Page 1


O autentycznej przyjaźni na linii Warszawa – Bratysława

„To

będzie nudna konferencja prasowa, nie będziemy bowiem informować o wysadzaniu mostów w powietrze, ale o ich budowaniu, a to aż tak nie interesuje dziennikarzy“ – powiedział na spotkaniu ze słowackimi i polskimi dziennikarzami polski premier Donald Tusk podczas pierwszej oficjalnej wizyty w Bratysławie, złożonej 18 stycznia.

Podczas spotkania ze słowackim premierem Tusk poruszył kwestię budowy tarczy antyrakietowej. „Kwestia instalacji antyrakietowych w Polsce i Czechach jest z jednej strony sprawą negocjacji pomiędzy tymi krajami – prowadzimy je w związku z tym na swoją odpowiedzialność, ale chcemy wokół tej sprawy budować atmosferę wzajemnego zaufania“ – powiedział polski premier. „Podstawą zaufania jest przejrzystość i dobra informacja i dlatego w zakresie interesującym pana premiera Fico przedstawiłem mu stan rzeczy“ – dodał. Niechęć w kwestii budowy tarczy w Polsce i Czechach Robert Fico wyraził w krótkich słowach: „ Moje stanowisko jest ogólnie znane, nie będę się powtarzał“. Jego zdaniem sprawa nie była w sposób wystarczający przedyskutowana z Unią Europejską, Rosją i NATO, a instalacje będą się znajdować zbyt blisko Słowacji. Większość rozmów poświęcona była jednak dwustron2

nym relacjom obu krajów, przede wszystkim na płaszczyźnie gospodarczej. „Jestem przekonany, że to już ma wymiar symbolu, że kiedy spotykają się przyjaciele, to rozmawiają o tym, jak budować mosty i jak dbać o wspólne bezpieczeństwo energetyczne“ – powiedział szef polskiego rządu i podkreślił wiodącą rolę Słowacji, jeżeli chodzi o wspólną perspektywę rozwoju energetyki jądrowej. Premier Słowacji zauważył, że oba kraje są w dużym stopniu uzależnione od dostaw gazu i ropy z Rosji. Opowiedział się za jednolitym stanowiskiem UE w sprawie bezpieczeństwa energetycznego. „Poinformowałem o staraniach Słowacji o możliwość zakupu energii elektrycznej na Ukrainie, skąd import mógłby być

prowadzony przez Polskę“ – dodał. Szefowie rządów obu państw dyskutowali też o współpracy regionalnej. Donald Tusk stwierdził, że cieszy się iż słowacki partner, tak jak Polska, opowiada się za intensyfikacją prac Grupy Wyszehradzkiej. „To w jakimś sensie w rękach polityków Warszawy i Bratysławy, ale także Pragi, Wilna, Rygi, Budapesztu leży przyszłość wschodniego wymiaru europejskiej polityki sąsiedztwa“ – powiedział. Rozmawiano ponadto o infrastrukturze transportowej, m.in. o moście na rzece Poprad i trasie Via Baltica. „Wszystko to jest uzależnione od możliwości finansowych obu stron“ – podkreślił szef rządu Słowacji. Na koniec Donald Tusk oświadczył, że jego wizyta w słowackiej stolicy „była potrzebna nie dlatego, żebyśmy mieli jakieś trudne problemy do rozwiązania, tylko po to, żebyśmy ostro wzięli się za budowanie”, zaś Rober Fico podziękował swemu polskiemu koledze za to, że odwiedził Słowację w tak krótkim czasie po objęciu stanowiska premiera. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI Karnawał czarnego humoru Rolanda Topora

4

dlatego ludzie wymyślają różne święta, by skrócić czas

Z KRAJU

4

oczekiwania na wiosnę? Skąd bowiem w lutym wzięło się

Na sercowe rozterki…

6

święto zakochanych? Mnie 14 lutego zawsze będzie

Polskie „miasto zakochanych”

7

ANKIETA

8

Spiskie uroki, dawne tajemnice…

8

Ach, ta Hiszpania!

9

Zima zazwyczaj dłuży się nam w nieskończoność. Może

kojarzyć się z moim kochanym dziadkiem, który urodził się właśnie tego dnia i otrzymał imię Walenty. Pamiętam, jak z tej okazji jeździliśmy z rodzicami obowiązkowo do małego miasteczka w Wielkopolsce, gdzie mieszkali moi

WYWIAD MIESIĄCA Lombard „Przeżyj to sam“

11

dziadkowie. Tam braliśmy udział w uroczystej mszy

Z NASZEGO PODWÓRKA

14

i odpuście, a potem świętowaliśmy imieniny i urodziny

MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Ewa Bem

17

KINO-OKO Czy Praga może być ładna?

18

TO WARTO WIEDZIEĆ Polacy w Arktyce

19

zdawał sobie sprawę z tego, że gdzieś w Ameryce czy Anglii

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Symboliczny Paszport dla Michała Witkowskiego

20

Walenty jest patronem zakochanych. Dla mnie 14 lutego

Zwycięstwo poza ringiem

22

będzie zawsze symbolem wielkiej, bezinteresownej

OKIENKO JĘZYKOWE „Wielka wyprz!”

24

Informacja o działalności Konsulatu Honorowego Rzeczypospolitej Polskiej

24

dziadka. Dla mnie jako dziecka było to bardzo barwne święto – nie dość, że mogłam cieszyć się z jubileuszu i imienin dziadka, to na dodatek na odpustowych straganach przed kościołem zawsze udawało mi się namówić rodziców, by kupili mi jakieś świecidełko, balonik czy pierścionek. Nawet nie wiem, czy mój dziadek wtedy

i bezgranicznej miłości, ponieważ taką mnie obdarzył właśnie mój dziadek. A jak Państwo podchodzicie do tego stosunkowo w naszych krajach „młodego“ święta, możecie się

OGŁOSZENIA

24

dowiedzieć z kilku artykułów na ten temat, zawartych

Jak nas widzą, tak nas piszą

25

w tym numerze „Monitora”. A oprócz walentynkowego

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Nikdy som necítil hranice

26

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

27

PIEKARNIK Ile miłości, tyle możliwości…

28

szaleństwa oczywiście proponujemy stałe rubryki, życząc miłej lektury. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk LUTY 2008

3


Karnawał czarnego humoru Rolanda Topora „T wiadomo, jakim się będzie za kilka lat. Dlatego rudno jest jednak cokolwiek planować, bo nie

staram się robić tak wiele rzeczy naraz. Pisarze muszą się szczególnie spieszyć. Malarze z wiekiem czują się bardziej niezależni, starzy pisarze zaś piszą z coraz większym trudem. Jeśli malarz nie może już narysować prostej kreski, rysuje ją krzywą, a słów tak łatwo zmienić się nie da“. Tak wyjaśnił Roland Topor (1938-1997), dlaczego zaczął pisać, chociaż był z wykształcenia malarzem i grafikiem. Prawdą jest zaś, że był naprawdę wszechstronnie utalentowanym artystą. Chociaż słynął jako malarz, grafik, pisarz, aktor, reżyser, scenarzysta i scenograf, ciągle ubolewał nad tym, że zabrakło mu talentu muzycznego. Trafnie to ujął grafik Roman Cieślewicz, gdy powiedział: „Ilu więc

W KATASTROFIE wojskowego samolotu transportowego CASA C-295M, który 23 stycznia wieczorem rozbił się w okolicach Mirosławca (Zachodniopomorskie), zginęło 20 osób. Maszyną lecieli z Warszawy oficerowie uczestnicy konferencji "Bezpieczeństwo Lotów". Prezydent Lech Kaczyński 24 stycznia skrócił swoją wizytę w Chorwacji i po powrocie do kraju ogłosił żałobę narodową. Żałoba obowiązywała do 26 stycznia. DNIA 18 stycznia w Warszawie 12 tysięcy nauczycieli domagało się podniesienia swoich wynagrodzeń. Protestujący domagali się wzrostu płac o 600 złotych dla nauczyciela stażysty i o 1100 zło4

istnieje Toporów? Tysiące. Osobiście znam kilkunastu”. Topor urodził się we Francji w polskiej rodzinie, która wyemigrowała z Polski na początku lat trzydziestych. Poza wojennymi latami, które spędził w południowej Sabaudii, całe życie mieszkał w Paryżu. Fakt ten jednak nie przeszkadzał mu w krytykowaniu drobnomieszczaństwa. Jak sam powiedział w pewnym wywiadzie, był człowiekiem z miasta, Paryżaninem, jednak jego krytyki

tych dla nauczyciela dyplomowanego. Premier Donald Tusk zaznaczył, że przyznane przez jego rząd podwyżki są za małe, ale realne. Podkreślił też, że jego rząd dokonał radykalnych zmian w budżecie, umożliwiając wzrost pensji nauczycieli. Według rządu „200-złotowa podwyżka, to wszystko, co jest możliwe“. Podobne protesty przetoczyły się przez cały kraj – podwyżek domagali się sędziowie, rejenci, lekarze, pielęgniarki, kolejarze i górnicy. ZAOSTRZYŁ SIĘ strajk w kopalni „Budryk” w Ornontowicach. Do głodujących 1050 metrów pod ziemią dołączył 20 stycznia Wiesław Wojtowicz, jeden z liderów strajku. Dzień wcześniej zasłabło dwóch górników, prowadzących strajk głodowy pod ziemią. Przetransportowano ich na powierzchnię i wezwano karetkę pogotowia. Według Grzegorza Bednar-

nie należy łączyć z nienawiścią wobec dużych miast i ich obywateli. Bliski mu był surrealizm, ale nie znosił dogmatyzmu Bretona i Aragona, co dobrze ilustruje następująca anegdota: Kiedy Breton kończył wykład i zapytał: „Czy są jakieś pytania?“, odezwał się młody Topor: „Może Mistrz się orientuje, gdzie są tutaj... toalety?“. Oprócz surrealizmu w jego twórczości widać też zamiłowanie do pure nonsense’u, zabaw językowych i czarnego humoru.

skiego, innego z liderów strajku, stan zdrowia i psychiki wszystkich 150 protestujących pod ziemią znacznie się pogorszył. PREZYDENT Lech Kaczyński oraz członkowie Rady Ministrów dyskutowali 14 stycznia na temat trudnej sytuacji w służbie zdrowia. Posiedzenie Rady Gabinetowej wg komentatorów przyniosło sprzeczkę między prezydentem a premierem. Politolodzy ocenili, iż zarówno prezydent, jak i premier wykorzystali Radę Gabinetową „do wzajemnej wojny”. Opozycja mówiła zaś o „kompromitacji rządu oraz kompromitacji prezydenta”. W końcu Kancelaria Premiera opublikowała stenogram z Rady Gabinetowej, by „uniknąć nieporozumień”. W POŁUDNIE 21 stycznia rozpoczęło się spotkanie premiera Donalda Tuska z przedstawicielami

wszystkich organizacji związkowych, reprezentujących pracowników ochrony zdrowia, pracodawców, samorządów zawodowych, kierownictw sejmowej i senackiej komisji zdrowia, tzw. biały szczyt. ZBIGNIEW ZIOBRO, Marek Kuchciński i Aleksandra Natalli-Świat to od 12 stycznia nowi wiceszefowie PiS. Do Komitetu Politycznego partii dołączyli Jacek Kurski, Wojciech Szarama, Paweł Kowal i Krzysztof Tchórzewski, a nowym sekretarzem generalnym PiS został Jarosław Zieliński. Politycy PiS zapewniają, że te wybory dowodzą otwarcia PiS na nowe środowiska, w tym głównie na młode pokolenie. O uzupełnieniu władz partii zdecydowała Rada Polityczna. Wszyscy nowi członkowie kierownictwa partii byli kandydatami, zgłoszonymi przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. MONITOR POLONIJNY


Razem z Arrabalem, Jodorowskym i Jacquesem Sternbergiem założył Grupę Paniczną, ale grupa ta nigdy nie miała wspólnej wystawy, więc tak naprawdę nie zaistniała. Sam Topor bronił się przed taką wielką wspólną wystawą, bo według jego słów, co nie zaistniało, nie może umrzeć, a to oznaczało, że Grupa Paniczna jest nieśmiertelna. Oprócz tego, że Topor był wybitnym artystą, to był też człowiekiem rodzinnym, przywiązanym do rodziców, siostry i syna. Wraz z synem Nicolasem kilka razy odwiedził Polskę. Jego rysunki ukazywały się we francuskich pismach Le rire, Bizarre i Hara-kiri, ale też w polskich Szpilkach i Przekroju. Na Słowacji Topor jest prawie nieznany. Dlatego Instytut Polski w Bratysławie we współpracy z Instytutem Francuskim w Bratysławie postanowił wykorzystać 70. rocznicę jego urodzin i przedstawić SEJM UCHWALIŁ 11 stycznia powołanie komisji śledczej do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, której przewodniczącym został Ryszard Kalisz z LiD. Na wiceszefa wybrano Tomasza Tomczykiewicza z PO. W prezydium 7-osobowej komisji nie ma żadnego posła PiS, co ostro skrytykowała członkini tej partii Beata Kempa. Kłótnia pomiędzy Kempą i Kaliszem dostała się na pierwsze strony gazet. Była posłanka SLD Barbara Blida popełniła samobójstwo 25 kwietnia 2007 r. podczas zatrzymania i przeszukania jej domu w Siemianowicach Śląskich przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW). PRACOWNICY Biura Ochrony Rządu nie zamierzają być dłużej lokajami rządzących. Oficerowie ci, nie chcąc już wyprowadzać psów na spacer, robić zakupów w supermarketach czy odbierać z przedLUTY 2008

go publiczności słowackiej. Skoro twórczość artysty jest bardzo różnorodna, to też imprezy mu poświęcone są rozmaite. Całą ich serię pod nazwą Karnawał czarnego humoru rozpoczęła wystawa litografii i linorytów Roland Topor Toporlino, która została otwarta w Instytucie Polskim 17 stycznia i potrwa do 19 lutego. Jednocześnie w Instytucie Francuskim została otwarta wystawa plakatów Topora, która zakończy się 29 lutego. Oprócz tego w Instytucie Polskim odbyła się projekcja dwóch krótkich filmów animowanych Ślimaki i Dzika planeta, do których Topor napisał scenariusze. W ofercie Instytutu znalazł się też film Markiz, przedstawiający markiza de Sade bardziej jako myśliciela i z innego punktu widzenia niż z tego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Ostatnią imprezą, związaną z Rolandem Toporem, będzie spotkanie z Marie Binet, ostatnią

szkola dzieci osób, którym winni zapewniać ochronę, przygotowali więc projekt zmian przepisów o funkcjonowaniu BOR. Projekt jest znany od 17 stycznia. DUŻE KONTROWERSJE wywołało opublikowanie książki Jana Tomasza Grossa „Strach”. „Zabijanie Żydów po wojnie w Polsce nie było traktowane jako zbrodnia, lecz raczej jako forma kontroli społecznej w obronie wspólnych interesów. Zabójcy Żydów nie podlegali ostracyzmowi ze strony społeczności lokalnych” – oto główne tezy, przedstawione przez autora publikacji. Instytut Pamięci Narodowej (IPN) protestuje, a Kościół oskarża Grossa o ,,wywoływania antypolonizmu”. CAŁA POLSKA obchodziła 18 stycznia 75. urodziny Krzysztofa Pendereckiego. Ogólnopolska urodzinowa „impreza” rozpoczęła się od

towarzyszką jego życia, i Janem Gondowiczem, tłumaczem i krytykiem literackim, które będzie miało miejsce 6 lutego o godz. 16.30. W dyskusji wezmą udział też Dado Nagy i Kornel Földvári. Przy tej okazji odbędzie się też projekcja filmu dokumentalnego Sny Topora. MILICA URBANIKOVÁ

koncertu w Operze i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Melomani usłyszeli VIII symfonię „Pieśń przemijania” oraz VIII symfonię Antoniego Dworzaka, wykonane przez białostocką orkiestrę i chór pod batutą samego jubilata. Koncert był jednak „trochę” spóźniony, albowiem Penderecki urodził się 23 listopada 1933 w Dębicy. FILM „KATYŃ” Andrzeja Wajdy zdobył nominację do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. „Katyń” będzie walczył o nagrodę Akademii z obrazami "Beaufort", "Fałszerze", "Genghis Khan" oraz "12". Andrzej Wajda należy do grona laureatów oscarowych od 2000 roku, kiedy to przyznano mu honorową statuetkę za całokształt twórczości. Jego filmy kilkakrotnie nominowane były do Oscara w kategorii filmu obcojęzycznego - w 1976

roku była to "Ziemia obiecana“, cztery lata później - "Panny z Wilka", a kolejne dwa lata później "Człowiek z żelaza". CZESKI PIOSENKARZ i satyryk Ivan Mladek, który nieoczekiwanie zyskał w styczniu niesłychaną popularność w Polsce, rozważa nagranie piosenki „Jóžin z bážin” po polsku. Pewien Polak umieścił w polskim Internecie nagranie czeskiej telewizji z tą właśnie piosenką i dodał do niej polskie podpisy. Klip Mladka w ciągu niecałych pięciu dni obejrzało w Polsce kilkaset tysięcy internautów. „Jóžina z bážin”, czyli „Józka z bagien”, zaczęto już przerabiać na wersję dyskotekową i dzwonki do telefonów komórkowych. Ponadto nagranie z 1978 roku wyemitowano w polskiej telewizji i rozgłośniach radiowych. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


we Na sercroki…

r ozte

D

awno, dawno temu luty był kojarzony z trzaskającym mrozem, zaspami śniegu i lodowatymi policzkami. Dzieciaki cieszyły się z ferii, dzień stawał się coraz dłuższy, a pracującym otuchy dodawał fakt, że jest to najkrótszy miesiąc w roku. Od pewnego jednak czasu wszystko się zmieniło i teraz luty to przede wszystkim walentynki - święto zakochanych. Śniegu przecież jak na lekarstwo, a pracować i tak trzeba… Jak tam Wasze walentynki? Obchodzicie czy nie? Ja obchodzę, ale, jak już wiadomo, interesują mnie wszystkie święta w roku. Każda okazja poprawiania nastroju sobie i innym ma moje wielkie poparcie. Można się obruszać, że skoro dziedziczymy tyle swojskich słowiańskich zwyczajów, niepotrzebne nam są przereklamowane wymysły innych kultur. Pamiętajmy jednak, że świat idzie na przód właśnie dzięki wymianie doświadczeń i nowatorskim pomysłom, które często w przeszłości brano za dziwaczne. Walentynki to święto miłości, ale nikt nie zabroni nam przecież uszczęśliwić w tym dniu osób, które lubimy i kochamy miłością niekoniecznie zmysłową. Dzieciaki, rodzice, krewni, przyjacie6

le, ba, nawet ulubiona pani ze sklepiku niech się staną 14 lutego odbiorcami zwykłych wyrazów sympatii. Mój znajomy z Polski, na co dzień pracujący w branży cukierniczej, rok temu obdarowywał każdą „miłą sercu i duszy” osobę dobrym cukierkiem. I tak na koniec dnia, gdy wielka torba słodyczy była już prawie pusta, a ja sięgałam po jedną z ostatnich pralinek, powiedział mi: „Wiesz, nie myślałem, że tylu ludzi lubię. Szkoda, że nie policzyłem tych cukierków wcześniej, wiedziałbym, ile niezwykłych osób jest wokół mnie”. No właśnie – czekoladki, serduszka, maskotki, kartki – korzystajmy z tych drobiazgów, by podkreślić nasze uczucia i sympatię do bliskich, pomyślmy ciepło o tych zaniedbywanych na co dzień. Wierzę, że polska dusza jest pełna wyobraźni i temat walentynkowy przetrawi na swój sposób, połączy ze znaną rodzimą serdecznością i gościnnością, no i pozwoli nam zaszaleć na całego. A co z zakochanymi? Panowie, więcej odwagi to żaden wstyd okazać miłość ukochanej, nawet wtedy, gdy początki waszej znajomości zatarły się już w pamięci. Obowiązkowo kupcie tego dnia kwiatek, wszystko jedno jaki, byle by to była czerwona róża… I może to być nawet całkiem mała różyczka, ale wręczona z najcieplejszym słowem i koniecznie z całuskiem! A ci nieśmiali, jeśli nie zdobędą się na odwagę i osobiste buziaki, niech poszukają po prostu walentynkowej kartki,

która najpełniej odda ich uczucia, a następnie położą ją tam, gdzie partnerka znajdzie ją szybciej niż na Wielkanoc i czekają na reakcję… Nie zapomnijcie również o łakociach tak słodkich, jak wasza ukochana. Panie – wy wiecie, co robić! Zapewne już dawno wybrałyście kartkę, maleńka maskotka leży schowana w szafie, a wy zastanawiacie się, co by tu jeszcze… Dziewczyny, odwagi! W dzisiejszych czasach nikogo już nie dziwi widok poważnej kobiety, kupującej partnerowi bieliznę w serduszka, od której przed walentynkami pękają sklepowe półki. Dlaczego nie miałybyście tego zrobić? Może taka niespodzianka (mam nadzieję, że dzieci tego nie czytają) będzie dopiero pierwszym z prezentów, jakie dacie sobie wieczorem… Ach, te dowody miłości… A gdy już walentynki się skończą i nastanie dzień powszedni, nie dajcie się prozie życia. Przycinajcie różyczkę w wazonie, żeby jak najdłużej przypominała cieplutkie chwile, a kartkę z życzeniami postawcie w sypialni – niech się dobrze kojarzy wieczorami… Miłość przecież nie jest mocniejsza tego jedynego dnia, a jeśli ma się skończyć, to i walentynki nic tu nie pomogą. Najistotniejsze jest przecież, aby dbać o nią w każdej chwili i to nie od jutra, ale właściwie od wczoraj, żeby była na zawsze… AGATA BEDNARCZYK


Polskie -miasto zakochanych W

alentynkowe szaleństwo dotarło także do Polski. Ten szał związany ze świętem zakochanych postanowiło wykorzystać sześć lat temu miasto Chełmno, które może poszczycić się posiadaniem relikwii św. Walentego, przechowywanymi od stuleci w kościele farnym pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Od kilkunastu lat owładnęła Polską moda obchodzenia w dniu 14 lutego nowego święta walentynek. Jest to dzień, w którym wszyscy zakochani starają się być blisko siebie. W panteonie świętych i błogosławionych, wyniesionych przez Kościół na ołtarze, jest kilkanaście postaci o tym imieniu. Tym, który jest patronem Święta Zakochanych przypuszczalnie może być kapłan, stracony w 269 roku za panowania cesarza rzymskiego Klaudiusza III Gota lub biskup miasta Terni koło Rzymu, który żył w III wieku. A może była to ta sama osoba? W dawnych czasach św. Walenty był patronem epileptyków i ludzi chorych na cholerę. Natomiast w Anglii uznawano go za patrona zakochanych. To stąd święto to dostało się na kontynent amerykański, a następnie wszędzie tam, gdzie dociera angloamerykańska kultura. Mało kto jednak wie, że właśnie w chełmińskiej farze znajdują się relikwie świętego Walentego, w postaci nieznacznej cząstki głowy, umieszczonej w srebrnej puszce w kształcie regularnego ośmioboku, zamykanej przeszkloną kopułą. Prawdopodobnie relikwie tego świętego trafiły do Chełmna już w średniowieczu i od dawna słynęły z cudownego oddziaływania. W 1630 roku Jadwiga z Czarnków Działyńska wraz z córką z wdzięczności za pomoc w uzdrowieniu za przyczyną św. Walentego kazała wykonać wspomniany relikwiarz. W roku 1715 w farze chełmiń-

skiej księża misjonarze przeznaczyli św. Walentemu nowy osobny ołtarz, istniejący do dziś. Obraz nad nim przedstawia scenę ścięcia tego męczennika. W XVIII i XIX wieku relikwie św. Walentego były związane również z kościołem Św. Ducha. Czczono je podczas dwóch odpustów. Pierwszy przypadał właśnie na dzień 14 lutego, zaś drugi na drugi dzień Zielonych Świątek. Wierni, uczestniczący w tych uroczystościach, dostępowali odpustu zupełnego. Z początkiem XIX wieku kościół Św. Ducha zaczął podupadać, a wraz z nim także cześć oddawana męczennikowi znacznie utraciła na swym znaczeniu i na zewnętrznej wystawności. Z czasem odeszła nawet w zapomnienie. W dniu14 lutego 2002 roku, czyli prawie 200 lat później, relikwie świętego Walentego wystawiono ponownie. Dziś miasto ponownie ożywia pamięć o świętym i promuje Chełmno jako miasto zakochanych. Z tej okazji 14 lutego organizowana jest impreza pod nazwą Walentynki chełmińskie. Tego też dnia odprawiane są msze święte w kościele farnym, w którym wystawione są relikwie św. Walentego. Nie brakuje walentynkowych zabaw i konkursów, a cały Dzień Zakochanych kończy się na rynku występami zespołów muzycznych, podczas których na płycie rynku układane jest tradycyjnie wielkie serce z zapalo-

nych lampionów. W organizację tej imprezy włączają się aktywnie mieszkańcy Chełmna, czego dowodem jest ustanowienie w 2003 roku rekordu ułożone przez nich największe serce zostało wpisane do Polskiej Księgi Rekordów i Osobliwości. W Dniu Zakochanych handlowcy upiększają w szczególny walentynkowy sposób swoje witryny, a najpiękniejsza z nich zostaje uhonorowana przez Urząd Miasta, głównego organizatora. Zaś chełmińscy piekarze i cukiernicy przygotowują na ten dzień ogromne ilości bułeczek walentynkowych z lubczykiem, które cieszą się w tym mieście popularnością przez cały rok, oraz innych wyrobów cukierniczych w kształcie serc. Tego roku 14 lutego przybędzie dodatkowa atrakcja, a będzie nią wernisaż wystawy z III Ogólnopolskich Warsztatów Plenerowych Studentów Architektury, zatytułowana Chełmno miasto zabytków i zakochanych. Zaś w godzinach popołudniowych odbędzie się koncert laureatów I Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Miłosnej oraz zespołu IRA. Wieczorem natomiast zostanie odprawiona msza w intencji małżonków, a po niej będzie można wziąć udział w koncercie kwartetu jazzowego Wojciecha Mrozka i Quartetu Prima Vista Jazzowe pory roku dla zakochanych. Wiedzieliście Państwo, że mamy w Polsce miasto zakochanych? MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA


A N K I E TA

P

onieważ przed kilkunastu laty do naszych krajów dotarła walentynkowa moda, postanowiliśmy zapytać naszych czytelników – Polaków mieszkających w Bratysławie, czy obchodzą Dzień Świętego Walentego.

Anna Maria Jarina Walentynki to dla nas dzień jak każdy inny – może przynieść jakąś miłą, niecodzienną chwilę, kwiat czy prezent albo może być pełen pracy, pracy, pracy, a po niej i „zemdlenia prosto do łóżka”. Czasami zdarza się, że mamy walentynki zupełnie improwizowane, np. mąż, przechodząc obok hurtowni kwiatów, wstępuje tam, aby mi kupić jedną różę, ale w hurtowni, jak to w hurtowni, najmniejszą ilość, którą można kupić, to 50 róż, więc dostaję w tym dniu zawrotu głowy

od ich zapachu. Potem w drodze do domu rozdaję te róże znajomym i do domu przychodzę z tą jedną, jedyną, której pięknem delektujemy się wspólnie wieczorem przy lampce wina. Z kolei ja na wiosnę w ogródku sadzę w kształcie serca cebulki czerwonych tulipanów, a kiedy zakwitną – mamy Walentego. Przykładów mogłabym podać więcej... Teraz jednak chyba bardziej przeżywamy walentynki naszych dzieci, które dopiero poznają swoje uczucia i może właśnie ten dzień daje im do tego większą okazję.

Sylwia Machajová Przyjechałam do Bratysławy w marcu 2005 r., zaraz po obronie pracy magisterskiej z turystyki i hotelarstwa. Znalazłam tutaj pracę w liniach lotniczych, dzięki której mogę realizować swoje cele zawodowe, i… męża – Słowaka. Walentynki spędzimy z mężem w Velkim Mederze - urokliwym kompleksie źródeł termalnych. Po powrocie do Bratysławy udamy się na romantyczną kolację. Obydwoje jesteśmy zabiegani, więc taki dzień będzie dobrą okazją do świętowania i wspólnego spędzenia czasu na przyjemnościach i wypoczynku. Nie kupujemy sobie nawzajem żadnych gadżetów, kartka walentynkowa z życzeniami ma swoją sekretną moc. Zastanawiamy się, czy powinniśmy obchodzić Dzień Zakochanych, bowiem jest to święto angielskie. Myślę jednak, że tak, bo w życiu codziennym mamy za mało czasu na różnego rodzaju rozrywki, a niekiedy nawet na okazywanie sobie lub innym bliskim nam osobom czułości.

Spiskie uroki, dawne tajemnice… M iesiąc temu pisałam o niezwykłościach, które możemy odnaleźć na malowniczej ziemi spiskiej. Ale teren to rozległy i tak ciekawy, że dziś też zapuścimy się w tamte rejony, bo wierzcie mi – są zabytki, które można spotkać tylko na Spiszu i nigdzie więcej na świecie.

Los, zsyłając na ludzi talenty, nie zwraca uwagi na to, gdzie mieszkają. I tak pięćset lat temu obdarzył młodego Pawła z Lewoczy nadzwyczajnymi umiejętnościami w posługiwaniu się dłutem. Paweł uczył się pod czujnym

8

okiem Wita Stwosza i gdy już powrócił na swój ukochany Spisz, oddał się temu, co potrafił robić najlepiej – rzeźbił dla okolicznych kościołów tak piękne figury świętych, że wierni zamierali z przerażenia, myśląc, iż stworzone przez niego postacie są żywe. Dzisiaj także można mieć takie wrażenie – naprawdę! Kościół św. Jakuba w Lewoczy to miejsce, którego nie wolno ominąć – po pierwsze dlatego, że to największa świątynia gotycka Spisza, po drugie – gotycki ołtarz drewniany, który znajduje

się w jego wnętrzu, jest najwyższy na świecie, no a po trzecie – ołtarz i inne figury to największe skupisko dzieł Mistrza Pawła, jakie można na Spiszu odnaleźć. Mnie ich widok rzucił na kolana. Każda twarz, dłoń zastygłych w ruchu postaci są odwzorowane niezwykle wiernie. Ma się wrażenie, że, gdy tylko odwróci się od nich wzrok, figury się poruszają. Za najpiękniejsze dzieło Mistrza Pawła uważa się postać Matki Boskiej na ołtarzu Bożego Narodzenia – i to prawda. Maria jest wręcz zmysłowo kobieca i bije od niej swoisty czar. Wygląda tak, jakby za chwilę miała podnieść wzrok i spojrzeć prosto na nas. Aby zwiedzić kościół w Lewoczy, trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo nie zawsze jest on otwarty. Oczekiwanie jednak umilą nam LUTY 2008


Hubert Matwij

Ach, ta Hiszpania!

Mieszkam od 13 lat w Bratysławie. Wraz ze żoną – Słowaczką węgierskiego pochodzenia – świętujemy walentynki, ponieważ to jedna z okazji, by wyrazić swoje uczucia. Jesteśmy już tak długo razem, że niekiedy mam wrażenie, iż jesteśmy razem od zawsze. To miłe więc, kiedy pamiętając nawzajem o sobie, darujemy sobie w tym dniu drobne upominki. Czasami w walentynki chodzimy do lokalu na wspólną kolację i wtedy jest to święto rodzinne, ponieważ mamy dwójkę dzieci, których nie zawsze mamy z kim zostawić, więc zabieramy je ze sobą. Co przygotowałem dla żony w tym roku? To dobre pytanie i motywacja, by wymyślić coś oryginalnego. A zatem w tym roku będę szukał czegoś szczególnego, bo moja żona zasługuje na to.

Po kilkunastu latach znów odwiedziłam stolicę Hiszpanii i mogłam porównać swoje spostrzeżenia sprzed lat z dzisiejszymi. Dzięki mieszkającym tam Polakom, którzy oprowadzali mnie po „swoich“ zakątkach, mogłam zarówno podziwiać piękno Madrytu, jak i wymienić uwagi na temat warunków życia na obczyźnie.

„Co mnie zaskoczyło po przyjeździe do Hiszpanii?” – zastanawia się Ania, Polka, mieszkająca w Madrycie od kilkunastu lat przede wszystkim sterty śmieci, leżące na podłodze w każdym lokalu. „Mało tego, im więcej śmieci, tym lepsza renoma lokalu, albowiem ilość śmieci świadczyła o popularności lokalu wśród gości“ – wspomina.

inne zabytki miasteczka – średniowieczny ratusz z klatką hańby – miejscem, gdzie zamykano złoczyńców i karano występne kobiety, oraz malownicze, bogato zdobione kamienice, należące kiedyś do zamożnych kupców i mieszczan, a wśród nich pod numerem 20. dom Mistrza Pawła. Naprzeciwko kościoła św. Jakuba możemy zjeść coś smacznego w restauracji „U trzech Apostołów”, oferującej obfitą, domową kuchnię z widokiem na kościół – gdy otworzą, zdążymy dobiec… Aby złapać oddech po niesamowitościach Lewoczy, warto wybrać się do Kieżmarku. To dawne wolne miasto królewskie ma naprawdę wiele do zaoferowania odwiedzającym je turystom. Chociażby niezwykłe kościoły – nowy kościół ewangelicki, przyciągający wzrok dziwaczną formą i czerwono-zieloną kolorystyką, w którego wnę-

trzu spoczywa węgierski bohater narodowy Imre Thokoly, oraz maleńki drewniany nowy kościół ewangelicki – kryte gontem cudeńko – wybudowany bez użycia gwoździ, z barwnymi malowidłami i okrągłymi oknami. Tajemnicza legenda głosi, że pomagali go budować szwedzcy marynarze i stąd motyw okrętowych bulajów. Skąd Szwedzi w Kieżmarku? Może byli to pierwsi zagraniczni turyści, którzy dziś licznie odwiedzają tę okolicę? Węgierskie Towarzystwo Karpackie od końca dziewiętnastego wieku propagowało aktywną turystykę górską, której stolicą na długie lata stał się właśnie malowniczy Kieżmark. Inną osobliwością miasta jest dzwonnica przy kościele św. Krzyża, do którego dojdziemy ulicą Nową. Jeśli zapomnieć na chwilę, że jest się na Słowacji, to, patrząc na nią, można być przekonanym, że zwiedza się Wenecję. W tymże

kościele również odnajdziemy dzieła Mistrza Pawła, a ponadto zabytkowy krucyfiks, który wykonał ponoć sam Wit Stwosz. Jak widzicie, Kieżmark wart jest odwiedzenia – zabytkowe kamieniczki, zamek, maleńkie domki rzemieślników – wszystkie te atrakcje utwierdzą Was w przekonaniu, że samo miasto, jak i cała Ziemia Spiska to miejsca niezwykłe, pełne osobliwości, legend i śladów prawdziwie pięknej historii. AGATA BEDNARCZYK

W

ystawy sklepów cudowne! Towarów w bród! Piękne palmy! Fantastyczne muzeum „Prado” z obrazami Velázqueza, Goyi i wielu innych! Miasta zamierające popołudniami za sprawą sjesty, której przestrzega każdy! No i wszędzie, w każdym sklepie, kawiarni i restauracji sterty śmieci na podłodze! Tak kilkanaście lat temu brzmiały skrótowo moje relacje po pierwszej wizycie w Hiszpanii. Była to też moja pierwsza podróż na Zachód. Ekscytująca! A wszystko za sprawą miłości do flamenco – tańca z temperamentem, którego tajniki zgłębiałam w Polsko-Hiszpańskim Towarzystwie Przyjaźni we Wrocławiu. Owo towarzystwo, którego wówczas byłam członkiem, organizowało wyjazd do Hiszpanii, którego nie mogłam przegapić!

9


Jej spostrzeżenia pokrywają się z moimi, tymi z końca lat 80-tych. Przebywając 10 lat później w jednym z nadmorskich kurortów niedaleko Barcelony, zastanawiałam się nawet, dlaczego tam na podłogach żadnych śmieci nie było. A może tylko mi się zdawało? Ale co innego wypolerowane kurorty dla turystów, a co innego życie codzienne. Prawdą jest, że w wielu lokalach śmieci i dziś rzuca się po prostu na podłogę. Oczywiście co jakiś czas gospodarze je sprzątają, ale… cóż, co kraj to obyczaj. „Pamiętam jedno z pierwszych mieszkań, które remontowałem w Madrycie dla pewnej Hiszpanki – wspomina Marek, mieszkający w Hiszpanii od ponad 20 lat – i pamiętam jej zdziwienie, kiedy okazało się, że oprócz pomalowania ścian potrafiłem też naprawić jej żelazko“. Ta sytuacja wzbudziła zainteresowanie owej Hiszpanki naszym krajem. Pytała o to, jak to się stało, że młody Polak umie zarówno remontować mieszkania, jak naprawiać sprzęt gospodarstwa domowego i czy w Polsce ludzie potrafią pisać i czytać. Polaków ceni się tu jako dobrych, zdyscyplinowanych pracowników, posiadających jednocześnie umiejętności z zakresu najprzeróżniejszych zawodów. Tacy właśnie pracownicy są w Hiszpanii najbardziej poszukiwani. Polacy, którzy tu mieszkają na stałe, dorobili się własnych firm, cieszących się bardzo dobrą renomą. Tak jest w przypadku mojego rozmówcy. „Od grudnia do Trzech Króli Hiszpanie prawie wcale nie pracują“ – mówi Marek. Na początek grudnia przypadają w Hiszpanii dwa święta państwowe, potem następuje okres spotkań firmowych z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, a później jest już Sylwester i Nowy Rok. I tak aż do 6 stycznia. Podobna sytuacja ma miejsce pod koniec każdego tygodnia, kiedy zbliża się weekend. Hiszpanie dbają o życie towarzyskie, celebrują wspólne posiłki. „Mało kto rozpoczyna pracę przed dziewiątą rano, dzieci też nie rozpoczynają lekcji od ósmej, jak to bywa w Polsce – opisuje Ania, – a po kilku godzinach 10

pracy czas na sjestę. Potem pracuje się do wieczora, by później w przepełnionych lokalach spotkać się ze znajomymi“. Dania na ciepło podaje się w restauracjach tylko w wyznaczonych porach dnia – obiadowej i wieczornej, popołudniami natomiast mało gdzie można zjeść coś ciepłego. W lokalach bowiem też obowiązuje sjesta. „Przyzwyczailiśmy się do tego stylu życia, jedzenia posiłków, obfitujących w owoce morza, a przede wszystkim do wysokich temperatur“ – wyjaśnia moja rozmówczyni, która za każdym razem, kiedy odwiedza rodzinne Mazury, marznie, mimo że jej wizyty w kraju przypadają na środek lata. Kiedy przeglądałam stronę internetową ambasady polskiej w Madrycie, zainteresowały mnie informacje, dotyczące Polonii. Dowiedziałam się, że w okręgu madryckim działa 9 organizacjach polonijnych, a jedną z nich jest Stowarzyszenie Polaków w Hiszpanii „Nasz Dom – Nuestra Casa”. „Do roku 2001 nie było w Madrycie organizacji polonijnej o szerszym zasięgu. W związku z tym zrodził się pomysł wypełnienia tej pustki“ – wspomina jeden z założycieli wspomnianego Stowarzyszenia, a obecnie i jego prezes Andrzej Janeczko. Ogromną rolę w powołaniu grupy założycielskiej odegrał kapelan Polaków w Hiszpanii ksiądz misjonarz Eugeniusz Jaworowski. Świeckie stowarzyszenie, które współdziała z kapelanią polską, zostało zarejestrowane w 2002 roku i od tego czasu prężnie działa, zrzeszając 250 członków i tysiące sympatyków. Co roku organizuje koncerty z cyklu „Artyści Polscy dla Polonii Hiszpańskiej“, spotkania świąteczne i bale. Ponadto przygotowało też spotkanie polsko-hiszpańskie z okazji Bożego Ciała w Somosierze, a jego członkowie brali udział w odtworzeniu bitwy z 1808 roku pod Somosierrą i Buitrago de Lozoya. Stowarzyszenie posiada też różne koła zainteresowań, od sportu począwszy, a na dziecięcym ze-

spole ludowym kończąc. Hiszpańscy Polonusi promują również swoich artystów malarzy, organizując wystawy ich prac czy też poświęcając im miejsce na stronach internetowych. Wychodząc naprzeciw potrzebam informacyjno-prawnym dla nowej Polonii w Hiszpanii (obecnie to 200 tysięcy osób) Stowarzyszenie Nasz Dom otwiera w lutym stały punkt informacyjny czynny od poniedziałku do soboty. „To prawda, że jestem prezesem, ale prezes przecież nie musi wszystkiego robić sam – twierdzi Andrzej Janeczko. – Każdy ma jakieś umiejętności, talenty, które może rozwijać u nas”. Dzięki aktywności i otwartości swoich działaczy, Stowarzyszenie zyskało przychylność hiszpańskich władz jednej z dzielnic Madrytu, które, zachwycone pomysłowością Polaków, zaoferowały im działkę budowlaną i pokrycie części kosztów budowy ich siedziby. „To duży sukces, Dom Polski stanie się miejscem spotkań wszystkich stowarzyszeń Polaków w Hiszpanii – nie kryje zadowolenia Andrzej i w swojej przedsiębiorczości brnie dalej. – Moim marzeniem jest organizacja spotkań Polaków z różnych krajów świata, niechże wreszcie się pozna ta Polonia i ma ze sobą kontakt!“. Pierwszym krokiem ku temu była grudniowa impreza z serii „Artyści Polscy dla Polonii Hiszpańskiej“, w której oprócz zespołu „Lombard” (czytaj też „Wywiad miesiąca“, str. 11) udział wzięły zaprzyjaźnione osoby, wywodzące się z Polonii różnych krajów Europy. „Marzy mi się też wielkie spotkanie z Polakami na Białorusi“ – zdradza mój rozmówca i dodaje, że jest inicjatorem takiego spotkania, które przy pomocy polskich organizacji współpracujących z Senatem odbędzie się już w maju. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, MADRYT MONITOR POLONIJNY


Lombard - „Przeżyj to sam“ WYWIAD MIESIĄCA

G

rupa „Lombard” w latach 80-tych należała do najpopularniejszych, a jej piosenki Przeżyj to sam, Szklana pogoda, Taniec pingwina na szkle, Droga Pani z TV, Nasz ostatni taniec to utwory, które zna cała Polska. Po burzliwej historii zespołu i wielu zmianach osobowych „Lombard” występuje w odnowionym składzie i przyciąga na swoje koncerty rzesze fanów. Budzi emocje i wspomnienia. Jego koncerty, nie tylko dzięki wykonywanym na nich znanym przebojom, ale też i archiwalnym zdjęciom, stanowiącym tło sceniczne, to swego rodzaju wycieczka w przeszłość. Od kilku lat zespół realizują również projekt „Lombard w hołdzie Solidarności – drogi do wolności“, który jego członkowie przygotowali z okazji 25-lecia „Solidarności“. Ale „Lombard” oferuje nie tylko historię, o czym mogłam się przekonać podczas koncertu, który odbył się w grudniu ubiegłego roku dla hiszpańskiej Polonii. Członkowie grupy na podium to wulkany energii, w życiu prywatnym zaś – „normalni“ ludzie, bez zbędnej pychy i blichtru, tak charakterystycznego dla świata show-bussinesu. Obecny skład „Lombardu” to: Marta Cugier – wokal, lider Grzegorz Stróżniak – wokal, instrumenty klawiszowe, Daniel Gola Patalas – gitara, Michał Guma Kwapisz – gitara basowa, Mirek Kamiński – perkusja. O celach, dążeniach, hierarchii wartości i o polskim świecie muzyki rozmawiałam z Grzegorzem Stróżniakiem i Martą Cugier.

No właśnie, wspomniałeś różne składy zespołu – „Lombard” miał burzliwą historię, kilka lat nie istniał wcale, zmieniło się wielu muzyków. GS: Skład zespołu zmieniał się wielokrotnie. W okresie od 1981 roku, od kiedy istnieje grupa, grało w niej 27 muzyków, zespół występował w 25 składach. Trudno więc mówić o kontynuacji jednej drogi, jednej wytyczonej ścieżki.

sprawy z tego, jaką ten utwór ma siłę, jak będzie oddziaływał. Po premierze, od razu na następny dzień, po kilku jego emisjach zdjęto go z anteny radia. Ale piosenka żyła już swoją historią.

Zmieniła się wokalistka zespołu, Małgorzatę Ostrowską zastąpiła Marta Cugier. Dlaczego? GS: Zanim Małgorzata odeszła z zespołu definitywnie, rozstawała się z nami wiele razy, odchodziła, wracała, zawieszała działalność. Ciągle była niezadowolona z tego, co się działo w zespole, nie utożsamiała się z tym, co robiliśmy, poszukiwała czegoś innego. Trudno było funkcjonować normalnie w ciągle niewiadomej sytuacji.

Zespół „Lombard” w latach 80-tych osiągnął olbrzymi sukces. Jak wspominasz tamte czasy? GRZEGORZ STRÓŻNIAK: Mieliśmy to szczęście, że współpracowaliśmy z autorami tekstów, którzy szarą rzeczywistość opisywali, używając różnych metod, a te skutkowały. Teksty naszych piosenek docierały do publiczności, nasze utwory stały się hitami. W tamtych czasach wszystko zależało od tego, jakiej poetyki się używało. To były przecież czasy cenzury, a my w swoich piosenkach poruszaliśmy problemy, o których nie można było mówić głośno. Byli tacy, którzy nie odczytywali tego, co znajdowało się między wierszami. A może nie chcieli tego odczytać? Tak było z piosenką Przeżyj to sam? GS: To było przeoczenie ze strony cenzury. Nie zdawano sobie LUTY 2008

Będąc na Waszym koncercie, widziałam, że wykorzystujecie zdjęcia archiwalne, dokumentujące szarą polską rzeczywistość lat 80-tych oraz te z Waszych koncertów. Widać na nich tłumy ludzi, śpiewających razem z Wami, trzymających w dłoniach zapalone zapalniczki. GS: To są zdjęcia archiwalne, historia „Lombardu”, wpisana w historię Polski. Do jakiego stopnia wykorzystujecie historię starego „Lombardu”, a do jakiego piszecie tę nową? GS: Staramy się szanować przeszłość, ale robimy też nowe rzeczy. Każdy nowy skład zespołu wnosi coś nowego, świeżego.

Ale liderem jesteś Ty i to Ty masz wizję, w którym kierunku poprowadzić zespół? GS: Tak, ale nie chciałbym być sam w realizacji tej wizji. Na szczęście mam potężne wsparcie w Marcie (wokalistka zespołu – przyp. od red.) i udało mi się skompletować grono muzyków, którzy mają podobne zapatrywania na to, co chcemy robić. To jest podstawa, by móc iść do przodu.

Odebrałeś jej odejście jako porażkę? Bo przecież wokalista jest lokomotywą zespołu, to z wokalistą wiele osób właśnie kojarzy daną formację… GS: Dla mnie porażką było to, że nie utożsamiała się z zespołem, będąc jego członkiem. Nie zrażony taką postawą pracowałem i pracuję na markę „Lombardu”. 11


Nasuwa się jednak pytanie, kto ma prawa do tej marki, skoro Małgorzata Ostrowska nagrała przeboje zespołu na swojej solowej płycie. GS: Prawa te mam ja jako założyciel i lider zespołu. Nie potrafię zrozumieć postępowania Małgorzaty, bowiem, decydując się na karierę solową, człowiek powinien mieć pomysł na pokazanie siebie w nowym świetle. Rzeczą naturalną jest wtedy, że nie korzysta się z wcześniejszego dorobku zespołu, z którym dana osoba zdecydowała się rozstać. Co więcej jestem przecież kompozytorem większości tych piosenek, tak więc i prawa autorskie stoją po mojej stronie. Czy zaistniała sytuacja motywuje Cię bardziej do pracy nad marką „Lombardu”? GS: Nie pozwolę na zniweczenie dorobku grupy. A zatem, jeśli dobrze rozumiem, rozstanie z Małgorzatą Ostrowską przyniosło pewną ulgę? GS: Mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy Martę, bo ma nieprzeciętne możliwości wokalne. Jak doszło do spotkania z Martą? MARTA CUGIER: Śpiewam od 13. roku życia. Zawsze współpracowałam z dużo starszymi od siebie muzykami. Kiedy miałam 18 lat, do Grzesia trafiła kaseta z moimi nagraniami. Nawet nie wiedziałam, że „Lombard” poszukuje wokalistki. Nigdy nie szukałam okazji, to one mnie jakoś same znajdowały. Po przesłuchaniu mojej kasety Grzesiu zaproponował mi przygotowanie wspólnej płyty. Minął rok, a dotychczasowa wokalistka definitywnie opuściła zespół i zostawiła go z podpisanymi kontraktami. Należało działać szybko. Jak zareagowałaś na propozycję współpracy z „Lombardem”? Dla 18-letniej dziewczyny zetknięcie z legendą musiało być dużym przeżyciem. 12

MC: Kiedy „Lombard” świętował tryumfy miałam 7 lat. Słuchałam wtedy Puszka-okruszka i piosenek typu Zakazany owoc czy Dyskoteka Pana Jacka. Potem przez 10 lat „Lombardu” nie było. Kiedy zaczęłam świadomie słuchać muzyki, Grzegorz Stróżniak stał się dla mnie legendą. Dopiero po roku śpiewania w „Lombardzie”, dotarło do mnie, że jestem członkiem legendarnego zespołu. Jak to uniosłaś? MC: Dobrze, że decydując się na tę współpracę, nie zdawałam sobie do końca sprawy, co mnie czeka. W związku z tym, że studiowałam politologię, przez dwa lata śpiewania w „Lombardzie” zatapiałam się w legendzie zespołu, wypytywałam członków o jego historię, robiłam wywiady z tymi, którzy zespół tworzyli, spisywałam historię „Lombardu”. To pozwoliło mi się wczuć w to, co śpiewam. Moja pasja historyczna pozwala mi zrozumieć tamte czasy. Polska historia komunizmu, mimo że jej nie zaznałam w dorosłym życiu, wzrusza mnie. To jest doświadczenie na całe życie. Nie bałaś się porównywania z poprzedniczką? MC: Wcześniej śpiewałam standardy jazzowe, więc porównywano mnie z wokalistkami jazzowymi, głównie z Ewą Bem czy Krystyną Prońko. Kiedy śpiewałam rocka, to porównywano mnie do Kasi Nosowskiej z zespołu „Hey”. Nie naśladuję mojej poprzedniczki, zresztą ja jestem altem, Małgorzata Ostrowska jest sopranem. Jest dużo różnic między nami. Oczywiście, bywają przykre chwile, kiedy nieświadomi, niezorientowani ludzie podchodzą do mnie i mówią: „Nic się pani nie

zmieniła, pani Małgosiu“. Porównywanie zawsze jest przykre. Nigdy nie byłam z nikim porównywana, zawsze byłam cudownym dzieckiem z charakterystycznie zachrypniętym głosem. Na szczęście na koncerty przychodzą też osoby, które nie są obciążone przetasowaniami w zespole i po prostu świetnie się bawią. W przeciągu 8 lat mojej pracy w „Lombardzie” spotykały mnie raczej miłe sytuacje. Wydaje mi się, że przez przypadek spełniam oczekiwania fanów grupy. Niewiele o Was słychać, a niektórzy nawet nie wiedzą, że nadal istniejecie, że macie nową wokalistkę. Dlaczego? MC: Kiedy zaczęłam śpiewać w „Lombardzie”, dostałam propozycję rozbieranych zdjęć w którymś z pism dla panów, by w ten sposób wypromować zespół z nową wokalistką! Skorzystałaś? MC: No nie, daj spokój! Uważam, że mam dużo więcej do zaoferowania, niż tylko swoją zewnętrzność. Nigdy nie chciałam być gwiazdą, mogę śpiewać z akompaniamentem fortepianu dla trzech osób w klubie. Piszę teksty, interesuje mnie wiele spraw. Czego dotyczą te teksty? MC: W „Lombardzie” jest tradycja śpiewania o rzeczach ważnych. W latach 80-tych to była walka z komunizmem, teraz śpiewamy o terroryźmie, różnych problemach społecznych. I to się sprzedaje? GS: Media są ukierunkowane na coś innego. My jesteśmy wrogami promowania zespołu przez płyciznę. MC: To się nazywa robienie przebojów. MONITOR POLONIJNY


Co złego jest w robieniu przebojów? MC: Reprezentujemy „Lombard”, który ma swoje tradycje i nie może obniżyć lotów, robiąc przeboje na siłę. Chcemy być autentyczni. Chodzi o to, żeby to, o czym śpiewamy, przekładało się na nasze działania. Kiedy śpiewamy o terroryźmie, to oznacza, że byliśmy wcześniej na Wzgórzach Golan w Izraelu, zobaczyliśmy zagrożenie, widzieliśmy nasze wojska, które walczą o pokój na świecie. Chyba trudniej jest sprzedać dziś to, co widzieliście tylko Wy w Izraelu, niż wtedy, kiedy „Lombard” opowiadał o tym, czego doświadczał każdy Polak w kraju w latach 80-tych? GS: I tak, i nie. Terroryzm jest trudnym tematem, by go pokazać w piosenkach, ale dotyczy nas wszystkich. Porusza to ludzi? GS: Tak. Widzimy to podczas naszych koncertów, kiedy opowiadamy ludziom o naszych doświadczeniach, pokazujemy zdjęcia. Wtedy czujemy, że to ma oddźwięk.

Nie chcecie iść na łatwiznę. Obecnie jest trudniej niż kiedyś? MC: Ludzie chcą słuchać utworów łatwych, lekkich i przyjemnych. Ale życie nie jest tylko takie. Oczywiście, mamy i repertuar rozrywkowy, nie męczymy ludzi tylko problemami. Dziś jest trudniej trafić do ludzi, bo media przepełnione są artystami-produktami. My chcemy pokazać duszę, nie chcemy udawać, że jesteśmy niedostępni, choć moglibyśmy sobie wynająć ochronę, by w sposób sztuczny wzbudzać zainteresowanie. GS: Bo takie rzeczy się robi w show-bussinesie. MC: Jeżeli będzie nas chciało słuchać 5 czy 500 osób, to nas to zadowoli. A jeżeli zyskamy 5-milionową publiczność, to też fajnie. Chcemy, żeby ludzie nas słuchali, ponieważ poczują to, o czym śpiewamy. Nie robimy nic na siłę, nie występujemy w programach typu „Gotuj z Lombardem”… GS: …w talk-show, które tylko budują popularność, ale nie budują poglądu na artystę.

Czyli świadomie wybraliście życie, można powiedzieć, pod prąd? GS: Tak. Media lansują pewien sposób promowania artystów, z którym my się nie zgadzamy. MC: Wielokrotnie dostawaliśmy zaproszenia na party z celebritami, ale to nie ma nic wspólnego z muzyką. To są wyścigi, kto ma lepszą sukienkę, fryzurę, kto bardziej schudł czy przytył. GS: To jest ustawianie się przed fotoreporterami, aby załapać się na fotkę z jeszcze bardziej znanym artystą. Ale mimo wszystko „Lombard” ma wzięcie? GS: Funkcjonujemy w koncertowej rzeczywistości, gramy bardzo dużo imprez plenerowych, jesteśmy często tym zespołem, który łączy pokolenia, bowiem organizatorzy takich imprez doskonale wiedzą, że „Lombard” zaspokoi potrzeby 15-tysięcznej publiczności. I tej starszej, i młodszej.

Mirek Kamiński , Michał Guma Kwapisz, Marta Cugier, Grzegorz Stróżniak, Daniel Gola Patalas

FOTO - ARCHIWUM ZESPOŁU LOMBARD


Występujecie z koncertami dla Polonii w różnych zakątkach świata. Jaki jest ten polonijny odbiorca? Inny od tego w kraju? GS: Bardziej wrażliwy, spragniony. MC: Uwielbiamy grać dla Polonii. W odróżnieniu od innych wykonawców nigdy nie mówimy, że graliśmy trasę na Zachodzie, ale że graliśmy dla Polonii. Na nasze koncerty przychodzą nawet 70-letnie panie! GS: Za granicą publiczność jest bardziej chłonna. MC: Tyle łez wzruszenia, ile widzieliśmy podczas koncertów dla Polonii, nigdy nie widzieliśmy w Polsce. Poza tym ludzie, którzy wyprowadzili się z Polski w pewnym sensie przesiąkli atmosferą państw, w których żyją. Na przykład podczas koncertu w Madrycie zauważyłam, że w Polakach obudziły się hiszpańskie, gorące dusze, natomiast w Stanach Zjednoczonych nasi rodacy mają więcej amerykańskiego luzu. Występowaliście na wiecu partii Prawo i Sprawiedliwość i podczas kampanii prezydenckiej na rzecz Lecha Kaczyńskiego. Czy w ten sposób afiszujecie własne poglądy, czy po prostu było to zamówienie na koncert jak każde inne? MC: Wreszcie wygrała w Polsce prawica! My nie dzieliliśmy Polaków na tych, którzy popierali PiS i na tych, którzy popierali PO. Dla nas ważne było to, że obie partie są prawicowe. Uważaliśmy, że grają do tej samej bramki. Poznaliśmy działaczy PiS i wiemy, że są świetnymi ludźmi. Na ich propozycję zagrania koncertu mogliśmy odpowiedzieć tylko pozytywnie. Wielokrotnie odmawialiśmy partiom lewicowym. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Autorka dziękuje panu Andrzejowi Janeczce – przewodniczącemu Stowarzyszenia Polaków w Hiszpanii „Nasz Dom - Nuestra Casa” za umożliwienie przeprowadzenia wywiadu. 14

•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA

Noworoczne spotkanie z prezydentem Prezydent RS Ivan Gašparovič z małżonką Silvią Gašparovičovą spotkali się 24 stycznia z przedstawicielami mniejszości narodowych na Słowacji. Podczas spotkania obecny był również wicepremier Dušan Čaplovič oraz wiceminister kultury Augustín Jozef Lang.

Prezydent złożył wszystkim obecnym życzenia noworoczne oraz podkreślił konieczność wzajemnej współpracy. Klub Polski na spotkaniu z głową państwa reprezentowali jego prezes Tadeusz Błoński oraz wiceprezes Elżbieta Dutková. red.

Uroczystość w Liptowskim Mikulaszu W Liptowskim Mikulaszu odbyła się 18 stycznia br. uroczystość, związana z obchodami 5-lecia działalności Konsulatu Honorowego Rzeczypospolitej Polskiej w Liptowskim Mikulaszu , na którą przybyło około 150 osób. Zaproszenie na to spotkanie przyjęli m.in. prezydent miasta Liptowski Mikulasz Ján Blcháč oraz prezydenci innych miast Liptowa, sąsiednich gmin, goście z Polski, przedstawiciele miasta Żywiec oraz przedsiębiorcy, działający na tym terenie. Podczas uroczystości został przeczytany list od radcy ministra chargé ďaffaires ambasady RP w RS Bogdana

Jána Drobčo, konsul honorowy Tadeusz Frąckowiak, prezydent Liptowskiego Mikulasza Ján Blcháč MONITOR POLONIJNY


Na początku stycznia (5.01.2008 r.) w Dubnicy nad Wagiem odbyło się spotkanie polonijne, na którym Klub Polski Region Środkowe Poważe świętował 5. rocznicę swego powstania w ramach struktur organizacyjnych ogólnosłowackiego Klubu Polskiego. Na uroczystość przybyli chargé d’affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Republice Słowackiej Bogdan Wrzochalski oraz konsul Magdalena Gondar. Chargé d’affaires ocenił działalność Klubu i wzniósł toast w intencji dalszej jego pomyślnej działalności, owocnej współpracy, a członkom życzył sukcesów osobistych. Ponadto pogratulował prezesowi organizacji na Poważu odznaczenia, przyzna-

nego mu przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jednak tematem przewodnim spotkania była działalności klubowa i możliwości jej wsparcia ze strony ambasady RP w Bratysławie. Przedyskutowane zostały też kwestie edukacyjne słowackich studentów polonijnych. Był czas na rozmowę z każdym z uczestników i poświęcenie uwagi wszystkim nurtującym Polonię sprawom. Ze strony ambasady padła propozycja zorganizowania w tym roku imprezy ogólnosłowackiej, podobnej, jaka miała miejsce przed 5-cioma laty, czyli Dubnickich Dni Polonijnej Przyjaźni, Współpracy i Folkloru. Imprezę tą mogłaby wesprzeć placówka dyplomatyczna w Bratysławie, finansując występ Zespołu Pieśni i Tańca „ŚLĄSK” im. Stanisława Hadyny. Klubowicze ponadto umówili się, iż comiesięczne spotkania MK Dubnica, będą się odOd lewej: Barbara Kliś – wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej w Żywcu, wiceprezydent Liptowskiego Mikulasza Ján Droppa, wiceprezydent miasta Żywiec Małgorzata Bieszczad, kierownik marketingu miasta Liptowski Mikulasz Darina Bartková, konsul honorowy Tadeusz Frąckowiak

Wrzochalskiego, który nie mógł przybyć osobiście, albowiem w tym dniu towarzyszył polskiemu premierowi podczas jego oficjalnej wizyty na Słowacji. Spotkanie w Liptowskim Mikulaszu było też okazją do poinformowania przybyłych gości o udzieleniu polskiego odznaczenia Złotego Krzyża za Zasługi Jánowi Drobčo, ordynatorowi oddziału chirurgii w miejscowym Szpitalu Powiatowym. „W miarę rozwoju ruchu turystycznego na Liptowie z każdym rokiem wzrasta liczba polskich turystów, odpoczywających w górach – LUTY 2008

bywać w każdy pierwszy piątek miesiąca o godz. 17.00. A na koniec, w przededniu święta Trzech Króli uczestnicy spotkania zaśpiewali kolędy oraz znane polskie piosenki. ZBIGNIEW PODLEŚNY, DUBNICA NAD WAGIEM

FOTO: KONSULAT HONOROWY

Z Nowym Rokiem...

FOTO: ZBIGNIEW PODLEŚNY, STANISLAVA ČECHOVÁ

•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Artur Holubiczko – prefekt zrzeszenia policji miejskiej w RP przyjmuje list dziękczynny od konsula honorowego Tadeusza Frąckowiaka

wyjaśniał konsul honorowy Tadeusz Frąckowiak. – Ján Drobčo pomaga polskim obywatelom, którzy na tych terenach ulegli nieszczęśliwym wypadkom i ze zranieniami znaleźli się w szpitalu. Oprócz pomocy typowo lekarskiej dodaje im otuchy i udziela niezbędnych informacji, rozmawiając z nimi w języku polskim, którego nauczył się podczas studiów w Polsce“. Konsul honorowy wyraził też podziękowanie pod adresem pana Drobčo za jego pracę w Górskim Pogotowiu Ratunkowym, w nawiązywaniu współpracy między pogoto-

wiami Polski i Słowacji oraz za pomoc w misji dyplomatycznej konsulatu. Podczas spotkania Tadeusz Frąckowiak wręczył listy z podziękowaniem za współpracę panu Arturowi Holubiczko – prefektowi zrzeszenia policji miejskiej w RP za wzorową współpracę w tworzeniu kontaktów międzynarodowych między miastami partnerskimi i ich miejską policją oraz pani Jolancie Drobčovej za poświęcenie w pracy na rzecz Konsulatu Honorowego. red 15


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA FOTO: POLSKIE RADIO KRAKÓW

Wieczór kolęd w Nitrze

Spotkanie Radia „Kraków” z Polonią słowacką W katedrze w Nitrze zabrzmiały w sobotni wieczór (26.01.) polskie kolędy. Koncert organowy zgromadził licznie przybyłą Polonię. Kolędy rozbrzmiewały również do późnych godzin wieczornych w Domu Salwatorianów. Wszystkim wykonawcom bardzo dziękujemy i zapraszamy na kolejny koncert w przyszłym roku! Podczas spotkania, dzięki studentkom z Klubu Polskiego w Nitrze, obejrzeliśmy ciekawy program artystyczny w wykonaniu najmłodszych dzieci – przedszkolaków, które coraz chętniej uczą się języka polskiego. Jeśli uda nam się rozwiązać problemy lokalowe z pewnością rozpoczniemy w ramach naszej klubowej działalności naukę naszego ojczystego języka. ROMANA GREGUŚKOVA

Targi turystyczne w Bratysławie

FOTO: ROMANA GREGUŚKOVA

16

mu osobiście pani konsul RP w Krakowie Jana Burianová. Koszyckie spotkanie przebiegło w miłej, niecodziennej atmosferze. Według radiowców z Krakowa, przyjeżdżając do Koszyc, nie czuje się zmiany miejsca i dobrze się składa, bo Koszyce są jednym z kandydatów, ubiegających się o tytuł Europejskiego U. Sz. Miasta Kultury 2013 roku.

W tegorocznych targach turystycznych ITF „Slovakiatour” oraz targach gastronomicznych „Danubius Gastro”, które odbyły się w dniach 17-20 stycznia w bratysławskiej Inchebie, udział wzięło 880 wystawców z 31 krajów świata, a odwiedziło je 60 tysięcy ludzi. W tym roku Polska po raz pierwszy pełniła rolę

kraju partnerskiego. Ponadto na jej stoisku narodowym cały czas odbywały się występy zespołów folklorystycznych z województw mazowieckiego i podkarpackiego oraz konkursy wiedzy o naszym kraju. Sponsorem polskiego udziału była Polska Organizacja Turystyczna. red. MONITOR POLONIJNY

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Dnia 14 stycznia w koszyckim Domu Mniejszości Narodowych odbyło się spotkanie przedstawicieli krakowskiej rozgłośni radiowej z Polonią, zrzeszoną w regionalnym Klubie Polskim w Koszycach. Prezes zarządu Radia Kraków Andrzej Knapik oraz dziennikarz Jan Stępień zainteresowali się działalnością Klubu. Trzeba nadmienić, że Jan Stępień już dłuższy czas zajmuje się problematyką Euroregionu „Tatry”. W roku 2006 za jego popularyzację minister spraw zagranicznych Słowacji Edvard Kukan przyznał mu nagrodę – srebrny medal. Jak sam odznaczony skromnie stwierdził, zwykła praca dziennikarza została doceniona, a medal wręczyła


Ewa Bem należy do najoryginalniejszych polskich piosenkarek

Po sąsiedzku

FOTO: MARIUSZ MICHALSKI

LUTY 2008

Po latach prywatnych lekcji fortepianu, słuchania Elli Fitzgerald, Sergia Mendesa i śpiewu przy boku starszego brata Aleksandra - perkusisty, kompozytora i wokalisty, Ewa trafiła do studenckiego klubu „Stodoła”. Były to czasy, kiedy wszystkie drogi prowadziły do klubów studenckich. Wiosną 1969 r. wystąpiła na festiwalu jazzowym „Jazz nad Odrą”, a rok później w na „Jazz Jambore”. Od roku 1971 współpracowała z zespołem „Bemibek” u boku brata. Grupa dokonała licznych nagrań radiowych, występowała za granicą min. w byłej Czechosłowacji, NRD i Związku Radzieckim. Rozpadła się pod koniec lat 70-tych. Kiedy przestała istnieć, uwagę Ewy zaprzątnęły własne występy solowe z towarzyszeniem wybitnych muzyków, m.in. Jana Ptaszyna Wróblewskiego i Zbigniewa Namysłowskiego. W roku 1979 wystąpiła na festiwalu polskiej piosen-

S Ł U C H A J Ą

Już po raz szósty odbył się w Wiedniu Bal Wiosny, zorganizowany przez Polsko-Austriackie Towarzystwo Kulturalne TAKT. W tym roku organizatorzy tego cyklicznego przedsięwzięcia na miejsce zabawy wybrali jeden z najpiękniejszych pałaców Wiednia - Palais Ferster, położony w samym sercu miasta. Na bal przybyło około 300 osób. Szyk, wdzięk oraz elegancja – tak w skrócie można by opisać tę imprezę. Do tańca przygrywała grupa muzyczna „Boba Jazz Band”, a gościem specjalnym wieczoru był Zbigniew Wodecki. Jak poinformowała nas główna organizatorka imprezy pani Maria Buczak corocznie na Balu Wiosny odbywają się licytacje dzieł sztuki oraz innych cennych przedmiotów, podarowanych przez artystów oraz przyjaciół balu. W tym roku taka licytacja miała również miejsce, a dochód z niej przekazany został Lubelskiemu Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia. mw

ki w Opolu z piosenką Młynarskiego i Wróblewskieigo Żyj kolorowo. Ewa Bem wydała mnóstwo płyt: Bemibek, I co z tego masz, Ten najpiękniejszy świat, Matamorfozis, Dziennik mej podróży, Podaruj mi trochę słońca, Gram wszystko, Ewa ewa, Mówię tak, myślę nie, Dla Ciebie jestem sobą. W roku 2006 wydała dwie płyty - Ten najpiękniejszy świat i Be a Man. Najnowsza jej płyta Kakadu została wydana w roku 2007. Śpiewa z wszystkimi wybitnymi muzykami. Jej ulubionym akompaniatorem jest Andrzej Jagodziński. Piosenki komponowane przez jazzmenów są przebojami na równi z piosenkami popowymi. „Pop jest nie tylko fantastyczną muzyką, którą kocham, ale i taką, w której jest jeszcze sporo do zrobienia, bo mało kto u nas pisze dobre popowe piosenki. Staram się pracować z ludźmi, których cenię. Wtedy przygotowanie piosenki może się stać przygodą i pięknym przeżyciem“ – twierdzi artystka. URSZULA SZABADOS

P O L S C E

ysponuje stosunkowo niewielkim głosem, ale potrafi nim dobrze operować. Ma on charakterystyczną, nieco czarną barwę. Jeśli do tego dodamy wprost murzyńskie wyczucie frazy, nikogo nie może dziwić, że od początku kariery estradowej artystka działa na pograniczu jazzowej wokalistyki i ambitnej muzyki rozrywkowej.

W

D

M Ł O D Z I

•Z NASZEGO PODWÓRKA•


Czy Praga

może być ładna?

Ł

adna może nie, ale na pewno interesująca i magiczna. Ma swój charakterystyczny klimat. Ale przede wszystkim ma barwnych mieszkańców… Mowa tu o Pradze – najstarszej dzielnicy Warszawy, owianej złą sławą. To właśnie tu toczy się akcja filmu „Rezerwat” w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Na Pragę trafia młody fotografik Marcin Wilczyński (Marcin Kwaśny, również współautor scenariusza), który po rozstaniu ze swoją dziewczyną z wyższych sfer, przybywa z lewego brzegu Wisły i przeprowadza się do podupadłej praskiej kamienicy. W ten sposób wkracza w zupełnie inny świat. To niby nadal Warszawa, ale życie tutaj toczy się zupełnie inaczej. Pozornie wszystko wygląda tak, jak w stereotypowych wyobrażeniach Pragi – widać rozpadające się kamienice, brud i biedę, miejsca niebezpiecznie – żadnych perspektyw. Dookoła szerzy się pijaństwo (pod klatką każdego dnia widać tych samych meneli), nie obca jest też przemoc w rodzinie (sąsiad Marcina – w tej roli Wojciech Karolak – regularnie bije swoją partnerkę). Jednak nasz bohater z czasem zaczyna coraz lepiej poznawać 18

otoczenie i powoli staje się jednym z mieszkańców dzielnicy. Negocjując cenę wynajmu mieszkania z właścicielem kamienicy (Krzysztof Janczar), godzi się na zrobienie zdjęć, które dołączone zostaną do dokumentacji budynku. Jednocześnie od dawnego znajomego, który jest teraz ważną „szychą” w agencji fotograficznej, dostaje zlecenie na zrobienie ciekawego, odmiennego od wszystkich materiału fotograficznego o Pradze. Właśnie przy okazji robienia zdjęć Marcin poznaje dokładniej okolicznych mieszkańców. To dzięki nim odkrywa magię tego miejsca. Okazuje się bowiem, że mieszkający tam ludzie potrafią żyć ze sobą w niezwykłej harmonii i symbiozie. Pomaga-

ją sobie wzajemnie, chronią – swój swego nie skrzywdzi. Takie zachowanie i taką mentalność trudno dostrzec po lewej stronie Wisły, w świecie, z którego Marcin przybył. Na Pradze nawet pijaczkowie, ciągle zaczepiający i proszący głównego bohatera o drobne na wino, w głębi duszy są ludźmi honoru i to właśnie oni przypomną mu, czym jest uczciwość. Także rudy chłopiec, ciągle dokuczający Marcinowi największy łobuz w okolicy, okazuje się dzieckiem sympatycznym i miłym, w którym drzemie fotograficzny talent. W roli jednego z pijaczków zobaczyć możemy, powracającego na duży ekran po długoletniej przerwie, Jana Stawarza, znanego z filmu „Dziewczyny do wzięcia”, w którym zagrał Inżyniera. Bardzo interesujący w filmie jest wątek pięknej Hanki B., właścicielki pobliskiego zakładu fryzjerskiego, której zmysłowością nasz bohater jest po prostu oczarowany. Ona także z czasem pokazuje swoje inne oblicze. Na pozór to gorącokrwista, twardo stąpająca po ziemi kobieta, z którą można pogadać, zapalić papierosa, napić się. Jednak w środku to osoba zagubiona i wrażliwa, która, jak każdy z nas, potrzebuje troski, uczucia, miłości. W postać Hanki perfekcyjnie wcieliła się Sonia Bohosiewicz. To dzięki niej Hanka jest tak wyrazista, przejmująca, żywa, ale za razem prawdziwa. Warto też nadmienić o ciekawej ścieżce dźwiękowej „Rezerwatu”. Muzykę do filmu skomponował Sebastian Krajewski, który wykorzystał znane podwórkowe szlagiery war-

szawskiej Pragi. Najbardziej zapada w pamięć „Piosenka o kwiatach”, którą słyszymy podczas sceny w barze. Śpiewa ją jeden z klientów, przygrywając na harmonii i tworząc w ten sposób jedyny w swoim rodzaju klimat. Piosenka jest dosadną balladą o miłości, pełną wulgaryzmów, ale już stała się przebojem. „Rezerwat” to opowieść o sprawach codziennych, niby błahych problemach, o których często zapominamy, goniąc za sukcesem. Ale jest to także film o przyjaźni, miłości, moralności, o ludzkich wartościach – na pozór niezauważalnych.

To znakomity debiut reżysera – film zdobył bowiem już wiele nagród, m in. nagrodę publiczności na festiwalach w Gdyni i Kazimierzu Dolnym, nagrodę za debiut reżyserski, nagrodę Prezesa TVP dla „nadziei polskiego kina”, nagrodę dziennikarzy, a także nagrody aktorskie dla Sonii Bohosiewicz. Według mnie to kino jak najbardziej godne polecenia, między innymi dlatego, że zostało spełnione podstawowe założenie reżysera – wiarygodność obrazu i fabuły. To szczerze i inteligentnie opowiedziana historia o życiu i przemijaniu, którą jednocześnie ogląda się lekko i przyjemnie. ANNA PORADA, WROCŁAW MONITOR POLONIJNY


Polacy w Arktyce T

ym z nas, których kiedyś urzekł polarny świat, opisywany przez Czesława i Alinę Centkiewiczów, a później przez Marka Kamińskiego, czy fotografowany przez Włodzimierza Puchalskiego, nie umknęła wiadomość, że na lata 2007-2008 przypada 4. Międzynarodowy Rok Polarny, który ma się stać wydarzeniem naukowym, zorganizowanym na niespotykaną dotąd skalę. Przedsięwzięciu temu towarzyszą wielkie inwestycje natury naukowej i logistycznej zarówno w Unii Europejskiej, jak i w Stanach Zjednoczonych. Aktywne włączenie się polskich środowisk naukowych do międzynarodowe programu badań regionów polarnych zabezpiecza Komitet Badań Polarnych przy Prezydium PAN oraz specjalnie powołany Polski Komitet ds. 4. Międzynarodowego Roku Polarnego. Głównym celem 4. Międzynarodowego Roku Polarnego jest zrozumienie roli regionów polarnych w obecnych i przyszłych zmianach globalnych środowiska, ewolucji biologicznej i adaptacji, tektonicznej ewolucji litosfery Ziemi w kontekście planetarnym oraz w fizyce i konsekwencji interakcji Słońce - Ziemia. Ten cel, zdaniem polskich badaczy polarnych, ma fundamentalne znaczenie dla generacji XXI wieku. Dotychczasowe polskie sukcesy badawcze w Arktyce i na Antarktydzie, systematycznie prowadzone od ponad 20 lat studia stanu i przemian wybranych elementów środowiska polarnego, rozległe prace geologiczne, geofizyczne i paleobiologiczne, badania drenażu lodowców i chemizmu wód lodowcowych to tylko niektóre przesłanki, przyczyniające się do włączenia polskich polarnych programów badawczych w główny nurt działań międzynarodowych, jakie przebiegają podczas 4. Roku Polarnego. Polska posiada dwie narodowe stacje polarne. Jedna z nich Stacja im. Henryka Arctowskiego znajduje się na Antarktydzie w Zatoce Admiralicji i działa nieprzerwanie od 1977 roku, druga to założona w lipcu 1957 roku w Arktyce na Spitzbergenie Polska Stacja Polarna Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk Hornsund. Na Spitzbergenie działają również inne sezonowe polskie placówki badawcze. Powstanie polskiej stacji badawczej na Antarktydzie poprzedził udział Polaków w wyprawach polarnych organizowanych LUTY 2008

przez inne kraje. Obecność Polski na tym terenie datujemy od momentu udziału Henryka Arctowskiego i Antoniego Bolesława Dobrowolskiego w belgijskiej ekspedycji na statku Belgika. Były to lata 1897-1899. Polskie tradycje poznawania i badań Arktyki są starsze, sięgają pierwszej połowy XIX stulecia. U ich początków stoją polscy zesłańcy na północną Syberię geolog i geograf Aleksander Czekanowski oraz geolog i paleontolog Jan Czerski. Obaj brali udział w rosyjskich ekspedycjach syberyjskich. W uznaniu zasług tego pierwszego jedno z pasm górskich, ograniczających deltę rzeki Leny, nosi nazwę Góry Czekanowskiego, a imieniem Jana Czerskiego nazwano najwyższe pasmo górskie północno-wschodniej Syberii oraz jedno z większych pasm górskich na Zabajkalu. W rosyjskich wyprawach brali też udział L. Hryniewiecki i J. Morozowicz, którzy badali Nową Ziemię, K. Bohdanowicz, badający półwysep Czukocki i Alaskę oraz K. Wołłosowicz Wyspy Nowosyberyjskie. Wspominając polskie tradycje poznawania Arktyki, nie można zapomnieć o Janie Nagórskim, który w sierpniu 1914 roku na hydroplanie Farman dokonał pierwszych na świecie lotów polarnych. Nie można też nie wspomnieć, że profesor Henryk Arctowski był pierwszym Polakiem, który w 1910 roku prowadził badania na Spitzbergenie. Po I wojnie światowej Polska podpisała 9 lutego 1920 roku w sprawie Spitzbergenu traktat paryski, który stał się formal-

TO WARTO WIEDZIEĆ no-prawną podstawą jej obecności i działalności w Arktyce. Pierwsza polska wyprawa polarna po powrocie Polski na mapę świata odbyła się w 1932 roku w ramach II Międzynarodowego Roku Polarnego. Czesław Centkiewicz, Stanisław Siedlecki i Wacław Łysakowski prowadzili prace na Wyspie Niedźwiedziej. Pierwsza polska wyprawa badawcza na Spitzbergen odbyła się dwa lata później w 1934 roku. A. Zawadzki i S. Zagrajski badali dziewicze tereny wyspy pod względem geodezyjnym, zaś S. Z. Różycki geologicznym. To po tej wyprawie na mapach Arktyki pozostały takie nazwy, jak Góra Kopernika, Grzbiet Piłsudskiego, pasmo górskie Ostra Brama czy góra Warszawa. W okresie międzywojennym na Spitzbergenie pracowało jeszcze kilka innych polskich wypraw. Działalność naukową na wyspie przerwała II wojna światowa, kiedy to Niemcy założyli tam swoje stacje meteorologiczne i starali się umieścić bazy wypadowe na konwoje alianckie, płynące do Murmańska. Polacy na Spitzbergen powrócili dopiero w 1957 roku w ramach Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Rok wcześniej Polska Akademia Nauk powierzyła geologowi prof. Stanisławowi Siedleckiemu organizację i kierownictwo pierwszej powojennej wyprawy polarnej. A była to wielka wyprawa, złożona z 37 osób, naukowców i budowniczych. Wybór prof. Siedleckiego na kierownika zespołu nie był przypadkowy; był on wówczas jedynym w Polsce człowiekiem naprawdę wiedzącym, czym jest wyprawa polarna. Urodzony w 1912 roku studiował geologię na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy miał 18 lat, rozpoczął swą przygodę z górami, wspinając się na tatrzańskie szczyty. Jako 19-letni student wziął udział w pierwszej polskiej wyprawie polarnej i spędził zimę polarną na Wyspie Niedźwiedziej, prowadząc obserwacje meteorologiczne. W następnych latach był współorganizatorem dwu wypraw do wnętrza dotąd dziewiczego Spitzbergenu. W 1934 roku z zespołem dotarł na nartach, ciągnąc na saniach po lodowcach ekwipunek, do nietkniętego 19


stopą człowieka serca Ziemi Torella. Rezultatem tej wyprawy było sporządzenie doskonałej mapy tych terenów i dokonanie ich pierwszego rozpoznania geologicznego. Dwa lata później prof. Siedlecki wraz z towarzyszami dokonał pieszego trawersowania Spitzbergenu z południa na północ, pokonując bez map, łączności i wsparcia nieznany teren, a trasa była długa, bo liczyła ok. 850 km. Świat wysoko ocenił to pionierskie w historii wypraw polarnych osiągnięcie. W 1937 roku Siedlecki wziął udział w czysto naukowym programie badawczym na Grenlandii. Rezultatem prac pierwszej powojennej wyprawy na Spitzbergen było zbudowanie Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Stacja ta znajduje się w pobliżu ujścia fiordu Hornsund, w Zatoce Białego Niedźwiedzia, w południowej części wyspy Spitzbergen Zachodni. Zbudowana jest na płaskiej terasie morskiej na wysokości 10 m n.p.m. Stacja, znana też pod nazwą -Polski Dom pod Biegunem, do połowy lat siedemdzie-

siątych wykorzystywana była przez badaczy jedynie w sezonach letnich. Przebudowana w 1978 roku służy do dziś nieprzerwanie przez cały rok ośmioosobowym ekipom. Wymiana grup badawczych ma zwykle miejsce na początku lipca. Stacja prowadzi ciągłe badania z zakresu geofizyki i środowiska polarnego. W lecie korzystają z niej okresowo także grupy biologów, a pod koniec zimy glacjologów. Latem służy również jako baza dla wypraw badawczych, organizowanych przez różne polskie i zagraniczne instytucje naukowe. W głównym budynku -Polskiego Domu pod Biegunem znajduje się 12 pokoi jednoosobowych i cztery większe, mogące pomieścić 25 osób, jest także salon-mesa, kuchnia, sześć laboratoriów, radiostacja, pokój medyczny, dwie łazienki, toalety, magazyny żywności i sprzętu gospodarczego, sportowego oraz broni. W odległości 50 m od głównego budynku jest elektrownia z trzema pracującymi na zmianę przez całą dobę agregatami. W pobliżu są tzw. zabudowania pomocnicze:

garaże i hangary dla łodzi i sprzętu pływającego, magazyny, dwa domki do pomiarów geomagnetycznych, a nieco dalej pawilon badań środowiskowych. Stacja posiada także oczyszczalnię ścieków. Ludziom, pracującym w tej najbardziej na północ wysuniętej polskiej placówce naukowej, łączność ze światem zapewniają systemy satelitarne, umożliwiające połączenia telefoniczne, faksowe i internetowe. Działa też radiostacja HF o polskim i norweskim sygnale wywoławczym. Dwa razy w roku przypływa z Polski statek z zaopatrzeniem. Rozładunek takiego statku, który kotwiczy w zatoce oddalonej kilometr od brzegu, odbywa się za pomocą dwóch pływających transporterów gąsienicowych, którym dla bezpieczeństwa towarzyszą pontony. Bywa i tak, że dryfujący lód z Oceanu Arktycznego blokuje wejście do fiordu lub dostęp do brzegu i wtedy statek musi z rozładunkiem czekać na poprawę warunków. Stacja ma swoje miejsca magiczne, są

Symboliczny Paszport dla Michała Witkowskiego

W

styczniu tygodnik „Polityka” wręczył symboliczne Paszporty 15. jubileuszowej edycji nagrody, przyznawanej młodym twórcom kultury, których wyróżnia BLIŻEJ talent, ale którzy są równocześnie, POLSKIEJ jak pisze Z. Pietrasik, „...oryginalni, KSIĄŻKI niezależni, niepokorni, wrażliwi, poszukujący, mając własny styl, charyzmatyczni, umiejętnie sterujący swą karierą” („Polityka“ 2008 nr. 2). Nagrodę tę przyznaje kapituła redakcji, jednak nominują do niej wybitni znawcy przedmiotu z dziedziny literatury, filmu, teatru, sztuk wizualnych, muzyki poważnej, muzyki rozrywkowej. Kapituła przy20

znaje także nagrodę specjalną – Kreatora Kultury. W tym roku otrzymał ją Andrzej Wajda. Do Paszportu „Polityki” 2007 w dziedzinie literatury nominowano trzech autorów: Huberta Klimko-Do-

brzanieckiego za powieść Kołysanka dla wisielca, Mariusza Sieniewicza za Rebelię i Michała Witkowskiego za Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej. Ostatecznym werdyktem symboliczny paszport przyznano Michałowi Witkowskiemu. W uzasadnieniu czytamy: „Nagroda za tropienie polskich mitów i rozrachunek ze współczesnością, za stylistyczne mistrzostwo i umiejętność posługiwania się konwencją literacką“. Michał Witkowski (ur. 1975), absolwent polonistyki UniwersyMONITOR POLONIJNY


nimi krzyż, wzniesiony przez Polaków w czasie stanu wojennego na Przylądku Wilczka, ściana w mesie, na której znajdują się fotografie wszystkich, którzy pracowali w Polskim Domu pod Biegunem, począwszy od prof. Stanisława Siedleckiego, twórcy szkoły geologicznej i polskiej polarnej szkoły wyprawowej, po jego uczniów i uczniów jego uczniów. Takim magicznym miejscem jest także kamienny kopczyk z tablicą pamiątkową, wzniesiony w trzecią rocznicę śmierci prof. Siedleckiego, który nie tylko zbudował stację, ale zimował tam i kierował jej pracami przez 5 sezonów, wychowując pokolenie swych następców. Profesor Siedlecki gościł na Spitzbergenie niezliczoną ilość razy, a jego ostatnią wielkim wyczynem, dokonanym w 72. roku życia, był udział w polskim brawurowym opłynięciu Spitzbergenu między górami lodowymi łodziami motorowymi w czasie sztormów. Polska Stacja Polarna Hornsund odgrywa szczególną rolę w badaniu obszarów polarnych i wpływu zmian tam zachodzących na

tetu Wrocławskiego, wcześniej nominowany do Paszportu „Polityki” był już dwukrotnie: w 2006 roku za powieść Lubiewo, a rok później za zbiór opowiadań Fototapeta. Rozgrywająca się w środowiskach homoseksualnych PRL powieść Lubiewo, wydana przez Korporację Ha!art w 2005 roku, która znalazła się również w 2006 roku na finalnej liście Nagrody Nike, przyniosła autorowi nie tylko ogólnopolski rozgłos, ale sprawiła też, że jego książki szybko zostały przetłumaczone m.in. na angielski, niemiecki, czeski, fiński, francuski, szwedzki, węgierski, słoweński LUTY 2008

zmiany klimatyczne całej Europy. Nie jest to jednak jedyna polska placówka badawcza na Spitzbergenie. Polscy naukowcy prowadzą także badania sezonowe w innych miejscach wyspy, a niektóre polskie uniwersytety mają tam swoje stacje badawcze. Do najważniejszych z nich należy zbudowana w 1971 roku Stacja Uniwersytetu Wrocławskiego im. Stanisława Baranowskiego przy lodowcu Werenskiolld, stanowiąca bazę polskich i czeskich badań glacjologicznych i speleologicznych. Uniwersytet Toruński ma swoją stację w północno-zachodniej części wyspy na równinie Kaffioyra. Bazą Uniwersytetu Poznańskiego jest chatka nad zatoką Petuniabukta, a Uniwersytet Jagielloński, który w rejonie Hornsundu prowadzi badania archeologiczne i geograficzne, ma swe bazy w chatkach traperskich nad Zatoką Gashamma i na Przylądku Palffyodden. W Bellsundzie znajduje się Stacja Uniwersytetu Lubelskiego. W badaniach arktycznych uczestniczą także: Uniwersytet Śląski, Instytut Oceanografii PAN, Uniwersytet Gdański

i chorwacki.. Tym razem Witkowski miał więcej szczęścia; z zaszczytnego miejsca nominowanego przeszedł na stopień laureata. Akcję powieści Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej („W. A. B.” Warszawa 2007) autor osadził w podupadającej dzielnicy dawnego galicyjskiego Jaworzna, w jego meliniarskich zakątkach, a jej bohaterem jest cinkciarz i dorobkiewicz z czasów naszego wczesnego kapitalizmu, który, zaczynając od budki z frytkami, stał się właścicielem lombardu. Jest w tej powieści rozbijanie polskiego mitu o dumnej Litwince Barbarze Ra-

i Akademia Morska w Gdyni. Wielu polskich badaczy, związanych ze Spitzbergenem, przez ostatnie 50 lat wniosło istotny wkład w wiedzę o obszarach polarnych i cieszy się międzynarodową sławą. Wymieńmy przynajmniej niektórych: Aleksander Kosiba, Alfred Jahn, Krzysztof Birkenmajer, Stanisław Baranowski, Jan Klementowski, Jerzy Pereyma, Krzysztof Migała, Grzegorz Wójcik, Jan Szupryczyński, Aleksander Guterek, Andrzej Gaździcki, Marek Grad, Piotr Głowacki. Tak więc na odległym od Polski o ok. 5 tys. kilometrów Spitzbergenie, którego 60 proc. powierzchni pokrywają lodowce, mamy duży polski ośrodek badania obszarów polarnych. W Arktyce polscy naukowcy biorą też udział w pracach badawczych na Islandii, Grenlandii, Alasce, Kanadzie Arktycznej, Wyspach Arktycznej Rosji oraz Syberii. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

dziwiłłównie, jest demaskacja naszych współczesnych grzechów od prymitywnie pojmowanego katolicyzmu, w którym obrzędowość zastępuje wiarę, po nowobogacki kult pieniądza i rzeczy, od jednostkowych irracjonalnych tęsknot za niedawną przeszłością po bezsensowny regionalny izolacjonizm. I tak jak w Lubiewie, i w tej powieści występuje motyw kochających inaczej. Powieść Wikowskiego z formalnego punktu widzenia to gawęda, utrzymana w trzech tonacjach: szlacheckiej, śląskiej i rosyjsko-ukraińskiej. Jest to ostra powieść paro-

dystyczna, w której następuje zderzenie różnych mitów z rzeczywistością. Parodystyczny jest też język powieści zarówno ten szmuglerski, jak i ten, który odziedziczyliśmy po gawędzie szlacheckiej. Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej należy do tych współczesnych powieści, które nie powinny uniknąć uwadze czytelnika. To o jej autorze Mariusz Czubaj napisał: „Witkowski zbliża się w pisarskiej metodzie do Transatlantyku Witolda Gombrowicza i chyba trudno o większy komplement” („Polityka” 2007 nr 51/52). DANUTA MEYZA- MARUŠIAK 21


Zwycięstwo poza ringiem M

owa będzie o walce na ringu, lewych i prawych sierpowych czy nokautach, ale przede wszystkim o ostatnim, grudniowym pojedynku PRZEMYSŁAWA SALETY – pojedynku z losem. Był to jeden z najważniejszych tematów ostatnich tygodni, ze sportem związany tylko pośrednio, o którym media donosiły równie często, jak o imprezach sportowych, odbywających się w tym samym czasie.

Urodzony 7 marca 1968 roku we Wrocławiu „Chemek”, bo tak nazywany jest w branży, to jeden z najpopularniejszych polskich zawodników w sportach walki, przede wszystkim w kick-boxingu i boksie wagi ciężkiej Jako kickboxer był mistrzem świata i Europy (kategorie ISKA i WAKO) oraz mistrzem Polski, w boksie zdobył m.in. mistrzostwo interkontynentalne w kategorii WBC (1992) i IBC (1994), mistrzostwo Europy (EBU w 2002) oraz mistrzostwo Polski. W 2007 roku wystąpił również w pojedynku w dyscyplinie sportowej, noszącej nazwę „mieszane sztuki walki”, jednak bez sukcesu. Sportem zajął się w ogólniaku, grał w piłkę nożną, koszykówkę i siatkówkę oraz uprawiał kulturystykę, lekką atletykę, a przez trzy miesiące trenował też karate. Podobnie jak wielu z nas na początku lat 80-tych zafascynował się Brucem Lee, jego filmem „Wejście Smoka” i chciał pójść w ślady mistrza. Przed maturą dowiedział się o istnieniu w Warszawie silnej sekcji kick-boxingu, dlatego, zaczynając w 1986 roku studiować handel zagraniczny na warszawskiej SGPiS (dziś SGH), wstąpił do takiej sekcji przy Politechnice Warszawskiej (SKK Politechnika Warszawska). A że miał też dobre warunki fizyczne – 194 cm wzrostu i dobrą wagę, kariera rozwijała się szybko. Już jesienią następnego roku trafił do kadry Polski, a pierwszy poważny sukces – tytuł amatorskiego mistrza Europy w wadze superciężkiej (do 91 kg) – zdobył w listopadzie 1988 roku w jugosłowiańskim Trogirze. Jego zawodowa kariera sportowa w ringu, rozpoczęta w roku 1991, była bogata i urozmaicona. Najczęściej to jego rękę sędzia podnosił do góry. Dotychczasowy bilans stoczonych przez niego walk jest 22

imponujący – na 50 walk wygrał 43 (w tym 21 przez nokaut). Doznał 7 porażek. Walczył w wielu krajach przeciwko utytułowanym zawodnikom. Warto przypomnieć wybrane pojedynki. W grudniu 1989 roku w Lublinie pokonał przed czasem Irlandczyka Davida Boyda i został zawodowym mistrzem Europy w wadze superciężkiej (do 88 kg). W 1990 we Włoszech wywalczył złoty medal amatorskich mistrzostw świata w kategorii ciężkiej (do 91 kg), a w kwietniu obronił tytuł zawodowego mistrza Europy. Pokonał Francuza Philippe’a Coutelasa (na punkty po 10 rundach). Pełen sukcesów okazał się również rok 1991. W kwietniu, w poznańskiej „Arenie”, pokonał na punkty Clementa Salesa z Francji i obronił tytuł zawodowego mistrza świata. We wrześniu, po 12 rundach pokonał Amerykanina Marka Longo i został mistrzem świata wagi junior ciężkiej (do 85 kg). Wkrótce rozpoczął starty w boksie amatorskim, a później zawodowym, ale przed tym stoczył jeszcze jedną walkę w kick-boxingu. W lutym 1993 roku w Kanadzie decyzją sędziów przegrał pojedynek o obronę tytułu mistrza świata w wadze junior ciężkiej. Wygrał ... Kanadyjczyk. Polak od razu zażądał rewanżu, ale Darryl Henegan nie chciał o tym słyszeć. W kick-boxingu Saleta i tak zdobył wszystko, co było do zdobycia. Skoncentrował się na boksie zawodowym. Wcześniej, jeszcze w 1990 roku w barwach stołecznej „Gwardii” stoczył trzy wygrane walki w lidze amatorskiej. W lipcu 1991 roku wyjechał na obóz treningowy na Florydę, do klubu bokserskiego legendarnego Angelo Dundee’ego, który wychował kilkunastu mistrzów świata zawodowców, w tym najsłynniejszego pięściarza świata

Muhammada Alego oraz championa w pięciu kategoriach Raya „Sumara” Leonarda. Debiut zawodowy Salety miał miejsce 29 lipca tegoż roku w Daytona na Florydzie – w pierwszej rundzie znokautował Stephena Paolili. Drugie zwycięstwo odniósł 13 października na warszawskim „Torwarze”, gdzie znokautował Anglika Iana Bullocha. Chcąc kontynuować karierę, w styczniu 1992 roku przeniósł się do USA, gdzie po trzecim zwycięstwie przyszła porażka. Przegrał w piątej rundzie z Amerykaninem Timem Martinem. Pragnąc zatrzeć niekorzystne wrażenie, szybko odniósł trzy zwycięstwa i stał się challengerem do tytułu mistrza Florydy w kategorii junior ciężkiej i po siedmiu walkach był mistrzem jednego z najbardziej popularnych w USA stanów i znanym zawodnikiem. W następnym roku dwa razy obronił tytuł – pokonał Guya Sonnenberga (w 6. rundzie) i Eda Grady’ego (na punkty). Marzec 1994 roku to zwycięstwo nad b. mistrzem świata wagi półciężkiej Dennisem Andriesem (po 12 bezpardonowych rundach). Był interkontynentalnym mistrzem WBC kategorii junior ciężkiej! W tym okresie w światowych rankingach najważniejszych organizacji sklasyfikowano go na 4 i 6 miejscu! Miał szansę na walkę o mistrzostwo świata jednej z liczących się organizacji, ale pod warunkiem uprzedniego pokonania w nieoficjalnym półfinale Johna McClaine’a. Już po pierwszej rundzie sędzia... przerwał walkę, uznając zwycięstwo rywala! Nie mając szans – z powodu braku punktów – na stoczenie walki o mistrzostwo świata, rozpoczął starty w wadze ciężkiej (+ 86,183 kg). Pierwsza taka walka odbyła się 27 maja 1995 roku i przyniosła mu zwycięstwo! Po ośmiu rundach pokonał na punkty Węgra Lajosa Erösa. Wtedy dostał szansę walki o tytuł zawodowego mistrza Europy z Chorwatem Zejlko Mavrovićem. Po błędzie Polaka doświadczony, dobry technicznie i obdarzony wyjątkową odwagą i odpornością na ciosy Chorwat doskonale go trafił. Wprawdzie „Chemek” się podniósł, ale sędzia przerwał walkę. Luty 1997 roku to podpisanie kontraktu z niemiecką grupą Universum Box Promotion, która opiekuje się m.in. DaMONITOR POLONIJNY


riuszem Michalczewskim i braćmi Kliczko. Już w maju Saleta pokonał Jurija Jelistratowa. Po serii zwycięstw, 17 kwietnia 1999 roku w walce o tytuł mistrza interkontynentalnego IBO wagi ciężkiej w Warszawie rywal jego Asmir Vojnović poddał się w 10. rundzie. Inny ciekawy pojedynek to obrona tego tytułu w Gdańsku. Dwumetrowy Holender Fred Westgeestem był trudnym przeciwnikiem – sędzia ringowy przerwał walkę i Polak przegrał. Latem 2000 roku miało dojść do walki „między naszymi” – Przemysław Saleta versus Andrzej Gołota. Jednak trzy tygodnie przed walką Gołota zrezygnował, ponieważ otrzymał znacznie atrakcyjniejszą finansowo propozycję pojedynku z Mikeiem Tysonem. W lutym 2001 roku pokonał na punkty Biko Botowamungo. Galę bokserską zorganizowała „Knockout Promotions” – grupa promotorska, której Saleta był współzałożycielem. Po dwóch następnych sukcesach miał szansę zdobycia, po raz pierwszy w historii polskiego boksu zawodowego, tytułu międzynarodowego mistrza Polski w wadze ciężkiej. Do walki doszło 26 maja na warszawskim „Torwarze”. Pokonał na punkty sklasyfikowanego na 10. pozycji w europejskim rankingu Chorwata Ratko Draškovića, a po tej walce oficjalnie ogłosił zaplanowany koniec kariery! Powodem decyzji był brak szans na walkę o najważniejszy tytuł mistrzowski. Kiedy później Vitalij Kliczko odblokował tytuł mistrza Europy wszechwag i pas zdobył Luan Krasniqi, Saleta zaczął boksować dalej i po dwóch zwycięstwach grupa „Universum Box - Promotion” zaoferowała mu walkę z Krasniqim, Kontuzja Polaka przesunęła ten pojedynek na lipiec. Rywal chciał zrezygnować z walki już po piątym starciu! Sekundanci zdołali go jednak zmobilizować, ale po ósmej rundzie się poddał. „Chemek” wygrał przez techniczny nokaut i 20 lipca 2002 r. w dortmundzkiej „Westfallenhalle” został pierwszym i jedynym polskim mistrzem Europy wszech wag! Obrona tytułu w pojedynku z Sinanem Samilem Sanem ze „Uniwersum” była dla Salety atrakcyjna finansowo. Pochodzący z Turcji pięściarz był mistrzem świata amatorów z 1999 r. z Houston. Po sześciu rundach nasz bokser prowadził na punkty, LUTY 2008

czuł się w ringu znakomicie, jednak rywal trafił świetnie kilka razy. Sędzia zdecydował, że trzeba przerwać pojedynek, w efekcie czego Saleta stracił tytuł mistrza Europy. Odzyskać go miał w pojedynku z Krasniqim. Polak, zaangażowany wówczas w tworzenie „Saleta Fight Club”, nie był tak dobrze przygotowany, jak przed pierwszą walką i 26 kwietnia 2003 r. w Schwerinie jego rywal, atakując mocnym prawym prostym w szczękę, powalił go na deski. Po tym ciosie już się nie pozbierał i sędzia musiał zakończyć pojedynek. Po tej porażce, Saleta postanowił zrezygnować z wyczynowego boksu zawodowego i ... wrócił do kick-boxingu. We wrześniu 2004 roku we Wrocławiu pokonał na punkty Węgra Pétera Vargę. W Rzeszowie zwyciężył przez nokaut już w trzeciej rundzie utytułowanego kickboksera Wojciecha Jastrzębskiego, a w lutym 2005 r. we Włocławku thaiboksera Marcina Różalskiego (na punkty). Miesiąc później otrzymał drugą propozycje walki z Andrzejem Gołotą, który jednak ponownie się wycofał. Powodem była kontuzja łuku brwiowego. W międzyczasie w 1995 roku Przemysław Saleta rozpoczął karierę dziennikarsko-telewizyjną, został komentatorem wydarzeń sportowych w polskich stacjach telewizyjnych i radiowych. W styczniu 2007 roku został redaktorem naczelnym polskiej edycji czasopisma „Gentleman’s Magazine”. Zagrał też epizodyczne role w filmach, m.in. „Młode wilki”, „Sztos”, „Lokatorzy” oraz w produkcji hollywoodzkiej „Cudzoziemiec” (The Foreigner). Z czasem stał się... celebrytem (to nowe słowo w języku polskim pochodzi oczywiście od angielskiego określenia celebrities, ale zawiłości z nim zwiazane wyjaśni zapewne szerzej Majka Nowakowska), czyli osobą medialnie znaną, bohaterem kolorowych pism i coraz częściej kojarzono go z show businessem niż sportem. We wrześniu i listopadzie 2007 wziął udział w pierwszej edycji programu „Gwiazdy tańczą na lodzie”. W drugim jego odcinku decyzją widzów został wraz z partnerką wyeliminowany, ale ze względu na kontuzję oboje pozostali w programie. Doszli do ósmego odcinka, kiedy to Saleta sam zrezygnował

z występów z powodu choroby swojej starszej córki, 13-nastoletniej Nicole. Dziewczynce potrzebny był przeszczep nerki i „Chemek” zdecydował się jej oddać swoją. Dnia 5 grudnia 2007 roku, w warszawskim szpitalu przy ul. Lindleya przeszedł operację pobrania nerki, która została przeszczepiona córce, poddawanej od kilku lat dializom. Pięć dni po zabiegu wystąpiły u niego powikłania pooperacyjne – niewydolność oddechowa i krwotok wewnętrzny. Podejrzewano zatorowość płucną, a prawdopodobną przyczyną problemów była reakcja organizmu na stan zapalny (tzw. sepsa). Konieczna była kolejna operacja. Po niej Saletę przez trzy dni utrzymywano w śpiączce farmakologicznej. Dopiero 17 grudnia stan jego zdrowia na tyle się polepszył, że pozwolono mu na samodzielne wstawanie z łóżka i spacery. Następnego dnia opuścił szpital, by mógł święta spędzić w domu z córką. Po wyjściu ze szpitala ważył 20 kilogramów mniej i był w koszmarnej formie, ale podobno już 1 stycznia odwiedził siłownię. Stwierdził potem, że nie sądził, iż powrót do sił będzie tak ciężki. Po 10 minutach jazdy na rowerze treningowym i godzinie ćwiczeń na przyrządach bez wysokich obciążeń był tak zmęczony, że nie mógł złapać oddechu. Obecnie walczy z olbrzymim apetytem, który zapewne oznacza, iż nasz bokser dochodzi do siebie! W ramach kampanii Fundacji Krewniacy – „Łańcuch krewniaków”, promującej transplantacje, „Chemek” zachęca do podpisywania tzw. oświadczeń woli, czyli pisemnego wyrażania zgody na przeszczep swoich narządów po śmierci. W celu propagowania przeszczepów i transplantacji Saleta znajdzie się m.in. na billboardach, zachęcających do udziału w akcji. Fundacja zaplanowała przekazanie takich 450 billboardów różnym instytucjom, aby te na okres miesiąca umieściły je w widocznych miejscach na swoich budynkach oraz zobowiązały się do przekazania ich następcom, którzy uczynią to samo. Po tym wszystkim można chyba uznać, że Przemysław Saleta odniósł swoje największe zwycięstwo w karierze – nie rzucił ręcznika, walczył do końca i wygrał, tym razem z losem. ANDRZEJ KALINOWSKI 23


OKIENKO JĘZYKOWE

„Wielka wyprz!” Po

powrocie do Polski, okazało się, że podczas mojej nieobecności w kraju wiele rzeczy się zmieniło, a te, postrzegane z zagranicy, wyglądają trochę (a niekiedy i zupełnie) inaczej. Zmienił się też język, przede wszystkim ten codzienny. Często ta nowa „nowomowa” mnie zaskakuje, nie rozumiem jej do końca, nie do końca też potrafię wyłapać językowe gierki i ich kontekstowe uwarunkowania. Ale się uczę! Na nowo!

Ostatnio pewna firma, zajmująca się telefonią komórkową, reklamując się w polskiej telewizji, lansuje hasło: „WIELKA WYPRZ!”. Obejrzawszy po raz pierwszy ich reklamowy spot, byłam przede wszystkim zaskoczona, albowiem to „wyprz” (użyte w tym przypadku jako skrót od „wyprzedaż”) zabrzmiało dla mnie jak pewien skrócony wulgaryzm (który? – nie napiszę, gdyż nie chcę nikomu niczego sugerować, a ponadto może to tylko ja mam takie skojarzenia). Trudno było mi jednak uwierzyć, iż polszczyzna uległa zmianom do tego stopnia, że akceptuje w oficjalnej telewizji publicznej takie formy językowe. Fakt pozostawał jednak faktem – reklama pojawiała się (i pewnie nadal się pojawia) dość często, co powodowało narastanie mojego niepokoju. Zaczęłam się obawiać, że owe „wyprz” zostanie utrwalone w języku, straci swe pierwotne znaczenie (szło mi o to wulgarne) i zacznie żyć swoim własnym życiem. Tak przecież stało się bardzo niedawno z przymiotnikiem „zajebisty” (napisałam to! odważyłam się, choć nadal uważam, że to wulgaryzm!), który to, używany w sytuacjach oficjalnych przez osoby powszechnie znane, stał się synonimem, (o dziwo!) takich określeń, jak „wspaniały” czy „wyjątkowy”. Postanowiłam jednak sprawdzić, co inni Polacy myślą na temat „wyprz” i czy mają podobne skojarzenia do moich. Jedni mieli, inni nie, ale nikt mi nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego właśnie użyto tego wyrazu, który utworzono trochę niezgodnie ze zwyczajem

24

– trudno go bowiem wymówić ze wzgl. na wygłosową grupę spółgłoskową. I w końcu trafiłam na kolegę, obeznanego w różnych sytuacjach językowokulturowych, i… dowiedziałam się, że ów skrót pochodzi ze skeczu pewnego kabaretu, reklamującego ową telefonię komórkową, i powstał jako efekt wyśmiewania złych tendencji we współczesnej polszczyźnie. Większość Polaków, do której należę i ja, nie znając kontekstu powstania opisywanej formy, może ją odebrać jako wytwór naturalny i przenieść do swojego zasobu leksykalnego. Wszyscy bowiem wiemy, że reklama ma ogromny wpływ na zwykłych użytkowników języka, którzy, nie znając jej mechanizmów, przejmują nie tylko użyte w spotach reklamowych wyrazy, ale i całe frazy, np. że pewien produkt „dodaje skrzydeł”, inny sprawia, że „wszystko jasne”, a jeszcze inny, adresowany do kobiet, mówi, iż każda z nas „jest tego warta”. A jaki stąd wniosek moich dywagacji? Nie przejmujmy zbyt pochopnie języka reklamy, ona kieruje się innymi prawami, z których najważniejsze to sprzedać reklamowany produkt! A na koniec, w związku z licznymi promocjami i poświątecznymi wyprzedażami w sklepach, życzę Państwu udanych wyników „wielkiej WYPRZ”! Uważajcie jednak na portfele – one w takiej sytuacji chudną! P.S. Nawiązując do artykułu A. Kalinowskiego (str. 22), który wywołał mnie do tablicy, obiecuję, iż „celebrytem” zajmę się w następnym numerze. MARIA MAGADALENA NOWAKOWSKA

Informacja o działalności Konsulatu Honorowego Rzeczypospolitej Polskiej w Liptowskim Mikulaszu w latach 2003 – 2007 Uroczyste otwarcie Konsulatu Honorowego RP w Liptowskim Mikulaszu odbyło się 17.01.2003 r. z udziałem ministrów spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Słowackiej, ambasadora RP, prezydenta Miasta Liptowski Mikulasz i innych przedstawicieli władz państwowych i samorządowych obu państw. Siedziba Konsulatu Honorowego znajduje się w budynku Urzędu Rejonowego w centralnym punkcie miasta, w rynku głównym. Polska flaga i tablice informacyjne widoczne są nie tylko dla mieszkańców regionu, ale również dla turystów. Okręg konsularny obejmuje region Słowacji Północnej – województwo żilińskie oraz zachodnią część województwa preszowskiego.

Działalność konsulatu koncentruje się przede wszystkim na: • rozwiązywaniu poważnych problemów, powstałych podczas pobytu turystów polskich na terenie Słowacji Północnej i udzielaniu po-

WYBÓR

Z PROGRAMU

Ciąg dalszy projektu KARNawał czarnego humoru ➨ Do 19 lutego, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Wystawa Roland Topor Toporlino z kolekcji Atelier Clot w Paryżu ➨ Do 29 lutego , Bratysława, Instytut Francuski, Sedlárska 7 • Wystawa Roland Topor Plakaty dla teatru Kammerspiel w Monachium z kolekcji Marie Binet. ➨ 6 lutego, godz. 16.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Projekcja FANCUSKIEGO dokumentu „Sny Topora” Po projekcji w dyskusji udział wezmą Marie Binet, ostatnia towarzyszka życia Topora, Jan Gondowicz, krytyk i tłumacz, Dado Nagy oraz Kornel Földvári. ➨ 11 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Prezentacja sztuki radiowej Anny Burzyńskiej Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę (słowacka premiera 14 października 2007 – Radio SLOVENSKO) Spotkanie z Anną Burzyńską, autorką sztuki, scenariuszy i pisarką, Svetozárem Sprušanskim, reżyserem słowackiej wersji i słowackimi twórcami programu ➨ 13 lutego, godz. 16.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Projekcja filmu Pociąg Reżyseria i scenografia: Jerzy Kawalerowicz MONITOR POLONIJNY


mocy obywatelom polskim, którzy na terenie regionu Liptowa ulegli wypadkom bądź znaleźli się tutaj w trudnych sytuacjach życiowych, • pośredniczenie w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy polskimi i słowackimi instytucjami państwowymi, wojskowymi bądź samorządowymi i regularne organizowanie spotkań z przedstawicielami słowackich i polskich władz państwowych i samorządowych, • aktywne stwarzanie odpowiednich warunków, niezbędnych do rozwoju wzajemnej współpracy gospodarczej pomiędzy Polską i Słowacją, współpraca pomiędzy Słowacką a Polską Izbą Handlową, związkami handlowymi obu państw i przedstawicielami firm działających na terenie Słowacji i Polski, łącznie z pomocą prawną i zabezpieczeniem tłumaczeń przez tłumacza przysięgłego, • organizowanie spotkań przedsiębiorców z wybranych polskich miast województw małopolskiego i żilińskiego na terenie Słowacji i Polski w celu nawiązania dalszych kontaktów ekonomiczno-handlowych, • pomoc w rozwoju ruchu turystycznego i współpracy regionalnej między Polską i Słowacją w ramach euroregionów „Tatry” i „Beskidy” przy organizowaniu wspólnych projektów przygranicznych,

• uczestniczenie w rozwoju współpracy na polu kultury pomiędzy obydwoma państwami, współorganizowanie wystaw dzieł sztuki polskich autorów na Słowacji, • wspomaganie współpracy naukowo-technicznej oraz uczestniczenie przy nawiązywaniu kontaktów pomiędzy uczelniami wyższymi obu państw, udział w konferencjach naukowych, • uczestniczenie i reprezentowanie Rzeczypospolitej Polskiej w różnego rodzaju oficjalnych uroczystościach państwowych i regionalnych. Podczas 5-letnej kadencji pracy Konsulatu Honorowego RP w Liptowskim Mikulaszu konsul honorowy Tadeusz Frąckowiak spotkał się z takimi osobistościami życia politycznego i gospodarczego Polski i Słowacji, jak prezydenci Słowacji - Rudolf Schuster, Iwan Gaszparowicz, i Polski - Lech Kaczyński, ministrowie spraw zagranicznych – Włodzimierz Cimoszewicz, Edward Kukan, Jan Kubisz, ministrowie finansów, rolnictwa, ochrony środowiska naturalnego, wojewodowie słowackich i polskich województw przygranicznych, prezydenci i burmistrzowie miast obu państw oraz inne osobistości życia publicznego.

INST Y TUTU POLSKIEGO ➨ 27 lutego, godz. 16.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Projekcja filmu Iluminacja Reżyseria i scenografia: Krzysztof Zanussi, zdjęcia: Edward Kłosiński ➨ 14 lutego, godz. 20.30, Bańska Bystrzyca, Klub 77, Horná 54 • 15 lutego, godz. 21.30, Svidník, Klub „Holičstvo”, Centrálna 274 • 16 lutego, godz. 20.30, Brezno, Klub „Bombura”, Nám. M. R. Štefánika 16 • 17 lutego, godz. 20.30, Bratysława, Klub „Nu Spirit”, Medená 16 Polsko-słowacki projekt muzyczny Ballady na koniec świata w wykonaniu: Grzegorz Karnas – śpiew, Janka Bezeková – pianino, Adam Oleś – wiolonczela, Jozef Krupa – perkusja ➨ 19 lutego, godz. 20.00, Bratysława, Klub A4, Nám. SNP 12 • Projekcja filmów w cyklu „Antologia animacji polskiej” Przegląd krótkich polskich filmów animowanych z lat 50-tych i 60-tych ➨ 20 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Bułgarski Instytut Kultury, Jesenského 7 • Spotkanie z reżyserem i producentem filmowym bułgarskiego pochodzenia Bożydarem Sławowem, który od roku 1974 żyje i pracuje w Polsce, i projekcja jego filmów dokumentalnych POLSKIE ŚLADY W BUŁGARII, EGZARCHA STEFAN i MAGICZNE RODOPY LUTY 2008

➨ 21 lutego, godz. 16.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Konfrontacja 2007 wystawa najlepszych prac dyplomowych polskich i słowackich studentów architektury ➨ 25 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Węgierski Instytut Kultury, Palisády 54 • Salon Wyszehradzki – dyskusja panelowa na temat: „Czwórka wyszehradzka a nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej“ ➨ 28 lutego, godz. 16.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Tatry - prezentacja słowackiego i polskiego pisma „Tatry” z udziałem przedstawicieli obu redakcji, TANAPu i TPNu. Dyskusja na temat: Tatry – na ile wspólne dobro? Problemy aktualne ➨ 28 lutego, godz. 18.00, Bańska Bystrzyca, aula FHV UMB, Ružová 11 • Projekcja filmu Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciowa • Reżyseria i scenografia: Krzysztof Zanussi

PONADTO POLECAMY ➨ Do 2 marca, Liptovský Mikuláš, Galéria P. M. Bohúňa, Tranovského 3 • Sygnały Borisa Kudlički - Wystawa prac scenograficznych ➨ Do 2 marca, Dolný Kubín, Oravská galéria, Hviezdoslavovo nám. 11 • Wystawa prac z III Międzynarodowego Biennale Pasteli w Nowym Sączu 2006

Jak nas widzą, tak nas piszą Kiedy nasza praca spotka się z uznaniem innych, jest nam niezmiernie miło. Często właśnie owe momenty, kiedy to słyszymy pochwały pod własnym adresem, stają się bodźcem do dalszej pracy, motywują podejmowanie kolejnych wyzwań. Dzięki nim zrodził się też pomysł, by od czasu do czasu pokazać, jak nas widzą inni, ci z zewnątrz, którzy, nie znając naszych codziennych problemów, oceniają nas po efektach naszej pracy. Jak się dowiedzieliśmy, na ręce prezesa Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe wpłynął list z podziękowaniami za przygotowanie imprezy świątecznej, w której udział wzięli goście z Polski, przybyli z zaprzyjaźnionego miasta Zawadzkie. To właśnie oni, goszczący w Dubnicy nad Wagiem Polacy docenili trud działaczy polonijnych tego regionu. „Z podziwem obserwowaliśmy gościnność ludzi, harmonię, panującą wśród klubowiczów i swobodę, z jaką posługują się oni językiem polskim“ – napisała w swym liście opiekunka polskiej grupy Jadwiga Breguła. „Jesteśmy wdzięczni za bardzo ciepłe i serdeczne przyjęcie. Szczególne podziękowania kierujemy na ręce Pana Zbigniewa Podleśnego, dzięki któremu w bardzo krótkim czasie zobaczyliśmy najciekawsze zakątki Dubnicy“. Podziękowania adresowane były również do księdza Stanisława Ługowskiego, który tychże Polaków zaprosił do udziału w mszy świętej, odprawianej po polsku. O naszym miesięczniku dowiaduje się coraz więcej czytelników i to w różnych krajach Europy! Wywiad miesiąca z zespołem „Lombard”, który możecie Państwo przeczytać w niniejszym numerze na str. 11, zyskał uznanie członków zespołu, którzy zamieścili go wraz z logo „Monitora Polonijnego” na swoich stronach internetowych – www.lombard.pl. Podobna rzecz stała się z artykułem „Ach ta Hiszpania!“ (str. 9), umieszczonym na prośbę Polonii hiszpańskiej na jej strored nach: www.naszdom.org. 25


Nikdy som necítil hranice

K

eď som sa pred vyše štyridsiatimi rokmi prvýkrát dostal do Poľska, o Schengene som ani nechyroval. A so mnou určite ani ďalšie milióny ľudí nielen z vtedajšieho Československa či Poľska a ostatných krajín Európy. A predsa mi bola už vtedy táto krajina blízka, ako by medzi nami nebola hraničná čiara. Veď práve vtedy som ju precestoval od juhu na sever a zastavil som sa až na samom poslednom cípe nezabudnuteľného polostrova Hel, pripomínajúceho veľkú kosu. A po návrate z Helu v sopotskom Alga bare na dobre drahej poľskej vodke. Ale tak sa rodia skúsenosti... Odvtedy som bol u našich severných susedov niekoľkokrát. Pracovne ako novinár, neskôr vysokoškolský pedagóg žurnalistiky, ale i súkromne. Cesty mali poznávací, vzdelávací aj oddychový charakter. Nerád by som sa preto upriamil na niektorú z nich, pretože mám nesmierne veľa zážitkov. I publikovaných. Skôr sa mi ponúka tento príspevok na určitú reminiscenciu, na zovšeobecnenie toho, čo som na svojich cestách do Poľska videl, zažil a tým aj získal: komplexný vnútorný pohľad na krajinu, na jej ľudí a ako publicistovi aj z toho vyplývajúci hodnotiaci i hodnotový názor. Ten znie, na Poľsko nedám dopustiť. Dovolenkové zážitky – letné či zimné – boli a sú nezmazateľné. Možno sa budem opakovať po niekom a nepoviem nič nové, ak pripomeniem kúpanie s drkotajúcimi zubami v zátoke Baltického mora pri Swinoujsci. „Domáci“, ktorí stáli zababušení na pobreží v nepríjemnom veternom septembrovom počasí poznajúc, čo je to za studená voda, nechápali štyroch slovenských bláznov, ktorí si nemohli nechať utiecť ponorenie sa do slanej morskej vody a potom sa doma vychvaľovať. Alebo jeden marcový víkend na juhu Poľska. Možno to povedať aj inak: na severe Slovenska. Pretože tak ako z poľskej i zo slovenskej strany existujú Tatry. Ibaže tamtie poľské sa mi viac pozdávali: atmosfé26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

prof. PhDr. ANDREJ TUŠER, CSc. Fakulta masmédií Bratislavskej vysokej školy práva rou, vybavením, možnosťami, úslužnosťou. Napriek tomu, že aj naše zasnežené tatranské svahy bohato brázdia poľskí lyžiari. Ten víkend si dobre pamätám. Za tri dni sa nám podarilo veľmi veľa: zžiť sa s krásnym okolím Zakopaného a z Gubalówky obdivovať krásu pod sebou. Navštíviť Krakov s najväčším námestím dvestokrát dvesto metrov, obdivovať jeho Mariánsky kostol, kde nám gotický oltár z lipového dreva pripomínal Majstra Pavla z Levoče, a bližšie sa zoznámiť s bývalou metropolou Poľska od polovice 11. storočia do roku 1596, keď v hrade na wawelskom kopci sídlili poľskí králi. Ale pozrieť si aj Osvienčim, ktorý

by mal každý vidieť a presvedčiť sa na vlastné oči o hrôzach, čo dokázal napáchať fašizmus. Vtedy som si spomenul na hrdinské Krosno a Duklu... Ešteže sme mali pred sebou starobylý Nowy Sacz a malebné kúpeľné stredisko Krynicu s ďalšími kúpeľmi. S úctou i obdivom sme sledovali v nedeľu ráno desiatky sviatočne oblečených dedinských ľudí s modlitebnou knižkou v ruke, ako kráčajú do susednej obce na bohoslužby. Áno, ľudia. Spomínam si na poľských dobrých ľudí. Nielen na ich ochotu pri súkromnom ubytovaní. Či na veselosť a otvorenosť pri vzájomnej komunikácii. Ale napríklad aj na neohraničenú rozhľadenosť vždy sa usmievajúceho pozorného turistického sprievodcu Boumilla. Alebo na obetavosť pri iných príležitostiach. Manželka si s priateľkou z Českého Těšína išli pozrieť trh do neďalekého Cieszyna. Nešťastný krok a bolestivý priehlavok. Ťažko sa išlo pešo. Stačilo však mávnuť rukou a mladý poľský tridsiatnik sa pristavil autom a nezištne ich odviezol do cieľa. Poľsko sa mi spája aj s výraznými pracovnými stretnutiami. Žurnalistické konferencie v Katoviciach, kooperácia s vynikajúcimi mediálnymi výskumníkmi v Krakove či Varšave, spoločné bádateľské práce. Zakaždým to bolo vzájomné obohacovanie sa. Pamätám si mená konkrétnych kolegov. Vďaka posudku jedného z nich, medzinárodne uznávaného profesora Valeryho Pisareka ma prezident republiky pred desiatimi rokmi vymenoval za jediného profesora žurnalistiky na Slovensku. To nie je chvála na vlastnú adresu. To je hold poľskému profesorovi. Uznanie poľským priateľom. Aj preto, ale nie len preto, ako som povedal v úvode, nedám dopustiť na Poľsko. Nikdy som nepocítil hranicu medzi Slovenskom a Poľskom. Takže, keď ju nedávno „Schengen“ oficiálne zrušil, v mojom prípade sa nič nezmenilo. MONITOR POLONIJNY


K Ą C I K C Z Y T E L N I C Z Y

LUTY LUTY 2008 2008

Walentynki

– już 14 lutego!!!

MOTTO: UNIKAJ KAŻDEJ MYŚLI POZBAWIONEJ MIŁOŚCI Va Yin Ra Walentynki to tylko jeden z wielu dni, kiedy możemy komuś, kogo lubimy lub kochamy, okazać swoje uczucia. Walentynki to tylko jeden z wielu dni, kiedy możemy spełnić czyjeś marzenie. Walentynki to tylko jeden z wielu dni, kiedy możemy zranić czyjeś uczucia swoją niezbyt miłą reakcją na otrzymaną „walentynkę”. Walentynki to tylko jeden z wielu dni, kiedy nie powinniśmy zapominać o uczuciach swoich i kogoś innego.

D L A 5 - L A T K Ó W I N I E T Y L K O

Zrób to sam

Jacunio, dorodne dziecię hurtownika, był rosłym blondynem o kwadratowej twarzy i ustach jak różany pąk. - Cześć Patty – powiedział obejmując ją wpół. - Ile razy ci się mówiło – zgasiła go Patrycja, – że masz się do mnie nie zwracać per Patty. To jest tak pretensjonalne, że aż mydli. Jetem dumna z mojego imienia, które ma źródłosłów łaciński, chłopcze. - Jeśli tak, to sorry. Przyniosłem ci walentynkę – rzekł Jacunio z zadowoloną miną. - No, pokaż, pokaż – łaskawie zgodziła się Patrycja. Dziecię hurtownika wydobyło z torby malutki kaktusik, który prawie ginął w jego muskularnej łapie. Kaktusik charakteryzował się jasnoczerwonym wyprztykiem, pokrytym kolcami. Na jednym z kolców wisiało papierowe serduszko. - Dziękuję! – ucieszyła się Patrycja. – Jaki fajny. Dam go mojej siostrzenicy, ona kolekcjonuje kaktusy. - Mam jeszcze coś specjalnego – oznajmił Jacuchno, dotknięty. – Ale zanim ci to dam, musisz mi obiecać, że nie podarujesz tego z kolei siostrzeńcowi. - Objecuję – odrzekła pogodnie Patrycja. – Ja nie mam siostrzeńca. - I dam ci to dopiero, jak wyjdziemy przed szkołę. - A to znów dlaczego; - Bo spodziewam się, że mnie uściskasz. - No, no...spodziewasz się, hm? - Tak Patty. Spełniłem twoje marzenie. Ja lubię spełniać twoje marzenia - Jak my się zgadzamy! – powiedziała Patycja radośnie. – Mamy te same upodobania. Ja też lubię, jak ty spełniasz moje marzenia. (...) MAŁGORZATA MUSIEROWICZ, „PULPECJA”, 1993

Narysuj wielkie serce i naklej na nim tyle kolorowych papierków, ilu osobom chciałbyś/chiałabyś przesłać telepatycznie (bez telefonu, komórki, spotkania się czy pisania) swoje myśli, pełne miłości i sympatii. Każdy papierek będzie symbolizował jedną osobę, o której podczas naklejania będziesz myślał/myślała.

stronę redaguje Moan

27


J

akie to szczęście, że walentynki wypadają w środku zimy! Możemy wtedy, łącząc przyjemne z pożytecznym, rozgrzewać się wzajemnie, fundując sobie dania, które nie tylko poprawiają nastrój, ale przede wszystkim w tajemniczy sposób zbliżają nas do siebie. Czekolada, cynamon i inne przyprawy korzenne pobudzają zmysły, a miękkie soczyste owoce… od czasów biblijnej Ewy służą po prostu do kuszenia. Dzisiejsze propozycje niech powstaną w kuchni, ale gdzie zostaną skonsumowane, to już nie moja sprawa…

KAWA Z CYNAMONEM (lub innymi przyprawami) SKŁADNIKI: • 2 łyżeczki kawy • mniej niż pół łyżeczki cynamonu • mleko

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Kawę możemy zaparzyć na dwa sposoby. Pierwszy polega na wsypaniu kawy i cynamonu do filiżanki i zalaniu wrzątkiem. Gdy się już zaparzy, dolać wcześniej podgrzane

i roztrzepane mleko – wychodzi „mniam” pianka, którą należy jeszcze posypać szczyptą przyprawy i już! Według drugiego sposobu kawę parzymy oddzielnie, zaś do wysokiego naczynia wlewamy trochę

(powiedzmy połowę) ciepłego, roztrzepanego mleka, do którego potem powoli dodajemy zaparzoną kawę. Stworzą się piękne dwie warstwy! A na wierzch bita śmietana posypana cynamonem i już!

OWOCE W CZEKOLADZIE SKŁADNIKI: • tabliczka czekolady – dobra jest „Na varenie” Figaro, ale może być też biała, mleczna, gorzka – a najlepiej wszystkie trzy – oczywiście osobno rozpuszczone • dowolne owoce (także z puszki)

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Czekoladę podgrzewamy w rondelku, aż się rozpuści. Na spód garnka można dodać trochę wody lub masła, by się nie przypaliła. Owoce – jakiekolwiek, niech wyobraźnia

zaszaleje – maczamy w ciepłej czekoladzie i odkładamy na wychłodzony w lodówce talerz. Gdy wystygną, podajemy. Można je posypać wiórkami kokosowymi, orzechami.

Pamiętajcie o tych przepisach także latem, albowiem, jak twierdzi pewna moja znajoma, nie ma nic pyszniejszego niż maczane w czekoladzie świeże słodkie truskawki! Gorących, korzennych Walentynek życzy Wam AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2008/02  
Monitor Polonijny 2008/02  
Advertisement