Page 1


Janosik raz jeszcze, tym razem w innej formie

J

anosik powraca na Słowację nie tylko w filmie, ale i w książce. A skoro i Polacy, i Słowacy uważają go za „swojego”, powraca dzięki polsko-słowackiej współpracy. domo prawie nic. A druga rzecz? W rozmowie z krakowskimi licealistami odkryłem, że oni nie mają nawet pojęcia, kim właściwie był Janosik, albowiem znają go tylko ze wspomnianego już filmu. Postanowiłem więc zmienić to i napisać książkę o Janosiku historycznym” – powiedział autor książki Stanisław Andrzej Sroka. W Polsce jego książka ukazała się po raz pierwszy w 2004 r. W roku bieżącym pojawiło się jej kolejne wydanie, a dzięki tłumaczce Ingrid Majerikovej, właścicielce wydawnictwa „Goralinga”, które książkę wydało, powstała także jej wersja słowacka, zaprezentowana po raz pierwszy w Instytucie Polskim. Chrzest „Janosika” był uroczy i uroczysty. Gości powitały – a jakżeby inaczej – dźwięki fujary, na której zagrał znany wirtuoz tego instrumentu Marian Plavec. Odpowiednią góralską atmosferę stworzyły też występy tancerzy z zespołów folklorystycznych „Gymnik” i „Klnka”, a spotkanie poprowadziła z niezwykłym wdziękiem gwiazda słowackiej telewizji Aneta PariškováDočekalová. Dzięki jej rozmowie z autorem i tłumaczką zgromadzona publiczność mogła dowiedzieć ZDJĘCIA: MAJKA NOWAKOWSKA

Historia najnowszego filmu o Janosiku jest znana – prace nad początkowo słowacką produkcją zakończono dzięki Polakom. Z książką było odwrotnie – najpierw napisał ją polski autor, a potem zajęła się nią słowacka tłumaczka. Ten polski autor to historyk Stanisław Andrzej Sroka, zaś słowacka tłumaczka to Ingrid Majeriková. Oboje oni w dniu 8 września wzięli udział w prezentacji i chrzcie książki Janosik. Prawdziwa historia karpackiego zbójnika (Jánošík. Pravdivá história karpatského zbojníka, „Goralinga“, Bratislava 2009), którą zorganizowało wydawnictwo „Goralinga” we współpracy z Instytutem Polskim, w którego siedzibie impreza miała miejsce. Dlaczego polski historyk zdecydował się napisać historię Janosika? „Do napisania książki o Janosiku skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze Janosika odbiera się w trzech wymiarach – Janosika legendarnego, istniejącego na przykład w polskim filmie i serialu Jerzego Passendorfera, Janosika literackiego, o którym mowa w pieśniach ludowych, i Janosika historycznego. O Janosiku legendarnym i literackim istnieje mnóstwo materiałów, o historycznym nie wia-

się m.in. tego, w jaki sposób czapka Janosika przyczyniła się do powstania Muzeum Liptowskiego w Ružomberku. Najważniejszy był jednak sam chrzest książki. Rolę ojca chrzestnego przyjął znany aktor Ján Slezák, grający Janosika w słynnym po obu stronach granicy musicalu „Na szkle malowane“, a wystawianym obecnie na deskach bratysławskiej „Nowej Sceny”. Oczywiście Janosik nie mógł ochrzcić Janosika szampanem, a ponieważ żętycy nie było, więc chrztu dokonał częścią Janosikowego łupu – srebrnymi monetami. A jaka jest prawdziwa historia karpackiego zbójnika? Znów oddajemy głos autorowi: „O tym, że Janosik bogatym brał, istnieje wiele dokumentów. Żaden jednak nie mówi nic o tym, żeby biednym dawał. Tylko on sam podczas przesłuchania i procesu w Liptovskim Mikulášu na pytanie, co robił z łupem, odpowiedział, że jakieś pierścionki i biżuterię dał kobietom ze swojej wsi i okolic. Nie dawał jednak wszystkim, ale tylko młodym i pięknym. Śmierć, która spotkała Janosika, dziś wydaje się nam szczególnie okrutna. W jego czasach była ona jednak przywilejem, zarezerwowanym dla przywódców zbójników. Zwykłych zbójników po prostu wieszano”. Widzimy zatem, że Janosik nie był taki, jakim zapamiętały go ludowe powieści i legendy. Ale zupełnie zwyczajnym zbójem też nie był. O tym, co jeszcze zawdzięczają mu Słowacy oprócz już wspominanego Muzeum Liptowskiego, możecie Państwo się dowiedzieć z lektury książki. MILICA URBÁNIKOVÁ

2

MONITOR POLONIJNY


Może zbyt dużo egzemplarzy „Monitora“ wzięłam ze sobą? Może będę musiała wieźć je ze sobą z powrotem na Słowację? Jakie będzie zainteresowanie naszym miesięcznikiem? Te i podobne pytania zadawałam sobie, jadąc do Tarnowa na XVII Światowe Forum Mediów Polonijnych. To jedyna w swoim rodzaju impreza, która gromadzi około 150 dziennikarzy polonijnych z 30 krajów świata, w czasie której uczestnicy nie tylko szkolą swój warsztat pracy, poznają zakątki Polski (w tym roku Śląsk – reportaż na str. 16), ale ponadto mają też możliwość zaprezentowania swoich wydawnictw. Po prezentacji „Monitora Polonijnego” podchodzili do mnie koledzy z różnych krajów i z zainteresowaniem pytali o nasz miesięcznik. A egzemplarze, które przywiozłam ze sobą, rozchodziły się jak świeże bułeczki. Nasz „Monitor“ znalazł swoich czytelników w Polsce, „powędrował“ też do wielu krajów świata. Z rozmów w kuluarach dowiedziałam się, że stał się również inspiracją dla innych dziennikarzy, tworzących pisma na obczyźnie. I o to przecież chodzi. Chcemy nie tylko informować, ale i inspirować, także naszych czytelników! Dlatego zachęcamy do lektury październikowego numeru „Monitora“, w którym możecie Państwo przeczytać między innymi ciekawe i inspirujące rozważania Agnieszki Holland na temat cech charakteru Polaków i Słowaków. W rubryce „To warto wiedzieć“ możecie Państwo zapoznać się z niezwykłą historią polskiej agentki brytyjskiego wywiadu, która prawdopodobnie była pierwowzorem partnerki Jamesa Bonda. A ponadto, jak zwykle i w tym numerze, znajdziecie Państwo wiele innych, ciekawych artykułów, do których przeczytania zachęcam.

REDAKTOR NACZELNA „MONITORA POLONIJNEGO“

Skąd się wziął październik? Z KRAJU WYWIAD MIESIĄCA Agnieszka Holland o człowieku mocującym się z losem Z NASZEGO PODWÓRKA SPACER WSPOMNIEŃ Łódź sportowa, Łódź filmowa Polski Davos Szczyt unijnej demokracji MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Ewa Farna Śląski underground KINO-OKO Boom w polskiej kinematografii POLSKO-SŁOWACKIE ZWIĄZKI HISTORYCZNE Ważny głos wicepremiera Čaploviča TO WARTO WIEDZIEĆ Ulubiona agentka Winstona Churchilla BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Nowa powieść Janusza L. Wiśniewskiego Przegląd prasy SPORT!? Money, money, money! OGŁOSZENIA OKIENKO JĘZYKOWE Znów o reżyserkach i bokserkach ROZSIANI PO ŚWIECIE Zielono mi... MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Ortograficzne zmagania PIEKARNIK Skarby spod ziemi

4 4 6 9 12 13 14 15 16 18 19 20 22 24 25 28 29 30 31 32

Koszty roczne prenumeraty „Monitora” wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100), a na druku bankowym podać imię i nazwisko. Nowych prenumeratorów prosimy o podanie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany na adres e-mail: monitorp@orangemail.sk, bądź pod nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c ov á , A n n a M a r i a J a r i n a , A l i c j a Ko r c z y k - C h o v a n e c , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , M a g d a l e n a P i e t z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p @ o r a n g e m a i l . s k P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk PAŻDZIERNIK 2009

3


Skąd się wziął październik? Specjalnie dla Państwa znalazłam w nim coś o październiku, bo nie ma chyba człowieka, który choć raz nie zadałby sobie pytania, skąd właściwie wzięły się te wszystkie słowa, nazywające elementy otaczającego nas świata.

Co

robić w długie, często deszczowe, jesienne wieczory? Przydałoby się poczytać coś interesującego. I choć od lat nam się wmawia, że czytelnictwo powoli upada, to jakoś nie upadło, pisarze mają się dobrze, a internetowe księgarnie są jednymi z najczęściej odwiedzanych portali. No właśnie – poczytać można również w Internecie i właśnie tam znaleźć wiele ciekawostek, których na darmo szukać pośród księgarnianych półek. Internet, mądrze wykorzystywany, jest niczym podziemna rzeka wiedzy – dla każdego. Wieki temu, zanim na naszych terenach pojawiły się chrześcijańskie misje, ludzie rozumieli czas intuicyjnie. Były oczywiście umowne pory roku, ale nie miały swoich nazw, a podziału czasu na miesiące nie znano w ogóle. Ten podział do środkowej Europy przyniosła dopiero rewolucja, związana z przyjęciem chrztu. Ich nazwy były oczywiście łacińskie. Zwykłym, niepiśmiennym i nieobeznanym z kulturą łacińską ludziom, jednakże z niczym się one nie kojarzyły, wymyślili więc z czasem nazwy, które w prosty sposób odnosiły się do otaczającej ich rzeczywistości. Szlachetny October zastąpiono w ciągu wieków swojskim październikiem. Dzisiaj, gdy w sennym cieple kalo-

USA ZREZYGNOWAŁY z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Strona amerykańska zapewnia jednak, że nadal chce współpracować z tymi krajami przy nowym projekcie. Prezydent USA Barack Obama poinformował, że chce budować system obronny z Polską i Czechami, ale także i z Rosją. Polska opozycja w związku z zaniechaniem budowy tarczy przez Amerykanów zażądała dymisji premiera Donalda Tuska i jego rządu. 4

W ODPOWIEDZI NA REZYGNACJĘ USA z budowy tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej Rosja zrezygnuje z rozmieszczenia w obwodzie kaliningradzkim rakiet operacyjno-taktycznych „Iskander” – zakomunikował rosyjski wiceminister obrony Władimir Popowkin. W KOPALNI „WUJEK-ŚLĄSK” w Rudzie Śląskiej doszło 18 września do kolejnej katastrofy górniczej, której przyczyną było prawdopodobnie zapalenie się metanu. Na miejscu lub w drodze do szpitala zginęło 12 górników, a ponad 40 z ciężkimi oparzeniami trafiło do szpitala. Pięciu z nich zmarło, a zatem liczba ofiar wzrosła do 17. Prezydent Lech Kaczyński ogłosił dwudniową żałobę naro-

ryferów spędzamy jesień w domach, nazwa „październik” nie kojarzy nam się z niczym specjalnym, a nawet, jeśli odnosimy ją do słowa „paździerz”, to z reguły i tak nie do końca wiemy, co ono oznacza. A tymczasem paździerze, to zdrewniałe części suchych łodyg lnu lub konopi, powstające przy ich obróbce. W październiku, gdy na polach pracy nie było już żadnej, nadrabiano powszechnie zaległości w tkaniu, szyciu i wyrobie wszelakiego odzienia. W chatach i wokół nich paździerzy było zatem całkiem sporo. Nazwy miesiąca „październik” używano wymiennie z innymi – „paździerzec”, „paździerzeń”, „pościernik” (od ściernisk na polach zapewne) czy z zapomnianą już, ale

dową. Prokuratura wszczęła śledztwo. Pojawiające się spekulacje o fałszowaniu danych czujników stężenia metanu odrzucił prezes Katowickiego Holdingu Węglowego (KHW). Według niego w kopalni „Wujek-Śląsk” działa najnowocześniejszy system metanometrii. RODZINY OFIAR KATASTROFY w kopalni „Wujek-Śląsk” otrzymają rządowe wsparcie w wysokości 50 tys. zł. O przyznaniu im pomocy finansowej zadecydował premier Donald Tusk. KHW zaś przygotowuje dla nich długofalowe wsparcie. W KATOWICACH 22 WRZEŚNIA napadnięto na rzeczniczkę Urzędu Górniczego, który bada sprawę wybuchu metanu w kopalni „Wu-

jek-Śląsk”. Edyta Tomaszewska straciła komputer, w którym jednak nie było żadnych danych, dotyczących śledztwa, ani innych ważnych, poufnych dokumentów. Z kolei 10 września dyrektor jdnego z departamentów WUG, zajmującego się m.in. sprawami bezpieczeństwa pracy, odebrał telefon z pogróżkami. Rzecznik Tomaszewska została odwołana z funkcji, bowiem według policji w chwili składania zawiadomienia kobieta była pod wpływem alkoholu. SPÓR O TO, kto zarządza Telewizją Polską S.A. zakończony. Legalnym p.o. prezesa TVP został Bogusław Szwedo. Krajowy Rejestr Sądowy wykreślił z władz spółki poprzedni zarząd. Jego szef Piotr Farfał MONITOR POLONIJNY


jakże wiele mówiącą choćby Słowakom nazwą „winnik”. Polskie tradycje winiarskie są właśnie teraz reaktywowane po latach zapomnienia, ale ta ostatnia nazwa dowodzi, że wbrew sceptycznym opiniom mamy w tym zakresie doświadczenia z przeszłości. Co ciekawe, w języku starogermańskim październik to również miesiąc winiarski czyli „Weinmond”. Większość krajów europejskich nadal używa łacińskiej nazwy October lub – zachowując rdzeń wyrazu – dopasowuje go do własnej wymowy, jak to odbywa się chociażby na Słowacji czy w Rosji.

jeszcze we wrześniu nie chciał wpuścić do gmachu TVP ani nowej rady nadzorczej, ani powołanego na p.o. nowego prezesa. W AFGANISTANIE w wymianie ognia z talibami 10 września zginął kolejny polski żołnierz st. szer. Piotr Marciniak z 6. Brygady Szturmowo-Desantowej z Krakowa. Czterech innych zostało rannych. DWADZIEŚCIA LAT TEMU, 12 września 1989 roku powołano pierwszy niekomunistyczny rząd Rzeczpospolitej Polskiej. Na jego czele stanął Tadeusz Mazowiecki. POLSKA PRZYPOMNIAŁA SOBIE 70. rocznicę sowieckiej agresji – 17 września 1939 roku Związek RaPAŻDZIERNIK 2009

Warto jeszcze zapamiętać, że październik jest najdłuższym miesiącem w roku – tak, to nie pomyłka – trwa 31 dni i dodatkowo jedną godzinę, którą dodajemy, zmieniając czas letni na zimowy. Zdecydowanie najbardziej znanym październikowym świętem, które swoją nazwę również zaczerpnęło z łacińskiej tradycji jest niemiecki „Oktoberfest” – biesiadne pożegnanie lata, słońca zamkniętego w szyszkach chmielu i solidne podtuczenie się przez zimnymi miesiącami. W Polsce stało się już tradycją październikowe przypominanie o kobiecym zdrowiu (akcje związane z profilaktyką raka piersi).

dziecki napadł na Polskę, a wcześniej – 23 sierpnia 1939 roku – podpisał z hitlerowskimi Niemcami haniebny pakt RibbentropMołotow. WYKRYTO KOLEJNĄ AFERĘ korupcyjną w ZUS-ie. Na polecenie szczecińskiej prokuratury ABW zatrzymała 10 września pod zarzutem korupcji prezesa ZUS Sylwestra R., trzech członków kierownictwa szczecińskiego oddziału ZUS i prywatnego przedsiębiorcę. Zarzuty wobec zatrzymanych dotyczą przyjmowania m.in. pieniędzy, korzyści majątkowych w postaci pobytu w ośrodku wczasowym czy przyjęcia usługi naprawy samochodu w zamian za odstąpienie od windykacji wobec świadczącego tę usługę.

Kończąc te językowo-jesienne rozważania o październiku, przytoczę kilka wyszperanych w zasobach Internetu przysłów na jego temat – niech Państwo sami ocenią, czy w dobie nowoczesnych technologii sprawdzają się, czy nie… „Gdy październik mroźny, to nie będzie styczeń groźny”; „Jaki październik, taki marzec, doznał tego niejeden starzec”; „Kiedy w święty Gaweł (16 październiaka) słota, będzie latem dużo błota”; „Od świętej Urszuli (21 października) chłop się kożuchem otuli”. Mądrych, ciekawych lektur w „pościernikowe” wieczory! AGATA BEDNARCZYK

JURORKA POPULARNEGO PROGRAMU telewizyjnego ,,You Can Dance” Weronika Marczuk-Pazura 23 września została zatrzymana przez funkcjonariuszy CBA w związku z korupcją. Była żona aktora Cezarego Pazury miała oferować w zamian za łapówkę wygranie procesu prywatyzacyjnego państwowych Wydawnictw NaukowoTechnicznych. PONAD TYSIĄC OSÓB – artystów, animatorów życia artystycznego, naukowców, dziennikarzy – spotkało się w Krakowie na Kongresie Kultury Polskiej, który trwał od 23 do 25 września. Jak powiedział minister kultury Bogdan Zdrojewski, wnioski z kongresu będą podstawą do stworzenia nowej strategii rozwoju polskiej kultury.

CZARNA KOMEDIA „Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza zdobyła 19 września „Złote Lwy” dla najlepszego filmu 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Nagrody dla najlepszych aktorów przyznano Borysowi Szycowi i Agacie Buzek. ŚWIATOWEJ SŁAWY polski reżyser Roman Polański został 30 września aresztowany na podstawie nakazu z 1978 roku za stosunek seksualny z amerykańską 13-latką przed ponad 30 laty. Aresztowania dokonano na lotnisku w Zurychu w Szwajcarii, gdzie Polański pojawił się, by odebrać nagrodę na tamtejszym festiwalu. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Agnieszka Holland

o człowieku mocującym się z losem Czy film o Janosiku rozstrzygnie spór między Polakami a Słowakami, dotyczący przynależności narodowej tego zbójnika? W filmie nie ma o tym mowy. Te sprzeczki wynikają z ignorancji Polaków wobec wiedzy historycznej. Janosik urodził się w XVIII wieku na terenach należących wtedy do Górnych Węgier, Słowacji wtedy jeszcze nie było. Pewnie mówił jakąś odmianą XVIII-wiecznego słowackiego, ale w filmie sprawy narodowościowe nie odgrywają roli. Zapewne to polski serial o Janosiku w reżyserii Jerzego Passendorfera spowodował, że większość Polaków uważa go za swojego bohatera? W serialu jest scena, kiedy Janosik, którego grał Marek Perepeczko, spotyka w więzieniu Słowaka, który mówi mu, że na Słowacji przed stu laty był słynny zbójnik o imieniu Janosik, który zabierał bogatym i rozdawał biednym. Wtedy na twarzy Perepeczki pojawia się zamyślenie. To taki gest w stronę Słowaków, by nie obrazić ich uczuć, mówiący o tym, że pierwszeństwo w kwestii Janosika należy do nich. Serial Passendorfera Polacy oglądają jednak po łebkach. To raczej wspomnieniowa miłość. Czyli ślepa miłość? Polacy mają tendencję, by przywłaszczać sobie bohaterów. Przecież większość Polaków myśli, że Panienka Maria była Polką. Nie tak dawno przeprowadzono badania na wsiach i w mniejszych miasteczkach – okaza-

„Polacy mają tendencję, by przywłaszczać sobie bohaterów. Przecież większość Polaków myśli, że Panienka Maria była Polką“. 6

Z

Agnieszką Holland spotykam się w jednym z bratysławskich hoteli. Do stolicy Słowacji przyjechała na premierę filmu „Janosik. Prawdziwa historia“, który wyreżyserowała wraz z córką Kasią Adamik. Choć w dniu premiery harmonogram dnia znanej reżyser był bardzo nabity, udało się nam porozmawiać z nią nie tylko o Janosiku, ale i o jej związkach ze Słowacją.

ło się, że 80 procent badanych było przekonanych, że Jezus Chrystus był Polakiem. Czy właśnie dlatego, że bohater filmu pochodził z polsko-słowackiego pogranicza, dwie Polki, z racji powiązań rodzinnych ze Słowacją (były mąż Agnieszki Holland, a ojciec Kasi – Laco Adamik jest Słowakiem i pracuje jako reżyser w Polsce – przyp. od red.) podjęły się reżyserii tego filmu? Mnie spodobał się scenariusz Evy Borušovičovej, który nawiązuje w poetyce do tego, co mnie najbardziej fascynuje w słowackim folklorze. Co konkretnie Panią zainteresowało? Mieszanka liryzmu, absurdu i okrucieństwa. Gdyby scenariusz był podobny do tego serialowego, czyli gdyby był bajkową komedią w kostiumach, to nie zainteresowałby mnie. Jego autorka starała się pokazać jednak coś innego – historię młodego człowieka, którego wrogiem jest los. On się z tym losem mocuje, myśli, że go oszuka, że będzie silniejszy od niego. Dzisiaj też mamy takich bohaterów, np. tych, którzy wrócili z wojny z Afganistanu i których życie po powrocie zdaje się być bez adrenaliny. Czy film ma nieść przesłanie dla takich osób? Tam nie ma przesłania, film nie jest moralizatorski. Można powiedzieć, że za wspaniałą zabawę płaci się drogo i że losu prawdopodobnie nie da się oszukać. Ale nie mówi: nie rób tak! Przecież wiadomo, że w każdym pokoleniu znajdą się młodzi ludzie, którzy będą szukać ekstremalnej przygody, sensu życia, dającego poczucie wolności.

„Autorka starała się pokazać historię młodego człowieka, którego wrogiem jest los. On się z tym losem mocuje, myśli, że go oszuka, że będzie silniejszy od niego“. W filmie główną rolę gra czeski aktor Václav Jiráček. Czy nie stanowiło to dyskomfortu dla Słowaków, że w ich bohatera wcielił się obcokrajowiec? Słowacki producent jakoś to przełknął, zdając sobie lepiej sprawę niż my z konsekwencji tego. Ten chłopak podczas castingu wyróżniał się oryginalną charyzmą. Wybraliśmy najlepszego. Co Panią w nim urzekło? Wiarygodność. Pewien typ aktorów muskularnych zwykle nie nadaje się do introwertycznego, bardziej subtelnego opowiadania. Dla mnie nie mięśnie są ważne, ale ciekawe wnętrze. Ma Pani dobrą rękę do aktorów. Pamiętamy, że to właśnie Pani jako jedna z pierwszych zaangażowała Leonarda di Caprio do swojego filmu pt. „Całkowite zaćmienie“. Czy tego młodego czeskiego aktora też czeka sława? On już zagrał główne role w paru filmach. Oczywiście kariera w naszych krajach to zupełnie coś innego niż w Ameryce. To ciekawy, charyzmatyczny aktor, operujący subtelnymi środkami i bardzo fotogeniczny. Kiedy przyszedł na casting był studentem aktorstwa. I to lalkarskiego! MONITOR POLONIJNY


Doczytałam się, że Michał Żebrowski bardzo zabiegał o rolę w tym filmie, że zadzwonił do Pani, proponując, iż może zagrać nawet klamkę. Czy to prawda? Tak, mówił o klamce, ale nie mieliśmy takiej roli, a on nie wiedział, że wtedy w chałupach nie było klamek.

„Każdy polski aktor, kiedy stawał przed kamerą wymyślał coś, żeby kamera zwróciła na niego uwagę. Słowaccy aktorzy stali z boku, byli w tle“.

To znaczy, że aktorzy pchali się do tego filmu drzwiami i oknami? Słowaccy aktorzy w życiu nie zadzwonią. Pani tu mieszka, prawda?

grał w naszym filmie. Nie widziałam go w roli Janosika, bo podobne role już grał, ale czarnego charakteru jeszcze nie grał, więc obsadzenie go w takiej roli było tym bardziej interesujące. I trzeba powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę. Grał brawurowo, a przy tym doskonale się bawił.

Tak. Zna więc pani naturę Słowaków. Podczas kręcenia filmu widać było różnicę między polskimi i słowackimi aktorami. Każdy polski aktor, kiedy stawał przed kamerą wymyślał coś, żeby kamera zwróciła na niego uwagę. Słowaccy aktorzy stali z boku, byli w tle. Niektórzy świetni aktorzy nie przebili się, nie wypowiedzieli żadnej kwestii. Nie wyobrażam sobie, żeby słowaccy aktorzy wydzwaniali, prosząc o rolę. Wśród polskich aktorów to też nie jest częste. Są dumni, nie chcą się narzucać, myślą: jak jestem dobry, to mnie znajdą. Michał zachowuje się wyjątkowo, w stylu zachodnim. Nie ma kompleksów, ma silną potrzebę zagrania w czymś, co wydaje mu się interesujące. Dla niego ważny jest reżyser i to, z kim gra. Kiedy się zgłosił, pomyślałam, że byłoby ciekawe, gdyby za-

Zdjęcia rozpoczęły Panie w 2002 roku, potem z powodu braku pieniędzy nastąpiła kilkuletnia przerwa w realizacji filmu. Nie było obaw, że aktorzy w tym czasie się zmienią, zestarzeją?

Były. Chciałyśmy nawet umieścić w kontrakcie, że przez 10 lat aktorzy nie mają prawa się zestarzeć. Żartuję, że ci, którzy grali w pierwszej części, tak się zaangażowali w pracę, że siłą woli zatrzymali proces starzenia się, a teraz zaczną się starzeć w przyspieszonym tempie. Dwie kobiety, pracujące ze sobą ramię w ramię, matka i córka – to mógłby być powód do jakichś sporów na planie. Były trudne momenty? Świetnie się rozumiemy z Kasią, mamy podobny gust, trochę inną energię, która w efekcie odpowiednio się sumuje. Koszty filmu zamknęły się w kwocie około 5 milionów euro. W Europie budżet takiego filmu wynosiłby ok. 20 milionów euro, a w Ameryce prawdopodobnie ponad 100 milionów. Sądzę, że gdybym sama borykała się z różnymi problemami podczas kręcenia tego filmu, zostałby ze mnie strzępek nerwów. To, że byłyśmy dwie, pomagało nam utrzymać równowagę. Kręcone na Słowacji zdjęcia do filmu były też dla Pani córki poniekąd rodzinną wycieczką do kraju jej ojca, prawda? Kasia znalazła się w kraju swojego ojca, w którym nie była od dzieciństwa. Wcześniej na Słowacji była, jak miała bodajże trzy albo cztery lata. Ona odkryła ten kraj i kulturę.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

I…? Myślę, że to część jej tożsamości.

PAŻDZIERNIK 2009

7


„Praga mi się śni, weszła głęboko w moją istotę, funkcjonuje jako miasto magiczne. Ale powrót byłby trudny, trzeba by się uczyć od nowa czeskich doświadczeń, kodów“. Mówiła Pani o cechach Polaków i Słowaków, zwracając uwagę na przebojowość Polaków. Dostrzega Pani w córce bardziej polskie czy słowackie cechy? Widzę i te, i te. Ma bardzo silne cechy swojego ojca. Jej ojciec to Słowak, który osiągnął sukces w Polsce… Ale jest w nim nieumiejętność przebijania się. Gdyby był bardziej dynamiczny, pewniejszy siebie, to osiągnąłby dużo więcej. Być może nawet na arenie międzynarodowej, bo jest bardzo utalentowany. Kasia ma pewną pasywność ojca, ale ma też coś ze mnie, czego nauczyła się chociażby przez naśladownictwo. Jest ciekawą mieszanką. Będąc małą dziewczynką, wychowywała się w Polsce, potem w Belgii, Francji, Stanach Zjednoczonych, więc jest rzeczywiście obywatelką świata. Kasię cechuje otwartość, której ludzie, mieszkający na Słowacji czy w Polsce, nie mają. Oni są bardziej zakompleksieni, łatwo jest ich popchnąć w kierunku jakiegoś rodzaju szowinizmu, agresji wobec innych. Są nieufni. Mieszka Pani za granicą. Nigdy nie myślała Pani o tym, by zamieszkać na Słowacji? Nie, to dla mnie ciut za mały kraj. Na Słowacji nie mam punktu zaczepienia, nigdy tu nie mieszkałam. Laco – mój były mąż, kiedy wyjechał na studia do Pragi, na Słowację już nie wrócił. Teraz będzie współpracował ze słowacką operą i to będzie jego pierwszy powrót od 1970 roku. Kiedyś myślałam o Pradze, gdzie studiowałam przez 5 lat. Praga jest miastem, za którym ciągle tęsknię. Niedawno, kiedy robiłam czeską wersję do „Janosika”, spędziłam tydzień w tym mieście. Praga mi się śni, weszła głęboko 8

w moją istotę, funkcjonuje jako miasto magiczne. Ale powrót byłby trudny, trzeba by się uczyć od nowa czeskich doświadczeń, kodów. Polska jest dla mnie trudna, a co dopiero Czechy czy Słowacja! Myśli Pani o powrocie do Polski? Nie, ale człowiek nigdy nie wie, co go czeka. Kasia nie myślała o powrocie, a teraz z Polski zaczęła otrzymywać ciekawe propozycje, nawiązała tam przyjaźnie. Obecnie to nie są żadne dramatyczne wybory, można być tu, można być tam. Oczywiście moja tożsamość kulturowa, emocjonalna jest w Polsce. I tego nigdy nie chciałam się wyzbyć. Ale Polska jest dla mnie męcząca dlatego, że jest tam dużo rzeczy, które mi się szalenie nie podobają, wręcz mnie rozczarowują! Chciałabym, żeby ludzie byli odważniejsi, wytrwalsi, bardziej otwarci. A Pani tę odwagę, otwartość miała w sobie, czy nauczyła się jej, mieszkając na Zachodzie? Myślę, że taka byłam. Wzorem dla mnie było wspaniałe pokolenie, które już teraz odchodzi. To ludzie między 80. a 100. rokiem życia, wśród których było wiele osób wolnych wewnętrznie. W tym roku świętujemy 20-lecie odzyskania wolności... Wolność jest najwidoczniej w duchu. Myślę, że straszne przeżycia podczas wojen światowych, konieczność dokonywania dramatycznych wyborów hartowały charaktery, ale też pomagały w przenikliwej ocenie świata. Moje pokolenie, a mam obecnie 60 lat, niby przeżyło pewne perypetie, ale to pokolenie rozpuszczone, co widać po politykach. To ludzienarcyzy, niezdolni do wielkodusznych gestów, niemający wyobraźni, mdli. W momencie, kiedy się ich ukłuje, natychmiast się najeżają, zamykają, nie są zdolni do żadnej konfrontacji. Niektórzy artyści angażują się w politykę. Panią polityka nigdy nie pociągała? To są jednak dwa różne światy. W tym czasie, kiedy odzyskaliśmy

wolność, pojawiły się myśli, że ta nowa Polska wymaga zaangażowania się w pracę urzędniczą. Akurat filmowcy, szczególnie reżyserzy, są predysponowani do pewnego rodzaju zarządzania, mają świadomość, co to jest ekonomia, są otwarci na rzeczywistość. Ale w momencie, kiedy polityka uległa profesjonalizacji, już nie jest tak pociągająca. Gdybym miała temperament polityka, to prawdopodobnie w 1989 roku weszłabym do rządu Mazowieckiego, były nawet takie niebezpośrednie propozycje. Ale bardziej mnie kręci robienie filmów niż użeranie się z jakąś magmą urzędniczo-partyjną. Niestety, wyborcy wyeliminowali ze świata polityki ludzi, którzy mieli te cechy, o których już wspominałam. W ten sposób do polityki dostała się tandeta. Czuje Pani rozczarowanie? I tak, i nie. Kiedy wprowadzono stan wojenny, wydawało się, że za mojego życia to się nie skończy, że Związek Radziecki będzie zawsze. Kiedy to pękło, odczułam satysfakcję, miałam poczucie, że to również w jakiejś milionowej części i moja zasługa. Co do realizacji wolności, to nie miałam złudzeń, że będzie to sielanka, ale myślałam, że będzie ciut lepiej. Te dwa doświadczenia, które nastąpiły jedno po drugim, to znaczy nazizm, a potem komunizm, który w pewnym sensie był jeszcze bardziej destrukcyjny, ponieważ zniewalał w sposób miękki i przyzwyczajał ludzi do braku odpowiedzialności, pozostawiły w Polakach trwały ślad. Upłyną pokolenia, zanim ludzie znów staną się odpowiedzialni za sferą publiczną. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

„Moje pokolenie, a mam obecnie 60 lat, niby przeżyło pewne perypetie, ale to pokolenie rozpuszczone, co widać po politykach. To ludzienarcyzy, niezdolni do wielkodusznych gestów, niemający wyobraźni, mdli“. MONITOR POLONIJNY


Dzieje Spisza I

W

Sali Rektorskiej Uniwersytetu Komeńskiego odbyła się 10 września uroczysta promocja książki „Dzieje Spisza I“, która jest wynikiem dziesięcioletniej pracy słowackich i polskich naukowców. Publikacja powstała pod patronatem Polsko-Słowackiej Komisji Nauk Humanistycznych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Rzeczpospolitej Polskiej i Ministerstwa Szkolnictwa Republiki Słowackiej, Katedry Słowackiej Historii Uniwersytetu Komeńskiego Wydziału Filozoficznego w Bratysławie i Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Na uroczystej prezentacji publikacji z przemówieniem wystąpili: prof. Ján Lukačka (kierownik Katedry Historii Słowackiej Uniwersytetu Komeńskiego Wydziału Filozoficznego w Bratysławie), Andrzej Krawczyk (Ambasador RP), František Gahér (rektor Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie), a także obaj

ZDJĘCIA: INGRID MAJERIKOVÁ

redaktorzy naukowi – Martin Homza i Stanisław Andrzej Sroka. Głos zabrała też Dagmar Hupková (dyrektor generalny Sekcji Współpracy Międzynarodowej Ministerstwa Szkolnictwa RS), która odczytała list ministra szkolnictwa RS Jána Mikolaja. Prezentowana książka, obejmująca 623 stron, jest niewątpliwie dużym wydarzeniem naukowym, nie tylko ze względu na to, że powstała w wyniku współpracy polskich i słowackich badaczy (pod redakcją naukową Martina Homzy i Stanisława Andrzeja Sroki), ale również z racji tego, że na plan pierwszy wysuwa tzw. Homo Scepusiensis – człowieka, ukształtowanego w ciągu stuleci na terenie Spisza, charakteryzującego się tolerancją pod względem kulturalnym i etnicznym. Spisz – komitat spiski (żupa, stolica) jako samodzielna jednostka w systemie administracyjnym Królestwa Węgierskiego ukształtował się w XIII wieku. Obecnie rozpościera się na obszarze dwóch państw: Słowacji i Polski. Do 1945 r. charakterystyczny dla

Spisza był jego skład etniczny – Słowacy, Polacy, Niemcy, Węgrzy, Rusini, Żydzi, Cyganie, religijny – chrześcijanie i Żydzi, oraz konfesyjny – katolicy obrządku rzymskiego i greckiego. Publikacja „Dzieje Spisza I“ obejmuje historię tego regionu do 1526 r., czyli do bitwy pod Mohaczem, w której Królestwo Węgierskie poniosło klęskę w starciu z Turkami. Datę bitwy przyjęto za koniec epoki średniowiecza w krajach, wchodzących w skład monarchii św. Stefana. W książce, oprócz rozdziałów poświeconych dziejom Spisza, można odnaleźć podstawowe informacje na temat warunków geograficznych regionu i jego przyrody. Ogromną zaletą publikacji są ilustracje, przedstawiające dokumenty, pieczęcie, rysunki itp., wśród których są też i takie, do tej pory niepublikowane, oraz prawie 80 stron różnego rodzaju dodatków – np. mały słownik najważniejszych terminów historycznych z dziejów średniowiecznego Spisza, tablice, rodoINGRID MAJERIKOVÁ wody i inne.

Marian Hossa w Konsulacie

Marian Hossa w towarzystwie konsula Tadeusza Frąckowiaka oraz jego syna Jakuba Frąckowiaka.

Honorowym w Liptowskim Mikulaszu

M

arian Hossa, jeden z najlepszych hokeistów w Słowacji, grający długie lata w NHL, 20 września 2009 roku odwiedził nasz Konsulat Honorowy w Liptowskim Mikulaszu. Ponieważ interesują go zagadnienia, doPAŻDZIERNIK 2009

tyczące II wojny światowej i obozów koncentracyjnych na terenie Polski, właśnie tu chciał uzyskać odpowiednie informacje na ten temat. Z tej okazji konsul honorowy Tadeusz Frąckowiak wręczył mu jd książkę o Katyniu.

ZDJĘCIE ARCHIWUM KONSULATU HONOROWEGO W LIPTOWSKIM MIKULASZU


„P

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Przyjaźń i folklor rzyjaźń i folklor” to hasła tradycyjnych imprez, organizowanych co roku pod koniec sierpnia przez Dubnicę nad Wagiem. W tę tradycję wpisały się również przedsięwzięcia, przygotowane przez Klub Polski Środkowe Poważe.

Występ Szkolnego Zespołu Folklorystycznego „Prvosienka” Występ Dziecięcego Zespołu Ludowego „Żędowianie”

Podczas kilku dni (2830.08), kiedy miasto tętni folklorem, było z czego wybierać, bowiem oferta atrakcji jak zwykle okazała się bardzo bogata: występy zespołów ludowych, festyny, jarmarki. Dzięki inicjatywie Zbigniewa Podleśnego – prezesa regionalnej organizacji Klubu Polskiego sze-

kie. Nie zabrakło też imprezy, integrującej środowisko polonijne, bowiem w Centrum Organizacji Niezyskownych od samego rana w sobotę (29 sierpnia) krzątały się przemiłe panie z Klubu Polskiego, które przygotowywały poczęstunek, by wczesnym popołudniem przywitać Polaków, tych z regionu i tych przybyłych z Bratysławy. Wspólne chwile umilały występy dwóch zespołów: Dziecięcego Zespołu Ludowego „Żędowianie” z Zawadzkiego oraz Szkolnego Zespołu Folklorystycznego „Prvosienka” z Du-

roka publiczność mogła podziwiać występ Dziecięcego Zespołu Ludowego „Żędowianie” z partnerskiego miasta Zawadz-

bnicy nad Wagiem. Był więc i folklor, i przyjazne rozmowy. O tym, jak cenią sobie współpracę z Klubem Polskim w Dubnicy nad Wagiem przedstawiciele miasta, mówił obecny podczas spotkania prezydent miasta Jozef Gašparík. Zbigniew Podleśny nie krył zadowolenia zaró-

W niedzielne przedpołudnie odbyła się polsko-słowacka msza święta, w której uczestniczyli również goście z Polski. 10

WIĘCEJ ZDJĘĆ NA: WWW.POLONIA.SK (HTTP://PICASAWEB.GOOGLE.PL/KLUB.POLSKI.SRODKOWE.POWAZE)

MONITOR POLONIJNY


Spotkanie polonijne umilały śpiewy przy akompaniamencie dźwięków gitary, na której grała R. Straková.

ZDJĘCIA: DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

kulturą. „Cieszy mnie fakt, że nasza polonijna impreza, jak też polskosłowacka msza zostały włączone do oficjalnego programu 16. Dubnickiego Festiwalu Folklorystycznego, co wywołało duże zainteresowanie ze strony słowackiej“ – podsumował Z. Podleśny. Przyjaźń i folklor dla dubnickiej Polonii to nie tyl-

Rozpoczęcie roku szkolnego w Nitrze

W Na akordeonie przygrywał P. Kluby ko hasło imprezy, ale i ich codzienność, czego efektem są właśnie przedsięwzięcia kulturalne, realizowane we współpracy z władzami miasta. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA DUBNICA NAD WAGIEM wno z tego, że dzięki dobrej współpracy z władzami Dubnicy działalność tutejszej Polonii jest zauważana, jak i z tego, że udaje się jej zainteresować dubniczan polską

ielu dzieciom początek roku szkolnego kojarzy się z męczącymi obowiązkami. Jednakże niektóre z utęsknieniem czekają na ten dzień. Do tych drugich należą uczniowie szkółki piątkowej w Nitrze, którzy 10 września rozpoczęli swoje zajęcia w Centrum Wolnego Czasu „Domino“. Inauguracja nowego roku szkolnego miała uroczysty charakter, a po niej na dzieci czekały słodycze. rg

P O D Z I Ę K O W A N I A : Impreza została zrealizowana dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej – program „Kultura Mniejszości Narodowych 2009”. W opracowaniu projektu i jego rejestracji znacząco pomogła p. Irena Zachar, za co pragnę jej serdecznie podziękować. Dziękuję bardzo wszystkim klubowiczom, którzy pomogli w realizacji projektu, w szczególności: rodzinie Bartošowych, D. Berky, M. Červenej, A. Obetkovej, J. Porubskiej, I. Šujak, F. Tobołowi, rodzinie Vachalików oraz ks. Jozefowi Motylovi za słowo Boże, wygłoszone piękną polszczyzną. ZBIGNIEW PODLEŚNY PAŻDZIERNIK 2009

11


Łódź sportowa, Łódź filmowa

B

iorąc pod uwagę, że ze względu na sukcesy sportowe naszych rodaków poprzedni miesiąc należał do polskiego sportu, chciałabym przedstawić Państwu miasto z tymi sukcesami związane, czyli Łódź.

To właśnie tutaj zostały rozegrane najpierw mistrzostwa Europy w koszykówce mężczyzn, a potem mistrzostwa Europy w siatkówce kobiet. Imprezy te odbyły się we wspaniałej, nowo wybudowanej hali sportowej, która w skali Polski jest jedynym takim miejscem. Pierwsza wzmianka o Łodzi pochodzi z 1337 r., kiedy to w jednym z dokumentów wymieniona zostaje wieś Łodzia. Historię miasta można podzielić na kilka okresów. Pierwszy to

12

okres rolniczy, kiedy Łódź stanowiła lokalny ośrodek handlowy i rzemieślniczy, mieszczący osiem młynów oraz warsztaty kołodziejów, bednarzy, szewców, cieśli i rzeźników. Na początku XVI w., miasteczko liczyło zaledwie 700 mieszkańców. Drugi okres to kilkuletni okres przemysłowy, który rozpoczął się w chwili, gdy w 1820 r. miasto zostało zaliczone do grupy osad przemysłowych, przeznaczeniem których był rozwój przemysłu sukienniczego. Trzeci okres, najważniejszy, to okres wielkoprzemysłowy. Wtedy to w Łodzi powstały wielkie manufaktury i fabryki, przyczyniając się do gwałtownego rozwoju miasta. Obecnie Łódź jest trzecim pod względem liczby mieszkańców miastem w Polsce oraz czwartym co do wielkości. Polakom kojarzy się z ulicą Piotrkowską (4,3 km), której część stanowi jeden z najdłuższych deptaków w Europie (1,8 km). „Zastępuje ona rynki, charakterystyczne dla innych miast. To

właśnie idąc wzdłuż niej można znaleźć naprawdę wiele atrakcji: począwszy od pięknie zrekonstruowanych stylowych kamienic, poprzez pałacyki i pomniki, a kończąc na ogromnej liczbie pubów i restauracji (ponad 100)” – tak o Piotrkowskiej mówi Aleksandra Krchen – rodowita łodzianka, przebywająca na Słowacji od 2005 r. Przy ulicy, która prowadzi od placu Wolności, można usiąść na ławce obok Tuwima lub „zagrać” na fortepianie z Ru-

binsteinem (obydwaj artyści pochodzili z Łodzi). Łódź znana jest również jako „HollyŁódź” – to tutaj ma swoją siedzibę Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna, której absolwentami są m.in. Andrzej Wajda i Roman Polański. Rokrocznie od 2000 r. w Łodzi odbywa się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych „Plus Camerimage”, czyli niezwykle prestiżowy i największy na świecie festiwal poświęcony sztuce operatorów filmowych. Poza tym na ulicy Piotrkowskiej wielu znanych artystów ma swoje hollyŁódzkie gwiazdy. Odwiedzając miasto, koniecznie należy wstąpić do kompleksu handlowego „Manufaktura”, gdzie kaMONITOR POLONIJNY


D

avos to 11-tysięczne miasteczko we wschodniej Szwajcarii. To właśnie tam Tomasz Mann osadził akcję swojej powieści „Czarodziejska góra”.

żdego dnia spacerują tłumy ludzi. Niby to centrum handlowe, ale jaka architektura!!! Centrum powstało bowiem na terenach dawnej fabryki Izraela Poznańskiego. Celem projektu architektonicznego było choćby częściowe zachowanie dawnej atmosfery tego miejsca. Na terenie „Manufaktury” dominują zatem stare, pofabryczne budynki z czerwonej, nieotynkowanej cegły, które zostały jednak całkowicie przebudowane wewnątrz. Pani Aleksandra poleca także odwiedzenie pałacu Poznańskiego, w którym mieści się obecnie Muzeum Miasta Łodzi, oraz inne fabryki łódzkich fabrykantów: Meyera, Grohmana czy Scheiblera. Zbudowali oni w Łodzi ogromne kompleksy włókiennicze, które długo cieszyły się sławą i pomagały miastu się rozwijać. W mieście znajdują się także liczne parki, muzea, galerie i inne zabytki kultury, o których możecie Państwo przeczytać choćby na stronach internetowych miasta www.cityoflodz.pl. MAGDALENA PIETZ

PAŻDZIERNIK 2009

ogłaszając na pierwszej sesji plenarnej, że Polska chce już w 2012 r. zastąpić złotego euro. W tym roku w Krynicy przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek z żalem przyznał, iż „jest to termin absolutnie nierealny”. „Moim zdaniem możliwy jest rok 2013 lub 2014. Ale oby jak najszybciej, bo to naprawdę będzie korzystne dla Polski” – dodał były nasz premier. W tym roku tematem numer jeden Forum był kryzys. Najlepszym sposobem walki z nim jest jak największa wolność w gospodarce, a nie interwencjonizm (czyli wpływanie państwa na wolny rynek – red.) – uznano w Krynicy. „Unia Europejska w ostatnich latach rozszerzyła się jak nigdy, ale to nie znaczy, że jest już zintegrowana” – mówił Jerzy Buzek. „Symbolem solidarności europejskiej są wspólne polityki, np. regionalna czy rolna, ale teraz i energetyczna. Zwłaszcza w tym ostatnim przypadku jest ona potrzebna, by mieć silniejszą pozycję w negocjacjach z partnerami zewnętrznymi” – dodał. Były prezydent Aleksander Kwaśniewski uznał, że Unia Europejska straciła swoją moc z powodu pojawiających się „egoizmów narodowych” (wskazał m.in. na konflikt słowacko-węgierski) czy protekcjonizmu niektórych państw. „Można odnieść wrażenie, że Europa trochę się cofa” – powiedział. Krynica to już prawie Davos. Ale właśnie „prawie” robi różnicę – że zacytuję reklamę jednego z najstarszych polskich browarów. Główne bolączki to transport i jakość usług. Dostanie się do Krynicy z dworca kolejowego czy lotniska w Krakowie zajmuje kilka godzin. W ubiegłym roku PKP podstawiły specjalny pociąg z Warszawy do Krynicy, jednak pokonywał on tę trasę w prawie … osiem godzin. No i proszę sobie wyobrazić minę szefa Banku Światowego, gdy dowiedział się, iż zamówiony obiad dostanie… najwcześniej za godzinę, bo składniki są na dnie chłodni. Zapraszam do Krynicy. Nie tylko na Forum, bo to „perła polskich uzdrowisk”! DARIUSZ WIECZOREK

Polski Davos

Popularnym zimowym uzdrowiskiem stało się już pod koniec XIX wieku, jednak sławę zdobyło jako gospodarz Światowego Forum Ekonomicznego. Przez ponad 30 lat (1971 – 2002) każdego roku na przełomie stycznia i lutego przyjeżdżali tu prezesi największych światowych korporacji, najważniejsi przywódcy polityczni, intelektualiści i dziennikarze, aby przedyskutować najważniejsze problemy gospodarcze i społeczne naszej planety. Tej sławy Davos pozazdrościła Krynica (zwana też Górską, dla odróżnienia od miejscowości o tej samej nazwie nad Bałtykiem), oddalona w linii prostej o kilkanaście kilometrów od słowackiego Bardiowa. Od 1990 roku we wrześniu odbywają się tu cykliczne spotkania polityków i przedsiębiorców z Europy Centralnej i Wschodniej pod nazwą „Forum Ekonomiczne”. W tym roku forum, już dziewiętnaste, odbywało się od 9 do 12 września. Ponad 1500 gości z całego świata wzięło udział w debatach na tematy gospodarcze i w panelach dyskusyjnych. Uczestnikom, podobnie jak w latach ubiegłych, doskwierał problem ich nadmiaru. Równocześnie odbywało się tak wiele paneli, że nawet osoba zainteresowana stosunkowo wąską tematyką miała problem z wyborem tego najciekawszego dla siebie. W Krynicy nie podejmuje się decyzji. Tu się myśli, rozmawia, spotyka. Tu zdobywa się zrozumienie. Tu wyczuwa się atmosferę. Trzeba jednak pamiętać, że właściwe rozumienie zachodzących w całej gospodarce procesów jest podstawą późniejszych decyzji. W tym sensie nikt tu czasu nie traci. Impreza często jest nazywana, zwłaszcza w naszym kraju, polskim Davos czy też Davos Wschodu. Głównie dlatego, że z niewielkiej, lokalnej konferencji udało się zrobić spotkanie o randze międzynarodowej. W ubiegłym roku na forum pojawił się premier Donald Tusk, który wywołał burzę,

13


Szczyt unijnej demokracji Europejska komedia w kilku aktach Akt 1. Dzwoni do mnie na komórkę syn Jan, lat 14. – Mamo, czy wiesz, że u nas właśnie była policja?... i szukali jakiegoś pana Vladimira Jerofiejewa. Pytali, czy to Twój przyjaciel i czy mieszka u nas. Powiedziałem, że nie. – Dobrze synku powiedziałeś… – odpowiadam całkowicie zaszokowana i jednocześnie pytam – A skąd oni wpadli na pomysł, że taki pan jest u nas zameldowany? – Bo się sam zameldował, powiedzieli, a jak zobaczyli że go nie ma, to kazali go wymeldować w urzędzie dzielnicowym. – Jak to zobaczyli, że go nie ma? – No, kiedy szukałem legitymacji szkolnej w moim pokoju, weszli do mieszkania, a potem spisali moje dane i poszli. – Synku nie martw się, zaraz będę w domu, ale najpierw pojadę na posterunek, żeby sprawdzić, o co chodzi.

Akt 2. Zawróciłam szybko na najbliższy posterunek. Wchodząc do środka, ucieszyłam się, bo zobaczyłam policjantkę, która, jako kobieta, powinna mnie lepiej zrozumieć. Opowiedziałam jej zupełnie dla mnie nierealną historię, kończąc pytaniem. – Czy może się ktoś u mnie zameldować bez mojej zgody i wiedzy? 14

– Według nowego prawa tak. Ja mam dom i u mnie jako policjantki może się zameldować nawet 17 osób. Wyszłam z posterunku jeszcze bardziej zaszokowana niż w chwili, kiedy do niego wchodziłam.

Akt 3. W domu okazało się, że policjanci byli w cywilu i nie zostawili żadnej wiadomości. Dalej nie mogłam uwierzyć, że znalazłam się w tak dziwnej sytuacji, podobnej do złego snu z kultowego filmu „Matrix”.

Akt 4. Po bardzo nerwowo przespanej, a raczej nieprzespanej nocy ruszyłam w czwartkowe popołudnie do urzędu dzielnicowego. Już na wejściu pani, przydzielająca numerki, po usłyszeniu mojej dziwnej historii, dała mi zupełnie spokojnie numerek, mówiąc, że to się często zdarza. A ja nadal ciągle nie wierzyłam, że

ktoś może zameldować się w moim mieszkaniu bez zgody mojej, czyli głównego najemcy, bez okazania umowy najmu i zgody administracji, jak kiedyś było to wymagane w państwie mocno biurokratycznym. Odczekałam 30 numerków, co zajęło jedyne 3 godziny. W końcu dotarłam do ostatniej pani załatwiającej od ręki sprawy w urzędzie meldunkowym. – Chciałabym wymeldować z mojego mieszkania nieznanego mężczyznę – stwierdziłam stanowczo. – A jak on się nazywa? – Tak dokładnie to ja nie wiem, ale była u mnie policja i powiedziała, że chyba Vladimir Jerofiejew i jest z Łotwy. – Zaraz sprawdzę w komputerze…, tak, taki pan mieszka u pani. – Ale ja go nie znam, nigdy go nie widziałam i nie chcę, żeby u mnie mieszkał – mówiłam nerwowo. – Czy to normalne, że ktoś może się zameldować bez zgody głównego najemcy? – Tak, proszę pani – odparła spokojnie urzędniczka. – Od 2006 roku obowiązuje prawo Unii Europejskiej, na podstawie którego każdy może meldować się, gdzie chce. I w związku z tym połowę mojej pracy zajmuje mi meldowanie takich osób, które potrzebują fikcyjnego adresu, a drugą połowę wymeldowywanie takich osób. Praktycznie

każdy przyzwoity obywatel powinien raz na miesiąc przyjść i spytać, czy ktoś się u niego nie zameldował – tłumaczyła zupełnie spokojnie urzędniczka. – Czy mogę zastrzec, żeby nikt bez mojej wiedzy nie meldował się u mnie? – pytam, wiedziona złym doświadczeniem. – Nie, nie może pani. – A czy mogę poprosić urząd o informację, gdyby ktoś się chciał u mnie zameldować – próbuję się dalej zabezpieczyć przed nieproszonymi lokatorami. – Nie, nie może pani. – No, to co ja mogę? – Napisać oświadczenie, że taki pan u pani nie mieszka, a my to przekażemy dalej. I proszę się nie martwić, takie sytuacje zdążają się często. Dzisiaj był u mnie adwokat, który chciał zameldować swoją klientkę, mając tylko kopię jej paszportu. Wiedziałam z góry, że to oszustwo, no cóż, prawo stało za nim. Na szczęście udało mi się udowodnić, że ta kobieta mogła nawet nie przekroczyć granicy niemieckiej i na tej podstawie wysłałam go do Urzędu do Spraw Obcokrajowców. Ale właściwie powinnam ją zameldować, tam gdzie on chciał.

Akt 5. Wyszłam z urzędu meldunkowego spokojna, że pozbyłam się nieznanego lokatora. A kiedy minęło kilka dni… W mojej skrzynce na listy pojawiły się grube koperty z banków i ubezpieczalni, adresowane do rzeczonego Valdmira Jerofiejewa. MONITOR POLONIJNY


A kiedy minęło następnych kilka dni… Na mojej skrzynce obok mojego nazwiska pojawił się napis flamastrem… „Jerofiejew“. Tego było mi już trochę za dużo i udałam się na policję. Policjant sprawdził, czy pan Jerofiejew nie jest poszukiwany i… kazał mi zmazać jego nazwisko ze skrzynki. Na tym skończyła się interwencja policji w obronie mojej sfery prywatnej, jaką do tej pory wydawało mi się moje mieszkanie.

Jerofiejewa na pocztę w nadziei, że mogę zastrzec, by podobne do mnie nie przychodziły. Otóż niczego nie mogę zastrzec, mogę tylko za każdym razem wrzucać jego listy z powrotem do skrzynki. Także w przyszłości, jeżeli będę się nudzić, zawsze mogę sobie pójść na spacer do pobliskiej skrzynki pocztowej, żeby wrzucić tam listy do pana Jerofiejewa, podkreślając „adresat nieznany”!

Akt 6.

Aktu siódmego mam nadzieję nie będzie i historia ta, trochę jak z filmu science fiction, za-

Odniosłam plik listów adresowanych do pana

Akt 7.

kończy się spokojnym happy endem. No cóż, takie są skutki szczytu demokracji unijnej, jaką właśnie osiągnęliśmy. Kto nie wierzy, a będzie ich wielu, niech sam sprawdzi w urzędzie meldunkowym, czy nie ma fikcyjnego lokatora. Swoją drogą zawsze lu-

biłam twórczość Mrożka i może dlatego udało mi się wreszcie zaistnieć w samym środku jego sztuki. JANKA KOWALSKA Z BERLINA Adres i prawdziwe nazwisko znane tylko redakcji w ramach ochrony jej danych osobowych. Nazwisko fikcyjnego lokatora zostało oczywiście też zmienione w ramach obowiązku ochrony jego danych osobowych.

Z ostatniej chwili Okazuje się, że tylko w berlińskiej dzielnicy Mitte wymeldowanych zostało 10 000 fikcyjnie zameldowanych osób. Dziesięć berlińskich dzielnic stara się o zniesienie liberalnego prawa zameldowania na terenie Unii Europejskiej, które utrudnia ustalenie prawdziwego miejsca zamieszkania i poszukiwanie osób podejrzanych – informuje Sigrid Kneist w artykule zamieszczonym 17 września w berlińskim dzienniku „Tagesspiegel“.

Ewa Farna

N

ajpopularniejsza piosenkarka swojej generacji Ewa Farna jest młodziutką wokalistką, ma bowiem zaledwie 16 lat.

Jest obywatelką czeską, ale narodowości polskiej. Mieszka z rodziną w Wędryni i uczęszcza do polskiego liceum w Czeskim Cieszynie. Jej ojczyzną jest pogórze Beskidu Cieszyńskiego. Już od dziecka była związana z muzyką, brała aktywny udział w różnych konkursach i przeglądach piosenek. Mając 11 lat, wygrała konkurs piosenki na Morawach. Niedługo potem zajęła pierwsze miejsce na Europejskim Festiwalu Młodzieży w Sosnowcu. Mając 13 lat zadebiutowała pierwszym swoim albumem w Czechach. W 2006 roku w ankiecie „Czeski Słowik” została Odkryciem Roku. Obecnie święci triumfy w Polsce, a jej polskie wersje albumów zapewniły jej pozycję idola młodego pokolenia. Jej piosenka „Cicho” zdobyła tyPAŻDZIERNIK 2009

tuł „Polski Hit Lata”. To już trzecie wyróżnienie zdobyte w Polsce (wcześniej były „Superjedynka 2009” w kategorii Płyta Roku oraz tytuł „Trendy”). Dotychczas wydała 4 albumy, z czego dwa w Polsce – „Sam na sam” (2008) i „Cicho” (2009). Na tegorocznym festiwalu Sopot Hit Festival w Operze Leśnej pokonała największe gwiazdy show-biznesu. Podbiła serce publiczności. Mówi o sobie, że jest dziewczęciem z gór i czuje się szczęśliwa wśród bliskich. URSZULA SZABADOS 15


ZDJĘCIE: TADEUSZ URBAŃSKI

U

nderground brzmi intrygująco, kojarzy się z filmem Emila Kusturicy, czymś tajemniczym, niebezpiecznym, może nawet zakazanym. Taki właśnie undergroundowy Śląsk poznałam w tym roku, biorąc udział w XVII Światowym Forum Mediów Polonijnych. Tajemniczy świat schowany pod ziemią.

Śląski

underground Przedtakt Zwiedzanie gmachu Sejmu Śląskiego w Katowicach (obecnie w budynku mieści się Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, Śląski Urząd Wojewódzki oraz kilka innych urzędów) było przedtaktem do tego, co mieliśmy zobaczyć i przeżyć na własnej skórze, przemierzając Śląsk… pod ziemią. Jak się dowiadujemy podczas zwiedzania imponującego foyer oraz Sali Sejmowej (na wzór tejże sali została wybudowana sala Sejmu Rzeczypospolitej w Warszawie) za chwilę przejdziemy do podziemi, bowiem okazały gmach skrywa tajemnicze korytarze. Najpierw zaglądamy do skarbca, w którym przed wybuchem II wojny światowej znajdowało się około tony złota w sztabach. „W razie wtargnięcia niepowołanych osób skarbiec miał być zalany wodą, która mieści się w specjalnym basenie. Ta woda tu stoi od czasów przedwojennych“ – wyjaśnia przewodnik. Obecnie skarbiec służy jako miejsce do archiwizowania dokumentów. Z niecierpliwością czekamy na zapowiadaną wycieczkę tunelami. „W podziemiach gmachu znajduje się kilka tuneli, służących w założeniu do wyprowadzania dostojników z urzędu” – informuje przewodnik, kierując nas do podziemia. „Kto cierpi na klaustrofobię może 16

zrezygnować z tej części zwiedzania“ – dodaje. Chwila wahania wśród niektórych dziennikarzy, ale jednak zwycięża ciekawość. Zgarbieni idziemy w półmroku jeden za drugim. W pewnym momencie idący przede mną przystają. Musimy zaczekać zgięci w pół na swoją kolejkę, by wspiąć się po drabinie. Wyjście z tunelu prowadzi do ogrodu jednego z domów. Stąd podziwiamy gmach Sejmu i dowiadujemy się, że istnieją kolejne dwa korytarze: jeden prowadzi do placu Miarki i tam łączy się z tamtejszym systemem podziemnych przejść, kolejny tunel jest niedrożny i prowadzi w stronę Górnośląskiego Centrum Kultury.

320 metrów pod ziemią Półmrok podziemnych korytarzy – jesteśmy na głębokości 320 me-

trów pod ziemią. Już świadomość tej głębi budzi respekt. Odczuwamy chłód, bowiem w korytarzach czuć powiew powietrza. „Ten powiew wiatru powodował, że górnicy często nie odczuwali, iż poziom tlenu spada“ – wyjaśnia nasz przewodnik. Zastanawiam się, czy nie zaczyna mi się kręcić w głowie, ale idę posłusznie dalej wraz z grupą kolegów dziennikarzy. Schylam głowę, bo właśnie wchodzimy do wąskiego korytarza. Co chwilę słyszę uderzenia kasków o niski strop tych, którzy idą przede mną. To znak, że trzeba pochylić się jeszcze bardziej. Kaski to niezbędny sprzęt dla zwiedzających Zabytkową Kopalnię Węgla Kamiennego „Guido” w Zabrzu. W 1855 r. hrabia Guido Henckel von Donnersmarck założył kopalnię, nazwaną jego imieniem. Gdy złoża węgla zostały wyeksploatowane, kopalnię przekształcono w centralny węzeł odwadniania rejonu, ale i on z czasem stracił na znaczeniu. W 2007 roku, w efekcie starań nad zachowaniem i popularyzacją śląskich zabytków techniki kopalnię udostępniono turystom. Moje białe tenisówki stają się szare. Zatrzymujemy się, by obejrzeć maszyny, którymi posługiwali się górnicy. Kiedy sprzęt zostaje uruchomiony, mam wrażenie, że znalazłam się w samym piekle. A na dodaMONITOR POLONIJNY


tek opowieści przewodnika, dotyczące wypadków w kopalni, nieuwagi jej pracowników rozbudzają moją wyobraźnię. Niemalże namacalnie odczuwam trud pracy górników… „A teraz udajecie się państwo na obiad“ – nieoczekiwanie oznajmia nasz przewodnik i kieruje nas do oświetlonej, przytulnej restauracji, niczym nieprzypominającej korytarzy, którymi wcześniej kroczyliśmy. „To jeszcze nic, wyobraź sobie, że tu pod ziemią jest specjalna sala koncertowa, w której odbywają się występy najlepszych jazzmanów z całego świata“ – informuje mnie jeden z organizatorów Forum. Podczas obiadu (w menu obowiązkowo przysmaki śląskie: zrazy, kluski śląskie i modra kapusta!) rozmawiam z dziennikarzem ze Szwecji, który opowiada mi o swojej niedawno odbytej eskapadzie do działającej kopalni węgla. „Przeżyłem chwile grozy, kiedy, siedząc w wagoniku, poczułem, że mój kask zahaczył się o niski strop – wspomina – Na szczęście silne szarpnięcie spowodowało, że wyswobodziłem się z pułapki. Oczami wyobraźni widziałem jednak swój koniec“. Kiedy nadchodzi czas powrotu na powierzchnię ziemi, kierujemy się w stronę windy. Jeszcze tylko rzut oka na fotografie górników, przedstawiąjące ich zaraz po wyjściu z kopalni i – dla porównania – po kąpieli. „Wiesz, po czym poznasz górnika? – pyta mój znajomy. – Po tym, że pył węglowy zawsze zostaje w kącikach oczu, wyglądają więc jakby byli umalowani“. Rzeczywiście, każdego ze sfotografowanych górników wyróżnia czarna oprawa oczu.

po cichu, by słyszeć trzask drewna, podpierającego skały, które zdradzało nadchodzące niebezpieczeństwo“ – wyjaśnia. Dlatego górnicy nie rozmawiali ze sobą głośno i stąd ich nazwa – gwarkowie, od „gwarzyć“, czyli ‘rozmawiać poufale’. W kopalni panuje przejmujący chłód i wilgoć. „Przez cały rok utrzymuje się tu temperatura 10 stopni Celsjusza – informuje przewodniczka. – Gwarkowie pracowali przez 12 godzin dziennie, od 5 rano do 17“. Kiedy sobie uzmysłowię, że praktycznie ich życie było pozbawione światła, słyszę kolejną informację: „W wieku 30 lat najczęściej ślepli, a dożywali mniej więcej 40. roku życia“. Dla nas zwiedzających to miejsce atrakcyjne, część trasy – 270 metrów – przemierzamy łódkami, płynąc zalanym fragmentem chodnika, niektóre odcinki pokonujemy schyleni, ale zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy tu tylko „na chwilę“. „Oprócz tych niedogodności, często niestety dochodziło też do tąpnięć i zawalenia się ścian“ – informuje przewodniczka. Ci, którzy uniknęli śmierci, pozostawili figur-

kę świętej Barbary, patronki górników. Po ponadgodzinnej wędrówce trasą liczącą 1,7 km długości na głębokości 40 metrów pod ziemią z ulgą przyjmuję informację, że kierujemy się do windy. Na zewnątrz wita mnie zupełnie inny świat: widzę niebo, grzeje słońce… Napotykam pytający wzrok jednej z koleżanek, która zrezygnowała z wyprawy, dowiedziawszy się, że część trasy podziemnej będzie trzeba przemierzyć w pozycji pochyłej, bowiem jedna z komór ma tylko metr wysokości. Sama sobie też zadaję pytanie, czy warto było marznąć pod ziemią? Warto! Dowiedziałam się, w jak trudnych warunkach było wydobywane srebro… Obracam w palcach mój srebrny wisiorek i trochę inaczej niż zwykle mu się przyglądam.

Respekt „Za ich trud i bohaterstwo…“ – brzmią mi w uszach słowa zasłyszane z okienka telewizora w dzieciństwie. Co roku te same, 4 grudnia na Barbary – patronki górników. Przez długi czas brzmiały jak propagandowe slogany. Dziś, po podziemnych wyprawach, mają inny wydźwięk. Ich gorzki posmak potęgują doniesienia o ofiarach katastrofy w kopalni „Wujek-Śląsk” w Rudzie Śląskiej, do której doszło 18 września. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Artykuł powstał podczas XVII Światowego Forum Mediów Polonijnych 2009: Tarnów – Śląsk – Warszawa

Srebro nad życie

PAŻDZIERNIK 2009

ZDJĘCIA: TMAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Ciemność. Wytężam wzrok. W oddali migoczące górnicze kaganki. Zanim zostanie zapalone światło, przez chwilę stoimy w ciemnościach. „W takich warunkach pracowali górnicy“ – mówi przewodniczka po Kopalni Zabytkowej Rud Srebronośnych w Tarnowskich Górach. „Pod ziemią należało mówić 17


Boom w polskiej kinematografii

P Pod koniec sierpnia i we wrześniu swoje premiery miały: „Operacja Dunaj” – polsko-czeska komedia o wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji ze świetną obsadą: M. Stuhr, Z. Zamachowski, J. Menzel, E. Holubova; „Enen” – polski thriller o lekarzu pracującym w szpitalu psychiatrycznym (w tej roli B. Szyc), który postanawia na własną rękę wyleczyć jednego ze swoich pacjentów, zabierając go domu; „Miłość na wybiegu” – komedia romantyczna, osadzona w świecie modelingu; długo oczekiwany film, który powstawał ponad 6 lat, czyli „Jano-

18

o wakacyjnym zastoju w kinematografii na ekrany kin weszło kilka polskich filmów.

sik. Prawdziwa historia”; „Ostatnia Akcja” – ostatnia komedia Juliusza Machulskiego tym razem w roli producenta, wyreżyserowana przez Michała Rogalskiego, z nestorami polskiego aktorstwa w głównych rolach: Jan Machulski, M. Kociniak, A. Janowska i wielu innych; „Galerianki” – film o dziewczynach, których sensem życia są zakupy w galeriach handlowych. Sami Państwo widzicie, że polskie kina zostały zalane polskimi filmami i trudno zdecydować się, który obejrzeć pierwszy. Wszyscy zapewne myślą, że ze względu na powiązania ze Słowacją (film jest koprodukcją polsko-słowacko-czeską) pierwszego przedstawię „Janosika”, ale ja, przewrotnie, najpierw zdecydowałam się zobaczyć inny film. Do obejrzenia „Janosika” w reżyserii Agnieszki Holland i Kasi Adamik zniechęcił mnie cały ten szum medialny wokół niego – głośno było o nim zarówno w Polsce, jak i na Słowacji. Odniosłam jednak wrażenie, że Polacy zlekceważyli słowacki wkład w ten film, a Słowacy polski. Ja wybrałam „Miłość na wybiegu”, oczywiście ze względu na wa-

kacyjny klimat, i nie żałuję. To łatwa, lekka i przyjemna komedia, przedstawiająca historię młodej dziewczyny Julii (w tej roli młoda, zdolna aktorka Karolina Gorczyca) z małej nadmorskiej miejscowości, która zmęczona małomiasteczkowym życiem udaje się na podbój Warszawy. To jednak trochę inna komedia, swoista nowość w polskiej kinematografii, albowiem osadzona w zamkniętym świecie mody. Nie ukrywam też, że do obejrzenia jej zachęciła mnie również obsada: M. Dorociński, T. Karolak, U. Grabowska, I. Kuna i inni, czyli plejada gwiazd współczesnego kina polskiego. Zachwyciła mnie gra Tomasza Karolaka, który rozba-

MONITOR POLONIJNY


Ważny głos wicepremiera Čaploviča

W wił mnie do łez. Sama fabuła filmu jest oczywiście przewidywalna od początku do końca i nie należy się spodziewać za wiele, ale piękne widoki (np. Madery, gdzie kręcono sesję zdjęciową do filmu), nietuzinkowi aktorzy oraz świetna reżyseria na pewno się Państwu spodobają.

Więcej szczegółów nie zdradzę. W zamian nieśmiało zaproszę do kina. A jeśli nie przepadacie Państwo za komediami romantycznymi, bo ostatnio ich w kinach trochę dużo, to zawsze możecie wybrać inny z wymienionych przeze filmów. Dla każdego coś miłego: thriller, komedia, historia Janosika czy film o dążeniu Polski do amerykanizacji i spędzaniu weekendów w centrach handlowych – wybierzcie Państwo sami. Serdecznie zapraszam do kin! MAGDALENA PIETZ PAŻDZIERNIK 2009

icepremier rządu Słowacji Dušan Čaplovič w artykule, opublikowanym 28 września tego roku w „Gazecie Wyborczej” napisał, iż wspominając rok 1939 i niemiecki najazd na Polskę „na miejscu będą wyrazy ubolewania nad smutnym faktem”, że wraz z armią niemiecką najeźdźcą był także żołnierz słowacki i dla wielu Polaków może się on kojarzyć z okupacją ich kraju. Ten napisany delikatnie tekst nawiązuje do dość zapomnianego, a niełatwego epizodu w dziejach polsko-słowackich. Powstałe zaledwie kilka miesięcy wcześniej państwo słowackie czuło się w obowiązku pomagać Niemcom w napaści na Polskę. Dodatkowym, ale nie decydującym czynnikiem była pamięć o drobnym w gruncie rzeczy konflikcie granicznym z Polską o kilkanaście miejscowości na Spiszu i Orawie. W 1919 wytyczono tam granicę między nowopowstałymi państwami: Polską i Czechosłowacją, którą obie strony uważały za krzywdzącą. Jesienią 1938 roku, kiedy Czechosłowacja była w psychicznym rozkładzie po Dyktacie Monachijskim, Polacy zażądali przekazania im kilku spornych wsi. We wrześniu 1939 roku rząd słowacki posłał swoich żołnierzy do Polski, przekonując ich, że idą odzyskać dla narodu słowackiego Javorinę (po kilku tygodniach ustanowiono nawet specjalny medal „Javorina-Orava”). Pod koniec sierpnia 1939 roku na Słowacji przeprowadzono mobilizację. Utworzono tak zwaną Armię „Bernolak”, podzieloną na trzy dywizje. Wzdłuż polskiej granicy rozlokowano 51 tysięcy żołnierzy. Pierwszego września o 5 rano dywizja o kryptonimie „Janosik” ruszyła w kierunku Javoriny. W wiosce było jedynie 2 policjantów, którzy doczekali momentu wejścia Słowaków, po czym uciekli na rowerach w kierunku Zakopanego. Jeszcze tego samego dnia dywizja obsadziła wieś Jurgów, później weszła do Zakopanego i powoli pomaszerowała w kierunku Nowego Targu. Dwie pozostałe dywizje patrolowały tereny między Nowym Sączem a Krosnem, gdzie w zasadzie nie było polskich jednostek wojskowych. Słowacy nie prowadzili poważniejszych działań bojowych. Odnotowano jedynie kilkanaście potyczek z tyłowymi kolumnami, taborami czy załogami strażnic pogranicznych. Między

7 a 11 września zakończono działania i jednostki słowackie wycofały się na Słowacje, pozostawiając do 29 września jedynie kilka posterunków w okolicach Zakopanego. Ostatnie działania „oczyszczające” Słowacy przeprowadzili 16 września w rejonie Lesko – Baligród. Sporne wsie decyzją niemiecką przyłączono do Słowacji. We wrześniu 1939 roku zginęło w Polsce 18 żołnierzy słowackich, z tego cześć w wypadkach. Słowacy zatrzymali 1300-1400 cofających się żołnierzy polskich, których wywieziono w głąb kraju do obozu wojskowego Lešt. Ponad 1200 z nich wydano w lutym 1940 roku Niemcom. Trafili oni do niemieckich obozów jenieckich. Niestety, czterech polskich żołnierzy strażnicy zastrzelili podczas próby ucieczki. Udział Słowacji w wojnie 1939 roku nie miał praktycznie większego znaczenia. Nie rzutował też na późniejsze stosunki między Polakami a Słowakami. Natomiast symboliczne obciążenie pamięci i morale Słowaków było i jest duże, choć nie było dotąd werbalizowane. Żadnemu narodowi nie jest łatwo przyznać się do tego, że był okupantem. Toteż głos premiera Čaploviča zasługuje na odnotowanie i szacunek. Dla Polaków, żyjących na Słowacji, ta wypowiedź jest szczególnie ważna. Żyjemy tutaj wśród przyjaciół, a taka wypowiedź potwierdza to; udowadnia, że potrafimy rozmawiać ze sobą o sprawach trudnych i wstydliwych. To również wezwanie dla nas, byśmy umieli być krytyczni wobec siebie, byli gotowi wybaczać, a w innych ludziach umieli dostrzegać wolę poprawy. Panie Premierze Čaplovič, dziękujemy za Pański artykuł. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

19


O

losach II wojny światowej decydowały nie tylko sztaby, generałowie i żołnierze, samoloty, czołgi czy działa, swą niemałą rolę odegrały w niej wywiady i ich agenci, choć o dokonaniach tych ostatnich stale wiemy jeszcze stosunkowo niewiele, bowiem archiwa, dotyczące służb specjalnych, nadal nie są w pełni dostępne i kto wie, czy kiedykolwiek zostaną w całości odtajnione. Wśród agentów, działających w okupowanej Europie, wiele było kobiet – ich historia kryje w sobie sporo tajemnic.

Ulubiona agentka Winstona Churchilla

W czerwcu 1952 roku w londyńskim „The Guardian” ukazało się wspomnienie pośmiertne o Christine Granville, w którym m.in. czytamy: „Christine miała więcej wstążek z odznaczeniami niż generał. Cechowała ją jakaś niezwykła magia, odróżniająca ją od innych osób /.../ Jej osobowość wydzielała jakąś magnetyczną siłę. Jest bardzo ważne, by zachować jej pamięć, była żywym ucieleśnieniem odwagi”. Z tego artykułu wyłania się postać dzielnej, pięknej kobiety, która w służbach wywiadu brytyjskiego walczyła przez sześć lat wojny, co w przypadku kobiet-agentek było swoistym rekordem, bowiem im powierzano zazwyczaj jedną, dwie misje. Pod pseudonimem Christine Granville kryje się Polka – Krystyna Skarbek. Po jej tragicznej śmierci w 1952 roku, stanowiącej pożywkę dla brukowej prasy angielskiej i amerykańskiej, znany tygodnik ilustrowany „Life” poświęcił jej trzy bogato ilustrowane strony, zatytułowane Kim jest Christine Granville? Dramatyczna śmierć odsłania dramatyczne życie. W 1975 roku znana południowoafrykańska pisarka Madelein Masson wydała jedyną jak dotąd biografię Krystyny Skarbek, zatytułowa20

kuły prasowe. Trudno powiedzieć, jaka była treść tych publikacji, skoro spowodowała tak radykalną postawę wiernych przyjaciół Polki. Powieść, opartą na motywach jej życia, napisała w Polsce Maria Nurowska. Zatytułowała ją Miłośnica. Chodzą też słuchy, że Krystyna stała się pierwowzorem Vesper Lynd, słynnej partnerki Jamesa Bonda z powieści Iana Fleminga Casino Royal. Co pewien czas pojawiają się w mediach informacje o tym, że ma powstać film bądź serial telewizyjny o polskiej agentce; zamierzają go nakręcić a to Kanadyjczycy, a to telewizja polska, a ostatnio podobno Agnieszka Holland. Losy Krystyny Skarbek od lat fascynują Michała Komara, polskiego pisarza i scenarzystę. Wiedza o niej, podobnie jak o innych agentach, pełna jest luk i niedomówień. Nie pretendując do wyczerpania tematu, spróbujmy na podstawie dostępnych materiałów nakreślić jej sylwetkę. Krystyna Skarbek urodziła się 1 maja 1908 roku w Warszawie jako córka Jerzego Skarbka i Stefanii z Goldfederów Skarbkowej. Prasa angielska i amerykańska, a także niektóre polskie strony internetowe błędnie dodają przed nazwiskiem Krystyny Skarbek i jej ojca tytuł hrabiowski, przedstawiając genealogię jej rodu od roku 1002. Prawda jest jednak taka, że Krystyna i jej ojciec pochodzili nie „z tych” utytułowanych Skarbków, ale z kujawskiej, nieutytułowanej linii rodu, której nieprzerwana historia sięga pierwszej połowy XVII wieku. Matka Krystyny – Stefania z Goldfederów pochodziła z bogatej żydowskiej rodziny bankierskiej. Prywatny bank A. Goldfedera w Warszawie, swą historią sięgający XIX stulecia, odgrywał dużą rolę na rynku finansowym międzywojennej stolicy. To właśnie matka wniosła do rodziny znaczną fortunę oraz majątek ziemski Trzepnica, w którym Krystyna spędziła dzieciństwo, pobierając nauki

ną A Search for Christine Granville (W poszukiwaniu Christine Granville). Masson poznała Krystynę w 1952 roku na statku turystycznym „Winchester Castle”, na którym Polka pracowała jako stewardesa. Pisarka wówczas nic o niej nie wiedziała, ale w jakiś przedziwny sposób była nią zafascynowana. Zafascynowana na tyle, by po wielu latach, czytając liczne książki o francuskim ruchu oporu i współpracujących z nim agentach brytyjskich, przypomniała sobie o polskiej stewardesie. Zbieranie materiałów o Christine Granville, jak sama pisze, stało się jej obsesją; dotarła do ludzi, którzy znali Krystynę, byli z nią spokrewnieni bądź bezpośrednio z nią działali w wywiadzie, do tych, którzy ją kochali lub tylko przelotnie spotykali. Wśród osób, które udzieliły autorce najwięcej informacji, byli czterej współbojownicy Krystyny: Francis Cammaerts, John Roper, Patric Hovarth i Andrzej Kowerski. To oni przysięgli sobie, że będą strzec jej dobrego imienia, i ponoć skutecznie zastraszali wydawców, uniemożliwiając wydanie dwóch książek i wstrzymując niektóre arty-

MONITOR POLONIJNY


od starannie wybieranych przez wykształconą matkę guwernerów. Od dzieciństwa rozmawiała z matką po francusku, znała dobrze także kilka innych języków, w tym angielski i niemiecki. Wykształcenie uzupełniała na ekskluzywnej pensji w Szwajcarii. Tej jednak nie ukończyła. Prowadzące pensję siostry zakonne odesłały ją do domu, nie mogąc sobie poradzić z temperamentną, łażącą po drzewach Polką. Krystyna świetnie jeździła konno, a zimy spędzała na nartach, zdobywając w 1931 roku w Zakopanem tytuł Miss Nart. Była piękną kobietą. W 1929 roku została wicemiss w konkursie Miss Polonia. Rok później, po śmierci ojca, przeniosła się z matką z Trzepnicy do Warszawy, gdzie zajęły eleganckie mieszkanie przy ul. Kredytowej. Krystyna szybko stała się jedną z najlepszych partii w stolicy. Na zamążpójście nie czekała długo. W 1933 roku poślubiła pabianickiego przemysłowca Karola Gettlicha. Małżeństwo trwało 6 miesięcy. Po rozwodzie nieciekawą pracę urzędniczą kompensowała bogatym życiem towarzyskim. Brała też udział w zawodach hippicznych i samochodowych. Uwagę warszawiaków zwracało jej eleganckie sportowe bugatti. W listopadzie 1938 roku wyszła powtórnie za mąż za dużo wcześniej poznanego w Zakopanem Jerzego Giżyckiego, polskiego pisarza i dyplomatę, socjologa z wykształcenia. Starszy od niej o 19 lat mąż niewątpliwie zaciekawił ją swą pełną przygód przeszłością. Przed I wojną światową był kowbojem w Teksasie, poszukiwaczem złota, drwalem w Oregonie, kierowcą J. D. Rockefelera, a po zakończeniu wojny sekretarzem w polskim poselstwie w Waszyngtonie. W 1924 roku pracował w kraju w Polskim Komitecie Olimpijskim, przygotowując reprezentację na olimpiadę w Paryżu. W 1926 roku wziął udział w wyprawie Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego do Afryki. Urzeczony Czarnym Lądem wracał tam kilkakrotnie, a wspomnienia z afrykańskich wypraw stały się tematem kilku PAŻDZIERNIK 2009

jego książek, m.in. Biali i czarni (1934), Między morzem a pustynią (1936). Po ślubie Krystyna wraz z mężem wyjechała do Kenii, gdzie jej nowy mąż czekał na podjęcie pracy w polskiej ambasadzie w ogarniętej wojną z Włochami Abisynii. Tam zastała ich wiadomość o wybuchu wojny w Europie. Oboje niezwłocznie wyjechali do Francji, gdzie się rozstali. Okazało się, że i to małżeństwo Krystyny nie wytrzymało próby czasu. Ona sama wyjechała do Anglii, by w Londynie dzięki koneksjom rodzinnym i powiązaniom towarzyskim nawiązać kontakty z wojskowym wywiadem brytyjskim (Millitary Inteligence 5). Znająca języki, wysportowana, pewna siebie piękna młoda Polka okazała się przydatna dla MI 5. Już 21 grudnia 1939 roku, zaopatrzona w fałszywe dokumenty i nową tożsamość udała się jako dziennikarka do Budapesztu z zadaniem zorganizowania przerzutu polskich żołnierzy z okupowanego kraju przez Słowację, Węgry, Jugosławię do Anglii, gdzie zasilali oni szeregi brytyjskich sił zbrojnych, głównie RAF-u. W Budapeszcie spotkała dawnego znajomego, polskiego oficera Andrzeja Kowerskiego. Kilkakrotnie, jako kurier tatrzański, przeszła przez Tatry, przeprowadzając przez nie oficerów i lotników. Z Kowerskim organizowała też ucieczki polskich wojskowych z węgierskich obozów internowania. Jej działaniu na Węgrzech towarzyszyła i odwaga, i brawura, np. gdy wraz z Kowerskim przeprowadzali pięciu oficerów czeskich do Jugosławii, po awarii auta zostali skontrolowani przez niemiecki patrol. Krystyna, nie tracąc głowy, po wylegitymowaniu się fałszywymi dokumentami, namówiła Niemców do przepchania samochodu. Kiedy indziej, zatrzymana wraz z towarzyszącym jej kurierem przez żandar-

mów słowackich, przy pierwszej lepszej okazji zorganizowała ucieczkę. Ale jej działalność nie kończyła się na tym – z Andrzejem Kowerskim zbierali także informacje wywiadowcze, np. o ruchach wojsk niemieckich, które przekazywali do Londynu. Źródła brytyjskie podają, że to m.in. właśnie te informacje pomogły Churchillowi uściślić przewidywany termin niemieckiej inwazji na Związek Radziecki. Oboje, aresztowani w Budapeszcie w 1941 roku, znów dzięki brawurze Krystyny wyszli na wolność. Zaopatrzeni w nowe paszporty na nazwiska Christine Granville i Andrew Kennedy, wystawione przez konsulat brytyjski w Budapeszcie, musieli opuścić Węgry; Krystyna wyjechała w bagażniku samochodu brytyjskiego ambasadora, za którym swym autem jechał Kowerski. Po przekroczeniu węgierskiej granicy Krystyna i Andrzej przedostali się przez Bułgarię i Turcję do Palestyny, znajdującej się wówczas pod kontrolą brytyjską, i choć posiadali status agentów brytyjskiego Special Operations Executive (Kierownictwo Operacji Specjalnych), utworzonego przez Winstona Churchilla w nocy z 15 na 16 lipca 1940 roku, przez kilkanaście miesięcy otrzymywali wprawdzie żołd, ale nie otrzymywali zadań. Dla nich, pracujących z narażaniem życia przez ponad rok dla Wielkiej Brytanii, był to czas niezwykle trudny. Okazało się, że przyczyną zamrożenia obu agentów było podejrzenie polskiego wywiadu, iż oboje są równocześnie agentami niemieckimi. Dopiero, gdy generał S. Kopaliński rozwiał te podejrzenia, Krystynie i Andrzejowi przywrócono status „pełnoprawnych i pełnosprawnych agentów” i powierzono zadania wywiadowcze w tak newralgicznym wówczas miejscu, jakim był Kair. Później, w 1943 roku Andrzeja skierowano do Włoch, a Krystynę w 1944 roku do Algieru na kurs agentów, mających działać w okupowanej Francji. W lipcu 1944 roku Krystynę Skarbek zrzucono na spadochronie na południu Francji, na płaskowyżu Vercors. Zgodnie z poleceniem bry21


tyjskiego oficera SOE sir Douglasa Dodds-Parkera jako Francuzka Pauline Armand miała nawiązać kontakt z partyzantami francuskimi, słynnymi „maquisardami”, i pełnić rolę łączniczki szefa miejscowej siatki wywiadowczo-dywersyjnej „Jockey”, legendarnego brytyjskiego agenta Francisa Cammaertsa. Tam brała udział w poprzedzającej wylądowanie wojsk amerykańskich na południu Francji krwawej wielodniowej bitwie bojowników francuskiego ruchu oporu na masywie Vercors, zyskując swą odwagą i pomysłowością w organizowaniu działań wywiadowczych uznanie i szacunek Francuzów. Kiedy 11 sierpnia Francis Cammaerts z dwoma innymi oficerami został schwytany przez gestapo i osadzony w więzieniu w Digny, Krystyna – Pauline Armand nawiązała kontakt z Albertem Schenckiem, łącznikiem pomiędzy francuską prefekturą w Digny a gestapo, którego udało się jej namówić, by za 2 mln franków skontaktował ją z Maksem

Waemem, szefem lokalnego wywiadu gestapo. Waemowi z zimną krwią przedstawiła się jako siostrzenica brytyjskiego marszałka Bernarda Montgomery’ego i żona Cammaertsa i oświadczyła, że za zwolnienie aresztowanych gwarantuje mu życie po wkroczeniu aliantów, którzy wylądowali już we Francji. Waem, wierząc w jej koligacje, uwolnił aresztowanych, mało tego, dał jej pistolet i samochód, którym przewiozła całą trójkę na drugą stronę frontu. Po tej akcji Krystyna wróciła do Londynu. Kilkakrotnie prosiła o przerzut do powstańczej Warszawy, ale otrzymała ponownie skierowanie do Kairu, gdzie w maju 1945 roku została zdemobilizowana, otrzymując odprawę w wysokości 100 funtów oraz osobiste podziękowanie Winstona Churchilla, w którym nazwał ją „swoją ulubioną agentką”. Za sześcioletnią pracę w wywiadzie brytyjskim otrzymała liczne odznaczenia, m.in. Order Imperium Brytyjskiego (Order of the British Empire) i Medal Króla Jerzego

(George Medal). Francuzi uhonorowali ją Krzyżem Wojennym (Croix de Guerre). Na Zachodzie stała się Polką najbardziej uhonorowaną wysokimi odznaczeniami za działalność w czasie II wojny światowej. Ale liczne odznaczenia nie wystarczyły, by „ulubiona agentka” Churchilla otrzymała brytyjskie obywatelstwo. Przeszkoda była czysto biurokratyczna – zgodnie z przepisami angielskimi Krystyna Skarbek nie zamieszkiwała w Wielkiej Brytanii nieprzerwanie przez pięć lat. Do Polski wracać nie chciała; jej matka i brat zginęli w Oświęcimiu. Jako cudzoziemka z trudem znajdowała pracę:

Nowa powieść Janusza L. Wiśniewskiego

Do

literatury wstąpił w roku 2001. Nie było to wejście ciche; już pierwsza jego powieść znalazła się na liście bestsellerów i uznana została za „powieść tak współczesną, że bardziej nie można: z Internetem, pagerem, elektronicznymi biletami lotniczymi, dekodowaniem genomu i SMS-ami. A przy tym tak tradycyjna jak klasyczna historia miłosna. Powieść o miłości w Internecie”. Oczywiście mowa tu o Samotności w sieci, którą Janusz L. Wiśniewski debiutował i która natychmiast zyskała tysiące czytelników. Powieść ta,

22

przetłumaczona na wiele języków, zekranizowana, uczyniła z debiutanta pisarza wręcz kultowego. Czytelnicy z niecierpliwością oczekiwali kolej-

nych jego książek, a czekać nie musieli długo – były rybak dalekomorski, magister fizyki, doktor informatyki i doktor habilitowany chemii, którego autorski program komputerowy stosowany jest przez większość firm chemicznych na świecie, w ciągu ośmiu lat od swego głośnego debiutu obdarzył ich hojnie. W 2002 roku były to Zespoły napięć – tom, zawierający sześć opowiadań o kobietach, kobiecej

duszy, psychice i kobiecym ciele. Potem była powieść Los powtórzony, później tomiki esejów: Intymna teoria względności, Molekuły względności, Sceny z życia za ścianą, Czy mężczyźni są światu potrzebni? i bajka dla dzieci W poszukiwaniu Najważniejszego: bajka trochę naukowa. Z Małgorzatą Domagalik MONITOR POLONIJNY


była telefonistką, szatniarką i ekspedientką w wielkim domu handlowym Harrods, gdzie poznała zdemobilizowanego z Navy Intelligence Division Iana Fleminga, późniejszego twórcę Jamesa Bonda, z którym, jak pisze jeden z biografów pisarza, miała ponoć trwający blisko rok romans. Później pracowała jako stewardesa na statkach pasażerskich „Raukuine” i „Winchester Castle”, kursujących na linii Anglia – Afryka Południowa. Na tym drugim poznała swą przyszłą biografkę Madeleine Masson, na tym pierwszym swego późniejszego mordercę, stewarda Dennisa Muldowneya. Obłędnie w niej zakochany, bez wzajemności, ranił ją nożem 15 czerwca 1952 roku w podlondyńskim hotelu „Shelbourne” w przeddzień jej wyjazdu do Bonn, gdzie czekał na nią Andrzej Kowerski. Obu od czasów węgierskich łączyło głębokie uczucie. W Bonn zamierzali rozpocząć nowe życie. Krystyna Skarbek zmarła 17 czerwca 1952 roku. Została pochowana na

Wiśniewski napisał dwie powieści epistolograficzne: 188 dni i nocy oraz Między wierszami. Od czasu wydania Samotności w sieci cieszy się opinią eksperta duszy kobiecej i jest chyba jedynym polskim pisarzem, którego uważa się za czołowego przedstawiciela prozy kobiecej. Jego najnowsza, wydana w tym roku powieść Bikini („Świat Książki”, Warszawa 2009) utwierdza to określenie pisarza, chociaż nie przesądza o płci potencjalnego czytelnika. Podobnie jak Samotność w sieci i Bikini stanie się zapewne lekturą tysięcy czytelników, niezależnie od ich przynależności rodzajowej. PAŻDZIERNIK 2009

cmentarzu katolickim w Kensal Green w północno-zachodnim Londynie. W jej pogrzebie obok dawnych towarzyszy broni i przyjaciół wzięli udział przedstawiciele emigracji polskiej i wysokiej rangi przedstawiciele różnych instytucji brytyjskich. W 1988 roku na tym samym cmentarzu w sąsiednim grobie spoczął major British Army Andrzej Kowerski, który do końca życia przechowywał pamiątki, medale i odznaczenia Krystyny. Dennis Muldowney został skazany na śmierć przez powieszenie, wyrok wykonano zadziwiająco szybko, co skłoniło niektórych biografów naszej bohaterki do snucia przypuszczeń, że Muldowney był tylko narzędziem w rękach wywiadu brytyjskiego, a Krystyna Skarbek musiała zginąć, ponieważ znała fakty, które wywiad ten chciał ukryć. Czy te przypuszczenia są czczym wymysłem zwolenników spiskowej teorii dziejów, czy też jest w nich ziarno prawdy? Na to pytanie może odpowiedzieć

Bikini to historia młodej Niemki Anny, zafascynowanej fotografowaniem, która obiektywem swego aparatu utrwala obraz Drezna przed i po nalotach dywanowych aliantów, oraz Stanleya Bredforda, amerykańskiego fotoreportera, pracującego dla „New York Times”. Swych bohaterów autor osadza w szerokim kontekście społecznym i historycznym. Poznajemy więc nastroje zarówno nazistów, jak i antyfaszystów. Trafiamy do amerykańskich jednostek wojskowych i środowiska dziennikarzy amerykańskich.

jedynie oparta na dokumentach rzetelna biografia Krystyny Skarbek, ale na taką biografię nieprzeciętnej, pięknej kobiety, w której kochało się wielu mężczyzn, a która całą swą energię, talent i zdolności w chwili wielkiej próby charakterów wykorzystała, ryzykując własne życie, w walce z wrogiem, przyjdzie nam zapewne jeszcze długo czekać. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

Ze zbombardowanego Drezna losy Anny prowadzą przez Kolonię i Nowy York na bajeczny atol Bikini sprzed eksperymentalnego wybuchu bomby atomowej, który zakończył arkadyjski żywot na nim. Wydarzenia końca II wojny światowej są tłem, dodajmy tłem szeroko rozbudowanym, do przedstawienia relacji damsko-męskich. Wiśniewski zmusza do zastanowienia się nad tym, czy człowiek, który widział i przeżył ogrom zła, może być szczęśliwy, czy może znaleźć szczęście w miłości.

Krytycy literaccy formułują pod adresem pisarza niejeden zarzut – najczęściej powierzchowność w widzeniu świata i schematyczność w portretowaniu relacji międzyludzkich. Ale czytelnicy z chęcią sięgają po jego powieści, których mocną stroną jest przede wszystkim umiejętność tworzenia fabuły oraz ostrość obserwacji – i właśnie obie te cechy pisarstwa Wiśniewskiego znaleźć można w Bikini – w zamierzeniu autora fresku społeczno-obyczajowym, i to one sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. DANUTA MEYZAMARUŠIAK

23


„Prima Aprilis to najgorszy dzień na oświadczyny” – przeczytałem we wrześniu na moim ulubionym blogu czajnik vs. toster (http://igod.tumblr.com), poświęconym zazwyczaj kulturze masowej. Tym razem jego autor stał się komentatorem politycznym, bo nie uniknął tematu okoliczności, w jakich Amerykanie wycofali się z planów umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Amerykanie zrezygnowali z tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. „Ekipa Obamy doszła do wniosku, że projekt Busha nie jest najlepszym sposobem obrony przed irańskimi rakietami krótkiego i średniego zasięgu. W przewidywalnej przyszłości są one bardziej prawdopodobnym zagrożeniem niż rakiety dalekiego zasięgu, przed którymi miała chronić tarcza” - informował „Newsweek” (Koniec marzeń o tarczy, 21.09). Obama w wywiadzie dla telewizji CBS tłumaczył swą decyzję i przekonywał, że nie zrobił tego, by ustąpić Moskwie. „Rosjanie nie determinują naszej postawy obronnej. Podjęliśmy decyzję o tym, co będzie najlepsze dla obrony Amerykanów oraz naszych żołnierzy w Europie i naszych sojuszników” – tak słowa amerykańskiego prezydenta przedstawia „Dziennik” (Obama ma złe wiadomości dla Polski, 21.09). Piotr Gillert na łamach „Rzeczpospolitej” (Krach pewnych złudzeń, 18.09) pytał Zbigniewa Brzezińskiego – 24

Przegląd

prasy politologa, byłego doradcę prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa: „Co pan sądzi o decyzji Baracka Obamy o nierozmieszczeniu tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach?”. „Spodziewam się, że ta decyzja wpłynie negatywnie na relacje między Waszyngtonem i Europą Środkową. Obawiam się, że nie była ona szczegółowo omówiona z sojusznikami (...). To poważne niedociągnięcie, Amerykanie nie przygotowali odpowiednio Polski i Czech na taką decyzję. No i to fatalne skojarzenie dat! 17 września to niezwykle niefortunne. Oczywiście wynika to z nieznajomości historii. Można się domyślać, że administracja będzie się starała jakoś osłodzić gorycz, wynikającą z tej decyzji” – przyznawał ekspert. Dziwi ta amerykańska nieznajomość historii. Zniesienie wiz dla Słowaków Amerykanie ogłosili w dniu rocznicy upadku komunizmu w Czechosłowacji. Nie tylko data wywołała „fatalne skojarzenie”, niefortunna też była po-

ra przekazania informacji. Jak doniosłą „Gazeta Wyborcza” (Prezydent USA dzwoni, Tusk nie chce rozmawiać, 18.09) „z szefem czeskiego rządu Janem Fischerem Obamie udało się porozmawiać tuż po północy”. Tusk telefonu nie odebrał, kancelaria premiera poinformowała o „przyczynach technicznych”. Decyzja Obamy odbiła się szerokim echem w Polsce, a komentowali ją prawie wszyscy publicyści. Być może niepotrzebnie. Dr Paweł Kubicki, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, na łamach „Gazety Wyborczej” (Nadchodzą nowi mieszczanie, 22.09) scha-

rakteryzował dzisiejszych 30- i 40-latków, mieszkańców dużych miast. „Nowi mieszczanie często silniej identyfikują się z Warszawą, Krakowem i Wrocławiem niż państwem czy narodem (...). Często angażują się w organizacje pozarządowe, działające na rzecz ich miasta czy dzielnicy” – przekonywał. Wniosek? Im chyba tarcza antyrakietowa wyjątkowo nie jest potrzebna. Gdyby jednak to komentatorzy, a nie „nowi mieszczanie” mieli rację w sprawie oceny wycofania się Amerykanów z umieszczania tarczy w Czechach i Polsce, podaję argument dla tych pierwszych. W serwisie onet.pl sprawdziłem biorytm prezydenta Obamy na 17 września. Niestety nie były to dobre wieści. Serwis radził: „Nie jesteś w najlepszej formie. Nie zdziw się, jeśli proste operacje myślowe zabiorą Ci dzisiaj więcej czasu, niż zwykle. Wszyscy popełniamy błędy, ale części można łatwo uniknąć, znając swoje możliwości w danym dniu. Dlatego skorzystaj z ostrzeżenia i sprawdź dwukrotnie dokumenty, nad którymi pracujesz, czy też pracę, którą masz dzisiaj oddać do oceny. Strzeżonego...”. ŁUKASZ GRZESICZAK

MONITOR POLONIJNY


Money, money, money! N

ie będę pisać o nieśmiertelnym przeboju. Śpiew też nie wchodzi w grę. ABBA, jej evergreeny, klasyka muzyki i nowości to domena specjalistki, czyli Urszuli Zomerskiej – Szabados. W moim przypadku sprawa jest przyziemna. Money, money, money, czyli zarobki sportowców, wysokość transferów, nagrody - po prostu kasa w sporcie.

Temat ma też dobry timing (polski odpowiednik i wyjaśnienia znajdziemy zapewne w Okienku językowym), ponieważ, jak może pamiętamy, w dawnych niesłusznych (?) czasach październik był miesiącem oszczędności. Dlaczego? Nie wiem. Może ktoś jeszcze pamięta? Kasą w sporcie możemy się emocjonować nie tylko w związku ze światowymi gwiazdami. Na naszym podwórku też jest dobrze, coraz lepiej i drożej. Kiedyś jednak było inaczej. Bramkarz, który zatrzymał Albion na Wembley, Jan Tomaszewski w 1971 r. za przejście z Legii Warszawa do ŁKS-u dostał ok. 70 tys. zł. Wspomina, że dołożył to, co zarobił w Legii, i za 120 tys. kupił… dużego fiata. PAŻDZIERNIK 2009

Wcześniej za transfer z Gwardii Wrocław do Śląska Wrocław urządził mieszkanie. Zarobki były skromne. Awans Gwardii do ligi międzywojewódzkiej dał graczom - juniorom po 600 złotych premii. On kupił sobie koszulę non iron i płaszcz ortalionowy w komisie. Potem w I lidze w Śląsku 600 złotych dostawał za wygrany mecz. Zaczął wyjeżdżać, np. do NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna – kiedyś było drugie państwo niemieckie), gdzie graczom wypłacano dietę - po 2 dolary dziennie, ale w markach wschodnioniemieckich. Tam dostawał też kartki na posiłki do kasyna milicyjnego. Nie lepiej było w przypadku medalistów olimpijskich. Każdy zna „gest Kozakiewicza”. Mistrz olimpijski Władysław Kozakiewicz pamięta, że zdobywcy medali w Moskwie mieli obiecane samochody. Za złoto – polonez, srebro – to duży fiat, a brąz – maluch. Na oficjalnym powitaniu sportowcy usłyszeli jednak, że trzeba oszczędzać i nic nie dostali. Przyznaje, że na zawodach można było jednak dorobić. Za start na zagranicznym mitingu lekkoatletycznym organizator „pod sto-

łem” płacił tzw. startowe - od 100 do 2000 dolarów. Trener, który doprowadził reprezentację do srebrnego medalu na mundialu w Hiszpanii, Antoni Piechniczek na początku lat 70-tych w Odrze Opole zarabiał bardzo dobrze. Miał etat w klubie, dodatkowo w cementowni i w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Umawiał się z klubem np. na 8 tys. złotych. Pensja trenera to były 3 tys., więc działacze szukali dwóch następnych etatów, tak by razem było 8. Trzy etaty, ale tak naprawdę to tylko i wyłącznie trenował. Takie czasy. Dziś finanse najlepszych wyglądają zupełnie inaczej. Milionerem można zostać, grając w piłkę. I to w polskiej lidze. Według magazynu „Futbol” od lipca br. 350 tys. euro rocznie zarabia Łukasz Garguła, najlepiej opłacany piłkarz w historii naszej ligi. Dla przeciętnego śmiertelnika to astronomiczna kwota, ale w polskiej ekstraklasie jak najbardziej osiągalna. Najlepiej płacą „centusie” – krakowska Wisła. Drugie miejsce wśród najlepiej opłacanych ligowców zajmuje pod Wawelem inny wiślak – Wojciech Łobodziński. Jego pensja oscyluje w granicach 320 tys. euro rocznie! Trzecie miejsce w ligowej tabeli płac zajmują trzej piłkarze z identycznymi dochodami: Roger Guerreiro, Maciej Iwański i Rafał Murawski. Nasz Brazylijczyk ma dobrą pensję, ale już nieraz udowodnił, że pieniądze nie są dla niego najważniejsze. Pamiętamy jego szlachetny gest, kiedy to przekazał mercedesa na cele charytatywne. Dostał go za to, że był najlepszym piłkarzem finału

25


o Puchar Polski. Auto, warte ponad 100 tys. złotych, poszło pod młotek, a uzyskane pieniądze przekazano potrzebującym dzieciom. Ćwierć miliona euro to też ładnie. Tyle „wyciągają” legionista Inaki Astiz (z Hiszapanii) oraz wiślacy – Argentyńczyk Mauro Cantoro i Arkadiusz Głowacki. Słowacki piłkarz w polskiej lidze Ján Mucha dostaje 150 tys. rocznie. Według „Super Expressu”, najwięcej zarabia Brazylijczyk Edson, któremu Legia Warszawa płaci co miesiąc 100 tys. zł brutto (plus premie). Najlepiej opłacany Afrykańczyk w polskiej lidze, Dickson Choto, inkasuje 240 tys. euro rocznie. Po przedłużeniu umowy z Legią ma dostać dużo więcej. Stosunkowo „niewysokie” kontrakty są w Lechu Poznań. Kolumbijczyk Arboleda dostawał niedawno 200 tys. euro. Największe gwiazdy tego zespołu – Bośniak Semir Stilić i Robert Lewandowski – mają mniej, niż mogłoby się wydawać. Stilić ma dużo poniżej 200 tys., „Lewy”, uważany za nasz największy talent, inkasuje rocznie 120 tys. euro. W naszej Orange Ekstraklasie może też być inaczej. Dla porównania: najlepiej opłacany piłkarz Arki Gdynia, Olgierd Moskalewicz dostaje 30 tys. zł. Po 15 tys. „wyciąga” czołówka Polonii Warszawa – Radosław Majdan, Jacek Kosmalski i Radosław Gilewicz. Jest i drugi biegun finansowy. Jeszcze dwa lata temu za każdy zdobyty przez drużynę punkt piłkarz występującego w VI lidze (najniższa klasa rozgrywek) w woj. świętokrzyskim Dębu Nagłowice dostawał… 10 zł (sic!). Za wygraną otrzymywał 26

więc 30 zł, za remis 10 zł. Płacono na końcu sezonu. To jedyne pieniądze, które zarabiali piłkarze za grę w tej drużynie. W najbiedniejszych amatorskich zespołach w najniższych ligach jedynym bonusem po zwycięstwie jest często wspólny grill, ale np. piłkarze Tęczy Augustów (B - klasa) dostają … po piwie! Inne pensje mają trenerzy piłkarscy. Najlepiej zarabiający to: Henryk Kasperczak (Górnik Zabrze) – 350 tys. euro rocznie, Maciej Skorża (Wisła Kraków) – 150 tys. i Jan Urban (Legia Warszawa) – 120 tys. Kończący pracę Leo Beenhakker zarabia(ł) 70 tys. euro miesięcznie + dodatek mieszkaniowy (2 tys. euro na miesiąc). Awans reprezentacji do finałów mundialu w RPA podniósłby jego pensję do 85 tys. Dostałby też jednorazową premię prawie 800 tys. euro. Jego poprzednik, Paweł Janas, zarabiał 40 tys. zł. Wysokie są pensje, rośnie wysokość transferów zagranicznych naszych sportowców, głównie piłkarzy. Euzebiusza Smolarka, nadzieję naszej piłki, w 2006 roku za 4,8 mln euro kupił Racing Santander. Dużo jak za polskiego piłkarza. Dla porównania – drugi w klasyfikacji Jerzy Dudek przeszedł z Feyenoordu do Liverpoolu za łączną kwotę 5 mln funtów. Łączna kwota transferów Smolarka to 6 mln, a Macieja Żurawskiego tylko 4 mln euro. A Maciejowi Iwańskiemu za przeniesienie do Legii Warszawa zaproponowano wynagrodzenie 300 tys. euro. Mówiło się, że Grzegorz Rasiak,

gracz angielskiego Southampton, wart jest/był ok. 2 mln funtów. Za tę kwotę miałby przejść do włoskiej Serie A. Gdyby tak się stało, byłby najdroższym piłkarzem w historii polskiej piłki. Wcześniej zmienił klub za 2 mln funtów. Tyle samo dał za niego obecny klub. Jeżeli teraz kontrahent wyłoży kolejne dwa miliony, to suma podskoczy do sześciu milionów. Poza krajem zarabia się prawie „światowe pieniądze”. Choć Jerzy Dudek jest obecnie tylko rezerwowym, jest/był (wg „Super Expressu”) najlepiej zarabiającym polskim sportowcem. Bramkarz Realu Madryt np. w 2007 r. zgarnął 7,93 mln złotych! Dudek, tak jak w 2005 i 2006, był liderem rankingu, choć w stosunku do poprzednich lat jego zarobki malały – w 2005 było to 13,5 mln, zaś w 2006 – 11,52 mln! Drugim najlepiej zarabiających naszym sportowcem w 2007 r. był inny bramkarz – Artur Boruc. W Celticu Glasgow zarobił 5,7 mln. Trzecie miejsce przypadło Robertowi Kubicy – 5,5 mln. Czwarty był również … bramkarz – Tomasz Kuszczak – 5,45 mln. Napastnik Euzebiusz Smolarek z 4,8 mln. był piąty. 1,8 mln euro rocznie ma zarabiać Jakub Błaszczykowski (24 l.) po podpisaniu nowej umowy z Borussią Dortmund. Dzięki podwyżce – o około 800 tys. – skrzydłowy naszej reprezentacji będzie drugim najlepiej zarabiającym polskim piłkarzem. Dobra gra Ireneusza Jelenia została doceniona. Polski piłkarz AJ Au-

MONITOR POLONIJNY


xerre, przedłużając kontrakt z tym klubem, dostał podwyżkę (więcej niż sto procent!), która pozwoliła mu awansować do dziesiątki najlepiej zarabiających graczy w lidze francuskiej. Jego przejście RC Lens wyceniono na 10 mln euro! Piłkarz nie podał kwoty odstępnego. Zdradził, że jest ona niższa niż 7,5 mln euro, jakie Liverpool FC zapłacił Feyenoordowi Rotterdam za Dudka w 2001 roku, co jest rekordową ceną za polskiego piłkarza. Po powrocie bywa różnie. Andrzej Niedzielan przez kilka lat gry w holenderskim NEC Nijmegen zarobił grubo ponad 2 mln euro. Obecnie w Wiśle Kraków inkasuje około 240 tys. Najlepszy lewonożny piłkarz w historii Bundesligi, Mirosław Okoński w karierze zarobił ok. 2 mln niemieckich marek. Używał życia. Gdy wrócił do Polski w 1992 roku zostało mu około 600 tys. Po roku nie miał już prawie nic. Piłkarze przestają być elitą finansową, rośnie im silna konkurencja. W Polsce pewnym ewenementem jest żużel. To, że zarobki żużlowców są nieprzyzwoicie wysokie zrozumieli już prezesi Speedway Ekstraligi. Uznali, że będą ciąć wynagrodzenia o dwadzieścia, a może nawet trzydzieści procent! Najlepiej opłacany żużlowiec to Nicki Pedersen z kontraktem 2,1 mln złotych za sezon! Drugi jest Tomasz Gollob – 2,1 mln. Drugi Polak na liście najlepiej zarabiających żużlowców to zajmujący dziesiąte miejsce w rankingu przy kasie Jarosław Hampel z 1,2 mln. Od czasu, kiedy Robert Kubica ściga się w F1, trwają spekulacje na temat jego zarobków. „Super Express” twierdzi, że Kubica zarabia 1,2 mln euro, niemiecki „Die Welt”, że może liczyć na 3 mln dolarów rocznie (jego partner z BMW Sauber, Nick Heidfeld – 10 mln). Jak na „kierowcę”, to nieźle, jednak w porównaniu z innymi to skromna pensja. Kimi Raikkonen dostaje 30 mln, Lewis Hamilton 25 mln, ale „The Guardian” spekuluje, że w ciągu 10 lat kariery na konto Kubicy wpłynie okrągły miliard dolarów! To dwa razy więcej niż w ciągu 15 lat zgroPAŻDZIERNIK 2009

madził Michael Schumacher! Tak kręci się wielki interes Formuły 1. O zarobkach w tenisie krążą legendy. Dawno temu, w 1976 r. nasz dotychczas najlepszy tenisista Wojciech Fibak zajął 10. miejsce na liście płac. Zarobił nieco ponad 230 tys. dolarów! W całej karierze jego zarobki wyniosły dokładnie 2 725 403 USD. Dla porównania w 2008 r. Agnieszka Radwańska zajęła 12. miejsce wśród najlepiej zarabiających tenisistek. Tylko w ćwierćfinale wielkoszlemowego Australian Open zarobiła 148 894 dolary! Na liście tenisistek, które w roku 2008 zarobiły najwięcej na turniejach jest ósma. Jeśli chodzi o dochody poza kortem jest poza… pierwszą setką. Zarabia na korcie, bo nie ma umowy z agencją menedżerską. Zdaniem ekspertów z reklam mogłaby mieć rocznie nawet 5 mln złotych! Ile można zarobić na tenisie, doskonale wie pochodząca z Polski Karolina Wodniacki. Średnia na korcie, mimo to z reklam „wyciąga” ponad milion dolarów... rocznie! A inne gwiazdy? W dniu 8 marca 2008 r. premier Jarosław Kaczyński spotkał się na śniadaniu z mistrzem świata w skokach narciarskich Adamem Małyszem, który za wybitne osiągnięcia sportowe otrzymał nagrodę… 30 tys. zł. Ministerstwo Sportu przyznało mu też miesięczne stypendium – 7 tys. zł. Skoczek zarobił jednak miliony skacząc. Finansowe koło fortuny zaczyna się kręcić bardzo wcześnie. Przykład z naszego podwórka to młody skoczek Klimek Murańka, który w 2008 w Zakopanem zadebiutował w Pucharze Świata. W wieku 10 lat miał już sponsora (umowę podpisali rodzice), który wypłacał mu roczne stypendium w wysokości 10 tys. i 4 tys. na sprzęt, płacił też za szczególne sukcesy. Już teraz wiele firm rywalizuje o prawa do jego wizerunku. Zdaniem Mariusza Pudzianowskiego, wśród strongmenów zarobki nie są duże. Za zwycięstwo w mistrzostwach świata można dostać 60 tys. dolarów. Wygrana w zawodach Grand Prix USA to 10 - 15 tys. dolarów… Nasz „złoty” kulomiot

Tomasz Majewski to pierwszy sportowiec, który zawarł indywidualny kontrakt sponsorski z koncernem PKN Orlen. W ciągu roku ma dostać w sumie 100 tys. zł. „Dorabia” na zawodach. Za wygrany konkurs w Stuttgarcie dostał 30 tys. dolarów. Dla porównania podam też nazwiska najlepiej zarabiających (w mln dol.) sportowców o których część z nas nigdy nie słyszała. I tu niespodzianka. Najwięcej zarabia … golfista Tiger Woods – 111 941 827 mln dolarów! Drugi jest bokser Oscar de la Hoya (boks) – 55, trzeci też golfista, Phil Mickelson – 51,256,505, szósty to David Beckham, piłkarz – 33, a dziewiąty Michael Jordan, koszykarz – 31,1. Od większości sum może się zakręcić w głowie. Nasuwają się pytania, po co te informacje i co komu dadzą? Nic nie dadzą. To tylko fakt, że sport, to nie tylko zabawa, zdrowie i ideały (?), ale biznes i pieniądze. Po co o tym pisać? Przecież ten tekst wygląda jak raport księgowego. No tak, sport sportem, ale liczy się kasa. Tematy finansowe, wysokość transferów należą do najważniejszych – czasami ważniejszych od samych osiągnięć – tematów w sporcie, poruszanych w rozmowach kibiców i ekspertów. Ten temat nigdy nie zostanie wyczerpany, a wyższe sumy to kwestia kilku miesięcy. Trzeba jednak przyznać, że robią wrażenie. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“. * dane finansowe pochodzą z różnych gazet, Internetu, w niektórych przypadkach różnią się i/lub nawet wzajemnie wykluczają.

27


Ministerstvo kultúry SR dňa 2. septembra 2009 vyhlásilo nový termín uzávierky na prerozdeľovanie finančných prostriedkov zo svojho grantového systému v programe č. 6 Kultúra národnostných menšín 2010. Projekty, ktoré sa doručia do 10. novembra 2009 budú posúdené a spracované do konca februára 2010. Vyplnené žiadosti s prílohami posielajte na adresu: Ministerstvo kultúry SR, Sekcia ekonomiky, Odbor programovej podpory, Nám. SNP 33, 813 31 Bratislava 1 alebo ich odovzdajte v podateľni MK SR. Obálku označte heslom: „KNM 2010 – podprogram (číselné označenie a názov podprogramu)“. Pozor! Každú žiadosť je nevyhnutné zaregistrovať elektronicky na: http://registerkultury.gov.sk/granty2010. Podrobnejšie informácie je možné získať na internetovej adrese MK SR: www.culture.gov.sk v časti Grantový systém 2010.“

OGŁOSZENIE KLUBOWE Klub Polski Bratysława zaprasza na pierwsze z cyklicznych spotkań pod hasłem „Sztuka z naszych szeregów“, w ramach którego zostanie zaprezentowana wystawa pt. „Sztuka na karku“. Wernisaż wystawy odbędzie się dnia 21 października 2009 r. o 17.00. w Bratysławie w Pałacu Zichych przy Venturskej 9 (II piętro). Wystawę będzie można oglądać do 29 października br. Serdecznie zapraszamy.

ŻYCZENIA Oli i Jankowi Krcheniom serdecznie gratulujemy z okazji narodzin drugiego synka. Filipek przyszedł na świat dnia 19.09.2009 r. Życzymy mu długiego szczęśliwego życia. Oby był zawsze pociechą i dumą dla swoich rodziców! Przyjaciele z Klubu Polskiego Środkowe Poważe

P A Ż D Z I E R N I K

W

Serdeczne życzenia naszemu klubowiczowi Łukaszowi Gregušce i jego małżonce Kasi z okazji narodzin córeczki Elenki, która przyszła na świat 18.09.2009 r. przesyłają przyjaciele z Klubu Polskiego, życząc zdrowia i pociechy z maleństwa!

I N S T Y T U C I E

➨ MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL POEZJI ➨ APART: KLEPSYDRA 13 października, ARS POETICA: Wieczór poezji – wiersze godz.19.00, Bratysława, Teatr Meteorit, Andrzeja Sosnowskiego Čulenova 3•Wystąpienie teatru „Apart” ze (w A4 – 8 października, godz. 19.00) spektaklem Klepsydra w ramach festiwalu i Bianky Ronaldo (w A4 – 9 października „Meteorit” godz. 19.00) czyta Lucia Rózsa ➨ 16 października, Bratysława, Wydział Teatralny Hurajová i Marek Majeský. W Klubie VŠMU, Ventúrska 3•Rok Grotowskiego na Filmowym „35 mm” – 7 października, VŠMU: - wykład Dariusza Kosińskiego o Jerzym godz. 20.00, projekcja filmu Dzień Grotowskim dla studentów VŠMU, świra (reż. Marek Koterski, PL, 2002, - wystawa „Pół wieku Teatru Laboratorium” 93 min.). (prezentowana do 16 października)

➨ 20 października, godz. 10.00, Bratysława, Goethe Instytut, Panenská 31 Konferencja naukowa Günter Grass – fenomen literatury europejskiej z udziałem Basila Kerskiego, redaktora naczelnego polsko-niemieckiego czasopisma „Dialog” , Adama Krzemińskiego, publicysty tygodnika „Polityka”, germanistów słowackich Adama Bžocha i Ladislava Šimona oraz niemieckiego literaturoznawcy Gunthera Nickela

TWÓRCZOŚĆ GÜNTERA GRASSA W FILMACH ➨ NEPOHODLNÝ – SPISOVATEĽ GÜNTER GRASS (DER UNBEQUEME – DER DICHTER GÜNTER GRASS)•15 października, godz. 17.30, Bratysława, kino Mladosť, Hviezdoslavovo námestie 18 Reż. Nadja Frenz, Sigrun Matthiesen, 2007, 87 min. ➨ ŽABIE LAMENTO - ČAS ZMIERENIA (WRÓŻBY KUMAKA) 16 października, godz. 17.30, Bratysława, kino Mladosť, Hviezdoslavovo námestie 18 Reż. Robert Gliński, 2005, 98 min. 28

➨ PLECHOVÝ BUBIENOK (DIE BLECHTROMMEL / BLASZANY BĘBENEK )• 17 października, godz. 17.30, Bratysława, kino Mladosť, Hviezdoslavovo námestie 18 Reż. Volker Schlöndorff, 1979, 142 min.

➨ V ABRAHÁMOVOM NÁRUČÍ (IN ABRAHAMS SCHOß)•19 października, godz. 19.00, Bratysława, Goethe Instytut, Panenská 31 Reż. Tim Lienhard, 29 min.

➨ GÜNTER GRASS 19 października, godz. 18.00, Bratysława, Goethe Instytut, Panenská 31•Reż. Heinz Ludwig Arnold, 1989, 52 min.

➨ PRÍBEH PLECHOVÉHO BUBIENKA (DIE LECHTROMMELSTORY/BLASZANY BĘBENEK) 20 października, godz. 13.00, Bratysława, Goethe Instytut, Panenská 31 Reż. Wilfried Hauke, 2007, 44 min.

➨ MAČKA A MYŠ (KATZ UND MAUS) 19 października, godz. 19.30, Bratysława, Goethe Instytut, Panenská 31•Reż. Hansjürgen Pohland, 1966, 88 min.

MONITOR POLONIJNY


Informujemy, że 27 października 2009 r. o godzinie 16.30. Słowacka Telewizja na STV 2 wyemituje „Magazyn mniejszości narodowej”, w którym zaprezentuje Polaków, mieszkających w Bratysławie i na Środkowym Poważu.

OGŁOSZENIE REDAKCYJNE W tym roku na łamach „Monitora Polonijnego“ publikujemy artykuły, przedstawiające różne miasta i regiony Polski. Przy tej okazji chcielibyśmy skorzystać z pomocy naszych Czytelników i pokazać ich ulubione miejsca, ich „małe ojczyzny“. Pragnęlibyśmy, aby to Państwo byli naszymi przewodnikami po nich, a w związku z tym prosimy o kontakt telefoniczny bądź mailowy z redakcją osób z różnych miast i regionów w Polsce, których do tej pory nie przedstawialiśmy na łamach naszego pisma, a którzy chcieliby nam przedstawić swoje rodzinne strony. Redakcja „Monitora Polonijnego“ monitorp@orangemail.sk

P O L S K I M ➨ 20 października, godz. 17.00, Bratysława, SFPA, Hviezdoslavovo nám. 14 Aktualne i historyczne stosunki polskoniemeckie w oczach publicystów - dyskusja z udziałem Adama Krzemińskiego i Basila Kerskiego ➨ 22 października, Preszów, PKO, Sala Czarnego Orła Koncert polskiego duetu jazzowego Jorgos Skolias & Bronisław Duży w ramach festiwalu JAZZPREŠOV 2009 ➨ 22 października, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Kultury Węgierskiej, Palisády 51 Salon Wyszehradzki – dyskusja panelowa na temat „Kryzys społeczny 1989-2009” ➨ 23 października, godz. 20.00, Bratysława, Studio 12, Jakubovo nám. 12 Bratysławska premiera przedstawienia teatralnego BECKETT SHORTS w wykonaniu słowackiego Teatru „Kontra”, w reżyserii polskiej reżyser Klaudyny Rozhin ➨ 23 października, godz. 10.00, Bratysława, Wydział Teatralny VŠMU, Ventúrska 3 Wykład Antoniego Libery na temat twórczości Samuela Becketta

PAŻDZIERNIK 2009

Znów o reżyserkach i bokserkach

K

ibicem sportowym nie jestem, w telewizji oglądam jedynie finały różnych mistrzostw świata z udziałem Polaków, czynnie uprawiam „chodziarstwo”, ale z psem na długich spacerach, to jednak czytam (i to nie tylko z obowiązku) komentarze zarówno sportowe, jak i te ze sportem związane pośrednio, autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Andrzeja Kalinowskiego. Pisze ze swadą, używając języka typowego dla dziennikarzy sportowych, a czasami, co jest dla mnie miłe, przywołuje w swoich artykułach moje nazwisko. Wnikliwi czytelnicy „Monitora” wiedzą, dlaczego. Otóż „wywołuje mnie do tablicy” w sytuacji użycia w swoich tekstach wątpliwych form językowych. Tak też zrobił w zamieszczonym w poprzednim numerze artykule, kiedy to pisał o uprawiającej boks polskiej zawodniczce Agnieszce Rylik. Panią tę nazwał bowiem „bokserką”. Pamiętam, że kiedyś tak nazywano sportowy podkoszulek. Forma mnoga tej nazwy brzmi oczywiście „bokserki”. Kiedy jednak w internetowej wyszukiwarce wpisałam hasło „bokserka”, chcąc sprawdzić, kto i w jakim kontekście tej formy używa, wyskoczyła mi reklama, zatytułowana „Seksowne bokserki”. Tym razem jednak nie chodziło o seksowne zawodniczki uprawiające boks, choć Agnieszka Rylik na pewno do nich należy. Dalsza część tekstu – „Zrób zakupy bez wychodzenia z domu. Seksowna bielizna dla mężczyzn” – zdradzała bowiem o które znaczenie interesującego nas leksemu szło. Czy zatem nasza utytułowana zawodniczka jest „bokserką”? A może jest jednak „bokserem”? Formy żeńskie już od dłuższego czasu są przyczyną wielu sporów, nie tylko wśród językoznawców. Jedni preferują tradycyjne formy męskie, drudzy każdą męską formę potrafią zamienić na żeńską. Do

pierwszych należy na pewno Elżbieta Radziszewska, pełnomocnik (pełnomocniczka?) rządu do spraw równego statusu, która w sierpniu br. powiedziała: „Nie jestem minstrą, ale ministrem”. Zwolennikiem tradycyjnego nazywania kobiet za pomocą męskich form był też znany aktor Michał Żebrowski, który tak niedawno jeszcze utrzymywał, iż „reżyserka to pomieszczenie dla reżysera”. Chyba jednak zmienił zdanie, albowiem w głośnej koprodukcji polsko-słowacko-czeskiej „Janosik. Prawdziwa historia” zagrał u dwóch „reżyserek”. Formy żeńskie królują na różnych stronach internetowych, blogach i czatach. O przyczynach powrotu do nich pisałam już kiedyś na łamach „Monitora” (MP, 10/2006). Mało tego, pisałam wówczas o swoim dystansie do nich. Upłynęły dwa lata i mój dystans zmalał. Ba, myślę nawt, że najwyższy czas zdjąć odium z żeńskich nazw zawodów i funkcji i uznać, że nie ma nic złego w „reżyserkach” czy „bokserkach”. Ale… bez przesady! W tworzeniu tego rodzaju form kierujmy się też innymi względami. Zgadzam się też na np. „pilotkę” czy „tokarkę”, a nawet na „ministerkę”, jeśli to pilot, tokarz czy minister płci pięknej, ale… Czy bankowca lub stoczniowca tejże płci należy nazwać „bankówką”, „stoczniówką”? A może „bankowczynią”, „stoczniowczynią” ??? Na Boga! NIE!!! Przynajmniej na razie. Ale za kilka lat… Kto wie? MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 29


Zielono mi...

P

óźny wieczór, dziesiąta na zegarze, słońce wciąż nad widnokręgiem, obiad właśnie skończony, w zlewozmywaku stos talerzy, obok szereg niemowlęcych butelek – szykuje się długie szorowanie. Ale coś mnie ciągle rozprasza. Rozglądam się, nasłuchuję. Chichot. Ktoś się śmieje. Szyderczo. No i jest! Siedzi na parapecie, w zielonej czapce, trójlistna koniczyna za uchem, noga założona na nogę, 6 cali wzrostu i się śmieje. Zanim pomyślałam, wyrwało mi się pytanie: „Co robisz w moim domu?”. I wtedy zdałam sobie sprawę, że chyba mówię do siebie, ale... padła odpowiedź: „W Twoim domu? Irlandia to mój dom! A gdzie jest Twój?”. Tak, tak. Leprechauny, elfy, trolle, hobbity – tu jest ich kraina, ale mało kto to zauważa w codziennym pędzie za „jurkiem”, czyli za euro. My przyjechaliśmy tu tuż po otwarciu granic unijnych, zakasaliśmy rękawy i zabraliśmy się za szybkie realizowanie naszych marzeń: zarobić dużo, wrócić, wybudować dom, może otworzyć własny biznes. Życie samo zweryfikowało nasze cele i marzenia – na pytania znajomych o datę powrotu nie mówimy już „za rok, półtora”, ale „ jak się dom wybuduje”, „jak się recesja skończy” itp. To, co wydawało się proste do zrealizowania i osiągnięcia, wcale takie proste nie jest, jeśli jednocześnie chce się żyć... normalnie. Takich jak my jest tu na pęczki. Każdy na początku dostaje zawrotu głowy od możliwości: najlepsze kosmetyki za dniówkę wynagrodzenia, szaleństwo odzieżowe, wycieczki do egzotycznych krajów, cudo-sprzęt elektroniczny wreszcie w zasięgu portfela. Wszystko łatwo dostępne 30

bez większych wyrzeczeń. A jak już się człowiek nasyci tymi dobrodziejstwami, które do tej pory prawie lizał przez szybę w hipermarketach w Polsce, to zaczyna się zastanawiać, jak bez tego żył. I tęsknota za polskim boćkiem ucieka. Ale wszystko do czasu. Nasze pierwsze tygodnie w Krainie Elfów upłynęły w bezgranicznym zdumieniu. Chodziliśmy jak nawiedzeni, kręcąc głową w lewo i prawo, i znowu w lewo... A nie! W prawo trzeba! W pubie stałam nad umywalką i kłóciłam się z kranami – po kie licho dwa: na zimne i wrzątek!?, a Irlandka patrzyła na mnie jak na UFO, no bo o co mi chodzi. Wodę się napuszcza do umywalki! Przepuściłam z tuzin autobusów na przystanku, złorzecząc na kierowców, ich rodziny i nawet zwierzęta domowe, zanim dotarło do mnie, że na autobus trzeba uprzejmie pomachać, żeby stanął. Wciągnęłam chyba z galon deszczówki, dziwiąc się tubylcom, śmigającym w japonkach i krótkim rękawku przy zaledwie 15 stopniach. No ale lato zobowiązuje. To nic, że tylko kalendarzowe. Miałam nocne koszmary z gołymi nóżkami niemowląt, wystawionymi na wichrowy i deszczowy świat, a teraz moja córa sama majta nagimi stóp-

kami w wózku. Ku ogólnemu zmartwieniu dziadków naturalnie. Na początku przywoziliśmy z Polski całe walizki z wałówką, kosmetykami i innymi niezastąpionymi rzeczami. Pomalutku tych „suwenirów” z ojczyzny było coraz mniej, aż dotarliśmy do punktu, w którym, będąc w ojczyźnie, gotujemy beef caserole, kanapki zagryzamy chipsami i planujemy, w którym z dziesiątków okolicznych pubów spotkamy się wkrótce ze znajomymi na pintę Guinnessa. Jeśli natomiast myślimy o „polskiej gościnności”, to zdecydowanie ją przebija irlandzka serdeczność: prawdziwa, namacalna, niezwykła, obecna na każdym kroku, wszędzie i żeby nie wiem co. Każdy – nawet najbardziej wkurzony Irlandczyk – zanim przystąpi do awantury, zaczyna od pytania: „Jak się masz?”. Od słowa do słowa i zamiast drzeć z kimś koty idzie z nim do pubu szukać ugody w kufelku lub dwóch. Właśnie ta otwartość tubylców, ich bezinteresowność i chęć niesienia pomocy z uśmiechem na ustach jest pierwszą rzeczą, za którą tęsknimy, przekraczając progi polskiego lotniska. Te rumiane, zawsze uśmiechnięte twarze, czy to na chodniku, czy w autobusie, urzędzie lub szpitalu rozgrzewają człowieka nawet w najbardziej paskudny irlandzki dzień. I do tego zapierająca dech w piersiach przyroda: wiecznie zielone łąki, lasy z tajemniczymi jarami, niesamowite jeziora, zarośnięte mchem siedziby druidów, szumiące potoki wśród dzikich lian, mgliste zatoczki nad morzem. Na tym myśleniu i wspominaniu minęło kilka dni. Znów jestem w Polsce. Godzina druga w nocy, w babcinym mieszkaniu w Łańcucie. Siedzę przy tym samy stole, przy którym niegdyś piłam z babcią herbatę i obie marzyłyśmy o wielkich bogactwach. „To gdzie jest ten mój dom?” – myślę. I chyba słyszę babcię, jak podpowiada cichutko: „Tutaj!” EWELINA WIDERA, IRLANDIA MONITOR POLONIJNY


Już wrzesień za nami i otwarta szkoła, Mama Antka i Zuzię codziennie pyta: „Jak wam idzie matematyka? Polski odrobiony? Tornister spakowany? Antek do dyktanda jesteś przygotowany?”. A że różnie z chęcią do nauki bywa, Czasem dwójek w dzienniczku ucznia przybywa… Potem bliźniaki w dniu wywiadówki się stresują I znów grzecznie lekcje na blachę kują.

ACJ S TR ILU

Dlatego Zuzia i Antek nowy plan mają I sami dyktanda w domu układają: Trudne zdania sobie nawzajem dyktują, Więc na piątkę się tym razem przygotują!

E: K

ASI

AU

FNA

L

Tym razem ORTOGRAFIA sprawia im problemy, O czym wszyscy, piszący po polsku, wiemy. Pisownia w naszym języku jest trochę trudna, A nauka wszystkich reguł taka żmudna.

Może pojedziemy nad morze. Harcerze harcują w jeziorze. Pszczoły produkują miód. Na dworze jest mróz i chłód. Młodzież pejzażem się zachwyca. Hultaj biżuterię przemyca. Przyjaciel pożyczył mi złotówkę. Hania rozwiązała ósmą łamigłówkę. -uje się nie kreskuje. „RZ” [erzet] wymienia się na „R” [er]. „H” [ha] kocha hałaśliwe słowa. Reguł jest już pełna głowa! Zosia i Antek ciężko w domu ćwiczyli, Gdy piątki z ortografii dostali – radości nie kryli! I wy, drogie dzieci, polską pisownię opanujcie, W pisaniu dyktand po polsku królujcie! KASIA UFNAL

PAŻDZIERNIK 2009

31


Prawda, że już dawno zapomnieliśmy o ciepłych letnich porankach, gdy na bosaka można było wyskoczyć do ogródka po świeże warzywka? Niestety, nadeszła jesień i złote kołyszące się leniwie zboża zmieniły się w ponure ścierniska. Pora więc bez ociągania sięgnąć po

podziemne skarby, przezornie zebrane przed zimą i przechowywane w piwnicach. Można z nich wyczarować królewskie dania albo przynajmniej królewskie smaki, a jeśli znudzi się nam ceremoniał, po prostu się nimi najeść „po chłopsku”. Oto ziemniaki!

Puree królewskie

Puree chłopskie

SKŁADNIKI: • ok.70 dag ziemniaków (najlepsze takie, które gotują się na sypko) • łyżeczka soli

SKŁADNIKI: • 1 średnia cebula • 150 – 200 ml mleka

• 50 g masła • świeżo starta gałka muszkatołowa

• • • •

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Nastawiamy wodę, solimy, a gdy zacznie się gotować, wrzucamy do niej obrane i pokrojone w ćwiartki ziemniaki. Gdy ziemniaki się gotują, kroimy w paski cebulę i szklimy ją na maśle na złoty kolor. Zagotowujemy mleko. Ugotowane ziemniaki odcedzamy dokładnie i odparowujemy przez ok. minutę,

a następnie przepuszczamy przez praskę. Dolewamy mleka, porządnie mieszamy, najpierw łyżką, potem trzepaczką, by nadać puree puszystości. Na koniec dodajemy gałkę i masło z cebulką. Niby można podawać tę królewską potrawę z mięsem, ale po co? Sama smakuje wybornie!

ok. 70 dag ziemniaków łyżeczka soli 10 dag wędzonego boczku 125 g sera ementaler (może być też inny żółty ser) • łyżka masła • szczypta gałki • biały pieprz

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Ziemniaki gotujemy jak wyżej, boczek kroimy w bardzo drobną kostkę i smażymy na rumiano. Ser ścieramy na grubych oczkach tarki. Ugotowane ziemniaki odcedzamy, ale część wody zostawiamy osobno. Następnie ziemniaki ugniatamy z masłem i kilkoma łyżkami wody, w której się gotowały. Konsystencja puree musi być kremowa. Doprawiamy gałką i pieprzem, mieszamy z serem i usmażonym boczkiem.

Jak widać – jesienią i król, i chłop, wydobywając swoje skarby ze spichrza, najedzą się naprawdę do syta! AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2009/10  
Monitor Polonijny 2009/10  
Advertisement