Page 1

Tajemnice

Wielkanocy

str. 4

Kasia Adamik: „Połknęłam bakcyla i reżyseruję filmy“ str. 8


Nowości w bratysławskim Klubie Polskim mogli informować ich o projektowanych przedsięwzięciach i zbierać dane, pozwalające na stworzenie rankingu propozycji i wybranie tych najlepszych. W celu lepszego kontaktu z naszymi członkami utworzyliśmy profil na Facebooku Klub Polski Bratysława, na którym można znaleźć wszystkie informacje związane z naszym oddziałem. Trwają jeszcze dyskusje, czy w celu zachowania prywatności członków klubu pozostawić charakter profilu zamknięty, czy też zmienić Struktura Polonii bratysławskiej Wychodząc na przeciw oczekiwana otwarty, aby wiecej potencjalnych w ostatnich latach znacznie się zmieniniom Polonii bratysławskiej, chcielinowych członków Klubu Polskiego ła. Wśród nas są ci, którzy mieszkają tubyśmy przygotować również imprezy mogło bez przeszkód do niego przytaj od wielu lat i mają niezwykle bogaty o charakterze sportowym. Jeden stąpić. Obecnych członków Klubu bagaż doświadczeń związanych z dziaz pomysłów to utworzenie strefy kibiprosimy o dostarczenie nam danych łalnością polonijną i życiem na Słowaca Klubu Polskiego Bratysława kontaktowych, umożliwiających docji. Od pewnego czasu Bratysława jest w trakcie transmisji meczów z udziastęp do wspomnianego profilu. też atrakcyjnym miejscem zatrudnienia łem naszej reprezentacji podczas W celu zwiększenia integracji i czydla polskich obywateli i z tego powodu EURO 2012. Moim osobistym marzetelności w strukturach klubowych częścią naszej społeczności staje się coniem jest zorganizowanie jakiegoś planujemy wprowadzenie legitymacji raz więcej ludzi młodych. wspólnego przedsięwzięcia z mniejczłonkowskich, które będę także upoJa sam poza granicami Polski mieszszością węgierską (np. podczas orgaważniały do różnych zniżek. Może kam już od kilkunastu lat (wcześniej nizowanego corocznie w Poddunajudałoby się zintegrować naszą legityw Niemczech i Danii) i wiem, że skich Biskupicach konkursu na najmację z bratysławską kartą miejską? pierwsze chwile za granicą zwykle lepszy gulasz). Myślę, że w ten sposób Z pewnością Zarząd oddziału przenie są łatwe, a kontakt z doświadczomożna by zapoczątkować dialog z inprowadzi konsultacje w tej sprawie. ną Polonią może ułatwić pierwsze nymi mniejszościami mieszkającymi Chcielibyśmy też pozyskać od kroki w nowej rzeczywistości. Dlatew naszym regionie. władz miasta lokal, w którym Klub go tak ważne jest to, aby nowi przybyOfertę Klubu chcielibyśmy urozPolski znalazłby swoją siedzibę. Ta sze z Polski za pośrednictwem naszemaicać, w zależności od potrzeb licząca już 18 lat organizacja, zarego oddziału poczuli się na Słowacji i opinii jego członków. Przygotowujejestrowana w stolicy Słowacji, powinod razu jak w domu. my listę mailingową członków naszena mieć własne miejsce spotkań, czy O potrzebach, oczekiwaniach nago oddziału, dzięki której będziemy to zwykłych, codziennych, czy też szych rodaków będziemy roztych odświętnych. mawiać na najbliższym spotkaWięcej informacji związaniu Klubu Polskiego w Bratynych z planami rozwojowysławie. Chcemy bowiem nasze mi bratysławskiego oddziaprojekty kierować nie tylko do łu Klubu Polskiego będzie młodej, napływowej Polonii, można znaleźć na stronie ale także do tych, którzy mieszwww.polonia.sk, na łamach „Monitora Polonijnego”, a takkają tutaj od dawna. Oczywiże na profilach portalu spoście wśród organizowanych łecznościowego Facebook przez nas imprez nie zabrak(profil „Monitora Polonijnenie tych tradycyjnych, jak np. go” i nowy profil Klubu Pol„Wieczór szant na Dunaju“, skiego Bartysława), z któczy tych nowszych, np. „Majówki – potańcówki“, którą Serdecznie zachęcam do przesyłania wszelkich propozycji rych aktywnie korzystamy. TOMASZ BIENKIEWICZ w ubiegłym roku zorganizowa- związanych z rozwojem Klubu pod adresem prezes Klubu członek Zarządu Klubu liśmy po raz pierwszy i która Polskiego Bratysława: katarzynatulejko@gmail.com lub Polskiego Bratysława moim: tomasz.bienkiewicz@gmail.com. to okazała się sukcesem.

egitymacje członkowskie, imprezy kulturalne i sportowe, pozyskanie siedziby dla Klubu – to tylko niektóre z planów nowego zarządu Klubu Polskiego Bratysława, który obradował 18 marca pod przewodnictwem nowej prezes Katarzyny Tulejko. Zarząd w składzie: Anna Bienkiewicz (wiceprezes), Tomasz Bienkiewicz (skarbnik) i Tomasz Olszewski (odpowiedzialny za działalność kulturalną) wspomagać będzie Michał Drzewiecki – odpowiedzialny za działalność sportową i turystyczną.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

L

2

MONITOR POLONIJNY


Zastanawiali się kiedyś Państwo, w jakim stopniu nasze codzienne funkcjonowanie jest uzależnione od elektryczności? W dzisiejszym świecie niemalże całkowicie. Do prądu podłączamy odkurzacz, pralkę, bojler, telefon, komputer, że nie wspomnę o telewizorze i pozostałym sprzęcie AGD. A to oznacza, że od prądu jesteśmy po prostu uzależnieni! Kiedy więc pewnego dnia ze względu na jakieś prace remontowe wyłączono go na kilka godzin, znalazłam się jakby w próżni. Nie mogłam ani pracować, ani zająć się obowiązkami domowymi. Sięgnęłam więc po książkę, która od kilku tygodni stała na półce – wreszcie był na nią czas! Bez wyrzutów sumienia, bez spoglądania na zegarek i gorączkowego wyścigu z czasem zagłębiłam się w lekturze. Ależ to było przyjemne! A kiedy po kilku godzinach usłyszałam charakterystyczny odgłos uruchamianych sprzętów elektrycznych, spojrzałam na zegarek i westchnęłam: „Szkoda!”. Relaksująca przygoda dobiegła bowiem końca, wszystko wróciło do codzienności. W kwietniowym numerze „Monitora“ przygotowaliśmy wywiad z Kasią Adamik, która, podobnie jak niektórzy nasi czytelnicy, ma mamę – Polkę (Agnieszka Holland) i ojca – Słowaka (Laco Adamik). W numerze również ciekawe recenzje nowości wydawniczych (film, książka, muzyka), artykuły historyczne, informacje o przedsięwzięciach Klubu Polskiego i innych wydarzeniach kulturalnych oraz wiele stałych rubryk naszego pisma. Nie zabrakło też materiałów, dotyczących zbliżających się świąt Wielkiej Nocy, w związku z którymi życzę Państwu w imieniu naszego zespołu redakcyjnego, by były one ukojeniem dla zapracowanych, czasem wyciszenia, refleksji, relaksu – takimi dniami „bez prądu“, które pozwolą zatrzymać się na chwilę, bez spoglądania na zegarek, bez wyrzutów sumienia.

Tajemnice Wielkanocy 4 Z KRAJU 4 ANKIETA 5 OPOWIADANIE Zmartwychwstanie 6 WYWIAD MIESIĄCA Kasia Adamik: „Połknęłam bakcyla i reżyseruję filmy“ 8 Z NASZEGO PODWÓRKA 10 POLONIJNE SPOTKANIA ZA OCEANEM Park Narodowy Yellowstone – protoplasta polskich i słowackich parków narodowych 15 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Słowacy idą do parlamentu 16 POLAK POTRAFI Ewa w świecie wielkiej mody 17 ZWIERZENIA PODNIEBIENIA Cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli gościnność Záhoria 18 KINO-OKO Walka o tytuł najgorszego polskiego filmu trwa 19 CZUŁYM UCHEM Nie tylko jurorka z pieskiem. Kora wraca do śpiewania 20 TO WARTO WIEDZIEĆ Józef Ignacy Kraszewski – patron 2012 roku 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Michał Witkowski na tropie 22 SŁOWACKIE PEREŁKI Kava trip 24 Afera solna 25 Sport?! Dyplomacja 26 OKIENKO JĘZYKOWE Minister w spódnicy, czyli ministra (?) 27 Czarnobyl rozkwita i zaskakuje 28 OGŁOSZENIA 29 ROZSIANI PO ŚWIECIE W kraju Marqueza, czyli życie po kolumbijsku 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Hi! How are you? W kwietniowym numerze dotarliśmy do Stanów Zjednoczonych! 31 Piekarnik Wielkanocne kombinacje 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A g n i e s z ka D r ze w i e c ka , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z , L i n d a R á b e ko v á KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – Ur szula Zomer ska-Szabados • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO V Á Ú P R AVA V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s ka , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S t e h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka , 9 3 0 41 K v e to s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j ny @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk KWIECIEŃ 2012

3


Tajemnice Wielkanocy

początku roku wszyscy na ogół sprawdzamy, ile wolnych dni przyniesie najbliższe dwanaście miesięcy. Zerkamy również na terminy świąt, nie zastanawiając się jednak, dlaczego wypadają one w tym, a nie innym czasie.

Na

Tymczasem tzw. święta ruchome – a Wielkanoc do nich właśnie należy – mają swoją bogatą historię, ujętą nie tylko w zwyczajach i tradycji, ale również w skomplikowanych często dziejach dopasowywania się do wykładni religijnej. Ewangelia mówi, że Maria Magdalena odkryła pusty Grób Pański wczesnym rankiem pierwszego dnia po szabacie, co oznacza, że Chrystus zmartwychwstał w nocy z soboty na niedzielę. Nie znamy jednak ani godziny, ani konkretnego dnia tego wydarzenia, które jest najważniejszym wydarzeniem roku liturgicznego i które czcili już pierwsi chrześcijanie, choć z oczywistych względów nie bardzo wiedziano, kiedy je obchodzić. W roku 325 sobór nicejski ustalił, że święto Paschy powinno być obchodzone w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Ponieważ jednak nie ponych, transportu i zdrowia. Była to największa katastrofa kolejową od ponad 20 lat.

NA ZJEŹDZIE z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa 3 marca o godz. 20.57 zderzyły się czołowo pociągi TLK „Brzechwa“, jadący z Przemyśla do Warszawy, i Interregio „Jan Matejko“, relacji Warszawa-Kraków. Do katastrofy doszło pod Szczekocinami w miejscowości Chałupki. Zginęło w niej 16 osób, w tym jedna obywatelka USA i jedna obywatelka Rosji, a 58 zostało rannych, w tym ośmiu obcokrajowców, m.in. z Ukrainy, Mołdawii i Czech. Na miejsce tragedii przybył prezydent Bronisław Komorowski, premier Donald Tusk oraz ministrowie spraw wewnętrz4

O PÓŁNOCY z 4 na 5 marca rozpoczęła się dwudniowa żałoba narodowa upamiętniająca ofiary katastrofy kolejowej pod Szczekocinami. Jak powiedział prezydent RP Bronisław Komorowski, „katastrofa wydarzyła się na styku trzech województw. W katastrofie ofiarami są mieszkańcy różnych rejonów Polski, a także obywatele innych krajów“. Dnia 5 marca częstochowska prokuratura okręgowa wydała postanowienie o przedstawieniu zarzutu nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym jednemu z dyżurnych ruchu. W POŁOWIE MARCA prezydent RP Bronisław Komorowski poinformował, iż w drugą rocznicę katastrofy smoleńskiej nie wybiera się do Smoleńska. W wywiadzie udzielo-

dano wówczas daty równonocy (czyli zrównania wiosennego dnia z nocą), aż do VIII wieku święto zmartwychwstania obchodzono dość przypadkowo. Dopiero Karol Wielki ustalił datę zrównania dnia z nocą na 21 marca i to jemu zawdzięczamy zarówno pierwszy dzień wiosny, jak i klarowny sposób wyznaczania Wielkanocy. Termin Wielkanocy zależy od tego, kiedy w danym roku przypada pierwsza wiosenna pełnia księżyca – nie może to być jednak wcześniej niż 22 marca, gdy na dworze jeszcze często panuje przedwiośnie, i nie później niż 25 kwietnia, kiedy to w pełni króluje wiosna. Co ciekawe, wczesna Wielkanoc zdarza się bardzo rzadko – ostatnio w 1818 roku, a kolejna taka będzie dopiero w roku 2285, podczas gdy najpóźniejsza wypadła w 1943 roku i powtórzy się w 2038 roku. Jak najwierniej oddać moment zmartwychwstania Jezusa, skoro tajemnicą pozostaje godzina opusz-

nym radiu RMF MF powiedział też, że nie sądzi, by ktokolwiek ze strony rosyjskiej był skłonny zorganizować uroczystość z tej okazji. Podał też informację, że konkurs na pomnik w Smoleńsku powinien być rozstrzygnięty dopiero pod koniec marca, a w związku z niedawnymi wyborami w Rosji o odsłonięciu pomnika w Smoleńsku „raczej trzeba myśleć w perspektywie dalszej – może w przyszłym roku“. AFERA SOLNA się nie kończy. Soli wypadowej używano też w sejmowej restauracji – ustalili w połowie marca reporterzy TVN. Parlamentarzyści nie kryli zdziwienia. Prezes sejmowej restauracji „Hawełka“ odmówił komentarza na ten temat. Niejadalna sól, stanowiąca odpad przy produkcji chlorku wapnia, używana m.in. do posypywania zimą dróg, była przez lata sprzedawana i wykorzystywana w przemyśle spożywczym. Kupowały ją m.in. za-

kłady przetwórstwa mięsnego. Afera wywołała panikę też na Słowacji i w Czechach, ponieważ kraje te importują polską żywność. ZGODNIE Z KONCEPCJĄ przedstawioną przez premiera Donalda Tuska wiek emerytalny Polaków ma być stopniowo podnoszony, docelowo do 67 lat zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet. „Jeżeli reformy emerytalnej nie przeprowadzimy w ciągu trzech miesięcy, to jej w ogóle nie załatwimy“ – ocenił premier 9 marca podczas spotkania z Radą Programową Kongresu Kobiet. Konsultacje społeczne w sprawie reformy emerytalnej rozpoczęły się14 marca. W PO coraz częściej dochodzi do tarć wewnętrznych. Najgłośniej jest o bratobójczej walce między Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną. Tygodnik „Uważam Rze“ poinformował 15 marca, że MONITOR POLONIJNY


czenia grobu? Nad tym faktem też zastanawiano się od wieków. Dlatego też uroczystości Niedzieli Wielkanocnej rozpoczynały się już w sobotę wieczorem lub o północy, gdy do kościołów przybywali wierni, by modlić się w ciszy w oczekiwaniu cudu zmartwychwstania. Na wsiach preferowano godzinę wschodu słońca. Msze te nazwano rezurekcjami (łac. resurrectio (ex mortuis) ‘powstanie z martwych’). Niezależnie od tego, czy odbywały się w sobotę, czy niedzielę, nie mogły rozpoczynać się później niż o wschodzie słońca w Niedzielę Wielkanocną. Rezurekcjom od zawsze towarzyszyła procesja, często z wystrzałami, hukiem moździerzy, dzwonami. Wszystko po to, by oznajmić całemu światu, że zmartwychwstał Pan. A po powrocie z kościoła rozpoczynało się biesiadne szaleństwo. Dziś świąteczne zwyczaje często odchodzą do lamusa, zwłaszcza w miastach, gdzie chociażby uroczy zwyczaj polewania się wodą w Lany Poniedziałek Donald Tusk jest dziś jedynym kandydatem EPP (Europejskiej Partii Ludowej) na przewodniczącego Komisji Europejskiej w 2014 roku. Miałby zastąpić na tym stanowisku José Manuela Barrosę. Realizacja takiego scenariusza spowodowałaby ogromne zmiany w funkcjonowaniu PO. Gdyby Donald Tusk – zgodnie ze swoją zapowiedzią – zrezygnował z kierowania Platformą za dwa i pół roku, jego następcą powinien zostać Grzegorz Schetyna – zgodnie uważają politycy PiS i PO, o czym poinformował tygodnik „Wprost” na swoich stronach internetowych. POLSKA NIE RADZI sobie z gruźlicą, która śmiertelne żniwo zbiera jedynie w krajach trzeciego świata – alarmowali uczestnicy konferencji z okazji Światowego Dnia Gruźlicy, która rozpoczęła się w Warszawie 23 marca. Dr Tadeusz M. Zielonka, przewoLUTY 2012

przekształcił się w monitorowany przez Straż Miejską i policję chuligański proceder. Jedynie w silnych ośrodkach regionalnych wielkanocne tradycje są celebrowane należycie i – co ciekawe – często przyciągają miastowych, poszukujących niebanalnych sposobów na spędzanie świąt. Warto więc zapoznać się bliżej z niektórymi mniej znanymi faktami, dotyczącymi Wielkanocy. Chrześcijanie pogłębią w ten sposób swoje wiadomości z religii i zyskają możliwość pełniejszego przeżywania uroczystości, a niewierzący lub członkowie innych wyznań zyskają wiedzę na temat wielowiekowej kultury obecnej chyba w życiu każdego mieszkańca Europy. A że świętować też trzeba z głową – wszystkim życzę bogatych w przeżycia i pełnych refleksji Świąt Wielkanocnych, oderwania od rutyny i próby zgłębienia choć jednej z tajemnic Zmartwychwstania Pańskiego. Wesołego Alleluja!

dniczący warszawsko-otwockiego oddziału Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc powiedział, że im bardziej na wschód naszego kontynentu, tym więcej zachorowań na gruźlicę. W Polsce jest podobnie: najwięcej zachorowań jest w Lubelskiem, Łódzkiem i Śląskiem. EURO 2012 zbliża się wielkimi krokami. Wejście na mecze mogą mieć utrudnione kibice z symbolami religijnymi – zaalarmowała „Gazeta Polska“ 13 marca. W regulaminie Stadionu Narodowego, wydanym przez PZPN, zamieszczono wykaz przedmiotów, których nie wolno wnosić na stadiony, na których będą rozgrywane mecze Euro 2012. Wśród przedmiotów objętych zakazem wnoszenia znalazły się m.in. różnego rodzaju broń, butelki, materiały rasistowskie, ksenofobiczne, polityczne, religijne i propagandowe.

bliżają się święta Wielkiej Nocy. Tym razem zaglądamy do różnych zakątków świata, by zapytać naszych rodaków, jak w krajach ich zamieszkania obchodzone są te święta.

Z

Agata Lewandowski Niemcy, Berlin związku z tym, że nie ma tradycji rodzinnych, nie ma też tradycji religijnych. Zarówno święta Wielkanocne, jak i Bożego Narodzenia mają charakter konsumpcyjny. Najważniejszym

W

AGATA BEDNARCZYK Według opozycyjnych parlamentarzystów stanowisko PZPN, zakazujące wnoszenia na stadiony materiałów religijnych, jest jawnym złamaniem konstytucji. PODCZAS GALI Polskich Nagród Filmowych „Orły 2012”, która odbyła się 19 marca, za najlepszy film roku 2011 uznano „Różę“ Wojciecha Smarzowskiego. Film ten pokonał „W ciemności“ Agnieszki Holland i „Salę samobójców“ Jana Komasy. Smarzowski otrzymał też Złotego Orła jako najlepszy reżyser. Najlepszym aktorem został Robert Więckiewicz („W ciemności“), a aktorką Agata Kulesza („Róża“). Orła dla najlepszego aktora drugoplanowego otrzymał Jacek Braciak za rolę w filmie „Róża“, a dla aktorki Kinga Preis za „W ciemności“. Za najlepszy scenariusz Orła 2012 przyznano Michałowi Szczerbicowi, scenarzyście „Róży“. Nagrodę

w kategorii najlepsze zdjęcia otrzymała operatorka Jolanta Dylewska, autorka zdjęć do filmu „W ciemności“. Autorem najlepszej muzyki okazał się Michał Lorenc, twórca kompozycji do filmu ,,Czarny czwar tek. Janek Wiśniewski padł”. Orła za najlepszą scenografię zdobyli Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński (autorzy scenografii do filmu „Młyn i krzyż“), zaś w kategorii kostiumów triumfowała Dorota Roqueplo (również „Młyn i krzyż“). W DNIU 11 MARCA zmarł Bogusław Mec, który od 11 lat walczył z białaczką. Jeszcze w lutym znany piosenkarz wziął udział w nagraniu programu „Szansa na sukces“, a 8 marca dał koncert z okazji Dnia Kobiet w Kolbudach pod Gdańskiem. Planował występy na kolejne miesiące. Pochowano go 16 marca na cmentarzu w Łodzi. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


dniem Wielkiej Nocy w Niemczech jest Wielki Piątek, który jest dniem wolnym od pracy. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Niemiec, właśnie w Wielki Piątek chciałam zrobić porządki i wywiercić dziury w ścianie. Po 10 minutach pojawiła się jednak policja, którą prawdopodobnie wezwali sąsiedzi, bowiem zakłócałam ich spokój w tym wyjątkowym dniu. Na szczęście interwencja policji ograniczyła się tylko do zwrócenia mi uwagi, ponieważ panowie zorientowali się, że naprawdę nie wiedziałam, iż tego dnia nie powinnam zajmować się tego rodzaju porządkami. Na Wielkanoc Niemcy kupują olbrzymie ilości słodyczy, które chowają, by potem szukały ich dzieci w ramach zabawy. W rodzinach, przywiązujących wagę do więzi rodzinnych, ich członkowie spotykają się przy wspólnym stole, ale nie ma znaczenia, który posiłek powinien być najbardziej uroczysty. Wielu Niemców traktuje Wielkanoc jak urlop – wyjeżdża, odpoczywa. Takie tradycje jak śmigus-dyngus czy święcenie pokarmów nie są tu znane. W Berlinie, jeśli zobaczy się kogoś w sobotę z koszyczkiem w ręku, to wiadomo, że to Polak. To jedyny dzień w roku, kiedy wszyscy Polacy odwiedzają polskie kościoły w Niemczech. Niemcy to kraj wielokulturowy, nie wszyscy jego mieszkańcy to chrześcijanie, ale wszyscy starają się szanować zwyczaje ludzi innej wiary.

6

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

chodzi do kościoła, także w święta. Wielkanoc to długie święta, bo obejmuje też Wielki Piątek, a więc Szwedzi cieszą się z czterech wolnych dni. T. URBAŃSKI: Święta powinny być uroczystością rodzinną, a ponieważ w Szwecji jest kryzys rodziny, więc i święta tracą na znaczeniu. T. RAWA: Wielkanoc ma korzenie w kalendarzu pogańskim. To powitanie wiosny – małe dziewczynki przebierają się Tadeusz Rawa i Tadeusz Urbański za czarownice, zakładają chustki na głowy Szwecja, Sztokholm i chodzą po domach. W podziękowaniu za te T. RAWA: Odwieczny spór mięodwiedziny obdarowuje się je dzy Bożym Narodzeniem a Świępieniążkami lub słodyczami. tami Wielkanocnymi został Szwedzkie okna w tym okresie w Szwecji rozstrzygnięty na kozdobią czarownice na miotle. rzyść tego pierwszego. Społeczeństwo szwedzkie ma charakter co prawda chrześcijański, ale faktycznie jest zlaicyzoOd kiedy odszedł Robert, wane – zdecydowana jego większość nie jest religijna, nie śniadanie wielkanocne Anny było zawsze zamawiane w najlepszej firmie Danuta Butler i Martin Mauerböck Austria, Wiedeń cateringowej. Żeby jej córkom ZDJĘCIE: STANO STEHLIK nigdy niczego nie brakowało. knie ubrani Austriacy idą Żeby z odejściem ojca nie do kościoła z koszykami, odeszło to, co dotąd było piękne by poświęcić pokarmy, i sprawiało radość. Najbardziej które potem spożywają wyszukane potrawy miały podczas uroczystego śniadodawać smaku świętom. dania. Nie znają śmigusaPatrycja, starsza córka, dyngusa. D. BUTLER: Najczęściej Auswyprowadziła się dwa lata triacy korzystają z dni woltemu po ślubie z Jakubem. Święta spędzała ze swoją nych, nie spotykają się rodziną. Kinga była 10 lat w rodzinie, ale wsiadają młodsza od Patrycji. Kilka do samochodów i wyjeżmiesięcy po jej urodzeniu dżają. Mojemu partnerowi wyprowadził się Robert, jej Austriakowi bardzo podoojciec. Znalazł lepsze życie. bają się polskie zwyczaje, O córce przypominał mu dlatego wszystkie święta M. MAUERBÖCK: W Wielką Sobotę wierobiony raz w miesiącu przelew. obchodzimy po polsku. M. MAUERBÖCK: Po śniadaniu wielkanocczorem bliscy spotykają się przy ogniAnna była perfekcjonistką. nym wychodzi się na dwór, gdzie dzieci sku, by cieszyć się z nadchodzących Rola matki i ojca w jednym nie szukają pochowanych słodyczy. To była łatwa, zwłaszcza wtedy, świąt. To takie oczekiwanie na zmarkiedy wracała z pracy wspaniała zabawa. twychwstanie. W niedzielę rano pię-

OpOwiadanie

MONITOR POLONIJNY


Julia Skidan Rosja, Krasnojarsk

Romuald Mieczkowski Litwa, Wilno

iększość Rosjan jest prawosławna i dla nich Wielkanoc jest świętem najważniejszym. Nawet ten, kto nie chodzi do cerkwi przez cały rok, odwiedza ją podczas Wielkanocy. Nie ma u nas wolnych dni, świętujemy tylko w niedzielę. Oczekiwanie na święta skraca przygotowanie pisanek i kraszanek. Gospodynie pieką paschę i obdzielają nią bliskich. Pogoda na Syberii o tej porze roku może być jeszcze mroźna, więc nie polewamy się wodą, ale zimno nikogo nie zraża przed pójściem z soboty na niedzielę o północy do cerkwi na nocne czuwanie. Wokół cerkwi odbywają się procesje. Najbardziej uroczysty moment naszej Wielkanocy to niedzielne śniadanie, podczas którego po długo trwającym poście można zjeść mięso. Wszyscy jedzą też jajka, ale najpierw uderzamy jajkiem o jajko – kto ma twardszą skorupkę, ten wygrywa. Jestem katoliczką, więc święta spędzam zgodnie ze zwyczajami katolickimi. W Krasnojarsku są dwa kościoły katolickie, gdzie można poświęcić pokarmy.

ielki Piątek to, podobnie jak w Polsce, dzień roboczy, ale w tym dniu pościmy. W sobotę święcimy pokarmy, a jeśli ktoś nie zdąży, może jeszcze to zrobić podczas niedzielnej mszy. W kościele z soboty na niedzielę odbywają się czuwania. Po uroczystej mszy zasiadamy do śniadania. Dzielimy się święconką, czyli jajkami, szynką, czarnym chlebem. Żurek znamy, ale to nie jest zupa, którą jadamy podczas świąt. Po śniadaniu odbywa się „kaczanie jaj“, czyli ich toczenie. Z deski do krojenia albo z szufelki robi się równię pochyłą, po której spuszcza się ugotowane na twardo jajka. Zabawa polega na tym, żeby trafić jajkiem w jajko, które już wcześniej się sturlało. Wygrywa ten,

W

Zmartwychwstanie

o dwudziestej i planowała kolejny dzień. Święta musiały być za to wyjątkowe. Czasami przyjeżdżała do nich jej matka. Kiedy siedziały w trójkę przy wielkanocnym stole, babcia wspominała czasy okupacji. Zawsze były razem, w imię tradycji, będącej jak przeklęty rytuał, który musiały powtarzać, by Kinga miała normalny dom. Tego roku miało być inaczej. Mama Anny zachorowała, a w związku z tym święta postanowiły urządzić u niej. Z dala od wielkiego miasta, firm cateringowych i ojca Kingi, który zwykle za pomocą SMS-a w wielkanocny poranek życzył: „Wesołych Świąt!”. Śniadanie, którego nie można było zamówić, a które trzeba było przygotować, wspólne pieczenie mazurka, w którym zbyt duża porcja cukru, KWIECIEŃ 2012

wsypana przez roztargnienie Kingi, nie przeszkadzała. Szczęście, które widziała w oczach córki, wywołane barwieniem jajek w cebuli i rzeźbieniem w ich skorupkach wielkanocnych zajączków, było dla Anny powodem do przeżywania prawdziwej radości. Takiej, której nie można było zamówić razem z najładniej zaprojektowanym koszyczkiem wielkanocnym. Zrozumiała to, patrząc w roześmiane oczy Kingi, w których nie było widać lęku przed tym, że coś może zepsuć starania mamy. Do Anny dotarło, że w trosce o piękne, idealne życie zapomniała o tym, co najważniejsze. Tegoroczne święta przynosiły ze sobą prawdziwe zmartwychwstanie. MATEUSZ KUMOROWSKI

kto ma najwięcej trafień, a nagrodą są oczywiście jajka. Następnego dnia i dzieci, i dorośli przebierają się w śmieszne kostiumy i odwiedzają rodzinę, sąsiadów, śpiewając stosowne przyśpiewki. Gospodarz zaprasza do domu wesołą grupę i częstuje dzieci słodyczami, a dorosłych trunkami. Poniedziałek Wielkanocny to też tradycyjny śmigus-dynRED. gus.

ILUSTRACJA: TADEUSZ BŁOŃSKI

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

W

7


Kasia Adamik: „Połknęłam bakcyla i reżyseruję filmy“ Jak to jest urodzić się w rodzinie artystycznej, w której i mama, i tata są reżyserami? Czy to obciążenie, czy przepustka do lepszego startu w życiu? Wydaje mi się, że to jednak przepustka. Często słyszę pytanie, czy muszę walczyć z wizerunkiem rodziców, czy staram się od niego odciąć. Według mnie to absolutnie naturalne przyjąć fach po rodzicach. Przez stulecia tajemnice zawodowe przekazywało się właśnie dzieciom. Dzięki rodzinie znalazłam się w najlepszej „szkole“, w której uczyli mnie moja mama – Agnieszka Holland, ciocia – Magda Łazarkiewicz i tato – Laco Adamik. Oni przekazali mi wiedzę o tym, co potrafią robić najlepiej. Ale Pani wybór studiów – wydział komiksu w Brukseli – świadczy o tym, że nie chciała Pani reżyserować filmów, tylko tworzyć scenorysy. Od scenorysów blisko do reżyserii. A komiksy to takie filmy, w których co prawda nie ma ekipy, ale opowiada się historie tak samo jak w filmie. Czy to oznacza, że zatęskniła Pani za pracą z ludźmi? Wydawało mi się, że nie mam temperamentu, by być reżyserem. Kiedy obserwowałam na planie filmowym moją mamę, widziałam, że jest jak generał, wódz. Miałam wrażenie, że takim trzeba być, jeśli się chce reżyserować, a ja mam inne usposobienie. Okazało się jednak, że można być innym i też dobrze sobie radzić w pracy z ekipą filmową. Jakoś się w tym odnalazłam. Jak do tego doszło? To była przygoda jak z bajki, ponieważ propozycja wyreżyserowania pierwszego filmu przyszła z dnia na dzień. W 2000 roku, kiedy to Andrzej Wajda

odobnie jak niektórzy nasi czytelnicy ma mamę Polkę i ojca Słowaka. Oboje jej rodzice – Agnieszka Holland i Laco Adamik – osiągnęli sukcesy reżyserskie. Ona poszła w ich ślady. Kasia Adamik, bo o niej mowa, ma na swoim koncie kilka filmów, które reżyserowała samodzielnie bądź u boku swojej mamy. Ten ostatni – „W ciemności“ – był w tym roku nominowany do Oscara. Nasza bohaterka przez większość życia mieszkała za granicą. Spotkałam ją w Wiedniu podczas Gali Złotych Sów, czyli polonijnych Oscarów, przyznawanych wybitnym Polakom mieszkającym za granicą za ich osiągnięcia. Okazała się wesołą, otwartą kobietą, chętnie opowiadającą o pracy, zagranicznych doświadczeniach i swoich słowackich powiązaniach.

P

otrzymał Oscara za całokształt twórczości, byłam w Los Angeles. Tam spotkałam producenta, który złożył mi propozycję reżyserską. Wiedział, że nigdy nie zrobiłam żadnego filmu, że nie studiowałam w szkole filmowej, ale jakoś poczuł, że nasza współpraca będzie owocna. Film udało się zrealizować w rekordowym tempie, czyli w ciągu kilku miesięcy. Podeszłam do tego jak do eksperymentu, który miał mi pokazać, czy w ogóle potrafię zrobić film i czy mi się to spodoba. Niestety, połknęłam bakcyla i teraz reżyseruję filmy. Ten debiutancki film to „Szczek“, dzięki któremu w 2002 roku znalazła się Pani w jednym z amerykańskich czasopism na liście dziesięciu najbardziej obiecujących twórców na świecie. Pani jednak zdecydowała się wtedy na powrót do Europy, a konkretnie na Słowację, gdzie kręciła Pani z Agnieszką Holland film o Janosiku. Warto było? Nie szkoda tamtej szansy? Losy potoczyły się nie tak, jak sobie wyobrażaliśmy, bo wtedy tego Janosika nie dokończyliśmy z powodu braku środków finansowych. Gdyby uda-

„Dzięki rodzinie znalazłam się w najlepszej szkole, w której uczyli mnie moja mama – Agnieszka Holland, ciocia – Magda Łazarkiewicz i tato – Laco Adamik”. 8

ło się zaraz po sukcesie „Szczeku“ wrócić do światowego grona twórców filmowych z takim spektakularnym filmem, jak „Janosik“, pewnie moje życie by się potoczyło inaczej. „Janosika” kończyliśmy jednak dopiero trzy lata temu, czyli prawie 10 lat później od rozpoczęcia zdjęć. Zatem po moim debiutanckim filmie w USA spędziłam cały następny rok na Słowacji. A może lepiej, że tak się stało? Potem powstał przecież serial „Ekipa“, a następnie film „Boisko bezdomnych“. Nabrałam doświadczenia. Teraz widzę, że jednak w Europie fajnie się pracuje, tu wolność reżyserska jest większa niż w Stanach i tego nam mogą Amerykanie tylko pozazdrościć. Każdy pyta Panią, jak to jest być dzieckiem takiej mamy. A jak to jest być dzieckiem takiego taty? Wyrastałam daleko od niego, on mieszkał w Polsce, ja za granicą. Spotykaliśmy się w święta lub podczas wakacji, a więc trudno powiedzieć, że te krótkie spotkania jakoś mnie kształtowały. Od kiedy pracuję w Polsce i spotykam sie ze współpracownikami Laca, czyli reżyserami, ekipami filmowymi czy teatralnymi, często słyszę, że jestem do niego bardzo podobna. MONITOR POLONIJNY


W czym? W sposobie pracy i mówienia, w gestach. Od Agnieszki nauczyłam się pracy z aktorami, podejścia do opowiadania historii, a ponieważ ojciec jest bardziej uzdolniony wizualnie, co po nim odziedziczyłam, widzę, że jestem mieszanką ich obojga.

Kasia Adamik (ur. 1972 w Warszawie) – absolwentka Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Brukseli; wyreżyserowała między innymi seriale: „Głeboka woda“, „Układ warszawski“, „Ekipa“, „Pitbul“ oraz filmy: „Boisko bezdomnych“, „Janosik. Prawdziwa historia“, „W ciemności“. KWIECIEŃ 2012

Ma Pani rodzinę na Słowacji, którą odwiedza? Mam kuzynkę, z którą się nie widziałam od lat, ale ona teraz mieszka w Londynie. Brat ojca również przeprowadził się do Polski. Mając 9 lat wyemigrowała Pani z mamą do Francji. Mieszkała Pani w Belgii, Stanach Zjednoczonych. Gdzie jest Pani dom? Ostatnio kupiłam mieszkanie w Warszawie. Przywiązuję się do pracy, do ludzi. Bardzo lubię wracać do miejsc, które są mi przyjazne. Kilka lat temu powrót do Polski był dla mnie dużym przeżyciem: znów mam rodzinę, przyjaciół z dzieciństwa, babcię, do której mogę wpaść

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Pracuje Pani u boku mamy. Nigdy nie chciała Pani współpracować z ojcem? On jest bardzo samowystarczalny. No i przede wszystkim robi opery, na których ja aż tak się nie znam. Laco ma świetny słuch, którego po nim nie odziedziczyłam. Robi świetne przedstawienia w wielu miastach: we Wrocławiu, Chorzowie, Bańskiej Bystrzycy, Bratysławie, Koszycach. Mój wkład w świat opery to ostatnio nawiązana współpraca z Mariuszem Trelińskim. Rejestrowałam na DVD jego dwie opery. To kompletnie inna praca niż ta przy filmie, bo przedstawienie operowe trzeba ciekawie zmontować. Dla mnie to interesujące doświadczenie.

„Film jest podróżą, która może zmienić człowieka“.

na obiadek. To była duża, przyjemna zmiana, ponieważ przez wiele lat czułam się wykorzeniona. Nie wiem, czy ta sytuacja mnie nie zmęczy, ale na razie cieszę się tym wszystkim. Która kultura jest Pani najbliższa? Nie zastanawiam się nad tym. W czasach globalizacji, kiedy łatwo się podróżuje, można czerpać z różnych kultur. Fakt, że znam różne języki, pozwala mi czuć się bardzo swobodnie w różnych krajach świata. Nie mam problemu, by pracować w USA czy we Francji, mówię bardzo dobrze po angielsku i po francusku. A po słowacku? (Śmiech) To takie moje esperanto. Słowacki to język, za pomocą którego potrafię się świetnie porozumiewać na planie filmowym i poruszać różne tematy, ale zwykle pod koniec rozmowy moi słowaccy rozmówcy są bardzo zadowoleni, że tak dobrze rozumieją po polsku (śmiech). Wierzy Pani, że dzięki filmowi można coś zmienić? Chyba taki cel Pani przyświecał, kiedy reżyserowała Pani „Boisko bezdomnych“? Na chwilę na pewno, ale czy na dłuższą metę, nie wiem. Z filmem jest jak z książką, obrazem, zdjęciem – budzi emocje. Film jest podróżą, która może zmienić człowieka, jeśli jest otwarty. Jak dobiera sobie Pani współpracowników? Dla mnie ważny jest bardzo dobry kontakt osobisty. Kocham aktorów, cenię ich pracę przy tworzeniu filmu. Zależy mi, by na planie była przyjemna atmosfera, więc otaczam się aktorami, z którymi dobrze się dogaduję. Nie chcę niepotrzebnego stresu powodowanego nieporozumieniami, choć wiem, że niektórych reżyserów to motywuje do poszukiwań. Lubię pracować

9


z ludźmi, których lubię i których dobrze znam. Wydaje mi się, że wtedy można szybciej osiągnąć zamierzony efekt. Ma Pani jakiegoś ulubionego aktora? Bardzo dobrze mi się współpracuje z Marcinem Dorocińskim, który grał na przykład we wspominanym przez panią filmie „Boisko bezdomnych“. To świetny aktor, ale też wspaniały kompan.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Jakie emocje towarzyszyły polskiej ekipie filmu „W ciemności“ podczas tegorocznej gali oscarowej? To nie nasz film był faworytem, więc nie było w nas dużego napięcia. Gdyby nasz film miał większe szanse na Oscara, to pewnie i emocje byłyby dużo większe. A sama gala w tym roku była mało ekscytująca – nie było czym się podniecać, ponieważ nominowane filmy, oprócz kategorii nieanglojęzycznej, były po prostu średnie. Tegoroczna selekcja mnie rozczarowała. Czułam się, jakbym oglądała słaby mecz.

Czym są dla Pani nagrody w świecie filmowym? Nagrody są głównie po to, żeby promować film. Każdemu twórcy zależy na tym, żeby jego film obejrzało jak najwięcej ludzi. Oczywiście bardzo miło jest dostać nagrodę, ale wiadomo, że w tej dziedzinie nie jest tak jak w sporcie, gdzie najlepszy to ten, kto pierwszy dobiegnie na metę. W filmie liczy się subiektywna ocena widza. Nominacja do Oscara pomaga wypłynąć na szersze wody? Nominacja do Oscara pomogła nam w popularyzacji naszego filmu i w Stanach Zjednoczonych, i w Polsce. To, co nas z Agnieszką bardzo uszczęśliwiło, to reakcja w Polsce – film obejrzało bowiem już milion dwieście tysięcy widzów. To jest ogromna liczba, takich wyników nie osiągają w Polsce nawet komedie romantyczne, a co dopiero jeśli idzie o film, który opowiada o holokauście, rozgrywa się w kanałach, w totalnej ciemności. I który trwa dwie i pół godziny! Czy ten sukces spowodował, że już otrzymała Pani jakieś ciekawe propozycje? Agnieszka otrzymuje różne scenariusze. A Pani? Przez ostatnich kilka lat pracowałam nad dwoma projektami w Stanach, ale jeszcze żadnego nie udało mi się dokończyć. Wszystko zależy od odpowiedniego momentu, szczęścia i dostatecznej ilości pieniędzy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA WIEDEŃ

10

Duma a jazz

takie chwile w życiu, kiedy jestem dumna z tego, że jestem Polką. Najczęściej uczucie to towarzyszy mi podczas koncertów jazzowych, gdy w kuluarach słyszę pochwały, dotyczące polskich jazzmanów. Niedawno znów miałam ku temu okazję. Zdarzyło się to zupełnie niedawno, 6 marca, podczas koncertu Grażyny Auguścik z Pauliniho Garcią, występujących w cyklu „Muzyka pod piramidą“. Pani Grażyna promowała tego wieczoru swoją najnowszą płytę The Beatles Nova, którą słowacko-polską publiczność się zachwyciła. Ponieważ polską wokalistkę przedstawiliśmy już w poprzednich numerach naszego czasopisma, wspomnę tylko, że wspomniana płyta jest już trzecią, po Fragile i Andança, nagraną wspólnie z Pauliniho Garcią, z charakterystycznym dla brazylijskiego muzyka brzmieniem nawet w utworach Beatelsów! Koncert rozpoczął się minutą ciszy dla uczczenia ofiar niedawnej katastrofy kolejowej w Polsce. Potem usłyszeliśmy znane piosenki grupy The Beatles w niesamowicie zwiewnej aranżacji duetu Auguścik-Garcia. Niemniej przekonująco zabrzmiały w ich interpretacji utwory Chopina ze słowami Janusza Kofty, piosenki ze wspólnych płyt wykonawców oraz z Don’t Let Me Go i charakterystyczna bossa nova w oryginalnym wykonaniu Garcii. Jak sama pani Grażyna podkreśliła – jej niesamowite współbrzmienie głosu z Pauliniho Garcią – wynika z tego, że oboje urodzili się tego samego dnia – 17 sierpnia. Oboje też żartowali na scenie, spierając się, kto z nich jest młodszy. Nieważne to, bowiem ich duet był urzekający. Wyobraźcie sobie Państwo Brazylijczyka śpiewającego w duecie po polsku, a Polkę po brazylijsku, tzn. po portugalsku! Większość piosenek zaśpiewali jednak po angielsku, ale publiczność zaskoczyli tym, że po słowacku wykonali kołysankę Zahrajte mi tichučko javorové husle. Utwór ten przyjęto z  niesamowitym entuzjazmem, a  mnie wzruszył on subtelnością wykonania. Nieczęsto mi się zdarza, że koncertowe śpiewanie chodzi za mną dłużej niż jeden dzień, tym razem, muszę przyznać, melodie tamtego wieczoru nie opuszczają mnie do dzisiaj. Ciągle nucę na przykład: Chciałabym kogoś mieć, kto odda serce swe... Koncert Grażyny Auguścik i Pauliniho Garcii był nagrywany przez radio Devin, a więc ci z  Państwa, którzy nie mieli okazji posłuchać tego cudownego duetu na żywo, mogą go usłyszeć na falach słowackieANNA MARIA JARINA go radia.

ZDJĘCIE: ANNA MARIA JARINA

„Słowacki to język, za pomocą którego potrafię się świetnie porozumiewać na planie filmowym i poruszać różne tematy, ale zwykle pod koniec rozmowy moi rozmówcy są bardzo zadowoleni, że tak dobrze rozumieją po polsku”.

MONITOR POLONIJNY


Spotkanie z inicjatywy konsula RP miany, dotyczące finansowania działalności polonijnej przez referat konsularny ambasady, były głównym powodem spotkania, które zorganizował konsul, radca minister Grzegorz Nowacki. Na spotkanie zostali zaproszeni przedstawiciele organizacji polonijnych na Słowacji: Klubu Polskiego, stowarzyszenia „Polonus” oraz internetowego Forum Polsko-Słowackiego. Na wstępie konsul poinformował, że Słowację w ubiegłym roku zamieszkiwało 4950 obywateli polskich, zaś w tym roku ich liczba zmalała do 4800. „Jestem bardzo ciekaw wyników ubiegłorocznego spisu powszechnego i tego, czy nasze starania, by dotrzeć do jak największej

Z

ilości osób polskiego pochodzenia, przyniosły efekty“ – powiedział radca Nowacki. Następnie przekazał informację, że od 2012 roku zmieniły się zasady dofinansowywania organizacji polonijnych przez placówkę dyplomatyczną: fundusze przeznaczone dla Polonii będą wydatkowane wyłącznie w ramach konkursu zgłoszonych projektów. Działania polonijne mogą być wspierane w ramach szkolnictwa polskiego za granicą, kultury i sztuki, a także w ramach opieki nad miejscami pamięci narodowej. „Środki w ramach funduszy polonijnych mogą być przyznawane na realizację projektów po wcześniejszym złożeniu wniosków do Referatu Konsularnego AmbasaZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Z działalności Polonusa strony internetowej organizacji Polonus dowiedzieliśmy się, że sobotnio-niedzielna Szkoła Polska w Żylinie otrzymała w ramach programu „Ex Libris” Fundacji SEMPER POLONIA pomoce naukowe dla swoich uczniów, w tym podręczniki i słowniki. Na posiedzeniu, które odbyło sie 11 stycznia br., Rząd Republiki Słowackiej przyjął projekt trzeciego raportu o implementacji Europejskiej Karty Języków Regionalnych lub Mniejszościowych. Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych jest konwencją europejską,

Ze

KWIECIEŃ 2012

dy RP w RS“ – powiedział radca Nowacki i dodał, że akceptacji projektów będzie dokonywał zespół ds. analizy w Departamencie Współpracy z Polonią w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Ilość dostępnych środków jest ograniczona, a o ich przyznaniu będzie decydować przede wszystkim jakość, wartość merytoryczna oraz kolejność zgłoszeń. Grzegorz Nowacki podkreślił też znaczenie stron internetowych, poprzez które prezentują się wszystkie trzy organizacje, i zwrócił uwagę na to, by polonijne strony internetowe były prowadzone w języku polskim. Strona internetowa Klubu Polskiego – www.polonia.sk zyskała bardzo pochlebną ocenę konsula.

której celem jest ochrona i promocja języków regionalnych oraz języków mniejszości narodowych w Europie. Według niniejszej ustawy oficjalnymi językami mniejszościowymi w Republice Słowackiej jest m.in. język polski. W raporcie znalazła się też informacja, że mniejszość polska w Republice Słowackiej wydała w 2010 roku dziewięć publikacji w łącznym nakładzie 7800 egzemplarzy. Trzy z nich, czyli aż 1/3 ogółu, wydał OZ Polonus Żylina. Polonus na swojej stronie informuje ponadto o wynikach spisu powszechnego na Słowacji, przeprowadzonego w 2011 roku. Według prezentowanych danych narodowość polską

Podczas spotkania przedstawiciele organizacji polonijnych na Słowacji zaprezentowali plany działalności na rok 2012. Prezes Klubu Polskiego Marek Sobek poinformował, że w tym roku, w maju bądź w czerwcu, odbędzie się Kongres Klubu. Ryszard Zwiewka przedstawił zaś pytania, skierowane do polskiej mniejszości przez Forum Instytutu, który to instytut przygotowuje publikację na temat wszystkich mniejszości narodowych na Słowacji. Pytania dotyczą między innymi historii polskiej mniejszości, jej liczebności, działalności, znanych osobistości. Wspomniana publikacja ma być wydana jako dodatek do dwóch najpoczytniejszych dzienników: SME RED. i Pravda.

zadeklarowały 3084 osoby ze stałym pobytem na terytorium Republiki Słowackiej, a więc 482 osób więcej niż w spisie z 2001 (2602 osób). Język polski jako język ojczysty zadeklarowało 3119 osób posiadających pobyt stały, czyli więcej niż deklarujących narodowość polską. W porównaniu z poprzednim spisem mniejszość polska odnotowała 14-procentowy wzrost. Publiczne używanie języka polskiego zadeklarowały 723 osoby ze stałym pobytem na terytorium Republiki Słowackiej. Posługiwanie się polszczyzną w domu zadeklarowało 1316 osób mieszkających na stałe na SłoOLA TULEJKO wacji. 11


ZDJĘCIE: DANUTA BUTLER

Panna Marzanna,

czyli przebudzenie wiosenne K

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

ZDJĘCIE: DANUTA BUTLER

12

W niedzielę 25 marca w ramach działalności Klubu Polskiego w Bratysławie już po raz drugi z kolei zostało zorganizowane spotkanie pod hasłem „Topienie marzanny“. Tym razem imprezę poprowadziła nowa prezes klubu bratysławskiego Katarzyna Tulejko, która stanęła na wysokości zadania. To było niezwykle udane niedzielne popołudnie. Mimo że chętnych do topienia marzanny było mniej niż przed rokiem, to ciast i innych smakołyków, a także dobrego humoru było co najmniej tyle samo. Część wspaniałego nastroju pochodziła z importu, bowiem na nasze spotkanie przybyli też goście z Austrii, Niemiec, Polski i Litwy. A że pogoda dopisała, wyposażeni w wiosenne rekwizyty: kolorowe kapelusze, wesołe okulary, balony i wiatraczki ruszyliśmy pieszo nad Dunaj. Tam najpierw się obfotografoZDJĘCIE: DANUTA BUTLER

iedy słońce wchodzi w znak Barana, zaczyna się astronomiczna wiosna, pora roku od zarania dziejów oczekiwana z niecierpliwością i witana z radością. Śniegi topnieją, trawa się zieleni, a ptaki zaczynają radośnie ćwierkać. Dziś wiemy, że taka jest kolej rzeczy, ale nasi pradziadowie myśleli trochę inaczej. Sądzili, że wiosna przyjdzie szybciej, jeśli jej w tym pomogą. My, chcąc pójść ich śladami, starannie się do tego przygotowaliśmy.

waliśmy z symbolizującą zimę kukłą, a potem ją podpaliliśmy i wrzuciliśmy w nurt rzeki. I stało się – marzanna została bezlitośnie unicestwiona i z czystymi sumieniami mogliśmy już powitać wiosnę! W cieple promieni słonecznych zaśpiewaliśmy kilka wiosennych piosenek i wysłuchaliśmy dziecięcych wierszyków. Katarzyna Tulejko opowiedziała nam krótką historię marzanny – słowiańskiej bogini, symbolizującej zimę i śmierć, którą w czasie wiosennego święta w rytualny sposób pali się bądź topi, aby przywołać wiosnę. Zwyczaj ten ma zapewnić urodzaj w nadchodzącym roku. ZDJĘCIE: AGNIESZKA DRZEWIECKA

Później przenieśliśmy się do znanego wszystkim lokalu Polepole, by świętować dalej. Powodów do tego mieliśmy więcej, bowiem oprócz wiosny czciliśmy też przyznanie redaktor naczelnej „Monitora Polonijnego“ Małgorzacie Wojcieszyńskiej prestiżowej nagrody Złota Sowa, zwanej polonijnym Oskarem, w kategorii działacz polonijny. Laureatce serdecznie gratulujemy i dziękujemy za jej codzienną, mrówczą pracę na rzecz Polonii słowackiej. Z kolei „Sto lat!” MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: DANUTA BUTLER

zaśpiewaliśmy Ani i Tomkowi Bienkiewiczom, naszym przyjaciołom z Klubu Polskiego z okazji rocznicy ich poznania się, a Denisie Priechodskiej, właścicielce klubu Polepole, złożyliśmy życzenia urodzinowe, bowiem ileś lat temu tego właśnie dnia przyszła na świat. Najmłodsi rywalizowali w konkursie rysunkowym, którego laureatką została Weronika Mikstacka z Wiednia. To wiosenne spotkanie było nader udane –dopisała pogoda, a wszystko odbywało się w oprawie muzycznej, przygotowanej przez Tomka Olszewskiego. Oczywiście nie zabrakło też typowo wiosennych

ZDJĘCIE: DANUTA BUTLER

przebojów, przy których ochoczo ruszyliśmy do tańca. Na koniec prezes Katarzyna Tulejko wręczyła wszystkim uczestnikom imprezy symboliczne dyplomy w różnych zabawnych kategoriach, by każdy z nas mógł poczuć się wyróżnionym. Podczas całego spotkania towarzyszyła nam Telewizja Polonia, która wyemitowala reportaż z naszej imprezy. Trzeba przyznać, że zimę udało nam się przegnać skutecznie, bo następnego ranka w całej Bratysławie przywitała nas iście wiosenna pogoda! Korzystając z okazji wszystkim członkom i sympatykom Klubu Polskiego oraz ich przyjaciołom na Słowacji przypominam, że już wkrótce spotkamy się znów, tym razem na majówce. A tymczasem życzę wiosennej pogody ducha! AGNIESZKA DRZEWIECKA

KWIECIEŃ 2012

Ukłon w stronę pań rogram artystyczny, drobne podarunki, ale przede wszystkim słowa uznania pod adresem kobiet – tak można by pokrótce opisać kolejne spotkanie z okazji Dnia Kobiet w Klubie Polskim - Miejscowym Kole w Dubnicy nad Wagiem. W pierwszą marcową sobotę w Dubnicy nad Wagiem głównymi bohaterkami były panie z Dubnicy i Trenczyna. Zaproszenie na spotkanie przyjęli też konsul, radca minister Grzegorz Nowacki, burmistrz miasta Jozef Gašparík oraz rzecznik prasowy miasta Juraj Džima, którzy w krótkich przemówieniach przypomnieli historię ruchu

P

kobiecego na świecie, podkreślili rolę kobiety zarówno w rodzinie, jak i w społeczeństwie i przekazali wszystkim paniom serdeczne życzenia. W programie kulturalnym wystąpili uczniowie dubnickiej Podstawowej Szkoły Artystycznej oraz Šimon Nehéz – syn jednej z naszych członkiń. Zabrzmiało też odśpiewane chóralnie „Sto lat” z okazji urodzin pani Lucyny Vachalik z Púchova.

Wszystkim gościom, którzy przyjęli zaproszenie na naszą imprezę, a także młodym artystom za przygotowanie programu artystycznego oraz paniom z dubnickiego oddziału za przygotowanie smacznego poczęstunku, a także panu Damborákowi za uwiecznienie uroczystych chwil serdecznie dziękujemy. ZBIGNIEW PODLEŚNY KLUB POLSKI ŚRODKOWE POWAŻE

ZDJĘCIA: M. DAMBORÁK

WIĘCEJ ZDJĘĆ ZE SPOTKANIA NA: HTTP://WWW.KLUBPOLSKI.WEB-ALBUM.ORG/ 13


statnio pojawił się na świecie nowy gatunek ptaka – Złota Sowa, zwana polonijną. Pierwsze swoje gniazdo uwiła siedem lat temu w redakcji „Jupitera” – pisma Klubu Inteligencji Polskiej w Wiedniu i Kongresu Polonii w Austrii.

O

dziennikarski, poparty wykształceniem i doświadczeniem, zdobytym w kraju Wazów. W kategorii film jedna Złota Sowa poleciała do USA, do Agnieszki Holland – za nominację do Oskara jej filmu „W ciemności”, druga zaś do Belgii, do Kasi Adamik, córki tej pierwszej – za jej niezwykle zdolności jako storybordzistki oraz za film „Boisko bezdomnych”. W kategorii sztuki plastyczne Złote Sowy otrzymali rzeźbiarz Krzysztof Bednarski z Włoch, autor m.in. pomnika nagrobnego Krzysztofa Kieślowskiego w Warszawie, pomnika Incontro con Federico Fellini w Rimini i pomnika Fryderyka Chopina La note bleue w Wiedniu, oraz Tadeusz Zlamal, wybitny polski tancerz i artysta malarz, na stałe mieszkający w Szwecji. Za działalność medialną Złote Sowy otrzymali Irek Lemans, prowadzący z wielZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Jadwiga Hafner, wydawca i redaktor naczelna, obdarowuje sowami rodaków z całego świata. Dlatego co roku w marcu to nie sowy się rozlatują, ale Polacy z różnych zakątków świata zlatują się do Wiednia, aby je odebrać. Do kogo trafiają Złote Sowy, zwane polonijnymi? Musi to być człowiek wyjątkowy, inteligentny, który dokonał czegoś, o czym zarówno Polacy w Polsce, jak i za granicą powinni wreszcie usłyszeć. Taki człowiek powinien być też odporny na spory w stowarzyszeniach polonijnych. A do kogo Złote Sowy odleciały w tym roku? W kategorii literatura jedna z nich poleciała do Wilna, do wydawcy opiniotwórczego pisma „Znad Willi” Romualda Mieczkowskiego – za jego ponadczterdziestoletni dorobek literacki, druga do Tadeusza Rawy ze Sztokholmu – za profesjonalizm

Uwaga na nowy gatunek ptaków! W Wiedniu rodzą się polonijne

14

Złote Sowy!

kim wdziękiem radio polskie w dalekim Winnipeg w Kanadzie, oraz Dariusz Adam Zeller, redaktor naczelny londyńskiej „Cooltury” razem ze swoją redakcją. W kategorii muzyka Sowy nie musiały lecieć daleko – jedna została w rodzimej Austrii i trafiła do Anny Gutowskiej, młodej i wybitnej skrzypaczki polskiego pochodzenia, druga udała się do ościennej Szwajcarii, do Piotra Beczały, polskiego tenora, którego nie było na uroczystości wręczenia nagród, ponieważ koncertował właśnie w Metropolitan Opera. W kategorii teatr właścicielką Złotej Sowy została Anna Badora – reżyser teatralna, która wcześniej została Austriaczką Roku 2011 jako najlepsza manager kultury. W kategorii przyjaciel Polski i Polaków Sowę otrzymał Austriak Martin Pollack, tłumacz, eseista, publicysta, a przede wszystkim wielki polonofil.

W ostatniej, a przy tym najtrudniejszej kategorii – działacz polonijny – jedna ze Złotych Sów odleciała do oddalonego aż o 7 tysięcy kilometrów Krasnojarska na Syberii, gdzie aktywnie pracuje i tańczy dla tamtejszych Polaków i z Polakami Julia Skidan, zaś druga udała się do pobliskiej Słowacji i na stałe miejsce zamieszkania wybrała redakcję „Monitora Polonijnego”, której szefuje z sukcesem Małgorzata Wojcieszyńska, będąca już międzynarodowym symbolem Polonii słowackiej. Małgorzata odbierając nagrodę podkreśliła, że odbiera ją w imieniu całej Polonii na Słowacji, aktywnie działającej między Bratysławą, Koszycami, Nitrą, Trenczynem i Dubnicą nad Wagiem. To dzięki tej współpracy udaje się organizować coroczne Szanty na Dunaju, Dyktando Polonijne i wiele innych imprez, integrujących Polaków. „Złota Sowa dla Słowacji jest podziękowaniem za docenienie naszej wspólnej pracy” – te słowa laureatka skierowała pod adresem jury oraz rodaków zarówno na Słowacji, jak i na całym świecie. AGATA LEWANDOWSKI, WIEDEŃ – BERLIN MONITOR POLONIJNY


Park Narodowy Yellowstone P R O T O P L A S TA

P O L S K I C H

I

S Ł O W A C K I C H

P A R K Ó W

N A R O D O W Y C H

potkanie, które opisuję tym razem, Polonijne w mniejszym stopniu dotyczy ludzi, spotkania za Oceanem a w większym przyrody. Każdy, kto podobnie jak ja zajmował się ochroną przyrody, chciałby odwiedzić to miejsce, w którym Kongres Stanów Zjednoczonych 1 marca 1872 roku utworzył pierwszy na świecie Park Narodowy Yellowstone. Mnie się udało to marzenie życia zrealizować w ostatnich dniach października 2011 roku.

S

Wspólnie z moimi przyjaciółmi opuściliśmy gościnne Kolorado i udaliśmy się na północny zachód, przez prawdziwie indiańskie terytorium wielkiego stanu Wyoming oraz graniczących z nim Montany i Idaho, na których obszarze usytuowany jest park Yellowstone. Po dwóch dniach jazdy samochodem dotarliśmy do miasteczka Jackson, położonym 30 mil na południe od celu naszej podróży i bezpośrednio przylegającym do Parku Narodowego Wielkiego Tytana (Grand Teton National Park), który utworzono w 1929 roku i który praktycznie jest częścią parku Yellowstone. Samo miasteczko robi wrażenie, zwłaszcza jego oryginalne trzy bramy w centrum, zbudowane ze zrzuconych jelenich rogów. Jeszcze przed wieczorem podjechaliśmy pod Wielkiego Tytana. Ten park narodowy to góry, lasy i jeziora o powierzchni 300 tys. akrów, czyli ok. 121 400 ha. To ponad 4 razy więcej niż Bieszczadzki Park Narodowy, który jest największym obszarowo górskim parkiem narodowym w Polsce. Wcześnie rano wyruszyliśmy do KWIECIEŃ 2012

Parku Narodowego Yellowstone. Jego powierzchnia pierwotna – z 1872 r. – to 2,2 mln akrów, czyli ponad milion hektarów, obszar niemal tak duży jak województwo małopolskie. Przed dwoma milionami lat był tu gigantyczny wulkan, po którym na głębokości 7-17 km pozostała olbrzymia komora magmowa. Dziś jest to olbrzymi płaskowyż, z jeziorami, lasami, preriami, rzeką Yellowstone i jej dopływami. Charakterystyczne jest jednak to, że z wielu szczelin nadal wydobywa się para, a wokół czuć zapach siarki i widać gorące źródełka. Największy gejzer, do którego dotarliśmy nazywa się Old Faithful Geyser. W zależności od tego, co dzieje się głęboko pod ziemią, następuje jego erupcja w odstępach czasowych od 40 do 120 minut (w czasie naszego pobytu było to

ok. 80 minut). Chwilkę przed erupcją, no i w jej trakcie udało nam się zrobić zdjęcia. Podczas dalszej podróży oglądaliśmy przepiękne wodospady, z daleka podziwialiśmy wielkie stada bizonów, ale nie mieliśmy szczęścia (a może nieszczęścia?) spotkać się z niedźwiedziem grizzly. W tym olbrzymim, najstarszym na świecie parku narodowym mieszkają i gospodarują farmerzy, prowadzi się też gospodarkę leśną, łowiecką i rybacką, a wszystko to rzecz jasna pod czujnym okiem naukowców i dużego zastępu strażników, opłacanych z budżetu federalnego. Nasze tatrzańskie parki narodowe powstały dużo później – słowacki TaNaP w 1949 r., a polski TPN w 1954 r. Oba, nawet połączone razem, stanowią jakby miniaturę Yellowstone, ale w swoim pięknie są równie niepowtarzalne. Zarówno nasze tatrzańskie parki, jak i ich protoplasta Yellowstone figurują na liście Światowego Dziedzictwa Kultury i Przyrody UNESCO, bowiem wszystkie one mają to samo zadania – ochronę przyrody. JAN KOMORNICKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

15


Słowacy idą do parlamentu ak pisaliśmy w poprzednim odcinku WAŻKIE niniejszego cyklu, węgierska Partia Ludowa WYDARZENIA W DZIEJACH (chadecy), dążąc do pozyskania SŁOWACJI dodatkowych głosów, w roku 1896 postanowiła otworzyć się na Słowaków i zaproponowała im kilka miejsc na swoich listach wyborczych, a w kampanii wyborczej wspomniała o prawie Słowaków do życia w swojej kulturze narodowej.

J

Żaden ze Słowaków z tej listy nie dostał się jednak do parlamentu, a cała sprawa okazała się tylko epizodem. Lokalne władze Górnych Węgier starały się wyrugować język słowacki i nie dopuszczać do wystąpień publicznych w tym języku. Ponadto karały za użycie w prasie czy podczas kazań sformułowań „godzących w jedność narodu węgierskiego” i „podburzających do niepokojów społecznych” typu: „Słowacy są osobnym narodem” czy „Słowacy powinni móc się publicznie posługiwać swoim językiem”. Symboliczny charakter miało skazanie za powyższe „przestępstwa” na rok więzienia dwu nowo wybranych posłów – Jána Valáška i Frania Veselovskiego. Decyzję taką wydał sąd w Nitrze w roku 1901. Z kolei w Bańskiej Bystrzycy 4 i 5 stycznia 1900 roku odbył się proces zbiorowy 28 osób, które pół roku wcześniej witały demonstracyjnie na dworcu kolejowym powracającego z Pesztu dziennikarza „Národnich novin” Ambra Pietora, którego zwolniono po odbyciu kary kilkumiesięcznego więzienia za przestępstwo rozbudzania waśni narodowych w społeczeństwie węgierskim, czyli za apel w prasie, by Słowacy nie tracili swej tożsamości narodowej. Oskarżeni na dworcu wiwatowali na cześć dziennikarza i śpiewali ówczesny nieoficjalny hymn słowacki „Hej, Słowacy”. Wszyscy zostali skazani na karę 1 lub 2 miesięcy więzienia. Wyroki nie były może wysokie, ale i samo oskarżenie chwały władzom nie przynosiło. Za szczytowy punkt polityki madziaryzacji uznać można rok 1907, kiedy to na mocy ministerialnego zarządzenia 16

Alberta Apponyiego naukę słowackiego, nauczanego jako język obcy, ograniczono w szkołach powszechnych do 1 godziny tygodniowo. Jedyną słowacką reprezentacją polityczną była w tym czasie Słowacka Partia Narodowa. Partia ta nie miała formalnego charakteru, a na znak protestu wobec rządowej polityki madziaryzacji deklarowała bojkot życia politycznego, co oznaczało znikomą jej aktywność. Odwoływała się do postulatów programu martińskiego z roku 1861 i starała się pełnić rolę autorytetu publicznego w sprawach językowych i kulturalnych, związanych z rozmaitymi inicjatywami słowackimi. Pod jednym szyldem Słowackiej Partii Narodowej funkcjonowało kilka różnych środowisk: tzw. przywódcy z Martina na czele ze Svetozárem Hurbanem-Vajanskim, skupieni wokół pisma „Hlas” (‘Głos’) głosowcy oraz zwolennicy księdza Andreja Hlinki. Svetozár Hurban-Vajanský – literat i syn znanego działacza narodowego, współpracownika Ľudovíta Štúra – był duchowym przywódcą najsilniejszego wówczas środowiska świadomych narodowo Słowaków z Martina, wydawcą i redaktorem najbardziej znanych pism słowackich: gazety „Národnie noviny” i czasopisma „Slovenské pohľady”, a dodatkowo faktycznym szefem (formalnie sekretarzem generalnym) popularnego słowackiego związku kobiecego „Živena”. Głosowcy zaś to współpracownicy i sympatycy czasopisma „Hlas”, które od 1898 roku wydawał w Skalicy Vavro Šrobár i Pavol Blaha. Obaj współpra-

cowali z Tomášem Masarykiem z Pragi i byli zwolennikami (co było wówczas czymś oryginalnym) ścisłej współpracy z Czechami. Andrej Hlinka z kolei był coraz bardziej znanym przywódcą młodych księży słowackich, którzy chcieli prowadzić działalność narodową wbrew biskupom i hierarchii kościelnej. Hlinkowcy zdawali sobie sprawę z niskiego poziomu wykształcenia i świadomości Słowaków i uważali, że elementem spajającym słowacki naród powinna być narodowa liturgia w kościele i msza słowacka. Andrej Hlinka (wyświęcony na księdza w roku 1889) stał się znany dzięki prowadzonej wśród Słowaków działalności na rzecz katolickiej węgierskiej Partii Ludowej przed wyborami 1896 roku. Od 1897 roku, pracując w swojej parafii Tri Sliače na Dolnym Liptowie, współredagował miesięcznik katolicki „Ľudové noviny”. W 1898 Partia Ludowa zaproponowała mu start w wyborach parlamentarnych w okręgu Ružomberok przeciwko węgierskiemu kandydatowi liberalnemu. Sądzono, że katoliccy górale powinni oddać więcej głosów niż węgierscy urzędnicy i kolejarze oraz niemieckożydowskie mieszczaństwo. Hlinka dostał jednak 150 głosów mniej od swego rywala i nie wszedł do parlamentu. Wybory 1896 roku były jednak pouczającym doświadczeniem, bowiem rozbudziły słowackie nadzieje i aspiracje. Aktywni politycznie Słowacy postanowili podjąć próbę działań na rzecz praw swojego narodu poprzez reprezentację polityczną w parlamencie węgierskim. Kalkulowali, że wprowadzenie grupy posłów słowackich do parlamentu mogłoby być przydatnym narzędziem w realizacji planów narodowych. Podobne nastroje i nadzieje panowały wśród Rumunów i Serbów na Węgrzech. Reprezentujący trzy narody aktywiści byli w stałym kontakcie. W wyborach 1901 roku postanowili wspólnie podjąć próbę zbudowania w parlamencie węgierskim bloku mniejszości narodowych. Decyzję o tym przedstawiciele słowaccy podjęli na spotkaniu w Martinie 11 kwietnia 1901 roku. Przyjęli wówczas liczący 18 punktów proMONITOR POLONIJNY


gram dla słowackich wyborców. Najbardziej interesujący był chyba ten, mówiący o uznaniu przez Słowaków jedności Węgier w granicach Korony Świętego Stefana. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że w tamtych czasach przynależność Słowacji do Węgier była czymś oczywistym. Ówcześni działacze słowaccy walczyli o przestrzeganie praw narodowych dla siebie i uznanie Górnych Węgier za odwieczną ojczyznę Słowaków. Wyniki wyborów 1901 roku można było uznać za sukces. Pomimo zaciekłej propagandy węgierskiej, zwłaszcza ze strony Słowaków-Madziaronów, czterech słowackich kandydatów dostało się do parlamentu. Do parlamentu weszło też dwóch zmadziaryzowanych Słowaków z okręgów Skalica i Moravský Svätý Ján, którzy z sympatią odnosili się do słowackiego ruchu narodowego (co było dość nietypowe, gdyż zwykle Madziaroni zachowywali się jak węgierscy nacjonaliści). Do parlamentu dostał się także jeden Rumun i jeden Serb. Słowacy byli więc w tym momencie historycznym najlepiej zorganizowaną mniejszością narodową. Kilka lat później się to zmieniło i najsilniejszą reprezentację zyskali węgierscy Rumuni, ale w roku 1901 pojawienie się słowackich parlamentarzystów w Budapeszcie było najbardziej spektakularne. Wzbudziło ono ogromną irytację administracji węgierskiej. W tym bowiem czasie publicznie głoszono tezę, że naród słowacki jest bliski zanikowi i że w ciągu 30 lat wszyscy Słowacy się zmadziaryzują. Dało to pretekst do zamiany słowackich szkół ludowych na węgierskojęzyczne szkoły podstawowe. Premier węgierski Kálmán Tisza oficjalnie twierdził, że naród słowacki nie istnieje, a w takiej sytuacji obecność słowackich posłów w węgierskim parlamencie była żywym dowodem, że nie jest to prawda. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

KWIECIEŃ 2012

Ewa

w świecie wielkiej mody

arakterystyczna uroda Ewy Minge zapada w pamięć. Burza rudych loków i kocie rysy to zdecydowanie znaki rozpoznawcze jednej z najbardziej utytułowanych polskich projektantek mody. Złośliwi twierdzą, że po licznych operacjach plastycznych (do których zresztą sama zainteresowana się nie przyznaje) jej twarz coraz mniej przypomina ludzką i przywodzi na myśl jakieś kosmiczne stworzenia. Ci sami złośliwi bezlitośnie szydzą też z jej (nie)znajomości angielskiego, o której stało się głośno po wywiadzie, którego udzieliła podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody. Indagowana przez dziennikarza o kulisy powstawania jej kolekcji (zresztą bardzo pozytywnie ocenionej) i materiały, których używa, dukała angielskie słowa na przemian z polskimi – „fenks, fenks, bawełna, koton”. Z tej wpadki teraz potrafi się już śmiać – tworzy nową markę o wdzięcznej nazwie Fenks Cotton. Ubrania z tej kolekcji mają być uszyte z naturalnych włókien i przeznaczone dla młodszych klientów. Jednak to nie proste stroje przyniosły Minge rozgłos i przepustkę do świata wielkiej mody. Publiczność i krytyków mody uwiodła bo-

Ch

gato zdobionymi, kapiącymi luksusem wieczorowymi sukniami ze szlachetnych tkanin. Projektantka prezentuje swoje prace na prestiżowych pokazach – wspomniany już Nowojorski Tydzień Mody, haute couture w Paryżu, Berlinie czy Rzymie. Jej kolekcje są stawiane w jednym rzędzie z propozycjami domów mody Dior czy Armani i równie wysoko cenione. Przez wiele lat doradzała i dbała o wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej. Wśród jej klientek są m.in. Paris Hilton, LaToya Jackson oraz brytyjska piosenkarka Cheryl Cole. Minge od dawna projektuje także stroje uczestniczek konkursów Miss Polonia oraz Elite Model Look. Projektowane przez nią ubrania przywodzą na myśl dzieła sztuki. Nic dziwnego – Minge jest absolwentką kulturoznawstwa i historii sztuki; bez trudu porusza się w gąszczu inspiracji z rozmaitych epok, umie je cytować i odczytywać na nowo. - Sztuka jest tą dziedziną, w której wyobraźnia może przejść wszelkie granice. Moda bywa tym rodzajem sztuki, który musi trzymać się pewnych granic. Moim światem rządzą sprzeczności. Spełnienie czuję wtedy, gdy obce struktury wzajemnie się uzupełniają – mówi Ewa Minge. Przyznaje, że mocno stąpa po ziemi i mimo uwielbienia dla sztuki jest przede wszystkim bizneswoman, a dopiero później artystką. KATARZYNA PIENIĄDZ

POLAK POTRAFI

17


Zwierzenia podniebienia

Cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli

gościnność Zahoria

P

ewnego popołudnia wybraliśmy się w odwiedziny do cioci mojego męża, która mieszka w Senicy. Jest to osoba o niezwykłej energii i często nas zaskakuje.

Kiedy przybyliśmy na miejsce, ciocia od razu nam oznajmiła, że idziemy na wycieczkę do Skalicy i na dobry obiad. Pogoda była przepiękna, słoneczna, w powietrzu unosił się zapach wiosny. W mgnieniu oka dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że restauracja znajduje się w centrum handlowym. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu, to to, że prawie wszystkie stoliki były zajęte. Pomyślałam, że to podstawowy zwiastun dobrego jedzenia. Piacchia, bo tak nazywa się to przytulne miejsce, przywitała nas uśmiechem obsługi i przyjemnym zapachem z kuchni. Błyskawicznie pojawił się kelner. Po krótkiej wymianie zdań było jasne, że ciocia jest tu stałym gościem. Tomáš – bo tak miał na imię ów kelner – poradził nam, co wybrać z menu, a zaledwie chwilę później okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. 18

Na pierwsze danie zjedliśmy zupę pomidorową ze świeżo posiekanych pomidorów. Smaku dodawał jej prawdziwy mięsny wywar i mozarella gnochci. Akurat tego dnia, gdy odwiedziliśmy lokal, podawano w nim meksykańskie specjały. Piacchia jest znana z tego, że w każdym tygodniu oprócz dań a la carte serwuje również dania kuchni międzynarodowej. Bez chwili namysłu zdecydowałam, że popróbuję meksykańskich smakołyków. Na talerzu pojawiła się więc tortilla ze szpinakiem i kawałkami kurczaka w sosie śmietanowym. Szpinak, sos i troszkę słodki smak tortilli to była bombowa kombinacja. Tomáš oznajmił nam, że wybierze dla nas specjalny meksykański deser. Z niecierpliwością czekałam, co to będzie. Okazało się, były to również placki tortilla, ale tym

razem polane przepalonym masłem i posypane cukrem waniliowym. Na ich środku była umieszczona gałka lodów waniliowych. Całość dopełniała garść słodkich wiśni ze słoika. Proste, lecz przepyszne połączenie. Po tej uczcie udaliśmy się do znajdującej się nieopodal eleganckiej kawiarni U św. Michała. Cappuccino, które tam podano, okazało się wspaniałym dopełnieniem obiadu, jego kropką nad i – mleko, mleko i jeszcze raz mleko. No i przyrządzono je w wielkich, okrągłych filiżankach – o które nie mogę się doprosić w całej Bratysławie (z wyjątkiem hotelu Sheraton). Jednym słowem, jak mówi słynne powiedzenie – cudze chwalicie, swego nie znacie. Nie zdawałam sobie sprawy, że 80 km od Bratysławy znajdę tak dobry lokal z tak wspaniałą obsługą. Zahorie zdało egzamin na piątkę z plusem. SYLWIA KIŠ TOMASZEWSKA Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

MONITOR POLONIJNY


Walka o tytuł najgorszego polskiego filmu trwa ilka lat temu niesmak i dezaprobatę wzbudziła wypowiedź jednego z posłów pewnej dużej partii. Poseł ów cynicznie stwierdził, że ciemny lud wszystko kupi, czyli można mu, kolokwialnie mówiąc, wcisnąć każdą tandetę, każde kłamstwo i bzdurę. Wygląda na to, że poglądy wspomnianego posła podzielają twórcy filmu „Kac Wawa“.

K

Ten obraz to efekt nieznośnej, trwającej od paru lat mody na tworzenie polskich odpowiedników tego, co powstało w Hollywood (zresztą trend ten dotyczy także samych aktorów, bo jest już „polski Brad Pitt”, a i „polska Angelina Jolie”, oczywiście lepsza od oryginału, też się znajdzie). „Kac Wawa” to zatem odpowiedź na amerykańskie „Kac Vegas”(2009, tytuł oryginalny „Hangover”; druga część z 2011 – „Kac Vegas w Bangkoku”, czyli po prostu „Hangover 2”); odpowiedź przaśna, swojska i kompletnie nieudana. Trzeba zaznaczyć, że i sam pierwowzór był mniej niż przeciętnym filmem, pozbawionym polotu i wyrafinowania. Fabuła „Kac Wawy” (twórcy filmu utrzymują, że wszystkie pokazane wydarzenia zdarzyły się naprawdę) skupia się wokół wieczorów – kawalerskiego i panieńskiego. Przyszły pan młody, Andrzej (Borys Szyc), i jego druhowie zamierzają grać w brydża w hotelowym apartamencie. Szybko jednak zmieniają plany i decydują, że będą pić i zabawiać się z wynajętymi dziewczynami. W tym czasie również panna młoda in spe, Marta (Sonia Bohosiewicz), będzie miło spędzać czas z przyjaciółkami i chippendalesami. To najłagodniejsze określenie tego, co dzieje się na ekranie. Trudno w to pewnie uwierzyć, ale nawet Doda, której piosenkę można w filmie usłyszeć, była zdegustowana całością. Wokalistka stwierdziła, że twórcy „skupili się na piciu, ćpaniu i zdradzaniu przyszłego męża czy żony”. Trudno o równie delikatne, a jednak trafne podsumowanie. „Kac Vegas” zbulwersował i poruszył znanego krytyka filmowego Tomasza Raczka, który na swoim facebookowym profiKWIECIEŃ 2012

lu napisał: „Szczerze i nieodwołalnie odradzam pójście na Kac Wawa do kina. Ten film powinien ponieść klęskę frekwencyjną – może to nauczyłoby czegoś producentów. WSTYD” Dodał też, że nie pamięta, aby wcześniej kiedykolwiek był w kinie tak głęboko zażenowany. „To nie jest po prostu zły film. Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów. Patrząc na Romę Gąsiorowską, Sonię Bohosiewicz i Borysa Szyca, grających główne role, czułem się tak, jakbym patrzył, jak ktoś przerabia kochanych członków rodziny na dziwki i alfonsów” – napisał. Nie bez powodu przytaczam Państwu opinię Tomasza Raczka. Chociaż nie jest on osamotniony w swojej krytycznej ocenie filmu, to właśnie jego wypowiedź rozwścieczyła producenta filmu. Jacek Samojłowicz uważa bowiem, że nawoływanie przez Raczka do bojkotu „Kac Wawy” dało efekt i liczba zainteresowanych filmem gwałtownie spadła. Samojłowicz utrzymuje ponadto, że dysponuje danymi statystycznymi, które w dobitny sposób udowodniają wpływ komentarzy Raczka na liczbę widzów i zapowiada złożenie przeciwko krytykowi pozwu do sądu i walkę o gigantyczne odszkodowanie. „Straciłem miliony!” – mówił wzburzony. Przyznają Państwo, że trzeba mieć duży tupet, by za niepowodzenie skan-

dalicznie słabego filmu obwiniać krytyków. Tym bardziej, że ich opinia wielokrotnie rozmijała się z gustami widzów – niejeden film wbrew miażdżącej krytyce znawców odnosił komercyjny sukces (np. „Wyjazd integracyjny” czy „Baby są jakieś inne”). Straszenie sądem, zapowiadanie walki i podważanie prawa do wolności wypowiedzi są żenujące. Zwłaszcza ze strony producenta filmowego, który zwykle na takie właśnie prawo powołuje się, kręcąc swoje filmy. „Kac Wawa” to bardzo zły film. To, moim zdaniem, policzek wymierzony polskim widzom, powiedzenie im wprost: „Jesteście głupi i prymitywni, nie zasługujecie na lepsze kino”. Bowiem, drodzy Widzowie, zdaniem twórców tego obrazu, to, co powinno Was interesować, to zaledwie jakieś niewybredne dialogi spod budki z piwem, seks i alkohol. Jeśli się Państwo zastanawiają, po co i dla kogo powstają takiego filmy, to reżyser „Kac Wawy” w jednym z wywiadów odpowiedział na to pytanie: „Zrobiłem ten film po to, by zobaczyć, jak cycki trzęsą się w 3D”. Może zatem, panowie twórcy, następnym razem należy poszukać lepszej motywacji do realizacji filmu? Lud zdaje się nie jest aż tak ciemny, jak wam się wydaje. Ja, podobnie jak Tomasz Raczek, przestrzegam przed oglądaniem „Kac Wawy”. KATARZYNA PIENIĄDZ 19


ora to w polskiej muzyce już niemal ikona. Wielu, zwłaszcza młodszych, trochę niesprawiedliwie kojarzy ją ostatnio głównie z jurorowaniem w „Must be the music”. Ta rola faktycznie przyniosła Korze nową falę popularności (choć niestety głównie tej śmieciowej, której efektem jest stała obecność w tabloidach i plotkarskich serwisach internetowych).

K

Czulym uchem

N I E

T Y L K O

J U R O R K A

Z

P I E S K I E M

Kora wraca do śpiewania Zachęcona powstałym wokół niej medialnym szumem, podkręcając atmosferę ciętymi komentarzami w „Must be the music”, pod koniec ubiegłego roku wydała nową płytę „Ping Pong”. Trzeba było czekać na nią kilka dobrych lat, ale zdecydowanie warto było, choć od razu uprzedzę – nie jest to arcydzieło tej klasy, co albumy Maanamu sprzed blisko 30 lat. Nie ma co oczekiwać muzycznych rewolucji; Kora dobrze czuje się w rockowej stylistyce, w większości kompozycji pobrzmiewają echa dokonań Maanamu i absolutnie nie jest to zarzut. Ogromnym atutem jest świetnie dobrany i zgrany zespół muzyków, którzy towarzyszą Korze na tej płycie (przede wszystkim

rewelacyjny kompozytor i gitarzysta Mateusz Waszka Waszkiewicz, autor większości z dziesięciu utworów na „Ping Pong”, oraz gitarzysta Krzysztof Amik Skrzyński). Muzycy perfekcyjnie uzupełniają bezsprzecznie najważniejszy na tym krążku instrument – głos Kory. Dojrzały, genialnie wyrażający emocje, lirycznie delikatny, ale gdy trzeba – świeży, zadziorny i z pazurem. Na ile to zasługa samej Kory, a w jakim stopniu pomogły możliwości, które daje nowoczesne studio nagraniowe – trudno określić. Minusem tej płyty, niestety dość wyraźnym, są teksty piosenek. Po kim jak po kim, ale po Korze można było spodziewać się prawdziwego majstersztyku w tej materii, a nie radosnej twórczości; raz, że banalnej, dwa – często pozbawionej sensu (proszę wierzyć – tekst wydanego na singlu i promowanego przez niektóre stacje radiowe utworu tytułowego jest naprawdę trudny do zniesienia, choć akurat wyjątkowo nie wyszedł on spod pióra Kory). Poza tym – to zupełnie przyzwoita płyta. KATARZYNA PIENIĄDZ

20

Józef Ignacy K spółcześni mówili o nim, że jest „pracownikiem bez czasu lub z czasem potrójnym” i nazywali go „człowiekiem-instytucją”.

W

Przyszły powieściopisarz, poeta, krytyk literacki, historyk, publicysta, dziennikarz, wydawca, działacz społeczny i polityczny – Józef Ignacy Kraszewski – urodził się 28 lipca „roku pamiętnego” 1812 w warszawskim hotelu, gdzie nocowała jego matka, uciekająca z kresowego majątku przed wojną francusko-rosyjską i armią stu narodów. Urodził się w zamożnej rodzinie ziemian grodzieńskich. Ojciec Jan Kraszewski i matka Maria z Malskich gospodarzyli we wsi Dołhe. Józef Ignacy spędził dzieciństwo pod opieką babki i prababki w Romanowie. Do szkół uczęszczał w Białej Podlaskiej, Lublinie i Świsłoczy. Zbyt pilnym uczniem nie był, skoro jedną klasę musiał powtarzać. Był natomiast pilnym czytelnikiem. Z jego młodzieńczych pamiętników wynika, że czytał wszystko, co mu w rękę wpadło – dramaty, poważne powieści i powieścidła, prace naukowe i zwykłe ramoty. Później opowiadał o sobie: „Od dzieciństwa już szał jakiś wrzał w mojej głowie, nim się nauczyłem pisać, drukowanymi literami powieść kreśliłem”. W 1829 roku rozpoczął studia literatury na Uniwersytecie Wileńskim. Równocześnie zaczął publikować drobne powiastki w „Noworoczniku Litewskim” i w petersburskim „Bałamucie”. Miał 18 lat, gdy ukazały się drukiem trzy jego pierwsze powieści współczesne: Biografia sokolskiego organisty, Pan Walery, Dwa a dwa – cztery, ale nie tylko same powieści zwróciły uwagę na ich autora. Stawiający pierwsze kroki młody pisarz odważył się w Panu Walerym sformułować własny program literacki, jakże różny od programu romantyków, a przecież żył i tworzył w czasie, gdy wielka polska poezja romantyczna osiągała apogeum. Odważył się twierdzić, iż „w wieku XIX dziełem znaczącym będzie romans”, oparty na prawdziwych, „wziętych z naMONITOR POLONIJNY


Kraszewski patron 2012 roku

tury obrazach”, kopiujących codzienne życie. Ta ucieczka od panującej wówczas romantyczno-sentymentalnej niezwykłości wynikała u Kraszewskiego przede wszystkim z chęci tworzenia literatury dla szerokich kręgów czytelniczych. Program ten potem zmieniał i unowocześniał, ale zasadzie kopiowania natury w imię prawdy i pisania dla masowego czytelnika pozostał wierny i nie darmo mówi się, że właśnie on nauczył Polaków czytać. Rok 1830 był dla Kraszewskiego nie tylko początkiem wielkiej kariery pisarskiej. W nocy z 15 na 16 grudnia został aresztowany za przynależność do tajnej organizacji młodzieżowej. Powstanie listopadowe wprawdzie do Wilna jeszcze nie dotarło, ale wrzenie wśród młodzieży było wielkie, a carska policja czujna. Z więzienia dzięki wstawiennictwu u generałagubernatora wpływowej ciotki, przełożonej wileńskich wizytek, został zwolniony w marcu 1832 z nakazem pobytu w Wilnie do końca roku pod nadzorem policyjnym. Własne doświadczenia oraz klęska powstania listopadowego określiły stosunek Kraszewskiego do konspiracji politycznej i polskich powstań zbrojnych: uważał, iż celem prawdziwych patriotów powinna być utrzyKWIECIEŃ 2012

mująca świadomość narodową Polaków działalność społeczna, kulturalna i naukowa, a pisarz i publicysta powinien stać się przewodnikiem narodu. Tak więc na długo przed pozytywistami określił rolę literatury i swoją w podnoszeniu poziomu życia społeczeństwa. W Wilnie pozostał do lipca 1833 roku; kontynuował cykl powieści współczesnych. Powstałe w tym czasie utwory – Kościół świętomichalski w Wilnie i Rok ostatni panowania Zygmunta III – to pierwsze próby stworzenia romansu historycznego, dla którego również sformułował własne zasady; przyszły twórca wielkiego cyklu powieściowego z dziejów Polski przeciwstawiał romansowi typu walterskotowskiego powieść, opartą na źródłach historycznych, wykluczającą elementy fantazji. Pobyt w Wilnie Kraszewski wykorzystał również na badanie historycznych materiałów źródłowych, które później, w latach 1840-1842, spożytkował przy pisaniu czterotomowej historii tego miasta Wilno od początków jego do roku 1750 oraz w kilku powieściach. Te badania zapoczątkowały jego późniejsze zainteresowania wydawaniem i popularyzowaniem źródłowych materiałów historycznych. W lipcu 1833 roku pojawił się w majątku Dołhe, by pod bacznym okiem ojca przygotować się do samodzielnego gospodarowania. Pisał wtedy słabe wiersze i niezłe opowiadania fantastyczne. Wówczas też powstała jego ambitna powieść obyczajowa Cztery wesela, dzięki której zdobył duży rozgłos. Nudny pobyt na wsi urozmaicał sobie składaniem sąsiedzkich wizyt i podróżami. Odwiedził m.in. Horodec, do którego przyciągnęła go imponująca 20-tysięczna biblioteka właściciela majątku. Tam poznał Zofię Woroniczównę, bratanicę prymasa Jana Pawła Woronicza. W czerwcu 1838 roku odbył się ich ślub. Osiedlili się na Wołyniu, początkowo w dzierżawio-

nej wsi Omelno, potem we własnej wsi Gródek, a pod koniec 1848 roku zamieszkali w Hubinie w powiecie łuckim. Zajmując się majątkiem, Kraszewski nie wypuszczał pióra z ręki, dodajmy, że gęsiego, bo innego do końca życia nie uznawał. Spod tego pióra wyszły w tym czasie niezliczone rękopisy; pisał wiersze, recenzje książek, korzystając z bogatych zbiorów magnackich wydał źródłowe materiały historyczne, poważne rozprawy naukowe oraz niezliczoną ilość artykułów i felietonów. Przez dziesięć lat współpracował z „Tygodnikiem Petersburskim”, w którym zamieszczał cykle błyskotliwych felietonów. Stałą rubrykę miał w „Gazecie Warszawskiej”. Jego artykuły ukazywały się w czasopismach całego kraju. Głosił hasła solidaryzmu społecznego, upowszechniania oświaty poprzez rozwój czytelnictwa. Mieszkając na głębokiej prowincji, przez 11 lat wydawał drukowane w Wilnie czasopismo „Athenaeum. Pismo zbiorowe poświęcone historii, filozofii, literaturze, sztukom itd” (6 tomów rocznie), które założył w celu ożywienia ruchu umysłowego na wschodnich obszarach dawnej Rzeczypospolitej. Znaczną część poszczególnych tomów zapełniał własnymi materiałami. Utrzymywał żywe stosunki towarzyskie z sąsiadami. Odbył bliższe i dalsze podróże – do Kijowa, Wilna, Odessy. Poznał Wołyń, Podole, Ukrainę, Podlasie, co zaowocowało publikacjami modnych w tym okresie wrażeń z podróży, m.in. świetnych Wspomnień Polesia, Wołynia i Litwy czy Wspomnień Odessy, Jedyssanu i Budżaku. W roku 1845 bawił w Warszawie, rozchwytywany przez salony i owacyjnie witany przez drukarzy. „Przegląd Naukowy” odnotował wówczas: „Gdzie przyjdziesz, wszędzie w ręku pisma Kraszewskiego. Jak kiedyś romanse Waltera Scotta, tak dzisiaj jego książki najbardziej są obdarte, czyli najczytańsze lub jak inni powiadają, najpoczytniejsze”. Czytająca Warszawa była pod wrażeniem jego niedawno wydanej wielotomowej powieści Latarnia czarnoksięska, 21


pełnej scen z życia szlachty i arystokracji oraz z życia artystycznego i codziennego Warszawy. W czasie, gdy rozpoczynał swą karierę literacką, pisał z Wilna do matki: „Ja chcę, ja muszę być sławny, będzie czas odpocząć wtedy, gdy ręce nie będą mogły trzymać pióra, oczy nie zobaczą liter na papierze, głowa nie osnuje myśli – wtedy, kiedy wydam dwieście tomów dzieł”. Na razie ręka pewnie trzymała pióro – wydawał powieść za powieścią. Ukazał się cykl tzw. powieści ludowych, w których jako pierwszy w polskiej literaturze uczynił chłopa pańszczyźnianego pełnowartościowym bohaterem powieściowym. Wydał też kilka romansów o miłości, cykl powieści współczesnych, krytycznych wobec ziemiaństwa i szlachty, a także najlepszą przed rokiem 1863 powieść historyczną Zygmuntowskie czasy o życiu codziennym w dobie panowania Zygmunta Starego. Wydaje się, że rzeczywiście jego czas był „czasem potrójnym” – był dobrym rysownikiem, niezłym malarzem, próbował komponować, pisał dobre teksty o muzyce, zajmował się folklorystyką i archeologią.

W 1853 roku sprzedał majątek i wraz z żoną oraz czwórką dzieci przeprowadził się do Żytomierza, miasta gubernialnego, ośrodka życia społecznego i towarzyskiego szlachty. Tam został kuratorem szkół polskich, dyrektorem Klubu Szlacheckiego, prezesem Towarzystwa Dobroczynności. Zdołał też wybudować teatr, zostać jego dyrektorem, napisać 23 dramaty, kilka powieści i odbyć kilkumiesięczną podróż po krajach Europy Zachodniej. Konflikt ze szlachtą wołyńską, wywołany pozytywnym stosunkiem do kwestii uwłaszczenia chłopów, rozwiązał, przyjmując propozycję Leopolda Kronenberga i obejmując w 1860 roku redakcję warszawskiej „Gazety Codziennej”. Kupił rozległy dom przy ul. Mokotowskiej i do Warszawy zjechał w wielkim stylu – z całą rodziną, służbą, psami i końmi. Redaktorem okazał się bardzo zdolnym – w krótkim czasie zmienił pismo w nowoczesny dziennik, pozyskał do współpracy wybitnych pisarzy, podpisał umowę m.in. z Wiktorem Hugo i jako pierwszy w Europie zaczął drukować Nędzników w odcinkach. Zmienił tytuł gazety na

„Gazeta Polska” i w sposób niebywały zwiększył jej nakład. Był styczeń 1863 roku, wybuchło kolejne powstanie. Kraszewski, uprzedzony o grożącym mu aresztowaniu, wyjechał za granicę. Do Drezna przybył z 25 rublami i młodą aktorką. Nie był to jego ani pierwszy, ani ostatni romans. Ten kosztował go co najmniej tysiąc rubli, które musiał zarobić, tak musiał zarobić na utrzymanie żony w kraju, synów, córki i zięcia na Syberii, a potem wnuków. Kierując się rzymską zasadą „ani dzień bez wiersza”, pracował bez wytchnienia, ale po klęsce powstania styczniowego znalazł też czas na opiekę nad polskimi uchodźcami. Jedną powieść pisał dziesięć dni. Powstały wówczas m.in. cykl powieści popowstaniowych, z których najlepsza to Dziecię Starego Miasta, powieści poświęcone czasom saskim. W Dreźnie postanowił też opracować w formie powieściowej całe dzieje Polski. Zdążył napisać 29 utworów w 76 tomach – pierwszą powieścią tego cyklu była Stara baśń (1876 r.), a ostatnią Saskie ostatki, wydane pośmiertnie w 1889 roku. Józef Ignacy Kraszewski napisał w sumie 220 po-

Michał Witkowski na tropie statnią powieść autora słynnego „Lubiewa” poważny tygodnik opiniotwórczy umieścił na liście książek – wydarzeń literackich roku 2011 obok np. „Listów 1956–1978” Stanisława Lema i Sławomira Mrożka, biografii Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka czy „Włoskich szpilek” Magdaleny Tuli.

O

To, że książka Witkowskiego znalazła się na tej liście, nie jest niespodzianką, bowiem jej autor pisać potrafi. Zaskoczył nas jednak wyborem gatunku literackiego, dołączając dzięki Drwalowi (Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2011) do czołówki polskich autorów powieści kryminalnych. W ostatnich latach dobry polski kryminał to już 22

nie tylko Marek Krajewski, ale także doskonały Marcin Wroński, który swój cykl kryminałów retro zapoczątkował w 2007 roku Morderstwem pod cenzurą, a w 2011 wydał świetną powieść tej serii A na imię będzie jej Aniela. Do liderów gatunku należy również Zygmunt Miłoszewski. Jego Uwikłania entuzjastycznie zostały przyjęte także przez Anglików, a wydane

w ubiegłym roku Ziarno prawdy zbiera te najlepsze recenzje i pochwały czytelników. Surowy zwykle w ocenach Jerzy Pilch nazwał Miłoszewskiego rasowym pisarzem. Tak więc Michał Witkowski ze swoim Drwalem znalazł się w doborowym towarzystwie. Zawikłana intryga kryminalna Drwala, pełna humoru i autoironii, rozgrywa się w listopado-

wych „odartych z ostatnich iluzji i marzeń o Las Vegas” Międzyzdrojach, do których przybywa bohater powieści – sam Michał Witkowski. Witkowski-pisarz z dużą autoironią kreśli swego bohatera Witkowskiego-celebrytę, tyjącego pedzia, uzależnionego od antydepresantów, znerwicowanego snoba, wpadającego w najrozmaitsze tarapaty, zbieMONITOR POLONIJNY


wieści zamieszczonych w 400 tomach, 150 opowiadań i 10 tomów relacji z podróży. Wobec swej twórczości literackiej był krytyczny, uważał, że niektóre z utworów posłużą przyjaciołom do zapalania fajek. Swe pisarstwo porównywał do pieczenia razowego chleba. Jego ocalała korespondencja liczy 110 opasłych tomów. Po latach intensywnej pracy uporał się z długami, kupił dom, potom większy, a wreszcie taki, w którym znalazło się miejsce na jego zbiory. Miał drukarnię, wydawał własne czasopismo i współpracował z niezliczoną ilością innych czasopism polsko- i obcojęzycznych. Jego publicystyka społeczno-polityczna liczy 10 tomów, a zebrane dzieła naukowe z historii, kultury, archeologii to kolejnych 20 tomów. Obchody 50-lecia pracy twórczej J. I. Kraszewskiego w Krakowie w 1879 roku stały się pretekstem do wielkiej demonstracji politycznej, w której uczestniczyło 14 tys. osób z innych zaborów i z zagranicy. Dary, które jubilat otrzymał, możemy dziś oglądać w Gabinecie Kraszewskiego Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu.

rającego doświadczenia, które być może przydadzą mu się „do prozy”, którą zamierza napisać. Ale nasz bohater to też pisarz wrażliwy na niuanse językowe, szukający natchnienia w XIX-wiecznych kronikach kryminalnych. W leśniczówce tajemniczego drwala zamierza napisać kryminał. Tam też wpada na trop prawdziwej zbrodni, a poszlaki prowadzą go do ośrodka wypoczynkowego dla prominentów, do którego przyjeżdżał również pewien doktor z doktorową. I tym tropem bohater pójdzie dalej, chociaż mafia z Międzyzdrojów ostrzeże go, by przestał mieszać się KWIECIEŃ 2012

Dary pieniężne zaś pisarz przeznaczył na założenie we Lwowie Macierzy Polskiej – wydawnictwa dzieł popularnych dla warstw uboższych, oraz na stypendia dla biednej uczącej się młodzieży. Miał 71 lat, osiągnął szczyt kariery, jego książki tłumaczone były na wiele języków, gdy w czerwcu 1883 roku został w Berlinie aresztowany i oskarżony o współpracę z wywiadem francuskim w latach 1873-1881. Sąd pruski stwierdził jednak, że Kraszewski działał z pobudek patriotycznych i dlatego skazał go tylko na 3,5 roku twierdzy. W więzieniu, do którego trafił dzięki zdradzie pięknej wiedenki, którą utrzymywał, nadal pisał, a ze zdradzieckiej kochanki uczynił bohaterkę powieści Bez serca. Po 16 miesiącach udzielono mu urlopu dla poratowania zdrowia. Wykorzystał to i uciekł, najpierw do Włoch, a potem do Szwajcarii, gdzie znów kupił rozległy dom, do którego przeniósł swe zbiory, ale sam już w nim nie zamieszkał. Zmarł 19 marca

w sprawy, które go nie dotyczą, i poradzi, by kryminału nie pisał. Ponury jest świat powieściowy Witkowskiego, zaludniony szemranymi dresiarzami, paskudnymi mafiosami, taksiarzami i dziwkami, rozgrywającymi między sobą najrozmaitsze nieczyste gry. Ale pełna odniesień literackich i humoru książka to po Lubiewie jego najlepsza powieść, którą warto przeczytać. W wywiadzie, udzielonym „Gazecie Wyborczej”, Witkowski obiecuje czytelnikowi, że „następna książka będzie jeszcze bardziej surowa”. I jednocześnie zwierza się, że: „kryminał chciałem napisać od zawsze. Tylko uważałem, że

1887 roku w hotelu w Genewie. Pochowany został w Krakowie w Krypcie Zasłużonych na Skałce w podziemiach kościoła Paulinów. Józef Ignacy Kraszewski pisał: „Pragnę, aby kiedyś o mnie tylko to powiedziano, iżem się przyłożył do obudzenia ruchu umysłowego za moich czasów”. Tę rolę spełnił, ale jego rola w historii polskiej kultury polega przede wszystkim na tym, że stworzył realistyczną, łatwą w odbiorze powieść popularną, przyciągającą masowego czytelnika. To nie przypadek, że po II wojnie światowej, gdy kręgi czytelnicze znacznie się rozszerzyły, nastąpił renesans jego powieści, które ukazywały się w wielotysięcznych nakładach i, jak z badań czytelniczych wynika, były masowo czytane. Mówi się, że to właśnie Kraszewski nauczył Polaków czytania. Czyż dla pisarza może być większe uznanie? DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

nie umiem. Dalej nie umiem, ale wierzę, że ten zdobyty przy Drwalu warsztat nie pójdzie na marne”. Wyjaśnia też, że do pisania kryminału skłonił go realizm, który ten gatunek literacki wymusza, a ponadto bardzo chciał „odmalować to cholerne wybrzeże realistycznie, jak jakiś Prus”. Dostrzega duże możliwości, jakie współczesny kryminał daje autorowi i stwierdza, że zawsze jest w nim miejsce np. na całe mnóstwo obserwacji obyczajowych, na indywidualizację języka. Na pytanie dziennikarki Doroty Wodeckiej,

czy chce być autorem powieści popularnych, odpowiada twierdząco, ale z zastrzeżeniem: „O tyle, o ile się da, nie rezygnując z artystyczności, czyli tych wszystkich moich cudów językowych, różnych obserwacji obyczajowych, pięknych zdań, wszystkiego, co odróżnia te powieści od produkcyjniaków sformatowanych pod konkretny target, np. singielki z dużych miast”. Możemy więc oczekiwać od autora Drwala kolejnych dobrych, nowoczesnych powieści. DANUTA MEYZAMARUŠIAK 23


Kava Trip yło sobotnie, leniwe przedpołudnie. Słonce znajdowało się wysoko nad widnokręgiem, wokół roztaczał się las i ukwiecone łąki, ptaki wiosennie świergotały, a w powietrzu unosił się zapach świeżej trawy.

B

Zasapani, z rumieńcami na twarzach, zmęczeni dwugodzinną wędrówką usiedliśmy na zielonej trawce i każdy z nas zaczął wyciągać z plecaka swoje małe co nieco. I nagle zrobił się prawdziwy piknik – ktoś wyłożył kanapki i kawę, ktoś inny chipsy, czekoladę, nalewkę ziołową, a nawet oscypek. W ciągu kilku chwil udało nam się przygotować ucztę godną siedemnastowiecznej szlachty. A jak smakowała! Przy tej okazji powstała nazwa naszych wędrówkowo-wycieczkowych spotkań - Kava Trip, choć nie w każdym termosie była kawa. Co roku, gdy tylko pogoda zaczyna sprzyjać pieszym wycieczkom, nasza grupa miłośników weekendowych eskapad z samego rana wyrusza na włóczęgę.

Słowackie perełki

Tym razem raczyliśmy się pysznym drugim śniadaniem w niesamowitym miejscu, którym są oddalone 20 km na północ od Trnawy pozostałości klasztoru św. Katarzyny Aleksandryjskiej, zwanego Katarinką. Założony w 1617 roku klasztor należał do zakonu franciszkańskiego i – jak głosi legenda – powstał

w miejscu, w którym św. Katarzyna ukazała się młodemu hrabiemu Janowi Apponyiemu. Wielokrotnie niszczony podczas bitew i najazdów klasztor został ostatecznie zamknięty w lipcu 1786 roku na mocy dekretu cesarza Józefa II. Od tego czasu przez ponad 200 lat zamieniał się w ruinę. Przetrwał jednak do dziś dzięki położeniu z dala od głównych dróg i szlaków, ukryty w gęstym lesie. Spoglądając na dobrze zachowaną więżę kościoła i skrzydło budynków klasztornych oraz oglądając szkice dawnego kompleksu zakonnego, umieszczone na tablicach

informacyjnych, otwieraliśmy usta ze zdziwienia, jak olbrzymia i piękna musiała to być budowla. Podobno oprócz kościoła i pomieszczeń mieszkalnych znajdował się tu rozległy sad, staw, warsztaty stolarskie i budynki inwentarskie. Wyobrażaliśmy sobie codzienność żyjących mnichów oraz pielgrzymujących w to miejsce zwykłych, prostych ludzi. W pewnym momencie 24

MONITOR POLONIJNY


naszą uwagę zwróciła młodzież, wykonująca prace renowacyjno-konserwacyjne. Jak się dowiedzieliśmy, do 1995 roku o ruiny dawnego kościoła i klasztoru nikt nie dbał, ba, ukryte w gęstwinie znane były jedynie lokalnym mieszkańcom. Siedemnaście lat temu student Peter Herceg odkrył Katarinkę i zorganizował tu po raz pierwszy obóz letni, podczas którego młodzi ludzie nieodpłatnie pomagali rekonstruować ten niebywały zabytek architektury sakralnej. Prace te kontynuowane są przez młodych do dziś. Wzmocnieni duchowo i fizycznie, oczarowani magią i spokojem miejsca ruszyliśmy w drogę powrotną, by późnym popołudniem z uśmiechem na twarzy powrócić do domu na kolację. Okolice Bratysławy pełne są ciekawych miejsc. Zwłaszcza Małe Karpaty obfitują w bogactwa przyrody, ruiny średniowiecznych zamków, a położone u ich podnóża wioski i małe miasteczka zadziwiają swoją historią i architekturą ludową. Wiosna sprzyja spacerom i pieszym wędrówkom. Lada chwila eksploduje soczystą zielenią i tęczą barw oraz zapachów. Zachęcam do aktywnego wypoczynku w gronie najbliższych. Wypad za miasto jest fantastycznym pomysłem na przyjemne spędzenie czasu, pogawędki i ploteczki, a w połączeniu z kawą smakuje po prostu wybornie! MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

KWIECIEŃ 2012

AferA solnA onownie okazało się, iż pomysłowość Polaków nie ma granic; kilka nieuczciwych firm kupowało zanieczyszczoną sól, tak zwaną wypadową, przeznaczoną m.in. do posypywania zimą dróg i po przepakowaniu sprzedawało producentom żywności jako sól spożywczą. Proceder trwał ponad 10 lat, przerwany został przez policję i prokuraturę po trwającym ponad pół roku śledztwie dziennikarzy. Kilku „biznesmenów” wpadło na to, iż sól wypadowa tylko nieznacznie różni się od soli spożywczej, a jest trzy razy tańsza. Wiedzieli co robią; podczas odbioru z zakładów chemicznych podpisywali oświadczenie, iż zakupili słony kamień, który nie nadaje się do spożycia. Na przepakowywaniu worków zarobili fortunę, a teraz otrzymali zarzut „wprowadzenia do obrotu środka spożywczego szkodliwego dla zdrowia lub życia człowieka”, za co grozi im do pięciu lat więzienia. Sól wypadowa powstaje jako odpad przy produkcji chlorku wapnia. Można nią posypywać drogi i chodniki, używać w przemyśle energetycznym, szklarskim czy farbiarskim, ale jeść raczej się jej nie powinno, bowiem przy jej produkcji nie są zachowane odpowiednie warunki sanitarne; może też być rakotwórcza. Sól trafiała głównie do odbiorców hurtowych; wytwórni wędlin, przetwórni ryb, mleczarni, piekarni, skąd w produktach trafiała do sklepów w całym kraju. Z ustaleń policji wynika, że każda z trzech oskarżonych firm miesięcznie sprzedawała mniej więcej tysiąc ton soli. Służby sanitarne zapewniły, iż taka sól nie jest groźna dla zdrowia, ale jej przedstawiciel, nie wiedząc, że kamera telewizyjna jest włą-

P

czona, uznał, iż on by takiej soli swoim dzieciom nie dał. Bezsporną winę za to, że proceder trwał ponad dziesięć lat, ponoszą instytucje kontrolne – inspekcja sanitarna i weterynaryjna. Wydawałoby się, iż chcąc zmazać wrażenie absolutnie niekompetentnych, zrobią teraz wszystko, aby poprawić swój wizerunek. Tymczasem ich przedstawiciele odmówili przedstawienia listy firm, które z „brudnej” soli korzystały, czy listy produktów, które mogą ją zawierać. Swoje stanowisko tłumaczą ochroną producentów, którzy nie mieli świadomości, z jakiej soli korzystają, a wymienienie nazwy ich firmy spowodowałoby wielomilionowe straty, bowiem ludzie przestaliby kupować ich wyroby. Sytuację wykorzystali producenci żywności z Czech, a za nimi ze Słowacji. Wystąpili do swoich rządów z wnioskiem o zablokowanie eksportu żywności z Polski i szczegółową kontrolę półek sklepowych w celu wycofania z nich polskiej żywności. Co warte podkreślenia, pozostałe państwa Unii Europejskiej na aferę solną nie zareagowały. Czekają na wyniki badań laboratoryjnych, mających ostatecznie określić szkodliwość soli wypadowej dla zdrowia człowieka. Chciałbym wierzyć, iż sól wypadowa nie jest dla człowieka groźna, ale dlaczego z polskich sklepów wycofano ponad 250 ton żywności, w której mogła się znajdować? DARIUSZ WIECZOREK Moich rodaków humor nie opuszcza. Właśnie otrzymałem maila: „Prezydent RP Bronisław Komorowski podczas wizyty na Słowacji spotkał się na Orawie ze słowacką Polonią, która zgodnie z tradycją przywitała go chlebem i solą wypadową”. 25


Dyplomacja yplomacja to działalność organów państwa i jego przedstawicielstw za granicą w celu ochrony i realizacji jego interesów zewnętrznych w sposób pokojowy. Na co dzień kojarzymy ją głównie z postacią ambasadora, tj. szefa misji dyplomatycznej, reprezentującego państwo wysyłające wobec władz innego państwa.

D

Ale swoich ambasadorów ma również branża reklamowa – są to osoby reklamujące produkty i kojarzone z nimi. Jest jednak różnica między osobą tylko reklamującą produkt, a będącą ambasadorem marki. Zresztą ambasadoruje się raczej przy dobrach odrobinę luksusowych. Ambasadorowanie pozwala gwiazdom, czy raczej gwiazdkom oraz różnym celebrytom przypomnieć o sobie, a przede wszystkim zarobić. Czasami dostają one do dyspozycji bezpłatnie dobre auto lub inne drobiazgi. Ambasador nie pojawia się w kampanii reklamowej, ale używa produktu, pozwala się z nim (lub na tle jego logo) fotografować, w wywiadach przedstawia w korzystnym świetle itd. Ambasadorowanie to coś dużo więcej niż reklamowanie. Obok naturalnego,

26

codziennego korzystania z czasomierzy Atlantic ambasador tej marki w Europie, kierowca rajdowy i europoseł Krzysztof Hołowczyc podkreśla, że „dzieli się z innymi wrażeniami i doświadczeniami, jakie zdobył przez lata używania tych zegarków”! Na ambasadorowaniu zyskuje i marka. Znaczną grupę ambasadorów stanowią bowiem znani sportowcy i aktorzy. Wartość publikacji prasowych na ich temat jest ogromna. Dokładnie od roku Monika Pyrek, jedna z najlepszych lekkoatletek na świecie (skok o tyczce), jest ambasadorem marki Adidas. To pasuje do jej wizerunku. Zaś jeden z naszych najlepszych piłkarzy, król strzelców ekstraklasy, ligowiec roku, świetny zawodnik Borussi Dortmund Robert Lewandowski, został ogłoszony nowym ambasadorem Gillette w Polsce. On sam podkreśla, że tej marce jest wierny od lat. Jego kolegami, promującymi tę markę są m.in. piłkarze David Beckham, Kaka i Leo Messi. Ambasadorem… paneli podłogowych Krono Original firmy Kronospan była w latach 20072008 Otylia Jedrzęjczak, którą firma sponsoruje. Pierwszym ambasadorem odzieży górskiej Fjallraven w Polsce został Dariusz Morsztyn „Biegnący Wilk”, który jako jedyny

Polak ukończył w 2009 r. słynny rajd psich zaprzęgów Finnmarkslopet na trasie 500 km! Jest on biegaczem długodystansowym, organizował wyścigi psich zaprzęgów na Mazurach. Od kilku miesięcy Staszek Karpiel-Bułecka, prekursor narciarstwa freeskiingowego w Polsce, muzyk zespołu Future Folk, jest polskim ambasadorem szwedzkiej marki odzieży sportowej Peak Performance. Rok temu znany podróżnik Jacek Pałkiewicz został ambasadorem marki Pacsafe, australijskiego sprzętu turystycznego. Ambasadorem EURO 2012 jest m.in. Zbigniew Boniek, który początkowo jednak przygotowania do mistrzostw trochę krytykował.

Piosenkarka Mandaryna jest ambasadorem produktów do ekskluzywnej pielęgnacji paznokci Mariposa Nail, zaś Anna Maria Jopek – kosmetyków Yoskine polskiej firmy

Dax Cosmetics. Kontrakt to dla niej stypendium twórcze. Może nagrywać to, w co wierzy, tak jak lubi. Katarzyna Figura to ambasador marki Hair Lab Kliniki Włosów, zaś prezenterka telewizyjna Paulina Smaszcz-Kurzajewska to ambasador biżuterii Claudia Canziano. Bywa i poważniej. Magdalena Różczka została ambasadorem UNICEF i akcji Dobry Dukat, która wspiera dzieci i szkoły na Madagaskarze. Ambasadorem społecznej akcji Fundacji Hospicyjnej „Uśmiech Pomaga” jest aktorka Joanna Jabłczyńska. Aktor Andrzej Seweryn był Honorowym Ambasadorem Warszawy, aspirującej do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r. Na świecie jest podobnie. Julia Roberts to nowa ambasador marki Lancôme, Hugh Laurie, serialowy Doktor House, jest twarzą marki L’Oreal Paris, zaś piosenkarka Katie Melua to nowa twarz marki Opel. Kate Winslet jest ambasadorem Longines, a Angelina Jolie wspiera swoim wizerunkiem UNICEF. W 2010 Bruce Willis, udziałowiec Grupy Belvedere, został ambasadorem wódki Sobieski. Na konferencji prasowej w Warszawie ogłosił rozpoczęcie międzynarodowej trasy „Truth in Vodka” („Prawda o wódce”), reklamującej markę Sobieski poza Polską. W 2006 roku przy okazji Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej FIFA 2006 legenda piłkarstwa Jürgen Klinsmann był ambasadorem marki MasterCard w Polsce. Z kolei inna legenda, brazylijski piłkarz MONITOR POLONIJNY


Pele, trzykrotny mistrz świata (1958, 1962 i 1970), 1281 strzelonych goli w karierze (nikt nie pobił tego rekordu) i były brazylijski minister sportu w latach 90., na prośbę prezydent kraju został honorowym ambasadorem mistrzostw świata, które odbędą się w Brazylii w 2014 roku. Największe szanse zostania ambasadorami mają gwiazdy piękne, utalentowane i odnoszące sukcesy. Mogą być nimi aktorzy, ale… możemy i my. I tak np. anonimowy student z Chorzowa, miłośnik nowych technologii, Robert Bieszke został ambasadorem marki Komputronik SA. W imieniu tejże firmy będzie się dzielił swoimi pasjami z innymi miłośnikami elektroniki na portalach społecznościowych.

Zdarzają się przykłady ambasadorowania w sferze bardziej duchowej, hm, intelektualnej. Aktorka Anna Mucha to ambasador Ogólnopolskich Spotkań Filmowych „Kameralne Lato”, w ramach których prowadzi też wykłady o historii filmu. Być może ma to jej pomóc w zyskaniu powagi. Ciągle pojawiają się nowe zakresy ambasadorowania. I tak np. Maja Ostaszewska to ambasador… nowoczesnej antykoncepcji. Trudno jednak wyobrazić sobie ambasadora marki, dajmy na to szamponu przeciwłupieżowego lub środka na zaparcie. Ale kto wie, świat się tak szybko zmienia, że może za jakiś czas i taki się pojawi. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

KWIECIEŃ 2012

Minister w spódnicy, czyli ministra (?)

P

rzyznam, że nie myślałam, iż tak szybko wrócę do nazw żeńskich, o których pisałam niedawno, bo zaledwie trzy miesiące temu - w styczniowym numerze „Monitora Polonijnego”.

Wówczas to inspiracją do zajęcia się właśnie tym tematem były moje obawy przed nazywaniem nowego marszałka Sejmu RP „marszałką” czy „marszałkinią”, z racji tej, że funkcję tę objęła kobieta. Sama jednak zainteresowana, czyli pani marszałek, nie reagowała na próby sfeminizowania nazwy jej stanowiska i sprawa jakby ucichła. Ale pod koniec lutego wróciła z całym impetem w trochę innej formie. Otóż Joanna Mucha, minister sportu w rządzie Donalda Tuska, w cieszącym się ogromną popularnością programie telewizyjnym „Tomasz Lis na żywo” zażyczyła sobie, by prowadzący z nią rozmowę dziennikarz zwracał się do niej „pani ministro”! Podziałało to na Polaków jak płachta na byka, bo przecież każdy z nich czuje się specem od języka, i „pani ministrze” znów się oberwało. Piszę „znów”, albowiem odnoszę wrażenie, iż „ministra” Mucha jest swoistym chłopcem (dziewczynką?) do bicia. A to dostaje się jej za to, że „nie czuje sportu! (...) i popełnia gafę za gafą” (to z „Gazety Wyborczej”), że „ciągle się kompromituje” i premier powinien ją „pogonić” (to „Superexpress”), że „Najpierw w sprawach najważniejszych milczała, a jak zaczęła mówić, zrobiło się jeszcze gorzej” (to „Sport”) itd. Tym razem na jej wystąpienie zareagował też Facebook, na którym stworzono profil „Ministra Mucha wzbudza falę rozbawienia wśród kobiet” (http://www.facebook.com/pages/Minis tra-Mucha-wzbu dza-fal%C4%99-rozbawieniaw%C5%9Br%C3%B3d-kobiet/302643759802672), co miałoby sugerować, że nie tylko mężczyźni, ale i kobiety są zdecydowanie przeciw „ministrze”. Sama zaś atakowana na swoim blogu wyjaśniała, że „ministrą” kazała się nazywać w imieniu polskich kobiet i że zniesie falę rozbawienia, bowiem – jak słusznie zauważyła – całą sytuacją rozbawieni byli tylko mężczyźni. Przypomniała też, jak to żeńską formę „posła” – „posłankę”, dziś neutralną i powszechnie przyjętą, promowała kiedyś Barbara Labuda, z której swego czasu też się śmiano.

Do sprawy „ministry” odniosły się różne autorytety, np. znany językoznawca prof. Jerzy Bralczyk, dla serwisu Gazeta.pl powiedział: „Nikt tak nie będzie mówił, a język nie będzie się też w tę stronę zmieniał. To była manifestacja pewnej postawy ideologicznej. Można walczyć, tak jak robią to feministki, ale nie gwałcić języka”. Bardzo cenię pana profesora Bralczyka i szanuję jego poglądy, ale wydaje mi się, że w przypadku oceny tego konkretnego faktu językowego górę chyba wzięła przynależność profesora do płci męskiej. Stanowisko wobec „ministry” zajęła w końcu też Rada Języka Polskiego, czyli organ decydujący, co w polszczyźnie jest poprawne, a co nie, i wydała swój „wyrok”, stwierdzając, iż forma „ministra” jest skonstruowana najzupełniej poprawnie, choć ma swoje wady, bowiem w polszczyźnie tego typu nazwy mogą być odczuwane jako zgrubiałe lub dzierżawcze, a niektóre z nich, np. „premiera”, są tożsame brzmieniowo z nazwami już istniejącymi (bo przecież „premiera” to pierwsze przedstawienie dramatu w danej inscenizacji czy pierwsze wyświetlenie filmu). Takie samo stanowisko zajęła Rada wobec innych podobnych żeńskich konstrukcji, czyli „ministerki” i „premierki”, stwierdzając przy okazji, iż mimo ich poprawności systemowej są odczuwane przez większość Polaków jako sztuczne i niezręczne. W tym momencie przypomnę, że jeszcze tak niedawno za sztuczne i niezręczne uważano też takie formy, jak np. „polityczka”, „socjolożka” czy „reżyserka”, które później się przyjęły, gdyż były po prostu praktyczne. I choć na razie poprawną formą oficjalną pozostaje „pani minister”, to „ministra” czy „ministreka” mają ogromne szansę na akceptację społeczną. Zanim to jednak nastąpi użytkownicy języka muszą się z nimi osłuchać, przyzwyczaić do nich i na którąś się zdecydować. Odgórnie jednak nie da się w języku przeprowadzić żadnych zmian, nawet jeśli niektóre radykalne środowiska kobiece wręcz domagają się żeńskich wykładników w nazwach zawodów. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


CzArnobyl

rozkwita i zaskakuje

wudziestego szóstego kwietnia minie 26 lat od katastrofy w Czarnobylu, która zmieniła nasze myślenie o energetyce jądrowej. I chociaż to nie jest okrągła rocznica, to temat ten jest jak najbardziej aktualny. Wszystko za sprawą coraz bardziej realnych planów budowy pierwszej elektrowni atomowej w Polsce, które wywołują w społeczeństwie skrajne emocje i przywołują wspomnienia o tej ukraińskiej katastrofie.

D

Tymczasem ponad dwadzieścia lat od awarii, która miała być zwiastunem apokalipsy, sytuacja w samym Czarnobylu ogromnie zaskakuje. Poziom promieniowania w większości miejsc w skażonej strefie jest już na tyle niski, że swobodnie można w niej przebywać bez specjalnego sprzętu i ubrania ochronnego. Czarnobyl już kilka lat temu przestał być strefą zamkniętą i stał się celem wycieczek turystycznych, które można kupić również w polskich biurach podróży. Szacuje się, że przy okazji Euro 2012 wymarłe miasta Prypeć i Czarnobyl odwiedzi kilkanaście tysięcy turystów z całego świata. Sama zaś Czarnobylska Strefa Izolacji na Ukrainie ma zostać przekształcona w Radiacyjny Park Narodowy, podobnie jak to się stało po białoruskiej stronie granicy. Katastrofa w Czarnobylu spowodowała mniej szkód w przyrodzie, niż początkowo sądzono – twierdzi profesor John Baker z Texas Tech University, który prowadził badania naukowe na tym obszarze. Niektórzy naukowcy wysnuli nawet zaskakujący wniosek, że wpływ katastrofy na 28

przyrodę był w niektórych aspektach wręcz... pozytywny. Jak dowiodły badania ukraińskich i amerykańskich uczonych, wilki, sarny i inni przedstawiciele dzikiej zwierzyny wolą żyć na terenach skażonych niż poza nimi. Dlaczego? Nie chodzi bynajmniej o zbawienny wpływ radiacji, ale o to, że nawet jej podwyższona ilość jest dla organizmów zwierzęcych mniej szkodliwa niż zwykła działalność człowieka.

Wskutek katastrofy działalność gospodarcza i bytowa człowieka w strefie zamkniętej ograniczona została do minimum, co spowodowało, że na skażonych terenach odżyła przyroda. Oczywiście nie od razu: w pierwszych latach po awarii poziom radiacji był tak duży, że większość organizmów żywych wyginęła – pozostały jedynie te najsilniejsze. Po kilku latach poziom promieniowania spadł na tyle, iż przestał być groźny dla życia, a organizmy roślinne i zwierzęce, które przetrwały, zaczęły się rozmnażać i na nowo kolonizować poleskie tereny. Dziś na skutek procesów naturalnej selekcji przyroda wokół Czarnobyla jest bujniejsza niż gdziekolwiek indziej, a sytuacja ekologiczna na skażonych terenach jest w sumie lepsza, niż w pobliżu zanieczyszczonego przez motoryzację i przemysł Kijowa. Początkowo sądzono, że strefa wokół elektrowni na zawsze będzie terenem zamkniętym, w żaden sposób niewykorzystanym gospodarczo. Dziś nikt już w ten sposób nie myśli, a zamiast tego powstają coraz to nowe koncepcje na zagospodarowanie napromieniowanych terenów. Jako pierwsi te obszary „skolonizowali” naukowcy. Miasto Prypeć i okolice – to obecnie największe laboratorium świata, w którym pracuje kilka tysięcy uczonych z Europy, Ameryki i Japonii. Badanie skutków katastrofy i wpływu podwyższonej radiacji na czarnobylski ekosystem przyniosło już wiele spektakularnych odkryć, a wraz z nim wiele nowych zastosowań medycznych i farmaceutycznych. Nie należy jednak zapominać, że te wszystkie odkrycia zostały okupione licznymi ofiarami i cierpieniami osób, które wskutek awarii straciły zdrowie i życie. Wycieczki do Czarnobyla, choć powszechnie dostępne, nie każdego jednak przekonują. Ci, którzy chcą zobaczyć elektrownie atomowe, mogą je obejrzeć też w słowackich Jaslovskich Bohunicach i Mochovcach. Wydaje się, że im bliżej do otwarcia pierwszej elektrowni atomowej w Polsce, tym bardziej takie wycieczki będą zyskiwały na popularności. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


Klub Polski w Bratysławie zaprasza swoich członków na spotkanie, podczas którego zostaną omówione zagadnienia związane z organizacją imprez oraz wyłonieni delegaci na Kongres Klubu Polskiego. Spotkanie odbędzie się dnia 16 kwietnia (poniedziałek) o godz. 18.00. w restauracji Danubius (Fajnorovo nábr. 2, Bratysława). Serdecznie zapraszamy

Klub Polski Środkowe Poważe z okazji Zielonych Świątek organizuje w dniach 25 - 27 maja 2012 r.

tradycyjną imprezę połączoną z obchodami Dnia Dziecka Miejscem spotkania będzie Ośrodek Rekreacyjny

„Oliwa” - Trenčianska Teplá Organizatorzy zapewniają 2 noclegi, 6 posiłków oraz program kulturalny (wystąpi polski zespół gimnazjalny „CANTO”; mile widziane będą również występy dzieci polonijnych). Na miejscu można będzie skorzystać z jacuzzi, sauny, obiektów sportowych (koszykówka, siatkówka, piłka nożna, basen) oraz pomieszczeń klubowych. Warunkiem uczestnictwa w weekendowej imprezie jest przesłanie zgłoszenia oraz uiszczenie opłaty 5 euro od osoby. Zgłoszenia przyjmowane będą do końca kwietnia lub do wyczerpania wolnych miejsc. Przesłać je należy pod adresem e-mail prezesów regionalnych bądź pocztą pod adresem: POĽSKÝ KLUB Stredné Považie Partizánska 151/3 018 41 Dubnica nad Váhom W zgłoszeniu należy podać: imię i nazwisko, datę urodzenia, miejsce zamieszkania, nr dowodu osobistego i kontakt. Bliższe informacje pod nr kom. +902 372 167 wieczorem pod nr 042 442 45 90, e-mail: klub.polski@nextra.sk Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w imprezie. W imieniu KP Środkowe Poważe Zbigniew Podleśny

ŻYCZENIA Z okazji 60. urodzin Lucyny Vachalik z Puchova: Długo oczekiwaliśmy owej godziny, Aż wreszcie nadeszły Twe urodziny. Więc chcemy nasze serca otworzyć I najlepsze życzenia Ci złożyć. Żyj długo w szczęściu i radości, Nigdy nie zaznaj przykrości. I tylko samych pogodnych dni, Z okazji Jubileuszu życzymy Ci! Klubowicze z Dubnicy

W związku ze zbliżającym się Kongresem Klubu Polskiego, podczas którego odbędą się między innymi wybory prezesa organizacji, redakcja „Monitora“ oferuje możliwość prezentacji poszczególnych kandydatów oraz ich programów na łamach majowego numeru pisma. Zainteresowane osoby prosimy o przesyłanie materiałów do 18 kwietnia pod adresem redakcji.

WYBÓR Z PROGRAMU INSTYTUTU POLSKIEGO - KWIECIEŃ ➨ WYSTAWA TOMASZA STANDY

13 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski • Otwarcie wystawy w ramach Międzynarodowego projektu artystycznego REMAKE ➨ WYKŁAD BARTOSZA ŁUKASIEWICZA

12 – 13 kwietnia, Bratysława, Instytut Polski • Wykład o stosunku dwóch nazwisk artystycznych Świdziński i Dróżdż w kontekście problematyki związanej z dziełem artystycznym ➨ „POLSLOVO II”

18 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski • Znani Słowacy opowiadają o swoich kontaktach z Polską. Cykl wieczorów autorskich Dušana Junka. Gościem drugiego spotkania będzie słowacki filozof Jozef Piaček. KWIECIEŃ 2012

➨ TEATR KRZYSZTOFA WARLIKOWSKIEGO

21 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Štúdio 12, Jakubovo nám. 12 Wykład Piotra Gruszczyńskiego, dramaturga i krytyka teatralnego, na temat twórczości reżysera teatralnego i operowego Krzysztofa Warlikowskiego ➨ KONCERT Z DYRYGENTEM MICHAŁEM

DWORZYŃSKIM 21 kwietnia, godz. 19.00, Żylina, Dom umenia Fatra, Dolný val 47 Koncert finałowy Filharmonii Janáčkovej pod batutą polskiego dyrygenta Michała Dworzyńskiego w ramach 21. Środkowoeuropejskiego Festiwalu Sztuki Koncertowej

➨ SHORT WAVES

24 kwietnia, Żylina, Stanica Żylina - Zariečie Przegląd najnowszych polskich filmów krótkometrażowych • Festiwal Polskich Filmów Krótkometrażowych SHORT WAVES odwiedzi 34 polskie miasta i 14 zagranicznych. Oprócz Żyliny filmy będą prezentowane również w Berlinie, Londynie, Dublinie, Porte i innych miastach Europy. ➨ KONCERT ORGANOWY PIOTRA ROJKA

29 kwietnia, godz. 19.00, Bratysława, Slovenský rozhlas, Mýtna 1 Organista Piotr Rojek jest absolwentem i pedagogiem Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Uwaga! Kwietniowy program Instytutu Polskiego może ulec zmianie - aktualizacje podawane są na stronie: www.polinst.sk 29


W kraju Marqueza, czyli życie po kolumbijsku iększość osób, decydujących się na czasowy lub stały wyjazd z Polski, ma ku temu poważne powody, zwykle ekonomiczne bądź rodzinne. Kolumbia nie kojarzy się z możliwościami dobrego zarobku. I słusznie.

W

Mało kto ma tu rodzinę. Kraj ten wciąż zwykle łączy się z przemocą i narkotykami. Mogłoby się więc wydawać, że nie jest to miejsce dla Polaków. Nic bardziej mylnego. Polonia jest tu nie tylko nadzwyczaj liczna, ale jej szeregi powiększają się z roku na rok. Co zatem robią Polacy w tym końcu świata? Nasza historia jest inna. Nie wyjechaliśmy z Europy za chlebem czy lepszymi perspektywami, nie mamy w Kolumbii żadnych krewnych. Przeprowadziliśmy się tu ot tak, z ciekawości. Chcieliśmy poznać kawałek świata z bliska, głębiej niż da się to zrobić podczas zwykłej podróży. Wybór padł na Kolumbię z wielu względów. Szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy stać się w pewien sposób częścią lokalnej społeczności, dzielić z mieszkańcami ich normalne, codzienne życie. Jednym z kluczowych argumentów „za” był zatem fakt, że oboje z narzeczonym (Węgrem) dobrze znamy język hiszpański. Poza tym, choć większość Kolumbijczyków to Metysi – potomkowie Hiszpanów i Indian o brązowej skórze i ciemnych włosach – to na kolumbijskich ulicach można spotkać zarówno czarnoskórych, czystej krwi Indian, jak i blon30

dynów o niebieskich oczach. Zatem my nie wyróżniamy się aż tak bardzo z tłumu, a o to nam w końcu chodziło. Do Bogoty przyjechaliśmy pół roku temu. Decyzję o przeprowadzce i podpisaniu umowy o pracę podjęliśmy w ciemno. Praca to kolejny argument za Kolumbią – mój narzeczony dostał w jednej z tutejszych międzynarodowych szkół posadę nauczyciela. W tym miejscu należy zaznaczyć, że kwestia zatrudnienia obcokrajowców w Kolumbii nie jest wcale taka prosta. Jeśli nie zostanie się tu niejako ściągniętym do pracy lub jeśli chociażby nie ma się stałej wizy, na przykład ze względu na współmałżonka, to znalezienie posady na miejscu może okazać się nie lada problemem. Jedyne możliwości zarobku to w takiej sytuacji udzielanie prywatnych lekcji czy praca przez Internet, czym zaczęłam się zajmować i ja. Nie chodzi o to, że Kolumbijczycy nie lubią obcokrajowców. Wręcz przeciwnie – oni ich uwielbiają. Niezmiernie cieszy ich fakt, że po długich latach zastoju turyści wracają do ich kraju, że ludzie innych narodowości znów chcą w nim mieszkać. Problemem są kwestie administracyjne. Kolumbia bije

wszelkie rekordy, jeśli chodzi o nawarstwienie formalności, skomplikowanie procedur i dezinformację. Jeśli już dostanie się tu pracę, to dla osób wychowanych w Polsce może ona okazać się frustrująca. Kolumbijczycy spędzają w pracy całe dnie, zajmując się głównie czymś, co my nazwalibyśmy traceniem czasu. Odpowiedzialny za ten stan rzeczy jest oczywiście typowo latynoski brak organizacji. Niezastanawianie się przed podjęciem działania czy otworzeniem ust oraz przekraczająca wszelkie granice niepunktualność to cechy, które obcokrajowców potrafią doprowadzić do prawdziwej rozpaczy. I to nie tylko w pracy. Wyobraźmy sobie na przykład sytuację, w której pytamy Kolumbijczyka o drogę na dworzec. „Trzy przecznice prosto, a potem w lewo” – odpowiada zapytany. Po kilkuminutowej uprzejmej rozmowie zadajemy pytanie raz jeszcze, dla pewności. „Tędy pięć przecznic, a potem w prawo” – odpowiada ten sam rozmówca, wskazując zupełnie inny kierunek. Powyższy schemat przekłada się na wszelkie inne sytuacje, bez względu na to, czy jesteśmy w sklepie, w kinie, u notariusza, czy też próbuje-

my wynająć mieszkanie lub wyrobić wizę. Obcokrajowiec w Kolumbii musi być przygotowany na to, że praktycznie zawsze usłyszy jakąś pozornie logiczną odpowiedź, niezależnie od tego, jak bardzo rozmówca nie ma pojęcia, o czym mówi. A poziom niekompetencji jest tu zaskakująco wysoki. Nie wynika to ze złej woli, lecz z dziwnego pojmowania uprzejmości. W końcu niegrzecznie jest nie odpowiedzieć. Kolumbijczycy wychodzą więc z założenia, że byle jaka odpowiedź jest lepsza niż żadna. A bycie miłym i pomocnym to jedna z naczelnych zasad tutejszego społeczeństwa. Podobnie jest z czasem. To, że umówiłeś się z kimś na 16.00, oznacza, że osoba ta może przyjść zarówno o 16.00, jak i o 14.00, 18.00, następnego dnia o dowolnej godzinie albo i wcale. O ile w prywatnych relacjach da się to jeszcze jakoś opanować, to osoby typu pan od gazu mogą przyjść zamiast o 13.00 jednego dnia o 7.00 rano dnia następnego. To norma, przy czym Kolumbijczycy zupełnie nie mają w zwyczaju zapowiadać, że termin uległ zmianie. Po prostu pojawiają się nagle pod twoimi drzwiami i już, bez zadawania sobie trudu, by sprawdzić, czy w ogóle będziesz w domu. Dochodzimy tym samym do pewnej kolumbijskiej prawdy, którą może trudno zrozumieć Europejczykom – coś takiego jak strata czasu wydaje się tu nie istnieć. A zatem nie ma się co spieszyć ani przejmować czymś tak banalnym, jak wcześniejsza organizacja. MAGDALENA PALUCHOWSKA KOLUMBIA DRUGA CZĘŚĆ ARTYKUŁU W KOLEJNYM NUMERZE

MONITOR POLONIJNY


Hi! How are you? Dotarliśmy do Stanów Zjednoczonych! tany Zjednoczone (USA) leżą w Ameryce Północnej. Graniczą z Meksykiem i Kanadą. W całych Stanach mieszka aż 311 mln ludzi. Stolicą tego federalnego państwa jest Waszyngton. Co ciekawe, USA nie mają języka urzędowego, ale powszechnie przyjmuje się, że jest nim język angielski.

S

Stany Zjednoczone są stosunkowo młodym krajem. W 1492 roku zostały odkryte... przypadkowo przez europejskiego podróżnika Krzysztofa Kolumba, który – przyjmując, że Ziemia jest okrągła – chciał dotrzeć do Indii od drugiej strony. Kiedy więc dotarł do nieznanego mu lądu, był przekonany, że to Indie. Mieszkańców odkrytego lądu nazwał Indianami i tak nazywa się ich po dziś dzień. Zasiedlając Amerykę, Europejczycy przywieźli ze sobą wiele nieznanych Indianom chorób, na które ci nie byli odporni i wielu z nich zmarło. Obecnie Indianie żyją w specjalnych rezerwatach, gdzie można podziwiać ich kulturę.

Flaga Stanów Zjednoczonych jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Znajduje się na niej 13 pasów i 50 białych gwiazd. Pasy symbolizują 13 kolonii, z których utworzono pierwotne państwo, natomiast 50 gwiazd odpowiada wszystkim stanom, wchodzącym w skład obecnego USA.

Jednym z najciekawszych i najbardziej znanych miast amerykańskich jest z pewnością Nowy Jork, gdzie znajduję się Statua Wolności. Ten wysoki na 46,5 m pomnik był darem Francuzów dla Stanów Zjednoczonych. Statua została zbudowana we Francji w 1884 r. Do Nowego Jorku przewieziono ją statkiem, pociętą na części. Jej współautorem jest Gustaw Eiffel. Tak, tak! To ten od wieży Eiffla! Nowy Jork jest niesamowity również dlatego, że stanowi najbogatsze językowo miasto na świecie. Na jego obszarze używa się bowiem ponad 800 języków, co daje więcej niż 1 język na 1km powierzchni miasta!

Jesteście kibicami futbolu? Rówieśnicy z USA mogą was nie zrozumieć. Futbol amerykański to bowiem sport, w którym piłką można rzucać, nosić ją, podawać z rąk do rąk, ale można ją też oczywiście kopać. Dwie drużyny, liczące po 11 zawodników, starają się zdobyć jak najwięcej punktów podczas 60-minutowego meczu, podzielonego na 4 kwarty. Wszyscy sportowcy podczas gry są ubrani w specjalne stroje i kaski, chroniące ich przed kontuzjami.

W stanie Arizona znajduje się jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi – Wielki Kanion. Jest on rezultatem żmudnej pracy rzeki Kolorado, która wyżłobiła swoje koryto wśród skał. Kanion ma 349 km długości i 2133 m głębokości. Najstarsze jego fragmenty liczą już 17 milionów lat! Kanion można podziwiać ze specjalnych tarasów widokowych lub Znacie kogoś, kto nie lubi hamburgerów? Ta pyszna kanapka podczas lotu z grillowaną wołowiną to jedno z najpopularniejszych amerykańskich helikopterem. To musi dań. Jednym z najstarszych lokali serwujących hamburgery w USA jest być niesamowity widok! restauracja Louis Lunch w New Haven, gdzie mięso jest pieczone na grillach, mających po kilkadziesiąt lat, i podawane na chlebie tostowym z plastrem pomidora i cebulki, Powiedz to po angielsku (amerykańsku): ale bez ketchupu i bez musztardy. Hi, how are you? [haj, hał ar ju] Hamburger jednak nie jest oryginalnym - Cześć, jak się masz/macie? amerykańskim daniem. Jego nazwa Let’s play soccer! [lec plej soker] pochodzi od befsztyka po hambursku, – Zagrajmy w piłkę nożną! przywiezionego do USA OLA TULEJKO soccer – piłka nożna przez emigrantów z Niemiec.

KWIECIEŃ 2012

31


Największą siłą kulinarnych przygotowań do Wielkanocy są na ogół sprawdzone przepisy. Wiadomo, że pewne potrawy spożywamy tylko w święta, przywiązujemy się do nich i odstępstw nie lubimy. Ale czasami warto zaskoczyć świątecznych biesiadników, zwłaszcza jeśli

serwowane nowości okazują się naprawdę smaczne, a co najważniejsze – niezbyt pracochłonne. Dają też niekiedy szansę przejścia do historii – bowiem być może po latach ktoś może nam przypomni: „A to u ciebie były te pyszne faszerowane jajeczka…”

jajka nadziewane tuńczykiem Składniki

• 6 jajek ugotowanych na twardo • puszka tuńczyka w sosie własnym lub w oleju (w zależności od upodobań) • sok z połowy cytryny • pęczek szczypiorku • 2 łyżki majonezu • łyżka musztardy

Wypróbujmy więc przepis pani Teresy Lukačovej z Bratysławy na jajka nadziewane tuńczykiem. Jestem przekonana, że zainspiruje on Was do delikatnych wielkanocnych modyfikacji w świątecznym menu, z pożytkiem dla wszystkich biesiadników.

Sposób przyrządzania: Ugotowane jajka kroimy na połówki, delikatnie wyjmujemy z nich żółtka, które rozdrabniamy w misce i mieszamy z tuńczykiem, połową porcji szczypiorku, majonezem, musztardą i sokiem z cytryny. Tą masą wypełniamy białka – możemy to robić łyżeczką lub za pomocą tubki do nadziewania i dekorowania ciast, jeśli ktoś takową posiada. Całość posypujemy resztą szczypiorku.

Przepis pani Teresy może stać się doskonałym punktem wyjścia do eksperymentowania, bowiem jajka można wypełniać rozmaitymi farszami, przyrządzonymi także z innych ryb, nawet tych w pomidorach – zaręczam, że danie będzie pyszne, a i kolor nadzienia będzie przyciągał wzrok. Jeśli determinacji nam nie zabraknie, możemy też pokroić rzodkiewki oraz szynkę drobiową tak drobno, jak się tylko da, i połączyć je z żółtkami i majonezem – to wiosenne nadzienie równie doskonale sprawdzi się na świątecznym stole. Wesołego Alleluja! AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2012/04  
Monitor Polonijny 2012/04  
Advertisement