Page 1


Obradowała Rada Klubu Polskiego na Słowacji

J

ak zmieścić się w budżecie, przeznaczonym przez Ministerstwo Kultury RS dla polskiej mniejszości narodowej w sytuacji, kiedy w tym roku Klub Polski przygotowuje aż 21 przedsięwzięć, a na dodatek wyrosła mu konkurencja, bowiem z podobnymi wnioskami do tej samej instytucji wystąpiła organizacja „Polonus“? Aby znaleźć odpowiedzi na te pytania działacze Klubu Polskiego zwołali radę, która odbyła się 7 lutego 2009 roku w Dubnicy nad Wagiem. pierwszy złożyła wnioski do MK RS o dofinansowanie, konkurując w ten sposób z Klubem Polskim, albowiem pula środków przeznaczonych dla polskiej mniejszości narodowej na Słowacji jest jedna i ograniczona. Jak się okazało organizacja „Polonus” jest reprezentowana przez prezesów Klubu Polskiego z Żyliny i Martina – Katarzynę Bielikovą i Irenę Zacharovą. Obie panie wyjaśniły, że już dwa lata temu, mimo czynnego udziału w strukturach Klubu Polskiego, zdecydowały się założyć w Żylinie organizację „Polonus“, by móc czerpać dofinansowanie z różnych źródeł, w tym m.in. z urzędu miejskiego miasta Żylina. Na pytanie, dlaczego panie zarejestrowały ową organizację, nie informując o tym kroku działaczy Klubu i środowiska polonijnego, skupionego wokół Klubu, oraz na wiele innych pytań członkowie rady nie otrzymali odpowiedzi. Na stwierdzenie, iż zakładanie podobnej organizacji polonijnej jest sprzeczne z interesami Klubu Polskiego pani Bieliková zareagowała, twierdząc, że organizacja „Polonus“ nie jest organizacją polonijną, albowiem zrzesza różne narodowości. Informacja ta zdziwiła działaczy KP, ponieważ „Polonus“ ubiega się o dofinansowanie z MK RS z puli finansowej przeznaczonej dla mniejszości polskiej. Działacze polonijni złożyli życzenia jubilatce Renacie Strakovej z Trenczyna

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Klub Polski, który właśnie obchodzi swoje 15-lecie, przygotowuje w tym roku wiele tradycyjnych przedsięwzięć, które już na stałe wpisały się do kalendarza imprez polonijnych. Zaplanowanych jest też kilka nowych projektów, dzięki którym mieszkający na Słowacji Polacy chcą dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców. Na realizację wszystkich imprez, jak i na wydawanie „Monitora Polonijnego“ potrzebne są środki finansowe, pochodzące w dużej mierze ze słowackiego Ministerstwa Kultury. Z uwagi na to, że ministerstwo to nie jest w stanie sfinansować wszystkich polonijnych projektów, działacze klubowi dyskutowali o możliwościach ich realizacji, ograniczając wydatki na nie bądź rezygnując z niektórych. Do debaty na ten temat zaproszono też przedstawicieli działającej na Słowacji organizacji „Polonus“, o której istnieniu Klub Polski dowiedział się w styczniu tego roku, i która to organizacja po raz

Efektem burzliwej wymiany zdań była rezygnacja z członkostwa w Klubie Polskim Katarzyny Bielikovej i Ireny Zacharovej. Prezesi Klubu podjęli decyzję, że członkiem Rady Klubu Polskiego nie może być osoba, pełniąca podobną funkcję w innej organizacji polonijnej na terenie Słowacji. Podczas spotkania dyskutowano też o sposobach pozyskiwania nowych członków Klubu, nowych prenumeratorów polonijnego miesięcznika oraz o planach spotkań w regionach. Prezes nitrzańskiego klubu Romana Gregušková opisała sytuację, związaną z nauczaniem języka polskiego w Nitrze. Stwier-

dziła, że pomimo znacznego zainteresowania szkółką piątkową jej funkcjonowanie stoi pod znakiem zapytania z uwagi na brak środków finansowych. Na radzie omówiono również sposoby współpracy ze Stowarzyszeniem „Wspólnota Polska“ oraz z Fundacją „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Ponadto dyskutowano o nowym statucie Klubu Polskiego, klubowych stronach internetowych, sposobach komunikacji wewnątrzklubowej oraz przygotowywanych imprezach. Prezes Klubu Polskiego Ryszard Urbański nie zajął stanowiska w sprawie rezygnacji z członkostwa dwóch prezesów regionalnych Klubu. Nie wiemy też, kto w Żylinie i Martinie będzie przewodniczył regionalnym strukturom Klubu. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA DUBNICA NAD WAGIEM P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: działacze Klubu dowiedzieli się, że prezes Klubu Polskiego Ryszard Urbański pełni funkcję wiceprezesa organizacji „Polonus“! MONITOR POLONIJNY


O tym, że kryzys gospodarczy nie musi przynosić tylko negatywnych efektów, stara się nas przekonać nasza redakcyjna koleżanka w artykule na str. 4. My o tym przekonaliśmy się na własnej skórze, bowiem dzięki atrakcyjnej ofercie cenowej nasz miesięcznik, począwszy od poprzedniego numeru, ukazuje się na 32 kolorowych stronach! W tym numerze poruszamy też problem dwujęzyczności (str. 6), zachęcając Państwa do dyskusji na ten temat na łamach naszego pisma. No i mamy też wątki niemieckie. W rubryce „Rozsiani po świecie“ (str. 30) prezentujemy losy pewnej Polki, która w drodze do Ameryki zakotwiczyła na stałe w Niemczech. Z kolei popularny, znany i lubiany w Polsce aktor – Niemiec dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat naszych cech narodowych (str. 8). Każdy z zamieszczonych w niniejszym numerze naszego miesięcznika artykułów wart jest przeczytania i każdy mogłabym jakoś skomentować. Ale szczególną Państwa uwagę chcę zwrócić na jeden, który mnie po prostu wzruszył. To historia życia pewnego Polaka i jego żony Słowaczki, którzy zdecydowali się poświęcić wychowaniu siedmiorga dzieci. Serdeczność panująca w ich domu pokazała mi, że tak naprawdę w życiu codziennym liczą się zupełnie inne wartości. O tej wspaniałej, nietypowej rodzinie możecie Państwo przeczytać w rubryce „Co u nich słychać?“ (str. 16). Z kolei przepis na zalewajkę (str. 32) wywołał we mnie wspomnienie dzieciństwa – to była ulubiona zupa mojej mamy. Na pewno go wypróbuję!!! I Państwa też do tego zachęcam, jak i zachęcam do lektury całego pisma. A jeśli coś w nim Państwa poruszy, to proszę podzielić się z nami swoimi refleksjami i uwagami, bo nie ma lepszego wynagrodzenia dla autora artykułu, niż reakcja jego czytelników.

REDAKTOR NACZELNA „MONITORA POLONIJNEGO“

Zarobić na kryzysie… Z KRAJU Dwujęzyczność WYWIAD MIESIĄCA „One man show“ Steffena Möllera Z NASZEGO PODWÓRKA CO U NICH SŁYCHAĆ? Wielkie serca w małym mieszkaniu MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Doda KINO-OKO Konecki i Saramonowicz ponownie szokują! SPACER WSPOMNIEŃ Atrakcje Trójmiasta POLSKO-SŁOWACKIE ZWIĄZKI HISTORYCZNE Między Koszycami a Krakowem TO WARTO WIEDZIEĆ Inżynierowie z pomnika BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Andrzeja Friszke Przystosowanie i opór OKIENKO JĘZYKOWE Coś jest na rzeczy! SPORT!? Szczypiorniak w Chorwacji OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECE Sen o Ameryce MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Kto odkrył Amerykę? PIEKARNIK Tanie danie na ogrzanie

4 4 6 8 11 16 18

19 20 20 22 24 25 26 28 30 31 32

Koszty roczne prenumeraty „Monitora” wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100), a na druku bankowym podać imię i nazwisko. Nowych prenumeratorów prosimy o podanie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany na adres e-mail: monitorp@orangemail.sk, bądź pod nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c ov á , A n n a M a r i a J a r i n a , A l i c j a Ko r c z y k - C h o v a n e c , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , M a g d a l e n a P i e t z KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s k a - S z a b a d o s • KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E N I T R A – M o n i k a D i k a c z o w a • J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p @ o r a n g e m a i l . s k P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk MARZEC 2009

3


W

szyscy o nim mówią – z niepewnością i strachem – bo przecież przez kilka lat względnie dobrej kondycji gospodarki światowej przyzwyczailiśmy się do życiowej prosperity, jakby trwała od zawsze. Nie chodzi tu nawet o zasobność naszych domowych portfeli, bo z tym bywa różnie, ale o systematycznie rok po roku szeptaną nam do ucha „propagandę” – że lepiej, piękniej i dostatniej nam się żyje, bo mamy więcej niż kiedyś możliwości, w każdej chwili możemy wyjechać za granicę, a jabłka bywają droższe od bananów.

Zarobić na kryzysie…

A teraz? Te same głosy „z okienka” każą nam się ograniczać, straszą widmem bankructwa i plajty, roztaczają wizje strajków i zamieszek. Chyba pora powiedzieć STOP! Moi Państwo – czy gdybyście nie słuchali w kółko o kryzysie, to wiedzielibyście, że jest? Dla zwykłego człowieka troski finansowe były, są i będą podstawowymi codziennymi bolączkami – kupić telewizor czy wyjechać na wakacje? Wymienić kafelki w łazience czy sprezentować dzieciom komputer? Samo życie, nieprawdaż…? No właśnie! Dziś

POLSKI INŻYNIER, uprowadzony pod koniec września 2009 r. w Pakistanie przez talibów, został na początku lutego zabity. Władze Pakistanu potwierdziły jego śmierć. Talibowie przekazali taśmę z nagraniem egzekucji Piotra S. Szef MSZ Radosław Sikorski ustanowił nagrodę w wysokości 1 mln zł za infor4

macje, które mogłyby pomóc w doprowadzeniu winnych śmierci Polaka przed wymiar sprawiedliwości. Problemem jest też przekazanie ciała geologa polskim władzom, albowiem talibowie nie chcą przyjąć polskich warunków wydania zwłok. Pracownik Geofizyki Kraków został uprowadzony 28 września ok. 200 km na południowy zachód od Islamabadu. Uzbrojeni napastnicy zabili wówczas trzech towarzyszących mu Pakistańczyków. W połowie października ujawniono nagranie, w którym polski geolog przedstawił się jako Piotr i apelował do pakistańskiego rządu o spełnienie żądań porywaczy.

proponuję podejść do kryzysu trochę bardziej zdroworozsądkowo i powołać do życia własne środki zaradcze, zwłaszcza, że wiosna jest najlepszym momentem na zmiany. Po pierwsze więc – porządki. Ileż to dobra kryje się w naszych szafach – tych ciuchów od lat nienoszonych, książek i papierzysk, które do niczego już się nie przydadzą, zapasów spożywczych, które zapełniają tyły szaf, głębiny zamrażarek i najciemniejsze schowki spiżarni! Trzeba się w końcu zmobilizować i wyciągnąć te skarby na światło dzienne

DWADZIEŚCIA LAT TEMU, 6 lutego 1989 r., przy Okrągłym Stole zasiedli do rozmów przedstawiciele opozycji demokratycznej, władz PRL i Kościoła. Prezydent Lech Kaczyński uważa, że przy Okrągłym Stole nie doszło do tajnej zmowy między elitami kosztem społeczeństwa. Przedstawiciele komunistycznej władzy i solidarnościowej opozycji rozpoczęli wówczas dialog, który doprowadził do porozumienia i wspólnego rozwiązywania konfliktów społecznych, zapoczątkował upadek komunizmu i przemiany polityczne nie tylko w Polsce, ale również w całej Europie ŚrodkowoWschodniej.

MINISTER SPRAWIEDLIWOŚCI Andrzej Czuma ma długi – napisała 11 lutego „Polityka“. Czuma, zanim został posłem, a potem ministrem sprawiedliwości, 20 lat spędził w USA. Został tam po nim wykaz przegranych procesów o zapłatę rachunków za leczenie, z kart kredytowych oraz pożyczek. Z dokumentów sądu nie zawsze wynika, czy Czuma spłacił należności przed powrotem do Polski. Minister twierdzi, że to nieprawda i chce pozwać tygodnik do sądu. Jego syn Krzysztof zrezygnował z funkcji społecznego asystenta swego ojca. Rezygnacja ma związek ,,z kolejnymi nieprawdziwymi zarzutami stawianymi pośrednio ministrowi MONITOR POLONIJNY


– jestem przekonana, że odnajdziemy wśród sterty łaszków jakąś niezłą, zapomnianą bluzkę, a to, z czego wyrosły starsze dzieciaki, przyda się dla młodszych latorośli (w ostateczności można to przerobić na ubranka dla lalek, co pozwoli choć przez chwilę zaoszczędzić na nowej zabawce). Zanim przeznaczymy cokolwiek do wyrzucenia czy przekazania uboższym, zastanówmy się, czy nie można tego przerobić – to tylko kolorowe czasopisma lansują modę na drogie marki. Światowe gwiazdy i projektanci mody często noszą ciuchy „z drugiej ręki” albo odświeżają własne zapasy, dodając modne aplikacje, skracając i przerabiając co się da. Podobnie sprawa się ma z gazetami i książkami – zanim przeznaczycie je na makulaturę, pomyślcie chwilę – może w pobliskim klubie, świetlicy czy innym miejscu spotkań (nawet u fryzjera) ktoś mógłby jeszcze z nich skorzystać. Od dawna przekazuję wszystkie przeczytane gazety najbliższej rodzinie. Stamtąd wędrują one dalej i dalej, aż sprawiedliwości” – tłumaczył Krzysztof Czuma. DNIA 3 LUTEGO ruszył proces siedmiu żołnierzy, oskarżonych o zabicie cywilów w afgańskiej wiosce Nangar Khel. Jest to pierwsza w historii polskiego wojska sprawa za złamanie konwencji haskiej i zabójstwo cywilów nie biorących udziału w działaniach wojennych. W skutek ostrzału wioski Nangar Khel przez polskich żołnierzy 16 sierpnia 2007 r. zginęło 6 cywilnych osób. Prokuratura zarzuca oskarżonym ludobójstwo i złamanie m.in. konwencji haskiej oraz genewskiej. Niektórym grozi nawet dożywocie. MARZEC 2009

w końcu ktoś pali je w piecu, by dostarczyć domowi trochę ciepełka w chłodny wieczór. Mam wtedy wrażenie, że wydana na czasopisma gotówka już dawno się zwróciła, bo z pisma skorzystało sporo osób i zdolność czytania w narodzie nie zaginie. Kolejnym problemem są niezmierzone zapasy spożywcze, dość często zalegające w naszych domach. A gdyby tak wyjeść to, co jeszcze nie straciło świeżości? Parę groszy w portfelu zostanie na pewno! Pamiętajmy też, że są gesty i wartości, które nic nie kosztują, a więc stracić na nich nie można. Pomoc innym, dobroczynność oraz życzliwość i dobry humor w każdych czasach są na wagę złota. Im bardziej jesteśmy wrażliwsi na drugiego człowieka, tym większy spokój zyskuje nasza dusza. Czy życie sąsiedzkie i prosta ludzka pomoc nie kwitły właśnie w czasach pustych półek i ogłoszeń o „dwudziestym stopniu zasilania”? Kryzys to słowo, które straszy, ale nie dajmy się zastraszyć bez

ŚMIGŁOWIEC LOTNICZEGO POGOTOWIA Ratunkowego z Wrocławia rozbił się 17 lutego. Leciał w okolice Budziszowa do rannych w karambolu na drodze A4, gdzie zderzyło się ok. 20 aut. Maszyna LPR rozbiła się w okolicach Jarostowa, kilkaset metrów od miejsca karambolu, w pobliżu wiejskich zabudowań. Służby ratunkowe szukały śmigłowca ok. godziny, była gęsta mgła. W katastrofie zginęli pilot i ratownik. SEJM POWOŁAŁ KOMISJĘ ŚLEDCZĄ do zbadania okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. W dniu 11 lutego Centralne Biuro Śledcze w Płocku

walki. W końcu, parafrazując słowa z najsłynniejszej polskiej komedii „Sami swoi” –„Kryzys kryzysem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – czego wszystkim na wiosnę życzę AGATA BEDNARCZYK

zatrzymało wspólnik Krzysztofa Olewnika Jacka. K. Prokuratura przedstawiła mu zarzuty udziału w grupie przestępczej, planującej uprowadzenie Krzysztofa Olewnika, oraz współudział w jego uprowadzeniu i przetrzymywaniu. Krzysztof Olewnika uprowadzono w 2001 roku. Sprawcy zażądali okupu. W lipcu 2003 roku nastąpiło przekazanie okupu porywaczom – 300 tys. euro, jednak Olewnika nie uwolniono. Miesiąc później go zamordowano. Ciało znaleziono po pięciu latach od porwania. W KRAKOWIE 10 LUTEGO zmarł w wieku 78 lat prof. Jan Błoński – emerytowany profesor Uni-

wersytetu Jagiellońskiego, historyk literatury, krytyk literacki, tłumacz, nauczyciel akademicki – poinformowała Katarzyna Politowska, rzecznik prasowy UJ. W DNIU 23 LUTEGO zmarł Franciszek Starowieyski, polski grafik, malarz i scenograf – podała rodzina artysty. Miał 79 lat. Przez wiele lat tworzył na przemian w Warszawie i w Paryżu. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli ,,polskiej szkoły plakatu”. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA

5


Dwujęzyczność K

iedy decydowałam się na zamieszkanie w Słowacji, oczywiste dla mnie było, że moje dzieci będą dwujęzyczne. Wiem, że osiągnięcie tego nie jest wcale łatwe, wymaga wiele czasu, cierpliwości i konsekwencji w działaniu, ale po prostu nie wyobrażałam sobie, aby było inaczej. Dzieci powinny przecież dogadywać się z dziadkami czy kuzynami w Polsce. Ponadto silnie zakorzenione wartości patriotyczne (dziś niestety mało popularne wśród młodzieży) sprawiłyby, że zapewne wstydziłabym się tego, że moje dzieci nie znają ani języka polskiego, ani polskiej kultury. To, że dwu- i wielojęzyczność jest możliwa, przekonałam się, pracując we włoskich Dolomitach, gdzie mieszkańcy biegle posługują się językiem włoskim, niemieckim i ladyńskim, który wywodzi się z dialektów retoromańskich, a dziś jest oficjalnie uznawany przez lokalne władze i nauczany w szkołach. Tamtejsze dzieci zatem z powodzeniem uczą się w szkole trzech języków i, jak miałam okazję się przekonać, nie mają z tego powodu „bałaganu w głowach“. Wprost przeciwnie, widać było, że są bardzo emocjonalnie związane ze swoją kulturą, folklorem, a posługiwanie się trzema językami (w mówieniu, rozumieniu mowy, pisaniu i czytaniu) nie sprawia im najmniejszych problemów. Doświadczenia zarówno te, jak i te, zdobyte w trakcie studiów na kierunku pedagogika specjalna, sprawiły, że z moją córeczką rozmawiałam po polsku, jeszcze zanim przyszła na świat. Robiłam to też dlatego, że dzieci w łonie matki słyszą i rozpoznają głosy, a jedna z teorii głosi, że dziecko uczy się języka ojczystego jeszcze przed urodzeniem. Zanim jednak przejdę do omówienia dwujęzyczności, powinnam Państwa zapoznać z terminologią z nim związaną, którą można spotkać w literaturze specjalistycznej. Występują tam takie pojęcia, jak „język obcy”, „drugi” i „docelowy”. Dr Ewa Lipińska w artykule pt. „Dwujęzyczność dzieci na emigracji - jak ją osiągnąć?” pisze, że „język drugi od obcego różni się stopniem 6

opanowania. Stephen Krashen odróżnia przyswajanie, czyli nabywaniem języka, od jego uczenia się. Język drugi przyswaja się bez udziału nauczyciela i formalnych instrukcji, w naturalnym otoczeniu, a więc w kraju, w którym się nim mówi, wśród społeczności, dla której jest on językiem pierwszym / ojczystym / wyjściowym. Języka obcego uczy się najczęściej w szkole lub na kursach, w warunkach sztucznych. Natomiast pojęcie języka docelowego może być tożsame zarówno z językiem obcym, jak i drugim”. Czymże zatem jest zjawisko dwujęzyczności? W literaturze spotkać można wiele rozmaitych definicji. Najprościej mówiąc, „dwujęzyczność (bilingwizm) to opanowanie dwu języków w takim stopniu, w jakim posługują się nimi ich jednojęzyczni nosiciele, czyli ambilingwizm. Polega na umiejętności posługiwania się wszystkimi sprawnościami w języku ojczystym i drugim oraz na częstym używaniu obydwu języków w różnych sytuacjach. Dwujęzyczność jest pojęciem często używanym w zbyt sze-

rokim znaczeniu i powinno się ją odróżniać od znajomości dwóch języków. Nie możemy zatem nazwać dwujęzyczną osobę, która nauczyła się drugiego języka, znając wcześniej ojczysty i posługującą się drugim językiem tylko w pewnych sytuacjach, np. w trakcie wyjazdów turystycznych, albo posiadającą zdolność czytania jedynie fachowych tekstów” – twierdzi dr Lipińska. Decyzja o dwujęzyczności jest w pewnym sensie inwestowaniem w przyszłość naszych dzieci, ponieważ ma ona niezmiernie dużo zalet. Oprócz oczywistych, jak możliwość komunikowania się z rodziną z Polski czy rozwój bogatszej osobowości dzięki dostępowi do dwóch kultur, zwiększa także szanse na uzyskanie w przyszłości lepszej pracy, a w razie powrotu do kraju bądź podjęcia studiów w Polsce ułatwia readaptację. Poza tym dwujęzyczność, jak dodaje B. Zaremba „ułatwia naukę innych języków, a ponieważ rozwija zdolności rozumienia i kojarzenia, pomaga w nauce w ogóle. Dzieci dwujęzyczne potrafią też z większą łatwością


przestawiać się z jednego zadania na drugie i łatwiej się koncentrują. Z socjologicznego punktu widzenia dwujęzyczność pomaga uczyć tolerancji”. Udowodniono też, że dwujęzyczność pozwala dłużej zachować sprawność umysłu, gdyż wysiłek wkładany w posługiwanie się dwoma językami wzmaga dopływ krwi do mózgu i utrzymuje w zdrowiu połączenia nerwowe. Należy jednak pamiętać, że dwujęzyczność odwleka początek demencji, ale jej nie zapobiega. A jak to się przekłada na opanowywanie języka przez dzieci? Czy rzeczywiście łatwiej i szybciej przyswajają sobie one drugi język? Okazuje się, że w pewnym sensie tak, ponieważ „ich narządy mowy i słuchu są elastyczne i z łatwością rozpoznają i przyswajają skomplikowane dźwięki, których dorosły człowiek często nie jest już w stanie rozróżnić” – twierdzi Bożena Zaremba. Z badań dr Lipińskiej wynika, że „opanowanie wymowy, akcentu i intonacji możliwe jest tylko do okresu pokwitania (mniej więcej do 11-16 roku życia), przy czym oczywiście im wcześniej, tym lepiej. U małych dzieci ogólnie następuje szybki rozwój biologiczny i umysłowy. Dzieci są spontaniczne, ciekawe świata, chłoną wiedzę i nie mają żadnych zahamowań – także w wypowiadaniu się w języku docelowym. Tylko w tym okresie życia możliwe jest równoczesne przyswajanie dwóch języków: ojczystego i drugiego. U małych dzieci słowa nabierają konkretnego znaczenia w powiązaniu z określoną sytuacją”. Na przykład rysując z dzieckiem i podając mu informację „Teraz narysujemy obrazek”, sprawimy, że słowo „obrazek” nabierze konkretnego znaczenia. Dzieci, jak pisze dalej dr Lipińska „przyswajają język »biernie«, dlatego czasem nawet nie zdają sobie sprawy, że mówią w innym języku. Dzieci są otwarte, nie boją się śmieszności, a charakterystyczna w tym wieku beztroska i nauka przez zabawę dodatkowo przyczyniają się do skuteczności procesu opanowywania MARZEC 2009

języka docelowego. Sądzi się również, że przebiega on łatwiej i szybciej u dzieci, ponieważ używają one skojarzeń wizualno-słuchowych oraz dotykowo-słuchowych, gdy tymczasem dorośli uczą się, tłumacząc ze znanego już języka, a więc kojarząc drogą słuchowo-słuchową”. Chcąc osiągnąć u dzieci dwujęzyczność, powinniśmy spędzać z nimi dużo czasu na rozmowach po polsku. Musimy też pamiętać, aby nigdy nie mieszały języków. Bożena Zaremba apeluje, aby jedna osoba mówiła „konsekwentnie do dziecka w jednym języku, zwłaszcza na początku (mniej więcej do trzeciego roku życia). Niektórzy sądzą, że gdy będą mówić do dziecka w dwóch językach, to szybciej nauczy się ono obu języków. Niestety nie ma nic bardziej mylnego, ponieważ efekt jest taki, że dziecko jest zdezorientowane i najczęściej dochodzi u niego do opóźnienia w rozwoju mowy. Wtedy też często potrzebna jest interwencja lekarza”. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że dzieci mogą też przejmować ich błędy językowe, powstałe z niedoskonałej znajomości języka obcego. Brak poprawnego akcentu może być przyczyną podważania autorytetu rodzica, co może doprowadzić do różnego rodzaju problemów wychowawczych. Dr Ewa Lipińska twierdzi, że „równie ważną rolę odgrywa czytanie dzieciom po polsku (w starszym wieku także pomoc w czytaniu), opowiadanie bajek, różnych śmiesznych i ciekawych historyjek oraz oglądanie polskich filmów, granie na komputerze po polsku, słuchanie i śpiewanie polskich piosenek”. Z moją czteromiesięczną dziś córeczką często słuchamy polskiego internetowego radia na www.polskastacja.pl, gdzie jedna sekcja poświęcona jest wyłącznie dzieciom. Z radością przypomi-

nam sobie piosenki z dzieciństwa, śpiewając małej na głos, gdy ona tymczasem próbuje mnie naśladować i wesoło sobie gaworzy. W Słowacji dzieci w wieku szkolnym można posłać do Szkolnego Punktu Konsultacyjnego przy Ambasadzie RP w Bratysławie albo na prywatne lekcje polskiego. Duże znaczenie ma także kontakt ze środowiskiem polonijnym. Uczestnicząc w polonijnych imprezach, można spotkać ludzi, borykających się z podobnymi do naszych problemami (informacje o spotkaniach zamieszczane są na łamach „Monitora Polonijnego”, który nie zapomina też o naszych pociechach i publikuje rubrykę „Między nami dzieciakami”). Decydując się na opiekunkę do dziecka, warto pomyśleć, aby był to ktoś z tutejszej Polonii. Możliwości uczenia dzieci języka polskiego jest naprawdę wiele, dlatego emigracja nie powinna być przeszkodą w pielęgnowaniu polskości. Jeśli już uda nam się wychować dwujęzyczne dziecko, musimy wiedzieć, że niestety „dwujęzyczność nie jest cechą stałą, nabytą raz na całe życie. Jest to dynamiczny proces, w ciągu którego może dojść do utraty całkowitej lub częściowej jednego z języków ( E. Lipińska za Warchoł-Schlottmann M.), dlatego ważne jest, abyśmy zdobyte umiejętności językowe pielęgnowali i rozwijali. Życzę zatem wszystkim, i dzieciom, i ich rodzicom dużo cierpliwości i wytrwałości w nauce języka polskiego, a przede wszystkim radości, którą ona ze sobą niesie. Nie ma bowiem nic piękniejszego niż nauka przez zabawę, która nie tylko pomaga dzieciom w przyswajaniu języka, ale także zbliża do siebie rodzica i dziecko. JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ

W artykule wykorzystano fragmenty pracy dr Ewy Lipińskiej „Dwujęzyczność dzieci na emigracji - jak ją osiągnąć?” (http://www.wspolnota-polska.org.pl/index.php?id=o_IVfor6) oraz Bożeny Zaremby „Dwujęzyczność, czyli dlaczego i w jaki sposób uczyć dzieci polskiego na obczyźnie” (http://www.polishclubofatlanta.org/pwk/wk20/p_dwujezycznosc_031001.htm).

Czytelników zachęcamy do wypowiedzi na temat ich doświadczeń związanych z wychowaniem w dwujęzyczności. 7


One man show

Steffena Möllera

Występował Pan w programie „Europa da się lubić“ jako jeden z obcokrajowców mieszkających w Polsce. Jest już Pan poniekąd znawcą Polaków. Jacy jesteśmy według Pana? Polacy uważają siebie za pesymistów, co ilustrują dowcipy, które sami o sobie opowiadają. Na przykład taki: „Nas nic dobrego nie czeka, bo i tak przyjadą po nas i wywiozą na Sybir“ – mówi jeden Polak, a drugi na to: „Wywiozą? Co ty gadasz? Na piechotę będziemy musieli iść“.

Z

nany jest z programu „Europa da się lubić“, roli Stefana Müllera w serialu „M jak miłość“ oraz z pierwszej edycji programu TVP2 „Załóż się“, którego prowadzącym był od września do grudnia 2005. Steffen Möller wydał dwie płyty ze swoimi występami: „Niemiec na Młocinach” i „E, tam, Unia!”, a ponadto jest autorem książki „Polska da się lubić”, która została także wydana po niemiecku pod tytułem „Viva Polonia”. W Polsce mieszka od 1994 roku. Nam udało się z nim porozmawiać w Wiedniu, dokąd przyjechał promować swoją książkę oraz prowadzić „Bal Wiosny“.

zawsze będą narzekać na swój kraj. Sytuacja się jednak zmieni, kiedy pojawi się jeden obcokrajowiec. Wtedy wszyscy staną w obronie swojego kraju. Ale może to taki refleks w każdym narodzie?

A Pan uważa Polaków za pesymistów? Raczej nie. Na przykład po masoCzego nauczył się Pan od Polaków? wych atakach terrorystycznych wszyTrochę dystansu. Poza tym od kiedy scy na świecie odwoływali przeloty do mieszkam w Polsce staram się być więmiejsc zagrożenia. A Polacy? Oni odkszym gentelmanem. Już nie wybiegam wiedzali te kraje. Większość z nich pierwszy z windy, ale ustępuję pierwtwierdzi, że Al Kaida nawet nie wie, szeństwa wszystkim kobietom. gdzie Polska leży na mapie. Na Zachodzie ludzie są strasznie tchórzliwi, boją Niemcy nie są się wszystkiego, np. gentelmanami? ptasiej grypy. Moja maPolacy rzeczywiście mama w Niemczech kupo„Już nie jestem wała drogie leki, aby ani Niemcem, ani ją gest – przynoszą koprzypadkowo nie zaraPolakiem, jestem bietom kwiaty, prawią Niemcy zić się tą chorobą, gdzieś pomiędzy. komplementy. czy Anglicy tego nie poa w Warszawie ludzie nadal karmili gołębie, Najlepiej czuję się trafią, bo w naszych uważając, że ptasia gry- w pociągu między krajach jest to odbieraWarszawą ne jako molestowanie pa ich nie dotyczy, że seksualne. Niemcy dziejest gdzie indziej. a Berlinem.“ lą rachunek na pół z koPan to uważa bietą. za przejaw głupoty? Na Zachodzie uważają to za lekkoTu dotykamy kolejnego stereotypu: czy myślność. Według mnie to dystans. Niemiec to skąpiec? Polacy też bywają skąpi, ale w inny Tu pasuje jeszcze jedno określenie – sposób. Kiedyś podróżowałem z pewną słowo, które uwielbiam: „olewanie“. Polką z Rzeszowa do Hamburga. Po Pan też już „olewa“? 3 godzinach zaproponowałem, abyśmy Nadal zbyt rzadko. zatrzymali się w zajeździe, by coś zjeść. Usłyszałem wówczas, że tam jest zbyt Jak jeszcze postrzega Pan Polaków? drogo. A kiedy po 8 godzinach podróży Obserwuję w nich sadomasochizm. chciałem odpocząć w motelu, to doKiedy usiądzie czterech Polaków, to wiedziałem się, że jestem mięczakiem, 8

bo jej tata kiedyś jechał do Paryża bez przerwy 30 godzin. A więc u Polaków też przejawia się skąpstwo, ale w innych sytuacjach. Która koszula obecnie jest bliższa Pana ciału? Już nie jestem ani Niemcem, ani Polakiem Jestem gdzieś pomiędzy. Najlepiej czuję się w pociągu między Warszawą a Berlinem. Czytałam, że w którymś z wywiadów określił Pan Polaków jako naród idealny, ponieważ w Pańskim odczuciu są oni mieszanką Niemców i Włochów. Polacy czują przynależność do Europy Zachodniej, ale z drugiej strony nie przeszkadza im bałagan. Na osiedlach każdy maluje garaż w innym kolorze. Mają duży temperament, potrafią improwizować, bawić się, podrywać. Panu to się podoba? Podziwiam to i nadal się uczę. Był Pan na typowym polskim wiejskim weselu? Na nie jednym. I co? Mój kolega Anglik spuentował to w ten sposób: „W sobotę byłem na polskim weselu, w niedzielę myślałem, że umieram, potem byłem na poprawinach, a w poniedziałek żałowałem, że w niedzielę nie umarłem“. Rozumiem, że Pan przeżył coś podobnego? Mój rekord wyniósł 11 kieliszków. MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Czy można powiedzieć, „We własnym kraju przekonana, że słowo że Polska dała Panu człowiek ma mniej „Bruder“ oznacza po szansę samorealizacji, dystansu, bardziej niemiecku „pies“. której nigdy by Pan nie się denerwuje, Czy to dzięki temu miał w Niemczech? a mieszkając za Oj, to jest śmiała teoserialowi zaproszono Pana granicą łatwiej ria. Być może w Niemdo programu „Europa da czech byłbym już pre- komentować pewne się lubić“? Producenci prograzydentem? W zależnosprawy“. mu nawet nie wieści od otoczenia, kraju dzieli, że gram w serialu. Zgłosiłem się człowiek rozwija różne swoje talenty. na casting. Przez pięć i pół roku, czyli A może, gdybym mieszkał w Niemdo końca emisji programu, brałem czech, nie byłbym kabareciarzem? w nim udział. W czerwcu projekt został Chciałby Pan być prezydentem? zamknięty. Nie. Przejadło się? Marzył Pan wcześniej Tak. Wiem, że ludziom to się podoo karierze scenicznej, kabaretowej? bało, ale jestem człowiekiem, który co Lubię obserwować rzeczywistość parę lat potrzebuje gruntownej zmiany. i z dystansem o niej opowiadać. Już Lubię zaczynać coś od zera, bo uważam, w szkole średniej występowałem na że to odmładza człowieka. scenie w one man show. Ale we własnym kraju człowiek ma mniej dystansu, bardziej się denerwuje, a mieszkając za granicą łatwiej komentować pewne sprawy. Pani pewnie zna to z własnego doświadczenia, skoro mieszka pani na Słowacji. Tak. Skąd Pan czerpie inspiracje do przedstawień kabaretowych? W Polsce wystarczy być obcokrajowcem i to jest ciekawy materiał kabaretowy. Polacy nie wierzą, że ktoś może przeprowadzić się do ich kraju z własnej woli. Często pytają mnie, czy jestem poszukiwany listem gończym.

A co jest Pana największym osiągnięciem? Pierwsze miejsce w Ogólnopolskim Dyktandzie w Katowicach w 2004 roku w kategorii dla cudzoziemców, w którym wzięło udział 9 tysięcy osób. Popełniłem tylko 80 błędów. Gratuluję! Dziękuję. Zawsze podaję to jako przykład mojego spolszczenia. Co Pana jeszcze napawa dumą? Potrafię recytować „Lokomotywę“ Tuwima po polsku, niemiecku i śląsku. A ja znam po słowacku. Proszę zarecytować... „Stojí si rušeň jak slivka tlstá (…)“ Pięknie! Mam prośbę do Pani, niech mi Pani przyśle słowacką wersję, chciałbym się jej nauczyć. Dobrze. Jak Pan wspomina swoje pierwsze kontakty z językiem polskim? W Berlinie przeczytałem ogłoszenie o kursie językowym w Krakowie. Przyjechałem, zakochałem się w języku i postanowiłem pomieszkać w Polsce. Przez 7 lat uczyłem niemieckiego w Warszawie, a od 7 lat pracuję jako kabareciarz i aktor. Jest Pan najbardziej znanym Niemcem w Polsce… Po Papieżu.

Zyskał Pan sławę dzięki serialowi „M jak miłość“, ale potem Pan zniknął z niego… Po dwóch latach przerwy właśnie nakręciłem kolejne odcinki, które pojawią się na ekranie w kwietniu. Czuje się Pan gwiazdą? Siłą rzeczy tak, bo wszyscy proszą mnie o autograf. Choć bardziej lubiany jest mój serialowy pies, który wabi się Bruder. Większość polskich dzieci jest

„ Lubię zaczynać coś od zera, bo uważam, że to odmładza człowieka“. LUTY 2009

9


Tak. Czuje się Pan poniekąd ambasadorem niemieckim? Tak. A w dodatku muszę być ekspertem w każdej dziedzinie, ponieważ sporo osób prosi mnie o ocenę chociażby najnowszych opon, wyprodukowanych w Niemczech. Znam to, ponieważ od kiedy mieszkam na Słowacji, wiem o Polsce dużo więcej, niż zanim przyjechałam do Bratysławy. Pytania mobilizują człowieka do zdobywania wiedzy. Gdybym był prezydentem Niemiec albo Polski, wprowadziłbym obowiązek wyjazdu za granicę dla każdego młodego człowieka na przynajmniej dwa lata. Wie pani, jak ten świat by się zmienił? Na pewno. Słyszałam, że chciał Pan podjąć temat w celu, nazwijmy to, pojednania polsko-niemieckiego, bowiem przygotowuje Pan przedstawienie „O Wandzie, co za Niemca wyjść nie chciała“, ale pokazując problem z jego punktu widzenia. Jest Pani dobrze przygotowana. Tego przedsięwzięcia jeszcze nie udało mi się zrealizować. Obecnie jeżdżę po Niemczech i opowiadam o moim procesie polonizacji. Promuje Pan swoją książkę o Polsce. Jakie jest zainteresowanie nią w Niemczech? Ponad 50 procent zainteresowanych to mieszkający w Niemczech Polacy, reszta to ich przyjaciele, partnerzy.

Książka została wydana w dwóch językach. Na początku dostałem się na listę bestsellerów dzięki Polakom, ale teraz już wśród Niemców zdobyłem duże zainteresowanie.

„Gdybym był prezydentem Niemiec albo Polski, wprowadziłbym obowiązek wyjazdu za granicę każdego młodego człowieka na przynajmniej dwa lata“.

Czy w jakiś sposób przekłada się to na zwiększone zainteresowanie Polską? Nie wiem, nie chcę tego przecenić. Do tej pory sprzedałem 180 tysięcy egzemplarzy. Poznałem pewne małżeństwo, które po lekturze mojej książki wybrało się na miesiąc do Polski. Zwiedzili cały kraj i nawet, zgodnie z moimi wskazówkami, nauczyli się na pamięć zdania „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie“. Przyznali mi rację, bowiem to zdanie, wypowiadane w Polsce, owocowało serdecznością Polaków, ba, nawet na kempingu otrzymali piwo za darmo. A które polskie słowo sprawiło Panu najwięcej kłopotów? „Przepraszam“, „pięć“ oraz „środa“. Takie banalne słowa. Polacy myślą, że najtrudniejsze są „gżegżółki“ albo „Grzegorz Brzęczyszczykiewicz“. Nie, wystarczy „środa“.

W słowackim też jest trudne pewne banalne słowo: „štvrtok“. To musi być bardzo ciekawe porównywanie Polaków i Słowaków. Uważam, że najciekawsze są porównania między podobnymi narodami. Nie ma sensu porównywać Niemca i Chińczyka, bo tu różnice są widoczne gołym okiem, ale najwięcej człowiek dowie się o sobie, kiedy swój naród porówna z innym, podobnym.

Istnieją w Polsce stowarzyszenia Niemców mieszkających w tym kraju? Chyba nie. My nie mamy chyba takich zdolności jak Polacy. To kolejny mit o Niemcach, że jesteśmy kolektywni. Mieszkając w Polsce, nie odczuwa Pan potrzeby jednoczenia się z innymi Niemcami? Wręcz przeciwnie. Aczkolwiek muszę przyznać, że poznałem Niemców z różnych środowisk. Gdybym został w Berlinie, poznawałbym pewnie filozofów, germanistów, humanistów, a tu, w Warszawie, z racji tego, że jesteśmy obcokrajowcami i mówimy tym samym językiem, nagle czujemy jakąś tam bliskość. To daje zupełnie nowy obraz własnego narodu. Kiedyś ktoś mi mówił, że Niemcy to naród krzykliwy. Dziwiłem się, bo ja takich Niemców nie znałem. Teraz wiem, że tacy są. Niemców jest 80 milionów, a ja znałem do tej pory tylko 1 procent. Gdyby nie wyjazd za granicę, może nigdy nie przekonałbym się o różnorodności moich rodaków? O czym marzy Steffen Möller? Chciałbym zekranizować moją książkę „Viva Polonia“. Mam już prawie podpisaną umowę z wielką wytwórnią niemiecką. Będę pracować nad scenariuszem, to dla mnie wielkie wyzwanie. Chcę zrobić filmową komedię o Niemcu, który wyjeżdża do Polski. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka składa podziękowanie pani Marii Buczak ze Stowarzyszenia „Takt“ w Wiedniu za umówienie spotkania z artystą.

10

MONITOR POLONIJNY


Tłusty czwartek

w Koszycach

D

ZDJĘCIA: ANTON GLEZGO

nia 19 lutego w przytulnej restauracji u Konrada Schönfelda odbyło się spotkanie członków Klubu Polskiego Koszyce. Zebranie miało charakter zarówno roboczy, jak i towarzyski, albowiem dzięki gościnności gospodarza lokalu zebrani przedstawiciele Klubu mogli rozkoszować się pysznymi pączkami z kuchni mistrza Konrada, za co mu serdecznie dziękują. Tradycji URSZULA SZABADOS stało się za dość.

Spotkanie prezydentów

P

rezydenci Lech Kaczyński i Ivan Gašparovič spotkali się 21 lutego br. na przejściu granicznym w Chyżnem, a następnie pojechali do słowackiej miejscowości Novot, gdzie wzięli udział w spotkaniu z mieszkańcami i obejrzeli wyścig bryczek. Następnie w Namestovie spotkali się z przedstawicielami władz lokalnych, a potem odwiedzili Jabłonkę. Szczególną uwagę obaj przywódcy zwrócili na współpracę regionów Polski i Słowacji, zwłaszcza Orawy z Małopolską i Śląskiem. Mówili o tym, jak bardzo istotne dla rozwoju państw jest wykorzystywanie środków unijnych. Lech Kaczyński podMARZEC 2009

kreślił, że możliwość korzystania z pieniędzy unijnych jest swoistą rezerwą w czasach kryzysu gospodarczego. Polski prezydent przyznał, że choć nie ma obaw co do sprawnego rozdysponowania środków unijnych przez samorządy, to zaznaczył jednak, że w tym zakresie istotne jest też wsparcie prezydentów. Kaczyński mówił też o kwestii wejścia Polski do strefy euro. Z kolei słowacki prezydent mówił o pozytywnym przyjęciu przez Słowaków nowej waluty, dzięki której zostaną złagodzone skutki kryzysu. Według Ivana Gašparoviča dzięki wprowadzeniu euro zmniejszy się na Słowacji inflacja. Podczas spotkania Lech Kaczyński

odznaczył prezydenta Słowacji Orderem Orła Białego, a Ivan Gašparovič odznaczył polskiego prezydenta najwyższym odznaczeniem słowackim. red 11


ZDJĘCIE: MARIÁN PAVLÁSEK

Zabawa

w Trenczynie

T

yle razy czytałam relacje pisane przez naszych korespondentów do „Monitora“ o zabawie w Trenczynie: że swojska, rodzinna atmosfera, że tańce i śpiewy. Postanowiłam więc przekonać się sama, jak to w Trenczynie bawią się nasi rodacy i jeszcze w grudniu zaznaczyłam w kalendarzu datę 7 lutego, aby o niej nie zapomnieć. Chętnych z Bratysławy do zabawy w gronie naszych rodaków z Trenczyna znalazło się więcej. Grupowo dotarliśmy na miejsce, skąd z oddali dochodziły skoczne dźwięki muzyki. I rzeczywiście, tak, jak co roku czytałam, były tańce,

12

śpiewy przy dźwiękach gitary, na której akompaniowała nam główna organizatorka przedsięwzięcia Renata Straková. Nie zabrakło piosenek z repertuaru Maryli Rodowicz czy piosenek biesiadnych. Dla tych, którzy nie pamiętali tekstu, organizatorzy przygotowali śpiewniki. Każdy z uczestników zabawy, mały czy duży, starszy czy młodszy, miał swój udział nie tylko w akrobacjach na parkiecie, ale też w przygotowaniach ulubionych smakołyków, którymi częstowaliśmy się nawzajem. Było pysznie i wesoło. Dodatkową

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK


ZDJĘCIE: MARIÁN PAVLÁSEK

atrakcją wieczoru były urodziny prezes Klubu w Trenczynie Renaty Strakovej. Był więc i tort, i wspólnie śpiewane „Sto lat“. Mam nadzieję, że zabawy trenczyńskiej Polonii w rodzinnej atmosferze staną się tradycją i będą odbywać się rokrocznie, łącząc różne pokolenia. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, TRENCZYN Organizatorzy zabawy dziękują kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w RS pani Urszuli Szulczyk-Śliwińskiej za wsparcie finansowe i udział w imprezie.

13


P

Pożegnanie karnawału

olonia z Klubu Polskiego w Bratysławie pożegnała karnawał w restauracji „Danubius” w typowo polski sposób – śledzikiem.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Zabrzmiało też „Sto lat“, ponieważ okazało się, że Magda Štujberová (pierwsza z lewej) właśnie obchodzi urodziny. 14

MONITOR POLONIJNY


„Pomysł zorganizowania tej imprezy zrodził się spontanicznie, a inspiracją były też artykuły, opublikowane w lutowym numerze Monitora, przypominające nam o naszych polskich zwyczajach – informował Marek Sobek, prezes Klubu Polskiego w Bratysławie. – Naszych rodaków zaprosiliśmy na spotkanie za pośrednictwem strony internetowej www.polonia.sk, a dalej to już poszło pocztą pantoflową“. Prezes

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Spotkanie z ekspertami Rady Europy

Z

inicjatywy ekspertów Rady Europy 11 lutego br. odbyło się spotkanie z przedstawicielami polskiej mniejszości narodowej, którą reprezentowali Ryszard Zwiewka – członek Rady Rządu ds. Mniejszości Narodowych i Grup Etnicznych z ramienia Klubu Polskiego, Marek Sobek – prezes Klubu Polskiego Bratysława oraz Małgorzata Wojcieszyńska – redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“. Delegację ekspertów Rady Europy tworzyli Nicolas Macris z Cypru, prof. Stefan Oeter z Niemiec

oraz prof. Alexander Bröstl ze Słowacji. Delegację interesowały przede wszystkim zagadnienia dotyczące szkolnictwa polskiego (przedszkola, szkoły, szkoły wyższe) na Słowacji. Pytania ekspertów dotyczyły też programów telewizyjnych, radiowych, poświęconych polskiej mniejszości, oraz prace nad miesięcznikiem „Monitor Polonijny“ i funkcjonowanie polskich bibliotek. Ponadto interesowało ich również to, czy na Słowacji istnieje polskie muzeum bądź galeria. mw

nie krył zadowolenia, że na wystosowany w ostatniej chwili apel odpowiedziało spore grono rodaków zamieszkałych w stolicy Słowacji. Na stołach nie zabrakło typowo polskich przysmaków, które przygotowały członkinie Klubu. Tego typu imprezy z pewnością zacieśniają więzi wśród rodaków. Podczas rozmów przy stole padały pomysły kolejnych spotkań. A zatem do rychłego zobaczenia! mw MARZEC 2009

15


W

trzypokojowym mieszkaniu w Popradzie wita mnie 9-osobowa rodzina. Pan domu i jego małżonka po kolei przedstawiają mi dzieci, spoglądające na mnie z ogromną ciekawością. Siadamy przy dużym stole, na którym stoi ciasto, upieczone przez panią Marię i jej pociechy. Już wiem, kto ma jakie zdolności, upodobania, kto czym się wyróżnia. Państwo Banasiewiczowie z entuzjazmem opowiadają historię swojego życia – historię Polaka i Słowaczki, których los połączył, by mogli wnieść radość w życie małych, opuszczonych istot.

„Mieszanka“ polsko-czeska Pan Marian urodził się w Pradze. Jego mama – Czeszka i ojciec – Polak zdecydowali, że zamieszkają w Warszawie. Do ukończenia szkoły średniej chłopak mieszkał w Polsce, ale na studia wyjechał do Pragi. „Moi rodzice nie mieli dobrych relacji. Ich związek był udręką zarówno dla nich, jak i dla mnie i mojej siostry – wspomina mój rozmówca. – Chciałem uciec z tego gniazda, a ponieważ wakacje, spędzane z mamą u babci, pod Pragą, zawsze kojarzyły mi się z ucieczką od rodzinnych konfliktów, wybrałem to, co było mi bliskie“. Pan Marian ukończył studia na politechnice, z zawodu jest inżynierem mechanikiem, specjalistą od konstrukcji silni-

„Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy najmłodsi, a bardzo chcieliśmy mieć rodzinę, zdecydowaliśmy więc, że adoptujemy dziecko“. 16

Wielkie serca

w małym mieszkaniu

ków. Po studiach część obowiązkowej służby wojskowej odbył w okolicach Popradu, gdzie nawiązał liczne przyjaźnie, z których niektóre przetrwały dłużej. Po powrocie do Pragi w każdy weekend jeździł w Tatry. Ateistyczny charakter czeskiego środowiska odczuwał tym bardziej, im bardziej, jeszcze w Polsce, wspierali go w chwilach zwątpienia księża. Coraz częściej zaczął zastanawiać się nad przeprowadzką do Popradu, gdzie wśród zaprzyjaźnionych Słowaków znalazł bratnie dusze. „Kiedy doszło do podziału Czechosłowacji, zdecydowałem, że nastał odpowiedni czas, by zrealizować swoje zamiary“ – opisuje Banasiewicz. W 1993 roku zamieszkał pod Tatrami i podjął pracę – najpierw jako nauczyciel przedmiotów technicznych w technikum mechanicznym, potem jako inżynier mechanik w fabryce wagonów.

Rodzina Po kilku latach spędzonych na Słowacji pan Marian znalazł żonę dzięki pomysłowości… księdza Mariana Kuffy, który skupiał wokół siebie ludzi, chcących pomóc osobom uzależnionym. „Ksiądz zaproponował mi

spotkanie z pewną dziewczyną, a ja pomyślałem sobie, że szczęściu trzeba pomóc“ – wspomina mój rozmówca. Ich dwugodzinne spotkanie zaowocowało kolejnymi, a po 7 miesiącach odbył się ich ślub. „Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy najmłodsi, a bardzo chcieliśmy mieć rodzinę, zdecydowaliśmy więc, że adoptujemy dziecko“ – opisuje pani Maria, wybranka serca naszego bohatera. „Żona pochodzi z rodziny wielodzietnej. Kiedy miała 2 latka, jej mamę zabił piorun – zdradza pan Marian. – Ojciec ożenił się po raz drugi z kobietą, która dała i jemu, i jego dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Maria wyrastała więc w atmosferze, w której wartości rodzinne miały olbrzymie znaczenie“. Państwo Banasiewiczowie przeszli przez odpowiednie przygotowania i czekali na dziecko. „Norikę dostaliśmy dokładnie w dniu moich 35. urodzin“ – wspomina pani Maria. Dziewczynka miała 15 miesięcy. „Pierwszego dnia bardzo płakała, a my nie znaliśmy jej przyzwyczajeń. Zastanawialiśmy się, czy damy radę opiekować się dzieckiem – opisuje moja rozmówczyni. – Kiedy Norika zasnęła, całą noc sprawdzaliśmy, czy oddycha“ . MONITOR POLONIJNY


„Raczej będziemy żyć skromnie, niż żeby nasze dzieci wracały do pustego mieszkania. Już dosyć wycierpiały w samotności“. Nowi członkowie rodziny Kiedy trzy lata po ślubie państwo Banasiewiczowie nie mogli doczekać się własnego potomstwa, zdecydowali się na adopcję jeszcze jednego dziecka. Wyposażeni w odpowiednie dokumenty odwiedzali domy dziecka. W jednym z nich znaleźli dwóch braci w wieku 2 i 4 lat. „W tym czasie odkryłam, że jestem w ciąży – opisuje pani Maria. – Choć obawialiśmy się, czy podołamy, nie wycofaliśmy się i chłopcy zamieszkali z nami“. Dzieci z radością przywitały Annę, kiedy ta przyszła na świat. „Mogli widzieć, jak wygląda życie rodzinne, pomagali podczas kąpieli małej, sprawdzali temperaturę wody“ – wspomina moja rozmówczyni, choć nie kryje, że początki były trudne.

wno państwo Banasiewiczowie obchodzili 10-lecie zawarcia związku małżeńskiego. Z tej okazji znajomi zamówili dla nich kolację w lokalu i zapewnili opiekę nad dziećmi. Wracając do domu późnym wieczorem, ok. jedenastej godziny, małżonkowie zauważyli, że w mieszkaniu jest już ciemno. Pomyśleli więc, że dzieci już śpią. Jakież było ich zaskoczenie, kiedy otworzyli drzwi, a przy świeczkach, w ozdobionym w czerwone serduszka pokoju czekały na nich ich pociechy i chórem zaśpiewały „Veľa šťastia, zdravia“.

szkańców tego domu, którzy prosili, by je wziąć ze sobą, obiecując, że będą grzeczne. „Stwierdziliśmy, że damy radę wychować jeszcze jedno dziecko“ – wspomina pan Marian. Dowiedzieli się, że w oczekiwaniu na niemowlaka są w kolejce na 102. miejscu, ale mogliby pomóc trzem siostrom. Pierwsza reakcja była negatywna, przede wszystkim z uwagi na warunki materialne i mieszkaniowe. „W tym czasie zapoznałam się z jedną panią, która ma 7 własnych dzieci, a mieszka w dokładnie takim samym mieszkaniu jak nasze“ – opisuje moja rozmówczyni. Odwiedziła więc tę rodzinę i przekonała się, że nawet w trzypokojowym mieszkaniu może funkcjonować tak liczna rodzina. „Duże wsparcie moralne dostałam od mojej mamy, która wierzyła w to, że damy radę“. W ten sposób do rodziny Banasiewiczów dołączyły trzy dziewczynki.

Za swój największy sukces uważają rodzinę. „Spełniam się zawodowo, ale to, że potrafiłem wydostać się z błędnego koła niepowodzeń małżeńskich moich rodziców, uważam za największe osiągnięcie życiowe“ – ocenia pan Marian. Chciałby bardzo, aby i ich dzieci w przyszłości założyły szczęśliwe rodziny. A w kąciku duszy marzy o własnym domu dla wszystkich pociech – działkę budowlaną już ma, w sąsiedztwie rodzinnego domu teściów.

Wynagrodzeniem - miłość

Kiedy 6-osobowa rodzina zgrała się, nasi bohaterowie stwierdzili, że chcą pomóc jeszcze jednemu dziecku. Jak twierdzi pani Maria, duży wpływ na podjęcie tej decyzji miał program emitowany w Telewizji Polskiej pt. „Kochaj mnie“, gdzie przedstawiano losy opuszczonych dzieci. I kiedy któregoś razu wybrali się całą rodziną do pewnego domu dziecka, by zostawić tam używane rzeczy po swoich pociechach, usłyszeli przez płot wołanie małych mieMARZEC 2009

„Jakiś czas temu jedna z dziewczynek napisała na karteczce: Mamusiu, tatusiu, jestem szczęśliwa, że was mam.“

MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, POPRAD Autorka składa podziękowania pani Elżbiecie Juranyi-Krajewskiej za pośrednictwo w skontaktowaniu się z bohaterami artykułu.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Szczęśliwa trójka

Jak twierdzą moi rozmówcy, czasami bywa ciężko, szczególnie wtedy, kiedy system dotacji zawodzi i dofinansowanie od państwa jest zbyt skromne. Pani Maria jest w tej chwili na bezrobociu, to jej mąż żywi całą rodzinę. „Raczej będziemy żyć skromnie, niż żeby nasze dzieci wracały do pustego mieszkania – konstatuje pan Marian. – Już dosyć wycierpiały w samotności“. Wiedzą doskonale, że wynagrodzeniem za ich poświęcenie jest miłość dzieci. „Jakiś czas temu jedna z dziewczynek napisała im na karteczce: Mamusiu, tatusiu, jestem szczęśliwa, że was mam – mówi, nie kryjąc wzruszenia pani Maria. Nieda-

17


ELEKTRODA

W

dzisiejszych czasach muzykom coraz trudniej udaje się zaskoczyć słuchaczy. Wydaje się, że w zasadzie wszystko już było. Aby zainteresować swoją twórczością, trzeba zatem albo być wybitnie utalentowanym, albo przynajmniej or yginalnym. Na tym drugim bazuje Doda, o popularności której mogłam się przekonać podczas swojego krótkiego pobytu w kraju. Polska młodzież zaraz po zespole „Feel” słucha właśnie Dody – Dody Elektrody. Jej prawdziwe nazwisko to Dorota Rabczewska. W latach 2000 - 2007 była wokalistką i solistką zespołu „Virgin”, z którym nagrała cztery płyty. Początki jej kariery były skromne – wystąpiła

18

w reality show „Bar” i jako jedynej biorącej udział w takich programach udało się jej przebić. Mało tego, stało się to chyba dzięki jej niewybrednym tekstom o „szybkich numerkach w kiblu.” Potem rozpoczęła karierę muzyczną, wyszła za mąż za idola kibiców piłkarskich Radosława Majdana. W roku 2005 na festiwalu w Sopocie zaśpiewała piosenkę pt. „Znak pokoju“, za którą otrzymała Słowika Publiczności. W 2006 r. na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu została laureatką Koncertu Premier, a w 2007 r. nagrała piosenkę „Szansa“, która stała się wielkim przebojem (melodyjny refren w połączeniu z jej osobowością powalił młodzież na kolana). W sierpniu 2008 na Sopot Hit Festiwalu zaśpiewała piosenkę „Nie daj się“ i wygrała. W tym samym roku zgarnęła najważniejszą nagrodę, przyznawaną przez telewizję muzyczną VIVA. Jej najnowsza płyta nosi tytuł „Diamond Bitch“.

Chociaż Doda w swojej karierze poszła najprostszą droga – szoku i skandali, lansując często samą siebie, udowodniła, że ma głos jak dzwon i że umie śpiewać. Udowodniła też, że dla kariery gotowa jest zrobić wszystko lub prawie wszystko. O czym śpiewa? Chce przekazać młodzieży, jak wyrwać się z pewnych kanonów zachowań i jak być silnym. Z każdej jej piosenki, a nawet z każdej ich nuty emanuje cielesność. Doda przyciąga młodzież nie tylko śpiewem, ale i wyrazistością sceniczną oraz stylem bycia zarówno na estradzie, jak i poza nią. No cóż, upodobania młodzieży ciągle się zmieniają, a o sukcesie przesądza czasami oryginalny pomysł. Starożytni mawiali, że de gustibus non est disputandum (‘o gustach się nie dyskutuje’) i mieli rację. Zasada ta odnosi się także do muzyki. URSZULA SZABADOS MONITOR POLONIJNY


Konecki i Saramonowicz szokują ponownie!

W

kilku ostatnich numerach „Monitora” pisałam o polskich serialach, które niedawno pojawiły się na telewizyjnych ekranach. Tym razem chciałabym opowiedzieć o dość kontrowersyjnym filmie, zatytułowanym „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, którego twórcami są Tomasz Konecki oraz Andrzej Saramonowicz. To już trzecia produkcja tego duetu. Poprzednie dwie, czyli „Testosteron” i „Lejdis”, odniosły sukces. Jak będzie tym razem? „Idealny facet dla mojej dziewczyny” wszedł do kin 30 stycznia i już w czasie pierwszych trzech dni obejrzało go prawie 200 000 widzów. Wynik to imponujący, ale gorszy od „Lejdis”, na które początkowo wybrało się ok. 300 000 ludzi. Każdy z trzech filmów duetu Konecki-Saramonowicz osadzony jest w innym środowisku i ma inną fabułę, ale wszystkie łączy specyficzny humor i sposób pokazania problematyki. Ich twórcy poruszają tematy tabu, przedstawiając je w niecodzienny sposób. Myślę, że właśnie z tego powodu ich filmy są tak chętnie oglądane. Wybierając się do kina na „Idealnego faceta…” wiedziałam, jakiego typu filmu mogę się spodziewać, ponieważ widziałam zarówno „Testosteron”, który kompletnie mnie znudził, jak i „Lejdis”, który rozśmieszył mnie do łez. Byłam ciekawa, jakie wrażenie wywrze na mnie ten nowy film, a teraz mogę powiedzieć, że podczas seansu z całą pewnością się nie nudziłam. Film można zaliczyć do gatunku ko-

MARZEC 2009

medii romantycznej, chociaż najlepiej opisuje go hasło z plakatu „komedia nieobyczajna”. I faktycznie tak jest. Pokazuje on zetknięcie się dwóch zupełnie różnych światów, które jednak są ze sobą powiązane. Pierwszy z nich to środowisko feministek (i lesbijek), na czele których stoją Klara (Iza Kuna) i Luna (Magdalena Boczarska – wschodząca gwiazda polskiego kina). Ich opozycję stanowią ksiądz Leon (Bronisław Wrocławski), będący dyrektorem katolickiego radia „Zawsze dziewica”, oraz jego „prawa ręka” Teresa Wodzień (Danuta Stenka, grająca również matkę głównego bohatera). Bohaterem łączącym te dwa skrajne światy jest Kostek (w tej roli Marcin Dorociński), kompozytor muzyki sakralnej, który od pierwszego wejrzenia zakochuje się w Lunie (to właśnie ten wątek romantyczny). Luna, główna bohaterka, jest instruktorem krav magi (rodzaj sztuki walki) i bierze czynny udział w spotkaniach feministek, na czele których stoi jej ukochana Klara, z którą związała się po

nieudanym związku z żonatym dziennikarzem (w tej roli świetny Tomasz Karolak). Z kolei wychowany w katolickiej rodzinie Kostek, będący pod silnym wpływem swojej ciotki (Teresy) oraz wuja (ojca Leona), jest słynnym kompozytorem oratorium. Jego sylwetka ma pojawić się na przedstawiających Jezusa znakach ostrzegawczych. Po ujrzeniu Luny postanawia ją poderwać, a co za tym idzie wystąpić z nią w filmie pornograficznym, które kręcą feministki. Czy ich drogi się połączą? Co jeszcze ciekawego wydarzy się w filmie? Jak śmieszne i celne dialogi prowadzą bohaterowie? Nie zdradzę! Musicie Państwo sami obejrzeć film. Plakat filmu do „Idealnego faceta…” oraz jego zwiastun sugerują, że jest to film kontrowersyjny, że będzie miał zarówno wielu sympatyków (do których ja należę), jak i wielu przeciwników. Myślę jednak, że taki właśnie był główny cel jego twórców, bo przecież im więcej się o filmie (i nie tylko) mówi, tym lepiej, bo to chyba najlepsza reklama. MAGDALENA PIETZ

19


Największym i najludniejszym z tych trzech miast jest Gdańsk. To leżące nad Morzem Bałtyckim miasto portowe nieustannie narażone było (ze względu na swoje położenie) na niebezpieczeństwa – z zachodu atakowali je Niemcy, z północy Szwedzi, a ze wschodu Rosjanie, dlatego często bywało niszczone. W 1970 r. w Stoczni Gdańskiej odbył się słynny strajk, a dziesięć lat później powstały tu pierwsze wolne związki zawodowe w Europie Środkowej i Wschodniej. Życie Polaków (oraz mieszkańców krajów tzw. demokracji ludowej) się zmieniło. Bardzo istotną rolę odgrywał wtedy Lech Wałęsa, stojący na czele Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność. W Muzeum Stoczni Gdańskiej można podziwiać wystawę pt. „Drogi do Wolności”, przedstawiającą polską historię z lat 1956-1989. Przypomnę tylko, że małą wersję tej wystawy mogliśmy w czerwcu 2005 r. obejrzeć również w Bratysławie. Będąc w Gdańsku, jedna z moich respondentek naj-

Atrakcje Trójmiasta T

ym razem w naszych wędrówkach wybieramy się na północ Polski, nad Zatokę Gdańską. Zwiedzimy Gdańsk, Gdynię i Sopot, czyli Trójmiasto, które połączone jest siecią dróg i kolei miejskiej.

chętniej spaceruje po starówce, na której można podziwiać przepiękne renesansowe i wczesnobarokowe kamienice. Pani Urszula Szabados (od 1972 mieszkająca w Koszycach) poleca wizytę na Jarmarku Dominikańskim, który odbywa się w Gdańsku rokrocznie na przełomie lipca i sierpnia i przyciąga tłumy turystów. Nie możemy też nie odwiedzić Historycznego Muzeum Gdańska, które obecnie mieści się w mierzącym 82 m wysokości ratuszu, który po pożarze w 1945 r. odbudowywano prawie 25 lat. Warte zobaczenia są i inne zabytki, np. Wielki Młyn, który w XIV wieku zbudowali Krzyżacy, oraz Dwór Artusa, odbudowany w 1617 r., przyozdobiony antycznymi rzeźbami oraz podobiznami polskich monarchów. Moja rozmówczyni zachęca również do zwiedzenia bazyliki Mariackiej, najwię-

kszej ceglanej świątyni w Europie, z której można podziwiać panoramę miasta. Miłośnikom muzyki pani Szabados poleca wysłuchanie koncertu organowego w katedrze oliwskiej, a później spacer po największym w Polsce parku Opatów. Idealnym miejscem pieszych spacerów jest również ogród botaniczny w Oliwie. Koniecznie też trzeba zajrzeć do Muzeum Bursztynu, znajdującym się w dawnej katowni (!!!), która wraz z wieżą pełniła rolę barbakanu. W katowni znajduje się również ekspozycja broni. Trójmiasto to chyba najlepsze miejsce dla ludzi lubiących żeglugę. Z Gdańska (przez Sopot) można wybrać się w rejs na Półwysep Helski (koszt: 40 zł), płynąc z Sopotu, zwiedzić Westerplatte (koszt: 25 zł), a także udać się na Bornholm lub do Kaliningradu. Osobom, które wolą jednak pozostać na lądzie, polecam zwiedzanie latarni morskiej

Między Koszycami a Krakowem

G

dzieś w połowie XIII wieku w naszej części Europy handel międzynarodowy stał się ważnym i odczuwalnym elementem życia społecznego. Pustoszący dotąd ziemie ruskie, polskie, słowackie, węgierskie, Śląsk Tatarzy zostali pobici (1241) i wycofali się aż za Wołgę. Europa Środkowo-Wschodnia weszła w okres pokoju i prosperity, który miał trwać ponad 200 lat, do czasu pojawienia się zagrożenia tureckiego. Nad Odrą, Wisłą i w karpackich dolinach pojawili się osadnicy ze Szwabii, Saksonii, Flandrii. Zakładali miasta, kopalnie. Mieszali się z miejscową ludnością. Powstałe ośrodki miejsce przejmowały zachodnioeuropejskie wzorce organizacyjne. Zaczęły też prowadzić handel. I to na dużą skalę. Duże znaczenie zyskały górni20

cze miasta w dolinach środkowej Słowacji. Wydobywana tam miedź potrzebna była w całej Europie do wyrobu broni i narzędzi. Najłatwiejszy szlak komunikacyjny, prowadzący do europejskich centrów, wiódł na drugą stronę Karpat i dalej na zachód i północ. Ze Słowacji prowadziły do Polski, czyli do Europy, trzy drogi: z Bardiowa na Duklę,

przez Trenczyn na Orawę i wzdłuż rzeki Poprad. Ta ostatnia była najważniejsza: przez Lewoczę i Lubowlę prowadziła ku Sączowi. Wszystkie łączyły się później w Krakowie, by podzielić się na dwa szlaki: lądowy przez Śląsk i wiślany do Gdańska, a dalej do Holandii i Anglii. Handel słowacką miedzią w is-

totny sposób przyczynił się do bogacenia się Krakowa. Nic więc dziwnego, że już w czasach Łokietka krakowscy rajcy załatwili sobie monopol na handel nią. Ruch handlowy w tym czasie nie miał jednostronnego charakteru – z Wieliczki i Bochni wożono na Słowację i Węgry sól, z Olkusza zaś transportowano ołów, potrzebny do produkcji miedzi. Ponieważ Węgry nie dawały sobie rady z produkcją sukna, przywożono je aż z Flandrii. Wożono też bałtyckie śledzie. Niektórzy historycy uważają nawet, że spożycie śledzi wśród ówczesnych górników ze słowackich gór było większe niż dzisiaj wśród ludności całej Słowacji. Wszystkie te czynniki powodoMONITOR POLONIJNY


Gdańsk-Nowy Port, której wysokość wnosi 27,3 m. Z Gdańska jedziemy na zachód i odwiedzamy Sopot, miasto, które większości Polaków (i nie tylko) kojarzy się z festiwalami piosenki. Co roku w Operze Leśnej pod koniec lata odbywa się Sopot Hit Festiwal. Tu trzeba obowiązkowo przejść się po najdłuższym drewnianym molo w Europie (450 m od brzegu) i pooddychać świeżym, morskim powietrzem. W drodze powrotnej przechodzimy przez plac Zdrojowy, łączący molo z deptakiem (zwanym Monciakiem) ul. Bohaterów Monte Cassino. Będąc tutaj nie można przegapić Krzywego Domu oraz kościoła św. Jerzego, pochodzącego z 1901 roku. W Sopocie, zdaniem pani Urszuli, koniecznie trzeba też zajrzeć do Skansenu Archeologicznego „Grodzisko”, znajdującego się przy ul. Haffnera. Jest to odtworzona warownia słowiańska z IX w., położona pomiędzy dwoma wąwozami dwóch potoków, w której można zapoznać się z życiem Pomorzan we wczesnym średniowieczu. „W drodze z Sopotu do Gdyni warto wstąpić na Kamienną Górę, gdzie (w sezonie) w każdą niedzielę odbywają się koncerty muzyki rozrywkowej i poważnej na wolnym powietrzu“ – mówi pani Urszula. Kamienna Góra to najwyżej położone miejsce w Gdyni, wały, że ruch pomiędzy Krakowem a Koszycami, które – używając dzisiejszych kategorii – moglibyśmy nazwać centralami handlowymi, był niezwykle intensywny. Z zachowanych ksiąg (co prawda są one nieco późniejsze, bo pochodzą z XV wieku) wynika, że z Węgier (a więc ze Słowacji) do Krakowa i z Polski do Koszyc przybywało nawet po kilku kupców tygodniowo. Ruch kupiecki był tak duży, że w roku 1324 Karków i Koszyce podpisały umowę o współpracy handlowej. Była to jedna z pierwszych tego typu umów w Europie, do dzisiaj wspominana we wszystkich większych encyklopediach. Zakładała, że krakowscy kupcy w Koszycach (i na odwrót) będą LUTY 2009

z którego można oglądać piękną panoramę miasta. Jadąc dalej na północ, zatrzymujemy się w Rezerwacie Kępa Oksywska, aby podziwiać unikatową przyrodę, a później w Orłowie, gdzie możemy pospacerować po molo i obejrzeć charakterystyczny dla tej dzielnicy klif. Pani Szabados woli to molo od sopockiego, ponieważ nie jest ono tak zatłoczone. „Niedaleko znajduje się dom Stefana Żeromskiego, który tam właśnie spędzał lato i napisał swoje pierwsze wersy Wiatru od morza” – dodaje pani Urszula. Przy nabrzeżu gdyńskim stacjonuje trzymasztowy żaglowiec „Dar Pomorza”, zakupiony dla szkoły morskiej w Gdyni, który przez ponad 50 lat służył celom szkoleniowym, rozsławiając Polskę na całym świecie. W tym roku żaglowiec kończy 100 lat. Mieści się w nim oddział Centralnego Muzeum Morskiego (wstęp kosztuje 6 zł). Niedaleko znajduje się piękny Skwer Kościuszki, na którym odbywają się liczne

mogli na uprzywilejowanych warunkach składować swoje towary i później dowolnie nimi handlować. Był to ogromny przywilej, ponieważ średniowieczni kupcy przeważnie mogli sprzedawać swoje towary tylko miejscowym, którzy sprzedawali je dalej drożej i żyli z różnicy cen. Na takim handlu bogaciły się miasta, a zatem rezygnacja z niego musiała być poważnie umotywowana. I była: obu miastom zależało bowiem na partnerstwie – jedno bez drugiego byłoby uboższe, mniej ważne. Jednak współpraca obu tych miast, jak to zwykle w życiu bywa, nie zawsze przypominała idyllę. W 1378 w Krakowie było tak wielu kupców z miast północnowęgier-

festyny, festiwale czy koncerty. Jadąc jeszcze bardziej na północ możemy dotrzeć do portu, który jest trzecim (po Gdańsku i Szczecinie) największym polskim portem, a dalej do Babich Dołów, w której znajdują się ruiny niemieckiej torpedownii. Wybudowano ją w 1941 r. 300 m od brzegu. Była jednym z głównych ośrodków Luftwaffe, w którym testowali torpedy. Niestety, podziwiać ją można jedynie z brzegu, ponieważ łączące torpedownię z lądem molo, zostało zniszczone po wojnie. Naszą wycieczkę kończymy w Gdyni, skąd już tylko żabi skok na Hel, którego odwiedzenie gorąco polecam, zwłaszcza rowerzystom. MAGDALENA PIETZ

skich (słowackich), że zazdrośni o swoje zyski z handlu krakowianie rzucili się na nich i splądrowali ich wozy. Jednak takie incydenty nie zmieniały procesu historycznego. Handel torował drogę polityce. Dał podstawę do zbliżenia polsko-węgierskiego i koncepcji dynastycznej połączenia Polski, Węgier i Litwy przez małżeństwo córki Ludwika Węgierskiego Jadwigi z władcą Polski Władysławem Jagiełłą w wielkie mocarstwo środkowoeuropejskie. Aby pozyskać akceptację polskiej szlachty dla tej idei, Ludwik Węgierski ogłosił w Koszycach, że uzna wszystkie posiadane przez polską szlachtę przywileje. Ten dokument, znany w dziejach polskich jako przywilej koszycki,

jest jednym z pierwszych aktów konstytuujących ustrój dawnej Rzeczypospolitej. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że gdyby nie było handlu pomiędzy Krakowem a Koszycami, nie byłoby Polski Jagiellonów, a nasze dzieje wyglądałyby inaczej. A co z handlem winem? Przecież „węgrzyn” ma swoje miejsce w polskiej historii! Ale ta opowieść zaczyna się dopiero w XV wieku… I będzie tematem kolejnego artykułu. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“. 21


Inżynierowie z pomnika Na

jednym z placów w centrum Limy znajduje się pomnik, wzniesiony w 1914 roku przez władze Republiki Peru dla upamiętnienia polskich inżynierów, którzy nie tylko przyczynili się do rozwoju tego kraju, ale w dużej mierze wpłynęli na kształtowanie się peruwiańskiej myśli technicznej.

Centralną postacią tego pomnika jest Edward Jan Habich, który urodził się 31 stycznia 1835 roku w Warszawie, w rodzinie urzędnika Komisji Skarbu Królestwa Kongresowego. Po ukończeniu gimnazjum gubernialnego w 1852 roku Habich wstąpił do armii rosyjskiej. Służbę wojskową odbył w petersburskiej Akademii Wojskowej, gdzie studiował na Wydziale Artylerii. W 1858 roku wyjechał do Paryża. Tam kontynuował naukę w prestiżowej Szkole Budowy Mostów i Dróg, którą ukończył z dyplomem inżyniera. Na wieść o wybuchu powstania styczniowego wrócił do Polski, by wziąć w nim udział, a po jego stłumieniu ponownie znalazł się w Paryżu, gdzie początkowo był profesorem mechaniki w Szkole Wyższej Polskiej, a potem jej dyrektorem. Mimo uznania, jakim cieszył się w kołach Wielkiej Emigracji, Habich zdecydował się w 1869 roku opuścić stolicę Francji i pod wpływem Ernesta Malinowskiego, który zyskał zgodę rządu peruwiańskiego na zatrudnianie w tym kraju polskich inżynierów, emigrantów politycznych, podjął decyzję o wyjeździe do Peru. Po przybyciu do Limy otrzymał stanowisko inżyniera rządowego i dyrektora robót publicznych. Edward Habich nie tylko nadzorował roboty publiczne na terenie całego Peru, ale realizował także własne wielkie projekty, np. prace irygacyjne na połud22

niu tego kraju, rozbudowę portów ruwiańskiego miasta Tacna do stolicy Arica i Callao, liczne projekty urbaniBoliwii La Paz. Kluger napisał także styczne czy projekty nawadniania szereg prac naukowych z zakresu niektórych peruwiańskich regionów. hydrauliki, mechaniki i wytrzymałoW 1872 roku utworzył Korpus Inżyści materiałów, m.in. pierwszy w jęnierów, wzorowany na francuskiej zyku polskim nowoczesny podręorganizacji zawodowej. Był członcznik z zakresu wytrzymałości matekiem założonego przez E. Malinowriałów. W 1875 roku jako pierwszy skiego Peruwiańskiego Towarzystwa Polak prowadził w Ameryce PołuGeograficznego. Przez szereg lat wydniowej badania archeologiczne; eksdawał w Limie rocznik, poświęcony plorował np. prehistoryczne cmenzagadnieniom budownictwa i górtarzysko w Ancon koło Limy. Cenny nictwa – pierwsze w Peru czasopismo zbiór starożytności peruwiańskich techniczno-naukowe. Opracował takprzekazał po powrocie do Polski że projekt prawa górniczego, a pow 1880 roku Polskiej Akademii Umienadto był inicjatorem wprowadzenia jętności w Krakowie. w tym kraju systemu metrycznego. Wraz z Klugerem do Peru przybył W 1873 roku jako oficjalny przedinny były powstaniec styczniowy – stawiciel rządu peruwiańskiego HaWładysław Folkierski (1842-1904). bich pozyskał dla tego kraju wielu Obu łączyły studia na paryskiej uczeluzdolnionych młodych inżynierów, ni, na której jako zapaleni matematyprzeważnie wykształconych w Parycy, mający ambicje naukowe, wraz żu Polaków. To dzięki niemu w 1873 z Władysławem Krekowskim i Władyroku przybył do Peru Władysław Klusławem Gosiewskim utworzyli Towager (1849-1884), absolwent Instytutu rzystwo Nauk Ścisłych. Władysław Technicznego w Krakowie oraz wspoFolkierski przebywał w Peru w latach mnianej już paryskiej Szkoły Mostów 1873-1889. Pełnił tam funkcję inżyniei Dróg. Na terenie Peru projektował ra do spraw komunikacji; angażował on i wznosił budowle lądowe i wosię w prace konstrukcyjne i geodezyjdne, m.in. żelazne molo w porcie ne przy budowaniu linii kolejowych. Callao, spiętrzenie wód przepływaWspółpracował z Ernestem Malinowjącej przez Limę rzeki Rimac, liczne skim przy budowie kolei transandyjkanały irygacyjne, kanalizację Callao, skiej oraz budowie fortyfikacji porwodociągi. Projektował też gmachy tów La Punta i Callao, a po wojnie publiczne i kościoły. Do z Chile kierował rozbunajważniejszych osiądową sieci kolejowej gnięć Klugera zalicza na południu Peru. się zaprojektowanie Zaprojektował i zbudoczynnej do dziś drogi wał linię telegraficzną wysokogórskiej, łącząpomiędzy miastami Pucej Peru z Boliwią. Drono i Cuzco. Organizogę tę zbudowano wał ważny dla gospow 1878 roku. Położona darki peruwiańskiej jest ona na wysokości transport wodny na jeod 560 aż do 4500 m Stacja Desamparados w Limie, ziorze Titicaca i przez poczatek kolei transandyjskiej n.p.m., przecina łańcuch kilka lat zarządzał żegluAndów i prowadzi z pe- zbudowanej przez Malinowskiego gą parową na nim. MONITOR POLONIJNY


Zainteresowania Władysława Folkierskiego były jednak znacznie szersze. Na Uniwersytecie św. Marka w Limie założył Wydział Nauk Ścisłych i w latach 1876-1885 był jego dziekanem. Wydał szereg prac naukowych z dziedziny matematyki, przeważnie związanych z rachunkiem różniczkowym, a wydany w Paryżu jego podręcznik Zasady rachunku różniczkowego i całkowego z zastosowaniami w ankiecie „Kuriera Warszawskiego” został uznany za najlepszą polską książkę naukową XIX wieku. Na pomniku inżynierów w Limie uwieczniono także Ksawerego Wakulskiego (1843-1925), który współpracował z E. Malinowskim przy budowie kolei transandyjskiej, a ponadto projektował i nadzorował budowę innych peruwiańskich linii kolejowych. Ważną rolę w historii techniki Peru odegrali też inni inżynierowie polscy, którzy w drugiej połowie XIX wieku przybyli do tego andyjskiego kraju. Do nich należeli np. inżynier i budowniczy peruwiańskich dróg Aleksander Miecznikowski, geolog Aleksander Babiński, który w tamtejszych kopalniach stosował własne, nowoczesne metody ich osuszania i prowadził rozległe prace poszukiwawcze bogactw mineralnych, konstruktor Bolesław Majerski czy Tadeusz Stryjeński, który w latach 1874-1877 pracował w Limie jako architekt rządowy. Powróćmy jednak do tego, dzięki któremu polscy inżynierowie znaleźli w Peru możliwość samorealizacji, do Edwarda Jana Habicha. Podobnie jak Ernest Malinowski, także Habich związał całe swe życie z Peru. I nie będzie przesadą, jeśli za jego największe dokonanie uznamy zorganizowanie w Limie Wyższej Szkoły Inżynieryjno-Górniczej, która była

pierwszą wyższą uczelnią techniczną nie tylko w Peru, ale i w całej Ameryce Łacińskiej. Otwarta w 1876 roku działa do dziś, a Peruwiańczycy twierdzą, iż wszystkie ambitne przedsięwzięcia techniczne i urbanistyczne, które przyczyniły się do powstania nowoczesnego Peru, w niej właśnie wzięły swój początek, i uznają Edwarda Habicha za twórcę peruwiańskiej inżynierii. Mimo prowadzenia licznych prac inżynieryjnych i dydaktycznych Habich wydał ok. 20 prac naukowych z dziedziny matematyki i kinematyki. W pozostawionych przez niego rękopisach znalazł się też niedokończony podręcznik kinematyki. Edward Habich pełnił funkcję rektora stworzonej przez siebie uczelni aż do śmierci. Wykładowcami tejże szkoły byli wspomniani wyżej polscy inżynierowie: Ksawery Wakulski, Władysław Folkierski, Władysław Kluger, a także Aleksander Miecznikowski, Aleksander Babiński i inni. Habich zmarł 31 października 1909 roku i pochowany został z największymi honorami w mauzoleum na cmentarzu Presbitero Maestro w Limie. W Limie znajduje się też muzeum jemu poświęcone, a także noszący jego imię plac, na którym stoi pomnik polskich inżynierów, park oraz dwie ulice. Założona przez niego Wyższa Szkoła Inżynieryjno-Górnicza szybko się rozwinęła i obecnie działa pod nazwą Universidad Nacional de Ingenieria. Do jej rozwoju przyczynił się także polski architekt Ryszard Jaxa-Małachowski (1887-1972), który od roku 1911, już po okresie „inżynierów z pomnika”, związał swe życie z Peru, zakładając w Limie biuro architektów,

prowadzone później przez jego syna Ricarda J. Malachowskiego Benavidesa. Ryszard Jaxa-Małachowski w latach 1912-1921 był peruwiańskim architektem rządowym. W 1927 roku założył Wydział Architektury przy Wyższej Szkole Inżynieryjno-Górniczej i do roku 1958 był jego profesorem. Od 1931 pełnił funkcję głównego architekta Limy. Jego dziełem jest przepiękna starówka stolicy Peru z jej głównym placem Plaza de Armas – Plaza Mayor. To on zaprojektował i wybudował m.in. słynny Pałac Arcybiskupi, Pałac Rady Miejskiej, budowle otaczające Plaza de Armas, Club National. Zaprojektował też główną arterię miasta Paseo de la Republica, gmach Banco Italiano, osiedla Santa Maria del Mar, Urbanización La Cantuta oraz Santa Maria de Chosica. Był ponadto autorem projektu przebudowy Pałacu Prezydenckiego. Zasługi architekta Jaxy-Małachowskiego dla stolicy Republiki Peru upamiętnia tablica na jednej ze ścian Pałacu Arcybiskupiego. Wspomnijmy jeszcze, że „inżynierowie z pomnika” nie byli ani pierwszymi Polakami, którzy wnieśli swój wkład w rozwój Peru, ani ostatnimi. Pierwszymi przybyłymi do tego kraju Polakami byli sprowadzeni ze Śląska w XVII i XVIII wieku sztygarzy, zatrudnieni jako instruktorzy w kopalniach andyjskich. Pracowali tu również polscy przyrodnicy i archeolodzy, a w bardzo niedawnej przeszłości ministrem gospodarki i finansów, a później premierem był Pedro Pablo Kuczynski, nie ukrywający swego polskiego pochodzenia. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

Dzielem Ryszarda de Jaxa Malachowskiego jest obecny ksztalt starowki Limy MARZEC 2009

23


Andrzeja Friszke

Przystosowanie

i opór

„B

yliśmy opozycjonistami, odrzucaliśmy kompromis z reżimem i pragnęliśmy się przyczynić do przybliżenia niepodległości i demokracji. Te zasady wyznaczały nasz hor yzont ideowy i dostarczały narzędzia wartościowania zjawisk. /.../ Potępiając system, byliśmy ostrożni w potępianiu ludzi”. Tymi słowami historyk prof. Andrzej Friszke we wstępie do swej najnowszej książki Przystosowanie i opór (Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2007) określa postawę wobec PRL osób, związanych z Instytutem Historycznym, Klubem Inteligencji Katolickiej, Tygodnikiem „Solidarność”. Słowa te są również jego własnym kredo, kredo historyka najnowszych dziejów Polski. Książka jest wyborem artykułów Friszke z ostatnich dwudziestu lat i koncentruje się przede wszystkim wokół trzech wątków tematycznych: myśli politycznej emigracji i opozycji krajowej, losach zaangażowanych katolików świeckich (moim zdaniem to temat najważniejszy) oraz przystosowaniu i oporze społeczeństwa polskiego w okresie stabilizacji reżimu 1956-1980. W książce, obok artykułów zamieszczanych w czasopismach naukowych, znalazły się i te, które ukazały się na łamach „Gazety Wyborczej” i „Polityki”. Odbiegające od bieżącej publicystyki, narzucającej często ostry biało-czarny schemat 24

postrzegania naszej niedawnej przeszłości, artykuły prof. A. Friszke dotyczą wydarzeń podstawowych dla polskiej historii po 1945 roku. Wiele miejsca zajmują tu materiały o wydarzeniach październikowych, o marcu 1968 roku czy programie paryskiej „Kultury”, o losach polskiego Kościoła Ewangelickiego na Mazurach w latach 1945-1949, które miały duży wpływ na późniejszą emigrację Mazurów do RFN, a które autor zna z doświadczeń rodzinnych (ojciec był pastorem ewangelicko-augsburskiego, seniorem diecezji mazurskiej). Andrzej Friszke przypomina również m.in. działalność Prymasowskiej Rady Społecznej w czasie stanu wojennego. Pisząc o różnych dramatycznych wydarzeniach z historii PRL, przybliża dotąd mniej nam znany sposób myślenia i podejmowania decyzji przez władze polityczne. Tytułowy problem przystosowania i oporu Polaków stanowi nić przewodnią książki. Pokazany został poprzez przedstawienie stosunku do decyzji jałtańskich i pocz-

damskich w polskich koncepcjach politycznych lat 1945-1947, przez stosunek katolików wobec nowej władzy i spory w opozycji. Wiele miejsca Friszke poświęca problemowi niepodległości w latach 1945-1980 oraz dążeniom do poszerzania wolności i praw obywatelskich. Jednym z kluczowych tematów książki jest problem legitymizacji władzy. Pisząc o stałym napięciu między władzą i społeczeństwem, autor nie pomija istotnych zmian społecznych i ekonomicznych, jak np. migracji ludności ze wsi do miast, która przyczyniła się do stabilizacji systemu. Autor, oceniając postawy ludzi w sytuacji „...trwania przez kilkadziesiąt lat systemu komunistycznego i braku perspektyw jego zmiany”, uznaje, że „powszechność postaw przystosowania była zrozumiała, a nawet oczywista”. Opór społeczny w PRL widzi w trzech zakresach: to sprzeciw przeciwko niesuwerenności państwa – szczególnie silny do roku 1956, opór w zakresie praw obywatelskich oraz opór dotyczący religii. Teksty, składające się na Przystosowanie i opór, powstawały w różnym czasie, zebrane w jednym toMONITOR POLONIJNY


mie stały się nie tylko głosem w stale toczącym się w Polsce sporze o PRL, ale także głosem wyraźnie określającym stanowisko autora w sporze o historiografię III Rzeczypospolitej. Zdaniem prof. Friszke cechą tej historiografii było uznanie PRL-u za jeden etap w historii Polski, a nie za czarną dziurę, „podkreślanie wartości wolnościowych, niepodległościowych, przy uznawaniu ludzkich racji i uwikłań oraz występowania tych komplikacji, także po stronie ówczesnej władzy”. W ocenie autora historiografia III RP „nie służyła wzmacnianiu narodowej krzepy czy budowaniu czarno-białych schematów. Tworzone w ramach tego porządku dzieła nie służyły jednej prawdzie, ale miały ułatwić namysł nad losem Polski i związanymi z nim zagadnieniami. Nie wykluczając nikogo z państwowej wspólnoty, miały budzić poczucie odpowiedzialności wszystkich – niezależnie po której stronie byli – za przeszłość i przyszłość”. Dodajmy, że autor Przystosowania i oporu wierny jest tym zasadom zarówno w tej książce, jak i we wszystkich innych, które ukazały się wcześniej. Zachęcając do sięgnięcia po najnowszą książkę prof. Andrzeja Friszke, polecam uwadze także jego prace wcześniejsze, spośród których warto wymienić takie, jak np. Opozycja polityczna w PRL 1945 – 1980, Druga Wielka emigracja 1945 – 1949, Polska. Losy państwa i narodu 1939 – 1989 czy Geneza i historia Komitetu Obywatelskiego. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

MARZEC 2009

„Coś jest na rzeczy!”

Ch

yba naprawdę „coś jest na rzeczy”, skoro tego sformułowania użyłam w tytule. Przyznam, że uwagę na to właśnie wyrażenie zwróciła mi moja przyjaciółka, kobieta wykształcona – a jakże (!), pytając mnie, czy jest ono poprawne, bo ona nie przypomina sobie go ze szkoły, przy czym pamięć ma znakomitą, a słowniki, czy to poprawnościowe, czy to frazeologiczne, też takiego wyrażenia nie odnotowują, choć usłyszeć można je wszędzie! Zaczęłam się przysłuchiwać otoczeniu, dokładniej czytać prasę w każdej postaci, blogi internetowe i… Niestety, przyjaciółka miała rację – oto tylko niektóre przykłady użyć interesującego nas połączenia: coś jest na rzeczy z tym ssanym polskim antysemityzmem (www.kontrowersje.net/node/); Kubica w Ferrari? Coś jest na rzeczy! (www.forum.v10.pl); Mercedes w Polsce? Coś jest na rzeczy (http://motoryzacja. wnp.pl/ mercedes-w-polsce-cos-jest-narzeczy,41579_1_0_0.html); A może coś rzeczywiście jest na rzeczy i ten chłopiec przyszedł z Paris? (www.pudelek.pl). Podobne przykłady można mnożyć, mnożyć, mnożyć… „Coś jest na rzeczy” rozpanoszyło się bowiem w polszczyźnie, przyjemniej tej, używanej w Polsce. Trudno określić, kiedy się pojawiło, ale chyba stosunkowo niedawno. Być może ktoś użył tego wyrażenia okazjonalnie – nasi politycy przecież słyną ze swoistej twórczości językowej (powiedzą coś świadomie lub mniej świadomie, a reszta to powtarza do znudzenia). Wiecie Państwo, co to jest np. „becikowe”? To jednorazowy zasiłek wypłacany każdej polskiej matce z okazji urodzenia dziecka. Jego nazwa zrobiła jednak wyjątkową karierę, ba, „becikowe” ma nawet swoją stronę internetową (www.becikowe.com). A skąd się wzięło? Jakoś trzeba było nazwać ww. zasiłek, więc któryś z polskich parlamentarzystów użył takiego

określenia, inni je powtórzyli, powtórzyły je media, za nimi zwykli użytkownicy języka i „becikowe” jest! Jego egzystencja w polszczyźnie mnie raczej nie martwi, bowiem wyraz to chyba potrzebny, przynajmniej obecnie, zastępujący opisową, nieekonomiczną nazwę zapomogi macierzyńskiej, którego kariera wcale nie musi być długa – wystarczy, że rząd „becikowe” zlikwiduje, a wraz z tym prawdopodobnie zlikwiduje się i jego nazwa. „Coś jest na rzeczy” ma trochę inny charakter. Przytoczone przeze mnie wyżej przykłady użyć tego wyrażenia chyba jednoznacznie informują o jego znaczeniu. A znaczy tyle, co wszystkim znane ‘coś w tym jest’, a jeśli jest z nim równoznaczne, to chyba zupełnie niepotrzebne. Owszem, w polszczyźnie istnieje sporo frazeologizmów, w których wyraz „rzecz” pełni rolę główną, np. być do rzeczy, mówić do rzeczy, jak i mówić od rzeczy. A zatem dlaczego nie miałoby być „coś na rzeczy”? Być może zresztą wyrażenie „coś jest na rzeczy” powstało ze skrzyżowania „coś jest do rzeczy”, „coś jest na temat” i „coś w tym jest”. Ale po co tworzyć niepotrzebne wyrażenia, a tym bardziej je powtarzać? Dla mnie, jeśli już „coś jest na rzeczy”, to to jest szafa, półka czy walizka… Zatem nie jestem zwolenniczką „czegoś na rzeczy” i nie zalecam jego używania. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 25


O

tym pięknym kraju raczej nie myślimy, gdy za oknami zima i mróz. A jeśli już, to są to raczej wspomnienia z wakacji i marzenia o słońcu. Niedawno jednak Chorwacja zagościła w naszej powszedniości na dłużej, a to dzięki mistrzostwom świata piłkarzy ręcznych (po polsku szczypiornistów), rozgrywanym nad Adriatykiem od 16 stycznia do 1 lutego 2009 roku. Udział w mistrzostwach, w których wystąpiły 24 reprezentacje, nałożył na Polaków obowiązek obrony tytułu wicemistrza świata, a jednocześnie dawał szansę walki o mistrzostwo. Taki też był plan. Bronić wicemistrzostwa, ale pokusić się o złoto. Najpierw jednak trzeba było wygrać praktycznie wszystkie mecze grupowe. Pierwszy mecz zapowiadał dobry początek. Było to właściwie pewne i bardzo łatwe zwycięstwo nad Algierią 39:22 (do przerwy 17:8)! O grze naszych nie można powiedzieć złego słowa, bo niewiele dobrego było w grze Algierczyków. Nie zmusili oni Polaków do wysiłku. Akcje często rozgrywano jak na treningu, niemal bez fizycznego kontaktu z przeciwnikiem. Drużyna z Afryki popełniała proste błędy. Na tle rywali niemal każdy z naszych wypadał dobrze. Bez nadmiernego eksploatowania czołowych zawodników Marcina Lijewskiego, Karola Bieleckiego czy Bartosza Jureckiego rosła nasza przewaga. Rywale nie byli w stanie skutecznie się bronić. Biało-czerwoni z łatwością zdobywali kolejne bramki, zwyciężając nad rywalami. Po tak znakomitej inauguracji mistrzostw drugi mecz – przeciw Rosji – określano jako „dramat i męczarnię”. Podopieczni trenera Bogdana Wenty po trudnym pojedynku mecz jednak wygrali 24:22 (do przerwy 11:14). Bohaterem spotkania był nasz bramkarz Sławomir Szmal, który obronił sześć rzutów karnych (pięć w drugiej połowie). Zanotował 45-procentową skuteczność (18 udanych interwencji na 40 rzutów rywala) i został obwołany 26

Szczypiorniak w Chorwacji

najlepszym zawodnikiem meczu, którego pierwsze minuty gry charakteryzowały błędy naszych – obijali piłką słupki i poprzeczkę bramki Rosjan, którzy wykorzystali szansę i wygrali pierwszą połowę różnicą pięciu bramek! Po przerwie Polacy ochłonęli. Z minuty na minutę grali coraz lepiej. Po potężnych rzutach Bieleckiego piłka leciała z prędkością 114 km/godz.! Biało-czerwoni odrabiali straty, ale prowadzenie objęli dopiero po 50 minutach. Pokonani Rosjanie to m.in. złoci medaliści olimpijscy z Sydney i brązowi z Aten! Zimnym prysznicem okazał się trzeci mecz – z Macedonią, w którym nasi faktycznie zagrali słabo. Akcje się rwały, a gole padały najczęściej po indywidualnych zagraniach Lijewskiego i Bieleckiego. Polscy zawodnicy nie radzili sobie z macedońskim atakiem. Nawet bramkarz nie przypominał bohatera meczu z Rosją. Jeden Kirył Lazarow pokonał go 13 razy! W czterech ostatnich minutach, po kapitalnych rzutach Bieleckiego, Lijewskiego i Tłuczyńskiego straty udało się odrobić, ale mecz przegraliśmy 29:30 (15:16). Porażka była niespodzianką. Pomyśleć, że największy sukces Macedonii to 18. miejsce na mistrzostwach świata w 1997 roku.

Kolejny mecz to wygrana 31:27 (16:11) nad reprezentacją Tunezji. Od pierwszych minut graliśmy pewnie w obronie i skutecznie w ataku. Świetnie pokazali się Mariusz Jurasik, Damian Wleklak i Bielecki. Jednak po kilku błahych błędach nasza przewaga stopniała do jednej bramki. W trudnych chwilach znów fantastycznie spisywał się Tłuczyński - efektownymi rzutami zdobywając kolejne bramki. W całym meczu zdobył ich 11 i został najlepszym zawodnikiem meczu. Jak zwykle we wszystkich sportach drużynowych najwięcej emocji wzbudził mecz z naszym zachodnim sąsiadem. Teraz miał to być rewanż za przegrany przez nas finał poprzednich mistrzostw świata. Niemcy w Chorwacji bronili tytułu mistrzowskiego, a to gwarantowało ostrą walkę i emocje. Niestety, przegraliśmy w katastrofalnym stylu 23:30 (11:14). Twardy opór stawialiśmy przez dwadzieścia minut. Niemcy rozkręcali się szybko. Lijewski, w meczu z Tunezją ostoja obrony, przeciw Niemcom popełniał błędy najprostsze z możliwych. Tłuczyński, grający dotychczas bezbłędnie, raz po raz przegrywał pojedynki z bramkarzem... W końcówce meczu Polacy wręcz się rozsypali. Nie potrafili niwelować strat, MONITOR POLONIJNY


nawet mając przewagę liczebną! Symbolem ich katastrofalnej gry było zagranie Bartłomieja Jaszki, który, będąc sam na sam z bramkarzem, podał piłkę wprost w jego w ręce! Nasi tracili bramki nawet wówczas, gdy mieli przewagę. Dawno nie zagraliśmy gorzej ... Awansowaliśmy jednak do drugiej rundy. Szanse na półfinał wydawały się iluzją. Mieliśmy zero punktów, ale nawet komplet zwycięstw nie gwarantował przebicia się do strefy medalowej. Nikłe szanse naszej reprezentacji wynikały przede wszystkim z poziomu, który pokazała ona w spotkaniu z mistrzami świata. Kolejnymi rywalami biało-czerwonych były Dania, Serbia i Norwegia. Z powodu przeciętnej gry w rundzie eliminacyjnej, nie dawano im większych szans. Jednak stało się nieprawdopodobne! W pierwszym meczu drugiej rundy nasi ograli aktualnych mistrzów Europy Danię 32:28 (20:12). Pokazali, że potrafią jeszcze zagrać tak, jak na poprzednich mistrzostwach w Niemczech w 2007 roku. Wtedy to nasz półfinałowy pojedynek z Danią był jednym z najbardziej dramatycznych. Wygraliśmy go po dwóch dogrywkach. Tym razem od pierwszych minut mecz toczył się jednak pod dyktando naszych. Nasz atak zdobywał bramkę za bramką, w obronie wszyscy bez wyjątku stanowili zaporę nie do przebicia, a do tego świetnie interweniował bramkarz. Do przerwy wygrywaliśmy niewiarygodnie 20:12. W drugiej połowie w naszej obronie pojawiły się luki, a zawodnicy zaczęli popełniać błędy. Duńczycy ostro atakowali. Mecz zakończył się bramką dla nas, którą zdobył bramkarz Szmal rzutem przez całe boisko!!! Serbia rozgromiona – tak należało nazwać nasze zwycięstwo 35:23 (21:7) z kolejnym przeciwnikiem! Zagraliśmy

MARZEC 2009

znakomicie. W pierwszej części gry Serbowie praktycznie nie istnieli. Świetny mecz rozegrał stojący w bramce Szmal – broniąc z ponadsześćdziesięcioprocentową skutecznością. Naszym udawało się praktycznie wszystko. Trener dał odpocząć podstawowym zawodnikom, chcąc uchronić ich przed niepotrzebnymi kontuzjami. Grali rezerwowi. Nasi „odpuścili”, a walczący o honor Serbowie zmniejszyli rozmiary swojej porażki. Dramatyczny mecz z Norwegią okrzyknięto cudem „orłów Wenty”. Jego końcówka przeszła do historii piłki ręcznej. Spotkanie wygraliśmy 31:30 (14:14) dzięki rzutowi przez całe boisko Artura Siódmaka na cztery sekundy (sic!) – według innych źródeł na dwie lub sześć – przed końcowym gwizdkiem. Nasi grali dobrze w obronie, ale słabiej w ataku. Nie radzili sobie z norweską obroną. Jeszcze 174 sekundy przed końcem przegrywaliśmy 28:30! Nasi przejęli piłkę, zdobyli kontaktową bramkę. Do zakończenia pozostawały 82 sekundy, a Norwegowie znów mieli piłkę. I znów ją stracili. Akcję ze skrzydła zakończył golem Rafał Gliński. Był remis. Ani nam, ani Norwegom nic on nie dawał. W takim układzie do półfinału weszliby Niemcy. Rywale mieli 33 sekundy na przeprowadzenie akcji. Wycofali bramkarza, długo rozgrywali, ale tuż przed końcem spotkania zgubili piłkę – podali ją do Artura Siódmaka, który bez namysłu rzucił ją przez całe boisko do pustej norweskiej bramki. Cud! Wygrana! To my awansowaliśmy do półfinału mistrzostw świata! Według badań statystycznych, mecz Polska – Norwegia obejrzało 6,5 miliona widzów! W półfinale graliśmy przeciwko Chorwacji w Zagrzebiu – 15 tys. kibiców chorwackich, niesamowity doping… Byliśmy skazani na pożarcie. Walczyliśmy przez pierwsze pół godziny. Nie radziliśmy sobie jednak z obroną gospodarzy. Jedynym, który trafiał przynajmniej na początku był Marcin Lijewski. Swoje cztery bramki w tym meczu zdobył w pierwszym kwadransie. Szmal w bramce nie radził sobie

z rzutami rywali. Zmienił go Adam Malcher. W drugiej połowie z naszych zeszło powietrze. Przeciwnicy mieli świetnego bramkarza, który już raz był bohaterem spotkania. Rok temu na mistrzostwach Europy zatrzymał naszych i przyczynił się do wygranej. Wtedy białoczerwoni toczyli z Chorwatami równy bój do 50. minuty meczu, teraz – tylko do przerwy. Przegraliśmy zdecydowanie i niestety nie obroniliśmy tytułu wicemistrzów świata. Gospodarze pokonali nas 23:29. „Zostaliśmy rozgromieni. To nie była porażka, to był pogrom” – stwierdził Marcin Lijewski. Mecz o trzecie miejsce z Danią zagraliśmy 1 lutego br. Wygraliśmy 31:23 (14:11)! Mamy brązowy medal mistrzostw świata! Mecz miał tylko momentami wyrównany przebieg. W drugiej połowie nasi nie dali szans rywalom – znakomita gra w obronie, parady bramkarskie Szmala. Ten triumf był jednocześnie rozgrzeszeniem za nierówną postawę w całym turnieju. Mistrzostwa nie obyły się bez skandalu. Podczas wręczaniu medali chorwaccy kibice wygwizdali mistrzów świata Francuzów, którzy pokonali ich w finale. Bardzo ciepło zaś, gromkimi oklaskami przyjęli naszych. W momencie wręczania brązowych medali cala hala skandowała: „Polska, Polska”. Brąz też cieszy. Reprezentacja pod wodzą Bogdana Wenty przechodzi do historii polskiego sportu. To pierwsza drużyna, która zdobyła medale na dwu kolejnych mistrzostwach świata – dwa lata temu srebro (dotychczas największy sukces w historii polskiego szczypiorniaka), teraz brąz. Warto podkreślić, że w siódemce najlepszych zawodników mistrzostw znalazł się Marcin Lijewski. Zdaniem 46% kibiców-internatów sukces zawdzięczamy trenerowi, który stworzył zespół, 22% uznało, że sukces dała przede wszystkim świetna gra bramkarza. Mnie pozostaje tylko stwierdzić, iż był to dobry początek roku. Oby przyniósł więcej sukcesów! ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

27


W tym roku na łamach „Monitora Polonijnego“ publikujemy artykuły, przedstawiające różne miasta i regiony Polski. Przy tej okazji chcielibyśmy skorzystać z pomocy naszych Czytelników i pokazać ich ulubione miejsca, ich „małe ojczyzny“. Pragnęlibyśmy, aby to Państwo byli naszymi przewodnikami po nich, a w związku z tym prosimy o kontakt telefoniczny bądź mailowy z redakcją tych z Państwa, którzy mieszkali w Poznaniu, Katowicach i Łodzi. Redakcja „Monitora Polonijnego“ monitorp@orangemail.sk tel: 031/ 5602891

M A R Z E C

W

➨ SŁOWNIK POLSKO-SŁOWACKI 9.03., godz.13.00, Bańska Bystrzyca, UMB Prezentacja nowego słownika terminologii prawnej i ekonomicznej z udziałem współautorki Gabriely Zoričakovej. ➨ AUTOPORTRET. PISMO O DOBREJ PRZESTRZENI 9.03., godz.17.00, Bratysława, Instytut Polski Prezentacja czasopisma z udziałem Emiliano Ranocchiego, redaktora prowadzącego wydanie numeru pod nazwą „Śmierć Europie Środkowej” . ➨ EARLY MELONS 11–14.03., Bratysława, Charlie centrum, Klub A4 Międzynarodowy festiwal filmów studenckich z udziałem polskich filmów i autorów ➨ TRADYCJE 12.03., Zwoleń, Zamek Wystawa fotografii Andrzeja Łojko ➨ SALON WYSZEHRADZKI 25.03., godz. 17.00, Bratysława, České centrum, Na vŕšku 1 ➨ Reforma systemu emerytalnego – dyskusja z udziałem Wiktora Wojciechowskiego, wicedyrektor Działu Analitycznego Fundacji „Forum Obywatelskiego Rozwoju” 28

Główna Redakcja Mniejszości Narodowych w Koszycach informuje, że od 13 stycznia rozpoczęła nadawanie nowego cyklu

NÁRODNOSTNÉ S P R Á V Y

Program emitowany jest w językach różnych narodowości, żyjących na Słowacji, m.in. po polsku, w każdy wtorek o godz. 19.00 w II programie Słowackiej Telewizji. Redakcja zwraca się z uprzejmą prośba o kontakt z polonią słowacką oraz wszelkie informacje dotyczące działalności polskiej mniejszości narodowej na terenie Słowacji. Informacje prosimy przesyłać pod adresem: nske@stv.sk

Radio Patria V program Słowackiego Radia informuje, że od 1 lutego nastąpiła zmiana terminu nadawania audycji

MAGAZYN POLSKI

Po raz pierwszy w nowym terminie polskojęzyczna audycja zostanie wyemitowana w czwartek 5 lutego, następne będą nadawane w czwartki co trzy tygodnie w godzinach wieczornych między 20.00 a 21.00, a nie jak dotychczas w każdą trzecią środę miesiąca. W związku ze zmianą zwiększy się zasięg nadawania na falach VKV, na tzw. Wielkiej Reginie. U. Szabados

I N S T Y T U C I E

P O L S K I M

VARŠAVSKÁ VLNA NAŽIVO 2009 TYDZIEŃ NIEZALEŻNEJ KULTURY WARSZAWSKIEJ•(24 – 28 MARCA 2009) WTOREK - 24 marca ➨ 18.00 – kino Wydziału Filmowego i Telewizyjnego VŠVU, ul. Svoradova 12 Projekcja filmu „Rezerwat” Ł. Palkowskiego ŚRODA - 25 marca ➨ 18.30 – kino Wydziału Filmowego i Telewizyjnego VŠVU, ul. Svoradova 12 Projekcja filmu „Środa, czwartek rano“ w reż. G. Packa 20.00 – kino Wydziału Filmowego i Telewizyjnego VŠVU, ul. Svoradova 12 Projekcja filmu „Boisko bezdomnych“ w reż. K. Adamik

CZWARTEK - 26 marca ➨ 14.00 – aula VSVU, Hviezdoslavovo nam. 18 Wykład Grzegorza Borkowskiego pt. „Przyszłość sztuki polskiej” ➨ 17.00 – Instytut Polski, Nam. SNP 27 Otwarcie wystawy fotografii Andrzeja Marata „Praga. Prawobrzeżna dzielnica Warszawy” ➨ 20.00 – klub A4, Nam. SNP 12 Występ zespołu Bretoncaffe& Wytwórnia Teatr, spektakl „Topinambur”

PIĄTEK - 27 marca ➨ 20.00 – klub A4, Nam. SNP 12 Spotkanie autorskie z Andrzejem Sosnowskim, Tadeuszem Pióro i Adamem Zdrodowskim 21.00 – klub A4, Nam. SNP 12 ➨ Koncert zespołu BAABA SOBOTA - 28 marca ➨ 20.00 – klub A4, Nam. SNP 12 Magda Fertacz – „Trash Story” – czytanie inscenizowane, reżyseria: Alena Lelková i Petra Fornayová, z udziałem autorki. ➨ 22.00 – klub A4, Nam. SNP 12 Koncert zespołu „Plazmatikon”

FEBIOFEST 30.03. – 5.04., Bratysława•Przegląd filmów Jerzego Skolimowskiego w ramach festiwalu „Febiofest”.•Projekcie filmów: Cztery noce z Anną (PL/FR, 2008, 101 min.), Ręce do góry (1967, 76 min.), Rysopis (1964, 71 min.), Walkower (1965, 70 min.), Bariera ( 1966, 77 min.), Dialog 20-40-60 , (ČSR, 1968, 30 min.) MONITOR POLONIJNY


SZKOŁA LETNIA DLA STUDENTÓW STOWARZYSZENIE „WSPÓLNOTA POLSKA” ODDZIAŁ W KRAKOWIE Termin: 28.06 – 11.07 2009 r. (przyjazd do Krakowa w dniu 28 czerwca, wyjazd w dniu 11 lipca) Zakwaterowanie: Hotel Studencki Bydgoska, ul. Bydgoska 19: pokoje dwu- i trzyosobowe z łazienkami. Dojazd z dworca kolejowego: tramwaj 4, 14, 13, 24, (przystanek „Biprostal”), autobus 501, 208 (przystanek Miasteczko Studenckie AGH). Program Szkoły Letniej: Wykłady (w wymiarze 5 – 6 godz. dziennie) na temat: • kultury języka polskiego • literatury polskiej XIX i XX w. • sztuki polskiej ( w tym sztuki Kresów) • współczesnej Polski ( sztuka , kultura, społeczeństwo ) • dziejów Krakowa - duchowej stolicy Polski Program kulturalno – krajoznawczy : • zwiedzanie Krakowa (Droga Królewska, Wawel, muzea) • wycieczka do Wieliczki • wyjścia do teatru, kina

Uczestnicy Szkoły Letniej: studenci polskiego pochodzenia studiujący na wyższej uczelni w miejscu zamieszkania z dobrą znajomością języka polskiego Opłata za udział w SL wynosi 80 Euro. Obóz jest dofinansowany ze środków Senatu RP. Świadczenia zawarte w cenie: noclegi, trzy posiłki dziennie (pierwszym posiłkiem w dniu przyjazdu jest kolacja), zajęcia i wykłady prowadzone przez pracowników naukowych UJ, udział w programie kulturalno-krajoznawczym, bilety wstępu do zwiedzanych obiektów. Zgłoszenia przyjmujemy do dnia 30 maja : Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” , Rynek Główny 14, 31 – 008 Kraków, tel/fax 48/12/ 422 43 55, tel. 48/12/ 422 61 58 w.19 e-mail: Piotr Zborowski: pzborowski@swp.krakow.pl

WAKACYJNY OBÓZ JĘZYKOWY DLA UCZNIÓW SZKÓŁ POLONIJNYCH Z KRAJÓW EUROPEJSKICH Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” Oddział w Krakowie zaprasza uczniów szkół polonijnych do udziału w wakacyjnym obozie językowo-krajoznawczym. Zapewniamy zajęcia językowe z lektorem, atrakcyjny program edukacyjny oraz spotkania z rówieśnikami polskiego pochodzenia z różnych krajów świata. Termin: od 9 do 22 sierpnia 2009 r. Program obozu: • zajęcia językowe z lektorem (5 godz. dziennie) oraz prelekcje „Rok z kulturą polską” • zwiedzanie wybranych muzeów i zabytków Krakowa • wycieczki edukacyjne, m.in. Muzeum AuschwitzBirkenau w Oświęcimiu, Dom Rodzinny Jana Pawła II w Wadowicach • wycieczki krajoznawcze (Spływ Przełomem Dunajca lub Zakopane) • zajęcia rekreacyjnosportowe, basen MARZEC 2009

Zakwaterowanie: Centrum Edukacyjne „Radosna Nowina” w Piekarach (10 km od Krakowa), obiekt strzeżony i monitorowany, zakwaterowanie w domkach, w pokojach trzy- i czteroosobowych (wspólne łazienki), możliwość dodatkowego korzystania z basenu i siłowni. Strona internetowa ośrodka www.fund.pl/nowina Cena: 180 EURO Świadczenia zawarte w cenie: noclegi, trzy posiłki dziennie (pierwszym posiłkiem w dniu przyjazdu jest obiadokolacja), opieka wykwalifikowanych wychowawców, zajęcia językowe z lektorem, wycieczki w ramach programu edukacyjno-kulturalnego, bilety wstępu do zwiedzanych obiektów Obóz jest dofinansowany ze środków Senatu RP.

Warunki uczestnictwa w obozie: • młodzież polskiego pochodzenia uczęszczająca na zajęcia z języka polskiego • wiek od 14 do 17 lat • co najmniej podstawowa znajomość języka polskiego • pierwszeństwo w zgłoszeniach mają laureaci olimpiad i konkursów z języka polskiego oraz przedmiotów ojczystych • zgłoszenia osób, które uczestniczyły w poprzednich latach w obozie językowym w Piekarach, będą rozpatrywane w drugiej kolejności. Organizator: Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” Oddział w Krakowie, Rynek Główny 14, 31-008 Kraków tel./faks 48 12 422 43 55 e-mail: biuro@swp.krakow.pl www.wspolnota-polska.krakow.pl 29


Sen o Ameryce To

miały być cudowne Święta Bożego Narodzenia… Miałam dostać pod choinkę paszport z wizą do Austrii. Rodzice już od jakiegoś czasu planowali wyjazd całej naszej rodziny. Wyjazd to nie jest właściwe słowo – w planach była emigracja do Ameryki, gdzie, jak mówiono, „wolność jest pisana przez wielkie W“. Pierwszym przystankiem miał być Wiedeń. Ale nie było ani Wiednia, ani Ameryki. Był 13 grudnia 1981 roku. Drugie „podejście“ było bardziej udane, bowiem dotarliśmy do Niemiec Zachodnich, gdzie chcieliśmy uzyskać azyl polityczny. Był rok 1985, a ja miałam 17 lat i marzyłam o Ameryce. Tymczasem przebywaliśmy w obozie dla przesiedleńców, a później w obozie przejściowym. Kiedy okazało się, że musimy pozostać w Niemczech trochę dłużej, by władze niemieckie mogły rozpatrzyć nasz wniosek, skierowano nas do małej miejscowości. Tu poznaliśmy mnóstwo serdecznych ludzi, dostaliśmy piękne duże mieszkanie, opłacane przez gminę. Tak, Republika Federalna Niemiec była i jest krajem socjalnym – osoby potrzebujące wspiera finansowo. 30

Niedługo po przyjeździe podjęłam pracę w przedszkolu. Z moją znajomością języka niemieckiego, nabytą w szkole średniej w Polsce, jakoś dawałam sobie radę, pomagając sobie rękami. Dzieciom w przedszkolu nawet to się podobało, że „ich“ pani zadaje wiele pytań, nie wszystko rozumie, a one mogą służyć jej pomocą. Dzięki ich cierpliwości wiele zyskałam. Był to krótki, ale wspaniały okres. Podjęłam naukę w szkole, gdzie poznałam wielu ludzi, z którymi zawiązałam przyjaźnie, które trwają już ponad 24 lata. Tu też poznałam mojego przyszłego męża. Kiedy poznaliśmy niemiecką mentalność, stwierdziliśmy, że nie różni się

ona aż tak bardzo od tej polskiej. Przyjaźń i pomoc, jaką okazali nam Niemcy, przekonała nas do pozostania w tym kraju. Nieraz mieliśmy wrażenie, że ich serdeczność wynika z poczucia winy za krzywdy wyrządzone Polakom podczas II wojny światowej. Temat ten jest tu wciąż podejmowany i to nie tylko przez starsze pokolenie. Młodzi ludzie przejęli balast wojny na swoje barki i, być może z obawy przed powtórką z historii, starają się dużo mówić o faszyzmie. Czasami może nawet z pewną przesadą zadręczają się tym problemem. Owszem, młodzież powinna się uczyć i poznawać własną historię, to przecież najlepszy sposób, by zwyciężać nad rasizmem. Młodzież z całego świata powinna otwarcie dyskutować o wszystkich problemach. Z pewnością duży wpływ na poszerzanie horyzontów i otwartość na różne narody mają wymiany uczniów między różnymi krajami czy partnerstwa między miastami. To służy umacnianiu pokoju na świecie. „Czarne typy“, jak nacjonaliści, prawicowi radykałowie itp., są wszędzie. Rząd niemiecki reaguje bardzo mądrze na tego typu zjawiska, nie chcąc stracić z oczu ich poczynań, i robi wszystko, by zmienić działania tych grup. Cenię sobie cechy Niemców – w ich kraju każdy ma szansę na pokojowe i przyjazne życie. Przecież tylu tu obcokrajowców i przesiedleńców. Los rzucił mnie przypadkiem do tego kraju. Na chwilę. Chwilę, która trwa do tej pory. Założyłam tu wspaniałą rodzinę. Wraz z mężem prowadzimy działalność gospodarczą. Mój tato jako rehabilitant znalazł miejsce pracy w swoim zawodzie. Europa bez granic – czyż to nie wspaniała rzecz? Do Polski tak blisko. Z Ameryki byłoby do niej o wiele dalej… MAŁGORZATA DEETERS NIEMCY, GEESTE - NIEDERSACHSEN (DOLNA SAKSONIA) MONITOR POLONIJNY


Kto odkrył Amerykę? Cz

y bawiliście się w poszukiwaczy skarbów, piratów i Indian? Czy wiecie, kiedy ludzi ogarnęła ogromna chęć odkrywania nowych lądów i cywilizacji?

wysp Bahama, Kuby i Haiti. Kolumb, chociaż nie znalazł bogactw Orientu, był przekonany, że dotarł do Indii i spotkanych tam ludzi nazwał Indianami. Dopiero dwadzieścia lat później Amerigo Vespucci zauważył błąd Kolumba i stwierdził, że dotarł on do nowego kontynentu, który na cześć Vespucciego nazwano Ameryką.

Legendy o złotych miastach Blisko 600 lat temu Europejczycy nie wiedzieli o istnieniu innych kontynentów. Żegluga morska odbywała się głównie wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnomorskiego. Legendy o istnieniu złotych miast (El Dorado) i nieodkrytych bogatych ziem zachęcały władców do organizowania wypraw morskich.

Morski szlak do Indii i pomyłka Kolumba Głównym celem wypraw było znalezienie nowej morskiej drogi do Indii.

MARZEC 2009

Vasco da Gama swoim dalekomorskim żaglowcem – karawelą opłynął Afrykę i przez Ocean Indyjski jako pierwszy dotarł do Indii Zachodnich. Hiszpania, nie mogąc zdobyć dobrze strzeżonych nowych portugalskich map, zorganizowała własną ekspedycję. Na jej czele stanął Krzysztof Kolumb. Trzy statki: „Nina”, „Pinta” i „Santa Maria” dopłynęły do

Nowe cywilizacje Europejczycy zaczęli zakładać kolonie na nowo podbitych ziemiach i poznawać nowe kultury: Majów, Inków, Azteków. Do słynnych zdobywców należał konkwistador Hernán Cortés, który poszukiwał złota na terenie obecnego Meksyku i zniewolił lud Azteków. Cywilizacje południowoamerykańskie były dobrze rozwinięte. Ich członkowie, choć nie znali zegara, posługiwali się kalendarzem. Wierzyli we własne bóstwa, którym wznosili wielkie świątynie. Posiadali pismo węzłowe - kipczan oraz system pocztowy. Zajmowali się głównie uprawą roli, a ponadto handlem i rzemiosłem.

Pomysł na zabawę Spotkaliście się z kolegami/koleżankami i nie macie pomysłu na zabawę? Wyobraźcie sobie, że jesteście żeglarzami, poszukującymi skarbu. Niech jedno z Was ukryje wybrany „skarb” w domu i narysuje symboliczną mapę. Reszta zaś niech spróbuje tę mapę rozszyfrować i dotrzeć do „skarbu”. A może wolicie zabawić się w Indian? Zatem zróbcie sobie indiańskie pióropusze i zatańczcie wokół „wigwamu”? Jeśli zaś doskwiera wam samotność, sięgnijcie po pełną opisów przygód książkę Marka Twaina „Przygody Tomka Sawyera”. Dla tych, którzy wolą rozwiązywać krzyżówki, mam inną propozycję – ułóżcie krzyżówkę dotyczącą morskich odkryć. KATARZYNA UFNAL


Że co? Że niby w marcu nie ma potrzeby się ogrzać? Nic bardziej mylnego – to właśnie marcowe pluchy i błoto potrafią błyskawicznie zmienić pełnego energii człowieka

w trzęsącą się kupkę nieszczęścia. A wtedy gotować się nie chce, nie mówiąc już o jedzeniu, a siły witalne zamiast płynąć wartkim wiosennym strumieniem, sączą się słabiutko, ledwo, ledwo… Dlatego dziś zupa – i to nie byle jaka, bo zupa-historia,

czyli zalewajka. Jej niebiański aromat i bogaty smak postawi na nogi każdego, a jeśli dodam, że odgrzewana smakuje jeszcze lepiej i że jest zniewalająco tania, to chyba nie ma już wątpliwości – pora nastawiać wodę w garnku.

SKŁADNIKI: • 1 kg ziemniaków • 30 dag kiełbasy lub wędzonego boczku (najlepiej jedno i drugie) • 2 marchewki • 2 cebule • kilka suszonych grzybków • 4 ząbki czosnku • szklanka zakwasu (na żurek lub tzw. • biały barszcz) • 4 łyżki śmietany • przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy, sól, pieprz, majeranek

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Zaczynamy od namoczenia w ciepłej wodzie suszonych grzybków. Następnie nastawiamy większy garnek z wodą, a gdy się zagotuje, wrzucamy do niego pokrojone w kostkę ziemniaki, marchew, kiełbasę (lub boczek) oraz obrane i posiekane cebule i czosnek. Do smaku dodajemy przyprawy. Na końcu wrzucamy

pokrojone grzybki – możemy też dolać trochę wody, w której się moczyły. Po około 15 minutach gotowania odstawiamy garnek na chwilę z ognia i dolewamy zakwas wymieszany wcześniej ze śmietaną. Całość gotujemy jeszcze około 15 minut – do uzyskania miękkości wszystkich składników. Doprawiamy solą i pieprzem – i podajemy!

Przyznam szczerze, że opłaca się nie zjeść całej zalewajki pierwszego dnia, bo dopiero odgrzewana smakuje niebiańsko – postawi na nogi chorego, rozgrzeje przemoczonego i zziębniętego, a w przednówkowej porze, gdy właściwie kończą się pomysły na gotowanie, pomaga przetrwać ten nieciekawy kulinarnie czas.

AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2009/03  
Monitor Polonijny 2009/03  
Advertisement