Page 1


WSTĘP Każdy z nas ma w swoim życiu taki mały księżyc, na którym chciałby zamieszkać. Miejsce, do którego się tęskni, o którym się marzy, i do którego chce się powrócić, gdy chociaż raz się tam było. Dla nas takim księżycem jest podróż – czas, w którym jesteśmy na 100% razem. Razem budzimy się i zasypiamy, razem oglądamy wschody i zachody słońca, mokniemy w środku lasu i gapimy się w rozgwieżdżone niebo na pustyni. Obserwujemy, jak nasza córka stawia pierwsze kroki pod islandzkim wulkanem, chowa się przed zimnym bieszczadzkim wiatrem i zachwyca się chilijskim skorupiakiem, którego nazwy nie potrafimy zapamiętać. Jak zbiera piękne i różnorodne doświadczenia do swojego małego plecaka. A my codziennie uczymy się naszego dziecka na nowo. Wiemy, że takich jak my jest dużo więcej – rodziców, którzy te swoje mniejsze i większe księżyce chcą pokazać swoim maluchom. Mam i ojców, którzy mimo tego, że boją się jak ich dziecko zniesie swój pierwszy lot samolotem lub czy w hostelu na końcu świata nie będzie problemu z zasypianiem, podejmują decyzję o wyjeździe. Pierwsze razy są najtrudniejsze, dlatego często zaczynamy od małej wycieczki niedaleko domu, potem organizujemy wyprawę na drugi koniec kraju, a kończymy na innym kontynencie – otoczeni nieznanymi zapachami, krajobrazem i kulturą. Zmęczeni, ale szczęśliwi, ze wspólnymi wpomnieniami i rozbudzonymi marzeniami, które zostają na całe życie. A po powrocie, gdy minie już trochę czasu od wyjazdu, budzimy się w środku nocy, rozmyślając nad tym, dokąd następnym razem. Bo podróżowanie wciąga – kto raz odnajdzie swój księżyc, na pewno będzie chciał na niego wrócić. I to jak najszybciej.

Pięknych podróży i jeszcze piękniejszych wspomnień! Karolina Szymańska & Mariusz Zielonka ourlittleadventures.pl

1


SPIS TREŚCI 4

BY BYĆ LEPSZYM RODZICEM Tekst: Ola Wysocka

10

STRACH MA WIELKIE OCZY Tekst: Monika Pawłowska-Radzimierska

18

PIERWSZA PODRÓŻ MAKSA Tekst: Natalia Sitarska

22

PODRÓŻ PRZEZ ŻYCIE Rozmowa z Joanną Nowak

28

SZALEŃCY JEŻDŻĄ DO SZKOCJI Tekst: Sonia Pańta

32

RAZEM W TYM SAMYM KIERUNKU Tekst: Anna Szefler

36 ISLANDIA Zdjęcia: Katarzyna Adamczyk-Tomiak i Piotr Tomiak 46

WYPRAWA W HIMALAJE Tekst: Dominika Ojczyk

52

WULKAN ENERGII NA POŁUDNIU EUROPY Tekst: Katarzyna Kuśmierz

56

PODRÓŻ POPRZEZ SŁOWA Tekst: Natalia Tokarczyk

64

BO ROWEREM KAŻDY MOŻE Tekst: Ola Pająk-Gałęza

3


BY BYĆ LEPSZYM RODZICEM – Podróżujecie z dziećmi? Jak wy to robicie? My byśmy nie potrafili/nie odważyli się/ itp. – słyszymy często. Zdradzimy Wam sekret: nawet my kiedyś byliśmy początkujący.

Ola, Paweł, Maciek i Kalina. Blogująca rodzina podróżników. Nie lubią zimy i kiedy tylko mogą przed nią uciekają. Sercem i myślami są ciągle w podróży kamperem po USA. Razem odwiedzili m.in. Tajlandię, Laos, Kambodżę, Dominikanę, Libię. Na co dzień można ich znaleźć w Warszawie – prowadzą podróżniczo-rodzinną klubokawiarnię Cafe 8 stóp na warszawskiej Pradze Północ.

Maciek urodził się w sierpniu 2009 roku. Nie obyło się bez przygód. W pierwszą podróż, zamiast do domu, wyruszył do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie spędził dwa tygodnie. Na szczęście potem poszło już gładko – przynajmniej dla niego. Jadł, spał, jadł, spał, czego więcej chcieć od życia? Tymczasem ja, jego świeżo upieczona rodzicielka, nie znosiłam nowej sytuacji najlepiej.

Tekst: Ola Wysocka osiemstop.pl


Ci, którzy mają dzieci wiedzą, że pierwsze 3-4 miesiące są dość trudne. Owszem, są mamy, które z radością spacerują po parku w towarzystwie innych mam, porównując wielkość i kolor kupy, czy biegają z zajęć na zajęcia, od początku dbając o rozwój swojego maleństwa. No cóż, ja nie byłam jedną z nich. Nowa sytuacja zdawała się mnie przytłaczać. Gdy na domiar złego przyszła jesień, wyjątkowo ciemna i zimna tego roku, mój świat stał się równie szary i smutny, co niebo za oknem. Jesień zawsze wpływała na mnie depresyjnie, ale w połączeniu z notorycznym niedospaniem i frustracją młodej (stażem) matki, stała się ciężarem nie do zniesienia. Postanowiliśmy więc zrobić to, co zawsze robiliśmy o tej porze roku: wyjechać. Rozważyliśmy nasze potrzeby i możliwości: wiadomo było, że chcemy jechać gdzieś, gdzie jest jaśniej i cieplej, ale też nie mając zbyt dużego doświadczenia i nie czując się jeszcze do końca pewnie w nowej roli, wiedzieliśmy, że musimy wybrać miejsce, w którym będziemy mieli poczucie bezpieczeństwa. Wybór ułatwiło nam zaproszenie od zaprzyjaźnionych Amerykanów, nauczycieli w szkole amerykańskiej, niegdyś w podwarszawskim Konstancinie, a w tamtym trudnym dla nas czasie, w Izraelu. W ich domu pod Tel Awiwem czekał na nas pokój gościnny, samochód do naszej dyspozycji, i przede wszystkim, dwie przyjazne dusze obeznane z realiami kraju, i co ważne, będące rodzicami dwójki dzieci. Wiedzieliśmy, że w razie jakichkolwiek problemów możemy na nich liczyć. Zaopatrzeni w plecak pełen mleka (Maćkowi chwilę wcześniej zdiagnozowano skazę białkową, więc przeszliśmy na karmienie sztucznym pokarmem), butelek, pieluch i wielu innych, jak nam się wtedy wydawało niezbędnych akcesoriów, wraz z 4-miesięcznym Maćkiem, wylądowaliśmy na lotnisku Ben Gurion. Jak na pierwszy raz przystało, w naszej pamięci wyjazd ten jest bardzo wyidealizowany, podczas gdy w rzeczywistości byliśmy potwornie spięci i zestresowani. Zaliczyliśmy też kilka dość spektakularnych wpadek. Przede wszystkim okazało się, że grudzień w Izraelu przypomina trochę grudzień w Libanie, w którym byliśmy kilka lat wcześniej – było dość chłodno i deszczowo. Bez trudu więc zafundowaliśmy Maćkowi jego pierwsze przeziębienie. Z tym zresztą wiąże się dość zabawna anegdotka (teraz zabawna, wtedy utwierdziła nas w przekonaniu, że jesteśmy najgorszymi rodzicami świata). Otóż na przeziębienie kupiliśmy Maćkowi syropek, który dodawaliśmy mu do mleka. Wtedy jeszcze nam się wydawało, że butelki po mleku należy starannie wyparzać po każdym użyciu, i nie wy-

5


obrażaliśmy sobie użycia do przygotowania pokarmu innej wody niż kupnej butelkowej (z perspektywy drugiego dziecka jesteśmy zdania, że butelki najlepiej płucze się pod kranem, a co do wody, to wystarczy, że nie jest z kałuży). Po kilku dniach podawania syropku zauważyliśmy, że butelki zaczęły wydawać dziwny, landrynkowy zapach. Czyżby syrop…? Nie pomogło kilkukrotne wyparzanie po każdym karmieniu. Ba, dwa dni po odstawieniu syropku zapach był jeszcze intensywniej landrynkowy. W końcu, zupełnie przypadkiem, powąchaliśmy… wodę! Tak! Z wielu podobnych butelek wody na półce sklepowej bezbłędnie udało nam się wybrać właśnie tę smakową. Mimo tych przygód udało nam się całkiem sporo zwiedzić. Spędziliśmy kilka dni szwendając się po Jerozolimie, odwiedziliśmy Betlejem i Jerycho, byliśmy w Nazarecie i Hajfie, dotarliśmy do uroczego miasteczka Sefad, obejrzeliśmy dwa miejsca chrztu Chrystusa, choć to mniej popularne bardziej oczami wyobraźni, bo zlokalizowane jest na terenie wojskowym. Co ciekawe, tę „turystyczno-krajoznawczą” część naszego wyjazdu postrzegaliśmy zupełnie naturalnie, nie sprawiała nam ona żadnego trudu. Tak jak w Warszawie zdarzało nam się zapakować Maćka w samochód czy autobus i pojechać do znajomych lub na zakupy, tak też w Izraelu wsiadaliśmy w samochód czy pociąg i jechaliśmy na całodzienny spacer. Okazało się, że jak się człowiek umie zająć dzieckiem w domu, to poradzi sobie również na wyjeździe. Inna sprawa, że my się dopiero naszego dziecka uczyliśmy. Teraz pukamy się w czoło, ale wtedy mieliśmy jeszcze dość sztywne wyobrażenie o rodzicielstwie: dość powiedzieć, że ogromnym odkryciem jakieś 2 miesiące (!) po porodzie było dla mnie uświadomienie sobie, że zamiast każdorazowo walczyć z fotelikiem samochodowym, mogę dziecko wziąć na ręce i po prostu zanieść je z samochodu do domu.

6


Zarywanie drzemek, zapominanie o karmieniu (raz Maciek się nie upominał przez cały dzień – zorientowaliśmy się pod wieczór, że nie karmiliśmy go chyba z 8 godzin, a on, skubany, nawet nie pisnął!) – wszystko to wtedy potwornie nas przerażało, ale to właśnie ten wyjazd, te „wpadki” pozwoliły nam zrozumieć, że dziecko to nie komputer w serialu „Lost. Zagubieni”, do którego co 108 minut trzeba wpisać określoną kombinację cyfr, żeby uratować świat. Że jak sobie damy na luz, to nic się nie stanie, jak raz odpuścimy wieczorną kąpiel, to świat się nie zawali, jak nie nakarmimy co 3 godziny z zegarkiem w ręku, to raczej nam dziecko z głodu nie umrze, najwyżej da znać, że jest głodne, że milion akcesoriów, który wzięliśmy ze sobą, wcale nie jest potrzebny, że przewinąć da się w bagażniku samochodu, a wykąpać w umywalce. I wreszcie, że czasem warto zadbać o własne potrzeby po to, żeby być lepszym rodzicem. Bo wiadomo: sfrustrowany rodzic to sfrustrowane dziecko. Z Izraela wróciliśmy po miesiącu z dużo większą pewnością siebie, wypoczęci i wreszcie szczęśliwi – naprawdę szczęśliwi – że jesteśmy rodzicami. Chyba dopiero tam zaczęliśmy postrzegać Maćka jako pełnoprawnego członka naszej rodziny, a nie jako powierzone naszej opiece jajko, które w każdej chwili może się stłuc. Po powrocie z Izraela przez kolejny rok kursowaliśmy między pracą w libijskim Trypolisie


a Warszawą, jeździliśmy też już bez większych przygód po Europie – byliśmy na Malcie, we Włoszech, Szwajcarii, Anglii. Pewnego dnia znaleźliśmy super ofertę na przeloty na Dominikanę. Jedyną wadą był termin – bilety trzeba było kupić z rocznym wyprzedzeniem. Nic to, bardzo chcieliśmy wreszcie wyjechać gdzieś dalej, a cena była tak przekonująca, że nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Dwa dni później okazało się, że będziemy potrzebować czwartego biletu. Gdy nadszedł moment wyjazdu Kalina miała 3 miesiące. Nie myślcie, że się nie wahaliśmy. Rozważaliśmy wszelkie za i przeciw, w końcu lot na drugi koniec świata to nie bułka z masłem, w dodatku kto wie, co nas tam czeka, a jeszcze Kalina przez pierwsze 3 miesiące życia nie była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Jej działalność skupiała się głównie na wyciu. Wiecie, takie dziecko, co jakby było pierwsze, to by zostało jedynaczką. Postanowiliśmy jednak polecieć. Poprzednie trzy lata pomogły nam pozbyć się wszelkich irracjonalnych lęków, a na te realne mieliśmy rewelacyjne ubezpieczenie medyczne z firmy, w której wtedy pracowaliśmy. Najgorsze co mogło nas spotkać, to miesiąc na karaibskiej plaży w towarzystwie rozwrzeszczanego bachora.

8


I to był strzał w dziesiątkę. Najdłuższy chyba przelot w naszym życiu z międzylądowaniem-niespodzianką w haitańskim Port Au Prince Kalina w całości przespała, po czym zaczęła przesypiać całe noce i non stop się uśmiechać. Nie wytrącił jej z równowagi nawet huragan Sandy, który pod koniec naszego pobytu odciął nam drogę na lotnisko w Santo Domingo, przez co spóźniliśmy się 3 dni na samolot. A my, dużo bardziej zrelaksowani niż 3 lata wcześniej w Izraelu rozkoszowaliśmy się urokami wyspy – plażami, wodospadami, piña coladą (niektórzy w wersji virgin). Udało nam się nawet polatać na paralotni! Był to jeden z lepszych wyjazdów naszego życia.

Podróże z dziećmi to nie fizyka kwantowa. To coś, co każdy rodzic, o ile potrafi wybrać się z dzieckiem na spacer do parku, jest w stanie zrobić. Oczywiście warto mierzyć siły na zamiary. Jeśli nigdy nie wyjeżdżaliście dalej niż do Radomia, nie jedźcie w pierwszą podróż z maluchem do Chin. Jednak jeśli podróżowanie nie jest Wam obce, a serce ciągnie w świat, nie pozwólcie, by dziecko stało się dla Was ograniczeniem – weźcie je ze sobą. Będziecie robić to, co kochacie, spędzicie ten czas razem, i kto wie, może wychowacie małego podróżnika!

9


STRACH MA WIELKIE OCZY Monika podróżuje od czasów studenckich. Do tej pory zwiedziła ponad 40 krajów i była na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Od 20 lat podróżuje rodzinnie, z mężem i dziećmi, często także z przyjaciółmi, którzy dołączają do wspólnych wypraw.

Często ludzie pytają nas, jak to się stało, gdy zdecydowaliśmy się pierwszy raz jechać na wyprawę z dzieckiem. W naszym przypadku sytuacja była bardzo prosta. Oboje zawsze lubiliśmy wyjeżdżać. Przy czym zaczynaliśmy, pewnie jak większość Tekst: rodziców, najpierw od różnych rejonów Monika Pawłowska-Radzimierska Polski oraz Europy. Nigdy nie spędzaliśmy czasu statycznie, bo żadne z nas tego nie lubi. Gdy Szymona nie było jeszcze na świecie, a towarzyszyła nam tylko kilkuletnia wówczas córka Alicja, nawet wyjazdy zorganizowane (na które oczywiście również jeździliśmy w tamtym czasie), kończyły się naszym odłączeniem się od grupy i zwiedzaniem na własną rękę.


W Tunezji na przykład, która była i jest jednym z podstawowych kierunków wycieczek zorganizowanych (my też właśnie na takiej byliśmy), wypożyczyliśmy samochód i przejechaliśmy ponad 4000 km. Nigdy nie mieliśmy jednak śmiałości pomyśleć, że możemy sobie sami zorganizować taki wyjazd. Nie wywodzimy się z grupy ludzi, którzy od czasów młodości podróżują, a następnie w sposób naturalny, kiedy pojawia się dziecko, zaczynają podróżować z nim. Byliśmy dokładnie tacy sami, jak większość. Tak dalekie kraje jak Kambodża, Laos, Birma, Argentyna, czy Etiopia wydawały nam się nieosiągalne – zarówno cenowo, jak i organizacyjnie. Mieliśmy jednak dużo szczęścia, ponieważ poznaliśmy człowieka w naszym wieku, który w młodości zjeździł na własną rękę pół świata. I to on zabrał nas w pierwszą samodzielną podróż. Dzięki, Rafał! Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzicie w domu, jest już północ, a Wy musicie jeszcze ogarnąć milion rzeczy. Nagle dostajecie telefon: – Słuchajcie, są tanie bilety do Bangkoku na lato. Jedziecie z nami na wyprawę do Tajlandii, Malezji i Singapuru? Po prostu nas zamurowało. Odpowiedziałam, że musimy to przemyśleć – Szymon miał wtedy niewiele ponad roczek! W odpowiedzi usłyszałam, że mamy tylko pół godziny na decyzję, bo potem może być problem z kupieniem biletów w tej cenie. Po chwili ciszy wyjąkałam: – A co z dziećmi? – Oczywiście jadą z nami!, odpowiedział mi wyraźnie radosny Rafał. Decyzja zajęła nam 10 minut – wiedzieliśmy, że trzeba spróbować! Schody zaczęły się później, bo w ciągu tych 10 minut nie mieliśmy czasu, żeby o tym pomyśleć. Zapewne znacie te wszystkie obawy: a gdzie ja go położę, jak będzie chciał spać w ciągu dnia, przecież nie uśnie jak nie będzie miał zasłoniętych żaluzji, a jak będzie głośno to w ogóle bez szans, a co jak nie będzie chciał jeść tamtejszego jedzenia, nie wiem nawet czy mają tam słoiczki, pampersy. A jak zachoruje, to przecież trzeci świat, co ja zrobię, itp. Czyli całkiem naturalne lęki każdego rodzica, który nigdy wcześniej nie wyjeżdżał w tak egzotyczną podróż.

11


Przygotowywaliśmy się długo i dokładnie, czytaliśmy tysiące blogów, forów, opinii, itp. Opracowywaliśmy trasy i…. już na tym etapie bawiliśmy się fantastycznie, choć duuuużo mniej spaliśmy. Aż w końcu przyszedł ten dzień – my z 1,5 rocznym Szymonem i 12-letnią Alicją oraz nasi znajomi z 2-letnim Wojtusiem i 12-letnim Jankiem – ruszyliśmy na podbój dalekiego i dzikiego (jak się nam wydawało) świata! Pierwsze mity związane z lękami podróżniczymi padły już w samolocie. Szymon okazał się być niezwykle zainteresowany wszystkim, co się wokół niego działo, a jak zaczynał się nudzić, wyjmowaliśmy kolejne małe zabawki podróżne, z których miał wielką radochę. Po 2-3 godzinach lotu nasze dziecko po prostu usnęło i przespało kolejnych 7, w odróżnieniu od nas, którym adrenalina spać nie pozwalała. O 4 rano wylądowaliśmy w Bangkoku, a o 5 byliśmy na Khao San (teraz naszej ukochanej ulicy). Sprawdźcie, to taka backpakerska ulica, gdzie przewijają się setki młodych ludzi i na pewno nie jest tam cicho. Nasi mężowie poszli szukać hotelu (był tak mały, że nikt go nie znał), a my zostałyśmy z dziećmi i bagażami na ulicy. I znów ten lęk: a jak ktoś nas okradnie, a jak porwą nam dzieci. Hmmmm, rzeczywistość była zgoła inna. Ulicą szła właśnie procesja buddyjskich mnichów w pomarańczowych szatach. Szymon i Wojtuś byli nią tak zafascynowani, że natychmiast podbiegli do mnichów i – tego widoku nie zapomnę do końca życia – mnisi głaskali ich po główkach, błogosławili i dali po pieniążku na szczęście, oczywiście przez cały czas przepięknie się uśmiechając. Ten uśmiech na widok naszych chłopców nie schodził z twarzy lokalsów do końca naszej podróży i przy każdym następnym wyjeździe. Wszystkie drzwi stały dla nas otworem, każdy chętnie nam pomagał i zapraszał do siebie, bo w krajach azjatyckich panuje przekonanie, że jak masz dzieci, to znaczy, że wiesz, co jest w życiu ważne.

14


Od razu znajdziesz milion tematów do rozmowy i Azjata może być stropiony tylko jednym…., że masz tak mało dzieci i czy jesteś pewien, że nie chcesz więcej, bo to takie szczęście! A reszta naszych obaw? Prysnęła szybciej niż się spodziewaliśmy. Szymon tego dnia nie chciał spać (w końcu nieźle pospał w samolocie) więc poszliśmy na ruchliwą, pełną przyjaznych twarzy ulicę Khao San. A w drodze powrotnej Szymon na rękach taty po prostu położył głowę i usnął. Żadne trąbienie, krzyki, śpiewy, muzyka nie były w stanie go obudzić. I tak było już zawsze. Jedzenia część wzięliśmy ze sobą, a część kupowaliśmy na miejscu – zawsze i wszędzie znajdziecie ryż, jakiegoś kurczaka, chleb, czy jajko. A zatem również ten problem okazał się jedynie wytworem naszej wyobraźni. Nie zdarzyło nam się, aby Szymon tam zachorował, ale tu byliśmy mocno przygotowani – szczepienia zrobione, leków pełna apteczka – na wszelki wypadek. Ale akurat Tajlandia, Malezja czy Singapur to są kraje wysoko rozwinięte i nie ma tam problemu z ewentualnym leczeniem. Wiedzieliście, że do klinik w Bangkoku przyjeżdżają się leczyć ludzie z całej Europy? Nie dlatego, że taniej, ale dlatego, że lepiej! Nigdy nie widziałam mojego syna wcześniej aż tak szczęśliwego – wszystko było niezwykłe, piękne, cudowne. Zabawki okazały się zbędne, bo na każdym kroku było coś lub ktoś do zabawy – inne dziecko, mnich, miły pan z owocami, patyczek, muszelka, zwierzątko. Szymon nauczył się ciągle uśmiechać – bo tam wszyscy się do Ciebie uśmiechają, jak podróżujesz z dzieckiem. Przeżył tysiące przygód, jeździł na słoniu w dżungli (na którym też usnął), oglądał kolorowe rybki pływające między jego nóżkami na rafie, wspinał się na stare świątynie, jechał tajskim pociągiem, biegał za małpami, łapał świetliki, łaził po dżungli i po plantacjach herbaty,

15


oglądał niezwykłe zwierzęta w najlepszym na świecie zoo w Singapurze i wiele, wiele innych. Jak nie miał siły iść, wskakiwał do nosidła i tam zasypiał na ciepłych plecach swojego taty. A przede wszystkim: zaczął uczyć się tolerancji i otwartości. Czy może być coś lepszego? Wiedza, którą nasz syn nabywa na wyjazdach jest nie do przecenienia. Nie chodzi tu tylko o wiedzę czysto merytoryczną o konkretnych krajach, kontynentach, zwierzętach, roślinach, jedzeniu czy zwyczajach, którą wchłania przez doświadczenie. Szymon nie klasyfikuje ludzi według ich koloru skóry, wiary, wyglądu, niepełnosprawności. Dla niego wszyscy ludzie są tacy sami, mają te same radości, problemy, podobne marzenia – doświadczył tego, słuchał ich i po prostu to wie! Nie musimy uczyć go tolerancji, empatii, wpajać mu chęci niesienia pomocy, pochylania się nad słabszymi na co dzień – mimo swoich 9 lat robi to już teraz, a nauczyły go tego podróże i ludzie tam spotkani. Odruchem zakręca kran przy myciu zębów – bo wodę trzeba oszczędzać (w niektórych krajach jest z nią duży problem), szanuje każde żywe stworzenie i dzieli się jedzeniem, zabawkami, słodyczami (bo doświadczył tego, że dzieci w niektórych krajach bywają głodne). A kiedy miał 8 lat zaczął pisać bloga podróżniczego w dwóch językach! Także Ala, która była już nastolatką, jak zaczęły się nasze wspólne podróże, pokochała nasze wyprawy, ale już tak w pełni świadomie. W czasie podróży poznała znacznie lepiej swojego brata, dla którego na co dzień nie miała zbyt dużo czasu – nastolatki są przecież takie zajęte. Mimo dużej różnicy wieku są przyjaciółmi i kochają się najbardziej na świecie! Ala ma dzisiaj 20 lat i podróżuje ze znajomymi, głównie autostopem. Swoją przygodę ze zwiedzaniem świata dopiero zaczyna. Co będzie robić w przyszłości? Zobaczymy. Na razie studiuje daleko od domu, ale wiem, że mogę być o nią spokojna – jest dobrym człowiekiem i wie, co w życiu jest ważne. Wierzę, że choć w części swoje podejście do życia zawdzięcza naszym podróżom. A my nadal jesteśmy zwykłą rodziną, w której rodzice pracują na etatach, a dzieci się uczą – tyle, że teraz nie wyobrażamy sobie życia bez naszych wypraw. Także zabierajcie dzieci gdzie tylko się da, a będziecie mogli patrzeć, jak Wasze dziecko zmienia świat, a świat zmienia Wasze dziecko.

17


PIERWSZA PODRÓŻ MAKSA Podróżniczka i blogerka mocno zakorzeniona w warszawskiej rzeczywistości. Smakoszka nieustannie poszukująca nowych doznań kulinarnych oraz smaków towarzyszących podróżom. Od sześciu lat podróżuje z partnerem, od czterech z małym Maksem, który pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy. W życiu zawodowym badaczka marketingowa.

Gdy myślę o podróżach z naszym synkiem Maksem, tych „pierwszy razy” było kilka. Pierwsza podróż za Warszawę. Pierwsza podróż zagranicę. Pierwsza podróż samolotem. Pierwsza podróż egzotyczna. Pierwszy długi lot samolotem. Każda z nich oznaczała dla nas coś nowego – kolejny etap w podróżowaniu z dzieckiem. Pierwszą podróż za Warszawę odbyliśmy szybko – Maks miał około 3 tygodni. Był upalny czerwiec, a my zapragnęliśmy skoczyć spontanicznie do Kazimierza nad Wisłą. Zabraliśmy wózek, pieluchy, ubranka i ruszyliśmy! Miejsce bliskie, wcześniej nam znane, wygodne do spacerów z maluchem.

Tekst: Natalia Sitarska tasteaway.pl


Mały Maksio, jak się okazało, był na naszej małej „wyprawie” nawet spokojniejszy i spał w dzień więcej niż w domu. To był dla nas najlepszy znak, że z dzieckiem również możemy podróżować! Nim skończył 2,5 miesiąca, byliśmy w Łodzi, nad morzem i w Krakowie. Postanowiliśmy zatem ruszyć dalej! Planowaliśmy, rozmawialiśmy, pakowaliśmy, aż wreszcie w połowie sierpnia ruszyliśmy na naszą własną objazdówkę po Europie. W podróży spędziliśmy miesiąc, zaglądając do Niemiec, Belgii, Francji, Hiszpanii, Portugalii i Włoch. Przejechaliśmy samochodem 10 000 km. W dniu wyjazdu Maks miał 2,5 miesiąca. Znajomi trochę się dziwili, rodzina łapała za głowy, babcie nie mogły uwierzyć. A my robiliśmy swoje i jak się okazało, TO BYŁA NAJLEPSZA DECYZJA! Cała podróż była bardzo udana, a Maks okazał się idealnym podróżnikiem. Zaczęliśmy od wizyty u znajomych w Niemczech, a następnie dość spontanicznie planowaliśmy dalsze punkty wyprawy. Zaletą na pewno było podróżowanie własnym samochodem. Sami decydowaliśmy, gdzie spędzić noc, kiedy zrobić postój, co zobaczyć. Mogliśmy dostosować plan do naszych potrzeb i do potrzeb małego podróżnika. Z Niemiec ruszyliśmy do Brugii, gdzie zajadaliśmy się mulami z frytkami. W Bretanii i Normandii złapało nas troszkę letniego deszczu, wróciliśmy na „stare śmieci” (ja!) do hiszpańskiego Kraju Basków, zakochaliśmy się w tajemniczej północnej Hiszpanii, a na pierwszy dłuższy postój wybraliśmy intrygujące Porto. Wszystko z Maksem u boku. Na część podróży dołączyła do nas moja bezdzietna przyjaciółka i również nie narzekała na wakacje z niemowlakiem. A kiedy po około 2 tygodniach w trasie uznaliśmy, że mamy już trochę dość życia w drodze i nieustannych zmian hoteli, na południu Hiszpanii w pobliżu Nerja znaleźliśmy przyjemny dom z basenem i przez kilka dni leniuchowaliśmy. I my, i Maks. Bardzo ważne okazało się dla nas zabranie ze sobą ulubionego leżaczka Maksa. W tamtym okresie uwielbiał w nim przesiadywać i towarzyszyć mi we wszystkich domowych czynnościach. Uznaliśmy zatem, że musi pojechać z nami. Dzięki temu, gdy my opalaliśmy się na tarasie, Maks zadowolony bujał się na leżaczku w cieniu.

19


Cała podróż upłynęła sielankowo. Bez żadnych komplikacji, problemów czy chorób, których tak bardzo obawiamy się, podróżując z dzieckiem. Dużo spacerowaliśmy, dużo zwiedziliśmy, zjedliśmy masę pyszności, odwiedzaliśmy miasta i miasteczka, kąpaliśmy się w basenie, czytaliśmy książki. Wieczorami robiliśmy kolacje we dwoje (gdy mieszkaliśmy w wynajętym domu) lub wybieraliśmy się na kolację na miasto, a Maks zasypiał w wózeczku. Czasem, gdy wspominam pewne chwile z tej podróży, jestem aż zdziwiona, bo nie potrafię przypomnieć sobie żadnego momentu, w którym mój niemowlak by mnie męczył! Często słyszy się „co to za wakacje z takim maluchem???”, odpowiem: NAJLEPSZE! Ta podróż to najlepszy dowód na to, że niemowlak to świetny partner w podróży. Niewiele mu potrzeba do szczęścia – rodzice (a zwłaszcza mama!), mleko, czysta pielucha, wózek i można ruszać. W przeciwieństwie do podróży ze starszym dzieckiem, nie musieliśmy się martwić o jedzenie dla małego – ani gdzie je kupić, ani co dziś zje, ani czy mu posmakuje. Byliśmy samowystarczalni – Maks był tylko na mleku z piersi. Mogłam nakarmić go w każdej chwili i bez problemu robiłam to w samochodzie czy w restauracjach we Francji, Hiszpanii czy Portugalii. Spacerowaliśmy po Wiesbaden w Niemczech, Brugii w Belgii, uroczych miasteczkach północnej Francji i po moim ukochanym San Sebastian, a Maks grzecznie leżakował w wózeczku. Gdy się nudził, braliśmy go na ręce i nosiliśmy. Nie musieliśmy się też martwić, czy znajdziemy pokój hotelowy z łóżeczkiem dla malucha, bo Maks do 4 miesiąca życia spał w gondoli od wózka. To również dawało nam większą niezależność, niż w przypadku podróży ze starszym dzieckiem. Jeśli mówisz, że nie da się podróżować z niemowlakiem, najpierw spróbuj.

20


PODRÓŻ PRZEZ ŻYCIE Jedno z pierwszych pytań, jakie przychodzi na myśl, czytając o Waszych przygodach to przede wszystkim: Jak to się stało, że znalazłyście się z Gają w samotnej podróży po Ameryce Południowej?

Podróżniczka z zamiłowania, z wykształcenia fizjoterapeutka. Joanna Nowak (aka Bestia Peluda) pierwsze kroki w podróży stawiała w czasach studenckich, podróżując głównie autostopem. Zwiedziła Europę, Maroko, Gruzję, Turcję, Armenię, Ukrainę i Rosję. Obecnie, wraz z trzyletnią córeczką Gają, powoli przemierza tereny Ameryki Południowej i Środkowej.

O tym, że urlop wychowawczy spędzę wędrując z moim dzieckiem po świecie Zdjęcia: wiedziałam od zawsze. Nie planowałam somosdos.fotowyprawy.com tylko, gdzie pojadę, zostawiając tę sprawę otwartą. Na rok przed narodzinami Gajki pojechałam w samotną, krótką, sześciotygodniową podróż po południowej części Peru. I zakochałam się w tym kraju. Obiecałam sobie, ze w trakcie kolejnego okresu


wakacyjnego wrócę tam i odkryję dla siebie jego północną część. Planowałam podróżować sama, bądź z moim partnerem. Los jednak chciał inaczej. Wróciłam, owszem, ale później i w dodatku z moją 20-miesięczna córeczką. To jest wasza pierwsza wspólna podróż? Tak daleka – tak. Na początku oglądałyśmy Polskę, a ja uczyłam się, jak to pozadomowe życie z maluchem może wyglądać. Pierwszy nasz wyjazd był w Bieszczady. Gaja miała wtedy 4 tygodnie. Zabrałam ją do jednej z chatek studenckich, w których nie było wody, prądu ani gazu. Był tylko piec na drewno i świece. Potem były wyjazdy w Gorce, rejs po Mazurach, podróż po Warmii i Pomorzu – Gaja nie miała wtedy jeszcze nawet roku. Kolejnym stopniem wtajemniczenia była 3-tygodniowa podróż kamperem aż pod granicę z Hiszpanią. Także trochę doświadczenia zdobyłam, ale to prawdziwe, pełne wyzwań podróżowanie zaczęło się dopiero tu, w Ameryce Południowej. Podjęcie decyzji o wyjeździe z małym dzieckiem jest dość trudne dla osób, które wcześniej nie podróżowały. Miałaś doświadczenie z podróżami na własną rękę? Tak. W zasadzie każdy swój wolny czas wykorzystywałam na podróż, ale to były dwutygodniowe wyjazdy. Najdłuższy mój wyjazd miał sześć tygodni, właśnie do Peru. Z reguły podróżowałam stopem lub lokalnymi środkami komunikacji, zawsze z couchsurfingiem, często we dwoje. Dlaczego dopiero po 20. miesiącach po urodzeniu Gai zdecydowałaś się na wyjazd? Chciałam poczekać do momentu, kiedy Gaja zacznie stawiać pewnie pierwsze kroki, tak, abym mogła np. postawić ją na ziemi, choćby po to, by zarzucić sobie plecak czy skorzystać z toalety. Nie chciałam też czekać zbyt długo, potrzebowałam zmiany. Nie bałaś się zabrać 20-miesięcznego dziecka w samotną podróż? Jasne, że się bałam. W zasadzie na kilka dni przed wyjazdem miałam z nerwów biegunkę. Jak pokazało życie – strach miał wielkie oczy.

23


Nasz najdłuższy wyjazd z dotychczasowych to 3 tygodnie. Wiem, że reakcja rodziny nawet na tak krótki wyjazd może być różna, przeważnie nie należy do pozytywnych. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak musiała wyglądać reakcja twojej rodziny, kiedy powiedziałaś im, że wyjeżdżacie. Tym bardziej, że nie wiadomo kiedy – i czy w ogóle – wrócicie do Polski. To zrozumiale, każda rodzina jest inna. Przed narodzinami Gajki podróżowałam w różne rejony i najróżniejszymi środkami transportu, rodzice więc wiedzą, ze to mój żywioł. Jednak gdy usłyszeli, że chcę wędrować z Gają, było im znacznie trudniej, bo to oznaczało dłuższą rozłąkę. Wiedzieli jednak, ze muszę wyjechać, bo gdy tego nie zrobię, będę bardzo nieszczęśliwa. A tego z pewnością by nie chcieli. Z bólem serca zaakceptowali więc mój pomysł – i od tego czasu stali się moim olbrzymim, niezawodnym oparciem. Bez ich pomocy ta podróż byłaby niezwykle trudna, jeśli nie niemożliwa. Jak długo jesteście w podróży? Planowałaś w ogóle, że wasza podróż będzie tyle trwała? Wyruszyłyśmy na początku maja 2014 roku, z biletem ważnym 3 miesiące. Ten czas przeznaczyłam na oswojenie nieznanego, czyli sprawdzenie czy pomysł podróży z 20-miesięcznym stworzonkiem ma w ogóle sens. To były trudne 3 miesiące. Ostatecznie jednak uznałam, że mniej więcej wiem, jak to zrobić, i że czuję się na siłach ruszyć dalej. Tak więc, z wciąż drżącym sercem, ale uśmiechem od ucha do ucha, świętowałam odlot naszego samolotu do Polski. Przygoda się rozpoczęła i trwa! A ma gdzieś swój koniec? Koniec? Myślę, ze nie ma. To przygoda na całe życie. To może chociaż jakiś ustalony cel? Nie. Ta podróż nie ma celu. Sama w sobie jest celem. Każdy dzień, każda chwila. Tam gdzie docieramy, tam jesteśmy. I cudownie się z tym czujemy. Każdy chyba potrzebuje w końcu jakiejś stabilizacji. Gdzie w ogóle leży granica takiej „tułaczki”? Nie masz czasem ochoty powiedzieć: dosyć, tu jest mi dobrze, tu chcę zostać na dłużej? Jasne, że mam. I to robię. Dlatego podróżujemy już ponad półtora roku, a przejechałyśmy raptem odcinek od Boliwii do Panamy. Nie lubię podróżować szybko. Lubię zatrzymać się w miejscach, które mi się podobają, zakorzenić się na chwilę, poznać ludzi, zaprzyjaźnić się z nimi, stać się częścią miejscowego życia.

24


25


Z Twoich wpisów na blogu bije niesamowita siła. Wiedziałaś, że masz w sobie takie pokłady wytrzymałości? Nigdy w takich kategoriach o sobie nie myślałam (śmiech), raczej zastanawiałam się czy moje zdolności organizacyjne wystarczą, by sobie poradzić. A co do innych cech? Sam wiesz, ze droga uczy, także o sobie. Dziś zdecydowanie mam większy poziom samoświadomości niż przed wyjazdem. A czego Cię nauczyła? Wielu rzeczy. Chociażby wreszcie dotarło do mnie, że nie należy zamartwiać się przyszłością. Nie znamy jej, nie wiemy, co przyniesie i nie jesteśmy w stanie jej przewidzieć. Więc po co na to tracić czas? Co więcej, czasem życie samo przynosi rozwiązania, wystarczy zatrzymać się, chwilę poczekać. Uczę się też akceptacji rzeczywistości taką jaka jest, szczodrości, otrzymywania, proszenia, otwartości, cierpliwości, opanowania, radości z małych rzeczy, tolerancji, akceptacji niedoskonałości swoich i czyiś. Lista jest długa, a lekcje wciąż trwają. Wasze podróże to przede wszystkim ludzie, których spotykacie i którzy wam pomagają. Czujesz, że bez Gai byłoby Ci trudniej zdobyć tę przychylność? Masz rację – nasza podróż to przede wszystkim ludzie. Dziś każda z nas, i Duża i Mała, ma swoją mapę w sercu, pełną miejsc, gdzie mieszkają ważne dla nas osoby. Nieznośną jest dla mnie myśl, że być może nie spotkamy się już nigdy. Tej części podróżowania nienawidzę całą sobą. Tych pożegnań. A spotkania? Bez Gajki było inaczej. Teraz kontakt częściej rodzi się spontanicznie – ludzie widząc Gaję w plecaku uśmiechają się, wskazują na nią palcami, zagadują. Czasami córka dostaje od przechodniów drobne prezenciki – cukierka, parę pesos, jakiś owoc. Takie drobne gesty, a takie piękne.

26


Wiem, że macie ustalony dokładny dzienny budżet. Pracujesz w drodze czy korzystacie z oszczędności? Na tym polu bardzo pomagają mi rodzice. Nasz dzienny budżet opiera się na pieniądzach pochodzących z wynajmu naszego mieszkania w Krakowie, którym opiekują się właśnie moi rodzice. Kiedy wyjeżdżałam, nasza „przeżyciodniówka” wynosiła równowartość 15$. Obecnie dolar robi jakieś podniebne wolty, w związku z czym nasz budżet skurczył się do 12$. Podróżujemy więc bardzo oszczędnie i w międzyczasie próbujemy coś zarobić. I tak, w Peru uczyłam angielskiego, sprzedawałam sałatkę z mango i naleśniki z bananami. W Ekwadorze domowej roboty proste ciasteczka, w Kolumbii z kolei nauczyłam się robić kolczyki z cekinów. Próbuję je wymieniać to na jedzenie, to na nocleg. Podróżując samej z dzieckiem bardzo trudno jest znaleźć i czas i energię na pracę. Jest przecież maluch i organizacja codziennego życia. Poza tym – nie zostawię Gajki znajomym i nie pójdę do pracy na parę godzin, bo Maluch potrzebuje mojej bliskości i uwagi. Kilkukrotnie rozważałam tę sprawę, ale ostatecznie decydowałam, że musimy jakoś się zmieścić w tych „przeżyciodniowkach”. Luksusów nie będzie, ale w zamian za to będę miała czas, energię i uwagę dla Gajki. Przecież ta podróż jest przede wszystkim dla nas. Jak myślisz, co ci powie Gaja jak będzie dorosła? Nie wiem, co może powiedzieć Gaja. Nie wybiegam tak daleko w przyszłość. To niepotrzebna strata energii, którą wolę przeznaczyć na tu i teraz. A tu i teraz Gaj mówi – Mamuś, chcę jeść. Czas wiec poszukać obiadu. Rozmawiał: Mariusz Zielonka, ourlittleadventures.pl

27


SZALEŃCY JEŻDŻĄ DO SZKOCJI Razem z 4-letnią Marysią przejechaliśmy na rowerach kawałek Islandii. Daliśmy radę i było fantastycznie. Czyżby w zielonej Szkocji z 5-letnią Marysią miało być trudniej?

Jest ich trójka: Sonia, Marcin i Marysia. Podróżowali od zawsze. Sami, we dwójkę, z przyjaciółmi. Od kiedy pojawiła się Marysia, w naturalny sposób stała się częścią podróżującej rodziny. Kiedy tylko mogą, uciekają przed zimą do ukochanej Azji. Podróże są dla nich świetnym sposobem zarówno na rodzinne życie, jak i wychowywanie malucha

Lewis i Harris to wyspa w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Jest niewielka, idealna na tygodniowy rowerowy wypad. Tekst: Z przyczepką, namiotem, prowiantem, Sonia Pańta zabezpieczeni w nieprzemakalne okrycia marywplecaku.blogspot.com wysiedliśmy na tonącej w chmurach wyspie. Gdy wsiedliśmy na rowery, chmury ciągle wisiały nisko. Droga wiła się przyjemnie, wzniesienia były łagodne, a mżawka umilała nam podróż. Gdy rozbiliśmy namiot, mieliśmy za sobą zaledwie 30 km. Nie zdążyliśmy się zmęczyć, ale dla siedzącej w przyczepce Marysi był to idealny dystans na rozruch. Mieliśmy nadzieję, że następnego dnia zaświeci dla nas słońce…


Ale obudził nas deszcz. Cóż, przecież to Szkocja! Ruszyliśmy dzielnie na zachód. Droga stawała się węższa, krajobrazy piękniejsze. Z każdej strony otaczały nas bajeczne jeziora. Pojawiły się też góry, a podjazdy były coraz wyższe i dłuższe. Niestety zmieniała się także aura. Chmury nie wróżyły dobrze i mżawka szybko zmieniła się w deszcz. Kemping na plaży, do którego chcieliśmy dotrzeć, zdawał się być blisko, a tymczasem… kolejny stromy podjazd, kolejna zatoka, kolejna wioska. Gdy znak wskazywał na kolejne wzgórze, ramiona nam opadały. Ale za wzgórzem czekała nagroda. Deszcz zalewał nam oczy, lecz w dole ujrzeliśmy białą plażę i turkusową wodę. Oto Reef Beach. Do snu przygrywał nam deszcz i deszcz obudził nas o poranku. Gdy wreszcie przestało padać w sekundę znaleźliśmy się na plaży. Skąpana w słońcu zaczęła mienić się kolorami. Staliśmy uśmiechnięci, a Marysia wpadła w amok – zbierać muszelki, kopać w piachu, turlać się z wydm? Bez pośpiechu kochana! Zostajemy tu na dłużej. Tego dnia pokonaliśmy 10 km, ale na nogach. Taką czuliśmy potrzebę, chcieliśmy spacerować i biegać. Zrobiliśmy wycieczkę w miejsca, które dzień wcześniej mijaliśmy umęczeni, źli i mokrzy. Były klify, mały port, samotne domy na wzgórzach, bagna, jeszcze więcej wydm i plaż. Zasypiając, wysunęliśmy głowy z namiotu i wpatrywaliśmy się w różowe niebo. To był pierwszy wieczór bez deszczu. Po śniadaniu wskoczyliśmy na rowery. Jechaliśmy długo zielonym wąwozem, cały czas pod górę. Wreszcie ujrzeliśmy białe piaski, choć sama plaża była jeszcze daleko. To Ardroil. Idąc przez wydmy, nie widzieliśmy nawet piasku. Idąc plażą, ledwo dostrzegaliśmy morze. Bo Ardroil to jedna z największych plaż, na jakie trafiliśmy. Słońce ciągle świeciło, ale słońce miało swoją cenę — wiatr. Wiatr, który wiał w twarz i zmuszał do pedałowania nawet z górki. W nocy szalał jak opętany. Zamiast spać, snuliśmy plany ewakuacyjne na wypadek zwiania namiotu. Marysia rzucała się w śpiworku i mamrotała przez sen.

29


Gdy rano przestało padać, zaczęliśmy pakowanie. Przed nami długa droga przez góry i pod wiatr. Mijaliśmy wyspę Great Barnera, którą planowaliśmy odwiedzić w drodze powrotnej. Jednak gdy teraz zerkaliśmy w stronę znikającej między górami drogi, spojrzeliśmy na siebie i zgodnie zdecydowaliśmy, że nie tym razem. Gdzieś na horyzoncie piętrzyły się góry, do których także nie dojechaliśmy — jeszcze wyższe góry wyspy Harris. Za to następnego dnia znaleźliśmy jeszcze jedną wspaniałą plażę — Tolsta. Woda mieniła się wyjątkowymi kolorami, bo spływająca z gór rzeka zabarwiała ją drobinami skał i gleby. Wśród wydm znaleźliśmy idealne miejsce na piknik i podziwianie podniebnych akrobacji myśliwców. Gdy dotarliśmy do naszego ostatniego kempingu, tradycyjnie przywitał nas deszcz. Ten sam deszcz żegnał nas następnego dnia, gdy prom odbijał od brzegu. Pogoda okazała się w Szkocji największym wyzwaniem. Ta nieustępliwość wiatrów i monotonia deszczu dały nam w kość. Momentami marzyliśmy o ciepłym domu, ale jednocześnie chcieliśmy jechać dalej. Patrzyliśmy ponad fizyczne niedogodności i cieszyliśmy się małymi nagrodami: widokami, delfinami, grą w berka między menhirami, kadrem uchwyconym w aparacie. Jako rodzice skupialiśmy się na tym, by niedogodności nie odczuwała Marysia. Staraliśmy się wyprzedzać jej myśli, przewidywać zmęczenie, robić przerwy zanim zgłodnieje. Dla niej pogoda nie była zmartwieniem, bo do zabawy nie ma pogody dobrej i złej – każda jest dobra. Dla jakich dzieci Szkocja? Szkocja to fantastyczne miejsce dla dzieci, które dobrze się czują w naturze. Jest tu mnóstwo przestrzeni, łąki do turlania, kamienie do wspinania, wydmy do biegania, plaże do budowania zamków i szukania muszli. W drodze spotkać można ciekawych towarzyszy podróży – stada owiec, mnóstwo zajęcy, włochate krowy, a nawet delfiny. Za to nie ma tu placów zabaw, parków rozrywki ani kurortów z aquaparkami. Należy też pamiętać o pogodzie. Tutaj dziecko nie pobiega w majteczkach, za to czapka, wiatroodporna kurtka i kalosze są nieodzowne..

30


31


RAZEM W TYM SAMYM KIERUNKU Ania i Piotr podróżują od ponad 10 lat. Razem zwiedzili Laos, Tajlandię i Kambodżę, dwa lata mieszkali we Francji. Kiedy Hania skończyła 3 miesiące, wyruszyli w pierwszą podróż po Polsce. W powiększonym składzie byli także w Chile i Argentynie.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że nasza załoga powiększy się o jeszcze jedną osobę, radość mieszała się z obawami. Natrętne myśli powracały jak bumerang: czy uda się pogodzić nasze dotychczasowe życie, zainteresowania, szczególnie podróże z potrzebami małego człowieka, który za chwilę ma się pojawić na świecie i będzie domagał się bezwzględnej atencji? Grono znajomych i rodzina nie dodawali otuchy: wszystko miało się zmienić o 180 stopni. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: czy na pewno musi tak być?

Tekst: Anna Szefler


Zaczęłam szukać sprzymierzeńców, przeciwstawnych teorii, że życie nie kończy się z chwilą pojawienia się dziecka. Na szczęście z pomocą przyszli inni rodzice, blogerzy, rodziny podróżujące po całym świecie z dziećmi, psem, czy kotem (czy kotem to nie wiem, ale z całą resztą na pewno). Skoro oni mogą, to my też spróbujemy. Coraz bardziej docierała do mnie świadomość, że na całym świecie dzieci mają takie same potrzeby i nie musimy zabierać całego domu. Przecież pierwszym pragnieniem małego człowieka jest bliskość rodziców. Aby dać dziecku to, co najcenniejsze, potrzebujemy przede wszystkim czasu, który dzisiaj – paradoksalnie – jest towarem deficytowym. Postanowiliśmy chociaż na chwilę podarować sobie luksus stuprocentowego bycia razem. Całkowicie przekonani, że chcemy, możemy i potrzebujemy wyruszyć w podróż, zaczęliśmy się rozglądać za biletami lotniczymi. Lubimy element zaskoczenia, wychodzimy z założenia, że każde miejsce na ziemi jest ciekawe. Zaczęliśmy śledzić promocje lotnicze i traf chciał, że pojawiła się świetna okazja: lot do Chile w bardzo fajnej cenie. Od dawna marzyliśmy o Ameryce Południowej, więc decyzja o wyjeździe została podjęta bardzo szybko. Ale zaraz, zaraz, co my wiemy o Chile? No, że jest tam mroźna, cudowna kraina Patagonia, że pustynia, że fajna architektura. Czyli nie wiemy prawie nic. Na szczęście mieliśmy prawie pół roku, żeby się dowiedzieć. Zaczęliśmy szukać informacji, przeglądać blogi, mapy, przewodniki – i co bardzo ważne – uczyć się hiszpańskiego (tylko 5% Chilijczyków posługuje się językiem angielskim). Wiedzieliśmy, że w tamtym czasie jesienna depresja pod nasz dach nie zawita. Kiedy nadszedł dzień wylotu byliśmy zrelaksowani i przygotowani na wspólną przygodę. Dla Hani (pierwszy raz leciała samolotem) lot okazał się świetną przygodą, nie zakłócił jej codziennego rozkładu dnia. Był czas na zabawę, jedzenie i sen. Ewidentnie podobało jej się to, że ma w pakiecie oboje rodziców, a w odwodzie – jeśli będzie trzeba – mleko mamy. Aby mieć komfort łatwego przemieszczanie wzięliśmy małe bagaże z kilkoma tylko podstawowymi produktami dla Hani. Wyszliśmy z założenia, że skoro my poznajemy nowe smaki, to nasze dziecko też. Najtrudniej było nam się zdecydować czy jedzie z nami wózek, czy nosidło. Ostatecznie wzięliśmy lekki wózek, który zapewnił komfort nam i niezależność Hance.

33


34


Poza Chile zwiedziliśmy także kawałek Argentyny, odpuściliśmy sobie głęboką Patagonię i suchą pustynię, wybraliśmy zielony środek o umiarkowanym klimacie. Przemieszczaliśmy się lokalnym transportem lądowym, który w Chile i Argentynie jest naprawdę bardzo komfortowy. Zawsze taką formę podróżowania lubiliśmy najbardziej, jednak tym razem przestrzegaliśmy też kilku zasad: planowanie trasy z opcją odpuszczenia jakiegoś etapu w każdej chwili, wersja raczej powolnego, bezstresowego bycia w podróży, bez oczekiwań, zaliczania wielu punktów typu must see. Rezerwacje hosteli czy tzw. guesthouse robiliśmy z wyprzedzeniem kilkugodzinnym lub maksymalnie jednodniowym, korzystając z dostępu do wi-fi w hostelach czy kafejkach. Wspólnie z Hanią spacerowaliśmy po kosmopolitycznym Santiago, poznaliśmy smak najlepszych lodów z mango i zielonej herbaty, razem oglądaliśmy zachód słońca nad Andami, w Mendozie zajadaliśmy się świetnymi quesadillas, siedząc na ławce i podpatrując starszych Chilijczyków handlujących starociami. W Bariloche wynajęliśmy samochód, by móc chociaż przez chwilę podążać słynną rutą 40 w stronę lodowców Patagonii. Natomiast w Valparaiso błądziliśmy krętymi uliczkami nadmorskiej mieściny, wsłuchując się w szum wszechobecnej wody i dźwięki fantastycznych jazzujących muzyków. W każdym z tych miejsc spotkaliśmy mnóstwo otwartych i ciepłych ludzi, większości nie poznalibyśmy, gdybyśmy podróżowali bez Hani. Dla rodziców takich jak my – lubiących ludzi, ale niezbyt śmiałych, takie podróże z dzieckiem to istne błogosławieństwo. Szczególnie w Argentynie spotkaliśmy się z niezwykłą przychylnością i bezinteresowną pomocą ludzi w każdym wieku. Śmiało możemy stwierdzić, że dzięki Hani nasze podróże zyskały nowy, bardzo ciekawy wymiar. Mimo że wiele pięknych miejsc zostało przez nas niezdobytych, dla nas ta podróż była wyjątkowa. Spędziliśmy piękny, pełen wzajemnej uwagi czas. Mogliśmy być razem non stop. Myślę, że lepszą mamą jestem w podróży, spokojniejszą, pełną uwagi, czasu i odpowiedniego dystansu, który łapie się dopiero z pewnej odległości. Jest tylko jeden efekt uboczny: nie można napodróżować się na zapas. Ciągle chce się więcej. Może być dalej, może być bliżej, a nawet obok, ważne, że razem podąża się w tym samym kierunku..

35


ISLANDIA Kasia i Piotrek niedługo po tym jak wrócili z rocznej podróży Zygzakiem Przez Świat, zostali rodzicami małego Krzysia. Teraz podróżują w powiększonym składzie i dokumentują na zdjęciach jak ich synek poznaje i reaguje na otaczającą go, pełną barw, rzeczywistość. W pierwszą swoją podróż we troje, z namiotem, wybrali się na magiczną Islandię. Zdjęcia: Katarzyna Adamczyk-Tomiak i Piotr Tomiak vanillaisland.pl


38


39


43


45


WYPRAWA W HIMALAJE Mała nepalska wioska u stóp Annapurny. Siedzimy przed lichym, drewnianym, ale bardzo kolorowym domem i leniwie wygrzewamy się w słońcu. Dookoła zielenią się pola ryżu, obok sąsiad naszych gospodarzy suszy na słońcu czerwone papryczki chili. Przed nami na kamienistej dróżce widzimy ludzi i zwierzęta. Mija nas tragarz dźwigający na plecach wielką klatkę z gdaczącymi kurami, grupa japońskich turystów bezczelnie kieruje obiektywy prosto w naszą Anię, obok bawią się mali Nepalczycy.

Dominika, Piotrek, Ania i Patryk – chwytają dzień we czwórkę. Po 13-miesięcznej podróży dookoła świata wrócili do normalnego życia... by na nowo w wolnych chwilach jeździć, latać, pływać, zwiedzać i chłonąć świat wszystkimi zmysłami. Podróżując, nie ograniczają się do żadnej części świata, interesuje ich każdy jego zakątek. Ich wyjazdy są zarówno długie, dalekie i egzotyczne, jak i weekendowe, bliższe i bardziej swojskie. Tekst: Dominika Ojczyk chwytajdzien.pl


Pieje kogut (po raz kolejny), a my zupełnie nie mamy ochoty iść dalej. Popijamy poranną kawę, która pita gdzie indziej zapewne nie smakowałaby tak dobrze. Pijemy ją jednak tu, w Himalajach, a tutaj wszystko smakuje inaczej! Mamy za sobą wspaniały trekking w najwyższych górach świata. Nasz pierwszy, wymarzony. Można powiedzieć, że trekking pilotażowy. Na pierwszy raz odpuściliśmy sobie dochodzenie do granicy śniegu, pobijanie rekordów wysokości czy odległości. Tym razem chcieliśmy się tylko zapoznać z Himalajami, dowiedzieć się, czego można się po nich spodziewać i – co najważniejsze – przekonać się, jak wyglądają parodniowe górskie wędrówki z 3,5 letnim dzieckiem. Himalaje były naszym marzeniem już za studenckich czasów. Uczestnicząc w slajdowiskach słynnych polskich himalaistów wzdychaliśmy z zachwytem do ich zdjęć i z nieukrywaną nutką zazdrości słuchaliśmy snutych opowieści. Wtedy przez myśl by nam nie przeszło, że zobaczymy je kiedyś na własne oczy i – że co więcej – pokażemy te wspaniałe góry naszej córeczce! Siedzimy więc przed tym uroczym teahousem, sączymy drugą już kawę i wspominamy ostatnie pięć dni. Przypominają nam się małe wioski mijane na szlaku i ich życzliwi mieszkańcy, kibicujący skaczącej po kamiennych schodach Ani. Wspominamy tragarzy, którzy żartując nie mogli się nadziwić, że Piotrek sam niesie nasz plecak. A ja Anię. Wracamy pamięcią do tego wieczoru w Ghorepani, gdy przemoczeni do suchej nitki grzaliśmy się przy rozpalonej na środku schroniska kozie. Śmiejemy się, przypominając sobie wielkie foliowe worki na śmieci, którymi okryliśmy się chroniąc się przed deszczem. Ślinka nam cieknie na samo wspomnienie smakołyków, którymi żywiliśmy się na szlaku: ryżu i soczewicy, smażonych ziemniaków, tybetańskiego chleba i omletów popijanych przepyszną hot lemon tea. Te proste potrawy przygotowywane w prymitywnych warunkach specjalnie dla nas zyskują specjalnego znaczenia i bezkonkurencyjnie stają się jednymi z najsmaczniejszych posiłków, jakie kiedykolwiek jedliśmy. Ania opowiada nam z fascynacją o Duchu Himalajów, którego spotkała schodząc z Poon Hill. Jest z siebie bardzo dumna i wielokrotnie powtarza, że najwyższe góry świata są najpiękniejsze. Zgadzamy się z nią w całej rozciągłości, mimo że te najwyższe, przykryte wiecznym śniegiem Himalaje dane nam było oglądać bardzo krótko, bo gęste deszczowe chmury wisiały

47


nam nad głowami przez całe pięć dni, zasłaniając i Annapurnę i jedyny w swoim rodzaju Machhapuchchhre, Rybi Ogon. A mimo to pokochaliśmy Himalaje bez granic! I przekonaliśmy się, że góry te to nie tylko trudne technicznie ośmiotysięczniki, ale też proste i przyjemne szlaki, na które spokojnie można wybrać się nawet z małym dzieckiem. Żegnamy się z naszymi gospodarzami i ruszamy w drogę powrotną. Pozdrawiamy pana suszącego czerwone papryczki i nadchodzącego z naprzeciwka tragarza, taszczącego na głowie wielki ładunek. Oglądamy się za siebie po raz ostatni, żegnając się tym samym z Poon Hill i z Himalajami. Wrócimy tu niebawem! Wiemy to!

Informacje praktyczne: –– najlepsze miesiące na trekking w Himalajach to marzec/kwiecień oraz październik/listopad –– przy trekkingu na Poon Hill można, choć nie trzeba korzystać z usług tragarza lub przewodnika –– orientacja na szlaku jest łatwa, ale warto mieć przy sobie mapę –– noclegi dostaje się od ręki, bez konieczności rezerwacji –– polecamy wziąć puchowe śpiwory, bo nocą bywa zimno a pokoje nie są ogrzewane –– nie trzeba brać wielkich zapasów prowiantu i wody, w wioskach można wszystko dokupić –– dla mniejszych dzieci warto mieć nosidło –– wejście na obszary wokół Annapurny wymagają płatnego zezwolenia, które bez problemu można załatwić tuż przed wyjściem na trekking w Pokharze..

50


51


WULKAN ENERGII NA POŁUDNIU EUROPY Znajomi często nam powtarzają: „Zazdrościmy Wam tych podróży, też byśmy tak chcieli, ale brak nam odwagi”. No właśnie, najtrudniejszy jest ten pierwszy krok.

Przygoda życia Kasi i Marcina zaczęła się w 2010 roku – wtedy pojawił się w ich życiu Kacper. Cztery lata później dołączyła do niego Oliwia – od tej pory podróżują we czwórkę. Zakochani w polskich górach. Każdą wolną chwilę spędzają na czytaniu o podróżach i planowaniu kolejnych wypraw. Tekst: Katarzyna Kuśmierz dzieciakinapoklad.pl

Nasza pierwsza samodzielnie zorganizowana wyprawa z synem nie należała do najłatwiejszych. Nasz zbuntowany Kacper miał wtedy niespełna 2 lata i był jednym wielkim wulkanem energii. Byliśmy pełni obaw i strachu, właśnie z powodu jego nadmiernej ruchliwości, powiedziałabym nawet nadpobudliwości. Jak my sobie poradzimy? Przecież nawet wyprawa do sklepu to czasem dla nas nie lada wyzwanie. To nie ten typ dziecka, który siedzi grzecznie w wózku, który jak jest zmęczony po prostu zasypia. O nie! To dziecko, którego wszędzie jest pełno. Mimo to postanowiliśmy


spróbować, chęć wyjazdu była bardzo silna. Wybraliśmy południe wymarzonego Półwyspu Iberyjskiego. Oj, nie były to zwykłe wakacje, a pełna wrażeń i przygód 14-dniowa podróż, dzięki której dowiedzieliśmy się dużo o sobie, a jeszcze więcej o naszym małym urwisie. Najbardziej obawialiśmy się lotu. Nie był wprawdzie długi, ale z przesiadką i kilkugodzinną przerwą na lotnisku w Paryżu. Nie było łatwo, ale o dziwo, syn nie wyprowadził z równowagi wszystkich współpasażerów, załogi i nie rozniósł samolotu w drobny mak. Uff... Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, doszliśmy do wniosku, że w czasie całej naszej podróży więcej problemów przysporzyliśmy sobie my sami, niż nasze dziecko. Po pierwsze, na samym wstępie głupio daliśmy się oszukać taksówkarzowi. Po drugie, zgubiliśmy się w Lizbonie. No bo któż mógł przewidzieć, że w stolicy Portugalii są dwie ulice o podobnie brzmiących nazwach, leżące w zupełnie innych częściach miasta. No i pech chciał, że trafiliśmy na tą niewłaściwą, a naszą głupotą było to, że nigdzie nie zapisaliśmy adresu hostelu. Lizbona nas urzekła: wąskie uliczki w dzielnicach Alfamy i Baixy, przepiękne widoki ze wzgórza zamkowego, Park Narodów, a w nim niesamowite oceanarium. Kacper był zachwycony, miło było patrzeć na jego ciągle śmiejącą się buźkę. Biegał za ptakami, ściągał buty na widok każdej fontanny, witał się z ulicznymi przebierańcami, był w swoim żywiole. Moglibyśmy zostać tam cały tydzień, chłonąć ten klimat, spacerować uliczkami i podziwiać żółte tramwaje.

53


Plan był jednak inny, wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na południe. Zajrzeliśmy na Cabo da Roca, najdalej na zachód wysuniętego przylądka Europy, odwiedziliśmy znany z urokliwych zamków egzotyczny Sintra-Cascais Natural Park w górach Sierra de Sintra. Dotarliśmy wreszcie do Algarve, jednego z piękniejszych wybrzeży nad Morzem Śródziemnym. Kacper szalał na plaży i w wodzie, a my rozkoszowaliśmy się widokiem nieziemskich klifów na Przylądku Miłosierdzia i św. Vincenta. Później przyszedł czas na Hiszpanię i słoneczną Andaluzję. Zaczęliśmy od jej stolicy – Sewilli, podziwialiśmy park Marii Luisy, niewyobrażalnie piękny Plac Hiszpański, Alcazar z niesamowitymi ogrodami i gotycką katedrę Najświętszej Marii Panny. Potem były dwa wybrzeża: świetliste i słoneczne, czyli Costa de la Luz i Costa del Sol. To właśnie na Costa de la Luz spędziliśmy najfajniejsze dwa dni w rodzinnym hostelu z pięknym ogrodem, przemiłymi właścicielami, świetnym basenem i najlepszym mohito na świecie. Nie tylko my tak super go wspominamy. Syn zaliczył tu swój pierwszy pocałunek i to nie byle z kim, bo z uroczą Hiszpanką. To właśnie jest niesamowite: dzieci nie widzą różnic językowych i kulturowych, nie jest dla nich barierą inny kolor skóry, one po prostu rozumieją się bez słów. Zwiedzając Andaluzję grzechem byłoby nie zajrzeć na Gibraltar – zamorskiego terytorium Wielkiej Brytanii. To państwo-miasto zadziwia na każdym kroku. Po pierwsze, znajduje się tam lotnisko, w którym pas startowy wchodzi 1 km w głąb morza i krzyżuje się z ulicą, która na czas startu i lądowania jest zamykana. Po drugie, klimat miejsca: czerwone budki telefoniczne, uliczne fish&chips, Afryka w tle i zajmująca dużą część miasta skała gibraltarska. I po trzecie, magoty na szczycie skały, jedyne żyjące na wolności w Europie małpki. To właśnie te istoty niespodziewanie otoczyły naszą trójkę – jedna podbiegła do Kacperka i wyrwała mu z ręki ciasteczko. Zrobiła to tak sprytnie, że syn nawet tego nie zauważył. To tak często powtarzana przez nas historia, że przez długi czas Kacper na pytanie, co jedzą małpki, odpowiadał bez zastanowienia – ciastka!

54


W czasie naszej podróży przejechaliśmy ponad 2000 km, a miejsca noclegowe zmienialiśmy sześciokrotnie. Jak Kacper to wszystko zniósł? Rewelacyjnie! Nasze obawy okazały się lekko przesadzone, a żywiołowość syna okazała się atutem, a nie wadą. Nasz mały człowiek zaglądał w każdą szparkę, interesował się wszystkim dookoła i czarował Południowców. Razem z nami dzielnie znosił trudy kilkugodzinnego zwiedzania, interesowały go jednak zupełnie inne rzeczy niż nas. Najfajniejsze były biegi po arenie dla byków w Rondzie czy między kolumnami na Placu Hiszpańskim w Sewilli, skoki z podestu na Cabo da Roca, piach i kamienie. To pozwoliło nam poznać te miejsca z zupełnie innej perspektywy, z perspektywy dziecka. Okazało się, że Kacper jest bardzo ciekawy świata, otwarty i odważny. Naszą pierwszą podróż wspominamy z dużym rozrzewnieniem, to taka przełomowa wyprawa, dzięki której przekonaliśmy się, że podróżowanie z dzieckiem (naszym rozbrykanym dzieckiem!) wcale nie jest trudne. Nauczyliśmy się bardzo dużo, nabraliśmy pewności siebie. Spojrzeliśmy na naszego syna z zupełnie innej strony i dostrzegliśmy rzeczy, które trudno byłoby nam zauważyć w piaskownicy pod blokiem. Co możemy radzić innym? Po prostu zróbcie ten pierwszy krok, nie bójcie się i oceńcie sami czy warto..

55


PODRÓŻ POPRZEZ SŁOWA Wędrowne drzewo, jak sami siebie nazywają. Natalia, Mariusz i Maksymilian będą podróżować, dopóki starczy im marzeń i chęci odkrywania tego, co nieznane. We wrześniu 2014 wyruszyli na roczną wyprawę przez kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Wrócili tylko po to, by Maks zdał szkolne egzaminy. Od października 2015 przemierzają kontynent azjatycki.

Maksymilian siedział na wysłużonym obrotowym krześle i kręcił się to w tę, to w drugą stronę. ,,Nie ruszaj się teraz przez chwilkę, bo mój wrażliwy mikrofon łapie każdy szum i potem nie usłyszymy tego, co powiedziałeś” – zwróciła się do naszego syna dziennikarka. ,,No, dobra. To ile znasz języków?” ,,Sześć” – Tekst: odparł Maks bez wahania, walcząc z silną Natalia Tokarczyk pokusą wprawienia krzesła w ruch. Sześć? thetravelingtree.com.pl Skąd mu się tyle wzięło? Jako jego mama i wierna towarzyszka podróży wiem, że mocno przesadził. Gdyby tylko zdawał sobie sprawę, że istnieją testy i sprawdziany, gramatyka i składnia, reguły i wyjątki, pewnie zastanowiłby się dwa razy, a potem zwyczajnie ugryzł w język. A jednak twierdził, że sześć. Potem zaczął je nawet wymieniać: ,,Arabski, włoski, francuski…” To, że w pierwszym z nich znał jedynie błogosła-


wieństwo ,,In Sza Allah”, a w drugim zwykłe ,,Buongiorno” wystarczyło, by wrzucić je do worka języków już opanowanych. Beztroski, nieco przypadkowy i mocno użyteczny jest sposób, w jaki Maks myśli o językach i jak je przyswaja. Ten sposób najlepiej sprawdza się w podróży, wśród nowych ludzi i kultur. Pamiętam jak dziś nasz pierwszy raz na emigracji z dzieckiem. Przyjechaliśmy do Anglii jesienią, zamieszkaliśmy w uroczym małym miasteczku i poszliśmy do pracy na dwie zmiany. Nasz syn miał wówczas niecałe trzy lata, głowę chłonną jak gąbka. Jednak kiedy po dwóch miesiącach wróciliśmy do Polski, nie potrafił powiedzieć po angielsku nic ponad proste: ,,Hello”. Pięć lat później widzę, jak bawi się ze swoim rówieśnikiem, jak w mokrych koszulkach stawiają czoło wściekłym falom na jednej z plaż Sri Lanki. Jego kolega mówi świetnie po angielsku, więc mimowolnie staje się nauczycielem Maksa. Wszystkie słowa, jakie kiedykolwiek obiły się o uszy naszemu dziecku, układają się nagle w logiczną całość. Nie ma barier. Nie ma niedomówień. Chłopcy bawią się tak, jakby urodzili się i wychowali na tym samym podwórku. Lata temu w Anglii chroniłam Maksa przed tym, co nieznane. Rósł więc w bezpiecznym kokonie ojczystego języka, a na naturalne zaczepki ze strony rodowitych Anglików, odpowiadałam ja: ,,On nie potrafi, nie rozumie.” Na szczęście już wkrótce, na długo przed Sri Lanką i zabawą nad brzegiem morza, dotarło do mnie, że aby obudzić językowy potencjał drzemiący w każdym dziecku, trzeba wypuścić je ze świata ojczystego języka. Młody Lankijczyk opanował angielski dzięki temu, że jego mama wynajmowała pokoje turystom, a ci w naturalny sposób zagadywali chłopca. Nasz syn nauczył się mówić po hiszpańsku nieco po omacku, powtarzając najbardziej użyteczne słowa setki razy w czasie naszej rocznej podróży po kontynencie latynoamerykańskim. Wszystko zaczęło się w Meksyku. Z ulicznymi sprzedawcami, z ludźmi przy stolikach zajadającymi się tacos, wreszcie z kierowcami, którzy podrzucali nas okazją tu i tam. Pytaliśmy niczym małe dzieci: ,,Que es esto?” ,,Como se llama esto?” ,,To jest pomidor, to awokado, a to kolendra.” ,,To ulica, to domy, to most.” ,,To nazywa się

57


drzewo, a to morze.” Powtarzaliśmy, zapominaliśmy, a potem, gdy ponownie usłyszeliśmy jedno ze słów wyłożonych podczas przypadkowych językowych lekcji, nagle okazywało się, że je rozumiemy! Krok po kroku. Słowo po słowie. Zdanie po zdaniu. Mieszkańcy Meksyku i krajów Ameryki Środkowej powtarzali nam zawsze: iSolo un mes y hablas muy bien español! Wiedzieliśmy doskonale, że nie mówimy dobrze, ale te słowa uznania podbudowywały nas wewnętrznie i zachęcały do tego, by uczyć się coraz więcej i więcej. Na początku podróży Maksymilian rzadko odzywał się po hiszpańsku. Być może nie miał nic do powiedzenia, być może był zbyt onieśmielony, na przykład kiedy otaczały go siedzące w środkach transportu kobiety, wzdychając z uwielbieniem: iQue ojos bonitos! A może po prostu wolał, żeby rodzice załatwiali to za niego. Na początku nie bardzo więc było wiadomo czy umie się dogadać, czy nie? Co z tą chłonną gąbką w jego głowie? Czy przy ogromie wrażeń, jakie towarzyszą każdej wyprawie, jest w niej jeszcze miejsce na przyswajanie nowego języka? Pewnego poranka po nocy spędzonej w niewielkiej miejscowości Fiamballa u stóp argentyńskich Andów, wyszliśmy na drogę, by złapać okazję do przełęczy San Fransisco. Dwieście kilometrów w jedną stronę. Pogoda była jak marzenie. Szliśmy w słońcu około dwóch kilometrów, licząc na łut szczęścia. Problem w tym, że przełęcz zamknięto. Raz po raz przejeżdżała tamtędy jakaś ciężarówka lub służbowy samochód. Pięć, dziesięć kilometrów przed siebie, żeby wywieźć śmieci na wysypisko lub popracować przy regulacji górskich rzek. Ale dwieście? Musielibyśmy być wyjątkowymi szczęściarzami. Po pół godzinie na horyzoncie pojawił się biały pick-up. Zapakowany po brzegi, w środku cztery dorosłe osoby, a mimo wszystko zatrzymał się na poboczu. ,,No tak, jedziemy na San Fransisco, ale gdzie by was tu upakować?” – zastanowił się Roberto, kierowca. ,,Żaden problem! Idziemy na pakę! Jesteśmy przyzwyczajeni.” Przekrzykiwaliśmy się we dwójkę, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę dojedziemy do samej przełęczy, a potem bezpiecznie wrócimy do Fiamballi. Maks miał swoje przywileje. Umościł się na tylnym siedzeniu, pomiędzy dwoma pasażerami. I zaczął opowiadać o wszystkim, co nas spotkało w drodze, o tym, że jedziemy już od Meksyku, że uczy się w podróży, bo pozwala na to polskie prawo, i że w ubiegłym roku był na koncercie Manu Chao. Wszystko, co chłonął przez ostatnie pół roku, pytania, które nam zadawano i odpowiedzi, których udzielaliśmy, znalazły ujście w jego

60


61


dwugodzinnej rozmowie w kabinie samochodu. Kiedy zmarznięci i wysmagani wiatrem zeskoczyliśmy z paki, żeby napić się łyka gorącej herbaty u celu naszej podróży, Roberto powiedział tylko: ,,To niesamowite, jak dobrze mówi wasze dziecko!” Trochę po dorosłemu. Prawdą jest to, że znamienita większość naszych konwersacji w czasie podróży odbywa się na linii dorosły – dorosły. Dlatego każde spotkanie z dziećmi w czasie drogi jest dla nas cennym prezentem. Dzieci nie zważają na to, czy mówi się składnie. Kiedy kopią lub odbijają piłkę, słowa w ogóle nie są potrzebne. Mogą godzinami budować wspólnie zamki z piasku, odzywając się tylko zdawkowo i sporadycznie. Dzieci bywają nieśmiałe i czasem trzeba im trochę pomóc, zanim znajdą wspólny sposób zabawy, ale zazwyczaj udaje się to szybko i bez problemu. Zdajemy sobie sprawę, że każdy kontakt z rówieśnikami jest dla naszego Maksa bardzo ważny, dlatego, gdy tylko trafia się okazja pozwalamy mu po prostu bawić się, ile dusza zapragnie. W trakcie tych zabaw nowe słówka jak ziarna trafiają na podatną glebę. Najważniejsze jest to, co praktyczne! A kiedyś w przyszłości, kto wie, może jeszcze tu wróci i odnajdzie swoich młodych przyjaciół? Pamiętam, jak się kiedyś martwiłam: ,,Moje dziecko nie chce uczyć się ze mną francuskiego”. Nauczył się sam, na emigracji. Potem narzekałam: ,,Och, tak ciężko mi mówić do niego po angielsku, a tego wymaga program nauczania.” Dziś, po miesiącu w Azji, Maks sam podchodzi do ludzi i o czymś z nimi konwersuje. ,,O co pytałeś tego pana?” – ,,Do you have games on your phone?” – odpowiada bez żenady. Choć nie jestem zwolenniczką gier, to w głębi duszy cieszę się, że daje sobie radę. Bez żadnych barier, na własną rękę zaczyna podróż poprzez nowe słowa..

63


BO ROWEREM KAŻDY MOŻE Podróż, rower, dzieci – to się przecież nie trzyma kupy. Czyżby? Swoje pierwsze kroki wyprawowe na rowerze stawiałam już po urodzeniu dziecka. Można? Można. I naprawdę warto!

Ola „Fasola”, Zbych, Kajtek i Ruta. Rodzina geografów z wykształcenia i zamiłowania. Ponad wszystko kochają rowery, na których turlają się to tu, to tam. Ostatnio przez siedem miesięcy turlali się po Maroku i Europie.

Ze wszystkich podróży, to właśnie podróże rowerowe są dla mnie najpełniejsze. Kontakt z przyrodą i z miejscowymi jest niczym niezakłócony. Człowiek porusza się w idealnym tempie, niespiesznie chłonąc otoczenie. Rower to też niezależność finansowa. Wymówka, że nie jedziesz, bo nie masz za co, w tym przypadku się nie sprawdza. Jeść i tak musisz, niezależnie czy w domu,

Tekst: Ola Pająk-Gałęza kajtostany.pl


czy w podróży. Wiadomo, że to trochę inna logistyka, inny charakter drogi. Jeśli ktoś lubi tylko i wyłącznie zwiedzać zabytki w miastach, to chyba jednak lepiej wsiąść w samolot do konkretnego miejsca i zaliczać wszystko po kolei. Jeśli jednak ponad wszystko cenisz sobie wolność i naturę – rower to jest to. A jak się do tego mają dzieciaki? Przede wszystkim nie cierpią na chorobę lokomocyjną! Jeden problem z głowy. Na rowerze, wbrew pozorom, jest się dużo bardziej elastycznym – rytm dnia wyznaczany jest przez dzieci, którym łatwiej dostrzec coś ciekawego zza szybek przyczepy, a rodzicom zareagować na ewentualne prośby zatrzymania się. Ale zacznijmy od początku. 1. Dobór trasy Najlepiej na początek przejechać się do pobliskiego lasu, parku, nad rzekę czy nad jezioro. Krótki dystans pozwoli nam ocenić, jak my dajemy sobie radę z dodatkowymi kilogramami na rowerze, ale przede wszystkim zobaczyć, czy nasze pociechy lubią taką formę podróżowania. Tylko wiadomo, że nie ma się co zrażać pierwszymi niepowodzeniami, zawsze warto dać sobie i innym drugą i kolejną szansę. Później można trasę wydłużać, ale zawsze dobierać ją do własnych możliwości oraz do potrzeb dzieci. 2. Im mniej, tym więcej Pakowanie jest dla mnie zawsze ciężkim wyzwaniem – zawsze biorę za dużo rzeczy. Ale pamiętam (i Was do tego przekonuję), żeby nie dać się zwariować i pakować się optymalnie. Zrobić listę, mocno przeanalizować, co tak naprawdę będzie potrzebne. Bo nagle człowiek sobie zdaje sprawę, że wcale nie potrzebuje tony zabawek, tysiąca zmian ubranek, w końcu jesteśmy na wyjeździe i poziom akceptacji brudu jest nieco inny :). To, co u nas sprawdza się najlepiej, to rowerek dla dziecka. Najpierw woziliśmy rowerek biegowy, a teraz przerzuciliśmy się na rower z pedałami. Przede wszystkim jest to najdoskonalszy sposób na „zmęczenie” dziecka. Pomyślcie sobie, że po całym dniu jazdy (całym to w naszym przypadku 3-4 godziny) padacie bez sił, a Wasze pociechy wypoczęte w przyczepie ogłaszają wspólne harce. Dając im ich własny rower, pokazujecie, że przecież „jadą jak mama i tata” (niesamowita motywacja dla dzieciaków!), dając im okazję do wyładowania energii.

65


3. Dzień jak co dzień Warto pamiętać, że rytm dnia dyktują dzieci. To głównie od nich zależy, kiedy robimy postoje (jednak nie dajmy się zwariować). Podobno dzieci lubią rytuały (sama nie jestem do tego przekonana), więc stwórzmy takie również w czasie wyjazdu. Wieczorne mycie zębów, czytanie książeczek czy poranne tarmoszenie równie dobrze można zrobić pod namiotem. Kiedy jedzie się na kilka dni, nie ma co wywracać życia do góry nogami. Choć wydaje nam się, że taka odskocznia bardzo dużo daje. My podczas naszej 7-miesięcznej podróży stworzyliśmy sobie rytuały na nowo i w zasadzie po jakimś czasie dzień wyglądał jak zwykły dzień w domu, tylko zamiast łóżka była karimata, a zamiast spaceru – przejażdżka rowerowa. 4. To, co najważniejsze Dla nas najważniejsze było samo bycie w drodze, pokonywane niespiesznie kilometry. Już sam ten stan nas cieszył: zamiana domu na namiot, kuchni na kuchenkę gazową. Najważniejsze jednak, by znaleźć w wyjeździe to, co lubimy najbardziej. Nie mam zamiaru przekonywać nikogo do wyjazdów rowerowych, bo pewnie są i tacy, którzy rowerów po prostu nie lubią, albo wolą wygodny samochód. I świetnie! Im większa różnorodność, tym weselej, a najistotniejsze to czerpać wspólną radość z wyjazdów..

66


Twórcy Karolina Szymańska Mariusz Zielonka Redakcja To the moon and back moonandback.pl hello@moonandback.pl Współpraca owlpr@owlpr.pl Redakcja i korekta Karolina Szymańska Paulina Butlewska Grafika i DTP Marek Łomacz, marfolio.pl

Żaden z publikowanych artykułów nie może być w jakikolwiek sposób powielany bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy i autorów.


www.moonandback.pl

To The Moon And Back  

Issue No 1/16

Advertisement