Page 1


WSTĘP Podróż z dzieckiem to dla wielu kosmos. Obszar tajemniczy, odległy i niebezpieczny. Mimo że wiemy, że ten kosmos istnieje, ba, nawet widzimy na nim księżyc, to nigdy nawet nie pomyślimy, że moglibyśmy go dosięgnąć. Często wydaje nam się, że ci księżycowi rodzice, którzy zabierają w ów kosmos nie jedno, lecz dwoje lub więcej dzieci, muszą wykazywać się nie lada odwagą. Często zastanawialiśmy się, jak będą wyglądały nasze podróże z dwójką. Czy będzie trzeba przewidzieć dwa razy więcej rzeczy, zaplanować podwójnie, z dwa razy większą uwagą? Jak się spakować dla czwórki, gdzie pojechać na pierwsze „testy”? Jaki środek transportu wybrać? Jak się domyślacie, strach miał wielkie oczy, a pojawienie się na świecie drugiego dziecka nie wprowadziło w nasze podróżnicze życie tak dużo zmian, na jakie byliśmy przygotowani. Mamy nadzieję, że opowieści o wyprawach z dwójką maluchów (lub więcej) zebrane w drugim numerze naszego Moona pozwolą rozwiać wszystkie wasze wątpliwości (jeśli takie macie) i czym prędzej wyruszycie na podbój kosmosu. Nie ma znaczenia, czy będziecie podróżować kamperem, katamaranem, rowerem, czy może zdecydujecie się na podróż przez bezdroża. Ważne jest to, byście razem dotarli do celu. Szczęśliwi, zmęczeni, z ogromną dawką emocji, które w Was zostaną. Już na zawsze.

Pięknych podróży i jeszcze piękniejszych wspomnień! Karolina Szymańska & Mariusz Zielonka ourlittleadventures.pl

Jeśli robisz dobre i ciekawe zdjęcia i chcesz nam opowiedzieć swoją historię napisz do nas: hello@moonandback.pl 1


SPIS TREŚCI 4

MAROKO JEST CAŁKIEM SPOKO Tekst: Ola Pająk-Gałęza

8 RODZINKA 4X4 Tekst: Asia Pospieszyńska-Burzyńska 20

SKANDYNAWSKI PLAC ZABAW Tekst: Kamila Gruszka

30 2+2+2 NA SAMOA Tekst: Ola Smetek 34

PRZENIEŚ SWOJĄ CODZIENNOŚĆ Tekst: Katarzyna Karczewska

40 DWA RAZY WIĘCEJ PRZYGÓD Tekst: Justyna Bronowska 46

W AMERYCE ŚRODKOWEJ Zdjęcia: Anna i Thomas Alboth

56

RAZEM ODKRYWAĆ ŚWIAT Tekst: Ada Karwańska

62

NA BEZROBOCIU W USA Tekst: Ola Wysocka

68

RODZINNE PODRÓŻE ŻAGLÓWKĄ …NA KÓŁKACH Tekst: Paweł Stężycki

74

DZIECI WIATRU Rozmowa z Kazimierzem Ludwińskim

82

„JESTEŚCIE NAPRAWDĘ ODWAŻNI” Tekst: Robert Sermak

3


MAROKO JEST CAŁKIEM SPOKO Byłam w kilku krajach z kręgu kultury arabskiej (Syria, Jordania, Liban). Chyba było to na tyle dawno, że wpadł mi do głowy pomysł na wycieczkę rowerową do Maroka. To nic nadzwyczajnego – pewnie sporo osób tak robi. Ale na tę wycieczkę zabrałam męża i dwójkę małych dzieciaków. To pewnie nieco rzadsze zjawisko i tu zaczynają się schody.

Ola „Fasola”, Zbych, Kajtek i Ruta. Rodzina geografów z wykształcenia i zamiłowania. Ponad wszystko kochają rowery, na których turlają się to tu, to tam. Ostatnio przez siedem miesięcy turlali się po Maroku i Europie. Laureaci nagrody National Geographic Traveler w kategorii Podróż Roku. Lada chwila będą wiedzieli, jak to jest podróżować z trójką. Tekst: Ola Pająk-Gałęza kajtostany.pl

Plan na Maroko, jak większość naszych planów, był mglisty. Pod koniec października 2014 roku lecimy do hiszpańskiej Malagi i stamtąd już na rowerach, przez cieśninę Gibraltarską przeprawiamy się na kontynent afrykański. Spakowani w sakwy i worki transportowe Crosso, trzyletniego


wówczas Kajtka i półroczną Rutę umościliśmy wygodnie w przyczepce i ruszyliśmy przed siebie. Tu pojawił się pierwszy stopień schodów – byliśmy za ciężcy. W ferworze walki przedwyjazdowej nie sprawdziliśmy nawet czy damy radę jechać z takim obciążeniem, nie zrobiliśmy na rowerach nawet rundki wokół bloku. I wtedy w Maladze, wydawało mi się, że powodzenie naszego wyjazdu nie ma szans i to nie ze względu na miejsce, do którego zmierzaliśmy, ale ze względu na nasze ułomności. Daliśmy sobie jednak trochę czasu i wolnymi kroczkami zaczęliśmy posuwać się do przodu. Rozgrzewkę zrobiliśmy sobie nadzwyczaj „banalną”, bo do Alghasiras wybraliśmy okrężną drogę przez otoczoną zewsząd górami Rondę. Już wtedy wiedzieliśmy, że nasze zamiary pokonywania dziennie ok. 50-60 km są niemożliwe do realizacji. Najpierw próbowaliśmy z tym walczyć, ale w końcu zrozumieliśmy, że przecież nie chodzi o gonitwę ani o udowadnianie sobie czy komukolwiek czegokolwiek, ale o niespieszne turlanie się. Pierwszy plan wziął w łeb, ale my odkryliśmy coś znacznie ważniejszego, że bez planu można, i że bez planu jest nam lepiej. Kiedy dopłynęliśmy do hiszpańskiej enklawy – Ceuty, próbowaliśmy „poczuć Afrykę”. Tu znów pojawiły się kolejne stopnie schodów, bo wszędzie tylko Lidl i Decathlon. Uzupełniwszy „europejskie” zapasy ruszyliśmy na granicę, na której miałam wrażenie, że w przeciwieństwie do innych, my moglibyśmy przejść ją bez kontroli paszportowej. Pieczątki jednak dostaliśmy i w końcu wjechaliśmy do Maroka, które postawiło przed nami kolejne stopnie – pogodę. Wybraliśmy się tam przezimować we względnym cieple, a tymczasem siąpił rzęsisty deszcz i radość przynosiła tylko świadomość, że przyczepa nie przemoknie i ciuchy w sakwach będą suche. W Tetuanie wyszło słońce, więc spokojnie mogliśmy się snuć po krętych uliczkach mediny, gubiąc się przy tym kompletnie. Jak się

5


później okazało (po zwiedzeniu Fezu, Marakeszu czy Casablanki) była to najciekawsza, wciąż żywa, pozbawiona turystów medina w Maroku. Nie napisałam, że najpiękniejsza, bo jednak to określenie przypada niezwykłej, niebieskiej medinie w Szefszewanie – dla Kajtka mieście smerfów. Miasta okazały się dla nas i naszych rowerów niestety nieprzychylne, a z pewnością męczące. Nagle ze zwariowanych rowerzystów stawaliśmy się europejskimi turystami, których można naciągnąć, wcisnąć im kit i nagabywać czy obcałowywać Kajtka i Rutę (bo w dzieciach mieszkają aniołowie, których błogosławieństwo otrzymuje się przez pocałunek dziecka). Nie podobała nam się ta rola, dzieciakom również, więc szybko zrozumieliśmy, że miasta będą szybkimi, lecz koniecznymi przystankami na przepranie i porządne wyszorowanie się w hammamie. Nie zachwycać się marokańskimi miastami, ale jak to tak można? Można i kiedy to zrozumieliśmy, droga zaczęła nam się wreszcie układać. Okazało się, że pomiędzy „highlights” a „must see” jest cała masa wspaniałości, które zachwycały. Jadąc na wyjazd z kilkulatkiem trzeba przede wszystkim myśleć o atrakcjach dla niego, także szukanie śladów dinozaurów (Anza, Demnate) stało się naszym nadrzędnym celem, a spotykane przy okazji zwierzęta i rośliny dodawały tylko kolorytu przygodzie. Bocznymi drogami i dróżkami, z dala od zgiełku miast i ruchu samochodowego turlaliśmy się rowerami od Fezu do Rabatu, a później na południe wzdłuż wybrzeża, by w końcu dotrzeć na wymarzoną pustynię. Mijane po drodze krajobrazy, majaczące w oddali ośnieżone szczyty Atlasu, huk rozbijających się o wybrzeże fal Atlantyku. Piękna lekcja geografii. Przejazd z Guelmim, miasta zwanego „wrotami Sahary” (ciekawe ile takich wrót jest w każdym kraju) do oazy M’hamid zajął nam

6


miesiąc. Absolutnie fenomenalny czas dotykania bezkresu, odczuwania przyrody, nauki jazdy na rowerku (Kajtek właśnie na pustyni nauczył się samodzielnie jeździć na dwukołowcu) i rozszerzaniu diety Rutki o kolejne warzywa, mięso wielbłąda czy daktyle (w Maroku kaszki ryżowe owszem są, ale nie ma owocowych, a właśnie daktylowe). Schodów było wiele, ale te, których najbardziej się obawialiśmy, czyli szalony ruch na drogach, nawołujący bez pamięci taksówkarze czy skorpiony na pustyni okazały się zupełnie proste do pokonania. Albo istniały tylko w naszych wyobrażeniach albo tak szybko przystosowaliśmy się do nowej rzeczywistości. Pewnie gdybyśmy nie zrobili tego pierwszego kroku, powiedzieli sobie nie damy rady, nie poznali i nie spróbowali, nadal żylibyśmy odrealnioną ułudą tworzącą się w głowach. A tymczasem Maroko jest całkiem spoko, nawet na rowery (albo przede wszystkim) i nawet z dwójką małych dzieci.


RODZINKA 4X4 Zosia swoją pierwszą podróż odbyła mając niespełna 3-4 miesiące, Teodor już zaledwie 7 dni. Lęki i pierwsze obawy rodzicielskie rozpływają się z czasem w nieistotności, przestają blokować. Zmienia się też perspektywa, nabiera się dystansu, oswaja ze strachem o nieopierzonych. Dzięki temu możemy wspólnie odkrywać świat od naprawdę najmłodszych chwil i cieszyć się nim wspólnie. Dzisiaj tryskamy energią malując na mapie kolejne wyprawy i cieszymy się na myśl o czasie razem spędzonym.

Asia i Piotr, Zosia i Teoś, czyli rodzinka 4x4. Podróżująca od dawna, najpierw parą a później z dziećmi. Odkrywają to, co blisko i daleko, drogą i bezdrożami, latem, zimą, jesienią i wiosną. Tekst: Asia Pospieszyńska-Burzyńska zapiskizdrogi.com


Każdy ma swój, unikalny i niepowtarzalny sposób na eksplorowanie, każdy dostosowuje go do siebie, swojej osobowości, możliwości a także potrzeb. Jak pisałam kiedyś na naszym blogu bycie on the road może mieć różne odcienie i formy, zwłaszcza z dwójką dzieci. My od zawsze podróżowaliśmy poszukując tej naszej najlepszej gombrowiczowskiej Formy. Na początku własnym, nazwijmy go zwykłym, samochodem zwiedziliśmy całą zachodnią Europę. Początkowo klapa od bagażnika ledwo się domykała od większych gadżetów małych bobasów i sterty niepotrzebnych, ale niezbędnych rzeczy. Plan też był ściśle dopracowany – noclegi, wycieczki, jedzenie. Z czasem oswoiliśmy się wzajemnie, a nasza wizja ewoluowała. Zaczęliśmy korzystać z samolotów. Tak zwiedziliśmy część Ameryki Północnej. Po ośmiogodzinnym locie z przesiadką z sześcioletnią wtedy Zosią i dwuipółletnim Teosiem, przesiedliśmy się do wypożyczonego SUV i pognaliśmy amerykańskim highwayem przed siebie, w nieznane. Nadal nam jednak czegoś brakowało. Zawsze czuliśmy się w pewien sposób zależni od miejsca, transportu, pogody i to nas ograniczało przed licznymi kierunkami. Mnie zaś dawało poczucie, że wiele ciekawych, bezludnych miejsc nas omija, że coś wciąż ucieka z tych naszych wypraw. Wreszcie, przypadkiem, trafiliśmy na Stalowego Rumaka, którym był Land Rover Discovery I, później zamieniony na Nissana Patrola Y61, obecnie dobrotliwie przez Zosię (rocznik 2005) i Teosia (rocznik 2009) zwanego Trolkiem. Świat nagle zmienił perspektywę, zawirował i stanął przed nami otworem, ukazał pełną gamę możliwości. W końcu staliśmy się niezależni od tanich lotów, siatki hosteli, kwater, zmienności pogody czy zaplecza gastronomicznego. Trolek na czas podróży staje się naszym środkiem lokomocji w miejscach wszelakich, hotelem One Million Stars, wykwintną restauracją Five Stars od Michelin i łaźnią rzymską. Gdy trzeba przeistacza się też w salę koncertową czy kinową. Możemy spać zarówno na parkingu autostrady, gdzieś na trasie dojazdowej, lub oczekując przed przeprawą promową, jak

9


i na przepięknej półce skalnej w górach Przeklętych w Albanii, na kamienistej korsykańskiej plaży z widokiem na średniowieczne miasto czy na gliniastych ukraińskich połoninach, gdzieś na Zakarpaciu. Wreszcie poczuliśmy, że to jest nasz wymarzony sposób podróżowania, że czujemy się wolni i nieskrępowani. Teraz snujemy plany o wyprawach w rejony, gdzie nie dojdzie się piechotą, szczególnie z dziećmi, mając co najwyżej miesiąc urlopu, i gdzie nie ma żadnej cywilizacji, gdzie jedyną wodą w promieniu kilometrów jest ta, którą masz w baniakach, a jedzenie gotuje się w kociołku na ognisku. Dzięki Trolkowi mogę napisać, że bezcenna jest rozpromieniona buzia dziecka na widok błotnej fontanny tryskającej spod kół czy melancholijne spojrzenie przebudzonej promieniem porannego słońca pociechy. Bezcenna jest jazda górską kamienistą drogą z widokiem na 300-metrową przepaść bezdroży Czarnogóry. Bezcenne jest pokonywanie barier niemocy i zanurzanie się w 10-stopniowym źródełku z wodą w kolorze lazurowym. I wreszcie bezcenny jest spacer wśród promieni zachodzącego słońca wyzierających zza białych obłoków spowijających dolinę. Wszystko jest w zasięgu naszych możliwości, gdziekolwiek poniesie nas wyobraźnia. Jesteśmy współczesnymi nomadami. Taka wyprawówka jest też świetnym sposobem na pokazanie dzieciakom urokliwych zakątków Polski. Jest piątkowe popołudnie, jesteśmy bez planu, bez Airbnb.com czy booking.com, po prostu wsiadamy i jedziemy. Jak pojawi się korek, skręcamy w polną drogę i omijamy godziny stania w spalinach, zamieniając je na podziwianie wiejskich krajobrazów. Dzisiaj każdy członek naszej rodziny ma więcej znajomych rozsianych po Polsce niż w samej Warszawie.

15


Jest tylko jeden mały szkopuł. Pokazywanie maluchom świata od tak wczesnego dzieciństwa może się czasem skończyć krępującymi, ale zabawnymi sytuacjami. My doświadczyliśmy jednej z nich w Biskupinie. Któregoś późnojesiennego weekendu chcieliśmy pokazać dzieciakom prapoczątki naszej cywilizacji. Wyruszyliśmy w okolice Gniezna. Przewodnik w muzeum biskupińskim (starszy pan, widać, że pasjonat), po opowiedzeniu gawędy o kulturze łużyckiej na terenach dawnej osady, zaproponował Zosi album, pt.„Biskupin – Polskie Pompeje”. Na co Zosia, wyrwana z letargu, zaprotestowała: – Pompeje, jakie Pompeje! Gdzie Biskupin i Pompeje, przecież to jest kupa zbutwiałego drewna na bagnach, a nie kamienne miasto odkopane z popiołów! Pan się zdziwił, my też, a Zosia dumnie, ale lekko zmieszana zakończyła: – No przecież ja byłam w Pompejach i sama widziałam. Trolek jest naszym domem na czas podróży. Każdy ma w nim swój pokój, swoje miejsce i gadżety, ale przede wszystkim jesteśmy razem. Naszym zmartwieniem jest jedynie długość urlopu, gęstość rozlokowania stacji paliwowych oraz targi ze zdrową żywnością. Wydawać się może, że to drogie, bo paliwo, bo duży samochód. Czy ja wiem? A kto powiedział, że podróżowanie to tania rzecz.

19


SKANDYNAWSKI PLAC ZABAW Gdyby ktoś przyszedł do mnie i powiedział, że podróżowanie z dziećmi jest wyrazem egoizmu rodziców, zgodziłabym się bez wahania. Gdy urodziły się nasze dzieci – najpierw Dominika, a po dwóch latach Jędrek – nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy się nagle zamknąć w czterech ścianach. Nie chcieliśmy zmieniać naszego trybu życia, więc w drogę „egoistycznie” zabieraliśmy dzieci. Z czasem przekonaliśmy się, że nasze wyjazdy różnią się nieco od podróżowania we dwoje. Są ciekawsze i pełniejsze.

Pisze na tematy górskie, podróżnicze, biegowe, dotyczące sprzętu turystycznego, przeprowadza wywiady i publikuje recenzje książek. Jest pilotem wycieczek, specjalizującym się w krajach Kaukazu. Prowadzi bloga barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Tekst: Kamila Gruszka barswiat.pl


Zaczęliśmy na świat patrzeć oczami dzieci. Porzuciliśmy odległe wysokie góry na rzecz naszych swojskich Sudetów, Beskidów i Bieszczadów, których w ogóle wcześniej nie znaliśmy. Tylko czasem żal nam było podróżowania w ścisku marszrutkami, napchanymi do granic możliwości autobusami w Azji, wielodobowego przejazdu płackartą (pociąg bez przedziałów z leżankami) przez gorący Kazachstan, Tadżykistan, Turkmenistam i Uzbekistan. Obecnie naszym środkiem transportu jest głównie samochód, do którego na wakacje pakujemy wszelkie możliwe sprzęty biwakowe i ruszamy przed siebie. W naszym zasięgu jest na razie Europa. I musimy uczciwie przyznać – przestaliśmy całkowicie tęsknić za dawnymi czasami, gdy odkryliśmy Skandynawię. Kraje skandynawskie uchodzą za najdroższe w Europie. My jednak te wyjazdy traktujemy jako najtańsze dostępne dla całej naszej rodziny wakacje. Bilet na prom i paliwo to w zasadzie jedyne koszty, jakie ponosimy (najdrożej wypada Norwegia – liczne przeprawy promowe i płatne drogi). 3-tygodnie w Skandynawii to dla nas taki sam wydatek jak tygodniowa podróż samolotem w obrębie Europy, czyli jakieś 5-6 tys. zł. Najwygodniej z naszego punktu widzenia podróżuje się po Skandynawii własnym samochodem. To jest także najprzyjemniejsze podróżowanie. Mało jest tam miast, a ruch na drogach do największych również nie należy. Przed nami ciągnie się prosta droga, a dookoła piękna przyroda. Po prostu bajka! W Skandynawii nie warto się spieszyć nie tylko ze względu na krajobrazy za oknem czy przebiegające przez drogę renifery, ale także ze względu na wysokie mandaty. My zazwyczaj pokonujemy od 4 do 7 tysięcy kilometrów. Znajomi pytają, jak nasze dzieci to znoszą. Odpowiadamy, że są po prostu przyzwyczajone. Dla zabicia nudy gramy w gry słowne, skojarzenia, zadajemy sobie zagadki. Wreszcie mamy czas na wspólną zabawę! Gdy dzieci były mniejsze, rewelacyjnie sprawdzały nam się słuchowiska typu „Bajki-Grajki”. Obecnie – wszelkie audiobooki, czasem nawet bardzo ambitne jak „Władca Pierścieni”. Gdy pokonywaliśmy ostatnie zakręty Drogi Lodowej w Norwegii, Frodo właśnie docierał do Mordoru. Na wyjazdach czytamy wspólnie przewodniki, opowiadamy historie związane z miejscami, które odwiedzamy, podziwiamy widoki za oknem, liczymy renifery i czas naprawdę mija niepostrzeżenie.

21


Dawno już doszliśmy do wniosku, że bardziej niż kwatery i pensjonaty wolimy pola namiotowe. Lubimy czuć się swobodnie, a dzieci dzięki temu mają nieograniczoną przestrzeń do dyspozycji na zabawy. Warunkiem by takie spędzanie czasu było przyjemne, jest zainwestowanie w solidny namiot, najlepiej z przedsionkiem. Namiot stał się naszym drugim domem. W Skandynawii prawo dostępu gwarantuje możliwość bezpłatnego rozbicia namiotu niemal w każdym miejscu. Co więcej, Skandynawowie przygotowali specjalną infrastrukturę, by było to jeszcze łatwiejsze. Parkingi zaopatrzone są w stoły, toalety, miejsca na ognisko, niekiedy gotowe do użycia porąbane drewno i kije na kiełbaski. Tylko wodę do mycia trzeba zagrzać lub skorzystać z prysznica solarnego. Można się także wykąpać w pobliskim jeziorze. W Szwecji i Finlandii jest ich pod dostatkiem. Dla dzieci takie nocowanie to szkoła życia. W domu mają wszystko podsunięte pod nos, a na wyjeździe muszą same myć naczynia i uczyć się spać i jeść w każdych warunkach. Nasz namiot staraliśmy się zazwyczaj rozstawiać w niezwykłych miejscach np. w parkach narodowych. Raczej unikamy miast, uważając, że bogactwem Skandynawii jest głównie przyroda. Chodzenie po szlakach, głusza naokoło i tylko lasy ciągnące się po horyzont. Wydawałoby się, że trudno o nudniejsze miejsce dla dzieci. Tym bardziej, że na wyjazdy zabieramy minimalną ilość zabawek. Najważniejsze akcesoria to kredki, pisaki, długopisy, nożyczki, klej i gruby zeszyt. To kronika, w której zapisujemy wydarzenia, wklejamy fragmenty ulotek, rysujemy. Wspaniała pamiątka z podróży, dzięki której na nowo możemy przeżywać nasze wyjazdy i utrwalać w pamięci wspomnienia.

24


28


Ale to, co tak naprawdę nie pozwala dzieciom na nudę, to świat naokoło: pieńki drzew, które udają bębny, patyki, którymi można grzebać w ognisku, kamienie podniesione ze ścieżki, które można pomalować, woda, w której można brodzić pół dnia, skały, które nieodmiennie kuszą, by się na nie wspiąć. Kreatywność dzieci jest naprawdę ogromna, trzeba im tylko dać szansę, by swą naturalną skłonność do zabawy mogły wykorzystać. Tak, zabieramy dzieci w podróż wyłącznie z powodu naszego egoizmu. Lubimy być w drodze i uwielbiamy przyrodę Skandynawii. To jedno z niewielu dzikich miejsc w Europie. Tam czujemy się prawdziwie wolni. Jest jednak skutek uboczny naszych podróży: fakt, że nasze dzieci świetnie się ze sobą dogadują. Dzieje się tak, ponieważ przebywając przez kilka tygodni tylko i wyłącznie ze sobą muszą w sposób naturalny dochodzić do kompromisów, poza tym mają czas, by uczyć się siebie nawzajem. To także czas rodziców dla nich.

29


2+2+2 NA SAMOA Gdy w rodzinie pojawia się pierwsze dziecko gratulacjom nie ma końca. Doświadczeni rodzice poklepują po ramieniu, radzą by się wyspać na zapas, opowiadają jaka to będzie frajda, ale też kupa roboty (z przewagą kupy).

Ola z Vathsanem poznali się w Chinach. Zahaczając po drodze o Indonezję dotarli do Nowej Zelandii, w której mieszkają do dziś. Najpierw z małą Yaną, a potem i Brunem odwiedzili otaczające ich Wyspy Południowego Pacyfiku: Tongę, Vanuatu i Samoa.

Inaczej wygląda sytuacja gdy w rodzinie ma się pojawić drugie dziecko. Wiele przecież zależy od tego, jak duża będzie różnica wieku między rodzeństwem, czy będą to dwie dziewczynki, czy chłopcy czy może po jednym przedstawicielu każdej płci?

Tekst: Ola Smętek vathsanclan.com

Wtedy jakoś tak mniej się człowiek musi nasłuchać. Nadal wszyscy gratulują, ale już mniej radzą, bo przecież rodzice dwójki dzieci dostali odznakę „doświadczonej mamy i taty”.


Pogoda w Nowej Zelandii, bo tam mieszkamy, od grudnia do kwietnia jest na ogół dość przyjemna, więc z założenia miesiące letnie poświęcamy wyjazdom lokalnym, a zimowe zagranicznym. Pojawienie się chłodu jesieni zwalczamy planowaniem kolejnej zimowej podróży. Wyszukiwarki lotów, mapy, przewodniki mają wręcz moc terapeutyczną. Od 6 lat każdy zimowy miesiąc (sierpień) spędzaliśmy w drodze. Najpierw w ciąży, potem z siedmiomiesięczną, następnie z półtoraroczną Yaną i w ciąży z Brunem. Gdy Yana miała niespełna dwa latka dołączył do nas Bruno. Nie przeszło nam nawet przez myśl wtedy, żeby przerwać nasza zimową tradycję. Bo przecież jak to tak? Mielibyśmy się nigdzie nie ruszać tylko dlatego, że nagle mamy dwójkę dzieci? Nie dość, że nie zamierzaliśmy siedzieć w miejscu, to wpadliśmy na pomysł, który w pierwszej chwili budził moje obawy. Zdecydowaliśmy się objechać rowerami Samoa ! Nigdy wcześniej nie jechaliśmy na żaden podobny wypad z jednym dzieckiem, a tu nagle planowaliśmy się zmieścić w cztery osoby na dwa rowery. Ośmiomiesięczny Bruno wydawał się wtedy jeszcze taki mały, dopiero nauczył się siedzieć, nie raczkował, wypijał dziennie hektolitry mleka, które zagryzał wszelakimi papkami. No i w tym wieku nie nadawał się do żadnej dostępnej na rynku przyczepki rowerowej. Vathsan jednak nie dawał za wygraną, powtarzał że mam dać trochę na luz, że mam mu zaufać, że będzie super, i że będziemy Bruna wozić w nosidle na plecach, bo tak też na rowerach się wozi bobasy w Holandii, królestwie rowerów. W ramach terapii uspokajającej raz na jakiś czas wpisywałam w wyszukiwarkę „Dutch biking with babies” i wybierałam opcje obrazków. A tam w Amsterdamie faktycznie, wyglądało to na rzecz codzienną, a nie jak to można było w Internecie wyczytać -“narażanie na niebezpieczeństwo dziecka”. Postanowiłam Vathsanowi po prostu zaufać. Od zawsze byliśmy zgranym zespołem, umieliśmy się dogadać i wspólnie ustalić, jak ma wyglądać nasza podróż. Decyzja o wyjeździe była nieunikniona. W miesiąc objechaliśmy wyspę Savai’i, która ma obwód około 200 km. Nie jest to imponujący wynik, ale nasz wyjazd był wyraźnie podzielony na dni rowerowe i dni wczasowe. Te pierwsze polegały na spakowaniu do sakw całego dobytku, pedałowaniu w okolicy drzemki Bruna, odpoczynku, gdy mały się wyspał i kolejnym pedałowaniu, jak się ponownie zmęczył. Natomiast dni wczasowe polegały głównie

31


na leniuchowaniu. Dużo czasu spędziliśmy po prostu nad wodą. Poznawaliśmy też ciekawych ludzi, nietuzinkowych podróżników oraz przemiłych Samoańczyków. W życiu codziennym, jak i w podróży pojawienie się kolejnego członka rodziny, mimo że jest samo w sobie sporym wydarzeniem, nie zmienia zbyt wiele w kontekście dziecka pierwszego. Zawsze nasze wszystkie rozterki były związane raczej z tym starszym dzieckiem, bo ponowny okres niemowlęcy w podróży czy w domu, nie był dla nas nigdy aż tak zaskakujący jak liczne nowe wrażenia, które dostarczała nam wówczas wiecznie ciekawa świata 2,5 letnia córeczka. Wspólna pierwsza podróż Yany i Bruna okazała się wręcz emocjonalnym kamieniem milowym. Yana nadal jeszcze momentami walczyła z nowo zaistniałą sytuacją. Zdarzały się dni kiedy w głowie jej się to nie mogło pomieścić, że w naszym domu pojawił się ktoś od niej jeszcze mniejszy, więcej płaczący i komu mama poświęcała więcej uwagi. W podróży było inaczej. To Papa zawsze woził na plecach Bruna, a ja te godziny, które spędzałam na pedałowaniu, przekuwałam w mój niezakłócony czas z córką, nadrabiałam tych parę niemowlęcych miesięcy. Natomiast w oczach Yany, Bruno nagle jawił się jako równy gość, członek naszej drużyny, który robił wszytko to, co my. Na dobrą sprawę jakby porównać to faktycznie tak było, że w Auckland układaliśmy harmonogram dnia pod najmłodsze dziecko, a tu nagle na Samoa rozkład zajęć był prosty: albo jeździmy na rowerach albo leniuchujemy na plaży. I wszyscy robimy to razem. Bez wydziwiania, jest mniej problemów a dużo rzeczy stało się prostsze.

32


33


PRZENIEŚ SWOJĄ CODZIENNOŚĆ Nigdy nie myśleliśmy o sobie w kategorii rodziny podróżników. Jesteśmy rodziną jak każda, choć z pewnością pojawienie się naszego pierwszego dziecka zdeterminowało nasze działania bardziej niż mogliśmy przypuszczać. Marta urodziła się z zespołem Downa. To było 21 lat temu, a my nie wiedzieliśmy nic o „takich” dzieciach. Słowa lekarza – nie będzie chodzić, sama jeść, będzie rośliną, może ją pani zostawić w szpitalu, zawaliły nasz

Marek i Kasia z czwórką dzieci wyruszają z Gdyni w dalsze i bliższe podróże. Dla nich podróż to wspólny czas, a nie osiąganie kolejnych celów. W domu zostawiają więcej zwierząt niż mają dzieci, a w drodze kolekcjonują zdjęcia studzienek ulicznych. Podróżą ich życia jest również fundacja Dom Marzeń, która wspiera rodziny z dziećmi niepełnosprawnymi. Tekst: Katarzyna Karczewska dommarzen.org.pl


mały świat, który właśnie się narodził. I strach – jak to? Jak zostawić? Kto wtedy ją przytuli? Z pewnością każda mama dziecka z niepełnosprawnością wie, o czym mówię. Tak było, ale nie jest. To były trudne czasy, z książkami gdzie „downy” dożywają kilku lat. Świat bez wiedzy, która daje nadzieję. Za to Marta na przekór wszystkiemu zdobywała swoje „everesty” i pokazywała nam, że życie jest normalne i już. Podążyliśmy za nią i po prostu robiliśmy wszystko tak samo jak zwykła rodzina, taką rodziną byliśmy i taką nadal jesteśmy. Mieliśmy dziecko, które ma wpisane w metryce problemy, ale za to bardzo szybko uczy nas jak żyć bez porównań i cieszyć się z rzeczy i spraw drobnych. Zawsze lubiliśmy z Markiem ruszać się z domu i nie przyszło nam do głowy, aby z tego rezygnować. Z czasem okazało się, że Marta również uwielbia zmiany otoczenia. Często na początku były to podróże w poszukiwaniu „wspaniałych” terapii. Potem znalazły się inne powody. Baliśmy się, że nasze dziecko stanie się człowiekiem zamkniętym we własnym „bezpiecznym” i powtarzalnym świecie. Dzieci z zespołem Downa bardzo lubią rutynę. Poza tym dla mnie, mamy i „terapeutki” w jednym każda podróż była wspaniałą odmianą i oderwaniem się od przewidywalnej i powtarzalnej codzienności. Gdy po dwóch i pół roku pojawiła się w naszej rodzinie Agata odkryliśmy z czasem, że zdecydowanie łatwiej jest wychowywać dwójkę dzieci niż jedno. Dziewczynki wolały zajmować się sobą niż nami. No cóż, podróże wcale nie były takie proste. Dwoje małych dzieci, do tego jedno uwielbiające ucieczki. Ledwo udawało mi się zatrzymać Martę przed wbiegnięciem na ulicę, podczas gdy ona zaraźliwie się śmiała. Zupełnie nie zachowywała się jak „roślinka”. Teraz, kiedy dzieci są większe i najmłodsza Karolinka ma 10 lat, podróż to już czysta przyjemność. Dzieci same przygotowują swoje rzeczy, często pomagają przy wspólnym pakowaniu. W naszym domu panuje zasada – wakacje zaczynają się z chwilą gdy wychodzimy z domu i wyciągamy klucz z zamka. Potem czas płynie już inaczej, nie śpieszymy się, a pracę, naukę i codzienne problemy zostawiamy na miejscu. Jedziemy zmieniać świat – nasz świat.

35


36


Bardzo lubimy wyjazdy na narty – od kiedy założyliśmy, że nie musimy jeździć po 5 godzin dziennie na stokach, aby wykorzystać skipass , każda chwila spędzona na nartach to był dla nas bonus. Po kilku latach nasze młodsze dziewczynki już jeżdżą z nami i nie wymagają tak intensywnej opieki na stoku. Mamy jednak świadomość, że Marta nigdy nie zjedzie z czerwonej trasy. Nasza duma i radość jest jednak tak wielka, że rekompensuje nam to wszelkie braki intensywnego narciarstwa. Zresztą zwykle zmieniamy się i gdy jedno z nas zjeżdża z pozostałymi dziewczynkami drugie zjeżdża z Martą. Radość mamy wszyscy. Gdy pada pytanie jak to możliwe, że Marta ma Downa i jeździ na nartach, odpowiadamy – Down? Co tam Down! Ona jest po dwóch operacjach kręgosłupa, ma implant i zupełnie sztywne plecy. Nasze dzieci kochają zwierzęta, dlatego często szukamy agroturystyki. Miejsc, do których możemy również zabrać psa. Reszta towarzystwa czyli kot, szczurki, patyczaki, pająk ptasznik, kawie i agamy wolą pozostać w domu. Podróże to również czasami przeróżne kłopoty. W Tajlandii na targowisku zgubiliśmy Zosię, która miała 8 lat i szukaliśmy jej całą wieczność (40 minut). Nasze dziecko natomiast usiadło w miejscu i spokojnie czekało na nas konwersując w języku migowym z sympatycznym policjantem. Tak jak uczyliśmy wszystkie dzieci – w podróży bez paniki. Karolina na Mazurach spadła nam z pomostu (miała 5 lat), była bez kapoka i trzymała się cumy zastanawiając się co dalej, gdy jakiś przechodzący młodzieniec zawołał „dziecko państwu wisi!”. Innym razem zawisła na relingu (tym razem w kapoku, bo już nie musimy jej tłumaczyć do czego służy) na środku jeziora w pełnym przechyle krzycząc” „No nie! Znowu?”. W podróży po Finlandii Zosia miała taką biegunkę, że praktycznie na kilka dni zamieniliśmy jej fotelik samochodowy na nocnik. Trasę powrotną przez Litwę, Łotwę i Estonię musieliśmy skrócić, bo Marty kręgosłup nie wytrzymywał wielogodzinnej jazdy samochodem.

37


W czasie rejsu katamaranem po Karaibach biegałam po pokładzie z workami na śmieci wetkniętymi za pasek od spodni i papierowym ręcznikiem pod pachą – takie dzieci miały nudności. Czasami przygody w podróżach są śmieszne, czasami mrożą nam krew w żyłach, ale żadnej z nich nie żałujemy. Były cudowne i warte wspomnień. Czego chcieć więcej? Nie zawsze udaje nam się daleka podróż, ale czy to ma jakieś znaczenie ? Wystarczy przenieść swoją codzienność w inne miejsce i tam żyć po swojemu, swoim tempem i emocjami. Potrafimy zatrzymać się w miejscu na dłużej i cieszyć się ciszą lub gwarem. Czasami gna nas ciekawość, czasami zatrzymuje fascynacja miejscem czy ludźmi. Życie to zawsze podróż. Naprawdę nieważne czy swoje pragnienie wieziesz daleko za horyzont, czy tylko pokonujesz własną słabość. To i tak jest twoja własna przygoda i bogactwo. A potem, potem tęsknota za domem ciągnie nas z powrotem do Gdyni. Tam podróże planuje się najlepiej.

38


39


DWA RAZY WIĘCEJ PRZYGÓD Justa, Wojtek, Hania i Mania. Podróżują różnorodnie, raz daleko, raz blisko, najchętniej z górami w tle.

Podróżowaliśmy przed narodzeniem Ostatnio na Sri Lance sprawdzili, jak się się dzieci, więc naturalnie chcieliśmy jeździ z dziećmi na rowerach, fundując kontynuować odkrywanie świata całej rodzinie radość z odkrywania z nimi. Najpierw z samą Hanią oswazupełnie nowego kawałka świata. jaliśmy temat zaczynając od polskich gór, które są nam szczególnie bliskie. Tekst: Później przyszedł czas na Ukrainę samoJustyna Bronowska chodem, Gruzję z plecakiem i Chorwację tuptam.pl na rowerach. Stopniowaliśmy sobie kierunki, poznawaliśmy nowe możliwości przemieszczania się z dzieckiem i logistykę w podróży, ciesząc się z osiągnięcia kolejnego stopnia wtajemniczenia. Kiedy


przetestowaliśmy lot z dwójką dzieci na Kretę i rowerową podróż w powiększonym składzie na Morawy, to stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi na daleką wyprawę. Tym sposobem trafiliśmy z rowerami na Sri Lankę. Połączenie tropików, dzieci i rowerów było dość wymagające. Stwierdziliśmy wtedy, że nasze podróże wcale nie są mniej fascynujące od tych, które odbywaliśmy sami lub tylko z Hanią. Przeciwnie, z biegiem lat rośnie nasz apetyt podróżniczy, by zobaczyć te bardziej odległe i odmienne, od naszej, krainy. To, co uległo zmianie, to nasz sposób spędzania czasu. Zdecydowanie mniej planujemy atrakcji do zobaczenia na miejscu, wyznaczając sobie jedynie kilka punktów zaczepienia. Ponieważ mamy teraz dwie ciekawskie podróżniczki, na różnych etapach poznawania świata i refleksji, to odkrywamy miejsca dogłębnie. I tak półroczna Marianka na Krecie badała miękkość trawy, rażące słońce, delikatność fal. Starsza Hania dziwiła się kolorowym krzesłom, zbierała z tatą pomarańcze z drzewa i cieszyła, że morze ma ulubiony kolor mamy – turkusowy! Na Sri Lance z kolei roczna Marianka była już całkiem mobilna i jej badanie świata wymagało od nas dużej gimnastyki i kombinowania najbardziej przyjaznego miejsca na postoje. Biegając badała różnorodność podłoża, ząbkami twardość kamieni, tropiła psy. Hania natomiast snuła refleksje na temat koloru skóry i ubioru mieszkańców Cejlonu, dziwiła się polom herbaty i zachwycała oceanem, a my gimnastykowaliśmy nasze głowy, by odpowiedzieć na wszystkie pytania. Wyjazd na Sri Lankę pokazał nam, że logistyka z dwójką jest nieco trudniejsza, bo zwyczajnie brakuje czasu na przygotowania, a trzeba zabrać trochę więcej rzeczy, zgromadzić potrzebne informacje praktyczne, żeby później sprawniej radzić sobie w akcji. A akcja dzieje się non stop – to nasze ulubione powiedzenie. Powiększony skład, to dwa razy więcej potrzeb i rzeczy do zrobienia. Niektóre procesy świetnie udaje się łączyć, jak równoczesne usypianie, czy mycie w jednej wanience. Trzymamy się też podstawowej zasady – rytm podróży dostosowujemy do dzieci i głównie dotyczy to pory spania Marianki, a resztę dnia staramy się dostroić, kierując się zasadą – dla każdego coś miłego. Podczas gdy z jednym dzieckiem częściej przemieszczaliśmy się lokalną komunikacją, tak przy dwójce dzieci, idealnym środkiem transportu okazał się właśnie rower. Od praktycznej strony – mieliśmy wszystko pod ręką, a dziewczynki trak-

41


towały przyczepkę jak kawałek domu, świetnie się w niej czuły i nawiązywały więź. Dodatkowo odpadł problem choroby lokomocyjnej. Od strony zmysłowej – bardzo odpowiadało nam tempo przemieszczania się w przestrzeni i ekspozycja na warunki pogodowe, dźwięki, zapachy. Największa trudność przy tym rozwiązaniu to zmęczenie fizyczne, wynikające z obciążenia rowerów i brak odpoczynku podczas przerw. Kiedy my marzyliśmy o chwili wytchnienia wyspane i pełne energii dzieci wychodziły właśnie z przyczepki. Rodzinne podróżowanie w powiększonym składzie, to nowy układ kontaktów – nasza rodzina, grupa czteroosobowa, kontra świat i my we wzajemnych relacjach. Często te ostatnie bardziej nas absorbowały niż kontakty ze światem zastanym, ale nasze dwa śmieszki zdecydowanie otwierały nas na lokalne interakcje. Na Sri Lance byliśmy trochę kosmosem. W krótkich kontaktach dominowało więc zadziwienie naszym pomysłem na przemieszczanie się z maluchami, które nie miało szans przejść w fazę oswojenia i bliższego poznania. Dlatego najprzyjemniej było, kiedy mogliśmy dłużej opowiedzieć o naszej podróży, a Hania i Mania zjednywały serca przyjaznych Lankijczyków. Nasz wyjazd na Sri Lankę uświadomił nam właśnie, jak fajnie mieć rodzeństwo w podróży. Bliskość sióstr i to, jak wspaniale się dogadywały, mimo różnicy wieku, było dla nas ogromnym odkryciem. Ramię w ramię w przyczepce, wspólne szaleństwa, przytulania, „gadania”, wymyślanie zabaw. Marianka bardzo płynnie weszła w rodzinną układankę i bardzo szybko stała się Hani młodszą kumpelą. Patrzeć jak razem radzą sobie z nowościami, jak Hania tłumaczy Mani swoje widzenie świata to chyba najwspanialsze wspomnienia z podróży. Bycie blisko dzień w dzień, od rana do nocy, gromadzenie doświadczeń i zbieranie przygód w świecie, które potem razem wspominamy, to jeden ze sposobów na bycie szczęśliwą rodziną.

44


45


W AMERYCE ŚRODKOWEJ Wraz z córeczkami zdecydowali się żyć życiem, o którym zawsze marzyli. I tak oto mama: polska dziennikarka z tatą: niemieckim fotografem, nosidłami na plecach i dziewczynkami, odwiedza raz Czeczenów, raz Majów a swoje przygody opisuje na blogu thefamillywithoutborders.com. Niedawno wydali książkę o przygodach w Ameryce Środkowej, a zdjęciami postanowili podzielić się z nami. Zdjęcia: Anna i Thomas Alboth


48


49


53


54


RAZEM ODKRYWAĆ ŚWIAT Inspiracją do wyjazdu może być dla nich jedna fotografia lub egzotycznie brzmiąca promocja biletów lotniczych. Ada i Adam podróżują ze swoimi maluchami Lilianną (2010) oraz Tymkiem (2014). Razem zwiedzili głównie Azję, poczynając od Omanu czy Iranu, aż po Chiny, Japonię i Indonezję. Jak na razie najdalej udało im się dojechać do Nowej Zelandii.

Pojawienie się na świecie drugiego dziecka to bardzo ekscytujący moment. Nie ma już strachu jak to będzie, czy damy radę, jak zmieni się nasze życie. Przecież my to już wszystko wiemy! Teraz nadchodzi czas czerpania radości z rodzicielstwa i korzystania z doświadczeń nabytych w poprzednich latach. Pojawia się druga szansa zrealizowania podróżniczych planów, na które nie mieliśmy odwagi tuż po narodzinach pierwszego dziecka. Teraz już wiemy, że im dziecko mniejsze, tym łatwiej się podróżuje. Dlaczego więc czekać, aż nasz nowy członek rodziny podrośnie, skoro już teraz możemy go na przykład zabrać na podróż życia do… Iranu!

Tekst: Ada Tokarska podrozeady.com


Wbrew pozorom – jako rozsądni rodzice – gdy nasze niemowlę skończyło 3 miesiące, odbyliśmy najpierw kontrolną podróż na Sardynię i Korsykę. Wszystko się udało, nasza rodzina przetrwała 10 dni upalnego podróżowania w małym autku, a my nabraliśmy pewności, że w czwórkę nie podróżuje się dużo trudniej niż w trójkę. Szczególnie jak najmłodsza latorośl na zmianę tylko śpi albo korzysta z cyca mamy. Iran zaczynał nabierać realnych kształtów, chociaż ze względu na embargo i brak możliwości rezerwacji noclegów, za dużo nie dało się zaplanować. Wiedzieliśmy jedno: na wyprawę wyruszamy we wrześniu, gdy Tymek skończy 6 miesięcy, a jego starsza siostra Lila będzie miała ponad 4,5 roku. Od zakupu biletów lotniczych mieliśmy jeszcze ponad 3 miesiące na rozpoznanie jak nam się razem rodzinnie będzie podróżować. Nadchodziło lato, doskonały czas by niemalże każdy weekend wykorzystać na wspólne wyprawy i wzajemne zgranie się w 4-osobowym składzie. Jednak dopiero 3-tygodniowa wyprawa do Persji uświadomiła nam, co tak naprawdę w naszym, w miarę już ustabilizowanym podróżowaniu z jednym dzieckiem, się zmieniło. Pierwszy poważy dylemat, to jak spakować się do dwóch plecaków? Przy podróżach autem nie ma takiego problemu, ograniczeniem jest tylko wielkość bagażnika i ewentualnie waga bagażu w samolocie. My zakładaliśmy przemieszczanie się lokalnymi środkami transportu, więc nasze maksimum to dwa plecaki na plecach, dwa małe na brzuch oraz wózek z fotelikiem. Tak aby wszystko w miarę sprawie udało się przenieść oraz policzyć. Odliczanie oczywiście standardowo: zaczynamy od dzieci! Już przy wyjazdach z samą Lilą pakowanie nie było proste, bo nie przepadamy za praniem na wyprawach (gdzie to wszystko ma schnąć kiedy niemalże codziennie śpimy w innym miejscu?). Staraliśmy się więc dziecku zabrać trochę więcej ubrań, a do tego dochodziły pieluchy, trochę kaszek, mleko w proszku, a na początku nawet słoiczki.

57


Teraz czekało nas to samo, ale razy dwa! Na szczęście dla starszej córki już nie trzeba brać pieluch i jedzenia, za to ubrań całkiem sporo, bo zużywa kilka kompletów dziennie. Młody zaś musi mieć dużą paczkę pieluch, mokre chusteczki oraz kilka kompletów ubranek. Do tego dochodzi porządna, duża apteczka. Gdzie w tym wszystkim miejsce na ubrania rodziców? Wybawieniem okazały się worki kompresyjne i oddzielne pakowanie ubrań dla każdego członka rodziny. Dzięki temu zaoszczędziliśmy sporo miejsca i tylko część najbardziej potrzebnych rzeczy trzymaliśmy luzem, pod ręką. Spakowani, już po odprawie, umęczeni wsiadamy do samolotu. Zapomnijcie o chwili odpoczynku w samolocie, podczas gdy drugi rodzic zajmuje się dzieckiem. Te czasy już minęły. Teraz mamy sytuację jeden na jeden – każdy ma po jednym maluchu do pilnowania, zabawiania, karmienia, usypiania itp. Przy pojawieniu się drugiego dziecka w domu, to pierwsze nagle wydaje nam się już takie dorosłe, ale w praktyce – trochę pewnie też z zazdrości – nawet taka czterolatka potrafi zachowaniem niewiele różnić od wymagającego nieustannej opieki niemowlęcia. Rok później, z pięciolatką, jest już nieco prościej. Tablet lub samolotowe bajki stanowią ogromną atrakcję, szczególnie jeśli są dobrem limitowanym na co dzień. I tak oto nasze rodzicielskie ideały wychowania poległy w gruzach, w obliczu uzyskania chwili spokoju, gdy jedno dziecko śpi, a drugie w ciszy ogląda baję. Wtedy nawet rodzice mają chwilę wolnego w samolocie, na przykład na zjedzenie zimnego już posiłku.

58


59


Pisząc o podróżach powiększonej rodziny, nie sposób ominąć tematu powiększających się kosztów. Na początku odpada jeszcze koszt pełnego biletu lotniczego, ale z noclegami w czwórkę już nie jest tak prosto. Nawet największe łóżko typu „king size” nie pomieści czteroosobowej rodziny, szczególnie jeśli dwójka latorośli co noc skacze, kopie i przemieszcza się we wszelkich kierunkach. Trzeba zacząć szukać pokoi trzyosobowych. Nie jest to aż taki problem, jeśli noclegi można wyszukać z wyprzedzeniem w Internecie, gorzej jak ojciec rodziny biega po mieście szukając noclegu, a matka też biega, ale próbując równocześnie upilnować bagaży i dwójki dzieci gdzieś na irańskiej ulicy! Dobrym rozwiązaniem są noclegi w domach prywatnych, np. couchsurfing albo kwatery za pośrednictwem Airbnb. Dzieci rosną szybko i w zasadzie każda podróż z nimi przynosi nowe niespodzianki, inne zachowania oraz – z roku na rok – coraz więcej interakcji między rodzeństwem. Pierwszy rok wspólnych podróży to głównie zajmowanie się niemowlakiem i dbanie o rozrywki dla starszego dziecka. Potrzeby dzieci znacznie się różnią i to, co jest atrakcją dla starszego, np. zoo, nie ma żadnego znaczenia dla niemowlaka.

60


Drugi rok jest już znacznie ciekawszy, bo młodszy maluch zaczyna chodzić, a największym autorytetem dla niego staje się starsza siostra. Zaczynają się wspólne zabawy, wciąż pod czujnym okiem rodziców. Świetnym obiektem zabaw będzie armeńska łąka, a strumyk do taplania się to już szczyt marzeń. Gdy dziecięcą wolność trzeba trochę ograniczyć, zabawy bez problemu przeniosą się na przykład do wypożyczonej w Armenii Łady Nivy. We dwójkę się zawsze coś razem wykombinuje! W Japonii doskonałą zabawą okazało się wspólne zjeżdżanie ze schodów, któremu sekundowali lokalni turyści! Jeszcze ciekawiej jest w trzecim roku kiedy, to dzieci zaczynają się czasami i na krótkie chwile bawić same ze sobą, a rodzice gdzieś pod palemką, albo w basenie, albo w dżungli albo w hinduistycznej świątyni czy muzułmańskim meczecie mają chwilę spokoju i odpoczynku. Doskonale sobie teraz wyobrażam jak moje starsze dziecko byłoby samotne w podróży, gdyby nie miało młodszego brata! Podróże sprzyjają wspólnym zabawom, dla rodziców nie ma nic piękniejszego niż przyglądanie się jak dzieci, coraz starsze i mądrzejsze, razem odkrywają świat.

61


NA BEZROBOCIU W USA No dobra. Mamy dzieci. Mamy czas. Mamy trochę oszczędności. Gdzie by tu pojechać?

Ola, Paweł, Maciek i Kalina. Rodzina podróżników. Nie lubią zimy i kiedy tylko mogą przed nią uciekają. Sercem i myślami są ciągle w podróży kamperem po USA. Razem odwiedzili m.in. Tajlandię, Laos, Kambodżę, Dominikanę, Libię. Zakochani w warszawskiej Pradze, prowadzą podróżniczą kawiarnię pn. 8stóp.

Przed takim dylematem stanęliśmy kilka lat temu. Myśl o tym, żeby wyjechać gdzieś na dłużej krążyła nam po głowie już od dawna, ale jakoś tak nigdy się nie złożyło. Wiecie jak to jest. Zawsze jest jeszcze coś do zrobienia, przecież nie rzucimy pracy ot tak i nie wyjedziemy, przecież jeszcze przyda nam się parę tysięcy na koncie, przecież fajnie by było mieszkanie spłacić albo chociaż samochód zmienić, przecież…

Tekst: Ola Wysocka osiemstop.pl


I nagle los trzasnął nam drzwiami przed nosem. Ale – jak to z losem bywa – otworzył okno. Trzeba mu oddać sprawiedliwość, potraktował nas niezwykle łagodnie: pod oknem położył całkiem mięciutką poduszkę finansową i tylko zasugerował, że może to jest właśnie ten moment w życiu, kiedy można by się ewakuować. No bo jak tu pracować na kontrakcie w Libii, kiedy sytuacja polityczna dość niepewna, kule świszczą za oknami biura, a nam się właśnie drugie dziecko urodziło? Pchani przez serce i powstrzymywani przez rozum doszliśmy do wniosku, że rzeczywiście, może to jest wreszcie ten moment, żeby gdzieś wyjechać. Klamka zapadła. Wypowiedzenie złożone. Cóż by tu zrobić z tak miło rozpoczętym bezrobociem? Gdzie wyjechać z dwójką dzieci – często chorującym trzylatkiem i nówką sztuką, która jeszcze nie wiadomo czy zdrowotnie pójdzie w ślady brata, a która w chwili wyjazdu będzie miała jakieś pół roku. A może do Stanów? W Stanach oboje byliśmy już wcześniej, podobało nam się co widzieliśmy i chcieliśmy zobaczyć więcej, a tym, co przemawiało zdecydowanie na korzyść Stanów w zestawieniu z Azją czy Ameryką Południową, była służba zdrowia. Nie twierdzimy, że Latynosi czy Azjaci mają gorszą, po prostu, mając zbyt liczne doświadczenia z polską i libijską służbą zdrowia woleliśmy dmuchać na zimne. A może kamperem? Pomysł Stanów był od początku sprzęgnięty z pomysłem kamperowym – zresztą nawet nas z naszym po-kontraktowym stanem konta nie byłoby stać na pół roku

63


spania w hotelach, a na namiot jakoś zrobiliśmy się za wygodni. Kamper (a dokładniej, w naszym przypadku, przyczepa) okazał się rozwiązaniem idealnym. Wolności i wygody jakie daje, nie da się porównać chyba z żadnym innym sposobem podróżowania. Nadbagaż? Nie ma problemu, zmieści się. Nie chce ci się planować noclegu? Nie szkodzi, na pewno gdzieś po drodze da się zaparkować i przekimać kilka godzin. W Stanach możliwości spania zupełnie legalnie i za darmo jest mnóstwo! Kuchnia? Prysznic? Toaleta? Wszystko pod ręką, gdziekolwiek nie pojedziecie. No i pod koniec wycieczki kampera można sprzedać, co dodatkowo znacząco obniża koszty wyjazdu. Żeby nie było zbyt różowo, to są też wady – jeśli wybierzecie kampera, nie wszędzie da się wjechać. Jeśli samochód z przyczepą – cóż, warto znać się na samochodach, albo wydać na pojazd nieco więcej niż my. Inaczej niewykluczone, że wpakujecie w niego drugie tyle w naprawach, a potem sprzedacie go za niewiele więcej niż pół ceny. No i benzyna – kamper czy samochód ciągnący przyczepę pali więcej niż zwykły samochód. Taka cena luksusu. Ale wierzcie nam, warto.

64


65


A co z dziećmi? Zaryzykujemy stwierdzenie, że Stany to najprawdopodobniej najbardziej przyjazny kraj na świecie do zwiedzania z dziećmi (zresztą bez dzieci też!). Każdy park narodowy, w którym byliśmy jest przystosowany dla rodzin. W informacji turystycznej rozdają mapki z oznaczonymi szlakami, na które można iść z wózkiem. Każde muzeum wciągało na długie godziny nie tylko nas, ale i Maćka. W każdym zoo można było nakarmić i pogłaskać jakiegoś egzotycznego zwierzaka. W żadnym momencie naszej półrocznej podróży nie poczuliśmy się w żaden sposób zagrożeni. Uśmiechnięci, życzliwi ludzie, nie raz przyjmujący pod swój dach, karmiący nas, pomagający w trudniejszych momentach podróży. I nikt, ale to nikt nie spojrzał na nas krzywo, że podróżujemy z dwójką maluchów. A Stany? Dla nas to najpiękniejszy kraj na świecie. Śmialiśmy się kiedyś z Amerykanów, że nie wyjeżdżają za granicę – już im się nie dziwimy. Stany mają tyle do zaoferowania, że życia nie starczy, by wszystko zobaczyć, a nam artykułu, by o tym wszystkim choćby wspomnieć. Przepiękny błękit i zieleń wybrzeża Kalifornii i Oregonu, fascynujące miasta z Nowym Jorkiem i San Francisco na czele, niesamowite gejzery Yellowstone, niekończące się drogi Teksasu i najpiękniejsze na świecie chmury Nowego Meksyku, no i last but not least czerwone skały Utah, na które moglibyśmy patrzeć bez końca.

66


Ile to kosztowało i dlaczego tak dużo? Nie będziemy ukrywać, trochę na tą wycieczkę wydaliśmy. Ale nie było tak źle – mieszkanie (to, którego w końcu nie spłaciliśmy, może za 25 lat się uda…) wynajęliśmy, przyczepę kupiliśmy i sprzedaliśmy praktycznie za tę samą kwotę, zaoszczędziliśmy na przedszkolu i biletach miesięcznych a koszty jedzenia, higieny, itp. wyszły porównywalnie z tym, co wydalibyśmy w tym samym czasie w Polsce. Na co wydaliśmy najwięcej? Bilety lotnicze, ubezpieczenie zdrowotne (na szczęście się nie przydało), no i samochód – kupiliśmy „tani” i niestety za ten błąd musieliśmy sporo zapłacić, sporo wydaliśmy też na paliwo: nie dość, że przejechaliśmy 40 000 km, to jeszcze benzyna te kilka lat temu kosztowała dwa razy tyle, co teraz. A teraz włączcie „Life is a highway” z filmu „Auta”, spójrzcie na mapę Stanów i zastanówcie się, czy na pewno potrzebujecie jeszcze tych parę tysięcy na koncie.

67


RODZINNE PODRÓŻE ŻAGLÓWKĄ

…NA KÓŁKACH No i się skończyło rumakowanie.

Był Kaukaz, Bliski Wschód, Chiny, Azja, Oceania, były dworce, namioty, autostop, konie, dengi i skorpiony. Kto jeździ, ten wie. Teraz za to mamy dwa skarby.

W piątkę, razem z trzydziestoletnim Campervanem, mają 107 lat i czasem żałują, że nie żyli właśnie te 107 lat temu, w czasach belle epoque, kiedy podróże trwały długo, dystans coś znaczył, a ludzie w pociągach patrzyli na siebie, a nie na ekrany. Swojego czasu szlakami lądowymi dojechali na kraniec Azji, ale odkąd są w większym gronie poruszają się głównie po starym kontynencie. Osia, Paweł, Hela i Tytus Tekst: Paweł Stężycki tratatataprzezpolswiata.pl

Tak sobie trochę planowaliśmy – Azja i Afryka do trzydziestki, Europa i Ameryka z dzieciakami. Niestety, wbrew oczekiwaniom, nasze skarby na siebie nie zarabiają. Naczytał się człowiek Oliwiera Twista i myślał, że zwinne rączki zaczną po paru latach wspierać domowy budżet. Amerykę musieliśmy wiec odłożyć na emeryturę (kiedy to ZUS i OFE zwrócą nam te grube oszczędności z całego życia), w grze zostały bliższe destynacje, ale nie wiedzieliśmy jak do tego „podejść” ze skarbami.


Śmigaliśmy kiedyś po antypodach, naturalnie nie my jedyni, nie żeby to był powód do chwały. Przy okazji tego śmigania zauważyłem, że sporo osób toczy się po kontynencie kangurów w domach na kółkach. Podobnie w Nowej Zelandii. Nam, produkcie schyłkowego PRLu, autocamping kojarzył się wcześniej z pękatą przyczepą do Poldka lub, w wersji premium, z niemieckojęzycznymi emerytami na Mazurach. Słowem – klaustrofobiczny paździerz lub geriatria z NRD. Okazuje się, że może być inaczej, jak na przykład w Australii, gdzie stary kamperek to symbol wolności, kwiaty we włosach, surfing, fun & rock&roll (albo jakoś podobnie) . Dlaczego by nie spróbować w ojczyźnie? Gdyby samochody miały dzieci to nasz kampervan urodziłby się po nocnej przygodzie mikrobusa i przyczepy campingowej. To klasyk w swojej kategorii – VW Transporter wyposażony przez praktycznych Niemców (tych zachodnich) w zabudowę mieszkalną, miejsce do spania, kuchenkę, lodówkę, umywalkę i parę szafek. Właściwie to taka drogowa żaglówka. Wiekowo też jesteśmy dogadani, podobne roczniki. Kiedy ja chodziłem do podstawówki, on woził kartofle i cement gdzieś za Odrą. Potem dostał mocniejsze, dwulitrowe serce, nowe wnętrze, sypialną nadbudowę i w końcu trafił do Polski. U poprzednich właścicieli wiódł rozrywkowe życie. Ze mną przyszło mu się ustatkować. Negocjacje z żoną w sprawie imienia oczywiście przegrałem – zamiast USS Enterprise, jest Balbina, ale nie ma się co oszukiwać, mówimy o starszej, dość powolnej i masywnej pani, a nie o krążowniku z napędem WARP. Jak sprawdza się taka zabawka z rodziną? Czy warto kupować? Oczywiście zależy od wymagań, ale jest kilka parę plusów z takiego wynalazku w kraju nad Wisłą.

69


Odkryjesz fascynujący świat mechaniki samochodowej. Szczególnie w przypadku modeli za parę tysięcy złotych czeka Cię wiele dyskusji z światowej klasy mechanikami od samochodów starszych niż przeciętny student. Zdobędziesz nowych znajomych. Udowodnione naukowo, z jakiegoś powodu osoby z samochodem wyposażonym w lodówkę, grilla, dobre stereo i przenośne boisko do badmintona są ponadprzeciętne często zapraszanie na imprezy w plenerze. Piastunka do dziecka. Bus z silnikiem z tyłu dość konkretnie mruczy i buja, co przez 2-3 godziny działa na dzieci jak narkoza. Potem i tak je mało słychać (patrz „intensywnie mruczy”). Jak się dramatycznie rozpłaczą, łatwo do nich się przesiąść z przedniego siedzenia. Na postojach zabawa jest też znakomita, dzięki dużej liczbie zakamarków i szufladek. Wolność Australijczycy mają rację, a w Polsce sprawdza się to nawet w większym stopniu, bo nie ma zakazów dla aut kempingowych, a kamper-van jest bardzo niepozorny. Przydatne, kiedy dziecko pyta po raz sto dwudziesty trzeci kiedy w końcu się za-

70


trzymamy. Śpisz gdzie chcesz, a odsuwany szyberdach zapewnia widok na gwiaździste, letnie niebo. Umiejętność pakowania się. W środku można zmieścić jakieś dwa pokoje z akademika, łącznie ze studentami, a to mniej więcej tyle, ile potrzeba dla dwójki małych dzieci. Backpacking to jakiś dwudziestowieczny, hipisowski wynalazek. Prawdziwi odkrywcy mieli całe karawany bagażu. Doskonale to rozumiem – gdzieś trzeba upchnąć kuchnię, grilla elektrycznego, kartony z winem, skrzynki piwa, laptopa, pieluchy, boisko do badmintona, piłki do siatkówki, rugby i futbolu, przenośny stół, przenośny stół do piłkarzyków, lodówkę, moskitierę, Scrabble, słomiane kapelusze, kaloszki, wózki, leżaki, rower, hamaki, wędki, namioty, dmuchane łodzie... Przygody Cała masa, największa to mobilny drążek zmiany biegów, szczególnie jak zdaje się sobie sprawę, że jest mobilny na autostradzie A2. Zabawka dla dużego chłopca. Samo się toto nie poprowadzi jak jakaś odpicowana Tesla za pół miliona złotych. To też nie SUV, którym do Tyrolu dojedzie każdy emeryt. Kopertka na parkingu w upalne popołudnie zastępuje kwadrans na siłowni, a pieszczotliwy ruch nadgarstka, konieczny dla wrzucenia dwójki, wymaga godzin treningu. Lubimy się

71


potarmosić, czasem nawet sobie poprzeklinać (jak dzieci nie ma), ale tworzymy zgrany zespół, a na koniec i tak śpimy razem. Czas na „Poważne Podsumowanie” • Kamper-van dla rodziny w naszej części świata – zdecydowanie na tak. Walory transportowe są olbrzymie, a i krajobrazowe imponujące. (Szczególnie w byłych Prusach i krajach nadbałtyckich: lasy, jeziora, piękne, puste drogi, dobre biwaki, przyjazne ceny. • Kamper-van vs Klasyczny Kamper – pierwszy zgrabniejszy, tańszy, bardziej incognito jeśli śpimy w mieście na dziko, drugi bardziej samowystarczalny (ubikacja, baterie). • Zanim się zdecydujesz na zakup najlepszym krajem do testów jest Hiszpania – tam rynek wypożyczalni na takie rzeczy jest ogromny. • Po co? Bo to dobra zabawa dla wszystkich, jeśli lubicie szwendanie się, a dzieciaki wymagają kontenera ciuchów i akcesoriów. Córka od grudnia nie przestaje marzyć o wyjeździe, a pół przedszkola próbuje odgadnąć, co to znaczy, że Hela bawi się w wakacje w Balbinie.

72


73


DZIECI WIATRU

Kazimierz Ludwiński miał dwadzieścia kilka lat, gdy wraz z braćmi, Andrzejem i Piotrem zbudował katamaran żaglowy WYSPA SZCZĘŚLIWYCH DZIECI. W pierwszy rejs wyruszyli w 1979 r. Od tego momentu „WYSPA” kilka razy przepłynęła Atlantyk. W latach 90. zawinęła do Polski, gdzie przeszła generalny remont. W roku 2004 Kazimierz rozpoczął na niej podróż dookoła świata. Lecz to nie wszystko: w rejs, który – jak się potem okazało – miał trwać 9 lat, zabrał dwoje swoich dzieci. Nel miała wtedy zaledwie 6 lat, a Noe – 7 miesięcy! Niesamowitą historię swojego życia opisał w dwóch tomach książki „Wyspa szczęśliwych dzieci”.

Swoje podróżnicze życie zacząłeś jeszcze na studiach. Budowa jachtu z braćmi, badania antropologiczne i marzenia o Afryce zaprowadziły Was na początku lat 80-tych pod sam równik, którego przekroczenie rytualnie za każdym razem celebrowaliście. Od tego czasu podróżując okrążyłeś Ziemię. Nie bałeś się, że jak pojawią się dzieci w twoim życiu to będziesz musiał przystopować, zrezygnować z podróży i ustatkować się?

wyspaszczesliwychdzieci.com

Podróżujące, głównie na jachtach, z rodzicami dzieci poznałem już w końcu lat siedemdziesiątych, w latach osiemdziesiątych i później – byłem


zafascynowany ich dojrzałością. Na naszą WYSPĘ SZCZĘŚLIWYCH DZIECI już w roku 1980 zaokrętowała niespełna dwuletnia Karolinka – córka brata Andrzeja i ... wyrosła na jedną z mądrzejszych kobiet, jakie znam. Moje obawy nie dotyczyły ograniczeń w podróży z dziećmi. Zawsze pragnąłem mieć dzieci, ale długo nie byłem pewien mojej gotowości jako rodzica. Prowadziłeś w Polsce z braćmi firmę, dobrze Wam szło i nagle podjąłeś decyzję o powrocie na „Wyspę Szczęśliwych Dzieci” z całą rodziną. Długo rodził się w twojej głowie ten pomysł? Rejs dookoła świata marzył mi się odkąd WYSPA istnieje. W latach dziewięćdziesiątych patriotyzm sprowokował nas do otwarcia biznesu również w Polsce. Chyba nie był to dobry pomysł – straciliśmy całe przywiezione pieniądze, które wystarczyłyby nam wszystkim do spokojnego żeglowania przez następne kilkadziesiąt lat. Do dzisiaj mam uczulenie na słowo „patriotyzm”. Po urodzeniu się Nel byłem zafascynowany życiem rodzinnym. Na każdy dłuższy wyjazd zagraniczny zabierałem dziewczyny ze sobą. Jakich argumentów trzeba użyć, żeby przekonać rodzinę o słuszności swojej decyzji? One lubiły podróżować. Ania – matka moich dzieci przyspieszała do wyjazdu. Dusił nas system. Czyli miałeś tę komfortową sytuację, że najbliżsi Cię wspierali. A co z dalszą rodziną? Ciężko mi uwierzyć, że wszyscy tak łatwo zaakceptowali pomysł rejsu z dziećmi. Nie winili Cię, że starasz się spełniać swoje ambicje kosztem dzieci? Moi bracia i siostra popierali zawsze to wszystko co jednemu z nas przyniesie szczęście. Babcia od strony matki dzieci miała wątpliwości wynikające bardziej z pobudek egoistycznych – chciała mieć wnuki i córkę przy sobie. Narodziny Noe uzmysłowiły mi, że jeżeli wydaje się dzieci na świat, to po to, aby zajmować się nimi maksymalnie. Wychowywać po swojemu. Czerpać radość z ich dzieciństwa dopóki są małe. Dzieci to nie warzywka, czy kwiatki, które wystarczy podlewać. Zdaję sobie sprawę jak dużo wartości wynosimy z domu. Ale również jak szkoła, czy ulica (piaskownica) potrafią zdeformować i zniweczyć wysiłki, nawet najlepiej wychowanych, a zapracowanych rodziców. Chciałem żeby moje dzieci miały oczy otwarte na Świat. Żeby

75


umiały docenić inność, pod względem religijnym i kulturowym. Były tolerancyjne. Umiały prawidłowo oceniać, a nie ulegały modom i demagogiom. Były otwarte na przyjaźń. Realnie szanowały naturę bez ekologicznych sloganów. Pragnąłem, aby wyrosły na dobrych ludzi. Znałem tylko jedną drogę – ruszyć w drogę. Podróże otwierają oczy i serca. Wtedy podjąłem ostateczną decyzję – skromne życie, ale wolność! Wasza przygoda miała trwać początkowo 3 lata. Miałeś wszystko dokładnie zaplanowane, co i gdzie chcecie robić przez ten okres? Absolutnie NIE planowaliśmy co i gdzie chcemy robić! Wypływaliśmy w wielką niewiadomą podróż. Chcieliśmy odmienić nasze życie. Poruszać kijem w mrowisku, żeby działo się coś nowego. Aby nie zagościła obojętność między nami. I nasze dzieci miały obok siebie dwoje rodziców. Widziały nas szczęśliwych. A przede wszystkim były szczęśliwe na swojej WYSPIE. Jest to o tyle istotne, że osoby, które się boją podjąć wyzwanie myślą, że trzeba mieć wszystko dopracowane w każdym szczególe, że jak nie będą znać adresu szpitala w każdym miejscu, do którego chcą pojechać, to stanie się tragedia. Tym osobom polecam biura turystyczne, one „powinny” mieć wszystko dopracowane za nich. Dla prawdziwego podróżnika najważniejsza jest przygoda, a tej nie zaplanujesz. Będąc odłączonym od lekarzy i innych specjalistów zaczynamy interesować się swym organizmem, reagować na zmiany chorobowe i likwidować przyczyny, a nie skutki. Pomocnym jest błogosławione słońce i świeże powietrze. Zaczynamy leczyć siebie i innych. Reperować, a nie zlecać innym. Stajemy się bardziej aktywni i zaczynamy mocniej wierzyć w siebie – czy to nie najlepsza terapia?!

76


Kiedy słyszę od kogoś, że w zasadzie to już wszystko ma, już wiele wie, ale chyba nie wszystko, to najpierw odpowiadam delikatnie, że jak już będzie wszystko wiedział na temat swojej podróży, to po co w nią ruszać. Później odsyłam do tomu pierwszego WYSPY SZCZĘŚLIWYCH DZIECI, aby zobaczył w jakich warunkach przygotowywali ekspedycję i podróżowali Bracia Ludwińscy. Ten rejs stał się waszym życiem. Pełnym codzienności mimo niecodziennych warunków. Nie wszystko było sielanką. Po 8 miesiącach twoja żona wróciła do Polski, zostałeś sam z córką. Ryzykowałeś wtedy bardzo dużo – rozpad swojej rodziny, rozłąkę z synem, a mimo to podjąłeś ryzyko. Aż tak bardzo nie chciałeś wracać do Polski? Anna z Afryki leci do Polski na wakacje i ... żąda separacji. I ja lecę do Polski, nie chcę kontynuować podróży bez nich. – Tatuś nie może być sam. Ja wracam z Tatusiem na nasz Jachcik – decyduje siedmioletnia Nel. Rozłąka wydaje nam się lepszym wyjściem. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że separacja rodziców jest mniejszym złem, niźli separacja rodzeństwa. Moja tęsknota za synkiem, a Nel za braciszkiem i Mamą były najtrudniejsze do zniesienia. Twój syn i żona dołączyli do was ponownie po 2 latach, ale twoja żona została z wami tylko 1,5 roku. Po czym na kolejne 5 lat zostałeś sam z dwójką dzieci. Było łatwo się przystosować do nowej rzeczywistości – 1 + 2? Dzieciom nie brakowało mamy?

77


Fizycznie łatwiej, psychicznie gorzej. Nel od razu przejęła rolę „matki zastępczej” dla Noe. A rodzicielka stała się „matką wirtualną”, kontaktowaliśmy się z nią przez Internet i telefon. Dwójka dzieci na stałym lądzie potrafi doprowadzić do zawrotu głowy. Jak się dba o bezpieczeństwo w takiej podróży? Morze i jacht to bezpieczne miejsca, im bliżej lądu, to niebezpieczniej, a najgorzej w dużych aglomeracjach, gdzie są samochody i wirusy. Ja dostrzegam kilka rzeczy, które potencjalnie mogą być równie niebezpieczne, co przebywanie w dużych miastach. Choroba, odwodnienie, brak dostępu do lekarza, możliwość wypadnięcia za burtę, sztorm itd. Rozumiem, że np. dzieci chodziły w szelkach albo mieliście zapas leków na większość chorób? W dużych miastach zagrożenia nie zależą od nas. Na pokładzie jachtu trzeba być konsekwentnym. Morze i ściśle określona powierzchnia jachtu wyznaczają granice zagrożenia. Nie potrzeba stosować zakazów czy nakazów. Dzieci same widzą, czują i respektują. Na pełnym morzu nosiliśmy szelki i kamizelki ratunkowe. Na kotwicy z prądem pływowym lub rzecznym wypuszczaliśmy za rufami pływającą linkę. Dzieci były w kamizelkach a zwisająca drabinka pozwalała się wdrapać z wody na pokład. Jak wspomniałem leczyłem siebie i praktykowałem na braciach (do dzisiaj mi to wypominają) i Afrykańczykach podstawowe zabiegi. Poznałem lekarstwa na groźne przypadki konsultując wszystko ze specjalista-

78


mi. Podstawowym leczeniem moich dzieci zajmowałem się sam od dawna jeszcze w Polsce. A na jachcie prawie w ogóle nie chorowały. Mimo to mieliśmy zawsze duży zapas wszelkich medykamentów. Podróżowaliście w sumie przez 9 lat. Twoja córka, jak skończyliście rejs miała 15 lat, a syn blisko 10. Ile czasu spędziliście łącznie na wodzie w odosobnieniu, zdani tylko na własne towarzystwo? Najdłuższe przeloty bez lądu były trzytygodniowe, ale dzieci miały swój świat i nie chciały płynąć na ląd całymi tygodniami, tylko Tatę samego wysyłały po zakupy. Miały swoją naukę, książki, gry, zabawki, komputery, filmy w oryginalnych językach, wędki, kajak, żaglówko-motorówkę, basen wokół, podwodny świat do nurkowania, przybrzeżny do słuchania, delfiny do igraszek, wielki pokład katamarana do biegania z takielunkiem do „wścieklizn” wszelkich. Słyszałeś często – „Tato nudzi mi się”? Nigdy w podróży, dopiero po powrocie do Polski. Stałeś się dla swoich dzieci przyjacielem, matką, nauczycielem, wzorem, a jednocześnie byłeś ojcem i kapitanem. Da się łączyć tyle funkcji? Da się, ale pod bardzo dużym ciężarem odpowiedzialności stawiałem sobie ustawicznie pytania, czy te funkcje wykonuję najlepiej jak można.

79


Często jest tak, że po jakimś czasie z podróży nie jesteśmy sobie w stanie przypomnieć miejsc, które odwiedziliśmy. Pamiętamy za to emocje i sytuacje jakie nam towarzyszyły. Rozumiem, że wrażeń wam nie brakowało, ale co najbardziej utkwiło Ci w pamięci? Mam dobrą pamięć – nie zawsze z tym wygodnie. Na szczęście tych cudownych chwil było zdecydowanie więcej. Jednak tak dużo, że wydaje mi się niemoralnym wyróżnić coś „najbardziej”. Wielka też jest rozpiętość emocji i różnorodności sytuacji, chociażby przykładowo: miejsca odwiedzane po kilkudziesięciu latach, przyjaźnie zawierane po drodze, przeurocze kotwicowiska na Markizach, balet ogromnych płaszczek na Tuamotu, uczynni mieszkańcy Nowej Zelandii, barwne koralowce na Palau, Wysepki Tajlandii, Sztorm na Kanale Mozambickim, wszechobecne zwierzęta w Botswanie, wodospady Wiktorii, fosforyzujący Ocean na wysokości Gambii, bliska łączność z delfinami, uśmiech zasmarkanego dziecka, itp. Jakbyś mógł zrobić coś inaczej, podjąć inną decyzję w czasie rejsu, co by to było? Niekończenie rejsu. „Wyspa” wydaje się być dla Ciebie wszystkim. Dla kogo powrót na ląd okazał się trudniejszy, dla Ciebie czy dzieci? WYSPA była naszym domem, a w Polsce koczujemy. Ja po powrocie nie zaadaptowałem się do tej pory, a dzieci już mają dość bycia w jednym miejscu.

80


Dostrzegasz, że twoje dzieci zyskały na tej podróży życia? Starałeś się im wpajać jakieś szczególne wartości? Wierzę, że to była tylko ich pierwsza podróż. Nauczyły się języków obcych, tolerancji, właściwego systemu wartościowania i zyskały te wszystkie wartości, o których mówiłem na początku. A Tobie co dał ten rejs? Ten rejs dał mi poczucie dobrze spełnionego obowiązku rodzicielskiego. Czyli jednak obawy, o których rozmawialiśmy na początku okazały się być całkowicie nieuzasadnione. Liczysz się z tym, że twoja córka albo syn jak będą dorośli przyjdą i powiedzą Ci – „Tato, wyjeżdżam na długo”. I liczę też, że dodadzą: – „Pakuj wór, ruszasz z nami!” To chyba największe z możliwych wyróżnień dla rodzica, kiedy dziecko, choćby i miało kilkadziesiąt lat uważa nadal, że czas spędzony z ojcem i/lub mamą to może być świetny czas. Po tym co widzieliście, przeżyliście, o czym teraz marzysz? O jednym. Żeby tamto życie powróciło.


„JESTEŚCIE NAPRAWDĘ ODWAŻNI”

Spakuj dzieciaka do plecaka i ruszaj przed siebie. To zdanie Agnieszka i Robert zamieniają w czyn i dzielą się przemyśleniami na łamach skromnego bloga: gdziejestmaluch. pl. Pasjonaci podróży z Wieliczki w klasycznym składzie 2+2 pokazują jak można wspólnie z pociechami przemierzać świat. Ich syn Łukasz nim skończył rok odwiedził daleką Azję, a młodszy Filip nie pozostał dłużny i tułał się z rodzicami i bratem 5 miesięcy po Australii i Oceanii.

Nie tak dawno temu, na jednym z nowozelandzkich kampingów kolejna zdziwiona osoba widząc jak wychodzimy z namiotu z dwójką dzieci zapytała – “Czy podróżowanie z dziećmi różni się od podróżowania bez dzieci?” Odparliśmy bez wahania – “Tyle samo, co życie z dziećmi i bez nich”. Bo tak na prawdę dla nas różnica polega tylko i aż na tym. Od kiedy mamy dzieci, to nie zastanawiamy się czy czegoś razem nie da się zrobić, tylko jak (chociażby ze względu na ich potrzeby) najlepiej się do tego przygotować.

Tekst: Robert Sermak gdziejestmaluch.pl


Skoro więc podróż z dzieckiem dla wielu to wyczyn ekstremalny i raczej odradzany, to czy podróż z dwójką dzieci i więcej to wyczyn podwójnie ekstremalny? Będąc obecnie w pięciomiesięcznej podróży z dwójką urwisów (3 lata i 10 miesięcy) mieliśmy wiele sytuacji kiedy sami się nad tym zastanawialiśmy. –“Nie boicie się?” – “Oczywiście, że niektórych rzeczy tak, ale najważniejsze jest, żeby się dobrze przygotować”. Taka wymiana zdań była bardzo częsta, jak mówiliśmy komuś, że planujemy wyjechać na pięć miesięcy z niespełna 3-latkiem i 7-miesięczniakiem. Myślimy jednak, że najtrudniejszy test naszej odwagi zdaliśmy dwa lata wcześniej, podczas trzymiesięcznej podróży po Azji południowo-wschodniej, z Łukaszkiem – naszym pierwszym synem. To był pomysł na zakończenie urlopu rodzicielskiego. Wtedy nauczyliśmy się, że dziecko może być towarzyszem wspólnych wyjazdów, a nie tzw. kulą u nogi. Uśmiechnięty niemowlak na rękach jest często przepustką otwierającą drzwi w domach lokalnej ludności. To również wspaniały czas codziennej obserwacji rozwijającego się małego człowieka, który na długo pozostaje w pamięci i dla nas jest szczególnie cenny. Nie dziwi więc fakt, że pierwszą naszą reakcją po zobaczeniu po raz drugi dwóch kresek na teście ciążowym było pytanie – to gdzie pojedziemy tym razem? Dla nas dzieci nie są ograniczeniem w podróży, one dosłownie “fundują” nam realizację najśmielszych podróżniczych marzeń. Niewątpliwie podróżujący rodzice, gdy pojawia się kolejne dziecko mają już większą wprawę zarówno w opiece nad pociechą, jak i w przygotowaniach do wyjazdu. Niestety mają też mniej czasu, zwłaszcza na spokojne czytanie przewodników, obmyślanie trasy czy dokonanie niezbędnych rezerwacji. Same przygotowania dużo nie różnią się od siebie gdy masz jedno, dwójkę czy więcej dzieci. Różnica dotyczy jedynie tego, czy planowany nocleg lub środek transportu pomieści całą rodzinę. Z jednym maluchem pod pachą nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy, z dwójką czasem wymagało to dodatkowego zapytania. Spotkaliśmy się rów-

83


nież z odmową udzielenia nam noclegu właśnie przez fakt posiadania dwójki dzieci. Zdarzyło się również, że musieliśmy zapłacić za jedno z nich pomimo, że dzieci do lat czterech nie były objęte opłatą (o ile przyjeżdżasz z jednym). Sposób przygotowań oraz ilość i różnorodność zabranych w podróż rzeczy ściśle uzależnione jest od wieku dzieci. W przypadku kilkumiesięcznej podróży musieliśmy przygotować się, że dzieci wyrosną z zabranych z Polski ubrań, zwłaszcza niemowlak. Innym aspektem przygotowań, który okazał się dla nas wyjątkowo trudny były szczepienia. Z jednej strony niemowlak nie może być na większość chorób zaszczepiony, co trzeba uwzględnić wybierając cel podróży. Z drugiej strony starsze dziecko można zabezpieczyć niemalże jak dorosłego. Co jednak zrobić gdy dzieci na przemian chorują zarażając się wzajemnie i nie można doczekać się dogodnego momentu na szczepienie? Z tego względu ten etap naszych przygotowań ciągnął się miesiącami.

84


Czy z dziećmi da się cokolwiek zobaczyć? Dla nas ważne jest najpierw zaobserwowanie, a później odpowiednie wykorzystanie rytmu dnia naszych dzieci. W podróży często jest on inny niż ten w domu, dlatego uczymy się go wzajemnie od nowa za każdym razem gdy wyjedziemy. Podróżując z dwójką dzieci trudność polega na synchronizacji i adaptacji do nowych warunków. Niestety nie zawsze się ona udaje i jest bezstresowa. Nam to zabiera czasem nawet dwa tygodnie. Jest też i wspaniała zaleta ruszenia w ekscytujący świat z dwójką dzieci. Są one dla siebie towarzyszami zabaw i wspólnego odkrywania, dając choć chwilę wytchnienia rodzicom. Trzeba przyznać, że nie wszędzie podróżowanie z dzieckiem odbierane jest za wyczyn ekstremalny lub lekkomyślny. Spotkaliśmy wiele par, które w taki właśnie sposób chcą pokazać swoim pociechom inną cześć świata, kulturę czy języki. Jednak podróżowanie z większą liczbą dzieci nie jest już takie popularne i wzbudza zainteresowanie, ciekawość i nierzadko kwitowane jest zdaniem – “You are so brave” (Jesteście naprawdę odważni). Sami pamiętamy jak dwa lata temu wysiadając, z naszym niespełna rocznym synkiem, z promu na jedną z pięknych tajskich wysp, widzieliśmy parę z czwórką dzieci. Pomimo że wtedy podróżowaliśmy z maluchem, widząc taki obrazek czuliśmy jednocześnie zdumienie i nie lada podziw, że nawet z czwórką można! Teraz sami wiemy, że przynajmniej z dwójką nie tyle że się da, co nie ma nawet dużej różnicy. No może poza opanowaniem logistyki na wyższym poziomie, trochę cięższym bagażem i lżejszym portfelem, ale kolejną okazją do nietuzinkowego wspólnego przeżycia urlopu rodzicielskiego.

88


Twórcy Karolina Szymańska Mariusz Zielonka Redakcja To the moon and back moonandback.pl hello@moonandback.pl Współpraca owlpr@owlpr.pl Redakcja i korekta Mariusz Zielonka Karolina Szymańska Grafika i DTP Marek Łomacz, marfolio.pl

Żaden z publikowanych artykułów nie może być w jakikolwiek sposób powielany bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy i autorów.


www.moonandback.pl

To The Moon And Back  

Issue No 2/16

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you