Page 1


sposób szczególny i pożyteczny uczczono w tym roku święto 3 Maja w Nitrze. Katedra Kultury Regionów Wydziału Studiów Środkowoeuropejskich Uniwersytetu Konstantyna Filozofa w Nitrze z naszą rodaczką panią mgr Alicją Korczyk-Chovanec na czele zorganizowała seminarium Rok 2011 – Rokiem Miłosza. Język Czesława Miłosza. Do wypełnionej po brzegi wielkiej sali przy-

bileuszu 100. rocznicy urodzin Czesława Miłosza z 220. rocznicą uchwalenia konstytucji 3 Maja. Następnie głos zabrała pani Alicja Korczyk-Chovanec, a na zakończenie dwanaścioro studentów, uczestników

W

Czesław Miłosz na Uniwersytecie Konstantyna Filozofa w Nitrze i wieloletniego ambasadora w Republice Słowackiej. Otwarcia obrad dokonał doc. PaedDr. Peter Andruška, CSc., którego pamiętam z Bratysławy jako prezesa Związku Pisarzy Słowackich. Potem poproszono o zabranie głosu i mnie, dzięki czemu miałem okazję pogratulować pani Alicji tak pięknego połączenia ju-

byli zarówno studenci, jak i pracownicy naukowi. Ambasadę Polską reprezentował pan Tomasz Grabiński – zastępca dyrektora Instytutu Polskiego w Bratysławie. Gościem honorowym seminarium był niżej podpisany, którego zaproszono jako byłego, znanego

2

lektoratu języka polskiego, recytowało poezję naszego noblisty, m.in. „Ojca w bibliotece”, „Wiarę”, „Z okna” 5 ę”. Usłyszeliśmy też głos Czesława Miłosza, deklamującego własne wiersze. Podsumowania seminarium dokonał pan dyrektor Tomasz Grabiński, gratulując organizatorom i zapraszając wszystkich do pogłębiania wiedzy o języku polskim i polskiej literatury, także z pomocą Instytutu Polskiego w Bratysławie. Do tych gratulacji i podziękowań dołączam się i ja. JAN KOMORNICKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorące udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“

MONITOR POLONIJNY


Pamiętają Państwo długie, zimowe wieczory? Wypatrywanie pierwszych oznak wiosny? I plany, co będą Państwo robić, kiedy wreszcie się ociepli, kiedy przyjdą długie wiosenne czy letnie dni? I oto nadeszły! Są tu! Czerwiec to miesiąc, w którym spotykają się wiosna z latem, czyli najpiękniejsze pory roku. W nadmiarze zajęć czasami zapominamy o tym, by cieszyć się wymarzonymi chwilami, bo jeszcze trzeba nad tym czy tamtym popracować. Znam to doskonale, ale ostatnio odkryłam, że sąsiedzi mają trampolinę ogrodową i zapraszają do korzystania z niej, więc jak już czuję, że zbyt długo siedzę przy komputerze, robię sobie przerwę, by… poskakać. Ach, jaki wtedy świat jest piękny! Z pewnością warto choć na chwilę się zrelaksować. Spędzić wolny czas na łonie przyrody. Spotkać się ze znajomymi, choćby na którejś z imprez kulturalnych czy towarzyskich, organizowanych w czerwcu przez Klub Polski w Podskaliu, Trenczynie, Bratysławie, Nitrze… By z tą bogatą ofertą klubową zapoznać się dokładniej, zachęcam do lektury rubryki „Ogłoszenia”. Jeśli jednak wybiorą się Państwo na łono przyrody, radzę, by wraz z naszym pismem, które jak zwykle umili Państwu czas w każdej sytuacji i w każdym otoczeniu, zabrali Państwo któryś z kryminałów, wspomnianych przez panią Danusię Meyzę-Marušiak w rubryce „Bliżej polskiej książki“. Dzieci zapewne myślami są już na wakacjach. Czuć tę ich ekscytację, bo przecież „już za parę dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę!“. Oczywiście zanim to nastąpi, muszą jeszcze napisać kilka klasówek, przygotować się do odpytywania, poprawiania ocen… Samo życie! My też proponujemy im sprawdzian, ale taki na wesoło. W rubryce „Między nami dzieciakami“ mogą zobaczyć, jak radzą sobie z językiem angielskim ich rówieśnicy z Polski. A jeśli się przy tym uśmiechną, to znaczy, że przynajmniej język angielski opanowali w stopniu zadowalającym. Wakacje tuż, tuż, tak jak i polska prezydencja w Unii Europejskiej. Dlatego sporo uwagi poświęcamy i temu tematowi, przypominając sobie i Państwu, jak się zmieniło nasze życie od czasu wstąpienia Polski i Słowacji do Wspólnoty Europejskiej. A oprócz tego w niniejszym numerze znajdą Państwo wiele innych ciekawych artykułów, do lektury których zachęcam.

Żądajcie dostępu do morza! 4 Z KRAJU 4 WYWIAD MIESIĄCA Natasza Urbańska: „Niedosyt mobilizuje mnie do pracy“ 6 Polska prezydencja 8 Siedem lat, które zmieniły Europę 8 Polska prezydencja na Słowacji 9 Z NASZEGO PODWÓRKA 10 ZWIERZENIA PODNIEBIENIA „Sajado”, czyli o tym jak jing i jang spotkały się pod jedym dachem 13 CO U NICH SŁYCHAĆ? Więcej dawać niż brać 14 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Wybuch rewolucji węgierskiej 16 MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Nagrodzeni w przemyśle muzycznym 17 KINO-OKO „Lincz” Łukaszewicza – z pierwszych stron gazet na wielki ekran 17 CZUŁYM UCHEM Nie Doda, lecz DaDa będzie rządzić na wakacjach! Blue Cafe w świetnej formie 19 TO WARTO WIEDZIEĆ Od Entuzjastek do parytetek 20 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Urlopowe czytanie 22 SPORT?! Religia a sport 24 OKIENKO JĘZYKOWE Problematyczne „Witam” 26 POLAK POTRAFI Jej Wysokość Krówka 26 OGŁOSZENIA 27 ROZSIANI PO ŚWIECIE Wędrując po świecie z polskością w sercu 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Mówicie po angielsku??? 31 PIEKARNIK Ciasto tylko dla dorosłych 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽO V N A S L OV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a - B a r i c o v á , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – Ur sz ula Zomer ska-Sza bados • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AVA V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S t e h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka , 9 3 0 41 K v e to s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j ny @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky Dofinansowano ze środków Senatu RP dzięki pomocy Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie“

www.polonia.sk CZERWIEC 2011

3


Żądajcie dostępu do morza!

W

akacje już za progiem, a w wolnym, zwłaszcza letnim czasie najbardziej upragnionym miejscem odpoczynku stają się kurorty nadmorskie. Kiedy zamieszkałam w Bratysławie, ujęło mnie hasło reklamowe, sugerujące, że słowackie morze znajduje się w Chorwacji, a chorwackie góry na Słowacji. Wtedy tak naprawdę uświadomiłam sobie, że Bałtyk, choć nieraz krytykowany, jest jednak dobrem narodowym Polaków i każdy z nich może, nie dbając o paszport, po prostu wyruszyć na weekend, by poplażować na białym piasku i zjeść rybkę z kapuścianą surówką. Jest w tym morskim klimacie coś magicznego i nie chodzi mi tutaj o nieśmier-

DNIA 1 MAJA 2011 r. przy aplauzie półtora miliona wiernych papież Benedykt XVI ogłosił swojego poprzednika na Stolicy Piotrowej Jana Pawła II błogosławionym. „Swoim świadectwem wiary, miłości i odwagi apostolskiej, pełnym ludzkiej wrażliwości, ten znakomity Syn narodu polskiego, pomógł chrześcijanom na całym świecie, by nie lękali się być chrześcijanami, należeć do Kościoła, głosić Ewangelię” – powiedział papież. Jednocześnie ustanowił 22 października dniem wspomnienia nowego błogosławionego. 4

telny wizerunek brzuchatego marynarza w koszulce w paski, pykającego z fajeczki i gawędzącego o przeszłości nad kuflem piwa lub kielichem rumu. Każdy, kto lubi morze, wie, że uroku dodają mu również charakterystyczne i mało znane gdzie indziej pieśni, zaśpiewki i ballady – czyli po prostu szanty. W szantach można się zakochać od pierwszego słuchania, równie szybko, jak w brodatym chłopaku, który je wyśpiewuje, akompaniując sobie na gitarze. Bo sprawa jest prosta – dawne marynarskie piosenki, które pomagały zachować rytm pracy na statkach, najlepiej się udają, gdy są wykonywane przez młodych, wesołych chłopaków o solidnych głosach – wierzcie mi, serce rośnie i dziewczynom głos odbiera, gdy wieczorem przy ognisku jakaś męska ferajna zasiądzie do szant. Co nie znaczy oczy-

BENEDYKT XVI przyjął w papieskiej bibliotece prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z małżonką, którzy wzięli udział w uroczystościach beatyfikacyjnych Jana Pawła II w Rzymie. Komorowski przybył na audiencję z 25-minutowym opóźnieniem, ponieważ wcześniej uczestniczył we mszy dziękczynnej za beatyfikację, którą na placu św. Piotra odprawił watykański sekretarz stanu kardynał Tarcisio Bertone. W BEATYFIKACJI Jana Pawła II udział wzięło około 300 tysięcy Polaków – oszacował konsulat polski w Rzymie. Na uroczystości w Watykanie przyjechało z Polski 1600 autokarów oraz liczne grupy niezorganizowane. NA MODLITEWNE SPOTKANIE pod ,,oknem papieskim” przy ul. Franciszkańskiej 3 w Krakowie przybyło 1 maja wielu wiernych, którzy wysłuchali fragmentów tekstów papieża Jana Pawła II. Organi-

wiście, że kobietom zabrania się śpiewać, wręcz przeciwnie – szanty to bodaj jedyne utwory muzyczne, które wykona każdy bez wyjątku, o ile potrafi zaryczeć pełną piersią bez szczególnego skupiania się na finezji głosu. Co prawda feministki, wczytując się w treść tychże pieśni, mogą nieco kręcić nosem – klasyczne szan-

zatorzy, czyli ojcowie franciszkanie, rozdawali przybyłym karteczki z cytatami błogosławionego. Czuwanie zakończyło się późnym wieczorem apelem jasnogórskim i nabożeństwem majowym, po którym o 21.37 odśpiewano ulubioną pieśń ojca świętego „Barkę”. NA FRONTONIE Świątyni Opatrzności Bożej w warszawskim Wilanowie rozwinięty został wielki portret beatyfikacyjny Jana Pawła II, złożony ze 105 tys. zdjęć Polaków. Mozaika odwzorowuje portret, odsłonięty 1 maja w Watykanie, mający wymiary 55 na 26 metrów i ważący 600 kg. To największy portret beatyfikacyjny na świecie, wykonany na specjalnym, perforowanym materiale przepuszczającym wiatr. ŁÓDZKA MŁODZIEŻ w nietypowy sposób świętowała beatyfikację Jana Pawła II. W ośmiu klubach w nocy z 1 na 2 maja odbyły się dyskoteki pod wspólną nazwą

„Blessed Night” („Błogosławiona noc”), zorganizowane przez Diakonię Ewangelizacji Ruchu ŚwiatłoŻycie. Bawiono się bez alkoholu i innych używek. Każdy lokal miał swojego kapłana – opiekuna. ,,Poprzez Blessed Night chcieliśmy nie tylko świętować beatyfikację, ale również pokazać młodzieży drogę, w jaki sposób zostać błogosławionym” – tłumaczył organizator ks. Michał Misiak. POLSKI TU-154 o numerze 102 odbył 20 maja pierwszy po remoncie i powrocie do Polski lot ze statusem HEAD, wioząc marszałka Senatu Bogdana Borusewicza z wizytą do Bratysławy, gdzie uczestniczył w spotkaniu przewodniczących parlamentów państw partnerstwa regionalnego – Austrii, Czech, Polski, Słowacji, Słowenii, Węgier oraz Bułgarii, Rumunii, Chorwacji i Czarnogóry. Lot na trasie Warszawa-Bratysława-Warszawa był po ponadrocznej przerwie pierwszym lotem tego samoMONITOR POLONIJNY


ty często pracę na statku porównują do kobiety i spraw z nią związanych, ale umysł tolerancyjny zakłada, że wynika to z tęsknoty za domem i ukochaną, nawet jeśli jest inna w każdym porcie. Zresztą od pewnego czasu rozwija się wśród miłośników wielkiej i małej wody tak zwane szanty babskie – piosenki o morzu, widzianym okiem kobiety czekającej na swego marynarza, oraz piękne ballady żeglarskie, dostosowane do żeńskiej tonacji. W Polsce szanty są niezwykle popularne, stanowią obowiązkowy punkt programu zuchowych i harcerskich zbiórek, klubów żeglarskich, a i tym, którzy z wieku młodzieżowego wyrośli już jakiś czas temu, najpopularniejsze morskie śpiewane opowieści kołaczą się po głowie od czasu do czasu. Co prawda tradycjonaliści uważają, że prawdziwe szanty to historyczne pieśni, śpiewane

lotu o statusie HEAD, uprawniającym do przewożenia prezydenta, premiera i marszałków Sejmu oraz Senatu. O MAŁYM RUCHU granicznym między obwodem kaliningradzkim a Polską, sytuacji na Białorusi oraz systemie bezpieczeństwa rozmawiali 21 maja w Kaliningradzie szefowie dyplomacji Polski, Niemiec i Rosji – Radosław Sikorski, Guido Westerwelle oraz Siergiej Ławrow. Sikorski wyraził zadowolenie ze spotkania, gdyż doszło do niego w przededniu polskiej prezydencji w UE. Dodał, że Polska byłaby szczęśliwa, gdyby Rosja jeszcze w tym roku przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu. Jednym z istotnych tematów, poruszanych przez polityków, była kwestia podpisania między Polską i obwodem kaliningradzkim umowy o małym ruchu granicznym. ŚLEDZTWO W SPRAWIE ubiegłorocznej katastrofy polskiego TuCZERWIEC 2011

już od XVIII wieku na żaglowcach, i te współczesne piosenki, zwłaszcza odnoszące się do turystyki jeziornej, nie mają z nimi wiele wspólnego, ale nie bądźmy drobiazgowi – na odbywających się w Polsce festiwalach szant we Wrocławiu, Krakowie czy Giżycku, śpiewa się i znane na całym świecie piosenki rodem z pełnego morza, jak również

154M pod Smoleńskiem, w tym problemy związane ze wzajemną realizacją wniosków o pomoc prawną, to główny temat rozmów, które prowadził w Moskwie prokurator generalny Andrzej Seremet. Według nieoficjalnych informacji z dnia 18 maja jego celem było też uzyskanie dostępu polskich biegłych do oryginałów czarnych skrzynek Tu-154M, by mogli oni odsłuchany z nich materiał porównać z kopią, którą dysponuje strona polska. MECENAS RAFAŁ ROGALSKI przesłał premierowi Donaldowi Tuskowi wniosek o udzielenie informacji na temat zawarcia przez stronę polską umowy z Rosją, dotyczącej badania przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej. Z odpowiedzi, którą otrzymał, wynika, że porozumienie Tuska i Putina nie zostało ogłoszone w Dzienniku Urzędowym RP ani nie zostało zgłoszone w Sekretariacie Organizacji Narodów Zjednoczonych, co zamyka

te, stworzone całkiem niedawno, do których nadal miłośnicy tematu dopisują kolejne zwrotki. Mamy więc nie tylko szanty klasyczne, szanty babskie i dziecięce, również tak zwane pieśni kubryku, czyli piosenki śpiewane na żaglowcach lub w portach w rzadkich chwilach odpoczynku od pracy. Wychodzi na to, że szanta jest dobra na wszystko, a skoro największe polskie festiwale piosenki morskiej i żeglarskiej odbywają się dość daleko od wybrzeża, może i na Słowacji przybędzie miłośników tego gatunku i w taki najprostszy sposób – gdzieś przy ognisku czy grillu, wywołując wśród przyjaciół atmosferę rodem z pokładu żaglowca – zyskacie dostęp do morza, choćby tylko w sercach. Żegnajcie nam więc, hiszpańskie dziewczyny… i chłopaki! AGATA BEDNARCZYK

Polsce możliwość zaskarżenia go do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. RZECZNIK POLSKIEJ prezydencji w Radzie UE Konrad Niklewicz 11 maja na konferencji prasowej zaprezentował gadżety i upominki, które podczas polskiego przewodnictwa będą wręczane zagranicznym delegacjom. Wszystkie one zostały zaprojektowane i wykonane w Polsce z polskich materiałów. Istotnym elementem przy projektowaniu upominków było także odwołanie do polskiej tradycji. Półroczne polskie przewodnictwo w Radzie UE rozpocznie się 1 lipca. OCALONY NAPIS „Arbeit macht frei“ znad bramy głównej byłego niemieckiego obozu Auschwitz zaprezentowali 18 maja po raz pierwszy publicznie konserwatorzy z Muzeum Auschwitz. Zabytek został skradziony w grudniu 2009 roku. Placówka odzyskała

go miesiąc później. Dyrektor Muzeum Piotr M.A. Cywiński powiedział, że w sprawie przyszłości napisu będzie się konsultował z Międzynarodową Radą Oświęcimską, ale – zaznaczył – najprawdopodobniej zabytek nie wróci już nad bramę główną byłego obozu, lecz stanie się elementem nowej wystawy głównej. KRAKOWSKIE SUKIENNICE zwyciężyły w konkursie „Polska Pięknieje - 7 Cudów Funduszy Europejskich”. Zostały nagrodzone w kategorii zabytków. Dzięki środkom z Funduszy Europejskich co roku kolejne zabytki odzyskują blask. Gruntowny remont Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach był jedną z największych inwestycji konserwatorskich w Europie. Jej wartość przekroczyła 9 milionów euro, z czego ponad 5 mln pochodziło ze środków Norweskiego Mechanizmu Finansowego. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Natasza Urbańska: „Niedosyt mobilizuje mnie do pracy“ W wieku 13 lat startowała Pani w castingu do musicalu „Metro“, ale próba się nie powiodła. Po trzech latach dopięła Pani swego – przyjęto Panią do teatru. Czy to determinacja była tym motorem, który spowodował, że za drugim podejściem się udało? Myślę, że wtedy to jeszcze nie była kwestia determinacji. Po pierwszym podejściu strasznie się obraziłam na Józefowicza, na artystów, na cały świat. To, że wtedy mnie nie przyjęto, dziś oceniam pozytywne, bo być może mogłoby mi to zawrócić w głowie. Sukcesy, które wówczas odnosił teatr, szczególnie te na Broadwayu, dla wielu były największymi sukcesami, jakie osiągnęli w życiu, a gdyby mnie się to przytrafiło w wieku 13 lat, mogłoby to wpłynąć na mój charakter. Dziś, z perspektywy 15 lat obecności na scenie widzę, że w tej pracy potrzebna jest nie tylko determinacja, ale przede wszystkim ciężka praca i pokora. Bez nich nie można wykonywać tego zawodu. Wtedy dostała Pani prztyczka, a potem przyszedł moment, kiedy zaczęło się Pani przewracać w głowie? Mam nadzieję, że ten moment jeszcze przede mną, że będę miała szansę, by mi się w głowie poprzewracało (śmiech). Mówi Pani, jakby była przed drzwiami kariery, w przedpokoju sławy, a tym czasem prasa rozpisuje się na Pani temat, jest Pani widoczna w świecie artystycznym... Czuję się, jakbym dopiero przechodziła przez te drzwi. Bardzo długo pracowałam na to, co teraz potrafię, i w dalszym ciągu się uczę. Ten zawód na tym polega, by cały czas się uczyć, mieć niedosyt. Najgorsze jest spocząć na lau-

C

zasami na ekranie telewizyjnym robi wrażenie przesadnie skromnej, ale ona po prostu taka jest – ma w sobie i skromność, i pokorę, o czym mogłam się przekonać podczas rozmowy z nią w Wiedniu, dokąd przybyła, by wystąpić dla austriackiej Polonii. Natasza Urbańska, bo o niej mowa, zachwyca nie tylko na ekranie, ale i w rzeczywistości: piękna kobieta i sympatyczna osoba. rach. Wydaje mi się, że ciągle jeszcze dużo pracy przede mną. Występy sprawiają mi straszną frajdę. Cieszę się, że nie przychodzę do teatru jak do pracy, ale po to, by właśnie tego dnia dać ten najlepszy występ. Znamy Panią jako aktorkę, piosenkarkę, tancerkę. Która koszula bliższa ciału? Trudno mi zdecydować i tak sobie myślę, że ja chyba całe życie przeżyję w tym niezdecydowaniu. Dlatego staram się łączyć te trzy dziedziny.

Skończyła Pani zdjęcia do filmu Jerzego Hoffmana pt. „Bitwa warszawska 1920“, w którym gra Pani główną rolę. Film wejdzie na ekrany w październiku. Jak wyglądała praca na planie? Miałam wielką przyjemność pracować z mistrzowską ekipą – Jerzym Hoffmanem i operatorem Sławomirem Idziakiem, zdobywcą Oscara. To zaszczyt pracować z takimi mistrzami. Dla mnie to był okres uczenia się, podpatrywania, czerpania garściami nowej wiedzy, zdobywania nowych umiejętności. To Pani pierwsza tak duża rola w produkcji kinowej? Tak. Zagrałam główną rolę obok takich wielkich gwiazd, jak Daniel Olbrychski, Borys Szyc czy Bogusław Linda. I na dodatek u Hoffmana, u którego każdy chce grać! Obawiałam się, czy sprostam oczekiwaniom pana Jerzego. Nie

„Po pierwszym podejściu strasznie się obraziłam na Józefowicza, na artystów, na cały świat. To, że wtedy mnie nie przyjęto, dziś oceniam pozytywne, bo być może mogłoby mi to zawrócić w głowie”. 6

znaliśmy się wcześniej. Nie wiedziałam, jakie ma podejście do aktora. A on ma niebywałą charyzmę i na szczęście bardzo podobny styl pracy do Janusza (Janusz Józefowicz, dyrektor Studia „Buffo”, prywatnie mąż aktorki – przyp. od red.), co ułatwiło mi pracę. Na planie uczyłam się, korzystałam z każdej chwili, nawet wtedy, kiedy miałam przerwy i namawiano mnie, bym sobie poszła odpocząć do garderoby, ja zostawałam, aby obserwować innych. To było fantastyczne doświadczenie. Od 15 lat jestem na scenie, ale praca na planie filmowym to zupełnie nowe wyzwanie. Czego widzowie mogą się spodziewać? Pięknej historii miłosnej na tle bitwy warszawskiej, zwanej cudem nad Wisłą, czyli jednej z niewielu walk, które cudem wygraliśmy. Mam nadzieję, że ten film przejdzie do historii polskiego kina. Dlaczego dopiero teraz rozpoczęła Pani przygodę z filmem? Do tej pory nie było w czym wybierać? Jak Pani ocenia polską kinematografię? Widzę, że przechodzimy na trudne tematy (śmiech). Dlaczego dopiero teraz? Byłam bardzo pochłonięta pracą w teatrze i kolejnymi premierami – „Romeo i Julia“, „Piotruś Pan“. Później zaczęła się przygoda z telewizją i programem „Przebojowa noc“. To wszystko mnie bardzo absorbowało. Ale prawdą jest też to, że ja niechętnie pojawiam się na castingach. Do filmu Jerzego Hoffmana trafiła Pani bez castingu? Na ten casting zostałam zaproszona. Nie wierzyłam, że coś z tego wyjdzie, MONITOR POLONIJNY


przeżywałam stres, dlatego zaskoczyło mnie, kiedy jeszcze podczas castingu pan Jerzy powiedział, że chyba muszę rozjaśnić włosy. Wtedy pomyślałam sobie: „Boże kochany! O czym on mówi? To się naprawdę dzieje!”.

„Cieszę się, że nie przychodzę do teatru jak do pracy, ale po to, by właśnie tego dnia dać ten najlepszy występ”.

W Polsce to Pani pierwszy film, ale przecież ma Pani na koncie przygodę z Bollywood? Zaproszono mnie do projektu „Poland… why not?“, którego celem jest promowanie polskich artystów na Zachodzie. To właśnie w jego ramach rozpoczęłam współpracę z jednym z ważniejszych producentów muzycznych w Ameryce Jimem Beanzem, a potem przyszła kolejna propozycja – wyjazd do Indii. W Bombaju nagrałam kolejną piosenkę w ramach wspomnianego projektu, a towarzyszyli mi Sonu Niigaam, Brain Allan i Osmo Ikonen, czyli tamtejsze największe gwiazdy. Była to też fantastyczna wycieczka, o której od lat marzyliśmy z Januszem. Poznaliśmy też producentów kinematografii indyjskiej.

Czy to znaczy, że Bollywood stoi przed Panią otworem? Wszystko wskazuje na to, że tak. Cieszy mnie to, bo tam kręci się najwięcej filmów muzycznych na świecie. Gratuluję! Jeszcze trochę poczekajmy. Ładnym kobietom jest łatwiej czy trudniej? Muszą udowadniać, że mają talent? W tym zawodzie trzeba udowodnić, że ma się talent, żeby móc coś robić. Na scenie wszystko widać, czy umie się śpiewać, poruszać. Czy pięknym kobietom jest łatwiej czy trudniej? Każda musi sobie sama odpowiedzieć na to pytanie. Została Pani uhonorowana nagrodą „Viva! Najpiękniejsi”. Czym jest dla Pani taka nagroda? To nagroda, przyznawana przez czytelników, którzy w ten sposób wyrażają swój stosunek do mnie jako człowieka. Z urodą nie ma nic wspólnego. To raczej ocena mojego podejścia, kim jestem, a nie jak wyglądam.

Zaśpiewała Pani kilka coverów. Czy od nich do własnej płyty daleka droga? Daleka. Projekt „Poland... why not?“ miał mi ułatwić start. Strasznie to wszystko długo trwa, ale nie narzekam na brak pracy, bo wciąż dostaję nowe propozycje. Teraz najświeższym wyzwaniem jest specjalnie napisany dla mnie musical pt. „Pola Negri“ w reżyserii Janusza Józefowicza, z muzyką Janusza Stokłosy. Jego premiera odbędzie się za parę miesięcy. Wystąpiła Pani w programie „Taniec z gwiazdami“, w którym zajęła Pani drugie miejsce. Polska prasa sporo rozpisywała się na temat Pani współzawodnictwa z Anną Muchą, która ten konkurs wygrała... Wiedziałam, że będzie o tym mowa! (śmiech) ... ale w Pani chyba jest coś takiego, że się Pani nie poddaje? Czasami te drugie miejsca więcej znaczą niż wygrane. Na pewno mobilizują, żeby jeszcze zawalczyć. Najgorsze, co może się zdarzyć w moim przypadku, to pochwały. Nie wiem, jak mam na nie reagować. Oczywiście są miłe, ale kiedy pozostaje jakiś niedosyt, to właśnie on mobilizuje mnie do pracy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Autorka dziękuje pani Marii Buczak ze Stowarzyszenia „Takt“ w Wiedniu za umówienie wywiadu z artystką.

W dzieciństwie trenowała gimnastykę artystyczną, zdobywając wielokrotnie mistrzostwo Warszawy. W 1991 roku wzięła udział w castinug do musicalu „Metro“ – jej występ zachwycił, ale z powodu wieku (13 lat) nie została przyjęta. Powiodło się za drugim podejściem. Z czasem zaczęła również śpiewać i otrzymywać coraz większe role w teatrze. Obecnie jest aktorką Studia „Buffo”. Od 2007 roku występuje w telewizyjnych programach taneczno-muzycznych. W 2009 roku wydała pierwszą płytę Hity Buffo vol. 1 - Natasza Urbańska, na której prezentuje covery przebojów polskich i zagranicznych. W grudniu 2009 roku rozpoczęła współpracę z producentem muzycznym Jimem Beanzem. Bierze udział w wielkim międzynarodowym projekcie muzycznym Poland... why not? W roku 2007 zyskała nominację do nagrody Wiktora Publiczności i tytułu Artysty Roku. W tym samym roku zwyciężyła w organizowanym przez magazyn „Viva” konkursie „Viva! Najpiękniejsi”, a w 2008 roku uznano ją za jedną z 50 najbardziej wpływowych kobiet polskiego show-biznesu. CZERWIEC 2011

7


W

P R Z E D E D N I U

P O L S K I E J

Polska prezydencja

W

siódmym roku członkostwa Polski (i Słowacji) w Unii Europejskiej nasz kraj w drugiej połowie 2011 roku przejmie od Węgrów przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. Prezydencja to okres, w którym konkretne państwo przewodniczy posiedzeniom najważniejszego organu Wspólnoty – Rady Unii Europejskiej, reprezentuje także Radę na arenie międzynarodowej. Prezydencję sprawują rotacyjnie poszczególne państwa członkowskie Unii przez pół roku. Rotacja przebiega w ustalonej wcześniej kolejności. I tak np. Słowacja będzie przewodniczyć Wspólnocie za pięć lat – w drugiej połowie roku 2016. Do priorytetów polskiej prezydencji będą należeć postulaty wzmocnienia i zliberalizowania jednolitego, unijnego rynku wewnętrznego. Wśród zadań nasz rząd wymienia też stabilne sąsiedztwo, politykę wschodnią, poprawę relacji Unii Europejskiej z NATO,

ni się obejrzeliśmy, a 1 maja minęło siedem lat od historycznego rozszerzenia Unii Europejskiej o kraje Europy Środkowej, w tym Polskę i Słowację. Siódma rocznica z reguły nie jest okazją do hucznych obchodów i podsumowań, ale tym razem jest inaczej. Od 1 maja 2011 znikła właściwie ostatnia granica, dzieląca obywateli UE na lepszych i gorszych – od tego dnia możemy bez przeszkód pracować w Niemczech i Austrii, czyli w najbliższych nam i jednych z najzamożniejszych krajów Europy Zachodniej. Te siedem lat nasze kraje, Polska i Słowacja, miały na przystosowanie się do unij-

A

8

zakończeniu rokowań Chorwacji ze Wspólnotą, a także negocjacje w sprawie budżetu Unii po 2013 roku. Wiele wskazuje jednak na to, że polskie przewodnictwo zdominują sprawy związane z Afryką Północną. „Chyba daje się przewidzieć, co będzie zajmowało Unię Europejską do końca tego roku. Prezydencja będzie polegała nie na załatwianiu jakichś swoich wewnętrznych spraw, tylko na wzięciu odpowiedzialności za całą Unię Europejską, także za kwestie związane z Południem” – uważa szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz przyznał, że w związku z rewoltą w państwach Afryki Północnej Polska będzie chciała włączyć się

P R E Z

w prace nad wspieraniem przemian politycznych w tym regionie. Prezydencja to dla Polski szansa i wyzwanie. To głównie kontynuacja wcześniejszych działań Unii, zapewnienie jej spójnego funkcjonowania, zagwarantowanie jej głosu w ważnych dla świata sprawach. Będziemy jednak mieć szansę przedstawienia na forum Unii Europejskiej priorytetów polskiej polityki, przedłożenia własnych pomysłów i inicjatyw. Sukces prezydencji to najlepsza promocja Polski i okazja do stworzenia pozytywnego wizerunku naszego kraju w świecie – uważa minister Dowgielewicz. Przewodnictwo to także wyzwania. Istotą prac Rady UE jest stanowienie prawa i podejmowanie decyzji istotnych z punktu widzenia niemal 500 milionów obywateli. Wymaga to doskonałego przygotowania merytorycznego urzędników i ekspertów, pracujących na co dzień nad decyzjami, podejmowanymi następnie przez polityków – twierdzi Dowgielewicz. Na polską prezydencję przypadnie początek dyskusji przywódców Wspólnoty nad trzema ważnymi projektami: zmianą zasad finansowania budżetu

Siedem lat, które zmieniły Europę nych zasad i realiów. Od teraz nie jesteśmy już w Unii nowicjuszami, którzy tylko wyciągają rękę po pomoc do bogatszych sąsiadów, ale pełnoprawnymi członkami europejskiego klubu. Warto o tym pamiętać również w kontekście przyszłego rozszerzenia UE o kraje bałkańskie i być może o Ukrainę i Mołdawię, o co Polska zabiega. Negocjowana właśnie siedmioletnia perspektywa finansowa UE (2014-2021) będzie z pewnością ostatnią, kiedy to nasze kraje będą występować w roli beneficjentów unijnej pomocy. Po 2021 roku to my będzie-

my tym „bajecznie bogatym Zachodem”, który, podobnie jak dziś Niemcy i Austria, dzieli się swoim bogactwem z biedniejszymi krajami Europy – Serbią, Albanią czy Mołdawią. To „bogactwo” niektórzy z pewnością uznają za przesadne, ponieważ wielu z nas pracuje za 1200 złotych lub 300 euro miesięcznie albo ma trudności ze znalezieniem pracy. Wszystko to prawda, ale spójrzmy, jak przez te ostatnie siedem lat zmieniła się nasza część Europy. Przypomnijmy sobie np. rok 2002, dwa lata przed historycznym poszerzeniem

UE, kiedy to za możliwość legalnego wyjazdu do pracy w Niemczech lub Austrii wielu Polaków i Słowaków oddałoby wszystko. To właśnie kraje niemieckojęzyczne były dla nas uosobieniem bajecznie bogatego Zachodu i to właśnie tam wyjeżdżało się na saksy. Dopiero nagłe otwarcie rynku pracy w Wielkiej Brytanii i Irlandii w 2004 roku zmieniło sytuację i sprawiło, że Polacy nagle zaczęli interesować się Londynem czy Dublinem – miastami, na które przed 2004 rokiem nie zwracali zbyt wielkiej uwagi. Dziś to wczorajsze maMONITOR POLONIJNY


Y D E N C J I

W

UE, założeniami budżetu Wspólnoty na lata 2014-2020 oraz paktem solidarności europejskiej. Dawniej przedstawiciel kraju aktualnie sprawującego prezydencję był automatycznie przewodniczącym Rady Europejskiej i reprezentował ją na arenie międzynarodowej. Po przyjęciu w 2009 roku traktatu lizbońskiego prezydencja ma już jednak w znacznej mierze znaczenie honorowe. Od 2010 r. w Unii istnieje bowiem stanowisko stałego przewodniczącego Rady Europejskiej (zwanego popularnie prezydentem UE), wybieranego przez przedstawicieli wszystkich krajów na dwuipółletnią kadencję. Jako pierwszy na to stanowisko został wybrany belgijski premier Herman Van Rompuy. Na zmniejszenie roli prezydencji wpływ ma także rosnące znaczenie wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, który przejął przysługujące dotychczas przywódcy kraju pełniącego prezydencję prawo reprezentowania UE na arenie międzynarodowej. Pierwszym szefem unijnej dyplomacji została kobieta, Angielka, baronessa Catherine Ashton. DARIUSZ WIECZOREK

rzenie o legalnej pracy w niemieckim czy austriackim raju się spełniło, ale nie widać szczególnej euforii czy kolejek pakujących walizki rodaków. Owszem, część z nich wyjedzie, ale nie będzie to tak wielki exodus, do jakiego by doszło, gdyby Niemcy i Austria otworzyły rynek pracy w 2004 roku. Obecny brak euforii z powodu otwarcia nie-

CZERWIEC 2011

U N I I

E U R O P E J S K I E J

Polska prezydencja na Słowacji P olskie przygotowania do przyjęcia prezydencji w Unii Europejskiej trwały kilka lat. W tym celu wyszkolono dodatkowo 1200 urzędników. W Polsce podczas najbliższego pół roku odbędzie się z tej okazji 250 konferencji. A co nas czeka na Słowacji, gdzie swoją siedzibę ma ambasada RP oraz Instytut Polski? „Nasza praca będzie się koncentrowała głównie na comiesięcznych spotkaniach wszystkich ambasad unijnych, którym będę przewodniczył“ – zdradza Andrzej Krawczyk, ambasador RP w RS. Wyjaśnia też, że placówka dyplomatyczna będzie pełniła rolę pogotowia ratunkowego na wypadek, gdyby coś się działo na arenie ogólnoeuropejskiej, a jej praca będzie się koncentrowała głównie na popularyzacji priorytetów, czyli tematów, którymi Polska chce zainteresować całą Unię Europejską, a którymi są: partnerstwo wschodnie, współpraca energetyczna, polityka bezpieczeństwa oraz liberalizacja ujednolicenia rynku wewnę-

mieckojęzycznych rynków pracy doskonale ilustruje zmiany, które niepostrzeżenie zaszły w Europie. Dziś coraz mniej jest widoczny podział na postkomunistyczny Wschód i bogaty Zachód, natomiast coraz bardziej

trznego. „Jeśli chodzi o współpracę w dziedzinie energetyki, bardzo liczymy na wsparcie i zrozumienie Słowacji, szczególnie po przeżyciu wspólnych doświadczeń, kiedy to okazało się, że między naszymi krajami nie istnieją możliwości przesyłania sobie gazu, bowiem nie istnieją łącza, które mogłyby temu służyć“. Z kolei Instytut Polski już od 1 lipca oferuje serię imprez w plenerze. W samym sercu Bratysławy, czyli na Rynku Głównym odbędą się imprezy muzyczne, festyny, prezentacja regionalnych produktów gastronomicznych, polskich atrakcji turystycznych. Nie zabraknie też oferty kulturalnej dla najmłodszych. Pierwszy weekend lipca podczas Bratysławskiego Lata Kulturalnego będzie więc zdominowany przez Polskę. Organizacje polonijne na Słowacji również chcą wykorzystać półroczny okres polskiej prezydencji, by zorganizować imprezy o charakterze promującym polską kulturę. URSZULA SZABADOS

widać zamożniejszą, bardziej odpowiedzialną Północ i biedniejsze Południe. Jeszcze nie tak dawno do niedoścignionego Zachodu należały wg nas także Grecja, Hiszpania i Portugalia. Dziś te kraje są symbolem problemów gospodarczych, a Portugalia jest nawet biedniejsza niż postkomunistyczne Czechy. Z kolei w Słowacji, Słowenii i Estonii płaci się w euro, które paradoksalnie nie jest już symbolem zachodniego dobrobytu i prestiżu, jak to było jeszcze cztery czy pięć lat temu. Co się jeszcze zmieniło? Przede wszystkim ceny. Wcześniej byliśmy przyzwyczajeni do tego, że co

prawda na Zachodzie zarabiało się nawet czterokrotnie więcej niż w Polsce czy Słowacji, ale bylo tam także dwa razy drożej. Polacy, jadąc na wycieczkę do Wiednia, brali ze sobą z domu kanapki i kawę w termosie, byle tylko jak najmniej korzystać z miejscowych sklepów i restauracji. Dziś to tylko śmieszy. Zarobki w Austrii nie są już czterokrotnie, lecz tylko dwukrotnie wyższe niż u nas, a ceny są praktycznie te same. Co więcej, Słowacy robią zakupy w austriackich sklepach, bo to tam jest trochę taniej, co dziesięć lat temu wydawało się nie do pomyślenia. JAKUB ŁOGINOW 9


w a i b P ę i o s l onia! k a T

Na

wieczór integracyjny pod hasłem „Majówka – potańcówka”, zorganizowany 21 maja przez Klub Polski w Bratysławie, przybyło około 70 osób: starsza i młodsza Polonia oraz słowaccy przyjaciele. Mimo że pogoda płatała tego dnia figle, chętnych do dobrej zabawy nie brakowało.

Gromadzili się oni już od 18.00 w bufecie „Na Plaży”. Każdy z nich zadbał o strój z elementami kwiatowymi. Kwiaty były więc wszędzie: we włosach, na sukienkach, na koszulach niczym z hawajskich plaż, i w mig przegnały chmury!

Nie zawiodła też pełna energii Wanda z zespołem z Wiednia, która to porwała do tańca zarówno najmłodszych, jak i nieco starszych uczestników polonijnej majówki. Nie obyło się bez „wężyka”, którego to poprowadziła Paula Tulej-

10

MONITOR POLONIJNY


Ważnym punktem wieczoru była niespodzianka, przygotowana dla pana Franka Chmiela, znanego reżysera Telewizji Czechosłowackiej, który niedawno obchodził 80. urodziny. W pewnym momencie gwar rozmów przerwał dźwięk telefonu. W słuchawce odezwał się damko, wciągając również do zabawy sympatycznie zaskoczonych Słowaków! Tańcom nie było końca. Trwały one do późnych godzin nocnych. A po tafli jeziora Złote Piaski niosły się odgłosy znanych i lubianych polskich przebojów.

ja miláčik?“, które przygotowali i w których wystąpili Małgosia Wojcieszyńska, Kasia Tulejko, Tomek Olszewski i Stano Stehlik. Sam reżyser nie spodziewał się chyba takich życzeń. Kwiaty i gratulacje od uczestników imprezy odbierał zaskoczony i wzruszony. Imprezę firmował Klub Polski w Bratysławie, „Monitor Poloniny” oraz portal

blava.pl, a głównymi jego organizatorkami były Kasia Tulejko i Małgorzata Wojcieszyńska. Mamy nadzieję, że ta niezwykle udana majówka była pierwsza, ale nie ostatnia! OLA TULEJKO

ZDJĘCIA: OLA TULEJKO, PAULA TULEJKO, STANO STEHLIK

ski głos, mówiący po słowacku. W odpowiedzi usłyszeć można było głos, mówiący po polsku. Okazało się, że były to dialogi polsko-słowackie, pochodzące z filmu jubilata „A čo

CZERWIEC 2011

11


Przyjęcie z okazji Święta Konstytucji 3 Maja snego świętowania tego ważnego wydarzenia w dziejach historii Polski. Na spotkanie przybyli ważni przedstawiciele życia politycznego na

ak co roku w ambasadzie Rzeczpospolitej Polskiej w Bratysławie odbyło się przyjęcie z okazji Święta Konstytucji 3 Maja. Dnia 5 maja licznie przybyli goście wysłuchali przemówienia ambasadora RP w RS

Andrzeja Krawczyka, który przypomniał, że polska konstytucja była pierwszą uchwaloną konstytucją na starym kontynencie, a drugą po Stanach Zjednoczonych na świecie. Ambasador zachęcał również do rado-

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

J

Co słychać w Żylinie?

ie tylko Klub Polski działa aktywnie. Wiele ciekawych rzeczy działo się też ostatnio u naszych przyjaciół z Żyliny. Już w kwietniu na stronie „Polonusa” można było znaleźć informację o spotkaniu mniejszości narodowych, połączonym z zabawą taneczną, które zostało zaplanowane na 7 maja w Martinie. W tym roku Waldemar Oszczę-

N

12

Słowacji, między innymi wicepr zewodniczący parlamentu Milan Hort, sekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Kristián Takáč, sekretarz

da świętuje swoje 15-lecie działalności pisarskiej. Z tej okazji, m.in. w Żylinie, Čadcy i Liptowskim Mikulaszu, Stowarzyszenie „Polonus” zorganizowało serię spotkań z autorem, na których promowano również jego nowe pozycje: „Moje wędrówki”, „Wędrówki doliną Wagu – miasto Bytča i jego okolica”,

stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Milan Ježovica, dyrektor Departamentu Polityki Zagranicznej Kancelarii Prezydenta RS Ján Šoth, przedstawiciele elit kulturalnych i gospodarczych Słowacji, korpus dyplomatyczny oraz przedstawiciele organizacji polonijnych. red.

które to ukazały się z końcem minionego roku w wydawnictwie Biblioteka „Polonusa”. Żylińska Polonia zachęcała również do udziału w spisie powszechnym, aby w ten sposób przyczynić się do zaktualizowania liczby Polaków mieszkających na terenie Słowacji. Na podstawie informacji ze strony internetowej www.polonus.sk opracowała OLA TULEJKO MONITOR POLONIJNY


O

Sajado

czyli o tym jak jing i jang spotkały się pod jedym dachem

statnim razem nasze kulinarne wędrówki zawiodły nas do Peru. Tym razem również szczypta egzotyki – kuchnia chińska, która wśród kuchni azjatyckich jest chyba najbardziej zróżnicowana, co zapewne w dużej mierze wynika z natury tego kraju, jego wielkości, zróżnicowania klimatycznego, a nawet kulturowego.

Najczęściej wyróżnia się cztery odmiany kuchni chińskiej: syczuańską, szanghajską, kantońską i pekińską. Najbardziej znana w Polsce jest kuchnia syczuańska. Jest ona bardzo charakterystyczna, a to z powodu powszechnego stosowania bardzo ostrej przyprawy – pieprzu syczuańskiego. Pieprz ten bywa za ostry nawet dla wielbicieli najbardziej ognistych smaków. A poza pieprzem potrawy syczuańskie często zawierają papryczki chili. Bogactwa smaku dopełnia łączenie w potrawach wszystkich pięciu smaków: słodkiego, kwaśnego, ostrego, słonego i gorzkiego. W kuchni szanghajskiej z kolei stosuje się dużo czosnku, a potrawy są tłustsze niż w pozostałych odmianach, co przybliża je Polakom. Kuchnia kantońska natomiast uchodzi za najlepszą w Chinach, a być może i w całej Azji. Nie używa się w niej tłuszczu i oszczędnie dozuje przyprawy – najważniejszą z nich jest sos sojowy. Używa się także sosu ostrygowe-

CZERWIEC 2011

go, imbiru oraz czosnku. Ostatnia spośród wyróżnionych kuchni chińskich to kuchnia pekińska. Jest to kuchnia stolicy, co nie pozostaje bez wpływu na jej różnorodność i bogactwo. Popularne w tej kuchni są makaron oraz sosy. Najbardziej znane danie kuchni pekińskiej to oczywiście kaczka po pekińsku. W Bratysławie naliczyłam 30 restauracji chińskich (niekiedy zadziwia mnie taka wielka liczba restauracji o tym samym profilu), pomijając te fastfoodowe. Jedną z nich jest „Sajado”, znajdująca się w jednym z centrów handlowych, tuż na nabrzeżu Dunaja. W wystroju restauracji dominuje biel i czerwień. Przestrzeń jest zorganizowana przyjaźnie, a latem kusi znajdujący się na zewnątrz taras. Restauracja ta oprócz posiłków a la carte oferuje przede wszystkim all you can eat, czyli 12 rodzajów potraw (mieszanki warzywne, smażone kawałki kurczaka w różnych panierkach, wiosenne rolady, risot-

Zwierzenia podniebienia ta, owoce morza). Do tego proszę doliczyć 5 rodzajów sałatek, 2 zupy, bogaty wybór świeżych oraz gotowanych warzyw, 7 rodzajów kompotu, a i na tym lista się nie kończy... Ślinka cieknie i stół się ugina... Każdy może nabrać na talerze, ile wlezie, i raczyć swój żoładek do granic wytrzymałości. Jak to mówią: Bóg wymyślił jedzenie, a diabeł kucharzy! I wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie jing i jang, które w wydaniu „Sajado” nabierają negatywnego znaczenia. Bo oprócz niezliczonego mnóstwa potraw i smaków, które zachwycają podniebienie, nieodłącznym elementem restauracji jest obsługa. A w tym przypadku nie ma co liczyć na przywitanie, radę lub wyjaśnienie, jak działa system all you can eat. No cóż, człowieku, musisz radzić sobie sam lub obrócić się na pięcie i poszukać miejsca, gdzie jing i jang wzajemnie się dopełniają, a nie są tylko swoimi przeciwieństwami. SYLWIA TOMASZEWSKA Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

13


ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Więcej daw

D

robna, elegancka, zawsze uśmiechnięta. Potrafi skupiać wokół siebie ludzi, zaprasza ich do siebie, dzieli się tym, co ma, pomaga… Dusza człowiek. Potrafi więcej dawać niż brać. Mowa o pani Krystynie Zindlerovej, która od 47 lat mieszka w Bratysławie. Urodziła się we Lwowie, ale po wojnie los rzucił ją i jej rodzinę w okolice Głogowa. Na Kresach zostawili nowo wybudowany dom. Po latach jej brat odwiedził Ukrainę, ale domu nie odnalazł. Pani Krystyna nigdy więcej nie pojechała w tamte strony. „Jak przez mgłę pamiętam ogród i dom, ale to może bardziej z opowieści mamy?“ – zastanawia się na głos. Dzieciństwo spędziła w dużym gospodarstwie, które z rodzicami zajęli po pewnej niemieckiej rodzinie. Po skończeniu średniej szkoły ogólnokształcącej podjęła pracę w Sanepidzie. Pewnego dnia koleżanka pokazała jej ogłoszenie, opublikowane w czasopiśmie „Dookoła świata“ – młody 24-letni chłopak z Czech chciał korespondować z Polką. Owa koleżanka mu odpisała… w imieniu młodziutkiej Krysi. Jak się później okazało, chłopakowi z Czech odpowiedziało aż 129 dziewcząt. 14

Ponieważ dwa miesiące później Krysia wybierała się na wycieczkę do Tatrzańskiej Łomnicy, pojawiła się okazja do spotkania z owym chłopakiem. „Pravomir pojawił się z samego rana w ośrodku, w którym byłam zakwaterowana – wspomina moja rozmówczyni. – Wyjrzałam spod kołdry, rzuciłam na niego okiem i pomyślałam sobie, że może być“. Prawdopodobnie to pierwsze spotkanie zrobiło wrażenie na obojgu, bo przypadli sobie do gustu. Potem spotkali się jeszcze dwa razy: na wycieczce na Śnieżkę oraz podczas wspólnej wizyty w Pradze, z której udali się w jego rodzinne strony, na Zaolzie. Korespondowali ze sobą cztery lata. O rękę poprosił ją listownie, a ona listownie się zgodziła. Ich czwarte spotkanie miało miejsce w sierpniu 1964 roku w Bratysławie, gdzie w urzędzie stanu cywilnego zawarli związek małżeński. Przyjęcie odbyło się na statku na Dunaju, bowiem Pravomir był kapita-

nem żeglugi śródlądowej. Kilka miesięcy później, w listopadzie odbyło się huczne wesele w Polsce, gdzie rodzice Krysi poznali zięcia. „Przeprowadziłam się do Bratysławy, skąd mój mąż wyruszał na rejsy po Dunaju” – opowiada nasza bohaterka. Czasami podróżowała z mężem, ale najczęściej podczas jego nieobecności wyjeżdżała do Polski. „Wtedy w Czechosłowacji żyło się lepiej, ale mnie ciągnęło do rodziny“ – wspomina. Aby móc podróżować z mężem przyjęła czechosłowackie obywatelstwo, ale musiała zrzec się polskiego. „Odwiedziliśmy razem wiele różnych krajów, aż po Morze Czarne. Dla mnie to było okno na świat, bowiem zanim poznałam Pravka, nigdzie za granicę nie wyjeżdżałam“ – ocenia pani Krysia. Na ślubie Krysi i Pravka była też jej szkolna przyjaciółka Stasia, która wśród kolegów pana młodego znalazła swojego przyszłego męża. „Tak się cieszyłam, że nie będę tu sama, że będę mieć w Bratysławie przyjaciółkę z dzieciństwa“ – mówi moja rozmówczyni, która ze wspominaną koleżanką Stasią przyjaźni się do dnia dzisiejszego. Przyjaźnie są jej mocną stroną, bowiem jest człowiekiem ugodowym, o łagodnym usposobieniu, uczynnym. „Od samego początku spotykałam na swojej drodze miłych ludzi, z którymi szybko się zaprzyjaźniałam, a te przyjaźnie przetrwały do dziś“ – wyjawia. Pierwszym wspólnym lokum Krystyny i Pravomira było małe mieszkanko w suterenie. „Było tam ciemno, panowała wilgoć, bo jak padało, do środka dostawały się krople wody“ – opisuje pani Krystyna. Potem udało im się zmienić mieszkanie. W 1967 roku na świat przyszedł ich syn, któremu chrzciny urządzili w Polsce. Inwazja wojsk radzieckich zastała naszą bohaterkę w Bratysławie. Mąż MONITOR POLONIJNY


wać niż brać był wtedy w rejsie, a jej towarzyszyła mama, która przyjechała z Polski w odwiedziny. „Kiedy dowiedziałam się, co się stało, poszłam do zaprzyjaźnionej sąsiadki i razem pobiegłyśmy do sklepu, by dokonać zakupów na zapas“ – wspomina. W tym czasie mama pilnowała jej syna i dzieci sąsiadki. Kobiety musiały radzić sobie same, choć ogarniał je strach. Po przeprowadzce do Bratysławy pani Krystyna ukończyła dwuletni kurs języka słowackiego, a potem dwa lata uczęszczała do szkoły pielęgniarskiej. Kiedy syn trochę podrósł, podjęła pracę w żłobku. Po siedemnastu latach pracy z najmłodszymi postanowiła poświęcić się ludziom starszym, schorowanym. Choć obecnie jest już na emeryturze, nadal pracuje w domu opieki. „W takich domach mogą pracować tylko osoby, które mają do tego predyspozycje – ocenia pani Krystyna. – Nie każdy jest w stanie znosić nastroje osób starszych, skrzywdzonych przez los, utrudzonych chorobami, ale dla mnie to była przyjemna zmiana, bowiem miałam już dosyć dziecięcego krzyku“. Co roku obiecuje sobie, że pójdzie na zasłużony odpoczynek, ale trudno jej zostawić, tych, którzy potrzebują uśmiechu, cierpliwości wyrozumiałości i ogromnej siły fizycznej. Nasza bohaterka potrafi to wszystko swoim podopiecznym zaoferować. Pracuje na zmiany, po dwanaście godzin, na dziennych i nocnych dyżurach. „W pewnym momencie zrezygnowałam z tej pracy i podjęłam wyzwanie: jeździłam do Wiednia, by tam opiekować się pewną starszą osobą“ – opisuje. Ten okres wspomina jako jeden z trudniejszych, bowiem podróże do austriackiej stolicy na kilka dni w tygodniu kosztowały ją sporo wyrzeczeń. Nie znając języka niemieckiego, musiała sobie tam radzić w różnych kłopotliwych sytuacjach. Raz, kiedy wyszła z domu, w którym pracowała, do ogrodu, nagle włączył CZERWIEC 2011

się alarm. „Zastanawiałam się, co mam robić? Przecież zaraz przyjedzie policja, a ja nie znam niemieckiego i jak im wytłumaczę, że nie jestem złodziejem?“ – wspomina traumatyczną sytuację pani Krysia. I rzeczywiście, policja przyjechała, ale na szczęście wróciła też właścicielka domu, czyli krewna osoby, którą opiekowała się moja rozmówczyni. Okazało się, że owa pani przez pomyłkę włączyła alarm i w ten sposób postawiła na nogi kilka osób i naraziła na stres panią Krystynę. „Sama się sobie dziwię, że dałam radę. Każdy z tych wyjazdów do Wiednia był jak skok na głęboką wodę“ – ocenia. Niczego w życiu nie żałuje, choć los czasami smagał ją różnymi przeciwnościami. W ubiegłym roku zmarł jej mąż. „Byliśmy razem 46 lat, ale ponieważ on większość czasu spędzał w rejsach, musiałam sobie radzić sama“ – opisuje moja rozmówczyni. Na pytanie, o czym marzy, odpowiada, że jest szczęśliwa. Nie marzy o niczym dla siebie, ale marzy o czymś dla syna: „Chciałabym, żeby sobie ułożył życie. Jest po nieudanym małżeństwie, a to przecież dobry chłopak“. Pani Krysia uważa, że to wła-

śnie syn jest jej największym sukcesem. Jej przyjaciele zaś z pewnością dodadzą, że dzięki swojemu usposobieniu odniosła wiele sukcesów, bowiem jej serdeczność, otwartość na innych przynosi radość jej i jej bliskim. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

15


Wybuch rewolucji węgierskiej

Od

jesieni 1847 roku obradował w WAŻKIE Bratysławie kolejny węgierski WYDARZENIA W DZIEJACH sejm. Działał on w atmosferze SŁOWACJI rewolty narodowościowej i liberalnodemokratycznej, która narastała od kilku lat. Rządowi w Wiedniu potrzebna była nowa ustawa podatkowa i uchwała o poborze rekruta, toteż tolerował – choć z niechęcią – wydarzenia na Węgrzech. Ton obradom coraz bardziej nadawała radykalna grupa, skupiona wokół Lajosa Kossutha, która marzyła o niepodległości Węgier, ale nie uznawała prawa do odrębności innych narodów żyjących na Węgrzech. Dnia 22 grudnia 1847 roku sejm uchwalił ustawę o języku węgierskim, proklamując go jako oficjalny i obowiązkowy dla wszystkich na terenie całych Węgier (jedynie w kilku prowincjach chorwackich pozwolono używać jeszcze przez sześć lat języka miejscowego). W marcu 1848 roku (mniej więcej w miesiąc po rewolucji w Paryżu, która zapoczątkowała Wiosnę Ludów) liberalno-narodowa opozycja pod kierownictwem Kossutha doprowadziła do przyjęcia szeregu ustaw, które miały zmienić Węgry, nadając im demokratyczny charakter i budząc sympatię w całej Europie. Ale były wśród tych ustaw także i takie, które dyskryminowały mniejszości. Najradykalniejsza była kontrreakcja Chorwatów, którzy byli najlepiej zorganizowani politycznie (mieli autonomię w ramach państwa węgierskiego). Słowaków rozwój sytuacji wiosną 1848 zastał nieprzygotowanych. Ľudovít Štúr był skoncentrowany na pracy nad reformą języka słowackiego i wydawaniu od 1845 roku pisma „Slovenskje národňje novini” z dodatkiem literackim „Orol tatránski”, które ukazywały się już w nowej formule językowej. Warto wspomnieć, że wydawanie tego pisma zostało negatywnie przyjęte przez czeskich narodowców, którzy uważali, że w walce z Niemcami i Węgrami nie należy „trwonić sił” na osobny język słowacki. W dniu 25 marca Kossuth wystąpił 16

z płomiennym przemówieniem w ówczesnej siedzibie parlamentu (czyli dzisiejszej Bibliotece Uniwersyteckiej przy ul. Michalskiej), domagając się, aby formalnie zawiadomić cesarza, że jeżeli Austria nie przekaże natychmiast realnej władzy w ręce nowo powołanego ministerstwa ds. Węgier, parlament węgierski nie gwarantuje zachowania porządku ani nawet trwałości monarchii Habsburgów. Dnia 11 kwietnia cesarz uznał uchwalone przez węgierski sejm ustawy i pod tym pretekstem w tym samym dniu rozwiązał go. Węgierską odpowiedzią, przygotowaną przez radykałów w Peszcie, było ogłoszenie 12 postulatów narodu węgierskiego i otwarte wezwanie do rewolucji. Z kolei Chorwaci 25 kwietnia skierowali do cesarza prośbę, by całkowicie odłączyć ich od Węgier. Na 13 maja swój narodowy sejm zwołali także Serbowie. Zmobilizowali się także Słowacy.

W porównaniu z latami 20. XIX wieku grupa uświadomionych narodowo Słowaków była już znacznie liczniejsza, co przede wszystkim było zasługą absolwentów liceum w Bratysławie. Jedna z relatywnie większych grup działała w Liptowskim Mikulaszu. Wcześniej próbowała wydawać własne pismo „Tatran”, a teraz z inicjatywy adwokata z Rimavskiej Soboty Štefana Daxnera wezwała do „politycznego zgromadzenia ludu słowackiego” – pierwszej w historii politycznej demonstracji Słowaków. Jego datę wyznaczono na 10 maja. Przyjechali wszyscy: Štúr, Hurban, Hodža, bracia Hroboniowie. Na zjeździe uchwalono 14-punktowe żądania narodu słowackiego – pierwszą w historii deklarację polityczną w języku słowackim. Zaczynała się ona od słów: „Naród słowacki, budząc się z trwającego długich 900 lat snu, wzywa pod sztandar dzisiejszej doby równości i braterstwa wszystkie narody Węgier, deklarując ze swej strony, że nie chce żadnej narodowości na Węgrzech skrzywdzić, urazić, pomniejszyć, a już w żadnym przypadku wynarodowić, i wzywa wszystkie narody Węgier, aby poprzez uznanie narodu słowackiego stały się godnymi przyjaźni Słowaków”. W następnych punktach wzywała do utworzenia sejmu Węgier, w którym byłyby reprezentowane wszystkie narody, żyjące na Węgrzech, a w parlamencie

MONITOR POLONIJNY


każdy poseł mógłby używać swojego języka narodowego. W tychże żądaniach Słowacy domagali się ponadto sieci szkół podstawowych, gimnazjów i seminariów nauczycielskich. Uwagę zwraca punkt 13., w którym pojawiło się żądanie „wolności dla Polaków w Galicji”, aby i oni mogli żyć „w łasce i sprawiedliwości”. Warto zapamiętać, że w pierwszym słowackim dokumencie politycznym w dziejach upomniano się o wolność dla Polaków! Słowackie postulaty przesłano na dwór cesarski do Wiednia w formie pełnej szacunku. Odpowiedzią było, niestety, ogłoszenie w Górnych Węgrzech stanu wyjątkowego. Także Węgrzy zareagowali negatywnie i agresywnie na żądania Słowaków. Wódz rewolucyjnych Węgier i trybun demokracji Kossuth wysłał do Liptowskiego Mikulasza i Nitry specjalnych komisarzy, którzy mieli aresztować przywódców „buntu”, a w razie oporu nawet ich powiesić. Daxnera złapano i skazano na śmierć. Później mu ten wyrok zmieniono na 3 lata więzienia. Ale on uciekł i zdążył jeszcze z bronią w ręku walczyć w imię węgierskiej rewolucji. Warto dodać, że po latach, w czasie otwarcia się Węgier na Słowaków na początku lat 60. rząd węgierski mianował go podżupanem (wicewojewodą) w Żupie Gemerskiej. Po ingerencji węgierskiej przywódcy słowackiego zgromadzenia uciekli na Morawy, do Wiednia, przez Tatry do Polski. Ľudovít Štúr znalazł się w grupie, która dotarła do Wiednia. Piątego czerwca 1848 roku zebrał się w Peszcie węgierski sejm krajowy (niższy organ niż ogólnowęgierski parlament). Kossuth zażądał od niego uchwały o wystawieniu 200-tysięcznej armii węgierskiej. Niechęć do Słowian była wśród Węgrów wówczas tak duża, że podejmując uchwałę o pomocy dla rządu w Wiedniu w walce z jednoczącymi się Włochami, obwarowano to zastrzeżeniem, że CZERWIEC 2011

Węgrzy zgadzają się jedynie pod warunkiem, iż Austriacy pomogą im w walce z buntem Słowian. Negocjacje węgiersko-austriackie zakończyły się fiaskiem. W dniu 11 września Chorwaci podjęli próbę walki o swoje prawa. Ich armia wkroczyła na teren Węgier. Smutnym paradoksem historii stało się to, że jeden naród, walcząc o swoje prawa, pomagał uciskać drugi – Chorwaci pomagali Austriakom walczyć z rozpoczynającym się węgierskim powstaniem narodowym. Dnia 29 września cesarz mianował hr. Lamberga komisarzem ds. Węgier. Sejm węgierski nie uznał tej nominacji, a co więcej hr. Lamberg, jadąc do kanclerza rządu węgierskiego został zaatakowany przez tłum i brutalnie zamordowany. W reakcji na to wydarzenie 3 października 1848 roku cesarz wydał manifest, w którym rozwiązał parlament węgierski i unieważnił wszystkie jego decyzje, podjęte od jesieni 1847 roku. Dwunastego października ministerstwo ds. węgierskich ogłosiło koniec swojej działalności i wezwało Węgrów do powstania. Rozpoczęła się wojna węgiersko-austriacka. Zaczęto organizować ochotnicze oddziały honwedów, do których zgłosiło się wielu ochotników z Niemiec i Polski. W literaturze polskiej wydarzenia te pokazał Bolesław Prus w „Lalce” w „Pamiętniku starego subiekta” Ignacego Rzeckiego, dla którego wyprawa na Węgry i walka w imię ideałów wolnościowych pozostały na zawsze najpiękniejszymi wspomnieniami życia. Tymczasem przywódcy słowaccy, a wśród nich Štúr, Hurban, Hodža udali się do Pragi, gdzie przedstawiciele wszystkich Słowian mieli podjąć decyzję, jak w obliczu nadciągającej rewolucji zachować się wobec Niemców, Austriaków i Węgrów. Ale o tym, co działo się dalej, w następnej pigułce. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”.

Nagrodzeni w przemyśle muzycznym pośród wielu nagród, przyznawanych co roku przez przemysł muzyczny, najwięcej emocji budzą amerykańskie nagrody Grammy, zaś najwięcej kontrowersji Konkurs Piosenki Eurowizji. W tym roku konkurs odbył się w Niemczech i jak zwykle był bardziej wymianą wzajemnych uprzejmości, nad którymi unosił się duch europejskiego porozumienia. W tej sytuacji piosenka „Jestem“ w wykonaniu naszej reprezentantki Magdy Tul nie miała szansy na sukces. A szkoda, bo to świetny sposób na promocję kraju. Widać nie mamy zbyt wielu sojuszników w Europie, którzy oddaliby głos na naszą reprezentantkę. A może to wina złego wyboru piosenki? Bo Magda na pewno zasługuje na miano dobrej wokalistki. Do finału zakwalifikowała się jednak Polka z Wileńszczyzny Ewelina Saszenko, ale zwyciężył zespół Ell i Nikki z Azerbejdżanu.

S

Polska po raz pierwszy wzięła udział w Konkursie Piosenki Eurowizji w 1994 roku. Wówczas to w Dublinie wielką niespodzianką dla wszystkich było zdobycie drugiego miejsca przez młodziutką Edytę Górniak. W kolejnych latach reprezentowali nas: Justyna Steczkowska, Kasia Kowalska, Anna Maria Jopek, Mietek Szcześniak, Piasek, Sixteen, Ivan i Delfin, Ich Troje, Blue Café, The Jet Set, Isis Gee, Lidia Kopania, Marcin Mroziński. I co roku było gorzej. Tym razem też się nie udało, ale może w następnym roku będzie lepiej. Udało się natomiast zespołowi Acid Drinkers, który został doceniony przez rodzimy przemysł muzyczny i na tegorocznej gali odebrał aż cztery Fryderyki. Trzy otrzymała Monika Brodka, a Złote Fryderyki za całokształt twórczości przyznano Włodzimierzowi Nahornemu, Jerzemu Maksymiukowi i Wojciechowi Młynarskiemu, który ponadto dostał Fryderyka w kategorii autor roku. URSZULA SZABADOS

17


„Lincz” Łukaszewicza

z pierwszych stron gazet na wielki ekran Oswojona i wielokrotnie brana na warsztat jest już nieodległa historia (czasy PRL i przemiany ustrojowe), twórcy z chęcią sięgają też po losy Polaków szanowanych i uważanych za autorytety (vide: Jan Paweł II, ks. Jerzy Popiełuszko) i przenoszą je na duży ekran. Najnowsze wydarzenia, których jesteśmy świadkami, w polskim kinie odbijają się słabiej, niż by mogły. A szkoda, bo ilekroć któryś z reżyserów decyduje się na opowiedzenie o współczesności, efekt jest co najmniej interesujący. Wystarczy tylko przypomnieć kilka tytułów z ostatnich lat: „Dług” (1999) Krzysztofa Krauze, „Komornik” (2005) Feliksa Falka czy „Galerianki” (2009) Katarzyny Rosłaniec. Tym bardziej cieszy

18

Ż

yjemy w ciekawych czasach. Rzeczywistość często bywa tak zaskakująca, pełna dramaturgii i niespodzianek, że z powodzeniem może służyć za kanwę niejednego filmowego scenariusza. Mimo to polskie kino czerpie ze współczesności dość oszczędnie i w ograniczonym zakresie. i wyróżnia się spośród najnowszych filmowych propozycji „Lincz”, reżyserski debiut Krzysztofa Łukaszewicza. Fabuła oparta jest na prawdziwej historii, która w 2005 roku wstrząsnęła Polską. W niewielkiej mazurskiej wiosce, Włodowie, zdesperowani mieszkańcy zakatowali terroryzującego ich 60-letniego bandytę recydywistę. Posunęli się do tak drastycznego kroku, ponieważ mimo wielokrotnych próśb policja nie stanęła

na wysokości zadania i w krytycznej sytuacji odmówiła interwencji. Jak wiadomo, dokonany lincz stał się źródłem kolejnych problemów. Dotychczas niekarani mieszkańcy Włodowa, którzy wzięli w nim udział, zostali oskarżeni o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Wciągnięci w biurokratyczną machinę systemu sprawiedliwości, zagubieni w gąszczu nierzadko absurdalnych paragrafów, z zaszczutych przez agresora

ofiar z dnia na dzień stali się zbrodniarzami. „Lincz” aż kipi od emocji; to kino drapieżne, surowe w formie, wyraziste i bardzo brutalne. Terroryzujący wioskę Zaranek (brawurowo zagrany przez Wiesława Komasę) budzi grozę i przerażenie. Podejrzewam, że żaden z widzów nie ma wątpliwości, że to człowiek nieprzewidywalny, który nie cofnie się przed nikim i niczym. I choć wiemy, że samosąd jest czymś absolutnie moralnie nagannym i odrażającym, nie umiemy nie kibicować mieszkańcom Włodowa w ich walce z sądowym wyrokiem. W filmie Łukaszewicza może nieco razić jednowymiarowość postaci i bazowanie na prostych przeciwieństwach. Terroryzowani mieszkańcy Włodowa to ludzie o kryształowych charakterach, pozytywni aż do bólu. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości to w większości leniwi, aroganccy ludzie; prokurator jest cynicznym dorobkiewiczem, policja działa opieszale i rekrutuje się głównie z nieudaczników. Świat jest czarno-biały, nie ma w nim miejsca na półtony. Trochę szkoda. Niemniej jednak „Lincz” to dobry, z pewnością wart obejrzenia film. Choć na pewno nie dla relaksu. KATARZYNA PIENIĄDZ MONITOR POLONIJNY


Nie Doda, lecz „DaDa” będzie rządzić na wakacjach! Blue Cafe w świetnej formie lue Cafe wielu z Państwa gielsku, znalazły spore grono pewnie wciąż kojarzy się wielbicieli. „DaDa” ma szansę z wokalistką Tatianą Okupnik ten sukces powtórzyć (proi jej charakterystycznym mujący płytę utwór „Buena” „skrzeczącym” głosem. To szturmem wszedł na polskie właśnie z Tatianą w składzie listy przebojów), bo formalgrupa odnosiła największe nie niewiele różni się od poCzulym sukcesy i nagrała przeboje, przednich dokonań grupy. uchem które weszły już do kanonu Jest jednak bardziej dopracopolskiej muzyki rozrywkowej – wana, lepiej wyprodukowana i nie „Kochamy siebie”, „Do nieba, do pieodstaje od światowych trendów, kła”, „You May Be in Love”. Pięć lat techoć, paradoksalnie, jest na niej więmu Tatiana postawiła na solową kacej polskich tekstów niż na wczerierę i odeszła z Blue Cafe. Jej miejśniejszych płytach. Większość z nich sce zajęła śpiewająca zupełnie inajest autorstwa Dominiki Gawędy, kilczej Dominika Gawęda, wyłoniona ka napisała Anna Saraniecka. drogą castingu w programie „Szansa „Wszystkie mają w sobie megana sukces”. energię i siłę, nawet te najbardziej „DaDa”, najnowsza płyta grupy, to nostalgiczne. Chciałam, by teksty na już trzeci album z Dominiką jako wotej płycie nie były tylko o miłości, ale kalistką. Dwa poprzednie, „Ovosho” też o tym, żeby być tylko i wyłącznie (2006) i „Four Seasons” (2008), odsobą w każdej sytuacji, nie bać się żyniosły sukces („Ovosho” uzyskała stacia i zawsze żyć jego pełnią; o matus złotej płyty). Piosenki pop z elerzeniach i o ogromnej wewnętrznej mentami soulu, rytmów latynoskich sile, która jest w każdym z nas – mói acid jazzu, śpiewane głównie po anwila Dominika Gawęda. – Są też tek-

B

sty, które obnażają ludzką naturę i czasy, w których żyjemy, oraz teksty bardzo lekkie, dynamiczne i zabawowe, które w połączeniu z muzyką dają po prostu mieszankę wybuchową”. Właśnie ta lekka i zabawowa strona nowej płyty Blue Cafe jest najmocniej wyeksponowana. To nie jest płyta skłaniająca do refleksji i głębokich przemyśleń, ale przyjemnie bujająca i kołysząca. Zdecydowanie wprawia w dobry nastrój. Na nadchodzące lato płyta idealna. Założę się, że będzie z niej pochodził niejeden wakacyjny przebój. KATARZYNA PIENIĄDZ

Konkurs rysunkowy dla dzieci i młodzieży Pierwszego lipca 2011 r. Polska obejmuje przewodnictwo w Unii Europejskiej. Z tej okazji redakcja „Monitora Polonijnego” ogłasza konkurs, adresowany do dzieci i młodzieży, na plakat reklamujący Polskę. Mile widziane będą też slogany reklamowe w języku polskim! Prace konkursowe prosimy przesyłać pod adresem redakcji naszego pisma do 20 czerwca br. (przedłużony termin!) pocztą tradycyjną lub elektroniczną. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w lipcowym numerze „Monitora”. Wyłonieni przez specjalne jury autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody, zaś wszyscy uczestnicy upominki. CZERWIEC 2011

19


O D

E N T U Z J A S T E K

D O

P A R Y T E T E K

Skandalistka i gorszycielka

albo rewolucja seksualna w dyskusji Na zjeździe nie tylko komplementowano Orzeszkową, ale znane działaczki ruchu kobiecego dyskutowały o prawach wyborczych dla kobiet, o dostępie do pracy, o oświacie, o roli czytelni kobiecych, o równouprawnieniu we wszystkich dziedzinach życia. W trzecim dniu obrad na mównicę weszła chyba najmłodsza, bo 22 letnia uczestniczka zjazdu Zofia Nałkowska-Rygierowa. Wiedziano o niej, że jest córką znanego geografa, pedagoga i publicysty Wacława Nałkowskiego i żoną poety i pedagoga Leona Rygiera. Niektóre z obecnych pań czytały jej pierwsze opowiadania, drukowane w „Głosie”, czy młodzieńcze powieści Kobiety i Książę. Na forum kobiecym występowała po raz pierwszy. Zaciekawienie tym, co ma do powiedzenia, było duże, ale jeszcze większe było zaskoczenie. Swoje wystąpienie Nałkowska rozpoczęła od krytyki starszych przedmówczyń, zarzucając im, że od trzech dni powtarzają rzeczy oczywiste, bojąc się mówić o prawdziwych problemach nurtujących współczesne kobiety i jako przykład podała „zmianę cenzusu cnoty”. Na sali zawrzało, a prowadząca obrady zaczęła przerywać jej wypowiedź i napominać: „Cóż to za słownictwo!”. Zofia nie dała się uciszyć i mówiła dalej, że wprawdzie podpisuje się pod żądaniem praw wyborczych i całkowitym równouprawnieniem, ale już najwyższy czas, by „porządne kobiety” zaczęły mówić własnym głosem i przestały się dzielić na „porządne” i „te drugie”. Na sali było coraz głośniej, rozległy się komentarze, a przewodnicząca spotkaniu coraz częściej usiłowała przerwać wypowiedź Nałkowskiej, która stawała się coraz radykalniejsza. Po tym, jak powiedziała, że macierzyństwo nie może być jedynym celem erotyki, że kobieta podobnie jak 20

B

ył rok 1907. W Warszawie odbywał się pierwszy legalny Zjazd Kobiet Polskich. Przybyły one ze wszystkich zaborów, by we wzniosłej atmosferze świętować 40-lecie twórczości Elizy Orzeszkowej. mężczyzna ma prawo do cielesnej rozkoszy, Maria Konopnicka ze swą przyjaciółką Marią Dulębianką na znak protestu ostentacyjnie opuściły salę. Rozogniona Zofia krzyknęła za nimi: „Chcemy całego życia!”. Dla większości uczestniczek Zjazdu Kobiet moralność seksualna łączyła się wyłącznie z zalegalizowanym, monogamicznym związkiem z mężczyzną i nie do pomyślenia było, by życie seksualne poza małżeństwem, choć praktykowane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, stało się tematem publicznej debaty. Było to po prostu nieprzyzwoite i dlatego obecne na sali panie były przerażone i oburzone propozycjami Nałkowskiej, domagającej się uznania prawa kobiet do wolnej miłości. A ta argumentowała, że „reglamentowanie przyjemności seksualnej ogranicza głównie kobiety, gdyż mężczyźni i tak by się temu nigdy nie podporządkowali”. Wprawdzie wśród uczestniczek zjazdu przeważały zwolenniczki reformy małżeństwa, ale miała to być reforma, rozszerzająca wymóg monogamii, obowiązującej dotąd tylko kobiety, także na mężczyzn. Stąd też nawoływania do akceptowania pozamałżeńskich związków także w odniesieniu do kobiet było dla nich szokujące, podobnie jak szokujący był atak Nałkowskiej na ideał czystości małżeńskiej jako odległy od rzeczywistości i represyjny dla kobiet. Nałkowska była pierwsza, która otwarcie i głośno krytykowała hipokryzję moralności, propagującej „czystość” jako wymóg stawiany kobie-

tom. Twierdziła, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni odczuwają potrzebę pozamałżeńskich związków seksualnych, a różnica między nimi polega tylko na tym, że mężczyźni to pragnienie realizują otwarcie, a kobiety skrycie. Mówiła: „...powinnyśmy być tego świadome i pamiętać, że cały ustrój dzisiejszego życia seksualnego opiera się na jawnej poligamii i głęboko pod poziomem życia ukrytej lub daleko poza nawias wyrzuconej poliandrii”. Krytykując obrończynie czystości, stwierdzała: „Nie miłość ma być sprawdzianem moralności związku małżeńskiego, lecz zdrowie. Poświęcić mamy wszelkie indywidualne żądania erotyczne dla dobra dzieci – po to, by znów dzieci te poświęcały się w podobny sposób dla Zofia Nałkowska

MONITOR POLONIJNY


dobra następnych pokoleń. Tą drogą, odrzucając z życia całe piękno, cały poryw i żywioł uczucia, uczynimy ze świata jedną wielką stajnię racjonalnej hodowli zwierząt ludzkich”. To ona, głosząc apoteozę uczuć, przedkładając miłość nad małżeństwo, podobna była do Entuzjastek, chociaż te potępiały małżeństwo bez miłości, zaś ona głosiła możliwość i potrzebę miłości bez małżeństwa. Z mównicy młoda Nałkowska zarzuciła działaczkom kobiecym, że domagając się zniesienia prostytucji, jako kobiety „dobrego prowadzenia się” nie zaprosiły prostytutek, by posłuchać, co one na ten temat mają do powiedzenia: „Naszym zadaniem w dziedzinie etyki jest przewartościowanie zasad etyki, rządzącej dzisiaj nami. Dzisiejszy podział kobiet na moralne i niemoralne jest dokonany z punktu widzenia mężczyzny. Wyzwolenie nasze musi nam dać nowe zupełnie kryterium klasyfikacji, nowy cenzus etyczny. Nie właściwości erotyczne, nie nasz stosunek do mężczyzny powinien orzekać o naszej moralności. Walcząc o równouprawnienie polityczne i ekonomiczne, nie wolno nam zapominać, że nie jesteśmy obywatelkami, póki nasze prawo uczestnictwa w zjazdach kobiecych zależeć będzie od tego, jakie są nasze prywatne sprawy miłosne”. I tak wybuchł skandal. Młoda dziewczyna popsuła uroczystą atmosferę zjazdu, podzieliła kobiety na te, które są „za”, i te, które są „przeciw”. Tylko jedna Kazimiera Bujwidowa głośno i otwarcie przyznała, że „owa najmłodsza kobieta [...] jest szczerą i gardzi kłamaną pruderią swych matek” i dzięki temu jest „stanowczo samodzielniejszą”. Dyskusja przeniosła się do kawiarń i na łamy pism. Miesięcznik społeczno-literacki „Krytyka” w numerze 10. z 1907 roku opublikował w całości referat Nałkowskiej, zatytułowany Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego. Na łamach tego samego pisma autorkę zaatakował dr W. Miklaszewski, zarzucając jej, że zachęca kobiety do nierządu i rozwiązłości seksualnej, co w rezultacie prowadzi do upadku społecznego. Z kolei NałCZERWIEC 2011

Irena Krzywicka kowską poparła m.in. Maria Turzyma w artykule O miłości. Jeszcze w sprawie referatu p. Rygier-Nałkowskiej. Zofia Nałkowska, zwracając publicznie uwagę na ciało jako źródło przyjemności, przełamała obowiązujące dotąd w dyskursie emancypacyjnym tabu, i wprowadziła pojęcia miłości wyzwolonej i kobiety wyzwolonej, mającej prawo do dysponowania własnym ciałem. Na długo zyskała opinię skandalistki, ale postulat wyzwolenia seksualnego kobiet, który początkowo spotkał się z gwałtowną krytyką i odrzuceniem ze strony ruchu kobiecego, w różnych formach powracał, by w końcu zyskać stałe miejsce w dyskursie emancypacyjnym. W latach trzydziestych XX wieku swobodę seksualną kobiet nie kojarzono już z przejmowaniem przez nie propagowanego przez Nałkowską męskiego wzorca obyczajowego. „Okazało się – jak pisze S. Walczewska w Damach, rycerzach i feministkach – że kobieta »wyzwolona« zaczyna mówić o sprawach ważnych, dotąd przemilczanych jako wstydliwe i intymne”. Taką kobietą była Irena Krzywicka, młodsza od Zofii Nałkowskiej o piętnaście lat, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, powieściopisarka, tłumaczka, krytyk teatralny, publicystka. Miała dwadzieścia cztery lata, gdy wyszła za mąż za Jerzego Krzywickiego, syna wybitnego socjologa Ludwika. Cztery lata

później poznała Tadeusza Boya-Żeleńskiego, największą miłość swego życia, ale męża nie porzuciła. Sprawami kobiet zainteresowała się, gdy w kamienicy, w której mieszkała, w krótkim czasie zmarły z powodu pokątnych skrobanek trzy kobiety. I jak po latach wspominała w Wyznaniach gorszycielki, to ona namówiła Boya, by jako lekarz z wykształcenia uświadomił kobietom, że istnieją mniej drastyczne środki zapobiegania niechcianej ciąży i jednocześnie podjął walkę z ustawą antyaborcyjną, do której sama się włączyła. Prawa kobiet do aborcji bronili niedogmatyczni intelektualiści oraz feministki na łamach „Kuriera Codziennego” i w „Kobiecie Współczesnej”. Dla Boya kwestia swobodnej aborcji była przede wszystkim kwestią socjalno-liberalną; z jednej strony odwoływał się do prawa kobiet do swobody osobistej, z drugiej silnie akcentował konsekwencje społeczne zmuszania kobiet do rodzenia dzieci, których nie były w stanie utrzymać. Zabierające głos w sprawie ustawy antyaborcyjnej feministki – Irena Krzywicka, Teodora Męczkowska i dr Justyna Brudzińska-Tylicka – uważały, że niechciana ciąża jest takim samym dramatem dla biednych, jak i bogatych kobiet i stały na stanowisku, że zakaz aborcji godzi w podstawowe prawa kobiety jako jednostki ludzkiej. Dla nich macierzyństwo było wyłącznie sprawą kobiety. W październiku 1931 roku w Warszawie na Lesznie otwarto pierwszą w Polsce Poradnię Świadomego Macierzyństwa. Stało się to przede wszystkim z inicjatywy Boya-Żeleńskiego, Ireny Krzywickiej i osób związanych z Towarzystwem Świadomego Macierzyństwa, popieranych przez ludzi pióra i medycyny: Pawła Hulkę-Laskowskiego, Wandę Melcer, Marię Morską, dr Hermana Rubinrauta, dr Justynę Budzińską-Tylicką i Helenę Boloz-Antoniewiczową. Poradnią kierowała dr Budzińska-Tylicka. Udzielano w niej nie tylko porad, ale prowadzono też szeroką akcję propagandową. Na temat nowoczesnych metod zapobiegania ciąży wygłaszali prelekcje specjalnie sprowadzani z Anglii, 21


Francji czy Niemiec specjaliści, „ale działalność ta [...] skończyła się dość prędko. Zajadłe napaści prasy, kazania księży [...], brak niezbędnych funduszy, wszystko to sprawiło, że frekwencja w poradni była nadzwyczaj mała. Z czasem zgasła cicho, ale nieodwołalnie. Tyle że poruszyliśmy nieco umysły i uświadomili lekarzy dobrej woli. Ale Kasa Chorych nie chciała o nas słyszeć, więc doraźnie przysłużyliśmy się raczej kobietom zamożnym, które mogły sobie pozwolić na wizytę u prywatnego ginekologa. A przecież chcieliśmy służyć właśnie kobietom biednym, umęczonym, obarczonym licznym potomstwem, którego przy nędznych płacach nie mogły używić. Było oczywiste, że nie trafimy do mas. Konieczne poparcie jakiejś większej organizacji społecznej, pomoc państwa – nie nadeszły, toteż nasze wysiłki nie zostały uwieńczone sukcesem” – pisała Irena Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki (Czytelnik, Warszawa 1992). Swój udział w dyskursie emancypacyjnym kobiet Krzywicka rozpoczęła powieścią Pierwsza krew i włączeniem się w walkę o świadome macie-

rzyństwo. Od 1926 roku związana z najważniejszym wówczas opiniotwórczym czasopismem literackospołecznym, „Wiadomościami Literackimi”, zdołała w 1932 roku namówić redaktora naczelnego Mieczysława Grydzewskiego na wydawanie dodatku „Życie Świadome”, poświęconego sprawom reformy obyczajowej. W tym dodatku ukazywały się liczne artykuły na temat regulacji urodzeń, sposobów zapobiegania ciąży i uświadomienia seksualnego. Dowcipnisie mawiali nawet ironicznie, że „Wiadomości Literackie” zmieniły się w „Wiadomości Ginekologiczne”. W latach trzydziestych na łamach „Wiadomości Literackich” Krzywicka opublikowała liczne artykuły i eseje, w których z ogromną otwartością, ale równocześnie z dużą kulturą ujawniała „sekrety kobiece”, o których dotąd nie wypadało publicznie mówić, a tym bardziej pisać. W sposób lekki, czasem dowcipny, ale zawsze subtelny i mądry pisała o menstruacji, kobiecym orgazmie, seksie czy aborcji i w ten sposób zrywała z purytanizmem dawnego ruchu kobiecego. Potrzebę emancypacji kobiet upa-

trywała również w sprawach intymnych i wstydliwych. Mężczyznom zarzucała niedbałość i bylejakość w związkach intymnych z kobietami. Pisała: „Wyzwolony barbarzyńca [...] przede wszystkim ogłusza kobietę rąbniętą bez ogródek propozycją. Jest niecierpliwy, każe się szybko decydować. Jest prymitywny: bawi go tylko efekt końcowy miłości. Jest wyrachowany: szkoda mu czasu na spacer, na rozmowę, na poznawanie się wzajemne [...], gdy mu odmówić, chowa długi, tępy żal, gdy kobieta okaże się nieczuła na jego prostackie zaloty. Ma na usługi naiwną terminologię pseudowspółczesności: mieszczanka, kołtunka, kura domowa – oto słodkie słówka, jakimi raczy wahającą się, zmrożoną, zasmuconą kobietę”. Kobiety namawiała do nieulegania takiemu męskiemu stylowi w seksie i miłości. W jej tekstach kobieta wyzwolona nie przejmuje, jak to proponowała Nałkowska, męskiego standardu obyczajowego, ale jest świadoma swych potrzeb, różniących się od potrzeb partnera, i domaga się ich respektowania. Irena Krzywicka starała się rozbić

Urlopowe czytanie

P

lanując wakacje, zaczynamy gromadzić książki, które warto zabrać ze sobą. Jedni biorą je dlatego, gdyż nie potrafią sobie wyobrazić dnia bez lektury, inni, bo nie zdążyli przeczytać tego, co przeczytać chcieli, jeszcze inni, ci przezorni, wiedzą, że dni mogą być przecież deszczowe, a te najlepiej wypełni książka. Na urlopowe czytanie doskonale nadają się kryminały. Jeszcze kilkanaście lat temu nie odważyłabym się zaproponować takiej lektury. Teraz jest inaczej; polskich opowieści z dreszczykiem pojawia się dużo, niemal każde znaczące wydawnictwo ma swoją kryminalną serię, pojawiły się też i takie, jak krakowskie EMG czy „Oficynka” w Trójmieście, specjalizują22

ce się wręcz w publikowaniu polskich powieści kryminalnych. Jest więc z czego wybierać. Jeśli czytelnik powieści Marka Krajewskiego o Mocku i Breslau zagustował w kryminale retro, czyli ukazującym śledztwa w historycznych dekoracjach, to powinien też sięgnąć po powieści Pawła Jaszczuka (Foresta umbra czy Plan Sary), Marcina Wrońskie-

go (Morderstwo pod cenzurą, Kino Wenus, A na imię jej będzie Aniela), Konrada T. Lewandowskiego (Elektryczne perły, Perkalowy dybuk, Śląskie dziękczynienia), Piotra Schmandta (Pruska zagadka, Fotografia) czy Izabeli Żukowskiej (Teufel). Kryminał retro to nie jedyna, choć bardzo popularna forma polskiej powieści kryminalnej. Tacy autorzy,

jak np. Ryszard Ćwirleja (Trzynasty dzień tygodnia, Upiory spacerują nad Wartą, Ręczna robota) czy Tadeusz Cegielski (Morderstwo w alei Róż), oferują śledztwa z czasów PRL. Nie brak też prozy kryminalnej, osadzonej we współczesności, choć tej jest mniej. Wymienić tu należy Marka Harnego (Zdrajca), Zygmunta Miklaszewskiego (Uwikłanie), Edwarda Pasewicza (Śmierć w darkroomie) czy Mariusza Czubaja (21.37). Marian Czubaj, antropolog kultury, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie za wspomnianą powieść kryminalną 21.37 (W.A.B. 2008), w której wykreował specjalistę od profilów psyMONITOR POLONIJNY


dotychczasowy obraz kobiety skrępowanej gorsetem z fiszbinów i przesądów. Batalia o świadome macierzyństwo i emancypację kobiet, publiczne wypowiadanie niepopularnych opinii, liberalny sposób myślenia, a także wieloletni jawny romans nie przysparzały jej przyjaciół w kręgach zachowawczych. Zyskała opinię gorszycielki i lekceważące określenie „niegrzecznej dziewczynki”, która ze spódnicy uczyniła swój sztandar, a po warszawskich salonach krążyło ironiczne hasełko „Chrońcie dzieci przed Krzywic(k)ą”. Czesław Lechicki, określający się jako człowiek bliski spirytualizmowi chrześcijańskiemu, w Przewodniku po beletrystyce oznaczył ją jako drugą po Boyu czołową propagatorkę „tzw. reformacji (czytaj: deformacji) obyczajów”. Ale miała też Krzywicka duże grono swych wiernych czytelników i czytelniczek, szczególnie wśród ludzi młodych. Kazimierz Koźniewski z sentymentem wspomi-

chologicznych Rudolfa Heinza, otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru, przyznawaną za najlepszą książkę kryminalną. Teraz ukazał się jego drugi kryminał, którego bohaterem również jest Heinz. Nowa powieść Czubaja nosi tytuł Kołysanka dla mordercy (W.A.B. 2011). Jej akcja toczy się w Warszawie w 2008 roku i dotyczy seryjnego mordercy, mordującego bezdomnych zastrzykiem w serce, a potem odcinającego im dłonie. Przestępca jest nieuchwytny, a śledztwo bardzo zagmatwane. Perfekcyjnie zaplanowane zbrodnie łączą się z owianą tajemniczą śmiercią przedsiębiorcy, który kiedyś zatrudniał pracownice ze Wschodu. Pojawia się też CZERWIEC 2011

nał ją jako „partyzantkę, ba, nawet regularnego żołnierza kampanii obyczajowej Wiadomości Literackich”. Pisarka i humorystka Stefania Grodzieńska po latach pisała o tym, że ona i jej koleżanki ze szkoły baletowej lekturę „Wiadomości Literackich” zaczynały oczywiście od Krzywickiej, że „pasjonowała je walka o prawa kobiety”, że „omawiały każde napisane przez nią zdanie”, że „Krzywicka była ważną postacią w ich życiu, wzorem postępowania, realnym dowodem, że odwaga i bezkompromisowość są możliwe” (za Agata Tuszyńska: Długie życie gorszycielki, Iskry, Warszawa 1999).

pacjent szpitala psychiatrycznego, zwany Inkwizytorem. Poszlaki się nawarstwiają. Przed Heinzem i policją trudne zadanie do rozwiązania, a przed czytelnikiem kilka godzin napięcia. Na polskim rynku wydawniczym jest coraz więcej kryminałów, napisanych przez panie. O ile do niedawna królowała na nim Joanna Chmielewska, to teraz pojawiły się też m.in. Katarzyna Gacek i Agnieszka Szczepańska, Marta Obuch, Olga Rudnicka, Katarzyna Bond, Gaja Grzegorzewska czy Izabela Szolc. Polskie autorki doskonale sobie radzą z tym gatunkiem prozy. Szczególną uwagę zwraca Joanna Jodełka, której

Niezaprzeczalnym dowodem popularności Krzywickiej był wynik plebiscytu „Wiadomości Literackich” z 1935 roku. Na pytanie: „Kogo wybralibyście do Akademii Niezależnych, gdyby taka akademia powstała”, czytelnicy na pierwszym miejscu umieścili Juliana Tuwima, a na kolejnych Antoniego Słonimskiego, Andrzeja Struga i Marię Dąbrowska. Krzywicka znalazła się na tej liście jako czwarta kobieta – po Dąbrowskiej, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i Iłłakowiczównie. Otrzymała ponad półtora tysiąca głosów, wyprzedzając Lechonia, Tetmajera, Rodziewiczównę, Witkacego, Gojawiczyńską, ba, nawet samego Józefa Piłsudskiego. Trudno nie zgodzić się z Anetą Górnicką-Boratyńską, która w książce Stańmy się sobą napisała, że Irena Krzywicka i jej postulat pełnej wolności ciała i samostanowienia o nim reprezentuje nowy etap myśli emancypacyjnej. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

debiutancką powieść, Polichromię, uznano za najlepszy kryminał 2009 roku, a autorkę uhonorowano Nagrodą Wielkiego Kalibru. Dodajmy, że Jodełka jest pierwszą kobietą, która tę prestiżową nagrodę otrzymała. W tym roku ukazała się jej kolejna powieść, zatytułowana Grzechotka, potwierdzająca talent pisarki, jej sprawność językową, pomysłowość w budowaniu fabuły, umiejętność łączenia zagmatwanych intryg kryminalnych z psychologicznymi portretami bohaterów. W Grzechotce, podobnie jak wcześniej w Polichromii, znaleźć można wiele elementów charakterystycznych dla powieści

obyczajowej i psychologicznej. Cała intryga dotyczy handlu niemowlętami, a zaczyna się tajemniczym zniknięciem dziecka z łona matki. Sprawa, jak można się domyślać, jest tajemnicza i skomplikowana, a podejrzanych co najmniej kilku. Każda z postaci, występujących w Grzechotce, jest wyrazista i mówi własnym językiem – czy to pani psycholog, zmęczony policjant, notariusz, ginekolog-alkoholik, czy też mszczący się za złe dzieciństwo bandyta. To świetnie napisana książka. Oferta polskich wydawców jest duża i różnorodna, jest więc z czego wybrać. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 23


To

raczej niecodzienne zestawienie. Zazwyczaj mało komu w rozmowach czy rozmyślaniu o sporcie przychodzi na myśl Bóg, wiara czy religia.

Religia a sport

Może ktoś skojarzy sobie sportowe pasje papieża Jana Pawła II – jazdę na nartach, kajaki czy górskie wyprawy, które praktykował, sporty, którym kibicował. Ksiądz Mariusz Zapolski, b. kapitan piłkarskiej reprezentacji… księży, b. kapelan Legii Warszawa wspomina, że kiedy reprezentacja księży w 2000 roku wyjechała na mecze z Gwardią Szwajcarską i reprezentacją Watykanu, spotkała się również z Janem Pawłem II. Gdy papież wychodził z sali, jeden z księży krzyknął, że grają z Gwardią. Papież z uśmiechem odpowiedział: „Dokopcie im”. Wygrali 8:1. Beatyfikacja Jana Pawła II z pewnością skłania do refleksji nad obecnością religii i wiary w codzienności, również w sporcie. Z religijnością w sporcie jest bardzo różnie. Są kraje, gdzie sport, a przede wszystkim piłka nożna, urósł do rangi religii, a najlepszych graczy określa się mianem bóstw. Wiara występuje często, ale zazwyczaj w zwycięstwo. Ksiądz Zapolski podkreśla, że wiara nie przeszkadza grać w piłkę. Sportowiec, będący prawdziwym chrześcijaninem, powinien się przyznać, że strzelił gola niezgodnie z przepisami. To niełatwe, bo liczą się zwycięstwo i pieniądze. Zauważa też, że gdy piłkarz zyskuje sławę i pieniądze, Bóg często przestaje mu być potrzebny. Ale są i tacy sportowcy, którzy umieją być chrześcijanami. W Legii na kapelana patrzono różnie. Dziwiono się, kiedy w 1991 roku Manchester United przyjechał do Warszawy ze swoim… księdzem, który jeździł z piłkarzami na mecze od 30 lat. Później, przed meczem z Barceloną na stadionie Camp Nou kapelan Legii odprawił mszę świętą dla 24

drużyny i była to podobno jedyna drużynowa eucharystia w historii obiektu. Za jedno z największych bluźnierstw w historii futbolu uważa się słowa „boskiego” Diego Maradony, który, zdobywając gola ręką na mundialu w 1986, stwierdził, że była to… „ręka Boga”. Piłkarze i kibice brazylijscy twierdzą natomiast, że Bóg jest Brazylijczykiem. Wielokrotny mistrz i legenda sportów motorowodnych Waldemar Marszałek ostrożnie odpowiadał na pytanie, czy wierzy. Kilka razy znalazł się na granicy życia i śmierci. Wychodził z najpoważniejszych wypadków, przezwyciężał obrażenia i znów wygrywał. Potwierdzał, że przed wyścigiem, leżąc już w łódce, zawsze się żegna. Pytał też: „Ale czy to mnie uchroniło?” i zastanawiał się: „Może mi Pan Bóg pomagał?”. Jednym z najlepszych bramkarzy hokejowych lat 80. był Paweł Łukaszka. Mógł grać w Kanadzie. Zrezygnował jednak z wyczynowego uprawiania sportu, wstąpił do seminarium duchownego i został wyświęcony na kapłana. Będąc już księdzem, wrócił do drużyny Podhala i rozegrał jeszcze 7 meczy. Głęboko wierzący Marek Citko, kiedyś nadzieja naszej piłki, mawiał: „Swoje życie postanowiłem poświęcić i oddać w ręce Pana Boga i kocham Go jak oj-

ca, a Maryję jak swą matkę...”. Mówił, że grą chwali Boga, a Jezus Chrystus jest dla niego: „Wszystkim! Niedoścignionym Mistrzem, Panem, Zbawicielem. Chciałbym Go ujrzeć kiedyś twarzą w twarz. Żadne słowo nie jest godne tego, aby nim określać Chrystusa. Nie da się wyrazić tego, co czuje się w sercu”. Najsłynniejszym dziś piłkarzem, deklarującym głęboką wiarę, jest Kaká, gwiazdor Realu Madryt, należący do Kościoła Odrodzenia w Chrystusie, który po zwycięstwach zdejmował koszulkę, by pokazać podkoszulek z napisem: „Należę do Jezusa”. Swojemu kościołowi oddaje 10% zarobków. Wielu piłkarzy musi wybierać między zasadami wiary a futbolem. Dziesięć lat temu fanów zaszokował Carlos Roa, bramkarz reprezentacji Argentyny, który zakończył karierę z powodów religijnych. Należał do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, którego zasady zakazują wiernym pracę w soboty. Piłkarz długo grzeszył i mimo wszystko w soboty grał. Interesował się nim Manchester United, ale on u szczytu kariery zrezygnował z gry. Z kolei polski adwentysta i duży talent, Dariusz Ginda, przez to że nie grał w soboty, nigdy nie wyszedł poza IV ligę. Miał szansę na karierę, pieniądze, ale ekstraklasa gra, niestety, właśnie w soboty. Gnida mówił jednak, że nigdy nie żałował decyzji. Jednak często wygrywa piłka. Kiedyś mecz Deportivo La Coru a, w którym grał Izraelczyk Dudu Aouate, miał się odbyć w święto Jom Kippur. Wyznawcy judaizmu nie mogą wtedy jeść, pić, pracować, myć się, nosić skórzanego obuwia oraz współżyć płciowo. Te zakazy – no, może poza ostatnim – kolidują z zawodową grą w piłkę. Aouate zapowiedział, że zagra. Oburzyło to religijną prawicę w Izraelu, która od piłkarskiej federacji zażądała zawieszenia zawodnika w prawach reprezentanta, jeśli we wspomnianym meczu zagra. A on miMONITOR POLONIJNY


mo wszytsko zagrał. I nie został ukarany. Izraelczycy grający za granicą chcą zapisu w kontrakcie, zwalniającego ich z gry w Jom Kippur. Największy talent izraelskiej piłki Oshri Roash, kapitan drużyny do lat 17, podczas pobytu na Węgrzech nie chciał nocować w hotelu razem z kolegami, bo był tam wielki krzyż. Interesują się nim czołowe kluby, ale jego kariera się nie rozwija, bo on staje się coraz bardziej religijny. Po tegorocznym wypadku Roberta Kubicy świat szybko się dowiedział, że przy jego szpitalnym łóżku stało zdjęcie Jana Pawła II. Media przypomniały, że Polak jest wierzący, nosi zdjęcie polskiego papieża przy sobie, a kardynał Stanisław Dziwisz przekazał mu relikwie, o które prosił sam Kubica – kroplę krwi i skrawek szaty Jana Pawła II. Kierowca argumentował to tym, że już podczas wypadku w Kanadzie uratowało go wstawiennictwo papieża Polaka – miał na kasku wypisane jego imię. Uważa też, że z ostatniego bardzo groźnego wypadku udało mu się ujść z życiem również dzięki papieskiej opiece. Od lat za jednego z najbardziej religijnych naszych sportowców uważany jest jeden z naszych najlepszych bokserów Tomasz Adamek, który mawia, że boks to jego zawód, do walk jest dobrze przygotowany, a boi się tylko… Boga. Adamek od dziecka był religijny i swojej religijności nie ukrywa. Powtarza m.in. „Inni potrzebują psychologa, a mnie wystarczy Bóg. Jemu powierzam swoje kłopoty i nigdy się nie zawiodłem. Bez Niego byłbym nikim”. Wielokrotnie przyznawał się do wiary katolickiej, pozytywnie wypowiadał się również o Radiu „Maryja”. Po wygranej walce w maju 2005 roku odbył pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę z Jasnej Górki w Ślemieniu na Żywiecczyźnie (ok. 250 km). Ostatnia Wielkanoc była dla niego tak ważna, że w Wielką Sobotę nie chciał walczyć. Miał powiedzieć: „W Wielką Sobotę to ja chcę pójść do kościoła ze święconką, a dzień CZERWIEC 2011

później usiąść z rodziną do świątecznego śniadania, zamiast iść na ring”. Termin walki zmieniono i Adamek pokonał Kevina McBride`a, Irlandczyka i praktykującego katolika, 9 kwietnia. Najsłynniejszy polski luteranin Adam Małysz też jest religijny. Powiedział, że w karierze nie wszystko mu się udało: „Choć nie jestem katolikiem, to jednak zawsze żałowałem, że nigdy nie dostąpiłem zaszczytu spotkania z papieżem Janem Pawłem II. Były propozycje audiencji, ale oficjalnej, z mediami (…). Marzyłem, żeby z tak wielkim rodakiem spotkać się na bardziej prywatnej audiencji. Jan Paweł II był fanem skoków i żałuję, że nic z tego nie wyszło. Miałem ogromny szacunek do Ojca Świętego”. Problemy religijne mają też sportowcy-muzułmanie – chodzi np. o godzenie ramadanu z futbolem. Przez 30 dni wyznawcy islamu poszczą w ciągu dnia. W Europie nikt się tym nie przejmuje. W tym roku trzej muzułmanie z Realu Madrid nie pościli. Kluby często odradzają zawodnikom takie praktyki. W FSV Frankfurt w umowach jest zapis zakazujący postu! Trener Rubinu Kazań Kurban Berdijew modli się przy każdym meczu. Zawsze trzyma w rękach subhę (muzułmański różaniec). Jedni pokazują, że przestrzeganie zasad religii jest dla nich ważniejsze od sportu, inni idą dalej i okazują się fanatykami religijnymi. Trzej gracze ekstraklasy Arabii Saudyjskiej po wybuchu wojny w Iraku zgłosili się na ochotnika i zginęli w samobójczych zamachach, w swoim mniemaniu jako męczennicy za wiarę. Ale można i tak, jak jeden z naszych najlepszych bramkarzy Artur Boruc. Przechodząc do „katolickiego” Celtis Glasgow, szybko włączył się w trwającą od 1888 roku rywalizację z „protestanckim” Glasgow Rangers. Prowokował rywali, stosując elementy religijne. Zdarzyło mu się podjeść w stronę protestanckich kibiców i … pobłogosławić

ich. Podczas jednego z meczów ostentacyjnie przeżegnał się przed nimi, co wprawiło ich w furię. Zawiadomiono policję. Prokurator uznał to za prowokację. Boruc nie stanął jednak przed sądem za podburzanie tłumu i prowokowanie zamieszek. Został tylko pouczony. Bronił go szkocki kościół, twierdząc, że upomniano go za przeżegnanie się. Głos w tej sprawie zabrał nawet premier Szkocji, a prawicowa organizacja polonijna przedstawiała piłkarza jako… męczennika za wiarę, prawdziwego Polaka-katolika itp. Spodobało się to piłkarzowi i w kolejnym meczu obu drużyn znów się przeżegnał. Sprawa ponownie trafiła do prokuratury. Kiedyś po zwycięstwie nad Rangers zdjął bluzę i w obecności 58 tys. kibiców zszedł z boiska w koszulce z wizerunkiem Jana Pawła II i napisem: „Boże, błogosław papieża”. O tym zdarzeniu debatował nawet szkocki parlament. Czy polski piłkarz kierował się religijnością, czy też jego zachowanie wynikało z niesforności charakteru i chęci wywołania skandalu, nie wiem. Kolizję religii ze sportem wywołał termin walki w obronie tytułu mistrza świata WBC Krzysztofa Włodarczyka „Diablo” z Portorykańczykiem Franciscem Palaciosem dnia 2 kwietnia br. Zadawano sobie pytanie, czy można organizować bokserską galę w dniu VI rocznicy śmierci papieża Jana Pawła II? Mimo wszystko walka się odbyła. O godz. 21.37, w pamiętnej chwili śmierci, gala była rozkręcona na całego…, zwyciężył „Diablo”. W okresie pontyfikatu Jana Pawła II wielu sportowców twierdziło, że autorytetem jest dla nich właśnie polski papież. To, jaki przykład dawali często bardzo rozrywkowym stylem życia codziennego czy sprzedając mecze, to już inna historia. Modne było i jest powoływanie się na słowa papieża. Grzegorz Lato, starając się niedawno o przyjęcie do Komitetu Wykonawczego UEFA, napisał m.in. „drogą Papieża będę szedł”. Co to miało znaczyć? Religia i sport – może to połączenie jest prostsze, niż się wydaje? ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

25


Problematyczne „Witam”

C

zy Państwo też otrzymują listy, które nadawcy rozpoczynają zwrotem powitalnym: „Witam”? Ja niestety coraz częściej. Już od dawna wiadomo, że sztuka epistolografii umiera – no, może użyję łagodniejszego określenia – zmienia się radykalnie, bowiem klasyczne listy wypierane są przez e-maile i SMS-y, w których chyba nie przestrzega się aż tak rygorystycznie etykiety językowej. Tradycja nakazuje listy oficjalne, a także adresowane do osób obcych, starszych, rozpoczynać najczęściej zwrotem: „Szanowny Panie//Szanowna Pani//Szanowni Państwo”. Dziś ludzie młodzi te formy zwracania się do adresata postrzegają wręcz jako nadęte i poszukują nowych możliwości formalnego rozpoczynania korespondencji. „Dzień dobry” do tego się raczej nie nadaje, bowiem listy elektroniczne adresaci mogą odbierać także nocą, „Siema” czy bardziej tradycyjne, choć i tak nieformalne „Cześć” są mimo wszystko nacechowane swobodą, a zatem czymś neutralnym wydaje się właśnie „Witam”, choć niestety neutralne nie jest. Jeśli zajrzymy bowiem do słownika, to przekonamy się, że widnieje przy nim adnotacja: „forma, formuła powitania (z odcieniem nieco uroczystym)”! Ale jeśli mimo wszystko, zdecydujemy się wykorzystać to powitanie, pamiętajmy, że poprzez jego użycie wyrażamy jakby wyższość nadawcy nad odbiorcą, gdyż wg savoir vivre’u jest (była?) to forma stosowana przez osoby o wyższej randze w hierarchii do osób o randze niższej!!! Co w przypadku dzisiejszych użyć „Witam” nie zawsze odpowiada rzeczywistym relacjom pomiędzy partnerami korespondencji, a raczej rzadko odpowiada. Ponadto jest to forma zarezerwowana dla gospodarza, który w ten sposób może zwrócić się do przybyłych gości. Listów jednak tak zaczynać nie wypada. Rozpoczynanie korespondencji za pomocą formy „Witam” napiętnowane jest przez językoznawców, którzy 26

wypowiadają się na ten temat na stronach internetowych poradni językowych (i nie tylko). Ale internauci jakoś się tym nie przejmują, mało tego, na przeróżnych forach, dyskutując na ten temat, w większości wręcz deklarują poparcie dla „Witam” (np. http://www.wykop.pl/link/430177/dlaczego-nie-nalezy-zaczynac-maila-od-witam/). Ciekawe jest też to, że wiele e-maili, kierowanych do wspomnianych już poradni językowych (nie tylko w sprawie odpowiedniości „Witam”), zaczyna się właśnie tą formą powitalną. Może więc po prostu na naszych oczach dokonuje się zmiana konwencji grzecznościowej i „Witam” staje się rzeczywiście neutralnym powitaniem, zarówno w korespondencji, jak i kontaktach bezpośrednich, w których coraz częściej w odpowiedzi na nie słyszy się także „Witam”? Takie zwracanie się do adresata jest też wynikiem skracania dystansu między partnerami korespondencji, co cenią sobie zwłaszcza ludzie młodzi. A że obecnie w każdej dziedzinie panuje moda na młodość, to formie „Witam” daje jeszcze większe szanse uznania jej za neutralną. Nie zmienia to jednak faktu, że dla mnie brzmi ona niestety podejrzanie „gościnnie”. Nie dostrzegam w niej bowiem intencji nadawcy, który wita mnie ceremonialnie, z pozycji gospodarza, a nawet jeśli, to zaraz podejrzewam, że robi to tylko po to, by zyskać moje zaufanie i coś mi sprzedać, coś załatwić. A może przesadzam? MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

T

en odcinek naszego cyklu będzie nieco inny niż dotychczasowe. Nie przedstawię Państwu, jak zazwyczaj, konkretnego producenta, ale produkt. I to nie byle jaki – polską krówkę. Mleczny, słodki cukierek ma na Słowacji mnóstwo wielbicieli i można go kupić w wielu miejscach.

POLAK

W słowackich sklepach można znaleźć krówki produkowane przez różnych polskich producentów, m.in. „Wawel”, „Gniewko – Kluczewo”, a także legendarne krówki z Milanówka. Dlaczego te ostatnie są legendarne? W 1921 roku niejaki Feliks Pomorski założył w Poznaniu fabrykę cukierków. Produkowała nie tylko krówki, ale i inne słodycze; w sumie około 200 rodzajów. Pomorski znał się na swoim fachu jak mało kto – cukiernicze rzemiosło poznał już jako siedmiolatek podczas wizyty w wytwórni swego wuja w Żytomierzu. Receptury tam podpatrzone stosował z powodzeniem w Poznaniu. W rozwoju cukierniczego biznesu przeszkodziła II wojna światowa. Gdy Niemcy wkroczyli do miasta, Pomorscy musieli je opuścić. Po dość długiej tułaczce trafili do Milanówka pod

POTRAFI

MONITOR POLONIJNY


Jej Wysokość Warszawą. Tam rozpoczęli produkcję krówek – były to jedne z niewielu słodyczy, do przygotowania których nie były potrzebne drogie, wyszukane składniki. Po wielu zawieruchach (także po przekształceniu w filię zakładów „Wedla”, a właściwie „22 Lipca” w czasach komunizmu...) spadkobiercy Feliksa Pomorskiego, określanego mianem „ojca krówek”, znów produkują w Milanówku słodycze. Konkurencja na krówkowym rynku jest ogromna. Tylko w samym Milanówku, oprócz wytwórni Pomorskich, prężnie funkcjonuje kilku innych przedsiębiorców. Co ciekawe, nawet przedstawiciele branży cukierniczej nie są w stanie oszacować, ilu dokładnie producentów krówek działa w Polsce. Z pewnością kilkudziesięciu i większość z nich przeznacza sporą część produkcji na eksport. Jak produkuje się krówki? Dość łatwo. Według najprostszej receptury wystarczą mleko, cukier i masło. Miesza się je i gotuje (minimum dwie godziny) w dużej kadzi. Gotową masę wylewa się na stół, a gdy zastygnie, można ją kroić na kawałki i pakować w papier. Świeże krówki są ciągnące, z upływem czasu, w związku z krystalizacją cukru, zaczynają kruszeć. Wielu producentów, oprócz tradycyjnych krówek, ma w swojej ofercie krówki smakowe. I tak „Wawel” niedawno wprowadził na rynek krówki oblane czekoladą; do krówek z Opatowa dodaje się kakao, kokos, sezam, mak, orzechy i rodzynki. Na rynku są dostępne krówki słonecznikowe (z ziarnami słonecznika), sezamowe, żurawinowe, orzechowe, cynamonowe, migdałowe, a nawet ajerkoniakowe. Najpopularniejsze i bezkonkurencyjne pozostają jednak te tradycyjne. KATARZYNA PIENIĄDZ Smacznego! CZERWIEC 2011

POLISH YOUR POLISH IN POLAND

P O L I T E C H N I K A Ś L Ą S K A W G L I W I C A C H STUDIUM PRAKTYCZNEJ NAUKI JĘZYKÓW OBCYCH Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych (SPNJO) Politechniki Śląskiej w Gliwicach zaprasza do wzięcia udziału w letnim kursie języka polskiego dla obcokrajowców. Kurs przeznaczony jest dla osób nie znających języka polskiego oraz pragnących pogłębić jego znajomość. Zajęcia odbywać się będą na Politechnice Śląskiej w SPNJO w terminie 3 – 17 lipca 2011. Program kursu obejmować będzie: zajęcia dydaktyczne, program kulturalny, wycieczki i zajęcia rekreacyjne. Kurs ma na celu nie tylko naukę języka polskiego, lecz także poznanie historii i najważniejszych zabytków Górnego Śląska. Uczestnikom gwarantujemy zakwaterowanie na terenie campusu uniwersyteckiego, wyżywienie oraz bogaty program towarzyszący: zajęcia audiowizualne, udział w zabawach i quizach krajoznawczych, imprezy kulturalne, zwiedzanie Gliwic i okolic, wycieczki do Krakowa i do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. SZCZEGÓŁOWE INFORMACJE NA STRONIE SPNJO POLITECHNIKI ŚLĄSKIEJ http://www.polsl.pl/Jednostki/RJM1/Strony/LetniKursJ%C4%99zykaPolskiego.asp SERDECZNIE ZAPRASZAMY!!! Kontakt: Ewa Mężyk ewa.mezyk@polsl.pl Beata Kurzawińska beata.kurzawinska@polsl.pl

Warsztaty Fundacji SEMPER POLONIA

„Nauczymy Cię, jak założyć i prowadzić własną firmę”

Ruszyły zapisy do IV edycji Warsztatów Ekonomicznych. Tegoroczna edycja projektu Fundacji SEMPER POLONIA odbędzie się w dniach 23-30 lipca 2011 r. w Warszawie. Do udziału w warsztatach zaprasza się studentów i absolwentów polskiego pochodzenia z całego świata, zainteresowanych prowadzeniem własnej działalności gospodarczej w zakresie produkcji i usług. Szczególne zaproszenie do udziału w projekcie jest skierowane do stypendystów Fundacji SEMPER POLONIA. Warunkiem koniecznym udziału w warsztatach jest dobra znajomość języka polskiego. Fundacja jako organizator zapewnia wyżywienie, zakwaterowanie oraz zwrot 60% kosztów podróży. Osoby zainteresowane udziałem w warsztatach prosimy o zgłaszanie się (CV, list motywacyjny z opisem swoich zainteresowań i dotychczasowych osiągnięć) na adres: grogowski@iuve.pl

Informacji na temat szkolenia udzielają: Grzegorz Rogowski, tel. +48-22-505-66-77, grogowski@iuve.pl Grzegorz Żurawiecki, tel. +48-22-505-66-79, gzurawiecki@semperpolonia.pl

POLSKIE VARIA-CJE NA TWOJE WAKACJE

2 TYGODNIE W KRAKOWIE Z POLSKIM, Z ZABAWĄ, Z PRZYJACIÓŁMI INTENSYWNE KURSY JĘZYKA POLSKIEGO Z PROGRAMEM KULTURALNYM I ZAKWATEROWANIEM KURSY WAKACYJNE 19.06 - 02.07.2011 17.07 - 30.07.2011 28.08 - 10.09.2011 03.07 - 16.07.2011 31.07 - 13.08.2011 11.09 - 24.09.2011 14.08 - 27.08.2011

Cena 440 euro lub 390 euro (dla studentów) obejmuje: - dwutygodniowe, intensywne kursy j. polskiego – wszystkie poziomy nauczania, materiały do nauki, certyfikaty ukończenia kursu - kursy polskiego „Varia” są stworzone z myślą o osobach, które chcą uzyskać jak najlepsze rezultaty w krótkim czasie; w czasie kursów, kładziemy nacisk na umiejętności komunikacyjne w codziennych sytuacjach; - zakwaterowanie blisko centrum miasta – w pokojach dwuosobowych u polskich studentów, z innymi uczestnikami kursu lub u polskich rodzin. Możliwe jest również zakwaterowanie w pojedynczym pokoju bądź w osobnym apartamencie za dodatkową opłatą. - program kulturalny: lekcje polskiego poza murami szkoły (polski w pubach, restauracjach i sklepach...), wykłady na ciekawe tematy, niekonwencjonalne zwiedzanie miasta z przewodnikiem, wycieczki w okolice Krakowa, wieczory w legendarnych pubach i kawiarniach, rejsy po Wiśle, polskie warsztaty kulinarne... - fachową opiekę – 24 godziny na dobę Więcej informacji na: www.varia-course.com, tel. +48/12 633 58 71, kom. +48/608 845 793 zapisy: office@varia-course.com, Aneta Kawa, Varia Centrum Języka Polskiego


KLUB POLSKI w Bratysławie

zaprasza na coroczną imprezę polonijną

Polskie szanty na Dunaju Rejs statkiem Bratysława – Devin – Bratysława rozpocznie się 22 czerwca 2011r. o godz. 17.00. Podczas rejsu przy dobrej muzyce wspólnie będziemy śpiewać piosenki marynarskie i biesiadne. Będziemy tańczyć i weselić się, dając wyraz naszej polskiej tradycji i kulturze. Skromny poczęstunek zostanie urozmaicony tradycyjnym polskim śledziem oraz domowymi wypiekami klubowiczów. Strój dowolny, najlepiej sportowy z akcentami marynarskimi. Chęć uczestnictwa w imprezie proszę zgłaszać do prezesów regionalnych, wpłacając wpisowe (6 euro za osobę) w nieprzekraczalnym terminie do 15 czerwca 2011 r.

W Bratysławie proszę się zgłaszać na adres: klub.polski@mail.t-com.sk Sponsorzy mile widziani! Uwaga! Ilość miejsc ograniczona!

Klub Polski Środkowe Poważe – MK Trenczyn oraz Centrum Kultury „Sihot” zapraszają na IX Międzynarodowe Spotkania Kulturalne

Przyjaźń bez granic 2011 18 CzerwCa 2011 – SoboTa ☛ 15.00 – Mierove nám. – podium. Występ polskiego Zespołu Pieśni i Tańca „Suszanie” z Suchej Górnej – PZKO, Czechy ☛ 17.00 – synagoga – wernisaż wystawy „Zatrzymać czas” Wystawa fotografii polskich autorek: Anny Mogilnickiej – „Stare Katowice”, Marii Urbasiówny-Holoubkove – „Stary Trenczyn” Wystawa otwarta od 18.06. do 15.07.2011 ☛ 18.00 – Centrum Kultury Kubra (TN) Wieczór przyjaźni – biesiada polonijna DFS – Kubranczek

Klub Polski Nitra zaprasza miłośników muzyki organowej na koncert, który odbędzie się 3 lipca o godzinie 16.00 w katedrze nitrzańskiej. W koncercie na organach grać będą: Marcin Jurczyk, Małgorzata Ścibak, Jozef Hambalek, na skrzypcach: Alexandra Głębocka, a zaśpiewają: Wiesław Pawlak i Kristina Hanzenová.

Impreza w Podskaliu z okazji Zielonych Świątek Klub Polski Środkowe Poważe – Miejscowe Koło w Dubnicy, będący organizatorem spotkania w Podskaliu z okazji Zielonych Świątek, przyjmuje pisemne zgłoszenia do udziału w nim. Impreza odbędzie się w dniach 10-12 czerwca 2011 r. Ilość miejsc – 98. Opłata wynosi 5 euro od osoby (dzieci bezpłatnie) i obejmuje dwa noclegi i 6 posiłków. Zgłoszenia prosimy przesyłać pod adresem e-mail: klub.polski@nextra.sk, lub adresem pocztowym: POĽSKÝ KLUB, Stredné Považie, Partizánska 151/3, 018 41 Dubnica nad Váhom. Zgłaszających się prosimy o podanie wszystkich danych, potrzebnych do zakwaterowania.

28

ŻYCZENIA Veronice i Tomašovi Schóberom składamy gratulacje z okazji narodzin ich młodszej córeczki. Alexandra przyszła na świat 14 kwietnia. Renacie i Petrovi Strakom życzymy pociechy z wnucząt. Przyjaciele z Klubu Polskiego Magdzie Zawistowskiej i Tomkowi Olszewskiemu, którzy 11 czerwca wstąpią w związek małżeński, składamy najserdeczniejsze życzenia. Myślami będziemy z Wami i życzymy powodzenia w dniu ślubu oraz w całym życiu! Przyjaciele z Klubu Polskiego

KONDOLENCJE Głębokie wyrazy współczucia z powodu śmierci męża składamy naszej koleżance Marii Gaborikovej Przyjaciele z Klubu Polskiego Środkowe Poważe MONITOR POLONIJNY


O F E R T A

P R A C Y

Firma recyklingowa z Polski poszukuje 2 pracowników na stanowisko

specjalista ds. logistyki Wymagania: biegła znajomość języka słowackiego w mowie i piśmie, znajomość języka polskiego na poziomie umożliwiającym komunikację.

Strona internetowa www.polonia.sk Zapraszamy Państwa do odwiedzania naszej strony internetowej www.polonia.sk, którą cały czas staramy się ulepszać i która zyskała nową szatę graficzną. Czekamy też na Państwa uwagi i opinie o niej.

Oferujemy bardzo dobre warunki pracy: stałe wynagrodzenie oraz prowizję, ktorej wysokość będzie uzależniona od osiąganych wyników Osoby zainteresowane prosimy o przesyłanie CV wraz ze zdjęciem na adres e-mail:

r.trzebuchowski@recykling-karat.pl lub kontakt telefoniczny pod numerem

+48 515-073-540

W YBÓR Z PROGRAMU INST Y TUTU POLSKIEGO W BRAT YSŁAWIE – CZERWIEC ➨ INTERPRETACYJNE

DNI KLASYCZNEJ GRY GITAROWEJ 5 czerwca, godz. 16.00 – 18.00, Bańska Szczawnica, Hudobná a umelecká akadémia Jána Albrechta, Botanická 2 Wystawa i prezentacja instrumentów muzycznych z warsztatu lutniczego w Bielsku-Białej i wykład Aleksandra Benedykta na temat tajemnic wyrobu instrumentów muzycznych.

➨ POLSKIE

PORTY MORSKIE 9 czerwca, godz. 10.00. Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 Spotkanie z przedstawicielami Krajowej Izby Gospodarki Morskiej – prezentacja polskich portów morskich z okazji Dni Morza.

➨ UCIECZKA

Z SYBERII Od 9 czerwca w wybranych kinach bratysławskich Premiera filmu amerykańskiego The Way Back (2010) w reżyserii Petra Weira. Historia opisuje ucieczkę więźniów z rosyjskiego gułagu. Scenariusz oparty jest na wspomnieniach polskiego jeńca wojennego.

➨ SALON

WYSZEHRADZKI 9 czerwca, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Kultury Węgierskiej, Palisady 54 Dyskusja panelowa ekspertów z krajów V4, dotycząca problematyki romskiej.

CZERWIEC 2011

➨ SOCHA

A OBJEKT 22 czerwca - 22 lipca, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 czerwiec / lipiec / sierpień, Bratysława, Stare Mesto Wystawa prac Kamila Kuskowskiego w ramach międzynarodowego festiwalu rzeźby i obiektów rzeźbiarskich

➨ Teatr

Ósmego Dnia 25 czerwca, godz. 20.00, (Arka), Bratysława, Stare Miasto - Hl. Nam. 26 czerwca, godz. 20.00, (Teczki) Bratysława, Klub A4, Nam.SNP 12 28 czerwca, godz. 20.00, (Arka), Bardejov, Hl. Nam. 29 czerwca, godz. 20.00, (Teczki) Koszyce, Kulturpark, Kukučínova 2 Przedstawienia teatralne Teczki i Arka w wykonaniu najbardziej znanego polskiego zespołu teatru zaangażowanego

➨ Giacomo

Puccini - Tosca 29 czerwca, godz. 20.00, dziedziniec zamku Zvolen, ewentualnie Teatr J. G. Tajovského Występ Opery Krakowskiej w ramach najstarszego festiwalu teatrów profesjonalnych na Słowacji Zámocké hry zvolenské

➨ MAPY

30 czerwca - 28 sierpnia, Bratysława, Galeria Miejska, Pałac Mirbacha, II piętro Międzynarodowa wystawa sztuki konceptualnej z udziałem artystów z Polski. ➨ MALARSTWO

POLSKIE przełomu XIX i XX w. czerwiec / lipiec / sierpień / wrzesień, Bratysława, Słowacka Galeria Narodowa Wystawa malarstwa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. Główny organizator: Galeria Narodowa i Muzeum Narodowe w Warszawie

W pierwszy weekend lipca IP planuje zorganizowanie Pikniku Polskiego na bratysławskim Rynku Starego Miasta, gdzie tradycyjnie rozpocznie się Bratysławskie Lato Kulturalne – cykl plenerowych imprez kulturalno-gastronomiczno-promocyjnych. Chcielibyśmy, aby w ciągu 3 dni Polska zaprezentowała się tu jako kraj wspaniałej kultury, dobrego jedzenia i interesujących atrakcji turystycznych. Projekt jest inicjatywą własną IP i będzie realizowany we współpracy z władzami Bratysławy i Warszawy, ale także m.in. z samorządami polskich województw i miast położonych przy granicy. Oprócz atrakcji ludycznych (kapele ludowe, teatrzyki dla dzieci, stoiska z regionalnymi produktami gastronomicznymi i materiałami promocyjnymi o Polsce) nie zabraknie też kultury wysokiej: planowane są wieczorne koncerty polskich zespołów jazzowych i world music oraz projekcje filmów. Instytut zabiega o to, by Piknik został otwarty przez przedstawicieli słowackich władz państwowych i samorządu Bratysławy w towarzystwie reprezentantów samorządów polskich województw nadgranicznych oraz Ambasadora RP w Słowacji i Ambasadora Węgier (kraju kończącego swoje przewodnictwo w UE). 29


Wędrując po świecie z polskością w sercu

S

łoneczne dzieciństwo spędziłam w miasteczku Daugawpils. Wiedziałam, że to jest kącik Łotwy, który leży blisko Białorusi, Litwy i Rosji, a czułam, że najbliżej właśnie Rosji. Wszystko wokół mnie toczyło się po rosyjsku: rozmowy w rodzinie, na ulicy, w sklepach, w telewizji, a później też w szkole. Tak byłam przyzwyczajona do tej rosyjskiej „swojej” atmosfery, że nigdy nie zapomnę zdziwienia, kiedy po raz pierwszy trzymałam w ręku słownik angielsko-łotewski: nie mogłam znaleźć, gdzie się kończy wyraz obcy, a gdzie zaczyna się tłumaczenie, bo wszystkie wyrazy były zapisane za pomocą alfabetu łacińskiego, a nie tego „mojego”, czyli cyrylicy. W szkole zawsze miałam wysokie oceny z języka ojczystego, czyli rosyjskiego, ale czasami się okazywało, że używam jakichś dziwnych wyrazów, których nie zna nikt inny i których nie było w słownikach… Obserwowałam, pytałam, słuchałam, szukałam i oczy zaczęły mi się otwierać: cała ta rosyjskość była mi obca. W czasach wojennych moich przodków wysłano z Polski (terytorium teraźniejszej Ukrainy) do Kazachstanu. Wysłano za to, że byli Polakami – tak jest napisane w dokumentach, które widziałam na własne oczy. Tam, w Kazachstanie, urodzili się moi rodzice, którzy od dzieciństwa wiedzieli, że mają zachowywać się według radzieckich reguł: rozmawiać po rosyjsku, nie wspominać o swoim pochodzeniu, nie obchodzić świąt religijnych. W inteligenckiej rodzinie mojej matki poszanowanie tradycji było naprawdę zakazane. Teraz dopiero okazało się, że babcia zawsze znała modlitwy po polsku, ale nigdy nie nauczyła dzieci modlić się w tym języku, natomiast mój ojciec znał polski, ale był zmuszony zapomnieć o tym wszystkim w szkole, w pracy, w życiu społecznym… W latach 80-tych moi rodzice osiedlili się na Łotwie, w kwitnącym wtedy kraju Związku Radzieckiego. Byli 30

w trudnej sytuacji: nie umieli pisać po polsku, nie znali łotewskiego, przyjechali nie wiadomo skąd, rozmawiali po rosyjsku… Na początku przyjmowano ich gościnnie, ale po rozpadzie ZSRR nazwano „okupantami“, ponieważ posiadali paszport „nieobywatela Łotwy”. I w tym właśnie momencie zaczyna się moje życie. Też miałam taki paszport, ale wpisano w nim moją narodowość – polską. Też rozmawiałam i myślałam po rosyjsku, ale dowiedziałam się, że te dziwne wyrazy, których używano tylko w mojej rodzinie – „szuchla” (zamiast „szufla”), „rundelek” (zamiast „rondel”), „rusznik” (zamiast „ręcznik) – to wpływ moich ukraińskich i polskich korzeni. A nazwa mojego rodzinnego miasta – Daugawpils, brzmi po polsku – Dyneburg. Postanowiłam być tym, kim jestem, a nie tym, kim mnie starano się zrobić. Zaczęłam walczyć o swoją tożsa-

mość i status w społeczeństwie. Zdałam egzamin naturalizacyjny i zdobyłam obywatelstwo łotewskie. Nauczyłam się modlitw, poszłam do kościoła i pociągnęłam za sobą rodziców. Zaczęłam uczyć się polskiego i zmieniłam rosyjską szkołę na polską. Starannie uczyłam się wszystkich języków, bo zdecydowałam, że wykorzystam swoją sytuację i wszędzie będę czuć się swojsko – z Rosjanami, Polakami i Łotyszami. Podjęłam studia polityczne na Uniwersytecie Łotewskim i, nie zważając na to, że wskazywali mi: „Masz akcent, pochodzisz ze wschodniej części Łotwy, na pewno jesteś Rosjanką”, odważnie pisałam swoje prace i mówiłam po łotewsku. Tak, jak większość mniejszości narodowych na Łotwie (których jest ok. 50%), jestem rosyjskojęzyczna, ale jestem Polką! Starałam się działać na rzecz polskości i na rzecz integracji w społeczeństwie łotewskim. Spotkając się osobiście lub badając naukowo losy Polaków, poznałam ich wielu na Łotwie. Stanowią prawie 3% mieszkańców, w większości zamieszkują katolicką część Łotwy – Łatgalię. Historie licznych z nich podobne są do mojej. Najczęściej wywodzą się z Białorusi, Ukrainy, Litwy czy też samej Łotwy (Łatgalia od dawna jest znana jako polski kraj, bowiem kiedyś podlegała Polsce). Większość nie zadaje pytań i po prostu akceptuje to, że inni utożsamiają ich z Rosjanami. Oczywiście, oprócz tej rosyjskojęzycznej większości, jest też polska łotewskojęzyczna mniejszość. Jeśli ci Polacy słyszeli język polski, to może kiedyś od babci. Właśnie dzięki staraniom takich babć nawet wśród całkiem rosyjskojęzycznych Polaków żyją polskie tradycje katolickie. Można tu spotkać ludzi, którzy na co dzień mówią po rosyjsku, ale chodzą do kościoła wyłącznie na msze polskie i modlą się po polsku… Żartuję czasami, że Łotwa to nie tylko kraj jezior, lasów i bursztynów, ale też kraj mniejszości narodowych i różnorodności. Prawie każda rodzina jest mieszana, w każdym pokoleMONITOR POLONIJNY


niu kultura i tożsamość są coraz bardziej kolorowe. Każdy tu jest interesujący, niesamowity. Każdy Polak na Łotwie ma swoją niepowtarzalną tożsamość i każdy ma do niej inny stosunek. Rząd zwykle określa tutejszych Polaków jako mocną, zjednoczoną mniejszość narodową. W społeczeństwie, jeśli tylko nie są uważani za Rosjan, często postrzegani są stereotypowo jako inteligencja (może, kojarzą się ze słynną polską bohaterką Emilią Plater, która tu mieszkała). Sami Polacy dzielą się na dwie grupy. Jedni są naprawdę dumni ze swojej polskości i bardzo aktywni: posyłają dzieci do polskich szkół, uczestniczą w polskich imprezach, działają w polskich organizacjach, trzymają się razem z innymi Polakami, zachowują i rozpowszechniają kulturę polską. Inni zapominają lub nie chcą przyznawać się do polskości, a w paszporcie nie mają żadnego wpisu dotyczącego narodowości. Z doświadczenia wiem, że większość Polaków na Łotwie nie czuje się dyskryminowana, przyzwyczaiła się dostosowywać się do sytuacji, uczyć się języka państwowego i języków obcych, nie narzekać, tylko walczyć o swoje miejsce na tej ziemi. To Polacy znają wiele języków, to Polacy najczęściej zdają egzamin naturalizacyjny, to Polacy są jedną z najbardziej aktywnych, znanych, szanowanych mniejszości narodowych na Łotwie. Czasami jest mi trudno, bo nie wiem, gdzie dokładnie leży moja ojczyzna i jaki jest mój język ojczysty, bo mówię z akcentem w każdym języku i zawsze muszę o coś walczyć… Polubiłam te trudności, bo lubię Łotwę, lubię język rosyjski i lubię swoją polskość. Jestem dumna ze swojego doświadczenia i siły. Wiem, że moje życie zawsze będzie poszukiwaniem i analizą. KRYSTYNA MORŻEWSKA Łotwa CZERWIEC 2011

Mówicie po angielsku??? bliżają się wakacje. Drogie Dzieci i Droga Młodzieży, już pewnie każde z Was myśli o wyjazdach. Niektórzy wybiorą się do rodziny do Polski, inni spędzą lato na Słowacji, a jeszcze inni pojadą za granicę i, być może, będą mieli okazję sprawdzić swoją znajomość języków obcych. Ponieważ uczę polskie dzieci języka angielskiego, postanowiłam zaprezentować Wam ich przejęzyczenia, wpadki, pomyłki, które są źródłem humoru – z pewnością znacie to z własnego doświadczenia. Przeczytajcie, jakie pomysły i skojarzenia rodzą się w głowach Waszych rówieśników w Polsce.

Z

Tłumaczenia z polskiego na angielski: imieniny- the imienins (Basia lat 13) w przyszłości- in the fiuty, (Karol, lat 11) nie krzycz- don’t shit (Bartek, lat 10)

Tłumaczenia z języka angielskiego na polski: the cat is in front of the dog - kot jest z psem na froncie (Wojtek, lat 12) comfortable - wygodny stół (Szymek, lat 10) go down the street- idź z downem ulicą (Marlena, lat 12) slow down - powoli, daunie! (Wojtek lat 12) this festival is very important - ten festiwal jest importowany (Basia, lat 13) forest is beautiful and light - las jest piękny i dietetyczny (Rafał lat 12) it’s horrible - to chorobliwe (Paulina, lat 17) always – podpaska (Marlena, lat 11) the players were bored, and it was important (..) - gracze byli deskami i byli importowani (Wojtek, lat 11) I’m tired - jestem trędowaty (Wojtek, lat 11)

Dialogi: Ja: Do you like tuna, Bartek? Bartek: Yes, I don’t! Ja: Zuzka, can you give me that book? (Zuzka podaje) Ja: Thank you! Zuzka: You’re walkman! Ja do Melanii (lat 17): Co ja widzę, zegarek z Kubusiem Puchatkiem! Mela: No! Też go lubisz? Ja: No szczerze mówiąc, nie, nigdy go nie lubiłam.. Mela: Dziewczyno, ty dzieciństwa nie miałaś!! Ja: Jak jest gwiazdka po angielsku? Kacper: Alleluja! Zuzka: Oszalałeś? Alleluja jest po łacinie... (dzieci lat 7)

Ania (lat 10): Proszę pani, a jak się nauczę angielskiego, to potem nauczę się niemieckiego. Znam już jedno słowo! Auschwitz - do widzenia! Ja: Ada, jak będzie 3. os. l.mn. od „być”? Ada: Oni byją? Ja: Adasiu, jak jest krzesło po angielsku? Adaś: Hmmm, czechło! OLA TULEJKO 31


Zdradzę Państwu tajemnicę. Nie swoją, ale pani Steni Gajdošovej-Sikorskiej z Koszyc, która przesłała nam przepis na niezwykłe ciasto. Gdy noce stają się parne, nad rankiem

Składniki:

Sposób przyrządzania:

• 4 jajka, • 30 dag

Wszystkie składniki należy wymieszać i piec 20 minut w temperaturze 180 stopni. Gdy ciasto wystygnie smarujemy je dowolnym dżemem, wymieszanym z rumem, a na to kładziemy owoce, podgotowane lub z puszki – pani Stenia proponuje brzoskwinie. Na nie kładziemy kolejną masę, którą przyrządzamy, mieszając i gotując 700 ml mleka, 2 złote kłosy, 2 łyżki mąki i cukier waniliowy. Po przestygnięciu dodajemy do tego 25 dag masła i 10 dag cukru. Ale to jeszcze nie koniec, bo na to wszystko przychodzi następna warstwa. Przygotowujemy ją z 4 łyżek cukru, który gotujemy tak długo, aż się skarmelizuje na ciemno, a następnie dolewamy do

cukru pudru

• 100 ml oleju • 200 ml mleka

• 25 dag mąki • 2 łyżki kakao

• 1 proszek do pieczenia.

ptaki uwodzą swoim głosem, przez dzień cały człowiek kombinuje, co by tu na wieczór przyrządzić.. hmm… naprawdę dobrego. No i pani Stenia zdradziła nam, jak to zrobić.

niego 200 ml mleka. Gdy ostygnie, dodajemy 2 bite śmietany w proszku i ubijamy. Powstałą masę nakładamy na wierzch poprzedniej warstwy.

Uff! Wydaje się to pracochłonne, ale wszyscy wiedzą, że nic, co łatwo przychodzi, pysznie nie smakuje – zwłaszcza w czerwcowe wieczory. Nie wiem zaś, czym się kierowały koleżanki pani Steni (a może wiem, tylko Państwu nie powiem), stwierdzając, że tajemnicze ciasto jest „lepsze niż seks”. Czy pani Stenia stworzyła jakiś nowy afrodyzjak, muszą Państwo ocenić sami. Ja zaś zapewniam, że porcja tego oryginalnego ciasta zawsze i wszędzie robi dobre wrażenie. Jest ono doskonałe na czerwcowe imprezy, przyjęcia i grille, po których w zaciszu domowym można spałaszować jego smakowite resztki, o ile oczywiście cokolwiek zostanie. AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2011/06  
Monitor Polonijny 2011/06  
Advertisement