Page 1

Mariusz Kwiecień: „Opera może być naprawdę wesoła“ str. 9

Medal Amicus Legation dla Klubu Polskiego

str. 2


Medal Amicus Legation dla Klubu Polskiego rzygotowujemy dla państwa niespodziankę“ – informował jeszcze w maju ambasador RP w RS Tomasz Chłoń. I rzeczywiście kilka dni później prezes Klubu Polskiego Tomasz Bienkiewicz, działacze bratysławskiego regionu tejże organizacji wraz z prezes Katarzyną Tulejko oraz redakcja „Monitora Polonijnego“ otrzymali zaproszenia do rezydencji ambasadora na kolację. Późnym popołudniem 3 lipca gospodarz rezydencji wraz z małżonką przywitał konsula radcę ministra Grzegorza Nowackiego z małżonką i nas – klubowiczów, by po krótkiej rozmowie uroczyście wręczyć Klubowi Polskiemu medal „Amicus Legation“. To wyjątkowe odznaczenie w imieniu całej organizacji polonijnej odebrał jej prezes. Konsul

Pochwalił też działalność Klubu, podkreślając znaczenie promujących nasz kraj imprez, takich jak choćby pierwszomajowe spotkanie „Z Polską na Ty. Sentymentalna retrospekcja“, przygotowane przez bratysławski oddział Klubu. Późniejsze rozmowy dotoczyły ewentualnych wspólnych przedsięwzięć i współpracy ambasady i organizacji polonijnych, której głównym celem miałoby być kreowanie pozytywnego wizerunku Polski i jej promocja w Internecie.

„P

2

wicz, który wyraził nadzieję, że przyznany medal znajdzie honorowe miejsce w siedzibie Klubu, o którą jego członkowie cały czas się starają. Podczas uroczystej kolacji ambasador wzniósł toast za redakcję „Monitora Polonijnego“ i pogratulował Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, którą w tym roku przyznano temu pismu.

Pod koniec spotkania, kiedy to rozmawiano już mniej oficjalnie w ogrodach rezydencji, prezes Bienkiewicz, dziękując ambasadorowi za spotkanie, podsumował je, mówiąc: „Pańskie zaangażowanie i docenianie nas jako partnerów dodaje nam ochoty do jeszcze bardziej aktywnego działania“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Nowacki przeczytał natomiast treść postanowienia ambasadora RP: „W uznaniu wieloletniej działalności na rzecz promocji Polski, integracji środowiska słowackiej Polonii oraz upowszechniania polskiej kultury, języka i tradycji narodowej wśród mieszkań-

ców Słowacji przyznaję Klubowi Polskiemu – Stowarzyszeniu Polaków i Ich Przyjaciół na Słowacji Medal Pamiątkowy Ambasady Rzeczypospolitej w Bratysławie Amicus Legation“. W imieniu wszystkich działaczy Klubu Polskiego za to nadzwyczajne wyróżnienie podziękował Tomasz Bienkie-

MONITOR POLONIJNY


„Jak się miewają pani siostra i jej synek?“ – pyta mnie sprzedawca, sprzedający warzywa na targu w pobliskim miasteczku, do którego jeżdżę na zakupy, czasami właśnie z siostrą, kiedy ta przyjeżdża do mnie w odwiedziny. Targowisko, jak się bowiem okazuje, to nie tylko świeże owoce i warzywa, ale i specyficzny kontakt sprzedawców z kupującymi. Tu kupuje się zupełnie inaczej niż w klimatyzowanym sklepie samoobsługowym, gdzie nie wiadomo, kogo zapytać o to czy tamto, gdzie wszyscy są anonimowi. Podobno badania rynku wykazały, że zdecydowana większość Polaków woli robić zakupy w małych sklepikach osiedlowych, w których ceny co prawda bywają wyższe niż w hipermarketach, ale za to klienci mogą porozmawiać ze sprzedawczynią. Podobnie jest podczas imprez Klubu Polskiego, które są oczywiście wydarzeniami kulturalnym, ale ponadto mają charakter przyjacielskich spotkań, na których budowane i utrwalane są relacje międzyludzkie. Taki też charakter miała ostatnia impreza, zorganizowana przez Klub Polski, czyli „Polskie szanty na Dunaju“ (relacja na str. 13), Zgromadziła ona grono mieszkających na Słowacji Polaków, ich rodziny i przyjaciół, zamieniając się w swojskie „targowisko”, na którym mieliśmy okazję delektowania się tym, co polskie, co nasze, tutejsze, przez nas stworzone. Swego rodzaju „targowiskiem” jest też „Monitor Polonijny“, którego celem jest zaspokajanie potrzeb słowackiej Polonii, informowanie o tym, co nas dotyczy (rubryka „Z naszego podwórka“ – od str. 13 do 18). Specjalnie dla naszych czytelników Katarzyna Pieniądz tworzy rubrykę „Polak potrafi“, prezentując naszych rodaków, którzy za granicą osiągnęli sukces. W tym numerze przedstawia firmę Max Factor. Kto z Państwa wiedział, że jej twórcą był Polak? (str. 26). W rubryce „Wywiad miesiąca“ co miesiąc publikujemy rozmowy z wybitnymi Polakami. Te rozmowy są również specjalnie skrojone na potrzeby naszego polonijnego czytelnika. W tym numerze przedstawiamy światowej sławy śpiewaka operowego Mariusza Kwietnia (str. 9). A skoro mamy lato, czas urlopów, więc nie może u nas zabraknąć przeglądu najciekawszym letnich imprez w Polsce (str. 4). Z kolei Magdalena Zawistowska-Olszewska zaprasza wszystkich do Słowackiego Raju (str. 8), a Renata Straková nad polski Bałtyk (str. 5). W wakacyjnym numerze przedstawiamy też rezultaty dwu konkursów dla dzieci i młodzieży – na najpiękniejszą bajkę (str. 31) i plastycznego pod hasłem „Tatry – polsko-słowacki skarb” (str. 27). Czasami obserwuję sprzedawców z targu, jak pod koniec dnia pakują w skrzynki swój niesprzedany towar, sprzątają swoje stragany (podobnie jak my po imprezach w Klubie Polskim – ze statku, na którym śpiewaliśmy szanty, też wynosiliśmy skrzynki i pojemniki). Nazajutrz wczesnym rankiem znów się tu pojawią, a zapach świeżych owoców i warzyw znów będzie przyciągać kupujących, którzy znów docenią ten bezpośredni kontakt ze sprzedawcą. My też mamy nadzieję, że mimo okrojonych środków finansowych na działalność polskiej mniejszości na Słowacji nasze polonijne „targowiska“ będą działać jak najdłużej, a „Monitor“ będzie je relacjonował. W imieniu redakcji życzę przyjemnej lektury oraz udanego letniego odpoczynku.

Polska się bawi 4 4 Z KRAJU Nad Bałtykiem po latach – pod wrażeniem Świnoujścia 5 „Wina, wina dajcie“ 7 SŁOWACKIE PEREŁKI Wakacyjny raj 8 WYWIAD MIESIĄCA Mariusz Kwiecień: „Opera może być naprawdę wesoła“ 9 Z NASZEGO PODWÓRKA 13 Bratysława potrafi sie szczycić 19 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Stary uniwersytet w Bratysławie 20 KINO-OKO Kiedy dzieci mają dzieci… 21 OPOWIEŚCI POLONIJNEJ TREŚCI Na ostrzu cyrkla 22 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Talon na balon 22 MONITOR GOŚCI MNIEJSZOŚCI Bułgarskie rozmowy nie tylko w dzień targowy 24 CZUŁYM UCHEM Nie tylko serial Anna German odkryta na nowo 25 POLAK POTRAFI Wszystkie gwiazdy Maxa Factora (cz. I) 26 Konkurs rysunkowy rozstrzygnięty! 27 PORADNIK DLA POLAKÓW NA SŁOWACJI Słowacki system podatkowy – co należy wiedzieć 28 OGŁOSZENIA 28 ROZSIANI PO ŚWIECIE Warszawska berlinianka albo berlińska warszawianka 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Konkurs na najpiękniejszą bajkę rozstrzygnięty! 31 PIEKARNIK Rozkosze lata 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Ingrid Majeríková, Katarzyna Pieniądz, Linda Rábeková KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková ✝(1995 - 1999) • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 12 euro na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • EVIDENČNÉ ČÍSLO: EV542/08 • IČO: 30 807 620 Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

3


L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

eśli nie wiecie, co począć z wolnym wakacyjnym czasem, zapraszam jak co roku do Polski. Wspaniałe i sprawdzone imprezy pozwolą każdemu nie tylko się zrelaksować, ale również posmakować trochę kultury. Sprawdźmy więc, gdzie poszukać rozrywki.

J

Polska się bawi

W dniach 26-28 lipca w Płocku odbędzie się festiwal muzyki elektronicznej AUDIORIVER, na którym wystąpią znane gwiazdy – GusGus live, Mr. Oizo, Raresh. Z kolei 19 lipca Atlas Arena w Łodzi zaprasza na koncert Leonarda Cohena – widzów czekają trzy godziny wspaniałego kontaktu z artystą, bardzo lubiącym polską publiczność. Od 13 do 19 lipca w Poznaniu odbędzie się festiwal filmów animowanych „Animator” – nie tylko dla dzieci. Artyści będą walczyć o statuetkę Złotego Pegaza, a ich zmaganiom towarzyszyć będą koncerty, warsztaty, premiery. Wrocław zaś zaprasza w dniach 18-28 lipca na Międzynarodowy Festiwal Filmowy „T-Mobile Nowe Horyzonty”. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jakie filmy będzie można na nim obejrzeć i kto na nim wystąpi, zajrzyjcie na www.nowehoryzonty.pl. W dniu 25 lipca na Stadionie Narodowym w Warszawie wystąpi Depeche Mode, a od 27 lipca do 4 sierpnia w Kazimierzu

W POLSCE 4 CZERWCA obchodzono 24. rocznicę częściowo wolnych wyborów do Sejmu i całkowicie wolnych do odrodzonego Senatu. Miażdżące zwycięstwo odnieśli wówczas kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność“. Z tej okazji prezydent Bronisław Komorowski odznaczył m.in. Leszka Możdżera, Artura Rojka, Kayah i Katarzynę Nosowską. 4

i Janowcu odbywać się będzie festiwal „Dwa Brzegi”, nad którego wysokim poziomem czuwać będzie jak co roku Grażyna Torbicka. Fani bluesa koniecznie muszą odwiedzić Chorzów, gdzie w dniach 27 – 28 lipca na XV Festiwalu im. Ryśka Riedla zagrają muzycy uliczni, a charakteru imprezie z pewnością doda zlot harleyowców. Z kolei 30 lipca we Wrocławiu w Hali Stulecia wystąpi grupa Deep Purple. W dniach 2-4 sierpnia na „Off Festivalu”, uznanym za jedną z 20 najważniejszych letnich imprez na świecie, zapraszają Katowice. Jego dyrektor artystyczny Artur Rojek w tym roku ściągnął m.in. My Bloody Valentine. A od 1 do 3 sierpnia w Kostrzynie nad Odrą na Przystanku Woodstock Jurka Owsiaka wystąpią

SĘDZIA ANNA WIELGOLEWSKA, która miała zdecydować, czy zawiesić proces b. szefa MSW Czesława Kiszczaka za przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników kopalni „Wujek“ w 1981 r., została 5 czerwca zaatakowana po tym, jak ogłosiła, że przesłuchanie biegłych w sprawie odbędzie się przy drzwiach zamkniętych. Grupa niezadowolonych z decyzji osób z Adamem Słomką na czele krzyczała: „Na Białoruś!”, a gdy sędzia wychodziła z sali, jeden z mężczyzn zaatakował ją tortem. DZIEWIĘĆDZIESIĄTE URODZINY obchodził 7 czerwca Henryk Chmielewski, czyli Papcio Chmiel, twórca

O

L

A

T

O

L

m.in. Maria Peszek i Ugly Kid Joe. Od 2 do 9 sierpnia w Poznaniu w ramach festiwalu „Transatlantyk” odbędą się pokazy filmów i pierwszy w Polsce koncert Yoko Ono. Z kolei od 8 do 11 sierpnia w Kołobrzegu będzie można obejrzeć na festiwalu „Sensacyjne lato filmów” świetne nie tylko polskie produkcje filmowe, a także wziąć udział w nocnym maratonie filmowym. W dniach 9-10 sierpnia na COKE LIVE MUSIC Festivalu w Krakowie zagrają Florence and the Machine i Franz Ferdinand. W dniach 2-11 sierpnia w Zwierzyńcu odbędzie się Letnia Akademia Filmowa, w ramach której w atmosferze wakacyjnego relaksu będzie można obejrzeć filmy z całego świata. Dla miłośników muzyki klasycznej przygotowano festiwal „Chopin i jego Europa”, który trwać będzie od 15 sierpnia do 1 września w Warszawie i na którym wystąpią najwybitniejsi pianiści, np. Dang Thai Son i Janusz Olej-

popularnych komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek”, których pierwsza część ukazała się w 1957 r. na łamach „Świata Młodych”. W CZERWCU TVP pokazała kontrowersyjny niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie” w reż. Philippe’a Kadelbacha. Największe oburzenie i protesty wzbudził trzeci odcinek, w którym pokazano żołnierzy AK jako antysemitów. Po jego emisji PiS zażądało odwołania prezesa TVP Juliusza Brauna. W RADOMIU 18 CZERWCA odsłonięto pomnik Lecha i Marii Kaczyńskich. W uroczystości uczestniczył brat tragicznie zmarłego prezyden-

ta Jarosław Kaczyński, parlamentarzyści oraz rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej. Obok pomnika znajdują się tablice upamiętniające wszystkie ofiary katastrofy TU-154M. NA WARSZAWSKIM STADIONIE Narodowym 23 czerwca odbył się koncert eks-Beatlesa Paula McCartneya. Liczący 71 lat muzyk zaśpiewał 30 piosenek, m.in. takie przeboje, jak „All My Loving“, „And I Love Her“, „Lady Madonna“, „Let it Be“, „Eleanor Rigby“, „Hey Jude“. PONAD 2,7 TYS. osób ewakuowano 25 czerwca ze szpitali, prokuratur, urzędów pracy i posterunków poliMONITOR POLONIJNY

A


T

O

L

A

T

O

L

niczak, a ponadto przedstawione zostaną też różne projekty muzyczne. W tym roku koncerty chopinowskie zagra Polska Orkiestra Radiowa, a partię fortepianu zastąpi tekst literacki. Przez całe wakacje – od 24 maja do 6 października – w Gdańsku można wziąć udział w Międzynarodowym Festiwalu Współczesnych Sztuk Wizualnych „Alternatywa”. Od 6 czerwca do 1 września w Warszawie w Muzeum Narodowym będzie można obejrzeć wystawę prac artysty legendy – Marka Rothko. Najdroższy malarz XX wieku to żydowski chłopiec z Łotwy, który przez całe życie obracał się w kręgach światowych artystów, sam pozostając w cieniu. Wystawa jego malarstwa to prawdziwa gratka! Jak widać, imprez wakacyjnych jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. Zapraszam więc do festiwalowo-imprezowej Polski, by było co wspominać, gdy nastanie jesień. A na koniec jeszcze apel do Polaków: Koniecznie odwiedźcie Koszyce! To tegoroczna Europejska Stolica Kultury, zatem świetnych spotkań, wystaw i prezentacji sztuki na pewno tam nie zabraknie. AGATA BEDNARCZYK cji po tym, jak instytucje te otrzymały maile z informacją o podłożeniu ładunku wybuchowego. W akcji wzięło udział ponad 400 policjantów. Maile z informacjami o podłożeniu bomby wysłano z serwerów w kraju i za granicą. Podejrzany o ich wysłanie 26-latek został aresztowany. ZWIĄZKOWCY, KTÓRZY 26 czerwca zerwali posiedzenie trójstronnej komisji, mającej ustalić wysokość minimalnego wynagrodzenia w 2014 r., waloryzację rent i emerytur oraz założenia przyszłorocznego budżetu, domagają się dymisji ministra pracy Władysława KosiniakaKamysza. Zarzucają też rządowi LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

A

O

T

O

L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

O

kres letni to doskonały czas na podróże. W związku z tym przygotowaliśmy dla Państwa specjalny blok tematyczny, a w nim przegląd imprez kulturalnych z różnych miast Polski. Zachęcamy też do odwiedzenia polskiego Bałtyku i do wycieczek po Słowacji.

Nad Bałtykiem

po latach

początku czerwca spełniło się jedno z moich marzeń – po około 40 latach znów się wybrałam nad Bałtyk z moimi rodzicami. Ja – babcia, oni – pradziadkowie, ale stale bardzo aktywni, zawsze czujemy się ze sobą wspaniale. Każda chwila spędzona razem, to dla nas cenny dar. Dlatego chcę się podzielić z Wami swoimi wrażeniami z pobytu na wyspach Wolin i Uznam – wysuniętymi na północny zachód skrawkami Polski. Nasze modlitwy zostały wysłuchane – na początku czerwca prawie cała Europa topiła się w deszczu, a nas Świnoujście przywitało słońcem, które świeciło przez cały czas pobytu. Nie

Na

brak dialogu. „Dialog nie polega na tym, że związki każą, a rząd, parlament, pracodawcy wykonują polecenia“ – powiedział premier Donald Tusk. PREZYDENT BRONISŁAW KOMOROWSKI zawetował ustawę o okręgach sądowych, przywracającą 79 sądów rejonowych, zniesionych w wyniku reorganizacji dokonanej na początku roku na mocy tzw. reformy Jarosława Gowina. Z rozkładu głosów w Sejmie wynika, że opozycji oraz koalicyjnemu PSL nie uda się odrzucić prezydenckiego weta. NACZELNA PROKURATURA WOJSKOWA poinformowała 27 czerwca, że

pod wrażeniem

Świnoujścia przeszkadzał nawet wiatr od morza, który przecież opala... Woda co prawda nie zdążyła sie jeszcze ogrzać, ale była wyjątkowo czysta, więc i tak znalazło się kilku odważnych w kąpielówkach. Też byłam taka przed laty... Zaraz pierwszego dnia w piasku na plaży znalazłam grosik – zobaczymy, czy przyniesie mi szczęście. Rozbawiło mnie spotkanie z poszukiwaczami skarbów. Wykrywacze metali w ich rękach świadczyły o tym, że znaleziony grosik to tylko mała część skarbów, zagubionych przez wczasowiczów na plaży. Każdy chciałby się wzbogacić… Warto podkreślić, że do samej wody prowadzą z miasta zjazdy dla inwalidów,

biegli nie stwierdzili pozostałości materiałów wybuchowych ani produktów ich degradacji na elementach wraku Tu-154M. PODCZAS OSTATNIEGO czerwcowego weekendu odbył się kongres PiS, podczas którego szefem partii ponownie został wybrany Jarosław Kaczyński, który oświadczył, iż jego partia jest gotowa przejąć odpowiedzialność za kraj. Gościem kongresu był szef „Solidarności” Piotr Duda. RÓWNIEŻ W OSTATNI WEEKEND czerwca zebrała się w Chorzowie konwencja PO, podczas której Grzegorz Schetyna poinformował,

że nie będzie się ubiegał o fotel szefa partii. W wyborach, które potrwają do 23 sierpnia i w których będą mogli głosować wszyscy działacze Platformy, zmierzą się najpewniej Donald Tusk i Jarosław Gowin. PODCZAS POKAZÓW Gran Turismo Polonia w Poznaniu doszło 30 czerwca do tragicznego wypadku – jeden z samochodów wjechał w publiczność, w wyniku czego 17 osób, wśród nich dwoje dzieci, zostało rannych. Samochód prowadził norweski kierowca, który po wypadku został zatrzymany przez policję na 48 godzin. mp 5


L

A

T

O

L

A

T

a na plaży są też dwa WC dla osób na wózkach. Wszystkie plażowe toalety wyjątkowo czyste i ozdobione kwiatami – już nie trzeba biegać na wydmy (co i przed laty było zabronione...). Tato karmił na plaży mewy, niektóre jadły nawet z ręki. Podziw wzbudzała jedna spryciula, skrywająca się za płotkiem z gałęzi, wepchniętych w piasek. W trakcie długich spacerów wzdłuż plaży zbierałam muszelki, a fale obmywały mi stopy. Na efekt nie trzeba było długo czekać – słońce spaliło mi nogi. Ale co tam! Już pierwszego dnia zwróciłam uwagę na dużą liczbę rowerzystów, którzy byli właściwie wszędzie – na deptaku, ulicach miasta, a nawet na plaży, gdzie odważnie pedałowali po mokrym piasku. Postanowiłam i ja pojeździć na rowerze. Właścicielka naszej kwatery była bardzo miła i pożyczyła mi ten swój. Ścieżką rowerową dojechałam do granicy niemieckiej, ale gdyby nie zbyt niskie siodełko i brak cieplejszego ubrania popędziłabym dalej po przepięknej transgranicznej magistrali w głąb Niemiec, gdzie w każdym kurorcie mają molo. Oczywiście przeszłam się po tym najstarszym z czasów cesarskich, w Ahlbecku, a potem pojechałam do następnego kurortu – Heringsdorfu. I tak podróżując po obu stronach granicy polsko-niemieckiej, zauważyłam różnice: po niemieckiej stronie wyspy było równie zielono, ale i bogato, czysto, a wszędzie pachniało morzem i różami, nie było czuć smrodu smażonych ryb. Dobrze się tym Niemcom wraca6

O

L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

O

L

ło wieczorem do swoich willi po dobrych i tanich zakupach oraz tańszej smażonej rybce po polskiej stronie... Spotkałam też opalających się niemieckich nudystów – ja też się trochę opaliłam, ale w paski! W Świnoujściu najbardziej rozbawił mnie miejscowy dorożkarz (stukanie końskich kopyt po mieście wzbudza we mnie nostalgię), który wioząc nas nad morze ulicami miasta, opowiedział historię o parze niemieckich klientów, którzy po dziesięciu minutach jazdy zasnęli i przespali całe półtorej godziny opłaconej prze-

glądając na miasto z wieży widokowej, na której szczyt prowadzi ponad dwieście schodów. „Rybka w śrubie” – to niewielka restauracyjka w centrum miasta, ale dorsz smażony z surówkami był tam wyśmienity. Od czasów naszych corocznych wczasów zakładowych nad morzem 40 lat temu (o zgrozo!) moim ulubionym daniem jest wędzony halibut. Rano w wędzarni przy plaży wieszają świeżutkie kawałki, by do obiadu zdążyły się wysuszyć. Niebo w gębie i… próżny portfel mamy. Ale żyje się raz!

jażdżki. My za to tę przejażdżkę przeżyliśmy intensywnie, choć wcześniej jej nie planowaliśmy – jak dobrze, że wcześniej uciekł nam z przystanku autobus! Z zaciekawieniem obserwowałam promy (jedyne połączenie z lądem) i jego funkcjonowanie. Nie wiem, czy potrafiłabym żyć na wyspach, choć promy kursują nieustannie, a widok z nich jest fascynujący... Świnoujście to bardzo zielone miasto, niezwykle ciekawie położone – przekonaliśmy się o tym z tatą, spo-

Wielki targ dla Niemców i innych płacących w euro codziennie przyciąga turystów. Nic ciekawego tam jednak nie znalazłam – wolę zresztą ten nasz, w Szamotułach, mojej rodzinnej miejscowości. Bursztyny i muszle znów mi zawróciły w głowie – codziennie coś dokupywałam na licznych straganach przy promenadzie. Dobrze, że byliśmy tam tylko pięć dni... Rano na horyzoncie obserwowałam co najmniej kilka jednostek pływających – płynące do Skandynawii promy, kutry rybackie i wielkie transportowce. Wszystkie mijały pobliski młyn na falochronach z początku XIX wieku – znak nawigacyjny w kształcie wiatraka, dzisiejszy symbol miasta i cel plażowych spacerów wczasowiczów. Szum fal i zapach morskiej wody niesamowicie uspokajają... W Muzeum Rybołówstwa Morskiego zobaczyliśmy najstarszą piranię, pływającą w akwariach Europy. Ponad 35 lat w akwarium! Chyba pożarła już wszystkich towarzyszy, bo samotnie pozowała do zdjęć, w odróżnieniu od rybek koralowych. Wszystkie zgromadzone tam eksponaty były ciekawe. Szczególnie zainteresowała mnie niemiecka historia miasta, które aż do roku 1945 widniało na mapach

ZDJĘCIA: RENATA STRAKOVÁ

MONITOR POLONIJNY

A


O

L

A

T

O

L

A

T

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

O

„Wina wina dajcie!“ może wybierzemy się na festiwal wina do Strekova?“ – zaproponowała w ubiegłym roku nasza sąsiadka. Nawet nie wiedziałam, że oprócz Pezinka i jego okolicy jeszcze gdzieś odbywają się tego typu imprezy. Udział w niej to ciekawa propozycja spędzenia lipcowego weekendu na południu Słowacji. Sąsiadka spakowała kieliszki (podczas festiwalu można próbować trunków, korzystając z własnych kieliszków bądź kupując je na miejscu) i wszyscy ruszyliśmy do położonego niedaleko Novych Zamków Strekova. Pierwsza pisemna wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1075 roku. We wsi znajduje się kamienny kościół z 1328 roku i barokowy z 1775 roku. Mieszkańcy regionu uprawiali dawniej głównie pszenicę i winorośl, zajmowali się tkactwem i szewstwem. Organizowany od 2008 roku festiwal wina nawiązuje do tych tradycji. W czasie jego trwania właściciele winnic zapraszają gości w swoje progi. Wystarczy tylko kupić wejściówki i kupony na wino, by potem je wymienić na dowolnie wybrane trunki. Skręciliśmy do pierwszej winnicy, położonej na niskim pagórku. Właściciel i jego pomocnicy prezentowali

„A

jako Swinemunde. Potem przez długi czas stacjonowały tu wojska rosyjskie. Wycieczka statkiem po rzece i miejskich kanałach przyniosła wiele wrażeń – wyspa z mnóstwem kormoranów, siedzących na ogołoconych przez odchody drzewach, port dla promów i okrętów wojennych, rozładunek największego masowca, który dotarł do Świnoujścia (280 m dł.), najwyższa latarnia morska nad Bałtykiem, ogromne falochrony... W końcu się dowiedziałam, w jaki sposób statki płyną stąd do Szczecina i z powrotem na morze i że 9 promów dziennie wypływa na północ. Kapitan wyjaśniał nam wszystko po polsku i po niemiecku – odniosłam wrażenie, że tu chyba wszyscy znają niemiecki. . Zamiast pójść na dancing, poszliśmy na plażę, by zatańczyć w promieniach zachodzącego słońca, które nad Bałtykiem jest zawsze piękne. Tańczyliśmy z tatą w knajpce po gołym niebem, przy plaży, w rytm „Żółtych tulipanów” i byliśmy po prostu szczęśliwi... Chyba żadne miejsce nad naszym morzem nie oferuje tylu atrakcji na pogodę i niepogodę, dla leniwych i aktywnych. Są tu najszersze złote plaże, czysta woda i powietrze, dużo zieleni, urzekające krajobrazy nadmorskich wysp z wydmami, najwyższa latarnia morska, duży port dla promów i innych statków, kilometry pieszych, rowerowych i kajakowych szlaków, ślady bogatej historii i przemili ludzi. Muszę tam jeszcze wrócić… Choćby po to, by obejrzeć jeszcze tamtejsze fortyfikacje wojenne i wiele innych ciekawych rzeczy! RENATA STRAKOVÁ

O

różne rodzaje win, zachęcając do degustacji. Zajęliśmy więc miejsce przy ogrodowym stole i rozkoszowaliśmy się smakiem trunków. Przed nami rozpościerał się piękny widok na okolicę i jej winnice. Czekała nas jeszcze długa droga, bowiem organizatorzy festiwalu przygotowali trasę, usianą straganami, przy których można było nie tylko skosztować win tak słowackich, jak i zagranicznych (głównie węgierskich), ale i kupić pamiątki czy spróbować specjałów lokalnej kuchni. Naszą uwagę zwrócił kucharz, mieszający wielką chochlą w olbrzymim kotle gulasz, na który się skusiliśmy. Był wspaniały! I choć pogoda wówczas była kapryśna, to wrażenia okazały się niezapomniane. W tym roku festiwal odbędzie się 20 i 21 lipca. Kto więc ciekaw tego przedsięwzięcia, niech jedzie do mw Strekova.

ZDJĘCIA. STANO STEHLIK

T


L

A

T

O

L

A

T

O

L

A

T

Wakacyjny raj

J

L

A

T

Słowackie perełki

est takie miejsce na Słowacji, pełne niecodziennych widoków, rwących potoków, wodospadów, głębokich przepaści, urzekające bujną zielenią drzew i paproci. To mały raj na ziemi – Słowacki Raj.

Słowacki Raj należy do najpiękniejszych parków narodowych Europy. Znajduje się we wschodniej części kraju, na granicy Spisza i Gemeru. Ten wapienny poprzecinany dolinami i kanionami płaskowyż oferuje wspaniałe krajobrazy, mnóstwo wrażeń i dziesiątki kilometrów szlaków turystycznych do przemierzenia, a najlepszą porą na odwiedzenie tego miejsca są wakacje. W lipcowy weekend wybrałam się z przyjaciółmi w to niesamowite miejsce, by odpocząć od gwaru miasta i aktywnie wypocząć na łonie natury. Niestety przywitała nas letnia burza i ulewny deszcz. Mały drewniany ogrodowy domek, w którym byliśmy zakwaterowani, stał samotnie, otoczony jedynie przez pola, w sąsiedztwie starej stodoły. Po pierwszej burzy przyszła następna, potem kolejna… Nasza chatka nie posiadała piorunochronu, dlatego dla bezpieczeństwa

postanowiliśmy zejść do małej piwniczki, w której urządzono bar i miejsce na grill. By dodać sobie otuchy i umilić czas, przy akompaniamencie gitar śpiewaliśmy polskie szlagiery, zajadaliśmy kiełbaski i śmialiśmy się burzy prosto w twarz, nic sobie nie robiąc z potężnych grzmotów i oślepiających błyskawic. Zawierucha na zewnątrz trwała kilka godzin, ale ranek przywitał nas słońcem i błękitnym niebem. Po szybkim śniadaniu zapakowaliśmy plecaki i czym prędzej ruszyliśmy na szlak. W Słowackim Raju wytyczono gęstą sieć szlaków turystycznych o różnym stopniu trudności. Można tu spotkać rodziny z dziećmi, osoby starsze i prawdziwych piechurów. Trasy nie są długie i zazwyczaj wystarczą 2 do 3 godzin, by je pokonać. Niektóre nie należą jednak do łatwych i wymagają sporo zwinności i odwagi. Leśne ścieżki nie tylko wiodą po omszałych ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

8

O

kamieniach i dnach potoków, ale również po stromych drewnianych i metalowych drabinkach, mostkach i platformach, wbitych w pionowe skalne ściany. Wiele tras prowadzi przez ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA drewniane mostki, umieszczone nad rwącymi potokami lub wzdłuż nich, a także przez metalowe platformy nad ogromnymi przepaściami, gdzie trzeba trzymać się łańcuchów, by nie spaść. Warto jednak zadać sobie trochę trudu dla wspaniałych widoków i wyjątkowego mikroklimatu. Przy okazji można sprawdzić swoją kondycję fizyczną i zmierzyć się własnym strachem. Wyprawy po Słowackim Raju najczęściej rozpoczyna się w miejscowościach Podlesok, Hrabušice, Čingov czy Dedinky. Do najciekawszych tras należy zdecydowanie szlak, prowadzący do Sokolej Doliny (Sokolia dolina), w której znajduje się ogromny Wodospad Zawojowy (Závojový

O

L

A

T

O

vodopád). Warto także wybrać się na jeden z najwyższych szczytów o nazwie Hawrania Skała (Havrania skala - 1156 m n.p.m.) lub na Tomaszowski Wyhlad (Tomášovský výhľad) skąd rozpościera się zachwycający widok nad przepaścią w głąb doliny Hornadu. Szczególnie godny odwiedzenia jest szlak, wiodący na polanę Kláštorisko, gdzie znajdują się ruiny klasztoru kartuzów z końca XIII w. oraz jedyne w tej okolicy schronisko turystyczne. Natomiast poszukiwaczom mocniejszych wrażeń polecam szlak prowadzący po dnie najdłuższego i najgłębszego kanionu Wielki Sokół (Veľký Sokol). Słowacki Raj odwiedziłam kilkakrotnie, za każdym razem zachwycając się jego pięknem i wyjątkowością. To miejsce przyciąga turystów, wśród których nie brakuje Polaków. Najlepszą porą, by poznać jego uroki jest lato. Ciepłe dni sprzyjają górskim wędrówkom, a wszędzie unosi się cudowny zapach żywicy i ziół. Pakujcie więc plecaki i ruszajcie do Słowackiego Raju, by posmakować prawdziwej wakacyjnej przygody. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA


Mariusz Kwiecień: „Opera może być naprawdę wesoła“

Podobno nie chciał Pan śpiewać muzyki operowej? Nie, nie chciałem. A niedługo upłynie 20 lat mojej kariery! Kiedy się na nią zdecydowałem, czekała mnie ciężka praca. Teraz przeżywam pewnego rodzaju satysfakcję, ale i niedosyt. Myślę, że w dzisiejszych czasach zbyt szybko nazywamy kogoś gwiazdą. A przecież na miano gwiazdy trzeba sobie zasłużyć. Niektórzy zwracają się do mnie „maestro” czy „mistrzu”, a ja się zastanawiam, jak w takim razie ja powinienem tytułować moich mistrzów – Placida Dominga czy Jamesa Levine’a z opery w Nowym Jorku. To są ludzie, którzy mają swoje lata, doświadczenia, sukcesy. A ja jestem cały czas w drodze zdobywania doświadczeń! Na pewno kiedyś, w przyszłości z przyjemnością przyjmę wszystkie honory gwiazdy, jeśli oczywiście dane mi będzie kontynuowanie mojej drogi zawodowej. W tej chwili nie zwracam uwagi na tytuły, jestem zajęty pracą. Z Pańskimi światowymi osiągnięciami mógłby Pan być traktowany w Polsce właśnie jak gwiazda, media mogłyby Panu poświęcać dużo więcej miejsca, a tak nie jest. Z czego to wynika? Czy muzyka poważna traktowana jest jako kultura dla elit? Moja twarz nie musi zdobić okładek kolorowych pism. Oczywiście bycie osobą rozpoznawalną jest kuszące. Z drugiej strony, ile jest rozpoLIPIEC - SIERPIEŃ 2013

B

Przed Panem stoją otworem światowe sceny, może więc Pan promować polskich kompozytorów. Wykorzystuje Pan tę możliwość? W Stanach Zjednoczonych miałem serię recitali, podczas których śpiewałem pieśni Mieczysława Karłowicza. W ostatnim czasie prezentuję „Króla Rogera“ Karola Szymanowskiego. Wystąpiłem z nim w Paryżu, Madrycie, Bilbao, na festiwalu w Nowym Meksyku, w Santa Fe, w Stanach Zjednoczonych. W najbliższym czasie planowana jest premiera tej opery w Londynie, podpisałem też kontrakt w Chicago. To jest taki mój malutki wkład na rzecz promocji Szymanowskiego.

„Żeby powiedzieć, że czegoś się nie lubi, trzeba to poznać”. znawalnych twarzy w show-biznesie? W przypadku niektórych osób nawet nie wiemy, z czym mamy je kojarzyć, czy to aktor, piosenkarz, tancerz. Ja mogę zachować swoją prywatność, nie muszę opędzać się od natrętów. Myślę, że wszędzie na świecie muzyka poważna ma swoje szczególne miejsce. Jeśli jej się nie kocha od dziecka, to trzeba do niej dorosnąć, trzeba się jej uczyć. To jest muzyka napisana dla ludu przez wspaniałe dzieci ludu. Tak samo jak piękna architektura, kościoły, rzeźby, zostały stworzone dla nas wszystkich. To nie jest muzyka dla wyższych klas. W Polsce tak się przyjęło, że to muzyka dla elit, może dlatego, że wiele osób jej nie słucha, nie rozumie, ma złe wyobrażenie o operze. A przecież opera może być naprawdę wesoła i dać dużo przyjemności.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Jest Pan naszym najlepszym towarem eksportowym, jeśli idzie o muzykę poważną. Czuje się Pan gwiazdą? A wyglądam? (śmiech). W ogóle się nie czuję. Robię to, do czego zostałem stworzony, to, co lubię. Często patrzę wstecz – skąd przyszedłem, jak zaczynałem, jak wyglądała moja droga artystyczna.

yło to wydarzenie na światową skalę: 19 czerwca w bratysławskiej filharmonii wystąpił nasz rodak Mariusz Kwiecień, międzynarodowej sławy baryton (relacja z występu na str. 15). W przededniu koncertu udało mi się przeprowadzić z nim wywiad. Na spotkanie przybył człowiek bez wielkich manier, z którym można by rozmawiać godzinami.

Panu też się kiedyś nie podobała… Nie podobała mi się, bo słyszałem złe wykonania, denerwowało mnie przesadne vibrato w głosach. Do tej pory nie lubię muzyki wagnerowskiej. Ale teraz mogę powiedzieć, że jej nie lubię, bo ją znam, słuchałem jej wiele razy. Żeby powiedzieć, że czegoś się nie lubi, trzeba to poznać. 9


Jaki jest odbiór? Na samym początku spotykam się ze sceptycyzmem, który przełamuję, zapraszając dyrektorów oper na moje koncerty. Po występie są zachwyceni. Kiedy decydują się na wystawienie „Króla Rogera“, przychodzi obawa, jak spektakl przyjmie publiczność, ale zazwyczaj oceny są bardzo pozytywne, choć przedstawienie jest przecież dość kontrowersyjne, sporo w nim wątków homoseksualnych. Wie pani, my nie mamy wielkich kompozytorów, śpiewaków czy muzyków, za pośrednictwem których moglibyśmy promować polską muzykę. Inaczej jest w przypadku Rosjan, Czechów… O muzyce amerykańskiej, brytyjskiej czy niemieckiej już nawet nie wspominam – tej promować nie trzeba, bo jest genialna. Ale my, którzy genialnej muzyki mamy trochę mniej, powinniśmy ją nad wyraz promować. To jest wyrzut pod adresem decydentów w Polsce? Tak, to jest wyrzut pod adresem władnych, począwszy od tych z ministerstwa kultury, a skończywszy na tych ze stowarzyszeń, którzy dysponują pieniędzmi na promocję polskiej kultury. Wiele razy prosiłem o takie wsparcie, ale nie było zainteresowania, więc wziąłem sprawy

w swoje ręce i sam próbuję pokazać polską sztukę. Czy świat mógłby zainteresować się muzyką Stanisława Moniuszki, którego kochają Polacy? Muzyka Moniuszki jest po prostu słaba. Ona ma może walory sentymentalne dla Polaków, ale jest niezrozumiała dla szerszej publiczności. Co w Pana przypadku zdecydowało o sukcesie – determinacja, przebojowość, talent? Myślę, że wszystko po trochu: trochę szczęścia, talent, moja pracowitość. Jestem człowiekiem, który się nie poddaje, otwartym zarówno na krytykę, jak i pochwały. Od 12 lat samodzielnie pracuję nad swoim głosem; zrezygnowałem z lekcji u profesorów, bowiem nie ufam innym, jeżeli chodzi o mój głos. Jest Pan kowalem własnego losu? Tak. Jeżeli coś idzie nie tak, to nie muszę obarczać niepowodzeniem innych – wiem, kto jest za nie odpowiedzialny.

A często się to zdarza? Nie często, ale i mnie – jak każdemu człowiekowi – zdarza się, że coś nie idzie tak, jak sobie wymarzyłem. Pamięta Pan jakiś szczególny koncert, który przyniósł zwrot w Pańskiej karierze? Takich momentów zwrotnych było kilka, choć niekoniecznie wpłynęły one znacząco na moją karierę, ale raczej na moją psychikę. Pierwszy to mój solowy debiut, kiedy na jednym z koncertów jako 16-letni chórzysta, miałem zaśpiewać pieśń patriotyczną. Denerwowałem się i pomyliłem słowa. Drugim ważnym momentem był „Czarodziejski flet”, wystawiany dla dzieci w Teatrze Roma w Warszawie, w którym wcieliłem się w postać Papagena. Wszedłem wówczas między publiczność, by nawiązać kontakt z dziećmi, i pewnej dziewczynce powiedziałem, że jest śliczna. Dopiero później zauważyłem, że ma chustkę na głowie – prawdopodobnie nie miała włosów i była po chemioterapii bądź po jakimś ciężkim wypadku. Później dostałem od niej czerwoną różę. Do końca życia nie zapomnę tych wielkich ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

„Kiedy 15 lat temu wyjechałem do Nowego Jorku, od razu zauważyłem dramatyczne różnice, dotyczące zarówno standardu życia, stosunku do pracy, jak i dyscypliny i organizacji pracy”.

MARIUSZ KWIECIEŃ – polski śpiewak operowy (baryton), absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie prof. Włodzimierza Zalewskiego, laureat wielu konkursów wokalnych, m.in. austriackiego Belvedere i hiszpańskiego międzynarodowego konkursu śpiewaczego w Barcelonie. Oglądać i słuchać go można na wielkich scenach operowych całego świata, m.in. nowojorskiej Metropolitan Opera, Lyric Opera w Chicago, Seattle Opera, San Francisco Opera, operze wiedeńskiej i paryskiej czy londyńskiej Operze Królewskiej. W 2009 roku z rąk ministra kultury i dziedzictwa narodowego odebrał Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. 10

MONITOR POLONIJNY


niebieskich oczu, które mi dziękowały wymownie za komplement. A takim artystycznym, przełomowym momentem w mojej karierze był mój pierwszy spektakl „Króla Rogera“ w Paryżu. Na premierze zupełnie się zatraciłem jako śpiewak i aktor. Trudno mi było wtedy stwierdzić, gdzie jestem ja, a gdzie mój towarzysz król Roger.

re musiałem szybko zmienić, by zostać zaakceptowanym przez wielki świat. Wcześniej bowiem rzeczywiście zdarzało mi się nie przygotować albo zostawić coś na później. Szybko jednak się tego oduczyłem. Polaka na ulicy w Stanach Zjednoczonych można od razu rozpoznać. Ale może jednak nie powinienem tego mówić.

To znaczy, że im bardziej artyście uda się utożsamić z rolą, tym lepszy efekt? Nie do końca. To był taki moment, kiedy poczułem przypływ wielkiej mocy. Zrozumiałem, że można więcej, pełniej przeżywać to, co się robi na scenie. Od tamtego momentu nie zdarzyło mi się, bym przeżył ponownie takie uniesienie, ale to było zaledwie kilka lat temu, więc może coś takiego jeszcze się powtórzy.

Dlaczego? Niektórzy mogą się na mnie obrazić i będą mieli rację, ponieważ ci ludzie tak zostali nauczeni, wychowani i to nie jest ich wina, że się tak ubierają, czeszą…

W Ameryce nazywają Pana „Polski Książę“. To chwyt reklamowy? Wynika to pewnie z tego, że głównie występuję w rolach ludzi szlachetnie urodzonych, jak Eugeniusz Oniegin, hrabia z Wesela Figara, czy Don Giovanni. Zauroczyła mnie magia, bajkowość scenicznych postaci, które występują na obcasach, z klamerkami przy butach, w perukach, żabotach. Może dlatego, że były one tak różne od tych z szarej, socjalistycznej rzeczywistości? Wykorzystuję więc na scenie te atrybuty, a swój występ na scenie ubieram w odpowiednie gesty – specjalne ustawienie nóg na lekko ugiętym kolanie. Po takim koncercie zawsze dostaję komplementy, ludzie chwalą mnie ze wyjątkową grację, gestykulację, które zwykle pomagają mi zbudować postać wiarygodną, nietuzinkową. Wyjeżdżał Pan z Polski z jakimiś kompleksami, które udało się wyleczyć za granicą? Myślę, że polskie kompleksy są ciągle te same. Być może u młodej generacji, która kiedyś dorośnie, będą mniej widoczne? Kiedy 15 lat temu wyjechałem do Nowego Jorku, od razu zauważyłem dramatyczne różnice, dotyczące zarówno standardu życia, stosunku do pracy, jak i dyscypliny i organizacji pracy. To były rzeczy, któLIPIEC - SIERPIEŃ 2013

Są charakterystyczni? Tak. Niekoniecznie pozytywnie? Tak. Tak samo jak można rozpoznać na ulicy Rosjanina, tak samo można rozpoznać Polaka. Sporo Pan podróżuje. Udało się Panu zapuścić gdzieś korzenie? Od 15 lat jestem związany z Nowym Jorkiem i tam spędzam kilka miesięcy w roku. Podpisując kontrakt na operę, dużą produkcję, muszę się liczyć z tym, że w danym mieście spędzę około dwóch, trzech miesięcy. Wynajmuję więc wtedy mieszkanie w Monachium, Paryżu, Londynie, Madrycie czy jakimś innym mieście. Po takim okresie już wiem, czy dane miasto lubię, czy smakuje mi jedzenie, czy odpowiada mi tamtejszy styl życia. Szuka Pan w tych miastach kontaktu z Polakami? Nie, mam kontakt z moimi znajomymi przez Skype’a albo osobisty, kiedy przyjeżdżają do mnie w odwiedziny. Polonia miejscowa, najczęściej w Stanach Zjednoczonych, też mnie zaprasza na swoje imprezy. Zaskakujące są jednak momenty, kiedy pod koniec mojego pobytu w danym kraju, często po premierze, kiedy publikowane są wywiady ze mną, recenzje z występów, dzwoni do mojego menedżera przedstawiciel Instytutu Polskiego i wyraża zdziwienie, że jestem w danym mieście. Wygląda to na brak profesjonalizmu placówki kulturalnej.

Podpytuję Pana o Polaków za granicą, by dowiedzieć się, czy może się Pan utożsamiać z Polonią, skoro większość czasu spędza Pan poza Polską i co kilka miesięcy przenosi się do innego kraju? Mam mieszkanie w Nowym Jorku, tam płacę podatki, jestem związany z Metropolitan Opera, ale mieszkam w Polsce. Polskości nie da się ze mnie wyrzucić, choć nie czuję się patriotą. Jestem patriotą lokalnym: lubię wieś, w której mieszkam, rodzinę, znajomych. Nie czuje się Pan patriotą? To niemożliwe, przecież przed chwilą mówił Pan, jak promuje polskich kompozytorów… Ale tylko dlatego, że oni są wspaniali. Nie jestem patriotą, nie interesuje mnie historia Polski, przeszłość, katolicyzm. Ale zna Pan historię sztuki, muzyki polskiej… Tak, ale proszę mi wierzyć, gdyby Szymanowski napisał kicz zamiast pięknego „Króla Rogera“, to nie promowałbym go. Jestem Polakiem, cały czas jestem zakorzeniony w Polsce, nie wyobrażam sobie, bym mógł mieszkać na stałe w innym kraju. Znam dobre i złe cechy naszego narodu, bowiem sam jestem jego reprezentantem. We wszystkich obcych językach, którymi władam, mam słowiański akcent, którego chyba się już nie pozbędę. Kto jest, według Pana, patriotą? Patriotką była świętej pamięci Maria Fołtyn, którą żartobliwie nazywaliśmy z kolegami wdową po Moniuszce. Mimo że Moniuszko pisał muzykę, jaką pisał – bardzo sentymentalną – ale, niestety, nie międzynarodową, ona i tak wyjeżdżała za granicę z „Halką“ czy „Strasznym Dworem“, by je promować. Często otrzymuje Pan oferty pracy w Polsce? Nikt się o mnie nie bije, bo w Polsce chyba dominuje podejście, że jeśli ktoś robi światową karierę, to pewnie jest nieosiągalny i nie będzie mieć czasu, a danej placówki kulturalnej 11


pewnie nie będzie stać, by zapłacić mu honorarium. To błąd! Mój menadżer współpracuje z operami warszawską i krakowską. W Krakowie jestem co sezon po to, by zaspokoić głód kulturalny mojej rodziny, znajomych i melomanów w tym mieście. Ile ma Pan takich występów rocznie? Niewiele. Trzy, może pięć? A czy to prawda, że ma Pan wypełniony kalendarz z siedmioletnim wyprzedzeniem? Nie, z sześcioletnim. W tej chwili prawie cały kalendarz do 2018 mam zapisany. Wiem, że w dniu koncertu stara się Pan wyciszyć i nie umawia na żadne spotkania. Takiej higieny psychicznej wymagają role, w które się Pan wciela? Staram się zachować siły i witalność na wieczór. Każde spotkanie czy wywiad odbierają energię, stąd większość śpiewaków dzień występu albo nawet dwa dni przed nim stara się spędzić miło i przyjemnie.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Przyjemnie Pan spędził czas w Bratysławie? Bardzo! Bratysława ma bardzo ładne odnowione kamienice. To, co jednak w niej najbardziej zwraca uwagę, to ciepli, sympatyczni ludzie. Tacy byli kiedyś Polacy.

„Polacy bardzo prą do przodu i za wszelką cenę, jak najszybciej chcą nadrobić czas, stracony przez lata komunizmu“. A już nie są? Nie. Nie??? Ja mówię o cieple narodu. Tu ludzie w sklepach, restauracjach są otwarci, uśmiechnięci, uprzejmi i to uderza w pozytywny sposób. To znaczy, że Polacy bardzo się zmienili? Myślę, że Polacy za bardzo prą do przodu i za wszelką cenę jak najszybciej chcą nadrobić czas, stracony przez komunizm. To źle? Myślę, że źle. Nie można przecież posiać ziarna i za miesiąc oczekiwać plonów. Wszystko potrzebuje czasu. Chcielibyśmy uczestniczyć w tym szalonym tempie europejskiego życia, ale nie chcemy rezygnować z naszych zabobonów, guseł. Może niektórzy Polacy wzorują się na jednostkach, takich jak Pan, którym udało się osiągnąć sukces, dlatego prą do przodu? To wspaniała interpretacja. Ja też patrzę na osoby, które coś osiągnęły, bo to mnie mobilizuje. Życzyłbym wszystkim znalezienia w swoim otoczeniu takich osób, które wpływałyby na nich mobilizująco. Kto dla Pana jest taką motywacją? Patrzę na przykład na Meryl Streep, która w moich oczach jest absolutnie idealną i dojrzałą aktorką. W Polsce o kimś, kto ma 60 lat,

12

mówi się często, że już wszystko ma za sobą, a Meryl Streep stale się rozwija i udowadnia, że jako aktorka może być wciąż lepsza. Ale Panu już w młodym wieku udało się osiągnąć szczyty. No taaak, to nie jest aż taka straszna młodość… To kokieteria? To nie jest kokieteria. Śpiewak, który ma 40 lat, jest w połowie drogi. Dobrze byłoby, gdyby udało mi się jeszcze 15-20 lat pośpiewać, ale przecież to zależy od zdrowia i możliwości, które daje głos. Kiedyś powiedział Pan, że muzyka jest partnerką życiową, wirusem, którego nie da się usunąć… Tak jest chyba nie tylko w moim przypadku, bo wszyscy przecież słuchają muzyki, tak dzieci, jak i ludzie dojrzali. Muzyka, której słuchaliśmy ileś lat temu, pozwala nam powrócić w tamte czasy, bo dźwięki przywołują wspomnienia. Kiedy słucham na przykład „Tyle słońca w całym mieście“ Anny Jantar, to zawsze widzę przed oczami tę wspaniałą piosenkarkę z długimi ciemnymi włosami. Dzisiejsza młodzież za 20 lat, kiedy usłyszy Madonnę, też zapewne będzie wracać do czasu swojej młodości. W przypadku Mozarta mamy do czynienia z muzyką ponadczasową, za którą kryje się geniusz. A kiedy wsłuchać się w słowa, które do tej muzyki napisał Dupont, można naprawdę przeżyć niesamowite chwile, pełne uciech, nawet czasem może małego zgorszenia. Bo zarówno Dupont, jak i Mozart byli ogromnymi kobieciarzami i flirciarzami, więc żarty miłosne przemycali i w tekście, i w muzyce. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

MONITOR POLONIJNY


Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht? Gdzie ta koja, wymarzona w snach?

Otóż keja znajdowała się w Bratysławie przy nabrzeżu Vajanskiego, z którego w niedzielne popołudnie ostatniego dnia czerwca wypłynął w rejs statek „Martin”. Ta coroczna impreza, ciesząca się dużym uznaniem i zainteresowaniem wśród Polonii, i tym razem zgromadziła wielu miłośników piosenki żeglarskiej. Na pokładzie, tym razem większego statku, znaleźli się członkowie Klubu Polskiego z Bratysławy, Trenczyna, Nitry, ich rodziny, znajomi i przyjaciele, polscy księża z Marianki, pracownicy Kancelarii Rady Ministrów RS oraz goście z Wiednia. Rejs był zaplanowany we wcześniejszym ter-

minie, jednak ze względu na wysoki poziom wody w rzece i zagrożenie powodziowe został przełożony – najważniejsze jednak, że się odbył i to po raz pierwszy w czasie weekendu i po raz pierwszy do Čunova. Po oficjalnym przywitaniu gości przez prezesa Klubu Polskiego Tomasza Bienkiewicza oraz prezes bratysławskiego oddziału tej organizacji Katarzynę Tulejko uczestnicy tegorocznego rejsu rozpoczęli wspólną zabawę i biesiadowanie. Przede wszystkim jednak radośnie śpiewali szanty, które echo niosło po falach modrego Dunaju. Nie zabrakło też letnich przebojów, o które zadbał DJ Nosko. Nikogo nie trzeba było prosić do tańca, wszyscy ruszyli do niego sami, przekształcając statek w rozśpiewaną i roztańczoną słowacko-polską jednostkę pływającą. Nie obyło się też bez konkursowych emocji. Prowa-

dzący quiz żeglarski Tomasz Olszewski i w tym roku rozgrzał atmosferę, powodując, iż nasi klubowicze rywalizowali ze sobą jak prawdziwe wilki morskie. Tym razem o zdobycie atrakcyjnych nagród zmierzyło się pięć dwuosobowych zespołów o wybranych przez siebie zabawnych nazwach: Muppety, Żuczki, Biedronki, Bonny&Clyde oraz Święci i Poganie. Wszyscy wykazali się nie tylko refleksem i wiedzą żeglarską, ale także kreatywnością i poczuciem humoru. A na pamiątkę zrobili sobie fotografię na tle kilwateru, czyli śladu torowego statku. Pierwsze miejsce było tylko jedno i zajęła je drużyna Muppetów, czyli Michał Skowron i Agnieszka Drzewiecka, ale tak naprawdę wygrali wszyscy biorący udział w konkursie. Jak zwykle i w tym roku nie zabrakło wyśmienitych kulinarnych przysmaków. Wśród przekąsek i wypieków królował oczywiście tradycyjny polski śledź. Aż 16 kg tej smacznej ryby klu-

bowicze przygotowali na kilka różnych sposobów. Był więc śledź w śmietanie, po kaszubsku, śledź z cebulką i suszonymi pomidorkami, śledź z migdałami i rodzynkami, a nawet pyszna sałatka śledziowo-ziemniaczana. Polskie szanty na Dunaju to jedna z najważniejszych i najbardziej wyczekiwanych imprez klubowych, udowadniająca, że kultura i tradycja morza nie są obce naszym klubowiczom i że są oni miłośnikami żeglarskiego muzykowania. Pozdrawiam wszystkich marynarzy Klubu Polskiego, życząc pomyślnych wiatrów i… do zobaczenia za rok! MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

Projekt dofinansowany przez Kancelarię Rady Ministrów RS z programu Kultura mniejszości narodowych 2013

13


Polska prezydencja w Grupie Wyszehradzkiej U wackie Towarzystwo Polityki Zagranicznej (SFPA). A jakie były priorytety Grupy Wyszehradzkiej w ciągu ostatniego roku? Jednym z nich była współpraca, dotycząca przyszłego budżetu UE na lata 2014-2020. Według Piotra Bajdy w dużym stopniu przyniosła ona skutki w postaci wspólnego stanowiska. Dwie kolejne kwestie to chęć zapewnienia większego bezpieczeństwa energetycznego w regionie (m.in. dążenie do integracji rynku gazu) oraz polityka klimatyczno-energetyczna. Bajda podkreślił również, że Grupa Wyszehradzka stała się rozpoznawalnym znakiem i atrakcyjnym partnerem dla różnych inicjatyw politycznych. Podczas polskiej prezydencji po raz pierwszy doszło do spotkań premierów krajów Grupy z przywód-

ZDJĘCIA: MAGDALENA SUWARA

roczystym przekazaniem pałeczki na ręce Csaby Balogha, ambasadora Węgier, zakończyła się polska prezydencja w Grupie Wyszehradzkiej. To ugrupowanie regionalne, które istnieje już ponad 20 lat, tworzą Czechy, Polska, Słowacja i Węgry. Co roku, 1 lipca jeden z krajów przejmuje na rok przewodnictwo w Grupie. W ciągu ostatnich 12 miesięcy prezydencję sprawowała właśnie Polska, a 1 lipca br. funkcję tę przejęły Węgry. Z tej okazji Ambasada RP w Bratysławie zorganizowała spotkanie, na którym przedstawiono najważniejsze osiągnięcia polskiej prezydencji. W pierwszej jego części wystąpili akredytowani na Słowacji ambasadorowie: Tomasz Chłoń (Polska), Jakub Karfík (Czechy) i Csaba Balogh (Węgry) oraz Pavol Ivan, koordynator narodowy ds. Grupy Wyszehradzkiej w słowackim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W drugiej części swój punkt widzenia zaprezentowali politolodzy: Piotr Bajda z Polskiej Akademii Nauk, Ádám Szesztay, dyrektor Departamentu Strategii MSZ Węgier, Michal Kořan z czeskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych oraz Tomáš Stražay, reprezentujący Sło-

cami Francji, Japonii i Węgier. Podobnie jak kiedyś Słowenia, tak teraz Rumunia chętnie przystąpiłaby do tego ugrupowania regionalnego. Wiele uwagi w ciągu ostatniego roku poświęcono również promocji wizerunkowej Grupy Wyszehradzkiej. Z inicjatywy polskiego ministra Radosława Sikorskiego odbył się I Wyszehradzki Rajd Kolarski, którego uczestnicy w ciągu kilkunastu godzin pokonali trasę, prowadzącą z Budapesztu przez Słowację i Czechy do Krakowa. Podczas spotkania w Instytucie Polskim, na którym obecni byli też przedstawiciele słowackich mediów, instytucji międzynarodowych oraz akredytowanego na Słowacji korpusu dyplomatycznego, panowała wielojęzyczna różnorodność. Polacy i Węgrzy mówili po słowacku, Czesi i Słowacy po angielsku, a symbolicznego przekazania prezydencji dokonał ambasador Chłoń – z wykształcenia hungarysta – w języku ojczystym swojego kolegi z Budapesztu. grab

Muzyczne rozważania Romana Bergera W pierwszy dzień lata, 21 czerwca, w Instytucie Polskim w odbyła się prezentacja najnowszej książki wybitnego kompozytora, pianisty i teoretyka muzyki Romana Bergera, zatytułowana „Cesta s hudbou. Od Palacha po Obamu – a po Štefánika”. Roman Berger jest znanym i cenionym polskim muzykiem, żyjącym na Słowacji. Urodził się 9 sierpnia 1930 w Cieszynie.

14

W roku 1949 podjął studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach, jednak 3 lata później, na skutek prześladowań rodziny, zmuszony był przenieść się do Bratysławy, gdzie mieszka do dziś. Tu też kontynuował naukę na Akademii Muzycznej, studiując grę na fortepianie oraz kompozycję. Potem, już jako filozof muzyki i muzykolog, sam uczył gry na fortepianie w bratysław-

skim konserwatorium, wykładał muzykę współczesną i propedeutykę kompozycji. W latach 19801991 pracował w Instytucie Historii Sztuki Słowackiej Akademii Nauk. Był również członkiem zespołu opracowującego nowe koncepcje edukacji artystycznej przy Ministerstwie Edukacji oraz członkiem Komitetu Doradczego Ministra Kultury. Obecnie jest członkiem Związku Kom-

pozytorów Polskich oraz założycielem bratysławskiego międzynarodowego festiwalu muzyki współczesnej Melos-Ethos. Roman Berger to autorytet i ekspert w świecie muzyki. Za swoją twórczość kompozytorską otrzymał wiele nagród i wyróżnień. Wielokrotnie zapraszano go jako jurora na międzynarodowe konkursy kompozytorskie. Poświęcił się komponowaniu muzyki, MONITOR POLONIJNY


upalny wieczór 17 czerwca bratysławska Reduta wypełniła się eleganckimi gośćmi, którzy przybyli na niezwykły koncert pol-

W

ale także napisał dziesiątki inspirujących prac z dziedziny filozofii i teorii muzyki, oraz różnych tekstów teoretycznych, esejów filozoficznych oraz kilka książek, m.in. „Matematyka i muzyka”, „Muzyka i prawda”, ZDJĘCIE: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

skiego artysty, światowej sławy barytona Mariusza Kwietnia. Kiedy miejsca na scenie zajęli muzycy z Filharmonii Brno oraz bułgarski dyrygent Julian Kovačev, zabrzmiały pierwsze takty muzyki, wszyscy wypatrywali polskiego artysty. Jego głos zabrzmiał jednak z widowni, bowiem Mariusz Kwiecień, niezauważony, zajął miejsce w pierwszym rzędzie, czym wszystkich zaskoczył. Zaskoczył nie tylko tym, ale także siłą i barwą głosu, temperamentem, brawurowym aktorstwem. Widać było, że artysta nie tylko bawi publiczność, ale sam też przeżywa chwile radości, nawiązując kontakt z widzami, ba, czasami wręcz flirtując z kobietami tak z orkiestry, jak i z widowni. Kiedy śpiewał o uro-

„Dramat muzyki”. Obecnie promuje swoją najnowszą publikację „Cesta s hudbou. Od Palacha po Obamu – a po Štefánika”. Jest to wybór tekstów z lat 1969-2009, odzwierciedlających ogromną pasję ich autora do muzyki i jego emocjonalne zaangażowanie. Teksty te i artykuły poświęcone są wielu znakomitym kompozytorom, m.in. Witoldowi Lutosławskiemu. To także zbiór obserwacji, dotyczących zarówno świata muzyki, jak i tego otaczającego.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Koncert Mariusza Kwietnia w Bratysławie

dzie dziewcząt, wymieniał porozumiewawcze spojrzenia z dyrygentem. Na scenie pojawiła się też słowacka śpiewaczka Siomna Houda-Šaturová, zaproszona przez polskiego barytona, która z gracją mu wtórowała. Podczas wieczoru zabrzmiały m.in. arie z „Cyrulika sewilskiego“ Gioacchina Rossiniego, „Łucji z Lammermooru“ Gaetana Donizettiego czy „Don Giovanniego“ Wolfganga Amadeusza Mozarta. Publiczność była zachwycona i długo nie pozwalała artystom opuścić sceny, domagając się kolejnych bisów.

Opłacało się czekać pół roku na wizytę Mariusza Kwietnia w Bratysławie – jego występ był bowiem zaplanowany na styczeń, ale z powodu choroby artysty został przesunięty właśnie na czerwiec. Ján Korecký z Agencji Kapos, główny organizator koncertu, już teraz planuje prezentację kolejnych polskich artystów muzyki poważnej w Bratysławie. red

Na promocji książki Romana Bergera oprócz autora obecna była redaktor Michaela Jurovská oraz filozof Egon Gál, którzy wspólnie zastanawiali się nad rolą muzyki w życiu człowieka, twierdząc, iż bez niej nie byłoby ludzkości. Roman Berger powiedział, że „muzyka podobnie jak przyjaźń i miłość pochodzi ze świata alchemii”. Filozoficzne rozważania dotyczyły także zła, nienawiści i swoistej duchowości, którym to problemom

Roman Berger poświęcił cześć swoich esejów. Kompozytor wspominał również lata swojej młodości, okres II wojny światowej i lata sześćdziesiąte. Prezentację książki przygotował Instytut Polski wraz z Centrum Muzycznym w Bratysławie. Urozmaiciło ją wykonanie niektórych kompozycji Romana Bergera, które na fortepianie zagrała Xénia Ljubimová, a zaśpiewała Denisa Šlepkovská. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA 15


dybym jeszcze raz miał rozpocząć edukację, z pewnością bardziej bym się przykładał do nauki języka polskiego i muzyki, bowiem umiejętność

„G

Zakończenie roku szkolnego w Bratysławie sprawnego posługiwania się językiem jest nieodzowna nie tylko w dyplomacji“

– tak do nauki zachęcał dzieci i młodzież ze Szkolnego Punktu Konsultacyj-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

nego w Bratysławie ambasador RP w RS Tomasz Chłoń, który wraz z konsulem radcą ministrem Grzegorzem Nowackim przybył 28 czerwca na uroczystość zakończenia roku szkolnego. Kierownik SPK Monika Holzwieser podziękowała uczniom za ich całoroczną pracę, chwaląc ich zaangażowanie i sumienną pracę. Zanim rozdano świadectwa i nagrody, zaimprowizowano spektakl poetycki, w który zaangażowano nie tylko uczniów i rodziców, ale i gości z ambasadorem i redaktor naczelną „Monitora Polonijnego“ Małgo-

Zakończenie roku szkolnego w Nitrze U roczyste zakończenie roku szkolnego 2012/2013 w szkółce polonijnej w Nitrze odbyło się 24 czerwca w Pastoralnym Centrum Wolnego Czasu. Udział w tej uroczystości wzięli zaproszeni goście: konsul radca minister Grzegorz Nowacki oraz dyrektor Centrum Martin Čepček. PonieZDJĘCIE: EWA URDZIK

16

waż w ciągu całego roku w każdą środę dzieci z dużym zainteresowaniem poznawały zawiłości języka polskiego, ćwiczyły polską wymowę i czytały lektury, w nagrodę za pilną naukę otrzymały nie tylko świadectwa, ale również nagrody książkowe. „Nauka języka jest bardzo ważna przede wszystkim w rodzinach, gdzie jedno z  rodziców jest innej narodowości, a dzieci nie mieszkają w Polsce. Umiejętne posługiwanie się obydwoma językami rodziców stwarza dzieciom większe możliwości w przyszłym życiu zawodowym, ale też w kontaktach z dziadkami, kuzynami, rodziną mieszkającą w Polsce“ – mó-

ZDJĘCIE: ROMANA DOROTA GREGUŠKOVÁ

wił podczas uroczystości konsul Nowacki, który chwalił też rodziców, dbających o polską edukację swoich dzieci, znajdujących czas na zajęcia w szkółce polonijnej i na polskie konwersacje w domu. Ja zaś ze swej strony pragnę podziękować Panu Konsulowi za opiekę nad szkółką, Panu Dyrektorowi Centrum za udostępnienie sali lekcyjnej, rodzicom za ich duże zaangażowanie, MONITOR POLONIJNY


rzatą Wojcieszyńską na czele. Wywołani do tablicy czytali więc wybrane przez siebie wiersze Juliana Tuwima, a publiczność nagradzała ich oklaskami. Takie przedstawienie mogło się udać dzięki wspaniałej, wręcz rodzinnej atmosferze, która panuje w szkole. Nic dziwnego, że uczniowie chętnie do takiej szkoły chodzą!

Po części oficjalnej wszyscy zostali zaproszeni na grilla do ogrodu klasztoru w Račy, który dzięki zaangażowaniu i gościnności siostry Bernadetty stał otworem dla młodzieży i dorored słych.

a dzieciom za chęć nauki. Wszystkim życzę udanych wakacji. Do zobaczenia we wrześniu, kiedy powitamy dwóch nowych uczniów. ROMANA DOROTA GREGUŠKOVÁ Zgodnie z życzeniem autorki jej honorarium zostanie przeznaczone na cele organizacyjne szkółki polonijnej w Nitrze ZDJĘCIE: EWA URDZIK

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

„Europa Środkowa idzie na wolność“

ajnowszy film dokumentalny Mirosława Jasińskiego „Europa Środkowa idzie na wolność” przedstawia kluczowe wydarzenia polityczne, które miały miejsce w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech na początku lat 90. i które przyczyniły się do utworzenia Trójkąta Wyszehradzkiego (dziś – Grupy Wyszehradzkiej), a tym samym – usunięcia wojsk radzieckich z regionu. Słowacka premiera filmu, powstałego dzięki współpracy Europejskiej Sieci Pamięć i Solidarność z Narodowym Centrum Kultury i Ośrodkiem Pamięć i Przyszłość, odbyła się 19 czerwca 2013 roku w kinie Lumiére w Bratysławie. Reżyser filmu Mirosław Jasiński, współtwórca Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Wrocławskim, inicjator podziemnego ruchu Solidarności Polsko-Czechosłowackiej, po wyborach w 1989 r. m.in. wojewoda dolnośląski, radca ambasady RP w Czechach, później dyrektor Instytutu Polskiego w Pradze, autor filmów dokumentalnych „Gry leśne, uliczne i piwniczne” oraz „Czechy po pięciu latach”, podjął udaną próbę przybliżenia wpływu nieformalnych kontaktów dysydenckich elit na bieg historii państw, takich jak Polska, Czechy, Słowacja i Węgry. Transformacja ustrojowa, a wraz z nią dojście do władzy opozycji, umożliwiły m.in. rozwiązanie Układu Warszawskiego i RWPG oraz usunięcie wojsk ZSRR z terenów państw Europy Środkowej. Bardzo ciekawym wątkiem filmu jest proces tworzenia się Trójkąta Wyszehradzkiego i jego znaczenia w utrzymaniu jedności w regionie. O trudnych negocjacjach z Rosjanami opowiadają w filmie premierzy, ministrowie i samorządowcy. Mnie najbardziej zaciekawiła wypowiedź jedynej występującej w filmie kobiety, radzieckiej pani oficer, która konieczność odejścia wojsk radzieckich z Polski traktowała ze zrozumieniem, ale jednocześnie wskazy-

N

wała na beznadziejną przyszłość ich żołnierzy w ZSRR, gdzie nie przygotowano dla nich ani miejsc, dokąd by mogli wrócić, ani miejsc pracy. Po filmie odbyła się dyskusja, prowadzona przez Andrzeja Jagodzińskiego, uczestnika wielu wydarzeń pokazanych w filmie, a obecnie dyrektora Instytutu Polskiego w Bratysławie. Udział w niej wzięli m.in. Ján Čarnogurský, Ondrej Krajňák, Markus Meckel, Attila Pók, Jan Rydel. Wspomnienia naocznych świadków tamtych wydarzeń uświadomiły mi, że sprawa opuszczenia terytoriów Czechosłowacji, Polski i Węgier przez wojska radzieckie nie była taka prosta, np. w Polsce ok. 70 tysięcy radzieckich żołnierzy (wcześniej było ich tam prawie 400 tys.) miało zostać bezterminowo. Jednak dzięki skutecznej blokadzie kanału odwrotu wojsk radzieckich z Niemiec przez Polskę, zainicjowanej przez polską dyplomację, podjęto także rozmowy w sprawie wyjścia tychże wojsk również z Polski. Warto podkreślić, że pomogli w tym właśnie słowaccy i czescy dysydenci, którzy jednoznacznie odrzucili propozycję przejścia wojsk radzieckich, wycofujących się z Niemiec, przez ich terytorium. Czesi przygotowali nawet swego rodzaju show, związany z odejściem wojsk radzieckich – w czerwcu 1991 r., po rockowym koncercie Michaela Kocába, współzałożyciela Forum Obywatelskiego, pożegnali ostatniego radzieckiego żołnierza, wsadzając go symbolicznie do helikoptera, czemu towarzyszyły wybuchy petardy i okrzyki radości rozentuzjazmowanego tłumu. Jak podaje portal internetowy: „28 października 1992 r. z garnizonu Borne Sulinowo wyjechał eszelon, transportujący w kilkudziesięciu wagonach żołnierzy jednostki rakietowej. Był to ostatni oddział bojowy armii rosyjskiej, który opuANNA MARIA JARINA ścił Polskę”. ZDJĘCIA: EUROPEJSKA SIEĆ PAMIĘĆ I SOLIDARNOŚĆ, NARODOWE CENTRUM KULTURY

17


Tuwim, Brzechwa i ich dziatki

Andrzej Jagodziński odznaczony przez Karla Schwarzenberga ndrzej Jagodziński – dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie, tłumacz, publicysta, redaktor – został wyróżniony nagrodą Gratias Agit za promocję kultury czeskiej. Nagrodę tę przyznaje od 1997 roku czeski minister spraw zagranicznych rodakom i przyjaciołom Republiki Czeskiej, bohemistom, historykom, artystom, naukowcom lub przedsiębiorcom, którzy pogłębiają zainteresowanie zagranicy Republiką Czeską. Statuetkę, dyplom i odznaczenie z rąk ministra Karla Schwarzenberga laureat odebrał 7 czerwca w Pałacu Czerninów. Takie wyróżnienie trafiło do Polski już po raz trzeci. Wcześniej otrzymali je: stowarzyszenie Solidarność Polsko-Czesko-Słowacka red (2003) oraz Mariusz Szczygieł (2009).

A

Pełnomocnik odwołany ełnomocnik do spraw mniejszości narodowych w Kancelarii Rady Ministrów RS László Nagy, nominowany do urzędu rok temu przez partię Most-Híd, z końcem czerwca przestał pełnić swoją funkcję. Odwołał go rząd Roberta Ficy po sporze, dotyczącym nazw miejscowości w języku mniejszości narodowych na dworcach kolejowych. Do momentu zamknięcia „Monitora“ nie podano nazwiska jego następcy. Kancelaria Rady Ministrów poinformowała, że dotacje, które przyznała na działalność kulturalną mniejszości narodowych, zostaną wypłacone w najbliższym czasie, a umowy podpisze szef red Kancelarii Igor Federič.

P

młodszych (klasy 4-6) i najstarszych (klasy gimnazjum 1-3). Najpierw wystąpili najmłodsi, czyli uczniowie klasy pierwszej, zaś jako ostatni pojawił się na scenie najstarszy uczestnik – uczeń 3 klasy gimnazjum. Komisja oceniająca długo się naradzała, nim wydała ostateczny werdykt. W kategorii najmłodszych najlepsza okazała się Anna Cupał z klasy pierwszej, która z perfekcyjną dykcją pomogła odszukać Panu Hilaremu jego okulary (mowa oczywiście o wierszu pt. „Okulary“). W kategorii klas młodszych wygrał Hubert Kowal, który swoją recytacją wierszyka „O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci“ doprowadził wszystkich słuchaczy do śmiechu, zaś z klas najstarszych najlepszy był Bartek Maciąg, którego nagrodzono za nietuzinkową interpretację „Lokomotywy“ Juliana Tuwima. Tak naprawdę nie było osoby, której by się ten konkurs nie podobał. Warto jeszcze dodać, że wszyscy uczestnicy konkursu otrzymali upominki w postaci polskich książek, a na zakończenie kierownik Monika Holzwieser zaprosiła zarówno recytatorów, jak i słuchaczy na mały poczęstunek, który był okazją do rozmów nie tylko na tematy szkolne. BARTŁOMIEJ MACIĄG

ZDJĘCIE: BARTŁOMIEJ MACIĄG

toi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa…“ Chyba każdy z nas zna ten wiersz. To „Lokomotywa” autorstwa Juliana Tuwima, poety, który pisał zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. To właśnie on jest autorem znanych wierszyków, takich jak „Ptasie radio“, „Okulary“, „Słoń Trąbalski“, „Bambo“, „Kotek“, „Abecadło“, „Rzepka“. Na początku czerwca w Szkolnym Punkcie Konsultacyjnym w Bratysławie odbył się konkurs recytatorski, poświęcony właśnie Julianowi Tuwimowi oraz Janowi Brzechwie – równie wielkiemu twórcy, piszącemu dla dzieci. W tym roku mija zarówno 60 lat od śmierci Tuwima, który zmarł 27 grudnia 1953 roku, jak i 100 lat od jego poetyckiego debiutu – publikacji wiersza „Prośba“ na łamach „Kuriera Warszawskiego“. Spotkanie z twórczością Tuwima i Brzechwy w bratysławskiej polskiej szkole zaczęło się od krótkiej wypowiedzi kierownik szkoły na temat Dnia Dziecka na świecie. Chwilę później prowadzący spotkanie zapoznali publiczność z twórczością obu poetów. A potem rozpoczęła się rywalizacja… Wszystkich uczestników konkursu podzielono na 3 kategorie: najmłodszych (klasy 1-3),

„S

MONITOR POLONIJNY


dniach 12 i 13 czerwca Bratysława zorganizowała piękny, historyczny szczyt. Na dwudziestolecie niepodległości Słowacji zaprosiła prezydentów 20 państw Europy Środkowej. I udało jej się coś, co nie udało się dotychczas nikomu – posadziła przy jednym kongresowym stole przywódców Serbii i Kosowa. A to oznacza perspektywę dialogu, a nie wrogości na Bałkanach. Nikomu, kto choć trochę zna historie Europy, nie trzeba tłumaczyć wagi sprawy. Oprócz gospodarzy satysfakcję ze szczytu mogli odczuć też pozostali uczestnicy. Szczególnie prezydenci państw wyszehradzkiej czwórki, czyli Czech, Polski, Słowacji i Węgier. Wyszehrad był bowiem odmieniany przez wszystkie przypadki. A to za sprawą roli, którą odgrywa w Europie. Cieszymy się zatem i my, bowiem to najbardziej udany rezultat integracji regionalnej po 1989 r. Co więcej ten sukces promieniuje ponad regiony. Nie musimy być skromni. Jesteśmy przykładem dla sąsiadów z Europy Wschodniej i Bałkanów Zachodnich, a w mojej ocenie również gwarantem wiarygodności polityki rozszerzenia Unii Europejskiej, czyli wspólnoty, która jest najbardziej udanym projektem geostrategicznym w historii. Historię Grupy Wyszehradzkiej prezentuje się zazwyczaj od pamiętnych spotkań trzech królów: czeskiego Jana Luksemburczyka, polskiego Kazimierza Wielkiego i węgierskiego Karola Andegaweńskiego. Pierwszy ich zjazd odbył się w 1335 r. właśnie w Wyszehradzie, któremu to Grupa zawdzięcza swoją nazwę. Nie można też zapominać o szczycie w Trenczynie z 1335 r., na którym co prawda naszego Kazimierza nie było, ale byli jego oficjalni pełnomocnicy. Tamte spotkania królów możemy sobie tylko wyobrazić i to dosłownie od kuchni. Mój znakomity poprzednik, ambasador Andrzej Krawczyk tym wyobrażeniom przydałby zapewne więcej historycznych realiów, ja mogę tylko domniemywać, jak to w kuchni zamku wyszehradzkiego specjalni degustatorzy sprawdzali, czy aby potrawy nie są zatrute. Na zamku bratysławskim takich de-

W

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

Bratysława potrafi się szczycić gustatorów nie było. Dzisiaj wystarczy bowiem niewielka próbka pokarmu i laboratorium. Nie było też zbrojnej straży, sprawdzającej, czy któryś z gości nie wnosi zbrodniczych narzędzi. Taką straż zastąpiły specjalne rentgeny, jak te na lotniskach. Ale technika nie jest w stanie zastąpić wszystkiego. Podczas bratysławskiego szczytu potrzebny był jeszcze protokół dyplomatyczny, na podstawie którego należało precyzyjnie ustalić kolejność przejazdów, powitań, wystąpień prezydentów, zaś służby bezpieczeństwa musiały chronić dwadzieścia głów państw przed potencjalnymi zagrożeniami. Pomocne okazały się w tej sytuacji reguły procedencji (pierwszeństwa, np. który prezydent zabierze głos jako pierwszy), oparte często na starszeństwie w sprawowaniu funkcji reprezentanta państwa, a niekiedy stosujące kolejność alfabetyczną nazw poszczególnych państw. Ostatni są pierwszymi, czyli „najstarsi“ przyjeżdżają na końcu, żeby nie czekać na „młodszych“. Te zasady skodyfikował już kongres wiedeński w 1815 r. Zanim to nastąpiło historia odnotowała setki problemów z procedencją. I nawet papieskie decyzje Juliusza II w 1504 r. czy bulla Leona X w 1516 r. nie mogły przekonać władcy Polski, że występuje on po królach Czech i Węgier, a monarchy Hiszpanii, że przed nim jest jeszcze Francuz. Szczytowi bratysławskiemu towa-

rzyszyło ok. trzydziestu spotkań bilateralnych, wymagających wielu przygotowań i ciągłej weryfikacji ustalonych scenariuszów. Wszystko miało chodzić jak w zegarku naszego rodaka Antoniego Patka. I chodziło. Prezydent Gašparovič wysłuchał zasłużonych komplementów. Prezydent Komorowski również – za przewodnictwo Polski w Grupie Wyszehradzkiej. Polski prezydent spotkał się też z prezydentami Bułgarii, Macedonii, Litwy i Słowenii. Rozmawiał kilkakrotnie z prezydentem Janukowiczem. Debatował ponadto z przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem van Rompuyem m.in. o tym, by Ukraina nie była w „jadłospisie“ integracji europejskiej, tylko przy stole obrad. Wyborna środkowoeuropejska kuchnia i wina. Pierogi smakowały jak z najlepszych polskich pierogarni. Bratysławskie spotkanie prezydentów było też ucztą dla ducha. Uroczystą kolację uświetniły bowiem słowackie gwiazdy opery i muzycy Słowackiej Filharmonii, a Eva Hornyáková, urodzona w Levočy, była po prostu rewelacyjna… Bratysława przygotowywała szczyt, broniąc się jednocześnie przed wielką wodą. Wszystkie jej zmagania zasługują, by podsumować je powiedzeniem jeszcze z czasów kongresu wiedeńskiego: „Chapeau bas!” (‘czapki TOMASZ CHŁOŃ z głów’)! Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

19


Stary uniwersytet w Bratysławie ołowa XV wieku to były dobre czasy dla Bratysławy i Górnych Węgier. Kraj odbudowywał się po ciężkich walkach z husytami. Wzrastał dobrobyt. Mátyás Korwin, czyli król Maciej, i jego włoska małżonka należeli do najbardziej wykształconych władców europejskich. Upowszechnianie wiedzy i stworzenie grupy wykształconych urzędników należało – mówiąc dzisiejszym językiem – do ich priorytetów. Stąd idea założenia uniwersytetu, czyli – jak wówczas rozumiano tę instytucję – swego rodzaju świątyni wiedzy, gdzie w atmosferze wolności i nieskrępowania można poznawać, jak zbudowany jest świat. Profesorowie i studenci to w XV wieku, kiedy to panował analfabetyzm, ludzie o specjalnym statusie. Byli powszechnie szanowani i traktowani jak boscy wybrańcy. Mieli swoje własne stroje, z daleka rozpoznawalne; mieszkali, jedli i spali razem. Trzeba pamiętać, że uniwersytety, zwłaszcza te w Europie Środkowej, liczyły maksymalnie do dwustu studentów i kilkunastu profesorów. Ranga uniwersytetu była ogromna. Na jego założenie zgodę musiał wydać sam papież. W roku 1445 król Maciej wysłał do Rzymu poselstwo z prośbą o zgodę na założenie uniwersytetu w ówczesnej stolicy Węgier, czyli dzisiejszej Bratysławie (dawniej: Pozsony). Papież Paweł II zadanie utworzenia uczelni powierzył arcybiskupowi z Ostrzyhomia (Esztergom) Jánowi Vitézovi i biskupowi z Pécsu Jánowi z Čazmy (Jánowi Pannońskiemu). Szkoła miała nosić nazwę Universitatis Istropolitana, co w wolnym tłumaczeniu znaczy ‘uniwersytet w mieście nad Dunajem’. Często używana dziś nazwa Academia Istropolitana nigdy nie była używana w tamtych czasach. Dopiero trzynaście lat później założono drugi węgierski uniwersytet – w Peszcie. Uroczystości otwarcia pierwszego uniwersytetu odbyły się w Ostrzyhomiu

P

(Esztergom). Ponieważ w Bracorocznej donacji króla. WAŻKIE tysławie zmarł właśnie bezNiestety jego zainteresowaWYDARZENIA potomnie jeden z najbogatnie uczelnią w Bratysławie W DZIEJACH szych kupców, właściciel jeosłabło, gdy w roku 1485 SŁOWACJI dnej z najbardziej okazałych zdobył Wiedeń i do swojej kamienic w mieście (dzisiaj: dyspozycji miał większy Venturska 3), którego majątek wobec i starszy tamtejszy uniwersytet. Gdy braku spadkobierców zgodnie z prakról zmarł w roku 1490, przestały nawem przeszedł na własność króla, to pływać pieniądze i uczelnia została właśnie w tej kamienicy Maciej Korzamknięta. win umieścił uniwersytet. Były tam Najbardziej znanym profesorem, zarówno sale wykładowe, jak i mieszsprowadzonym z Wiednia, był matekania profesorów, wspólne izby nocmatyk i astronom Johann Müller, legowe dla studentów oraz jadalnia. zwany Regiomontanusem. OpracoRektorem uniwersytetu został arcywywał mapy nieba dla żeglarzy, oparbiskup Vitéz. Niestety, w pewnym te na wykreślaniu figury gwiazd połąmomencie król zaczął go podejrzeczonych w trójkąty. To właśnie jego wać o to, że jest on polskim agentem, mapą posługiwał się Kolumb. Kreśląc chcącym doprowadzić do osadzenia swoje figury, współtworzył podstawy na tronie węgierskim Kazimierza trygonometrii i wyliczał tabele tanJagiellończyka, i w roku 1472 został gensów i sinusów z dokładnością szeuwięziony. Następny rektor, jednościu miejsc po przecinku. Fascynowały go liczby, szukał tzw. liczby cześnie proboszcz katedry Georg von doskonałej i obliczył jedną z nich: Schönberg, zmarł dość szybko, bo 33 550  336(!?). Regiomontanus wyw roku 1476. Nawiasem mówiąc, polkładał w Bratysławie prawdopodobski król miał rzeczywiście zamiar obnie trzy lub cztery lata. Później przejąć tron węgierski – dokładniej rzecz niósł się do Norymbergii, gdzie załobiorąc, były to ambicje dworu krażył obserwatorium ekonomiczne kowskiego i opozycyjnych magnatów i jedną z pierwszych w Europie druwęgierskich, bowiem… król miał dokarni. piero 13 lat. W roku 1471 zorganizoInnym znanym w ówczesnym świewał w tym celu wyprawę na Węgry, cie profesorem był Gealeotto Marzio, ale pod Nitrą został zatrzymany. którego biskup Pannonius ściągnął W trzy lata później Maciej Korwin do Bratysławy z uniwersytetu w Bow rewanżu zorganizował łupieżczą lonii. Marzio był – jak to bywało w czawyprawę do Polski na Grody Czersach renesansu – historykiem, fizjolowieńskie (tereny pomiędzy Przemygiem i astronomem. Przed przyjazślem a Lwowem). dem do Bratysławy zdobył sławę jako Uniwersytet miał mieć, zgodnie autor podręcznika o budowie ludzz ówczesnym rozumieniem wiedzy kiego ciała „De homine”. Był także bii wykształcenia, cztery wydziały: hubliotekarzem i współtwórcą księgomanistyczny (filozoficzny), teologiczzbioru, znanego pod nazwą Bibliony, prawniczy i przyrodniczy (czyli teca Corviniana, umieszczonego na tak naprawdę lekarski). Filozofię rozamku w Budzie i liczącego około 2,5 zumiano wówczas jako naukę o potysiąca woluminów, co na tamte czaznaniu i historii świata, co było sy było ogromną liczbą. Marzio w pewstępem do teologii, czyli stuwnym sensie musiał uciekać z Włoch, diów nad Bogiem i Biblią. gdyż próbował opisywać drogę Do Bratysławy sprowadzoSłońca wokół Ziemi (nie doszedł jedno profesorów z Wiednia, nak do wniosków, które niedługo Krakowa i Ratyzbony. później sformułował Kopernik), Uniwersytet mógł funprzez co naraził się inkwizycji. kcjonować jedynie dzięki


Sam rektor arcybiskup Jan Vitéz miał bośniacko-chorwackie pochodzenie. Był znanym prawnikiem, astronomem i chemikiem (alchemikiem). Jako bliski współpracownik Jana Hunadiego otrzymał zadanie nauczania przyszłego króla Macieja Korwina. W 1458 roku posłano go do Pragi, aby pomógł Jerzemu z Podiebrad przygotować się do objęcia tronu. Jako biskup Oradei (w dzisiejszej Rumunii) był opiekunem filozofów i prawników – do swojej kurii ściągnął wówczas np. Polaka Grzegorza z Sanoka. Fascynowała go astronomia. Założył jedno z pierwszych węgierskich obserwatoriów.

Arcybiskup i rektor Vitéz zaprosił również do Bratysławy Marcina Bylicę z Olkusza, absolwenta uniwersytetu w Krakowie i kolegę ze studiów Kopernika. Bylica był znanym wówczas astronomem, który przez pięć lat wykładał matematykę w Bratysławie, a później został nadwornym astrologiem króla Macieja Korwina. Na pamiątkę starego uniwersytetu jedna z planetoid (numer 11614) została nazwana Istropolitana. Idąc na spacer po bratysławskiej starówce, warto zatrzymać się w którymś z letnich ogródków przy Venturskiej i popatrzeć na charakterystyczny gmach starego uniwersytetu. Najlepiej wieczorem. Może – gdy przymkniemy oczy – uda nam się usłyszeć jakąś starą dysputę o Bogu, szczęściu i naturze człowieka. ANDRZEJ KRAWCZYK

Kiedy dzieci mają dzieci… J aki mógłby być przepis na dobry film? Szokujący społecznie temat, który nie jest wyeksploatowany w polskim kinie. Na przykład nastolatkowie, którzy stają się rodzicami i nie radzą sobie z rzeczywistością… Dorzućmy do tego świetnie zapowiadającą się reżyserkę, zdolnych aktorów i sukces mamy murowany. Szkoda tylko, że zaprawa murarska okazała się felerna i mur runął, zanim został skończony. Trzeba przyznać, że film Katarzyny Rosłaniec, autorki „Galerianek”, jest O CZYMŚ i za to chwała reżyserce i zarazem scenarzystce w jednej osobie. Nie ma tu wyświechtanych historyjek o tym, że on ją kocha, ona jego też, ale nie mogą być razem, bo coś tam, coś tam. Film porusza ważne kwestie społeczne, dotyczące małoletnich rodziców. Dzieciaki, które uprawiają seks, nie są, niestety, zjawiskiem marginalnym czy patologicznym, a jednak nie chcemy za bardzo o tym mówić. Dobrze, że Rosłaniec podjęła tematykę, którą inni omijają z daleka. Młodej reżyserce nie brak potencjału i odwagi, ponadto udało się jej stworzyć swój własny styl. Szkoda zatem, że tym razem do jej filmu, czyli do „Bejbi blues”, zakradły się i dłużyzna, i nuda. Natalia (Magdalena Berus) jest matką-nastolatką, której życie kręci się wokół ciuchów i koleżanek. Jej chłopak Kuba (Nikodem Rozbicki) jeździ na deskorolce, pali trawkę i deklaruje, że chce być dobrym ojcem. Oboje traktują swojego półrocznego synka Antosia jak zabawkę. Chcą, jak to robią ich znajomi, chodzić na dyskoteki, imprezować, bawić się. Dzieckiem zajmuje się matka Natalii i to ona wie, jak się karmi i przewija malucha. Jako że sama jest młodą osobą, postanawia ułożyć sobie życie i wyjeżdża do pracy do Berlina. Dziecia-

ki zostają same, przytłoczone obowiązkami i rzeczywistością, która nie jest kolorowym teledyskiem rodem z MTV. Reżyserka, jak sama mówi w wywiadach, chciała przedstawić świat młodzieży, dla których dziecko jest gadżetem, modnym dodatkiem do ciuchów. Natalia jest kimś w rodzaju szafiarki, kolekcjonuje to, co jest trendy, a maluch wpisuje się w tę konwencję doskonale. Taka interpretacja mnie jednak nie przekonuje. Jakoś trudno mi uwierzyć, że kilkunastolatka zdecydowałby się świadomie na dziecko tylko dlatego, że to modne. Być może Natalia chciała sobie stworzyć COŚ do kochania, urodzić człowieczka, który będzie ją kochał miłością, jakiej wcześniej nie dał jej nikt, nawet rodzice. O tym przecież opowiada pierwsza połowa filmu, która wciąga, zaskakuje i ma tempo. Potem coś się psuje… A jak się psuje, to najczęściej wina scenariusza. Pojawiają się sceny, które nic nie wnoszą. Ekran opanowują dłużyzny i widz zaczyna z nudów ziewać. Akcja traci tempo, a napięcie z pierwszej połowy znika zupełnie. Koniec filmu jest przewidywalny jak wynik meczu Polska - Anglia. Wrażenie po obejrzeniu filmu? Ktoś miał świetny pomysł, ale nie potrafił go zrealizować i po drodze stracił zapał. Filmowi nie pomaga nawet świetna gra aktorska, zarówno drugoplanowych, znanych aktorów (Katarzyna Figura, Danuta Stenka, Jan Frycz), jak i debiutantów (Magdalena Berus, Nikodem Rozbicki), gdyż niedopracowany jest po prostu scenariusz, podejmujący co prawda temat trudny, o którym nikt nie chce mówić, ale narracyjnie nudny. Trzeba też dodać, że ten zacny w zamierzeniu projekt położyło na łopatki przerysowane do granic możliwości zakończenie filmu. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 21


Na ostrzu cyrkla

kłucie cyrklem nie należy do przyjemnych, ale TO ukłucie miało być przepustką na kolejny rok studiów. Przerażeni studenci zamarli w bezruchu, bo oto egzaminator na jednej z polskich uczelni po pisemnym egzaminie zdecydował, że prac studentów sprawdzać nie będzie. O tym, kto zdał, miał zdecydować wbity w arkusze papierów cyrkiel – czyją pracę przekłuł, ten miał zapewnioną pozytywną ocenę. Autorów nieoznaczonych cyrklem prac czekała powtórka egzaminu. Siedział oniemiały, bezradny i wściekły. Czy mógł się sprzeciwić niesprawiedliwości i bucie profesora, w którego rękach był los kilkudziesięciu studentów? Wiedział, że gdyby coś powiedział, naraziłby się, a i tak nic by nie wskórał. O profesorze krążyły różne historyjki, był znany z mściwości i pogardliwego stosunku do studentów. Nie miał do nich serca, nie interesowali go, byli złem koniecznym w jego karierze naukowej. Na biurku leżał stos prac, a profesor w teatralnym geście uniósł cyrkiel i zdecydowanie wbił go w papier. Za chwilę przed biurkiem mogła się ustawić kolejka szczęśliwców, których „dotknęło“ ostrze cyrkla. On był w tej drugiej grupie. Niestety. Choć przygotował się do tego egzaminu bardzo skrupulatnie.

U

To zdarzenie wywarło na nim takie piętno, że do dziś budzi się czasami w nocy zlany potem – śni mu się bowiem, że znów cyrkiel nie trafił w jego arkusz i że ma przed sobą całe wakacje nauki, by we wrześniu ponownie podejść do egzaminu. Mimo tego nieprzyjemnego incydentu studia skończył z wyróżnieniem. Rodzicie byli z niego dumni, ale podjętej przez niego decyzji o przeprowadzce do innego kraju nie potrafili zaakceptować. Ta emigracja miała charakter sercowy i choć jego wybrankę polubili, nigdy nie pogodzili się, że on zamieszkał z dala od nich, z dala od Polski. Byli przekonani, że w Polsce wiodłoby mu się lepiej, choć za granicą został dyrektorem dużej firmy. Twierdzili, że ma dług względem ojczyzny, która dała mu wykształcenie. Może dlatego zaangażował się w życie organizacji polonijnej, by ten dług Polsce spłacić? Był prężnym, pomysłowym działaczem, takim z iskrą, która sprawia, że chce się chcieć. Skupił wokół siebie spore grono Polaków, stworzył organizację polonijną, której został prezesem i która zasłynęła z ciekawych

i Opowieścijnej

azem z wydawnictwem The Facto wypuściła na rynek bombę, która miała wysadzić w powietrze tandetę na polskich salonach. „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu” nie powoduje jednak ani porządnego wybuchu, ani trzęsienia ziemi, no może takie małe „puf”, jak z balonika przekłutego szpilką. Panią Karolinę wspominam z sympatią. Pamiętam, jak prowadziła w TVP program „Filmidło” i studio Festiwalu Filmowego w Gdy-

R

22

polorneści t

przedsięwzięć kulturalnych. Od kilku lat borykał się jednak z problemami, związanymi z pozyskiwaniem dotacji na projekty, które – bądź co bądź – były wizytówką Polski w kraju, w którym przyszło mu żyć. Biurokracja, coraz bardziej skomplikowane kwestionariusze, które należało wypełniać, by móc ubiegać się o dofinansowanie, coraz mniejsze przyznawane kwoty i coraz późniejsze terminy ich przekazywania… Dlatego przestał planować duże imprezy w pierwszym półroczu. Ale w roku poprzednim nawet i te przedsięwzięcia, realizowane w lipcu czy sierpniu, a nawet we wrześniu nie miały finansowego pokrycia – opóźnienia w przekazywaniu dotacji były coraz większe. Panie urzędniczki ze zrozumieniem kiwały głowami i… rozkładały ręce: trzeba czekać.

Zarabiał dobrze, więc co jakiś czas dokonywał przelewu z prywatnego konta na konto organizacji, by móc zapłacić najpilniejsze faktury. „Artyści, którzy wystąpili dla nas, nie mogą wyjechać bez honorarium, przecież stracilibyśmy wiarygodność“ – tłumaczył żonie, kiedy po raz kolejny oznajmiał ubytek finansowy na ich koncie. O pożyczkach bezzwrotnych

Talon na balon arolina Korwin Piotrowska jest jedną z bardziej kontrowersyjnych osób w polskim show-biznesie. Powiedzieć o niej, że jest złośliwa, byłoby niepełnym opisem jej natury. Jest to osoba wręcz jadowita i żadnemu celebrycie ani trzecioligowej gwiazdce nie przepuści.

K

ni. Wykształcona, inteligentna babka z jajem dała się wciągnąć w show-biznes bulwarowy. Jej „magiel to-

warzyski” i udział w programie Top Model w stacji TVN nie pomogły w zachowaniu statusu błyskotliwej

dziennikarki i okazały się równią pochyłą kariery. „Bomba” miała obnażyć pustkę i blichtr polskich celebrytów, miała wsadzić kij w mrowisko, a okazała się nieco zabawniejszą wersją „Pudelka” i innych ser wisów plotkarskich. Owszem, Korwin Piotrowska jest w formie, a jej poczucie humoru i zmysł obserwacji potwierdzają, że jest złośliwą, ale bardzo inteligentną bestią. Nie zmienia to jednak faktu, że jej książka świata nie zmieMONITOR POLONIJNY


nawet jej nie mówił. Na jego biurku leżały też faktury, które – jego zdaniem – mogły poczekać. Bardzo się denerwował, kiedy listonosz przynosił przesyłki polecone, w których upominano się o należności. „Proszę pana, my tylko dlatego po raz kolejny poczekamy jeszcze kilka dni na przelew, ponieważ pan jest naszym stałym klientem i reprezentuje porządną firmę, ale gdyby zapukał pan do nas jako reprezentant jakiejś organizacji polonijnej, to – proszę wybaczyć moją szczerość – nigdy nie zgodzilibyśmy się

ni i pomimo poszczególnych zdań-perełek stanowi książkowe wydanie artykułów z „Gali” i „Vivy”. Autorka „Bomby” w alfabetycznym porządku przedstawia aktorów, muzyków, dziennikarzy telewizyjnych oraz celebrytów salonowych, czyli tych, którzy są znani z tego, że są znani. Korwin Piotrowska jedzie równo po wszystkich, ale jest sprawiedliwa. Nawet gdy pisze, że Doda jest chamska i wulgarna, to przyznaje, że ma ona chaLIPIEC - SIERPIEŃ 2013

na współpracę, bo niesolidnych eliminujemy“ – usłyszał któregoś dnia w słuchawce. To powiedziała menedżerka hotelu, w którym kwaterował gości swojej firmy. Tym razem nocowali tu artyści z Polski, występujący na zaproszenie organizacji polonijnej. Zrobiło mu się nieswojo i przykro. Oto on, ceniony dyrektor znaczącej firmy, jednocześnie firmuje swoim nazwiskiem organizację, która – co tu dużo mówić – ze względu na opóźnienia w płatnościach faktur, nie z jego winy, jest odbierana jako niesolidny partner. I znów dokonywał pożyczek z prywatnego konta, by dobre imię swoje i organizacji zachować. Na szczęście w ubiegłym roku wszystkie jego „pożyczki“ mogły być zwrócone, bowiem dotacje dotarły – jesienią. Czasami tylko żona denerwowała się, że nie może zaplanować takich czy innych inwestycji w domowym budżecie, ale na koniec zawsze z wyrozumiałością czekała cierpliwie. Tego roku miało być jeszcze gorzej – krążyły słuchy, że dotacje będą mocno okrojone. Jak pogodzić interesy wszystkich zainteresowanych, jak zrealizować przedsięwzięcia, które w różnych miejscach kraju, w którym przyszło mu żyć, zyskały renomę i cieszyły się dużym zainteresowaniem? „Tak krawiec kraje, jak mu materii staje“ – powiedziała żona, obserwując

ryzmę i potrafi zaskoczyć żywą inteligencją. O Kasi Cichopek pisze wprawdzie, że nie ma aktorskiego talentu i nie uosabia seksapilu, ale dodaje, że jest przemiła, bardzo kulturalna, zabawna i nie pozuje na diwę. Żadnej z opisywanych gwiazd autorka nie ocenia w sposób jednoznaczny. Choć z jej opisu od razu wiemy, kogo lubi, a kogo nie, to jednak w każdym znajduje ona zarówno pozytywy, jak i negatywy. Nie oszukujmy się jednak,

go, jak miota się i walczy, by uratować wszystkie projekty. Postanowił pójść za jej radą. W programie działalności na bieżący rok znalazło się o wiele mniej imprez, i to w skromniejszej wersji. Oczekiwał wieści z wspierających działalność mniejszości instytucji. Czekał na decyzje i… by zrealizować przedsięwzięcia polonijne, przelewał kolejne kwoty z własnego konta. Kiedy w czerwcu myślał, że wreszcie listonosz przyniósł mu umowę, dotyczącą dotacji, okazało się, że – owszem – przesyłka jest z owej instytucji, ale… zawiera kalendarz na bieżący rok. „Po co mi kalendarz w połowie roku?“ – denerwował się, widząc niegospodarność i bezsensowność wydawanych pieniędzy, przeznaczonych dla Polonii. Nie mogąc się doczekać informacji odnośnie przyznanych kwot, zadzwonił do decydenta. Kiedy sekretarka łączyła go z nim, poczuł to, co przed laty – oto złowrogi cyrkiel zawisł nad jego starannie opracowywanymi projektami kulturalnymi, do których przygotował się najlepiej, jak umiał, a ktoś, może nawet bez czytania, bez głębszej analizy, miał decydować o ich realizacji. Na chwilę wstrzymał oddech. „Przykro mi, te projekty nie uzyskały akceptacji“ – usłyszał głos w słuchawce. Żadne argumenty nie skutkowały. Ostrze cyrkla już zdecydowało… MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

że książka ta wniesie coś ciekawego do życia czytelnika. To, że sprzedawanie prywatności na okładkach kolorowych magazynów jest obciachem wiemy i bez czytania „Bomby”. Książkę mogę polecić jedynie w kategorii „przed snem, żeby zmęczyć oczy” lub jako wypełniacz urlopowego czasu, kiedy to leżąc na leżaku przy basenie hotelowym, chcemy poczytać coś, co nie wymaga od nas wysiłku intelektualnego. Zamiast brać do po-

ciągu piętnaście gazet plotkarskich, można wziąć „Bombę”. Można… ale nie trzeba. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 23


Bułgarskie rozmowy nie tylko w dzień targowy Bułgarsko-słowacki dom

śc

i

24

B

go

Po wojnie ze względu na dzieci bułgarskich osadników otwarto w Bratysławie szkołę, która zyskała renomę również wśród Słowaków. Do pracy w niej oddelegowano z Sofii pewną nauczycielkę – babcię mojej rozmówczyni, Diany Dobruckiej. „Był rok 1953, kiedy moja babcia z dwiema córkami przyjechała do pracy w szkole w Bratysławie. Tu otrzymała zakwaterowanie we wspólnym mieszkaniu z dwiema innymi rodzinami“ – opowiada Dobrucká. Babcia uczyła języka bułgarskiego przez kilka lat. Potem podjęła pracę w konsulacie. Z jedną z córek wróciła do Bułgarii. Druga – mama mojej rozmówczyni – podjęła na Słowacji studia dziennikarskie, a potem pracę w swoim zawodzie w Bratysławie. Później wyszła za mąż za Słowaka. Ich córka wyrastała w miłości i szacunku do obu narodów i – jak sama twierdzi – często doświadczała uczucia tęsknoty: w Bułgarii, do której jeździła na wakacje do rodziny, za Słowacją, w Bratysławie natomiast tęskniła za Bułgarią. Doskonale opanowała oba języki. Na pytanie, czy nie ma problemu z potakiwaniem głową po słowacku i po bułgarsku (Bułgarzy, potakując, kręcą głową, zaś zaprzeczając, kiwają nią), odpowiada, że zawsze potrafi się przestawić z jednego języka na drugi.

nitor ułgarscy ogrodnicy zaczęli przyjeżdżać na tereny Mo obecnej Słowacji już pod koniec XVIII wieku, jednak najwięcej przybyło ich na początku XX wieku i zaraz ci po II wojnie światowej. Zamieszkali rejony o łagodnym klimacie oś z s i dobrej ziemi, czyli głównie okolice Bratysławy, Koszyc, ej ni m Ostrowa Żytniego i Niziny Podunajskiej. Jeszcze dziś na straganach i targowiskach można tu spotkać Bułgarów, sprzedających dorodne, okazałe owoce i warzywa, bowiem do dziś są oni specjalistami w zakresie warzywnictwa i sadownictwa.

Bułgarskie życie Kiedy Diana wyjechała na studia slawistyczne do Sofii, jej rodzice mieli nadzieję, że szybko wróci do Bratysławy, ale ona podjęła tam pracę jako lektor języka słowackiego na uniwersytecie, wyszła za mąż za Bułgara i urodziła córkę. Na powrót zdecydowała się dopiero po dziesięciu latach i rozwodzie. „Córka miała pójść do szkoły, chciałam więc, by nie przeżywała na własnej skórze bolesnych przemian w Bułgarii“ – wyjaśnia. W jej odczuciu bowiem wolność i demokracja w Bułgarii przyniosły zaskakujące zmiany w poziomie szkolnictwa. Kiedy ona sama podejmowała tam studia, poziom nauczania był bardzo wysoki, wręcz musiała doganiać swoich rówieśników, natomiast po 1989 roku obserwowała niekorzystne zmiany. „Po przełomie wszystko zaczęło się psuć, jakby Bułgarzy nie potrafili sobie poradzić z demokracją, która ich przerosła – konstatuje Diana Dobrucká. – Może dlatego, że Bułgarzy są bardziej emocjonalni? Po-

trafią się przecież nawet w autobusie pokłócić o przekonania polityczne“.

Tanecznym krokiem Po powrocie do Bratysławy moja rozmówczyni pracowała najpierw w biurze podróży, teraz w zajmującej się PR agencji. Jej córka podjęła studia muzyczne w Austrii, oczywiście zaraz po skończeniu bułgarskiej szkoły w Bratysławie. Dziś to już prywatna szkoła, nadal ciesząca się popularnością wśród uczniów. Tu uczniowie uczą się w dwu językach – bułgarskim i słowackim – i otrzymują świadectwa obu krajów. Ponadto mogą się uczyć bułgarskich tańców. „Ja również należałam do kółka tanecznego i kiedy przyjechałam do Sofii na studia, okazało się, że znam takie tańce, których nie znają rodowici Bułgarzy, więc wraz z choreografem uczyliśmy ich“ – opisuje. Te tańce są bardzo charakterystyczne, pełne temperamentu i zapewne to one spowodowały, że słowaccy Bułgarzy od wielu lat organizują w Bratysławie bal karnawałowy, przyciągający przedstawicieli nie tylko ich nacji.

Cyryl i Metody Słowaccy Bułgarzy spotykają się z okazji tradycyjnych świąt: Dnia Wasyla, Dnia Iwana oraz innych znanych bułgarskich imienin. Na takie spotkania przygotowują bałkańskie smakołyki: specjalnie pieczony chleb, różnego rodzaju warzywa czy musakę. Na początku roku dzielą się ciastem z niespodzianką, w którym chowają karteczki z życzeniami na nadchodzący rok. Na takie uczty przychodzą także ich słowaccy przyjaciele i znajomi. „Od wieków Bułgarzy utożsamiają się z Cyrylem i Metodym, więc 24 maja, kiedy w Bułgarii jest ich święto, i my świętujemy. Od ubiegłego roku z tej okazji przygotowujemy imprezy na Devinie“ – mówi Dobrucká.

111 lat na Słowacji W ubiegłym roku Bułgarzy obchodzili 110. rocznicę powstania pierwszej organizacji bułgarskiej na Słowacji. Dziś takich organizacji jest więcej. Moja rozmówczyni, która jest ich przedstawicielem w KanMONITOR POLONIJNY


ożenił się ze Słowaczką, a w kaplicy na dziedzińcu Pałacu Prymasowskiego odprawia msze, które także stały się okazją do spotkań bułgarskiej diaspory. Bułgarska mniejszość nie dysponuje własną siedzibą, więc na większe imprezy wynajmuje sale, zaś mniejsze organizuje w Bułgarskim Instytucie Kulturalnym. „Owszem, Bułgarzy otrzymali siedzibę na ulicy Panskiej, czyli w centrum Bratysławy, ale w wyniku podziałów organizacji i braku porozumienia między nimi, budynek ten należy do tej, mającej swoją siedzibę w Levicach – opisuje Dobrucká. – To bolesny temat. Najgorsze jest jednak to, że nikt nic nie robi z tym budynkiem, a kiedyś plany były takie, że tu będzie siedziba dla wszystkich mniejszości“. Przedstawicielka bułgarskiej mniejszości nie narzeka na brak młodych w stowarzyszeniu, bowiem w jego szeregi wstępują absolwenci bułgarskiej szkoły i studenci języka bułgarskiego na uniwersytecie. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

celarii Rady Ministrów RS, marzy o ich połączeniu. Kilka lat temu przewodniczyła też bratysławskiej organizacji, obecnie pomaga mamie w redagowaniu bułgarskiego kwartalnika. Kiedyś, jeszcze w czasach Czechosłowacji, Bułgarzy wydawali swój miesięcznik. „Pamiętam, że jeszcze jako dziecko jeździłam z moją mamą, redaktor naczelną tego pisma, do Preszowa, do drukarni – jedynej, która potrafiła drukować bułgarską czcionką – wspomina Diana – wtedy proces przygotowań do druku był długi i skomplikowany, więc spędzałam z mamą dwa dni w miesiącu właśnie w Preszowie“. Bułgarska mniejszość, którą według ostatniego spisu powszechnego tworzy 1051 osób, otrzymuje dotacje z Kancelarii Rady Ministrów RS (w tym roku to jest 32 tysiące euro). „Nie dostajemy żadnego wsparcia z Bułgarii, bo ekonomicznie ten kraj na to nie stać“ – wyjaśnia Dobrucká. Swoją działalność finansują też ze składek lub darowizn od bułgarskich przedsiębiorców, a nawet od popa, który przybył z Bułgarii,

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

Anna German odkryta na nowo mitowany przez TVP rosyjski serial biograficzny o Annie German bije rekordy popularności. Na jego fali odżyło w Polsce ogromne zainteresowanie twórczością tej artystki. Skwapliwie próbowali wykorzystać je niedawno organizatorzy Czulym uchem festiwalu w Opolu. Wpadli na karkołomny pomysł, by Joanna Moro, wcielająca się w serialu w Annę German, zaśpiewała na żywo jej utwory. Nie będę pastwić się nad interpretacją „Człowieczego losu” przez Joannę Moro; napiszę tylko, że była wyjątkowo nieudana i porównywanie jej z wykonaniem Anny German jest bezcelowe. Wzrost zainteresowania Anną German sam w sobie jest jednak jak najbardziej pozytywnym zjawiskiem. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby okazało się, że sporo widzów, zwłaszcza młodszych, właśnie dzięki serialowi dowiedziało się, kim w ogóle była ta artystka. Świetną okazją do zaznajomienia się z jej twórczością są niedawne premiery płytowe – w maju ukazał się zbiór „40 piosenek Anny German”, a w czerwcu „Nie jestem taka, jak myślisz”. Pierwsze z tych wydawnictw zawiera najsłynniejsze polskie utwory Anny German oraz piosenki śpiewane po rosyjsku, włosku i hiszpańsku. Całość, z poprawioną cyfrowo jakością dźwięku, brzmi naprawdę imponująco i myślę, że może być świetną propozycją dla tych, którzy swoją przygodę z twórczością Anny German dopiero zaczynają. Z kolei „Nie jestem taka, jak myślisz” to druga płyta z utworami z repertuaru Anny German, która ukazuje się w serii „Złota kolekcja”. Pierwsza, „Bal u Posejdona”, trafiła do sklepów w listopadzie 1999 roku. Dobrze zatem, że telewizyjna biografia Anny German została wyemitowana także w Polsce, bo bez niej może ta druga część nie zostałaby nigdy wydana albo czekalibyśmy na nią jeszcze dłużej... „Nie jestem taka, jak myślisz” nie jest zbiorem największych przebojów. To 22 utwory, z których kilka stanowi nagrania archiwalne, dotąd niepublikowane – „Napisz dla mnie piosenkę” (z tekstem Agnieszki Osieckiej, do tej pory nieumieszczone nawet na analogowych płytach), „Powracające słowa”, „Pieśń gondoliera”, „Maria Magdalena”, „Jak co roku”, „Piosenka o kowboju”. Anna German nagrała je dla Polskiego Radia Wrocław w latach 1960-1961, kiedy jeszcze była studentką geologii, nieznaną szerszej publiczności. Niezwykle ciekawy wybór nieoczywistych, nieosłuchanych jeszcze nagrań; bardzo starannie przygotowany. Zdecydowanie KATARZYNA PIENIĄDZ warto posłuchać!

E

25


uder, szminka, fluid do twarzy, tusz do rzęs, róż – nie znam kobiety, która nie używałaby na co dzień chociaż jednego z tych kosmetyków. Liczba marek dostępnych na rynku jest imponująca i bez trudu można znaleźć coś dla siebie w każdym przedziale cenowym. Jedną z najstarszych i najlepiej rozpoznawanych przez klientki jest bez wątpienia Max Factor. W czasach PRL-u Polki miały możliwość kupna kosmetyków tej marki głównie w Peweksie. Były one wówczas synonimem bardzo drogich, luksusowych produktów z zagranicy. Mało kto wtedy (a podejrzewam, że także i teraz) wiedział, że światowo i obco brzmiąca nazwa Max Factor pochodzi od imienia i nazwiska założyciela firmy, Maksymiliana Faktorowicza. Brzmi swojsko? I słusznie, bo Faktorowicz przyszedł na świat i dorastał w Polsce.

P

Wraz z rosnącą liczbą powstających filmów rosło zapotrzebowanie na specjalne kosmetyki do charakteryzacji aktorów. Nowe medium bezlitośnie obnażało niedoskonałości wyglądu; makijaż, używany do tej pory w teatrze, zupełnie nie sprawdzał się na ekranie. Faktorowicz postanowił opracować nową recepturę i produkt stricte do makijażu filmowego. Udało mu się to w 1914 roku, kiedy stworzył pierwszy w historii podkład (fluid) w płynie flexible greasepaint, w dwunastu odcieniach, odpowiednich do różnych karnacji. Ten wynalazek okazał się dużym sukcesem i spowodował, że Faktorowicz stał się makijażystą największych gwiazd. Chwaliły one nie tylko stworzone przez niego produkty, ale również nowatorski wówczas sposób malowania twarzy, czyli makijaż skrojony na miarę; dopasowany kolorystycznie do typu urody. W pierwszych latach działalności w Los Angeles Faktorowicz wykonywał makijaże osobiście. Do grona stałych klientów jego salonu, znajdującego się przy Hollywood Boulevard, należeli Ben Turpin, Gloria Swanson, Mary Pickford, Pola Negri, Jean Harlow, Claudette Colbert, Bette Davis, Norma Shearer, Joan Crawford i Judy Garland. To Faktorowicz wymyślił charakterystyczny sposób malowania ust Clary Bow (w kształcie serca) i przesadnie uwypuklone usta Joan Crawford. Dla Rudolpha Valentino stworzył specjalny puder, który nadawał jego naturalnie ciemnej twarzy jaśniejKATARZYNA PIENIĄDZ szy odcień. ciąg dalszy w MP nr 9/2013

Wszystkie gwiazdy

Maxa Factora

Urodził się w latach siedemdziesiątych XIX wieku w Łodzi w ubogiej, wielodzietnej rodzinie żydowskiej. Trudna sytuacja materialna zmusiła go do szybkiego podjęcia pracy zarobkowej – już jako czternastolatek był asystentem aptekarza i dentysty, pomagał też w drogerii. Świat rozmaitych mieszanek, kremów i maści, który wtedy poznał, pochłonął go całkowicie. W wieku 20 lat, dzięki uporowi i ciężkiej pracy, otworzył w Moskwie własny sklep z kosmetykami i perukami. Szybko zyskał też renomę jako świetny i utalentowany makijażysta. Kiedy dla księżnej Jusupowej, uważanej przez wielu za najpiękniejszą i najelegantszą kobietę przedrewolucyjnej Rosji, wymyślił nową fry26

POLAK

zurę i niezwykle efektowny makijaż ślubny, rosyjskie elity oszalały. Najbogatsze salony Petersburga – w tym Pałac Zimowy – stanęły przed Faktorowiczem otworem. Sowicie wynagradzany, jako jedyny, nie licząc Rasputina, miał przywilej wstępu do carskich komnat niemal o każdej porze. Wkrótce jednak stało się to dla niego przekleństwem, bo zaczęto wymagać od niego, by był na każde zawołanie. W Rosji wytrzymał do 1904 roku. Wkrótce jego nowym domem stały się Stany Zjednoczone. To właśnie tam, na skutek pomyłki urzędnika wpisującego nazwisko do dokumentów, z Maksymiliana Faktorowicza stał się Maxem Factorem. Czas, w którym Faktorowicz sprowadził się do Los Angeles, był jednocześnie czasem gwałtownego rozwoju amerykańskiej kinematografii.

POTRAFI

MONITOR POLONIJNY


Konkurs rysunkowy ❶

rozstrzygnięty! ❶

1. MIEJSCE ex aequo MARIANNA JARINA (18 lat), Marianka

MATÚŠ HROMJÁK (5 lat) Koszyce

ilka miesięcy temu na łamach „Monitora Polonijnego“ ogłosiliśmy konkurs rysunkowy pod hasłem „Tatry – polsko-słowacki skarb“. Zachęcaliśmy też do tworzenia sloganów reklamowych. Konkurs adresowany był do dzieci i młodzieży polonijnej.

K

z Mielnika, oraz panowie: Suren Vardanian – artysta, ilustrator książek, Ormianin mieszkający w Rzeszowie, Stano Stehlik – grafik z Bratysławy, ogłosiło swój werdykt.

2. MIEJSCE ŠIMON HROMJÁK (5 lat) „Szczyrbskie pleso“, Koszyce

Do redakcji wpłynęło 11 prac dziewięciorga autorów. Jury, w skład którego weszły słowackie artystki polskiego pochodzenia: Xenia Bergerová z Bratysławy, Adriana Rohde-Kabele

3. MIEJSCE – ex aequo KAROLKA BALTAZÁROVIČ (9,5 lat), Veličná

MAGDALENKA ROSTAK (8 lat), Oravská Lesná

Nagrody zostaną wręczone autorom prac jesienią. Jesienią zostaną wręczone też upominki pozostałym uczestnikom konkursu. A byli nimi:

JÁN JARINA (12 lat), Marianka LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

ALEXEJ SIPOS (5 lat), Dunajská Lužna

PAŤKA BALTAZÁROVIČ (5,5 lat), Veličná

VESNA JARINA (14 lat), Marianka 27


Słowacki system podatkowy c o

n a l e ż y

w i e d Z i e ć

poprzednim numerze Druga różnica polega na pisaliśmy o rezydencji tym, że w porównaniu z Polpodatkowej, czyli o tym, ską na Słowacji jest znacznie dla Polaków w którym kraju powinniśmy wyższa kwota wolna od pona Słowacji płacić podatki. W przypadku datku. Słowacki system prenowych emigrantów sprawa w praktyce miuje najmniej zarabiających, w efekcie wygląda często tak, że mogą oni sobie wyczego osoby, które zarabiają w granicach brać, czy zadeklarują polską, czy słowacką 400 euro miesięcznie (1200 zł), praktyczrezydencję podatkową. Wyjaśnijmy więc, nie nie płacą podatku. Przy takim pozioco to tak naprawdę oznacza i czym słomie dochodów, odpowiadających miniwacki system podatkowy różni się od malnemu wynagrodzeniu w Polsce, od polskiego. słowackiego podatnika co prawda co mieJeżeli pobyt na Słowacji traktujemy jako siąc pobiera się zaliczki na podatek, ale po krótkotrwały i przejściowy, nie mamy zazłożeniu zeznania następuje ich zwrot. miaru się tu urządzać i swoje centrum inPrzy tak niskich dochodach wysokość teteresów życiowych wiążemy z Polską, go zwrotu jest rzędu 700-800 euro. prawdopodobnie wygodniej będzie nam W Polsce tak dobrze nie ma – osoba zaranie zmieniać rezydencji podatkowej i wybiająca ok. 1200 zł płaci wyższy podatek: pełniać PIT w Polsce. W takiej sytuacji tzn. nominalnie jest on podobny temu słow krajowym zeznaniu podatkowym wywackiemu, także zaliczki pobierane są pełnimy odpowiednią rubrykę, dotyczącą w podobnej wysokości, jednak zwrot podochodów z zagranicy. Musimy jednak padatku jest rzędu 200-700 złotych, a nie jak miętać, że nasz słowacki pracodawca i tak na Słowacji w granicach 500-700 euro. pobierze od nas zaliczki na podatek doWażnym udogodnieniem słowackiego chodowy na Słowacji. O tym, jak to wszysystemu jest to, że na życzenie podatnika stko rozliczyć, najlepiej spytać w dziale zeznanie podatkowe wypełni i złoży za personalnym lub w księgowości naszej niego pracodawca. To ważna zaleta, zwłasłowackiej firmy, a w razie potrzeby w polszcza dla nowych imigrantów, którzy nie skim konsulacie. znają jeszcze dobrze języka i realiów i dla Jeżeli jednak uznamy, że lepiej jest rozliktórych samodzielne złożenie zeznania czyć się na Słowacji, wtedy zaistnieje sytumogłoby być problemem. Rozwiązanie to acja odwrotna, czyli wszelkie ewentualne jest bardzo wygodne dla osób, które są zadochody z Polski będą traktowane jako trudnione w jednym miejscu i stamtąd dochody zagraniczne, które będziemy czerpią większość swoich dochodów. musieli uwzględnić w słowackim rozliczeW dzisiejszych czasach jednak jest coraz niu podatkowym. więcej wolnych strzelców (freelanceSłowacki system podatkowy w porówrów), utrzymujących się z wielu nieregunaniu z polskim ma kilka zalet, ale też nielarnych zleceń od wielu zleceniodawców co wad. Podstawowa różnica to termin, – w ich przypadku rozwiązanie to może do którego należy złożyć zeznanie podatsię okazać nieprzydatne. kowe. W Polsce należy to zrobić do końca Kolejna różnica polega na wielkości kwietnia, a na Słowacji do końca marca. odpisu z podatku, który można przekazać wybranej organizacji pozarządowej. W PolJednak jeżeli wiemy, że nie zdołamy tego sce jest to 1%, a na Słowacji aż 2%, czyli terminu dotrzymać, możemy poprosić dwukrotnie więcej. słowacki urząd podatkowy o jego przedłuW zeznaniu podatkowym należy żenie o 2 tygodnie, a następnie – w razie uwzględnić również składki na ubezpiepotrzeby – o kolejne tygodnie, czego czenie społeczne, zdrowotne i emerytalw Polsce raczej się nie praktykuje. Co ne, przy czym tu również miejscowe przeprawda decyzja nie zapada automatyczpisy różnią się od polskich. Ale to już tenie, to jednak słowackie organy podatkomat na osobny artykuł. we są w tej kwestii dość liberalne i z reguJAKUB ŁOGINOW ły przychylają się do takich próśb.

W

28

Poradnik

KLUB POLSKI NITRA serdecznie zaprasza na VI edycję

koncertu organowego który odbędzie się 15 września 2013 o godz. 16.00 w nitrzańskiej katedrze. W programie m.in. utwory Feliksa Nowowiejskiego, Tomasza Kalisza, psalmy do słów Jana Kochanowskiego. Przed koncertem o godz. 15.00 odbędzie się msza święta w języku polskim.

PROGRAM Ë SOCHA A OBJEKT: TOMASZ KOCLĘGA 27 czerwca – 25 sierpnia., Bratysława, Hviezdoslavovo námestie Międzynarodowa impreza „Rzeźba i Obiekt” już po raz osiemnasty prezentuje w letnich miesiącach prace rzeźbiarzy z wielu krajów, m.in. Tomasza Koclęgi z Polski. Jego prace, zatytułowane „Gniazdo“, obejrzeć będzie można w koronach drzew. www.koclega.art.pl Ë LETNIA SZKOŁA FOTOGRAFII: JERZY GAWEŁ 6-8 lipca, Spišská Nová Ves, Galéria umelcov Spiša, Zimná 46 XVII Letnia Szkoła Fotografii oferuje siedem intensywnych warsztatów fotograficznych z zakresu różnych gatunków i tematów, prowadzonych przez znanych fotografików. Jednym z nich jest Polak Jerzy Gaweł. domfoto.sk MONITOR POLONIJNY


serdecznie zaprasza na cykliczną, już 11. z kolei imprezę polonijną pod hasłem

Przyjaźń bez granic

która odbędzie się w Trenczynie 21 września br. Program artystyczny rozpocznie o godz. 15.00 na rynku miasta występ wspaniałej grupy wokalnej MONK z Tarnowa. W ramach imprezy odbędzie się też wernisaż wystawy artystki polskiego pochodzenia Štefanii GajdošovejSikorskiej oraz biesiada polonijna przy gitarze i ognisku.

INST Y TUTU

XX Dubnickiego Festiwalu Folklorystycznego, na który został zaproszony Zespół Pieśni i Tańca ZG Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w Republice Czeskiej „Olza”. W uroczystym spotkaniu, które odbędzie się 31 sierpnia, wezmą udział przedstawiciele miasta Dubnica nad Wagiem, delegacje miast partnerskich i organizacji pozarządowych oraz goście honorowi. W programie kulturalnym wystąpi zespół „Olza” oraz dubnicka „Prvosienka”. W niedzielę, 1 września, na dubnickiej kalwarii odbędzie się uroczysta słowacko-polska msza święta z udziałem zespołu „Olza”. Szczegółowy program zostanie opublikowany w późniejszym terminie na stronie www.polonia.sk

KLUB POLSKI BRATYSŁAWA zaprasza do Instytutu Polskiego (Nam. SNP 27) w Bratysławie, gdzie 8 sierpnia (czwartek) o 18.00 odbędzie się otwarcie wystawy artystki polskiego pochodzenia z Koszyc ŠTEFÁNII GAJDOŠOVEJ-SIKORSKIEJ. Wystawa nosi tytuł „DROGA JEDWABNA“ i powstała w ramach cyklicznego projektu „Sztuka z naszych szeregów“. Artystka zaprezentuje swoje prace tekstylne i projektowanie tkanin. Wystawę będzie można oglądać do 30 sierpnia

POLSKIEGO

Ë MAGDALENA KLESZYŃSKA: WYSTAWA WZORNICTWA TEKSTYLNEGO 9 lipca, godz. 18.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 • Magdalena Kleszyńska jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Na bratysławskiej wystawie będzie można zobaczyć jej tkaniny artystyczne i rysunki. Wystawa będzie czynna do 2 sierpnia. Ë JAKUB KRÓLIKOWSKI: INSTRUMENTY I PRZEDMIOTY • 25 lipca, godz. 20.30, Bratysława, Zichyho palác, Ventúrska 9 Jakub Królikowski jest młodym polskim kompozytorem, multiinstrumentalistą i performerem. W Bratysławie zaprezentuje koncert, zatytułowany „Instrumenty i przedmioty“. Ë SŁAWOMIR MROŻEK: PROROCY 31 lipca, godz. 20.30, Bratysława, Zichyho palác, Ventúrska 9 • Spektakl w ramach bratysławskiego Lata Kultury. Prezentowany spektakl „Prorocy” w tłumaczeniu Jany Gibalovej, wyreżyserowali Andrea Bučková i Michael Vyskočáni. divadlolab.vsmu.sk LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

KLUB POLSKI DUBNICA NAD WAGIEM zaprasza na tradycyjne Dubnickie Dni Polonijnej Przyjaźni, Współpracy i Folkloru, które odbędą się w dniach 30 sierpnia - 1 września. Impreza odbędzie się w ramach

NA

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

KLUB POLSKI TRENCZYN

LIPIEC-SIERPIEŃ

Ë KATEDRÁLNY ORGANOVÝ FESTIVAL: MAREK STEFAŃSKI • 1sierpnia, godz. 19.00, Bratysława, Dóm sv. Martina, Rudnayovo námestie 1 • Inauguracyjny koncert wybitnego polskiego organisty Marka Stefańskiego. www.marekstefanski.pl Ë AGNIESZKA LEŚNIAK: WYSTAWA SZKŁA ARTYSTYCZNEGO 2 sierpnia, godz. 18.00, Bratysława, Galéria Nova, Baštová 2 Agnieszka Leśniak-Banasiak pracuje ze szkłem, starając się przekazywać geometryczne rysunki obiektów przestrzennych. Wystawa będzie czynna do 15 września. www.galeria-nova.sk Ë HANNA DYS NA SŁOWACJI • 6 sierpnia, godz. 20.00, Bardejov, bazilika sv. Egídia, Radničné námestie • 7 sierpnia, godz. 19.00, Humenné, rímskokatolícky kostol, Brestovská • 8 sierpnia, godz. 19.00, Michalovce, rímskokatolícky kostol, Kostolné námestie Koncerty wybitnej polskiej organistki www.hannadys.com

2013

Ë PÓŁSŁOWO X. DUŠAN NÁGEL 7 sierpnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Tym razem gościem Dušana Junka będzie znany słowacki malarz, ilustrator, grafik, twórca znaczków pocztowych, pedagog i aktor Radošinského naivného divadla Dušan Nágel. Ë ŠTEFÁNIA GAJDOŠOVÁ-SIKORSKÁ: DROGA JEDWABNA 8 sierpnia, godz. 18.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 Wystawa, zorganizowana przez Klub Polski w Bratysławie, przedstawi prace plastyczne Štefánii Gajdošovej-Sikorskiej, powstałe w ramach projektu zatytułowanego „Sztuka z naszych szeregów“. Artystka zaprezentuje swoje prace tekstylne i projektowanie tkanin. Wystawa będzie czynna do 30 sierpnia. Ë STREET ART COMMUNICATION: TYDZIEŃ POLSKI • 12-18 sierpnia, Koszyce, Sídlisko Terasa • 21 sierpnia, Koszyce, Pyecka • 23 sierpnia, Koszyce, Tabačka Kulturfabrik Festiwal Street Art Communication prezentuje w Koszycach prace znanych artystów, tworzących głównie na ulicach. 29


Warszawska berlinianka albo berlińska warszawianka tym roku zauważyłam, że tyle samo lat mieszkałam w Warszawie, co w Berlinie. Dlatego postanowiłam przeprowadzić sama ze sobą wywiad, mający charakter emigracyjnego rachunku sumienia.

W

Dlaczego przyjechałaś do Niemiec? Po pierwsze wcale nie chciałam tu przyjeżdżać. Studiowałam w Warszawie turystykę i dokładnie wiedziałam – z punktu widzenia zawodowego – które kraje chcę odwiedzić. Niemcy niczym mnie nie pociągały. No, może jedynie Berlin – miasto z jednej strony wolne, z drugiej okupowane – miał w sobie tajemniczy urok. I urok ten ma do dziś, bo to miasto, w którym mieszka najwięcej kreatywnych i liberalnych ludzi w Niemczech. Jeśli z niego wyjadę, to będę za nim tęskniła… Kiedy przyjechałaś do Berlina? To podchwytliwe pytanie, bo jeśli udzielę na nie odpowiedzi, każdy sobie obliczy, ile mam lat, a to przecież kobiety ukrywają. Zdradzę, że byłam jeszcze świadkiem upadku muru berlińskiego. Pamiętam, jak Niemcy z NRD szli po głównej ulicy dawnego Berlina Zachodniego – Kudammu (Kurfurstendamm). Za otrzymane w prezencie od rządu RFN 100 marek oblegali berlińskie restauracje. Wielu z nich chciało chociaż raz poszaleć na Zachodzie, bowiem większość była pewna, że mur zostanie odbudowany. Po kilku latach byłam świadkiem narzekań Niemców z Zachodu, którzy własnymi rękami odbudowaliby ten mur, gdyby wiedzieli, jak bardzo obniży się ich standard życia na skutek pokojowej rewolucji, jak określają ten okres poprawni politycznie historycy. Ale przecież takie reakcje ludzkie są całkowicie naturalne i nie wiadomo, jak sami byśmy zareagowali, gdyby to przytrafiło się nam. 30

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Marzyłaś o emigracji? Nie, nie i jeszcze raz nie. Uważam, że są dwie grupy ludzi: ci, którzy nadają się do roli emigrantów, oraz ci, którzy się do niej nie nadają. Ja należę do tej drugiej. Ta przydatność emigracyjna to rodzaj wrodzonej cechy charakterologicznej. W Niemczech chciałam zostać, żeby nauczyć się języka i odłożyć pieniądze na własne mieszkanie w Polsce. Wtedy mieszkania na osiedlu w centrum Warszawy kosztowały 3-4 tysiące dolarów. Dlaczego zostałaś w Berlinie? Właściwie zostałam przez ten mur. Kiedy on runął, runęły też w gruzach moje marzenia o mieszkaniu w Warszawie, bowiem ceny lokalów w Polsce szybko podskoczyły. W międzyczasie udało mi się załatwić stypendium językowe, a potem zdać egzamin równorzędny niemieckiej maturze. Potem studia, dzieci i tak minęło tyyyle lat! A planowałam spędzić tu najwyżej dwa.

Co dał Ci wyjazd za granicę? Przede wszystkim inne spojrzenie na Polskę. Przestalam myśleć zaściankowo, mam w sobie o wiele więcej tolerancji dla obcokrajowców niż Polacy w Polsce. Tolerancji nauczyłam się poprzez osobiste doświadczenia, bo przecież sama jestem cudzoziemką. Mam w Berlinie przyjaciół Turków i Persów. Religia w przyjaźni nie odgrywa żadnego znaczenia. Widziałam, jak zaprzyjaźniona turecka rodzina modliła się, wznosząc ręce do góry, słowami „Iszala” za polską drużynę podczas jej meczu z Niemcami. Jacy są Niemcy? To bardzo uczciwi ludzie. Są szczerzy i prawdomówni, czasem aż do bólu, bo można od nich usłyszeć o sobie zarówno coś miłego, jak i niesympatycznego, powiedzianego w sposób całkowicie obojętny. Są słowni, dokładni, rzetelni. Potrafią świetnie planować, organizować, czego moglibyśmy się od nich uczyć. Z jednej strony boją się obcych, ale jeżeli już przyjmą kogoś do grona swoich przyjaciół, to chętnie pomagają, nie oczekując przy tym żadnego rewanżu. Nie umieją kombinować jak Polacy, przez co łatwo ich oszukać. Dlaczego mówisz o sobie „berlińska warszawianka albo warszawska berlinianka”? Myślę, że młodzi Europejczycy powoli wracają do idei narodowości z okresu, kiedy określało się przynależność do miasta. Jestem Polką, ale najlepiej czuję się w mojej rodzinnej Warszawie. Jestem przy tym na pewno berlinianką (może nawet bardziej berlińską niż niejeden Niemiec), ale nie czuję się Niemką. Bohaterowie mojego filmu dokumentalnego Dzieci emigracji / Migrationskinder – młodzi polskojęzyczni, urodzeni w Niemczech, należą do pierwszej generacji powojennej, akceptującej i lubiącej te dwa kraje bez stereotypowych i historycznych obciążeń. Myślę podobnie jak oni. AGATA LEWANDOWSKI, BERLIN dziennikarka z zawodu, której najtrudniej było zrobić wywiad z samą sobą.

MONITOR POLONIJNY


Konkurs na najpiękniejszą bajkę rozstrzygnięty! edakcja „Monitora Po lonijnego“ we współpracy ze Szkolnym Punk tem Konsultacyjnym w Bra tysławie kilka miesięcy temu ogłosiła adresowany do dzieci i młodzieży konkurs na najpiękniejszą bajkę.

R

Swoje prace do redakcji przesłali uczniowie szkoły polskiej: Zuzia Lacková, Iza Lacková, Alexandra Fifiková oraz Tomasz Moroi. Jury w składzie: Katarzyna Pieniądz (redakcja MP), Magdalena Marszałkowska (redakcja MP) i Monika Holzwieser (kierownik SPK) przyjęło następujący werdykt: ❶ ZUZIA LACKOVÁ, 10 lat, IV klasa szkoły podstawowej SPK w Bratysławie, za pracę pt. „Sandra i jej czary“ ❷ IZA LACKOVÁ, 14 lat, I klasa gimnazjum SPK w Bratysławie, za pracę pt. „O królewnie Karolinie“ ❸ ALEXANDRA FIFIKOVÁ, 14 lat, I klasa gimnazjum SPK w Bratysławie, za pracę pt. „Ptak“

Uzasadnienie: Pierwsze miejsce przyznajemy Zuzi Lackovej, która ma dopiero10 lat, ale poziomem słownictwa nie odbiega od kilka lat starszej konkurencji. Pomysł z zamianą ciał był wielokrotnie wykorzystywany w bajkach, ale historia jej autorstwa osadzona została w znanych jej realiach szkolnych. Najmłodsza uczestniczka konkursu okazała się wspaniałą obserwatorką rzeczywistości i małym filozofem. Zuzia przypomina, że we współczesnym świecie, w którym ogromną wagę przywiązuje się do

LIPIEC - SIERPIEŃ 2013

urody i pieniędzy, najważniejsze są jednak osobowość i charakter, zaś reszta to sprawy drugorzędne. Dodatkowym atutem pracy jest jej otwarte zakończenie. U Izy Lackovej doceniamy pomysł wprowadzenia do bajki wątku z czarodziejskimi perłami. Iza Lacková i Alexandra Fifiková w swych pracach pokazały, że marzenia mogą się spełnić, ale trzeba je mieć i w nie wierzyć”. Wszystkim uczestnikom konkursu gratulujemy. Uroczyste wręczenie nagród nastąpi jesienią. W tym numerze „Monitora“ publikujemy bajkę, która zajęła pierwsze miejsce, w kolejnych numerach będzie można przeczytać pozostałe.

Sandra i jej czary Dawno, dawno temu była sobie dziewczynka. Miała na imię Sandra. Zawsze się do wszystkich uśmiechała, ale tak naprawdę była zła i umiała czarować. Nikt jej nie lubił, nie bawił się z nią i ona się o to bardzo gniewała. Do jej klasy chodził Tomasz, którego wszyscy lubili. Sandra wpadła więc na pomysł, by wymyślić eliksir, który pozwoliłby jej zamieniać się z innymi osobami. Udało się! Następnego dnia Tomasz, a właściwie Sandra w jego postaci, zachowywał się bardzo dziwnie. Nikt się jednak nie domyślił, dlaczego tak się zmienił. Za to Sandra, czyli Tomasz w jej ciele, rozmawiała i żartowała ze wszystkimi dziećmi, a one bardzo chciały się z nią bawić. Na Tomka nikt nie zwracał uwagi. Wtedy Sandra, czyli tak naprawdę Tomek, bardzo się rozgniewała i zapytała Tomka, czyli Sandry: - Jak ty to robisz, że ciebie zawsze wszyscy lubią? Przecież wyglądasz jak ja, a wczoraj dzieci mnie nie lubiły! Dzisiaj wyglądam jak ty, a i tak nikt się ze mną nie bawi! - Bo to nie chodzi o to, jak wyglądasz. Ja nie jestem ciągle na wszystkich zły i nikomu nie rozkazuję, a ty tak właśnie robisz. Wstydź się! – powiedział Tomasz. - Masz rację, postaram się zmienić! – I Sandra poszła przeprosić za wszystko koleżanki i kolegów. Tomasz i Sandra zostali potem najlepszymi przyjaciółmi! A gdy dorośli… Ale to już inna bajka… ZUZIA LACKOVÁ

31


Stara to prawda, że słodycze są dobre na wszystko. Na letnie ciepłe dni, gdy nawet jeść się nie chce, też. Pysznego ciasta z owocami nikt przecież nie odmówi, zwłaszcza jeśli

te owoce pachną słońcem. Idealnie więc się składa, bowiem pani Ľubomíra Soldánová z Bratysławy przysłała do „Piekarnika” swój słodki sprawdzony przepis.

Miodownik serowo-budyniowy z brzoskwiniami lub morelami Składniki: • gotowe miodowe płaty, które można też zrobić samemu wg przepis poniżej: • 350 g mąki • 100 g cukru pudru • 100 g masła lub margaryny

• łyżeczka sody • łyżeczka proszku do pieczenia • 1 jajko • 1 żółtko • 5 łyżek miodu • 4 łyżki mleka

Sposób przyrządzania Z powyższych składników wyrobić ciasto i podzielić na dwie części. Każdą z nich rozwałkować i położyć na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia. Oczywiście uformować pod kształt

przyszłego ciasta! Oba „spody” muszą być równe. Piec w temperaturze 150-170 stopni około 10-15 minut. Gdy zaczną ciemnieć – wyjąć i wystudzić.

Nadzienie: Składniki: • 1 budyń waniliowy (już ugotowany i wystudzony) • 250 g twarogu (słodzimy go wg smaku i dodajemy do budyniu) • marmolada lub dżem morelowy, porzeczkowy lub truskawkowy • brzoskwinie lub morele pokrojone w płatki

Sposób przyrządzania Oba płaty ciasta smarujemy marmoladą lub dżemem i nakładamy na nie masę serowo-budyniową. Następnie układamy warstwę owoców. Na koniec oba płaty nakładamy na siebie (owoce do owoców) i dociskamy lekko, by płatki owoców wcisnęły się w masę. Wierzch ciasta możemy posypać

ZDJĘCIE: ĽUBOMIRA SOLDANOVÁ

cukrem pudrem lub polać polewą karmelową. Całość koniecznie wstawiamy do lodówki, najlepiej na cały dzień, by wszystkie warstwy dobrze się przegryzły, a ciasto zmiękło. Możemy też poeksperymentować z różnymi owocami i marmoladą.

Autorka przepisu zapewnia, że miodownik wychodzi nawet z bananami czy truskawkami. Jednym słowem – z czym dusza i żołądek zapragną. Ojej… Już mi ślinka cieknie! Biegnę więc na targ po morele, a Wam życzę smacznego! AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2013/07-08  
Monitor Polonijny 2013/07-08  
Advertisement