Page 1


Dwóch prezydentów w jednym Domu G dzie, jak nie w Domu Spotkań Polsko–Słowackich w Kieżmarku, mogli się spotkać prezydenci Polski i Słowacji? Dom Euroregionu „Tatry” odwiedzili oni razem z małżonkami 3 grudnia 2007 roku.

oficjalną atmosferę. Zwiedzili wystawę starych fotografii tatrzańskich, zatytułowaną „Fotografia regionu tatrzańskiego“, na której, dzięki współpracy słowackich i polskich muzeów, pokazano kilkaset unikatowych zdjęć. Prezydenci zapoznali się z dotychczasową 13-letnią działalno-

ZDJĘCIA: JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ

Lech Kaczyński i Ivan Gašparovič przyjechali tu z wizytą półprywatną, o której decyzja zapadła zaledwie kilkanaście dni wcześniej. Obaj przyznali, że mają nadzieję, iż takie wizyty wpiszą się na stałe w ich programy.

2

ścią Euroregionu „Tatry” oraz perspektywami na przyszłość. Odwiedziny Domu w Kieżmarku nie były przypadkowe. Przed trzema laty – 19 listopada 2004 r. – prezydent Słowacji Ivan Gašparovič odwiedził polską siedzibę Euroregionu

ZDJĘCIE: PAVOL HUMENÍK

W towarzystwie ambasadora Słowacji w Polsce Františka Ružički, radcy ministra Bogdana Wrzochalskiego i honorowego konsula Polski na Słowacji Tadeusza Frąckowiaka spotkali się z przedstawicielami Euroregionu „Tatry” oraz przedstawicielami miasta Kieżmark. Chcieli spotkać się z tymi, którzy na co dzień rozwijają i umacniają stosunki polsko-słowackie. Spotkanie miało charakter tym bardziej symboliczny, że odbyło się tuż przed wejściem obu państw do strefy Schengen, po którym to granice między Polską i Słowacją stały się historią. Jak na Tatry przystało, prezydenci witani byli góralską muzyką, która stworzyła niezwykle miłą i nie-

„Tatry” w Nowym Targu. Była pamiętna data, albowiem właśnie w tym dniu Tatry nawiedziła straszna wichura, która wyrządziła ogromne szkody. Ten dzień słowacki prezydent pamięta do dziś... Obaj panowie uznali, że Euroregion „Tatry” jest dobrym przykładem współpracy dwóch narodów w ramach Unii Europejskiej. Reprezentuje nowoczesną i dynamiczną formę współpracy regionów i miast, leżących na pograniczu polsko-słowackim. W historii obu krajów trudno znaleźć jakieś konflikty między obydwoma narodami, co tym bardziej potwierdza prawdziwość słów, że „Polak i Słowak to dwa bratanki”. Nawet odwieczny spór o Janosika nie zaszkodził i nie zaszkodzi dobrym stosunkom polsko-słowackim, co potwierdziły uśmiechem głowy obu państw. Aby prezydenci pamiętali o Tatrach, które od wieków łączą oba narody, otrzymali od gospodarzy specjalne dary. Były to oczywiście rzeźbione góralskie ciupagi, które, mamy nadzieję, wiszą gdzieś na ścianach obydwu pałaców prezydenckich i przypominają tę przyjacielską wizytę w Kieżmarku. JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Początek roku to taka umowna granica między

Spaliliśmy granice

4

Z KRAJU

4

rokiem mijającym, a tym nowym, do którego

Otwarcie granic

6

wkraczamy z nowymi oczekiwaniami,

Granice wolności

7

postanowieniami, przedsięwzięciami, planami,

Na chwałę i na wstyd…

8

marzenia… I właśnie temat granic przewija się

Współbrzmienie 2

9

w styczniowym numerze „Monitora”. Wspominamy

Co u nich słychać? W drodze do bezgranicznej wolności

10

strefy Schengen. O przejściach przez „zieloną granicę“

WYWIAD MIESIĄCA Andżelika Borys: „Chciałabym, aby człowieka traktowano jak człowieka, a nie jak bydło“

12

w czasach mrocznego komunizmu wspomina ksiądz

Z NASZEGO PODWÓRKA

15

Stanisław Ługowski, którego losy opisujemy

MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Edyta Górniak

17

KINO-OKO Jasne błękitne okna

18

TO WARTO WIEDZIEĆ Jak wyrosła Gdynia

19

granice państwowe, które oddzielały Polskę i Słowację, a które zostały zlikwidowane pod koniec ubiegłego roku w chwili wejścia naszych krajów do

w rubryce „Co u nich słychać?“ Natomiast w „Wywiadzie miesiąca“ tym razem przedstawiamy rozmowę z przedstawicielką Polaków mieszkających na Białorusi Andżeliką Borys, która walczy o życie

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Jacy byliśmy i jacy jesteśmy

20

Pilot nie dojechał...

22

OKIENKO JĘZYKOWE Moda na „mataczenie”

24

w roku 2008, życzymy Państwu w Nowym Roku

OGŁOSZENIA

25

bezgranicznej miłości, spełnienia marzeń, zdrowia

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Poľské prekvapenia

26

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

27

PIEKARNIK Kropka nad „i“

28

normalne w kraju, zamykającym swoje granice przed demokracją. Oprócz tego przedstawiamy jeszcze inne, lubiane przez Państwa stałe rubryki. A ponieważ to pierwszy numer naszego pisma

i pomyślności! W imieniu redakcji MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk STYCZIEŃ 2008

3


Spaliliśmy granice Na

granicy polsko-słowackiej jeszcze 20 grudnia 2007 r. znajdowały się 54 przejścia graniczne – 51 drogowych (w tym turystyczne) oraz 3 kolejowe. W związku z przystąpieniem Polski i Słowacji do strefy Schengen z dniem 21 grudnia 2007 r. wszystkie te przejścia zostały zlikwidowane. Kiedy w latach 90-tych powstawał Euroregion „Tatry”, zniesienie granic między obydwoma krajami było daleko wybiegającą w przyszłość wizją, o której jednak w tamtych czasach myślano bardziej w kategorii zniesienia barier między ludźmi, zmian sposobu myślenia i naturalnej współpracy we wszystkich dziedzinach życia. Dziś marzenie to stało się rzeczywistością, szlabany zniknęły, a wszelkie bariery, które rozdzielały nasze narody, zostały symbolicznie spalone we wspólnych watrach na wielu przejściach granicznych. W czwartek 20 grudnia 2007 r. na przejściu granicznym Chyżne-Trstena wejście do strefy Schengen świętowali górale z Orawy. Imprezę zorganizowało miasto Trstena wraz z okolicznymi wsiami i obywatelami gminy Jabłonka. Dla licznie zgromadzonych przybylych osób grały i śpiewały zespoły ludowe, o północy niebo rozświetliły sztuczne ognie, a tuż po nich

przepiłowano szlaban graniczny. Mróz nie był aż tak dokuczliwy, ponieważ organizatorzy zadbali o rozgrzewającą słowacką kapustnicę i polski bigos. Z dumą odsłuchano hymnów Polski, Słowacji i Unii Europejskiej, a pierwsze 10 osób, które po północy przekroczyły granicę, dostało na pamiątkę tego wydarzenia specjalne zaświadczenie. Na Łysej Polanie spotkali się przedstawiciele polskich i słowackich władz samorządowych oraz mieszkańcy Podhala. Kapele góralskie z obu stron granicy zaintonowały „Odę do radości” – hymn

fy Schengen to wielki dzień dla Europy, mający ogromne znaczenie dla gospodarki europejskiej.

POLSKA WESZŁA do strefy Schengen. Dopełnił się ostatni akt integracji europejskiej, obejmującej Litwę i Polskę – powiedział prezydent Lech Kaczyński podczas uroczystości symbolicznego otwarcia granicy na przejściu w Budzisku (Podlaskie). Z kolei szef Komisji Europejskiej Jose Barroso na polsko-czeskiej granicy Porajów-Hradek powiedział, że rozszerzenie stre4

POLSKIE URZĘDY konsularne rozpoczęły 21grudnia wydawanie wiz Schengen. Pierwsze wydano w Ałmaty w Kazachstanie oraz w Moskwie – poinformowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych. PREZYDENT LECH KACZYŃSKI w orędziu noworocznym, wygłoszonym w TVP1 podkreślił, że jako naród, jako społeczeństwo Polacy mają wszelkie

Unii Europejskiej, a marszałek Małopolski Marek Nawara oraz wiceprzewodniczący województwa preszowskiego Milan Baran, po pasowaniu na zbójników i przyodzianiu zbójnickich nakryć głów, wielką piłą przecięli symboliczny drewniany szlaban, którego kawałki z pamiątkową pieczątką ofiarowano najważniejszym gościom, przybyłym na to historyczne spotkanie. Zbójnicy zaś obdarowali się zwyczajowymi już upominkami – Polacy ofiarowali sól z Wieliczki, a Słowacy wino. Z budynku straży granicznej zdjęto tablicę informującą o przejściu granicznym, która wisiała tu od 1925 r.

powody, by z optymizmem patrzeć w 2008 rok. Z przesłaniem zwrócił się też do rodaków na świecie. Życzył wszystkim powodzenia w życiu prywatnym. Podsumowując kończący się rok, prezydent powiedział, że był to rok szybkiego wzrostu gospodarczego i umacniania się pozycji Polski na arenie międzynarodowej. DNIA 3 STYCZNIA 6 górników rozpoczęło strajk 700 metrów pod ziemią w kopalni „Budryk” w Ornontowicach. W końcu strajkowało pod ziemią blisko 150 górników. Górnicy wcześniej deklarowali, że

chcą przerwać strajk i wrócić do pracy. Po zjeździe na poziom 1050 metrów zmienili jednak zdanie. Pieszo przeszli na poziom 700 metrów, by dołączyć do już strajkujących tam górników. W KWESTII TARCZY antyrakietowej minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski jest zdania, że najgorszy scenariusz to sytuacja, w której Polska zgodzi się na tarczę, poniesie koszty polityczne, a potem baza nie zostanie wybudowana, bo w USA zmieni się rząd. Tej sprawy nie da się zrealizować bez umowy, która MONITOR POLONIJNY


w Polsce będzie podlegać ratyfikacji w parlamencie – stwierdził Sikorski. Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych odbędą w listopadzie. WARSZAWSKI SĄD uniewinnił 17 grudnia rzeczniczkę Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Ewę Obuchowską od zarzutu przewodniczenia nielegalnemu zgromadzeniu przed kancelarią premiera. Chodzi o postawione przez pielęgniarki przed kancelarią premiera tzw. białe miasteczko. Jak podkreślił sąd w uzasadnieniu wyroku, postępowanie STYCZIEŃ 2008

Przecięcia szlabanu dokonali gospodarze imprezy - wójt gminy Łapsze Niżne Paweł Dziuban i burmistrz Spiskiej Starej Wsi Jozef Harabin, którzy potem wspólnie rozpalili watrę. W niebo wystrzelono fajerwerki, które w tę noc pojawiły się także na wielu innych przejściach granicznych. Również i tu nie zabrakło kwaśnicy i gorzałki, która w mroźną grudniową noc rozgrzewała mieszkańców i zaproszonych gości. Następnego dnia 21 grudnia 2007 w Sromowcach Niżnych spotkali się przedstawiciele i mieszkańcy Euroregionu „Tatry”, a swoją obecnością zaszczycili ambasador Słowacji w Polsce František Ružička, chargé d’affaires a.i. Bogdan Wrzochalski reprezentujący Ambasadę Polski na Słowacji, oraz Olga Marhulíková z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RS. Po uroczystych przemówieniach i odsłuchaniu hymnów, także i tu rozpalono olbrzymią symboliczną watrę. Następnie uczestnicy spotkania przeszli pieszo kładką na Dunajcu na słowacką stronę, gdzie odbyło się uroczyste posiedzenie Rady Euroregionu „Tatry”. Przyjęto deklarację z okazji wejścia Polski i Słowacji do strefy Schengen oraz podsumowano działalność i projekty zrealizowane w roku 2007. Wejście do strefy Schengen sprawiło, że teraz granicę państwa można nawet przepłynąć wpław przez Dunajec, a ilość

wykazało, że nie ma podstaw, aby stwierdzić, że Obuchowska w jakikolwiek sposób przewodniczyła demonstracji. PIELĘGNIARKI WE WSZYSTKICH regionach kraju ponownie grożą protestem Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek poinformował, iż w przypadku nie otrzymania podwyżek pielęgniarki mogą odejść od łóżek pacjentów. NELLY ROKITA, Hanna Gronkiewicz-Waltz i Julia Pitera to trzy najpopularniejsze kobiety w polskiej polityce 2007 r. –

ZDJĘCIA: MAREK DLAPA

Przepiłowano też szlaban w Chochołowie-Suchej Horze, ale ten w przeciwieństwie do szlabanu z Łysej Polany, nie był atrapą, ale prawdziwym starym szlabanem, który przez długie lata oddzielał od siebie górali z pogranicza polsko-słowackiego. Na spotkanie przyszli mieszkańcy Suchej Hory, Hladovki i Vitanovej oraz górale z Chochołowa, Czarnego Dunajca, Witowa, Kościeliska i zakopiańskich Krzeptówek. Szlaban przecięto przy dźwiękach góralskich i orawskich kapel, górale tańczyli zbójnickiego, a po przejściu na polską stronę rozpalono wielką watrę na znak palenia granic. Budynek byłej strażnicy w Suchej Horze jest własnością prywatną, możliwe więc, że w przyszłości powstanie w nim hotel. Uroczyste piłowanie szlabanów i palenie watr miało miejsce także w PiwnicznejMniszku nad Popradem, Niedzicy-Łysej nad Dunajcem i wielu innych. W Niedzicy uroczystościom towarzyszyły występy zespołów regionalnych ze Słowacji i Polski.

górskich przejść znacznie się rozszerzyła, szczególnie w Tatrach Zachodnich. Obecnie granicę można przekroczyć też na Kasprowym, Tomanowej Przełęczy, Bystrej Przełęczy, Volovcu, Stwolskiej Przełęczy (Lučnym sedle). Jednak trzeba pamiętać, że na Słowacji od 1 listopada do 15 czerwca szlaki turystyczne w Tatrach są zamknięte, w związku z tym brak granicy turyści odczują tak naprawdę dopiero latem. Możliwości, jakie otworzyły się dla obu państw po przystąpieniu do strefy Schengen, jest wiele, dlatego też z jeszcze większym zapałem i fantazją planujemy kolejne przedsięwzięcia w ramach Euroregionu „Tatry”. To właśnie euroregiony pomagały dotychczas w pokonywaniu barier granicznych, a Schengen jest największym sukcesem integracji europejskiej. Granice w nas samych pokonaliśmy już dawno, jedynymi, które oddzielały nas od reszty Unii, były szlabany, ale i te poszły teraz z dymem... JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ

wynika z sondażu „Rzeczpospolitej”. DNIA 27 GRUDNIA w Warszawie w wieku 85 lat zmarł Jerzy Kawalerowicz, wybitny reżyser i scenarzysta, twórca 17 filmów fabularnych. Był on współtwórcą słynnej polskiej szkoły filmowej oraz współzałożycielem i pierwszym prezesem (19681978), a potem także prezesem honorowym Stowarzyszenia Filmowców Polskich. W 2007 roku na gdyńskim festiwalu filmów fabularnych nagrodzono go za całokształt twórczości.

Z KOLEI 6 STYCZNIA zmarł Edward Kłosiński, jeden z najwybitniejszych polskich operatorów, autor zdjęć do ponad 60 filmów fabularnych. Kłosiński był długoletnim współpracownikiem Andrzeja Wajdy, Janusza Morgensterna, Jerzego Stuhra, Feliksa Falka oraz Krzysztofa Zanussiego. Był też współzałożycielem warszawskiego Teatru Polonia, członkiem Zarządu Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury. Prywatnie był mężem Krystyny Jandy. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


Otwarcie granic

ZDJĘCIE: MARIUSZ MICHLSKI

więta Bożego Narodzenia minęły szybko, ale cudownie, w bardzo rodzinnej atmosferze. Spędziłam je u mojej siostry na Słowacji, tuż koło Bratysławy. Przyjechałam wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach. Choć zajęć miałyśmy bardzo dużo, nie mogłam przegapić takiego wydarzenia, jakim było otwarcie granic…

Po dniu spędzonym na sprzątaniu, wypiekach i gotowaniu z wielką chęcią wieczorem 20 grudnia pojechałam wraz z rodziną – siostrą i szwagrem – zobaczyć, jak Słowacy świętują na granicy z Austrią wstąpienie do strefy Schengen Z racji tego, że mieszkam we Wrocławiu, z którego do najbliższej granicy z innym państwem jest dosyć daleko, byłam bardzo zadowolona, iż będąc na Słowacji mogę uczestniczyć w takim wydarzeniu. W Polsce pewnie tej możliwości bym nie miała. 6

A było warto. Na przejściu granicznym Petržalka-Berg uroczystości rozpoczęły się już około godziny 20.00. Było bardzo zimno, a licznie przybyli ludzie rozgrzewali się grzanym winem, ciepłymi kiełbaskami, tańczyli w rytm rozbrzmiewającej ze sceny muzyki. Ponadto w oczekiwaniu na najważniejszy moment – północ, można było obserwować pokazy szkolenia psów straży granicznej, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z celnikami-manekinami, obejrzeć wystawę cie-

kawych samochodów, a także prezentowaną broń. Jednak największym zainteresowaniem cieszył się specjalnie na tą okazję przygotowany posterunek celny, gdzie po raz ostatni można było otrzymać pieczątkę do paszportu. Po pamiątkowe stemple ustawiały się ostatnie w historii kolejki. Tuż przed północą na wielkim ekranie pojawił się zegar. Wszyscy razem odliczali sekundy do godziny zero, kiedy to

przybyły na miejsce słowacki minister spraw wewnętrznych Robert Kaliňák wraz ze starostą miasta Schengen Rogerem Weberem dokonali symbolicznego przecięcia granicznego szlabanu. Cały tłum śpiewał i podziwiał przepiękne sztuczne ognie, niektórzy otwierali butelki szampana, tańczyli, inni udzielali wywiadów obecnym na miejscu dziennikarzom. Dla wielu była to bardzo wzruszająca chwila. Był to też z pewnością ważny moment dla Polaków mieszkających na Słowacji, którzy kiedyś, wydawać by się mogło, że jeszcze nie tak dawno temu, mogli tylko spoglądać w stronę Austrii. Cieszmy się więc, że otwarcie granic to jednocześnie zamknięcie pewnego etapu historii, dla wielu nieprzyjemnego. Jak to dobrze, że teraz, chcąc po prostu zwiedzić Wiedeń, już nie będziemy musieli odpowiadać austriackim celnikom na pytania, dokąd jedziemy i po co. ANNA PORADA ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Ś

MONITOR POLONIJNY


Granice wolności No

i doczekaliśmy się – od grudnia ubiegłego roku na mocy traktatu z Schengen możemy przekraczać granice tak samo, jak każdy Europejczyk, czyli bez obowiązkowego postoju, kolejek i stresu. Czy daje to poczucie przynależności do tej „lepszej” części Europy? Pewnie tak, bo chyba każdy wie, a zwłaszcza emigrant, co znaczy niepewność, dotykająca nawet skrajnie uczciwego człowieka. Czy przepuszczą? Czy będą kontrolować auto? Czy wszystkie dokumenty są w porządku? No i nieśmiertelne pytania celników – dokąd jedziecie i po co? czy przewozicie coś nielegalnego?

Oj, nikt chyba tego nie lubi. Z moich obecnych obserwacji, związanych z przekraczaniem granicy z Węgrami czy Austrią, wynika, że nawet najszybsze auta, pędzące autostradą od Bratysławy, jakoś tak tracą parę na widok dawnych posterunków granicznych, a sporo kierowców najzwyczajniej w świecie głupieje – podjeżdża i zatrzymuje się przy nieczynnych budkach – jakiż to stres opanowuje człowieka na widok celnika… Sama pamiętam, kiedy taka graniczna „szopka” przeżywała lata rozkwitu. Od czasu do czasu jeździłam z rodzicami do Niemiec na zakupy (oczywiście mowa o NRD) i już w powrotnej drodze rodzice surowo przestrzegali mnie, abym siedziała spokojnie i zbytnio się nie rozglądała. Oczywiście na ogół było to związane z poupychanymi wszędzie „luksusowymi” zakupami – słodyczami, butami, proszkami do prania… Kiedyś posadzono mnie nawet na rolkach tapet – bo w końcu dziecka chyba nie ruszą… Czy wyobrażacie sobie, jak na tej niemieckiej granicy musiało się czuć dziecko wychowane na kolejnych emisjach „Czterech pancernych”? Jaką grozę budził w nim surowy żołnierz, zaglądający do samochodu i długo, całą wieczność, przyglądający jego twarzy? STYCZIEŃ 2008

W latach dziewięćdziesiątych niby sporo się zmieniło. Kontrole przestały być takie surowe i miały charakter raczej okazjonalny, ale wtedy chyba dobitniej zaczęto stawiać sobie pytanie – dlaczego dla przeciętnego człowieka granica jest barierą turystyczną, handlową, emocjonalną. Dlaczego lepsza część Europy sprawnie funkcjonuje bez tej przedziwnej machiny, a cały „blok wschodni” nie może uporać się ze zniesieniem wzajemnej nieufności, odpuścić trochę obywatelowi i pozwolić mu na niekontrolowany międzynarodowy zryw, choćby tylko do najbliższego obcego miasta po czekoladę i tenisówki? Polacy, jeżdżący wówczas po Europie handlowo czy turystycznie, na przykład na narty do Włoch, opowiadali niesamowite historie o tym, że granicę można przekraczać, nie zdejmując nogi z gazu, albo że na widok tablicy „Welcome to Italy” należy po prostu nieco zwolnić i tyle. Mówili też niestety o tym, że przybysz ze Wschodu z reguły jest traktowany podejrzliwe, bo choć celników nie ma, to patrole policyjne nie zniknęły i często zatrzymują obce auta właśnie do kontroli, ignorując zupełnie swojaków.

Teraz i my możemy bezkarnie mknąć na zachód, zwalniając jedynie przy tablicy granicznej. Po tylu latach zaufano nam i uwierzono, że nie jesteśmy gorsi niż Francuzi czy Włosi. Ale czy kiedykolwiek byliśmy? Dlatego, gdy już ochłoniecie trochę z tej „poschengenowskiej” radości, pomyślcie choć przez chwilę o tych „gorszych” ze Wschodu, o Ukraińcach, Białorusinach i Rosjanach, którzy będą stali po drugiej stronie granicy w kolejce, w brudzie i stresie, czekając na to, kiedy im ktoś daruje normalność. Przywileje Europejczyka sprawiają, że czujemy się dumni, ale nie zapominajmy, że wszyscy mamy wpływ na to, jakie tworzą się rządy i jakie decyzje zbliżają lub oddalają nas od poczucia szacunku dla drugiego człowieka, niezależnie od tego, po której stronie granicy mieszka. AGATA BEDNARCZYK

7


Na chwałę i na wstyd… W

samym sercu Słowacji, choć pewnie ilu turystów, tyle tych „serc” rozsianych po całym kraju, leży tajemnicza i pełna ziemia. Są w niej i zabytki, i zapierające dech w piersiach widoki, są wreszcie bogactwa, z których czerpać można garściami do dziś. Jaka to kraina? Ziemia Spiska, moi drodzy! Gdy po najazdach tatarskich węgierscy królowie sprowadzili na Spisz osadników z Saksonii, zaczął się dla tej krainy naprawdę pomyślny okres, rozkwitał handel i rzemiosło, rozwijało się górnictwo rud. Symbolem Spisza są oczywiście ruiny gigantycznego zamku, rozciągające się na czterohektarowym nagim wzgórzu, które można wręcz objechać wkoło samochodem, nie tracąc ich z oczu nawet na chwilę. Mówi się, że to największy zamek w Europie Środkowej i wierzcie mi – coś w tym jest. Ruiny można oczywiście zwiedzać, a tym, dla których spacer wśród starych kamieni nie jest szczególną rewelacją, polecam po prostu wspiąć się na wzgórze i patrzeć, patrzeć, patrzeć… Kościelną przeciwwagą dla obecności świeckiej władzy na tym terenie jest przedziwne miasteczko Spiska Kapituła – słowacki Watykan. Mamy w nim przede wszystkim 8

wspaniałą XIII-wieczną katedrę św. Marcina, pałac biskupi, seminarium duchowne, wieżę, parę domków i …już. A ta miniaturowa całość ogrodzona jest siedemnastowiecznymi murami obronnymi! Stolicą ziemi spiskiej jest Spiska Nowa Wieś, senne miasteczko o ciekawej historii ze sporym

polskim akcentem. Otóż przez ponad trzysta lat miasto owo było włączone do Polski jako zastaw! Burzliwe losy Spiskiej Nowej Wsi zostawiły do dziś swoje ślady – na wrzecionowatym rynku możemy podziwiać niezwykłą rokokową kamienicę, na fasadzie której umieszczono alegoryczne płaskorzeźby, przedstawiające cnoty obywatelskie – ot, taki rachu-

nek sumienia przechodnia i turysty – naprawdę skłaniające do zadumy. Mnie bardzo podobała się wyprawa w okolice zamku spiskiego, a moim córkom do gustu najbardziej przypadło położone przy trasie nr 50, około trzy kilometry od Spiskiego Podgrodzia, źródełko Siwa Broda. U stóp pagórka z malowniczą białą kapliczką Świętego Krzyża tryskają miniaturowe gejzerki, raz mniejsze, raz większe, a czasem pojawiające się w miejscach zupełnie nowych. To dla dzieci wielka frajda, zwłaszcza, że na skutek działania wody wokół nich powstał biały osad trawertynowy, faktycznie przypominający białą brodę. Ruiny spiskiego zamku zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a kilka kilometrów od nich znajduje się kolejny zabytek tej rangi – maleńki kościółek w Żehrze, gdzie

na ścianach nadal można podziwiać niezwykłe malowidła z XIII, XIV i XV wieku. Przedstawiają one m.in. Trójcę Świętą jako istotę o trzech głowach, co jest rzadkością, albowiem takiego rodzaju jej przedstawiania zostało zabroniono już w XIII wieku! W czasie świąt kościelnych w tym magicznym kościółku można spotkać jeszcze babuleńki w regionalnych spiskich strojach, które bardzo chętnie pozują do zdjęć. No a teraz trochę o wstydzie. Mimo iż nie pierwszy rok żyję na tym świecie, to jednak to, co napotkałam pomiędzy zamkiem spiskim a Żehrą (a miejsca te dzieli jakieś 5 kilometrów), zapisało się w mojej pamięci na zawsze – olbrzymie romskie obozowisko, które na przekór Bogu i ludziom wydawało się funkcjonować całkiem sprawnie. Wiem, że to temat delikatny, ale nieporuszenie go nie sprawi, że sam problem zniknie – wręcz przeciwnie. Dla turysty z daleka to obraz, który pozostanie w jego pamięci jeszcze długo po opuszczeniu Spisza. Na szczęście chwalebniejszych miejsc jest w tym regionie zdecydowanie więcej, więc podróż po urokliwych spiskich miasteczkach będziemy kontynuować w następnym odcinku. AGATA BEDNARCZYK


„Współbrzmienie 2” R

Książeczka ma podtytuł „Słowniczek polsko-słowackich nieporozumień” i jest zbiorkiem anegdot, związanych z językowymi nieporozumieniami, które przydarzyły się ich autorom nie tylko w pierwszych latach ich pobytu na Słowacji. Wszyscy wiemy, że kiedy Słowak powie „čerstvý”, Polak odbierze to najczęściej jako „czerstwy”, a nie „świeży”, kiedy zaś powie „čipka”, Polak też zrozumie to zupełnie inaczej niż „koronka”. W naszej książeczce w dolnej części każdej strony podajemy „fałszywych przyjaciół”, czyli słowa, powodujące nieporozumienia, i ich znaczenia, zaś na końcu zamieściliśmy słowniczek wyrazów, brzmiących po słowacku i po polsku podobnie, jednak znaczących zupełnie co innego. Jest też strona, której nie odważyłam się przetłumaczyć – to ostrzeżenie, czego lepiej nie mówić w ogóle. Książeczka powstawała w wielkim pośpiechu, dlatego przepraszam za błędy, które się w niej pojawiły. Do końca października czekałam na anegdoty, przesłane przez Państwa. Niestety, nie doczekałam się. Może winę za to ponosi zbyt mała propaganda, może każdy sądzili, że to ktoś inSTYCZIEŃ 2008

ny pośle anegdotkę z tym samym słowem, może po prostu nikogo ten projekt nie obchodził na tyle, aby poświęcił mu kilka minut, przesyłając e-maila, list czy choćby SMS-a. Dlatego w tym miejscu chciałabym szczególnie podziękowania Gosi Wojcieszyńskiej i Romanie Greguškovej, które pomogły mi przy zbieraniu materiału. Pomoc znalazłam również u moich polskich przyjaciół, którzy od wielu lat regularnie przyjeżdżają „deptać” Tatry. Materiał do książki gromadziłam przez cały rok, dzięki czemu przeżyłam sporo momentów prawdziwego olśnienia – nawet przy tłumaczeniu dokumentów technicznych moją uwagę zwracały takie słowa, jak np. „nastroje” czy „odbyt”, a cała rodzina i znajomi wspomagali mnie w mojej pracy i co jakiś czas dostawałam SMS-a z pytaniem, np. „A líčenie / liczenie już masz?” (to jeden z tych, które przyszły za późno). Tak więc przygotowywanie książeczki było dla mnie całoroczną przygodą. Chrzest „Współbrzmienia 2” odbył się na spotkaniu opłatkowym w Dubnicy nad Wagiem 9 grudnia. Matką chrzestną została pani konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska.

ZDJĘCIE: TV POVAŽIE

ok temu „Monitor” informował o pierwszej publikacji Klubu Polskiego – zbiorku opowiadań i wierszy „Współbrzmienie”, będącego efektem dwujęzycznego konkursu literackiego. Minął rok i mamy nową książkę – „Współbrzmienie 2”. Jest ona nieco inna, niż jej poprzedniczka – mniejsza, ale za to grubsza. Jest również dwujęzyczna i dla dwujęzycznych odbiorców przeznaczona. Wydana została dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Kultury RS – za co w imieniu Klubu dziękuję.

Poprzednią książkę chrzciliśmy dzwoneczkami, symbolizującymi dźwięk, bo przecież współbrzmienie języków to też dźwięki. W tym roku postawiliśmy na chrzest bardziej tradycyjny, czyli płynem. Ponieważ jednak – po pierwsze – my książek nie „olewamy”, a po drugie – po słowacku „plyn” – to przecież gaz, a gazem jest powietrze, to pani konsul dała życie naszej książeczce przez chuchnięcie. Dziękujemy! Na spotkaniu była obecna regionalna TV „Považie”, która tydzień później wyemitowała reportaż z promocji książki. Wszyscy obecni książeczki otrzymali w prezencie. Otrzymały je również poszczególne regiony Klubu Polskiego, klubowa „centrala” i redakcja „Monitora”. Zaś na spotkaniu opłatkowym, mającym miejsce w Bratysławie w polskiej ambasadzie, nasza publikacja, wyłożona przy wejściu, szła jak ciepłe bułeczki. Mam nadzieję, że jej zawartość przynajmniej raz wywoła uśmiech na twarzy czytelników. Wtedy efekt swojej pracy uznam za zadowalający. MARIOLA PERUŇSKÁ, POWAŻSKA BYSTRZYCA 9


W drodze do bezgranicznej wolności P

ochmurne dla Czechosłowacji lata 80-te w czasach komunizmu. Wiara w Boga tematem niemalże tabu. Kiedy zapadał zmierzch, jechał miejskim autobusem do mieszkania w bratysławskiej Petržalce. Towarzyszyły temu nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, dla niego wręcz niezrozumiałe. Wraz ze znajomą wsiadali do tego samego autobusu, ale każde innym wejściem. Do bloku mieszkalnego ona szła jedną drogą, on drugą, ona wjeżdżała na szóste piętro, on na ósme. Potem schodził po schodach do prywatnego mieszkania biskupa Korca, gdzie czekała na niego grupa wiernych, dla których odprawiał msze. Oto jeden z wątków służby duszpasterskiej księdza Stanisława Ługowskiego, którego los związał ze Słowacją i który właśnie Słowakom poświęcił wiele lat swojej pracy.

Powołanie Pochodzi z wioski Skórzec, położonej niedaleko Siedlec, w której znajduje się klasztor marianów. Wszystko, co wiązało się z kościołem, miało ogromny wpływ na życie mieszkańców tej wsi, a na Stanisława Ługowskiego szczególnie, albowiem już od wczesnych lat młodości wiedział, że chce zostać księdzem. „Do kościoła ze swojego domu rodzinnego miałem 3 minuty, a postawy życiowe młodych chłopców, wstępujących do zakonu, wywarły na mnie ogromny wpływ” – wspomina ksiądz Stanisław. „Stali się oni dla mnie atrakcyjnym towarzystwem do rozmów, spacerów, spotkań czy uprawiania sportu“ – wyjaśnia. Choć po szkole podstawowej zdecydował się kontynuować naukę w liceum pedagogicznym, to decyzja ta bardziej wypływała z chęci ukrycia prawdziwego wyboru drogi życiowej. „Nie chciałem, by mieszkańcy mojej wsi traktowali mnie jakoś inaczej ze względu na wybór, dlatego trzymałem to w tajemnicy“ – mówi. Był pierwszym mieszkańcem wsi Skórzec, który wybrał drogę kapłańską i pierwszym członkiem w rodzinie, który podjął decyzję służenia Bogu. Dopiero po latach w jego ślady poszła siostrzenica księdza Stanisława, która wstąpiła do zakonu urszulanek. „Sądzę, że moje powołanie było odpowiedzią na modlitwy mojej mamy, osoby bogobojnej, która była ze mnie bardzo dumna i później chętnie mnie odwiedzała w różnych miejscach pełnienia przeze mnie posługi kapłańskiej“ – opowiada mój rozmówca 10

Wbrew wszystkim przeciwnościom losu i pokusom dnia codziennego, służąc Bogu i ludziom, przepracował już 34 lata. „W życiu człowieka pojawiają się różne wątpliwości. Niektórzy koledzy nawet po 5 latach nauki w seminarium nie wytrzymywali i odchodzili. Ja jednak nigdy nie zachwiałem się w postanowieniu, by służyć Bogu i ludziom“ – mówi nasz bohater. Na pytanie, jakie cechy charakteru powinien mieć kapłan, by dobrze pełnił swoją posługę, zdecydowanie wskazuje pokorę i człowieczeństwo. „Mądrość, wiedza, elokwencja, piękny śpiew to cechy drugorzędne. Najważniejsze, by ksiądz był ludzki w normalnych codziennych kontaktach“ – ocenia. Twierdzi, że życie we wspólnocie uczy pokory, bowiem do zakonu przychodzą ludzie różnego pochodzenia i trzeba się wśród nich odnaleźć, a nie każdy to potrafi. Najważniejsza w pracy kapłańskiej wg księdza Stanisława jest służba. Dzięki niej można poradzić sobie z np. koniecznością życia w samotności. „Jeśli duchowość jest silna, łatwiej jest żyć i ciągle na nowo wybierać – twierdzi. – Im wcześniej ksiądz czy kandydat do kapłaństwa uzna, że jest to decyzja na życie samotne, tym lepiej“. Samotność bywa czasami ciężarem, bowiem każdy człowiek potrzebuje bliskości, życzliwości. Małżonkowie razem niosą trudy dnia codziennego, ksiądz spotyka się z ludźmi, ale kiedy ci ludzie wracają do swoich domów, ksiądz pozostaje sam w czterech ścianach. „To również szkoła życia, by nauczyć się wychodzić do ludzi, umieć prosić o pomoc

CO U NICH SŁYCHAĆ?

w trudnych chwilach, bo przecież ksiądz też może być chory czy mieć gorszy nastrój“ – wyjaśnia nasz bohater. Dlatego potrafi docenić bliskich współpracowników, na których może polegać. Życie duchowe, jak każde inne, ma swoje blaski i cienie, ale na pytanie, czy podjąłby taką samą decyzję, mając szansę ponownego wyboru drogi życiowej, mój rozmówca jednoznacznie odpowiada, że tak. „Ciągle uważam je za dar niezasłużony – dodaje skromnie. – Jestem szczęśliwy w kapłaństwie, to całe moje życie“.

Komunizm W Polsce pracował 16 lat. Najpierw w Głuchołazach, potem Warszawie i w Górze Kalwarii i po raz drugi w Głuchołazach. W latach komunizmu często jeździł do Czechosłowacji. Dlaczego ciągnęło go najbardziej właśnie do południowych sąsiadów? Nie łączyły go z nimi żadne więzi rodzinne, jednak kontakt z młodymi Słowakami jeszcze podczas studiów spowodował, że zaangażował się w życie tego narodu. Kończąc seminarium, działał w kole naukowym teologów i opiekował się gośćmi, przybywającymi na ich sympozjum. Był rok1972, kiedy to na sympozjum pojawiła się trójka Słowaków z Bratysławy: dziewczyna i dwóch młodzieńców. Jak się później okazało ona była tajną siostrą zakonną, a oni kandydatami do kapłaństwa. To właśnie ta trójka dostarczała mu informacji o warunkach życia na Słowacji. „Byłem zaszokowany skalą prześladowań w tym kraju – wspomina ksiądz Ługowski. – Kościół w Polsce też nie był całkowicie wolny, ale nigdy nie został tak stłamszony jak w Czechosłowacji“. Przypomnę tylko, że w 1950 roku w Czechosłowacji zlikwidowano wszystkie zakony męskie, a siostry zakonne zgromadzono w obozach pracy. Pozostawiono tylko dwa seminaria duchowne – jedno w Bratysławie, drugie w Litomierzycach w Czechach, do których co roku przyjmowano zaledwie 20 kandydatów. O tym, kto mógł wstąpić do semiMONITOR POLONIJNY


STYCZIEŃ 2008

Słowaków, którzy przenosili dostarczone przez księdza Stanisława i jego przyjaciela książki, 25 tysięcy obrazków religijnych i parę kielichów mszalnych. „Na granicy w lesie przekazaliśmy Słowakom ciężkie plecaki, a po 5 minutach od naszego rozstania złapali ich“ – wspomina mój rozmówca. „Ci ludzie byli potem więzieni, wyrzuceni ze studiów, nie mieli możliwości podjęcia pracy“ – dodaje. Trzy miesiące od tego wydarzenia aresztowany został również kolega księdza Stanisława. „Wtedy się bałem, wiedziałem, że mnie śledzą“ – mówi. Toteż kiedy został wezwany do urzędu wojewódzkiego w Opolu, spodziewał się najgorszego. Okazało się jednak, że to była tylko reprymenda za dosadne kazanie, w którym cytował kardynała Wyszyńskiego. ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

narium, decydowali pełnomocnicy państwowi. Te i inne informacje na temat stanu czechosłowackiego Kościoła spowodowały, że nasz bohater zainteresował się tym krajem i zdecydował, że będzie pomagał wiernym na Słowacji. Do następnego spotkania ze wspomnianymi wyżej Słowakami doszło zimą 1973 roku na tajnym obozie dla wierzących, zorganizowanym w Vlkolincu. „Wtedy po raz ostatni jeździłem na nartach, bowiem w ciągu dnia uprawialiśmy sport, a wieczorami tajnie studiowaliśmy Pismo Święte i modliliśmy się“ – wspomina ksiądz Stanisław. Pobyt na tym obozie zapoczątkował dalszą współpracę. Po święceniach kapłańskich młody ksiądz Ługowski został oddelegowany do Głuchołaz, blisko granicy z Czechosłowacją, i tam rozpoczął swoją misję. „Bratysława to miasto, które odwiedzałem w życiu najczęściej, choć nigdy tu nie zamieszkałem“ – opisuje. Kiedy okazało się, że Słowakom brakuje literatury religijnej, rozpoczęły się poszukiwania odpowiednich książek w Polsce. „Moje zaangażowanie nabrało jeszcze większej siły, kiedy poznałem znanego tajnego księdza Vladimira Jukla i kardynała Jana Chryzostoma Korca oraz doktora medycyny Silvestra Krčmarego, którzy byli filarami pracy podziemnej studentów świeckich wśród inteligencji“ – wspomina. Wymienione przez niego osoby to ludzie, którzy przeżyli wieloletnie pobyty w więzieniu. Ksiądz Stanisław był świadomy podobnego zagrożenia, wiedział, że kontaktuje się z ludźmi znienawidzonymi przez komunistów, śledzonymi, spychanymi na margines życia społecznego. „Nie myślałem wtedy o zagrożeniu własnego życia – wspomina. – Przekonanie, że robię coś sensownego, powodowało, że parłem do przodu bez względu na konsekwencje“. Zaangażował się w przerzut literatury religijnej z Polski na Słowację. Wyprawy te wymagały dobrej kondycji fizycznej, albowiem ogromne plecaki z książkami trzeba było wnosić na górskie szczyty. „Dla nas był to powiew wolności. Tam, na szczycie, czuliśmy się całkowicie wolni – mówi z nostalgią. – Nawet krótki taki pobyt dodawał sił, aby przeżyć, gdyż tam, w górze, nie było granic!“. Wyprawy takie nie zawsze kończyły się dobrze. W 1983 roku na granicy nad Piwniczną polscy wopiści złapali trzech

Słowacja Zaraz po upadku komuny zniesiono wcześniej obowiązujący w Czechosłowacji przepis, zakazujący działalności księżom zagranicznym, dzięki czemu ksiądz Stanisław zupełnie legalnie mógł podjąć pracę na Słowacji w Drietomie koło Trenczyna. „Dla mnie to była zmiana rewolucyjna, bo rozpocząłem pracę na Słowacji, w warunkach wolności, bez konieczności organizowania życia podziemnego“ – wspomina. Zaraz rozpoczął naukę języka słowackiego, ale „w biegu“, bo, jak sam twierdzi, utrudnienia techniczne nie powinny przysłaniać wymiaru duchowego. Praca duszpasterska na Słowacji okazała się interesująca i inspirująca. „Słowacy wyszli z komu-

nizmu bardzo umęczeni, ale jest to naród bardzo chłonny, poszukujący drogi do Boga“ – ocenia ksiądz Ługowski. I choć widzi pewnie utrudnienia w pracy księży na Słowacji, bo tych jest po prostu dużo mniej niż np. w Polsce, to jednak z drugiej strony ksiądz na Słowacji cieszy się dużym autorytetem. W 1991 roku, kiedy doszło do spotkania kardynała Korca i ówczesnego prezydenta RP Lecha Wałęsy, ksiądz Stanisław, uczestniczący w tym spotkaniu, poznał Jerzego Korolca, wówczas konsula, a później pierwszego ambasadora RP w RS, który wyszedł z propozycją zorganizowania w Bratysławie mszy w języku polskim. „Dzięki jego zaangażowaniu i pomocy pani Bogumiły Suwary w 1992 roku odprawiłem w Bratysławie pierwszą mszę po polsku “ – wspomina ksiądz. Potem były kolejne. „To były niezapomniane chwile, albowiem po mszy ambasador zapraszał wszystkich do kawiarni, co wpływało na integrację środowiska“ – dodaje. Ksiądz Stanisław odprawiał polskie msze raz w miesiącu do 1998 roku, potem to zadanie przekazał księdzu Markowi. Sam zaś dojeżdża obecnie do katedry w Nitrze, by celebrować polskie msze na prośbę tamtejszej Polonii, zaś na stałe prowadzi parafię w Hornych Srniach. Ksiądz Stanisław dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu w pracę spotkał na swojej drodze wielu ciekawych ludzi. Z wieloma się zaprzyjaźnił. Przyjaciół znalazł też wśród emigrantów słowackich, porozrzucanych po całym świecie, którzy w mrocznych latach komunizmu angażowali się w pracę na rzecz tych, którzy cierpieli w ojczyźnie. Wielokrotnie zetknął się z papieżem Janem Pawłem II – w Polsce, w Rzymie i na Słowacji. Z racji znajomości słowackich realiów w 1991 roku został korespondentem sekcji polskiej Radia Watykańskiego. Kiedy w listopadzie 2007 r. odbierał odznaczenie, przyznane mu przez prezydenta RP, powiedział: „To wyróżnienie nie koresponduje ze stylem życia, jaki obrałem, bo powołanie to po prostu służba Kościołowi i Bogu, absolutnie więc nie oczekiwałem żadnych pochwał, odznaczeń i podziękowań“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 11


Andżelika Borys: Chciałabym, aby człowieka

traktowano jak człowieka, a nie jak bydło

N

W

A A

ormalna kobieta, która ndżelika Borys – działaczka YWIAD MIESIĄC potrafi się śmiać, żartować. polonijna na Białorusi, Nie wygląda na osobę, która tyle przeżyła, która demokratycznie wybrana na przewodniczącą musiała stawić czoła naciskom politycznym. Związku Polaków na Białorusi, nie uznawanego W Polsce postrzegana jest jako symbol niezależności przez reżym Aleksandra Łukaszenki. Ukończyła i walki o prawa Polaków mieszkających na Białorusi, technikum pedagogiczne w Zamościu oraz studia za którą to walkę otrzymała wiele nagród. Pomimo pedagogiczne i psychologiczne w Białymstoku. młodego wieku jest autorytetem i źródłem informacji Potem wróciła na Białoruś, by wykładać język o życiu w świecie reżymu. Silna, twarda polski w polskiej szkole w Grodnie i we wsi i zdecydowana. Najbardziej znana Polka mieszkająca Odelsk. Od 1995 roku jest członkiem Związku poza Polską, mimo że nigdy nie miała polskiego Polaków na Białorusi (ZPB), a w 1998 roku paszportu. Polacy mieszkający za granicą zapraszają została przewodniczącą Wydziału Edukacji. ją na imprezy kulturalne, by bezpośrednio od niej Na VI zjeździe ZPB w marcu 2005 roku została, dowiedzieć się czegoś więcej o losie Polaków na ku zaskoczeniu władz Białorusi, wybrana na Białorusi. W ten sposób okazują jej wsparcie w jej przewodniczącą Związku, zastępując na tym działaniach na rzecz polskości. Spotkałam ją właśnie stanowisku współpracującego z władzami na jednej z takich imprez, zorganizowanej przez państwowymi Tadeusza Kruczkowskiego. Polaków mieszkających w Madrycie. Tam też Dnia 12 maja 2005 roku białoruskie ministerstwo mogłyśmy porozmawiać o sytuacji na Białorusi. sprawiedliwości unieważniło zjazd i jego decyzje. Od dwóch lat słyszymy o naciskach na Polaków mieszkających na Białorusi. Dlaczego? W 2005 roku zostałam wybrana na przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi. Ten wybór nie podobał się władzom Białorusi. Od tego czasu jesteśmy napiętnowani. Prześladowania dotyczą nie tylko naszej organizacji, ale i innych, które władze albo zlikwidowały albo absolutnie sobie podporządkowały, jak na przykład związki zawodowe czy związek pisarzy na Białorusi. Dlaczego to dotknęło właśnie polskiej mniejszości narodowej? Polacy są dużą grupą etniczną mieszkającą na Białorusi. Do 2005 roku nasza organizacja działała bardzo prężnie, spotykaliśmy się w 16 polskich domach, które należały do nas, a które zostały wybudowane za pieniądze polskich podatników. Polacy kojarzą 12

się jednoznacznie – Polska to kraj Unii Europejskiej i właśnie z tego względu my powinniśmy być na usługach reżymu Łukaszenki, by promować go za granicą. Mówi się, że w danym kraju rząd ocenia się na podstawie jego stosunku do mniejszości narodowych. Nasza sytuacja sporo pokazuje. Mnóstwo norm prawnych, na podstawie których działamy na Białorusi, a które są zapisane w białoruskiej konstytucji, mają wyłącznie charakter deklaratywny.

nam się rozkaże odgórnie. Byliśmy wzywani na przesłuchania. My chcieliśmy i nadal chcemy działać jako niezależna organizacja. To powinna nam gwarantować konstytucja białoruska. Jednak to nie podoba się tym na górze. Zaraz po wyborach podeszła do mnie pewna osoba i przekazała mi kartkę, na której było napisane, że natychmiast muszę skontaktować się z konkretnymi osobami, a jeśli tego nie zrobię będę mieć problemy.

Dlaczego naciski na Waszą organizację nasiliły się właśnie w 2005 roku? W marcu 2005 zostałam wybrana na przewodniczącą naszego związku. Do tego czasu zajmowałam się w jego ramach edukacją. Od marca do maja 2005 roku nasiliły się ataki na kierownictwo związku, w tym również na mnie, mające na celu podporządkowanie sobie nas, abyśmy robili to, co

Skontaktowała się Pani? Nie, z nikim się nie kontaktowałam. Jestem zdania, że ponieważ reprezentuję polską organizację, nie muszę się nikomu spowiadać. Jakiś czas później dowiedziałam się, iż prowadzę działalność polityczną. Trzy miesiące później nastąpiła ingerencja w nasze wewnętrzne sprawy związkowe i wybory zostały unieważnione. MONITOR POLONIJNY


Na Białorusi działają teraz dwa związki Polaków, jeden, który prowadzi Pani, i drugi, któremu przewodniczy człowiek wybrany przez ludzi Łukaszenki? Tak. Polacy nie zgodzili się na odgórne manipulacje. Wtedy na siłę wtargnęła do naszej siedziby milicja i wyprowadziła naszych ludzi z budynku. Zajęto naszą siedzibę, a na czele organizacji posadzono człowieka, który ma im służyć. To już nie jest niezależna organizacja, ale państwowa, która reprezentuje interesy Białorusi, a nie polskiej mniejszości narodowej.

warsztaty językowe, przygotowujemy imprezy kulturalne. To prawda, że czasami zdarza się, że w ostatniej chwili dowiadujemy się, że pomieszczenie, w którym miał właśnie się odbyć koncert czy inna impreza kulturalna, nie będzie do naszej dyspozycji. Wtedy musimy imprezę odwołać. Dlatego często korzystamy z gościnności księży. Na Białorusi nawet polski konsulat nie może działać tak, jak chce. W listopadzie nie uzyskał pozwolenia na zorganizowanie uroczystości z okazji polskiego Święta Niepodległości.

Czy to oznacza, że część Polaków współpracuje z szefem państwowej, jak ją Pani nazywa, organizacji,? Tak. Oni robią tylko to, co im rozkażą, wtedy, kiedy dostają zamówienia. Czasami ich spotykam na ulicy, zakrywają sobie twarze. Jak w takim razie działa Wasz związek? Naszą obroną są wyłącznie polskie media. Białoruska propaganda działa wszędzie przeciwko nam, aby wprowadzić zamieszanie. Taka sytuacja w Waszych szeregach zapewne bardziej Was zjednoczyła? Bez solidarności nie przeżylibyśmy tego. Jesteśmy organizacją, która nie jest akceptowana odgórnie, ale mimo wszystko działa nadal. W ubiegłym roku wysłaliśmy na szkolenia i obozy dziecięce ponad dwa tysiące osób, dla około 300 nauczycieli zorganizowaliśmy

Jak zachowują się władze względem Pani, skoro kieruje Pani związkiem, nie akceptowanym przez nie? Robię swoje, a w międzyczasie chodzę na przesłuchania. Podczas dwóch lat byłam przesłuchiwana 83 razy. Najdłużej byłam zatrzymana na 11 godzin, które spędziłam w strasznych warunkach, w celi bez wody, w zimnie i smrodzie. Ale moi koledzy przesiedzieli dużo więcej, niektórzy nawet miesiąc.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Dlaczego nie zaakceptowano Pani, czego od Pani oczekiwano? Nic na mnie nie mieli, czym mogliby mnie szantażować, aby mną manipulować. Oni potrzebowali człowieka, który robiłby propagandę na rzecz reżymu Łukaszenki nie tylko na Białorusi, ale również za granicą.

Za co? Za to, że człowiek chce być normalny. Ich sposoby są straszne. Kolegę zatrzymano kiedyś na przystanku, kiedy wracał z pracy. Zgarnięto go jak przestępcę. Siedział 10 dni za to, że mówił brzydkie słowa pod adresem milicjantów. Mnie wysyłają listy-zaproszenia. Zawsze, kiedy dostanę takie zaproszenie muszę iść na przesłuchanie, w przeciwnym razie przyjdą po mnie. Ja już usłyszałam tyle nonsensów, np. że zdefraudowałam pieniądze organizacji, że kogoś pobiłam, okradłam, że wyzywam funkcjonariuszy itp. To były przesłuchania motywowane wypowiedziami rzekomych anonimowych świadków. Człowiek musiał się tłumaczyć z tego, czego nie zrobił. To były bardzo mocne naciski psychologiczne. 13


Jak Pani reaguje w takich sytuacjach? Znam prawo i wiem, co mogę, a czego nie mogę. To trudne, psychologiczne uderzenia czasami bolą bardziej niż te fizyczne. Jakie psychologiczne naciski wywierano na Panią? Moi dwaj bracia zostali wyrzuceni z pracy. Byłam strasznie szkalowana w białoruskiej telewizji. To smutne, kiedy człowiek dowiaduje się, że chce na Białorusi zrobić drugie Kosowo, rozpętać wojnę narodowościową. I z tym człowiek nic nie może zrobić, ponieważ nie istnieją dwie strony, jest tylko jedna „prawda“. Na początku to strasznie bolało, ale negatywna reklama też jest reklamą. Spotyka Pani na ulicy ludzi, którzy wyrażają poparcie dla Pani działań? Bardzo często, szczególnie wtedy, kiedy byłam zatrzymana. Przed sądem zebrało się około 200 osób, które mnie w ten sposób wspierało. Czy podczas tych przesłuchań nigdy Pani nie przyszło do głowy, że wybrała sobie Pani trudną drogę, że może raczej mogła Pani wybrać życie w spokoju? Zawsze myślałam tylko o jednym: cokolwiek się stanie, ja to wytrzymam. Czuję się odpowiedzialna, Polacy mnie wybrali i ja ich będę prowadzić. Jak Pani sądzi, czy Pani postawa w jakimś stopniu pomoże uwierzyć obywatelom Białorusi, że uda im się obalić reżym Łukaszenki? Nigdy nie myślałam o tym, by dokonywać jakiś przewrotów. Postawiłam jedynie na to, że w XXI wieku mam prawo żyć normalnie, w zgodzie z ludzkimi prawami. Nie można przecież siedzieć cicho, kiedy są więzieni koledzy, kiedy zwalnia14

ją z pracy nauczycieli. Gdybym milczała, wyglądałoby na to, że się z tym zgadzam. Wierzy Pani, że kiedyś dojdzie do upadku reżymu Łukaszenki? Wierzę w Boga, od Niego zależy to, czy kiedyś coś się zmieni. Chciałabym, aby było normalnie, by człowiek był traktowany jak człowiek, a nie jak bydło. Jest Pani dobrze odbierana w Polsce. Gdyby nie było tego wsparcia z kraju, czulibyście się słabsi? Potrafię zrozumieć tych, którzy żyją z dnia na dzień, którzy nie widzą nadziei, którzy nigdy w życiu nigdzie nie wyjechali i nie widzieli, że można żyć inaczej, że istnieje inny świat. Na Białorusi jest bardzo dużo osłabionych ludzi, którym już nic się nie chce. Dużo Pani podróżuje, była Pani zapraszana do Parlamentu Europejskiego, by zreferować sytuację na Białorusi. Nie bronią Pani wyjazdów za granicę? To jest chyba jedyna rzecz, w której przestrzegają prawa. Jako obywatel Białorusi mam prawo posiadać paszport i podróżować, ale nigdy nie wiem, czy uda mi się przekroczyć granicę. Niedawno zatrzymano mnie na granicy, a w czasie, kiedy jedni funkcjonariusze robili mi kontrolę osobistą, inni w lusterku wstecznym samochodu, którym jechałam, znaleźli narkotyki. To jedna z wielu prowokacji, kiedy starają się mnie przedstawić jako przestępcę. Pomoc ze strony Polski jest przez niektórych odbierana jako ingerencja z zewnątrz. Jak Pani to ocenia? Białoruś podpisała różne umowy z Polską, jeśli chodzi o współpracę w ramach kultury i edukacji. W Polsce jest białoruska mniejszość narodowa, która otrzymuje wsparcie finansowe od polskiego

rządu. Te umowy mają działać na zasadzie wzajemności. W 2005 roku Białoruś złamała wszystkie podpisane umowy. Zawsze było tak, że białoruska strona starała się opisać naszą sytuację jako wewnętrzne spory kilku osób. Później zaczęto ludzi zamykać, wyrzucać ich z własnych domów. To już nie są kłótnie wewnętrzne, to już jest łamanie ludzkich praw. Interwencja polskich polityków była uzasadniona. Dlaczego Polacy na Białorusi nie mogą spotkać się na cmentarzu, by uczcić pamięć poległych żołnierzy, którzy są tam pochowani? Co w tym złego? W żadnym kraju nie może być takiej sytuacji, by ktoś z zewnątrz zmieniał przewodniczącego mniejszości narodowej! Ingerencja w sprawy wewnętrzne mniejszości narodowej jest zakazana! Polski rząd wymaga respektowania praw mniejszości, po to zostały podpisane umowy z Białorusią. Te silne naciski międzynarodowe nam pomogły. Kto wie, jakby to wyglądało, gdyby tych głosów z zagranicy zabrakło? Za zdecydowanie, odwagę otrzymuje Pani wyróżnienia zagraniczne, na przykład w 2005 roku czytelniczki prestiżowego miesięcznika kobiecego „Twój Styl“ wybrały Panią Kobietą Roku. Co to dla Pani znaczy? Nigdy nie oczekiwałam, że dostanę jakieś wyróżnienia. Kiedy kilka lat temu premier Marek Belka mi złożył propozycję, bym została konsulem honorowym Polski na Białorusi, propozycji nie przyjęłam, ponieważ jestem przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Autorka dziękuje panu Andrzejowi Janeczce – przewodniczącemu Stowarzyszenia Polaków w Hiszpanii Nasz Dom „Nuestra Casa” za zaproszenie na imprezę kulturalną oraz umożliwienie przeprowadzenia wywiadu. MONITOR POLONIJNY


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA• Wszystkie dzieci – i te malutkie, i te większe – z nitrzańskiego Klubu Polskiego z utęsknieniem czekały na tegorocznego Mikołaja. Kiedy wreszcie przyszedł, okazało się, że tym razem w towarzystwie aniołków, które przedstawiły nam czarodziejską siłę Świąt Bożego Narodzenia. Dzieci, słuchając ich, zerkały na Mikołaja, niektóre z niecierpliwością, a niektóre z obawami, czy w tym roku zostaną obdarowane prezentami. Mikołaj przyniósł słodkie prezenty i prezenty-niespodzianki, czyli polskie książki. Spotkanie mikołajkowe trwało do późnego wieczora. Przybyła na nie też kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady Polskiej Urszula Szulczyk-Śĺiwińska, której serdecznie dziękujemy za całoroczną pomoc i opiekę nad

ZDJĘCIA: ROMANA GREGUŠKOVÁ

Mikołaj w Nitrze

naszym Klubem. Na imprezę przybyło tak wielu klubowiczów, że ledwo pomieścili się w sali u oo. salwatorianów. ROMANA GREGUŠKOVÁ

Spotkanie opłatkowe w Dubnicy nad Wagiem Oficjalni goście – prezes MK Trenczyn R. Straková, konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska, wiceburmistrz Dubnicy n. Wagiem J. Šlesar kierownik CON J. Bajza

Folklor (cieszyński) śląsko-opolski – Zespół Szkolno-Gimnazjalny z Żędowic STYCZIEŃ 2008

Na paczkę trzeba zasłużyć – nauczycielka M. Kalinčík z dziećmi naszych klubowiczów

Szkółka polonijna przy Miejscowym Kole KP Poważska Bystrzyca

Chwila poezji: B. Kołatková z Miejscowego Koła KP Trenczyn

ZDJĘCIA: TV POVAŽIE

Chwila romantyki: Peruňský z Miejscowego Koła KP Poważska Bystrzyca

Opłatek zbliża – kierowniczka polskiego zespołu J. Breguła, prezes Z. Podleśny

Opiekunka kroniki – R. Straková 15


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA

Spotkanie opłatkowe w Koszycach

Tradycyjne spotkanie opłatkowe w ambasadzie polskiej w Bratysławie odbyło się 15 grudnia. Podczas uroczystości zaproszeni goście złożyli sobie życzenia świąteczne. Była ona również okazją do wręczenia Złotego Krzyża Zasługi prezesowi Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe Zbigniewowi Podleśnemu. Odznaczenie to przyznał mu prezydent RP Lech Kaczyński. red.

W okresie przedświątecznym tradycją stały się już spotkania opłatkowe w Koszycach. Tym razem, podobnie jak w ubiegłym roku, było to wielobarwne spotkanie na góralską nutę. Szczególny nastrój polskiego Bożego Narodzenia starał się stworzyć nasz przyjaciel Konrad Schonfeld oraz góralska kapela HAMERNIK z Krakowa. Było na co patrzeć i czego słuchać. U.Sz.

ZDJĘCIA. ZDENKA BŁOŃSKA

na góralską nutę

Dzięki Polakom dzielnica Koszyc Ťahanovce ma swój herb

16

jący o tym, co to jest i komu służy. Od tej chwili opiekę nad pominkiem objęła pani konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska, a motyw kapliczki stał się herbem koszyckiej dzielnicy Ťahanovce. Uroczystość miała szczególne znaczenie, ponieważ odbyła się dwa dni przed wstąpieniem naszych państw do strefy Schengen, co niewątpliwie pogłębiło integrację obu narodów. URSZULA SZABADOS

ZDJĘCIA. ZDENKA BŁOŃSKA

W koszyckiej dzielnicy Ťahanovce 19 grudnia 2007 roku dokonano uroczystego odsłonięcia pomnika z połowy XVII wieku, upamiętniającego miejsce, gdzie 11 grudnia 1848 r. na skrzyżowaniu preszowskiej drogi pod furczańskim lasem zginęło 26 Polaków z ochotniczego oddziału polskich legionów, którzy walczyli w obronie Koszyc. Ci, którzy polegli zostali pochowani w pobliżu kapliczki – dzisiaj zrekonstru-

owanej pięknej budowli. W uroczystości wzięli udział konsul RP Urszula SzulczykŚliwińska, prezydent Koszyc Franciszek Knápik, burmistrz osiedla Ťahanovce Ciril Betuš, arcybiskup Koszyc, posłowie, przedstawiciele firm i obywatele miasta. O tym ciekawym i historycznym miejscu informował wcześniej prezydent R. Schuster, a odsłonięcie pomnika inicjowali też prezes Klubu Polskiego Tadeusz Błoński oraz historyk Gabriel Kládek, który w jego rekonstrukcję włożył ogrom swojej pracę. W czerwcu 2007 roku to miejsce odwiedzili ambasador RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz oraz kierownik Wydziału Konsularnego Urszula Szulczyk-Śliwińska. Podczas uroczystości złożenia kwiatów u grobu naszych rodaków został wmurowany pamiątkowy akt, informu-

MONITOR POLONIJNY


Edyta Górniak

M Ł O D Z I

•Z NASZEGO PODWÓRKA•

STYCZIEŃ 2008

S Ł U C H A J Ą

Dnia 5 grudnia w Klubie Polskim Region Koszyce odbyły się wybory prezesa oraz nowego zarządu. Większością głosów prezesem został wybrany ponownie Tadeusz Błoński, jego zastępcą – Urszula Szabados, sekreterzem – Jadwiga Glezgo, skarbnikiem – Jadwiga Gašpar, menagerem – Katarzyna Miślanová, członkowie zarządu: Adela Tóthová, Emilia Bacúrová i Helena Gerecová. U.Sz.

Marzeniem każdego wykonawcy jest zaistnienie na arenie międzynarodowej, co przy ogromnej konkurencji w muzyce jest szalenie trudne. Edycie to się udało. Jej głos urzekł samego Jose Carrerasa, co zaowocowało wspólną płytą „Hope For Us” i wspólnym koncertem. Kolejny album, wydany w 2002 roku, to „Perła”. Jest to album dwupłytowy, zawierający wersje polsko- i anglojęzyczne, powstałe z myślą o odbiorcach zachodnich. Płyta utrzymana jest w klimacie popowym i skierowana do słuchacza w każdym wieku. Znalazły się na niej takie przeboje, jak: „Jak najdalej”, „Nie proszę o więcej” czy „Słowa jak motyle”. W roku 2005 na rynku fonograficznym pojawiła się kolejna płyta Edyty „Ona i On”, bardzo liryczna, z piosenkami o miłości. Ogromnym powodzeniem cieszy się stale „Dumka na dwa serca”, którą nagrała w duecie z Mietkiem Szcześniakiem do ścieżki dźwiękowej filmu „Ogniem i mieczem”. Takie głosy, jak jej, nie rodzą się na co dzień. To postać diwy popowej. URSZULA SZABADOS

P O L S C E

Wybory w Klubie Polskim Region Koszyce

Jako 16-latka zdobyła wyróżnienie na festiwalu opolskim w koncercie debiutów i rozpoczęła współpracę ze Zbigniewem Górnym. Potem występowała w musicalu „Metro”. W 1994 roku reprezentowała Polskę na Festiwalu Eurowizji w Dublinie z piosenką „To nie ja“, do której muzykę napisał Stanisław Syrewicz, zaś tekst Jacek Cygan, zajęła drugie miejsce. Redaktor Kosiedowski, relacjonując jej występ na tymże festiwalu, pisał: „Być może nie wszyscy zdają sobie sprawę, że mamy do czynienia z prawdziwym objawieniem wokalnym na skalę światową, w każdym razie występ w Dublinie nad wyraz to potwierdził”. W roku 1995 wraz z grupą „Woobie Doobie” nagrała debiutancką płytę, zatytułowaną „Dotyk”, z kolejnymi przebojami, takimi jak: „Jestem kobietą”, „Dotyk”, „Niebo to my”. Ten krążek okazał się jedną z najlepiej sprzedających się polskich płyt. W sierpniu tegoż roku podczas koncertu w sopockiej Operze Leśnej za to nagranie otrzymała platynową płytę. W tym czasie wydała też pierwszy perfekcyjny zagraniczny album zatytułowany „Edyta Górniak”. Prezentuje na nim bardzo osobisty styl, charakteryzujący się dużą ekspresją.

W

to bez wątpienia jedna z najatrakcyjniejszych polskich wokalistek. Chociaż sama nie komponuje ani nie pisze tekstów, to jednak należy też do czołowych polskich piosenkarek ze względu na wspaniały głos, zarówno pod względem barwy, jak i skali.

17


Bohaterkami filmu „Jasne błękitne okna” są dwie kobiety – Beata i Sygita. Poznały się w dzieciństwie, zaprzyjaźniły i były nierozłączne. Przyrzekły sobie, że nic ich nie rozdzieli. Jednak jako dorosłe kobiety wiodą skrajnie odmienne życia. Beata (Beata Kawka) wybrała drogę kariery, mieszka w Warszawie i jest gwiazdą telewizyjną (już jako 13-latka marzyła, aby zostać aktorką), żyje dostatnio. Sygita (Joanna Brodzik) znalazła swoje miejsce u boku męża (kolegi sprzed lat), mieszka z nim i z córeczką w rodzinnym miasteczku – Maciejowicach. I choć jej marzenia się spełniły – zawsze chciała założyć rodzinę, mieć dzieci – to jej życie nie przypomina sielanki, albowiem jest maltretowana przez męża alkoholika. Przyjaciółki spotykają się po latach. Wracają wspomnienia. Wkrótce okaże się, że ich przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką próbę. Jak wiele będą mogły sobie zaoferować? Jak wiele poświęcić? Oglądając film, obserwujemy relacje między dwiema przyjaciółkami i uświadamiamy sobie, jak ważna jest przyjaźń, nawet ta uśpiona, ale prawdziwa, bo ona zawsze potrafi odrodzić się w odpowiednim momencie. Becia dla chorej koleżanki jest w stanie zrobić wszystko, nawet się upokorzyć i narazić na szwank swoją karierę. Film opowiada również 18

Co

jest najważniejsze w życiu? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zdrowie, szczęście – na pewno. A przyjaźń? Tak, ale tylko ta prawdziwa, na dobre i na złe, przyjaźń, która potrafi przetrwać najcięższą próbę. Taka może być największym skarbem. Ale jak ją znaleźć i gdzie? Wszyscy wiemy, że to bardzo trudne. Im się to udało… o tym, jak ważny w życiu jest drugi człowiek, uczy nas, że to właśnie on powinien być priorytetem, ponieważ może nadejść taki czas, gdy go zabraknie, gdy na wszystko będzie już za późno. Jednocześnie uświadamia nam, jak ważne jest życie i jak łatwo można je stracić. Obserwując losy bohaterek, warto wsłuchać się w trafnie dobraną muzykę Wojciecha Waglewskiego oraz przyjrzeć się pięknym zdjęciom Arkadiusza Tomiaka – ujęcia nad morzem są godne szczególnej uwagi. Film wszedł na nasze ekrany na początku 2007 roku, ale piszę o nim teraz, ponieważ, niejako podsumowując miniony rok, chcę go wyróżnić,

bowiem mile mnie zaskoczył. A dokładniej zaskoczył mnie jego reżyser Bogusław Linda. Nigdy nie przypuszczałam, że Linda – największy twardziel polskiego kina, macho wymachujący bronią na ekranie, w filmach przeważnie wulgarny i popijający wódkę z butelki – potrafi zrobić tak wzruszający film o kobietach, przyjaźni, film pełen uczuć i wrażliwości. Na uwagę zasługuje również obsada aktorska. Powierzenie głównych ról aktorkom, znanym widzom do tej pory z seriali telewizyjnych, było posunięciem odważnym, ale jak najbardziej trafnym. Zarówno Joanna Brodzik, jak i Beata Ka-

wka, która jest jednocześnie autorką pomysłu na film, wywiązują się ze swych zadań bardzo dobrze. Szczególnie w pamięć zapadają mocne sceny z umierającą na raka Sygitą. Jakże to odmienna rola Joanny Brodzik, znanej dotychczas z ról lekkich i przyjemnych, głównie z seriali „Magda M.” i „Kasia i Tomek”. Ponadto szczególną sympatię i pozytywne emocje wzbudza filmowa córka Sygity Marysia, grana przez Wiktorię Kiszakiewicz. Warto tez podkreślić dobre debiuty Weroniki Asińskiej jako młodej Beaty i Olgi Jankowskiej – młodej Sygity. Pisząc o obsadzie, nie sposób nie wspomnieć też o znakomitych kreacjach Barbary Brylskiej, Jacka Braciaka, Jerzego Treli, Stanisławy Celińskiej, a także Bogusława Lindy, który znalazł dla siebie miejsce w filmie w roli producenta telewizyjnego, partnera Beaty. „Jasne, błękitne okna” to piękny i ogromnie wzruszający film o życiu, miłości, nadziei i o przeciwnościach losu, z którymi musimy się zmierzać. To także opowieść o niezwykłej przyjaźni, o takich „błękitnych oknach”, które warto otwierać na siebie, na drugiego człowieka. Ponieważ nigdy nie wiadomo, jaki scenariusz napisze nam nasze życie. Zatem otwórzmy na siebie okna… ANNA PORADA, WROCŁAW MONITOR POLONIJNY


Jak wyrosła Gdynia P

odpisany 28 czerwca 1919 roku traktat wersalski – najważniejszy traktat kończący I wojnę światową – wszedł w życie 10 stycznia 1920 roku. Miesiąc później wojsko polskie przejęło przyznany Polsce fragment Pomorza. W dniu 10 lutego gen. Józef Haller, dowódca frontu północno-wschodniego i frontu pomorskiego, dokonał w Pucku symbolicznych zaślubin Polski z morzem. W tym samym dniu we wczesnych godzinach rannych Zdzisław Rozwadowski, dowódca pierwszego szwadronu Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich, zakwaterowanego we Wrzeszczu, udał się z całym szwadronem do miejscowości Gdynia, by zgodnie z wcześniej otrzymanym rozkazem „nawiązać tam kontakt z morzem“. W Gdyni wojsko polskie witała procesja mieszkańców, prowadzona przez księdza. Były łzy radości, uroczyste przemówienia, a po nich wszyscy przeszli nad brzeg morza. Żołnierze weszli do wody po końskie kolana, a Rozwadowski w imieniu pułku złożył ślubowanie: „Szwoleżerowie będą bronić polskiego morza ze wszystkich swoich sił”. We wspomnieniach dowódcy szwadronu z tego uroczystego dnia, licząca wówczas 900 mieszkańców wieś, przedstawiona została jako skupisko rybackich chałupek z gospodą, jednym murowanym domkiem, zamieszkałym przez księdza, małą szkołą i pocztą w jednej chałupie, była tam jeszcze mała cegielnia i równie mały tartak. Nikt z uczestników uroczystości zaślubin nie przewidywał, że już wkrótce mieszkańcy nadmorskiej wioski staną się obywatelami dużego, nowoczesnego miasta. Niewielką Gdynią zainteresowało się już w 1920 roku dopiero co powstałe I Polskie Towarzystwo Kąpieli Morskich, planujące na jej terenie budowę kąpieliska, które w ambicjach jego założycieli miało prześcignąć sławne wówczas Sopoty. Równocześnie Gdynią zainteresowane było Ministerstwo Spraw Wojskowych, a to za sprawą inżyniera komunikacji Tadeusza Apolinarego Wendy (1863-1948), absolwenta politechniki w Petersburgu, cieszącego się sławą budowniczego linii kolejowych w Rosji i Królestwie Polskim oraz portów. To właśnie on na zlecenie Departamentu Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych dokonał lustracji przyznanych Polsce regionów nadmorskich i w swym raporcie wskazał na Gdynię jaSTYCZIEŃ 2008

ko teren najdogodniejszy dla lokalizacji portu wojennego, rybackiego, a w dalszej perspektywie także portu handlowego. Budowa Tymczasowego Portu Wojennego oraz schroniska dla rybaków ruszyła natychmiast i jak każda budowa przyciągała ludzi. W 1921 roku w Gdyni mieszkało już 1300 osób. Uroczyste otwarcie portu i jego poświęcenie odbyło się 29 kwietnia 1923 roku. Sam port nie był imponujący i trochę dziwi, że tak długo wznoszono dość prymitywną drewnianą konstrukcję na palach, wypełnioną kamieniami, ale wypada przypomnieć, że był to port, który w swej nazwie mieścił słowo „tymczasowy”. Samo otwarcie było jednak niezwykle uroczyste. Wzięli w nim udział prezydent RP Stanisław Wojciechowski, premier rządu gen. Władysław Sikorski i prymas Edmund Dalbor. Z Gdyni prezydent zwrócił się do wszystkich Polaków, mówiąc: „Trzeba, aby cały naród polski zrozumiał, jakie znaczenie ma wolny dostęp do morza, zagwarantowany pełnym posiadaniem jego wybrzeża. Tutaj winni zwrócić swój wzrok i prężność gospodarczą Mazurzy i Małopolanie, nazbyt w przeszłości zapatrzeni ku wschodnim rubieżom i czarnoziemom podolskim, bo tutaj jest gwarancja wolnego oddechu dla piersi całego narodu”. Wypowiadając te słowa, prezydent nie myślał tylko o istniejącym porcie wojennym, w którym zacumował pierwszy polski dywizjon ćwiczebny, złożony z okrętów „Jaskółka”, „Rybitwa”, „Mewa” i „Czajka” – poniemieckich trałowców, zakupionych przez Polskę w Danii

TO WARTO WIEDZIEĆ w 1921 roku, myślał przede wszystkim o realizacji przyjętej przez Sejm wcześniej, bo 23 września 1922 roku, ustawie o budowie w Gdyni „portu morskiego użyteczności publicznej”. Ambitny projekt przyszłego portu z nowoczesnymi głębokimi kanałami, szerokimi basenami portowymi i wyspecjalizowanymi nabrzeżami również opracował inż. Tadeusz Wenda. Był projekt, była lokalizacja, ale w skarbie państwa nie było pieniędzy na realizację, a prywatny kapitał zbyt się nie spieszył, uważając inwestycję za dość ryzykowną. Dopiero w latach 1925-1926 sytuacja radykalnie się zmieniła. Na rynkach skandynawskich na polski węgiel zaczął się boom, wywołany długotrwałym strajkiem górników angielskich, ale z powodu polsko-niemieckiej wojny celnej istniały kłopoty z jego wywozem i to wielu politykom, a także prywatnemu kapitałowi otworzyło oczy na to, jak ważne dla całego kraju jest posiadanie portu handlowego. Idea szybkiej budowy portu w Gdyni zyskała też gorącego orędownika w osobie Eugeniusza Kwiatkowskiego, ministra przemysłu i handlu, a później ministra skarbu i wicepremiera. W 1925 roku w marcu doprowadzono do Gdyni elektryczność, a jej mieszkańcy uczcili ten fakt pogrzebem lamp naftowych. Obok słomą krytych rybackich chat wyrosły pierwsze kamienice, stanął kościół Najświętszej Marii Panny, pierwsze letniskowe wille, gości przyjął pierwszy hotel „Polska Riwiera”, a u sióstr wizytek leczono chore dzieci z całej Polski. W dniu 10 lutego 1926 roku Gdynia zyskała prawa miejskie, a pod koniec tegoż roku miasto miało już 12 tys. mieszkańców. W maju 1926 roku zatwierdzono pierwszy plan miasta, pozwalający początkowo jedynie na budowę nie przekraczających trzech pięter kamieniczek małomiasteczkowych, albowiem Gdynia stale miała status kurortu. Jednak szybki rozwój wymusił kolejne korekty w tym planie; w tym samym roku można już było wznosić budynki najpierw cztero-, a potem sześciopiętrowe. Pod koniec roku Dowództwo Floty Marynarki Wojennej miało okazałą siedzibę na Oksywiu. W nowym porcie wojennym mogły już zimować polskie okręty, miasto posiadało nowy dworzec kolejowy, a mieszkańcy mogli oglądać filmy w pierwszym gdyńskim kinie „Czarodziejka”. 19


Najważniejszy jednak był port. Tu zmiany następowały błyskawiczne i nic dziwnego, że wkrótce w Polsce przyjęło się powiedzenie „gdyńskie tempo”, na określenie czegoś, co szybko i dobrze zostało zrobione. Na Nabrzeżu Pilotów powstały dwa pierwsze magazyny, przy Nabrzeżu Szwedzkim most przeładunkowy, oddano do użytku nabrzeże do przeładunku węgla, które zagospodarowało PolskoSkandynawskie Towarzystwo Transportowe „Polskorob”, oparte na kapitale prywatnym. Firma ta kupowała portowe urządzenia przeładunkowe u najlepszych firm europejskich. Często były to nowinki techniczne, jak np. zakupiona w 1928 roku w Duisburgu w firmie „Demag” wywrotnica, podnosząca cały wagon i wysypująca jego zawartość do ładowni okrętowych. Gdyński basen węglowy był pierwszym basenem w Europie, na którego nabrzeżu taką wywrotnice zainstalowano. „Jako taka była też podziwiana nie tylko u nas, ale w całej Europie” – wspomina Napoleon Korzon, ówczesny dyrektor firmy „Polskorob”. Budowa i uruchomienie nowoczesnego portu potrzebo-

wały wykwalifikowanych fachowców. Okazało się, że takich polskich fachowców pracowało w przemyśle europejskim wielu. Oblicza się, że budowa Gdyni skłoniła do powrotu z zagranicy ponad 1300 osób, mających pożądane kwalifikacje. W 1926 roku rząd zakupił we Francji pięć małych statków towarowych o napędzie parowym. Ich eksploatację powierzył powołanemu w tym celu przedsiębiorstwu państwowemu „Żegluga Polska”. Jej pierwszym dyrektorem został Julian Rommel. Port zmieniał się z dnia na dzień: przybywało dźwigów, składów i nabrzeża. W 1928 roku wzrok przybyłych przyciągała pomalowana w biało-czerwone pasy Łuszczarnia Ryżu. W styczniu tegoż roku przy nie wykończonym jeszcze nabrzeżu mola węglowego zacumował pierwszy z zakupionych we Francji statków towarowych „Wilno”. W grupce ludzi, przeważnie robotników portowych, zwabionych wpłynięciem statku, ktoś zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”. Skromnym statkiem „Wilno” zaczęła pisać swą historię Polska Flota Handlowa. W dniu 1 lipca

1926 roku córki marszałka Józefa Piłsudskiego zostały matkami chrzestnymi dwu stateczków żeglugi przybrzeżnej „Wandy” i „Jadwigi”. Był to doskonały pretekst, by do Gdyni ściągnąć Marszałka. Ministrowi Kwiatkowskiemu zależało na jego obecności i obecności towarzyszących mu decydentów przede wszystkim w celu uzyskania pieniędzy z rezerwy budżetowej na dalszą rozbudowę portu i miasta, nie było bowiem tajemnicą, ,,że sprawy morskie Piłsudskiemu nie były najbliższe”. Manewr się udał i cel został osiągnięty, a minister Kwiatkowski mógł stwierdzić: „Piłsudski przyjechał i jak zobaczył rozbudowę Gdyni, żadnych trudności budżetowych nie miałem“. W cieniu portu rozwijało się miasto. Pod jego rozbudowę wykupywano tereny od rodzin kaszubskich. Kaszubskie pola zyskały na wartości. W ciągu kilku lat cena gruntu wzrosła z 21 gr za m2 do 150 zł za m2. Największe kaszubskie rody budowały z tych pieniędzy kamienice przy głównych ulicach, inwestowały w różne przedsięwzięcia. Zamożni inżynierowie czy przedsiębiorcy budowali wille na Kamiennej

Jacy byliśmy i jacy jesteśmy Do

niedawna krytycy literaccy zwykli utyskiwać, że albo nie mamy w ogóle, albo mamy zbyt mało powieści, które zajmowałyby się stanem naszych umysłów przed wielkim przełomem BLIŻEJ i w czasie nieustannej transformacji. POLSKIEJ KSIĄŻKI Wydaje się, że tego typu uwagi należą do przeszłości. Coraz częściej autorzy powieści różnych generacji podejmują temat bagażu, z jakim wkroczyliśmy w III Rzeczpospolitą. Jednym udaje się to lepiej, innym gorzej. Janusz Anderman bez wątpienia należy do tych pierwszych. Urodzony w 1949 roku jest jednym z najbardziej cenionych pisarzy swego pokolenia. Sławę zyskał również jako autor sztuk teatralnych,

20

scenariuszy filmowych czy słuchowisk radiowych. Jest laureatem wielu nagród, w tym także prestiżowej Nagrody Fundacji im. Kościelskich. Uwagę czytelnika pragnę zwrócić na wydaną

w 2006 roku przez krakowskie Wydawnictwo Literackie powieść Andermana Cały czas. Autor poddaje w niej pod refleksję problem ostatnio w Polsce nabrzmiewający i prowokujący nie jedną ostrą pozaliteracką dyskusję m.in. o kształcie i rodowodzie III Rzeczpospolitej. Zainteresowanie problemem naszych zachowań i postaw jest tematem stałych felietonów Andermana, drukowanych w „Gazecie Wyborczej”. Napisał też kilka utworów, należących do najlepszych li-

terackich świadectw stanu wojennego, a Cały czas jest kontynuacją jego wcześniejszej twórczości, jak np. opowiadań Kraj świata czy nowszego zbioru Fotografie. Bohater Całego czasu pisarz A. Z., niekiedy porównywany przez krytyków do Nikodema Dyzmy, w towarzystwie pewnej aktorki jedzie z Gdańska do Warszawy autem, które w każdej chwili może się zderzyć z wyprzedzającym go tirem. W czasie kilku sekund, dzielących A. Z. od wyMONITOR POLONIJNY


Górze. Ci biedniejsi gdyńscy pionierzy, którzy przybyli z całej Polski, widząc w Gdyni swą szansę, zbudowali sobie z kartonów, blachy i papy w pobliżu portu tzw. Dzielnicę Chińską. Z przyportowych slumsów przenieśli się do drewnianych, a ci szczęśliwsi do murowanych domów na Witominie, pod które władze wykupiły grunty. Większość z mieszkańców slumsów na trwałe związała się z morzem i miastem, a ci energiczniejsi i zdolniejsi zrobili wielkie kariery zawodowe. W grudniu 1928 roku Gdynia miała już 15 tys. mieszkańców, a rok później – 25 tys. W 1930 roku Gdynia wzbogaciła się o Szkołę Morską, która obok nowoczesnych budowli, boisk sportowych, krytej pływalni, miała statek szkolny „Dar Pomorza”. Od dwu lat w mieście funkcjonowały nowoczesna poczta, automatyczna centrala telefoniczna, księgarnia, biblioteka miejska, pierwszy szpital, kawiarnia, przemysł przetwórczy. W dniu 31 lipca 1932 roku na pierwsze obchody Święta Morza z całego kraju przyjechało do Gdyni ponad 100 tys. osób. Samo miasto liczyło wówczas

padku, w jego świadomości „przewija” się film o jego życiu. Bohater powieści, żyjący w drugiej połowie XX i na początku wieku XXI, to jakby wirtualny człowiek, wytworzony z tego, co irytuje, boli i kłuje Andermana. Człowiek złożony z ludzkich ułomności, typowych naszych wad obywatelskich, z umiejętności wykorzystywania układów i znajomości, z gry pozorami, blichtru, cwaniactwa i tupetu. Gdy po wielkim przełomie dawna strategia oszustw i kombinacji, interesownych przyjaźni czy niebezinteresownych podbojów miłosnych przestaje być trampoliną do STYCZIEŃ 2008

38 tys. mieszkańców, a w następnym roku liczba ta wzrosłą o 10 tys. Ku zdumieniu Europy nawet wielki kryzys ekonomiczny lat trzydziestych nie zahamował rozwoju tego najmłodszego miasta i portu. W 1938 roku Gdynię zamieszkiwało już 122 tys. osób i pod względem liczby mieszkańców zajmowała ona 6. miejsce w kraju po Warszawie, Wilnie, Poznaniu, Bydgoszczy i Lwowie. Z innymi ośrodkami gospodarczymi w kraju miasto połączyła rozbudowana sieć komunikacji kolejowej, w tym słynna magistrala kolejowa Katowice – Gdynia. Flota Polskiej Marynarki Handlowej liczyła wówczas 30 statków o łącznej nośności 120 tys. ton, a obroty towarowe portu wyniosły w 1937 roku 9 mln ton (dla porównania: w 1924 r. 10 tys. ton). W latach 1932-1938 przestarzałe jednostki floty wojennej (torpedowce, kanonierki i trałowce) zastąpiono nowoczesnymi 4 niszczycielami, 5 okrętami podwodnymi, 1 stawiaczem min i 6 trałowcami. Ich główną bazą była Gdynia, a portem pomocniczym Hel.

sukcesu, a miejsce farbowanego socjalizmu zajmuje twardy kapitalizm, nasz bohater dochodzi do wniosku, że jego życie „było i jest fikcją”. Są w tej powieści sportretowani, z temperamentem właściwym Andermanowi, dawni bonzowie z komitetów wojewódzkich „jedynej” partii, członkowie Służb Bezpieczeństwa, ale także polityczni gorliwcy z peerelowskiej TVP czy świata literatury. Są uwagi poważne, choć nie pozbawione ironii, dotyczące roli „Solidarności” i jej dziedzictwa politycznego, prowadzącego do dzisiejszych konfliktów między byłymi prominenta-

Franciszek Sokół, który od 1933 roku był komisarzem rządu w Gdyni, wspominając po latach rozwój portu i miasta, stwierdził: „Gdynia to największy interes, jaki kiedykolwiek nasza Rzeczpospolita zrobiła”. Ale Gdynia to nie tylko interes ekonomiczny. Jej cywilizacyjne znaczenie dla Polski i Polaków najtrafniej chyba sformułował Eugeniusz Kwiatkowski w opublikowanej w 1932 roku pracy Dysproporcje. Rzeczy o Polsce przeszłej i obecnej, pisząc: „Każdy metr Wybrzeża, każdy nowy dźwig, każdy skład towarowy, każda nowa placówka handlowa w Gdyni, każde ulepszenie komunikacji, każdy nowy okręt, każda nowa fabryka na Wybrzeżu, każdy nowy bank, każda nowa więź cementująca Gdynię z Pomorzem, a całe województwo pomorskie z resztą państwa, to wielka zdobycz /.../ Tu koncentruje się jedyna, praktyczna akademia kupiecka Polski, tu stoi otworem droga najpewniejsza i najkrótsza dla wyrównania wartości człowieka w Polsce z wartością człowieka w Europie, tu zbiega się granica współpracy z narodami całego świata“. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

mi ruchów wolnościowych. W tej prozie odczuwamy wielki zawód autora elitami politycznymi wywodzącymi się z „Solidarności”, które nie podjęły we właściwym czasie wysiłku, zmierzającego do nauczenia naszych rodaków reguł demokratycznych, i zamiast stawiać na nowoczesność w myśleniu, wykorzystują w walce o władzę przesądy i konserwatyzm części społeczeństwa. Nie unika też uwadze Andermana spór o Polskę „solidarną” i „liberalną”. Owa analiza zbiorowej świadomości Polaków, jaką niewątpliwie Cały czas jest, nie szeleści papierem, nie jest to wypowiedź publicysty,

ale dobrze napisana powieść, w której ironia, a czasem uszczypliwy humor sąsiadują z poważną autorską wypowiedzią i osądem. Jest przysłowiowym krzywym zwierciadłem, w którym widzimy nie tylko „nasze czasy”, ale także samych siebie w tych czasach. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK


Pilot nie dojechał... To

trochę abstrakcyjny tytuł, bo pilot może co najwyżej nie wystartować lub nie dolecieć, ale ponieważ mianem pilota określa się również kierowców bolidów, a nasz rodak Robert Kubica nie dojechał do pierwszego miejsca, a nawet miejsca w pierwszej trójce, pozwoliłem sobie na takie stwierdzenie w tytule. Tytuł jest też może zbyt pesymistyczny, ponieważ Kubica zakończył sezon na szóstym miejscu. Trzeba sobie jednak przypomnieć jedno z wielu sportowych powiedzonek, że „zwycięzca jest tylko jeden”. Pozostali, zawodnicy na drugim, trzecim i dalszych miejscach... po prostu nie wygrali. Po siedemnastu wyścigach na pięciu kontynentach dopiero ostatni zdecydował o kolejności na podium zwycięzców. Mistrzem świata nie został fenomenalny debiutant Lewis Hamilton ani doświadczony Fernando Alonso z McLarena, ale Kimi Räikkönen z Ferrari. Pierwszy raz od 1986 roku trzech kierowców ścigało się o tytuł! Minął ponad rok od debiutu polskiego kierowcy w Formule 1, minął również jego pierwszy pełny sezon. W tym okresie z debiutanta, który znalazł się na torze F1 nieco przez przypadek, przeobraził się w znaczącą postać elitarnych wyścigów. O pierwszej części sezonu pisałem wcześniej. W drugiej, po tragicznie wyglądającym wypadku na 22

torze Giles Villeneuve Circuit w Kanadzie Kubica stracił tylko jeden start. Nie został dopuszczony do wyścigu w Grand Prix USA na torze Indianapolis Motor Speedawy. Z powodu rzekomego „cudownego” ocalenia z wypadku Robert Kubica może być świadkiem procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. PAP podał, że biuro postulatora procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II zainteresowane jest otrzymaniem świadectwa Kubicy. Nasz rodak, który uszedł z życiem z niezwykle groźnego wypadku na torze wyścigowym, jeździł w kasku z napisem „Jan Paweł II”. Wszyscy, którzy oglądali relację z Grand Prix Kanady zgodnie twierdzili, że nad Polakiem musiała czuwać boska

opatrzność. Co bardziej spostrzegawczy zauważyli, że choć jeszcze w sezonie 2007 na jego kasku widniał napis „Jan Paweł II”, to na kasku, w którym wystartował m.in. do Grand Prix Kanady, owego napisu już widać nie było... Dalej było różnie. We Francji i w Wielkiej Brytanii zajął czwarte miejsca. W Grand Prix Węgier na torze Hungaroring, gdzie przed rokiem debiutował i gdzie teraz – przy oficjalnej cenie najtańszej wejściówki 100 euro – dopingowało go przynajmniej kilkanaście tysięcy Polaków, był piąty. Podobnie we Włoszech. Częściej jednak szczęście odwracało się od niego. Pomimo ambitnej walki na torze w Japonii zajął siódme miejsce, w Turcji ósme, a w Belgii ukończył wyścig na dziewiątej pozycji. Najgorzej chyba było w Chinach, gdzie swój udział w wyścigu zakończył start na 33. okrążeniu… Sezon zakończył nieźle – na piątym miejscu na torze Interlagos na przedmieściach Sao Paulo w Brazylii – wyprzedzając swojego partnera z teamu Nicka Heidfelda. Tuż przed tym ostatnim wyścigiem Robert Kubica zmienił kolory swojego kasku: czerwień zastąpiła matowa czerń i w Brazylii jego kask był biało-czarny (z delikatnymi wstawkami czerwieni i złota), a nie jak dotychczas biało-czerwony czy czerwono-niebieski. Nowe barwy bardziej odpowiadały jego nastrojowi po ciężkim i rozczarowującym sezonie. Najbliżej miejsca na podium był w Grand Prix Chin w Szanghaju, gdzie dzięki sprytnemu posunięciu taktycznemu – chwilowy deszcz przejechał na oponach do jazdy po suchym asfalcie – miał szansę nawet na zwycięstwo. Ale szczęście nie trwało długo – awaria systemu hydraulicznego zmusiła go do zakończenia wyścigu. MONITOR POLONIJNY


W sumie w minionym sezonie Kubica nie ukończył dwóch wyścigów, a w jednym nie wystartował. „Mogło być lepiej, ale z drugiej strony mogło być też gorzej, więc ogólnie nie było źle” – tak Robert Kubica podsumował sezon. Trzeba jednak przyznać, że problemy techniczne prześladowały zespół – przede wszystkim naszego rodaka – przez cały sezon. Pomijając wypadek, który mógł zakończyć nie tylko jego karierę, ale przede wszystkim życie, pech trapił go pod postacią przede wszystkim awarii technicznych. Były to m.in. awaria silnika przed Grand Prix Belgii, skrzyni biegów w Australii (nie ukończył wyścigu) czy błąd teamu w doborze opon i ślizgający się bolid w Turcji. W Malezji był to defekt skrzyni biegów, najnowocześniejszej części samochodu, dzieła sztuki bawarskiego koncernu, które miało dawać dziesiąte części sekundy na każdym okrążeniu (dojechał na szarym końcu). W Bahrajnie na początku wyścigu otworzyła się klapka przy wlocie paliwa. Kubica, jadąc zapasowym bolidem, tracił czas na szybkich zakrętach i podczas hamowania. Była i stłuczka, i kolizja na torze Fuji w Japonii. W Belgii trzeba było wymienić silnik. W Brazylii problemem były opony. Niesamowite... Na osłodę pocieszmy się wizją startu Roberta Kubicy w... Grand Prix Polski. Wszystko zaczęło się od plotki o rychłym końcu Grand Prix Węgier. W reakcji na uwagi o tym, że podobno Hungaroring jest w bardzo złym stanie technicznym i organizatorzy F1 szukają innego toru w Europie Wschodniej, pojawiła się idea budowy toru w okolicy Łodzi. Za promocję budowy toru zabrali się posłowie... „Samoobrony”, którzy złożyli w Sejmie interpelację w tej sprawie do premiera. Stwierdzono, że okolice Łodzi są najlepszą lokalizacją dla STYCZIEŃ 2008

toru w Polsce, ponieważ miasto leży na przyszłym skrzyżowaniu dwóch autostrad i ma już „odpowiednią infrastrukturę”. Projekt toru powstał już kilka lat temu (jako praca dyplomowa małżeństwa łódzkich architektów). Dziś jednak nie wiadomo, kiedy polski tor w okolicach Łodzi mógłby powstać, ale mówi się, że za jakieś 3 - 7 lat (potrzebny jest teren o powierzchni 250 - 350 hektarów, a koszty oblicza się na około 150 mln zł). Zakłada się, że oglądać wyścigi, a także treningi przyjeżdżałoby nawet 100 - 150 tys. osób nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. Jako ew. lokalizację toru wymienia się okolice Strykowa, Rzgowa, Lututowa oraz lotniska im. Reymonta (hałas w czasie wyścigów porównywalny jest z hałasem startujących i lądujących samolotów). Na wstępną lokalizację wybrano tereny pod Strykowowem, które odkryło już wiele firm, budujących tam swoje centra logistyczne – mogą być oni potencjalnymi sponsorami i inwestorami. Lotnisko i tor F1 obok siebie byłyby mniej kosztowne dla środowiska, dodatkowo tor i wyścigi wpłynęłyby pozytywnie na rozwój łódzkiego lotniska. Twierdzi się, że powinniśmy wykorzystać moment, kiedy dzięki sukcesom Kubicy zainteresowanie Formułą 1 w Polsce znacznie wzrosło. Francuzi i Węgrzy nie mają obecnie dobrych kierowców, ale

mają tory wyścigowe. My mamy dobrego kierowcę i powinniśmy mieć tor. Kubica i Heidfeld podpisali z BMW „Sauber” umowy na rok 2008, który może być przełomowy dla zespołu. Za sezon startów nasz rodak dostanie wg „Super Expressu” 1,2 miliona euro! Prawdopodobnie jednak więcej. Mając do dyspozycji nowoczesny tunel aerodynamiczny, potężny superkomputer, olbrzymi budżet i ogromne, rosnące doświadczenie zaplecza oraz własne, obaj kierowcy mogą w nadchodzącym sezonie odegrać pierwszoplanowe role. Obecny układ sił w F1 z góry jednak rezerwuje dla bolidów BMW „Sauber” piąte i szóste miejsce. Jedyna szansa na walkę o wyższe miejsca to techniczne kłopoty lub błąd kierowcy – faworytów z zespołów „McLarena” i „Ferrari”. Do tego dochodzą napięcia w zespole i utarczki właśnie z Nickiem Heidfeldem, i to nie tylko słowne – Heidfeld wypchnął Kubicę z toru, ponadto krytykuje go, ale twierdzi, że go lubi, ponieważ Kubica „jest szczery i szybki”, zaś Kubica stwierdził publicznie, że „Heidfeld nie ma przyszłości w F1”. Miejmy nadzieję, że podobnie jak w minionym sezonie kibice nadal śpiewać będą: „Pędzi, pędzi bolid, niczym błyskawica. Hej! Z wierzchu beemwica, a w środku Kubica!”. Emocji nam nie zabraknie. Sezon rozpoczyna się już niebawem, bo 16 marca 2008 roku startem w Grand Prix Australii. ANDRZEJ KALINOWSKI

23


OKIENKO JĘZYKOWE

Moda na „mataczenie” O

statnio zawrotną karierę w języku polskim zrobił wyraz „mataczenie”. Słychać go na każdym kroku. A to policjantów oskarżono o „mataczenie we własnej sprawie”, a to żołnierzy aresztowano, aby „zapobiec ich mataczeniu”, to znów pewna dyrektorka pewnego gimnazjum „oskarża burmistrza o mataczenie” lub też „prasa rosyjska atakuje Kreml za mataczenie wokół katastrof samolotów”, a pewien były poseł chce „wszczęcia śledztwa o mord i mataczenie”. „Mataczenie” atakuje nas z wszystkich stron. Czyżby naprawdę wszyscy (oczywiście ci źli) i wszędzie „mataczyli”?

Historia „mataczenia” zaczęła się chyba w 2003 r., kiedy to członkowie jednej z komisji sejmowych zaczęli używać terminów „mataczyć” i „mataczenie” na określenie wykrętnych tłumaczeń „aferzystów”, wywodzących się z szeregów SLD. A potem poszło już gładko. Oczywiście z terminami, bo „aferzyści”, jeśli nimi byli, to, miejmy nadzieję, zostali odpowiednio ukarani. Wspomniane terminy przejęli inni i teraz można je usłyszeć dosłownie wszędzie. Nawet znany polski „Kabaret Moralnego Niepokoju” w swoim repertuarze ma piosenkę, zatytułowaną „Mataczenie”, śpiewaną na melodię popularnych niegdyś „Kawiarenek” Ireny Jarockiej. Ale czymże w ogóle jest owo „mataczenie”? Wyrazu tego nie odnotowują starsze słowniki. I tak w „Słowniku języka polskiego” pod red. W. Doroszewskiego znajdziemy „matactwo”, „matacza” i „mataczyć”. Dwa ostatnie z adnotacją, iż są wyrazami przestarzałymi (!!!), oznaczającymi odpowiednio: ‘człowieka postępującego nieuczciwie, wykrętnie’ i ‘posługiwanie się matactwami, robienie intryg, wichrzenie, oszukiwanie, kłamanie’, co wskazuje wyraźnie, 24

że wyrazem wyjściowym jest wyraz pierwszy, tzn. „matactwo”, czyli wg tegoż słownika ‘postępowanie nieuczciwe, podstępne, pełne kłamstw, wybiegów; czyn podstępny, oszustwo, krętactwo’. Z kolei we „Współczesnym słowniku języka polskiego” pod red. B. Dunaja znajdziemy (bez adnotacji) „matactwo”, czyli ‘nieuczciwe, pokrętne postępowanie, pełne wybiegów, oszustw, kłamstw; czyn będący efektem takiego postępowania’, oraz „mataczyć” – ‘używać wykrętów, wybiegów, kłamiąc, dezinformować; kręcić’. Zaś godny polecenia uwagi „Uniwersalny słownik języka polskiego” pod red. S. Dubisza i owszem uwzględnia „matactwo”, „matacza” i „mataczyć”, ale z adnotacją, iż są to terminy książkowe (!!!), czyli nie zupełnie z życia wzięte. „Mataczenia” zaś w tych publikacjach brak. Pewnie i słusznie, albowiem rzeczowniki odczasownikowe zakończone na -enie, -anie -cie tworzone są od czasowników systemowo, czyli właściwie od każdego (z małymi wyjątkami) czasownika taki rzeczownik da się utworzyć, ale z drugiej strony „mataczenie” było dotychczas działaniem, które jako rze-

czownik się nie pojawiało, albowiem jego funkcję pełniło „matactwo”. Dziś jednak wydaje się, że „mataczenie” i „matactwo” to dwa różne wyrazy i dwa różne znaczenia. Bez konsekwencji bowiem mogę (prawdopodobnie) publicznie zarzucić komuś „mataczenie”, ale raczej nie mogę zarzucić mu „matactwa”, bo pewnie poda mnie do sądu. Ponadto „mataczenie” dostało się do terminologii prawniczej i dziś jego użycie w orzeczeniach prokuratury czy sądu jest sprawą zwyczajną. Z powyższego mojego wywodu widać, że w języku też panują mody, a wyrazy kiedyś przestarzałe czy książkowe, po maleńkiej modyfikacji (lub i bez niej) zaczynają swoje nowe życie, być może bardzo krótkie, ale kto to wie na pewno. Czy nie za bardzo „namataczyłam”? P.S. Już po napisaniu tegoż artykułu znalazłam definicję „mataczenia” w „Wikipedii” (dla tych, którzy nie wiedzą, co to, dodam, że „Wikipedia” to taka internetowa encyklopedia, tworzona przez internautów – ale czy zawsze wiarygodna?), która tak definiuje interesujący nas termin: „sposób na ukrycie faktów przez rozmówcę. Mataczenie polega na takim wyrażeniu myśli lub zdarzeń, by słuchacz nie dowiedział się tego, o czym mówca nie chce mu powiedzieć. Podczas mataczenia mówca może skorzystać z takich technik jak: podawanie nieprawdziwych informacji, udawanie, że informacja została przez niego zapomniana, mówienie nie na temat”. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA MONITOR POLONIJNY


O

G

Ł

O

S

Z

E

N

I

WYBÓR Z PROGRAMU INSTYTUTU POLSKIEGO

A

Przypominamy o prenumeracie naszego czasopisma na rok 2008. Koszty roczne prenumeraty wynoszą 300 Sk (emeryci, renciści, studenci – 250 Sk). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100) a następnie zgłosić na e-mail: monitorp@orangemail.sk lub SMS na tel. 0907 139 041 i podać adres, pod który „Monitor” ma być przesyłany (dotyczy nowych prenumeratorów lub tych, którym się zmienił adres). We wtorek 15 stycznia 2008 roku o godz.16.30 na II programie Słowackiej Telewizji zostanie wyemitowany Magazyn Polski z Koszyc. Audycja została nakręcona w nowo otwartej karczmie polskiej.

K O N D O L E N C J E Elżbiecie Dutkovej i jej rodzinie wyrazy glębokiego współczucia z powodu śmieci Mamy składa w imieniu Klubu Polskiego na Słowacji Tadeusz Błoński

➨ 9.01. – godz. 17.00. – Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Klub Filmu Polskiego: Profil filmowy Franciszka Pieczki z okazji 80. rocznicy urodzin: - projekcja filmu Austeria (1983,103 min.) reż. Jerzy Kawalerowicz, scen. Jerzy Kawalerowicz, Tadeusz Konwicki, Julian Stryjkowski, w gł. rolach: Franciszek Pieczka, Wojciech Pszoniak, Jan Szurmiej - projekcja filmu Jancio Wodnik (1993,100 min.) reż. i scen. Jan Jakub Kolski, w gł. rolach: Franciszek Pieczka, Grażyna Błęcka-Kolska, Bogusław Linda ➨ Karnawał czarnego humoru • Roland Topor Roland Topor (1938 -1997) – pisarz francuski polskiego pochodzenia, autor opowiadań i spektakli teatralnych, rysunków i grafik. Reżyser teatralny i filmowy, aktor, scenarzysta i scenograf. W programie: ➨ 17.01. – godz. 17.00 – Instytut Polski Otwarcie wystawy: Roland Topor Topolino ze zbiorów Atelier Clot z Paryża ➨ 17.01. – godz. 18.00 – Instytut Francuski Otwarcie wystawy: Roland Topor. Plakaty dla teatru Kammerspiel w Monachium ze zbiorów M. Binet

➨ 29.1. – 19.00 godz. – Bratysława, Filharmonia Słowacka, Reduta • Koncert duetu fortepianowego Joanna Domańska i Andrzej Tatarski w ramach cyklu Kameralne wtorki / muzyka i obrazy. W programie – K. Szymanowski: Fantazja C-dur op. 14, Maski op. 34, Harnasie op. 55

KLUB POLSKI Region Żylina ogłasza

konkurs literacki:

NASZE DROGI NAŠE CESTY Prace konkursowe w poszczególnych kategoriach należy opatrzyć tytułem i odpowiednim godłem autora. Trzeba do nich dołączyć osobną, zaklejoną kopertę, oznaczoną godłem, zawierającą dane autora prac: imię, nazwisko, dokładny adres, wiek, miejsce urodzenia, ewentualny kontakt internetowy (e-mail) lub telefoniczny. Prace nadsyłać należy drogą pocztową pod adresem Konkurs literacki „NASZE DROGI” (lub Literárna súťaž „NAŠE CESTY“), Poľský klub – Región Žilina, A. Rudnaya 105, 010 01 Žilina. STYCZIEŃ 2008

➨ 23.01. – godz. 17.00 – Instytut Polski Projekcje filmów animowanych wg scenariuszy Rolanda Topora: Ślimaki (1966, Les Escargot, 10 min.), reż. Réné Laloux • Dzika planeta (1972, La Planete sauvage, 72 min.), reż. Réné Laloux ➨ 24.01 – 17.00 – Instytut Polski • Projekcja filmu Markiz (1989, Marquis, 79 min.), reż. H. Xhonneux, scen. R. Topor, H. Xhonneux

Celem konkursu jest promocja polskiej i słowackiej twórczości literackiej oraz wspieranie rozwoju i umocnienie przyjaźni polsko-słowackiej poprzez działalność kulturalno-oświatową. Konkurs organizowany jest w kategoriach: a) poezji pisanej w języku polskim i słowackim, b) prozy o tematyce słowackiej, pisanej w języku polskim. Uczestnikiem konkursu może być każdy, kto potrafi pisać wiersze w języku polskim i słowackim lub prozę w języku polskim i chciałby przyczynić się do rozwoju przyjaźni między narodami polskim i słowackim, bez względu na swoje obywatelstwo, narodowość, pochodzenie, status społeczny, miejsce zamieszkania, wiek, zawód i dorobek literacki. Warunkiem udziału w konkursie jest nadesłanie dotychczas nie publikowanych własnych prac o dowolnej tematyce w trzech egzemplarzach: a) w kategorii poezji – dwóch wierszy, jednego napisanego w języku polskim i jednego w języku słowackim, b) w kategorii prozy – jednej pracy o tematyce słowackiej, napisanej w języku polskim w maszynopisie lub w czytelnym rękopisie, objętości od 5 do 10 stron.

Prace, doręczone po 31 stycznia 2008 r., będą automatycznie zakwalifikowane do następnej edycji konkursu. Oceny nadesłanych prac i wyboru najlepszych z nich dokona komisja konkursowa, wyłoniona spośród przedstawicieli polskiego i słowackiego środowiska kulturalnospołecznego, głównie znawców tematu i twórczości literackiej. Uczestnicy konkursu zostaną poinformowani o jego wynikach najpóźniej do końca marca 2008 r., a jego laureaci otrzymają zaproszenie na uroczyste podsumowanie konkursu i wręczenie

nagród. Organizator konkursu zastrzega sobie prawo do ewentualnej nieodpłatnej publikacji nagrodzonych oraz wyróżnionych prac w odpowiednim wydawnictwie oraz ich prezentacji w masowych środkach przekazu na Słowacji, w Polsce i innych krajach przy zachowaniu praw autorskich. Jednocześnie informuje, że w przypadku nadesłania niedostatecznej ilości prac, ma prawo nie przyznać nagród lub konkurs odwołać. W sytuacji drugiej nadesłane prace będą zakwalifikowane automatycznie do następnej edycji konkursu. 25


Poľské prekvapenia S

Poľskom sa mi v roku 2007 spájajú dve prekvapivé zistenia. To prvé s ním síce až tak bezprostredne nesúvisí, ale pre mňa bolo v mnohom poučné. Keďže som sa ako novinár pomerne intenzívne venoval poľským predčasným parlamentným voľbám, snažil som sa čo najviac preniknúť do tém, ktoré hýbali predvolebnou diskusiou. Sledoval som poľské médiá a využil som každú príležitosť na cestu do Varšavy a niekoľkohodinové diskusie so svojimi poľskými priateľmi. Informácie, ktoré som takýmto spôsobom zozbieral, boli síce na jednej strane poučné a vzrušujúce, no stali sa aj zdrojom frustrácie zo spôsobu, akým o dianí v Poľsku informovali niektoré vplyvné slovenské médiá. Prezentovanie politického zápasu medzi PiS a PO ako učebnicového súboja dobrých liberálov a zlých konzervatívcov ma dosť pobavilo. V poslednom období to pre mňa bol jeden z najpresvedčivejších argumentov o problematickej úrovni nášho zahraničnopolitického spravodajstva. Ak takto informujú o susednej krajine, akú výpovednú hodnotu potom majú články a analýzy napríklad o Pakistane? Druhým prekvapivým zistením bolo, akou veľkou témou je v dnešnom Poľsku diskusia o vplyve bývalých komunistov na verejný život. Fascinovane som počúval, ako moji poľskí priatelia dokážu celé hodiny predebatovať, či voľba politiky hrubej čiary za minulosťou bola dobrým alebo zlým krokom. A musím priznať, že tých, ktorí to vnímajú ako nešťastné rozhodnutie, je medzi mojimi známymi výraz26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

JOZEF MAJCHRÁK redaktor časopisu .týždeň ná väčšina. Keď som sa svojho varšavského kolegu pýtal, prečo je to pre poľskú spoločnosť také dôležité dnes, viac ako desať rokov od pádu režimu, keď by už krajina mala riešiť úplne iné výzvy, stroho mi odpovedal: „Tomu nemôžete rozumieť, vy ste mali lustrácie, neurobili ste na rozdiel od nás hrubú čiaru za minulosťou.“ Okrem toho, že môj kolega sa mýlil a ani na Slovensku sme to s lustráciami a vyrovnávaním sa s minulosťou moc nepreháňali, neskôr som si uvedomil ešte jednu vec. Problém vlastne nie je v tom, že v Poľsku sa dnes

o tejto téme živo diskutuje, ale v tom, že na Slovensku je o nej ticho. V situácií, keď naši traja najvyšší ústavní činitelia sú bývalými členmi komunistickej strany, polícia a bezpečnostné služby sú ešte aj dnes prelezené bývalými príslušníkmi ŠtB, by veru tiež bolo o čom sa baviť. Ako zle na tom v porovnaní s Poľskom sme, mi však naplno došlo až niekoľko týždňov po tomto rozhovore, keď som na festivale Jeden svet videl poľský dokumentárny film Deti Solidarity. Išlo o generačnú výpoveď priamych účastníkov poľského protikomunistického odboja a ich potomkov. Uvedomil som si, že Solidarita bolo široké ľudové hnutie, ku ktorého odkazu sa stále hlási veľké množstvo Poliakov. Dá sa hovoriť o generácii, ktorá predstavuje veľkú intelektuálnu a politickú silu. Na Slovensku sa aktívny odpor proti komunizmu grupoval okolo malých skupiniek intelektuálov a jeho odkaz sa pomaly vytráca. A ak sa dnes v súvislosti s novembrom 1989 dá hovoriť o nejakej silnej generácii, tak je ňou práve generácia postkomunistických kádrov. Vlastne ešte jedno minuloročné prekvapenie sa mi spája s Poľskom. Keď som sa tesne pred Silvestrom vracal z výletu v turistickom mestečku Wisla smerom na slovenské Kysuce, objavil som tesne pred hranicou vyhliadku, z ktorej bolo možné dovidieť na štíty slovenských Tatier. Ak by ma deň predtým niekto presviedčal, že z hrebeňov poľských Beskýd sa dá dovidieť na Tatry, neveril by som. A predsa.

MONITOR POLONIJNY


K Ą C I K C Z Y T E L N I C Z Y W nastroju poświątecznym, karnawałowym zachęcamy Was do poplotkowania o świętych – wspólnie z ks. Janem Twardowskim i jego tomikiem „Trochę plotek o świętych”. „Święty Antoni” Święty Antoni, święty Antoni Rentę zgubiłam pod miedzą. Oj, co to będzie, oj co to będzie! „Wstyd, że tak mało” powiedzą. „O świętym Walentym” Święty Walenty co ustawiasz ludzi do pary patronie zakochanych młodych, średnich i starych „Święty Jerzy” Święty Jerzy na koniu z ciupagą w góralskim kożuchu podnieś chuderlaków na duchu „Święty Benedykt” Powiedział – módl się i pracuj przez wszystkie dni a w tym najważniejszy maleńki spójnik „i”

STYCZIEŃ STYCZIEŃ 2008 2008

NOWY ROK 2008 Witamy Nowy Rok, dorośli – lampką szampana, dzieci – petardami i sztucznymi ogniami. Składamy sobie życzenia szczęścia, pomyślności i pewne postanowienia, aby w nowym roku coś zrobić, coś zmienić. Radzimy Wam jednak, abyście nie przeceniali własnych sił – lepiej jedno realne postanowienie, niż 10 niemożliwych do zrealizowania! Podczas pokazów sztucznych ogni i petardowych strzelanin warto by było również

pomyśleć o naszych zwierzętach domowych, które w takich chwilach ze strachu kurczą się po kątach, nie rozumiejąc naszych ludzkich zwyczajów witania Nowego Roku. Jeżeli Wasi sąsiedzi mają psy, koty, papugi czy konie – wysadzajcie petardy daleko od ich domu, abyście nie wystraszyli zwierząt. W naszej kulturze witamy Nowy Rok 1 stycznia, ale czy wiecie, że według chińskiego kalendarza rok 2007 pożegnamy dopiero 6 lutego? Rok 2007 był w chińskim horoskopie rokiem Świni, a rok 2008 będzie rokiem Szczura. Chińczycy wierzą w symboliczne siły, które odpowiednie zwierzęta wnoszą do naszego życia w danym roku. Zastanówcie się, jaką siłę niesie Szczur na rok 2008 i sprawdźcie obok spod jakiego znaku jesteście wg horoskopu chińskiego.

stronę redaguje Moan

27


W

życiu bywa różnie. Raz na wozie, raz pod wozem. Wszystko ma swój początek i koniec. I te końce i początki bywają różne. Wesołe i smutne. Czasami pełne nadziei, czasami pełne rezygnacji. Ale czasami też trudno rozróżnić koniec od początku – na przykład na Sylwestra. Co właściwie świętujemy? Koniec starego roku czy początek nowego? Trudno stwierdzić. Przyznam się, że ja, jeśli coś zaczynam, to bardzo nieśmiało, z wielkimi obawami i obiekcjami. Czasami coś mi się uda, a czasami po prostu coś schrzanię i muszę wycofać się chyłkiem jak rak. A jeśli już mowa o ulatnianiu się, to najbardziej przypadło mi do gustu wyjście po angielsku – czyli cicho, bez rozgłosu i zbędnego zwracania na siebie uwagi. No a dzisiaj, muszę się do

tego przyznać i otwarcie powiedzieć – nadszedł koniec pewnego etapu. Styczniowy „Piekarnik” jest ostatnim spod mojego pióra, a dokładniej mówiąc spod klawiatury. Nie chciałabym jednak napisać – ostatnie danie, ostatnia potrawa, bo to przypomina mi ostatni posiłek skazańca.... Jak więc tu zakończyć? Jak postawić kropkę nad „i“? A może raczej trzeba wznieść toast? Toast na

zdrowie, za przyszłość, za dobry początek i dobry koniec? Hm, ale, choć jest karnawał, nie powinnam propagować napojów alkoholowych. Może więc zostanę przy jedzeniu, nawet tego ostatniego posiłku skazańca. W moim przypadku byłby to na pewno smażony ser, który zarówno mnie, jak i żadnemu Polakowi nigdy, przenigdy chyba się nie przeje!

SER SMAŻONY PANIEROWANY SKŁADNIKI: płatki sera o grubości około 1 cm, jajko, bułka tarta

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Płatki sera panierować w rozbełtanym jajku i w bułce tartej. Smażyć na gorącym oleju z dwóch stron. Podawać z frytkami i sosem tatarskim MAJKA KADLEČEK

Monitor Polonijny 2008/01  
Monitor Polonijny 2008/01  
Advertisement