Page 1


Zabawa, jak na ostatki przystało

P

od koniec karnawału, 2 lutego, w trenczyńskim Centrum Kultury „Sihot” już po raz trzeci na tradycyjnej zabawie ostatkowej spotkały się rodziny klubowiczów z Trenczyna i Dubnicy wraz z przyjaciółmi.

Na tę zabawę wszyscy czekali od dawna. Parkiet zajęty był przez tańczących do późnej nocy. Wszyscy – dzieci i dorośli – bawili się w rytm znanych przebojów, między którymi nie zabrakło i polskich. A te, których nie grano do tańca, śpiewano w przerwach między tańcami przy akompaniamencie gitary. Korzystano też z pomocy „Śpiewnika polonijnego”, zawierającego teksty znanych polskich piosenek (nie tylko biesiadnych), które członkowie Klubu z Trenczyna sami sobie poskładali i opracowali na podstawie różnych źródeł. Mimo że i w tym roku wielu zaproszonych gości zawiodło, a innym choroba nie pozwoliła przyjechać, atmosfera spotkania była wesoła i bardzo rodzinna. Bawiono się sponta-

2

nicznie, bez skrępowania, tańcząc i śpiewając na całe gardło. Stoły zastawione były suto smakołykami, które przynieśli uczestnicy na wspólny stół. W trakcie tańców i śpiewów nie zabrakło też okazji do rozmów i nawiązywania nowych przyjaźni. Na spotkanie zaproszenia przyjęli również nowi członkowie trenczyńskiego klubu oraz osoby zaintereso-

wane członkostwem, m.in. pani, która studiowała w Polsce i która dzięki spotkaniom w Klubie chciałaby utrzymać kontakt z polskim językiem i polską kulturą. Zabawa bardzo się podobała naszym miłym gościom z Bielska Białej i z Nitry, którzy do domów odjeżdżali zadowoleni i pełni miłych wrażeń. Wszyscy, którzy choć raz byli w Trenczynie na podobnej zabawie, przekonali się, że trenczyńska Polonia potrafi się dobrze bawić, jest rozśpiewana, a jej rodziny i przyjaciele znają się coraz lepiej. I chociaż ostatki polonijne nie należą do kategorii wytwornych balów karnawałowych, to na pewno są imprezą godną większego zainteresowania i wsparcia. Są bowiem okazję do wspólnych tańców, których Polonusom naprawdę brakuje! A przecież oni chcą zawierać nowe znajomości, bawić się, tańczyć – przecież taniec ludzi zbliża… Kto chciałby do tej grupy dołączyć, musi poczekać do następnego roku. Na pewno warto.... W imieniu członków oddziału KP w Trenczynie RENATA STRAKOVÁ

P.S.

Ci, którym się jednak czekać nie chce, będą mieć okazję do zabawy 24 maja br. pod trenczyńskim zamkiem na tradycyjnym spotkaniu z cyklu „Przyjaźń bez granic”!

ZDJĘCIA: ZBIGNIEW PODLEŚNY, RENATA STRAKOVÁ

MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Lubię oglądać programy bądź słuchać opowieści, jak powstają artykuły czy filmy od kuchni. Niekiedy i my na łamach „Monitora” uchylamy rąbka tajemnicy, ujawniając, jak dochodzi do powstania naszych materiałów. W niniejszym numerze przedstawiamy wywiad ze Zbigniewem Wodeckim. Zanim jednak zarówno ten, jak i inne wywiady trafiają na strony czasopisma, poprzedza je kilka etapów pracy: umówienie z rozmówcą, realizacja wywiadu (w tym dojazd do miejsca spotkania), przepisanie rozmowy z kasety i opracowanie jej do druku. Tak było też i w tym przypadku. Kiedy od zaprzyjaźnionej Polonii wiedeńskiej dowiedziałam się, że podczas Balu Wiosny wystąpi właśnie Wodecki, zaczęłam zabiegać o spotkanie z nim. Rozmowa miała się odbyć w piątkowe popołudnie podczas poprzedzającej bal próby. Niestety, w owo popołudnie udało mi się uzyskać tylko część odpowiedzi na przygotowane pytania. Pan Wodecki zaproponował więc, abym przyszła na bal i wówczas gdzieś w garderobie mieliśmy dokończyć rozmowę. No cóż, nie pozostało mi nic innego, tylko się zgodzić. W ten sposób wieczorem, ubrana niewieczorowo, znalazłam się wśród gości ubranych w wieczorowe kreacje. Otaczały mnie suknie z dekoltami, smokingi, boa, konfetti… Do domu było zbyt daleko, aby zmienić ubiór, więc po raz pierwszy w życiu odegrałam rolę… Kopciuszka. Stałam więc za barem (by ukryć choć trochę „nieprzystosowanie” do sytuacji) i udawałam, że się świetnie bawię. W końcu doczekałam się dokończenia rozpoczętej wcześniej rozmowy z artystą, która przecież miała odbyć się w ustroniu, z dala od pląsów… Jaki z tego wniosek? Kopciuszkiem można zostać nawet przed północą, a dziennikarz powinien mieć zawsze w pogotowiu kreację, stosowną do każdej sytuacji i mieszczącą się w małej torebce (czy ktoś już coś takiego zaprojektował?). W tym numerze oprócz wspomnianego wywiadu przeczytać możecie Państwo kilka artykułów, związanych ze zbliżającymi się Świętami Wielkanocnymi, wśród których znajdziecie zachętę do ozdobienia z tej okazji naszych domów i mieszkań, a także wypróbowany przez naszą redakcyjną koleżankę wspaniały przepis na wielkanocną szynkę. Mili Czytelnicy, pamiętajcie jednak, że święta to głównie czas odpoczynku. Nikt w tym czasie nie musi odgrywać roli Kopciuszka ani w kuchni, ani nigdzie indziej. A zachęcając do lektury naszego pisma, życzymy zdrowych i pogodnych świąt. W imieniu redakcji MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

Wielkiego Tygodnia niezwykłe zwyczaje Z KRAJU Dom pełen świątecznej atmosfery OPOWIADANIE WIELKANOCNE Wybrałem Spacerkiem w stronę wiosny… Szukasz miłości – znajdź pracę! Będzie się działo! KINO-OKO „Lejdis” WYWIAD MIESIĄCA Zbigniew Wodecki: „Gwiazdy są w Hollywood, my w Polsce udajemy gwiazdy“ Z NASZEGO PODWÓRKA MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Kasia Cerekwicka TO WARTO WIEDZIEĆ Polacy na Antarktydzie BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI O Indianach inaczej Polskie rakiety OKIENKO JĘZYKOWE Czy „celebryt” jest mile widziany? OGŁOSZENIA CZYTELNICY PISZĄ Wspomnienie… POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Poľská pohostinnosť nie je prázdna fráza MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI PIEKARNIK Święta wszelkiej obfitości…

4 4 5 7 8 8 10 11

12 14 17 18 21 22

24 24 25

26 27 28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk MARZEC 2008

3


Wielkiego Tygodnia niezwykłe zwyczaje

K

ażdy, nawet największy mieszczuch, zapytany o tradycje świąteczne, potrafi co nieco powiedzieć – a to o malowaniu jajek, o święceniu koszyczka czy o lanym poniedziałku. Święta Wielkanocne są jednakże pełne innych, bardzo ciekawych zwyczajów i w czasach „kanapowych świąt przed telewizorem” warto o nich wspomnieć – może zachęcą Państwa do przeżycia Wielkanocy w nieco odmienny niż zwykle sposób. Nielubiany przez wszystkich zwyczaj wiosennych porządków ma bardzo głębokie tradycje – sprzątanie domów, oczyszczanie własnego wnętrza przez stosowanie postów, miało przygotować ludzi na lepsze życie po Zmartwychwstaniu. Odświeżone domy i obejścia ozdabiano kwiatami, wiosennymi dekoracjami, nawet ziemia w ogrodzie, często jeszcze uśpiona po zimie, była malowniczo obsypywana piaskiem albo grabiona we wzorki. Pamiętajmy jednak, aby takie porządki zakończyć przed Wielkim Czwartkiem, bo potem przychodzi czas na inne zadania. Najpierw pożegnanie śledzia – ważniejszy od mięsa przez sześć tygodni postu dostatecznie się już

wszystkim przejadł, niech więc zawiśnie na drzewie i wisi tak aż do niedzieli (żeby jednak goście nie omijali nas szerokim łukiem, zdejmujemy rybkę wcześniej lub wieszamy tekturową). Potem kąpiel – koniecznie w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek i obowiązkowo w rzece! Tym, którzy nie lubią ryzykować zdrowia, pozostaje wanna, ale za to z chłodną wodą. Trzeba wykąpać się do brzasku, wtedy woda zabierze wszelkie choroby i da siły aż do kolejnej Wielkanocy. Wielki Piątek to idealny czas na zapewniające urodzaj prace ogrodowe – wysiew warzyw i kwiatów. To również dzień pieczenia ciast i chleba – a mokrymi od ciasta rękami należy objąć rosnące w ogrodzie drzewa owocowe, wtedy ich wydajność zdecydo-

ich też upolityczniać. Eksperci są zgodni, że wizyta Donalda Tuska w Moskwie nie przyniosła przełomu, natomiast zauważalne jest ocieplenie wzajemnych relacji. PREMIER DONALD TUSK spotkał się 8 lutego w Moskwie z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Wcześniej spotkał się z rosyjskim premierem Wiktorem Zubkowem. Była to pierwsza wizyta szefa polskiego rządu w Rosji od czasu Leszka Millera. Putin powiedział, że nie należy dramatyzować problemów w stosunkach polsko-rosyjskich i nie trzeba 4

POD KONIEC STYCZNIA miał miejsce strajk celników, domagających się podwyżek płac, przyznania uprawnień emerytalnych takich, jakie mają inne służby mundurowe, i zapewnienia właściwej ochrony prawnej podczas wykonywaniu obowiązków służbowych. Niektórzy celnicy poszli na zwolnienia lekarskie, inni wzięli urlopy na

wanie się zwiększy. Twierdzono też, że wodą, którą myto naczynia służące do przygotowania ciast, należy umyć twarz i ręce, co zapewnić miało urodę aż do śmierci. Woda, w której gotowano jajka, dawała ponoć niezwykłą siłę włosom… W Wielki Piątek zabierano się do malowania pisanek. Czy dzisiaj ktoś jeszcze wie, że od wieków jajku przypisywano potężną moc odganiania złych duchów? Stawiając domy czy kościoły, umieszczano w ich podstawie jajko, by uchronić budowlę od złego – takiego „kamienia węgielnego” dorobił się ponoć sam krakowski kościół Mariacki. Malowanie pisanek to zadanie dla dziewcząt, bo najładniejszą obdarowuje się chłopaka, z którym wiąże się nadzieje na przyszłość. Ale chłopcy swoje uczucia mogą okazać dokładnie w ten sam sposób – darowując pisankę. Wierzono też, ze w noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, dokładnie o północy, na rozstajach dróg zbierały się czarownice, dlatego od rana nie wolno było pracować, obmawiać bli-

żądanie. Na przejściach granicznych z Ukrainą i Białorusią tworzyły się olbrzymie kolejki TIR-ów. Na odprawę kierowcy czekali po kilkanaście godzin, a nawet kilka dni. Dwóch z nich zmarło. Urzędy wojewódzkie dopiero po kilku dniach zapewniły oczekującym ciepłe posiłki i namioty. Zdesperowani kierowcy w niektórych miejscach zablokowali drogi, prowadzące do przejść. POJAWIŁY SIĘ PODEJRZENIA, iż przed zmianą ekipy w Ministerstwie Sprawiedliwości niszczono dokumenty. Podej-

rzenia te się pogłębiły, kiedy wyszło na jaw, iż służbowy laptop byłego ministra Zbigniewa Ziobry został mocno uszkodzony, a uszkodzenia te nie były przypadkowe. Podobny los spotkał też laptop asystenta Ziobry. Okazało się ponadto, że były minister nie zwrócił czterech kart SIM do telefonów komórkowych. Tłumaczył to tym, że przez przypadek zniszczyła je sekretarka, a jeden telefon miał nawet wpaść pod koła samochodu. CZTERY DNI po przegranych przez PiS wyborach ówczesny minister skarbu WojMONITOR POLONIJNY


źnich, właściwie oprócz święcenia pokarmów najlepiej nic nie robić, aby się nie narażać… A potem, niedzielnym świtem, po mszy, już można było wszystko – a przede wszystkim jeść, jeść i jeść! Czy wiecie, że niezwykłych przeżyć, związanych ze świętami wielkanocnymi, dostarczy nam wycieczka do położonej zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od polsko-słowackiej granicy Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie co roku tysiące pielgrzymów uczestniczą w widowisku, upamiętniającym ostatnie chwile życia Jezusa? Warto się więc tam wybrać niczym do Częstochowy chociaż jeden raz – ponoć wspomnienia zostają aż do śmierci. Polskie tradycje świąteczne są znane na całym świecie, głównie poprzez swoją barwność i różnorodność – ocalmy z nich coś dla siebie i naszych dzieci, a wtedy, gdziekolwiek zaniesie nas los, zawsze wśród obcych rozpoznamy Polaka. Szanujmy tradycje, bo odróżniają nas od innych. Wesołych świąt i… do dzieła! AGATA BEDNARCZYK ciech Jasiński umorzył prawie 700 tys. zł długów Porozumienia Centrum, pierwszej partii Jarosława Kaczyńskiego. Była to jedyna decyzja o umorzeniu długów, jaką minister skarbu podjął w zeszłym roku. O aferze poinformowała 14 lutego Gazeta Wyborcza. PREMIER DONALD TUSK, podsumowując 100 dni swojego gabinetu, wyraził nadzieję, że Platforma Obywatelska będzie rządziła przez co najmniej osiem lat. Zapowiada zmianę konstytucji w zakresie ustroju państwa, wprowadzenie okręMARZEC 2008

Dom pełen świątecznej atmosfery

No

i ponownie mamy święta. Okres radości i długo oczekiwanego wolnego czasu, który w większości spędzimy w domu z bliskimi. Z większą lub mniejszą radością zabierzemy się do gotowania i przygotowania wszystkich niezbędnych na naszym wielkanocnym stole potraw. Oprócz uczty dla podniebienia warto również zadbać o ucztę dla oka...

gów jednomandatowych i likwidację jednej z izb parlamentu. Opozycja, szczególnie Prawo i Sprawedliwość, oceniła 100 dni rządu jako „sto dni niespełnionych obietnic”. NAJSŁYNNIEJSZY LOBBYSTA III RP Marek Dochnal został zwolniony z aresztu, gdzie spędził 3,5 roku. Podejrzany jest między innymi o pranie brudnych pieniędzy, przygotowania do fałszowania dokumentów oraz udział w obrocie środkami odurzającymi. Prokuratura stara się o przedłużenie mu tymczasowego aresztowania.

W sztuce kulinarnej wielu nacji, również polskiej, wierzy się, że równie ważny jak smak jest sposób podania posiłku. W niektórych kulturach nawet doznania dotykowe spożywanego rękoma posiłku są wyznacznikiem jego jakości. My jednak nie posuniemy się aż tak daleko – nasze działania skierujemy raczej na dekorowanie wnętrz mieszkań i domów. Zadbamy po prostu o dobry nastój naszych gości i rodziny. Nie będziemy ingerować w samą architekturę pomieszczenia. Skupimy się jedynie na jej kolorystycznym i ergonomicznym urządzeniu. PREZYDENT OLSZTYNA Czesław Małkowski został zatrzymany przez policję pod zarzutem molestowania seksualnego swoich podwładnych i gwałtu jednej z urzędniczek. Małkowski od początku wszystkiemu zaprzecza, twierdząc, że jest ofiarą prowokacji politycznej. Odmówił też podania się do dymisji. POLSKA ZYSKAŁA jednego Oscara. „Piotruś i wilk” został nim nagrodzony w kategorii najlepszy krótkometrażowy film animowany. Półgodzinny film, wyprodukowany w koprodukcji polsko-brytyjskiej, zrealizowa-

ny został w klasycznej technice animacji lalkowej. W Polsce dofinansowany został przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Film „Katyń“ Andrzeja Wajdy wbrew oczekiwaniom niestety Oscara nie zyskał. POLSKA DOCZEKAŁA SIĘ Ivana Mládka i „Jóžina z bážin”. Czeski artysta, którego 30-letnia piosenka zrobiła w Polsce furorę, wystąpił pod koniec lutego w Opolu, Poznaniu, Warszawie, Kielcach. Koncerty cieszyły się dużym zainteresowaniem publiczności i dziennikarzy. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


Niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak silne jest działanie dekoracji wnętrz na nastrój, a nawet zachowanie ludzi w nim przebywających. Badania socjologiczne potwierdzają, że kolory, struktury czy rozstawienie mebli pomagają nam w zachowaniu dobrego humoru lub wpływają na jego pogorszenie. A zatem jeśli zależy nam na wspaniałej świątecznej atmosferze, możemy zastosować parę niekoniecznie drogich, ale bardzo skutecznych trików z pogranicza psychologii i architektury wnętrz .

„OGNISKO RODZINNE” Zacznijmy od ustawienia mebli. Wielki stół jadalny, używany do przyjmowania większej ilości gości, stoi zazwyczaj złożony gdzieś w kuchni lub w piwnicy. Gdy go potrzebujemy, rutynowo ustawiamy zawsze w tym samym miejscu. Tym razem, wykorzystując chwyt socjologiczny, ustawmy go W INNYM MIEJSCU NIŻ ZAZWYCZAJ. Już sama taka zmiana i odejście od standardu będzie dla naszych domowników znakiem, że dzieje się coś wyjątkowego, długo oczekiwanego. W rezultacie skupią oni większą uwagę na samym wydarzeniu, jakim są święta. Większości z Państwa wydaje się zapewne, że nie ma innej możliwości ustawienia stołu, 6

ale – zapewniam – to tylko głos przyzwyczajenia. Prawie zawsze jest to możliwe. Optymalna sytuacja jest wówczas, gdy stół, jako najważniejszy element, znajduje się w centrum pomieszczenia i można do niego dojść ze wszystkich stron. Jest wówczas substytutem rodzinnego ogniska, przy którym wszyscy się zbierają. Dobrym, choć czasem kłopotliwym pomysłem, jest posadzenie naszych pociech tyłem do telewizora, aby taki wspaniały, rodzinny posiłek nie przeistoczył się w rodzinny seans przed telewizorem.

„STOLICZKU NAKRYJ SIĘ”

ni nieodzownie wprowadzają nas w euforyczny nastrój. Należy jednak pamiętać, że każdy kolor ma wiele odcieni, nie zawsze do siebie pasujących. Jako główne polecam te odcienie, które odczuwamy jako „ciepłe” czy „syte”. Pastelowe zostawmy na inne okazje. Przykładowe odcienie to „zielony cynobrowy jasny“ czy „żółty ultramaryna“ (sprawdźcie w Internecie!), które przyciągają oko i są bardzo optymistyczne. Pozostałe dodatki starajmy się dobrać o jeden, dwa tony ciemniejsze lub jaśniejsze. Nie bójmy się intensywnych kolorów, albowiem są one cudownym sposobem na rozweselenie otaczającej nas szarej rzeczywistości.

„BRAMA MIĘDZY ŚWIATAMI” W święta wielkanocne nie sposób obyć się bez dodatków dekoracyjnych. Poczynając od tych tradycyjnych i symbolicznych, jak pisanki, baranek czy rzeżucha, przez te ze sklepów, a kończąc na tych, które możemy wykonać własnymi siłami w domu. Można np. wiszącymi elementami udekorować ramę drzwi. To zabieg po-

Równie ważne, jak ustawienie stołu, jest jego wygląd. Samo ustawienie potraw dość przyjemnie go zapełnia, ale to nie wszystko. Obrus, serwety i inne drobiazgi mogą wprowadzać w świąteczny nastój, ale muszą być odpowiednio dobrane. Nie chodzi jedynie o jakość tych dodatków, ale i ich kolor. Nie należy uciekać od tradycyjnych kolorów wielkanocnych, które są w nas głęboko zakorzenione i charakterystyczne dla naszej kultury. Wszystkie odcienie żółci, zieleMONITOR POLONIJNY


Wychował się w kochającej rodzinie. Lubił domową zwyczajność, ciepło, ład, zapach jajecznicy na cebuli w niedzielę rano. Wyrósł, wyjechał na studia. Otwierał się przed nim świat. Był bystry, pracowity, działał na ludzi. Wielki świat go pokochał. Studia, wyjazd za granicę, sukcesy. Powrót do kraju – ze świadomością, że jest kimś lepszym niż pozostali. A już na pewno kimś lepiej zorientowanym. Wiedział już, co jest ważne, jak się w życiu ustawić, robić karierę i pieniądze. Dom, ten rodziców, zdał się nagle taki zaściankowy, zwyczajny. Widział piękniejsze wnętrza, jadł luksusowe potrawy, podawane w eleganckich restauracjach. Inni mieli takie zwyczajne życie, jakieś dzieci, pieluchy, ciułanie grosza. Wyglądali na szczęśliwych, ale on dobrze wiedział, że to nie może być prawda. Na Wielkanoc dzielili się jajkiem, w Wigilię opłatkiem. Cieszyli się ze zwyczajnych rzeczy, nigdy nie widzieli i nie przeżyli tego co on – prawie nie wyjeżdżali, rzadko kiedy bywali w operze czy w teatrze. No i prawie wcale na przyjęciach. Mówili jednym – ciągle tym samym – językiem, mieli ciągle tych samych przyjaciół. Było mu ich trochę żal – ale to przecież ich wybór – to nijakie życie. Miał dla nich coraz mniej czasu – takie przyziemne spotkania... W święta wolał wyjechać do znanego kurortu i tam spędzać czas z ludźmi sukcesu – takimi jak on sam. Oni się do tego przyzwyczaili. Było im trochę przykro, ale cóż… sam sobie wybrał takie życie. Mijały lata. Sukcesy nadal przychodziły, ale jakby mniej ważne. Tamtym zwyczajnym dorastały dzieci, byli z nich dumni. On został sam. W swoim eleganckim domu. Raz mu nie wyszedł wyjazd na święta. Jakiś strajk obsługi lotniska i odwołany turnus. Pojechał do rodziców. Ich dom wydał mu się jeszcze ciaśniejszy – rodzice tacy mali i trochę śmieszni z tym przejęciem, z jakim stawiali na świątecznym stole poświęcony koszyczek, ozdobiony jak zawsze koronkową serwetką i ciemnozielonymi liśćmi borówek. Było ciasno… dzieci rodzeństwa, właściwie już nie dzieci… nagle tak wiele osób siedziało przy stole. I nie wiedział skąd to głupie wzruszenie, wilgoć w oczach, kiedy ojciec podał mu kawałek święconego jajka ze słowami: „Witaj w domu, synu!”. MARIOLA PERUŇSKÁ

W I E L K A N O C N E

MARZEC 2008

Wybrałem

O P O W I A D A N I E

dobny do strojenia sylwestrowej sali w balony i serpentyny – już od drzwi czujemy, że przez „bramę” przechodzimy do innego świata. Oddzielenie przestrzeni za pomocą dekoracji, informuje, że jest to miejsce celebrowania i panuje tu duch radości. Dekoracje takie możemy wykonać w prosty sposób – wystarczy kilka kartek żółtego papieru, z których wycinamy dowolnej wielkości kółka i naklejamy je dwustronnie na niciach różnej długości, a potem dorysowujemy czarne oczka i czerwone dzióbki. Gdy nić zwiśnie pionowo, stworzy nam cały rząd kuleczek-kurczaczków, którym można po bokach dokleić farbowane na żółto piórka (do dostania w sklepach typu Kaufland czy Hornbach). Każdą taką nitkę należy taśmą klejącą przykleić do framugi i obciążyć na przykład kawałkiem plasteliny (żółtej!). Pozostałe piórka możemy wykorzystać do udekorowania stołu lub nakleić na obrzeżach talerzy lub salaterek. Tak przystrojone pomieszczenia nie pozostawiają wątpliwości, jakie święta właśnie obchodzimy! BARBARA JOANNA KOSOW

7


Spacerkiem w stronę wiosny… G

dy po nijakiej (jak co roku) zimie czujemy się zmęczeni, a świąteczna obfitość wzbogaciła nas o parę kilo, warto przemóc się trochę – na przekór ogólnemu światowemu lenistwu – i wyruszyć na wycieczkę. Najlepiej w góry! Tam, gdzie powietrze czystsze i spacer wymaga nieco wysiłku, możemy poczuć się tak, jak moja przyjaciółka, która wówczas zwykle mówi: „Ależ się fantastycznie zmęczyłam!”. Na Słowacji do gór wszyscy mają blisko, można chyba nawet powiedzieć, że większość Słowaków mieszka w górach lub u ich podnóża – wystarczy tylko wyjść z domu… Dziś parę słów właśnie o wycieczce niezbyt planowanej, takiej, na którą wystarczy po prostu wyjechać za mia-

sto. Z Bratysławy najbliżej w Małe Karpaty. Moje ukochane góry, niezbyt forsowne szlaki, dobre jedzenie i malownicze zamki. O nich dziś opowiem parę słów. Kilkadziesiąt kilometrów od stolicy leży wioska Czasta, a nad nią wznosi się potężny zamek Czerwony Kamień. Według le-

Przypadek czy racjonalizm Agnieszka rozsyłała swoje CV do różnych firm z branży turystycznej na terytorium Anglii. Chciała znaleźć pracę, zgodną z kierunkiem jej studiów, czyli turystyką i hotelarstwem. „Otrzymałam kilka propozycji z różnych hoteli w Anglii. Byłam zdecydowana na wyjazd tuż po obronie pracy magisterskiej, już nawet zarezerwowałam bilet lotniczy do Londynu w jedną stronę” – wspomina. Kiedy jednak na jednym z portali internetowych pojawiło się ogłoszenie z ciekawą ofertą pracy w liniach lotniczych, postanowiła spróbować szczęścia w Bratysławie, bowiem w tym właśnie mieście szukano kandydatów do pracy. Przed rozmową kwalifikacyjną była bardzo zestresowana. „Spotkanie było wyznaczone na 14 lutego. Znajomi się śmiali, że zamiast iść na randkę w walentynki, ja wybieram się na rozmowę o pracę“ – opisuje z uśmiechem. Pracę otrzymała i zdecydowała się na wyjazd do Bratysławy. To gwarantowało jej zdobycie doświadcze8

gendy, gdy wieki temu zamierzano wybudować tę warownię, planowano postawić ją na sąsiednim wzgórzu, ale cokolwiek budowniczowie postawili za dnia, nocą leśne wróżki, opiekunki gór, przenosiły w inne miejsce. W końcu zamek powstał blisko wsi. Najpierw był twierdzą, a od XVI wieku, gdy został kupiony przez bogatego

bankiera Antona Fuggera, dobudowano do niego potężne rozległe piwnice i w ten sposób stał się fortecą ze skarbami, bo Fuggerowie słynęli z żyłki handlowej na wielką skalę. Zamek Czerwony Kamień miał w swej historii wiele szczęścia; kolejni właściciele dbali o niego – był zamieszkały aż do końca II wojny światowej, co zapewne spowodowało, że zwiedzanie go dziś ma charakter niemalże „podglądania” dawnych mieszkańców i ich życia. Cenne wyposażenie wnętrz, zabytkowa broń, pięknie odrestaurowane komna-

Szukasz miłości - znajdź pracę!

Po

wielu latach edukacji rozpoczyna się wielkie poszukiwanie. Na celowniku – dobra praca! I zaczyna się pisanie CV, listów motywacyjnych, przeglądanie ogłoszeń, rozmowy kwalifikacyjne itd. Niektórzy swój „raj roboczy“ znajdują za granicą. Tak było w przypadku bohaterek tego artykułu, które oprócz wymarzonej pracy znalazły również miłość swojego życia. Gdzie? Właśnie tu, na Słowacji.

nia na rynku turystycznym oraz realizację marzeń, związanych z podróżowaniem. Słowację znała, często wraz ze znajomymi odwiedzała źródła termalne czy samą stolicę. Wiadomość o wyjeździe z zadowoleniem przyjęli rodzice, którzy cieszyli się, że córka będzie blisko rodzinnego domu w Katowicach, a nie gdzieś w dalekiej Anglii. Beata, studentka italianistyki, zdecydowała się na wyjazd do Włoch. „Interesowała mnie kultura włoska, chciałam więc podszkolić język” – wyjaśnia. Aby zrealizować swoje marzenia, wzięła roczny urlop dziekański i przeniosła się do

Neapolu, gdzie podjęła pracę w jednej z restauracji. Z czasem przyzwyczaiła się do włoskiej mentalności, opieszałości, a bez sjesty już nawet nie potrafiła sobie wyobrazić dnia. Tam też poznała interesującego chłopaka ze Słowacji. Uczucie było jednak na tyle silne, że przetrwało. Beata wróciła do rodzinnego Krakowa, by dokończyć studia. Później wydarzenia potoczyły się błyskawicznie – ślub z Pavlem, narodziny dzieci. Jeszcze tylko należało podjąć decyzję, gdzie będą mieszkać, bowiem nie dało się żyć, cały czas podróżując między Krakowem a Neapolem. MONITOR POLONIJNY


ty – to wszystko czeka na turystów, a atrakcji dopełnia niezwykły widok, rozpościerający się z niego o każdej porze roku. Zamek ten ma jeszcze kilka osobliwości – jedną jest Salla terena, coś na kształt ogrodu zimowego z fontanną, wodospadem, sztuczna grotą. Nad nimi można podziwiać niesamowicie kolorowe freski. Bardzo ciekawa jest również zamkowa kaplica i apteka z połowy XVIII wieku, w której zachowały się oryginalne regały. Ogromne wrażenie na zwiedzających robią wspomniane już wyżej rozległe piwnice, które ciągną się przez blisko siedemdziesiąt metrów i których wysokość do-

chodzi do dziewięciu metrów! Zamek jest dostępny dla turystów przez cały rok. Przyciąga ich licznie dzięki bardzo bogatej ofercie imprez, turniejów, polowań czy spektakli. Ci, którym po zwiedzeniu Czerwonego Kamienia zostanie jeszcze trochę wolnego czasu, powinni podjechać do położonego kilka kilometrów dalej zamku w Smolenicach. Jest to budowla przedziwna, bo trochę przypominająca tę z bajek Disneya. W Smolenicach tak naprawdę najciekawszy, oprócz wnętrz zamku rzecz jasna, jest przepiękny park angielski, w którym mo-

Wszystkie drogi prowadzą do Bratysławy Po przylocie na miejsce Agnieszka wynajęła pokój z dwiema koleżankami z pracy. Wrażenia z pierwszego dnia pracy były pozytywne. „Współpracownicy byli pomocni, życzliwi, choć na początku było ciężko, bowiem nie znałam systemu rezerwacji, wiele lotów było odwołanych, opóźnionych, stres dawał się we znaki“ – wspomina. Miła atmosfera w biurze i samozaparcie pozwoliły jej rozwijać własne umiejętności. Na początku problem stanowiły samotne wieczory, tęsknota za rodziną i przyjaciółmi z Polski. Z czasem Agnieszka zawarła nowe znajomości, zaś wspólne spotkania stały się antidotum na związany z pracą stres. Jej ulubionym miejscem stało się Stare Miasto. „Do Slovak Pubu zabieram obowiązkowo każdego, kto przyjedzie do mnie w odwiedziny. Dopiero potem możemy zwiedzać miasto” – opowiada z entuzjazmem. W Bratysławie miała spędzić rok, by zdobyć kwalifikacje, usamodzielnić się, sprawdzić swoje umiejętności, ale… Na jednej z dyskotek poznała TiMARZEC 2008

żna przechadzać się w poszukiwaniu śladów wiosny. We wsi swój początek ma prowadzący w głąb gór zielony szlak, którym krokiem spacerowym dojdziemy do mało znanej, chociaż bardzo pięknej jaskini Driny. W jej chłodzie odpoczniemy po trudach wędrówki, a formy skalne i wodospady z pewnością nas zachwycą. Z kolei żółtym szlakiem, prowadzącym od centrum miejscowości, można dojść do prastarego grodziska Molpir, a idąc od kościoła niebieskim szlakiem, wdrapie-

bora. Ich znajomość, jak w przypadku większości par polsko-słowackich, obfitowała w zabawne nieporozumienia, wynikające z podobieństwa i nieodpowiedniego zrozumienia dwóch podobnych języków. „Kiedy używałam polskiego słowa szukać, mój chłopak delikatnie zwrócił mi na nie uwagę i wyjaśnił co oznacza – wspomina. – Dopiero później się przyznał, że na początku naszej znajomości był trochę przerażony moim wulgarnym językiem“. Z kolei ona, słysząc często powtarzane przez chłopaka słowo láska, dąsała się, uznając, że powinien po prostu powiedzieć jej, że jest atrakcyjną dziewczyną. W ten sposób planowany przez Agnieszkę roczny pobyt w Bratysławie przerodził się w pobyt na całe życie, albowiem po ślubie oboje z mężem zdecydowali, że tu właśnie będą mieszkać. Głównie z uwagi na jej pracę w liniach lotniczych i jego w wojsku. Do rodzinnych domów oboje mają prawie tak samo daleko – ona do Katowic, on do Spiskiej Nowej Wsi. Beata mieszkała z dziećmi w Krakowie, ale rozłąka z mężem stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. „Odliczałam dni, kiedy

my się na najwyższy szczyt Małych Karpat – Zaruby (768 m n.p.m.). Wiosną Małe Karpaty są szczególnie piękne. Można tu, oddychając pełną piersią, poczuć się naprawdę panem świata. A kto lubi też i inne, nie wspomniane tu rozrywki, niech zapamięta, że w kwietniu w tamtej okolicy organizowane są Targi Winiarskie. Czyż nie należy od czasu do czasu rozweselić się dobrym winem? Gdy więc na początku wiosny poczujemy, że brakuje nam sił, nie poddawajmy się – ruszmy na nieplanowaną wycieczkę za miasto, a z pewnością wrócimy odrodzeni. AGATA BEDNARCZYK

znowu się spotkamy, a dzieciom tłumaczyłam, że już niedługo zobaczą tatę“ – opowiada. Kiedy jej mąż zdecydował się na ostateczny powrót z Włoch, próbowali znaleźć dla niego pracę w Krakowie. Jak relacjonuje moja rozmówczyni, pracodawcy w owym czasie dość niechętnie zatrudniali obcokrajowców. „Dlaczego mieliby zabiegać o Słowaka, załatwiać dodatkowe dokumenty, skoro na jedno miejsce pracy było chętnych dziesięciu Polaków?“ – opisuje. I choć mieli w Krakowie małe własne mieszkanko i jej rodziców do pomocy, to właśnie ze względu na pracę zdecydowali się na wyjazd do Bratysławy. Dodatkowe studia marketingu Beaty były atutem – bez problemów znalazła zatrudnienie w liniach lotniczych, a potem otrzymała propozycję pracy w firmie marketingowej. „Dzieci odnalazły się w nowej rzeczywistości i choć tęsknimy do rodziny, nie wyobrażam sobie już powrotu do Polski” – wyjaśnia Beata. Obie bohaterki szukały pracy, nowych wyzwań, ale przy okazji udało im się także znaleźć coś o wiele cenniejszego – miłość. SYLWIA MACHAJOVÁ 9


W stolicy Słowacji postawiono na znane, sprawdzone imprezy, które od lat cieszą się dużym zainteresowaniem. Mowa tu o tradycyjnym wieczorze na Dunaju, podczas którego uczestnicy w trakcie rejsu statkiem po Dunaju, czyli w scenerii nawiązującej do morskiej, śpiewają szanty i pieśni biesiadne, prezentując w ten sposób nieznane na Słowacji polskie zwyczaje. Drugi bratysławski projekt to integracja z humorem, polegająca na pokazaniu życia mieszkających za granicą Polaków, ich cech charakteru w krzywym zwierciadle. Wszystko to oczywiście w żartobliwej formie kabaretowej. Z koszyckiego regionu Klubu Polskiego pochodzi najwięcej projektów. W Koszycach już po raz dwunasty odbędą się Dni Kultury Polskiej, podczas których jak zwykle będą prezentowane wystawy artystów plastyków, sztuki wizualnej, koncerty, projekcje filmowe. Inny projekt to POL ART 2008, czyli zgrupowanie artystów plastyków polskiego i słowackiego pochodzenia na wspólnym workshopie, którego uwieńczeniem będzie tradycyjna wystawa ich prac, prezentowana potem w różnych krajach Europy Środkowej. Po raz drugi odbędzie się plener dla utalentowanych plastycznie dzieci i młodzieży, zatytułowany „Krok za krokiem w kierunku sztuki“. W ubiegłym roku przyniósł on wspaniałe efekty, albowiem nie tylko rozwinął talenty najmłodszych, ale również pomógł w integracji środowiska, a prace młodych artystów zostały zaprezentowane na różnych wystawach w wielu słowackich miastach. Nowym koszyckim po10

Będzie się działo! K

lub Polski, czyli Stowarzyszenie Polaków i ich Przyjaciół na Słowacji, przygotował na ten rok kilkanaście projektów, które przedłożył w Ministerstwie Kultury RS i uzyskał środki finansowe na ich realizację. Poniżej przedstawiamy Państwu te imprezy, które zostały zaplanowane przez polską organizację na Słowacji, działającą w kilku miastach tego kraju. mysłem jest projekt „Światło – czas – przestrzeń“. Jego celem jest rozwój zainteresowań fotografią, współczesnymi mediami i sztukami plastycznymi młodzieży w różnym wieku. Po raz pierwszy w Ministerstwie Kultury został złożony projekt, mający już swoją długą tradycję, bo w tym roku organizowany przez Klub Polski w Martinie już po raz jedenasty, czyli XI Zlot Młodzieży Polskiej. Tym razem jego tematem przewodnim ma być tradycja Janosika w kulturze ludowej po obu stronach Tatr. Podczas zgrupowania młodzież będzie mogła przedstawić swoje poglądy na temat legendarnej postaci w różnych formach artystycznych, np. plastycznych, literackich, dramatycznych. Polonia w Żylinie, która w ubiegłym roku otworzyła polską bibliotekę, przedstawiła projekt cyklu imprez, adresowanych do miłośników literatury, pod wspólną nazwą „Poprzez czytanie w kierunku korzeni i tożsamości młodzieży oraz dzieci“. W ich ramach pla-

nowane są wieczorki literackie, wykłady na temat adresowanej do dzieci i młodzieży polskiej literatury oraz projekcje filmów, powstałych na podstawie literatury dla najmłodszych. Po raz pierwszy w Ministerstwie Kultury RS projekty złożył Klub Polski Region Nitra. „Tajemnicza noc“ to planowany występ amatorskiego teatrzyku „My“, który na podstawie „Kwiatu paproci“ Ignacego Kraszewskiego przygotowuje przedstawienie teatralne, pokazujące polskie zwyczaje, związane z najpiękniejszą i najkrótszą nocą w roku – nocą świętojańską. Ten sam teatrzyk pod koniec roku przedstawi polskie tradycje i zwyczaje bożonarodzeniowe w przedstawieniu, opartym na podstawie tekstu Marii Konopnickiej pt. „Choinka“. Towarzyszyć mu będzie koncert polskich kolęd. Nitrzańska Polonia zaplanowała też na ten rok cykl koncertów organowych, mających się odbyć w katedrze św. Emerama. W ich programie znajdą się najpiękniejsze polskie pieśni organowe, m.in. A. Felińskiego, P. Strudzińskiego, F. Chopina i innych. Wśród projektów, złożonych w Ministerstwie Kultury przez Klub Polski, był również i ten, dotyczący finansowania wydawnictwa naszego czasopisma, które ukazuje się od 13 lat. Ambitne plany naszych rodaków zyskały aprobatę władz słowackich i dzięki temu będą mogły być realizowane. O wszystkich imprezach będziemy Państwa informować na łamach naszego pisma. Już teraz jednak wiemy, że przyczynią się one do większej integracji naszego środowiska. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Na

ten film czekałam z niecierpliwością. Jego pojawieniu się w kinach towarzyszyły liczne recenzje, często negatywne. Bałam się, że się sprawdzą. Poszłam więc do kina z obawą, ale jednocześnie, mając w pamięci „Testosteron”, nastawiłam się na dobrą zabawę i, na szczęście, nie zawiodłam się.

„Lejdis” to opowieść o losach czterech kobiet, prowadzących zwariowane życie. Znają się i przyjaźnią od dziecka – mieszkały w jednej warszawskiej kamienicy, bawiły się na tym samym podwórku, chodziły do tej samej szkoły. Są piękne, wyzwolone, nowoczesne i nieco szalone, np. od 25 lat organizują hucznego sylwestra w środku lata. I właśnie na takiej imprezie je poznajemy. Gosia (Izabela Kuna), Moni (Magdalena Różdżka), Lucy (Edyta Olszówka) i Korba (Anna Dereszowska) – Każda jest inna, lecz mimo to są przyjaciółkami „na dobre i na złe”. Każda pragnie szczęścia i miłości, ale do zrealizowania swoich planów dążą odmiennymi drogami. I wszystko byłoby super, gdyby nie mężczyźni… Lucy chciałaby mieć prawdziwy dom i kochającego męża. Problem w tym, że z naiwnością nastolatki wierzy i bezgranicznie ufa wszystkim facetom, a oni bezlitośnie to wykorzystują. Bardzo pragnie poślubić Marka (Robert Więckiewicz), ale szybko okazuje się, że i on tylko świetnie się przy niej bawi. Małgosia bardzo chce mieć dziecko. Więc kiedy tylko ma dni płodne wyrusza MARZEC 2008

do Brukseli, gdzie pracuje jej mąż (Piotr Adamczyk), który jednak nie jest pewien, czy bardziej kocha żonę, czy… kolegę z pracy. Monia, najmłodsza z przyjaciółek, mimo że jest żoną milionera (Rafał Królikowski), który bardzo ją kocha i daje wszystko, czego ona zapragnie, nie czuje się szczęśliwa, ponieważ ten cudowny mąż to egocentryk o mentalności dziecka. Natomiast Korba to kobieta wyzwolona, nie szuka partnera na stałe, bo wie, co to znaczy być odrzuconą; mężczyzna to dla niej jedynie obiekt seksualny. Mimo że przedstawione są cztery różne historie, film jest spójny, zapewne dzięki świetnemu scenariuszowi, który napisał, znany już z „Testosteronu” Andrzej Saramonowicz, ale tym razem z pomocą czterech kobiet. Można powiedzieć, że w filmie bardzo dużo się dzieje. Przeważają sceny komediowe, wywołujące gromki śmiech, ale są i takie, które wzruszają. Czasem nawet zastanawiałam się, czy nie są one zbyt poważne, zbyt dramatyczne jak na komedię. Na szczęście to sceny krótkie i sprawnie zrealizowane, po których natychmiast po-

wraca szybkie tempo i znów wszystko toczy się lekko, łatwo i przyjemnie. Czyżby przez to mieszanie wątków i zmianę nastrojów reżyser (Tomasz Konecki) chciał podkreślić, że kobieta zmienną jest? Uwagę zwraca znakomita gra wszystkich występujących kobiet, ale jedna z nich – Izabela Kuna w roli Gosi – jest po prostu rewelacyjna. To dzięki niej grana przez nią postać zyskuje na wiarygodności, to jej kibicujemy najbardziej. Również mężczyźni wywiązali się świetnie ze swego zadania, w szczególności Piotr Adamczyk i jak zwykle niesamowicie zabawny Borys Szyc. Podobali mi się także Wojciech Karolak i Tomasz Kot. Ale najważniejszy w tym filmie jest niesamowity humor zarówno sytuacyjny, jak i słowny. Warto go obejrzeć właśnie choćby ze względu na świetne dialogi czy przezabawne momenty (śmiem twierdzić, że lepsze niż w „Testosteronie”), które śmieszą nawet do łez. I choć niektórzy twierdzili, że film był troszkę za długi, ja żałowałam, że się kończył. „Lejdis” wbrew pozorom i oczekiwaniom to film odmienny od wcześniejszego „Testosteronu”, charakteryzujący się szybkim tempem i wielowątkowością. To dobrze, bo przecież często się zdarza, iż druga część jest gorsza od pierwszej. Tutaj mamy tylko nieliczne nawiązania (głównie tekstowe) do poprzedniego filmu Koneckiego. Film polecam zarówno kobietom, jak i mężczyznom, ponieważ one odnajdą siebie w którejś z bohaterek, a oni być może zrozumieją, jak wiele ich różni od kobiet i na czym te różnice polegają. Ale z pewnością wszyscy będą się równie dobrze bawić. Bo właśnie, wybierając się na ten film, trzeba nastawić się na zabawę. A zachętą do jego obejrzenia niech będzie również fakt, że Andrzej Saramonowicz po przeczytaniu kobiecego blogu w Internecie (www.lejdis.pl) zafascynował się poczuciem humoru autorek i zaprosił je do współpracy przy realizacji filmu. Wychodzi więc, że zaraźliwe poczucie humoru Saramonowicza w połączeniu z damskim punktem widzenia, stworzyło mieszankę wybuchowa, która dała piorunujący efekt. ANNA PORADA, WROCŁAW 11


Zbigniew Wodecki: „ Gwiazdy są w Hollywood, WYWIAD MIESIĄCA my w Polsce udajemy gwiazdy“

P

odczas pewnego weekendu niewielkie miasteczko w Wielkopolsce przeżywało ożywienie, bowiem miał do niego przyjechać znany artysta, aby złożyć wizytę mieszkającej tu swojej rodzinie. Artystą tym był… Zbigniew Wodecki. Informacja ta na tyle mnie poruszyła, że kiedykolwiek przyjeżdżałam do owego miasteczka w odwiedziny do swojego dziadka, długo spacerowałam z koleżankami ulicami z nadzieją, że Zbigniew Wodecki (ur. 1950), piosenkarz, muzyk instrumentalista (skrzypce, trąbka), kompozytor i prezenter telewizyjny. Swą przygodę z muzyką rozpoczął już w wieku 5 lat. Z wyróżnieniem ukończył Państwową Szkołę Muzyczną II st. w Krakowie w klasie skrzypiec Juliusza Webera. Pierwotnie, od końca lat 60. ubiegłego wieku, związany z kabaretami „Piwnica pod Baranami” i „Anawa”, a także z orkiestrą symfoniczną Polskiego Radia i Krakowską Orkiestrą Kameralną. W latach 1968-1973 akompaniował Ewie Demarczyk. W 1972 zadebiutował jako piosenkarz na festiwalu w Opolu. Odniósł sukcesy na wielu festiwalach (Rostock, Praga, Słoneczny Brzeg, Sopot). Znany m.in. z wykonania piosenki do kreskówki o Pszczółce Mai oraz innych utworów (m.in. Zacznij od Bacha, Chałupy welcome to, Izolda). Bacznie czytałam ostatnio opublikowane wywiady z Panem, większość z nich kręci się wokół programów „Droga do gwiazd“ czy „Taniec z gwiazdami“, w których występuje Pan jako juror. Nie męczy to Pana jako artystę, że wciąż pytają o tę, chyba drugorzędną, ścieżkę Pańskiej kariery? 12

go spotkam. I udało mi się! Ale wiele lat później, w tym roku w Wiedniu, gdzie gościłam na zorganizowanym przez austriacką Polonię Balu Wiosny. Kiedy opowiedziałam spotkanemu artyście swoją przygodę z dzieciństwa z ożywieniem zapytał o owe miasteczko i przyznał, że rzeczywiście miał tam rodzinę, którą odwiedzał. Wcześniej jednak rozmawialiśmy o jego karierze i polskim świecie artystycznym.

W czasach, kiedy jest szybki „przemiał“ artystów, kiedy nie tyle liczy się wartość, ale nowość, w tym fachu ważne jest również pokazywanie się w telewizji, czyli medialność. A zatem Pański udział w tych programach jest celowym podsycaniem zainteresowania własną osobą? Tak. Ludzie znają moje piosenki, jak „Chałupy“, „Zacznij od Bacha“ czy „Izoldę“, ale dzięki tym programom pokazałem się w telewizji z trochę innej strony – widzowie zobaczyli, że potrafię mówić! Do tamtej pory lansowany byłem jako smutas w ciemnych okularach, grający na skrzypcach. Może tego nie widać, ale z natury jestem człowiekiem dość wesołym. Stąd też Pańskie występy przed wielu laty z kabaretem „Tej”? To akurat nie ma nic z tym wspólnego, bo kabaretowcy w prywatnym życiu są dosyć smutni. Ludzie, którzy są bardzo weseli na scenie, prywatnie są nie do zniesienia. A wracając do tych programów… Dzięki nim zyskałem sympatię ludzi jako ten, który stara się pomagać młodym talentom, jednocześnie coś tam śpiewając od czasu do czasu. Zasiadanie w jury u boku Beaty Tyszkiewicz mnie nobilituje, bo ja się w niej prze-

cież kochałem od dawna! Występy w tych programach dają mi medialność. Ludzie potem mówią między sobą, że jednak ten Wodecki żyje, bo przecież był w telewizji! I jeden, i drugi program mają w nazwie „gwiazdy”. Czuje się Pan gwiazdą? Termin „gwiazda” przyczepił się do mnie od samego początku, ponieważ pierwszy program telewizyjny, w którym wziąłem udział, nazywał się „Wieczór bez gwiazd“. Wypatrzono mnie kiedyś w Świnoujściu, gdzie grałem chałtury prze całe lato w restauracji „Parkowa”. Po występie w tym programie moja kariera potoczyła się bardzo szybko. Czyli gwiazdorskie życie? Wie Pani, gwiazdy są w Hollywood, my w Polsce udajemy gwiazdy. W dzisiejszych czasach gwiazdą jest ta osoba, która została wylansowana przez media, a która niekoniecznie powinna być lansowana, ale idzie z tendencjami nowej mody, choć muzycznie nie musi przedstawiać wartości. To są gwiazdy, które świecą, jak się zapali reflektory, ale jak się je zgasi, to już po gwieździe. A są przecież tacy artyści, którzy są gwiazdami, a którzy i przy świeczce zaśpiewają, nie muszą mieć reflektorów, baletu i całej oprawy. Ale ci ludzie dzisiaj są chyba za trudni. MONITOR POLONIJNY


MARZEC 2008

nie! To były pierwsze gołe kobiety w publicznym programie. Było to przyczyną afery – puszczać czy zdjąć z anteny. W końcu puścili. Przyniosło mi to dużą popularność i intratne wyjazdy do Ameryki. Zarabiałem wtedy tysiąc dolarów tygodniowo, a za te pieniądze można było wybudować w Polsce dom, taki był wtedy przelicznik! Wybudował Pan? Nie, ja miałem trójkę dzieci, było na co robić. Poza tym ja nie oszczędzałem, co zarobiłem, to wydawałem. I tak jest do tej pory. Czyli profity czerpie Pan z popularności. Przyjemnie jest być popularnym? Ma to swoje dobre strony, albowiem spotykam się z przejawami sympatii, z drugiej strony bywa to męczące. Po tylu latach człowiek dochodzi do wniosku, że nie o to w życiu chodzi. O co w takim razie chodzi? O to, żeby mieć prawdziwych przyjaciół, spotykać się ze znajomymi, móc sobie zagrać w karty. Chodzi też o to, żeby się nie obawiać, że jest się z innej bajki. Artyści często są izolowani od rzeczywistości, nie jeżdżą tramwa-

ZDJĘCIE: MARIUSZ MICHALSKI

Pan zaczynał swoją karierę właśnie wśród takich „trudnych“ ludzi, wśród krakowskiej bohemy w „Piwnicy pod Baranami”, z Ewą Demarczyk, z zespołem „Anawa”. Czy dzięki temu łatwiej było się przebić? Warszawiacy mieli respekt przed ludźmi z Krakowa. Ale od czasu, kiedy wszedłem do szuflady popu dzięki pierwszej piosence, którą nagrałem, moja kariera na chwilę się zatrzymała. Później sam sobie napisałem dwie piosenki, które pozwoliły mi wspiąć się w górę. Mam tu na myśli utwory „Izolda“ i „Zacznij od Bacha“. Kiedy pojechałem na festiwal do Rostocku, gdzie zdobyłem cztery główne nagrody, zdecydowałem, że sam sobie będę pisać piosenki. Potem to już gra przypadku, kiedy namówiono mnie, bym nagrał piosenkę do filmu „Pszczółka Maja“, przed czym się strasznie broniłem. Dlaczego? Bo zbyt często pojawiałem się w telewizji i obawiałem się, że się publiczności znudzę. Zna Pan interpretację „Pszczółki Mai“ w wykonaniu Karela Gotta? Tak. Również dlatego nie chciałem nagrać tej piosenki, bo Karel Gott jest tenorem, a ja barytonem. To nie jest moja tonacja. Nagrałem to falsetem. Spotkaliście się panowie kiedyś? Tak, przelotnie. Strasznie się ucieszyłem, kiedy usłyszałem od kogoś, że Karel Gott też jest często proszony o to, by zaśpiewał „Pszczółkę Maję“. On przecież nagrał tyle przebojów a ludzie jednak wciąż pamiętają tamten kawałek. Ulżyło mi, że ta pioseneczka również do niego się przykleiła na całe życie. Ma Pan sentyment do swoich starych przebojów? Pewnie, że tak. Wie Pani, jak się coś zaśpiewa i to się kojarzy z młodością, to jest miłe. Z drugiej strony to przykre, że już tyle lat minęło… Czuję się teraz jak świętej pamięci Fogg. „Chałupy“ to było wydarze-

jami, pociągami, siedzą zamknięci w hotelach. Przed występem nie powinni się pokazywać, po występie też nie wypada, więc idą do pokoju, odreagować, napić się wódki w samotności. A pozostali uczestnicy imprezy, na której występował artysta, bawią się. Artyści nie mogą się bawić z pozostałymi? Jeśli mój występ ma być jakimś wydarzeniem, to nie mogę siedzieć z widzami w nieskończoność, bo w ten sposób burzy się jakiś pomnik. Ci goście chętnie ze mną pogadają 5 minut, staną razem do zdjęcia, ale to im wystarczy – potem oni wracają do swojego towarzystwa. O uczestnikach programu „Droga do gwiazd“ mówił Pan, że mogliby osiągnąć olbrzymi sukces, gdyby mieli bogatych dziadków w Ameryce. Czy zatem wszystko zależy od tego, czy znajdą odpowiednich promotorów? Czy po prostu mają szczęście. Pan miał szczęście? Ja nie jestem dziewczyną. Na to, co osiągnąłem, zapracowałem sobie żmudną pracą.


To oznacza, że dziewczyny w showbussinesie mają łatwiej? Zawsze ładna, efektowna dziewczyna ma łatwiej. Wystarczy spojrzeć na nasz rynek. Wie Pani, kto jest teraz największa gwiazdą w Polsce? Doda, tak? Ja tego nie powiedziałem, ale, jak widzę, pani wie. I tak się porobiło. Wtedy jest się gwiazdą, jak się narobi szumu wokół własnej osoby, jak wybuchnie skandal. To strasznie obniża status artysty. To, co obserwuję, to brak dążenia do uczenia się czegoś. Po prostu lenistwo! Nie dotyczy to tylko muzyki rozrywkowej. Kto w Polsce wie, kim jest Pat Metheny? No może dzięki Annie Marii Jopek, która z nim nagrała album, jest obecnie więcej takich osób? No tak. A pianista Keith Jarret? Ten nasz show-bussines osiągnął taki straszny poziom, bo teraz nie chodzi o to, żeby ktoś pięknie zagrał, zaśpiewał, ale żeby były jaja i oglądalność. Powiedział Pan kiedyś, że co sobie wymarzy, do tego dochodzi. Mówił Pan to w związku z chęcią napisania muzyki do filmu, którą nagrodzono by Oscarem. Złożył już Panu ktoś takie zamówienie? Wszystko, co sobie kiedyś wymarzyłem, rzeczywiście się spełnia. Kiedyś marzyłem o tym, by napisać muzykę symfoniczną. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno dostałem propozycję napisania dużej formy muzycznej na bardzo piękną uroczystość 650-lecia miasta Niepołomice, która odbędzie się 31 sierpnia tego roku! Ale za to Oscara Pan nie dostanie. Ale to może być początek. Ktoś usłyszy moją muzykę i się nią zachwyci. Może to będzie jakiś bogaty Żyd z Hollywood, przejeżdżający przypadkiem przez Niepołomice, który oczarowany moją muzyką złoży mi propozycję, bym za darmo napisał muzykę do filmu? 14

Zrobiłby Pan to za darmo? No, może za grosze. Wtedy może właśnie zapracuję sobie na Oscara? Kręcimy się wokół tych bogaczy z Ameryki… Z całym szacunkiem. Potrzebujemy bogatej Ameryki? Nie, my sobie sami pomożemy, bo jesteśmy zdolnym narodem. Jednak jeśli mamy coś robić zespołowo, to nie wychodzi nam to – kiepsko gramy w piłkę, kiepsko politykujemy, natomiast indywidualnie jesteśmy świetni. Czy Pan jest tego przykładem? Zrezygnował Pan przecież z pracy w orkiestrze i zdecydował się na solową karierę. Dawniej orkiestry były fantastyczne! Ja grałem w orkiestrze, w której wcześniej występował mój ojciec. Dostać się do niej to było marzenie… Chodziłem z ojcem na próby jako 5-letni berbeć. Później siedziałem przy pulpicie z kolegą, który kiedyś trzymał mnie na kolanach. Mam w sobie dużo pokory. Wychowałem się wśród autorytetów muzyki – kiedy występowałem w orkiestrze, dyrygowali nią wielcy muzycy. Dzisiaj już chyba takich nawet nie ma… I wiem o muzyce tyle, że wiem, czego jeszcze nie wiem. I to jest duże osiągnięcie. Widzę, że wokół mnie jest coraz mniejsze grono smakoszy muzyki poważnej, choć przecież wciąż są tacy, którzy chodzą na różne koncerty, porównują różne nagrania V Symfonii Beethovena. A Pan ma na to dzisiaj czas? Nie, w tej chwili już nie. Ja sobie zarabiam pieniądze. Dość niezłe. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka składa podziękowania pani Marii Buczak – organizatorce Balu Wiosny, na którym wystąpił Zbigniew Wodecki, za umówienie spotkania z artystą.

•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Z workschopu

P

rojekt dziecięcego workshopu, zatytułowanego „Krok za krokiem w kierunku sztuki“, którego inicjatorką i realizatorką była Zdenka BłońskaZaborska, spotkał się z ogromnym zainteresowaniem wśród miłośników sztuki. W programie wzięły udział dzieci szkół plastycznych oraz dzieci z Klubu Polskiego w wieku od lat 6 do 19. MONITOR POLONIJNY


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Język polski dla najmłodszych i nie tylko... Chociaż w piątkowy wieczór 29 lutego w Nitrze lało jak z cebra aura nie odstraszyła najmłodszych członków naszego klubu, którzy właśnie tego dnia rozpoczynali zajęcia z języka polskiego. Centrum Wolnego Czasu „Domino“ tętniło życiem. W miłej atmosferze rozpoczęliśmy naukę ojczystego języka w formie gier i zabaw. Dziękujemy serdecznie pani konsul Urszuli SzulczykŚliwińskiej za pomoc, dzięki której nie tylko ci najmłodsi mają możliwość nauki, ale również i dorośli mają doskonałą okazję do spotkań. Zachęcamy wszystkich zainteresowanych, by przybyli na miejsce spotkania za dwa tygodnie w piątek. Zajęcia trwają od godziny 17.00 do 19.00. ROMANA GREGUŠKOVÁ

FOTO: DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

W galerii Rotunda w Koszycach 7 lutego odbyła się już trzecia wystawa młodych twórców. To, co stanowiło na wystawie w Koszycach zaledwie cząstkę prac, wykonanych podczas workschopu w lecie w Danowej, przekonało nas, że sporo jest utalentowanych dzieci, a Zdenka Błońska-Zaborska potrafi zainteresować dzieci sztuką. u.sz.

MARZEC 2008

FOTO: TADEUSZ BŁOŃSKI

dziecięcego „Krok za krokiem w kierunku sztuki“

15


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA

D

Spotkanie Mniejszości Narodowych

spotkaniem przyjaciół

ążenie do podtrzymania przyjacielskich więzi, dobrych układów z sąsiadami, szczere usiłowania o brak konfliktów w społeczeństwie, w którym żyjemy, a także okazja do lepszego zrozumienia i poznania się – oto odpowiedź na pytanie, co przywiodło ludzi na Spotkanie Mniejszości Narodowych w Martinie, które odbyło się w sobotę 26 stycznia 2008 r. Było to spotkanie ludzi z różnych krajów i kultur, którzy z powodu różnych kaprysów losu mieszkają, pracują, osiągają mniejsze czy większe sukcesy, przeżywają swoje radości i kłopoty w Słowacji. Klub Polski w Martinie wspólnie z innymi klubami mniejszości narodowych, działających na terenie Centrum Kultury miasta Martin, z Bułgarami, Czechami, Węgrami, a w tym roku po raz pierwszy z Rosjanami organizuje rokrocznie tę imprezę przy aktywnym wsparciu władz miasta oraz przedstawicieli korpusów dyplomatycznych wspomnianych krajów. W tym roku nasze zaproszenie przyjęli: Ognjan Garkov – ambasador Bułgarii

System grantowy Ministerstwa Kultury RS w 2008 roku W dniu 6 lutego 2008 r. w Ministerstwie Kultury Republiki Słowackiej odbyło się spotkanie na temat: System grantowy Ministerstwa Kultury RS w 2008 roku – program nr 6. „ Kultura mniejszości narodowych”. Na zaproszenie Jany Kresákovej – dyrektor generalnej Sekcji Kultur Mniejszościowych i Regionalnych, w spotkaniu wzięli udział członkowie Rady Rządu RS ds. Mniejszości Narodowych oraz sekretarz stanu MK Augustín Jozef Lang. Członkowie Rady otrzymali najnowsze informacje, dotyczące podziału środków finansowych dla wszystkich 12 uznanych mniejszości narodowych lub grup etni16

cznych zamieszkujących terytorium Słowacji. A są to mniejszości: węgierska, romska, czeska, rusińska, ukraińska, niemiecka, polska, morawska, rosyjska, bułgarska, chorwacka, żydowska. Zgłoszone do słowackiego ministerstwie polskie projekty wymagają dotacji w wysokości 2,62 miliona koron, ale, niestety, jak co roku otrzymają dużo mniej, czyli 1,65 miliona Sk. Cięcia finansowe dotyczą wszystkich mniejszości. I tak mniejszość rosyjska złożyła wnioski o dotacje w wysokości 2,6 miliona, a może otrzymać jedynie 1,1 miliona, Chorwaci wnioskowali o 2,5 miliona, a otrzymają 1,55 miliona Sk, żydowska

grupa etniczna przedstawiła projekty warte 2,87 miliona Sk, a do podziału otrzyma 1,9 miliona Sk. Należy jednak wspomnieć, że co roku dotacje na projekty polskie są coraz wyższe – w 2005 r. było to 1,065 miliona, w 2006 – 1,25 miliona, a w 2007 – 1,55 miliona Sk. Oprócz tego wysokość dotacji nie musi być ostateczna, ponieważ w ciągu roku minister może przyznać dodatkowe środki na tzw. nadzwyczajne działania kulturalne. Można więc, mając na uwadze wyjątkowość działań polskiej mniejszości, wystąpić w ciągu roku o ich przyznanie. O dystrybucji tych dodatkowych środków będzie decydował sam minister. MONITOR POLONIJNY


•Z NASZEGO PODWÓRKA•

P O L S C E S Ł U C H A J Ą

MARZEC 2008

Wokalistka pochodzi z Koszalina. Ukończyła podstawową szkołę muzyczną w klasie fortepianu i fletu i wraz z bratem założyła zespół, który zdobył kilka wyróżnień i nagród. Swoją karierę artystyczną rozpoczęła w wieku 17 lat, biorąc udział w znanym programie telewizyjnym „Szansa na sukces.“ Zaśpiewała w nim piosenkę z repertuaru Ewy Bem „Wyszłam za mąż, zaraz wracam“ i zdobyła pierwsze miejsce. Później zaśpiewała w opolskim koncercie debiutów w 1997 roku i to otworzyło jej drogę do kariery. W roku 1999 wystepowała w chórkach Edyty Górniak, potem związała się z firmą „Sony Music”, co zaowocowało nagraniem debiutanckiego albumu, zatytułowanego „Mozaika“. W roku 2000 ponownie wystąpiła w Opolu w koncercie premier. Dwa lata temu, tzn. w roku 2006, ukazał się jej nowy album, noszący tytuł „Feniks“. Jego autorem i producentem jest Piotr Siejka, natomiast wszystkie teksty napisała sama wo-

W

Pod koniec lutego zebrała się komisja grantowa, która po zapoznaniu się z polskimi projektami rozdzieliła 1,65 mil. Sk na ich realizację. W marcu powinny być przygotowane do podpisu umowy między wnioskodawcami i Ministerstwem Kultury, które rozważa możliwość wykorzystania przyznanych środków finansowych na wydatki, które do tej pory nie mogły być wydatkami kwalifikowanymi, tzn. uznanymi za uzasadnione i niepodważalne przez urzędy finansowe. Więcej informacji o wnioskach, zasadach, instrukcjach, metodyce, kosztach kwalifikowanych można dowiedzieć się na stronie internetowej Ministerstwa Kultury RS: www.culture.gov.sk . NATAN ZWIEGIER

Kasia Cerekwicka M Ł O D Z I

w Bratysławie, Várady Lajos – zastępca ambasadora Węgier w Bratysławie, Urszula Szulczyk-Śliwińska – konsul RP w Bratysławie, Birsen Jemilova – konsul Bułgarii w Bratysławie. Miasto Martin reprezentował Milan Malík – wiceburmistrz Martina (w zastępstwie burmistrza, który w tym czasie był w podróży służbowej za granicą), Ivona Hanáková – dyrektor Centrum Kultury w Martinie, Peter Kovač – dyrektor organizacji „Dotyky a spojenia”, realizującej zadania projektowe i wykonawcza związane z kandydaturą Martina na Europejskie Miasto Kultury w roku 2013. Program spotkania przyjemnie wzbogaciły występy zespołu folklorystycznego „Turiec” oraz pokazy tańców towarzyskich. Zarówno program, jak i atmosfera wieczoru w pełni potwierdziły słuszność motta, które wygłosiła Anna Zacharová, otwierając spotkanie: „Ze wszystkich dóbr, przez które może człowiek zapewnić szczęśliwość świata, największym dobrem jest pozyskanie przyjaźni”. IRENA ZACHAROVÁ

kalistka. W tym samym roku podczas gali „Eska Music Awards” zdobyła nagrodę w kategorii artystka roku, a za piosenkę „Na kolana“ w Opolu otrzymała Superjedynkę w kategorii przebój roku. W roku ubiegłym nagrała teledysk do płyty „Feniks“. Ogromną popularność zyskała, uczestnicząc w „Tańcu z gwiazdami“. Kasia Cerekwicka, opowiadając o swej karierze jednej z gazet, napomknęła, że omal nie została mechanikiem samochodowym. Na szczęście mechanikę pojazdów wokalistka zgłębiała tylko dwa lata. Teraz woli mikrofon od klucza francuskiego i nie podejmuje się naprawy samochodu. Za to jak śpiewa!!! URSZULA SZABADOS 17


TO WARTO WIEDZIEĆ

Polacy na Antarktydzie A

ntarktyda to szósty, ostatni odkryty przez człowieka kontynent. Jej powierzchnia łącznie z lodowcami szelfowymi wynosi około 14 mln kilometrów kwadratowych. Warto wiedzieć, że 98 proc. powierzchni Antarktydy stanowi lądolód, a tylko 2 proc. wolne od lodu najwyższe partie gór i niewielkie skrawki lądu. I chociaż już na przełomie XVII i XVIII wieku dzięki żeglarzom, penetrującym południowe obszary naszego globu, wiedziano, że żaden z kontynentów położonych na południowej półkuli nie łączy się z domniemanym wówczas odrębnym kontynentem, do chwili, gdy pierwszy człowiek stanął na lądzie Antarktydy, minęło wiele lat. Tym człowiekiem był norweski naukowiec Carsten Borchgrevink, a stało się to 23 stycznia 1895 roku.

Zdobywanie lodowego kontynentu było długie, pełne dramatycznych wydarzeń i heroicznych zmagań. Pola grubej kry i szeroka strefa pływających gór lodowych przez dziesiątki lat stanowiły przeszkodę nie do sforsowania przez pierwszych żeglarzy, penetrujących południową półkulę. Stopniowo odkrywali go Anglicy, Belgowie, Rosjanie, Norwedzy, Francuzi, Szwedzi, Amerykanie. W odkrywaniu szóstego kontynentu świata nie brak też polskich akcentów. Wiemy, że w drugiej wyprawie Jamesa Cooka, która w 1772 roku wyruszyła z Anglii na dwu statkach „Resolution” i „Adventure” i w ciągu trzech lat opłynęła Ziemię, znalazł się badacz polskiego pochodzenia Jerzy Forster, a także jego ojciec Rainold. Wyprawa Cooka nie odkryła 18

wprawdzie nieznanego kontynentu, ale udało się jej trzykrotnie przekroczyć południowe koło podbiegunowe. Jerzy Forster urodził się w 1754 roku w Wiślicy pod Gdańskiem w rodzinie pochodzenia szkockiego. Swą wielką podróż z Cookiem rozpoczął jako przyrodnik, mając zaledwie 18 lat. Po powrocie z wyprawy swe obserwacje przyrodnicze opublikował, a w 1784 roku przyjął propozycję Komisji Edukacji Narodowej i został profesorem uniwersytetu w Wilnie. Był także profesorem uniwersytetu w Kassel. Uważany przez Niemców za ziomka, w liście adresowanym do pruskiego ministra napisał: „Urodziłem się na ziemi polskiej o milę od Gdańska i ziemię rodzinną opuściłem, gdy przeszła pod panowanie pruskie, nie jestem więc Prusakiem” (cyt. za Encyklopedia geograficzna świata, t. 1, Kraków 1995). W 1850 roku Patagonię, aż po Cieśninę Magellana, badał Józef Warszewicz, a w latach 1895-1898 Stanisław Kłobukowski. O ich badaniach wiemy niewiele. Podobnie jak nie wiemy albo niewiele wiemy o udziale innych Polaków w badaniach obszarów okołobiegunowych. Więcej wiemy o Henryku Arctowskim

i Antonim Dobrowolskim, którzy w latach 1897-1899 na statku „Belgica” wzięłi udział w belgijskiej wyprawie do Antarktyki, prowadzonej przez Adriana de Gerlache de Gomery. „Belgica” opuściła Antwerpię 16 sierpnia 1897 roku. Kapitanem statku był Belg Georges Lecointe, jego zastępcą Norweg Roald Amundsen, późniejszy zdobywca bieguna południowego, a kierownikiem grupy naukowej wspomniany już Polak Henryk Arctowski, który miał prowadzić badania meteorologiczne, glacjologiczne i wspólnie z de Gerlache badania oceanograficzne. Pozostali członkowie grupy mieli prowadzić obserwacje z zakresu geofizyki, zoologii i botaniki, astronomii i hydrologii. Antoni Dobrowolski był odpowiedzialny za prace laboratoryjne i miał pomagać Arctowskiemu w obserwacjach meteorologicznych. Warto wspomnieć, jak obaj Polacy znaleźli się na pokładzie „Belgici”. Urodzony 15 lipca 1871 roku w Warszawie Henryk Arctowski szkołę średnią zaczął w Inowrocławiu, a ukończył w Belgii. Studia wyższe rozpoczął w Liège na wydziale matematyki i fizyki, później studiował geologię i chemię na Sorbonie. W Paryżu utrzymywał kontakty z Marią Skłodowską. Po ukończeniu paryskich studiów powrócił do Liège. W latach 1894-1896 pracował u prof. Waltera Springa. W tym czasie był już autorem wielu prac naukowych. W roku 1895 nawiązał kontakt z baronem Adrianem de Gerlache de Gomery – sierżantem królewskiej belgijskiej marynarki wojennej, który nakłonił Brukselskie Towarzystwo Geograficzne do sfinansowania ekspedycji naukowej do Antarktyki.

Józef Warszewicz MONITOR POLONIJNY


Arctowski pomagał Gerlache’owi w uzyskaniu dodatkowych środków finansowych, wygłaszając odczyty oraz powołując naukowych członków wyprawy, do której sam przygotowywał się niezwykle starannie, pogłębiając np. swą wiedzę w zakresie glacjologii u prof. Heima w Zurychu. W Anglii odwiedził uczestników wyprawy antarktycznej z 1874 roku, by zaznajomić się z ich metodami badań oceanograficznych, z meteorologami angielskimi konsultował program tych badań w warunkach antarktycznych. Antoni Dobrowolski, urodzony 6 czerwca 1872 roku w Doroszowicach Kościelnych, za aktywny udział w kółkach samokształceniowych i działalność konspiracyjną był przez rosyjskich zaborców więziony w warszawskiej Cytadeli, na Pawiaku, a potem w więzieniu petersburskim. Zesłany do Tiflisu, po dwu latach uciekł, przedostał się do Zurychu, gdzie podjął studia przyrodnicze, skąd wyjechał do Belgii i znalazł się wśród naukowych członków wyprawy „Belgici”. Początkowo w planach „Belgici” było opłynięcie Półwyspu Antarktycznego oraz Morza Bellingshausena i skierowanie się do Australii. Statek odwiedził kilka wysp (m.in. Wyspę Aleksandra I), prowadząc na nich badania geologiczne i biologiczne. Później warunki się zmieniły – pojawiły się pierwsze pola lodowe, wiały silne wiatry w wyniku czego w marcu 1898 „Belgica” została uwięziona w lodach na Morzu Bellingshausena. I tak, niezależnie od swej woli, członkowie ekspedycji stali się pierwszymi ludźmi, którzy zimowali w surowych warunkach antarktycznych. W tym białym piekle walczyli o życie: jeden z marynarzy dostał obłędu, a fizyk Emil Danko ciężko zachorował i umarł. Statkowi groziło zgniecenie przez napierające lody. Dopiero 13 marca 1899 roku, gdy silne sztormy zdołały skruszyć lód, „Belgia” została uwolniona. Przywiezione przez Arctowskiego i Dobrowolskiego materiały z dokonanych obserwacji wysoko ocenili naukowcy o światowej renomie. Arctowski, występując na kongresach i zjazdach naukowych w Europie i w Ameryce, propagował badania polarne, opublikował dziesiątki prac i artykułów naukowych na temat zmian klimatyczMARZEC 2008

nych na kuli ziemskiej. Zajmujący się badaniami glacjologicznymi Dobrowolski wydał w 1923 roku monografię Historia naturalna lodu, która była wówczas jedyną tego typu publikacją na świecie. Wyniki badań i obserwacji z wyprawy zostały opublikowane w wydanym w latach 19031912 kosztem rządu belgijskiego dziesięciotomowym dziele pt. Belgijska wyprawa antarktyczna s/y „Belgica” w latach 189798-99 pod dowództwem Adriana de Gerlache de Gomery. Tomy trzeci i czwarty tego dzieła opracowali Arctowski i Dobrowolski, a tom piąty sam Arctowski. Po II wojnie światowej odżyły polskie zainteresowania Antarktyką, szczególnie w czasie III Międzynarodowego Roku Geofizycznego 1957/1958. Inicjatorami działań, zmierzających do podjęcia polskich badań polarnych, stały się osoby skupione wokół prof. Stefana Manczarskiego, dyrektora Zakładu Geofizyki PAN. Przez szereg lat Polacy nie organizowali własnych wypraw antarktycznych, ale uczestniczyli w wyprawach ZSSR. W skład pierwszej polskiej grupy, która po wojnie stanęła na szóstym kontynencie, weszli: Stefan Różycki, Wojciech Krzemiński, Alina i Czesław Centkiewiczowie, Zbigniew Ząbek, Janusz Śledziński, Czesław Nowicki i Maciej Zalewski. Grupa ta formalnie przejęła radziecką stację Oazis w Oazie Burgera i przemianowała ją na Stację im. A. B. Dobrowolskiego. W 1964-1965 roku w 10. radzieckiej wyprawie antarktycznej uczestniczył meteorolog Włodzimierz Chełchowski, który jako pierwszy Polak zimował na radzieckiej stacji „Mirnyj”. Na „Mirnym” pracowało w latach 1965-1966 czterech polskich geofizyków: Maciej Zalewski, Adam Kuchcicki, Janusz Molski i Ryszard Czajkowski, którzy prowadzili obserwacje magnetosfery. W 1968 roku, korzystając z propozycji Instytutu Arktyki i Antarktydy

w Leningradzie, Zakład Hydrologii Eksperymentalnej PAN wysłał dwu biologów – Stanisława Rakusa-Suszczewskiego i Krzysztofa Opalińskiego z 14. radziecką wyprawą antarktyczną. Polacy na statku „Profesor Zubov”, później na lodołamaczu „Ob” w Zatoce Olafa Prydza i na Morzu Davisa, a w zimie na radzieckiej Stacji „Mołodiożnaja” realizowali własny program badawczy. Prowadzili badania oceanograficzne, obserwacje ekologiczne i hydrologiczne oraz pomiary. Wykonali także szereg eksperymentów dotyczących metabolizmu skorupiaków i ryb. Pobyt trwał cały rok i pozwolił im zaznajomić się z wieloma zjawiskami charakterystycznymi dla obszarów, na których polscy biolodzy znaleźli się po raz pierwszy. Rok później Instytut Biologii Doświadczalnej wysłał z 17. ekspedycją radziecką na Antarktydę grupę złożoną z trzech biologów i dwóch filmowców. Grupa ta pracowała na stacji „Mołodiożnaja”. Zarówno w tej jak i kolejnej, wysłanej w roku 1973-1974 na Antarktydę 4-osobowej grupie biologów był

Stanisław Rakus-Suszczewski. Polacy wzięli udział także w 19. ekspedycji radzieckiej, a paleontolog Hubert Szaniawski jako pierwszy z Polaków uczestniczył w badaniach geologicznych w Górach Księcia Karola. Rakus-Suszczewski pozostał na radzieckiej stacji „Wostok”, skąd w styczniu 1974 roku odleciał samolotem na amerykańską stację „Mc Murdo”, gdzie prowadził badania fizjologiczne ryb i skorupiaków. Trzykrotny pobyt polskich biologów w Antarktyce przyniósł nie tylko kilkadziesiąt prac naukowych i bogate materiały dydaktyczne i muzealne, ale i to, że dzięki nim odżyła wizja H. Arctowskiego, dotycząca utworzeniu w Antarktyce polskiej stacji badawczej. To właśnie Stanisław Rakus-Suszczewski po powrocie z „Mc Murdo” 19


przedstawił Polskiej Akademii Nauk i Ministerstwu Handlu Zagranicznego i Gospodarki Morskiej propozycję założenia takiej stacji. Rozpoczynające się kłopoty z rybołówstwem, utrata łowisk i ograniczenia połowowe sprzyjały wstępnej akceptacji propozycji, ostateczna decyzja została uzależniona od wyników rekonesansowej wyprawy oceanologiczno-rybackiej. W dniu 22 grudnia 1975 roku na statkach „Profesor Siedlecki” i „Tazar” taka wyprawa wyruszyła. Jej ekipę naukową stanowiło 29 osób, na czele stał Daniel Dutkiewicz, zaś kierownikiem naukowym był Stanisław Rakus-Suszczewski. Często wyprawę tę określa się jako „krylową”, albowiem udowodniła ona możliwość połowu w wodach antarktycznych ryb i kryla. Na podstawie wyników przeprowadzonych badań skierowano tam flotę rybacką i zdecydowano o kontynuowaniu przez Polskę badań morskich. Rząd podjął też decyzję o założeniu na Antarktydzie Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego i kontynuowaniu badań polarnych. Jesienią 1976 roku Rakus-Suszczewski w imieniu Polskiej Akademii Nauk zapoznał z polskimi planami Komitet Naukowy Badań Antarktycznych – SCAR. Stało się to na jego 14. posiedzeniu w Argentynie. W wygłoszonym oświadczeniu m.in. określił przypuszczalną lokalizację planowanej stacji (Szetlandy Południowe lub Półwysep Antarktyczny), jej cele – kompleksowe badania w różnych dyscyplinach, ze szczególnym uwzględnieniem badań biologicznych. Poinformował też o utworzeniu w Polsce Komitetu Badań Antarktycznych oraz zgłosił akces naszego kraju do SCAR. 20

Tymczasem w kraju trwały gorące przygotowania do wielkiej wyprawy. Jej organizacją zajął się Instytut Ekologii PAN, któremu wszechstronnie pomagało Ministerstwo Obrony Narodowej. W kierunku Antarktydy popłynęły dwa statki: Na m/s „Zabrze”, dowodzonym przez kapitana Mariana Lisa, płynęło 2563 ton bagażu, kierownictwo wyprawy i grupa desantowa Niebieskich Beretów. Na m/t „Dalmor”, którego kapitanem był Zenon Krzymiński, znajdowało się 58 członków wyprawy i pozostały ładunek. Płynęły m.in. domki kontenerowe, stalowe i drewniane hale, traktory, ciągniki, amfibie, promy, kutry, dźwigi, samochody i beczki z paliwem. Była to pierwsza polska wyprawa na Antarktydę. Uczestniczyły w niej 73 osoby, nie licząc załóg obu statków. Kierownikiem był Stanisław Rakus-Suszczewski. On też 27 stycznia 1977 roku podjął decyzję o lokalizacji Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego w Zatoce Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego w Zachodniej Antarktyce. W dniu 26 lutego 1977 roku, po 57 dniach od chwili przybicia do brzegu, stacja była gotowa, a w świat poszedł telegram w pięciu językach: „Tu Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego Polskiej Akademii Nauk na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych, położona na 62° 10’ S i 580 28’ W. Stacja im. H. Arctowskiego rozpoczęła działalność dziś o godz. 3.25 GMT. Nasz sygnał wywoławczy 3ZL30, 3ZL34, częstotliwość 7514 i 8054 kHz, temperatura powietrza 4,3 C° , ciśnienie 962 mbar, zachmurzenie 0,8, prędkość wiatru 7m/s”. Po raz pierwszy na „Arctowskim” zimowało 19 osób, a kierowali nimi Józef Jerzak i Aleksander Szmata.

W tym samym 1977 roku Polska podpisała Układ Antarktyczny, zwany też Układem w sprawie Antarktyki lub Paktem Antarktycznym, i stała się jego trzynastym pełnoprawnym członkiem. Od chwili powstania po dziś Stacja im. H. Arctowskiego działa nieprzerwanie, a badania prowadzi się na niej w cyklach rocznych. Dotyczą one m.in. zagadnień z zakresu biologii, hydrobiologii, ichtiologii, oceanologii, geologii, geomorfologii i medycyny. W stałym programie stacji znajdują się standardowe obserwacje meteorologiczne. Jej załoga w sezonie zimowym liczy najczęściej 19 osób, zaś w sezonie letnim stan ten radykalnie się powiększa. Pod nadzorem stacji pozostają także niektóre szczególnie chronione tereny antarktyczne. Tak, jak powstanie w Arktyce Polskiej Stacji Polarnej – Hornsund wiąże się z nazwiskiem prof. Stanisława Siedleckiego, tak Stacja im. Henryka Arctowskiego pozostaje nierozerwalnie związana z jej założycielem, współtwórcą polskiego programu polarnego prof. Stanisławem Rakusem-Suszczewskim, urodzonym w 1938 roku, dla którego, jak sam wspominał, Antarktyda stała się przeznaczeniem. Poświęcił jej prawie 40 lat życia. Zajmował się biologią mórz polarnych, fizjologią i ekologią organizmów morskich. Był profesorem Instytutu Ekologii PAN, a w latach 1992-2005 pełnił funkcję dyrektora Zakładu Biologii Antarktyki PAN, placówki koordynującej polskie badania w Antarktyce. Uczestniczył w wielu wyprawach antarktycznych, brał udział w międzynarodowych programach morskich BIOMOSS, reprezentował Polskę m.in. na Spotkaniach Państw Stron Układu Antarktycznego, w Międzynarodowym Komitecie Badań Antarktyki SCAR. W latach 2005-2006 pełnił funkcję Stałego Przedstawiciela PAN przy Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie. We wrześniu 2004 roku pożegnał się z polarnymi szlakami, po których teraz podążają jego uczniowie. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


O Indianach inaczej K

tóż z nas nie połykał w latach młodzieńczych popularnych „indianek”, nie uczestniczył w podchodach, nie marzył o pióropuszu; Indianie nas fascynowali i nikt podczas tych zabaw nie chciał być „białą twarzą”. Od tej młodzieńczej fascynacji minęły lata, wydorośleliśmy. I właśnie do nas, dorosłych, adresowana jest opowieść reportażowa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm Otwarta rana Ameryki (Wyd. „Sic!”, Warszawa 2007). Nad książką, której okładkę zdobi twarz Indianina na tle flagi amerykańskiej, autorka pracowała dziesięć lat. W Ameryce mieszka już lat osiemnaście i w jednym z wywiadów stwierdziła, że gdyby tam nie mieszkała, nie byłoby tej książki, stanowiącej rezultat zarówno jej dłuższych czy krótszych pobytów w rezerwatach, bezpośrednich kontaktów z Indianami, jak i studiów w amerykańskich bibliotekach i muzeach, dysponujących znakomitymi zbiorami, w tym także tzw. historią mówioną, czyli nie komentowanymi nagraniami relacji ludzi, świadków wydarzeń. Z wieloma Indianami jest zaprzyjaźniona i to właśnie oni, wiedząc, że o nich pisze, wyjaśniali jej różne specyficzne problemy, m.in. zawiłości prawa posiadania ziemi na terenach rezerwatów. Autorka, choć zafascynowana innością czy egzotyką Indian, szczęśliwie unika romantyczno-sentymentalnych wyobrażeń, wyniesionych z młodzieńczych lektur. Jej Otwarta rana Ameryki to książka o dramacie Indian, który rozegrał się kiedyś w historii, a który i dziś przejawia się w różnych formach. Z powodzeniem wnika w problemy, z którymi dziś borykają się rdzenni mieszkańcy Ameryki. Na konkretnych przykładach pokazuje, jak w przeszłości polityka rządu amerykańskiego doprowadziła do trudnej sytuacji społecznej i ekonomicznej, w jakiej przyszło żyć wielu plemionom indiańskim. Pozbawianie ziemi, zamykanie w rezerwatach, zmuszanie dawnych koczowników i myśliwych do praMARZEC 2008

cy na roli, przymusowe kierowanie dzieci do szkół z internatami, w których starano się pozbawić je tożsamości narodowej, zaBLIŻEJ braniając używania właPOLSKIEJ KSIĄŻKI snego języka, to tylko niektóre formy krzywd, o których autorka wspomina w rozdziałach Smutek rezerwatów czy Gorzkie wspomnienia z indiańskich szkół. Pokazuje też, jak od drugiej połowy XX wieku polityka amerykańska zmieniała się na korzyść Indian. Widzenie „marazmu i smutku rezerwatów” przez pisarkę nie jest czarno-białe. Pokazuje ona, że winę za zaistniałą sytuację ponoszą także sami tubylcy, którzy często nie wykazywali i nie wykazują chęci do podejmowania działań zmierzających do wyjścia z tego kryzysu. Autorka omawia różnorodność plemion indiańskich, których dziś w Ameryce Północnej jest kilkaset, a które różnią się między sobą nie tylko zwyczajami, językiem czy wierzeniami, ale ponadto różna jest ich sytuacja społeczna i ekonomiczna. Obok np. takich, którzy zamieszkują rezerwat Siuksów Pin Ringe w Dakocie Południowej, gdzie większość domów nie ma ani wody, ani kanalizacji i gdzie biedę widać na każdym kroku, niektóre plemiona w Kalifornii i w Teksasie, wykorzystując współczesne ustawodawstwo amerykańskie, m.in. budują kasyna, które na terenie rezerwatów zwolnione są z podatków, a płynące z nich ogromne zyski inwestują w nowoczesne szkoły, szpitale, centra kultury i modernizację infrastruktury posiadanych terenów. W Otwartej ranie Ameryki Aleksandra Ziółkowska-Boehm przełamuje

niejedno stereotypowe postrzeganie Indian; z jednej strony wskazuje na szerzący się wśród nich alkoholizm, przestępczość, bezrobocie z wszystkimi jego negatywnymi skutkami, z drugiej zwraca naszą uwagę na licznych naukowców, artystów czy biznesmenów pochodzenia indiańskiego. Dzisiejsi Indianie, żyjący jak gdyby w dwu światach – świecie dawnych tradycji i w świecie współczesnym, zdaniem autorki nie są wyłącznie „rasą odchodzącą w przeszłość”, ale odgrywają swoistą rolę w społeczeństwie amerykańskim. Mimo, że amerykańskie prawo stoi dziś po ich stronie i sprzyja ugruntowaniu ich tożsamości, sprawa wyrządzonych krzywd stale należy do spraw trudnych dla społeczeństwa amerykańskiego i nadal, chociaż „biali” i „czerwoni“ tworzą jedno państwo, pozostaje „otwartą raną Ameryki”. Autorka stara się tej rany nie rozdrapywać, ale podejmuje próby szukania rozwiązań, zmierzających do poprawy sytuacji. Bogato ilustrowana starymi fotografiami i zdjęciami współczesnych Indian książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, dopełniona wywiadami autorki z tubylczymi Amerykanami, tabelą nazw współczesnych stanów amerykańskich, wywodzących się z języków indiańskich, opracowaną przez jej męża Normana Boehma oraz spisem najważniejszych muzeów amerykańskich z kolekcjami indiańskimi, to fascynująca lektura, która nie powinna ujść uwadze czytelnika dwudziestego pierwszego wieku, sięgającego przede wszystkim po literaturę faktu. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 21


Polskie rakiety W

prawdzie trwają polsko-amerykańskie rozmowy na temat budowy na terenie naszego kraju bazy rakietowej USA, będącej elementem tzw. tarczy rakietowej, czyli systemu obrony antyrakietowej, w Sejmie debatowano nad polskim „programem kosmicznym” – satelitą i ew. środkiem wyniesienia na orbitę, czyli rakietą kosmiczną, jednak my zajmiemy się rakietami… tenisowymi. A że marzec kojarzy się z Dniem Kobiet, będą to rakiety w rękach naszych pań. A jest o czym wspomnieć.

Polski tenis kobiecy święci ostatnio małe i wielkie tryumfy. Przykład? W styczniu br. 22-letnia Marta Dmochowska odniosła życiowy sukces (jak dotychczas), awansując do 1/8 finału, czyli IV rundy w wielkoszlemowym turnieju Australian Open (z pulą nagród 18,36 mln dol.) awansowała na 78. miejsce w światowym rankingu najlepszych WTA. W 1/8 finału przegrała jednak, jak podkreślano po bardzo wyrównanej grze, (4:6, 4:6) z Amerykanką Venus Williams (nr 8. na świecie). Sama przyznała, że popełniła za dużo błędów. Określiła to spotkanie jako „mecz niewykorzystanych szans“, ale z wyniku w Australian Open jest zadowolona. Kariera Dmochowskiej nie jest nowością. Już w kwietniu 2006 roku plasowała się ona w rankingu WTA Tour na 37. pozycji (wtedy najwyższej w karierze) i podpisała bardzo dobry trzyletni kontrakt (nieoficjalnie szacowany na milion złotych) ze sponsorem, jednak później spisywała się już słabiej i jesienią ubiegłego roku była na 198. miejscu na świecie. Przed trzema laty zbliżyła się do czołowej setki rankingu WTA i wtedy jej wieloletniego trenera Pawła Ostrowskiego zastąpił Czech Tomasz Janda, którego z kolei zmienił Włoch Paolo Cannova. Starali się oni zmienić agresywny styl gry teni22

sistki na bardziej stonowany, ucząc ją cierpliwości na korcie. To doprowadziło do załamania formy i słabszych wyników, na które wpływ miały też zawirowania natury osobistej. Poza tym nadal ciągnie się w sądzie sprawa, który Dmochowskiej wytoczył Kazimierz Jannasz – sponsor, pomagający jej od 15. roku życia. W pierwszych latach nie żałował pieniędzy na jej treningi, starty i sprzęt. Potem jednak wszystko się zmieniło. I to akurat wtedy, kiedy zaczęła odnosić sukcesy i naprawdę sporo zarabiać. Z powodu procesu nie mogła się skupić na grze. Bywało tak, że przed treningiem spędzała godziny u prawnika, podczas zajęć myślała o procesie, a wieczorem znów dzwonił adwokat i rozmawiali o sprawie. Dobrze zapowiadająca się zawodniczka przez prawie 2 lata przegrywała mecz za meczem. Po porażce na Roland Garros była załamana – nie wzięła rakiety do ręki przez dwa miesiące. Rozważała zakończenie kariery. Na szczęście dla polskiego tenisa wróciła do gry. Jej tegoroczne cele to najpierw zakwalifikowanie się na igrzyska do Pekinu, później wejście do światowej „trzydziestki”. Aby liczyć na start w Pekinie, na początku czerwca musi być sklasyfikowana przynajmniej na 60. miejscu w świecie, a to jest możliwe.

Na tegorocznym Australian Open wystąpiła też urodzona 6 marca 1989 roku w Krakowie Agnieszka Radwańska. Na najważniejszym korcie Melbourne Rod Laser Arena nie dała jednak rady 9. rakiecie świata, Słowaczce Danieli Hantuchovej, i przegrała w ćwierćfinale (2:6, 2:6). Turniej Australian Open jest jej największym sukcesem w karierze. Słowaczka po ośmiu latach prób dopiero po raz pierwszy w karierze awansowała do półfinału Wielkiego Szlema. Tegoroczny Australian Open przeszedł do historii polskiego tenisa – skończy się dla nas „tylko” ćwierćfinałem Wielkiego Szlema. Nigdy wcześniej nie mieliśmy dwóch tenisistek w wielkoszlemowej „szesnastce” (Radwańska i Domachowska) i nigdy wcześniej nasz zawodnik nie grał w Melbourne w singlowym ćwierćfinale (przed laty Wojciech Fibak grał w tej fazie w Wimbledonie, French Open i US Open). Prasa australijska nazwała Polkę „gigant-killer“, czyli „pogromczynią faworytek”. Nie bez powodu. Pokonała ona dwie świetne Rosjanki: Swietłanę Kuzniecową i byłą tenisistką numer 3 na świecie Nadię Pietrową. To zrobiło na wszystkich ogromne wrażenie. Na trybunach nie zabrakło oczywiście Polonii. Nasi rozłożyli wielką flagę z napisem „Białystok”, do tego rozbrzmiewały okrzyki „dawaj! Aga!”. Jej 21. miejsce w światowym rankingu jest kolejnym polskim rekordem (poprzedni to 25. lokata - też należąca do niej), a jej sukces to największe osiągnięcie polskiego tenisa kobiecego po II wojnie światowej, biorąc pod uwagę występy w turniejach wielkoszlemowych. Jeżeli rozważymy rywalizację zarówno kobiet, jak i mężczyzn, to Radwańska wyrównała wynik MONITOR POLONIJNY


Wojciecha Fibaka sprzed 28 lat, kiedy to w 1980 roku trzykrotnie stawał on przed szansą awansu do półfinału w imprezie Wielkiego Szlema. Nie udało mu się jednak przebić do najlepszej „czwórki” podczas French Open, Wimbledonu i US Open. Po występie w Australian Open o Radwańskiej zrobiło się głośno na całym świecie. Zabłysnęła jednak już wcześniej – 1 września 2007 roku na centralnym korcie w Nowym Jorku w III rundzie tenisowego turnieju US Open pokonała (6:4, 1:6, 6:2) drugą tenisistkę świata Marię Szarapową i tym samym dokonała jednego z największych wyczynów w polskim tenisie. Jej zwycięstwo nad Rosjanką było największą sensacją turnieju, ponieważ od trzech lat Szarapowa nie przegrała na tak wczesnym etapie turnieju Wielkiego Szlema. Po zmiennym prowadzeniu początkowym Polka zaczęła rządzić na korcie, a Szarapowej zdarzało się coraz więcej błędów. W całym meczu popełniła aż 12 podwójnych błędów serwisowych wobec tylko dwóch Polki, a poza tym popełniła 49 niewymuszonych błędów – Radwańska tylko 23. Sukces robi wrażenie – Polka wygrała z drugą zawodniczką świata, która broniła tytułu i była faworytką turnieju. Podczas gry słyszała dopingujące okrzyki: „Aga” czy „Agnieszka” i zauważyła, że pod koniec meczu większość publiczności kibicowała właśnie jej. Kibicowali jej też Amerykanie, bo na początku okrzyki były wydawane czystą polszczyzną, a potem już z amerykańskim akcentem. Radwańska ma już zapewniony start na igrzyskach w Pekinie. Igrzyska to w tenisie impreza niższej rangi niż Wielki Szlem – nie ma punktów ani nagród, liczy się tylko prestiż i rywalizacja narodoMARZEC 2008

wa. Wprawdzie wielu tenisistów bojkotuje olimpiadę, ale ona chcę jechać i zagrać jak najlepiej. Ciekawe, że w dzisiejszych czasach, kiedy sportem (i nie tylko) rządzi pieniądz, Radwańska jest jedną z niewielu zawodniczek z czołówki, która nie ma kontraktu sponsorskiego z firmą odzieżową. Powód jest banalny – żadna z tych firm nie zgadza się na pozostawienie na stroju logo firmy Prokom, która jest jej głównym sponsorem. W czasie swojej dotychczasowej kariery nasza tenisowa jedynka zarobiła prawie 2 miliony złotych. Wszystkie te pieniądze „podniosła” z kortu, bo nie ma podpisanej umowy z międzynarodową agencją menedżerską. Znalazła się jednak na 12. miejscu listy najlepiej zarabiających tenisistek 2008 roku. Tylko w styczniu br. wzbogaciła się o 148 894 USD. Na liście tenisistek, które w tym roku najwięcej zarobiły na turniejach jest ósma. Jednak jeśli chodzi o dochody poza kortem jest poza pierwszą setką. Mówi się, że traci miliony, a z kontraktów reklamowych mogłaby mieć nawet 5 milionów złotych rocznie! A prywatnie tenisistka ma dwa … szczury Flipa i Flapa, które hoduje w Krakowie. Młodsza siostra Agnieszki – Urszula odpadła w Australian Open w eliminacjach. Dopiero teraz przestała być juniorką. Rok 2007 skończyła jako jedna z najlepszych młodych tenisistek świata. Niespełna 17-letnia została podwójną mistrzynią prestiżowego turnieju wielkoszlemowego na kortach Wimbledonu. Triumfowała w grze pojedynczej i w parze z Rosjanką Anastazją Pawliuczenkową.. Trzeba podkreślić, że Urszula Radwańska w ciągu trzech dni rozegrała aż dziewięć spotkań – wszystkie wygrała. W 2007 w duecie z Amerykanką Julią Cohen na twardych kortach w Melbourne Park przegrały

z duetem Rosjanek w finale gry podwójnej wielkoszlemowego turnieju juniorek Australian Open. Popełniły cztery podwójne błędy serwisowe, o jeden więcej od rywalek. W grze pojedynczej w Melbourne Ula odpadła w ćwierćfinale, przegrywając z Białorusinką Ksenią Milewską. Wcześniej pokonała trzy inne zawodniczki. Młodsza Radwańska ma za sobą debiut w imprezach zawodowych w roku 2005 roku. Już w ubiegłym sezonie odniosła dwa zwycięstwa w cyklu ITF Women’s Circuit, wygrywając dwa turnieje. Dwa razy wygrywała też w parze deblowej. W maju ubiegłego roku dzięki „dzikiej karcie” zadebiutowała w turnieju WTA Tour, przegrywając w pierwszej rundzie warszawskiego J&S Cup z Amerykanką Venus Williams. W Wielkim Szlemie juniorek najlepszy jak dotychczas wynik uzyskała w lipcu 2006 roku, dochodząc do półfinału singla w Wimbledonie. W deblu na londyńskiej trawie odpadła w półfinale. Z pewnością jeszcze o niej usłyszymy. Siostry Radwańskie pochodzą ze sportowej rodziny: dziadek był hokeistą „Cracovii”, a ojciec to były tenisista KS „Nadwiślanie”. Uprawiał też łyżwiarstwo figurowe w KS „Krakowianka”. Pierwszy kontakt z tenisem dziewczyny miały w Niemczech, gdzie ich ojciec pracował jako trener. Agnieszka w wieku sześciu lat wygrała tam swój pierwszy dziecięcy turniej, a czteroletnia wtedy Ula zajęła czwarte miejsce. Na „cichej” rywalizacji pomiędzy naszymi najlepszymi rakietami, czyli Dmochowską i Radwańską, polski tenis powinien zyskać. Oby tak było! I pomyśleć tylko, że w Polsce likwiduje się właśnie turnieje tenisowe w Warszawie – J&S Cup, i Sopocie – Idea Prokom Open. ANDRZEJ KALINOWSKI 23


OKIENKO JĘZYKOWE

Czy „celebryt” jest mile widziany?

W

poprzednim numerze obiecałam Państwu, że tym razem zajmę się nowym wyrazem, który pojawił się niedawno w polszczyźnie, czyli „celebrytem”. Słowo się rzekło – kobyłka u płota.

Myślę, że osoby posługujące się zarówno polskim, jak i słowackim, wyraz ten ani nie dziwi, ani nie razi, albowiem stykają się one od dłuższego czasu z jego słowacką wersją, która brzmi: celebrita. Obie formy – pol. celebryt i słow. celebrita dostały się do naszych języków z angielskiego, w którym celebrity – w znaczeniu ‘sława’ czy ‘znakomitość’ – istniało od dawna, a nawet bardzo dawna. A cóż oznacza polski „celebryt”? Trudno byłoby szukać jego definicji w słownikach, albowiem one go jeszcze nie odnotowują. Proces adaptacji tego wyrazu do polszczyzny właśnie przebiega. Ale dlaczego akurat teraz? Zajrzałam do Internetu – źródła wiedzy wszelakiej, zarówno tej potrzebnej, jak i zbędnej, i „celebryta” znalazłam! Jedyną jego definicję podaje Internetowy Słownik Haseł Krzyżówkowych, tworzony przez internautów, w którym czytamy, iż jest to: ‘aktor, pisarz, sportowiec, ktoś popularny, choć nie zawsze utalentowany’. I chyba tak rzeczywiście jest, tzn. wyrazem tym określa się różne osoby, które zyskały dobrą lub złą sławę, będące zarówno „znakomitościami”, jak i bohaterami skandali i brukowców. Krótko można by rzec, że „celebryt” to taki człowiek, który jest znany tylko z tego, że... jest znany. We wspomnianym słowniku znajduje się jednocześnie adnotacja, iż słowa tego nie należy używać w rozmaitych grach słownych. A czy w ogóle można go używać? Kiedy w języku pojawia się coś nowego, to nie zawsze to coś od początku trzeba traktować jako błąd. Najpierw należy się przyjrzeć takiej nowości i ją ocenić. Przede wszystkim trzeba się zastanowić, czy jest potrzebna. Mam wrażenie, że nasz „celebryt” wypełnia pewną lukę w słowniku, bowiem pozwala jednym słowem określić każdego znanego, popularnego osobnika. Przecież to nie to samo co „znakomitość” czy „osobowość” – te niosą ze sobą raczej pozytywne zabarwienie, a „celebryt” wcale nie musi być lubiany czy szanowany. Na internetowym czacie przeczytałam nawet, że

24

„rasowy celebryt musi być gruboskórną bestią i brać poprawkę na to, że gdy jedni uwielbiają, inni nienawidzą. Celebryt - jeśli się czegoś panicznie boi - to obojętności”. Innym kryterium oceny nowości językowych jest stopień ich rozpowszechnienia. „Celebryt” to wyraz dopiero wchodzący do języka, a już mający chyba tylu samo zwolenników, co przeciwników. W dość ograniczonym materiale, związanym z tematem, a pochodzącym właściwie tylko z Internetu (w innych mediach na razie nie odnotowałam użyć interesującego nas leksemu), znalazłam nawet groźbę, odzwierciedlającą stosunek autora do wyrazu: „Jeśli ktoś w mojej obecności użyje kiedykolwiek słowa celebryt, zatłukę tym, co się pod rękę nawinie, a potem spalę mu dom”. Pragnę w tym miejscu dodać, że autor przytoczonej wypowiedzi w całym swoim tekście z chęcią używał jednak angielskiej formy celebrity, a zatem sprzeciwiał się tylko jej przyswojeniu do polszczyzny. A my? Czy przyjmiemy „celebryta”, czy też go odrzucimy? Czy jest przez nas mile widziany, czy też nie? Mnie ten wyraz się po prostu nie podoba (tak jak nie podoba mi się cały ten świat „celebrytów”, opisywany najczęściej w prasie brukowej) i nie zamierzam go używać. Przynajmniej na razie. Kojarzy mi się z kimś negatywnym, albowiem kogoś znanego i pozytywnego zawsze mogę nazwać „znakomitością” lub „sławą”, czyli wyrazami rodzimymi. Ale na pewno będę obserwować życie „celebryta” w polszczyźnie. Państwa tak do końca nie zniechęcam do używania tego wyrazu, ale i też do tego nie zachęcam. Zobaczymy, co się z nim stanie – może zadomowi się na dobre, a może za kilka lat nikt o nim nie będzie słyszał. A z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych życzę Państwu wiosennego optymizmu i dużo radości, czy to już w towarzystwie któregoś „celebryta”, czy też bez niego. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

O

G

Ł

O

S

Z

E

N

I

A

Tradycyjne święcenie pokarmów z okazji świąt wielkanocnych odbędzie się w kościele minoritów w Bratysławie w Karlovej Vsi, Námestie Sv. Františka 4 w sobotę 22 marca o godzinie 10.30.

WYBÓR Z

PROGRA

➨ SZEŚĆ KULTOWYCH FILMÓW ROMANA POLAŃSKIEGO Pokaz filmów słynnego polskiego reżysera 6 – 9.03. Bratysława, Kino Tatra, Námestie 1. mája 5 6.03. o 20.30 LOKATOR (The Tenant, FR/USA, 1976, 125 min.) 7.03. o 18.30 NÓŻ W WODZIE (Knife in the Water, PL, 1962, 94 min.) o 20.30 WSTRĘT (Repulsion, GB, 1965, 104 min.) 8.03. o 18.00 MATNIA (Cul-de-sac, GB, 1966, 111 min.) o 20.30 DZIECKO ROSEMARY (Rosemary’s Baby, USA, 1968, 136 min.) 9.03. o 18.00 NIEUSTRASZENI POGROMCY WAMPIRÓW (The Fearless Vampire Killers, USA, 1967, 124 min.) o 20.30 NÁJOMNÍK (The Tenant, FR/USA, 1976, 125 min.) ➨ 11 – 13.03. Trenczyn, Artkino Metro, Mierové námestie 4 11.03. o 16.30 NÓ˚ W WODZIE o 19.00 WSTR¢T 12.03. o 16.30 MATNIA o 19.00 DZIECKO ROSEMARY 13.03. o 16.30 NIEUSTRASZENI POGROMCY WAMPIRÓW o 19.00 LOKATOR Współorganizatorzy: MFF ARTFILM, Continental film, Instytut Francuski Bratysława, CSF Silesia, Filmoteka Narodowa ➨ MUZYKA Z FILMÓW ROMANA POLAŃSKIEGO 10.03. o 19.00 Bratysława, Kino Tatra, Námestie 1. mája Koncert Nothing But Swing Trio gra kompozycje muzyczne Krzysztofa Komedy z filmów Romana Polańskiego Klaudius Kováč – fotrepian Róbert Ragan – kontrabas Peter Solárik – perkusja MONITOR POLONIJNY


•O G Ł O S Z E N I A Hurtownia materiałów budowlanych z północnej Polski poszukuje firm ze Słowacji w celu importu materiałów budowlanych ściennych (beton komórkowy, cegła, pustak ceramiczny) oraz materiałów do pokryć dachowych (dachówka plus akcesoria dachowe, rynny, papy i folie dachowe). Tel. +48/ 661 896 574; e-mail: uosp.poland@gmail.com

Wspomnienie…

STEFANII SIKORSKIEJ z Koszyc składamy gratulacje z okazji narodzin jej synów – Šimona i Matuša. Bliźniaki przyszły na świat 18 lutego 2008 r. Przyjaciele z Klubu Polskiego

MU INST Y TUTU POLSKIEGO ➨ KLUB FILMU POLSKIEGO – ROMAN POLAŃSKI AKTOR „ZEMSTA” 12.03. o 16.30 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Projekcja filmowej adaptacji komedii A. Fredry Zemsta (PL, 2002, 100 min.) Reżyseria: Andrzej Wajda ➨ W SKŁADZIE PORCELANY – GRUPA ĆMIELOWSKA 10.03. o 16.30 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wystawa przedmiotów użytkowych oraz unikatowych z ćmielowskiej porcelany. Udział biorą członkowie Grupy Ćmielowskiej w składzie: Martin Muranica (SK), Wojciech Stanisław Skowronek, Eliza Rajsz, Mariusz Woliński, Marta Maria Miara i Grażyna Habieda (PL). Wystawa potrwa do 28 marca 2008. ➨ „ŚWIATŁO ZE WSCHODU” 13.03. o 17.00 Koszyce, Východoslovenská galéria, Alžbetina ul. 2 Wystawa fotograficzna o prawosławiu (do 20 kwietnia 2008) Współorganizator: Fundacja im. Księcia Konstantego Ostrogskiego, Białystok ➨ „ŻYCIE RODZINNE” 13.03. o 18.00 Bańska Bystrzyca, Aula FHV UMB, Ružová 11 Projekcja filmu (PL, 1970, 88 min.) Reżyseria: Krzysztof Zanussi Współorganizator: polonistyka z Bańskiej Bystrzycy ➨ SALON WYSZEHRADZKI 17.03. o 17.00 Bratysława, Węgierski Instytut Kultury, Palisády 54 Dyskusja na temat: Migracja – jesteśmy przygotowani? Migracja w krajach V4 Współorganizatorzy: Węgierski Instytut Kultury, Czeskie centrum ➨ KLUB FILMU POLSKIEGO - MARZEC 1968 „MARCOWE MIGDAŁY” 19.03. o 16.30 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Projekcja filmu (PL, 1989, 89 min.) Reżyseria: Radosław Piwowarski MARZEC 2008

➨ ANTOLOGIA ANIMACJI POLSKIEJ II 25.03. o 20.00 Bratysława, Klub A4, Nám. SNP 12 Projekcja filmów – ciąg dalszy przeglądu polskich krótkich filmów animowanych. ➨ „OPOWIEŚCI GALICYJSKIE” 26.03. o 17.00 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Spotkanie z polskim pisarzem Andrzejem Stasiukiem i słowackim tłumaczem Jozefem Marušiakiem oraz prezentacja słowackiego tłumaczenia Opowieści galicyjskich. Współorganizatorzy: Wydawnictwo Slovart, Trigon Production ➨ „WINO TRUSKAWKOWE” 27.03. o 18.30. Bratysława, Kino Tatra, Námestie 1. mája Premiera filmu (PL/SR, 2007, 109 min.) Reżyseria: Dariusz Jabłoński Scenografia: Dariusz Jabłoński, Andrzej Stasiuk Wspólny film polsko-słowacki został zrealizowany na podstawie Opowieści galicyjskich Andrzeja Stasiuka, w słowackiej premierze wezmą udział także jego twórcy.

PONADTO POLECAMY ➨ EARLY MELONS 5 – 7.03. Bratysława, Klub A4, Nám. SNP 12 Międzynarodowy Festiwal Filmów Studenckich z udziałem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. www.earlymelons.com ➨ „RUM I WÓDKA” 8.03. o 19.00 Trenczyn, Klub Lúč, Ul. K. Pribinu 2 Sztuka teatralna w wykonaniu teatru „Kontra” ze Spišskiej Novej Vsi w reżyserii polskiej reżyser, pedagog i tłumaczki Klaudyny Rozhin.

Minęło już tyle lat, a to wspomnienie wciąż żyje w mojej pamięci i chciałabym się nim podzielić z czytelnikami „Monitora Polonijnego”. Byłam wtedy małą, może 6 - 7-letnią dziewczynką. Mieszkałam w Warszawie na Dolnym Mokotowie. Pewnego dnia szłam, jak co dzień, ulicą Belwederską z moim tatusiem do przedszkola, przechodząc koło Belwederu. Naprzeciwko nas szedł starszy pan w szarym zapiętym pod szyję płaszczu. Gdy zbliżaliśmy się do niego, tatuś szepnął mi, abym ładnie przed tym panem dygnęła. Zajęta przyglądaniem się temu miłemu panu, potknęłam się, dygając, i rozbiłam sobie kolano. Pan podszedł do nas i zatrzymał się na chwilę. Zapytał mnie, czy bardzo boli mnie kolanko. Podobno bohatersko odpowiedziałam, że nie boli i że często rozbijam sobie kolana. Pan się uśmiechnął, pogładził mnie po głowie, pociągnął za cienkie warkoczyki i pocieszył, mówiąc, że do wesela się zagoi. Na jego pytanie, jak się nazywam, odpowiedziałam, że w przedszkolu mówią do mnie Marysia, ale w domu nazywają mnie Lilusią. „To ciekawe“ – skonstatował ów pan i poszedł, ginąc w bramie Belwederu. Gdyby ojciec mój nie przypomniał mi tego zdarzenia, pewnie zapomniałabym o nim. Później sporo myślałam o tym spotkaniu. Ten miły starszy pan, którego miałam szczęście spotkać w życiu, to wielki marszałek Piłsudski! MARIA ALICJA JABŁOŃSKA (87 LAT), SENEC 25


Poľská pohostinnosť nie je prázdna fráza

M

oje rodné mesto Žilina je centrom severozápadného Slovenska a pohľad na mapu nenechá nikoho na pochybách, že máme k našim poľským susedom naozaj len na skok. Bolo by veľmi zaujímavé zistiť, ako často ľudia z prihraničných regiónov navštevujú Poľsko, aké pohnútky ich k tomu vedú a či hrá stále prím nákupná turistika, taká obľúbená v našich končinách aj po posilnení zlotého voči slovenskej korune. Nebolo zriedkavosťou priniesť si z Poľska zimné oblečenie pre celú rodinu alebo dať si urobiť na mieru kompletnú kuchynskú linku z masívu. „Poliaci sú šikovní, vedia odhadnúť svoje schopnosti a ponúknuť nadštandardné služby, ktoré sú na Slovensku iba v plienkach,“ tvrdí moja známa Vierka zo Staškova a dodáva, že je s Poliakmi jedna ruka – sú úctiví, priateľskí a veľmi galantní, hoci na pobozkanie ruky od poľského gentlemana si stále nevie zvyknúť. Poľsko – to, samozrejme, nie sú len nákupy, krajina je nám blízka svojou mentalitou – príslovečnou slovanskou pohostinnosťou, príbuznosťou jazyka, aj keď nie vždy platí, že sa vieme pochopiť a často vznikajú kuriózne situácie. Moju generáciu bude s Poľskom spájať aj spoločná minulosť, prežitá v tzv. ostbloku. Túto krajinu som po nežnej revolúcii navštívila niekoľkokrát z rýdzo profesionálnych dôvodov – ako zástupkyňa kúpeľov na veľtrhoch cestovného ruchu vo viacerých poľských mestách, pobudla som ako turistka a novinárka zároveň v niektorých oblastiach blízko hraníc a mojím veľkým, zatiaľ nesplneným snom je návšteva hanzového mesta Gdansk. Do Poľska sa vždy teším, každá návšteva ma obohacuje o nový zážitok a to je pre cestovateľa a novinára vždy dobrá devíza. Môj prvý kontakt s touto krajinou sa však neodohrával na žiadnom trhu, veľtrhu či v turisticky atraktívnej lokalite, ale v konkrétnej poľskej rodine, kam bol pôvodne pozvaný na návštevu môj otec. Za „oných“ čias bolo dobrým zvykom udržiavať družbu medzi podnikmi a firmami rovnakého zamerania a tak tomu bolo i v tomto prípade. Katovická fabrika sa priatelila so severoslovenskou. V roku 1988 otec ako vedúci prevádzky dostal pozvanie na návštevu svojho poľského partnera. Povinnosti mu však zabránili túto cestu absolvovať, a tak na „sú26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

IVANA LABUDOVÁ Voľná novinárka, toho času učiteľka mediálnych predmetov na Žilinskej univerzite, FPV Žilina

družskú“ návštevu poslal svoju najstaršiu dcéru s partnerom, mojím dnešným manželom. Vybavení kolektívnou fotografiou s odkazom na otcovho poľského kolegu Mariusza a radami, ako a kde čo najvýhodnejšie vymeniť našu menu za poľské zloté, sme nasadli do vlaku smer Katovice. Prvý problém nastal na stanici – nikto podobný mužovi na otcovej fotke nás nečakal. Celí zúfalí sme behali po peróne v snahe nájsť onoho fúzatého kolegu, ktorý sa o nás mal tri dni starať. O mobilných telefónoch sme vtedy ani nechyrovali, takže zostala posledná možnosť – obrátiť sa na staničný rozhlas. Všetko dobre dopadlo a o necelú hodinku sme sa zvítali. Jediný háčik bol totiž v tom, že sme na peróne hľadali nesprávneho muža - na fotografii vľavo, ako sme sa mylne domnievali, nebol „náš“ Poliak, ale otcov kolega z ďalšej prevádzky. Mariusz fúzy vôbec nemal a našiel nás iba vďaka to-

mu, že sa podobám na otca. Ďalší menší šok nás čakal na parkovisku – Mariuszov Polonez mal riadenie vpravo, čo sme my, dietky východného bloku, videli prvý krát. Auto bolo údajne určené na export do Veľkej Británie a zopár kusov zostalo pre poľských občanov. To, že poľská pohostinnosť nie je len prázdna fráza, sme sa presvedčili pri príchode do domu nášho poľského priateľa. Býval so svojou rodinou v rodinnom dome a my sme dostali k dispozícii celé prvé poschodie sami pre seba! Celá rodina – Mariusz, jeho manželka Teresa, dve deti a stará mama sa uskromnili, aby slovenskí hostia mali svoje pohodlie. Počas celého pobytu sme boli súčasťou ich rodiny – spolu sme raňajkovali, obedovali i večerali, samé vychýrené poľské špeciality. Mariuszova rodina nám organizovala program, spoznali sme ostatných členov rodiny a cítili sme sa tam veľmi príjemne. Vopred sme tušili, že tento výlet bude viac ako dobrodružný, a aj po dvadsiatich rokoch naň veľmi rada spomínam. Prvýkrát som sa mala možnosť zoznámiť s originálnym poľským dabingom, keď všetky osoby vo filme dabuje jedna osoba - počas nášho pobytu vysielala poľská televízia niekoľko častí majora Zemana a bolo pre nás veľkým zážitkom sledovať, ako si jeden človek poradí v emotívnej scéne „so sekerou“. Nezabudnuteľnou skúsenosťou bol výlet na katovickú stanicu. Necestovali sme domov, ale držiac sa pokynov našich známych, sme sa tam vydali na druhý deň pobytu so zámerom vymeniť naše koruny za poľské zloté. V prítmí stanice sme postávali „akoby nič“ a čakali, kto nás osloví s ponukou výhodného kurzu. „Ile mate, mlady pan?“ oslovila môjho manžela jedna staršia pani. „No dovoľte, my nemáme žiadne ihly,“ rezolútne sa ohradil môj dotknutý priateľ a mne nezostávalo nič iné, len rýchlo zareagovať, že nehovoríme o ihlách, ale o množstve. Po prvýkrát som si v Katoviciach vyskúšala rolu veksláka, keď som so spomínanou dámou menila po vyjasnení pozícií na miestnej toalete naše našetrené korunky za zloté. V Poľsku je fajn a osobne nemám žiadnu negatívnu skúsenosť. Vždy sa teším, keď je členom medzinárodnej novinárskej skupiny aj Poliak – v zahraničí sa potom cítim takmer ako doma. MONITOR POLONIJNY


K Ą C I K

C Z Y T E L N I C Z Y

Czy znacie wspaniałą książkę Leszka Kołakowskiego „Bajki różne. Opowieści biblijne. Rozmowy z diabłem”? Namawiam Was serdecznie do jej przeczytania! Znajdziecie w niej niezwykle mądre i bardzo ciekawe bajki, a między nimi moją ulubioną, której fragment możecie przeczytać poniżej: „Nino był czeladnikiem piekarskim, znanym ze swojej pięknej twarzy. (...) Niestety Nino pracował przy piecu, w wilgotnej i gorącej piekarni, to zaś, jak wiadomo, niedobrze wpływa na piękne twarze. Prócz tego miewał niekiedy zmartwienia, jak wszyscy ludzie, a wiadomo, że zmartwienia szkodzą piękności. W rezultacie Nino, przeglądając się w lustrze, stwierdzał ze smutkiem, że na pięknej twarzy życie zaczyna powoli żłobić swój ślad. (...)Wybrał się tedy do miasta Lipoli, gdzie sprzedawano specjalne kuferki do przechowywania twarzy.

(…)Kupił tedy kuferek i schował swoją twarz w bezpiecznym schronieniu. (...) Kuferek poza tym, że był drogi, miał jeszcze jedną wadę: trzeba go było stale nosić przy sobie i nie rozstawać się ani na chwilę, bo przecież gubiąc go, traciło się zarazem twarz. (…) Nino (przyp.) sądził, że musi oszczędzać twarz, ale nie wiedział jasno, czy w przyszłości będzie ją jeszcze kiedyś nakładał: „Nie wiem – powiedział. – Właściwie nie wiem, po co miałbym jej używać. Doświadczenie mnie uczy, że można doskonale żyć bez twarzy”. (L. Kołakowski, Bajki różne. Opowieści biblijne. Rozmowy z diabłem, wyd. Iskry, Warszawa 1990)

Jak się cała ta afera z twarzą skończyła, dowiecie się, czytając książkę. A przy okazji zastanówcie się, jacy naprawdę jesteście, jakie twarze nakładacie na siebie w różnych sytuacjach życiowych, kiedy tracicie swoją twarz? Skończył się karnawał, więc, drogie dzieci, najwyższy czas zdjąć z twarzy maski!!!

Wielkanoc Zapraszamy Was do konkursu wielkanocnego na najładniejszą pisankę. Przygotowane przez siebie na Wielkanoc pisanki sfotografujcie i do 10 kwietnia 2008 r. prześlijcie ich zdjęcia pocztą internetową pod adresem naszej redakcji: monitorp@orangemail.sk. My wybierzemy najładniejsze pisanki, a ich fotografie opublikujemy na łamach „Monitora Polonijnego”. Autor najpiękniejszej pisanki otrzyma od nas nagrodę książkową.

Z R Ó B

MARZEC MARZEC 2008 2008

T O

stronę redaguje Moan

S A M

27


Odkąd pamiętam, gdy po długim czasie postu wreszcie budziły mnie wielkanocne dzwony, pierwszą myślą od rana było: „Wreszcie sobie podjem!”. Kolorowe pisanki, kwiatowo-zajączkowe dekoracje, kilka prostych smaków: jajko, chrzan, buraczki, biała kiełbasa, mazurek, babka…, a ile przyjemności! Królową stołu, primabaleriną aromatu zawsze była jednak solidna, dobrze wypieczona, perlista od soku szynka. Bez niej żadna Noc nie jest Wielka…

SKŁADNIKI:

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA:

• 1,5 – 2 kg surowej szynki wieprzowej • 1/4 - 1/2 butelki oleju rzepakowego • duża cebula, kilka ząbków czosnku • przyprawy: sól, pieprz, ziele angielskie, liście laurowe, rozmaryn, majeranek • można też użyć gotowej mieszanki przypraw do mięsa wieprzowego i też będzie dobrze

Cebulę kroimy w talarki, czosnek obieramy i każdy ząbek kroimy wzdłuż na pół. Przyprawy mieszamy z olejem. Szynkę nakłuwamy ostrym nożem „co trochę” i w nacięcia przygotowane wkładamy kawałki czosnku, potem wkładamy ją do przyprawionego oleju i obracamy kilka razy, żeby dobrze „otuliły” ją przyprawy. Okładamy plastrami cebuli

i odstawiamy na pół dnia w chłodne miejsce. Od czasu do czasu przekładamy na drugą stronę, by mięso moczyło się w marynacie równomiernie. Szynkę pieczemy pod przykryciem w temperaturze 180 stopni około 1,5 – 2 godzin. Możemy ją od czasu do czasu polać tłuszczykiem z brytfanny albo po połowie czasu pieczenia obrócić na drugą stronę. Upieczona jest dobra zarówno na ciepło, jak i na zimno. Doskonale smakuje z chrzanem, jajkami, buraczkami…, ale najpiękniejszy na świecie jest jej zapach, który w trakcie pieczenia krąży po domu, a potem przechodzi przez drzwi, dociera do sąsiadów i sprawia, że wzdychają oni z zazdrości - „Co ta Polka znowu wymyśliła…”. Wesołych Świąt!!!

AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2008/03  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you