Page 1

Monitor03

28.02.11 12:44

Strรกnka 33


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 2

Szanowni Państwo, Czytelnicy „Monitora Polonijnego“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Pragnę Państwa poinformować, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, mogąca przyjmować dotacje 2 % z podatków za rok 2010 od osób fizycznych i prawnych. Jak zapewnie Państwo wiecie, Klub Polski nie otrzymuje środków finansowych na działalność, ale na poszczególne projekty. Środki te pokrywają jednak zaledwie część wydatków na te przedsięwzięcia. Działalność klubowa jest widoczna nie tylko dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej, ale też dzięki pomocy Wydziału Konsularnego Ambasady Polskiej na Słowacji, Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“ czy Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Głównie jednak dzięki wielkiemu zaangażowaniu aktywnych działaczy i członków Klubu na terenie całej Słowacji. Zachęcamy do przekazywania 2 % z podatków na rzecz Klubu Polskiego, co pomoże w realizacji jego działań. Jeśli nie wiedzą Państwo, jak to zrobić, informujemy, że osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2%. Wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Zaś firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2010 wpisują tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji. Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to pełna nazwa, IČO i adres, czyli: Poľsky klub - spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, IČO 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava. Informacje o zarejestrowanych na rok 2010 organizacjach (w tym o Klubie Polskim) znajdują się na wspomnianej wyżej stronie internetowej www.rozhodni.sk. Mamy nadzieję, że wykorzystają Państwa tę możliwość wsparcia Klubu, która ofiarodawców nic nie kosztuje poza odrobiną czasu, poświęconego na wypełnienie formularzy. Przy okazji pragnę podziękować osobom, które na rzecz Klubu Polskiego przekazały środki finansowe ze swoich podatków za rok 2009. Ich darowizna pomogła zarówno w realizacji działalności programowej, jak i w częściowym pokryciu nieodzownych wydatków administracyjnych naszej organizacji. Wszystkich darczyńców pragnę też zaprosić do włączenia się w działalność naszego klubu. Zapraszam również do prenumeraty naszego czasopisma „Monitor Polonijny”, które jest nie tylko komentatorem naszej działalności, ale i specyficznym łącznikiem między jego czytelnikami a Polską. Z uszanowaniem i pozdrowieniami Marek Sobek Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 3

Byle szybko. Byle jak. Powierzchownie. Tak czytamy. Jeśli w ogóle czytamy. Książki, prasę, nawet wpisy na Internecie. Ostatnio potwierdziłam na Facebooku udział w wydarzeniu „Cały Facebook czyta!”, utworzonym przez miłośników czytania. Jego twórcy informują: „Niedawny raport Biblioteki Narodowej wykazał, że Polacy nie czytają książek. Nie czytają ich nawet najlepiej wykształceni. Jakikolwiek kontakt z książką w ciągu minionego roku deklaruje niewiele ponad 40% procent badanych. Polacy nie czytają nawet książek kucharskich, poradników, słowników czy e-booków. Zawstydzili nas Czesi (83% czytających) i Francuzi (69%). Aż 46% badanych Polaków w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytało nie tylko książki, ale nawet dłuższego niż 3 strony artykułu czy opowiadania, choćby w Internecie“. Przeraziłam się. Nawet artykułów dłuższych niż trzy strony! A więc te, które publikujemy na łamach „Monitora“ mogą być pominięte przez czytelników ze względu na swoją objętość? Czy ten raport dotyczy również Polaków na Słowacji? Czy świadomość tego faktu coś w nas zmieni? Najpierw trzeba zacząć od siebie – pomyślałam sobie. Uderzyłam się więc w piersi i przyznałam sama przed sobą, że czasami czytam pobieżnie, tylko nagłówki artykułów, odkładając gazetę z myślą, że do niej wrócę za jakiś czas. Leżą więc u mnie w domu sterty różnych pism, z którymi nie mogę się rozstać, bo wciąż się łudzę, że kiedyś po nie sięgnę. Co miesiąc czytam bardzo rzetelnie przygotowywaną przez panią Danusię Marušiakovą rubrykę „Bliżej polskiej książki“ i obiecuję sobie, że sięgnę po polecane przez nią pozycje. Czasami mi się to udaje, czasami niestety nie. A przecież powinniśmy być za pan brat z polską literaturą, o której jest dość głośno na Słowacji, by nie zawstydzili nas Słowacy, pokazując, że znają ją lepiej od nas. Tym bardziej, że niedługo o polskich autorach na Słowacji będzie głośno, bowiem Instytut Polski przygotowuje na lato miesięczną imprezę z udziałem tych najlepszych (więcej w wywiadzie miesiąca na str. 6.). Czytam mnóstwo artykułów na Internecie. Moi znajomi na Facebooku codziennie przygotowują dla mnie prasówkę, polecając to, co ich zdaniem najlepsze w słowackiej czy polskiej prasie (o możliwościach portali społecznościowych mogą Państwo przeczytać w artykule Kuby Łoginowa na str. 27.). Mam też swoje ulubione strony internetowe, które odwiedzam systematycznie. No i każdy artykuł z „Monitora“ czytam przynajmniej trzy razy: pierwszy raz, kiedy go otrzymuję od autora, drugi raz po korekcie, kiedy oddaję numer do druku, no i trzeci w gotowym już „Monitorze“. Jest to zarówno obowiązek służbowy, jak i przyjemność, bowiem comiesięczna oferta naszego pisma jest naprawdę interesująca. Państwa także zachęcam do przeczytania wszystkich zawartych w tym numerze naszego pisma artykułów od początku do samiuśkiego końca. Na szczęście są i tacy, których nie muszę do tego namawiać, którzy wręcz głośno mówią, iż co miesiąc z niecierpliwością czekają na „Monitor” i czytają go od deski do deski. Może zatem ten wspomniany wyżej przerażający raport o wtórnym analfabetyzmie Polaków nie dotyczy słowackiej Polonii? W imieniu redakcji życzę Państwu miłej lektury.

Marzanna, czyli polskie wiosny zaklinanie Z KRAJU WYWIAD MIESIĄCA Pełna kultura! Z NASZEGO PODWÓRKA POLAK POTRAFI Od chińskich podkoszulków do imperium mody Dawniej handlarze, dziś biznesmeni ZWIERZENIA PODNIEBIENIA KOLKOVNA na każdą pogodę WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Od Bernoláka do Štúra KINO-OKO Bez ochów i achów, ale... jest całkiem dobrze! OKIENKO JĘZYKOWE Ortograficzne wyrzuty sumienia CZUŁYM UCHEM Maryli Rodowicz podróż sentymentalna TO WARTO WIEDZIEĆ Od entuzjastek do parytetek BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Paszporty „Polityki” rozdane SPORT!? Wypadek Internet naszym przyjacielem jest PRZEGLĄD POLSKIEJ PRASY OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECIE Tęczowy naród MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Przygody wikinga Torvalda – Atlantyda PIEKARNIK A to keks!

4 4 6 8 15 16 19 20 21 21 22 22 24 26 27 28 28 30 31 32

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2011 wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorpolonijny@gmail.com lub nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c ov á , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j n y @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk MARZEC 2011

3


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 4

Marzanna, czyli polskie wiosny zaklinanie

K

ażdy naród ma swoje, często niezrozumiałe dla cudzoziemców zwyczaje – niektóre dziwne, inne straszne lub po prostu śmieszne. Tradycja ludowa, oparta na wierzeniach i przekazywana z pokolenia na pokolenie, jest przepełniona pięknymi, ale niestety z wolna umierającymi rytuałami. Jednym z nich, chyba najbardziej kojarzącym się z wiosną i radosną zabawą, jest zwyczaj topienia marzanny, symbolizujący definitywne pożegnanie zimy. Zwyczaj ten, wywodzący się prawdopodobnie z dawnej pogańskiej kultury Słowian, na ziemiach polskich kultywowany jest od czasów niepamiętnych. W marcu, na ogół w czwartą niedzielę wielkiego postu, na wsiach wyplatano ze słomy naturalnej wielkości figurę, ubierano ją w damski strój i na wysokiej tyczce obnoszono między domostwami. W towarzyszącym jej orszaku szła na ogół młodzież, która śpiewała stosowne pieśni. Po wyprowadzeniu marzanny ze wsi rozbierano ją, a następnie topio-

wy państwa – zdecydował 3 lutego Sejm, nowelizując ustawę w tej sprawie. Do tej pory otrzymywali oni połowę uposażenia urzędującego prezydenta.

ANGELA MERKEL, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski rozmawiali 7 lutego w Pałacu Wilanowskim w Warszawie, poruszając problem rozwoju współpracy w ramach Trójkąta Weimarskiego. Omówili także wspólną politykę bezpieczeństwa i obrony. Polski prezydent poinformował też, iż na spotkaniu tym przedstawił swoim gościom główne cele polskiej prezydencji w UE. BYŁYM PREZYDENTOM dożywotnio będzie przysługiwało uposażenie w wysokości 75% wynagrodzenia zasadniczego urzędującej gło4

„WIADOMOŚCI“ TVP1 dotarły 18 lutego do informacji, z których wynika, że na lotnisku w Smoleńsku to kontroler, a nie tylko pilot Tu154, decydował o lądowaniu samolotu. Podczas przesłuchań kontrolerów z wieży lotniska tamtejszy kierownik ruchu lotniczego w prowadzonym przez prokuraturę rosyjską śledztwie powiedział: „Kierowanie lotami na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku odbywa się zgodnie z Federalnym Regulaminem Lotnictwa Państwowego, zatwierdzonym rozkazem ministra obrony narodowej Federacji Rosyjskiej“. „Wiadomości“ ustaliły, że dokument ten w punkcie

no w stawie lub rzece. W niektórych regionach Polski zanim kukła wylądowała w wodzie, była najpierw podpalana. Marzanna symbolizowała nie tylko odchodzącą zimę, ale i śmierć oraz wszelkie zło. Pozbywając się jej, robiono miejsce odradzającemu się życiu, światłu i wiośnie. Cudzoziemcom zwyczaj topienia marzanny wydawać się może dość makabryczny, ale i ciekawy. Nazwa kukły kojarzona jest z morem i zmorą. Mało tego, w niektórych regionach symbolizująca śmierć pani nazywana jest po prostu śmiertką lub śmierciuchą, a zatem pozbycie się jej, choć gwałtowne, nie jest pozbawione sensu. W końcu u schyłku zimy wszyscy pragniemy się odrodzić, rozpocząć życie na nowo, przewietrzyć domy i umysły. Polskie realia klimatyczne są niestety kapryśne i topienie marzanny nierzadko odbywa się albo w strugach deszczu, albo w iście zimowej aurze. Nie ma to jednak większego znaczenia, bowiem wiara w koniec chłodów i szaroburej pogody jest w takim momencie naprawdę potężna.

98. daje prawo kierownikowi lotów do samodzielnego podejmowania decyzji o odesłaniu samolotu na lotnisko zapasowe. Do tej pory rosyjscy eksperci przekonywali, że decyzję o lądowaniu samolotu mógł podjąć tylko dowódca samolotu. JAK DONIOSŁA TVN24 komisja badająca incydenty lotnicze przy Dowództwie Sił Powietrznych stwierdziła, że załoga Jaka-40, lądując 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku w Smoleńsku, naruszyła wojskowe przepisy regulaminu lotów. Pilotom mogą grozić kary od upomnienia do wydalenia ze służby włącznie – postępowanie jest w toku. MAK w swoim raporcie dotyczącym katastrofy samolotu prezydenckiego twierdzi, że piloci Jaka-40 wylądowali w Smoleńsku ok. godz. 7.15 czasu polskie-

go pomimo braku ostatecznej zgody wieży na przyziemienie. Nad pasem startowym zbierała się już mgła i widoczność była na tyle ograniczona, że lądowanie było niebezpieczne. W stenogramach z zapisów skrzynki głosowej z Tu-154 zarejestrowano wypowiedź pilota Jaka-40, który powiedział: „Nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować“. NOWOJORSKA ORGANIZACJA obrony praw człowieka Human Rights Watch (HRW) 24 stycznia wytknęła Polsce szereg mankamentów w zakresie praw człowieka, przypominając m.in. sprawę domniemanych tajnych więzień CIA. Jak piszą autorzy raportu, pewne doniesienia sugerują, że prokuratura rozważa postawienie zarzutu zbrodni wojennych m.in. byłemu prezydentowi Aleksandrowi KwaMONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 5

Obecnie topienie marzanny łączone jest z końcem kalendarzowej zimy, a więc rytuał pognania jej 21 marca rzeką do morza, a potem w siną dal pod postacią słomianej kukły wydaje się jak najbardziej na miejscu. Na wsiach zwyczaj ten kultywowany jest jednak coraz rzadziej, za to młodzież szkolna wykorzystuje go na wszelkie

śniewskiemu. Raport przypomina też o trwającym od 2008 r. śledztwie w sprawie domniemanego udziału Polski w wywożeniu terrorystów przez CIA do innych krajów. MARTA KACZYŃSKA, córka tragicznie zmarłej pary prezydenckiej, zdementowała plotki, iż wchodzi do polityki. „Informuję, że nigdy nie miałam i nie mam zamiaru kandydować w najbliższych wyborach parlamentarnych” – napisała 21 lutego w swoim pierwszym wpisie na blogu. Natomiast w Sejmie pojawiła się plotka, że gdyby Kaczyńska chciała kandydować, mogłaby startować w Gdańsku z numerem pierwszym na liście. W RZYMIE 10 LUTEGO w wieku 62 lat zmarł abp Józef Życiński, metropolita lubelski. Był nie tylko MARZEC 2011

możliwe sposoby. Za moich szkolnych czasów 21 marca był po prostu Dniem Wiosny – zamiast się uczyć w szkole, dziarsko maszerowaliśmy z własną marzanną nad rzekę i wrzucaliśmy ją do wody (czasami – niestety – tylko na jej skutą lodem powierzchnię), ciesząc się z końca zimy. Dziś dzień ten to Dzień Wagarowicza, co wiążę się przede wszystkim z brakiem lekcji. Owszem, dzieciarnia i młodzież fantazyjnie poprzebierane w niektórych szkołach nadal tłumnie chodzą topić marzannę, ale już coraz rzadziej. Nadal jednak pierwszy dzień wiosny stanowi okazję do zabawy i to nie tylko dla młodych. Swoista moda na tradycję sprawiła, że za topienie marzanny zabierają się po prostu ci, którzy chcą doświadczyć klimatu dawnych obrzędów, bez względu na wiek. Mimo że jako dziecko nie do końca rozumiałam, dlaczego zimę, najpierw wyczekiwaną i hołubioną za piękne krajobrazy, lodowisko i bałwana, jakiś czas później wyrzuca się precz niczym niechciany kłopot, to przyznaję, iż sam zwyczaj wędrowania z marzanną w stronę rzeki miał w sobie wiele uroku. Pamiętam też, że w mojej dziecięcej wyobraźni wytworzył

katolickim duchownym, ale i filozofem, teologiem, publicystą, znanym z otwartego umysłu i krytycznego spojrzenia, także na sprawy Kościoła. Był też wielkim kanclerzem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Przewodniczył Radzie Episkopatu do spraw Świeckich i Radzie Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej. Jego pogrzeb odbył się 19 lutego w Lublinie. JADĄCY 6 LUTEGO Škodą Fabią S2000 w rajdzie Ronde di Andora polski kierowca Formuły 1 Robert Kubica uległ poważnemu wypadkowi. Prowadzony przez niego samochód uderzył w barierkę, która wbiła się w maskę pojazdu. By wydostać Polaka z rozbitego auta, trzeba było ciąć karoserię. Potem w ciężkim stanie przewieziono go do szpitala, gdzie stwier-

się obraz gigantycznej liczby słomianych kukieł, spławionych rzekami, spotykających się w ujściu rzek do morza, bowiem nikt mi jakoś nie potrafił wytłumaczyć, co się z nimi działo po ich wrzuceniu do wody. Może to i dobrze, bo w kultywowaniu dawnych zwyczajów najważniejsza jest sama wiara, że wystarczy zrobić tak niewiele, aby zapewnić sobie zdrowie, szczęście, miłość i pomyślność. A zatem do roboty! Trochę słomy, stare damskie fatałaszki, kij od szczotki, makijaż i sztuczne włosy, a potem wesołym marszem w stronę wody… i żegnaj zimo! AGATA BEDNARCZYK

dzono liczne skomplikowane złamania kończyn i poddano kilku operacjom. Na szczęście jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. POLSKI SALEZJANIN został zamordowany w Tunezji. Według ustaleń Informacyjnej Agencji Radiowej chodzi o Marka Rybińskiego. Ciało Polaka znaleziono 18 lutego w stolicy kraju Tunisie, niedaleko siedziby ojców salezjanów. Reakcją na tę śmierć była manifestacja, w której udział wzięło ok. 15 tys. osób, protestując przeciw tunezyjskim ruchom islamistycznym i apelując o tolerancję religijną. Władze Tunezji 21 lutego poinformowały o aresztowaniu zabójcy zakonnika. Jest nim ponoć tunezyjski stolarz, pracujący w szkole, w której znaleziono ciało Polaka.

W KRAKOWIE 21 lutego w wieku 88 lat zmarł wybitny malarz Jerzy Nowosielski. Fascynowała go liturgia wschodnia. Malował głównie ikony. Był też autorem malowideł ściennych w różnych cerkwiach i kościołach. Tworzył ponadto portrety, pejzaże, martwe natury, obrazy abstrakcyjne. Jego prace znajdują się w polskich muzeach, ale także w kolekcjach prywatnych w Kanadzie, USA, Niemczech. W NIEMCZECH 17 lutego zmarła Karin Stanek – jedna z ikon polskiego „mocnego uderzenia” lat 60. Jej przeboje, śpiewane z grupą Czerwono-Czarni, takie jak „Jedziemy autostopem“ czy „Chłopiec z gitarą“, są znane i śpiewane do dziś. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 6

Pełna kultura!

P

Zadaniem instytutów polskich jest promocja polskiej kultury, ale każdy dyrektor ma swoją wizję, jak ten cel osiągnąć. Czy przewiduje Pan jakieś zmiany w działaniu kierowanej przez siebie placówki? Żadnej rewolucji nie przewiduję. W ciągu lat swojego istnienia Instytut Polski w Bratysławie zyskał bardzo dobrą markę i ma ugruntowaną pozycję. Na działanie instytutów mają wpływ dwa elementy. Pierwszy z nich to program, który jest programem autorskim dyrektora w porozumieniu z wicedyrektorem i który musi być zatwierdzony przez centralę, czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie. Każdy dyrektor ma jakieś swoje preferencje: ja jestem wielkim fanem teatru, literatury i jazzu, więc zapewne odzwierciedli się to też w programie naszej placówki. Instytuty prowadzą też dyplomację publiczną, to znaczy biorą udział i organizują debaty zarówno kulturalne, jak i te z pogranicza kultury, historii, polityki, nawet gospodarki. Będą więc i tego typu imprezy. A druga zmienna to przedsięwzięcia kulturalne, które podyktowane są różnego rodzaju wydarzeniami czy rocznicami, przypadającymi w danym roku. W ubiegłorocznym programie Instytutu było sporo koncertów chopinowskich, ponieważ był to Rok Chopina. Rok 2011 jest formalnie Rokiem Czesława Miłosza, ale nieformalnie to też rok Lema, Szymanowskiego. W tym roku przypada też 100. rocznica przyznania Nagrody Nobla Marii Curie-Skłodowskiej. Wszystko to znajdzie wyraz w programie naszej placówki.

ierwszy raz na łamach „Monitora Polonijnego“ gościł sześć lat temu jako ówczesny dyrektor Funduszu Wyszehradzkiego. Jesienią ubiegłego roku powrócił do Bratysławy, by stanąć na czele Instytutu Polskiego. Wcześniej kierował taką samą instytucją w Pradze. Ze Słowacją związany był też jako korespondent „Gazety Wyborczej“ w Pradze i Bratysławie oraz ekspert ds. ekspansji mBanku na rynek czeski i słowacki. W środowisku słowackim jest postacią znaną, o czym świadczyć może choćby artykuł pewnej słowackiej dziennikarki, która w publikacji, wydanej z okazji 15-lecia naszego pisma, opisuje Polskę przez pryzmat spotkań z pięcioma osobistościami: Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Zanussim, Adamem Michnikiem, Andrzejem Stasiukiem i Andrzejem Jagodzińskim (Tina Čorná, „Pät okien do Poľska urobi prievan“, [w:] „Poľsko očami slovenských novinárov“, Bratislava 2010). Andrzej Jagodziński, bo o nim mowa, tym razem przedstawił nam projekty kulturalne, które zamierza realizować. Jest na co czekać. Jest jakieś wydarzenie, które szczególnie Pana cieszy? Jest parę takich imprez. Powiem szczerze, że cieszę się i jednocześnie boję, bo nigdy nie ma pewności, że wszystko się uda. Co konkretnie ma Pan na myśli? Na lipiec zaplanowaliśmy przedsięwzięcie na ogromną skalę. Będzie to Miesiąc Spotkań Autorskich, na których prezentowani będą różni autorzy, codziennie inni. Jedną drużynę będą tworzyć Czesi i Słowacy, drugą Polacy. Spotkania będą się odbywać równolegle w Koszycach, które przygotowują się do pełnienia funkcji Europejskej Stolicąy Kultury w 2013 roku, oraz w Ostrawie, Brnie i Wrocławiu. Głównym ich organizatorem jest czeskie wydawnictwo „Větrné mlýny”, które taki festiwal realizuje już od kilku lat w Brnie i Ostrawie, a w tym roku po raz pierwszy wychodzi poza Republikę Czeską. Przy projekcie współpracujemy z Biurem Literackim z Wrocławia, Instytutem Polskim w Pradze. Jest to pierwsza te-

„Powiem może trochę nieskromnie, ale jesteśmy chyba jednym z najaktywniejszych zagranicznych instytutów kultury działających na Słowacji”. 6

go typu duża impreza. Będzie to też ogromne przedsięwzięcie logistyczne, bowiem autorzy będą przemieszczać się z miasta do miasta. Którzy autorzy? Andrzej Sapkowski, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Andrzej Sosnowski, Tadeusz Pióro i wielu innych. Spotkania te celowo zostały zaplanowane na okres letni? To już tradycja. Główny organizator zawsze przygotowywał tę imprezę w lipcu, wychodząc z założenia, że nie wszyscy w tym czasie wyjeżdżają z miasta, tym bardziej, że niektórzy, jak na przykład studenci, właśnie wtedy do swoich miast wracają. Zapowiada się więc gorące lato kulturalne, również dlatego, że zbliża się czas przejęcia przez Polskę prezydencji w Unii Europejskiej, co stwarza okazję do prezentacji naszej kultury. Co Pan planuje? Chcielibyśmy zagospodarować pierwsze dni festiwalu Bratysławskie Lato Kulturalne. Mam nadzieję, że festiwal ten przez kilka dni będzie się rozgrywać w polskich kolorach. MONITOR POLONIJNY


28.02.11 12:43

Stránka 7

Czyli? Jest jeszcze za wcześnie, by mówić o szczegółach. Chcielibyśmy, żeby to były imprezy dla wszystkich, zarówno dla starszych, jak i młodszych. Mogę zdradzić, że pod koniec czerwca w Bratysławie wystąpi legenda polskiego teatru Teatr Ósmego Dnia, który zaprezentuje dwa spektakle: jeden plenerowy – „Arka“, drugi w sali – „Teczki“. Teatr ten jeszcze nigdy nie występował na Słowacji, zatem będzie to duże wydarzenie. Czy według Pana Słowacy są otwarci na polską kulturę? Jestem bardzo zadowolony i przyjemnie zaskoczony zainteresowaniem polską kulturą. Jedyną barierą w realizacji różnych projektów jest bariera finansowa. Oprócz naszych inicjatyw mamy wiele propozycji od partnerów słowackich, którzy proszą nas o wsparcie różnych przedsięwzięć. Uczestniczymy we wszystkich dużych festiwalach, imprezach międzynarodowych, co mnie bardzo cieszy. Powiem może trochę nieskromnie, ale jesteśmy chyba jednym z najaktywniejszych zagranicznych instytutów kultury działających na Słowacji. Staramy się wychodzić z ofertą kulturalną poza Bratysławę. Jestem pod wielkim wrażeniem Koszyc, gdzie odkryliśmy dwa niezwykłe miejsca, czyli Kulturpark Tabačka i Kulturfabrik Kasarne. Takich miejsc nie ma w Bratysławie. Choć Instytut ma swoją siedzibę w stolicy, działamy też w Nitrze, Martinie, Żylinie, Dunajskiej Stredzie. W każdym mieście powiatowym mamy sprawdzonych partnerów w różnych dziedzinach. To właśnie ta współpraca umożliwia nam taką aktywność, bowiem przy naszym szczupłym zestawie osobowym nie bylibyśmy w stanie działać na tak szeroką skalę. Ilu pracowników liczy obecnie Instytut? Łącznie dziewięć osób, z czego programem zajmują się cztery. Nie skarżę się, są instytuty, które mają szczuplejszą obsadę kadrową. MARZEC 2011

Jeśli rozmawiamy o partnerach, czy do nich należą też organizacje polonijne? O, tak! My zajmujemy się promocją kultury w środowisku obcojęzycznym danego kraju, ale oczywiście Polacy są bardzo mile widziani na naszych imprezach. My jesteśmy takimi spadochroniarzami – przyjeżdżamy na trzy, cztery lata. Polacy, którzy tu mieszkają wiele lat, znają doskonale realia i, jeśli są to zorganizowane grupy, są szalenie pomocni. Bardzo dobrze nam się współpracuje z Polonią zarówno w Bratysławie, jak i w Koszycach. Był Pan dyrektorem Instytutu Polskiego w Pradze. Można przenieść doświadczenia zdobyte w Czechach na grunt słowacki? Doświadczenia o charakterze menedżerskim tak, ale programowe wymagają innego podejścia. Z uwagi na brak dużych klubów jazzowych w Bratysławie trudniej będzie organizować koncerty jazzowe. Natomiast tutaj świetnie działa Słowacki Instytut Filmowy, który ma dobrą sieć kin studyjnych, dzięki czemu możemy prezentować polskie filmy. Niedługo zostanie otwarte po dłuższej przerwie kino Charlies, czyli kolejne kultowe miejsce dla kinomanów. Kiedy widzi się zainteresowanie, to jeszcze bardziej człowieka dopinguje do pracy.

„My jesteśmy takimi spadochroniarzami – przyjeżdżamy na trzy, cztery lata. Polacy, którzy tu mieszkają wiele lat, znają doskonale realia i, jeśli są to zorganizowane grupy, są szalenie pomocni”. miłości. Naprawdę trzeba było się porządnie nagimnastykować, żeby zachęcić czeskiego czytelnika, by sięgnął po polską książkę lub poszedł na polski koncert.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Monitor03

W Pradze takiego zainteresowania nie było? Czesi są bardziej zapatrzeni w siebie, przekonani o swojej wyjątkowości. Nasze kultury się dość różnią. Polacy zachłysnęli się czeską literaturą, filmem, ale Czesi nie odwzajemniają tej 7


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 8

W 2006 roku skończył Pan pracę w Funduszu Wyszehradzkim i opuścił Bratysławę na kilka lat. Czy słowacka stolica zmieniła się w tym czasie? Szalenie. Oczywiście na korzyść. Kiedy wyjeżdżałem, nie było centrum handlowego nad Dunajem. Nie jestem fanem takich centrów, nie interesuje mnie łażenie po sklepach, ale ten kompleks robi wrażenie, jest w dobrym guście. Centrum Bratysławy nie jest zaśmiecone nowymi, niepasującymi do całości budynkami. Kiedy wyjeżdżałem, na Słowacji nie było jeszcze euro. Dla nas to interesująca lekcja, bo kiedy rozmawiam ze słowackimi znajomymi, odnoszę wrażenie, że zmiana waluty nie była dla nich specjalnie bolesna. Nie jestem ekonomistą i trudno mi ocenić, na ile była ona korzystna dla gospodarki, ale w społecznych odczuciach to był sukces. Choć kocham Pragę, bo według mnie to najpiękniejsze miasto, to przyznaję, że Bratysława jest dobrym miejscem do mieszkania: nie przytłacza swoją wielkością, jest na miarę człowieka. Lubię atmosferę Starego Miasta, mam tu przyjaciół, a moja żona w Bratysławie jest po prostu zakochana.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Zajmuje się Pan tłumaczeniami z języka czeskiego i słowackiego, był Pan dziennikarzem, a obecnie promuje polską kulturę. Które z tych zajęć jest Panu najbliższe? Zdecydowanie tłumaczenie. Lubię to robić, przy tym odpoczywam. Teraz jestem urlopowanym tłumaczem, ale codziennie, dla odprężenia, dla relaksu próbuję stroniczkę, dwie podłubać. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

8

Roztaƒczony irozÊpiewany

trenczyński Klub Polski

M

roźno na dworze, ale ciepło w sercach – tak było na tegorocznej zabawie polonijnej w Domu Kultury Trenczyn-Kubra.

To tradycyjne spotkanie klubowiczów i ich przyjaciół z regionu Środkowego Poważa zorganizowało Miejscowe Koło Klubu Polskiego w Trenczynie pod czujnym okiem Reni Strakovej we współpracy z Ośrodkiem Kultury „Sihoť”. Odbyło się ono w sobotę 12 lutego, a udział w nim wzięli członkowie Klubu ich goście z Nowego Miasta nad Wagiem, Drietomy, Trenczyna i Dubnicy nad Wagiem. Obowiązkową wręcz częścią programu były śpiewy przy akompaniamencie gitary, na której grała Renia, ale były też śpiewy karaoke i tańce w rytm muzyki, wykonywanej przez Jozefa Knajbela – muzyka i wokalisty od lat współpracującego z Klubem. Ponadto był czas, by po prostu porozmawiać…

Smakołyki własnej produkcji do wyboru MONITOR POLONIJNY


28.02.11 12:43

Stránka 9

ZDJĘCIA: MARIAN PAVLASEK, ZBIGNIEW PODLEŚNY

Monitor03

Raz na ludowo

Podczas zabawy zabrzmiało „Sto lat” dla solenizantki Hani „Jedzie pociąg z daleka…”

Nastrój był wspaniały!

Taniec i wesoła zabawa Tak bawili się najmłodsi uczestnicy Przy wspólnym stole

Karaoke z Jozefem MARZEC 2011

W przygotowaniu imprezy udział wzięli wszyscy jej uczestnicy, bowiem to oni zadbali o bogaty poczęstunek, który pojawił się na stołach. Karnawał to czas hucznych zabaw, przepełnionych pieśniami i tańcem. I tak było w Trenczynie. ZBIGNIEW PODLEŚNY A w przerwach ulubione polskie piosenki Więcej zdjęć na stronie internetowej: http://www.klubpolski.web-album.org

9


28.02.11 12:43

Stránka 10

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Monitor03

Posiedzenie Rady Klubu Polskiego P iątego lutego w Trenczynie w Centrum Kultury „Sihot” spotkali się członkowie Rady Klubu Polskiego, by omówić dzia-

Z

okazji 20-lecia Grupy Wyszehradzkiej premierzy Czech, Polski, Słowacji i Węgier podpisali 15 lutego w Bratysławie deklarację, która precyzuje stojące przed państwami naszego regionu zadania. Petr Nečas, Donald Tusk, Iveta Radičová i Viktor Orban zadeklarowali w dokumencie, że będą koordynować wspólne działania w ramach Unii Europejskiej i ściśle współpracować w kwestii bezpieczeństwa energetycznego. Premierzy wyrazili zadowolenie z dobrego funkcjonowania Grupy. Za szczególnie ważne uznali współdziałanie w takich dziedzinach jak energia, budżet czy wspólna polityka rolna. Deklaracja mówi też o partnerstwie wschodnim w kontekście zbliżającej się polskiej prezydencji w Unii.

10

łania organizacji na rok bieżący. Podczas spotkania podsumowano też przedsięwzięcia kulturalne, zrealizowane w roku ubiegłym. Prezes Czesław Sobek złożył wniosek o przeprowadzenie szkolenia działaczy polonijnych w zakresie podniesienia umiejętności rozliczania przedsięwzięć kultu-

ralnych. Omówiono też zagadnienie pozyskiwania 2 % z podatków na rzecz Klubu Polskiego jako formy pomocy w realizacji jego działań. Ponadto dyskutowano na temat zbliżającego się spisu ludności i sposobów dotarcia do jak największej ilości naszych rodaków zamieszkałych na Słowacji.

20 lat Grupy Wyszehrad Polski premier podkreślił zaangażowanie Grupy Wyszehradzkiej w rozwój integracji europejskiej. „Cieszę się, że entuzjazm proeuropejski, wiara i przekonanie, że Europa powinna być otwarta dla tych, którzy podzielają nasze wartości, nie wygasł i że ten entuzjazm w Grupie Wyszehradzkiej jest wyraźniejszy niż w wielu innych miejscach w Europie” – powiedział Donald Tusk w Bratysławie. Od stycznia Unii Europejskiej przewodniczą Węgry, w drugiej połowie roku zastąpi je Polska. Szef

polskiego rządu wyraził przekonanie, że węgierska i polska prezydencja dadzą mocniejszy impuls integracyjny. „Mam nadzieję, że osiągniemy dobry finał, jeśli chodzi o Chorwację. Jest realna szansa, że postawimy kolejny bardzo mocny krok w relacjach z Ukrainą” – powiedział Tusk.

Polski premier zadeklarował ponadto, że państwa Grupy Wyszehradzkiej niezmiennie bardzo twardo wspierają instytucje europejskie. „Wiemy, że wspólna Europa to muszą być fakty, a nie tylko idee i slogany. Dlatego nawet jeśli mamy różne zapatrywania na integrację europejską w tej kwestii, nie różnimy się MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:43

Stránka 11

Kolejnym punktem programu były przygotowania Klubu Polskiego do prezydencji Polski w Unii Europejskiej, stanowiącej dobrą okazję do prezentacji polskiej kultury w miejscach naszego zamieszkania. Na koniec przedstawiono najnowsze informacje o konkursach dla dzieci i młodzieży oraz o projektach współpracy Klubu Polskiego na polu międzynarodowym. RENATA STRAKOVÁ

Central European Jazz Connection čík, czeski basista Jaromír Honzak, węgierski trębacz Kornél FeketeKovács i słoweński saksofonista Primož Fleischman. Licznych miłośników jazzu przywitał dyrektor Instytutu Polskiego Andrzej Jagodziński, który w krótkim przemówieniu przypomniał historię powstania Grupy Wyszehradzkiej – spoiFOTO: © PATRICK SPANKO, 2011 wa łączącego kraje środokazji 20. rocznicy powstania Grukowoeuropejskie. A że V4 to nie tylko py Wyszehradzkiej w Domu Kultuefekt współpracy polityków, mogli ry Zrkadlový haj w Bratysławie 17 luteprzekonać się widzowie w Bratysłago odbył się koncert międzynarodowewie, których muzycy uraczyli sztuką go zespołu jazzowego Central Eurona wysokim poziomie. Podczas konpean Jazz Connection. Zespół powstał certu zabrzmiały kompozycje Kuby z inicjatywy polskiego pianisty Kuby Stankiewicza i Matuša Jakabčica. Tego Stankiewicza. W skład grupy wchodzą: typu inicjatywy są najlepszym przykłazałożyciel grupy Kuba Stankiewicz, słodem współpracy międzynarodowej wacki gitarzysta, kompozytor i aranżer w tym obszarze europejskim. red Matúš Jakabčic, perkusista Marian Šev-

Z

ehradzkiej i dlatego instytucje europejskie mogą zawsze liczyć na mocne wsparcie państw Grupy Wyszehradzkiej. To także, moim zdaniem, mądra i nowoczesna solidarność“ – podkreślił Tusk. Polski premier przypomniał również o solidarności państw Grupy Wyszehradzkiej z Białorusią. „Grupa jest solidarna z tymi, którzy wierzą w Europę, a dzisiaj siedzą w więzieniu, czyli z opozycją bia-

MARZEC 2011

łoruską. Dla wszystkich Białorusinów jest ważne, że nie zapominamy kilka miesięcy po wyborach - jeśli tak można nazwać farsę, jaka miała miejsce na Białorusi - że pamiętamy. Dzisiaj premierzy zgromadzeni w Bratysławie dają wyraźny znak, że Europejczycy, którzy za swoje przekonania siedzą w więzieniach, gdziekolwiek żyją, mogą liczyć także na naszą solidarność“ - oświadczył Tusk. W drugiej części szczytu uczestniczyli kanclerz Niemiec oraz premierzy Au-

strii i Ukrainy. Premier Donald Tusk przedstawił polskie stanowisko w sprawie Ukrainy; nasz kraj będzie zabiegał, by jeszcze w tym roku Kijów podpisał układ stowarzyszeniowy z Unią Europejską. Grupę Wyszehradzką powołano 15 lutego 1991 roku. Deklarację o współpracy Polski, Czechosłowacji i Węgier podpisali ówcześni prezydenci tych państw. Grupę Wyszehradzką tworzą cztery środkowoeuropejskie kraje: Czechy, Polska, Słowacja i Węgry. Współpraca nie ma

charakteru instytucjonalnego, opiera się na konsultacjach w ramach cyklicznych spotkań na różnych poziomach politycznych, w tym głównie prezydentów, premierów i ministrów spraw zagranicznych. Przewodnictwo Grupy zmienia się co roku – obecnie kieruje nią Słowacja. Jedyną formalną instytucją Grupy jest mający siedzibę w Bratysławie Fundusz Wyszehradzki. Jego celem jest promocja współpracy regionalnej pomiędzy krajami GW poprzez finansowanie różnego rodzaju inicjatyw. Fundusz przyznaje dotacje na projekty kulturalne, naukowe i edukacyjne, przyczyniające się do rozwoju współpracy regionalnej między Czechami, Polską, Słowacją i Węgrami. DARIUSZ WIECZOREK 11


28.02.11 12:44

Stránka 12

Czas na komiks P

rzemysław Truściński, Krzysztof Gawronkiewicz, Aleksandra Spanowicz, Jakub Rebelka, Krzysztof Ostrowski, Olaf Ciszak... to tylko sześcioro z dziesięciorga artystów, których dzieła zawisły w galerii Instytutu Polskiego. Tych dziesięcioro z kolei to tylko niektórzy z licznej grupy najlepszych polskich rysowników komiksów, którym i tak udało się zapełnić całą instytutową galerię. Wśród wystawianych komiksów próżno szukać takich, które są drukowane w prasie. Można natomiast znaleźć oryginały znanych polskich seriali, jak i mniej znane, ale równie dobre krótsze komiksy artystyczne. Miłośników Wiedźmina pocieszą concept arty komiksu, opartego na prozie Andrzeja Sapkowskiego, na których ta postać gatunku fantasy pojawia się po raz pierwszy. Na ich podstawie stworzono potem postać Wiedźmina do gry komputerowej.

P

od koniec stycznia 2011 roku na małej scenie Państwowego Teatru w Koszycach odbyła się premiera sztuki Andrzeja Stasiuka „Czekając na Turka” w reżyserii Henryka Rozna. Tragikomedię polskiego pisarza na język słowacki przetłumaczył dyrektor koszyckiego teatru Peter Himic, któremu udało się zachować specyficzny styl autora. Andrzej Stasiuk tworzy przede wszystkim prozę, ale na swoim koncie ma też dwie sztuki telewizyjne i dwie teatralne. Kiedyś powiedział, że patrzy na teatr w sposób naturalny, widząc w życiu sytuacje dramatyczne, które chętnie przeniósłby na scenę, robiąc z tego pewnego rodzaju skrót, parodię. I tak właśnie powstała ostatnia sztuka polskiego pi12

jących się komiksem. Młodzi „komiksiarze” nie mieli możliwości publikowania swoich prac oficjalnie, byli zmuszeni do tworzenia nieformalnych ugrupowań i wydawania własnym sumptem różnych fanzinów i artzinów z własnymi komiksami. Sami też organiKurator wystawy Piotr Machlajewski (z lewej) i artyści zowali wystawy i konwenPrzemysław Truścinski i Krzysztof Gawronkiewicz ty. Taka sytuacja miała też swoje zalety, bowiem artyści nie musieli się liczyć z wymogaNa wystawie są też prace, pokazumi rynku i mieli o wiele więcej czające rozwój polskiego komiksu od su na tworzenie, bowiem nie goniły początku lat dziewięćdziesiątych do ich żadne terminy. Podchodzili więc dziś. Jak powiedział na wernisażu kurator wystawy Piotr Machłajewski, lata dziewięćdziesiąte były dla polskiego komiksu szczególnie trudnym etapem, bo po upadku komunizmu rozpoczął się okres zachwytu wszystkim, co zachodnie, a więc przedrukowywano głównie amerykańskie i frankofońskie komiksy. To doprowadziło do upadku wszystkich większych wydawnictw polskich, zajmuZDJĘCIA: MARTA MIARA

Monitor03

Czekając na Turka parodia teatru absurdu sarza, prezentowana na deskach teatru w Koszycach, będąca parodią teatru antycznego i teatru absurdu z końca XX wieku. Tytuł jej w oczywisty sposób nawiązuje do dramatu S. Becketta „Czekając na Godota”, zaś toczącą się akcję komentuje na scenie chór, tak jak miało to miejsce w dramacie antycznym. Przesiąknięta ironią sztuka nosi znamiona tragikomedii. Pokazuje ludzi, którzy czują się wykluczeni, nie chcą postępu, nie potrafią się przystosować do realiów po roku 1989. Jej akcja rozgrywa się na dawnym przejściu granicznym słowacko-polskim, na którym spotykają się dwa światy: ten dawny z przemytnikami na czele i ten no-

wy z ochroniarzami, pilnującymi terenów pogranicza, wykupionych przez tureckiego inwestora. Do tego pierwszego świata należy też Edek, który przez 30 lat strzegł południowej granicy Polski, ten drugi zaś reprezentuje wystraszony Patryk, czekający z nadzieją na zmiany ochroniarz. Już po spektaklu spytałam autora sztuki, jak mu się podobała słowacka wersja dramatu. „Przez pierwsze dziesięć, piętnaście minut kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi, a potem zauważyłem, że publiczność się śmieje. Moją intencją było napisanie komedii. Jestem szczęśliwy, że to się udało i spektakl wywołuje uśmiech na ludzkich twarzach” – odpowiedział.

Na słowackiej premierze sztuki Andrzeja Stasiuka „Czekając na Turka” obecni byli m.in. ambasador RP Andrzej Krawczyk, dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie Andrzej Jagodziński oraz liczni zaproszeni goście. Patronat nad przedsięwzięciem sprawował Instytut Polski. URSZULA SZABADOS

MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 13

do komiksu z pasją, pozwalającą im eksperymentować z formą i treścią. W odróżnieniu od komiksu klasycznego, rysowanego tuszem i kolorowanego farbami wodnymi, komiksy z tego okresu są tworzone na przykład za pomocą technik malarskich, graficznych, później też komputerowych. Wykorzystywano też w nich technikę kolażu, co spowodowało, że do komiksu trafiły również zdjęcia, gwoździe i różne inne przedmioty. Rezultaty pracy „w artystycznym podziemiu” prezentowane są właśnie w Instytucie Polskim w ramach wystawy „Czas na komiks”, która potrwa do 18 marca. Jednak i po tym terminie będzie można z komisu co nieco zobaczyć, bowiem obecni na wernisażu wystawy artyści – Przemysław Truściński i Krzysztof Gawronkiewicz – na ścianie instytutowego westybulu stworzyli nowe dzieło komiksowe. A że rok 2011 jest Rokiem Czesława Miłosza, to właśnie ten temat w nim uwzględnili. MILICA URBÁNIKOVÁ

MARZEC 2011

IV PRZEGLĄD T WÓRCZOŚCI STACJI TELEWIZYJNYCH

Wyszehradzkie Pieczęci to festiwal, który jest przeglądem twórczości telewizji regionalnych Europy Środkowej. Jest on wspólną inicjatywą ośmiu oddziałów regionalnych telewizji publicznych z Czech, Słowacji, Węgier i Polski. Oddziały te to: STV Košice i STV Banská Bystrica, MTV Miskolc i MTV Szeged, ČT Ostrava i ČT Brno oraz TVP3 Rzeszów i TVP3 Kraków, realizujące od 2000 roku magazyn „Kwartet”. Przegląd ma charakter roboczy i służy rozwijaniu współpracy oraz podnoszeniu poziomu programów telewizji regionalnych w naszej części Europy. Jego regulamin został zatwierdzony w 2003 r. przez dyrektorów stacji telewizyjnych, biorących w nim udział. Pierwsza edycja „Wyszehradzkich Pieczęci” odbyła się w 2003 roku w Ostrawie, druga na zamku w polskim Krasiczynie, trzecia w Wyszehradzie na Węgrzech, a w tym roku taki przegląd zorganizowała w dniach 10-12 lutego główna redakcja telewizji mniejszości narodowych w Koszycach. Warto podkreślić, że koszycka redakcja stanowi jednocześnie redakcję główną „Wyszechradzkich Pieczęci” z racji wielokulturowości miasta, w którym się znajduje. Redaktor naczelną i autorką projektu jest Ľuba Koľová. Czwarta edycja konkursu trady-

cyjnie już przebiegała w czterech kategoriach: dziennikarstwo, publicystyka, twórczość dokumentalna i wolna twórczość. W kategorii dziennikarstwo pierwszą nagrodę otrzymała TVP3 Kraków za film „Telefony“. Wśród programów publicystycznych Wyszehradzką Pieczęć otrzymała STV Košice za film „Nie celebrity“, zaś w kategorii twórczość dokumentalna triumfowała ČT Brno i film „Maestro“. W ostatniej, czwartej kategorii – wolna twórczość –pierwsze miejsce przypadło MTV Szeged za program „Przygody z ulic“. Przegląd to nie tylko konkursowa rywalizacja o Wyszehradzkie Pieczęci, ale także okazja do dyskusji na temat funkcjonowania oddziałów regionalnych telewizji w krajach Grupy Wyszehradzkiej. Celem projektu jest zbliżenie mieszkańców sąsiadujących regionów, pokazanie ich kultury, ciekawych miejsc, osobliwości krajoznawczych i przyrodniczych. Ważnym jego punktem są też mniejszości narodowe, a wizytówką całości jest program „Kwartet”, emitowany regularnie we wszystkich czterech państwach Grupy. Wręczenie Wyszehradzkich Pieczęci 2011 odbyło się 12 lutego podczas koncertu galowego w Państwowym Teatrze w Koszycach. Uroczystość wsparł finansowo Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. URSZULA SZABODOS 13


28.02.11 12:44

Stránka 14

Piotr Rubik w Bratysławie

U

liczka prowadząca do Sibamac Arény w Bratysławie pełna już samochodów, a próbuje w nią wjechać jeszcze autobus, z którego za chwilę wysypują się licznie przybyli fani Piotra Rubika. Mogąca pomieścić 4 tysiące osób sala szybko się zapełnia. „Nie mogę się doczekać“ – mówi do swoich znajomych siedząca za mną pani i wyraża nadzieję, że podczas koncertu zabrzmi też piosenka, która szczególnie przypadła jej do gustu i którą zaczyna śpiewać na głos. Słowaczka śpiewa po polsku! – myślę sobie. Podczas tego wieczoru przekonam się, że większość zebranych w hali Słowaków zna na pamięć przeboje Piotra Rubika.

Zanim rozpocznie się koncert obserwuję przybyłych widzów: starsi, młodsi, księża, siostry zakonne… Co chwilę ktoś kogoś serdecznie wita, ktoś do kogoś telefonuje i pyta, w którym sektorze siedzi, by chociaż do niego pomachać. „Z tą panią spotkaliśmy się w Koszycach – słyszę za plecami. – A tamci są z Vranova nad Topolą!“. Punktualnie o 19.00 gasną światła i na scenę wchodzi orkiestra oraz chór. To w sumie 120 osób. Konferansjer wita solistów oraz samego Piotra Rubika. Publiczność jest szczęśliwa! Trzygodzinny koncert „The best of“ mija bardzo szybko. Fani szybko się włączają i śpiewają z artystami, żywo reagują na dowcipy dyrygenta i kom-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Monitor03

pozytora w jednej osobie, bowiem ten podczas koncertu opowiada historie swoich piosenek. „Ten utwór powstał na zamówienie pewnej artystki, ale nie spodobał się jej, więc my teraz przedstawimy państwu tę niechcianą piosenkę“ – mówi Rubik i już po pierwszych akordach słowaccy widzowie śpiewają ją razem z artystami. Kiedy Piotr Rubik zapowiada ostatni utwór, z sali dochodzą głosy sprzeciwu. Blisko czterotysięczna publiczność stoi i śpiewa po polsku. Zanim jednak usłyszymy piosenkę na bis, tym razem po słowacku, konferansjer zaprasza na scenę 10-letnią dziewczynkę, która wygrała konkurs rysunkowy na najpiękniejszy portret Rubika. Wyboru zwycięskiej pracy dokonał sam mistrz, a nagrodą jest występ z nim na scenie – dziewczynka „pomaga” mu dyrygować orkiestrą i chórem. To ciekawe, że tylu Słowakom grają w duszy polskie piosenki – myślę sobie, a mój mąż dodaje, że to dobra promocja Polski. W największej bratysławskiej hali podczas dwóch wieczorów ostatniego weekendu lutego dominował język polski. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

P

14

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

aneuropská unia zorganizowała 8 lutego spotkanie z prezydentem Bratysławy Milanem Ftačnikiem, podczas którego zaproszeni goście mogli podyskutować z nowym prezydentem stolicy na temat przyszlości miasta. Okazję tę wykorzystali również przedstawiciele Klubu Polskiego: Czesław Sobek oraz Małgorzata Wojcieszyńska, by porozmawiać na temat możliwości współpracy miasta z organizacją polonijną. red MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 15

Od chińskich podkoszulków do

imperium mody

W

itam Państwa serdecznie i prawie już wiosennie w kolejnej odsłonie „Polak potrafi”. W lutowym numerze znaleźli Państwo artykuł POTRAFI o polskim przedsiębiorstwie z branży odzieżowej, Tatuum. I w tej branży jeszcze pozostaniemy. Tym razem opowiem Państwu o gdańskiej firmie LPP.

Początki były skromne i bez fajerwerków. Założona przez Marka Piechockiego i Jerzego Lubiańca w 1995 roku LPP zajmowała się zaopatrywaniem hipermarketów w tanie, szyte w Azji t-shirty. Piechockiemu i Lubiańcowi ta działalność szybko przestała wystarczać i podjęli decyzję o stworzeniu własnej sieci sprzedaży detalicznej. Większej, lepszej, z dużym rozmachem. Reserved, marka, która miała rozkręcić biznes i przyciągnąć klientów, oferowała nie tylko proste t-shirty, ale również bardziej eleganckie ubrania. Pierwszy salon pod szyldem Reserved otwarto 11 lat temu. Po roku było ich już 24. Firma bardzo szybko przekroczyła próg zysku na poziomie 100 milionów złotych. Marka Reserved cieszyła się coraz większym zainteresowaniem klientów. Proste, nieźle skrojone ubrania, nawiązujące styliMARZEC 2011

POLAK

stycznie do propozycji największych światowych projektantów spodobały się Polakom. Właściciele postanowili wykorzystać umacniającą się pozycję firmy i w roku 2001 zdecydowali się wprowadzić ją na warszawską giełdę. Zyski, które przyniósł debiut, przeznaczone zostały na budowę kolejnych salonów Reserved i zagraniczną ekspansję. W roku 2002 sklepy sztandarowej marki LPP otwarto w Estonii, Czechach i na Węgrzech, rok później – na Litwie, Ukrainie i Słowacji. Piechocki i Lubianiec nie spoczęli na laurach. Stale inwestują w swoją flagową markę, a standardowa oferta – ubrania casual dla dorosłych i dzieci – została uzupełniona o dodatki: obuwie, paski, torebki i sztuczną biżuterię. Kosztowne kampanie reklamowe z udziałem profesjonalnych modelek w niczym nie ustępują tym, realizowanym przez tuzy branży odzieżowej: H&M, Orsay, Top Shop czy C&A. Z LPP współpracowali najwięksi polscy projektanci. Kolekcje duetu Paprocki&Brzozowski oraz Gosi Baczyńskiej zaprojektowane specjalnie dla Reserved wyprzedane zostały na pniu i z uznaniem były komentowane przez pisma branżowe. Sukces Reserved zachęcił Piechockiego i Lubiańca do stworzenia kolejnych odzieżo-

wych marek. W roku 2004 wykreowali i wprowadzili na krajowy rynek adresowaną do młodzieży Cropp Town. Bajecznie kolorowe, w dużym stopniu nawiązujące stylistycznie do hip-hopu ubrania okazały się strzałem w dziesiątkę. Krótko po wejściu na polski rynek zadebiutowały z powodzeniem m.in. w Estonii, Słowacji, Łotwie (2005 rok) oraz w na Litwie, w Rosji i Czechach (2006). W 2007 roku obroty LPP przekroczyły miliard złotych. Sukces zbiegł się w czasie z premierą kolejnej marki-córki Esotiq. Tym razem przedsiębiorcy z Gdańska postawili na ekskluzywną bieliznę. I odnieśli kolejny sukces. Wraz z dwoma starszymi siostrami Esotiq podbiła w 2008 roku kolejny rynek – Rumunię.

Obecnie w portfolio spółki znajduje się sześć marek odzieżowych – Reserved, Cropp Town, Esotiq, Promo Stars (odzież reklamowa) i, po niedawnym przejęciu firmy Artman, Mohito oraz House. Co dalej? Właściciele zapewniają, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa i planują zawojować kolejne rynki. Salonów firmowych jest już ponad 300. Docelowo ma ich być aż tysiąc – w Europie i na całym świecie. KATARZYNA PIENIĄDZ 15


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 16

Dawniej handlarze, dziś biznesmeni

K

oniec lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych. Pociąg z Katowic do Budapesztu. Pełno Polaków obładowanych dużymi torbami. Niektórzy jechali na Węgry, inni wysiadali w Bratysławie. Jeszcze inni tę samą trasę pokonywali autobusem czy samochodem. Wielka przygoda? Szansa na zarobek? Konieczność? Desperacja? Ryzyko? Na próbę Pewnie większość naszych czytelników, mieszkająca dłużej na Słowacji, pamięta dni, kiedy otwierały się bramy stadionów czy torów wyścigowych, na których można było zrobić atrakcyjne zakupy u Polaków, oferujących getry, dżinsy, najmodniejsze sweterki czy bluzy. To nic, że kolor ubrania po kilku praniach bladł, że nitki się pruły, ale były to najmodniejsze wówczas rzeczy, których nie można było dostać w sklepach. Bo przedsiębiorczy Polacy za niewielkie pieniądze potrafili wyprodukować coś na wzór najmodniejszych hitów odzieżowych, a potem inni ryzykowali i wywozili ten towar za granicę na sprzedaż.

16

„Moja szwagierka miała znajomą, która pilotowała takie wycieczki, więc z ciekawości wybrałam się na taki wyjazd“ – wspomina Kasia z Częstochowy. Na początku nie wiedziała, co kupić, by potem sprzedać, więc było kilka „wtopek“, czyli nietrafionego towaru. Zakupów dokonywało się w mieszkaniu u kogoś, kto przywoził towar z Łodzi. Artur z Katowic najpierw podróżował do Budapesztu, gdzie sprzedawał dżinsy, a za uzyskane pieniądze kupował towar na sprzedaż do Polski, np. mydełka „Fa” czy dezodoranty „Bac”, należące wówczas do towarów luksusowych. „Pamiętam, że któregoś razu miałem w jednej torbie towar, ważący 90 kg, i nie byłem w stanie sam go unieść” – wspomina.

Zrobić biznes i wracać do domu „Byłam na urlopie wychowawczym z dziećmi, pieniędzy brakowało, więc chciałam sobie dorobić“ – wyjaśnia motywy swego pierwszego wyjazdu Kasia. Niesprzedany za pierwszym razem towar zostawiła u kogoś na przechowanie – podobnie jak to robili pozostali kompani podróży. Przed kolejną wyprawą dokupiła nowych rzeczy, cieszących się zainteresowaniem potencjalnych klientów. „Za każdym razem coś zostawało, więc trzeba było przyjechać ponownie“ – wyjaśnia. Artur umawiał się z odbiorcami na większe ilości towaru. Ułatwieniem był fakt, że posiadał już zarejestrowaną działalność gospodarczą w Czechosłowacji. Zyski kusiły. „Mówiłem sobie, że zrobię biznes i zaraz potem wracam do domu“ – wyjaśnia i dodaje, że niektóre sytuacje najchętniej wymazałby z pamięci. „Przez rok nawet nie przyjeżdżałem do Bratysławy, zająłem się biznesem w Polsce“ – przyznaje. Potem jednak okazało się, że bardziej opłacało się wrócić na Słowację.

MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 17

Wesoły autobus Autobus pełen ludzi i towaru – w zależności od zapotrzebowania: dzianiny, bluzeczki w kropeczki, z brokatem, getry w różnych kolorach, piżamki… Kompani w podróży po czasie – sami znajomi. Na czele wyprawy pilot – gwarant przejazdu przez granicę, który wiedział, jak i z kim rozmawiać, by szlaban poszedł w górę. Cel: piątek – stadion Inter, sobota – tor wyścigów konnych w Petržalce, niedziela – byłe lotnisko na Vajnorach. Adrenalina. Niepewność. „Z autokarów wysypywali się pijani ludzie“ – wspomina Artur, a Kasia dodaje: „Byłam zszokowana tym pijaństwem, ale ludzie chyba pili, żeby zagłuszyć emocje, nerwy, stres“. Jak relacjonują moi rozmówcy, stadion czy inne miejsce handlu na kilka godzin stawał się miejscem pracy, nawiązywania znajomości, jedzenia, picia, wygłupów. A wieczorami w wynajmowanych mieszkaniach, hotelach robotniczych odbywały się imprezy. Po trzech dniach powrót do domu. „Inwestowałam w dzieci, dom, inni w tym czasie wszystkie pieniądze lokowali w towarze. Ja nie mogłam sobie na to pozwolić, działałam więc na mniejszą skalę, ale i tak to była szansa na podreperowanie budżetu domowego” – konstatuje moja rozmówczyni.

„Naloty“ Już o świecie otwierano niektóre stadiony. Po wykupieniu biletów każdy wystawiał swój towar. Tak zwane burzy, czyli targi rozmaitości, służyć miały sprzedaży rzeczy niepotrzebnych, których ludzie chcieli się pozbyć. Z czasem stadiony zdominowali Polacy z towarem z Polski i Słowacy z towarem z Turcji. Rozkładali wszystkie artykuły na ziemi, na foliach, czasami na prowizorycznych stołach. Kiedy autokarów z handlarzami zaczęło przybywać, sprawie zaczęła się przyglądać policja. Polacy wybierali miejsca obok Słowaków, by MARZEC 2011

w razie kontroli ci mogli powiedzieć, że to ich towar. Od czasu do czasu bramy stadionów się zamykały i zaczynały się kontrole. „Wszystkich nie mogli zamknąć, więc ryzykowaliśmy“ – wspomina Kasia, którą któregoś razu policja wzięła na przesłuchanie. Część towaru wziął jej kolega, który już miał zarejestrowaną działalność gospodarczą, ona przyznała się do jednego worka. „Tego dnia już coś utargowałam, bałam się więc, że odbiorą mi pieniądze“ – wspomina. Postanowiła więc na chwilę przystanąć, niby poprawić ciężką torbę, którą niosła na ramieniu. Przystanęła obok znanej z widzenia Polki. „Upuściłam pieniądze tak, by ona to zobaczyła – opisuje. – Ryzykowałam. Nie wiedziałam, czy ta dziewczyna mi pomoże, czy może pieniądze sobie przywłaszczy. Byleby tych pieniędzy nie skonfiskowała policja“. Po przesłuchaniu zapłaciła mandat i wróciła do „swoich“. Owa Polka czekała na nią z rulonikiem pieniędzy. „W krytycznych sytuacjach Polacy sobie pomagali, ale na co dzień każdy musiał liczyć sam na siebie“ – konstatuje Artur. To była dla każdego szkoła życia i przetrwania.

wynajem lokalu pochłania pieniądze, trzeba zatrudnić pracownika, ale ile można było podróżować z workami ciuchów i spać gdzieś kątem?“. I choć niektórzy z nostalgią wspominają dawne czasy młodości, kiedy nawiązywali nowe znajomości, zakochiwali się, bawili, marzyli o lepszych czasach, to jednak nie chcieliby powrócić na stadiony. Według Artura tylko nieliczni zdecydowali się pozostać na Słowacji w biznesie odzieżowym, część jeszcze nadal handluje pod gołym niebem. Czy tym, którzy zarejestrowali działalność gospodarczą się udało? Każdy z nich mówi, że boryka się z kryzysem. „Branża odzieżowa odczuwa to najbardziej, bo jak brakuje pieniędzy to ludzie decydują się, że będą nosić stare ciuchy“ – wyjaśnia. Kryzys zmusza ich do kalkulacji – może zmienić branżę? Niektórzy myślą o powrocie do Polski, ale w głębi duszy mają nadzieję, że dobre czasy powrócą. Jednak zainwestowali, podpisali umowy z różnymi producentami na wyłączność, a zatem w grę wchodzi już nie tylko jedna torba 90-kilogramowa. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Na własnym Z czasem coraz więcej osób zakładało własne firmy. „Chciałem dojść do czegoś. Synonimem rozwoju było przejście do lokalu, czyli wynajęcie pomieszczeń na hurtownię“ – opisuje Artur. Z kolei Kasia doszła do wniosku, że przyszedł czas zalegalizować biznes, mieć ubezpieczenie i ustatkować się. I tak zrobiła. „Nie jest to łatwe, bo 17


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 18

Bez ochów i achów,

ale... jest całkiem dobrze!

O

bejrzałam niedawno „Och, Karol 2” w reżyserii Piotra Wereśniaka i ze scenariuszem Ilony Łepkowskiej, pomysłodawczyni polskich telenowel.

Można się zżymać, że nie jest to ambitne kino, można narzekać, że brak temu filmowi głębi i że (nie obrażając nikogo) jego publicznością będą głównie emocjonujące się serialami gospodynie domowe. To wszystko pewnie prawda. Prawdą jest jednak i to, że po kilku skandalicznie złych komediach, jakie nam ostatnio zaserwowali niektórzy twórcy, wreszcie dostaliśmy taką, która ma

18

sporo wdzięku i bawi niewymuszonym humorem. Film Wereśniaka nie jest kontynuacją „Och, Karol” z 1985 roku. Tam, jak pe-

wnie Państwo pamiętają, tytułowy bohater (Jan Piechociński) był architektem, który, choć był w stałym związku, pozwalał sobie na liczne zdrady z wieloma innymi kobietami. Gdy prawda wyszła na jaw, jego żona postanowiła się zemścić. Pewnego dnia Karol, po powrocie do domu, zastał oprócz niej wszystkie swoje kochanki. „Och, Karol 2” to remake (film nakręcony od nowa, z wieloma zmianami) pierwowzoru. Tym razem zamiast architekta mamy sympatycznego specjalistę od rozmaitych szkoleń, który romansuje za plecami swojej zjawiskowej narzeczonej Marii (Małgorzata Socha). Wanda (Małgorzata Foremniak), Paulina (Marta Żmuda-Trzebiatowska) i Irena (Katarzyna Zielińska) szaleją za Karolem. Nie jest on zabójczo przystojny i szczególnie błyskotliwy, jednak bywa szarmancki, rozbrajająco się uśmiecha i rzu-

ca rozmarzone spojrzenia. Tyle wystarczy, by bez pamięci rozkochał w sobie piękne panie. Co dalej? Dalej mamy już ładną (to chyba najwłaściwsze słowo) bajkę, którą bardzo przyjemnie się ogląda. Piotr Adamczyk, największa gwiazda

tego filmu, jest zabawny i do roli Karola pasuje idealnie. Aktorstwo pań nie rzuca na kolana, ale nie jest to poziom niższy od przeciętnego. Humor w historii o kochliwym Karolu jest nierówny; jedne żarty bawią bardziej, inne mniej. Nie czerwienimy się jednak z zażenowania i nie zastanawiamy, jaki przyjemny drobiazg moglibyśmy sobie kupić, gdybyśmy bezsensownie nie wydali pieniędzy na bilet do kina. „Och, Karol 2” to rzetelnie nakręcony, bezpretensjonalny film. Z koniecznym dystansem do fabuły, za co twórcom należą się duże brawa. Lekki, łatwy i przyjemny. Tylko tyle i aż tyle. Jest jak paczka słodkich karmelków – niezbyt pożywny, mało wyrafinowany, trochę sztuczny, ale smaczny. Od czasu do czasu można sobie na taką przekąskę pozwolić. Byle nie za często. KATARZYNA PIENIĄDZ MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 19

P

rzygotowując się do napisania tego artykułu, zastanawiałam sie długo, którą restaurację wziąć pod lupę i jaką kuchnię opisać, czyli czym się z Wami, drodzy Czytelnicy, podzielić.

W Bratysławie znajduje się bowiem ponad 600 restauracji i wciąż otwierane są nowe. Tym razem kubki smakowe zawiodły mnie do naszych sąsiadów Czechów. Pogoda ducha, beztroska, dobre jadło – i natychmiast w myślach rysuje się obraz swojskiego wojaka Szwejka z kuflem piwa w ręku. Restauracji KOLKOVNA, której poświęcam ten artykuł, w pełni udało się oddać charakter czeskiego stołowania. Podczas wizyty w tym lokalu ma się bowiem wrażenie, że zza jego rogu wyłoni się pyzaty Szwejk i poczęstuje nas szerokim uśmiechem. Zacznijmy od lokalizacji. KOLKOVNA znajduje się nad brzegiem Dunaju, w nowo otwartym centrum handlowym, które oprócz sklepów, oferuje wiele interesujących restauracji. KOLKOVNA nie jest tu jedynym lokalem z przysmakami kuchni czeskiej, ale pewne jest, że wiedzie między nimi prym. Niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy pada deszcze, KOLKOVNA zawsze dobrze nas nakarmi i napoi. W lecie zmęczeni zakupami możemy skryć się pod parasolami i delektować zimnym, dowiezionym bezpośrednio z pilzneńskiego browaru piwem. Warto podkreślić, że piwo to zaraz po dostarczeniu na miejsce przelewane jest do specjalnych tanków, dzięki czemu nie wietrzeje i długo utrzymuje swój wspaniały smak. Szczególnie polecam piwo „rezané”, czyli wymieszane w proporcji pół na pół piwo jasne z piwem ciemnym. W chłodniejszych miesiącach zajmu-

Zwierzenia podniebienia

KOLKOVNA

na każdą pogodę

jemy stolik wewnątrz restauracji, w której uwagę zwraca bar z umocowaną nad nim ogromną miedzianą czapą, podkreślającą charakter tego miejsca. Za szybą obok widać dyskretnie schowane, ale i trochę wyeksponowane tanki z piwem. Stoły i krzesła są drewniane – w stylu karczmy piwnej. Ciekawie ożywione zostały ściany lokalu, które ozdobiono mnóstwem artykułów ze starych czeskich gazet. Zaglądamy do menu. Znajdujemy w nim nie tylko tradycyjne dania kuchni czeskiej: moravský vrabec (porcja mięsa mogłaby być większa), svíćková na smetaně, czyli polędwica w sosie śmietanowym, kaczka pieczona z kapustą, wieprzowina na piwie. Jadłospis spełnia również oczekiwania wegetarianów: lasagne z warzyw, omlet. Szukającym lekkiego posiłku polecam łososia lub sałatki. Z myślą o piwoszach przygotowano szeroką ofertę przekąsek: kiełbaski domowe, słynne KOLKOVNA wings, czyli skrzydełka firmowe, placki ziemniaczane z wędzonym boczkiem, serem i so-

sem czosnkowym. Zanim jednak zaczniemy delektować się daniem głównym, obowiązkowo próbujemy przystawki, czyli pasztetu domowego z gęsi. Palce lizać! KOLKOVNA to nazwa sieci restauracji, które znajdują się w Bratysławie i Pradze. Ale i sam Szwejk nie pomoże, jeśli ta bratysławska KOLKOVNA nie nauczy się od swoich praskich sióstr, jak szybko, profesjonalnie i z uśmiechem obsługiwać gości. Wydaje się bowiem, że personel lokalu jakby trochę zapomniał, iż ważne są nie tylko serwowane dania, ale i atmosfera oraz miłe relacje między obsługą a gośćmi. Na szczęście na swojej stronie internetowej KOLKOVNA zamieszcza ankietę, która pozwala na ocenę lokalu. A skoro tak, to dlaczego z tej okazji nie skorzystać? Ja już to zrobiłam i wierzę, że KOLKOVNA będzie oferować swoim klientom nie tylko wspaniałe menu, ale również profesjonalną obsługę. Odwiedzę ją znowu, by się o tym przekonać... SYLWIA TOMASZEWSKA

Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce “Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki związane z wizytami w prezentowanych lokalach autorka pokrywa sama.

http://www.kolkovna.sk MARZEC 2011

19


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 20

Od Bernoláka do Štúra

W

poprzednim numerze zajmowaliśmy się czasami WAŻKIE WYDARZENIA Józefa II i jego reformami językowymi, W DZIEJACH mającymi pomóc administrować Austrią poprzez SŁOWACJI wprowadzenie w 1784 roku języka urzędowego, który obowiązywałby we wszystkich urzędach, szkołach i sądach. Józef II chciał by był to język niemiecki, ale w węgierskiej części monarchii (gdzie wciąż jeszcze obowiązywała łacina) spowodowało to rywalizację między językami narodowymi. W uprzywilejowanej sytuacji byli Węgrzy, którzy panowali ekonomicznie i w latach 1789-1790 wprowadzili obowiązkowe szkolnictwo węgierskie i prawnie zagwarantowali sobie pierwszeństwo języka węgierskiego. W takim kontekście należy patrzeć na pracę Antona Bernoláka i jego kolegów kleryków z seminarium duchownego w Bratysławie, którzy w roku 1787 opracowali i spisali zasady gramatyki słowackiej. Był to jednak dopiero początek literackiego języka słowackiego. Teraz należało wykreować ruch intelektualny i zacząć drukować książki w tym języku. Tylko w ten sposób – poprzez czytelnictwo – można było doprowadzić do upowszechnienia i ujednolicenia języka. Sam Bernolák skupił się na gramatyce i leksyce. Początkowo pracował w parafii w Čeklís (dzisiajsze Bernolákovo), potem przez jakiś czas był sekretarzem biskupa w Trnawie, 20

Anton Bernolák

a później osiadł jako proboszcz w Nowych Zamkach. Słusznie za najważniejszą sprawę uznał spisanie słowackiego słownictwa normatywnego. Poświęcił temu ponad 20 lat. Praca nie była łatwa, bo zaczynał ją od podstaw – materiał do swojego słownika czerpał z tarnawskiego dialektu. Chodził po wsiach między Trnawą a Skalicą i słuchał, a potem zasłyszane słowa zapisywał. Często napotykał formy oboczne, z których wybierał te najbardziej pasujące do ducha języka. Z zebranego słownictwa wykluczał wyrazy, które uważał za niesłowackie lub wulgarne, i zastępował je leksyką słowacką lub stworzonymi przez siebie neologizmami. Spi-

sywane przez niego słownictwo do tej pory miało jedynie postać fonetyczną. Teraz trzeba było je zapisać. Znany alfabet łaciński nie wystarczał, by w piśmie oddać specyficzne dźwięki słowiańskie. A zatem Bernolák musiał stworzyć pewne zasady pisowni słowackiej, w ten sposób stając się pierwszym kodyfikatorem języka słowackiego. By jego praca mogła być jak najszerzej wykorzystana, każde słowackie słowo opisywał po łacinie, po niemiecku i po węgiersku, co znalazło odzwierciedlenie w tytule dzieła: Slowár Slowenskí, ČeškoLaťinsko-Ňemecko-Uherskí. Tworzenie słownika było dużym wysiłkiem intelektualnym, tym bardziej, że według niektórych przekazów Bernolák przepisywał swój słownik (ręcznie) pięć razy, a według innych siedem! Całość dzieła liczyła 80807 słów, 5302 strony i została wydana drukiem w sześciu tomach w latach 1825-1827 dopiero kilkanaście lat po śmierci autora. Równie ważnym wydarzeniem jak pierwsza kodyfikacja języka słowackiego było ukonstytuowanie się pierwszego środowiska, chcącego świadomie pracować nad jego

upowszechnieniem. Grupa taka powstała w Trnawie, co nie dziwi, bowiem w owych czasach miasto to stanowiło centrum intelektualne (to tu do 1777 r. znajdował się uniwersytet). W 1792 roku Anton Bernolák i Juraj Fándly założyli Słowackie Towarzystwo Naukowe (Slovenské učené tovarištvo), którego głównym celem było wydawanie książek w bernolakowszczyźnie i za ich pośrednictwem jednoczenie narodu na etnicznie słowackich terenach. W swojej kilkuletniej historii Towarzystwo wydało 20 tomów. Juraj Fándly napisał i wydał kilka powieści, a poeta Ján Hollý opublikował tomiki swoich wierszy. Można powiedzieć, że Towarzystwo dało początek literaturze słowackiej jako zjawisku społecznemu. W ówczesnej Bratysławie na ulicach dominował język niemiecki i węgierski. Ważną rolę odgrywały tu środowiska intelektualne i kulturalne, wywodzące się z miejscowych ewangelików, zwłaszcza uczniów liceum ewangelickiego. Przedstawiciele tych środowisk jeszcze na początku XIX wieku używali na co dzień języka czeskiego. Dopiero w latach 20. powstała wśród nich idea używania własnego języka. Skupiona wokół poety Jána Kollára i Pavla Šafárika grupa wydała w roku 1825 książkę Čítanka, zawierającą teksty, pisane w języku, będącym mieszanką biblijnej staroczeszczyny i dialektu środkowosłowackiego, gdyż w tym środowisku za „serce MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

i prawdziwą duszę” Słowacji uznawano właśnie środkowe regiony kraju. Bernolakowszczyznę wspomniana grupa odrzucała, bowiem była ona oparta na dialektach zachodniosłowackich, zbyt bliskich językowi czeskiemu. W tym duchu nad ujednoliceniem języka słowackiego zaczął pracować nauczyciel liceum ewangelickiego Ľudovít Štúr. Przeprowadzona przez niego w latach 1840-1843 kodyfikacja spowodowała upadek bernolakowszczyny. Przyznać jednak trzeba, że bez niej pisany język słowacki nie trafiłby pod strzechy. Nadchodziła nowa doba. Rok 1848 przyniósł ogromne zmiany, także na terenach Słowacji. Nowe czasy przyniosły nowe metody działania i zaktywizowały nowe środowiska. W latach 50. i 60. XIX wieku duchowym centrum Słowaków stały się Liptov i Turec, a symbolicznym sygnałem ówczesnych zmian było założenie Macierzy Słowackiej (Matica slovenská) w 1863 roku. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“

Ľudovít Štúr MARZEC 2011

Stránka 21

Ortograficzne wyrzuty sumienia

W

łaśnie pisałam e-mail do redaktor naczelnej „Monitora Polonijnego”, gdy nagle drgnęła mi ręka i… poczułam ortograficzny zamęt i panikę – jak napisać: „chybabym” czy „chyba bym”? Zrobić spację czy nie?

Odpowiedź oczywiście znalazłam natychmiast – wystarczyło bowiem zajrzeć do słownika, by sprawdzić pisownię cząstki „bym” (a co za tym idzie także i „byś”, „by”, „byśmy” i „byście”). Okazało się, że jedynie poprawna jest pisownia łączna, czyli w moim przypadku „chybabym”, które po napisaniu na komputerze natychmiast zostało podkreślone przez mój edytor tekstu jako błąd językowy. To sprawiło, że pisowni „by” postanowiłam przyjrzeć się bliżej. Zacznę od normy, która mówi, iż „by” (oczywiście wraz z dołączanymi końcówkami osobowymi) piszemy łącznie z osobowymi formami czasowników, np. napisałabym, zrobilibyśmy, także, gdy użyte są one w funkcji bezosobowej, np. należałoby, wypadałoby. Łączna pisownia obowiązuje też z partykułami (ich wykaz znajdą Państwo na http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629506) oraz większością spójników (http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629507). Rozdzielnie zaś piszemy „by” z nieosobowymi formami czasownika (bezokolicznikami, formami na –to, -no, wyrazami „można”, „niepodobna”, „trzeba”, „warto”, „wolno” czy też „powinien” i „winien”), np. zjeść byśmy mogli teraz, zrobiono by operację, trzeba by poczekać, powinien byś zaczekać, oraz po rzeczownikach, przymiotnikach, imiesłowach przymiotnikowych, przysłówkach, liczebnikach, a także zaimkach innych niż przysłowne. Niektóre formalne zaimki przysłowne mogą bowiem, zależnie od kontekstu, pełnić funkcje tychże zaimków przysłownych, i wówczas zapisujemy je z „by” oddzielnie, np. Jak by zrobił, to by miał, albo spójników czy partykuł, co sprawia, że w tym przypadku zapisujemy je z „by” łącznie, np. Mówiła, jakby przez nos. Prześledziłam przede wszystkim listę spójników i partykuł, z którymi obowiązująca norma nakazuje pisownię łączną z „by” i poczułam… wyrzuty sumienia. Nigdy chybabym (!) nie zapisała np. prze-

cieżbyś, jednakowożbym, zatembyście , ponieważbym itp. Zresztą niech sami Państwo spróbują zapisać te wyrazy na swoich komputerach z polskim edytorem tekstu, a przekonają się, że program od razu uzna te formy za błędne! Mało tego, w Internecie znalazłam informację, iż sam prof. Jerzy Bralczyk, czołowy polski językoznawca znany m.in. z programów telewizyjnych propagujących poprawność językową, w „Przekroju” napisał: Chyba bym się napił herbaty. Czyli formalnie popełnił błąd ortograficzny. Nie wypada się cieszyć z cudzych błędów, ale ten podniósł mnie na duchu. Podobnie zapisuje tę cząstkę ze spójnikami i partykułami większość osób parających się pisaniem. A kiedy zaczęłam grzebać głębiej, okazało się, że problem pisowni „by” poruszył w swoim pierwszym internetowym odcinku popularnego „Obcego języka polskiego” (www.obcyjezykpolski.interia.pl) Maciej Malinowski, dawny mistrz ortografii polskiej. Potem do tego zagadnienia wracał kilkakrotnie, a w odcinku 39. zwrócił się nawet do językoznawców o zmianę zasad pisowni „by”. Chodzi mu przede wszystkim o ujednolicenie normy, czyli pisownię łączną „by” z formami osobowymi czasownika, a rozdzielną w innych sytuacjach (co zresztą dawno temu proponował już prof. W. Doroszewski). Pod tym dezyderatem podpisuję się i ja, bowiem obowiązujące przepisy, dotyczące pisowni cząstki „by”, po prostu się zdezaktualizowały. Zostały bowiem uchwalone jeszcze przed II wojną światową i ugruntowane w latach 50. poprzedniego wieku. Praktycznie są więc martwe, ale – niestety – wciąż prawomocne. I wcale nie chcę tu Państwa namawiać do popełniania błędów językowych, przyznam się jednak , że pisząc „by” (wraz z końcówkami osobowymi) oddzielnie z takimi spójnikami, jak np. bo, byle, czyli, gdyż, jednak, lecz itd. odczuwam tylko niewielkie wyrzuty sumienia. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 21


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 22

Maryli Rodowicz podróż sentymentalna

M

aryla Rodowicz to w Polsce żywa legenda. Ma tylu zagorzałych wielbicieli, ilu zapiekłych wrogów. Nazywana jest „ikoną” i „królową polskiej muzyki”, ale też „starzejącą się bez godności królową kiczu”. Skrajne opinie na temat Maryli Rodowicz nie dziwią, bo trudno ją zaszufladkować. Podczas swojej imponującej kariery współpracowała z najlepszymi kompozytorami i tekściarzami – m.in. Agnieszką Osiecką, Katarzyną Gaertner, Jackiem Cyganem i Andrzejem Smolikiem. Nagrała kilkadziesiąt płyt; w swoim dorobku ma około dwóch tysięcy piosenek, a wśród nich tak wielkie przeboje, jak „Małgośka”, „Sing-sing”, „Niech żyje bal” i „Ale to już było”. Szokowała i zaskakiwała scenicznym wyglądem na wiele lat przed Lady Gagą. Nie bała się artystycznego ryzyka; często zmieniała muzyczne style, nie tracąc przy tym nic z wyrazistości swojego wizerunku. Pod koniec ubiegłego roku artystka wydała płytę „50”. Zaproponowała słuchaczom kompozycje z lat pięćdziesiątych XX wieku w nowoczesnych aranżacjach. Na krążku znalazły się m.in. „Do grającej szafy”, „Karuzela”, „ Pierwszy siwy włos”, „Cicha woda”, „Serduszko puka w rytmie cha-cha”, „A mnie jest szkoda lata” i „Czerwony autobus”. Pomysł na nagranie płyt z piosenkami retro nie jest nowy; moda na takie wydawnictwa trwa nieprzerwanie od ponad dziesięciu lat na całym świecie. Po piosenki z repertuaru 22

Franka Sinatry, Louisa Armstronga i Binga Crosby’ego sięgnął w 2001 roku idol nastolatek Robbie Williams (płyta „Swing when you are winning”). Swingujące standardy XX wieku prezentuje we wciąż ukazującej się serii „The Great American Songbook” Rod Stewart. W Polsce przeboje z okresu międzywojnia przypomniał na płycie „Song.pl” (2009) Robert Janowski. Propozycja Rodowicz nie jest zatem czymś odkrywczym, ale ma sporo uroku. Nowe aranżacje ożyCzulym wiają kompozycje, które uchem w oryginalnych wykonaniach brzmiały wprawdzie pięknie, ale niestety nieco już archaicznie. „Dla mnie to powrót do dzieciństwa. Lata pięćdziesiąte, gdzie oprócz muzyki ludowej w radiu słuchałam właśnie tych wspaniałych kompozycji zaaranżowanych po amerykańsku. To mnie kształtowało. Poza tym jest to fantastyczny pretekst do zrobienia płyty swingowej, klimatycznej (ballady jazzowe) i dynamicznej jednocześnie (rockabilly, czyli pierwsza forma rock&rolla połączonego z boogie i bluesem). W studio Sound&More z realizatorem Rafałem Paczkowskim i znakomitymi muzykami osiągnęliśmy brzmienie amerykańskich big bandów” – opowiada o płycie „50” Maryla Rodowicz. W jej interpretacji kilkudziesięcioletnie utwory brzmią bardzo dojrzale i efektownie. Wszystkie są zaśpiewane z charakterem i mocą, których często brakuje najnowszym przebojom. Wyrazy uznania należą się zresztą nie tylko Maryli Rodowicz, ale i towarzyszącym jej muzykom – m.in. Markowi Napiórkowskiemu, Robertowi Kubiszynowi i Orkiestrze Sinfonia Viva. Dla poszukujących czegoś innego niż współczesny mainstream „50” to ciekawa alternatywa. Dla fanów Maryli Rodowicz – pozycja obowiązkowa. KATARZYNA PIENIĄDZ

O D

E N T U Z J A S T

Narcyza Żmichowska i pierwsze „radownice” „Że możecie same po ulicach chodzić, koleją jeździć, o czem chcecie, o rozumnych książkach czy nierozumnych plotkach w towarzystwie rozmawiać, wszystko to winnyście pierwszym radownicom, co wam wśród szyderstw i wydziwiań drogę utorowały”. Narcyza Żmichowska Nazwisko autorki powyższego cytatu – Narcyzy Żmichowskiej – jest nierozerwalnie związane z początkami ruchu emancypacyjnego kobiet w Polsce. Powyższe słowa napisała ona w latach siedemdziesiątych XIX stulecia, gdy jej własne życie dobiegało już końca. Można więc potraktować je jako swojego rodzaju bilans własnych usiłowań autorki i usiłowań emancypacyjnych kobiet z jej kręgu. Narcyza Żmichowska urodziła się 4 marca 1819 roku w Warszawie w ubogiej rodzinie ziemiańskiej. Była najmłodsza z licznego rodzeństwa, wcześnie osierocona, wychowywała się u krewnych. Przypuszczalnie jej wychowanie było zgodne z popularnym wówczas, a wydanym w 1819 roku zbeletryzowanym traktatem pedagogicznym Klementyny z Tańskich Hoffmanowej Pamiątka po dobrej matce, zakładającym, że dziewczęta z klasy średniej i wyższej powinny być tak wychowywane, by później, już jako kobiety, podobać się wszystkim. Powinny być „dobrze ułożone”, tzn. dbać o swą powierzchowność, być uległe wobec mężczyzn, przyjemne, miłe i „przyzwoite w zachowaMONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

J A S T E K

D O

Stránka 23

P A R Y T E T E K

niu”. Owa przyzwoitość wg Hoffmanowej polegała na tym, by „mało zabierać miejsca, nie chcieć błyszczeć, mało mówić, nie nadstawiać się”. Żmichowska od 1826 roku pobierała nauki na pensji Zuzanny Wilczyńskiej, a w roku 1833 ukończyła Instytut Guwernantek w Warszawie. Instytut Guwernantek, który powstał w 1825 roku w Warszawie w wyniku reformy szkolnictwa żeńskiego, zainicjowanej przez ministra Stanisława Grabowskiego, obejmował swym programem trzyletnie nauczanie podstawowe i czteroletnie przygotowanie do zawodu nauczycielki domowej, jedynego zawodu, który wypadało wykonywać kobietom ze stanu średniego i wyższego. Siedmioletni program Instytutu nie mógł przynosić olśniewających rezultatów, ale w pierwszej połowie XIX wieku stanowił maksimum edukacyjne dla kobiet. Przypomnijmy, że najstarsza w Polsce uczelnia wyższa, Uniwersytet Jagielloński, dopiero w 1897 roku przyjęła pierwsze kobiety. W 1838 roku Żmichowska objęła posadę guwernantki w rodzinie hrabiostwa K. A. Zamoyskich, z którymi wyjechała do Francji. Pobyt w Paryżu nie trwał jednak długo; naraziła się swym pracodawcom na zarzut „zbytniej” swobody, zarzut to musiał być poważny, skoro jej brat w obronie czci kobiecej siostry chciał nawet wezwać Zamoyskiego na pojedynek. Sama Żmichowska w listach do brata Erazma wspominała paryski pobyt jako czas intensywnych przeżyć i owocnych doznań. Po powrocie w 1839 roku do Warszawy była nauczycielką w domu S. A. Kisielnickich. Jako poetka debiutowała w 1839 roku w „Pierwiosnku. Noworoczniku obejmującym pisma samych dam”. Ogłoszony w tym samym czasopiśmie w 1841 roku wiersz Szczęście poety przyniósł młodej autorce znaczny rozgłos i otworzył przed nią salony warszawskie. Kilka utworów opublikowała też w „Pielgrzymie” Eleonory Ziemięckiej, rychło jednak odsunęła się od niej i zbliżyła do „Przeglądu Naukowego, MARZEC 2011

Literaturze, Wiedzy i Umnictwu Poświęconemu”, redagowanemu przez Hipolita Skimborowicza oraz (do sierpnia 1843 r.) Edwarda Dębowskiego, zwanego czerwonym kasztelanem. „Przegląd Naukowy”, powstały w 1842 roku, ogniskował najbardziej postępowy ruch intelektualny tych lat. Wokół niego skupiało się grono młodych intelektualistów. W nim zamieszczali swe teksty, a w gościnnym domu państwa Skimborowiczów spotykali się młodzi ludzie, których łączyły wspólne demokratyczne idee i przyjaźnie, by przy „kominkowym ogniu” oddawać się dyskusjom o sztuce, miłości, kwestiach społecznych, narodowych i etycznych. Atmosferę owych spotkań opisała Narcyza Żmichowska we Wstępnym obrazku do swej najlepszej powieści Poganki. Przy „kominkowym ogniu” spotykali się zarówno młodzi mężczyźni, jak i kobiety, z których niejedna parała się piórem. Trzon grupy kobiet, której przewodniczyła Żmichowska i którą później nazwała Entuzjastkami, stanowiły m.in. A. Skimborowiczowa, W. Zabłocka, Z. Węgierska, E. Gosselin, A. Grotthusowa, B. Moraczewska, F. Modrzycka. Skupione wo-

kół „Tygodnika Naukowego” kobiety nie tylko dyskutowały, ale w latach 18421949 prowadziły tajną działalność kurierską między zaborami rosyjskim i pruskim, nauczały w środowiskach robotniczych i rzemieślniczych, dokształcały guwernantki. W tym środowisku rodził się i rozwijał emancypacyjny ruch kobiet. Głos Entuzjastek, a szczególnie Narcyzy Żmichowskiej, w emancypacyjnym dyskursie Polek szczegółowo analizuje Sławomira Walczewska w książce Damy, rycerze i feministki (Wyd. eFKa, Kraków 2000). Idąc jej tropem, zwróćmy uwagę na niektóre ważniejsze postulaty emancypacyjne tego pionierskiego pokolenia Polek. Wśród Entuzjastek wiele było, podobnie jak sama Żmichowska, uczennic Klementyny Hoffmanowej z Instytutu Guwernantek, ale były już nowym pokoleniem Polek, które doceniając zasługi swej nauczycielki przede wszystkim dla rozszerzenia zakresu kształcenia kobiet, w swych artykułach, utworach literackich czy korespondencji poddawały krytyce utrwalone przez nią stereotypy dotyczące wychowania dziewcząt, roli kobiety w rodzinie czy „powinności kobiet”. Entuzjastki z kręgu Żmichowskiej konsekwentnie krytykowały te zabiegi pedagogiczne, które prowadziły do wychowania dziewcząt na lalki salonowe, czyli kobiety niesamodzielne, którymi trzeba było sterować z zewnątrz. Pełne determinacji, opierając się naciskom otoczenia, przyczyniły się do zmiany mody kobiecej i rozszerzenia ich swobody cielesnej. Luźne suknie, krótkie włosy, akceptacja zachowań dotąd zastrzeżonych tylko dla mężczyzn, jak palenie cygar, jazda konna, poruszanie się poza domem bez guwernantki czy służącej, to niektóre najbardziej widoczne osiągnięcia stowarzyszenia Entuzjastek. I dla nich jednak granicą swobody cielesnej nadal pozostawało traktowanie ciała jako przyjemności. „Przyjemność cielesna i swoboda dysponowania swym ciałem w relacjach seksualnych stały się tabu dyskursu emancypacyjnego, zanim mogły stać się jego tematem” – pisze Sławomira Walczewska. 23


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 24

Entuzjastki inaczej niż Hoffmanowa rozumiały uczestnictwo kobiet we wspólnocie narodowej. O ile dla Hoffmanowej patriotyzm kobiet polegał na spełnianiu obowiązku wobec ojczyzny, dla Entuzjastek przestał być równoznaczny z uczynieniem dla Polski ofiary z siebie – one propagowały patriotyzm zaangażowany. Uważały też, że zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn nakazem patriotycznym jest moralne doskonalenie się, bo „jeśli obywatele i obywatelki żyć będą tym, co piękne, szczęściem i miłością, to cały naród będzie piękniejszy i mocniejszy”. Stały na stanowisku, że patriotyzm, podobnie jak obywatelstwo, jest jeden i nie można go dzielić na męski i kobiecy. Narcyza Żmichowska przy okazji redagowania Dzieł Hoffmanowej rozliczyła ją z poglądów na edukację, przede wszystkim przeciwstawiła się jej programowi, głoszącemu, że kobiety należy „kształcić mało, ale gruntownie” na tyle,

by umiały „uszczęśliwić małżonka i dzieci dobrze wychowywać”. Taki program czołowa Entuzjastka uznała za zbyt wąski; uważała, że kobiety należy kształcić praktycznie, by lepiej radziły sobie w życiu. Chciała je uczyć także dyscyplin „niesalonowych” , jak fizyka, matematyka czy chemia. Entuzjastki jako pierwsze określiły relację między mężczyznami a kobietami w Polsce jako niewolnictwo kobiet. O ile jednak Julia Wojkowska czy Julia Janiszewska w swych artykułach odnosiły tę charakterystykę do bardziej lub mniej odległej przeszłości, to bardziej radykalna od nich Narcyza Żmichowska uważała, że niewolnictwo kobiet przeszłością nie jest, a przybrało jedynie inną formę, formę wewnętrznych duchowych ograniczeń. Za cechy niewolnicze kobiet uznała ich kłamliwość, tchórzostwo, posługiwanie się wobec mężczyzn oszustwem czy pochlebstwem. Postulowała wyzwolenie się ko-

Paszporty „Polityki” rozdane

W

ielka to była gala w Operze Narodowej w Warszawie, gdy w styczniu „Polityka” po raz osiemnasty wręczała swe doroczne nagrody – Paszporty – twórcom, którzy odnieśli już pierwsze sukcesy, ale wielka kariera jeszcze przed nimi. 24

biet nie tylko z ograniczających ich wolność instytucji, takich jak np. małżeństwo z przymusu, ale także z ograniczeń wewnętrznych, a przede wszystkim z serwilizmu w stosunku do mężczyzn. Wśród podstawowych wad kobiet, podstawowych, bo utrudniających im samym życie, wymieniała ich lękliwość, naiwność i niezaradność życiową. Entuzjastki, krytykujące małżeństwo z przymusu, za jego alternatywę uznały przyjaźnie kobiece, zaspokajające potrzebę bliskiej więzi z drugą osobą. Motyw kobiecej przyjaźni często pojawia się w twórczości Żmichowskiej, począwszy od wspomnianego już wiersza Szczęście poety, w którym pisze: „Jeśli na obraz nędzy, tęsknoty Złego nad dobrem przewagi [...] Jeśli bezczynnie opuszczę ręce I szałem dzikiej rozpaczy Najczystsze szczęście ducha poświęcę [...]

Wśród 1500 gości był prezydent Bronisław Komorowski wraz z małżonką, marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna, minister kultury Bogdan Zdrojewski, przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, byli znani aktorzy, pisarze, malarze, muzycy i dziennikarze, przedstawiciele instytucji kulturalnych i biznesu. Już sam zestaw gości dowodzi, jak ogromne znaczenie ma ta doroczna nagroda, przyznawana młodym twórcom, którzy w swych dziełach „są odważni, bezkompromisowi, lubią eksperyment i ryzyko. Idą własną drogą, nie ulegając pokusom łatwej komercji. Traktują poważnie odbiorcę, w którym widzą partnera – nie konsumenta” (Z. Pietrasik, „Polityka” 2011 nr 4). MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 25

Wtenczas ty siostrę pociesz, dziewczyno, Orzeźwij, pokrzep na sile [...] Bądź ku dobremu podnietą”. Sławomira Walczewska ocenia, że „Żmichowskiej pisanie o przyjaźni kobiecej pełne jest głębokiej miłości, troski, zaufania, oddania. Przyjaźnie te dotyczą najgłębszych, najważniejszych spraw w życiu, stanowią wręcz jego rusztowanie”. Entuzjastki nie tylko pisały o kobiecych przyjaźniach, ale je też realizowały, np. w biografii Żmichowskiej szczególne miejsce zajmuje jej czternastoletnia fascynacja Pauliną Zbyszewską. Stałym motywem dyskursu emancypacyjnego Entuzjastek była sprawa edukacji kobiet z klasy średniej i wyższej. Autorki dyskursu w większości same były guwernantkami, dzięki wykształceniu zdobyły zawód, zarabiały pieniądze, które dawały im większy zakres swobód niż miały je ich siostry, zdane na łaskę czy niełaskę męża lub, w przypadku

W tym roku Paszport w dziedzinie literatury otrzymał Ignacy Karpowicz za powieść Balladyny i romanse (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010). W uzasadnieniu decyzji jury czytamy: „Za rozmach, odwagę i poczucie humoru oraz zaufanie do czytelnika, który zostaje zaproszony do inteligentnej rozmowy o współczesności”. Balladyny i romanse to powieść składająca się z trzech bardzo różniących się części. Pierwszą stanowią autentyczne, realistyczne romanse. Druga to rozrywkowo potraktowana część boska. W części trzeciej bogowie są już wśród ludzi i okazuje się, że ich obecność niczego w życiu nie zmienia, że Bóg na ziemi jest bezradny. Wiele w tej książce uwag o rodzinie, religii, popkulturze, jej miejscu MARZEC 2011

starych panien, na krewnych. Podkreślały rolę edukacji w procesie emancypacyjnym. Postulowały, by kobiety w roli matek i nauczycielek wychowywały nowe pokolenie ludzi wolnych od dominacji jednej płci nad drugą. Walczewska zauważa, że ta strategia miała jednak ograniczony zasięg, ponieważ przez cały wiek XIX nauczycielki miały dostęp jedynie do wychowania dziewcząt. Podręczniki pisali przeważnie mężczyźni, chociaż napisały je też niektóre Entuzjastki, w tym Żmichowska, Ziemięcka i Wojkowska. Mężczyźni uczyli na pensjach żeńskich, ale nauczycielki dostęp do szkół męskich zyskały dopiero w XX wieku. W 1848 roku po aresztowaniu H. Skimborowicza „Przegląd Naukowy” przestał istnieć. Rok później za działalność konspiracyjną w tajnym Związku Narodu Polskiego aresztowana została również Narcyza Żmichowska. Wywieziono ją do więzienia lu-

i roli w życiu współczesnego człowieka. Jest też tęsknota za światem, którego już nie ma, a w którym były dwa logiczne bieguny: prawda i fałsz. Balladyny i romanse to powieść inteligentnie komiczna o naszej rzeczywistości, jej lektura nie pozostawia czytelnika obojętnym, ale zmusza go do szukania nowych odpowiedzi na wiele egzystencjalnych pytań. Ignacy Karpowicz (ur.

belskiego, gdzie przebywała do lutego 1852 roku. W czasie śledztwa wykazała niezłomność charakteru, czego dowodem są zachowane pisemne zeznania. W latach 1852-1855 przymusowo przebywała w Lublinie. Po powrocie do Warszawy wróciła do zawodu nauczycielki domowej, pracy pisarskiej i przekładowej. Popierała manifestacje patriotyczne i – dopóki nie pociągały krwawych ofiar – witała je z radością. Wybuch powstania styczniowego jednak ją przeraził. Schorowana, w ostatnich latach życia pracowała nad wydaniem dwunastotomowej edycji Dzieł Hoffmanowej. I w nich chyba najpełniej przedstawiła swe emancypacyjne poglądy, narażając się zresztą na ostrą krytykę kół zachowawczych. Narcyza Żmichowska zmarła 24 grudnia 1876 roku w Warszawie. W historii polskiego feminizmu zajmuje miejsce pierwszej „radownicy”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

w 1976 r.) to prozaik, tłumacz z angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego, a także podróżnik. Debiutował w 2006 roku powieścią Niehalo. W 2007 roku wydał Cud i Nowy kwiat cesarza, a w 2009 roku powieść Gesty, która była nominowana do nagrody literackiej Nike. Do Paszportu „Polityki” nominowani byli też Justyna Bargielska i Tomasz Piątek. Bargielska za krótkie opowiadania z tomiku Obsoletki o kobiecości i macierzyństwie, a Piątek za swą trzynastą już powieść Wąż w kaplicy, w której stworzył człowieka znikąd, usiłującego zgłębić polską mentalność. Obie książki, podobnie jak Balladyny i romanse Karpowicza, podejmują tematy trudne i ważne, obie warte są uwagi czytelnika. Nagrodę specjalną – Kreatora Kultury – „Poli-

tyka” przyznała wielkiemu polskiemu poecie i dramaturgowi Tadeuszowi Różewiczowi, którego 90. rocznica urodzin przypada w tym roku. W uzasadnieniu czytamy, że jest to: „Nagroda za wierność poezji i sobie. Za świadectwo dane kilku kolejnym epokom oraz pytania, które włączyły polską literaturę i teatr w europejską debatę o najważniejszych doświadczeniach współczesnego człowieka. Za lekcję przenikliwego patrzenia na rzeczywistość i język, którym ją opisujemy. Za wysokie wymagania stawiane czytelnikom”. Nagrodę wręczono laureatowi we Wrocławiu, a do zebranych na gali w Warszawie przemówił on z ekranu, recytując wiersz Adama Asnyka „Trzeba z żywymi naprzód iść...”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 25


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 26

W

iadomość ta zdominowała media i rozmowy. W niedzielę 6 lutego 2011 r. Robert Kubica uległ wypadkowi na pierwszym odcinku specjalnym lokalnego amatorskiego rajdu Ronde di Andora, ścigając się po raz pierwszy w życiu Skodą Fabia S 2000 Evo 2, należącą do zespołu DP Autosport.

Do wypadku doszło pięć kilometrów po starcie. Na wybrzuszeniu mokrego asfaltu auto wzbiło się w powietrze, obróciło o 80 stopni i uderzyło lewą stroną w stalową barierkę ochronną, której pionowy filar przebił komorę silnika i wbił się do wnętrza samochodu w okolicy nóg. Pilot Jakub Gerber wyszedł z auta o własnych siłach i bez obrażeń. Aby wydobyć Kubicę, trzeba było rozciąć karoserię. Trwało to aż 90 minut. Polski kierowca doznał skomplikowanych obrażeń, wielomiejscowych złamań prawej ręki i nogi oraz uszkodzenia kości dłoni. Zabrano go helikopterem do szpitala Santa Corona w Pietra Ligure. Tamtejsi chirurdzy twierdzili, że obrażenia wyglądały tak, „jakby w ciele Roberta Kubicy wybuchła bomba”. Gdyby dowieziono go do szpitala piętnaście, dwadzieścia minut później, prawdopodobnie nie przeżyłby z powodu utraty krwi. Stan polskiego kierowcy ustabilizował się po siedmiogodzinnej operacji. W poniedziałek lekarze wybudzili go ze śpiączki farmakologicznej. Potem były kolejne operacje i zabiegi. Sama tylko operacja złamanego prawego łokcia trwała osiem godzin. Był rekonstruowany z dziewięciu strzaskanych fragmentów kostnych. Lekarze stwierdzili, że należała do skomplikowanych. Najgorsze ponoć już minęło i można mówić o tym, że rozpoczął się powrót kierowcy do zdrowia, choć trudno na razie stwierdzić, jak długo on potrwa. Przy łóżku Kubicy stoi zdjęcie Jana Pawła II. Katolicki włoski dziennik „Avvenire” napisał: „Kubica da radę. Na górze KTOŚ go kocha”. Przypomi26

Wypadek nał też, że Polak jest wierzący i że nosi przy sobie obrazek z papieżem. Jedenastego lutego br. kardynał Stanisław Dziwisz życzył kierowcy powrotu do zdrowia i przekazał mu relikwie, o które ten sam poprosił – kroplę krwi i skrawek szaty Jana Pawła II. Prośbę rajdowiec argumentował tym, że już podczas poprzedniego wypadku w Kanadzie uratowało go wstawiennictwo papieża-Polaka. Miał na kasku wypisane jego imię. Uważa, że również teraz udało mu się ujść z życiem dzięki opiece przyszłego błogosławionego. Kardynał Dziwisz zaprosił Kubicę na beatyfikację Jana Pawła II, która odbędzie się 1 maja br. w Rzymie, i obiecał mu miejsce w pierwszym rzędzie na placu Świętego Piotra. Powiedział też: „Musimy mu dać tę siłę, której potrzebuje, by iść naprzód, bo jest wielu młodych ludzi, którzy za nim podążają. Potrzebujemy jego świadectwa, jego zdrowia i także dobrych rezultatów”. Przyczyną wypadku był prawdopodobnie mokry asfalt oraz jego wybrzuszenie, spowodowane rozrastającymi się korzeniami drzew. Tylko czy to ma teraz znaczenie? Głos w sprawie wypadku zabrali już niemal wszyscy eksperci zajmujący się Formułą 1. W TVP Info 19 lutego podczas debaty nt. wypadku Kubicy usłyszałem m.in. takie opinie: „Kubica jest jedną z najważniejszych osób dla Polaków. Jest ważniejszy niż polski premier, niż episkopat”. Podkreślano, że kierowca stał się symbolem narodowym.

Do szpitala w Pietra Ligure płyną ciepłe słowa z całego świata. Rywale wspierają Kubicę dobrym słowem, zaś dziennikarze i byli kierowcy spierają się, czy jego start w tym rajdzie był w ogóle potrzebny. Media światowe będą miały o czym pisać jeszcze przez wiele tygodni, tym bardziej, że ze względu na sytuację w Bahrajnie rozpoczęcie sezonu Formuły 1 zostało przesunięte, a sam Kubica zapowiada swój powrót na tor już w tym roku. Ogromne zainteresowanie mediów stanem jego zdrowia doprowadziło do tego, że władze szpitala, w którym jest hospitalizowany, poprosiły policję o usunięcie z placówki dziennikarzy i reporterów. Szeroko komentowano też szczere stwierdzenie rywala Kubicy Nicka Heidfelda: „Po wypadku pomyślałem, że to szansa dla mnie. Najpierw miałem nadzieję, że nie jest tak źle. Drugą myślą, która przyszła mi do głowy, było to, że mógłbym go zastąpić. Zacząłem śledzić bieg wydarzeń i zorientowałem się, że jego nieszczęście może być dla mnie szansą”. Zdaniem niemieckiego dziennika „Die Welt” wypadek Kubicy „jest tragicznym przykładem żądzy adrenaliny w sporcie motorowym”. Cóż, w tego rodzaju sportach ryzyko istnieje, a kierowcy żyją i pracują w innych prędkościach, granica ryzyka jest w ich rzeczywistości inna niż nasza, co dla wielu może być trudne do zrozumienia. Mnie, tak jak i całe rzesze rodaków, zmroziła jedna z pierwszych wiadomości po wypadku, ta o ew. amputacji dłoni. Na szczęście okazała się nieprawdziwa. Trzymajmy kciuki za zdrowie naszego rodaka! Trzymajmy kciuki, by jak najszybciej powrócił do startów w F1. Bez względu na zainteresowania, sympatie i antypatie przyznać trzeba, że Robert Kubica należy do niewielu Polaków, którzy rozpoznawani są na całym świecie. Polska długo może nie mieć kolejnego sportowca tej klasy i tak wspaniałej pozytywnej reklamy w świecie dzięki niemu. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 27

Internet naszym przyjacielem jest

trudno w to uwierzyć, ale jeszcze dziesięć lat temu Internet był co prawda sprawą znaną, ale równocześnie wciąż traktowaną jak nowinka, technologiczna ciekawostka. Posiadanie własnej strony internetowej było dla firmy oznaką prestiżu, a połączenie z Internetem bardzo drogie. Kto z nas pamięta te czasy, kiedy ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzili do kafejek internetowych na nocki, by surfować po sieci od 22 do 5 rano?

Z perspektywy czasu trudno uwierzyć, że wszystko to było zaledwie kilka lat temu, bowiem dziś większość z nas bez Internetu nie potrafi żyć i by się z nim połączyć, nawet nie potrzebuje komputera: Internet w telefonie jest sprawą tak powszechną i cenowo dostępną, że nikogo nie dziwi, kiedy ktoś umila sobie podróż pociągiem lub tramwajem, wrzucając zdjęcia na Facebook. Właśnie, Facebook. Ten popularny portal społecznościowy zna chyba każdy, kto ma z Internetem styczność. Jeśli więc macie swój profil na tym portalu, nie zapomnijcie odwiedzić grupy „Monitor Polonijny”. Znajdźcie nas, dołączcie do grupy i pozostańcie z nami w kontakcie on line. Przecież to takie proste! A jeszcze dziesięć lat temu o takiej popularności wirtualnych sieci można było przeczytać tylko w książkach

MARZEC 2011

Stanisława Lema lub usłyszeć od zapalonych internautów, których większość społeczeństwa traktowała jak nieszkodliwych dziwaków. Facebook to produkt amerykański, ale nie trzeba zapominać, że i Polacy nie gęsi, i swój… portal społecznościowy mają – parafrazując klasyka. I nie chodzi tu tylko o Naszą Klasę, o której pewnie każdy słyszał. Bardzo ciekawą polską alternatywą dla Facebooka jest portal Goldenline (www.goldenline.pl), tylko teoretycznie przeznaczony dla ludzi „zainteresowanych rozwojem swojej kariery zawodowej”. Pierwotnie Goldenline miał być właśnie takim miejscem, które miało służyć do zamieszczania internetowych wizytówek- profilów zawodowych i oczekiwania na pojawiające się ciekawe oferty pracy. Z czasem jednak użytkownicy tego portalu potworzyli najróżniejsze

grupy dyskusyjne, dalekie od spraw zawodowych, i Goldenline przekształcił się w ambitniejszą wersję Facebooka czy Naszej Klasy. Dziś dzięki GL nadal można znaleźć ciekawą pracę lub nawiązać wartościowe kontakty zawodowe (mnie samemu udało się dzięki obecności na GL złapać korzystne zlecenia i poznać fajnych ludzi), a jednocześnie można tam pogadać właściwie o wszystkim. Jak w każdej społeczności, tak i w tej tworzą się wirtualne przyjaźnie, towarzystwa wzajemnej adoracji, ale również dochodzi tu do konfliktów, obrzucania błotem... Jednym słowem, jak w „realu”. Dla mnie Goldenline jest świetną namiastką Polski. Ten serwis nie jest tak infantylny, jak jego amerykański odpowiednik, a równocześnie nie jest wcale nadętym portalem dla pracowników korporacji. Na Goldenline biorę udział w dyskusjach, kłócę się, narzekam, zawieram nowe znajomości, prezentuję swoje osiągnięcia zawodowe i swój portal – a w efekcie czuję się tak, jakbym cały czas był w Polsce. W dodatku, gdy potrzebuję jakiejś porady, po prostu

piszę post w odpowiedniej grupie i niemal zawsze znajdują się ludzie, którzy w danej sprawie mają większe doświadczenie i chętnie się nim podzielą. Goldenline jest również świetnym miejscem do integracji słowackiej Polonii i Polaków związanych w jakiś sposób ze Słowacją. Służą temu głównie grupy: „Bratysława”, „Słowacja” oraz „Moja Słowacja”. Zachęcam do zaglądania na portal oraz do dyskusji we wspomnianych grupach – w ten sposób możemy się zintegrować niezależnie od tego, czy mieszkamy w Bratysławie, w Koszycach czy w Nitrze.

Na koniec chciałbym wspomnieć o kilku innych przydatnych adresach internetowych. Warto odwiedzić stronę Polonii słowackiej: www.polonia.sk oraz polonijny portal o Bratysławie (zajmujący się głównie kulturą): www.blava.pl. Nie wiem, czy do końca mi wypada, ale przy okazji wspomnę też o moim polskojęzycznym portalu „Port Europa”, poświęconym głównie Bratysławie i Słowacji, który znajdziecie pod adresem www.porteuropa.eu. A zatem – do zobaczenia w sieci! JAKUB ŁOGINOW 27


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 28

Przegląd polskiej prasy

V Konkurs Literacki im. Marka Hłaski 2010/2011

● Na rynku polskich tygodników zadebiutował „Uważam Rze. Inaczej pisane” (7 lutego), za którym stoi wydawca „Rzeczpospolitej”. Redaktorem naczelny pisma jest Paweł Lisicki. Dzięki nowemu tygodnikowi powrócili ze swym znanym kiedyś z „Wprost” przeglądem wydarzeń tygodnia „Z życia koalicji. Z życia opozycji” Mazurek&Zalewski. W nowej rubryce piszą m.in. „Premier Tusk wyraźnie jest zapatrzony w prezesa Kaczyńskiego. Też lubi mieć w partii porządek i czasem jakąś czystkę zrobić. Musi jednak uważać, żeby nie przesadzić. Bidny prezes, który jeśli chce sobie z kimś pogadać, ma do wyboru kota lub Adama Lipińskiego. Z Tuskiem może być jeszcze gorzej. My, mając do wyboru rozmowę z Grabarczykiem albo Hanną Gronkiewicz-Waltz, zdecydowalibyśmy się na kota”.

Klub Inteligencji Polskiej w Austrii oraz redakcja pisma JUPITER ogłaszają piątą edycję konkursu na opowiadanie.

● Siłą „Uważam Rze” mają być wywiady, które wspólnie przeprowadzają Jacek i Michał Karnowscy. O tym z Martą Kaczyńską (14 lutego) dyskutowały wszystkie media. „Jak by na to wszystko pani zdaniem patrzył Lech Kaczyński” – pytają dziennikarze. „ Myślę, że najbardziej przeżywałby zachowanie polskiego rządu. Jak porzuca pamięć o swoich obywatelach, o elicie, która zginęła w niejasnych okolicznościach, drastycznie obniżając rangę naszego kraju na arenie międzynarodowej” – uważa córka nieżyjącego prezydenta. Ale uwaga! W rozmowie można znaleźć i takie spostrzeżenie: „Nie wszystko, co w prasie, musi być prawdziwe”. ● I pewnie dlatego Marta Kaczyńska postanowiła założyć sobie blog na portalu Nizalezna.pl. Pisze na nim: „Nie przypuszczałam, że rozmowa ze mną, opublikowana na łamach nowego tygodnika, wywoła taką falę komentarzy. Powiedziałam to, co myślę, to, co czuję, to, co wydaje mi się oczywiste. To, co na moim miejscu każde dziecko tragicznie zmarłych rodziców z pewnością chciałoby przekazać. Okazuje się jednak, że spora część opinii publicznej usiłuje odebrać mi do tego prawo, insynuując, że w sposób cyniczny zamierzam wykorzystać sytuację, w której się znalazłam, do wepchnięcia się na polityczne salony”. Jest i drugi wpis. Tym razem Marta Kaczyńska krytykuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych. ● W „Gazecie Wyborczej” (22 lutego) Wojciech Szacki kpi: „My, wierni czytelnicy Super Expressu, Gali i Vivy skromność Marty Kaczyńskiej i jej niechęć do pokazywania życia prywatnego znamy doskonale. Przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. nieznani sprawcy porwali ją wraz z ówczesnym mężem na sesję fotograficzną na potrzeby billboardu Lecha Kaczyńskiego”. Kampania prezydencka 2010 r. to już całe pasmo medialnych nieszczęść. Najpierw sesją zdjęciową i napastliwym opisem rodzinę Kaczyńskich brutalnie zaatakował „Super Express”: „Podczas spaceru Jarosław Kaczyński na chwilę przystaje, rozmawia z bratanicą. Przez smutne oczy Marty przebija delikatny uśmiech”. Prezes zapomniał jakoś wówczas zgromić dziennikarzy – czytamy w felietonie. ŁUKASZ GRZESICZAK 28

Uwaga! Konkurs adresowany jest TYLKO do pisarzy POLONIJNYCH, tzn. Polaków mieszkających poza granicami Polski. Warunkiem udziału w V Konkursie Literackim im. Marka Hłaski jest nadesłanie do 30 maja 2011 r. tekstu, którego objętość nie przekroczy 10 stron znormalizowanego maszynopisu; autor powinien utwór podpisać hasłem lub pseudonimem, którego rozwiązanie należy umieścić w dołączonej do tekstu zaklejonej kopercie, także opatrzonej wybranym wcześniej hasłem czy pseudonimem. W kopercie prosimy podać imię i nazwisko, adres, telefon, e-mail oraz krótką notkę biograficzną. REGULAMIN: Nadesłane opowiadanie nie może być wcześniej wydane drukiem i nie może pochodzić z pozycji już wydanych. Prosimy, w miarę możliwości, o dostarczenie tekstów na dyskietkach lub płytach CD, co ułatwi publikację nagrodzonych utworów. Redakcja zastrzega sobie bowiem prawo ich pierwodruku na łamach pisma JUPITER. Przewidywane nagrody: 1. 1000 euro, 2. 600 euro, 3. 300 euro Autorzy prac wyróżnionych otrzymają nagrody książkowe. Fundatorem nagród jest Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” w Warszawie. Redakcja zastrzega sobie prawo innego podziału nagród. Nadesłane teksty nie będą zwracane autorom. Wręczenie nagród odbędzie się tradycyjnie w sali Wiedeńskiej Stacji PAN na uroczystej Gali Literackiej w październiku 2011 r. Teksty prosimy nadsyłać pod adresem: Redakcja pisma JUPITER, Rabeng. 2/62/1, A - 1030 Wiedeń (Wien) Jadwiga Hafner – prezes Klubu Inteligencji Polskiej w Austrii, red. nacz. pisma JUPITER

Związek Górnośląski zaprasza do zapoznania się z ideą I Światowego Zjazdu Górnoślązaków, który odbędzie się w dniach 29 kwietnia – 1 maja 2011 roku. Celem Zjazdu jest integracja zamieszkujących różne strony świata Górnoślązaków, śląskiego systemu wartości i śląskiego dziedzictwa kulturowego, dorobku cywilizacyjnego i ekonomicznego, wypracowanego przez wszystkich Górnoślązaków niezależnie od ich narodowości, wyznania i statusu społecznego. Związek Górnośląski pragnie również promować wizerunek Górnoślązaka-Europejczyka, otwartego na różne kultury, zachowującego swą godność, czerpiącego radość oraz poczucie dumy, związane z przynależnością do swojej grupy społecznej, historycznej, terytorialnej. Zjazd będzie przebiegał na trzech płaszczyznach. Uroczystości lokalne odbędą się w poszczególnych miejscowościach na Górnym Śląsku i skierowane będą do mieszkańców regionu. Uroczystości centralne, które dedykujemy szczególnie Górnoślązakom na stałe mieszkającym poza granicami kraju, będą miały miejsce w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie oraz w hali katowickiego „Spodka”, gdzie głównym gospodarzem będzie zespół „Śląsk”. W ramach zjazdu, 29 kwietnia na Uniwersytecie Opolskim odbędzie się konferencja naukowa pt. „Wielkie migracje na Górnym Śląsku”, do udziału w której Związek Górnośląski zaprosił wielu światowej sławy profesorów, w tym Normana Daviesa i Richarda Pipesa. Imprezy adresowane są do wszystkich utożsamiających się z Ziemią Górnośląską, niezależnie od ich miejsca zamieszkania. W programie Zjazdu oprócz tego znajdą się: msza święta w katedrze Chrystusa Króla w Katowicach, śląski obiad przy wspólnym stole dla kilku tysięcy osób na terenie skansenu w WPKiW, bicie rekordu Guinessa w grze na akordeonach, Biesiada Górnośląska w „Spodku”, koncert zespołu kameralnego rodu Wrochem z Tarnowic wernisaż na terenie Tyskiego Browarium Kontakt: Magdalena Giertuga, magda@krecisie-events.pl +48 503 408 589 MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 29

KLUB POLSKI BRATYSŁAWA

ŻYCZENIA

oãami slovensk˘ch novinárov

Małgosi Šurakovej z okazji okrągłego jubileuszu oraz imienin składamy najserdeczniejsze życzenia zdrowia, radości i zadowolenia z życia. Małgosiu, niech na Twojej twarzy zawsze gości promienny uśmiech! Przyjaciele z Klubu Polskiego

UWAG A!!! Publikację p.t. “Poľsko očami slovenských novinárov”, którą wydał Klub Polski z okazji 15-lecia “Monitora Polonijnego”, można zamówić w redakcji pod adresem e-mail: monitorpolonijny@gmail.com bądź pod numerem telefonu: 0907 139041. Cena książki wynosi 5 euro plus koszty przesyłki.

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2011 wynosą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorpolonijny@gmail.com lub nr tel. 0907 139 041.

zaprasza na spotkanie pod hasłem

„Topienie marzanny – przywitanie wiosny piosenkami biesiadnymi”, które odbędzie się 20 marca (niedziela) o godz. 15.00. Program spotkania: • zbiórka w lokalu Polepole (ul. Kazanská 58 w Bratysławie dzielnica Podunajské Biskupice), • wspólny spacer nad rzekę, • topienie marzanny, • powrót do lokalu i śpiewanie piosenek o tematyce wiosennej. Uczestnicy spotkania mogą przynieść ze sobą własne wypieki (słodkie bądź słone). Napoje będzie można kupić w kawiarni. Więcej informacji pod nr. tel. 0905623064.

WYBÓR Z PROGRAMU INSTYTUTU POLSKIEGO W BRATYSŁAWIE – MARZEC 2011 ➨ VISEGRAD ELECTIONS 2010 3 marca, godz. 17.00, Bratysławie, Instytut Polski, SNP Nam 27 Prezentacja publikacji Visegrad Elections 2010: Domestic Impact and European Consequences połączona z dyskusją o rozwoju sytuacji w krajach V4 Uczestnicy: Soňa Szomolányi (Słowacja), Zoltán Pogátsa (Węgry). Prowadzenie: Martin Bútora (Słowacja). Główni organizatorzy: Instytut Polski w Bratysławie i Instytut Spraw Publicznych we współpracy z Międzynarodowym Funduszem Wyszehradzkim ➨ MIĘDZYNARODOWY PRZEGLĄD FILMÓW DOKUMENTALNYCH – ROK WOLONTARIUSZY 13 marca, Koszyce, Kasarne / Kulturpark, Kukučínova 2 Rok 2011 został ogłoszony przez Unię Europejską rokiem wolontariuszy i wolontariatu. W ciągu kilku dni można będzie zobaczyć filmy, pokazujące najciekawsze i najbardziej śmiałe projekty, realizowane dzięki wolontariuszom. Projekcje polskich dokumentów: „Miasto wolontariuszy”, reż. Katarzyna Szałańska „Wolontariusze”, reż. Mateusz Dzieduszycki MARZEC 2011

➨ TRIO NBS GRA KOMEDE 15 marca - warsztaty Barona w Konserwatorium J. L. Bella w Bańskiej Bystrzycy 16 marca - koncert Tria Piotr Baron i NBS - Barbakan w Bańskiej Bystrzycy 17 marca - koncert Tria Piotr Baron i NBS, Kafe Scherz w Bratysławie 18 marca - koncert Tria NBS i Piotr Baron Jazz Art Gallery Kursalon, Piešťany 19 marca - koncert Tria Piotr Baron i NBS, klub Blue Note, Nove Mesto Cykl koncertów z udziałem znakomitego polskiego saksofonisty Piotra Barona, prezentujący nowy album TRIO NBS GRA KOMEDE, wydany przez BCD Records ➨ SAMUEL BECKETT - GRY 16 marca, godz. 19.00, Bratysława, Instytut Francuski, Sedlárska 7 Antologia utworów Samuela Becketta prezentuje nieznane dotychczas na Słowacji sztuki teatralne i badania dzieł Becketta autorstwa Marka Kędzierskiego.

➨ SYMPOZJUM NAUKOWE ➨ WIECZÓR DYSKUSYJNY UPN RILKE DZIŚ 24 marca, godz. 17.00, Bratysława, 18 marca, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 godz. 9.00 - 12.50, Goethe-Institut, Dyskusja panelowa na temat Panenská 33, projektów powstania federacji godz. 14.50 - 17.00, Instytut w Europie Środkowej po II wojnie Literatury Światowej SAV, światowej z udziałem dr. Sławomira Konventná 13 Łukasiewicza z Oddziału IPN W seminarium udział wezmą: w Lublinie Katarzyna Kuczyńska-Koschany z Uniwersytetu Adama ➨ FESTIWAL FILMOWY FEBIOFEST Mickiewicza (Poznań) oraz 25-30 marca, Bratysława Joanna Roszak z Instytutu Mistrzowie kina dokumentalnego – Slawistyki Polskiej Akademii PROFIL. Prezentacja polskich filmów Nauk (Warszawa). Organizatorzy dokumentalnych Marcela i Pawła imprezy: Instytut Goethego, Łozińskich – ojca i syna, w ramach Instytut Polski, Instytut Literatury Międzynarodowego Przeglądu Światowej SAV, Slavisches Twórczości Filmowej, Telewizyjnej Institut der Universität Köln i Video „Febiofest 2011” W ramach „Febiofestu” na specjalnej projekcji zostanie ➨ Kompozytorka Ludmiła GiżyckaZamoyska (1829-1889) zaprezentowany także film Andrzeja 23 marca, godz. 17.00, Munka Eroica z 1958 r., należący Bratysława, Instytut Polski, do klasyki polskiego filmu. Nam. SNP 27 Więcej informacji na temat czasu Otwarcie wystawy o życiu i miejsca pokazów na: www.asfk.sk, i twórczości kompozytorki, www.febiofestsk.sk połączone z prezentacją jej dzieł i www.polinst.sk. muzycznych Współorganizator: SFU 29


28.02.11 12:44

Stránka 30

Tęczowy naród

W

pierwszej części wspomnień, drukowanych na naszych łamach w poprzednim numerze, autorka pisała o tym, co wpłynęło na jej decyzję o emigracji do RPA i o podróży do tego nieznanego wówczas kraju, który miał się stać dla niej i jej rodziny drugą ojczyzną. Nad ranem wylądowaliśmy w Johannesburgu, gdzie na grupę Polaków czekała tamtejsza Polonia z biało-czerwonymi flagami oraz przedstawiciele firm, w których mieli podjąć pracę. To serdeczne powitanie w mowie ojczystej na półkuli południowej, tysiące kilometrów od kraju wywołało łzy wzruszenia nie tylko u mnie i Marka, ale i u naszych nastoletnich wówczas dzieci, bacznie obserwujących zmieniające się sytuacje. Z firmy SASOL, w której miał pracować Marek, wysłano minibus, mający nas zabrać wraz z bagażami. Zanim jednak wyruszyliśmy do oddalonego o sto sześćdziesiąt kilometrów miasteczka, przedstawicielka firmy powitała nas po polsku. Już na miejscu ugoszczono nas wspaniałym obiadem w Holiday Inn, a potem zawieziono do nowego, sześciopokojowego domu z ogrodem, specjalnie przygotowanego dla naszej czteroosobowej rodziny. Wszystko w nim było nowe, łącznie z lodówką, pełną smakowitego jedzenia, co dla nas, emigrantów z ubogiego PRL-u, było bajkową niespodzianką. Następny dzień też przyniósł miłe zaskoczenie – firmy SASOL, witając nas w Południowej Afryce, podarowała nam kosz kwiatów, który 30

nie mieścił się w drzwiach, oraz zasiłek na zagospodarowanie w wysokości ponadmiesięcznej pensji męża. To spowodowało, że pomimo obaw, jakie mieliśmy, przyjeżdżając do tego kraju, byliśmy zadowoleni z dokonanego wyboru. Otoczono nas opieką i pomocą. Wszędzie spotykaliśmy się z życzliwością i tolerancją. Zachłannie uczyliśmy się języka angielskiego, aby lepiej poznać ludzi i kraj, w którym przyszło nam żyć. Mieszkając w Polsce przez prawie czterdzieści lat, wszystkie wolne dnie spędzaliśmy na kajakach czy w górach, z dala od zadymionej Łodzi. Tu, w RPA przez pierwsze półtora roku mieszkaliśmy w sąsiedztwie zakładów petrochemicznych, zatruwających środowisko. Staraliśmy się więc często wyjeżdżać poza miasto. Im lepiej poznawaliśmy język, tym odważniej wypuszczaliśmy się w ciekawe miejsca. Tak jak naszą pasją w Polsce było kajakarstwo, tak tu rozsmakowaliśmy się w safari, polując z aparatem fotograficznym na dzikie zwierzęta, podziwiając barwną i żywiołową naturę kontynentu afrykańskiego. Poprzez podróże staraliśmy się zgłębić ten kraj jedenastu oficjalnych języków, wielu wyznań i kultur oraz całej palety kolorów skóry – od hebanowoczarnej począwszy przez brązową, na bia-

łej skończywszy. Ludzie różnych ras, narodowości, rainbow nation są życzliwi, uśmiechnięci i pogodni. Może to wynik oddziaływania na psychikę ludzką południowoafrykańskiego słońca? Zaraz po przyjeździe doceniliśmy pomoc Polonii w sprowadzeniu około dziesięciu tysięcy Polaków w ramach emigracji niepodległościowej i stworzenie wśród miejscowych władz pozytywnego klimatu związanego z naszym osiedleniem. Mieszkający tu od II wojny światowej Polacy wyrobili sobie bowiem wśród miejscowych bardzo dobrą opinię. Byli cenieni jako świetni fachowcy, rzetelni i uczciwi. Robiliśmy wszystko, aby nie przynieść im wstydu i nie zawieść pokładanego w nas zaufania. Po kilku latach przyjechała do nas na stałe moja matka Maria Dulska, wówczas licząca już około osiemdziesięciu lat. Aktywnie zaczęła uczyć dzieci polskiego i religii. Do ostatnich chwil długiego życia, a dożyła stu jeden lat, służyła Polakom swoim doświadczeniem życiowym, pomagając rozwiązywać trudne problemy. Córka Magda wyszła za mąż w Polsce, ale po dwóch latach przyjechała z powrotem, aby tu urodzić i wychowywać swego syna. Nasz najstarszy wnuk Filip zdał w Johannesburgu maturę i przy-

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Monitor03

gotowuje się do studiów ekonomicznych. Choć urodził się w Południowej Afryce, to bardzo dobrze zna język polski. Wojtek ożenił się z Kirsten, która jest AngielkoNiemką. Przez dziesięć lat mieszkali w Londynie, ale sześć lat temu osiedlili się w Krakowie. Trójka ich dzieci biegle mówi po polsku i angielsku, a Kirsten świetnie opanowała język polski. Od trzydziestu lat nasze życie rodzinne jest zdominowane przez pracę społeczną. Na początku 2000 roku zostałam wybrana prezesem Zjednoczenia Polskiego w Johannesburgu. Jest to największa polska organizacja w RPA. Jestem również redaktorem naczelnym pisma „Wiadomości Polonijne”, wydawanego tu od 1948 roku. Szykuję teraz do druku 600. wydanie jubileuszowe tegoż pisma. Oprócz wydania papierowego „Wiadomości” wysyłamy elektronicznie na cały świat. W naszych działaniach wspierają nas Senat RP i Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. Przynosi to efekty, ożywia naszą działalność i dodaje chęci do pracy. Nasza organizacja ma też ścisłe kontakty z lokalnymi polskimi placówkami dyplomatycznymi: ambasadą RP, konsulatem RP, biurem handlu i inwestycji RP. Po pobycie na Międzynarodowym Forum Mediów Polonijnych w Tarnowie nawiązałam elektroniczną łączność z całym światem polonijnym. To spowodowało, że choć mieszkam na półkuli południowej i „chodzę do góry nogami”, nie czuję dystansu i osamotnienia. Mam świadomość, że wszędzie biją polskie serca. BARBARA M. J. KUKULSKA JOHANNESBURG MONITOR POLONIJNY


Monitor03

28.02.11 12:44

Z

Stránka 31

Przygody wikinga Torvalda

ielone oczy Torvalda wpatrywały się w towarzyszy. Wszystkich zmęczyło gorące słońce. Niedźwiedzie skóry i metalowe hełmy już od dawno leżały pod pokładem. Tylko smok na dziobnicy zdradzał, że pochodzą z północnej krainy. – Marzę o polowaniu i wypieczonym kawałku mięsa – rzekł Gizur, którego potężna sylwetka podczas ostatnich podróży nabrała smuklejszych kształtów. – Ta morska dieta spowoduje, że niedługo zyskam miano gazeli. – Gazela ma wiele zalet Gizurze. Jest zwinna niczym wiatr, którego nie da się pochwycić – roześmiał się wesoło Thorvald. Na pokładzie panowała wesoła atmosfera, choć na horyzoncie już od dawna nie było widać żadnego lądu. W nocy wszystko spowiła mgła. Statek sunął cicho niczym po lodzie. Torvald zauważył dziwne zachowanie małpki Rolig. O tej porze zawsze siedziała na jego ramieniu, próbując znaleźć w jego odzieniu jakieś smakołyki. Dzisiaj usiadła na głowie smoka i wypatrywała czegoś we mgle.

Atlantyda

– Rolig czuje ląd – stwierdził Magnus. Rudowłosy Wiking słynął w Gotlandii ze znajomości zwierzęcej natury. Najbardziej ze wszystkiego lubił leśne wędrówki. Świetnie też naśladował odgłosy zwierząt. – Uwaga! Przed nami skała! Przestańcie wiosłować! – Torvald z uwagą wsłuchał się w odgłosy fal. Wikingowie szybko wypełnili poMARZEC 2011

lecenie dowódcy, a ich oczom ukazała się wysoka pionowa ściana. – Mamy szczęście, że morze jest takie spokojne. Inaczej niechybnie rozbilibyśmy się o skały – Gizur dziękował Bogom morza za dobrą pogodę. – Nigdy nie widziałem tak wysokiej stromej ściany. Czy to kraniec świata? – zapytał, drapiąc się po głowie Magnus. – Będziemy płynąć wzdłuż tej skały, by się przekonać, czy to nie jest jakaś wyspa – Torvald zawsze szukał prostych rozwiązań dziwnych wydarzeń lub sytuacji. Już dość długo płynęli, trzymając się skał. Wśród załogi zapanował nastrój znużenia, padały propozycje, by zawrócić. Ale mgła zaczęła opadać i powoli zaczęło wschodzić słońce. Oczom wikingów ukazała się wielka skalna brama, na szczycie, której unosiły się dwie wysokie kamienne kolumny zwieńczone płaskim kamieniem. Słońce zdawało się wychodzić przez bramę ku niebu, by zawisnąć nad kamienną kopułą. – Dzień ukazał nam drogę do wnętrza wyspy – uradował się Torvald. – Kapitanie, co będzie, jeśli to jest brama do świata bogów i w skalnym przesmyku zaatakuje nas jakiś nieznany stwór? Wszak my ludzie też stawiamy straż przed naszymi grodami?

– Magnus wydawał się przestraszony. Torvald był jednak na tyle ciekaw, co zobaczą na końcu skalnego kanału, że żadne wizje potworów nie przychodziły mu do głowy. Wewnętrzny głos gnał go na przód ku nieznanemu. – Wikingowie, zapnijcie swe miecze u pasa. Wszak nie jest nam straszny żaden morski stwór. Wpłyniemy do skalnego kanału. Gdyby to było królestwo bogów, a oni nie chcieliby nam go ukazać, to już dawno zatrzymałyby nas wysokie skały! – Torvald ma rację! Odwagi! – krzyknął Gizur, któremu bardziej odpowiadało rozsądne podejście do rzeczy przyjaciela niż katastroficzne wizje Magnusa.

Po krótkiej przeprawie drakkar wpłynął na szerokie wody laguny. Widok, który ujrzeli wikingowie, był niesamowity. Wokół rozciągał się płaski brzeg, otoczony dookoła wysokimi górami, zaś po środku tej równiny wznosiło się wzgórze, na którym stał kompleks budowli, z których wyróżniała się jedna – była ogromna, piękna, biała, ze złotą kopułą. Otaczały go wysokie mury. Za nimi ciągnęła się łąka, na której rosły kwiaty i zioła. Były też tam różne zwierzęta. Widok zapierał dech w piersi. Jednak z zachwytu nad tą ukrytą krainą wyrwał wikingów zbliżający się w ich kierunku statek z wielkimi białymi żaglami. – Masz swojego potwora, Magnusie! – Torvald nakazał wikingom zająć pozycje i zachować spokój. KASIA GREGUŠKA 31


Monitor03

28.02.11 12:44

Stránka 32

W marcu, gdy już cieplejszy wietrzyk powieje, częściej myśli się o życiu towarzyskim. Święto kobiet, popularne imieniny, jednym słowem – okazje, kiedy to koniecznie trzeba coś na stole postawić, najlepiej pysznego

i robiącego wrażenie na gościach. Dobrze się więc stało, że pani Jola Travniková z Trenczyna przesłała nam przepis na keks – ciasto nietrudne w przygotowaniu, niezwykle smaczne i wiosennie wesołe.

Wyborne ciasto z bakaliami, czyli keks Składniki: • 30 dag mąki • 20 dag cukru • 3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia (plus trochę sody) • 3 jaja • cukier waniliowy • rodzynki • skórka pomarańczowa lub cytrynowa • różne kandyzowane owoce i skórki • 30 ml rumu

• pokrojone orzechy i kawałki gorzkiej czekolady (wszystkie owocowo-słodkie dodatki, rozdrobnione na małe kawałki, w sporej ilości, wg pani Joli – im więcej, tym lepiej!) • łyżka soku z cytryny • szczypta soli • 25 dag margaryny lub masła rozpuszczonego w wodnej kąpieli • trochę mleka do wyrobienia ciasta

Sposób przyrządzania: Rodzynki moczymy w rumie przez około 30 minut. Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka, cukier i cukier waniliowy starannie ucieramy na gładką masę. Z białek ubijamy porządną pianę, pod koniec dodając szczyptę soli i sok z cytryny. Następnie łączymy utarte żółtka i pianę, delikatnie mieszając, dodajemy mąkę, proszek do pieczenia i sodę. Na końcu dodajemy wszystkie pokrojone owoce i kawałeczki czekolady. Dwie średniej wielkości formy keksowe natłuszczamy i wysypujemy tartą bułką. Przekładamy do nich ciasto i pieczemy ok. 50 minut (czas pieczenia zależy od piekarnika) w temperaturze 180-190 °C. Gotowy wypiek możemy posypać cukrem pudrem lub polać lukrem, a następnie posypać resztą kandyzowanych owoców. I co? Goście rozpływają się w zachwytach! Dobrze, że przepis jest na dwie foremki – będzie co skubnąć, gdy już pójdą do domu, a my, ciesząc się wiosną, zechcemy trochę odpocząć. AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2011/03  
Monitor Polonijny 2011/03  
Advertisement