunistami już od 1944 roku. Także więc tych, którzy nie złożyli broni na zajętych przez ZSRS Kresach polskich. Pod pojęciem tym będą się więc kryli działacze i żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego, działający po jego rozwiązaniu w licznych niezależnych strukturach. W pionie zbrojnym Polskiego Państwa Podziemnego będzie to więc Armia Krajowa, po jej rozwiązaniu – organizacja „Niepodległość”, zaś później Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj. Ważnymi formacjami zbrojnymi tworzonymi de facto poza strukturami polskiej podziemnej administracji będą Narodowe Siły Zbrojne oraz Narodowe Zjednoczenie Wojskowe. Jak zmieniła się sytuacja po 1945 roku? dr hab. F. M.: W wyniku konferencji poczdamskiej i uznania na arenie międzynarodowej Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej zostało rozwiązane Polskie Państwo Podziemne. Zaczął się więc nowy etap w walce zbrojnej. Oddziały nie były

“W 1947 r. kończy się

etap, który moglibyśmy określić jako czas masowego oporu zbrojnego. Do tego czasu konspiracyjne organizacje zbrojne prowadziły walkę na wielu poziomach. Mieli sprawnie działający wywiad, rozbijali posterunki bezpieki i milicji, a także więzienia i obozy. już działającym w konspiracji wojskiem podporządkowanym cywilnym władzom politycznym, ale stały się typową partyzantką. Idea pozostała jednak ta sama. Największą organizacją kontynuującą w prostej linii tradycję AK, a powstałą – w znacznej mierze – na bazie organizacyjnej i personalnej DSZ było Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”. Jednak założyciele WiN’u przyjmą, że drogą zbrojną niepodległości przywrócić się nie da. Zatem za cel działania postawili sobie konspiracyjną działalność polityczną, której efektem miało być zwycięstwo w wyborach, które obiecano nam w czasie konferencji jałtańskiej. Tylko, że rzeczywistość państwa komunistycznego sprawiła, że WiN nigdy nie stał się organizacją cywilną. Co składało się na tą rzeczywistość? dr hab. F. M.: Silne represje, ciągłe aresztowania. Nie można było sobie pozwolić na to, żeby te oddziały zlikwidować. Gdyby je zdemobilizowano to ich żołnierze po powrocie do domu trafiliby do więzienia. Były jednak

przypadki, że z początkiem 1945, po rozwiązaniu AK oddziały były rozformowywane, ale po kilku miesiącach – w obliczu represji – ponownie się zawiązywały. Bowiem, ci którzy wrócili do domu orientowali się, że represje nie ustają pomimo przejścia „na stopę legalną”, że ich koledzy lądują w więzieniach. Nie czekali więc, aż i do ich drzwi zapuka bezpieka, ale wracali do lasów. Dlatego cywilny, polityczny charakter WiN będzie miał głównie na południu Polski. Natomiast na całej ścianie wschodniej i w znaczącej części Mazowsza to będą tak naprawdę dalej oddziały partyzanckie, które będą działały na tej samej zasadzie co w czasach Armii Krajowej. Jakie były główne organizacje odpowiedzialne za walkę z komunistami po 1945? dr hab. F. M.: Tymi strukturami, które po rozwiązaniu podziemnego państwa polskiego działały w skali ogólnopolskiej, były WiN, NSZ i NZW. Ale obok tego istniała cała mnogość organizacji o charakterze regionalnym czy ponadregionalnym. Jedną z takich struktur była Samodzielna Grupa Operacyjna „Warta”, która działała w Wielkopolsce. Szacuje się, że składało się na nią – wraz z siecią cywilną, pomocniczą – około 3 tysiące osób. Także była to gigantyczna struktura. Należy również wspomnieć o różnego rodzaju formacjach, które często nawiązywały nazwą do Armii Krajowej i powstawały na bazie jej struktur lokalnych, takich jak Ruch Oporu Armii Krajowej czy Armia Krajowa Obywatelska. Były też mniejsze oddziały, których zasięg działania ograniczał się np. do jednego powiatu. I większość tych zatomizowanych oddziałów i zgrupowań partyzanckich miało tendencję, żeby szukać kontaktu

s. 35


ROZMOWA NUMERU z organizacyjną górą, żeby włączyć się w działalność o charakterze ogólnopolskim. Stąd bardzo wiele oddziałów, które przez szereg miesięcy jakby działało w oderwaniu od większych struktur, ostatecznie podporządkowało się – przynajmniej czasowo – albo WiN-owi albo NSZ-owi na przykład. Opór jaki organizacje zbrojne stawiały w latach 1945–1946 miał bardzo duże znaczenie. W rzeczywistości bowiem, w bardzo wielu regionach, Polską „gminną” rządziło podziemie. Władza komunistów ograniczała się do miast wojewódzkich, czy powiatowych. I dopiero gigantyczne pacyfikacje, obławy, realizowane przed sfałszowanym referendum z czerwca 1946, a potem przede wszystkim przed sfałszowanymi wyborami ze stycznia 1947 r. doprowadziły do tego, że to podziemie zbrojne zostało rozbite.

Msza Polowa Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców

Czyli do 1947 roku kończy się pewien etap? dr hab. F. M.: W 1947 r. kończy się etap, który moglibyśmy określić jako czas masowego oporu zbrojnego. Do tego czasu konspiracyjne organizacje zbrojne prowadziły walkę na wielu poziomach. Mieli sprawnie działający wywiad, rozbijali posterunki bezpieki i milicji, a także więzienia i obozy. Prowadzili akcję propagandową, wydawali konspiracyjną prasę, prowadzili agitację przedwyborczą. Wreszcie, prowadzili akcje samoobronne – między innymi likwidowali najbardziej szkodliwych działaczy reżimu komunistycznego: funkcjonariuszy bezpieki, reprezentantów partii komunistycznej, czy sowietników – czyli doradców NKWD przydzielonych do polskiej bezpieki. Po 1947 r. partyzanci znajdują się w przeważającej części w defensywie. Oddziały, którym udało się przetrwać zmasowane obławy zimy 1946/1947 są najczęściej likwidowane do 1949 r. Później mamy do czynienia głównie z grupami przetrwania – a więc w lasach trwa po dwóch, trzech, czasem pięciu partyzantów, którzy walczą już tylko o życie. Wyjątkiem jest po-WiNowskie zgrupowanie kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, który do 1952 solidnie daje się reżimowi komunistycznemu we znaki. Dopiero w 1952 r.,

s. 36

Oddział osłony Komendy Głównej DSZ

Partyzanci oddziału Burza por. Mieczysława Wądolnego “Granita”


ROZMOWA NUMERU w wyniku zdrady, zostaje aresztowany, a zgrupowanie rozbite. Ostatni partyzanci, ukrywający się już często pojedynczo, byli aresztowani czy zabijani w walce w roku 1955 czasem 1956. Natomiast do rangi symbolu urosła śmierć sierż. Józefa Franczaka „Lalka”, który zginął w walce z bezpieką i milicją w 1963 r. Czy 1 marzec czyli dzień ŻW to jakaś szczególna data? dr hab. F. M.: Tak, 1 marca 1951 r. zostali zamordowani w więzieniu w Warszawie, działacze IV Zarządu Głównego WiN. Chodzi tu o płk. Łukasza Cieplińskiego „Pługa” i jego kilku współpracowników. Jest to więc symboliczna data upamiętniająca dzień, w którym na więziennym podwórzu wymordowano ostatnich dowódców konspiracji ogólnopolskiej. Dlaczego właściwie tak późno zostało ustanowione to święto Żołnierzy Wyklętych, czyli dopiero w 2011 roku? dr hab. F. M.: Polska tkwi w historycznej schizofrenii. Pomimo tego, że ćwierć wieku temu odbyły się kontraktowe wybory, to temat Żołnierzy Wyklętych był bardzo długo wciąż uważany za temat kontrowersyjny. Proszę zwrócić uwagę na to, że w pierwszej dekadzie III Rzeczpospolitej, ci Żołnierze Wyklęci prawie nie byli obecni w obiegu państwowym. O pamięć o nich dopominali się głównie reprezentanci różnego rodzaju organizacji pozarządowych. To oni próbowali odkłamywać historię powojennego podziemia. Gigantyczną rolę odegrała Fundacja „Pamiętamy”, która starała się m.in. stawiać im pomniki. Liga Republikańska i Wydawnictwem Volumen, które wydały pierwszy album o Żołnierzach Wyklętych. Od strony naukowej tematykę tę podejmowały „Zeszyty Historyczne WiN-u”, wydawane przez Stowarzyszenie społeczno-kombatanckie Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”. Oficjalnie państwo polskie dopiero w 2001 roku, uchwałą sejmową uhonorowało Żołnierzy Wyklętych – zwracając wówczas uwagę przede wszystkim na Zrzeszenie WiN. Ustanowienie dnia pamięci Żołnierzy Wyklętych było więc drogą przez mękę. Możliwe stało się to dopiero niedawno, ze względu

Pieczęć partyzancka

na siłę komunistycznej propagandy. Gdy zaś obserwujemy jak wyglądają obchody tego dnia, to można powiedzieć, że opór jest wciąż duży. Czy jest z to związane z jakąś nieprzychylnością rządową? dr hab. F. M.: Trudno powiedzieć o nieprzychylności rządowej, natomiast chodzi o pewne pozostałości po komunizmie, o środowiska postkomunistyczne, które konsekwentnie po 1989 roku piszą nadal o żołnierzach podziemia jako bandytach. Chodzi o część środowisk, które mimo, że w czasie PRL były w opozycji, to negowały tradycję walki zbrojnej uznając, że była to działalność straceńcza i trzeba było się raczej dostosowywać do sytuacji geopolitycznej. Czyli chodzi tu jedynie o inny pogląd na temat sposobu walki o niepodległość? dr hab. F. M.: Tak, ale też o przypisywanie im, nazwijmy to kolokwialnie, niecnych intencji. Trzeba pamiętać o tym, że walka partyzancka jest walką, którą bardzo łatwo można wynaturzyć. Dlatego, że walkę partyzancką prowadzi się w sposób zdecydowany, w jej efekcie giną ludzie. W związku z czym jest bardzo prosto na poziomie propagandowym likwidację groźnego funkcjonariusza reżimu komunistycznego nazwać zwykłym morderstwem. Dodatkowo trzeba

pamiętać, że do momentu, w którym istniało Polskie Państwo Podziemne działalność jego pionu zbrojnego była – przynajmniej w części – finansowana przez legalne władze polskie – te na uchodźctwie oraz te działające w konspiracji w kraju. Natomiast po rozwiązaniu podziemnych struktur władzy dowódcy partyzanccy musieli zapewnić fundusze na działalność swoich oddziałów w pełni samodzielnie. Odbywało się to poprzez tzw. akcje rekwizycyjne, czy ekspropriacyjne – w żargonie partyzanckim nazywane „eksami”. Realizowano je na zasadach analogicznych do akcji z lat II wojny światowej, a więc w instytucjach państwowych bowiem reżim komunistyczny – tak jak wcześniej reżim nazistowski – uznawano za państwo okupacyjne. Czasem przeprowadzano konfiskaty u reprezentantów reżimu, czyli działaczy partyjnych, rzadziej u funkcjonariuszy UB. W miejscach, w których przeprowadzano rekwizycje pozostawiano blankiety informujące na czyj rozkaz została ona przeprowadzona. Natomiast jeśli te działania ukażemy bez kontekstu historycznego i otoczki ideowej, to w propagandzie będzie można je przedstawić jako zwykłą aktywność kryminalną. Ta łatka bandytów przylepiona przez propagandę komunistyczną często jest trudna do odprucia nawet dzisiaj, w wolnej Polsce.

s. 37


ROZMOWA NUMERU Skoro rząd nie był temu przeciwny to te środowiska pozarządowe musiały mieć jakieś silne oddziaływanie skoro tak późno ustanowiono ten dzień. dr hab. F. M.: Środowiska pozarządowe działające na rzecz odkłamywania „czarnej legendy” podziemia nie miały mocy ustanawiania świąt państwowych. Do tego potrzebna była wola polityczna i głosowanie w Sejmie. I tej woli politycznej nie było. Proszę zwrócić uwagę, że pierwszą uchwałę, też z marca 2001 r. podjęto jeszcze w czasie rządów AWS. Przez szereg kolejnych lat, w czasie rządów lewicy nie było tendencji do honorowania żołnierzy podziemia. Zresztą lewica postkomunistyczna sprzeciwiała się także podjęciu uchwały z marca 2001 r., domagając się z kolei upamiętnienia reprezentantów totalitarnego reżimu poległych w walkach z podziemiem. Od 1989 r. nie możemy się wyzwolić z fundamentalnego problemu – państwo polskie po odrzuceniu rządów komunistycznych nie potrafi, na poziomie symboliki narodowej, w sposób jednoznaczny rozstrzygnąć, którą tradycję honorujemy. Czy odcinamy cały nawis PRL-owski i definiujemy sytuację jasno – w roku 1944, 1945 Polska nie została przez Armię Czerwoną wyzwolona, tylko została przez nią podbita, a komuniści sprawowali władzę uzurpatorską, bez społecznej legitymacji, do roku 1989. I wtedy mamy jasność – odwołujemy się do tradycji niepodległościowej,

do tradycji II Rzeczpospolitej, władz polski na uchodźctwie, Polskiego Państwa Podziemnego, do tradycji powojennego podziemia zbrojnego ale także, organizacji politycznych działających jawnie w interesie niepodległości, jak PSL czyli SP, czy później opozycja po 1956 r. Ma to jednak taką konsekwencję, że traktujemy PRL jako twór nam narzucony, jako de facto produkt sowiecki zaimplementowany na ziemie polskie i przez wschodnie mocarstwo tu utrzymywany. Tym samym odrzucamy tradycję peerelowską, a więc nie grzebiemy z honorami państwowymi szefów SB, czy sędziów sędziów wojskowych, którzy działaczy niepodległościowych skazywali na kary śmierci. A przecież sytuacje takie mają wciąż miejsce. Co więcej nie ma wtedy możliwości nazywania Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego „ludźmi honoru”. Jednak III RP woli trwać w historycznej schizofrenii i na takie postawienie sprawy nie potrafi się zdecydować. Mamy więc sytuację, że w rocznicę rewolty robotniczej z czerwca 1976 r. władze państwowe będą składały kwiaty pod pomnikiem upamiętniającym te wydarzenia, a jednocześnie któryś z samorządów na śląsku będzie zgłaszał ideę ustanowienia ronda Edwarda Gierka – politycznie odpowiedzialnego za brutalną pacyfikację robotniczych strajków… Te dwie rzeczywistości się kłócą, i na dłuższą metę są niszczące dla narodowego ducha, dla społecznej kondycji. PRL jest elementem naszej

historycznej spuścizny, tak jak np. lata okupacji czy zaborów, ale nie musimy – i nie powinniśmy – uznawać, że totalitarne państwo komunistyczne jest tradycją, z której chcemy czerpać, a jego funkcjonariusze ludźmi, których chcemy stawiać kolejnym pokoleniom za wzór. Tuż po 1989 r. tłumaczono nam, że nie da się odciąć od PRL, bo to by powodowało np. straszne zawirowania w sferze prawnej. A tymczasem wystarczyło zrobić to co na Litwie, gdzie po odzyskaniu niepodległości odrzucono tradycję Litewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej jednocześnie ze względów utylitarnych zachowując ciągłość większości przepisów prawnych. Czyli jest to do zrobienia. dr hab. F. M.: Tak, receptę na to pokazali Litwini, ale żeby to zrobić trzeba mieć wolę polityczną. Ten problem wiąże się z rocznicą którą obchodzimy w tym roku. Bowiem gdyby przyjąć proponowaną jednoznaczną interpretację PRL, trzeba by w świetle prawdy pokazać to co się działo w roku 1989. Trzeba by powiedzieć, że istota Okrągłego Stołu była inna od tego, co od lat usiłuje nam się wtłoczyć do głów. Że nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której ekipa Wojciecha Jaruzelskiego w duchu pojednania narodowego wyciągnęła rękę do opozycji, ale, że Okrągły Stół był – ostatecznie nieudaną – próbą przeprowadzenia operacji socjotechnicznej, która nie miała osłabić władzy Jaruzelskiego, ale ją wzmocnić. Co jeśli chodzi o pojęcie samo pojęcie Żołnierze Wyklęci? Ci ludzie raczej nie chcą być tak nazywani. dr hab. F. M.: Tak, z pojęciem Żołnierze Wyklęci, wiąże się pewien problem. Chociażby ustanowienie dnia pamięci powoduje, że ta nazwa weszła już trwale do naszej tradycji i już jej się wykarczować nie da. Lepiej jednak o nich mówić, jako o żołnierzach wolnej Polski, dlatego, że o to walczyli. Czyli definiować ich nie z punktu widzenia działań komunistów, ale z punktu widzenia celów, które sami sobie stawiali. Skąd według Pana bierze się niechęć wobec Żołnierzy Wyklętych?

s. 38

Pieczęć partyzancka


ROZMOWA NUMERU

Oddział ochrony sztabu Zgrupowania Partyzanckiego Błykaiwca mjr .Józefa Kurasia “Ognia” płk Łukasz Ciepliński “Pług” - prezes IV Zarządu Głównego WiN

dr hab. F. M.: Z jednej strony jest to przejaw tej schizofrenii historycznej, z drugiej strony jest to brak elementarnej edukacji. Ostatnio miałem okazję przyglądać się podręcznikom szkół średnich i porównywać to co w tych podręcznikach jest dzisiaj a co było tuż po 1989. Ćwierć wieku temu w podręcznikach – z wyłączeniem oczywiście podręcznika prof. Wojciecha Roszkowskiego – albo znajdowały się jeszcze informacje propagandowe, bo tych podręczników nie zdążono zmienić, albo podziemia najzwyczajniej nie było. Dziś już jest inaczej. Podziemnie niepodległościowe w podręcznikach do szkół średnich jest obecne. Dlatego, wydaje mi się, czy może raczej mam nadzieję, że walka o pamięć o prawdziwej historii podziemia powojennego jest walką, którą z czasem będzie prowadzić coraz łatwiej, tzn. propaganda komunistyczna będzie z czasem zamierała, będzie coraz słabsza, mniej żywotna. Optymistycznie nastraja to, że w ciągu ostatnich 10-15 lat odnotować można dynamiczny wzrost zainteresowania tematyką żołnierzy powojennego podziemia wśród ludzi młodych. Powstają grupy rekonstrukcyjne, wzrasta liczba ludzi uczestniczących w rajdach historycznych szlakami żołnierzy wyklętych, powstają portale internetowe. Znaczenie ma także popularyzacja tej tematyki przez książki, komiksy, filmy dokumentalne… Ciągle natomiast czekamy na dobry film fabularny, choć – w moim przekonaniu – duże znaczenie dla prawdziwego spojrzenia na to czym było powojenne podziemie, miał niezwykle popularny serial „Czas Honoru”. Odnosząc się choćby do tej strony www.zolnierzeprzekleci.wordpress. com, która swoją krytykę opiera głownie na rzekomych zbrodniach żołnierzy podziemia. Wymieniony jest choćby Józef Kuraś, który oskarżany jest mordowanie Żydów. dr hab. F. M.: Józef Kuraś jest jedną z ulubionych postaci antypodziemnej propagandy. Rzecz polega na tym, że w bardzo wielu wypadkach wymierzone w Kurasia zarzuty opierają się na propagandzie komunistycznej z lat powojennych. W wielu wypadk-

s. 39


ROZMOWA NUMERU ach dawno już zweryfikowane przez historyków bzdury pisane w latach 40., 50., 60. i 70. wciąż powracają w tej publicystyce wciąż na nowo fałszującej historię. Warto pamiętać o jednym: fundamentalną robotę w dziele obrzydzania majora Kurasia odegrał Władysław Machejek, aparatczyk partyjny z pierwszych lat PRL, później literat krakowski, który w 1955 roku bodaj wydał głośną książkę „Rano przyszedł huragan”. Były to jego beletryzowane wspomnienia z okresu kiedy był aparatczykiem partyjnym na Podhalu. Do tej książki dołączył rzekomy dziennik Kurasia, który był po prostu falsyfikatem, a w którym powymyślał różnego rodzaju przypisywane Kurasiowi zbrodnie i w ten sposób stworzył fałszywe źródło historyczne. Natomiast po nim ten fałszywy dziennik był już reprodukowany w dziesiątkach i setkach artykułów i w ten sposób został wprowadzony do obiegu publicznego. Jednocześnie warto pamiętać, że w wypadku utrwalania „czarnej legendy” podziemia mamy do czynienia z nakładaniem się różnych zjawisk. Z jednej więc strony mamy do czynienia z ludźmi którzy tendencyjnie podchodzą do tematu chcąc podtrzymać nagonkę na podziemie z drugiej strony zaś z ludźmi, którzy są zwyczajnie niedokształceni i powtarzają pewne bzdury bez zadania sobie trudu ich weryfikowania. I na to nie ma rady.

ci bardzo ideowi byli podatni na wojenną demoralizację, zwłaszcza kiedy zaciskała się wokół nich pętla bezpieki. Kiedy byli zaszczuci i walczyli o życie. Czasem bardzo trudne decyzje, rozstrzygające o czyimś życiu podejmowali ludzie, którzy w warunkach konspiracyjnych, w lasach, w ziemiankach, w bunkrach, w schowkach pod stodołami spędzili 6, 7, 8, 9, czy 10 lat widząc jak ich podwładni, ich koledzy z oddziału giną w zasadzkach, potyczkach, są aresztowani. Ludzie, którzy byli świadomi, co czeka ich w ubeckich piwnicach. Te realia walki partyzanckiej warto mieć gdzieś z tyłu głowy, kiedy z perspektywy dzisiejszej próbujemy oceniać trafność czy zasadność podejmowanych wtedy decyzji. Jaka jest rola IPN w kreowaniu obrazu o Żołnierzach Wyklętych? dr hab. F. M.: Rola IPN jest zdefiniowana w ustawie. Naszą rolą z jednej strony jest zbadanie i opisanie prawdziwych dziejów podziemia niepodległościowego i to jest zadanie referatu badań naukowych, a z drugiej strony popularyzacja i to jest rola referatu edukacji. Gdzieś w tle za tym wszystkim kryje się często niedostrzegalna społecznie, a mająca olbrzymie znaczenie, działalność pionu archiwalnego, który z kolei byłym żołnierzom podziemia udostępnia dokumentację zebraną na ich temat, pomagając zrozumieć trudną przeszłość.

Ale rozumiem, że Ci żołnierze świętymi to też nie byli.

A jeśli chodzi o samo uświadamianie Polaków?

dr hab. F. M.: To nie byli harcerze, ani święci mnisi, zatem także w ich działalności zdarzały się przypadki łamania regulaminów wojskowych, procedur czy pewnych zasad etycznych. Chodzi tylko o skalę. Jeśli jakiś oddział regularnego wojska dopuści się – w warunkach wojennych – przestępstwa, co się przecież zdarza, nie jest to czy stanie się to powodem do uznania całej formacji za bandycką? Nie, bo ma ona inny charakter. Zatem to nie jest tak, że nigdy i nigdzie nie zdarzyło się żeby ludzie podziemia się nie pomylili albo żeby nie zrobili czegoś co byłoby nieetyczne. Tym bardziej, że mówimy o okresie powojennym, a więc o okresie w którym ludzie, nawet

dr hab. F. M.: Tutaj działalność jest bardzo szeroka. Zwróciłbym uwagę na fundamentalną rzecz czyli na „Atlas podziemia niepodległościowego” który ukazał się w 2007 roku. Trzeba też pamiętać o aktywności prezesa Janusza Kurtyki, który był jedną z osób najsilniej zabiegających o to, aby pierwszy dzień marca stał się dniem pamięci żołnierzy wyklętych i wydaje mi się że był jedną z najważniejszych postaci, która ostatecznie doprowadziła do tego, że święto to zostało ostatecznie uchwalone. Oczywiście pierwsze obchody mieliśmy już rok po jego śmierci, ale to nie wyłącza go z grona osób które walnie przyczyniły się do tego aby taki dzień zaistniał. Oprócz tego organizowane są rajdy,

s. 40

konkursy, warsztaty dla nauczycieli, uczniów, wykłady okolicznościowe. Wydawane były wkładki do gazet, zwłaszcza za czasów Janusza Kurtyki. Proszę zwrócić uwagę, że to czy uchwała w sprawie narodowego dnia pamięci żołnierzy wyklętych zostanie ostatecznie podjęta czy nie rozstrzygało się w roku 2010. To był ważny rok, w którym dzięki zabiegom prof. Kurtyki w przypominanie prawdziwej roli podziemia zaangażowała się telewizja polska. W pierwszym i drugim programie TVP, 1 marca 2010, emitowane były – w przerwie pomiędzy poszczególnymi programami – dwuminutowe filmiki dokumentalne poświęcone kilkunastu postaciom powojennej zbrojnej konspiracji, przeprowadzano też, nieco dłuższe, rozmowy historykami. Wtedy też w wielu gazetach ukazały się wkładki historyczne popularyzujące dzieje podziemia przygotowane przez historyków z IPN. Czy działalność IPN zmieniła się po powołaniu nowego prezesa? dr hab. F. M.: Zmieniło się o tyle, że trochę inaczej rozłożono punkt ciężkości w działaniach edukacyjnych. Zrezygnowano między innymi z publikowania wkładek do prasy – co osobiście uważam za błąd. Ostatnie wydano chyba w 2011 r., kiedy obowiązki prezesa pełnił jeszcze dr Franciszek Gryciuk. Po objęciu tej funkcji przez dr. Łukasza Kamińskiego wkładki do prasy są zjawiskiem incydentalnym. Nie zmieniło się natomiast nic w podejściu do powojennego podziemia. Za kadencji obecnych władz udało się np. przeprowadzić prace ekshumacyjne na „Łączce”, które mają ogromne znaczenie historyczne i symboliczne. Wciąż także 1 marca jest jednym z najważniejszych dni w naszym kalendarzu edukacyjnym. W całej Polsce na przełomie lutego i marca organizowane będą spotkania poświęcone dziejom podziemia, warsztaty dla uczniów i nauczycieli, z pewnością też pojawią się teksty naszych pracowników w niektórych gazetach – ale już nie w formie odrębnych wkładek historycznych. 


ROZMOWY

Kraków, Warszawa, Łódź i Toruń zapraszają O organizacji tegorocznego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych rozmawiamy z Aleksandrem Podgórnym ze Stowarzyszenia Studenci dla Rzeczpospolitej, koordynatorem krakowskich obchodów tego święta. Kajetan Garbela Dlaczego warto jest czcić pamięć Żołnierzy Wyklętych? Jaki jest cel tego święta i z myślą o kim przygotowywany jest jego program? Aleksander Podgórny: Odpowiadając na to pytanie zacznę od cytatu Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem i mam obowiązki Polskie”. A więc pamięć o Żołnierzach Wyklętych jako części naszej historii, jest dla nas narodowym obowiązkiem. Moim zdaniem jednym z najważniejszych na dzień dzisiejszy. Warto o nich pamiętać, gdyż byli wielkimi bohaterami i patriotami, z których możemy być naprawdę dumni i z których postawy powinniśmy brać przykład. Walczyli oni z wprowadzoną przez sowietów komunistyczną okupacją, o prawdziwie wolną, niepodległą i suwerenną Polskę. Wielu z nich w tej walce zginęło, a właściwie zostało bestialsko zamordowanych w ubeckich katowniach, przy których jak to mówił Witold Pilecki „Oświęcim to była igraszka”. Wspominając Żołnierzy Wyklętych, czy też Niezłomnych jak teraz częściej się o nich mówi, należy pamiętać również o tym, że w większości byli to bardzo młodzi ludzie. Symboliczną postacią jest tutaj przede wszystkim Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka, która w wieku niespełna 18 lat została przez komunistów skazana na śmierć.

“Wspominając

Żołnierzy Wyklętych, czy też Niezłomnych jak teraz częściej się o nich mówi, należy pamiętać również o tym, że w większości byli to bardzo młodzi ludzie. W ostatnim liście do swoich sióstr napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. I właśnie dlatego obchody tego Dnia Pamięci kierowane są coraz częściej do młodych ludzi, aby pokazać im wzory zachowania, jakie przystoją prawdziwym Polakom. Często też jest to jedna z niewielu okazji do poznania zagadnienia Żołnierzy Wyklętych, gdyż w szkołach przeważnie nie porusza się tego tematu, co jest niestety ogromnym błędem. Czym będą się różniły tegoroczne obchody od wcześniejszych? Na pewno mają być one dłuższe i bogatsze niż rok wcześniej, więc zapewne wymagają większych i dłuższych przygotowań? A. P.: Obchody w tym roku będą zdecydowanie bogatsze niż w latach poprzednich. W całej Polsce tworzą się lokalne komitety do organizacji

przeróżnych form obchodów, poczynając od marszów, po prezentacje filmów, konferencje itp. Przypuszczam, że weźmie w nich udział dużo więcej osób niż w poprzednich latach, choć już wówczas frekwencja stała na wysokim poziomie. Zapewne do uczczenia pamięci Żołnierzy Wyklętych włączy się też Prezydent RP, którego co prawda może nie jestem zwolennikiem, ale cieszy mnie to, że coraz bardziej zajmuje się kwestią Niezłomnych. Jaki będzie szczegółowy program Dni Pamięci w Krakowie? Na co szczególnie chcielibyście zaprosić tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na uczestnictwo we wszystkich punktach programu? A. P.: W Krakowie podobnie jak rok temu, 1 marca odbędzie się uroczysty marsz pod nazwą Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci, którego współorganizatorem jest stowarzyszenie Studenci dla RP. Będzie miał on podniosłą formę, gdyż weźmie w nim udział Orkiestra i Kompania Honorowa WP. Pojawią się także poczty sztandarowe organizacji kombatanckich oraz Szwadron Ułanów im. J. Piłsudskiego. Marsz poprzedzi Msza święta w kościele mariackim o godzinie 14:30. Po niej przemaszerujemy w kierunku Parku Jordana, gdzie będą miały miejsce przemówienia,

s. 41


EDUKACJA

złożenie kwiatów pod pomnikami Żołnierzy Wyklętych a także zostanie oddana ku ich pamięci salwa honorowa. Oprócz samego Marszu na rynku głównym, obok kościoła św. Wojciecha w ramach ogólnopolskiej akcji Stowarzyszenia staną Namioty Wyklętych. Będą to dwa namioty, w których znajdziemy biogramy głównych postaci Podziemia Antykomunistycznego a także oprawców z komunistycznej bezpieki. Będzie tam również eksponowana mała wystawa broni z tamtego okresu. Widzowie będą mogli także obejrzeć różne prezentacje o Niezłomnych, posłuchać muzyki patriotycznej oraz poczęstować się żołnierską grochówką. Natomiast na godzinę 13.00 zapraszamy wszystkich do wysłuchania prelekcji prof. Zdzisława Zblewskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który opowie nam w kilku zdaniach o Żołnierzach Wyklętych. Jakie wydarzenia i atrakcje przy-

s. 42

gotowuje Stowarzyszenie w innych miastach Polski? A. P.: Podobnie jak w Krakowie, Namioty Wyklętych staną w Łodzi, gdzie tego typu wydarzenie spotkało się z bardzo dużym zainteresowaniem już rok temu, a także w Toruniu. Jednakże nie na samych namiotach kończy się nasza akcja. W Łodzi zapraszamy także na koncert Leszka Czajkowskiego i Pawła Piekarczyka „Podziemna Armia Powraca”, który organizujemy wraz z Patriotyczną Polibudą, stowarzyszeniem zrzeszającym studentów Politechniki Łódzkiej. Natomiast w Toruniu odbędą się w obecności chóru uroczystości pod tablicą okolicznościową przed Kościołem Wniebowzięcia NMP na Starym Mieście, po czym wyruszy marsz, na końcu którego odbędzie się rekonstrukcja historyczna. Z kolei nasz oddział warszawski obchody rozpocznie już 25 lutego przedstawieniem liryczno-poetyckim, poświęco-

nym pamięci Żołnierzy Wyklętych. Z jakimi osobistościami czy organizacjami współpracuje Stowarzyszenie w przygotowaniu tegorocznego wydarzenia? A. P.: Każdy z naszych oddziałów lokalnych dobiera partnerów do organizacji konkretnych przedsięwzięć. W Krakowie przy organizacji obchodów Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych współpracujemy przede wszystkim z Tadkiem Polkowskim, znanym raperem, który bardzo mocno propaguje historie Żołnierzy Wyklętych. Obchody organizujemy także z Towarzystwem Parku im. H. Jordana gdzie znajdują się popiersia wielkich Polaków. W tym roku współdziałamy także z krakowskim kołem Młodzieży Wszechpolskiej a także Dominikańskim Duszpasterstwem Akademickim Beczka. 


ROZMOWY

s. 43


EDUKACJA

Gdzie kończy się

odpowiedzialność

s. 44

historyków?


EDUKACJA Dla jednych nudna, dla innych fascynująca. Ilu uczniów, tyle doświadczeń i opinii. Jedno jest pewne. Historia w szkole należy do przedmiotów ważnych, choć niedocenianych. Pytanie tylko czego właściwie od niej oczekujemy? Wiedzy, umiejętności czy mądrości? A może wszystkiego i niczego. I wreszcie kto w szkole jest za historię odpowiedzialny? Kamil Duc

NA DOBRY POCZĄTEK

Aby mój artykuł nie był oderwany od rzeczywistości, wyszukałem kilka uczniowskich opinii na temat historii. Mógłbym powołać się na własne doświadczenia, ale z pewnością nie umiałbym tak trafnie opisać sedna sprawy jak forumowicze. Coraz częściej wydaje mi się zresztą, że fora internetowe są kopalnią materiałów dla badaczy zajmujących się funkcjonowaniem społeczeństwa. Oto jak mniej więcej wygląda historia w oczach uczniów. ania3000 pisze: „Historia jest o wiele razy lepsza niż jakaś tam głupia fizyka, bo chyba tylko imbecyla jakiegoś obchodzi co się stanie, gdy np. wektor ‘’a’’ i wektor ‘’b’’ zostanie źle narysowany” i dalej „Historia, może być w pewnym momencie męcząca, ale przedmioty ścisłe są o wiele razy gorsze.” Zdania tego nie podziela natomiast Britainysh. Komentuje to tak: „Trzeba kuć. Nic w tym fajnego”. Z jednej strony pół żartem zaczynam swój tekst, ale z drugiej ciężko nie dostrzec wymiaru pół serio. Przecież to właśnie młodzi decydują, jakie znaczenie ma dla nich historia. Na ile pozwolą się wyedukować przez belfra. W szkole za normalnych uchodzą raczej uczniowie myślący podobnie jak ania3000. Przedmioty ścisłe są jakby dla wybranych. Z nauczycielskiego punktu widzenia nie powinno to akurat martwić historyków. Wynika stąd, że ich lekcje może przyswoić każdy. Wszystko zmienia się jednak na ostatnich etapach edukacji. Dziwię się nawet nieco, że absolwenci kierunków humanistycznych nie wychodzą na ulice, by walczyć o równe traktowanie. Nie kto inny, tylko właśnie oni są najczęściej obiektem żartów i przytyków ze

“Przez takie uprzedze-

nia spada zainteresowanie uczniów tymi przedmiotami już na niższych szczeblach. Historia staje się nieatrakcyjna, może nawet bezużyteczna i spycha się ją do grupy zajęć drugiej kategorii. strony inżynierów. Chyba trudno o bardziej lekceważone dziś dziedziny nauki niż historia, filozofia czy filologia polska. Przez takie uprzedzenia spada zainteresowanie uczniów tymi przedmiotami już na niższych szczeblach. Historia staje się nieatrakcyjna, może nawet bezużyteczna i spycha się ją do grupy zajęć drugiej kategorii. Mimo tych różnych perspektyw trzeba chociaż spróbować określić rolę historii w edukacji. Od strony umiejętności, jakie nabyć powinien uczeń na tych lekcjach, należy zwrócić uwagę przede wszystkim na dostrzeganie przyczyn i skutków wydarzeń oraz ich wpływu na kształtowanie kultury. Równie ważna jest zdolność analizy źródeł historycznych i ich krytyczna ocena. Ale to jedynie wymiar standardów egzaminacyjnych i związanych z nimi wymagań. Zajęcia te powinny kształtować też pewne postawy. Historia pozwala nam przewidzieć efekty pewnych działań. Na podstawie doświadczeń z przeszłości możemy nieraz ocenić ich słuszność. Warto uświadamiać młodych ludzi, że mogą w ten sposób szukać wzorów do

naśladowania, ale też przekonać się, że pewne drogi prowadzą do nikąd. Kolejnym elementem tej układanki jest budowanie w uczniach tożsamości narodowej. Musi się to odbywać przez szczególne uwzględnienie treści związanych z losami ojczyzny. Nic, poza językiem, nie buduje tak mocnej więzi między rodakami jak wspólna historia. To stanowi potem fundament dla odpowiedzialności za dobro kraju, patriotyzmu oraz świadomości własnego pochodzenia.

GDZIE POSTAWIĆ AKCENT

Jak zwykle jednak wizja ta pozostaje tylko niedoścignionym wzorem, podręcznikową teorią. Szkolna rzeczywistość zmusza nas do zapomnienia o ideałach. Wiedza historyczna przeciętnego ucznia wiąże się z umiejętnością wyrecytowania kilkudziesięciu dat i to najczęściej tylko wtedy, gdy zbliża się klasówka. Wyposażony w coś na kształt puzzli nie potrafi połączyć ich w spójny obrazek. Nie dostrzega zależności między faktami. Nie umie sformułować własnej opinii ani skomentować zdarzeń bez użycia podręcznikowych regułek. A należy wspomnieć tutaj, że książki naznaczone są subiektywizmem. Opis danego zjawiska zawsze związany jest z punktem widzenia autora. Dlatego nauczyciele powinni zwracać uwagę na rozwijanie samodzielnego myślenia wśród uczniów. Wydaje się raczej, że większy nacisk kładzie się na wkuwanie materiału, bo zwyczajnie łatwiej z niego ocenić. Zabija to kreatywność oraz potrzebę pogłębiania wiedzy. Za korzystne uczniowie uważają umieć to, co w podręczniku zostało napisane. Więcej do szczęścia nie potrzebują.

s. 45


EDUKACJA Trochę lepiej wygląda kwestia uwypuklenia historii Polski. Z moich obserwacji wynika, że nauczyciele mają większe wymagania przy omawianiu tych zagadnień. Jednak sytuacja jest bardziej złożona. Znów mamy tu do czynienia z klepaniem formułek. Trzeba się zgodzić, że to wstyd nie znać najważniejszych faktów i dat z przeszłości ojczyzny. Ale nie można na tym poprzestać. Rzadko się zdarza, żeby bliżej przyglądać się bohaterom narodowym. Polacy nie znają tych, którym zawdzięczają wolność. I nie ma w tym żadnej przesady, co zarzucają lewackie środowiska tym, którzy strzegą pamięci m.in. powstańców. Bez ofiary tysięcy naszych przodków, nie byłoby dziś Polski. Ciągle brakuje wpajania młodzieży tych właśnie wzorów. W programie nauczania nie ma też miejsca dla tradycji. Proeuropejskość wypiera wartości, w obronie których walczyły starsze pokolenia. Cieszy natomiast postawa wielu nauczycieli zachęcających uczniów do udziału w konkursach o charakterze patriotycznym. Pozwala to poszerzyć wiadomości i zmotywować do samodzielnego wysiłku poznawania szczególnie ważnych kart naszej historii takich jak zbrodnia katyńska czy życie żołnierzy wyklętych.

JEDYNA SŁUSZNA HISTORIA

Nasuwa się jedno pytanie. Jak to jest, że będąc w niewoli, pod okupacją czy w rękach Związku Radzieckiego i nie mogąc otwarcie mówić o polskiej historii, bardziej zależało Polakom na przekazywaniu młodszym pokoleniom tradycji narodu? Kilka dekad temu podręczniki pełne były propagandy. Babcia wspomina, jak pomagała mojej mamie i cioci streszczać do szkoły zawarte w książce informacje, według których to Armii Czerwonej zawdzięczamy wyzwolenie spod niemieckiego jarzma, ZSRR to wtedy nasz najwierniejszy przyjaciel, a socjalizm to jedyny słuszny ustrój. Te i inne przekłamania ukształtowały poglądy wielu młodych ludzi. To pokazuje, jak wielką siłę oddziaływania na społeczeństwo ma nauczanie historii. Ci, którzy trafili na odważnych i posiadających wiedzę

s. 46

pedagogów, wysłuchali prawdy. Na nich pewnie też to w jakiś sposób wpłynęło. Zwiększyło świadomość. Zmobilizowało do aktywniejszego działania przeciwko władzy. Czy jednak dzisiaj nie doszukamy się podobieństw? Nie mówię o fałszowaniu historii, ale o promowaniu pewnych postaw. Do ważniejszych współczesnych wydarzeń należy chociażby powstanie i rozwój Unii Europejskiej. Ciężko znaleźć podręcznik, który pokazywałby słabe strony organizacji. W większości przypadków opracowania tworzą euroentuzjaści. Kolejnymi przykładami pewnych niedopowiedzeń mogą być związki między obecnym rządem a władzami PRL czy z innej epoki kwestia inkwizycji kościelnej. Wiele spraw bywa przemilczanych, czego nie da się uniknąć. Ktoś podręcznik pisze. A ten ktoś ma swoje poglądy. Niestety historia wygląda zawsze nieco inaczej z różnych perspektyw. Gorzej jeśli tylko jedna z tych wersji jest uznawana za słuszną i nie można z nią dyskutować.

ZA DUŻE WYMAGANIA

W komentarzu do nowej podstawy programowej czytamy: „W Polsce nauczanie historii pełniło zawsze szczególną rolę – wiedzę historyczną uznaje się za spoiwo narodowej i cywilizacyjno-kulturowej wspólnoty, co wywołuje bardzo wysokie oczekiwania wobec osób i instytucji, biorących udział w tworzeniu i realizacji koncepcji szkolnej edukacji historycznej.” Zgadzam się z autorami tych słów. Nikomu jednak nie przyjdzie do głowy, by wyciągnąć z nich wnioski. Życzymy sobie, by nauczyciel historii na swoich lekcjach zrobił naprawdę wiele. Po pierwsze chcemy, aby zrealizował cały materiał przewidziany w podstawie programowej. W zasadzie, jeśli nie uda mu się zrobić nic innego, nie można go za to winić, bo ciężko jest zmieścić się w czasie, mając tyle treści do omówienia. Wizja egzaminów wcale nie motywuje młodych do samodzielnego poszerzania wiedzy. Ponadto oczekujemy od historyków, że w cudowny sposób przekonają dzieci o tym, jak ważna jest nauka o prz-


EDUKACJA eszłości. Potrzeba naprawdę dobrego pedagoga, aby zainteresował swoim przedmiotem. Wiedza przestała być dziś atrakcyjna dla młodych. Historia niestety wymaga opanowania ogromnej ilości materiału. Jeśli nauczyciel skupia się głównie na odpytywaniu dat i nazwisk, zniechęca to jeszcze bardziej. Może lepsze efekty dałoby się osiągnąć, ograniczając nieco szczegółowość na poziomie podstawowym. Więcej czasu poświęcić natomiast narracji historycznej, która stanowi jedno z ogólnych wymagań nowej podstawy. Należy dać uczniom możliwość formułowania własnych komentarzy, prezentowania swojej wiedzy w innej formie niż recytowanie dat. Warte uwagi są także muzea, filmy czy literatura (inna niż podręczniki). Jednak ogrom odpowiedzialności za przekazanie tej niewyobrażalnie wielkiej ilości wiedzy spada na barki historyków. Zobaczmy, że również poloniści, nauczyciele od wiedzy o kulturze, plastyki czy muzyki również nie są w stanie prowadzić zajęć bez kontekstu historycznego. Wiele treści tym samym ulega często powtórzeniu. Uważam, że musi istnieć ścisły związek między tymi przedmiotami oraz współpraca między nauczycielami. Dzięki temu uczniowie lepiej przyswajaliby materiał. Wiedza nie byłaby złożona z oddzielnych i nieza-

leżnych części, ale stanowiłaby spójną całość. Niezwykle cenna jest umiejętność patrzenia z szerszej perspektywy. Taka interdyscyplinarność zdecydowanie by ją udoskonalała. Trzeba pamiętać, że szkoła ma za zadanie wychowywać. A udział historii w tym procesie jest szczególnie ważny. Dlatego każdy nauczyciel powinien poczuć za to odpowiedzialność. Na tym nie koniec wymagań stawianych historykom. Przecież muszą jeszcze dbać o ducha patriotyzmu. W tym wypadku również głupotą jest pozostawiać to na barkach jedynie tej części ciała pedagogicznego. Kiedy ten nauczyciel ma zrealizować te wszystkie oczekiwania? Patrzmy realnie. Jeśli uczniowie nie zmienią nastawienia do szkoły, nie będzie możliwy sukces pedagogiczny. Po opublikowaniu nowej podstawy programowej posypały się głosy krytyki. Kurs historii na poziomie podstawowym zakończy się w pierwszej klasie szkoły średniej. Znając realia polskiej edukacji z punktu widzenia ucznia, nie widzę w tym nic złego. Omówienie całego materiału raz w gimnazjum a potem drugi raz w liceum czy technikum wcale nie przynosiło doskonałych efektów. Natomiast teraz nowa podstawa daje nauczycielom pole do popisu. Jeśli ktoś nie wybiera historii rozszerzonej przed maturą, realizuje przedmiot

historia i społeczeństwo. Pomysł tych zajęć został wyśmiany, ze względu na proponowane tematy lekcji (m.in.: Swojskość i obcość; Kobieta i mężczyzna, rodzina; Rządzący i rządzeni). Faktycznie trudno tu znaleźć wartościowy z punktu widzenia historii materiał do omówienia. Szkoda tylko, że nie dostrzeżono uwagi, która pozwala nauczycielom prowadzić zajęcia według własnego pomysłu, proponować swoje tematy i o wyborze treści decydować razem z uczniami. Przecież może to być świetną okazją do tego, aby pozwolić samym młodym włączyć się w proces przygotowania zajęć i poruszać problemy, które ich interesują. Potrzeba tylko dobrej woli nauczyciela, by mądrze pokierował pracą. Efekty mogą nas naprawdę pozytywnie zaskoczyć. Edukacja historyczna nie kończy się w szkolnych murach. Należy dbać o nią również w domu, przekazując młodym doświadczenia starszych pokoleń. Podobnie państwo powinno wziąć odpowiedzialność za krzewienie tradycyjnych wartości oraz strzec pamięci bohaterów narodowych. Na koniec trzeba też uświadomić samemu sobie, że historia pozwala uczyć się na błędach. Od ciebie tylko zależy, czy zechcesz z tej lekcji skorzystać. 

s. 47


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Zadania dla

Kościoła w Polsce

s. 48


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA Kilka dni temu, 8 lutego, zakończyła się wizyta ad limina Apostolorum polskich hierarchów. Biskupi spędzili tydzień w Watykanie, gdzie rozmawiali z papieżem Franciszkiem o stanie swoich diecezji, modlili się przy grobach św. Piotra i Pawła oraz uczestniczyli w spotkaniach wszystkich kongregacji Kurii Rzymskiej. Kamil Duc Począwszy od 1 lutego, kolejne grupy biskupów z Polski były przyjmowane przez Franciszka na ponad godzinne spotkania. Rozmowy dotyczyły głównie sytuacji w naszych diecezjach. Mimo że papież zdawał się dość dobrze w niej orientować, z uwagą przysłuchiwał się relacjom hierarchów, aby uzupełnić informacje zawarte w wysłanych wcześniej do Watykanu sprawozdaniach. Franciszek również dzielił się własnymi doświadczeniami duszpasterskimi. Chwalił polski Kościół za pielęgnowanie praktyki indywidualnej spowiedzi, troskę o rodzinę oraz za odważne docieranie z Ewangelią do wszystkich środowisk. Biskup pomocniczy diecezji bielsko-żywieckiej Piotr Greger w rozmowie z Gościem Niedzielnym opisał spotkanie pozytywnie, podkreślając atmosferę dialogu i wyczuwalną u papieża sympatię do polskiego Kościoła. Podobnymi wrażeniami dzielili się nowy ordynariusz diecezji Roman Pindel oraz kardynał Dziwisz. Oprócz tego biskupi odwiedzali poszczególne kongregacje. Tam omawiali szczegółowo konkretne obszary działań takie jak edukacja, kultura, sakramenty, sprawy kanonizacyjne i kilkanaście innych. Również te spotkania były nastawione na wymianę doświadczeń i wskazanie celów, jakie stawiają sobie obecnie diecezje. Na koniec wizyty Franciszek przyjął na audiencji cały episkopat. Zwrócił się do zebranych biskupów, aby nakreślić zadania, jakie stawia przed polskim Kościołem w najbliższym czasie. Papież wezwał do jedności oraz dbania o dobro wspólne wiernych. Szczególny nacisk położył na kwestie rodziny. Zaznaczył, aby uwagę poświęcać przede wszyst-

“Wizyta ad limina

to całkiem ważne wydarzenie dla naszego Kościoła. A raczej powinno takim być. Spotkanie z Ojcem świętym wyznacza pewien kierunek, sprowadza hierarchów na właściwe tory. Pozwala ustalić, co dobrego dzieje się w lokalnych wspólnotach, a gdzie należy szukać obszarów wymagających zmian. kim małżeństwom borykającym się z trudnymi problemami. Pomóc tym, którzy czują się przez Kościół odrzuceni. Franciszek podkreślił wielką wagę budowania osobowej relacji wiernych z Bogiem, a nie tylko przekazywania im wiedzy. Podobnie w przypadku kleryków. Zachęcał do wspierania katolickich ruchów i stowarzyszeń. Papież poprosił też o troskę o ubogich i wierność dziełom miłosierdzia. Nie zabrakło nawiązania do zbliżającej się kanonizacji Jana Pawła II oraz Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Wizyta ad limina to całkiem ważne wydarzenie dla naszego Kościoła. A raczej powinno takim być. Spotkanie z Ojcem świętym wyznacza pewien kierunek, sprowadza hierarchów na właściwe tory. Pozwala ustalić, co dobrego dzieje

się w lokalnych wspólnotach, a gdzie należy szukać obszarów wymagających zmian. Biskupi z pewnością otrzymali konkretne wskazówki i zadania. Z wielu ich wypowiedzi wynika zresztą, że wzięli sobie do serca słowa Franciszka. Byleby nie były to tylko pochwały, których przecież nie brakowało. Aby takie spotkanie przyniosło owoce, należy zwrócić uwagę przede wszystkim na uwagi krytyczne. Choć nie dowiemy się raczej, czy takie się pojawiły, to nie sposób nie zauważyć, że papież wyraźnie zaznaczył, jakie najważniejsze cele winny przyświecać duszpasterskiej posłudze. Troska o ubogich, odtrąconych i bezbronnych to jedno z głównych zadań chrześcijańskiej wspólnoty. Trzeba spróbować dotrzeć przede wszystkim do tych, którzy czują się odrzuceni właśnie przez Kościół, bo dla każdego jest w nim miejsce. Może była to próba zwrócenia uwagi na zmianę priorytetów? Episkopat powinien zabierać głos w ważnych dla społeczeństwa kwestiach, ale nie może wykorzystywać wszystkich sił jedynie na niekończącą się debatę. Musi mieć alternatywę prawdziwie chrześcijańskiego życia. I dobrze gdyby przykład poszedł właśnie z góry. Czy wizyta w Watykanie przyniesie zmiany w działaniach episkopatu, przekonamy się w najbliższych miesiącach. Nie spodziewajmy się jednak rewolucji. Jedno spotkanie z papieżem nie wystarczy, aby przyjąć jego wizję Kościoła. Trudno wyzbyć się przyzwyczajeń i własnego systemu wartości. Może jednak biskupi zaczną czerpać z nauki Franciszka. Może staną się bliżsi wiernym. Może zdobędą się na coś więcej niż walka z gender. 

s. 49


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Księża niezłomni

– działania bezpieki wobec księży

Sara NałęczNieniewska

Konstancja NałęczNieniewska

12 września 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej zerwał konkordat z 1925 r. zawarty pomiędzy Watykanem a Rzeczpospolitą Polską. Rozpoczęły się prześladowania środowiska katolickiego. Duchowni nie akceptowali nowego komunistycznego porządku, utrzymywali kontakty z polskim podziemiem. Prezentowali jednoznaczną bezkompromisową postawę: bronić polskości i katolicyzmu, integrować naród i nie zawierzać obcym receptom społecznym i cywilizacyjnym. Władze totalitarne celowały w skałę, na której opierał się naród Polski.

LIKWIDACJA „PROBLEMU”

Komuniści znając siłę oddziaływania Kościoła Katolickiego na polskie społeczeństwo podjęli próbę jego zlikwidowania. Zniszczenie Kościoła Katolickiego równałoby się ze złamaniem narodu – bowiem po rozbiciu Polskiego Państwa Podziemnego (PPP) był on jedyną ostoją walki z komuną. W 1945 roku w UB (później SB) powstały specjalne piony do spraw walki z religią. Niezależnie walkę z Kościołem prowadził też kontrwywiad wojskowy. Natomiast Milicja Obywatelska była zobowiązana do pomocy agentom UB w walce z „nieprzejednaną wrogą działalnością

s. 50

Jeden z funkcjonariuszy SB podczas przesłuchania zapytał ojca Tomasza Rostworowskiego: „Muru głową nie rozbijecie, Rostworowski. Po co się sprzeciwiać?”. Komuniści nie mogli zrozumieć niezłomnej postawy księży - tego, że tak trudno ich zastraszyć i skłonić do współpracy, a w ogromnej części przypadków jest to po prostu niemożliwe. Nie byli w stanie pojąć skąd u nich ten opór .

“Najbardziej bezw-

zględne represje wobec księży miały miejsce w latach 1944 – 1956, wtedy też zamordowano skrytobójczo kilkudziesięciu księży, a kilkuset zamknięto w więzieniach. hierarchii kościelnej, kleru świeckiego i aktywu katolickiego”. Już w 1949 roku wszyscy księża mieli swoje charakterystyki w UB. Julia Brystigier (Krwawa Luna) zwana też „szarą eminencją”, organizatorka Departamentu V, a później jego dyrektorka, od początku była mózgiem wszelkich działań wymierzonych przeciwko religii. W roku 1947 wskazywała kierunki jego pracy operacyjnej m.in. rugowanie prasy katolickiej i zdobywanie agentury w środowiskach związanych z księżmi. Profilaktycznie zapobiegano kontaktom ze środowiskami, które mogły być wpływowe (np. endeckim), jak i z większą ilością wiernych po-

przez blokowanie masowych imprez kościelnych. Aby zmusić księży do współpracy stosowano różnorodne sposoby zastraszania, m.in. groźby (śmierci, kar finansowych etc.) czy natrętne anonimowe telefony z wyzwiskami. Gdy zorientowano się, że większość kleru nie będzie współpracować, zaczęto księży po prostu zamykać w wiezieniach. Oskarżenia były różne: o współpracę z okupantem, udział w napadach, sprzyjanie bandytom czy przechowywanie broni. W tym okresie strategią aparatu komunistycznego była kompletna likwidacja Kościoła Katolickiego z przestrzeni publicznej. Zamykano kościelne wydawnictwa, bursy studenckie, seminaria, domy opieki, przedszkola. Usuwano zakonnice ze szpitali i przychodni, zagrabiano tereny należące do Kościoła, niszczono księgozbiory i archiwa kościelne. Ze szkół wyrzucano krzyże, a modlitwa i lekcje religii były zabronione. W 1954r. zlikwidowano Wydział Teologii na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Warszawskim, w tym ostatnim tworząc nową Akademię Teologii Katolickiej, obstawioną złamanymi księżmi. Typowym zabiegiem było zastępowanie katolickich instytucji ich podróbkami, będącymi częścią aparatu komunistycznego (np. Caritas


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA w 1950 r przemieniono w Zrzeszenie Katolików Caritas i obstawiono kolaborantami).

„WIEM, ŻE NIE WYJDĘ STĄD ŻYWY!”

Częścią propagandy antykościelnej było piętnowanie księży w mediach, a także skazywanie ich w pokazowych procesach. W procesie Kurii Krakowskiej skazano czterech księży za „szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych”. Ksiądz Józef Lelito współpracował podczas niemieckiej okupacji z Narodową Organizacją Wojskową. Był ich zaprzyjaźnionym kapelanem. W PRL prowadził działalność konspiracyjną, wysyłał informację o kraju na Zachód dla Rady Politycznej na uchodźstwie. Aresztowano go 1952 roku i skazano na śmierć. Ksiądz Lelito pół roku spędził w celi śmierci. Potem wyrok zamieniono na dożywocie, a w czasach chwilowej odwilży skrócono do 12 lat. Razem z nim na karę śmierci skazano dwóch żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW). - Wiem, że nie wyjdę stąd żywy! - te słowa wykrzyczał na sali sądowej ksiądz Wit Brzycki wywołując poruszenie. Usłyszał wyrok: 15 lat więzienia. Ksiądz Franciszek Szymonek, konspirant wspierający działania księdza Lelito dostał dożywocie. Ksiądz Józef Feudali, absurdalnie oskarżony o szpiegostwo (dostał paczkę z lekarstwami z Zachodu) był torturowany fizycznie i psychicznie. Zmarł w szpitalnym więzieniu w wieku 40 lat. Arcybiskup Eugeniusz Baziaka kierujący Kościołem krakowskim został wygnany. Ksiądz Tadeusz Kurowski trafił do więzienia. To tylko niektórzy skazani i prześladowani księża. Nie sposób wymienić wszystkich. Przeciwko samej tylko Archidiecezji Krakowskiej prowadzonych było kilkaset operacji ze względu na zaangażowanie krakowskich księży w konspirację antykomunistyczną.

WYSTARCZY ZABIĆ

Najbardziej bezwzględne represje wobec księży miały miejsce w latach 1944 – 1956, wtedy też zamordowano skrytobójczo kilkudziesięciu księży, a kilkuset zamknięto w więzieniach.

Niektórzy z kapłanów zostali męczennikami – tak jak ksiądz Stanisław Domański, zakatowany przez UB w 1946 roku. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Ksiądz Michał Rapacz podczas wojny opierał się okupantom, później aparatowi komunistycznemu. W nocy z 11 na 12 maja 1946 roku komunistyczna bojówka napadła na jego plebanię w miejscowości Płoki. Po odczytaniu samozwańczego wyroku śmierci, księdza Rapacza zakatowano tępym narzędziem i oddano dwa strzały w tył głowy i prosto w czoło. Został uznany za męczennika. Archidiecezja Krakowska przygotowuje proces beatyfikacyjny księdza Rapacza, wokół którego zrodził się swoisty kult. Kilka miesięcy później ofiarą władzy komunistycznej stał się ksiądz Franciszek Flasiński. Został zastrzelony z pistoletu maszynowego na swojej plebanii w Chrzanowie. Odpowiedzialnym za jego śmierć było trzech agentów UB, jednak szczegółowe informację dotyczące tego mordu wciąż nie zostały wyjaśnione. Jezuitę, ojca Władysława Gurgacza, kapelana Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej skazano na śmierć w sfingowanym procesie. Wy-

rok wykonano 14 września 1949 roku w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie. Ojciec Gurgacz zwany jest „Popiełuszką lat stalinowskich”. Jego grób znajduję się na cmentarzu Rakowickim.

ZBADAĆ, OZNACZYĆ, ZWERBOWAĆ

W 1953 roku internowany został prymas Stefan Wyszyński, będący wielkim wsparciem i autorytetem dla polskiego społeczeństwa. Przetrzymywano go m.in. w Rywałdzie i Komańczy. Wolność odzyskał w 1956 r. W trakcie odosobnienia, przebywając stale po bacznym nadzorem służb specjalnych, prymas przygotował tekst słynnych „Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego”, które następnie 26 sierpnia 1956 odczytano uroczyście w Częstochowie przy udziale miliona wiernych. W 1956 r. nadeszła chwilowa odwilż, w trakcie której runęła cała praca aparatu bezpieczeństwa. Szybko jednak została odbudowana. Skupiono się wyłącznie na Kościele rzymskokatolickim, inne społeczności wyznaniowe jedynie nadzorując. Każdy ksiądz był traktowany jak zagrożenie. Duże znaczenie przywiązywano także do

s. 51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

“Taktyka ataku na

Kościół w celu jego likwidacji została zmieniona na taktykę werbunku księży. Wcześniej aparat komunistyczny podejmował próby zniszczenia go od zewnątrz, w latach 60 postanowiono zaś rozszerzyć siatkę agenturalną w Kościele Katolickim i doprowadzić do jego rozłamu wewnątrz. działań przeciwko Watykanowi. Po 1956 roku represje przyjęły charakter kompleksowy. Nową koncepcją walki z Kościołem było ograniczenie represji i form śledczych na rzecz działań operacyjnych. Długofalowe działania zaplanowane były przez nowy Departament IV, utworzony specjalnie do walki z Kościołem Katolickim. Wcześniejsze działania okazały się być niewystarczającą bronią przeciw księżom, nie udało się bowiem spełnić przyjętego założenia o przekształceniu księży w narzędzie wspierające system komunistyczny. Do pracy w tej strukturze MSW wybierano osoby nienawidzące księży i Kościół Katolicki. Dostrzeżono bowiem, że autorytet Kościoła nawet wśród pracowników SB często był problemem dla skutecznego działania. Antyklerykalna postawa gwarantowała wykonanie zadania. W preambule dokumentu z 2 lipca 1960 r. dotyczącego nowej strategii działania, Kościół Katolicki uznano za najważniejszy cel. Fragment tego dokumentu brzmi: „kler Kościoła katolickiego, posiadającego scentralizowaną organizację, poważne zaplecze, i znaczne wpływy w różnych warstwach naszego społeczeństwa, stanowi główną antysocjalistyczną siłę wewnątrz kraju”.

s. 52

Taktyka ataku na Kościół w celu jego likwidacji została zmieniona na taktykę werbunku księży. Wcześniej aparat komunistyczny podejmował próby zniszczenia go od zewnątrz, w latach 60 postanowiono zaś rozszerzyć siatkę agenturalną w Kościele Katolickim i doprowadzić do jego rozłamu wewnątrz. Monitorowani byli nie tylko księża i biskupi, ale całe parafie, które stały się podstawową komórką do rozpracowania. Zostały stworzone specjalne sygnatury spraw: Teczka Operacyjna Księdza (TEOK), Teczka Operacyjna Parafii (TEOP) , Teczka Operacyjna Biskupa (TEOB). Większość z tych teczek zniszczono w 1989 r. Księżom zakładano podsłuchy i podglądy. Przeszukania, lustracja korespondencji, ciągła obserwacja, a przede wszystkim „życzliwe” donosy TW były na porządku dziennym.

„KAŻDY KSIĄDZ JEST NOSICIELEM OBCEJ IDEOLOGI”

Od połowy lat 40 były wydawane dokładne instrukcje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego związane z pozyskiwaniem współpracowników, później dotyczące szczegółowej analizy księży. Krok po kroku instruowano jak obserwować, określić zagrożenie i przydatność, a następnie zwerbować. Planem było pozyskanie najwyższych dostojników kościelnych, mających największe wpływy, aby poprzez nich próbować kontrolować i kierować działaniami Kościoła. W ciągu lat – zwłaszcza w latach 60 - wraz z rosnącym doświadczeniem powstawały coraz to nowsze opracowania i materiały szkoleniowe, np. „Problemy pracy z tajnymi współpracownikami w pionie IV w roku 1965”. W latach 70 wydano nową instrukcję zwaną „Biblią SB” (w 1973 r. wydano również „Biblię pionu IV SB”), która określała podstawy pracy operacyjnej i obowiązywała do końca lat 80. Głównymi celami Departamentu IV były: neutralizacja polityczna hierarchii kościelnej i kleru, doprowadzenie do afirmacji systemu komunistycznego przez Kościół, sprowadzenie jego roli do zaspakajania

potrzeb religijnych społeczeństwa, ale przede wszystkim osłabienie wpływu Kościoła na Polaków w sferze ideologicznej. W 1973 r. powołano Samodzielną Grupę „D” w Departamencie IV MSW, której zadaniem było osłabianie Kościoła katolickiego poprzez dezinformację i dezintegrację – skłócano środowiska, wysuwano „komprmateriały” (sfałszowane, kompromitujące materiały), zaogniano konflikt z innymi wyznaniami. Mniejszości religijne stały się narzędziem do dyskredytowania i osłabiania jedności Kościoła. Ich przedstawiciele byli werbowani, a w przypadku sprzeciwu wymieniani na lojalnych aparatowi bezpieczeństwa. Przykładem może być ks. Maksymilian Rode, który stał się głową Kościoła Polskokatolickiego, odłamu kontrolowanego przez komunistów. Jego pozyskanie było bardzo cenne, ze względu na to, że cieszył się dużym autorytetem. Z grupą „D” można powiązać co najmniej 7 niewyjaśnionych zabójstw księży m.in. Stanisława Suchowolca, Stefana Niedzielaka, Józefa Zycha. Atak na kościół był coraz bardziej przemyślany. Specjalne grupy opracowywały brużdżące publikacje dotyczące np. dogmatów religijnych, aby poróżnić ludzi na płaszczyźnie ekumenicznej. Zniechęcano do wstąpień do seminariów i zakonów, nakłaniano do rezygnacji ze studiów

“Gdziekolwiek by

się nie znaleźli: w lesie z partyzantami, w więzieniach i celach śmierci, szpitalach podnosili ludzi na duchu, nawracali ich, dawali nadzieję i otuchę. Im zaś siłę dawali ludzie i wiara. Nieprzerwanie kontynuowali swą misję apostolską nie przejmując się inwigilacją.


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA teologicznych. Akcja dezinformacyjna polegała również na drukowaniu fałszywych broszur. Doszło nawet do wydawania sfingowanych, pseudokatolickich miesięczników jak np.: „Ancora”. Wysyłano do parafii kobiety, których zadaniem było uwodzenie próbujące uwodzenie księży i nieszczenie ich morale. Terror wobec księży nasilił się w okresie stanu wojennego. Kulminacją było zamordowanie kapelana „Solidarności”, księdza Jerzego Popiełuszki w dniu 19 października 1984 roku!

PO CO SIĘ SPRZECIWIAĆ?

Komuniści nie mogli zrozumieć niezłomnej postawy księży - tego, że tak trudno ich zastraszyć i skłonić do współpracy, a w ogromnej części przypadków było to po prostu niemożliwe. Nie byli w stanie pojąć skąd u księży ten opór. Jeden z funkcjonariuszy SB podczas przesłuchania zapytał ojca Tomasza Rostworowskiego: „Muru głową nie rozbijecie, Rostworowski. Po co się sprzeciwiać?”. Nie rozumieli ich postawy, ale wzbudzała w nich podziw, co tylko ich bardziej rozjuszało. Nawet będąc lżonym czy bitym duchowni zachowywali swą godność i spokój, oddając się w ręce Opatrzności Boskiej. Bohdan Cywiński w „Rodowodach niepokornych” wskazuje, że „zawar-

tość etyczna tej postawy nadawała rzeczywistym jej wyznawcom szczególny hart i bezkompromisową stałość, do której nie mogła równie dobrze wychować stale ewoluująca ideologia radykalna”. Dzięki swej sile – jako Kościół, ale przede wszystkim sile jednostek budzili w komunistach strach. Przez kilkadziesiąt lat opracowywano nowe sposoby i podejmowano kolejne próby zniszczenia tej skały. Dochodziło do absurdalnych działań takich jak zaaresztowanie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, który był przetrzymywany w więzieniu przez sześć lat, a po Polsce wędrowały puste ramy jako symbol braku wolności religijnej. Termin „księża niezłomni” kojarzy się z czasami stalinowskimi. Jednakże księża prezentowali swą bohaterską postawę nie tylko w tym okresie. Gdziekolwiek by się nie znaleźli: w lesie z partyzantami, w więzieniach i celach śmierci, szpitalach podnosili ludzi na duchu, nawracali ich, dawali nadzieję i otuchę. Im zaś siłę dawali ludzie i wiara. Nieprzerwanie kontynuowali swą misję apostolską nie przejmując się inwigilacją. Duchowni nie uważali się za bohaterów, ich działania wypływały z poczucia powinności i patriotyzmu. Potwierdzeniem są słowa ks. Adolfa

Chojnackiego: „To, co robiłem gromadziło zawsze wielu ludzi serdecznych, oddanych sprawie. To dawało mi siłę, a sylwetkę człowieka stwarza przecież rzeczywistość, z którą się mierzy. Ja byłem w permanentnej opozycji do systemu komunistycznego od 1945 r. Czasy PRL zawsze oceniałem jako kontynuację okupacji - zamieniono jedną na drugą.[…] Czułem się zawsze Polakiem. Jako Polak i równocześnie polski ksiądz uważałem, że powinienem robić to, co robiłem. Narażałem się niejednokrotnie, ale czyniłem to z obowiązku kapłańskiego i dlatego, że jestem Polakiem. Życia nie zmarnowałem, nie przegrałem, a gdyby przyszło mi je powtórzyć, nic bym nie wykreślił z tego, co było.”  Źródła: Ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski, „Księża wobec bezpieki”, Kraków 2007 Bohdan Cywiński, „Rodowody niepokornych”, Warszawa 2010 http://archidiecezja.lodz.pl/wolborz/ czytaj.php?tekst=sb.txt http://www.niedziela.pl/artykul/78738/nd/%E2%80%9ECzulem-sie-zawsze-Polakiem%E2%80%9D http://www.swzofia.warszawa.opoka. org.pl/wyklady/ksniezlomni.htm

s. 53


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Wierni Bogu i Ojczyźnie

– sylwetki bohaterów Trudno jest w skrócie opisać bogate losy odważnych księży, którzy

opierali się zbrodniczej władzy niezależnie od tego kto ją sprawował.

Konstancja NałęczNieniewska

Okupacja niemiecka, sowieci, bezpieka – w obliczu zagrożenia nie złamali się pod ich naciskiem. W imię Boga i Ojczyzny stawiali opór, do końca swojego życia wspierając i niosąc pomoc swoim bliźnim. Dla nich było to coś naturalnego, dla nas piękny przykład bohaterstwa. Świadomość istnienia tak walecznych postaci mi samej daje siłę i otuchę.

KS. JÓZEF WRYCZA (04. II.1884 - 04.XII.1961) „KMICIC BORÓW TUCHOLSKICH”

Trudno jest w skrócie opisać bogate losy odważnego księdza Wrycze, o którym legendy krążyły już za życia. Był aktywny już jako młody człowiek – wydalono go z gimnazjum w Chełmnie za przynależność do tajnego kółka filomackiego. Niczym niezrażony współtworzył kolejne koło samokształceniowe „Kaszubologów”. Po święceniach zaś, w 1917r., założył tajne Towarzystwo Młodzieży Polskiej. W trakcie wojny otrzymał wyrok śmierci za próbę wywołania powstania, lecz dzięki zdecydowanej postawie ludności został on zmieniony na karę więzienia. Po wojnie ks. Wrycza pełnił funkcję kapelana 63 pułku piechoty toruńskiej. W 1920r. wygłosił patriotyczne kazanie przed zaślubinami Polski z morzem, które przeprowadził gen. Józef Heller. Kazanie to stało się manifestem Kaszubów – ksiądz cytował w nim kaszubskiego poetę Hieronima Derdowskiego „Nie

s. 54

“Po wojnie ks. Wryc-

za pełnił funkcję kapelana 63 pułku piechoty toruńskiej. W 1920r. wygłosił patriotyczne kazanie przed zaślubinami Polski z morzem, które przeprowadził gen. Józef Heller. Kazanie to stało się manifestem Kaszubów ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski...”. W następnych latach ks. Wrycza udzielał się społecznie i dbał o kulturę w Wielu, którego był proboszczem. Założył Bank Ludowy z tanimi pożyczkami, był prezesem Towarzysta Powstańców i Wojaków ks. JózefaWryczy, utworzył bibliotekę, czytelnię i boisko sportowe. Na początku II wojny światowej gestapo zaciekle poszukiwało księdza Wrycze. Ten, w 1940r., zorganizował

własną grupę konspiracyjną, później zaś został prezesem Rady Naczelnej Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. Ksiądz przyciągał ludzi swą postawą, którą budził nadzieję na wygraną - dzięki temu „Gryf ” stał się najliczniejszą organizacją na Pomorzu. Nieuchwytny ksiądz zdołał nawet ujść z obławy SS – wydostał się z oblężenia schowany na wozie z obornikiem. Po 1945r. Ksiądz Wrycza otrzymał godność kanonika honorowego. Całe dalsze życie był bardzo aktywny społecznie. Permanentnie inwigilowany przez UB jako wróg władzy, nie został nigdy aresztowany, ze względu na swoją wielką popularność na Pomorzu. Ks. Wrycza umarł w Tucholi w 1961r. śmiercią naturalną. Ks. Ormiński pisze o nim: „Prawdziwym cudem można nazwać jego ocalenie i szczęśliwe przeżycie wojny”.

KS. ZYGMUNT KACZYŃSKI (15.X.1894 - 13.V.1953) „JESTEM TU POTRZEBNY DLA TYCH, CO SIĘ ZAŁAMUJĄ”


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Ks. Józef Wrycz

Ks. Zygmunt Kaczyński po skończeniu studiów prawniczych, okazał się mieć smykałkę do polityki. Działał w chrześcijańskich związkach zawodowych, m.in. w Stronnictwie Pracy (doprowadził do połączenia Chrześcijańskiej Demokracji i Narodowej Partii Robotników w 1937r). Dwukrotnie uzyskał mandat parlamentarny (najmłodszy poseł sejmie – miał 25 lat). W 1940r. wyjechał do Włoch, ponieważ premier Władysław Sikorski kazał mu opuścić kraj, ze względu na zagrożenie aresztowania przez gestapo. Ubiegał się o wcześniejszą wizytę u papieża Piusa XII niż minister III Rzeszy Ribbentrop – aby przed nim zdać relację z sytuacji w kraju. Jako jedyny duchowny pełnił funkcje ministralne na emigracji: był kapelanem prezydenta Władysława Raczkiewicza, w rządzie Sikorskiego był wiceministrem w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji, a w gabinecie Stanisława Mikołajczyka stał na czele resortu Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Uznawany był - także przez zagranicznych dyplomatów - za świetnie zorientowanego polityka. Dobrowolnie wrócił do kraju w 1945 roku. Władze komunistyczne również postrzegały go jako zręcznego polityka, a więc poważnego wroga

Ks. Zygmunt Kaczyński

(„wykorzystuje pseudodemokratyczną frazeologię dla zamaskowania swoich reakcyjnych dążeń” - opisywali go komuniści). Ks. Kaczyński oprócz innych zaangażowań, odbudowywał parafię Wszystkich Świętych w zrujnowanej Warszawie. Poszukiwał na to funduszy - zachował się dokument, w którym amerykańska organizacja wspierająca Żydów ofiarowała na ten cel datek, ponieważ chciała „przyczynić się [do tego] w imieniu Żydów, którzy ocaleli przy prawdziwie humanitarnej pomocy Kościoła”. W 1946r. - ze względu na swe zdolności dziennikarskie – ks. Kaczyński został redaktorem naczelnym m.in. „Tygodnika Warszawskiego”, w któym podejmował próby ominięcia restrykcyjnej cenzury. Pod koniec owego roku w Departamencie V zarządzanym przez „Krwawą Lunę” (odsyłam do artykułu: „Księża niezłomni – działania bezpieki wobec księży”) powstała sekcja IV, która zajmowała się prasą katolicką i rozpracowywaniem działaczy katolickich. Oddziaływanie „Tygodnika Warszawskiego” na społeczeństwo i młodzież było podstawą do decyzji Departamentu V o aresztowaniu jego redakcji, co za tym idzie rozbicia ważnego katolickiego środowiska intelektualnego. W 1951r. ksiądz dostał

Ks. Sylwester Zych

wyrok 10 lat pozbawienia wolności za „usiłowanie zmiany przemocą […] demokratycznego ludowego ustroju”. Ks. Zygmunt Kaczyński pozostawał w więzieniu w świetniej formie psychicznej, zawsze troszcząc się o innych i dzieląc się jedzeniem czy papierosami. Więziony w tej samej celi o. Tomasz Rostworowski opisywał go tak: „Miał umysł dziennikarski, to znaczy encyklopedyczną wiedzę, wszechstronną osobowość, był wścibski, wszystko chciał wiedzieć, orientował się znakomicie w sytuacji politycznej i społecznej […] Był bardzo pogodny, kulturalny”. Inny współwięzień, ks. Józef Zator – Przytocki mówił, że ks. Kaczyński „nie żałował tego, że siedzi. Był przekonany, że w dzisiejszej sytuacji jego uwięzienie może tak sprawie Kościoła, jak i polskiej więcej się przysłużyć aniżeli na wolności”. Był często przesłuchiwany, a także ostro traktowany. W maju 1953r. przywrócono go ponownie do celi na oddział IV, tam zaś miał zatarg ze starszym celi. Nocą, 13 maja 1953, dostał ataku serca i zmarł. Prymas Wyszyński w zapiskach „Pro Memoria” notuje: „zwłoki dostarczono dnia 18 maja o godz. 9.40, w pace, bez ubrania, z głową osłoniętą papierem, po widocznych śladach sekcji zwłok. Ksiądz Kaczyński umarł rzekomo

s. 55


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

“Pośmiertne zd-

jęcia ukazują jednak rany zadane tępym narzędziem, ksiądz miał również złamane cztery żebra. W czasie sekcji zwłok lekarz odkrył nakłucia na rękach, świadczące o wstrzyknięciu stężonego alkoholu księdzu do krwi. nagle, ku niespodziance władz więziennych”. Przyczyny jego śmierci nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Na 9 dni przed śmiercią ks. Kaczyński uspokajał swą siostrę: „Nie lękaj się, ja się nie dam złamać. Jestem tu potrzebny dla tych, co się załamują”.

KS. SYLWESTER ZYCH (19.V.1950-11.VII.1989) „CZUJĘ, ŻE ZBLIŻA SIĘ MÓJ DZIEŃ”

Śmierć księdza Zycha do dziś nie została wyjaśniona. Znaleziono go dotkliwie pobitego i zakrwawionego na dworcu autobusowym 11 lipca 1989 r. w Krynicy Morskiej. Nie udało się go odratować. Prokuratura Wojewódzka w Elblągu po śledztwie za przyczynę zgonu uznała zatrucie alkoholem (4,3 promila) i zakończyła dochodzenie. Ówczesny prezes telewizji Jerzy Urban zlecił realizację reportażu, w którym rzekomi świadkowie twierdzili, iż widzieli ks. Zycha pijącego duże ilości wódki... Pośmiertne zdjęcia ukazują jednak rany zadane tępym narzędziem, ksiądz miał również złamane cztery żebra. W czasie sekcji zwłok lekarz odkrył nakłucia na rękach, świadczące o wstrzyknięciu stężonego alkoholu księdzu do krwi. Analiza śledcza IPN odkryła na koszuli księdza odciski palców oficera SB, które znaleziono również w mieszkaniu zamordowanego księdza Niedzielaka.

s. 56

Ów SB-ek otrzymał w 1999r. Brązowy Krzyż Zasługi „za szczególne zasługi w ratowaniu życia” od prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Ks. Sylwester Zych ciągle narażał się władzom PRL-owskim – zginął trzy miesiące po obradach Okrągłego Stołu - popierał tę część „Solidarności”, która chciała rozliczenia komunistów i lustracji. Już wcześniej władze miały go na celowniku, co ks. Zych przeczuwał. Nagrał bowiem swoisty testament już dwa lata przed śmiercią: Czuję, że zbliża się mój dzień – czas spotkania z Panem, który uczynił mnie swoim kapłanem... Solidarnym sercem jestem ze wszystkimi, którzy dążą do Polski wolnej i niepodległej.... Niech dobry Bóg was błogosławi i sprawi, abyśmy mogli spotkać się na gruzach komuny... Ks. Zych rozumiał się dobrze z młodzieżą i budził w niej szacunek. Był inicjatorem akcji wieszania krzyży w szkołach i przedszkolach w latach 70-tych, czym niezwykle naraził się bezpiece. Rok po wprowadzeniu stanu wojennego aresztowano go za rzekomą pomoc w zabójstwie wysoko postawionego milicjanta i skazany został na 6 lat. O udział w zabójstwie oskarżał go gen. Kiszczak. W więzieniu długo walczył o prawo do odprawiania mszy świętej – w końcu udało mu się i jako pierwszy powojenny ksiądz odprawiał Mszę Św. jako więzień. Okupił to szykanami: nie otrzymywał paczek, nie miał prawa do korespondencji i widzeń z najbliższymi, 9 miesięcy zaś spędził w

“Dwa razy przed

śmiercią ksiądz Zych został pobity. Ostatnim razem jacyś mężczyźni trzymali go i wlewali do gardła wódkę. Spłoszył ich jednak przejeżdżający samochód. Było to w marcu 1989r

izolatce. Na mocy amnestii wyszedł z więzienia - po ponad czterech latach, w trakcie których był poniżany i zastraszany. Ks. Zych regularnie otrzymywał anonimowe telefony z pogróżkami oraz listy typu: „S****synu, jak nie zaczniesz działać to my cię załatwimy”. Dalej jednak angażował się w działalność opozycyjnego KPN-u i głosił z ambony odważne kazania, w których mówił: „niektórzy z was, w tych ostatnich dniach, mieli odwagę powiedzieć: nie! Nie dla biedy. Nie dla zwariowanej ideologii... Z tymi ludźmi – ja, wasz kapłan – jestem solidarny.” W lutym 1989r. uczestniczył w pogrzebie swojego kolegi ks. Suchowolca - który obok ks. Niedzielaka, był jednym z trzech zamordowanych księży w okresie transformacji, których sprawcy nie zostali skazani. Ks. Niedzielak był uczestnikiem Powstania Warszawskiego, kapelanem AK i Żołnierzy Wyklętych, działaczem WiN oraz współzałożycielem Rodzin Katyńskich (zginął z 19 na 20.I.1989r). Dwa razy przed śmiercią ksiądz Zych został pobity. Ostatnim razem jacyś mężczyźni trzymali go i wlewali do gardła wódkę. Spłoszył ich jednak przejeżdżający samochód. Było to w marcu 1989r., na cztery miesiące przed nigdy nieosądzonym morderstwem. Pomóc w wyjaśnieniu tej sprawy mógłby dać wgląd w teczkę ks. Zycha – została jednakże zniszczona w grudniu 1989r. Dziennikarze próbujący wyjaśnić okoliczności śmierci ks. Sylwestra byli zastraszani: Jerzemu Jachowiczowi podpalono mieszkanie (zginęła jego żona), a w 1991r. pobito do nieprzytomności Zbigniewa Branacha, autora książki o zmarłym księdzu. Ks. Sylwester Zych został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. 


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Popiełuszko lat stalinowskich -

Ksiądz Gurgacz, kapelan Polski Podziemnej W

imię miłości

Boga i Ojczyzny

wybrał los ludzi wyklętych przez ko-

munistyczną propagandę i wyjętych spod prawa, nieustannie tropionych

przez aparat bezpieczeństwa, zaciekle zwalczanych, a w razie aresztowania okrutnie torturowanych i skazywanych na śmierć.

I

nie zawahał się

- to słowa listu od Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do rodzimego Kolegium Jezuitów ks. Gurgacza w Starej Wsi. Ksiądz Władysław Gurgacz wspierał i prowadził duchowo grupę partyzantów ukrywających się w lesie przed komunistyczną władzą. Przeciwny marksistowskiemu spojrzeniu, poświęcił swoje krótkie życie dla idei wolności i niepodległości. Z poczucia misji pomagał ludziom, którzy opierali się systemowi, a swoim oprawcom przebaczał. Życie ludzkie miało dla niego wartość najwyższą. Sam jednak śmierci się nie bał. pójść tą drogą aż do samego końca

Sara NałęczNieniewska

POCZĄTEK DROGI

Ksiądz Władysław Gurgacz urodził się 2 kwietnia roku 1914 w niewielkiej, malowniczej wsi Jabłonica nieopodal Krosna. Od początku swojego życia czuł powołanie do misji kapłańskiej. W wieku 17 lat wstąpił do nowicjatu Kolegium Jezuitów w Starej Wsi. Już jako jezuita napisał maturę i studiował najpierw Pińsku teologię, a później w Krakowie filozofię. Interesował się etyką. Zastępował dużo starszych od siebie ojców w nauczaniu. Świadkowie jego życia mówią, że mimo młodego wieku był dobrym nauczycielem i pedagogiem. Lata 30 poświęcił na swoją pasję malarską. Ze względu na słabe zdrowie nie mógł jednak spełnić swojego największego marzenia – pracy jako misjonarz.

ŻYCIE ODDAĆ ZA KRAJ

Przyjm, Panie Jezu Chryste ofiarę, jaką Ci dzisiaj składamy, łącząc ją z Twoją Najświętszą Krzyżową Ofiarą.

“Wojna zmusiła go

do przerwania studiów. Styczność z system totalitarnym miał już w trakcie II wojny światowej, kiedy wraz z innymi studentami jezuickimi został ewakuowany na Wschód. Za grzechy Ojczyzny mojej: tak za winy narodu całego jako też i jego wodzów przepraszam Cię Panie i błagam zarazem gorąco, byś przyjąć raczył jako zadość uczynienie całkowitą ofiarę z życia mego przeczuwając swoją misję w Wielki Piątek 7 kwietnia 1939 r. złożył na Jasnej Górze Akt całkowitej ofiary za Ojczyznę w potrzebie. Był to pierwszy akt jego walki. Wojna zmusiła go do przerwania studiów. Styczność

z system totalitarnym miał już w trakcie II wojny światowej, kiedy wraz z innymi studentami jezuickimi został ewakuowany na Wschód. Widząc działania sowietów, NKWD, Armii Czerwonej zapragnął jak najszybciej wrócić do Polski. Wrócił na studia, a w 1942 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy stan jego zdrowia pogorszył się, w 1944 roku opuścił Warszawę, aby zdać egzaminy w Kolegium Jezuickim. Wyjazd uratował mu życie. Podczas drugiego dnia Powstania Warszawskiego Niemcy zmasakrowali 40 osób - ojców zakonnych i wszystkich innych ludzi przebywających w klasztorze jezuitów na Mokotowie. Był to wielki cios dla młodego brata.

POMÓC INNYM

W 1945 roku ks. Gurgacz przebywał w szpitalu w Gorlicach, gdzie leczył się i pomagał innym chorym. Niósł otuchę rannym i nawracał zagubionych. Właśnie w Gorlicach

s. 57


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA nawiązał pierwszy kontakt z podziemiem. Twórcy konspiracji pomagali tam w leczeniu pod innymi nazwiskami. Zaprzyjaźnił się z żołnierzem Armii Krajowej Janem Matejakiem Brzeskim. Żołnierze darzyli ks. Gurgacza wielkim szacunkiem ze względu na jego dyskrecję. Skontaktował się z nim również Stanisław Pióro Mohort – przywódca i jeden z twórców Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców (pionu cywilnego) prosząc o współpracę i opiekę nad partyzantami. Ksiądz Gurgacz zdecydował się jednak na wyjazd do Krynicy. Nie bój się, drogi bracie, szyderstw. Powiedzą ci, żeś zacofany, nazwą cię bigotem, dziwakiem – nic sobie z tego nie rób, bo po twojej stronie jest słuszność - tymi słowami dodawał otuchy swoim parafianom. Z czasem jego kazania stawały się odważniejsze. Nie bał się wyrażać głośno dezaprobaty dla materializmu i bezbożnictwa władzy totalitarnej. Zaznaczał jej niezgodność z nauką Chrystusa.

DWA STRZAŁY

Dwukrotnie podjęto próbę zamordowania księdza. Za pierwszym razem strzelał nietrzeźwy komendant Milicji Obywatelskiej. Ksiądz upadł na ulicę w odpowiednim momencie. Kiedy spłoszony widokiem parafian milicjant uciekał ks. Gurgacz wołał za nim - Poczekaj, dam ci rozgrzeszenie! Drugi raz też udało mu się uchylić od kuli, jednak w obliczu zagrożenia życia podjął decyzję o ucieczce z Krynicy. Za namową Stanisława Pióro, ks. Gurgacz przyłączył się do PPAN. Dołączył do niego również jego przyjaciel Jan Matejak. Brzeski, jako żołnierz AK objął dowództwo nad oddziałem. Ks. Gurgacz objął duchowy patronat nad Pierwszym Podhalańskim Oddziałem Partyzantów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej Różańca Świętego. Dbał aby prowadzone przez nich działania nie były sprzeczne z zasadami etyki katolickiej. Jezuita poinformował swoich przełożonych o podjętej decyzji. Zakon obawiając się represji ze strony władzy i zamknięcia klasztoru wykluczył go ze swojego szeregu.

s. 58

W LESIE Z PARTYZANTAMI

Partyzanci nazywali go Ojcem, sam zaś ksiądz przybrał pseudonim Sem – Servus Mariae – Sługa Maryi. Zamiast habitu, przywdział mundur. W terenie wykładał żołnierzom fizykę i matematykę. Przed wojną partyzanci byli studentami, teraz ukrywali się w lesie jako uciekinierzy. Ks. Gurgacz dawał im namiastkę normalnego życia. Wypełniał również swoją posługę kapłańską, odprawiał Msze św., spowiadał, nauczał Pisma, wygłaszał pogadanki i wykłady o tematyce religijnej, moralnej i społecznej. Uczył partyzantów o ideologi marksistowskiej, żeby wiedzieli z czym mają do czynienia. Rozwiewał wszelkie wątpliwości moralne. Uczył jak wybaczyć oprawcom - nigdy nie wykonywali wyroków śmierci.

Z BEZPIEKĄ NA OGONIE

UB rozpracowywało ks. Gurgacza pod pseudonimem Jezuita. Był na jednym z pierwszych miejsc na liście przywódców do schwycenia. Oddział, początkowo nieliczny, szybko zaczął rosnąć w siłę. Pion cywilny PPAN został rozbity, a ci działacze, którzy nie zostali aresztowani, schronili się w lesie dołączając do partyzantów. Wśród ujętych znalazł się także Jan Matejak. Po jego aresztowaniu dowództwo przejął Stanisław Pióro, który zagrożony aresztowaniem również schronił się w lesie. W tropienie partyzantów zaangażowanych było kilkudziesięciu funkcjonariuszy bezpieki. W terenie sprawę o kryptonimie „Malaga” (później „Karpaty”) prowadzili funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Sączu, wspierała ich i nadzorowała grupa operacyjna Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, kierowana przez naczelnika Wydziału III, Stanisława Wałacha. Dni aresztowania zbliżały się. Wojska KBW wraz z ubeckimi agentami przeczesywały lasy wokół Hali Łabowskiej, niedaleko miejsc gdzie ukrywali się partyzanci. Ledwo uniknęli obławy. Postanowili podzielić oddział na trzy grupy. Dowództwo nad pierwszą, najliczniejszą objął Stanisław Pióro Mohort, drugą – Mieczysław Rem-

biarz Orlik, trzecią, w której znalazł się również ks. Gurgacz dowodził ppor. Stefan Balicki Bylina. Podział grupy nie poprawił jednak trudnej sytuacji organizacji. Ucieczka na Ziemie Zachodnie i legalizacja życia tam była niemożliwa z powodu braku pieniędzy.

NAPAD NA KONWÓJ

Pojawił się plan. Ksiądz Gurgacz w obliczu zagrożenia zdecydował o przeprowadzeniu akcji. Z pomocą mieszkającego w Krakowie znajomego jezuity Michała Żaka zaplanowali jednorazową rekwizycję pieniędzy z państwowego banku. Nigdy nie okradali osób prywatnych. Do tego zagadnienia podchodziłem analogicznie jak za czasów okupacji niemieckiej, kiedy to partyzanci utrzymywali się na skutek dokonywanych napadów na mienie znajdujące się we władaniu okupanta. Ponieważ nasza organizacja PPAN, do której ja należałem, działała nie z pobudek osobistych i nie z chęci zysku, lecz na skutek impulsu natury i przekonania, że obecny rząd polski nie jest wyrazem opinii większości


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA społeczeństwa polskiego i nie stara się o interesy wszystkich obywateli, dlatego też uważałem, że zabierając mienie państwowe czy spółdzielcze nie popełniamy przestępstwa - tłumaczył ks. Gurgacz w późniejszym procesie. Akcja była kilkakrotnie przekładana. Odbyła się w końcu 2 lipca 1949 roku. Dowodził nią Balicki, a ks. Gurgacz i Żak obserwowali ją z ukrycia. Napad na konwój nie poszedł jednak zgodnie z planem. Woźni niosący pieniądze stawiali opór. Doszło do pościgu i strzelaniny, ujęto wszystkich członków grupy, a niektórzy zginęli w trakcie obławy. Śmierć poniósł także Mohort odbierając sobie życie strzałem z pistoletu - nie uchronił swoich ludzi przed aresztowaniem. Ksiądz Gurgacz mógł wyjechać z Krakowa, ale jak tłumaczył w późniejszym procesie: nie uciekłem po napadzie, który miał miejsce w dniu 2 lipca 1949 r., ponieważ nie chciałem pozostawić członków organizacji i tak samo jak i oni chciałem ponieść odpowiedzialność. Moje miejsce jest tam, gdzie moich chłopców! Czekał na aresztowanie przez ubeckich agentów w zakonspirowanym mieszkaniu w Krakowie.

BANDA KS. GURGACZA

Bezpieka dysponowała już informacjami o organizacji, głównie dzięki agenturze i przesłuchaniom członków pionu cywilnego. Drużyna Byliny została złapana w trakcie akcji , więc śledztwo przebiegało bardzo szybko. Aresztowanie ks. Gurgacza dało komunistycznej władzy pole do popisu. Zaczęto przygotowywać rozprawę ze szczególnym rozgłosem. Sprawa pododdziału PPAN stała się procesem księdza Gurgacza. Idealna sytuacja, aby zmienić świadomość społeczną i pokazać innym walecznym klerykom swoją władzę. Ksiądz na czele „bandy”, ksiądz z mszałem i pistoletem, ksiądz zachęcający do „rabunków” państwowego mienia... Najmocniej więc w jego akcie oskarżania podkreślano, że celem większego sfanatyzowania członków Żandarmerii osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju,

osk. ks. Gurgacz wpajał w członków Żandarmerii nienawiść do obecnego ustroju i wolę obalenia go. Danuta Suchorowska (autorka książki Gurgacz – Popiełuszko lat stalinowskich i wspólnicy jego losu) relacjonuję, iż ks. Gurgacz w swym ostatnim słowie przed sądem wypowiedział bardzo ważne słowa: [...]ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę. Najwidoczniej słowa ks. Gurgacza były na tyle niebezpieczne dla władzy, że nawet dokumenty związane z rozprawą, niedostępne przecież dla społeczeństwa, zostały całkowicie zmienione i sfałszowane.

ETYKA KS. GURGACZA

Proces był relacjonowany we wszystkich dostępnych mediach. W prasie artykułom towarzyszyły pozowane zdjęcia np. ks. Gurgacz z pistoletem. Herszt w sutannie dowodzi bandą , Walczymy z bandytyzmem nie religią pobrzmiewały nagłówki w gazetach, dziennikarze nie szczędzili kąśliwych uwag, a podawane w gazetach cytaty z rozprawy były całkowicie nie zgodne z prawdą. W Krakowie zakończył się proces księdza Gurgacza i pięciu innych członków bandy, mającej na sumieniu szereg morderstw i rabunków. Oleje święte, komunikanty, brewiarz, stuła i rewolwer, z którego padł niejeden śmiertelny strzał - było coś symbolicznego w tym zestawieniu przedmiotów, jakie znaleziono przy księdzu w momencie aresztowania. Jezuita, ks. Gurgacz stwierdzający z całym cynizmem, że mordowanie bezbronnych jest zgodne z pojęciem etyki katolickiej, to nie tylko zbrodniarz i siewca zbrodni, truciciel serc i umysłów, ale też tragiczne widmo polityki uprawianej przez reakcyjny odłam kleru. Rejonowy sąd w Krakowie skazał

Gurgacza i dwóch innych członków bandy na karę śmierci – grzmiał głos lektora Andrzeja Łapickiego z telewizorów w 1949 roku (nagranie dostępne na stronie: http://www. repozytorium.fn.org.pl/ pod tytułem Etyka ks. Gurgacza). Propagandowe hasła wylewały się z radio i telewizorów przez cały czas procesu.

ŚMIERĆ

Dnia 14 sierpnia 1949 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie wydał wyrok śmierci dla ks. Gurgacza Sema, Stefana Balickiego Bylinę i Stanisława Szajny Orła. Skazańcy w bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie oczekiwali na egzekucję. Ksiądz Gurgacz na śmierć szedł z podniesioną głową. Ówczesny prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z nadanego mu prawa ułaskawienia, o które zresztą sam Gurgacz nie poprosił. 14 września 1949 r. na podwórku więzienia egzekucję wykonano strzałem katyńskim, w tył głowy. Gurgacz nie pozwolił zawiązać sobie oczu, strzelający Władysław Szymaniak nie zabił księdza od razu. Za pierwszym razem tylko go drasnął, po zamordowaniu jego przyjaciół, wrócił aby go dobić. Oprócz zabicia człowieka aparat komunistyczny chciał zabić pamięć po nim. Partyzantów pochowano w bezimiennej mogile na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Grób jednak został odnaleziony i oznaczony, a w latach 60 dotarł do niej Michał Żak, były kleryk odsiadujący wyrok za napad na konwój i pierwszy biograf walecznego księdza, jezuita Stanisław Szymański. Pamięć po nim nie zginęła, ale dopiero po transformacji stało się możliwe opowiedzenie losów bohatera. Dziś możemy odwiedzić jego grób na cmentarzu Rakowickim, przejść się po ulicach nazwanych jego imieniem w Krakowie i w Krynicy. W Starej Wsi możemy oglądać Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, którym Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ks. Gurgacza. Nie możemy pozwolić, aby kiedykolwiek pamięć o walecznym księdzu zginęła.

s. 59


KAZANIA

PONADCZASOWE

Kobieta myśli mówiąc

Opisując jak najprościej sposób funkcjonowania kobiety, można powiedzieć, że myśli mówiąc. Co to znaczy?

ks. Mirosław Maliński Kobieta zawsze przedstawia cały tok rozumowania, nie podając przy tym, na końcu jego wyniku. Z kolei mężczyzna przechodzi od razu do wyrażenia swojego zdania, nie tłumacząc często swojej decyzji. Można to zobrazować w bardzo prosty sposób. Załóżmy, że sprawa dotyczy wyjazdu na święta Bożego Narodzenia. Rozmowę zaczyna kobieta, wspominając przy tym jak cudownie było w ubiegłym roku u rodziców

s. 60

swojego małżonka. Bo jego rodzice mają duży dom, mieszkają obok lasu, gdzie dzieci mogły pobiec, no a przy tym liczna rodzina, z którą można się spotkać. Oczywiście jest jedno ale, odległość. Przecież to Mazury. Więc może jednak wypadałoby pojechać w tym roku do jej rodziców. Co prawda oni nie mają takich przestrzeni jakie czekają ich na Mazurach, ale bardzo by się ucieszyli gdyby mieli takich gości. Ostatecznie kobieta nie wie już gdzie mogliby spędzić święta. W

końcu głos zabiera mężczyzna i po chwili zastanowienia stwierdza krótko: „jedziemy do moich rodziców”. No i ją szlag trafia. „Jak on śmie?! Jak może tak po prostu powiedzieć, że jedziemy do jego rodziców, przecież on nawet tego nie przemyślał.” Bo kobieta myśli mówiąc. Więc jeśli tak się zdarza, że kobieta dużo mówi to ciesz się: masz naturę kontemplatywną w domu. 


CZEMU ŻYCIE

Radość życia Smutek?

Czy to możliwe? A jednak się zdarza.

Tomasz Maniura OMI No właśnie. Jaki jest powód do smutku? Jeśli życie samo w sobie jest żywe, jest życiodajne, jest nieśmiertelne, to co może smucić? Jeśli nawet umierając, rodzimy się do nowego życia, to co może być powodem smutku? Czy smutek w ogóle ma rację bytu? Widząc twarze, tu i tam, nie brakuje smutku. Częściej brakuje radości. Radość zaś jest samą istotą życia, ponieważ ma w sobie energię; z ciągłej nowości, radość z powstawania, rozpoznawania, dojrzewania, widzenia dalej, głębiej, sama radość to życie. I ciągle przewijają się, przeplatają, nachodzą na siebie, niczym jakaś wieczna walka – radość i smutek. Dlaczego? O co chodzi? Przecież mamy życie, więc skąd ta walka? O co? I po co? Nie może być tylko radości? Przecież zawsze sobie jej życzymy, do niej dążymy! Jeśli radość jest samą istotą życia, to smutek wynika z braku życia. Czy można nie żyć? Okazuje się, że żyjąc można nie żyć. Zatem obecność smutku można nazwać zjawiskiem chodzących trupów. Przerażające, odpychające i odrażające. I znów dochodzimy do najistotniejszego z wszystkich istotnych pytań: czym jest życie? Życie jest radością istnienia, radością zmierzania, radością samej świadomości życia, obecności. Gdzie je znajdywać, skąd w zmęczeniu i przeciwnościach, w trudach i niepowodzeniach, upadkach i błędach, mieć w sobie radość? Mieć radość, żeby mieć życie? Skąd? Posłużę się wierszem: Dlaczego siła jest w ciszy? Dlaczego nie w huku i hałasie?

Dlaczego moc jest w ukryciu być z boku, żeby być obecnym Gdzie leży niezmącona radość dająca życie? To dziwne, że szukamy na zewnątrz, w zdobyczach, w pochlebstwach, w dostatkach... To dziwne, że nie znajdując jej tam, a ciągle szukamy. A ona jest we mnie, w tobie, w samym środku. Kto by na to wpadł, że wystarczy przestać gonić, że wystarczy myśli pozbierać, poukładać co się da. Kto by na to wpadł, że to takie proste, że wystarczy być w sobie samym i to nie samotność jak się okazuje, ale prawdziwa obecność i darem dla innych stajemy się, i radość z tego się rodzi. Trudny ten temat życia. Żyjemy, chcemy, a jednak giniemy. Szukamy i ciągle tracimy. Radości szukamy u człowieka, coś znajdujemy, ale i ile tracimy. Może znów trochę poezji:

jak iść z kimś kogo nie rozumiem Tak próbuję z boku spojrzeć, tak widzieć, trochę patrzeć i stwierdzam: im prościej, tym radośniej. Radość jest bardzo prosta. Smutek jest skomplikowany. Radością jest być. Smutkiem jest posiadać. Radością jest mieć wolność, smutkiem jest się ograniczać. Radością jest widzieć człowieka, smutkiem jest być zapatrzonym w siebie.  Radość? To niemożliwe. A jednak się zdarza.

Nie jestem sam tylu wokół mnie idziemy razem a jednak chodzi Ci o mnie potrzebuję obecności wolności Chciałoby się powiedzieć, im większe dążenie do zdobywania radości, tym więcej życia. Zdobywamy ją w sobie, ale nie sami. Gdzie znaleźć równowagę? Jak być ze sobą dla siebie i jak z innymi i dla innych? Tu także wolę wyrazić się wierszem (nie wiem czemu tak jest mi prościej?): czy da się wejść w drugiego człowieka? Pojąć jego życie? Swojego nie pojmuję

s. 61


s. 62


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Katoliccy

dżentelmenii z Krakowa s. 63


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Krzysztof Reszka

Tajne stowarzyszenie, biała masoneria, sekretne bractwo, święta mafia - tak przez swoich przeciwników określana jest organizacja Opus Dei. Powieść Dana Browna i artykuły w gazetach podsycają wciąż czarną legendę związana z Dziełem, strasząc wpływowym ugrupowaniem mnichów-morderców. Nie pozostaje nic innego jak wysłać tam szpiega, który zbada środowisko od wewnątrz i przedstawi światu prawdę. Tym szpiegiem jestem ja. Drogi czytelniku, miej oczy szeroko otwarte, bo właśnie czytasz mój raport.

TAJEMNICA

Przeglądając prasę, zobaczyłem kiedyś okładkę Newsweeka, która przedstawiała mroczną postać mnicha w kapturze. Jego twarz była niewidoczna, spowita przez ciemność. W ręce trzymał sznur z paciorkami, na którym zwisało kółko i wpisany w nie krzyż - symbol Opus Dei. Tak krzykliwy tygodnik, żerujący na tanich sensacjach i skrajnych emocjach, zachęcał do przeczytania paszkwilu o Opus Dei. Jednak 1 lutego2013 r. ogłoszono wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, który orzekł, że Newsweek opublikował fałszywe informacje, godząc w dobre imię organizacji. Pomyślałem, że skoro popularny tygodnik z takim zacięciem atakuje Opus Dei, zapewne dzieje się tam wiele dobrych i pięknych rzeczy. Warto więc zbadać sprawę samemu...

DZIEŁO BOŻE

Św. Josemaria Escriva, jako 26-letni hiszpański ksiądz, otrzymał szczególne natchnienie. Pan pozwolił mu ujrzeć to co do tej pory tylko przeczuwał. Tego samego dnia, 2 października 1928 r. założył Opus Dei (łac. Dzieło Boże). Wspólnota ta głosi i wciela w życie przesłanie o powszechnym powołaniu do świętości. Idea jest prosta - praca zawodowa, obowiązki rodzinne i społeczne są dla chrześcijanina środkiem uświęcenia. Powinny być wykonywane na chwałę Boga, by ukazywać światu Jego miłość, dobro i piękno. Świętość nie jest zarezerwowana dla księży i zakonników. Zaproszeni są do niej politycy i robotnicy, naukowcy i gospodynie domowe, studenci i rolnicy, małżonkowie i osoby stanu wolnego. Obecnie na świecie jest 88 tys. członków Opus Dei - 98% stanowią

s. 64

“Idea jest prosta - pra-

ca zawodowa, obowiązki rodzinne i społeczne są dla chrześcijanina środkiem uświęcenia. Powinny być wykonywane na chwałę Boga, by ukazywać światu Jego miłość, dobro i piękno. świeccy, kobiety i mężczyźni, którzy w większości żyją w małżeństwach, a 2% to księża. Josemaria Escriva został kanonizowany 6 października 2002 r. przez papieża Jana Pawła II. Pod względem prawnym Opus Dei jest prałaturą personalną o zasięgu międzynarodowym, czyli jakby diecezją, która nie jest ograniczona terytorialnie.

ŚLEDZTWO W KRAKOWIE

Opus Dei w Krakowie prowadzi dwa ośrodki akademickie: “Skała” dla dziewczyn i kobiet, znajduje się przy ul. Nawojki 9, a “Barbakan” dla chłopaków i mężczyzn przy Al. Grottgera 43. Nawiązują one do starych, wciąż żywych tradycji college’ów uniwersyteckich, w których wspólnie mieszkali studenci i profesorowie. W “Barbakanie” mieszka w sumie 17 osób - dwunastu studentów i pięciu członków Opus Dei - często pracowitych naukowców. Jest to dom otwarty dla każdego, także dla osób niewierzących, które mogą skorzystać, poznając np. chrześcijańską antropologię. Od września dyrektorem “Barbakanu” jest Mikołaj Ramirez,

który wcześniej pełnił tę samą funkcję w ośrodku w Warszawie. Pochodzi z Madrytu, ale w latach 1988-1989 przyjeżdżał do Polski jako student, by pomagać w dziełach apostolskich. Od 1990 r. mieszka w Polsce na stałe - jak mówi - został przyjęty bardzo dobrze i ciepło: “Czuję sie jak w domu. Jestem w domu”. Przyznaje, że Polacy są bardzo otwarci, mają podobny do Hiszpanów “łaciński” charakter i poczucie humoru. Jego pasją jest architektura i projektowanie przestrzeni.

MOŻLIWOŚĆ ROZWOJU DLA MŁODYCH I NIE TYLKO

W każdą sobotę o 18:30 odbywają się półgodzinne rozważania dla licealistów i studentów oraz modlitwy zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Niekiedy przed rozważaniem bywają wesołe, ale przydatne spotkania szkoleniowe, np. z dziedziny savoir-vivru. Po rozważaniu można wspólnie pograć w piłkę. Są też biegi, siatkówka, zajęcia z szermierki i turystyka.W doborowym towarzystwie zdobywa się góry, zwiedza miasta, muzea i wystawy. Odbywają się też zajęcia wprowadzające w zagadnienia filozofii. Do licealistów adresowany jest program “The Grade”, który wspiera rozwój umiejętności i dobrych nawyków, przydatnych w życiu rodzinnym i zawodowym. Jest też dostęp do biblioteki, czynnej codziennie od 9:00 - 19:00. Ostatnio znalazł się sponsor, który za każdą godzinę nauki, płaci 3 zł na pomoc dla Ukrainy. W ten sposób można uczyć się charytaty-


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE wnie. Studenci co roku jeżdżą na UNIV, czyli międzynarodowy kongres akademicki, który odbywa się w czasie Wielkiego Tygodnia w Rzymie. Barbakan zdobył tam w 2008 r. pierwszą nagrodę w kategorii prezentacji za projekt : “The identity of freedom. ‘To be’ or ‘to have’ of John Paul II generations” (Tożsamość wolności. “Być” czy “mieć” pokolenia JP2). Nie brak też oferty dla najmłodszych. Klub “Orlik” zaprasza chłopców ze szkoły podstawowej (od 11 lat) i gimnazjum. Oprócz regularnych spotkań odbywają się wycieczki ojców z synami, obozy letnie i zimowiska.

MĘSKIE SPRAWY

Każdego miesiąca w Ośrodku Akademickim Barbakan, odbywają się wieczory skupienia dla mężczyzn. W roku akademickim nawet w dwóch terminach do wyboru - w środę lub piątek, aby każdy mógł wybrać dogodny dla niego czas. Przychodzą studenci, mężczyźni pracujący zawodowo, a także starsi. Rozważania prowadzi kapelan akademika, ks. Damian Pukacki - z wykształcenia biolog i doktor teologii. Jego konferencje są bardzo konkretne, mocno osadzone w codzienności i nawiązujące do spraw, z jakimi wszyscy się zmagamy. Mówi o rzeczach ważnych, ale nie brak w tym spontanicznego luzu i humoru. Nie ma nudzenia czy przesadnej wzniosłości, ale ciekawe pomysły i zdrowa, optymistyczna duchowość. Kładzie nacisk na zażyłość z Panem Jezusem i na mądre zarządzanie różnymi sprawami w naszym życiu. Jestem pod wrażeniem niezwykłej dbałości o piękno liturgii i wspaniałych hymnów śpiewanych po łacinie. W “Barbakanie” można skorzystać z kierownictwa duchowego. Każdy też może wziąć udział w trzydniowych rekolekcjach w “Dworku” /k. Warszawy.

TO JEST GOŚĆ!

Warto wspomnieć spotkania z inspirującymi ludźmi. Najczęściej są to specjaliści, liderzy i pasjonaci ze środowisk nauki, biznesu, sportu, kultury czy dziennikarstwa. Gośćmi ośrodka byli m.in. Krzysztof Zanussi, George Weigel, prof. Pablo Cardona,

dr Wanda Półtawska, prof. Zbigniew Chłap oraz JE ks. Stanisław kardynał Dziwisz. Zapraszani są też ludzie, którzy wykonują ciekawe zawody. Ostatnio o swojej pracy opowiadał m.in. sędzia penitencjarny. W okresie ferii zimowych i wakacji odbywają się kilkudniowe wyjazdy akademickie dla młodych z całej Polski. Podczas tych letnich i zimowych kursów najlepsi specjaliści w swoich dziedzinach prowadzą interdyscyplinarne zajęcia, warsztaty i dyskusje. Tematy są bardzo różnorodne: prawo, filozofia, antropologia, kultura, przywództwo, bioetyka lub środki społecznej komunikacji. Gośćmi takich spotkań byli m.in. prof. Ryszard Legutko, gen. Edward Pietrzyk, red. Jan Pospieszalski, prof. Ryszard Tadeusiewicz, red. Tomasz Terlikowski czy ks. dr Robert Nęcek.

WIĘCEJ NIEBA NA ZIEMI!

Ośrodek organizuje odwiedziny u osób starszych i chorych w domach opieki oraz prywatnych mieszkaniach. Studenci pomagają wszędzie, gdzie istnieje taka potrzeba, m.in. w Domu Pomocy Społecznej im. Helclów. Do oferty ośrodka należy także work-camp, czyli wolontariat wakacyjny w kraju i za granicą. Jest to okazja do poznawania świata i pracy na rzecz lokalnej społeczności np. przez działalność charytatywną, pomoc w budowaniu kościołów itp. Dla mężczyzn Ośrodek Akademicki Barbakan to przede wszystkim żywa relacja z Jezusem, formacja chrześcijańska, trwałe przyjaźnie, wielka przygoda, a także rozwój fizyczny, społeczny i intelektualny. No i zabawa.

A BRZYDKIE SPRAWY?

Zaobserwowałem, że chłopaki w Barbakanie żyją w atmosferze braterstwa. Dyrektor czy ksiądz traktują ich po przyjacielsku. Sam również zaznałem od nich wiele życzliwości. Nikt jednak nie rzucał się na mnie, aby mnie nawracać czy werbować - jak ostrzegano mnie na antyklerykalnych portalach internetowych. Szukając nieprzychylnych materiałów na temat Dzieła spotkałem się ze zdumiewającym zjaw-

iskiem. Nawet krytycy czy wręcz wrogowie Opus Dei przyznają, że ludzie którzy tworzą tę organizację są bardzo inteligentni i kulturalni. W filmie “Opus Dei - utajona krucjata”, jaki obejrzałem na YouTube, pewien młody człowiek opowiadał jak przyznał się do błędu swojemu dyrektorowi, który był w Opus Dei. A ten więcej czasu przeznaczył na pocieszanie go i słowa zachęty niż na krytykę. Stwierdza, że członkowie tej organizacji mają nieraz dużo pieniędzy i władzy. Ale jednocześnie przyznaje, że dobrze traktują pracowników, ufają sobie nawzajem, w przeciwieństwie do innych uczciwie płacą podatki, dbają o rozwój swego kraju i działają charytatywnie. Jednakże stwierdzenie, że wielu dyrektorów i przedsiębiorców należy do Opus Dei i że “mają pieniądze” miało tam wydźwięk krytyczny. Brzmiało jak zarzut. No bo jak to tak, żeby katolicy mieli pieniądze?! Szkoda że nikomu nie przeszkadza, gdy pieniądze i władza są pożytkowane w sposób egoistyczny przez ludzi nieuczciwych. O! Wtedy wszystko jest “w porządku”. Wiele zarzutów stawiają ludzie, którzy nie rozumieją, czym jest świętość w życiu chrześcijanina. Nie chodzi w niej o to, by czuć się lepszym od innych ludzi, ale by postępować dobrze, mówić prawdę, ukazywać piękno. Ale przede wszystkim by żyć w relacji z Bogiem w miłości. Św. Josemaria Escriva ujął to tak: Opus Dei jest drogą miłości. I w Opus Dei można kroczyć po wszystkich drogach świata, czyniąc je boskimi. Ale nie przestając być bardzo ludzkimi. Bo Bóg nie prosi ludzi o nic, co nie byłoby ludzkie. Bóg wzywa was abyście mu służyli, w miejscu pracy i podczas obowiązków - cywilnych, materialnych, świeckich - życia ludzkiego. W laboratorium, na sali operacyjnej w szpitalu, w koszarach, na katedrze uniwersyteckiej, w fabryce, w warsztacie, na polu, w domu i całej ogromnej różnorodności miejsc pracy. Bóg czeka na nas. Zapamiętajcie: istnieje coś świętego, Bożego, ukrytego w sytuacjach najbardziej prozaicznych i każdy z was ma to odkryć. 

s. 65


KULTURA

Szukam odbiorcy. Z poważaniem Kultura Wysoka

Nastąpiły takie czasy, że kultura wysoka musi się pochylić w stronę publiczności. Współcześnie zatraca się zamiłowanie do uczestnictwa w kulturze wysokiej. Zatem jej twórcy starają się dostosować i podejmują działania przybliżające kulturę uznawaną za bardziej wartościową tym, którzy nie są do niej przekonani. Anna Kasprzyk

JAK TO WYGLĄDA?

Często, aby przyciągnąć odbiorców, wprowadzany jest element kojarzący się z czymś powszechnie znanym lub z łatwiejszą formą odbioru. Dzięki zabiegom mającym rozbawić publiczność udaje się zachwycić publikę. Ta natomiast, jeśli przyzwyczai się do łagodniejszej formy kultury wysokiej, może zechce sięgnąć głębiej... Od czegoś trzeba zacząć, jeśli wcześniej się nie miało kontaktu z „trudniejszą” w odbiorze kulturą. Trzeba może nadrobić zaległości w tym aspekcie – niczym dzieci, które usposabia się do pewnych zachowań i upodobań. Toczy się walka o odbiorcę, który przecież jest klientem – to on pozwala na zarobek artystom. Co za tym idzie, skoro klient płaci, żąda także, aby go wystarczająco zabawić tak, żeby był zadowolony i nie żałował zakupu biletu. Najlepiej, żeby przyszedł jeszcze raz i przyciągnął za sobą kolejne osoby oraz żeby mówił o tym, co widział i słyszał. Tak się nakręca koło, które się kręci dopóty, dopóki nie braknie pomysłów. A pomysły są różne.

FORMY ZACHĘTY

Jak to zrobić? Co wymyślić, żeby interes się kręcił? Hm… a może by tak zamiast dostojnego dyrygenta

s. 66

“Często, aby przy-

ciągnąć odbiorców, wprowadzany jest element kojarzący się z czymś powszechnie znanym lub z łatwiejszą formą odbioru. Dzięki zabiegom mającym rozbawić publiczność udaje się zachwycić publikę. orkiestry postawić znaną gwiazdę pop? Wystarczy przebrać go za celebrytę i już działa wyobraźnia publiczności. Inny sposób to spopularyzowanie klasyki poprzez formę kabaretową. Doskonale realizował to Waldemar Malicki, potrafiący zabawić odbiorców muzyką klasyczną. Nadawał jej inny wymiar, bo typowo rozrywkowy. Jego program „Filharmonia dowcipu” nie tylko zaistniał w telewizji, ale także publiczność miała możliwość zaczerpnięcia muzycznego humoru przy okazji tournee po całej Polsce. Zatem pomysł się sprzedał doskonale. Od wielu lat świetnie radzi

sobie kabaret Grupa MoCarta – ten kwartet smyczkowy pokazuje, jak można bawić się klasyką. Mało tego, bardzo się to podoba publiczności. Dowodem na to jest ciągła obecność na scenie kabaretowej. Teatr też poszukuje innowacyjności w swoim repertuarze. Nie dalej jak dwa lata temu powstał spektakl napisany specjalnie pod Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Nie dość że przedstawienie „Słownik Chazarski. Dzieci snów” rozgrywało się na wszystkich scenach teatru jednocześnie, a nawet w korytarzach, to widz mógł wybrać jedną z trzech ścieżek (wyboru dokonywało się przy zakupie biletu). Każda z nich posiadała swojego przewodnika, więc nie było możliwości zagubienia się. Jednak widz tracił poczucie czasu i miejsca, nie miał pewności, gdzie się w danej chwili znajduje i jaka ma być jego rola. Sam był uczestnikiem scenerii. Można nawet powiedzieć, że sam w przedstawieniu odgrywał istotną rolę. Poszczególne grupy z danych ścieżek podczas oglądania spektaklu mogły widzieć siebie nawzajem. Jedna siedziała na standardowej widowni, druga na samej scenie, tuż przy aktorach na specjalnie ustawionych tam ławach. Ale to nie wszystko. Jeśli ktoś marzył o byciu aktorem, o zagraniu w prawdziwym teatrze, mógł się


“Nie uważajmy kul-

KULTURA

tury wysokiej za nudną, bo wcale nie musi taka być. Proponuję odnaleźć dla siebie coś odpowiedniego. Mamy przecież szeroki wybór. Może nie od razu wszystko zostanie nam podane na tacy, ale warto poszukiwać, zorientować się „co w trawie piszczy”. zgłosić do udziału w spektaklu jako statysta, który stanowił ważną część przedstawienia. Ta niezwykła forma zachęcała do udziału w spektaklu nawet kilkakrotnie, ponieważ każda ze ścieżek różniła się nieco od siebie. Nie tyle wyznaczoną trasą i perspektywą patrzenia na poszczególne sceny, ale też możliwością zobaczenia czegoś innego niż wcześniej – nie każda ścieżka „oferowała” na swej drodze te same sceny, które można było zobaczyć na innych.

WYZWANIE…

Nie uważajmy kultury wysokiej za nudną, bo wcale nie musi taka być. Proponuję odnaleźć dla siebie coś odpowiedniego. Mamy przecież szeroki wybór. Może nie od razu wszystko zostanie nam podane na tacy, ale warto poszukiwać, zorientować się „co w trawie piszczy”. Jeśli nie zrobimy nic, nie zaczniemy szukać, nic z tego nie będziemy mieć. Możemy śmiało zacząć od lżejszych repertuarów, ale spróbujmy iść potem z postępem ku kulturze wysokiej. Już ona sama czyni to dla nas, a właściwie jej twórcy. Owszem, dbają o swoją publiczność, bo jeśli jej zabraknie, nie będą mieli za co żyć i tworzyć. Jednak dlaczego tego nie wykorzystać? Czy to nie jest dla nas pewna szansa? Szansa na rozwój pod kątem kulturalnym? Daj się zachwycić! 

s. 67


KULTURA

MASOWA

Świat w

odcieniach

szarości

s. 68


KULTURA

Mateusz Nowak

MASOWA

Na ekrany naszych kin końcem stycznia wyszedł kolejny film o amerykańskich oszustach finansowych. Produkcji o tej tematyce, utrzymanych w stylistyce komediowej, powstały już setki, wspominając choćby tylko niezapomniane “Żądło” czy “Ocean’s eleven”. W tym roku także mieliśmy już do czynienia z tego typu filmem , za sprawą Martina Scorsese i jego “Wilka z Wall Street”. Jak to jest więc możliwe, że pomimo wydawać by się mogło, tak już wyczerpanego materiału, wielkie uznanie na całym świecie zdobywa “American Hustle” Davida O. Russella?

Na początku, zanim przejdę do samego filmu, chciałem zwrócić uwagę na pewną niezwykle irytującą rzecz, przez którą trzeba przebrnąć przed każdym seansem, na który wybierzemy się do kina. Są to reklamy, potrafiące czasem i trwać aż do 15 minut. W tym czasie można zrobić mnóstwo innych, pożytecznych rzeczy. Jednak niestety jesteśmy uzależnieni od tajemniczego jegomościa siedzącego za projektorem, który decyduje, kiedy w końcu nam puści to, po co w ogóle ruszyliśmy się z domu. Jakże więc było wielkie moje zaskoczenie, gdy przed projekcją “American Hustle” nie puszczono ani jednej reklamy. To naprawdę duży komfort, rzadko spotykany. Dlatego też na pewno jeszcze nie raz zdecyduję się na seans w krakowskim kinie Kijów Centrum. Świat jest brudny, nie ma czerni i bieli, istnieją tylko odcienie szarości. To parafraza słów głównego bohatera filmu - Irvinga Rosenfelda, granego przez doskonałego Christiana Bale’a. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, zwłaszcza gdy uważnie ogląda się to, co dzieje się na ekranie. Nie ma tu postaci jednoznacznych, nikt nie jest nieskazitelnie czysty, każdy ma swoje za uszami i za wszelką cenę chce wyrwać jak najwięcej dla siebie. A nawet gdy pojawi się osoba, która chciałaby to zmienić, zrobić coś dla innych, tak jak burmistrz New Jersey Carmine Polito (w tej roli Jeremy Renner), to okazuje się, że i tak musi się uciec do czynów bezprawnych. “American Hustle” opowiada historię wspomnianego już Irvinga, drobnego, błyskotliwego oszusta, który ma wielki dar do zjednywania sobie ludzi. Partneruje mu wiernie Sydney Prosser (kreacja Amy Ad-

“Nie ma tu postaci

jednoznacznych, nikt nie jest nieskazitelnie czysty, każdy ma swoje za uszami i za wszelką cenę chce wyrwać jak najwięcej dla siebie. A nawet gdy pojawi się osoba, która chciałaby to zmienić, zrobić coś dla innych, to okazuje się, że i tak musi się uciec do czynów bezprawnych. ams), która staje się nie tylko jego wspólniczką, ale przede wszystkim kochanką. Jej spryt i inteligencja jest tym, co pociąga Irvinga najbardziej, przez co jego żona - Rosalyn (grana przez Jennifer Lawrence) zostaje odepchnięta na dalszy plan. Nie rozwodzi się z nią tylko przez wzgląd na syna, który nota bene jest chyba jedyną czystą postacią filmu. Proceder oszukiwania naiwniaków i desperatów przez dwoje wspólników trwa w najlepsze, aż do momentu, gdy na scenę wkracza oczywiście FBI, głównie za sprawą funkcjonariusza Richiego DiMaso (świetny Bradley Cooper). Od tej chwili, by uniknąć więzienia, para musi pomagać agentowi, cierpiącemu na przerost ambicji, w walce z korupcją. Tym, co przyciąga najmocniej uwagę widza, to kreacja postaci. Reżyser pokazuje nam rozterki bohaterów, ich emocje, skomplikowane relacje między nimi w iście mistr-

zowski sposób. Naprawdę ciężko jest tu do czegokolwiek się przyczepić. Aktorzy spisują się doskonale, co zresztą potwierdzają nominacje oscarowe dla całej czwórki: Bale, Adams, Lawrence, Cooper. Pierwszy z nich jest mistrzem utartego sloganu dotyczącego poświęcenia dla roli. Bale opanował tę sztukę do perfekcji. Widywaliśmy go już zarówno jako wychudzonego anorektyka, na którego kościach skóra dosłownie wisiała, jak i wysportowanego mięśniaka, obrońcę Gotham City. Tym razem Bale wygląda jakby od kilku miesięcy nie odstawiał tłustych potraw. Wysportowany Bruce Wayne przepadł, jednak kreacja Amerykanina wcale na tym nie traci. Jest wręcz odwrotnie. Nominowanej za rolę pierwszoplanową Amy Adams przez cały film było chyba bardzo ciepło. Jej dekolty są na tyle wyzywające, że niejeden konserwatysta mógłby się złapać za głowę. Daleko jej jednak do kontrowersji, jakie wzbudzała choćby Margot Robbie w “Wilku z Wall Street”. Poza tym Adams jest o niebo lepszą aktorką, świetnie oddaje różnorodność emocji, jakie targają jej bohaterką, gdy ta pozostaje zawieszona w pewnego rodzaju trójkącie miłosnym między Rosenfeldem a DiMaso. Bradley Cooper, umieszczający co noc we włosach dziesiątki papilotów, jest najbardziej nieprzewidywalną postacią. Z jednej strony stróż prawa, agent federalny, z drugiej człowiek, którego zaślepia całkowicie chora ambicja, przez co prowokacje korupcyjne, które przeprowadza, stają się coraz bardziej niebezpieczne. Ostatnia na liście oscarowej Jennifer Lawrence także pokazuje się z bardzo dobrej strony, w roli nie

s. 69


KULTURA do końca ogarniętej, mającej problemy z alkoholem żony Irvinga. Gra tu kobietę infantylną, czasem zachowującą się jak typowa blondynka z dowcipów, która jednak wie, że jej życie nie jest bajką. W końcu mąż ją zdradza i nie rozwodzi się z nią tylko przez wzgląd na syna. Lawrence udowadnia po raz kolejny, że potrafi grać różnorodne role i na pewno należy do grona najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia w Hollywood. Nie można zapomnieć jeszcze o roli Jeremy’ego Rennera. Jego burmistrz Polito to dobry polityk, uwielbiany przez wyborców, który naprawdę chce dla ludzi jak najlepiej. Przyszło mu jednak rządzić w czasach kryzysu, kiedy środki pieniężne było bardzo ciężko zdobyć. Ulega więc pewnym pokusom, m.in. układa się z mafią (epizodyczna rola Roberta de Niro jako jej bossa). Wszystko oczywiście w imię większego dobra. Każda z postaci jest wyrazista, reżyser to świetny psycholog, wyciąga odpowiednie wnioski, przekazuje je nam w oczywisty sposób. Skupia się na ludziach, bardziej niż na całej otoczce czy choćby wątku kryminalnym, który pozostaje jedynie dopełnieniem. Sceny komediowe są odpowiednio dopieszczone. Nie ma po nich co prawda salwy śmiechu na sali, ale jest to spowodowane humorem na wysokim poziomie, który bawi, ale powoduje również pewne refleksje. Nie brak tu także scen dramatycznych, poruszających faktyczne problemy, z którymi wiele osób styka się codziennie. Do “American Hustle” można mieć chyba tylko jedno zastrzeżenie. Film traci czasem tempo akcji, może się niecierpliwym kinomaniakom fragmentami dłużyć. Nie uważam jednak, że jest nudny. To kawał dobrego kina, które warto obejrzeć. I to nie tylko dzięki genialnym kreacjom aktorskim, ale także dzięki scenariuszowi i reżyserii, która stoi na najwyższym światowym poziomie. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów amerykańskiego kina. Cieszę się, że dzięki uprzejmości Kina Kijów mogłem ten film spokojnie obejrzeć!

s. 70


RECENZJE

Z powrotem do uszatej sowy Opowiadania. Krótkie. Zwięzłe. Ledwo zdążymy polubić bohaterów i poznać ich rzeczywistość, już musimy się z nimi żegnać. Jednak przyjemność czytania krótkich form literackich jest nieoceniona. Opisanie rzeczy celnie, ale krótko; absurdalnie, z poczuciem humoru, lub nostalgicznie, bez happy endu. Trzeba być utalentowanym pisarzem, żeby się z opowiadaniami zmierzyć. Karolina Kowalcze Jedne z najlepszych opowiadań, jakie czytałam, wyszły spod pióra Olgi Tokarczuk – Gra na wielu bębenkach. Później zachwycałam się piórem Edgara Kereta i Herty Miller. Kiedy do ręki wpadła mi Drynda i inne opowiadania Marka Jastrzębia przeczytałam je jednym tchem. A kiedy zdarzało mi się ją dogonić i zrównać z nią, kryła się już w innej porze myślenia i znowu była ode mnie za daleko. Wpatrzona w gałęzie drzew pobliskiego parku, kiwała się to w przód, to w tył; z nagłym, mechanicznym obrotem; przypatrywała mi się badawczo, podejrzliwie, zapytując się wzrokiem, kim jest odwiedzający ją pan, a będąc wyłącznie ze sobą, znalazła się w czasie tak niepojętym i niedostępnym dla mnie, że siedząc przy jej łóżku, wolałem nie dzielić się z nią swoimi wspomnieniami, pragnąłem porozmawiać z Bossem i oznajmić mu, że zabieram ją do domu. [1] Zaczarowana Drynda i inne opowiadania to najnowsza książka Marka Jastrzębia. Krótkie opowiadania, czasami sprawiające wrażenie jakby zostały pozbawione początku lub końca, zaskakują czytelnika, wywołując u niego uśmiech albo zdziwienie. Jastrząb w doskonały sposób bawi się językiem, parafrazami, związkami frazeologicznymi, nawiązuje do historii i wplata wiele aluzji do swoich historyjek tak, by ośmieszyć niedoskonałe cechy odbiorcy, ale go nie obrazić: Moje pierwsze zadanie było dziecinnie proste. Opowiem, choć co to da? Dostałem cynk od zaprzyjaźnionego kolesia, że wylosowano mi bezpłatne

stypendium upoważniające do wyjazdu na Sycylię celem podnoszenia kwalifikacji. Lubię sobie podnosić byle co, szczególnie wtedy, gdy mnie to gila. [2] Marek Jastrząb stworzył światy, w których panuje absurd... podniesiony do rangi sztuki. Opisane historyjki, częściowo inspirowane tradycyjnymi baśniami dobrze znanymi czytelnikowi z dzieciństwa, zostały skonstruowane tak, by pokazać brednie naszego świata. Pozorny bełkot i język potoczny miesza się z mistrzowsko skonstruowanymi zdaniami. Dzięki temu forma, w jakiej zostały zamknięte opowiadania, współgra z przesłaniem. Wszystkie małe formy jakie znajdziemy w Zaczarowanej dryndzie można wsadzić pomiędzy mit, baśń i zabawę. Metafizyka absurdu, która wdziera się do opowiadań, przenika także do świadomości czytelnika. Zostaje tam i uczula go na bezsensowną paplaninę, brednie, bzdety i bezsens, uwrażliwiając go na te rzeczy, które są wartościowe. Autor nikogo ani niczego nie ocenia. Potrafi każdą ze swoich postaci rozebrać na mniejsze części, ale nie robi tego. Tylko przygląda się im, tak jak przygląda się ludziom i światu. Z tego patrzenia czytelnik może wiele dla siebie zabrać. Innym zbiorem opowiadań wartym polecenia jest dziełko węgierskiego pisarza Adama Bodora Z powrotem do uszatej sowy. Nadjechał pośpieszny i obcy opuścił miasto. Potem gapie rozeszli się do domów, przy kolacji opowiadali

rodzicom, że w miasteczku był syn Adrojanów, ten, co ma łeb jak ryba. I tylko starzy, którzy jak zwykle wcześnie udali się na spoczynek, milczeli choć dobrze wiedzieli, że Adorjanowie – mimo że swego czasu bardzo się o to starali – nie mieli dzieci. [3] Adam Bodor jest bezlitosny. Jego bohaterowie są okaleczeni, ale nie na ciele, tylko na duchu. Świat nie jest światem idealnym: jest w nim wiele miejsca na śmierć i ból. Małe absurdy i niedopowiedzenia nadają opowiadaniom niezwykle metafizyczny charakter. Nie do końca wiadomo, czy dziwni goście, pojawiający się w kilku opowiadaniach istnieli naprawdę. Śmierć, która naznacza inne historie jest okrutna i bezsensowna. Bohaterowie przemijają, ale sami zdają się tego nie zauważać… Również to dla nich jest okrutne. Żyją jakby w teraźniejszości, w jednym miejscu jakby „przydzielonym” dla nich, miejscu, które będzie ich grobem. Niedokończenia, niedopowiedzenia, niezapisane plamy sprawiają, że opowiadania nabierają charakteru. Cisza i smutek jakie z nich biją z łatwością udzielają się czytelnikowi. Obydwa zbiory opowiadań pokazują metafizykę absurdu. Warto po nie sięgnąć. [1] M. Jastrząb, Zaczarowana drynda i inne opowiadania, wydawnictwo Pisarze.pl, ISBN: 978-83-63143-09-1, s.176. [2] M. Jastrząb, Zaczarowana drynda i inne opowiadania, dz. cyt., s.16. [3] A. Bodor, Z powrotem do uszatej sowy, s. 119.

s. 71


RECENZJE

Wspomnienia

wyklęte

To siedemnasta wiosna, przykro umierać, a czas zasnąć. Krzyczę “Niech żyje Polska, niech żyje major Łupaszko!” I tylko oczy zamknij, i tak mój wzrok już sięga nieba. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba... (fragment utworu „Walczyk”, Lilu & MRR) Maria NejmanŚlęczka Miała zaledwie siedemnaście lat, kiedy została skazana na karę śmierci przez stalinowski rząd. Niesłusznie oskarżona o udział w egzekucji funkcjonariuszy SB, nazwana „krwiożerczą” Inką i bandytką. Panna wyklęta. Tak jak wiele innych, których historie zostały przywołane w projekcie muzycznym „Panny Wyklęte”. Dziś Danuta Siedzikówna „Inka” jest patronką tego niezwykłego projektu, a jej historia inspiruje młode polskie artystki do opowiedzenia powojennych losów kobiet, dla których walka o Polskę nie zakończyła się na roku 1945. „Panny Wyklęte” to nie tylko płyta, to raczej wydarzenie muzyczne, które jest wpisane w obchody Roku Żołnierzy Wyklętych. Składa się na nie album wydany przez Fundację Niepodległości oraz cykl koncertów. Pomysłodawcą jest Darek Malejonek, znany przede wszystkim z Maleo Reggae Rockers, a towarzyszą mu zarówno znane polskie wokalistki, jak i dopiero wschodzące gwiazdy sceny muzycznej: Ania Brachaczek, Jadwiga Basińska, Gonix, Halina Mlynkova, Ifi Ude, Kasia Kowalska, Kasia Malejonek, Lilu, Marcelina, Marika, Mona, Paresłów, Ania Przybysz, Natalia Przybysz i Paulina Przybysz. Niektóre z nich współpracowały z Maleo również przy jego poprzednim „patriotycznym” projekcie. Mowa o „Morowych Pannach”, które opo-

s. 72

wiadały historię Powstania Warszawskiego z kobiecej perspektywy. Tym razem inspiracją dla muzyków stały się losy Żołnierzy Wyklętych – bohaterów, których Polska Ludowa chciała wymazać z podręczników. Wśród nich znalazło się również wiele kobiet – córek, żon, matek – patriotek walczących o lepszą Polskę. Od strony muzycznej płyta przedstawia się nadzwyczaj ciekawie. Jej mocną stroną są przede wszystkim teksty. Każda z artystek przywołała prawdziwą historię, malując realistyczny obraz kobiet tamtej epoki. Ta płyta to przede wszystkim emocje – smutek i melancholia, ale także miłość i marzenia o lepszym jutrze. Udało się opowiedzieć o tym trudnym fragmencie polskiej historii bez zbędnego patosu i przerysowania. Każda z pań zrobiła to po swojemu, pokazując swój niepowtarzalny styl. Dzięki temu płyta jest bardzo zróżnicowana, każdy może na niej znaleźć coś dla siebie: reggae, hiphop, r&b, rock. To zaleta, ale też i wada. Z jednej strony bowiem pozwala na dotarcie do szerszego kręgu odbiorców, ale słuchaczowi, który jest ukierunkowany na jeden styl, trudno z przyjemnością wysłuchać całego albumu. Projekt jest skierowany przede wszystkim do ludzi młodych, którzy słabo znają najnowszą historię. Uważam, że takie jej opowiedzenie

ma głęboki sens. Nie suche fakty i daty, ale osobiste doświadczenia ludzi żyjących w tamtych czasach. Forma jest przystępna także pod względem muzycznym – jest świeża, nowoczesna i po prostu dobra. Rzadko pojawiają się projekty, które łączą wysoki poziom artystyczny z wartościowym przekazem, dlatego temu należy się szczególny szacunek. Po „prawej stronie” pojawiły się opinie, które przeciwstawiają „Panny Wyklęte” takim akcjom jak „Orzeł może”. Z jednej strony zgadzam się, że „Panny Wyklęte” oferują patriotyzm w formie, która do młodych ludzi trafia lepiej – bez tandety i kiczu, pokazując bohaterstwo, które jest atrakcyjne, a nie obciachowe. Z drugiej strony nie ma chyba potrzeby zawłaszczania pojęcia patriotyzmu tylko dla prawicy. Historie panien wyklętych są apolityczne. Mówią o doświadczeniach kobiet w ich codziennych rolach, o ich marzeniach i ich miłościach. Przekaz jest więc uniwersalny i, jak mówi Maleo w wywiadzie dla portalu wpolityce.pl, ma młodym ludziom pokazać, że prawdziwie ludzkie postawy jak przyjaźń, lojalność, jak bohaterstwo, odwaga i walka o wolność to są elementy niezbędne w życiu. 


RECENZJE

Pozdrówcie

Góry Świętokrzyskie Dzięki żywemu językowi reportażu historycznego losy zgrupowań Armii Krajowej w Górach Świętokrzyskich stają się nam bliskie. Książka Cezarego Chlebowskiego „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie” daje to, czego zazwyczaj nie są w stanie dać lekcje historii – namacalność przeszłych zdarzeń.

Konstancja NałęczNieniewska 13 września 1943r. na polanę „Wykus” w Puszczy Jodłowej - bazę oddziału porucznika „Ponurego”, przybywają wszystkie zgrupowania z okolicznych lasów. Z rozkazu komendanta przyniesionego wczesnym rankiem przez zziajanych gońców – ma się odbyć uroczyste poświęcenie sztandaru, który ufundowała miejscowa ludność. Tymczasem zdrajca z szeregów „Ponurego” poinformował już o tym Niemców, którzy obsadzili okoliczne wsie i potężną grupą rozpoczynają oblężenie. „Ponury” zaprzysięga nowy oddział, dowodzony przez wachmistrza „Tarzana” - ubranego w płaszcz niemieckiego generała pokonanego w zasadzce – i świadomy oblężenia postanawia przechytrzyć okupanta. Przesuwa wszystkie siły bliżej nadchodzącego nieprzyjaciela na „Barwinek” i lokuje je na nasypie wzdłuż polany. Wydaje rozkaz absolutnej ciszy swojemu liczącemu ponad 300 osób wojsku i zakaz strzelania bez komendy pod karą śmierci. Niemcy wychynęli z drugiej strony polany i są coraz bliżej. Żołnierzy nie sprowokowała nawet ich penetrująca salwa. Wszyscy cierpliwie czekają w kompletnej ciszy. Dopiero, gdy wróg jest w odległości 100 metrów, widoczny jak na dłoni, otwierają naraz ogień ze zdobytej wcześniej broni maszynowej. Po

“Jan Piwnik „Pon-

ury”, cichociemny, zeskoczył na spadochronie na polskie ziemie w listopadzie 1941r. Niedługo później został wyznaczony na szefa kierownictwa dywersji Okręgu AK Kielce. czym, przez rozerwany pierścień obławy ruszają za swym komendantem cali i zdrowi, bez ani jednej ofiary. To tylko jedna z akcji opisanych w książce „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie” przez Cezarego Chlebowskiego, historyka i dziennikarza, członka AK, autora „Wachlarza” i „Bez pokory”. Śledzi on w niej losy por. Jana Piwnika i dowodzonych przez niego zgrupowań AK. W przedmowie zaznacza, że napisanie tej książki jest również protestem wobec zubażania wartości bohaterskiej walki Polaków i ukazywania

Niemców jako przygłupich (tak jak w „Stawce większej niż życie”), a nie przebiegłych jakimi byli w rzeczywistości. Jan Piwnik „Ponury”, cichociemny, zeskoczył na spadochronie na polskie ziemie w listopadzie 1941r. Niedługo później został wyznaczony na szefa kierownictwa dywersji Okręgu AK Kielce. W lasach Gór Świętokrzyskich miał za zadanie połączyć przebywające tam pojedyncze oddziały w jedno, silne zgrupowanie. Zadanie wykonał wspaniale tworząc największe zgrupowanie Kedywu, a świetna organizacja leśnego oddziału AK jest dla czytelnika zaskakująca. Wszystko tam było przeprowadzane sprawnie: od załatwiania wyżywienia, przez budowę baz w lesie (do której często byli zmuszani), po tajną produkcję broni w Suchedeniowie - na podstawie projektu jednego z żołnierzy. Ponadto ciągłe mylenie gestapowców, informowanych na bieżąco o ich działaniach przez swojego agenta. Są to kwestie nadzwyczaj interesujące dla czytelnika siedzącego wygodnie w fotelu, któremu trudno wyobrazić sobie życie w lesie, a co dopiero w zimowych warunkach. Komendant Obwodu Opatowskiego Batalionów Chłopskich tak opisuje Jana Piwnika: „Ponury był

s. 73


RECENZJE

urodzonym dowódcą partyzanckim. Troszczył się o żołnierzy, dzielił ich trudy i niebezpieczeństwa, był dla nich przykładem odwagi i zapału. Żołnierze kochali go i gotowi byli iść za nim w ogień”. Chlebowski po latach PRL-u przypomniał o Piwniku i przyczynił się do stworzenia swoistej legendy tego wspaniałego przywódcy i bohatera. W ten sposób poznałam go i ja. Świadomie używam tego słowa – tak, poznałam go, dzięki świetnej charakterystyce i zrekonstruowaniu jego postaci, poprzez jego listy, decyzje, a przede wszystkim poprzez jego czyny. Książka Chlebowskiego jest bogata zarówno w fotografie żołnierzy, sanitariuszek, jak i różnej maści dokumenty: plany działań, meldunki, rozkazy i raporty „Ponurego”, jak również plakaty SS. Wielką zaletą książki jest ta obfitość w dokumenty, świadectwa ludzi. Dopełnia to całej historii, czasem też zaskakuje – w trakcie czytania można zapomnieć, że to wydarzyło się naprawdę. A przecież to życie pisze najciekawsze historie. Pisarz bada również fascynujący i bolesny wątek zdrajców. Dużo emocji w trakcie lektury przynosi przypatrywanie się losom „Ponurego” i oddanym mu żołnierzom. Szczególnie kiedy wiemy dużo wcześniej niż oni o Judaszu w ich najbliższym gronie,

s. 74

który regularnie na nich donosi... Chlebowski na własną rękę kontynuuje śledztwo jednego ze zdrajców, agenta gestapo – Kesslera – który nigdy nie osądzony mieszkał w Polsce pod przybranym nazwiskiem. Kolejnym ciekawym zagadnieniem jest opisany z perspektywy obu stron konflikt między „Ponurym” a Komendą Okręgu „Jodła”. Odpowiedzialny za swoich żołnierzy, aktywny bojowo por. Piwnik nie mógł pogodzić wydawanych mu hamujących rozkazów z „leśną” rzeczywistością. Ukazany jest tu dramatyczny problem, gdy komendy nakazują co inne-

go niż mówi ci serce i rozum. Język jakim jest opisana ta historia sprawia, że czyta się ją jak powieść – ma się wrażenie, że autora ona również porywa, że sama go niesie, aby za chwilę otrząsnął się i powrócił do swojej roli badacza - zadając pytania i analizując dokumenty. Losy walecznego por. „Ponurego” pozwalają zrozumieć postawę ludzi jego pokroju, dla których walka z okupantem była czymś naturalnym. Honor, umiłowanie ojczyzny i wolności, brak zgody na bezczynność, poddanie się czy kolaborację cechowała większość żołnierzy AK. Dla nich nie były to przecież czyny heroiczne, traktowali to raczej jako powinność. Przeczytanie „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie” daje czytelnikowi ogląd na sytuację w Polsce w latach wojennych, a przede wszystkim na życie partyzantów. Młodzi Polacy narzekają na brak autorytetów – przeczytajcie „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”! Historia Polski bogata jest we wzory godne naśladowania, bohaterskie czyny wynikają bowiem z wyznawania tych wartości, które są niezmienne. Muszę przyznać, że ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie – być może nawet trochę zmieniła. Polecam ją każdemu – choćby nawet ominąć walory historyczne i zawarte w niej piękne życiorysy – wciąż jest pasjonującą lekturą pełną wartkiej akcji. 


Http://dzieciom.pl/podopieczni/16889

Apel Przekaż Julkowi swój 1% podatku! Wystarczy w rozliczeniu rocznym w polu „WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZCJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP)” wpisać do rubryki nr 131. Numer KRS 0000037904 a w rubryce nr 133. Cel szczegółowy 1% : 16889 Bojarski Julian Szanowni Darczyńcy prosimy o zaznaczenie w zeznaniu podatkowym pozycji „Wyrażam zgodę”, aby Fundacja mogła otrzymać informację, kto w tym roku „Zdążył jej z Pomocą”.

Julian Bojarski (ur. 19 listopada 2009r.) cierpi na przepuklinę oponowo-rdzeniową ze współistniejącym wodogłowiem. Schorzenie objawia się częściowym niedowładem wiotkim kończyn dolnych, przykurczem kolan oraz stów, a także efektem stóp płaskokoślawych. Od początku swojego bycia na świecie przeszedł już kilka operacji i zabiegów, m.in.: • zamknięcie przepukliny oponowo-rdzeniowej; • wszczepienie zastawki umożliwiającej prawidłowy przepływ płynu mózgowo-rdzeniowego; • zablokowanie zatok stepów implantami Bio-Arch Wright; • domięśniowe wstrzyknięcia Botoxu (inaczej toksyny botulinowej) – co sześć miesięcy Julek jest nieustannie rehabilitowany w ośrodku prowadzonym przez Stowarzyszenie na rzecz dzieci i młodzieży niepełnosprawnej ruchowo w Lublinie. Dzięki Państwa pomocy w postaci darowizn i 1% , Julek zaczyna samodzielnie chodzić. A wszystko za sprawą ciężkiej pracy i sprzętu, na którego zakup nie moglibyśmy sobie pozwolić, bez wsparcia finansowego.

W imieniu Julka DZIĘKUJEMY :-)

s. 75


M Y Ś L Ę, W I Ę C J E S T E M

Czy mesjanizm trzeba leczyć? Kamil Majcherek

Jedną z najbardziej żywych, a jednocześnie najbardziej kontestowanych i zwalczanych – także przez przedstawicieli Kościoła uważających go za nie do pogodzenia z chrześcijańską ortodoksją – wizji historii i narodu był (a może nadal jest?) mesjanizm. Choć wydaje się, że światopogląd mesjanistyczny od wielu lat, a może nawet stuleci, jest w zdecydowanym odwrocie, niemniej jednak stanowił on niezwykle ważną część historii polskiej myśli politycznej, religijnej i społecznej. Chociażby z tego powodu warto się mu pokrótce przyjrzeć i sprawdzić, dlaczego wywoływał on tak wiele kontrowersji.

Twórcą samego terminu „mesjanizm” jest polski myśliciel – Józef Maria Hoene-Wroński. Twierdził on, że doznał w 1803 r. objawienia, w którym poznał istotę Absolutu i swoje zadanie przebudowy świata, której narzędziem miała być reforma ludzkiej wiedzy i stworzenie systemu wiedzy pełnej, będącej syntezą filozofii i religii. Faktem jest, że obdarzony był sporym darem przekonywania: znalazł wielu sponsorów opłacających drukowanie jego dzieł i opracowywanie wynalazków. Z niezwykłą skutecznością doprowadzał każdego z nich do bankructwa. Ale „prowodyrem” powstania całej fali polskich światopoglądów mesjanistycznych był Andrzej Towiański, niezbyt skromnie nazywający samego siebie „boskim wysłannikiem” i „Posłańcem Słowa”. Podobnie jak wcześniej Hoene-Wroński, Towiański uszczęśliwiony został – jak twierdził – objawieniem, w czasie którego poznał swoją życiową misję. Ogłosił się prorokiem i założył Koło Sprawy Bożej. Wokół naszego samozwańczego proroka orbitowały we Francji najważniejsze persony Wielkiej Emigracji, na czele z Mickiewiczem i Słowackim. Entuzjazmu naszych wieszczów nie podzielali jednak księża ze Zgromadzenia Zmartwychwstańców, którzy doprowadzili do deportowania Towiańskiego z Francji. Mistrz trafił ostatecznie do Włoch, gdzie pragnął do swo-

s. 76

“Nieprzejednanym

krytykiem mesjanizmu był natomiast Cyprian Kamil Norwid, krytykujący go jako utopię będącą niezgodną z nauczaniem Kościoła i sprzeczną z polskim interesem narodowym, któremu mesjaniści mieli jego zdaniem narzucać obce, niezrozumiałe zadania wymagające zbiorowych ofiar i martyrologii. jej sprawy przekonać papieża. Nie uzyskał jednak audiencji. Pomińmy jednak dalsze przygody mistrza (a byłoby jeszcze o czym pisać – został deportowany do Gujany, skąd uwolniony został dzięki zabiegom samego Wiktora Hugo!), jak i jego mętną spirytualistyczną metafizykę. Warto natomiast przyjrzeć się historii wizji Towiańskiego, w której decydującą rolę odgrywać miały wybitne jednostki (jedną z nich był jego zdaniem Chrystus) przekazujące swe natchnienie wybranym narodom. Zdaniem

mistrza, w jego epoce misja przekazana została przez Boga narodom słowiańskim, którym przewodzić winni Polacy. Pod wielkim wpływem Towiańskiego pozostawał, jak wspomniałem, Adam Mickiewicz. To właśnie od niego pochodzi nazywanie Polski „Chrystusem narodów” – właśnie Polska dokonać miała wprowadzenia zasad moralnych do życia politycznego. Dokonanie tego ma wymagać ofiary na kształt męki Chrystusa, którą złoży naród najciężej doświadczony przez dzieje – Polska. Przez śmierć na arenie międzynarodowej oraz cierpienie nasz kraj zmartwychwstanie na wzór Chrystusa, przynosząc włączenie zasad moralnych do polityki. Ofiara Chrystusa niosła wyzwolenie dla człowieka jako jednostki, ofiara Polski zaś nieść miała wyzwolenie ludzkości jako zbiorowości. Mickiewicz dokonał z jednej strony sakralizacji historii, a z drugiej laicyzacji eschatologii właśnie dlatego, że cała historia „zbawienia” ludzkości przez działanie wybranego narodu dokonać ma się nie po końcu świata, lecz właśnie w świecie zastanym, w którym ludzie ówcześni żyli. Taka wizja, zrównująca Chrystusa z narodem polskim, zdecydowanie wykracza poza ramy ortodoksji chrześcijańskiej i staje się formą bałwochwalstwa. Akcentowanie przez Mickiewicza potrzeby prowadzenia działalności politycznej i rewolu-


M Y Ś L Ę, W I Ę C J E S T E M cyjnej doprowadziło ostatecznie do jego rozejścia się z Towiańskim, który akcentował działalność moralną. Wątki mesjanistyczne pojawiają się również w twórczości Juliusza Słowackiego oraz Zygmunta Krasińskiego. Dla Słowackiego misją narodu polskiego miało być dokonanie przez jego cierpienie rewolucji i wprowadzenie wolności duchowej i wyniesienie ziemi do rangi nieba. Dla Krasińskiego z kolei Polska miała być wyrazicielką narodowej nieśmiertelności – tak jak Chrystus był wyrazicielem nieśmiertelności indywidualnej. Nieprzejednanym krytykiem mesjanizmu był natomiast Cyprian Kamil Norwid, krytykujący go jako utopię będącą niezgodną z nauczaniem Kościoła i sprzeczną z polskim interesem narodowym, któremu mesjaniści mieli jego zdaniem narzucać obce, niezrozumiałe zadania wymagające zbiorowych ofiar i martyrologii. Mesjanizmowi Norwid przeciwstawiał wizję zbiorowej pracy i indywidualnej aktywności nad odrodzeniem i reedukacją narodu. Dominikanin o. Jacek Salij bardzo słusznie postuluje, aby odróżnić mesjanizm sensu stricto od poglądu, że narody mogą mieć w dziejach do wykonania pewne zadania. Ów drugi pogląd wydaje się być w zgodzie z chrześcijańską ortodoksją – skoro sądzimy, że Opatrzność posługuje się jednostkami do spełniania swych zamierzeń i cały świat zmierza ostatecznie w miejsce przez Boga wyznaczone, to nie ma przeszkody, aby sądzić, że i narodami może się posługiwać w realizacji swoich planów. Wydaje się zresztą, że – oczywiście, tylko na tyle, na ile z naszego teraźniejszego, ziemskiego, ograniczonego punktu widzenia jesteśmy w stanie to uczynić – możemy w historii rozpoznać przypadki, w których Bóg posługiwał się narodami, aby urzeczywistniać swe plany. Naturalnie, taki sposób myślenia kryje w sobie kilka pułapek, których należałoby uniknąć. Po pierwsze, może on nas oczywiście wpędzić w determinizm: przekonanie, że poszczególne jednostki, jak i narody czy państwa, pozbawione są wolności, będąc jedynie marionet-

kami w rękach Bożych. Nie takie jest oczywiście przekonanie katolika – wierzy on bowiem w to, że choć Bóg wie wszystko i choć w ostateczności cały świat dotrze tam, dokąd Bóg odwiecznym aktem swojej woli chce go doprowadzić, to jednak człowiekowi dana jest wolność. Nawet jeżeli nie wiemy, jak wszechmoc i przedwiedza Boża jest z ludzką wolnością do pogodzenia (taki pogląd w filozofii zwany jest kompatybilizmem). Inną pułapką, której trzeba unikać, a która może wypłynąć z przekonania o zadaniu postawionym przez Boga przed moim narodem, jest pycha. Oczywiście, zagrożenie jest szczególnie duże w przypadku wyznawców „czystego” mesjanizmu, a nie jedynie drugiej grupy poglądów wspominanych przez o. Salija – jeżeli jesteśmy przekonani, że nasz i tylko nasz naród ma nadaną przez Boga specjalną misję do wykonania w dziejach, bardzo łatwo poprowadzi nas to do przekonania o wyższości naszego narodu – a więc i nas samych – wobec wszystkich innych narodów i innych ludzi. Jest to więc pewne ryzyko nacjonalizmu, przeradzającego się w narodowy szowinizm. Skutecznie zgasić ową pokusę może zdrowe przekonanie, że nawet jeżeli nasz naród ma do wykonania jakąś misję – i nawet jeżeli tę właśnie misję ma do wykonania tylko on – to również i wszystkie inne narody są obdarzone jakimiś innymi zadaniami przez Opatrzność. Pod tym względem wszystkie narody są więc równe (pozwolę sobie nadać temu poglądowi nazwę prowidencjalizmu, choć nie będzie to do końca właściwe użycie tego słowa). Jeszcze inną pułapką, w którą również znacznie łatwiej jest wpaść mesjaniście niż prowidencjaliście, jest bierność połączona z cierpiętnictwem. Jest to pułapka czekająca na mesjanistę tłumaczącego wszystkie nieszczęścia spadające na jego naród w kategoriach martyrologicznych: jako wzięcie na siebie cierpień i grzechów wszystkich innych narodów (vide słynne hasło „Polska Chrystusem narodów”) przez nasz własny naród, który ma być niewinnym ich wybawicielem, przez swoje cierpie-

nia zaprowadzając na świecie pokój i pewien rodzaj ziemskiego zbawienia. Wobec takiego sposobu myślenia można skierować mnóstwo zarzutów. Wspomniałem już wyżej o bierności będącej rezultatem przekonania o konieczności owych niezawinionych cierpień, zastępującej przemyślenie własnych błędów (skoro cierpienie ma być niewinne, to żadnych błędów własnych w ogóle się nie uznaje!) i pracę nad odbudową narodu i państwa. Mówiłem też o cierpiętnictwie – wkroczeniu poglądu przeczącego jakimkolwiek winom własnym, masochistycznego rozpamiętywania własnych cierpień. Wspomniany już przeze mnie w tym artykule o. Jacek Salij przytacza poglądy Wojciecha Dzieduszyckiego, który podjął próbę stworzenia „mesjanizmu oczyszczonego z jakichkolwiek trucizn”, który miałby być wydobyciem z polskiego mesjanizmu „wyłącznie tego, co w nim dobre i szlachetne”. Mnie samemu wydaje się, że koncepcja ta już u swych założeń przestaje być mesjanistyczną – przyznaje to zresztą sam o. Salij – i jest zdecydowanie bliższą temu, co w tym tekście nazwałem prowidencjalizmem. Widać w niej również sporą domieszkę światopoglądu pozytywistycznego. Dzieduszycki pozostawia więc z tradycyjnie rozumianego mesjanizmu przekonanie o szczególnej misji narodu polskiego danej mu przez Boga (z uznaniem jednakże, że również i innym narodom ich zadania są powierzone), odrzucając wszelkie pierwiastki szowinizmu, martyrologii, porównań do Chrystusa etc.: „zadaniem Polski wprowadzić do dziejów moralność polityczną i społeczną – to narodu naszego opatrznościowym powołaniem”. Wizja mesjanizmu Dzieduszyckiego skupia się więc na rozpoczęciu pracy u podstaw przede wszystkim we własnym narodzie, szczególnie na polu moralności, a dopiero w drugim rzędzie na płynącej z owej pracy realizacji zadań wobec innych narodów. Wydaje się, że jest to zdecydowanie bardziej przekonująca wizja niż typowe dla romantycznego mesjanizmu uświęcone nic nierobienie cierpiętnictwa. 

s. 77


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 78


Może coś Więcej, nr 4  
Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you