Issuu on Google+

Z Polską na Ty Sentymentalna retrospekcja str. 10

Jakub Płażyński: „Nagroda jest inwestycją w nas samych“ str. 4

str. 7


2

„Pomysł I Wyszehradzkiego Rajdu Kolarskiego zrodził się w lipcu ubiegłego roku podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych Polski, Czech, Słowacji i Węgier i to właśnie ministrowie są patronami tego przedsięwzięcia“ – poinformował polski ambasador na Słowacji Tomasz Chłoń podczas spotkania z dziennikarzami 12 kwietnia. Dyrektorem generalnym rajdu, w którym przewiduje się udział 300 zawodników, jest znany polski sportowiec Czesław Lang. „Oprócz kolarzy z czterech państw Grupy Wyszehradzkiej do udziału chcemy zachęcić osoby z innych krajów, szczególnie z krajów Partnerstwa Wschodniego“ – powiedział Tomasz Chłoń. Rajd rozpocznie się w piątek, 17 maja, w Budapeszcie. Węgierska część trasy to 58 km. Najdłuższa, bo licząca aż 290 km, powiedzie przez Słowację. Pierwszym punktem kontrolnym będzie Nitra, dokąd kolarze powinni dotrzeć w piątek wieczorem. Długość trasy, prowadzącej przez Czechy, wynosi 58 km, natomiast w Polsce zawodnicy przejadą 127 km. Meta rajdu będzie na krakowskim Rynku. Chętni do udziału w rajdzie mogą się rejestrować na stronie internetowej www.visegradbicyclerace.com/rejestracja/ do poniedziałku poprzedzającego rajd bądź – jeśli będą jeszcze wolne miejsca – do dnia rozpoczęcia rajdu. Zgłosić może się każdy, kto jest przekonany, że poradzi sobie z pokonaniem całej trasy. Przed startem uczestnicy będą zobowiązani do podpisania deklaracji, iż jadą na własną

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

iłośnicy dwóch kółek mają się z czego cieszyć, bowiem swoją wytrzymałość i tężyznę fizyczną będą mogli potwierdzić, biorąc udział w I Wyszehradzkim Rajdzie Kolarskim, który odbędzie się w dniach 17-18 maja br. Jego trasa prowadzić będzie z Budapesztu poprzez Słowację i Czechy do Krakowa. To w sumie 533 km, które zawodnicy będą musieli pokonać, jadąc non stop dzień i noc. To trudne zadanie, ale i nagroda finansowa dla zwycięzcy będzie odpowiednio wysoka.

M

odpowiedzialność. Na drogach, którymi będą się poruszać zawodnicy w towarzystwie ok. 30 samochodów zabezpieczenia technicznego, będzie panował normalny ruch. Dla zwycięzców przewidziane są nagrody finansowe, których suma – dzięki dofinansowaniu z Funduszu Wyszehradzkiego – wynosi 100 tys. euro. Otrzymają je zarówno członkowie zwycięskiej drużyny, jak i – w zależności od zgłoszeń – zawodnicy w różnych kategoriach – poinformował ambasador Chłoń. To nowa inicjatywa zapoczątkowana przez Polskę, przewodniczącą obecnie Grupie V4. „Chcemy wprowadzić nową tradycję i mamy nadzieję, że kolejne przewodnictwo – w przyszłym roku węgierskie – będzie ją kontynuować “ – powiedział polski ambasador. Dodał też, że celem przedsięwzięcia jest prezentacja sportowego wymiaru współpracy oraz propagowanie zdrowego stylu życia. Rajdowi, który będzie relacjonować Telewizja Polska, będą towarzyszyć na trasie różne imprezy kulturalne, sportowe, np. pokaz akrobacji rowerowych, a w Bratysławie nawet kulinarne. Bratysławskie imprezy towarzyszące odbędą się w sobotę, 18 maja, obok Galerii Eurovea. Patronat nad nimi przyjęli ambasador RP w RS Tomasz Chłoń oraz prezydent miasta Bratysława Milan Ftáčnik. Majowe weekendy zapowiadają się interesująco, tym bardziej, że podczas nich nie zabraknie polskich akcentów. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

MONITOR POLONIJNY


Pierwsze skojarzenie z Gdynią? Wiatr w żagle! I to nie dlatego, że mowa o mieście portowym nad Bałtykiem, ale dlatego, że w imieniu redakcji „Monitora Polonijnego“ właśnie odebrałam Nagrodę im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego. A takie wyróżnienie dodaje skrzydeł, jest zachętą do dalszej pracy i pozwala złapać właśnie wiatr w żagle. Cóż to była za uroczystość! Imponujące pomieszczenia Muzeum Miasta Gdyni, eleganccy goście, przesympatyczni organizatorzy, dziennikarze z Press Club Polska i my – laureaci. Miło jest być docenionym, otrzymać potwierdzenie, że wykonywana praca ma sens. Obszerną relację z uroczystości wręczania nagród publikujemy na str. 4, a wywiad z Jakubem Płażyńskim, przewodniczącym jury – na str. 7. Otrzymanie prestiżowej nagrody to nie jedyny powód do świętowania. W maju jest ich zdecydowanie więcej. I tak 1 maja w Bratysławie bawiliśmy się wspólnie na przygotowanej przez Klub Polski imprezie, promującej Polskę, której hasło brzmiało: „Z Polską na Ty. Sentymentalna retrospekcja“. Było więc kulturalnie, kulinarnie, sentymentalnie, motoryzacyjnie… Więcej na ten mogą Państwo przeczytać na str. 10. Innym przedsięwzięciem, mającym na celu popularyzację naszego kraju, będą imprezy towarzyszące I Rajdowi Wyszehradzkiemu, a także sam rajd, o którym mowa na stronie 2. W tym numerze publikujemy też ciekawy artykuł o kulturze w języku dyplomacji, którego autorem jest ambasador RP w RS Tomasz Chłoń. Trzeba przyznać, że podjął się on szczególnie trudnego zadania, bowiem przeanalizował wypowiedzi polskich ministrów spraw zagranicznych, a nawet zajął się wpisami dyplomatów na Twitterze. Efekt znajdą Państwo na str. 18. Poza tym jak zwykle w naszym piśmie szereg ciekawych artykułów z rubryk poświęconych nowościom wydawniczym na polskim rynku („Bliżej polskiej książki” – str. 20, „Czułym uchem” – str. 19, „Kino-oko” – str. 16) czy prezentujących zawiłości języka polskiego („Okienko językowe” – str. 25). Natomiast kolejny odcinek „Ważkich wydarzeń w dziejach Słowacji“ przenosi nas do Bratysławy z czasów Marii Teresy (str. 24). Myślę, że każdy tu znajdzie coś dla siebie, co podkreślił w swej ocenie naszego czasopisma Jakub Płażyński. PODZIĘKOWANIE Korzystając z okazji przyznania redakcji Monitora Polonijnego prestiżowej Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, chcę podziękować i pogratulować NAM wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczyniali się lub przyczyniają do tworzenia naszego pisma, starając się relacjonować na jego łamach wszelkie ważne zarówno dla Polaków, jak i Słowaków wydarzenia ze Słowacji, a także i Polski, z oddaniem poszukując ciekawych tematów i wykorzystując je w kolejnych numerach, poświęcając w ten sposób swój wolny czas dla dobra Polaków żyjących na Słowacji, by ci nie tracili kontaktu z Ojczyzną i nie zapominali, kim są.

Prestiżowa Nagroda im. M. Płażyńskiego również dla „Monitora“! 4 Jednym nagroda, innym nieśmiertelność 6 Z KRAJU 6 WYWIAD MIESIĄCA Jakub Płażyński: „Nagroda jest inwestycją w nas samych“ 7 Z NASZEGO PODWÓRKA 10 Czy kosz ze smakołykami poprawi stosunki polsko-słowackie? 15 KINO-OKO Historia Polski według Malinowskich 16 SŁOWACKIE PEREŁKI Europejska Stolica Kultury 17 Kultura w języku dyplomacji 18 CZUŁYM UCHEM Weterani nie zawiedli 19 POLAK POTRAFI Agnieszka wśród cząstek elementarnych 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Kogo tym razem zabiła Masłowska? 20 MONITOR GOŚCI MNIEJSZOŚCI Czechosłowacy, czyli Czesi na Słowacji 22 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Maria Teresa, Franciszek Lotaryński i bratysławski zamek 24 OKIENKO JĘZYKOWE Kilka słów o nagrodach 25 OPOWIEŚCI POLONIJNEJ TREŚCI Stokrotka 26 Garbik, fajeczka i popularność poleciała 27 PORADNIK DLA POLAKÓW NA SŁOWACJI Niemiecki w Bratysławie i jej austriackich okolicach 27 OGŁOSZENIA 28 ROZSIANI PO ŚWIECIE Z nowym bagażem doświadczeń, ale bez szoku kulturowego… (2) 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Czas na relaks… czas na rower! 31 PIEKARNIK Jedzenie, które daje radość 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Ingrid Majeríková, Katarzyna Pieniądz, Linda Rábeková KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková ✝(1995 - 1999) • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 12 euro na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • EVIDENČNÉ ČÍSLO: EV542/08 Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk MAJ 2013

Działanie jest współfinansowane przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków otrzymanych od Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za Granicą”

3


Prestiżowa Nagroda im. Macieja Płażyńskiego również dla

skiem. Redaktor naczelna „Monitora” dodała też, że słowacka Polonia zamierzała go zaprosić na Kongres Klubu Polskiego, który odbył się w maju 2010 roku. „Dziewiątego kwietnia adresowaliśmy koperty z zaproszeniami, by wysłać je następnego dnia. Jednak wieść o tragedii pod Smoleńskiem spowodowała, że ta, zaadresowana do Macieja Płażyńskiego, pozostała do dziś w archiwum naszej organizacji“.

nych dla polskiej społeczności na Białorusi kwestii dostępu do polskiej oświaty, swobody działania Związku Polaków na Białorusi oraz dokumentowanie polskiego dziedzictwa. „Wcześniej otrzymywałem nagrody dziennikarskie w Rosji i na Białorusi, ale ta, uzyskana w Polsce, jest najcenniejsza, ponieważ tak jak dziecko może mieć poczucie spełnienia i własnej wartości, kiedy ma akceptację rodziców, tak Polak za granicą może czuć się szczęśliwy, kiedy jest doceniany przez rodaków“ – powiedział Pisalnik w swoim krótkim wystąpieniu. Jury wyróżniło też Tomasza Deptułę z redakcji nowojorskiego „Nowego Dziennika” za wysoki poziom dziennikarstwa, aktywizowanie Polonii oraz budowanie tożsamości patriotycznej i obywatelskiej. „Pracę dziennikarską wykonujemy, bo ją kochamy, ale odczucie, że ktoś to zauważa jest rzeczywiście ważne“ –

W Gdyni nagrody odebrali też pozostali tegoroczni laureaci. Andrzej Pisalnik z redakcji wydawanych na uchodźstwie „Magazynu Polskiego” i „Głosu znad Niemna” oraz „Rzeczpospolitej” został nagrodzony w kategorii dziennikarz medium polonijnego za dziennikarski profesjonalizm i poruszanie waż-

stwierdził Deptuła. Powiedział też, że dziennikarz polonijny ma utrudnione zadanie, bowiem często jego koledzy – dziennikarze z Polski – patrzą na niego z ignorancją i lekceważeniem. „Cieszę się, że powstała ta nagroda, bowiem to prawdziwe uznanie dla naszej pracy“ – dodał na koniec. W kategorii dziennikarz

„Monitora“!

ie mieliśmy żadnych wątpliwości, nagrodę w kategorii redakcja medium polonijnego przyznaliśmy jednogłośnie Monitorowi Polonijnemu ze Słowacji!“ - powiedział w imieniu jury senator RP Andrzej Grzyb podczas gali wręczenia nagród, która odbyła się 20 kwietnia w Muzeum Miasta Gdyni.

„N

„Monitor“ został nagrodzony za wysoki poziom, prezentowanie najważniejszych wydarzeń dotyczących Polski i stosunków polsko-słowackich, a także docieranie do słowackiej opinii publicznej. W imieniu zespołu redakcyjnego symboliczną statuetkę odebrała z rąk prezydenta miasta Sopot Jacka Karnowskiego redaktor naczelna miesięcznika Małgorzata Wojcieszyńska. „To doskonały prezent urodzinowy, bowiem właśnie w tym roku nasze pismo obchodzi osiemnastą rocznicę powstania“ – powiedziała. Przy okazji wspomniała też pierwszą redaktor naczelną i pomysłodawczynię pisma Danutę Meyzę-Marušiak: „Bardzo żałuję, że Danusia nie doczekała tej nagrody. Odeszła bowiem

4

dwa miesiące temu, ale jestem przekonana, że cieszy się z niej razem z nami, patrząc na nas z góry“. W wystąpieniu Wojcieszyńskiej nie zabrakło też wspomnień, dotyczących jej spotkań i wywiadów, preprowadzonych z patronem nagrody – Maciejem Płażyńskim, byłym marszałkiem Sejmu, wicemarszałkiem Senatu, prezesem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, który zginął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej prezydenckiego samolotu pod Smoleń-

MONITOR POLONIJNY


mieszka i czegoś szukać. „Podjęłam tę rękawicę, bo czułam, że tam na Wschodzie są niesamowite historie ludzi“ – dodała. Ponadto jury wyróżniło Zofię Wojciechowską z redakcji Radia „Wnet” za program „Pomost”, za pomocą którego stara się scalać media i środowiska polonijne w wielu krajach. „Osoba marszałka Macieja Płażyńskiego i jego ideały trwają w nas po dzisiejszy dzień. Nagroda jego imienia to nie tylko wielki zaszczyt, ale przede wszystkim akt zaufania ze strony Polaków zamieszkałych z dala od Macierzy“ – powiedziała Wojciechowska, która swoją pracę traktuje jako rodzaj kroniki rodaków rozsianych po świecie. „Ich losy życia zapisane dźwiękiem stanowią kronikę mojej au-

lita”), Małgorzata Naukowicz (Polskie Radio) oraz Karolina Grabowicz-Matyjas (dyrektor Muzeum Emigracji, sekretarz jury). W uroczystości uczestniczyli ponadto żona Macieja Płażyńskiego, Elżbieta, jego dzieci, a także współpracownicy i przyjaciele, przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Senatu RP, samorządu Województwa Pomorskiego, prezydenci Gdyni i Sopotu oraz przedstawiciel prezydenta Gdańska. Nagroda im. Macieja Płażyńskiego powstała z inicjatywy Press Clubu Polska, Jakuba Płażyńskiego, prezydentów Gdańska, Sopotu i Gdyni, marszałka województwa pomorskiego oraz Fundacji Pomorskiej. Honorowy patronat nad nagrodą objęli Marszałek Senatu RP oraz Minister Spraw Zagranicznych. Red.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

krajowy publikujący na tematy polonijne tegoroczną laureatką została Maria Stepan z redakcji „Wiadomości” TVP 1 za cykl reportaży, ukazujących pozytywne przesłanie nawet w najtrudniejszych losach Polaków na świecie. „To dla mnie wielki zaszczyt, wyróżnienie, radość i honor, że moja praca została doceniona, szczególnie w czasach, kiedy tak szybko żyjemy i zwracamy uwagę na rzeczy powierzchowne, przez co zapominamy o człowieku jako jednostce“ – powiedziała magrodzona, która zainteresowała się losami Polaków na Wschodzie, bowiem – jak sama mówi – interesuje ją człowiek, jego losy, to, co w nim determinuje takie, a nie inne postawy, co każe mu się tak zachowywać, mieszkać, gdzie

dycji – pełną dla mnie samej wskazówek, jak być Polakiem“ – mówiła. W kategorii dziennikarz zagraniczny publikujący na tematy Polonii laureatem tegorocznej nagrody został Alex Storożyński za publikacje w „The New York Post” i innych mediach amerykańskich, mające pozytywny wpływ na wizerunek Polski i Polaków. „Dzięki publikacjom Alexa Storożyńskiego Amerykanie usłyszeli polski głos sprzeciwu w sprawie kłamliwego określenia polskie obozy koncentracyjne“ – podkreślił juror Jerzy Haszczyński. Sam laureat nie był obecny na uroczystości, a nagrodę w jego imieniu odebrał Tomasz Deptuła. „Do tegorocznej edycji nagrody wpłynęło 80 nominacji z 18 krajów z różnych kontynentów, których poziom był bardzo wysoki. Mieliśmy więc trudne zadanie, by wyłonić laureatów“ – powiedział syn Macieja Płażyńskiego, Jakub, przewodniczący przyznającego nagrody jury. W skład jury weszli także: Andrzej Grzyb (senator RP, przedstawiciel Marszałka Senatu), Jarosław Gugała (telewizja Polsat), Jerzy Haszczyński („Rzeczpospo-


ygrać, zostać docenionym… Towarzyszą temu fantastyczne uczucia i duma. Dlatego cieszmy się z Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, którą otrzymał nasz miesięcznik, pokonując licznych konkurentów. Bardziej dociekliwi zastanowią się przy okazji nad ideą przyznawania nagród sygnowanych znanymi nazwiskami. Dlaczego patronem nagrody zostaje ten, a nie inny człowiek? Autorytet – to słowo klucz. W każdej dziedzinie nauki i kultury ludzi naprawdę wybitnych, myślących nietuzinkowo i wykraczających poza obecną rzeczywistość mamy zdecydowanie za mało. Dlatego gdy ktoś wielki odchodzi, chęć uczynienia jego pasji i przekonań nieśmiertelnymi przekształca się często w powołanie kapituły lub fundacji jego imienia, które dbają o pamięć o swym patronie. Społeczeństwo zaś zyskuje w ten sposób wzór do naśladowania i motywację do realizacji własnych ambicji, które mają szanse na uhonorowanie ich nagrodą imienia wybitnej postaci. Stefan Kisielewski, jeden z najwybitniejszych powojennych publicystów, stworzył nagrodę własnego imienia jeszcze za życia. Przyznawana jest ona corocznie od roku 1990 przedsiębiorcy, politykowi i publicyście, szczególnie zasłużonym dla kraju.

W

PODCZAS SPOTKANIA premierów Słowacji i Polski, które miało miejsce 27 marca, Donald Tusk podarował Roberowi Fico kosz pełen polskiej żywności ekologicznej. „Kilka wątpliwości pojawiło się w  sprawie polskiej żywności na Słowacji. My jesteśmy po to, aby to wyjaśnić“ – powiedział polski premier, który podkreślił ponadto, iż współpraca polsko-słowacka 6

Jednym nagroda, innym nieśmiertelność Młodzi aktorzy, którzy doskonalą swój warsztat, mogą liczyć na Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego, przyznawaną od 1969 roku najzdolniejszym artystom wielkiego ekranu. Pisarze i krytycy literaccy, zwłaszcza ci młodsi, marzą zapewne o Nagrodzie Fundacji Kościelskich, która – zrodzona ze szczytnej idei mecenatu – jest jedną z najważniejszych nagród w polskiej kulturze, a zarazem jedną z najstarszych, bowiem przyznawana jest od 1962 roku. Pomysłem świeżym, ale sygnowanym bardzo znanym nazwiskiem, jest Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, którą od 2010 roku obdarowuje się pisarzy, wyróżniających się wybitną twórczością reporterską, zaangażowaną w problemy współczesnego świata. Artyści polskich scen muzycznych od roku 2007 mogą liczyć na Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury. Szansę jej zdobycia mają zarówno znani dyrygenci, śpiewacy, śpiewaczki, jak i debiutujący artyści sceniczni. Natomiast wybitni twórcy, zaangażowani w działania na rzecz rozwoju sztuki i kultury ludowej i ich popularyzacji w kraju i na świecie mają swo-

i współpraca regionalna, której osią jest Grupa Wyszehradzka, przynoszą bardzo dobre efekty w skali europejskiej. DONALD TUSK jest faworytem na nowego szefa Komisji Europejskiej, a jego minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ma ogromne szanse zostania nowym szefem unijnej dyplomacji – napisał 3 kwietnia Hugo Brady, analityk think-tanku Centre for European Reform. W 2014 roku, po wyborach do Parlamentu Europejskiego, liderzy UE będą musieli podjąć decyzję, kto zastąpi Hermana Van Rompuya, Jose Manuela Barroso oraz Catherine Ashton na kluczowych stanowiskach w UE.

ją prestiżową Nagrodę im. Oskara Kolberga, przyznawaną od 1974 roku. Sportowcy, choć wielokrotnie odznaczani na turniejach, mistrzostwach i olimpiadach, przykładają ogromną wagę do szerzenia idei fair play oraz popularyzowania sportu wśród dzieci i młodzieży. Podobnie zresztą jak wspomagający ich działacze sportowi i dziennikarze. Ich wysiłek w tym zakresie obserwuje uważnie co najmniej kilka fundacji mistrzów sportu, które powstały właśnie po to, by zasady uczciwego współzawodnictwa i niezwykłe talenty nie zagubiły się w świecie współczesnego skomercjalizowanego sportu. Wspomniane nagrody stanowią zaledwie maleńką część prestiżowych wyróżnień, noszących imiona znanych ludzi. Nie sposób wymienić wszystkich ich laureatów, których łączy to, że w podziękowaniach za przyznaną nagrodę, zwykle wspominają, że to właśnie jej patron był ich mistrzem i że mają nadzieję, iż sami okażą się godni przyznanego wyróżnienia. W tym roku do mistrzostwa zbliżył się „Monitor”, a Nagroda im. Macieja Płażyńskiego, którą otrzymał, potwierdza, że między piszącymi a czytającymi to pismo istnieje solidna więź porozumienia i szacunku. To szczególnie ważne w przypadku prasy polonijnej. Oby tak dalej. AGATA BEDNARCZYK

W DNIU 10 KWIETNIA obchodzono w Polsce trzecią rocznicę katastrofy samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem, w której zginęło 96 osób, w tym ówczesny prezydent Lech Kaczyński wraz z małżonką, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski i 18 parlamentarzystów. W Sejmie pamięć o tej tragedii uczczono poprzez złożenie kwiatów pod tablicą pamiątkową, poświęconą jej ofiarom – posłom, senatorom oraz marszałkowi Sejmu III kadencji Maciejowi Płażyńskiemu. Wcześniej w kaplicy sejmowej odprawiona została msza w intencji wszystkich ofiar katastrofy. Trzecią rocznicę katastrofy smoleńskiej obchodziła ró-

wnież partia Prawo i Sprawiedliwość, której prezes Jarosław Kaczyński, brat-bliźniak tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przed Pałacem Prezydenckim powiedział m.in.: „Mamy prawo do prawdy o katastrofie smoleńskiej“. Jego podobne w treści przemówienie usłyszeli też uczestnicy wiecu, który miał miejsce 18 kwietnia w Krakowie, w 3. rocznicę pogrzebu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu. GDYBY WYBORY parlamentarne odbyły się na początku kwietnia, na Platformę Obywatelską (PO) zagłosowałoby 31 proc. Polaków, zaś Prawo i Sprawiedliwość (PiS) wybrałoby 30 proc. – tak wynika MONITOR POLONIJNY


Jakub Płażyński: „Nagroda jest inwestycją w nas samych“ Jak zrodził się pomysł stworzenia Nagrody im. Macieja Płażyńskiego, która honoruje dziennikarzy, zajmujących się zagadnieniami Polonii? Pomysł zrodził się podczas wspólnych rozmów z kolegami z Press Clubu, z którymi współpracowaliśmy przy zbieraniu podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o repatriacji. Chcieliśmy w ten sposób upamiętnić mojego tatę, uhonorować go jako osobę wybitną, odnoszącą sukcesy w działaniach na rzecz środowisk polonijnych, a jednocześnie mającą bardzo dobre relacje z dziennikarzami. Z drugiej strony kierowała nami chęć docenienia środowiska dziennikarstwa polonijnego, jego wagi i istoty. Według Pana środowisko to jest niedoceniane? Tak, uważam, że jest niedoceniane. Zbyt mało o nim wiemy, zbyt mało o nim mówimy, a przecież dobre dziennikarstwo trzeba promować.

z sondażu Wirtualnej Polski, opublikowanego 11 kwietnia. W ciągu trzech tygodni poparcie zarówno dla PO, jak i PiS spadło o 1 punkt procentowy. DUŻE ZAINTERESOWANIE, zwłaszcza wśród internautów, wzbudziło wystąpienie Aleksandra Kwaśniewskiego na konferencji ruchu Europa Plus, która odbyła się 12 kwietnia. Niektórzy pisali o rzekomej „chorobie filipińskiej” byłego prezydenta, inni twierdzili, że był on po prostu pijany. W obronie Kwaśniewskiego stanął m.in. Marek Siwiec. Europa Plus jest ruchem otwartym, także na współpracę z SLD – jak zaznaczył Kwaśniewski. PIĘĆ OSÓB ZGINĘŁO, 9 zostało MAJ 2013

gali wręczenia Nagród im. Macieja Płażyńskiego, która miała miejsce 20 kwietnia w Gdyni i podczas której w kategorii redakcja medium polonijnego nagrodę otrzymał nasz „Monitor Polonijny“, udało mi się przeprowadzić wywiad z Jakubem Płażyńskim, przewodniczącym jury przyznającym nagrodę. Podczas rozmowy wspominaliśmy Macieja Płażyńskiego, tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem w 2010 roku, ojca mojego rozmówcy. Ten wyjątkowy polityk (był m.in. wojewodą gdańskim, marszałkiem Sejmu, wicemarszałkiem Senatu), a przede wszystkim człowiek wrażliwy na problemy Polaków za granicą (prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“) na trwałe zapisał się w pamięci naszych rodaków rozsianych po świecie. To właśnie jego imię nosi prestiżowa nagroda dla dziennikarzy polonijnych, którą Press Club Polska przyznał już po raz drugi.

Po

Podczas gali wręczania nagród głos zabrał m.in. Tomasz Deptuła, wyróżniony dziennikarz z Nowego Jorku, który wskazywał, że dziennikarstwo polonijne jest traktowane przez Polaków w Polsce trochę z przymrużeniem oka. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

rannych, a 20 odniosło lekkie obrażenia w wypadku polskiego autokaru, przewożącego głównie rosyjskich nastolatków. Do tragedii doszło 14 kwietnia na północy Belgii. W firmie, której pojazd uczestniczył w wypadku, ujawniono nieprawidłowości dotyczące przekroczenia czasu pracy. W POŁOWIE KWIETNIA wprowadzono alarm powodziowy na Bugu. Najtrudniejsza sytuacja była w gminie Hanna w Lubelskiem, gdzie woda podmyła mosty i zagroziła miejscowej oczyszczalni ścieków oraz ponad 30 gospodarstwom. Lokalne podtopienia wystąpiły także na terenie województw mazowieckiego, podkarpackiego i podlaskiego.

Mam wrażenie, że dziennikarstwo polonijne nie jest w Polsce znane. Z czego to wynika? Z tego, że dziennikarstwo polonijne, jak i Polonia w ogóle są poza głównym nurtem tematów podejmowanych w Polsce. Zbyt mało się tym

PREMIER DONALD TUSK zdymisjonował 19 kwietnia ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego. To konsekwencja afery wokół tzw. memorandum gazowego, o którym podpisaniu nie wiedzieli ani premier, ani minister skarbu. Nowym ministrem skarbu został dotychczasowy wiceminister administracji i cyfryzacji Włodzimierz Karpiński. DNIA 19 KWIETNIA cała Polska obchodziła 70. rocznicę powstania w getcie warszawskim. W Warszawie tego dnia o godz. 10.00 zawyły syreny i zabrzmiały kościelne dzwony. Główne uroczystości odbyły się pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Wzięli w nich udział m.in. prezydent Bronisław Komo-

rowski, premier Donald Tusk, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, przedstawiciele władz Izraela i organizacji żydowskich. Po zakończeniu uroczystości jej uczestnicy przeszli szlakiem walk powstańczych na Umschlagplatz. Przypomnijmy, że powstanie w getcie wybuchło jako wyraz sprzeciwu przeciwko jego likwidacji. W działaniach powstańczych, które trwały do 16 maja 1943 r. zginęło ok. 7 tys. Żydów, a 6 tys. zostało zamordowanych. Około 50 tys. osób wywieziono po pacyfikacji powstania do obozów koncentracyjnych. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 7


interesujemy, mało wiemy. Mam wrażenie, że tu nie chodzi nawet o kwestię związaną z atrakcyjnością tematu lub jej brakiem, ale o kwestię podejścia do naszych rodaków za granicą, którym należy się większa uwaga. Oznacza to, że mieszkający w Polsce Polacy są bardziej zapatrzeni w siebie? Nie określałbym tego w ten sposób. Mam wrażenie, że Polacy nie zdają sobie sprawy z problemów rodaków, którzy mieszkają na obczyźnie. Wynika to z polskiej historii oraz braku tradycji utrzymywania kontaktu medialnego i wprowadzania tego tematu do debaty publicznej. Przez ostatnie dwadzieścia lat większość energii poświęcaliśmy budowaniu Polski, stąd niektóre tematy pozostały z boku. To chyba nawet taka cecha narodowa, że nie doceniamy wagi i roli rodaków mieszkających poza granicami.

„Nie staram się wejść w buty ojca, ale chcę zrobić coś konkretnego”. Nagroda im. Macieja Płażyńskiego zwraca uwagę na Polaków mieszkających poza granicami Polski, na zajmujących się zagadnieniami polonijnymi dziennikarzy. Czy tego typu inicjatywy mogą uwrażliwić Polaków w Polsce na tych mieszkających poza jej granicami? Tak, wychodzę z założenia, że możemy się od siebie dużo nauczyć. Tym bardziej teraz, kiedy granice się zacierają, jesteśmy coraz bardziej mobilni, coraz więcej podróżujemy, przemieszczamy się. Dla mnie najważniejsze jest to, że wszyscy czujemy się Polakami. To, że część naszych rodaków mieszka poza granicami kraju, co w niektórych sytuacjach jest kwestią przypadku, zrządzeniem losu czy pewną wypadkową wyborów życiowych, nie znaczy, że nie mamy o nich pamiętać. Oni potrzebują kontaktu z Polską, który umożliwiacie im państwo - dziennikarze polonijni. Nagroda jest inwestycją w nas samych, bo zbudowanie więzi z rodakami, którzy mieszkają za granicą, jest doskonałą formą promocji dla nas, wzbogacaniem szeroko rozumianego społeczeństwa polskiego i prowadzeniem sensownej dyskusji.

Tę czułość, wrażliwość na Polaków za granicą zaszczepił w Panu ojciec? Ojciec był żywotnie zainteresowany losem Polaków poza granicami kraju. Od 1997 roku, kiedy został marszałkiem Sejmu, współpracował z Polonią. Później jako wicemarszałek Senatu czy jako szef Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“ starał się na bieżąco rozwiązywać jej problemy. Skąd to zainteresowanie? Tata miał przodków, mieszkających na Kresach, na Ukrainie. Jeździliśmy tam razem. Zwiedzaliśmy te miejsca, dowiadywaliśmy się więcej o ludziach stamtąd, a to w człowieku gdzieś tam pozostaje. Jak postrzega Pan słowacką Polonię? Zdaję sobie sprawę z tego, że Polacy są rozsiani po całym świecie. Nasza diaspora stanowi szóstą najliczniejszą diasporę na świecie, co o czymś świadczy. To nie jest kwestia zobowiązania do pamiętania, ale sprawa budowy pewnych relacji. Przede wszystkim zależeć nam powinno na tym, by nie tracić ze sobą kontaktu, żeby Polacy, którzy z takiego lub innego powodu zamieszkują terytoria innych państw, mieli możliwość odczuwania polskości. Jakie plany związane z Polonią miał jeszcze Pański ojciec? Ojciec przede wszystkim chciał doprowadzić do prac nad projektem ustawy o repatriacji. To było jedno z głównych jego zadań. Drugim, równie istotnym zadaniem, któremu chciał się poświęcić, była budowa Muzeum Emigracji. Budowa trwa… Tak, oba projekty są realizowane. Muzeum Emigracji powstaje w Gdyni. Ponadto ojciec planował stworzyć Muzeum Kresów Polskich. Ten pro-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

8

MONITOR POLONIJNY


„Z czystym przekonaniem uznaliśmy, że w Monitorze Polonijnym są treści, pod którymi możemy się podpisać. Ta nagroda to uhonorowanie państwa pracy“. jekt w chwili śmierci ojca był najmniej zaawansowany – nie było nawet decyzji co do lokalizacji takiego muzeum. Poza tym ojciec na bieżąco zajmował się przede wszystkim wspieraniem Polaków na Wschodzie. Bardzo często jeździł na Litwę, Białoruś i na Ukrainę. Jako prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“ starał się budować ośrodki polskości, szkoły, prowadził kilka programów, budujących i łączących Polaków mieszkających za granicą. Stworzył program „Lato z Polską“, adresowany do dzieci ze Wschodu, które w jego ramach przyjeżdżały na kolonie do Polski i dzięki temu miały okazję, by poznać nasz kraj. Ojciec prowadził również projekt „Czas na Polskę“, którego celem było wysyłanie nauczycieli języka polskiego w różne odległe regiony świata, np. do Brazylii i na Haiti, by mogli oni nawiązać kontakt z mieszkającymi tam Polakami. Oprócz tego zajmował się bieżącą pracą na rzecz wzmacniania Polonii. Będzie Pan kontynuował prace taty? Zdecydowałem się na próbę realizacji zadań, dotyczących repatriacji. Powstał też projekt nagrody dla dziennikarzy i na tym się koncentruję. Nie staram się wejść w buty ojca, ale chcę zrobić coś konkretnego. Projekt przyznawania nagrody dla zajmujących się Polonią dziennikarzy to doskonały pomysł. Bardzo nam miło. To druga edycja tego konkursu, który został bardzo dobrze odebrany zarówno w środowisku dziennikarskim, jak i poza nim. Cieszy nas państwa zaangażowanie dziennikarskie i ta nagroda jest podziękowaniem za państwa pracę. Jaki był poziom nadesłanych prac do konkursu? Bardzo wysoki, dużo wyższy niż w ubiegłym roku. Otrzymaliśmy 80 zgłoszeń i naprawdę mieliśmy w czym wybierać. Nagrodę dla „MoMAJ 2013

nitora Polonijnego“ w kategorii redakcja medium polonijnego przyznaliśmy z dużym przekonaniem, bowiem czasopismo to bardzo się wyróżnia, stoi na wysokim, profesjonalnym poziomie. Publikują państwo w nim bardzo interesujące wywiady, z każdego z nich można się było dowiedzieć czegoś ciekawego. Biorąc to pismo do ręki, każdy znajdzie coś dla siebie. Z czystym przekonaniem uznaliśmy, że w „Monitorze Polonijnym“ są treści, pod którymi możemy się podpisać. Ta nagroda to uhonorowanie państwa pracy. Dziękujemy, bardzo nas to cieszy. Co Pan sądzi na temat przyszłości prasy? Czy rację mają ci, którzy wróżą upadek wydawnictw w papierowej formie? To szerszy problem, czy chcemy sięgać do wydania papierowego, czy też czytać na ekranie komputera. Jestem pod tym względem trochę konserwatywny, bowiem wolę gazetę, którą mogę wziąć do ręki, niż czytać to, co widać na monitorze. Lubię tekst drukowany, łatwiej mi się go czyta. Myśli Pan, że Internet całkowicie zawładnie komunikacją medialną? Mam wrażenie, że nie. Wydaje mi się, że mimo wszystko część gazet się utrzyma. Wszystko zmierza jednak do przekazywania informacji hasłowej, mającej powierzchowny charakter. Wynika to z tego, że wiele dziedzin życia nastawionych jest na szybkość, a nie na jakość. A przecież papierowa gazeta to co innego niż strona internetowa, którą można szybko aktualizować. Wierzę jednak, że zmiany nie będą oznaczały odwrotu od porządnej publicystyki, od artykułów zawierających jakiś przekaz. Nie chciałbym, by

„Wierzę jednak, że zmiany nie będą oznaczały odwrotu od porządnej publicystyki, od artykułów zawierających jakiś przekaz”.

media zostały zdominowane przez krótkie, szybkie ogłoszenia czy reklamy. Co by Pan radził redakcjom polonijnym, które otrzymują coraz mniej pieniędzy na swoją działalność wydawniczą? Nie wiem, czy jestem właściwym adresatem tego pytania. Ze względu na specyfikę zawodu, który wykonuję, z reguły po tak postawionym pytaniu, staram się zapoznać z sytuacją i zastanowić nad rozwiązaniem problemu. Niestety, na poczekaniu nic konstruktywnego pani nie odpowiem. Na pewno trzeba szukać funduszy, by zachować wydawnictwa polonijne. Wiem, że strona polska nie finansuje w pełni tej działalności. A powinna? Uważam, że tak. W miarę możliwości środki finansowe powinny być przekazywane do wydawców prasy polonijnej. Pański tato też był prawnikiem, a jednak pociągnęła go polityka. Pan właśnie został adwokatem, czyli swoją drogę zawodową zaczyna Pan jak ojciec. Myśli Pan o karierze politycznej? Rozwijam się zawodowo, a czas pokaże, co się wydarzy. Priorytetem dla mnie było ukończenie aplikacji adwokackiej. Teraz, kiedy to się stało, mam otwartą drogę. Chciałbym jednak najpierw dobrze nauczyć się zawodu. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, Gdynia 9


Z Polską na Ty

Sentymentalna retrospekcja

palny dzień pierwszomajowy w Bratysławie miał trochę sentymentalny charakter, bowiem do centrum miasta przyjechały z Polski pamiętające dawne czasy warszawy i syreny. Wcale jednak nie przypominały siermiężnej socjalistycznej rzeczywistości. Pięknie utrzymane, błyszczące, barwne przyciągały wzrok i budziły zaintereso-

U

wanie licznych spacerowiczów, których nad Dunaj w okolice Galerii Eurovea przyciągnęła słoneczna pogoda. Przyjechało ich 26 w ramach VII rajdu, którego celem tym razem była Praga i Bratysława. Ich właściciele to członkowie Klubu Miłośników Syren i Warszaw z Nekli w woj. wielkopolskim. „Zgodziliśmy się na udział w tym wydarzeniu od razu, gdy tylko o nim usłyszeliśmy od organizatorów rajdu, ale chcieliśmy nadać imprezie większą rangę, a przy okazji pokazać się ja-

ko prężnie działająca mniejszość polska na Słowacji. Chcieliśmy też w nasze działania włączyć mieszkańców Bratysławy” – powiedziała Katarzyna Tulejko, prezes Klubu Polskiego

ZDJĘCIE: WWW.STUDIOEMMA.PL

Bratysława. „Sama nazwa imprezy została tak sformułowana, by było od razu jasne, że będzie to sentymentalna podróż, podróż w przeszłość” - dodała. „Przygotowaliśmy ulotki, zawierające wszelkie informacje o naszej działalności; nie zapomnieliśmy nawet o krówkach, które Słowacy

kochają. W zamyśle miała to być impreza multikulturowa, a przy okazji pozytywna promocja Polski po okresie negatywnej kampanii, dotyczącej polskiej żywności” – podkreśliła Tulejko. W tym dniu nie zabrakło też balonów i innych gadżetów z logo Klubu Polskiego, które w centrum Bratysławy przez cały dzień rozdawała przechodniom polonijna młodzież, zapraszając na atrakcje, przygotowane przez słowacką Polonię. 10

MONITOR POLONIJNY


W ramach majowej imprezy polonijnej wystąpił też utalentowany zespół młodzieżowy Liberate, grający stare utwory w nowych aranżacjach, którego członkiem jest uczeń bratysławskiego Szkolnego Punktu Konsultacyjnego Filip Kiniorski. Inny talent sceniczny zaprezentował w tym dniu jeden z członków Klubu Polskiego Bratysława, Tomasz Olszewski, prezentując przygotowane specjalnie na tę okazję dwie etiudy pantomimiczne. Natomiast przez cały czas zebrani widzowie i przechodnie

mogli posłuchać polskiej muzyki, którą prezentował DJ Jaslo. Ostatnim punktem spotkania „Z Polską na Ty” był występ wrocławskiego Teatru Formy, prezentującego spektakl „Kucharz na ostro”, dzięki któremu publiczność mogła przenieść

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Spośród starych samochodów, które zjechały do słowackiej stolicy, uczestnicy imprezy wybrali ten – ich zdaniem – najpiękniejszy. Wybór był trudny, bowiem wszystkie prezentowały się świetnie. Ostatecznie zwycięzcą okazała się ciemnoczerwona warszawa z 1958 roku. Właścicielom trzech najpiękniejszych wehikułów wręczono specjalne puchary, zaś spośród głosujących wylosowano osoby, którym na pamiątkę wręczono przepiękne miniaturowe modele starych polskich samochodów.

się w lata 70., w czasy Układu Warszawskiego. Przedstawienie to zostało bardzo ciepło przyjęte przez widzów; wzruszało i bawiło, choć momentami budziło też gorzkie refleksje. Jego koniec zaskoczył wszystkich – była to bowiem najprawdziwsza grochówka, serwowana wprost z wojskowej kuchni polowej. Całodzienna impreza, zorganizowana 1 maja przez Klub Polski Bratysława, przyciągnęła mnóstwo osób, wśród których byli zarówno przedstawiciele słowackiej i austriackiej Polonii,

jak i Słowacy oraz liczni turyści, spacerujący nad brzegiem Dunaju. Nie zabrakło też na niej przedstawicieli innych mniejszości narodowych żyjących na Słowacji i gości specjalnych z pełnomocnikiem słowackiego rządu do spraw mniejszości narodowych RS,

Laszlą Nagym, na czele. Obecni byli także przedstawiciele ambasady polskiej w Bratysławie, m.in. radca minister Grzegorz Nowacki i attaché wojskowy Krzysztof Jońca. Honorowy patronat nad całym przedsięwzięciem sprawował ambasador RP w RS Tomasz Chłoń. Pozytywna promocja Polski i Polaków mieszkających na Słowacji udała się w stu procentach, w czym pomogli też licznie przybyli przedstawiciele słowackich i polskich mediów. MAŁGORZATA PARFIANOWICZ

Projekt zorganizowany we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie, Galerią Eurovea, Szkolnym Punktem Konsultacyjnym przy Ambasadzie RP w RS. Projekt wsparli: Kancelaria Rady Ministrów RS z programu Kultura mniejszości narodowych 2013, Ambasada RP w RS, firmy „Jantom”, „Poltop”, pizzeria „Monety”, Hotel Plus. MAJ 2013

11


Ludzie ludziom zgotowali ten los

Instytucie Polskim w ramach debaty słowackiego Instytutu Pamięci Narodowej, odbytej 25 kwietnia, gościli Margita Kániková, prof. PhDr. Mečislav Borák oraz PhDr. Martin Lacko, którzy z okazji 73. rocznicy dyskutowali na temat zbrodni katyńskiej. W ramach spotkania przedstawili wątpliwości ówczesnych sąsiadów Polski dotyczącego tego, co tak naprawdę wydarzyło się wówczas w Katyniu, z uwagi na silną propagandę radziecką i brak zaufania do informacji nadchodzących z III Rzeszy. Swoje wypowiedzi udokumentowali artykułami z ówczesnej prasy zarówno czeskiej, jak i słowackiej. Dzięki temu uczestnicy spotkania mogli też poznać stanowisko innych państw wo-

W

bec zbrodni katyńskiej, między innymi Anglii, której premier zalecał, by nie drążyć tego tematu, bowiem zmarłym to i tak nie wróci życia. Zebrani dowiedzieli się również, że to właśnie Katyń stał się nieoficjalnym symbolem początku zimnej wojny. Z przytaczanych przez gości publikacji usłyszeli ponadto niektóre z propagowanych przez Sowietów infor-

macji o tym, jak to polscy oficerowie pozakładali rodziny w ZSRR lub uciekli do Mandżurii. Jak było naprawdę, dziś już wszyscy wiemy. Wiosną 1940 roku na rozkaz najwyższych władz Związku Radzieckiego rozstrzelano przynajmniej 21 tysięcy polskich obywateli, w tym ponad 10 tys.  oficerów  wojska i policji. Liczba ta prawdopodobnie jest większa, bowiem nie wszystkie masowe groby zostały odnalezione. Do popełnienia tejże zbrodni Rosjanie przyznali się dopiero w 1990 roku. Spotkanie w Instytucie Polskim, które przebiegło bez żadnych politycznych sugestii oraz oskarżeń, było niezwykle interesujące i pouczające a ponadto było okazją do spojrzenia na polską tragedię oczyma innych państw i ich narodów. DOROTA CHMIEL ZDJĘCIA: BRANISLAV KINČOK

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Spotkanie ombudsmanów państw Grupy Wyszehradzkiej

olska rzecznik praw obywatelskich prof. Irena

P 12

Lipowicz uczestniczyła w spotkaniu ombudsmanów państw Grupy Wyszehradzkiej, które odbyło się 12 kwietnia na Słowacji, w Častej-Papierničce. „Skuteczne pełnienie obowiązków konstytucyjnych rzecznika praw obywatelskich jest bezpośrednio związane z ochroną prawa do dobrej administracji, która jest nie tylko przyjazna dla obywateli, ale zgodnie z normami europejskimi jest również podstawowym wymogiem działania i podejmowania decyzji przez niezależne organy administracji publicznej“ – podsumowała profesor Lipowicz, która po spotkaniu ze swo-

imi kolegami z Grupy V4 gościła w polskiej ambasadzie w Bratysławie. Polska ombudsman dodała też, że rzecznicy praw obywatelskich państw Grupy Wyszehradzkiej zgodzili się z tym, że ich rolą jest bycie „oczami i uszami“ parlamentów narodowych. Według ombudsmanów Grupy V4 przedstawianie na forum parlamentu niezawisłego i niezależnego sprawozdania, dotyczącego działalności rzecznika i jego kompetencji, przyczynia się do lepszego przekazu informacji na ten temat. Stanowi też podstawę do dyskusji i rozważań, związanych z działaniami proponowa-

nymi przez rzecznika. Ombudsmani państw Grupy Wyszehradzkiej uważają za właściwe, aby parlament zapoznawał się ze sprawozdaniem bez głosowania nad nim, ponieważ takie głosowanie może tworzyć pokusę  politycznej  oceny działalności niezależnego organu kontroli, jakim jest rzecznik praw obywatelred skich.

MONITOR POLONIJNY


Zwyciężyć znaczy przeżyć? aki tytuł nosi książka Aleksandra Lwowa, gościa i członka jury 14. festiwalu filmowego Hory a mesto (Góry i miasto), który odbył się w Bratysławie w połowie kwietnia. Znak zapytania za tytułem jest już mój i wyraża wątpliwość co do tezy autora. Bo czy naprawdę nasi najwięksi himalaiści – Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz – którzy na zawsze zostali w górach, albo zaginiony niespełna przed miesiącem na Broad Peak Maciej Berbek przegrali? W swojej festiwalowej prezentacji, zatytułowanej „Sztuka bezsensownego cierpienia“, Lwow opowiadał o zimowej wyprawie na K2 (8611 m n.p.m.) na początku marca 1988 roku. Członkowie tej wyprawy, po trzech miesiącach czekania na lepszą pogodę na K2 zrezygnowali z wejścia na szczyt. Aby cała wyprawa nie skończyła się fiaskiem Aleksander Lwow i Kaciej Berbeka zdecydowali się na wejście na pobliski Broad Peak (8051 m n.p.m.)- niestety też bez sukcesu. Pierwszy wycofał się przed przełęczą Broad Col (7850 m), natomiast drugi dotarł na przedwierzchołek, tzw. Rocky Summit (8035 m), i wrócił wyczerpany do namiotu szturmowego, przekonany o  zdobyciu szczytu. Było to 6 marca 1988 roku. Po 25 latach, także 6 marca, ale 2013 roku, po udanym pierwszym na świecie zimowym wejściu na Broad Peak Maciej Berberka zginął podczas zejścia. Jak ujął w czasie prezentacji Lwow, Berbeka wrócił na Broad Peak, aby wyrównać rachunki z  tą górą. Ale czy ginąc, przegrał? Na to pytanie niech każdy z Państwa odpowie sobie sam.

T

MAJ 2013

Po tej ciekawej prezentacji Aleksandra Lwowa słowacka publiczność obejrzała film Marka Kłosowicza i  Wojciecha Słoty „Art of Freedom“ („Sztuka wolności“) z 2011 roku, który przedstawia historię polskiego himalaizmu w latach 70. i 80., czyli w okresie polskiego realnego socjalizmu. To właśnie wtedy mimo trudnej sytuacji ekonomicznej Polacy organizowali niesamowicie odważne wyprawy w Himalaje, ciesząc się opinią najlepszych na świecie himalaistów. Ich specjalnością było i jest zdobywanie ośmiotysięczników zimą. W zaprezentowanym dokumencie najwięksi polscy himalaiści (ci, którzy przeżyli) i pierwszy zdobywca korony Himalajów (14 ośmiotysięczników) Reinhold Messner opowiadają o najtrudniejszych polskich wyprawach, o porażkach i sukcesach, o sile charakteru swoich kolegów, o ich bezkompromisowości w przezwyciężaniu słabości własnego ciała. Ich wspomnienia dotyczą też kulis organizowania wypraw w czasach socjalizmu – mówią

m.in. o przemycie, nielegalnym handlu, który umożliwiał im pokrycie kosztów ekspedycji. „Art of Freedom“ to film, który zdobył już bardzo wiele nagród na prestiżowych festiwalach filmów górskich i którego obejrzenie serdecznie Państwu polecam. Na tegorocznym bratysławskim festiwalu pojawił się jeszcze jeden polski akcent. Był nim udział Magdy Ciszewskiej-Rząsy i  Marcina Rząsy w bloku tematycznym Ekodrewodomy. Ich bardzo ciekawą prezentacja „Architektura drewniana po polskiej stronie Tatr” została nagrodzona oklaskami przez widzów kina Aupark. O zdjęciach autorki prezentacji opowiadał z gawędziarskim talentem jej

mąż Marcin. Ten ceniony polski rzeźbiarz wystąpił tym razem w roli przewodnika tatrzańskiego, opowiadającego o  architekturze Zakopanego z  początku lat 50.,  twórczości Stanisława Witkiewicza, profesjonalnym wkładzie polskich architektów w budownictwo drewniane na polskim Podhalu z  lat 70., a także współczesnych trendach (czasami kiczowatych) w drewnianej architekturze Zakopanego. Festiwal Hory a  mesto to przedsięwzięcie, w którym udział Polaków i polskie produkcje filmowe są zawsze zauważane i traktowane jak towar z najwyższej półki, z czego jestem niesamowicie dumna. ANNA MARIA JARINA 13


Spotkania z polską kulturą

w Bańskiej Bystrzycy

ZDJĘCIE: JAKUB PACZEŚNIAK

basador RP na Słowacji Tomasz Chłoń oraz dyrektor Instytutu Polskiego Andrzej Jagodziński. Po nich odbyła się dyskusja panelowa na temat „Współczesność i perspektywy rozwoju polonistyk zagranicznych”. W ciągu trwającego dwa dni seminarium można było wysłuchać kilkunastu odczytów zarówno w sekcji językoznawczej, jak literaturoznawczej i kulturoznawczej. Mówiono m.in. o przemianach we współczesnej polszczyźnie, nauczaniu polskiej wymowy, doświadczeniach w nauczaniu języka polskiego Słowaków, roli teatru w edukacji polonistycznej, polskiej literaturze (post)emigracyjnej czy też przemianach poezji polskiej i jej naucza-

ZDJĘCIE: JAKUB PACZEŚNIAK

14

niu poprzez warsztaty przekładu artystycznego. Równolegle odbywały się spotkania ze studentami, na których poruszano tematy dotyczące najnowszej literatury polskiej, kultury masowej, kiczu, a nawet wpływu techniki komputerowej na zachowania językowe współczesnych Polaków. Centrum Języka i Kultury Polskiej nawiązało współpracę z bańskobystrzycką Państwową Biblioteką Naukową (Štátna vedecká knižnica), w której otwarto Centrum Studiów Słowiańskich. Owocem tej współpracy były kwietniowe spotkania w ramach Dni Kultury Polskiej: 18 kwietnia z  Karolem Chmelem, tłumaczem literatury polZDJĘCIA: ŠIMON KANDUR

kwietniu w Bańskiej Bystrzycy odbyło się kilka wartych odnotowania spotkań z polską kulturą. Ich inicjatorem było działające od października 2012 roku Centrum Języka i Kultury Polskiej przy Katedrze Języków Słowiańskich Uniwersytetu Mateja Bela. Spotkania mogły się odbyć dzięki wsparciu Instytutu Polskiego w Bratysławie. W dniach 9-10 kwietnia miało miejsce seminarium „Język w kulturze, kultura w języku”. Udział w nim wzięli prezes i członkowie Stowarzyszenia Polskich i Zagranicznych Nauczycieli Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego „Bristol”, nauczyciele Szkoły Języka i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego, jak również profesorowie z zaprzyjaźnionego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Przyjechali także poloniści z Bratysławy i Preszowa wraz ze swoimi studentami. Wykłady inaugurujące seminarium wygłosili am-

W

wych opowieści Karola Chmela na temat tajników warsztatu tłumacza, roli tłumacza w procesie popularyzacji literatury czy o nowej polskiej twórczości literackiej. Hubert Klimko-Dobrzaniecki, którego znakomita nowela „Kołysanka dla wisielca“ w marcu br. ukazała się na Słowacji („Uspávanka pre obesenca“), barwnie opowiadał o  możliwościach twórczego przetwarzania własnej biografii, a  także o  poszukiwaniu własnego sposobu na życie, swojego miejsca w przestrzeni geograficznej czy własnego języka wypowiedzi artystycznej. Z kolei Tomasz Drozdek w ramach autorskiego projektu T.ETNO zaprezentował oryginalne instrumenty z całego świata (dając próbki ich brzmienia), w tym te, wykorzystywane w muzyce polskiej, a ponadto przy własnym akompaniamencie (m.in. na lirze korbowej) zaśpiewał tradycyjne pieśni dziadowskie. Przybyli na spotkanie studenci mogli także wziąć udział w warsztatach muzycznych, łącząc naukę gry na różnych instrumentach ze świetną zabawą.

skiej na język słowacki, a 22 kwietnia z  Hubertem Klimką-Dobrzanieckim, pisarzem, i Tomaszem Drozdkiem, muzykiem-miultiinstrumentalistą. Publiczność, której trzon stanowili studenci polonistyki UMB, z  uwagą słuchała cieka-

Uczestnicy wszystkich tych bańsko bystrzyckich spotkań zgodnie podkreślali, że w atrakcyjny i efektywny sposób wzbogacają one wiedzę z  zakresu polskiej kultury. JAKUB PACZEŚNIAK MONITOR POLONIJNY


ząd Słowacji nie jest zainteresowany kampanią przeciwko polskiej żywności, nie będziemy brali udziału w żadnej kampanii przeciwko jakiemukolwiek eksporterowi żywności” – oświadczył Robert Fico po spotkaniu z polskim premierem, które odbyło się w Popradzie pod koniec marca.

„R

Czy kosz ze smakołykami poprawi

?

stosunki polsko-słowackie Na tymże spotkaniu Donald Tusk wręczył premierowi Słowacji kosz z polską żywnością. Znalazły się w nim m.in. kiełbasa krakowska, kabanosy, jajko marcepanowe oraz miód pitny. To reakcja na czarny PR, za pomocą której Słowacy i Czesi walczą z  polską żywnością. „Zaczęli nas kopać po kostkach, bo podrażniliśmy wielu lokalnych producentów. Tam rolnictwo jest dość słabe, a my faktycznie zalewamy ich rynek naszymi produktami. Robią wszystko, aby polskie jedzenie zohydzić konsumentom” – twierdzi jeden z polskich ekspertów. Polska żywność eksportowana do najdalszych zakątków świata prezentuje poziom co najmniej średni europejski. Na poparcie tej tezy polski premier przytoczył dane z europejskiego systemu bezpieczeństwa żywności RASFF, przyjmującego zgłoszenia o nieprawidłowościach. „Od początku 2012 r. odnotowano w Europie 159 powiadomień, jeśli chodzi o produkty polskie, 198 jeśli chodzi o produkty niemieckie, 158 francuskie i 234 – holenderskie” – oświadczył Donald Tusk. Eksport rolno-spożywczy staje się polską specjalnością. W 2012 r. wysłaliśmy za granicę towary warte ok. 17 mld euro, a cztery lata wcześniej tylko za niecałe 12 mld euro. Nasz tania żywność zalewa sąsiadów – wyjaśniają sytuację polskie media i dodają, że słowaccy i czescy producenci nie wytrzymują konkurencji cenowej, np. na Słowacji produkuje się już tylko 42 proc. żywności sprzedawanej w tym kraju. Atak na polskie produkty spożywcze jest bezpardonowy, ale i polscy producenci powinni się uderzyć w piersi, bowiem taką MAJ 2013

negatywną kampanię byłoby znacznie trudniej prowadzić, gdyby nie było afer, dotyczących polskich wyrobów, o których szeroko rozpisywała się prasa: a to w wołowinie była konina, w rzeźni pod Łodzią znaleziono martwe zwierzęta, a wcześniej w sproszkowanym mleku odkryto ślady trutki na szczury, zaś do produkcji żywności wykorzystywano sól przemysłową. Warto jednak podkreślić, że w wyniku tych działań nikt nie umarł! Natomiast gdy w Europie wybuchła afera z kiełkami, w Niemczech zmarło ponad 50 osób, a winę próbowano zrzucić na hiszpańskie ogórki. Niedawno mieliśmy też aferę ze skażonym alkoholem w Czechach; również zmarło kilkadziesiąt osób, zaś czeskie media sugerowały, iż trucizna pochodzi z Polski. Czy polskie smakołyki wręczone słowackiemu premierowi przyniosą oczekiwany efekt? Nie jestem przekonany. Moim zdaniem polskie władze zbyt późno zareagowały na kampanię, postponującą polską żywność w Czechach i na Słowacji, trwającą już

ponad rok, w wyniku której konsumenci nie chcą kupować pochodzących z Polski produktów. A przecież wiadomo, że raz rozczarowanych trudno namówić na zmianę zdania. W takiej sytuacji ważne stało się stanowisko polskiej ambasady w Pradze, w którym stwierdzono, że „kontrole polskich produktów odpowiadają standardom Unii Europejskiej, a czeska krytyka jakości polskiej żywności nie sprzyja utrzymaniu dobrosąsiedz-

kich stosunków“. Tamtejsza ambasada przypomniała też, że produkcja rolnicza w Czechach dramatycznie spada, a ponad połowę żywności importuje się z Niemiec i z Polski. Od roku 2000 import żywności z Polski wzrósł o 200 proc. Dane statystyczne jasno wskazują, że polska żywność zagraża krajowym producentom, którzy otwarcie przyznają, że nie są w stanie z nią konkurować. Jeśli prawdą okazałoby się, że kosz od premiera Tuska z polskimi smakołykami trafił do kontroli fitosanitarnej, a takie krążą plotki, to byłby to najwyższy czas, aby i polscy dyplomaci w Bratysławie przypomnieli słowackim władzom, iż usiłują oni wykorzystać do protekcjonizmu incydenty żywnościowe, stwarzając polskim firmom bariery w dostępie do rynku. Chyba już czas, aby wzorem Pragi zorganizować polsko-słowacki okrągły stół, który mógłby naprawić wzajemne relacje, nadszarpnięte poprzez tworzenie czarnego PR polskiej żywności na Słowacji. DARIUSZ WIECZOREK 15


ubryka „Kino-Oko” jest poświęcona co prawda filmom fabularnym, ale tym razem postanowiłam zrobić wyjątek i polecić Państwu dokument. Dlaczego? Powodów jest wiele, a jeden decydujący – to bardzo dobry film!

R

Historia Polski

według

Malinowskich

„Eksmisja” Filipa Antoniego Malinowskiego (niemiecki tytuł „Maria muss packen”) to koprodukcja polsko-austriacka, opowiadająca o losach pary polskich emerytów Marii i Tadeusza Malinowskich. Osiemdziesięciolatkowie dowiadują się, że zmienił się właściciel kamienicy, w której mieszkają, a oni w brutalny sposób, bez możliwości nawiązania dialogu z instancjami wyższymi są zmuszeni do opuszczenia miejsca, w którym żyli przez 66 lat. Jak łatwo się domyśleć, mieszkanie państwa Malinowskich jest czymś więcej niż tylko kilkoma ścianami, jest to bowiem ich dom rodzinny, miejsce, w którym na świat przychodziły ich dzieci, wychowywały się wnuki, kolejne pokolenia przeżywały radości i niepowodzenia. Film „Eksmisja” ukazuje polską rzeczywistość w czasach bezwzględne-

16

go kapitalizmu, który przypomina system totalitarny. Ten, kto ma pieniądz, ten ma władzę, a kto ma władzę może ją w bezkarny sposób wykorzystywać, stosując wobec słabszych metody przypominające psychologiczne tortury. Historia walki o zachowanie domu rodzinnego wydaje się być głównym tematem filmu, ale tak naprawdę jest to opowieść bardziej złożona. Sytuacja, w której znaleźli się państwo Malinowscy, skłania ich do refleksji nad tym, co było. We wspomnieniach wracają do historii rodzinnych związanych z domem. Z zakamarków pamięci wygrzebują obrazy, historyjki, anegdoty. Widz zostaje zabrany w intymną podróż po świecie cytatów z życia, które – choć rozsypane jak puzzle – zaczynają tworzyć opowieść o dziejach Polski w skali rodzinnego mikrokosmosu. Maria i Tadeusz są parą bardzo malowniczą, ich rozmowy i rozważania na temat miłości, przemijania, małżeństwa i polityki wciągają od pierwszych minut filmu. Niezwykle zabawne sytuacje przeplatają się z bolesnymi wspomnieniami z czasów wojny. Pełna humoru i optymizmu Maria potrafi zachwycać się życiem w każdym jego aspekcie, z szelmowskim uśmiechem dowcipkuje, brawurowo prowadzi samochód, piękno widzi w każdej chmurce czy listku. Nawet podczas pielenia chwastów potrafi się głęboko zamyślić nad istotą dobra i zła. Tadeusz jest jej przeciwwagą; to

Wszystkie informacje na stronie www.mariamusspacken.at

spokojny naukowiec, pesymista. Razem tworzą uroczy duet, walczący o sprawiedliwość, godność człowieka i to, co najważniejsze – własny dom.

„Eksmisja” jest filmem, który porusza jeszcze jeden ważny temat. Filip Antoni Malinowski to polski reżyser, mieszkający od 20 lat w Austrii. Na wieść o problemach mieszkaniowych swoich dziadków wrócił do ojczyzny, aby ich wspierać, być przy nich, rozmawiać. Jego film to nie tylko opowieść o walczących z systemem dziadkach, to także opowieść o młodym emigrancie, który wraca do korzeni i już jako dorosły człowiek odkrywa świat swojej rodziny, na nowo poznaje swoją babcię, swojego dziadka, starą-nową ojczyznę i siebie. To piękne, wzruszające, szczere, a momentami niezwykle zabawne kino! Ogląda się lepiej niż niejedną fabułę. Film można obejrzeć w kinach w Austrii, Polsce oraz w Internecie. Polecam gorąco! MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA MONITOR POLONIJNY


Po godzinie lotu wylądowaliśmy w Koszycach. Miasto położone jest w dolinie nad rzeką Hornad i malowniczo otoczone przez góry Slańskie, Wołowskie oraz tereny Rudaw Spiskich i Słowackiego Krasu. To drugie największe miasto na Słowacji, nowoczesna metropolia, centrum uniwersyteckie, wielki ośrodek kulturowy, posiadający bezcenne zabytki historyczne. Okolice Koszyc były zasiedlone już w paleolicie, a pisemna wzmianka o nich pochodzi z 1216 r. To właśnie one, jako pierwsze miasto w Europie, otrzymały w 1369 r. od Ludwika Węgierskiego własny herb. Na przestrzeni wieków dotykały je powstania, walki religijne, rewolucje. Jednak pomimo historycznych zawieruch, Koszyce szybko się rozwijały, a dzięki położeniu na skrzyżowaniu szlaków handlowych stały się największym po Bratysławie ośrodkiem handlowym, rzemieślniczym, edukacyjnym i kulturalnym. I właśnie bogactwo historyczne oraz panująca w mieście atmosfera skusiły nas, by je odwiedzić. Naszym przewodnikiem był kolega Kamil, który jako miłośnik muzyki klasycznej i smakosz słowackiej kuchni zabrał nas w zmysłową podróż po historyczZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Europejska Stolica Kultury przyjaciółmi spotkaliśmy się na bratysławskim lotnisku Słowackie M.R. Štefanika, po czym perełki z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy po karty pokładowe, gotowi rozpocząć weekendową przygodę.

Z

nym centrum miasta. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ulicy Hlavnej, przy której znajduje się najwięcej barokowych, klasycystycznych i gotyckich budowli. Są tu m.in. przeróżne kamieniczki, w tym najstarszy w mieście, pochodzący z XV w. Levočský dom, pałac biskupi, pałac Forgachów. Jednakże największą uwagę zwraca, górująca nad centrum gotycka pięcionawowa katedra św. Elżbiety. Ten największy na Słowacji, monumentalny kościół budowano przez ponad 100 lat. Naszą uwagę w jego olśniewającym wnętrzu przykuł oł-

tarz główny św. Elżbiety z 1477 r., statua Niepokalanego Poczęcia oraz północny portal z płaskorzeźbami przedstawiającymi sąd ostateczny, żywot św. Elżbiety i ukrzyżowanie. W ciszy i skupieniu zwiedzaliśmy katedrę, podziwiając piękne witraże, posągi, malowidła i ołtarze boczne. Przeszliśmy z części południowej świątyni, gdzie mieści się kaplica św. Michała, do umieszczonej na północnej stronie wieży św. Urbana z XIV-wieczną dzwonnicą. Z pewnością każdemu miłośnikowi historii i sztuki zakręci się w głowie od ilości reliktów przeszłości i arcydzieł zgromadzonych w tej świątyni. Z żalem opuszczaliśmy katedrę. Na dworze przyjemnie świeciło słońce, a my udaliśmy się na reprezentacyjny główny plac Koszyc, uważany za jeden z najpiękniejszych słowackich rynków, przy którym stoi neorenesansowy gmach teatru. Między katedrą a teatrem znajduje się skwer ze słynną fontanną grająca, przy której przystanęliśmy na chwilę, by nasycić oczy widokiem przelewającej się w rytm muzyki wody. Następnie przeszliśmy pod okazały pałac Rakoczego

o charakterystycznej rokokowo-klasycystycznej fasadzie w kolorze ochry, w którym dziś mieści się Muzeum Techniki. Ulice starego koszyckiego centrum pełne są eleganckich restauracji, kafejek i sklepików. W lecie ożywia je gwar, dochodzący z licznych piwnych ogródków, i muzyka ulicznych grajków. To tu odbywają się liczne koncerty, festiwale, wystawy i wernisaże.

W tym roku Koszyce pełnią funkcję Europejskiej Stolicy Kultury, zatem interesujących wydarzeń kulturalnych z pewnością będzie więcej niż zwykle. Warto więc już teraz pomyśleć i zarezerwować czas na wiosenno-letnią wizytę w tym mieście, do którego gorąco zapraszam. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA 17


ozwolą Państwo podzielić się kilkoma refleksjami na temat, który niedawno przedstawiłem w Centrum Języka i Kultury Polskiej na Uniwersytecie w Bańskiej Bystrzycy, a który dotyczy problemu, obecności kultury w języku dyplomacji.

P

Za punkt wyjściowy posłużył mi przykład zachowania hiszpańskiego monarchy Juana Carlosa, w pewnym sensie czołowego dyplomaty kraju, który w 2007 r. zwrócił się publicznie do prezydenta Wenezueli ni mniej ni więcej tylko: „Dlaczego się nie zamkniesz?”. Słowa króla, które były reakcją na nazwanie byłego premiera Hiszpanii faszystą, zrobiły furorę, a sprzedawcy gadżetów zarobili fortunę na produktach je obrazujących.

Juan Carlos z pewnością nie wyraził się dyplomatycznie, ale cel swój osiągnął, broniąc honoru swojego państwa i szefa jego rządu. A to przecież było najważniejsze, bowiem – jak podkreślał inny premier, Tony Blair, w polityce (a więc i dyplomacji) „Nie daj się ponieść nerwom, chyba że robisz to celowo”. Kultura w dyplomacji i jej języku naturalnie pozostaje. To przecież właśnie dyplomacja jest często źródłem przytaczanych cyta18

Kultura w języku

dyplomacji tów, metafor i w ogóle retoryki. Najważniejszy w niej jest język, bowiem w nim tkwi siła, siła argumentu, a nie argument siły. Jeśli jest inaczej, dyplomacja zmienia się w wojnę, a tym samym totalnie zaprzecza kulturze. Sięgnę teraz do konkretnych przykładów wystąpień polskich dyplomatów, zwracając uwagę na ich język. Rozpatrywane przeze mnie przykłady pochodzą ze zbioru wystąpień ministrów spraw zagranicznych z lat 1990-2011, wydanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych (mogą je Państwo wszystkie przeczytać na stronach internetowych www.msz.gov.pl). Warto podkreślić, że tradycję tych corocznych wystąpień, tzw. expose ministra spraw zagranicznych, prezentujących kierunki polskiej polityki zagranicznej w Sejmie w obecności prezydenta, całego rządu i zagranicznych dyplomatów akredytowanych w Polsce, zapoczątkował w 1919 roku ówczesny minister Ignacy Jan Paderewski. I tak zostało do dziś. Analizując owe wystąpienia pod kątem odniesień kulturowych, znalazłem piękne przykłady obrazujące priorytety polskiej dyplo-

macji, a także osobiste poglądy, sytuacje czy afiliacje autorów wypowiedzi. Muszę też przyznać, że w niektórych expose takich odniesień nie znalazłem, co wcale nie oznacza, iż są one mniej „dyplomatyczne” lub mniej „kulturalne”, bowiem są wśród nich i takie, które mogłyby być wzorem logicznej argumentacji, przykładem pięknej polszczyzny, arcydziełem retoryki. W wystąpieniach, w których przejawy nawiązań kulturowych są widoczne, ich autorzy odnosili się do twórców z różnych epok – od antyku po współczesność, od starorzymskiego Seneki do dwudziestowiecznego norweskiego politologa Steina Rokkana. Cytowali filozofów, poetów i mężów stanu. Przywoływali Polaków, Brytyjczyków, Francuzów czy Niemców, a ostatnio także przedstawicieli nacji państw Grupy Wyszehradzkiej: Czechów, Węgrów i Słowaków. Władysław Bartoszewski przytaczał m.in. poetę niemieckiego, Bronisław Geremek francuskiego uczonego, a Radosław Sikorski historyka z Wielkiej Brytanii. Wszystkie wykorzystane w owych wystąpieniach metafory czy cytaty nie słu-

żyły jedynie ornamentyce. Ich zadaniem było przede wszystkim akcentowanie lub podsumowywanie ważnych treści czy egzemplifikacja priorytetów. „Co dalekie było – blisko – można by powtórzyć za Stanisławem Wyspiańskim” – mówił Bronisław Geremek w 1999 r., w przeddzień wejścia Polski do NATO. W tym samym wystąpieniu, odnosząc się do tragedii na Bałkanach (Kosowo) i obowiązkach sojuszników z NATO, za angielskim poetą Johnem Donnem stwierdzał: „Żaden człowiek nie jest samotną wyspą, każdy człowiek jest skrawkiem kontynentu, skrawkiem lądu; jeżeli morze porwie piędź ziemi, to Europa się zmniejsza, jakby chodziło o przylądek, jakby chodziło o gospodarstwo twoich przyjaciół lub twoje własne; śmierć każdego człowieka pomniejsza mnie, gdyż jestem spojony z całą ludzkością, i dlatego nie pytaj, komu bije dzwon: On bije tobie”. O takiej polityce zagranicznej myślał też zapewne Radosław Sikorski w 2011 r., cytując Horacego: „Gdy ściana sąsiada stoi w płomieniach, to także twój kłopot”. Rok wcześniej, gdy zwracał uwagę na nasz europejski sukces, szef polskiej dyplomacji odwołał się przekornie do MONITOR POLONIJNY


jednego z wieszczy: „Polacy nie są już – jak mówił Norwid – wielkim sztandarem narodowym, lecz coraz lepiej zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim”. Sikorski często wykorzystuje w swoich wystąpieniach różne cytaty i złote myśli. Sam zresztą zapewne też przejdzie do historii jako wybitny mówca i autor dobitnych puent, z których jedną pozwolę sobie przytoczyć: „Proszę zatem Wysoką Izbę o rozliczanie mnie z długofalowych rezultatów, a nie z siły uderzenia butem o pulpit” (z expose z 2009 r.). Sound bites (niełatwo znaleźć polski odpowiednik tego angielskiego frazemu) są w dzisiejszym języku – nie tylko polityki i dyplomacji – koniecznością. Są jednocześnie sztuką samą w sobie, umiejętnością przykucia uwagi odbiorcy, hiperbolizacją przesłania. Takim powiedzeniem, które przeszło do historii nie tylko dyplomacji, było pamiętne Reaganowskie: „Mr. Gorbatchev, tear down this wall!”, nawołujące do zburzenia muru berlińskiego. Z kolei obecny szef naszej dyplomacji w 2008 r., chcąc zaakcentować dorobek Polaków w postkomuni-

MAJ 2013

stycznym dwudziestoleciu powiedział: „Sparafrazuję Winstona Churchilla – tak wielu Polakom nie udało się uzyskać tak wiele w tak krótkim czasie”. W tymże samym roku Sikorski przykuł uwagę porównaniem: „(…) były toporne wystąpienia polskiej dyplomacji, wprawiające naszych unijnych partnerów w osłupienie podobne temu, które u ludzi renesansu wywołały szarże Don Kichota na wiatraki”. Warto w tym miejscu podkreślić, że expose jest prezentacją dyplomatycznych zamierzeń zarówno wobec partnerów za granicą, jak i polemiką z poglądami rodzimej opozycji. Sound bites, czyli krótkie slogany, komponują się w pojemność twittera, nowego przysposobionego narzędzia języka dyplomacji. Ale o tym w kolejnych być może refleksjach. By zachęcić Państwa do ich lektury, dodam tylko, że ambasada Polski w Waszyngtonie została uznana za drugą po brytyjskiej najbardziej wpływową na Twitterze ambasadą w USA. TOMASZ CHŁOŃ Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

Weteraniniezawiedli czym może kojarzyć się przeciętnemu słuchaczowi zespół T. Love? Z lekkim, melodyjnym graniem i prostymi piosenkami. Z bezpretensjonalnymi tekstami, łatwymi do zapamiętania i wspólnego śpiewania podczas koncertów - „Chłopaki nie płaczą”, „Ajrisz”, „I love you”; przykłady można mnożyć. SkoCzulym uchem jarzenia są jak najbardziej uzasadnione, ale to tylko jedna strona medalu. T. Love ma na swoim koncie wiele ambitnych utworów z frapującymi tekstami, ale by je poznać, trzeba już zagłębić się w dyskografię zespołu. „Old is gold”, nowa płyta (a raczej płyty, bo wydawnictwo składa się z dwóch części) T. Love, wydana jesienią ubiegłego roku, nie przynosi nagrań, które wpasują się w ten powierzchowny wizerunek zespołu. Muniek Staszczyk i spółka postanowili przypomnieć słuchaczom, skąd wzięły się korzenie współczesnej muzyki rozrywkowej. Mamy więc cytaty i odwołania do muzycznych stylów lat 50. i 60. ubiegłego stulecia; country, bluesa i oczywiście rock’n’rolla. Nie jest to jednak dosłowne kopiowanie i płyta stricte retro; raczej udana stylizacja i niezwykle umiejętne wykorzystanie tego, co w dawnych trendach było najlepsze. To płyta zdecydowanie dla dojrzałych, obytych muzycznie słuchaczy, którzy z przyjemnością będą odnajdywać rozmaite muzyczne smaczki i inspiracje. „Zdecydowaliśmy się na krok wstecz, czyli powrót do źródeł muzyki popularnej czy rockandrollowej ogólnie. Przedsięwzięcie odbywa się pod hasłem Old Is Gold, które z jednej strony niewiele mówi, a z drugiej wyjaśnia nasze intencje. W wolnym tłumaczeniu: stare, ale jare. Postanowiliśmy wziąć się za bary z takimi gatunkami, z którymi nie mieliśmy do tej pory zbyt wiele wspólnego. Będzie to blues archetypowy, korzenny, spod znaku Muddy Watersa, Roberta Johnsona czy Johna Lee Hookera. Głęboki i nazwijmy to rootsowy blues. Będzie też muzyka country, która w jakimś stopniu na pewno znajduje się u podstaw muzyki rockowej. Moją ambicją, jako współproducenta płyty, jest, żeby jako swego rodzaju przyprawą, którą dorzucimy do tego tygla, były nasze osobiste korzenie T-Love’u“ - mówił w jednym z wywiadów Maciej Majchrzak, gitarzysta zespołu. „Old is gold” to bardzo dobra płyta. Szczera, refleksyjna, dopracowana. Polecam posłuchać ją chociaż raz, ale – ze względu na pojawiające się miejscami nieparlamentarne słowa – raczej nie w obecności dzieci. KATARZYNA PIENIĄDZ

Z

19


osiągnięciach polskich modelek, aktorek i sportsmenek jest w mediach głośno. Nic dziwnego, zagranie w filmie u boku hollywoodzkiej gwiazdy czy sesja dla „Vogue” to nie lada sukces, z pewnością wart odnotowania. Szkoda, że równie głośno nie było o wybraniu profesor Agnieszki Zalewskiej przewodniczącą Rady Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN). CERN to istniejący od 1954 roku ośrodek badawczy, znajdujący się w Genewie i zrzeszający obecnie 20 państw (Polska jest jego członkiem od roku 1991). Pracuje w nim ok. 8000 ludzi ponad 80 narodowości. Wśród nich 230 naukowców i inżynierów z Polski. Do największych sukcesów CERN należy m.in. stworzenie języka HTML oraz protokołu  HTTP, umożliwiających tworzenie stron internetowych; to w tym ośrodku zbudowano też największy na świecie akcelerator cząstek, czyli Wielki Zderzacz Hadronów. Niedawno o ośrodku było głośno, kiedy fizycy znaleźli jedyną niewykrytą eksperymentalnie cząstkę elementarną, zwaną „boską cząstką”. Powierzenie Agnieszce Zalewskiej funkcji szefowej

O

Agnieszka wśród cząstek elementarnych

Rady CERN to rzecz absolutnie bezprecedensowa. Profesor, która w Radzie zasiada od 2000 roku, jest bowiem nie tylko pierwszym przewodniczącym Rady CERN pochodzącym z Europy Środkowo-Wschodniej, ale także pierwszą kobietą, któ-

POLAK

POTRAFI

ra objęła tę funkcję. Od czasu Marii Skłodowskiej-Curie żadna Polka nie osiągnęła w nauce tak wiele. Profesor Zalewska (pełne imię i nazwisko to Grażyna Agnieszka Bąk-Zalewska) jest fizykiem jądrowym. Specjalizuje się w badaniu neutrin i ciemnej materii oraz fizyki

Kogo tym razem zabiła Masłowska? ochanie, zabiłam nasze koty” to najnowsza powieść Doroty Masłowskiej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Noir sur blanc. Ktoś powiedział o tej książce, że jest o niczym, ale koniecznie trzeba ją przeczytać.

„K Z Masłowską tak już jest, że czytać ją wypada, bo nowoczesna, świeża, eksperymentalna, inna. Sławomir Mrożek powiedział: „Dorota Masłowska ma podstawową zaletę: umie opowiadać, niezależnie od innych zalet czy przywar pisarskiego rzemiosła”. Dużo w tym 20

prawdy. Styl Masłowskiej może zachwycać lub budzić sprzeciw, ale na pewno jest to styl niepowtarzalny i rozpoznawalny. Już po przeczytaniu kilku zdań, wiadomo, że to ona, a tego może jej pozazdrościć wielu pisarzy. Niedoświadczonemu czytelnikowi być

może początkowo trudno jest się wbić w lingwistyczne wygibasy i niepoprawności składniowe, bowiem mózg skupia się na rozszyfrowaniu formy zdania, a nie na jego treści. Przyznam się, że i ja przez pierwsze kilka stron męczyłam się okrutnie, bo po

książkę sięgnęłam, żeby sobie po prostu coś przeczytać. Na początku miałam wrażenie, że autorka gra sobie ze mną w jakąś grę, której reguł nie znam, ale już po dziesięciu stronach odkryłam, że ta gra coraz bardziej mi się podoba, zaś po kolejnych byłam już w gronie jej entuzjastów. „Kochanie…” to właściwie bardziej rodzaj rozbudowanego opowiadania niż powieść, w którym autorka bierze pod lupę sfrustrowany świat trzydziestolatków, żyjących w wielkim mieście i niewiedzących, co zrobić ze MONITOR POLONIJNY


wysokich energii. Trudne to dziedziny, bardzo hermetyczne i dla większości laików kompletnie niezrozumiałe. Dla profesor Zalewskiej niezmiennie pociągające i fascynujące od lat. Fizykę pokochała bowiem już ponad pół wieku temu, kiedy to uczęszczała jeszcze do szkoły podstawowej. Studia fizyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim były zatem konsekwentnym i świadomym wyborem. Po latach wspomina je jako fascynujące, ale bardzo trudne – na pierwszym roku studiowało 200 osób, pod koniec trzeciego już tylko 60. Ona została, bo – jak sama mówi – była „chyba ambitniejsza niż większość koleżanek”. Studia skończyła w 1971 roku; od tego czasu związana była z krakowskim Instytutem Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk. „Wtedy przyjmowano tam tylko najbardziej utalentowanych fizyków w kraju“ – przypomina profesor Barbara Wosiek z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN. Profesor Zalewska przeszła tam wszystkie szczeble kariery naukowej, w 2000 roku zostając profesorem zwyczajnym. Równolegle prowadziła zajęcia na swojej macierzystej uczelni (od ukończenia studiów

swoim życiem. Trochę to Nowy Jork, trochę Warszawa, a trochę Koluszki; fikcyjna przestrzeń, która jest wszędzie i nigdzie. Młode kobiety próbują wypełnić pustkę egzystencjalną zaczerpniętymi z kolorowych magazynów dla pań marzeniami. Chodzą na kursy jogi, wernisaże nawiedzonych artystów, kopiują wydumane mody i bez głębszej refleksji wchłaniają to, co lansują media. Ich siłą napędową jest samotność, potrzeba miłości i przyjaźni. Podrabiając świat z magazynów mody, same stają się podróbkami papierowych postaci, żyją, ślizgając się po powierzchni, i nie odnajMAJ 2013

z przerwami aż do roku 2008), wykładała też (w latach 1999-2006) na Uniwersytecie Śląskim. Z CERN, którego Radzie teraz szefuje, zetknęła się jeszcze w czasie studiów. „Wczesne metody badawcze nadawały się do tego, by zebrane w CERN-ie dane analizować na zewnątrz. Po prostu fotografowano zderzenia cząstek i te zdjęcia można było opracowywać w Krakowie. Na tym polegała moja praca magisterska. Doktorska też była związana z CERN-em. Stało się jasne, jak ważne jest dla mnie to miejsce. Pierwszy raz pracowałam tam jako wolontariuszka w 1975 roku. Pojechałam tam z mężem – był już uznanym fizykiem i dostał roczny etat. To była okazja przyłączenia się do pierwszego dla mnie eksperymentu prowadzonego techniką elektroniczną“ – mówiła profesor Zalewska w wywiadzie udzielonym niedawno miesięcznikowi „Twój Styl”. Wielokrotnie podkreślała, że poza pracą naukową i karierą zawodową najważniejsza dla niej jest rodzina. Uważa, że ma dużo szczęścia, bo udało się jej połączyć życie rodzinne i pracę. Profesor Zalewska jest matką czwórki dorosłych już dzieci i żoną

dują głębokich relacji międzyludzkich, bo nie są do nich zdolne. Masłowska świetnie opisuje relacje dwóch kobiet, których przyjaźń rozpada się w momencie, kiedy jedna z nich poznaje mężczyznę. Zazdrość o sukienkę, faceta, figurę, wszystko to jest w literaturze znane i stare jak świat, jednak dzięki językowej ekwilibrystyce autorki temat nabiera współczesnego wyrazu. Wszystko to, o czym w infantylny sposób rozmawiają bohaterki, ich naiwne i puste rozważania, wynoszenie błahostek na piedestał, jest rodzajem pastiszu jakiegoś babskiego czytadła. Przezabawne porównania, neolo-

Kacpra Zalewskiego, również wybitnego fizyka, obecnie emerytowanego wykładowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wyszła za niego za mąż po czwartym roku studiów. „Pobraliśmy się z Kacprem po trzech miesiącach chodzenia – to była romantyczna, spontaniczna historia“ – mówiła niedawno we wspomnianym wywiadzie dla miesięcznika „Twój Styl”. Podkreśliła, że przez wszystkie lata kariery naukowej to właśnie mąż był dla niej największym wsparciem. „Zawsze byliśmy małżeństwem partnerskim. Wspieraliśmy się, nie było podejścia ambicjonalnego ani skrupulatnego rozdzielenia obowiązków po połowie. (…) Myślę, że nie byłoby mnie w tym miejscu, gdyby nie on“ – poKATARZYNA PIENIĄDZ wiedziała.

gizmy, wyliczenia są jak słowaśmieci, wrzucone do kontenera z odpadkami leksykalnymi. Czasami w trakcie lektury wybuchałam śmiechem, aby po chwili przygryzać wargi. Bohaterki są tak żenujące, że przestają być zabawne; ich samotność, brak refleksji na temat miłości czy przyjaźni i próba wypełnienia pustki podróbką wielkiego świata, zaczynają budzić współczucie, a przecież trudno śmiać się z kogoś, komu się współczuje. „Kochanie, zabiłam na-

sze koty” na pewno nie jest książką łatwą i przyjemną. Nie nadaje się na urlopową lekturę, mile wypełniającą czas odpoczynku. Jeżeli jednak jesteście Państwo gotowi dać Masłowskiej szansę, pomęczyć się trochę z jej obrazowaniem, to ta powieść może być dla Państwa ciekawą podróżą w bolesną współczesność. Szczególnie polecam ją tym, którzy – tak jak Masłowska – bardzo krytycznie patrzą na bezrefleksyjny i lanserski styl życia. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 21


Czechosłowacy, czyli Czesi na Z Pragi do Bratysławy

22

i

Rozmawiamy po słowacku, ale pani Hana nie kryje, że w domu mówi po czesku. „Obecnie uczę mojego wnuka, żeby rozróżniał te dwa języki i znał znaczenie słów w każdym z nich“. Wspomina, jak kiedyś jej starszy syn po powrocie z wakacji od dziadków z Pragi mówił tylko po czesku, co było zupełnie naturalne. „Martwiłam się, czy sobie poradzi jako pierwszoklasista w szkole, ale jego nauczycielka mnie uspokoiła, twierdząc, że za dwa tygodnie będzie mówić po słowacku“ – wspomina. I tak się stało. Kilka dni później, kiedy pani Hana odbierała dziecko ze szkoły, nauczycielka jej oznajmiła: „Już jest nasz“. Z kolei, kiedy do Bratysławy przyjeżdżała mama mojej rozmów-

śc

Czechosłowacki dom

Do

go

„Do 1993 roku nie odczuwałam dyskomfortu z tego powodu, że jestem Czeszką“ – twierdzi Hana Husenicová, która w Bratysławie mieszka od 1964 roku. Ze względu na męża Słowaka, którego poznała na studiach w Pradze, podjęła decyzję o przeprowadzce. „Rodzice się martwili moją decyzją, ponieważ bali się odległości, która nas będzie dzielić“ – wspomina pani Hana. Jak później pokazało życie, odległość była do pokonania, a rodzice pani Hany często przyjeżdżali do Bratysławy i pomagali jej w opiece nad trójką dzieci. „Kiedy w 1967 roku urodził się nasz pierwszy syn, wszystko się zmieniło – już nie było czasu na tęsknoty, częste wyjazdy do Pragi; zaczęłam zapuszczać korzenie“ – wyjaśnia moja rozmówczyni. Wcześniej odczuwała naturalną samotność, spowodowaną brakiem przyjaciół, rodziny, środowiska, w którym wyrastała. Od nowa budowała relacje, nawiązywała przyjaźnie. Podjęła pracę, zgodnie z ukończonym kierunkiem studiów, w Administracji Dróg Wschodnich (Správa Východnej dráhy).

1993 roku mieszkali u siebie, a potem nitor Mo w wyniku podziału wspólnego państwa, jakim była Czechosłowacja, stali się mniejszością narodową na Słowacji. Jedną ci oś z większych, bowiem według ostatniego spisu ludności sj z e Słowację zamieszkuje 30367 Czechów. Sytuacja, która ni m spowodowała, że w 1993 roku bez przeprowadzki, znaleźli się w „obcym“ państwie, ich połączyła, bowiem Stowarzyszenie Czechów zawiązało się głównie po to, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące wtedy jego członków pytania egzystencjalne. czyni i czasami chodziła z wnukami do lekarza, szkoliła się w języku słowackim, dopytując córkę o nazwy chorób dziecięcych, by ewentualnie mogła o nich rozmawiać z lekarzami. „W naszej rodzinie mamy sporo mieszanych par i te czechosłowackie więzi są dla nas zupełnie naturalne“ – konstatuje pani Hana.

Pod lupą? A jednak w związku ze zbliżającym się podziałem Czechosłowacji coś się zaczęło zmieniać w postrzeganiu mieszkających na Słowacji Czechów. Nasza bohaterka odczuła to na własnej skórze, bowiem pracowała wtedy jako wicedyrektor we wspominanym wcześniej urzędzie zajmującym się transportem. Dochodziły do niej słuchy, że niektórzy zastanawiali się, dlaczego tak wysokie stanowisko piastuje Czeszka. Wiedziała też, że po podziale Czechosłowacji w 1993 roku, jej dyrektor dopytywał o nią w dziale kadr i chciał wiedzieć, jakie obywatelstwo przyjęła. A ona została obywatelką słowacką, by za jakiś czas w Czechach ubiegać się także o obywatelstwo czeskie. To jednak w pracy nie wystarczyło – dyrektor odwołał swoich dwóch zastępców i ogłosił konkurs na te stanowiska. Pani Hana konkurs wygrała. „Całe moje życie zawodowe zajmowałam się problematyką transportu, przeszłam przez niemalże wszystkie szczeble kariery, od referentki do wicedyrektora, więc byłam

specjalistą, ale narodowe waśnie w pewnym momencie spowodowały, że musiałam to udowodnić“ – mówi. Wspomina też, jak na granicy, która podzieliła Czechów i Słowaków, celnicy bywali dla niej, Czeszki, nieprzyjemni. „Przywoziłam wtedy czeską literaturą komputerową, ale nie było to takie łatwe, bowiem celnicy odsyłali mnie od okienka do okienka, dając do zrozumienia, że nie znam dobrze języka słowackiego“ – wspomina. Zmian było więcej, na przykład w zakresie korzystania ze służby zdrowia. „Wcześniej, kiedy przyjeżdżała do mnie w odwiedziny moja mama, w razie potrzeby mogła pójść do lekarza w Bratysławie i ten wypisywał jej receptę na leki – wspomina. – Po podziale, kiedy będąc u mnie zachorowała, pilnie musiała wrócić do Pragi“. Na pytanie, czy nowa sytuacja spowodowała, że część Czechów chciała wracać do swojego kraju, pani Hana odpowiada: „Byli tacy, którzy wyjeżdżali, ale nie znam ich osobiście. Niełatwo było mówić o powrocie, bo niby dokąd? Do czego wracać, skoro tu człowiek budował niemalże całe swoje dorosłe życie?“.

Nurtujące pytania Właśnie ten podział Czechosłowacji spowodował, że Czesi zaczęli się spotykać w obawie o swoją przyszłość na Słowacji. Z tego też powodu założyli w 1994 roku Stowarzyszenie Czechów. Wspólnie szukali odpowieMONITOR POLONIJNY


Słowacji dzi na pytania, jak ubiegać się o emeryturę, gdzie ją pobierać – w Czechach czy na Słowacji. „Ten podział wniósł sporo wątpliwości w życie moich rodaków“ – ocenia pani Hana, która wtedy jeszcze w tych spotkaniach nie brała udziału. „Byłam czynna zawodowo, nie miałam czasu, a nawet nie odczuwałam takiej potrzeby” – wyjaśnia. Dopiero śmierć męża, przejście na emeryturę spowodowały, że w 2000 roku zaczęła szukać kontaktu z rodakami. Trafiła do stowarzyszenia, które w międzyczasie nabrało innego charakteru –nie zajmowało się już problemami egzystencji, ale integracją i promocją czeskiej kultury.

Działalność Stowarzyszenie Czechów zostało zarejestrowane w Koszycach, gdzie mieszka najliczniejsza mniejszość czeska. Wszystkie pozostałe oddziały były mu podległe. W 2005 roku podjęto jednak decyzję, by regionalne organizacje się usamodzielniły. I tak się stało – dziś czeskich stowarzyszeń jest około dziesięciu i każde działa na własną rękę: w Koszycach, Bratysławie, Liptowskim Mikulaszu, Żylinie,

Martinie, Liptowskim Hradku, Trnawie i innych miastach. Bratysławskiemu Stowarzyszeniu Czechów, liczącemu ponad 300 członków, od 2006 roku szefuje właśnie pani Hana Husenicová. Zna dokładnie potrzeby i zainteresowania członków, dlatego w pierwszym półroczu organizuje comiesięczne spotkania, na które zaprasza ciekawych gości z Czech. W drugim półroczu spotykają się dwa razy w miesiącu, a pod koniec roku, najczęściej w reprezentacyjnej Moyzesovej sieni, odbywa się ich najważniejsza impreza – koncert bożonarodzeniowy z udziałem czeskich artystów. Stowarzyszenie organizuje też wycieczki autokarowe do Czech, by jego członkowie mogli zwiedzać atrakcyjne zakątki swojej ojczyzny. „Wdzięczność i zadowolenie moich rodaków nie pozwalają mi spocząć na laurach, choć czasami miewam wątpliwości, czy jest sens organizować tyle imprez, tym bardziej że nasze pokolenie się starzeje, większość z nas ma ponad 60 lat, a młodzi nie widzą potrzeby utrzymywania tych więzi“ – ocenia. Według niej to zupełnie naturalne, bowiem młodzi w dzisiejszych czasach mają nie tylko mnóstwo obowiązków, ale i inne możliwości, które jej pokolenie nie miało. „Moja wnuczka w tym roku zdaje maturę i nie ma czasu na spotkania, ale

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Hana Husenicová

MAJ 2013

kiedy była dzieckiem, chętnie brała udział w imprezach adresowanych do najmłodszych“. Z podobnymi problemami borykają się Czesi w innych miastach Słowacji. „Niektóre stowarzyszenia nawet nie składają wniosków o dotacje do Kancelarii Rady Ministrów, ponieważ jest to dla nich zbyt skomplikowane“ – mówi moja rozmówczyni. Najwięcej wniosków składa organizacja z Koszyc – w tym roku aż 19. W sumie Czesi opracowali na 2013 rok 40 projektów kulturalnych i według nowych kryteriów przyznawania dotacji mają otrzymać na ich realizację 160 tysięcy euro. Czesi w Bratysławie nie dysponują własną siedzibą. Dawniej spotykali się w kultowym V Klubie, później w Czeskim Centrum, które miało swoją siedzibę na placu Hviezdoslava. Obecnie na swoje spotkania wynajmują salę od Węgrów, w Čemadoku na placu 1 Maja.

„Česká beseda” Od 1995 roku przez około dziesięć lat w Koszycach wydawano miesięcznik „Česká beseda”, który z roku na rok osiągał coraz wyższy poziom. Jednak później jego miejsce zajął lokalny periodyk. „To wielka szkoda, bo było to naprawdę bardzo dobre czasopismo. Nawet urzędnicy Kancelarii Rady Ministrów przekonywali nas, by do jego wydawania powrócić, ale tu w Bratysławie nie znalazłam nikogo, kto by się tego podjął“ – twierdzi pani Hana. Moja rozmówczyni przez wiele lat życia na Słowacji zyskała uznanie w każdej dziedzinie, w którą się w jakikolwiek sposób angażowała, udowadniając, że nie pochodzenie jest ważne, ale umiejętności i zdolności. A te obecnie wykorzystuje na rzecz czeskiej mniejszości, choć nie tylko – właśnie została wybrana przez pełnomocnika do spraw mniejszości narodowych do grupy roboczej, opracowującej kryteria podziału środków finansowych dla wszystkich mniejszości. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 23


Maria Teresa, Franciszek Lotaryński i

bratysławski zamek

zóstego czerwca 1732 roku z Wiednia do Bratysławy, czyli ówczesnego Preszburga, przypłynął Franciszek Lotaryński. To, że wybrał drogę wodną nie było niczym dziwnym, tym bardziej że w tamtych czasach pomiędzy Wiedniem a Bratysławą znajdowały się rozległe tereny bagien i mokradeł (dzisiaj w zasadzie osuszonych), wobec czego łodzie czy barki zapewniały pewny i wygodny sposób pokonywania tej trasy. Kim był Franciszek Lotaryński? Wówczas miał 24 lata, był synem księcia Lotaryngii Leopolda, władcy państewka z przewagą niemieckiej ludności, coraz bardziej zagrożonego przez Francję. Leopold Lotaryński, chociaż za żonę miał siostrę króla Francji Ludwika XIV, szukał oparcia w Wiedniu, u Habsburgów, skądinąd swoich dalekich krewnych. Częścią wymyślonej przez niego konfiguracji politycznej było wysłanie 15-letniego syna Franciszka na dwór wiedeński z cichą nadzieją, że tam uda się doprowadzić do jego małżeństwa z którąś z córek cesarza Karola VI, co

S

24

dawałoby gwarancję poparcia Lotaryngii przez Austrię. Młody Franciszek zrobił bardzo dobre wrażenie na cesarzu austriackim, który polubił miłego, przystojnego i inteligentnego młodzieńca. W dowód sympatii obiecał mu rękę jednej ze swych córek, Marii Teresy, która miała wówczas... sześć lat. Odtąd dwór robił wszystko, by Maria Teresa i Franciszek Lotaryński mogli się poznać i polubić, aby zaplanowane w ramach polityki małżeństwo było akceptowane także przez samych zainteresowanych. Z czasem, wobec braku męskiego potomka, coraz bardziej prawdopodobne się stawało, że to Maria Teresa zostanie następczynią tronu. W 1731 roku w ramach przygotowania do sprawowania władzy cesarz Karol VI posłał Franciszka w roczny objazd dworów europejskich, a po powrocie w 1732 skorzystał z okazji, którą była śmierć wielkorządcy Węgier feldmarszałka Nikolausa (Miklosa, Mikulasza) Palffiego, i na jego miejsce mianował młodego Franciszka. Nie byli z te-

WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI

go zadowoleni ani węgierscy arystokraci, ani sam Franciszek. Węgrzy nie znali nowego palatyna, zaś Franciszek nigdy wcześniej nie był na Węgrzech, nie znał węgierskich realiów i obawiał się „pogranicznej prowincjonalności”. Z funkcją wielkorządcy Węgier związany był obowiązek zamieszkania na terenie Węgier, w stolicy kraju, czyli w Bratysławie (Preszburgu), co akurat cieszyło Franciszka, gdyż stąd miał blisko do Wiednia. W dniu 31 stycznia 1736 roku Franciszek Lotaryński udał się z Bratysławy do Wiednia i oficjalnie poprosił cesarza o rękę jego córki Marii Teresy. Oświadczyny zostały przyjęte, a narzeczony natychmiast opuścił dwór wiedeński i wrócił do Bratysławy, ponieważ nie wypadało, aby przed ślubem narzeczeni mieszkali pod jednym dachem. Ponownie do Wiednia przyjechał dopiero na ślub, który odbył się 12 lutego. Co ciekawe, przyjechał o godzinie 16.00, a ceremonia ślubna rozpoczęła się dokładnie o godz. 18.00. Kolejne lata małżonkowie spędzili we Florencji. Franciszka i Marię Teresę połączyło głębokie uczucie i do końca życia pozostali zgodnym i szczęśliwym małżeństwem. Dwudziestego października 1740 roku zmarł cesarz Karol VI. Spośród wielu problemów, które miała młoda cesarzowa z sukcesją, na czoło wysuwała się sprawa poparcia przez szlachtę i arystokrację węgierską, które miała potwierdzić koronacja Marii Teresy na królową węgierską. W związku z tym niezbędna była jej obec-

MONITOR POLONIJNY


ność w Bratysławie. Od stycznia 1741 roku obradował tutaj w permanencji węgierski sejm, w którego trakcie, 25 czerwca, miała się odbyć uroczystość koronacyjna w katedrze św. Marcina. Już na dwa tygodnie przed uroczystością codziennie wypływały z Wiednia barki z urzędnikami dworskimi, meblami i przeróżnym sprzętem. W dniu 19 czerwca o piątej po południu cesarska para w otoczeniu świty wyjechała otwartym powozem z wiedeńskiego zamku Hofburg i udała się nad Dunaj. Przejazdowi towarzyszyło zainteresowanie mieszkańców miasta, którzy utworzyli

szpaler do samego nabrzeża. Potem Maria Teresa i Franciszek wstąpili na pokład barki, którą dopłynęli do Petronelli, gdzie przenocowali na zamku hrabiego Abensberg-Trauna. Następnego dnia, po uroczystym śniadaniu cesarska para udała się na obiad do Wolfsthal na zamek barona Walterskirchen. Tam, tuż przed ówczesną granicą austriacko-węgierską, czekała na nich 40-osobowa delegacja stanów węgierskich. Na samej granicy, która w tamtych czasach przebiegała 2-3 km na zachód od niedawnego jeszcze przejścia granicznego Słowacja-Austria w Bergu, na cesarską parę czekały 22 karoce głównej węgierskiej delegacji z prymasem Esterhazym na czele. W chwili powitania, które odbyło się po łacinie, ze wzgórza zamkowego w Bratysławie oddano na cześć pary cesarskiej honorowy salut armatni. ANDRZEJ KRAWCZYK Dokończenie artykułu w następnym numerze „Monitora“ MAJ 2013

Kilka słów o nagrodach tym numerze „Monitora Polonijnego” sporo o nagrodach, zatem i ja trochę o nich. Definiowanie samego wyrazu „nagroda” jest różne, w zależności od tego, kto to robi. Dla psychologów to ‘wzmocnienie pozytywne’, dla prawników ‘wyraz uznania za najlepsze osiągnięcie, niebędący formą zapłaty’, a dla zwykłych ludzi to po prostu forma uznania, pozytywnej oceny za osiągnięcia, wkład pracy, zaangażowanie. I takie właśnie uznanie uzyskał nasz „Monitor Polonijny”, który otrzymał Nagrodę im. Macieja Płażyńskiego. Kto wie, może w przyszłości czeka nasze pismo nagroda Pulitzera? A może raczej Nagroda Pulitzera? I tu dochodzimy do tematu niniejszego „Okienka językowego”. Jak zapisywać nazwy nagród? Zasady pisowni są niby w tym zakresie proste i przejrzyste. Otóż jednowyrazowe nazwy nagród zapisujemy wielką literą, np. Nobel, Oskar, Pulitzer, ale gdy taka nazwa składa się z kilku wyrazów, to jej zapis uzależniony jest od kolejnych członów. Wielką literą zapisuje się nazwy nagród, których drugi człon występuje w dopełniaczu, czyli np. Nagroda Kościelskich, Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego czy Nagroda im. Macieja Płażyńskiego, lub ma bliższe określenie przymiotnikowe, np. Literacka Nagroda  Europy Środkowej ANGELUS, Nagroda Literacka Gryfia. W przypadku, gdy wyraz „nagroda” stoi przed występującą w formie mianownika jej nazwą, nie będąc składnikiem tejże nazwy, to zapisujemy go małą literą, np. nagroda Złote Lwy, nagroda Oscar itp. I niby wszystko jasne! Ale… Nawet twórcy słowników mają problem, by zachować konsekwencję w przestrzeganiu ustanawianych (m.in. przez siebie) zasad. Otóż w „Nowym słowniku ortograficznym PWN z zasadami pisowni i interpunkcji”, wydanym przez chyba najwyżej cenione wydawnictwo PWN (Warszawa 1999 i kolejne), tej konsekwencji w pisowni nazw nagród brak. Ilustruje to zamieszczony w tymże słowniku zapis nazw nagród, noszących imiona Alfreda Nobla i Josepha Pulitzera. Według normy, która została także przytoczona w owym słowniku w jego rozdziale

W

„Zasadach pisowni i interpunkcji”, obie nazwy powinny być zapisywane w jednakowy sposób, czyli albo Nagroda Nobla i Nagroda Pulitzera, albo Nobel i Pulitzer. Tak jednak nie jest. Owszem, przy okazji hasła „Nobel” pojawia się zapis Nagroda Nobla – i to jest zgodne z normą, ale już przy haśle „Pulitzer” można zobaczyć przykład nagroda Pulitzera (!). Co się zatem stało? Czyżby autorzy prestiżowego słownika popełnili błąd? Warto w tym miejscu podkreślić, że takie same zapisy pojawiają się w kolejnych wydaniach tegoż słownika, a nawet powtarzane są w innych słownikach, np. w najlepszym obecnie na rynku „Uniwersalnym słowniku języka polskiego”, wydawanym również przez Wydawnictwo PWN. Owa niekonsekwencja pisowni została oczywiście zauważona przez korzystające ze słownika osoby, z których jedna zwróciła się nawet z prośbą o jej wyjaśnienie do internetowej „Poradni językowej PWN” (http://poradnia.pwn.pl/). Odpowiedzi udzielił prof. Mirosław Bańko, znakomity specjalista od polskiej ortografii, który próbował usprawiedliwić autorów słownika, powołując się na pewną swobodę, pozostawianą użytkownikom języka w zakresie pisowni nazw nagród, i na to, że „w praktyce decyduje zwyczaj, gdyż nie ma ogólnych reguł pozwalających rozstrzygnąć w każdej sytuacji, co jest właściwą częścią nazwy [nagrody], a co nie” (http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id =174). Przyznam, że mnie owo wyjaśnienie nie przekonuje, tym bardziej, że dotyczy ono zapisu w słowniku, będącym swego rodzaju wyrocznią w sprawie problemów z polską pisownią. Dlatego namawiam Państwa do tego, by nie zwracać uwagi na przytaczany przez tenże słownik ortograficzny zapis nazwy problematycznej nagrody i zapisywać ją zgodnie z obowiązującymi zasadami ogólnymi, czyli Pulitzer lub Nagroda Pulitzera, analogicznie do Nobel i Nagroda Nobla. To taka moja rada, by uniknąć kłopotów na wypadek, gdyby następną nagrodą dla naszego „Monitora” był właśnie Pulitzer… A kto wie, może i Nobel… MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 25


oła pociągu toczyły się monotonnie po szynach. W ręku trzymał jej pamiętnik – taki, w którym koleżanki i koledzy z lat szkolnych wpisują sobie wierszyki ku pamięci. Pamiętał z dzieciństwa, jak zazdrościł go starszej siostrze, która chwaliła się nim przy okazji kolejnego uzyskanego wpisu. Pożółkłe kartki, niezręcznym ruchem dłoni pisane litery zabawnych wierszyków, urozmaicone rysunkami zwierzątek czy ulubionych postaci z bajek… Przewracał stronę po stronie i wspominał siostrę. Wtedy była dla niego wzorem. Wiedział, że kiedy on pójdzie do szkoły, też będzie mieć taki pamiętnik, by zbierać wpisy od rówieśników i nauczycieli. Marzył również, iż będzie równie wzorowym uczniem, jak siostra… Nagle jego wzrok przykuł wierszyk: „Jak sasanka bądź niewinna, a jak pszczółka zawsze czynna. Jak stokrotka żyj w ukryciu, doznasz szczęścia w swoim życiu“. Przed oczami stanęła mu mama, która komentowała tenże wpis, sugerując córce, by w żadnym przypadku nie kierowała się jego słowami: „Jak będziesz stać w kącie, nikt cię nie zauważy, choćbyś nie wiem jak była zdolna – mówiła. – Masz iść do przodu, zawsze się zgłaszać, pokazywać, co potrafisz, bo jesteś zdolną dziewczynką!“. Tę uwagę on wziął sobie do serca, choć wtedy pewnie bardziej intuicyjnie niż z wyrachowania. Siostra całe życie była cichutką, stojącą w cieniu „stokrotką“. Pamiętał jej pierwsze większe rozczarowanie, kiedy to nie została przewodniczącą klasy, bo… jej konkurentka wszystkie dzieci poczęstowała słodyczami, by w ten sposób zapewnić sobie głosy podczas wyborów. A przecież jego siostra była najlepszą uczennicą w klasie, sumienną, obowiązkową, zdyscyplinowaną i to jej takie wyróżnienie się należało – stanąć na czele klasy, zostać prawą ręką wychowawczyni.

K

Stokrotka Tak się jednak nie stało. Wróciła do domu zapłakana. Z czasem się pogodziła, że jej nie doceniano. I tak było przez całe życie. Zawsze w cieniu, zawsze z boku. Nagrody i wyróżnienia dostawali inni, choć to często ona pracowała na ich sukces. Takie prozaiczne życie, a mogła przecież zrobić karierę… – pomyślał ze smutkiem. Co innego on – może mniej zdolny, ale przecież zawsze mógł liczyć na pomoc starszej siostry. On nie popełnił jej błędów – był przebojowy, zdecydowany, by odnosić sukcesy! Szybko piął się po szczeblach kariery. Najpierw naukowej, potem dyplomatycznej. Prawie zawsze wiedział, z kim przystawać, by mu się to opłaciło. Najpierw zarabiał na mieszkanie dla siebie i rodziny, potem by zapewnić dzieciom właściwy start w życiu. Niedawno objął kolejną funkcję na kolejnej placówce dyplomatycznej. Nowe twarze, nowe kontakty, podobne zadania… Był tam już kilka miesięcy, kiedy otrzymał wiado-

i c ś e i w o p O ijnej

26

polorneści t

mość o niespodziewanej śmierci siostry. Pojechał do Polski na pogrzeb. Przed oczami stanęły mu wspólne dzieciństwo, czas dorastania… Czuł gniew, że jego siostra nigdy nie została doceniona, nigdy nie otrzymała jakiegoś szczególnego wyróżnienia czy odznaczenia państwowego, nie osiągnęła więcej… A przecież mogłaby, bowiem była bardzo uzdolniona. Jednak nie znalazł się nikt, kto by to docenił. Po pogrzebie stał nad jej grobem, myśląc o prozie życia, o niesprawiedliwości, jaka ją spotkała, o tym, że nie poznano się na niej… Monotonny dźwięk sunącego po szynach pociągu spowodował, że na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, w przedziale siedzieli już inni pasażerowie, nowa zmiana konduktorów sprawdzała bilety w innym kraju, przez który właśnie przejeżdżał. Siedzący na przeciw niego mężczyzna trzymał w dłoni lokalną gazetę, która przykuła jego wzrok. Otóż był tam nekrolog pewnego Polaka, którego poznał kiedyś, jeszcze za czasów swojej misji dyplomatycznej w tym kraju. Był to człowiek niezwykle cichy, skromny, ale i wyjątkowy – filar lokalnej Polonii! Pamiętał jego twarz, dobre oczy i to, że nie poświęcał mu wówczas wiele uwagi… Życie gnało tak szybko do przodu… Teraz, kiedy jego śmierć zbiegła się ze śmiercią jego siostry, postanowił poznać owego mężczyznę bliżej. Wyszukiwarka internetowa pokazała mu kilka linków związanych z jego nazwiskiem, zaś na twardym dysku swego laptopa znalazł życiorys owego pana, który ktoś kiedyś przesłał mu wraz z wnioskiem o odznaczenie go jako wybitnego działacza polonijnego. A co zrobił wówczas on? Nic. Zapomniał? Odsunął w czasie? Nikt mu nie przypomniał? Nikt nie naciskał? Nikt o to nie zabiegał? I tak przekonał się, że w jego ręku spoczywał los innej życiowej „stokrotki“, która zasługiwała na uznanie, ale się go nigdy nie doczekała… MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Niemiecki w Bratysławie i jej austriackich okolicach

Garbik, fajeczka i popularność leci W ostatnim czasie byliśmy świadkami rosnącej popularności polskiego skoczka narciarskiego Piotra Żyły, 26-latka urodzonego w Cieszynie. Na czym polega jego fenomen? Nie jest on osobą, która byłaby typowym celebrytą XXI wieku. Sławę zdobył głównie dzięki wynikom sportowym i swoim nietuzinkowym wypowiedziom. Wskaźnikiem jego popularności może być liczba fanów na portalu społecznościowym Facebook, która przekroczyła już wartość 570000. To zapewne bezpośredniość, szczerość i prawdziwość jego wypowiedzi spowodowały, że równie popularne stały się filmiki z nim na YouTube, których oglądalność przekroczyły 1,5 miliona wyświetleń w ciągu miesiąca po ich publikacji. Oczywiście Polacy uwielbiają Żyłę nie tylko za jego zachowanie i wypowiedzi, ale i za wyniki sportowe – 17 marca po raz pierwszy stanął na najwyższym podium w zawodach Pucharu Świata, inne zawody też kończył w czołówce. Zarówno dobre skoki Żyły, jak i następujące po nich wywiady wywoływały uśmiech na twarzach kibiców i nie tylko. Po rezygnacji Adama Małysza, który – mimo że w sporcie osiągnął chyba wszystko – pozostał skromny i cieszył się ogromną sympatią Polaków, wydawało się, że minie dużo czasu zanim któryś z narciarzy powtórzy jego sukcesy i zyska przynajmniej podobną popularność. Okazuje się, że może być inaczej, bowiem obecna młoda kadra narciarska jest najlepsza, jaką mieliśmy od lat. Mało tego polscy skoczkowie osiągają

MAJ 2013

odajemy kolejny pomysł, by pobyt w słodla Polaków wackiej stolicy na Słowacji stał się okazją do nauki języka… niemieckiego, w czym może zapewne pomóc bliskość sąsiedniej Austrii. Jak wiadomo, człowiek najlepiej uczy się języka na miejscu, mając z nim kontakt bezpośredni: na ulicy, w sklepie, w komunikacji publicznej. W takim właśnie osłuchaniu się z językiem niemieckim mogą pomóc wycieczki do Wiednia czy chociażby pobliskiego Hainburga – a więc miejscowości leżących bardzo blisko słowackiej stolicy. Jak zrobić pierwszy krok? Przede wszystkim warto podejść do sprawy na luzie, nie stawiając sobie od razu zbyt wielkich celów. Mieszkając w pobliżu austriackiej granicy, warto to wykorzystać i nauczyć się przynajmniej podstaw języka, tak by rozumieć podstawowe zwroty, komunikaty w metrze, umieć spytać o drogę. Mimo iż język niemiecki należy do zupełnie innej grupy językowej, niż polski i słowacki, to nawet osoby nie uczące się go wcześniej już na wstępie są w stanie domyślić się znaczenia wielu wyrazów. Wynika to z faktu, że Polacy i Niemcy przez całe wieki sąsiadowali ze sobą, przez co mnóstwo słów przeszło z jednego języka do drugiego. Dorożka, ogórek, szlafrok, dach, pakować, ofiara – to tylko przykłady wyrazów, które w języku polskim i niemieckim brzmią prawie identycznie. Każdy z nas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zna znaczenie wielu niemieckich słów, choćby z filmów czy lektur szkolnych o II wojnie światowej. Mało tego, z wieloma wyrazami jesteśmy już osłuchani np. dzięki przekazom medialnym. Mogą to być nazwy niemieckich gazet (der Spiegel – ‘lustro’, die Zeit – ‘czas’), znane nazwiska (Kohl – ‘kapusta’, Strauss – ‘bukiet/struś’, Bach – ‘strumyk’) czy wreszcie słowa,

P

coraz lepsze rezultaty – i to nie tylko najlepszy z nich Kamil Stoch, ale i pozostali, a niebanalne wypowiedzi „Wiewióra”, czyli Piotra Żyły, jego dystans do samego siebie, niebywała skromność, a także nieskrywana radość i zaskoczenie z osiągnięć sprawiają, że skoki narciarskie znów przyciągają rzesze kibiców, wprawiają w osłupienie dziennikarzy oraz rodzą myśli samobójcze u specjalistów od poprawnej polszczyzny. Być może to właśnie ta pozytywna energia przekłada się na zajmowane przez Żyłę wysokie miejsca na podium. Gdy innych blokują zmęczenie, stres, warunki pogodowe, on z uśmiechem, wykonuje to, co do niego należy i wychodzi mu to za każdym razem lepiej. Można to odbierać jako swego rodzaju przekaz: nie ważne, że wiatr wieje w oczy, że czasem bywa ciężko, ot, po prostu – garbik, fajeczka i do przodu! DOROTA CHMIEL

(„Garbik” i „fajeczka” to określenia używane przez Piotra Żyłę, opisujące prawidłową sylwetkę skoczka w locie - przyp. red.)

Poradnik

27


które możemy kojarzyć ze znanymi markami (np. linie Lufthanza: Luft – ‘powietrze’). To wszystko bardzo ułatwia naukę na początkowym etapie i sprawia, że odkrywanie znaczeń gdzieś wcześniej usłyszanych słów staje się przyjemne i intrygujące. Często wystarczy nauczyć się kilku żelaznych zasad gramatycznych, które w niemieckim są bardzo uporządkowane (np. rzeczowniki piszemy wielką literą, jeśli wyraz się kończy na – en, to jest to przeważnie bezokolicznik), by już na wstępie nie spoglądać na niemiecki tekst jak na szyfr i móc wyłapać ogólny sens przeczytanego lub usłyszanego komunikatu. W Internecie aż roi się od bezpłatnych kursów podstaw języka niemieckiego, od których warto rozpocząć naszą przygodę z tym językiem. Linki do nich bez problemu znajdziemy w popularnych wyszukiwarkach. Następnie warto nabyć kilka audiobooków i samouczków, a potem wybrać się na wycieczkę do Wiednia lub Hainburga, aby tam osłuchać się z językiem. Dużo daje chociażby czytanie szyldów na ulicach czy napisów na towarach w sklepie – w ten sposób szybko przyswajamy sobie nowe słówka i oswajamy się z konstrukcjami gramatycznymi. Jeśli chodzi o klasyczne kursy językowe, to w samej Bratysławie nie należą one do tanich. Warto jednak pomyśleć o kursie języka niemieckiego dla Słowaków, organizowanym przez władze austriackiego Hainburga. Kurs powstał z myślą o nowych mieszkańcach tego naddunajskiego miasteczka, czyli osiedlających się w okolicy Słowakach. Co prawda obecna edycja kursu zaczęła się w marcu, ale po wakacjach ruszy zapewne kolejna. O szczegółach można się dowiedzieć ze strony www.hainburg.at (w zakładce Volkshochschul-Programm) lub na miejscu, pytając w hainburskim punkcie informacji turystycznej, który mieści się w bibliotece przy JAKUB ŁOGINOW głównej ulicy. 28

Zielone ŚwiąTki Klub Polski Środkowe Poważe serdecznie zaprasza wszystkich członków, przyjaciół i dzieci na tradycyjne ogólnosłowackie spotkanie polonijne, które odbędzie się w dniach 18-19 maja 2013 r. w ośrodku wczasowym OLIWA koło Trenczańskich Cieplic. Tegoroczna impreza nawiązuje do tradycji ubiegłorocznych - patrz: http://www.klubpolski.web-album.org/. W ramach programu kulturalnego wystąpi zespół dziecięcy „Zędowianie” z Polski oraz dzieci klubowiczów. Uroczysta polska msza św. celebrowana przez ks. Stanisława Ługowskiego, odbędzie się w kościele Jana Nepomucena w Hornych Srniach. Zgłoszenia przyjmują i informacji udzielają prezesi poszczególnych oddziałów Klubu Polskiego. Osoby niezrzeszone prosimy o kontakt elektroniczny: klub.polski@nextra.sk, albo telefoniczny: +421(0)902 372 167. Termin przyjmowania zgłoszeń upływa 12 maja. Impreza będzie dofinansowana przez Kancelarię Rady Ministrów RS. Uczestnicy płacą wpisowe w wysokości 5 € od osoby dorosłej. KLUB POLSKI BRATYSŁAWA zaprasza na coroczną imprezę polonijną

Kultura morza

- "Polskie szanty na Dunaju"

Rejs statkiem Bratysława – Čunovo – Bratysława rozpocznie się 9 czerwca 2013 r. (niedziela) o godz. 14.00. Podczas rejsu wspólnie będziemy śpiewać piosenki marynarskie i biesiadne. Będziemy też tańczyć i weselić się, dając wyraz naszej polskiej tradycji i kulturze. Skromny poczęstunek zostanie urozmaicony tradycyjnym polskim śledziem oraz domowymi wypiekami klubowiczów. Strój dowolny, najlepiej sportowy z akcentami marynarskimi. Chęć uczestnictwa w imprezie proszę zgłaszać do prezesów regionalnych w nieprzekraczalnym terminie do 24 maja 2013 r. Wpisowe wynosi 10 euro za osobę dorosłą i 5 euro za dziecko do 15 lat UWAGA!!! Wpisowe dla członków Klubu Polskiego, którzy opłacili składkę członkowską na rok 2013, wynosi 5 euro za osobę dorosłą, dzieci do 15 lat – bezpłatnie. Sponsorzy mile widziani!

Uwaga! Ilość miejsc ograniczona!

Chętni z Bratysławy proszeni są o zgłaszanie się pod: klubpolskibratyslawa@gmail.com MONITOR POLONIJNY


konkurs rysunkowy dla dzieci i młodzieży Redakcja „Monitora Polonijnego” ogłasza konkurs, adresowany do dzieci i młodzieży, pod hasłem

Tatry – polsko-slowacki skarb Mile widziane będą też slogany reklamowe w języku polskim na ten temat! Prace konkursowe prosimy przesyłać pod adresem redakcji naszego pisma do 10 czerwca br. pocztą tradycyjną lub elektroniczną. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w lipcowym numerze „Monitora”. Wyłonieni przez specjalne jury autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody, zaś wszyscy uczestnicy upominki.

KONKURS NA NAJPIĘKNIEJSZĄ BAJKĘ Redakcja „Monitora Polonijnego“ we współpracy ze Szkolnym Punktem Konsutacyjnym w bratysławie ogłasza konkurs dla dzieci i młodzieży na najpiękniejszą bajkę, napisaną w języku polskim. Prace literackie o maksymalnym rozmiarze 3600 znaków wraz z dołączoną informacją, zawierającą imię i nazwisko autora oraz jego wiek, prosimy przesyłać do 10 czerwca pocztą elektroniczną pod adresem: mwobla@gmail.com. O przyznaniu nagród zdecyduje jury, w skład którego wejdą redaktorzy „Monitora Polonijnego“ i nauczyciele Szkolnego Punktu Konsultacyjnego. Najciekawsze prace zostaną opublikowane na łamach naszego pisma.

klub Polski koszyce organizuje w terminie od 16.08 do 23.08.

warsztaty twórcze

dla dzieci polonijnych w wieku od 7 do 15 lat. Plener odbędzie się na farmie, niedaleko koszyc. więcej informacji udzieli organizatorka Štefania Gajdošová: 0905797645, e-mail: gajdosova.stena@atlas.sk UwaGa: ilość miejsc ograniczona!

ŻYCZENIA

Kochanej jubilatce

Heni Banovskiej z okazji pięknego jubileuszu, jakim są niewątpliwie 80. urodziny, życzenia zdrowia, szczęścia i niegasnącego optymizmu na kolejne lata życia oraz szczere podziękowania za wszystko, co zrobiła do teraz dla nas i dla naszego Klubu, z całego serca składają przyjaciele z Klubu Polskiego Środkowe Poważe.

KONDOLENCJE Panu Frankowi Chmielowi, rodzinie i bliskim Renaty Tesarkovej, która zmarła po długiej chorobie, składamy głębokie wyrazy współczucia. Przyjaciele z Klubu Polskiego

MAJÓWKA potańcówka KlUb POlSKI W bRaTySŁaWIe ZaPRaSZa Na ZabaWę

25 maja (sobota) o godz. 18.00 nad jeziorem Zlaté

Piesky

w „bufecie na plaży”. Tegoroczna edycja imprezy odbędzie się w stylu lat 60. i 70., dlatego prosimy uczestników o przybycie w strojach nawiązujących do tamtych czasów. Na miejscu będzie można kupić napoje oraz coś do jedzenia. Telefon do organizatorki przedsięwzięcia: Kasia – 0903 455 664

Z PROGRAMU INST Y TUTU POLSKIEGO N A MA J 2013 Ë DNI FOTOGRAFII W LEVICACH 10 maja – 9 czerwca, Lewice, Levicky hrad Wystawa fotografii Andrzeja Jerzego Lecha Ë NOC LITERATURY • 15 maja, godz. 18.00 - 23.00, Bratysława, Trnawa, Trenczyn, Żylina, Koszyce • Znana i popularna coroczna impreza, polegająca na czytaniu przez znanych aktorów słowackich współczesnej literatury europejskiej. Wystąpią m.in.: Roman Luknár, Helena Krajčiová, Richard Stanke. Ë ROCK/BLUES W MUZEUM: MAGDA PISKORCZYK 15 maja, godz. 19.30, Bratysława, Múzeum obchodu, Linzbothova 16 • Koncert polskiej wokalistki i instrumentalistki Magdy Piskorczyk, która wykonuje muzykę zakorzenioną w tradycji afro-amerykańskiej i afrykańskiej. MAJ 2013

Ë I WYSZEHRADZKI RAJD ROWEROWY Ë G. LELYTE, A. HAFTMAN: KONCERT MUZYKI KLASYCZNEJ • 29 maja, godz. 18.00, 17-18 maja, Budapeszt - Kraków Licząca 533 kilometry trasa rajdu Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Koncert pianistyczny młodych i poprowadzi z Budapesztu do Krakowa utalentowanych muzyków Gabriele Lelyte przez terytorium Słowacji. Z okazji rajdu z Litwy i Artura Haftmana z Polski, zapraszamy na imprezy towarzyszące: laureatów prestiżowego 17 maja, godz. 20.00., Nitra Międzynarodowego Forum Pianistycznego 18 maja godz.10.00 - 14.00, Bratysława, „Bieszczady bez granic” w Sanoku. nabrzeże Dunaju - OC Eurovea Ë ALBERTYNA KACALAK: LUBIĄŻ Ë SPOTKANIE Z ARCHEOLOGAMI 30 maja, godz. 18.00, Bratysława, Instytut 21 maja, godz. 18.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Albertyna Polski, Nám. SNP 27 Kacalak, absolwentka Akademii Sztuk Popularno-naukowe wykłady Sławomira Pięknych we Wrocławiu, poprzez obrazy Rzepki i Jozefa Hudeca, czyli polskiego i ujawnia swoje wspomnienia z słowackiego archeologa, o wspólnym dzieciństwa. projekcie badawczym w Egipcie 29


Z nowym bagażem doświadczeń,

ale bez szoku kulturowego… (2) wielbiam obserwować ludzi, podpatrywać ich codzienne zwyczaje, najlepiej w małych tradycyjnych restauracyjkach, w których jedzenie jest smaczne i tanie.

U

Tej  różnorodności i wykwintności dań, oferowanych przez chińską kuchnię nie można do niczego przyrównać. Ryba chryzantemowa, wołowina na setki sposobów, kaczka po pekińsku oraz tysiące innych rozmaitych specjałów są rozkoszą dla oka i podniebienia. Nigdy jednak nie próbowałem skorpionów czy koników morskich, które są atrakcją turystyczną na ulicy Wang fu jin. Zawsze zabieram tam odwiedzających mnie znajomych, by pokazać im te specyficzne przysmaki. Moją ulubioną kuchnią jest ta z prowincji Syczuan. Pamiętam, że gdy przybyłem do Chengdu, stolicy prowincji Syczuan, przekonałem się, że tą zawsze pikantną, ale przez to wyostrzenie wyraźniejszą w odcieniach smaków kuchnią się można delektować godzinami. Czasem, by bardziej odczuć ideę wspólnoty, umawiam się ze znajomymi Chińczykami oraz kolegami z Europy na  kociołek. Bardzo lubię ten w kształcie yin yang – w jednej części bardzo pikantny wywar, w drugiej przypominający polski rosół bulion. Zamawiamy wówczas spore ilości jedzenia, surowe płatki baraniny lub wołowiny, świeże krewetki, kulki z ryb, grzyby cienkie jak białe igły, sporo warzyw, których odpowiedników nie sposób odnaleźć na polskim stole. Czekamy niecierpliwie na moment, gdy bulion zaczyna wrzeć, by móc wrzucać do niego pikantne lub łagodne – w zależności od upodobań – składniki, spoczywające na stalowym stoliku obok. Do tego wypijamy bai jiu, czyli butelkę wysokoprocentowego alkoholu ryżowego. Pierwszy raz piłem bai jiu w domu 30

mojej nauczycielki. Jej rodzice zaprosili mnie do siebie. Było to dla mnie niezwykłe wyróżnienie, bo gdy Chińczyk zaprasza cię do swojego domu, to naprawdę musi cię darzyć sympatią i zaufaniem. Byłem bardzo podekscytowany tym pierwszym spotkaniem z chińską rodziną w jej domu, trochę się bałem, że popełnię jakąś niezręczność albo że moja, wówczas jeszcze uboga znajomość chińskiego zablokuje mnie. Szybko jednak zrozumiałem, że obawy były bezzasadne. Atmosfera tego chińskiego domu, w którym to kobieta przygotowała cały stół przysmaków, a jej mąż częstował mnie bardzo dobrym bai jiu, była bardzo rodzinna, wyjątkowa i pełna ciepła. Potem jeszcze kilka razy wracałem do tego domu; nawet moja mama została tam zaproszona. Dla Chińczyka bardzo ważna jest gościnność, opinia innych, smaczne jedzenie, które należy pochwalić zwłaszcza przy gospodyni. Dzięki tym małym gestom można naprawdę zbudować wspaniały nastrój, sprzyjający komunikacji ponad różnicami kulturowymi. Czytałem sporo na temat tzw. szoku kulturowego, ale nigdy go w Pekinie nie doświadczyłem. Może dlatego, że od razu próbowałem znaleźć dialog z tą odmienną kulturą, nie krytykując jej i nie ulegając stereotypom. Kim jest lektor języka polskiego bez bagażu doświadczeń w nowej kulturze? Kim jest uczeń-student bez bagażu doświadczeń w uczeniu się języka kraju, o którym wie niewiele? Lektor i student zajmują na początku taką samą pozycję. Wzajemnie się uczą

i wspierają. Doświadczyłem wiele życzliwości od moich studentów i przełożonych, zawsze mogłem liczyć na ich pomoc, początkowo w załatwieniu jakiejś sprawy po chińsku, potem zapraszali mnie na wspólne spotkania poza zajęciami, wspólne kociołki, rozmowy na temat Polski i Chin. A ja zapraszałem ich na polskie wigilie, przygotowując z przysłanych przez mamę produktów bożonarodzeniowe specjały. Słuchaliśmy wspólnie polskich kolęd, łamaliśmy się opłatkiem – to wszystko wystarczyło, aby zbudować specyficzną więź, którą wciąż podtrzymujemy. Być może dlatego nigdy nie przeżyłem szoku kulturowego, stopniowo oswajając się z innością, która – jak się okazuje – nie jest aż tak inna, jak się wydaje. Jest jednak taki czas, gdy tłum w Pekinie niknie, atmosfera zmienia się nie do poznania. To czas chińskiego Nowego Roku, czyli chińskiego chun jie, czyli trwającego 15 dni Święta Wiosny. Miasto w przededniu tego święta przeżywa masowy exodus, bowiem napływowa ludność wypełnia pociągi, by wrócić do rodzinnych miejscowości i świętować razem z rodzinami. Całymi dniami, aż do późnego wieczora słychać petardy i fajerwerki. Ta niezwykła feeria barw na niebie wraz z radosnym hukiem wypełnia kolejne dni. Huk ma ponoć odstraszyć legendarnego potwora nian. Chińczycy z północy inaczej niż ci z południa lepią pierogi o różnym nadzieniu, tzw. jiaozi. Do kilku z nich wkładają daktyle lub monety. Osoba, która trafi na pieroga z dodatkiem, na pewno będzie miała szczęście w nowym roku. Podczas Święta Wiosny telewizja emituje program w pięknej oprawie muzycznej. A trzeba przyznać, że muzyka jest domeną Chińczyków, którzy mają wspaniałe i głębokie głosy i potrafią śpiewać wszędzie: w metrze, na ulicy, na siłowni. Najlepiej jednak czują się w barach karaoke, gdzie mogą siedzieć godzinami, na przykład po egzaminach, by odreagować stres. Śpiewają, rozmawiają i  znów śpiewają, jakby chcieli się odciąć od świata zewnętrznego. ANDRZEJ RUSZER, CHINY MONITOR POLONIJNY


nieg na szczęście już zniknął i zawitała prawdziwa wiosna. Zakurzone rowery pora wyciągnąć z zakamarków! Czas na przygodę! O dobroczynnym wpływie jazdy na rowerze na nasze zdrowie, figurę i kondycję nie trzeba nikogo przekonywać. Ci, którzy wolny czas spędzają na dwóch kółkach, doskonale wiedzą, ile na tym zyskują. Przede wszystkim

Czas na relaks czas na rower!

w ten sposób dbają o sprawność i odporność swoich organizmów. Wzmacniają mięśnie, a jednocześnie… tracą zbędne kilogramy. Na rowerze można jeździć bez ograniczeń, odwiedzając tym samym przeróżne zakątki, podziwiając nieznane okolice, zatrzymując się w dowolnym momencie, gawędząc z przyjaciółmi. To frajda dla każdego. Zanim jednak wskoczymy na rower, musimy go przygotować do jazdy. Najprościej oddać go do serwisu, gdzie za 20-50 euro fachowiec sprawdzi sprzęt, scentruje koła (sami tego nie zrobimy poprawnie bez odpowied-

ruchu drogowego i przygotowany do jazdy. Na rower musimy się też odpowiednio ubrać i włożyć odpowiednie buty – miękkie i wygodne. Jeśli świeci ostre słońce, obowiązkowo należy założyć coś na głowę, no, chyba że mamy na niej już kask, co jest bez wątpienia najlepszym i najrozsądniejszym rozwiązaniem. Pamiętajmy też, by korzystając z dwóch kółek, nie przeforsować się. Niektórym się bowiem wydaje, że jazda na wygodnym siodełku i przebieranie nogami, zwłaszcza na płaskim terenie, nie obciąża naszego organizmu. Błąd! Po zbyt długiej jeździe można mieć takie same zakwasy jak po bieganiu czy intensywnych ćwiczeniach. A gdzie jeździć? Moje ulubione trasy rowerowe to Bratysława-Čunovo i Bratysława-Hainburg. Pier wsza prowadzi wzdłuż Dunaju; na niej można zatrzymać się wszędzie, by chwilę odpocząć, napić się czegoś chłodnego i coś zjeść. Na

Ś

MAJ 2013

nich urządzeń), naciągnie linki, sprawdzi klocki hamulcowe. Bezpieczna jazda na rowerze to nie tylko sprawny sprzęt, ale również rowerzysta, znający zasady

szczęście trasa dla rowerzystów oddzielona jest od tej dla rolkarzy i spacerowiczów, co znacznie ułatwia jazdę. Jej długość wynosi 19 km, które można spokojne przejechać w półtorej godziny. Ci bardziej wytrwali mogą tę trasę wydłużyć o 34 km i z Čunova pojechać dalej do Gabčíkova. Dodam, że warto to zrobić, bowiem okolica, przez którą prowadzi trasa, jest niezwykle ciekawa.

Druga preferowana przeze mnie trasa prowadzi przez malownicze pola austriackie aż po szczyt w Hainburgu, skąd rozciąga się przepiękny widok na okolicę. Sam podjazd pod górkę to nie lada wyzwanie, natomiast zjazd to wielka frajda. Długość tej trasy wynosi 17 km. Jej zaletą jest to, że nie ma na niej aż tak wielkiego ruchu, co pozwala na rozwinięcie większej prędkość, a ponadto zwiększa poczucie wolności. BARTŁOMIEJ WOJCIECH MACIĄG klasa III gimnazjum

31


W maju energia nas zwykle rozpiera. Kuszą spacery, wycieczki rowerowe, nawet rozmaite prace ogródkowe, choć plecy bolą i chciałoby się odpocząć, coś zjeść… No właśnie – gdy już zgłodniejemy

quicha

i zasiądziemy do stołu, należałoby podać coś sycącego, ale lekkiego i zdrowego. Pani Magdalena Štujberová z Bratysławy w takiej sytuacji zaproponowałaby rodzaj quiche, czyli zapiekankę warzywną.

Składniki:

na formę około 28cm

CIASTO:

NADZIENIE:

• 300 g mąki

• por – pokrojony w pierścienie • 350 g sera ementaler lub edamski (połowę

(można zmieszać zwykłą z pełnoziarnistą) • 150 g masła • ok. 100 ml wody • sól

Sposób przyrządzania Z mąki, masła i wody wyrabiamy gładkie ciasto i odstawiamy na godzinę (lub nawet całą noc) do lodówki. Potem wyjmujemy, wałkujemy i wykładamy nim formę, odkrawając nadmiar. Nakłuwamy widelcem i znów odstawiamy do lodówki na godzinę. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Do wyłożonej

ciastem formy wrzucamy pokrojony por i ser w kostkach. Pozostały ser, zioła, jajka, czosnek i śmietanę oraz przyprawy (sól, pieprz, cukier) mieszamy i wlewamy do formy. Pieczemy ok. 40 minut, uważając, by wierzch się za bardzo nie przypiekł.

• • • • • •

pokroić w małe kostki, drugą połowę zetrzeć na tarce) 500 ml śmietany do ubijania 3 duże jajka sól, pieprz 1 łyżeczka brązowego cukru 1 wyciśnięty ząbek czosnku po 2 garści posiekanych ziół (mięty z rozmarynem i pietruszką lub pietruszki, szczypiorku i majeranku) – jeśli zioła mamy tylko suszone, dajemy mniej.

Quiche ma wiele odmian. Zamiast pora można dodać pieczarki lub pomidory, poeksperymentować z innymi ziołami. Ważne, że jest to danie bezmięsne, ale sycące i pełnowartościowe, bo przygotowywane ze świeżych produktów. Chodzi o to, żeby zapiekanka była aromatyczna, lekka i wiosenna, taka, jak nam w duszy gra. No i żeby po takim obiadku znowu było można wsiąść na rower lub ruszyć miedzy grządki czy pójść na długi spacer. AGATA BEDNARCZYK


Monitor Polonijny 2013/05