Page 1


Święto

naszych Pań

Wszyscy, ilu nas tu społem Zgromadzonych za gościnnym stołem, Jednym głosem, wszyscy panowie, Wypijmy za Polek i Słowaczek zdrowie!

T

ymi słowami spotkanie klubowe, zorganizowane z okazji Dnia Kobiet, rozpoczął prezes Klubu Polskiego w Dubnicy nad Wagiem. Co roku regionalny oddział naszej organizacji przygotowuje imprezę adresowaną do kobiet – Polek i Słowaczek. Oczywiście wśród uczestników przedsięwzięcia nie brak też mężczyzn – człon-

ków Klubu Polskiego oraz gości, wśród których w tym roku byli konsul RP w RS Adam Sitarski oraz kierownik sekretariatu burmistrza miasta Dubnica nad Wagiem Juraj Džima. Popołudnie 12 marca umilał nam swoimi występami zespół z Trenczy-

na „Muzica Poetica” oraz dzieci z klubów regionalnych w Dubnicy i Trenczynie. To szczególne święto dla jednych jest niejako powrotem do dawnych czasów, kiedy to Dzień Kobiet obchodzono hucznie, dla innych miłym spotkaniem, ale dla wszystkich jest okazją do złożenia życzeń i podziękowań wszystkim Paniom, które swoim zaangażowaniem kształtują naszą organizację polonijną. Dziękujemy Im i jeszcze raz życzymy wszystkiego najlepszego! ZBIGNIEW PODLEŚNY Dubnica nad Wagiem WIĘCEJ ZDJĘĆ NA: HTTP://WWW.KLUBPOLSKI.WEB-ALBUM.ORG/

ZDJĘCIA: ZBIGNIEW PODLEŚNY, IRENA ŠUJAKOVÁ, MARIAN DAMBORAK

Impreza została zrealizowana dzięki wsparciu finansowemu ze Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” oraz Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Bratysławie. MONITOR POLONIJNY


„Zagraniczny!“ – mawia czasami z dumą pewien mój znajomy, kiedy ktoś pochwali jego zegarek, krawat czy inną rzecz. To pewien żart, nawiązanie do dawnych czasów, kiedy to określenie „zagraniczny“ robiło wielkie wrażenie. Pamiętają Państwo? Każdy chciał mieć coś z zagranicy. Moim marzeniem w szkole podstawowej były na przykład kredki z Czechosłowacji. Dziś każdy z nas może pochwalić się czymś zagranicznym, ba, czasami trudno nawet znaleźć na półkach sklepowych coś rodzimego. Nasz „Monitor Polonijny“ też jest w pewnym sensie „zagraniczny“! Co miesiąc na jego łamach publikujemy artykuły naszych rodaków mieszkających w różnych zakątkach naszej planety. Dzięki temu prowadzę „zagraniczną“ korespondencję z całym światem: e-mail z Rosji (w tym numerze naszego pisma publikujemy artykuł z Petersburga – str. 30.), e-mail z Anglii, Australii, Norwegii, Argentyny, Libanu… Tak powstaje rubryka „Rozsiani po świecie“. Mocnym „zagranicznym“ akcentem tego numeru pisma jest relacja z Gali Złotych Sów, która odbyła się w Wiedniu. Podczas tej uroczystości, jak mawia jej organizatorka Jaga Hafner, wręczane są Oscary Polonii. W tym roku po raz pierwszy obok Polaków z różnych innych krajów świata statuetki odebrali również nasi rodacy ze Słowacji (relacja z imprezy na str. 14. W kwietniowym numerze nie brakuje oczywiście akcentów rodzimych: stałych rubryk, w których przedstawiamy polskie nowości wydawnicze, wydarzenia z kraju czy relację z imprezy, nawiązującej do polskich tradycji topienia marzanny i powitania wiosny (str. 12). Sporo miejsca poświęcamy też zbliżającemu się spisowi powszechnemu w Polsce i na Słowacji. W związku z tym zaglądamy też za granicę, do Czech, gdzie na przełomie marca i kwietnia odbywa się liczenie mieszkańców tego kraju. A ponieważ w kwietniu obchodzimy Wielkanoc, to i ten temat potraktowaliśmy „zagranicznie“. Zaglądamy bowiem do rożnych zakątków świata, by móc przybliżyć Państwu, jak tam obchodzone są te święta (str. 4). Życzymy zdrowych, wesołych świąt Wielkiej Nocy oraz miłej lektury!

Tysiąc sposobów na Wielkanoc Z KRAJU OPOWIADANIE Przystanek: Radość życia Rocznica katastrofy smoleńskiej a sprawa szwedzka W świetle reflektorów WYWIAD MIESIĄCA Janusz Józefowicz: „Metra się nie przebije“ Z NASZEGO PODWÓRKA Liczenie Zaolziaków Będziemy się liczyć CZUŁYM UCHEM Jak tam jest? Nastrojowo, wzruszająco – po prostu pięknie WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI I co dalej z językiem słowackim? POLAK POTRAFI Szewska pasja. Wojasa wędrówka na obuwniczy szczyt MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Dziewczyna Dynamit albo Malowana Lala? ZWIERZENIA PODNIEBIENIA Groch z... fasolką KINO-OKO O, jeżu! Co za film... TO WARTO WIEDZIEĆ Od entuzjastek do parytetek BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Zaproszenie do „Cukierni Pod Amorem” SPORT!? Pożegnanie króla OKIENKO JĘZYKOWE Zjeść pączek czy pączka Polska odkłada przyjęcie euro OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECIE Zamieszkali w Petersburgu Między nami dzieciakami Przygody wikinga Torvalda – miasto Atlantyda PIEKARNIK Przy świątecznym stole

4 4 6 7 10 8 12 16 17 18 18 20 20 21 22 22 24 26 27 28 28 30 31 32

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2011 wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorpolonijny@gmail.com lub nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c o v á , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j n y @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk KWIECIEŃ 2011

3


Tysiąc sposobów na Wielkanoc

P

odróże kształcą, wiemy o tym wszyscy. Jednak czym innym jest poznawanie uroków obcych krajów podczas wakacji, a czym innym celebrowanie świąt wielkanocnych i zwyczajów z nimi związanych z daleka od domu. Dziś więc proponuję wielkanocną podróż w poszukiwaniu najciekawszych świątecznych pomysłów.

Przyjrzymy się, jak inni obchodzą święta. Może kogoś zainspirują niecodzienne obrzędy, pochodzące z krajów zarówno nam bliskich, jak i tych bardzo odległych. Daleko, daleko stąd – w Australii – zwyczaje wielkanocne to suma przyzwyczajeń i tradycji ludzi, którzy wiele lat temu przybyli z Europy. Uroczyste śniadanie należy spożywać pośród ubogich, dlatego najlepiej w tym dniu wybrać się do kościoła lub siedziby jakiejś misji, by w większym ry, które dopiero później odesłano do Polski po badaniach DNA. Mecenas rodziny Kaczyńskich nie zaprzeczył ani nie potwierdził tej informacji.

UROCZYSTOŚCI W KATYNIU z okazji 71. rocznicy zbrodni katyńskiej z udziałem prezydentów Polski i Rosji – Bronisława Komorowskiego oraz Dmitrija Miedwiediewa – odbędą się 11 kwietnia. Informację tę podało oficjalnie 18 marca Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta. ZMARLI TRAGICZNIE prezydent Lech Kaczyński i jego żona Maria mieli dwa pogrzeby na Wawelu – to sensacyjne odkrycie opublikował 10 marca „Super Express”. Pierwszy pochówek, oficjalny, odbył się 18 kwietnia. Kilka dni później sarkofag otwarto ponownie, a do mogiły dołożono dodatkową trumnę. Prasa spekuluje, że były w niej szczątki prezydenckiej pa4

NA KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIU pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie 10 marca spotkały się dwie manifestacje. Pierwszą z nich zorganizowały jak co miesiąc środowiska związane z PiS i „Gazetą Polską”, zaś druga odbyła się z okazji 71. urodzin Chucka Norrisa i została zwołana przez Dominika Tarasa, działacza Ruchu Poparcia Palikota. Około 150 demonstrantów wygwizdało przemówienie Jarosława Kaczyńskiego i zapowiedziało, że spotka się tu znów 10 kwietnia, tym razem by obchodzić 59. urodziny Stevena Seagala, amerykańskiego aktora kina akcji. Porządku pilnowali policjanci i strażnicy miejscy. PROKURATORIA GENERALNA Skarbu Państwa zawarła już cztery ugody z członkami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej; każdy

gronie cieszyć się z narodzin Chrystusa. Ulubioną rozrywką dzieci jest poszukiwanie pochowanych jajek, w czasie którego dorośli raczą się posiłkiem, złożonym na ogół z wieprzowiny lub drobiu, podawanych z ziemniakami, dynią i marchewką. Gonitwa za jajkami to ważna część Wielkanocy w Stanach Zjednoczonych. Święto trwa tam co prawda tylko jeden dzień, ale atrakcji w nim co niemiara – na przykład Easter Bonnet, czyli wymyślenie i przygotowanie wielkanocnego kapelusza, z dumą prezentowanego potem na głowie. Rozrywka to głównie dla kobiet i dzieci, którym w dodatku zajączek w tym dniu przynosi słodkie prezenty. Amerykanie na Wielkanoc jedzą jajka i szynkę, ale reszta potraw ma głównie regionalny charakter.

otrzyma 250 tys. zł zadośćuczynienia za śmierć osoby bliskiej – poinformował 14 marca dyrektor biura prezesa Prokuratorii. Ugoda stanowi, że Skarb Państwa przyjmuje na siebie odpowiedzialność cywilną z tytułu katastrofy smoleńskiej i uznaje się za właściciela rozbitego 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem samolotu Tu-154M. POLSKIM SŁUŻBOM konsularnym z Tokio 3 dni po trzęsieniu ziemi i tsunami w Japonii (11 marca) nie udało się skontaktować z 11 Polakami, jednak tylko dwoje z nich przebywało bezpośrednio w rejonie kataklizmu. Wcześniej zgłoszono tam zaginięcie 265 Polaków, przy czym 254 z nich odnaleziono od razu. W czasie trzęsienia ziemi w Japonii przebywał m.in. zespół tańca nowoczesnego z Tarnowskich Gór. Mimo że nikt z jego członków nie ucierpiał, to po powrocie do kraju wszyscy odetchnęli z ulgą. CARITAS POLSKA rozpoczęła 14 marca zbiórkę pieniędzy na pomoc poszkodowanym w wyniku trzę-

sienia ziemi w Japonii. Na zgodę od MSWiA czekała trochę dłużej Polska Akcja Humanitarna, której zamiarem jest zbiórka pieniędzy na odbudowę któregoś z japońskich budynków użyteczności publicznej. Z USTAWY MEDIALNEJ zniknęły zapisy dotyczące Internetu. PO wycofała się z kontroli serwisów wideo w sieci. Senat przegłosował 17 marca poprawki do nowelizacji ustawy medialnej. Oficjalnie senatorowie Platformy zaproponowali wybór: wyciąć z ustawy wszystkie punkty, które dotyczą serwisów internetowych oferujących wideo, albo zmienić zapisy tak, by zapewnić internautów oraz drobne firmy, że nie będą objęci ustawą. Nowelizacja ma wprowadzić do polskiego prawa przepisy unijnej dyrektywy audiowizualnej, zakładającej, że internetowe serwisy wideo będą podlegały regulacjom zbliżonym do tych, które obowiązują obecnie stacje telewizyjne. Internauci, właściciele serwisów z wideo oraz VOD buntowały się i nazwały nowelizację ,,cenzurą”. MONITOR POLONIJNY


W Meksyku głęboko przeżywa się cały Wielki Tydzień. W czasie Niedzieli Palmowej święci się gałązki palmowe, które później się pali, a popiołem z nich posypuje się głowy. W Wielki Piątek odgrywa się sceny męki pańskiej. Meksykanie nie malują i nie święcą jajek, za to w wielkanocną niedzielę hucznie bawią się w wesołych miasteczkach, jedząc potrawy z miejscowych budek, a wieczorem celebrują wyjątkowo piękne pokazy sztucznych ogni. Co ciekawe, uroczystości poprzedzające Wielkanoc i następujące po niej trwają około dwóch tygodni, które są wolne od pracy i szkoły! W Skandynawii najwięcej odpowiedzialnej pracy przed świętami mają dorastające dziewczynki, które przebierają się za wiedźmy i czarownice, przygotowują wielkanocne kartki i życzenia, a następnie chodzą od domu do domu, wymieniając te drobiazgi na słodycze i drobne datki. HISTORYK JAN ŻARYN został 17 marca przewodniczącym Stowarzyszenia „Polska Jest Najważniejsza” i zastąpił na tym stanowisku Włodzimierza Klonowskiego. Stowarzyszenie zrzesza większość członków Społecznego Warszawskiego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich i nie ma nic wspólnego z ugrupowaniem o tej samej nazwie, na czele którego stoi Joanan KluzikRostkowska. TRYBUNAŁ SPRAWIEDLIWOŚCI UE wydał 17 marca wyrok dla Polski ws. braku gwarancji równego traktowania kobiet i mężczyzn. Komisja Europejska nie kryła zdziwienia z tego powodu, gdyż 4 dni wcześniej podjęła decyzję o wycofaniu skargi przeciwko Polsce w sprawie dotyczącej braku wdrożenia przez nasz kraj dyrektywy z 2004 r. W grudniu 2010 r. polski parlament uchwalił ustawę antydyskryminacyjną, dostosowującą polskie przepisy do minimalnych wymogów UE. Po jej dokładnej analizie KE ogłoKWIECIEŃ 2011

W Szwecji ozdabia się brzozowe gałązki piórkami, co ma przyspieszyć nadejście wiosny, a w Wielką Sobotę po południu zasiada się do uroczystego obiadu, złożonego z jajek i ryb. Dzieciom zajączek przynosi ogromne jajko, wypełnione po brzegi łakociami. Na Filipinach wierni szczególnie mocno przeżywający misterium męki pańskiej mogą na ochotnika przybić się do krzyża. Gwoździe mają długość ok. 10 centymetrów, więc to naprawdę wielka próba wiary. Dla Filipińczyków takie poświęcenie to forma głębokiej modlitwy. Afrykańska Wielkanoc to z kolei święto muzyki i tańca w rytmie tradycyjnych bębnów. W kościołach czuwanie trwa aż do zapadnięcia zmroku, a potem rodziny odwiedzają się wzajemnie i częstują tradycyjnymi potrawami z ryżu i mięsa. Jest skromnie, ale bardzo uroczyście. Jesteśmy przyzwyczajeni do wła-

siła 14 marca, że wycofuje z Trybunału Sprawiedliwości UE pozew przeciwko Polsce w sprawie równego traktowania kobiet i mężczyzn, a także w innej sprawie – wdrożenia dyrektywy zakazującej dyskryminacji ze względu na pochodzenie rasowe lub etniczne. ANDRZEJ POCZOBUT, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i działacz nieuznawanego przez władze białoruskie Związku Polaków na Białorusi został 25 lutego zwolniony z białoruskiego aresztu, w którym odbywał karę 15 dni pozbawienia wolności za „aktywny udział” w manifestacji opozycji w Mińsku 19 grudnia 2010 roku, w wieczór po wyborach prezydenckich. JOLANTA BRZESKA, która zaginęła 1 marca 2011 r., nie żyje. Jej zwęglone ciało znaleziono w Lesie Kabackim w Warszawie. Brzeska była aktywną działaczką kampanii Mieszkanie Prawem, nie Towarem oraz Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Mieszka-

snych świątecznych rytuałów religijnych, do znanych z dzieciństwa potraw, do corocznych rodzinnych spotkań. Jednakże kiedy czytamy, jak barwnie i rozmaicie obchodzona jest Wielkanoc na świecie, nasuwa się stwierdzenie, że to ponadpaństwowe święto życia i wiary w każdym miejscu ziemi wyraża tę samą radość i dziękczynienie, zaś spotkanie przy odświętnie zastawionym stole to taka nasza ludzka potrzeba bycia razem – na dobre i na złe. AGATA BEDNARCZYK

ła w budynku, który został zreprywatyzowany i dostał się w ręce kamienicznika, zajmującego się zawodowo „odzyskiwaniem” kamienic. Stowarzyszenie Lokatorów jest pewne, że śmierć kobiety ma związek z jej działalnością. „Wszystkich nas nie spalicie!” – skandował 9 marca tłum pod urzędem na warszawskiej Pradze. NIE ŻYJE IRENA KWIATKOWSKA. Aktorka zmarła 3 marca w wieku 98 lat. Ostatnie chwile życia spędziła w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie. Była aktorką teatralną, filmową i telewizyjną. Słynęła ze znakomitych ról kabaretowych. Brała udział w powstaniu warszawskim. Wszyscy pamiętają ją z takich seriali, jak „Wojna domowa” czy „Czterdziestolatek”, w którym zagrała „kobietę pracującą”. Pogrzeb artystki odbył się 14 marca w kościele św. Krzyża w Warszawie. NIEZWYKŁĄ OSOBOWOŚĆ papieża przypomina film dokumentalny

„Jan Paweł II. Szukałem Was”, który 11 marca wszedł na ekrany polskich kin. Realizatorzy pokazują w nim, w jaki sposób papież był odbierany w świecie, nie tylko przez chrześcijan. Premiera filmu odbyła się w krakowskim kinie „Kijów. Centrum”. Reżyserem i współscenarzystą jest Jarosław Szmidt, drugim współautorem scenariusza jest Mariusz Wituski. Muzykę skomponował Michał Lorenc. Specjalną rolę przewodnika-narratora pełni w filmie dziennikarz Krzysztof Ziemiec. POLSKI REŻYSER Jerzy Śladkowski został nagrodzony na największym szwedzkim festiwalu filmów dokumentalnych „Tempo”. Otrzymał tam główną nagrodę za film „Vodka faktory” („Fabryka wódki”). Śladkowski wyreżyserował ponad 30 filmów o tematyce społecznej. Od lat 80. mieszka w Szwecji i tam pracuje dla Telewizji Szwedzkiej oraz Szwedzkiego Instytutu Filmowego. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


PRZYSTANEK: Radość życia Marek był zawodowym żołnierzem. Kiedy jego żona była w czwartym miesiącu ciąży, wyjechał do Iraku. Był najlepszy, a tam potrzebowano takich jak on. Obiecał Iwonie, że jak wróci, kupią dom pod Warszawą – duży, z pięknym ogrodem, w którym będą bawiły się ich dzieci. „To tylko kilka miesięcy” – uspokajał wtuloną w jego żołnierski mundur żonę, mówiącą drżącym głosem, jak bardzo go kocha. Dała mu zdjęcie USG, na którym ich córka wyciągała swoją małą rączkę, jakby machając na pożegnanie. „To tylko kilka miesięcy” – powtarzała sobie Iwona każdego dnia, czekając na telefon od niego. Z telefonem się nie rozstawała w ogóle. Szybko kończyła rozmowy, niebędące rozmowami z Markiem, by nie blokować linii, gdyby zadzwonił. Tamtego czwartkowego wieczoru telefon milczał, a ona ciągle czekała. Jeden krótki, prozaiczny dźwięk dzwonka mógł sprawić, by na jej twarzy znów pojawił się szczery uśmiech. Niestety, nie tym razem. Kilka godzin później urodziła się Karolina. W siódmym miesiącu ciąży. Lekarze robili wszystko, aby przeżyła. Udało się. Następnego dnia zadzwonił Marek. Nie mógł tego zrobić wcześniej, bowiem mieli awarię stacji radiowych. Nie mógł też przyjechać, mimo że bardzo chciał zobaczyć je obie. W pracy żołnierza nie było jednak miejsca na sentymenty. Wojna dodatkowo tego zabraniała. Patrząc na matki, codziennie zakładające swoim dzieciom nie tornistry, ale ciężkie karabiny, widząc jak wojna zmienia ludzkie odruchy w chłodną kalkulację, w której liczy się tylko jedno „ja”, nie potrafił już się tak cieszyć z kolejnych 6

MMS-ów ze zdjęciami swojej córki. Jej pierwsze kroki też zobaczył na dwucalowym wyświetlaczu telefonu. Misja jego kontyngentu się wydłużała, a on coraz bardziej odczuwał, że w Polsce dzieje się właśnie to, na co tak bardzo czekał przez całe życie, ale bez niego. Zastanawiał się, czy ktoś będzie jeszcze tam na niego czekał… Możliwość powrotu pojawiła się na wiosnę. Na dwa tygodnie przed świętami. Pakując swoje rzeczy, znalazł zdjęcie, które dała mu Iwona przed wyjazdem. Przypomniał sobie, jak wtedy na tym badaniu Karolina machała do niego, ciekawa nowego świata, który on chciał jej pokazać od jak najlepszej strony. W kraju długo nie mógł się odnaleźć. Czuł, jakby ktoś nagle wysadził go na środku pustyni i mimo że zawsze chciał zobaczyć, jak tam jest, to nie był jeszcze na to gotowy. Jego życie

zaczynało przypominać taką właśnie pustynię. Wszystko było dla niego obce i puste. Miał wrażenie, jakby coś stracił, przespał, coś, na co przygotowywał się od zawsze… W wielkanocną sobotę został sam z Karoliną. Iwona pojechała do mamy, by pomóc jej w świątecznych przygotowaniach. Zrobiła to celowo, by zmusić go trochę do bycia z córką. Kiedy malowali razem pisanki, po raz pierwszy zobaczył, jak uśmiechnęła się do niego. Tylko do niego. Patrząc w jej błękitne oczy, zaczął powoli dostrzegać to, co było w nich najpiękniejsze – radość życia. Życia, którego on uczył się na nowo – jak malowania jajek. MATEUSZ KUMOROWSKI

MONITOR POLONIJNY


Olof Palme (1927-1986)

Lech Kaczynski (1949-2010)

Rocznica katastrofy smoleńskiej

a sprawa szwedzka

W

ciągu ubiegłego roku, od tragicznego 10 kwietnia, nie było dnia, by w gazetach nie pisano o katastrofie smoleńskiej. Jeszcze są prowadzone badania, ekspertyzy, a z powodzi domysłów i prawdziwych faktów już wynika, że zawiniła polska głupota i rosyjski bałagan. Dokładnie w tej kolejności. W Szwecji w ciągu 25 lat nie znaleziono odpowiedzi na pytanie, kto zabił Olofa Palmego. Śmiertelny strzał, oddany do premiera Szwecji, padł 28 lutego 1986 roku o godzinie 23.21 w centrum Sztokholmu. Palme wracał z żoną z kina. Obok niedalekiego kościoła Adolfa Fryderyka jest grób premiera z postawionym na sztorc dużym głazem. Tu zawsze leżą kwiaty lub wieńce, składane przez oficjalne delegacje. Ale zdarza się, że ktoś pomaluje kamień sprayem, a kwiaty podepcze i rozrzuci. Zamach na premiera wstrząsnął całą Szwecją, nawet tymi, którzy nie ukrywali swej niechęci do niego. Gazety prześcigały się w domysłach, policji przyznano ogromne środki na wykrycie sprawcy. Kałuża krwi na chodniku ulicy Sveavägen pozostaje w pamięci każdego, kto choć raz oglądał dziennik telewizyjny w tamtych dniach i kto czytał ówczesne gazety. W Szwecji ukazało się 30 książek o zamordowanym premierze, a w kaKWIECIEŃ 2011

żdą rocznicę nadawane są programy i wywiady z ludźmi, którzy go znali. Mniej więcej raz do roku sprawa Palmego z hukiem wraca na łamy gazet, by po tygodniu zejść na plan dalszy. Zwiększa się grono osób, twierdzących, że sprawca zamachu nie zostanie ujęty, a jego ewentualni mocodawcy ujawnieni. Wszyscy Szwedzi wiedzą jednak, że premiera zamordował pewien kryminalista, wodzący za nos wymiar sprawiedliwości, bowiem w trakcie śledztwa popełniono tak wiele błędów, że nie zdołano mu tego udowodnić. Domniemany zamachowiec zmarł śmiercią tragiczną, lecz dochodzenie prowadzone jest nadal… Kim był prezydent RP Lech Kaczyński? Czy był politykiem formatu Olofa Palmego, który leży pochowany na skromnym przykościelnym cmentarzu w centrum Sztokholmu? Praktycznym Szwedom nie przeszło do głowy, by pogrzebać go w królewskich kryptach kościoła na ILUSTRACJA: TADEUSZ BŁOŃSKI Riddarholmen.

Szwedzkich protestantów zgorszył i burzył histeryczny zamęt, który miał miejsce rok temu na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, a zwłaszcza żenujące sceny walki o krzyż, który przecież jest tylko znakiem chrześcijaństwa. Krzyż ten znalazł się tam dla uczczenia zmarłej tragicznie pary prezydenckiej, a stał się elementem polityki. Jego tzw. obrońcy domagają się, by oczy świata cały czas były zwrócone na katastrofę smoleńską. Tymczasem trzęsienie ziemi w Japonii przysłoniło polskie problemy. Wiem też, że już tylko nieliczni odwiedzają krzyż, który ostatecznie przeniesiono do kościoła św. Anny i który w związku z tym przestał się liczyć. Za to miejsc poświęconych Lechowi Kaczyńskiemu przybywa i trudno będzie 10 kwietnia odwiedzić je wszystkie. Zupełnie odwrotnie niż w Sztokholmie. Nie można zestawaić Olofa Palmego z Lechem Kaczyńskim, bo wielowymiarowość ich dokonań i różnice między obydwoma państwami po prostu to uniemożliwiają. Historia toczy się dalej, a o dawnych jej bohaterach uczymy się z podręczników. Jestem przekonany, że za pięć, dziesięć lat, gdy telewizja będzie pokazywać archiwalne już wówczas materiały z awantury o krzyż, będziemy zdziwieni, że tak było. Podobnie jak dziś jesteśmy zdziwieni, że kiedyś w Polsce ludzie głosowali na Stana Tymińskiego czy na Andrzeja Leppera. TADEUSZ URBAŃSKI Sztokholm 7


Janusz Józefowicz: „Metra się nie przebije“ Musical „Metro“, którego jest Pan twórcą, obchodził właśnie swoje dwudziestolecie. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan to przedsięwzięcie? To kawał życia. Chcieliśmy się zmierzyć z całym światem, zaczynając od zera. Przecież wtedy w Polsce nie było musicalowych tradycji, nie mówiąc o kształceniu w tym kierunku. To było szaleństwo! Nikt w Polsce do tego czasu nie pracował tak jak my! I nie wiem, czy w ogóle na świecie. Przedstawienie to nadal jest grane. W czym tkwi jego siła? Przedstawienie jest tak długo grane, jak długo jest na nie zapotrzebowanie. O tym decydują widzowie, kupując bilety. Widać, że „Metro“ wciąż spełnia jakąś tam funkcję. Nie do końca to rozumiemy, jest to jakiś ewenement. Gramy w Polsce w halach sportowych. Czy takie rzeczy się zdarzają, żeby na spektakl teatralny przychodziło 9 tysięcy ludzi? A jednak! Teraz myślimy o ekranizacji „Metra“. Wiem, że czuwa Pan nad młodymi artystami, grającymi w Pańskim teatrze, żeby sukces nie zawrócił im w głowach. Był taki moment, że Panu uderzyła woda sodowa do głowy? Być może, ale takie stany można oceniać, patrząc z zewnątrz, bo człowiek, którego to dotyczy, chyba nie ma świadomości tego. Ale z drugiej strony należy zastanowić się, co to

P

ewny siebie, na pierwszy rzut oka może trochę nieprzystępny, ale bardzo interesujący rozmówca. O musicalu „Metro“, który z desek teatru nie schodzi od dwudziestu lat, o własnych spostrzeżeniach na temat sukcesu oraz o planach twórczych na najbliższą przyszłość rozmawiałam z Januszem Józefowiczem w jednej z wiedeńskich restauracji. Do stolicy Austrii przybył wraz ze swoją żoną Nataszą Urbańską, która swoim występem uświetniła „Bal Wiosny“ – imprezę wiedeńskiej Polonii.

znaczy, że woda sodowa uderza komuś do głowy. Każdy artysta jest egocentrykiem i musi wierzyć w to, co robi. Jeśli to go pobudza do pracy twórczej, to jest usprawiedliwiony. „Metro“ jest Pana najbardziej rozpoznawalnym znakiem firmowym, choć ma Pan na koncie olbrzymi dorobek musicalowy. Nie szkoda trochę, że pozostałe Pańskie dzieła pozostają w cieniu? One żyją swoim życiem i doskonale sobie radzą. Spektakle „Tyle miłości” czy „Romeo i Julia“ gramy kilkanaście lat, ale „Metra“ się nie przebije. To była pierwsza produkcja prywatna, pierwsze castingi, pierwszy musical w Polsce! Z tym nie ma co konkurować, bo to jest legenda i niech ona sobie żyje swoim życiem, natomiast kolejne produkcje same się bronią i to jest najważniejsze. Na które przedstawienie zwróciłby Pan szczególną uwagę? Po prostu zapraszam do swojego

JANUSZ JÓZEFOWICZ – choreograf, aktor, scenarzysta i reżyser. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Od 1987 główny choreograf Teatru Rampa. Od listopada 1992 dyrektor artystyczny teatru Studio Buffo. Pomysłodawca i reżyser musicalu „Metro“, którego premiera odbyła się 30 stycznia 1991 r. w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i którego sukces pozwolił na pokazanie go na Broadwayu. Do tego spektaklu zaangażował młodych utalentowanych ludzi, których znalazł na castingach w Polsce, Słowacji, Czechach i Rosji. „Metro“ w jego reżyserii było wystawiane również na scenie Operetki Moskiewskiej (w języku rosyjskim). Spod jego skrzydeł wyszło wielu znanych artystów, np. Edyta Górniak, Piotr Rubik czy jego obecna żona Natasza Urbańska. Jest ponadto twórcą takich musicali, jak „Romeo i Julia“, „Panna Tutli Putli“, „Piotruś Pan“ i wielu innych. 8

teatru. To, co prezentujemy, jest na najwyższym poziomie i ten poziom nie odbiega od tego, co widzimy na Zachodzie. Wiele się zmieniło, nie mamy już kompleksów jak dawniej, kiedy robiliśmy „Metro“. Wtedy ludzie byli zdolni, ale nic nie umieli. Mieli jakieś tam marzenia, ale nie mieli szans ich spełnienia. Obecnie do teatru przychodzą ludzie przygotowani profesjonalnie, śpiewający, tańczący. „Metro“ było więc szkołą życia. Również dla Pana? Wie pani, dla mnie to było pierwsze słowo samodzielnie wypowiedziane, spełnienie marzeń sprzed wielu lat. W 1978 roku w Lublinie w kinie Kosmos obejrzałem film Miloša Formana „Hair“ i wiedziałem, że chcę tworzyć musicale. Zrealizowanie tego marzenia zajęło mi dwanaście lat. „Metro“ przetarło szlaki wszystkim tym, którzy interesują się musicalem. Występ na Broadwayu z musicalem „Metro“ był ukoronowaniem sukcesu? Tak. Po każdym spektaklu byliśmy oklaskiwani przez wyrobioną nowojorską publiczność. Zagraliśmy 40 przedstawień na owacjach i dla każdego z nas to pewnie był największy sukces w życiu. Mało tego, zmieniliśmy też historię Broadwayu, ponieważ tam się grało przedstawienia w bardziej klasycznej atmosferze. Po „Metrze“ kolejna produkcja przypominała dekoracjami, estetyką w ogóle nasz musical. Wprowadziliśmy poMONITOR POLONIJNY


„W 1978 roku w Lublinie w kinie Kosmos obejrzałem film Miloša Formana Hair i wiedziałem, że chcę tworzyć musicale. Zrealizowanie tego marzenia zajęło mi dwanaście lat”. wiew świeżości i młodości. Dostałem list ze związku zawodowego reżyserów amerykańskich, w którym napisano: „Dziękujemy wam, że przewietrzyliście to miejsce, wprowadziliście tyle energii, dziękujemy, że znowu widz wrócił do teatru“. Ale wtedy do Polski docierały informacje, że nie podbiliście Ameryki. Producentowi nie udało się wprowadzić tego produktu na rynek amerykański – najtrudniejszy na świecie. Nas w Polsce opluto, bo Polacy uwielbiają, jak się komuś coś nie uda. Mamy to w genach. Opluto nas, odsądzono od czci i wiary. Ale ja byłem z moimi ludźmi na Broadwayu, po każdym przedstawieniu staliśmy ze łzami w oczach, szczęśliwi jak nikt wcześniej z polskich artystów. Bo przecież nikt przed nami ani po nas nie grał na Broadwayu. Dostaliśmy nominację do Tony Awards jako spektakl schodzący z afisza, co się w ogóle nie zdarza, bo Tony Awards dotyczy promocji amerykańskich przedstawień. To duże uznanie środowiskowe.

Przed Panem kolejne wyzwania, przygotowuje Pan nowe przedstawienie o Poli Negri. Czego widzowie mogą się spodziewać? To teatr XXI wieku. Opowiada o czasach, kiedy żyła Pola Negri, kiedy kino przeżywało rewolucję, bo przechodziło z kina niemego do kina dźwiękowego. Teraz my o tej rewolucji sprzed prawie stu lat będziemy robili inną rewolucję. Przygotowujemy widowisko, które będzie oglądane w takich okularach, które się zakłada w kinie trójwymiarowym. Po raz pierwszy na świecie łączymy żywy plan aktorski wraz z dekoracjami ze światem 3D. Premiera odbędzie się we wrześniu. Jestem po pierwszych próbach – to jest fantastyczne! Mam świadomość, że robimy coś po raz pierwszy, odkrywamy zupełnie nowy kierunek. Moją bolączką zawsze było przebudowywanie sceny, szybkie zmiany dekoracji, by móc oddziaływać na widza. Dzięki nowej technologii będę mógł osiągnąć zamierzony efekt w ciągu sekundy. To znaczy, że teraz teatr pójdzie w tym kierunku? Myślę, że tak. Przeciera Pan szlaki w tej dziedzinie? Nikt nigdy wcześniej tego nie robił w teatrze. Będę pier-

wszy. Moi amerykańscy współpracownicy, którzy to obejrzeli, zachwycili się takimi możliwościami. Szuka Pan do swoich przedsięwzięć musicalowych talentów w programach typu „Idol“? Czy takie programy są potrzebne? Może i są potrzebne, ale, wie pani, różnica jest w motywacji. Do „Idola“ idą ludzie, którzy chcą robić szybką karierę. Ja nie lubię szybkich karier. U mnie ludzie, żeby mogli zaistnieć, muszą mieć talent i ciężko pracować przez parę lat. Tak było i nadal będzie w przypadku wszystkich, którzy wchodzą do mojego teatru. Ten kilkuletni okres inkubacji gwarantuje, że ci ludzie potem wyjdą na rynek i na nim pozostaną, bo będą dobrze wyszkoleni. To czego ich uczymy to jest kapitał. Nie dam nikomu gwarancji, że zrobi wielką karierę, ale mogę mu dać gwarancję, że utrzyma się z tego, że pójdzie do dowolnego teatru i będzie miał swoją pozycję, bo ją wywalczy tym, co potrafi. Czuje się Pan człowiekiem sukcesu? Czuję się człowiekiem sukcesu chociażby dlatego, że żyję z tego, co lubię, co jest moją pasją. W naszym zawodzie jest tak, że sukces przychodzi rzadko i na chwilę. Realizacja dużego projektu zajmuje mi ok. pięciu lat, bowiem wszystko zaczyna się od zbierania pieniędzy. Uciecha z sukcesu raz na pięć lat to częstotliwość, od której z pewnością człowiekowi nie poprzewraca się w głowie. Wie pani, to jest ważne, bo gdybym nie miał sukcesów, to już na nic nie zdobyłbym pieniędzy. Ponieważ to, co mówi za mnie, to moje sukcesy. Są moim atutem w pozyskiwaniu pieniędzy. Od kiedy zdecydowałem się wyjść z państwowych teatrów, na wszystko mu-

„Uciecha z sukcesu raz na pięć lat to częstotliwość, od której z pewnością człowiekowi nie poprzewraca się w głowie”. MARZEC 2011 KWIECIEŃ 2011

9


szę sam znaleźć pieniądze. W tym sensie jestem człowiekiem sukcesu, że udaje mi się znaleźć pieniądze na kolejne projekty. Ten sukces kolejnych projektów upoważnia mnie do tego, żeby dalej iść wybraną drogą. Na przykład na projekt o Poli Negri szukam kolejnych milionów złotych, bo stanowi on ogromną inwestycję. Czyli jest Pan też przedsiębiorcą? Siłą rzeczy tak. Niestety, nie da się tego rozdzielić: jestem producentem i artystą – ta wojna postu z karnawałem w moim przypadku ma miejsce bez przerwy. Bo z jednej strony chciałbym zarobić jak najwięcej pieniędzy, a z drugiej chciałbym tworzyć jak najlepsze przedstawienia. Ale chyba jedno nie wyklucza drugiego? Wie pani co? Wyklucza. Gdybym chciał iść po linii najmniejszego oporu, kupiłbym prawa gdzieś na Zachodzie do jakiejś farsy i takie pieniądze bym robił, jakich w życiu nie zarobiłem! Ale to by było najprostsze. Kusi to Pana? Nie, nie kusi. Tu chodzi o coś innego: człowiek szuka możliwości re-

„Jestem producentem i artystą – ta wojna postu z karnawałem w moim przypadku ma miejsce bez przerwy. Bo z jednej strony chciałbym zarobić jak najwięcej pieniędzy, a z drugiej chciałbym tworzyć jak najlepsze przedstawienia”. alizacji kolejnych pomysłów, co nie ma wiele wspólnego z zarabianiem pieniędzy, ale na szczęście pozwala żyć na normalnym poziomie. Mógłby Pan zamieszkać na stałe w innym kraju? Mógłbym. Miałem propozycję pracy w Ameryce, niezłą, bo w Metropolitan Opera. Myślę, że bym sobie tam poradził. Dlaczego nie? Wie pani, to całe zamieszanie wokół „Metra“, kiedy w Polsce nas tak opluto, spowodowało pewne moje przemyślenia: jak się komuś nie podoba, że w Polsce robię musicale, to niech ten ktoś emigruje. Ja nie będę szukał sobie nowego miejsca na ziemi tylko dlatego, że komuś to się nie podoba. Ja jestem Polakiem i będę tworzył nowe tradycje w tym kraju. Wracałem z Nowego Jorku do Warszawy na przekór wszystkim i wszystkiemu, by tu zrobić najlepszy teatr muzyczny. Czyli taki „policzek“ podziałał na Pana mobilizująco? Różne rzeczy na różnych ludzi różnie działają. Pracuję z ludźmi tyle lat i wiem, że jednego trzeba pogłaskać, a na innego nawrzeszczeć. Na mnie stres i niepowodzenie działają bardzo mobilizująco i dodają mi sił. To wypadałoby życzyć Panu dużo stresów… Tak, to wtedy sukces gwarantowany. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka dziękuje pani Marii Buczak ze Stowarzyszenia „Takt“ w Wiedniu za umówienie wywiadu z artystą.

10

K

iedy w czerwcu 2006 roku dowiedziałam się, że w wiedeńskim teatrze HdB w autorskim spektaklu satyrycznokomediowym Emiliana Kamińskiego „Jeden człowiek rozrywkowy“ wystąpi Irena Kwiatkowska, postanowiłam wybrać się do austriackiej stolicy – w końcu z Bratysławy to raptem 60 km. Decyzja okazała się słuszna. Po zakończeniu spektaklu opuszczałam teatr, ciesząc się, że wspaniałą artystkę mogłam nie tylko podziwiać na scenie, ale że miałam też okazję z nią porozmawiać. Tego dnia było nadzwyczaj gorąco. Po jednej z najbardziej znanych i ruchliwych ulic Wiednia – Mariahilfestrasse – ludzie snuli się leniwie. Jednak w mieszczącym się przy tej ulicy teatrze panował zupełnie odmienny nastrój. Mimo że sala nie była klimatyzowana i upał dawał się we znaki, na scenie, w świetle reflektorów aktorzy tryskali energią. Jak gdyby scena rządziła się zupełnie innymi prawami przyrody. MONITOR POLONIJNY


W świetle reflektorów

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

„Nie wiem, czy pani Irena będzie miała siły na rozmowę. Musi pani być wyrozumiała“ – poinformowała mnie opiekunka Ireny Kwiatkowskiej, kiedy podeszłam do niej, by umówić się na wywiad z gwiazdą wieczoru. Zaraz po przedstawieniu widzowie zaczęli wchodzić na scenę, by

KWIECIEŃ 2011

porozmawiać z aktorami, m.in. z Emilianem Kamińskim i Justyną Sieńczyłło. Najdłuższa jednak kolejka ustawiła się do pani Ireny. Siedziała na pozłacanym fotelu – rekwizycie z przedstawienia, pozując do zdjęć i rozdając autografy. Grupki fanów zmieniały się za jej plecami, a ona z uśmiechem witała kolejnych zainteresowanych. Może była zmęczona? Może kiedy zgasły reflektory odetchnęła z ulgą? Miała wtedy 94 lata i ciężki dzień za sobą! Ale w świetle reflektorów żyła i widać było, że czerpie z tego życia garściami. Była w dobrym nastroju, więc zgodziła się udzielić mi wywiadu, choć znana była z tego, że nie przepadała za rozmowami z dziennikarzami. Wspominała życie sceniczne, dziękując Bogu za talent. Mówiła też o czasach komunizmu, kiedy nie mogła realizować się jako aktorka, więc pracowała w kuchni, obierając ziemniaki – „kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie bała“. Jej receptą na długowieczność był śmiech (wywiad z artystką publikowaliśmy w „Monitorze Polonijnym“ w lipcu 2006 roku).

Teraz, kiedy odeszła na zawsze, często wracam myślami do tamtego spotkania. Reflektory już zgasły. Teatr opustoszał. Ale światło, które pozostawiła po sobie, świeci nadal! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

IRENA KWIATKOWSKA (17.09.1912 – 3.03.2011) – aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, artystka kabaretowa. W 1935 ukończyła studia na Wydziale Aktorskim Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Zadebiutowała w teatrze Cyrulik Warszawski. Do wybuchu wojny grała w teatrach Powszechnym w Warszawie, Nowym w Poznaniu i Polskim w Katowicach. Podczas okupacji niemieckiej pracowała w kuchni ZASP-u, podejmowała się też wielu innych prac dorywczych. Była żołnierzem AK, uczestniczyła w powstaniu warszawskim. Po zakończeniu wojny wyjechała do Krakowa. Występowała w krakowskim kabarecie Siedem Kotów, gdzie wiersze, piosenki oraz skecze pisał dla niej sam Konstanty Ildefons Gałczyński. Tutaj też w ramach Teatrzyku Zielona Gęś stworzył specjalnie dla niej postać Hermenegildy Kociubińskiej. Od 1948 Irena Kwiatkowska związana była ze scenami warszawskimi. Zagrała ponad 100 ról teatralnych, 20 filmowych i telewizyjnych (m.in. jako matka Pawła w Wojnie Domowej, kobieta pracująca w Czterdziestolatku). Występowała w Kabarecie Dudek oraz Kabarecie Starszych Panów. Przez niemal 65 lat współpracowała z Polskim Radiem. Pracowała w nim jako spikerka, brała udział w nagraniach licznych audycji radiowych, zwłaszcza dla dzieci. Czytała im m.in. wiersze Jana Brzechwy i Juliana Tuwima (jej wykonanie Ptasiego radia Tuwima do dzisiaj uchodzi za jedną z najwybitniejszych interpretacji wiersza w XX wieku), kolejne odcinki Przygód Plastusia Marii Kownackiej oraz książki, np. Anię z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Występowała także m.in. w Podwieczorku przy mikrofonie. Polskie Radio nagrodziło ją Złotym i Diamentowym Mikrofonem oraz Wielkim Splendorem. W 2009 roku aktorka została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W 2008 roku w plebiscycie „Złotych Kaczek” została uznana „aktorką komediową stulecia”. 11


Kochamy cię,

wiosno!

ZDJĘCIA: OLA TULEJKO, STANO STEHLIK

N

ie mamy wątpliwości, iż po takim powitaniu wiosny, zima jeszcze długo nie ośmieli się wrócić! Staropolski zwyczaj nakazuje, by pierwszego dnia wiosny utopić marzannę. Jej kukła, utożsamiana z dawną słowiańską boginią śmierci, symbolizuje zimę.

nów Zjednoczonych oraz z Polski (w sumie blisko 50 osób), by pożegnać zimę. Korowód z marzaną, nad którym „opiekę konsularną” roztoczył radca minister Grzegorz Nowacki wraz z radcą Adamem Sitarskim, poprowadził nad Mały Dunaj gość ze Sztokholmu Tadeusz Ur-

Ale… my się zimy nie boimy! Z inicjatywy Kasi Tulejko z Klubu Polskiego w Bratysławie 20 mar-

12

ca w klubie Polepole przy iście wiosennej pogodzie spotkali się Polacy ze Słowacji, Austrii, Szwecji, Sta-

bański. Po dotarciu nad rzekę słomianą pannę przejął od niego Andrzej Kempa, przedstawiciel Polonii austriackiej. Wśród gromkich braw i okrzyków zimowa bogini, wykonana przez Paulę Tulejko, została wrzucona do wody i odpłynęła w siną dal. „To chyba two-

je pierwsze topienie marzanny” – powiedział do swojej kilkuletniej córki jeden z uczestników. I to w jakim stylu, chciałoby się dodać! Na topieniu marzanny jednak się nie skończyło. W turnieju o tytuł Pogromcy Zimy zmierzyły

MONITOR POLONIJNY


lonii, a dla najmłodszych zorganizowano konkursy plastyczne, oczywiście z nagrodami. li piosenki o wiośnie. Pojedynek zakończył się remisem. Podczas imprezy wręczono też dyplomy zwycięzcom „Polskiego karaoke” – poprzedniego spotkania bratysławskiej Posię ze sobą kilkuosobowe drużyny Krokusów i Wagarowiczów. Ich członkowie, dopingowani przez zgromadzonych gości, odpowiadali na pytania z zakresu „wiosnologii”, czyli wiedzy o wiośnie, i śpiewali „wiosenki”, czy-

KWIECIEŃ 2011

Po części „oficjalnej” nadszedł czas na wspólne śpiewanie piosenek o tematyce wiosennej z repertuaru między innymi Marka Grechuty i Skaldów. Tej niedzieli wiosenny nastrój udzielił się zarówno najmłodszym uczestnikom imprezy, jak i tym nie-

co starszym – wszyscy bawili się znakomicie. A że wiosna już przyszła na dobre, dni robią się coraz dłuższe, a słońce zachęca do spacerów, to nie ma na co czekać! Monitor w dłoń i do parku marsz! OLA TULEJKO

13


Spotkanie ministrów środowiska państw Grupy Wyszehradzkiej XVII spotkanie ministrów środowiska państw Grupy Wyszehradzkiej odbyło się w dniach 7- 8 marca br. w miejscowości Šamorín-Čilistov koło Bratysławy. Delegacji polskiej przewodniczył podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska, główny konserwator przyrody Janusz Zalewski. Uczestnicy spotkania przyjęli wspólne stanowisko w sprawie ochrony klimatu, działań na rzecz poprawy jakości powietrza, ochrony gleb oraz opracowania 7. Programu działań na rzecz środowiska. Jak w rozmowie dla „Monitora Polonijnego“ ocenił Janusz Zalewski, reprezentanci Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie środowiska naturalnego mówią jednym głosem. W czasie dwudniowego zjazdu odbyły się też spotkania bilateralne; podczas spotkania z ministrem środowiska naturalnego Czech poruszono problem zanieczyszczenia powietrza – nie wiadomo, czy zanieczyszczenia płyną z Polski do Czech, czy odwrotnie. „Brakuje nam danych, będziemy więc prowadzić intensywne prace, prowadzące do określenia, w którą stronę te zanieczyszczenia płyną – podsumował podsekretarz stanu – ale to nie są jakieś sprawy, które by wpływały na zrozumienie między naszymi krajami“. Na nasze pytanie, czy również między Polską a Słowacją są jakieś problematyczne obszary, podsekretarz stanu wskazał na kwestię, która będzie przedmiotem spotkania ze słowackimi kolegami, a która dotyczy niedźwiedzi. „Mamy bardzo duży nacisk ze strony organizacji pozarządowych, chcielibyśmy więc zaproponować słowackiej stronie wspólne rozmowy na temat ochrony niedźwiedzia w Tatrach“ – powiedział Janusz Zalewski. Spotkaniu ministrów towarzyszyły protesty grupy Greenpeace, co nasz rozmówca skomentował jako reakcję naturalną: „Greenpeace pojawia się na większości podobnych spotkań, bo jest to znakomite forum do pokazania problemów: ministrowie środowiska naturalnego w różnych krajach z reguły mają te same cele, co Greenpeace, tylko świadomie ograniczeni zmierzają inną ścieżką do tego samego celu, mw a cel jest wspólny – ochrona planety“.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

14

Złote Sowy rozdane!

J

uż po raz szósty Klub Inteligencji Polskiej w Wiedniu przyznał Złote Sowy – nagrody dla wybitnych osobowości wśród Polonii, wyróżniających się aktywnością, kulturą osobistą, postawą społeczną, życzliwością i umiejętnością współpracy ze środowiskami polonijnymi. „Cieszy mnie fakt, że zainteresowanie Galą jest duże, ale najbardziej cieszę się na spotkanie z panią Zdenką, panem Frankiem oraz pozostałymi laureatami, bo to oni są dziś najważniejsi“ – powiedziała jeszcze przed uroczystością jej główna organizatorka Jadwiga Hafner. W tym roku po raz pierwszy Złote Sowy przyznano też artystom polskiego pochodzenia ze Słowacji – w kategorii sztuk plastycznych Zdence Błońskiej-Zaborskiej z Koszyc, zajmującej się malarstwem, grafiką, ilustracja-

mi i wzornictwem, zaś w kategorii filmu Frankowi Chmielowi z Bratysławy, aktorowi, reżyserowi, scenarzyście i pedagogowi. Laureatami Złotych Sów zostali też przedstawiciele Polonii z innych krajów: Niemiec, Szwecji, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Belgii, którzy 19 marca przybyli do wiedeńskiej siedziby Polskiej Akademii Nauk. Podczas imprezy panował nastrój uroczysty, ale nie pompatyczny, o co postarali się m.in. dwaj tegoroczni laureaci nagród – Tadeusz Urbański ze Sztokhol-

W tym roku po raz pierwszy Złote Sowy przyznano też artystom polskiego pochodzenia ze Słowacji – w kategorii sztuk plastycznych Zdence BłońskiejZaborskiej z Koszyc, zaś w kategorii filmu Frankowi Chmielowi z Bratysławy. MONITOR POLONIJNY


mu i Janusz Szlechta z Nowego Jorku, recytując napisany specjalnie na tę uroczystość wiersz autorstwa Tadeusza Urbańskiego i Tadeusza Rawy, przedstawiający w sposób humorystyczny wszystkie nagrodzone osoby. Prowadząca spotkanie Liliana Niesiel-

Z kolei Franek Chmiel, sprowokowany przez Jadwigę Hafner, powiedział, że nie planuje kręcenia kolejnych filmów, bowiem jest już na emeryturze. Ale zrobi wyjątek, jeśli organizatorka Gali napisze dobry scenariusz. Złotą Sowę otrzymał za krzewienie kultury polskiej w środowisku słowackim i czeskim, wysoki profesjonalizm, kulturę osobistą oraz czynny udział w życiu Klubu Polskiego na Słowacji. Kolejna Gala wręczania Złotych Sów, nazywanych

przez jej organizatorkę Oscarami Polonii, za nami. To ciekawy projekt, wykraczający poza granice jednego kraju i umacniający więzi między naszymi rodakami rozsianymi po świecie. „Naszym celem jest wyłonienie i uświadomienie faktu, że Polonia to nie tylko pracownicy bardziej lub mniej sezonowi, ale i potężna armia osób, pracujących nad utrzymaniem tożsamości narodowej, osób, pracujących niejako anonimowo nad poprawą wizerunku Polski i Polaków na całym świecie“ – mówiła o charakterze organizowanego przez siebie przed-

sięwzięcia Jadwiga Hafner. Wieczór umiliły Agata Pilitowska i Maria Nowotarska z Kanady, prezentując spektakl „Pola Negri”, opowiadający historię naszej rodaczki, która z anonimowej Apolonii Chałupiec stała się słynną Polą Negri, hollywoodzką gwiazdą kina niemego. Gwiazdami tego wieczora byli jednak laureaci tegorocznych Złotych Sów, bowiem to na nich skierowane były wszystkie światła. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Wiedeń ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

ska z każdą z tych osób przeprowadziła na podium krótką rozmowę. „Jestem Słowaczką o polskich korzeniach. W moim sercu jest Polska, stąd moje zaangażowanie w pracę na rzecz Polonii – odpowiadała jej Zdenka BłońskaZaborska, zapytana o zamiłowanie do naszego kraju – i proszę nie pytać mnie, dlaczego, bo nie wiem. Po prostu tak jest niemalże od zawsze“. Nagrodę otrzymała za wkład i bezinteresowność w pracy na rzecz Polonii, dzięki czemu Klub Polski zajmuje znaczące miejsce w środowisku polonijnym.

ZŁOTE SOWY Polonii 2011 przyznano w następujących kategoriach: • działacze polonijni: Michał Gąsiorowicz (Austria), Wiesław Lewicki (Niemcy) • media: Janusz Szlechta (USA), Tadeusz Urbański (Szwecja) • literatura: Kazimierz Braun (USA), Grażyna Plebanek (Belgia) • muzyka: Wanda Wiłkomirska (Australia), Aleksandra Zamojska (Austria) • teatr: Maria Nowotarska (Kanada), Agata Pilitowska (Kanada) • sztuki plastyczne: Zdenka Blonska-Zaborska (Słowacja), Rafał Olbiński (USA) • film: Franek Chmiel (Słowacja) • za zasługi dla Polski i Polaków w Austrii: Theodor Kanitzer KWIECIEŃ 2011

15


„Według wyników spisu ludności będziemy żyli przez następnych dziesięć lat - wyjaśnia prezes Kongresu Polaków w RC Józef Szymeczek. - Deklaracja polskości będzie miała ogromny wpływ na nasze dalsze losy”. Ondřej Klípa, kierownik sekretariatu Rady Rządu RC ds. Mniejszości Narodowych, przyznaje, że zależność praw mniejszości narodowych od wyników spisu powszechnego jest archaizmem i że Europa Zachodnia już od dawna nie kieruje się nim w tej kwestii. Ochrona mniejszości winna się bowiem opierać na konkretnych zależnościach regionalnych i historycznych. Jednak w RC zmiana ustawy o mniejszościach to proces długotrwały. Na razie standardy europejskie mogą zostać wprowadzone w gminach, w których żyje co najmniej 10 procent Polaków. Chodzi o dwujęzyczność, ochronę szkolnictwa, wspieranie kultury itp. Toteż tak ważne jest, by w arkuszach spisowych jak najwięcej osób zakreśliło język polski jako swój język ojczysty, a w pytaniu o narodowość, której wpisanie nie jest obowiązkowe, zadeklarowało narodowość polską. W 1880 roku na terenie dzisiejszego Zaolzia 76 procent obywateli ówczesnych Austro-Węgier deklarowało narodowość polską. W 70 z 85 gmin polska ludność stanowiła większość. Pierwszy spis w Republice Czechosłowackiej w 1921 r. wykazał spadek liczby Polaków do 38 procent i wzrost liczby Czechów do 50 procent, Niemców było wówczas 10 procent. Po II wojnie światowej Polacy byli większością już tylko w 12 gminach, pozostało ich 27 procent. W spisie przeprowadzonym w 1991 roku wprowadzono także narodowość śląską i morawską. Narodowość polską zadeklarowało wtedy 43 479 osób, tj. 11,8 procent ogółu ludności zamieszkującej teren Zaolzia. W 2001 roku liczba ta spadła do 36 157 osób. W 31 gminach Polacy tworzyli jeszcze ponad 10 procent mieszkańców i mogli domagać się dwujęzyczności. Nie wszędzie jednak udało im się tę dwujęzyczność wprowadzić. Ponieważ asymilacja postępuje na16

Liczenie

Zaolziaków

W

marcu w Republice Czeskiej rozpoczął się Spis Ludności, Domów i Mieszkań, który potrwa do połowy kwietnia. Dla Polaków na Zaolziu to wydarzenie najwyższej wagi. dal, w najnowszym spisie liczy się dosłownie każda osoba, deklarująca narodowość polską. Jeśli po podliczeniu okaże się, że na Zaolziu pozostała garstka Polaków, nikt nie będzie brał ich pod uwagę, nie będzie liczył się z ich opinią, nie da im praw przysługujących mniejszości narodowej. Kongres Polaków w RC rozpoczął w styczniu kampanię promującą polskość. Powstało biało-czerwone logo kampanii z napisem „Postaw na polskość”, plakaty i filmiki reklamowe. Na jednej z ulotek młoda piosenkarka Ewa Farna z Wędryni, robiąca karierę w Czechach i Polsce, deklaruje, że: „Fajnie być sobą”. Na łamach prasy zaolziańskiej pojawiły się materiały omawiające problematykę zaolziańskiej polskości, objaśniające sens kampanii. Drukowane były rozmowy o tożsamości z osobami znanymi w regionie, wypowiedzi autorytetów na temat ich odczuwania spraw narodowych. Odbyło się spotkanie z przedstawicielami Czeskiego Urzędu Statystycznego. Członkowie Ruchu Politycznego Coexistentia-Wspólnota rozjechali się w teren z własnymi materiałami propagującymi polskość. Do kampanii przyłączyły się inne polskie organizacje. Zarząd Główny Macierzy Szkolnej w RC, której członkami są głównie rodzice uczniów polskich szkół na Zaolziu, wysłał do szkół odezwę, w której można przeczytać m.in. „Pamiętajmy, że to my jesteśmy solą tej ziemi, że naprawdę jesteśmy ludźmi języka polskiego, a więc Polakami, że nasz pobyt na tej ziemi ma historyczne podstawy”.

Polski Związek Kulturalno-Oświatowy zamieścił na swych stronach internetowych podpisany głównie przez działaczy młodzieżowych apel pod nazwą „Cztery argumenty, dlaczego wpisać polską narodowość”. Zdaniem autorów polskość i dwujęzyczność podnoszą atrakcyjność regionu, znajomość języka polskiego otwiera drogę na polski rynek, od liczby Polaków zależeć będzie wsparcie finansowe ich organizacji itd. Ważnym punktem tej deklaracji jest apel, by nie wpisywać narodowości śląskiej: „Wpisanie terminu Ślązak nie ma prawnego znaczenia, śląskiej mniejszości narodowej nie będą przysługiwały żadne konkretne korzyści prawne. Nie ma też szkół śląskich ani śląskich organizacji, które potrzebują wsparcia z wyniku spisu powszechnego, by móc sprawnie funkcjonować”. Na ten sam temat wypowiedział się na łamach „Głosu Ludu”, gazety Polaków w RC, autorytet zaolziański, językoznawca prof. Daniel Kadłubiec: „Mając na uwadze to, że gwara nasza mieści się w systemie języka polskiego, ba, staropolskiego, należy zakwalifikować ją nie jako gwarę, ale jako język polski. Zresztą w całej rozciągłości pełni także jego funkcje. Podobnie ma się rzecz z narodowością. Powinna ona wynikać

MONITOR POLONIJNY


z istnienia narodu czy grupy etnicznej. Śląsk nie spełnia żadnego z tych kryteriów, wobec czego wyszczególnianie narodowości śląskiej może być przejawem separatyzmu, indyferentyzmu, partykularnych interesów lub chęci liczebnego osłabienia narodowości innych”. Kampania spotkała się z dużym odzewem wśród mieszkańców Zaolzia, chociaż sceptycy zauważali, że przekonuje przekonanych, ale nie wiadomo, czy dociera w odpowiedni sposób do niezdecydowanych. Największa dyskusja rozgorzała na forach internetowych. Włączyło się do niej wielu Czechów, którzy najczęściej nie chcieli zrozumieć, o co Polakom chodzi. Jak zwykle przy podobnych okazjach uwidoczniła się ksenofobia, rozgorzały antagonizmy i waśnie narodowe. Czesi argumentowali, że w XIV w. Śląsk Cieszyński włączony został do Korony Czeskiej, przypominali rok 1938 i, z czeskiego punktu widzenia, polski zabór Zaolzia, przez Polaków nazywany powrotem ziem etnicznie polskich do Macierzy. Pojawiły się również artykuły w prasie czeskiej, zarówno regionalnej, jak i ogólnokrajowej, pojedyncze komentarze z sympatią odnoszące się do zaolziańskich Polaków. Bohumil Doležal, jeden z czołowych politologów czeskich, w opiniotwórczym dzienniku „Lidové noviny” napisał m.in.: „Mniejszość nie jest czymś, co należy uważać za zło konieczne, lecz na odwrót, czymś, co dzięki mądrej polityce narodowej może łączyć, nie dzielić. Konkretny przykład: Ewa Farna śpiewa po czesku i po polsku. Dlatego powinniśmy trzymać kciuki Polakom na Śląsku Cieszyńskim, aby dopięli swego i zachowali swoją tożsamość”. Zaś poeta i dziennikarz Ivan Motýl na łamach tygodnika „Týden” podsumował: „Nie ma przed spisem ludności z Pragi czy Ostrawy żadnego poparcia moralnego dla polskiej grupy narodowej. Raczej cicha radość, że Polaków znowu ubędzie. Czesi swoich historycznych narodowości, z którymi żyli przez całe stulecia, pozbywają się bez większych wyrzutów sumienia”. CZESŁAWA RUDNIK KWIECIEŃ 2011

Będziemy się liczyć

S

pisy powszechne są istotnymi momentami w życiu narodu. Państwo pyta w nich swoich obywateli, ilu ich jest, kim są, jak żyją, i zbiera najistotniejsze informacje, związane z funkcjonowaniem społeczeństwa. Studenci statystyki na pierwszych zajęciach słyszą następującą historię: właściciel firmy zatrudnia dziewięciu pracowników, każdemu płaci (przyjmijmy dla łatwiejszego obliczenia) tysiąc euro. Sobie wypłaca sowitą dyrektorską gażę w wysokości 11 tysięcy euro. Średnia statystyczna płaca w tym zakładzie (9 x 1000 + 1 x 11 000 : 10) wynosi zatem dwa tysiące euro. Szef firmy chwali się, że u niego zarabia się bardzo dobrze, a pracownicy patrzą podejrzliwie na swoich kolegów – skoro oni sami otrzymują tylko połowę średniej pensji, to inni muszą mieć wynagrodzenie o wiele, wiele wyższe. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ od początku kwietnia do końca czerwca będziemy się liczyć w Polsce (a na przełomie maja i czerwca także na siedmiokrotnie mniej licznej Słowacji), a właściwie będą nas liczyć, specjalnie przeszkoleni rachmistrzowie. To pierwszy spis ludności po wejściu obu państw do Unii Europejskiej (poprzedni w Polsce odbył się w roku 2002, na Słowacji w 2001). Spis we wszystkich państwach UE będzie przeprowadzony według tych samych zasad, dzięki czemu będziemy mogli porównać nie tylko zmiany, które zaszły w jednym kraju w ciągu ostatnich dziesięciu lat, ale także czym się różnimy i w czym jesteśmy podobni do innych mieszkańców Unii. Nareszcie uda się wiarygodnie (statystycznie!) porównać poziom życia w Polsce i na Słowacji. Po raz pierwszy wszyscy objęci narodowym spisem powszechnym będą mogli przekazać informacje na swój temat przez Internet (na Słowacji tylko przez pierwszy tydzień spisu). Ci, którzy z tego nie skorzy-

stają, zostaną spisani w tradycyjny sposób - przez rachmistrzów, którzy albo nas odwiedzą osobiście, albo skontaktują się z nami telefonicznie. Formularz spisowy w Polsce zawiera 16 pytań. Jednak co piąty badany zostanie wylosowany do bardzo obszernych badań reprezentacyjnych. Będzie musiał odpowiedzieć na średnio 60 pytań (może ich być nawet ok. 100). Będziemy „się spowiadać” z liczby posiadanych dzieci, stażu małżeńskiego bądź pozamałżeńskiego, wykształcenia, stanu posiadania i – po raz pierwszy od 1931 roku – z wiary. To ostatnie zagadnienie budzi największe kontrowersje, bo sam mam kilku znajomych, określających się jako „wierzący niepraktykujący”, a nawet „niewierzący praktykujący”. Trzeba będzie odpowiedzieć, ile zarabiamy, jakie płacimy podatki, alimenty, rachunki, czy jesteśmy karani i jaka jest nasza orientacja seksualna. Zapytani zostaniemy o nasze związki partnerskie, plany prokreacyjne, pochodzenie, narodowość, plany emigracyjne (wewnątrz kraju oraz poza nim), miejsce pracy czy nauki, dojazd do pracy oraz o remonty mieszkań czy domów. To pierwsza od lat okazja, aby dowiedzieć się, ilu z nas wyjechało z kraju „za chlebem” i ilu jeszcze chce wyjechać. Chociażby do Niemiec czy Austrii, które już od maja otwierają dla nas swoje rynki pracy. Spisem zostaną objęte osoby mające trwały pobyt w danym kraju i dlatego wkrótce będziemy wiedzieć, ilu naszych rodaków mieszka na Słowacji, a ilu Słowaków w Polsce. Nie zapominajmy o tym podczas wypełniania arkusza spisowego! DARIUSZ WIECZOREK 17


Jak tam jest?

Nastrojowo, wzruszająco – po prostu pięknie

Podczas kilkudziesięciu lat Najnowsza płyta Seweryna obecności na polskiej scenie Krajewskiego, „Jak tam jest” muzycznej Seweryn Krajew(wydana 21 lutego 2011), to ski dał się poznać jako człorównież owoc współpracy wiek orkiestra. Piosenkarz, giz Andrzejem Piasecznym. tarzysta, kompozytor, aranżer. „Piasek” nie tylko napisał tekNiekwestionowanym talensty wszystkich piosenek, ale Czulym tem mógłby obdzielić wielu również gościnnie zaśpiewał. uchem artystów. W latach 1965-1997 Zresztą to nie ostatni z gości, był członkiem Czerwonych Gitar których gospodarz Krajewski zaproi komponował utwory, które przysił do współpracy. W pierwszym wynajmniej raz słyszał chyba każdy – danym singlu „Znowu pada” usłyszy„Annę Marię”, „Płoną góry, płoną my znaną z „Mam talent” Annę Telilasy”, „Ciągle pada”, „Tak bardzo czan, w świetnym „Dymie” oprócz się starałem” czy „Gondolierów „Piaska” wspomaga Krajewskiego znad Wisły”. Wymieniać można bez Piotr Cugowski. końca, a to przecież tylko znikoma Co wyszło z tej współpracy? Bardzo część tego, co Krajewski stworzył dojrzała, dopracowana w każdym przez lata. szczególe, spójna płyta. Teksty „Piaska”, mądre, ale bezpretensjonalne, idealnie uzupełniają stworzone przez Krajewskiego melodie. Jest urzekająco, lirycznie, trochę melancholijnie (co nie znaczy, że ponuro!). Spragnieni ostrzejszego, rockowego grania słuchacze raczej nie będą dziełem Krajewskiego zachwyceni. To już nie jest chłopak z tych Czerwonych Gitar, które lata temu butnie deklarowały, że grają najgłośniej w Polsce. Nie jest to absolutnie zarzut; Seweryn Krajewski w wydaniu poetyckim, wyciszonym, jest rewelacyjny i autentyczny. Chociaż nie podąża za najnowszyUtwory, które wyszły spod pióra mi muzycznymi trendami, płyta nie Seweryna Krajewskiego, wykonywali brzmi archaicznie. Uważny słuchacz m.in. Edyta Geppert, Maryla Rodobez trudu wychwyci nawiązania – zawicz, Grzegorz Turnau, Felicjan Anrówno w warstwie muzycznej, jak drzejczak i Andrzej „Piasek” Piaseczny. i tekstowej – do wcześniejszych doTo właśnie ten ostatni wykonawca konań Seweryna Krajewskiego. Ani przypomniał o Krajewskim szerokiej przez moment nie mamy jednak do publiczności, szczególnie jej młodszej czynienia z odcinaniem kuponów części. Dwa lata temu, w marcu 2009 czy autoplagiatem. roku, Piaseczny wydał album „Spis Mało jest, także w skali światowej, rzeczy ulubionych”, do którego muzydojrzałych artystów, tworzących nakę skomponował Krajewski. W grudstrojową muzykę, której zadaniem niu 2009 roku muzycy nagrali wspólnie jest podbijanie list przebojów. ną płytę koncertową „Na przekór noSeweryn Krajewski bez wątpienia wym czasom – live”, która już po kilku jest jednym z nich. KATARZYNA PIENIĄDZ tygodniach okryła się platyną. 18

Na

początku XIX wieku nieco ponad półtora miliona ludzi posługiwało się językiem słowackim jako ojczystym. W większości byli to prości niewykształceni rolnicy, pasterze, drwale o niskiej świadomości narodowej i minimalnych nawykach czytania i posługiwania się językiem pisanym. W miastach na Słowacji mówiło się raczej po niemiecku lub węgiersku (albo w jidysz), a każdy, kto robił jakąś karierę, zostawał urzędnikiem, leśniczym, kolejarzem albo chociażby dorobił się karczmy, przechodził na język węgierski. Grupa inteligentów (ludzi z odpowiednikiem matury) świadomych swej słowackości i próbujących „żyć po słowacku” liczyła kilkaset, w najlepszym przypadku kilka tysięcy rodzin. A i oni, bo takie były realia, żyli jednocześnie w dwóch światach językowych: słowackim i węgierskim, a często jeszcze i w niemieckim. Poza organizowanymi przez księży po wsiach „związkami trzeźwości” do walki z alkoholizmem, gdzie posługiwano się językiem słowackim (zresztą prawie w każdej wsi w nieco odmiennym wariancie), jedynym miejscem, gdzie myślano o przetrwaniu języka i usiłowano go utrzymywać, było liceum ewangelickie w Bratysławie. To taki słowacki paradoks, że w kraju bardzo silnie katolickim mała grupa ewangelików tak bardzo zasłużyła się odrodzeniu narodowemu. W liceum kładziono nacisk na język słowacki, by później jego uczniowie, w dużej mierze przyszli księża, umieli rozmawiać z prostymi wieśniakami ich językiem. Był to ponadto czas popularności oświeceniowych idei i koncepcji Herdera, więc zainteresowanie słowiańskością należało do MONITOR POLONIJNY


I co dalej z językiem słowackim? dobrego tonu. Założyludu język zachodnich WAŻKIE cielem i wykładowcą „kuzynów” (ba! nawet WYDARZENIA więcej – „braci”), czyli Katedry Mowy i LiteraW DZIEJACH tury Czesko-Słowiańjęzyk czeski, znacznie SŁOWACJI skiej bratysławskiego bardziej skodyfikowaliceum, istniejącej już ny i mający większy od roku 1803, był pochodzący dorobek literatury drukowanej. z okolic Rimavskiej Soboty, wySam Palkovič ostatecznie opowiekształcony w Niemczech na unidział się za wspólnym językiem wersytecie w Jenie Juraj Palkovič. dla Czechów, Morawian i SłowaNota bene to on właśnie w raków. W latach 20., 30. XIX w. konmach swoich poszukiwań właścicepcje na temat języka słowackiewego kształtu języka słowackiego go dopiero się kształtowały. Z jewydał drukiem pośmiertnie słowdnej strony była już pierwsza prónik Bernoláka. Warto też odnotoba jego kodyfikacji, dokonana przez Bernoláka, z drugiej cały czas trwała wać, że Palkovič prowadził dla dyskusja, czy używać wspólnego swoich uczniów także lektorat języka z Czechami i Morawianami, języka polskiego, serbskiego i roczy też osobnego. Czescy działasyjskiego. Niestety, nie miał oparcze narodowi krytycznie odnosili cia w żadnym środowisku, które się do usamodzielnienia się języka posługiwałoby się w praktyce jęsłowackiego i w niewybredny spozykiem słowackim w formie pisasób naśmiewali się z tej idei; twórnej. Profesorowie i uczniowie liceca slawistyki Josef Dobrovský um skłaniali się bowiem raczej do w swych wcześniejszych publikapoglądu, że język słowacki to „zacjach nie wymieniał słowackiego śmiecony“ język czeski, żargon, wśród języków słowiańskich (choa nie język samodzielny i jako słociaż za samodzielne uznał języki waccy patrioci chcieli upowszechdolno- i górnołużycki), a najbarniać wśród ludu i dla dobra tego dziej znanym poplecznikiem czeszczyzny był poeta i bezsprzecznie wielki słowacki patriota Ján Kollár, który swoje słowackie wiersze i poematy pisał po czesku. Kollár przez trzydzieści lat był kaznodzieją słowackim w Peszcie (Budapeszt jeszcze wtedy nie istniał). W czasach rewolucji węgierskiej 1848-1849 był orędownikiem sprawy słowackiej, a w 1849 roku w nagrodę od Austrii za pomoc Słowaków w walce z Węgrami został profesorem Uniwersytetu Wiedeńskiego. Tam miał stworzyć formułę języka słowackiego, który rząd austriacki chciał dopuścić do urzędów gminnych, szkół ludowych i sądów niższej instancji jako język pomocniczy. Kollár zaproponował język, który oficjalnie nazwany został Altslovakisch Sprache (staroslovenčina), a któLiceum ewangelickie w Bratysławie ry w gruncie rzeczy był językiem KWIECIEŃ 2011

Juraj Palkovič

czeskim. W roku 1849 język ten uznano formalnie, ale szybko się okazało, że jest to twór sztuczny i w roku 1859 zniesiono go. W praktyce walczyły ze sobą dwie koncepcje języka słowackiego: wcześniejsza Antona Bernoláka i późniejsza Ľudovíta Štúra. Ta druga była odpowiedzią na twórczość i działalność Kollára. Grupa skupiona wokół Štúra uznała, że projekt Bernoláka należy odrzucić, bowiem język oparty na dialektach zachodnioslowackich był zbyt bliski językowi czeskiemu i mógł być traktowany jako argument, że czeski i słowacki to w gruncie rzeczy jeden język. Ľudovít Štúr został zatrudniony w liceum jako kandydat na nauczyciela w roku 1836. Miał wówczas 21 lat i miał uczyć historii oraz gramatyki języka czeskiego i polskiego… O Štúrze można jednak bez końca. A zatem od jego działalności w liceum zaczniemy następny odcinek tejże rubryki. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“

19


W

marcu zaprezentowałam Państwu historię spółki pochodzącej z północy Polski – gdańskiej LPP. Tym razem, śledząc losy firmy Wojas, udamy się na drugi koniec kraju, do Nowego Targu.

Szewska pasja

Jeszcze w czasach PRL funkcjonowała tam fabryka Podhale, produkująca wygodne, trochę kosmiczne w wyglądzie buty o wdzięcznej nazwie Relaks. Niektórzy wspominają je z sympatią, inni cieszą się, że już popularnych „relaksów” nie ma. Nie ma, bo Podhale ucierpiało podczas transformacji ustrojowej w 1989 roku, zupełnie nie radząc sobie w wolnorynkowej gospodarce. Mniej więcej w tym samym czasie Wiesław Wojas, potomek rodziny od wielu lat związanej z produkcją butów, postanowił stworzyć solidną markę obuwniczą i firmować ją własnym nazwiskiem. W 1990 roku zatrudnił kilka osób i otworzył salon. Tylko pierwszy rok działalności zaowocował wyprodukowaniem kilkudziesięciu tysięcy par butów.

Dobra passa trwała także w kolejnych latach. Klientom spodobało się wzornictwo produktów Wojasa, docenili także ich dobrą jakość. W 1994 roku Wiesław Wojas odkupił od syndyka masy upadłościowej dogorywające Podhale – przede wszystkim park maszynowy. Ten krok nie tylko pozwolił na zwiększenie produkcji jego firmy, ale również uratował setki zagrożonych miejsc pracy. Podbój rynku na naprawdę dużą skalę zaczął się jednak dwa lata później, kiedy powstała spółka Wojas Trade. Firma stworzyła własną sieć sprzedaży i uniezależniła się od odbiorców hurtowych. Niespełna dziesięć lat później Wojas przekształcił się w spółkę akcyjną, a w 2008 roku za-

Wojasa wędrówka na obuwniczy szczyt

POLAK POTRAFI

debiutował na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Środki, które spółka dzięki temu zdobyła, przeznaczono na dalszy rozwój. Z sukcesem – w ciągu trzech lat liczba firmowych salonów skoczyła do 120, czyli wzrosła dwukrotnie! W tym samym czasie utworzono spółkę-córkę Wojas Slovakia. Salonów sprzedających obuwie Wojasa na Słowacji jest już dziewięć. Powstaną kolejne, bo spółka zapowiadała, że chce ich mieć 10-12 w głównych miastach kraju. Wojas to przede wszystkim obuwie. Przede wszystkim, ale nie tylko. Firma uzupełniła swoją ofertę o galanterię skórzaną – paski, teczki i damskie torebki. Ponad 20 procent całej produkcji kierowane jest na eksport, m.in. do Irlandii, Francji, Rosji, Niemiec i USA. O tym, że klientom podoba się obuwie Wojasa, niezbicie świadczą liczne nagrody. Firma została uhonorowana m.in. podczas targów obuwniczych w Los Angeles, Dusseldorfie i Moskwie. Jest także laureatem wyróżnienia w dziedzinie zarządzania – kilka razy zdobyła certyfikat Przedsiębiorstwa Fair Play, tytuł Lidera Małopolski oraz złotą statuetkę Lidera Polskiego Biznesu. KATARZYNA PIENIĄDZ

Dziewczyna Dynamit albo

K

arin Stanek – legenda polskiej muzyki młodzieżowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Któż nie zna jej przebojów, rozgrzewających całą Polskę? Któż nie bawił sie na prywatkach przy rytmach „Malowanej lali”, „Jedziemy autostopem” czy „Jimmy’ego Joe”? Tak niedawno podczas imprezy „Polskie 20

karaoke” śpiewaliśmy jej piosenkę „Chłopiec z gitarą” – pierwszy polski przebój pocztówek dźwiękowych. Piętnastego lutego 2011

roku dotarła do nas smutna wiadomość – Karin zmarła w jednym z niemieckich szpitali niedaleko Hanoveru w wieku 68 lat. Informacja ta wstrząsnęła całą Polską. Młoda dziewczyna z dwoma czarnymi warkoczami i niskim głosem swoimi przebojami w latach 60. podbiła serca Polaków. Wyróżniała się niesamowitą charyzmą i barwą głosu. Jej taniec i śpiew naśladowały setki polskich nastolatek. Rodowita Ślązaczka z jednej strony wzbudzała entuzjazm młodzieży, zaś z drugiej strony oburzenie

starszej publiczności. Tak właśnie rodził się polski big-beat, piosenki proste, które jednak przetrwały próbę czasu. Karin zaistniała na scenie jako laureatka konkursu „Czerwono-Czarni szukają talentów”. Później zakwalifikowała się do finałowej dziesiątki pierwszego festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Była piosenkarką i znakiem rozpoznawczym zespołu Czerwono-Czarni. Podróżowała autostopem, a jeszcze chętniej motorem. No i koniecznie w dżinsach i z chłopakiem z gitarą. Płytę z jedMONITOR POLONIJNY


Groch z... fasolką

D

Zwierzenia podniebienia

ługo szukałam na Słowacji miejsca, gdzie mogłabym naprawdę wypocząć. Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o istnieniu hotelu Kaskady i postanawiam go odwiedzić.

Wsiadam zatem do auta, przety dań. Na przystawkę wybieram ciakręcam klucz w stacyjce – dźwięk battę z kremem groszkowym i mozzamotoru, w radio Nina Simone… Żyć rellą. Za przystawką podąża wiosennie umierać! Malownicze krajobrazy na zupa jarzynowa. Danie główne to umilają mi podróż do Sielnicy k. Baństek wieprzowy w sosie z czerwonej skiej Bystrzycy, gdzie znajduje się fasolki. Na deser placek z kremem wspomniany hotel. z żółtek. Wariacje te dopełnia idealnie Miła pani na recepcji wita mnie schłodzone wino – tramin czerwony. uśmiechem. Szybko załatwiam forZ wielkim napięciem oczekuję piermalności. Teraz mogę już wszego dania. Krem grotylko odpoczywać. Oprócz szkowy jest odkryciem! tego, że hotel oferuje wellSmak świeżego groszku, ness i spa, posiada róoliwy z oliwek i czosnku to wnież wspaniałą restaupołączenie rewelacyjne. rację. Tam też kieruję swoCzerwona fasolka, przyje kroki. Dziś oferowane rządzona podobnie jak fajest menu a la carte. solka po bretońsku, przySiadam przy stole. Z głopomina mi kuchnię mojej śników płynie przyjemna babci i lata dzieciństwa. Deser to wspaniała kropka muzyka. Szarmancki kelnad „i”. ner zjawia się błyskaZwracam się do kelnewicznie. Zerkam do kar- WWW.HOTELKASKADY.SK

ra z prośbą o rozmowę z szefem kuchni. Po chwili pojawia się chef de cuisine Marek Karaka, bardzo sympatyczny i zdolny młody człowiek (l. 25), zdobywca nagrody kucharz TOP TREND. Z radością zdradza tajniki smaku kremu groszkowego, o który pytam. Dziękuję mu za rozmowę i proszę o przekazanie wyrazów uznania całemu zespołowi, pracującemu w kuchni. W odpowiedzi na to, ku mojemu zaskoczeniu, na stole pojawia się... ciabatta z kremem groszkowym i stek z czerwoną fasolką – wyraz wdzięczności za mój zachwyt nad kunsztem szefa kuchni. Delektuję się każdym kęsem. Niechętnie wstaję od stołu i opuszczam miejsce, gdzie króluje hasło: „Klient nasz pan“ i gdzie gotowanie jest prawdziwą sztuką. SYLWIA TOMASZEWSKA Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

Malowana Lala? nym z jej przebojów sprzedano w nakładzie 300 tysięcy. Pamiętam nasze spotkania podczas koncertów. Ponieważ w tym czasie mój brat grał w zespole Czerwono-Czarni, skomponował kilka piosenek m.in. dla Karin, np. „Dlaczego tak się stało” czy „Krasnoludki są na świecie”. Po rozstaniu z grupą Czerwono-Czarnych występowała w innych grupach, a później wyjechała do USA. Nagrywała piosenki w języku niemieckim i angielskim. W Polsce nazywano ją „królową pioKWIECIEŃ 2011

senki młodzieżowej”, zaś w Niemczech „polish Elvis Presley” lub „rock lady”. Długo trwała wędrówka Karin po świecie. W 1976 roku wyjechała z Polski do Niemiec, porzucając jednocześnie scenę. Ostatni raz odwiedziła ojczyznę po 15 latach nieobecności – w 2005 roku wzięła udział w wielkim koncercie dinozaurów w Sopockiej Operze Leśnej. Kilka lat temu otrzymałam od Karin pozdrowienia, a w prezencie książkę „Malowana lala”, którą wydała jej przyjaciółka Anna Kryszkiewicz.

Książka opowiada o losach Karin Stanek. Z niej dowiedziałam się o licznej rodzinie Karin mieszkającej w Niemczech, którą to się opiekowała. I chociaż pogodziła się z życiem na obczyźnie, to jednak twierdziła: „Gdzieś na dnie mojego ja odzywa się nutka żalu. Żalu, za czymś, co się utraciło. Bo wprawdzie nie jest mi tu-

taj źle, ale jestem mimo wszystko obca. To nie jest mój dom. W szufladzie leży mój paszport, którego nigdy nie oddałam, nie pozbyłam się też polskiego obywatelstwa. Kiedy jest mi smutno, to wyciągam go i wtedy czuję, że wracam do domu, że to znów jestem ja, i że nie jestem sama”. URSZULA SZABADOS 21


J

eż Jerzy, „dziecko” Rafała Skarżyckiego (scenariusz) i Tomasza Leśniaka (rysunki) to w historii polskiego komiksu postać niezmiernie ważna.

O, jeżu! Co za film... Pierwsze odcinki komiksu ukazały się już w 1996 roku na łamach pisma „Ślizg”; później, w 2002 roku, przygody Jerzego trafiły do samodzielnych albumów. Komiks o jeżu? Aha, coś dla dzieci – pomyślą pewnie ci, którzy wcześniej z Jeżem Jerzym nie mieli do czynienia. Nic bardziej błędnego. Jerzy nie nosi jabłek na grzbiecie i nie uśmiecha się dobrodusznie. Jeździ za to na deskorolce, na głowie ma czapkę odwróconą daszkiem do tyłu, potrafi siarczyście zakląć i nie stroni ani od skrętów, ani od alkoholu. Jakby tego było mało, nie uznaje żadnych autorytetów i zadaje się z paniami o nie najlepszej reputacji. I właśnie takiego Jerzego wielu młodych (i nie tylko) Polaków pokochało. Ich zdaniem „Jeż Jerzy” to genialna, ostra satyra na współczesną polską rzeczywistość – społeczeństwo, polityków, czasem też kulturę popularną. Informacje o przeniesieniu przygód Jerzego na duży ekran pojawiły się kilka lat temu. Towarzyszyło im sporo kontrowersji i burzliwych dyskusji. Nie brakowało głosów, że film zabije to, co w komiksie najlepsze, że komiksowa formuła, rozbudowana do rozmiarów pełnometrażowego filmu, zupełnie się nie sprawdzi. Czy te obawy były słuszne? Jeż Jerzy, mówiący głosem Borysa Szyca, ma w sobie element komizmu i jest zdecydowanie najbardziej wyrazistą i interesującą postacią w filmie. 22

Bronią się jeszcze (choć do zachwytów daleko) Lilka, nieźle dubbingowana przez Macieja Maleńczuka i Yola, mówiąca głosem Marii Peszek. Reszta wypada bardzo przeciętnie. Rysunki, które w konwencji komiksu były do przyjęcia, w kinie wyglądają niezwykle marnie i tandetnie. Drodzy Państwo, nie takie kreskówki powstawały w ciągu ostatnich dziesięciu lat... Ta na pewno momentem przełomowym w historii animacji nie będzie. Film jest przeznaczony dla widzów dorosłych. Zapewne z racji dużego ładunku wulgaryzmów, przemocy i erotyki. Problem w tym, że poziom większości dowcipów odpowiada inteligencji i wrażliwości niezbyt lotnego gimnazjalisty. Podejrzewam, że właśnie nastoletnia widownia będzie ten film nielegalnie ściągać i, nerwowo chichocząc, po kryjomu oglądać w domowym zaciszu. Później niektóre „kultowe” odzywki trafią na szkolne korytarze, gdzie na krótko staną się slangiem wtajemniczonych. Czy dorośli znajdą w tym filmie coś dla siebie? Na pewno nie ostrą, trafną satyrę. Na pewno nie wyrafinowany humor. „Jeż Jerzy” jest po prostu bardzo, bardzo słaby. Jeśli jednak umierają Państwo z ciekawości, a dodatkowo cierpią z powodu nadmiaru czasu i pieniędzy – czemu nie, można obejrzeć. W innym razie – nie ryzykować, omijać z daleka. KATARZYNA PIENIĄDZ

O D

E N T U Z J A

W kręgu

Elizy Orzeszkowej

E

mancypacja dla Polek nie była modą przejętą z zagranicy, nie była też zrodzona z fanaberii znudzonych dam na salonach Warszawy, Lwowa czy Krakowa. W XIX stuleciu była po prostu życiową koniecznością. W dwu kolejnych powstaniach – listopadowym i styczniowym – zginęło wielu mężczyzn, a po klęsce zrywów powstańczych liczni zostali zesłani na Sybir, inni zaś wybrali emigrację. Kobiety nader często zostawały same. Stawał przed nimi obowiązek kierowania rodziną, a często także konieczność zapewnienia jej bytu materialnego, co w sytuacji, gdy w wyniku represji popowstańczych kryzys ekonomiczny dotknął ziemiaństwo, było niełatwe. Znalazły się w realiach, którym nie mogły sprostać, bowiem tradycyjny model ich wychowania miał się nijak do wymogów współczesności. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę młodzi twórcy programu pozytywizmu warszawskiego, umieszczając w nim w latach siedemdziesiątych XIX wieku postulat emancypacji kobiet i optując za nim w licznych artykułach, zamieszczanych w „Przeglądzie Tygodniowym”. Nową sytuację i nieprzygotowanie kobiet do niej uświadamiało sobie przede wszystkim drugie po Entuzjastkach pokolenie emancypantek. Zmienił się ton dyskursu emancypacyjnego, skonkretyzowały się działania. Na czoło ruchu emancypacyjnego Polek wysunęła się pisarka Eliza Orzeszkowa, która definitywnie rozliczyła się z romantycznym czy sentymentalnym modelem kobiety. Jej bohaterki nie były już „boskimi istotami”. Miały MONITOR POLONIJNY


S T E K

D O

P A R Y T E T E K

realne wymiary i żyły tu i teraz. To ona w swej powieści Marta, wydanej w 1873, dała literacki obraz tragicznych skutków niepraktycznego kształcenia kobiety z warstwy ziemiańskiej, kobiety, która po stracie męża nie jest w stanie utrzymać siebie i dziecka. Próba zarobkowania w jedynie dostępnym dla kobiet z jej warstwy zawodzie guwernantki kończy się fiaskiem, bowiem z powodu niedostatecznego wykształcenia bohaterka nie wytrzymuje konkurencji innych kobiet i traci pracę, a tym samym podstawy egzystencji. Mogłaby zostać krawcową, ale praca fizyczna w jej mniemaniu i w mniemaniu jej otoczenia oznaczałaby drastyczną deklasację. Odrzuca też ostateczną możliwość zarabiania własnym ciałem. Zrozpaczona, bezsilna i upokorzona wybiera śmierć pod kołami pędzącego dyliżansu. Los Marty – kobiety nieprzygotowanej i nieprzystosowanej do życia – przedstawiła Orzeszkowa na tle podobnych kobiecych dramatów. Marta, przetłumaczona natychmiast na niemiecki, czeski i kilka innych języków, należy do tych utworów literackich, które obok Nory Ibsena i Hierty F. Bremer wywarły największy wpływ na rozwój i charakter europejskiego ruchu emancypacyjnego. Dla Orzeszkowej, podobnie jak dla innych polskich emancypantek, było jasne, że tylko praca i edukacja mogą uwolnić kobiety od „klątwy wiecznego niemowlęctwa i anielstwa”. Temu przekonaniu pisarka dała wyraz w swej publicystyce, poruszając takie problemy, jak wychowanie domowe i wykształcenie kobiet, miłość, małżeństwo, życie rodzinne, przyczyny i trudności przeprowadzenia rozwodu, a także sytuację KWIECIEŃ 2011

społeczną kobiet niezamężnych, pracę zawodową kobiet czy losy nieślubnych dzieci. Najpełniejszy obraz poglądów emancypacyjnych Orzeszkowej znaleźć można w jej książce z 1873 roku, zatytułowanej Kilka słów o kobietach. Część o wychowaniu i wykształceniu kobiet zajęła w niej ponad połowę miejsca. Pisarka, opowiadając się za szerokim i gruntownym ich wykształceniem, swoje stanowisko argumentowała przede wszystkim wynikającymi z tego korzyściami dla mężczyzn czy rodzin. Pisała, że: „Szczęśliwszym zapewne może być mężczyzna, którego po powrocie do domu spotyka żona z książką w ręku niż taki, dla którego odrywa się ona od rozważania wdzięków swych w zwiercadle” oraz: „W życiu domowem kobieta prawdziwie oświecona nie poczuje odrazy do najgrubszych choćby zajęć, bo rozum nauczy jej tej prawdy, że każda, najnieponętniejsza i najniższa praca uszlachetniona celem swym być może”. Zapewniając gorąco, że kobieta wykształcona będzie nie tylko lepszą żoną, że lepiej będzie pracować, autorka nie zapomniała dodać, iż będzie też żoną posłuszniejszą. Tego rodzaju argumentacja wywołuje zdziwienie nie tylko dziś, wywoływała je także u jej współczesnych, szczególnie w kontekście znacznie radykalniejszej wymowy Marty. Opowiadając się za emancypacją, Orzeszkowa gromiła to, co nazwała „błędną emancypacją”. Pisała: „Nie w imię błędnej emancypacji kobiecej, nie w imię owej fałszywej mądrości, która odbiera jej wdzięk właściwy i odrywa ją od użytecznej obowiązkowej pracy, ale w imię spokoju rodzinnego i potęgi idei rodzinnej, w imię godności człowieczeństwa, której najsilniejszą podporą oświata i praca, w imię nieodebranego prawa każdej ludzkiej istoty do udziału w szczęściu ze światła płynącym, wołać trzeba o naukę dla kobiet”. Domaganie się przez Orzeszkową

wykształcenia kobiet głównie w celu lepszego pełnienia przez nie tradycyjnych ról żon i matek Sławomira Walczewska w Damach, rycerzach i feministkach tłumaczyła jej nieumiejętnością pisania o sprawach kontrowersyjnych wprost „bez oglądania się na adwersarzy i bez stałego dbania o to, żeby ich nie urazić swoimi poglądami”. W Kilku słowach o kobietach Orzeszkowa, optując jednoznacznie na rzecz pracy kobiet, znów uciekła się do charakterystycznej dla siebie argumentacji, przekonując swych domniemanych adwersarzy – mężczyzn, że praca kobiet pozytywnie wpłynie na związki małżeńskie. Pisze m.in. „Nie tylko ilość małżeństw, ale ilość dobrych małżeństw zwiększy się na skutek rozszerzenia i rozpowszechnienia pracy kobiecej”. W dyskursie emancypacyjnym opowiadały się za pracą kobiet i inne pisarki, np. Karolina Wojnarowska oraz Anastazja Dzieduszycka, autorki popularnych wówczas książek o kobietach. Zwolenniczką Orzeszkowej była także Maria Konopnicka, uznawana za pionierkę pracy kobiecej. To ona po odejściu od męża z własnej pracy utrzymywała nie tylko siebie, ale także sześcioro swoich dzieci. Jako redaktorka pierwszego na ziemiach polskich czasopisma feministycznego „Świt” pisała, że jest to „organ kobiet dążących do samoistnej pracy”. Tygodnik ten, wydawany w Warszawie w latach 1884-1887, zajmował się nie tylko problematyką kobiet z warstw średnich, ale jako pierwsze czasopismo także kobiet ze środowisk robotniczych i chłopskich, zaś w specjalnej serii Biblioteka „Świtu” ukazywały się publikacje na temat pracy kobiet. Zwolenniczką Konopnickiej była m.in. Waleria Marrené, która w kwietniu 1886 roku objęła po niej redakcję „Świtu”, ostro zwalczanego przez konserwatystów właśnie za śmiałe koncepcje emancypacyjne kobiet. Emancypantki spod znaku Orzeszkowej konsekwentnie walczyły ze stereotypem, który kobietom ze stanu średniego pozwalał jedynie na wykonywanie zawodu guwernantki, bo przecież nie każda guwernantką być mogła, tak jak nie każda mogła zarabiać pisa23


niem. Kobiety tłumnie więc zaczęły zajmować się rzemiosłami „z wiarą – jak pisała Waleria Marrené – że w nich zapracują sobie na chleb bez niczyjej łaski i protekcji”. Nieprędko dopuszczono je do zawodów urzędniczych, „do biurowej pracy, do kantorów, nawet do kas sklepowych, bo przecież sądzono powszechnie, że kobiety rachować nie umieją”, mówiła Marrené w sierpniu 1899 roku na zjeździe kobiet w Zakopanem. Pierwszą instytucją, w której kobiety zaczęły pracować jako urzędniczki, była poczta, ale pracowały w niej na warunkach jawnie dyskryminacyjnych – otrzymywały pensję niższą niż mężczyźni, nie przysługiwały im urlopy zdrowotne czy wypoczynkowe, w zaborach austriackim i pruskim nie wolno im było wyjść za mąż, a złamanie tego zakazu oznaczało utratę pracy. Mimo wielu przeciwieństw i trudności Polki ze stanu średniego pod koniec XIX wieku były już w stanie zapewnić sobie samodzielną egzystencję; otwierały zakłady krawieckie i kosmetyczne, coraz częściej znajdowały swe miejsce w handlu, imały się różnych rzemiosł. W 1889 roku założyły Koło Pracy Kobiet przy Towarzystwie Popierania Przemysłu i Handlu, a we Lwowie Paulina Kuczalska-Reinschmit wydawała czasopismo „Ster” (1895-1897), poświęcone pracy kobiet. Prawa do pracy kobietom nikt nie darował, z uporem

wywalczyły je emancypantki spod znaku Orzeszkowej. Orzeszkowa w Kilku słowach o kobietach zajęła również stanowisko w kwestii zdominowania kobiet przez mężczyzn, i to nie tylko w życiu publicznym, ale także w małżeństwie. Uważała, że to nie mężczyźni są źli, lecz świat, dający im więcej praw niż kobietom, a tym samym otwierający przed nimi większe możliwości. Jej zdaniem kobiety powinny emancypować się nie spod męskiej tyranii, ale aktywnie przeciwstawiać się złym normom kulturowym i złemu prawodawstwu. Jednocześnie jednak uznawała, że i mężczyźni ponoszą odpowiedzialność za gorszą sytuację kobiet, dając przyzwolenie na krzywdzące je normy, mało tego, czerpiąc z nich korzyści. I chociaż nadal obowiązywał Kodeks Napoleona, określający kobietę jako osobę „wieczyście małoletnią”, niezdolną do działań prawnych bez zgody męża, to jednak w XIX wieku zmienił się stosunek do zamążpójścia; kobiety stopniowo zyskiwały większą swobodę w wyborze męża oraz większą możliwość rozwodu. W małżeństwie dominującą pozycję nadal zajmował jednak mężczyzna, czego najlepszym dowodem była wypowiedź Edwarda Prądzyńskiego, skądinąd gorącego zwolennika emancypacji kobiet, który w swej książce O prawach kobiet, wydanej w tym samym roku co Kilka słów o ko-

bietach Orzeszkowej, zaprezentował swe ultrakonserwatywne poglądy na małżeństwo, pisząc: „...władza mężowska jest nietykalna. Równouprawnienie nie może od niej kobietę uwolnić. Spółka małżeńska zawiązuje się kosztem nieuniknionej ofiary ze strony domowej niezależności kobiety. Wszelkie przeciwko temu protestacyje za wybuch nieokiełznanej swawoli uważać należy”. O tym, że Prądzyński z takim represyjnym stosunkiem do kobiet w małżeństwie nie był osamotniony, nikogo zapewniać nie trzeba, podobnie jak o tym, że „protestacyje” wybuchły: kobiety, które „wybiły” się na samodzielność, pod koniec XIX wieku zaczęły się rozwodzić, żyć w wolnych związkach, wiązać się na zasadzie przyjaźni, współpracy, a czasem też miłości z innymi kobietami, rodzić nieślubne dzieci. Orzeszkowa jako pierwsza odważyła się naruszyć tabu staropanieństwa, tabu tak silne, że nawet Narcyza Żmichowska, najradykalniejsza z Entuzjastek, pominęła je milczeniem. Dziś w epoce singielek i singli trudno sobie wyobrazić, czym było staropanieństwo w czasach pierwszych emancypantek. Kobieta z klasy średniej, która nie wyszła za mąż, skazywała się na wykluczenie, nie miała środków materialnych, zapewniających jej egzystencję, o ile nie wyprosiła ich od krewnych, u których też kątem mieszkała i jeśli nie wybrała klasztoru, to ciążył na niej „stra-

Zaproszenie do „Cukierni Pod Amorem”

Do

niedawna Małgorzatę Gutowską-Adamczyk czytelnicy znali przede wszystkim jako scenarzystkę serialu „Tata, a Marcin powiedział...” i autorkę takich powieści dla młodzieży, jak „100 ulic”, „220 linii”, „Niebieskie nitki”, „Wystarczy, że jesteś”, „Serenada, czyli moje życie niecodzienne” czy „13. Poprzeczna”, która to książka zwyciężyła w konkursie Książka Roku 2008 Polskiej Sekcji IBBY.

W 2010 roku w Wydawnictwie „Nasza Księgarnia” autorka zadebiutowała prozą dla dorosłych. Debiut to był udany; dwa tomy sagi rodzinnej Cukiernia Pod Amorem (trzeci tom ukaże się jesienią 2011 r.) stały się czytelniczym best24

sellerem, a i krytycy nie szczędzili pochwał, podkreślając, że: „Barwna obyczajowość opisana z imponującym realizmem i dbałością o detale, różnorodne, ciekawie nakreślone sylwetki bohaterów, a także ogrom wiedzy o minionych cza-

sach czyni Cukiernię Pod Amorem niezwykle zajmującą lekturą” (A. Kantoruk). Cukiernia Pod Amorem to fascynująca historia rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów – Zajezier-

skich z malowniczych XIX-wiecznych dworków. W pierwszej części poznajemy wszystkich głównych bohaterów sagi i dowiadujemy się, kto spowodował wypełnienie się rodowej klątwy i jakim przedziwnym splotem okoliczności do tego doszło. W drugim MONITOR POLONIJNY


szliwy wyrok moralnej nicości”, pisała Eliza Orzeszkowa w 1873 roku. Nie kwestionując stereotypowego myślenia o starych pannach, że „bywają śmieszne, złośliwe, obłudne, nabożne” lub „popadają w zalotność”, Orzeszkowa próbowała wzbudzić w społeczeństwie uczucie współczucia dla ich losu. Postulowała włączenie ich w sprawy ogółu, zapewniając, że kobieta niezamężna jako nauczycielka czy działaczka charytatywna może przynieść swą pracą pożytek społeczności, a samym kobietom zalecała, by nie zajmowały się zbyt swą sytuacją, ale zajęły się pracą dla ogółu. Pouczała je, że: „Samotna kobieta bez moralnego szwanku podźwignąć się może wtedy tylko, gdy myśl jej oświecona i szeroka potrafi oderwać się od samolubnych pragnień i żalów”. Od autorki Marty nie oczekiwalibyśmy tego rodzaju pouczenia. Walczewska ten wyrok Orzeszkowej komentowała następująco: „Metafora podźwignięcia się sugeruje podobieństwo między kobietą samotną a kobietą upadłą. Kobieta samotna, nawet jeśli jest bez moralnego szwanku, jest w jakimś sensie również upadłą. Jest kobietą, która wypadła z ustalonej,

tomie obok dalszych losów Zajezierskich poznajemy barwny ród Cieślaków, pochodzący „z zapyziałej, cuchnącej, otoczonej złą sławą ulicy Dobrej na warszawskim Powiślu”. Z nimi zaglądamy do złodziejskich melin starej Warszawy, do karczem, w których ogrywa się naiwnych, poznajemy warszawski półświatek, którym rządzi prawo silniejszego i sprytniejszego. Z Zajezierza przenosimy się do Długołąki, by poznać siostry Bysławskie. Z Giną Toroszyn wstępujemy KWIECIEŃ 2011

ogólnie przyjętej konwencji. Jest niedopasowana, a więc gorsza”. Jak silna musiała być ta konwencja, skoro uległa jej Orzeszkowa, znana ze swych radykalnych wyborów życiowych, i skoro anatemy „gorszości” i wyizolowania nie przełamało pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku ani zapewnienie sobie przez kobiety samotne z klasy średniej materialnych podstaw egzystencji dzięki własnej pracy, ani osiągane przez nie sukcesy zawodowe. Przyznajmy, że i dziś, w wieku XXI dwuznaczny uśmieszek pojawia się często w niejednym, szczególnie małomiasteczkowym czy wiejskim środowisku, gdy mowa o kobiecie samotnej, nawet wówczas, gdy kobieta ta wyróżnia się w nim swym wykształceniem czy samodzielnie osiągniętą zamożnością, a cóż dopiero, gdy jest ona „zwykłą” robotnicą czy gospodynią wiejską. I chociaż Orzeszkowa nie oburzała się na stosunek społeczeństwa do starych panien, już przez sam fakt, że niejednokrotnie pisała o nich, zwróciła uwa-

gę na istniejący problem, a kobietom samotnym uświadomiła, że nikt im niczego nie podaruje, że swoje prawa muszą sobie wywalczyć same. Powieść Marta oraz książka Kilka słów o kobietach wysunęły Elizę Orzeszkową na czoło polskiego XIX-wiecznego ruchu feministycznego. Uzyskała rozgłos i sławę w Polsce, stała się znana za granicą, od licznych czytelniczek otrzymywała listy, w których dziękowały jej za wskazówki, jak mają żyć. Światową sławę literacką przyniosła jej powieść Meir Ezofowicz i takie arcydzieła, jak Cham czy Nad Niemnem. Dwukrotnie była nominowana do Nagrody Nobla, ale jej nie otrzymała; przyznano ją Henrykowi Sienkiewiczowi. Była kobietą wybitną, ale stale poczuwała się do solidarności z ruchem kobiecym. Nie dziwi zatem fakt, że pierwsza fundacja, powołana przez ruch kobiecy do wspierania studiujących kobiet, nosiła jej imię. Eliza Orzeszkowa zmarła w Grodnie 18 maja 1910 roku. Pogrzeb jej stał się wielką manifestacją społeczną, choć władze carskie wydały zakazy udziału w nim. To nad jej grobem przemawiający krytyk powiedział: „Ona była żywą mądrością i czującym sercem całej epoki”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

W artykule wykorzystano m.in. prace: S. Walczewska: Damy, rycerze i feministki, A. Górnicka-Boratyńska Antologia tekstów feministycznych, materiały z wirtualnego „Muzeum Historii Kobiet” Fundacji Feminoteka.

na pensję dla dobrze urodzonych panien, a potem w środowisko artystyczne przedwojennych warszawskich kabaretów i teatrów. Z inną bohaterką wyruszamy za ocean, by znaleźć się wśród polskich emigrantów z przełomu XIX i XX wieku. Z bohaterami Cukierni Pod Amorem przenosimy

się z miejsca na miejsce, by jednak stale wracać, obojętnie czy do wieku XIX, czy do czasów nam współczesnych, do Gutowa z jego niezapomnianą charakterystyczną małomiasteczkową atmosferą. Miejsca zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale każde przedstawione jest z niezwykłą dbałością o realia. Zmienia się historia. Zmieniają się powieściowi bohaterzy, jednak żaden z nich nie jest postacią papierową. Przeszłość przeplata się z teraźni-

ejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach i ich mężczyznach, o marzeniach, namiętnościach i konsekwentnym dążeniu do wybranego celu. Barwna historia, umiejętność konstruowania fabularnych napięć i przepiękna polszczyzna sprawiają, że obszerne tomy sagi czyta się jednym tchem, a po ich skończeniu oczekuje się tomu trzeciego, który zgodnie z zapowiedziami wydawcy będzie o rodzinie Hryciów. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 25


Małysz jest/był najbardziej utytułowanym polskim sportowcem XXI w. i prawdopodobnie całej historii w ogóle. Jego starty dominowały zimowe wiadomości wszelkich mediów oraz rozmowy rodaków. Jest/był najlepszą reklamą dla Polski. Stał się jednym z najbardziej znanych Polaków w świecie, i to nie tylko sportowym. Zawdzięczamy mu wieloletnią „małyszomanię”. Ze skoków narciarskich uczynił prawie sport narodowy. Jego decyzja o zakończeniu kariery, ogłoszona w czasie mistrzostw świata w Oslo, jest tematem numer jeden w polskich mediach. Przypomnijmy jego dokonania. Po raz pierwszy w karierze zwyciężył 17 marca 1996 roku w ostatnim w sezonie konkursie Pucharu Świata (PŚ). Jego pierwszy skok był krótki (106,5 metra), ale ładny, jeśli chodzi o styl. W drugim wylądował o 15 m dalej. Miał wtedy 18 lat, a 50 tys. norweskich kibiców na skoczni w Holmenkollen zgotowało mu owację na stojąco. Karierę kończył wtedy Niemiec Jens Weissflog. Małysz podkreślał: „Kiedy byłem mały, skakaliśmy z kolegami pod nazwiskami sławnych skoczków. Ja byłem Weissflogiem”. Dlatego jego pierwsze zwycięstwo określono mianem „zmiana warty”. W ciągu kilkunastu lat kariery Adam Małysz przeżywał wzloty i upadki. Potrafił przełamać kryzys i podnosić się w znakomitym stylu. Pierwszy skok oddał w 1983 roku w Wiśle, w reprezentacji zadebiutował w 1994 roku. W PŚ po raz pierwszy skoczył w grudniu 1994 w Planicy (tylko w kwalifikacjach), ale w pierwszym starcie w konkursie PŚ 4 stycznia 1995 w Innsbrucku zajął 17. miejsce. Pierwszy raz na podium PŚ stanął 18 lutego 1996 w Iron Mountain (2. miejsce). Potem – 17 marca 1996 roku – było wspomniane już pierwsze zwycięstwo w PŚ. Po nim już wszystko potoczyło się gładko. Do przyjemności należy wymienianie sukcesów 33-letniego Małysza, który na podium stanął łącznie 26

Pożegnanie króla

I

naczej tego nie da się nazwać. Dnia 26 marca 2011 r. mogliśmy być świadkami historycznego momentu, kończącego chyba najważniejszą epokę polskiego sportu zimowego. Po kilkunastu latach startów swój ostatni skok w karierze skoczka narciarskiego oddał Adam Małysz.

91 razy, po raz ostatni 13 lutego br. roku w Vikersund, gdzie zajął trzecie miejsce. Wygrał 39 konkursów PŚ, 27 razy zajął drugie miejsce, a trzecie 25 razy. Czterokrotnie triumfował w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Więcej zwycięstw zanotował tylko Fin Matti Nykaenen (w czołowej trójce rywalizację skończył 108 razy). Najlepszy polski skoczek w historii ma na swoim koncie: cztery medale olimpijskie (trzy srebra i jeden brąz), na podium mistrzostw świata stanął sześciokrotnie w tym cztery razy jako mistrz, cztery razy zdobył Kryształową Kulę, triumfował w Turnieju Czterech Skoczni, zdobył dwadzieścia jeden tytułów mistrza Polski oraz wiele mniej liczących się tytułów i zwycięstw. Swój najdłuższy skok oddał pod koniec kariery, 13 lutego br.

w Vikersund. Skoczył i leciał 230,5 metrów. Za wybitne osiągnięcia sportowe uhonorowany został Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim OOP i Krzyżem Oficerskim OOP. Cieszy się niezwykłą popularnością. W głosowaniu na największego Polaka zajął drugie miejsce za papieżem Janem Pawłem II. Podczas uroczystej sesji rady miasta Zakopanego 26 marca został jego honorowym obywatelem. Już kilka dni po deklaracji o zakończeniu przez niego kariery w Przemyślu zgłoszono propozycję nazwania jego imieniem jednej z ulic. Podobne inicjatywy zgłaszane są też w innych miastach. Mówi się, że za swoje liczne sukcesy sportowe i wspaniałą pro-

mocję Polski może otrzymać Order Orła Białego, a jeśli go otrzyma, będzie pierwszym sportowcem odznaczonym tym orderem. Wielu decydentów popiera odznaczenie Małysza tym orderem, inni mówią, że gdyby kierować się tylko odruchem serca, to order trzeba mu dać. Ale Order Orła Białego honoruje dorobek całego życia, a na bilans życia Małysza jest jeszcze za wcześnie. Nie wszystko mu się udało. Nie zdobył olimpijskiego złota. Przyznał też: „Choć nie jestem katolikiem, to jednak zawsze żałowałem, że nigdy nie dostąpiłem zaszczytu spotkania z papieżem Janem Pawłem II. Były propozycje audiencji, ale oficjalnej, z mediami. Tego nie lubię. Marzyłem, żeby z tak wielkim rodakiem spotkać się na bardziej prywatnej audiencji. Jan Paweł II był fanem skoków i żałuję, że nic z tego nie wyszło. Miałem ogromny szacunek do Ojca Świętego”. Decyzję, że norweskie mistrzostwa świata będą ostatnie w karierze, podjął jeszcze przed igrzyskami w Vancouver. Zawsze podkreślał, że jego marzeniem jest skończyć karierę, kiedy będzie jeszcze dobrze skakał. Tak jak kiedyś jego idol Jens Weissflog. W czwartek 3 marca 2011 roku po konkursie w Oslo ogłosił koniec swoich występów. Podkreślał: „To było dla mnie niesamowicie ciężkie. Jestem już bardzo zmęczony (…) miałem tylko w sobie trochę żalu, że nie pozwolono mi ogłosić decyzji o końcu kariery osobiście. Im bardziej trzymałem wszystko w tajemnicy, tym więcej było pogłosek na ten temat. Wiele osób rozpowiadało, że po sezonie skończę karierę, i nie uszanowało tego, że chcę to ogłosić osobiście, w momencie, który uznam za najbardziej odpowiedni”. W dniu 26 marca 2011 roku na Wielkiej Krokwi w Zakopanem skoczył na nartach oficjalnie ostatni raz. W imprezie – konkursie „Skok do celu”, zorganizowanym na pożegnanie mistrza, wzięła udział światowa czołówka skoczków narciarskich, m.in. Austriacy Andreas MONITOR POLONIJNY


Kofler, Wolfgang Loitzl, Thomas Morgenstern i Gregor Schlierenzauer, Czech Jakub Janda, Finowie Janne Ahonen i Matti Hautamaeki, Japończyk Noriaki Kasai, Niemcy Martin Schmitt i Michael Uhrmann, Norwegowie Tom Hilde, Anders Jacobsen i Bjoern-Einar Romoeren oraz Szwajcarzy Simon Ammann i Andreas Kuettel. Skakała również reprezentacja Polski. Do stolicy polskich Tatr przybyło kilkadziesiąt tysięcy kibiców, z których „tylko” 21,5 tysięcy zasiadło na trybunach Wielkiej Krokwi. Nie obyło się bez zgrzytów. Organizator pożegnalnej imprezy nie mógł dogadać się z właścicielem Wielkiej Krokwi – Centralnym Ośrodkiem Sportu (COS) w Zakopanem. Informowano, że wszystko rozbija się o pieniądze. Kwota, jakiej COS żądał za wynajem skoczni, miała być „nie do przyjęcia”. Zaczęto nawet mówić o przeniesieniu całej imprezy do innego kraju. Skończyło się dobrze. COS potwierdził też, że środki uzyskane z wynajmu skoczni zostaną przekazane na szkolenie następców Małysza. Pojawiły się też inne „problemy finansowo – organizacyjne”, ale o tym sza! Na temat Małysza napisano oceany słów. Radości i wrażeń, których nam dostarczył nie sposób oddać długością tekstu czy liczbami. Co Adam będzie robił dalej? Ma wiele propozycji, które napływają z różnych stron i miejsc. Kiedyś chciał zostać menedżerem, prowadzić młodzieżową kadrę Polski. Pojawiły się też plotki o jego starcie w rajdach samochodowych. W każdej z tych informacji jest ponoć ziarno prawdy. Króla nie będzie. Spadnie ilość sukcesów, prawdopodobnie mniejsze będą też emocje. Na szczęście pozostaje nam jeszcze nasza niekwestionowana królowa – Justyna Kowalczyk. Miejmy nadzieje, że to za jej sprawą zima nadal będzie sezonem sportowych radości. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorące udział w konkursach „Monitora”.

KWIECIEŃ 2011

Zjeść pączek czy pączka?

W

tłusty czwartek, koleżanka spytała mnie, czy owego dnia zjadłam choć jednego tradycyjnego pączka, po czym szybko zamieniła „pączka” na „pączek”, spoglądając na mnie pytająco.

No właśnie. Zjadłam „pączka” czy „pączek”? Większość polskich czasowników wymaga najczęściej uzupełnienia rzeczownikiem, i to w bierniku, np. czytam (kogo? co?) książkę, widzę (kogo? co?) psa, mówię (kogo? co?) wiersz. Jeśli jednak to rzeczownik rodzaju męskiego, to o jego formie biernikowej decyduje rodzaj gramatyczny – gdy należy do męskożywotnych, biernik równy jest dopełniaczowi, zaś gdy jest męskorzeczowy (męskonieżywotny), to jego biernik jest taki sam jak mianownik. Tyle zasada, ale co z konkretami? Trochę dziwnie brzmi zjeść pączek, banan, kotlet, hamburger itp., choć są to na pewno rzeczowniki męskorzeczowe, czyli ich forma biernikowa winna być równa mianownikowej. Może zatem lepiej zjeść pączka, banana, kotleta czy ogórka, mimo że to formy typowe dla rzeczowników męskożywotnych? W języku polskim w tym zakresie panuje niestety spory bałagan. Wiele męskich leksemów formalnie należących do kategorii nieżywotnych przybiera w bierniku formy typowe dla żywotnych. Ta specyficzna moda rozszerza się i obejmuje coraz to nowe grupy semantyczne rzeczownika. Już nie tylko jemy czy widzimy banana, buraka, pomidora (nazwy potraw, grzybów, owoców i warzyw), ale też i widzimy laptopa, pen driver’a, a piszemy SMS-a, że już o widelcu i nożu nie wspomnę. Co na to specjaliści? Też różnie. Jedni optują za formami systemowymi (i tradycyjnymi), czyli za biernikiem równym mianownikowi, podkreślając że taka jest norma wzorcowa, zaś inni, dopuszczają do użycia też biernik równy dopełniaczowi, twierdząc, że taka jest norma użytkowa. Tym bardziej, że w polszczyźnie występuje jeszcze tzw. dopełniacz cząstkowy, którego używa się gdy rzeczownik jest rozumiany jako część jakiejś całości. I tak możemy np. wypić (kogo co?) szampan, ale także wypić (kogo? czego?) szampana w znaczeniu ‘kieliszek szampana’, a zatem część całości; kupić

(kogo. co?) chleb (cały) i kupić chleba (trochę, połowę, część całości). Czyżby zatem można też zjeść pączka i wysłać SMS-a? Niestety, tak dobrze nie ma. Owszem, zjeść można i pączek, i pączka, ale wysłać tylko SMS (i to pisany wielkimi literami!). A co z widelcem, balonem, pilotem (tym telewizyjnym) itd.? Skąd zwykły użytkownik polszczyzny ma wiedzieć, które ich nowe formy biernikowe są już poprawne, a które (jeszcze) nie? Najczęściej w takich przypadkach językoznawcy odsyłają do słowników. Sęk jednak w tym, że te rzadko podają formę biernika, bowiem skupiają się głównie na dopełniaczu (potem na miejscowniku l.p. i formach mianownika l. mn.). Są też i tacy, którzy próbują rzecz usystematyzować i wydzielają grupy semantyczne rzeczowników męskich nieżywotnych, przybierające w bierniku formy równe dopełniaczowi. Tak zrobiła np. Hanna Jadacka (Kultura języka polskiego. Fleksja, słowotwórstwo, składnia, Warszawa 2005, s. 23), która wśród takich leksemów wymienia nazwy tańców (np. tańczyć poloneza, walca), gier (gram w tenisa, golfa, brydża), wyrobów fabrycznych (kupić poloneza, papierosa, adidasa), figur szachowych i kart (wziąć waleta, skoczka), a także wielu potraw, grzybów i owoców (zjeść gołąbka, hamburgera, śledzia, chipsa, ogórka, podgrzybka). Ale i to chyba nie rozwiązuje problemu, gdyż ciągle pojawiają się nowe rzeczowniki męskie nieżywotne, które przyjmują biernikowe formy typowe dla żywotnych, ba, niektóre w połączeniu z czasownikiem nawet muszą takie być, no bo chyba nie przejdzie nam przez gardło np. hiperpoprawna forma strzelić gol. Musimy strzelić gola! Byle nie samobója!!! Jak Państwo widzą, sprawa jest niezmiernie skomplikowana. Nie popadajmy jednak w rozpacz z tego powodu – w sytuacjach wątpliwych kierujmy się wytycznymi słownikowymi, a jeśli ich brak, to zawierzmy swojej wiedzy, doświadczeniu i rozsądkowi. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


Polska odkłada przyjęcie euro

J

eszcze na początku 2008 roku polscy politycy sprzeczali się, czy euro przyjąć już w 2011 roku (PO), czy też w 2013-2015 (PiS). Z perspektywy czasu nad tymi sporami możemy się tylko uśmiechnąć: czy tego chcemy, czy nie, Polska będzie w stanie przyjąć euro najwcześniej w 2019 roku. Ostatnie badania opinii publicznej pokazują, że polskie społeczeństwo jest podzielone mniej więcej pół na pół na zwolenników i przeciwników wspólnej waluty. Przy tym należy pamiętać, że sprawa, czy przyjąć euro, jest już przesądzona. Zdecydowaliśmy o tym podczas negocjacji akcesyjnych do UE – w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, Szwecji i Danii, które uzyskały możliwość nieprzyjmowania unijnej waluty w ogóle. Dyskusja sprowadza się więc jedynie do terminu wprowadzenia euro. Warto wspomnieć, że wiele osób opowiada się za odkładaniem go w nieskończoność, co jest możliwe, bowiem jeśli nie spełnimy kryteriów członkostwa, żadna siła nas do zamiany waluty nie zmusi. Na początku kadencji obecna ekipa rządząca oraz jej wyborcy uchodzili za zwolenników szybkiego wprowadzenia euro – według najambitniejszych planów już dziś powinniśmy płacić w Polsce tą samą walutą, co na Słowacji. W 2008 i 2009 roku ogłaszane były nawet konkursy na wzory polskich monet euro: oprócz orła białego proponowano m.in. wizerunki białowieskiego żubra, Giewontu, Wawelu oraz znanych Polaków: Chopina, Kopernika, Curie-Skłodowskiej. Dziś o szybkim wprowadzeniu euro nie ma mowy: nawet gdybyśmy 28

chcieli, jeszcze przez kilka lat nie będziemy w stanie spełnić unijnych wymagań. Na razie Polska spełnia jedynie kryterium niskiej inflacji, natomiast największe problemy mamy z deficytem: musi być mniejszy niż 3% PKB, a ten poziom osiągniemy najwcześniej w 2013 roku. Jednak oprócz kryteriów ekonomicznych w grę wchodzą również kwestie polityczne. Aby móc przyjąć euro, Polska musi zmienić konstytucję, która stanowi, że polską walutą jest złoty, oraz określa zadania Narodowego Banku Polskiego. Projekt nowej konstytucji z zapisami dotyczącymi euro jest opracowywany w otoczeniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jednak już dziś wiadomo, że w obecnym parlamencie te zmiany nie będą możliwe (przeciwny jest PiS i PSL). W roku wyborczym nie należy się też spodziewać znaczącej redukcji deficytu, a więc sprawą euro zajmie się już nowy parlament i nowy rząd. Co ciekawe, ogromną rolę w obniżeniu poparcia społecznego dla euro w Polsce odegrał przykład Słowacji. Na początku polscy politycy i eksperci zachwalali Słowację jako kraj, który przeprowadził operację zamiany waluty najsprawniej spośród wszystkich krajów wstępujących do eurolandu. Jak pamiętamy, na Słowacji nie

zdarzyły się żadne istotne problemy, a handlowcy nie wykorzystali konwersji do podniesienia cen. Jednak wielu Polaków jest przekonanych, że było inaczej, czyli że przejście na euro spowodowało drastyczne podwyżki i zubożenie społeczeństwa. Przyczyną tego odbioru jest to, że Słowacja wstąpiła do strefy euro przy niezwykle mocnym kursie korony, a zaraz po tym fakcie złotówka gwałtownie osłabiła się względem euro (w 2008 roku euro kosztowało 3 złote, teraz ok. 4 zł). W powszechnym odbiorze wśród naszych rodaków w kraju sytuacja jest jasna: kiedyś Słowacja była tanim krajem, jeździliśmy tu na tanie wycieczki i zakupy, a dziś ceny są tu niezwykle wysokie. A to znaczy, że podczas zamiany korony na euro musiały być wielkie podwyżki cen i dlatego nie warto iść za słowackim przykładem i wprowadzać euro w Polsce. Kiedy więc można spodziewać się zamiany złotego na euro? Rząd mówi nieśmiało o 2015 roku, jednak rynki finansowe obstawiają lata 2018-2021. Takie daty pojawiają się w oficjalnych prognozach największych polskich banków, które na tej podstawie planują swoje inwestycje finansowe. To właśnie ten drugi termin wydaje się być najbardziej wiarygodny, chociaż wszystko zależy od wyniku jesiennych wyborów parlamentarnych. Jako ciekawostkę warto dodać, że w najbliższych latach euro planują przyjąć Litwa, Łotwa i Dania, a spośród krajów nieunijnych euro jest środkiem płatniczym w Czarnogórze, Kosowie oraz europejskich mikropaństwach, takich jak Andora, Monako czy Watykan. JAKUB ŁOGINOW

Magazyn Mniejszości Narodowych w STV2 Kolejny odcinek magazynu, poświęcony Polakom w Bratysławie i okolicy, zostanie wyemitowany 5 kwietnia o 16.30. w II programie Telewizji Słowackiej.

ŻYCZENIA Panu FRANKOWI CHMIELOWI z okazji okrągłych urodzin życzymy zdrowia, szczęścia, uśmiechu. Jednocześnie dziękujemy Mu za Jego twórczość filmową, obecność na wszystkich spotkaniach klubowych oraz za wsparcie duchowe i intelektualne. Przyjaciele z Klubu Polskiego Nasz Drogi klubowicz FRANCISZEK TOBOŁA z Nowej Dubnicy obchodzi 16 kwietnia 75. urodziny. Z okazji jubileuszu Twego Życzymy Ci, Franku, wszystkiego najlepszego. Niechże Ci każdy dzień dostarcza radości I uśmiech w Twoim sercu zawsze gości. Niechaj problemy Cię omijają, A wszyscy bliscy bardzo kochają. Twoje niebo nigdy się nie chmurzy, Zdrów bądź, szczęśliwy i żyj jak najdłużej! Tego Ci z serca życzą klubowicze z Dubnicy i ze Środkowego Poważa.

KONDOLENCJE Z przykrością informujemy, że 15 marca 2011 roku w wieku 89 lat na zawsze nas opuściła pani Maria Jabłońska (z domu Karolak). Rodzinie składamy głębokie wyrazy współczucia. Członkowie Klubu Polskiego na Słowacji MONITOR POLONIJNY


Konkurs rysunkowy dla dzieci i młodzieży

Strona internetowa www.polonia.sk Zapraszamy Państwa do odwiedzania naszej strony internetowej www.polonia.sk, którą cały czas staramy się ulepszać i która właśnie zyskała nową szatę graficzną. Czekamy też na Państwa uwagi i opinie o niej.

Pierwszego lipca 2011 r. Polska obejmuje przewodnictwo w Unii Europejskiej. Z tej okazji redakcja „Monitora Polonijnego” ogłasza konkurs, adresowany do dzieci i młodzieży, na plakat reklamujący Polskę. Mile widziane będą też slogany reklamowe w języku polskim! Prace konkursowe prosimy przesyłać pod adresem redakcji naszego pisma do 10 czerwca br. pocztą tradycyjną lub elektroniczną. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w lipcowym numerze „Monitora”. Wyłonieni przez specjalne jury autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody, zaś wszyscy uczestnicy upominki.

KLUB POLSKI ŚRODKOWE POWAŻE

Impreza w Podskaliu z okazji Zielonych Świątek Klub Polski Środkowe Poważe – Miejscowe Koło w Dubnicy, będący organizatorem spotkania w Podskaliu z okazji Zielonych Świątek, przyjmuje pisemne zgłoszenia do udziału w nim. Impreza odbędzie się w dniach 10-12 czerwca 2011 r. Ilość miejsc – 98. Opłata wynosi 5 euro od osoby (dzieci bezpłatnie) i obejmuje dwa noclegi i 6 posiłków. Zgłoszenia prosimy przesyłać pod adresem e-mail: klub.polski@nextra.sk, lub adresem pocztowym: POĽSKÝ KLUB, Stredné Považie, Partizánska 151/3, 018 41 Dubnica nad Váhom. Zgłaszających się prosimy o podanie wszystkich danych, potrzebnych do zakwaterowania.

Informacja o zasadach i trybie rekrutacji osób polskiego pochodzenia (narodowości polskiej) ubiegających się o podjęcie studiów wyższych w Polsce w roku akademickim 2011/2012 Referat Konsularny Ambasady RP w Bratysławie przekazuje do wiadomości zainteresowanych otrzymane od Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej w Warszawie informacje nt. zasad rekrutacji kandydatów, ubiegających się o podjęcie studiów wyższych w Polsce w roku akademickim 2011/2012 ze stypendium, przyznawanym przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego. O przyjęcie i związane z tym rozpatrzenie wniosku kandydata na poszczególne formy kształcenia w Polsce mogą się ubiegać wyłącznie osoby polskiego pochodzenia, które nie posiadają obywatelstwa polskiego. Dokumenty należy składać w Referacie Konsularnym Ambasady w Bratysławie w terminie do 20 kwietnia 2011 r. Zgłoszenia składane inną drogą nie będą rozpatrywane. Wstępnej kwalifikacji na studia w Polsce dokonują powołane zespoły Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na podstawie sprawdzianu testowego i rozmowy kwalifikacyjnej. Ostateczne decyzje o przyjęciu na studia podejmują uczelnie wyższe. Ponadto przypominamy, iż stypendia na studia na akademiach medycznych, artystycznych są przyznawane odpowiednio przez właściwych ministrów do spraw zdrowia czy kultury i dziedzictwa narodowego.

WYBÓR Z PROGRAMU INSTYTUTU POLSKIEGO W BRATYSŁAWIE – KWIECIEŃ 2011 ➨ SHORT WAWES – Przegląd polskich

nowych filmów krótkometrażowych 5 kwietnia, godz. 19.00, Żylina, Stanica Žilina Záriečie Festiwal Short Wawes prezentuje współczesną polską kinematografię. ➨ HORY A MESTO

6 -10 kwietnia, Bratysława, Aupark i Kina Palace. • Udział polskiego himalaisty Piotra Pustelnika i pokazy polskich filmów na 12. Festiwalu Hory a mesto. ➨ XXI ŚRODKOWOEUROPEJSKI FESTIWAL

MUZYKI ESTRADOWEJ 11 kwietnia, godz. 19.00, Żylina, Dom Sztuki „Fatra” • Koncert inauguracyjny festiwalu w wykonaniu Państwowej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Benjamina Wallfischa (GB). KWIECIEŃ 2011

➨ LIFE AFTER ’89

12 kwietnia, godz. 18.00, Bratysława, Kino Mladosť Cykl filmowy, trwający od marca do grudnia 2011. Bliższe informacje: www.eunic-online.eu/slovakia ➨ SALON WYSZEHRADZKI

12 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Kultury Węgierskiej, Palisady 54 Dyskusja panelowa zatytułowana „Symbole narodowe”. ➨ RYSZARD SIWIEC – polski Jan

Palach 13 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 • Prezentacja publikacji o Ryszardzie Siwcu i jego misji

➨ LUDMIŁA GIŻYCKA-ZAMOYSKA –

twórczość muzyczna 14 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 • Kompozycje hrabiny Ludmiły Giżyckiej-Zamoyskiej ➨ JĘZYKI SŁOWIAŃSKIE

I TOŻSAMOŚCI KULTUROWE 14-15 kwietnia, Bratysława, Filozofická fakulta UK, Gondova 2 Międzynarodowa Konferencja Naukowa z udziałem młodych naukowców. Więcej informacji: www.slavia.hostei.com ➨ PIRATÓW CZEKA ŚMIERĆ

19 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Otwarcie wystawy malarstwa młodych polskich artystów.

➨ KOMEDA - The Innocent Sorcerer

19 kwietnia, godz. 20.00, Bratysława, DK Zrkadlový haj, Rovniankova 3 Koncert międzynarodowego zespołu jazzowego ➨ ŚPIEWAJĄCY POECI

27 kwietnia, godz. 19.30, Preszów, kawiarnia Christiania, Hlavná 105 II Festiwal Muzyczny Spievajúci básnici, z udziałem zespołu Limboski z Krakowa (www.limboski.pl) ➨ Międzynarodowy Festiwal i Kursy

Interpretacyjne FORUM PER TASTI 28 kwietnia – 1 maja, Bańska Bystrzyca, Akademia Sztuk Pięknych, Katedra Instrumentów Klawiszowych, Kollárova 22 Międzynarodowy festiwal sztuki fortepianowej i akordeonowej. 29


Zamieszkali w Petersburgu

W

dalekim od Bratysławy Sankt Petersburgu również mieszkają Polacy. O polskiej obecności nad Newą można mówić już od wieku XVIII. W 1703 roku nadano tej miejscowości nazwę Sankt Petersburg. Polacy w dużej mierze przyczynili się do budowy tego wspaniałego miasta – Wenecji Północy. Rożne były jednak ich losy. Do stolicy ogromnego imperium przyjeżdżali zbijać lub trwonić fortuny, po dyplomy renomowanych uczelni, w odwiedziny, celem załatwiania różnych spraw majątkowych i tych, wymagających najwyższych decyzji. Dzisiejszy dzień polskiego Petersburga jest różnorodny. Są tu dwie organizacje polonijne (Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Polonia”, Związek Polaków im. bpa A. Maleckiego), miesięcznik kulturalno-oświatowy „Gazeta Petersburska”, zespół folklorystyczny „Gaik”, Towarzystwo im. Szopena, Stowarzyszenie Turystyczne „Żubr”. Od czterech lat dzięki staraniom Senatu RP i środowisk polonijnych miasta działa Dom Polski, otwarty w obecności małżonek ówczesnych prezydentów RP i FR – śp. Marii Kaczyńskiej i Ludmiły Putinowej oraz gubernator miasta Walentyny Matwijenko. Jak wygląda polska codzienność? Polacy w Petersburgu to przede wszystkim osoby z wykształceniem wyższym. Są wśród nich liczni lekarze, pracujący w znanych klinikach, prawnicy, inżynierowie, wojskowi, nauczyciele. Większość (98 proc.) ma obywatelstwo rosyjskie. Tylko niewielki pro30

cent stanowią obywatele polscy – małżonkowie z małżeństw mieszanych. Do nich dołączają managerowie, przyjeżdżający do pracy w znanych firmach i korporacjach zachodnich. W organizacjach polonijnych w przeważającej mierze udzielają się emeryci i weterani wojen oraz oblężonego Leningradu. Są trzonem organizacyjnym, mają czas na uczestniczenie w polskich imprezach. W Petersburgu nie chodzi się normalnie. Tu wszystko odbywa się w biegu. Biegnie się czy to do teatru, czy to domu. A jak się żyje? Jak mówią mieszkańcy – normalnie. A mówią tak i dorośli, i młodzież, i dzieci. Pojęcie „normalności” jest bardzo względne. Wśród petersburskich Polaków nie ma oligarchów. Nie wszyscy mają tzw. dacze (domy podmiejskie lub domki na działkach ogrodniczych). Nie mają, poza kilkoma osobami, luksusowych samochodów i mieszkań. Niektórzy mieszkają w wielorodzinnych mieszkaniach, tzw. komunałach, zaś nieliczni w starych petersburskich domach. Ci ostatni mają więc kominki i sporo przedrewolucyjnych staroci – należą do „starych” petersburżan, którzy przeżyli okres oblężenia miasta (900 dni). Po rewolucji październikowej wyjechało stąd

ok. 60 proc. Polaków, 4,5 tysiące po okresie Wielkiego Terroru (1937) spoczęło na zbiorowym cmentarzu w Lewaszowie (Stowarzyszenie KulturalnoOświatowe jako pierwsze było inicjatorem upamiętnienia tego tragicznego miejsca; w ślad za Polakami symbole pamięci postawili tu przedstawiciele innych narodowości na czele z Rosjanami). Pod względem liczebności nie zajmujemy wysokich lokat. W czasie spisu powszechnego, przeprowadzonego w 1989 roku, ponad 10 tys. mieszkańców Petersburga odpowiedziało, że ich językiem ojczystym jest język polski. Możemy być dumni, że wśród znanych petersburżan są Polacy, np. Edyta Piecha – znana śpiewaczka estradowa, Michał Piotrowski – dyrektor Państwowego Ermitażu, Wiktor Kriwonos (z matki Polki) – znany śpiewak operetkowy, Edward Koczergin z Odyńców – znany scenograf, wyróżniony najwyższymi odznaczeniami artystycznymi i państwowymi, kierownik jednej z katedr Akademii Sztuk Pięknych. Możemy szczycić się polską obecnością kulturalną – nad Newę przyjeżdżają znani polscy wykonawcy, odwiedzają nas

polskie teatry. Częstym gościem jest np. Krzysztof Penderecki. Szeroką ofertę kulturalną mamy nie tylko dzięki działalności organizacji polonijnych (zajmujemy jedno z czołowych miejsc w międzynarodowej i wieloetnicznej mozaice miasta) i pracy placówek dyplomatycznych, w tym Instytutu Polskiego. Swoje zrzeszenia mają też kobiety biznesu i zawodowo aktywne, weterani II wojny światowej czy osoby zainteresowane turystyką (Polski Klub Turystyczny). Słowo „Polonia” nie jest obce mieszkańcom miasta. Od niedawna liczba Polonusów i Polaków rośnie. Dzieje się tak dzięki polskim managerom i biznesmenom, którzy tu właśnie zdobywają pierwsze fortuny. Do miasta przyjeżdżają ludzie zdolni i aktywni, zajmujący się sprawami gospodarczymi, docierają tu też zwykłe „złote rączki”, których cenią właściciele nowych domów podmiejskich lub odnawianych kamienic cesarskich. Gdzie spotykają się Polacy? Skupieni w organizacjach polonijnych przychodzą do Domu Polskiego. W każdą niedzielę różne organizacje organizują na zmianę imprezy kulturalno-oświatowe, nie tylko dla swoich członków. W Domu Polskim realizują swoje nostalgie. Tu uczą się języka polskiego (ponad 10 grup), śpiewają piosenki biesiadne, a w soboty przyprowadzają swoje dzieci do polskiego przedszkola, noszącego nazwę „Dzwoneczki”. Polacy spotykają się również w kościołach rzymskokatoMONITOR POLONIJNY


lickich. W największej świątyni Rosji, w kościele św. Katarzyny, rodacy grupują się po mszy polskiej pod opieką oo. dominikanów – tu zawierają nowe znajomości (polskie), wyłapują nowe polskie twarze. Ci, którzy są poza sferą kościoła, organizacji polonijnych czy innych wspólnot, organizują kilkuosobowe grupki na własny użytek, kreujące polskość w tym mieście. Miasto przyjmuje nas z sympatią i bez ostracyzmu, co pokazał choćby zbiorowy i indywidualny odzew petersburżan na tragedię smoleńską i przyjęcie filmu „Katyń”. Było to z ich strony prawdziwe otwarcie i głębokie współczucie, trwające do dzisiaj, choć coraz częściej zadają pytania: „Dlaczego mgła?”, „Dlaczego spisek?”, co boli. Ci, którzy zakładali organizacje polonijne i walczyli o odrodzenie polskości nad Newą, są nieco zawiedzeni brakiem szerszego zainteresowania językiem polskim. Młodzież polonijna nie garnie się bowiem do studiów w Polsce, kiedy to otworem stoi przed nią cały świat. Polska nie jest mekką turystyczną, już nie jeździ się do niej po ciuchowe zakupy (ograniczenia wizowe), do Petersburga nie dociera polska wędlina, nie ma polskiej prasy (oprócz „Gazety Petersburskiej” – www.gazetpetersburska.org), polskiej książki. Brakuje polskich inwestycji. Mimo to Petersburg jest największym polskim miastem w Rosji, skąd serdecznie pozdrawiam czytelników „Monitora Polonijnego” w Słowacji. TERESA KONOPIELKO KWIECIEŃ 2011

Przygody wikinga Torvalda – miasto

S

tatek o białych żaglach podpłynął do drakkaru i ustawił się do niego równolegle. Torvald od razu dostrzegł jego kapitana. Bardzo wysoki mężczyzna o długich blond włosach, ubrany w białe szaty i srebrną lekką zbroję wydawał rozkazy swoim marynarzom. Torvald skinął głową i uśmiechnął się do niego. Przez burty obu statków przerzucono drewnianą kładkę. Po jednej jej stronie stanęło dwóch żołnierzy wraz z dowódcą, a po drugiej Torvald wraz z Gizurem. - Witajcie w krainie Atlantyda! Jestem Leonidas, morski przywódca. Chronimy naszych wód przed wrogą napaścią. Kim jesteście i jaki jest cel waszej wizyty? – powiedział obcy kapitan. Ale wikingowie nie rozumieli jego języka. Za pomocą gestów Torvald starał się wytłumaczyć mu, że on i jego towarzysze nie mają złych zamiarów, że pragną tylko napełnić beczki pitną wodą i zrobić zapasy żywności. Wskazywał też na północ, chcąc pokazać, skąd pochodzą. - Pływamy, by polować na morskie zwierzęta i wymieniać ich futra na inne cenne dla nas rzeczy – mówił Torvald swoim językiem. Na dowód tego kazał przynieść focze i niedźwiedzie futra. Wskazywał też na puste drewniane beczki i brzuchy. Leonidas zrozumiał, o co chodzi przybyszom. Dał im do zrozumienia, że mogą przybić do brzegu pod warunkiem, że broń zostawią pod opieką jego ludzi. – Atlantyda to miasto pokoju – mówił w swoim języku. Torvald zrozumiał, że muszą się podporządkować jego żądaniom, jeżeli nie chcą umrzeć z pragnienia, bowiem morska woda nie nadawała się do picia. Wikingowie przekazali więc swoje miecze i topory załodze statku Leonidasa, a potem dobili do brzegu, by udać się do otoczonego murem grodu. Nigdy jeszcze nie widzieli tak pięknego miasta. Było otoczone białym murem. W środku znajdowały się niskie kwadratowe domki z małymi oknami i drewnianymi drzwiami. Wszędzie stały wielkie gliniane donice, w których rosły kwiaty i cytrusowe drzewa. Po kamiennych uliczkach, przypominających labirynt, biegały dzieci. Kobiety ubrane były w zwiewne, kolorowe szaty. Wikingowie

Atlantyda

podziwiali piękno osady. Minęli stajnię, gospodę, warsztat szewca, świątynię, aż w końcu doszli do dużego kwadratowego placu. Tam, na rozstawionych licznych stołach leżały rozmaite towary: tkaniny, pieczywo, suszone mięso, przyprawy, gliniane naczynia, wiklinowe kosze, podkowy i wiele innych. Torvald podszedł do sprzedawcy szynki i pokazał mu piękne białoszare futro foki. Ten jednak się skrzywił, wskazując na gorące słońce i swoje lekkie ubranie. W ten sposób pokazał, że futra nie są tutaj potrzebne. Potem wyciągnął sakiewkę i wyjął z niej złotą monetę z obrazem Atlantydy. Za pomocą gestów starał się przedstawić tutejsze warunki handlu. Wikingowie zrozumieli, że na świecący krążek najpierw należy zapracować, a potem dopiero można za niego dokonać zakupów na targu. Na szczęście woda była za darmo. Można ją było czerpać z pobliskiej kamiennej studni. – Uff, chociaż pragnienie zaspokoimy! – rzekł radośnie Gizur i wraz z pozostałymi wikingami ruszył, by napić się do woli i naradzić, co dalej. Siedząc przy studni, wzbudzali zainteresowanie tubylców. Dobrze zbudowani, opaleni, o rudych włosach odróżniali się od szczupłych, odzianych w jasne lub kolorowe szaty mieszkańców Atlantydy. Torvaldem i jego małą małpką Rolig szybko zainteresowały się dzieci. Chciały pogłaskać zwierzątko i nakarmić suszonymi owocami. – Rolig na pewno nie zginie z głodu! – roześmiał się Torvald, – ale my musimy się zastanowić, jak zdobyć złote monety. – Może potrzebują pomocy przy budowie statku? – głośno zastanawiał się Gizur. – Dobra myśl, przyjacielu! Może Leonidas wskaże nam, do kogo powinniśmy się udać – stwierdził Torvald, któremu pomysł Gizura przypadł do gustu. Wtem na plac wjechał rydwan, zaprzężony w dwa czarne konie. Oczom wikingów ukazał się młody rycerz. Wzniósł sakiewkę do góry i ogłosił zbliżające się wyścigi rydwanów. – Dobra nasza! – rzekł Torvald. – A rydwan? – trzeźwo odezwał się Magnus… KASIA GREGUŠKA 31


Nie ma chyba pisma, które w kwietniowym numerze nie zamieściłoby choćby jednego przepisu na wielkanocne przysmaki. Tak się jednak składa, że większość z tych propozycji jest z reguły nowoczesna, kolorowa, miksująca tradycję z nowoczesnością. Brak wśród nich solidnej porcji kulinarnych wspomnień, opartych na

wypróbowanych przez nasze babcie i ich mamy recepturach, notatkach, zapiskach z pożółkłych ze starości zeszytach. My jednak – dzięki przepisom mamy pana Bogusława Stańczyka – łączymy święta z tradycją.

Jarzynka z kiszonych buraków Składniki:

Sposób przyrządzania:

• 1kg czerwonych

Pokrojone w plastry lub ćwiartki buraki zalać wodą i dodać do nich skórkę chleba. Następnie ustawić w ciepłym miejscu i kisić około tygodnia. Ukiszone zetrzeć na tarce o grubszych oczkach. Na oleju poddusić cebulkę, a potem dodać do niej buraczki. Doprawić solą i pieprzem, a następnie dusić na małym ogniu około 15 minut. Będą doskonałe do świątecznych mięs.

• • • •

buraków 2 l letniej wody skórka chleba razowego drobno posiekana cebula olej, sól, pieprz

Barszcz z kiszonych buraków Składniki: • woda z kiszonych buraków

• • • • •

(może być też świeży sok z buraków rozcieńczony wodą i zakwaszony octem winnym) 1 kiełbasa podwędzana 25 dag szynki, najlepiej tradycyjnej domowej 2 łyżeczki utartego chrzanu 2 jajka ugotowane na twardo sól, pieprz

Sposób przyrządzania: Do wody z kiszonych buraków wrzucić pokrojoną w plasterki kiełbaskę i pokrojoną w słupki szynkę, doprawić przyprawami i gotować około 15 minut. Następnie dodać chrzan, zagotować i rozlać na talerze. By uzyskać tradycyjną potrawę, podawaną zwyczajowo na wielkanocne śniadanie, do każdej porcji dodać pokrojone na ćwiartki jajko. Polskie kulinarne tradycje świąteczne mogą być kopalnią pomysłów na wielkanocny stół – wystarczy jedynie odgrzebać stare receptury, których realizacja wymaga co prawda więcej pracy, ale i przyrządzone na ich

podstawie specjały smakują zupełnie inaczej. Dla wielu czytelników to smaki rodzinne, zapamiętane z dzieciństwa i młodości. Cieszmy się nimi, bo będą żyły tylko wtedy, gdy zagoszczą na naszym stole. AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2011/04  
Monitor Polonijny 2011/04  
Advertisement