Page 1

str. 26-35


Obradowała Rada Klubu P

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

od koniec czerwca (21 – 22.06.) w Bratysławie zebrała się Rada Klubu Polskiego na Słowacji. Głównym tematem obrad było ustalenie harmonogramu prac przedstawicieli Polonii, związanych z koniecznością wywiązania się ze zobowiązań finansowych Klubu względem instytucji, które wspierają jej polonijną działalność.

W tym celu Rada ustaliła, że za dokumentację finansową projektów, realizowanych w poszczególnych regionach, a dotowanych przez Ministerstwo Kultury RS są odpowiedzialni prezesi regionalni, zaś za dokumentację „Monitora Polonijnego“ oraz rozliczeń względem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“ – wiceprezes Elżbieta Dutková. Ustalono, że kolejne spotkanie Rady Klubu odbędzie się 30 sierpnia w Dubnicy nad Wagiem oraz zaplanowano wstępny termin kongresu Klubu Polskiego na 20 września, który miałby się odbyć w Żylinie. W celu przeprowadzenia kontroli finansowej Klubu została powołana specjalna komisja, w której skład weszły panie Mariola

Peruňská, Irena Zacharová oraz Katarzyna Bieliková. Efekty pracy komisji mają być przedstawione podczas kongresu. Prezes Klubu Tadeusz Błoński podsumował działalność organizacji za okres ostatnich dwóch lat, podziękował za zaangażowanie w pracy na rzecz Polonii i złożył rezygnację ze swojej funkcji, jednak z uwagi na konieczność dokończenia prac w ramach organizacji zdecydował o pełnieniu funkcji prezesa do czasu kongresu Klubu Polskiego. Podczas spotkania ustalono też między innymi, że prezes całej organizacji nie może pełnić równocześnie funkcji prezesa regionalnego. Oddzielny punkt programu

W obradach wzięli udział: prezes Klubu Tadeusz Błoński (jednocześnie prezes klubu w Koszycach), jego wiceprezes Elżbieta Dutková oraz prezesi regionalnych klubów: Beata Wojnarowska (Bratysława), Irena Zacharová (Maritn), Romana Gregušková (Nitra), Zbigniew Podleśny (Dubnica nad Wagiem), Mariola Peruňská (Poważska Bystrzyca), Renata Straková (Trenczyn), Katarzyn Bieliková (Żylina). Jako organ doradczy (bez prawa głosowania) zaproszeni zostali: Urszula Zommerska-Szabados (Koszyce), Ryszard Zwiewka (Bratysława), Irena Cigaňová (Nitra), Ryszard Urbański (Żylina). Zaproszonymi gośćmi byli: kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w RS Urszula Szulczyk-Śliwińska oraz redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“ Małgorzata Wojcieszyńska.

został poświęcony działalności wydawniczej Klubu, czyli pracy „Monitora Polonijnego“. Obecna podczas spotkania konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska po otrzymaniu informacji, dotyczącej kosztów związanych z wydawaniem pisma (finansowanego przez Ministerstwo Kultury RS oraz Stowarzyszenie „Wspólnota Polska“), złożyła wniosek do prezesów, by ci rozważyli zawieszenie działalności wydawniczej lub zdecydowali o przekształceniu „Monitora” w kwartalnik, a zaoszczędzone pieniądze wykorzystali na imprezy w regionach. Decyzje o losie czasopisma mają zapaść podczas Kongresu Klubu Polskiego. Prezesi poruszyli również temat ewentualnej decentralizacji Klubu Polskiego, która, po rejestracji w konkretnych miastach, dawałaby klubom regionalnym możliwość podejmowania współpracy w ramach euroregionów oraz pozyskiwania środków przeznaczonych na działalność regionalną. Decyzje zostaną podjęte podczas kongresu. Pod koniec spotkania w imieniu Klubu Polskiego jego prezes Tadeusz Błoński złożył podziękowanie na ręce pani konsul za pomoc finansową w zorganizowaniu Rady Klubu. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Na kolację do jednej z restauracji na bratysławskiej starówce wszystkich uczestników obrad zaprosiła konsul Urszula SzulczykŚliwińska. MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Co roku, mniej więcej w kwietniu, zaczynam się zastanawiać, jakie materiały powinny znaleźć się w podwójnym, letnim numerze „Monitora“. Na lato przygotowujemy bowiem jeden obszerny numer pisma, w którym, oprócz stałych rubryk, umieszczamy interesujące artykuły o zróżnicowanej tematyce, aby umilić czytelnikom letni wypoczynek. W końcu to aż 56 stron! „Co ja tam dam?“ – zadaję sobie gorączkowo pytanie. Wtedy mój mąż z uśmiechem twierdzi, że pewnie, jak co roku, tych materiałów będzie aż nadto. A ja, jak co roku, myślę sobie: „Łatwo się mówi“ i… nadstawiam uszu, by zaczerpnąć inspiracji, by oferta letniego numeru była atrakcyjna. Na szczęście przed wakacjami odbywa się sporo imprez polonijnych, więc im poświęcamy sporo miejsca na naszych stronach. Jeszcze jesienią wspominałam na łamach „Monitora“ o fenomenie portalu internetowego „Nasza Klasa“, a ponieważ kilka osób zwracało się do redakcji z propozycją, by napisać o nim trochę więcej, postanowiliśmy spełnić ich prośby. Później pojawiło się jeszcze kilka innych propozycji i pomysłów. W ten sposób oferta na wakacyjne czytanie stała się bogatsza. I, jak co roku, znów mój mąż miał rację. Cóż, pakując się na wakacje, swoją walizkę zamykam najczęściej przyciskając jej wieko kolanem – podobnie wygląda zamykanie letniego numeru pisma. Wyjeżdżając na urlop, nie zapomnijcie Państwo zapakować do bagażu „Monitora”! W imieniu redakcji życzę udanego wypoczynku i miłego czytania! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA P.S. Ewentualne uwagi od Państwa, dotyczące tematyki, objętości i koncepcji „Monitora“, prosimy przesyłać pod adres e-mail: monitorp@orangemail.sk

Szukam pracy po francusku Z KRAJU Co się stało z naszą klasą? Nasza Klasa w Bratysławie ANKIETA Możliwości trzy Piękna nasza Polska cała… Byliśmy tam Sama okolo sveta na jachte Obiad wieczorową porą ANKIETA Nasze życie magiczne OPOWIADANIE NA LATO Drzewo czereśni „Nasz“ dyrygent w Koszycach MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ 45. Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu Zespół „Feel” WYWIAD MIESIĄCA Iwan Komarenko – „maszynista estradowy“ Zjazd słowackiej Polonii Pod Trenczyńskim Zamkiem „Morskie opowieści“ Tajemnicza noc świętojańska Dzień Dziecka w Nitrze Z NASZEGO PODWÓRKA „Stoliczne Dni” w Liptowskim Mikulaszu Dni Morza KINO-OKO „Korowód” TO WARTO WIEDZIEĆ Park Narodowy „Ujście Warty” OKIENKO JĘZYKOWE „Internet” czy „internet”? BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Warto przeczytać Słowacja oczyma poznanianki Aleluja a vpred! 50 lat i co dalej? „Chińska” Olimpiada? Duże „D” designu OGŁOSZENIA POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Sól a Šachy MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI PIEKARNIK Wakacje w domu

4 4 6 7 8 10 12 14 16 17 17 19 20 22 23 23 24 26 28 30 32 33 34 36 37 38 39 41 42 42 44 46 48 50 52 54 55 56

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

3


Szukam pracy

po francusku

Z OFICJALNĄ 3-DNIOWĄ wizytą przybył do Polski 6 czerwca słowacki prezydent Ivan Gašparovič. Mniej oficjalny program dla słowackiej pierwszej pary przygotował w rezydencji na Helu gospodarz – prezydent Lech Kaczyński. DNIA 16 CZERWCA przybyła do Polski z dwudniową wizy4

Europa nieustająco się zmienia. Kilka lat temu Polaków elektryzowała świadomość, że mogą bez obaw ruszać do pracy w innych krajach członkowskich.

tą niemiecka kanclerz Angela Merkel. Premier Donald Tusk przyjął ją w swoim rodzinnym Gdańsku. Wspólne stanowisko polskiego i niemieckiego rządu brzmi: Irlandzkie „nie” dla Traktatu Lizbońskiego nie powinno powstrzymać ratyfikacji dokumentu w pozostałych krajach Unii. Według polskiego premiera ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego powinna być kontynuowana. HISTORYCY IPN Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk napisali książkę, w której przedstawiają Lecha Wa-

Teraz mamy już pierwsze doświadczenia z takiej emigracji i zupełnie inaczej podejmujemy decyzję o wyjeździe. Wnioski wyciągnęło również państwo polskie oraz jego struktury społeczne i zawodowe. Po raz pierwszy zaczęto poważnie zastanawiać się nad tym, jak powstrzymać falę masowej emigracji zarobkowej. Być może dlatego z umiarkowanym entuzjazmem przyjęto komunikat prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego o wcześniejszym, niż planowano, otwarciu rynku francuskiego dla Polaków, Węgrów, Czechów, Słowaków, Łotyszów, Litwinów, Słoweńców i Estończyków. Tę decyzję francuskiego rządu Sarkozy ogłosił w czasie niedawnej wizyty w Warszawie. Co to dla nas oznacza? Że nie będziemy potrzebowali karty pobytu ani pozwolenia na pracę, żeby po udanych wakacjach pozostać we Francji na dłużej. Wystarczy podpisać umowę o pracę, a potem samemu płacić podatki. Pracodawca poniesie koszty naszego ubezpieczenia. Czy Polacy są z tego faktu zadowoleni? Od

łęsę jako byłego agenta SB o pseudonimie ,,Bolek”. Książka wyszła 23 czerwca i spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem odbiorców. Były prezydent odpiera zarzuty, twierdząc, że publikacja oparta została na dokumentach sfałszowanych przez SB, zaś autorom grozi procesem sądowym. W WIEKU 26 lat 4 czerwca zmarła siatkarka Agata Mróz, złota medalistka mistrzostw Europy. Cierpiała na białaczkę. W maju przeszła we Wrocławiu operację przeszczepienia szpiku kostnego. Była

wielokrotną reprezentantką Polski w siatkówce. Zostawiła dwumiesięczną córeczkę. SĄD APELACYJNY w Łodzi 9 czerwca utrzymał w mocy wyrok sądu pierwszej instancji w procesie „łowców skór”. W styczniu minionego roku Sąd Okręgowy w Łodzi skazał na karę dożywocia Andrzeja N., a jego kolegę Karola B. na 25 lat pozbawienia wolności. Dwaj sanitariusze łódzkiego pogotowia byli oskarżeni o zabójstwo pięciu pacjentów, którym podawali pawulon – lek zwiotczający mięśnie. MONITOR POLONIJNY


wieków darzyliśmy Francję i Francuzów dużym sentymentem. W epoce wojen napoleońskich nasi przodkowie walczyli ramię w ramię z żołnierzami francuskimi, licząc na odzyskanie wolności narodowej. W czasie wojen światowych Francja była jednym z pierwszych krajów, do których Polacy emigrowali w poszukiwaniu godnego życia, gdzie środowiska emigracyjne starały się ocalić majątek narodowy, polskiego ducha kultury i historii. Co prawda po naszym wejściu do europejskiej wspólnoty Francuzi mocno obawiali się wizji „polskiego hydraulika”, opanowującego ich rynek pracy, ale obecnie te emocje już opadły. Dlaczego? Co prawda nikt do końca nie wie, jak duże będzie zainteresowanie rynkiem francuskim w Polsce, ale pewne wyznaczniki są oczywiste – Polacy nie znają języka francuskiego w takim stopniu, co angielski, a Francuzi niechętnie z kolei mówią innymi językami – bariera

PIERWSZY W HISTORII udział Polaków w piłkarskim święcie europejskim – Euro 2008 – wywołał u polskich kibiców wielkie emocje i wielkie oczekiwania. Niestety, polska reprezentacja nie wyszła z grupy – po przegranych meczach z Niemcami i Chorwacją oraz po remisie z Austrią wróciła do kraju. ROBERT KUBICA odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w drugim pełnym sezonie startów w Formule 1. Stało się to na Grand Prix Kanady 8 czerwca. Sukces Kubicy osłodził trochę smutek po LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

komunikacyjna jest więc spora. Obecnie w rankingu popularności miejsc zarobkowych Francja znajduje się na siódmym miejscu. Co roku wydaje się tam kilkanaście tysięcy zezwoleń na pracę, głównie sezonową. Czym innym jest jednak zatrudnienie robotnika sezonowego do pracy przy zbiorze winogron, jabłek, borówek, a innym normalna całoroczna praca w różnych sektorach gospodarki. Koszty życia we Francji są wysokie – w Paryżu miesięcznie minimum to 1000 euro, w pozostałych regionach ok. 800 – 900 euro. Jak będzie? Przyszłość pokaże… Najwięcej miejsc pracy czeka na pielęgniarki i opiekunów osób starszych, w stoczniach, hutach, na budowach. Inne branże to bankowość, ubezpieczenia, księgowość, zarządzanie i handel. Gosposia zarobi około 1,5 tysiąca euro, nauczyciel do 2000 euro, a lekarz specjalista około 7000 euro.

porażce piłkarzy na Euro 2008. POLSKĘ PODZIELIŁ przypadek 14-letniej Agaty z Lublina. Dziewczyna zaszła w ciążę z rówieśnikiem. Twierdziła nawet, że została zgwałcona, w związku z czym miała prawo do legalnej aborcji. Kilka szpitali odmówiło jednak wykonania zabiegu. W sytuację wmieszały się działaczki „Prolife” i kilku księży, których organizacje feministyczne oskarżyły o wywieranie na dziewczynę nacisku. Dramat Agaty, u której przeprowadzono aborcję dopiero po inter-

Jak we Francji wygląda życie zawodowe? Obowiązuje 35-godzinny tydzień pracy, płatne są wszystkie nadgodziny. W roku pracownikowi przysługują 30 dni płatnego urlopu. Urlop macierzyński trwa 16 tygodni. We Francji wiek emerytalny osiąga się po przekroczeniu sześćdziesiątki lub po przepracowaniu 40 lat. Więcej informacji o otwarciu rynku francuskiego można odnaleźć na stronach internetowych www.europa.eu.int/eures oraz www.eures.praca.gov.pl Jestem przekonana, że już sama możliwość swobodnego wyjazdu do Francji i podjęcia pracy na cywilizowanych zasadach jest wielkim plusem. Jesteśmy przecież takimi samymi obywatelami świata, jak inne narody. Obserwując w naszych rodzinach i pośród przyjaciół zalety i wady zarobkowej emigracji, z pewnością poważnie rozważymy, czy jest to propozycja dla każdego. Najważniejsze, że jest – i z tego się cieszmy. AGATA BEDNARCZYK

wencji minister zdrowia Ewy Kopacz, obserwowała cała Polska. NAJWIĘKSZY MIĘDZYNARODOWY festiwal teatralny w Polsce – MALTA 2008 – rozpoczął się 23 czerwca w Poznaniu. To już jego 18. edycja. TELEWIZJA PUBLICZNA podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej “Opole 2008“ przez pomyłkę wręczyła nagrodę „Superpremiery” Kasi Cerekwickiej Podobno zawiódł najnowocześniejszy system liczenia głosów. Upokorzenie Cere-

kwickiej było publiczne, ponieważ transmisja telewizyjna przebiegała na żywo. Sebastian Karpiel-Bułecka, lider „Zakopowera”, odbierając nagrodę, która została przyznana jego zespołowi, zachował się jak prawdziwy gentleman i przekazał ją Kasi. Piosenkarka przyjąć jej jednak nie chciała. W WIEKU 54 LAT na atak serca zmarł 20 czerwca reżyser i scenarzysta Piotr Łazarkiewicz. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


W

ydawać by się mogło, że jeszcze wczoraj biegaliśmy po szkolnych korytarzach, które na przerwach

rozbrzmiewały naszymi krzykami. Specyficzny zapach lizolu, unoszący się w powietrzu, zabieraliśmy ze sobą do domu, wsiąknięty w granatowe mundurki z tarczą szkoły i plakietką wzorowego ucznia na ramieniu. Wydawać by się mogło, że nie dalej, jak tydzień temu grałyśmy z Kaśką i Anką w gumę na szkolnym boisku.

Co się stało z naszą klasą? Dziś jesteśmy dorośli, mamy rodziny, pracę i problemy, które w tamtych czasach wydawały nam się bardzo odległe. A przecież tak naprawdę niewiele się zmieniliśmy. Iza zawsze lubiła podróżować – dziś jest stewardessą, a jej podróże są po prostu trochę częstsze i odleglejsze. Maciek już w podstawówce założył kapelę, a dziś grywa z zespołem nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Piotrek... ten był wielkim zapaśnikiem jeszcze zanim opuścił szkolne mury – nauczyciele gniewali się na jego trenera, bo Piotrek chyba częściej był poza szkoła niż w szkole. Przeglądam na portalu Nasza Klasa profile moich szkolnych (i nie tylko) znajomych i nie mogę się nadziwić. Asia ma dwójkę dzieci, Agata zdążyła wziąć rozwód, zanim Magda czy Gośka znalazły sobie życiowych partnerów. No proszę, jest nawet Mariola, która wyjechała z rodzicami do Ameryki – nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś ją zobaczę, choćby wirtualnie. Na portalu każdy z nas zamieszcza zdjęcia: te stare ze szkolnych lat lub te najaktualniejsze – z dziećmi, z mężem/żoną albo z dalekich egzotycznych wypraw. Cóż, trzeba się pochwalić, bo przecież kiedyś 6

tylko nieliczni mogli sobie pozwolić na wczasy pod palmami. Zamieszczając zdjęcia, należy jednak pamiętać, że portal jest dostępny dla wszystkich, zarówno dla znajomych, jak i złodziei, pedofilów czy innych nieprzyjaciół. Dlatego jest pilnie obserwowany przez policję. Od marca tego roku po Naszej Klasie surfuje ponad 11 milionów klasowiczów. Portal jest drugą, po telekomunikacji, największą bazą danych, ale nie musimy się obawiać, ponieważ Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych ogłosił, że jest bezpieczny, choć wszystko oczywiście zależy od nas samych, bo to my decydujemy, które nasze dane udostępnimy. Portal Nasza Klasa ruszył w listopadzie 2006, a jego pomysłodawcy – czterej studenci z Uniwersytetu Wrocławskiego – stworzyli go, chcąc pomóc kilku osobom w odnalezieniu dawnych przyjaciół. W ciągu półtora roku okazało się, że osób tych jest znacznie więcej niż kilka. Twórcy portalu w krótkim czasie stali się jednymi z najbogatszych studentów w Polsce, ponieważ 20% udziałów Naszej Klasy kupił niemiecki fundusz European Founders, a wartość

transakcji oszacowana została na około 3 miliony złotych. Maciej Popowicz, jeden z założycieli, zarobione pieniądze przeznaczył jednak na zakup nowych serwerów i rozwój portalu. Nasza Klasa cieszy się olbrzymią popularnością, a dla jej użytkowników surfowanie po niej stało się wręcz rytuałem. W wirtualnej przestrzeni spotykają się nie tylko byli klasowi koledzy i koleżanki, mogą się w niej odnaleźć także osoby, które zamieszkały za granicą. Dość liczną taką grupą są zamieszkali na Słowacji Polacy, którzy dzięki temu właśnie portalowi spotkali się w jednym z bratysławskich lokali. Dzięki różnym forom, zamieszczanym na stronach Naszej Klasy, Polacy mieszkający za granicą (a jest nas naprawdę dużo), mogą nawiązać nowe znajomości, znaleźć pracę albo po prostu pomóc sobie nawzajem w rozwiązaniu różnych codziennych problemów. Wielu z nas los rzucił w dalekie krańce świata, dlatego, uciekając w wirtualną rzeczywistość, mogą oni nie tylko wspominać szkolne lata, ale także obdarowywać się ciepłym słowem, wspierać duchowo, motywować do różnych działań. MONITOR POLONIJNY


Portal jest fenomenem, ponieważ nie tylko łączy szkolnych znajomych – dzięki niemu odnajdują się zapomniani członkowie rodzin, starzy przyjaciele z podwórka czy też ludzie o tym samym nazwisku. Dzięki wysyłaniu i odbieraniu wirtualnych zaproszeń uświadamiamy sobie nagle, jak wielu mamy znajomych (jeden z profesorów uniwersyteckich w wywiadzie dla telewizji powiedział, że na swojej liście znajomych ma ponad 3000 osób, a najbardziej zaskakujący jest fakt, że on naprawdę zna wszystkich tych ludzi). Kolejnym fenomenem portalu jest moim zdaniem brak anonimowości, która przecież na co dzień wydaje się być domeną internetu. Do czasu pojawiania się Naszej Klasy każdy surfował po wirtualnym świecie anonimowo, na tym portalu ludzie z własnej nieprzymuszonej woli podają swoje imiona, nazwiska, numery telefonów czy GG, adresy na „Skype”, a do tego dorzucają swoje zdjęcie. Myślę, że wielu z nas ma po prostu dość anonimowego życia na co dzień, a dzięki temu portalowi mogą się ujawnić, pokazać, pochwalić sukcesami w gronie licznych znajomych. Obawiam się jednak, że fascynacja i medialna wrzawa wokół Naszej Klasy znikną równie szybko, jak się zrodziły. Jeśli jednak się okaże, że spośród wszystkich poszukiwanych przez portal znajomych, znajdziemy chociażby jedną, będzie to najlepszy argument, że warto po nim surfować. JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Nasza klasa

w Bratysławie S

koro portal internetowy Nasza Klasa stał się tak popularny, to dlaczego wieści o nim nie mogłyby dotrzeć na Słowację? – zastanawiałam się jakiś czas temu, surfując po stronach portalu. I rzeczywiście. Okazało się, że Polacy mieszkający na Słowacji tworzą fora dyskusyjne, poznają się za pośrednictwem Internetu. Postanowiłam więc wkroczyć między nich. Przeczytałam różne wątki dyskusji, dowiedziałam się, że umawiają się na spotkania, komentują aktualne wydarzenia w Polsce i na Słowacji. Wytypowałam pięć najbardziej aktywnych osób, wychodząc z założenia, że skoro interesuje ich życie Polaków w Bratysławie, będą też zainteresowani tymi, którzy mieszkają tu od lat. Wysłałam do każdego z nich zaproszenie na spotkanie informując o tym, że Klub Polski wydaje miesięcznik „Monitor Polonijny“ i organizuje imprezy polonijne. Odpowiedziało czworo z nich i pojawiło się w umówionym miejscu w jednej z bratysławskich kawiarni. Niektóre osoby przyprowadziły swoich znajomych czy partnerów. Okazało się, że jedni pracują tu w międzynarodowych firmach, ktoś prowadzi własną działalność gospodarczą. O istnieniu organizacji polonijnej nie mieli pojęcia. „Pracuję praktycznie do późnych godzin popołudniowych, wieczorami już mi się nawet nie chce umawiać na spotkania z kolegami z pracy, których widuję codziennie“ – opisywał jeden z zaproszonych na

spotkanie. Inny przyznał, że nawet chciał odwiedzić Instytut Polski, by zapytać o Polaków w Bratysławie, ale, przyjeżdżając po pracy do centrum miasta, nigdy nie udało mu się zastać otwartych drzwi Instytutu. Jeszcze inny wyjaśniał, że już nawet przyzwyczaił się do samotnych wieczorów i sporadycznych odwiedzin w Polsce, gdzie podczas krótkich pobytów nadrabia zaległości towarzyskie. Ogólnie jednak wszyscy stwierdzili, że brakowało im kontaktu z rodakami, stąd ich dyskusje na forach internetowych Naszej Klasy. Ze względu na napięty kalendarz obowiązków zawodowych nie zawsze inicjatywa spotkania się „klasowiczów“ dochodziła do skutku. Zdziwili się więc, kiedy opowiedziałam im, że jednak tu też „coś“ się dzieje, że możemy wspólnie organizować spotkania, wymieniać się doświadczeniami, podpowiadać sobie, jak „poruszać się“ po Słowacji. Może zatem nasze poznanie to pierwszy krok ku temu, abyśmy „my” razem z „nimi” stworzyli coś wspólnie? Razem przecież raźniej. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 7


A N K I E T A

Magdalena Pietz od 4 lat w Bratysławie O portalu Nasza Klasa dowiedziałam się od koleżanki z podstawówki, która w listopadzie 2007 roku wysłała mi SMS-a, z prośbą, abym koniecznie weszła na stronę www.nasza-klasa.pl i zalogowała się, ponieważ byli tam już prawie wszyscy nasi klasowi koledzy. Dzięki temu odnalazłam wielu znajomych ze szkoły podstawowej i liceum. Ci z podstawówki spotkali się już nawet dwa razy (ja w tych spotkaniach niestety nie wzięłam udziału ze względu na pobyt w Bratysławie), zaś byli licealiści raz. Dzięki Naszej Klasie odnalazłam swoją koleżankę, poznaną na koloniach w 1995 roku, z którą przez wiele lat

korespondowałam, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Bardzo się ucieszyłam, kiedy zauważyłam ją na portalu i dzięki temu mogłyśmy odświeżyć naszą znajomość. Nasza Klasa pomogła mi również w pisaniu pracy magisterskiej. Na portalu znalazłam bowiem wielu Polaków, mieszkających na Słowacji (przede wszystkim w Bratysławie), którzy zgodzili się ze mną spotkać, aby porozmawiać o swoich odczuciach, opiniach, doświadczeniach, związanych ze Słowakami oraz Słowacją. Korzystając z okazji, chciałabym im wszystkim jeszcze raz podziękować za poświęcony mi czas.

Magdalena Kulma Marek Woźniak

od 3 lat w Bratysławie

od 2 lat w Bratysławie O portalu czytałam kiedyś w jakiejś gazecie i pomyślałam sobie, że to fajny pomysł, by odświeżyć kontakty ze starymi przyjaciółmi. Niestety, kiedy go przejrzałam, nie odnalazłam nikogo znajomego, więc zrezygnowałam z zalogowania się tam. Dopiero mniej więcej rok temu pewien znajomy, który obecnie również mieszka w Bratysławie, powiedział mi, że portal zyskał popularność i bardzo się rozwinął, więc postanowiłam do niego zajrzeć. I całe szczęście! Na początku znajomych nie było wielu, ale obecnie są już prawie wszyscy z moich obu klas – podstawowej i średniej! Udało nam się spotkać w dość pokaźnym gronie w Warszawie i takie spotkania zamierzamy 8

kontynuować. Na portalu „spotkałam” również moich znajomych z poprzednich miejsc pracy, a także dawne koleżanki. Korespondujemy ze sobą cały czas. Internet to cudowna rzecz! Byłam bardzo zdziwiona, gdy poprzez Naszą Klasę odkryłam, że na Słowacji mieszka sporo naszych rodaków. Na początku było nieśmiało, ale na przełomie stycznia i lutego tego roku udało się nam zorganizować bardzo miłe spotkanie. Z kilkoma osobami do tej pory utrzymuję kontakt. Na portalu wciąż jednak pojawiają się nowi ludzie, z poznania których jestem bardzo zadowolona. Dzięki nim udaje mi się poznawać innych wspaniałych ludzi, nie tylko Polaków! Mam nadzieję, że to będzie się rozwijać.

O Naszej Klasie dowiedziałem się od koleżanki. Dzięki temu portalowi spotkałem się z dawnymi znajomymi z klasy. Spotkaliśmy się już dwa razy, w tym raz byliśmy razem dwa dni w górach. Odnowiłem również znajomość z kolegami, z którymi kontakt wydawał się utracony na zawsze. Na forum dyskusyjnym Naszej Klasy poznałem ciekawych ludzi mieszkających w Słowacji, z którymi mogę podyskutować nie tylko wirtualnie – raz bowiem udało nam się spotkać w świecie realnym. MONITOR POLONIJNY


Aneta Adamczyk od 2 lat w Bratysławie

Ewa Baltazarovič od 7 lat w Bratysławie Portalem Nasza Klasa zainteresował mnie w październiku 2007 roku mój brat z Polski. Za pośrednictwem portalu udało mi się nawiązać kontakt nie tylko z koleżankami i kolegami z lat szkolnych, ale i z innymi znajomymi. Pod koniec maja wzięłam udział w spotkaniu z ludźmi z drużyny starszoharcerskiej, której byłam członkiem w ogólniaku. Jeśli chodzi o nawiązywanie nowych znajomości na Słowacji za pośrednictwem portalu, niestety, brak mi na to czasu.

O Naszej Klasie dowiedziałam się od moich kolegów z biura, którzy pochodzą z Wrocławia, gdzie portal został założony. Na początku zaglądałam na strony Naszej Klasy bardzo nieregularnie. Nie było tam żadnej z moich klas, większość ludzi na portalu była z Wrocławia bądź okolic. Po jakimś czasie zdecydowałam się założyć swoje klasy i... dalej nie działo się zbyt wiele. No a potem jeden po drugim zaczęli się pojawiać koledzy i koleżanki. Najpierw kilka osób ze szkolnych lat, a po nich znajomi z lat dawnych i tych niedawnych. Jakiś czas temu udało mi się nawiązać kilka zupełnie nowych znajomości. Jeśli chodzi o „powroty do przeszłości” to mam mieszane uczucia. Z jednej strony klasowicze uaktywniają się zawsze, gdy pojawia się w ich gronie ktoś nowy. Przez kilka dni trwa bardziej lub mniej ożywiona dyskusja,

obowiązkowo komentowane są zdjęcia z rodziną, bez rodziny, pod palmą, na palmie i… na tym koniec. Wiosną spotkałam się z kolegą ze szkolnej ławy z podstawówki. Szłam na nie z niepewną miną (ku uciesze rodziny). Czy ja go w ogóle poznam? No bo on mnie, to na pewno nie! No i poznałam, wysokiego faceta bez włosów, wyglądającego dokładnie tak jak... jego ojciec, którego pamiętałam z wywiadówek. Jeśli chodzi o kontakty na Słowacji, to dopiero je zaczynam, przynajmniej taką mam nadzieję. Forum może nie jest zbyt aktywne, ale już kilka dusz rogatych podgrzewa powoli atmosferę. Trzeba jeszcze trochę cierpliwie zaczekać aż „czytacze” włączą się do dyskusji.

Katarzyna Tulejko od 4 lat w Bratysławie Portalem zainteresowałam się mniej więcej rok temu, kiedy dowiedziałam się o jego istnieniu od swoich córek. Na Naszej Klasie odnalazłam znajomych z dawnych lat szkolnych. Dzięki tym odnowionym kontaktom udało nam się zorganizować kilka spotkań klasowych w moim rodzinnym mieście – Częstochowie. Miałam też okazję zobaczyć się z koleżankami i kolegami ze szkoły ponadpodstawowej. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Jeśli chodzi o kontakty z ludźmi mieszkającymi w Bratysławie, to właśnie dzięki portalowi wzięłam udział w kilku spotkaniach „forumowiczów”, którzy skrzyknęli się i umówili na starówce. Z niektórymi mam już tak zażyłe kontakty, że nawet razem podróżujemy do Polski czy z Polski do Bratysławy. Podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej z niektórymi

znajomymi z Naszej Klasy wspólnie oglądaliśmy mecze w bratysławskich kawiarniach. Emocje związane z kibicowaniem „naszym” połączyły nas, a ponadto pozwoliły nam poznać ciekawych ludzi z Anglii, którzy również kibicowali biało-czerwonym. Nasza Klasa okazała się doskonałym sposobem do nawiązywania znajomości z naszymi rodakami mieszkającymi na Słowacji. red. 9


Możliwości trzy S

tudiowały za granicą, tam poznały swoich przyszłych mężów – Słowaków. Wyjazd na studia dał im nie tylko wykształcenie, ale odmienił ich los. Dziś z sentymentem wspominają lata spędzone w Bułgarii czy Związku Radzieckim, które były przystankiem w ich życiu. Dziś mieszkają na Słowacji wraz ze swoimi rodzinami. Oto ich historie.

Decyzja Irena Zacharová w ostatniej klasie szkoły średniej dowiedziała się, że uczelnia, którą wybrała, może wysłać jednego kandydata na studia za granicę. Pierwszeństwo miała osoba z najlepszymi wynikami w nauce. Ona spełniała ten warunek. „Dla mnie była to wspaniała okazja wyjazdu bez obciążania kosztami rodziców – wspomina – i mając szczęście, że oprócz dobrych wyników w nauce, nie postawiono mi innego wtedy tak często stawianego warunku, dotyczącego tzw. orientacji politycznej, zdecydowałam się na kontynuację wykształcenia za granicą“. Podjęła studia w bułgarskim Płowdiwie na kierunku ogrodnictwo i uprawa winorośli. Był rok 1979. Rok wcześniej na tej samej uczelni pojawiła się Renata Straková. Jak do tego doszło? Po rozmowie z nauczycielką biologii, która widziała w niej przyszłego naukowca, wybrała studia przyrodnicze. Kiedy okazało się, że jest możliwość podjęcia studiów zagranicznych, wybrała ogrodnictwo w Płowdiwie. „Mogłam rozwijać moje zainteresowania, a jednocześnie poznać nowy kraj, jego kulturę i język, co mnie bardzo pociągało“ – wyjaśnia. Mariola Peruňská zdecydowała się na studia w ZSRR głównie dlatego, że ten kraj był znany 10

Irena Zacharová

z wysokiego poziomu matematyki, a to, jak sama twierdzi, był jej ukochany przedmiot. W 1979 roku podjęła studia na kierunku technika informacyjno-pomiarowa w Charkowie. „Zabawne jest to, iż sądziłam, że to będzie informatyka, a to była teoria pomiarów z punktu widzenia elektroniki, co oznacza, że jestem wykształconym pomiarowcem“ – opisuje.

Oczekiwania

innej kultury i mentalności. „Bułgaria mnie zafascynowała i ta fascynacja trwa do dziś“ – podsumowuje Irena. Obie cenią sobie znajomość języka bułgarskiego. „Byłam przekonana, że będziemy studiować w języku rosyjskim, bowiem egzaminy wstępne zdawałyśmy właśnie po rosyjsku” – wspomina Renata Po przebytym kursie językowym w Sofii rozpoczęły zajęcia w języku bułgarskim. „Czułam się jak rzucona na głęboką wodę“ – mówi Renata. Ale ponieważ każdy obcokrajowiec był zakwaterowany w akademiku z bułgarskimi studentami, szybko nauczyły się języka. Podobnie było w przypadku Marioli, która od wyjazdu na studia zagraniczne oczekiwała przede wszystkim wiedzy. „Politechnika w Charkowie była nastawiona na studentów aktywnych. Każdy, kto chciał się nauczyć, mógł się nauczyć bardzo dużo, a ja lubiłam zgłębiać wiedzę“ – wyjaśnia. Zaskoczeniem dla niej był poziom życia. „Pierwszy szok przeżyłam w Kijowie na dworcu, kiedy musiałam pójść do toalety – wspomina. – Kolejny, kiedy zobaczyłam, w jakich warunkach będziemy mieszkać w akademiku i jak się odżywiać. Przyznaję, że nie byłam na to przygotowana“. W przypadku Marioli problem językowy trwał przez pierwsze 2-3 tygodnie. „Na wykładzie z matematyki stwierdziłam, że po rosyjsku nic nie rozumiem – opisuje. – To była blokada, którą musiałam pokonać. Na szczęście udało się i po 3 tygodniach zaczęłam myśleć po rosyjsku“.

Spotkanie Spełniły się oczekiwania Ireny i Renaty, dotyczące poziomu kształcenia na uczelni w Płowdiwie, zaś swego rodzaju bonusem okazała się możliwość poznania

Wszystkie moje rozmówczynie twierdzą, że za granicą wśród studentów najbardziej bliscy sobie byli Polacy, Słowacy i Czesi. MONITOR POLONIJNY


Do tego stopnia, że mogli rozmawiać ze sobą każdy w swoim języku, jedynie czasami, gdy używali terminologii specjalistycznej, pomagali sobie znajomością języka, w którym studiowali. Irena poznała swojego przyszłego męża kilka dni po przyjeździe do Sofii, gdzie grupa studentów zagranicznych uczęszczała na kurs językowy. Mariola spotkała grupkę studentów z Czechosłowacji pierwszego dnia po przyjeździe do Charkowa. „Nie pamiętam tego wydarzenia, ale mój przyszły mąż, jak sam wspomina, podobno nawet niósł mój bagaż z taksówki do akademika“ – opisuje. Renata poznała chłopaka ze Słowacji, kiedy ten przyjechał na studia, gdy ona była już na drugim roku. „Zapisałyśmy się z koleżanką do klubu alpinistów, on również i ta pasja nas połączyła“ – wspomina.

Dalszy ciąg Moje rozmówczynie powychodziły za mąż jeszcze podczas studiów. Z tej okazji do Polski zjechały słowackie rodziny. „Moi rodzice musieli wysłać 80 za-

Mariola Peruňská LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

proszeń dla gości z Czechosłowacji, którzy i tak mieli problemy na granicy – wspomina Mariola. – Dopiero na drugim przejściu granicznym przepuścili autobus Słowaków“. To były trudne czasy stanu wojennego w Polsce. I być może właśnie te trudne polskie warunki w głównej mierze spowodowały, że wraz z mężami zamieszkały w Czechosłowacji. Tu po studiach zagranicznych na wykształconych Słowaków czekały ciekawe propozycje pracy i mieszkania. Polska tego nie oferowała. Renata nie znalazła pracy w swoim zawodzie. Mariola po przyjeździe podjęła pracę w hamowni silników lotniczych w Poważskiej Bystrzycy, gdzie projektowała systemy pomiarowe, mierzyła temperatury i wielkości elektryczne. „To była fascynująca praca, która dawała mi ogromną satysfakcję zawodową“ – wspomina. Jednakże po podziale Czechosłowacji fabryka splajtowała. Irena pracowała przez rok jako ogrodnik w Ogrodzie Botanicznym przy Muzeum Narodowym w Martinie, potem w zawodzie pokrewnym w Instytucie Doświadczalnym, na oddziale fizjologii roślin.

Renata Straková

Powroty

ki, czyli szpital, gdzie się urodziła, akademik, gdzie spędziła swoje pierwsze 4 miesiące życia, i kościół, w którym została ochrzczona. Mariola od czasu ukończenia studiów odwiedziła Charków dwa razy. Pierwszy raz pojechali tam 5 lat później, by pokazać córce, gdzie się urodziła, zaś drugi raz na zjazd absolwentów z okazji 20-lecia ukończenia uczelni. „Pojechaliśmy tam z mężem i naszym wtedy 17-letnim synem, który wrócił oczarowany Ukrainą, ludźmi, ich gościnnością i otwartością“ – wspomina Mariola.

Ich pierwsze dzieci urodziły się w kraju, w którym studiowały. Renata chce się wybrać do Bułgarii i pokazać swojej dorosłej już córce, gdzie ta przyszła na świat. Irena od czasu ukończenia studiów kilkukrotnie odwiedziła Bułgarię. W ubiegłym roku całą rodziną zatrzymali się w Płowdiwie na kilka dni. Tym razem nie tylko odwiedzili znajomych, ale obeszli też wszystkie miejsca, ważne zwłaszcza dla najstarszej cór-

Każda z moich rozmówczyń przed wyjazdem na studia zagraniczne zarzekała się, że nie wyjdzie za mąż za obcokrajowca. A jednak stało się inaczej. Los je rzucił na Słowację, w ten sposób darując im niejako drugą ojczyznę. W ich przypadku można powiedzieć, że gdzieś w kąciku duszy mają jeszcze jedną małą ojczyznę – kraj, w którym studiowały. Z pewnością są dzięki temu bogatsze. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 11


Piękna nasza Polska cała… O

czywiście, że piękna! Coraz więcej odwiedzających nasz kraj zagranicznych turystów nie może się nadziwić, że ziemia, o której na zachodzie Europy – powiedzmy szczerze – mało kto słyszał coś ciekawego i widział osobiście, może być tak inspirująca, malownicza.

Europejczykom Polska zaczyna kojarzyć się nie tylko z Papieżem, Wałęsą i sumiennymi pracownikami, od jakiegoś czasu modne wśród nich jest zobaczenie na własne oczy Warszawy, Krakowa, Gdańska, a pobyt na wybrzeżu czy w górach staje się synonimem świetnego wypoczynku, połączonego z dobrą, ekologiczną kuchnią, życzliwością gospodarzy i cudownymi zakątkami, których próżno szukać w innych częściach Europy. Czy na wakacje mogę więc zaprosić was gdziekolwiek indziej, niż do Polski? Proszę, nie kręćcie nosem i zróbcie szybki rachunek sumienia – kiedy ostatni raz wybraliście się do kraju w celach turystycznych? Czy wasza żona, mąż, dzieci znają Polskę tak samo dobrze, jak wy Słowację? Podczas licznych podróży po słowackiej ziemi, zdarzało mi się spotkać rodaków, którzy zobaczyli kawał świata, a swojej rodziny nigdy nie zabrali do Krakowa. Wstyd! Polska południowa to jedna z najciekawszych części naszego kraju. Obfituje w zabytki światowej klasy, miejsca doskonałej rekreacji i słynie z dobrej, swojskiej kuchni. Zatem – w drogę! I proszę, nie narzekajcie na brak autostrad! Wakacje w pełni, a najciekawsze miejsca zawsze leżą poza głównymi trasami przejazdowymi. 12

Spragnieni ciszy i świętego spokoju poczują się z pewnością znakomicie w Bieszczadach – górach owianych rozmaitymi legendami, które urzekną zwłaszcza młodzież – o ukrywających się w nich przez lata partyzantach, mordercach i innych „błękitnych ptakach”, o wilkach i niedźwiedziach oraz rozmaitej rzadkiej zwierzynie, którą napotkać można ot tak, na szlaku. Widok z połonin, na które wdrapie się nawet niezbyt zaprawiony w wędrówkach górskich turysta, zapiera dech w piersiach i wzmaga w człowieku dawno zapomniane poczucie wolności, bycia częścią świata. Żona zapewne ucieszy się, gdy nad Zalewem Solińskim zanucicie jej słynny przebój stulecia, zaś dzieci, lubiące błysnąć w szkole nietypową wiedzą, znajdą mnóstwo ciekawych inspiracji w skansenie w Sanoku (skąd można spłynąć doliną Sanu na prawdziwej flisackiej łodzi) oraz podczas przejażdżki słynną Bonanzą, czyli Bieszczadzką Kolejką Leśną, kursującą na trasie Przysłup – Majdan. Innym godnym polecenia zakątkiem południowej Polski jest Podhale. Niechlubna opinia Słowaków o Polakach i polskich produktach wiąże się właśnie ze słynnym podhalańskim targowiskiem w Nowym Targu. Pora więc zmienić ten funkcjonujący od lat stereotyp. Zapuśćmy się w głąb Podhala, poza główne drogi, przyjrzyj-

my się unikatowej architekturze drewnianych domów i kościółków. Odwiedźmy Ludźmierz ze słynnym sanktuarium, gdzie możemy się przekonać na własne oczy, jak silna i piękna może być ludzka wiara w cud. Pospacerujmy po Chochołowie, aby móc się poczuć jakby żywcem wciągniętym na plan „Janosika”. Odpocznijmy nad Jeziorem Czorsztyńskim, podziwiając piękny niedzicki zamek, a jeśli zabraknie nam nietypowych wrażeń, zwiedźmy winiarskie piwnice w leżącym nieopodal Frydmanie. Nie zapominajmy też, że Podhale to wysokiej klasy regionalna kuchnia – nigdzie nie skosztujecie takich serów, kwaśnic, chleba i trunków wszelakich… Stolicą Podhala jest Zakopane i mimo iż wielu odstrasza panujący tam ciągle tłok, to chyba właśnie ów gwar jest najbardziej pożądany i modny. Tętniące życiem Krupówki i ulica Kościeliska są niczym żywy skansen – tysiące kramów, malowniczy architektoniczny galimatias. Zakopane trzeba odwiedzić, przynajmniej raz, kupić na pamiątkę drewniany długopis-ciupagę, zrobić sobie zdjęcie z białym misiem i wzruszyć się, słuchając wieczorem góralskich przyśpiewek. Ależ te chłopy mają głos! Zakopane to oczywiście mekka wszystkich miłośników turystyki pieszej i rowerowej. Słynne już trasy na Gubałówkę, Kasprowy Wierch, Halę Gąsienicową czy w Dolinę Pięciu Stawów, że o Dolinie Kościeliskiej nie wspomnę, to gwarancja niezwykłych widoków, rzadkich okazów przyrodniczych i unikatowych zabytków. MONITOR POLONIJNY


Na północ od Zakopanego rozciągają się Gorce – kraina lesistych gór, poprzetykanych polanami. Ostre, żywiczne powietrze daje wytchnienie wszystkim mieszczuchom, a odkryte przed wiekami źródła solankowe wzmacniają górne drogi oddechowe. Każdy Polak wie, że leżąca w Gorcach Rabka to antidotum na uporczywe dziecięce katary i zapalenia oskrzeli czy płuc. Ale niech was nie odstraszą chmary zasmarkanych małolatów – w rabczańskim uzdrowisku można naprawdę podreperować zdrowie, a przy tym porządnie wypocząć w atmosferze klasycznego kurortu z dawnych lat. Okolica Rabki jest cicha i wprost zachęca do długich spacerów i przejażdżek. Jadąc od Gorców na zachód, znajdziemy się w Beskidach, gdzie tylko widoki za oknem łagodnieją, zaś zarówno przyroda, jak i zwyczaje nadal mają bardzo silny góralski charakter. Przerwę w podróży najlepiej zrobić sobie w Suchej Beskidzkiej. Po zwiedzeniu malowniczego renesansowego zamku koniecznie trzeba zjeść obiad w „Karczmie Rzym”, znanej z ballady Mickiewicza „Pani Twardowska”. Kto nie pamięta jej treści, lepiej niech uważa – tam bowiem diabeł ma zwyczaj odbierać to, co mu się wcześniej obiecało… Po sutym obiedzie na deser proponuję wybrać się do Wadowic – słynne papieskie kremówki są naprawdę pyszne. Przy okazji warto odwiedzić papieski kościół Ofiarowania NMP oraz leżący nieopodal niego dom, w którym urodził się Jan Paweł II. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Wakacje to czas beztroski, ale równocześnie okazja do pogłębienia wiedzy o świecie, zwłaszcza jeśli dotyka się historii w wymiarze na co dzień nieznanym. Rozważcie sami, czy stać was na chwilę refleksji w leżącym właśnie w tych stronach Oświęcimiu. Nie jest to wycieczka ani łatwa, ani przyjemna, ale jako część naszej przeszłości, a także niespotykane na Słowacji jej bolesne utrwalenie, ma, według mnie, zwłaszcza dla młodzieży, niezwykły wymiar refleksyjny. Największymi miastami południowej Polski są Kraków i Wrocław oraz aglomeracja śląska. Wycieczka do Krakowa to obowiązek każdego rodaka i nie ma o czym dyskutować. Jedna z moich słowackich znajomych, którą tak długo namawiałam na wyprawę do grodu Kraka, aż w końcu uległa, wróciła zachwycona… i pełna pretensji do męża, że nigdy wcześniej jej tam nie zabrał. „Było tak romantycznie – tysiące gołębi, hejnał grany w południe, no i te niesamowite pamiątki, aż się w głowie kręci”. Nie trzeba zwiedzać Krakowa z przewodnikiem, żeby poczuć jedyny w swoim rodzaju klimat tego miasta. Czasami spacer po starówce i wypita w kawiarnianym ogródku kawa zapiszą się w pamięci na długo. Urokliwe uliczki, na których artyści wystawiają swoje prace, za-

pisana w budynkach historia polskiej świetności – w Krakowie trzeba po prostu być chociaż raz w życiu. Sporo oddalony od słowackiej granicy Wrocław zyskał dogodne połączenie autostradowe, dzięki czemu w metropolii odmiennej od wielu polskich miast, a od słowackich różniącej się właściwie wszystkim, możemy się znaleźć bardzo szybko. Nie będę ukrywać, że mam do Wrocławia ogromny sentyment i każdemu, kto zapyta, czy warto jechać aż tak daleko, by zagubić się w starych uliczkach, odpowiem – warto, bo przeżycie to niezapomniane. Piękny rynek, na którym nigdy nie zasypia życie, Ostrów Tumski, czyli kościoły zbudowane na wyspie, wreszcie najpiękniejszy w Polsce Ogród Japoński, stworzony od podstaw z ogromnym wsparciem japońskich specjalistów – to zaledwie ułamek wrocławskich perełek. Mój mąż objechał kawał świata, a oprowadzany po Wrocławiu po raz pierwszy, zamilkł i patrzył, patrzył, patrzył… Zabierzcie rodzinę na wakacje do Polski – mamy tak wiele do pokazania i zaoferowania cudzoziemcom. Niech w końcu międzynarodowa sympatia zyska poważny wymiar turystyczny, a Polska przestanie kojarzyć się Słowakom z rozklekotanym krzesłem z Nowego Targu. AGATA BEDNARCZYK

13


O czym tu pisać? Widzieliśmy. Czterdziesty pierwszy w historii reprezentacji narodowej szkoleniowiec Leo Beenhakker stworzył i doprowadził drużynę do udziału w EURO 2008. To na pewno sukces. Reszta wyszła „jak zwykle”. Na szczęście nie liczyliśmy na wiele. „Sam wyjazd jest sukcesem” – tak mówiliśmy, albowiem po raz pierwszy w historii polskiej piłki wzięliśmy udział w mistrzostwach Europy. Eksperci i kibice przebąkiwali o… W kręgach ekspertów słychać było również uwagi, że wyjdziemy z grupy i że Polska ma całkiem realne szanse na medal (sic!). Istotne miało być też to, że w drugiej fazie rozgrywek przeciwnikiem nie byłaby żadna tradycyjna europejska potęga piłkarska. Nie obyło się bez sensacji i emocji. Nasz holenderski trener, dzięki któremu rozwiązał się worek z sukcesami narodowej jedenastki, zabrał ze sobą stary-nowy zespół. Wybrał „tych zawodników, a nie innych” i od tego momentu wszyscy zaczęli kręcić nosem. Wiadomo, wszyscy znają się na piłce. W składzie nie znaleźli się „ci”, powołani zostali natomiast „tamci”. Pojawiły się uwagi, że na skład polskiej reprezentacji wpłynąć miały interesy menedżerskie Jana de Zeeuwa, który jest członkiem sztabu reprezentacji, oraz sympatie samego wielkiego Lea. No cóż, zwyciężyła zwykła, tradycyjna polska zawiść, ale coraz częściej pojawiać się też zaczęła skrywana prawda, że zawsze najważniejsze są pieniądze – czy to jednych, czy to drugich zainteresowanych. Już podczas zgrupowania w niemieckim Reutlingen widać było, że nasi grają, ale nie zachwycają. Wówczas to reprezentacja rozegrała trzy sparingi. Mecz przeciwko FC Schaffhausen, szóstej drużynie II ligi szwajcarskiej, reprezentacja w składzie eksperymentalnym zagrała jednak słabo. Trener chciał dać szansę różnym zawodnikom. Mieliśmy lekką przewagę, ale nie potrafiliśmy pokonać obrony Szwajcarów. Akcja i gol Jacka Krzynówka dały nam zwycięstwo 1:0. Później był słaby mecz i remis (1:1) z Macedonią. Nasi grali brzydko, do tego mieli kłopoty z tworzeniem sy14

Byliśmy tam T

ak można podsumować udział naszej reprezentacji w mistrzostwach Europy w piłce nożnej, rozegranych w Austrii i Szwajcarii, oraz to, co „nasze orły” tam zwojowały. tuacji bramkowych. W najsilniejszym składzie rozegraliśmy sparing z Albanią. Mecz był oficjalnym (i udanym) debiutem w reprezentacji Polski naturalizowanego Brazylijczyka Rogera Guerreiro, nazywanego „Jasiem Rogerskim” (w trybie przyspieszonym otrzymał polskie obywatelstwo, a do reprezentacji dołączył po eliminacjach). Wygraliśmy po golu, strzelonym przez Macieja Żurawskiego w 3. minucie. To zwycięstwo było też rehabilitacją za słaby mecz z Macedonią. Po powrocie ze zgrupowania 1 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie reprezentacja rozegrała ostatni przed mistrzostwami mecz z Danią, zakończony remisem 1:1. Styl gry Polaków przed mistrzostwami nie napawał wielkim optymizmem, to jednak Leo Beenhakker już wcześniej był „zadowolony” z rywali – trzeba pamiętać, że według światowego rankingu FIFA nasi grupowi przeciwnicy Niemcy sklasyfikowani zostali na 5. pozycji, Chorwacja spadła z 13. na 15. miejsce, a Austria awansowała z miejsca 101. na 92. Nasi zaś byli na 28. pozycji. Budżet mistrzostw, które transmitowano do 180 krajów, wynosił 234 mln euro. Wśród 8,7 mln złożonych zamówień na bilety, dopuszczonych do losowania spośród 10 359 177 nadesłanych ze 142 krajów, rozlosowano 1 050 000 wejściówek.

Organizatorzy spodziewali się przyjazdu ponad 50 tys. polskich kibiców. Z apelem o godne zachowanie na stadionach i w miastach podczas pobytu na mistrzostwach zwrócili się do nich duszpasterze sportowców. Apel odczytano w kościołach całej Polski w dniu meczu z Niemcami. Nastroje były bojowe. Dominowała wiara w zwycięstwo. Nasza gwiazda z eliminacji (9 zdobytych goli!) Euzebiusz Smolarek miał powiedzieć: „Medal to minimum”. Maciej Żurawski, kapitan reprezentacji, stwierdził odważnie: „Chcemy wygrać te mistrzostwa. Pierwszy etap to wygrana z Niemcami (…) Liczy się sport i dobra zabawa. Mam nadzieję, że zabawa skończy się dopiero 30 czerwca, bo naszym celem jest wygranie tego turnieju”. Włodzimierz Lubański, jedna z dawnych gwiazd naszej piłki, podkreślał, że „nie będzie się silił na urzędowy optymizm (…) propagandowy balonik nadziei został w Polsce dość mocno nadmuchany”. Uznał jednak, że „wbrew pozorom, nasze szanse na awans z grupy wcale nie są marne. W piłce na szczęście jest tak, że teorię i układ sił może zmienić parę celnych kopnięć piłki. To jest urok tej gry”. Zaskoczył selekcjoner, któremu wyrwało się (?!) pochopne stwierdzenie, że „cud dał nam awans”, zaś np. brytyjski tabloid „The Sun” twierdził, że „Polacy nie wyjdą z grupy”. W Polsce – według sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej – zainteresowanie piłką nożną deklaruje 46% społeczeństwa, jednak transmisje z mistrzostw planowało oglądać 60% ogółu badanych. Za najbardziej prawdopodobny finał uznano mecz Niemcy – Włochy (20%). Tylko 4% rodaków wierzyło, że Polska zdobędzie tytuł mistrza Europy. Ponad połowa była przekonana, że naszym piłkarzom uda się wyjść z grupy. Jednocześnie 25% Polaków wskazało Niemców jako faworytów mistrzostw! Reprezentację przed wylotem do Austrii pożegnał premier Donald Tusk.

Mecz I: Polska – Niemcy, czyli tradycja Na długo przed tym meczem rozgorzała „wojna na słowa”. Niemiecka prasa opublikowała sfabrykowany wywiad z Beenhakkerem, obrażającego Niemców, oraz złośliwe wypowiedzi Zbigniewa BońMONITOR POLONIJNY


ka, stwierdzającego, że „polscy piłkarze są 16 razy inteligentniejsi od niemieckich”. „Superexpress” opublikował fotomontaż, na którym Beenhakker trzyma w rękach odcięte głowy kapitana Niemców Miechaela Ballacka i trenera Joachima Loewa. „Fakt” wzywał: „Leo powtórzy Grunwald!” i „Leo dokop trabantom!”. Prezes PZPN Michał Listkiewicz założył się o duży kufel piwa z słynnym Franzem Beckenbauerem, że będzie 1:0 dla Polski, zaś legenda niemieckiej i światowej piłki stawiała na odwrotny wynik. Dnia 8 czerwca o 20.45 na stadionie Woerthersee w Klagenfurcie miał nastąpić przełom. Jedno z powtarzanych „proroctw” głosiło, że 8 czerwca, czyli 8.06.2008 to 8 + 6 = 14, a dalej 2 + 8 = 10, co po zestawieniu daje 1410. Zatem miała być „powtórka z Grunwaldu”. Było jednak prawie „jak zawsze”. Dodatkowo przeciw polskiej reprezentacji wystąpiło trzech reprezentantów Niemiec, pochodzących z Polski i mówiących po polsku: Miroslav Klose (gra w Bayern Monachium, pochodzi z Opola), Lukas Podolski (również Bayern Monachium, urodzony w Gliwicach) i Piotr Trochowski (zawodnik Hamburger SV, urodzony w Tczewie - rezerwowy). Rywale pokazali klasę. Przegraliśmy 2:0. Obie bramki zdobył… Podolski. Mecz oglądało 8 mln kibiców! Pocieszaliśmy się ironicznie, że gole strzelił nam też Polak, który po ich zdobyciu zachował nadzwyczajną powagę. Później wyjaśniał, iż w rodzinie wszyscy mu gratulowali, chociaż kibicowali Polakom, i właśnie przez szacunek dla nich zdecydował, że nie będzie się cieszył ze zdobytych bramek. Porażka w pierwszym meczu zdołowała większość Polaków do tego stopnia, że w radykalny sposób odbiła się na ich zdolności do pracy. Ci, którzy oglądali niedzielny pojedynek, swoje smutki musieli LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

dusić w pracy. Każdy z nich poświęcił przynajmniej 15 minut na rozmowę o meczu. Eksperci wyliczyli, że w pomeczowy poniedziałek wyprodukowano o jedną piątą mniej, niż zazwyczaj – w sumie gole Podolskiego kosztowały nas 50 milionów złotych, zaś Mirosław Orzechowski, działacz Ligi Polskich Rodzin, wezwał do odebrania Podolskiemu i Klose polskiego obywatelstwa…

Mecz II: Przeciw Austrii, czyli dramat Mecz miał zapewnić nam pozycję do walki o wyjście z grupy i być rehabilitacją za przegraną z Niemcami. Teraz mieliśmy przecież grać z najsłabszym rywalem grupowym! Tak twierdzili wszyscy „znawcy” i zgodnie lekceważyli współgospodarzy mistrzostw. Łukasz Fabiański zapowiadał, że „do Klagenfurtu jadą z nadzieją na odniesienie historycznego zwycięstwa w Euro”, zaś Jacek Bąk był chyba jednak nastawiony bardziej realistycznie, albowiem twierdził, że „czasem cuda się zdarzają”. Prezes PZPN Michał Listkiewicz zaproponował reprezentacji dodatkowo 400 tys. euro za zwycięstwo (za zdobycie mistrzostwa UEFA płaci 6 mln euro). Jego hojność to z pewnością pierwszy krok do tego, aby zapewnić sobie reelekcję na stanowisko prezesa PZPN. Zwycięstwa reprezentacji podniosłoby jego notowania. Dla nas jednak mecz z Austrią był najbardziej dramatyczny. Pierwsze pół godziny należało do Austriaków! Tylko znakomitemu Borucowi zawdzięczamy, że nie straciliśmy wówczas bramki. Później nasi się rozkręcili. Strzelali Krzynówek i Lewandowski, walczył Saganowski, który, podając do Guerreiro, wypracował gola dla Polski. Kiedy wydawało się już, że wygramy, angielski arbiter w trzeciej minucie doliczonego czasu gry drugiej połowy (!) podjął bardzo kontrowersyjną decyzję, dyktując rzut karny dla Austrii (Lewandowski ciągnął za koszulkę Proedla na polu karnym). Strzelał Vastić, Boruc nie obronił. Rozpacz naszych, szał radości Austriaków. Remis z gospodarzami 1:1.

„Nie wygrywa się meczu, dyktując rzut karny w 92. minucie” – tak prezydent Lech Kaczyński (oglądał mecz w loży dla zaproszonych gości) skomentował wynik spotkania i dodał: „Polacy zagrali świetnie. To był bardzo dobry mecz i jestem bardzo z niego zadowolony”. Ponadto podziękował Rogerowi Guerreiro za strzelenie gola, a na ręce Jacka Krzynówka złożył podziękowanie dla całego polskiego zespołu. „Austriacy pozostawali w tyle za Polakami, których drużyna była wyraźnie lepsza, dopóki Vastić nie wyrównał w dogrywce” – napisał austriacki „Der Kurier”.

Mecz III: Z Chorwatami. Mecz o wszystko – o honor i cień nadziei na wyjście z grupy To najważniejszy mecz naszych. Chorwację uznano za „języczek u wagi” naszej grupy. Wszystko miało zależeć od tego, czy będą oni chcieć grać w każdym meczu. Nasze szanse na wyjście z grupy były niewielkie, ale gdzieś tam, w głębi duszy wierzyliśmy, że się uda. Tylko, że oprócz tego, iż my musieliśmy pokonać Chorwatów, to Austriacy powinni wygrać z Niemcami! Nasi grali, no, przynajmniej w drugiej połowie. Pomimo prób walki, rezerwowa de facto drużyna Chorwacji nie miała dla nas litości. Przegraliśmy 1:0. Skończył się nasz sen. Odpadliśmy w fazie grupowej... Zakończyliśmy swój pierwszy udział reprezentacji w mistrzostwach Europy. Po klęsce rodacy czują smutek, obwiniają polskich działaczy, ale chcą, by Beenhakker został. Aż 57 % ankietowanych stwierdziło, że to właśnie on powinien nadal trenować reprezentację, 42 % uznało, że doszło do „kompromitacji na europejską skalę”, a 38 %, że to „kolejna klęska narodowa”. Niewątpliwym odkryciem mistrzostw jest „Rogerski”, ponownie potwierdziła się klasa Boruca. Reszta niech będzie milczeniem. Te emocje piłkarskie za nami, kolejne przed nami – po wakacjach rozpoczynają się eliminacje do mistrzostw świata w RPA w roku 2010, a w październiku czeka nas mecz ze Słowacją! ANDRZEJ KALINOWSKI 15


Natasza Cabanová chce svojím rekordom pomáhať deťom

Sama okolo sveta na jachte N

atasza Cabanová je najmladšou ženou, ktorá sa pokúša o rekord v oboplávaní okolo sveta na jachte. Má 30 rokov a rekord chce dosiahnuť v kategórii s prestávkami. Cestu má naplánovanú na dva roky, teraz má vyše štvrtiny plavby za sebou. Nataszu fascinovala voda, more a oceány od detstva. Pochádza z Ustky, k vode mala vždy blízko. ,,Či mi bolo dobre, alebo zle, vždy som bola pri vode,“ hovorí Natasza. Lásku k jachtám priniesla láska. Natasza sa ako 13-ročná zamilovala v letnom tábore do jachtára. Láska k jachtárovi sa skončila, ale láska k lodiam zostala. ,,Jachtári sú zvláštna kasta, platí na nich to príslovie o námorníkoch, ktorí majú v každom prístave inú ženu,“ smeje sa Natasza. Natasza sa na rekord pripravovala desať rokov. Učila sa od najlepších, zbierala skúsenosti, pracovala vždy pri lodiach, často len za jedlo. ,,Aj maturitu som pre jachty urobila až na druhý raz. Našťastie, riaditeľka strednej školy bola rovnako zamilovaná do jácht ako ja, rozumela mi.“ Zdalo by sa, že samej žene na malej jachte na mori môže byť

smutno. Natasza to popiera. Je vraj šťastná. ,,Môžem si robiť, čo chcem, čítať si napríklad knižku, mám svätý pokoj, nikto ma nevyrušuje, nikto mi do ničoho nehovorí.“ Na mori to však nie je nijaká prechádzka ružovou záhradou. Natasza zažila aj nebezpečné situácie, niekedy išlo dokonca o život. ,,Moja jachta má len desať metrov, často treba rýchlo reagovať. Raz ma napríklad takmer rozbila oveľa väčšia loď. Bolo to v noci a nevideli ma. Našťastie, akýsi šiesty zmysel ma vtedy zobudil, takže som mohla reagovať.“ Všedný deň na jachte vyzerá asi takto: ,,Nemám tam sprchu ani toaletu. Ak si chcem umyť zuby, tak mi to zaberie tri hodiny, lebo hľadám zubnú kefku, ktorá väčšinou leží v nejakej škáre na palube. Na deň mi musia vystačiť dva litre sladkej vody. Slaná voda rozpúšťa len prostriedok na umývanie riadu.

Kozmetika či hrebeň – to nehrozí. Z krémov používam len opaľovacie s vysokým ochranným filtrom a pre ochranu pred slnkom mám na hlave vždy čiapku,“ opisuje Natasza. Nataszina plavba má aj istý ,,československý“ prvok. Krstnou mamou jachty s názvom Ta Nasza (prešmyčka mena Natasza a tiež jej prezývka z detstva) je Malgorzata Krautschneider, bývalá manželka českého jachtára a cestovateľa, v Poľsku veľmi populárneho Ruda Krautschneidera. S Nataszou som sa stretla počas jej prestávky v plavbe. Priletela do Poľska, aby dokončila to, prečo sa vlastne o rekord pokúša. Kvôli deťom. ,,Rekord rekordom, na to sa zabudne. Ja by som skôr chcela dodať odvahu a sebavedomie postihnutým deťom. Chcela by som, aby ma mohlo v každom prístave navštíviť jedno postihnuté dieťa z Poľska. Spolupracujem s istou nadáciou, hľadáme sponzorov a mediálnych partnerov. Ak pomôžem dodať sebavedomie aspoň jednému decku, ak ono uverí v seba, to je oveľa dôležitejšie. Skutočné hodnoty, ktoré po nás zostávajú, sú tie, ktoré dáme iným.“ ZUZANA KOHÚTKOVÁ, VARŠAVA MONITOR POLONIJNY


P

amiętam swoje zdziwienie, kiedy to niedługo po przyjeździe do Bratysławy wybrałam się do pewnej firmy na spotkanie z jej pracownikiem. Okazało się, że o 11 godzinie nie ma go w biurze, bo… jest na obiedzie! W ten sposób dowiedziałam się, że Słowacy odżywiają się inaczej niż nasi rodacy w Polsce. Czy ktoś z Państwa, mieszkających kiedyś w Polsce, pamięta, jak wygląda dzień pracy przeciętnego Polaka? Że przygotowuje on sobie kanapki do pracy, które są jego niemalże całodziennym pożywieniem? Dopiero po pracy spieszy do domu, by zjeść ciepły posiłek ugotowany naprędce najczęściej dnia poprzedniego. Prawdą jest, że w niektórych firmach, szczególnie

Obiad wieczorową porą w dużych miastach, coraz częściej pracownicy wychodzą z biura na lunch, czyli szybki posiłek, składający się z sałatki bądź kanapki. Oczywiście są zakłady pracy, w których pracownicy mają swoje stołówki, w szkołach i przedszkolach posiłki są o ustalonych godzinach, ale większość naszych rodaków jada obiad na kolację! Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na Słowacji, gdzie prawie każdy ma przerwę na obiad, stołówkę w miejscu pracy lub restaurację w pobliżu. Pracodawcy są zobowiązani do dotowania obiadów swoich pracowników i ustalenia czasu wykonywania obowiązków w taki sposób, by ci mogli

A N K I E T A

Joanna Branc w Bratysławie od stycznia 2008 r.

zjeść obiad w porze obiadowej. Zdarza się tak, jak w opisanej na początku sytuacji, że w niektórych jadalniach obiady są wydawane już od 11 godziny. Na pierwszy rzut oka widać, że model słowacki jest zdrowszy, ale, cóż – przyzwyczajenie drugą naturą człowieka – nie każdy potrafi dostosować się do nowej sytuacji. Nam chyba łatwiej przyjąć model słowacki niż Słowakom polski. Moich słowackich przyjaciół interesuje zwykle, kiedy jadamy kolację, skoro obiad spożywamy po pracy. Postanowiwszy sprawdzić, jak problem pory obiadowej widzą Słowacy i Polacy, przeprowadzadziliśmy wśród nich ankietę. MW

Agata Stebel w Bratysławie od 2 lat

Zwyczaj przerwy na obiad nie był dla mnie zaskoczeniem, ponieważ w wielu firmach polskich, w których pracowałam, także praktykuje się przerwę obiadową, określaną bardzo często jako „lunch time”. Preferuję jednak obiad po pracy, ponieważ lubię jeść w spokoju, czemu nie sprzyja pośpiech, który zawsze towarzyszy posiłkowi w czasie pracy. Jeśli chodzi o przyzwyczajenie się do modelu słowackiego, nie miałam z tym problemu, ponieważ w moim miejscu pracy obowiązuje LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

dowolność: jeśli ktoś chce, to może korzystać z przerwy obiadowej, a jeśli nie, to nie musi – według własnego uznania. Obiad w południe jest pewnie zdrowszy, ale ze względu na presję czasu i konieczność pośpiechu nie jest tak przyjemny, jak spokojny posiłek w gronie przyjaciół czy rodziny. Wtedy najlepiej smakują klasyczne, znane dania, jak bryndzové halušky czy vypražaný syr. Polecam również bryndzové pirohy s kôprovou omačkou, najlepiej popijane rezanym.

Jestem zwolennikiem jedzenia w południe. Zanim przyjechałam do Bratysławy, pracowałam w Polsce. Tam stomatolog ma sześciogodzinny dzień pracy, w związku z czym zawsze jadałam poza pracą, tzn. przed popołudniową zmianą albo po dopołudniowej. Ponieważ na Słowacji jest ośmiogodzinny dzień pracy, więc nie wytrwałabym do 16. na samym śniadaniu. Praktycznie model słowacki, jeśli chodzi o godziny jedzenia obiadu, nie zaburzył mojego rytmu. Po sześciu godzinach intensywnej pracy taka przerwa dobrze człowiekowi robi. 17


A N K I E T A

Czesława Nowakowska z Gniezna Pamiętam taką scenkę ze sklepu spożywczego w Dubrawce w Bratysławie około godziny 12.00: zobaczyłam stoły barowe, przy których stało lub siedziało coraz więcej ludzi, a na stołach posiłki. Byłam zdziwiona, zaskoczona, co to takiego? No dobrze, nawet niezłe rozwiązanie z tymi sklepo-barami, ale dlaczego ci Słowacy jedzą tak wcześnie obiad? Może to tylko lunch? Ale siostra poinformowała mnie, że większość Słowaków „obiaduje” w samo południe. Dla nas Polaków to właściwie pora drugiej kawy, może być z czymś słodkim. Tradycyjny obiad spo-

żywa się między 14. a 16. w domu, w miarę możliwości z rodziną, celebrując ten posiłek. Ale ostatnio w związku z wydłużającym się dniem pracy coraz częściej korzystamy niestety z fast foodów i generalnie, jeżeli jadamy obiady w domu, to często między 17. a 19. Dla niektórych są to tzw. obiadokolacje. Zdziwił mnie fakt, że w porze obiadu na Słowacji trudno załatwić cokolwiek w urzędzie czy instytucji, bo przerwa obiadowa to rzecz święta. Co kraj, to obyczaj. Przebywając na Słowacji, staraliśmy się jadać obiady o porze polskiej, podtrzymując polską tradycję.

Tomasz Kołodziejczyk

Andrej Bederka mieszkaniec Bratysławy,

z Warszawy

od 1,5 roku pracuje w Polsce

Będąc w podróży służbowej na Słowacji na zaproszenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, odkryłem, że Słowacy jadają obiady w południe. I to nie tylko dlatego, że podejmują gości zagranicznych. To po prostu ich codzienność. Ten model bardzo mi się podoba. Uważam, że to zdrowe podejście do życia. Chętnie wprowadziłbym go w mojej pracy, ale, nawet gdyby spotkało się to z aprobatą moich przełożonych, i tak byłoby to dosyć skomplikowane. W pobliżu mojej pracy nie ma żadnej jadalni czy restauracji, gdzie można by się szybko posilić, natomiast dotarcie do odległych lokali zajęłoby mnóstwo czasu. No cóż, może z czasem słowacki model dotrze do nas i będziemy żyć zdrowiej?

Na Podkarpaciu, gdzie obecnie pracuję, widzę różnice w sposobie spożywania obiadów w porównaniu na przykład ze wschodnią Słowacją. Na Słowacji ludzie najczęściej jedzą obiady w stołówkach zakładowych. To taka tradycja jeszcze z czasów socjalizmu. A jeśli w pobliżu ich miejsca pracy nie ma restauracji, to pracownicy administracji najczęściej odgrzewają sobie potrawy w mikrofalówkach. Na Podkarpaciu jeszcze półtora roku temu, kiedy rozpoczynałem pracę, ludzie najczęściej chodzili na obiady do domów, po pracy. Ale ostatnio otworzyliśmy zakładową stołówkę i coraz więcej osób korzysta z niej podczas przerwy obiadowej. Dla drugiej zmiany wprowadziliśmy kolacje na terenie zakładu. Część pracowników jeszcze wciąż nie przyzwyczaiła się do takich możliwości i bie-

18

Robert Porada z Wrocławia Jednym z przyjemniejszych momentów dnia jest obiad z żoną po powrocie z pracy. Myśl, że miałbym być tego pozbawiony i wracać z pracy w dodatku o godzinę później, jest dla mnie raczej przygnębiająca. Być może to kwestia przyzwyczajenia, ale perspektywa krótszego popołudnia i wieczoru tylko dlatego, że mógłbym zjeść obiad około południa, nie jest dla mnie zbyt nęcąca. Osobiście nie dostrzegam żadnych dla mnie korzyści z takiego sposobu organizacji dnia.

gnie na obiad do domu bądź pokątnie odgrzewa sobie to, co przyniosła ze sobą. Jeśli chodzi o mnie, to najczęściej jem obiad dopiero po pracy, to znaczy po 17., a czasami nawet po 19. godzinie. To bardzo niezdrowy model życia, ponieważ tak późnego obiadu nie można „rozchodzić“. W ten sposób ilość posiłków w ciągu dnia jest redukowana do dwóch. Ciekawą sytuację zauważyłem w Danii. Tam nawet w małych firmach obiady są dostarczane bezpośrednio pracownikom, by ci nie musieli nigdzie chodzić. Kiedy byłem w Rosji na Syberii, zauważyłem, że w firmach nie ma stołówek, za to podczas godzinowej przerwy obiadowej pracowników do domu na obiad rozwozi autobus zakładowy. RED. MONITOR POLONIJNY


J

akby mało nam było świąt i tradycyjnych obrzędów przy rozlicznych okazjach w roku, wymyślamy od czasu do czasu „nowe, świeckie tradycje”, które czasami z niezrozumiałych powodów zaczynają się cieszyć niezwykłym powodzeniem. Czy ktoś pamięta jeszcze, jakie ślubne szaleństwo wywołała kilka lat temu unikatowa data 9.09.1999? Podczas ubiegłorocznych wakacji mieliśmy do czynienia z magią kolejnej daty – 7.07.2007. Ponoć w niektórych urzędach stanu cywilnego i w kościołach termin ten rezerwowano nawet dwa lata wcześniej! W tym roku ma być podobnie, bo przecież wkrótce nadejdzie 8.08.2008! Oj, kochamy magię, kochamy… nawet jeśli oficjalnie nikt się do tego nie przyznaje. Na początku nowego roku prawie każdy z nas z zainteresowaniem czyta swój horoskop, licząc, że właśnie w nadchodzącym czasie zostanie milionerem, spotka miłość życia, przegoni precz kłopoty. A kiedy poznajemy idealnego kandydata na męża czy idealną kandydatkę na żonę, od razu sprawdzamy, czy nasze znaki zodiaku mają się ku sobie. Dla jednych każde niezwyczajne zestawienie daty są szczęśliwym talizmanem na przyszłość, dla innych jedynie te, które w oczywisty sposób kojarzą się ze szczęściem i powodzeniem w życiu – na przykład zawierające dużo siódemek. Tegoroczne szaleństwo, związane z magią daty, będzie chyba mniejsze, bo w tym dniu nie wypada sobota, a więc ślubów w tym dniu będzie chyba mniej. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Nasze życie

magiczne Ale znając ludzką kreatywność i chęć wyróżnienia się z tłumu, z pewnością sporo wyjątkowych pomysłów ujrzy w tym dniu światło dzienne. Jaką siłę ma właściwie cyfra „8”? W numerologii uważa się, że liczba ta symbolizuje wieczność, sprawiedliwość, bogactwo i dążenie do władzy. Osoby, w których dacie urodzenia znajduje się „ósemka” to silni realiści, ceniący sobie w życiu równowagę. Co ciekawe, dzieci, które przyjdą na świat 8 sierpnia 2008 roku, będą również „ósemkami”. Wyrosną więc na osoby twórcze, lubiące otaczać się pięknymi estetycznymi przedmiotami. Zarazem będą indywidualistami, chodzącymi własnymi drogami, ale myślącymi o dobru i wygodzie innych. „Ósemki” mają bardzo silny charakter, to „gwiezdni wojownicy” o sprawy ważne dla przyszłości. Najbardziej znane osobistości, którym przyporzą-

dkowana jest numerologiczna ósemka to Jan Paweł II i Nelson Mandela. Wśród artystów – John Porter, Edyta Górniak. Ale co mogą zrobić ci, którzy chcieliby upamiętnić jakoś tę wyjątkową datę, ale ani nie biorą ślubu, ani nie zostaną obdarzeni w tym dniu potomkiem? Może by tak zrobić sobie zdjęcie z wydanym w tym dniu dziennikiem, a potem tę fotografię i gazetę zakopać w ogródku dla przyszłych odkrywców? W wersji urlopowej – butelkę z pamiątkową zawartością wrzucamy do morza lub spławiamy rzeką. Inny pomysł to oczywiście odnowienie w tym dniu naszych ślubno-partnerskich obietnic, romantyczny spacer albo wytyczenie rowerowej trasy, po której będzie można kreślić „ósemki”. Jeśli już nic innego nie przyjdzie nam do głowy, to możemy włączyć telewizor, bo właśnie 8 sierpnia o godzinie 8.08 lokalnego czasu w Chinach zapłonie olimpijski znicz i rozpoczną się światowe igrzyska. To właśnie Chińczycy najbardziej przejmują się tegorocznym 8 sierpnia – w samym Pekinie stara się zawrzeć związek małżeński w tym dniu ponad tysiąc par! Narzeczeni mocno wierzą, że połączenie inauguracji igrzysk i silnego oddziaływania numerologicznego w jednym dniu zagwarantuje im długie, dostatnie życie i spełnienie marzeń. No i niech sobie wierzą – dopóki nie brakuje odważnych par biorących ślub w trzynastym dniu miesiąca ani tych, którzy przysięgają miłość po grób… po raz piąty, dopóty będę wierzyć, że równowaga w świecie istnieje – równowaga magicznej ósemki, rzecz jasna. AGATA BEDNARCZYK 19


ILUSTRACJE: TADEUSZ BŁOŃSKI

L A T O N A O P O W I A D A N I E

Drzewo czereśni Leniwe letnie popołudnie. Piekące słońce, prawie żadnego podmuch wiatru. I ten zapach koszonej trawy… Z oddali słychać gwar bawiących się dzieci. Z tego letargu miasteczko obudzi się dopiero późnym popołudniem. Ktoś wybierze się na spacer do pobliskiego parku, ktoś wyruszy z kwiatami na cmentarz, a wieczorem miejscowe babcie w eleganckich ubraniach nieśpiesznym krokiem będą zmierzały do kościoła. Przed sklepami na ławeczkach ustawionych na rynku wysiadują sprzedawcy, zamieniając od czasu do czasu jedno, dwa zdania z przechodniami. Jedynie u lodziarza jest większy ruch – co chwilę przybiegają do niego dzieci, by kupić lody w wafelku. Na rynkowej wieży zegar odmierza płynący czas. Dzień jak co dzień. Najważniejsze wydarzenia rozegrały się do południa. Wtedy można było załatwić 20

sprawy w banku, na poczcie czy w ratuszu. Zakupy, te podstawowe, wszyscy robią z samego rana. Również plotki, te najbardziej atrakcyjne, roznoszone są z ust do ust właśnie przed południem. Ich azylem był ogród. Od wiosny do jesieni. Każdego dnia po obiedzie, gdy dopisywała pogoda, leniwym krokiem zmierzali do ogrodu. Pod drzewem czereśni stał leżak, na którym on chętnie drzemał. Promienie słońca przez liście delikatnie smagały jego starą, ale wciąż pogodną twarz. Dlatego dzieci i wnuki dziwiła jego opalenizna od wczesnej wiosny po późną jesień. Rozłożysta czereśnia była jego parasolem, pod którym zbierał siły do pracy, trwającej do późnych godzin wieczornych. W jego barze ruch zaczynał się późnym popołudniem. Bywały dni, że musiał się dwoić i troić, by wszystkich obsłużyć. Ludzie

lubili do niego przychodzić. Lokal był otwarty zawsze. A jeśli nawet go na chwilę zamknął, to wystarczyło zapukać do drzwi, aby po chwili pojawił się w nich starszy pan, gotów obsłużyć kolejnych gości. Nigdy nie jeździł na urlop. Jego życiem był szynk. Na urlop, ten popołudniowy, wyruszał do ogrodu. W cieniu, które rzucało drzewo czereśni, odpoczywali najchętniej. Tu, obok leżaka, stała drewniana ławka. Siedząc na niej, rozmawiali o problemach dnia codziennego. Kiedy odwiedzał ich syn z rodziną, rozmowy były bardziej ożywione. Zdawali sobie nawzajem relacje z tego, co wydarzyło się od czasu ich poprzedniej wizyty. To tu często zapadały ważne życiowe decyzje, bo gdzie indziej człowiek nabierze dystansu do życiowych problemów i bez stresu do nich podejdzie, jak nie na łonie przyrody? Ogród był idealnym miejscem. Dla niej – starszej, energicznej damy – ogród był też miejscem pracy. Oprócz tego, że pomagała mężowi w prowadzeniu baru, zajmowała się też ogrodem. Kiedy przychodziło lato, zbierała się w nim grupa ludzi, którzy pod jej nadzorem, zrywali agrest, czereśnie i inne owoce. Te później odwoziła do skupu. Ale jedno drzewo było niedostępne dla niewtajemniczonych – czereśnia, rodząca bordowe, słodkie owoce, uwielbiane przez obojga i ich dzieci. Zjadali je prosto z drzewa. Z reszty przygotowywała kompoty, by zimą, otwierając MONITOR POLONIJNY


litrowe słoiki, wspominać uroki lata. Wśród zbierających owoce pojawiał się zwykle młody, przystojny chłopak – ich syn, jedynak. Sprytnie wspinał się na drzewa i pomagał przy zbiorach. Tylko on miał dostęp do cudownego czereśniowego drzewa, którego owoce były przeznaczone tylko dla domowników. Ale ogród kojarzył mu się również z wieczornym blaskiem. Tu bowiem przyprowadził na spacer swoją dziewczynę, tu po raz pierwszy ją pocałował i obdarował ją naturalnymi czereśniowymi kolczykami. Nosił w pamięci jej widok, filuternie spoglądającej na niego, zabawnie potrząsającej głową tak, by zwrócić uwagę na owocowe ozdoby. Od kiedy została jego żoną zawsze przyjeżdżali w odwiedziny do jego rodziców na początku lata. Wtedy ogród oferował to, co najsmaczniejsze, a ona co roku zakładała na uszy czereśniowe kolczyki. Kiedy przyszła na świat ich córka, chętnie spędzała z nią czas w ogrodzie. Tu dziecko spało spokojnie, w cieniu drzewa czereśniowego, przy odgłosach śpiewających ptaków. Kiedy mała trochę podrosła, dostawała owoce w garnuszku. Jadła je ze skupieniem, a jej mama mogła się w tym czasie spokojnie opalać. Jednakże raz zadziwiła wszystkich, albowiem postanowiła wykorzystać owoce LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

w inny sposób. Wysmarowała nimi całe swoje ciałko, a kiedy mama otworzyła oczy ujrzała swoje dziecko całe bordowego koloru! Dziewczynka spędzała u dziadków każde wakacje. Uwielbiała zabawy w ogrodzie. Znała wszystkie jego zakamarki. Dziadkowie cieszyli się, widząc, jak dziecięcy śmiech ożywia ich ogród. A i czereśnie były wtedy jakby słodsze. Były też i chwile grozy. Raz dziewczynka przebiegła przez cały ogród ze łzami w oczach, by wpaść w objęcia babci i wyszeptać, szlochając, że… umiera. Bardzo wzięła sobie do serca przestrogi babci, iż nie należy połykać pestek od czereśni, a połknąwszy jedną już żegnała się z życiem. Powoli odchodzili. Najpierw dziadkowie, potem rodzice. Ogród bez gospodarza zmienił

swój wygląd. Podupadł, ale smak czereśni pozostał ten sam. Dla tych czereśni wnuczki przemierzały wiele kilometrów. Sentyment, przywiązanie do „małej ojczyzny” i wspomnienia działały jak magia. Dom z roku na rok zmieniał się w ruinę, przeciekał dach, ściany pokryły pajęczyny, a na obrazach i meblach pojawiała się gruba warstwa kurzu. W końcu go sprzedały. Drżącym głosem prosiły kupującego, by nie ścinał czereśni, bowiem ta rodzi najsłodsze pod słońcem owoce. Leniwe letnie popołudnie. Na rynkowej wieży zegar odmierza płynący czas. Dzień jak co dzień. Najważniejsze wydarzenia rozegrały się do południa. Wtedy można było załatwić sprawy w banku, na poczcie czy w ratuszu. Zakupy, te podstawowe, wszyscy robią z samego rana. Również plotki, te najbardziej atrakcyjne, roznoszone są z ust do ust właśnie przed południem. Tego upalnego dnia najważniejszą wiadomością była ta, dotycząca planów budowy bloku mieszkalnego z punktami usługowymi i sklepami na parterze. W tym celu przygotowano już parcelę. Ogród, który kiedyś wydawał się olbrzymi, pełen zakamarków, dziś stał gotowy pod zabudowę. Bez drzew i krzewów. Smak czereśni stał się już tylko wspomnieniem. ELŻBIETA FUS 21


Tutaj jest spokój i rzetelne podejście do pracy, co bardzo mi odpowiada. W Polsce nie lubię tej nerwowości, szarpania i pośpiechu. Tu zauważyć można spokój, rozwagę w działaniu, chęć i umiejętność rozmawiania. Różne były sytuacje, czasem trudne, ale zawsze rozmawialiśmy, szukając ja-

„Nasz“ dyrygent w Koszycach J

erzy Swoboda współpracował z wybitnymi orkiestrami i artystami z całego świata, takimi jak Gidon Kremer, Yehudi Menuhin, Justo Frantz czy Sarah Chang. Uczestniczył w wielu międzynarodowych festiwalach w kraju i za granicą, m.in. dyrygował ŚIK na „Bratislavských Hudobných Slávnostiach” W Polsce w latach 1990-1998 z orkiestrą Śląskiej Filharmonii Narodowej w Katowicach nagrał płytę z III symfonią H. M. Góreckiego, która w roku 1994 zyskała nagrodę „Fryderyka”. W czerwcu br. zakończył swój pięcioletni kontrakt z Państwową Filharmonią w Koszycach. Jerzy Swoboda często gościł u mnie w „Magazynie Polskim”, emitowanym na falach Narodowo-Etnicznego Radia „Patria”. Rozmawialiśmy wówczas o jego pracy z orkiestrą, o tym, jaki repertuar przygotowuje i co tak naprawdę łączy go z Koszycami. A oto jego wypowiedź: „Przez te pięć lat bardzo dobrze mi się pracowało. Jeśli chodzi o mentalność Słowaków, to różnią się oni trochę od Polaków zachowaniem i podejściem do tego, co się robi. Mówię tu o członkach koszyckiej orkiestry, bo innych środowisk nie znam. 22

kiegoś wyjścia, kompromisu i ustaleń, a nie walki i konfliktów. W Polsce bezkompromisowość jest nagminna, co bardzo przeszkadza w pracy na co dzień. Tam obserwuje się nerwowość, niechęć ludzi do siebie, zawiść, a niekiedy wręcz wrogość. Lubię prowadzić dużą orkiestrę. Przez pięć lat na Słowacji dałem ponad 50 koncertów. Były to wielkie formy wokalno-instrumentalne, uwzględniające aparat wykonawczy. Ostatnio pokazywałem te formy przeważnie przy okazji festiwali. Rok temu był to „Eliasz” Mendelssohna, dwa lata temu „Requiem” Verdiego, trzy lata temu „Carmina Burana”, w tym roku „Requiem” Brahmsa. Dobrze się czuję w wielkich formach wokalno-instrumentalnych, mam ich w swoim repertuarze niezliczoną ilość. Dość łatwo opanowuję duży aparat wykonawczy. Największy zespół

ludzi, którym dyrygowałem, liczył 1100 osób. W repertuarze Państwowej Filharmonii w Koszycach znalazły się nieliczne utwory polskich kompozytorów. Jeśli chodzi o muzykę współczesną, za mojej dyrekcji artystycznej dyrektor filharmonii w Koszycach zgodził się zorganizować festiwal muzyki współczesnej. Na początku było tylko 50 słuchaczy, później przybywało ich coraz więcej. Myślę, że za kilka lat ludzie osłuchają się tą muzyką . Zrobiłem tu też parę prawykonań słowackich kompozytorów i w niewielkim zakresie przybliżyłem polskich klasyków. Szkoda jednak, że Instytut Polski w Bratysławie nie pomógł mi w tym. Zabrakło dobrej woli. Mimo to udało mi się zaprezentować kilka utworów Killara i Góreckiego. Żałuję, że nie udało mi się zagrać więcej utworów Karola Szymanowskiego. Chciałem to zrobić przede wszystkim z uwagi na orkiestrę. Zawodowa orkiestra musi mieć w repertuarze wszystko, natomiast publiczności trzeba taką muzykę stopniowo dozować. Wydaje mi się, że idzie to w dobrym kierunku. Jeśli publiczność się osłucha, to na pewno chętnie będzie przychodzić. Który koncert utkwił mi najbardziej w pamięci ? Tak naprawdę każdy koncert jest najważniejszy, ale najbardziej utkwił mi w pamięci koncert z początku grudnia 2006 roku, ponieważ był to mój pierwszy koncert po przebytym przeze mnie zawale i operacji serca. Właśnie dzięki koszyckiej orkiestrze wróciłem na estradę, przełamałem strach. Był to dla mnie koncert przełomowy, a orkiestra grała wspaniale. I to był na pewno najważniejszy koncert w moim życiu po przerwie“. URSZULA SZABADOS MONITOR POLONIJNY


P O L S C E S Ł U C H A J Ą

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Zespół „Feel” istnieje od 2005 roku, a pochodzi z Katowic. Dość długo starał się zaistnieć na polskiej scenie muzycznej. Jeszcze niedawno miał ogromny problem z nazwą. Na początku nazywał się „Q2“, potem „Q3“, a następnie „Kupicha Band”. Dziś znany jest jako „Feel”. Jego liderem jest muzyk i wokalista Piotr Kupicha. Przełomem dla zespołu okazał się rok 2007, kiedy to, występując na sopockim festiwalu z piosenką „A gdy jest już ciemno“, otrzymał Bursztynowego

W

FEEL

Po raz 45. w Opolu odbył się Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki. To jedno z niewielu miejsc, gdzie spotyka się kilka pokoleń artystów. Podczas tegorocznej jubileuszowej edycji wystąpili zarówno ci uznani, jak i ci początkujący na estradzie. Festiwal trwał trzy dni, w ciągu których odbyły się już tradycyjnie 3 koncerty: premier, debiutów oraz Superjedynek. Dnia 13 czerwca odbył się konkurs premier, w którym za najlepszą piosenkę jury uznało utwór „ Bóg wie gdzie“ w wykonaniu zespołu „Zakopower”. Publiczność swoją nagrodą obdarowała grupę „Leszcze” i utwór „Tak się bawi nasza klasa“. W tegorocznym konkursie debiutów zwyciężyła Natalia Lesz. Superjedynki trafiły do rąk zespołu „Feel”, który zdobył aż trzy statuetki w kategoriach: płyta roku, zespół roku i superwystęp. Przebojem roku została piosenka „Nie kłam, że kochasz mnie“ w wykonaniu Eweliny Flinty i Łukasza Zagrobelnego. Artystką roku została Doda, a artystą roku Łukasz Zagrobelny. Gwiazdą koncertu premier była zeszłoroczna zdobywczyni nagrody publiczności Patrycja Markowska. Na zakończenie festiwalu z okazji 45-lecia odbył się koncert, zatytułowany „Dobre, bo /O/Polskie“, w którym wystąpiły gwiazdy popu. Chociaż było sporo zamieszania i pomyłek wokół ogłoszenia wyników w konkursie premier, to jednak Opole jest zawsze oknem na Polskę i świat, chociaż, podobnie jak festiwal sopocki, stał się komercyjnym produktem telewizyjnym. URSZULA SZABADOS

M Ł O D Z I

45. Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu

Słowika oraz nagrodę publiczności. „Feel” podbił serca milionów Polaków, a jego debiutancka płyta sprzedała się w nakładzie ponad 125 tys. egzemplarzy i pokryła potrójną platyną, natomiast Piotr Kupicha stał się idolem tysięcy młodych ludzi. W tym roku zespół zgarnął niemal wszystkie nagrody muzyczne, przyznawane na polskim rynku muzycznym. Obecnie pracuje nad nowym teledyskiem oraz przygotowuje piosenkę na olimpiadę. U.Sz. 23


Iwan Komarenko

WYWIAD MIESIĄCA

W

kalnej, zacząłem działać na scenie. Po ukończeniu studiów polonistycznych uczyłem się w trzyletnim studium przy szkole muzycznej w Warszawie na wydziale piosenki estradowej,

– „maszynista estradowy” ystęp Iwana Komarenki zgromadził jego fanów w wiedeńskim klubie „Utopia“. Artysta wraz z grupą taneczno-wokalną wykonał swoje najbardziej znane utwory, między innymi „Jej czarne oczy“. Przed występem udzielił wywiadu dla naszego miesięcznika. Okazał się miłym, uprzejmym rozmówcą, nie obawiającym się żadnych pytań. Na wstępie zaproponował, by zwracać się do niego po imieniu.

Dlaczego zdecydowałeś się na przyjazd do Polski? Mogłeś przecież wybrać zupełnie inny kraj. Przyjechałem do Częstochowy na spotkanie z Papieżem. Byłem tam zaledwie tydzień, a jeszcze przed opuszczeniem Polski, marzyłem o powrocie do niej. Nigdy Cię nie ciągnęło, aby wyjechać na Zachód? Kiedyś mnie ciągnęło, to było 15 lat temu. Dla mnie Polska wtedy była Zachodem. Czujesz się w Polsce jak w domu? Zdecydowanie tak. Jak Cię przyjęli Polacy? Trafiłem na dobrych ludzi. Moje pierwsze wrażenia były pozytywne, a to się liczy. Jak Cię odbierają Polacy? Czy patrzą na Ciebie przez pryzmat stereotypów, że Rosjanin, to znaczy pije wódkę? Na początku musiałem to prostować, teraz już nie. Obecnie różne osoby podchodzą do mnie po koncertach i mówią wprost, że dzięki mnie inaczej postrzegają Rosjan. Zdarzyło się, że ktoś Cię krytykował za rosyjski akcent? Na początku w wytwórniach płytowych, gdzie oferowałem moją piosenkę „Jej czarne oczy“, mówili mi, że nigdy nie zrobię kariery, bo mam kiepski akcent, a ponadto, według nich, piosenka była do niczego. Przezwyciężyło we mnie 24

przekonanie, że fachowcy od show-businessu nie mają racji. O czym marzyłeś, jadąc do Polski? Chciałem się tu zakorzenić, znaleźć przyjaciół, pracę – po prostu prowadzić normalne życie. W moich najśmielszych marzeniach nie myślałem, że uda mi się osiągnąć to, co osiągnąłem. Miałeś być maszynistą. Czy z tym zawodem wiązałeś swoje nadzieje z Polską? Nie, te marzenia porzuciłem, kiedy podjąłem naukę w szkole muzycznej, czyli jeszcze w Rosji. Chciałem się dostać na wydział wokalny, ale ponieważ wtedy przechodziłem mutację, przyjęto mnie na wydział instrumentów dętych, gdzie rozpocząłem naukę gry na trąbce. Potem zaczęła się moja przygoda z zespołem „Metronom”, z którym koncertowałem na dyskotekach. Co zatem chciałeś robić w Polsce? Chciałem znaleźć dobrą pracę. Co znaczy „dobrą pracę”? Ja studiowałem polonistykę! Wiem. A zatem? Myślałem o pracy tłumacza albo przewodnika turystów rosyjskojęzycznych. Myśl o śpiewaniu zarzuciłem, ponieważ przez kilka lat miałem problemy ze zdrowiem – nie mogłem w ogóle śpiewać, dlatego szukałem czegoś zastępczego. Kiedy powróciłem do formy wo-

Takie studium jednakże nie daje gwarancji zostania gwiazdą estrady. Można powiedzieć, że miałeś dużo szczęścia. Co trzeba mieć w sobie, by z potencjalnego maszynisty stać się gwiazdą i to w obcym kraju? Nie twierdzę, że zawód maszynisty jest zły. Nawet marzyłem o tym, że siadam za sterem lokomotywy, otwieram okno i śpiewam. A jeździłeś kiedyś lokomotywą? Nigdy. Gdybym miał poradzić jakiemuś maszyniście, jak stać się gwiazdą piosenki, to powiedziałbym mu, że powinien mieć zdolności muzyczne i dobry głos. Jak należy pomagać szczęściu? Trzeba mieć wiarę w siebie, w to, co się robi, i odwagę. Jesteś odważny? Tak. To, że wyemigrowałem do obcego kraju, mając 16 lat, to jest odwaga! Przeskoczyłeś dwa progi – z pozycji maszynisty na estradę i ze swojego kraju do Polski. Trzeba być odważnym, bo szczęście trzeba łapać. Po rosyjsku mówi się ptica szcziastia, czyli trzeba umieć złapać ptaka szczęścia. Złapałeś go i mocno trzymasz? Tak. Nie znęcam się nad nim, bo ptaki lubią wolność, podobnie jak ja. Jakoś sobie współpracujemy. Ten ptak szczęścia może też szybko odlecieć, wystarczy, że człowiekowi po jakimś czasie uderzy woda sodowa do głowy. MONITOR POLONIJNY


Nie uderzyła Ci? Wydaje mi się, że nie. Miałem bardzo trudne dzieciństwo, przeszedłem ciężką drogę, nikt mi nic nie dał, a ci, którzy mi pomogli, to zwykli, prości ludzie.

Są osoby, które posiłkują się brukowcami, by zwrócić na siebie uwagę. Należysz do nich? Nie. Współpracuję z niektórymi dziennikarzami, którzy czasami dzwonią do mnie z pytaniem, co u mnie nowego. Informuję ich na przykład, że byłem w Nicei i spotkałem się z Nastią, która zainspirowała mnie do napisania piosenki „Jej czarne oczy“. Ale co w tym złego? Chcą materiałów, by o mnie pisać, więc je mają, jeśli rzeczywiście coś ciekawego się u mnie wydarzy. Nie robię tego za wszelką cenę!

Występowałeś w polskich serialach, zaproszono Cię do programu „Taniec z gwiazdami“, w którym zająłeś drugie miejsce. Czujesz się gwiazdą? Wydaje mi się, że definicja gwiazdy kryje w sobie negatywne zabarwienie. Na scenie trzeba być gwiazdą, trzeba świecić, zwracać na siebie uwagę – i tam nią jestem, ale w życiu prywatnym – nie.

Wystąpiłeś na festiwalu Eurowizji jako reprezentant Polski. Czym był dla Ciebie ten występ? Dużym doświadczeniem i „kopniakiem“ inspiracji. Zająłem 11. miejsce, czyli całkiem niezłe.

Wychodzisz więc z założenia, że jakkolwiek, byleby mówili? Nie jakkolwiek, bo przecież rozbieranie się, pokazywanie pupy, byleby mówili, to nie mój styl. A jednak o Tobie właśnie mówili w tym kontekście, kiedy pojawiły się Twoje roznegliżowane zdjęcia! To był akurat przypadek. Są osoby, które bardzo mocno prowokują, bo chcą, by o nich mówiono za wszelką cenę. Ja nie chcę w ten sposób zwracać na siebie uwagi. Ale oglądałam program Kuby Wojewódzkiego, którego byłeś gościem, a który dosyć mocno Cię zaatakował właśnie za to, że robisz wszystko, by być zauważonym. Kuba nie byłby Kubą, gdyby nie atakował. LIPIEC - SIERPIEŃ

ZDJĘCIE: MARIUSZ MICHALSKI

Jak odbierasz słowa krytyki, że muzyka, którą wykonujesz, graniczy z kiczem? Wiem, że jestem potrzebny, czego dowodem są fani, przychodzący na moje koncerty. Krytyka też jest potrzebna, bo, patrząc tak po ludzku, krytycy muszą z czegoś żyć. To jest ich zawód. Cieszę się, że mnie krytykują, bo to też człowieka napędza.

W którymś z wywiadów powiedziałeś, że odczuwasz satysfakcję, wiedząc, że podczas słuchania Twojej muzyki ludzie się zakochują. Naprawdę ona tak działa? Jeśli moje utwory wpisują się w biografie słuchaczy, czyli ktoś się zakochuje, ktoś inny płodzi dzieci, słuchając mojej muzyki, to według mnie jest to sukces. W ten sposób moje piosenki stają się nieodłączną częścią życia moich fanów. Często się mówi, że urodziwe kobiety mają trudniej, bo muszą udowadniać, że nie tylko są piękne, ale i mądre. Jak to jest w Twoim przypadku? Hm, jak ktoś zaczyna mi sugerować, że piękno idzie w parze z głupotą, wtedy mówię, że skończyłem polonistykę. Wiem, że w ludzkich głowach pokutuje taki stereotyp myślenia, że piękny, to znaczy głupi. Bronisz się przed tym? Nie, czekam na moment, kiedy tak myślący człowiek zmieni o mnie zdanie, może pod wpływem rozmowy ze mną, może przekona go do mnie moja muzyka, może przeczyta ze mną wywiad. Nie narzucam się. Na tym polega mądrość. Polska to Twój ostatni przystanek? Planujesz podbój innych krajów? Mam tylko jedno życie. Nie wiem, czy by mi starczyło sił, by w innym kraju układać sobie karierę od nowa. Cenię to, co już mam – to jest mój majątek. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA AUTORKA WYWIADU SKŁADA PODZIĘKOWANIE PANU TOMASZOWI MATUSZEWSKIEMU ZA UMÓWIENIE SPOTKANIA Z ARTYSTĄ.

25


Zjazd

D

onoszę, że w dniach 23-24.05.2008 r. w miejscowości Streczno w Środkowej Słowacji odbyło się spotkanie Polonii słowackiej, zorganizowane z inicjatywy pani Urszuli SzulczykŚliwińskiej – konsul RP w Bratysławie. Po raz pierwszy świętowaliśmy w liczniejszym gronie Światowy Dzień Polonii. Do malowniczego Streczna przybyło ponad 80 polonusów. Do ostatniego punktu programu i do ostatniego tchu wykorzystali możliwości, jakie im ten zjazd zaoferował. Wdrapali się na majestatyczny zamek, królujący nad okolicą, na własne

26

oczy zobaczyli mumię Zofii Bosznakovej w niedalekim kościele, przeżyli niezapomniany spływ tratwami po rzece Wag, która w tym miejscu jest nadzwyczaj urokliwa, a w przerwach między wycieńczającą gimnastyką jednej części ciała – dobrze zgadliście: języka, no bo nagadać się trzeba było do oporu, korzystali z relaksu na

basenie i w saunie, przygotowując pozostałe części swoich na co dzień zapracowanych ciał do sprostania zadaniu najważniejszemu. Wszyscy bowiem wiedzieli, że przyjedzie polska „żywa muzyka”. No i przyjechała, a grała wspaniale i niestrudzenie. Jednak polonusi nie dali się pokonać – czy zdrowy, czy kulawy, czy cienki,

MONITOR POLONIJNY


słowackiej Polonii

ZDJĘCIA: ONDREJ ZACHAR

czy kulisty, wywijał każdy. Przy dawnych przebojach w niejednym oku zakręciła się łza. Wiadomo! Młodość, kupa lat paneczku: – A pan/pani to skąd? – No, ja z Warszawy! – Tak? O ja to Panie jestem z Piekielnika? To są strony, ja Panu powiem Polska, prawdziwa!

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Ale miała to być krótka relacja, więc wracam do tematu. O zakończeniu i pożegnaniach nie chcę pisać. Jedno jest pewne: za rok spróbujemy na jeden, dwa dni zmienić statystyki – zagęszczenie ludności (czytaj: Polaków) na metr kwadratowy w określonym miejscu Słowacji osiągnie... Zależy od nas, drodzy polonusi. IRENA ZACHAROVÁ

27


Pod Trenczyńskim Zamkiem

gościliśmy kolejnych ambasadorów polskiej kultury

ZDJĘCIA: GRZEGORZ NIEMCZYK

Wernisaż wystawy plastycznej pani Danusi rozpoczął polskosłowackie spotkanie na trenczyńskim rynku. Trzeba podkreślić, że jej autorka, z zawodu nauczycielka, jest nie tylko artystką plastykiem, ale również poetką, której pierwszy autorski tomik wierszy zostanie opublikowany jeszcze w tym roku. Na wystawę do Trenczyna przywiozła bardzo oryginalne dzieła, świadczące o jej wszechstronnym talencie i wykorzystywaniu przez nią różnorodnych technik plastycznych. Do 30 czerwca w Galerii Miasta wszyscy miłośnicy sztuki mogli podziwiać jej obrazy, rysunki, „obrazorzeźby“ w płótnie,

W

Trenczynie 24 maja już po raz szósty odbyła się polonijna impreza kulturalna, znana jako „Przyjaźń bez granic”. Organizatorzy – Klub Polski w Trenczynie oraz miejscowe Centrum Kultury „Sihoť” zaprosili w tym roku artystkę plastyk Danutę Niemczyk oraz Zespół Pieśni i Tańca „Bielsko”, reprezentujących polskie miasto Bielsko-Białą. patchworki oraz inne abstrakcyjne kompozycje z wykorzystaniem tkaniny, sznurka i drewna. Pogoda w tym roku dopisała nam, więc z radością oczekiwaliśmy występu dziecięcej grupy „Bielsko“, która odnosi duże sukcesy na krajowych festiwalach i występowała już w wielu państwach europejskich oraz w USA. Ponad 30 dzieci w wieku od 8 do 15 lat zaprezentowało Polonii i mieszkańcom miasta bardzo bogaty program, podczas którego aż sześciokrotnie się przebierały, stosownie do tańców z różnych zakątków Polski. Podziwialiśmy zatańczone z wielkim zapałem kra28

MONITOR POLONIJNY


wspaniali członkowie „Bielska“ przemieścili się do Ośrodka Kultury „Kubra”, gdzie przygotowano dla nich miłą biesiadę polonijną przy ognisku, gitarze, polskiej piosence i zabawie. Szkoda, że dzieci i ich opiekunowie jeszcze tego wieczora musieli wracać do domu – było nam z nimi fantastycznie. Na pożegnanie, w podziękowaniu za serdeczne przyjęcie wszyscy polscy goście zaśpiewali z nami piosenkę „Hej, sokoły“ i wyrazili nadzieję, że wrócą do nas w następnym roku. A my cieszyliśmy się z kolejnej udanej imprezy i mimo że liczyliśmy na większą liczbę uczestników, to nic nie było kowiaki, mazurki, kujawiaki, tańce śląskie i góralskie. Śpiewaliśmy wspólnie z nimi i z kapelą, która w repertuarze miała nie tylko znane polskie pieśni ludowe, ale i słowackie.

Po udanym występie, za który zespół otrzymał gromkie brawa, goście, klubowicze, ich rodziny i przyjaciele oraz

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

w stanie popsuć nam i tym, którzy przybyli, tej fantastycznej atmosfery i humorów. W imieniu Klubu Polskiego w Trenczynie chciałabym bardzo podziękować pani konsul Urszuli Szulczyk-Śliwińskiej za finansowe i osobiste wsparcie imprezy. Dziękujemy również Miastu Trenczyn za umożliwienie realizacji naszego tradycyjnego projektu oraz pani Ivetce Matejkovej za pomoc i dobrą współpracę przy jego przygotowaniu. RENATA STRAKOVA KLUB POLSKI REGION ŚRODKOWE POWAŻE – MK TRENCZYN 29


„Morskie Po

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

falach Dunaju na trasie między Bratysławą a Devínem wiatr niósł „Morskie opowieści“. W taki sposób kulturę polską prezentowała słowacka Polonia podczas „Polsko-słowackiego wieczoru szant“.

30

Organizatorzy – Klub Polski Region Bratysława – przygotowując tradycyjną imprezę, postawił na integrację poprzez muzykę typową dla miłośników morza. Z ogromnego zbioru szant polonusi wybrali kilka, by z zespołem muzycznym „Wanda i Krzysztof“ z Wiednia zaśpiewać je podczas rejsu. Atmosfera była iście morska, bowiem tego upalnego dnia, właśnie po


opowieści“ południu zaczął padać deszcz, a podmuch wiatru powodował lekkie kołysanie wody. Również przygotowane na tę okazję specjały kulinarne przypominały kuchnię morską - śledzie zostały przyrządzone przez naszych rodaków według ich własnych przepisów. Czterogodzinna impreza była świetną okazją do spotkania, rozmowy, poznania nowych ludzi i wspólnej zabawy. Ponieważ impreza odbyła się 24 czerwca, to można powiedzieć, że zebrani na statku Polacy z Bratysławy, Nitry, Wiednia i Grazu oraz zaprzyjaźnieni z nimi Słowacy w ten sposób przywitali lato. mw

Projekt wsparli: Ministerstwo Kultury RS Sekcja Kultury Mniejszości Narodowych, Wydział Konsularny, Ambasada RP w RS, panowie Zbigniew Stebel i Marek Woźniak oraz firma Polcommerce GmbH CIECH. Specjały kulinarne przygotowali: Ilona Wikieł, Bogdan Stańczyk, Małgorzata Šuráková, Dorota Strużyńska, Stanisława Hanudelová, Katarzyna Tulejko, Joanna Branc Wszystkim ww. organizatorzy składają serdeczne podziękowania. 31


Tajemnicza noc

J

est taka jedna, noc najkrótsza w całym roku, kiedy palą się sobótkowe ognie, płyną wianki po wodzie i kwitnie zaczarowany kwiat paproci. To noc radości, ludzkich snów i marzeń.

ZDJĘCIA: DOMINKA GREGUŠKOVÁ

świętojańska

Dzieci ze szkółki i przedszkola polonijnego w Nitrze przygotowywały się na tę noc bardzo długo, bo od lutego, kiedy to za oknem było jeszcze zimno. Ich serca rozpalały promienie słoneczne,

tak bowiem były podekscytowane możliwością stworzenia inscenizacji pt. „Tajemnicza noc”. Początki, jak to zwykle bywa, były trudne. Trzeba było się przełamać, oswoić ze sceną i innymi dziećmi, opanować tekst. Sytuacja się zmieniła po wizycie ojca Piotra ze zgromadzenia salwatorianów w Nitrze. Dźwięki jego gitary otworzyły dziecięce serca i przełamały ostatnie lody. I mali, i duzi wspólnie śpiewali i przygotowywali występ. Kiedy po raz pierwszy na próbie generalnej pojawiła się kurtyna, a wokół zapanowała ciemność, niektórzy zapomnieli tekstów, innym było do płaczu. Ale podczas premierowego występu wszystko poszło gładko. Młodzi aktorzy zostali nagrodzeni długimi oklaskami oraz słodkimi upominkami od pani konsul Urszuli Szulczyk-Śliwińskiej. Tak gorący odbiór przedsta-

wienia sprawi z pewnością, że dzieci przygotują jeszcze nie jedno przedstawienie. Po występach młodych artystów odbyło się polonijne grillowanie. Atmosfera była wspaniała, a biesiada trwała do późnych godzin nocnych. W imprezie wzięli udział również zaproszeni goście: przedstawiciele miasta Nitra – pani Barbaričová, dyrektor Centrum Wolnego Czasu pani Mankovecká, pani konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska, przedstawiciel Regionu Poważska Bystrzyca pani Beatka Snapko. Wszystkim serdecznie dziękujemy za pomoc w zorganizowaniu zarówno inscenizacji, jak i polonijnego spotkania oraz za udział w nich. Szczególne podziękowania należą się naszym dzieciom, które ujawniły aktorskie talenty. Życzymy im udanych wakacji, by wypoczęte wróciły do naszej szkółki i przedszkola. ROMANA GREGUŠKOVÁ

PROJEKT ZOSTAŁ ZREALIZOWANY DZIĘKI FINANSOWEMU WSPARCIU MINISTERSTWA KULTURY REPUBLIKI SŁOWACKIEJ SEKCJI KULTURY MNIEJSZOŚCI NARODOWYCH

32


Dzień Dziecka w Nitrze Na

ZDJĘCIA: DOMINKA GREGUŠKOVÁ

ten dzień wszystkie dzieci czekają z utęsknieniem, bo to przecież ich święto. Od stycznia w Nitrze działa szkółka i przedszkole polonijne, a spotkania odbywały się w piątki w Centrum Wolnego Czasu. W przededniu Dnia Dziecka nauka w szkółce i przedszkolu polonijnym miała zupełnie inny charakter niż

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

zwykle. Tym razem były zabawy i konkursy, których zwycięzcy otrzymywali słodkie nagrody. Po raz drugi świętowaliśmy z naszymi dziećmi w ogrodach ojców salwatorianów 7 czerwca. To plenerowe spotkanie było również wyjątkowo udane, za co ojcom salwatorianom bardzo dziękujemy. ROMANA GREGUŠKOVÁ 33


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

„Dzień Sąsiadów”

U

nia Europejska przynosi nowe tradycje. Przyniosła też „Dzień Sąsiadów”. Dla naszego miasta, Poważskiej Bystrzycy, sąsiedzi to nie tylko mieszkańcy dzielnic miasta i okolicznych gmin, ale również członkowie organizacji mniejszości narodowych. Zatem i my zostaliśmy zaproszeni do prezentacji Klubu Polskiego na „sąsiedzkim” jarmarku, który odbył się w słoneczne wtorkowe popołudnie 27 maja w centrum miasta. Zdecydowaliśmy, że pokażemy naszą działalność wydawniczą – uczestnikom imprezy rozdawaliśmy nasz „Domek polonijny”, miesięcznik „Monitor Polonijny“ oraz książkę „Współbrzmienie“. Wiele osób, odwiedzających jarmark, było zdziwionych, że Polonia jest reprezentowana w Słowacji przez ogólnosłowacką organizację, a zatem dobrze się stało, że mieliśmy okazję zaprezentować się z tej strony. Przebojem popołudnia były jednak krówki. Przy okazji staraliśmy się

Stypendia rządowe uświadamiać językowo Słowaków, informując ich, że te pomadki mleczne nie mają nic wspólnego z twardymi skrzydełkami owadów (po słowacku „KROVKY”). Ponadto uczyliśmy ich

wymowy „krufki”, co, nie wiedzieć dlaczego, okazało się dla naszych gości bardzo śmieszne. Nasze stoisko w czasie kiermaszu prowadziło wielu klubowiczów, którzy się zmieniali, i za tę pomoc serdecznie im dziękuję. Reportaż z jarmarku – wraz z rozmową ma temat działalności Klubu Polskiego emitowała lokalna telewizja „Považie”. Impreza tego typu odbyła się w naszym mieście po raz pierwszy, ale już możemy się cieszyć na jej kolejne edycje. mp

Na

wiosnę prezes Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe Zbigniew Podleśny wystosował list do Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej w kwestii nowelizacji przepisów prawnych, dotyczących przyznawania stypendiów rządowych. Jego pytanie dotyczyło warunków przyznawania stypendiów rządowych młodzieży ze Słowacji, studiującej w Polsce, która posiada podwójne obywatelstwo (słowackie i polskie). Prezes Podleśny wyraził w liście niezadowolenie z faktu, że młodzieży tej nie zostanie przyznane stypendium rządowe. W odpowiedzi udzielonej mu przez wicedyrektor mgr Elżbietę Kryńską z Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej dowiadujemy się, że zgodnie z art. 2 ustawy z dnia 15 lutego 1962 r „Obywatel polski w myśl prawa polskiego nie może być równocześnie uznawany za obywatela innego państwa“. Jak dalej informuje wicedyrektor Kryńska, rząd polski nie odcina się od pomocy materialnej dla młodzieży polskiej zamieszkałej za granicą. Osoby, które pomyślnie przejdą procedurę kwalifikacyjną, mogą ubiegać się o pomoc materialną w wysokości takiej, jak stypendium rządu polskiego dla cudzoziemców w Stowarzyszeniu Wspólnota Polska. Jednocześnie z listu dowiadujemy się, że o wspomnianą pomoc materialną nie mogą ubiegać się osoby, podejmujące płatne studia red w uczelniach niepublicznych.

Obrazy Xéni Bergerovej w Brukseli

M

łoda bratysławska malarka polskiego pochodzenia Xénia Bergerová prezentowała swoje prace w Brukseli. Wystawa pięćdziesięciu jej obrazów znalazła się w sercu Unii Europejskiej – w „galerii prezydentów“, jak nazywany jest

centralny hol olbrzymiego Berlaymontu, czyli budynku Komisji Europejskiej. Wystawę zorganizowano pod auspicjami słowackiego eurokomisarza Jána Figľa, który ją otworzył. Wyrazista forma obrazów o stosunkowo dużych formatach, bogaty i śmiały koloryt niezwykle zmiennych treści dobrze zaistniał w dużej przestrzeni centralnej galerii. Według spostrzeżeń malarki wystawa zaciekawiła środowisko już podczas samej instalacji, kiedy to można było odczuć żywy kontakt z dziełami sztuki. Treści obrazów Xéni Bergerovej wywodzą się z doznań wzrokowych, jak też z krańcowo odległych, zupełnie zwykłych i bardzo niecodziennych przeżyć, uczuć

czy też pomysłów czysto malarskich. Jej dzieła mają na wskroś figuratywny charakter. Malarka operuje przedmiotami, codziennością, figurą tak ludzką, jak i zwierzęcą. W różny sposób „dotyka“ dzieła starych mistrzów, jak na przykład w „Tryptyku Florentyńskim“. Wystawa prezentowana w Brukseli trwa od 16 czerwca do 11 lipca br. red MONITOR POLONIJNY


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Pożegnanie

Zakończenie roku szkolnego w szkole polskiej Dnia 28 czerwca 2008 r. odbyło się zakończenie roku szkolnego w polskiej szkole, działającej przy Ambasadzie RP w Bratysławie. Na uroczyste wręczenie świadectw przybył charge d’affairs dr Bogdan Wrzochalski, który podkreślił doniosłą rolę, jaką odgrywa ta szkoła, tak dla przebywających na Słowacji Polaków, jak i w świadomości Słowaków, interesujących się kulturą polską. Sala szkoły pachniała kwiatami i odświętną atmosferą. Na twarzach odbierających świadectwa uczniów promieniały uśmiechy. Dyrektor szkoły Monika Sadkowska podziękowała im za aktywną pracę podczas całego roku szkolnego, pochwaliła laureatów olimpiady polonistycznej w Krakowie i konkursu literackiego, a także tych, którzy do szkoły

Współpraca pomiędzy miastem Zawadzkie i Dubnicą nad Wagiem

Z

okazji uroczystych obchodów 10-lecia „Deklaracji o wzajemnej współpracy pomiędzy miastem Zawadzkie i Dubnicą nad Wagiem“ oraz podpisania nowej umowy partnerskiej o dalszej współpracy i przyjaźni, prezesowi Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe Zbigniewowi Podleśnemu burmistrz Zawadzkiego Mariusz Stachowski wręczył podziękowanie za przyczynianie się do umacniania przyjaźni, łączącej oba narody od dziesięciu lat. red LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

dojeżdżali z odległych miejsc Słowacji. Dzieci przygotowały krótki program artystyczny, nagrodzony przez obecnych na uroczystości rodziców gromkimi brawami. Po części oficjalnej wszyscy zostali zaproszeni na poczęstunek i rozmowy w kręgu rodaków. red

Gdy nagle odchodzi na zawsze ktoś, kogo się lubi i szanuje, świat się zmniejsza, kurczy gwałtownie, jest w nim jakby ciaśniej. Wiadomość o śmierci pierwszej damy – małżonki byłego prezydenta RS Ireny Schusterovej przepełniła nas głębokim smutkiem. Rzadko się zdarza taka wzajemna ciepła sympatia, jaka istniała pomiędzy nami a nią. Była przemiłą skromna damą. Razem ze swoim małżonkiem Rudolfem Schusterem interesowała się działalnością Klubu Polskiego Region Koszyce. Były prezydent niejednokrotnie wyjawiał swój uczuciowy stosunek do Polaków i Polski, nazywając ją sąsiadem szczególnie bliskim sercu Słowaków. „Zawsze miałem szczęście spotkać właśnie takich Polaków, dzięki czemu mój szacunek i poważanie wobec narodu polskiemu tylko rosły“ – powiedział. Irena Schusterová zmarła 24 maja br. Podczas uroczystości pogrzebowych w katedrze św. Elżbiety w Koszycach obecni byli wszyscy, którym była bliska, a także przedstawiciele władz RS, życia publicznego oraz mniejszości narodowych. W imieniu Klubu Polskiego do księgi kondolencyjnej wpisał się prezes Tadeusz Błoński, który złożył też kwiaty na grobie byłej pierwszej damy Słowacji. W jej ostatnim pożegnaniu wzięli ponadto udział byli prezydenci Węgier i Ukrainy oraz małżonka byłego polskiego prezydenta pani Jolanta Kwaśniewska. Polskę reprezentował też chargé d’affaires in interim RP na Słowacji pan Bogdan Wrzochalski. Mszę w katedrze św. Elżbiety celebrował arcybiskup koszycki oraz inni biskupi, także z Polski. URSZULA SZABADOS 35


Obecne były delegacja z Grecji i Czech. Dzięki polskiemu konsulowi honorowemu Tadeuszowi Frąckowiakowi miasto nawiązało również kontakty z Polską, z miastem Żywiec. Na uroczystości w dniu 20 czerwca przybyła więc również delegacja z Polski w składzie: Antoni Szlagor – burmistrz Żywca, Krzysztof Greń – przewodniczący Rady Miejskiej, Barbara Kliś – wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej. W godzinach dopołudniowych wszyscy zaproszeni goście spotkali się w Urzędzie Miasta z prezydentem Słowacji Ivanem Gašparovičem i burmistrzem Liptowskiego Mikulasza Jánem Blcháčem. Delegacje miast partnerskich przekazały prezydentowi RS symboliczne podarunki i podziękowały za zaproszenie. W imieniu żywieckiej delegacji

„Stoliczne Dni”

w Liptowskim Mikulaszu

W

dniach 19 – 22 czerwca odbyły się w Liptowskim Mikulaszu uroczyste obchody „Stolicznych Dni”, zorganizowane przez władze miasta. Na uroczystość zostali zaproszeni między innymi przedstawiciele miast partnerskich, z którymi Liptowski Mikulasz współpracuje.

Spotkanie prezydenta RS z zespołem folklorystycznym „Ziemia Żywiecka“ w obecności prezydenta miasta Liptowski Mikulasz i konsula honorowego RP głos zabrał Antoni Szlagor. Następnie polscy goście złożyli wizytę w Konsulacie Honorowym RP. O godz. 15.00 prezydent RS Ivan Gašparo-

vič dokonał uroczystego otwarcia „Stolicznych Dni”. Na scenie wystąpiły zespoły folklorystyczne – Żywiec reprezentowały Zespół Pieśni i Tańca

„Ziemia Żywiecka” i „Asysta Żywiecka“. Tego samego dnia w godzinach wieczornych w Domu Kultury została podpisana uroczysta umowa o współpracy pomiędzy Żywcem a Liptowskim Mikulaszem. Miasta te mają już przygotowane wspólne projekty, których realizacja rozpocznie się jesienią br. i na które będą wykorzystywały środki finansowe między innymi z funduszu Unii Europejskiej. Wspólnie realizowane projekty dotyczą kultury, sportu, szkolnictwa, turystyki oraz historii. Ich realizacja planowana jest na najbliższe lata. Po podpisaniu umowy odbył się bankiet, zorganizowany przez Urząd Miasta Liptowski Mikulasz, na którym panowała bardzo przyjacielska atmosfera. JOLANTA DROBCOVÁ

Podpisanie umowy partnerskiej – przewodniczący Rady Miejskiej w Żywcu Krzysztof Greń i prezydent miasta Liptowski Mikulasz Ing. Ján Blcháč, PhD

Wizyta delegacji z Żywca w Konsulacie Honorowym RP w RS w Liptowskim Mikulaszu: przewodniczący Rady Miejskiej w Żywcu Krzystof Greń, prezydent Miasta Żywiec mgr inż. Antoni Szlagor, wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej mgr Barbara Kliś, dyrektor Miejskiego Zakładu Komunalnego w Żywcu Jerzy Kliś, konsul honorowy RP na Słowacji Tadeusz Frąckowiak 36

MONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

uż po raz dwunasty odbyły się w Bratysławie Dni J „Dni Morza“, których celem jest prezentacja Morza Polski jako państwa leżącego nad Bałtykiem. „Chcemy zachęcić Słowaków, by podróżowali nie tylko na południe Polski, ale by odkryli też uroki Bałtyku – powiedział chargé d’affaires ad interim Ambasady RP w Bratysławie Bogdan Wrzochalski. – Tego typu prezentacje są też świetną formą zacieśniania więzi gospodarczych naszych krajów“. Dwudniowa impreza, zorganizowana przez Ambasadę RP w RS, Krajową Izbę Gospodarki Morskiej oraz Instytut Polski w Bratysławie, była prezentacją możliwości nie tylko gospodarczych naszego kraju, ale również jego kultury oraz szkolnictwa. Jednym z punktów programu była prezentacja wyższych szkół morskich – Politechniki Gdańskiej, Akademii Morskiej w Gdyni, Akademii Morskiej w Szczecinie oraz Szkoły Morskiej w Gdyni – z udziałem jej rektorów. „Prezentujemy nasze szkolnictwo morskie, które przez Europę zostało uznane za jedno z najlepszych w świecie. Nie przypadkowo Gdynia ma być europejskim centrum kształcenia kadr – powiedział Jerzy Uziębło z Krajowej Izby Gospodarki Morskiej. – To świetna okazja zyskania zawodu, który daje młodym ludziom, również ze Słowacji, w szybkim tempie zarobienia dobrych pieniędzy”. Po skończeniu prywatnej szkoły morskiej zarobki wykształconych przez nią ludzi mogą sięgać do 2,5 tysiąca euro. Już podczas nauki studentów wspierają finansowo sponsorzy, przyznając stypendia tym, którzy podpiszą z nimi umowę o pracę na dwa, trzy lata. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

Krajowa Izba Gospodarki Morskiej uznała ten rok za rok promocji zawodów związanych z morzem. „Chodzi tu nie tylko o marynarzy, stoczniowców i portowców, ale także o projektantów statków, architektów okrętowych, przyszłych menedżerów, dyrektorów zarządzających gospodarką morską“ – wyjaśniał Uziębło. Z pomysłem zorganizowania dyskusji pod tytułem „Dlaczego Polska jest państwem morskim?“ przyszedł radca minister Bogdan Wrzochalski. „Tytuł panelu jest trochę prowokacyjny, a odpowiedź dla wielu Polaków oczywista – wyjaśniał Wrzochalski. – Nam jednak zależało na tym, by poruszyć aktualne tematy, dotyczące współpracy morskiej, omówić wyzwania, jakie stoją przed polską gospodarką morską, sytuację naszych rybaków w UE.“ Stąd też udział w imprezie Anny Wypych-Namiotko – podsekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury RP oraz Jaroslava Coplaka – kierownika Urzędu Morskiego w Ministerstwie Transportu, Poczty i Telekomunikacji. Jak się okazuje, przedsiębiorcy słowaccy doceniają wagę Morza Bałtyckiego – wiele towarów jest przeładowywanych właśnie w polskich portach. „Ta ilość towarów ze Słowacji mogłaby być większa, gdyby nie poziom naszej infrastruktury“ – przyznał Jerzy Uziębło. Ciekawostką na Bałtyku jest obecność polskiego armatora, który, jak nas poinformował mój rozmówca, ma polskie statki, ale słowacką banderę. Jest to firma Jan

Stępniewski i Spółka, a ich statek na rufie ma napis „Bratysława“. Gospodarka morska to nie tylko transport towarów, ale wspólne prace badawcze, w których mogą brać udział naukowcy ze Słowacji. Chodzi tu o hodowlę glonów, roślin i ryb morskich. Kolejny temat to ekologia oraz energia odnawialna. Według Uziębły, Polska, jako kraj leżący nad morzem, nie w pełni wykorzystuje jego dary. „Faktem jest, że Bałtyk jest morzem trudnym, zamkniętym. Zrzesza jednak wspaniałych żeglarzy na Słowacji i w Czechach, którzy kochają wręcz ekstremalne warunki. Przyjemność sprawia im już nie tylko pływanie po spokojnej wodzie, ale również sprawdzenie się w trudnych warunkach“ – opisuje. Stąd propozycja, jaką chce złożyć strona polska Czechom, którzy wystąpili o organizację kolejnych igrzysk olimpijskich, by konkurencje żeglarskie zorganizowali w Polsce. W ramach „Dni Morza“ w Instytucie Polskim w Bratysławie została zaprezentowana wystawa, zatytułowana „Nad polskim Bałtykiem“, zorganizowana we współpracy z Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku, zaś dla szerokiego grona publiczności bratysławskiej na placu Hviezdoslava wystąpiła „Gdańska Formacja Szantowa“. „Nie wyobrażam sobie pełnej prezentacji naszego kraju bez pokazania walorów Bałtyku – podsumował chargé d’affaires ad interim Ambasady RP w Bratysławie Bogdan Wrzochalski – i to bez względu na to, czy kraj, w którym dokonujemy prezentacji leży nad morzem, czy też nie“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

37


C

zy w korowodzie zdarzeń jest miejsce na miłość, która może wszystko? Czy są kłamstwa, które można wybaczyć? Zbrodnie, które można usprawiedliwić? Odpowiedzi na te pytania szukałam w filmie „Korowód”, ale jednoznacznej nie znalazłam. Być może Państwu się to uda. Na przełomie minionego i obecnego roku pojawiło się na ekranach kin wiele ciekawych polskich filmów. O części z nich już pisałam. Nie udało mi się wówczas obejrzeć filmu „Korowód” w reżyserii Jerzego Stuhra. Ostatnio postanowiłam nadrobić zaległości. Film wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłam o nim opowiedzieć osobom, które, jak ja, nie miały okazji zobaczyć go wcześniej, a teraz zastanawiają się, czy w ogóle warto. Głównym bohaterem jest Bartek Wilkosz (w tej roli przekonujący Kamil Maćkowiak, znany widzom z serialu „Kryminalni”), miły i sprytny student marketingu i zarządzania, cwaniaczek, dla którego pieniądze są najważniejsze. Aby je zdobyć, pisze prace magisterskie na zlecenie, nie gardząc plagiatem. Dorabia również jako paparazzi dla jednego z brukowców, szukając ciągle sensacji, nie stroniąc od fałszowania zdjęć. Nie waha się także przed wynajmowaniem czło-

38

wieka – pana Karola, który pojawia się za niego na egzaminach. Akcja filmu zaczyna się sceną niczym z prawdziwego kryminału. Bartek, kursujący często między Krakowem, gdzie mieszka, a Warszawą, gdzie studiuje, przypadkiem spotyka w pociągu bardzo dziwnie zachowującego się mężczyznę. Zaczyna go uważnie obserwować. Nagle mężczyzna wychodzi z przedziału, zostawiając marynarkę z telefonem w kieszeni. Telefon nagle dzwoni. Bartek go odbiera i zaczyna podążać tropem tajemniczego mężczyzny. Później okazuje się, że to były agent SB, do niedawna szanowany profesor, kochający mąż i ojciec. Jak zachowa się lekkoduch Bartek? Czy będzie chciał wykorzystać aferę, na trop której trafia, do swoich celów i sprzeda informacje jednemu z dzienników? A może zacznie szantażować agenta? Wszak historia, którą usłyszy od Tajnego Współpracownika, jest niesamowita.

W Bieszczadach agent (rewelacyjny w tej roli Jan Frycz) zwierza się chłopakowi z dramatu swojego życia. Miłość i karierę zbudował na kłamstwie i zdradzie. Przed laty poszedł na współpracę z SB. Zniszczył niewinnego człowieka w imię miłości do kobiety. Ale teraz już dłużej żyć z tym nie może. Bartek wie, że na tej historii może nieźle zarobić. Na szczęście spotyka na swej drodze niezwykłą Ulę (Katarzyna Maciąg)… Pojawiający się w filmie wątek lustracji zdawałoby się przytłoczy cały film. Przecież rozliczenie z przeszłością, zdrady, kapusie, agenci, teczki to ciężki i przygnębiający temat. Tymczasem Jerzy Stuhr z wielkim wyczuciem wątek lustracji wplótł po prostu w film o miłości. W sposób inteligentny porusza kilka głębokich wątków, z których wynika, że tak naprawdę młodych ludzi w ogóle nie interesuje lustracja i rozliczenie z przeszłością, a miłość

i szalone uczucie mogą popchnąć do zdrady. Czy nam nigdy nie zdarzyło się zrobić „czegoś głupiego” z miłości? Doskonałe porównanie młodego Bartka – krętacza i kłamcy bez skrupułów z agentem Zdzisławem, popełniającym w przeszłości haniebne czyny, nasuwa pytanie o różnice w ich postępowaniu. Na szczęście Bartek może jeszcze dokonać wyboru… Ciągle pojawiające się zbiegi okoliczności, mogące doprowadzić do niezwykłego finału, są na tyle intrygujące, że widz zaczyna się zastanawiać, czy i w jego życiu mają one miejsce. Być może los zaprowadził nas „tam”, bo właśnie „to” miało się zdarzyć. Czy to przypadek? Czy przeznaczenie? Podczas oglądania filmu, nasuwa się też pytanie o to, czy wszyscy kłamią? A może tylko mijają się z prawdą? Czy z kłamstwa wydostać się można tylko z pomocą drugiego człowieka? Gorąco polecam ten film. Przedstawia on korowód zdarzeń i ludzi, którzy gubią się gdzieś, szukają i znajdują, a jednocześnie porusza tematy, obok których nie można przejść obojętnie. Interesujące kreacje aktorskie – szczególnie Jana Frycza, ale również młodego pokolenia, ładne zdjęcia, no i ta refleksja, z którą zostajemy po obejrzeniu filmu… ANNA PORADA, WROCŁAW

MONITOR POLONIJNY


C

elem ochrony przyrody w Polsce, podobnie jak w innych krajach Unii Europejskiej, jest przede wszystkim utrzymanie na terenach chronionych naturalnych procesów przyrodniczych i istniejących tam ekosystemów. Aktualnie obowiązująca polska Ustawa o Ochronie Przyrody określa i precyzuje następujące formy ochrony: parki narodowe, rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary krajobrazu chronionego, obszary Natura 2000, pomniki przyrody, stanowiska dokumentacyjne, użytki ekologiczne, zespoły przyrodniczo-krajobrazowe, ochronę gatunkową roślin, zwierząt i grzybów. Nieprzypadkowo ustawa na pierwszym miejscu wymienia parki narodowe. To właśnie one są najważniejszym elementem całego systemu ochrony. Istniejące w Polsce 23 parki narodowe zajmują łącznie ponad 3000 km 2 powierzchni, w tym ok. 700 km 2 to obszary strefy ochrony ścisłej, na których nie dochodzi do żadnej ingerencji człowieka w ekosystemy. Najstarszym polskim parkiem narodowym jest Białowieski Park Narodowy, zaś najmłodszym mało jeszcze spopularyzowany Park Narodowy „Ujście Warty”. Park Narodowy „Ujście Warty” powstał 1 lipca 2001 roku. Jego utworzenie w zachodniej części Pradoliny Toruńsko-Eberswaldskiej, zwanej Kotliną Gorzowską, poprzedziło założenie w 1977 roku rezerwatu Słońsk, a później, w 1996 roku utworzenie Parku Krajobrazowego „Ujście Warty”, który wraz z innymi parkami krajobrazowymi na pograniczu polsko-niemieckim tworzył tzw. Zieloną Wstęgę Odra-Nysa. Teren dzisiejszego Parku Narodowego to dawna śródlądowa delta, utworzona przez Wartę, uchodzącą pod Kostrzynem do Odry. Deltę tę w XVIII wieku zaczęto osuszać i zasiedlać. Z czasem jednak zaniechano prowadzonych początkowo z wielkim rozmachem prac melioracyjnych, w wyniku czego powtórnie zabagniły się kanały, powstały wielkie rozlewiska. Unikatowe podmokłe tereny, łąki i pastwiska stały się dogodnym terenem dla ptaków wodnych i błotnych. Nic więc dziwnego, że „Ujście Warty” jest dziś jedną z największych ostoi tych ptaków w Polsce. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

TO WARTO WIEDZIEĆ Sieć hydrologiczna parku, mającego 8038 hektarów powierzchni, tworzą rzeka Warta ze swoim lewym dopływem - Postomią oraz rzeczka Racza Struga, zwana też Kanałem Czerwonym. Dopełniają ją liczne kanały i starorzecza, z których największym jest Stara Warta w północnej części parku. Warta dzieli park na część północną i południową. W części południowej, obejmującej obszary ochronne Słońsk i Chyrzyno, wody mogą się swobodnie rozlewać na powierzchni około 5 tys. hektarów, przez znaczną część roku teren ten znajduje się pod wodą – coroczne wahania jej poziomu dochodzą nawet do 4 metrów. Najczęściej poziom wód podnosi się późną jesienią i utrzymuje przez całą zimę, osiągając stany maksymalne w marcu i kwietniu. Najniższy poziom wód występuje od sierpnia do października. Oddzieloną od Warty wałem przeciwpowodziowym północną część parku, zwaną Polderem Północnym, tworzą podmokłe rozległe łąki, poprzecinane siecią sta-

rorzeczy i kanałów, z których zbierające się wody przepompowywane są do rzeki Warty. Tu poziom wody jest stosunkowo stabilny i znacznie niższy niż w części południowej „Ujścia Warty”. Różniące się warunki hydrologiczne w północnej i południowej części parku narodowego wpływają na różnorodność jego szaty roślinnej. Wody pokrywają wiel-

39


kie skupiska różnych gatunków rzęs wodnych, brzegi Warty, Postomii, zaś kanały i starorzecza to królestwo lilii wodnych, jak pospolicie nazywa się będące pod ochroną grążele żółte i grzybienie białe. Występuje tam również zamętnica błotna czy rogatek sztywny. Liczne szuwary, wikliny nadrzeczne, łęgi wierzbowe, stare okazy wierzby białej, łozowiska, łąki, zarośla i nieliczne lasy tworzą krajobraz „Ujścia Warty”, a zarazem środowisko przyjazne ptakom. Ptaki są też sztandarową grupą zwierząt chronionych w tym parku narodowym. To właśnie ptaki przyciągają o każdej porze roku do „Ujścia Warty” uzbrojonych w lornetki, aparaty fotograficzne czy kamery filmowe ornitologów i zwykłych „podglądaczy” z całej Europy. I nic dziwnego, albowiem w Parku, który w swym herbie ma gęś zbożową, żyje ponad 260 gatunków ptaków, z tego ponad 170 gatunków lęgowych. Pozostałe to ptaki wędrowne i zimujące. Południowa, zalewowa część parku to ulubione miejsce lęgowe wielu gatunków, które w innych częściach naszego kontynentu zanikają. Tu swe gniazda zakładają m.in. czajki, krzywodzioby, kszyki, sieweczki rzeczne czy ostrojady. Wiosną na łąkach gnieżdżą się mewy śmieszki, mewy pospolite, srebrzyste, małe i czarnogłowe, a także rybitwy pospolite, białoczelne, czarne, białowąse i białoskrzydłe. W parku znajdują się duże kolonie perkozów: dwuczubego, rdzawoszyjnego,

40

perkozka, a przede wszystkim zausznika. Najliczniejszym gatunkiem lęgowym, zamieszkującym park są kaczki krzyżówki, kolejne miejsca zajmują krakwy, płaskonosy i cyranki. Tu też swe młode przywodzi na świat około 300 par gęgaw – jedynego polskiego gatunku lęgowego gęsi. Przy ujściu Warty, w rozwieszonych na drzewach budkach gnieździ się około 20 par mało znanego, ale pięknego ptaka z gatunku kaczkowatych – ohara. Trudno wymienić wszystkie gatunki ptaków, których głosów nad rozlewiskami możemy posłuchać wiosną. Trzeba jednak wspomnieć, że ostatnio ornitolodzy zaobserwowali powrót na lęgowiska wodniczki – ptaka z rzędu wróblowych, zagrożonego wyginięciem. Coraz częściej gnieżdżą się w „Ujściu Warty” ptaki, pochodzące z Europy południowej: szczudłaki, ślepowrony, czaple białe. W lecie w zaroślach pierzą się kaczki, łyski, gęgawy i łabędzie. Po łąkach spacerują żurawie, na ryby i żaby polują czarne bociany, przerwę w wędrówkach do ciepłych krajów robią sobie tu brodźce, kwokacze, siewnice i kuliki. Największe ptasie widowisko na rozlewiskach Parku rozgrywa się jednak jesienią. Lądują tu niezli-

czone klucze żurawi, na przełomie października i listopada nocuje, jak obliczyli ornitolodzy, około 200 tys. gęsi i jednocześnie kilkadziesiąt tysięcy kaczek różnego gatunku. Na słabsze osobniki polują wówczas bieliki – największe polskie ptaki drapieżne. Gdy z dalekiej północy pojawiają się w „Ujściu Warty” łabędzie krzykliwe, znaczy to, że przyszła zima. Około 2000 tych ptaków wybrało sobie właśnie to miejsce na zimowisko. W zimie na terenach niezalewowych spotkać można m.in. myszołowy i błotniki zbożowe. Turystom i miłośnikom ptaków park oferuje nie tylko starannie wytyczone szlaki piesze i rowerowe, ale także wieże i czatownie obserwacyjne, ułatwiające ptasie fotosafari. „Ujście Warty” jest także rajem dla innego rodzaju hobbistów. Akwen, zajmujący około połowy powierzchni parku, unikatowy w skali europejskiej pod względem ichtiologicznym, przyciąga licznych wędkarzy. Zasady połowu tu ryb określa Regulamin Amatorskiego Połowu Ryb PZW oraz Zarządzenie 9/07 Dyrektora Parku Narodowego „Ujście Warty” z dnia 8 maja 2008 r. By móc moczyć wędkę, trzeba wykupić w siedzibie dyrekcji parku w Chyrzynie pod Kostrzynem zezwolenie na wstęp do parku w celu uprawiania amatorskiego połowu ryb. Wykupić je warto, bo w rzekach, kanałach, starorzeczach, jeziorkach i rozlewiskach ryb obfitość. Jak dotąd stwierdzono tam 35 ich gatunków, wśród których przeważają karpiowate, przede wszystkim leszcz i karaś. W rozlewiskach i w Postomii pływają szczupaki, zaś we wszystkich wodach parku licznie występują sandacze i okonie, liny, brzany, karasie srebrzyste, węgorze, jazgarze, dzikie karpie – sazany, płocie, wzdręgi, miętusy, bolenie i in. Spotkać tu moMONITOR POLONIJNY


W opracowaniu korzystano przede wszystkim ze stron internetowych Parku Narodowego „Ujście Warty” - www.pnujsciewarty.gov.pl

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

„Internet” czy „internet”? Są wakacje, a zatem nie będę Państwu zawracać głowy naukowymi dywagacjami. Mało tego, nawet mi się nie chce. Przebywając gdzieś na wsi zabitej deskami, wolę korzystać ze słońca, dobrego nastroju i wszystkich uroków lata. Owszem, kontakt ze światem utrzymuję, ale głównie za pomocą… sieci komputerowej. Przeglądając materiały do niniejszego „Monitora”, zauważyłam, że stosunkowo wiele z nich dotyczy portalu Nasza Klasa, który można przeglądać za pomocą… sieci komputerowej. Autorzy artykułów na ten temat mieli zapewne problem z pisownią nazwy tej sieci.

„Internet” czy „internet”? Mój słownik komputerowy w sytuacji, kiedy piszę ten wyraz małą literą, poprawia ją automatycznie na wielką. Ale czy mój słownik ma rację? Otóż do niedawna jedyny poprawny zapis to „Internet”, albowiem jest to nazwa własna sieci komputerowej, właściwie „międzysieci” (inter – miedzy, net – sieć), a przecież wszystkie nazwy własne zapisuje się wielką literą. Od pewnego czasu obserwuję jednak, że nazwa ta często bywa zapisywana małą literą. I taki właśnie zapis stosuje konsekwentnie na swych łamach jeden z najpoczytniejszych polskich dzienników, czyli „Gazeta Wyborcza”. Czy zatem coś się zmieniło w polskiej ortografii? Chcąc dociec prawdy, dotarłam do uchwał Rady Języka Polskiego, ale tam niczego na ten temat nie znalazłam. Zatem nie istnieje oficjalne stanowisko, by interesujący nas wyraz zapisywać małą literą. Przynajmniej na razie. Jednak na stronach internetowych tejże rady jej sekretarz opowiada się za uznaniem pisowni „internet”, w przypadku, gdy wyraz ten oznacza „sieć jako medium, a nie system, który

to medium obsługuje (np. Znalazł to w internecie)”, podczas gdy wielką zaleca zapisywanie go, gdy mamy „na myśli konkretną globalną sieć (np. w zdaniu Zakładał nowy system w Internecie, a w XXX już go założył – przy czym XXX byłoby nazwą innej globalnej sieci, gdyby taka istniała)”. Przyznam, że to tłumaczenie wcale mnie nie przekonuje. Bo przecież Internet to jedyna sieć globalna, co zresztą pan sekretarz zauważa, więc tylko stosowanie wielkiej litery jest w przypadku jego pisowni uzasadnione. Ale… No właśnie! Przecież zawsze powtarzam, że język ma najbardziej demokratyczny charakter na świecie. Jeśli jego użytkownicy chcą w nim coś zmienić, to i tak zmienią. I żadne argumenty logiczne nie pomogą. Wydaje się, że Internet zaczynamy traktować podobnie jak Walkmana, czyli formalnie przenośny odtwarzacz magnetofonowy marki „Sony”, którego nazwa, zapisywana już jako „walkman”, została przeniesiona na podobne produkty innych firm. Język polski podobnych przypadków, kiedy to nazwa własna stała się nazwą pospolitą, zna wiele. Przecież nosimy adidasy (wbrew pozorom nie zawsze marki „Adidas”, ale np. „Nike”) i jeździmy rowerem np. marki „Author” (a przecież polska nazwa „rower” pochodzi od nazwy firmy „Rover”, która kiedyś zajmowała się produkcją pojazdów dwukołowych, a dziś jest znanym producentem samochodów). Widać zatem, że i Internet/internet nam „spospoliciał”. Ja jednak jeszcze trochę poczekam, zanim jednym przyciśnięciem klawisza wprowadzę do swego słownika komputerowego zapis „internet”, zaś Państwu pozostawiam w tym zakresie wolny wybór. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

OKIENKO JĘZYKOWE

żna rzadkie w Polsce certy, świnki, cierniczki i rozpióry (szczegóły na stronie internetowej www.pnujsciewarty.gov.p). W akwenach parku znajdują się też ryby, objęte ochroną całkowitą, np. różanka, koza, piskorz, piekielnica, i ochroną częściową, np. słonecznica czy śliz. Na terenie parku, obok ptaków, ryb, płazów, żyje 38 gatunków ssaków, w tym 11 drapieżnych. Drapieżniki tu występujące to: lis, jenot, borsuk, wydra, łasica, gronostaj, kuna domowa i leśna, tchórz, szop pracz i norka amerykańska. Wśród ssaków szczególną uwagę przyciągają liczne kolonie bobrów i ich olbrzymie żeremia. Sezon urlopowy jeszcze trwa i być może właśnie ta informacja będzie inspiracją do podjęcia podróży do Wielkopolski i spędzenia kilku dni w Paku Narodowym „Ujście Warty”, leżącym na terenie gmin Górzyca, Kostrzyn, Słońsk, Witwica w trzech powiatach (Gorzów, Słubice, Sulęcin). Zwiedzanie można rozpocząć w Słońsku, Przyborowie czy w Dąbrowszynie pod Kostrzynem, ale najlepiej w Chyrzynie, gdzie w siedzibie dyrekcji parku otrzymamy szczegółowe informacje. Usytuowanie Parku w pobliżu dróg nr 22, 132 i 31 umożliwia dogodny dojazd do niego samochodem. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

41


Warto przeczytać ś

wiadomość różnorodności zainteresowań czytelniczych to nie lada problem dla autorki tej rubryki, która chciałaby wszystkim dogodzić, każdemu podpowiedzieć tytuł tej jego książki, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Pozostaje więc tylko nadzieja, że strzał w ciemno trafi w cel. Uwagę zainteresowanych historią Polski pragnę skierować na książkę Dariusza Fabisza Generał Lucjan Żeligowski (1865 – 1947). Działalność wojskowa i polityczna (Wydawnictwo D i G, Warszawa 2008). Autor, wykorzystując materiały źródłowe i literaturę, przedstawia w niej wpisaną w kilka epok biografię gen. Żeligowskiego, dowódcy Dywizji Litewsko-Bałoruskiej, która w październiku 1920 roku ru-

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI

szyła na Wilno. Bohater książki odegrał też ważną rolę jako minister spraw wojskowych, który ułatwił piłsudczykom przygotowanie przewrotu majowego. Ale autor jego biografii pokazuje także pozawojskową i pozapolityczną działalność generała, który po odejściu z wojska w 1927 roku zajął się rolnictwem i stał się rzecznikiem idei słowiańskiej. W czasie wojny przebywał na emigracji, po-

parł Polskę Ludową i w 1947 roku, po sfałszowanych wyborach, gdy Mikołajczyk przygotowywał się do ucieczki z kraju, podjął decyzję powrotu do Polski. Jak więc widzimy, gen. Lucjan Żeligowski był człowiekiem o skomplikowanej biografii, warto więc dowiedzieć się o nim więcej. W intrygujący świat służb specjalnych i wywiadowczych wprowadza nas Krzysztof Mroziewicz, który podczas trzydziestoletniej kariery dziennikarskiej i dyplomatycznej miał niejednokrotnie okazję znaleźć się w miejscach ogarniętych wojną czy rewolucją. Czas pluskiew (Wydawnictwo „Sensacje XX wieku”, Warszawa 2008) to opis własnych przeżyć autora, przedstawionych w plątaninie wywiadów, refleksji z pobytów na Kubie, w Panamie, Nikaragui, Indii, Bangladeszu, Sri Lance, na Malediwach, w Afganistanie, Rosji, a także refleksji o Polsce.

Słowacja oczyma poznanianki G dyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę studiowała na Słowacji, na pewno pomyślałabym, że ma bujną fantazję. Ja? Na Słowacji? Dlaczego? W jakim celu? Życie potrafi być zaskakujące i faktycznie pewien nowy okres w moim życiu rozpoczęłam u naszych południowych sąsiadów, czyli na Słowacji. Mój wybór związany był z moim chłopakiem Słowakiem oraz z kierunkiem studiów – tłumaczeniem. W Polsce tłumaczenia nie można tak naprawdę studiować. Jest albo filologia, np. angielska, i dopiero po trzech latach można wybrać specjalizację, np. tłumaczenia, czyli zostają tylko 2 lata na 42

naukę w tym zakresie. Można też zapłacić za studia w prywatnej szkole wyższej, gdzie kierunek ten jest „dostępny”. Chociaż myślę, że większość tłumaczy dodatkowo zapłaciło za kurs, który, nie ukry-

wam, jest dosyć drogi. Jak już zdałam egzaminy i dostałam się na Uniwersytet Komeńskiego na kierunek przekład i tłumaczenie (kombinacja: język polski i kultura oraz język angielski i kultura), zaczęłam uczyć się słowackiego. Wcześniej po słowacku umiałam tylko kilka słów. To był też ważny powód, dlaczego zdecydowałam się na studiowanie polskiego na Słowacji – żeby nauczyć się słowackiego, później, z biegiem czasu tłumaczyć

z polskiego na słowacki i odwrotnie. Na roku byłam ewenementem, gdyż wszyscy pozostali studenci byli oczywiście Słowakami. Pamiętam, że na pierwszych zajęciach z doc. Pančíkovą padło pytanie, dlaczego zdecydowaliśmy się studiować właśnie język polski. Kiedy przyszła kolej na mnie, powiedziałam, że jestem Polką z Poznania i może raczej opowiem, dlaczego wybrałam Słowację. Wtedy wszystkie głowy przyszłych polonistów zwróciły się w moim kierunku. Nie raz pytano mnie, dlaczego przyMONITOR POLONIJNY


W Indiach, gdzie przebywał jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej, Mroziewicz był podsłuchiwany przez wschodnioniemieckie STASI, w Afganistanie śledził sowiecki wywiad wojskowy. W Czasie pluskiew znajdzie czytelnik wiele informacji o szpiegostwie i pierwszych szpiegach, o losach tych agentów, którzy przeszli do historii, np. o Macie Hari czy dobrze nam znanym pisarzu Józefie Ignacym Kraszewskim, który za zdradę Prus na rzecz Francji był więziony w twierdzy magdeburskiej. Obok najnowszych praktyk wywiadowczych, Mroziewicz opisuje też te najdawniejsze, znane Chińczykom już 2,5 tys. lat temu, czy te, którymi się posługiwali Szwedzi, podbijając Europę w XVII wieku. Wiele w tej opowieści szpiegowskiej zaskakujących zbie-

jechałam na Słowację. Cóż, serce nie sługa. Podczas studiów moja nauka nastawiona była głównie na język słowacki (oczywiście oprócz angielskiego). Wszystko mnie interesowało (zresztą nadal interesuje), co związane było i jest ze Słowacją. Oglądam słowacką telewizję, słucham radia, czytam gazety, zdarza się, że nawet książki. Interesuje mnie słowacka kultura. Odwiedziłam już wiele miejsc na Słowacji, byłam w Bańskiej Bystrzycy, Trenczynie, Trnawie, Żylinie... Zwiedzam piękne zamki i podziwiam wyjątkową przyrodę. LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

gów okoliczności, tajemnic, wrogów, których trudno identyfikować, i pięknych kobiet, nie zawsze odgrywających piękne role. Na koniec informacja o książce, po którą niewątpliwie sięgną entuzjaści prozy czeskiego prozaika Bohumila Hrabala, autora m.in. Pociągów pod specjalnym nadzorem, Obsługiwałem angielskiego króla czy Wesela w domu. Aleksander Kaczorowski, najlepszy polski znawca Hrabala, tłumacz jego prozy, autor m.in. zbioru esejów, zatytułowanego Praski elementarz i mówiącego o pisarzach związanych z Pragą, wydał w 2004 roku w Wydawnictwie „Czarne” znakomicie napisaną biografię pisarza, noszącą tytuł Gra w życie. Opowieść o Bogumiłu Hrabalu. Jej punktem

Wracając do moich studiów, częściowo nie chodziłam na zajęcia z polskiego, bo nie było takiej potrzeby, ale na tych, których byłam, starałam się być dobrym obserwatorem. Obserwowałam panią Nowakowską, w jaki sposób uczy Słowaków języka polskiego, abym później sama wiedziała, jak to robić, obserwowałam również studentów, ciekawiło mnie to, jak idzie im nauka, czy ich interesuje, jaki jest ich stosunek do języka polskiego i Polski. Niestety, nie zawsze był on tak pozytywny, jak mój względem Słowacji.

wyjścia jest zagadka śmierci Hrabala, który 3 lutego 1997 roku wypadł z okna swego pokoju na piątym piętrze praskiego szpitala na Bulovce. W tej niemal w detektywistyczny sposób napisanej biografii wielkiego czeskiego pisarza Kaczorowski próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek, który tak kochał życie, mógł dobrowolnie z niego zrezygnować. Odpowiedzi szuka zarówno w życiu, jak i w twórczości czeskiego pisarza, towarzysząc mu od okresu dzieciństwa, przez lata porażek i sukcesów, czasów, gdy „cud zdarza się każdego dnia” i „świat jest piękny do obłędu” po okres „zbytniej gorliwości” i lata, gdy „spowiedzią było pisanie”. Gra w życie to jedna z nie tak znów licznych książek, od których lektury trudno się oderwać.

Część kolegów wybrała język polski, ponieważ mieszka przy polskiej granicy, część po prostu przypadkiem. Część z nich wiąże z nim swoją przyszłość, a część na pewno będzie go unikać. Dlaczego? Może dlatego, że każdy z nas jest inny... Polonistyka na Uniwersytecie Komeńskiego na pewno jest kompletnie inaczej postrzegana przeze mnie i inaczej przez moich słowackich kolegów i koleżanki. Ja zwracam uwagę na szczegóły, oni starają się nadążyć i zrozumieć, co (po polsku) starają im się przekazać wykładowcy.

DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

Właśnie zaczęłam pisać swoją pracę magisterską, a w przyszłym roku już niestety kończę studia. Trudno powiedzieć, jak dalej potoczy się mój los. Czy zostanę na Słowacji, wrócę do Polski, a może przeprowadzę się do innego kraju? Nigdy nie żałowałam decyzji o studiowaniu na Słowacji. Jestem tutaj szczęśliwa. Dziękuję również moim kolegom i koleżankom z roku oraz wykładowcom za to, że nigdy nie dali mi odczuć, że jestem cudzoziemką! MAGDALENA PIETZ 43


ALELUJA A VPRED! alebo Mediálna svätá vojna Tadeusza Rydzyka

M

otiváciou na napísanie mojej diplomovej práce s názvom Aleluja a vpred! Mediálna svätá vojna Tadeusza Rydzyka bol bezprostredný kontakt so spoločnosťou, v ktorej sa opisovaný fenomén zrodil a pomerne úspešne pôsobí dodnes. Počas môjho dlhodobého študijného pobytu v Poľsku som mala príležitosť oboznámiť sa s postojmi a východiskami oboch v práci spomínaných „táborov“ a zhromaždiť dostatok materiálov potrebných na vznik tejto práce. Zámerom práce bolo zmapovať spoločensko-náboženskú situáciu v Poľsku na prelome 20. a 21. storočia, keď vznikol, vyvíjal sa a dodnes pôsobí jeden z najzásadnejších fenoménov, ktoré formovali a dodnes závažne formujú pôsobenie a charakter katolíckej cirkvi v Poľsku a následne aj jej vnímanie veriacimi. Môžeme povedať, že ide o bezprecedentný jav v európskej náboženskej sfére. Reč je o členovi rehoľného rádu redemptoristov, aktívnom politikovi, charizmatickej osobnosti, riaditeľovi viacerých vzdelávacích a charitatívnych inštitúcií a v neposlednom rade tvorcovi vlastného „mediálneho impéria“- Tadeuszovi Rydzykovi. V súčasnosti, po 17 rokoch pôsobenia môžeme do Rydzykovho impéria zaradiť: Radio Maryja, nadácie Naša budúcnosť 44

a Lux Veritatis, denník Nasz Dziennik, vysokú školu sociálnej a mediálnej kultúry a TV Trwam. Taktiež k nemu možno priradiť Rodiny Radia Maryja a Kancelárie Radia Maryja, ktoré sú výsledkom spontánnej aktivity poslucháčov rádia a prejavom sympatií a oddanosti Tadeuszovi Rydzykovi. Toto spoločenské hnutie je unikátne tým, že vzniklo „z“ a „pre“ potreby poslucháčov a hoci nie je nijako organizované, dokáže vyvinúť značný sociálny tlak - ako napr. v prípade zbierky na záchranu gdanskej lodenice.

Napriek tomu, že sa tieto médiá a inštitúcie prezentujú ako katolícke, sloganom jedného z Rydzykových médií je: „Katolícky hlas v tvojom dome“, hlboko zasahujú do politického diania v krajine, pôsobia destabilizujúco na poľskú politickú scénu, dlhodobo odmietajú subordináciu poľskému episkopátu či cirkevnej hierarchii Svätej stolice. Rydzykove médiá však neboli kritizované len za nepatričnú politickú angažovanosť. Ostré protesty sa vzniesli aj pre polonocentrický jednostranný pohľad, antisemitizmus, ktorý šíria médiá, a taktiež proti účelovému využívaniu viery a náboženstva na šírenie nenáboženských ideí. V práci som sa snažila ukázať, že práve takýmto spôsobom Rydzykove médiá vedú vojnu za zachovanie tradičných hodnôt „poslednej kresťanskej pevnosti“ v Európe, ktorú podľa Rydzyka ohrozujú nepriatelia zvonku - napr. liberalizmom, štruktúrami EÚ, samotným diablom, ako aj z vnútra – opozícia či biskupi, ktorí kritizujú činnosť jeho médií. Boj, ktorý tieto médiá vedú, je predstavovaný ako povinnosť každého skutočného Poliaka, pretože Poliaci sú národom vyvoleným, a preto povolaným kresťanstvo chrániť. Často však práve politické sympatie Tadeusza Rydzyka určujú povahu boja. Cieľom predkladanej práce bolo ukázať, že aj myšlienky, ktoré nemajú explicitne náboženský obsah, ale sú formulované pomocou náboženskej terminológie a symboliky, sú schopné ovplyvniť nielen náboženskú, ale aj sociálnu a politickú sféru verejného života v Poľsku. Eventualita zmien je pritom podmienená náboženskou formuláciou obsahu, ktorá myšlienkam dodáva nielen potrebnú mieru dôveryhodnosti, ale zároveň ich aj legitimizuje. MONITOR POLONIJNY


Takého myšlienky šírené médiami Tadeusza Rydzyka slúžia ako prostriedok na vedenie ideologickej vojny, ktorú páter začal na záchranu tradičného katolíckeho konzervatívneho Poľska. Keďže fenomén, ktorý je v práci opísaný a spracovaný, je na Slovensku takmer neznámy, úvodná časť je venovaná osobe Tadeusza Rydzyka. Je zameraná na jeho pôsobenie, špecifické metódy evanjelizácie, ale hlavne na priblíženie jednotlivých súčastí jeho „impéria“, ich funkcií v rámci celku, prípadné ich vplyvu na poľskú spoločnosť. Za zásadnú považujem aj otázku popularity Tadeusza Rydzyka a jej príčiny, keďže v súčasnosti pre určité skupiny Rydzyk predstavuje väčšiu náboženskú autoritu než poľskí arcibiskupi či dokonca pápež. V práci sa venujem aj niektorým špecifikám poľskej tradície ako napr. chápaniu pojmu „národ“, ktorý je definovaný pomocou náboženskej symboliky a rozvíjaný v rámci ideí národného katolicizmu. Túto terminológiu preberá aj Tadeusz Rydzyk a používa ju nielen na definovanie vlastnej skupiny, ale aj legitimizáciu názorov a myšlienok prezentovaných vo svojich médiách, ktoré sa neraz vzťahujú na čisto politickú sféru. Tieto skutočnosti, samozrejme, neostávajú bez reakcií poľského episkopátu a Vatikánu. Tým je venovaná samostatná kapitola. Dôraz je pritom kladený na situácie, ktoré sú v rozpore s odporúčaniami a učením katolíckej cirkvi a taktiež na snahy o zamedzenie činností nezlučiteľných s cirkevnými zásadami. Tadeusz Rydzyk ako člen rádu redemptoristov je do istej miery nezávislý od rozhodnutí poľského episkopátu, keďže rehoľné rády spadajú do právomoci predstavených rádov, a nie miestnej cirkevnej hierarchie. Táto skutočLIPIEC - SIERPIEŃ 2008

nosť má negatívny vplyv na prieťahy pri riešení sporných situácii. Ďalším dôvodom, prečo problematická situácia okolo Rydzyka dodnes nebola uspokojivo vyriešená, je nejednotnosť poľského episkopátu vo vzťahu k Rydzykovym metódam a činnosti. Tretím dôvodom, ktorý nesmieme podceňovať, je charizmatická osobnosť Tadeusza Rydzyka, ktorý má za sebou početnú skupinu sympatizantov. V práci som sa taktiež snažila poukázať na dosah a dôsledky, aké môže mať pôsobenie, ktoré aj keď nie je vždy náboženské, no je predstavované ako náboženské, na rôzne sféry poľskej spoločnosti. Dospela som k názoru, že jedným z dôsledkov činnosti médií Tadeusza Rydzyka a inštitúcií s ním spojených, je destabilizácia verejného života, ktorá je premietaná do viacerých sfér. V politickej sfére sa prejavuje ako príklon vybraných skupín k politickým stranám s ultrakonzervatívnym či nacionalistickým programom, v sociálnej - ako identifikovanie sa so štruktúrami, ktoré podporujú Rydzykove médiá a v náboženskej- ako odklon od oficiálnej verzie náuky katolíckej cirkvi, pričom u mnohých Rydzykových prívržencov ide s najväčšou pravdepodobnosťou o odklon nevedomý, resp. neuvedomený. Krité-

riom na zadelenie do skupín je vernosť kresťanskej tradícii, ale často len kladný vzťah k Radiu Maryja. Rydzykovi kritici však takéto delenie spoločnosti zásadne odmietajú. Aj keď katolícka cirkev už dlhší čas na túto skutočnosť upozorňuje, isté skupiny sa naďalej identifikujú s Rydzykovým hnutím, ktoré oveľa aktívnejšie pristupuje k problémom, ktoré musí riešiť bežný veriaci v súčasnom svete. V porovnaní s týmto hnutím katolícka cirkev pôsobí pasívne a ťažkopádne, keďže sa snaží vyhýbať verejným konfrontáciám či zasahovaniu do politického diania, čím poskytuje ešte väčší priestor fungovaniu Rydzykovho impéria, čo len vyhovuje sympatizantom Radia Maryja, ktorí sú spokojní, že sa niekto zasadzuje za ich záujmy. Rydzykove aktivity sú v práci doložené výstupmi z jeho vlastných médií, z ktorých jasne vyplýva, akým spôsobom si nárokuje a legitimizuje správnosť svojho konania prostredníctvom náboženských formulácií. Keďže začiatkom tohto roka došlo k zmene generálneho provinciála redemptoristov v Poľsku a novozvolený provinciál sa stavia negatívne k zasahovaniu duchovných osôb do politického života, budúce účinkovanie a neohrozené postavenie Tadeusza Rydzyka ostáva otvorenou otázkou. V každom prípade hodnou ďalšieho sledovania. MIROSLAVA JANUROVÁ, TOHOROČNÁ ABSOLVENTKA ODBORU RELIGIONISTIKA, FIFUK 45


W

1958 roku – w jakże odmiennych od dzisiejszych warunkach społecznych i politycznych – grono osób z kręgów ówczesnej Polonii i sympatyków kraju naszego pochodzenia podjęło starania o uzyskanie oficjalnej – a było to wówczas koniecznością – politycznej zgody na założenie stowarzyszenia. Dzięki zespoleniu sił i różnym zabiegom ich starania zakończyły się sukcesem. Założone zostało Polskie Stowarzyszenie Kulturalne im. Józefa Bema na Węgrzech, które istnieje i działa do dziś. Stowarzyszenie nasze nie tylko trwale zapisało się w świadomości zamieszkałych na Węgrzech Polaków, ale było i jest dobrą wizytówką polskiej kultury, tradycji i pielęgnowania narodowych obyczajów. To w nim mogli spotykać się przybyli na Węgry Polacy, ich najbliżsi i znajomi, by porozmawiać w ojczystym języku, poczytać polską prasę i publikacje, wziąć udział w imprezach artystycznych czy po prostu pośpiewać, zabawić się w gronie rodaków, odetchnąć atmosferą rodzinnego kraju. Stowarzyszenie było i jest dobrym ambasadorem Polski na przyjaznej narodowi polskiemu ziemi węgierskiej. Z grona jego członków wywodziło się wielu działaczy, którzy później inicjowali założenie innych polonijnych organizacji czy – jak ostatnio – samorządów polskiej mniejszości. Staramy się, aby planowany na wrzesień 2008 roku jubileusz stał się okazją do podsumowań, refleksji i planów na przyszłość, a jednocześnie był powodem do 46

50 lat

i co dalej?

dumy i radości zarówno organizatorów życia stowarzyszenia, jak i jego uczestników, aby był wspólnym świętem Polonii i polskiej mniejszości narodowej oraz sympatyków Polski na Węgrzech. Pragniemy, aby jubileuszowe uroczystości i programy dodały nowych bodźców i sił dla dalszej owocnej działalności Stowarzyszenia im. J. Bema na rzecz integracji polonijnej wspólnoty i dalszego umacniania tradycyjnej przyjaźni polsko-węgierskiej.

POLITYKA – KULTURA – ŚWIATOPOGLĄD Dnia 13 marca 2008 r. w Polskim Stowarzyszeniu Kulturalnym im. J. Bema w Budapeszcie obradami „okrągłego stołu” rozpoczęto obchody 50-lecia tej najstarszej na Węgrzech organizacji polonijnej. Do siedziby „Bema” przybyli przedstawiciele polskich i węgierskich elit intelektualnych, a wśród nich: J. E. pani Joanna Stempińska – Ambasador Pełnomocny i Nadzwyczajny Rzeczypospolitej Polskiej na Węgrzech, pan minister Andrzej Przewoźnik – historyk, sekretarz Rady Ochrony

Inauguracja obchodów 50-lecia Polskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. J. Bema na Węgrzech

Pamięci Walk i Męczeństwa, pan Gábor Hárs – poseł do Węgierskiego Zgromadzenia Narodowego, członek parlamentarnej Komisji Spraw Zagranicznych i ds. Węgrów Zamieszkałych poza Granicami Kraju, przewodniczący Węgierskiej Narodowej Sekcji Unii Międzyparlamentarnej oraz przewodniczący Komisji Nadzorczej Fundacji Użyteczności Publicznej ds. Europejskich Badań Porównawczych w Zakresie Mniejszości Narodowych, były ambasador węgierski w Warszawie, pani Viktoria Kishegyi – główny doradca przewodniczącej Zgromadzenia Narodowego Węgier ds. Polityki Narodowej, pan dr Jeszenszky Géza – historyk, były minister spraw zagranicznych Republiki Węgier, były ambasador Węgier w Washingtonie, pan Bába Iván – politolog i polityk, redaktor naczelny ośrodka Budapest Analyses, były ambasador węgierski w Warszawie, pani Zdzisława Sagun-Molnárné – przewodnicząca Ogólnokrajowego Samorządu Mniejszości Polskiej, a także goście z Polski w osobach Tadeusza Olszańskiego, prof. Jerzego Snopka, Grzegorza Górnego oraz wybitni węgierscy przyjaciele Polski: Kiss Gy.Csaba, prof. MONITOR POLONIJNY


URODZINY GEN. J. BEMA Tradycją się stało, że 14 marca, w dniu urodzin gen. Józefa Bema – bohatera obu naszych narodów, a w przeddzień święta narodowego Węgier, przy budańskim pomniku generała spotyka się miejscowa Polonia. W tym roku uroczystość miała charakter bardzo LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

WIERNI POLSCE I WĘGROM Również 14 marca w budapeszteńskim Muzeum i Archiwum Węgierskiej Polonii (Budapeszt X dz. ul. Állomás 10) została otwarta wystawa, poświęcona 50-letniej historii i działalności Polskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. J. Bema na Węgrzech. Gośćmi wernisażu byli przede wszystkim członkowie stowarzyszenia, ale również uczestnicy odbywającego się w czwartek (13 marca) w PSK im. J. Bema „okrągłego stołu”, radni polskich samorządów mniejszościowych, a także Węgrzy, interesujący się sprawami polskimi. Symbolicznego otwarcia wystawy dokonało tym razem aż pięć osób – byli prezesi PSK im. J. Bema: Władysław Wiśniewski, Andrzej Wesołowski, Korinna Wesołowska Eugeniusz Korek i obecnie sprawująca tę funkcję Halina Csúcs. Na wystawie zgromadzono dokumenty, będące własnością „Bema”, oraz zbiory, pochodzące od osób prywatnych. Wystawa, opatrzona tytułem „Wierni Polsce i Węgrom”, czynna była do połowy czerwca i stanowiła ważny element obchodów jubileuszu 50-lecia PSK im. J. Bema.

odświętny, a obecnością swą zaszczycili ją przedstawiciele najwyższych władz parlamentarnych Węgier i Polski, w tym J. E. pani Joanna Stępińska – ambasador RP na Węgrzech, która podobnie jak dyrektor Urzędu ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych przy Urzędzie Rady Ministrów RW pani Erika Németh, wygłosiła okolicznościowe przemówienie, podkreślając w nim rolę i znaczenie Polaków w życiu społecznym Węgier. Poza gośćmi honorowymi, asysty kompanii honorowej wojska węgierskiego, historycznego Legionu Polskiego, budapeszteńskiej Polonii, przedstawicieli samorządów polskich na Węgrzech, członków PSK im. J. Bema, SKP na Węgrzech p.w. św. Wojciecha, dyrektorów i uczniów Ogólnokrajowej Szkoły Polskiej na Węgrzech i Szkolnego Punktu Konsultacyjnego przy Ambasadzie RP w Budapeszcie w uroczystości licznie uczestniczyła młodzież – uczniowie miejscowych szkół węgierskich i dzieci przedszkolne. Tegoroczne spotkanie przy pomniku Bema zorganizowane zostało już po raz 49. przez Polskie Stowarzyszenie Kulturalne, noszące jego imię, i stanowiło część inauguracji obchodów 50-lecia tego stowarzyszenia.

Główne obchody bemowskiego jubileuszu zaplanowano na 20 września br.

ZDJĘCIA: BOŻENA BOGDAŃSKA-SZADAI

István Kovács, dr Imre Molnár, Szép Tibor, Schaffler György. Obecni byli także przedstawiciele stowarzyszeń polonijnych, samorządów mniejszości polskiej, członkowie i sympatycy stowarzyszenia oraz dziennikarze polskiej i węgierskiej prasy. Tematem wiodącym polsko-węgierskiego „okrągłego stołu” były „Kultura – Polityka – Światopogląd. Polskowęgierskie wzorce osobowe w aspekcie historycznym i współczesnym”, a przewodniczył mu pan Attila Szalai – dziennikarz, radca MSZ RW, b. dyrektor Instytutu Kultury Węgierskiej w Warszawie. Prezes PSK im. J. Bema dr Halina Csúcs Lászlóné, otwierając obrady, odwołała się do 50-letniej historii stowarzyszenia: „Rok 1958 – jakże inne to były czasy, a garstka zapaleńców Polaków powołuje na Węgrzech Polskie Stowarzyszenie Kulturalne, wybierając na jego patrona człowieka, który był i jest wzorem odważnej, bezgranicznej przyjaźni polsko-węgierskiej (…) Moim zdaniem siłą napędową przez całych tych 50 lat z jednej strony była potrzeba tworzenia przez Polaków komfortu małej ojczyzny, z drugiej chęć poznania przez Węgrów polskiej kultury i tradycji”. Doskonałym potwierdzeniem aktualności tych słów był właśnie bemowski „okrągły stół”, któremu towarzyszyła wystawa, poświęcona życiu i działalności PSK im. J. Bema. Oglądać ją można w siedzibie stowarzyszenia do końca września br.

Całość obchodów odbywa się pod honorowym patronatem przewodniczącej Zgromadzenia Narodowego Węgier pani Dr Katalin Szili, marszałka Senatu RP pana Bogdana Borusewicza oraz wiceprzewodniczącego Węgierskiego Parlamentu pana Sándora Lezsáka. BOŻENA BOGDAŃSKA-SZADAI, REDAKTOR NACZELNA „GŁOSU POLONII” 47


Chińska olimpiada?

P

rzed kilkoma dniami zakończyły się emocje piłkarskie (dla nas niestety znacznie wcześniej...), a za chwilę kolejna dawka nerwów i nadziei dla kibiców – igrzyska olimpijskie w Pekinie. Chiny, Państwo Środka – kolorowe smoki, chiński mur, tajemnicza medycyna, efektowne sztuki walki, kaczka po pekińsku, podróbki wszystkiego, co możliwe, ryż i dużo, duuużo ludzi… Jednak w tym roku to, co kojarzy się z Chinami najbardziej, to najprawdopodobniej igrzyska. W dniu 8 sierpnia br. o godzinie 20.08 w Pekinie zapłonie olimpijski ogień. Przedtem przebędzie najdłuższą trasę w historii olimpiad – 137 tysięcy kilometrów. Znicz olimpijski rozpoczął swój marsz po świecie 1 kwietnia w Olimpii i wędrował po świecie samolotami z międzylądowaniami w różnych miastach. Drugi, jeszcze nie zakończony etap biegu ze zniczem rozpoczął się 4 czerwca na południu Chin. Samą trasę do Pekinu przebiec ma około 21 tysięcy biegaczy! Przez 113 miast w 31 prowincjach oraz przez Mount Everest! Ze 48

względów politycznych kontrowersje wzbudzała i wzbudza trasa, którą ma przebyć olimpijski ogień. Odcinek z Tajwanu do Chin przez Hongkong sugeruje, że Tajwan jest prowincją Chin. Symboliczny dla świata jest bieg przez Lahasę, gdzie wojsko krwawo stłumiło protesty

Tybetańczyków, oraz kraj Ujgurów, zapowiadających walkę o odłączenie się od totalitarnego państwa. Każdy uczestnik biegnie 400 metrów. Ta swoista sztafeta zakończy się 8 sierpnia podczas ceremonii otwarcia igrzysk. Wśród biegnących ze zniczem miało być trzech Polaków, ale zarówno piosenkarka Reni Jusis, jak i aktor Paweł Małaszyński oraz kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc, którzy mieli go ponieść, wycofali się z biegu z uwagi na sytuację i chińskie działania w Tybecie. Sama pochodnia została opracowana przez... Chińską Agencję Kosmiczną i ma utrzymać płomień nawet przy wietrze, wiejącym z prędkością 65 km/h! Na długo przed igrzyskami tematem numer jeden w światowych mediach była sytuacja w Tybecie, siłowe tłumienie przez chińskie siły zbrojne protestów Tybetańczyków. Emocje sięgały zenitu. Więcej mówiono o Tybecie i bojkocie igrzysk niż o samych przygotowaniach sportowców. Debata medialna wybuchła z olbrzymią siła, wciągnęła polityków i komentatorów, autorytety i zwykłych zjadaczy chleba. Wymianie argumentów i apeli nie było końca. Na świecie dochodziło do licznych protestów i incydentów, np. we Francji znicz olimpijski zgaszono, ale – jak wyjaśniła policja – ponoć ze względów technicznych. W Paryżu do ochrony ognia olimpijskiego zmobilizowano trzy tysiące policjantów, a mimo to sztafetę przerywano, gdy na trasie biegu doszło do kilku incydentów z protestującymi na rzecz Tybetu, zaś ze względów bezpieczeństwa policja chroniła znicz w autobusie. Niektóre amerykańskie stowarzyszenia sportowe ze względu na łamanie praw człowieka w Chinach zapowiadały bojkot igrzysk. Choć historia olimpiad zna takie przypadki – najgłośniejsze to bojMONITOR POLONIJNY


kot igrzysk przez państwa zachodnie w Moskwie w roku 1980 i przez państwa bloku socjalistycznego w Los Angeles w roku 1984 – świat stał się bardziej cyniczny i raczej nikt nie wierzył, że do tego może dojść. Wszak sport to biznes. Wielki biznes. A dziś z Chinami robi się jeszcze większe interesy. Należy też pamiętać, że igrzyska organizuje miasto Pekin, a nie Chińska Republika Ludowa. Już pod koniec marca br., po aktach przemocy, jakich chiński rząd dopuścił się w Tybecie, premier Donald Tusk – jako pierwszy szef europejskiego rządu – zadeklarował, że nie zamierza jechać do Pekinu na inaugurację igrzysk i nikt z polskiego rządu tam nie pojedzie. Nie było jednak poważnych uwag o bojkocie olimpiady przez Polaków. Sami sportowcy mogą zbojkotować ceremonię otwarcia igrzysk w Pekinie i nic im za to nie będzie groziło. Mogą po prostu nie przyjść na otwarcie. To jedyny protest, na jaki mogą sobie pozwolić, nie narażając się na dyskwalifika-

cję. Wcześniej związkowcy „Solidarność” chcieli wręczyć sportowcom opaski z logo „Solidarności”, jednak ci stwierdzili, że ich nie założą. Przepisy MKOl są jasne. Na stroju sportowym może być tylko godło kraju. W przeciwnym razie zawodnikowi grozi niedopuszczenie do startu lub nawet dyskwalifikacją! Za protesty podczas igrzysk również grozi dyskwalifikacja. W reakcji na wezwania do bojkotu w krajach Unii Europejskiej władze Chin ostrzegły, że w grę wchoLIPIEC - SIERPIEŃ 2008

dzą losy wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem… Faktem jest jednak to, że to nie sportowcy wybrali chiński Pekin na gospodarza igrzysk. Była to decyzja polityczna. Ale po masakrach w Tybecie to od trenujących latami sportowców oczekuje się buntu. Dlaczego sportowcy mieliby protestować? Dlaczego nie robią tego wielkie narodowe i międzynarodowe koncerny, prowadzące miliardowe interesy z Chinami? Nasi zatem pojadą i może uda się im powiększyć nasz dorobek medalowy. Dotychczas polscy zawodnicy zdobyli 251 medali olimpijskich: 59 złotych, 74 srebrne i 118 brązowych. Na ostatnich igrzyskach w Atenach zyskaliśmy 10 medali. Jak będzie tym razem? Nasze najczęściej wymieniane medalowe nadzieje to według ekspertów pływacy Mateusz Sawrymowicz i Przemysław Stańczyk. W biegach liczyć możemy na Marka Plawgę i sztafetę 4 x 400 metrów przez płotki. Dodatkowo szansę mają siatkarze, jeśli się zakwalifikują. Jest też gimnastyk Leszek Blanik, srebrny medalista z Sydney i obecny kandydat do… złota. A jak będzie, zobaczymy niebawem. Eksperci i komentatorzy piszą o bardzo trudnej walce, ponieważ chińscy sportowcy uczynią wszystko, aby tryumfować. A że gospodarzom pomagają ściany, murawa boiska, wiatr itd., może być rzeczywiście trudno.

Na igrzyska gospodarze przygotowali m.in. nowych 112 hoteli, 21 specjalnych centrów medycznych, a na oczyszczanie powietrza w Pekinie przeznaczono 12 mld euro! Bezpieczeństwa ma strzec 100 tys. funkcjonariuszy służb specjalnych. Ceremonia otwarcia to najchętniej oglądane widowisko na świecie. Transmisję z Pekinu ma obejrzeć miliard osób, czyli co szósty mieszkaniec globu! Otwarcie oparte będzie na motywach jednej z chińskich oper. Potem na stadion olimpijski, tzw. Ptasie Gniazdo, cudo architektury za 500 mln dolarów, zbudowane z 45 tys. ton stali poskręcanej m.in. w stalowe nitki o długości 36 kilometrów, ma wbiec sztafeta z ogniem olimpijskim. Chiński bohater, którego imię do końca utrzymane będzie w tajemnicy, zapali znicz olimpijski na stadionie po ponadpółtoragodzinnej uroczystości, sławiącej 4 tys. lat państwa chińskiego. Między częścią artystyczną a sztafetą na stadion wejść mają sportowcy z 200 reprezentacji, w sumie 10 tys. osób. Ironia sprawiła, że maskotką igrzysk jest antylopa Cziru – symbol okupowanego przez Chiny Tybetu. Motto olimpiady to: „Jeden świat, jedno marzenie”. Marzyć nam wolno. Pewna jest jednak duża dawka sportowych emocji. Już za kilka tygodni. ANDRZEJ KALINOWSKI

49


Ch

cą Państwo odświeżyć lub całkowicie zmienić wygląd przestrzeni, w której mieszkacie? Potrzebne są wam dobre pomysły, jak to zrobić? Nie ryzykujcie niepowodzenia! Poradźcie się specjalisty. Projektant wnętrz wysłucha, zaproponuje najnowsze trendy, użyje do ich realizacji innowacyjnych technologii. Nie wszyscy przecież mamy zdolność „widzenia” i doboru kolorów czy wyobrażania sobie trójwymiarowej przestrzeni.

Dyplomowany projektant to człowiek, który przez wszystkie lata studiów stykał się zarówno z nowinkami z zakresu architektury i budownictwa, jak i miał kontakt z czystą sztuką. Z wyczuciem potrafi dobrać kolory, struktury i materiały, ma rozeznanie w ofertach firm oraz wie, jak pięknie i na Waszą kieszeń zrealizować Wasze zamiary. Zainwestowanie w jego pomoc gwarantuje, że projekt, który powstanie, będzie dokładnie tym, czego oczekiwaliście. Oszczędzicie czas na szukanie pojedynczych elementów wyposażenia Waszego domu oraz pieniądze w przypadku chybionej inwestycji. Wasz dom jest wymiarowo niestandardowy? Projektant zaprojektuje specjalnie dla Was wszystkie nietypowe meble według Waszego życzenia, gustu czy najnowszej mody. W Waszym domu jest ciemno? Designer wymyśli stylowe oświetlenie z użyciem systemu LED-owego lub klasyczne-

„D”

Duże designu

go. Dobierze kolory ścian lub odbijające struktury zwielokrotniające to światło. Dla niego nie ma wnętrza, którego nie dałoby się zaprojektować tak, by był miejscem relaksu po pracy, sprzyjał kontaktom rodzinnym, był wizytówką domowników. Przecież wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Troszkę wspomnień, czyli rozpoznać „artystę” Podczas moich studiów na Wydziale Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych miałam okazję poznać wiele mniej lub bardziej osobliwych postaci. Sami profesorowie to barwny temat do opowiadań, ale studenci to już temat rzeka. Na nas, wnętrzarzy, mówiono „panie z teczuszkami”. Powodem tego było, że – jak na żadnym innym wydziale – większość stanowiły kobiety. No i teczki... Tak. Niezbędne do przenoszenia niezliczonych ilości rzutów technicznych, plakatów i brystoli. Gdyby nie te nieśmiertelne teczki, nikt by nie rozpoznał ani po wyglądzie, ani po zachowaniu, że należymy do grupy „artystów”.

cichych, pracowitych „szarych myszek”. Z dumą muszę powiedzieć, że podczas studiów miałam zaszczyt poznać kilkoro wyjątkowych ludzi, którzy, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zaraz po studiach albo jeszcze w ich trakcie stali się ikonami młodego designu. Ich projekty nie były i nie są jedynie towarem na sprzedaż (co w obecnych czasach zdarza się coraz częściej ), ale są wynikiem wysokiego estetycznego wyczucia oraz głębokich przemyśleń, stojących już na pograniczu filozofii. Dzięki swoim zdolnościom, które zakiełkowały już na naszej Alma Mater, zaczęli tworzyć nowe wizje w dziedzinie architektury wnętrz. Efekty ich pracy są piorunujące, a przede wszystkim niepowtarzalne. Wiem, mieszkając na Słowacji zaledwie od roku, jak szybko traci się kontakt z aktualnymi wydarzeniami w ojczyźnie. Dlatego z radością przedstawię Państwu sylwetki dwóch najlepiej zapowiadających się projektantek wnętrz nowej generacji oraz ich projekty, które właśnie teraz podbijają serca Polaków i nie tylko.

Projektowanie wnętrz to nie dekorowanie wnętrz....!

„Szara mysz” i jej filozofia Już po pierwszych latach studiów można było wyczuć, które osoby spełnią się w zawodzie. I nie chodziło o to, które najbardziej się afiszowały czy rzucały w oczy. Często najlepsze projekty wychodziły od 50

Od kiedy pracuję w zawodzie, to zdanie powtarzam dość często. Wielu ludzi zarówno w Polsce, jak i tutaj, na Słowacji, nie wie, na czym polega zawód projektanta wnętrz lub w ogóle go nie zna. Efekt jego pracy jest rozpoznawany jako MONITOR POLONIJNY


„upiększanie” lub właśnie „dekorowanie”. Warto jednak wiedzieć, że praca projektanta polega na dogłębnej analizie zarówno osobistych oczekiwań klienta, jak i badaniu samych warunków przestrzennych domu czy mieszkania. Projekt wnętrz to wyznaczenie głównych ciągów komunikacji między pomieszczeniami, zgodnych z logiką i ergonomią, to wykreowanie przestrzeni poprzez system podziałów ścian, podłóg i sufitów, pozwalający na uzyskanie zamierzonego „odbioru“ wnętrza. Każdy dobry projekt zawiera jakąś myśl przewodnią, dominantę. Niezależnie czy oparta jest ona na pitagorejskim złotym podziale odcinka, czy też na preferencji inwestorki do koloru różowego, architekt wnętrz powinien potrafić wytworzyć piękną i spójną stylistycznie przestrzeń.

Designerki szukają dalszych dróg do doskonałości Wielkie, szaro-niebieskie oczy i nadzwyczajna zdolność od zachwycania się nawet najbardziej zwyczajnymi rzeczami – to bardzo krótka charakterystyka MAŁGORZATY ZBROIŃSKIEJ, która studia na Wydziale Architektury Wnętrz ASP w Krakowie ukończyła z wynikiem celującym i medalem Akademii. Wielokrotnie wystawiała swoje dzieła, brała udział w zagranicznych warsztatach architektonicznych, publikuje m.in. w ogólnopolskim miesięczniku „Architektura & Biznes”. Jednym z jej najciekawszych projektów jest budynek przy placu Nowym krakowskiego Kazimierza. Estetyczna, nowoczesna bryła zaprojektowana jest tak, by wpasowała się harmonijnie w środowisko, tworząc zarazem obiekt na tyle charakterystyczny, by nie dało się koło niego przejść obojętnie. Inspirowana organicznymi formami, „architektonicznymi pasożytami” i „dialogiem kształtów” budowla sprawia wrażenie penetrowanej przez samą siebie, przez swoje LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

własne przestrzenie użytkowe. Połączone w niej są kawiarnia, sezonowy bar, strefa widokowa oraz mieszkanie. Wnętrza te są czyste, krystaliczne, interesujące w sposobie przenikania i kojące w swojej prostocie. Użyte struktury i kolory uspokajają, prowokując tym samym podążanie bardziej śladem formy i kształtu, niż krzykliwych „dodatków” czy dekoracji. Inspiracje, zapoczątkowane cyklem prezentacji i wykładów profesora Manfredo Manfrediniego na politechnice w Mediolanie, znajdują w tym projekcie piękne formalne i funkcjonalne spełnienie. MAGDALENA ŚLUSARCZYK – ciemnowłosy wulkan energii i pomysłowości. Celująco obronioła pracę dyplomową na Wydziale Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Prezentowała swoje projekty na wystawach krakowskich i częstochowskich oraz na prestiżowych targach mebli i akcesoriów meblowych w Poznaniu. Była kurator wystaw. Prezentowany przeze mnie, oryginalny projekt jej autorstwa opiera się na pojęciu kohabitacji, oznaczającym budowanie wspólnoty i współodpowiedzialności. Słowo „habitat”, pochodzące z łacińskiego habito, habitare, habitavi, habitum ‘mieszkać’, habituatio ‘nawyk’ (z późn. łac. habituare ‘nawykać’) interpretowane jest przez projektantkę jako określenie miejsca, szczególnej przestrzeni czy środowiska życia, które otacza swoimi wpływami i jest użytkowane przez określoną populację. Jej budynek, respektuje bardzo konkretne warunki, które muszą być spełnione, by współmieszkańcy odczuwali, że jest to miejsce dobre do tworzenia związków międzyludzkich, przeżywania wspólnoty i pozytywnych przemian. Obiekt posiada strefę prywatną i publiczną. Na styku tych dwóch domen tworzy się domena społeczna, która zapewnia nawiązywanie bliskich więzi między jego użytkownikami. Projektantka balansuje między naturalnym instynktem przebywania w grupie a chęcią „osobistego posiadania”, „luksusu własno-

ści“, zapewniając obu tym potrzebom osobne przestrzenie do spełnienia. Wnętrza przestrzeni prywatnych zaprojektowane są tak, by odpowiadały osobistym odczuciom mieszkańca, czego przykładem są apartamenty, odpowiadające czterem żywiołom. Aranżacja sektorów wspólnych jest płynna w swojej formie, dzięki czemu pozostawia możliwość samoczynnego kształtowania się przez skupioną tam społeczność. Projekt ten jest jednym z najciekawszych, które znam zarówno ze względu na swoją filozoficzną genezę, jak i na formalny rezultat tych przemyśleń. Oba opisane przeze mnie projekty są przykładem tego, jak mocno projektowanie wnętrz związane jest z samą architekturą. Udowadnia też w pewniej mierze, że dobra architektura musi być powiązana z aranżacją wnętrz. Jedno nie istnieje bez drugiego. Nasze projektantki to rozumieją i między innymi stanowi to klucz do ich sukcesów. Nie zapominają też nigdy o tym, że „wnętrza są dla ludzi” i to ich życzenia są kamieniem węgielnym, na bazie którego realizuje się cały projekt. Projektant ma tylko trafnie i ze smakiem realizować nasze marzenie. W końcu to, jak mieszkamy, mówi, kim jesteśmy. BARBARA KOSOW

51


OGŁOSZENIA KLUBOWE Niedawno obchodziła swoje 75.urodziny nasza kochana

HENRYKA BANOVSKÁ z Dolnego Srnia – członkini Klubu Polskiego. Z okazji tak miłego święta, życzymy Ci Heniu wszystkiego najlepszego: Niechże Ci każdy dzień dostarcza radości I uśmiech w Twoim sercu gości. Niechaj problemy Cię omijają, A wszyscy bliscy bardzo kochają. Twoje niebo nigdy się nie chmurzy, Zdrowa bądź, szczęśliwa i żyj jak najdłużej! Klubowicze ze Środkowego Poważa Droga Rodzinko

Drogiej

Nehezovych!

Joli Trávníkovej

Z radością przyjęliśmy wiadomość o narodzinach Waszego Mateja i gratulujemy Wam z całego serca.

z okazji urodzin wszystkiego najlepszego, przede wszystkim powrotu do zdrowia, pełni sił oraz życiowego optymizmu życzą z całego serca

Członkowie Klubu Polskiego w Dubnicy nad Wagiem.

przyjaciele z Klubu Polskiego

Informujemy, że tegoroczny

Zlot Młodzieży Polonijnej

W

Y

B

Ó

R

Z

➨ POLSKIE STUDENTKI NA VŠVU Do 25 lipca Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wystawa prac studentek polskich akademii sztuk pięknych we Wrocławiu, Krakowie i Łodzi – Justyny Chmielewskiej, Eweliny Wiercigroch, Bogdany Tadly, Justyny Szymańskiej, Magdaleny Major i Agnieszki Widery, które były w semestrze letnim na stypendium na Słowacji. ➨ RZEŹBA I OBIEKT XIII Do 31 sierpnia Bratysława, Primaciálne námestie Wystawa prac Igora Mitoraja, polskiego artysty światowej sławy, zamieszkałego we Włoszech. Mitoraj zajmuje się głównie pokazywaniem ludzkiego ciała, inspirując się sztuką starego Rzymu i Grecji. Współorganizator: Agentúra Artlines, Bratislavské Staré Mesto ➨ KONCERTY

ORGANOWE ROMANA PERUCKIEGO

➨ 20 lipca o godz. 17.00 Skalica, kościół św. Michała W ramach III edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Katedralnej i Organowej ➨ 22 lipca o godz. 20.00 Bardejov, bazylika św. Egídia W ramach Dni Organowych im. J. Grešáka

odbędzie się w dniach 26-28 września 2008 r. w miejscowości Terchova. Temat: „Janosik wasz czy nasz?”.

➨ 23 lipca o godz. 19.00 Humenné, kościół Wszystkich Świętych W ramach VI Międzynarodowego Organowego Festiwalu „Dni organowe im. Štefana Thomána”

Zgłoszenia: Irena Zacharová, Komenského 29, 038 52 Sučany, tel. 043/4293655, e-mail: pirin@nextra.sk

➨ 24 lipca o godz. 19.00 Michalovce, Kościół Narodzenia Marii Panny

52

MONITOR POLONIJNY

P


R

O

G

R

A

M

U

I

N

➨ CAPELLA ISTROPOLITANA 25 lipca o godz. 20.00 Bańska Szczawnica, Stary Zamek, Lapidarium Koncert orkiestry pod batutą polskiego dyrygenta Jacka Rogali w ramach Festiwalu Muzyki Pięknej. Skrzypce: Elena Denisova (Austria). www.fph.sk Współorganizator: Občianske združenie Pekná hudba, mesto Banská Štiavnica, Centrum mestskej kultúry Rubigall, Slovenské banské múzeum a Múzeum vo Sv. Antone ➨ NASZE POWSTANIA 1944 Udział Słowaków w powstaniu warszawskim • Udział Polaków w Słowackim Powstaniu Narodowym 31 lipca o godz. 17.00 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wystawa przedmiotów i materiałów, związanych z udziałem Polaków w SPN i Słowaków w powstaniu warszawskim Współorganizatorzy: Muzeum Powstania Warszawskiego, Múzeum SNP ➨ DRAGON’S EYE 2 sierpnia o godz. 15.30 Námestovo, nábrežie Oravskej priehrady Koncert warszawskiej grupy heavymetalowej w ramach festiwalu Orava Rockfest 2008. www.dragonseye.pl, www.oravarockfest.sk Współorganizator: Občianske združenie LOD P

O

L

E

C

A

M

LIPIEC - SIERPIEŃ 2008

T

Y

T

U

T

U

P

➨ KONCERT

ORGANOWY AGATY AUGUSTYN 3 sierpnia o godz. 18.00 Kremnica, kościół św. Katarzyny Koncert w ramach festiwalu Kremnickie Organy Zamkowe. W programie utwory M. Regera i F. Liszta. Współorganizator: Ars Consulting

L

S

K

I

E

G

O

➨ KONCERT

ORGANOWY PIOTRA ROJKA 26 sierpnia o godz. 19.00 Bratysława, kościół jezuitów Koncert polskiego organisty w ramach festiwalu Dni Muzyki Organowej.

➨ POLSKIE FILMY ANIMOWANE 13-17 sierpnia Bańska Bystrzyca Projekcje polskich krótkich filmów animowanych w ramach muzycznofilmowego festiwalu Top Fest Barbakan. Współorganizator: Agentúra Vresk ➨ BAABA 15 sierpnia o godz. 19.00 Bańska Bystrzyca Koncert polskiej grupy w ramach muzyczno-filmowego festiwalu Top Fest Barbakan. Styl gry i muzyka formacji „Baaba” pełna syntetycznych dźwięków szokuje i zachwyca. Współorganizator: Agentúra Vresk ➨ INTENSYWNY

O

KURS JĘZYKA

POLSKIEGO 25 sierpnia - 12września Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Letni intensywny kurs języka polskiego dla początkujących. Cena 2500 Sk. Informacje pod numerem 02/544 320 13.

➨ ČAČI VORBA 26 sierpnia o godz. 20.00 Bratysława, Nádvorie Starej radnice Koncert polskiej grupy folkowej w ramach Bratysławskiego Lata Kulturalnego. Muzyka grupy „Čači Vorba”, nazwa której z języku Cyganów bałkańskich znaczy „szczera mowa“, łączy muzykę bałkańską, cygańską i karpacką. Współorganizator: Bratislavské kultúrne a informačné stredisko ➨ PRZYGODY PÓŁPUSZKI 30 sierpnia o godz. 18.45 i 19.30 Kremnica, MsKS Spektakl teatralny dla dzieci la commedia dell’arte w wykonaniu polskiego teatru Podlaski Teatr Pacynkowy i włoskiego teatru Teatro dell’ Aglio na Środkowoeuropejskim festiwalu humoru i satyry Kremnické gagy.

Y

➨ ŚWIAT W STROJACH 5.6.-13 września Bratysława, Galéria ÚĽUV, Obchodná 64 Wystawa lalek w polskich i zagranicznych strojach ludowych. Organizatorzy: ÚĽUV, Cepelia ➨ MALARSTWO I RZEŹBA Do 7 września Preszów, Šarišská galéria, Hlavná 51 Wystawa Bronisława Chromego Organizatorzy: Šarišská galéria, Galeria Bronisława Chromego

S

➨ MALARSTWO NA SZKLE 25 lipca - 26 sierpnia Bardejov, Dom polsko-słowacki Wystawa prac Zofii i Marty Forteckich ➨ PARTYZANCI – BOHATEROWIE CZY BANDYCI? 28 sierpnia o godz. 17.00 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Dyskusja Główny organizator: UPN

➨ MARIE JONES: KAMIENIE W KIESZENIACH 25. i 26 lipca o godz. 19.00 Kežmarok, MsKS Spektakl teatralny w ramach festiwalu Lokal Life 2008 w wykonaniu teatru „Kontra” ze Spišskej Novej Vsi. Kolejna z serii irlandzkich sztuk teatralnych w reżyserii polskiej reżyser Klaudyny Rozhin jest czarną komedią o tym, jak Irlandię kolonizowała komedia amerykańska. Sztuka odniosła sukces również na Broadwayu. 53


Sól a Šachy K

Pred hroziacou nudou nás mohli zachrániť jedine Bretónci. Lenže tí účasť na medzinárodnom mládežníckom tábore na poslednú chvíľu odriekli. Pani profesorku, ktorú do východného Nemecka prilákala, prirodzene, aj šanca stráviť zopár dní v spoločnosti pravých Francúzov, nečakaná správa hlboko zasiahla. Úprimne som ju ľutovala. Od súcitu k solidarite však vedie dlhá cesta. Konkrétne v tomto prípade súdržnosť prekazila melodická poľština dvoch študentov elektrotechniky z Vroclavu. (Tí na rozdiel od rozmaznaných keltských potomkov prišli na zber v plnej výzbroji. Z domu si doniesli dokonca aj skladací rebrík, ak by sa bolo treba šplhať do výšky!) Jacek a Darek. Okamžite mi padli do oka. Ale určite to platí aj opačne. Veď prečo by ma inak hneď prvý večer pozvali na prechádzku?! Presne si už nespomínam, čo nás vzájomne zaujalo. (Zrejme išlo o osudovú príťažlivosť!) Živo sa mi vybavuje iba historické centrum mestečka na ostrovčeku uprostred rieky Havel. Kým sme tam dorazili, slnko pomaly zapadlo. No a kým som dojedla zmrzlinový pohár, čo mi galantní mládenci objednali, po oblohe plával mesiac. Do tábora sme sa vrátili krátko 54

FOTO: STANO STEHLIK

eď prímestský autobus zaparkoval v odľahlej pustatine, pani profesorka iba ťažko skrývala rozčarovanie. Išlo o legitímnu reakciu. Na gymnáziu ju sprevádzala povesť distingvovanej francúzštinárky, ktorej šatník, kopírujúci parížske trendy, vyvolával medzi nami študentkami úprimnú závisť. Tu, v mestečku Werder pri Postupime, kde sa ľudia dorozumievali saským dialektom a živili prácou na višňových plantážach, však jej bezchybná francúzština, tobôž bezchybné oblečenie zavážili len nepatrne.

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

ANNA WEIDLEROVÁ, NEZAVISLÁ NOVINÁRKA

pred polnocou. Cestu sme si krátili poéziou. Darek predniesol úryvok z básne Sól od Wisławy Szymborskej a ja som mu na oplátku zarecitovala Šachy od Miroslava Válka. Ako sa dalo čakať, pani profesorka k oneskorenému návratu zaujala zásadový postoj. Poľsko-slovenské vychádzky pri západe slnka sa teda skončili rovnako rýchlo, ako sa začali. Vroclavských chlapcov som mohla vídať už len pri raňajkách. Aj tak sme si občas vymenili zopár bezvýznam-

ných slov pri nakladaní úrody na pristavený traktor. Napokon to bolo celkom pekné leto. Počas kolektívnej rozlúčky pred táborovou zástavou sa dokonca Jacekovi podarilo strčiť mi do vrecka lístoček so svojou adresou. (Mobily ešte neexistovali.) Krátko nato otca pozvali do školy. Od útleho detstva ma učil priamosti, takže rýchlo pochopil, odkiaľ fúka vietor. Hoci ako pravý gentleman neprezradil záver schôdzky so šarmantnou pani profesorkou, usudzujem, že jeho mužsko-otcovské ego utrpelo drvivú porážku. Vskutku bolo len otázkou času, kedy zatúži spoznať skutočných vinníkov svojej nepredvídanej potupy a pozve ich do našej 25-árovej záhrady. Návštevu perspektívnych poľských inžinierov načasoval tak, aby chłopaki mohli ukázať, čo naozaj dokážu. Najprv ich zaškolil do techniky kydania hnoja a potom im kúpil dva poriadne rýle. Keď po týždennej brygade skontroloval výsledok ich snaženia, uznanlivo skonštatoval, že aféra, čo takmer spochybnila jeho liberálne výchovné metódy, sa vyplatila. Medzičasom padol Berlínsky múr, Wisława Szymborska získala Nobelovu cenu a pani profesorka, ktorej som pred mnohými rokmi otrávila už aj tak dosť otravný pobyt v čarovnom Werdere (za čo sa jej úprimne ospravedlňujem), sa stala veľvyslankyňou SR pri Rade Európy v Štrasburgu. Jediné, čo tomuto celkom nevinnému a predsa nezabudnuteľnému príbehu chýba, je pointa. Možno by mohla znieť takto: Kto túži spoznať príťažlivosť Poliakov, nemusí nevyhnutne navštíviť ich príťažlivú krajinu. Hoci aj to sa vyplatí! MONITOR POLONIJNY


K Ą C I K

C Z Y T E L N I C Z Y

Czy konie myślą? Jak się porozumiewają? Co to jest kantar? Jak wygląda koń izabelowatej maści? Co to jest kłąb? Ile godzin snu dziennie potrzebuje koń? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w przepięknie ilustrowanej książce „Najlepszy przyjaciel“ (opracowanie literackie Patrycja Zarawska , wyd. DEBIT 2000). Dzięki niej nie tylko poznacie lepiej konie, ale przeżyjecie wspólnie z jej bohaterami wiele ciekawych przygód:

S I E D E M

„Co to? Demena nagle zaczyna wiercić się i wierzgać kopytami do tyłu. Czemu? Co jej zawinił Doti? Przestraszony koń podrywa się raptownie, Maciek traci równowagę i błyskawicznie spada w głęboką zaspę. Pan Karol biegnie do niego. - Nic ci się nie stało? – pyta. - Nic – burczy mały jeździec, wypluwając śnieg, który dostał mu się do buzi. Wyjmuje śnieg z czapki i zza kołnierza. – Nie będę więcej jeździł konno – mówi przez łzy. – Nigdy! - No coś ty! – przekonuje go Tomek. – Przecież to ani twoja wina, ani Dotiego. Będzie jeszcze z ciebie świetny kowboj, zobaczysz. W końcu chłopiec dał się namówić na jeszcze jedną szansę“.

C U D Ó W

❶ KOLOS RODYJSKI – olbrzymi posąg boga Heliosa, wzniesiony u wejścia do portu Rodos dla upamiętnienia zwycięstwa Rodyjczyków nad królem Macedonii, który w latach 305-304 p.n.e. bezskutecznie oblegał miasto.

Ś W I A T A

❷ MAUZOLEUM W HALIKARNASIE, w Azji Mniejszej – wspaniały wielopiętrowy grobowiec władcy Karii Mauzolosa i jego żony Artemizji, zbudowany w IV wieku p.n.e. To właśnie od jego imienia pochodzi słowo „mauzoleum“.

❸ PIRAMIDY EGIPSKIE – monumentalne grobowce faraonów, budowane w starożytnym Egipcie w kształcie ostrosłupa. Najczęściej wymieniana jest jedna z nich, mianowicie piramida Cheopsa.

❹ POSĄG ZEUSA W OLIMPII – ustawiony w jego świątyni w miejscu ogólnogreckich igrzysk sportowych, wykonany przez Fidiasza – słynnego greckiego ❺ ŚWIĄTYNIA ARTEMIDY W EFEZIE – monumentalna budowla rzeźbiarza, żyjącego ze wspaniałym posągiem greckiej bogini łowów i opiekunki w V wieku p.n.e. Był to posąg wykonany ze zwierząt, zbudowana w VI wieku p.n.e. W 356 r. p.n.e. dla szlachetnego drewna (hebanu lub cedru), zdobycia sławy podpalił ją Herostrates – szewc z Efezu. pokryty kością słoniową i złotem. Wkrótce po pożarze odbudowano ją jeszcze wspanialszą. Z R Ó B T O S A M

❼ WISZĄCE OGRODY SEMIRAMIDY – ❻ LATARNIA MORSKA NA asyryjskiej królowej, żyjącej w IX WYSPIE FAROS – w. p.n.e., założone w Babilonie na studwudziestometrostopniowo obniżających się wej wysokości i bogatarasach wielkiej budowli to ozdobiona, wzniespecjalnie w tym celu wzniesionej. siona na maleńkiej wysepce u wejścia do portu w Aleksandrii, by wskazywać drogę żeglarzom, zbudowana około 280 roku p.n.e. W XIV w. zniszczyło ją trzęsienie ziemi. Z wyjątkiem piramid egipskich, pozostałe sześć cudów świata uległo zniszczeniu. Wiemy o nich dzięki historii starożytnej i pracom archeologicznym. LIPIEC LIPIEC -- SIERPIEŃ SIERPIEŃ 2008 2008

Nic prostszego – zastanów się przez chwilę nad swoimi własnymi „siedmioma cudami” świata. Porozmawiaj z rodzicami, które miejsca ich zachwyciły. Namów ich do odwiedzenia wspólnie chociaż jednego z nich podczas tegorocznych wakacji. U W A G A ! Nie zapomnijcie o konkursie: „Opis wakacyjnej przygody”. Przypominam, że ma to być opowiadanie napisane po polsku (1 strona) i wysłane pod adresem redakcji do 5 września. Więcej informacji na ten temat znajdziecie w czerwcowym „Monitorze Polonijnym”.

stronę redaguje Moan

55


Oj,

nie zawsze można ruszyć się z domu w wakacyjny czas… Wtedy cudzy wypoczynek to raczej powód do zazdrości, ale niekoniecznie. Możemy wówczas do woli przeprowadzać eksper ymenty kulinarne, przygotowując rozmaite potrawy różnych kuchni europejskich, by w ten sposób „podróżować”, nie wychodząc z domu. Tydzień włoski, tydzień grecki, tydzień hiszpański – i tak w czasie wakacji zakosztujemy tego samego, co inni urlopowicze, ale bez r yzykownego rozkładania namiotu po nocy, bez stresujących dialogów z obcokrajowcami, bez zagubienia się wśród europejskich węzłów autostradowych i bez choroby lokomocyjnej rzecz jasna. Dokąd ze Słowacji najbliżej na urlop? Oczywiście do Chorwacji! Dziś więc łakomy kąsek kuchni chor wackiej, w sam raz na niespieszne letnie grillowanie.

PLJESKAWICA SKŁADNIKI:

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA:

• 1/2 kg tłustszego mięsa wieprzowego • 1/2 chudszego mięsa wołowego lub drobiowego • 2 duże cebule • 1 duża czerwona papryka • 3 ząbki czosnku • 5 pomidorów • sól, pieprz

Chude mięso zmielić bardzo drobno i wymieszać z posiekaną cebulą, czosnkiem, przyprawami i nieco więcej niż połową szklanki wody. Dodać drobno posiekaną paprykę i grubo zmielone tłuste mięso. Wszystko razem wymieszać. Uformować płaskie okrągłe kotleciki i piec je na grillu. Wersja na patelni czy z piekarnika również będzie smaczna. Pod koniec pieczenia na ruszcie położyć połówki pomidorów. Upieczone kotlety

i przypieczone pomidory podajemy razem. Można je posypać natką pietruszki, a osobno dodać pokrojony kozi ser. Oczywiście może to być też swojski ser owczy. I już mamy kuchnię międzynarodową w całej okazałości! A jeśli do naszej pljeskawicy dodamy kupiony w sklepie sos paprykowy „Ajar” i chorwackie czerwone wino, możemy, oglądając zdjęcia z ubiegłorocznego urlopu, poczuć się tak, jak gdybyśmy znowu zamoczyli stopy w ciepłym, słonym morzu – czego Wam serdecznie życzę.

AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2008/07-08  
Monitor Polonijny 2008/07-08  
Advertisement