Issuu on Google+

Monitor04

28.03.10 17:37

Strรกnka 1


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 2

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

K

olejne posiedzenie Rady Klubu Polskiego odbyło się 13 marca w Nitrze. Na wstępie prezes organizacji Irena Cigaň przeczytała nadesłane wcześniej listy od prezesów Klubu Polskiego z Żyliny i Martina, w których Leszek Dłużniewski i Izabela Šichtová-Liwoń poinformowali członków Rady Klubu o podjętych decyzjach, dotyczących tychże organizacji regionalnych: Klub Polski Żylina zawie-

Posiedzenie Rady Klubu sza swoją działalność, a jego prezes rezygnuje z funkcji oraz członkostwa w Klubie Polskim, Klub Polski Martin zaprzestaje swojej działalności, przy czym dotychczasowi jego członkowie pozostają zrzeszeni w Stowarzyszeniu „Polonus”, a prezes martińskiej organizacji regionalnej rezygnuje z członkostwa w Radzie Klubu Polskiego. Rada Klubu

przyjęła te decyzje do wiadomości. Podczas posiedzenia za-

Wybitny pianista w Bratysławie

Na

fortepianie gra od dziecka. Pierwsze kroki muzyczne stawiał w rodzimym Opolu, ale studiował na Akademii Muzycznej w Katowicach, potem w Niemczech i we Włoszech. Na zaproszenie japońskiej wytwórni w wieku piętnastu lat nagrał pierwszą płytę. Debiutował w Tokio, mając lat szesnaście. Został profesorem honorowym Uniwersytetu Narodowego w Kostaryce i jurorem na międzynarodowych festiwalach pianistycznych. Występował na wszystkich kontynentach oprócz Australii. W roku 2003 jego nazwisko zostało wpisane na prestiżową listę The Steinway & Sons Artists’ Roster obok nazwisk takich sławnych pianistów, jak Lang Lang, Leif Ove Andsnes, Diana Krall czy Billy Joel. O kim mowa? O Rafale Łuszczewskim, zaliczanym do najlepszych polskich pianistów, który 11 marca i 12 marca zagrał dwa wyjątkowe koncerty na Słowacji. Pierwszy odbył się w historycznym budynku Słowackiego Teatru Narodowego, gdzie polski pianista zagrał razem 2

z Symfoniczną Orkiestrą Słowackiego Radia, drugi miał miejsce w Bańskiej Bystrzycy i był solowym recitalem. Koncert w Bratysławie miał charakter wyłącznie „chopinowski”. Według własnych słów pianisty, koncert ten zaczął ćwiczyć on w wieku dwunastu lat. Prawda, że wówczas nie myślał o jego wykonaniu w Bratysławie, ale ćwiczył go wbrew temu, co powiedziała mu jego ówczesna nauczycielka fortepianu, która twierdziła, że jeszcze jest za mały, by z tym koncertem występować, chociaż odpowiednią technikę już posiadł.

jęto się też zagadnieniami, dotyczącymi przygotowywanych poprawek w statucie Klubu Polskiego oraz programem zbliżającego się kongresu, który odbędzie się prawdopodobnie w maju. Wyłoniono komitet organizacyjny, mający zająć się jego przygotowaniem. Ponadto omówiono priorytetowe zadania Klubu oraz możliwości ich realizacji. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Nitra ZDJĘCIE: MAREK SOBEK

A co pianista sądzi o Chopinie i jego muzyce? „Chopin był bardzo wrażliwym człowiekiem, pełnym emocji, które starał się wyrazić za pośrednictwem swej muzyki, która z tego powodu jest tak różnorodna – raz liryczna, potem heroiczna, romantyczna, ale zawsze patriotyczna. Patriotyczna w tym sensie, że zawiera polskie melodie, polskie rytmy, co oznacza, że jest inspirowana polską muzyką ludową”. Na pytanie, jak to możliwe, że w tak młodym wieku można mieć już tyle osiągnąć, tyle podróżować, tyle koncertować, i co jest do tego potrzebne (oczywiście oprócz olbrzymiego talentu i jeszcze większego wysiłku), artysta odpowiada: „Często zależy to od zupełnie prostego przypadku. Jedna chwila potrafi zmienić całe życie. Ja na przykład wygrałem raz pewien konkurs pianistyczny w Chile, potem zaprosili mnie na koncert, potem na drugi, potem do innych krajów Ameryki Południowej i tak zapraszają mnie do dziś”. MILICA URBÁNIKOVÁ MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 3

Mamy dla Państwa „odlotową” wiadomość! Otóż w maju spośród naszych prenumeratorów zostanie wylosowana osoba, która odbędzie lotu szybowcem, za sterami którego zasiądzie nasz rodak, as przestworzy Tadeusz Wala. Artykuł o tym ciekawym człowieku z pasją możecie Państwo przeczytać w rubryce „Co u nich słychać?” na stronie 16. Warunkiem wzięcia udziału w losowaniu jest uiszczenie do końca kwietnia rocznej prenumeraty naszego pisma, dlatego przypominamy o tym obowiązku tym z Państwa, którzy jeszcze tego nie zrobili. Majowe egzemplarze naszego miesięcznika będą opatrzone specjalnymi numerami, które należy zachować do czasu opublikowania wyników losowania, co nastąpi na łamach czerwcowego numeru „Monitora”. Zaś w kwietniowym „Monitorze” zwracamy Państwa uwagę także na artykuły poświęcone smutnej historii naszego narodu, bowiem w tym miesiącu upływa właśnie 70 lat od tragicznych wydarzeń w Katyniu. Artykuły na ten temat znajdziecie Państwo na stronach 14-15. Pokazują one tragedię nie tylko samych ofiar zbrodni, ale i ich rodzin. Poza tym w naszym piśmie jak zwykle wiele ciekawych tematów, również tych, związanych ze świętami Wielkiej Nocy. Zachęcamy do lektury „Monitora”, a przy okazji wszystkim naszym wiernym Czytelnikom życzymy wesołej Wielkanocy z jej wszystkimi atrybutami, czyli wiosną, słońcem, barankiem, pisankami, mazurkiem, no i oczywiście tradycyjnym śmigusem-dyngusem. Niech tym świętom towarzyszą też odpoczynek i wiele przeżyć duchowych.

REDAKTOR NACZELNA „MONITORA POLONIJNEGO“

Historia zamknięta pod kruchą skorupką Z KRAJU ANKIETA Opowiadanie wielkanocne WYWIAD MIESIĄCA Marcin Mroziński: „Dziś spełniam swoje marzenia…“ 15 LAT „MONITORA“ Z NASZEGO PODWÓRKA Katyń – bolące miejsce narodu polskiego Piętno ludobójstwa CO U NICH SŁYCHAĆ? Z podziemia do nieba MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Agnieszka Chylińska OKIENKO JĘZYKOWE Spolegliwy oportunista KINO-OKO Niewidzialny autor TO WARTO WIEDZIEĆ Uprowadzenie przywódców Polski podziemnej BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Kryminał i sensacja SPORT!? Vancouver radości za nami PRZEGLĄD POLSKIEJ PRASY Towarzystwo Słowaków w Polsce zaprasza Klub Polski do współpracy OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECIE Na emigracji MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Wielkanocne kurczaki PIEKARNIK Lekko, świeżo, wielkanocnie…

4 4 5 6 8 10 11 14 15 16 18 18 19 20 22 24 26 26 27 29 31 32

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2010 wynosią 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorp@orangemail.sk lub nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c ov á , A n n a M a r i a J a r i n a , A l i c j a Ko r c z y k - C h o v a n e c , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , M a g d a l e n a P i e t z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p @ o r a n g e m a i l . s k P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk KWIECIEŃ 2010

3


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 4

Historia zamknięta pod kruchą skorupką

Ch

hyba w całym roku nie jemy tylu jajek, co w okresie wielkanocnym. Wiemy, że jajko to symbol życia, skarbnica zdrowia, najpopularniejszy składnik naszych jadłospisów. Ale czy zdajemy sobie sprawę z faktu, że symbolika i historia jajka wiąże się z tradycjami znacznie starszymi niż nasze, słowiańskie? W głębokiej starożytności, w sumeryjskiej Mezopotamii, malowano już pisanki i właśnie owe sumeryjskie wykopaliska to najstarsze na świecie dowody kultu jajek. W dawnej Grecji i Egipcie jajka były atrybutami bogiń, a na Filipinach i w Indiach wierzono, że z wielkiego jajka powstał świat. Najstarsze polskie pisanki znaleziono w miejscu dawnego grodu słowiańskiego w Opolu. Ich powstanie datuje się na X wiek. Były wykonane z wapienia, na którym wzór malowano roztopionym woskiem i farbowano w używanym do dzisiaj wywarze z łupin cebuli. Wygląda więc na to, że

POLSKA PRZYGOTOWUJE się do jesiennych wyborów prezydenckich. Znanych jest już kilku kandydatów. Jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości pod uwagę jest brany obecnie urzędujący prezydent Lech Kaczyński, ale: ,,Decyzja o starcie należy do niego samego” – oświadczył Jarosław Kaczyński. O tym, kto będzie kandydatem Platformy Obywatelskiej jej członkowie zdecydowali w pra4

tzw. babcine sposoby ozdabiania pisanek są naprawdę stare, wręcz prapraprababcine… Już tysiąc lat temu do farbowania jaj używano nie tylko cebulowych łupin, ale też kory dębu czy skorupek orzechów, które to barwiły pisanki na czarny kolor. Wywar z kwiatów malwy był naturalnym barwnikiem fioletowym, a sok z buraka – różowym. Młode, zielone zboża farbowały skorupki na kolor zielonożółty, zaś kolor czerwony uzyskiwano, mocząc jajka w krokusach, olchowych szyszkach, owocach czarnego bzu. Metod i sposobów barwienia jajek było naprawdę wiele i nie sposób zliczyć wszystkich. Skoro od tak dawna istotne było malowanie i zdobienie jajek, to można przypuszczać, że również ok. X wieku, a nie zapominajmy, że jest to okres przyjęcia przez

Polskę chrztu i wkroczenia w świat tradycji chrześcijańskich, nabrały one znaczenia w obchodach świąt wielkanocnych. Dzisiaj najczęściej dzielimy się poświęconym wcześniej jajkiem na początku wielkanocnego śniadania, życząc sobie nawzajem zdrowia, szczęścia i miłości, czyli tego wszystkiego, co symbolizuje kolorowa pisanka. W niektórych regionach Polski przetrwała jeszcze „walatka”, czyli zabawa, polegająca na uderzaniu pisanką o pisankę. Osoba, której jajko pęknie, dostaje wszystkie pisanki przeciwnika. Kiedyś popularne było przerzucanie jajek ponad dachem kościoła lub chaty oraz obdarowywanie nimi potencjalnych, upatrzonych sobie wcześniej kandydatów na męża lub żonę. Jeśli pisankowy darczyńca doczekał się podobnej odpowiedzi, ślub do kolejnej Wielkanocy był raczej murowany. Często jajka toczono po grzbietach zwierząt domowych, odczyniając w ten sposób złe uroki i zapewniając tym samym dobrobyt – zwierzaki miały rosnąć zdrowo i tłusto, a głód i choroby miały omijać gospodarzy. Gdy w Wielki Piątek malowano pisanki, do obowiązków panien należało umycie twarzy i włosów w wo-

wyborach. A kandydatów na kandydata było dwóch: Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. W lutym o swoim stracie w tegorocznych wyborach prezydenckich poinformował przewodniczący Prawicy Rzeczypospolitej Marek Jurek, zaś Jerzy Szmajdziński będzie kandydatem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Swój start ogłosili też założyciel i przewodniczący ,,Solidarności Walczącej” Kornel Morawiecki, Tomasz Nałęcz oraz niezależny kandydat Andrzej Olechowski.

nik, jak zapewnia Donald Tusk jest wiążący. Wygrał Bronisław Komorowski. Uprawnionymi do głosowania byli obecni członkowie PO, co zapobiegło ewentualnemu zapisywaniu się osób, tylko w celu zwiększenia poparcia dla jednego z kandydatów. System internetowego głosowania zapewnia szczelność i bezpieczeństwo, mówił premier, a tym samym potwierdził, iż jego ugrupowanie już od dłuższego czasu przygotowywało się do ewentualnych prawyborów.

PRAWYBORY W PO mimo tak dużej reklamy chrakteryzowała niska frekwencja. Sikorski wspomniał nawet o ich przedłużeniu. Ich wy-

AFERA HAZARDOWA TRWA. Były wiceszef Kancelarii Prezydenta Robert Draba powiedział komisji śledczej, że nie lobbował na rzecz

Totalizatora Sportowego. Dodał, że pisma, które skierował do resortu finansów w 2007 r. w sprawie uwag Totalizatora, były standardową korespondencją. Komisja śledcza wezwała też szefa Rządowego Centrum Legislacji Macieja Berka. Wniosek o jego przesłuchanie złożył Zbigniew Wassermann (PiS). NAJWYŻSZY SĄD Gospodarczy w Mińsku utrzymał wyrok na firmę „Polonika”, której dyrektorem jest Andżelika Borys. Firma musi zapłacić 40 mln rubli białoruskich (40 tys. zł) grzywny za nielegalną działalność koncertową. ZPB planuje zaskarżenie wyroku. Białoruskie władze nie uznają kierowaMONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 5

dzie, w której wcześniej gotowano jajka, co zapewniać miało gładką skórę i lśniące włosy. Pewnie zaraz zaczniemy się tłumaczyć, że kiedyś dziewczęta i kobiety miały więcej czasu (chociaż jestem przekonana, że wcale nie) i dlatego zdobienie wielkanocnych jajek było prawdziwą sztuką. Trzeba przyznać, że współcześnie zdobienie jaj to umiejętność raczej zanikająca. Najczęściej dajemy jajka dzieciakom, by się na nich artystycznie wyżyły, co daje czasami porażające efekty, lub sami na szybko wrzucamy je – jaja, nie dzieci – do gotowych barwników, wykorzystując do zdobienia termokurczliwe folie lub naklejki. Całe to woskowanie, skrobanie i tworzenie skomplikowanych ornamentów chyba już przerasta nasze siły. Trochę szkoda, bo kolejna z ciekawych tradycji powoli odchodzi w zapomnienie. Kiedy, siedząc przy stole, nie tylko tym wielkanocnym, zechcemy skosztować nasze swojskie jajeczko, pomyślmy, jaką niezwykłą i bogatą historię zamknięto w jego kruchej skorupce. Może warto ją opowiedzieć komuś, wchodzącemu dopiero w dorosłe życie? W końcu czym skorupka za młodu nasiąknie… AGATA BEDNARCZYK nego przez Andżelikę Borys Związku Polaków, który przez Warszawę uważany jest za jedyny prawomocny. Dla Mińska legalny jest ZPB, na którego czele stoi obecnie Stanisław Siemaszko. SĄD MOŻE UNIEWINNIĆ Ryszarda Boguckiego i Andrzeja Zielińskiego, pseudonim Słowik, gangsterów oskarżonych o udział w morderstwie generała Marka Papały. Wszystko przez sprzeczne zeznania wdowy po zabitym szefie polskiej policji, według których wieczorem 25 czerwca 1998 r., w momencie śmierci jej męża, pod blokiem przy ul. Rzymowskiego na warszawskim Służewcu minął ją Bogucki, który najpierw był blonKWIECIEŃ 2010

Po

stanowiliśmy wysondować, do jakiego stopnia polskie czy słowackie tradycje, związane ze Świętami Wielkanocnymi, goszczą w domach naszych rodaków mieszkających na Słowacji.

Teresa i Marian Pavlaskowie, Trenczyn W naszej rodzinie nie pielęgnujemy zbytnio tradycji wielkanocnych. Święta spędzamy w gronie rodzinnym. Podczas śniadania wielkanocnego życzymy sobie nawzajem dużo zdrowia. Telefonicznie kontak-

Edyta Balážová, Galanta W mojej rodzinie staramy się połączyć tutejsze zwyczaje świąteczne z polskimi. Dotrzymujemy postu w Wielki Piątek, malujemy pisanki. W niedzielę przygotowujemy uroczyste śniadanie, dzielimy się jajkiem, składamy życzenia świąteczne. Poniedziałek Wielkanocny zaś obchodzimy według tutejszej tradycji. Moi synowie wraz z mężem odwiedzają bliskie nam kobiety, polewając je i „chłoszcząc”. Z polskich zwyczajów najbardziej brakuje mi święcenia pokarmów

tujemy się z rodziną z Bratysławy i z Polski (pani Teresa pochodzi z Bytomia – przyp od. red). Kiedy synowie byli młodsi w lany poniedziałek chodzili chłostać witkami koleżanki.

w Wielką Sobotę oraz takiej typowo polskiej świątecznej atmosfery, którą podkreśla choćby straż przy grobie Chrystusa. Mam wrażenie, że tu Poniedziałek Wielkanocny jest o wiele poważniej traktowany niż niedziela. Niestety, do tej pory, a mieszkam na Słowacji od 19 lat, nie udało mi się na Wielkanoc ściągnąć rodziny do Polski, więc nie miała ona okazji przeżyć tego, o czym tak chętnie im opowiadam. Mam jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni.

Henryk Feliks, Bratysława Przygotowania do Świąt Wielkiej Nocy rozpoczynamy od gruntownych porządków. Moja żona zdobi całe mieszkanie zielonymi gałązkami jabłoni, baziami i różnymi pisankami. Jajko jest nieodłącznym symbolem tych świąt. Podobnie jak moi rodzice i moi teściowie przed Wielką Nocą

pościmy. W Wielki Czwartek według tradycji słowackiej spożywamy szpinak. Podczas wielkanocnego śniadania jemy jajka, wędliny z chrzanem i ćwikłą. Dawniej, kiedy żyła moja mama, częściej jeździliśmy na święta do Katowic, skąd pochodzę, teraz spędzamy je w Bratysławie.

dynem, potem brunetem. „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że na emeryturę odchodzi kierująca do tej pory śledztwem młodsza inspektor Małgorzata Wierchowicz. Jej odejście daje szansę na nowe otwarcie śledztwa. Przez lata Wierchowicz forsowała tylko jedną wersję wydarzeń. Jej zdaniem za zleceniem morderstwa Papały stał Edward Mazur.

wołując się na ochronę dóbr osobistych i praw autorskich. Książka kwestionuje wierność szczegółów opisywanych w słynnych reportażach Kapuścińskiego; zawiera też wiele szczegółów, między innymi o życiu intymnym pisarza oraz dotyczące jego związków z SB. Według Alicji Kapuścińskiej książka Domosławskiego godzi w dobre imię jej zmarłego 3 lata temu męża.

ry symfoniczne i kameralne. W latach 50. współpracował ze studenckimi kabaretami, m.in. „Szpakiem”, „Dudkiem” i STS.

W DNIU 3 MARCA odbyła się oficjalna premiera książki Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”. Biografia o wybitnym reportażyście już wcześniej wzbudziła wiele kontrowersji. Jej wydanie próbowała zablokować wdowa po Ryszardzie Kapuścińskim, po-

W WIEKU 85 LAT 17 marca zmarł nagle kompozytor, pianista, jazzman Tadeusz Prejzner, który skomponował wiele piosenek, m.in. dla „Alibabek”, Igi Cembrzyńskiej, Urszuli Dudziak, Kaliny Jędrusik, Andrzeja Rosiewicza, Ireny Santor. Tworzył także utwo-

POLSKA UROCZYŚCIE obchodzi 200. rocznicę urodzin Fryderyka Chopina. Dokładna data przyjścia kompozytora na świat nie jest znana – urodził się albo 22 lutego, albo 1 marca 1810. Dwa lata temu Sejm podjął uchwałę, ustanawiającą rok 2010 Rokiem Fryderyka Chopina. W całym kraju z tej okazji odbywają się liczne koncerty. W Warszawie po gruntownym remoncie modernizacji otwarto muzeum genialnego kompozytora. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


28.03.10 17:37

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Monitor04

Stránka 6

Renata Straková, Trenczyn

Wielkanocne Święta obchodzimy, łącząc polskie i słowackie tradycje: malujemy pisanki, w niedzielę przygotowujemy uroczyste śniadanie. W Wielką Sobotę zgodnie z tradycją szukamy jajek – kiedy jest ładna pogoda czekoladowe jajeczka chowam gdzieś na dworze, wieszam je na drzewach, kiedy pogoda nie dopisuje, rodzina szuka ich w mieszkaniu. Gdy dzieci były małe, prześcigały się w tym, kto znajdzie więcej czekoladowych niespodzianek. Tu, w Trenczynie nie mamy możliwości święcenia po-

karmów w kościele, więc robię to sama. Wodą święconą święcę przygotowane w koszyczku pokarmy: ugotowane na twardo jajka, kawałek szynki, masło, sól, chleb. Zwyczaj, który przywiozłam z Polski, który od wielu lat praktykuję na Słowacji to robienie baranka z masła masła i prosiaczka z cytryny. Pieczemy też babkę albo typowy polski sernik. Do lanego poniedziałku w wersji słowackiej długo się przyzwyczajałam – chodzi o to, że tutaj polewają wodą tylko chłopcy i za to daje im się pieniądze. Kiedy do naszego domu zapukają chłopcy, by polać nas wodą, już wiedzą, że i ja ich poleję, tak jak to się robi w Polsce.

Andrea Baricová-Cupał, Galanta

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Wyrastałam w mieszanej rodzinie na Słowacji (mama jest Polką, tato Słowakiem), jednak dopiero jako dorosła osoba miałam okazję zobaczyć i przeżyć polskie tradycje świąteczne. U nas w domu spędzało się święta według tutejszych zwyczajów. Kościół, post, pisanki, złoty deszcz, bazie, babka oraz uroczysty lany poniedziałek były ich nierozłączną częścią. Polskie zwyczaje znałam jedynie z opowieści mojej mamy, której do dziś brakuje święcenia pokarmów i która do tej pory nie może się przyzwyczaić do tutejszego śmigusa-dyngusa. Dopiero podczas studiów w Polsce miałam okazję poznać polskie tradycje. Pierwszym doświadczeniem był śmigus-dyngus w akademiku, gdzie woda lała się nawet po schodach i nie było sposobu ukryć się przed kolegami, trzymającymi pełne wiadra wody. Rok później Wielkanoc spędziłam w jednej polskiej wsi niedaleko Kielc. Było wszystko to, o czym słyszałam od mamy, czyli kościół, święconka, śniadanie, dzielenie się jajkiem, makowiec, sernik, ale również i zabobony, o których do tej po-

Katarzyna Tulejko, Bratysława

Święta spędzam w Polsce. Kilka lat temu zostałam zaproszona na Wielkanoc przez koleżankę – Słowaczkę do jej domku w górach. Przybyło tam wtedy 12 znajomych. Rozpoczęło się od porządkowania chaty i jej otoczenia (no bo przecież święta!), a było to w Wielki Piątek. Nie było żadnego wyciszenia, a w Wielką Sobotę nie było żadnego wyjścia do kościoła ze święconką. Z kolei w Wielką Niedzielę moje koleżanki postanowiły zrobić na śniadanie jajecznicę, bo tak wygodniej dla tylu osób. Trochę się wówczas zbuntowałam i przygotowałam jajka go6

ry nie miałam pojęcia (np. w rodzinie, w której byłam, w sobotę po powrocie z kościoła nie wolno było ruszać święconki z miejsca, uważano bowiem, że w przeciwnym razie w domu rozmnożą się mrówki). Obecnie wraz z córkami spędzamy Święta Wielkanocne na przemian w Polsce u rodziny męża lub na Słowacji. Dzięki pobytom w Polsce odkryłam kolejne danie tradycyjne - zupę ze święconki (na gotowaną wodę z octem i cukrem wrzuca się utarte żółtka z ugotowanych jajek, pokrojoną szynkę, kiełbasę, boczek, tarty chrzan), którą w domu rodzinnym mojego męża podaje się podczas śniadania wielkanocnego. Muszę przyznać, że polskie zwyczaje mnie oczarowały swoją rozmaitością i już teraz cieszę się z czekającego mnie tegorocznego wyjazdu i zapewne nowych doświadczeń.

towane, które podałam na talerzyku, by wszyscy mogli się nimi symbolicznie podzielić i przy okazji złożyć sobie życzenia. Znajomi patrzyli wtedy na mnie jak na jakąś egzotyczną osobę – dla nich jajka w takiej czy w innej postaci nie miały znaczenia. Jedynym elementem tradycji podczas tych świąt był śmigus-dyngus. Może nie miałam szczęścia do ówczesnych znajomych, którym specjalnie nie zależało na tradycjach? Moje córki, które wtedy miały około 12-13 lat i wydawałoby się, że wcześniej nie zwracały uwagi na żadne tradycje, powiedziały mi, że chcą spędzać święta w Polsce. Od tamtego czasu, choćby nie wiem, co się działo, na święta staram się wyjeżdżać do mojej rodzinnej red Częstochowy.

Od

wielu lat święta były dla niej uciążliwe, ponieważ spędzała je w samotności. Po nieudanym związku rzuciła się w wir pracy. Na co dzień radziła sobie doskonale. Jej kariera rozwijała się w zawrotnym tempie. Pięła się po jej szczeblach, osiągając coraz wyższe stanowiska, uznanie w firmie oraz odpowiednie wynagrodzenie. Całym jej życiem stała się praca. Była najlepszym pracownikiem, dyspozycyjnym, oddanym. Pozostałych kolegów traktowała z pogardą, ponieważ nie byli w stanie poświęcić się pracy do takiego stopnia jak ona, a ich wymówki, dotyczące choroby dziecka, urodzin teściowej, walentynek, występu dziecka w przedszkolu z okazji Dnia Matki, badań alergologicznych… denerwowały ją do tego stopnia, że czasami na złość była skłonna odmówić podwładnym urlopu czy zwolnienia choćby na kilka godzin z pracy. „Niech wiedzą, co jest w życiu ważne. Niech wiedzą, że praca powinna być na pierwszym miejscu“ – myślała, kręcąc głową w odpowiedzi na prośby swoich pracowników. Podczas weekendów często brała udział w szkoleniach, a później, gdy posiadła pewną wiedzę, sama na nich wykładała. Bywały też i takie weekendy, kiedy nie miała obowiązków zawodowych, i wówczas miała czas dla siebie – chodziła na siłownię, do kina, na kursy językowe. Najważniejsze dla niej były aktywność i rozwój osobowości. „Niech wszyscy wiedzą, na ile mnie stać“ – myślała. Może to był w pewnym sensie odwet za niedocenienie jej przez Tego mężczyznę? Może czasami odzywały się w niej kompleksy z dzieciństwa? Była przecież pulchnym dzieckiem w okularach, z którego przez dłuższy czas wyśmiewali się rówieśnicy… Ale ona pokazała im, że pracą, uporem można osiągnąć wiele. Jeszcze w szkole średniej zaparła się i postanowiła, że zrzuci zbędne kilogramy, że dostanie się na studia, że będzie kimś. Potem miał się pojawić ten jedyny, wymarzony… I pojawił się, ale… zawiódł ją. Wielka miłość okazała się wielką pomyłką. MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 7

Opowiadanie wielkanocne Zbudowała swój świat samodzielnie. Nie było w nim miejsca na uczucia, bo te kiedyś doprowadziły ją do depresji, z której wychodziła przez kilka miesięcy. Nie chciała już nigdy zaznać takiego rozczarowania. Żyła w świecie poukładanym. Tylko święta wymykały się jej spod kontroli, bo zazwyczaj spędzała je w czterech ścianach swojego eleganckiego mieszkania. Bywało i tak, że ktoś z nielicznego grona znajomych zapraszał ją wówczas do siebie, ale godziny spędzane najczęściej wśród rozwrzeszczanych dzieciaków ją denerwowały. Poza tym święta u znajomych kojarzyły się jej z obżarstwem, którym gardziła. Wolała być sam na sam ze sobą. Tym razem miało być podobnie. Zbliżała się Wielkanoc. Wcześniej jednak miała pojechać do swojej rodzinnej miejscowości. Opustoszały po śmierci rodziców dom stał już dłuższy czas, czekając na odpowiedniego kupca. Właśnie przed świętami miała go sprzedać. Chciała tylko podpisać umowę z kupującym, dopełnić formalności i wrócić do swojego „wielkiego świata“. - Nie chce Pani przejrzeć rzeczy, które tu zostały? – zapytał nowy właściciel jej rodzinnego domu po dokonaniu transakcji. – Możemy się umówić, że odda mi pani klucze po Wielkanocy. I tak przecież podczas świąt nie będę zajmował się tym domem. W pierwszej chwili chciała odpowiedzieć, że wcale nie jest tym zainteresowana, że nie chce być sentymentalna, że ma obowiązki… Przecież wcale ją nie interesowały stare, zniszczone rupiecie. Stać ją było na eleganckie wyposażenie mieszkania. Ale kolejne zdanie, wypowiedziane przez mężczyznę, ją zastanowiło. - Pani Agato, pamiętam panią jako małą dziewczyn-

kę. Była pani takim radosnym dzieckiem! Oczkiem w głowie rodziców. Wspomnienia, dotyczące rodziców, zawsze wyprowadzały ją z równowagi. Były częścią jej życia pełnego uczuć, od którego starała się uciec. I tym razem pewnie postąpiłaby podobnie, oddając po prostu klucze nowemu właścicielowi, ale… uświadomiła sobie, że to ostatnia okazja, by pobyć w tym domu, by… pożegnać się raz na zawsze z dawnym życiem. Podobnie jak wiele innych świąt i te spędziła samotnie, ale… Była w domu, który przypominał jej dzieciństwo, bliskich. To nic, że na ścianach wisiały pajęczyny, że stary fotel był zakurzony, że sprężyny w łóżku trzeszczały. Przeniosła się w czasie do beztroskich lat dzieciństwa, kiedy to jako mała dziewczynka w wielkanocną niedzielę szukała schowanych przez rodziców łakoci, przynoszonych ponoć przez zajączka. Na

strychu znalazła starą drewnianą foremkę w kształcie baranka do robienia masła. Przypomniała sobie, jak nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie mama otworzy tę formę i wyjmie z niej maślanego baranka, któremu ona będzie mogła zrobić oczy z ziarenek pieprzu, a do pyska włożyć gałązkę bukszpanu. W półmroku, który panował na strychu odnalazła też wiklinowy koszyczek, ozdabiany co roku przez mamę białą, wykrochmaloną serwetką, do którego później wkładano święconkę. Potem mama zaplatała jej włosy i wiązała białe wstążki, a sama wkładała elegancki płaszcz. I tak odświętnie ubrane szły do kościoła, by tradycji stało się za dość, by pokarmy na wielkanocny stół zostały poświęcone. Kiedy zaraz po świętach, we wtorek rano usłyszała pukanie do drzwi, wiedziała, że zaraz będzie musiała opuścić swój rodzinny dom. Przy drzwiach stały torby, do których wrzuciła kilka drobiazgów, przypominających jej dzieciństwo i beztroskie lata. Była wdzięczna kupcowi, że namówił ją do spędzenia ostatnich dni w tym domu. Przeżyła w nim prawdziwe zmartwychwstanie: nie tylko to religijne, do którego dużą wagę przywiązywali jej rodzice, ale i to duchowe w innym wymiarze. Wiedziała, że nowy właściciel za kilka dni zburzy jej dom rodzinny, by w tym właśnie miejscu wybudować duży sklep. Nie chciała widzieć buldożerów, mających zrównać z ziemią jej wspomnienia. Już raz spotkała się z takimi „buldożerami“ i wówczas sama pozwoliła im zrujnować swoje życie uczuciowe. Teraz dopiero zauważyła, jakiego spustoszenia dokonały naprawdę. Tym razem chciała ocalić coś cennego: nie tylko parę drobiazgów po rodzicach, ale przede wszystkim wartości, które dla nich były tak ważne. ELŻBIETA FUS

ILUSTRACJA: TADEUSZ BŁOŃSKI

KWIECIEŃ 2010

7


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 8

Marcin Mroziński: „Dziś spełniam swoje marzenia…“

M

arcin Mroziński ma 25 lat i szansę, by na długo nie dać o sobie zapomnieć. Jako reprezentant Polski wystąpi 25 maja na 55. Konkursie Piosenki Eurowizji w Oslo. Zaśpiewa tam utwór pt. „Legenda”, który bezwzględnie wygrał w polskich eliminacjach, dając tym samym szansę Marcinowi na podbój europejskiej sceny muzycznej. Czy mu się to uda? Zależy w dużej mierze od głosów Polonii, a więc i Państwa. Na co dzień Marcina można zobaczyć na scenie warszawskiego teatru „Komedia”, gdzie gra główną rolę w musicalu „Boyband”, od roku występuje też w popularnym programie telewizyjnym „Jaka to melodia”, w którym śpiewa znane przeboje gwiazd. Kiedy przed naszą rozmową wpisałem w wyszukiwarce internetowej hasło „Marcin Mroziński“, przeczytałem: „aktor, wokalista, prezenter”. W której roli czuje się Pan najlepiej? Z wykształcenia jestem aktorem, z zamiłowania wokalistą, czasem też zdarza mi się poprowadzić jakiś program. Zapewniam, że gdyby nie korzystał pan wyłącznie z wyszukiwarki, a bazował na własnych obserwacjach, poznałby Pan kolejne moje wcielenia. Zawsze byłem niespokojnym duchem. Po wynikach polskich eliminacji do konkursu Eurowizji w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem, że wziął Pan udział w tych eliminacjach dzięki „dzikiej karcie” od TVP. Czym jest „dzika karta“? „Dzika karta“ umożliwiła mi udział w polskich preselekcjach – bez niej po prostu nie wystąpiłbym w tym koncercie. Możliwość ta pojawiła się dość niespodziewanie, na dwa tygodnie przed polskim finałem. Inni artyści na przygotowanie występu mieli prawie 2 miesiące, ja dostałem 2 tygodnie, ale mimo wszystko się udało! W maju spełnię swoje marzenie i będę reprezentował Polskę na konkursie Eurowizji…

8

… gdzie wykona Pan piosenkę „Legenda“. Czym „Legenda“ może zachwycić europejską publiczność, by stać się legendą festiwalu? Stawiam na oryginalność, połączenie języka polskiego z angielskim oraz motywy folklorystyczne. Mam nadzieję, że w tym roku zachwycimy Europę! „Legenda“ to połączenie muzyki ludowej z motywem angielskiej ballady. Skąd pomysł takiego „duetu“? To była szybka, spontaniczna decyzja. Chciałem stworzyć coś charakterystycznego polskiego, ale jednocześnie zrozumiałego dla europejskiego słuchacza. Z pomysłem trafiłem do kompozytora Marcina Nierubca. On napisał muzykę, ja słowa i tak narodziła się „Legenda“. Jak Pan sądzi, czy jadąc na Eurowizję warto ryzykować i pokazać całej Europie coś nowego, oryginalnego, czy lepiej pozostać w sprawdzonym schemacie i zaśpiewać coś, co może będzie mniej autentyczne, ale za to będzie miało większą szansę na wygraną? Zawsze warto ryzykować! Inaczej ten konkurs nie miałby jakiegokolwiek sensu! Wyobraża pan sobie, co by było, gdyby wszyscy

uczestnicy festiwalu zaśpiewali w taki sam sposób, w podobnym stylu? To byłby koniec Eurowizjii! Pan stanął przed takim dylematem? Czy „Legenda“ jest tym, co naprawdę gra w duszy Marcina Mrozińskiego i czym będzie on chciał podbić publiczność w Polsce, Europie czy na świecie? „Legenda“ to moja tegoroczna propozycja dla Europy. Włożyłem w nią bardzo dużo pracy i serca. Jej losy w polskich preselekcjach praktycznie do końca stały pod znakiem zapytania. Na szczęście to widzowie wybierali, oddając swoje głosy za pomocą SMS-ów. Wygraliśmy! Nie spodziewałem się tak miażdżącego zwycięstwa! Teraz wiem, że warto było walczyć do końca. W Oslo również będę walczył. Trzymajcie Państwo za mnie kciuki! MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 9

Powiedział Pan przed eliminacjami, że na Eurowizję powinien jechać najlepszy artysta z utworem na najwyższym poziomie, z którego wszyscy będą dumni. Czuje się Pan takim artystą? Kiedy poczuję się najlepszym artystą, będzie to koniec mojej kariery, a panu daję prawo pierwszeństwa do opublikowania takiej informacji. Mówiąc poważnie – nie, nie czuję się najlepszy. Czuję, że przede mną lata ciężkiej pracy i żelaznej dyscypliny. Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej! Dawniej przeboje Eurowizji były przebojami całego świata (np. „Waterloo” zespołu „Abba”), potem była cisza – zwycięzcy festiwalu nie byli w stanie trafić ze swoimi utworami do szerszej publiczności. Czy obecnie Eurowizja ma większy zasięg? Na co Pan liczy, biorąc udział w tym festiwalu? Nauczyłem się nie liczyć na zbyt wiele. Liczę na wyjście z półfinału. Liczę na to, że godnie będę reprezentował nasz kraj, że poznam wokalistów z całej Europy. Czy wylansuję hit na miarę światową? Ha, ha, ha! To byłaby niespodzianka! Kto wie? Boi się Pan „kolesiostwa“ i tego, że i tym razem Europa zagłosuje po sąsiedzku? Wierzę, że wygra najlepszy!

Talentu, dyscypliny, samozaparcia, pracowitości, konsekwencji i pieniędzy. Miłość do sztuki jest bardzo wymagająca i nie zawsze szczęśliwa. Mimo to wiem, że warto! Kogo i za co ceni Pan na polskiej scenie muzycznej? Polska pełna jest bardzo zdolnych ludzi. Zawsze była. Edyta Górniak, Mieczysław Szcześniak, Kayah, Justyna Steczkowska to moi muzyczni idole. Poza talentem mają też osobowość! Niektórych mam zaszczyt znać osobiście, a to wiele dla mnie znaczy, bowiem mogę się uczyć od najlepszych. W prowadzonym przez Pana programie „Staraoke”, nadawanym przez program „Carton Network”, dzieci, które źle zaśpiewają, są oblewaną dziwnym, klejącym płynem. Czy Pan jako młody, dobrze zapowiadający się artysta dostał już taki zimny prysznic od życia? Pewnie, że tak! I to nie raz! Nie chcę mówić o swoich niepowodzeniach, wiem jednak, że tego typu doświadczenia są nam niezbędne, uczą pokory i mobilizują do dalszej pracy nad sobą. Dostałem od losu kilka kopniaków. Czasem bardzo bolało. Dziś jednak nie żałuję, jestem zahartowany!

Trudno jest młodym artystom w Polsce? Da się być w 100% sobą, nie wpisując się koniecznie w rynek, który gwarantuje sukces? Myślę, że nigdy nie było łatwo. Najważniejsze to wiedzieć, czego się chce, a później konsekwentnie realizować swój plan. Nie mam kontraktu płytowego, nie pracuje na mnie sztab ludzi. I choć czasem nie jest łatwo, nie żałuję. Dziś spełniam swoje marzenia, robię to, co kocham. Czy można chcieć czegoś więcej? Wielu wokalistów zaistniało na scenie muzycznej tylko jako wykonawcy jednego przeboju. Co Pan zrobi, żeby w Pana przypadku nie było podobnie? Na to mam jedynie taką odpowiedź: praca, praca i jeszcze raz praca. Nie przeraża Pana to, że w polskich rozgłośniach naszych artystów można usłyszeć prawie wyłącznie w nocy? W ten sposób rozgłośnie obchodzą ustawę, określającą minimum polskich piosenek, nadawanych na antenie. W ciągu dnia natomiast promują coś, co ma być lekkie, przyjemne, często bez wartości. Wierzę, że moje piosenki będą nadawane w czasie największej tzw. słuchalności. MATEUSZ KUMOROWSKI Warszawa-Kraków

Dlaczego Polonia na Słowacji powinna na Pana zagłosować? Mam nadzieję, że spodoba się Państwu mój utwór! Liczę na Państwa głosy! Jak długo trwa Pana miłość do muzyki? Śpiewam, odkąd pamiętam! Razem z siostrą występowaliśmy na wielu konkursach. Potem przyszła telewizja, festiwal w Opolu, programy „Szansa na sukces” i „Idol”, zespół „Mazowsze”, a w końcu mój dyplom sceniczny, czyli rola Raoula de Chagny w „Upiorze z Opery“. Czego wymaga od artysty miłość do sztuki? KWIECIEŃ 2010

9


28.03.10 17:37

Stránka 10

„Monitor Polonijny“ towarzyszył mi od pierwszych dni mojego pobytu w Bratysławie. W dniu 15 kwietnia 1997 roku, kiedy pismo to miało zaledwie dwa lata, obejmowałem funkcję ambasadora RP w RS, zaś dwa dni później na ręce prezydenta RS Michala Kovača złożyłem listy uwierzytelniające. „Monitor“ wychodził wówczas w dużym formacie, był czarno-biały, ale mimo młodego wieku wcale nie raczkował, co było niewątpliwą zasługą jego ówczesnej redaktor naczelnej pani Danusi MeyzyMarušiakovej. Zamieszczane relacje i informacje z życia Polonii i ambasady przeplatały się zawsze ze znacznie ambitniejszymi artykułami o tematyce historycznej lub wspomnieniowej. Śledząc dalsze losy „Monitora“ aż po dzień dzisiejszy, konstatuję, że pani Danuta tej poważnej tematyce pozostała wierna, traktując swój wkład w tworzenie pisma jako misję edukacyjną dla słowackiej Polonii. Jej dorobek z tego zakresu mógłby dziś stworzyć całkiem interesujący tomik. Dosyć wcześnie zostałem zaproszony do współpracy z „Monitorem“, by opisać własne wspomnienia, szczególnie te, związane z górami, bo one pokazywały, jak nauka pokory, pobrana w ekstremalnych sytuacjach, pomaga w dalszym życiu. Od samego początku, przez kolejnych ponad sześć lat, a z tego, co obserwuję i czytam, także i obecnie, „Monitor“ miał zawsze taki sam problem – brak dostatecznych środków finansowych. Bardzo sobie ceniłem zaufanie, jakim darzyła mnie pierwsza „szefredaktorka”, bo dzięki temu udawało się rozwiązywać trudne problemy z pomocą dobrych ludzi, których wspólnie znajdowaliśmy. Zawsze mogliśmy liczyć na życzliwość Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“ i polskiego Senatu. Gorzej bywało z pomocą ambasady. Nie miałem prawa dyspono-

15 lat

„MONITORA“

10

wania środkami finansowymi, przeznaczonymi na wsparcie Polonii, bo jest ono zastrzeżone dla kierownika Wydziału Konsularnego, który – w różnych okresach bywało różnie – nie zawsze chciał się zgadzać ze swoim protokolarnym przełożonym, tzn. ze mną. Zawsze jednak jakoś dawaliśmy sobie radę, a „Monitor“, choć bywał zagrożony, dzięki stałej dotacji Ministerstwa Kultury RS i tym dodatkowym, skromnym środkom zawsze się ukazywał, choć czasami z opóźnieniami. „Monitor“ był i jest znakomitym i w zasadzie jedynym środkiem stałej komunikacji bardzo rozproszonej słowackiej Polonii. Dbały o to bardzo starannie wszystkie kolejne redaktor naczelne, z których po pani Danucie Marušiakovej wspominam panią Joannę Matloňovą i obecną Małgosię Wojcieszyńską. Zawsze, kiedy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, byłem proszony o złożenie życzeń czytelnikom „Monitora“. Ponieważ bardzo wiele podróżowałem, spotykając się prawie zawsze z większą lub mniejszą grupką roda-

ków, wiem, co znaczyło dla nich to pismo, żywo komentowane w czasie takich spotkań. „Monitor“ zaczął się ukazywać za czasów ambasadorowania mojego poprzednika śp. pana profesora Jerzego B. Korolca, który dobrze znał potrzeby Polonii, pełniąc w latach 1990 – 1993 funkcję konsula generalnego RP w Bratysławie. To właśnie pan profesor pomógł słowackiej Polonii założyć swoje pismo i dlatego, jak sądzę, każdy kolejny ambasador powinien z całych sił tego skarbu strzec. Napisałem „skarbu”, bo nie da się wycenić wartości „Monitora Polonijnego“ dla Polaków mieszkających na Słowacji. Świadczyły i świadczą o tym listy czytelników, które zawsze z uwagą czytałem. „Monitor“ w ciągu minionych 15 lat zmieniał swoją szatę graficzną i objętość, ale nieodmiennie był z zasady pismem niezależnym. To także ogromna wartość sama w sobie. Nie był nigdy niczyim organem, a od inwencji i osobistej odwagi kolejnych redaktor naczelnych zależał krytycyzm, wyrażany nawet wobec wydawcy, tj. Klubu Polskiego. Wolność słowa jest bardzo ważna, bowiem to od niej właśnie zależy autorytet pisma. Na przykładzie niektórych polskich i słowackich wielonakładowych czasopism dobrze widzimy, jak jest z tą niezależnością, będącą niekiedy głębokim, politycznym zaangażowaniem. To śmiertelne zagrożenie dla wolności słowa i niezależności prasy. „Monitorowi Polonijnemu“ życzę, aby nigdy nie dotknęła go pokusa schlebiania, a pluralizm przedstawianych poglądów towarzyszył jego łamom zawsze. Bardzo mi się spodobało skuteczne namówienie J. E. Pana Ambasadora Andrzeja Krawczyka do publikowania w „Monitorze“ artykułów historycznych, pisanych przez zawodowego historyka. Dzięki temu pan ambasador jest nie tylko najwyższym przedstawicielem Rzeczpospolitej Polskiej w Republice Słowackiej, ale ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Monitor04

MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:37

Stránka 11

także człowiekiem, który swoją wiedzę i erudycję bezinteresownie ofiarowuje czytelnikom „Monitora“, a więc tej części rodaków, która z bardzo różnorakich przyczyn żyje poza Polską, dla której pismo to jest comiesięcznym łącznikiem z ich pierwszą Ojczyzną. To trzeba wiedzieć i to trzeba rozumieć. Niezwykle ważną częścią redakcyjnego dorobku „Monitora“ były i będą relacje z życia Polonii, to znaczy większych lub mniejszych grup rodaków, zrzeszonych np. w oddziałach Klubu Polskiego, ale także opowieści o życiowych losach pojedynczych niezwykle interesujących osób, których nigdy wokół nas nie brakowało – trzeba ich tylko umiejętnie znajdować. Dla mnie wspaniałe było poznawanie za pośrednictwem „Monitora“ ciekawych rodaków, których los i Opatrzność związały z tą ziemią. W każdym niemal numerze odkrywaliśmy takie osoby, które dzięki odpowiedniej publikacji stawały się osobistościami polonijnymi, o których mówiło się potem i na słowackich i na polskich salonach. Niech wspomnę tutaj np. naszą od kilku już lat nieżyjącą rodaczkę Panią Marię Holubkovą-Urbasiównę, mieszkankę Trenczyna, której wystawę fotograficzną sprzed I wojny światowej, w 104. rocznicę jej urodzin (dożyła 106 lat, żyjąc na przełomach XIX, XX i XXI wieku) otworzył podczas Dni Polskich, zorganizowanych przez Klub Polski w Pałacu Prymasowskim w Bratysławie, w czasie wizyty oficjalnej ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Wielu z nas dowiedziało się wówczas, że ta wiekowa, niezwykle sympatyczna dama, znana jako najstarsza obywatelka Słowacji, jest w rzeczywistości najczystszej krwi Polką, urodzoną w Cesarstwie Austro-Węgierskim na Zaolziu. Takie relacje czy wywiady z podobnymi osobistościami podnosiły polskiego ducha w środowisku polonijnym. Nie będę w tym miejscu wymieniać co najmniej dalszej dziesiątki zapamiętanych przeze mnie „znaKWIECIEŃ 2010

jomości”, zawartych dzięki „Monitorowi”, bo dotyczą one osób żyjących, a niewłaściwa kolejność lub pominięcie kogoś mogłyby sprawić temu komuś niepotrzebną przykrość. W końcu także role się odwróciły. W roku ubiegłym „Monitor”, a ściślej jego obecna redaktor naczelna pani Małgosia Wojcieszyńska „odnalazła” w Vel’kej Mani, między Vrablami a Šuranami, pewnego polskiego emeryta, który wraz z żoną i wnukami, zakochany w Słowacji, wspominał początki swojej fascynacji tym pięknym krajem. To właśnie Małgosi Wojcieszyńskiej udało się, nie po raz pierwszy zresztą wyciągnąć mnie, bo to o mnie chodzi, na zwierzenia, przechowywane pieczołowicie w zakamarkach duszy. Poproszony o napisanie tego wspomnienia o 15 latach aktywnego życia „Monitora“ nie jestem więc całkiem obiektywny, ale czy jest to w ogóle możliwe, jeżeli było się i po dzień dzisiejszy jest choćby poprzez czytelnictwo tak bardzo z tym pismem związanym? Cenię „Monitor Polonijny“ i jego kolejne redaktor naczelne i z całego serca chciałbym, aby, tak jak dotychczas, był to periodyk, wyróżniający się w plejadzie wielu polonijnych pism w świecie swoją specyfiką, charakterem i wartościami. W czasach wolnego rynku, który czasami nabiera charakteru „wolnej amerykanki”, 15 lat ukazywania się jednego czasopisma zasługuje na uznanie. My, czytelnicy – życzymy „Monitorowi” wielu, wielu lat w najlepszej kondycji, w doskonałej, graficznej oprawie i w treści – tak jak było to w ciągu minionych 15 lat – niepowtarzalnej, a w gruncie rzeczy rodzinnej i ciepłej. Na zakończenie wypadałoby zaśpiewać „Sto lat”. Ci którzy mnie znają, wiedzą, że czynię to pełnym głosem i z całego serca. JAN KOMORNICKI Ambasador RP w RS w latach 1997-2003. Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przeznaczone na dofinansowanie oficjalnych obchodów jubileuszu 15-lecia „Monitora“.

Z miłości do Chopina

K

iedyś w szkole muzycznej za wybitne postępy w nauce otrzymałam książkę autorstwa prof. dr. Józefa Reissa, zatytułowaną „Najpiękniejsza ze wszystkich jest muzyka polska“, którą do dziś cenię sobie ogromnie. Jej tytuł wydać się może w pierwszej chwili niezbyt poważny i wywoływać wrażenie, iż praca ta jest tylko wyrazem taniej demagogii. Tak jednak nie jest, ponieważ w tym tytule zawarte jest poczucie i przywiązanie do wartości narodowych. A jeśli wśród naszych wielkich kompozytorów mamy tak wspaniałych geniuszy, jak Fryderyk Chopin czy Stanisław Moniuszko, to czy nie mamy prawa twierdzić, że najpiękniejsza jest nasza muzyka? W kształtowaniu się osobowości człowieka, a szczególnie muzyka, i jego późniejszych upodobań szczególną rolę odgrywają najwcześniejsze przeżycia muzyczne. Moja droga muzyczna była przepełniona miłością do twórczości Fryderyka Chopina. Przyznam się, że często tęsknię za polską muzyka poważną, której moim zdaniem brak na Słowacji. Nie neguję oczywiście muzyki obcej, nie mniej jednak bardzo ucieszyła mnie wiadomość o koncercie, w programie którego koszycka filharmonia umieściła utwory Chopina w wykonaniu polskiego pianisty Pawła Kowalskiego, który jest jedną z najciekawszych polskich osobowości muzycznych i wszechstronnym pianistą. Studiował w trzech szkołach: Hochschule fur Music w Kolonii, Akademii Muzycznej w Warszawie i Akademii w Vancouver. W swoim repertuarze ma wiele utworów Fryderyka Chopina. Karierę rozpoczął od wykonania w Warszawie koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego pod dyrekcją samego kompozytora. W dniu 25 lutego sala Państwowej Filharmonii w Koszycach rozbrzmiewała muzyką Chopina. Paweł Kowalski wraz z orkiestrą pod batutą Jerzego Swobody zagrał Koncert fortepianowy f-moll op. 21 Fryderyka Chopina, a na bis Poloneza As-dur op. 53. Rok bieżący jest Rokiem Fryderyka Chopina i oby takich koncertów było więcej. URSZULA SZABADOS Koncert odbył się pod patronatem Instytutu Polskiego w Bratysławie. 11


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 12

ZDJĘCIA: ZBIGNIEW PODLEŚNY, IRENA ŠUJAK

Dzień Kobiet

w Dubnicy nad Wagiem

W

Klubie Polskim Środkowe Poważe zdania są podzielone – jedni uważają to święto za nieaktualne, drudzy chcą je obchodzić, by wesprzeć stuletnią tradycję, bo przecież nadal aktualne są hasła, dotyczące równouprawnienia kobiet, i nadal płeć brzydsza ma za co kobietom dziękować. Spotkanie polonijne z okazji Dnia Kobiet za-

planowano na sobotę 6 marca w dubnickiej siedzibie Klubu Polskiego W roku bieżącym impreza została sfinansowana wyłącznie z własnych środków –składek człon-

12

kowskich. Choć wydawało się, że będzie skromnie, to w końcu stoły zapełniły się różnymi smakołykami domowymi, które przynieśli ze sobą uczestnicy spotkania, na

które przybyło też pięć osób z MK Trenczyn oraz nowa członkini MK Dubnica Marika Bartošova (to już druga Słowaczka w gronie poważskich Polonusów!). Prezes Klubu Polskiego Środkowe Poważe Zbigniew Podleśny podziękował paniom za ich ofiarność i wkład w działalność polonijną, życząc im pomyślności, zdrowia, miłości i wielu łask bożych. Potem wzniesiono toast i zabrzmiało „Sto lat”. Spotkanie upłynęło w miłej i wesołej atmo-

sferze przy akompaniamencie polskich piosenek. Dziękuję serdecznie wszystkim uczestnikom za przybycie i pomoc przy realizacji imprezy. ZBIGNIEW PODLEŚNY Dubnica nad Wagiem

MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 13

V I I I Ś W I AT OW E Z I M OW E I G R Z Y S K A P O L O N I J N E W Z A KO PA N E M

W

dniach 6-13 marca w Zakopanem odbyły się VIII Światowe Zimowe Igrzyska Polonijne. Przybyło na nie ponad 730 uczestników z 25 państw. My wzięliśmy w nich udział po raz pierwszy jako reprezentanci Słowacji. O zimowych igrzyskach polonijnych przeczytaliśmy na łamach „Monitora Polonijnego“ w relacji z Bielska-Białej z 2008 roku. Już wtedy wraz z żoną zapragnęliśmy wziąć udział w kolejnym takim przedsięwzięciu. Ponieważ zawody odbywają się co dwa lata, postanowiliśmy się do nich przygotować wcześniej i już na początku tego roku podjęliśmy kroki, by zakwalifikować się do wyjazdu. Udało się i pełni oczekiwania ruszyliśmy do Zakopanego. Pierwszego wieczora odbyła się inauguracja igrzysk, w której wzięli udział m.in. prezydent Lech Kaczyński oraz Maciej Płażyński – prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“. Reprezentanci wszystkich krajów przemaszerowali w pochodzie, niosąc flagi państw, z których przyjechali. Po raz pierwszy na takich igrzyskach pojawiła się flaga słowacka, którą niosła moja żona. Szliśmy w korowodzie, złożonym z przedstawicieli różnych państw, uszeregowanych alfabetycznie. Przed nami maszerowali Polonusi z Rosji, których do Zakopanego przybyło około 60, za nami była grupa szwedzka, licząca 70 osób. Poczułem się trochę nieswojo, bowiem nasza ekipa była tak nieliczna. Zauważyłem też, że reprezentanci innych krajów byli ubrani w kombinezony w barwach narodowych, z nazwami poszczególnych stowarzyszeń polonijnych. Później okazało się również, że i poziom przygotowania sportowego dalece przewyższał nasze umiejętności, gdyż w skład innych reprezentacji wchodzili niemalże profesjonaliści. Podczas ceremonii otwarcia igrzysk flagę Polski na maszt wciągnął pierwszy polski medalista ziKWIECIEŃ 2010

mowej olimpiady Franciszek Gąsienica- Groń (brązowy medal w kombinacji norweskiej w 1956 Cortina d’Ampezzo), a flagę igrzysk – biegaczka Józefa Pęksa-Czerniawska, również uczestniczka igrzysk z 1956 roku (5. miejsce w sztafetach). Igrzyska w Zakopanem trwały tydzień. Zawodnicy walczyli w 14 konkurencjach – w tym roku do grupy olimpijskich sportów polonijnych dołączyły hokej, skoki narciarskie i biathlon. Wraz z żoną wzięliśmy udział w trzech konkurencjach alpejskich: slalomie, slalomie-gigancie i carvingu. W zestawieniu z poziomem pozostałych zawodników, występujących w tych dyscyplinach, okazało się, że szans na medal nie mamy, ale cieszyliśmy się, kiedy udało nam się ukończyć wyścig. Na czele klasyfikacji medalowej znale-

źli się Polacy z Czech, Litwy i USA. Jak się okazało w swoich krajach organizują oni zgrupowania sportowe z treningami i obozy narciarskie, słowem wykazują prawdziwie sportowe podejście do igrzysk. Patrząc na nich, doszliśmy do wniosku, że w tej dziedzinie nasza słowacka Polonia jest daleko, daleko w tyle. Owszem, organizujemy zabawy taneczne, spotkania towarzyskie, ale nie dbamy o sport. A szkoda, bo wydaje się nam, że i wśród nas znalazłoby się kilku dobrych zawodników, którymi warto byłoby się zaopiekować, by potem mogli oni godnie reprezentować naszą Polonię na igrzyskach. Przecież działalność polonijna nie musi polegać tylko na konsumpcji. Czy odkryjemy w sobie sportowego ducha? BUGUSŁAW KOŁATEK

ZDJĘCIA: BUGUSŁAW KOŁATEK, BEATRICE KOŁATKOVÁ

13


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 14

W

kwietniu 1943 radio berlińskie ogłosiło, że w lesie katyńskim koło Smoleńska odkryto tysiące zwłok polskich oficerów. Wcześniej polskie władze na emigracji oraz dowództwo armii Andersa w sowieckiej Azji nie mogły się doliczyć ok. 20 tysięcy żołnierzy spośród tych, którzy zostali wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną jesienią 1939 roku, po zdradzieckiej napaści sowieckiej na Polskę w momencie, kiedy ta toczyła dramatyczny bój z niemieckim najeźdźcą. Niemcy szybko zaczęli publikować nazwiska osób, których dokumenty znaleziono przy zwłokach. Niestety, zgadzały się one z nazwiskami zaginionych. Wyglądało na to, że wiosną 1940 roku Rosjanie w zorganizowany sposób, strzałami w tył głowy zamordowali tysiące polskich oficerów, z których większość była rezerwistami, czyli na co dzień nauczycielami, urzędnikami, aptekarzami czy sędziami. Dla narodu polskiego była to wielka strata, w zasadzie nie do odrobienia. Ogrom tragedii porażał. Niemcy obwieścili, że w kilku masowych grobach znaleziono ponad 4 tysiące zwłok, a przecież zaginionych żołnierzy było o wiele więcej. Dzisiaj wiemy, że były i inne miejsca zbrodni: Miednoje koło Tweru, Piatichatki koło Charkowa i może jeszcze gdzieś koło Mińska. Symbolem tych wszystkich miejsc pozostał jednak Katyń. Władze niemieckie, chcąc osłabić morale Polaków, szerzyły informacje o Katyniu, publikując wraz z nimi wstrząsające zdjęcia tej zbrodni. Władze III Rzeszy, te same, które były odpowiedzialne za Auschwitz i Holocaust, zaproponowały, by polski rząd emigracyjny przysłał do Katynia delegację. Na to Polacy zgodzić się jednak nie mogli, ale nie mogli też nic nie robić w tej sprawie. Śmierć 20 tysięcy polskich obywateli była zbyt wielką tragedią. Nie chcąc w jakikolwiek sposób współpracować z niemieckim okupantem, rząd emigracyjny poprosił o zbadanie sprawy szwajcarski Czerwony Krzyż. Związek Radziecki w cyniczny i tchórzliwy sposób odpowiedział na to zerwaniem stosunków dyplomatycznych. W rok później strona radziecka poinformowała, że powołała własną komisję śledczą, która rzekomo ustaliła, iż mordu w Katyniu dokonali Niemcy po wkroczeniu na tereny ZSRR. Był to oczywisty absurd, który jednak nie przeszkodził Rosjanom zbrodnię w Katyniu umieścić w akcie oskarżenia głównych niemieckich zbrodniarzy w Norymberdze. Tu jednak ponieśli klęskę. Nawet w ówczesnej atmosferze świeżej pamięci o niemieckich zbrodniach 14

bolące miejsce narodu polskiego Trybunał odmówił wpisania Katynia na listę zbrodni niemieckich. Po wojnie w Polsce nie wolno było nawet wspominać o katyńskiej tragedii. Rodziny pomordowanych były represjonowane. Nie wolno im było na cmentarzu ufundować bliskim nawet symbolicznego grobu, a dzieci ofiar, chcąc dostać się na studia, musiały kłamać, że ojca zabili Niemcy. Naród polski jednak pamiętał. Chociaż nigdzie publicznie nie mówiono o zbrodni katyńskiej, wszyscy o niej wiedzieli. Bolało, że tak wielką i brutalną zbrodnię próbowano wymazać. Sił dodawało natomiast to, że gdzieś tam w wielkim świecie prawdę o niej można było wypowiedzieć: w 1952 roku dochodzenie w sprawie Katynia przeprowadził amerykański Kongres, który winą za zamordowanie tysięcy polskich oficerów oficjalnie obciążył Sowietów. Pod patronatem gen. Andersa – wielkiego polskiego autorytetu na emigracji – na początku lat 70-tych opublikowano dokumentację tej zbrodni, by już nigdy nie można było jej zaprzeczyć. Przemiany polityczne i odzyskanie przez Polskę podmiotowości i demokracji przyniosły nadzieję na możliwość powiedzenia prawdy o Katyniu. Także w Rosji „pierestrojka” i „głastnost” spowodowały, że w ramach rozliczeń z komunizmem pojawili się politycy, którzy – czy to z powodów moralnych, czy też z politycznego wyrachowania – zdecydowali się przyznać, że zbrodni dokonała służba bezpieczeństwa państwa sowieckiego. W 1990 ro-

ku ostatni szef partii komunistycznej Michaił Gorbaczow przyznał rosyjskie sprawstwo zbrodni, a rok później prezydent Borys Jelcyn przekazał stronie polskiej wybrane dokumenty, dotyczące tragedii polskich oficerów, w tym ten najważniejszy – protokół z 5 marca 1940 r., zawierający decyzję kierownictwa partii komunistycznej o zamordowaniu ponad 20 tysięcy ludzi za to, że byli oni polskimi patriotami. Dokument ten nie tylko potwierdza odrażającą zbrodnię, ale jest też swoistym pomnikiem polskiego patriotyzmu – stwierdza się w nim bowiem, że Polacy nie chcą zdradzić swych ideałów i nie dadzą się przerobić na komunistyczną modłę. Rok 1991 nie był niestety końcem historii kłamstwa katyńskiego. W Rosji uznano bowiem, że jej historia musi być „święta i czysta” i nie można jej „zabrudzić” pamięcią o zbrodni, dokonanej na sąsiednim narodzie. Rosyjskie władze zaczęły się wycofywać z wcześniej przyjętego stanowiska wobec Katynia, nie chcą uznać, że było to ludobójstwo. Według Izby Wojskowej Sądu Najwyższego Rosji było to 22 tysiące przypadków indywidualnych morderstw, popełnionych przez Ławrentija Berię i jego współpracowników. Odmówiono udostępnienia akt osobowych pomordowanych, na co liczyły ich rodziny. Przed Polakami zamknięto szczelnie archiwa, by nie mogli oni zbadać szczegółów zbrodni. Stosunki polsko-rosyjskie znalazły się w sytuacji patowej. Nie jest z tym dobrze ani Polakom, ani Rosjanom. Wbrew obiegowym opiniom o odwiecznej wrogości, trudno przecież znaleźć dwa narody, których losy byłyby ze sobą tak splecione. Historycznie Polacy są najbliżsi Rosjanom, a Polacy i Polska były zawsze obecne w sprawach rosyjskich. Polak – Konstanty Rokossowski był jedynym rosyjskim marszałkiem-cudzoziemcem; Polacy założyli w Rosji takie instytucje, jak np. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, i… sowiecką policję polityczną. Z drugiej strony Warszawę zmodernizował kiedyś rosyjski generał Sokrates Starynkiewicz, zakochany w tym mieście. Są więc podstawy do dobrej współpracy. Być może szansą na poprawę stosunków stanie się fakt, który nie ma precedensu: rosyjski prezydent Władimir Putin zaprosił polskiego premiera do Katynia, by 7 kwietnia wspólnie z nim oddać hołd pomordowanym. Obyśmy w imię przyszłości naszych narodów umieli wykorzystać tę szansę na pojednanie, a ofiary zbrodni katyńskiej zostały w końcu godnie i w pokoju uczczone. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 15

My,

którzy chodziliśmy do szkoły w czasach poprzedniego ustroju, pamiętamy, że uczono nas „innej“ historii. Tej prawdziwej, dotyczącej naszego narodu, uczyliśmy się z zakazanych źródeł.

Pamiętam, jak moja koleżanka ze szkolnej ławy opowiedziała mi o tragicznej śmierci swojego dziadka, który zginął w Katyniu. Potem w naszym domu pojawiły się skrypty, nielegalnie drukowane w podziemiu, w których opisywano mroczną prawdę o zbrodni katyńskiej. Jakie piętno wywarła ta zbrodnia na rodzinach ofiar, którym przyszło żyć pod rządami komunistów? Poniżej przedstawiamy historię życia pani Zofii Timoszewskiej, której ojciec - rotmistrz Jan Kurnicki wraz z tysiącami polskich żołnierzy został zamordowany w bestialski sposób w Katyniu.

Pierwsza tragedia W powietrzu wisiała wojna. Nic więc dziwnego, że w marcu 1939 roku rotmistrz Jan Kurnicki – instruktor jazdy konnej, służący w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, dostał powołanie do udziału w manewrach wojskowych. W tym czasie jego ciężarna żona wraz z 4-letnim synem pojechała do swojej matki do Kielc. W czerwcu na świat przyszła Zosia, a niespełna 2 tygodnie później jej matka zmarła. „Zszokowany ojciec przyjechał na pogrzeb, gdzie po raz pierwszy i, jak się potem okazało, ostatni mógł mnie zobaczyć“ – wspomina Zofia Timoszewska. Niemowlęciem zaopiekowała się siostra matki wraz z mężem, natomiast brata naszej bohaterki przygarnęła inna ciocia. Rozwiązanie miało być tymczasowe, bowiem nikt nie miał wówczas wątpliwości, iż dziećmi zaopiekuje się ich ojciec po powrocie z wojska. Los jednak chciał inaczej.

Tragedia druga Po napaści bolszewików na Polskę Jan Kurnicki znalazł się w obozie w Starobielsku, gdzie zgrupowano ok. 4 tys. internowanych polskich żołKWIECIEŃ 2010

Piętno ludobójstwa nierzy, niemal wyłącznie oficerów. Mimo trudności można było początkowo z nimi korespondować. Ten kontakt urwał się jednak bezpowrotnie wiosną 1940 r. W roku 1941 na teren ZSRR wkroczyli Niemcy, którzy niedaleko Smoleńska odkryli masowe groby. Zainteresowali się nimi, powołali komisję, która stwierdziła, iż w grobach znajdują się ciała zaginionych polskich oficerów. Komunikaty na ten temat obwieszczały przez radio kilka razy dziennie „niemieckie szczekaczki”. Nie od razu im uwierzono. „Moja rodzina długo łudziła się, że ojciec ocalał, wierząc, że pomogła mu znajomość języka rosyjskiego, którego nauczył się podczas studiów na politechnice w Petersburgu“ – opisuje Zofia. Wierząc ciągle w powrót Jana, małej Zosi nie zmieniono nazwiska.

Zakazane tematy „Kiedy poszłam do szkoły, chciałam jak inne dzieci mieć rodziców, zaczęłam więc do cioci i wujka zwracać się mamo, tato“ – wspomina nasza bohaterka. Dziewczyna z nazwiskiem wojskowego, którego istnienie ówczesne władze chciały przemilczeć, stała się tarczą ataków. W latach 50-tych przeprowadzono rewizję w domu, w którym mieszkała z przybranymi rodzicami. Odnaleziono wtedy zdjęcie jej ojca w mundurze, które dziewczynka nosiła przy sobie. „Zabrano mnie na przesłuchanie na UB i wtedy usłyszałam, że mój tato sprzedał Polskę! – opisuje moja rozmówczyni, nie kryjąc podenerwowania. – Co na taki zarzut mogło odpowiedzieć dziecko? Chyba tylko tyle, że tatuś nie handlował”. Za taką odpowiedź dostała pięścią w twarz. W 1954 brat Zofii, zdając egzaminy wstępne na Akademię Medyczną, w rubryce „ojciec” wpisał „nie żyje”. Jak się okazało, chłopak zachował się niewłaściwie. Cała rodzina miała milczeć na temat ojca! W przeciwnym razie jej członkom groziła odpowiednia „rozmowa“. „Strach przed

metodami tych towarzyszy był duży i na pewno odcisnął na nas piętno – ocenia pani Zofia. – Pamiętam, że w latach 70-tych pod presją ówczesnych władz mój brat musiał zmienić napis na grobie matki, skąd musiał zniknąć dopisek: żona rotmistrza”. Przybrani rodzice pani Zofii próbowali odszukać jej ojca za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, ale po 1949 roku to, niestety, nie było już możliwe. Dopiero po latach nasza bohaterka otrzymała pisemne potwierdzenie, iż nazwisko jej ojca znajduje się na tzw. liście katyńskiej. „Mój sąsiad, który w latach 70-tych wyjeżdżał za granicę, by wykładać na uniwersytecie, przywiózł mi fotokopię z archiwum w Londynie“ – mówi.

Piętno Pani Zofia zawsze starała się poruszać zakazane tematy, uświadamiając swoją córkę oraz znajomych, jakie krzywdy wyrządzili Rosjanie polskiej elicie. Na własnej skórze poznała metody, stosowane przez komunistycznych włodarzy. Zaangażowała się w ruch solidarnościowy, aktywnie działając na terenie Wrocławia, wierząc w odzyskanie wolności przez Polskę. Kiedy odkryto jej działalność, postawiono jej ultimatum: więzienie albo przymusowa emigracja. Wraz z mężem i nastoletnią córką w 1985 roku wyjechała do Niemiec. A jaki jest jej stosunek do Rosjan? „Nie mam do nich pretensji, przecież przeciętny Rosjanin nawet nie ma pojęcia o tym, co się wydarzyło – mówi. – Oni najczęściej nie mają wiedzy nawet o tym, ilu ich rodaków wymordowali Stalin i Beria“. Ubolewa, że obecne władze Rosji nie są zainteresowane odtajnieniem mordów, dokonanych zarówno na swoich rodakach, jak na polskich żołnierzach i inteligencji. Cieszy ją fakt, że Polacy mogą wreszcie mówić na głos o zbrodni katyńskiej, a młodym poleca, by czytali publikacje, dotyczące tragicznego napadu ZSRR na Polskę. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 15


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 16

gielski” – wyjaśnia na wstępie. Widząc z jakim zaangażowaniem opowiada o swoich zajęciach, wiem, że to całe jego życie. Marzenia o lataniu towarzyszyły mu od najmłodszych lat.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Bakcyl szybownictwa

Z podziemia do nieba

U

mawiam się z moim rozmówcą w Prievidzy na lotnisku, z którym związana jest znaczna część jego życia. Tu realizował swoje największe marzenia: i te konstruktorskie, i te lotnicze. Gdyby zliczyć godziny, spędzone przez niego w powietrzu, okazałoby się, że pan Tadeusz Wala jako pilot szybowca spędził w nim dwa lata, a w barwach Czechosłowacji cztery razy pobił rekord narodowy! Z kolei za wynalazki konstruktorskie został nagrodzony prestiżową nagrodą Krištáľové krídlo. Ten pełen energii rodak z Zaolzia zgodził się opowiedzieć mi historię swojego życia.

nująco prezentuje się zamek w Bojnicach. Do restauracji na lotnisku wchodzi energiczny pan w eleganckim płaszczu – od razu wiem, że to mój rozmówca, choć nigdy wcześniej go nie widziałam. „Latem urządzamy tu mistrzostwa świata w szybownictwie, ja będę jednym z jurorów i współorganizatorów, dlatego muszę doszlifować swój anZDJĘCIE: ARCHIWUM TADEUSZA WALY

Sedno życia „Może się Pani zdziwi, ale uczęszczam na kurs języka angielskiego, dlatego proponuję przesunąć nasze spotkanie o godzinę później” – napisał do mnie w e-mailu pan Tadeusz Wala, kiedy ustalaliśmy termin rozmowy. Dostosowuję się do jego prośby i pełna oczekiwań wyruszam do Prievidzy. Lotnisko w tym mieście jest pięknie usytuowane – widać stąd malownicze góry, na tle których impo16

Urodził się w 1932 roku na Zaolziu w polskiej rodzinie. Już w dzieciństwie wraz z rówieśnikami obserwował latające nad ich głowami samoloty, odgadując ich marki. Kiedy niedaleko Suchej Górnej, gdzie mieszkał, w 1938 roku przymusowo wylądował samolot, pobiegł obejrzeć go z bliska. „Ponieważ silnik został zdemontowany, a kabina wystawała z kadłuba, przypominał porzucony w lesie autobus” – wspomina pan Tadeusz. Podczas wojny widział z bliska jeszcze kilka innych samolotów. Może to właśnie spowodowało, że po wojnie zdecydował się na podjęcie nauki w liceum w Bielsku-Białej, które działało przy zakładach szybowcowych? W szkole tej zgłębiał tajniki budowy płatowców i marzył, by podjąć studia w tym kierunku, ale w Czechosłowacji takie studia można było podjąć tylko na Akademii Wojskowej. Ponieważ, jak to określa mój rozmówca, nie chciał włożyć munduru, zaczął studiować na wydziale mechanicznym Akademii Górniczej w Ostrawie. Szkolenie szybowcowe rozpoczął jako 14-latek w Błędowicach na Zaolziu. „Pamiętam, jak wzniosłem się w powietrze na wysokość 50 metrów – wspomina. – To było niesamowite przeżycie!”. Uważa, że ten, kto raz połknął bakcyla szybownictwa, potrafi mu poświęcić


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 17

całe życie. „To jak narkotyk, bez którego nie można żyć” – twierdzi.

Między kopalnią a przestworzami Po ukończeniu studiów dostał przydział pracy do Prievidzy, dokąd wyruszył z żoną i córką. Pracował w kopalni jako technik do spraw remontu maszyn górniczych. Później dla Górniczego Instytutu Badawczego zajmował się rozwojem mechanicznym, czego efektem był jego projekt obudowy hydraulicznej, za którą otrzymał nagrodę państwową. „Na co dzień pracowałem dla tych, co pod ziemią, ale każdą wolną chwilę poświęcałem temu, co w powietrzu – przyznaje. – W szufladzie zawsze miałem jakieś projekty, związane z szybownictwem”. To było ciągłe lawirowanie między niebem a podziemiem. Pierwsza jego szybownicza konstrukcja, zrealizowana po godzinach pracy, ujrzała światło dzienne w 1971 roku, a był to projekt szybowca wyczynowego. „Latałem nim na zawodach

międzynarodowych na Węgrzech, a pewien mój kolega wygrał na nim mistrzostwa Niemiec!” – opowiada z dumą. Kolejny jego projekt to pierwszy w Czechosłowacji szybowiec kompozytowy. Kilka lat temu został przekazany do muzeum lotnictwa w Koszycach.

sprawdzić, jak lekkie jest to skrzydło” – zwraca moją uwagę. Rzeczywiście, skrzydło, które niedługo zostanie przymocowane do kadłuba, jestem w stanie podnieść sama, bez niczyjej pomocy. Potem oglądam kolejne stanowiska pracy, gdzie powstają elementy szybowca. „Niech pani spojrzy na mapę i zobaczy, gdzie w świecie latają Dynamiki” – wskazuje mój rozmówca. Przyglądam się małym chorągiewkom, rozmieszczonym na mapie i widzę, że „Dynamik” znalazł odbiorców na każdym kontynencie, z wyjątkiem Antarktydy. Wreszcie do-

cieramy do gotowego modelu, przygotowanego dla polskiego odbiorcy. Tu nasz bohater instruuje mnie, jak się do tego pojazdu wsiada, do czego służą konkretne przyrządy, jak się obsługuje stery.

Spełnione marzenia

“Dynamik” – najmłodsze “dziecko” Spacerujemy po hali produkcyjnej, założonej przez pana Tadeusza wraz ze wspólnikami. Mój rozmówca pokazuje mi różne etapy powstawania swojego największego osiągnięcia – samolotu WT9 „Dynamik”. „Proszę KWIECIEŃ 2010

Pan Tadeusz nadal jest aktywnym pilotem. W ubiegłym roku przelatał 100 godzin, a dwa lata temu spełniło się jego największe marzenie: przeleciał na raz blisko 1000 kilometrów. Miało to miejsce w Australii, gdzie panują doskonałe warunki do szybow-

nictwa. „Taki lot trwa niemalże 10 godzin i jest niesamowitym osiągnięciem, choć rekord to 3 tysiące kilometrów” – wyjaśnia pan Wala, a ja widzę malujące się na jego twarzy zadowolenie. „Miałem szczęście w życiu, ponieważ miałem odpowiednie warunki do realizacji swoich pomysłów – podsumowuje. – jestem zadowolony z losu!”. Lataniem zaraził swojego syna, z którym wspólnie realizują podróże w przestworzach. „Podczas uroczystości z okazji 50-lecia mojej aktywności lotniczej, syn podziękował mi za pasję, którą go zaraziłem” – wyznaje i dodaje, że kiedy jego żona była jeszcze zdrowa (obecnie porusza się na wózku inwalidzkim), razem latali szybowcem w odwiedziny do mieszkającej w Zwoleniu córki. Nigdy nie marzył o lataniu samolotami pasażerskimi, bo, jak sam określa, pilotowanie samolotów liniowych to dorożkarstwo. Kiedy rozmawiamy o jego upodobaniach, dowiaduję się, że w młodości miał jeszcze jedną pasję – muzykę! Grał na saksofonie w orkiestrze tanecznej na Zaolziu, a po przeprowadzce do Prievidzy udzielał się w zespole, z którym pierwsze kroki stawiały takie gwiazdy, jak Marcela Lajferová, czy Eleonora Blahová. Choć większość swojego życia przeżył w Czechosłowacji, czuje się Polakiem, a Polskę zna bardzo dobrze – głównie z lotu ptaka. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Autorka składa podziękowanie panu Zbigniewowi Podleśnemu za kontakt z bohaterem artykułu. 17


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 18

Agnieszka

Chyliƒska „Kocham śpiewać“ - tę deklarację często słyszy się z ust Agnieszki Chylińskiej, która kiedyś chciała pisać książki, malować, ale nie miała do tego cierpliwości. Za to muzyką interesowała się od dzieciństwa. W jej domu było dużo muzyki rockowej, później zaczęła się interesować muzyką swojego brata i siłą rzeczy sięgała po płyty takich ze-

F

aktem jest, że większość z nas lubi używać wyrazów modnych i obcych, bo odnosimy wówczas wrażenie, że w ten sposób możemy wydać się mądrzejsi i zaimponować otoczeniu. Jeśli jednak tych obcych leksemów używamy, ale w niewłaściwym znaczeniu, to efekt może być wręcz odwrotny. Do wyrazów, których znaczenia Polacy chyba dobrze nie znają, ale których często używają, należy „oportunista”. Dwa lata temu w wypowiedzi jednego ze znanych polityków (dziś poza Sejmem), dotyczącej pewnego dziennikarza, dość krytycznego wobec ugru18

społów, jak „Iron Maiden”, „Motley Crew“, „Led Zeppelin“ czy „Deep Parple“. Rodzice bardzo chcieli, by studiowała filologię romańską. Kiedy ogłoszono konkurs piosenki francuskiej w Starogardzie Gdańskim, zgłosiła się i zajęła trzecie miejsce. Wówczas na jej talent zwrócił uwagę jeden z liderów zespołu „Kombi” Grzegorz Skawiński. Rodzice zgodzili się na współpracę córki z muzykiem. Kiedy debiutowała w szkole średniej, mając zaledwie 18 lat, siłą rzeczy szukała zrozumienia w oczach ludzi podobnych do niej. Często bywała zagubiona, ale starała się udowodnić, że na scenie nie znalazła się przypadkowo, że stale ma coś do powiedzenia. Ze szkolnej ławy trafiła prosto do profesjonalnego zespołu „O.N.A.”, z którym wystąpiła po raz pierwszy na festiwalu w Opolu. Debiutancka płyta zespołu „Modlishka” znalazła się w czołówce polskich list przebojów. Kolejnym sukcesem okazał sie album „Bzzzzz “. W tym czasie grupa otrzymała aż dwie statuetki Fryderyków: jako najlepszy zespół i za najlepszy album roku 1996. W następnych latach wyszły kolejne płyty „T.R.I.P“, „Mrok“ oraz DVD „Wszystko, co my“.

W 2002 roku Agnieszka została uhonorowana Paszportem Polityki i postanowiła założyć własny zespół „Chylińska”, z którym wydała płytę „Winna“. Często uważana jest za skandalistkę, choć sama postrzega siebie inaczej. Jest co prawda szalona, impulsywna, ale też i wrażliwa. Po pięciu latach przerwy nie chce powracać do imagu dawnej 18-letniej dziewczyny z czasów zespołu O.N.A. Zmieniła się, co innego jej w duszy gra. Superdama polskiego rocka występuje obecnie jako jurorka w programie TVN „Mam talent“. W dalszym ciągu pisze teksty o życiu niełatwym, zagmatwanym. Wydała kolejną płytę, zatytułowaną „Modern rocki”, którą promowała piosenka „Nie mogę zapomnieć“ wraz z nową, inną Chylińską. Na tej płycie fani nie znajdą co prawda rockowej Agnieszki, ale, jak ona sama mówi: „To, że nagrałam taką, a nie inną płytę, nie jest sygnałem, że od dzisiaj będę nagrywać pop. To informacja, że od dziś mogę nagrać wszystko, na co mam ochotę.“ Twierdzi, że trzeba robić, co się lubi, zmieniać się i iść do przodu, nawet wbrew tym, którzy mówią, co jest trendy, a co nie. URSZULA SZABADOS

Spolegliwy oportunista powania politycznego, reprezentowanego przez tego pierwszego, można było usłyszeć: „Zawsze politycznie był naszym oportunistą”. A że prowadzący wywiad dziennikarz chyba też nie pałał miłością do owego polityka, więc zapytał: „Jak pan rozumie to słowo?”. „W sensie nienegatywnym” - tłumaczył tamten. Cóż… chciałoby się krzyknąć za Cyceronem: „o tempora, o mores!”, ale po co? Jasne się stało, że polityk nie miał pojęcia, co użyty przez nie-

go wyraz znaczy naprawdę. Nie on jeden zresztą. Jakoś dziwnie „oportunista” kojarzy się Polakom ze swojskim „oporem” i łączą go właśnie z tym znaczeniem. Okazało się, że np. „oportunista” odbierany jest pozytywnie, albowiem kojarzony jest z człowiekiem nieprzejednanym, nie zmieniającym poglądów. W związku z tym nawet gen. Jaruzelski, który kiedyś sam o sobie powiedział: „Byłem oportunistą”, zyskał uznanie wielu osób, które my-

ślały, że był przeciw. A przecież wyraz ten ma znaczenie dokładnie odwrotne. Jak podaje Uniwersalny słownik języka polskiego (red. S. Dubisz, PWN, wersja multimedialna) to ‘człowiek bez stałych zasad, przystosowujący się do okoliczności dla osiągnięcia osobistych korzyści’ (łac. opportunus = ‘wiatr wiejący w kierunku portu; przychylny; wygodny’) i nic nie wskazuje na to, by znaczenie tego leksemu uległo zmianie czy rozszerzeniu. W ciągu ostatnich kilku lat zmieniło się natomiast znaczenie drugiego leksemu, użytego w tytule tegoż artykułu. Pierwotnie przyMONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 19

Niewidzialny autor

W

poprzednim numerze „Monitora” informowaliśmy o sukcesie najnowszego filmu Romana Polańskiego (reżyseria, scenariusz wraz z Richardem Harrisem, na podstawie jego powieści) „Autora Widmo” (The Ghost Writer), który w Berlinie uzyskał nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia. Od ponad miesiąca film ten cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem polskich widzów i nie schodzi z ekranów kin. Już pierwsze sceny budują napięcie – na promie widzimy opuszczony samochód terenowy, który zabiera policja; później dowiadujemy się, że należał on do Michaela McAry’ego – pisarza biografii byłego premiera Wielkiej Brytanii Adama Langa. W rolę intrygującego premiera z zawiłą przeszłością wcielił się jeden z najprzystojniejszych aktorów średniego wieku Pierce Brosnan. Widzowi wydaje się, że prowadzony jest za rękę, ale cały czas nie wie, kto stoi za zabójstwem McAry’ego. Każda z przewijających się postaci wydaję się podejrzana i każda zaskakuje, bowiem, gdy już jesteśmy pewni, że to

miotnikiem „spolegliwy” określano osobę, ‘na której można polegać, na którą można liczyć, godną zaufania; pewną’. Wyraz ten został poniekąd spopularyzowany przez wybitnego filozofa Tadeusza Kotarbińskiego, który w pracach na temat teorii skutecznego działania (m.in. w „Traktacie o dobrej robocie”) kreślił ideał etyczny „opiekuna spolegliwego”. Pochodzenie tego wyrazu łączy się bądź z kalką niemiecką zuverlässig lub z czeskim spolehlivý. Prawidłowe znaczenie tego wyrazu jest też zapewne znane osobom, znającym język słowacki, bo przecież po słowacku KWIECIEŃ 2010

właśnie ona jest mordercą, okazuje się, że jednak nie. Podczas śledztwa poznajemy tytułowego „ghostwritera”, mającego dokończyć biografię (świetna rola Ewana McGregora), który za olbrzymie honorarium zrzeka się swoich praw autorskich. Pisząc książkę, prowadzi szczegółowe rozmowy z premierem, przypadkowo odnajduje zdjęcia i informacje swojego poprze-

spoľahlivý, to nic innego tylko taki, na ktorý sa dá spoľahnúť. Współcześni Polacy coraz częściej spolegliwość łączą jednak z uległością i kompromisem, co często nadaje temu wyrazowi trochę negatywnego zabarwienia. Jeszcze Wielki słownik poprawnej polszczyzny PWN (red. Andrzej Markowski, Warszawa 2004) przestrzega przed używaniem omawianego przymiotnika w znaczeniu ‘uległy, pokorny’, ale inne słowniki, w tym wyżej wspomniany Uniwersalny słownik języka polskiego, odnotowują już jego podwójne, choć w rzeczy samej przeciwstawne znaczenie.

dnika i coraz bardziej angażuje się w sprawy związane z przeszłością Langa. Kto stoi za śmiercią McAry’ego? Jak zakończy się szperanie „autora widma”? Jaka była przeszłość premiera Wielkiej Brytanii? Odpowiedzi na te pytania znajdą Państwo oczywiście w filmie. Nie zdradzę ani jego zakończenia, ani ciekawych rozwiązań, które często mają więcej niż jedno wytłumaczenie, bo niby dlaczego miałabym Państwa pozbawiać tylu emocji. Ale wszystkich tych, którzy lubią thrillery, zaskakujące rozwiązania, gwałtowne zwroty akcji, napięcie, filmy Polańskiego, aktorstwo Brosnana i/lub McGregora, europejskie kino, zachęcam do obejrzenia „Autora Widma”. MAGDALENA PIETZ

Rodzi się zatem pytanie: czy bycie spolegliwym to w czasach dzisiejszych wada czy zaleta? Czasami trudno bowiem stwierdzić, w którym znaczeniu „spolegliwość” została użyta. Kiedy były polski premier wypowiadał się o premierze obecnym, powiedział, iż jest on „spolegliwy wobec Niemiec”. Nie dam jednak konia z rzędem temu, kto odgadnie, które znaczenie zostało tu wykorzystane, bo wszyscy wiedzą, że panowie nie darzą się sympatią i że były premier raczej nie chwaliłby obecnego za „spolegliwość” w znaczeniu pierwotnym. Podany przeze mnie wy-

żej przykład pokazuje, co wart jest głos ludu w sprawach językowych – większość ma zawsze rację, przynajmniej w wielu przypadkach. I niech się buntują niektórzy, że to bez sensu, by jeden wyraz miał dwa prawie przeciwstawne znaczenia, ale… kto wie, czy już niedługo i z „oportunistą” nie będzie podobnie. Na pewno jednak nie stanie się to przed tegorocznymi Świętami Wielkanocnymi, z okazji których życzę Państwu spolegliwych (w tym pierwszym znaczeniu) przyjaciół i wiosny w sercu. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 19


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 20

Uprowadzenie przywódców Polski podziemnej „...w wyniku przegranej bitwy warszawskiej w szeregach Armii Krajowej na prowincji wystąpiły poważne objawy rozprężenia. Powstały również nowe nastroje społeczeństwa i nowa rzeczywistość, z którą należy się liczyć”. Tak w liście z dnia 9 grudnia 1944 roku, adresowanym do prezydenta RP Władysława Raczkiewicza, sytuację w Polsce po powstaniu warszawskim oceniał gen. Leopold Okulicki, którego Bór-Komorowski, jeszcze zanim się dostał do niewoli niemieckiej, mianował dowódcą Armii Krajowej. Ta nowa rzeczywistość to także zmęczenie wojną, a także dążenie do normalności, w której na terenach Polski lubelskiej dla robotników, nauczycieli, lekarzy, inżynierów, prawników czy księży najważniejsze było uruchomienie szkół, fabryk, komunikacji, szpitali czy kościołów i w tym zakresie większość z nich była gotowa współpracować z każdą władzą. Ta nowa rzeczywistość to także przekształcenie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w popierany przez Moskwę Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej, umacnianie się między Bugiem i Wisłą sił komunistycznych, których celem było nie tylko budowanie nowych instytucji i przeciąganie na swoją stronę tych warstw społecznych, którym bliska była idea rewolucji społecznej, ale przede wszystkim destrukcja polskich struktur podziemnych. Proces umacniania się rządów komunistycznych przebiegał w obecności wielotysięcznej armii radzieckiej. Na terenie Polski lubelskiej działał również radziecki kontrwywiad gen. Sierowa, jak i specjalna, jedenastotysięczna jednostka NKWD, która do stycznia 1945 roku uwięziła ponad 60 tysięcy osób, w tym także żołnierzy AK, zatrzymanych w związku z zakończeniem akcji „Burza”. Znaczna ich część została zesłana w głąb ZSRR, wielu zamordowano na miejscu. Według danych NKWD w lecie 1945 roku w obozach na terenie ZSRR znajdowało się ponad dwadzieścia tysięcy interno20

wanych żołnierzy Armii Krajowej (dane liczbowe za: Paczkowski A., Pół wieku dziejów Polski (1939-1989), PWN Warszawa 1996). Działał też aparat polskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Na podstawie wydanych w sierpniu i październiku dekretów wyrok śmierci groził za przynależność do organizacji zbrojnej, przechowywanie broni, sabotaż, dywersję, atakowanie żołnierzy radzieckich, a także za przynależność do jakiejkolwiek innej organizacji podziemnej czy przechowywanie aparatu radiowego. W kategorii „zdrajców narodu” obok kolaborantów niemieckich znaleźli się żołnierze Armii Krajowej i członkowie Delegatury Rządu RP na Kraj. Jednym z pierwszych rozkazów gen. Leopolda Okulickiego po klęsce powstania warszawskiego było zakończenie 26 października 1944 roku akcji „Burza” i polecenie oddziałom Armii Krajowej, by walkę z Niemcami ograniczyć do dywersji i obrony ludności. W połowie stycznia 1945 roku ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej i w ciągu kilkunastu dni Niemcy zostali wyparci poza granice Polski z 1938 roku. W tej sytuacji gen. L. Okulicki 19 stycznia 1945 roku wydał swój ostatni rozkaz, rozwiązujący Armię Krajową. Rozformowanie struktur organizacyjnych Amii Krajowej wymagało czasu, tym bardziej, że dokonywało się w warunkach represjonowania i ścigania żołnierzy podziemia przez NKWD i polski aparat bezpieczeństwa. Rozwiązując Armię Krajową, gen. Okulicki zachował ściśle zakonspirowaną jej niewielką organizację kadrową „NIE” („Niepodległość”). Gdy w lutym 1945 roku do publicznej wiadomości podano decyzje, podjęte przez Wielką Trójkę na konfe-

rencji jałtańskiej (4-11.02.1945), społeczeństwo polskie przeżyło szok. Jałta stała się symbolem zdrady Polski przez jej dotychczasowych zachodnich sojuszników. Rząd RP w Londynie oraz władze Polskiego Państwa Podziemnego musiały sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w związku z postanowieniami jałtańskimi istnieją jeszcze jakiekolwiek szanse obrony polskich interesów. Takich szans nie dostrzeżono, dlatego już 13 lutego władze w Londynie oświadczyły, „że decyzje konferencji Trzech, dotyczące Polski, nie mogą być uznane przez Rząd Polski i nie mogą obowiązywać Narodu Polskiego”. Tym samym zrezygnowano z wpływu na dalszy bieg wydarzeń nad Wisłą. Z kolei w kraju Rada Jedności Narodowej, pełniąca rolę podziemnego parlamentu, protestując m.in. przeciwko postanowieniom w sprawie granicy wschodniej, w przyjętej 22 lutego po długiej dyskusji uchwale wygłosiła, że „zmuszona jest zastosować się” do postanowień jałtańskich w nadziei zachowania niepodległości Polski oraz ułożenia stosunków z ZSRR na zasadach obustronnej nieingerencji w sprawy wewnętrzne. Politycy Polski podziemnej w zapowiadanym na konferencji w Jałcie powołaniu nowego rządu z udziałem przedstawicieli środowisk niepodległościowych oraz w deklarowanym przeprowadzeniu wolnych wyborów widzieli możliwość ratowania niepodległości Polski. Uzyskanie wpływu na tworzenie tego rządu i udziału w przygotowaniu wyborów byłoby jednak możliwe tylko wtedy, gdyby poprzedzało je wyjście przedstawicieli Polski podziemnej z konspiracji. Jeszcze zastanawiano się, jak to uczynić, by takie ujawnienie nie zostało potraktowane jako uznanie Rządu Tymczasowego, gdy nieoczekiwanie gen. Okulicki „Niedźwiadek” i delegat Rządu Jan Stanisław Jankowski MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 21

w pierwszych dniach marca otrzymali pod swymi zakonspirowanymi adresami listy, podpisane przez radzieckiego płk. Pimienowa, w których zapraszano ich na spotkanie z gen. Iwanowem, przedstawicielem dowództwa I Frontu Białoruskiego. Nie była to pierwsza tego rodzaju propozycja; już w lutym gen. Okulicki otrzymał podobną, choć sformułowaną dość mgliście. Wówczas jednak Rada Jedności Narodowej jednomyślnie odradziła mu pójście na takie spotkanie. Tym razem spotkanie zaaprobowała. Fakt, że listy dotarły do adresatów, oznaczał, z czego zdawali sobie oni sprawę, że zostali rozpracowani przez NKWD. Nie wiedzieli nato-

gen. Leopold Okulicki

Jan Stanisław Jankowski

miast, że pod nazwiskiem Iwanow kryje się Iwan Sierow, szef radzieckiego kontrwywiadu, okrutnego Smerszu. O otrzymanej propozycji Jankowski zawiadomił Londyn, który zaakceptował podjęcie rozmów z przedstawicielem strony radzieckiej, a tym samym ujawnienie się przedstawicieli Polskiego Państwa Podziemnego. Generałowi Okulickiemu, mającemu już wcześniejsze doświadczenia z radzieckim aparatem represji (jako komendant AK terenów wschodnich był więziony w Moskwie od stycznia do sierpnia 1941 roku), nie spieszno było do spotkania, mimo że płk Pimienow we wspomnianym liście pisał, iż „/.../ jako oficer Armii Czerwonej, któremu przypada w udziale tak ważna misja, daję Panu pełną gwarancję, że od chwili, kiedy Pana los będzie zależny ode mnie (od przyjazdu do nas), będzie Pan całkowicie bezpieczny”. KWIECIEŃ 2010

Z Pimienowem pierwszy spotkał się delegat Rządu RP na Kraj Jan Stanisław Jankowski. Stało się to 17 marca w Pruszkowie, w willi, gdzie kwaterował sowiecki generał. Podczas spotkania jego gospodarz został poinformowany, że wchodzące w skład Rady Jedności Narodowej stronnictwa chcą rozpocząć jawną działalność i że byłoby wskazane spotkanie gen. Iwanowa z całą „egzekutywą Rady”. Jankowski zwrócił się do Pimienowa również z prośbą o umożliwienie wysłania delegacji polskiego podziemia do Londynu w celu porozumienia się z rządem i Mikołajczykiem. Pimienow okazał się świetnym rozmówcą, z życzliwością odnoszą-

Kazimierz Pużak

cym się do przedstawianych spraw i obiecał m.in. zorganizowanie wyjazdu polskiej delegacji do Londynu. W równie dobrej atmosferze przebiegały spotkania z przedstawicielami partii politycznych, które Pimienow odbył w następnych dniach. To na jego prośbę wypełnili oni szczegółowe ankiety, dotyczące reprezentowanych przez siebie partii. Na ponownym spotkaniu z Pimienowem, które odbyło się 21 marca, Jankowski dowiedział się, iż gen. Iwanow przyleci w najbliższych dniach i zamierza, być może w obecności marszałka Georgija Żukowa, spotkać się z przedstawicielami Rady Jedności Narodowej. Zaraz po tym spotkaniu 12 polskich polityków miało polecieć radzieckim samolotem do Londynu. Spotkanie zaplanowano na 28 marca. W przeddzień Pimienow zaprosił na bardziej kameralne spotka-

nie Jankowskiego, Okulickiego oraz Kazimierza Pużaka, przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Kiedy Okulicki, Jankowski i Pużak 27 marca przybyli do wspomnianej już willi w Pruszkowie, Pimienow przyjął ich obiadem. Później goście zostali przewiezieni na Pragę, gdzie miał ich oczekiwać gen. Iwanow. Najpierw poinformowano ich, że rozmowy odbędą się nazajutrz, a rano oświadczono, że zostali zaproszeni do Moskwy i że czeka na nich samolot. Polecieli… Z moskiewskiego lotniska trafili prosto do więzienia na Łubiance. Przywódców podziemia, zaproszonych na 28 marca, spotkał podobny los. Gdy do pruszkowskiej willi przybyli reprezentujący Stronnictwo Ludowe: Kazimierz Bagiński, Adam Bień, Stanisław Mierzwa, Stronnictwo Narodowe: Stanisław Jasiukowicz, Kazimierz Kobylański i Zbigniew Stypułkowski, Stronnictwo Pracy: Józef Chaciński i Stanisław Urbański, Zjednoczenie Demokratyczne: Eugeniusz Czarnowski i Stanisław Michałowski, przedstawiciel Polskiej Partii Socjalistycznej Antoni Pająk oraz tłumacz Józef StemlerDąbski z Departamentu Informacji i Prasy Delegatury, przewieziono ich na nocleg do podwarszawskich Włoch. Rano zaś poinformowano, że marszałek Żukow oczekuje ich w Poznaniu. W samolocie, którym mieli tam dotrzeć, czekał na nich wcześniej aresztowany Aleksander Zwierzyński ze Stronnictwa Narodowego. Polecieli. Lądowali awaryjnie nie w Poznaniu, ale na podmoskiewskich polach, skąd pociągiem zostali przewiezini do Moskwy, a potem na Łubiankę. Na kilka miesięcy słuch o nich zaginął. Wiadomość o porwaniu przywódców Polski podziemnej przekazał do Londynu szef Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu Stefan Korboński ze Stronnictwa Ludowego. Tam ambasador Edward Raczyński złożył w brytyjskim Foreing Office notę, wzywającą do interwencji. Podobnie postąpił ambasador Polski w Waszyngtonie Jan Ciechanowski. Ambasadorzy Wielkiej 21


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 22

Brytanii i USA, którzy interweniowali w Moskwie, otrzymali odpowiedź, że porwanie to wymysł Polaków. Dopiero 4 maja Stalin poinformował Churchilla o tym, że Polacy znajdują się w moskiewskim więzieniu. Dwa dni później agencja TASS wydała komunikat o uwięzieniu szesnastu polskich działaczy i oznajmiła, że staną oni przed radzieckim sądem za działalność dywersyjną na tyłach Amii Czerwonej. Po niemal trzech miesiącach intensywnych przesłuchań 18 czerwca 1945 roku przywódcy Polski podziemnej stanęli przed radzieckim sądem wojskowym. Pokazowy proces, który przeszedł do historii jako „proces szesnastu”, trwał cztery dni i odbył się w Sali Kolumnowej moskiewskiego Domu Związków Zawodowych, w tej samej sali, w której wcześniej sądzono Rykowa, Bucharina, Kamieniewa czy Tuchaczewskiego. Sądowi przewodniczył gen. Wasilij Ulrich, przewodniczący Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSRR. W składzie sędziowskim zasiedli gen. mjr Nikołaj Afanasjew, generalny prokurator wojskowy ZSRR, i Roman Rudenko, który później reprezentował ZSRR w procesie no-

rymberskim. Przed siedzącymi na podium oskarżonymi stali strażnicy, trzymający w rękach karabiny z nastawionymi bagnetami, a na sali byli obecni m.in. przedstawiciele amba- Proces szesnastu sad amerykańskiej i brytyjskiej oraz dziennikarze. Za podstawę aresztowania władze radzieckie uznały porozumienie z polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego z dnia 26.07.1944 roku, poddającym jurysdykcji wodza naczelnego armii radzieckiej strefę działań wojennych na ziemiach polskich w momencie uwalniania tych terenów spod okupacji niemieckiej. Polacy byli oskarżeni na podstawie artykułu 58. kodeksu karnego ZSRR, mówiącego o działalności kontrrewolucyjnej. Artykuł ten przewidywał kary od czterech miesięcy po karę śmierci. Oskarżonym zarzucono prowadzenie przeciwko Armii Czerwonej akcji wywiadowczo-szpiegowskiej i wywrotowej początkowo poprzez działalność „nielegalnej organizacji AK, współdziałającej z Niemcami”, a następnie organizacji „Niepodległość”, a także pomoc „nielegalnej tzw. Rady Jedności Narodowej”.

Kryminał i sensacja

K

ryminał i sensacja mają grono swych stałych czytelników, którzy z przyzwyczajenia najchętniej sięgają do przekładów tej literatury z języków zachodnich. Tymczasem w ostatnim dziesięcioleciu na półkach księgarń pojawiło się szereg wartych uwagi powieści tego rodzaju autorstwa polskich pisarzy.

Nie zawiedzie się na pewno czytelnik, który sięgnie po powieść Tomasza Konatkowskiego Nie ma takiego miasta (W.A.B. Warszawa 2010). Z jej bohaterem, komisarzem warszawskiej policji Adamem Nowakiem przeżyje fascynującą przygodę śledczą, 22

a właściwie aż dwie przygody. Jedną w Londynie, gdzie wraz z przebywającym tam na miesięcznym stażu komisarzem nie tylko ma możliwość poznania problemów polskiej emigracji, ale także uczestniczy w śledztwie, mającym wyjaśnić śmierć młodego

Tak więc w akcie oskarżenia radziecki prokurator stwierdzał arbitralnie, że zarówno Armia Krajowa, jak i Rada Jedności Narodowej i Rada Ministrów na Kraj były nielegalne. Szczególnie perfidne było oskarżenie AK o współpracę z Niemcami i przygotowywanie wspólnego z Niemcami planu wystąpienia zbrojnego przeciwko ZSRR. W trakcie procesu w charakterze świadków oskarżenia przesłuchano niektórych wcześniej uwięzionych oficerów i żołnierzy AK i „NIE”. Ci, złamani długotrwałym śledztwem, recytowali to, czego od nich oczekiwano. Gdy gen. Okulicki poprosił o wezwanie wskazanych przez siebie świadków, okazało się, że gen. L. Bittnera, płk. Jana Kotowicza i płk. Władysława Filipkowskiego odesłano do odległych łagrów, a innych „nie wykryto na terenie ZSRR”, mimo iż przebywali w radzieckich obozach. Radzieccy obrońcy, których oskarżeni poznali dopiero na sali sądowej, w większości przyznawali się w ich imieniu do winy, zapewniając o skrusze i prosząc o wielkoduszność – tylko nie-

polskiego geja. I choć początkowo wydaje się, że morderstwo popełnione zostało z przyczyn rasowych, to szybko okazuje się, że ofiara mogła być zamieszana w handel narkotykami. Komisarz Nowak wraca do Warszawy i tu zajmuje się sprawą skatowanego Anglika. W tej sprawie pojawiają się nazwiska tych samych osób co w śledztwie londyńskim… Autor za pośrednictwem komisarza Nowaka wciąga nas w fascynujące szukanie odpowiedzi na pytanie, co łączy oba przypadki. Gorąco zachęcam też do przeczytania powieści Marcina Świetlickiego, Gai Grzegorzewskiej, Irka Gri-

na Orchidea (Wydawnictwo EMG, Kraków 2009). Zachęcam nie tylko z tego względu, że jest to pierwsza powieść kryminalna, napisana po wojnie przez trójkę autorów (duet pisarski już znamy – Czubaj i Krajewski), ale przede wszystkim ze względu na wybraną przez autorów ambitną formę literacką. Napisali oni bowiem pastisz powieści kryminalnej i to pastisz niezwykle udany. Tak więc obok uczestniczenia w wyjaśnianiu zagadki kobiety, powieszonej pod krakowskim mostem Dębnickim, na czytelnika Orchidei czekają fajerwerki tego najlepszego humoru, zapewniającego dobrą zabawę, co w tego roMONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 23

którzy z nich wnosili o uniewinnienie swych klientów. Generał Okulicki, wicepremier Jankowski i działacz obozu narodowego Stypułkowski bronili się sami. Ten ostatni odrzucił wszystkie oskarżenia i żądał uniewinnienia. Jankowski przyznał swą odpowiedzialność za zarzucane mu działania i nadzór nad organizacją „NIE” oraz posługiwanie się radiostacjami. Najdłuższe było przemówienie gen. Okulickiego, który, przyznając się do części zarzutów, np. do posługiwania się radiostacjami, wydania rozkazu ukrycia broni i sprzętu wojskowego, do kierowania organizacją „NIE” i prowadzenia wywiadu, stanowczo zaprzeczył zarzutowi o współpracy z Niemcami. Odpierając go, powiedział m.in.: „Najlepsi patrioci i demokraci brali udział w tej walce /.../ Oskarżenia o współpracę z Niemcami to /.../ pozbawienie honoru, to /.../ oskarżenie narodu polskiego o to, że brał udział w podziemnej walce”. Prokurator gen. N. Afanasjew w mowie oskarżycielskiej stwierdził m.in., że „proces podsumował zbrodniczą działalność reakcji polskiej, która walczyła w ciągu wielu lat przeciw Związkowi Radzieckiemu i zaprzedała interesy swego narodu”.

dzaju powieściach nie często bywa. Trzecia powieść, na którą warto zarezerwować sobie wolny weekend, to Krzysztofa Kotowskiego Niepamięć (Cat Book, Warszawa 2009). Kotowskiemu w Niepamięci udało się połączyć w jedną całość elementy powieści kryminalnej, fantastycznej, szpiegowskiej i... rozliczenio-

KWIECIEŃ 2010

W dniu 21 czerwca ogłoszono wyrok: gen. Okulicki został skazany na 10 lat więzienia, Jankowski na 8, Bień i Jasiukiewicz na 5, Pużak otrzymał 1,5 roku, Bagiński 1 rok, Zwierzyński 8 miesięcy, Czarnowski 6 miesięcy, Mierzwa, Stypułkowski, Chaciński i Urbański dostali po 4 miesiące z zaliczeniem aresztu, Michałowskiego, Kobylańskiego i Stemlera-Dąbskiego uniewinniono. Trzech skazanych zmarło w więzieniu. Pierwszy z nich gen. L. Okulicki zmarł 24 grudnia 1946 roku w moskiewskich Butyrkach (istnieje też relacja, że został zamordowany), o czym Moskwa poinformowała Międzynarodowy Czerwony Krzyż w 1956 roku. Na dwa tygodnie przed końcem odbywania kary, 13 marca 1953 r., zmarł w ciężkim więzieniu we Władymirze nad Klaźmą J. S. Jankowski. Stanisław Jasiukowicz zaś zmarł 22 października 1946 w szpitalu więziennym w Butyrkach. Skazany na 5 lat w osobnym tajnym procesie Antoni Pajdak po odbyciu kary został zesłany na zawsze do Krasnojarskiego Kraju, ale dzięki staraniom córki powrócił do kraju w 1955 roku. Po procesie prasa radziecka pełna była zachwytów nad głębokim humanitaryzmem sowieckiego sądownictwa, zaś

wej. W rezultacie powstał dobry lekki utwór, w którym autor nie unika stawiania pytań ważnych. Akcja rozpoczyna się od zaginięcia starszej kobiety, po którym następują zaginięcia kolejnych osób, uwikłanych w śledztwo, prowadzone przez komisarza Skalferina. Sprawa jest skomplikowana, albowiem okazuje się, iż klucza do jej

brytyjski ambasador w Mokwie proces polskich przywódców ocenił pozytywnie, ponieważ„nikogo nie skazano na śmierć, oskarżeni mogli się bronić”. Z kolei brytyjski „Times” już 22 czerwca pisał: „/.../ wyrok nikogo nie powinien dziwić, kto śledził antyradziecką działalność rządu polskiego”. Podobne stanowisko zajęły inne gazety brytyjskie i amerykańskie. Stalin mógł się cieszyć – sprawdziło się jego przewidywanie, że przywódcy zachodni nie będą szukali prawdy. W tym czasie, gdy w Sali Kolumnowej sądzono przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, w innej moskiewskiej sali toczyły się w obecności Stalina rozmowy między przedstawicielami promoskiewskiego Rządu Tymczasowego Rzeczypospolitej Polskiej a niektórymi politykami emigracji polskiej w Londynie (wśród których był m.in. S. Mikołajczyk) i przedstawicielami krajowych, kompromisowych wobec komunistów środowisk politycznych. Tematem rozmów było uzyskanie porozumienia w sprawie utworzenia w Polsce deklarowanego w uchwałach jałtańskich rządu koalicyjnego. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

rozwiązania trzeba szukać w przeszłości. Ostatnią z książek polecanych w tej notatce jest powieść sensacyjna Andrzeja Ziemiańskiego Ucieczka z Festung Breslau (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009). Akcja tej powieści toczy się w 1945 roku, gdy dzisiejszy Wrocław był jeszcze twierdzą Breslau. W oblężonym

mieście w tajemniczych okolicznościach giną ludzie, przygotowujący wywóz cennych dzieł sztuki. Sprawą interesują się agenci różnych wywiadów, a śledztwo prowadzi oficer Abwehry, absolwent Oxfordu, pacyfista Dieter Schielke. Śledztwo to jest początkiem nieprawdopodobnych wydarzeń, spotkań i zbiegów okoliczności. W oblężonej twierdzy rozgrywa się akcja w gangsterskim stylu, nie mająca nic wspólnego z jej obroną. Lektura każdej z prezentowanych powieści może stać się całkiem skutecznym lekarstwem na wiosenne zmęczenie. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 23


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 24

Vancouver radości za nami

W

dniach 12 – 28 lutego 2010 roku przeżywaliśmy start naszej reprezentacji narodowej na XXI Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w kanadyjskim Vancouver. Zapowiadało się nieźle. Reprezentacja Polski jechała do Kanady pełna nadziei po świetnych występach w Pucharze Świata Justyny Kowalczyk i z medalowymi szansami Adama Małysza, którego forma rosła z dnia na dzień, oraz Tomaszem Sikorą, który miał sprawić niespodziankę. Najlepsze igrzyska zimowe w historii polskiego sportu już za nami, ale jak tu je opisać na „góra trzech stronach”? Cóż… Pani redaktor naczelna wymaga… W Vancouver polscy sportowcy zdobyli sześć medali, w tym jeden najcenniejszy – złoto Kowalczyk w biegu na 30 km. Po 38 latach od zdobycia złotego medalu przez Wojciecha Fortunę w Sapporo doczekaliśmy się drugiego zimowego mistrza olimpijskiego. Medale Kowalczyk nie były jednak niespodzianką, podobnie jak i medale Małysza, ale kilka miejsc blisko medalowej trójki podgrzewa nadzieję na przyszłość. Jednak największa grupa naszych reprezentantów – używając języka nieśmiertelnej grupy działaczy sportowych – „zbierała doświadczenia”. Poprzedni sezon 27-letnia Justyna Kowalczyk zakończyła na pierwszym miejscu w klasyfikacji Pucharu Świata (PŚ) w biegach kobiet. 24

W tym sezonie też jest pierwsza. Zdobyła tytuł najlepszego sportowca 2009 roku, a do Kanady poleciała jako liderka PŚ i zwyciężczyni prestiżowego cyklu Tour de Ski. Jej trener Aleksander Wierietielny mimo kolejnych zwycięstw powtarzał, że jego podopieczna… „nie jest jeszcze w najwyższej formie”. Zapewniał jednak, że „Justyna wstydu nam nie przyniesie”. Polka znalazła się pod olbrzymią presją oczekiwań, ale była dobrze przygotowana i wyposażona. Zabrała ze sobą ponad 80 par nart (!), z czego niemal aż 60 przeznaczona była do startów w czterech konkurencjach indywidualnych i sztafecie. Reszta posłużyła do testowania i dobierania odpowiednich smarów na trasy. W inauguracyjnym starcie na trasach w Whistler w biegu na 10 km techniką dowolną, mimo że była jedną z faworytek, zajęła jednak piąte miejsce. Agencja AFP uznała to za największą niespodziankę dnia! Naszej „królowej nart” do medalu zabrakło zaledwie 5,8 sekundy! Natychmiast pojawiły się obawy o jej kondycję, zdrowie i możliwości. Kowalczyk tłumaczyła zaś, że „to nie jej styl i nie jej dystans”. Drugi start i pierwszy

medal - srebro zdobyła w biegu sprinterskim techniką klasyczną na dystansie 1,4 km! Wyścig był pełen emocji, a walka o medalowe miejsca na ostatniej prostej przyprawiła widzów przynajmniej o palpitację. W Turynie w 2006 roku w tej konkurencji Polka zdobyła brąz, teraz srebro. Według CBOS 86% rodaków spodziewało się jednak złota. Następny był brązowy medal w biegu łączonym na 15 km (7,5 km techniką klasyczną i 7,5 km techniką dowolną). Oglądając ten występ Kowalczyk, znów można było dostać zawału. Po ostrej walce z norweską zawodniczką Kristiną Steirą długo nie było wiadomo, kto zajął trzecie miejsce. Najpierw na tablicy wyników pojawiło się nazwisko Norweżki, dopiero później podano, że brąz zdobyła jednak Polka. Najważniejsze jednak, że Kowalczyk zdobyła w końcu i złoto! Po pasjonującej walce w biegu na 30 km techniką klasyczną, która na trwałe weszła do historii polskiego sportu, minimalnie pokonała Norweżkę Marit Bjoergen i zdobyła upragnione mistrzostwo olimpijskie! Faktem jest, że na trasach w Whistler królowała Bjoergen – zdobyła 5 medali, w tym 3 złote, ale najbardziej prestiżową konkurencję biegową wygrała Polka! Do tego pokonała ona rywalkę w bezpośredniej walce. Kowalczk zyskała trzy medale! Więcej od niej na igrzyskach Vancouver zdobyły tylko cztery zawodniczki. Nasza reprezentantka została więc jedną z największych „multimedalistek” igrzysk. Na sukces kładły się cieniem napięcia poza trasami startowymi. Nieprzyjemnie było pomiędzy Kowalczyk a jej trenerem. Aleksander Wierietielny nie tylko nie pojawił się na ceremonii dekoracji swojej podopiecznej, ale potem nie chciał przyjąć od niej medalu w prezencie. Był nieuchwytny, nie rozmawiał z nikim, nawet z Kowalczyk zamienił zaledwie parę słów. Okazało się, że wcześniej się pokłócili. Nie po raz pierwszy. Napięcia pojawiały się również między zawodniczkami. Norweżka Bjoergen zarzuciła Polce, że ta nie umie przegrywać. Nasza reprezentantka zaś rzucaMONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 25

ła oskarżenia czy tylko sugerowała, że rywalki, a zwłaszcza Norweżki, stosują doping, ponieważ… większość zawodniczek leczy się na astmę i zażywa leki wspomagające płuca, co może wpływać na ich wydajność sportową. Kowalczyk podkreślała: „Z całej czołówki tylko ja nie jestem astmatyczką. Pójdę do lekarza i poproszę o zaświadczenie, że mam astmę”. Aby podnieść szanse medalowe zawodników, wyznaczano nawet konkretny dzień ich przybycia do Vancouver, by ich organizmy mogły się właściwie zaaklimatyzować. Małysz na igrzyskach pojawił się na pięć dni przed startem. Czy to właśnie pomogło? Skakał jak natchniony i nie pozostawił wątpliwości, że nadal należy do światowej czołówki. Orzeł z Wisły zdobył w Whistler dwa srebrne medale olimpijskie! Największa, bo jedenastoosobowa ekipa Polskiego Związku Narciarskiego, zdobyła zatem 5 medali! Tego piątego nie spodziewali się nawet najwięksi optymiści. Polskie panczenistki (szybka jazda na łyżwach) w składzie Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska wywalczyły olimpijski brąz w drużynowym wyścigu na dochodzenie. W konkurencjach indywidualnych spisywały się słabo, zaś drużynowo sprawiły największą niespodziankę. Przedostatniego dnia igrzysk stoczyły dwa porywające pojedynki. Najpierw w półfinale z Japonkami mogły zdobyć co najmniej srebro, ale przegrały o 0,19 sekundy! W wyścigu o trzecie miejsce początkowo ustępowały Amerykankom, ale jechały bardzo dobrze. Rywalki nie wytrzymały narzuconego przez siebie tempa i w końcówce przegrały. Zdobyty przez Polki brąz to pierwszy olimpijski medal naszych panczenów od pół wieku! Na igrzyskach w Squaw Valley w 1960 roku Elwira Seroczyńska była druga, a Helena Pilejczyk trzecia w wyścigu na 1500 metrów. Rozczarował 36-letni Tomasz Sikora, który na igrzyskach startował już po raz piąty. Na poprzednich zdobył swój pierwszy medal olimpijski – srebro w biegu masowym. Na drugiej KWIECIEŃ 2010

pozycji, najwyższej w karierze był w klasyfikacji generalnej PŚ w sezonie 2008/09. W tym sezonie zajmował 18. miejsce. W Vancouver walczył dzielnie, plasując się na miejscach w okolicy pierwszej dziesiątki, ale kiepsko szło mu strzelanie. Wiązano z nim nadzieje, choć niezbyt uzasadnione. W indywidualnym biegu na 20 km zajął siódme miejsce. Na mecie ocenił, że górę wzięły emocje. Tłumaczył się, że „przeszkadzał trochę wiatr. Na pierwszym strzelaniu wiał z prawej, na drugim z lewej. Trzeba było dużo myśleć przy tym”. Dalej też mu nie szło. W biegu na dochodzenie na 12,5 km zajął 18. lokatę. Działo się także trochę w środowisku biathlonowym. Pochodzący z Ukrainy trenerzy kadry Roman Bondaruk i Nadia Biłowa zapowiedzieli swoje odejście, a zawodnicy rywalizowali w nowych strojach z flagami czerwono-białymi. A inni polscy reprezentanci? Fatalnie zaprezentowali się snowboardziści. Klan Ligockich, czyli trójka rodzeństwa, zajmował miejsca bliżej końca stawki. Niespodziankę miała sprawić w snowboardowym halfpipe Paulina Ligocka, która udanie rozpoczęła rok, zajmując szóste miejsce w zawodach PŚ w Austrii. Na jej barkach spoczywało zadanie uratowania honoru polskiego snowboardu, który w igrzyskach w Vancouver poniósł jednak dotkliwą porażkę. Prezes PKOl Piotr Nurowski zapowiedział zmiany w finansowaniu tej dyscypliny. Nawet na krótką wzmiankę nie zasłużyli łyżwiarze figurowi. Za „plus” uznać należy ósme miejsce ambitnej saneczkarki Eweliny Staszulonek. Zdobycie medalu olimpijskiego to dla sportowców sukces, rekompensujący wieloletni trud i pracę, włożoną w przygotowania. Komitety olimpijskie, chcąc dodatkowo nagrodzić zawodników, a także zmotywować ich

do osiągania jak najlepszych wyników, przewidują premie uzależnione od koloru zdobytego przez nich krążka. Nasi medaliści mogli liczyć na 250 000 PLN za zdobycie złotego medalu, srebro gwarantowało 150 000 PLN, a brąz 100 000 PLN. Co istotne, takie same kwoty PKOl obiecał sztabom szkoleniowym i medycznym polskich reprezentantów, z zastrzeżeniem, że część premii ma trafić do kieszeni pierwszego trenera lub nauczyciela, który odkrył talent medalowego sportowca. Dla porównania – bułgarski medalista dostałby (Bułgarzy nie zdobyli żadnego medalu) premię w wysokości 200 000 BGN (410 000 PLN) za zdobycie złotego medalu, 170 000 BGN (348 500 PLN) za srebro i 140 000 BGN (287 000 PLN) za brąz. Szybko podliczono, że Justyna Kowalczyk, zdobywając trzy medale olimpijskie, w dwa tygodnie zarobiła 740 tys. zł, łącząc nagrody i premie. XXI Zimowe Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii. Były udane pod względem sportowym, zwłaszcza dla polskiej ekipy. Zdobyte przez naszych sześć medali – złoty, trzy srebrne i dwa brązowe – to niemal tyle, ile Polacy zyskali podczas wszystkich poprzednich startów. W klasyfikacji medalowej Polska zajęła 15. miejsce. To najlepszy rezultat w historii. Sukces ten, a właściwie przygotowania 47 startujących w igrzyskach pochłonęły kwotę 31 milionów złotych (więcej niż wydała Wielka Brytania na czteroletnie przygotowania swoich 52 uczestników). Z poprzednich igrzysk przywieźliśmy jeden medal srebrny, jeden brązowy i 20. miejsce w klasyfikacji. W klasyfikacji medalowej wszechczasów Polska jest na 25. miejscu. Kolejne zimowe igrzyska za cztery lata w rosyjskim Soczi. Czy będzie lepiej? Czas biegnie szybko. Może pojawi się nowa gwiazda? A przynajmniej niech by było tak samo jak w Vancouver! ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

25


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 26

Przegląd polskiej prasy ● Całe szczęście, że Państwo tego nie widzicie – to ulubione zdanie komentatorów sportowych idealnie pasuje do tego przeglądu prasy. Polska to smutny kraj. Tak przynajmniej przekonywały gazety. ● W „Dużym Formacie”, czyli czwartkowym dodatku do „Gazety Wyborczej” (11 marca 2010) Wojciech Staszewski opublikował reportaż „Szczury na kiju”. Kim są tytułowe szczury? Otóż to osoby, które pracują, ale oszukiwane są przez swych pracodawców, którzy nie zatrudniają ich na etatach. „Pracują jak w XIX wieku, bez zagwarantowanego urlopu, zwolnienia lekarskiego, nadgodzin, perspektyw emerytalnych i bez poczucia godności. Półtora miliona ludzi” – pisał Staszewski. „Teresa z Gdańska będzie musiała w nieskończoność studiować, żeby szef jej nie wyrzucił z pracy. Damiana ze skupu złomu szef właśnie wyrzucił, bo ciągle jęczał o etat. Marta z Krakowa jest zadowolona z pracy na zlecenia, ale na wypadek zwolnienia kseruje, co się da – wnioski o urlop, podpisane listy obecności, grafiki pracy. Bo najpierw jest upokorzenie, a na końcu zemsta” – tak żyje wielu Polaków. ● Problem ten nie dotyczy tylko bohaterów tekstu Wojciecha Staszewskiego. Joanna Rybus w łódzkiej „Gazecie Wyborczej” w tekście „Dyrekto: - Pokaż cycki. Aktorzy: - Mobbing” (12 marca 2010) opisała los aktorów teatru „Arlekin”: „Aktorzy są jedną z trzech grup zawodowych, obok portierów i bileterów, którzy pracują w Arlekinie na umowę o dzieło. Od 13 lat teatr nie odprowadza za nich składek 26

emerytalnych, artyści nie mają też zapewnionych podstawowych świadczeń socjalnych. Ich wynagrodzenie zależy od liczby spektakli i prób. Kiedy chorują, spektakl jest odwoływany – wtedy nie zarabia nikt z obsady. Proszę sobie wyobrazić, że z powodu choroby nie przychodzi pan do pracy, a pensji za ten dzień nie dostaje całe piętro – tłumaczyła wczoraj [prezydentowi] Sadzyńskiemu Ewa Mróz, aktorka teatru”. To nie wszystko, aktorzy zarzucają mobbing Waldemarowi Wolańskiemu, dyrektorowi teatru. „Wolański za każdym razem, gdy próbujemy z nim rozmawiać, odpowiada: Jak nie będziesz podskakiwać, to przedłużę Ci umowę, Pokaż cycki, to dostaniesz 50 złotych więcej”. Trauma aktorów może się niedługo skończyć. Ich miejsce najprawdopodobniej zajmą tegoroczni absolwenci Wydziału Aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej. ● Gdyby wykorzystani przez pracodawców Polacy chcieli osłodzić swój los i pójść obejrzeć w kinie polski film, znów spotka ich rozczarowanie. Przynajmniej tak uważa Tadeusz Sobolewski w swym felietonie, opublikowanym w „Kinie” (kwiecień 2010), a napisanym podczas festiwalu filmowego w Berlinie. „Tylko jeden z naszych filmów [„Las” w reżyserii Drzymały] ostatniego czasu mógłby konkurować ze zwycięzcami Berlina. On jeden zabiera widza w jakąś drogę. Inne – przy wszystkich walorach formalnych – zatrzymują się na odkryciu patologii i młodzieńczym odkryciu: tyle zła na świecie! Dla naszych filmowców człowiek jest nieprzeniknioną tajemnicą – inni usiłują ją zgnębić” - pisze Sobolewski. Coś mi mówi, że on chyba jest na etacie. ŁUKASZ GRZESICZAK

Towarzystwo Słowaków w P

W

poprzednim numerze „Monitora” pisaliśmy o tym, jak radzi sobie „lustrzane odbicie” Klubu Polskiego, jakim jest Towarzystwo Słowaków w Polsce. Dziś czas na kontynuację. Mniejszość słowacka w Polsce znajduje się w zupełnie odmiennej sytuacji, niż mniejszość polska na Słowacji. Inne jest jej pochodzenie, problemy, sytuacja materialna. Jednak w opinii działaczy słowackich z Małopolski, ten fakt wcale nie musi przeszkadzać we wzajemnym poznaniu i współpracy obu mniejszości. „Bardzo chętnie nawiążemy ściślejszą współpracę. Wiele nierozwiązanych spraw wspólnymi siłami możemy popchnąć do przodu” – deklaruje w rozmowie z „Monitorem” sekretarz generalny TSP Ludomir Molitoris. Według niego obie organizacje powinny wspólnie wystąpić do rządów Polski i Słowacji z wnioskiem o wypełnienie postanowień międzyrządowej umowy o mniejszościach narodowych. „Teraz jest tak, że w wielu sprawach dotyczących mniejszości Warszawa i Bratysława decydują niejako ponad głowami samych zainteresowanych. Dlatego proponuję, byśmy wspólnie wystąpili z wnioskiem o sfinansowanie ze środków, przeznaczonych na mniejszości narodowe, tego, czego nam najbardziej potrzeba. A konkretnie: siedziby dla Klubu Polskiego w centrum Bratysławy, w którym mieściłaby się również redakcja waszego miesięcznika, a także Domu Słowackiego, pełniącego również funkcję muzeum słowackiej kultury, na Orawie lub Spiszu” – tłumaczy Ludomir Molitoris. Zdaniem słowackich liderów jedną z największych bolączek, z jakimi spotyka się ich organizacja, są trudności w finansowaniu inwestycji infrastrukturalnych. O ile polskie ministerstwa kultury, edukacji czy spraw wewnętrznych i administracji udzielają dosyć chętnie dotacji na projekty miękkie, takie jak wydarzenia kulturalne czy wymiana młodzieży, to pozyskanie grantu na dokończenie budowy Domu Słowackiego na Spiszu jest bardzo trudne. „Władza nie powinna decydować za nas, co jest dla mniejszości najważniejsze” – mówią słowaccy działacze. Jak twierdzą, po dokończeniu budowy Domu MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 27

ów w Polsce zaprasza Klub Polski do współpracy Słowackiego ten obiekt będzie mógł częściowo na siebie zarobić dzięki wynajmowaniu pokoi gościnnych i w ten sposób pozyskiwać środki na imprezy kulturalne. „Potrafimy na siebie zarobić, jednak obecny system dotacji wspiera raczej przejadanie grantów, a nie wsparcie długofalowych inwestycji w infrastrukturę, która przez długie lata będzie służyć naszej społeczności. Sami tego systemu nie zmienimy, ale przy współpracy z Klubem Polskim nasz wspólny głos będzie lepiej słyszalny” – dodają działacze TSP. Sam Ludomir Molitoris twierdzi, że doskonale rozumie potrzeby Klubu Polskiego. „Powinniście mieć swoją siedzibę i być dzięki temu niezależni. My was w tej sprawie popieramy” – mówi sekretarz gene-

ralny TSP. Co ciekawe, pracownicy krakowskiego sekretariatu Towarzystwa Słowaków w Polsce są doskonale zorientowani w sprawach Klubu Polskiego dzięki lekturze „Monitora Polonijnego”, który jest dla słowackiej mniejszości źródłem wielu inspiracji. Kolejnym polem współpracy Towarzystwa Słowaków w Polsce i Klubu Polskiego może być wspólny lobbing na rzecz lepszych połączeń komunikacyjnych między naszymi krajami. O potrzebie zmian w tym zakresie nie trzeba chyba czytelników przekonywać – dość wspomnieć, że podróż pociągiem z Bratysławy do Krakowa zajmuje aż 9 godzin, a transgraniczne połączenia autobusowe można policzyć na palcach jednej ręki. „Tymi sprawami właściwie powinien zajmo-

Ludomir Molitoris wać się Euroregion Tatry, ale mamy wrażenie, że jego liderzy zajęci są czym innym” – mówi Ludomir Molitoris. Słowaccy liderzy sugerują, że obie mniejszościowe organizacje mogłyby połączyć wysiłki w lobbingu na rzecz zmiany tej sytuacji. Tym bardziej, że to, co władze Euroregionu „Tatry” uznają za niewykonalne (wsparcie transgranicznych linii autobusowych ze środków unijnych, przy współudziale Euroregionu), doskonale funkcjonuje na pograniczu słowackoaustriackim. Obie organizacje mogłyby też wspólnie wystąpić do władz Polski i Słowacji o odbudowę dwudziestokilometrowego odcinka linii kolejowej Nowy Targ – Trstena, co również przyczyniłoby się do likwidacji barier między naszymi krajami. JAKUB ŁOGINOW

Wakacyjny obóz językowo – krajoznawczy dla uczniów szkół polonijnych z krajów europejskich Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” Oddział w Krakowie zaprasza uczniów szkół polonijnych do udziału w wakacyjnym obozie językowo-krajoznawczym. Zapewniamy zajęcia językowe z lektorem, atrakcyjny program edukacyjny oraz spotkania z rówieśnikami polskiego pochodzenia z różnych krajów świata. Termin: od 1 do 14 sierpnia 2010 r. Program obozu: • zajęcia językowe z lektorem (5 godz. dziennie) • zwiedzanie wybranych muzeów i zabytków Krakowa • wycieczki edukacyjne m.in. Muzeum Auschwitz - Birkenau w Oświęcimiu, Dom Rodzinny Jana Pawła II w Wadowicach, Kopalnia Soli w Bochni • wycieczki krajoznawcze (Spływ Przełomem Dunajca lub Zakopane) • zajęcia rekreacyjno-sportowe, taneczne, basen (dwa razy w tygodniu) • ogniska, dyskoteki

Zakwaterowanie: Centrum Edukacyjne „Radosna Nowina” w Piekarach (10 km od Krakowa), obiekt strzeżony i monitorowany, zakwaterowanie w domkach, w pokojach trzy i czteroosobowych (wspólne łazienki), możliwość dodatkowego korzystania z basenu i siłowni. Strona internetowa ośrodka www.fund.pl/nowina Cena: 400 EURO

Świadczenia zawarte w cenie: noclegi, trzy posiłki dziennie (pierwszym posiłkiem w dniu przyjazdu jest obiadokolacja), opieka wykwalifikowanych wychowawców, opieka medyczna, zajęcia językowe z lektorem, wycieczki w ramach programu edukacyjno-kulturalnego, bilety wstępu do zwiedzanych obiektów. Warunki uczestnictwa w obozie: • młodzież polskiego pochodzenia uczęszczająca na zajęcia z języka polskiego • wiek od 14 do 17 lat • co najmniej podstawowa znajomość języka polskiego

Organizator: Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” Oddział w Krakowie, Rynek Główny 14, 31-008 Kraków, tel./faks 48 12 422 43 55 Koordynator zadania: Barbara Dudzik, e-mail: biuro@swp.krakow.pl, www.wspolnota-polska.krakow.pl KWIECIEŃ 2010

27


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 28

Redakcja „Monitora Polonijnego“ oferuje zakup roczników naszego pisma z lat 2005-2008, oprawionych w twarde okładki. Cena jednego tomu wynosi 15 euro plus koszty przesyłki (na terenie Słowacji to koszt 1 euro, do Czech – 5,50 euro, do pozostałych krajów UE – 6,90 euro). Zainteresowanych prosimy o zgłaszanie zamówień pod adresem e-mail:

monitorp@orangemail.sk bądź pod numerem telefonu: +421 907 139 041 ILOŚĆ EGZEMPLARZY OGRANICZONA!

SZANOWNI CZYTELNICY!

Polonia w Żylinie i Martinie Ponieważ już od ponad roku do naszej redakcji nie wpływają żadne informacje ani zaproszenia na przedsięwzięcia przygotowywane w Żylinie i Martinie, postanowiliśmy Państwu przybliżyć ofertę działającej tam organizacji „Polonus“, z którą można się zapoznać, zaglądając na jej stronę internetową www.plonus.sk Z niej dowiedzieliśmy się między innymi, że 24 kwietnia 2010 r. w Martinie odbędzie się spotkanie mniejszości narodowych oraz bal, a zainteresowani proszeni są o kontakt mailowy z Ireną Zachar (pirin@nextra.sk) lub pod adresem: ozpolonus@gmail.com. Na stronie „Polonusa” widnieje też informacja, że od 30 kwietnia do 2 maja 2010 r. w Strečnie ma się odbyć Zlot Polonii i Dzień Polskiej Flagi. Organizatorzy proszą zainteresowanych o kontakt pod adresem: ozpolonus@gmail.com w celu zamówienia miejsc noclegowych. red

K W I E C I E Ń

W

Na imprezy, organizowane przez Klub Polski, jego członkinie przygotowują wyśmienite smakołyki. Często pytacie Państwo nas, jak przygotować te smaczne wypieki czy inne dania, dlatego od nowego roku w rubryce „Piekarnik“ prezentujemy te przepisy, które cieszyły się największym zainteresowaniem Państwa. Prosimy więc Czytelników o przysyłanie pod adresem e-mail redakcji (monitorp@orangemail.sk) przepisów na ulubione dania i potrawy.

I N S T Y T U C I E

➨ WYSTAWA PLAKATÓW FILMOWYCH ➨ SZKŁO POLSKIE I SŁOWACKIE Do 9 kwietnia 2010, Bratysława, Instytut Polski, 12 kwietnia – 9 maja, Nám. SNP 27 • Wystawa, towarzysząca projekcji Bratysława, Galeria NOVA, filmów w ramach festiwalu „Febiofest 2010”, Baštová 2 • Wystawa szkła prezentująca wybór najlepszych czeskich i słowackich artystycznego Agnieszki plakatów filmu polskiego z lat 1950-1990. Leśniak i Patrika Illa (SK). KONCERTY W RAMACH FESTIWALU BRATYSŁAWSKA GITARA KAMERALNA ➨ FOTOGRAFIE ELŻBIETY WASZCZUK ➨ Koncert Hommage a Chopin Marka Długosza 7 kwietnia, godz. 19.00, Bratysława, CC Centrum, 13 kwietnia – 6 maja, Jiráskova 3 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 ➨ Koncert Łukasza Kuropaczewskiego 9 kwietnia, godz. 19.00, Bratysława, Zrkadlová sieň Wystawa fotografii Elżbiety Primaciálneho paláca Waszczuk 28

UWAG A!!! Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2010 wynosą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorp@orangemail.sk lub nr tel. 0907 139 041. UWAGA CZYTELNICY! Na konto „Monitora“ wpłynęło kilka niezidentyfikowanych wpłat za prenumeratę naszego pisma. Nie wiemy od kogo one pochodzą, bowiem nie zostały opatrzone żadną adnotacją. Osoby, które takich wpłat dokonały, prosimy o kontakt z redakcją w celu uzupełnienia niezbędnych danych.

P O L S K I M

FESTIWAL WIOSNA CHOPIN, Kwiecień 2010, Bratysława ➨ Wieczór Pleyela • 26 kwietnia, ➨ PIEŚNI CHOPINA Bratysława, Primaciálny palác 27 kwietnia, Bratysława, Pálffyho Koncert kompozycji palác • Koncert pieśni i mazurków muzycznych Johanna Chopina w interpretacji artystów Nepomuka Hummela, Johna z Polski i Francji Fielda i Fryderyka Chopina na ➨ NOC Z CHOPINEM zrekonstruowanym fortepianie 30 kwietnia, godz. 17.00, Bratysława, Pleyel z roku 1843. • Primaciálny palác • Fortepianowy W koncercie wystąpią m.in. maraton – koncerty pianistów węgierski wirtuoz fortepianu z Polski, Węgier, Francji i Słowacji Alex Szilasi i japońska W programie Chopinowe preludia, pianistka Aya Okuyama. etiudy, walczyki i ballady MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 29

Uwaga Czytelnicy!

WÊród naszych prenumeratorów zostanie rozlosowana nagroda

LOT SZYBOWCEM za sterami którego zasiàdzie nasz rodak Tadeusz Wala. Wyniki losowania zostanà opublikowane w numerze czerwcowym. Tych, którzy jeszcze nie dokonali wp∏aty, prosimy o uiszczenie nale˝noÊci za prenumerat´ naszego pisma do koƒca kwietnia. Egzemplarze majowego wydania „Monitora“ b´dà opatrzone specjalnymi numerami.

Redakcja Monitora Polonijnego poszukuje osób z Żyliny i Martina chętnych do współpracy z redakcją, które pełniłyby funkcję korespondentów z tego regionu. Kontakt z redakcją: monitorp@orangemail.sk, telefon: 031/5602891

KONKURS NA TEKST HYMNU POLONII Około 20 mln naszych rodaków mieszka poza granicami Polski. Są pewne ideały, wartości wspólne dla Polonii na całym świecie. Postanowiliśmy więc ogłosić konkurs na tekst hymnu Polonii, tekst oddający poczucie wspólnoty i solidarności, zawierający elementy patriotyczne. Celem stworzenia współczesnego hymnu Polonii jest idea integracji Polonii, wzrostu jej poczucia świadomości narodowej, mimo życia poza granicami Polski. Muzykę do hymnu Polonii skomponuje Jan Wojdak z zespołu „Wawele“. Tekst powinien składać się ze zwrotek i refrenu. Termin nadsyłania tekstów upływa 2 maja 2010 r., w Dzień Polonii i Polaków za Granicą. Teksty prosimy nadsyłać na adres: e - mail: redakcja@polonika.at, faks: +43 1/292 34 81 lub listownie: Redakcja Polonika, Rennweg 9/1, A-1030 Wien. Najlepszy tekst zostanie wybrany przez komisję konkursową w składzie: Ewa Lipska, poetka • Anna Wyszkoni z zespołu „Łzy“ • Felicjan Andrzejczak, wokalista zespołu „Budka Suflera“ • Jacek Cygan, autor tekstów piosenek, poeta • Grzegorz Stróźniak z zespołu „Lombard“ • przedstawiciele redakcji „Poloniki“: Sławomir Iwanowski, Mariusz Michalski Wspólnota Polaków w Górnej Austrii pragnie zaprosić Klub Polski ze Słowacji na II Zlot i Igrzyska Polonijne Górnej Austrii, które odbędą się w Linzu 12 czerwca 2010 roku. Uroczyste otwarcie imprezy nastąpi o godz. 14.30, a rozpocznie się wręczeniem Pucharu Górnej Austrii zwycięzcom II Turnieju Piłkarskiego oraz dekoracją medalistów igrzysk z różnych dyscyplin sportowych. W części kulturalnej festynu nad Dunajem grać będzie zespół muzyczny z Wiednia oraz kapela góralska z Gilowic. W czasie zlotu jego uczestnikom i gościom będą serwowane potrawy z grilla. W programie uwzględniono również wybór polonijnej Miss Lata 2010. Na zakończenie odbędzie się zabawa taneczna. Jeżeli dysponują Państwo swoją drużyną piłkarską, to zapraszamy do wzięcia udziału w turnieju. Więcej informacji znajdą Państwo na naszej stronie internetowej: www.poloniaoberoesterreich.com KWIECIEŃ 2010

Na emigracji

M

ój powód wyjazdu na emigrację był chyba trochę nietypowy. Nikt mnie nie prześladował. Biznes pomocy szkolnych do spółki z kolegą funkcjonował lepiej niż dobrze. Kupiliśmy w dwie rodziny 110-hektarowy folwark od PGR-u na Warmii, mieliśmy samochody, konie i inne zwierzaki. Czemu więc wyjechałem? Główne powody były dwa: nic nie można było zrobić normalnie, wszystko trzeba było „załatwić”, ale, mimo że było to frustrujące, można sobie było poradzić. Drugi powód pojawił się po mojej trzymiesięcznej wizycie u siostry w Kanadzie w 1980 roku. Zawsze kochałem przestrzeń i nagle zobaczyłem ją niezmierzoną i wolną. Zapragnąłem tam żyć. Po powrocie w ambasadzie kanadyjskiej złożyliśmy papiery na emigrację. Był to rok 1981. W grudniu wprowadzono stan wojenny, a nasze papiery przyszły w styczniu 1982. Próbowałem dać dwa samochody za trzy paszporty (żona, syn i ja), ale nie było ich komu wziąć. Tak więc nasz wyjazd nastąpił dopiero pięć lat później, w sierpniu 1987 roku, niby to na wycieczkę tygodniową do Włoch. Jechaliśmy fiatem 125 combi. Niewiele ze sobą wzięliśmy, oficjalnie jechaliśmy przecież tylko na tydzień. Wyjechaliśmy wcześnie rano, granica z Czechosłowacją przekroczona bez kłopotów, potem błądzenie w Pradze, dojazd nocą do granicy z RFN, niepokój, czy nas puszczą, czy nie cofną. Nasze paszporty nie były całkiem legalne. Wielka ulga po zachodniej stronie. To były czasy, gdy nikt nie wierzył, że komuna kiedykolwiek upadnie, chociaż stało się to

dosłownie trzy lata później. Jazda przez Niemcy, Szwajcarię do Włoch, powrót do Niemiec i rok tam spędzony w obozie dla uchodźców (nasze papiery emigracyjne dawno utraciły ważność i trzeba było wszystko załatwiać od początku) to temat na oddzielne opowiadanie. Dokładnie 8 września 1988 wylądowaliśmy w Kanadzie, w Toronto, by rozpocząć nowe życie w wieku lat 36, z 400 dolarami w kieszeni i całą masą optymizmu. Mieliśmy go tyle, starczyłoby dla pułku wojska. Wymarzona Kanada, zdrowe ręce i głowa. Mieszkająca w Mississauga siostra odebrała nas z lotniska. Pomieszkaliśmy u niej 2 tygodnie, póki nie zwolniło się mieszkanie w bloku. Już po trzech dniach dostałem pracę, po trzech miesiącach zmieniłem ją na lepszą. Pracę dostała też żona. Nie znaliśmy języka, ale rząd zapew-

29


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 30

nia emigrantom darmowe kursy. Chodziliśmy na nie po pracy, ale generalnie język poznawałem właśnie w pracy. Po dwóch latach kupiliśmy dom. Jak w powieści. W życiu Polonii zacząłem brać żywy udział dopiero, gdy dobrze poznałem angielski. To było wyrachowanie. Wiedziałem, że jeżeli od początku wejdę w środowisko polskie, polską pracę i polską dzielnicę, to nie nauczę się angielskiego, a to tak, jakby żyć połową życia. Czy tęskniłem za Polską? Szczerze powiem, że nie. W Polsce byłem wszędzie, w każdej gminie, jeździłem każdą drogą. Tutaj miałem cały nowy wielki kraj do zwiedzania. Kraj, którego jedna prowincja jest cztery razy większa od Polski, a takich prowincji jest 12, nie licząc trzech jeszcze większych terytoriów. I jeździłem. Najpierw blisko – Montreal, Ottawa, Sudbury. Potem dalej – wschodnie wybrzeże, USA, dalekie północne Ontario. A potem przyszła przygoda życia – praca, dzięki której terenowym samochodem, z karabinem, piłą łańcuchową i laptopem przejechałem kilka razy od Atlantyku do Pacyfiku poprzez prerie, Góry Skaliste, puszcze Ontario. Wyprawy, polowania… Kanada różni się od innych krajów swoją życzliwością dla ludzi. Kanadyjczycy są dla siebie mili, uprzejmi. Nie dziwi powitanie obcego zwyczajnym „hey”, uśmie-

30

chem, pytaniem o cokolwiek. Ale jest jeszcze więcej. To jedyny kraj, a widziałem ich sporo, gdzie nie patrzy się z góry i ze zniecierpliwieniem na kogoś, kto mówi z obcym akcentem lub prawie nie zna języka. Wręcz przeciwnie, tym życzliwiej się odnoszą do niego i służą pomocą. Nie ma tego w Niemczech, we Włoszech, Szwajcarii, USA. Nie ma tego w Polsce. Do Polski pojechałem po raz pierwszy po 17 latach. To był szok. Nie spodziewałem się, że aż tak może się zmienić. W tym samym 2004 roku pojechałem ponownie, tym razem na Światowe Forum Mediów Polonijnych i od tej pory byłem tam prawie co rok. W roku 2007 również byłem dwa razy. Najpierw we wrześniu na forum, a potem w grudniu. Przyjazd w grudniu miał być ewentualnym powrotem na stałe. Dostałem w Polsce niezłą pracę, mieszkałem z żoną w Warszawie tuż przy Łazienkach i wszystko wydawało się być na dobrej drodze, póki nie zaczęły wyłazić z ciemnych kątów stare przyzwyczajenia, rodem ze starego systemu. Nie potrafiłem wejść na stare ścieżki, a nowych dla mnie było jeszcze za mało. Chyba musi wymrzeć moje pokolenie, by zapomnieć o starym układzie kolesiów, załatwianiu i kumoterstwie. Opisałem to w opowiadaniu „Reemigracja”, który można przeczytać na mojej stronie www.marekmankowski.com w dziale „Archiwum”. Po 9 miesiącach, w sierpniu 2008 wróciłem do Kanady.

Na balkonie mojego mieszkania w Calgary wiszą flagi – polska i kanadyjska. Jestem Polakiem i jestem z tego dumny. Cieszę się, że Polska, że Polacy w kraju tak szybko potrafili podnieść się z marazmu komuny. Ale jestem też Kanadyjczykiem i też jestem z tego dumny, bo to również mój kraj. Na pewno żyje się tu łatwiej i za taką samą pracę jak w Polsce otrzymuje się dwa razy więcej pieniędzy, które mają dwa razy większą siłę nabywczą. Tak, poszedłem na łatwiznę. Ale mam 57 lat i walkę o zmiany czas zostawić młodym. Nie chcę należeć do tej grupy Polonusów, którym się wydaje, że pozjadali wszystkie rozumy i chcą pouczać Polaków w kraju, jak powinno się żyć. Jeśli ktoś chce to robić, to niech wraca, żyje tam i pracuje, a nie wymądrza się z zagranicy. Nie chodzę na polskie wybory do konsulatu, bo uważam, że to niemoralne, by Polonia wybierała ludziom w Polsce ich przedstawicieli. Nie ponosi przecież konsekwencji tego wyboru. Wspaniale jest pojechać do Polski na wakacje. To piękny kraj. Ale jeszcze nie czas dla mnie, by tam znowu zamieszkać. Nie potrafię. Kanada ani razu mnie nie zawiodła. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest tu idealnie. Nie ma takiego kraju na świecie. Ale mam tu swoją wolność, swoją przestrzeń, swoje życie. MAREK MAŃKOWSKI, KANADA

MONITOR POLONIJNY


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 31

Wielkanocne kurczaki Ciepły wietrzyk powiewał w gospodarstwie państwa Maślaków. W sadzie na drzewach pojawiły się pierwsze zielone pąki. Na łące za stodołą topniał śnieg, a krokusy uśmiechały się fioletowymi płatkami do Słońca. W kurniku od rana panował harmider. Zbliżały się święta wielkanocne i wszystkie kury szykowały jajeczka dla gospodarzy. Kura Gdaczka, główna kwoka, zaprosiła do pomocy królika, by ten pomalował wszystkie zniesione przez nią jajka. Pisanki miały być prezentem dla dzieci Maślaków – Marysi i Piotrusia. Gdy były już gotowe, Gdaczka udała się do norki zająca Skoczka. - Dzień dobry Skoczku! Przyniosłam pisanki. Pamiętaj, by pochować je na czas w gospodarstwie Maślaków. Jutro już jest Wielka Niedziela i dzieci będą ich szukały. - Dobrze Gdaczko! Zjem tylko obiadek i skoczę szybko jak potrafię – odrzekł zajączek. - Ko, ko, ko! Tylko bądź ostrożny i uważaj na nasze jajeczka – zagdakała Gdaczka. Gdy Skoczek został sam, naszykował sobie miskę marchewek i schrupał je ze smakiem. Potem ogarnęło go błogie zmęczenie, więc KWIECIEŃ 2010

postanowił uciąć sobie drzemkę. Napalił w kominku i rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Chwilę się zdrzemnę, a potem pochowam pisanki – uszy opadły mu na oczy i otulił go sen. Słonko zdążyło schować się za horyzontem, a jego miejsce zajął Księżyc. Gdy rano jego miejsce zajęło ponownie Słonko, zaczął się nowy dzień. Słonko postanowiło za pomocą promyczków obudzić zajączka.

ILUSTRACJE: KASIA UFNAL

- Pstryk, pstryk, Skoczku! Koniec spania! – Zajączek wyprostował swe długie uszy i skoczył na równe łapy. - Zaspałem! Co powie Gdaczka! – szybko pokicał do koszyka z pisankami. A tam zobaczył tylko popękane kolorowe skorupki. W kuchni panował ogromny harmider. - Co się tutaj stało? – krzyknął, kiedy ujrzał kolorowe kurczaki, skaczące po jego marchewkach.

- Było nam tak ciepło, że postanowiłyśmy się wydostać ze skorupek, a teraz jesteśmy bardzo głodne! Twoje marchewki jednak nam nie smakują! – zapiszczały pisklęta. Skoczek złapał się za uszy. - Co ja teraz powiem Gdaczce? Taki wstyd!!! Co mam teraz zrobić?- martwił się zając. Tymczasem dzieci gospodarzy zaczęły poszukiwania pisanek. Niestety bez skutku. Kury je obserwowały i coraz bardziej się martwiły. - Co ten Skoczek w tym roku wymyślił? – zastanawiały się. A Skoczek zabrał pisklęta za stodołę, by tam mogły poszukać jedzenia w ziemi. Jednak miały za małe dziobki, by coś wygrzebać spod śniegu. Płakały głośniej i głośniej. - Kic, kic, będę musiał przyznać się kurom do błę-

du i odprowadzić ich dzieci do kurnika. Zebrał kurczaczki, kazał im złapać się sznurka i tak razem skierowali się w kierunku domu. Tymczasem dzieci były bardzo rozczarowane, gdyż nie znalazły ani jednej pisanki, a kury odczuwały wielki niepokój. Nagle oczom wszystkich ukazał się niezwykły widok. Po podwórku skakały kolorowe kurczęta, jedne w kropki, inne w paski, jeszcze inne w kwiatki. A przed nimi maszerował szary zając. - Jakie piękne kolorowe kurczaczki! – krzyknęły dzieci i pobiegły je przywitać. - A więc to spotkało nasze pisanki… – rzekła Gdaczka i pogroziła Skoczkowi pazurem. Państwo Maślakowie wyjrzeli przez okno. - Zawitało do nas nowe życie i wiosna! – orzekli zgodnie. A zając Skoczek ucałował Gdaczkę w pazur i trochę przestraszony powiedział: - Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! KASIA UFNAL

Uwaga, dzieci i młodzież! Ogłaszamy konkurs rysunkowy na najpiękniejszą pracę, której tematem będą postaci z polskich bajek, filmów czy książek. Z pewnością będzie to okazja do sięgnięcia po polskie lektury lub do obejrzenia polskich filmów dla dzieci i młodzieży. Prace prosimy przesyłać do końca maja pod adresem redakcji. Autorzy wyróżnionych prac otrzymają nagrody, zaś wszyscy uczestnicy konkursu drobne upominki! 31


Monitor04

28.03.10 17:38

Stránka 32

Gdy słonko cieplej przypiecze, perspektywa rozgrzanej i pracującej na pełną parę kuchni jakoś nie wprawia mnie w dobry nastrój. Pora zatem wyszukać w kulinarnych zeszytach potraw lekkich, wiosennych, takich, które zastąpią długo gotowane, pieczone i duszone dania zimowe. Święta Wielkanocne to idealna okazja –

niektóre z proponowanych odświętnych dań mają długą tradycję, a jakoś niezasłużenie zostały zepchnięte na dalszy plan wielkanocnych popisów. Pani Ilona Wikieł nadesłała do „Piekarnika” przepis na paschę – idealny nie tylko od święta deser z tradycjami.

Pascha grzechu warta Składniki:

Sposób przyrządzania:

• 1kg białego, tłustego sera • 8 żółtek ugotowanych

Czekoladę ścieramy na tarce o drobnych oczkach, orzechy siekamy, a rodzynki moczymy w brandy. Następnie dokładnie mielemy ser i żółtka, a kostkę masła ucieramy z dwiema szklankami cukru, dodając stopniowo ser z żółtkami. Łyżki masy odkładamy, do reszty dodajemy orzechy i rodzynki (brandy zostawiamy na później). Po

• • • • • • •

na twardo 15dag gorzkiej czekolady 5dag orzechów włoskich 5dag rodzynek kieliszek brandy półtora kostki masła 2 i 1/2 szklanki cukru pudru 3 łyżki kakao

delikatnym przemieszaniu przekładamy masę do wysokiej formy, wyłożonej gazą, przykrywamy talerzykiem i obciążamy, trzymając około 12 godzin w lodówce. Potem rozpuszczamy pozostałe masło, łączymy z odłożoną masą serową, resztką cukru oraz kakao. Po wystudzeniu mieszamy z brandy. Paschę wyjmujemy z lodówki i dekorujemy masą kakaową. Tradycyjną paschę wielkanocną jada się tylko na święta – jej rozmaite odmiany mogą zadziwić gości w każde ciepłe popołudnie. Pamiętam, że kiedyś jadłam paschę, serwowaną na kształt lodowych kulek, podaną na dżemie z czarnej porzeczki. To był naprawdę olśniewający popis gospodyni, zadowolonej z naszych min. Paschę przyrządziła ona w płaskim naczyniu, co umożliwiło nabieranie jej łyżką do lodów. Reszta była już sprawą wyobraźni, której życzę Państwu na święta i nie tylko. AGATA BEDNARCZYK


Monitor Polonijny 2010/4